TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

!~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 230
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

!~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Milan » 18 grudnia 2017, 12:31

Hej i ho! Już niebawem święta Bożego Narodzenia i jak co roku postanowiliśmy, że to doskonała okazja do specjalnej forumowej akcji. W tym roku polega ona na pisaniu świątecznych odcinków specjalnych. Co należy zrobić, żeby wziąć w niej udział?

1. Wybrać tekst - swój własny lub innego użytkownika forum. Albo nawet kilka tekstów w celu ich zmiksowania. Dobrze, gdyby teksty były publikowane na Literce (w takim przypadku nie pogardzimy linkiem) lub przynajmniej znane społeczności.

2. Napisać świąteczny odcinek specjalny - rozumienie tego terminu jest oczywiście dowolne, decydują wybrany setting i wyobraźnia autora.

3. Opublikować swoje dzieło w tym temacie jako post.

I to wszystko :D Miłej zabawy!

Akcja trwa od dziś do wyczerpania zapasów ;)

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Siemomysła » 24 grudnia 2017, 22:07

No więc i a zatem.
Wiem, że Niezatapialnej nie ma na forum, ale wiele osób ją zna, wiele osób mi przy niej pomagało, za co kocham owe osoby nad życie. No i na początek. Dla rozpisania się i nabrania wysokości ;) Świąteczny odcinek specjalny Niezatapialnej z tycim tycim crossoverem ;) Ode mnie dla Was :*


Koffi stała w oknie Zielonej Gąski i liczyła od dwudziestu do zera. Robiła to właśnie czwarty raz i właściwie była już pewna, że ten sposób sprzedany jej o poranku przez Nes ani trochę się w jej przypadku nie sprawdza. Nadal była, delikatnie ujmując, zirytowana. A nawet wściekła, jeśli mamy być szczerzy. Zbliżała się godzina pierwsza a tych bałwanów ciągle nie było. Czy to naprawdę takie trudne –– pójść do lasu, ściąć drzewko i wrócić? Najwyraźniej tak, jeśli posyła się do owego lasu byłych żołnierzy Jego Królewskiej Mości i Republiki Palude w jednym. Pierwsza gwiazdka wzejdzie nad Turkusowym mniej więcej za trzy godziny, a cholerny świerk, czy co tam przywloką trzeba jeszcze ubrać.
–– Następnym razem dam im wytyczne na papierze.
–– Dobry pomysł, rozkazy lepiej na piśmie i niech jeszcze podpiszą twój egzemplarz, że przyjęli do wiadomości.
Nes pojawiła się jakby znikąd. Nauczona cichego poruszania się na Drapieżnym, stosowała tę metodę mimowolnie, często przyprawiając o wstęp do ataku serca niewinnych bliźnich. Na szczęście Koffi byle co nie ruszało.
–– Lepiej idź do kuchni, Xa kosztował barszczu jak wychodziłam.
–– Szlag!
Falbaniaste spódnice zafurkotały i gospodyni pomknęła do kuchni, by zapobiec obecności złotego rumu z Archipelagu w świątecznym barszczu. Z jakiegoś powodu Xandre Witrenstiern uważał, że wszystko z rumem smakuje lepiej, którego to poglądu absolutnie nikt z nim nie podzielał. Nawet Edward Arbre de Succomber uważał, że rum zdecydowanie lepszy jest saute niż z dodatkami.
Nes przejęła przyokienny posterunek. Wpatrywała się w zasypany śniegiem krajobraz i wydeptaną w nim ścieżkę ze znacznie większą cierpliwością niż Mada. W końcu miała wprawę.


Tymczasem kilka mil na północ od Prato trzech mężczyzn siedziało na sankach i podając sobie buteleczkę z niezbędnym w tych warunkach płynem rozgrzewającym ponuro kontemplowało krajobraz.
Wokół nich jak okiem sięgnąć rozpościerał się uroczy latem, a obecnie dość ponury brzozowy zagajnik.
–– Ale jesteś pewny, oficerze, że...
Feliks Ucelli wzruszył ramionami tak gwałtownie, że przyciśnięty do niego barkiem Fulise przerwał zadawanie pytania, żeby nie spaść z sanek.
–– Przepraszam, Domenico –– zreflektował się natychmiast. –– Nie jestem oficerem. Pewny zresztą też nie jestem.
–– A może brzoza im wystarczy... –– Ton kapitana de Succomber wyrażał ogrom niepewności, ale i odrobinę nadziei. –– Została mi już tylko jedna piersiówka –– dodał. –– No i ta mała flaszka w bucie. Nie starczy na długo, więc może lepiej podejmijmy jakąś decyzję, panowie.
–– Uważam... –– zaczął Ucelli, ale nikomu nie było dane dowiedzieć się, co takiego uważa młodzieniec.
Spomiędzy szaro-srebrnych pni wprost na okupowaną przez nich niewielką polankę wyszedł brodaty jegomość ubrany w skórzane portki i takąż kurtę. Co ważniejsze ciągnął za sobą drzewko. Niewątpliwie iglaste.
Trójka naszych bohaterów spojrzała po sobie nieśmiało. Nadzieja w oczach kapitana stała się jakby wyraźniejsza. Łyknął resztkę z przedostatniej piersiówki i ruszył ku nieznajomemu.
–– Przepraszam pana uprzejmie, ile życzy pan sobie za tę choinkę?


Pochód, który ukazał się oczom wciąż trzymającej wartę Nes, nie należał do triumfalnych. Na przedzie szedł, a raczej człapał Fulise z nosem wielkości sporego kartofla w kolorze sino-czerwonym. Ciągnął on sanki, na których bynajmniej nie spoczywało drzewko, jak można by oczekiwać, ale kapitan Edward Arbre de Succomber, nie do końca świadom podróży, jaką właśnie odbywa. Kolumnę zamykał utykający Feliks, który z całej siły starał się wyglądać godnie.
Cóż –– pomyślała Nes, wzdychając. –– W tym roku Koffi będzie zmuszona obyć się bez choinki.

Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1462
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kanterial » 25 grudnia 2017, 02:03

Pozdrowienia z Karpacza.
Pozwoliłam sobie delikatnie pożyczyć kilka postaci.

Najchętniej wyjechałbym na Syberię.
Tu kolędy, tam kolędy, mało się człowiek nie przekręci, jak mu kolejna foka w TVP wyśpiewa, że noc jest cicha i święta.
Owszem, jest święta. Bym nie wiedział, to bym nie był księdzem, logiczne.
Całe szczęście schola tego szaleńca, Piotra, przynajmniej stara się zachować melodię, śpiewając, i nie przeżywa każdego słowa utartej kolędy nowym wymiarem uczuciowego wycia w vibrato.
Nie żebym nie lubił wibracji.
Piotra też lubię. Kupił mi piwo pod choinkę. Behemoth Sacrum.
- Pochwalony! Może mi ksiądz otworzyć od zaplecza?! Zostawiłem telefon na parapecie!
O. Maryla kolęduje.
Ty możesz, Marylko. Tobie pozwalam. Przeciągaj, co się da. Niech do tego Betlejem zasuwają choćby i przez następną godzinę, bo mi się nie chce, tak bardzo nie chce, prowadzić dziś tej przeklętej pasterki.
- Proszę księdza?! Mój Samsung Galaxy s5!
Marylo, jesteś zjawiskowa.
Oboje się zestarzeliśmy, wiem - wiem, bo niedługo mi stuknie trzydzieści siedem - ale ty nadal wyglądasz obłędnie. Nie to co biedny, stary Wolfik. Wiesz, że siwieje mi broda z prawej strony? Nikomu nie mów. Mam nadzieję, że Adam nie zobaczy.
Mam nadzieję, że zdechnę, zanim mi osiwieje adler i pentagram.
- MAM LAMBADĘ NA DZWONEK I BĘDĘ DZWONIŁ CAŁĄ MSZĘ!
O. Michał.
Się dobija, łobuz.
- BŁAGAM KSIĘDZA NIECH MI KSIĄDZ OTWORZY!
Nie no, dobry chłopak. W czapce chodzi. W szaliku. Nie pali mi papierosów pod plebanią. Z czytaniem do mikrofonu idzie mu tak sobie, ale popracujemy nad tym, będzie lektor pierwsza klasa. Uwierz, moja droga.
- KSIĘDZU SIĘ NIGDY TELEFON NIE ZGUBIŁ NA ZAKRYSTII?!
O, macha.
Odmacham, nie będę chujem.
Żebym ja ci zaraz w szybę nie stuknął, co to, pali się? Zajęć w domu nie masz?
Gaszę Marylę i unoszę brwi, gdy do mnie dociera wiązanka lamentów o braku Samsunga i księdzu bez serca i że ojciec się wściekł i zamknięte zaplecze i czemu pan mi to robi. Zamykam usta (oglądałem z otwartymi, nic nowego) i rozwalony na oparciu robię do Michała minę, która wyraża bezkresne cierpienie styranego wikariusza na dyżurze.

#
- Co tam, Wolf?
- A, stare śmieci - odpowiadam znużony. Stoimy pod zakrystią i czekamy na Michała. Młody tak się rozbija i tarabani, że zaczynam czuć strach o stan mebli w szatni. - Znów moja pasterka na dwunastą. Walnąłbym kielona. Zmęczony jestem. Biskup dzwonił, że BMW zarysowane.
- Zarysowałeś? - pyta kościelny z przestrachem.
- A, bo mi się ten pierdzik pod maskę wpakował - mówię zły - kto to widział, takie małe do mszy puszczać, dzwoni mi dzwonkiem w pół kazania, a potem ucieka, tylko na tacę pozbiera i albę zrzuci.
- Hubercik?
- Tak. On. Tu biegł, o, na parkingu mi wyrżnął o maskę. Szedłem za nim, to średnio coś mogłem poradzić.
- Chryste Panie, Wolf, myślałem, że go potrąciłeś, jadąc…
- A w życiu.
- DZIADEK MRÓZ, DZIADEK MRÓZ, PIJMY, BRACIA, JEDZIE WÓZ! - Na głównej jakiś napływowy gwiazdkowicz wyje radzieckie pieśni świąteczne i mam coraz większą obawę, że wyjąc zmierza na moją pasterkę. - DLA KAŻDEGO PREZENT MA, BORYSOWI CHUJA DA, NA NA NA NA…
Kościelny drapie się po karku i obydwaj równie zażenowani udajemy, że rozmowa dalej się klei. Zerkam na zegarek i w myślach opierniczam Michała za tego jego Samsunga i wieczne rozkojarzenie. Naprawdę, nie mógł posiać telefonu jak normalny dzieciak? Ja wiem, w parku miejskim? Albo pod gimnazjum? Przy monopolowym?
- Ech, śniegu tyle nasypało - mamrocze kościelny. Obok nas boksuje czarne audi, które ktoś nieopatrznie zostawił na oblodzonej, zabielonej części parkingu. - Ktoś odśnieżył dwa miejsca na dwadzieścia, widzę…
- Ta, no, schon gemacht, moje i biskupa - potwierdzam.
- …WICHER GWIZDA: ROBERT PIZDA…
- Tak że tak.
- No.
- Znalazłem! - Michał wypada przed zakrystię i macha mi przed ryjem swoim ukochanym pękniętym telefonem z androidem i lambadą. Rozciągam usta w poziomej linii i wywracam oczami, ignorując obszerne wyjaśnienia pełne skrytych przeprosin.
Tak, owszem, to ja sprzątam zakrystię.
Piotr dobrze wie, że mam korbę na punkcie porządków. Ministranci też wiedzą.
Nawet pierdzik wie, niech go biskup potrąci, będę tam sprzątał przez kolejne dwa lata.
- Dobra, nic się nie stało - rzucam. - Idź mi zobacz w kościele, czy są poduszki na klęczniku przed amboną. Po pasterce zawsze ktoś zostaje.

#
- Tak, moi drodzy - rozkładam ręce, wiele wysiłku wkładając w odgrywanie zaangażowanego. Jestem zaangażowany, lubię kazać z ambony, ale grać też muszę, bo zwykle nie widać po mnie niczego prawie poza zmęczeniem - w istocie żadna z tych rzeczy nie jest tak ważna, jak sam rdzeń naszej religii i przesłanie symbolizowane tym dniem; kochajmy się. Bądźmy dobrzy. Przebaczajmy. Jak mówił…
- …patrz, kurwa, jak mu zawiewa tę sukienkę. Adidasy z najka nosi.
- He, he, zawiewa, bo przeciąg.
- Wyciąg! Raz raz raz e to hardbass.
- Nie będę wyciągał, w kościele nie wypada…
Wypuszczam powietrze nosem i gubię wątek pośrodku zdania. Rudy model gopnika w granatowym dresie z ortalionu i jego siwy kumpel-kryminał siedzą w pierwszej ławce (pani Irenka wciąż morduje mnie wzrokiem za to, że ich nie wyrzuciłem, bo zajęli jej dedykowane miejsce dla najbardziej zasłużonej i najwierniejszej parafianki roku 2013).
Pierwsze dwa rzędy sukcesywnie wykruszały się przez całą pasterkę, rażone bronią chemiczną w postaci zapachu przetrawionego i nieprzetrawionego (a także destylowanego i niedestylowanego) alkoholu, co z jednej strony napawało mnie dumą (skoro karpackie towarzystwo czuło, to znaczy, że w większości samo nie spożywało), a z drugiej dobijało (skoro Rudy czadził jak wiadro bimbru, to ode mnie z ambony na pewno nikt by nie czuł).
Kaszlę katolicko, żeby zebrać myśli.
- O NA ZDROWIE POPOWI DOBRODZIEJOWI- rzuca gopnik w ciszy.
Dostaję katolickiej gruźlicy.
W czwartej ławce spizgany gimbus strzela balonem z gumy, w piątej ojciec Hubercika klnie do Ruskich, w szóstej ktoś mi bębni w drewnianą ławkę i wygrywa metalowe melodyjki, a w ostatniej siedzi ten beznadziejny, skrzywdzony Werter, który prawdopodobnie nie odróżnia kazań od ogłoszeń parafialnych.
Coś mnie drapie w płucach, gdy ocieram łzy, i myślę, że to może być Szatan.
Albo te cztery Pall Malle sprzed godziny.
Ewentualnie tabaka.
Katar człowieka łapie na zimę, trzeba walczyć z zatkanym nosem. Przecież nie będę wciągał pieprzu.
Pieprz też drapie, swoją drogą, sprawdzone info.
Prostuję się, uciszam wiernych łagodnym gestem i gdy nabieram powietrza, by wreszcie skończyć tę farsę, pod klęcznikiem obok zapala się ekran Samsunga.

#
- Naprawdę, naprawdę księdza przepraszam…
Siedzę na ławce pod plebanią, jaram i dociskam dłoń do czoła, próbując się przy tym nie trząść.
- Ksiądz wie, że to nie specjalnie…
Tak. Wiem. Ja wiem wszystko, mój drogi Michale.
Wiem już, jak gopniki tańczą przy lambadzie i jak mdleje pani Irenka.
Wiem, jak wygląda zszokowany Czachowski, gdy w trakcie masowej ewakuacji ktoś pyta go, czy nie poskąpiłby krwi do drewnianego kubka.
Mam nadzieję, że jednak poskąpił, bo koleś w płaszczu wyglądał na równie pojebanego i razem mogliby zaburzyć równowagę wszechświata.
- Już się ksiądz nie martwi, nikt nie będzie pamiętał na Wielkanoc…
Ja. Ja będę pamiętał.
Umrę z tym wspomnieniem.
- A na TVP2 jest powtórka z Marylą Rodowicz…
O. Tyle dobrze.
- I chcą pana podwieźć saniami.
- Kto? - odrywam dłoń od twarzy. Daleko na parkingu machają do mnie Rosjanie. - Oni?
- Tak.
Kiwam głową i strzelam kiepem, żeby się odbił jak zawsze od kubła.

#
Czy się waham, pytają pod moim blokiem.
Nie, panowie. Ja się nie waham. Ja tylko myślę, które ubrać dresy.
Syberia czeka.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 25 grudnia 2017, 13:14

Z całą admińskością - pierwsza część specjala :D
Poza małymi nawiązaniami, główny gość specjalny stąd:
SpoilerShow

To była dość niespodziewana ciemna strona jasnej strony - że jeśli już zrządzeniem losu wylądowało się wśród "tych dobrych" wszyscy oczekiwali, że będziesz zachowywać się jak ten dobry, lubić te same rzeczy i ogólnie prasować spodnie w kant.
- A pierdolcie się! - warknął Jurij, kiedy po raz czterdziesty dziewiąty usłyszał, że tak zajebiście będzie się spotkać razem przy świątecznym stole, złożyć sobie życzenia i wymienić upominkami.
Z upominkami jeszcze by dał jakoś radę - nigdy nikomu nie zaszkodził porządny granat na wyposażeniu, a czasy zawsze były niepewne - ale jakie, kurwa, składanie życzeń?! Jakie, kurwa, siedzenie przy wspólnym stole?! Jakie, kurwa, zajebiście?!
Im więcej zapewnień o tym, że będzie fajnie, słyszał, tym bardziej był przekonany, że okres Bożego Narodzenia to doskonały czas, żeby się ewakuować i załatwić pewne sprawy z przeszłości. Przynajmniej nikt mu się nie będzie pod nogami plątał, bo wszyscy zajmą się wpierdalaniem ciast i czekaniem na grubasa w czerwonych majtach, a on zyska pewność, że przypadkiem się komuś nie odmachnie i nie uszkodzi jakiejś osoby, która - dajmy na to - w pozostałe dni roku była nawet całkiem znośna i akceptowalna. Mógłby jeszcze nieco żałować utkniętego w czyimś oku widelca.
Tak zatem spakował trochę bagażu podręcznego i kanapek na drogę w świąteczną reklamówkę z supermarketu i ruszył na lotnisko, mając nadzieję, że już za parę, paręnaście godzin jego jedynym towarzystwem będzie idiotycznie wyszczerzony renifer z nadruku na foliówce.
EKHM!
No dobrze, i jedna taka cybernetyczna wilczyca, która akurat chciała zostać, bo nie istniało lepsze pole do popisu, jeśli chodzi o te niby uszczypliwe komentarze, jak podobne spędy. Poza tym Wolborg liczyła na sporą towarzyską katastrofę, jakieś mordobicie, wsadzanie sobie choinek w dupę i rzucanie roladkami. Sprawiała wrażenie dość mocno niepocieszonej, że ją to ominie, nawet jeśli alternatywą były dwa tygodnie spokoju w ciszy, spokoju i uczciwej temperaturze poza skalą europejskich termometrów.
Z drugiej strony poczytywała to za dość jednak budujące, że dogrzebawszy się w przechwyconych dokumentach swoich akt, Jurij postanowił tak po prostu odwiedzić miejsce urodzenia. Ivanow, który działał, zamiast siedzieć, gapić się przed siebie i myśleć, co mu zresztą nie za dobrze wychodziło, był Ivanowem, którego znała i rozumiała.
A zresztą i tak nie miała niczego do gadania.
Wiocha, w której doszło do tej pomyłki natury, felernego układu gwiazd i zemsty otrutego kaszą pradziada, nie zaznaczono nawet na mapie, a miejscowi przedstawili w sumie trzynaście i pół sprzecznych wersji. I pół, bo słysząc kolejną, Jurij nie wytrzymał i grzecznie zasugerował zamilknięcie, a potem poszedł po prostu mniej więcej na azymut. Trudno powiedzieć, co sprawiło, że trafił na grupę ukrytych w środku tajgi chat, z których trzy znajdowały się w kompletnej ruinie, a cztery w niekompletnej, to znaczy uszczuplonej o to, co przydało się do naprawy dwóch ciągle zamieszkanych. Może było to szczęście, może pech, a może po prostu ciągnął swój do swego, bo wchodząc do osady, Ivanow spotkał tylko podejrzanie podobnego wilkowi kundla i dwóch staruszków, którzy wprawiliby w zdumienie każdy alkomat świata.
- A nie, stąd to już wszyscy spierdolili! - oświadczył jeden z nich, gdy wreszcie skupił się na tyle, by zrozumieć pytanie. - My zostali i nasz sabaka.
Wolborg zachichotała, więc Jurij kazał jej stulić mordę.
Dziadki z psem w sumie i tak mieszkali w jednej chacie, więc drugą Ivanow miał całkowicie dla siebie. Proponowali wspólne picie, ale nie po to uciekał od ludzi, żeby teraz dać się wciągnąć na głębszego, więc powiedział, że wpadnie później.
Wpadł do chaty i chciał natychmiast zamknąć się na cztery spusty, ale przypomniał sobie, że to Syberia, więc na próżno szuka w drzwiach jakiegokolwiek zamka. Rzucił reklamówkę w kąt, zmierzył wzrokiem całkowicie wygasłą kozę i stwierdził, że nie będzie w niej palił. Po ostatnich miesiącach miał już dość ognia prawdopodobnie do końca życia, zresztą Miguel należał do tych osób, od których najbardziej chciał się w świątecznym czasie odizolować i której składania życzeń najbardziej nie potrafił sobie wyobrazić. Nie to, żeby się kłócili. Gdyby byli na wojennej stopie, byłoby znacznie łatwiej. To nic trudnego, splunąć: Oby ci, kurwa, ość w gardle utknęła.
Jurij podumał chwilę, po czym udał się do napuchłej szafki pociągniętej bladoniebieską, niemal całkiem złuszczoną farbą. Nie pomylił się - cała była wypełniona dziadkowym urobkiem, ciemnawym i nieco mętnym, ale zapewne przepalającym gardło w sposób niepowtarzalny. To bowiem, że Ivanow nie zamierzał chlać z dziadkami, nie oznaczało bynajmniej, że nie zamierzał chlać w ogóle.

*

To nie tak, że żałował swojej decyzji. Nie tak, że zastanawiał się, co by było, gdyby jednak został i zmusił się do tych paru słów i uściśnięcia dłoni. Wcale nie.
Ale świerk sobie mógł w kącie chaty postawić, bo w sumie dlaczego nie. I nawet mógł powiesić jakieś bombki, z których większość - o dziwo - była wcale niewybuchająca, bo służyły za nie opróżnione butelki po księżycówce. Co więcej, Jurij zdobył się nawet na to, żeby pociąć nożem na paski reklamówkę z reniferem-idiotą i zrobić z niej anielskie włosy.
Kiedy skończył, stanął w pewnej odległości, wziął się pod boki i zmierzył swoje dzieło krytycznym spojrzeniem, a potem uznał, że to najzajebistsza choinka, jaką widział, pociągną z butelki i podsumował uroczystym:
- No.
Nie ma światełek, zgasiła go Wolborg.
- Pysk stul - odwarknął. - Nie znasz się.
Oni mają światełka. To znaczy pewnie już nie mają i ktoś wisi na kablu, ale ogólnie to mieli.
- Stul pysk, powiedziałem!
Ależ ty nerwowy. A ja myślałam, że jedziesz koić nerwy czy coś.
Jurij ścisnął mocniej butelkę z zamiarem przypierdolenia w ten głupi ryj, ale w porę ogarnął, że musiałby przypierdolić sobie. Zresztą niespodziewanie otworzyły się drzwi do chaty i to mimo faktu, że Ivanow przesunął pod nie stół. Już myślał, że to któryś z zdesperowanych dziadków, ale kiedy się odwrócił zobaczył coś, co chyba dziadkiem nie było.
Zmarszczył brwi z niejakim intelektualnym wysiłkiem.
- O kurwa - ocenił. - Umarłem. Jebaniutka śmierć!
Zjawisko w czarnym prześcieradle z kapturem odchrząknęło w pięść i rozejrzało się po chacie. W ręce trzymał latarnię świecącą w doskonałym kolorze denaturatu.
- Czy mam do czynienia z gospodarzem tego przybytku? - spytało męskim głosem i otrzepało płaszcz ze świeżego śniegu.
- Pierdolę, gdzie mi z tym śniegiem! - ryknął Jurij, bo śmierć czy nie, śmieciła mu na progu.
- I gdzie ja w ogóle jestem?
Na końcu świata, w kolebce abominacji, poznaj najbardziej zjebanego Ruska w galaktyce, podpowiedziała Wolborg, ale została zignorowana.
- A czemu mam, kurwa, odpowiadać? - najeżył się Ivanow i Bestia uznała, że to ten moment, w którym jednak dobrze będzie przejąć nad nim nieco kontroli, bo inaczej do końca zrobi to spirytus, a jeśli faktycznie stała przed nimi sama śmierć, to może jednak nie powinien za bardzo brykać.
Wolborg widziała, jak Robert potajemnie grywa w Simsy, budując tam zgodną rodzinę, idealne osiedle i perfekcyjne społeczeństwo, więc wiedziała, że ze śmiercią można negocjować, tylko trzeba być szybkim.
Hej, ty!, zaczęła więc. On wcale nie jest taki pijany, żeby od razu zdychać. W gorszym stanie go widywałam, serio, cztery promile to dopiero przebieżka, więc bądź tak łaskawa i zabierz swój cuchnący trupem tyłek... O kurwa, naprawdę śmierdzisz trupem... tam, skąd cię przywiało, jasne?
W odpowiedzi wilczyca usłyszała śmiech. Kobiecy, co ją jednak zaskoczyło, jako że nos, przekopawszy się przez różne zdechłe odory, ale w tym miał niezłą wprawę, zidentyfikował raczej Pana Śmiercia niż Panią Śmierć.
Co?, zawarczała niezadowolona, że robi się ją w idiotkę.
A nic, nic, trochę to było urocze, odpowiedział kobiecy głos, który ewidentnie nie dochodził spod kaptura.
- Z kim rozmawiasz, Żiro? - spytał typek w czerni i spojrzał na swoją latarnię.
Zaraz. Co, kurwa?
Jeszcze raz.
- Z kim rozmawiasz, Żiro? - spytał typek w czerni i SPOJRZAŁ NA SWOJĄ LATARNIĘ.
Wolborg nie potrafiła nazwać uczucia towarzyszącego myśli, że została wyśmiana przez ogrodowy lampionik, ale z pewnością nie było to uczucie ciepłe, a wręcz mogło konkurować w tej kategorii z całą zasraną Syberią i paroma podbiegunowymi przyległościami.
Tak po prawdzie to nie jestem żadnym lampionikiem, jasne? Jestem wiedźmą. Najpotężniejszą wiedźmą, o jakiej słyszano, tylko... w stanie pewnego zawieszenia. Zresztą ja przynajmniej mam jakąś fizyczną formę.
Wolborg zawarczała nisko, aż Jurij uniósł wargę i odsłonił zęby. Odziany w czarne prześcieradło Pan Śmierć wycofał się o pół kroku, nie tyle jednak przestraszony, co jakby tknięty przeczuciem, że ma do czynienia z istotą mocno nie poczytalną.
Bez obaw, Nean, uspokoiła go Żira, facet ma po prostu luźną piątą klepkę. Coś jak ja, tylko mniej stylowe.

*

- Syberia.
- Sybieria - powtórzył Nean prawie dobrze, za co i tak należało mu się uznanie, bo zrobił to po opróżnieniu połowy butelki, ale Jurij nie zamierzał podnosić ego jakiemuś spierdoleńcowi z dna piekła. - Nigdy nie słyszałem tej nazwy...
- To, kurwa, trochę słabo.
- Szczególnie mnie to nie dziwi - przyznał mężczyzna nazywający siebie Neanem z Czarnej Wody, choć w tym otoczeniu przez samą osmozę był już chyba bardziej z Czarnej Wódy. - Biała Równina robi takie rzeczy. - Odchylił się na krześle. - Mami, daje fałszywe punkty orientacyjne, gubi ścieżki i prowadzi w najdziwniejsze miejsca. O ile w ogóle pozwoli wędrowcowi przeżyć.
- Biała Równina? - Jurij podejrzliwie uniósł brew i sięgnął po kolejną dziadkową butelkę. - Więc tak to się teraz nazywa?
- Co? - Nieznajomy sprawiał wrażenie lekko zbitego z tropu.
- Mów wprost, że zaćpałeś, a nie pierdol o Białych Równinach - warknął Sabaka.
Odkręcił bimber i pociągnął wprost z szyjki. Nean miał dwie ręce, Bozia mu dała i nie ujebała, to mógł sobie otworzyć swoją własną butelkę. Zresztą i tak przelewał wszystko do drewnianego kubka, o który zdarzało mu się bębnić palcami. Dźwięk, jaki się wtedy rozchodził, przywodził na myśl tytanową odżywkę do paznokci. Blondie by wiedział.
- Wygląda na to, że nie do końca się rozumiemy, młody człowieku.
Młody człowieku? Jurij omal się nie zakrztusił i nie zmarnował uczciwego łyku dziadkowego dobra. Nie pamiętał już, kiedy ktoś nazywał go młodym człowiekiem po raz ostatni.
- Nie rozumiemy się - powtórzył lekko przeciągając głoski i znacząco pochylając głowę.
Ta mina i uniesione sugestywnie rude brwi działały na większość osób, zwykle powodując gwałtowne wycofywanie się ze stanowiska, ale nie na Neana i Ivanow nie mógł się już zdecydować, czy jest tym bardziej zaniepokojony, zafascynowany, czy może odczuwa w stosunku do nieznajomego jednak jakiś cień sympatii. Nawet bowiem, jeśli faktycznie był ćpunem, był też głupio odważnym ćpunem.
Albo to on - Jurij - tak się stoczył, że nie robił już na nikim wrażenia. Skapcaniał w tej otoczce ze sprakli i przyjaźni i tak mu się porobiło, że teraz szczerzył kły, a jakby rozdawał cukierki.
Ta wersja bardzo się Rosjaninowi nie spodobała, więc postanowił, że trzeba ją odkazić spirytusem.
- Tak wnioskuję, że się nie rozumiemy - skinął głową Pan Rzekoma Śmierć. Jakiś czas temu zdjął ten przeklęty kaptur i oczom Jurija ukazała się twarz bledsza niż jego własna, a to uważał za lekko niemożliwe. Może więc powinien potraktować to jako punkt na korzyść nieznajomego i prawdziwości jego naćpanych twierdzeń.
- Musiałem zrobić coś nie tak, składając ofiarę dla Boga Niedźwiedzia - dumał dalej Nean, głaszcząc w zamyśleniu szczupły podbródek i patrząc lekko zmrużonymi oczyma w ścianę. Ich kolor akurat się Jurijowi podobał, bo miał odcień butelkowej zieleni, a butelki zawsze kojarzą się dobrze, to wiadomo.
- Dla Boga Niedźwiedzia, aha.
Ale w sumie co on wiedział, jak tu żyli. Znaczy ten, z rok mieszkał w Siewierobajkalsku, a tam nikt nie czcił żadnych niedźwiedzi, a co najwyżej solidne focze ścierwo, smalec i - co tu kryć - butelki, ale teraz, zdaje się, zawędrował dalej w dzicz i może tu nadal przynoszono miodek jakiemuś dopasionemu Kubusiowi Puchatkowi z koszmarów. Nie powinien się wtrącać.
- Nie orientujesz się pewnie, młody człowieku, jak dostanę się stąd do Lamre?
Jurij zamrugał.
- Dokąd?
- Do Lamre - powtórzył Nean głosem przywodzącym na myśl skrzypienie drzew nocą na cmentarzu. – Miał mnie tam przywiać w pierwszy dzień zimy, już jestem spóźniony.
- To chyba nie w Rosji - ocenił Ivanow.
- Chyba nie - zgodził się z niepokojącym spokojem nekromanta.

*

Pili, a kobiety patrzyły na nich z pewnym politowaniem.
- Ten twój to taki trochę niekumaty, co? - Żira poprawiła nieco fiolet wokół siebie, bo jej zjeżdżał z płomienia?
- Że Jura? - zastrzygła uszami z kodu Wolborg.
- No a o kim mam mówić?
- Nie jest niekumaty, ja też nie wiem, gdzie jest ta cała Lamria, a wgrali mi całkiem sporo map. Po mojemu to raczej ten twój jest trochę pomylony.
Żira prychnęła niezadowolona.
- Jest, ale przynajmniej kulturalny i nie klnie, nie beka i nie pierdzi - zauważyła.
- Zapewniam cię, że pierdzi.
- Elegancko.
- Ty to go chyba jednak mocno lubisz. Ale serio - wilczyca zmarszczyła nos i nawet lekko pokazała kły, co uświadomiła sobie o ułamek sekundy za późno, ale na fioletowej nie robiło to chyba większego wrażenia. - Skąd wyście się urwali?
- Jak mówi Nean. Z Białej Równiny.
Wolborg postanowiła nie komentować, że właściwie jak okiem sięgnąć nic tylko biała równina i świerki.
- Też cię zaklął? - spytała niespodziewanie Żira.
- Co? Kto?
- Ten twój rudy. Ja, jak wspomniałam, byłam kiedyś wiedźmą. Całkiem nawet potężną. I zdecydowanie ze swoim ciałem.
- Albo ci takie przekonanie zaprogramowali. Poznałam takie jeże.
- Sama jesteś zaprogramowali - ucięła Żira, na co Wolborg prychnęła z godnością.

*

Tu było coś zdecydowanie nie tak. Jurij widział już wielu zawodników, w tym większość z nich rozłożył na łopatki, ale ten tu nekroalkoholik wprawiał w szczere zdumienie rosyjską do szpiku kości duszę Ivanowa chlejąc butelkę za butelką i nie odczuwając najwyraźniej żadnych skutków - ani tych przyjemnych, ani tych mniej przyjemnych. Może po prostu faktycznie wyszedł z jakiejś szafy i nie składał się z tutejszą wódą do kupy albo jakiś udział w całym tym szalbierstwie miało przelewanie do drewnianego kubka. Tak czy inaczej Sabaka już od jakiegoś czasu widział dwóch Neanów i trzy choinki, a niepocięty reniferek z foliówki kicał dookoła stołu, tymczasem czarne prześcieradło może i trochę pochyliło się nad stołem, ale chyba bardziej przygniecione atmosferą pijackich zwierzeń niż nadciągającym nieubłaganie sponiewieraniem.
O, albo to ta jego latarnia. Może chodziła na alkohol.
Że też nigdy na to z Kaiem nie wpadli.
- Ja sieee - zaczął Ivanow, ale usłyszał, że jest coś nie tak i podjął drugą próbę. - Ja się do tego nie nadaję - wyznał już bardziej wyraźnie. - Do bycia tym dobrym. To jest kurewsko nudne i ja pierdolę... muszę się myć, Nean. Regularnie! Przynajmniej raz dziennie! Gacie prać! Do chuja pana, ostatnio piłem bananową latte! Czy tobie się w ogóle w głowie mieści?! BANANOWA LATTE! - Chwycił pustą butelkę i z wściekłością cisnął ją o ścianę. Rozsypała się na setki kawałków, które zamigotały w alkoholowej mgiełce jak gwiazdki na świątecznej kartce.
Nekromanta pokiwał głową ze zrozumieniem. Sam z pewnym zażenowaniem wspominał szczęśliwie krótkie i nieznaczące epizody ze swojego życia, które niebezpiecznie zbliżyły go o jasnej strony mocy. Patrząc na załamanego rudego, z którego głową chyba było coś bardzo nie w porządku, skoro przytargał sobie świerk do chaty i poobwieszał butelkami, solennie obiecał sobie, że nigdy więcej nie popełni tego błędu i już nawet nie zbliży się do bycia dobrym.
- Poleciłbym ci karierę nekromanty - powiedział, stukając palce w kubek - ale chyba nie za bardzo lubię konkurencję. Mógłbym natomiast chyba zaoferować inne rozwiązanie.
- He? - Oczy o niemożliwie wręcz przekrwionych białkach podniosły się na niego powoli i Nean nie znalazł w nich ani krzty zrozumienia, a tylko małą bimbrownię.
- Mógłbym... zaoferować stanowisko wspólnika - perorował, delikatnie wzmagając stukanie o kubek. - No, wspólnika to nie jest do końca to określenie, o które mi chodzi, ale mogę zapewnić, że nie musiałbyś dłużej kłopotać się byciem dobrym. W ogóle nie musiałbyś się za bardzo niczym kłopotać. A ja mógłbym w gratisie dołożyć... powiedzmy... małe czyszczenie świata z tych, którzy cię w to wpakowali.
Rude brwi zmarszczyły się i do nekromanty dotarło, że chociaż wydawało mu się to niemożliwe, za tym zamglonym spojrzeniem ciągle jeszcze toczą się jakieś procesy myślowe.

*

- Na wszystkie ciemne moce - westchnęła Żira - a ten znowu swoje.
- Co: swoje? - zaniepokoiła się Wolborg.
- A, wiesz, takie tam nekromancie interesy, tylko że nikt się już na to nie nabiera. Spokojna twoja rozczochrana - dodała latarnia, widząc, że cybernetyczne futro zaczyna się nieco jeżyć. - I tak mu nie pozwolę. Tylko skończony idiota odprawiałby rytuały nad krwią z tyloma promilami. Przecież to wybuchnie jak bum cyk cyk!
- Jura sam nie pozwoli - zawarczała wilczyca i jak na komendę w tym samym momencie rozległ się wystrzał z broni palnej.
Ivanow wyciągnął z kabury przy pasku pistolet, ale dwie szafki dziadkowego bimbru musiały wpłynąć nawet na jego cybernetyczny celownik, w związku z tym jedyne, co osiągnął, to odstrzelenie czubka świerkowi.
Spojrzał na lufę zdziwiony, jakby nie pamiętał, bo co dobył broń, potem spojrzał na drzewko, ocenił, że całkiem, całkiem i opadł czołem na stół, a napoczęta ochmdziesiąta butelka wypadła mu z dłoni i potoczyła się po podłodze.

*

Nean zmierzył rozwalone trochę na stole, a trochę na krześle ciało. Wyglądało jak zwłoki po jakimś potężnym magicznym wybuchu, jednakże zwłokami jeszcze ewidentnie nie było - akurat na tym, jako nekromanta, znał się doskonale. Było to o tyle dziwne, że poprzedniego dnia rudzielec wlał w siebie tyle spirytusu, że powinien być już nie tylko całkiem martwy, ale też doskonale zakonserwowany od środka na przynajmniej pół wieczności i gotów do rytuału.
- Hm.
Tylko mi nie mów, że poważnie myślałeś o tym ścierwie, obruszyła się Żira.
- Poważnie. Coś ci się nie podoba? - spytał Nean tonem, który sugerował, że zwykłego babskiego marudzenia nie będzie brał pod uwagę jako poważnych argumentów.
Obiecałeś mi ciało! CIAŁO! A nie jakieś dziurawe pół-zwłoki! W dodatku, na bogów ciemności, Nean! Przecież on jest koszmarnie brzydki!
- Podobno liczy się wnętrze - wzruszył ramionami nekromanta. - A we wnętrzu byłabyś ty.
Po uszy zanurzona w spirytusie. Litości, Nean. Nie osłabiaj mnie tak więcej, bo pęknie mi szybka.

*

Jurij ocknął się z twarzą wciśniętą w stół i już przy pierwszej próbie odklejenia nosa od blatu rozpoznał u siebie bezbłędnie objawy kaca mordercy, więc wymacał butelkę i zabił sobie klina, a potem wyszedł na rozpadający się ganek, żeby zaczerpnąć nieco świeżego powietrza.
Może to jednak nie była aż taka zła opcja, jak mu się wydawało? Zostać w Europie, dać się wycmokać po policzkach i bąknąć parę razy, że wesołych, kurwa, świąt?
Siedząc na progu z opróżnioną w dwóch trzecich butelką w łapie i patrząc przed siebie na ośnieżone świerki, nie był już pewien niczego. A już najmniej pewien był, czy chce wracać do chaty i siedzieć z tym pomylonym ćpunem włóczęgą, twierdzącym, że przygnało go tu z jakiegoś fantasylandu i wymachującego gadającym lampionem. Jakby to dobrze rozegrał, nie musiałby nawet zbyt długo siedzieć w lakierkach i garniaku. Wystarczyłoby zamknąć Roberta w szafie, a z resztą by się dogadał.
Mówiłam, ale ty mnie jak zwykle nie słuchasz.
- Zamknij się.
Wiatr pizgał zimny jak sama dupa Dziadka Mroza, unosił w powietrzu drobinki świeżego śniegu - Jurij nawet nie zauważył, kiedy zaczęło padać - i zrobiło się jakoś tak wykrwiście smętnie.
- Uchlałem się na smutno - warknął ze złością Ivanow, zły, że w ten sposób marnuje dziadkowy bimber i wizytę w rodzinnej metropolii.
Może gdyby nie Pan Czarne Prześcieradło, w ogóle nie pomyślałby o tym, że tysiące kilometrów stąd ktoś bawi się może nieco lepiej i że może on sam też bawiłby się lepiej, gdyby nie spierdolił. Może więc zamordowanie Neana gołymi rękoma i rozwieszenie jego flaków na okolicznych świerkach mogło uratować te święta.
Normalnie to bym powiedziała: idź i skop mu kościstą dupę, ale z nim jest coś nie tak, Jurij.
Wolborg brzmiała dziwnie serio i choć Ivanow miał szczerą ochotę olać jej ostrzeżenia ciepłym moczem, to ten ostatni nieprzepalony alkoholem neuron nadal go przed tym powstrzymywał.
Po prostu wstał, otrzepał dupę i - nie pożegnawszy się - ruszył przed siebie mniej więcej na południe.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 29 grudnia 2017, 15:16

Specjala część II
Camea różne, poprzeczne i podłużne ^^

Przygotowania trwały od dobrego tygodnia i za nic na świecie nie dało się wytłumaczyć pani McGregor, że nikt nie oczekuje wystawnej kolacji na pięćdziesiąt dań, a po prostu spotkania z okazji Świąt, zanim przynajmniej część zainteresowanych rozjedzie się po całym świecie, żeby dotrzeć na czas w rodzinne strony. Johnny próbował perswadować matce, że równie dobrze mogliby siedzieć nad zamówioną pizzą, ale zrezygnował, gdy zobaczył, że jest ona gotowa wypędzić go z kuchni mokrą ścierą. A potem i tak nie miał czasu, bo rąbał drewno, jeździł po zakupy do miasta i ogólnie.
Nie to, że nie cieszył się na epicką wyżerkę i nie to też, żeby szczególnie podejrzewał innych o to, że będą czuli się zawiedzeni, gdy na stole wylądują mistrzowskie dania i ciasta z produktów z własnego gospodarstwa, ale jednak znał swoją matkę doskonale i wiedział, że jest gotowa nie spać po nocach, byleby zdążyć z całym menu, które zaplanowała.
Ta bitwa była z gruntu przegrana i choć próbował swoich sił, wiedział o tym tak naprawdę od początku.
Podobnie jak przegrana była z gruntu jego bitwa o Roberta. W końcu nie było to pierwsze spotkanie Jürgensa z Angusem McGregorem i znali już obaj nawzajem swoje pasje, a także wiedzieli doskonale, gdzie te pasje się krzyżują, pozwalając na wielogodzinne dyskusje. Jako głowy dwóch arystokratycznych rodów potrafili godzinami roztrząsać pojedyncze fakty historyczne i hipotezy, a ojcu ostatnio odbiło na punkcie znalezionych poszlak dotyczących powiązań McGregorów z Templariuszami.
Johnny - o ile więc nie siedział za kółkiem albo nie latał z siekierą - snuł się więc z kąta w kąt trochę znudzony, z kuchni wyganiany warknięciami już profilaktycznie, do bibliotek nie podchodząc w obawie przed śmiercią z nudów i kija w dupie.

*

- Chodź już. - Emily pociągnęła Miguela za rękaw może ciut bardziej stanowczo, niż było to faktycznie konieczne.
- Może jeszcze...
- Dobrze wiesz, że nie, a nie powinniśmy się spóźniać.
Lavalier westchnął i raz jeszcze spojrzał na tablicę przylotów, a konkretniej - York doskonale o tym wiedziała - na linijkę z lotem z Moskwy.
Jurij pewnie nawet przez moment nie pomyślał, że jego nagła decyzja pociągnie za sobą konsekwencje w postaci paru mocno zawiedzionych nadziei. Jasne, wszyscy spodziewali się pewnie równie mocno, co Emily, że gdyby zjawił się na świątecznym obiedzie u McGregorów, obiad ten szybko wymknąłby się spod kontroli i być może Johnny dostałby zakaz zapraszania kolegów na następne miliard lat, ale też pewnie równie mocno, co Emily, czuli, że obecność Rosjanina wśród nich byłaby tego zwyczajnie warta. Coś było mocno nie tak w wizji, w której zbierają się razem, a jego po prostu nie ma.
No ale on takich rzeczy nie ogarniał i zapewne przez myśl mu nawet nie przyszło, że ktoś potem będzie przez prawie dwie godziny do ostatniego autobusu stał w hali i gapił się na tablicę lotów w nadziei, że Sabaka magicznie wyskoczy z któregoś samolotu.
Emily przyciągnęła Miguela bliżej i objął ją odruchowo, zanim musiał puścić, żeby wziąć torby. Oczywiście nie mogła zastąpić mu Jurija i nawet nie chciała, bo każdy w tym układzie miał swoje własne niepodważalne miejsce, a ona na pewno nie zamierzała wskakiwać w miejsce ochleja i dzikusa.
- Czekają na nas - przypomniała. - A to była jego decyzja. Może tego potrzebował.
Miguel tylko skinął głową i nie odpowiedział.
- To pewnie dla niego też nie jest łatwe - mówiła Emily dalej, trochę nie wiedząc, po co to robi, bo przecież i tak nie mogła niczego zmienić, a z każdym kolejnym słowem wzrastała groźba, że powie coś nie tak. Może jej samej to pomagało, takie wyrzucanie na zewnątrz prawdopodobnych scenariuszy. - Zakładam, że chciał zostać z tym sam i dlatego wybrał taki moment. To Jurij. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że nam to zrobi jakąś różnicę.
- Właśnie - mruknął Miguel - pewnie mu nie przyszło. Tyle czasu, tyle się zmieniło, a jemu ciągle takie rzeczy nie przychodzą do głowy.

*

Choinka była olbrzymia i sięgała samego sufitu. Do jej przytargania z transportu i ustawienia trzeba było obu McGregorów oraz zawiadującego całą akcją Roberta. Potem Roberta na godzinę wymieniła pani McGregor, decydując, które bombki powiesić, a które już nie, gdzie i w jakiej kolejności, a potem pomagającą wyplątać się synowi z kilkumetrowego łańcucha lampek. Ledwie mu się udało, nim rozbrzmiał dzwonek do drzwi i w progu stanęli Emily z Miguelem - kompletnie ślepym, bo w zaparowanych okularach. Pani McGregor rzuciła się, by wyściskać synową i prawie, że trochę zięcia, a trochę pasierba, i nawet z tej radości zapomniała, że ręce ma całe w mące, ale tego dnia można było wybaczyć znacznie więcej niż ubrudzoną na biało garsonkę, której wybieranie trwało pół dnia, bo Miguel musiał przeciągnąć York przez wszystkie sklepy, jakie znalazł, żeby znaleźć tę właśnie jedną i odpowiednią, w dobrym kolorze i kształcie współgrającym z figurą. Po tym maratonie Emily była przekonana, że przewróci się i umrze od nadmiaru biegania i szczebioczących sprzedawczyń zapewniających, że we wszystkim wygląda doskonale, a potem wdających się w niemożliwe dyskusje z jej facetem. Ona miała dość po dwóch sklepach, on po trzech komplet propozycji pracy od zaraz.
Więc może nawet ta mąka sprawiła jej małą satysfakcję. Taką tycią. Nawet jeśli ułamek sekundy później została wytrzepana przez samą gospodynię.
Sama również przetarła swoje okulary, bo mimo super hiper megaszybek i tak nieco zaparowały. Wciągnęła powietrze głębiej w płuca z lubością niuchając parę zapachów, na które całkiem liczyła i jeden, na który nie liczyła, a wręcz przeciwnie, ale trudno. Po kilkunastu latach do pewnych rzeczy, w tym gotowanych flaków, można się było przyzwyczaić.
Wszedłszy do salonu, zmierzyła wzrokiem choinkę. Wiedziała, że jak co roku jest przywożona ze specjalnego miejsca stanowiącego przekazywaną z pokolenia na pokolenie tajemnicę. Opowieści mówiły o dwóch braciach mieszkających tam w drewnianej chacie i broniących świerków zajadle. Ponoć niejeden marynarz wylądował już z podbitym okiem, ale szkoccy górale mieli swoje sposoby. Do tradycyjnych w tym domu owiec z waty wiszących na gałązkach oraz ganiających za nimi piernikowych owczarków, dołączyło w tym roku parę papierowych świnek. Emily podejrzewała, że jest w stanie zrekonstruować bieg wydarzeń, który do tego doprowadził.
Prócz tego tegoroczną choinkę różniła od ubiegłorocznych również ilość paczek i paczuszek zgromadzonych u jej stóp, do których z niekłamaną radością pięciolatki Amerykanka dołożyła swój wkład. Szczególnie dumna była z Rozwalacza Tysiąc dla Johnny'ego, bo zaiste nie było łatwo sprowadzić prezent z tak odległych zakątków uniwersum.

*

Robert przyznawał się do tego przed sobą niechętnie, a przed innymi w ogóle, ale w całej tej świątecznej otoczce było coś lekko rozczulającego, na czego urok nie był do końca odporny. Rozbrajały go te koślawe, pulchne Mikołaje, cukrowe laski i stroiki, trochę przypominały czasy, gdy on sam, a potem jego dzieci, choć krótko, wycinali z kolorowego papieru proste ozdoby i wieszali je na wieńcach oraz choinkach rozstawionych po całej ratyzbońskiej rezydencji. Żadne święta nie mogły się bez tego obyć i gdy młodzi już znudzili się zbyt dziecinnymi zabawami, Robert potajemnie sam kupował barwne tekturki i ustawiał na biurku w gabinecie własnoręcznie sklejony stroik.
Posiadłość McGregorów zdawała się w całości tchnąć tym duchem, ale w sumie czego innego Jürgens mógł się spodziewać? Rodzice Johnny'ego byli niezłomnymi strażnikami tradycji i choć jemu samemu nie zawsze się to podobało - zwłaszcza gdy był młodszy i musiał dzielić czas na zajęcia sportowe z obowiązkowymi lekcjami gry na dudach - w głębi serca też z pewnością to doceniał.
Robert dyskretnie poprawił ustawienie jednego ze świeczników, zmrużył oczy, ocenił symetrię i przesunął go jeszcze nieco w lewo. Tak, teraz było lepiej, choć faktu, że na prawym kokardka była odrobinę większa, a liści ostrokrzewu pięć, a nie cztery, nic nie mogło zmienić. Jürgens odwrócił się od stroików, próbując zignorować tę niedogodność.
Ledwie to zrobił, Miguel znów nie wyrobił, wpakował się na komodę i zachwiał jednym ze stroików, oczywiście całkowicie niszcząc tę niemal doskonałą harmonię.
- Przepraszam - wymamrotał, chyba niepewny, czy na kogoś nie padł, i Niemiec usłyszał odgłos macania po meblu. - Robert? Nie widziałeś gdzieś moich okularów?
Sekretarz generalny westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią, a zaraz potem naszła go niepokojąca refleksja, że skoro Miguel ledwie widział, nie powinien był go chyba rozpoznać.
- Nie - odparł więc najpierw, jak kindersztuba nakazała, ale zaraz potem przeszedł do spraw rzeczywiście istotnych - Skąd wiedziałeś, że to ja?
- Nie wiem - przyznał Lavalier. - Bo jakoś tak stoisz.
Robert przechylił głowę z zaciekawieniem.
- Jakoś tak. - dopytał - to znaczy jak?
- Jakbyś kij połknął, a potem jakby ci wlali betonu do gardła.
Miguel powiedział to tonem zupełnie niewinnego spostrzeżenia, jakby nie miał na myśli niczego zdrożnego, a już na pewno nie obrazę sekretarza generalnego, ale przecież Robert wiedział swoje. Nie mógł ufać nikomu i pierwsze, co zrobił, przy poprawianiu ustawienia świeczników, to sprawdził, czy w stroikach nie zamontowano podsłuchów. Nie to, żeby podejrzewał rodziców Johnny'ego o niecne plany, ale przecież mogli zostać zastraszeni lub przekupieni. Zwłaszcza wobec tajemniczego zniknięcia Jurija na parę dni przed zaplanowaną imprezą. Zostawił co prawda kartkę w kuchni z obrazkowym wyjaśnieniem co i jak, ale Robert, Miguel i Rei długo spierali się nad odpowiednią interpretacją listu. Pierwszy z nich uważał, że to wiadomość o porwaniu i żądanie okupu, drugi, że Jurij trochę się spóźni, ale w głębi serca obiecuje wielką niespodziankę i przebierze się za Mikołaja, a trzeci, że Rusek po prostu spierdolił.
Panowie nie doszli co prawda do konsensusu, ale Robert i tak miał mocno umotywowane podejrzenia, że ma rację. Z jego domu w końcu zostały już uprowadzone szwedzka paprotka, kolekcja winylów i paczka parówek cielęcych. A także opakowanie malinowej herbaty, ale to akurat najpewniej zawdzięczał wizycie pewnego dalekiego krewnego z Torgau, który był co prawda katolickim duchownym, ale święcenia dostał chyba przez przypadek, a dla cudzej własności nie miał żadnego szacunku. Nie to, żeby Robert go nie lubił, bo gdyby go nie lubił, nie pozwalałby mu biegać po rezydencji w dresie, ale jednak. Mógłby chociaż powiedzieć.
- O! Mam! - dotarł do niego triumfalny okrzyk. Miguel wcisnął sobie okulary na nos i rozejrzał się, by określić położenie. - Robert? - Zmarszczył brwi. - Te stroiki stoją trochę krzywo, czy mi się wydaje?

*

Aż wreszcie po serii powitań, pogaduszek w podgrupach i szybkiej wymiany plotek, wszyscy przeszli do skomplikowanego procesu składania życzeń, które w wielu wypadkach ograniczyło się do nieśmiałego burczenia paru słów i niepatrzenia sobie w oczy. I Robert szybko ogarnął, że jako jedyny przygotował miniprzemówienie dedykowane każdemu z uczestników kolacji, a jedyne, na co może liczyć w zamian, to ciche "I tobie też", nawet jeśli życzył wysokich zbiorów wełny w nadchodzącym sezonie. Ale jednak wystarczyło, że raz ktoś go poklepał w rękaw, a drugi raz dyskretnie smarknął w rękaw, i Niemiec był już pokonany. Oczywiście nie okazywał wzruszenia zanadto, bo byłoby to krępujące, ale w środku westchnął ze trzy razy i dyskretnie otarł zewnętrzny kącik oka.
- Zapraszam do stołu, najmilsi - pani McGregor zabrzmiała trochę, jakby wzywała klan do obrony pastwisk, a potem zniknęła, by wrócić z parującym półmiskiem.
Pachniało dziwnie, wyglądało jeszcze dziwniej, ale gospodyni była wyraźnie zadowolona ze swojego dzieła, a jej uśmiech był tak zaraźliwy, że po chwili uśmiechali się już prawie wszyscy, choć niektórzy nieco boleśnie. Postawiła półmisek na stole i parę uśmiechów zbladło, kiedy wielkie szare coś znalazło się bliżej. Miguel poprawił okulary, Emily poprawiła całą siebie, jakby powstrzymując odruch ucieczki. I tylko z kąta w którym siedzieli pan McGregor oraz jego nieodrodny syn powiało pewną dozą entuzjazmu.
- Czy to jest...
- Haggis - dokończyła pani McGregor i wyjęła zza fartucha ogromny nóż, który równie dobrze mógł służyć do podrzynania gardeł wrogom i przynajmniej parę osób przy stole pomyślało o tym, że właściwie chętnie zostałoby na moment jej wrogami, byleby uwolnić się od tego mdlącego zapachu i nadciągającej degustacji. - To co, rybeńki? Kto pierwszy?
Na trzy sekundy zapadła pełna napięcia cisza, podczas której dwaj pozostali Szkoci czekali z grzeczności na reakcję gości, aż wreszcie najwyraźniej nieświadomy pułapki Miguel wyciągnął swój talerz.
- Ja poproszę - powiedział, uśmiechając się szeroko.
Nad stołem przetoczyło się kolektywne amerykańsko-niemieckie westchnienie ulgi, a potem dwa jęki, gdy do gości dotarło, że wyrok został odroczony właściwie tylko na parę minut. Robert postanowił salwować się ucieczką w nadziei na to, że zdąży zająć strategiczną pozycję, nim ktoś wspomni o jego talerzu. Wpadł na genialny pomysł, nagłe olśnienie godne taktycznego geniuszu.
- Przepraszam na moment - powiedział, wstając ostrożnie od stołu. - Pomyślałem, że może dołożę się nieco do świątecznej atmosfery odpowiednim wykonaniem muzycznym.
- Będziesz śpiewał? - spytał Johnny z mieszanką fascynacji i przerażenia.
- Nie - odparł ostrożnie Robert, zaskoczony tym nagłym wybuchem entuzjazmu, bo nie sądził dotąd, że McGregor wie o jego przeszłości w chłopięcym chórze katedralnym i lekcjach gry na pianinie pięć razy w tygodniu. - Ale zabrałem ze sobą płytę ze świątecznymi utworami autorskimi i kolędami znanego i popularnego ostatnio w Niemczech wykonawcy.
- Odróżnimy to od nagrania karabinów maszynowych z poligonu? - mruknęła kąśliwie Emily, chyba nieszczególnie kłopocząc się tym, czy ktoś ją usłyszy.
- Odtwarzacz jest tam - ucieszyła się uprzejmie pani McGregor i wskazała sprzęt wyglądający bardziej jak miniaturyzacja konsoli statku kosmicznego z jakiejś powieści Strugackich, a małe srebrne litery układały się w wyraz "MAKSYM".
Robert podszedł do odtwarzacza, odkrył, że ma on funkcję grania w szachy, po czym dzięki cierpliwości i sumienności znalazł miejsce, w którym należało umieścić płytę. Zwlekał jednak jeszcze chwilę, aż szczęk naczyń i cichy jęk za plecami nie powiedziały mu, że Emily dostała swoją kopiastą porcję haggisu.
- Smacznego - szepnął Jürgens nieomal bezgłośnie przekonany, że zagrożenie minęło.
Należało się jej. Szczęk karabinów. Akurat.
Robert odpalił płytę.
I istotnie usłyszał szczęk karabinów.

Święta są kolorowe
czadowe, odlotowe,
Rolf Stojke ci to powie
są ciasta i makowiec



Popłynęło z głośników ku zaskoczeniu zgromadzonych przy stole, a potem Johnny ryknął niepohamowanym, gromkim śmiechem aż do zakwiku.

Lampki się świecą na świerku
mam karpia w wiaderku
Loszki się za mną oglądają
Płaszcze i najki zdzierają


Robert zamarł ze zgrozy, a potem ocknął się nagle z porażenia i usiłował wyłączyć to paskudztwo, ale Maksym był sprytniejszy i pochował wszystkie przyciski z czerwonymi napisami STOP. Dobrze, że Natasza go teraz nie widziała.
- Nie, nie, zostaw! - poprosił Johnny. Rżał dalej, pokładał się na stole i ocierał łzy głębokiego wzruszenia z policzków. - Akcja dopiero się rozkręca!

One są takie gorące
Gorące są jak słońce
Śnieg topnieje
Ukulele


Coś zabrzęczało i dopiero po chwili dotarło do wszystkich, że to nestor szkockiego rodu upuścił widelczyk, a potem dołączył do syna. Płuca miał jak miechy, więc przynajmniej tyle dobrego, że we dwóch zdołali zagłuszyć dalsze wersy świątecznego rapu.

*

Patrzenie na tempo, w jakim znika haggis z Miguelowego talerza przyprawiało o zdumienie na wielu polach, ale jeszcze większe zdumienie budził szczery zachwyt na twarzy. Korzystając z nieuwagi pozostałych - zajętych wsłuchiwaniem się w niemiecką poezję śpiewaną - Emily przechyliła swój talerz i dobrodusznie podarowała mu również swoją porcję. Chciał podziękować, ale miał pełne usta, więc tylko machnęła ręką, żeby się nie męczył.
- Na zdrowie - dodała z uśmiechem, ciesząc się podwójnie, bo napchany mielonymi flakami Miguel pewnie nie będzie miał już miejsca na inne rzeczy.
Co oznaczało więcej dla niej.

*

Robert zdołał wreszcie pokonać odtwarzacz. Otarł z godnością pot z czoła po tym nieuczciwym, ale przynajmniej z jego strony honorowym pojedynku, który zakończył, wyszarpując wtyczkę z gniazdka.
- Musiała zajść jakaś pomyłka - wyjaśnił spokojnie, podnosząc się i z niezadowoleniem stwierdzając, że drżą mu kolana.
Już on się rozliczy z krewnym z Torgau.

*

Dla Emily było to jednak ciut za dużo. Szczerze lubiła wszystkich tych ludzi, a ponad połowę z nich nawet więcej niż lubiła, ale nagle, przy jednym stole, zajęci wspólną rozmową, zrobili się jakoś ciut za głośni i ekspansywni. W efekcie pani York fundowała sobie czwartą potajemną dolewkę ponczu, w nadziei, że może wreszcie zdoła dołączyć do rozbawionego grona i przestanie zwracać uwagę na nadmiar wszystkiego - zapachów, głosów, światełek, ozdób, wątków, które powinna śledzić, i rzeczy, o których powinna pamiętać. Coś jednak musiało być nie tak, bo jedyne, co czuła, to ciepło w nogach i opadające powieki. Senność jednak nie miała dość łaskawości, żeby zabrać ją od hałasu. Emily z nadzieją spojrzała na zegarek i jęknęła, bo wskazówki ewidentnie wskazywały dwudziestą dwadzieścia pięć, a to wciąż było trochę za wcześnie, żeby wymówić się potrzebą drzemki. Gdyby z kolei zbyt często i na zbyt długo znikała w łazience, czujna pani McGregor prędzej czy później przyniosłaby jej ziółek na niestrawność.
Szczęśliwie w miarę znikania żarcia zbliżał się czas wręczania prezentów, a zatem moment kulminacyjny, po którym będzie się już można wymknąć na ratunkowego papierosa albo dwa.
- Ośmioletnia - oświadczył z dumą pan McGregor i postawił butelkę na stole, na którym więcej było już papierów po rozpakowanych prezentach niż jedzenia, wyrywając ją ze starannie budowanego bąbla introwertyczności. - Z mojej własnej pracowni oczywiście.
Oczywiście.
Prezenty, błagała w duchu Emily, błagam, niech zaczną rozpakowywać prezenty. To ich zajmie.

*

Zaiste, prezenty ich zajęły.
- Rata-ta-ta-ta! - terkotał groźnie Rozwalacz Tysiąc we wprawnych rękach Johnny'ego, podczas gdy on sam przyjął strategiczne miejsce za oparciem fotela. Zdążył już ustrzelić dwa stroiki i poważnie ranić ciasto drożdżowe, ale bitwa wciąż nie była wygrana. Wróg przegrupowywał się i wzywał posiłki, a on został ostatnim zdolnym do walki. Tymczasem wprost na jego stanowisko zmierzała potwornie groźna modyfikowana genetycznie choinka rzucająca we wrogów bombkami i dusząca łańcuchem.
Miguel tymczasem od dobrych dwóch godzin puszczał po stole dwie drewniane świnki na sznurku, które terkotały radośnie, by w końcu stuknąć się ryjkami. Kiedy Emily zaczęła go niemal błagać, żeby przestał, chwycił za krawędź stołu z taką siłą i determinacją, że zabrzęczały wszystkie sztućce na talerzach, i zaczął się podnosić - trochę niepewnie i chwiejnie, ale, na szczęście czy nie, ostatecznie z sukcesem.
- A ty co? - spytała Amerykanka, mierząc go nieco zaniepokojonym wzrokiem z ukosa.
- Idę na plażę - oświadczył z pełną powagą, która jednak mogła wynikać tylko z faktu, że starał się wymawiać słowa wyraźnie i w odpowiedniej wersji językowej.
York zamrugała ciężko.
- Sorry - powiedziała, korzystając z faktu, że wciąż stał przy stole, jakby nie mógł się zdobyć na to, żeby oderwać od niego dłoni - może znasz okolicę lepiej niż ja, urodzony zwiadowco o sokolim wzroku, chociaż ja byłam tu miliard razy, a ty ze dwa, ale gdzie ty do cholery widziałeś tu plażę?
- Tam - Miguel wskazał kierunek, a dokładniej gablotę, w której stały zabytkowe dudy.
- Ach - York przewróciła oczyma, domyślając się, że powinna przeniknąć wyobraźnią przez ścianę - mówisz o tej stercie kamieni.
- No dobra - przyznał Lavalier powoli - drobny piasek nie jest mocną stroną okolicy, ale w święta zawsze chodzę nad ocean i już.
- Poza tym jest ciepło i słońce.
- Zwykle.
- No to spójrz za okno i zastanów się, czy coś ci w tym temacie może nie świta.
Miguel posłusznie skierował wzrok ku oknu, co oznaczało, że musiał się nieco obrócić i w efekcie omal nie stracił równowagi. Emily już mała go ratować - a raczej pozwolić się zwalić wspólnie przez ponad stukilową lawinę - ale okazało się to zbędne. Może faktycznie w święta cuda się zdarzają.
- No... - zastanowił się. - Pociemniało.
Emily westchnęła ciężko.
- Nie do końca o to mi chodziło - przyznała - ale uznajmy, że to też dobry trop. Zgubisz się i gdzie ja cię znajdę?
- W trawie - odparł Miguel z przekonaniem.
- O ile się nie utopisz. Nie umiesz pływać, w brzuchu masz dodatkowe czterdzieści kilo owczych flaków i pójdziesz na dno, zanim zdążysz powiedzieć "O kurwa, Emily znowu miała rację".
Wtedy rozległ się kolejny dzwonek do drzwi.
Parę minut po północy drzwi otworzyły się nagle wraz z podmuchem mroźnego wiatru, ale nie stanął w nich święty Mikołaj, a dwóch policjantów - jeden przystojny i jeden jeszcze fajniejszy, większy, szerszy i ogólnie trochę tlił mu się mundur - a między nimi zwisało jakieś nieszczęście.
- Przepraszam, czy to państwa własność? - spytał uprzejmie przystojny i na jego plakietce błysnęło dumne nazwisko SOKOLNIK, ale raczej nie miał na imię Borys, bo był za ładny.
- Ja pierdolę, jakie zadupie - przemówił Jurij ludzkim głosem. - A mówili: nie idź na piechotę.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: pierdoła saska » 03 stycznia 2018, 13:57

Speszal właściwy coś nie chce się dać skończyć i wychodzi wybitnie pierdołowaty, a to tymczasem powstało przy okazji xD Taki wypadek przy pracy.



W nocy zima nadciągnęła wraz z wiatrem znad Bałtyku, ale przyniosła ze sobą tylko mróz, błękitne zimne niebo i ani płatka śniegu. Dzięki temu spacer plażą w poszukiwaniu bursztynów miał jakiś sens, ale i tak nie było go niewiele. Stanowił raczej formę ucieczki i marną próbę spalenia części pochłoniętego przed południem jedzenia. Święta były cudowne i straszne. Lars miał wrażenie, że już przytył ze trzy kilo, a to był dopiero początek. Podejrzewał, że do nowego roku zmieni się w kulę i przestanie mieścić się w jakichkolwiek drzwiach, do Sztokholmu dotoczy się lub może spróbuje pokonać drogę morzem, bo z południa kraju na północ było całkiem sporo pagórków. W dół byłoby OK., ale pod górę? Zadrżał na samą myśl. Jedzenie zabulgotało mu w żołądku i podeszło wyżej, być może żeby również sztachnąć się zimowym szwedzkim powietrzem.
– Umieram – Lars jęknął cierpiętniczo.
Mewy jazgotały wściekle domagając się żarcia, którego nie mieli. Morze szumiało. Axel milczał.
– Nic cię to nie obchodzi?
–Umieraj. Na zdrowie.
Lars westchnął ciężko, ale dramatyzm szlag trafił, gdy jęk przeszedł w ziewnięcie. Kopnął kamień, ale nie wycelował i zarył butem w piach. To też z pewnością było z przejedzenia. Inaczej na pewno by trafił jak należy.
– Nienawidzę ci, Axel. Jesteś bez serca, choć to już wiedziałem, ale są święta, więc mógłbyś się postarać. Nie każę ci być fontanną radości, ale wiesz: troska rodzinna? To coś, co całkiem nieźle okazujesz młodej. Czemu jej zniszczona bluzka jest warta większej atencji z twojej strony niż moje umieranie z przeżarcia? – W zasadzie Lars doskonale wiedział czemu bluzka była ważna i czemu należało się pochylić nad smutkiem z powodu jej zniszczenia, wiedział też, że młoda jest dokładnie tym: młodą. On był niekoniecznie starym prykiem, ale z pewnością miał dostatecznie dużo lat, aby nie szukać w bracie pocieszenia i patania po główce. A jednak... Szukał i, co stwierdził póki co tylko w myślach, miał zamiar wydobyć z niego to współczucie, choćby miał w tym celu popieścić Axela prądem. Czasami sytuacja wymagała odpowiednich środków perswazji.
Zatrzymał się nagle wpatrzony w piasek pod swoimi nogami, jakby tkwiły tam te cenne bursztyny, na których poszukiwanie udali się we dwoje, bo młodej lało się z nosa trzeci dzień, a starszyzna nie kwapiła się do spacerów. Bursztynów jednak pod jego nogami nie było. Była zdechła krewetka niepięknej urody, na pewno niezdatna do spożycia i z całą pewnością martwa i Larsowe skojarzenia pobiegły drogą, którą nie powinny, ale zorientował się za późno, że w ogóle to robią. W jednej chwili widział krewetkę, w drugiej zwłoki. Zaklął. Cel, środki, cel – zamknął oczy i odetchnął głęboko, choć nagle zapragnął sam siebie kopnąć prądem, niestety to tak nie działało. Instynkt samozachowawczy był w nim silny i nawet wkładanie palców do świnki nie miało w jego wypadku sensu.
– Lasse.
– Hę?
Choć w sumie nigdy nie próbował robić tego w wodzie. Nie na sobie. Na innych… Spojrzał na morze. Na pewno było zimne jak jasna cholera, ale gdyby przemógł się i wlazł do niego, a potem...
– Ile masz jeszcze zamiar wpatrywać się w tę krewetkę?
– Hę?
– Nie ożyje od twojego patrzenia. Jest już martwa od jakiegoś czasu.
– Wiem. Mam lepsze od ciebie kompetencje do rozpoznawania trupów – warknął, ale nie ruszył się z miejsca.
Mógłby wejść do wody i spróbować przerobić się na świecącą ozdobę choinkową. O ile wcześniej by nie zamarzł. Oczywiście, że by nie zamarzł tak szybko. To był Bałtyk a nie ciekły azot, ale wizja miała w sobie pewien romantyczny dramatyzm, który przemawiał do Larsa. Zamarznąć i rozbłysnąć niczym renifer na dachu Gllimbergów.
– Lasse.
– Co?
– Przestań – ton Axela był twardy, słowo zabrzmiało zbyt głośno na pustej plaży.
– Dodałeś telepatię do swoich zdolności?
– Nie. Mam oczy.
A Lars miał ochotę ukręcić bratu kark, ale oczywiście nie miał szans, więc nie było sensu nawet próbować, acz z trzeciej strony sama próba mogłaby być satysfakcjonująca. Z czwartej strony były święta i nawet jeśli Axel miał zamiar być taki jak zawsze, to on sam mógłby wspiąć się na wyżyny dobra, wykrzesać z siebie świątecznego ducha i nie oddać się morderczej pokusie. Mógłby, ale nie był pewien czy naprawdę chce.
– To patrz pod nogi i szukaj bursztynów – warknął znowu, zamiast przejść do rękoczynów.
– Nie potrzebuję bursztynów, poza tym ty znowu o tym myślisz.
– Na pewno nie dodałeś sobie telepatii?
– Na pewno.
– Boże! Nie musiałeś odpowiadać. Czy ty naprawdę nie czaisz, kiedy pytania są retoryczne? A za to jak na złość milczysz w normalnej rozmowie i człowiek się czuje jakby gadał do ściany. – Zrobił krok w stronę brata. Dłonie zacisnął w pięści i doskonale wiedział, co zamierza zrobić i wcale nie był z siebie dumny, ale to było silniejsze. – I nie, nie myślę – kłamał. Dłonie zacisnęły mu się na kurtce Axela, bo przecież nie on sam podjął decyzję, żeby brać wyższego od siebie faceta za fraki. – A nawet jeśli, to nie twoja sprawa. Są święta. Wykaż się cholera jakimś zrozumieniem czy coś. Albo siedź cicho.
Spudłował, a kolejnego ciosu nie zdążył wyprowadzić. Dłoń Axela zacisnęła mu się boleśnie na nadgarstku. To tylko sprawiło że jeszcze bardziej miał ochotę bratu przywalić. Podciął go. Głupota, bo polecieli na niego. Zmarznięty piasek nie zamortyzował upadku. Ból sprawił, że na moment Larsowi pociemniało przed oczami, ale zareagował instynktownie. Wywinął się, obrócił i teraz to on był na górze. W myślach za to wyśmiewał sam siebie, bo oto całkiem niezły swego czasu lekarz, samobieżna ładowarka, dorosły, stateczny facet czasami może nawet aspirujący do zostania na stare lata stereotypowym flegmatycznym Szwedem, tarzał się po plaży w świąteczne popołudnie. Zawyłby, ale miał chwilowo inne priorytety.
– I co z tego, że myślę – wycedził. – Ty może też powinieneś. Tak od święta by ci nie zaszkodziło, wiesz?
– Wiem. Myślę. O tym, o poprzednim. Mam nieco więcej trupów na koncie niż ty... Mógłbyś ze mnie zejść?
– Nie. – Lars pojęcia nie miał czego się to jego nie tyczy, bo na pewno nie tylko pytania. Może trupów, ale tu nie zamierzał się kłócić i licytować. Nie, ni cholery i wiedział, że Axel ma rację, ale to było jeszcze za mało, aby go uspokoić. – Jakoś tego nie widać.
– A musi?
– Byłoby fajnie. Serio.
Axel milczał. Larsowi obraz świata przed oczami wrócił do normy, a mógłby nie, bo spojrzenie brata było skupione na nim i na prawdę wolałby o tym nie wiedzieć, bo zawierało nieco za dużo treści, jak na jego możliwości przetrawienia w tamtej chwili.
– Mogę spróbować.
– Zaraz naprawdę ci przywalę.
– Nie.
– Nawet, kurwa, tego na mnie nie próbuj, bo nie muszę nawet palcem kiwnąć, aby cię pokopało.
Na ile mógł, robiąc za ręcznik plażowy, Axel wzruszył ramionami i Lars nawet nie zapytał dlaczego. Tak, z takiego pokopania nie musieliby się tłumaczyć po powrocie. Oczywiście, Axel Larsen-Aarvik praktyczny nawet od święta. Tym razem Lars zawył, ale z brata nie zszedł.
– Oczywiście, że o tym myślę. Miła terapeutka na północy Norwegii nie wymaże mi tego z głowy i nawet nie wspominaj o Iverike. Nie chcę. Koniec. Ale... Szlag.
– Bredzisz.
– Wiem. Siedź cicho i daj mi pobredzić. Ale moje życie miało być takie cudownie proste, a potem się wszystko spieprzyło. I myślałem, że zabawy prądem, to już jest za dużo, bo to było... jest nienormalnie, ale jako dzieciakowi mi się to podobało. Potem było potem. Wiesz, że mój ojciec nic o tym nie wie. Nadal! Nie umiem mu powiedzieć. Nie słyszałeś co i jak mówił, gdy tabloidy snuły teorie o ludziach Carla. Że to bajki, bzdury, że gdyby to była prawda, to takich a takich nie powinno się odseparowywać – zakrztusił się, zaklął i przez chwilę milczał. – Powtarzam sobie, że był wystraszony tym wszystkim i to tak wyszło, ale nie wiem i przecież nie zapytam. A potem widzę jak twój ojciec z nim rozmawia. Jak z nim gra, bo on wie wszystko i jeszcze więcej. I... – odetchnął głęboko, bo zaczęło mu się robić nieprzyjemnie lekko. I ten oddech był tym, czego mu było potrzeba. – To bez sensu. Wracajmy.
Wstał i otrzepał spodnie. Axel jeszcze chwilę leżał na piasku i patrzył na niego.
– Tak – Lars jęknął – myślałem o tym, miałeś rację. Już nie myślę. Są święta, światu nie grozi nic większego, od wojny Stanów Zjednoczonych z Koreą Północną, a młoda będzie niepocieszona, jeśli nie przyniesiemy ze spaceru choć jednego bursztynu. Więc lepiej poszukajmy ich, nim odmrozimy sobie tyłki. Chodź.
Ale oczywiście nawet w święta los potrafił być wredny, bo czemu miałoby być inaczej.
Młoda powitała ich już w przedpokoju. Otulona kocem, w grubych, świątecznych skarpetach przestępowała z nogi na nogę i wpatrywała się w nich wyczekująco.
– Axel ma jeden – mruknął.
– A ty?
Prychnął i skupił się na rozsznurowywaniu butów.
– Lasse!
– On znalazł trzy krewetki i górną połowę dorsza – wyjaśnił spokojnie Axel, ale tylko głuchy nie usłyszałby nuty rozbawienia w jego głosie.
Młoda westchnęła wyraźnie rozczarowana i szurając wycofała się do salonu. Lars chwilę patrzył w ślad za nią, a potem wyprostował się i nachylił ku bratu.
– Jednak ci jeszcze raz przywalę później.– szepnął. – Nie znasz dnia ani godziny
– Święta?
– Walić święta – syknął i roześmiał się.
Był gotów znowu zacząć jeść.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: pierdoła saska » 05 stycznia 2018, 12:19

Ugh.
Podejście trzecie xD
Uwaga: rude świry i dużo mięska.



​Lotnisko było ciche, co z pewnością nie stanowiło normy, ale w śnieżny wieczór koiło nerwy i Jurij w zasadzie był zadowolony, że tu utknął. Nie łudził się, że w całości ominie świąteczne przyjęcie, ale przynajmniej los postanowił mu oszczędzić jedną noc bratania się, uśmiechania jak debil i prób nie zagryzienia nikogo. Zważywszy, że zaproszenie nie przewidywało odmowy, zawierało bilety lotnicze i wybór z listy planowanych potraw i trunków, to w zasadzie nie bardzo nie mógł się pojawić. I nawet tak bardzo nie było mu nie w smak pojawienie się. Tak, część z tych mord miał szczerą ochotę obić, ale znalazłoby się kilka, których zdefasonować nie chciał. Ba! Znalazłoby się parę takich, których stan chciał sprawdzić, czy aby kto inny ich nie obił czy coś, a wtedy niech się tylko dowie, kto się poważył, a jak go dorwie, to kawałki ścierwa zbierać będą od Władywostoku po Lizbonę (ale do istnienia tych osób Iwanow przyznawał się tylko przed samym sobą, tylko w myślach i zawsze po pijaku). Więc tak, był gotów polecieć do pieprzonego Stuttgartu, ale Dziadek Mróz miał nieco inne plany i sypnął takim śniegiem, że podziw brał. I tak to jego samolot stał gdzieś na płycie monachijskiego lotniska, a za wielkim oknem śnieg nie tyle co padał, a napierdalał majestatycznie.
Ziewnął.
Siedział na podłodze na wprost wielkiej, przeszkolonej ściany i patrzył na spadające białe płatki i na ogólną biel zalegająca na płycie. W zasadzie to na żółć, bo w świetle reflektorów nijak to nie miało związku z bielą, ale zaśmiał się z tego raz, jakieś trzy godziny temu i więcej już nie. Obok niego wznosiła się wieża z papierowych kubeczków po herbacie i gorącej czekoladzie, światło było nieco przygaszone, szanse na to, że magicznie lot do Stuttgartu jednak odleci przed świtem bliskie zeru. Tak przynajmniej twierdziła pani w obsłudze klienta, z którą nie zamierzał rozmawiać, ale piętnaście nachalnych telefonów z pytaniem czy już to zrobił i czy już się dowiedział przekonało go do zmiany zdania.
Byłoby mu tu naprawdę dobrze, gdyby od siedzenia na podłodze nie zaczynała go boleć kość ogonowa. Najwyraźniej starzał się, bo to była sucha, równa i raczej ciepła podłoga. Kiedyś uznałby ją za luksus, a teraz było mu za twardo i rozważał spróbowanie plastikowych krzesełek, ale te nie wyglądały specjalnie zachęcająco i człowiek był na nich bardziej na widoku, a tego nie chciał.
- Pijesz?
Kolejne ziewnięcie utknęło mu w gardle. Zakrztusił się, wywalczył oddech i łypnął na pytającego tak, że ktoś przy zdrowych zmysłach raczej spieprzyłby gdzie pieprz rośnie, ale znajomi Jurija Iwanowa w znamienitej większości w ten czy inny sposób wystawali poza ramki normalności. Nie żeby on oceniał. Jurij stworzył swoje własne ramki, gdzie lubił mieć tych znajomych. Nie miały nic wspólnego z normalnością, ale pozwalały planować i wiedzieć, gdzie ten czy tamten akurat będzie i jak bardzo zapałęta się pod nogami. Oczywiście zdarzały się sytuacje nie do przewidzenia i ta z całą pewnością do nich należał. Jurij nie musiał być orłem z matematyki, żeby wiedzieć, że prawdopodobieństwo takiego spotkania w tę konkretną noc jest cholernie, cholernie małe - ale jednak skończone.
- Co ty tu kurwa robisz? - wycedził.
Brooklyn uśmiechnął się promiennie. Wyglądał jakby ten uśmiech przykleił mu się do twarzy i bez skrobaczki do szyb nie było szans na pozbycie się go. Jurijowi działał on na nerwy. Tak bardzo zapewniał o dobrych intencjach i niewinności, że instynkt trzymał Iwanowa w dokach startowych. W dodatku ten uśmiech robiłby to przyklejony do każdej innej twarzy, a ta była szczególna i to ni chuja nie pomagało. Jurij miał do Brooklyna pewien specyficzny rodzaj szacunku. Gdyby musiał go do czegoś porównywać, to byłby to szacunek sapera względem miny. I to sapera, któremu już jakaś mina wybuchła zdecydowanie za blisko, a przy okazji kilka innych zmieniło kolegów w konfetti rąk i nóg strzelające na cztery piętra w błękit nieba. W dodatku ta konkretna mina miała mniej wspólnego z C4 czy czymś równie prostym, a więcej z bombą atomową.
Dwadzieścia pięter.
- Czekam. Odwołali mi lot do Stuttgartu i... - Kingstone wzruszył ramionami.
Postanowił nawet nie pytać czy chodziło o ten sam, co jego. Na pewno. Na sto pieprzonych procent, bo po ką inną cholerę byłby na tym lotnisku w ten dzień. Poza tym przecież na przyjęciu mieli być wszyscy, którzy nie zdążyli spieprzyć na drzewo, a skoro on, Jurij Iwanow, też miał tam być, to znaczyło, że nikt spieprzyć nie zdążył.
- A gdzie twój pancio? - Wycedził i zaśmiał się paskudnie; kolejny przepłaszacz natrętów (oczywiście nie zadziałał).
Uśmiech ani na moment nie spłynął z twarzy Brooklyna, ale też jasnym zrobiło się, że nie ma on zielonego pojęcia o kim Jurij mówi.
- Gdzie zgubiłeś Garlanda? - Zmienił dobór słów.
- Lotnisko temu. Doszło do overbookingu i szukali chętnych, którzy polecieliby kolejnym. Zgłosiłem się, bo w kolejce na ten właściwy był mężczyzna, który dość długo się nie kąpał i jeszcze miał poplamioną koszulę. - Uśmiech, i Iwanow obserwował to cholernie uważnie, nadal tam był, nadal wyrażał to samo, a za to głos wyrażał obrzydzenie i coś, czego Jurij ni cholery nie znał z autopsji i nie umiał nazwać. - Nie chciałem, aby okazało się, ze siedzi gdzieś obok.
Jurij ominął połowę słów i wyciągnął sobie esencję tej wypowiedzi: Brooklyn spierdolił Garlandowi. Nic dodać, nic ująć. Śmiech podszedł mu do gardła i wydostał się na zewnątrz. Poniósł się mocno wyludnionym terminalem wypełniając go od ściany do ściany i od podłogi po sufit. Gdzieś daleko kilka osób struchlało, przysypiający mężczyzna obudził się gwałtownie i spadł z krzesełka, a dziecko w końcu przestało domagać się czekolady i rozpłakało ze strachu. A Jurij śmiał się pełną piersią i z całymi pokładami wredoty i braku sympatii względem Garlanda. Ta noc zdecydowanie zyskała w jego oczach i z tego uradowania na chwilę zapomniał o pierwszym pytaniu. Przypomniał o nim sobie dopiero, gdy od śmiania się zaschło mu w gardle.
- Co niby mam pić?
Butelka brązowozłocistego płynu wynurzyła się z torby z logiem monachijskiego lotniska i Jurij nie musiał pytać co to jest. Bimber na myszach zawsze był bimbrem na myszach, nie ważne jak ładnie go opakowano. Nie znajdował się również na liście bimbrów, po które Jurij sam z własnej i nieprzymuszonej woli chętnie sięgał, ale darowanemu koniowi i tak dalej - nie pamiętał jak to szło, ale wiedział o co chodziło. Więc chęci i apetyt były. Pozostawał jeden strategiczny problem. Urżnąć się samotnie na lotnisku: jemu to nie wadziło. Gdyby ochrona postanowiła się przypieprzyć, to ochrony problem.
- To jak?
Co prawda nawet bez odrobiny szczęścia pewnikiem zdążyłby się zawinąć zanim sam miałby problem, ale to oznaczało zostawienie Brooklyna na pastwę okoliczności, a nie miał bladego pojęcia w jaki sposób spija się darczyńca. Jeśli o zgrozo na melodramatycznie, to mieliby obaj przepierdolone. Jeśli na wybuchowo - mogli nie dożyć poranka, a piękne lotnisko zmieniłoby się w piękny krater. Za wielkim wybuchem podążyłyby wielkie wyrzuty tych i owych kolejnego dnia, które to wyrzuty Jurij miał z góry w dupie. Istniało też skończone prawdopodobieństwo, że wszystko skończyłoby się wielkim niczym i w zasadzie wszystko wskazywało, że poprawna odpowiedź na pytanie Kingstone'a brzmi: no kurwa pewnie, że tak. A mimo tego nie był pewien. Zwalał to na święta i atakującą go zewsząd miłość, rodzinność, ciepełko i całe to kizi mizi lejące się z witryn sklepów, ekranów TV, folderów wciśniętych w oparcia foteli w samolocie i zapewnień załogi. Czuł się złamany przez ducha obecnych świąt, nie żeby zamierzał się do tego przyznać.
- Tobie się to nie kłóci z tabletkami?
- Nie łykam żadnych.
Uśmiech mówił: oczywiście, że nie łykam, naprawdę, przecież nie pił bym jakbym łykał, jestem niegroźny, miły, sympatyczny i do rany przyłóż i Jurij miał dość. Zacisnął pięści i zęby tak mocno, że nim wstrząsnęło, ale to oczywiście nie pomogło. Uśmiech nadal tam był i nadal wkurwiał. W dodatku Jurij odbierał sprzeczne sygnały, bo uśmiech sobie, a cała reszta sobie i czul przecież, że Irlandczyk ni chuja nie jest chodzącym szczęśliwym kwiatuszkiem.
- Weź się, kurwa, przestań uśmiechać. Wyglądasz jakby ci ten uśmiech do mordy przykleili na butapren.
- Ale-
- Bo ci ten uśmiech zaraz fizycznie zdefasonuję. Dobre limo i rozcięta warga czynią cuda dla wyglądu.
To nie było ostrożne. Tak nie postępowało się z minami, które mogły wybuchnąć, ale czasami człowiek musi. W sumie Jurij kiedyś znalazł minę na łące i ją zdetonował przypadkiem, a kończyny nadal miał wszystkie. Poza tym czasami człowiek musi. Ostrzeżenie było lepsze od przywalenia ot tak; tłumaczył sobie (do czego oczywiście też nie zamierzał się przyznawać).
Wbrew jego obawom uśmiech zniknął i zastąpiła go nijakość, ale nijakość była dobra. Pasowała i Jurij może nie odetchnął z ulgą, ale na pewno nieco rozluźnił mięśnie i kolejne słowa powiedział, a nie wycedził.
​-​ Daj tę butelkę.
Jedna na dwóch oznaczała, że nie będzie miał kaca. Zwykle miałby to w dupie, ale ta noc nie była zwykła i przeżywanie roztrajkotanej bandy z Saharą w gardle, młotami pneumatycznymi w głowie i sztormem w żołądku nie wyglądało jak rozsądny wybór. A nawet pieprząc rozsądek w jego sztywną, logiczną rzyć, nie brzmiało jak coś, co instynkt samozachowawczy by wybrał. A Jurij ufał swojemu instynktowi. Zazwyczaj. Bo instynkt również bardzo protestował przed chlaniem z Brooklynem, ale pewnych rzeczy się nie wybiera.
Pociągnął z gwinta.
- Obrzydlistwo - mruknął.
Irlandczyk najwyraźniej uznał to za zaproszenie, bo usiadł obok. Wyciągnął nogi przed siebie, oparł się o ścianę i wyciągnął rękę po butelkę. Jurij niemal zawahał się oddając ją, ale zanim niepewność przytrzymała mu rękę, zepchnął ją z powrotem na dno świadomości. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, zmienianie decyzji w ostatniej chwili było bardzo debilnym pomysłem. Takim akurat kwalifikującym się do: i urwało mu łeb. I takie historie Jurij znał z dzieciństwa. Nawet widział te łby.
- Hitoshi powiedział kiedyś, że powinienem się uśmiechać. Że to zapewnia ludzi o dobrych intencjach.
- Pierdolił.
- Ale-
- Gówno prawda i mam w dupie kto to powiedział. Wyglądasz jakbyś powyrywał muszce skrzydła i przymierzał się do wyrwania komuś czegoś jeszcze. Debil - nie doprecyzował kto. - A starszy Kinomiya to swłocz, którą należałoby utopić, choć pewnie ryby by się nim potruły, jakby go zeżarły. Albo by zmutowały. Jak nie chcesz, żeby zrobiło się nieprzyjemnie, to stul pysk na jego temat; proszę. - Ostatnie słowo wycedził.
- Przepraszam.
Iwanow warknął i wyciągnął dłoń po butelkę. Po czwartym łyku zaczynało to jakoś smakować. Nadal nie dobrze, ale to był mały postęp i Jurij postanowił go docenić.
- Udław się swoimi przeprosinami. Po prostu o tej swłoczy nie gadaj. I o Balkowie też nie. I Hiwatarim, kurwa proszę nie.
- Kimś jeszcze?
Łypnął na Brooklyna z wyrazem mordu na twarzy, ale nie, uśmiech nie powrócił, nijakość nieco może się ożywiła, ale bez przesady, a zatem pytanie było kompletnie szczere i to Jurija rozbroiło (nie żeby się zamierzał przyznać, co się działo na lotnisku w noc śnieżną i cichą miało na lotnisku pozostać). Spróbował sobie przypomnieć czy ktoś mu może mówił jak z tym konkretnym rodzajem świra należy postępować, ale pamięć zdecydowała się pokazać mu środkowy palec. Był zatem zdany na instynkt. Norma.
- Nie gadaj o wszystkich tych chujach, którzy myśleli, że mogą z nami robić co im się podoba i na tym zyskać, bo ci wrąbię.
- Dobrze. Kimś jeszcze?
- Wyjdzie w praniu.
- Wtedy mi wrąbiesz.
- Nie-
- Powiedziałeś, że-
- Weź mnie kurwa nie łap za słówka.
Brooklyn mruknął i po raz kolejny oddał mu butelkę. Mieli tempo adekwatne do smaku alkoholu, zadaniem Jurija. Oparł się mocniej o ścianę i pozwolił widokowi na płytę rozmyć się przed jego oczami. Śnieg nadal był żółty, teraz nawet bardziej, bo na krawędzi pola widzenia pałętały się nogi Kingstone'a w, jak zwykle, białych spodniach i podkreślały żółtość za oknem. Kawałek od ich cichego kąta szła jakaś kobieta, Jurij nie widział jej, ale za to doskonale słyszał uderzenia obcasów o podłogę. Na ekranie na lewo po raz enty wyświetlała się ta sama reklama elektroniki, którą to rzekomu musiał mieć on sam, albo ktoś mu znajomu i należało temu znajomemu ją kupić w prezencie.
Nie miał prezentów. Żadnych.
Szlag.
Przy trzeciej wymianie Jurij zorientował się, że coś jest nie tak. Nie żeby mu picie w milczeniu przeszkadzało. To też miało swoje plusy, ale akurat tej nocy nie miał w planie się urżnąć a nachlać. Subtelna, ale znacząca, jego zdaniem, różnica. A zatem gadanie było na miejscu. Było potrzebne. Instynkt zarzucił przynętę z whiskey w burdel jego pamięci i wywołał powidok przeczucia. Coś czym normalnie by się nie kierował, ale skoro instynkt mówił, to Jurij się nie sprzeciwiał.
- Możesz gadać - warknął. - Nie przywalę ci za pierwszym razem. Dam ostrzeżenie czy coś. W zasadzie o nich też możesz chcieć gadać, ale tylko jeśli masz zamiar podkreślić jakimi skurwysynami byli. Wtedy to balsam dla uszu.
Brooklyn zaśmiał się i w zasadzie wyjął mu butelkę z ręki. Przytknął ją do ust, ale nie napił się. Iwanow zastanawiał się ile będzie musiał czekać. Nie żeby mu to świństwo smakowało, ale może trochę i na pohybel kubkom smakowym.
- Wydawało mi się, że byli... OK. nie jacyś naj w którąkolwiek stronę. Pomogli mi. A raczej tak myślałem. Dałem się nabrać. Jak zwykle. Nigdy się tego nie nauczę. - Kropkę stanowiły trzy łyki z gwinta, zawahanie, i czwarty.
Jurij podparł się na dłoniach i podciągnął, bo zdążył znacząco zjechać po ścianie w przeciągu opróżniania butelki. Powiało mu to uchlaniową melancholią, a tę znał, choć nie koniecznie w rudym wydaniu, ale nie podejrzewał, żeby kolor włosów miał tu jakieś większe znaczenie.
- Po prostu nie ufaj nikomu - mruknął. - Żadna filozofia. I oddaj butelkę.
Zanim Brooklyn ją oddał pociągnął jeszcze jeden łyk. Lekko ciepły na starcie alkohol stał się już zupełnie ciepły i Jurij pijąc starał się go nawet nie smakować. Rozważał też ruszenie dupy i znalezienie czegoś do jedzenia. Pewnikiem wszędzie tu zdzierali z człowieka ciężkie pieniądze, ale on coś miał przy duszy. Kingstone pewnie też, skoro upolował jakoś flaszkę. Zerknął w bok i uśmiech wykrzywił mu twarz karykaturalnie. Z odmętów pamięci czknęło mu się czymś zasłyszanym, odbiło czymś innym i przepił obie te rzeczy.
- Albo pytaj - mruknął. - Ty też na te święta.
- Uhum. Garland uważa, że to dobre.
Gdyby miał wnioskować po tonie głosu, to uznałby, że Brooklyn ma to w dupie. Jurij chwycił się tego.
- Dobre, sprawiedliwe i kurwa szlachetne - prychnął. - Cały on. Nie wygląda na takiego, który obchodzi Boże Narodzenie.
- Nie obchodzi.
- Więc po ką cholerę chciał?
- Bo ja.
- I co, kurwa, gadasz zagadkami?
- Powiedział, że ja powinienem się wybrać, ale powiedział też, że może nie powinienem lecieć sam.
- Niegłupie. - Poczuł na sobie wzrok i niemal usłyszał cichutkie szczękniecie, towarzyszące szarpnięciu odciągu. - Zgubił cię i jeszcze nie zrobił dramy przez telefon? - płynnie przekierował temat z dala od siebie, taki był zdolny i przypiłby sam do siebie, ale Brooklyn dzierżył flaszkę z resztką obrzydliwie ciepłej whiskey.
- Mam wyłączony telefon. W samolotach trzeba-
- Jesteś na ziemi od dobrych iluś godzin.
Brooklyn wzruszył ramionami i wyzerował butelkę.
- Czyli gdzieś tam ten sztywniak robi innym dramę, że ty nie odbierasz, a ty tu chlejesz ze mną... chlałeś ze mną? - Roześmiał się za nim dotarło do niego, że gdy już dotrą, bo dotrą, nie miał co do tego wątpliwości, to jak się sztwniak dowie, to... wspomnienia podeszły mu zgagą zaprawioną alkoholem do gardła i beknął głośno. - Wiesz co, kurwa?
- Nie.
- Ja pierdolę... nie ważne. ​Weź do niego, kurwa, zadzwoń, a potem może poszukamy czegoś do żarcia i jeszcze jednej butelki, ale czegoś co nie wali szczurem.
Nie musiał ani patrzeć, ani nasłuchiwać, żeby wiedzieć, że ledwie się tylko to to połączy z siecią, to zostanie zsypane pierdyliardem sms-ów o nieodebranych połączeniach. Tak jakby znał to z autopsji. Syberia miała cokolwiek chujowe pokrycie i zasięg był rzeczą względną. Naładowanie telefonu też. Jego własna chęć odbierania również. Być może więc był nawet ekspertem w tej sprawie.
​​- BROOKLYN!!!
​Ogłuchł. ​A siedział obok i to nie jemu darli się do ucha.
- Nie, kurwa, królewna śnieżka - warknął.
Kolejne słowa przesączały się przez mgłę jego braku zainteresowania i skrobały go w mózg tym cholernym akcentem, który na trzeźwo był niestrawny, a po połowie butelki nie stawał się lepszy i Jurij bardzo starał się przestać zwracać na niego uwagę. ​​​Z​agapił się na śnieg za oknem.​ Białe (żółte) gówno już nie padało tak gęsto i cień szansy zamajaczył na horyzoncie, ale to mogły być auta na autostradzie, więc je zignorował. Posmakował językiem resztkę whiskey na podniebieniu i zmełł kilka​ ​epitetów. Czuł, że musi to przepić (albo dopić, rzecz względna w pewnym stanie) i choć podejrzewał, że wszędzie tu zdzierają z człowieka jak za zboże, to jednak czuł ten zew rosyjskiej gościnności. Nie ten w-mordę-cię-strzelę wyniesiony z klasztoru, ale ten podłapany później. W zasadzie jeszcze chwilę temu nie czaił, że w ogóle go tak podłapał i to z pewnością była wina bimbru na myszach i tego koloru, no... Zaśmiał się, ze skojarzenie, które nagle wykwitło mu wśród nieuczesanych myśli, i ni cholery nie pasowało do reszty. Nie pasowało nawet do kolorystyki jego priorytetów i coś się w nim buntowało jak jasna cholera (zapewne Wolborg, ale gadanie do siebie samego na lotniskach było złym pomysłem więc ignorował ją już jakiś czas; za długi) i na pewno zawartość butelki złapała go za mocno, bo nie powinien tak płynąć na tsunami myśli. A może to przez ten cholerny niemilknący głos z boku. Tak. Na pewno przez niego. Knebel, kurwa. Tam na miejscu też był środek nocy, a ten pewnie budził wszystkie okoliczne trupy. ​
- Daj mi ten cholerny telefon - wycedził i sam się obsłużył. - Morda - zaczął kulturalnie po rosyjsku - bo ci nogi z dupy powyrywam i każę ci je zjeść. - Tym pozyskał uwagę drugiej strony. Sukces którego nie powinien sobie gratulować, ale przecież były święta. - Morda - powtórzył po angielsku z najcięższym akcentem jakim umiał, bo czemu tylko on ma cierpieć. - Twoja zguba jest podchlana, ale żywa więc stul pysk i idź spać. I jeśli zadzwonisz choć jeszcze jeden raz, to ci tak wkopię, że cię matka nie pozna, a na dupie przez miesiąc nie usiądziesz, kapisz? Morda, kurwa, mówiłem. - I rozłączył się. - Tak to się robi. Jasne?
- Yhym.
Brooklyn patrzył na niego, opierając głowę na kolanach i nie uśmiechał się​​. Wzrok miał nieco rozbiegany, ale nie jakoś tragicznie i Jurij uznał, że jest pieprzonym geniuszem w okiełznywaniu cholernych dziwaków na żółtych papierach i opierdzielaniu zatchniętych debili z kijami od szczotki w dupach i głowami pełnymi pierdół.​ I jeszcze zaliczył sobie dobry świąteczny uczynek, czym prawdopodobnie wyczerpał pulę na najbliższy rok, ale co tam.
- Dobrze. Idziemy. Ruchy.
A reszta pozostała historią i nikt jej nigdy nie poznał, ale świątecznym cudem ani ochrona, ani załoga pokładowa, ani nawet kac się nie naprzykrzali.



;)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 22 grudnia 2018, 12:56

Podbijam temat :D Zasady zabawy w pierwszym poście ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 27 grudnia 2018, 22:54

Główne zapożyczenie stąd: viewtopic.php?f=40&t=4933 Ale są też inni goście ;)



Ksiądz Aleksander zwany powszechniej Aniołem Stróżem tylko dzięki wsparciu chórów niebieskich zdołał utrzymać na twarzy łagodny, dobry uśmiech, gdy ujrzał na własne oczy wsparcie przysłane mu z Karpacza w ramach świątecznego programu integracji międzydiecezjalnej. Wsparcie bowiem miało zrolowaną sutannę, twarz kwadratową jak telewizor marki Rubin i chyba odrobinę wionęło, choć to mogły być takie perfumy albo płyn do spryskiwaczy.
– To ja wejdę – przerwał niezręczną, acz zaledwie dwusekundową ciszę ksiądz Wolfgang i przekroczył próg dyrektorskiego gabinetu.
– Może ciasteczko...? – zaproponował uprzejmie Anioł Stróż, ale zanim zdołał wskazać talerzyk, przybysz już wciągał ostatnią kruchą gwiazdeczkę z cukrem.
– Bardzo dobre – oświadczył z kciukiem wyciągniętym ku górze.
– Dobry...
– Pochwalony...
Księdzu z Karpacza towarzyszyło dwóch podrostków, z czego większy taszczył jego walizę, a mniejszy był tak mały, że aż trudno było uwierzyć. Mniejszy miał na sobie sweter z jeżem, ale jeża starannie odpruto i został z niego tylko kontur z naciętych tu i ówdzie szwów.
– Czy może chłopcy... – zaczął dyrektor WAB–u, ale nie skończył.
– Chłopcy nie będą sprawiali żadnego problemu, już ja się nimi zajmę – oświadczył zdecydowanie Wolfgang i zmarszczył groźnie brwi, wodząc po chłystkach wzrokiem surowego pasterza. – Obaj są tu za karę, będą chodzić jak w zegarku, zapewniam kolegę dobrodzieja.
– Ojej – zmartwił się ksiądz Aleksander.
– W zeszłym roku jeden puścił mi Lambadę na pasterce, a drugi zarysował auto. W tym roku odpracowują. Nie będą się plątali pod nogami.
– Ale ksiądz wie, że ja nie chciałem...
Żaden z wypłoszów nie wyglądał, jakby miał zamiar jakoś bardziej protestować i Anioł Stróż podejrzewał, że przeszli po drodze z Karpacza odpowiednie szkolenie. Westchnął cicho, złożył dłonie jak do modlitwy i głęboko się zastanowił, czy ma jeszcze odpowiedni zapas ciasteczek. Miał szczerą nadzieję, że dwaj pechowi ministranci, chociaż młodsi, jakoś dogadają się z uczniami WAB–u.
Cała akcja miała szlachetny cel, a chodziło o to, by w ramach zajęć z bycia Dobrym Bohaterem uczniowie przebrali się za świętych Mikołajów i ruszyli do potrzebujących z przygotowanymi wcześniej paczkami. W teorii brzmiało to bardzo szczytnie i jednocześnie dość prosto, ale Aleksander zaczynał podejrzewać, że po drodze mogą czekać na niego nieprzewidziane próby charakteru i wiary, a wciąż jeszcze nie pojawił się drugi z przydzielonych mu przez biskupa pomocników.
Ledwie o tym pomyślał i rozległo się stanowcze pukanie w drzwi, a potem – nim Anioł zdążył zareagować – klamka uchyliła się, drzwi otworzyły i przez próg przeszedł młody duszpasterz o twarzy jednak tak kamiennej, jakby sypiał tylko twarzą w dół, oparty czołem o Stary Testament.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica – wyrecytował radiowym głosem stworzonym do głoszenia kazań. Odpowiedziały mu cztery zdecydowanie mniej spektakularne mruknięcia. – Czy trafiłem do Warszawskiej Akademii Bohaterstwa?
– Zgadza się – pospieszył z zapewnieniem ksiądz Anioł. – Ksiądz Eklin, jak zgaduję? Może cias... A nie, chwileczka, skończyły mi się – zmartwił się Aleksander.
Nowo przybyły uśmiechnął się niby przyjaźnie, ale jednak nieco inkwizycyjnie.
– Ksiądz dyrektor mniejszy się nie kłopocze – powiedział. – Przywiozłem pierniki. Toruńskie.
*
Podobnego zdania – znaczy tego, o nadciągającej próbie charakteru – była Czarna Kotka, tyle że ona podzieliła się nim głośno.
– Pod względem logistycznym i bezpieczeństwa to bardzo zły pomysł – mruczała, stukając pomalowanym paznokciem w ściankę kubka z Międzynarodowej Konferencji Bohaterstwa. – Talia Pika będzie miała te dzieciaki wystawione jak na patelni.
Och, nie marrrudź! – droczył się z nią Pech. – Przecież nikt nie zabrania ci ich pilnować! Przebierz się w strój reniferrra i pójdź z nimi. Jestem pewien, że z ogonkiem na swojej powabnej...
– Proszę cię, nie dzisiaj – jęknęła kobieta.
Normalnie puszczała niewybredne anonse Pecha mimo uszu, po latach kompletnie już do nich przyzwyczajona, ale to był trudny dzień i zawierał księdza, który postawiony obok Anioła Stróża zdawał się jego negatywem pod każdym możliwym względem. W tym także pod względem powłóczystych spojrzeń mierzących figurę superbohaterki.
Dobrze chociaż, że udało się odwołać media. Co prawda część pedagogów poparła Piórkównę, że to doskonała okazja, żeby pokazać młodych bohaterów z innej strony i budować sympatię do nich wśród społeczeństwa – a przy okazji też pozytywny wizerunek całego WAB–u – ale Anioł Stróż ostatecznie nie dał się przekonać i grzecznie wyjaśnił, że cała akcja ma na celu głównie formowanie młodzieży, a temu nie sprzyja poklask. Piórkówna musiała więc obejść się smakiem i poszukać innego interesującego tematu na świąteczny program. Zdaje się, że ostatecznie zainteresowała się przygotowaniami do świąt w specjalnym kręgu Szlamu, a gościem specjalnym miał być niejaki Choinkhulu, choć zapowiadał, że przyjdzie z prawnikiem.
*
O czym Pech nie wspomniał, to o tym, że wśród WAB–owiczów był już jeden renifer. Oliwier przymierzał co prawda strój świętego Mikołaja, jak wszyscy, ale jego poroże aż prosiło się o zmianę aranżacji. I ostatecznie stanęło na tym, że czerwony strój wymieniono Bambiemu na czerwony nos.
Kiedy jednak Kotka zorientowała się, że zdublowała rolę, było już za późno na zmianę decyzji. Przyczaiła się więc za krzaczkiem nieopodal i z bezpiecznej konspiracyjnie odległości obserwowała przedziwną musztrę prowadzoną przez trzech księży, z których każdy wydawał się nie tylko z innej parafii, ale wręcz z innego wszechświata. Biedny Aleksander wyglądał między kolegami po fachu jak ten baranek między wilkiem a sokołem i po jego minie łatwo było się domyślić, że tak też się czuje. Stojący po jego prawicy młodzieniec wodził surowym wzrokiem po wychowankach WAB–u, marszczył brwi i wyglądał, jakby z trudem powstrzymywał się przed spaleniem jakiegoś heretyka na stosie, za to po lewej Anioł miał ewidentnego kandydata na tego heretyka. Kotka widziała w życiu wiele, ale tak niemiecko kwadratowego ryja jeszcze nigdy.
Dzieciaki – och, nie powinna ich już nazywać dzieciakami – zachowywały się w sposób w sumie przewidywalny. Marysia stała zgarbiona i struchlała, próbując nie zdradzić zdenerwowania kręceniem rękawa kurtki w palcach, ale to zdenerwowanie i tak wylewało się z niej całej. Obok Bartek na przemian podskakiwał i kołysał się na piętach. Zdążył już zadać tyle pytań, że ksiądz Eklin zaczynał powoli puszczać parę z uszu. Laura i Oliwier stali obok siebie, bardzo blisko, i ukrywali za plecami splecione dłonie, które jednak ukryta w krzakach Kotka widziała doskonale. Uśmiechnęła się do siebie, mimowolnie wspominając własną młodość.
Prócz młodych superbohaterów w grupie było też dwóch innych chłopców, wyraźnie młodszych. Aleksander nie sprawiał jednak wrażenia jakoś szczególnie zaskoczonego ich obecnością, więc Fryderyka uznała, że po prostu coś się zmieniło w ostatniej chwili. Mniejszy z obcych dzieciaków z wyraźnym trudem, ale też dumą trzymał blachę jakiegoś ciasta. Kotka pociągnęła nosem i uznała, że to szarlotka. Starszy pilnował kartonu z upominkami przygotowanymi dla pacjentów szpitala na Bielanach. Wybrano tę placówkę w podzięce za opiekę nad młodocianymi bohaterami, a zwłaszcza nad Laurą. Wychowankowie WAB–u mieli spotkać się z osobami zmuszonymi spędzić święta w szpitalnych łóżkach i umilić im trochę czas upominkami oraz rozmową.
Sam pomysł był oczywiście sympatyczny tylko, uch... Kotka spojrzała w niebo i zmarszczyła brwi – na szczęście coś, co właśnie po nim przeleciało, nie było Niszczycielem, a tylko samolotem.

*
– Miej miłosierdzie dla nas i świata całego... – wymruczał Eklin, przekraczając próg szpitala.
Już w poczekalni nadział się na jawnogrzeszną parkę. Ona, chyba Włoszka, siedziała jemu, chyba Czortowi z Piekła Rodem, na kolanach i rzępoliła coś na najdziwniejszej gitarze, jaką kapłan w swoim życiu widział. Nie to, żeby widział ich wiele, ale ta konkretna ewidentnie miała w sobie coś bezbożnego i zasługiwała, żeby pięknie zaskwierczeć na stosie. Rzępolenie było okropne, ale gładko zaczesany blondas z jakiegoś powodu utwierdzał Włoszkę w przekonaniu, że jest niezwykle utalentowana. Eklin wywrócił oczyma, wyrecytował krótki egzorcyzm (po którym gitara stanęła w płomieniach) i godnie się oddalił.
Przekonał się już, że to on musi w tym towarzystwie bezwzględnie dbać o walkę z grzechem i nie powinien oczekiwać pomocy. Dobrze, że ksiądz dyrektor go tutaj skierował jako specjalnego wysłannika. Aleksander Anioł okazał się bowiem człowiekiem o sercu może i dobrym, ale przy tym zbyt miękkim, a także obdarzonym zgubną skłonnością do słodkości. Wolfgang Krone z kolei poważnie zalatywał siarką i płynem do płukania marki Lenor, a Eklin uznawał tylko Cocolino i dał temu już parokrotnie wyraz, podpierając się cytatami z Pisma.
Dzieciaki też należało pilnować na każdym kroku, ale z pewną zgrozą Eklin odkrył, że kiedy chwyciły paczki i rozbiegły się w różne strony, nie był w stanie pobiec za nimi, chociaż próbował. Zaplątał się jednak tylko w sutannę i na chwilę stracił orientację, a kiedy ją odzyskał, było już za późno i został sam z knypkiem, od którego też wiało nieprawością.
– Sarlotki...? – zapytał niewinnie cienkim głosikiem, ale Eklin się na takich znał, więc pogroził mu palcem za namawianie do grzechu.
A potem bardzo dokładnie wytłumaczył, jak to jest z ogniami piekielnymi i strzelaniem na dwa razy do niewiernych.

*

Późnym wieczorem towarzystwo młodocianych Mikołajów (i jednego renifera) zebrało się w pobliskim McDonaldzie.
– Totalne świry – podsumował Dynamo, zwijając papierek po siódmym burgerze. – Jeden gadał z paprotką, a drugi sam był paprotką. To znaczy bardziej grzybem i chyba leżał na głowę, bo miał taką, o! – Bartek zatoczył rękami wokół własnej łepetyny. – Narośl jakby. A w odwiedzinach był u niego pierwiastek chemiczny. Mówię wam, kosmici!
– Nasza twierdziła, że jest hrabiną – rzuciła Laura. Jedną ręką wyciągała zwiędłą frytkę z papierowej torebki, drugą trzymała pod stołem splecioną z dłonią Oliwiera. – Ale chyba trochę naciągała fakty. Ja tam nie widziałam jeszcze takiej wytatuowanej hrabiny, ale może się nie znam na hrabinach. Mówiła, że leży na nadmiar pyłu i siostrę. I że jest napromieniowana, więc świeci w ciemności.
– A tobie jak poszło, Marysiu? – zapytał Bambi.
Zapadła cisza i o dziwo nawet Bartek przestał przeżuwać kolejnego Happy Meala, a zamiast tego wpatrywał się w dziewczynę.
– U mnie... – powiedziała cicho. – U mnie był facet wyplatający koszyki. Bardzo miły. Zmieniałam mu różne rzeczy we frittatę z jarmużem. Zapraszał mnie do Boliwii.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1462
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kanterial » 27 grudnia 2018, 23:18

z milością.

Najchętniej wróciłbym już z tej Syberii.
Nie żebym był jakiś niezdecydowany albo coś, nabzdyczony jak kapryśna paniusia w karecie.
Przecież nie jestem.
Jestem męski i twardy, każdy to powie, nawet proboszcz powie, nawet moi wierni i ministranci i pewnie przypadkowy mieszkaniec Karpacza też, więc o czym my w ogóle gadamy?
To nie ze mną jest coś nie tak, i nie z moimi dresami, bo dresy wybrałem dobrze, bo umiem wybrać dres na Syberię i wybrałem pierdolony ortalion z podszewką i pod nim mam kalesony nie w pingwiny, a pod kalesonami mam jeszcze gacie i skarpety, a na kalesonach takie jakby nogawko-ocieplacze-z-profesjonalnego-materiału-dla-profesjonalistów-w-dekatlonie.
Poza tym to nie jest, kurwa, kareta, bo to są sanie wyłożone szkłem z Absolwenta i Parkowej, więc tym bardziej wina nie leży po mojej stronie.
Powiem im o tym.
- Ej - mówię - ej...
- Znów marudzi!
- Zakryj mu ryj tą onucą, Jurij.
- Panowie, wracamy - mantruję tępo - bo chciałem z wami pojechać i jadę, przecież widzicie moje dresy, przecież to są syberyjskie dresy...
- No? - warczy na mnie Rudy.
- ...no i mówię, że jestem przygotowany i to nie moja wina, że bym już wrócił, bo mam pod tyłkiem szkło po wódce i mi się wydaje, że jedziemy już ponad rok, a to znaczy, że przegapiłem swoje urodziny i otwarcie nowego monopolowego z blachy, wiecie gdzie...
- Nie? - irytuje się na mnie Rudy.
- ...tam jakby za wypożyczalnią nart, tam gdzie jest taka jakby stromsza górka i tam monopolowy zamknęli, ale mieli otworzyć w przeciągu roku nowy - dokańczam z wysiłkiem. Ulga. Ulga, dałem radę. Teraz na pewno mnie zrozumieją.
- Czyli - przeciąga albinos Borys groźnie, smyrając białą strzechę nad czołem - chciałeś coś w tym monopolowym niechybnie nabyć.
- Niechybnie tak - potwierdzam zajarany nicią porozumienia - może i kartę stałego klilenta i zniżkę dla pierwszego nabywcy, ale w sumie wystarczyłoby pół litra, w każdym razie muszę koniecznie wracać ale już!
- O tu.
- Co, o tu?
- O tu masz.
- Co?
- Pół litra, jełopie.
- ALE TO NIE JEST AZAROW, SMIRNOFF, POZA TYM JA CHCĘ TO KUPIĆ, NIE DOSTAĆ, CHCĘ NA TO WYDAĆ PIENIĄDZE W BLASZAKU I CHCĘ JUŻ WR - na mojej mordzie onuca Jurija rozpłaszcza się jak kara boska, mokra i zimna, i nie wiem jak to możliwe, że on się nawet nie ruszył. Pewnie te moce, co ma z wilka-sopelka, mu na to pozwalają. Zamykam ryj stłamszony wizją swojej własnej posiniaczonej facjaty (w końcu mogłem oberwać z walonki (walonka?) i na pewno jeszcze mnie to czeka) i jedziemy przez kolejne kilka godzin w całkowitym milczeniu.
Dobra.
Przecież mogę odprawiać msze tutaj.
Tłumy będą.
Dużo na tacę.
Ha, się uśmiałem, o jaki śmiech, o mój Panie, a, nie, aj, onuca, ajaj, pięta w grdyce, palec w nosie, już będę cicho, kurwa, już.
- A mogę zajarać szluga? - pytam nieśmiało, gdy odzyskuję oddech.
Jurij Sabaka Futro z Piżmaka obraca się wściekle, posyła mi wzrok rozjuszonego zwierzęcia broniącego terytorium i widzę, że mogłby też zmarszczyć nos i odsłonić siekacze, a nie robi tak, bo zwyczajnie nie musi.
- Temperaturę zawyżysz - syczy zajadle - lód stopisz.
- To tylko Pepe - oponuję, machając pudełkiem. W środku ostatnie dwa fajki wyją, żebym je wreszcie zapalił - słabsze, niemiecki tytoń, nieszkodliwe dla środowiska, tylko zajarasz, już gasną, normalnie że ochładzają powietrze, przysięgam...
Rosjanin patrzy spodełba i tylko rude brwi marszczą się, kiedy myśli.
- Daj - stwierdza w końcu spokojniej. - Ja sam ci odpalę.
- Zbój, chultaj - mamroczę zadowolony. Niewyraźnie i po polsku, nawet podwójnie niewyraźnie i podwójnie po polsku, bo teraz do brody w pakiecie mam wąsy, gęste czarno-szare wąsy nieogolonego człowieka, który zbyt młodo siwieje. Podsuwam szluga dygoczącego między palcami. - Nie palić, a ogień ma, jasne.
Azarow wyciąga dłoń, chrząka, namierza końcówkę szluga kciukiem i odsunięty zamyka oczy, a potem jest trzask, syk, i pół kiepa dwa razy grubsze, bo ten koniec, który się zwykle podpala, ochrania centymetrowa powłoczka z lodu.
Jurij uchyla powieki.
- Oho. - Prosta żołnierska radość unosi rude brwi. - Jednak mnie tym nie zaraził.


#

- A ŻEBYŚCIE SCZEŹLI, ŻEBY WAM TE SUPER-MOCE DUPAMI POWYCHODZIŁY, ŻEBYŚCIE NA GÓRCE STALI I SŁONKA NIE WIDZIELI - drę pysk, wygrażając oddalającym się saniom. Robocza sutanna na zimę, ta za szeroka w klacie i w łapie, co mi ją uszyli na szóstym roku, faluje na wietrze podarta i styrana. - FICK EUCH, VERDAMMT!
Mówiłem, że ta foka wcale nie trzęsie się z zimna, tylko jej sadło faluje na wietrze, ale nie, bo biedna foka, bo leży sama na lodzie (A GDZIE MA LEŻYĆ, PYTAM SIĘ, JAK JEST SYBERYJSKĄ FOKĄ DO JASNEJ CHOLERY) i na pewno marźnie, i sentyment do fok, weźmy fokę, oj, nie ma miejsca, wyrzuć księdza, bo foka.
To jest wielki plaster tłuszczu z oczami, jemu nie jest zimno, powiedziałem, a minutę później byłem już na lodzie z widokiem na fokę w saniach.
Super.
Świetnie.
Zostawcie mnie i zostanę całkiem sam. Nawet nie wiecie, jaką mam w tym wprawę.
Siadam na lodzie (nic dziwnego, że na lodzie, syberyjski ksiądz) i wyciągam ostatniego szluga z paczki.
- Bo się nauczcie, verdammt, co to jest celebracja - instruuję przez wąsy - ja nie palę, ja celebruję, to jest Syberia, to jest ostatni papieros, a to jest celebracja, durne ruskie cepy, zanim zamarznę.
Wyciągam zippo, zippo nie odpala, i myślę wtedy, że choć świat i życie ludzkie pełne jest rozpaczy i cierpienia, to nie ma cierpienia gorszego od ostatniego szluga na Syberii przed śmiercią, nie odpalonego ze względu na brak ognia.
Załamany piłuję kółko. A nóż się odpali tytoń od iskry. Dwa, sześć, czterdzieści, już się prawie dymi, dobry kamień, wymieniałem niedawno, no błagam, proszę, odpal, proszę, już mam haluny z tej samotności, już mnie nosi przez głód nikotyny, już widzę normanie śmierć swoją, idzie na mnie, DOBRY PANIE ŚMIERĆ DO MNIE PEŁŹNIE Z PRZERĘBLA.
- Hhhhhhhh - szczęka śmierć przez zęby - n-nie ma t-to jak k-k-kąpiel...
A za nią, za tym jej czarnym płaszczem ocieplanym grzechem, wyłażą z przerębla sługi piekielne, jeden za drugim, cztery, jak czterech jeźdźców Apokalipsy, normalnie za nią lezą w rzędzie i robią pisk i oink i machają ogonkami takie małe i grube plastry tłuszczu z oczami.
No podobne do mamusi, nie powiem, do tej foki szatańskiej, co mnie na piekło skazała.
Zaraz...
- Kto by pomyślał - śmierć gada do mnie z góry, zadowolona i kpiąca i mokra, wrednym głosem bez litości - kolejny głupiec na Białej Równinie.
Piekielne pomioty doganiają ją i wpełzają pod płaszcz, kotłujące się i hałaśliwe, i to chyba nie jest to, co śmierć lubi najbardziej, bo zaczyna się opędzać i kląć, strasząc je fioletową latarnią.
- Dobry panie - mamroczę - więc to już.
Zaciągam się najgorzej odpalonym szlugiem w dziejach świata i czuję, że wpełza na mnie czarci pomiot, bez nóżek, tylko te płetwy i gruba mordka i ciężkie to jak ja pierniczę, po mamie spasione, i chce mnie zabić jak nic, a jak mu patrzę w te czarne oczki jak paciorki, jak mi już wpełza na pentagram, to mi się robi zwarcie w mózgu ze strachu i zapadam w ciemność.


#

Budzę się.
W igloo.
To, co widzę, jak nic da się podpiąć pod jakiś paragraf z kanonicznego.
Poważnie.
Ledwo się wyszarpnąłem z tego koszmaru, w którym stałem przed lustrem i siłowałem się na spojrzenia i charyzmę z jakimś parszywym dziadem-rumcajsem w podartej sutannie (uch, jakie on miał potężne spojrzenie, ta siła, ten spokój w oczach, to doświadczenie i jakby boża łaska, taka wręcz poświata od niego biła, od tego kaznodziei-rumcajsa, jakby też najemnika), a potem Adam zawołał, że naleśniki, jak już wygrywałem pojedynek i jeb, jak się nie wyrwałem z letargu...
...o czym to? Ach, właśnie. Więc leżę w igloo i obserwuję jak nic satanistyczne rytuały.
Nie żebym wiedział, jak wygląda czarna msza i co robią wróżbici-szataniści, albo czym się teraz zajmuje młodzież - moje doświadczenie w temacie kończy się na oglądaniu VHSów z KATem na Jarocinie '85 - ot, podejrzewam, że palenie ziół, mamrotanie dziwnych zaklęć i ten drewniany kubek z krwią (czy ja go nie widziałem wcześniej...?) mogą oznaczać bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Nie dla mnie, rzecz jasna. Mnie chroni katolicka wiara. Bardziej się martwię o gościa w płaszczu.
Gość w płaszczu strzela we mnie jadowicie zielonym wzrokiem i jednak się martwię o siebie, przepraszam.
- Obserwujesz. Podsłuchujesz - zarzuca półgłosem. Głos ma jednocześnie przyjemny i złośliwy. - Zważ, że cię oszczędziłem. Powinieneś być wdzięczny.
Chcę powiedzieć, że jestem wdzięczny, a poza tym widzieliśmy się na mojej pasterce, pamiętasz, wtedy, jak zaczepiłeś Czachowskiego, prosząc go o krew do kubka, a teraz, jak widzę, masz krew w kubku i nasuwa się pytanie - czyją, ale nic nie mówię, bo na mordzie ląduje mi płetwa i zaraz jestem atakowany przez piekielne moce próbujące mi wleźć na głowę.
- Kysz - sapię - idź mi stąd, idź ty...
Mała foka jest zajadła i waleczna, i gruba jest też, i śliska i jak już ją wreszcie zrzucam, to zastyga blisko, żeby się na mnie złowieszczo gapić. Dyszy mi w brodę. Dosłownie kilka centymetrów. Potwór, przysięgam, ta bestia, to monstrum.
Strażnik pewnie - myślę - wysłannik szatana, sługa...
- Nean - przedstawia się gość w płaszczu.
...sługa Neana, właśnie.
- Jestem wdzięczny - wymawiam ostrożnie. - Bardzo wdzięczny. Bardzo zaciekawiony - dodaję zgodnie z prawdą. Nean uśmiecha się krzywo, macha na jedną z fok (jak on je wyszkolił? może to jego adepci), a foka bęc, normalnie mu w pyszczku podaje drewnianą łyżkę. Druga czyści latarnię, trzecia odprawia czary nad paleniskiem.
Jak mała foka odprawia czary nad paleniskiem? Nie będę opisywał, nie jestem heretykiem.
- Zawsze chciałem mieć ucznia - zdradza Nean, ciaśniej owijając się płaszczem. Skąd ten przypływ gadatliwości, nie wiem, może każdy satanista tak ma na Syberii, jak z nikim nie gada poza fokami. - Kiedyś miałem... Tak...
Wyczuwam coś na kształt żalu, jakby nutę sentymentu czy złości, więc niezawodnym zmysłem i słowem kapłana uspokajam rozmówcę:
- Nie no, fajne są, nie, też spoko. Te o. Foki twoje. - Robię dziag palcem w czwartą fokę i to jest zbyt śmiałe dziag między oczy i foka robi oburzone oink i zasuwa mi z płetwy karniaka.
- ...!-wa mać!
- Ostrożnie! - oburza się Nean. - Ta nie jest zwyczajna. Umieściłem w niej duszę!
- A czyją to? - pytam spłakany (śnieg w oku, te sprawy, i tak zaraz umrę). - Może Adama?
Szatanista mruży oczy, jakby mi patrzył przez głowę na wylot.
- Skądże - mruczy nieprzekonująco. - Nie. Skąd.
- Wiem, nie jestem głupi - kłamię. - On nie ma duszy.
- Inaczej, po prostu ci pokażę - decyduje Nean z rozbawieniem (naprawdę, nie mam pojęcia, jak się zorientował, że mu nie ufam w tym jego magicznym igloo na środku Rosji), po czym sięga po jakieś purpurowe coś, ni to kamień, ni amulet, wypowiada zaklęcie i jeb!
Mała foka znika w dymie gęstym jak mleko, zielonym jak nefryt, dym opada, a pod dymem jasne włosy, kręcone, spojrzenie pełne drewna, zamulony pysk baniafruta i jakiś metr osiemdziesiąt tej krakowskiej baristki, tej ladacznicy, co z nią mam złe wspomnienia z 2012.
- Jezu Chryste zmień to w foke! - drę się, odsuwając do ściany. Uderzam plecami o gruby lód. - Zmieniaj!
Nean zmienia, jeb, dym jakiś gęstszy, jedzie ziołem, a spod dymu już blond wiatrak i raperska bluza i łańcuch...
- W FOKĘ, KURWA! JETZT!
Błyska, trzaska, dym opada, znowu foka za tym dymem.
Dobry Panie, było blisko.
Oddycham.
Spokojnie.
- Ta forma - udaje mi się wykrztusić - jest idealna. Wspaniała. Naprawdę. Najlepszy uczeń, jakiego miałeś.
- Wiem - odpowiada Nean nieskromnie. - Nauczę ją nekromancji.
Pocieram oczy, podnoszę się nieco, nadal oszołomiony ostatnimi wydarzeniami, i próbuję zebrać myśli. Nie jest źle, ostatecznie. Jestem w igloo, szatanista mnie jeszcze nie zabił. Z głodu nie umrę, bo są cztery foki, nie jedna. Może, kto wie, może mi odmarźnie ten kiep zamrożony, gdyby go tak przy ognisku...
- Jak, chwila, że fokę? Nekromacji? - dociera do mnie nagle. - I co ona będzie?
- No - waha się Nean. Widzę, że myśli - nekromantką?
- Ale foka?
- No?
- A jak ona zapnie płaszcz? - drążę. - Jak podsunie kubek? Jak jej usiądą na ramionach dwa kruki? Ona nie ma ramion, Nean...
- O ja pierdolę, ona nie ma ramion - powtarza Nean ze zgrozą i wylewa krew Adama z kubka, a wszystkie foki patrzą tam, gdzie nie mają ramion.

#

I wtedy się budzę.
W igloo.
Nie ma Neana, nie ma fok, jest palenisko i inny kubek.
Zrywam się, uderzam głową o niski sufit i klnąc upadam z powrotem na kolana, spanikowany, przerażony, próbuję się z tego igloo wydostać, żałośnie hacząc o szalik w paski. Szalik w dwa paski, bo Stojke wcale nie umie dziergać z dwóch włóczek, tylko jedna mu wyszła w trakcie i dowiązał na supeł drugą.
- Pomocy! - wyję w ciemność Syberii. Gwiazg więcej jak nieba, i pizga, jak pizga, tylko zamieć, tylko lód, nawet drzew nie ma. - RATUNKU!
- Co mordę drzesz.
Obracam się zszokowany, a tam stoi postać - przysiągłbym, że kobieta - w skafandrze, jak z filmu, tylko jej dodać broń laserową do tego hełmu kryjącego twarz. Chcę się odezwać, ale otwieram usta i zamykam, a słowa siedzą w płucach i za nic nie chcą wyjść.
- Co - szydzi postać w skafandrze - pyłu się nałykałeś. Tu wszędzie jest dużo pyłu.
Jak kurwa pyłu na Syberii, chcę spytać, ale nie pytam, pewnie się nałykalem pyłu i dlatego nie pytam.
Za mało wódki i tytoniu. Zdecydowanie. Odchodzę od zmysłów. Za mało pyłu.
- A-a... A pani - dukam - to co tu robi? W tym... pyle?
- Prowadzę - odpowiada rzeczowo. - Rozumiesz, jak szukam drogi, a inni tylko nią idą. Od tego jestem. Jestem zwiadowcą. Przewodnikiem.
- Przydałby mi się taki przewodnik - ryzykuję. - I dokąd prowadzisz? Może na zachód?
Hełm się przechyla, dłonie w rękawicach wędrują na pas.
Uśmiecha się - myślę - jak nic.
I odpowiada:
- Zawsze na zachód.

За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 28 grudnia 2018, 21:21

Zgodnie z zamówieniem :D Z uściskami <3


Ślady pozostawione przez Jurija nie były może świeże, ale Jurij był fizycznie niezdolny do zostawiania świeżych śladów, więc Miguel zadowolił się i tym.
- Smirnoff... - mruknął do siebie, wyciągając butelkę ze śnieżnej zaspy i oglądając ją dokładnie ze wszystkich stron w ponurym świetle ledwie przesączającym się przez gruby całun chmur, z którego pewnie niedługo znowu zacznie padać to lepkie obrzydlistwo, które miejscowi nazywali częściej "gównem" niż "śniegiem.
Chavez może znawcą śniegu nie był, ale o gównie trochę wiedział i w duchu przyznawał rację tym biednym mieszkańcom nawiedzonej przez Sabakę wioski o niewymawialnej nazwie. Poprawił okulary, wyprostował się i wcisnął pustą butelkę w kieszeń. Trop to trop. Może miejscowi będą potrafili powiedzieć coś więcej - w końcu trudno przegapić zamrażającego rzeczy jak leci rudego Ruska w syberyjskich dresach i jego kumpla albinosa, który podstępnie zajął miejsce Miguela w saniach małym tornadem. No ale mówi się trudno.
To znaczy się nie mówi, bo po jakimś tygodniu rozpaczania Chavez uznał, że jednak nie ma tak i postanowił zawalczyć o swoje miejsce dla bety (no bez przesady, kupił już nawet specjalny kocykowy kombinezon w kształcie foki i kalesony, żeby sobie jaj nie odmrozić!), więc wziął, wstał i wyszedł, a potem wrócił, bo uświadomił sobie, że nadal jest w piżamie i zapomniał okularów. A potem wstał i wyszedł po raz drugi i tak szedł od tropu do tropu, aż trafił do tego Ciar-ppa-cio (zapamiętał, bo prawie jak wołowina w plastrach) i znalazł butelkę po Smirnoffie niemal pod progiem kościoła.
Mielonka w cerkwi, wóda w kościele - tak, to było ewidentnie w stylu Sabaki.
Miguel roztarł ramiona i podskoczył ze dwa razy, bo chociaż to nie była Syberia, to jednak wokół panowała ciemność, ziąb i wilgoć, a syberyjskie ubrania i foczy kocyk nadal spoczywały w plecaku, żeby ich nie przepocić bez potrzeby. Który to właściwie mógł być...? Jakoś zima bardziej. I jakoś bardziej noc, chociaż tu, w tym szarym i mokrym kraju, który nazywał swoje wioski od sałatek, ciemno robiło się jakoś o czternastej, czyli między jednym gryzem śniadaniowej kanapki a drugim.
Nagle zabiły dzwony - zrobiły to tak niespodziewanie, że aż Miguel podskoczył po raz trzeci i prawie stanął w płomieniach. Na szczęście zdołał się powstrzymać, bo byłaby to tragedia, gdyby sfajczył sobie zawartość plecaka. Łupnęło, zaterkotało i z wnętrza kościoła doszedł dźwięk trąb i innych instrumentów dętych - lekko rozsynchronizowanych, ale bardzo się starających. Melodia, która się z tego z trudem wyłaniała, ewidentnie była bardziej świąteczna niż nie.
Boże Narodzenie? Już...? Miguel podrapał się po głowie i nagle odkrył, że grzywka opada mu na oczy. Ach, no może być, że już, uznał.
Zanim wrota do świątyni otworzyły się szeroko i wypadł zza nich tłum wiernych powtarzający zbolałym głosem, że "bez naszego księdza to nie to samo", przez niewielką szparę wyszła chyłkiem jedna samotna sylwetka i westchnęła ciężko kłębem pary (czyli jednak był mróz?). Miguel byłby ją kompletnie przeoczył, gdyby nie fakt, że na moment stanęła oświetlona wąskim pasem dochodzącego z wnętrza blasku.
- Hm - powiedział sobie Chavez i jakoś tak olał cały tłum w kożuchach (i tak dziw, że nie w rulonach z puchowych kołder, puchowe kołdry to był wynalazek na miarę Nobla), śledząc słabym wzrokiem tylko tę jedną sylwetkę.
Widział, jak mężczyzna staje pod murem, chroniąc się przed wiatrem i mżawką, a potem wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i zaczął macać się po innych w poszukiwaniu zapalniczki. Miguel był człowiekiem jakimś cudem wciąż nieco uprzejmym, więc podszedł do nieznajomego z pomocną dłonią.
- Moźe ognia? - zaproponował.
Nieznajomy zmierzył go nieufnym spojrzeniem, potem jednak skinął głową i wyjął szluga z ust. Trochę się zdziwił, kiedy Miguel wyciągnął palec zamiast zapalniczki, ale uprzejmie nie skomentował i nawet zdołał zmusić brwi, żeby wróciły do neutralnego położenia.
- Dziękuję - odparł i zaciągnął się z uczuciem, jakiego Chavez nie oglądał nawet w swoim rudym haremie.
Było ciemno, a rozżarzona końcówka papierosa nie pomagała jakoś bardzo i Miguel nie widział zbyt wiele, ale po głosie poznał, że ma raczej do czynienia z osobnikiem w wieku średnim, może swoim równolatkiem, a po zapachu wywnioskował niezły gust. To dawało już nie najgorszy start.
- Psz... Pesz... szm... Ajm sori. Duju spik ingliż...?
Nieznajomy ponownie skinął głową i Chavez poczuł, jak nadciągający atak paniki rozpływa się w niebyt. Odetchnął, bo w angielskim też było dużo dziwnych słów, ale jednak mniej tych wszystkich szzzz, cz, ż, ą, ę i h, o których, trzeba było pamiętać, a ciągle umykały.
- Słucham - zagadnął mężczyzna z akcentem stanowiącym wypadkową między tym, jak mówił Jurij, a tym, jak mówiła Jindriska.
- Szukam przyjaciela - zaczął Miguel i ściągnął na siebie bardzo dziwne spojrzenie.
- Chyba nie jestem zainteresowany.
- To znaczy znajomego. - Wyciągnął butelkę po Smirnoffie z kieszeni. - Przejeżdżał tędy najpewniej. Rudy, wysoki, mógł coś zamrozić albo kogoś zabić, takie tam.
Nieznajomy wypuścił powietrze przez nos, a potem zaciągnął się raz jeszcze. Blondie zaciągnął się biernie wraz z nim.
- Tak - mruknął mężczyzna z pewną dozą na wpół skrywanej niechęci. - Sądzę, że kojarzę. Tak się składa, że uprowadził mojego znajomego.
- Oj - zmartwił się szczerze Miguel. - Ale żywego? - wolał się upewnić.
- Żywy, martwy - westchnął nieznajomy. - Co za różnica...? Nie ma go.
Ach. Och. No tak.
- Jurija też nie ma - burknął Chavez, wciskając dłonie w kieszenie. - Drugą wigilię z rzędu go nie ma, więc tym razem go znajdę.
Mężczyzna w płaszczu strzepnął popiół z końcówki papierosa zgrabnym ruchem, po czym zmierzył Miguela spojrzeniem, od którego aż przechodziły ciarki - tyle było w tym spojrzeniu stężenia "been there done that".
- Wyglądasz, stary, jakbyś potrzebował herbaty - rzekł w końcu. - W podzięce za ogień.

*

Miguel istotnie potrzebował herbaty. Nie uświadamiał sobie tego tak długo, aż kubek z parującą zawartością nie wylądował w jego dłoniach. Potrzebował też prysznica, bo ostatni złapał trzy dni temu na stacji benzynowej, a kończyły mu się fundusze, ale o to jakoś głupio było prosić. Poprosiła o to ostatecznie żona Adama (bo tak miał na imię nieznajomy), a Chavez nie śmiał odmówić. Dostał nawet ręcznik i maszynkę do golenia, a potem pani domu przezornie zabrała ze sobą córkę i poszły spać. Choć córka początkowo stawiała opór, marudząc, że tyle lat czekała na tego całego zbłąkanego wędrowca, który w dodatku nie okazał się duchem prababci, i nie przychodził, a teraz nagle przyszedł i ona ma sobie iść.
- To jest poważna sprawa - próbował tłumaczyć jakiś czas później Miguel, siedząc w fotelu z herbatą przyprawioną cytryną, miodem oraz goździkami i grzejąc stopy o kaloryfer. - Jurij to mój przyjaciel, ale mimo to muszę zaznaczyć, że maniery to on ma raczej... saute. Jeśli twojego księdza nie ma już od roku... prawdopodobnie nie mamy chwili do stracenia, bo kiedy go odbijemy, będzie już wypatroszony i zdziczały na nic.
Adam siedział nieopodal i przyglądał się gościowi znad złożonych pod brodą rąk. Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia. Trzy razy. Na pełnej parze. Z załadunkiem przekraczającym normę.
Miguel mgliście uświadomił sobie, że skądś to kojarzy.
- Jeśli mam być szczery - powiedział po dłuższej chwili Czachowski - nie jestem pewien, który z nich będzie dla tego drugiego większym zagrożeniem.
- Jurij zna teren. Poradzi sobie.
- Więc dlaczego właściwie go tropisz?
Cisza, jaka zapadła po tym pytaniu, trwała dobrych kilkanaście uderzeń starego zegara z kukułką wiszącego nad dwoma skrzyżowanymi szablami z jakiegoś powstania - czego Maria nie omieszkała objaśnić niby mimochodem.
- Bo... - Chavez siorbnął herbatą. - Bo ja sobie nie poradzę - powiedział bardzo cicho, bardziej do kubka niż do Adama.
- Hm.
Owo "hm" zawierało w sobie znacznie więcej, niż powinno.
- Ty swojego nie tropisz - Miguel odbił piłeczkę.
- Wolf nie jest żaden mój - odparł Czachowski z dziwną goryczą. - On jest niczyj.
- Wilki tak mają.
- Tylko ja już to zrozumiałem.
Chavez skulił się wobec tej niespodziewanej szpili i zmarkotniał jeszcze bardziej, o ile było to możliwe. Dotąd po prostu szedł przed siebie, byle dalej, byle do kolejnego tropu, i w końcu zgubił nawet rachubę dni. Nie zastanawiał się za dużo nad niczym, co nie dotyczyło aktualnego stanu jego tyłka i ewentualnej rychłej zguby, bo przecież wiedział, jak się w jego przypadku zastanawianie kończy. Miał cel. Cel był ważny. I tyle. Ale teraz nagle, siedząc wygodnie w cieple i z dachem nad głową, umyty i ze stygnącą, ale wciąż nieco ciepłą herbatą w kubku z reniferkiem (do której potajemnie wrzucił kiepa, żeby smakowała bardziej jak yerba), poczuł, jakby przywalił w ścianę. W dodatku Adam, jakkolwiek bardzo miły, bo przecież wcale nie musiał zapraszać nieznajomego do siebie, choćby nawet polska tradycja wigilijna to nakazywała, miał wokół siebie taką... aurę, w której nawet wiszące na choince bałwanki z waty wydawały się niezłym narzędziem, żeby podciąć sobie żyły.
- A ja nie wiem - wymruczał Miguel. - Czasem mi się wydaje, że oni chcą, żebyśmy ich gonili.
Czachowski prychnął.
- Do seminarium miałem jechać? - spytał kwaśno i odstawił swój kubek ciut za głośno. - Najpierw do Niemiec przede mną uciekł. A potem aż w sutannę. A teraz na Syberię. Ja nie wiem... Nie wiem, czego jeszcze chciał. Zabrał mi wszystko, nawet Boga mi zabrał.
Na to Chavez nie znalazł już odpowiedzi i nie sądził nawet, by oczekiwało się od niego jej znalezienia. Zapatrzył się więc w utopionego peta i tyle z niego było pożytku.
- Tamta noc... - Adam wypuścił powietrze przez nos. - Tamta noc, kiedy uciekł po raz ostatni, była naprawdę dziwna. Najpierw była ta koszmarna pasterka, na której twoi znajomi odtańczyli Lambadę, potem ten człowiek w czarnym prześcieradle. Chciał mojej krwi, a ja, cóż, i tak zamierzałem się tamtego wieczora... Zresztą nieważne. - Pokręcił głową.
- Nie no, jeśli... - zaczął Miguel z uprzejmości, ale nie dokończył, bo dotarło do niego, że domorosły Werter obok wcale tej uprzejmości nie oczekuje i bynajmniej nie potrzebuje, by kontynuować opowieść.
- Od tamtego czasu - głos Adamowi zadrżał, ale było to drżenie zarówno dramatyczne, jak i eleganckie - próbowałem trzy razy. Trzy razy ta sama walka ze sobą... Wyskoczyłem z okna.
- Ja też - przyznał odruchowo Miguel.
- Ale mnie złożyli. Chociaż powinienem być martwy.
- Mnie trochę bolał kark.
- Powiesiłem się. Wisiałem trzy godziny i nic.
- No, to mi się nie udało, bo rudy dzik.
- Włożyłem nawet głowę do pieca.
- To zawsze słaby pomysł. Chyba że mi zimno, ale wolę założyć czapkę.
- Nic, rozumiesz? Nic nie działa. To jakaś... klątwa.
Miguel przełknął ślinę i spojrzał ze współczuciem na towarzysza. Tak, rozumiał już chyba, co mu się wydawało takie znajome w tej twarzy.
- Jesteś pewien, że nie zamontowali ci jakiegoś wszczepu? - spytał.
Czachowski z gracją, ale stanowczo pokręcił głową.
- Jestem niemal pewien, że to przez ten kubek - odparł. - Było mi tamtej nocy wszystko jedno, a on... Mówił, że moja krew jest wyjątkowa. Owszem, 0 Rh-, ale... - Adam nie dokończył. Zawiesił się jakby i siedział tak z pustym wzrokiem utkwionym w ścianie.
- I gdzie jest teraz ten kubek?
- Chyba na Syberii, razem z resztą.

*

Wbrew nocnym marudzeniom rankiem Adam stwierdził, że ma plan, a potem zaprowadził wciąż jeszcze śpiącego połową mózgu Miguela znów pod kościół, gdzie ten odnalazł butelkę po Smirnoffie, a ostatecznie na zakrystię, której strzegł najbardziej zmutowany mutant, jakiego Chavez w życiu oglądał, a myślał, że oglądał ich sporo.
- No? - spytało dwa metry trójkątnego albinosa z mordem na mordzie i zacisnęło wielgachne dłonie na kiju od szczotki.
- My do księdza proboszcza - oświadczył Adam, który bał się wielu rzeczy, ale nie tego, co mogłoby go skutecznie zabić.
Zapadła cisza, w której Miguel nieomal słyszał, jak duże, mokre płatki śniegu opadają z plaśnięciem na białego jeża mutanta i doskonale zaczesane włosy Czachowskiego. Słyszał też szczękanie własnych zębów, ale nieładnie było się tak rozpalać przy obcych, więc ciągle jeszcze się powstrzymywał.
- Aaa... - powiedział w końcu albinos, strzeliwszy groźnie czerwonymi oczyma. - Do księdza proboszcza!
- Do tego samego.
(Miguel doprawdy nie wiedział, jak to się dzieje, że rozumie polski, a tym bardziej nie wiedział, jak to się dzieje, że albinos mówi w tym języku, ale podejrzewał, że to znowu jakaś aktualizacja systemu. Że też ciągle miał wsparcie techniczne i nie żądał nowej platformy.)
Trójkątne zęby piekielnego gosposia wyszczerzyły się w straszliwym uśmiechu.
- To ja zapytam, czy ma czas - zawarczał i zniknął.
- Rosjanin? - spytał Chavez, patrząc w ślad za nim.
- Chyba nie. Proboszcz przywiózł go ze sobą.
- Wygląda, jakby był z Rosji, przysięgam.
Blondie wykorzystał chwilę, by rozejrzeć się po okolicy, bo w nocy było ciemno, jak to w nocy, i cóż, gówno widział. Teraz zobaczył, że kościółek jest w sumie niewielki, drewniany, pomalowany na biało i niemal tak trójkątny jak urzędujący w nim nowy gospoś. Miał w sobie jednak zdecydowanie więcej uroku i przez głowę Miguela przemknęło, że w sumie trochę mu wstyd za Sabakę, ale cóż mógł zrobić. Niańką jego nie był, chociaż bardzo się starał. Co najwyżej samozwańczą.
W ogóle okolica była bardzo urokliwa, co Chavez zrozumiał, kiedy obudziła mu się prawa półkula. Takie górki niewysokie, trochę mokro może, ale nie ma tego mokrego, czego by się nie dało osuszyć. Mógłby tu zamieszkać. Świnki by hodował albo co. Szynka byłaby szczęśliwa. Dużo błotka i górek do zjeżdżania.
Drzwi skrzypnęły i zza futryny wychynęła upiorna głowa gosposia.
- Proboszcz prosi - powiedziała.

*

Proboszcz potrzebował dobrych dziesięciu minut, żeby zorientować się, że ma gości. W tym czasie wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń kosmosu, a Adam chrząknął ze trzy razy niezbyt nachalnie, ale też nieskutecznie. W końcu brunet złożył ręce i skierował na nich swoje spojrzenie.
- Tak? - spytał.
- Potrzebujemy pomocy, księże proboszczu - zaczął Czachowski uprzejmie. - Ja wiem, że ksiądz wie, że ja wiem, że księdzu nie po drodze z tą parafią...
- Mi z niczym nie jest po drodze, młodzieńcze.
- ...i że w związku z tym na rękę byłoby księdzu proboszczowi, gdyby poprzedni proboszcz wrócił.
Coś wreszcie błysnęło w bezdennych oczach Nidara.
- Ach.
- A ten tu człowiek - Adam wskazał gestem na Miguela, więc ten odruchowo zarzucił grzywką i błysnął uśmiechem numer cztery - jest akurat na tropie porywaczy naszego dobrodzieja. I zbiera ekipę najznamienitszych łowców, którzy mogą mu w tym pomóc. Wiem, że ksiądz proboszcz ma w tym względzie pewne... - Czachowski odchrząknął. - Dawne znajomości.
Brunet zmarszczył nieco brwi (również, co nie umknęło uwadze Chaveza, był trochę zmutowany, choć nie tak jak gospoś Ikava), jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
- Hm - powiedział, po czym złożył dłonie w piramidkę.
- Ta wyprawa może być szansą dla nas wszystkich - przekonywał dalej Adam. - A zwłaszcza dla Syberii. Jeśli Wolf tam dotrze...
Nidar zmrużył oczy i dłuższą chwilę przyglądał się to Czachowskiemu, to Miguelowi.
- Jesteś na tropie, tak? - spytał w końcu tego drugiego.
- Od ponad roku - przytaknął Blondie. - Dobrze znam porywacza i zapewniam z całą pewnością, że nie miał złych intencji, to znaczy nie miał gorszych niż zwykle, to znaczy miał złe w ogólnym mniemaniu, ale wcale niezłe jak na niego i tak naprawdę to nie złe w ogóle, tylko tak wyszło. Podsumowując, myślę, że dam radę załatwić to polubownie i sprowadzić księdza Wolfganga w jednym kawałku... albo w kilku zszywalnych.
Jedna z czarnych brwi uniosła się o parę milimetrów.
- Zaiste. Znałem kiedyś dwóch łowców - oświadczył w końcu poważnym głosem. - Byli braćmi. Ale wieść niesie, że pożarło ich wendigo. Natomiast, cóż, może być tak, że zdarzyło się zupełnym przypadkiem, że mam dwóch innych kandydatów. Może nie są aż tak dobrzy i nie dorównują braciom od drewna, ale odpowiednio zmotywowani włożą w tę wyprawę wszystkie swoje umiejętności i zapewnią jej sukces.

*

Ksiądz Nidar pomachał uprzejmie oddalającej się grupie, a potem jego pełen życzliwości uśmiech przeszedł w uśmiech całkiem wewnętrzny. Tak oto jednym sprytnym posunięciem zażegnał kilka kryzysów naraz.
Polubił Karpacz. Odpowiadało mu tu, bo było cicho, spokojnie, bo mógł sobie milczeć i gapić się w ściany i tylko czasem musiał machnąć ręką znak krzyża albo mruknąć, że amen. Nie chciał tracić tego życia i wrócić do innego, które akurat chciał stracić. Owszem, na początku był trochę zdezorientowany, ale to minęło, gdy do Nidara dotarły jasne strony tej przedziwnej sytuacji. Więc nie, Czachowski miał nieaktualne informacje i wcale nie był mu na rękę powrót byłego proboszcza. Miał jednak absolutną pewność, że wysłanie w ekipie ratunkowej lokalnego Wertera, który wciąż nie pogodził się z faktem, że został nieumarłym na usługach nekromanty i prawdopodobnie fokołakiem, ślepego Latynosa, który był tak doskonałym tropicielem, że przez rok nie dotarł do Karpacza, a do tego psychpopatę i gościa, który nie rozpoznawał twarzy ani śmierci żony, to gwarancja na całkowitą klęskę tego projektu.
- Ikavo - zwrócił się do swojego gosposia. - Zróbże nam herbaty.
Jedyna korzyść z Wolfganga - prócz tej, że zniknął, rzecz jasna - była taka, że zostały po nim niemożliwe wręcz zapasy herbaty malinowej.

*

Śniegu robiło się coraz więcej i więcej, a sanie mknęły coraz szybciej i szybciej, i Biała Równina rechotała w tle głosem Neana. Auric powoził jak szalony z dzikim uśmiechem zwyrola, a w jego głowie przewijały się już radosne wizje katuszy, które zada wrogom, a przede wszystkim - O, TAAAK! - sprzymierzeńcom. Obok niego Ocean próbował zakrywać twarz przed uderzającymi w nią w szalonym pędzie kryształkami lodu, ale nie ogarniał.
- Zwolnij! - ryczał, trzymając się jedną ręką za ramę sań. - Zaklinam cię na Pierwszą, idioto! Zwooolniiij!
Więc Auric przyspieszył.
- ...oblem! - dobiegło do niego z tylnego siedzenia, na którym gnieździli się Latynos z Werterem.
- Heee?!
- Ma... y... oblem!!!
Więc Auric przyspieszył znowu.
Aż w końcu buchnęło płomieniem i płozy zazgrzytały o kamień.
- Idioto! - wściekł się Atryda i byłby wyrwał Miguelowi jelita przez gardło, gdyby nie Ocean, który powalił go Pierwszą.
- Tyyy...!
- Mówiłem, że mamy problem! - zamachał rękami Chavez i wskazał na Adama. - Coś nie tak z El Polaco!
- Oik! - odpowiedział Czachowski.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 90
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Xanttis » 05 stycznia 2019, 17:26

Z miłością i uściskami :heart: . Niechaj się podoba :D

Teksty: sztambuchowa "Melodia" oraz rasa Suoca z OZa "Nie mów hop przed zachodem słońca"



Janusz dumnie taszczył karpia na święta w biodegradowalnej reklamówce. Przejechał wolną ręką po dumnie siwiejącym wąsie i rozejrzał się za swoim Passatem. Z pomocą kluczyka namierzył go na parkingu pełnym automobilów i ludzi klasycznie robiącymi zakupy na ostatnią chwilę. Jakim cudem ludzie od ponad miesiąca robią zakupy, świąteczne prezenty, ubierają stroiki, choinki, robią zapasy, przygotowują się na wszystkie sposoby na święta, a i tak ostatni tydzień, trzy dni, dzień przed, jest jak spełniona apokalipsa wyśniona przez ówczesnych Chrystusowi. Może taki jest właśnie cud świąt, albo jeden z kilku. Zawsze zostaje coś, co trzeba dokupić.
- Wesołych Świąt, Januszek! – krzyknął chrypliwy, znajomy głos.
- Ah, Waldek, dziękuję! Wzajemnie, pozdrów małżonkę, hehe! – machnął buńczucznie w rytm wiania wiatru, który podwiał mu jego kaszkiecik, jednak uchwycił go, nim zsunął mu się z głowy ukazując tylko część jego łysiny.
Waldek odwzajemnił pozdrowienia dla jego Grażynki. Janusz pakował swoją zdobycz z dorocznego festiwalu walki o świątecznego karpia w jego ulubionym markecie. Zatrzasnął bagażnik i wsiadł za stery swojego wehikułu o wdzięcznej, niemieckiej nazwie Ludowy Samochód. Uruchomił silniki i wzniósł się w powietrze z dachu marketu.
Pewne rzeczy się nie zmieniają.
- Kurła, no jak zwykle korki, ja nie wiem, no! Jak zwykle ludzie o świętach, zapomnieli! Święta zaskoczyły Polaków, kurła! A Jezus…
Nic a nic.
Stojąc w korku włączył radio. Niski i ciepły głos prezentera zapowiadał, oczywiście, ponadczasowy hit świąt. Nie, nie George’a Michael’a, tym razem była to Mariah Carey.
- A Jezus, znowu ta wyjąca baba! Kurła, uwielbiam święta, super czas. Śniegu dalej nawet po kostki nie ma przez to globalne ocieplenie. Ah, kurła, kiedyś to chociaż na Wielkanoc było biało. A za małego klajniaka to śniegu po kolana, a gdzie tam, po pachy, kurła! A Jezus, te czasy już nie wrócą. O, taki Dżem to by mogli puścić, kurła. Bym se dzieciństwo przypomniał. To ciągle te same hity, kurła, te same odkąd na stojąco pod tapczan jeszcze wchodziłem, kurła. A Jezus – przejechał łapą po twarzy, bo aż się opluł z tego wszystkiego.
Tak poruszony dogłębnie sięgnął po e-papierosa i puścił dymka. Zmarszczył czoło i spojrzał na urządzenie zaintrygowany.
- Co to za… jakieś owoce, cytrusy. Morele jakieś, tego. Co to mi ten mój Pioter tu kupił za wkład śmieszny. Mam nadzieję, że to nie jest jaki śmieszny e-papierosik, hehe. O, mogymy jechać.
Wcisnął e-fajkę niczym klasycznego papierosa w gębę i pochylił się, jakby przegrywał mecz w FIFĘ z kumplem na konsoli. Ruszyli powoli, ale stopniowo przyśpieszali. I bam, znowu, czerwone światło.
- Kurła, żesz! Tego prezydenta jednego, zasranego to powinni na taczkach z tego ratusza, kurła! Czerwona fala, żesz kurła! A Jezus, ale się zdenerwowałem – pociągnął znów z e-fajki. – Aj, Janusz, Janusz, spokojnie. Serducho już nie te, spokojnie, kurła.
Wybiła pełna godzina i w radio zaczęły się wiadomości. Podgłośnił oczywiście.
- Jest dwudziesty drugi grudnia, godzina dwunasta, czas na informacje – krótka czołówka. – To już dziś. Wielka chwila nadchodzi. Dwa statki dyplomatyczne z przedstawicielami rasy Ederów oraz Suocan wejdą dziś, o godzinie piętnastej, oraz siedemnastej czasu polskiego na orbitę okołoziemską. Po odwiedzeniu przez dyplomatów Międynarodowej Stacji Kosmicznej, zostaną eskortowani na powierzchnię Ziemi. Zgodnie z planem misji dyplomatycznej …
- A Jezus, ciągle ta gadka o kosmitach. Szopka, kurła. Jak to nawet nie kosmity, tylko jakieś podstawieni aktorzy, czy coś takiego. Ludzi w butelkę nabijają tylko i sensacje robią.
- … także do Polski. Następnego dnia…
- CO?!

***

- GRAŻKA!!! – wtarabanił się z reklamówkami zdyszany gubiąc wypatroszonego karpia w przedpokoju. Odstawił torby na podłogę i cofnął się po zgubę. Grażyna wyjrzała z kuchni w stronę korytarza.
- No i czego się drzesz?! Jeszcze ci plecy pękły – skomentowała widząc go pochylonego i jego cztery litery.
- Grażka, czy ty słyszałaś co w radio, mówili?
- Nie słyszałam, bo cały dzień w garach stoję, co ty se myślisz? Wentylator od okapa chodzi, ja tu nic nie słyszę. Pioter z tą swoją poleźli na zakupy też, ale może i lepiej bo i tak nie pomagają, a tylko by mi tu przeszkadzali! – gestykulowała, jakby odprawiała jakieś czary. – Dej mnie te toboły. Cholera żesz, a jajka do sałatki? Ty w ogóle nic nie myślisz! A wódka już od dwóch tygodni kupiona. No nie… i jeszcze dokupił. No czyś ty…
- Oj, Grażynka no, nie ma czegoś takiego, jak za dużo alkoholu. Nie zmarnuje się, zostanie najwyżej na Sylwester – uśmiechnął się. - A po jaja to zaraz pójdę. Albo o, zadzwonię do Piotera, to on kupi.
- No to dzwoń, ino szybko! A potem odkurz, zanim siądziesz z tym swoim brzuchalem przed telewizor. I zabieraj mi ten alkohol sprzed oczu, pijaku!
Wystukał pośpiesznie smsa do syna o treści „jajka kup”, po czym spróbował jeszcze raz nawiązać kontakt z żoną o wizycie kosmitów w Polsce, ale ta tylko mu przytaknęła tak, jak się przytakuje dzieciom zarzekającym się „ale tak było, naprawdę!” i pogoniła go z kuchni.

***

Drzemiącego na kanapie Janusza zastali wracający z zakupów i spaceru Piotr i Bogusia.
- Oh, a się tatkowi dobrze spało chyba! – zagaiła teścia Bogusia.
Janusz podniósł się na fotelu mrużąc oczy.
- A nie, tak tylko, przysnęło mi się – ukradkiem schował butelkę z niedopitym piwem pod stół łudząc się, że przyszła synowa jednak tego nie widziała. – Piotr! Kupiłeś o co cię tatuś prosił?
- Tak… - odparł znudzonym głosem.
- A słyszałeś ty o tych tego… kosmitach?

***

- Przypomnij mi proszę, delegacie Rukho – zaczął stojąc z założonymi za plecami rękoma i patrząc w całkiem nieodległą już błękitną planetę – jaka jest ich gwiazda?
- Słońce to gwiazda typu siódmego, klasa umiarkowana. Według ziemskiej klasyfikacji to gwiazda ciągu głównego, typ widmowy G – odpowiadał spokojnie, wręcz hipnotycznie jego rozmówca.
- A ta cała… Ziemia?
- Ich planeta jest oddalona o 47 milijednostek kosmicznych od gwiazdy. Dzień na półkuli północnej, gdzie będziemy głównie przebywać, trwa w tym okresie wyraźnie mniej niż połowę doby. Dlatego mamy pokaźne zapasy solarżelu i błękitu – rozłożył ręce manierą dyplomaty.
Pytający obejrzał się w jego stronę. Delegat stał w asyście dwóch młodszych dyplomatów. Wszyscy z durnymi uśmiechami, w niebiesko-zielonkawych płaszczach po kostki, ze zwisającymi, przydługimi rękawami mogącymi pomieścić co najmniej ludzką głowę. Spojrzał na ich organiczne kapelusze.
- A te… - wskazał na suocki, biologiczny panel fotowoltaiczny – czemu są złożone?
- Panie Logaire, na potrzeby spotkania powinniśmy złożyć nasze „kapelusze”, jak nazywają je miejscowi.
Eneko zadarł gniewnie głowę do góry, by tamci mogli dostrzec jego dobitnie niezadowoloną minę.
- Dlaczego? Ci kosmici doskonale wiedzą, jak wyglądamy i jaką mamy fizjonomię – łypał po nich wzrokiem.
- Panie Logaire, nalegam – delegat opuścił wzrok skruszony – chodzi o protokół dyplomatyczny, o zasady…
- Zasady? To tylko Ludzie z Ziemi – odwrócił się ku oknom. – Nie będę się kajał przed jakimś obcym motłochem. Jestem Suoca!
Uderzył się głucho w miejsce, w którym ludzie mają klatkę piersiową. Dyplomata stał skwaszony z głową w dół, ale bał się odezwać.
- Zgoda, delegacie Rukho – wezwany podniósł wzrok. – Jednak myślę, że powinniśmy wyjść do ludzi tak, jak teraz, że niby w dwóch wersjach. Takie to z nas „potwory z kosmosu” – młodsi dyplomaci spojrzeli po sobie, Logaire odwrócił się znów w stronę okien. – Kapelusik rozłożony, kapelusik złożony.
Powtórzył to jeszcze kilka razy wywijając łapami i biodrami z pełnym sarkazmem.
- Panie Logaire… - odchrząknął dyplomata.
- Dobry pomysł, prawda?
- Apeluję jednak, by zachować powagę – odparł w końcu poirytowany Rukho.
- Ja, delegacie, jestem poważny – syknął Eneko gestykulując palcem. – W przeciwieństwie do takich żartownisiów jak ci z… Meksyku.
- Ci z sombrero? Wydaje mi się, że to było jednak całkiem sympatyczne.
Zgromił go spojrzeniem.
- Po jakiego grzyba dałem się na to namówić – pomyślał głośno i wyszedł.

***

Z drugiej strony Słońca zbliżała się druga delegacja. Mogli oni podziwiać akurat widoki dobrze widocznego z teleskopów Saturna wraz z jego okazałymi pierścieniami. W tym samym czasie na stołówce przesiadywała część delegacji, w tym ich obstawa, w postaci pięciorga najemników.
- Zastanawia mnie nadal parę kwestii technicznych – odezwał się kapitan Cender opierając się o swoje siedzisko i patrząc po swoich kolegach po fachu. – Grawitacja na tej planecie to sto czterdzieści sześć procent naszej. Zawartość tlenu to zaledwie dwadzieścia jeden procent, jest tu przeciętnie całe dziesięć stopni standaryzowanej jednostki temperatury mniej, niż u nas, na dodatek ich pora chłodna niesie ze sobą śniegi i zamarzanie wody, charakterystyczne u nas jedynie na biegunach, przeciętny przedstawiciel ziemskiej rasy jest o dwie głowy niższy niż przeciętny Eder. Nie mogę jakoś pojąć jak będzie wyglądać nasze spotkanie. W tych kombinezonach…
- Będzie fascynujące – weszła mu w słowo major Neckera. – Krótko przed nami zjawić się ma z resztą także inna misja dyplomatyczna z innej cywilizacji. Ponoć to jakieś inteligentne grzyby, czy coś na ten kształt. Wiecie – wykonała nad swoją głową kołowy ruch.
- Jak dla mnie kapitan Cender mówiąc o tych procentach, po prostu w bardzo zawoalowany sposób sugeruje nam, że powinniśmy się napić – odezwał się kapitan Gutyev, czym wywołał salwy śmiechu wśród zebranych.
- Korci kapitana ta hala magazynowa, oj korci – śmiał się kapitan Khadish.
- To nie jego wina, to aura tego okrętu – wkroczył porucznik Susewh – w końcu lecimy kosmicznym statkiem monopolowym.
- Alkohol łączy cywilizacje – podsumował jakoś ciszej Gutyev kręcąc butelką z piwem po blacie stołu.
- Zabawne, prawda? Alkohol rozwiąże problemy z komunikacją – zaśmiał się Cender.
Wszyscy pokiwali głowami w swobodnej ciszy.
- Albo i nie – mruknął Susewh.
- Procedura lądowania rozpoczęta. Cały personel jest proszony o niezwłoczne stawienie się w punkcie zbornym – zakomunikował głos komputera.

***

- Grażyna! Chodź! Zaczęło się!
Rubensowskich kształtów kobieta z fartuchem przewiązanym na pasie tupiąc piętami wbiegła do pokoju wycierając szmatką ręce. Miała raczej przestraszoną minę. Pośpiesznie przeżegnała się i spojrzała w górę odmawiając modlitwę. Wszyscy byli na stojąco. Piotr i Bogusia w objęciach. Janusz nerwowo dwoma rękami ściskał butelkę z piwem. Prezenterka w telewizji klepała jak trajkotka, obraz wskazywał świecący obiekt, który zbliżał się do płyty lotniska Heathrow w Londynie. Świat wstrzymywał oddech.
Wiadomość trafiła do obiegu publicznego pod koniec listopada jako mętna informacja, która z czasem z pomocą głównych mediów miała zostać zaserwowana jako wielkie wydarzenie. Zaangażowano armię dziennikarzy i polityków, by ludzie nie dostali szaleńczego ataku paniki. Od wiosny co prawda trąbiły o tym podrzędne portale, choć były to tak rzetelne informacje, jak sugerowały ich tytuły w stylu „Planują kontrolowaną inwazję na Ziemię! [ZOBACZ JAK]”, „Wyludnienie Ziemi do końca tego roku!!! [PS. TO PRAWDA.]”.Z drugiej strony kto mógł wiedzieć, jakie zamiary mają obcy? Choć wysyłanie mikromisji dyplomatycznej na obcą planetę było co najmniej aktem odwagi. Może i nawet aktem zuchwałości. Przez ogłoszenie informacji niemal w ostatniej chwili, z przygotowaniem całej machiny medialnej pod kontrolowanie serwowania informacji, udało się uniknąć nadmiernych interpretacji przez różnych filozofów, a także uzyskano efekt oszołomienia w ludziach. Niezdolni przetrawić tej informacji mieli nie wywoływać paniki. Przynajmniej nie tak dużej, bo kilka wystąpień ludności cywilnej zostało spacyfikowanych w co większych miejskich aglomeracjach. O tym jednak było cicho. Osobistościom władzy na całym świecie zawsze chodziło o kontrolę mas. Byli świadomi, że zburzone paradygmaty przez pojawienie się obcych na pewno zaburzyłyby światowe status quo, zmieniłby się ogólny obraz postrzegania świata. A władza zawsze dbała o jedno, by wiele musiało się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu.
Mimo, że ludzie mieli przewagę terenu i władza kontrolowała przekaz medialny, było to wszystko aktem ogromnej zuchwałości. Cywilizacje zdolne do znacznie dłuższych podróży kosmicznych niż ludzie, mogły mieć atuty, o jakich ludziom się nie śniło, dokładnie jak w większości futurystycznych opowieści. Mogło się też jednak okazać, że to ludzie byli dla obcych, jak superbohaterowie Marvela dla zwykłych ludzi.
Dosyć nieregularnych, jakby falistych kształtów kapsuła wypuszczona ze stacjonującego na orbicie statku ekspedycyjnego rasy nazywanej „Suoca”, wylądowała na lotnisku Heathrow. Prezenterzy na całym świecie zamilkli, tak jak cały świat. Helikoptery wojskowe, samoloty, czołgi, piechota, nawet marynarka wojenna kontrolowała cały proces. Malejąca i odległa łuna zachodzącego słońca była jak niewinność i dziewictwo ludzkości. Dziewictwo, które właśnie się kończyło. Nadchodził koniec niewinności.
Gdy otworzyły się drzwi, kamery wściekle przybliżyły obraz na drzwi kosmicznego wehikułu. Z ciemności wynurzyły się dwie ręce, noga, dalej głowa z wielkim kapeluszem, druga noga i reszta podkulonego osobnika w długiej pelerynie, która stanęła obok robiąc miejsce pozostałym.
Januszowi piwo wypadło z ręki, ześliznęło po brzuchu i spadło głucho na dywan. Grażyna zemdlała.
Wyszło aż pięciu obcych. Jeden z nich, najwyższy, który wychodził pierwszy w wielkim kapeluszu, pozostali z dziwnym kokonem na głowie. Niewielu wiedziało, że tak wygląda ich organiczny kapelusz w złożonej formie. Rozglądali się oczekując przyjęcia ich przez kogoś, czekali na śmiałka, który pierwszy do nich podejdzie. Z kordonu na wprost nich wyszedł po chwili jeden człowiek. Przystanął jeszcze, zanim powolnym, ale pewnym krokiem wyprostowany zaczął kroczyć w stronę obcych.
- On do nich idzie – wyszeptała przerażona Bogusia.
Stanął mniej niż metr od nich. Spojrzał na nich wszystkich. Powoli wyciągnął rękę przed siebie. Obcy spojrzeli na jego dłoń, potem spojrzeli na siebie, znowu na dłoń, spojrzeli mu w oczy. Suoca z kapeluszem jako pierwszy wyciągnął dłoń przed siebie. Człowiek powolnym, stanowczym ruchem zbliżył swoją dłoń do jego dłoni chcąc ją uścisnąć. Suoca cofnął ją lekko, wydając przy tym jakiś gruby, nieokreślony dźwięk z wnętrza siebie. Człowiek jednak stał nadal z ręką w jego kierunku i patrzył mu w oczy. Po kilku kolejnych chwilach pełnego napięcia Suoca zbliżył dłoń i uścisnął rękę człowiekowi.
Na lotnisku rozległy się brawa.

***

- Co oni robią? – szepnął jeden z nich przestraszony.
- Chyba się cieszą? - szepnął drugi.
- Stójcie, twardo. Bez głupich ruchów. Nic nam nie zrobią, dopóki ty nie zrobisz nic głupiego – odpowiedział mu Eneko nie spuszczając oczu z człowieka w garniturze. Człowiek wymienił uścisk z każdym z nich. Potem przyszli kolejni, w innych ubraniach, niektórzy w długich włosach, niektórzy bez włosów w ogóle.
- Co dalej?
- Ktoś nas w końcu zaprowadzi gdzieś dalej. Musi być tu gdzieś ten ktoś, z kim wymienialiśmy obrazy – odparł Rukho wymieniając kolejne uprzejmości z kolejnymi ludźmi.

***

- Proszę państwa… nie wiem co powiedzieć, jesteśmy… jesteśmy świadkami wydarzenia… – prezenterka próbowała otrząsnąć się z szoku. – Teraz podszedł Król Arabii Saudyjskiej… prezydent Włoch z Pierwszą Damą, premier Włoch…
Janusz i dziatwa cucili Grażynę. Już teraz miała dosyć. A miała wylądować jeszcze jedna ekspedycja. I to jeszcze z hektolitrami alkoholu. Taki prezent świąteczno-noworoczny.
Oglądali dalej relację na żywo. Grażyna leżała na sofie z mokrym ręcznikiem na głowie. Sąsiedzi z naprzeciwka przyszli podzielić się wrażeniami.
- Panie Januszu, to... co to teraz będzie? – zapytał skołowany.
- A Jezus, nie wiem, panie Pawle. Ja myślę, że to trzeba wódkę otworzyć, bo to…
- No nie da się, zupełnie nie…

***

Druga ekspedycja wylądowała niecałe dwie godziny po pierwszej. Ten statek był znacznie większy niż suocki i lądował pionowo, nie mieszcząc się na pasie startowym. Po wyłączeniu silników została otworzona tylna klapa, z której wyszło kilkanaście ponad dwumetrowych postaci w kombinezonach. Szli skuleni, powoli, jakby uczyli się chodzić. Jeden z obcych zdjął kopulasty hełm.
- Gutyev! Co ty robisz? To powietrze może cię zabić! – syczał przez komunikator Xsenon.
Famus odwrócił się w jego stronę. Uśmiechnął się i wskazał gestem ręki, że wszystko jest w porządku. Rozejrzał się jeszcze zanim wcisnął hełm z powrotem na głowę.

***

- Ci to w ogóle są jacyś dziwni. Co oni mają na głowie? Rurkę do oddychania? – naigrywał się Logaire.
- Może to tuba, trąbka jakaś? – wtórował mu Rukho. – Tylko się nie śmiej. To doniosła chwila.
- Ja się nigdy nie śmieję – stonował tamten.

***

Próba wymiany uścisków dłoni z Ederami wyszła gorzej niż w przypadku Suoców. Gdyby nie Leskad, który jako jedyny zrozumiał mechanizm i przekaz uścisku dłoni, mogłoby być ciężko. Gutyev już chciał uskuteczniać uścisk na misia, ale reszta go odwiodła od tego pomysłu w obawie przed rozstrzelaniem na miejscu za gwałtowne i zamaszyste ruchy. Byli w końcu niewiele niżsi niż ziemskie niedźwiedzie.
Dla ludzi drugie przywitanie wyszło dużo spokojniej i swobodniej, bo główne emocje opadły dwie godziny wcześniej. Po przywitaniu i fotografiach nadszedł czas na eskortę przez opustoszałą część Londynu, z której ewakuowano siłą cywilów, i oficjalny poczęstunek oraz rozmowy. Tylko kilka światowych mediów dostało przyzwolenie na transmisję określonych fragmentów tego spotkania. Kosmitów trzeba było dawkować seriami, choć i tak te dawki bywały dla wielu śmiertelne.
Reakcją ludzi, był strach. A jednak media zaczęły trąbić o kolejnych wystąpieniach w kolejnych miastach w Polsce. Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Trójmiasto, Śląsk, Szczecin, Białystok, Rzeszów, Lublin, Bydgoszcz i Toruń. Nie tylko oczywiście w Polsce. Choć przekaz był jasny, że oto nadchodzi rebelia chcąca odciąć się od władzy, która stała się zamkniętą kastą, prawda była inna. Nie było to niczym innym niż teatrem telewizji. Choć w kilku ośrodkach miejskich czy miejsko-wiejskich, z dala od centrum wydarzeń i świata, przewroty były faktycznie oddolne.
Na jakiś czas miało się tak utrzymać.

***

- Czuję się mimo wszystko niezręcznie, kiedy Ziemianie zajadają się swoimi potrawami, podczas gdy my, tak jak i tamci, przytargaliśmy swoje jedzenie – nachylił się w kierunku Logaire’a Rukho.
- Dlatego właśnie głupotą jest ten cały protokół dyplomatyczny. Mamy się wszyscy potruć ziemskimi molekułami i białkami? Nie, dziękuję – wycisnął z tubki kupkę solarżelu i zaczął wcierać w swój kapelusz. Na talerzu obok tubki solarżelu leżały przygotowane dwie kapsułki z błękitem rozmiarów połowy ludzkiego palca wskazującego.

***

Po drugiej stronie sali usadowiona została druga misja dyplomatyczna, która w przeciwieństwie do Suocan była gadatliwsza i weselsza. Gutyev i Susewh siedzieli na skrajach, najbliżej Ziemian. Szczególnie ten pierwszy próbował złapać jakiś kontakt i nić porozumienia z siedzącymi obok politykami. Wyglądało to komicznie, nie tylko ze względu na dysproporcję w rozmiarach i nieporadne ruchy walczących z większą grawitacją obcych, ale także przez ich podłączenie do butli ze swoim powietrzem. Specjalnie zaprojektowana maska pozwalała im spożywać normalnie pokarm, jednak była cholernie niewygodna.
- To jest daukia – wskazywał na pomarańczowe kawałki na talerzu. – A to jest lakuta.
- Famus daj spokój, nikt cię tam nie rozumie – przewracał oczami Idyyan.
- Staram się być miły, tak? To, pani kochana, jest solan – mówił dalej wskazując na miskowate, fioletowe coś, co przypominało warzywo. Jak większość rzeczy na ich talerzach.
Kobieta próbowała powtórzyć nazwę za Gutyevem, wywołując serdeczny śmiech w tej części sali.

***

- Bo ja, panie Januszu, powiem panu tak… szczerze zupełnie – zaciągnął się papierosem i wypuścił kłąb dymu. – Ja tam zawsze wierzyłem w obce cywilizacje.
Siedzieli w piwnicy u pana Pawła, gdzie mogli spokojnie rozmawiać, pić wódkę i palić papierosy.
- Ja jakoś tak… nigdy człowiek o tym nie myślał. Miał swoje problemy, pracę, rodzinę, dom. Teraz to-to, jakieś to dziwne – westchnął kręcąc głową. – Nie mam nic mądrego do powiedzenia.
- Musi pan się jakoś z tym przespać, wie pan, przetrawić jakoś to wszystko. Wszyscy musimy. To stało się nagle, ale stało się. Już nie ma tak, że jesteśmy sami – skiepował do popielniczki. – Cieszmy się, że to nie jest inwazja żadna, jak w tych filmach. Może będzie to wszystko całkiem fajne, przydatne i z korzyściami dla nas wszystkich. Świat pójdzie dalej, stopniowo. Nie wywróci się wszystko do góry nogami. Tak myślę i …. taką mam nadzieję.
Janusz podniósł się lekko z niezmiennie tego wieczoru zmartwioną miną.
- A co jeśli… się wywróci… ale o trzysta sześćdziesiąt stopni?
- To znaczy? – zapytał zaintrygowany.
- No wie pan, że zmieni się wszystko, żeby na końcu nie zmieniło się nic?
Sąsiad wodził wzrokiem po betonowej podłodze piwnicy. Słychać było tylko szelest jego ortalionowych spodni, gdy zakładał nogę na nogę.
- Wtedy no… - wzruszył ramionami. – My i tak za wiele zrobić nie możemy. Cieszmy się tym co mamy i … żyjmy swoim życiem. Tak jest chyba najlepiej.
Janusz pokiwał głową.
- No to, panie Pawle, za to się napijmy – stuknęli się kieliszkami.

***

Po poczęstunku w Pałacu Buckingham, przedstawiciele państw świata wrócili do swoich krajów. Niektórzy z nich mieli w późniejszym czasie ugościć ich także u siebie. Pałac był też pierwszym noclegiem na ziemskiej trasie kosmitów. Naturalnie urodziło się kilka problemów, jak np. to, że Suoci nie potrzebowali snu i kompletnie nie rozumieli tego zagadnienia. Za to ederska ekspedycja zamierzała przebalować całą noc. Ciężko było przekazać im, że niektórzy jednak byli już zmęczeni imprezowaniem i muszą położyć się spać. Albo, że niektórych trzeba zanieść do łóżek, bo już spali.
Dosyć wcześnie rano, około piątej czasu miejscowego odgłosy imprezy ograniczyły się tylko do kilku miejsc. W tym czasie Xsenon poszedł skorzystać z królewskich ubikacji. Wychodząc zobaczył przy oknie Suocę wyglądającego na zewnątrz.
- Eee… witam – odezwał się.
Tamten odwrócił się przez ramię w jego stronę.
- „W czas przemiany, gdy zadrży powietrze, staną naprzeciw siebie, by przynieść im nowe i uwolnić od bólu, lecz zapłacą za to wieczną nocą” – powiedział z grozą w swoim języku Eneko.
- Szkoda, że cię nie rozumiem. Powodzenia, obca istoto – odpowiedział i wyszedł.
- Cóż, Rzeczy i tak się już zaczęły.
https://pl.pinterest.com/xanttis/
https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

ODPOWIEDZ