Drodzy Literkowicze!

Informujemy, że przenieśliśmy naszą działalność na kanał na Discordzie.
Zainteresowanych dołączeniem do grupy, utrzymaniem kontaktu i wymienianiem się tekstami prosimy o zgłoszenie na Discordzie do WolfKreuz#8417 lub na adres e-mail:rogodox@gmail.com

Co trzy głowy... [D&D AU]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 32
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Aishikami » 14 listopada 2019, 22:57

Mój komentarz do obu tekstów (taki merytoryczny):
<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3
:fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire: :fire:
:la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la: :la:
:3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3
Postaci trafione TAK BARDZO w dziesiątkę. Nawet nie wrzucam cytatów, bo musiałabym całość przeklejać.
Jestem zachwycona. ZACHWYCONA!!! :heart: :heart: :heart: :heart: :heart: :heart: :heart:
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1875
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Kruffachi » 25 listopada 2019, 21:44

Prompt od Coffee - Vaska i Raya

Vaska rozprostowała kręgosłup aż skrzyknął, po czym wciągnęła powietrze głęboko do płuc i stwierdziła, że pachnie ono gotowaną kapustą z grochem, co jej w zupełności nie przeszkadzało. Upewniwszy się jedynie, że nikt obecnie nie patrzy na kocioł, przyzwała magiczną rękę i za jej pomocą wsypała do potrawy garść ziół ze swoich zapasów. Nie wiedziała, czy poprawi to smak kolacji, ale z pewnością mogło poprawić komfort nocowania w obozowisku. Co było dość ważne, bo w przypadkowej zbieraninie znalazła się przynajmniej jeszcze jedna istota o rozmiarach większych niż przeciętne – co oznaczało oczywiście także większy przewód pokarmowy.
Vaska miała wrażenie, że po przedziwnych wydarzeniach równonocy jesiennej nie wszystko w multiwersum wróciło do normy, ale przynajmniej zdołała odnaleźć swoich dawnych towarzyszy – wciąż zamienionych w strachy na wróble i tkwiących pośrodku pola ożywionej kapusty, ale jednak już rokujących na przyszłość. I faktycznie – kolejne wyładowanie dzikiej magii, które nastąpiło, gdy Vaska chciała sobie trochę pomóc w owijaniu opakowania na lizaku – przywróciło obojgu ich właściwą postać.
Potem wydarzyło się jeszcze kilka rzeczy stanowiących zupełnie inną opowieść, kiedy to okazało się, że rzeczone pola kapusty są wykorzystywane do karmienia jakiegoś pająka w podziemiach burdelu, a zamieszany we wszystko kapłan towarzyszący ubranej w rybackie sieci półorczycy próbował im sprzedać stare onuce jako rękawice na nadchodzącą niechybnie zimę, ale – prawdę mówiąc – wiarę w siebie miał na wyższym poziomie niż zdolności oratorskie. Doszło do sprzeczki i swoistego pojedynku gigantów, gdy ów kapłan i Muriel, okładając się pięściami, próbowali się także nawzajem okraść, czemu Vaska przyglądała się z uprzejmym zainteresowaniem, a Hunter się nie przyglądał, bo twarz miał ukrytą w dłoniach i coś nerwowo do siebie szeptał. Potem po prostu wezwał straże.
Odkąd Muriel trafiła do celi, a Hunter stwierdził, że ma do załatwienia jakieś rodzinne sprawy (firbolżka nie była pewna, czy chodzi o rodzinę ludzką, czy tę czteronożną, włochatą i utrzymującą na co dzień kolonię tłustych pcheł) miała coś jakby wakacje i spędzała je na tym, na czym znała się najlepiej – to znaczy na słuchaniu intuicji i włóczeniu się tam, dokąd ją nogi poniosą.
Aktualnie niosły ją drogą, która krzyżowała się z grupą innych przypadkowych podróżników, z których większość głównie spała, a jeśli nie spała, to śpiewała religijne piosenki, choć te akurat były dość krwawo osobliwe.
Nie takie się kulty widziało, uznała Vaska i postanowiła, że równie dobrze może potowarzyszyć trochę pielgrzymce. Ot, z ciekawości świata. Ci delikwenci przynajmniej nie mieli w zwyczaju wyłazić nago z czeluści piekielnych ulokowanych jakimś zrządzeniem losu pod polem kapusty. Może po prostu nie należało im proponować gry w kości i ciasteczek.
Kapusta to jednak była podstawa gospodarki multiwersum, nie dało się tego ukryć.
Teraz pielgrzymi, odśpiewawszy skoczną piosenkę o wyrywaniu języków i pochłonąwszy swoje porcje kolacji doprawione zardzewiałymi gwoździami (Vaska ze swojej starannie wszystkie usunęła), układali się powoli do spania. I jedna tylko postać trwała ciągle przy ognisku z miną psa stróżującego – owa druga olbrzymka pełniąca tu funkcję czegoś na kształt ochrony. Nie była kapłanką, zdaje się, ale chyba pełniła jakieś bardziej religijne role niż tylko przechodzenie z punktu A do punktu B. Na ile Vaska się orientowała, łączyła funkcje ochroniarza i przewodnika dla grupy pątników.
Firbolżka nie odczuwała szczególnej senności, a także, prawdę mówiąc, trochę by się obawiała zasypiać w tym fanatycznym towarzystwie, więc przysiadła na pieńku nieopodal i tak oto obie kobiety patrzyły w ogień, a od czasu do czasu kątem oka także na siebie.
– Nie jesteś szczególnie rozmowna, co? – zauważyła w końcu Vaska.
Nieznajoma zmierzyła ją długim spojrzeniem spod permanentnie zmarszczonych brwi i przez chwilę wyglądała, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. Firbolżka mogłaby przysiąc, że gdzieś w oddali narodziły się i umarły nowe galaktyki, zanim usłyszała:
– Nie.
– No dobrze, jestem Vaska, a ty? – Wyciągnęła rękę w kierunku obcej góry mięśni.
– Raya.
Raya uścisk miała zaiste stalowy. Spojrzenie też i teraz taksowała nim blizny na przedramionach firbolżki.
Tak, poza wzrostem to też je łączyło.
– Trudna przeszłość – odpowiedziała Vaska na niezadane za pomocą słów, ale wiszące w powietrzu pytanie i wzruszyła lekko ramionami. – Tak to bywa.
– Tak, tak bywa.
Kolejna cisza trwała śmierć jeszcze paru galaktyk.
– Jaka przeszłość? – spytała po niej niespodziewanie Raya.
Vaska ciągle czuła na sobie przyszpilające spojrzenie jej ciemnych oczu i osobliwie jej to nie przeszkadzało. Odpowiedź na pytanie dlaczego czaiła się jakoś tuż za jej plecami, ale ciągle pozostawała nieuchwytna.
– Ciężka praca – odpowiedziała na tyle lekko, na ile była w stanie. – Trochę tułaczki, brak miejsca, do którego można by wrócić… – Urwała, uświadomiwszy sobie, od jak dawna z nikim o tym nie rozmawiała. Już prawie zabrakło jej słów na określenie pewnych spraw.
A mgnienie oka później uświadomiła sobie coś jeszcze i wrażenie wyszło zza jej pleców, pomachało łapką i zadowolone z siebie dało nura w krzaki.
– Trochę wiesz, o czym mówię, co?
Raya nie odpowiedziała, ale wcale nie musiała.
Hunter i Muriel byli… no cóż, w gruncie rzeczy wszystkim, co Vaska obecnie miała. Jej poprzednia grupa rozproszyła się po świecie, częściowo pewnie nie żyła, a pracodawca znajdował się w rękach Inkwizycji. Nie miała zbyt wielu innych opcji – przynajmniej jeszcze nie, bo nigdy nie mogła być pewna, co czeka za zakrętem albo co zrobi jej dzika magia. Nigdy nie mogła być też pewna, czy Muriel ostatecznie nie zadynda na stryczku, a Hunter nie załamie się do reszty i nie postanowi uprawiać rzepy w swojej nowej posiadłości. Wtedy pewnie sama założyłaby cukiernię, była już niemal pewna. O ile oczywiście nie wróciłyby sny i nie kazały jej iść na drugi koniec świata.
Ale Hunter i Muriel byli też dziećmi. Mieli dopiero po dwadzieścia lat i chociaż wydawało im się, że widzieli już wszystko (tu przodowała zwłaszcza panna Sharpflame), z perspektywy Vaski stanowili zjawisko całkiem nowe. Rozmawianie z nimi na pewne tematy prawdopodobnie nie miało większego sensu. Kiedy przyszli na świat, ten wyglądał już zupełnie inaczej niż świat, w którym dorastała Vaska.
W którym traciła wszystko, zyskiwała blizny i rozpoczynała swoją tułaczkę.
Raya prawdopodobnie nie miała aż stu lat, ale zmarszczki na twarzy i coś w spojrzeniu mówiły Vasce, że stoi za nimi historia, a obok siedzi nie podlotek, tylko dojrzała kobieta. Po prostu towarzystwo z tej samej kategorii.
– Ale teraz chyba nie jest tak źle. – Omiotła spojrzeniem śpiących pokotem pielgrzymów. – To nie wygląda jak zła praca.
Raya skinęła głową.
– Nie jest zła – potwierdziła. – Większość z nich nie dotrze do klasztoru i trzeba ich będzie spalić, ale palenie zwłok też nie jest złe. A tych, którzy spadają w przepaść przy podejściu na szczyt góry, nie trzeba nawet palić.
– No tak, to praktyczne – przyznała Vaska. – Przy zejściu, skoro takie niebezpieczne, też pewnie sporo odpada.
– Z klasztoru nikt nie schodzi. Poza mną. I paroma innymi mnichami. Bogini oddajesz wszystko albo nic.
– Ach – stwierdziła firbolżka i postanowiła, że jakkolwiek temat mrocznych kultów siłą rzeczy jest jej dość bliski, może nie będzie dopytywać o szczegóły. – Sądzę, że po prostu odłączę się jakoś po drodze.
Raya spojrzała na nią z ukosa, ale nie zaprotestowała i dobrze, bo Vaska musiałaby jej sprzedać błyskawicę pod żebro, a mimo wszystko miło się siedziało.
– Wielu masz takich pielgrzymów do przeprowadzenia? – odezwała się po chwili.
– Co roku coraz więcej.
– Ludzie są jednak dziwni – westchnęła.
– Są słabi – poprawiła Raya twardo.
Vaska mimowolnie pomyślała o Hunterze i swoim nieszczęsnym byłym pracodawcy, który być może skwierczał właśnie na świętym stosie podlewanym oliwą przez dwa rogate uosobienia Inkwizycji.
Czy byli słabi – nie potrafiła jednoznacznie określić. Na pewno żyli krótko i w związku z tym wszystko robili szybko. I niekoniecznie efektywnie. Myśleli, działali, przeżywali i umierali. Byli, a potem nagle ich nie było i może nawet mieli za mało czasu, żeby udowodnić swoją siłę. A jednak to oni coraz wyraźniej dominowali na kontynencie.
– Nienawidzę ich. – Raya splunęła do ogniska, po czym w nieświadomym chyba odruchu potarła jedną z blizn na twarzy.
– Jesteś o jakieś dwie głowy większa od największych z nich – przypomniała Vaska, bo jej samej trudno było o tym zapomnieć.
– Kiedy ich są tysiące, a was setka, to nie ma znaczenia – odparła mniszka ponuro i firbolżka musiała przyznać jej rację. – Nie znają pojęcia honoru i honorowej walki. Są podstępni, obłudni i przepełnieni pychą. Jedyną drogą odkupienia jest dla nich śmierć u stóp bogini.
Jej samej przed oczyma stanęła horda nie ludzi, a istot nawet jeszcze mniejszych. Cóż, wychodziło na to, że rozmiar – owszem – miał znaczenie, ale raczej przy pozytywnych kontaktach międzyrasowych w małym gronie. Poza tym faktycznie bardziej liczyła się liczba.
I może jeszcze to, ile razy wcześniej w historii twojego ludu była potrzebna broń, choć, prawdę powiedziawszy, Raya (w przeciwieństwie do samej Vaski) nie wyglądała, jakby jej przodkowie zajmowali się strzyżeniem owiec i uprawą marchewki.
Miło przynajmniej, że nad swoją niechęcią panowała i nie postanowiła wykorzystać okoliczności do wymordowania połowy śpiących pielgrzymów, choć teraz coś jej drgało w szczęce.
Sama Vaska… cóż, po tym, co się stało w jej przeszłości, nie szukała zemsty, a raczej odpowiedzi. Zemsta dokonała się pewnie sama wiele lat temu, bez jej udziału, a nawet jeśli się nie dokonała, nie było większego sensu w ściganiu wnuków winowajców. Świat zdecydowanie oferował całe mnóstwo znacznie ciekawszych rozrywek, w tym milion niepoznanych jeszcze smaków, niezobaczonych krain, niepoznanych osób, nieprzeczytanych książek, niezgranych kart i niewypitych butelek wina. Raya wybrała swoją ścieżkę radzenia sobie z przeszłością, Vaska swoją i nawet przez myśl jej nie przyszło, żeby się zamieniać.

*

Poranek zastał ją szczelnie zawiniętą w płaszcz i – trochę ku swojemu zdziwieniu – całkiem żywą, choć odrobinę skostniałą. Pielgrzymi wokół niej byli już niemal całkowicie gotowi do drogi, a nieopodal, zamiast ogniska, płonął pogrzebowy stos, na którym ułożono dwa ciała.
– Węże – rzuciła Raya wyjaśniająco.
Vaska postanowiła, że jej uwierzy.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 203
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Coffee » 25 listopada 2019, 22:11

:heart: Pięknie zrealizowany prompt, one mają idealny współczynnik podobności do odmienności, że też by mogły fight crime together xD
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1875
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co trzy głowy... [D&D AU]

Post autor: Kruffachi » 12 marca 2020, 20:26

Dobra, na szybko skrojony, więc koślawy, ale z potrzeby serca XD Wrzucam na wyraźną prośbę, ostrzegam, bolesny.


W tobie nasza jedyna nadzieja, mówiła Loretta, a jej twarz rozpływała się w gorączkowym majaku.
Xavier wyciągał ku niej drżącą dłoń o knykciach zdartych do krwi, ale nie mógł sięgnąć.
W tobie nasza jedyna nadzieja, mówiła też wówczas, wiele miesięcy wcześniej, gdy wysyłała go do Kago.
Patrzyła mu wtedy głęboko w oczy oczami, które mogłyby być lustrzanym odbiciem jego własnych. Delikatne, ale stanowcze dłonie zaciskała na jego zbyt wątłych ramionach. Zdawała się uosobieniem nadziei i wiary, jak mu się wówczas wydawało.
Dopiero później, sam zbłąkany w upiornym lesie, zdany na łaskę osób, którymi gardził i którym nie ufał, zrozumiał, czym jest desperacja i jak łatwo ją pomylić z nadzieją.
Tym razem już się nie pomylił.
Nie oznaczało to jednak, że ma jakikolwiek wybór.
Pełzł nisko, przy ścianie, starając się unikać ciał i wszystkiego, co mogłoby zdradzić jego położenie. Swąd spalenizny drażnił jego nozdrza i wyciskał łzy z oczu. Xavier próbował nie myśleć o tym, że gdzieś ponad nim Cytadela płonie coraz jaśniejszym, coraz śmielszym płomieniem. Nie myśleć o własnym obitym ciele. Odsuwać wątpliwości. Nie przywoływać wspomnienia zaciśniętych w wąską linię ust Loretty i zmarszczonego czoła Neusa.
A już na pewno i z całą stanowczością, jaka mu pozostała, odmawiał sobie obrazów nieba oszalałego od błyskawic.
Kiedy wiele miesięcy wcześniej dotarł do Buisvan z kryształem, kiedy zdołał rozprawić się z magiczną roślinnością, kiedy siostra ściskała go i całowała w czoło, a potem brat powoli dźwigał się z łóżka, naprawdę myślał, że uratował ród raz na zawsze – że po tym, co ich spotkało ze strony Zelii i jej spisku, już nic więcej się nie wydarzy. Po wielu tygodniach trwogi i niepewności poczuł się wreszcie na miejscu – że oto wrócił do domu.
Do swojego domu.
Jaki był naiwny.
W tobie jedyna nadzieja, szeptała Loretta z ciemnego, zasłanego korytarza tuż za nim.
Gdzieś kondygnacje ponad głową Xaviera jej ciało pewnie właśnie zajmowało się ogniem.
Nigdy wcześniej nie zabił nikogo w taki sposób – nie tak bezpośrednio. Wydawało mu się, że sztylet wejdzie w ciało łatwiej, bardziej czysto. Ale cios był brzydki, desperacki, nic nie było jak na ćwiczeniach. Na ćwiczeniach Xavier nie wrzeszczał z rozpaczy i strachu, a słomiane kukły nie miały żeber, między którymi klinowałoby się źle użyte ostrze.
Nie chciał tego robić i naprawdę do ostatniej chwili nie planował podnosić ręki na siostrę. To ona zadecydowała za niego. Ona i jej sekrety, które niepostrzeżenie odkrył.
Był taki głupi, tak bardzo, bardzo głupi, gdy wyobrażał sobie, że do Kago naprawdę zmierza z misją ratunkową, od której zależy wszystko. Że zmuszony, by wybrać stronę w rodzinnym konflikcie, wybrał dobrze, a niecne knowania Zelii z magią z Dzikich Hurm są tego najlepszym dowodem. Ale był tylko elementem planu. Tak naprawdę wszyscy byli, nawet Loretta, choć zapewne do końca uważała się za architekta i panią sytuacji.
Do Xaviera zbyt późno dotarło, że jedyną osobą, której była na rękę ta przedziwna, roślinna inwazja była ona. Nie tylko utwierdziła swych dwóch braci i resztę sojuszników, że to Zelia jest problemem, ale też to ona znalazła rozwiązanie i dopilnowała – wraz z nadwornymi magami z Gildii – by wszystko przebiegło odpowiednio.
A Neus… Cóż, Neus był jej winien życie.
Niestety do Xaviera nie tylko dotarło to zbyt późno, ale też nie był w tym wyścigu pierwszy.
A teraz tylko on miał dowody. Ukryte pod ubraniem, pewnie przesiąknięte krwią.
I nie był niczym więcej, jak przerażonym, pełznącym po podłodze robakiem w płonącej pułapce.
Nie był pewien, co sprowokowało Zelię do ataku akurat teraz i to w tak otwarty sposób. Nie potrafił nawet odpowiedzieć sobie, czy jego siostra chce brutalnego przewrotu władzy, czy czegoś więcej – na przykład zrównania z ziemią całego miasta. Nigdy nie odpowiedział sobie na pytanie, czy to, że Loretta była złą opcją, oznaczało, że Zelia jest dobrą.
Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie jego los, jako najmłodszego w tej rodzinie, był przesądzony od samego początku. Nie istniała odpowiednia ścieżka.
Zawsze, wszędzie i w każdym scenariuszu był barankiem ofiarnym.
Ale też ostatnią może osobą, która znała tę część prawdy.
Jesteś naszą ostatnią nadzieją.
Nadzieja. Desperacja. Co za różnica.
Xavier zauważył, że zostawia za sobą krwawe ślady, już nie tylko podpierając się zranioną dłonią. Jego spodnie nasiąkły krwią. Nie mógł też dłużej powstrzymywać kaszlu.
Chciał uniknąć oczywistych ścieżek, przekonany, że ludzie Loretty dawno je obstawili. Ale czas mu się kurczył i wiedział, że nie ma wyboru. Pełzł więc dalej – już nie zawsze na czworakach i nie zawsze unikając ciał na podłodze. Tych ostatnich było zresztą coraz mniej. Pełzł prosto do przejścia, o którym wiedziała tylko ich dwójka. Żebra połamane podczas panicznej ucieczki przez klatkę schodowa paliły żywym ogniem, rozbita głowa pulsowała tysiącem gwiazd i grzmotów. Z dłoni uciekło czucie, uda drżały i ledwie były w stanie utrzymać ciężar wątłego chłopca.
Ale kanał – zimna woda i wolność – były tak blisko.
Do bramki Xavier dotarł niemal nieprzytomny, ale gdy poczuł w dłoni zimno metalu, chłód na moment odgonił gorączkę z jego ciała i wstąpiła w nie nowa siła. Dopadł do kraty i szarpnął.
Ale nie ustąpiła.
Szarpnął jeszcze raz.
Niczego to nie dało.
Nie rozumiał, powinna być otwarta. Miała być otwarta. Na wszelki wypadek. Dla niego i dla Loretty.
Czy to możliwe, że wiedział ktoś jeszcze i zemścił się tak okrutnie, pozwalając mu przebyć całą tę drogę na darmo?
Xavier skulił się na boku i rozpłakał.
Krew uciekała z jego ciała, zalewając listy Loretty, a nad głową płonęły gwiazdy i jego dom.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ