Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 22 maja 2013, 01:16

Motylek miał zielne skrzydełka z małymi czarnymi kropkami. Wiśnia obserwowała go uważnie, śledziła tor jego lotu ponad czarną łąką. Widziała jak przysiada na zwiędłych kwiatach i ponownie podrywa się do lotu, czuła na twarzy zimny podmuch lekkiego wiatru, który usiłował zdmuchnąć owada z kursu. Ten jednak leciał dalej, zbliżał się, rósł w oczach. Wyciągnęła rękę. Usiał na niej, ale to już nie był motyl, to był... Mścigniewa aż pisnęła, to był kret. Mały, ślepy o czarnym futerku. Odrzuciła go ze wstrętem. Podrzuciła wysoko w górę, a on... Rozłożył skrzydła i odleciał.
I wtedy usłyszała głos. Niewyraźny, dochodzący z oddali, zza jakieś mglistej zasłony. Odwróciła się gwałtowanie. Chciała odpowiedzieć, nie mogła. Znów to usłyszała, tym razem bliżej... i znów nie mogła odpowiedzieć...
- Wiśniowiecka! Wiśniowiecka, obudź się nasza śpiąca królewno!
Otworzyła oczy. Nie od razu dotarło do niej gdzie jest, ale zesztywniały kark i policzek przytulny od twardej dębowej ławki, sprawił, że wyprostowała się gwałtownie i spojrzała prosto w twarz siwego czarodzieja - Stanisława Ogowskiego, nauczyciela eliksirów. Zaklęła w duchu. Co jednak mogła poradzić na to, że wykład o eliksirach wieku, był aż tak nudny? Co mogła poradzić na to, że od, spojrzała na wiszący nad tablicą zegar, półgodziny trwa coś tak żenującego? Teoretyczna lekcja eliksirów, kto to wymyślił? Kto to do jasnej cholery wymyślił?!
- Ja... - zaczęła cięgle jeszcze nieco zaspanym głosem. - Ja bardzo przepraszam, że ta lekcja jest taka nudna...
W klasie rozległy się szczypty i pomruki, Mścigniewa poczuła na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Uśmiechnęła się lekko. Nauczyciel zaś nagle zmienił się na twarzy. Gwałtownie odtworzył usta, jakby próbował złapać powietrze, oczy błysnęły groźnie. Jednakże już po chwili wziął głęboki oddech, a na jego twarz wrócił spokój.
- Skoro uważasz, że moja lekcja jest nudna, to proszę bardzo, poprowadź ją sama, jeśli potrafisz. Jeśli nie, to bądź uprzejma słuchać, tego, co ja wam chce przekazać.
Uśmiech spełzł z twarzy Wiśni. Chyba zaczynała brnąć zbyt daleko, jeszcze chwila, a wpakuje się z niezłe bagno. Znowu.
- Ja... - wydusiła zduszonym głosem, bo nagle gardło się jej ściągnęło, nie dlatego jednak, że zebrało się jej na płacz o nie - bardzo przepraszam, już będę uważać. - A gdy to powiedziała nagle zrobiło się jej ciemno przed oczami. "Nie, nie, nie! To takie upokarzające." Kolor jej twarzy się zmienił z bladego na czerwony. Adrenalina uderzyła w żyły, poczuła szum własnej krwi. Odpłaci mu kiedyś... oj tak.
- Dobrze. Wracając do tematu, jak już mówiłem, nieodpowiednie użycie eliksiru postarzającego może wiązać się z...
" O rany" stęknęła w duchu Wiśnia biorąc do ręki pióro i udając, że próbuje notować słowa nauczyciela, a tak naprawdę rysując na marginesie zeszytu krwawiące głowy krasnali, obok których leżała brudna siekiera.
Wznowiony wykład nie potrwał jednak długo, bo oto nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę - zawołał uprzejmie pan Stanisław, a wówczas podwoje skrzypnęły i do środka wśliznął się ktoś na tyle niski, że siedząca w ostatniej ławce Mścigniewa go nie zobaczyła. Usłyszała jednak wyraźnie głos pytający, czy może ją na chwilę zabrać i ponownie zaklęła w duchu. Ten głos należał do Jagodka.
* - Co ty tu, do cholery robisz? - warknęła, gdy już oboje znaleźli się za drzwiami. - Dlaczego wyciągasz mnie z lekcji?
Krasnoludek zacmokał.
- Ej, a ja głupi liczyłem na to, że panienka w końcu mi podziękuje. Nie musi panienka słuchać tego nudziarstwa. Bo widzi panienka, słyszałem kawałek...
- Dobra, dobra - przerwała mu rozeźlona. - Nie powiesz mi chyba, że przyszedłeś tu tylko po to, żeby wyrwać mnie z nudnej lekcji. A poza tym, co ty tu właściwie robisz? Znowu mnie szpiegujesz?
- Oj tam zaraz szpieguję. - Jagodek uśmiechnął się promiennie. - Dlaczego panienka jest taka podejrzliwa i taka niedobra dla mnie? Czemu panienka myśli, że szef kazał znowu panienkę śledzić? Przecież, jeśli panienka zrobi coś złego, on i tak się dowie, prawda? Wyślą mu sowę, no nie? No i właśnie jestem tu, bo taką sowę mu wysłali. A, że nie chciał pisać, to przysłał mnie.
- Acha i po co? - Mścigniewa nie patrzyła na krasnala. Przyglądała się bluszczowi gęsto porastającemu ściany korytarza.
- Mam tu zostać i pilnować panienki, zresztą - teatralnie ściszył głos - chyba dobrze, że tu jestem. Panienka wie, co na jej temat wygadują? Jakie plotki krążą na jej temat? Podobno... Panienka miałaby mieć romans z nauczycielem, a przynajmniej raz zrobić z nim to...
Wzruszyła ramionami.
- Jakoś mało mnie to...
- Ale szefa nie! Myśli panienka, że to nie wychodzi za mury tej szkoły, myśli panienka, że miło mu jest, kiedy za jego plecami...
- Nic mnie to nie... Ale zaraz, po to wyrwałeś mnie z lekcji?
- Miałem się zameldować u panienki natychmiast, gdy tu dotrę. Spełniam tylko polecenia.
- Teraz to dopiero zaczną gadać.
Krasnoludek skłonił się nisko.
- Mam też spełniać polecenia panienki, no chyba, że panienka każe mi spadać, tego spełnić nie mogę, ale mogę... Przynieść panience pączka! Co to w ogóle za pomysł, żeby dziewczyna z szanowanej rodziny...
Mścigniewa wykręciła oczami. Zaczęło się.
- Ja jednak powinnam wrócić na lekcje - mruknęła i zniknęła za drzwiami klasy eliksirów. Kilka chwil po tym zawdzięczał dzwonek.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 26 maja 2013, 22:58

Nieśmiałość "Jej Leo" jak go w myślach nazywała, była naprawdę urocza. Chociaz przechodziła ppod jego nosem przynajmniej kilkanaście razy, uśmiechając sie swym najbardziej ponętnym uśmiechem, ani razu nie zdradził się choćby z tym, że się znają, już nie mówiąc o uczuciu, które ich połączyło. Przypuszczała, że to wina tego wysokiego, który się przy nim kręcił. Zastanawiała się, kim on mógł być dla Leo. Starszym bratem? Chyba nie ojcem, nie wygladął tak staro. A może... tak, to by tłumaczyło wszystko. Wyglądało na to, że ten wielkolud był chłopakiem Leo i z tego powodu, przez swoją wrodzoną grzeczność i dobre maniery, Leo bał się powiedizęc mu prawdę o ich przyszłym związku. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Skoro on nie potrafił tego zrobić, musiała go wyręczyć, nawet kosztem czyjegoś złamanego serca.
Lekcja ciągnęła się w nieskończoność, dzięki czemu miała dość czasu, by obmyślić plan działania. Nie było sensu odkładać tego na później. Co jakiś czas zerkała w ich stronę. Podsłuchała, jak dwie głupiutkie dziewczynki z młodszego rocznika zachwycały sie tym dwumetrowym drągalem i zastanawiała sie, co też te dzieci mogą w nim widzieć. Chude to takie niczym patyk, bez grama mięśni. W dodatku, co od razu zauważyła, chodził niczym pijana kaczka, z każdym krokiem ryzykując, że za chwilę jego twarz w przyśpieszonym tempie zetknie się z podłogą. I ta okropna blond czupryna, na którą dosłownie nei dało się patrzeć. Nie rozumiała, jak Leo mógł chcieć przebywać w towarzystwie kogoś takiego. Uwolnienie go od tej znajomości było wręcz jej obowiązkiem.

- Wiśniowiecka!
Niewiele brakowało, by przestraszona nagłym krzykiem nauczyciela spadła z krzesła. Natychmiast upewniła się, że nikt nie zauważył jej drobnej wpadki. Na szczęście oczy wszystkich skierowane były w jeden punkt. Powiodła oczami za spojżeniami reszty klasy. Z ogromną satysfakcją rozpoznała dziewczynę, która nagle znalazła się w centrum zainteresowania.
- (...)ta lekcja jest taka nudna...
Dziewczyna urwała, zbyt późno zdajac sobei sprawę z tego, co własnie powiedziała. Walentyna uśmiechnęła się szyderczo. Po czymś takim nie było szans, by ktokolwiek wziął jej rywalkę na poważnie. Skompromitowała sie na oczach całęj klasy i teraz wystarczyło tylko postarać się, by nikt o tym zbyt szybko nie zapomniał. Na wszelki wypadek zanotowała jej nazwisko, gdyby wyleciało jej z głowy. Wiśniowiecka. Coś jej to mówiło, lecz za nic nie była w stanie przypomnieć sobie, gdzie mogła je słyszeć.

Jeśli pierwsza wpadka Wiśniowieckiej wprawiła ją w dobry humor, po tym, co zdażyło się kilka minut później, gotowa była skakać z radości. Nie od razu zwróciła uwagę na piszczący głosik rozlegający się gdzieś na tyłach sali lekcyjnej. Nagłe pojawienie się krasnoludka ("TEGO krasnoludkja, sądząc po reakcji Wiśniowieckiej) nie mogło przejść bez echa i nawet nie musiała się wysilac, by plotki latały z szybkością rozpędzonego znicza. Szat i mach, jak to mawiają szachiści. Nie zdążyła się nacieszyć swym tryumfem, kiedy dzwonek ogłosił zakończenie zajęć. Spakowała się pośpiesznie, nie mogąc pozwolić by Leo i ten drugi zbytnio się oddalili. Pierwsza wyszła z klasy, po drodze zerkając ukradkiem w lusterko. Fryzura wyglądała jak trzeba. Rzucone rano zaklęcie jeszcze się trzymało i nie było choćby śladu rudych odrostów, które nieustannie pojawiały się na jej głowie. Nie czekała długo, nim obaj panowie przekroczyli próg sali lekcyjnej. Natychmiast zagrodziła im drogę, starajac się patrzeć wielkoludowi prosto w oczy. Nabrała powietrza, wyrzucając z siebie słowa jednym tchem.
- Chciała ci tylko powiedzieć że ja i Leo kochamy sie i domagam sie byś natychmiast zwrócił mu wolność bo nie jesteś jego godzien i nie miej do nas żalu bo takie jest życie znajdź sobie kogoś na swoim poziomie.
Przerwała, odliczając w myślach sekundy, po których zrozpaczony wielkolud powinien z płaczem rzucić się na ziemię.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 27 maja 2013, 00:22

Damp pomyślał, że umrze, jeśli spojrzy na dyrektora w ten sposób. Uznał, że będzie go nazywać w formie męskiej. I postrzegać również. Dźwiedź nie mógł mieć racji, bo choć płeć dyrektora była zagadką epicką niczym fenomen spadających kawałków kosmosu w Rosji, on po prostu nie mógł być kobietą. Nie. To by zniszczyło miłość Dampa do kobiet jako odrębnej części rzeczywistości.
Kobiety były wszystkim. Były trofeami, które należało zdobywać, gromadzić, podziwiać i komplementować. Były jak elementy przepięknej układanki, rozrzuconej po całym świecie - Rust czuł irracjonalną potrzebę, by każdemu z tych elementów się przyjrzeć, może nawet zachować dla siebie. Chciał w pewien sposób uszczęśliwić je wszystkie, lecz oznaczało to w praktyce ranienie każdej po kolei. Czyż nie są fascynujące - pytał siebie kilkaset razy dziennie. Gdyby tylko mógł zamknąć je wszystkie w gablocie, za szklaną szybą zniewolić i napawać się tym, że wreszcie wszystkie są tam, gdzie być powinny. Wszystkie razem i każda z osobna, nieważne jakie; młode czy stare, głupie czy niepokojąco przenikliwe i bystre, niskie, wysokie, grube, szczupłe, blade, czarne, skośnookie, smukłe, złośliwe, rude, urocze...
Damp gapił się na dłonie dyrektora. Dłonie z pierścieniami.
...szalone, puste, chude, olśniewające, naiwne, długonogie, władcze, uległe (och!), poczciwe, piegowate...
Dyrektor mówił coś, gestykulując mocno, a Rust wyłączył się zupełnie. Niesamowite, jak tak cudowne istoty, dla których chciał poświęcić wszystko, potrafiły zniszczyć spokój i szczęście, którego wbrew pozorom wcale nie miał tak wiele. Przeszkadzało im to. Nie potrafiły tego zrozumieć. Rust wybierał losowo, po czym wiązał się z daną kobietą na okres nie dłuższy, niż miesiąc, a one zawsze przestawały dawać mu radość, gdy już orientowały się, że darzy je wszystkie jednakowym uczuciem. Kobiety nie potrafią znieść myśli, że mężczyzna traktuje je tak, jak inne. Chcą ciągle czuć się wywyższane, wybrane, ważniejsze. A Damp nie umiał zdecydować. Każda z nich pociągała go w równym stopniu. Nie chodziło nawet o przyziemne pragnienia - to była mentalna potrzeba, wwiercająca się w mózg i paląca od środka. Uzależnienie od kobiet. Przewlekłe, uwarunkowane genetycznie, wrodzone. Prawdopodobnie nie zdiagnozowane jeszcze w takiej formie, jaka wystąpiła u Rust'a.
- Więc jak pan to wytłumaczy? To jest niedopuszczalne, by nauczyciel utrzymywał bliższe stosunki z uczennicami - zagrzmiał dyrektor, kończąc dłuższą wypowiedź. Damp'a zatkało. Powrócił do rzeczywistości i zrozumiał sens słów, które dogasały, brzmiąc jeszcze w powietrzu. On? Pedofilem jakimś? No bez jaj! Siedział na za niskim krześle, patrząc na dyrektora, od którego dzieliło go jedynie biurko i leżące tam papiery.
- Że niby ja? - palnął. - Pan żartuje chyba!
Dyrektor nie wyglądał na żartownisia. Trochę jak niedźwiedź. Niedźwiedzie nie wyglądają na żartownisiów. Rozjuszone, szarżujące niedźwiedzie tym bardziej. Dyrektorzy, oskarżający siatkarzy o molestowanie nastolatek, również. Rust strzelił biczfejsa roku, zszokowany zarzutem, jaki przed chwilą usłyszał.
- Rozumiem więc, że to tylko plotki? - spytał dyrektor z powagą, składając swoje opancerzone złotymi pierścieniami palce w geście wyrażającym wahanie. Spod pozlepianych tuszem rzęs, spoglądały na Damp'a pospolite, zielone oczy, wyposażone w lasery szyfrujące i deszyfrujące wszelkie kłamstwa wykorzystywane podczas konwersacji.
- Tak jest - rozzłościł się Rust.
- Na pewno?
- Pogadajmy jak faceci - Damp pochylił się nad blatem, a dyrektor poszedł w jego ślady, co poskutkowało tym, że siatkarza owionął jego pachnący miętą oddech - czy ja wyglądam na człowieka, który jest na tyle wyrachowany, by wszystko robić tylko dla siebie? Czy ja wyglądam na egoistę, zimnego drania?
- Tak - potwierdził dyrektor bez namysłu. Rust nie dał po sobie poznać, że ogarnęła go kontrolowana wściekłość.
- No to niech dyrektor pomyśli, czy taki egoistyczny, przebiegły ktoś jak ja, narażałby się na konsekwencje tylko po to, by móc przelecieć jakąś niepełnoletnią dziewczynkę? Zaraz po dostaniu tutaj pracy?
- Cóż - zamyślił się dyrektor. Upudrowane policzki zmarszczyły się nieco, gdy frasował się słowami Damp'a. - Chyba rzeczywiście byłoby to głupie. Pan wie, że nie zawsze można mieć wszystko.
Rust chciał powiedzieć, że może mieć każdą i i tak weźmie co chce, ale cudem jakimś się powstrzymał. Postanowił nie podpadać dyrektorowi i przede wszystkim wyjaśnić tę cholerną, wyssaną z palca plotkę. Co za upokorzenie. Pomimo lekkiej korby na punkcie kobiet, Damp nigdy nie łamał złotej zasady "Plus osiemnaście", która w nowoczesnym społeczeństwie coraz bardziej traciła na wartości i znaczeniu.
- No dobrze, wierzę panu - zdecydował dyrektor. Rust zmrużył oczy.
- Mogę więc wyjść?
- Proszę.
Damp zerwał się z krzesła i pośpiesznym krokiem dotarł do drzwi.
- Proszę mieć się na baczności, tutaj nawet ściany maja uszy. Plotkom nie wolno dać się narodzić, bo później trzymają się wszystkich jak rzep psiego ogona. - Ta mądrość wypłynęła z umalowanych ust dyrektora, zanim drzwi zamknęły się za nauczycielem siatkówki.
- Błysnął, kurwa. To było takie głębokie.
- You're very deep, old man! - skomentował Dźwiedź, pamiętając o amerykańskim pochodzeniu Damp'a. Rust nawet lubił te ich rozmowy. Nie zmieniało to jednak faktu, że miał zamiar skopać Dźwiedziowi dupę.
- No dobra Dźwiedziu, to teraz wybieraj, co najpierw! Szukamy Rudej czy tego małego ścierwa, które zrobiło ze mnie zboczeńca?
- Zrobiło - powtórzył Dźwiedź z ironią.
- Ale innego zboczeńca, takiego negatywnego, do cholery - uściślił Damp, schodząc po stopniach prowadzących do segmentu Chemicznego "Eliksiry".
- Podobno jutro odbywają się zajęcia praktyczne z latania na kroworożcach.
- Zmieniasz temat.
- Tak.
- Cóż, kroworożce brzmią ciekawie... Zobaczymy, jak pójdzie tym durnym szesnastolatkom. Ja zobaczę. Opiekunem jestem przecież.


Tymczasem w szkole rozległ się długi, przeszywający, mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy. Czyżby ktoś planował dokonać mordu na szkolnych korytarzach? Ślęża zamarła, a wszyscy jej mieszkańcy spięli się mimowolnie, zachodząc w głowę, kto miał tak poważne i szatańskie zamiary.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 01 czerwca 2013, 21:39

- Dosyp trochę sproszkowanych genitaliów, Vicky! Więcej, więcej! Co się wzdrygasz…? Igor, pokaż tej ślamazarze jak to zrobić! – Do Vicky podszedł drobny chłopak, ubrany w obcisłe rurki, na których widniał galaktyczny wzór z napisem „Swag”. Przed kociołkiem omal się nie wywrócił, gdyż nadepnął na swoje neonowe sznurówki od trampek. Lekko złapał się dziewczyny i gdy utrzymał równowagę, z lekko naćpanym spojrzeniem i zwilżonymi lekko wargami, zatrząsł blond czupryną.
- No widzisz, kobieto… Widzisz… Trzeba trochę, sypnąć i no, trochę strzepnąć, żeby w tym kotle, nie? No widzisz kotła, nie? No to w nim powinno się spienić. Jak mleko. Czaisz? – Vicky patrzyła na niego z nieskrywaną niechęcią, ale on jakby się tym nie przejmował. Gdy wykonał swoje zadanie, wrócił prędko do Anno Dominiego – chłopaka, którego rodzice pokarali imieniem, którego postura wywoływała podniecenie i okrzyki – mógł się poszczycić iście męską sylwetką, cielskiem w kształcie litery „V”.
Żyłka i Fascynat w tym czasie wykonywali miksturę na wzrost bezszczelestności. Zawodnik Bezszelestnych Marświnów z niezwykłym skupieniem wlewał do kotła zgniecione wcześniej diamenty i mieszał je z moczem pelikana. Mikstura zabarwiła się na wściekły róż.
- Jest… Jest epicko, Żyłka, jest niesamowicie… Patrz… - szeptał co chwilę chłopak, obserwując oleistą ciecz z błyskiem w oku.
Żyłka kiwał jedynie z zadowoleniem głową. Był niesamowicie dumny z tego, co stworzyli. Zamierzali tę miksturę wykorzystać na jednym z treningów, które miały rozpocząć się już niedługo.
Połowa klasy miała zajęcia teoretycznie, druga połowa praktyczne, które miały sprawdzać kreatywność uczniów. Po pół godzinie grupy miały zamienić się miejscami.
Wiśnia i kilkanaście innych osób właśnie musieli słuchać niesamowicie nudnego wykładu nauczyciela eliksirów, który musiał się co chwilę rozdwajać – jednocześnie musiał opowiadać o składnikach i doglądać uczniów robiących wywary, by Ci nie puścili Ślęży z dymem.
Zaraz Wiśnia została zrugana przez nauczyciela, a po chwili przyszedł po nią jakiś mały gość. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, w klasie wszyscy zastygli – cała rozmowa była słyszalna w pomieszczeniu.
Po piętnastu minutach w końcu zadźwięczał dzwonek, na który z utęsknieniem oczekiwał Żyłka i Fascynat – po tej lekcji miał się odbyć trening siatkówki! Gdy wyszli za próg Sali do eliksirów, napadła na nich jakaś mała dziewczyna – była to ta ruda, którą uratował Żyłka. Jednak ani Fascynat, ani tym bardziej Żyłka nie mogli sobie jej przypomnieć. Ta, niewiele czekając wypaliła z prędkością karabinu maszynowego:
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że ja i Leo kochamy się i domagam się byś natychmiast zwrócił mu wolność, bo nie jesteś jego godzien i nie miej do nas żalu, bo takie jest życie, znajdź sobie kogoś na swoim poziomie.
- Hę? – sapnęli obaj w tym samym momencie, wyciągając z uszu słuchawki. Niestety nic nie usłyszeli. Vicky zaczerwieniła się lekko i już miała ponownie rozpocząć swój monolog, gdy przerwał jej wypowiedź dźwięk dzwonka, na który Żyłka i Fascynat zareagowali spokojnie acz nie tak, jak by tego najpewniej chciała Vicky – pomachali jej i biegiem oddalili się w stronę Sali do siatkówki.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 02 czerwca 2013, 18:09

- O, zapisała się panienka na siatkówkę?! - W głosie krasnoludka, który wczytywał się właśnie plan lekcji Mścigniewy, zabrzmiało szczere zdumienie. - To zmieliła panienka zdanie o mugolach i wszystkim, co mugolskie? Nie wiedziałem, ale szef się ucieszy.
- Oddawaj to! - warknęła wściekle Wiśnia wyrywając Jagodkowi kartkę z rozkładem zajęć. - Rozumiem, że masz mnie pilnować, ale czy musisz też grzebać w moich rzeczach?! Nie, nie zapisałam się na żadną siatkówkę? Co to niby jest?
- No to taka mugolska gra... Odbija się piłką przez siat...
- Nie obchodzi mnie, co to!
- Ale panienka pytała...
- To pytanie retoryczne, głupku! - wykrzyczała zmieniona na twarzy. - Ale nie, nie zamierzam odbijać żadnej głupiej piłki, przez żadną głupią siatkę. Może jeszcze jest tylko jedna piłka i tylko jedna siatka? To żałosne. Zamierzam w tym czasie poćwiczyć coś pożyteczniejszego - dokończyła tym samym lekko podniesionym, nerwowym tonem, a oczy jej dziwnie błysnęły. Krasnoludek przyjrzał się jej uważnie. Spoważniał. Znał ten blask, to spojrzenie. Dziwnie złe spojrzenie. Znaczy gorsze niż zwykle.
- Nie! Nie wolno panience! Szef zakazał.
Uśmiechnęła się złośliwie. "Tak, oczywiście, że zakazał, ale chyba nie myślał, że go posłucham. Oczywiście, że nie myślał, gdyby tak myślał, nie przysłałby ciebie. Do jasnej cholery! Dlaczego akurat ciebie, a nie Ogorzałka?! On przynajmniej mniej gada, a ty... Ty nawijasz bez końca!"
- No i co mi zrobisz? - W głosie Mścigniewy dało się słyszeć wyzwanie zmieszane z drwiną. Palce zacisnęły się na zatkniętej za pasem różdżce.
- Mogę zacząć od ciebie - rzuciła spokojnie, wręcz pieszczotliwie. - Mogę obiecać, że nie będzie bolało, no chyba, że jednak będzie. - Wyciągnęła różdżkę.
- To sprzeczne z prawem! - wypalił Jagodek, na wszelki wypadek przyjmując jednak pozycję obronną, z jedną nogą wystawioną daleko przed sobą, drugą lekko ugiętą, prawą ręką na wysokości serca, drugą przeniesioną za plecy i uniesioną nad głowę. - Panienka tego nie zrobi.
- Więc... bądź tak miły i złap mi parę gryzoni. - Uśmiech Mścigniewy stał się słodki.
- No, aaale szef... nie, nie mogę. - Krasnoludek wyglądał na poważnie zakłopotanego. Wiśnia z satysfakcją słuchała jego rozdygotanego głosu. Złość powoli jej mijała.
- Powiedział, żebyś spełniał moje polecenia, tak?
- Miałem też panienki pilnować! - Rozpacz Jagodka narastała. Prysnął palcami i w stronę dziewczyny poleciało kilka niebieskich iskier. Rozproszyła je różaną pałeczką. Dziwne... Przysięgłaby, że ten krasnal znał się na swojej magii o wiele lepiej. Co mu się stało? Przecież aż tak bardzo się nie bał...
Chyba, że jego magia zawiodła, bo ojciec karząc mu spełniać jej polecenia, oddał jej cześć władzy nad Jagodkiem i zapewne już mu za to (dodatkowo i z góry) zapłacił. Tak, to sporo tłumaczyło. Nie mógł zakwestionować tak sformułowanego polecania. Uśmiech Wiśni poszerzył się. Kochany tatuś, czasem tak rozkosznie naiwny, mimo wszystko.
- Ruszaj! * Słońce przebijało się przez zasłonę puszystych, białych chmur. Jego promienie padały na wierzchołek Ślęży, tworzyły jasne plamy na kamiennych ścianach starego, przysadzistego kościółka. Wspinały się po prowadzących doń stopniach, po których niestety, spacerowała teraz przynajmniej setka muguli. Mścigniewa westchnęła ciężko. Dlaczego? Dlaczego ci idioci z jej ojcem na czele wydumali sobie szkołę akurat w takim miejscu? Niby gdzie ma ćwiczyć? Rozejrzała się wokół. Stoki góry porastał gęsty las. Z lekkim uśmiechem na karminowych wargach, zagłębiła się weń.
Suche liście, stara gałązki, muszle ślimaków, szyszki wszystko to szeleściło i chrzęściło pod jej stopami, kiedy z dala od ścieżki usiłowała znaleźć odpowiednie miejsce do ćwiczeń. Niestety, chociaż oddalała się coraz bardziej, a teren, po którym się poruszała stawał się coraz bardziej stromy i zarośnięty, wciąż słyszała dobiegające ze wszystkich stron głosy mugolskich turystów.
Miotając w duszy wiązanką najgorszych przekleństw jakie znała, dotarła w końcu do niewielkiej polany otoczonej przez wysokie, niezwykle rozłożyste jodły. Przysiadła na rosnącej tam trawie i zamykając oczy, wysłała mentalną wiadomość do Jagodka. Stłumiła śmiech, kiedy dobiegła ją jego odpowiedź. Tak, jak się spodziewała, nie był zachwycony wybranym miejscem. Nie całe pół sekundy później krasnal, z głośnym trzaskiem zaportował się tuż przed dziewczyną. W ręku trzymał pokaźne tekturowe pudło, którego zawartość popiskiwała cicho.
- Głupie zasady - poskarżył się, wręczając paczuszkę dziewczynie. - Doskonale wiem, po co panience te zwierzaki, ale ponieważ panienka jeszcze tego nie powiedziała, to ja także nie mogę nic zrobić. - Przechylił głowę jak sikorka. - To nie fair...
- Bądź cicho! I nie waż mi się wtrącać. - Mścigniewa wydobyła z pudełka pierwsze zwierzę - drżącą ze strachu, rozpaczliwie wymachującą łapkami, kręcącą łebkiem i wywijającą ogonem wiewiórkę. Postawiła ją na trawie i wycelowała weń różdżką.
- Imperio - mruknęła cicho, ale wyraźnie, a wówczas wiewiórka przestała się trząść, stanęła na tylnych łapkach, ujęła ogon w przednią prawą i zaczęła tańczyć kankana, zgrabnie wyrzucając do przodu i podnosząc krótkie nóżki.
- Ała! - Mścigniewa wydała z siebie stłumiony okrzyk bólu, kiedy pałeczka dziwnie podskoczyła, zgięła się, zawiła i niczym wąż ugryzła dziewczynę w rękę. Na szczęście Mścigniewa nie straciła panowania nad sobą i nie wypuściła różdżki z dłoni. Rzuciła krasnalowi mordercze spojrzenie.
- Musiałem posłuchać panienki i przynieść jej te biedne zwierzątka, ale nie mogę patrzeć na to, co panienka z nimi wyprawia. To było ostrzeżenie. Szef...
- Zamknij się! Przestań, wreszcie gadać o moim ojcu i o jego głupich rozkazach. Tak, wiem. Kazał ci mieć na mnie oko, kazał ci też spełniać moje polecenia oraz przeszkodzić mi, w ćwiczeniu tych zaklęć. Wiem, nie musisz tego ciągle powtarzać.
- On naprawdę chce dla panienki dobrze.
- Acha i dlatego przysyła tu ciebie i blokuje mój rozwój.
- Każda wiedźma, każdy czarnoksiężnik kończył źle, wcześniej, czy później. Czy panienka tego nie rozumie? - Jagodek spojrzał Mścigniewie w oczy, a na jego twarzy pojawił się poważny, zatroskany wyraz.
- Ostrożnie, bo się wzruszę - prychnęła ironicznie panna Wiśniowiecka. Czując, że jej różdżka wróciła już do pierwotnego stanu, delikatnym, powolnym gestem uniosła ją.
- Naprawdę za dużo gadasz - podsumowała, a z końca magicznego patyczka posypały się czerwone iskry. - Naprawdę mi przykro, ale naprawdę muszę poćwiczyć - dokończyła, gdy zaskoczony krasnoludek zwalił się na ziemię, tuż obok jej stóp. Na szczęście, zanim kochany ojczulek, zabrał ją ze starej szkoły, zdążyła nauczyć się zaklęć niewerbalnych.
Z uśmiechem ponownie przywołanym na usta, powróciła do przerwanego treningu. Miała czas. Siatkówka była podwójną lekcją.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 03 czerwca 2013, 21:26

Była zdruzgotana tym, jak ją potraktowano. Najwyraźniej wpływ przybłędy na Leo był większy, niz się spodziewała i czekała ją długa walka o rozdarte na dwoje serce ukochanego. Ewentualnie mogła zapłacić temu drugiemu, by raz na zawsze zniknął z ich życia. Podążyła za nimi wzrokiem. Ku jej zaskoczeniu, zmierzali w kierunku sali, w której miały odbyć się zajęcia z tego całego siatkogłówka, co dowodziło niezwykłego intelektu Leo. Z jednego powodu lubiła zajęcia nieobowiazkowe. Zwykle niemal nikt się na nie nie zapisywał, dzięki czemu nauczyciele bardzo szybko zapamiętywali tych nielicznych, uczęszczajacych na nie uczniów, budujac im przy okazji dobrą reputację, oraz były wyjątkowo lekkie, łatwe i niezobowiazujące, dzięki czemu można było upiec pieczeń na dwóch ogniskach, zyskując opinię i dużo czasu dla siebie. Ku swemu zdziwieniu, całkiem sporo osób zmierzało w tym kierunku, w tym, o zgrozu, spora grupa pierwszorocznych dzieciaków. Najwyraźniej ktoś wpadł na najbardziej idiotyczny z pomysłów, by, prawdopodobnie po to by sztucznie powiększyć frekwencję, zrobić z tego zajęcia wspólne dla całej szkoły. Cała jej nadzieja pozostawała w tym, że większa część z nich szybko zrezygnuje, nie mogąc nadążyć za starszymi, mądrzejszymi i lepiej predysponowanymi do przyswajania wiedzy kolegami. Westchnęła. Gdyby jej mama wiedziała co tu się dzieje, natychmiast przyjechałaby z interwencją. Któregoś dnia powinna jej o tym donieść.
W tłumie uczniów próbowała wyłowić znajome twarze lecz najwyraźniej mało kto z jej rocznika potrafił dostrzec zalety zajęć nieobowiazkowych. Właściwie nie dziwiło jej to zbytnio. Bardzo szybko zorientowała sie, ze intelektualnie góruje nad cała tą zgrają, a na jej drodze stały tylko przygłupie dzieciaki, które zapisały sie pewnie wyłącznie pod przymusem ze strony rodziców. Z zamyślenia wyrwała ja czyjaś dłoń, nagle i bezszelestnie lądujaca na jej ramieniu. Odwróciła się gwałtownie.
- Cześć. Ty też na siatkówkę?
Z ulgą rozpoznała jedną z koleżanek Wiśniowieckiej. Cała sprawa z Leo tak ją pochłonęła, że niemal zapomniała o ich istnieniu i o roli jaką wyznaczyła im w swoim planie.
- Oczywiście. Mój tata ambasador - jak zwykle słowo ambasador zabrzmiało conajmniej jak car - zawsze powtaża, że edukacja jest kluczem do sukcesu. Ale nei wiedziałam, że ty się tym interesujesz.
- Właściwie to nie. - Czarnowłosa pogardliwie wzruszyła ramionami na samą myśl o siatkówce. - Mama mnie prosiła. Pracuje w kurierze magicznym i chcą materiały z pierwszej ręki. Dla mnie to dobra okazja. Już teraz mam obiecany staż zaraz po zakończeniu szkoły, a na praktykę nigdy za wcześnie. Stażystów jest wielu, ale na stałe przyjmują tylko najlepszych. Tak prawdę mówiąc - ściszyła głos jakby chciała powiedzieć coś wstydliwego - to nawet nei wiem co to jest ta cała siatkówka. Ponoć to coś mugolskiego, możesz w to uwierzyć?
Vicky nie dała po sobie poznać zaskoczenia, jakie wywołała ta, z pewnościa nieprawdziwa informacja. Po co mieliby ich uczyć czegoś mugolskiego? O ile profesor Damp nie był przebranym mugolem. Od początku wydał jej się podejżany. Tę informacje postanowiła jednak, przynajmniej chwilowo, zachować dla siebie.
- Jak się układaja sprawy z twoją współlokatorką, wiesz którą. Ostatnio widuję ją samą...
- No wiesz, postanowiłyśmy z Marceliną trzymać sie od niej z daleka. Ta cała sprawa z nauczycielem i ta kradzież. Rozmawiałam z Krasnoludkami. Potwierdziły wszystko co powiedziałaś. Marcelina mówi, że powinnyśmy dac jej szansę, że każdy poepełnia błędy i nie powinno się nikogo skreślać, ale ja na wszelki wypadek odesłałam wszystkie cenne rzeczy do domu. Brakuje mi ich, ale przynajmniej są bezpieczne. A Marcela? Ma złoty zegarek, pamiątkę po dziadku. Wyobrażasz sobie, że trzyma go na stoliku? Tej złodziejce pewnei oczy się świeca na sam widok. Ale to nie ja będę rozpaczała, kiedy zaginie.
Zajęte rozmową nawet nei zauważyły, kiedy marsz przez najdłuższy i najzimniejszy korytarz w całej ślęży dobiegł końca i stanęły przed odrapanymi drzwiami prowadzącymi do czegoś, co mugole zwykle zwać salą gimnastyczną.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 16 czerwca 2013, 00:07

- Hej, ściszcie się - zaproponował Damp, kryjąc złość pod nieziemsko przyjaznym uśmiechem. - Halo! Albo ja mówię, albo wy!
Grupa wykonała polecenie niemrawo, bo uczniowie mieli ogromną potrzebę wymienienia się wszystkimi informacjami, które akurat przyszły im do głowy. Rust był tym nieco zirytowany. Poczekał jednak te kilkanaście sekund, aż wszyscy zorientowali się, że nie powinni już gadać. Wtedy przesunął wzrokiem po ich twarzach, odkładając na później myślenie o tym, kto i do czego się nada, gotów rozpocząć pierwszą część treningu. Najgorsze w budowaniu zespołu było wprowadzenie podstawowych praw i informacji. Później wszystko samo się układało, wypełniało kolejnymi, spójnymi elementami.
- Witam wszystkich - rzekł Rust. Urwał i zerknął na Rości Jeziornego, który wyszczerzył się głupio, jakby coś mu się przypomniało - na zajęciach z siatkówki. Widzimy się nie pierwszy raz w tym roku, kilkoro z was jest też z rocznika, którym się opiekuję...
- Który niszczysz - wtrącił Dźwiedź.
- ... więc miło mi was widzieć. Ja nazywam się Rust Damp, pochodzę z Minnesoty i mam zamiar czegoś was nauczyć. Nie chodzi o zmęczenie was i jakiś chory, profesjonalny trening - zastrzegł, widząc zaniepokojenie w oczach niektórych uczniów. - Po prostu pogramy w siatkę, będziemy się przy tym dobrze bawić, a jeśli ktoś czuje się mocny, albo bardzo mu się spodoba, pomyślimy o czymś więcej, treningach alby spotkaniach po lekcjach.
- A jak ktoś nic nie umie? - pisnął jakiś bachor. Damp spojrzał na niego, walcząc z chęcią podniesienia głosu. Nie lubił, gdy mu przerywano, nie prosił jeszcze o zadawanie pytań.
- Jak nie umie nic tak wcale - sprecyzowała dziewczynka. Rust zamrugał.
To ma wała.
- To się nauczy. Nikt tu nie będzie na nikogo wrzeszczeć, nie ważne, ile umiecie, jak szybko biegacie, jak wysoko potraficie skakać. Liczy się wasza chęć, praca i starania. Jeśli będę widział, że pracujecie a nie odwalacie pańszczyznę, to możecie być pewni, że nie będzie żadnych przykrych sytuacji ani pretensji. Poza tym, zawsze można zrezygnować, to nie jest kara ani przymus!
- Jak nie, jak tak? - zarechotał Dźwiedź. - Dla ciebie znaczy.
- No dobrze - Damp zmrużył oczy, licząc dzieciaki. Dwadzieścia siedem osób, nieparzyście. - Możecie zwracać się do mnie "trenerze", "proszę pana", albo nawet po imieniu, jak wam pasuje. Jeśli macie pytania, to pytajcie.
Zasypali go gradem niekoniecznie potrzebnych i inteligentnych zdań. Rust starał się odpowiedzieć na wszystkie dość rzeczowo, co bardzo go męczyło. Rości Jeziorny nie udzielał się zbytnio, za to niektóre dziewczyny zdawały się być bardzo negatywnie nastawione do wszystkiego - od nauczyciela począwszy, na siatkówce skończywszy. Nawet sala (całkiem nieźle, jak na Europę, wyposażona) im nie pasowała. Gdy Damp wreszcie mógł rozpocząć zajęcia, zarządził półgodzinną rozgrzewkę. Niezadowolone miny rozbawiły go, ale nie na tyle, by powiedział zgodnie z prawdą, że porządne przygotowanie do zajęć mogłoby trwać o wiele dłużej.
Dzieciaki prezentowały najróżniejsze poziomy - zdarzały się takie, które po przebiegnięciu dziesięciu kółek, zrobieniu skipów A,B,C i ćwiczeniach sprawnościowych nie były nawet zdyszane. Oczywiście były też i takie, które przewracały się co trzy kroki. Damp potarł nasadę nosa, gdy wreszcie zakończył rozgrzewkę. Zdawało się, że czeka go długi rok szkolny.
- Kilka słów o samym sporcie, skoro już się rozgrzaliście - rzekł do uczniów. - Siatkówka jest sportem zespołowym. Nie będę tolerował niczego, co nie jest z nią związane. Macie jakiś problem, jesteście na kogoś źli, obrażeni, chcecie mu dopiec - nie obchodzi mnie to. Nie będzie tego na moich zajęciach. Możecie być pewni, że nie dopuszczę do żadnych takich sytuacji. Na tej sali jesteśmy drużyną, wspieramy się wzajemnie i myślimy o sobie jak o rodzinie. Nie ma lepszych i gorszych. Przychodzicie tutaj grać i tylko grać, wszystko inne odkładamy na bok. - Niektóre dzieciaki wyglądały na zaskoczone, ale większość przyjęła słowa Dampa normalnie, uśmiechając się albo kiwając głowami. Wiedział, że są jeszcze onieśmieleni i przez pierwsze kilka tygodni nie będą do końca swobodni.
- Ale rozmawiać możemy? - upewnił się jeden z chłopców.
- O sprawach dotyczących zajęć, oczywiście. Od momentu, kiedy przekraczacie próg sali, myślicie tylko o siatkówce - Rust uniósł palec - wyłącznie. Teraz chciałbym zobaczyć, co umiecie. Niech każdy weźmie po moltenie.
- Po czym? - spytała jedna z piętnastolatek. Damp ugryzł się w język.
- Po piłce - sprostował z uśmiechem.
"Zabij mnie, stary" - poprosił Dźwiedzia.
- Przemyślę to!
- Proszę pana - powiedział ktoś głośno. - Z moją piłka jest coś nie tak!
Rust obrócił się, wycierając dłonie w czarne spodenki z kipsty.
- Za miękka? - zgadł.
- Nie - odparła dziewczyna, na oko szesnastolatka. - Nie lata.
- Moja też!
Damo złamał swoje pierwsze postanowienie dotyczące nauczania na Ślęży, klnąc tak paskudnie w swoim języku, że nawet Dźwiedź zagwizdał z podziwem. Dobrze, że nie wszyscy w tej szkole znali angielski. Było gorzej, niż siatkarz przypuszczał.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 01 lipca 2013, 12:30

Żyłka po wejściu do sali wyciągnął z kieszeni listę. Popatrzył po zgromadzonych, leniwie obracając wykałaczką w ustach. Mrużył przy tym śmiesznie oczy tak, że niektórzy roześmiali się, przechodząc koło niego.
- Jest, jest… Ummm… jest, tam, tak, jest, oczywiście, stoi, siedzi, jest – mówił pod nosem, głęboko pochylony nad kartką. Niewiele czasu minęło, gdy zgiął ją na pół i wsadził do kieszeni. Kilka sekund później, zostawiając przy wejściu Fascynata, był już niedaleko jakichś uczniów i wyjmował z plecaka zapakowane w szary papier tajemnicze przesyłki. Podchodził tak jakby do przypadkowych ludzi, którzy nie mieli ze sobą zbyt dużo wspólnego. Jeden był rudy, drugi umięśniony jak Zbyszek Bartman po sterydach, inni zezowaci i bezzębni. Fascynat nie mógł odgadnąć czym się kieruje jego kuzyn w wyborze adresatów przesyłek. Choroby weneryczne? Nerdy? Matka w ZUSie? Czym się do cholery kierował?!
- Ej, stary, żyjesz? Już jestem. – Teraz stał koło niego, Fascynat nawet nie zorientował się kiedy obok niego pojawił się Żyłka. Chował właśnie do plecaka jedną z tajemniczych przesyłek. Fascynat miał się już bezszelestnie zapytać co z nimi, ale do sali wszedł Rust.

Cały „trening” Fascynat wyróżniał się na tle innych – nie dość, że najwyższy to i najlepszy, chociaż czas po jakim ogarniał, gdy ktoś o coś go poprosił, był naprawdę długim czasem. Mniej więcej tak długo czekali, jak na decyzję z zamknięciem dachu na Wimbledonie. Jeśli ktoś z Was dalej nie wie ile to trwało to Wam powiem – trzy minuty i pięćdziesiąt sześć sekund. Słabo, nie?
Po treningu Żyłka stał jeszcze i rozmawiał o czymś z Dampem. W tym czasie Fascynat stwierdził, że zobaczy czym są te brązowe przesyłki. Podbiegł do plecaka i wyjął z niego tajemniczą rzecz. Powąchał. Pachniało papierem. I pieprzem. I… szynką?
- Ekhem…
Najprawdopodobniej to „ekhem” nie zwiastowało nic dobrego. Ciemny, długi cień padający na Fascynata także.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 02 lipca 2013, 16:49

Kolejne godziny lekcyjne upłynęły bez większych zakłóceń. Jeśli nie liczyć tego, że na historii magii jakiś chudy, żylasty staruszek, którego skóra przypominała barwą i fakturą korę topoli, usiłujący opowiedzieć im o pierwszym sabacie czarownic na ziemiach polskich, raz po raz zapadał w krótką drzemkę tracąc wątek. Oczywiście, gdy tylko klasa zorientowała się, z kim ma do czynienia w pomieszczeniu lekcyjnym zapanował okropny gwar. Uczniowie, licząc (z resztą słusznie) na głuchotę nauczyciela najbezczelniej w świecie zaczęli omawiać po między sobą plany na wieczór, artykuły z ostatniego numeru "Blagi" oraz szkolne plotki.
Od czasu do czasu Mścigniewa czuła na sobie czyjeś potępiające, bądź zaciekawione spojrzenie. Nie przejmowała się tym. W dużych skupiskach ludzkich plotki są czymś zupełnie normalnym, tym razem po prostu padło na nią. Dlatego też siedziała spokojnie w ostatniej ławce i korzystając z okazji czytała w skupieniu opasły tom zatytułowany: "Czarne klątwy i uroki - kompendium użytkownika, cześć IV". Nowiuteńki, zakupiony cudem jeszcze podczas wakacji, za pośrednictwem czarownych literek kropka com - pierwszej czarodziejskiej księgarni internetowej - podręcznik, z którego mogłaby w tym roku korzystać legalnie, gdyby tylko została w starej szkole. W zaistniałych okolicznościach musiała jednak uważać. Nie mogła przecież pozwolić sobie na to, aby przyłapał ją ojciec lub któryś z jego krasnoludków, bo wówczas rozpętałoby się istne piekło. Dlatego, nieodwinięta z szarego papieru przesyłka spokojnie przeleżała przez całe lato w szufladzie z majtkami, pończochami i stanikami Wiśni. Na szczęście nikt w domu nie był na tyle bezczelny, aby tam zajrzeć.
Na, znienawidzonej przez Mścigniewę, transmutacji młoda czarownica o pociągłej, alabastrowej twarzy, naznaczonej jasnymi piegami, pięknie harmonizującymi z dużymi szmaragdowymi oczami i z złoto-rudymi lokami opadającymi na plecy i ramiona, rozdała im pucharki deserowe i kazała "coś z nimi zrobić".
"Coś, coś..." Mruczała zirytowana Wiśnia, podejmując kolejne próby rzucenia skutecznego czaru. Dopiero za piątym razem udało się jej przemienić naczynie w kulawą polną myszkę z o wiele za krótkim ogonem, która w dodatku piszczała przeraźliwie. Klnąc w duchu Mścigniewa mierzyła w upośledzonego gryzonia kolejnymi zaklęciami, ale zdołała tylko powiększyć mu zęby do rozmiarów siekaczy bobra. Jedyne, dość marne z resztą pocieszenie, stanowił fakt, że niektórzy radzą sobie z zadaniem gorzej od niej.
- No, no... Co my tutaj mamy? - Usłyszała za sobą podobny do wietrznego dzwonka głos nauczycielki. Podniosła głowę.
- Mysz bobrzą - burknęła bez zastanowienia. - Właśnie stworzyłam nowy gatunek.
- Czy o to ci chodziło? - Nauczycielka uśmiechnęła się. - Może chciałaś zmienić puchar w chomika? Powinnaś... - Uniosła różdżkę.
- Nie. Nie chciałam zmienić pucharu w chomika - odpowiedziała Wiśnia chłodnym zdawkowym tonem. Nauczycielka uniosła brwi.
- Znaczyyy - dziewczyna zreflektowała się - chciałam wyczarować trochę ładniejszą mysz, ale nie wyszło. - Uśmiechnęła się krzywo.
- Powinnaś poćwiczyć - zawyrokowała czarownica i podeszła do następnego ucznia.
"Taa... Poćwiczyć..." Transmutacja nigdy nie należała do jej ulubionych przedmiotów, już w pierwszej klasie musiała robić dodatkowe projekty teoretyczne, aby zdać. Praktyka zawsze u niej leżała i najwidoczniej tak miało już pozostać. Tym bardziej, że Mścigniewa zawsze uważała, że jest to najnudniejsza rzecz, jaką wymyślono. Te wszystkie zmiany struktury materii, energii i masy... Nie, nie lubiła transmutacji i nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić. Chociaż może mogłaby poćwiczyć na Jagódku? Dzwonek, który zawdzięczał chwilę później, sprawił, że natychmiast zapomniała o podobnych pomysłach.

* - Ej, no chwila! Ty chyba nie zamierz tu spać! - Krzyknęła rozparta na łóżku Wiśnia, tuż po rozpoczęciu ciszy nocnej, mimochodem przyglądając się jak krasnoludek ciągnie przez pokój coś bardzo podobnego do psiego posłania. Wszystko wskazywało na to, że zamierzał postawić to tuż obok jej łóżka. Na to nie mogła się zgodzić. Przecież nie mieszkała tu sama. Jednakże ani Marcelina, zajęta teraz czytaniem "Blagi", ani Tatiana wciąż odrabiająca pracę domową z eliksirów, nie wykazały najmniejszego zainteresowania ową scenką. Zupełnie jakby było im obojętne czy niańka Mścigniewy zamieszka z nimi czy nie.
- A dlaczego? - Jagódek gwałtownie potrząsnął głową, przechylając ją to w prawo, to w lewo, jak ptak. - Miałem mieć na panienkę oko.
- Umiesz spać z otwartymi oczami? - Rzuciła ironiczne Wiśnia. - Do klas, na szczęście, też ze mną nie wchodziłeś...
- Bo tam są nauczyciele, z nimi mogłem panienkę zostawić!
- Zapewniam cię, że nie jestem lunatyczką, a kolacja była na tyle obfita, że nie muszę zakradać się do kuchni, żeby zwinąć bułkę!
- Teraz panienka tak mówi, a jak panienka w nocy zgłodnieje?
- Od jedzenia w nocy się tyje, bałwanie!
- Panienka to jednak nerwowa jest. Może zaparzyć meliski? Dobrze to panience zrobi... - Uchylił się przed lecącą w jego stronę poduszką. - Zawsze wiedziałam, że panienka mnie lubi - uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Cicho! - Ofuknęła go. - Masz iść i poszukać sobie jakieś inne lokum, chyba nie wyobrażasz sobie, że będziemy się przy tobie przebierać!
- A niby, czemu nie? - Krasnoludek zaczął skubać brodę w zamyśleniu - nie takie rzeczy już widziałem. - Znowu się uśmiechnął.
- Zboczeniec!
- Też panienkę kocham. - Uniknął kolejnej poduszki zgrabnie odskakując w bok na jednej nodze.
- Aaaaaaa! - Nagły krzyk sprawił, że Wiśnia zamarła z następną, przygotowaną do ciosu, poduszką w ręku. Jagodek gwałtownie rozejrzał się po pokoju i cicho zagwizdał, a Tatiana podskoczyła z wrażenia, robiąc wielkiego kleksa na samym środku zadania domowego. Zamiast jednak się tym przejąć skierowała zdumiony wzrok ku źródle dźwięku.
- Zabijcie to, zabijcie! - Marcelina kuliła się u wezgłowia swojego łóżka, zasłania twarz gazetą i wrzeszczała wniebogłosy, podczas gdy po ścianie spacerowała niewielka czarna kropka, która sądząc po histerycznej reakcji prawdopodobnie była malutkim pajączkiem. Cisza, jaka potem nastąpiła pełna była zażenowania.
- No co jest? Zabijcie to, nienawidzę pająków, zabijcie, błagam! - Głos Marceliny nabrzmiewał, stawał się płaczliwy, po policzkach zaczynały płynąć łzy. Ręce, wciąż ściskające magazyn trzęsły się lekko. Naprawdę się bała.
Mścigniewa uśmiechnęła się pod nosem.
- No dobrze, dobrze - mruknęła sięgając po, leżącą na nocnym stoliku, różdżkę.
- Avada kedavra! - Wątły snob zielonych iskier pomknął w stronę pajączka. Czarna kropka odkleiła się od ściany i opadła na kwiatową pościel Marceliny, ale ta już się nim nie interesowała, chociaż dalej kuliła się u wezgłowia łóżka. Tatiana otworzyła szerzej usta, zupełnie zapominając o pracy domowej oraz trzymanym w ręku piórze, z którego końcówki ściekał atrament. W pokoju ponownie zalęgła cisza, zaś nagromadzone wokół napięcie sprawiło, że powietrze zabuczało.
- Eeee bardzo zabawne - odezwała się Tatiana, gdy już wróciła jej mowa - Co to niby miało być?
Mścigniewa wzruszyła ramionami.
- Chciała, żeby to zabić, więc zabiłam. Humanitarnie. Nic nie poczuł.
- A gdybyś trafiła we mnie?! - Marcelina spuściła stopy na podłogę i usiadła wyprostowana.
- Nie trafiłabym, nie mam aż takiego zeza. - Uśmiechnęła się kpiąco.
Blondynka wstała, podeszła do drzwi.
- Gdzie leziesz? Jest cisza nocna, zapomniałaś? - Wiśnia wciąż się uśmiechała.
- Do wychowawcy, to chyba jasne. Nie chce mieszkać w jednym pokoju z psychopatką!
- Histeryczka - mruknęła Mścigniewa, gdy współlokatorka zamknęła za sobą drzwi - Ty nie idziesz z nią? - Zagadnęła do Tatiany znów piszącej coś na kawałku pergaminu.
- Nie, mnie tu tam całkiem dobrze. A ten twój służący będzie z nami mieszkał?
Mścigniewa spojrzała na zapomnianego krasnala.
- Wykluczone. Jagodek zabieraj się stąd!
Krasnoludek wydął policzki.
- No dobrze, dobrze pójdę spać na korytarz, skoro panienka sobie tego życzy. Tak tylko sobie pomyślałam, że panienkę zainteresuje to, że w sobotę mam złożyć pierwszy raport, już teraz mogę panience powiedzieć, że będzie ciekawy.
- Zjeżdżaj! - warknęła, ponownie ciskając w niego poduszką.
- No już, już... I po co te nerwy? - Krasnoludek zniknął za drzwiami.[/align]
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 07 lipca 2013, 22:26

Siedziała w gabinecie dyrektora. W sumie troszkę się nudziła, ale musiała przyjechać wspólnie z matką, która bała się o jedyne dziecko i teraz miała do starszego jegomościa setki, jak nie tysiące pytań o wszystko związane ze szkoła, począwszy od rozkładu zajęć, poprzez zakwaterowanie i wyżywienie uczniów, na relacjach międzyklasowych kończąc. Temat grona pedagogicznego również się przewinął. Yi Nok zapamiętała imiona, nazwiska wszystkich uczących dzieci profesorów, tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś musiała się do jakiegoś zwrócić, albo poprosić o przysługę odnośnie córki.
- Mamo - szepnęła Bia, lekko ciągnąc matkę za rękaw żakietu. - Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. W razie czego napiszę do was. Nie musisz mnie tak bardzo kontrolować. - i zanim druga zdążyła zaprotestować, czy cokolwiek wtrącić dodała - Mam już szesnaście lat, za niedługo będę pełnoletnia.
- Ale Bia... - zawiesiła głos, jakby miała zaraz zacząć płakać. W prawdzie pogodziła się już z tym, że córki nie będzie w domu, ale nadal chciała wiedzieć wszystko co będzie robić, kontrolować ją. Ot, taka lekka nadopiekuńczość. - Obiecaj, że będziesz pisać co dzień. - Odwróciła się z powrotem do dyrektora. - W takim razie ja już pójdę. Opowiedział mi pan o wszystkim. Mam nadzieje, że Bia nie będzie sprawiała problemów. Jeśli coś się wydarzy to proszę natychmiast do mnie napisać.
- Tak dobrze, będę miała na nią oko. - odpowiedział zmieszany dyrektor. Jeszcze w życiu nie trafił na tak kochającą matkę. Zastanawiał się przez moment, czy nie zapyta go na przykład czy istnieje zakaz odwiedzin w dormitoriach. - Bia będzie mieszkała z trzema innymi dziewczynami. Myślę, że się dogadają.
Cała trójka wstała. Yi Nok uściskała córkę, powiedziała kilka słów po koreańsku do niej i wyszła. Nie chciała płakać i pokazywać się komukolwiek w takim stanie. Zaraz u stóp Ślęży teleportowała się do domu.
Bia poszła do swojego nowego pokoju, taszczyć za sobą kufer, na który, dzięki bogom, wcześniej rzuciła odpowiednie zaklęcie i mimo ogromnej zawartości nie ważył za wiele. Przez moment zastanawiała się czy zapukać. Nie wiedziała kto jest w środku, czy może wejść. Poza tym raczej wypadało jej zapukać. Problem rozwiązał się sam kiedy z pokoju, jak z procy, wybiegł krasnoludek.
Przytrzymała ręką drzwi i powoli weszła do środka. Jedna z dziewczyn siedziała na pracą domową i starała się za pomocą zaklęcia pozbyć się ogromnego kleksa na pół strony, który szpecił jej pracę. Druga siedziała na łóżku i czytała jakąś książkę. Widać była, że jest lekko zdenerwowana i nawet nie może się skupić na tekście. Bia stanęła w drzwiach, nie wiedząc za bardzo co należy zrobić. Wszak nigdy nie chodziła do szkoły, a kontakt z rówieśnikami ograniczał się do kuzynów, którzy odwiedzali ją od czasu do czasu.
- A ty to kto i czego chcesz? - Z zamyślenia wyrwał Bie głos.
- Shin Bia - przedstawiła się lekko drżącym głosem, ale starała się nie pokazywać, że jest zdenerwowana i można by powiedzieć, że też wystraszona. - Od dzisiaj mam tutaj mieszkać i uczęszczać na zajęcia. - Dziewczyny zlustrowały ją. Widziała ja wodzą po niej wzrokiem. Zdawała sobie sprawę, że wygląda dość dziwnie. Zamiast ubrać się jak każda nastolatka, miała na sobie tradycyjny strój, zaś włosy upięte wysoko i przyozdobione kilkoma szpilkami i grzebykiem.
- Ja jestem Mścigniewa Wiśniowiecka, dla przyjaciół Wiśnia, a to - wskazała ręką na drugą dziewczynę - Tatiana. - Bia przeszła do niezajętego łóżka i usiadła na nim. - Mieszka z nami, a raczej chyba mieszkała, jeszcze jedna dziewczyna - Marcelina. - wyjaśniła Wiśnia.
- Miło mi was poznać i mam nadzieje, że zakolegujemy się. - powiedziała z uśmiechem Bia.
- Czas pokaże. - odpowiedziała krótko Mścigniewa, powracając do przerwanej lektury. Widać było, że nie chce kontynuować rozmowy, zaś Bia nie chciała naciskać. Odetchnęła głośno, po czym zaczęła wypakowywać swoje rzeczy i układać je.
- Tak. I oto jestem. - powiedziała cicho do siebie, rozpuszczając włosy i siadając na łóżku z podręcznikiem od eliksirów na kolanach.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 22 lipca 2013, 17:15

To był wielki i ważny dzien dla Walentyny. Po wielu staraniach, udało jej się w końcu dopiąć swego i na jej kolanach leżał egzemplarz pierwszego numeru szkolnej gazetki. Owszem, nie był idealny, wiele rubryk wymagało poprawy, jednak to co uzyskała wystarczyło, by szerzej zaistnieć w świadomości setek rpzeciętnych, nieciekawych dzieciaków. Już sama okładka wręcz nawoływała do zakupu. Zdobiło ją wielkie zdięcie ciężarnej Vicky Lemaire. Przerzuciła kolejne strony. Trochę szkolnych plot, pierwszy, oficjalny ranking popularności uczniów, na którego szarym końcu znalazła się ta durna Wiśniowiecka, kilka artykułów o modzie. Wszystko znalazło sie na swoim miejscu, dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała. Żałowała wprawdzi ostatniej strony, ale zgodziła się oddać ją Tatianie w zamian za pomoc w dystrybucji, jakby nie było oczywiste, że wszyscy i tak rzucą się i wykupią wszystkie egzemlarze. Od neichcenia rzuciła okiem na wysmarowany rpzez nią artykuł. Drobny druczek zajmował całą stronę. To naiwne dziewcze najwyraźniej święcie wierzyło, że komukolwiek będzie chciało sie to czytać. W oczy rzucał sie przede wszystkim nagłówek głoszący Profesor Damp - zboczeniec, oszust i mugol. Bardziej z litości niż z ciekawości przeleciała wzrokiem przez tekst.

(...)Osoba pana Dampa od początku wzbudzała kontrowersje. Wziął sie w szkole z nikąd. Nikt o nim wcześniej nie słyszał, nigdy nie zasłynął jako autorytet w żadnej z magicznych dziedzin, wzbudzajac słuszne podejżenia. Bo czy prawdziwy czarodziej zaproponowałby uczniom sport, w którym piłki nie latają, dzieciaki się pocą, a całość odbywa się w ciasne, zamknietej sali? Nie należy też zapominać o stłamszonej w zarodku aferze, jakoby miał on przygody seksualne z jedną, niewymienioną z nazwiska uczennicą.(...) Mam nadzieję, że dyrekcja panuje nad sytuacją i nie dopuści, by reputacja szkoły została splamiona przez tego, niewiadomego pochodzenia osobnika. Nasze dziennikarskie śledztwo trwa i ja, ze swojej strony obiecuję informować wszystkich na bieżąco, gdyż prawda nie może zostać ukryta.
Pisała dla was Gabby Gum.


Koniecznie musiała o tym porozmawiać z Tatianą. Takie przynudzaniemogło źle wpłynąć na odbiór gazetki. Na szczęście miała argumenty. W razie, gdyby nue zgodziła sie popracować nad tematyką swoich artykułów, w następnym numerze mogła umieścić ja o wiele niżej na liście popularności. Druga pozycja to było dla niej zdecydowanie za dużo.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 25 sierpnia 2013, 02:09

Eeeee, nie wiem, czemu takie długie, chciałam napisać więcej o postaci Alrune ale przeniosę to na następny raz, kurna, jakoś na bani to pisałam :bag:
Kandaro, Tobie zostawiam dokończenie naszej rozmowy, bo wiem, że to nieprzyjemne, kierować czyjąś postacią w ważnych scenach

Lecimy dalej!
***

Rust długo jeszcze miał przed oczami tę pierwszą, traumatyczną lekcję siatkówki. Dzieciaki w większości dosłownie go wkurwiały. Czuł tylko wzrastającą złość, kiełkującą już od momentu, w którym dowiedział się, że będzie musiał uczyć w tej dziwnej szkole, Ślęży. Cholerne dzieciaki. Nienawidził przecież młodzieży, nie ważne, rezolutnej czy głupiej, urodziwej czy pokracznej. Po prostu nie potrafił zaakceptować tego, że nie byli dorosłymi.
- Czemu? - spytał Dźwiedź, gdy Damp zakończył trening, pożegnał uczniów i zamknął salę gimnastyczną. - Co ci to zmienia? Dziecko czy dorosły, jaka różnica?
- Nie mogę ich traktować tak, jak należy - warknął Rust w myślach, ze złością rzucając pękiem kluczy. Zanim dzwoniące metalicznie przedmioty i brelok spadły na ziemię, sięgnął po różdżkę, którą miał zatkniętą za ściągacz na lewym ramieniu, i wymruczał zrezygnowane, smętne: - "Accio".
- A jak należy? - drążył Dźwiedź.
- Jak dorosłych. Należy karać ich jak dorosłych. Powinni czuć, że nie wszystko im wolno i że istnieją jakieś granice. Ale młodzież jest bezkarna, oni wiedzą, że mogą dużo, zanim ktoś wyciągnie wnioski czy konsekwencje. Jakby taki dzieciak był w moim wieku, to załatwiłbym to normalnie. Ale nie mogę, bo gówniarz ma naście lat i sięga mi do łokcia. Rozumiesz? Czy nie rozumiesz, że mnie wkurwia ta bezsilność? Ja im nic tak naprawdę nie mogę zrobić, a rodzice dosłownie mnie zeżrą, jak któregoś tknę albo powiem coś, co go - w tym momencie Rust uniósł dłonie i wykonał prześmiewczy gest - zrani. Tak bardzo zranione uczucia smarkacza.
- Damp - rzekł Dźwiedź kilka godzin później, gdy siatkarz już wlókł się do swojego pokoju - co za chory na umyśle człowiek powiedział tobie, że masz zostać nauczycielem? I jak duże miał ubytki w mózgu?
Rust zwyzywał patrona Ślęży potokiem przekleństw, które nagle przyszły mu do głowy, a zorientował się, że zrobił to na głos, dopiero wtedy, gdy jakiś chłopczyk zatrzymał się obok i wytrzeszczył oczy. Damp strzelił bitchface'a i wycofał się, mrucząc coś pod nosem.

Od kiedy skończyły się zajęcia, Damp zdążył wziąć prysznic, przejść się do pokoju nauczycielskiego, pogawędzić z paroma psorami i dowiedzieć się, jak ominąć pułapki w ścianach na trzecim piętrze. Poza tym szukał także Rudej, która podobno kończyła swoje zajęcia o tej samej godzinie co on, ale nie udało mu się na nią natknąć. Czyżby była na dworze? - rozmyślał, starając się wykręcić coś, co by usprawiedliwiło złożenie jej wizyty. Była jedyną kobietą, która zasługiwała w Ślęży na uwagę, teraz, gdy wybrał ją na swoją ofiarę. Zazwyczaj, gdy któraś mu się podobała, nie mógł skupić się na żadnej innej aż do momentu, w którym miałby ją na własność. Nie chodziło nawet o tak przyziemne sprawy jak bycie w związku czy seks - Rust po prostu czuł palącą potrzebę bycia tym, który dyktuje warunki i trzyma płeć piękną w garści. Nie musiał być z Rudą, ale musiał owinąć ją sobie w okół palca. Wiedzieć, że zdołał ją omamić i mieć poczucie przewagi nad nią. Dopiero potem, gdyby już była tak naprawdę na wyciągnięcie ręki, Rust przystąpiłby do działania. Zacząłby mieć problemy ze snem, zasychałoby mu w ustach, cały czas poświęcałby na przewidywanie jej możliwych decyzji i posunięć. Zyskując pełną kontrolę nabawiłby się też tego nieznośnego uczucia, jakby tępego bólu z tyłu głowy i w lędźwiach. Gdyby nie uległa, pewnie zacząłby czuć jej zapach wszędzie, gdzie mogłaby się pojawić, nawet, jeśli byłby to jedynie żart podświadomości. I możliwe, że...
- To są chore myśli, Damp - orzekł Dźwiedź, przerywając ciągnący się jak toffi strumień mrocznych knowań Rusta.
- Wiem. Nie będę jej szukał.
- Akurat.
- Nie, naprawdę, nie będę jej szukał. Jeśli się spotkamy, to nie dlatego, że to zaplanuję. - Damp przystanął na szczycie schodów, rozważając kolejny spacer po południowej części Ślęży. I tak nie mógł spać.
- Obyś miał rację. Wiesz, że sporo się o tobie mówi - zaczął Dźwiedź ostrożnie, jakby badał teren pod nogami w obawie przed natknięciem się na coś bardzo nieprzyjemnego.
- Że niby coś kręcę z młodymi - warknął Damp bez namysłu. - Taak. Wiem. I nie myśl, że mnie to rusza! Tłumaczyłem już wszystko dyrektorowi!
- Z tego mogą wyniknąć problemy... Wiesz, jakie są dzieci.
- I ich rodzice! Nienawidzę tego! Rozumiesz teraz, czemu mnie wkurzają? Ale nieważne, jestem tu i uczę. - Damp założył ręce na piersiach i wciągnął powietrze przez nos, próbując się uspokoić. - Wszystko dla siatkówki. Ilu będzie chodzić, tylu nauczę chociaż podstaw, nic innego się nie liczy. Jakbym spróbował się przejść do jakiejś smarkuli, która kopie pode mną dołki... - Rozejrzał się, mrużąc swoje pozbawione życia oczy.
- To tylko byś pogorszył sprawę - dokończył Dźwiedź, gasząc jaskrawy płomień wściekłości, który już zdążył wzniecić w Dampie kontrolowaną gotowość na zrobienie piekła z życia jakiejś dziewczynki. Niesamowicie pociągająca wizja zastraszenia tego parszywego węża, który bezkarnie wił się pod jego stopami, na kilka sekund go omamiła. Przecież mógłby to zrobić. Mógłby...
- Nie. Nie dam się sprowokować żadnemu bachorowi! Nawet, jeśli nadarzy się okazja - pomyślał.
Rust przywołał swoją codzienną maskę uprzejmości, lekko uniósł kąciki ust, wykrzywiając je w wyrazie ukradkowego zadowolenia i nadał swojemu spojrzeniu nieco więcej radości. Wypadało wyglądać ludzko nawet teraz, w nocy. Choć odgrywanie emocji i ról szło Dampowi świetnie, niezmiennie od tylu lat, zaczynał tracić refleks. Nie potrafił już ubrać odpowiedniej maski bez zastanowienia, po prostu, gdy była potrzebna. Czasem o kilka setnych sekundy za długo rozważał, jak powinien zareagować, co okazać, jakie wzbudzić uczucia. Bawienie się w kameleona i manipulowanie ludźmi wyczerpywało go mentalnie. Niektórzy nawet potrafili zorientować się, że rzadko kiedy bywa szczery, a każdy z mięśni twarzy ma po prostu wyćwiczony w pozorowaniu tego, co uwiarygodnia wypowiedzi i zachowania. Ale cóż mógł na to poradzić?
- Na następnej lekcji pokażę im coś ciekawego, żeby ich trochę zachęcić - oznajmił Dźwiedziowi, siląc się na ciepłe myśli o uczniach, których miał dość. - Nie chciałbym, żeby uciekli od razu, zdziwieni tym, że muszą się ruszyć. Nie jestem czystej krwi, ale dobrze mi z tym, bo widzę, że ci "prawdziwi" czarodzieje nie pojmują w ogóle sensu słowa "sport" - opowiadał w myślach, dzieląc się żalem z (tak bardzo przecież nielubianym!) Dźwiedziem. I wtedy usłyszał kroki. Obejrzał się wolno, był niecałe pięć metrów od drzwi swojego gabinetu. Może powinien tam wejść? Kocur pewnie już zdemolował wszystko i teraz czaił się za drzwiami. A może wylazł i czekał za rogiem?! Dampowi wydało się nagle, że widzi w ciemności skrawek ogona.
- Proszę pana! - Dziewczęcy głos uniemożliwił mu podjęcie decyzji i skazał na rozmowę. Dźwiedź natomiast jakby się wycofał, ucichł. Pewnie chciał, by Damp poświęcił uczennicy więcej uwagi niż to cholerne minimum, które już dla niej zarezerwował. Uśmiechnął się ciepło, lecz niezbyt szeroko, pedantycznie ostrożny przez całe to zamieszanie związane ze swoją osobą.
- Słucham - odparł, starając się nie brzmieć oschle. Może to właśnie ona była tą podstępną, bezczelną...
- Chodzi o to, że - zaczęła nerwowo - chciałam powiedzieć wychowawcy i... i pan musi coś zrobić, bo właśnie u nas w pokoju jest taka jakby - plątała się, poruszając niespokojnie palcami - sprawa, że zobaczyłam pająka i...
- A ty się nazywasz - urwał znacząco i pochylił się, lekko unosząc brwi.
- Marcelina Konieczko, jestem z rocznika, którego pan jest wych...
- Wiem, kojarzę. Czytałem spis uczniów i pamiętam większość tych szesnastoletnich - skłamał gładko, tak, by nie drgnął mu żaden z mięśni twarzy. Tak naprawdę zapomniał połowę, choć starał się bardziej, niż miał to w zamiarze. - Jeszcze raz, od początku, co się stało?
Zagryzła wargę, jakby nagle zwątpiła w to, co miała powiedzieć. Czyżby się wahała? Rust drgnął, wyprostował się i zaczął masować potężne przedramię, zdradzając tym samym zniecierpliwienie.
- Chodź, przejdźmy się - mruknął bezbarwnie. - Możesz iść kilka metrów za mną, bo podobno jestem taki niebezpieczny. - Zaczął schodzić po schodach, dając jej czas do namysłu, choć zdążył już rozpracować jej tok myślenia i przewidzieć to, że zaraz zacznie gadać jak najęta.
- Nie wierzę w to wszystko, w te plotki - powiedziała takim tonem, że ciężko mu było ocenić, na ile była szczera. Zbiegła ze schodów i zrównała krok z jego własnym. - W naszym pokoju są jeszcze dwie dziewczyny, między innymi Mścigniewa...
- Wiśnia? - zgadł Rust z rozbawieniem.
- Zgadza się - brzmiała na zdziwioną. Przeczesała popielate włosy palcami i wróciła do tematu, teraz już bardziej zdecydowana - i właśnie o niej chciałam panu powiedzieć. Ja... Widziałam jak zabija pająka. Zaklęciem niewybaczalnym. Avada k... - urwała, jakby samo wspomnienie ją przeraziło.
Rust nie dał po sobie poznać, jak bardzo wstrząsnęła nim ta informacja. Zamrugał i szedł dalej, milcząc.
- A ja byłam tak blisko, nie wiem, może metr od tego pająka. i...
- Jak do tego doszło? - spytał bardzo spokojnie.
- Bo przestraszyłam się i p-powiedziałam, żeby ktoś go zabił i...
- Rozumiem. Zaprowadzisz mnie tam? - spytał wesoło, lustrując ją katem oka. Dygotała, ręce miała zaciśnięte w pięści. - No, nie denerwuj się, dziewczyno! - wyszczerzył zęby, na chwilę zapominając o tym, by zachowywać się z rezerwą - przecież już mi powiedziałaś, tak? Zaraz to załatwię. I masz się nie obwiniać o to, że do mnie poszłaś, bo od tego jestem. Dobra?
- Dobra - szepnęła. Damp pomyślał, że gdyby chciał, mógłby obrócić tę sytuację na swoją korzyść i przekonać do siebie Marcelinę, dając jej oparcie, którego akurat potrzebowała. Wycofał się jednak ze swoich przyjacielsko-troskliwych zamiarów, przywołując w pamięci irytujące zarzuty i rozmowę z dyrektorem.
- Jeśli kłamiesz i nie użyła tego zaklęcia, to lepiej powiedz mi teraz. Zanim tam wejdę i zacznę działać. Wiesz, jak poważny to zarzut? - upewnił się.
- Nie, ja bym... To znaczy ona naprawdę - Marcelina prawie zachłysnęła się powietrzem - wtedy...
- Rozumiem.
Dotarli do odpowiedniego pokoju i Damp zapukał do drzwi, zginając długie palce ze stalowym wręcz napięciem. Otworzyła mu zielonooka Azjatka, którą zmierzył morderczym spojrzeniem, jakby z góry zakładał, że od razu natknie się na Wiśniowiecką. Przesunął wzrokiem po łóżkach i, ignorując pełną strachu ciszę, ruszył w stronę najbledszej z dziewczyn, o oczach tak dogłębnie złośliwych, że zdawały się bić chłodem na odległość. Złapał Wiśniowiecką za przedramię, bez trudu obejmując je w całości, i bezceremonialnie pociągnął, tak, że mimowolnie wstała z łóżka, upuszczając książkę.
- Ubierz coś - polecił. - Wychodzimy.
Spojrzała na niego krzywo, ale szybko odwróciła wzrok i stała tak, niezdecydowana. Wyćwiczony zmysł Rusta podpowiedział mu, że dziewczyna rozważa postawienie się i odpyskowanie.
- Ubierz coś na stopy, dziewczynko, bo ci w nie będzie zimno - wyjaśnił półgłosem.
Pozostałe uczennice nie odzywały się i uparcie patrzyły w podłogę, a Damp czuł, że najchętniej zniknęłyby z pola jego widzenia.
- A jak tego nie zrobię? Pan chyba nie powinien wchodzić do sypialni dziewcząt, bo - zaczęła Wiśniowiecka, a sam dźwięk jej wyniosłego głosu wyprowadził Rusta z równowagi, popychając go w stronę porywczości i irytacji, z którą usiłował walczyć. Bardzo nie chciał wyprowadzać Wiśni przy użyciu siły, ale puściły mu nerwy i sięgnął w jej stronę. Uchyliła się i nabrała powietrza, jakby chciała wrzasnąć. Damp zareagował szybciej, niż pomyślał - różdżka pojawiła się w jego dłoni już w chwili, gdy wypowiadał niewerbalne zaklęcie, które miało na celu odebranie gówniarze głosu. Na szczęście zdążył, zanim krzyknęła. Upewnił się, że jej różdżka leży na pościeli i przez parę sekund rozważał wiele możliwości. W końcu dość brutalnie złapał Wiśniowiecką w pół i podniósł, po czym wyszedł, a trzy pary oczu powędrowały za nim, okazując bezgłośne zdziwienie. Zanim zamknął za sobą drzwi, poprosił Marcelinę, by nie wychodziły, zanim nie przyprowadzi ich koleżanki z powrotem.
Szesnastoletnie dziecko nie było w stanie zagrozić Dampowi swoją siłą czy ciężarem, więc chwilowe próby wyrwania się z jego uścisku nie przysporzyły Wiśni żadnych korzyści. Po prostu miotała się, a Rust przeczekał ten szał i puścił ją, gdy wreszcie skończyła. Wcale jej nie uszkodził i tylko odsłonił zęby w grymasie złości, gdy zaczęła masować bok, jakby przedramieniem zmiażdżył jej żebra. Aktorka. Manipulantka.
- Porozmawiamy gdzie indziej, dziewczynko - szepnął, pochylając się nad nią. Dopiero wtedy w jej oczach zagościł strach, ale trwało to zaledwie kilka sekund. Doszli na jeden z nieuczęszczanych korytarzy na najwyższych piętrach. Dziewczyna znów zrobiła złośliwą minę i, choć nie mogła mówić, mową ciała dała Dampowi do zrozumienia, że ma go gdzieś. Siatkarz raz jeszcze sięgnął po magię, tym razem by upewnić się, że nikt nie będzie w stanie podsłuchać tej rozmowy. Nie wyczuł też niczyjej obecności.
- Jak pan śmie? - spytała od razu po zdjęciu zaklęcia milczenia.
- Użyłaś tego zaklęcia i masz w ogóle czelność mnie pytać - zauważył.
- I tak mi pan nic nie udowodni!
- Jak myślisz, czy mi zależy na tej pracy? Myślisz, że w ogóle chcę tu być i nie mam innych możliwości? Że się zawaham przed zrobieniem czegoś jakiejś smarkuli, tylko dlatego, że mnie zwolnią?
Wytrzeszczyła oczy i drgnęła.
- Albo wydaje ci się, że nic ci nie grozi, bo twój tatuś jest Ministrem Magii - szepnął Rust z udawanym przejęciem. Czuł narastającą chęć zastraszenia dziewczyny i zrobienia jej wody z mózgu. Zdecydowanie się nie przeceniał; zniszczenie ludzkiej psychiki wcale nie stanowiło problemu. - Ale to nieważne - dodał, odganiając te myśli. - Bo teraz mnie wysłuchasz. Nie obchodzi mnie, kim jest twój ojciec, ile możesz i co planujesz. Nie dbam o to, jak się będziesz czuła z tą świadomością ani co zrobisz po naszej rozmowie.
- Ja wcale - zaczęła, szukając wyjścia z tej sytuacji.
- Nie przerywaj mi, Wiśniowiecka - syknął, kucając, tak, by nie patrzeć na nią ciągle z góry. - Nie wolno używać tych zaklęć. Nie tylko w szkole. Nie tylko, kiedy ktoś patrzy. W ogóle. Pierdolenie o znaczeniu słowa "zakazane" nie ma sensu - mówił, świdrując ją wzrokiem - zwłaszcza dla kogoś, kto to ignoruje. A teraz do rzeczy. Nigdy więcej nie użyjesz żadnego z tych zaklęć, przynajmniej nie w czasie, kiedy jesteś uczennicą tej szkoły. Rozumiesz?
- A jeśli odmówię? - spytała jadowicie. - I tak pan nie może...
- Ja nie mogę? - uśmiechnął się szeroko, równie rozbawiony, co wściekły. - Ja mógłbym teraz cię wyrzucić przez okno, Wiśniowiecka, i ty byś zginęła, a ja bym tylko poszedł do więzienia. Nie patrz tak na mnie. Ja mam gdzieś to, kim, czym będziesz po ukończeniu tej szkoły. Dopóki mam być wychowawcą szesnastolatków, nie będą oni używać zakazanych zaklęć.
- Więc co się teraz stanie?
- Teraz przemyślę to, czy wysłać sowę do twojego ojca i powiadomić dyrektora. Może bardziej mi się opłaca trzymać cię w garści i dzięki temu mieć gwarancję, że to się nie powtórzy? Nie chciałabyś chyba, żeby wszyscy się dowiedzieli, co? A ja mam u siebie veritaserum. Nawet takiej ohydnej, niewychowanej dziewusze jak ty, byłbym w stanie je odstąpić. Co ty na to?
Milczała dłuższą chwilę, wodząc po suficie bystrymi oczami, a Damp patrzył na jej bladą skórę w świetle księżyca i wmawiał sobie, że nie ma chęci zrobienia jej czegoś złego.
- Ohydnej? - powtórzyła.
- Och, masz ohydny charakter, to miałem na myśli. Mam gdzieś to, jak wyglądają takie małolaty.
Wrednawy uśmieszek pozwolił mu na skonfrontowanie swoich podejrzeń z rzeczywistością. Zdecydowanie, ona mogła mieć coś wspólnego z tymi plotkami.
- Zaczniesz od przeproszenia Marceliny i pozostałych dziewczyn ze swojego pokoju. Będę wiedział, czy to zrobiłaś. Ach... Ty mnie napawasz takim dziwnym lękiem, Wiśniowiecka, wiesz?
- Oho. Pan się czegoś boi? - zapytała wyniośle, kryjąc wszystkie emocje za swoją złośliwą postawą.
- Baardzo - Damp ściszył głos i z prawdziwie chorą miną, ni to uśmiechem ni to zdziwieniem, powiódł wzrokiem po korytarzu - się boję, że przestanę nad sobą panować. To byłoby przykre - uściślił, nie mrugając.
- Więc... Jeśli to się nie powtórzy - zaczęła bezbarwnie - to nikt się nie dowie?
- Pewnie nie - zamyślił się Damp. - Tak mi się wydaje.


Następnego dnia rano Damp podarł szkolną gazetkę, w której ujrzał swoje nazwisko, wziął zimy prysznic, wyszedł z pokoju i postanowił wyładować swoją wściekłość na tym cholernym kocie, po którym zmuszony był w nocy posprzątać. Magia ułatwiała to zadanie, jednak nieprzyjemny zapach kociego futerka podrażnił czuły nos Rusta i doprowadził go do pasji. Strzelając bitchface'a, Damp wyciągnął z kieszeni opakowanie kociej karmy, które już wczoraj dostał (za darmo!) od Ślężańskich skrzatów, z radością spełniających polecenia nauczycieli. Poprosił też w tajemnicy o bezsmakową i bezbarwną substancję powodującą dziwne efekty uboczne, a dostał ją niespodziewanie szybko i bezproblemowo. Nie obchodziło go, jakie efekty dawała poza rozstrojem żołądka, ślepotą i przewidzeniami. Po prostu wymieszał oba składniki, wsypał do znalezionej na jednym z korytarzy miski kocura (który podobno nazywał się Akysz) i przez chwilę rozmyślał nad dalszym rozwojem zdarzeń.
- Kici kici kici - spróbował, prawie wypalając dziury w dywanach, które obserwował.
- Jesteś w tym słaby - burknął Dźwiedź.
- Kicicickićkićkićkićkićkićkićkićkiiićkiiiiiić...
Po minucie wstał, przesunął językiem po zębach i nabrał powietrza.
- NO RUSZŻE SIĘ, TY PIERDOLONA KOCIA DUPO!
- Damp - jęknął Dźwiedź z bólem - jesteś złem. I wiedz, że cierpię, będąc w twojej głowie.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Zablokowany