Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

Post autor: Kruffachi » 27 marca 2018, 22:19

Taka jestem słowna :bag: Ale pisanie do siebie nie działa. Trzecia część cyklu o Połączonych, zdecydowanie nie do czytania bez pozostałych najlepiej dwóch, obowiązkowo Odpadu. Tekst, który piszę w znacznej mierze dla siebie i który służy mi jako pole do eksperymentów i rozpracowywania wątków oraz ich możliwych konsekwencji, w związku z czym proszę się nie spodziewać zwartej struktury, dobrego tempa i w ogóle niczego. Tak naprawdę też nie oczekuję krytyki, bo to poligon do wersji finalnej. Niemniej brakuje mi Waszego odzewu :bag:

I będzie im odpuszczone



Touch my mouth
and hold my tongue
I'll never be your chosen one
I'll be home safe and tucked away
Well You can't tempt me if I don't see the day

The pull on my flesh was just too strong
Stifled the choice and the air in my lungs
Better not to breathe than to breathe a lie
'Cause when I opened my body I breathe in a lie

I will not speak of your sin
There was a way out for Him
The mirror shows not
Your values are all shot

But oh my heart, was flawed
I knew my weakness
So hold my hand
consign me not to darkness

So crawl on my belly 'til the sun goes down
I'll never wear your broken crown
I took the road and I fucked it all away
Now in this twilight, how dare you speak of grace

So crawl on my belly 'til the sun goes down
I'll never wear your broken crown
I took the road and I fucked it all away
Now in this twilight, how dare you speak of grace

So crawl on my belly 'til the sun goes down
I'll never wear your broken crown
I can take the road and I can fuck it all away
But in this twilight, our choices seal our fate

Mumford & Sons, Broken Crown




prolog
– Nigdy nie twierdziłam, że jestem w stanie uratować wszystkich – odparła spokojnie – nigdy też nie twierdziłam, że to jest moim celem. Było mi przykro, oczywiście, bo jestem tylko człowiekiem, ale sytuacja wymagała ode mnie chłodnego i racjonalnego osądu, nie sentymentów i sądzę, że akurat pan to zrozumie. Miałam do wyboru ocalić tych, którzy są w stanie odbudować świat mniej więcej w kształcie, jaki pamiętamy, albo miłosiernie ronić łzy nad wszystkimi kalekami, starcami i sierotami. Tylko że gdybym wybrała to drugie, nie rozmawialibyśmy dzisiaj, panie Kon.
Rytmiczny stukot protezy w zimnym, piwnicznym pomieszczeniu ustał nagle jak ucięty nożem.
– I nadal uważa pani, że współpraca z profesor Judy Mizuharą-Jones była w tym względzie konieczna – Rei nawet nie pytał.
Skuta kajdankami, siedząca po drugiej stronie stołu kobieta skinęła głową.
– Tak, tak uważam – odparła z godnym pozazdroszczenia przekonaniem.
Nawet jeśli trzy dni transportu i areszt odbiły się jakoś na jej kondycji, nie dała tego po sobie poznać. Siedziała prosto, bez wahania patrzyła w oczy i odpowiadała ze spokojną, żelazną pewnością siebie. Jakby nie miała świadomości, że każde zdanie zbliża ją do chwili, w której zarzut zbrodni wojennej zostanie jej postawiony wprost. Jakby nie miała świadomości, że nie istnieje już żaden międzynarodowy trybunał, do którego mogłaby się odwołać. Żadna konwencja, która by ją chroniła i zapewniała najlepszych na świecie adwokatów.
Wyrwana ze środowiska ludzi gotowych – całkiem dosłownie zresztą – bronić jej własną piersią, była zdana tylko na siebie i na własne słowa.
– Oczywiście miałam świadomość, ile ryzykuję – mówiła dalej. Jej angielski był staranny i wyraźny. – Może nie sądziłam, że ryzykuję czymś takim – powiodła wzrokiem po ścianach bunkra – ale spodziewałam się kłopotów. Na każdym kroku. Nawet jednak, jeśli postanowicie mnie jutro rozstrzelać, będę do końca powtarzać, że było warto.
Rei zmrużył oczy.
– Ma pani świadomość, że wobec całego obrazu sytuacji brzmi to dość żałośnie – powiedział.
– Ma pan świadomość, że nie zna całego obrazu sytuacji – zripostowała zwana nowym Videlą prezydent Leonor Maria Castillo, pochylając się nad stołem i zaglądając Chińczykowi głęboko w oczy.
– Po to tu jesteśmy, żeby go zrekonstruować.
– Zatem nie traćmy czasu.
Rei zgodził się w milczeniu i usiadł sztywno na krześle po drugiej stronie prostego, pachnącego pleśnią stołu.
– Co pani wiadomo na temat operacji „Nocny hycel”? – spytał wprost.
– Zupełnie szczerze, panie Kon, absolutnie nic. Dowiedziałam się o tym, że jest prowadzona, o jakieś kilkadziesiąt śmierci za późno.

_______________________________________________________

Subject: operacja „Nocny hycel”
#1

Oczywiście, wiedzieliśmy, że oni gdzieś są, bo przecież nie rozpłynęli się tak nagle w powietrzu. Ale nie wszystkich było łatwo namierzyć – głównie udało się zlokalizować tych, którzy wcale się nie ukrywali, nie przeczę. Media wygasały dość szybko, bo brakowało prądu do korzystania z nośników, ale ludzie powtarzali plotki. Z tymi plotkami z kolei było tak, że nawet jeśli nie pojawiały się w nich konkretne imiona, to wystarczyło podstawowe zorientowanie w temacie, żeby z różnych wątków te imiona wywnioskować.
Wśród rozpracowanych znaleźli się przede wszystkim ci związani z europejską enklawą. W wielu opowieściach powtarzano, że tam nadal jest elektryczność i powietrze, którym można oddychać bez masek. Że jest pod dostatkiem wody pitnej. Czasem mówiono o triumwiracie Gryfa, Tygrysa i Wilka, a dla nas kryjące się pod tymi pseudonimami nazwiska stanowiły oczywistość.
Ale też żaden z nich nie musiał się zanadto bać o swoje bezpieczeństwo. Nie bardziej w każdym razie niż inni lokalni kacykowie tworzący kolonie i enklawy na terenie Europy. Nigdy też specjalnie nie dbali o to, żeby zniknąć z radaru. Myślę nawet, że wręcz przeciwnie – że w pewien sposób dbali o swoją reputację i legendę. Może zależało im na tym, żeby ludzie do nich dołączali.
No ale to ci, który nie zniknęli tak naprawdę nigdy. Z tych, którzy zniknęli, namierzyliśmy z czasem paru, choć w wielu przypadkach tropy się po jakimś czasie urwały. Ale Bestie są unikalne. To wiemy nie od dziś, że nawet jeśli władają tym samym żywiołem, robią to na swój indywidualny sposób. Różnią się także zestawy cech sprzężonych. Czasem wystarczy więc przypadek, jedno dziwne zdarzenie obrastające w miejską legendę i to już jest jak podpis.

*


Cañuelas, Buenos Aires
To była zaiste doskonała noc na kradzież konserw. Lało, jakby się niebo wściekło, wiało nie gorzej, a Agapito skręcił kostkę, bo potknął się o własne sznurówki. Ale prawda była też taka, że jeśli nie teraz, to nigdy, bo zanim nadarzyłaby się następna okazja, wszyscy poumieraliby z głodu albo przynajmniej stracili tyle sił, że nie wpełzliby do ostatniego w okolicy sprawnego samochodu.
„Nie ma czego żreć, nie szukaj” to było ich nowe „dzień dobry”. Padało za każdym razem, gdy tylko któraś śpiworowa larwa zaczynała się ruszać i coś – najpewniej wciąż jeszcze człowiek – wypełzało z kokonu. Nie mieli tyle szczęścia, co grupa, która zdołała się zagnieździć w La Placie. Oni podobno zdobyli nawet jakieś agregaty i nie musieli siedzieć po ciemku jak krety.
Inna sprawa, że jak zużyją już całą ropę na produkcję prądu, to sobie i tak będą mogli te agregaty w dupę wsadzić.
Cóż, grupa Silvio też by nie musiała łazić w ciemnościach, ale to oznaczałoby konieczność rozładowania akumulatorów, a jedna z odwiecznych prawd wszechświata głosi, że z rozładowanym akumulatorem samochód nie pojedzie. Samochód z kolei potrzebny był właśnie do wypraw łupieżczych.
Zanim się nie zaczęło, ani Silvio, ani Agapito, ani najprawdopodobniej żaden inny z towarzyszących im szabrowników nie parał się działalnością przestępczą. To trochę potrwało, nim nauczyli się, że łopata służy nie tylko do kopania dołów, a większością domowych sprzętów można całkiem efektywnie uszkodzić przeciwnika. Uczyli się zresztą niejednokrotnie boleśnie i zostawili za sobą paru mniej pojętnych kolegów – obecnie już mocno wystygłych, a nawet nadjedzonych. Tylko że głód nie wybierał i świat nie sprzyjał już miłym panom z sąsiedztwa, którzy mogli po prostu wyskoczyć po bułki do osiedlowego na rogu, bo nie było już osiedlowych – o wiele z nich stoczono zresztą zażarte bitwy. Tak zatem mili panowie z sąsiedztwa zapuścili brody, chwycili za klucze francuskie i ruszyli w miasto.
Ludzie często wyobrażali sobie, że ich cywilizację załatwi kometa, kosmici albo klęska żywiołowa. W każdym razie coś gwałtownego i ucinającego historię dziejów jak nożem. Tymczasem upadek był powolny i trwał już co najmniej trzy lata. Zaczęło się od długiej i wyczerpującej wojny, która jednak zdawała się toczyć zupełnie na drugim końcu świata i nie dotyczyć żadnej z Ameryk. Kogo w końcu tak naprawdę obchodziło to, że Chiny pożarły się z Rosją? Byleby nikomu nie przyszło do głowy odpalić atomówki, a poza tym? Większość walk i tak toczono na terenie Mongolii, o której istnieniu po tej stronie świata w ogóle wiedziano niewiele lub nie wiedziano wcale. Poza tym zarówno o Chińczykach, jak i Rosjanach mówiło się, że jest ich od cholery i jeszcze więcej, zatem nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że którekolwiek z nich zniknie.
Tymczasem zniknęło oba.
Ale to też stało się daleko i w ogóle nieprawda. Na przedmieściach boskiego Buenos życie toczyło się po staremu, bezdomne psy szlajały się przy drodze, dzieci biegały między nimi półnagie i brudne, słońce grzało jak głupie, pachniało olejem i wszystko zdawało się wisieć na krawędzi, ale jakimś cudem nadal w jednym kawałku. Nawet pierwsze wzmianki o upadających wielkich gospodarkach światowych przyjęto wzruszeniem ramion. Tu ludzie zawsze byli biedni, potrafili sobie radzić. Z niejakim politowaniem nawet śledzono newsy o nieszczęśnikach z Zachodniej Europy czy Ameryki Północnej, takich bezradnych, tak bardzo niepotrafiących podetrzeć sobie nawet tyłka, jeśli w centrum handlowym nie było ich ulubionego rumiankowego papieru toaletowego w misie.
Ale kolejne fale kryzysu zabrały więcej niż tylko supermiękką srajtaśmę. Aż w końcu zabrały też poczciwych panów z sąsiedztwa.
Żeby wyżywić siebie i rodzinę, trzeba było walczyć. Albo wprost, jeśli miało się ku temu odpowiednie narzędzia, albo właśnie tak jak Agapito i Silvio – po cichu, pod osłoną nocy, choćby wiatr i deszcz pizgały w zarośnięte twarze.
Obaj wciąż jeszcze milczeli, niepewni, czy się udało. Szli ostrożnie, nie chcąc, by wypełnione ukradzionym żarciem plecaki wydały jakikolwiek dźwięk. Wciąż jeszcze mogło okazać się, że za krzakiem czają się czujki i wszystko to było tylko zasadzką na konkurencyjną grupę ocalałych. Wciąż jeszcze mogło okazać się, że skręcona kostka Agapito zgubi nie tylko ich obu, ale także czekające na jedzenie rodziny.
Ale nie. Jednak nie.
Kiedy dopadli do pickupa, Silvio poczuł, jak z jego piersi spada ogromny ciężar. Prawie, jakby już był w domu. Zrzucił plecak na tylnie siedzenie, pomógł towarzyszowi zrobić to samo, bo skrzywiona z bólu twarz zdradzała, że całe moce przerobowe mężczyzny idą na ignorowanie kontuzjowanej stopy i że nie jest to walka do końca wygrana.
– Wsiadaj – rzucił szeptem, otwierając drzwi od strony pasażera. Prawdopodobnie wcale nie było słychać jego głosu w potwornym deszczu, ale gest był już dość wymowny.
W oddali za nimi błysnęła latarka.
– Gazu! – syknął Agapito, a Silvio nie zamierzał się kłócić.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i rozbłysły światła auta. Nawet przez huk nawałnicy cało się słyszeć wściekłe, nienawistne nawoływania, a potem wystrzał z broni palnej.
Było już jednak za późno, by przy tej pogodzie i w tych ciemnościach dało się powstrzymać rabusiów. Silvio dociskał gaz, na ile pozwalał mu na to sprzęt i lejąca się z nieba woda. Zaciskał dłonie na kierownicy. Nie patrzył w lusterko.
Od zerkania za nich był Agapito.
– Nie odwracaj się – syknął jednak Silvio – bo ci odstrzelą ten durny łeb.
Syknął, chociaż wiedział, że to nieprawda. Nikt nie będzie do nich strzelał, a już na pewno nie w taką pogodę i z tak marną szansą na trafienie. Było niewiele rzeczy cenniejszych od jedzenia, ale ostra amunicja z pewnością do nich należała.
– Nie gadaj, tylko gazuj! – odgryzł się Agapito i jednak się odwrócił, przy czym nieszczęśliwie podrażnił kostkę.
Chciał schylić się, żeby za nią złapać i rozmasować, choć po prawdzie wiedział, że to tylko pogorszy jego stan. Zawahał się na ułamek sekundy. I to ten ułamek sekundy uratował mu życie, sprawiając, że jego nos nie został wgnieciony w głąb czaszki przez deskę rozdzielczą.
– JEZUS MARIA!
Jebnęło.
Jebnęło potężnie, huk wypełnił uszy i głowy, a pickup po prostu osiadł w miejscu, kiedy Silvio odruchowo dał po hamulcach. Coś – coś prawdopodobnie ważącego milion ton – przetoczyło się po masce, zostawiło wgniecenie na szybie, urwało wycieraczki i zniknęło w ciemności.
– O kurwa…! – sapnął Agapito. – Jeleń…
Silvio odruchowo i zupełnie bez sensu włączył światła awaryjne, a potem sięgnął do klamki. Otworzył drzwi powoli i ostrożnie, jakby potrącone zwierzę miało go zaraz w odwecie złapać za gardło i wyrwać płuca przez dupę. Wyjrzał, a potem gwałtownie wciągnął powietrze, wrócił na miejsce i zatrzasnął drzwi. Zamarł wpatrzony rozszerzonymi oczyma w pokrytą pajęczyną pęknięć szybę, o którą wciąż wściekle walił deszcz.
– Co jest? – spytał zaniepokojony Agapito, nadal rozmasowując ramię, którym uderzył o deskę rozdzielczą.
– To nie jeleń… – wychrypiał Silvio. – To człowiek. Przejechaliśmy… człowieka…
Agapito wyglądał, jakby każda komórka w jego ciele zamarła osobno. Mogli być złodziejami, mogli podpierdalać konserwy, ale to nie oznaczało, że chcą być mordercami.
– Kurwa…
Coś poruszyło się na zewnątrz. W strugach deszczu na ciemnej masce pickupa pojawiła się dłoń.
A potem druga.
A potem cała sylwetka. Ta sama, która powinna leżeć na drodze z gulaszem zamiast flaków i wycieraczką wbitą w nerkę, ale zamiast tego zbierała się z kolan i otrzepywała spodnie na tyłku, jakby po prostu się potknęła. Kiedy Silvio zobaczył w bocznej szybie twarz, był zbyt przerażony, by krzyczeć. Całe powietrze w jego płucach zamieniło się w kisiel.
Zapomniał, że nie zablokował drzwi. Klamka poruszyła się i przejechany mężczyzna za nią szarpnął.
– Przepraszam – powiedział chyba szczerze zakłopotany zmoknięty jak kura blondyn – nie najlepiej widzę po zmroku i chyba zgubiłem gdzieś okulary. Wygląda na to, że zbiłem panom szybę i wgniotłem zderzak. Jeśli mogę to jakoś naprawić, to zostawię adres do swojej…
I dopiero wówczas Silvio zaczął wrzeszczeć.

*

Kiedy wrócił, nadal siedziała w swoim ulubionym fotelu. Pomachał jej z uśmiechem, zanim zdjął przemoczone buty i skarpetki. Starannie ułożył je na kaflach, a nie panelach, z zamiarem powrotu do sprawy ze szmatą w ręce. Ułożył je równo, prostopadle do ściany, bo choć minęło już tyle czasu, odkąd musiał bezwzględnie o tym pamiętać, zarówno tego, jak i paru innych nawyków nie potrafił się pozbyć.
Ani nawet niespecjalnie próbował.
Kurtka, koszulka i spodnie zdążyły wyschnąć w czasie marszu po tym, jak przestało padać, wspomagane nieco podkręconą temperaturą ciała, więc nimi nie trzeba było się przejmować. Solidnie nasiąknięta skóra obuwia okazała się jednak o wiele twardszym przeciwnikiem.
– Paskudna pogoda – zaczął, ale urwał gwałtownie na wdechu, bo kiedy zaczął się prostować, ból po bliskim kontakcie z wycieraczkami znowu spiął plecy. Możliwe nawet, że dorobił się siniaków, choć to zdarzało się rzadko i jakby coraz rzadziej. Tym razem chyba jednak obił nerki, bo musiał chwilę postać w zgięciu oparty dłonią o ścianę i wziąć kilka głębszych oddechów, nim był gotów stanąć pewnie. – W dodatku wariaci na drodze – dodał już bardziej do siebie, choć to wcale nie było śmieszne, bo przecież wiedział, jak wygląda okolica i kto ją zamieszkuje.
Nie odpowiedziała.
Nie odzywała się od czterech tygodni nawet słowem.
Nawet na niego nie spojrzała.
Niezrażony poszedł do łazienki, żeby szybko się ogarnąć i wziąć szmatę do podłogi, a przy okazji odkręcił wodę, by napełniała już wannę – to było ich ostatnie osiągnięcie, działające wodociągi, przynajmniej na jakimś obszarze. Chwilę deliberował nad wyborem płynu do kąpieli, ale ostatecznie padło na brzoskwinię. Tak mu się wydawało, że ona woli brzoskwinię, choć wprost mu tego nie powiedziała. Wlał go ostrożnie, nie za dużo, bo nie mógł mieć przecież pewności, kiedy uda mu się zdobyć kolejną butelkę. I czy w ogóle jeszcze jakieś gdziekolwiek zostały.
Uznał, że zanim wanna się napełni, zdąży zalać herbatę – choć oczywiście nie była to prawdziwa herbata, ale jak na zerwane pod blokiem zielsko smakowało całkiem nieźle.
Rozebrał ją jeszcze w pokoju, bo tak było po prostu wygodniej, po czym wziął na ręce i zaniósł do łazienki. Wanna była już w połowie wypełniona wodą, a na jej powierzchni unosiła się warstwa pachnącej słodko piany. Pozostawało tylko ją podgrzać, więc ostrożnie usadził kobietę na klapie od ubikacji, podwinął rękawy i zanurzył ręce w kąpieli. Pozwolił płomieniom płynąć pod swoją skórą, obserwował, jak staje się lekko czerwona, gdy pod wpływem ciepła rozszerzyły się naczynia krwionośne. Miał to już całkiem nieźle opracowane, więc wyciągnął ręce pewien, że uzyskał odpowiednią temperaturę.
Odwrócił się z powrotem do kobiety, zebrał jej włosy i związał frotką z motylkiem pożyczoną od bratanicy. Potem zdjął pieluchę, wyrzucił do foliówki i zawiązał.
Ostrożnie ułożył jej ciało w wodzie, oparł plecy o krawędź wanny i sam przysiadł na jej brzegu.
– Jest w porządku? – spytał, ale i tym razem nie odpowiedziała nawet słowem, więc sięgnął po mydło.
Mył ją starannie i metodycznie, skupiając się tylko na rytmie własnego oddechu i na tym, by nie myśleć o niczym – ani o niej, ani o przeszłości, ani tym bardziej o przyszłości. Zmęczenie w tym pomagało. Już przed laty nauczył się, że jest całkiem skuteczne, więc kiedy czuł, że już naprawdę nie może – co zdarzało się raz na dwa, trzy dni – po prostu wychodził biegać. I biegł przed siebie nieraz całą noc lub pół dnia, bo ciężkie, ale przebudowane przez program ciało trudno było doprowadzić do stanu wyczerpania, i wracał dopiero zwabiony jej potrzebami. Była jak kotwica. Jak magnes.
Dobrze, że była.
Owinął ją w gruby ręcznik i ubrał, a potem delikatnie odchylił głowę, żeby umyć zęby.
Aż wreszcie było po wszystkim i mógł zanieść ją do łóżka. Ułożył wygodnie drobne ciało, podłączył kroplówkę z lekiem immunosupresyjnym, przykrył i odgarnął trochę wilgotną od pary grzywkę z czoła.
– Dobranoc – szepnął, zamykając jej lewe oko.
Dziurę po prawym zakrywała opaska, spod której wciąż wystawał fragment niemożliwego do usunięcia złącza.

*

– Rysopis!
– Kurwa, nie wiem! – głos Agapita chwał się już na krawędzi histerycznego płaczu. – Ciemno było! Padało! – Trząsł się już cały i czuł, że niebawem straci panowanie nad zwieraczami.
Zacisnął powieki i szczęki, starając się przypomnieć sobie cokolwiek z tamtej nocy, prócz ulewnego deszczu i biegu przez pustkowie, gdy obaj z Silvio wypadli z samochodu i zaczęli po prostu spierdzielać przed żywym trupem, nie bacząc ani na to, że zostawiają łup, ani na to, że tracą bezcenny sprzęt.
Myśleli wtedy, że ratują życie, a kiedy wreszcie wstał dzień i padli z wycieńczenia w błoto, myśleli też, że im się udało. Że najgorsze za nimi.
A potem przyszli oni.
– Duży był – wydukał w końcu Agapito. – Znaczy wysoki. Z barami. Blondyn chyba.
Przesłuchująca go kobieta zmarszczyła brwi. Patrzyła w taki sposób – zimny i nieustępliwy – że z trudem powstrzymywał jęk strachu.
Za nią stał ten drugi. Raczej dojrzały mężczyzna. Azjata i właściwie tylko tyle Agapito widział w półmroku piwnicy, w której go przetrzymywano. Nie, żeby chciał widzieć więcej. Właściwie to bardzo nie chciał.
– Dajcie mi wreszcie spokój! – wydarł się niespodziewanie dla samego siebie i histeria podeszła mu do gardła, zalepiła je flegmą. – Niczego nie wiem! – wrzasnął jeszcze, nim zaniósł się kaszlem.

#2

Pamiętam, że w nieoficjalnych notatkach nazywaliśmy ich czasem Wiewiórkami. Jedna wersja mówiła, że to po Scoia’tael z Wiedźmina, bo jako dzieciaki prawie wszyscy w któregoś Wiedźmina rżnęliśmy. Ale ja wolę inną wersję.
Była kiedyś taka bajka o dwóch wiewiórkach i nazywała się „Drużyna R&R”. No, jak oni, też R&R. Robert Jürgens i Rei Kon.
Nie śmieje się pan. A szkoda, bo to zabawne.
Rozpracowywaliśmy ich, to prawda, ale to nie znaczy, że zamierzaliśmy rozwalać to, co budowali. Prawda była taka, że żaden z przywódców światowych, żaden organizm państwowy w Europie i większej części reszty świata nie był w stanie zapewnić cywilom spełnienia podstawowych potrzeb. Tymczasem w enklawie było co jeść i co pić. To, że wytworzyli przy okazji coś jak prymitywną armię i służby specjalne też nie dziwiło, bo przecież mieli czego bronić. Połączeni to nie byli – wbrew plotkom – ludzie ogarnięci żądzą mordu i władzy. Ogarnięte żądzą mordu są SI. To byli po prostu ludzie. Różni, choć faktycznie w większości z traumami, ale to jasne dla każdego, kto zna ich historię.
Ale w gruncie rzeczy do tego właśnie ich szkolono – żeby dawali sobie radę w ekstremalnych, skrajnych warunkach, tam, gdzie inni wysiadali fizycznie i psychicznie. I to nas w gruncie rzeczy uratowało, więc zawsze będę protestować przeciwko temu, by – mimo wszystkiego, co dziś wiemy o systemie Inugami – widzieć w nich jedynie winnych katastrofy.




wybrzeża Francji Żartowali czasem, że przetrwanie to nic trudnego – wystarczy dostać się za kanał La Manche.
I niektórzy faktycznie próbowali. Znajdowali się i tacy desperaci, którzy usiłowali dopłynąć do Szkocji w pontonach, choć niestety znajdowali się głównie martwi, napuchnięci i objedzeni przez ryby, kiedy morze wyrzucało ich ciała z powrotem na brzeg. Mieszkańcy kontynentalnego wybrzeża po prostu się do tego przyzwyczaili. W ciągu ostatnich trzech lat przywykli już do tak wielu rzeczy, że jedna więcej nie robiła im różnicy. Układali ciała w stosy i wspólnymi siłami osad wznosili kopce z otoczaków, a potem starannie unikali przeklętych zakątków plaż. Palenie zwłok byłoby zapewne bardziej humanitarne i lepsze ze względów sanitarnych, ale benzynę należało bezwzględnie oszczędzać, a bez niej trudno było podpalić gnijącą tkankę, zwłaszcza w oparach wilgotnej mgły.
O Szkocji w każdym razie nie mówiło się inaczej, jak o krainie mlekiem i miodem płynącej, choć nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył do końca w te bajki. Co nie oznaczało, że nikt nie chciałby wierzyć. Jeśli jednak nawet nie mleko, miód i wszelkie inne bardziej dosłowne i konkretne dobra, to na pewno elektryczność. Tej na kontynencie niemal nie widywano już od roku, chyba że na bardzo małą skalę, dzięki ocalonym panelom słonecznym albo prymitywnym młynom. To starczało jednak ledwie na oświetlenie pojedynczych domostw ludzi, którzy wyciągnęli dobry los na loterii, część ogrzewania i ewentualnie jakieś pompy. O świecie elektroniki stopniowo zapominano.
Podobno w Szkocji nie było też problemu z niedoborami wody pitnej. I podobno osady nie biły się o każdy nędzny skrawek wciąż mogącej dać jakiś plon ziemi, ostatnią paczkę ryżu i puszkę fasoli. Podobno tam wciąż działało społeczeństwo i prawa nawet jeśli uproszczone, to jednak bliższe cywilizacji niż prawo pięści.
A wszystko dlatego, że Szkocja miała Połączonych, te przedziwne hybrydy ludzi i sztucznych inteligencji, które kiedyś błędnie – aż do przełomowego wystąpienia amerykańskiej profesor Judy Jones – brano za jakieś duchy czy inne metafizyczne bzdury i nawet czczono w pewnych kręgach. Może i byli winni temu, że zaczął się koniec świata, ale nie dało się też ukryć, że teraz tak oni, jak i ci, którzy mieli szczęście dostać się pod ich opiekę, żyli stosunkowo wygodnie.
Żaden z kontynentalnych liderów nie był w stanie zapewnić swoim ludziom aż tyle. Żaden z nich nie miał wspomagania SI. Żaden z nich nie mógł dać pitnej wody w nieograniczonych praktycznie ilościach ani pozwalającej na przemysłową działalność ilości energii elektrycznej.
To był chichot historii, zaiste, że o Robercie Jürgensie i Reiu Konie mówiono teraz z niemal nabożną czcią. W poprzednim życiu świata obaj zdawali się nieodwołalnie okrzyknięci twarzami wszystkich nieszczęść, a słynna sprawa masakry w Odessie i bestialskie zamordowanie rosyjskiego feldmarszałka i prezydenta Kaia Hiwatariego – o którym mówiono w ten sposób, mimo biologicznej płci – tylko to przypieczętowało.
Hayato Kinomyia myślał o tym wszystkim z godnym pozazdroszczenia spokojem, siedząc na kamieniu nad brzegiem morza i z rozmysłem pykając kiseru. Wyświechtany kapelusz z szerokim rondem krył pobrużdżoną bardziej warunkami atmosferycznymi niż wiekiem twarz, oczy jak węgle i pasma siwizny w obciętych krótko czarnych włosach. Nieopodal za plecami mężczyzny wnosił się jeden z otoczakowych przeklętych kopców, ale wiatr wiał od wody i do Japończyka nie docierał odór śmierci, więc nieszczególnie się nim przejmował.
Zresztą śmierć go nie przerażała ani – tak naprawdę – nie brzydziła. Obcował z nią od wielu lat, a cała sprawa Połączonych zabrała mu obu synów. Starszy, Hitoshi, został dosłownie rozszarpany na kawałki przez Rosjan, choć oczywiście oficjalna wersja głosiła coś kompletnie innego, a młodszemu, Takao, odebrano ciało i duszę, pozwalając, by SI oznaczona jako Seiyru przebudowała je doszczętnie.
Hayato musiał uczciwie przyznać – bo też nie za bardzo miał przed kim i po co to ukrywać – że sam również dał się złapać w tę metafizyczną pułapkę. Odpowiedzi na pytanie, skąd wzięły się Bestie i czym w istocie są, szukał od dawna i intensywnie, ale szukał też kompletnie nie tam, gdzie powinien. Na swoje usprawiedliwienie miał jedynie tyle, że z wykształcenia był archeologiem, a ktokolwiek tworzył system SI, inspirował się antropologią kulturową bardzo silnie. W efekcie młody, entuzjastyczny naukowiec podchwycił fałszywe tropy i przez wiele lat wydawało się, że znajduje kolejne dowody na potwierdzenie swoich teorii, co wpędzało go w błędne koło wniosków. A ponieważ należał do bardzo wąskiego grona zapaleńców, w okolicy nie znalazł się żaden mądry promotor, który zwyczajnie trzepnąłby go w tył głowy i kazał spojrzeć na własne analizy z profesjonalnym dystansem.
Z perspektywy czasu widział swoje błędy jak na dłoni. Jako gość różnych uniwersytetów i człowiek obyty w świecie powinien na przykład zorientować się, że mitologiczne inspiracje zawierają pewne błędy i że układają się one w myślową mapę dość charakterystyczną dla procesu przetwarzania kultur spoza Wysp przez Japończyków. Nie to, że kompletnie nie widział ich wcześniej, ale przyczyn szukał zupełnie gdzie indziej i przesunięcia nie skojarzyły mu się z tym konkretnym wzorcem.
Kiedy profesor Mizuhara-Jones ogłosiła swoje prace dowodzące, że wszystkie Bestie są sztuczne, świat Hayato Kinomyi najpierw rozpadł się na kawałki, a potem całkiem sprawnie i niemal samoistnie ustawił w nowym porządku. Oto uzyskał odpowiedzi, których szukał – a że inną drogą niż sobie zawsze wyobrażał? Jako dla człowieka, którego obchodziło głównie dojście do prawdy, a nie osobisty splendor, nie miało to dla niego specjalnego znaczenia.
Po prostu zmienił kierunek dalszych poszukiwań.
Wypuścił powoli z ust słodkawy dym i zmrużył oczy. Z tej odległości oczywiście nie miał szans zobaczyć nawet bardzo odległego śladu małego, utopijnego raju Jürgensa i Kona. Ale lubił wyobrażać sobie, że czują na karkach jego wzrok. Do nich wciąż było dostać się najtrudniej, ale ludzie Nocnego Hycla już penetrowali zasieki otaczające wyspę Połączonych. Było nie było Inugami to może paskudny i mściwy, ale nadal tylko pies.


#3

Gdyby się zresztą głębiej nad tym zastanowić, to nie Połączeni, a Amerykanie uruchomili ostatecznie zaprojektowany przez Japończyków mechanizm zemsty. To oni ponoszą winę za upadek Chin i Rosji, co pewnie według jakiegoś szalonego planu miało położyć kres eskalacji konfliktu zbrojnego między tymi państwami.
Zresztą proszę mnie źle nie zrozumieć, wielu z nich znałem osobiście. Z paroma z nich się przyjaźniłem i naprawdę bolało mnie to, co muszą przechodzić. Długo też żyłem w strachu, rozdzierany przez lojalności i rozumiejąc to, co się dzieje, na poziomie danych, ale nie na poziomie ludzkich reakcji i działań. Gdybym nie przeszedł tego wszystkiego i nie widział na własne oczy, nigdy nie podjąłbym takiej decyzji.
Ale ponieważ osobiście w tym uczestniczyłem, wiem – Połączeni muszą zniknąć. Co do jednego. To ostatnia szansa tak dla nich, jak i dla nas. I oby wszystkim nam było odpuszczone.



Porties
Mogli nie znać jego imienia, ale i tak doskonale wiedzieli, kim jest i skąd przyszedł. Jego gromki, okrutny śmiech i rosyjski akcent mówiły aż za dużo. Nie był pokaźnej postury – nie cieszył się wybujałym wzrostem i gdyby nie wyłaniająca się podczas cieplejszych dni spod podwiniętych rękawów muskulatura, można by pomyśleć, że jest niedożywiony. Nazywali go więc Lisem i pamiętali starannie, jak bardzo pozory w tym przypadku mylą.
Powtarzane z ust do ust ostrzeżenie zaczęło oczywiście obrastać w legendy, ale tak naprawdę tylko niewielka część z nich była naprawdę niedorzeczna, a nawet jeśli podbijały nieco stawkę, ludziom odrobina strachu więcej mogła wyjść w tym wypadku na dobre. Zaczęli stawiać czujki i budować prymitywne fortyfikacje, chociaż okrutna prawda była taka, że często jedyną rozsądną formą obrony pozostawała ucieczka.
Jeśli Lis postanawiał, że to zrobi, jeśli zwęszył trop ludzi usiłujących chować zapasy i podjął decyzję o ich przejęciu, nic nie było w stanie go powstrzymać. Nie miał przy tym żadnych oporów, w tym żadnych oporów przed mordowaniem starców, kobiet i dzieci. Zwykle w sposób, który zniechęcał inne placówki do walki.
– I tak by nie przeżyły – stwierdzał zimno, wycierając ostrze noża o kufajkę.
Nie zawsze zresztą atakował nożem, częściej ludzie po prostu pękali, gdy rozsadzała ich woda zgromadzona w ich własnych organizmach.
Bo Lis był Połączonym. Z Rosji.
I miał ledwie piętnaście lat.
Jeśli jednak zobaczyło się w nieco jeszcze okrągłej twarzy bez zarostu i jasnych oczach dziecko i jeśli się temu dziecku uwierzyło, był to nierzadko ostatni błąd w życiu. Jedna z komun to zrobiła – z dobrego serca przyjęli bandę błąkających się dzieciaków, dali jedzenie i posłania.
Zostali wymordowani w nocy, a po ich obozowisku zostały tylko zgliszcza. Wszystko, co miało jeszcze jakąkolwiek wartość w tym świecie, zniknęło.
Ale mało kto nadal wierzył w człowieczeństwo Połączonych – a zwłaszcza tu, we Francji. Najwyraźniej rację mieli ci, którzy przed laty powtarzali, że to tylko krwiożercze potwory, które z czasem coraz bardziej będą zapominały, że kiedyś były ludźmi. Co prawda od mieszkańców wybrzeża można było usłyszeć opowieści o szczęśliwej i spokojnej Szkocji, ale zdaniem Cedrika nie było to nic więcej, jak tylko skomlenie uciemiężonych umysłów o złudną chociaż nadzieję.
Lis grasował na terenie Poitiers i kilku okolicznych miejscowości, ale gdzie dokładnie ukrywał siebie i swoją bandę, gdy akurat nie ruszali na łowy i skąd zawsze wiedzieli, gdzie uderzyć – to pozostawało tajemnicą. Połączony pozostawał nieuchwytny, jakby na przestrzeni siedmiu miesięcy, które trwała cała ta gonitwa, zdołał wydrążyć w ziemi system jam i korytarzy. Idąc tym tropem skojarzeń, niektórzy utrzymywali, że porusza się kanałami i że gdzieś w nich ukrył swoją bazę, co pewnie nie byłoby takie głupie, wziąwszy pod uwagę jego moc panowania nad wodą.
Ale terror miał się skończyć i Cedrik zamierzał stać się twarzą tego końca. Przeprowadzenie skutecznej obławy na Lisa wreszcie było możliwe – od chwili, gdy z zastraszonymi mieszkańcami Poitiers skontaktowali się ludzie Hayato Kinomyi.
Jego wysłannicy nie mówili o sobie za dużo, ale tak naprawdę wystarczyło oświadczenie, że ich celem jest wspieranie ludzi w chronieniu się przed Połączonymi. Dali sprzęt, dali broń wraz z zapasem amunicji. Wytłumaczyli, jak się bronić, jak szukać słabych punktów i jak w nie uderzać.
Cedrik nie zadawał pytań. Nie obchodziła go przecież wielka polityka, międzynarodowe układy i interesy odległych grup. Interesował go spokój w Poitiers.
Obława na Lisa trwała pełen tydzień. Szukali świeżych śladów jego żerowania, zbierali plotki od ludzi, stopniowo zawężając teren. A potem zaczęli konstruować pułapkę – rozsiewali fałszywe informacje o nowym magazynie, zostawili przysłowiowy ślad z okruszków, obstawili wszystkie odnogi kanałów, by odciąć drogę ucieczki zapędzonym w potrzask ludziom Połączonego i czekali.
Do ataku – jak zwykle zresztą – doszło nad ranem, podczas psiej warty, kiedy strażnicy są najbardziej zmęczeni i najmniej czujni.
Lis wpadł, dał się otoczyć, a dostarczone przez nowych sojuszników okulary i czujniki pozwoliły natychmiast zlokalizować go w bandzie i skierować w niego cały ogień, którego nie mógł się spodziewać, jako że od dawna nie widywano w tych stronach ostrej amunicji. Nie zdążył się jednak nawet porządnie zdziwić, a już naboje rozniosły jego ciało w krwawą miazgę, ich siła przez parę sekund jeszcze nie pozwalała upaść rozerwanym ochłapom. Kiedy wreszcie to zrobiły, opadły dziwnie miękko.
Poitiers zostało wyzwolone.
Nie istnieje jednak nic bez ceny, a już na pewno nie w umierającym świecie. Kiedy ludzie Kinomyi znów stanęli u jego drzwi, Cedrik z niejakim zdziwieniem stwierdził, że od początku był na to wewnętrznie przygotowany. Jego tajemniczy zbawcy nie chcieli jednak haraczu ani nawet zwrotu podarowanego sprzętu.
– To miasto jest tylko jednym z milionów – mówił pan Okinawa – a Lis był tylko jednym z kilkudziesięciu, o ile nie kilkuset Połączonych zagrażających takim jak my. Oni nigdy nie przestaną wykorzystywać swojej przewagi nad nami. Wręcz przeciwnie, będą się uczyli robić to coraz skuteczniej. Będą nas okradać i wyzyskiwać, a nieposłusznych mordować bez zmrużenia oka. Widział to pan, widziałem to ja w wielu miejscach na świecie. Jestem tu, by zrozumiał pan, że nikt z nas nie będzie bezpieczny, dopóki nie zawiążemy przymierza i nie przeciwstawimy się Połączonym jako grupie. Póki nie wymażemy tej anomalii z kart historii. Dopiero potem będziemy mogli wziąć się za powolną odbudowę świata.
Po miesiącach krwawego terroru Cedrik nawet nie myślał, żeby z tym dyskutować. Poszedł za panem Okinawą – on i kilkunastu innych. Paru przeszkolonych mężczyzn zostało, by przekazywać wiedzę dalej i zabezpieczyć okolicę przed powrotem zagrożenia. Oni odeszli.
Winny całemu nieszczęściu system SI nazywano Inugami. Jak opowiadał pan Okinawa, to japoński demon, pies zemsty. Przyzywany do świata śmiertelników, by odebrać zapłatę za poczynione krzywdy, nieustępliwy i polujący do samego końca.
– Zaraza wyszła właśnie z Japonii – mówił też. – To w naszych laboratoriach stworzono dawno temu Bestie. Więc to w naszych rękach jest, żeby to zakończyć.


#4

Bo ludzi nic tak nie łączy, jak wspólny wróg.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

Post autor: Kanterial » 09 kwietnia 2018, 03:03

No ale to ci, który nie zniknęli tak naprawdę nigdy.

Nawet przez huk nawałnicy cało się słyszeć wściekłe, nienawistne nawoływania, a potem wystrzał z broni palnej.
I jeszcze z czepialstwa - ten fragmencik o ginącej Rosji i Chinach, że "zniknęło oba" jakoś mi dziwnie brzmiał, jakby forma niehalo, ale nie wiem. Nie umiem wyłapać co tam jest źle, o ile cokolwiek jest. Bo są Rosjanie i Chińczycy, a "oba" jakby o narodach, nie o ludziach...? Nie wiem. Chyba że coś zostało zniknięte to stylizacja jedynie.

Omg. Tyle się zbieram do tego komentarza, bo czuję jakby wstyd. Nie wiem czy uzasadniony.
Wiem, że będą zawsze nawiązania do RIPa, a ja nie będę ich wyłapywać, bo nie czytałam tego tekstu w normalny sposób. Zresztą pisałam ci o tym wielokrotnie. Więc żałuję, ale nie wyłapuję podtekstów. Nie wiem, czy tu są, ale coś jest na pewno i ja powinnam wiedzieć... powinnam wiedzieć dwie rzeczy, tak mi się wydaje: kim zajmuje się Miguel i kto jest narratorem z kursywą. Brooklyn? Nie. Tavarez? Może. Ktoś inny? Chyba powinnam być pewna i coś powinno mi świtać po śledzeniu Odpadu z takim zajarem, jaki miałam, ale z jakiegoś powodu dzieje się inaczej i niczego nie jestem pewna. Przepraszam za to :facepalm: najbardziej męczy mnie dziewczyna przy Miguelu, ale... no, nieistotne. Pewnie jebnę się w czoło za jakiś czas i tyle.
Trochę średnio mi też mózg robi od kilku tygodni, ale nie twierdzę, że kiedykolwiek robił w pełni sprawnie. Więc wybacz.

//offtop: płyn brzoskwiniowy do kąpieli. Nic takiego, ale w sumie ciepło w sercu. Bo ja też lubię brzoskwiniowy. Wolf i Czachowscy też. I ten słodki zapach to był taki cieszący akcent T~T jestem trochę dziwna, już kończę temat.

Pamiętam, jak mi w Krk powiedziałaś o tej pierwszej scenie. XD. Tak, to było w nocy, wracałyśmy, i wypaliłaś z Miguelem na masce, z tymi rękami pojawiającymi się na zderzaku. To brzmiało tak filmowo i naprawdę miałam obawy, że nie uda się opisać tego w sposób oddający komizm i niedorzeczny obraz, ale zrobiłaś to i jestem pod ogromnym wrażeniem. Swoją drogą - jeleń :3 - nie żeby coś. No więc jestem totalną fanką tego, tego luzu, jaki w scenie był. Stylizacja wyszła bardzo naturalnie i muszę powiedzieć, że czegoś takiego mi nieco brakowało, a w wykonaniu Jurija czy Miguela brzmiało w Odpadzie nienaturalnie (znaczy Miguel tak, ale wątki śmiechowe z Sabaką nigdy mi jakoś nie weszły). No i tu mam taką świetną okazję do poczytania ciebie na luzie, bo są nowe postacie (ach to Buenos! XD) bez bagażu fabularnego, ci zarośnięci ludzie zmienieni sytuacją, i ich widzenie świata mnie zupełnie rozbraja. Razi też, jak na śmiesznie można prowadzić tekst, choć okoliczności dają po nerach i mogłyby być rodem z koszmaru. Są. W sumie nie tylko postapo i głód, ale nawet to, że noc, ulewa, widmo śmierci...
Co innego pisać, co innego czytać. Tyle ode mnie osobiście. Świetne doświadczenie i mam nadzieję, że będę to czuła często w Odpuszczeniu.

Zdecydowanie cały opis realiów (no i cała scena jeśli mam być szczera) z Argentyńczykami jest moim ulubionym fragmentem. Mogłam się utożsamić i mogłam poczuć (czułam), jak okropnie jest żyć w takim świecie. Zresztą wszystko jest tu naprawdę straszne, bo ja sama cały klimat postapo odbieram bardzo mocno i od zawsze moje lęki czytelnicze narastały, gdy czytałam o takich... no, o końcu świata na życzenie ludzi, tak po prostu. Ciężko to ująć. Jestem jednocześnie zaniepokojona i zajarana. Bardzo też ciekawa rozwiązań fabularnych i tego, jak przedstawisz losy ginącego świata. Mówiłaś o skutkach ekonomicznych i całej tej społecznej stronie konfliktu (w ogóle, konflikt tak wielki rozwiązany, więc wiadomo, że narosną następne, pomniejsze, wzbudzone wybuchem) i naprawdę czekam z zapartym tchem, bo pisani o takich globalnych rzeczach jest dla mnie totalnie nieosiągalne. To kosmos. Kosmos, który ty sobie teraz przemierzasz, wygląda, że na pełnym lajcie.

Tęskniłam za nimi tak bardzo, że nawet R&R mnie spłakało, choć normalnie pewnie bym nie zwróciła aż takiej uwagi. Nawet Kon mnie wzruszył, choć przy nim bywały mieszane uczucia w Odpadzie. No i wiadomo, każda wzmianka o Robercie dolewała paliwa, choć wcale nie było potrzebne. Podoba mi się cholernie połączenie tej przenośni z psem i hyclem, lubię takie akcenty, a pomysł, by Japończycy zajęli się na własną rękę tym, co stworzyli, uważam za epicki motyw. Już mnie nakręca.

Nie wiem, czy nie zmęczy ci się materiał - bo to chyba największa pułapka tego tekstu - gdy będziesz na nowo przerabiać Połączonych i ich wizerunek w oczach ludzi. Ten Lis chociażby, ten kontrast jego wieku i wyglądu z morderczą skutecznością i bezwzględnością. Ja już to znam. Ja już to wiem. Wiem też, nauczona doświadczeniem, że nie mogę widzieć w nim zła, bo ludzie, których ochraniał (w końcu nie działał dla siebie, nie?) musieli widzieć w nim kogoś takiego, jak chłopcy z Opactwa widzieli w Juriju. Zresztą, no, powiedzmy wprost. Lis i Wilk, czy skojarzenia nie są nieuniknione? I odbija się echem myślenie po nocach, co by było, gdyby Jurij tak skończył. A jednak Jurij żyje i żyją inni ze starej gwardii, a młodzi Połączeni giną jak zwierzęta, za których znów (wciąż?) są uważani. Osobiście nie mam nic przeciwko kolejnym poziomom, ja jakie możesz wnieść rozważania o uberludziach, ale też wiem, że po takim czasie ciezko będzie o coś świeżego. Patrzę więc z trwogą.

Z trwogą też czekam na spotkanie Jurija. Naprawdę.
Wyczuwam, że pokocham Cedrika. Nie wiem jeszcze, za co, ale możliwe, że za samo podążenie za wezwaniem.

I chciałabym napisać więcej, uwierz, piszę ten komentarz po nocach i kminię, co w nim powiedzieć, ale wszystko, co przychodzi mi do głowy, to teorie spiskowe i całkiem oderwane rozkminy na temat tego, o czym mogę przeczytać. Nie ma sensu wyprzedzać wydarzeń (choć stworzyłam już wiele wersji w głowie), więc po prostu wrzuć dalej. Proszę. A jeśli będę milczeć, to wrzucaj dalej.

I walić niesłowność. Ja wiedziałam, że Odpuszczenie się pojawi :D I cholernie, cholernie się z tego powodu cieszę.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

Post autor: Kruffachi » 10 kwietnia 2018, 13:59

Ślicznie dziękuję ^^ To najważniejsze.

To jest dla mnie jednak w pewien sposób zaskakujące, że po tylu tonach słów ten zestaw bohaterów i ten świat nadal może wywoływać emocje i nie piszę tego z pruderii, bo tak, ja to zmęczenie materiału odczuwam i najbardziej boję się sytuacji, w której doprowadzam ten cykl do punktu, gdzie można części zatytułować "Cezary kontra rekiny", "Cezary kontra rekiny-zombie" i "Cezary kontra rekiny-zombie z kosmosu", żeby to nie było na siłę dokładanie klocków i poziomów zagrożenia. Też trochę dlatego to piszę, żeby sprawdzić, czy jakieś tam pomysły to dość na trzecią część, czy lepiej będzie przebudować drugą i na niej skończyć, a ewentualne niedopowiedziane myśli przelać w zupełnie inny tekst. Tak że, chociaż zaczęłam wrzucać, nadal niczego nie obiecuję, to nadal jest tylko poligon. Pewnie konstrukcja będzie się rozpadać.

Nie przejmuj się zupełnie, że nie wiesz, kim są człowiek z kursywą i dziewczyna, bo to nie miało być jasne. To znaczy, nie zakładałam, że czytelnik się domyśli. Tym bardziej, że człowiekiem z kursywą początkowo miała być zupełnie inna postać, ale mi niespodziewanie zginęła w Odpadzie XD One mi to robią ciągle... Tak że teges, nie ma tu grama Twojego nieogaru, to ja próbuję nadrabiać brak fabuły tajemnicą XD Fakt, oboje się pojawili, ale pierwszy był w RIPie tak epizodyczny, że równie dobrze mogłoby go nie być.

Cieszę się, że czytasz, dziękuję za wszystkie miłe słowa. To ważne, bo potrzebuję dopingu nawet, kiedy pracuję dla siebie, jak się okazało. To trochę krępujące :bag: Ale się nie udało inaczej, więc świadomość, że ktoś tu będzie zaglądał, jest na wagę złota <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kreSka
Posty: 10
Rejestracja: 01 marca 2018, 20:50

Re: I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

Post autor: kreSka » 21 kwietnia 2018, 11:38

Kruffachi pisze:
27 marca 2018, 22:19

Oczywiście, wiedzieliśmy, że oni gdzieś są, bo przecież nie rozpłynęli się tak nagle w powietrzu. Ale nie wszystkich było łatwo namierzyć – głównie udało się zlokalizować tych, którzy wcale się nie ukrywali, nie przeczę. Media wygasały dość szybko, bo brakowało prądu do korzystania z nośników, ale ludzie powtarzali plotki. Z tymi plotkami z kolei było tak, że nawet jeśli nie pojawiały się w nich konkretne imiona, to wystarczyło podstawowe zorientowanie w temacie, żeby z różnych wątków te imiona wywnioskować.
Wśród rozpracowanych znaleźli się przede wszystkim ci związani z europejską enklawą. W wielu opowieściach powtarzano, że tam nadal jest elektryczność i powietrze, którym można oddychać bez masek. Że jest pod dostatkiem wody pitnej. Czasem mówiono o triumwiracie Gryfa, Tygrysa i Wilka, a dla nas kryjące się pod tymi pseudonimami nazwiska stanowiły oczywistość.
Ale też żaden z nich nie musiał się zanadto bać o swoje bezpieczeństwo. Nie bardziej w każdym razie niż inni lokalni kacykowie tworzący kolonie i enklawy na terenie Europy. Nigdy też specjalnie nie dbali o to, żeby zniknąć z radaru. Myślę nawet, że wręcz przeciwnie – że w pewien sposób dbali o swoją reputację i legendę. Może zależało im na tym, żeby ludzie do nich dołączali.
No ale to ci, który nie zniknęli tak naprawdę nigdy. Z tych, którzy zniknęli, namierzyliśmy z czasem paru, choć w wielu przypadkach tropy się po jakimś czasie urwały. Ale Bestie są unikalne. To wiemy nie od dziś, że nawet jeśli władają tym samym żywiołem, robią to na swój indywidualny sposób. Różnią się także zestawy cech sprzężonych. Czasem wystarczy więc przypadek, jedno dziwne zdarzenie obrastające w miejską legendę i to już jest jak podpis.
brzmi jak całkiem niezły scenariusz. Widzę migawki z miasta , niemą akcję rok , coś się dzieje i głos lektora czytającego ten fragment :heart:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: I będzie im odpuszczone [+18, trzecia część cyklu, bluzgi, seksy, przemoce]

Post autor: Kruffachi » 16 sierpnia 2018, 23:39

Suprajz! :D (ino bez oczekiwań proszę...)


Część I


Come ride with me
Through the veins of history.
I'll show you how God
Falls asleep on the job.

And how can we win?
When fools can be Kings
Don't waste your time
Or time will waste you...

No one's gonna take me alive!
The time has come to make things right!
You and I must fight for our rights!
You and I must fight to survive!

Knights of Cydonia
, Muse



ROZDZIAŁ I
WE LIVE IN A DISGUSTING DYSTOPIAN SOCIETY WHERE SWORDSMANSHIP ISN’T A RESPECTED COLLEGE MAJOR



pół roku wcześniej

– Mamo.
Stał w progu. Takim, jakim widziała go w jego szóste urodziny, trzy dni po tym, jak dowiedział się, że jego rodzice się rozwodzą. Stał w bluzie i spodniach od piżamy, na boso, rozczochrany i jedną ręką przytrzymujący się futryny. W sypialni było ciemno, ale za chłopcem paliło się światło i to sprawiało, że Judy nie mogła dojrzeć twarzy syna.
Zapewne lepiej – łatwiej mogła uwierzyć w łagodny spokój głosu. A Judy chciała w niego wierzyć. Już zbyt wiele rzeczy dookoła ją irytowało.
– Tak? – spytała niechętnie, choć tak naprawdę miała ochotę wystawić Maxa za drzwi. Ale to były jego urodziny. Może w ten jeden dzień należało mu się coś więcej.
I tylko jakiś cichy głos z tyłu głowy Jones powtarzał, że coś jest w tej scenie nie tak.
– Mamo, dlaczego to robisz? – wbrew słowom, w tonie nie pobrzmiewał wyrzut. Max po prostu chciał wiedzieć. Lubił układać sobie świat dookoła, szukać prostych wytłumaczeń.
Lubił wierzyć, że wszystko, co złe, wynika tylko z nieporozumień, i Judy doprawdy nie potrafiła dojść, skąd mu się to wzięło. Na pewno nie od niej. Może od Taro, ale to jednak z nią spędzał więcej czasu. To ją kochał bardziej.
– Nie ja to robię – odparła rzeczowo. – To też wina twojego ojca.
– Ale to ty mnie zabiłaś. Dlaczego?
Judy zerwała się z posłania. Krzyk zamarł jej w gardle. Coś chwyciło za gardło i serce.
Wiedziała już.
Wiedziała, co jest nie tak.
To nie było ich mieszkanie. To nie było tamto łóżko i nie były tamte drzwi.
A Max nie żył od osiemnastu lat. I już nigdy nie miał obchodzić urodzin.
– Odejdź! – ryknęła, spuszczając nogi z łóżka i odruchowo szukając dłonią na stoliku nocnym czegokolwiek, czym mogłaby się bronić.
Co ty robisz, ganiła samą siebie. To koszmar. Śnisz. Musisz się obudzić. Musisz mu powiedzieć, że go nie ma i się obudzić.
– Nie mogę odejść, mamo. Muszę wiedzieć – mówił Max bez twarzy.
Teraz, kiedy mózg dostrzegł niemożliwość sytuacji, strach i sen wykrzywiały rzeczywistość. Sylwetka chłopca zmieniała się. Wydłużała.
– Odejdź! Nie istniejesz! – Z braku lepszych opcji Judy wyrwała z szafki jedną z szuflad. Osłoniła się nią odruchowo.
– Czekam na ciebie, mamo – mówił dalej Max i z jego głosem też zaczęło dziać się coś dziwnego. Nie brzmiał już jak chłopiec. Nie brzmiał już nawet jak nastolatek, którego Judy posyłała na areny. Ani jak młodzieniec, którego posłała na śmierć. – Wiem, że niedługo do mnie przyjdziesz. Dlatego chcę wiedzieć.
Czuła, że cała się trzęsie. Trzęsła się tak mocno, że w końcu straciła władzę w rękach i osłona z szuflady upadła ciężko na dywan.
– Max…
– Po prostu mi powiedz.
Skąd mógł wiedzieć? Przecież nikt nie wiedział. Nikt poza jej osobistym lekarzem. To był ostateczny dowód na to, że był tylko wytworem jej zmęczonego umysłu. Nie była już dwudziestolatką. Powinna po prostu pracować mniej i szybciej kłaść się spać. Może należało bardziej zaufać asystentom, dawać im więcej zadań, pozwalać na stopniowe przejmowanie przynajmniej niektórych kluczowych projektów. W końcu i tak będą musieli ją kiedyś zastąpić.
Ale nie dziś.
Jeszcze nie dziś.
I nie jutro.
– Przecież cię nie zabiłam – powiedziała jednak wbrew sobie. – Nie było mnie tam. Nie wiedziałam.
– Ale zawsze wiedziałaś, że to się może tak skończyć. Wiedziałaś bardziej ode mnie. Wiedziałaś od początku.
– Nie! – zaprzeczyła stanowczo i drgnęła, wystraszona własnym krzykiem. – Nie od początku!
– Wiedziałaś, że zrobię to wszystko tylko dla ciebie.
– Odejdź! – ryknęła znów całą mocą ściśniętych, bolących płuc. – Odejdź stąd natychmiast! – powtórzyła, gdy wyciągnął ku niej rękę.
Jeszcze nie dziś.
I nie jutro.

*

Obudziła się, wrzeszcząc. I nie przestała, chociaż sen został po drugiej stronie, za nią. Chociaż szuflada tkwiła posłusznie w nocnej szafce, a drzwi były zamknięte.
Krzyk przeszedł stopniowo w rwany, histeryczny szloch i Judy przyłapała się na tym, że podciągnęła pod siebie kolana jak mała dziewczynka. Tak, jak nigdy nie podciągała ich w dzieciństwie, a na pewno nie ze strachu. Nie bała się. Gdyby się bała, świat byłby znacznie mniej ciekawym miejscem.
Gdyby się bała, byłaby jak Emily i tak jak ona potrzebowałaby prawie czterdziestu lat, żeby wreszcie przejrzeć na oczy i podążyć właściwą ścieżką.
Wyciągnęła rękę, by zapalić lampkę nocną, jakby naprawdę potrzebowała przegonić potwora spod łóżka. Odnalazła futerał z okularami i wsunęła szkła na nos.
– Boże święty, co to było...? – wyszeptała, kiedy już była zdolna to zrobić.
A potem kilka uderzeń serca bała się, że ktoś jej jednak odpowie.
Musiała się uspokoić. Musiała się naprawdę uspokoić. Zsunęła nogi z łóżka, wmawiając sobie, że tak, teraz uczucie pod stopami jest zupełnie inne i to naprawdę głupie, że dała się oszukać realistycznemu koszmarowi. Stanęła na dziwnie, irytująco miękkich nogach i ruszyła ku drzwiom.
Kiedy położyła dłoń na klamce, znów na chwilę zamarła.
A co, jeśli on tam będzie? – pytało coś wewnątrz niej.
Czymkolwiek właściwie było, budziło w niej wściekłość.
Niczego nie będzie, odpowiadała sama sobie, ale jednak dłoń tkwiła w miejscu skamieniała i niezdolna do naciśnięcia klamki.
Jesteś głupia, Jones – warknęła na siebie w duchu. Im starsza, tym głupsza.
Wzięła głęboki oddech i wreszcie otworzyła drzwi. Oczywiście niczego za nimi nie było. Choć przez moment…
Idiotyczne cienie. Przemęczony umysł. Cholerna wyobraźnia. Tylko tyle.
Szczęśliwy Brooklyn, że żadnej wyobraźni nie posiadał, że musiał doświadczyć na własnej skórze, żeby uwierzyć. Judy pokręciła głową. Musiała postać chwilę z czołem opartym o chłodną ścianę korytarza, nim ruszyła dalej. Wiedziała, dokąd iść. Minęła łazienkę, choć może przemycie twarzy zimną wodą nie byłoby takim złym pomysłem. Ale nie chciała teraz patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Nie chciała dostrzegać w nim tego, czego nie widział nikt poza nią – oznak choroby. Starość jej nie przeszkadzała. Może niespecjalnie lubiła swoje zmarszczki i siwe włosy, ale potrafiła się do nich przyzwyczaić. Minęły już czasy, w których w jakikolwiek sposób cieszyła się pięknym ciałem. Teraz i tak nie miała na to ani sił, ani ochoty. Musiała dzielić i tak za krótką dobę na ważniejsze rzeczy niż próżność. Ale choroba – i związana z nią słabość – ją przerażała.
Więc starała się o niej nie myśleć i zwykle udawało się doskonale. Ale ten przeklęty koszmar musiał o wszystkim przypomnieć.
Czekam na ciebie, mamo.
Wiem, że niedługo do mnie przyjdziesz.

Judy weszła do gabinetu i zapaliła światło. Bez wahania skierowała się do biurka, skąd wyciągnęła butelkę wytrawnego wina. Tylko lampka alkoholu mogła przynieść jej teraz ukojenie. No, może dwie.
Drżącymi rękoma sięgnęła po naczynie i napełniła je. Pierwszy łyk wzięła powoli, z należytą gracją. Drugi, trzeci i czwarty już nie. Dopiła duszkiem i natychmiast uzupełniła wino. Druga lampka poszła jeszcze szybciej. Trzecia też. Aż wreszcie Judy poczuła, że zakręciło się jej w głowie. Opadła na fotel i chwilę patrzyła szklanym wzrokiem w ścianę. A potem ukryła twarz w dłoniach i zapłakała gorzko. Kieliszek wypadł jej z ręki i potoczył się miękko po dywanie.
Czekam na ciebie, mamo.
Kłamstwa. Wszystko kłamstwa.
Nawet jeśli on gdzieś tam był, nawet jeśli gdzieś nadal miał sześć lat i wierzył w dobrych ludzi, wcale na nią nie czekał. Nikt już na nią nie czekał. Nikogo nie obchodziły utrzymywane w ścisłej tajemnicy wyniki badań i jej częste wizyty w pomieszczeniach szpitalnych. Judy była po prostu przerażająco samotna i doskonale wiedziała, że pracowała na to ciężko całym swoim życiem.
Już parę razy jej ręka zawisła nad staromodnym notatnikiem, gdzie dawno temu zanotowała numer byłego męża, gdy podejmowali ostatnią próbę ponownego zamieszkania razem, ale nigdy nie zdecydowała się zadzwonić. Zresztą telefony nie działały od lat, nie odzywał się w nich nawet pisk, a nawet gdyby, co miałaby powiedzieć? Umieram, przyjedź? Wybacz, że doprowadziłam do śmierci naszego syna, to się więcej nie powtórzy? Wiesz, jesteś idiotą, ale jednak chciałabym, żeby mnie czasem ktoś przytulił?
Nigdy.
Nigdy w życiu. Stokroć bardziej wolała przechodzić to sama, nie tłumaczyć się przed nikim i nie prosić o wybaczenie. Ludzie i tak nie potrafili zrozumieć jej motywów. Byli zbyt krótkowzroczni. Zbyt zapatrzeni w swoje nędzne, nieznaczące życia.
I życie Judy w gruncie rzeczy też takie było. Powinna umieć się z tym pogodzić.
Nalała sobie kolejny kieliszek wina.
Ale jeszcze nie dziś.
I nie jutro.

*

Uznała, że nie wróci do łóżka, a zamiast tego uda się na samotny spacer po kompleksie. Zresztą i bez koszmaru obudziłaby się najpóźniej za półtorej godziny, więc równie dobrze mogła uznać, że jej dzień zwyczajnie się już rozpoczął, a zanim zacznie pracować, powinna pozbyć się z krwi tyle alkoholu, ile się da. Poza tym lubiła laboratorium o tej porze – wciąż jeszcze puste, zamknięte na głucho gabinety, tonące w energooszczędnym nocnym oświetleniu korytarze, sale, w których echo nie ginęło pochłonięte przez dziesiątki ciał i dało się słyszeć niskie buczenie wysokiego napięcia i wtórujący mu cichy syk wentylacji – zwykle zagłuszane rozmowami. To właśnie o tej porze czuła się prawdziwą panią tego miejsca. O tej porze nic nie miało prawa wymknąć się spod jej kontroli.
Korytarze były tu brzydkie, betonowe i zdradzały pierwotne przeznaczenie budowli – nikt nie tracił materiałów i energii na czynienie ich bardziej przyjaznymi, skoro miały służyć jako schron dla kluczowych ludzi Ameryki, coś na chwilę, coś przede wszystkim praktycznego i pod każdym względem niemożliwego do zdobycia. Część mieszkalna też nie prezentowała się szczególnie okazale, choć niektórzy pracownicy próbowali nadać swoim schowkom na szczotki nieco osobistego sznytu, w czym nikt im, rzecz jasna, nie przeszkadzał. Byli tu bezpieczni, znacznie bezpieczniejsi niż na zewnątrz, ale jednak życie pod ziemią w oczywisty sposób obciążało psychikę, a Judy zależało przede wszystkim na sprawnych umysłach. Skoro więc jej ludzie woleli udawać, że to taki dziwny kampus, nie wchodziła im w drogę, zamiast tego zadowalając się raportami wysyłanymi przez doktor Swift – psycholog programu analizującą na bieżąco między innymi statystyki wydajności poszczególnych pracowników. A te wciąż jeszcze były zadowalające.
Jones wyszła wreszcie z labiryntu wąskich korytarzy części mieszkalnej, na których gubiłaby się z pewnością, gdyby nie kolorowe oznaczenia, i naraz znalazła się jakby w innym świecie. Przeciągnęła dłonią po barierce ograniczającą galerię na tym poziomie i spojrzała w dół, na serce kompleksu – cylindryczny dziedziniec biegnący przez piętnaście pięter i połyskujący czterema szybami wind na dnie którego, pod grubą na dwadzieścia metrów kopułą, pracował jądrowy generator – jeden z trzech zasilających podziemne laboratoria.
To z pewnością mogło być osiągnięcie, które dawało profesor Jones powód do dumy – cały ten badawczy kompleks ulokowany w dawnych bunkrach FEMA, cały ten podziemny naukowy raj, w którym czas nie tyle nawet stanął w miejscu, co pobiegł zupełnie innym torem niż na powierzchni. Tam ziemię smagały kwaśne deszcze, tam wykwitały jak egzema plamy obszarów skażonych radiologicznie, gdy niekonserwowane składy nuklearne i elektrownie atomowe uległy awariom. Tam szalały żywioły w potwornym tańcu ekstremalnych zjawisk pogodowych wywołanych faktem, że ten i ów nieudolnie próbował wykorzystywać Bestie do zawiadywania warunkami atmosferycznymi i sferą hydrologiczną, nie myśląc przy tym o efekcie motyla. Ukrytych pod kilkunastometrową warstwą betonu laboratoriów żadna z tych rzeczy nie mogła sięgnąć, a najgroźniejszy w tym układzie czynnik – ludzie i ich prywatne albo polityczne interesy – nie miał już takiego znaczenia jak kiedyś.
Może to wcale nie było zabawne – to, co stało się ze Stanami Zjednoczonymi, to z jak wysoka i jak gwałtownie upadły – ale nie było zabawne na poziomie, który nigdy tak naprawdę Judy nie interesował. Ona dostrzegała wyłącznie ironię całej historii i za każdym razem, kiedy o tym myślała, kącik jej ust unosił się nieznacznie, bo zdecydowanie nie dla postronnych.
Przy spojrzeniu na całość sytuacji wcale nie było przesadą stwierdzenie, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej funkcjonują jeszcze jako tako wyłącznie dzięki Ameryce Południowej i Kanadzie. Bez wsparcia społeczności międzynarodowej i bez – co bawiło Judy szczególnie – oponentów, których można by zaszantażować, jako że wszyscy i tak stracili wszystko, a powiązania gospodarcze w starym kształcie rozsypywały się w oczach, rząd największego uchodzącego za demokratyczne mocarstwa okazał się całkowicie bezradny. Nie pomogły też napięcia społeczne rosnące już podskórnie od wielu lat, kolejne stany zaczęły ogłaszać niepodległość i nie znalazł się nikt zdolny nad tym zapanować. Owszem, wysłano wojsko, owszem, doszło do lokalnych, zwykle krótkich wojen, ale nikt nie miał już wątpliwości, że oto obnażony został kolos na glinianych nogach, a Biały Dom nie ma już niczego do zaoferowania nawet tym, którzy chcieliby posypać głowy popiołem i w skrusze wrócić dobrowolnie pod jego pieczę.
Pogorszyło się jeszcze bardziej, gdy destabilizacji uległa sytuacja na morzach i USA straciło dostęp do części eksportowanych towarów, w tym szczególnie cennej wobec niewydajnych elektrowni ropy. Pech chciał, że w tym samym czasie Kanada skorzystała na upadku Rosji i jednym zgrabnym ruchem przejęła arktyczne złoża, o które wcześniej przez wiele lat bezskutecznie walczyła. Sytuację doskonale wyczuł rząd puczystów w Argentynie pod wodzą Leonor Castillo. Podpisano tajne porozumienie, a potem jego strony zmusiły pogrążające się w kryzysie Stany Zjednoczone do zgody na wyznaczenie eksterytorialnego korytarza do transportu ropy biegnącego od Kanady na południe.
Na straży cennych konwojów stanęły jakiś czas później betonowe mury i zasieki, ale ludzie mieszkający w ich pobliżu nie narzekali szczególnie, bo arsenał krewkim bojówkom skończył się dość szybko, a zarówno Kanada, jak i Argentyna dbały o swoich wysłanników, więc na posterunkach dało się wymienić parę potrzebnych artykułów, których tak poza tym próżno było już szukać. Potem jeszcze zezwolono na rekrutowanie do oddziałów strażniczych miejscowych i dla wielu rodzin na krawędzi przetrwania okazało się to manną z nieba.
Samą Judy i jej ośrodek też łączyły silne powiązania z Argentyną. Nie byłoby możliwe działanie na takim poziomie, gdyby nie wsparcie płynące szczodrze wprost z Ameryki Południowej i dostarczane tym samym korytarzem, którym wymieniano zasoby naturalne z Kanadą. Oczywiście niczego nie dostawała za darmo, ale Jones, porównując swoją obecną sytuację, z tamtą, gdy amerykańscy generałowie bezmyślnie posyłali Połączonych, ten unikatowy materiał badawczy, na pewną śmierć do Chin i Rosji, nie miała żadnych trudności z odpowiedzią na pytanie, co woli. Castillo, którą spotkała pierwszy raz trzy lata temu w Pentagonie, wydawała się w pewnym sensie cierpliwsza od wojskowych i na pewno bardziej otwarta na możliwość, że nie wie i nie rozumie wszystkiego. Choć bez wątpienia odznaczała się wyjątkowym uporem. Może szkopuł tkwił w tym, że nie służyła w armii. Na ile Judy się orientowała, karierę zaczynała jako dziennikarka, potem pracowała w charakterze rzecznika prasowego Casa Rosada.
A może sedno tkwiło w czymś innym – w tym mianowicie, że wyraźnie znała środowisko, z czym od początku się właściwie nie kryła. W każdym razie Połączeni nie byli dla niej po prostu bronią, która zużywa się w walce i nie ma w tym niczego dziwnego. A jednocześnie Judy nie dostrzegała u niej tego obłudnego, śliskiego współczucia, które tak ją drażniło w kolejnych przemówieniach Roberta Jürgensa i ostatnich opublikowanych pracach Emily. Nie, dla Castillo Bestie były szansą, potencjałem, a niektóre wypowiadane przez nią zdania sugerowały, że to nie tylko jej stanowisko, że z kimś na ten temat rozmawia i że jest to ktoś siedzący w temacie jeszcze głębiej, być może nawet Połączony. Ta ostatnia możliwość szczerze Judy intrygowała, jako że większość z nich wydawała się raczej skłonna patrzeć na swój los jako przekleństwo i – paradoksalnie wobec rozszerzonych możliwości – kalectwo.
Claude Tavarez, którego znała w sumie najlepiej ze wszystkich Połączonych, choć wcale nie najdłużej, zdecydowanie należał do frakcji obwiniającej Bestie za wszelkie nieszczęścia, jakie spotkały w życiu nie tylko jego, ale też wszystkich pozostałych i cały świat w ogóle. Z pewną swoistą, ponurą biernością przyjmował punkt widzenia Judy, wychodził z założenia, że i tak brak mu kompetencji, żeby z nią dyskutować, ale naprawdę wewnętrznie nie był przekonany do wizji, w której to, co miało stanowić broń, staje się przyczynkiem nie tylko do odbudowy świata, ale nawet jego rozwoju. Choć z drugiej strony przyznać mu należało, że nigdy nie szukał wrogów tam, gdzie ich nie ma – byleby mieć z kim walczyć i przeciw czemu się buntować, byleby dbać o swoje poczucie słuszności. Nawet jeśli nie do końca wierzył w argumenty profesor, potrafił je akceptować.
Był zatem dobrym podwładnym i dobrym materiałem badawczym, który w zamian za udział w testach nie żądał więcej, niż Jones i tak by mu dała – jak chociażby najnowszych protez nóg – ale nie partnerem. Pominąwszy nawet brak stosownego wykształcenia, nie potrafił i nie chciał zaangażować się w futurystyczne wizje Judy.
Na drugiego Połączonego, do którego wciąż miała bezpośredni dostęp, natknęła się niespodziewanie, gdy metalowymi schodkami zeszła na piętro, gdzie mieściło się wejście do jednego z generatorów. Stał w cieniu – który pewnie sam zagęścił, odpowiednio kierując fotony.
– Brooklyn? Co tu robisz?
– A ty? – odpowiedział pytaniem na pytanie, nawet nie odwracając ku niej twarzy.
Może lepiej, bo twarz ta z biegiem czasu coraz bardziej Judy niepokoiła. Ostatnie dwa lata zrobiły z nią coś dziwnego i trudno było orzec, czy winę za to ponosi jedynie upływający czas – w końcu Masefield skończył niedawno czterdziestkę i zdecydowanie nie był już tamtym chłopcem, którego obliczem karmiono masową wyobraźnię. Zapadły się jego policzki, a wokół oczu pojawiły zbyt głębokie, przedwczesne zmarszczki. Od jakichś paru miesięcy Irlandczyk nosił też zarost, co ukrywało ten jego senny, właściwie i tak coraz rzadszy uśmiech i zdawało się wyostrzać spojrzenie, tak że mało kto jeszcze nabierał się na coraz mniej niewinną aparycję.
– A ja robię obchód – odparła Judy, wzruszając ramionami. – Lubię cieszę laboratoriów o tej porze.
Brooklyn zgarbił nieco plecy, naparł ramionami na barierkę.
– Ciszę – powtórzył jak echo. – Nie pamiętam już, co to jest cisza, prawda, ale nie sądzę, by to… – westchnął. – Nie sądzę, by to była cisza, Judy. Wszystko tu hałasuje, nie słyszysz? – warknął z odrazą, jaką też oglądała u niego dopiero od roku, a może nawet krócej. – Kable, pompy, wentylacja. Nawet ściany wydają się trzeszczeć. A do tego… – Potarł czoło dziwnie roztargnionym gestem i nie dało się zauważyć, że ręka mu drży. – W mojej głowie…
Profesor Jones zacisnęła usta, ale nie skomentowała ani słowem. Co miała mu powiedzieć? Że to się musiało tak skończyć? Że każdy nośnik ma ograniczoną ilość miejsca do zapisania i igranie z tym grozi awarią? Twardy dysk można było jeszcze sformatować, ale człowieka i jego mózg?
Oczywiście Brooklyn nigdy nie zaakceptował wersji o SI. Nie do końca w każdym razie. Twierdził, że już od dawna żył ze świadomością, że ma do czynienia z systemem sztucznym, bo systemy naturalne charakteryzują się otwartością, ale jednocześnie sugerował, że teraz wszyscy zaangażowani w sprawę – zachłyśnięci wizją programów i łatwych rozwiązań – popadli w drugą skrajność, a tymczasem to, co zamieszkuje głowy Połączonych, to coś więcej niż tylko zera i jedynki. Upierał się, że sztuczna inteligencja przez tyle lat funkcjonująca w oparciu o żywy organizm, korzystająca z układu nerwowego i wchodząca w interakcje ze świadomością nosiciela sama także ulega przez to zmianom. Argumentował, że tak przecież zostały właśnie pomyślane, żeby móc się adaptować i zmieniać, dostosowywać do nośnika i potrzeb. Chciał widzieć w Bestiach hybrydy, ale technicznie nie potrafił tego rozpisać, więc Judy wciąż traktowała jego wywody jako mocno wątpliwą hipotezę być może podpartą strachem przez osamotnieniem.
Przecież przez lata Masefield żył wewnątrz własnej głowy, wśród nich, w sercu tego systemu. Wydawało się całkiem ludzkie, choć nieco rozczarowujące, że nie potrafi rozstać się z wizją, jaką na tej podstawie zbudował i jaką zaspokajał własne potrzeby egzystencjalne.
Jego zatem też nie mogła traktować jako partnera, choć nie raz i nie dwa zadziwiał ją wiedzą. Nie ufał jej jednak. Nie ufał już nikomu w ośrodku, w działaniach naukowców widział zagrożenie i prawdę powiedziawszy, Judy zastanawiała się czasem, jak uprzedzić cios, który zdawał się wisieć w powietrzu.
– Doktor Collins uważa, że za mało śpisz – powiedziała profesor zamiast tego. – Może gdybyś się wysypiał, byłoby lepiej.
– Tu się nie da spać – prychnął Irlandczyk dziwnie jak na siebie obrażonym tonem.
Cóż, wyjątkowo mogła się z nim zgodzić.
– Dziś po południu wszystko się zmieni – odparła, właściwie bardziej do siebie. – Naprawdę wszystko. I jestem pewna, że prędzej czy później znajdziemy odpowiedzi.

*

– Emily.
Usłyszenie własnego imienia z ust tej kobiety, wypowiedzianego w taki sposób i takim tonem było jak cios w splot słoneczny. Jak zimny, cuchnący oddech dawno zamkniętej przeszłości na karku.
Judy Jones wstała zza biurka powoli, ze zwykłą sobie elegancką gracją i rozciągnęła usta w uśmiechu. Uśmiech ten – co York stwierdziła z zaskoczeniem i co wlało dodatkową porcję kwasu do jej żołądka – sięgał także oczu. Zdradzał szczerość.
Radość, której ona sama ani nie chciała, ani nie potrafiła z siebie wykrzesać.
– Szkoda, że musiało zabrać nam to tyle lat – dodała kobieta – ale wierz mi, że niezmiernie się cieszę, że będziemy znów pracować razem, wreszcie jako partnerki.
Wyciągnęła dłoń. Emily zawahała się pół sekundy, nim ją uścisnęła.
Miała dziwne wrażenie, jakby ściskała dłoń trupa albo przynajmniej grubą gumową rękawicę.
Z przywołaniem uśmiechu również na swoją twarz poszło jeszcze gorzej i kiedy York poczuła, jak drżą jej w proteście policzki, po prostu zrezygnowała.
Myśl o tym, że Judy może cieszyć się szczerze, była obezwładniająca, lepka i ciężka. Obrzydliwa. Ale wszystko wskazywało na to, że jest zgodna z prawdą.
Czymkolwiek była w tym świecie prawda.
– Nie będę ukrywać, że ja ze swojej strony nadal nie potrafię wyzbyć się pewnej podejrzliwości – odparła Emily, wiedząc, że w grze pozorów i grzeczności i tak jest bez szans.
– Więc ja po prostu pozwolę sobie je rozwiać. Może nie dziś i nie jutro, ale przekonasz się na własne oczy, ile dotąd traciłaś. Reflektujesz może na kawę lub herbatę po podróży? Widzę, że jesteś przemoczona – Jones zmierzyła dawną uczennicę uważnym spojrzeniem.
Jeśli w jej głosie naprawdę zabrzmiał cień wynaturzonej troski, dziwność sytuacji wzrosła o sto procent. Ale tego Emily nie była już w stanie stwierdzić z całą pewnością.
– Herbaty, jeśli można – odpowiedziała, uznając, że potrzeby faktycznie zziębniętego, drżącego pod wciąż otulającym ją płaszczem ciała są tym razem ważniejsze niż potrzeba zachowania godności.
Judy uruchomiła interkom i złożyła zamówienie. York wykorzystała ten moment, by szybko rozejrzeć się po gabinecie. To, co zobaczyła, budziło pewien niesprecyzowany niepokój. Tworzyło dysonans i Emily potrzebowała chwili, by uświadomić sobie, o co chodzi. Przestrzeń wokół jej nauczycielki zawsze była dobrze zorganizowana. Nie tylko czysta i uporządkowana, ale też zaaranżowana tak, by spełniać najsurowsze wymogi praktyczności. Jones nigdy nie zwracała uwagi na urodę mebli czy odpowiedni kolor ścian – liczyło się to, żeby materiały były łatwe w konserwacji i czyszczeniu, a kolorystyka po prostu nie męczyła i nie drażniła oczu. Na jej biurku próżno byłoby szukać osobistych drobiazgów, bo też kobieta swoim osobistym życiem w pewien sposób pogardzała, uznając je za daleko mniej ciekawe niż to, co czekało ją w laboratoriach. W przeciwieństwie do większości ludzi, nawet przebywając w pracy do późna, nie sprawiała wrażenia, jakby tęskniła do swojego domu czy chociażby własnego łóżka. Papiery zawsze zostawiała posegregowane, sprzęt starannie rozmontowany i wyczyszczony. Nic nie miało prawa wymknąć się spod jej kontroli.
– Przepraszam – Judy odwróciła się z uśmiechem. – Nie pamiętam, czy słodzisz.
– Nie – odparła automatycznie Emily i dopiero ułamek sekundy później dotarło do niej, że cukier byłby całkiem niezłym pomysłem.
Dyskretnie przeciągnęła palcem po poręczy fotela, obok którego stała. Tak, dobrze widziała – to był kurz.
Judy Mizuhara-Jones pozwoliła na to, by w jej gabinecie zgromadził się kurz.
– Usiądź wreszcie, proszę – kobieta wskazała krzesło i znów podjęła próbę przywołania na usta ciepłego uśmiechu. – Naprawdę nie wyglądasz najlepiej.
Tak, to mogła być prawda. Przebyła długą drogę.
Już tydzień później miała pamiętać z tego dnia głównie to, że padało. Było to o tyle ważne, że deszcze zyskały taką kwasowość, że naprawdę lepiej było nie wystawiać się na ich działanie i zostać pod osłoną z solidnej warstwy betonu lub stali nierdzewnej, jeśli nie chciało się wyłysieć albo dorobić dziur w parasolu. W Szkocji stanowiło to poważny problem, zabezpieczanie upraw i sprzętu spędzało sen z powiek jak York, jak i Robertowi z Reiem. Wysiadanie z wozu i bieg do budynku nie zostawiły zatem wiele miejsca na rozglądanie się i zapamiętywanie szczegółów otoczenia.
Na to czas miał przyjść później, a z pierwszych chwil Emily pamiętała głównie betonowe kopuły wystające ponad grunt i ciągnące się aż po horyzont.
Pierwsze metry korytarza nie wyglądały zachęcająco. Pachniały wilgocią i zbyt dużą liczbą ludzi na małym terenie – nie tyle nawet ich potem, co po prostu wydychanym dwutlenkiem węgla. Wbrew czarnowidztwu jednak, wraz z tym, jak poziom zaczął się obniżać, poprawiała się jakość powietrza. Może po prostu na wejściu wentylacja nie działała, jak należy. Na poziomie, na którym mieścił się gabinet Jones, było już zupełnie znośnie. Może nawet znośniej niż na powierzchni.
Zdecydowanie technika w tym miejscu miała się znacznie lepiej niż we wciąż przypominającej prowizorce enklawie w Szkocji. W porównaniu do tego, z czym musieli się tam na co dzień mierzyć ocaleli, Judy miała wszystko. Emily – nic. Przybywała z biednej, zasnutej smogiem, zdewastowanej Europy, w której ludzie z trudem walczyli o każdy kolejny dzień. O żadnych badaniach nie mogło być mowy, chyba że tych dotyczących utrzymania upraw i hodowli.
Właśnie dlatego tu przybywała.
I przybywała jako zdrajca.
– To nie tak – zastrzegła, kiedy pierwszy raz przedstawiała ten koncept przed tymi, których uznali za swoich przywódców, Jürgensem i Konem. – Doskonale wiem, co mam do stracenia, Robert. Zostawiam dwoje małych dzieci pod opieką faceta, który przeciętny czas skupienia ma trochę tylko dłuższy od nich. I mogę nigdy nie wrócić, chociaż tego nie zakładam. Ale prawda jest taka, że za kilka, kilkanaście miesięcy możemy już nie mieć wyboru. Sytuacja jest dynamiczna i przecież to wy dwaj moglibyście mi tłumaczyć dlaczego. A wtedy żaden z was – przesunęła spojrzeniem od Jürgensa do Reia – nie chce być nieprzygotowany, zaręczam.
Gdyby znała ich nieco gorzej, mogłaby odnieść wrażenie, że zbłądziła do galerii sztuki i gada z dwoma posągami. Zachowali równie niewzruszone twarze, żaden z nich nie wykonał gestu zdradzającego stosunek do jej argumentów. Dla Roberta pracowała już jednak kilkanaście lat, a dla Kona dwa – dość, żeby wiedzieć, że za tymi maskami toczą się bitwy, nawet jeśli każda inna.
– Ale to nie jest tylko tak, że pojedziesz do Ameryki – odezwał się wreszcie Kon, odruchowo opierając podbródek o rękę i mrużąc lekko oczy. Nie planował tego zapewne, ale wyglądał jak sędzia. Gorzej. Jak usiłujący zajrzeć pacjentowi w duszę nadgorliwy psycholog. Nie. Jeszcze gorzej. Z psychologią to on miał gówno, a nie związek, skoro sam posiadał duszę z drewna. Jak entomolog nad wyjątkowo ciekawą muchą. – Ty jednocześnie opuścisz nas i nie mówię tego wcale w kontekście twoich dzieci. Chodzi o twoją wiedzę i umiejętności, Emily. Jesteś tu niezastąpiona.
– Jeśli się okaże, że nie mamy wyjścia i potrzebujemy syntetyków, żeby przetrwać, moja wiedza na nic się nie przyda, bo nie potrafię ich tworzyć, Rei – zauważyła York.
– Już zakładasz, że będziemy chcieli to jednak robić – ocenił bezlitośnie Robert.
– Nie – pokręciła głową Emily. – Jedynie zakładam, że może dojść do sytuacji, w której to przestanie być problem moralny, a zacznie być problem jakiegokolwiek przetrwania. To jest możliwe i dobrze o tym wiecie. To jest najgorsza, ale możliwa opcja. I to nie jest tak, że powinniśmy się na nią przygotować. My MUSIMY być na nią przygotowani. W tych kategoriach ja też de facto nie podejmuję wyboru. To jest konieczność. Obaj uważacie się za racjonalnych – prychnęła – więc nie zapominajcie, że moralność to towar luksusowy.
– Nie idziesz za daleko? – Rei zmarszczył brwi, niezadowolony, że mucha ucieka mu spod szkła powiększającego.
– Wiem, o czym myślisz – przyznała York. – Że takie podejście otwiera drogę do drugiego Opactwa, a jeśli nie, to przynajmniej do drugiego Biovoltu. Ale wiesz, różni ludzie mieli dostęp do broni atomowej i tylko to gwarantowało, że nigdy jej na poważnie nie użyją.
Nie przekonała ich wtedy. Nie przekonała ich też za drugim i za trzecim razem.
Zrobiły to dopiero raporty Jurija.

*

Polowanie dobiegło końca.
Wilki otoczyły ofiarę, krążyły jakiś czas, zacieśniając krąg, a potem, gdy znalazły się już dostatecznie blisko, któryś z nich po prostu zadał jeden precyzyjny cios w krtań i zakończył jej strach.
Tu nie było sensu ryzykowania czymkolwiek innym – Jurij aż za dobrze wiedział, że przesłuchanie nie miałoby sensu.
Młoda kobieta opadła miękko w błoto, jej ciało wygięło się na wojskowym plecaku. To on ją zgubił. Powinna była się go pozbyć, ale może zbyt wcześnie straciła zmysły, żeby podjąć racjonalną decyzję, a z drugiej strony instynkty nie zadziałały odpowiednio. Dla Ivanowa nie miało to znaczenia i wiedział, że dla Banshee też nie będzie go miało. O ile w ogóle zdawał sobie sprawę z efektów swoich działań.
Jurij uklęknął przy dziewczynie i na wszelki wypadek sprawdził jej puls – oczywiście nie żyła. Nie po to szkolił chłopaków z Opactwa, by partaczyli robotę. Ale ważne było, żeby wpoić im także to, że nie powinni wierzyć pozornym oczywistościom.
Co dzieje się obecnie z Brooklynem, Rosjanin mógł się tylko domyślać. Ostatni trop prowadził do Ameryki Północnej, ale miał już trzy lata i wiele mogło się od tamtego czasu zmienić. Choć wcale nie musiało – Masefield nigdy nie słynął z częstych zmian miejsca pobytu i przejmowania inicjatywy. Być może nie przeszkadzałoby mu nawet zamknięcie w schowku na szczotki. Jurij zakładał więc, że Irlandczyk nadal przebywa pod pieczą Judy Jones, ale na potwierdzenie tej tezy musiał jeszcze poczekać. Fakt faktem, że w systemie coś się działo. Coś dziwnego i jedyną osobą dość potężną, a przy tym żywą, która mogła odpowiadać za takie anomalie, wydawał się właśnie Brooklyn.
Czy też Banshee, jak zaczęli nazywać go zwłaszcza ci, którzy nigdy nie stanęli z Masefieldem twarzą w twarz.
– Sprzęt zarekwirujcie, ciało zakopcie – rozkazał Jurij, wstając znad zwłok kolejnej niewinnej ofiary, która pewnie dźwigała ze sobą cały dobytek i po prostu próbowała przeżyć.
To zawsze działo się w sposób nieprzewidywalny. Po prostu pewne osoby obrywały efektem czegoś... czego Ivanow nie potrafił do końca zrozumieć, choć Emily usiłowała wytłumaczyć mu parokrotnie. Często pierwszym objawem był po prostu rozdzierający krzyk.
Jak krzyk celtyckiej płaczki śmierci.
Potem pojawiały się jakby moce Połączonych, ale dziwne, odbite i z pewnością niepełne – tak że trudno było nawet rozpoznać Bestię z katalogu tych potencjalnie wciąż krążących na wolności. Po pierwszych przypadkach, kiedy minęła dezorientacja, Rei nakazał schwytanie takiej ofiary. A potem drugiej. I trzeciej.
Wataha spełniła wszystkie te zadania, ale na nic się to nie zdało. Już po pierwszej sekcji zwłok było oczywiste, że poważne zmiany, jakie zachodzą w układzie nerwowym po takim dzikim Połączeniu, mają dewastujące skutki i nawet opanowanie mocy ofiary niczego już nie da.
To były wydmuszki. Wydmuszki wypełnione kalekimi, karykaturalnymi odłamkami Bestii. Ich śmierć wydawała się lepszym wyjściem dla wszystkich. W gruncie rzeczy chodziło tylko o pozbycie się ciała – tego łącznika pozwalającego oprogramowaniu działać – bo tylko tyle zostawało z ofiary, tylko tkanki.
Jurij zmrużonymi oczyma wpatrywał się w grupę kopiącą dół dla nieznajomej. Za plecami słyszał grzechot przetrząsanych rzeczy z plecaka i kieszeni kurtki.
– Konserwy, konserwy, konserwy, woda… więcej wody… – wyliczał Wania znudzonym tonem. – Kto nosi ze sobą tyle wody?
– Ktoś, kto nie ma dostępu do sączka – podpowiedział Ivanow, odwracając ku niemu głowę.
– Sączek można zrobić.
– Ja to wiem, ty to wiesz. Ona może była, nie wiem, przedszkolanką. Albo hodowała karpie. Normalnych ludzi nie uczy się przetrwania.
– No to dlatego zostali sami nienormalni… – wymruczał Wania.


Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ