Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 22 października 2013, 23:24

Mamo!

Poczszebuję pomocy! Pamiętasz jak, pisałam ci o tej złodziejce? Ona nadal kradnie! Ukradła Moją ruszczkę! A jak chciałam, ją odzyskać to, mnie z atakowała. Ja, Chciałam być miła a ona, Mnie pobiła! Ja poszłam do, wychowafcy a on, powiedział że, nic nie zrobi. On to w ogóle jest, jakiś nie-kompot-tętny. W gazetce, szkolnej napisali że, jest mugolem. I wiesz co? Niektórzy ludzie to, są fałszywi. Poprosiłam o pomoc Tatianę. Pisałam ci o niej, chyba. Dużo dla niej zrobiłam i Myślałam że jesteśmy, przyjaciółkami. Ale ona zamiast odebrać Moją ruszczkę bo, mieszka w pokoju ze złodziejką to, powiedziała że sama mam, się prosić! Że może, wtedy mi odda! Chciałam jej pomóc żeby, została drugą najpopularniejszą dziewczyną, w szkole ale teraz nie wiem czy jeszcze, się przyjaźnimy. Porozmawiam z nią jak, będę Miała czas.
Ale są, też dobre wiadomości. Ma być jakiś konkurs i Ja, zostałam rerpezentantkom szkoły. Wienkszość, się cieszy bo Jestem, najlepsza ale ta złodziejka nie. Zazdrości że Zostałam, kapitanem i pewnie dlatego Mi, ruszczkę ukradła. Ale Ja, i tak wygram jeśli nie będą Mi, przeszkadzać. Nie wiem kto jeszcze, bierze udział bo nie słuchałam ale, to chyba nie ważne. Jak nie będą, się starać to powiem żeby, ich zmienili. Ja jestem kapitanem to mogę. Szkoda, że moje najlepsze przyjaciółki, są za młode bo bym je zgłosiła.
Mój chłopak jest, w szpitalu i to, też jej wina. Atakowały go, zwierzęta i Ja pomagałam a ona, nas wtedy zaczarowała. Miał być w turnieju, i teraz przez, nią nie będzie mógł ale, Ja i tak go kocham.
Dzisiaj mają przyjechać inne szkoły i dużo, przystojnych chłopaków. Mam nadzieje że Mój, chłopak nie będzie zazdrosny. Ja kocham tylko jego. Przez to każą, nam nosi głupie, mundurki. A przecież obiecywali że, nie będzie mundurków. Napisałam skargę do, dyrektora ale jeszcze mi, nie odpisała. Powiedz im że, jak zostawią mundurki to Ja, odejdę ze szkoły. Tata napewno może coś z tym zrobić.
Nie Pisałam ci, jeszcze o moich uczennicach. To takie, kochane dziewczynki. Pomagam im, i uczę żeby zostały takie, piękne i popularne jak Ja. Jeszcze dużo, się muszą nauczyć ale szybko, się uczą. Gabrysia już, umie trochę zmieniać kolor włosów i je, przedłurzać. Pozwoliłam jej poćwiczyć na, Moich i nawet dobrze sobie poradziła. Nie tak dobrze jak Ja, robię ale Ja nie mam ruszczki żeby poprawić więc musi, wystarczyć. Nie widziałaś jaka, była szczęśliwa jak ją pochwaliłam. Od razu pobiegła, się pochwalić. Pozostałe nie radzą sobie tak, dobrze ale myślę że za rok nawet ich rodzice ich nie poznają tak, się zmienią. Beatka zwierzyła Mi, się że nigdy nie miała chłopaka. Obiecałam jej że pod koniec roku będą, się o nią bili.
Mam problem z Zuzią. To taka gruba dziewczynka. Mówię jej że powinna, codziennie biegać jak Ja ale, to nic nie daje. Ja myślę że ona, nocami objada, się cukierkami ale nie chce, się przyznać. Jak, się nie zmieni to będę Musiała z niej zrezygnować i wziońć nową, uczennicę. Nie chcę ale jeśli, m
Mnie do tego zmusi to co innego mogę zrobić? Na pewno Mnie rozumiesz.
Napisała Bym więcej ale jak pisałam chcą Mnie oficjalnie, przedstawić jako rerpezentantke i muszę już iść.

Twoja Walentynka


Sprawę z Tatianą należało rozwiązać w pierwszej kolejności, choćby ze względu na niedokończony wywiad, który miał znaleźć się z najbliższym numerze gazetki. Wprawdzie zapisały najważniejsze fragmenty, lecz ciągle przychodziły jej do głowy nowe pytania, na które chętnie udzieliłaby odpowiedzi. Doskonale wiedziała, że ludzie chcą wiedzieć wszystko o celebrytach, a ona nie miała nic do ukrycia. Co lubi, co jadła, w czym śpi. Fani wręcz pożądali takich informacji, a za skrawek jej nocnej koszuli niejeden oddałby cały majątek. Czuła się gotowa na nadchodzącą sławę. Po tylu latach starań wreszcie osiągnęła to, co od zawsze było jej przeznaczeniem. Była kimś.
Tatianę na szczęście znalazła w skrzydle szpitalnym, dzięki czemu uniknęła zbliżania się do jej pokoju. Nie przejmując się innymi, podsłuchującymi pacjentami, w najlepsze plotkowała z Marceliną przekazując jej wszystkie najgorętsze informacje z ostatnich godzin. Kiedy weszła do sali, Marcelina szepnęła coś do Tatiany wskazując ją palcem. Umilkły.
- Potrzebuję cię jeszcze raz.
- Mówiłam już, że nie zamierzam między wami pośredniczyć. Jak chcesz swoją różdżkę to poproś zamiast obie zachowywać się jak dzieci.
- Wymyśliłam nowe pytanie które możesz mi zadać. Wiesz, do wywiadu.
- Za łatwo jej uwierzyłaś. - Marcelina postanowiła wtrącić swoje trzy grosze. - Sprzedała ci jakąś bajeczkę o swojej niewinności i już. Widziałaś do czego ona jest zdolna. Ja tam w jej tłumaczenia nie wierzę.
- Nie zapominaj, że życie ci uratowała.
- Popisać się chciała i tyle, przy okazji niszcząc wszystko dookoła. Jakoś nikt nie zginął i to bez jej pomocy. Chciała się tanim kosztem wybielić, ale dla mnie to za mało i ty też nie powinnaś ślepo jej ufać. Skąd wiesz, ze znowu jej nie odbije? Najpierw pająk, teraz Vicky. Co dalej? Ona jest niebezpieczna. Jak tylko stąd wyjdę zamierzam prosić o zmianę pokoju.
- To co z tym wywiadem?
- Zajęta jestem jeśli jeszcze nie zauważyłaś.
- Pół dnia tu siedzisz.
- Moja przyjaciółka tu leży jeśli jeszcze do ciebie nie dotarło. Gdybyś potrafiła myśleć o czymkolwiek poza sobą też byś tu siedziała, w sąsiedniej sali, u Żyłki. Ciągle gadasz jak bardzo go kochasz a nawet raz go nie odwiedziłaś.
- Reprezentuję szkołę! Nawet nie wiesz jakie to ważne!
- Więc proszę bardzo. Idź i reprezentuj i nie marnuj na nas swojego cennego czasu.
- A wywiad?
- Nie będzie żadnego wywiadu.
- Świetnie! - Wychodząc, z wściekłością trzasnęła drzwiami. - Znajdę inną na twoje miejsce.
Jeszcze przez chwilę słyszały kroki oddalającej się Walentyny.
- Jak ona mnie czasem denerwuje. Później z nią pogadam. Do wieczora się uspokoi. Naprawdę chcesz zmienić pokój? Dobrze to przemyślałaś?
- Ta. Cztery osoby to za dużo. Vicky ma tylko jedną współlokatorkę.
- Chcesz mieszkać z... Wiesz co Marcela?
- No?
- Po tym wypadku kompletnie ci odbiło.


Najbardziej żałowała, że Żyłka nie dostąpi zaszczytu wzięcia u jej boku udziału w turnieju, co z pewnością przypieczętowałoby ich miłość. Chciała przekonać Dampa by pozostawił wolne miejsce by chłopak mógł dołączyć kiedy dojdzie do zdrowia, lecz wychowawca przez większość dnia był nieuchwytny, a wieczorem, zajęta ostatecznymi przygotowaniami do gali, nie miała czasu zajmować się takimi pierdołami. Przynajmniej mogła Żyłce zadedykować swoją oczywista wygraną.
- A ta?
Anastazja wyglądała na odrobinę znudzoną. Ostatnie pół godziny spędziła na komplementowaniu kolejnych, wyciąganych z dna szafy strojów Walentyny, która nie potrafiła zdecydować który z nich najlepiej nadaje się na dzisiejszą okazję. Zwłaszcza, że, jak dla niej, większość niczym się nie różniła.
- Myślisz, że nie odsłania za dużo? Dekolt chyba trochę za duży, jak sądzisz?
- Trochę.
Za duży było dość delikatnym określeniem dla czegoś, co zasłaniało niewiele więcej niż listek figowy i już z daleka sugerowało czym zawodowo zajmuje się nosząca to dziewczyna.
- Sandałki lilia czy beż? Beż lepiej podkreśla moją różę, ale trochę cisną. Ale chyba się poświęcę.
- Wiesz, że wprowadzili mundurki?
- Nie będę nosiła tych szmat. Ty też nie powinnaś. Masz taka delikatną cerę, nie pasuje do tego wulgarnego kroju. Jakby chociaż trochę jaśniejsze były to jeszcze byś mogła. Myślałaś o zieleni? Czytałam taki artykuł. Blond włosy i zieleń idą w parze. Mogłabym ci pożyczyć kilka bluzeczek. Tu mam taką ładna, z falbankami.
Rzuciła dwie bluzki na kolana Anastazji i wróciła do grzebania w szafie. Bardziej od tego zastanawiało ją, gdzie Walentyna mieści to wszystko. Ich szafki, nawet magiczne, miały ograniczoną pojemność i kiedy wsadziła do swojej wszystkie podręczniki, z ledwością znalazła miejsce by upchnąć zapasową parę butów. Z drugiej strony jeszcze ani razu nie widziała Walentyny ze szkolnym podręcznikiem, co zresztą było widać bo uzyskiwanych wynikach w nauce.
- Ciekawe kto przyjedzie z tych szkół. Słyszałam, ze ci z Cuzco są przystojni, jak myślisz? Żyłka bardzo by się obraził? Wiadomo, ze wolę jego, ale jak widzę takiego przystojniaka to ciężko się powstrzymać. Może chcesz któregoś poznać? Nigdy nie widziałam cię z chłopakami. Znajdę dla ciebie jakieś ciacho. Bo Bułgarzy to są biedni i brudni. Ja nie wiem dlaczego chcą ich tu wpuścić. To cyganie są, nie? Nawet ich nie było na liście najbardziej modnych państw. Chcesz francuza? Żebyś wiedziała jak oni całują. Tak słyszałam. Jeszcze nie byłam z francuzem. Jak skończę szkołę to zostanę francuską modelką. Mogłabym już teraz, ale jeszcze rosnę i mama kazała mi poczekać, a tata się uparł, żebym szkołę skończyła. On to by chciał żebym była ambasadorem tak jak on. Ty wiesz, ze on u murzynów jest? Pokazywał mi zdjęcia. Wychodzi z domu a tam sami murzyni. Wyobrażasz to sobie? I on musi z nimi jeść i rozmawiać bo się obrażają! Przez to służącego nie mamy bo mówi, że nie wypada. Nawet na krasnoludka się nie chce zgodzić. On chce, żeby one miały takie prawa jak my, rozumiesz to? Ale ubrania mi kupuje więc ja już nic nie mówię. Stary jest spoko. A ta spódniczka? Raczej za długa będzie.
Podwinęła koniec spódniczki by odsłonić kolana i przejrzała się w lustrze.
- Zdecydowanie góra do kolan. Skromnie, ale z klasą. Zawsze to powtarzam. Na pewno nie chcesz tego przymierzyć? - Kątem oka zerknęła na Anastazję która odsunęła na bok pożyczone koszulki. - Może ta będzie bardziej w twoim rozmiarze? Albo... Czekaj. Mam. Od dawna tego nie nosiłam. Kiedyś była moja ulubiona ale wiesz, urosłam i sama rozumiesz. Ciężko mi się z nią rozstać ale tobie mogę dać. Nie musisz dziękować. Czego się nie robi dla przyjaciół.
Anastazje z niedowierzaniem przyglądała się CZEMUŚ. Właściwie ciężko było to określić. Było różowe, sięgające ledwo poniżej poziomu piersi, pozbawione rękawów i z dekoltem niemal przecinającym to coś na dwie połowy. Na domiar złego, na tylnej części miało wyszytego niebieskiego motyla.
- Ja chyba jednak założę mundurek. Nie chcę mieć kłopotów.
- Ale jakich kłopotów, kochana. Ale jak wolisz. Ja myślę, ze powinnaś... musisz to założyć ale przecież cię nie zmuszę nie? Jeszcze sama się przekonasz. Wyglądałabyś totalnie odjazdowo. Oczy to by wszystkim o tak na wierzch wyszły.
- Nie wątpię. - Zeskoczyła z łóżka. - Pośpiesz się, kolacja zaraz się zaczyna. Nie możesz się spóźnić.
Walentyna z ciężkim sercem zdecydowała się na jasnoróżową koszulkę, przykrótką spódniczkę tego samego koloru i beżowe sandałki. Po namyśle, już w drzwiach, chwyciła różową parasolkę.


Nie mogła uwierzyć, że kazali jej się przebrać. Nawet chciała się postawić, ale uległa pod groźbą wyrzucenia z turnieju. Nie do końca wierzyła, ze mogliby to zrobić, ale Damp brzmiał wyjątkowo stanowczo, nawet usilnie patrząc w innym kierunku a nie na jej niemal odsłonięte piersi. Z wielkim fochem udała się do sali jadalnej. Zmieniła się od rana. Zwykłe dekoracje zastąpione były barwami szkoły. Tylko pokręciła głową na widok całkowitego bezguścia. Upewniając się, że nikt nie patrzy w jej stronę, przykleiła do ściany wyciętego z papieru, różowego motylka. Zajęła swoje zwyczajowe miejsce. Kolacja strasznie się przedłużała. Nie mogła już doczekać się, kiedy padną na nią światła reflektorów i zostanie gwiazdą wieczoru. Niestety, prawdopodobnie czekali z tym na przyjazd pozostałych szkół. Przynajmniej będzie miała większą widownię.
- Proszę teraz wszystkich o udanie się na błonia.
Wszyscy uczniowie, jak widać równie zniecierpliwieni, zerwali się z miejsc. W tej samej chwili pojawił się przed nią krasnoludek, oznajmiając, że reprezentanci proszeni są o pozostanie. Wygładzając fałdy stroju i przeglądając się w miniaturowym lusterku, przeczekała aż cały tłum wypłynie na zewnątrz. Wraz z wychodzącymi uczniami, wygląd sali zmieniał się. Stoły latały zamieniając się miejscami. Któryś z podenerwowanych nauczycieli pokrzykiwał do kilku ociągających się dzieciaków. Na końcu sali ustawiono długi stół dla dyrekcji szkół, a tuż przed nim, z drobnymi odstępami, umieszczono stoły reprezentantów, każdego z nich przyozdabiając barwami poszczególnych szkół. Kątem oka dostrzegła krasnoludka, który zaczął dobierać się do jej motylka.
- Ej, zostaw to.
Chwyciła go za ramię i skołowanego z trudem odciągnęła na środek sali. Żadnego szacunku wobec jej osoby. Przez moment zastanowiła się czy można złożyć na niego skargę, lecz natychmiast coś przerwało jej rozmyślania.
- Panno Matejko, prosimy do zdjęcia.- Nauczyciel eliksirów machał w jej stronę, druga ręką wskazując na usadzonych już, pozostałych reprezentantów. - Szybciej, szybciej. Nie mamy wiele czasu.
Jeden rzut oka na skład drużyny wystarczył, by popsuć jej humor na resztę dnia.
- Chyba jesteście niepoważni. - wskazała na jedyne wolne krzesło – Nie usiądę obok niego. On jest czarny.
Pełną napięcia, niezręczna cisze przerwała Bia, która, wywracając oczami, dla świętego spokoju przesiadła się, zwalniając miejsce obok Artura.
- Powinnam być na środku ale niech wam będzie. - Obdarzając fotografa uśmiechem numer siedem rozsiadła się wygodnie.
- Teraz się nie ruszajcie. Znakomicie. Po gali zapraszam was na zaplecze na resztę sesji, już w obecności ministra.
- Słyszałam, że to wielbiciel mugoli. - Walentyna nieznacznie ściszyła głos, pochylając się ku Arturowi. - Mój tata ambasador ciągle powtarza, że w żadnym kraju nie wybrali takiego głupka jak on. Podobno jego żona była mugolem i udał jej śmierć bo się wstydził. I nawet córkę ma. Biedna dziewczyna. Wyobrażacie sobie mieć takiego ojca?
Nie zwróciła uwagi na Wiśnię, która robiła co mogłaby nie dać po sobie poznać, że ma jakikolwiek związek z tematem rozmowy, prostym zaklęciem odwracając uwagę Bii, która wyraźnie zamierzała powiedzieć więcej niż powinna.
- Jejku, ale się denerwuję. Wy też? - Przysunęła się niebezpiecznie blisko Artura, dawno przekraczając granice strefy osobistej – Ale nie martwcie się. Ze mną niczego nie musicie się bać.
Zamilkła widząc otwierające się drzwi. Reprezentacja Beauxbaton wkroczyła do środka.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 24 października 2013, 19:06

Na początek naprawdę Was przepraszam, że to takie bez niczego. po prostu... :bag:

Artur stał z boku obserwując pozostałych uczniów pochłoniętych przez szarą masę, na którą zlewały się mundurki. Sam z wielkim oporem założył swój, komentując odpowiednio gust projektanta. Był wręcz pewien, że jest on entuzjastą akcji „Bezpieczna droga do szkoły”. Swoje włosy, a przynajmniej te, które się dały złapać, związał z tyłu gumką „pożyczoną” z szuflady Linki, uznając, że tamten się o to nie obrazi.
A co do obrażania… Ramp będzie miał co robić na najbliższym treningu. Już on o to zadbał. Wprawdzie stracił na to kilka godzin, ale był zadowolony z efektu końcowego. Jeszcze raz wyliczał w myślach „ulepszenia”, jakie umieścił na sali gimnastycznej – …zaklęcie Impervius na liniach boiska, tłuczki do quidditcha ukryte wśród piłek, optyczne przesunięcie ściany o jakieś 1,5 metra, sklątki w składziku... - gdy głos Dyrektora Coś mu w tym przeszkodził.
- Proszę wszystkich o uwagę. Lada moment zjawią się nasi goście. Pan Damp przedstawił już mi listę reprezentantów. Przypominam, że mają oni godnie nas reprezentować oraz, że mają spotkanie dzisiaj po kolacji w sali od transmutacji. Odczytam jeszcze raz listę, jeśli ktoś jeszcze nie wie. Było kilka zmian. Także tego… - odchrząknął. - Kebede Gebre, Mścigniewa Wiśniowiecka, Walentyna Matejko, Shin Bia i Artur Tkaczuk.

Pieprzony dupek, naprawdę to zrobił.
Chłopakowi ani trochę nie uśmiechało się branie udziału w czymś takim, dla niego to kompletna strata czasu, pomijając już fakt, że będzie musiał znosić pozostałych uczestników do końca roku. Nie mniej jednak, jeśli belfer uważał udział w turnieju za karę, to należało się naprawdę zastanowić odnośnie: a- formy tego turnieju, b- zdrowia psychicznego Wampa.

- Proszę teraz wszystkich o udanie się na błonia. - Zakomenderował Dyrektor.
Artur ruszył razem z innymi w stronę drzwi, lecz po kilku krokach wyrżnął jak długi na posadzkę, zawadziwszy o jakieś pół metra krasnala.
- Nosz kurwa… - zaklął pod nosem, zbierając się z podłoża. Cienki głosik gdzieś z lewej strony orzekł:
- Reprezentanci są proszeni o pozostanie. - Po czym krasnal podniósł swoją czerwoną czapeczkę i podreptał za swoimi kolegami.
Rozejrzał się by sprawdzić, kto pozostał w sali. Ostatecznie nie znał nikogo z pozostałej czwórki reprezentantów. Koło stołu nauczycielskiego zauważył czarnoskórego chłopaka i dwie dziewczyny, z czego po jednej było wyraźnie widać, że nie chce tu być.
No trudno, jakoś to przeżyję. A przynajmniej mam taką nadzieję. W każdym razie nie powinno już być gorzej.
- Tkaczuk! Rusz wreszcie swój leniwy zad i tu podejdź! – Damp na pewno nie należał do osób subtelnych. – A spróbuj tylko coś wykombinować… - wysyczał, gdy Artur przechodził koło niego.
Niezły żart. Przygotowanie „czegoś” na powitanie innych szkół było praktycznie niewykonalne ze względu na przemeblowywanie pomieszczenia na ostatnią chwilę. Zresztą jak miałby coś zrobić mając za plecami kolesia o psychice socjopaty zwanego przez jego rocznik wychowawcą? Jedyne, co chłopakowi pozostało to zachować spokój i modlić się o szybki koniec tej imprezy. Podszedł do pozostałych nieszczęśliwców, usadzanych właśnie przez fotografa.
- Dobrze, to niech chłopcy usiądą po bokach a dziewczęta pośrodku. Tak, tak będzie dobrze. – powiedział fotograf bardziej do siebie niż do nich.
Westchnął siadając obok całkiem uroczej Azjatki (Jak jej tam było, Shisha?), stwierdzając, że nie jest tak źle jak przypuszczał. Jeden z nauczycieli poganiał jeszcze ostatnią osobę, którą była dziewczyna o nieco rubensowskich kształtach. Nagle ta stanęła jak, nie przymierzając, żona Lota.
- Chyba jesteście niepoważni. - powiedziała wskazując na wolne krzesło - Nie usiądę obok niego. On jest czarny.
Popatrz najpierw na siebie… Nawet tych rudych odrostów nie umiesz sobie zafarbować…
Ku rozpaczy Artura, Bia postanowiła się przesiąść, zwalniając miejsce obok niego.
- Powinnam być na środku, ale niech wam będzie. - Skomentowała dziewczyna szczerząc się i zajęła miejsce.
- Teraz się nie ruszajcie. - rzucił fotograf, dzierżąc w rękach aparat. - Znakomicie. Po gali zapraszam was na zaplecze na resztę sesji, już w obecności ministra.
- Słyszałam, że to wielbiciel mugoli. - Jego sąsiadka nieznacznie ściszyła głos, pochylając się ku niemu.
Niech zgadnę – zacznie się przechwalać albo obgadywać innych.
- Mój tata ambasador ciągle powtarza, że w żadnym kraju nie wybrali takiego głupka jak on.
Bingo.
- Podobno jego żona była mugolem i udał jej śmierć, bo się wstydził. - Niezrażona brakiem zainteresowania ciągnęła swój monolog - I nawet córkę ma. Biedna dziewczyna. Wyobrażacie sobie mieć takiego ojca?
A jednak może być gorzej.
- Jejku, ale się denerwuję. Wy też? - Zmieniła temat przesuwając się jeszcze bardziej w stronę Artura.
No ja pier… Stłumił przekleństwo i tylko, w geście rozpaczy, ukrył twarz w dłoniach.
- Ale nie martwcie się. Ze mną niczego nie musicie się bać.
Dzięki ci, o miłościwa, że jednak na nas siadać nie będziesz…
Na szczęście wreszcie zamilkła, a Artur serdecznie podziękował w duchu francuzom, którzy właśnie się zjawili. Zdziwił się nieco widząc wśród tamtych tylko jedną dziewczynę. Z tego, co zapamiętał to właśnie dziewczęta przeważały liczebnie w Beauxbatons. Wykorzystując okazję, że wszyscy skupili się na wchodzących, wstał i odsunął się na bezpieczną odległość od Vicky, co nie dało spodziewanego efektu, gdyż fotograf postanowił właśnie w tej chwili spędzić pozostałych z krzeseł.
Ostatecznie całą grupą stanęli niedaleko stołu nauczycielskiego, podczas gdy mężczyzna usadzał francuską drużynę do zdjęcia. Chłopak szczerze żałował, że nie marznie na zewnątrz z całą resztą szkoły. W tym samym czasie przybyła kolejna reprezentacja, sądząc po ubiorze, z Durmstrangu.
- Yolo, dzieciaki, nie denerwujcie się, yo. - rzucił wesoło Kabebe. Był wysoki jak brzoza. Z tym, że brzozę nocą jeszcze da się zauważyć. - Wasz kapitan, czyli ja, swag, wszystkim się zajmie. W końcu, lol, muszę się wami opiekować, nie?- Uśmiechał się do nich jakby mieli zaraz zacząć darmowe arbuzy rozdawać.
- zamknij. kurwa. ryj. – warknął Artur widząc, że trajkotka z wcześniej ma zamiar najwidoczniej dorzucić do tego swoje trzy grosze. Nie miał dziś najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie jakichś głupich kłótni, a na to ewidentnie się zapowiadało.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 27 października 2013, 20:34

Gorzej już chyba być nie mogło. Nawet woda rzeki przemieniona w krew, żaby, komary, muchy, pomór bydła, wrzody, grad, szarańcza, ciemność i śmierć pierworodnych, zdawała się niczym wobec ogromu nieszczęścia, jakie dotknęło Mścigniewę tego wieczoru.
- Po gali zapraszam was na zaplecze na resztę sesji, już w obecności ministra - oznajmił profesor Borek, po tym, jak za pomocą wielkiego, staromodnego, przypominającego harmonijkę, aparatu zrobił całej piątce pierwsze zdjęcie. Słysząc te słowa, Wiśnia zaklęła w duchu czując jak odpływa jej resztka krwi z twarzy, na skutek, czego staje się jeszcze bledsza niż zwykle. Na szczęście nikt z obecnych nie zwrócił na to żadnej uwagi.
-Słyszałam, że to wielbiciel mugoli. - odezwała się Vicki teatralnym szeptem, jednocześnie pochylając się w stronę Artura. - Mój tata ambasador ciągle powtarza, że w żadnym kraju nie wybrali takiego głupka jak on. Podobno jego żona była mugolem i udał jej śmierć, bo się wstydził. I nawet córkę ma. Biedna dziewczyna. Wyobrażacie sobie mieć takiego ojca?
Starała się ignorować te uwagi, robiła, co mogła, aby jakoś się rozluźnić i nie zaciskać tak mocno dłoni w pięści, podczas gdy w jej głowie kotłowały się myśli. Nie, nie i jeszcze raz nie! To nie może być prawda! Dlaczego wcześniej nikt im o tym nie powiedział? Miałaby czas, żeby się jakoś przygotować, jakoś oswoić z faktem, że będzie musiała, nie tylko przebywać z tym osobnikiem w jednym pomieszczeniu, ale też zrobić sobie z nim zdjęcie. Nieważne, że na tym zdjęciu będą jeszcze cztery inne osoby! Ostatni raz pozowała razem z nim w wieku jedenastu lat. W czasach, gdy jeszcze nosiła we włosach różowe wstążki i ubiera się w śliczne, lekko rozkloszowane sukieneczki z mnóstwem falbanek. Pamiętała, że na ostatniej wspólnej fotografii siedziała mu na kolanach, a on głaskał ją po włosach... Potrząsnęła głową, aby pozbyć się tego wspomnienia. Jaka była wtedy głupia!
- Myślę, że nie... - zaczęła Bia, ale ostatecznie nikt nie dowiedział się chciała powiedzieć, bo Wiśnia zagarowała odruchowo, rzucając na zebranych niewerbalnego confundusa. Miała prawdziwe szczęście, że w Dumstrangu przerabiali to już w drugim semestrze czwartego roku. Odetchnęła. Niebezpieczeństwo zostało, tymczasowo zażegnane, niestety, tylko tymczasowo.
Wstała ze swojego krzesła i nie słuchając więcej tego, co mówili inni zaczęła przechodzić się w te i z powrotem. Musiała coś wymyślić. Za wszelką cenę musiała jakoś wydostać się z tego bagna.
Okazja nadarzyła się w momencie, gdy otworzyły się podwójne drzwi sali i do środka wlała się grupa osób w szatach z niebieskiego jedwabiu. Teraz to w sumie mogłoby się udać.
Znów pomagając sobie niewerbalnym confundusem, rzucanym z prędkością światła, na wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu jej różdżki, klucząc pomiędzy, zmierzającymi w przeciwnym kierunku, uczniami Beauxbaton opuściła pomieszczenie, a potem skierowała się ku schodom prowadzącym na piętra. Dopadła do nich i zaczęła wdrapywać się, przeskakując po dwa, trzy stopnie, za jednym zamachem. "Kurwa, Kurwa, Kurwa!" powtarzała w myśli, nie mogąc znaleźć lepszych słów, na skomentowanie tego, co przed chwilą usłyszała. "Ale jak? Po co on tutaj! To tylko szkolny turniej! Dyrektor departamentu rozrywek magicznych i ktoś z departamentu międzynarodowej współpracy czarodziejów wystarczyliby! Bo kiego grzyba fatygował się sam minister?! Do czego on tutaj potrzeby?! Kurwa mać! Niech to szlag jasny trafi! Niech cholera weźmie, niechby dżuma dopadła ich wszystkich!" Właściwie nie wiedziała do końca, jakich wszystkich, poza jej ojcem dyrektorem i... Dampem też!
Dopadła do drzwi pokoju. Dosłownie rzuciła się na klamkę, tak, że kiedy ją nacisnęła ta odskoczyła z hukiem, a Wiśnia niemal wleciała do sypialni.
- Colloportus! - krzyknęła celując w zamek.
Zgrzytnęło, jakby ktoś wsunął doń klucz i przekręcił parę razy, a Wiśnia westchnęła i opadła bezwładnie na pierwsze, lepsze łóżko. Dopiero teraz zorientowała się, jak mocno bije jej serce, jak bardzo drżą dłonie i jak cała dygocze. Zamknęła oczy, położyła różdżkę obok siebie. Musiała ochłonąć. Musiała pokonać, te głupie wzbierające w niej emocje, nie mogła pozwolić, aby do końca przejęły nad nią władzę. Powinna wyglądać na opanowaną... Nawet, jeśli ucieczka z kolacji nie zaliczała się do działań, jakie podjęliby ludzie opanowali. Zacisnęła ręce w pięści, a potem je rozluźniła, po czym powtórzyła tę czynność jeszcze kilka razy, oddychając głęboko.
A gdy się już wyciszyła, chwyciła z powrotem różdżkę, aby na wszelki wypadek, mieć ją w pogotowiu. Teraz, bowiem, gdy się już się wykrzyczała, a co za tym idzie wróciła jej zdolność racjonalnego myślenia, zaczęła przeczuwać kłopoty. W trakcie gali miała się odbyć przecież oficjalna prezentacja wszystkich turniejowych reprezentacji. Nieobecność podczas tak ważnego wydarzenia, z pewnością nie przyniesie jej niczego dobrego. Wręcz przeciwnie... Może jednak powinna tam wrócić? Ale jak? Przecież niemożliwe, żeby wemknęła się tam teraz niepostrzeżenie. Nie posiadała żadnej peleryny niewidki, ani niczego podobnego...
Gwałtowny odgłos wydawany przez, intensywnie poruszaną z drugiej strony, klamkę, sprawił, że natychmiast powstała z łóżka i przyjęła zwykłą pozycję pojedynkową, celując różdżką w sam środek drzwi.
- Wiśniowiecka, do jasnej cholery! Otwieraj natychmiast! Wiem, że tam jesteś! - piekliła się osoba stojąca po drugiej stronie drzwi. - Prezentacja zacznie się lada chwila, a ja nie zamierzam świecić oczami za jakąś rozpieszczoną panienkę, której coś tam się nie podoba i postanowiła nie brać w tym udziału! Twoje niedoczekanie! Otwieraj mówię, bo jak sam to zrobię, naprawdę będzie bolało!
Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, nie poruszyła się, a jednak drzwi otworzyły się i do pokoju wpadł Damp z wypisaną na twarzy chęcią bolesnego mordu.
- Ja ci kiedyś naprawdę zrobię krzywdę, Wiśniowiecka, a teraz na dół!
Patrzyła na niego wyzywająco spod zmrużonych powiek, nie ukazując ulgi, jaka ogarnęła ją na widok wychowawcy. Problem rozwiązał się sam, ale nie mogła poddać się zbyt szybko. Polecenie spełniła, ale niech nie wydaje mu się, że ją ma.
Celowała różdżką, gdzieś w okolice jego pasa. Myśli kotłowały się w głowie dziewczyny. Co teraz? Co teraz do cholery? Przecież nie może tak po prostu pójść z nim, to byłoby poniżej jej godności. Nawet, jeśli gdzieś tam w środku, cieszyła się na jego widok, nie miała zamiaru tego przyznać, straciłaby twarz.
- Pan nie będzie mi rozkazywał! - krzyknęła, a w jej głosie zabrzmiała fałszywa nuta udawanej rozpaczy.
To, co wypełzło na twarz nauczyciela niewątpliwie było wrednym, sarkastycznym uśmieszkiem. Aż przeszły ją ciarki, kiedy dotarło do niej, że on bez najmniejszego trudu wychwycił fałszerstwo.
- Nie będę? Jestem twoim wychowawcą i mam nad tobą władzę, czy ci się to podoba, czy nie. Ale widzę, że to rozumiesz, bo jakoś nie użyłaś jeszcze tego patyka, co masz go w ręku. Mądrze. Bardzo mądrze. A teraz wrócisz ze mną na dół. Nie, nie będę wysłuchiwał głupich wymówek. Nie chcę wiedzieć, czy nagle rozbolał cię brzuch, czy może z jakiegoś innego powodu postanowiłaś zrobić wszystkim na złość. A ja cię miałem za kogoś lepszego, naprawdę - dodał widząc, że dziewczyna otwiera usta, aby go zripostować - Masz szesnaście lat, a nie sześć.
Jednakże ona nadal stała w tym samym miejscu, co ostatecznie pozbawiło Dampa resztek cierpliwości. W paru susach pokonał dzielący ich dystans, a potem chwycił ją wpół i jakby nigdy nic wyniósł z pokoju, tak jak już to kiedyś zrobił. Nie broniła się. Z doświadczenia wiedziała, że nie da rady się wyrwać. Zresztą wcale tego nie chciała. Cały ten opór był przecież tylko dla zasady. Dlatego też, dała wynieść się z sypialni, postawić na ziemi i zaprowadzić na parter.
Kiedy tam dotarli, okazało się jednak, że uroczysta prezentacja jeszcze się nie zaczęła. W sali panował szmer podnieconych rozmów, toczonych przez zgromadzonych wokół wielkiego okrągłego stołu uczniów Ślęży, zerkających ukradkowo w stronę reprezentantów. "A to ci dopiero cyrk". Skomentowała w myśli Wiśnia, gdy tylko zobaczyła, co się tam dzieje. "Gapią się na nas, jak na małpki w cyrku." Jednakże, gdy tylko przysiadła na wyznaczonym jej krześle (znajdującym się z samego brzegu, tuż obok Artura, po drugiej stronie którego rozsiadła się Walentyna, obok, której z kolei zasiadała Bia, mająca u drugiego boku Kedebe ), sama zaczęła wodzić wzrokiem po uczniach innych szkół.
Najpierw przyjrzała się, zajmującym stół najbliżej ich, francuzom. Czterech wysokich chłopców o pospolitych twarzach, z których dwóch miało piegi, zdawało się uważnie wsłuchiwać w słowa wydobywające się z ust jedynej dziewczyny w ich drużynie. Smukłej, niebieskookiej brunetce o delikatnych szlachetnych rysach, której lekko podwinięte na końcach włosy, sięgały podbródka. Przeniosła spojrzenie na reprezentację Durmstrangu, a wówczas poczuła się naprawdę dziwnie. Oto dokładnie pośrodku stołu, z brązowymi oczami utkwionym w sufitowym akwarium i miną znudzonego klauna siedział Nikołaj. Ręce opuścił wydłuż ciała, tak, że dłonie trzymał na siedzeniu, nogi wyprostował w taki sposób, iż niemal leżał na krześle. Siedzącą po jego prawej stronie dziewczynę, też rozpoznawała, chociaż nigdy nie zamieniła z nią nawet słowa. Aż zachciało się jej gwizdać.
Roza Fiodorowa! Prymuska. Starsza od niej o rok, zawsze pierwsza we wszystkim. Najlepsza. Najlepsza uczennica w całej szkole. Lizuska i donosicielka, z tych, co zostają na lekcji, gdy cała klasa idzie na wagary. Dlatego nikt nigdy nie lubił Rozy. Przynajmniej jeszcze rok temu tak było, a widząc minę, w jaką układały się różane usta Rozy i jak dziwnie zmarszczył się jej mały nosek, mogła zgadywać, że nic się nie zmieniło. Bursztynowe oczy beznamiętnie przyglądały się otoczeniu. Prawą dłonią zakładała za ucho kosmyk włosów ni to złotej, ni brązowej barwy. Lewą podtrzymywała policzek z kilkoma ciemnymi piegami. Pozostałej trójki Wiśnia nie kojarzyła. Być może minęła się kiedyś z nimi na korytarzu, ale ich twarze nie wyryły się w jej pamięci. Zaklęła w duchu. Myśli o celowym zawalaniu zadań błyskawicznie wyparowały jej z głowy. Oderwała wzrok od Rozy, przerzuciła go na własną drużynę i aż musiała zamknąć oczy i policzyć do dziesięciu, aby nie wybuchnąć. Gorszej zgrai nie widziała już dawno, chociaż z drugiej strony, Bia wydawała się całkiem sensowna. Pamiętała jej wyczyny z lekcji. Musiała przyznać, że dziewczynie idzie wcale nieźle. Ale reszta? Vicki to chodząca porażka, zaś Kedebe i Artura nie miała jeszcze okazji widzieć w akcji. Może coś potrafią... Chociaż wolała nie rozbudzać w sobie zbyt wielkich nadziei.
Brytyjczycy, jak na razie, nie wzbudzili w Wiśni większego zainteresowania, przynajmniej, jeśli idzie o powierzchowność. Nawet nie zauważyła, że podszewki czarnych peleryn, w które byli ubrani, są w równych kolorach: ciemnej czerwieni, zieleni, żółci i błękitu. O wiele ciekawsi, pod względem czysto fizycznym wydali się dziewczynie podpierający się i kulący na swoich krzesłach uczniowie Cuzco, strojni w wielokolorowe poncza.
Nie zdążyła jednak przyjrzeć się im dokładniej, bo do sali wkroczyli dyrektorzy szkół w towarzystwie dwóch wysokich rangą urzędników ministerstwa. W wyższym z nich, całkiem przystojnym mężczyźnie w średnim wieku, z długimi, czarnymi włosami, spiętymi z tyłu ciemnozieloną aksamitką, trzepoczącymi połami nienagannego ciemnozielonego surduta, pod którego wystawała brązowa, w subtelny sposób przetykana złotymi nićmi kamizelka, biała koszula i jedwabny musznik, Wiśnia rozpoznała swojego ojca. I chociaż była na to przygotowana i tak zaklęła w duchu.
* Przemówienie inaugurujące zarówno dzisiejszą uroczystość, jak i cały turniej, zostało wygłoszone wyjątkowo sprawnie i szybko. Opowiadało o tradycji turnieju, o przyjaźni łączącej czarodziejów z różnych krajów, o czystej sportowej rywalizacji. Zdawałoby, o podniosłych, okraszonych sztucznym patosem banałach, jednakże słowa ministra Wiśniowieckiego nie zawierały nawet grama podniosłego bełkotu. Wiśnia zmrużyła oczy. Naiwny głupiec, naprawdę wierzył w to, co mówił i mówił, o czym wierzył. Czuła to. Słyszała, w wibracjach jego głosu, a co gorsza chyba sama zaczynała temu ulegać. Nie, nie była to sprawka żadnego zaklęcia, rzuconego na pergamin, na którym przemowa ta została spisana, nie była to też robota, żadnego zaczarowanego pióra, czy wreszcie czaru rzuconego na salę, czy wplecionego między zdania zaklęcia. Wiśnia wiedziała o tym dobrze i ledwo powstrzymywała się od walenia głową w blat stołu. Miał talent, musiała to przyznać. I może nawet pewną dozę charyzmy? Zbyt małą, aby przekonać ją, wystarczająco dużą, aby porwać za sobą większość czarodziejskiej społeczności. Do tego pochodził z rodu Wiśniowieckich. Starego, wywodzącego się od samego Szczodra czarnowąsego, legendarnego maga służącego na dworze księcia Siemomysła. Szczodr miał podobno sam jeden, posługując się tylko swoją magiczną laską, przegonić watahę Prusów, która wdarła się na ziemię władcy Polan. Inne podanie opowiadało o tym, jak zawarł układ z królem puszczy, wielkim żubrem, który od tej pory ostrzegał go o wszelkich grożącym księstwu niebezpieczeństwach. Mścigniewa była pewna, że czegoś jeszcze dokonał, nie mogła sobie jednak przypomnieć, czego. I tak zawsze uważała to wszystko za stek bzdur. Jej zdaniem w tej historii zgadzały się tylko dwie rzeczy: Szczodr istniał i znał magię. A dowodem na to była jego, wieki temu przełamana na pół, różdżka. Oczywiście wiązała się z tym kolejna niewiarygodna historia...
Minister umilkł i usiadł, a wówczas podniósł się dyrektor Nowak.
- Teraz odczytam składy drużyn poszczególnych szkół. Wyczytane osoby, proszę o powstanie i zaprezentowanie się publiczności. Na początek reprezentacja Akademii Magii Beauxbatons: panna Madeline Lanneugrasse, pan Francois Baudelaire, pan Jean Fourcade, pan Maurice Levinas oraz pan Hugo Voltaire. - Wyczytani Francuzi jeden po drugim podnieśli się ze swoich miejsc i ukłonili w stronę zarówno uczniów, jak i prezydium, co wywołało burzę oklasków, po czym usiedli szurając krzesłami. - Teraz bardzo proszę o zaprezentowanie adeptów Wyższej Szkoły Magii Cuzco: panna Milagros Perez de Garcia, panna Pia Pizarro, Lina Vanessa, pan Nestor Gianmarco Benavente, pan Edson Sánchez - Peruwiańczycy wykonali ten sam rytuał, co wcześniej Francuzi. Uśmiechnęli się nawet do publiki, chociaż widać było po nich, że w tej chwili marzą tylko o jednym - o ciepłych wygodnych łóżkach. Nic dziwnego. Przybycie z Peru do Polski na latających musiało być nie lada wyczynem. - A teraz proszę o powstanie uczniów Instytutu Durmstrang, oto: panna Roza Fidorowa, panna Lydmila Paletewa, pan Dymitryj Georgijew, pan Nikołaj Penczew, pan Rodion Zatojew. - Gdy przeminęła kolejna burza oklasków, urzędnik odchrząknął i czytał dalej. - A oto przedstawiam reprezentację Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart: panna Jodi Austen, panna Cecylia Lind, panna Jannet Hamilton, pan Nathan Burnett i pan Edward Montgomery. - Procedura powtórzyła się, brawa rozbrzmiały i po chwili ucichły, a dyrektor Nowak, oczytał skład drużyny Ślęży.
* W czasie, gdy pozostałe reprezentacje jadły smaczną, chodź mocno spóźnioną kolację, zawodników Ślęży zagoniono do niewielkiego pomieszczenia, na tyłach sali, gdzie, o zgrozo, rzeczywiście odbył się dalszy ciąg sesji zdjęciowej. Wiśnia wynajdywała w duchu coraz to nowe i coraz bardziej wymyśle przekleństwa, ale nieludzkim wysiłkiem woli, starała się uśmiechać, a przynajmniej nie krzywić za bardzo ust, nie marzyć nosa. Trzymała się bardzo dzielnie, aż do momentu, w którym pełniący rolę fotografa nauczyciel eliksirów poprosił wszystkich o wyjęcie różdżek, co wywołało natychmiastową reakcję Vicki. Przesadnie nadąsana, udająca wielce pokrzywdzoną przez los królewnę, oświadczyła ona wszystkim zebranym, ze bardzo chętnie wyjęłaby swoją, gdyby - tu spojrzała znacząco na Wiśnię - ktoś jej nie ukradł. Wiśnia poczuła jak skacze jej ciśnienie, serce zaczyna kołatać mocniej, a z umysły znikają wszelkie rozsądne myśli.
- Nie ładnie tak kłamać, Vicki - wycedziła przez zęby w taki sposób, jakby kosztowało ją to wiele sił. Istotnie, resztką kontroli zdołała zatrzymać w gardle obelgi, jakimi obrzucała Walentynę w myśli.
- Co to ma znaczyć, panienki? - Mieczysław Wiśniowiecki postanowił natychmiast interweniować. Oskarżenie o kradzież różdżki, było na tyle poważne, że na parę sekund dosłownie zmroziło go, a potem użyty przez Mścigniewę ton głosu, sprawił, że poczuł jak unoszą mu się włosy na głowie, a krew zaczyna buzować. Nie okazał jednak tego. W jego zawodzie demonstrowanie emocji, zwłaszcza tych negatywnych mogłoby wiele popsuć. Dlatego zawsze starał się panować nad nerwami. Wiśnia otworzyła usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Vicki już była w połowie swojej wypowiedzi:
- No, bo proszę pana, ona ukradła mi różdżkę, to niebezpieczna wariatka jest. Zabrała mi różdżkę, a jak poprosiłam o jej zwrot, pobiła mnie. Rozumie pan?
- Nie prawda. - Wargi Wiśni lekko drgały, oczy miotały błyskawice, a głos brzmiał tak, jakby wypluwała z siebie słowa. Mogłaby upokorzyć Walentynę przy całej drużynie, mogłaby opowiedzieć, jak to naprawdę było... Tyle, że po tym jak zobaczyła na sali Rozę, wcale nie miała już pewności, czy tego chce. Ostatecznie Vicki należała do drużyny. Kłopot tkwił jednak w tym, ze nie mogła od tak oddać Walentynie różdżki i wcale nie chodziło tu o dumę, przynajmniej nie tylko. - To kłamstwa, same kłamstwa, jednak - powiodła wzrokiem po pozostałych zawodnikach - przy nich wolałabym nie mówić jak było naprawdę. - Czuła narastające zażenowanie i zdawała sobie sprawę, że nie jest jedyną osobą, odczuwającą podobne emocje. Głowę by dała, iż większość zebranych zastanawia się intensywnie, co tu tutaj właściwie robi i jakimi dziwnymi kryteriami kierował się Damp, wybierając właśnie ich. Chyba żadna szkoła nie wystawiła takiej zgrai przypadkowych dziwadeł. Chociaż oczywiście nikt nie uważał siebie za dziwadło. Każdy raczej myślał, ze jest jedynym normalnym tym gronie. Odetchnęła głębiej. Może powinni oddać turniej walkowerem? A może ona ma się poświęcić i potwierdzić słowa Vicki, po czym jakby nigdy nic oddać jej różdżkę i w ten sposób powstrzymać, a przynajmniej trochę złagodzić całą tę aferę?
- Jeśli to nie prawda - błękitne oczy ojca spojrzały na nią tak twardo, że od razu poznała iż nie dał wiary jej słowom - znaczy, że nie masz nic do ukrycia, więc proszę, mów.
Miała ochotę go zabić. Rzucić się nań i zadać tyle bólu ile tylko ludzkie dłonie potrafią. Chciała wyrwać mu włosy, wydłubać oczy, połamać kości. Zrobić z głowy krwawą miazgę. Ten jeden raz, kiedy tego naprawdę potrzebowała nie mógł zachować się jak normalny ojciec, musiał postąpić, właśnie tak jak postąpił. Jasne, że musiał, bo inaczej posypałyby się plotki i oskarżenia o chronienie córki, a to przecież woda na młyn dla jego politycznych przeciwników. "Cholera jasna, jasna cholera. Co robić?"
Sięgnęła do kieszeni, wyjęła różdżkę, nieznacznie poruszyła nadgarstkiem. Minister najwyraźniej zobaczył to i natychmiast zorientował się, co Wiśnia zamierza zrobić, bo delikatnie uniósł własną. Nie miała szans. W magii, także tej niewerbalnej, był lepszy, a do tego najwyraźniej wiedział, jakiego zaklęcia będzie próbowała użyć. Jednak znał ją lepiej, niż się spodziewała.
- Użyłam zaklęcia Expeliarmus. Musiałam to zrobić, bo ona... - Zawahała się, nie może przecież powiedzieć, że zagrodziła jej pryszczami, bo to śmieszne... Gorzej, żałosne. - Odniosłam wrażenie, że ona chce mnie zaatakować. Pokłóciłyśmy się trochę i tak wyszło.Zapewniam, że żadna z nas nie miała na myśli nic złego. - Nie mówiła całej prawdy, nie chciała mieszać w to Żyłki, ani tym bardziej informować wszystkich tutaj o tym, co stało się w lesie. Sama wolałaby jak najszybciej zapomnieć tamten żenujący incydent.
- A później? Nie mogłaś jej po prostu tego oddać?
Pokręciła głową.
- Chciałam, ale najpierw postanowiłam ją wypróbować, ot tak z ciekawości. I jakoś tak ona mnie posłuchała... Bardzo dobrze posłuchała, tak jak słucha mnie moja własna różdżka. Nie czułam żadnej różnicy, uznałam, więc że ona mnie zaakceptowała. Pan Kodrzewski i inni wytwórcy twierdzą, że to różdżka wybiera czarodzieja i czasem może się tak zdarzyć, że zmieniają właściciela.
- Ktoś to może widział?
Wiśnia natychmiast pokiwała głową.
- Tylko mój krasnal...
- Dobrze, więc wezwij - rzucił minister i zamknął oczy, a Wiśnia nie wdając się w dalsze dyskusje nawiązała mentalne połączenie z Jagodkiem. Niecałe dwie sekundy później rozległ się trzask i krasnal zmaterializował się tuż pod wypolerowanymi butami pana Wiśniowieckiego.
- Dobry wieczór panu, szefie! - wypalił krasnal, zanim rozejrzawszy się po pomieszczeniu, ujrzał piątkę nastolatków. - Usp... - dodał widząc ich miny oraz uświadamiając sobie, że stojąca najbliżej Wiśnia, stara się go zamordować wzrokiem. Jednak nie można było cofnąć tego, co się stało.
* Wiśnia nerwowo nawijała na palec kosmyk włosów. Chociaż wejście krasnala ostatecznie uratowało sytuację, bo Vicki, jak tylko wrócił jej głos, który straciła na widok Jagodka, zaczęła gorączkowo zaprzeczać wszystkiemu, co wcześniej powiedziała. Mimo to Wiśnia nie była zadowolona, przeciwnie, przeczuwała, że wpakowała się z deszczu pod rynnę. Wygłaszane piskliwym głosem zapewniania Walentyny, iż tak naprawdę nie stało się nic strasznego się nie stało, a one z Wiśnią są dobrymi przyjaciółkami, utwierdzały dziewczynę w tym przekonaniu. Sama jednak nie powiedziała już nic. Upokorzenie jakie czuła nie pozwalało jej na to.
Siedziała, więc w kącie, miotała w duchu przekleństwa i marzyła o zapadnięciu się pod ziemię. Życzenie to oczywiście nie spełniło się, ale przynajmniej sesja dobiegła końca.
Późniejsze spotkanie w sali transmutacji obserwowała jakby zza wielkiej szyby. Nic, ale to nic z tego, co omawiali nie docierało do jej udręczonego umysłu. Czasem dobiegły ją jakieś pojedyncze słowa, wyrwane z kontekstu zdania. Dlatego liczyła na uprzejmość Bii. Miała nadzieję, że Azjatka opowie jej, co właściwie się tam działo.
* - Wiśnia! Wiśnia, poczekaj chwilę! - Usłyszała za sobą wołanie na korytarzu. Odwróciła się ponad tłumem kolorowych uczniów Ślęży (po uroczystej gali większość dzieciaków uznała wprowadzenie mundurków za zamach na ich wolość osobistą i teraz tylko kilka osób miało na sobie regulaminowe stroje), ujrzała machające do niej, szczupłe wręcz kościste ramie. Po chwili zza grupy wysokich, siódmoklasistów wyłoniła się postać szczupłego chłopca o orzechowej cerze. Brązowe oczy wpatrywały się w nią miękko i życzliwie, długie, cienkie usta, dodatkowo rozciągały się w uśmiechu.
- No wreszcie udalo mi się jakoś wyrwać. - Chłopak uśmiechnął się lekko. - Nawet nie wiesz, co ja musiał znosić przez całą drogę?
- Domyślam się. Fiodorowa, co?
Jęknął.
- Masz ty pojęcie, co to znaczy spędzać tyle czasu w jej pobliże? Wszystkie normalne rozrywki, odgadywanie nauczycieli, czy cokolwiek diabli wzięł, bo Roza zawsze czujna. I zaraz donieść. A jak się odezwieć... Rozmawiała ty z nią kiedy? No to przechodzić ludzkie pojęcie. - Odetchnął głębiej. - To koszmar.
- Współczuję... Ale nie spodziewałam się ciebie tutaj. Co się stało, że jesteś w drużynie?
- Fiodorowa to nie jedyna osoba, której mam dość. Profesor Kazalew ostatnio strasznie się na mnie uwziął, więc jak była okazja...
- Ale nigdy nie miałeś problemu z numerologią!
- Ja nie mieć, ale on nie lubieć jak go poprawiać - wyjaśnił wzruszając lekko ramionami, a potem nagle zmienił temat. - Da się tu gdzieś porozmawiać na osobność? Bo wiesz, ten list, co ty wysłałaś. Miał opowiedzieć, ale okazać ten turniej i zamku zrobiłć się takie zamieszanie, że nie mieć ja ani czasu, ani głowy. Przepraszam, bo rozumieć, że to dla ciebie ważna sprawa, co?
Nie odpowiedziała, tylko zaprowadziła go na górę, do pokoju. Lekcje skończyły się godzinę temu.
- O, Bia! - nie powstrzymała okrzyku zaskoczenia, który wyrwał się z jej ust na widok siedzącej przy stole, pogrążonej w lekturze dziewczyny. - Przepraszam, myślałam, że nikogo tu nie ma. - Wyjaśniła, widząc, że Azjatka podnosi głowę z nad podręcznika eliksirów i otwiera usta, aby coś powiedzieć. - A Tatiana gdzie? A mój krasnal? - Chociaż wiedziała, że Jagodek nadal pozostał w szkole, nie widziała go przez cały dzień.
- Nie wiem. Tatiana chyba u Marceli. A krasnal to nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. - A co? Potrzebujesz go? - Zamknęła książkę i odłożyła ją na stolik.
- Nie - ucięła szybko Wiśnia, a następnie wróciła się do chłopaka - To jest, Bia mieszka ze mną od niedawna i też zajmuje się sprawą Gloddego - wyjaśniła wskazując na dziewczynę. - A to Nikołaj. Może pamiętacie się, z wczoraj. - Dodała patrząc jak jej znajomi podają sobie ręce. Chwilę później cała trójka siedziała przy stole i konspiracyjnie pochylała ku sobie.
- U nas tez zrobić zamieszanie. Tuż po jego pojawienie się zginał nam pierwszak, to znaczy - poprawiał się widząc poważne twarze dziewcząt - zaginął, tak się to mówi po polsku, nie? - Wiśnia kiwnęła głową. Nikołaj był jej kolegą praktycznie od pierwszego dnia szkoły. To z nim grała po lekcjach w czarodziejskie szachy, czy warcaby, czy gargulki. Z nim ćwiczyła zaklęcia, które jej nie wychodziły i to jemu zwierzała się, kiedy coś szło nie tak. Razem podkradali też jedzenie z kuchni i przeglądali stosy książek poświęconych czarnej magii. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, próbowała nauczyć go polskiego. Efekty były lepsze, niż się spodziewała. - Znaleźli go kilka miesięcy później, skrajnie wycień-czo-nego. - Ciągnął dalej chłopak. - Nigdy nie powiedzieli nam, co się z nim wtedy działo i dlaczego został porwany... Bo to porwanie było. A do tego cześć nauczycieli zachowywała się jakoś dziwnie... Po mojemu byli pod działaniem imperiusa, ale oficjalnie nigdy nikt tego nie potwierdził. No a potem... Gloddy zniknąć i wszystko wrócić do normy.
* Wieczorem, tuż przed kolacją jeden ze szkolnych krasnoludków, przyniósł Wiśni wiadomość od Żyłki. A wiadomość ta tak ją ucieszyła, że natychmiast pognała do skrzydła szpitalnego, aby odebrać zamówiony wcześniej eliksir. Nie szkodzi, że wydała na niego trzy galeony. Na szczęście miała jeszcze trochę oszczędności.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 28 października 2013, 00:33

- Mam dwie prośby, Damp. Nie śnij. I nie myśl.
Rust potknął się, skacząc na jednej nodze podczas wkładania skarpetek, co zaowocowało bardzo przykrym i brzemiennym skutkach zderzeniem z ramą łóżka.
- FUCK – zaklął.
- Jaką ty masz skalę! Śpiewać umiesz falsetem? – zażartował Dźwiedź z radością, czym wyprowadził siatkarza z nerwów do tego stopnia, że ten wyzywał go i zagroził śmiercią po raz setny.
- Wkurwiłeś mnie i zapomniałem włożyć butów! – wyżył się na Dźwiedziu kilkanaście minut później, już w drzwiach głównej sali, do której dotarł rzeczywiście w samych skarpetkach. Najgorsze było to, że nie mógł się na niczym skupić. Był to stan dobrze Dampowi znany, wynikający z notorycznego zarywania nocy. Należało zniszczyć Jeziornego. Tak, by więcej nie zakłócał już nikomu snu. Och tak, Damp wprost nie mógł się doczekać męczenia Rościego, gdy ten wylezie wreszcie od Triss, już to widział, już czuł to cierpienie, ten nierozumny wzrok zaćpanego hipisa, gdy będzie kazał Jeziornemu zajmować się wszystkim, co popadnie!
- To nie do zniesienia! – myślał. Złapał się za nasadę nosa i zastygł tak, oddychając wolno i walcząc z narastającą złością. Dzieciaki mijały go, komentując czasem brak obuwia i rozmiar stóp.
- Och tak, to nie do zniesienia – powtórzył Dźwiedź z przekąsem. – Jak twoje sny, Damp.
- Cc?
- Wiesz co to jest podświadomość? – spytał Dźwiedź pokrętnie. – Twoja jest trochę… skierowana na różne takie jakby niekoniecznie -
- PIERDOL SIĘ – zaczął Damp z furią. – Przecież wiesz że nie mam na to wpływu, więc wynocha stamtąd i nie oglądaj moich myśli! Ja nie wiem co myślę podświadomie, bo to jest podświadome, rozumiesz?! I nie życzę sobie, żebyś…
- Damp, uwierz mi, ja nie chcę tego widzieć – patron uczniów brzmiał jak ktoś, kto przeżył coś traumatycznego i właśnie sobie o tym przypomniał.
- Nie wiem, co sobie wyobrażam, więc trochę ciężko mi za to przepraszać! – Rust przeskakiwał po cztery stopnie, biegnąc. – Ostatnio myślałem dużo o lidze w USA – dodał nieco spokojniej, gdy już był na swoim piętrze i szukał klucza w Hawajkach.
- O nieee, Damp, nie – Dźwiedź zaśmiał się teatralnie – uwierz, nie myślałeś o siatkówce.
- Wiesz co? – przerwał mu Rust. – Musi chodzić o Gloddy’ego. Wiem, że coś miałem na końcu języka, gdy go zobaczyłem. Jakbym domyślał się, co jest kluczem, najważniejszym elementem układanki. I po prostu czułem, że coś już wiem, tylko tak bardzo nie byłem w stanie sobie przypomnieć.
- O, rzeczywiście. To z pewnością było rozwiązanie zagadki Gloddy’ego – mruknął Dźwiedź. Fakt, że Damp broni się przed swoją podświadomością, był w pewnym sensie budujący.
- To co, powiesz mi?
- Pewnie. Odkryłeś, Damp, że siedemnaście nagich dziewczyn tańczy podczas pełni księżyca, bardzo sugestywnie dając ci do zrozumienia, że jesteś im potrzebny…
Rust zobaczył swoje najki ale nie sięgnął po nie, bo zamarł w pół kroku i stał tak, jakby ktoś go unieruchomił zaklęciem. Głos Dźwiedzia rozbijał się w jego głowie, tak, jak oceaniczne fale rozbijają się na ostrych skałach podczas przypływu.
- …że Hermenegilda Karcz boi się spać sama i tak naprawdę wcale nie śpi, bo woli zajmować się swoimi gośćmi w dość nietypowy sposób przez całą noc, co, nawiasem mówiąc, bardzo cię cieszy…
Damp przesunął po swoim pokoju wzrokiem, szukając wehikułu czasu, który pozwoliłby mu uniknąć najbardziej krępującej sytuacji tego miesiąca. Niestety nie znalazł go i mógł tylko strzelić nieziemsko zrozpaczonego bitchface’a, podczas gdy Dźwiedź mówił nadal:
- I że wszystkie pozostałe szkoły przyjechały tu tylko po to, by zaoferować ci możliwość wybrania najbardziej odpowiedniej dziewczyny do…
- Błagam, nie.
Zapadła bardzo niezręczna, głucha cisza i Damp nie miał nawet siły, by kląć.
- Nienawidzę cię, jak ja cię nienawidzę – pomyślał, wychodząc. Usiłował pozbyć się zażenowania i żalu ze swojej twarzy, gdy kluczył pomiędzy uczniami, próbując ponownie dostać się na salę. A gówniarzy było prawie dwa razy więcej niż normalnie i prawie połowę stanowiła płeć męska. To odkrycie niespodziewanie Rusta rozzłościło. Mają się szczeniaki uczyć, a nie szlajać po korytarzach, po JEGO korytarzach, najlepiej, jakby wszyscy siedzieli w klasach nad książkami, zamiast mu przeszkadzać! Damp ze złością przestawił jakieś dziecko, które tarasowało wejście („Proszę mnie puśc… OOO JAK FAJNIE! WSZYSTKO WIDZĘ!”), i gdy już wreszcie udało mu się dotrzeć do stołu nauczycielskiego, odetchnął głęboko. Co go dziś czekało? Cholerny, zasrany turniej, co za strata czasu, ale przynajmniej udało się nim udupić paru smarkaczy, co było jedynym pozytywem. Rust uśmiechnął się mimowolnie, wyobraziwszy sobie Artura i Walentynę, siłą wrzuconych przez resztę do bardzo małej i szczelnej klatki pełnej chimer, wielkich pająków, wilkołaków i kwintopedów. Gdyby tylko na sali nie było tylu facetów, którzy irytowali go samą swoją obecnością, pewnie zaniósłby się głośnym śmiechem.
- Przede wszystkim się dziś wyśpij. Chciałbym obejrzeć kolejny sen o siatkówce, a nie pornog…
- Zamknij się, co ty sobie myślisz, że mój umysł działa jak multipleks? Że sobie tam, kurwa, siedzisz i zamawiasz seans?
I wtedy zobaczył tego chłopaka, Gebre. Murzyn wparował do Głównej sali krokiem zjaranego rastamana, który postanowił wczoraj zostać raperem i całą noc ćwiczył swoje nowe popisowe ruchy taneczne. Jak śmiał tak zwracać na siebie uwagę? Damp wbił swój martwy wzrok w za duże dresy, wiszące na Kedebe w sposób, który przez dzieciaki w USA uważany jest za szpanerski.
- Damp, co to jest, w twojej głowie? - spytał Dźwiedź z niepokojem. - Co się z tobą dzieje?
- Poczekaj - warknął Rust, odsłaniając zęby. Kedebe woził się jak król dzielnicy, szczerząc się do mijanych dziewczyn i co pewien czas mówiąc "Yo", które złościło Dampa nieziemsko. Całe to przedstawienie działało na niego jak czerwona płachta na cholernie niewyspanego i rozdrażnionego byka, tak, że gdy już Gebre usiadł na swoim miejscu, Rust nadal patrzył na niego spode łba, zaciskając pięści. Nie mógł znieść takiego zachowania. Zmusił się, by usiąść na swoim krześle, a gdy tylko to zrobił, ujrzał Termopilskiego gadającego sobie w najlepsze z Rudą, zaledwie kilka miejsc dalej.
- Damp, natychmiast się opanuj!
- Podrywa ją - warknęła ta część Rusta, która pragnęła teraz dokonać morderstwa.
- Czułem od początku, że masz dziś zły dzień, to jest jakiś skumulowany syndrom samca alfa! I zabraniam ci tak myśleć! To nie jest cholerna sawanna, na której musisz zdominować wszystkich dookoła, żeby sobie zająć miejsce w stadzie!
- Mówisz, jakbyś nie widział tego całego Kedebe, skoro już mowa o Afryce! - wybuchł Damp. - Widziałeś jak on się... Aghr, wkurza mnie, a Termopilskiego zaraz stąd wywalę, bo sobie pozwala na zbyt wiele, patrz, jak blisko niej siedzi, już to widzę! Dojebię ich wszystkich, a potem jeszcze Jeziornego, och, jak ja go udupię!
- To nie była prezentacja ani taniec godowy! - Dźwiedź chyba po raz pierwszy wydarł się na Rusta w ten sposób - A ty poważnie rozważałeś rzucenie w ucznia widelcem! Wracaj do siebie, zanim ci się zechce pobić kolegę po fachu.
- Bójka z Fabianem? - zainteresował się Damp.
- Słuchaj, jak mi dasz godzinę, to ci pomogę. Naprawdę! Godzina wystarczy. Ale zamknij się w swoim pokoju i postaraj się nie zrobić niczego po drodze - zaordynował Dźwiedź stanowczo.


- Medytacja?! Na mózg ci padło? - zbulwersował się szczerze. - I to ma niby pomóc przestać myśleć jak mężczyzna?
- Ty nie myślisz jak mężczyzna, Damp, tylko jak zwierzę - zgasił go Dźwiedź. - Przynajmniej dzisiaj. Mam zamiar ochronić resztę przed twoim spaczonym pseudo-instynktem. Nie będzie żadnej agresji i dominacji. A teraz skup się. Skoro już siedzisz prosto, zacznij oddychać...
- Gapa ze mnie, już oddycham.
- ...ODDYCHAĆ WOLNO I MIAROWO TY NADĘTY EGOISTO. Myśl o czerni. Skup się na czerni. A ja się zajmę zbędnymi informacjami w twoim nieprzyzwoitym umyśle. Godzina powinna wystarczyć, jestem w tym dobry. Jak chcesz, to mogę też pomóc ci pozbyć się negatywnych emocji. Względem uczniów na przykład. Ostatnio masz bardzo duży zasób tego, Damp, zwłaszcza dla Jeziornego i Tkaczuka. To jak?
- Dobra, rób co chcesz. Bylebym mógł się na czymś skupić. Ale wiesz co? Zostaw mi Tkaczuka z Jeziornym, nie tykaj się tego. Heh, co to, to nie. Już ja sobie z nimi poradzę.


- Przyznaję - rzekł kilka godzin później, podczas swoich zajęć - że czuję się o niebo lepiej. I tak dobrze mi się myśli, jakoś... Zupełnie nic mi tego nie zakłóca! Nie wierzę, że to mówię, ale dziękuję - dokończył, opierając się o ścianę.
- Więc jesteśmy umówieni na dwie godziny medytacji w tygodniu - westchnął Dźwiedź. - A dziś skorzystaj z jasności umysłu i zajmij się tą swoją drużyną.
Niesamowitym zbiegiem okoliczności, akurat w tym momencie, w sam środek treningu wpierniczył się Kedebe - zalał salę swoim kozactwem i jak czarnoskóry piosenkarz przemieścił się, ruchem sinusoidalnym, w kierunku Dampa. Zanim w ogóle siatkarz zapanował nad sobą, na jego twarzy pojawiła się mieszanina niechęci, gniewu i pogardy, którą zdołał jedynie zamaskować zrezygnowanym westchnięciem i wlepieniem wzroku w sufit.
- Yo stary, co to za mina, yo, swag, ogarnij tę fazę, dzięki, stary, Rust, za wybranie, nie zawiedziesz się!
Gdzieś, w otchłani uśpionej dziś podłości Dampa, obudziła się ogromna potrzeba pokazania Gebremu, że ma znać swoje miejsce. Spojrzał na chłopaka z góry i rzucił zasłyszanym po jakimś meczu, gangsterskim slangiem z ulicy:
- Gotta creep like keyed ho dope fiend? - Dobrał zdecydowanie za ostre słowa, ale uświadomił to sobie za późno. Kedebe uniósł brew, jakby wreszcie znalazł godnego rozmówcę. - Wut, waitin' for 'sup? - warknął Rust.
- HMFWIC fay? - spytał Gebre ni to z rozbawieniem, ni to z podziwem. Od dwóch lat nikt nie nazwał Dampa białasem, toteż nerwy puściły mu zupełnie.
- Wanna se 187 busta move, nigga? - postraszył.
- Notch! - Kedebe zaśmiał się głośno, ale mina mu zrzedła, bo Damp sięgnął w jego stronę. - Bugger! - Odskoczył. - I'M 'ST TAKIN A SHOT, CHILL MAN!
- Wha? Chilled off u said? - upewnił się Rust, uśmiechając się wrednie.
- Ya trippin?! - Tym razem Gebre był naprawdę zszokowany, reszta uczniów gapiła się na nich, zapewne nic nie rozumiejąc.
- Nope. Just takin' a shot - powtórzył Rust wolno. Tyle wystarczyło. Przynajmniej nie będzie musiał słuchać tego pseudo-spolszczonego polsko-niggerskiego slangu młodych debili. - Dobra, młody, nie ma sprawy - rzucił na koniec, choć obaj jeszcze chwilę wpatrywali się w siebie jak, nie przymierzając, kibole przeciwnych zespołów.
- Fajne najki - zauważył Gebre ostrożnie.
- Twoje lepsze do grania w kosza, bardziej stabilne - odparł Rust, nieco zdziwiony.
Zapadła niezręczna cisza, podczas której Rust przypomniał sobie, że sam wybrał chłopaka na reprezentanta i powinien jednak chwilę z nim porozmawiać, bo widzieli się, na dobrą sprawę, dopiero drugi czy trzeci raz. - Widzę, że masz Beatsy od Dre, dobry wybór, potężnie grają - zagadnął, siadając na parkiecie.
- Próbował pan?
- Mixerki miałem, ale Pro jeszcze nie. Podobno dają czadu.
- Widziałem w nich Russela Wilsona - zachwalał Kedebe. - Ogląda pan NFL? - upewnił się, widząc znaczne ożywienie na, pozbawionej zazwyczaj emocji, twarzy Rusta. Zaraz przysiadł się do niego i wyciągnął z przepastnej bluzy najnowszy numer magazynu kibica.
- Ja bym nie oglądał?!
I gadali tak długo, że reszta dzieciaków zmyła się z ostatnich dziesięciu minut zajęć, znudzona newsami ze świata sportu oraz producentów sprzętu muzycznego i treningowego. Damp był zaskoczony tym, jak świetnie mu się rozmawia z siedemnastolatkiem, a na dodatek dowiedział się mnóstwa rzeczy, o których nie miał wcześniej kogo spytać, odcięty od swoich znajomych. Prawie żałował, gdy wreszcie skończyli bombardować się wzajemnie informacjami, a Kedebe wykrzyczał na odchodnym swoje "YO".
- Ja to jednak mam czuja - pochwalił się Dźwiedziowi. - Wybrałem super gościa do swojego teamu!
- I wcale nie chciałeś rano go pobić - przytaknął patron uprzejmie.


Napięcie w szkole narastało z każdą chwilą, lecz nie udzieliło się Dampowi. Przeciwnie, siatkarz chodził po Ślęży wolnym krokiem, z rozmysłem omijając skupiska uczniów, by przypadkiem nie zostać zmuszonym do rozmowy. Cały umysł miał dziś aż nienaturalnie radosny i pełen miejsca na pozytywne, żywiołowe myśli. Sam fakt, że ten stan permanentnego optymizmu Damp zawdzięcza Dźwiedziowi, niewiele zmieniał. I gdy tak spacerował, prawie uśmiechnięty, czekając na przyjazd innych szkół, spotkał Kluskę, która sprawiła, że lekko się rozkojarzył, zanim w ogóle zabrał głos.
- Emm - odkaszlnął, zażenowany jej ubiorem.
- Patrz na sufit, Damp - zaproponował Dźwiedź.
- Słuchaj, dziś konieczne są mundurki - oznajmił Rust. Chwilę kłóciła się z nim, tak, że zirytowany spojrzał na nią karcąco, ale po sekundzie znów wodził wzrokiem po stropie, klnąc w duchu. - Wywalę cię z drużyny, jak się nie przebierzesz - warknął wreszcie, zakrywając twarz dłonią, znużony bezsensowną rozmową. - Nie żartuję.
Dopiero wtedy prychnęła i obróciła się na pięcie, by, tupiąc donośnie, udać się z powrotem do pokoju. Damp zagryzł wargi.
- Czy ja powinienem żałować swoich wyborów? - jęknął na głos.
- Tak, Rust - potwierdziła Ruda, która, jak się okazało, stała tuż obok niego. O dziwo, Damp nie poczuł paskudnego chłodu w dłoniach, nie zaschło mu w gardle i nie musiał starać się, by powstrzymać coś na kształt lubieżnego uśmiechu, który zazwyczaj wykrzywiał mu usta w sytuacjach takich jak ta. Wyszczerzył zęby i spojrzał na nią bokiem. I nic! Wolność! Żaden, z dziesiątek planów na uwiedzenie jej, nie pojawił się Dampowi przed oczami! WSPANIALE! Nareszcie!
Westchnął, zgarniając ją ramieniem i przyciągając do siebie.
- Co ty...
- Chodź chooooodź - zanucił, zamykając ją w przyjacielskim uścisku, po czym obrócił tanecznym krokiem, tak, że prawie straciła równowagę metr dalej, kurczowo trzymając go za rękę.
- Rust, co ci się - zdążyła tylko zacząć, z tą swoją uroczo zmartwioną i zdezorientowaną miną, gdy Damp doskoczył do niej. Musiał prawie zgiąć się wpół, więc schylił się zamaszyście, z jedną ręką za plecami, jak lokaj. Sięgnął i wplótł długie palce w rude włosy, na co Karcz zareagowała oburzeniem. Rust nie przejął się jednak, tylko lekko potrząsnął głową koleżanki, jakby chciał ją obudzić.
- Halo! Uśmiechamy się! Dziś mamy gości, Hermenegildo - złapał ją śmiało za twarz, jakby chciał pocałować i kciukami, delikatnie uniósł kąciki rozdziawionych ust, tak, że na twarzy Rudej pojawił się mimowolny wyszczerz eksponujący prawie całe uzębienie - trochę więcej życia! Żyjemy, żyjemy!
- Nye oznaye zie - wydusiła zanim ją puścił. Po chwili szli obok siebie, Damp uradowany swoim czystym, pozbawionym krzty seksualnych podtekstów, myśleniem, a Ruda równie rozbawiona co zszokowana. Na Głównej sali panował tak wielki chaos, że zacierały się niemal różnice między nauczycielami a uczniami, bo wszyscy krzątali się gorączkowo, w tych ostatnich minutach przed galą. Nikt więc nie zwrócił uwagi na niecodzienne zachowanie niektórych członków grona pedagogicznego, którzy, dzięki humorowi Dampa, zaczęli przypominać grupę ucieszonych nastolatków.
- Fabian! - wydarł się Rust. - Patrz, co mam! - Wskazał na Rudą, z przyklejonym do ust uśmiechem młodocianego chuligana, i zaraz zachichotał, bo kobieta sprzedała mu kuksańca w biodro.
- Damp, co ty wyprawiasz? - Termpilski podszedł do nich, marszcząc brwi i zerkając pytająco na Hermenegildę.
- Znalazłem zgubę sprzed paru dni - odparł Rust, zarażając pozostałych swoim optymizmem. - Rozbierzmy ją.
- Co?
- Pamiętasz jak rozwalili akwarium? Brakowało jednej syreny.
Cała trójka zerkała na siebie, z rosnącym rozbawieniem. Ruda już chichotała, choć nie była pewna, z jakiego powodu. I tak szturchała się z Dampem co raz mocniej, jak mała dziewczynka.
- Oho, czekaj, ona mi nie wygląda na syrenę!
- No to mówię przecież, że się ubrała dla niepoznaki. Musimy z niej zdjąć to wszystko, żeby się nie wyróżniała w wodzie, Fabian, pomożesz mi?
Śmiali się jak durni z głupoty tego żartu.
- Fabian, nie bądź taki, robimy to dla dobra szkoły!
- Niee - wydusiła Hermenegilda. Dampowi zabrakło tchu i zgiął się, łapiąc za brzuch. Stali we trójkę i dosłownie płakali, choć było to bezsensowne i dziecinne. Rust nie mógł oddychać, Ruda tylko pogarszała sprawę, bo zaczęła go łaskotać, a Fabian oparł się o jakieś krzesło i zakrył twarz dłońmi. Tak kretyńsko głupia radość, która z niczego nie wynikała, po prostu nie mogła ot, tak sobie zniknąć.
- Fabiaaaan - szepnął Damp z największym trudem, ale nie dokończył, tylko popchnął Rudą, jeszcze mocniej ich rozśmieszając. - Ogarnij to... Słuuchaj, heh, ja normalnie...
- Zamknij się wreszcie - poprosił Termopilski.
- Co ty normalnie? - podchwyciła Kercz od razu, podczas gdy Damp cierpiał przez ból mięśni brzucha, które nie paliły go tak od czasu ostatniego treningu w USA.
- Bo ta drużyna na turniej - wyznał, płacząc - to... Ta mocna piątka, wiecie, heh... To dwójka z nich w ogóle się nie zgłaszała - dokończył przez zęby. Fabian chichotał obok, kurczowo trzymając się krzesła.
- Rust, debilu...
- TO NIE JEST ŚMIESZNE. DWA METRY CZYSTEGO KRETYNIZMU.
- No, heh, a jedna to - cała klatka piersiowa Dampa trzęsła się od śmiechu, gdy próbował mówić - ona, heheh, jest takim totalnym... i ona, heh, nie umie... ani jednego, chyba, zaklęcia, naprawdę...
- Serio?
- Muuahahahah! - Rust otarł łzy. - Ja nie wiem... jak ja, jak... jak mogłem zrobić, heh, coś takiegoo - dodał na bezdechu.
- Ej, wy tam! - Dyrektor(ka?) podeszła do nich szybko, rozdrażniona, więc zamilkli, co pewien czas wzdychając spazmatycznie. Rudej zupełnie rozmazał się makijaż. - Co to za wygłupy?!
- Przepraszam - wydusił Rust zachrypniętym, niskim głosem. - To moja wina.
- Domyślam się! Proszę się zająć czymś pożytecznym, a nie...


Damp był tak radosny, tak szczęśliwy i zaskoczony pozytywnością ostatnich pięciu minut, że ciężko mu było w to uwierzyć. Uspokoił oddech i opuścił główną salę energicznym krokiem. A gdy znalazł się w opuszczonym korytarzu w północnej części Ślęży, usłyszał dźwięk, który był gorszy niż cokolwiek innego:
- Hey, Damp! Asshole!
Zesztywniał. Nie. To nie mógł być ten głos. To niemożliwe, by właśnie usłyszał najsurowszego trenera ze swojego pierwszego klubu w Rochester. Przerażenie targnęło Dampem, napiął wszystkie mięśnie i uniósł ramiona, zamykając oczy, tak ogromna ciążyła na nim trauma. I choć to było nielogiczne, instynktownie wykrzyknął odpowiedź:
- Yes coach!
- Parameters! - zagrzmiał głos.
- Two hundred sixty-five, three hundred thirty, three hundred fifty-six! - Rust recytował jak w wojsku. Wyprostował się na baczność i starał nie myśleć o osobie, która stała za nim. - Two hundred and three, ninety-eight!
- And still rolling joints in the locker-room!
- SLANDER! - Rust tak bardzo chciał się obronić, że aż spojrzał za siebie z rozpaczą, a zamiast trenera Scotta, zobaczył w końcu korytarza... Gloddy'ego, machającego radośnie JEGO WŁASNĄ różdżką!
Trwało to może trzy sekundy.
- Zabiję - uprzedził Dźwiedzia.
- Zabij.
Oczywiście rzucenie się na porywacza z pięściami, nawet przy całej sprawności fizycznej Rusta, było bezsensem, dlatego siatkarz ruszył w stronę Gloddy'ego wolnym krokiem, mrużąc oczy i próbując ocenić swoje szanse. W praktyce ich nie miał.
- Wiesz co, Damp. Bardzo mi pasuje ta twoja - Gloddy obrócił magiczny przedmiot w palcach - własność. Niespodziewanie.
- To niemożliwe, by moja różdżka zgodziła się słuchać kogoś tak popierdolonego - warknął Rust, rozważywszy szybko, na ile te słowa rozgniewają maga.
- Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś sam się tak zdissował - jęknął Dźwiedź. - Damp, przecież ona ciebie słuchała...
- Jeszcze nie spotkałem takiej różdżki - ciągnął Gloddy, przymykając oczy i opierając się lekko o ścianę. Przesunął wzrokiem po trzymanym przedmiocie. - Jest dębowa, całe szesnaście cali, praktycznie nie da się jej wygiąć, choćby o milimetr. Powiedz, chciałbyś ją odzyskać?
Damp nie odpowiedział, jedynie przesunął językiem po krawędzi zębów.
- Nie zależy mi - skłamał po chwili. - Wolałbym dogadać się z tobą. Po prostu powiedz wreszcie, o co chodzi.
- Ta różdżka jest z tobą związana - Gloddy zignorował temat - i czuję, jak wiele razem przeszliście. Wyrządziła całkiem sporo złego, czyż nie? Jest bardzo nieprzyjemna. Zimna. Palce drętwieją.
- Cholera jasna, nie obchodzi mnie to - zirytował się Rust. - Czego chcesz?
- Posiadam coś na kształt moralności. Już mnie znudziło nagabywanie was - westchnął Gloddy. - Będę czekał pod czerwonym drzewem, za dwa dni o północy, i mam nadzieję, że zwrócicie mi moją własność. Nie ważne, kto. Do zobaczenia! - Mrugnął porozumiewawczo, znikając w obłoku dymu, który za moment ułożył się w napis "Nie dziękuj". Różdżka Dampa lewitowała metr nad ziemią i jarzyła się niebieskawym światłem.
- Dźwiedziu. Mogę...? - zawahał się, sięgając po nią.
- Nie czuję nic złego - odparł patron. Po chwili Rust wracał na salę z miną bez wyrazu, kryjąc przed światem swoją złość i gniew, a w palcach obracał, jakże znajomą, lodowatą niczym metal różdżkę o twardej, chropowatej powierzchni. Rzeczywiście, wiele razem przeszli. Rzeczywiście, była nieprzyjemna w dotyku. Zero giętkości. I nawet po całym dniu użytkowania nie nabierała cieplejszej temperatury. Tylko po co on o tym myślał? Bo chyba nie żałował czegoś, co zrobił z jej pomocą?


Warczał na uczniów, którzy wchodzili mu w drogę i z pewną dozą znudzenia zdążył jeszcze upomnieć Tkaczuka, by ten ruszył wreszcie swój leniwy zad i raczył przysiąść się do reszty drużyny. Obserwował tę scenę bacznie, próbując zorientować się w uczuciach gówniarzy. Szkoła wyległa na błonia, by gapić się na przybywające delegacje, nauczyciele w większości poprawiali ostatnie szczegóły, w oczekiwaniu na ważnych gości (w tym samego ministra!), a Damp stał, oparty o framugę i wpatrywał się przeszywająco w uśmiechniętego Kedebe, lekko zażenowaną, spokojną Bię, świergolącą Kluskę, która wyraźnie zmniejszała dystans między sobą a Tkaczukiem (cóż za bezsens), Tkaczuka, z miną godną uwiecznienia na plakacie z dopiskiem "Życie mnie nienawidzi, proszę, użyj tego tępego kija i pomóż mi zginąć", oraz Wiśniowiecką, cholernie zdenerwowaną, napiętą Wiśniowiecką o pobielałych od zaciskania dłoni knykciach, ustach złożonych w wąską linię i wzroku drapieżnego zwierzęcia, słyszącego w oddali watahę psów gończych.
Tak. Zdecydowanie coś było na rzeczy i Damp, nastawiony teraz wyłącznie na czytanie ludzkich emocji, instynktownie zmienił miejsce obserwacji. Wolnym krokiem obszedł salę, zatrzymując się za stanowiskiem fotografa, tak, by widzieć jedynie plecy reprezentantów. I czekał, czując, że powinien zareagować w razie potrzeby. Dziś wystarczająco już przeszedł, by musieć odpowiadać za tę piątkę przed dyrekcją i (o zgrozo) innymi, którzy mieli przybyć do szkoły. Wolał więc kontrolować ich zachowanie. Dlatego też nie uszło jego uwadze, gdy Wiśniowiecka obróciła się gwałtownie, tak, jak zrobiłby to on sam, bezbłędnie wyłapała moment, w którym fala nowoprzybyłych napływała do sali, po czym czmychnęła błyskawicznie, znikając pomiędzy błękitnymi strojami uczniów Beauxbaton. Damp przez chwilę stał w bezruchu, jakby kalkulując, czy bardziej opłaca mu się wściec, czy popaść w rezygnację.
- Czy ty naprawdę chcesz wiedzieć, co się dzieje - mruczał cicho, lawirując w tłumie - gdy tracę kontrolę nad sobą? Czy tobie tak zależy, Mścigniewo Wiśniowiecka?
- Damp, nie mów do siebie, błagam, brzmisz jak psychopata-pedofil - szepnął Dźwiedź, wyraźnie zdenerwowany. Widocznie bał się o wszystkich nieletnich w szkole i teraz, gdy było ich tak wielu, czuł się odpowiedzialny za każdego z osobna. A tak niedawno spotkali Gloddy'ego... Na dobrą sprawę nikt nie był bezpieczny.


Wiele go kosztowało, by zatrzymać się przed jej drzwiami, bo w pierwszej chwili chciał je wyważyć. Powstrzymał się jednak jakimś cudem i, używając jednego z groźniejszych tonów, nawrzucał Wiśniowieckiej, jeszcze zanim poradził sobie z wejściem do sypialni dziewcząt. Tak naprawdę czuł, że bierze udział w czymś bezsensownym. To nie pasowało do Wiśni, kapryśność przedszkolaka, bezmyślność smarkuli, dopiero co stającej się nastolatką. Damp nie znał się na młodych dziewczynach, co najwyżej takich właśnie osiemnasto- lub dziewiętnastoletnich, bo wyłącznie je kojarzył sprzed wielu lat, zanim przerzucił się zwykłe kobiety. Pamiętał, że podrywanie licealistek miał za niewygodne, uciążliwe, godzące w jego nadprzeciętne umiejętności. Zbyt łatwo było zawrócić im w głowie i Damp wolał po stokroć uwodzić pewne siebie, niedostępne sztuki, wyłącznie dla swojej własnej satysfakcji.
A teraz stał, z jednej strony bezsilny, a z drugiej świadomy, że ta dziewczyna, celująca mu w brzuch różdżką (swoją drogą, nieziemsko go to drażniło), jest po prostu niczym wobec jego doświadczenia, umiejętności, czy wreszcie siły i sprytu. Za młoda była, żeby się z nim równać.
- Pan nie będzie mi rozkazywał! - próbowała ratować się improwizowaną histerią. Po prostu dramat. Damp jakoś wbrew sobie odsłonił zęby w uśmiechu, tak dalece rozbawiła go jej nieudolność. O co mogło tak naprawdę chodzić? Nie podziałały kolejne, ostre zdania, nie podziałał władczy ton, choć Damp jeszcze nie użył wobec Wiśniowieckiej swych prawdziwych metod, które skutecznie by ją przestraszyły. Złość, która ogarniała go podczas konfrontacji z dziewczyną, nie wynikała bezpośrednio z jej czynów - Damp po prostu wściekał się, bo szło oporniej niż zawsze. Bo musiał bardziej się starać, angażować, więcej odsłaniać swojej prawdziwej twarzy, prawdziwej osobowości, która, tak niedawno jeszcze, byłaby w stanie zrobić Wiśni prawdziwą krzywdę. I znów Rust użył najprostszych metod, znów niósł ją, tak zażenowany tym, że sama nie wyszła, zmęczony już próbami powstrzymania swoich zamiarów. Właściwie nawet się nie wyrywała i gdy Damp zamknął za sobą drzwi, uznał, że tak jest wygodniej. Nie widział jej wrednej, szczupłej twarzy. Nie czytał prawdziwych intencji z błyszczących oczu. Popatrzył na plecy dziewczyny i naszła go dziwna myśl, której bardzo nie chciał formułować.
- Już możesz ją puścić - poinformował Dźwiedź, lecz Damp stał zdecydowanie dłużej, niż musiał, myśląc nad czymś. Czy to możliwe, by dał się wciągnąć w świadome plany tej nastolatki? Chciała, by po nią przyszedł? Postawił ją na ziemi, specjalnie łapiąc poniżej talii, umyślnie zaciskając na niej obie dłonie. I trzymał o sekundę za długo, za mocno, z kciukami opartymi o wgłębienia na wysokości kości biodrowych, długimi palcami obejmując dziewczęce boki. Zero reakcji. A powinna była się obruszyć, zareagować, krzyknąć, nawet zamachnąć się na niego, cokolwiek. Czyli jednak dał się wykorzystać. Zaskoczony poprawił rękawy swojej czarnej bluzki, próbując zrozumieć, co właśnie się stało. Może nie był konieczny ten test, polegający na trzymaniu Wiśniowieckiej inaczej, niż mogłaby sobie życzyć, ale dał mu wiele do myślenia.
- Ona chciała, żebym ją stamtąd wyniósł - poinformował Dźwiedzia oniemiały, gdy już szedł z Wiśnią w stronę sali. - Ale to niemożliwe. To zbyt nielogiczne.
- Za dużo myślisz.
Po odprowadzeniu reprezentantki na salę Damp tylko przesunął zmęczonym spojrzeniem po zebranych i postanowił uciec przed tłumem, hałasem, ogólnym zgiełkiem i podnieceniem uczniów. Choć Minister Magii brzmiał całkiem... charyzmatycznie. No właśnie. Rust nie lubił charyzmatycznych mężczyzn. Sprawiali, że miał ochotę natychmiast ich zdominować, co rzeczywiście, jak powiedział mu rano Dźwiedź, nosiło miano syndromu samca alfa. Tyle, że Damp nie zawsze sobie z tym radził, i choć wywołał w życiu niewiele bójek, odreagowywał te emocje w jakiś sposób - obniżonym nastrojem, zwiększoną wrednością i niezadowoleniem. Dlatego też zerknął tylko na WIśniowieckiego, westchnął i udał się tam, gdzie planował poczuć się idealnie. Bezpiecznie, wspaniale... Zero ludzi, których nie mógł znieść. Zero gówniarzy. Zero natrętów. Zero myśli o tym co nie było siatkówką. I gdy Rust zapalił światła w pomieszczeniu, przeszedł się jak zawsze, wzdłuż boiska, po czym wyciągnął Mikasę MVA 200, naszła go niespodziewanie dziwna myśl.
- Czujesz to? - spytał na głos, zmęczony. I tak był tu sam, i tak odpowiedział mu jedynie Dźwiedź.
- Nie. O czym mówisz?
- Magia w powietrzu?
- Damp, posłuchaj, jest sprawa.
- Tak?
- Ty udajesz, że jesteś nienormalny, czy naprawdę myślisz w taki sposób? Magia w powietrzu? Sądzisz, że jakiś uczeń odważyłby się używać tu magii bez pozwolenia? - spytał Dźwiedź jakoś dziwnie, jakby był rozbawiony.
- Wiesz, mam cię dość. I nie przeszkadzaj mi, gdy będę się odstresowywał.
- Odstresowuj się do woli. Nie przestrasz się sklątek w składziku.
- HA HA HA - Damp strzelił bitchface'a, wręcz zawiedziony tak słabym trollem - jesteś gorszy niż Grimm-Na-Dropsach, on też walił takie suchary. Sklątki. W składziku. Poczekaj, uwierzę ci. Już lecę. Patrz - wskazał na siebie - jak się rozpędzam.
To był najbardziej prymitywny, najbardziej doprowadzający do pasji, najbardziej prostacki i banalny sposób dojebania jakiegokolwiek siatkarza, o jakim Damp w całym swoim życiu słyszał. Najpierw zdziwił się niepomiernie, gdy Mikasa odbiła się od niewidzialnej bariery obok ściany, ale uniknął zderzenia, bardziej zszokowany niż zły. Naiwnie uznał, że jakiś gówniarz zaczarował piłkę, więc otworzył ten przeklęty składzik i zrobił w tamtym momencie jedną z niewielu, zupełnie szczerych i niezaplanowanych min. To była prawdziwa ekspresja, tak wiernie oddająca myśli i odczucia Dampa, że sam Dźwiedź był pod wrażeniem, bo nie posądzał siatkarza o posiadanie autentycznej mimiki. I całe to niedowierzanie, mentalny ból, przerażenie i wściekłość pomieszały się w jednej sekundzie z trzema słowami, które Rust wycedził, zanim zaczęła się właściwa część nocnej tragedii:
- Zajebię - szepnął, sklątki już trzęsły się jak małe wulkany - Artura - podwinął górną wargę, jakby chciał pokazać światu parę swoich pokaźnych kłów - Tkaczuka - dokończył bezgłośnie.
Trzasnęły drzwi, huk rozległ się natychmiast, Damp skoczył w tył z całą siłą, na jaką się zdobył, i wyłaniając się z kłębu dymu uderzył łopatkami o ziemię, a lata wałkowanych na treningach, amortyzujących przewrotów wreszcie się na coś przydały. Siłą rozpędu Rust obrócił się i wybił z rąk, wylądował na podeszwach najek i nawet nie zdążył złapać równowagi, gdy ujrzał pełznące ku niemu, obrzydliwe, przypominające obślizgłe skorupiaki stworzenia, co kilka chwil strzelające iskrami i lecące bezwładnie kilka metrów. Wrzasnął, biegnąc, bo jedna ze sklątek śmignęła mu między nogami, a inna osmaliła hawajki. NIEKTÓRE MIAŁY ŻĄDŁA! Damp rozwinął taką prędkość, że dosłownie przeleciał przez tę część korytarza, w której umieszczono drzwi. Chciał w biegu skręcić na salę, co było niewykonalne, biorąc pod uwagę jego masę, rozpęd i prawa fizyki.
Skręcił i nic. Po prostu nic. To było rozpaczliwe, żałosne i jednocześnie epickie, jak na filmach - w pędzie zdążył jedynie obrócić się bokiem, przed oczami śmignęło mu wnętrze sali gimnastycznej, tułów został i przegiął się w tył, a nogi dalej jechały po podłodze, niesione bezwładnością, aż Dampem szarpnęło i poczuł, że leci, że obydwa buty ma oderwane od ziemi i nie może zrobić już nic. Obróciło go jeszcze o kilka stopni i w efekcie wyrżnął o ziemię w tak niesamowicie nieszczęśliwy sposób, że stopy miał wyżej niż resztę ciała, a na lewym biodrze skupiła się cała siła uderzenia i ból. Lecąc, Damp zdążył jeszcze zahaczyć łokciem o wózek z piłkami, które wysypały się za nim, a niektóre... Zaczęły latać z dźwiękami, przywodzącymi na myśl ich ogromną wagę i prędkość. TŁUCZKI. Jakimś cudem Rust uchylił się przed jednym z nich, wyminął parę sklątek, wpadł na salę i wykonał najwyższy skok w swoim życiu, trzaskając tak zwaną "sto osiemdziesiątkę", bo wizja oberwania w krocze tłuczkiem do quiddicha dodała mu tak zwanej motywacji. Dopiero lądując wyszarpnął różdżkę zza opaski na ramieniu i wykrzyczał pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu na myśl, zatrzymując wszystkie sklątki w miejscu. Później bezgłośnie ustrzelił trzy tłuczki, dzikim wzrokiem wodząc po pomieszczeniu i celując dębową różdżką w te maszyny do zabijania. Zapadła względna cisza, choć dało się wyłowić wibracje unieruchomionych przedmiotów i pomruki sklątek. Damp spojrzał na swoje ulubione hawaki, nadpalone teraz i poszarpane. Później odsłonił obite biodro i zaklął, patrząc na ewidentnie powiększającą się plamę wylanej wewnętrznie krwi, która za godzinę miała już być gigantycznym, żółto-zielonym siniakiem.


Następnego dnia obudził się, powtórzył dziesięć razy, że nikogo nie rozszarpie, po czym ubrał się i wyszedł. Pierwszym miejscem, do którego zawitał, było Skrzydło Szpitalne.
- Słuchaj, Jeziorny - zaczął bezbarwnie, ale nie dane mu było dokończyć, bo Rości zainteresował się siniakami, jakie w nocy wyszły Dampowi na całym przedramieniu i nadgarstku.
- Co się panu stało? - przerwał mu w pół zdania.
Rust zacisnął zęby, próbując powstrzymać furię.
- Przyszedłem odwiedzić ucznia i przypadkiem skręciłem mu kark - westchnął powoli, unosząc się lekko na palcach. Wnętrze sali było jasne i przestrzenne, więc pomagało mu zachować spokój. Obawiał się jednak, że jeśli szło o Jeziornego, może być z tym bardzo ciężko. Żyłka oczywiście nie załapał aluzji w pierwszej sekundzie, zamiast tego zamyślił się wyraźnie, albo może i ogarnął, o co Rustowi chodziło, ale nie skomentował tego nijak.
- A więc...
- A więc mówiłem, Jeziorny, że dostaniesz ważne zadanie. Będziesz nieoficjalnie pomagał naszej reprezentacji w wygraniu turnieju. Musisz być - urwał, mierząc chłopaka jednoznacznym spojrzeniem - cichy - zakończył z bólem. Tak, z tym akurat nie było problemu.
- Będę bezszelestny - szepnął Rości konspiracyjnie. - Jak wilk, trenerze.
- Jaki znów wilk, Jeziorny.
- Nie ten. Inny. Srebrny lis.
Damp pomyślał, że umrze, jeśli czegoś nie zrobi. Drgnął mu kącik ust a jedna z brwi powędrowała w górę, gdy usiłował zająć czymś obie dłonie. Bardzo nie chciał, by tym czymś było, na przykład, duszenie Rościego.
- Srebrny, kurwa, lis wilk. Dobrze, Żyłka, dobrze. Niech będzie. Właśnie tak masz działać - wycedził nieswoim głosem. - I powiedz mi, czego najbardziej nie lubisz.
- O.
Rości wyglądał jak bardzo uprzejmie zaskoczona rybka akwariowa, której ktoś zamiast jedzenia nasypał do wody złotych gwiazdek. Właśnie tak się Dampowi skojarzył. Wreszcie chłopak potrząsnął kręconymi włosami, zastanowiwszy się.
- Nie lubię ziemniaków.
Gdyby tylko lewa dłoń Dampa nie bolała go jak diabli, to ten facepalm, który rozniósł się głuchym echem po Skrzydle Szpitalnym, byłby najbardziej trafnym i udanym komentarzem do osobowości, jaką posiadał szesnastolatek. Niestety Rust zepsuł efekt przekleństwem.
- Dalej...
- Nie lubię, gdy ktoś pruje moje swetry. - Tym razem głos Rościego zabrzmiał inaczej, po raz pierwszy prawie (Damp był wstrząśnięty) niepokojąco. Zaraz jednak Żyłka znów mówił normalnie. - I to wszystko.
- Ach tak - mruknął Rust przeciągle, spoglądając na swoje długie, posiniaczone palce. - I jesteś pewien, tak z innej beczki, że nie masz niczego, co jest podejrzane lub... Należy do Gloddy'ego?
Cisza. Rości pokręcił głową. Mały, pierdolony diller. Damp wiedział, że wszyscy kupują, sprzedają i wymieniają przez Żyłkę, bo kilkakrotnie widział go podczas roznoszenia poczty.
- Fajnie. Faajnie, Rości - rzucił na odchodnym. - Jak wyjdziesz, zajmiesz się sprzątaniem po Wełniarzach.


- Co? Że niby ja? - zbulwersował się.
- A kto inny lepiej się nadaje? - Ruda albo udawała zaskoczenie, albo jednak była niedomyślna. Damp kłapnął zębami parokrotnie, zły na siebie, starając się szybko coś wymyślić. Niestety nie był w stanie.
- Ja nie jestem pewny, czy powinienem eskortować kogokolwiek, nocą. Zresztą, co to za pomysł, pokazywanie Ślężańskich błoni o północy? Dyrektor zarządził?
- Przecież dziś jest zaćmienie księżyca! - prawie krzyknęła. - Wszyscy wiedzą, że to jedna z najmagiczniejszych nocy w całym roku! I nic w tym dziwnego, że szkoły powinny spotkać się na zewnątrz, to będzie ostatnia chwila wolnego dla reprezentantów...
- Może się lepiej zgrają - warknął Damp, choć myślami był gdzie indziej. Spotkanie wszystkich szkół na otwartym powietrzu? Muzyka, jedzenie, zabawy, tańce? Brzmiało wesoło, ale... - Ale czy to koniecznie ja muszę później odprowadzać dziewczyny przez całe błonia, do ich sypialni? Może nie? Hermenegildo, ja mam swoje problemy i zajęcia...
- No, Rust, przecież będę z tobą! - szturchnęła go w nie ten bok, co zaowocowało głośnym syknięciem siatkarza i falą przekleństw.
- Co ci się stało? Ej! Rusty!
- Nic - wycedził.
- Pokaż! - rozkazała. Po minucie odtrąciła wreszcie jego dłoń i podwinęła mu koszulkę. - Boże, jak to się... Co ty... Nie byłeś z tym u Triss? Wygląda na coś poważniejszego niż stłuczenie!
Damp nie widział ani jej twarzy ani swojego brzucha, bo trzymała mu koszulkę przed nosem, podciągając ją w górę. Po chwili nie widział zupełnie nic, z ubraniem na głowie, i czuł tylko dłoń Rudej, szturchającą go boleśnie w miednicę.
- AŁA!
- Tu boli? A tu? - Wbiła mu dwa palce w najbardziej opuchnięte, pulsujące bólem miejsce lewego biodra, tuż nad bokserkami.
- AAaaaaaaaaaaaaaaajjj - zawył.
- Przepraszam, co państwo robicie? - zainteresował się ktoś. Damp zamarł. Albo mu się zdawało, albo właśnie rozpoznał po głosie jedyną, znaną mu członkinię delegacji z Durmstrangu.
SpoilerShow
[tłumaczenie dialogów, wersja kulturalna bez przekleństw]

Dialog Kedebe-Damp:
- Musisz podkradać się jak kobieta lekkich obyczajów pod wpływem środków narkotyzujących, ćpunie? Czyżbyś czekał na „co tam?”
- Białas na stanowisku głównodowodzącego?
- Chcesz zobaczyć niecodzienne umiejętności mordercy, czarnuchu?
- Świetnie! (...) Kurde! Spokojnie, tylko żartowałem!
- Powiedziałeś „sprzątnięty?” [ew. zabity]
- Jesteś na haju?
- Nie, tylko żartowałem.



Dialog Damp-Trener:
- Hej Damp, dupku.
- Tak, trenerze.
- Parametry!
- 265, 330, 356 [zasięg stojąc,zasięg w bloku, zasięg w ataku] 203, 98 [wzrost,waga]
- I nadal skręcasz jointy w szatni!
- OSZCZERSTWO.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 29 października 2013, 21:33

Bia obudziła się kolejnego dnia. Wspomnienie uczty, sesji fotograficznej i zachowania Matejko - nie były najlepsze. Można było je podciągnąć pod określenie „żenada”, ale Bia chciała wierzyć, że to tylko przypadek. Taki jednorazowy incydent. Słońce ledwie wschodziło, widziała je pomiędzy szparami w kotarze zasłaniającej okno. Powoli wstała i podeszła, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Przez moment zastanawiała się nad ostatnią rozmową z ojcem tuż przed wyborem szkoły. Mogła uczęszczać do Durmstrangu, Hogwartu czy też Beauxbatons, ale wybrała Ślężę. Wtedy myślała, że to dobry wybór. Jej wybór, ale teraz powoli zaczęła sobie zdawać sprawę, że może to tylko swoistego rodzaju manipulacja, albo czyjaś sugestia. Po rozmowie z Sorleyem uznała, że taka możliwość istnieje, bo niby po co miałaby w takiej podrzędnej placówce uczyć się. Może i organizowali turniej, ale przecież to o niczym nie świadczy. Fakt, niektórzy członkowie kadry nauczycielskiej byli wybitnymi znawcami magii, inni trochę mniej, a istnieli też tacy, co do których miała wątpliwości, czy są magiczni. Taki na przykład Damp. Niby posiada dużą wiedzę magiczną, zapewne nie jest mugolakiem, a jednak naucza mugolskiego przedmiotu, to jest siatkówki. Albo wyniosła profesor Kwiatkowska – Rąbek, którą można by uważać za ideał czarodzieja, jeśli chodzi o czary. O Termopilskim nie chciała nawet wspominać. Jego rodeo, nie ważne w jakim wydaniu, było według Bii dnem, a on sam za bardzo pajacował. Żałowała, że zapisała się na jego zajęcia, ale już nie było odwrotu.
Zaczęła wspominać, jak będąc dzieckiem pierwszy raz w życiu sama zaczęła czarować. Dobrze pamiętała ten moment, kiedy dosłownie znikąd w jej małych dłoniach pojawił się żółty nagietek, a później kolejny i następny. Jak tańczyła, wirując jak szalona dokoła własnej osi, a kwiatki obsypywały ją. Była wtedy bardzo szczęśliwa, bo była magiczna i wiedziała, że klan w końcu ją zaakceptuje. Jednak chwila prawdziwej radości została przerwana przez jeden incydent, który ze wszystkich sił Bia chciała wymazać z pamięci, ale choćby robiła wszystko co w jej mocy – nie mogła zapomnieć i wybaczyć. Kochała swoją rodzinę, była gotowa poświęcić się dla klanu, ba, nawet istniała możliwość, że by umarła dla nich. Polacy mawiali „Bóg, honor, ojczyzna”, Shin mówili „klan, honor, czystość krwi”. W pewnym sensie to było chore i miało znamiona ideologii głoszonej swego czasu przez Lorda Voldemorta i Śmierciożerców, ale chcąc, nie chcąc, Bia często łapała się na tym, że mimowolnie segregowała ludzi na półkrwi, mugolaków i czystej krwistych. Miała na to teorie dlaczego tak się dzieje: po prostu musiała to wyssać z mlekiem matki, innego wyjaśnienia nie było.
- Bi. – szepnęła cicho. Po policzku spłynęła jej łza. Wspomnienia potrafiły bardziej ranić, niż miecze lub jakieś szpikulce wbijane w ciało.
Z zamyślenia wyrwał ją głos Tatiany. Nie zdawała sobie sprawy, jak długo wpatrywała się w błonia i pozwoliła swojemu umysłowi swobodnie błądzić. To była taka swoistego rodzaju medytacja – błądzenie umysłu, jak nazywała to Bia.
- Idziesz na śniadanie? Nie stój tak jakbyś była lekko psychiczna, albo coś w ten deseń. Tam przecież nic nie ma. – Bia spojrzała na koleżankę, która już ubrała się w swój zwykły strój, a nie jak nakazywał regulamin w mundurek. – Nie zamierzam go nosić, jeśli chcesz spytać o mundurek. Idę na śniadanie. Lepiej się pospiesz. Pierwsze mamy eliksiry. Wiem, że reprezentanci na pewno będą mieć ulgi – zrobiła dziwną minę, która miała wyrażać „niech was trafi szlag jasny i stratuje stado kroworożców” - więc tak tylko mówię.
Zostawiła Bię samą. Przez chwilę zastanawiała się dlaczego nie zauważyła, jak z sypialni wyszła Wiśnia i kiedy. Chyba za bardzo pogrążyła się w rozmyślaniach. Nie mogła tracić za dużo czasu. Przecież śniadanie było najważniejszym posiłkiem dnia. Ściągnęła jedwabną koszulę nocną i szybko włożyła bieliznę oraz zakolanówki. Skoro musi zakładać mundurek, bo takie są teraz wymogi, to chce przynajmniej ładnie wyglądać i może nawet trochę się wyróżnić. Zapięła ostatni guzik koszuli, szybko chwyciła spódnice i założyła ją, zapinając jednym ruchem zamek z tyłu, wzuwając przy tym mokasyny. Postanowiła nie wpuszczać koszuli w spódnice. Dosłownie w biegu założyła marynarkę i medalion. Zapomniała jednak zabrać sztyletu.

***

- Eliksir słodkiego snu jest bardzo skomplikowany. Nie wielu jest czarodziei, którzy potrafią go poprawnie uwarzyć, tak żeby nie stał się Wywarem Żywej Śmierci, jednej z jego odmian, bo wiemy wszyscy, że ten oryginalny przepis z Eliksirów dla zaawansowanych troszke różni się od niedawno wymyślonej odmiany rosyjskiego uczonego Iwana Tetrowicza. – Wypiął dumnie pierś, jakby chciał pokazać, że zalicza się właśnie do tych wybitnych jednostek, co o północy obudzeni uwarzą każdy eliksir bezbłędnie. - Kto mi powie, ile dni warzy się ten eliksir i jaki jest jego skład ze wskazaniem na najniebezpieczniejszy składnik? – Ręką Bii tradycyjnie powędrowała w górę. – Panna Shin?
- Eliksir wbrew pozorom nie jest taki trudny w uwarzeniu, jak zauważył pan, panie profesorze. – Nabrała powietrza i kontynuowała wywód. Z sali dało się słyszeć szept i słowo „kujon”. Bia nie zwracała na to uwagi i mówiła dalej. – Cały proces warzenia trwa od jednego dnia do dwóch tygodni. Jest uwarunkowany mocą eliksiru. Mówi się, że właśnie ten dwutygodniowy jest najniebezpieczniejszy, bo jest bardzo zbliżony właśnie do Wywaru Żywej Śmierci Iwana Tetrowicza, który ma podobny skład, różniący się tylko zawartością, tak zwanej mieszanki ziołowej, i odrobiną kurary. Eliksir Słodkiego Snu poza tym nie posiada w swoim składzie strączka sopophorusa.
- Kurary? To nie jest trucizna? – zapytał jakiś uczeń. Widać było, że ta informacja wybudziła go ze słodkiego snu, w jaki zazwyczaj zapadał na eliksirach. – Przecież ten eliksir ma usypiać, nie zabijać.
- Ma pan racje, panie Kowalski. Eliksir ma usypiać, pomagać, ale proszę przypomnieć sobie magów egipskich i ich eliksiry. Wiele z nich zawierało szkodliwe substancje, a używano ich do leczenia ludzi. Nasze polskie powiedzenie: co cię nie zabije, to wzmocni, jest tutaj bardzo na miejscu w tym wypadku. – wyjaśnił nauczyciel i zwrócił się do Bii: - A najniebezpieczniejszy składnik? I cały skład?
- Kurara, wyciąg z jaśminu i tojad. Są truciznami. Dlatego są niebezpieczne i trzeba na nie uważać przy odmierzaniu dawki, wystarczy kropla więcej i człowiek się nie obudzi. Zapada w coś podobnego do śpiączki, ale takiej do końca życia. – W klasie panowała cisza. Niektórzy spali, inni zajmowali się sobą. - Co do pozostałych składników jest to śluz gumochłona, waleriana, lawenda oraz mieszanka ziołowa, w które skład wchodzą melisa i bez czarny. Najlepiej jak są świeże, bo wtedy mają największą moc. Można dodać kropelkę miodu i mleka, to wtedy eliksir jest smaczniejszy i ma ładniejszy zapach. – dodała na koniec z uśmiechem na ustach. Uwielbiała warzyć eliksiry i eksperymentować z nimi.
- Tak, dobrze. – powiedział Borek i zwrócił się do całej klasy. – Zaczniemy dzisiaj warzyć ten eliksir. Jesteście w szóstej klasie, więc zapewne to nie będzie trudne zadanie. – Dało się słyszeć kilka jęków zrezygnowania na Sali. - Nasze eliksiry nie będą dojrzewały przez dwa tygodnie. Zrobimy takie jednodniowe na problemy z zasypianiem, coś jakby bazę do tego eliksiru. Jeszcze kto mi powie jak działa Eliksir Słodkiego Snu? Panna Wiśniowiecka?
- Ma ułatwić zaśnięcie i śnienie bez snów. – odpowiedziała, jakby od niechcenia Wiśnia.
- Zgadza się – stuknął różdżką w tablice i mówił dalej – tu macie instrukcje, a składniki są w szafkach. Proszę tylko żebyście nie zrobili bałaganu. Wszystkie fiolki i zioła są opisane. Proszę korzystać z szafki numer jeden i cztery. Tam znajdziecie wszystko co jest potrzebne.

***

Bia wróciła do pokoju. Musiała zabrać się za robienie notatek z rzeczy, które mogłyby się przydać podczas turnieju. Na pierwszy ogień wzięła wszystkie ewentualne eliksiry. Nikt nie wiedział z czym będą mieć do czynienia, więc dobrze lepiej mieć własny zapas albo potrafić najprostsze szybko uwarzyć. Na kartce leżącej obok książki wypisywała wszystkie pomysły. Kiedy skończyła wypisywać wszystko co pamiętała, zabrała się za wertowanie podręcznika. Nigdy przecież nie było wiadomo co ich czeka, a ktoś musi być zawsze gotowy do akcji.
¬- O, Bia! Przepraszam, myślałam, że nikogo tu nie ma. – Powoli podniosła wzrok, spojrzała na Wiśnię i towarzyszącego jej chłopaka. Rozpoznała go od razu, a raczej skojarzyła. Wiedziała, że jest z Durmstrangu. To musiał być jeden ze znajomych Mscigniewy z dawnej szkoły. W sumie to nie powinna bratać się z reprezentantem przeciwnej drużyny, ale Bia powstrzymała się od komentarza. - A Tatiana gdzie? A mój krasnal?
- Nie wiem. Tatiana chyba u Marceli. A krasnal to nie mam pojęcia. – zamknęła podręcznik. - A co? Potrzebujesz go?
- Nie - ucięła szybko Wiśnia, a następnie zwróciła się do chłopaka - To jest, Bia mieszka ze mną od niedawna i też zajmuje się sprawą Gloddy’ego – wyjaśniła, wskazując na dziewczynę. - A to Nikołaj. Może pamiętacie się, z wczoraj. – Usiedli przy stoliku, Bia spakowała do torby książkę, żeby nie przeszkadzała w rozmowie.
- U nas tez zrobić zamieszanie. Tuż po jego pojawienie się zginał nam pierwszak, to znaczy - poprawiał się widząc poważne twarze dziewcząt - zaginął, tak się to mówi po polsku, nie? - Wiśnia kiwnęła głową. Znaleźli go kilka miesięcy później, skrajnie wycień-czo-nego. - Ciągnął dalej chłopak. - Nigdy nie powiedzieli nam, co się z nim wtedy działo i dlaczego został porwany... Bo to porwanie było. A do tego cześć nauczycieli zachowywała się jakoś dziwnie... Po mojemu byli pod działaniem imperiusa, ale oficjalnie nigdy nikt tego nie potwierdził. No a potem... Gloddy zniknąć i wszystko wrócić do normy.
- Czyli uważasz, że to tylko zaklęcie? Przecież każde, oprócz Avady, można przełamać. – zauważyła Bia. Nie chciała wychodzić na mądrale, ale to były informacje które każdy znał od maleńkiego.
- Nu, ale jak dobrzy czarodziei to wtedy mocne zaklecia i wtedy trudno. – wyjaśnił Nikołaj. – Ja myśleć, że Gloddy chcieć być drugi Voldemort, ale tamten być mocniejszy.
- Nie sądzę, żeby aż takie miał aspiracje, skoro porywa uczniów. – Wiśnia zaśmiała się i kontynuowała. - Bez przesady Nikołaj. Czarny Pan był wielkim magiem i na dźwięk jego imienia trzęśli portkami wszyscy, z wyjątkiem kilku osób, więc jakby nie patrząc Gloddy’iemu daleko do niego. Co najwyżej może powiedzieć – zmieniła ton głosu na przedrzeźniający - „tą placówkę trzeba zamknąć” i na tym kończy się jego władza.
- Istnieje jeszcze inna opcja – wtrąciła Bia – może to sam Gloddy jest kontrolowany. – Spojrzeli na nią, jak na wariatkę. Mówiła Wiśni o swojej teorii, ale ta wtedy ją zbyła. Fakt, była trochę naciągana, ale nie mniej niż Gloddy jako nowy Voldek. – Popatrzcie. Gdybyście byli potężnymi czarodziejami, magami, istotami to czy byście chcieli od razu się ujawnić? – Pokręcili głowami, a na twarzach mieli lekki wyraz politowania. – Co jeśli Gloddy’iego kontroluje właśnie coś takiego? – Bia wyglądała na bardzo podekcytowaną.
- Mówisz teraz o tym swoim dźwiedziu? – wtrąciła Wiśnia lekko rozbawiona.
- Antydźwiedziu. – Bia nabrała powietrza i kontynuowała. – Dźwiedź jest dobry. Antydźwiedź jest zły i po mojemu chciałby zapewne rządzić nad światem, a Gloddy by się idealnie do tego nadawał.
- No nie wiem. Trochu to naciągane. Bo my maju tez legendy o nim, ale to bajki dla dzieciaków. – wtrącił Nikołaj. – On był zly tam zawsze. Ale ten dobry wygrywać często z nim, bo wicie, ze dobro zawsze zwyciężyć. – Ledwo skończył mówić, rozległo się głośne pukanie do drzwi. Trójka nastolatków podskoczyła na krzesłach.
- Hej Wisienko. – Nie czekając na „proszę”, Walentyna wparowała w całej swojej okazałości do pokoju. Bia szybko zauważyła, że jak większość szkoły, panna Matejko również nie ma zamiaru zakładać mundurka. – To jak? Mam magazyny o modzie, lakiery do paznokci i dietetyczne soki. Zróbmy sobie w dwójkę babski wieczorek, a raczej popołudnie, bo wieczorem udzielam wywiadu jako kapitan drużyny Ślęży. _ wiśnia wyglądała, jakby ktoś ją uderzył w twarz otwartą dłonią. Przez moment Bia zastanawiała się, czy jej koleżanka dalej oddycha. - Zbieraj się. Mam dla ciebie ładny odcień lakieru pasujący do koloru oczu, a włosy mogłabyś trochę podciąć. Jak chcesz to ci pomogę i doradzę. – Krew odeszła z twarzy Wiśni. Była w stanie pomiędzy paniką, wściekłością, a zdegustowaniem. Bia nie wiedziała czy już może zacząć się śmiać, a Nikołaj szukał na podłodze swojej szczęki, którą zgubił słuchając wywodu różowego tworu, jakim była Vicky. - Mam też śliczną bluzeczkę z falbankami, którą mogę ci dać jeśli chcesz. Byśmy wtedy dwie ładnie wyglądały, prawie jak siostry. Co ty na to? – Wiśnia jednym susem doskoczyła do Vicky i w ułamku sekundy wypchnęła ją za próg zatrzaskując szybko drzwi i rzucając zaklęcie zamknięcia. Wal nie odpuszczała, zaczęła się dobijać i jęczeć. – Wiśnia otwórz. Przecież jesteśmy przyjaciółkami. Jesteśmy jak siostry. – Tłukła coraz mocniej. – Wiśnia! Otwieraj! – Mścigniewa oparła się ciałem o drzwi, jakby chciała jeszcze dodatkowo je zabezpieczyć. To był bardzo dziwny widok, zważywszy na to, że sporadycznie czegokolwiek się bała, a tu mała, niepozorna ruda istota wywołała u niej lekki atak paniki i prośbę w oczach „zabijcie ją proszę, bo inaczej dokonam mordu rytualnego”.
- Silecio. – Bia skierowała różdżkę na drzwi i po chwili nie było już słychać krzyku Vicky. Przez moment jeszcze tłukła mocno dłońmi w drzwi, ale po kilku chwilach odpuściła i w oddali słyszeli tylko stukot obcasików beżowych sandałków. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy emocje opadły, Wiśnia zaczęła się śmiać, a razem z nią Bia i Nikołaj.
- Co za kretynka.

***

Pogoda była śliczna, więc sporo uczniów, mimo usilnych próśb nauczycieli o zachowanie bezpieczeństwa, wychodziło na błonia za każdym razem, kiedy słoneczko grzało. Bia nie stanowiła wyjątku. Jak każdy wyszła na dwór, ale w przeciwieństwie do innych zamierzała się w tym czasie uczyć i wyszukiwać wszystko co by się jej przydało do turnieju. Zaczytała się w lekturze opasłego tomiszcza o najbardziej popularnych klątwach i sposobach zapobiegania im.
- I po co teraz kujesz? – wyrwał Bię głos gdzieś obok. Spojrzała i nad nią stał Tkaczuk, uśmiechający się w pogardliwy sposób. Sięgnął po książkę i przeczytał tytuł – Najpopularniejsze klątwy i przeciwuroki. Kurde, dziewczyno, tobie naprawdę chce się tego uczyć?
- Mamy turniej, więc teraz nie tylko szkoła się liczy i oceny. – odpowiedziała, zabierając swoją książkę odkładając ją na bok. Chłopak przysiadł się Bii. – Pozostałe szkoły są dość silne. Lepiej być gotowym na wszystko. Nie wiemy jakie będą zadania.
- Za bardzo się przejmujesz i nakręcasz, wiesz? – powiedział lekko rozbawiony. – Na pewno jakoś nam się uda przeżyć turniej. Mnie tam nie zależy na wygranej. – powiedział poważnie, patrząc przed siebie. - Ba, nawet nie chciałem brać udziału, bo po co mam się męczyć.
- Przecież to zaszczyt reprezentować szkołę. – dumnie wyprostowała się, przybierając przy tym wyraz twarzy pod tytułem „do ostatniej kropli krwi będę walczyła, bo to zaszczyt”.
- Zaszczyt? – zaczął się śmiać jak wariat. – Nie rozśmieszaj mnie. Jaki niby zaszczyt? – Bia była lekko zmieszana. Miała inny pogląd, niż Artur na pojęcie „zaszczyt”. – Ta Kluska co siedziała obok mnie przy stoliku zapewne nie wie, jak trzymać różdżkę, co poza tym udowodniła, bo okazało się, że prostemu zaklęciu rozbrajającemu Wiśniowieckiej nie podołała, i ona ma wspólnie z nami wygrać. W jaki niby sposób? Bo mamy współpracować. Ktoś będzie musiał bronić tyłków innych, a to nie do końca jest fair, ale z drugiej strony Kluska idąca na pewną śmierć nie jest bardzo złą wizją. – Bia chciała przerwać i mimo wszystko bronić Vicky, że może nie jest taka zła i coś tam umie. Przecież gdyby było inaczej, to nie byłaby w szóstej klasie. – Powiem ci jedno, ten cały Ramp wybrał wszystkich, którzy mu przeszkadzali, denerwowali go albo w jakikolwiek sposób zaszkodzili mu. – i dodał cicho z uśmiechem Grincha na ustach: - tak jak ja. – i kontynuował już głośno - To nie jest drużyna marzeń, więc zejdź na ziemię. – Bię zatkało. – To żaden zaszczyt reprezentować Ślężę. To są drwiny.
- Ale ja myślałam, że to będzie coś dobrego i wiesz… - zwiesiła głos. – ja nigdy nie chodziłam do szkoły i myślałam, że po prostu, jak jest okazja to trzeba ją łapać. Nigdy nie uważałam turnieju za drwiny i podchodzę poważnie do niego. Chcę go wygrać. – spojrzała wyzywająco na Artura. – Tylko mi nie mów, że zamierzasz głosić swoje poglądy i całkowicie się obijać.
- Nie mam zamiaru, bo nie mam ochoty to raz. A dwa, po co mam się niby wychylać? – zapytał, patrząc przed siebie. Sięgnął po źbło trawy i zaczął je obrać w palcach. – Lepiej siedzieć cicho i pozostać niezauważonym. Chyba, że można na tym skorzystać. – dodał troszkę ciszej. Bia popatrzyła na chłopaka i stwierdziła, że nie jest tym, na kogo stara się wyglądać. Nie był głupi, jak co niektórzy. Po prostu nie chciał się wychylać, jeśli nie miał w tym interesu.
- W sumie to nie jesteś taki głupi na jakiego starasz się pozować. – powiedziała w zamyśleniu Bia. – Jakby nie patrząc doprowadziłeś Dampa do szewskiej pasji podczas jego treningu i to były całkiem dobre czary, Arturze.
- Ta, dzięki. – odpowiedział z lekkim lekceważeniem.
- Jednak chciałabym żebyś też się postarał na turnieju. – powiedziała, wstając i wygładzając spódnicę.
- Zapomnij. W życiu. – zaśmiał się złośliwie.
- A jeśli bym coś ci zaproponowała, to zgodzisz się współpracować podczas wykonywania zadań turniejowych i wykazywać minimalne zaangażowanie? – spytała z nadzieją w głosie, patrząc na Artura, który mogłoby się wydawać, że jest zainteresowany układem.
- A co mi zaproponujesz? - spytał z drwiącym uśmiechem na ustach.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 31 października 2013, 15:57

W ciągu tygodnia odwiedził Żyłkę Rust Damp. Przyszedł w poniedziałek do skrzydła szpitalnego cały poobijany. Na pytanie co mu jest, odpowiadał niechętnie.
Chłopak odniósł wrażenie, że wychowawca był spięty i zestresowany, a warga drżała mu w niecodziennym zdenerwowaniu. Usłyszane pytanie tylko go w tym przekonaniu utwierdziło – głowił się po wyjściu Dampa, po co mu była informacja o tym, czego nie lubi Żyłka? Chłopak wątpił, by mógł on załatwić brak ziemniaków w kuchni i na stołach podczas uczt. Wychowawca co prawda był bezwzględny i nie posiadał skrupułów, ale czy zaryzykował by tyle (gniew ziemniakożerców), by zabronić spożywania bulw? To byłaby bezsprzecznie miła rzecz!
Właściwie Żyłka traktował Rusta jak przyjaciela. Nawet to pytanie potwierdziło, jak mocna łączy ich więź przyjaźni. Chciał go chronić. Tak, zdecydowanie dbał o Rościego, jak o kumpla, a nawet syna. A już z pewnością, jak nikt nigdy wcześniej. Chociażby miało to potwierdzenie w reakcji na prucie swetrów: Damp zdenerwował się okropnie, choć nie pokazywał tego po sobie. Zdradziło go tylko zaciśnięcie dłoni w pięść i złapanie jej drugą tak mocno, że aż kości zatrzeszczały.
Rust chciał go chronić – i przed pruciem swetrów, i przed nijakimi ziemniakami. Żyłka ucieszył się z tego wniosku.
Martwił się jednak o zdrowie wychowawcy, który zdecydowanie za dużo się denerwował. I te siniaki… Co mogło się zdarzyć? Nie wyglądało to na zwykłe stłuczenia, ale na potężne uszczerbki na zdrowiu!
Zastanawiało go czy istnieje na świecie coś, co choć trochę Dampa uspokoi. Cokolwiek. Przecież Żyłka zdolny był zdobyć wszystko, nic nie stanowiło dla niego przeszkody, a był tak wdzięczny wychowawcy, że ten zasłużył na prezent.
Po chwili wpadł mu do głowy pomysł. Najprostszy, najbardziej banalny, ale za to wprost idealny. Był pewien, że Damp będzie tak szczęśliwy, jak i Żyłka w momencie, gdy wpadł mu do głowy ten perfekcyjny pomysł.







- Dzięki, Żyłka – powiedziała Wiśnia, gdy trzymała już w dłoniach niewielkie zawiniątko oplecione szorstką wstążką z pszenicy – efekt inwencji twórczej Jeziornego. Przesuwała po papierze palcami i najwyraźniej nie mogła się doczekać, aż się dobierze do zawartości. Jednak wciąż była zestresowana i jakby trochę zawstydzona tym, co było zawartością pakunku, albo raczej świadomością, że chłopak o tym wie. W każdym razie tak odebrał jej reakcję Żyłka.
– Dyrekcja zorganizowała festyn – przypomniała sobie pod wpływem ciszy, która zapadła – dzisiaj z okazji zaćmienia księżyca, wszyscy są zaproszeni, wszystkie szkoły, uczniowie – powiedziała jakby od niechcenia.
- Och, idziesz? – zainteresował się Żyłka.
- Muszę – odpowiedziała Wiśnia, nie reagując jednak specjalnie radośnie. – A ciebie puszczą?
- Możliwe.
- Chyba nie z tymi bąblami, co? – Rzeczywiście, bąble nie dodawały Żyłce uroku. Były męczące i pozbawiały Żyłkę energii, którą mimo wszystko posiadał. Wyglądał naprawdę źle, wręcz paskudnie, będąc podobnym teraz do paskudnych, bublowatych wnętrzności, a nie do samego siebie. Jednak Triss działała, jak mogła, czasami czynami, innym razem dobrym słowem.
- Triss mówiła, że będę na festynie – powtórzył Żyłka. – Spotkamy się tam – dodał jeszcze.
- Mam nadzieję. – Wiśnia uśmiechnęła się. Jej uśmiech nie był stricte uśmiechem, raczej naciągnięciem mięśni twarzy i spłaszczeniem karminowych warg, ale mimo wszystko, Żyłka uważał, że do twarzy jej z nim. I w tym momencie do skrzydła weszła pulchna pielęgniarka i jakaś nieznana im kobieta. Postawna, o srogim spojrzeniu i wychudzonej twarzy, stawiała kroki pewnie i szybko.
- Proszę, opuść skrzydło, kochaniutka! – zaszczebiotała Triss już na progu, splatając dłonie i patrząc z miłością na Wiśnię, która jednak nie była skora do odwzajemniania jej uczuć. Pożegnała się z Żyłką krótkim „Do zobaczenia” i wyszła, omijając kobiety.
- Żyłko, przedstawiam ci panią – odchrząknęła, chcąc nadać sytuacji powagi i napięcia – Radostinę Yenevą. Pani jest z Durmstrangu – podkreśliła pielęgniarka – i uczy zielarstwa. Po godzinach leczy także w tamtejszym szpitalu. Dziś poprosiłam ją o przysługę i pani Radostina zgodziła się, kochaniutki, przygotować ci maść na te bąble po Pokrzywniaku – wytłumaczyła. Kończąc, Triss skinęła głową na towarzyszkę. Pani Radostina Yeneva podeszła do łóżka chłopaka i srogim wzrokiem zmierzyła jego twarz usianą poparzeniami.
- Wstań – zakomenderowała. Triss tłumaczyła jej słowa. – A teraz ściągnij bluzkę, chłopcze.
Jej głos był ostry niczym drut kolczasty. Żyłka robił to, co mu kazała, przerażony tonem, który najprawdopodobniej nie wiedział, co to nieposłuszność. Wstał ze szpitalnego łóżka, zdjął koszulkę, potem spodenki. Radostina obejrzała wszystkie bąble po kolei, po czym poprosiła Triss o maść, trzymaną przez polską pielęgniarkę w dłoniach. Wylała brązową zawartość na dłoń i zaczęła nacierać nią plecy chłopca, brzuch, kark i szyję.
- Resztę natrzesz sam – rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu, wręczając mu miskę. Przytaknął i powiedział coś pod nosem.
Żyłka poszedł do łazienki i natarł się cały. Różnicę odczuł od razu. Bąble powoli znikały, wtapiały się jakby w skórę. Zostawało tylko lekkie zaczerwienienie, które miało zniknąć w następnych paru godzinach. Jednak nie było ono tak bardzo widoczne, by musiał się z tego powodu zamartwiać.
Obejrzał się w lustrze. Od karku do prawej łopatki ciągnęła się jasna szrama. Żyłka wtarł w nią kolejną porcję kremu, ale mimo to nie chciała zniknąć. Nieważne, jak mocno się starał, nie znikała tak jak inne. Chłopak w końcu odpuścił, ubrał się i wyszedł do tryskającej energią Triss i Radostiny. Radostina tłumaczyła sposób przyrządzania maści, a Triss zadawała jej pytania. Gdy zobaczyły chłopca obie się uśmiechnęły: Polka szeroko, Yeneva rozciągnęła jedynie wargi.
- I jak, kochaneczku, lepiej? Lepiej! – podsumowała Triss.
- Widzi pani? – zapytał z powagą Żyłka, pokazując kobietom szramę na plecach. Zrzedły im trochę miny.
- Coś już się takiego zdarzało, Radostino?
- U mnie? Nigdy! – zaprzeczyła Bułgarka, dotykając szramy. – Nacierałeś? – upewniła się. Żyłka pokiwał głową.
- Dwa razy.
- Hmm… Dziwna sprawa. Chłopcze, poczytam o tym, skonsultuję się, hmm, z kilkoma znajomymi i hmmm, postaram się jakoś temu zaradzić. – Zimnymi palcami jeździła po szramie mocno zamyślona.
- No nic, no nic. – Pokręciła energicznie głową Triss. – Mimo wszystko dziękujemy! Możesz szykować się na festyn, kochaniutki! My także, hihi, się wybieramy! – rzuciła, po czym pociągnęła Radostinę za ramię i ekscytując się jakimiś bułgarskimi nauczycielami.






To było najkrótsze kilka godzin w życiu Żyłki. Chłopak w kilka godzin musiał przygotować prezenty, które miał wręczyć na festynie całej drużynie. Początkowo miał być to upominek tylko dla Dampa, ale z racji tego, że był drugim trenerem (czy to właściwie była funkcja trenerska?), Rości miał motywować całą drużynę, a nie tylko Rusta. Zresztą, byłoby ich dość przykro, gdyby tylko wychowawca dostał jakiś upominek i nikt poza nim.
Robiło się ciemno i do zaćmienia księżyca pozostało niewiele czasu. Ostatnie wstążki i prezenty były gotowe.
Żyłka też.







Ta szrama nie dawała mu spokoju. Ona ma znaczenie, myślał. To nie może być przypadek. Nie dziś. Przecież nie dziś…
„Musisz być cichy…”, przypomniał sobie. Co wtedy odpowiedział? Było to coś… Co to było?
„Będę bezszelestny jak wilk”.
Tak! To to! To było przeznaczenie. Szrama, zaćmienie księżyca, polecenie Dampa, by był bezszelestny, jak wilk, srebrny lis… W dodatku był sierotą, wychowującym się w domu dziecka. Pozostawiony na pewną śmierć, jak Remus i Romulus. Właśnie! Remus i Romulus, bracia, którzy mieszkali wśród wilków! Wszystko składało się na jedną całość. Puzzle pasowały do siebie; Żyłka, który został wychowany w stadzie (domu dziecka), Żyłka, który jest bezszelestny jak lis wilk i w końcu ta szrama, wyglądająca jak pozostałość po pojedynku!
Przypadek? Nie sądzę, pomyślał i wyszedł na błonia, by ukazać swoje prawdziwe, nowoodkryte oblicze.







Już było ciemno i tłumnie. Uczniowie ocierali się o nauczycieli, nauczyciele o nauczycielki, nauczycielki o drzewa. Chociaż tymi drzewami równie dobrze mogli być Francuzi…
Nieważne.
Błonia, jak i cały las, opętało techno. Nad ludźmi zawisła ogromna kula dyskotekowa, mieniąca się przeróżnymi kolorami. W niektórych dziuplach umieszczono czerwone lasery, które rozbłyskały znienacka. Muzykę remixował DJ, który lewitował ponad tłumem, zastygły w dziwnej, buddyjskiej pozie. Nie dotykał dłońmi konsoli, różdżka odwalała całą robotę za niego.
Żyłce zamajaczyła gdzieś nawet postać dyrektorki, której taniec wyglądał dość dziwacznie. Zanim jednak chłopak upewnił się, że te to ona, została porwana przez grupkę ubraną w poncza.
Przepychał się pomiędzy nietrzeźwymi dziewczynami, które zapraszały go do tańca (to pewnie ta szrama, myślał), szukając kogokolwiek z drużyny. Musiał odszukać Bię, Walentynę, Wiśnię, tego nowego chłopaka, Artura i Kedebe, którego kojarzył z widzenia, ale osobiście nigdy z nim nie rozmawiał.
Wiśnię zobaczył po kilkunastu minutach chodzenia z jednego końca błoni, na drugi. Stała oparta o drzewo z dala od tłumu i rozmawiała z jakimś chłopakiem o karnacji typowej dla mieszkańców śródziemnomorskich terenów.
- Cześć, Wiśnia! – krzyknął Żyłka, potrząsając prezentem dla niej. Wiśnia zmarszczyła czoło, ponieważ muzyka była tak głośna, że nic nie usłyszała. Jednak odgadła chyba, że Żyłka ją powitał, bo skinęła głową. W ręce trzymała jakieś tanie, bułgarskie wino, już bez kapsla. – To dla ciebie! – Wcisnął jej w dłonie pakunek i odszedł, obładowany pozostałymi paczkami. Nie widział jej reakcji i niezrozumienia towarzyszącego jej chłopaka.
Reakcję chciał zostawić sobie na następny dzień, kiedy osąd będzie szczery i nie dyktowany przez alkohol lub co gorsza jakieś inne środki.
Po chwili wpadł także na Bię i Artura zajętych rozmową. Gdy zobaczyli Żyłkę najpierw ściszyli głos, a potem całkiem zamilkli. Nic nie mówiąc, rzucił im opakowane w ciemny papier prezenty i pobiegł dalej. Najpewniej mieli dziwne miny, ale Żyłka uważał, że zawartość zrekompensuje im te chwile zaskoczenia. Bo co to był za prezent…!
W największej grupce, w samym środku zauważył Walentynę. Złapał ją za pulchny nadgarstek i odciągnął na bok. Była zziajana, spocona, z obcisłej bluzki lał się pot, ale na twarzy wykwitł ogromny uśmiech, szczególnie przez brak bąbli.
- Mam szramę – zakomunikował Żyłka. Walentyna otworzyła szerzej oczy.
- Jesteś ranny? – krzyknęła z nutą strachu w głosie.
- Nie. To bąble – wyjaśnił, wpadając w dziwnie dumny ton – to przeznaczenie, Vicky – dumnie z nutą konspiracji rzekł chłopak - To dla ciebie – powiedział, wręczając jej tak samo idealnie zapakowany prezent.
Zanim zdołała otworzyć usta, albo co gorsza rzucić się na niego, opierając spocone ciało o jego tors, ruszył dalej. Musiał znaleźć jeszcze dwie osoby!
Kedebe znalazł niedaleko, bujającego się w rytm muzyki. Chłopak, oczarowując wszystkie dziewczyny naokoło, pokazywał jakieś kroki, zarezerwowane tylko dla czarnoskórych. Przy tym zachowywał nienagannie szeroki i biały uśmiech, który kontrastował z jego ciemną skórą. Ubrany był w fioletową, ortalionową bluzę i czapkę z daszkiem, a wokół szyi zwieszały się wielkie, czarne słuchawki – przedmiot, z którym nigdy się nie rozstawał – taki swag.
- Yo, nigga! Hows doin’?– krzyknął, widząc Żyłkę. Zaprosił go gestem do siebie, by dołączył do niego i dziewczyn, ale Żyłka zamachał dłonią, dając do zrozumienia, że się spieszy.
- Integracja – krzyknął w ucho Kedebe, wręczając mu prezent. – To element integracji – dodał, chcąc skonkretyzować.
- Wróć później, Buddy, niezła rally się zapowiada! – krzyknął Kedebe za odchodzącym Żyłką. Ten uniósł kciuk do góry i uśmiechnął się.
Teraz pozostało mu tylko znalezienie Dampa, ale miał na to całą noc. A ta noc, oprócz tego, ze była szczególna, to i długa.







Damp obserwował uczniów z ukrycia; stał przy jakimś drzewie, w miejscu, gdzie nie dochodziło światło laserów. Była to dobra okazja, by trochę się wyczilować, odetchnąć od ciągłej szkolnej bieganiny i zapomnieć na chwilę o problemach z uczniami. Dlatego podnosił co jakiś czas opuszczoną wzdłuż ciała prawą rękę i wypijał łyk piwa.
Ruda tańczyła gdzieś w tłumie, najpierw poproszona o sambę przez jakiegoś Francuza, a później już się nie pojawiła.
Głośne techno nie przeszkadzało mu. Nawet zremisowana piosenka Swedish Mouse Mafia pod tytułem „Don’t you worry child”. Pasowała do jego humoru i do otaczającego go mroku. W dodatku odpowiadało mu przyglądanie się uczniom i uczennicom, a w szczególności Łydkom, które były do wyboru, do koloru. Jedne z nich, szczupłe i długie, pewnie bałkańskie, szczególnie przypadły mu do gustu i co jakiś czas wyławiał je wzrokiem z tłumu, sącząc powoli złoty napój.
Było mu przyjemnie.
- „Dotknij mojego serca.”. – Usłyszał Damp i o mało co nie zakrztusił się piwem. Serce o mało co nie wyskoczyło mu z koszulki z Kipsty. – „Stopą.”.
- Rości, oszalałeś? – krzyknął Damp, ścierając z brody ciecz.
- To cytat – powiedział Żyłka, patrząc się w tłum. Rust zrobił efektownego bitchface’a. Po chwili zauważył coś w ręce swojego wychowanka.
- Co to jest? – zapytał wychowawca wskazując szyjką szklanej butelki na taką samą, trzymaną przez chłopaka.
- To? – Jeziorny podniósł przedmiot do góry, jakby widział go pierwszy raz dzisiejszej nocy. – Nie wiem – odparł szczerze.
- Nie dość, ze ćpun, to jeszcze alkoholik. Świetnie – wycedził. Złapał za butelkę chłopaka i wyrzucił ją w las, po czym przejechał dłonią po ustach i westchnął. – Ok., Rości, co chcesz? Dlaczego nie jesteś w skrzydle? Jeszcze popołudniu miałeś te całe bąble i wyglądałeś paskudnie. A teraz? Kurwa, Rości, potwierdź tylko, że to cudotwórstwo Triss, a nie żadne dragi tak ci pomogły. – Żyłka skinął głową, na co Rust zareagował z ulgą. – Czego chcesz?
- Bo wiem pan – zaczął Rości powoli i jak zawsze tajemniczo – ja nie tylko jestem cichy jak srebrny wilk lis – przełknął ślinę i rozglądnął się wokół, czy nikt nie podsłuchuje – ja nim jestem! – skończył, czekając na reakcję Dampa.
Zanim jednak Rust zdołał jakoś to skomentować, najprawdopodobniej dowaleniem Żyłce, zza drzew, od strony lasu, wyszła jakaś dziewczyna. Lekko podchmielona przeszła koło nich i z obłąkanym uśmieszkiem wtopiła się w tłum tańczących ludzi.
Żyłka znudził się już czekaniem na reakcję wychowawcy i wręczył mu pakunek.
- Jestem w drużynie, trenerze. Drużyna potrzebuje motywacji. To jest moja motywacja dla nich i dla pana – skomentował i zostawił Dampa oraz jego bitchface samym sobie.



Co było w prezentach od Żyłki?
Może najpierw nadmienię, że miał on naprawdę mało czasu, zaledwie kilka godzin, by zdobyć odpowiednie materiały, a potem z nich wykonać upominki dla drużyny. Natychmiast, gdy wpadł na pomysł, ruszył niebo i ziemię, by zdobyć wszystko, co było mu potrzebne.
Reszta była już tylko przyjemnością.
Druty, wełna i dzierganie kostiumów. Każdy jeden podobny do poprzedniego, różniące się jedynie rozmiarem, miały wilcze uszy i nos. Tak, dobrze myślicie, to srebrne lisy wilki, te kostiumy.
Żyłka chciał obdarować całą drużynę tym samym upominkiem, który by ich zjednoczył, połączył w jedną, wielką rodzinę. Był z siebie zadowolony. Z pomysłu, wykonania, pracy włożonej w te szare stroje… Sam zrobił jeden dla siebie.
Był częścią dream teamu, grupy turniejowej, o której marzył. I co z tego, że nie miał brać w zadaniach czynnego udziału, skoro nosił to samo, co tych pięciu wspaniałych?
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: Nasze czarowanie

Post autor: AlpenGold » 04 listopada 2013, 23:36

Kiedy tylko państwo Tęczowi dowiedzieli się o zaginięciu dwójki uczniów Ślęży, niemal natychmiast zorganizowali Anastazji powrót do domu. Pan Roman chciał wyruszyć po córkę swoim już nie najnowszym volkswagenem — który notabene mógł nie przeżyć tak długiej podróży — ale dyrektor/ka w porę poinformował/a go o ochronnej aurze, która czyniła Ślężę niewidoczną dla mugoli. Anastazja do domu wróciła więc specjalnie wynajętym pociągiem opłaconym wspólnie z rodzicami jeszcze siódemki dzieci, którzy podobnie jak Tęczowi obawiali się o bezpieczeństwo swoich pociech. Początkowo Anastazja miała już nigdy do czarodziejskiej szkoły nie wrócić i ponownie zacząć uczyć się w zwykłej, publicznej szkole ze zwykłą historią zamiast historii magii, chemią zamiast eliksirów i wiedzą o społeczeństwie zamiast mugoloznawstwa. Anastazja jednak użyła nie tylko czysto ludzkich środków, by przekonać rodziców do zmiany decyzji, tj. ostentacyjnego focha i głośnego płaczu, ale także uciekła się do magicznych metod — przy pomocy prostego zaklęcia ukrywającego, schowała drzwi przed rodzicami i nie wychodziła ze swojego pokoju przez prawie dwie doby. W końcu rodzice ugięli się i Anastazja po kilku dniach w domu, gdy do państwa Tęczowych dotarła informacja, że uczniowie odnaleźli się, dziewczyna wróciła do Ślęży.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było odnalezienie Vicky, uściskanie jej i wycałowanie tak jak nigdy. Walentyna krzyczała coś tam o tym, że ma ją zostawić, bo zaraz się udusi i jej tata ambasador... ale Anastazja jakby tego nie słyszała. Stęskniła się ogromnie za swoją Najlepszą Przyjaciółką Na Zawsze i musiała to okazać we właściwy dla siebie sposób. Potem zrobiła to samo w stosunku do reszty rocznika, włączając w to Bię i Artura, którzy widzieli ją pierwszy raz. Przywitała się nawet z Panem Mutantem, który po wylewnym i stanowczo zbyt bliskim jak na ucznia i nauczyciela uścisku, zrobił bitchface'a i przez chwilę nie ogarniał tego, co się właśnie stało.
Kiedy wybuchł pożar, rodzice Anastazji znowu chcieli zabrać ją do domu, tym razem bezpowrotnie, jednak jakimś cudem po namyśle pozwolili jej zostać. Być może przekonało ich to, że w szkole organizowany był turniej międzyszkolny, co stanowiło dla Anastazji okazję do poznania nowych osób i świetnej zabawy, czego przecież każdy rodzic życzył swojemu dziecku.
W końcu po ceremonii powitania innych szkół, na której Anastazja wyjątkowo ubrana była w szkolny mundurek, zamiast kwiecistej, kolorowej sukienki, nastąpił czas imprezy. Walentyna wyszła gdzieś, pozostawiając Anastazję samą w pokoju ze stertą ciuchów. Mimo że zazwyczaj nie przykładała większej wagi do ubrań — musiały być po prostu kolorowe i wesołe, nic więcej — teraz zależało jej na wyglądzie. W jej szafie jednak znajdowały się same jaskrawe ciuchy, a na takie nie miała dziś nastroju. Pobieżnie przejrzała ubrania Walentyny, choć może było to niegrzeczne, jednak i tam nie znalazła niczego, co mogłoby się jej spodobać. Nie wiedziała nawet, czego chce...
W momencie gdy zamknęła szafy i usiadła nie wiadomo na co zła na łóżku, do pokoju wpadła Walentyna. Barwy ścian od razu zmieniły się na ciemnogranatowe, zaś różne ozdoby i dodatki przybrały barwę czarną, ciemnozieloną lub krwistoczerwoną. Początkowo mina Vicky była nieodgadniona dla Anastazji. Zauważyła tam mieszaninę zdziwienia, gdy spojrzała na nią, a potem zirytowania. Wprawdzie gdyby to było możliwe, Walentyna naprawdę wrzałaby ze złości. W końcu gdy pokazała na swoje usta i przyłożyła do nich palec, Anastazja zrozumiała.
— Finite Incantatem — powiedziała i wycelowała różdżkę w Vicky.
— No nareszcie! — wykrzyknęła i ze złością rzuciła jakąś bluzkę na łóżko. — Dzięki — mruknęła ciszej. — Ja jej coś kiedyś... Co ci się stało z oczami?!
Wściekłość Walentyny została zepchnięta na drugi plan, kiedy spojrzała na współlokatorkę i przypomniała sobie to, co uderzyło ją, gdy weszła do pokoju. Oczy Anastazji nie były już żółto-zielone, a niemalże czarne. Źrenica niczym nie różniła się od tęczówki. Gdyby nie równie nadzwyczajna nieskazitelnie biała twardówka, Anastazja mogłaby równie dobrze nie mieć oczu.
— Heh, nie wiem, czasem mi się tak robi — odpowiedziała swoim wesołym głosem i zatrzepotała czarnymi rzęsami. — Miii.
Walentyna spojrzała na nią jak na co najmniej niezrównoważoną psychicznie. Tymczasem Anastazja wzięła kilka ubrań ze swojej szafy, różdżkę i poszła do łazienki. Na szczęście nie było w niej nikogo. Po niespełna dwudziestu minutach była gotowa. Nie przypominała dawnej Anastazji. Żółtą wcześniej sukienkę przyciemniła jak najmocniej się dało i w efekcie uzyskała brąz, który w ciemności na błoniach będzie wyglądał jak czarny. Na to założyła jeansową kamizelkę, którą jedynie poszarpała gdzieniegdzie, a także odpruła fikuśne kwiatki. Zamiast, jak to miała w zwyczaju, białych rajstop ubrała czarne podkolanówki, z których pozbyła się tylko cekinów. Buty miała wciąż te same — czerwone trampki wyglądały idealnie. Włosy rozpuściła i pozwoliła im na trochę swobody — ucieszone z tego lekko opadały jej na plecy i nawet nie czyniły problemów z plątaniem się. Układały się idealnie i były jedynym jasnym akcentem w wyglądzie Anastazji.
Kiedy wróciła do pokoju, Walentyny już nie było. Zostawiła więc ciuchy, których nie użyła, wetknęła różdżkę za pasek opinający jej talię i wyszła.
Impreza na błoniach już trwała, kiedy przyszła. Widziała wiele tańczących par, rozmawiających czy wygłupiających się grupek. Wydawało jej się, że obok niej przebiegł Żyłka, jednak zrobił to tak szybko i bezszelestnie, że poczuła tylko wiatr, który porwał jej włosy do tańca. Wzięła od jakiegoś krasnala kieliszek szampana, chociaż nigdy w życiu nie miała w ustach alkoholu. Nie przeszkodziło jej to jednak w wypiciu następnych dwóch kieliszków i już po chwili prawdziwa Anastazja straciła zupełny kontakt z rzeczywistością, poddając się zabawie i swojemu drugiemu, mrocznemu, tajemniczemu ja...

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 05 listopada 2013, 19:43

2 sierpnia, czwartek
Akcja o kryptonimie „Antydźwiedź” wkraczała w ostateczną fazę. Niemal wszystko szło zgodnie z plane i chociaż po drodze przydarzyło się kilka poślizgów i nieprzewidzianych potknięć jak na przykład nagła ucieczka Gloddyego z Wagadugu. Dyrektor zrobił się zbyt podejrzliwy i jedynie silne zaklęcie modyfikujące pamięć zdołało uratować sytuację. Na szczęście inni nie byli aż tak bystrzy. Ci z Durmstrangu, ostatni, których odwiedził, to w ogóle byli niczym dzieci we mgle. Gloddy, popisując się jak zwykle, niemal pluł im w twarz, a oni do końca byli przekonani, że pada. Ostatnim elementem układanki była pewna góra w południowej Polsce. Wprawdzie potrzebny był pretekst, włóczący się tam bez powodu kontroler mógłby wzbudzić podejrzenia, lecz na ich szczęście minister Wiśniowiecki bardzo łatwo dał się przekonać do pomysłu założenia polskiej szkoły magii. Reszta miała być formalnością.
- Czy ty wiesz co ten kretyn zrobił?
Wściekły głos aurora Michalaka wyrwał Sorleya Conchobhara z zasłużonej drzemki. Ostatnie dwie doby niemal bez snu spędził na wertowaniu starosłowiańskich legend do tego stopnia, że całą ich mitologię mógłby recytować z pamięci.
- Mhm? Gloddy?
- Nie. Ten drugi kretyn. Wiśniowiecki. Ta cholera wymyśliła sobie turniej w Ślęży.
- No wiem, wspominałeś. Nawet byłeś za. Mówiłeś, ze to podniesie prestiż szkoły i takie tam bzdury. Ale przeciecz nie uda się w tym roku.
- Ale się udało! Ci debile z Wagadugu zrezygnowali. Dopisano Ślężę jako piątego uczestnika i oddano im prawa do organizacji.
- Na Teutatesa! Co teraz? Rezygnujemy? Tyle czekaliśmy, możemy poczekać jeszcze rok.
- Nie. Za daleko zaszliśmy. Powiem Gloddyemu, by był dyskretny. Jak srebrny lis.
- On potrafi? Przecież to showman.
- Nie ma, k***a, wyjścia. Rokosz się nie zorientuje, to debil. Ale reszta? U nich Gloddy mieszał. Jeśli zobaczą go w akcji drugi raz, połapią się.
- Można by posłać kogoś innego. Mniej wtajemniczonego, ale skuteczniejszego.
- Nie. Gloddy jest jednym z nas. - Conchobharowi łatwo było mówić. Dla tego dziwaka nie liczyło się nic poza celtami, a jak już obrał sobie cel, eliminował każdego kto stał na jego drodze. A później trzeba było po nim sprzątać. - Ale tym razem my też tam będziemy. Z boku, nie wychylając się i pilnować, by wszystko było jak trzeba. Jak srebrne lisy.

30 sierpnia, czwartek
- Szkołę magii Ślęża ogłaszam za otwartą.
Oklaskom, uściskom i gratulacjom nie było końca. Minister Wiśniowiecki, nie wiedząc o prawdziwej sile, która popchnęła do przodu realizację projektu Ślęża (przemianowanego z projektu Wawel, wcześniej przemianowanego z projektu Łysa Góra, jeszcze wcześniej znanego jako „Projekt Białowieża” a w jednej z pierwotnych wersji jako „projekt Mieszko I z siedzibą w Gnieźnie”) odbierał zasłużone laury. W końcu, po kilku latach starania, polska młodzież nie musiała opuszczać granic kraju by otrzymać profesjonalną edukację. Był dumny. Natychmiast po przecięciu wstęgi obskoczyło go stado hien, dumnie nazywanych dziennikarzami. Był gotowy na wszelkie pytania. Gdzieś na tyłach auror Aleksander Michalak, prawdziwy ojciec tego projektu, zacierał ręce. Większość czarodziei była przekonana, że lokalizacje magicznych szkół są niczym więcej jak przypadkiem, dyktowanym głównie zasadami bezpieczeństwa, by jak najłatwiej ukryć się przed Mugolami. W rzeczywistości, każda lokacja była starannie wybrana (sporo się namęczył, by wyperswadować Wawel) i szkoły budowano w punktach ogromnej mocy, miejscach starożytnych kultów (z wyjątkiem Hogwartu. Anglicy zawsze musieli robić po swojemu i zamiast Stonehenge wybrali jakąś dziurę. Prawdopodobnie któryś z założycieli robił tam lewe interesy i było mu po drodze), a podziemia szkół pełne były niezwykle cennych i potężnych artefaktów. Tak potężnych, że z każdego mogły uczynić największego czarnoksiężnika świata. Conchobhar odkrył to przypadkiem kilkanaście lat temu i początkowo sam nie zdawał sobie sprawy z wagi swojego odkrycia. Dopiero Leonard van Pvolf, poznany na jakimś pijackim przyjęciu, zainteresował się jego badaniami i, widząc w tym dla siebie niemałą korzyść, założył organizację, której ostatnim etapem była właśnie grupa Antydźwiedź. Oczywiście samego van Pvolfa pozbyli się przy pierwszej okazji. Zbyt wiele chciał dla siebie. Gloddy i Conchobhar oczywiście nie wiedzieli, że kiedy przestaną być potrzebni, spotka ich ten sam los.
Wszystko w Ślęży było zapięte na ostatni guzik. Choćby posada dyrektora. Jeszcze miesiąc wcześniej Rokosz miał być postawiony przed sądem za przekręty finansowe i zrujnowanie największego szpitala w kraju. Cela w Rawiczu praktycznie na niego czekała. A zamiast tego, dostał kolejną szansę jako głowa ukochanego dziecka samego ministra. Nie było łatwo go do tego namówić. Słynne zdanie „kiepski fachowiec, ale dobry partyjny” niestety go nie przekonało i musiał użyć mniej bezpośrednich argumentów. Na szczęście udało się. Rokosz był dziwadłem, czymś, co pokazuje się w cyrku by odwrócić uwagę i właśnie kogoś takiego potrzebował. I nie istniała najmniejsza szansa, by ten facet wywęszył co naprawdę działo się w Ślęży. A gdyby wywąchał, nie pisnąłby słowem wiedząc, że kolejnej ciepłej posadki nie dostanie, a nie wszystkie cele były dobrze ogrzewane.

13 października, sobota, wieczór
Gloddy jak zwykle przegiął. Ten człowiek był niereformowalny. Na jego usprawiedliwienie przemawiał fakt, że niektórzy i tak zaczęli coś podejrzewać. Choćby córka Wiśniowieckiego. Źle ją wychował. Zamiast grzecznej, słuchającej się autorytetów dziewczynki, wyrosło mu pod nosem takie wredne, pyskate coś, przekonane o własnej nieomylności. Pamiętał ją jeszcze z czasów gdy była uroczym, mały brzdącem, z wstążeczkami we włosach i nazywającego każdego z gości swego ojca „wujkiem”. Gdyby wtedy wiedział, co z niej wyrośnie, pewnie zaaranżowałby jakiś wypadek. Drugim był Damp. Cholerny Damp, który po prostu nie potrafił siedzieć cicho i musiał, MUSIAŁ się wtrącić. Jakby nie mógł zajmować się tymi swoimi kobietami. Już dawno powinni go zamknąć ale ktoś, gdzieś miał do niego słabość i zamiast posłać go do diabła, zesłano go na to zadupie, co akurat dziwnie zbiegło się z miłością Wiśniowieckiego do mugoli. Siatkówki im się k***a zachciało. Jeszcze w żadnej szkole, nie licząc Wagadugu, nie natrafili na tyle problemów, a za chwilę miały się zjechać dzieciaki z całego świata. Poważnie zaczął się zastanawiać, czy jednak nie odłożyć tego do przyszłego roku i w spokoju wydostać zagrzebane artefakty.
Gloddy aportował się za jego plecami.
- Czyś ty kompletnie zgłupiał? Pojawiasz się publicznie, przyznajesz do winy i podpalasz szkołę? Jeśli chciałeś, by wszyscy się o nas dowiedzieli to brawo, prawie ci się udało. Jutro przylatuje Wiśniowiecki i jak myślisz, o czym powiedzą mu w pierwszej kolejności? Mówiłem ci, że jego córka tu jest. Myślisz, że mu nie doniesie?
Gloddy najwyraźniej zupełnie się tym nie przejął.
- Już doniosła. Wysłała mu list. Chcesz wiedzieć, co jej odpisał?
Michalak nie chciał wiedzieć. Jedyne czego chciał, to żeby ostatnie dni okazały się snem, żeby znowu był początek września i wszystko układało się jak trzeba.
- Słuchaj, musisz dać na wstrzymanie. Dałeś im tydzień i tego się trzymajmy. Bądźmy jak srebrne lisy. Przez ten czas żadnych wyskoków. Poczekamy do piątku i upomnimy się o to co, nasze. W ogóle jesteś pewien tego całego Żyłki? Już dwa razy się pomyliliśmy.
- Prawie pewien. Żyłka jest kluczem. Nie wiem dlaczego, ale kogo to obchodzi? Ważne, ze to działa. A wiesz, co jest najlepsze? Oni myślą, ze to coś, co on ma, a nie on sam. Będą go maglować i zmuszać, a on niczego im nie powie, bo nie wie. Więc kiedy po niego przyjdę, będzie tak znienawidzony, że sami mi go oddadzą jak kozła ofiarnego.
- Obyś się nie mylił. Od jutra nie będzie tak łatwo jak do tej pory. Podwoją straże. Ja dostane się do środka, ale ty i Sorley musicie trzymać się z boku. Jeśli spróbujecie przełamać zaklęcia ochronne...
- Zostawiłem im pudełko.
- Co zrobiłeś?!
Pudełko było jednym z ich najcenniejszych trofeów. Połączone niezwykłą więzią z duszą Gloddyego, umożliwiało mu przeniesienie się w jego pobliże omijając wszelkie istniejące zabezpieczenia. Użyteczne, lecz gdyby wpadło w niepowołane ręce, Gloddy byłby skończony.
- Spokojnie. Zostawiłem je jakiejś kretynce. Wmówiłem jej, że przynosi szczęście. Łyknęła to. Nie ma szans, by komuś o tym powiedziała. A jeśli zrobi się gorąco, zabiorę je i tyle mnie widzieli. Do Ślęży może nie będzie łatwo wejść, ale zawsze da się wyjść.
- Obyś się nie mylił.
Ja nigdy się nie mylę.

15 października, poniedziałek, rano
Wbrew nakazom Michalaka, Gloddy nie mógł się powstrzymać. W tych godzinach uczniowie powinni przebywać na lekcjach, więc mógł w miarę swobodnie poruszać się po szkolnych korytarzach. Nikt nie zauważył, kiedy pudełko na stoliku Żyłki zalśniło i po chwili, niczym diabeł Rokita, wyskoczył z niego dorosły mężczyzna. Pokój natychmiast zabarwił się na fiołkowo, upstrzony pokracznymi zygzakami i namalowaną niewprawną ręką, nieco krzywą żyrafą. Gloddy zawsze lubił żyrafy. Kiedy doprowadzą sprawę do końca, zamierzał założyć farmę żyraf. Zdziwił się wystrojem pokoju. Wyglądał mniej dziewczęco, niż się spodziewał. Zawsze sobie wyobrażał, ze w pokojach nastolatek panuje większy bałagan, a podłoga usiana jest stertą ubrań. Tak było za jego czasów, kiedy podkradał biustonosze koleżanek. Nigdy go nie przyłapano. Zresztą lepkie ręce mu pozostały i nie powstrzymał się przed zabraniem wiszącego w szafie swetra w renifery. Dopiero kiedy wyszedł na korytarz i ujrzał tabliczkę na drzwiach, wiedział co się stało. Był pewien, że umrze ze śmiechu. Pudełko znajdowało się w pokoju Żyłki. Zwiedził jeszcze kilka pokoi na piętrze, z każdego zabierając coś na pamiątkę. Najcenniejsze znalezisko wyniósł z pokoju Wiśniowieckiej. Leżący na jednym z łóżek sztylet od razu wpadł mu w oko, a kiedy zaczął się opierać i sam z siebie go zaatakował, wiedział już, że ma do czynienia z czymś nadzwyczajnym. Na nieszczęście sztyletu, Gloddy był zbyt potężny, by dać się pokonać nieożywionej materii. Po cichu miał nadzieję, że Conchobhar nie będzie tak sprytny i straci kilka palców nim w pełni zdoła zbadać to znalezisko.
Niczym srebrny lis, jak ciągle powtarzał Michalak, zwiedził wszystkie piętra. Chociaż planował zabrać pamiątki z każdego pokoju, już kiedy dotarł na piętro trzynastolatków miał tego taką ilość, że ograniczył się jedynie to prawdziwych rarytasów. W kilku pokojach dosłyszał przyciszone rozmowy. W pierwszym odruchu chciał wpaść do środka i skarcić wagarowiczów, lecz po sobotnim występie była spora szansa, że zostałby rozpoznany i dla własnego bezpieczeństwa musiałby skrzywdzić kilkoro niewinnych dzieci, czego wolał uniknąć.
W następnej kolejności udał się na dach. Z tej wysokości widać było cały teren szkoły. Widział pojazdy pozostałych reprezentacji i namioty rozbite przez uczniów z Cuzco, którzy uparcie woleli spać na świeżym powietrzu, zamiast chować się przed deszczem w ciepłych i suchych pomieszczeniach. Oni zawsze byli dziwni. Pamiętał swoją wizytację w ich szkole, kiedy zaatakowany przez lamę omal nie stracił spodni. Bardzo się cieszył, że dość szybko udało mu się stamtąd wydostać. A w zemście za lamę, obniżył im końcową notę co zwaliło im na głowy kilku kuratorów. Na tyłach, kilku woźnych (po jego wyczynie postanowili nie zaganiać do tego uczniów) rozwieszało dekoracje przygotowane na dzisiejszą, wieczorną imprezę. Zastanawiał się czy się na niej nie pojawić. Z pewnością byłoby zabawnie a Michalak, na wieść o tym, pewnie zszedłby na zawał, co byłoby z korzyścią dla wszystkich. Wtedy musiałby tylko usunąć Conchobhara by zatrzymać wszystkie artefakty dla siebie. Oczywiście, był tego pewien, pozostała dwójka miała dokładnie taki sam plan. Jeśli nie, byli idiotami. A wtedy by z nimi nie pracował.

15 października, poniedziałek
Przynajmniej odzyskała różdżkę. Mścigniewa, miła i uczynna jak zawsze, dla dobra drużyny (i z własnej woli, a nie pod naciskiem ojca jak twierdzili inni) oddała ją by w pełni pomagała w wygraniu turnieju. Nie miała jeszcze okazji by podziękować i uznała, że w zamian napisze o niej miły artykuł w szkolnej gazetce. Wprawdzie z początku niezbyt się dogadywały, nawet, o zgrozo, trafiła im się drobna sprzeczka, ale teraz wszystko było już wyjaśnione i cieszyła się, że udało im się porozumieć. Zawsze wiedziała, ze ktoś taki jak córka ministra, nie może być zły. Powinna była się domyślić, że Tatiana wymyśliła te wszystkie historie z zazdrości. Mścigniewa nigdy by nie ukradła pączka. Całkiem możliwe, że Tatiana próbowała zrzucić na nią swoją winę. To miało sens. Dobrze, że usunęła ją z zespołu gazetki. I tak nigdy jej nie ufała.
Zastąpienie Tatiany okazało się bardzo łatwe. Wieść o wolnym stanowisku rozeszła się bardzo szybko i jeszcze przed południem znalazła trzy chętne, odpowiednie do tej pracy dziewczyny. Piętnastoletnią Martynę Łuczyk poleciła jej Julka. Była to znajoma jej starszego brata czy ktoś w tym rodzaju. Wprawdzie trochę za bardzo gadatliwa, lecz poza tym sprawiała dobre wrażenie. Zanim trafiła do Ślęży uczęszczała do mugolskiej szkoły, więc miała spore doświadczenie w wyciąganiu od innych plotek. W wolnym czasie, w młodości, była harcerka, na dowód czego pokazała swoje zdjęcie w jakimś komicznym mundurze z poprzyszywanymi odznakami, rzekomo mające świadczyć od jej solidności i obowiązkowości. Nie wiedziała, ze głównym kryterium przyjęcia było polecenie jej przez Julkę i dość modne buty. Druga była dwunastoletnia Krysia, która trafiła do gazetki dość przypadkowo. Natrafiła na ogłoszenie kiedy błądziła po korytarzu szukając swojego plecaka, jak każdego dnia schowanego przez złośliwych kolegów z jej klasy. Nie nadawała się do tego zupełnie, ale, do tej pory prześladowana, wyrażała chęć zemsty na swych prześladowcach, co mogło zaowocować kilkoma kąśliwymi, złośliwymi artykułami. W ostateczności, zawsze można było ją usunąć. Ostatnia, Ania Domejko, była chyba najpewniejsza. Niepozorna, przeciętna czternastolatka jakich wiele widuje się na szkolnych korytarzach. Ktoś tak nie pozorny, że byłby w stanie wkręcić się w dowolne towarzystwo i wyciągnąć z niego wszelkie brudy. Walentyna pokochała ją od pierwszego wejrzenia, kiedy ta, natychmiast jak weszła do pokoju redakcyjnego, zwróciła uwagę na leżąca na krześle torebkę. Ktoś taki musiał mieć odpowiednie kwalifikacje. Po dopełnieniu obowiązków, udała się na spacer po okolicy. Jako reprezentantka może nie była zwolniona z wszystkich zajęć, przynajmniej jeszcze nie, ale uzyskała na tyle duża swobodę, że niektórzy nauczyciele gotowi byli patrzeć przez palce na jej nieobecność. A w każdym razie tego od nich oczekiwała, jeśli nie chcieli by poskarżyła się tacie albo nawet samemu ministrowi. Pierwsze kroki skierowała ku sowi arni. Miała nadzieję, że nowy list zastanie jej mamę jeszcze w domu i powstrzyma przed zrobieniem awantury niewinnej Mścigniewie. Wprawdzie Dampowi się należało, ale na niego przyjdzie jeszcze czas.
Zaraz po wyjściu na zewnątrz natknęła się na namioty Peruwiańczyków, którzy zajęli dla siebie przynajmniej połowę terenu. Jeden z nich, całkiem przystojny, uśmiechnął się na jej widok. Z jakiegoś powodu zawsze podobali jej się Latynosi. Nie tak, jak Francuzi, ale mieli coś w sobie, a tym tutaj niczego nie brakowało. Zwłaszcza temu uśmiechniętemu. Wysoki, dobrze zbudowany, opalony. I, pomimo chłodu, przechadzający się z odsłoniętym torsem. Wpatrując się w niego bardziej, niż chciała, nie zauważyła, kiedy zderzyła się z lamą, która natychmiast zaczęła rzuć jej włosy.

Dawno nie najadła się takiego wstydu. Nie wiedziała, w jaki sposób zdoła spojrzeć im w oczy. Widziała głupie, peruwiańskie laski naśmiewające się i wytykające ją palcami. Nie mogła się doczekać, kiedy podczas turnieju pokaże im na co ją stać. Wędrując, obeszła szkołę dookoła. Woźni, przygotowujący wieczorną uroczystość, najwyraźniej zrobili sobie przerwę, gdyż żadnego z nich (tak jak tego podłego kocura co czasem płatał się pod nogami) nie było w pobliżu. Był za to alkohol. Wiedziała, że nie powinna, lecz nie zdołała się powstrzymać. Ostatni, dość stresujący okres dał się jej we znaki i musiała odreagować. W okolicach trzeciej butelki wpadła na pomysł, który tylko w takim stanie mógł jej się wydać dobrym.

Zaklęcie Bii, poza innym, oczywistym skutkiem, przynajmniej ją otrzeźwiło, jednak nie na tyle, by zdała sobie sprawę ze sceny którą właśnie urządziła, gdyż musiałaby zapaść się pod ziemię. Resztę dnia, z nieco bolącą głową, spędziła w łóżku, które opuściła dopiero, gdy na niebie pojawił się księżyc, a impreza zaczęła się rozkręcać. Przez pierwsze pół godziny krążyła bez celu pomiędzy bawiącymi się ludźmi, wypatrując znajomych twarzy. Gdzieś na tyłach dostrzegła Julkę, robiąca co w jej mocy bo niepostrzeżenia dostać się do pokładów alkoholu. Po krótkim namyśle, w poważaniu mając odpowiedzialność, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku podrzuciła jej kilka butelek, którymi ta natychmiast podzieliła się z najbliższymi koleżankami. Przepytywane przez nauczycieli następnego dnia, uparcie twierdziły, że niczego nie pamiętają, co w zasadzie było bliskie prawdy. W to, co zapamiętały, nikt by nie uwierzył. Sama Walentyna, niepomna wcześniejszej nauczki, nie omieszkała się poczęstować. Alkohol bardzo szybko rozluźnił jej nogi i chwilę później, otoczona przez równie pijanych uczniów wszystkich szkół, rzuciła się w wir tańca, kątem podświadomości rejestrując Żyłkę wręczającego jej prezent zaręczynowy, który, w obawie przed zniszczeniem, dwie godziny późnij, zupełnie tego nie pamiętając, miała zostawić w pobliskich krzakach. Krótko po tym przyłączył się do niej wcześniej widziany Peruwiańczyk i nogi jeszcze bardziej jej zmiękły. Nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Potakując głową, uśmiechała się głupio kiedy na przemian wskazywał na nią i na jakąś nieznaną jej, trochę bladą, lecz całkiem ładną angielkę, co jakiś czas powtarzając swoje imię na wypadek, gdyby o to właśnie pytał. On sam, z tego co zrozumiała, nosił strasznie śmieszne imię. Nestor. Kiedy to usłyszała, odruchowo zaczęła się histerycznie śmiać. Nie pamiętała co działo się później.

16 października, wtorek, około południa
Jeszcze nigdy w życiu głowa nie bolała tak bardzo, a zawartość jej żołądka nie znajdowała się w tylu różnych miejscach naraz. Przez chwilę leżała nie otwierając oczu, bojąc się, że to nie wyobraźnia płata jej figle, lecz jej na jej głowę rzeczywiście zwaliło się całe niebo. Po chwili uznała, że to jednak nie możliwe i, ostrożnie, uchyliła powieki. Na wpół rozebrana, pozbawiona spódniczki, połowy koszulki i jednego buta, leżała pośrodku trawnika (co tłumaczyło chłód) w objęciach poznanego dzień wcześniej Peruwiańczyka. Po jego drugiej stronie, wbijając paznokcie w jego plecy, leżała puszysta i strasznie brzydka jak na jej gust dziewczyna. Z satysfakcją zauważyła, że ubranie tej drugiej było w lepszym stanie, co dowodziło, że Nestor nie był na tyle pijany, by nie potrafić w pełni ocenić urody swych partnerek. Sam Nestor był zupełnie nagi. Pamiętając o różdżce, wstała i skierowała kroki ku szkole, nie do końca skutecznie omijając rozrzuconych tu i ówdzie uczniów. Żałowała, że nie dostrzegła Bii. Ciągle pamiętała, jak została przez nią potraktowana i bardzo chętnie wykorzystałaby okazję, by się odegrać. Nawet wiedziała, którego czaru przeciwko niej użyje. Była w połowie drogi, kiedy reszta zawartości jej żołądka wylała się na zewnątrz co z niewiadomych przyczyn strasznie ją rozbawiło. Na tyle, by dorobić druga parę brwi leżącemu na jej drodze chłopakowi z czwartej klasy. To ubawiło ją jeszcze bardziej. Z trudem i nie bez przygód, bardziej pełznąc niż idąc, dotarła do drzwi szkoły i, na kolanach, doczłapała się do bliższej, męskiej łazienki. Znaleziono ją dwie godziny później, przez sen obejmującą klozet.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 09 listopada 2013, 23:55

- Tkaczuk!! - Jeden rzut oka na minę Dampa i przypalone Hawajki uświadomił Arturowi, że nauczyciel właśnie miał bliskie spotkanie z jego „prezentem”. Wyszczerzył się na samą myśl o tym, po czym pomyślał, że jednak wypadałoby zwiać zanim tamten go dorwie. Jakoś nie miał ochoty ginąć drugiego dnia pobytu w szkole.
W pełnym pędzie wybiegł przez uchylone drzwi na błonia, po drodze prawie wpadając na wychodzących z Sali hogwartczyków i ruszył w dół zbocza z „pościgiem” kilka metrów za sobą.
Cholera, szybki jest jak na nauczyciela…
Początkowo miał zamiar wbiec prosto między drzewa, ale Damp był zbyt blisko by móc go tam teraz zgubić. Artur musiał szybko zwiększyć dystans między nimi. Zakręcił ostro koło powozu francuzów i po chwili wbiegł pomiędzy liny, którymi nieopodal zacumowany był statek Durmstrangu. Ze względu na swoją mizerną posturę nie miał problemu z omijaniem nawet gęsto rozsianych sznurów, natomiast belfer na pewno będzie miał z tym problem.
Dla dużego istniały dwie opcje: albo pobiegnie za nim i spróbuje wyminąć liny, albo pobiegnie naokoło nich. Obie opcje jednak zajmą mu nieco czasu i oddalą od Artura.
Obejrzał się i zobaczył, że Ramp wybrał opcję numer dwa. Gdy wyskoczył wreszcie spomiędzy lin i biegł wzdłuż linii drzew kilka klątw śmignęło mu koło ucha. Po okrzykach z tyłu wywnioskował, że jego „ogon” nadal znajduje się niebezpiecznie blisko. Niewiele myśląc wskoczył do zagrody z lamami, wyminął je i zniknął pomiędzy drzewami po drugiej stronie.
Kluczył już od dobrych kilku minut, biegnąc w dół zbocza. Wreszcie zatrzymał się by złapać oddech. Rozejrzał się i z radością uznał, że udało mu się go zgubić. Po chwili jednak wrodzona podejrzliwość nakazała mu ruszyć tyłek i poszukać kryjówki, uzmysławiając mu, że ten świr tak łatwo nie odpuści. Postanowił obejść górę i spróbować dostać się do szkoły z drugiej strony.
Gdy był w połowie dość stromej skarpy, po której zboczu biegła wąska ścieżka, usłyszał szelest liści kilka metrów niżej. Spojrzał w tamtą stronę. To był Damp.
Niech to kurwa jasny szlag.
Zamarł w miejscu, obserwując poczynania nauczyciela. Tamten najwyraźniej szukał go nieco niżej, więc ostrożnie, zerkając na niego co chwilę, ruszył dalej ścieżką. Nagle stracił oparcie pod stopami, co poskutkowało efektownym upadkiem oraz niekontrolowanym, chaotycznym ruchem niejednostajnie przyspieszonym w dół zbocza. W trakcie tego swoistego koziołkowania minął Dampa i po kolejnych kilku metrach zatrzymał się na pniu jednego z powalonych drzew. Od uderzenia aż pociemniało mu w oczach.
- Ał… będzie ślad… - wyjęczał leżąc twarzą w dół. Usłyszawszy kroki podniósł głowę i zobaczył to, czego ani trochę nie chciał widzieć. Dampa.

***

Kolejny dzień powitał go niezwykle boleśnie, kiedy to, po ciężkiej walce z polem grawitacyjnym łóżka, wstał i zaplątał się w leżące na podłodze ubrania, malowniczo lądując na… kocie.
- Skąd, do ciężkiej cholery, wziął się ten kot?
Akysz najwyraźniej nie był zachwycony tego typu pobudką, bo zostawił piękny, malowniczy ślad pazurów na jego ramieniu. Tego mu było trzeba. Nie dość, że był poobijany i bolało go dosłownie wszystko, to jeszcze zyskał piękne czerwone sznyty.
- no wprost cudownie… - mruknął, patrząc na koci ogon znikający za uchylonymi drzwiami. Nawet nie miał siły go gonić. Gdy już jakimś sposobem podniósł się do pionu i ogarnął swoje jestestwo, zostało mu ledwie 10 minut do rozpoczęcia zajęć. W pośpiechu chwycił swoją torbę i wybiegł z pokoju, cudem tylko nie wywinąwszy orła na schodach. Pięć minut później był już prawie pod salą, gdy coś go zaatakowało. Na pół śpiący zauważył tylko, że „coś” miało na sobie sukienkę w kwiatki, zadziwiającą ilość wyrzucanych z siebie decybeli i zdecydowanie chciało go udusić.

***

Eliksiry nigdy nie były jego ulubionym przedmiotem, więc, żeby mieć z nich jakiś pożytek, postanowił się zdrzemnąć by choć trochę zrekompensować sobie noc, która upłynęła mu na sprzątaniu sali gimnastycznej. I jeszcze ta wariatka, która chwilę wcześniej prawie połamała mu żebra, okazała się być w jego roczniku i jeszcze siedzieć w ławce obok.
Będą się smażyć w piekle… Ramp, ona i ten przeklęty kocur…
- …tu macie instrukcje, a składniki są w szafkach. – Głos nauczyciela wyrwał go z rozmyślań. - Proszę tylko żebyście nie zrobili bałaganu. Wszystkie fiolki i zioła są opisane. Proszę korzystać z szafki numer jeden i cztery. Tam znajdziecie wszystko co jest potrzebne.
Niechętnie się podniósł i poszedł po składniki. Nie widział większego sensu w przyrządzaniu eliksiru nasennego, poza tym miał uzasadnione obawy, co do tego, żeby on to robił. Westchnął, spojrzał na tablicę i wziął się za składniki.
Przez pierwsze kilkanaście minut mikstura wyglądała dobrze. Tuż po dodaniu śluzu gumochłona nastąpiło olśnienie.
Wlałem 5 czy 6 miarek? Cholera, nie pamiętam. A zresztą… - pomyślał dolewając jeszcze jedną miarkę. Bo co się mogło stać?
Tym oto sposobem jego, kolejny zresztą, kociołek zdobył malowniczą, wyżartą przez eliksir dziurę w dnie. Nawet nauczyciel był zdziwiony. Jak się okazało chwilę później, stworzona mieszanina była łatwopalna.

***

Tak, jak chyba cała szkoła, wybył pospacerować po szkolnych błoniach. Musiał pomyśleć. Miał zagwozdkę, w postaci eliksirów. Prawie każdy, który uwarzył, groził wybuchem lub innym zagrożeniem życia, a to nie pomoże mu zdać egzaminów końcowych. Wprawdzie mógłby to olać, ale nie bardzo uśmiechało mu się co lekcję kupować nowy kociołek. Tak samo jak kiblować z powodu tak durnego przedmiotu jak eliksiry. Po kilku minutach szwendania się bez celu i kilku urokach rzuconych na pierwszaki, zauważył Bię.

A ta jak zwykle zaczytana w podręcznikach. Nic dziwnego, że… zaraz. A może ona się poświęci? W końcu to kujonka, pomaganie ma we krwi. Trzeba to tylko dobrze rozegrać…

- I po co teraz kujesz? – rzucił stojąc za nią uśmiechnięty. Sięgnął po książkę i przeczytał tytuł – Najpopularniejsze klątwy i przeciwuroki. Kurde, dziewczyno, tobie naprawdę chce się tego uczyć?
- Mamy turniej, więc teraz nie tylko szkoła się liczy i oceny. – odpowiedziała, zabierając swoją książkę odkładając ją na bok. Chłopak przysiadł się do Bii. – Pozostałe szkoły są dość silne. Lepiej być gotowym na wszystko. Nie wiemy jakie będą zadania.
- Za bardzo się przejmujesz i nakręcasz, wiesz? – powiedział lekko rozbawiony. – Na pewno jakoś nam się uda przeżyć turniej. Mnie tam nie zależy na wygranej. – powiedział poważnie, patrząc przed siebie. - Ba, nawet nie chciałem brać udziału, bo po co mam się męczyć.
- Przecież to zaszczyt reprezentować szkołę. – dumnie wyprostowała się, przybierając przy tym wyraz twarzy pod tytułem „do ostatniej kropli krwi będę walczyła, bo to zaszczyt”.
Nie no, ona serio to łyknęła
- Zaszczyt? – zaczął się śmiać jak wariat. – Nie rozśmieszaj mnie. Jaki niby zaszczyt? – Bia była lekko zmieszana. Miała inny pogląd, niż Artur na pojęcie „zaszczyt”. – Ta Kluska co siedziała obok mnie przy stoliku zapewne nie wie, jak trzymać różdżkę, co poza tym udowodniła, bo okazało się, że prostemu zaklęciu rozbrajającemu Wiśniowieckiej nie podołała, i ona ma wspólnie z nami wygrać. W jaki niby sposób? Bo mamy współpracować. Ktoś będzie musiał bronić tyłków innych, a to nie do końca jest fair, ale z drugiej strony Kluska idąca na pewną śmierć nie jest bardzo złą wizją. Powiem ci jedno, ten cały Ramp wybrał wszystkich, którzy mu przeszkadzali, denerwowali go albo w jakikolwiek sposób zaszkodzili mu. Tak jak ja. – dodał cicho z uśmiechem Grincha na ustach.
- To nie jest drużyna marzeń, więc zejdź na ziemię. To żaden zaszczyt reprezentować Ślężę. To są drwiny.
- Ale ja myślałam, że to będzie coś dobrego i wiesz… - zwiesiła głos. – ja nigdy nie chodziłam do szkoły i myślałam, że po prostu, jak jest okazja to trzeba ją łapać. Nigdy nie uważałam turnieju za drwiny i podchodzę poważnie do niego. Chcę go wygrać. – spojrzała wyzywająco na Artura. – Tylko mi nie mów, że zamierzasz głosić swoje poglądy i całkowicie się obijać.
- Nie mam zamiaru, bo nie mam ochoty to raz. A dwa, po co mam się niby wychylać? – zapytał, patrząc przed siebie. Sięgnął po źdźbło trawy i zaczął je obrać w palcach. – Lepiej siedzieć cicho i pozostać niezauważonym. Chyba, że można na tym skorzystać. – dodał troszkę ciszej.
- W sumie to nie jesteś taki głupi na jakiego starasz się pozować. – powiedziała w zamyśleniu Bia. – Jakby nie patrząc doprowadziłeś Dampa do szewskiej pasji podczas jego treningu i to były całkiem dobre czary, Arturze.
- Ta, dzięki. – odpowiedział z lekkim lekceważeniem.
- Jednak chciałabym żebyś też się postarał na turnieju. – powiedziała, wstając i wygładzając spódnicę.
- Zapomnij. W życiu. – zaśmiał się złośliwie.
- A jeśli bym coś ci zaproponowała, to zgodzisz się współpracować podczas wykonywania zadań turniejowych i wykazywać minimalne zaangażowanie? – spytała z nadzieją w głosie.
- A co mi zaproponujesz? - spytał z drwiącym uśmiechem na ustach. Widząc jej zakłopotanie spowodowane brakiem pomysłu, dodał – Podpowiem ci. Mam małe problemy z eliksirami i przydałyby mi się korepetycje. – Wyłożył się na trawie. – Jak mi pomożesz to mogę nawet udawać, że mi zależy.
- Zgoda. – odparła.

***

- Oj przestań, nie było aż tak źle… - powiedział wesoło, wychodząc z klasy. Nie wiedzieć czemu Bia uparła się, żeby od razu zobaczyć jak Artur radzi sobie z przyrządzaniem mikstur.
- Nie było? Nie było?! - Była wyraźnie podenerwowana. - Jak można spaprać tak łatwy przepis?!
- Przynajmniej nie wybuchł… - odparł. W tej samej chwili w klasie nastąpiła eksplozja. Przez chwilę stali jak wryci wpatrując się tępo w drzwi pracowni. - …no okej, jednak było tak źle. To ja już sobie pójdę… - dodał Artur, zadziwiająco szybko się oddalając.
- Tylko nie spóźnij się na festyn! - krzyknęła za nim Bia.
- Jasne, jasne… - odparł, znikając za rogiem.

***

- I ja dzielę pokój z kimś takim. Perunie, za co? - mruknął, patrząc na znikającego w tłumie Żyłkę.
- Daj spokój, on przynajmniej nie próbuje wysadzić wszystkiego w powietrze - odparła Bia.
- A ty dalej o tym? Przecież w końcu posprzątałem. - Otworzył paczkę. - Ty, co to kurwa jest? – Był wyraźnie zaskoczony widokiem.
- Ja… - zająknęła się - To chyba sweter - dodała parskając śmiechem. Mina nieco jej zrzedła, gdy zobaczyła, że dostała taki sam upominek. - czy to są uszka?!
Spojrzała na Artura, któremu w głowie zakiełkował iście cudowny pomysł. Założył sweter i z uśmiechem od ucha do ucha zapytał - I jak? Wyglądam zajebiście nieprawdaż?
- Co… zdejmij to! Wyglądasz jak jakiś dziwak. - Rozglądała się niepewnie dookoła.
- Raczej jak wilk. - Zawarczał na potwierdzenie swoich słów.
- Ten ogon z tyłu to bardziej jak lis.
- No to wilk lis. Szary. Szary wilk lis. - Podsumował szczerząc się jak głupi.
- Artur, skończ już pajacować… - zaczęła, mając zapewne zamiar zaserwować mu pouczającą przemowę, ale Artur zarzucił jej na głowę sweter, skutecznie to uniemożliwiając.
- Zakładaj i daj na luz. I tak nikt nie będzie pamiętał co tu się działo. – Gdy to mówił obok nich przedreptało kilka flamingów. Miał niejasne wrażenie, że jednym z nich była Vicky. - I o tym właśnie mówię.
Przyglądała mu się niepewnie.
- ile butelek już wypiłeś? - zapytała zakładając sweter.
- jakieś… cztery? Nie pamiętam. - wzruszył ramionami. Nigdy nie przejmował się pamiętaniem tak nieistotnych rzeczy. - A teraz chodź. Tylko ciiiicho - dodał, stąpając krokiem Szpiega z Krainy Deszczowców.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 20 listopada 2013, 19:57

Chciałam, żeby było tego więcej... tak ze dwóch scen zabrakło mi do dopełnienia, ale i tak już za długo to trwa... Przepraszam i cóż daje co mam. Przy czym bardzo bym prosiła o możliwość ewentualnej edycji i dodanie owych brakujących scenek...

Poniedziałek, późny wieczór Umka-umka, ciuch-ciuch, umka-umka, umka-ciumka, munka...
"Nie, błagam zabijcie mnie. Byle szybko"
jebut-juuutt-buc-piku-puku-kiku-szlu-szlu-jub-jub.
"No prędzej, czekam! Zlitujcie się w końcu."
Ale nikt się nie zlitował i Wiśnia chcąc, nie chcąc musiała nadal żyć. Oddychać, czuć, myśleć, słyszeć, chodzić, mówić, jeść i pić. Ba! Mogła nawet wściekać się i kląć. To też klęła ile wlezie. W tym łomocie i tak nikt nikogo nie słyszał. Co za idiotyzm! Co za kompletny kretynizm! Dobrze, że przynajmniej jakaś dobra dusza pomyślała o dostarczeniu im alkoholu. O dziwo, mogli go spożywać całkowicie legalnie. Świat się kończy, żeby na szkolnej imprezie... Jednakże najwidoczniej nauczyciele słusznie uznali, że uczniowie i tak przemyciliby swoje flaszki z napojami wyskokowymi. Tym bardziej, że w przyjęciu uczestniczyli jedynie reprezentanci oraz ci ślężanie, którzy uczyli się w piątej lub wyższej klasie. Wielka zbuntowana, niesłuchająca się nikogo zgraja. A wszyscy jej członkowie razem i każdy z osobna pozjadali wszystkie rozumy świata i teraz myślą, że są jakimiś cholernymi bogami... Chociaż w sumie to mają rację. Są bogami. A jeśli nie bogami, to przynajmniej królami, ba! Cesarzami życia. W końcu rządzili! To wokół ich rozkłada się parasole, to im wybaczała się wiele ze względu na młody wiek, wymaga tak mało, a pozwala już na tak dużo. Zaiste...
- Jestem królową nocy! - zawyła Wiśnia przy czwartej butelce wina, wdrapując się na jakiś stół i strącając zeń kieliszki i talerzyki, co wywoło żywą reakcję zebranych wokół osób. Krzyczeli coś wymachując rękami, ale nie zwracała na nich uwagi. Obrzucając głowę do tyły Pociągnęła zdrowy łyk z trzymanej w dłoni flaszki i zawyła jeszcze głośniej, jednocześnie wykonując całym ciałem jakieś nieskoordynowane, paralityczne ruchy.
- Hej-Hej, Hej-ho, zabawnie by się pło szlo...
- Wiś... no co ty! - Nikołaj, chociaż sam mocno już wstawiony, zachował najwidoczniej resztki rozsądku i teraz starał się sięgnąć ze stołu dziewczynę. Na próżno. Ta posłała mu bezczelny uśmiech, obróciła się wokół własnej osi, tak, że gdyby miała na sobie odpowiednią spódnicę, materia wzdęłaby się lekko, uniosła i zakręciła razem z właścicielką. Ale Wiśnia nie miała na sobie spódnicy z koła, a kraciastą miniówę z szerokimi plisami. Dlatego nie zakręciła się, ale uniosła, owszem, ukazując wszystkim, co chcieli patrzeć całkiem gustowne figi z czarnej koronki. Niezrażona tym dziewczyna podparła się pod boki i zakręciła raz jeszcze, jakby tańczyła oberka, albo jakiś inny skoczny ludowy taniec.
-Wisinia... - Nikołaj złapał ją za rękę, ale wyrwała mu się, tańcząc coraz szybciej, szybciej i szybciej. Zupełnie zatracając się w tańcu. Cudownie lekka, wolna od myśli... Nic tylko ona i wirowanie... Cudowne wirowanie.
- Chosz... choź...choć...cho no do mnie! Zatawajmy... zaliwyjmy razem! - krzyknęła w pewnym momencie do chłopaka i wyciągnęła ku niemu dłoń. Chwycił ją, pociągnął mocno. Wiśnia poleciała gwałtownie w przód. Bułgar stracił równowagę, cofnął się chwiejnie, poczym upał na plecy, boleśnie tłukąc sobie kość ogonową. Dziewczyna wylądowała na nim, uderzając twarzą w twardy tors. To jakby ją na chwilę otrzeźwiło. Uniosła błędny, zdezorientowany wzrok na Nikołaja, westchnęła cicho, a potem zaczęła się bardzo głośno, bardzo histerycznie i bardzo dziko śmiać, wręcz wyć ze śmiechu.
- Zjedz se mnie... - wydusił chłopak, a Wiśnia zaniosła się jeszcze głośniejszym, jeszcze bardziej histerycznym śmiechem.
- Ale to byłby przecież kanibalizm - zawyła z trudem łapiąc powietrze.
- Zjedz se mnie... zdejdz ze mnie... Makhni se ot men.
- Razbira se. sŭzhalyavam. - Niezgrabnie przetoczyła się na bok, po czym dźwignęła na chwiejne nogi, dodatkowo osłabione wciąż trzymającym napadem wesołości. Nikołaj uklęknął, podparł się dłonią, zanim bardzo powoli, krzywiąc się przy tym boleśnie podniósł się na kończyny tylnie. I wtedy Wiśnia chwyciła go za rękę i pociągnęła na parkiet. Łomot dawno przestał jej przeszkadzać. Właściwie, to brzmiał teraz nawet całkiem ładnie... Przetańczyli resztę wieczoru.

* Wtorek przedpołudnie Następnego dnia Wiśnia obudziła się późno, z uczuciem dziwnego ciążenia w głowie. Nie mniej jednak przezwyciężyła je dzielnie i już niecała dziesięć minut po otwarciu oczu, siedziała na łóżku kompletnie ubrana, z włosami wyjątkowo spiętymi w koński ogon. Właściwie to powinna je umyć, ale w danej chwili nie miała na to ochoty, ani siły. Urywki wczorajszej imprezy, powtarzane gdzieś w tle chaotycznych myśli melodie (jakie, kurwa melodie, przecież to nawet nie była muzyka) wczorajszych utworów (jakich, kurwa utworów, przecież to jeden wielki łomot był), mieszające się z urywkami snu, w którym Damp, odziany jedynie w szare wilcze uszy i stringi tańczył przed nią jakiś niezwykle zmysłowy taniec... Swoją drogą ciekawe, czy w rzeczywistości też ma takie ładne pośladki. Hawajki nie pozwalały na rzetelną ocenę. Ręcznik zresztą też nie. Przypomniała sobie tamtą sytuację i stłumiła w sobie chęć do parsknięcia śmiechem, bo niestety nie była w pokoju sama.
Tatiana właśnie kończyła się ubierać, Bia zaś nerwowo szukała czegoś w swoich rzeczach, a przynajmniej tak to wyglądało. Wiśnia nie zwracała na nie większej uwagi, bo nadal była skołowana własnymi urwanymi, niesformułowanymi do końca myślami, widmowymi obrazami o rozmytych barwach i miękkich, mglistych konturach. Jednocześnie usiłowała dogadać się z własnym żołądkiem, aby ustalić, czy domaga się on, czy nie domaga jedzenia, lecz ten wiąż wysyłał jej sprzeczne sygnały. Jednocześnie ssał dziwnie, zdawał się trawić sam siebie, podczas w przełyku i w ustach wciąż czuła wino i wczorajsze smakołyki. Negocjacje, więc trwały, a Wiśnia w tym czasie odpakowywała z szarego papieru niewielką paczuszkę. Tą samą, którą poprzedniego dnia, Żyłka dosłownie wcisnął jej w dłonie. Nie otworzyła go wtedy, nie dlatego, że jej nie podarunek jej nie zainteresował, ale dlatego, że zwyczajnie nie miała jak tego zrobić. Zajęte ręce, denerwujące pulsacyjne oświetlenie... Wtedy właśnie przekonała się po raz kolejny jak to dobrze mieć czasem osobistego służącego. Krasnal, który od wieczoru prezentacji szkół, zdawał się jej unikać, na szczęście pojawił się na wezwanie, zabrał podarunek od Żyłki i zaniósł do pokoju, a wykonał to bez nawet jednego słowa komentarza... Zupełnie jakby się dąsał, albo bał.
Rogi zostały odwinięte na zewnątrz i oczom dziewczyny ukazała się zawartość paczki - starannie złożony, wydziergany ręcznie kostium wilka. W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziała jak powinna zareagować, więc tylko patrzyła w oszołomiona na ten dziwaczy kombinezon, który właśnie teraz jej własne dłonie unosiły na wysokość oczu, a potem w jej głowie jakby bomba wybuchła. Przypomniało się jej, że wczoraj na imprezie mignęli jej ludzie w podobnych wdziankach, jednakże nie przykuli wówczas jej uwagi. Jednocześnie z napływem wspomnienia, poczuła dziwny koktajl wesołości, zmieszania, zakłopotania i podniecenia. Intencje Żyłki bez wątpienia były szczere. Chłopak raczej nie wyglądał na kogoś, kto byłby zdolny stroić sobie z innych żarty, tylko po to, aby zobaczyć ich miny, ale jego pomysły bywały niekiedy dość dziwne. Albo raczej należałaby powiedzieć, że czasem bywały normalne. Ale czemu wilk? Czy on próbował coś przez to powiedzieć? Te pytania, na razie pozostawiła bez odpowiedzi, bo żołądek wreszcie doszedł do wniosku, że jednak jest pusty...
* Wtorek trochę późniejsze przedpołudnie. Błonia wciąż wyglądały jak pobojowisko, chociaż krasnale wraz z czarodziejskim personelem technicznym szkoły, uwijali się jak w ukropie przy sprzątaniu pozostałości wieczornej imprezy. Jednakże pomimo użycia ludzkiej i krasnoludzkiej magii końca nie było widać i w zadeptanej, miejscami do łysej ziemi, trawie nadal leżało pełno szkieł z roztrzaskanych butelek, kieliszków i talerzy papierków po słodyczach, zużytych gum do żucia, chusteczek do nosa, a nawet kawałków tkaniny. Niektóre krzaki miały połamane gałązki.
Michalak wsunął ręce w kieszenie spodni. Wszystko to coraz bardziej przypominało jakąś farsę i to naprawdę kiepską. Impreza w poniedziałek! Coś takiego, tylko Rokosz mógł wymyślić, ale to w sumie dobrze. Oto otrzymał kolejny namacalny dowód jego głupoty, jedynej rzeczy, której mógł być pewien w stu procentach. Cała reszta filarów, na których opierał się plan zdawała się chwiać. Chociaż tym razem Gloddy darował sobie swoje durne popisy, a cała zabawa obyła się bez większych incydentów, to jednak czasu nie dało się cofnąć. Gloddy, Gloddy, Gloddy... Aurora wciąż mroziło, gdy przypominał sobie jego wyczyny. Niekiedy zdarzało mu się myśleć, że wspólnik, z trudem przepuszczał to słowo przez filtr myśli, bo to tak jakby uważał Gloddy`go, za równego sobie, a przecież wcale tak nie było, robi to wszystko celowo. Zupełnie jakby chciał, żeby zostali odkryci. Ewidentny nonsens! Ani Gloddy, ani Sorley, ani on nie mieli w tym żadnego interesu. Przeciwnie, ryzykowali nie tylko posadami, ale też wolnością, a wciąż tyle było punktów, w których mogło pójść coś nie tak...
A skoro coś może pójść nie tak, to bezpieczniej zakładać, że właśnie tak się stanie. Czasem jednak dzieją się rzeczy, jakich nikt, nawet on, człowiek, który owinął sobie wokół palca nie tylko tego durnia Wiśniowieckiego, ale też szefową swojej grypy Tkaczukową, (wcale nie głupią kobietę), nie potrafi nijak przewidzieć, a tym bardziej uwzględnić w swoich planach. I oczywiście złośliwość losu sprawiła, że taka właśnie rzecz wydarzyła się dzisiaj rano. Chociaż może należałoby powiedzieć, że spowodowała ją głupota tej dwójki? I znowu Gloddy z tą swoją cholerną kleptomanią! Bo kiego grzyba kradł to coś?! A Sorley? Bo co tego w ogóle dotykał? W efekcie brakowało mu teraz kciuka w prawej ręce, a oba nadgarski miał tak poharatane, że tylko dzięki natychmiastowej pomocy nie wykrwawił się na śmierć... Aleksander poczuł jak zbiera w nim kolejna fala gniewu, zażenowania, ale też rozbawiania. Doprawdy histeria Sorleya, na widok krwi lejącej się strumieniem z jego własnej dłoni była obrazkiem godnym zapamiętania.
Ekipy porządkowe wreszcie przestały kręcić się po błoniach. To nie wiarygodne, jak bardzo może naśmieć banda pijanych nastolatków! Niewiarygodne też jak długo można zbierać śmieci przy po mocy czarów, no, ale to Polska, więc sprzątacze, co i rusz robili przerwy na batoniki...
Mijał właśnie kępę jakąś krzaków, kiedy pośród połamanych gałęzi ujrzał na wpół przysypany liśćmi spory, szary przedmiot. Z początku wziął go za zwykły śmieć, który najwidoczniej został przeoczony przez sprzątaczy. Jednakże ów śmieć w jakiś niewytłumaczalny sposób przyciągał uwagę Michalaka, budzą w nim to coś, co kobiety nazywają intencją, a co on sam wolał nazywać przeczuciem. A, że przeczucia rzadko kiedy go zawodziły, nauczył się im bezwarunkowo ufać. Przykucnął, zatem, odgarnął liście i ze zdumieniem stwierdził, że to starannie zawinięta w szary papier paczuszka. Nie namyślając się wiele, wziął ją do ręki, a wówczas okazało się, że w środku znajduje się coś bardzo lekkiego i miękkiego. Poczuł jak budzi się w nim lekki niepokój. Rozwiązał, więc sznurek i stłumił przekleństwo, gdy w zielonych oczach odbił się kostium wilka. Nie byle, jakiego wilka, tylko właśnie tego wilka! Wilka, srebrnego lisa i co z tego, że kostium był szary? Wszędzie by go poznał... Ale kto u licha? Nie minęła jednak nawet jedna sekunda, a uświadomił sobie, że daje się ponieść, a nawet popada w lekką paranoję. Oczywiście, że nikt, to zwykły przypadek, w końcu bajki i inne historyjki mają to do siebie, że zna je wiele przypadkowych osób. Ale zaniepokojenie nie znikało. Przeciwnie. Czuł je coraz wyraźniej.
- O, dzień dobry!
Odwrócił się. Stała za nim Wiśniowiecka. Cholerna dziewczyna, czy ona nie może pilnować własnych spraw? Zdaje się, że ma głowie turniej i lekcje, powinna teraz zajmować się nimi, albo leczyć kaca, ale nie. Ona musiała, musiała włóczyć się po błoniach.
- Dzień dobry - odparł sztywno i stwierdził, że dziewczyna wbija wzrok w ciąż trzymamy przez niego kombinezon, a na bladej twarzy pojawia się cień zrozumienia. Zupełnie jakby właśnie łączyła ze sobą jakieś fakty. Ile wiedziała?
- Oh, był tutaj, a już się bałam, że przepadł. - zaczęła niby entuzjastycznie, ale Michalak wyczuł lekkie załamanie w głosie dziewczyny, a w dodatku zdawało mu się, że nagle podniósł się o oktawę. - Zgubiłam to wczoraj w czasie imprezy. Czy mógłby mi go pan oddać? - Ewidentnie kłamała, nie trzeba było być ekspertem, aby to rozpoznać. Tylko dlaczego? Sprawdza go, czy jak? Naprawdę czegoś się domyśla? Kłamie dla samego kłamstwa? A może to tylko taki fatalny zbieg okoliczności... Trzeba to sprawdzić... Już zaraz, teraz. Skupił się, skoncentrował całą siłę woli, spojrzał Mścigniewie prosto w oczy, przeniknął przez nie...
Takiego chaosu dawno nie oglądał. Splatane, niedokończone, urwane. Wspomnienia przemieszane ze współczesnością. Uczucia, z chłodną kalkulacją. Myśli o tym jak podać nauczycielowi eliksir miłosny, mieszały się z marzeniami na temat torturowania wiewiórek, krasnoludków, a nawet ludzi. Gdzieś za nimi pędziła chęć zabicia ojca, jakieś dziecinne dąsy łączyły się z obrazem jakieś spowitej w czerń czarownicy, stojącej na szycie góry...
- WYNOCHA!
Myśli dziewczyny nagle zamknęły się przed nim. Zatrzasnęły się, tak jak drzwi zatrzaskują się przed nosem. Jakaś gwałtowna, podobna do wiatru siła dosłownie ścięła go z nóg. Zanim się podniósł, Mścigniewy już nie było. Przeklęta smarkula! Nie docenił jej. Nie przyszło mu głowy, że zdoła wyczuć, a tym bardziej przełamać legilimencję, ale to w sumie nieważne. Z tego, co zobaczył w umyśle dziewczyny, zanim został stamtąd brutalnie wyrzucony, wynikało, że i tak nikt jej nie uwierzy. A Wiśniowiecki już na pewno.
[/align]
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 22 listopada 2013, 18:04

Przepraszam.

Całe szczęście, Damp obudził się już we wtorek. Odetchnął z ulgą. Co za koszmar... we śnie omamił lekko wstawioną Rudą bez najmniejszego problemu, uwiódł ją, odczytując i spełniając kolejno każde z kobiecych kryteriów. A później próbował zdjąć z siebie wilczy kostium od Jeziornego (niedorzeczność tego snu była wręcz porażająca) na potrzeby chwili, ale warstwa magii mu to uniemożliwiła. Jeziorny po raz kolejny zapobiegł skutecznie pragnieniom Rusta. Dobrze, że nie była to prawda, inaczej Damp chybaby go rozszarpał. Może wydawało mu się tylko, że nie mógł zdjąć stroju, bo był zwyczajnie pijany w swoim śnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że strój wilka był od Jeziornego, a Ruda po raz kolejny zdołała się wymknąć. Cholernie przykry koszmar.
- Damp. Uważaj - ostrzegł Dźwiedź.
- Co, cooo, znów jakiś miły żart? Uprzedzam, "wood morning" drugi raz mnie nie rozśmieszy...
Zobaczył coś kątem oka, mijając lustro, po czym stanął w miejscu, zamrugał i cofnął się o krok. Jakiś wysoki ktoś stał naprzeciw. Szary materiał opinał mu się na klatce piersiowej, barkach i przedramionach, w sposób właściwy ubraniom szytym na zamówienie - po prostu przylegał, nie za mały i nie za duży - miara zdjęta bez pudła, nawet nogawki zwężały się idealnie na długich łydkach. Sam Rust nigdy nie ubrałby czegoś, co przylegałoby mu tak dokładnie do tyłka i ud. Obrócił się i z popatrzył na srebrno-szarą, lisią kitę. Podniósł głowę. Wilcze uszy sterczały drapieżnie, skierowane lekko do przodu, a z cienia długich, trójkątnych oczodołów spoglądały na Dampa jego własne, szare oczy.
Wściekłość zalała go od środka.
- CZAS NA MEDYTACJĘ.

Wtorek, późne popołudnie
Damp, z ogromną niechęcią, wysłuchał doniesień o tym, co wyprawiał jego rocznik, o tych wszystkich zarzyganych miejscach, niedwuznacznych sytuacjach, trwającym nadal poszukiwaniu kilku zabłąkanych uczniów... Aż wreszcie powiedziano mu o Walentynie M., półnagiej, znalezionej w męskiej toalecie, co zupełnie wyprowadziło go z równowagi, bo reszta reprezentantów wypadła na tle rocznika o wiele lepiej. Nawet pieprzony Tkaczuk (którego Damp znalazł osobiście), w stroju wilka śpiący wraz z Jeziornym na drzewie (Rust niemal widział tę małą, wkurwiającą nić wspólnego zrozumienia Artura i Rościego, gdy tak wisieli na sąsiednich gałęziach), nie rozzłościł go tak bardzo. A jeszcze bardziej złościło go, że nie jest w stanie nad sobą zapanować i nie potrafi zignorować gniewu wobec bandy niewychowanych bachorów.
- Ja nienawidzę - Rust pochylał się nad Walentyną, teraz już ubraną w świeże rzeczy i zawiniętą w koc, wyniesiony z dormitorium - tak debilnego zachowania, takiej bezmyślności, jaką ty prezentujesz sobą, Matejko! Nawet nie chodzi o alkohol, za to oberwiecie wszyscy, ale jak można tak wyłączyć mózg i jeszcze udawać, że nic się nie stało? Ty w ogóle myślisz, dziewczynko? Wiesz, co się mogło stać?
Niestety Panna Kluska była w stanie tylko trząść się lekko, wilgotna od zimnego potu i blada jak ściana, więc Damp zrezygnował z pytania jej wprost, co robiła wczorajszego wieczoru, bo i tak pewnie nic nie pamiętała. Był dziwnie pewny jednego scenariusza i właśnie to sprawiało, że ze złości nie mógł prawie na nią patrzeć. Wątpił, by przejmowała się jego słowami, pewnie myślała o czymś zupełnie innym i tylko potężny kac blokował jej możliwość puszczania tych swoich debilnych pseudo-mądrości i wytłumaczeń.
- Byłoby dobrze, gdybyś wróciła teraz do siebie i doprowadziła się do porządku - wycedził na koniec, wściekły. - Wyśpij się albo wykąp i posiedź pod kołdrą, chcę, żebyś wyglądała na żywą wieczorem, jasne?
Poczłapała na swoje piętro, pozostawiając Dampa samego, wpatrującego się martwym wzrokiem w podłogę. Dlaczego w ogóle się przejmował? Przecież obiecał sobie, że oleje zupełnie bandę tych zasranych, zbędnych mu zupełnie smarkaczy. Tymczasem nie potrafił nawet zignorować swoich podejrzeń wobec młodej Matejko. Męczyła go świadomość, że gdyby on sam miał nadal to naście lat i mógł bezkarnie szaleć w obcej szkole, nieprzyłapany przez nikogo, pewnie nawet by się nie zastanawiał, widząc tak pijaną dziewczynę o tak uroczej twarzy. Choć może nie? Czuł chorobliwą potrzebę samego uwodzenia, procesu zakończonego sukcesem, więc tak łatwe cele tylko go irytowały. Wrócił do gabinetu 77 i nawrzeszczał na pozostałych szesnastolatków, tak poważnie, że przeraził wrażliwszą część, a całą resztę doprowadził do niepokoju.
- Ze mną można mieć luz, można się naprawdę dogadać tak, by obie strony były zadowolone, wystarczyło poświęcić chwilę i podejść, ja jestem tak otwarty na wasze zasrane propozycje, gdybyście powiedzieli, Rust, chcemy się napić, to ustaliłbym z wami, że możecie, po butelce lub dwóch, ale lepiej było nachlać się na własną rękę, tak, żeby was później zbierali! - zagrzmiał, lustrując ich lodowatym spojrzeniem. Wiśniowiecka wytrzymała najdłużej, zanim spuściła wzrok. Teraz już wszyscy gapili się w ziemię, nie chcąc skupiać na sobie uwagi Dampa. - Zresztą mówiłem wam na początku, czego oczekuję. Nie będę was traktował jak dzieci, bo nimi, do jasnej cholery, nie jesteście i jak mi jeszcze raz odwalicie coś takiego, nie ręczę za siebie! Mógłbym być najlepszym wychowawcą, jakiego wam przydzielono, gdybyście umieli to docenić!
- A jednak ci zależy - skomentował Dźwiedź, gdy uczniowie zaczęli wychodzić, zerkając po sobie.
- Nie, mam to gdzieś! Po prostu wkurwia mnie wyciąganie ręki, gdy te bachory ją odtrącają, rozumiesz?! To jest najmilsza, najcieplejsza, najbardziej pobłażliwa wersja mnie. I mam dość ciągłego dowiadywania się o tym, że znów coś jest nie tak! - wściekł się, trzaskając drzwiami i zamykając klasę na klucz. - Nienawidzę tego miejsca! Mógłbym grać w klubie, chcę grać, Dźwiedziu, chcę żyć swoim dawnym życiem, siatkówką i całą resztą, nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej! Oooch, gdybym mógł dostać tego Michalaka i - napiął mięśnie rąk, patrząc na swoje dłonie, drżące od tłumionej agresji - yyymmmm...
Wyobraził sobie, co by mu zrobił i musiał zacząć skakać w miejscu, by poradzić sobie z tą ilością emocji i agresji. Prawie od roku nie planował pobić nikogo. A może? W każdym razie nie aż tak brutalnie.
- Im dłużej cię znam - wydusił Dźwiedź - tym wyraźniej widzę, że masz w sobie coś bardzo złego, Damp. Powinieneś z tym walczyć. I nie dziw się, że dzieci się ciebie boją, bo nie zawsze pamiętasz o wyglądaniu przyjaźnie.
- To jest permanentna inwigilacja!

Wtorek, późny wieczór
Spotkanie w sprawie bezpieczeństwa uczniów i pierwszego zadania turnieju przerażało Dampa - sądził, że nie będzie musiał angażować się w nic tak bardzo, tymczasem dyrektor(ka) rozkazała mu zabrać głos w sprawie Ślężan i niemal całą noc siedzieć w wielkim salonie, wraz z ministrem Wiśniowieckim, jego doradcą, jakimś ekspertem do spraw kontroli magicznej, oraz ważniejszymi przedstawicielami innych szkół. Rust siedział, spoglądając ponuro na swoje dresy. Od czasu do czasu drżały mu mięśnie w nogach, co znaczyło, że jest przemęczony bardziej niż zwykle. Przesunął zimnym wzrokiem po zebranych i naszła go dziwna myśl, przekonanie, że nie jest na właściwym miejscu. To, że ktoś pozwalał mu decydować o nieletnich, ba, angażować się w sprawy szkoły, było w pewnym sensie zabawne. Damp miał wszystko gdzieś, zwykle do tego stopnia, że tylko egoizm i wygodnictwo kazało mu sprawiać pozory przejętego. Choć coraz częściej, gdy zostawał sam, łapał się teraz na myśleniu - o swoim roczniku, o turnieju i o Gloddym. Czyżby jednak dał się wciągnąć w to wszystko? On?
- Niedoczekanie - wycedził z gniewem - nie dam z siebie zrobić kogoś, kim nie jestem. Niech sobie radzą sami!
- Sam siebie oszukujesz - próbował przekonać go Dźwiedź. - Przecież widzę, że się martwisz.
- Martwię się, bo mi to nie jest na rękę! Nie dbam ani o te dzieciaki, ani o całą resztę!
- Gloddy opuścił Durmstrang nagle, jednak my nie sądzili, by miał coś na sumieniu. Porwanie pierwszoklasisty mogło być tylko zbiegiem okoliczności, podobnie jak niecodzienne zachowanie paru osób, szto... Nie byli my w stanie dowieść, że do Gloddy za tym stał - Irina Iwanowa Romanow urwała, zakładając ręce na piersiach - ale niepokoi to, co się tu w Ślęży dzieje. Bardzo! Mówicie, że to rzecz poważna.
- Śledzę pracę Gloddy'ego - wypowiedział się urzędas - nieoficjalnie i zbieram dowody na jego lewą działalność. Możliwe, że to zwykły oszust o starannie wypracowanej opinii w Ministerstwie.
Damp popatrzył na niego ze znudzeniem.
- Ufam, że moi ludzie schwytają go, lub tego, kto się pod niego podszywa - zaznaczył Wiśniowiecki, uciszając natychmiast szepczącego Francuza, dyrektora DuPont, oraz Rokosza. - Choć wątpię szczerze w to, by Gloddy okazał się kimś niegodnym zaufania. Aurorzy robią co mogą.
- Gloddy ujawnił się, przedstawił i parokrotnie odwiedził naszą szkołę, ani trochę niezainteresowany pozostaniem w ukryciu - rzekł Rust, starając się stłumić złość - to nie jest sytuacja, w której on przypadkiem się tu dostaje, robi to bez problemu, w każdej chwili, miałem okazję natknąć się na niego w łazience dziewcząt i lochach, po czym dosłownie teleportował się, jakby nie działały na niego ograniczenia magiczne - urwał, a głucha cisza dudniła dosłownie, potęgując niezręczność.
- Panie Damp - Rokosz brzmiał(a) jakby miała zaraz zemdleć - co pan robił w łazience dziewcząt?
Wszystkie spojrzenia ponownie spoczęły na nim. Damp przesunął językiem po zębach. Gratulował sobie w duchu, że nie wspomniał o młodej Wiśniowieckiej, która w tej łazience była.
- To było zaplanowane przez Gloddy'ego - wycedził. - Twierdzi, jak mówiłem na początku, że ktoś, jakiś uczeń, jest w posiadaniu jego własności. Prosił, by mu ten przedmiot przynieść w środę o północy.
- To już jutro - zauważył Smith. - Skoro Gloddy pojawi się w umówionym miejscu, powinniśmy wysłać tam kogoś, by go złapać.
- Popieram. A aurorzy nadal szukają? - Damp skrzywił się ironicznie. - Ten Michalak z pewnością się do tego nadaje! Jak widziałem pościg w jego wykonaniu, to chciało mi się śmiać. Sam dłużej goniłem Gloddy'ego niż ten, pożal się boże, auror - oznajmił gniewnie.
- Damp, tak? - spytał Minister. - Michalak wspominał o tobie.
Rust zacisnął zęby i jeszcze przez pół minuty wpatrywał się w Wiśniowieckiego z góry, nie wrogo lecz bezbarwnie, próbując wyczytać z oczu Ministra, czy ten ma zamiar wywlec na wierzch jego problemy z prawem i samym Michalakiem.
- Ale kto może mieć tę rzecz Gloddy'ego, skoro już zakładamy, że jest ona w szkole?
- Przed festynem ktoś okradł wiele pokoi na piętrach. - Rust po raz kolejny dał do zrozumienia, że nie ma wątpliwości, kto to był. Z drugiego końca pomieszczenia spojrzała na Dampa Radostina Yeneva. Uciekł przed jej wzrokiem, zagryzając wargi. Po prawdzie bał się, że kobieta planuje na nim zemstę.
- Pojutrze, w czwartek, powinniśmy ogłosić pierwsze zadanie. Damy uczniom czas do namysłu. Lepiej, by byli bezpieczni, zwłaszcza gdy już będą rywalizować! - Smith przerwał, bo DuPont znów szeptał coś za jego plecami. Spiorunował Francuza wzrokiem i ponownie zabrał głos. - Sądzę więc, że powinniśmy wysłać i aurorów i parę osób stąd, by zasadzili się na Gloddy'ego. Lub tego, kto go udaje - dodał, czując na sobie strapiony wzrok Ministra Magii. Damp wiedział, że Wiśniowiecki nie jest złym człowiekiem, przeciwnie, stanowi odwrotność słowa "kłamstwo" i "korupcja". Polityk po prostu ufał bezgranicznie swoim ludziom i nie mógł pogodzić się z tym, że Gloddy jest podejrzewany.
- Dyrekcja i organizatorzy turnieju nie powinni iść - głos dyrektorki Durmstrangu brzmiał oschle - dlatego zgłaszam moją zaufaną czarownicę. - Tu wskazała na Yenevę, która skłoniła lekko głowę.
- Niech będzie - zgodził się Wiśniowiecki. - Wezwę aurorów. Pan Damp będzie towarzyszył damie z Bułgarii - ciągnął, nie patrząc na Rusta - bo rozmawiał z Gloddym i wie, czego się spodziewać.
- Bez Michalaka.
- Słucham?
- Nie wzywajcie Michalaka - powtórzył, głosem drżącym ze złości. - Inni, nie on.
Jeszcze długo miał przed oczami podejrzliwą minę Wiśniowieckiego i reszty zebranych. Jak mógł unikał wzroku Radostiny Yenevy. Środowa noc nie zapowiadała się najciekawiej i z tą właśnie myślą, uciekając przed Bułgarką, Damp wymknął się z pomieszczenia, gdy zakończono już rozmowy dotyczące pierwszego zadania.

Niestety nie dane mu było oszukać losu i Yeneva dogoniła go po drodze. Usłyszał jej kroki i zamarł, patrząc za siebie.
- O nie.
- Czemu tak się jej boisz?
- Poczekaj, muszę się skupić.
Przywołał na twarz niepewność i wyraz zaskoczenia, a gdy Radostina podeszła wystarczająco blisko, zamienił go wręcz na grymas krytego wstydu. Ostentacyjnie zacisnął zęby, przygotowując naprędce stertę kłamstw i modeli wyćwiczonych zachowań.
- Unikasz mnie? - spytała, patrząc na niego bystro. Damp musiał wybadać grunt pod nogami. Istniały dwie możliwości - albo Yeneva zorientowała się, z kim ma do czynienia, albo nadal miała przed oczami jego fałszywy obraz. Ich spotkanie jakiś czas temu wynikło zupełnie przypadkiem, gdy Radostina odwiedziła parę miast w stanie Michigan. Damp wypatrzył ją i obrał sobie za cel, głównie dlatego, że wydawała się niedostępna. Okazało się, że trafił w dziesiątkę - oboje mieli rodzinę w Polsce, kilka wspólnych tematów i inne nieznaczące szczegóły, które tylko ułatwiały mu zadanie. Niestety nie zdołał dokończyć tego wtedy, bo w drogę weszła mu inna kobieta, jej przyjaciółka.
- Możliwe, że chce się na mnie odegrać. Muszę zaryzykować - wyjaśnił. - Nie przeszkadzaj mi, gdy będę rozmawiać.
- To się nazywa manipulacja, Damp, nie rozmowa.
- Wiesz - wytarł dłonie o koszulkę, jakby kiedykolwiek się pociły, zaczynając ostrożnie - nadal pamiętam tamto...
- Litości! Chyba nie przejąłeś się słowami Elzy? Ona po prostu bardzo się o mnie martwiła. Oceniła cię powierzchownie.
Fala satysfakcji rozlała się po ciele Dampa, a wyrachowanie błyskawicznie pozwoliło mu działać dalej, korygując błędne scenariusze, które uznał za możliwe. Tak! Miał ją na wyciągnięcie ręki! W ułamku sekundy zdążył jednak ugasić narastające z tego powodu podniecenie.
- To mnie zabolało - wyznał cicho - jej zarzuty były naprawdę... Ja... Wiesz, jak się poczułem wtedy? Jak ona mnie nazwała? - Udał powracający gniew i spiął się na chwilę, nieznacznie unosząc głos. - Jakimś... Degeneratem, o! Fałszywym degeneratem!
- Rust, wszystkim się tak przejmujesz?
- Nie, ale to nie jest fair, rozumiesz? Miała czelność powiedzieć, że zastraszyłem twojego adoratora - po chwili postukał się palcem w pierś i z całym żalem, jaki zdołał zawrzeć w głosie, ciągnął - mało tego, że zrobiłem to perfidnie, jakbym ja był jakimś, nie wiem, socjopatą, gorzej nawet! - przypomniał, krzywiąc się ze złości. Yeneva zrobiła bezsilną minę, wyrażającą współczucie i popatrzyła na niego strapiona. - Myślisz, że łatwo znieść coś takiego? Mało kto mnie tak obraził, przecież ja nawet nie jestem w stanie się porządnie rozzłościć, unikam konfliktów - urwał, rozgoryczony. Dokończył już pasywnie - zresztą, pamiętasz chyba, że nie jestem zbyt... odważny.
- Jesteś po prostu wrażliwy - poprawiła. Damp skrzywił się, po mistrzowsku odgrywając zakłopotanie. Wbił wzrok w dywan. Milczeli chwilę. - Nadal sam? - spytała Radostina nagle, niby z troską.
- Ale kręci! Widzisz to? Naiwna, naiwna, głupia! To się skończy w moim łóżku!
- No, to znaczy - przestąpił z nogi na nogę i nabrał powietrza - przecież wiesz. Dlaczego pytasz? Oczywiście, że jestem sam, nie mam śmiałości do kobiet - wyrzucił w końcu z rezygnacją.
- Początki są trudne, to tylko brak doświadczenia - odparła. Damp aż czuł bijące od niej zadowolenie, gdy znów go instruowała. Zapatrzona w siebie, szukała podświadomie kogoś, kim łatwo było sterować. Och, Rust niemal zdradził się paskudnym uśmiechem, który cisnął mu się na usta. Yeneva była typem kobiety, która potrzebowała wiecznego udowadniania sobie, że jest w centrum uwagi. - Jestem zaskoczona, że cię tu widzę.
- Lubię przebywać z młodzieżą, więc nie narzekam - mruknął oszczędnie. Cały czas szukał zajęcia dla rąk, by widziała, że jest podenerwowany. - Ale jestem chyba zbyt łagodny, wiesz? Nie nadaję się na nauczyciela.
- Podobno macie tu córkę ministra.
- Och, tak... - Wytężył pamięć w poszukiwaniu imienia. - Mścigniewa jest naprawdę ciekawą, młodą czarownicą. Duży potencjał, zwróciłem uwagę. A moja grupa na turniej! Takie fajne dzieciaki, ciężko było wybrać... - Wyobraził sobie tę piątkę i mało co nie parsknął śmiechem, choć na twarzy nadal miał pogodny wyraz. - To co, chciałaś mnie spytać o coś ważnego?
Gestem wskazał jej korytarz i poczekał, aż pójdzie przodem, zanim do niej dołączył.
- Nie, właściwie nie wiem, czemu podeszłam - oznajmiła. Kłamała, Damp rozgryzł ją i widział dokładnie, że Yenevę kusi wizja podporządkowania sobie osoby, której iluzję stworzył. Typowa kobieta sukcesu. Udawał, że zerka na nią ukradkiem i specjalnie dawał się na tym przyłapać. Rozmawiali o dzieciach ("Jasne, że chciałbym mieć!"), o przemocy, którą Damp się brzydził ("Pewnie nie umiałbym nikogo uderzyć, nigdy tego nie robiłem"), a podczas tej rozmowy Rust nawet potknął się dwa razy, robiąc to w taki sposób, by Yeneva uznała go za uroczo niezdarnego i trochę oszołomionego faktem, że taka ważna i znacząca, dojrzała kobieta ("Wiesz, czuję się trochę niezręcznie, rozmawiając z tobą") w ogóle zawraca sobie nim głowę...
- ...więc zgodziłam się przyjechać tu, choć miałam mnóstwo obowiązków, zostawiłam swoje nieskończone książki o nowych medykamentach - mówiła niby lekceważąco, a on dostrzegał jedynie ogrom tego, jak kochała się chwalić swoimi osiągnięciami.
- Jesteś niesamowita - przyznał usłużnie - nie chcę nawet sobie wyobrażać tego stresu, w jakim żyjesz.
- Już jest moja! Moja! Jeszcze w tym miesiącu sobie użyję - wypalił niemal jednocześnie.
- Rust, przerażasz mnie, kim ty jesteś?!
- Uwielbia to! Oooch, mała, zadufana w sobie Yencia, ale się po niej przejadę! - napawał się, ignorując słuszne obawy patrona. Radostina, w przeciwieństwie do Rudej, nie zaliczała się do kobiet, które były w stanie w stanie wzbudzić w Dampie czułość. Nadawała się wyłącznie na kolejną ofiarę. Jeszcze długo nie mógł spać, po tym, jak odprowadził Yenevę i pomachał jej z głupią miną, prezentując swoją wyuczoną nieśmiałość.

Kolejną noc spędzał leżąc na podłodze i nie mogąc spać. Gloddy, Michalak i Yeneva usilnie trzymali jego myśli na smyczy, nie dając im choć na chwilę skierować się na inne tory. A cztery godziny odpoczynku, jakie zafundował sobie, prosząc Triss o środki nasenne, nie wystarczyły. Nagle Akysz (jak zawsze pojawiający się znikąd) wskoczył mu na kolana.
- Przestraszyłeś mnie - szepnął Damp z uczuciem, unosząc dłoń. Kot wolnym krokiem przeszedł mu po udzie, zatrzymał się przy ściągaczu dresów i, obrzuciwszy spojrzeniem wyciągniętą rękę, ostrożnie ruszył w górę. Gdy przystanął na mostku człowieka i popatrzył w szare oczy, po raz pierwszy pomyślał, że Damp darzy go swego rodzaju miłością. Siatkarz wyglądał na na tak poruszonego i rozczulonego, że kot postanowił zamruczeć. Tak, zakończyć tę wojnę i nienawiść, dać się pogłaskać.
- Mrrr - zaryzykował cicho.
- Mmm, tak - Damp zniżył głos - doobrze - wolno zbliżył długie palce do głowy Akysza. Gdy oddychał, kot unosił się i opadał lekko. - A teraz... - Zimna dłoń musnęła delikatnie czubek ucha. - Teraz...
Gdzieś, w otchłaniach kociego umysłu, rozbłysła myśl, czy może raczej przeczucie, mówiące, że nawet w tak podłym i bezdusznym egoiście, jakim był ten dwumetrowy mężczyzna, kryje się dusza wrażliwego człowieka, pragnąca dzielić się ciepłem i miłością. I Akysz poczuł, jak lodowate palce zamykają się nad jego karkiem...
- MAM CIĘ, TY PIERDOLONY PCHLARZU!
- Miaaaiiiiiiiaaaaaaauuuuuauu! Yaaauuuuauuuuauuu!
- JUŻ... JESTEŚ... - po każdym słowie następował atak - MÓJ!
Zażarta walka trwała krótko, bo choć kot był zwinny, Damp dorównywał mu szybkością i przewyższał poziomem agresji. Jako, że nie miał na sobie nic poza dresami z Kipsty, zarobił kilka krwawiących śladów na żebrach, ale zdołał złapać zwierzę tak, by nie było w stanie się ruszyć.
- TAK! I co teraz - syknął, podnosząc się z ziemi jednym skokiem. Uniósł kota wyżej. - CO?
- PHhhhhhh! - Przednie łapki Akysza przylegały płasko do brzucha, bo Damp dociskał je palcami serdecznymi, jednocześnie wbijając kotu kciuki pomiędzy łopatki. - KKhhhhhhsssss!
- JEST CZWARTA DZIESIĘĆ - wydarł się Dźwiedź.
- No to poczekamy - Damp zręcznie zmienił chwyt i po sekundzie Akysz wisiał, trzymany do góry nogami za ogon i łapy - co, kocie? A potem pójdziemy do Jeziornego!
Skoro postanowił zniszczyć Żyłce życie, nie miał zamiaru tego odwoływać. Zwłaszcza, że wizja zdobycia Yenevy napawała go energią.
O ósmej dwadzieścia, nadal tylko w dresach, był już pod pokojem Rościego. Potrząsnąwszy brutalnie Akyszem, otworzył zaklęciem drzwi i bez mrugnięcia okiem wparował do pomieszczenia. Najpierw strzelił bitchface'a, widząc rozbebeszoną kołdrę Tkaczuka (wyglądało to tak, jakby młody spał z jedną nogą na ziemi i twarzą w poduszce) i aż zbyt równo złożoną pościel Żyłki (może był zbyt bezszelestny by w ogóle dotykać kołdry podczas snu, pewnie unosił się bezgłośnie nad nią). Rust sięgnął po jakieś pudełko, leżące na biurku (wyglądało niecodziennie i przyciągnęło jego wzrok). Gwałtownym ruchem zrzucił pokrywkę i wycelował pustym sześcianem w mordę Akysza.
- Dawaj tu ten ryj - warknął - kurrrwa...
A potem otworzył szafę Jeziornego i, walcząc jedną ręką z wściekłym kocurem z pudełkiem na głowie, wyrwał po nitce z dwóch swetrów (ciemnogranatowy i szary w reniferki), spruł je w w znacznym stopniu, zaplątał i przywiązał kotu do ogona, dodatkowo okręcając go kilka razy.
- Pierdolę to, Jeziorny - mruczał, przytrzymując szafę kolanem - pierdolę twoje swetry! - Zamknął kota w stalowym uścisku, pomiędzy bicepsem a przedramieniem. - Przerwać mi w takim momencie, będziesz tego żałował, och, życzę ci tego samego, dokładnie, żebyś poczuł jak to jest! Dwa razy już ją prawie miałem, dwa razy, niech cię, Jezioornyyyy - jęknął przeciągle - tyyy sobie nie zdajesz sprawy, oooch, ty nie rozumiesz! Gdyby nie Yeneva, nie wiem, co bym zrobił...
- Jak dwudziestopięcioletni mężczyzna może być tak niedojrzały? Masz mentalność osiemnastolatka!
- Wcale - wycedził z pasją, wepchnąwszy kota w dziurawy sweter i wrzuciwszy go do szafy, którą zaryglował zaklęciem - nie masz racji! A teraz czas na zwycięstwo! Dostanę tę Bułgarkę, choćby się miało walić i palić!
- ZA CO MNIE BÓG POKARAŁ TOBĄ, DAMP? ZA CO?

Środa, przed południem
Damp szukał Jeziornego wszędzie, aż w końcu dotarł do pustej klasy nauczyciela eliksirów, gdzie, jak się okazało, siedzieli jacyś uczniowie. Ktoś brał korki? Rust skradał się, ostrożnie stawiając najki pomiędzy syczącymi plamami, które, jak się okazało, pokrywały kilka metrów kwadratowych podłogi i ścian, a także, co odkrył z niemałym zaskoczeniem... sufitu. Szedł ciszej, niż Jeziorny, zbliżając się do pary siedzącej przy jednej z ławek. Zmrużył oczy, gdy rozpoznał Bię i Tkaczuka.
- Dobrze, Artur, dobrze! - zawołała dziewczyna. Brzmiała, jakby była w szoku. Czym Artur zdołał tak ją uradować? Dwa metry Dampa zawisły nad, nadal nieświadomymi jego obecności, gówniarzami. Shin Bia istotnie była pełna radości, aż wyprostowała się w krześle, kładąc Tkaczukowi dłoń na ramieniu i chwaląc go raz po raz. Przed nimi stał metalowy kociołek pełen szklistej substancji, która pieniła się lekko, tworząc wielobarwne pierścienie.
- Jak ja to zrobiłem?! - Fakt, że Artur był jeszcze bardziej zdziwiony, niż Bia, trochę Dampa rozbawił.
- Jest. Jest i Mistrz. Oto on - zakpił złośliwie, bezgłośnie opierając dłonie na ich krzesłach. - Spójrz, uwarzył eliksir. Tylko, że sam nie wie, jak. Heh, co za kretyn.
- Ważne, że robi postępy! - burknął Dźwiedź. Rust uniósł kąciki ust.
Para była tak zaaferowana zawartością kociołka i (nieistniejącymi, według Dampa) zaskakująco potężnymi umiejętnościami Artura, że oboje wymieniali tylko uwagi podnieconymi głosami, aż wreszcie Bia sięgnęła po coś i wepchnęła chłopakowi w dłonie niewielką fiolkę.
- Trzy krople! I będzie gotowy! Gotowy za pierwszym razem!
- Nareszcie! - syknął Artur z chorą satysfakcją, jakby to było cokolwiek wartego uwagi. Rust odsłonił zęby w nieziemsko wrednym uśmiechu, gdy Maestro de Pociones odkorkował fiolkę i ze skupieniem, jakby od tego zależały losy świata, przechylał ją powoli, co kilka stopni wstrzymując oddech.
- No, Tkaczuk. Pokaż, co umiesz. Tylko żeby cię coś nie rozproszyło...
- DAMP, NIE ZGADZAM SIĘ. TY NIE WIESZ, CZYM TO GROZI!

K A P

Damp pochylił się nad nim, przestając oddychać i czekając na właściwy moment.

K A P

Ciężkie, mdłe opary znad kociołka owiały im twarze, Mistrz Eliksirów zamknął oczy, Bia zacisnęła dłonie, Rust zamarł, centymetry od ucha Artura...

K A

Fioletowe tęczówki przesunęły się wolno w prawo, gdy ich właściciel poczuł na szyi czyjś oddech.

P

- Eeeej - zamruczał Damp gardłowo - młody...

Tkaczuk wrzasnął, oblewając wszystko zawartością fiolki, która zaraz zresztą wpadła do kociołka, Bia zassała głośno powietrze, z przerażeniem szukając różdżki, eliksir zasyczał przeraźliwie i gdy dotarło do Dampa, że znalazł się w niebezpieczeństwie, cholerny kociołek dosłownie zadrżał. Tkaczuk podniósł głos jeszcze bardziej, intonując symfonię przekleństw, niosących się echem po pomieszczeniu, Shin, chyba przypadkiem (choć wątpił w to) sprzedała Dampowi cios pięścią w brodę, unosząc dłoń z różdżką i próbując wykrzyczeć jakieś zaklęcie, a wszystko to zakończyła mała eksplozja. Buchnęło ciepłem i dymem, a fala uderzeniowa odrzuciła Bii i Tkaczukowi włosy, pozostawiając na ich twarzach czarne odbicia sadzy. Po kilku sekundach, pusty już kociołek stoczył się z ławki i brzdęknął metalicznie o podłogę. Rust gapił się w przestrzeń, wsłuchany w nierówne oddechy swoich wychowanków.
Jeszcze nigdy nie widział, by jakikolwiek eliksir wybuchł. To się po prostu nie zdarzało, a już na pewno nie w chwili, gdy pozostał tylko jeden składnik. Trzeba było ogromnego talentu, by spierdolić coś tak prostego w tak ogromnym stopniu i Damp po prostu wiedział, czuł - że to nie on był sprawcą wybuchu. Gdyby ktokolwiek inny poza Arturem upuścił tę fiolkę, najpewniej nic by się nie stało.
- JA PIER... - Bia zatkała Tkaczukowi usta dłonią.
- Pan nas szukał? - spytała słabym głosem. Damp mruknął coś o Jeziornym. - Myślę, że może go pan spotkać w sowiarni. A właśnie, nie powinien pan spotkać się z nami, zanim ogłoszą zadanie? Drużyna mogłaby...
- Mówiłem już - Rust złapał Bię i Tkaczuka za skronie, a potem odchylił im głowy, tak, żeby widzieli jego twarz nad sobą - że mnie, w tej waszej drużynie, nie ma. Kazali mi wybrać skład, więc wybrałem. To wy organizujecie spotkania i martwicie się o wygraną. - Wykrzywił usta w podłym uśmieszku. - Szczęśliwi? No nooo - poczochrał ich po włosach. Zniszczył Bii fryzurę, a Tkaczukowi prawie wbił palce w głowę, po czym (tak bardzo przypadkiem!) przyłożył mu w łeb nadgarstkiem.
- Ale...
- No dobra, Bia! Masz zebrać tych... Zbierz resztę i rzeczywiście pogadajcie. To twoje zadanie na dziś, zajmij się spotkaniem. Na kapitana wybieram Kedebe, w zastępstwie jest Wiśniowiecka. I ustalcie cokolwiek, bo jutro zaczynacie - rzucił na odchodnym.
Gdy tylko wyszedł, zobaczył przed sobą Rościego. Chłopak szedł korytarzem, wyprzedzając go o jakieś dziesięć metrów. Damp sięgnął do kieszeni i sekundę później machnął niedbale różdżką. Uwielbiał to zaklęcie. Uwielbiał miny wszystkich tych, których nim potraktował. Nie dość, że potykali się i upadali przezabawnie, to jeszcze przekonani byli, że to ich własna wina i najzwyklejszy przypadek. Żyłka wyłożył się jak długi i, wbrew swojej naturze, narobił przy tym ogromnego hałasu.
- Jeziorny - zawołał Rust z przejęciem, dbając o to, by w jego głosie brzmiało wystarczająco dużo dezaprobaty i zaskoczenia - niezdaro!
Podszedł i spojrzał na Rościego z góry, wyciągając rękę.
- Trenerze - oznajmił Rości głosem bez wyrazu - dziś mam bardzo zły dzień. Nic nie idzie po mojej myśli.
- Naprawdę się zdziwiłem, że dostałeś na śniadanie ziemniaki, Jeziorny - odparł Damp z bólem. - Ale może ten dzień wcale nie jest zły? Może po prostu tobie nic nigdy nie wychodzi - podpowiedział - i nie powinieneś się tym przejmować?
- Wcześniej tak nie było - zaprzeczył młody, wstając. Obaj ruszyli korytarzem. Rości wyglądał na zachmurzonego, a Damp w przerysowany sposób marszczył brwi w zamyśleniu nad jego niespodziewanym nieszczęściem, z którym nie miał nic wspólnego.
- Nieważne, Jeziorny, nieważne. Kto by się tym przejmował? Ach, cholera, zapomniałem klucza z pokoju nauczycielskiego, mógłbyś mi przynieść? Na czarnej smyczy, wiszą przy drzwiach - poinstruował. Gdy pokój był zupełnie pusty i wchodził do niego uczeń, nieoznaczony specjalnym zaklęciem nauczyciela, następowało natychmiastowe unieruchomienie go, by później profesorowie mogli spytać spokojnie, czego szukał podczas ich nieobecności. Damp z czystej złośliwości odegrał jeszcze krótkie przedstawienie, gdy Jeziorny zniknął za rogiem.
- Och nie - przestraszył się teatralnie - chyba nikogo nie ma! I co będzie z Jeziornym, jak go później znajdą na ziemi?
- Damp, ty podły kretynie - wycedził Dźwiedź bezsilnie.
- Hej ej, stary, spokojnie - przeciągnął się wolno, z przelotnym uśmiechem - zawsze przecież będzie mógł pójść z tym do wychowawcy.
Cała środa mijała tak wolno, że Damp nie był w stanie znaleźć sobie miejsca. Chciał mieć dzisiejszą noc już za sobą, a sploty zdarzeń w Ślęży tylko go denerwowały. Na dodatek natknął się późnym wieczorem na Wiśniowiecką, która nie dość, że zachowywała się jeszcze dziwniej niż zwykle, mierząc go co chwilę wzrokiem, wyznała nagle, że spotkała wczoraj Michalaka. Informacja o użyciu legimencji wstrząsnęła Dampem, ale uwierzył dziewczynie od razu, zapewne przez wzgląd na stosunek do aurora. To wprowadziło chaos w jego dotychczasowych podejrzeniach.
- Mówiłeś, że damy im czas do piątku! - Michalak wybuchł ponownie, nie mogąc znieść tej obojętnej, niewzruszonej miny Gloddy'ego. Zazwyczaj opanowany, auror ostatnimi czasy stawał się niemożliwie wręcz nerwowy, miękki bas jego głosu ustępował miejsca ostremu, władczemu tonowi, który zaczynał frustrować pozostałą dwójkę. Sorley rozkaszlał się w tle, maskując rozbawienie. - Więc co to za pomysł, by ich tu wabić jeszcze teraz?! Musisz zawsze być w centrum uwagi?! Drażnienie ich nic nie da, tylko narażasz nas, pojawiając się co rusz w Ślęży!
- Och, przecież i tak nic nie zrobią - fuknął Gloddy ze znudzeniem - więc czemu mam się z nimi nie bawić? Oddałem Dampowi różdżkę - dodał - żeby go sprawdzić, no i nie wypadało się nie umówić, sam rozumiesz.
- Kurwa, mówiłem, popierdolony dzieciak - warczał Michalak, bezsilny wobec aroganckiego sposobu bycia wspólnika - jak to się skończy, usadzę go w pierdlu na kilka lat! Bezczelny kretyn, a ty go jeszcze nakręcasz, szturchasz psychopatę kijem! Mamy być jak wilki-lisy! Nie mogę uwierzyć, że byłeś tam w poniedziałek i znów, znów cholerne show!
- To był idealny sposób na udowodnienie wam, że jesteśmy bezpieczni - zaperzył się Gloddy, unosząc wysoko palec i puszczając oko w stronę aurora, z zadziornym uśmiechem na ustach - powiedziałem, żeby mi przynieśli, co należy do mnie, więc albo nikt nie przyjdzie, albo będziemy mogli pośmiać się z tego, kto przybędzie - wyjaśnił. - A te rzeczy, które zebrałem, cóż - bystre spojrzenie błysnęło lekkim szaleństwem - taka karma.
- To twoje pudełko, intrygująca rzecz - przyznał Sorley zdawkowo. Gloddy pokiwał głową, ukrywając przed kompanami fakt, że od jakiegoś czasu czuł niepokój związany z pudełkiem, połączony z dziwacznym wrażeniem, że czuć wszędzie zapach kota.
- Hehe, a ten strój wilka-lisa, co to go znalazłeś, Aleksandrze - Sorley otrzepał spodnie i z właściwym sobie, ignoranckim podejściem do wszelkich zaleceń, oznajmił - chyba będę w nim chodził, żebyś wreszcie przestał pieprzyć o tym, jakie mam sprawiać wrażenie.
- Tkaczukowa mnie zabije... Słuchaj, ktokolwiek by się tu nie pojawił - Michalak urwał, bo Gloddy z Sorleyem zaczęli rechotać - EJ! Do jasnej cholery! Gloddy, zakazuję ci się ujawniać, sprawdź, kogo tu przywieje i zadbaj, by wrócił szybko do Ślęży, jasne?!
- Jaaasne - Gloddy zasalutował na pokaz, a ekscentryczna marynarka błysnęła w ciemnościach.

Noc ze środy na czwartek
Michalak był zły, że pozwolił sobie na nieostrożność i użył legimencji na tej irytującej córce ministra. Był zły na Sorleya, który zamiast przemówić Gloddy'emu do rozumu, zaczął z ciekawością sprawdzać zgromadzone przez niego przedmioty, co poskutkowało trwałymi uszkodzeniami ciała, gdy wpadł mu w dłonie magiczny sztylet. Był zły wreszcie na Gloddy'ego, po tym, jak bez sensu przypomniał Dampowi, że czeka na coś bardzo ważnego. Przecież nie mogli wiedzieć, że mowa o jakimś szesnastolatku. Szczerze mówiąc, Michalak posiadał całkiem sporą moralność, starał się też działać w miarę etycznie i gdy widział kolejnego młodego chuligana, traktującego kobiety jak przedmioty, a innych ludzi jak swoje marionetki, słusznie wpadał w szał. Ludzie pokroju Dampa go brzydzili. Nie inaczej było z Rokoszem, głupim, naiwnym Rokoszem, który, choć tak łatwy do zmanipulowania i przez to przydatny, zwyczajnie Michalaka złościł. Jakich debili ziemia jeszcze nosi? I cholerny Wiśniowiecki, aż przesadnie honorowy i staromodnie uczciwy...
Północ nadeszła niespodziewanie, a wrodzona czujność i nieufność Michalaka kazały mu pilnować Gloddy'ego. Zaczaił się w ciemnościach, obserwując dwie postacie przemierzające błonia. Z zaskoczeniem stwierdził, że to Radostina Yeneva, znana w społeczności czarodziei, towarzysząca Dampowi... Zielone oczy aurora rozszerzyły się z niedowierzania, gdy wyczuł obecność aurorów wokoło. Byli dobrze wyszkoleni, lecz on stanowił część ich grupy, przez co umiał bezbłędnie stwierdzić, ilu przybyło, oraz gdzie się ukrywają. Zaklął w myślach. "Pułapka na Gloddy'ego?".
- Wyjdź, jeśli tu jesteś. Chcemy tylko porozmawiać - oznajmił Damp po jakimś czasie. Kobieta wydawała się polegać na własnych pomysłach, zajęta mamrotaniem czegoś pod nosem i zaciskaniem palców na różdżce. Cisza trwała chwilę - Gloddy, wiem, że nas obserwujesz - ciągnął Damp. Sam dźwięk jego głosu powodował u Michalaka chęć użycia magii. Nagle z krzaków po lewej stronie wystrzeliła srebrna struna światła, która, gdy Michalak już celował w dwójkę na polanie, gotów bronić Gloddy'ego, zmieniła się w patronusa pod postacią żyrafy. Bezczelność tego człowieka nie znała granic. Aurorzy natychmiast opuścili swoje stanowiska i patronus zniknął, gdy Gloddy zajął się ucieczką, ciągnąc za sobą czterech czarodziei. Michalak został sam na sam z Yenevą i Amerykaninem. Rozważył szybko, co powinien zrobić.
- Pomocy! - krzyknął ktoś, najpewniej jeden z aurorów.
- Biegnij, jesteś potrzebna - polecił Damp od razu - nie, powiedziałem coś! Jazda, ale już! - Podniósł głos i Yeneva ruszyła, znikając pomiędzy drzewami. Normalnie jej rozkazywał! Michalak poczuł, jak wzbiera w nim furia na widok kolejnej kobiety, która ulega charyzmie tego zepsutego gnoja. Zacisnął zęby, zaniepokojony Gloddym i wściekły na wszystko. Co robić?
- Och, dość tego! - Damp zacisnął palce na skroniach - wyłaź z stamtąd, kurwa mać, bo inaczej...
Michalak przez sekundę myślał, że siatkarz nie zwraca się do niego, bo niby skąd mógł wiedzieć o jego obecności? Jednak słowa, które usłyszał, wyraźnie wskazywały na to, że został wykryty. Może ten skrzywiony psychicznie człowiek naprawdę go wyczuwał?
- Spokojnie! - zawołał, unosząc ręce i wychodząc na polanę. - To tylko ja, odłączyłem się od grupy. Bez obaw, zaraz złapiemy tego palanta...
Damp popatrzył na niego z tak autentycznym zaskoczeniem, że auror zamarł w pół kroku. Nie spodziewał się go? Więc o co chodziło, do jasnej cholery, mówił do siebie?! Michalak otworzył usta, chcąc zapanować nad sytuacją.
- Ty - przez sekundę na twarzy Dampa zagościło zrozumienie, momentalnie jednak przykryte uśmiechem, tak dalece pozbawionym emocji, że Michalak wzdrygnął się mimowolnie - odłączyłeś się od grupy?
- Tak - odparł Michalak od razu i, chcąc wzbudzić zaufanie, podszedł do rozmówcy - wskazany byłby powrót na teren szkoły, dla bezpieczeństwa - ciągnął. Siatkarz szybko schował różdżkę, chcąc się chyba zreflektować, więc auror zrobił to samo, ostrożnie stąpając po cienkim lodzie kłamstwa - gdy złapiemy Gloddy'ego od razu damy wam - nie dokończył, zobaczył tylko, jak mściwa satysfakcja pojawia się w oczach i wykrzywia usta Dampa. Po chwili już leciał, z głową odrzuconą do tyłu, oszołomiony nagłością ciosu, czując, że krew z rozciętego łuku brwiowego zalewa mu twarz. Uderzył o ziemię z głuchym stęknięciem, powietrze usiekło mu z płuc. Powiedział coś, nie był pewny, co, kilka przekleństw i wyzwisko, a gdy na oślep sięgnął po różdżkę, ta wyskoczyła mu z dłoni, zapewne przez niewerbalne zaklęcie. Damp miał czas, by się przygotować. Jak to możliwe, że po tylu prośbach i upominaniu kompanów, Michalak sam dał się przyłapać?! Poleganie na posadzie aurora go zgubiło? Ale skąd jakiekolwiek podejrzenia?
- Noo, Alex - szepnął Damp, kucając obok Michalaka i przytrzymując go w pozycji leżącej - co z ciebie za auror? Masz coś wspólnego z tym wszystkim?
- Nie rozumiem, o co ci - zaczął szybko, nie mogąc nadal uwierzyć, że ktoś cokolwiek wie. Skąd?! Byli tajni, szczwani jak srebrne wilki-lisy!
- Ciiiii, nie psuj tej chwili - Damp zniżył głos do gładkiego pomruku - za długo czekałem. Wiesz, nie lubię różdżek, są mało brutalne. I jednocześnie niewygodne. To jak zostawianie po sobie śladów. Zajmę się tobą sam i uszkodzę - odsłonił zęby - o wiele lepiej niż jakieś magiczne formułki!
Michalak uniósł się na łokciach i wytrzeszczając oczy próbował jeszcze się bronić.
- Żartujesz sobie, Damp?! Co to ma znaczyć, atakujesz aurora, myśl choć czasem, ja...
- Ustaliłem z Wiśniowieckim, że cię nie wezwie, ale tu jesteś. Spotkałeś wczoraj jego młodą i szperałeś jej w głowie, wcześniej goniłeś Gloddy'ego, ale go nie złapałeś - Damp urwał - ale mnie to nie obchodzi, Alex, jak mnie to teraz, kurwa, nie obchodzi! Zapłacisz za wtrącanie się w moje sprawy i tylko to się liczy! A jak cię zawlokę do szkoły, to nie będę się martwił tym, czy jesteś winny, czy nie, ktoś inny cię przesłucha.
- Chyba nie jesteś tak głupi - auror szukał rozwiązania w panice, nie mogąc uciec, pozbawiony różdżki, słabszy fizycznie i przygnieciony do ziemi kolanem, widząc, że Damp ma chyba zamiar robić mu krzywdę - by się narażać na konsekwencje...
- Powiem, że mnie zaatakowałeś i się broniłem. Jak skończę, zmodyfikuję ci pamięć zaklęciem i nic mi nie udowodnią... - Siatkarz zamarł i obrócił głowę w bok, jakby ktoś coś do niego powiedział.

- Damp! Ani mi się waż! Sprawdzą ci różdżkę i się dowiedzą!
- Mam dwie, zamówiłem nową, gdy Gloddy mnie okradł. Wygląda na to, że szybko się jej pozbędę - Rust, zły, że mu przerwano, powrócił do rozmowy z Michalakiem. - To jak, Alex? Spodoba ci się, jestem w tym dobry - zażartował z radością. I wtedy usłyszał, że grupa aurorów wraca, a Yeneva tłumaczy coś komuś dokładnie. Zaklął. Popatrzył bezsilnie na Michalaka, który i tak wyglądał już źle, bo niewielkie uszkodzenie łuku brwiowego jak zawsze obficie krwawiło. Jakby tego było mało, właśnie wtedy mężczyzna stracił przytomność. Damp szybko wstał, ścierając mu nieco krwi z twarzy.
- Co tu się wyprawia? - spytał chwilę później jakiś niski czarodziej. Rust opowiedział zdawkowo o tym, że natknął się na aurora, który sprawiał wrażenie agresywnego, a przecież nie miał dziś nakazu przebywania na terenie Ślęży. Yeneva zerknęła tylko na przedramię siatkarza, gdy ten zacisnął na nim pokrwawioną dłoń, jakby sam był ranny.
- Zemdlał, zdążyłem tylko go rozbroić. Nie, nie wiem, przypadek. To tylko rozcięcie - ucinał szybko, odpowiadając na pytania. Wreszcie ustalili, że Michalak jest podejrzany i należy wszystko wyjaśnić.
- No, no, ciekawe rzeczy się nam ostatnio przytrafiają - westchnął inny pracownik Ministerstwa. Rust został w tyle, układając w głowie odpowiednią wersję wydarzeń, gdy Yeneva zawołała go do siebie. W dłoni trzymała rzemyk, na końcu którego uwiązany był ozdobny sztylet. Damp wymienił z czarownicą zdezorientowane spojrzenia - uznali, że lepiej nie dotykać magicznego przedmiotu, nim ktoś go nie zbada.
- Pokażemy to dyrektorce, ale mojej, nie waszej - mruknęła Radostina.
Powrócili do szkoły, niosąc nieprzytomnego Michalaka na natychmiastowe spotkanie z Wiśniowieckim, a Damp, zamiast myśleć o powiązaniach aurora z Gloddy'm, wściekał się tylko, że nie zdążył go pobić. Najwyraźniej czwartek, wraz z początkiem turnieju, niósł z sobą bardzo niecodzienne zdarzenia...
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 23 listopada 2013, 17:32

Poniedziałek gdzieś koło godziny 15

- Oj przestań, nie było aż tak źle… - powiedział wesoło, wychodząc z klasy. Nie wiedzieć czemu Bia uparła się, żeby od razu zobaczyć jak Artur radzi sobie z przyrządzaniem mikstur. Słowo „katastrofa” w jego wypadku mogło być uznane za eufemizm.
- Nie było? Nie było?! - Była wyraźnie podenerwowana. - Jak można spaprać tak łatwy przepis?! – Zwykły eliksir powodujący czkawkę, który znają już pierwszoklasiści – dodała w myślach. Jednak Artur był całkowitym beztalenciem jeśli chodzi o warzenie wywarów, mimo usilnych starań Bia chciała wierzyć, że może coś chłopak umie, ale po tym co zobaczyła w klasie, stwierdziła, że to, korepetycje z eliksirów, będą jak walka z wiatrakami.
- Przynajmniej nie wybuchł… - odparł. W tej samej chwili w klasie nastąpiła eksplozja. Przez chwilę stali jak wryci wpatrując się tępo w drzwi pracowni. Jakim cudem on zdał z klasy do klasy? - …no okej, jednak było tak źle. To ja już sobie pójdę… - dodał Artur, zadziwiająco szybko się oddalając.
- Tylko nie spóźnij się na festyn! - krzyknęła za nim Bia. Lubiła z nim przebywać, mimo iż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby nie jego brak jakichkolwiek umiejętności w kierunku eliksirów, to nigdy nawet by na nią nie spojrzał.
- Jasne, jasne… - odparł, znikając za rogiem. Bia miała zamiar pójść do swojego pokoju, ale postanowiła, że uda się do biblioteki. Usiadła przy jednym ze stolików i zaczęła studiować historie Ślęży. Bardzo wciągnęły ja wszystkie ciekawostki i dopiero głośne sowy pocztowej pukanie w okno, odwróciło uwagę Bii od lektury. Wpuściła ją. Od razu poznała czyj był to ptak. Wspaniała śnieżna sowa z charakterystycznym granatowym kolorem oczu należała do ciotki Asyntii. Ściągnęła umocowany przy nodze list, a Layma od razu zerwał się do lotu, nie czekając nawet na odpowiedź. Bia usiadła przy stoliku i rozerwała kopertę. Zanosiło się na dłuższą lekturę, bo koperta zawierała kilka arkuszy pergaminu, a z tego co pamiętała ciotka miała bardzo drobne pismo.

„Bia,
Mam nadzieje, że mój list dotrze do Ciebie jak najszybciej. Oczywiście u mnie wszystko jest w jak najlepszym porządku i dalej rozwijam swój talent do tańców oraz jasnowidzenia. Właśnie jeden z moich snów natchnął mnie do napisania tego listu. Był to jak najbardziej proroczy sen.
Słyszałam pewne pogłoski odnośnie Ślęży i stąd mój dodatkowy niepokój. Cały ten turniej.
Bia, wiem że wiele rzeczy trzymasz głęboko w sobie i sprzeciwiasz się na swój sposób Rodzinie, ale oni nie chcą źle dla Ciebie. Decyzja o studiowaniu w Ślęży jest moim zdaniem chybiona. Lepiej byłoby Ci na przykład na Fuji, ale skoro rodzice Ci zezwolili to nie moja sprawa.
W każdym razie – mój sen. Śniła mi się śmierć Bi, ale później okazało się, że to nie ona umarła, ale Ty Bia, a obok Ciebie leżała połamana różdżka. Nieopodal było jeszcze kilka trupów, a na widnokręgu płonęła góra (mam dziwne wrażenie, że to była Ślęża).
Poinformowałam o swoim śnie Dziadka i on zadecydował przyznać Ci kogoś, kto będzie Cię strzegł podczas nauki. Nie wiem kto to może być dokładnie, ale zapewne ktoś z zaufanych ludzi Twojego ojca. Możliwe, że sam Iwan Lewinski albo Takeo Inoue (możliwe, że obydwaj, wiesz jak Takeo Cię kocha, prawie jak własną córkę) będą Cię strzegli. Który to będzie z nich – nie mam pojęcia. Chciałam też Cię poinformować, że Shang usłyszał moją rozmowę z Dziadkiem i postanowił niezwłocznie udać się do Ślęży (oczekuj go do końca tygodnia).
W każdym razie Bia – uważaj na siebie i napisz czasami do mnie.
Pozdrawiam,
Asyntia.
PS. Przesyłam Ci również mały upominek. Uprosiłam Wyrocznie o możliwość przepisania kilku stron dla przyszłej przywódczyni. Asyntia.”


Bia wyciągnęła resztę pergaminu i ujrzała kilka drobno zapisanych kartek – magiczne formułki eliksirów i zaklęć z klanowej księgi. Tak, to najlepsze co Asyntia mogła dla Bii zrobić. Od razu zaczęła czytać. Oderwała ją dopiero bibliotekarka, która przypomniała uczniom o świątecznej uczcie i zabawie na błoniach szkoły. Bia zapakowała notatki ciotki do szkolnej torby i pospiesznie wyszła z biblioteki. Nie chciała się spóźnić na rozpoczęcie święta, a musiała jeszcze zostawić szkolne rzeczy w pokoju i troszkę poprawić włosy, które po całym dniu były mocno
potargane.

***
Poniedziałek, wieczór

- I ja dzielę pokój z kimś takim. Perunie, za co? - mruknął, patrząc na znikającego w tłumie Żyłkę, który wcisnął obojgu w dłonie po jakimś pakunku. Bia cieszyła się, że Artur jednak postanowił spędzić trochę czasu z Bią podczas święta. Myślała, że tylko będzie stała obok wszystkich i przyglądała się, gdyż nie miała przyjaciół w szkole, a nie chciała się spoufalać z niektórymi osobami.
- Daj spokój, on przynajmniej nie próbuje wysadzić wszystkiego w powietrze - odparła Bia. Ciągle miała mu za złe, że prawie ją zabił swoimi eksplozjami. Zastanawiała się czy to nie jest przypadkiem jakimś ukrytym talentem Artura, te eksplozje. Ostatecznie przyjmowała założenie, że Tkaczuk ma zapędy samobójcze i piromańskie.
- A ty dalej o tym? Przecież w końcu posprzątałem. –Tak, tak. Posprzątałeś. Ale ta spalona ławka… Otworzył paczkę. - Ty, co to kurwa jest? – Był wyraźnie zaskoczony widokiem. Powoli wyciągał zawartość, a Bia nie wiedziała co ma zrobić: śmiać się czy płakać. Wybrała pierwszą opcje.
- Ja… - zająknęła się - To chyba sweter - dodała parskając śmiechem. Otwierała powoli swój pakunek. Mina nieco jej zrzedła, gdy zobaczyła, że dostała taki sam upominek. - Czy to są uszka?! – powiedziała, przyglądając się dokładniej swojemu upominkowi. Sweter był cały szary i miał kaptur ze sterczącymi uszkami, jak u jakiegoś zwierzaka.
- I jak? Wyglądam zajebiście nieprawdaż? - Spojrzała na Artura. Wygladał jak pajac. Czy on sądzi, że wygląda dobrze?
- Co… zdejmij to! Wyglądasz jak jakiś dziwak. - Rozglądała się niepewnie dookoła. Nie lubiła pajacowania. Nikt jednak nie zwracał na nich uwagi.
- Raczej jak wilk. - Zawarczał na potwierdzenie swoich słów. – Rrraw…wow. Wow. Rrraw.
- Ten ogon z tyłu to bardziej jak lis. – Bia przyglądała się swojemu swetrowi z coraz większym zdumieniem. Co do jasnej ciasnej anieli Żyłka wymyślił?
- No to wilk lis. Szary. Szary wilk lis. - Podsumował szczerząc się jak głupi.
- Artur, skończ już pajacować… - zaczęła, mając zapewne zamiar zaserwować mu pouczającą przemowę, ale Artur zarzucił jej na głowę sweter, skutecznie to uniemożliwiając.
- Zakładaj i daj na luz. I tak nikt nie będzie pamiętał co tu się działo. – Obok nich przebiegła grupka uczniów wyraźnie wstawionych, śmiejąc się głośno. Jedną z dziewczyn Bia rozpoznała od razu: Walentyna Matejko, która zaczynała „pożerać” jakiegoś Peruwiańczyka. Po kilku sekundach oderwała się od niego i poszli wszyscy razem dalej. Ot, takie stadko. - I o tym właśnie mówię. - Przyglądała mu się niepewnie. Artur wyglądał na wstawionego. Bia nie chciała nic pić. Była raczej abstynentem.
- Ile butelek już wypiłeś? – zapytała zrezygnowana, zakładając sweter. Stwierdziła, że jest dość ciepły i przyjemny w dotyku. Prawie jak futro lisa.
- Jakieś – udał, że liczy w myślach - cztery? Nie pamiętam. - wzruszył ramionami. - A teraz chodź. Tylko ciiiicho - dodał, stąpając krokiem Szpiega z Krainy Deszczowców. Bia zaśmiała się do niego i też zaczęła udawać skradanie.
Mijali grupki różnych osób. Bia zastanawiała się za każdym razem dlaczego tak bardzo wszyscy się upijają. Po co? Nie mogą się bawić bez alkoholu tak jak ona? Nagle Artur się zatrzymał, a Bia wpadła na jego plecy.
- Co u diabła… - zaczęła, rozcierając sobie czoło. Tkaczuk wskazał coś palcem przed nimi: Damp zabawiający się z Hermenegildą, a Termopilski siedział na trawie i cieszył się sam do siebie. Chyba musiał coś popalić sobie. – Co oni to robią?! To przecież niemoralne.
- Oj przestań. Moralne. Niemoralne. – przedrzeźniał jej głos. – Wrzuć na luz. – Bia spiorunowała go wzrokiem. – Chyba przyda ci się alkohol. Chociaż jedna butelka. Accio skrzynka wina. – powiedział, wyciągając różdżkę. Po chwili siedzieli obok siebie i popijali wino. Bia ledwo sączyła swoją butelkę, zaś Artur wypijał prawie jedną za drugą. Po chwili czuła lekki szum w głowie. Położyła się na trawie i patrzyła na niebo. – I co, tak nie lepiej? – zapytał po chwili Artur kładąc się obok.
- Taa… może i masz racje. – powiedziała z lekkim ociągnięciem. Wszystko zaczynało się robić takie dziwne, jakby świat spowolnił. – Niezbyt dobrze się czuję. – powiedziała, próbując wstać, ale po chwili klapnęła na kolana. Miałą nogi jak z waty.
- Ale jaja. Upiłaś się jedną butelką? – Artur wył ze śmiechu. Bia chciała go uciszyć, ale czuła, że język jej skołowaciał. Po chwili sama też zaczęła się śmiać, próbując nadal wstawać. Damp i reszta gdzieś zniknęli. Miała nadzieje, że ich nie widzieli i nie będzie żadnych konsekwencji jutro. Bia ledwo trzymając się na nogach chciała gdzieś iść. Nie wiedziała gdzie, ale chciała. – A ty gdzie idziesz? – zawołał Tkaczuk wstając i idąc za Bią. Resztę napoczętego wina zostawił na trawie. Złapał Bię za rękaw, ale niestety – pijany nigdy nie wygra z grawitacją, a tym bardziej dwoje pijanych, w tym jedno całkowicie zalane. Bia poleciała do tyłu, odwracając się przy tym przodem do chłopaka, popychając Artura na trawę i lądując na nim. Na szczęście nie nabiła sobie żadnych siniaków, czego nie można było powiedzieć o Tkaczuku, który upadł całym ciałem na trawę, boleśnie obijając sobie przy tym kość ogonową. Ich twarze były zdecydowanie za blisko siebie, co zapewne Bia stwierdziłaby na trzeźwo. Teraz jednak było jej wszystko jedno, jak blisko kogoś jest. W sumie uważała to za bardzo przyjemne. Miała głupie myśli. Zamknęła oczy i pocałowała Artura. Młodemu Tkaczukowi chyba się spodobało, ale nie była pewna. Możliwe, ze nie miał wyboru, gdyż przycisnęła go całym ciałem do ziemi. Całowała go długo i nie mogła się oderwać. W sumie to nie była pewna czy to z powodu alkoholu, czy też po prostu spodobało jej się. Nie myślała do końca racjonalnie.
- A wy tu co robicie? – usłyszała głos za sobą. Po chwili poczuła, że ktoś łapie ją na ręce i podnosi do góry. Jej mózg zarejestrował jeszcze, że jakaś druga osoba podnosi za fraki Artura. Spojrzała do góry. – Nic panience nie jest, panno Bio? – zapytał Takeo. Tylko jego tutaj brakowało. Najbardziej zaufany człowiek ojca Bii, można byłoby rzec „prawa ręka”. Mężczyzna niemal idealny, ale nie o wyglądzie modela. Bardzo poważny i jak Shin stwierdzała „za sztywny, za poważny, za bardzo oddany”.
- Szto ty robili panna Bia, szto? Ja ci uciać jaja. – mówił Iwan. Jego twarz można by opisać w dwóch prostych słowach: seryjny zabójca, co zresztą byłoby zgodne z prawdą. Długa szrama zdobiła jego twarz od oka, przez cały lewy policzek i kącik ust. Artur zaczął się chyba obawiać o własne życie. – Gadajże łachmychu! – potrząsnął Tkaczukiem jak szmacianą lalką, gdyż Artur mierzył zaledwie 168 centymetrów, a Iwan był potężnym mężczyzną o prawie dwóch metrach wzrostu.
- Zostaw go Iwan. – powiedział Bia głośno. Nie chciała żeby porywczy Rosjanin zamordował kogoś na jej oczach, a wiedziała, że jest do tego zdolny. – Nic mi nie zrobił. Zostawcie nas. W tej chwili. – rozkazywała ledwo łącząc z sobą poszczególne słowa.
- Ale panienko… - zaczął Takeo, ciągle trzymając Bię na rękach. Czuł się jak jej ojciec. Chciał ze wszystkich sił chronić Bię od wszystkiego co złe na świecie. Poza tym potencjalna strata dziewictwa z przypadkowym chłopakiem, stawiała by ją oraz cały klan w nieciekawej sytuacji politycznej. – Odniosę panienkę do sypialni. Wystarczająco panienka dzisiaj wypiła. A Iwan pójdzie z nami, prawda Iwanie? – Widać było, że to Japończyk panuje nad morderczymi zapędami Iwana. Ta dwójka, tak różna od siebie, była najbliższymi przyjaciółmi. Iwan był tym groźnym, nieopanowanym, agresywnym i porywczym typem, zaś Takea można było opisać jako cichego, opanowanego, skrupulatnego i szlachetnego. Jednym słowem był przeciwieństwem Rosjanina.
- Da, da. – „odłożył” Artura na ziemię i syknął mu jeszcze na pożegnanie. – Ja zapamiętaju cie. – Tkaczuk patrzył się dziwnie na oddalającą się trójkę.

***
Wtorek, poranek

Następnego dnia Bia obudziła się w swoim pokoju. Czuła lekki ból głowy, ale postanowiła go zignorować. Miała dziwny sen: Iwan i Takeo byli w nim i grozili Arturowi, a chwilę wcześniej Bia całowała Artura. Wstała i ubrała się. Takie coś nie mogło się wydarzyć. Zauważyła, że nie ma na szafce jej sztyletu. Zniknął. Przeszukała szufladę stolika, podniosła poduszkę, nawet zajrzała pod łózko. Nigdzie nie mogła odnaleźć swojego sztyletu. Przepadł. Zaginął. Zgubiła najważniejszy rodzinny artefakt – Sztylet Niebiańskiej Bii. Miała ochotę płakać ze smutku.

***
Wtorek, gdzieś w okolicach przerwy na drugie śniadanie

- A słyszałaś o tej nowej stronie? – szeptały jakieś dziewczyny na korytarzu. – No wiesz, tej na magicznym internecie? – Bia przysłuchiwała się im. Nie podsłuchiwała, po prostu usłyszała przypadkową rozmowę gdzieś na korytarzu.
- Tak, tak. Ale fajna, no nie? I patrz – wskazała na Bię – widzisz ją? Nie, nie patrz tak nachalnie Zuźka. – powiedziała prawie szeptem, szturchając koleżankę. – To ta B, no wiesz ta co z A kręci. Leszek o tym pisał. Uwierzyłabyś, że by ją ktokolwiek chciał? Przecież ona połknęła kij. Chodź, musimy powiedzieć Vicky. I nie jedz już tej czekolady, bo będę musiała na ciebie nakapować.
Bia była zdezorientowana. Nie wiedziała o co chodzi im. Czyżby mówiły o niej? Usłyszała jeszcze pewien adres i szybko pognała do szkolnej biblioteki, w które stało kilka komputerów. Nie przepadła za pseudomugolskiemi urządzeniami, ale stwierdziła, że to nie może czekać.
magia-z-slezy.com.pl

Hej ludziska,
Zastanawialiście się kiedyś kto jest największym szczęściarzem na świecie? Nie, nie na bank Wy.
Ślęża – miejsce idealne na szkołę, nie za wysoki poziom, łatwe zajęcia. Raj dla osób takich, jak ja. Kilka słów o mnie: idealna figura, świetne wyczucie mody, urzekająca osobowość i głos o jakim każdy marzy. Tak, oto ja w całej okazałości. A odnośnie okazałości: źródła donoszą o przenosinach starego nauczyciela od demonologii polskiej. Ciekawe kto go zastąpi? Miejmy nadzieje, że ktoś nieziemsko przystojny, albo piękna kobieta z nogami do nieba. Już nie mogę się doczekać. Powitam go , lub ją, z pięknymi krwistoczerwonymi paznokciami, jak na prawdziwą diablice przystało.

DALEKO OD NOSZY

A najlepiej jak najdalej. Niestety chyba nie ominie to D. Po ostatniej utarczce z A nieźle się wkurzył (brawo A ). Jego nerwy są coraz bardziej zszargane, słyszenie głosów i bieganie ze spieniarką od mleka są tego najlepszym dowodem. Uważaj D, bo wylądujesz na oddziale zamkniętym, a przecież jesteś najlepszy. A może chcesz zyskać nową ksywkę – Słyszący Głosy?

Co do pobytu w szpitalu to M czuję się coraz lepiej, mimo usilnych prób zamordowania jej przez W. Najpierw zaklęcie, teraz woda z jeziora. Wstydź się W, tak spartaczyć robotę. Następnym razem lepiej się postaraj i wysadź całą górę w powietrze. Trzymam za Ciebie kciuki W.

STARY NIEDŹWIEDŹ MOCNO ŚPI…

Symbolem Ślęży jest dźwiedź – pół niedźwiedź, pół dzik. Według legend miał pomagać w trudnych chwilach wszystkim, którzy go potrzebują. Nasz dźwiedź to leń pełnoetatowy. Pamiętacie wiedźmę Wołszę? Dzięki geniuszowi W znów jest na wolności (była uwięziona w jeziorze, które W wysadziła w powietrze). Brawo W, oby tak dalej. Poza tym demon Akysz jest bardzo często spotykany na terenie szkoły, coraz częściej. Czyżby coś złego się szykowało? I jeszcze dziewczyna z drugiej klasy i F porwani przez Inspektora G.

NASTOLETNIE ROZTERKI

Każdy uczeń posiada swoje rozterki. A kto najlepiej załatwia wszystko zawsze i wszędzie? Ż – nasz szkolny diler i pasjonat wełny. Chcesz zioło – załatwi, eliksir – bez problemu. Chodzą plotki, że W ostatnio zaopatrzyła się u niego w amortencje. Ciekawe na kogo poluje. Strzeżcie się panowie, a w szczególności ci starsi z grona pedagogicznego. Chyba nie chcecie mieć do czynienia z ojcem W, który płaci wasze pensje.

Każdy uczeń kuleje z jakiegoś przedmiotu, ale nie B – idealna panienka z dobrego domu. Przyszła przywódczyni klanu i zwierzchniczka mafii. Kto z nią zadrze? Słuchy chodzą, że V życie nie jest miłe i planuje odwet za ostatnie uciszenie zaklęciem (pijana V chciała być najlepszą kumpelą W; co Ty na to W?). Czy jej się uda? Nie wiadomo, ale w razie czego polecam D znalezienie zastępstwa za „panią kapitan”. Chyba, że V pomoże jej „tato ambasador”. Wtedy jest nadzieja, że nie będzie skandalu na skalę światową. W końcu
nazwisko B wiele znaczy. Powodzenia V.

Powszechnie wiadomo, że „panienki z dobrych domów” są zadufane i aroganckie, a B nie stanowi wyjątku. Od razu widać, że chce być najlepsza. Takich określamy lizus, prawda? Ale nie martwcie się, chodzą słuchy, że ktoś sprowadzi ją w końcu w najbliższym czasie na ziemię, a to będzie bardzo bolesny upadek dla naszej szkolnej mądrali. W i K – trzymamy za was kciuki. Pokażcie na co Was stać.

A – jak wiadomo najprostszy eliksir spaprze (ostatnio na eliksirach wybuch jego naparu był tak efektowny, że profesor nie mógł wyrazić słowami swojego podziwu dla niszczycielskiego kunsztu). Wiecie kto go teraz doucza? Zgadliście, B. Ciekawe co z tego wyjdzie. Trzymam kciuki, żeby było wybuchowo.

ORGIASTYCZNA NOC

Wszyscy znamy D i jego metody. Wyniki osiągane na zajęciach ma bardzo wysokie. Popularność siatkówki w Ślęży rośnie, jak również popularność naszego wspaniałego nauczyciela wśród nastolatek. Ale nie tylko tym D może się pochwalić. Podobno w zeszłym tygodniu urządził sobie z F i H małą orgietkę, którą kontynuował podczas święta zaćmienia księżyca. Brawo D, w końcu jesteś mężczyzną! A poza tym D co z Żyłką? Nie miałeś planów wobec niego?

Z poufnych źródeł wynika, że również nasza szkolna miss, najpopularniejsza i najbardziej znana uczennica – V, poużywała sobie podczas święta biorąc przykład z D. Nasi zagraniczni goście długo będą pamiętać o Ślęży. V – a co z Ż i miłością, aż po grób? Biedny Ż. Wstydź się V. Ż nie rozpaczaj – każda potwora i tak dalej. Zawsze możesz przyjąć zaloty D.
Również B i A wyglądali na zajętych sobą podczas zaćmienia. Ciągle siedzieli gdzieś na uboczu. Czy coś jest między nimi? To się okaże.

SZARE LISY WILKI

Ż stara się zgrać „drużynę marzeń”. Czy mu to się uda? Mam taką nadzieje. Jako prezent dla każdego z zawodników zrobił sweterek – szary lis wilk. Niestety V zgubiła „podarunek zaręczynowy” od ukochanego. Widziano jednak B i A przemykających ukradkiem w swoich sweterkach. To się rozumie – cisi jak szare lisy wilki. Ring-ding-woof! Miejmy nadzieje, że V w końcu zaakceptuje K i B w drużynie i będzie przewodzić innym, jak sama uważa najlepiej. Do boju szare lisy wilki!

Wiem, że mnie wszyscy kochacie. Uściski i całuski dla Was wszystkich.

Wasz agent Leszek.
Bia siedziała zszokowana. Nie wiedziała co powiedzieć, zrobić. Skąd ten Leszek, albo ktokolwiek to był wiedział o tym wszystkim. Nikomu nie mówiła, że jest z jakiegoś klanu czy też, co było bardziej prawdopodobne, nie sądziła, że ktoś skojarzy jej nazwisko z nazwiskiem ojca i Dziadka.

***
Wtorek, koło południa

- Witam, nazywam się Takeo Inoue i będę was uczył demonologii polskiej. Moja babka była Polką i stąd moje zainteresowanie tym przedmiotem. – powiedział Takeo, zaraz po zapisaniu swojego imienia i nazwiska na tablicy. Bia siedziała w klasie i nie mogła pojąć w jaki sposób to wszystko się wydarzyło. Dlaczego u diabła Takeo jest jej nauczycielem? I gdzie jest Iwan? – Czy macie do mnie jakieś pytania? – zapytał sztywno. – Tak? – zapytał jednego chłopaka siedzącego pod oknem.
- Co pana najbardziej przeraża?
- Hmm… myślę, że to będą nierówno poukładane koszulki w szafie i mydło postawione po lewej stronie umywalki. – odpowiedział z powagą, na co z klasy dało się słyszeć lekkie parsknięcia. – Pytajcie o co chcecie. Odpowiem na każde pytanie na dzisiejszej lekcji. Musimy się lepiej poznać.
- Czy naprawdę warto było studiować tyle lat by teraz użerać się z dzieciakami za najniższą krajową? – zapytała Walentyna. Widać było, że jest lekko skacowana, ale mimo to przyszła na zajęcia, co było praktycznie cudem. Spora część klasy zastanawiała się czy Vicky nie jest pod wpływem jakiegoś zaklęcia.
- Pani się nazywa Matejko, tak? – Kiwnęła głową. – Jestem tu z misją i swoje obowiązki wykonuję zawsze najlepiej bez względu na cenę. Myślę, że pensja wystarczy mi na swoje utrzymanie. Posiadam poza tym pracę dorywczą. – spojrzał na Artura, który chyba troszkę pamiętał wczorajszą noc.
- Jakie nieczyste siły skłoniły pana do bycia nauczycielem? – zapytała Anastazja.
- Jak wspominałem jestem tutaj z czyjegoś rozkazu. Mój pan i mistrz nakazał mi zjawić się w tej szkole. – odpowiedział z dużą powagą, na co cała klasa zaczęła śmiać się. – Proszę o ciszę. Jakieś jeszcze pytania? – Wiśnia podniosła rękę. – Proszę panno… - zajrzał do dziennika – Wiśniowiecka.
- Może pan bezkarnie zabić trzy osoby, kto by to był? – zapytała z powagą. W sumie świetnie się bawiła.
- Jedna z tych osób znajduje się na tej sali – spojrzał na Artura – drugą byłaby moja teściowa, a trzecią zapewne żona. – Bia chciała zapaść się pod ziemię. Dlaczego on i dlaczego odpowiada na takie bzdury? Czy on oszalał? – To może teraz wy coś powiecie mi o sobie. Skąd jesteście, dlaczego Ślęża i co lubicie. – Klasa patrzyła na niego z politowaniem. – To może panna Shin zacznie. – Bia rzuciła mu mordercze spojrzenie.
- Shin Bia, szesnaście lat, zodiakalny lew, grupa krwi 0 Rh-. – zaczęła z lekkim przekąsem jakby recytowała coś do jakiegoś formularza. – Nie lubię jak ktoś mnie ogranicza i ciągle kontroluje. Ślężę wybrałam żeby w końcu odetchnąć od ciągłej, permanentnej kontroli wszystkich dokoła. – spojrzała znacząco na Takea, jakby mówiła „Od ciebie też. Lubię cię, ale chciałam odpocząć, rozumiesz?”

***
Środa, przedpołudnie
Stała pochylona nad kociołkiem. Dawała korepetycje Arturowi. Zarówno ona, jak i Artur nie wspominali tego co się przedwczoraj w nocy wydarzyło. Po prostu unikali tego tematu i starali się zachowywać w miarę normalnie. Bia uznała, że to mógł być tylko sen.
- Dobrze, Artur, dobrze! - zawołała dziewczyna. Brzmiała, jakby była w szoku. Shin Bia istotnie była pełna radości, aż wyprostowała się w krześle, kładąc Tkaczukowi dłoń na ramieniu i chwaląc go raz po raz. Przed nimi stał metalowy kociołek pełen szklistej substancji, która pieniła się lekko, tworząc wielobarwne pierścienie.
- Jak ja to zrobiłem?! - Artur był jeszcze bardziej zdziwiony, niż Bia. Para była tak zaaferowana zawartością kociołka i zaskakująco potężnymi umiejętnościami Artura, że oboje wymieniali tylko uwagi podnieconymi głosami, aż wreszcie Bia sięgnęła po coś i wepchnęła chłopakowi w dłonie niewielką fiolkę.
- Trzy krople! I będzie gotowy! Gotowy za pierwszym razem! – zapiszczała z radości. W końcu się udało za pierwszym razem.
- Nareszcie! - syknął Artur z chorą satysfakcją. Bia patrzyła z wielkimi oczami, jak kolejne krople spadały do kociołka. Kap, kap…
- Eeeej - zamruczał Damp gardłowo - młody...
Tkaczuk wrzasnął, oblewając wszystko zawartością fiolki, która zaraz zresztą wpadła do kociołka, Bia zassała głośno powietrze, z przerażeniem szukając różdżki, eliksir zasyczał przeraźliwie i gdy dotarło do Dampa, że znalazł się w niebezpieczeństwie, cholerny kociołek dosłownie zadrżał. Tkaczuk podniósł głos jeszcze bardziej, intonując symfonię przekleństw, niosących się echem po pomieszczeniu, Shin, chyba przypadkiem sprzedała Dampowi cios pięścią w brodę, unosząc dłoń z różdżką i próbując wykrzyczeć jakieś zaklęcie, a wszystko to zakończyła mała eksplozja, gdyż Damp popchnął ją i nie mogła wypowiedzieć zaklęcia. Buchnęło ciepłem i dymem, a fala uderzeniowa odrzuciła Bii i Tkaczukowi włosy, pozostawiając na ich twarzach czarne odbicia sadzy. Po kilku sekundach, pusty już kociołek stoczył się z ławki i brzdęknął metalicznie o podłogę. Rust gapił się w przestrzeń, wsłuchany w nierówne oddechy swoich wychowanków.
- JA PIER... - Bia zatkała Tkaczukowi usta dłonią. Według niej nie wypadało przeklinać w obecności starszych osób, a tym bardziej nauczycieli.
- Pan nas szukał? - spytała słabym głosem. Damp mruknął coś o Jeziornym. - Myślę, że może go pan spotkać w sowiarni. A właśnie, nie powinien pan spotkać się z nami, zanim ogłoszą zadanie? Drużyna mogłaby...
- Mówiłem już - Rust złapał Bię i Tkaczuka za skronie, a potem odchylił im głowy, tak, żeby widzieli jego twarz nad sobą - że mnie, w tej waszej drużynie, nie ma. Kazali mi wybrać skład, więc wybrałem. To wy organizujecie spotkania i martwicie się o wygraną. - Wykrzywił usta w podłym uśmieszku. - Szczęśliwi? No nooo - poczochrał ich po włosach. Zniszczył Bii fryzurę, a Tkaczukowi prawie wbił palce w głowę, po czym przyłożył mu w łeb nadgarstkiem.
- Ale...
- No dobra, Bia! Masz zebrać tych... Zbierz resztę i rzeczywiście pogadajcie. To twoje zadanie na dziś, zajmij się spotkaniem. Na kapitana wybieram Kedebe, w zastępstwie jest Wiśniowiecka. I ustalcie cokolwiek, bo jutro zaczynacie - rzucił na odchodnym.
- Ale Walentyna… - zaczęła cicho, ale Rust jej nie słyszał. – Świetnie.
- To jak, powtórka? – zapytała Artur głupio szczerząc się. Bia zrezygnowała i poszła do drzwi. – Czy powiedziałem coś nie tak?
Bia chciała żeby ten dzień już się skończył. Miała wszystkich i wszystkiego dość.

Zablokowany