Strona 1 z 10

Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 13 listopada 2016, 22:59
autor: Kruffachi
Druga część "Let it R.I.P.", ale próbuję pisać tak, żeby dało się czytać bez znajomości poprzedniego tomu i kanonu. Wszelkie sugestie, zwłaszcza te, dotyczące, co jeszcze wymaga wyjaśnienia, co jest niejasne, czego brakuje itp. mile widziane :)





Część I


Only notions he considers are hollowed and lost thoughts
Visions that confer only sorrow that time’s caught
A ghost upon a body so shoddy and scared soft
A mind so terrified it’s resigned and it’s shut off
But that’s to be expected when a boy has been selected
In his hands is placed a weapon as a soldier then directs him
Shoot upon your father
To refuse you’ll burn in horror
No pursuit of pride and honor

(...)

If only we could find the fortune
Instead of misfortune
Would be see it’s out of proportion
Or have we cut off our feet
No way to retreat
In nothing but defeat
But if we can get us lost
And try to take it off
Could we clean up this distortion
Try to make it soften
Are we all orphans now
Have we exhausted now
And I never loathed a life
But now I lead this war with me


Zack Hemsey, At War with Me

Damanskij, 07-06-2032
#0001

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Wiem jedynie, kiedy zaczęło się dla mnie, a było to niemal dwadzieścia lat temu.
W świat bladerów wkroczyłam jako ambitna dziewczyna, która wierzyła, że rozwijający się prężnie, ale wciąż dość młody sport zapewni jej szybką i brawurową karierę managerską. Wszelkie oficjalne struktury dopiero powstawały, podejmowano pierwsze próby uczynienia z zawodników zawodowców i zorganizowania profesjonalnej ligi. Nieśmiało szeptano o staraniach, by nadać bladeingowi status dyscypliny olimpijskiej. Wydawało mi się więc, że wchodzę na dziki teren i dane mi będzie go ujarzmiać.
Myliłam się. Wszystko to było tylko fasadą, za którą kryły się prawdziwe cele mające ze sportem czy w ogóle rozrywką niewiele wspólnego.
Kiedy ich poznałam, najstarsi z nieletnich zawodników występujących na arenach – Jurij Ivanow, dziś znany bardziej jako Sabaka, i Claude Tavarez – mieli po osiemnaście lat. Najmłodszy, Daichi Sumeragi, ledwie dziesięć, przy czym należy brać poprawkę na to, że interes kręcił się już od dłuższego czasu i dla wielu z nich cały bardziej czy mniej uświadamiany koszmar rozpoczął się naprawdę wcześnie. Tak czy inaczej – byli tylko dziećmi, nieważne, jak bardzo niektórzy próbowali wypełnić lukę po dorosłych. Wielu z nich nadal wierzyło, że wszystko jest w gruncie rzeczy zabawą, inni mylili powinność i honor z aspiracjami okresu dojrzewania oraz potrzebą ustalenia hierarchii w dzikim stadzie napędzanych hormonami nastolatków. Jeszcze inni coś tam nawet podejrzewali, ale wciąż z młodzieńczą naiwnością łudzili się, że wystarczy nieco uporu, trochę krzyku, szczypta słusznego gniewu i świat po prostu naprawi się sam z siebie, a oni nadal będą mogli robić to, bez czego nie wyobrażali już sobie życia.
W istocie wszyscy mieli jedno zadanie – nauczyć się znosić ból w drodze ku celom wyznaczanym przez innych. Podnosić się po ciosach i przeć dalej, bez względu na to, czy ku tytułowi mistrza, czy kolejnemu punktowi strategicznemu na prawdziwym już polu bitwy.
Udało się. Dziś są nie do zatrzymania.
Patrzyłam, jak toczą kolejne pojedynki na arenach, jak katują się na treningach i jak pierze się im mózgi, wmawiając, że upór, wytrwałość i samodyscyplina to wszystko, czego potrzeba im do szczęścia. Że muszą być najlepsi, a wszelkie porażki są tylko po to, by podnosić się z desek silniejszym, ale jeśli przegrasz zbyt wiele razy, oznacza to, że jesteś zwyczajnym śmieciem.
Jako osoba z zaplecza i niejako z zewnątrz, bo wykazująca się fenomenalnym wręcz antytalentem w kwestii samego bladeingu, miałam właściwie wszystkie odpowiedzi podane na tacy. Wnioski zdawały się leżeć dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale nigdy po nie nie sięgnęłam. Zrozumiałam dopiero wówczas, gdy po kolejnym podrasowaniu sprzętu i eksperymentach zawodnicy zaczęli masowo ginąć podczas turniejów. Dotarło do mnie, że zawody to zwyczajna selekcja.
Wtedy właśnie – za późno – powiedzieliśmy dość.

Damanskij, 07-06-2032
#0003

Szesnaście lat temu, w czasach tak zwanego Drugiego Biovoltu, gdy wraz z grupą byłych zawodników organizowałam już kampanię protestacyjną przeciwko działaniom pociągających za sznurki konsorcjów, ktoś zadał mi pewne pytanie. Wówczas je przeoczyłam, ale od dobrych kilku lat budzi mnie każdego ranka w okolicach piątej dwadzieścia trzy.
Czy wiesz, że druga wojna światowa między Rosją a Japonią nigdy się nie zakończyła?
Zwlekam się z pryczy, robię herbatę w blaszanym kubku, zalewam tapiokę, patrzę na nasze obozowisko przez odgarniętą połę namiotu i lista sama się rozwija.
Co wiesz o potencjale zbrojeniowym obu Korei?
A o konfliktach etnicznych na terenie Chin?
A o zaangażowaniu Francji w wojny afrykańskie?
Ile tak naprawdę poświęciłaś uwagi napięciom rosyjsko-niemieckim i ich historii?
Masz świadomość dziesiątek, jeśli nie setek lat militarnych aspiracji Argentyny i faktu, że działania związane z Operacją Kondor trwały długo po jej oficjalnym zakończeniu?

Smacznego, mówię do siebie, rozpoczynając śniadanie.
Dziś jestem tutaj – w ciemnym, dusznym namiocie nad rzeką Ussuri, podczas gdy mój mąż i syn czekają na mnie daleko stąd, mam nadzieję, że nadal bezpieczni.
Chłopcy, z którymi wówczas – jak mi się wydawało – ratowałam świat, już nie istnieją. Przegraliśmy. Przegraliśmy z kretesem, pogrzebaliśmy nasze marzenia i niewinność. Daliśmy się pokonać systemowi i wykorzystać, gdy ktoś inny, ktoś potężniejszy, rozegrał tę partię, używając nas jak figur na szachowej planszy.
Siedmioro z nich służy Rosji.
Sześcioro stoi za wskrzeszeniem Nowego Cesarstwa Chińskiego.
Jeden gnije w więzieniu, odsiadując dożywocie za serię zabójstw, których nie popełnił.
Dwóch uznaje się za zaginionych.
Tyle z Połączonych, czyli tych byłych zawodników, których umysły – w wyniku wspomnianych eksperymentów – zostały na zawsze sprzężone z Bestiami. O nich jest zapewne najgłośniej, bo wielu z nich stało się symbolami tego, do czego doprowadziło nas ignorowanie oczywistych sygnałów i powtarzanie, że bladeing i nawet najbardziej krwawe turnieje to tylko zabawa. Ale to przecież nie wszyscy, z którymi ramię w ramię próbowałam kiedyś walczyć z systemem.
Moja niegdyś najlepsza przyjaciółka, Emily York, także była zawodniczka, jest w tej chwili światowej sławy profesorem, jedyną może w zachodniej części świata prawdziwą specjalistką od Bestii i laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Od kilku lat nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Jakoś nie ma czasu. Ja na froncie, ona tam, daleko, w Ameryce, zajęta swoimi sprawami. Ale wiem, że dobrze się jej żyje, choć z pewnością dość burzliwie. Zaprosiła mnie na wszystkie sześć ślubów i wszystkie sześć imprez porozwodowych, choć nigdy się nie pojawiłam. Taki z niej temperament.
Tęsknię za nią.
Mystel z kolei, druga najbliższa mi osoba spośród nich, Mystel, został moim mężem. I za nim także tęsknię. A także za Rinem, naszym pięcioletnim synem. Mam nadzieję, że kiedy dorośnie, świat nie będzie już ogarnięty wojną. I dlatego jestem tu, a nie w domu, gdzie gotowałabym obojgu ciepły obiadek. Usiłuję patrzeć, zrozumieć, utrwalić i pokazać światu to, co naprawdę dzieje się na froncie rosyjsko-chińskim, to, do czego naprawdę doprowadziły chciwość i marzenia o superżołnierzach. Może naiwnie, ale wciąż wierzę, że prawda coś zdziała. Że ktoś wreszcie podejmie odpowiednie decyzje.


ROZDZIAŁ I – YES, IT’S THE APOCALYPSE ALRIGHT. I ALWAYS THOUGHT I’D HAVE A HAND IN IT.


Gdzieś w Mongolii


– I choćby przyszło tysiąc Chińczyków i każdy zjadłby tysiąc klopsików, i każdy srałby przez tysiąc lat…
– TO NIE ZASRAJĄ KRAJU RAD! – wyskandował entuzjastycznie rozochocony tłum u jego stóp.
A on rozłożył ramiona jak ptak skrzydła i roześmiał się dziko, czując wzbierającą w nich moc.
Nazywali go także Wichurą. Albo po prostu pojebanym.
Za jego plecami już rodziła się nawałnica – stalowe i sine chmury kłębiły się niespokojnie, szarpane wiatrem. Tu, w Mongolii, nie było żadnej siły, która mogłaby się przeciwstawić wszechpotężnemu żywiołowi, nic, co mogłoby ocalić żałosnych pokurczów z chińskiej armii uzbrojonych tylko w śmieszne karabiny, czołgi, haubice i temu podobne tałałajstwo. Ich wielki, światły cesarz nadal chronił dupę za wysokim murem, daleko od zapomnianych, biednych i tak naprawdę nikomu niepotrzebnych stepów, a Falborg rżała, do łez rozbawiona mikrą siłą tego, co usiłowano jej przeciwstawiać.
Tu rządził tylko on – Sokolnik. To przed jego opętańczym śmiechem drżeli skośnoocy. To przez niego srali po gaciach, to na myśl o nim przeklinali bogów i płakali za matkami.
– A teraz – powiódł wzrokiem po swoich żołnierzach, czując jednocześnie, jak spierzchnięte usta pękają od szerokiego, opętańczego uśmiechu – rozkurwić ich do ostatniej jebanej, żółtej nogi! I niech mi żaden, kurwa, nie wraca bez krwi na rękach! Do boju, Rosjo!
Ruszyli. Z wrzaskiem, z żądzą krwi wymalowaną na twarzach. Wiedzieli, że póki jest z nimi ich szalony generał, są niezwyciężeni. Odurzeni świadomością jego mocy parli przed siebie, niepomni na grad kul i miny przeciwpiechotne.
Niepomni na nic, prócz Słodkiej Matki Rozkurwicielki.
Obecnie w osobie właśnie Borysa Kuzniecowa – jednego z czterech wielkich generałów Rosji, jeden z tych, przed którymi drżały kolana we wszystkich częściach świata. Prawa ręka samego Jurija „Sabaki” Ivanowa, wychowanek Opactwa i Połączony. Jego tak jasne, że niemal białe włosy odcinały się ironiczną aureolą od ciemnych chmur za plecami i wysmarowanej posoką twarzy wykrzywionej najczystszym, najbardziej pierwotnym okrucieństwem. Opatrunek z przezornie wciśniętej w jego rzeczy przez Rethę podpaski zdołał przynajmniej zatamować obfite krwawienie z rozciętego czoła.
Sokolnik ryknął całą siłą płuc, a gwałtowny ruch ramion rozpoczął istne pandemonium.
Chińczycy nie mieli szans. Ani z wichurą, ani z najczystszą, skondensowaną nienawiścią, która uderzyła w nich ułamek sekundy później, niosąc okrutną śmierć wśród krzyku niedowierzania.
Borys przymknął oczy, chłonąc rozpaczliwe kwilenie i wrzaski jak najpiękniejszą muzykę, a Falborg tłoczyła moc wiatru do jego żył, upajając go jak najprzedniejszym samogonem.
Podobno nie był zdolny do miłości. Podobno ją, tak jak i wszelkie inne pozytywne emocje, usunięto mu chirurgicznie wiele lat temu w Opactwie, dając w zamian Bestię, ale był nieomal pewien, że szczerze kocha słuchać agonalnego skomlenia.


Praga


Zdarzały się takie chwile w życiu Johnny’ego McGregora, iż wiedział, że nie jest najlepiej, a ta z pewnością należała do tego szlachetnego, choć też z pewnością niewąskiego grona.
Jako pierwsze po odzyskaniu względnej przytomności pojawiło się niesprecyzowane poczucie dyskomfortu i raczej nienaturalna trudność z podniesieniem powiek. Coś jak na naprawdę ciężkim kacu i to bynajmniej nie po alkoholu, no, chyba żeby mówić o zaiste kosmicznych podejrzanych destylatach.
Potem przyszło zimno. Ale jak już przyszło, to z impetem, jakiego mogłaby pozazdrościć ruska armia pod wodzą Borysa Kuzniecowa od dwóch miesięcy rozsmarowująca Chińczyków po Mongolii. I oczy otworzyły się nagle bez żadnego problemu, popędzone zastrzykiem adrenaliny.
KURWA MAĆ!, chciał zawyć Johnny, ale z jakiegoś powodu głos kompletnie zamarł mu w gardle i wydobyło się z niego tylko żałosne, podejrzanie pinczerkowe szczeknięcie.
Leżał w wannie. To samo w sobie z pewnością nie byłoby takie straszne, gdyby nie wypełniające ją kostki lodu. McGregor rozpaczliwie zacisnął palce na krawędziach staromodnej, żeliwnej balii, co wcale nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę stopień ich skostnienia, i wyskoczył z lodowej kąpieli jak oparzony. Zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę, poślizgnął się i po prostu – przewiesiwszy się przez krawędź – bezwładnie runął na posadzkę.
Jakim cudem nie walnął czołem w podłogę i ponownie nie pozbawił się przytomności, miało prawdopodobnie pozostać dla niego tajemnicą na zawsze, choć zapłacił za to solidnym stłuczeniem ramienia.
Był oczywiście golusieńki jak święty turecki, choć kiedy podniósł głowę, zobaczył swoje rzeczy złożone w kostkę i leżące nieopodal na krześle. Zatem – wniosek numer jeden – nie został okradziony. Przynajmniej nie w taki oczywisty sposób. Wyglądało też na to, że ktoś założył względnie szczęśliwe zakończenie dla całej afery, być może nie chcąc sobie brudzić sumienia trupem.
Johnny poczuł kolejne ukłucie niepokoju.
A także ukłucie w okolicy nerek.
Nie był w stanie się podnieść, więc do kupki ciuchów zwyczajnie dopełzł, drżąc z zimna i ociekając wodą, a wniosek numer dwa już pęczniał na tyłach jego obolałej głowy.
Zwinął się na boku, nie mogąc opanować dreszczy i pełnoprawnych już drgawek. Było mu nie tylko piekielnie zimno. Było mu także słabo. W niewyobrażalny i nieporównywalny sposób źle, a wyobraźnię miał McGregor w tym względzie wytresowaną znacznie powyżej przeciętnej.
Coś mówiło mu, że nie ma wiele czasu.
Johnny, wracając potem wspomnieniami do tej chwili, bardzo starannie unikał pytania o to, co może świadczyć o nim fakt, że w obliczu prawdopodobnej śmierci pomyślał o słoiku niedojedzonego kremu czekoladowego, który zostawił w lodówce przed wyjazdem do Czech i poczuł w tym względzie autentyczne ukłucie żalu.
W każdym razie, nigdy nie wspomniał o tym Emily. Mogła mu wybaczać wiele, ale z pewnością nie wybaczyłaby drugiego miejsca na podium i to pomimo faktu, że od jakichś trzech miesięcy znów się nienawidzili po całkowitym i ponownie nieodwracalnym rozpadzie pożycia małżeńskiego.
Wtedy oczywiście rozległy się kroki. I otworzyły się drzwi, przez które wpadły trzy najwyraźniej dość zaaferowane kitle.
Johnny nie rozumiał ani słowa z nerwowych okrzyków po czesku, jakie go nagle otoczyły, ale przecież ich treść nie grała żadnej roli. Rolę grały krocza, w które mógł celować łokciami.
Był może skostniały, nagi i na granicy hipotermii, ale nadal był Johnnym McGregorem.
A z Johnnym McGregorem, szkockim góralem i byłym bladerem, się zwyczajnie nie zadzierało.

Genewa


Kraków został zamordowany we śnie.
Ryk setki motocyklowych silników rozorał pazurami nocną, miękką ciszę jak nóż skórę i mięśnie. Nim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, nim ktokolwiek zdążył zareagować, było już po wszystkim – przez miasto przetoczyła się burza.
Całkiem dosłownie.
Nieliczni ocaleli ze zrównanego z ziemią Krakowa mówili właśnie o tym – o szalejących piorunach i o dzikim śmiechu ciemnoskórej dziewczyny na motorze. Brzmieli przy tym jak szaleńcy i być może za takich właśnie by ich wzięto, gdyby nie fakty.
Fakty natomiast przedstawiały się tak, że z zabytkowego, wpisanego na listę UNESCO miasta niewiele zostało. Potężne wyładowania atmosferyczne uszkodziły drzewa i trakcje tramwajowe – to oczywiste – ale też w efekcie doprowadziły do wybuchu wielu potężnych pożarów. Kto nie zginął od porażenia elektrycznego, najpewniej spłonął w ognistej pułapce.
Nikt nie miał wątpliwości, kim była owa dziewczyna i kto stoi za atakiem.
Retha Mhalangu, jedna z Połączonych, pochodząca z Johannesburga, ale od szesnastu lat na usługach Matki Rozkurwicielki, Słodkiej Rosji. Ona i jej zmotoryzowane komando stanowili postrach dla terenów przygranicznych od dawna, skutecznie zniechęcając do jakichkolwiek zbrojeń w tym obszarze. Pierwszy raz jednak zdarzyło się, żeby zaatakowali tak wprost i to w dodatku strefę niezmilitaryzowaną, a po prostu turystyczne miasto, leżące stosunkowo daleko od samej granicy z Rosją.
Autorzy raportów nie mieli wątpliwości – tym razem nie chodziło o odstraszenie.
Moskwa wysłała zachodowi list z pogróżkami.
I list ten wylądował ostatecznie na biurku Sekretarza Generalnego ONZ, Roberta Jürgensa, także byłego bladera.
– Mam przygotować oficjalne stanowisko? – spytała Ingrid swoim cichym, rzeczowym głosem i odruchowo zacisnęła pomarszczone palce na przyciskanej do piersi teczce.
Zawsze ujmowała to w ten sposób, elegancki, jak i cała ona, pięćdziesięciosześcioletnia urzędniczka, której doświadczenie niejednokrotnie już okazywało się bezcenne, ale w istocie chodziło o dość brzydkie zagranie. Jak zresztą większość zagrań wchodzących do codziennego repertuaru Sekretariatu.
– Tak – odparł Robert, pocierając podbródek i patrząc w okno. – Też uważam, że powinniśmy na razie uważnie zbadać sprawę pod kątem udziału grup terrorystycznych, a Polsce zalecić umiarkowanie w szafowaniu bezpodstawnych oskarżeń względem naszego rosyjskiego partnera.
Ingrid skinęła głową i wyszła z gabinetu, stukając obcasami.
Robert, zostawszy sam, pozwolił sobie na jedno głębokie westchnienie. Wiedział, że nie zdoła odwlekać nieuniknionego w nieskończoność. Wciąż jednak miał szansę zyskać nieco czasu i może uśpić czujność wrogów, z którymi wciąż zmuszony był współpracować.


Praga


– Boże święty, Johnny, powiedz mi, jak ty to robisz?
Przed uniesieniem się gniewem powstrzymało skulonego na kanapie rudego Szkota jedynie to, że mimo trzech swetrów i dwóch koców, a także kubka gorącego i wzmocnionego odpowiednio kakao w dłoniach, nadal trząsł się jak jakaś pierdolona galareta. Nie pomogły też ciepłe skarpety, ani świadomość, że na dworze jest ze dwadzieścia stopni i radośnie świeci nieświadome całej tej tragikomedii słońce.
Johnny niechętnie oderwał jedną z dłoni od ciepłego kubka, przetarł zapuchnięte oczy i podniósł wzrok ku mówiącemu. Napotkał spojrzenie Oliviera, swego wieloletniego przyjaciela, a w pewnym sensie także szefa i sam nie potrafił określić, czy jest to spojrzenie bardziej poirytowane, czy może jednak zafascynowane nadnaturalnym zjawiskiem. Pominąwszy wciąż mocno ograniczone funkcje oszołomionego wydarzeniami ostatnich godzin mózgu, nie potrafił tego także ze względu na fakt, że twarz Francuza – nieodmiennie od wczesnej młodości – zdawała się mieścić w sobie znacznie więcej niż twarz jakiegokolwiek innego człowieka. A także całą tę zawartość przetwarzać w niemożliwy wręcz do pojęcia sposób i wypluwać zaiste konfundujący efekt finalny. Przed laty trudności sprawiało nawet jednoznaczne określenie płci tego efektu, co zresztą ciągnęło się za Olivierem serią żartów niewybrednych, choć zarezerwowanych dla wąskiego grona osób.
Francuz westchnął cicho i usiadł obok. Przez dłuższą chwilę wydawał się do końca pochłonięty kontemplacją beżowej ściany hotelowego pokoju, jakby naprawdę, tak dla odmiany, potrzebował skupić uwagę na czymś kompletnie nieskomplikowanym.
– Ale tak poważnie… Nie pojmuję – powiedział w końcu tym swoim miękkim, łudząco łagodnym głosem artysty, brzmiącym zawsze, jakby był po solidnej dawce leków uspokajających. – Jak to się stało?
Johnny wzruszył ramionami obojętnie, nadal zbyt wyczerpany na to, by naprawdę się przejmować.
Tak po prawdzie to sam nie wiedział, jak to się stało. Był przekonany, że pije ze wskazanym informatorem, a nawet, że jest bliski wyciągnięcia tego czy tamtego z miękkiego, jak się wydawało, zawodnika. Potem świat po prostu zaczął się ściemniać. No i w efekcie Szkot obudził się w obskurnej piwnicy w wannie pełnej lodu.
– Tyle dobrego, że chociaż ładnie cię zszyli – zauważył Olivier pozornie kompletnie niewinnym tonem.
A także – obudził się bez nerki, co dotarło do niego nieco później.
Bolało – także w męską dumę – ale nie mógł nie zauważyć absurdu całej tej sytuacji. Nie było mu jednak do śmiechu, choć to pewnie dobrze, bo przy tym stopniu rozdygotania i niebywałym szczęściu mógłby sobie jeszcze przypadkiem odgryźć język.
– Podejrzewam, że Robert nie będzie zachwycony – ocenił Olivier, krzywiąc się lekko.
– Robert nigdy nie jest zachwycony – zauważył kwaśno Johnny.
– Ale jednak czasami nie jest bardziej. Prawdę powiedziawszy, zastanawiam się, czy powiedzenie mu, że padłeś ofiarą durnej miejskiej legendy, nie spowoduje trwałych uszkodzeń w tym jego mózgu. – Polangue nie zdołał jednak powstrzymać przelotnego uśmiechu, który jednak na jego twarzy nie zawierał w sobie nawet cienia sugestii złośliwości. – Wiesz, że to się tak naprawdę nie zdarza?
McGregor wzruszył ramionami pod warstwą z koców.
– Jak się nie zdarza, jak mi się zdarzyło.
– Touché.

Genewa

Robert Jürgens, od roku Sekretarz Generalny ONZ, powoli przymknął oczy i z cichym sykiem wypuścił powietrze z płuc.
– Proszę, powtórz – polecił.
– Dał sobie wykroić nerkę – powiedział posłusznie miękki głos w słuchawce. – Nadal nie wiemy niczego o rzekomych działaniach Opactwa na terenie Czech, ale za to mamy całkiem sprawnie wypatroszonego Szkota na stanie.
– Proszę cię, Olivier, nie kpij. – Niemiec zacisnął palce na nasadzie wydatnego nosa. – Nie dziś. Jestem na skraju wytrzymałości.
– Przepraszam.
– W porządku.
– To co mam robić? Posłać go tam raz jeszcze? – Lata znajomości sprawiły, że Olivier Polangue doskonale wiedział, że jego przyjaciel nie oczekuje pogaduszek czy mentalnego klepania po łopatce, a tylko konkretów.
– A ma to w ogóle sens?
– Boję się, że jest spalony, choć tak naprawdę nie potrafię określić tego ze stuprocentową pewnością. Ale to prawdopodobne. Szpiedzy Kaia są szybcy. Z drugiej strony, to Johnny i jeśli ktoś ma to załatwić szybko, skutecznie i bez nadmiernego rozpuszczania się, to właśnie on.
Robert zacisnął usta.
– Daj mi się zastanowić – mruknął. – Albo nie. – Niemiec ostatecznie przestał spacerować po gabinecie i zasiadł w skórzanym fotelu, co jednak szybko uznał za błąd, gdyż całe ciało aż drżało od tamowanego gniewu. – Działaj na własną rękę, znasz teren lepiej niż ja. Obawiam się, że jeśli wiedzą, czego szukamy, nie mamy wiele czasu. Ale będę miał później dla Johnny’ego inne zadanie. Może Ameryka Południowa będzie dla niego szczęśliwsza.
– Tak jest.
– Do usłyszenia.
– Do usłyszenia, Robert. Trzymaj się tam.
W słuchawce rozległ się pisk zrywanego połączenia. Jürgens odłożył telefon i odchylił się w fotelu, ponownie zamykając oczy. Splótł dłonie na brzuchu i przez jedną krótką chwilę starał się zwyczajnie o niczym nie myśleć.
To okazało się za trudne, bo już ułamek sekundy później zalała go fala niechcianych wniosków.
To nie tak, że Johnny McGergor był złym agentem. Wręcz przeciwnie. Setki razy okazał się absolutnie niezastąpiony, zwłaszcza tam, gdzie trzeba było działać – jak zauważył Olivier – szybko i bez rozczulania się. Jemu po prostu… czasem zdarzały się takie rzeczy. Drobne przeoczenia prowadzące na czarny rynek narządów zamiast do strategicznego celu.
Był jak niewiarygodnie potężna i nowoczesna broń zacinająca się niezwykle rzadko, ale za to w najmniej odpowiednich momentach.
Robert przetarł twarz dłońmi. Jakby miał mało zmartwień, naprawdę. Miał nadzieję, że przynajmniej Johnny nie będzie miał z tego tytułu jakichś zdrowotnych perturbacji, a Olivier poradzi sobie z wytropieniem komórki Opactwa w Czechach bez pomocy Szkota.
„Komórka Opactwa” było to w swej istocie wyrażenie bardzo potoczne, nieprecyzyjne i czysto robocze, przeznaczone dla ludzi wtajemniczonych w sprawę, a zatem grona dość wąskiego, liczącego sobie zaledwie parę osób – Roberta, Oliviera, Johnny’ego i Emily York, amerykańskiej naukowiec. Tak naprawdę Opactwo nie działało w ten sposób, nie w tym momencie w każdym razie, i nie zakładało nigdzie tajnych ośrodków-córek. Rosjanie uznawali najwyraźniej, że technologie wykorzystywane do produkcji superżołnierzy są zbyt cenne, by wywozić je poza granice kraju i ryzykować, że dostaną się we wrogie ręce. Nie. „Komórka Opactwa” stanowiła jedynie hasło wywoławcze dla ludzi potencjalnie pracujących dla legendarnego ośrodka nadal łączącego dusze poddawanych morderczemu treningowi dzieciaków z syntetycznie stworzonymi Bestiami.
Cały dowcip polegał bowiem na tym, że do stworzenia nowego modelu syntetycznej Bestii władającego jakąś konkretną mocą, przydawał się wzór w postaci Bestii naturalnej. Tymczasem nie wszystkich żyjących nosicieli tych zlokalizowano. Katalogi dawnych zawodników nie pokrywały się z aktualnymi rejestrami z tego prostego względu, że część z nich zapłaciła za walki na arenach lub późniejszy bunt bladerów śmiercią. Mogło to oznaczać, że o ile zamieszkujące ich ciała i umysły Bestie nie błąkają się nadal bezpańskie, znalazły jakiegoś nosiciela. Być może po drugiej stronie globu – dla potężnych duchów nie stanowiło to większego problemu.
Rosjanie wychodzili z kolei ze słusznego skądinąd założenia, że nawet na najskuteczniejsze działo znajdzie się prędzej czy później odpowiedni pancerz. Zależało im zatem, by uzupełnić rejestr i stale rozwijać pod tym także względem swój materiał militarny. Zwłaszcza że wojna z Chinami trwała już ładnych parę lat i nic nie wskazywało na to, by miała się szybko skończyć.
Robert wiedział po prostu, że musi być szybszy i sprytniejszy.
Nowy trop wydawał się o tyle niepokojący, że Czechy znajdowały się w potencjalnej rozszerzonej strefie wpływów Rosji, a nie był to już ten sam kraj, co u progu dwudziestego pierwszego wieku. Stała za nim ta sama może mentalność ludu, ale kompletnie inny umysł wodza – nigdy bowiem wcześniej nie zdarzało się, by przywódcami światowymi zostawali niemal wszechwładni mutanci. Oni po prostu siłą rzeczy musieli myśleć inaczej niż ich poprzednicy i – owszem – robili to.
Dowodem na to mogły być chociażby ostatnie wydarzenia w Krakowie.
Przedstawiciele polskiego rządu już nie tyle nawet błagali, co zwyczajnie skomleli o pomoc i Robert doskonale wiedział, że nie dzieje się to po raz pierwszy w historii.
Wiedział też, że działania zaczepne na terenach Polski to w istocie wyzwanie rzucone jemu.
Fakt, że został Sekretarzem Generalnym ONZ jednocześnie pomagał i dodatkowo komplikował sprawę. Pomagał, bo Robert zyskał wreszcie jawny i realny wpływ na decyzje podejmowane przez forum międzynarodowe. Komplikował sprawę, bo oznaczał także, że Jürgens stoi w świetle reflektorów i wszyscy patrzą mu na ręce.
Musiał zatem tym mocniej zważać, by trzymać te ręce za plecami.
Obecnie – dość paradoksalnie – największą przeszkodą wydawała się Rada Bezpieczeństwa. Rosja i Chiny, od kilku lat w stanie wojny przerywanej jedynie krótkimi okresami zawieszania broni, oczywiście i tak paraliżowały już jej działania. Ale to nie było wszystko. Robert miał bowiem świadomość, że tak potężny konflikt między tak potężnymi mocarstwami nie pozostanie sprawą lokalną. Nie tylko zresztą on i parokrotnie już naciskano na niego, by zintensyfikował działania mające na celu znalezienie rozwiązania. Złożono też kilka dość cuchnących propozycji, co do których Jürgens nie miał wątpliwości, że po nitce zaprowadziłyby go do rosyjskiego lub chińskiego kłębka.
Problem polegał jednak na tym, że wobec obecności obu zwaśnionych stron w Radzie, nie mógł o pewnych sprawach mówić wprost. Grał więc twardego, ale taktownego dyplomatę, usiłującego za wszelką cenę utrzymać jako taką równowagę i nie dopuścić do rozlania kwasu, choć przez wzgląd na powiązania polityczno-ekonomiczne było to oczywiście niemożliwe.
Prywatnie Robert gardził strategią zamiatania problemów pod dywan i nie wierzył w siłę pokojowych negocjacji.
Prywatnie miał przynajmniej dwa pomysły na zabezpieczenie reszty świata przez wybuchem tykającej na wschodzie bomby.
Jedyny szkopuł w tym, że żaden z tych pomysłów nie był legalny. Wręcz przeciwnie – oba śmierdziały solidną międzynarodową aferą z dużą ilością wyzwisk i prawdopodobnymi rękoczynami.
W końcu Johnny i Olivier nie bez przyczyny zostali wysłani do Pragi. Owszem, chodziło o to, by ubiec Kaia Hiwatariego w odnajdywaniu niezarejestrowanych nosicieli naturalnych Bestii, ale przecież to był dopiero początek. Robert musiałby być strasznym hipokrytą, żeby ukrywać przed samym sobą, że widzi w Połączonych szansę na obronę.
Problem polegał bowiem między innymi na tym, że niemal wszyscy nosiciele, o których wiedziano, służyli Rosji lub Chinom, a jedyny niezaangażowany w konflikt po żadnej ze stron odsiadywał chwilowo dożywocie. Jürgens prowadził w tym względzie tajne negocjacje z przedstawicielami Argentyny, ale szły one niezwykle opornie, jakby wysłannicy Buenos mieli nadzieję, że w końcu znudzą Sekretarza Generalnego swoją opieszałością i zapomni on o całej sprawie.
Nie zamierzał.


Praga


– Ja pierdolę, wykroili mi nerkę!
– Cieszę się, że to wreszcie do ciebie dotarło. – Olivier upił łyk wina. – Wnoszę, że to dobry objaw i mózg ci wreszcie taje.
– Bez pytania! Tak wzięli i wykroili!
Francuz nie mógł się nie uśmiechnąć, patrząc na szarżę Johnny’ego, który od dobrego kwadransa przemierzał pokój zamaszystymi krokami, raz po raz przecierając twarz dłońmi. Wciąż miał na sobie sweter, ale już tylko jeden. Kakao, odrobina koniaku i wreszcie przebijające się przez otępienie emocje robiły najwyraźniej swoje.
Pewne rzeczy po prostu się nie zmieniały – mimo upływu lat i wszystkiego, co stało się po drodze, Johnny pozostawał Johnnym.
– Rozmawiałem z Robertem – podjął Olivier Polangue. – Będziesz mu potrzebny gdzieś indziej, a poza tym istnieje spore ryzyko, że tu jesteś spalony, więc przejmuję tę sprawę.
Szkot zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi.
– Mieliśmy tego uniknąć – zauważył.
– Wtedy jeszcze miałeś dwie nerki. Okoliczności odrobinę się zmieniły, pragnę zauważyć.
Johnny przewrócił oczyma, ale nie znalazł błyskotliwej riposty, bo te zwykle jakoś mu umykały, więc nie odpowiedział.
– Zresztą nie sądzę, żebyś miał się nudzić – dodał jeszcze Olivier. – Jak wspomniałem, Robert mówił coś o innym miejscu. W Ameryce Południowej. Szczegółów nie podał, ale obaj wiemy, co to może oznaczać.
Johnny przystanął gwałtownie i spojrzał na Francuza.
– Myślisz…? – Uniósł rudą brew.
– Nie, jedynie podejrzewam. Wiem, że intensywnie pracował nad tą sprawą, chociaż Argentyńczycy to oporny materiał.
Przez twarz McGregora przetoczyła się fala skrajnych emocji. Na tyle skrajnych, by Olivier pozwolił sobie okazać lekkie zdziwienie.
– Nie wiedziałem, że to dla ciebie aż tak ważne.
– A jakie niby ma być. – McGregor lekceważąco wzruszył ramionami, próbując najwyraźniej zatrzeć wrażenie sprzed chwili. – To po prostu kwestia pierdolonej sprawiedliwości!
Skoro tak twierdzisz, pomyślał Olivier.

Mongolia


Borys zatoczył się na pryczę.
– Wypierdalać! – ryknął, kiedy napad kaszlu wreszcie mu na to pozwolił.
W całej Rosji były może dwie osoby, które miały odwagę z nim dyskutować, więc namiot opustoszał w ułamku sekundy. Kuzniecow usiadł ciężko i odjął dłoń od twarzy. Tak jak się spodziewał – była cała we krwi.
Wiedział, że to nie rana.
Nie czekając, sięgnął pod pryczę w poszukiwaniu metalowego pudełka, z którego szybko wydobył niewielką, jednorazową strzykawkę. Zmuszony przy tym pochylić głowę, pozwalał krwi z nosa kapać wprost na spodnie.
– Jakbym, kurwa, cioty dostał – syknął, wbiwszy igłę do żyły i nacisnąwszy tłok.
Musiał przeszarżować. Dawno już nie zdarzało się, żeby organizm zareagował tak gwałtownie. Szczęściem Borys zdołał doczekać końca bitwy, a potem zejść z jej pola o własnych siłach. Ci, którzy widzieli, jak się zatacza, łatwo mogli zrzucić to na karb rozciętego czoła.
Zresztą prawdopodobne, że miało pewien udział w zajściu. Kuzniecow chyba szczerze wolałby tę wersję. Wykluczała inne, a wśród nich tę, że zwyczajnie zaczął się gwałtowniej zużywać, że oto podzielił los Jurija.
Wyrzucił z siebie kolejną wiązankę przekleństw, która ostatecznie zmieniła się we wściekły warkot przez zaciśnięte zęby.
Dziesięć minut później jednak, kiedy już lekarstwo – czy też trucizna, w sumie zależało od punktu widzenia – rozlało się po krwiobiegu, Borys znów stał na nogach, w pełni sprawny, choć nadal na granicy pierdolca.
Nic nie mogło go powstrzymać, nawet on sam.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 15 listopada 2016, 15:40
autor: Joa
Spoiler: pokaż
Wnioski zdawały się leżeć dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale niegdy po nie nie sięgnęłam.


– I choćby przyszło tysiąc Chińczyków i każdy zjadłby tysiąc klopsików, i każdy srałby przez tysiąc lat…
– TO NIE ZASRAJĄ KRAJU RAD! – wyskandował entuzjastycznie rozochocony tłum u jego stóp.
A on rozłożył ramiona jak ptak skrzydła i roześmiał się dziko, czując wzbierającą w nich moc.
Nazywali go także Wichurą. Albo po prostu pojebanym.

:facepalm:

Ruszyli. Z wrzaskiem, z żądzą krwi wymalowaną na twarzach. Wiedzieli, że póki jest z nimi ich szalony generał, są niezwyciężeni. Odurzeni świadomością jego mocy parli przed siebie, niepomni na grad kul i miny przeciwpiechotne.
Niepomni na nic, prócz Słodkiej Matki Rozkurwicielki.

:facepalm: :facepalm:

McGregor rozpaczliwie zacisnął palce na krawędziach staromodnej, żeliwnej balii, co wcale nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę stopień ich skostnienia, i wyskoczył z lodowej kąpieli jak – paradoksalnie – oparzony.

Pssst, myślę, że czytelnik zrozumie i bez tego :bag:

Johnny, wracając potem wspomnieniami do tej chwili, bardzo starannie unikał pytania o to, co może świadczyć o nim fakt, że w obliczu prawdopodobnej śmierci pomyślał o słoiku niedojedzonego kremu czekoladowego, który zostawił w lodówce przed wyjazdem do Czech i poczuł w tym względzie autentyczne ukłucie żalu.

:facepalm: :facepalm: :facepalm:
Mamy coś wspólnego.

Retha Mhalangu, jedna z Połączonych, pochodząca z Johannesburga, ale od szesnastu lat na usługach Matki Rokurwicielki, Słodkiej Rosji.


A także całą tę zawartość przetwarzać w niemożliwy wręcz do pojęcia sposób i wypluwać zaiste konfundujący efekt finalny.

Hehehe.


Widać, że piszesz na totalnej fajerze, ale to dobrze. Ilość informacji wstępnych wystarczająca, nie ma ich ani za dużo na początek, ani za mało. Optymalnie.
Póki co Johnny mnie najbardziej do siebie przekonał. Jprdl, Kili, ta nerka XDDD Weź ich oszczędź. Borys i podpaska :facepalm: Brakuje mi słów. Czekam na resztę bandy, na jakąś dłuższą akcję (mam nadzieję, że nie piszesz tylko takimi skrawkami, bo nie, chyba tego nie robisz?) i ogólnie cały arsenał wybuchów i fajerwerków. I tęczę. Na tęczę też czekam. Podoba mi się, że rzecz dzieje się dwadzieścia lat później, to zdecydowanie ułatwia przywiązywanie się do bohaterów.
BĘDĘ NA BIEŻĄCO.

:c[]:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 20 listopada 2016, 17:03
autor: Kruffachi
Dziękować pięknie <3 Staram się nie szatkować za bardzo, ale początek jest trudny - bardzo dużo do ogarnięcia, wiele miejsc, wiele postaci, wydarzeń dziejących się jednocześnie... Sama musiałam to sobie jakoś układać, ale postaram się ogarniać i możliwe przyjaźnie organizować tekst. Im dalej, tym lepiej powinnam nad tym panować.




ROZDZIAŁ II – I WONDER IF PEOPLE NOTICE THAT I WEAR THE SAME PAIR OF JEANS LITERALLY ALL THE TIME


Jurij wypluł ząb do umywalki. Ten brzęknął o ceramikę i potoczył się w dół, by zatrzymać się tuż przed wylotem rury.
Sabaka przyglądał się chwilę w skupieniu i jemu, i czerwonym śladom, jakie zostawił, po czym sięgnął po papier toaletowy. Oderwał go od rolki całkiem sporo i przyłożył sobie do krwawiącego dziąsła.
To był już drugi ząb w tym miesiącu i Jurij doskonale wiedział, jak bardzo powinien się tym przejąć. Coś jednak, jakaś ogólna aura dnia, sprawiło, że tym razem nie walnął z tej okazji pięścią w ścianę i nie poprawił jeszcze kilka razy, aż knykcie odpowiedziały paskudnym bólem.
Tym razem po prostu westchnął z rezygnacją.
Wciąż przyciskając prowizoryczny opatrunek do niewielkiej rany, wyszedł z łazienki – jedynego w sumie pomieszczenia, w którym utrzymywał temperaturę na tyle wysoką, by zapewnić obieg wody w rurach, choć ta i tak nie docierała tu z zamarzniętych wodociągów i rozsadzonych lodem rur. Jeśli mu się chciało, roztapiał lód.
Moskwa była zimna. Pusta.
I niemal martwa.
Taka właśnie, jakiej Jurij od lat, odkąd tylko zrozumiał, kim naprawdę jest i jak niewiele znaczy, pożądał.
Nie potrzebował do życia właściwie niczego więcej – tylko ciszy, spokoju i odpowiedniej temperatury oscylującej jakoś w okolicach minus czterdziestu pięciu stopni. I zapasu bananowego mleka, choć to czasem miło było przegryźć suszoną kiełbasą. Wreszcie nikt nie wchodził mu w drogę. Wreszcie nikt nie doprowadzał go do szewskiej pasji.
Wziąłeś leki?
No, prawie nikt.
– Wziąłem.
Oboje dobrze wiemy, że kłamiesz.
Od Wolborg nie mógł uciec. Od Wolborg nie mógł się odciąć, nawet zamieniwszy Moskwę w martwe, lodowe pustkowie. Wręcz przeciwnie – całkiem możliwe, że czuła się tu lepiej od niego i że tylko ją tymi warunkami rozbestwiał.
I – najgorsze – miała rację. Nie wziął tych pierdolonych leków.
Nie zastanawiając się nad tym wiele, poczłapał z powrotem do ogromnej, ociekającej bogactwem jak wszystko tu łazienki, gdzie w szafce czekały na niego tak tabletki, jak i przygotowane na bardziej kryzysowe sytuacje jednorazowe strzykawki.
Opactwo o niego dbało. Kai nie pozwalał rozpaść się swojej ulubionej maskotce, a Wolborg wyraźnie go w tym wspierała. Jurij wiedział już, że gdyby zaczął stawiać opór, bezceremonialnie przejęłaby kontrolę nad jego ciałem i sama zaaplikowała zastrzyk.
Wiedział, bo raz się to stało.
Stare dzieje. Ivanow nie lubił wracać do nich myślami.
Wtedy jeszcze walczył. Wtedy jeszcze zdarzało mu się budzić w środku nocy w łóżku mokrym od potu i wyć rozpaczliwie, gdy świadomość tego, co mu zrobiono, chwytała zniewoloną duszę w kleszcze. Śmierć wydawała się w sumie dość logicznym wyjściem. Uwolniłaby Jurija od Wolborg i od Kaia Hiwatariego, wydającego uwięzionej w głowie generała Bestii zdalnie polecenia, których ten nie był w stanie sabotować. Szukał innych sposobów. Próbował oszukiwać samego siebie, by docierały do nich fałszywe sygnały, próbował mylić tropy i zacierać ślady.
Ale Wolborg była doskonałą tropicielką, a Kai znał Jurija od dziecka – pierwszy raz spotkali się jeszcze w Opactwie, a potem ich losy wielokrotnie mocno się krzyżowały, nierzadko biegnąc jednym torem. Zawsze znajdowali go bezbłędnie w splątanej puszczy neuronów i chwytali za kark jak nieposłuszne szczenię.
Tak właśnie jak wówczas, gdy postanowił, że przestanie brać leki. Wiedział bowiem, że to one – one oraz okazjonalne zabiegi endoskopowe i mikrochirurgiczne – utrzymują go przy życiu. Był bionicznym eksperymentem, właściwie sztucznym tworem stworzonym w Opactwie na bazie biednej sieroty z Syberii, nigdy nie dokończonym i nigdy nie mającym żyć samodzielnie. W efekcie miał ledwie trzydzieści osiem lat, ale jego organizm wymagał troski większej niż organizm niejednego siedemdziesięciolatka. Buntował się przeciwko wszczepom i wyniszczały go kolejne choroby autoimmunologiczne. Bez odpowiedniego kagańca był gotów zażreć samego siebie.
Ale Wolborg była czujna i bez przerwy patrzyła swojemu nosicielowi na ręce.
Tamtego dnia, gdy przywlekła go do tej samej szafki plującego krwią, zataczającego się i z wiotczejącymi zwieraczami, Moskwa nie była jeszcze pusta. Kai ciągle tu mieszkał, choć przez większość czasu chodził w grubych swetrach i rękawiczkach – nawet w budynkach, a zwłaszcza po ogromnym, trudnym do ogrzania Kremlu. Miasto też jeszcze jakoś funkcjonowało. Ludzie w Rosji przystosowywali się stosunkowo łatwo, więc zaakceptowali zmianę klimatu o kilka stopni – po prostu ubierali się cieplej i pili więcej wódki.
Wszystko zmieniło się właśnie w tamtym momencie, gdy Jurij wbrew swojej woli wstrzyknął sobie ratunkową dawkę w żyły. Kiedy odzyskał przytomność godzinę później, Moskwę skuwał już lód.
Oczywiście czasem stąd Ivanowa zabierano – głównie na serie zabiegów, bo przeprowadzenie ich w tych warunkach byłoby czystym szaleństwem. Owszem, nawet sracze mogły tu ociekać złotem, ale co z tego, skoro warunki pogodowe były paskudne, a w całym poranionym lejami po wybuchach elektrowni i gazowni mieście nie znalazłby się nawet jeden niezdewastowany budynek.
Jedynymi osobami, jakie od tamtej pory Jurij widywał w Moskwie, byli ubrani w kożuchy i owinięci morderczą ilością szalików posłańcy, dostawcy i niekiedy sam Kai Hiwatari, jeśli jakiś szczególnie ważny interes zmuszał go, by ruszył się z posiadłości w znacznie cieplejszej Osetii i zobaczył ze swoim najważniejszym generałem twarzą w twarz.
Jedna z takich wizyt właśnie się zbliżała, o czym Wolborg ostrzegła Jurija ledwie dzień wcześniej.
Chyba uważała, że powinien się jakoś przygotować.
Mogła się pierdolić, Ivanow nie zamierzał odstawiać żadnych szopek na cześć zasranego Wielkiego Wodza. Mimo całego zniewolenia tyle godności osobistej jeszcze mu zostało.
Połknął dwie tabletki i zatrzasnął nieco już obwieszoną szafkę. No tak, to musiał przyznać – Kreml, mimo wszystkich tych absurdalnych teraz zdobień, pod jego rządami stopniowo coraz bardziej upodabniał się do opuszczonej meliny, ale Jurij nie był gosposią ani hotelowym managerem, żeby się tym przejmować. I tak korzystał z kilku co najwyżej pomieszczeń.
Ruszył korytarzem, a echo jego kroków grało na lodowych cymbałach. Piękne posadzki w dużej mierze, zwłaszcza pod ścianami, pokrywał skrzący się, suchy śnieg. Słabe słońce, tak rzadko przedzierające się przez chmury, grało w pysznych złoceniach, rozpalając siwą mgłę setką iskier, szadź otulała zabytkowe sprzęty i meble. Jak w tych wszystkich bajkach o lodowych pałacach.
Tylko że w tych bajkach lodowe pałace skrywały zimne, ale piękne królowe, a Kreml miał tylko Jurija „Sabakę” Ivanowa i jego zakazaną mordę.
Nie obawiał się wizyty Kaia. Nigdy się ich nie obawiał, a teraz dodatkowo nie znajdywał niczego, co można by mu zarzucić. Borys radził sobie w Mongolii świetnie, zostawiając za sobą odpowiednio krwawy szlak, a Retha zrównała z ziemią to całe miasto w Polsce. Raporty od Siergieja i Ivana także nie budziły niepokoju. Wszystko działało jak w najlepszym radzieckim mechanizmie i szczęśliwie nadal nie zmusiło Jurija do osobistej interwencji w którymś z rejonów.
Kiedyś się to zdarzało, owszem, zanim wszystko wskoczyło na swoje tory. Osobiście doglądał wielu rzeczy, a zwłaszcza losu własnych ludzi – Borysa, Siergieja, Ivana, trochę mniej, ale także Rethy, przechodzącej wówczas długą rekonwalescencję, po tym, jak Johnny McGregor zmiótł ją wraz z motorem podczas ucieczki z Moskwy. Trzeba było wiele wysiłku i technologii Opactwa, żeby dziewczynę poskładać, załatać i przywrócić do sprawności. Zdaje się, że wtedy właśnie, w tym dziwnym, ciężkim dla niej okresie, gdy całą interakcję ze światem zewnętrznym ograniczała do wrzasków i przekleństw, zawiązała sztamę z Borysem Kuzniecowem. Mimo upływu lat, Jurij nadal nie był pewien, jakiego rodzaju to relacja, ale też nieszczególnie go to interesowało.
Zainteresowałoby go dopiero, gdyby Mhalangu wywinęła Sokolnikowi jakiś numer. Byłby to z pewnością ostatni numer w jej życiu i zapewne można by robić zakłady, który z nich dorwałby ją pierwszy.
Wielka szkoda, że nikt nie mógł w ten sposób dorwać Wolborg.
Zapewne byłoby lepiej, gdybyś wykazał minimum dobrej woli.
– Nawet tak ze mnie nie kpij.
Nie zaprojektowano mi poczucia humoru.
Jurij wzruszył ramionami. Nie zamierzał po raz kolejny wdawać się w dokładnie tę samą pyskówkę, w której był już w stanie odtworzyć każdą kolejną kwestię, zanim padła. To go po prostu nudziło – to bezustanne odtwarzanie ról. Nie był dobry w te całe socjalne gierki, zwłaszcza kiedy rozgrywały się między wiecznie wkurwionym lub sfrustrowanym mutantem i jego mrożonym pasożytem mózgu.
Wszedł schodami, omijając lodowaty jęzor anektujący ich prawą stronę.
Może faktycznie powinienem to czasem rozmrażać? – pomyślał.
Po co?
– Nie wiem, żeby się czasem rozmroziło.
Na drugim i trzecim piętrze lepiej było słychać wiatr. Wpadał do wnętrza przez wybite, najeżone szklanymi zębami okna, gnał przez olbrzymie sale, rozpędzał się na schodach i wył w pustych korytarzach. Szarpnął rudymi, splątanymi włosami Jurija, odganiając je z poznaczonej bliznami, tak bladej, że niemal sinej twarzy, zanim zrobiła to szponiasta dłoń.
Stąd też rozpościerał się oczywiście lepszy widok na śnieżną pustkę wokół i ciemne bryły budynków, a Jurij lubił ten widok.
Lubił i jednocześnie nienawidził. Wiązało się z nim tyle wspomnień.
Ivanow nie należał do osób sentymentalnych i wspominających, ale Moskwa robiła to za niego. Z pustych okien wyglądały znajome twarze. Zaułki szeptały znajomymi głosami. Puste ulice drżały od znajomych kroków.
Tych ludzi już tu nie było. Ci ludzie przegrali wszystko.
Jurij wciągnął mroźne powietrze głęboko w płuca i westchnął.
– Dobra – powiedział – nie będzie żadnego rozmrażania. Niech się pierdolą.


Zakazane Miasto


– Pochylcie głowy! Nadchodzi Boski Syn!
I bez zapowiedzi byłoby to oczywiste – głuchy stukot protezy o drewnianą podłogę niósł się po korytarzu całkiem skutecznie i z dość dużej odległości.
W wielu innych wypadkach tak jawne okazywanie kalectwa przez mężczyznę u władzy, a cesarza zwłaszcza, uchodziłoby pewnie za głęboki nietakt i skazało go na pełne pogardy oraz niedowierzania szemranie za plecami, a w konsekwencji utratę wpływów. Ale ta sytuacja była szczególna.
Proteza wykonana misternie na podobieństwo łapy drapieżnego kota i ozdobiona boskim nefrytem stanowiła symbol. Przypominała od dniu, w którym – szesnaście lat temu – Bai Hu, Biały Tygrys, pierwszy raz okazał gniew na zepsuty świat Zachodu, rękoma swego wcielenia i wściekłymi błyskawicami ścierając z powierzchni zmieni setki zasługujących na najwyższą karę ludzkich istnień.
Po drugiej stronie Chińskiego Muru mówiono o wydarzeniach z dwa tysiące piętnastego jako o Moskiewskiej Tragedii i – zanim miasto zamieniło się za sprawą Jurija Ivanowa w lodową pustynię – przynoszono pod ruiny stadionu oraz w okolice hotelu Metropol lampki i kwiaty. Organizowano też pikiety, na które zjeżdżali „sprawiedliwi” z całego świata. Dla ludu Białego Tygrysa te same wypadki stały się przebudzeniem i oczyszczeniem.
Pierwszym dniem nowej ery.
Większość osób, które wówczas zginęły, przyszła bezmyślnie oglądać toczącą się od lat rzeź lub wręcz stała za jej organizacją. Biały Tygrys ryknął bowiem z pełną mocą i gniewem podczas odbywających się w Moskwie finałów Mistrzostw Świata w bladeingu, gdy po raz kolejny miały stawać naprzeciw siebie właściwie jeszcze dzieci obdarzone nadnaturalnymi mocami i toczyć śmiertelne w wielu wypadkach pojedynki. Podczas otwierającego meczu zginął Max Mizuhara, jeden z najlepszych wówczas zawodników, w którego rękach znajdowała się Xuánwǔ, zwana przez Japończyków Genbu, a świat zachodni Draciel – żółwia święta Bestia, podobnie jak Bai Hu należąca do grona Czterech Strażników Nieba. Jej rozpaczliwy krzyk i lament nad życiem ukochanego nosiciela nie mógł zostać bez odpowiedzi.
Nie został.
Winni tragedii zapłacili za nią krwią, gdy seria wściekłych błyskawic zniszczyła instalację elektryczną na stadionie i poważnie naruszyła jego konstrukcję, a zrozpaczona Draciel rozorała pazurami biegi wodne. Ci, którzy zdołali przeżyć to, nie uciekli późniejszemu pożarowi, za którym jednak nie stała już żadna ze Świętych Bestii, a jedna z pomniejszych.
Rei Kon, władca odrodzonego pięć lat później Nowego Cesarstwa Chińskiego, cieszył się szacunkiem i miłością swojego ludu, a także poważaniem urzędników, zdobywszy ich serca godnymi podziwu cnotami rozsądku i umiarkowania. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zagrozić jego pozycji, a przez to także stabilności państwa, stanowiącej przecież najwyższe dobro.
Nie uczyniła tego nawet tocząca się od lat wojna z Rosją.
Rei przemierzył pawilon i zamknęły się za nim drzwi do prywatnych komnat. Wracał właśnie z obrad ze swoimi wysokimi ministrami i zamierzał spędzić najbliższe godziny w samotności, na medytacji oraz rozważaniach nad usłyszanymi od urzędników słowami.
Prywatna komnata cesarza prezentowała się nader skromnie, przypominając jemu i wszystkim, którzy go tu odwiedzali, o pochodzeniu Reia, który urodził się w Chuandixii, w niewielkiej wiosce wśród rolników. Kon zasiadł zatem nie na jedwabnych, haftowanych bogato poduszkach, a na prostej macie. Położył dłonie na kolanach, wyprostował plecy i zamknął oczy.
– Niech zgadnę. Nie chcą o tym nawet słyszeć, a zwłaszcza pierwszy minister Zedong Wu.
Nie otworzył ich, usłyszawszy znajomy i ukochany głos.
– Nie – przyznał. – Nadal twierdzą, że moje miejsce jest w pałacu.
– Oczywiście. Dzięki temu mają pewność, że im się nie wymkniesz i nie stracą kontroli nad twoją mocą. Mogą ci okazywać szacunek, ale oboje doskonale wiemy, że boją się ciebie do granicy szaleństwa.
Usłyszał szelest jedwabiu, z czego wywnioskował, że jego najdroższa małżonka, cesarzowa Mao, zasiadła obok.
– I tak niewiele mógłbym zrobić – odparł.
– Ty może nie, ale Diger już tak.
Wciąż jeszcze zdarzało jej się nazwać Białego Tygrysa dawnym imieniem, tym, które nadali mu nieświadomi pochodzenia Bestii bladerzy. Rei nie miał jej tego za złe. To była tylko kwestia starych przyzwyczajeń, zresztą czasem naprawdę myślenie o wszystkim w ten sposób wydawało się łatwiejsze. Bardziej naturalne.
W końcu oboje wychowali się, wierząc, że Biały Tygrys jest właśnie Digerem, w gruncie rzeczy Bestią niewiele różniącą się od Bestii innych bladerów, niezdolną do niczego więcej poza okazyjnymi fajerwerkami podczas turniejów. Owszem, nazywali niektóre z nich Świętymi, ale nikt do końca nie wierzył, że te cztery właśnie – Diger, Draciel, Dranzer i Dragoon – naprawdę mają coś wspólnego z bogami.
– Obawiam się, że Kai i Jurij w gruncie rzeczy tego właśnie chcą – powiedział Rei cicho. – To, co dzieje się w Mongolii, nie ma tak naprawdę większego sensu strategicznego. Front nie przesuwa się na wchód, Rosjanie nadal bronią tej samej linii i tylko… robią to wyjątkowo brutalnie. Prowokują.
– A jednak, chociaż masz tego świadomość, gdyby tylko urzędnicy ci na to pozwolili, już byś tam był.
– Tak – odparł Kon bez zastanowienia.
Mao westchnęła, ale nie było w tym nawet krzty politowania, raczej ciche zrozumienie i zgoda.
– Wiedzą, że nie przerzucę tam Daichiego, bo wówczas za bardzo osłabię front nad Ussuri – mówił dalej Rei, trochę do niej, a trochę już do siebie. – Dlatego posłali Borysa. Żadna konwencjonalna broń nie ma szans z Falborg. Nawet jeśli to pułapka, Bai Hu mógłby przynajmniej stanowić przeciwwagę. Bestia za Bestię. Nie wiem tylko, czy mają świadomość, jak to w istocie wygląda i że nie ruszę się stąd bez zgody ministrów.
– Najwyraźniej nie. Kai patrzy na to ze swojej perspektywy – mruknęła Mao i na dłuższą chwilę zapadła między nimi cisza. – Ale wiesz, że jest jeszcze jedno wyjście – odezwała się znowu.
– Jakie?
– Ty i Daichi Sumeragi nie jesteście jedynymi Połączonymi po tej stronie frontu.
Rei otworzył oczy. Nie od razu spojrzał na żonę, chcąc najpierw uspokoić nagle przyspieszone bicie serca. Poczuł, jak na plecy występuje mu pot i żółty cesarski jedwab przykleja się do skóry.
– Mao…
– Proszę, zastanów się, co chcesz mi odpowiedzieć, zanim to zrobisz.
Mógł się tego spodziewać. Powinien się tego spodziewać. Przecież znał ją od dzieciństwa. Znał ten temperament, upór i niezłomne serce.
Mógł się na to przygotować, ale się nie przygotował i teraz czuł to całym sobą.
– Rei, przez chwilę po prostu nie myśl o mnie jak o swojej żonie i matce swoich dzieci.
Galux, Bestia wrośnięta w umysł Mao, nie była z pewnością tak potężna jak Czterej Strażnicy Nieba czy Falborg, a jej moc nie mogła się równać pod względem widowiskowości – to fakt. Ale były też inne czynniki, w tym ten być może najważniejszy w takiej sytuacji, związany z morale nie tylko żołnierzy ginących w Mongolii, ale – być może – już niebawem całych Chin.
Rei nie miał bowiem wątpliwości jak zostanie odebrane pozostawienie tamtych nieszczęsnych oddziałów na pastwę Borysa. Nie miał też wątpliwości, że jego przeciwnicy wykorzystają sytuację, a zwłaszcza że zrobią to zachodnie środowiska polityczne, nieodmiennie lansujące go na despotę i tyrana do obalenia.
– Chciałbym to jeszcze przemyśleć – powiedział, odwracając wreszcie wzrok ku Mao, jej okrągłej, starannie umalowanej twarzy, i nieco zadartemu nosowi, który często całował.
Przytaknęła.
– Oby nie trwało to za długo – odparła. – Nie chciałabym, żebyśmy się spóźnili.
Sprawa była jednak skomplikowana i Kon, jakkolwiek by się nie starał, nie potrafił całkowicie wyzbyć się emocjonalnego stosunku do niej. Nawet jeśli uciekłby od myślenia o Mao jako o żonie i matce, zawsze pozostała jego najwierniejszą przyjaciółką i kobietą, której własna Bestia ukradła rok młodości, zamykając ją w pułapce z własnego ciała.
To działo się tak dawno temu, niemalże w innym życiu i innej rzeczywistości, ale jednak wspomnienia wracały raz na jakiś czas, nieodmiennie napełniając Reia niepokojem. Na pewno nie chciał, żeby coś podobnego się powtórzyło, a za każdym razem, kiedy Mao przywoływała moc Galux, miał wrażenie, że kobieta tańczy na krawędzi i jest o krok, by znów stoczyć się w otchłań nieświadomości.
Oboje zbyt wiele już przeszli, by przeżywać to ponownie. Oboje zbyt wiele przez Bestie stracili, nawet jeśli taka była wola samych bogów.


Moskwa


– Naprawdę, te parę stopni więcej by ci nie zaszkodziło – skrzywił się Kai Hiwatari, przekraczając próg prywatnej części kremlowskiego kompleksu.
Tu, za zamkniętymi drzwiami, i wobec człowieka, którego znał od dzieciństwa, nie musiał niczego udawać, więc czym prędzej wpakował dłonie do kieszeni. Miał wrażenie, że zaraz zwyczajnie mu odpadną i to mimo grubych, podbijanych futrem rękawic oraz płonącego w jego piersi płomienia Black Dranzer, jednej z dwóch najpotężniejszych Bestii, jakie nosiła ziemia.
Jurij spojrzał na niego spode łba. Nawet nie wstał, żeby się przywitać. Ta wizyta, jak zresztą większość wizyt w ogóle, była mu nie na rękę i nie zamierzał udawać, że jest inaczej.
– Tak jest dobrze – powiedział tylko. – Mi odpowiada, a tobie nikt nie kazał tu przychodzić.
– Mi w ogóle nikt niczego nie każe, Jurij.
To było jak policzek. I zdecydowanie skuteczne przypomnienie, kto, gdzie i kim rządzi. Nawet Wolborg zaskomlała żałośnie na tyłach głowy Ivanowa.
– Musimy porozmawiać. – Hiwatari nie zamierzał najwyraźniej tracić ani chwili więcej na przekomarzania. Rozejrzał się po zmrożonym salonie i zajął puste krzesło, przybierając pozę może niezbyt dystyngowaną, ale za to zapewniającą zachowanie maksimum ciepła.
Z drobnego chłopca wyrósł drobny mężczyzna o delikatnej i niemalże androgynicznej budowie, w tamtym momencie właściwie ginący w objęciach ciepłego płaszcza z postawionym kołnierzem. Wrażenie tej mylącej kruchości potęgowały rysy – nieco egzotyczne, stanowiące wynik w połowie japońskich korzeni rodziny Hiwatari – ale złe, wąskie oczy nie pozostawiały złudzeń. To nie był człowiek, z którym można było pogrywać bezkarnie, o czym zresztą świat zdążył się już przekonać.
– Wszystko idzie zgodnie z planem – wzruszył ramionami Jurij i wyciągnął nogi przed siebie.
– Poza tym, że Rei nadal siedzi w Pekinie – zauważył Kai kwaśno swoim cichym, matowy głosem.
– Ja zrobiłem, co do mnie należało, Borys także. Jasne, mogę zaryzykować i przerzucić tam także Rethę, ale to potrwa, bo siedzi na Ukrainie, a poza tym nie sądzę, żeby zrobiła na Chińczykach większe wrażenie niż Borys. Więcej ugrałbyś sam.
Wąskie, blade usta Kaia zacisnęły się w wyrazie dziecięcego niemal na tej twarzy gniewu.
– Już o tym rozmawialiśmy – syknął.
– Rozmawialiśmy już o wielu rzeczach. O wielu rzeczach wielokrotnie. A potem jeszcze raz.
Minęła naprawdę długa chwila, nim pierwszy z nich zorientował się, że w całkowicie szczeniacki sposób mierzą się na spojrzenia. Co nie oznaczało jednak, że którykolwiek miał zamiar ustąpić.
Mogło zmienić się wiele rzeczy, mogli stać się prawdziwym postrachem większości świata, mogli zrobić z jego mapą, co im się żywnie podobało, ale w głębi swoich dusz nadal tkwili bladerzy stojący po dwóch stronach stadionu i czekający na sygnał do rozpoczęcia pojedynku.
Jak się szybko okazało, na tym w gruncie rzeczy w ogóle polegało całe ich życie.
– Jurij, umówmy się co do jednego – westchnął Kai, składając delikatne, długie palce w piramidkę. – Nie masz bladego pojęcia o polityce. Tak, jesteś świetnym wodzem i strategiem, ale tam, gdzie pojawiają się pewne zależności, zwyczajnie wysiadasz. Więc zostaw ocenę tej sytuacji mi. I uwierz, że jeśli to ja pierwszy pojawię się w Mongolii, poniesiemy wizerunkową klęskę.
– Nikt, kto może rozkurwić pół świata, nie powinien przejmować się wizerunkiem – odburknął Jurij.
Akurat. Jemu łatwo było mówić. Siedział sobie w Moskwie otoczony lodem i pustką, a jego legenda rozwijała się sama. Także dzięki temu, że niewielu miało szansę i odwagę, żeby ją zweryfikować, bo to oznaczało konieczność wkroczenia na teren Sabaki. Nie stanowiło z kolei tajemnicy, że każdy – no, niemal każdy, pewnie za wyjątkiem Kaia – musiał liczyć się z tym, że wejść do Moskwy jest znacznie łatwiej niż potem ją opuścić. Zwłaszcza jeśli nadepnęło się na odcisk gospodarzowi, a wydawało się, że o to z każdym rokiem jest coraz łatwiej. Samotność zdecydowanie nie robiła Ivanowowi dobrze na umiejętności socjalne, już wcześniej raczej niezbyt imponujące.
– Ale tak naprawdę nie po to przyjechałem – powiedział Hiwatari ze wzrokiem utkwionym w nicości. – Mam wieści od naszych przyjaciół z zachodu. Robert zintensyfikował działania, które mają doprowadzić do wyciągnięcia Miguela z więzienia. Pomyślałem, że powinieneś o tym wiedzieć. I najlepiej ode mnie.
Jurij nigdy nie należał do osób, które radziły sobie z ukrywaniem emocji. Wręcz przeciwnie – czasem trudno było te emocje sklasyfikować, nazwać, czy w ogóle ulokować na skali między reakcją pozytywną a negatywną, bo i tak wszystkie wyglądały na te pierwsze, ale sam fakt, że coś jest na rzeczy, dało się wyczytać z jego twarzy bardzo łatwo.
Jak w tamtym momencie.
– Tak właśnie myślałem – stwierdził Kai chłodno.
– Co? – warknął Jurij.
– Że to nie będzie dla ciebie bez znaczenia. Tak po prostu.
Ivanow wzruszył lekceważąco ramionami, jak dzieciak usiłujący przekonać wszystkich, że wcale mu nie zależy. To czasem zaskakiwało, ile takich niedojrzałych zachowań wciąż miał w repertuarze, choć większość ludzi nie zyskała najmniejszej szansy, żeby się o tym przekonać.
– Obaj wiemy, że na to więzienie nie zasłużył – wycedził Jurij. – Ty go tam wsadziłeś.
– W pewnym sensie za jego zgodą – odparł Kai. – Przypominam ci, że przyznał się do wszystkich zarzutów. Po prostu skorzystał z okazji, jaką mu dałem, żeby wyplątać się z układu. A tego w gruncie rzeczy chciał.
Jurij milczał z zaciętymi wściekle ustami. Zadrżały zaciśnięte na podłokietnikach dłonie, a wokół nóg krzesła zaczął narastać szron. Fantastycznymi, lodowymi kształtami wspiął się po rzeźbionym w łapy drewnie aż na wysokość połowy łydki.
– Uspokój się – powiedział Hiwatari wyprutym z emocji głosem.
Ivanow warknął – jak wilk, nie rozzłoszczony człowiek. Błysnęły ostrzegawczo ułamane kły.
– Jurij. Nie zmuszaj mnie do wydania komendy Wolborg.
Sabaka wypuścił powietrze z płuc. Głośno i powoli. Przymknął oczy. Po chwili sine palce zaczęły się rozluźniać, a oddech zwolnił.
– Uznaj fakt, że cię o tym informuję, za moją dobrą wolę – dodał jeszcze Hiwatari. – Nic więcej. Acz dobrze by było, gdybyś uwzględnił w planach strategicznych fakt, że Robertowi może się udać. To nadal tylko jeden Połączony po ich stronie, ale jednak Połączony. W dodatku piromanta, którego nie mamy. I który dość dobrze zna twoje możliwości. Obaj wiemy o Jürgensie zbyt wiele, żeby nie zakładać, że tego nie wykorzysta.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 20 listopada 2016, 17:05
autor: Kruffachi

Zakazane Miasto


Mao ostrożnie nalała herbaty do czarki i uniosła ją do ust. Wzięła łyk naparu, patrząc przed siebie, na taras, na którym jej najstarszy syn, siedmioletni Xue, pod okiem nauczyciela stawiał ostrożnie kolejne znaki pędzelkiem.
Uśmiechnęła się z dumą, widząc uznanie na twarzy starszego mężczyzny.
Wiedziała doskonale, że Rei nie będzie się opierał długo. Miała dobre, logiczne argumenty, a wobec tych Kon pozostawał bezbronny jak dziecko. Zresztą jego obowiązkiem jako cesarza było zapewnienie swojemu ludowi bezpieczeństwa wszystkimi możliwymi środkami, bez zważania na osobiste zdanie w temacie czy – a może przede wszystkim – własne emocje.
Mao miała o tyle więcej szczęścia, że jej emocje kazały właśnie gnać do Mongolii i rozszarpać Kuzniecowowi gardło. O niczym innym nie potrafiła teraz myśleć, jak tylko o tej wściekłości, o chęci odwetu za każdą przelaną tam kroplę krwi. W dodatku ona – jako kobieta – nie musiała przejmować się Radą Państwa. I tak w głębi zakłamanych dusz nią pogardzali, i tak rzucali jej kłody pod nogi.
I tak znosiła to wszystko ostatkiem sił.
W ciszy swojego serca musiała przyznać, że nie tak to sobie wyobrażała, choć Rei oczywiście nigdy tego od niej nie usłyszał. Nie do końca wiedziała, na co się decyduje, namawiając go, żeby sięgnął po cesarski tron, i zostając jego żoną. Owszem, nie cofnęłaby żadnego z wypowiedzianych wówczas słów, nadal uważała, że to było jedyne słuszne wyjście po tym, jak stało się jasne, że jego Bestia to naprawdę sam boski Biały Tygrys, ale też nigdy wcześniej nie podejrzewała, że rola żony władcy jest tak ciężka.
Mao przyzwyczaiła się do działania. Dawniej jej rola w drużynie polegała także na udzielaniu wsparcia i dbaniu o zaplecze – o to, o czym jej brat i Rei często zapominali, pochłonięci turniejami – niemniej, kiedy przychodziło co do czego i należało tupnąć nogą, by postawić ich do pionu, także miała taką możliwość.
Teraz powstrzymywała się nawet w prywatnych komnatach i przebywając z mężem sam na sam, bo nigdy nie było wiadomo, czy ktoś nie podsłuchuje lub nie podgląda i czy nie znalazłby sposobu na wykorzystanie tego, czego świadkiem być nie powinien.
Sytuacja pogorszyła się jeszcze, gdy na świat przyszedł pierwszy z ich synów, a pół roku później zmarł sparaliżowany brat Mao i dawny turniejowy partner Reia – Lai.
To pierwsze dwór odczytał oczywiście jako błogosławieństwo bogów – pierwsze dziecko tak szybko i od razu chłopiec, śliczny, zdrowy dziedzic, któremu gwiazdy i wróżby zwiastowały świetlaną przyszłość. Oznaczało to też jednak, że od Mao zaczęto oczekiwać jeszcze więcej. wyglądało bowiem na to, że i ona cieszy się przychylnością Niebios, a zatem tym mocniej powinna dbać o to, by dawać sobą dobry przykład.
Dawanie dobrego przykładu okazało się z kolei cholernie męczące. Zwłaszcza gdy serce krwawiło po utracie ukochanego brata, a wielu dworzan czyhało na jej dobrą reputację, nie do końca ciesząc się z faktu, że żoną władcy jest kobieta z jego klasy społecznej, a zatem wieśniaczka.
Śmierć ta miała też inny wymiar – zabrała Mao nadzieję i wiarę. Dotąd wstawała każdego dnia z tą samą myślą, że to może ten właśnie, gdy Lai poczyni jakieś postępy – może znów poruszy palcem albo gałkami ocznymi. Może z jego ust wydobędzie się jakiś dźwięk. Może wykona maleńki chociaż krok do wyzdrowienia i do tego, by znów mogli cieszyć się wzajemnie swoją obecnością. To dawało jej dużo siły i nawet jeśli nic takiego się nie działo, napełniało jej myśli optymizmem.
Śmierć całe to oczekiwanie przekreśliła.
Cios okazał się znacznie bardziej bolesny, niż Mao kiedykolwiek by podejrzewała. Naprawdę nie sądziła, że przeżyje odejście i pogrzeb brata aż tak głęboko, bo owszem, kochała go nad życie, ale też była szczęśliwą żoną i świeżo upieczoną matką. Trudno było jej jednak zachować w tamtych dniach twarz i odnosiła wrażenie, że nigdy nie wyleczyła otrzymanych wówczas ran.
Dopiła herbatę drobnymi łykami, odstawiła czarkę i podniosła się z klęczek. Wciąż jeszcze nie otrzymała od Reia ostatecznej odpowiedzi, ale przecież wiedziała, jaka będzie, więc postanowiła zacząć szykować się powoli do drogi – także po to, by przez moment znów poczuć się w pełni wolną.


Genewa


Wizyta była oczywiście nieoficjalna. I utrzymana w możliwie ścisłej tajemnicy. Rzecznik rządu to może nie jego członek ani tym bardziej głowa państwa, ale ktoś zainteresowany tematem i odpowiednio dociekliwy z pewnością zdołałby powiązać nazwisko Leonor Castillo i trafnie zinterpretować jej wizytę w Genewie.
Robert wolał więc dmuchać na zimne, zwłaszcza że sprawa była cokolwiek delikatna.
Rzeczniczka Casa Rosada powoli dobiegała sześćdziesiątki, ale szyk i elegancja czyniły z jej wieku jedynie dodatkową zaletę. Do tego dochodził sympatyczny, szeroki uśmiech i specyficzna mieszanka urzędniczej powściągliwości z latynoską otwartością. To było połączenie, któremu aż za łatwo można by zaufać, więc – paradoksalnie – budziła w Jürgensie dodatkowe pokłady czujności.
Nie ze względu na miłą aparycję postanowił zaryzykować i spotkać się z Leonor Castillo osobiście, a z powodu słów Emily York, ręczącej za kobietę głową, ręką i połową mózgu.
Poznały się szesnaście lat temu, w tym samym czasie, w którym wydarzyło się tak wiele innych rzeczy. Poznały się, bo to właśnie ją – wówczas zajmującą się między innymi tematem kontrowersji wokół bladeingu dziennikarkę na usługach komercyjnej stacji – wskazał Miguel jako osobę, z którą można się kontaktować w Argentynie. On także nie znał jej wówczas długo, ale stanowiła jedyny możliwy wybór – Lavalier nie miał rodziny ani innych żywych przyjaciół w Ameryce Południowej. Zawsze raczej wycofany towarzysko i zaskakująco jak na Latynosa cichy, zadowalał się wąskim kręgiem znajomych, w śród których byli właściwie sami zawodnicy. Kiedy zaczęli ginąć, niespodziewanie znalazł się tam sam.
Gdy sytuacja się ostatecznie skomplikowała i Miguel trafił do aresztu, Emily uznała, że gra jest warta świeczki, zaryzykowała i odezwała się do Leonor. Ostatecznie niewiele udało się zdziałać – sieć układów i wpływów Kaia Hiwatariego, odziedziczona w końcu w znacznej mierze po jego dziadku i głównych współpracownikach, już wówczas była wystarczająco rozległa, by umożliwić mu paraliżowanie ruchów przeciwnej strony. W dodatku sam Lavalier nie współpracował z tymi, którzy usiłowali mu pomóc, i przyznał się do stawianych mu zarzutów – w tym serii morderstw na trenerach i działaczach, których, o czym wiedziało niewielu, nie mógł popełnić, w tym czasie przebywając w rękach jednego z ludzi Opactwa i swojego dawnego opiekuna – Jeana–Paula Bartheza.
Pod kluczem.
Tak czy inaczej, okazało się wówczas, że Castillo faktycznie można ufać. Nawet mimo praktycznie związanych rąk, zdołała zorganizować w sumie trzy widzenia z aresztowanym, a później więźniem i trzymała rękę na pulsie tak długo, jak to było możliwe i ktoś wreszcie nie zorientował się, że jej działania mają charakter prywatny, a nie zmierzający do opracowania dziennikarskiego materiału.
Wobec piętrzących się trudności w negocjacjach z Argentyńczykami Robert już jakiś czas temu uznał, że nadszedł czas, by ponownie zwrócić się do kobiety.
Usłyszawszy nazwisko Lavaliera, nie była szczególnie zaskoczona.
– Podejrzewałam, że ta sprawa jeszcze mnie kiedyś dogoni – powiedziała, kiedy, niemal pół roku temu, Jürgens rozmawiał z nią po raz pierwszy.
Początkowo kontaktowali się na odległość, korzystając z faktu, iż oboje mieli dostęp do szyfrowanych systemów i zapewniających wysoki stopień bezpieczeństwa kont. Potem jednak Robert uznał, że to nie wystarczy. Owszem, nie łudził się ani przez moment, że Kai przeoczy jego ruchy w tym kierunku. Hiwatari miał zbyt wielu zbyt dobrych szpiegów we wszystkich częściach świata, a dodatkowo także Brooklyna Masefielda – genialnego Irlandczyka i Połączonego, którego pełnych możliwości nikt nigdy nie zbadał, ale który niejednokrotnie przed laty zdradzał się z tym, że wie znacznie więcej niż powinien, a tylko nie zawsze ma pomysł, co z tą wiedzą zrobić. Pech chciał, że trafił w ręce Kaia, a ten owszem – miał je.
Inną natomiast kwestią pozostawało to, jak Jürgens ma zamiar swój cel osiągnąć. Hiwatari nie mógł sabotować jego działań pełną mocą, póki tego nie wiedział. Dlatego Robert uznał, że spotkania w cztery oczy i to najlepiej na pilnie strzeżonych, wygłuszonych terenach ONZ–u, będą znacznie lepszą opcją.
– Dzień dobry, panie Sekretarzu – Leonor uśmiechnęła się, podając mu rękę.
– Witam panią – odpowiedział znacznie bardziej powściągliwym grymasem. – Cieszę się, że zdrowie dopisuje. Mam nadzieję, że zajęto się panią, jak należy.
– Jak zawsze – przytaknęła Castillo.
– W takim razie zapraszam. – Niemiec wskazał ręką wnętrze gabinetu.
Usiedli, podano kawę, do której Leonor zawsze wrzucała nieprzyzwoite wprost ilości cukru. Zbiło to jednak Roberta z tropu tylko za pierwszym razem, gdy pomyślał, że może to objaw zdenerwowania. Potem szybko nauczył się, że kobieta należy do tych osób, którym jakikolwiek stres wydaje się całkowicie obcy.
– Kończę gromadzenie materiałów – powiedziała, mieszając starannie napój w filiżance. – Oczywiście Ruth ma masę własnych pomysłów na to, jak wszystko powinno wyglądać, ale staram się ją odpowiednio nakierować. Łatwo nie jest, jako że kontaktuję się z nią oczywiście anonimowo, niemniej odnoszę wrażenie, że połknęła haczyk. Pierwsze efekty są w każdym razie obiecujące.
Ruth była francuską dziennikarką, młodą, ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wybić się z tłumu jej podobnych. Bezczelna i nieugięta, pakowała palce do wszystkich kontaktów, jakie znalazła na swojej drodze, najwyraźniej niezrażona bardziej czy mniej autentycznymi opowieściami o takich jak ona.
Opowieściami, które kończyły się różnie – workiem na głowie albo pod kołami pędzącego pociągu – ale jednak zwykle źle.
Plan zakładał rozpętanie medialnej burzy nie tyle wokół historii samego Lavaliera, co raczej stanu argentyńskich więzień i sądownictwa. Owszem, temat wypływał raz na jakiś czas wraz z pojedynczymi artykułami czy realizacjami dokumentalnymi, ale tym razem wszystko miało się skończyć reakcją Sekretarza Generalnego ONZ i stanowczą rezolucją.
Opcjonalnie. W zależności od chęci współpracy na nowym gruncie. Gdyby i to zawiodło, temat Miguela miał już wypłynąć wprost wraz z wieloma brzydkimi szczegółami pogrążającymi nie tylko Argentynę, ale także samą Francję, oczywiście Rosję i gro organizacji pozarządowych.
Robert nie wykluczał zresztą, że sięgnie po tę broń i tak – wszystko zależało od rozwoju sytuacji, a kolejne lata w polityce nauczyły go, by nie ufać swoim planom i nawet najdokładniejszym analizom.
Nic nie było w świecie wielkich i potężnych silniejsze od przypadku.
– Dobrze to słyszeć – przyznał Jürgens. – I owszem, przyznaję, że pierwsze efekty są zadowalające. Odnoszę wrażenie, że Argentyna już sprawia wrażenie bardziej chętnej do rozmów niż chociażby dwa tygodnie temu.
– Jeśli uda się oburzyć społeczeństwo i nakłonić je do protestów, może być ciekawiej – odparła Leonor. – Ale to trudne. Chodzi jednak o więźniów. Morderców, gwałcicieli i tak dalej. To nie jest grupa, z którą ktokolwiek chciałby się identyfikować i w czyjej obronie stawać. Musimy uważać, żeby nie wywołać wręcz odwrotnego efektu, gdy ktoś stwierdzi, że dobrze im tak i zyska posłuch. Sprawę trzeba dawkować i przedstawiać w odpowiednim świetle. Ale przekazałam Ruth kilka interesujących nazwisk. Młodzi ludzie bez jakichś wielkich win albo z podejrzeniem, że jednak trafili za kratki przez pomyłkę. Dwie rzewne historie o kradzieżach z biedy. Wszyscy już nie żyją. Z nimi identyfikować się będzie łatwiej. Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy pomyśleć o jakiejś fabule, ale ten pomysł odrzuciłam. – Castillo ujęła filiżankę i uniosła do ust.
– Fabuła może nam się zrobić sama, jeśli wszystko potoczy się pewnym konkretnym torem.
– Też tak sądzę.
Robert przez chwilę w milczeniu dyskretnie przyglądał się kobiecie – jej twarzy i ostrożnym ruchom, gdy brała łyk gorącej kawy. Nie mógł powstrzymać się od zadawania sobie pytań o jej motywację. Kim właściwie był dla niej Miguel? Ot, dzieciakiem, z którym przeprowadziła kiedyś wywiad, po tym, jak Hiromi Tachibana posłała go na pierwszą linię swojej medialnej wojny. Nie znali się wcześniej, dzieliła ich spora różnica wieku, a w dodatku większość czasu Lavalier spędzał jednak w Moskwie. Jürgensowi trudno było uwierzyć, że w tych okolicznościach i w tak krótkim okresie zawiązała się między nimi przyjaźń, która nie tylko przetrwała kilkanaście lat bez kontaktu, ale też nakłaniała Castillo do podejmowania sporego – było nie było – ryzyka.
Coś tu cuchnęło, ale Robert nie był w stanie określić co dokładnie i czym.
– Jest jeszcze coś – odezwała się znów Leonor, odkładając filiżankę na spodek. – Zdaje się, że przypadkiem trafiłam na ślad jego krewnych.
Jürgens uniósł ciemną brew. No, tego się akurat nie spodziewał.
– Tak?
– Tak, ale wszystko wskazuje na to, że to dość skomplikowana sprawa. Niemniej pomyślałam, że może być pan tym faktem zainteresowany, tym bardziej, że jeżeli się nie mylę, oznacza to także kolejny trop dotyczący działań ludzi związanych z koncepcjami militarnego wykorzystania bladeingu, być może nawet Opactwa.
– Przyznaję, że mnie pani zaciekawiła. – Robert złożył duże, długie dłonie w piramidkę.
– Niestety na ten moment jedynie sygnalizuję wątek – odpowiedziała Castillo. – Nie wiem, kiedy będę mogła powiedzieć coś więcej, bo staram się zachować ostrożność. Byłoby źle, gdyby okazało się, że przez przypadek naprowadziłam kogoś na swój, a w efekcie na pana trop.
Przytakną w zgodzie i zrozumieniu.
– Będę po prostu czekał – powiedział. – Dziękuję za wszystko, co pani robi.
Leonor znów nieco rozszerzyła uśmiech. Nie skomentowała jednak ani słowem.


Moskwa


Jest twoim wrogiem, powiedziała mu szesnaście lat temu Wolborg. Jest twoim wrogiem i zrobiłeś wszystko, żeby kiedyś strzelił ci między oczy.
„Kiedyś” mogło nadejść bardzo niedługo.
Jurij, nie zważając na to, że Kai może go usłyszeć, wrzasnął wściekle. Bez słów, po prostu dając upust frustracji i wypełniającemu go od tak wielu lat gniewowi.
Hiwatari mógł sobie mydlić oczy innym, jeśli tak mu się podobało, ale nie jemu. On akurat doskonale wiedział, dlaczego Wielki Wódz przybył do Moskwy osobiście, żeby przekazać mu wieści. To w końcu nie był człowiek, który jechałby setki kilometrów tylko ze względu na międzyludzką przysługę. Gdyby o nią chodziło, nie przeszedłby nawet na drugą stronę ulicy. A więc musiał mieć w tym osobisty interes.
Było nim prawdopodobnie zbadanie reakcji Jurija i wiedział on, że zupełnie oblał ten egzamin. Spierdolił tak, że bardziej się nie dało i Hiwatari dostał go na tacy.
Ale naprawdę, Ivanow nie był typem gracza. Nie był typem kogoś, kto byłby zdolny do udawania radości, że być może zyska możliwość przerobienia dawnego towarzysza na kostki lodu. Ba! – że tego właśnie się od niego oczekuje, bo dzięki temu, co Kai zasugerował niezbyt subtelnie, pojawi się szansa na przechwycenie ognistej Bestii.
Nie było do końca prawdą, że Rosjanie nie mają piromanty. Mieli. Hiwtariego właśnie. Nigdy jednak nie pozwolił on na to, żeby Black Dranzer stała się wzorem dla jakiegokolwiek syntetyka. Powód był prosty – Kai dowodził bandą obdarzonych nadnaturalnymi mocami mutantów i nie mógł ryzykować, że przez przypadek stworzy kogoś, kto miałby szansę mu dorównać. Gargoyle, Bestia z głowy Miguela, był z kolei pod tym względem bezpieczny, z pewnością nie najsilniejszy, ale też dający odpowiednią siłę rażenia, z którą po prostu należało się liczyć.
Jurij wiedział też, że jego osobiste zdanie w temacie nie ma żadnego znaczenia – zwłaszcza teraz, gdy Kai dostał nową porcję danych. Jeśli rzeczywiście kiedyś ponownie spotka Lavaliera, nic nie będzie miało znaczenia. Nic, poza niebezpieczeństwem do zażegnania i cenną strategicznie Bestią do przechwycenia, bo Hiwatari wiedział już, że wówczas będzie musiał trzymać rękę na pulsie.
Otwarte pozostawało oczywiście pytanie o to, jak sprawa prezentuje się z drugiej strony, ale dla samego Lavaliera lepiej byłoby pewnie, gdyby okazało się, że także wylądował z wypranym mózgiem i wybił sobie z łba tę swoją głupią lojalność. W końcu, już przed laty, gdy wiedzieli się po raz ostatni, Jurij – pod kontrolą Wolborg – omal go nie zabił. Każdy normalny człowiek próbowałby przy powtórce z rozrywki uprzedzić cios.
Miguel nie był normalny. Był pojebany, jak każdy z nich albo nawet bardziej, tylko w inną stronę.
– Nie masz tu jakiegoś cukru? – zawołał Kai z kuchni, a odgłosy świadczyły o tym, że bezskutecznie usiłuje otworzyć przymarznięte drzwi szafki.
– Nie – burknął Jurij w odpowiedzi.
A gdybym go tak zabił? – pomyślał.
Nie pozwoliłabym ci na to.
– ON by ci na to nie pozwolił. Ale tak teoretycznie. Już raz to zrobiliśmy.
Ty zrobiłeś.
Jurij roześmiał się ponuro.
– Jeśli chcesz się łudzić – burknął.


Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 28 listopada 2016, 17:52
autor: Joa
Spoiler: pokaż
ale także samą Francję, oczywiście Rosję i gro organizacji pozarządowych.

Gros?
Robert złożył duże, długie dłonie w piramidkę.

Kolejny z piramidką :D
Przytakną w zgodzie i zrozumieniu.


Trochę się boję, Kili, choć może niesłusznie. Co prawda dzięki tym dwóm wstawkom zapomniałam o strachu, niemniej jednak wraca do mnie myśl, czy w pewnym momencie nie będzie za dużo emocji, zwrotów akcji, napięcia. Uspokoiłaś czytelnika tymi dwoma najnowszymi fragmentami, fakt, poczułam (choć to wiem od dawna), że wiesz, co robisz. Możliwe że ze względu na dobór cytatów, które wrzucasz do sztambucha, czuję, że będzie od groma trudnych, emocjonalnych momentów bez chwili wytchnienia i jako czytelnik będzie mi ciężko. To takie automatyczne myśli, póki co niczym niepoparte. Daję tylko znać, że się pojawiają i spodziewam się odpowiedniego dla Ciebie wygaszania emocji w odpowiednich momentach.
Póki co ogarniam po trochę świat przedstawiony. Mimo wszystkich informacji, które wbrew pozorom nie nudzą (a mogłyby, bo jest ich dużo) najlepiej byłoby znać tę kreskówkę, by do końca się w tym świecie zadomowić. Jeszcze szukam swojego miejsca i swoich bohaterów, nie wiem ile mi to zajmie, ale wydaje mi się, że niedługo.
Kilka szczegółów dotyczących Jurija mnie już kupiło, Johnny mnie rozczulił wanną, a Jurgens... nostalgia Rolfa do Niemiec się budzi.
Czekam na moment, gdy nie będziesz musiała już wyjaśniać czytelnikowi prawideł rządzących tym światem, kiedy relacje, historia stanie się jasna, a tu i teraz będzie najważniejsze. Bo o ile jest to konieczne, gdy chcesz zaznajomić nas ze wszystkim, z czego nie zdajemy sobie sprawy, nie znając kreskówki, o tyle, jak sama doskonale wiesz, po pewnym czasie takie tłumaczenie staje się i katorgą dla czytelnika i dla autora. Także czekam na ten moment, gdy najważniejsza będzie akcja właściwa.
Podsumowując: wciąż będę czytać i kibicować.
:c[]:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 28 listopada 2016, 18:09
autor: Kruffachi
Ja też się szalenie boję, możesz mi wierzyć... To, że piszę na fajerze, to jedno, to, że mam świadomość trudnego materiału, to drugie. Kawałki do Sztambucha wybiera się zwykle takie, żeby na małej przestrzeni coś zawierały, więc miarodajne nie są na pewno, acz wiem, że momentami będzie to taniec na linie - jak bardzo na pewno zależy też od tego, czy uda mi się wykreować więzi czytelnika z bohaterami i czy będzie go w ogóle obchodziło, co robię. Po cichu liczę na pewne doświadczenia z poprzedniej części, gdzie ostatnie kilka rozdziałów kasowałam i pisałam od nowa dobre parę razy, nim uznałam, że w ogóle jest strawnie, więc mam nadzieję, że się czegoś w tym czasie nauczyłam. Ale może nie. W każdym razie - zrobię, co będę potrafiła.
No i ta ekspozycja też mnie oczywiście niepokoi, bo jej jest dużo. Bo nie zawsze potrafię ocenić, co powinno pojawić się już teraz, a z czym mogę zaczekać. Przecież i świat, i bohaterowie, których jest legion, i cały wątek mutacji, i skróty kluczowych wydarzeń z RIP-a. Postawiłam sobie za cel zrobić Odpad na tyle niezależny, na ile to możliwe, ale to jest dodatkowy element układanki. Akcja wydaje mi się trochę rozmyta za długo w tym momencie, wciąż kminię, jak to poprawić, jak zacząć wcześniej układać wydarzenia w ciąg, żeby czytelnik nie miał wrażenia, że co rozdział, to rzucam w niego czymś nowym. W efekcie kilka pierwszych rozdziałów to taki trochę warkoczyk z wątków, ale też nie wiem, na ile się sprawdzi. To jest problem, z którym wciąż sobie nie do końca potrafię poradzić przy tekstach, które mają rozmach. Wszelkie niedogodności będę starała się korygować na bieżąco, także każdy sygnał na wagę złota (gubię się w tym i w tym, nie wiem, kim jest X i co tu robi, to mnie już nudzi, nie wiem, po co mi tamto itp.).

Ślicznie, ślicznie dziękuję <3

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 03 grudnia 2016, 19:04
autor: Kruffachi
ROZDZIAŁ III
SOMETIMES I’LL START A SENTENCE AND I DON’T EVEN KNOW WHERE IT’S GOING. I JUST HOPE I FIND IT ALONG THE WAY


Genewa

Profesor Emily Emma York nie należała do klasycznych piękności. Zapewne nigdy nie została królową szkolnego balu, a na studiach nie noszono za nią książek, ale miała coś, czego zazdrościła jej niejedna kobieta – nieomal legendarną inteligencję. Otwarcie mówiono o tym, że to jeden z największych umysłów świata. Einstein w spódnicy, nawet jeśli przez większość czasu jednak w jeansach i koszulkach dla geeków. A do tego wszystkiego dochodziła młodzieńcza kariera sportowa i nazwisko już bez tytułów nawet otwierające praktycznie każde drzwi jakoś od Nashville do Bostonu.
W dodatku wydawało się, że ta ze wszech miar wspaniała kobieta ma tylko jedną słabość, a jest nią pewien rudowłosy Szkot, z którym zresztą wzięła ostatnio rozwód.
Szósty.
O którym też nie mogła przestać myśleć, choć obecnie znajdywała się w fazie, gdzie były to myśli wypełnione głównie nienawiścią i chęcią dokonania wymyślnego mordu, najlepiej przy pomocy tępego jak i sam ex narzędzia.
Część całego tego skomplikowanego problemu leżała w fakcie – a przynajmniej Emily tak sobie to tłumaczyła – że czegokolwiek by nie zrobiła, i tak była skazana na regularne widywanie się z Johnnym McGregorem. Ot, oficjalnie czy nie, oboje pracowali po prostu dla tych samych ludzi, a konkretniej jednego człowieka – Roberta Jürgensa, w którego prywatnej posiadłości właśnie przebywali, usiłując wzajemnie ignorować swoje towarzystwo, a jeśli okoliczności zmuszały ich jednak do interakcji, mówić do siebie z odpowiednią, starannie odmierzoną przynajmniej z jednej strony dozą syczenia i jadu.
Co oczywiście nie wykluczało dyskretnych spojrzeń.
Boże!, skarciła się Emily w duchu, jestem rozwódką dopiero od trzech miesięcy!
Prawda jednak była taka, że za każdym razem okres, po którym zaczynała za Johnnym naprawdę tęsknić, w magiczny sposób się skracał. Ulegał wręcz rozpadowi połowicznemu. York gardziła z tego względu samą sobą, uparcie powtarzając lustrzanemu odbiciu, że kobieta z jej pozycją i osiągnięciami nie potrzebuje nieprzewidywalnego wiecznego chłopca do niańczenia, ale odbicie to z jakiegoś powodu nie za bardzo chciało słuchać i kwitowało całą przemowę wygięciem ust w kreskówkową nieomal podkówkę.
Nieco pomagało przypomnienie sobie, dlaczego, mimo najszczerszych chęci, nie była w stanie wytrzymać z Johnnym pod jednym dachem. Przywoływała przed oczy obraz jego rozwleczonych ciuchów i brudnych kubków poustawianych w najdziwniejszych miejscach. Dzikich wrzasków podczas oglądania meczów. Długich godzin, gdy blokował jej dostęp do PlayStation, chociaż umówili się na sesje dwugodzinne (z tego zresztą wyniknęła awantura rozwodowa numer trzy). Paskudnego zwyczaju marudzenia przy obiedzie. No i chrapania.
A także miliarda innych rzeczy, w tym faktu, że Johnny po prostu nie potrafił odpuścić. Jeśli już wpadł w tryb kłótni, nie istniała na świecie siła zdolna go zatrzymać, o przyznaniu się do błędu nawet nie wspominając. Zawsze musiał mieć ostatnie słowo i rację. Zawsze. Emily z kolei nie należała do osób, które ceniły pokój ponad wszystko i na pewno nie zamierzała przepraszać dla świętego spokoju. Zresztą uważała, że to niewychowawcze, zwłaszcza że przecież sprawiedliwość w większości wypadków była po jej stronie.
York parę razy próbowała wziąć męża na przeczekanie. Po prostu milkła w nadziei, że kiedy Johnny zużyje całą energię, wytelepie się już i wykrzyczy, ochłonie sam z siebie. Ale to tak nie działało. Zamieniało się za to w paskudnego pasywno–agresywnego foszka trwającego nieraz i dwa tygodnie, gdy z tym większą zajadłością Szkot blokował łazienkę (Boże święty, potrafił robić trzy, cztery dolewki gorącej wody do wanny!) albo sprzęt do grania.
Co z tego zatem, że zdarzały się chwile cudowne, nieporównywalne z niczym, czego Emily w życiu doświadczyła, co z tego, że Johnny potrafił zrobić coś naprawdę zaskakującego i romantycznego oraz był po prostu zarąbistym kochankiem, pełnym energii, pomysłowym i zdecydowanym, skoro kobieta przez większość czasu musiała przez niego wyszukiwać rozsądnych argumentów przemawiających za tym, że nie, to jeszcze nie jest ten dzień, w którym zostaje morderczynią?
Tak się po prostu nie dało żyć.
Odwróciła się do ściany, jakby nagle zafascynowana wzorem na jasnej, subtelnie kwiecistej tapecie w niewielkim saloniku. Usiłowała wyrzucić Johnny’ego z głowy, bo wiedziała, że żadne z nich nie zostało tu zaproszone przypadkiem – wśród wielu rzeczy, które można było powiedzieć o Robercie, z pewnością znajdowało się także to, że nie lubił marnować czasu. Niczyjego. Ani swojego, ani swoich współpracowników. Zwłaszcza że odciągnął przecież York od kluczowego może projektu „Ares”.
Johnny zresztą też wykazał się nagłym wzrostem poziomu zainteresowania botaniką, uważnie kontemplując roślinki doniczkowe. Jakby go kiedykolwiek obchodziły. Jakby nie usychały regularnie za każdym razem, kiedy Emily coś wywiewało z mieszkania na dłużej.
Otwarcie drzwi szczęśliwie przerwało ten teatr absurdu i komedię ex–małżeńską w jednym.
– Dobrze was widzieć. Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez przeszkód – rozległ się poważny baryton.
Robert wkroczył do saloniku pewnie, jak zawsze nienagannie ubrany, tym razem w ciemnobrązowy garnitur od najlepszych krawców i z dumnie wyprostowanymi plecami. Już lata temu było jasne, że z tym sposobem bycia zrobi w polityce oszałamiającą karierę, jeśli przyjdzie mu do głowy rozwijać się w tym kierunku, a to, że przyjdzie, przewidzieć dało się łatwo. Gdyby nie wystarczały jego rodzinne koneksje sięgające korzeniami – jak przynajmniej twierdził – Pierwszej Rzeszy, zawsze pozostawały jeszcze jego osobiste zainteresowania i sposób działania, znacznie subtelniejszy niż w wypadku większości innych bladerów.
Podszedł do okrągłego stolika, na którym stał obowiązkowy w tym miejscu wazon ze świeżymi kwiatami – tym razem były to herbaciane róże – i gestem zaprosił gości, by zajęli miejsca na wysokich, jakby nieco gotyckich krzesłach.
– Dobrze, nie będę przedłużał, bo czas nas nagli – powiedział Robert i w wyćwiczonym przez lata odruchu położył olbrzymie, szlachetne dłonie na stole. – Wygląda na to, że sprawy wreszcie przyjmują lepszy obrót. Po ostatnim materiale tej Francuzki i moim nieoficjalnym komentarzu Argentyna zmiękła.
Emily poczuła, jak te dwa ostatnie słowa trafiają ją w okolice serca.
– Boże… – wyszeptała.
To chyba nie powinno boleć. Przecież czekała na te słowa. Może po prostu czekała zbyt długo, aż wreszcie oddaliły się na skraj pola widzenia i stąd kłucie między żebrami.
Emily odruchowo spojrzała na Johnny’ego, za późno przypominając sobie, że powinna robić to dyskretniej. Spojrzała i zobaczyła, że on także patrzy na nią, chyba nieco mniej zaskoczony, więc pewnie miał jakieś informacje wcześniej, za to dziwnie jak na siebie uważny.
Nie chciała się zastanawiać nad tym, co może to oznaczać i co może świadczyć o tym, jak wygląda teraz jej twarz.
– Do Argentyny pojedzie oczywiście Johnny, ale pomyślałem, że powinniście wiedzieć oboje – kontynuował tymczasem Robert, jakby nie zauważając sceny po drugiej stronie mebla, choć wydawało się to niemożliwe. Bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie ją ignorował jako szum tła.
Tak, to mogła być prawda. Tak, pewnie powinni wiedzieć oboje.
Emily spuściła wzrok. Chciała się chociaż uśmiechnąć – to były przecież wspaniałe wieści – ale nie potrafiła. Wypełniło ją na raz za dużo emocji, a ona jakoś nigdy nie dawała sobie z nimi rady. Nie, kiedy były jej. Ocenianie i katalogowanie cudzych przychodziło w porównaniu do tego tak łatwo.
Jak wówczas, szesnaście lat temu, gdy widzieli się we trójkę po raz ostatni.
– Wiadomo, co z nim? – spytała, przełamując dziwaczny, wewnętrzny opór. Zresztą, co dotarło do niej nagle, Johnny też przez cały czas milczał.
– Tyle tylko, że dwa lata temu został przeniesiony w okolice Las Leñas – odparł Robert zbawiennie rzeczowym tonem. – Niestety odmówiono mi podania szczegółów, to nie jest zakład karny, który funkcjonuje w oficjalnych rejestrach.
– Co może oznaczać wszystko – burknął McGregor.
– Dokładnie. – Robert skinął głową. – Dlatego posyłam tam ciebie. Przy okazji się rozejrzyj, upewnij, że nikt podejrzany nie maczał w tym palców. Tylko tym razem… bądź łaskaw uważać, z kim pijesz.
Johnny prychnął, jakby urażony.
– Co? – Emily strzeliła po nich nierozumiejącym wzrokiem.
Szkot jednak zacisnął usta i nie wyglądał, jakby zamierzał odpowiadać. Robert podobnie, głównie jednak ze względu na fakt, że nie był człowiekiem skorym do zabawiania towarzystwa anegdotami, chyba że te dotyczyły starożytnych i średniowiecznych bitew, najlepiej z udziałem jego przodków.
W tej opowieści najwyraźniej nie występowali.
– Nie, ale serio – York zmarszczyła groźnie brwi – o co chodzi? Co on znowu zrobił? – Zmierzyła byłego męża spojrzeniem.
– Bo co?! – oburzył się, spiął i nastroszył cały. Zdawało się wręcz, że najeżyła się nawet jego ruda czupryna i brwi. – Znowu się będziemy nabijać, że haggis z prawdziwej szkockiej nerki?!
– Co…?
– Mam już po dziurki w nosie!
– Ale…
– No, ile można?! Ha, ha, dał se wykroić nerkę, ha, ha, takie śmieszne!
– Johnny…?
Robert dyskretnie przewrócił oczyma i westchnął cicho.
– Johnny! – Oczy Emily rozszerzyły się w przerażeniu, kiedy poskładała kawałki w całość. – Kurwa mać! Jak to: wykroić nerkę?!
– Nieważne – odburknął Szkot tonem obrażonego dziecka, krzyżując ręce na piersi. – Teraz już nie boli, a jak bolało, to cię i tak nie było. Jak widzisz – zmrużył oczy – radzę sobie bez ciebie doskonale.
Jürgens jednak uderzył się otwartą dłonią w swe szlachetne czoło.



Pekin

Poprosiła go o kontakt oczywiście kanałem nieoficjalnym. Nie zamierzała pojawiać się na dworze, dawać się przemielić przez biurokratyczną machinę, a na końcu dostać w twarz odmową widzenia z Boskim Synem. Bo przecież tak by się to skończyło – była właściwie nikim, kobietą i Japonką, ledwie pyłem na sandałach chińskich urzędników.
Ale Hiromi miała swoje sposoby. Potrafiła rozmawiać z ludźmi i robić to tak, że zgadzali się dla niej pracować, zanim w ogóle zdołali się zorientować, co się dzieje. Dotarła więc do Reia tylnymi drzwiami, początkowo przez jego służbę. Wystarczyło jednak oczywiście, żeby usłyszał jej nazwisko, a natychmiast zaczął działać w kierunku zorganizowania spotkania.
To także musiało odbyć się nieoficjalnie i na tyłach dworskiego życia, nie w pałacu, a w górach, w miejscu cesarskiej medytacji i wyciszenia.
Zielone szczyty skrywały prywatną kaplicę, a przy niej niewielki, nieomal wiejski dom, w którym cesarz nocował, jeśli przebywał w odosobnieniu. Ponieważ powszechnie wiedziano, że udaje się tam przynajmniej raz w miesiącu, by rozmawiać w ciszy swojego ducha z samym Białym Tygrysem, nikogo nie zdziwiła kolejna taka wyprawa, zwłaszcza wobec braku zaplanowanych posiedzeń Rady Państwa i napływu niepokojących wieści z Mongolii.
W takich właśnie okolicznościach przyrody po raz pierwszy od lat spotkał się z Hiromi Tachibaną.
Oczywiście plany były zupełnie inne. Wydawało się, że po tym, co stało się w Moskwie, nic nie jest w stanie nadszarpnąć więzi, jaka ich wszystkich połączyła. Może nic, poza Kaiem. Okazało się jednak, że czas i odległość także potrafią być skuteczne – nawet w dobie wszelkich komunikacyjnych udogodnień.
Prawda była taka, że po dotarciu do Chin Rei spędził w szpitalu jeszcze wiele tygodni, lecząc się po tym, jak paskudne, zakończone amputacją złamanie nogi i związane z nim komplikacje zepchnęły go na krawędź śmierci, a Hiromi zaszyła się gdzieś, kompletnie załamana i rozbita porażką – tak swoją, jak i wszystkich, którzy podążyli za nią. Zdaje się nawet, że ostatecznie przeszła jakąś terapię i dopiero po paru latach zdołała otrzepać kolana i wejść na scenę ponownie, ale już w kompletnie innej roli – jako bezstronny świadek wydarzeń, próbujący po prostu przekazać dalej prawdę o wydarzeniach na wschodzie. Działała jako niezależna korespondentka wojenna publikująca materiały w sieci i u każdego, kto tylko się po nie zgłosił, żyjąca z darowizn i tego, co znalazła na swojej drodze.
Dla tej misji zostawiła rodzinę – męża i kilkuletniego syna. Chociażby to mogło świadczyć, jak głęboko nadal tkwią w niej wydarzenia sprzed lat i jak bardzo jest to wszystko dla niej ważne. Przecież nie była osobą nieczułą. Nie była złą matką i złą żoną. Zwyczajnie nie potrafiła siedzieć z założonymi rękoma i czekać, aż niebo w końcu zwali jej się na głowę.
A mimo to, mimo upływu tych wszystkich lat i złamania niewypowiedzianych nigdy, ale tkwiących między wersami obietnic, powitała go szczerym, mocnym uściskiem, na który Rei odpowiedział niemal bez wahania. Hiromi pachniała potem, zmęczeniem i papierosowym dymem. Ubrana w luźną bluzę, wiatrówkę i workowate spodnie, z włosami związanymi w byle jaki węzeł zupełnie nie przypominała siebie sprzed lat. Może tylko oczy wciąż błyszczały tak samo – tą wewnętrzną gorączką, która cały czas kazała jej działać i brać się z życiem za rogi, choćby miało nie wiadomo jaką przewagę.
– Do cholery, Rei! Tak tęskniłam! – wyburczała mu w bark.
Musiał przyznać, że tak, on też tęsknił. Zresztą niespecjalnie się z tym przed sobą krył. Zawsze lubił Hiromi i jej towarzystwo, przyciągała go do siebie nieodpartą magią całkowitego przeciwieństwa.
– Wyglądasz, jakbyś potrzebowała odpoczynku – zauważył. – Nie chcesz się zdrzemnąć po podróży?
– Nie – pokręciła głową. – Odpocznę potem. To nie może czekać.
– Zatem zapraszam. – Rei wskazał jej wnętrze domu.
Było skromne. Skromniejsze nawet niż jego prywatne kwatery w cesarskim pałacu. Rei nie chciał mieć w tym miejscu po prostu niczego, co by go rozpraszało i przeszkadzało w głębokiej medytacji. Zwłaszcza że wizje, które zsyłał Biały Tygrys, nieraz okazywały się bardzo mętne i niejednoznaczne, a ich interpretacja wymagała nadludzkiego wręcz skupienia.
Hiromi dała się wprowadzić i zajęła miejsce na macie za niskim stolikiem. Stała na nim tylko jedna czarka i zestaw do parzenia herbaty.
– Masz stąd cudowne widoki – westchnęła Tachibana, zerkając w kierunku tarasu.
Istotnie – rozciągał się tam malowniczy pejzaż z zielonymi kopulastymi szczytami i szumiał srebrem wodospad.
– Tak. Lubię to miejsce – przyznał Rei. – Czasem odnoszę wrażenie, że aż za bardzo i powinienem o nim zapomnieć. Ale wciąż jeszcze pozwala mi się wyciszyć, więc odwlekam ten moment.
Hiromi roześmiała się cicho. Jej śmiech nie brzmiał co prawda tak czysto, jak kiedyś, ale wydawał się szczery.
– Co? – Kon uniósł brwi.
– A nic, nic – machnęła ręką. – Nieodmiennie mnie zadziwiasz tym swoim rygorem.
– Teraz i tak popisuję się karygodnym brakiem dyscypliny. Mówiłaś, że przybywasz z ważnymi wieściami, a ja krążę po nieważnych tematach. Tymczasem im szybciej powiesz, co masz do powiedzenia, tym szybciej odpoczniesz. Zatem?
Spojrzała na niego. W oczach miała zmartwienie i troskę.
– Będzie gorzej, Rei. Będzie w kurwę gorzej, niż jest teraz. Za kilka miesięcy to się dopiero zacznie i wszyscy wylecimy w powietrze. Przynajmniej tak wynika z informacji, jakie zdobyłam.
– O czym ty mówisz, Hiromi?
Westchnęła, przetarła zmęczoną, spuchniętą twarz. Naprawdę wyglądała, jakby potrzebowała długiego snu, nie rozmów o polityce, ale sama wyraźnie zaznaczyła, że to nie może czekać.
– O NATO – odparła ochrypłym głosem. Bezwiednie bawiła się sznurkiem od bluzy, a wzrok miała wciąż lekko zamglony i utkwiony nieruchomo w ścianie – O ich programie Soviet Vanquish 11. Wiem, że będą atakować Rosję. Wyznaczyli jedenaście punktów strategicznych, jedenaście „sów”, jak je skrótowo nazywają, a wśród nich oczywiście Moskwę i kompleks pod Digorą w Osetii Północnej, ale też inne mniej oczywiste cele. Byli w stanie je wyznaczyć. Stąd wniosek, że mają bardzo dobry zwiad albo doskonałych szpiegów. Pierwsze niepokoi, bo przecież nad Rosją nie działa żaden system satelitarny, bo Brooklyn o to dba, a drugie, bo przy paranoi Kaia taka infiltracja wydaje się więc niemożliwa. Poza tym, skoro planują atak, to znaczy, że mają jak i czym zaatakować, Obawiam się więc, że ludzie od SO–VA dysponują czymś, o czym nikomu nie mówią.
– I oczywiście pomyślałaś o jakimś Połączonym – podsumował Rei, splatając palce, i utkwił wzrok w tej samej ścianie, co Tachibana.
– Jak widać, nie ja jedna – skinęła głową. – Wiesz, nie wszystkich udało się namierzyć. Wciąż nie wiemy, co z Takao. Co z Caude’em. Sądziłam, że ten drugi wpadł w łapy Kaia, ale mogę się mylić. W pewnym momencie straciłam trop.
– Hm…
– I wiesz, co mnie niepokoi? – Hiromi zmrużyła oczy. Jej dłoń bezwiednie powędrowała do kieszeni, zapewne w poszukiwaniu papierosów, ale niczego nie znalazła. – Kurwa…
– Co?
– Myśl, że skoro robią to profilaktycznie z Moskwą, też powinieneś mieć się na baczności.
Rei nie odpowiedział od razu, głęboko nad czymś zamyślony. Siedział z brodą podpartą na rękach i marszczył czoło.
– Skąd właściwie masz te informacje? – spytał w końcu.
Hiromi prychnęła.
– No chyba nie sądzisz, że wydam ci swoich informatorów!
– To by uwiarygodniło doniesienia.
Tachibana zacisnęła szczękę, a wobec braku papierosów, zaczęła sobie wyłamywać palce.
– Posłuchaj mnie, Rei – wycedziła. – Wiesz, jak cię lubię i cenię. Ale przesadzasz.
Pokręcił głową.
– Jeśli przedstawię to Radzie Państwa i powiem, że mam informacje od korespondentki wojennej, wyśmieją mnie i zablokują działania – wyłuszczył. – Nie będzie ich obchodziło, kim jesteś, jakie masz kontakty i jaki był twój udział w tym wszystkim. Będziesz tylko dziennikarką i, co gorsza, kobietą.
– Więc tego nie rób. Działaj na własną rękę.
Rei westchnął ciężko.
– To taniec po bardzo cienkiej linie, Hiromi – szepnął.

*

Hiromi zasnęła twardo, ledwie rozłożyła się na macie i do Reia dopiero wówczas dotarło, że być może nie zaznała odpoczynku od dłuższego czasu, a jej zmęczenie nie wynikało jedynie z pośpiesznej podróży nieomal w pojedynkę. To byłoby do niej takie podobne. Pracoholizm w jej wypadku wydawał się nie chorobą, a pewną stałą częścią składową całej osobowości i dopiero jeśli zaczynało go brakować, był to sygnał, że Tachibana jest naprawdę chora.
Rei odłożył dla niej połowę jedzenia. Kiedy przebywał w samotni, odżywiał się tak, jak na pustelnika przystało – tym, co przynosili mu ludzie z okolicznych wiosek. Ci z kolei nigdy nie zostawiali go w potrzebie, darząc szacunkiem cesarza, ale przede wszystkim zamieszkującego jego ziemskie ciało Białego Tygrysa. Darów przynieśli więc dość, by dwie osoby mogły najeść się do syta.
Tachibana spała kilka ciężkich godzin – początkowo jak kamień, niemal się nie ruszając, a potem niespokojnie. Mruczała coś nawet przez sen, ale Rei nie rozróżniał słów – nie starał się nawet przysłuchiwać z szacunku dla kobiety. Podszedł bliżej tylko na moment, zaniepokojony myślą, że być może Hiromi jest chora. I faktycznie – jej czoło błyszczało od potu, a na policzkach dostrzegł ciemne rumieńce.
Pokręcił głową i westchnął, prostując ciało. Postanowił, że gdy tylko Tachibana się obudzi, kategorycznie wyśle ją do lekarza. Oczywiście znali się nie od dziś, więc mógł łatwo przewidzieć jej reakcję, ale miał nadzieję, że po początkowym buncie małej dziewczynki, mądra kobieta dojdzie do głosu i Hiromi jednak zapuka do odpowiednich drzwi po pomoc.
Czasem po prostu trzeba było uruchomić proces, a nie oczekiwać natychmiastowych efektów. Rei w wieloletnim pożyciu małżeńskim przekonał się już niejednokrotnie, że kobiet dotyczy to zwłaszcza.
A już na pewno dumnych i silnych kobiet, takich jak Hiromi czy Mao.


Genewa


Ledwie Robert wyszedł z gabinetu, natychmiast został wciągnięty w wir tak zwanych spraw bieżących.
– Ludwig Dungarry przesłał kolejne pismo w wiadomej sprawie – poinformowała go Ingrid, heroicznym wysiłkiem zrównując z nim krok, gdy przemierzał korytarz.
– Rozumiem, że nie przekonała go moja argumentacja – stwierdził Jürgens drewnianym głosem.
– Najwyraźniej nie – potwierdziła urzędniczka. – Ponowił żądanie wykluczenia Chin z Rady Bezpieczeństwa.
– Mhm. Może więc powinienem wyjaśnić panu komisarzowi pewne sprawy osobiście – Robert nie podniósł głosu nawet o ćwierć decybela, ale i tak zdawało się, że pobrzmiewa w nim groźba karalna.
– Dungarry grozi, że zacznie mówić o swoich pomysłach i pana oporze otwarcie.
– Chciałbym to zobaczyć, doprawdy.
Dotąd nikt nie mówił tego oczywiście na oficjalnych spotkaniach, gdzie przebywali oficjele ze wschodu, ale kuluary wielu zachodnich instytucji – nie tylko Organizacji Narodów Zjednoczonych – miały dość sprecyzowane zdanie na temat Nowego Cesarstwa Chińskiego i jego władcy. O Reiu nie mówiło się inaczej, jak o tyranie i wrzodzie na demokratycznym ciele ONZ–tu. Robert niejednokrotnie już padał ofiarą zakulisowych nagabywań na wsparcie kolejnych projektów bardziej czy mniej radykalnego pozbycia się problemu, a europejski komisarz nie był w tym względzie szczególnie skuteczny ani, tak naprawdę, irytujący, bo też pozbawiony realnych środków nacisku.
Szkopuł tkwił jednak w tym, że Robert tego punktu widzenia nie podzielał.
Owszem, wolałby, gdyby Rei nie miał aż takiej władzy i wpływów, ale z punktu widzenia Jürgensa, jako przeciwwaga dla Rosji Kaia Hiwatariego był wprost nieoceniony. Dowód na to – paradoksalnie – stanowiła choćby tocząca się od lat wojna między tymi państwami. Konflikt był oczywiście śmiertelnie niebezpieczny i musiał znajdować się pod stałą obserwacją, ale fakt, że dwie grupy potężnych bladerów zajęły się sobą, tak naprawdę oznaczał względnie dobre wieści.
Mogłyby przecież zająć się kimś innym, a wówczas wojna na pewno nie trwałaby tak długo. Ostatnie wydarzenia z Polski stanowiły tego najlepszy przykład.
W dodatku silne Chiny oznaczały względny spokój w Azji. Nie było oczywiście mowy o tym, by Japończycy czy Koreańczycy – następni w drodze do tytułu lokalnych potęg – uznali bezsprzecznie autorytet Syna Niebios, ale jednak musieli się liczyć z siłą rażenia jego ewentualnej interwencji. Przy tym, co mógł Rei Kon, dawne śmieszne ostentacyjne próby z bronią jądrową na terenie Korei Północnej, wydawały się kpiną i cyrkiem na kółkach. Wystarczyła w końcu jedna jego myśl, by cała elektryczność danego obszaru zwróciła się przeciwko tym, którzy na niej polegali. Dla wysoko rozwiniętych, uzależnionych od elektroniki krajów byłby to wyrok.
Samego Roberta bardziej niż Rei – człowiek wszakże rozsądny i cieszący się wśród tych, którzy go znali, opinią po prostu mądrego mężczyzny – niepokoiły ruchy na własnym poletku, a dokładniej w USA. Nie miał szczegółowych danych na temat ruchów Pentagonu, FBI i FEMA, ale obraz, jaki wyłaniał się z mniej oficjalnych doniesień, raczej nie napawał optymizmem, a tym z jakiegoś powodu nikt się w bardziej czy mniej oficjalnych rozmowach nie zajmował. Zapewne przez wiarę, że Stany Zjednoczone to nadal zbyt ważny strategiczny partner, żeby mieszać się do jego prywatnych spraw.
Roberta zaczął ten skomplikowany obraz niepokoić zwłaszcza po tym, jak Emily York zgłosiła obawę, że jest obserwowana i ktoś wyraźnie interesuje się jej przeszłością. Przyznawała, że tak, to może mieć związek z Judy Mizuharą, jej dawną szefową i specjalistką od bladeingu – tą samą, która wraz z nieżyjącym już Hitoshim Kinomyią odpowiadała za program permanentnego łączenia umysłów zawodników z Bestiami.
Tak czy inaczej to, czego od Sekretarza Generalnego oczekiwano, nie było bynajmniej tym samym, co uważał za słuszne.
– Jeśli pan zechcę, mogę postarać się o przejęcie inicjatywy i zaproponować takie spotkanie z ramienia Sekretariatu – podsunęła Ingrid.
Robert na moment zacisnął usta.
– Może jest to jakieś wyjście – stwierdził – ale chcę się jeszcze zastanowić.
Szczęśliwie potrafił prowadzić podwójną grę i miał wokół siebie wiernych ludzi, z którymi przygotowywał powoli plan B. Należeli do nich oczywiście tak Olivier Polangue, jak i Johnny McGregor, ale także właśnie Emily Yotk odpowiedzialna za tajny i zupełnie nielegalny program zbrojeniowy.
– Szukam broni alternatywnej wobec Połączonych – przyznał jej się kiedyś Robert. – Nie mogę zakładać, że nigdy nie zwrócą uwagi na nas i chcę być przygotowany. Nie ukrywam, że myślę o wykorzystaniu Bestii, ale chciałbym uniknąć powiększania grona Połączonych. Sam bym się na to nie zdecydował, a to oznacza także, że nie zamierzam nikogo do tego kroku namawiać.
– Mechy – powiedziała wówczas.
– Co? – zmarszczył brwi.
– Mechy. To, czego szukasz, to mechy. Wielkie roboty, przepotężny pancerz i wyrzutnia rakiet w jednym. – Oczy York aż zaświeciły się za okrągłymi okularami. – Boże, zawsze chciałam coś takiego zbudować!
Po czym wytłumaczyła mu, na jakich podstawach oparła swój pomysł. Okazały się dość proste, żeby nawet on – niewykształcony technicznie – mógł je zrozumieć. Nie w szczegółach oczywiście, ale na poziomie ogólnej koncepcji. W tym wypadku także chodziło o telepatię, jaką znał z aren, ale na innym poziomie. Skoro bowiem zawodnicy byli w stanie kontrolować w ten sposób nie tylko Bestie, ale także dyski, dlaczego dysków tych nie rozbudować do poziomu wielkich robotów?
Co mogło pójść źle?
Otóż, jak się okazało, całkiem sporo rzeczy.
Zaczęło się od znalezienia dogodnego miejsca na przeprowadzanie nielegalnych eksperymentów, a potem także dyskretnych i słownych dostawców. Sam pomysł także ulegał niejednokrotnej kompromitacji i składaniu od nowa, czemu towarzyszył bluzgi York i komisyjne darcie planów. Nie miała łatwo, bo wciąż pracowała w pojedynkę – oboje zbyt obawiali się na tym etapie osób trzecich, choć poszukiwanie kandydatów na pomocników Emily oczywiście trwało. Do wielu zadań Oliviera dołączyło także prześwietlenie kilku obiecujących nazwisk.
Nawet jeśli miał ochotę narzekać, to tego nie zrobił.
Innym problemem większym, niż rzekomy krwawy despotyzm Reia, było totalne rozchwianie rynku, gdy zaczęło się szafowanie embargami, wstrzymywanie dostaw i produkcji, a agencje ratingowe zaczęły kolejny szalony taniec na linie, już parokrotnie w przeciągu ostatnich lat siejąc popłoch na giełdzie. Ostatecznie doszło do paradoksalnej sytuacji, w której nagłe zakończenie wojny mogło przynieść jeszcze większe szkody niż jej kontynuowanie. Przynajmniej dla zachodniej części świata, bo Chiny istotnie zdawały się z każdym rokiem tracić i jeśli planem Kaia było wykończyć wroga w ten sposób, powinien przygotować się na niezwykle długą, ale kto wie, może zwycięską walkę.
Do tego już Robert na pewno nie mógł dopuścić.

*

Pierwszym, co zrobiła Emily, po tym, jak Robert, wywołany przez sekretarkę, wyszedł z saloniku, było otwarcie okna. Drugim – sięgnięcie po paczkę papierosów. Drżały jej dłonie, drżała cała twarz, jakby nie mogąc zdecydować się, co wyraża.
– Wszystko w porządku?
Drgnęła zaskoczona tak pytaniem Johnny’ego, jak i jego tonem.
– W porządku – odparła dużo bardziej sucho, niż zamierzała. Jaki w końcu sens miało dalsze udawanie wrogości? Zwłaszcza w tej sytuacji.
Kątem oka zobaczyła, jak Szkot wzrusza ramionami.
Stał w bezpiecznej odległości trzech metrów, ale także patrzył nieruchomo w okno i także sięgnął po papierosa. Czasem naprawdę byli jak swoje lustrzane odbicia, choć w zwierciadle, które prowadzi do zdecydowanie innego świata.
– A jednak dziwne, nie? – odezwał się znowu.
Emily nie odpowiedziała, myśląc już tylko o tym, że naprawdę lepiej byłoby, gdyby została sama. Nie chciała, żeby ktokolwiek oglądał w tym momencie jej twarz, a już na pewno nie życzyła sobie, żeby był to Johnny, zwłaszcza po tym, o czym się przed chwilą dowiedziała i po tym, jak znów zaprezentował najlepszą ze swych twarzy, tę, za którą tyle razy miała ochotę go zamordować – niedojrzałego, naburmuszonego chłopca balansującego na granicy szantażu emocjonalnego.
Przecież to jednak trochę krępujące – rozmawiać o człowieku, między którym a McGregorem nie potrafiła kiedyś wybrać. Owszem, obyło się bez specjalnych dram, może też dlatego, że wtedy żadne z nich nie miało już sił na dalsze przeciąganie liny, wszyscy ledwie się snuli, a przyszłość i tak wyglądała na zjebaną, ale jednak – to nie był najszczęśliwszy układ z możliwych i Emily nie miała pojęcia, jak by się to wszystko potoczyło, gdyby Miguel niespodziewanie po prostu z niego nie wypadł. Pewnie nie byłaby po sześciu rozwodach z tym samym człowiekiem. Może część rozwodów brałaby z innym. A może w ogóle nie wychodziłaby za mąż.
Nie poświęcała takim rozważaniom w swoim życiu zbyt wiele czasu. Rzeczy potoczyły się, jak się potoczyły i póki Robert nie zaczął działać w kierunku amnestii, wydawało się, że Lavalier zniknął z ich życia na zawsze, nawet jeśli zostawił po sobie dość znaczącą i niedającą o sobie zapomnieć wyrwę. Wracanie do przeszłości i gdybanie nad straconymi scenariuszami mogło jedynie nadwyrężyć delikatną strukturę tego, co w pocie czoła udało się osiągnąć.
Teraz ten przykry, ale stabilny stan rzeczy mógł się znowu zmienić o sto osiemdziesiąt stopni.
Emily nie była naiwna. Ani przez moment nie zakładała, że elementy po prostu wskoczą na swoje miejsca, jakiekolwiek by one właściwie nie były. Życie tak nie działało, a oni nie mieli już po dwadzieścia lat. Stali się zupełnie innymi ludźmi dźwigającymi dodatkowo olbrzymi bagaż doświadczeń. To nie były sprawy, nad którymi zwyczajnie da się przeskoczyć. Zmienili się też fizycznie. York od dawna już nie widywała w lustrze tamtej piegowatej, zadziornej okularnicy. Zamiast niej dostrzegała coraz więcej zmarszczek, coraz wyraźniejsze cienie pod oczami i lekko opadające, zmęczone powieki. Jasna skóra rudzielca zaczęła tu i ówdzie nieładnie żółknąć pod wpływem nikotyny. Istniała spora szansa, że po uczuciu sprzed lat, po tamtym młodzieńczym zauroczeniu podlanym adrenaliną i stresem, nie ma już nawet śladu.
Może to ta obawa właśnie ta obawa nie pozwalała jej na swobodny uśmiech.
– Tak, dziwne… – przyznała cicho.
Poza tym to, co przeszli przez te lata oni – ona i Johnny – to było jedno. Drugie – co właściwie działo się z Miguelem. Kiedy widzieli się po raz ostatni, był w rozsypce i trzymał się w jakiejś względnej całości chyba tylko na słowo honoru zszyte baranim uporem. Fizycznie poobijany i zmaltretowany psychicznie sprawiał wrażenie, jakby potrzebował co najmniej kilku miesięcy ciszy i spokoju, żeby się pozbierać. Zamiast tego jednak wybrał więzienie.
Argentyńskie więzienie. Przepełnione, brudne i ciemne piekło o porażających statystykach zgonów, śmiejące się w twarz wszelkim konwencjom i Karcie Praw Człowieka.
Chyba nie miał do końca świadomości, w co się pakuje.
– Ale się cieszysz? – spytał McGregor.
– Oczywiście. Tylko…
– Tak, chyba wiem, co masz na myśli.
– Daj mi znać, jak już będzie z tobą, OK? – poprosiła jeszcze Emily.
– Jasne. Dam.
Zaciągnęła się papierosem i przymknęła oczy.
A potem niespodziewanie poczuła, że wstrząsa nią szloch.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 10 grudnia 2016, 00:22
autor: Kruffachi
ROZDZIAŁ IV
PLEASE BE A SECRET DOOR. PLEASE BE A SECRET DOOR. YAY!


Las Leñas w Andach



Wiedział tylko tyle, że nie ma czasu. Pewność ta tkwiła w nim głęboko i napełniała żyły przerażeniem, wpełzała między włókna mięśni, zbierała się na okrwawionych, zsiniałych palcach o połamanych do żywego mięsa paznokciach. Więc szedł dalej ciemnym, wąskim korytarzem bez okien i końca.
Szukał drzwi. Jakichkolwiek drzwi. Po prostu wyjścia.
W sumie nic nowego.
– Szybciej! – skomlały rozpaczliwie głosy w skotłowanej, ciężkiej ciemności za jego plecami. – Zabierz nas stąd! Nie zostawiaj!
Przyłożył drżące ze zdenerwowania dłonie do ściany, bojąc się, że wzrok może go zawieść. W końcu nigdy nie był dobry, a przez ostatnie lata tylko mu się pogorszyło – nie pomagały wikt ze szmat i szczurzych odchodów, brak dostępu do naturalnego światła ani kolejne urazy głowy – i w półmroku stawał się praktycznie ślepy.
Zwolnił, nie chcąc przeoczyć czegoś ważnego. Nie będzie czasu, żeby się cofać. Nie będzie takiej możliwości – wiedział o tym. Coś zdawało się pożerać przestrzeń za nim.
– Szybciej! – ponagliły go przerażone głosy z rozpadającej się ciemności.
Chciał im odpowiedzieć, że robi, co w jego mocy, że nie może szybciej, ale nie był w stanie przywołać słów. Jakby usta wypełniała mu woda. Albo raczej gęsta, lepka smoła.
Dłonie z ciemności rozpaczliwie chwytały go za nogi i brzuch, spowalniając jeszcze bardziej. Chciał się im wyszarpnąć, chciał zrzucić z siebie niecierpliwe, pulsujące strachem palce, ale nie zdołał. Oplatały go jak pnącza. Jak pajęcza sieć. Zdawały się wnikać przez skórę do mięśni, do kości, do jelit. Zrastać z nimi.
– Za twoimi plecami – usłyszał dziewczęcy, nieśmiały szept, który kiedyś, w poprzednim życiu znał.
Obrócił się, wyrywając część z dłoni ze swojego ciała, ale za wolno, żeby ją zobaczyć.
Zobaczył za to metalowe drzwi.
Dopadł do nich, kolana uderzyły o posadzkę, oni sięgnęli piersi i karku, ale palce nie dawały rady złapać zasuwki. Wyślizgiwała się z nich raz za razem, a kiedy już udawało się utrzymać ją dłużej, nie chciała ruszyć ani o milimetr.
Była przyspawana.
– Szybciej! Umrzemy!
Przesunął palcami po metalowej bliźnie w nadziei, że może mu się tylko wydaje, ale nie – wyglądało na to, że niczego z tym nie zrobi. W końcu nie miał nadludzkiej siły. Pod nienaturalnie odporną skórą kryły się najzwyklejsze w świecie mięśnie trzydziestoparoletniego mężczyzny na skraju wyczerpania. Mięśnie na stałe już właściwie powleczone bólem jak warstwą śluzu.
– Za twoimi plecami.
Obrócił się ponownie. I ponownie nie zdążył jej zobaczyć, ale i tym razem znalazł drzwi. Były ciemnym prostokątem w ciemności, ale i tak potrafił doskonale określić ich granice.
Pchnął i ustąpiły.
A za nimi także był mrok i była dziewczynka w goglach. Drobna, niska, na pierwszy rzut oka delikatna, jakby mógł ją połamać pierwszy silniejszy podmuch wiatru, choć przecież skrywająca w niepozornym ciele niezłomnego ducha.
Dziewczynka martwa od niemal dwudziestu lat.
Ta, która była dla niego jak młodsza siostra. Ta, która nie zawahała się stanąć w jego obronie, gdy inni – starsi i silniejsi – wycofywali się pod ściany, przerażeni samą obecnością trenera. Czy raczej tresera.
– Chodź – wyciągnęła ku niemu rękę.
Chwycił ją, znów w ten sam sposób zdziwiony tym, jak jest mała i jak niespodziewanie ginie w jego własnej dłoni. Przecież nie dzieliło ich znowu tak wiele – tylko dwa lata.
Tylko dwadzieścia lat od jej śmierci.
Tylko szesnaście lat w celi, gdzie nie było jej zdjęć.
Nie pamiętał jej twarzy i nagle to sobie uświadomił. Nie widział jej, a tylko gładką, porcelanową maskę.
Obejrzał się, żeby zobaczyć, czy pozostali idą za nim, i wtedy drzwi zatrzasnęły się, a ciemność zaczęła płonąć. Wraz z nią płonęli ci, których miał stąd wyprowadzić. Nadal częściowo wrośnięci w jego ciało jak pasożyty, otoczyli go kręgiem. Widział ich czerniejące sylwetki wśród ognistych języków, słyszał ich pełne wyrzutu jęki. Wili się i deformowali jak skręcające się pod wpływem żaru liście. Maleli w jego oczach, ale nie przestawali wyciągać ku niemu zwęglonych rąk o szponiastych palcach, czepiać się skóry, ubrania, włosów.
– Dlaczego…? Dlaczego nam to robisz?
Słyszał ich oskarżenia. Słyszał płacz.
– Zdrajca! Morderca! Tchórz!
– Potwór!
– Mówiłem ci, że beze mnie jesteś nikim!
– Wracaj tu!
Kiedyś kochał ten widok. Jasne płomienie tańczące między jego dłońmi, najpierw posłuszne, a potem rozbuchane w dziki żywioł. Kiedyś mógł patrzeć na to godzinami, czując, jak ciepło rozlewa się po linii kręgosłupa, u podstawy czaszki i w piersi.
Ale potem ogień – jedyny, który nie próbował go oceniać, naprawiać ani nie miał pretensji – potem ogień go zdradził.
Puścił rękę dziewczynki, upadł na kolana, skulił się i nakrył głowę rękoma. Chciał, żeby zniknęli. Żeby już spłonęli. Żeby nie musiał ich więcej oglądać ani słyszeć. Krzyczał, pozwalając, by ogień zyskiwał na sile – ten na zewnątrz i ten w jego żyłach.
Dziewczynka w goglach stała obok. Nieprzerwanie czuł jej obecność, bo jej jednej nie imały się płomienie.
– Dlaczego im to robisz…? – wyszeptała, jak echo powtarzając jęki konających. – Miałeś ich ocalić. Miałeś nas wszystkich ocalić, a wybrałeś bycie nikim.

*

Obudził go własny krzyk.
Zerwał się, usiadł na pryczy i ścisnął obolałą głowę rękoma. Dyszał ciężko, serce waliło jak oszalałe. To był jeden z tych momentów, jeden z tych snów, po których – nawet jeśli masz ponad trzydzieści lat – po prostu wstajesz i idziesz zapalić światło.
Tu jednak nie miał takiej możliwości – ktoś inny, ktoś po drugiej stronie ciężkich, żelaznych drzwi robił to za niego. Czasem w dość losowych momentach, choć to, jak bardzo losowych, trudno było ocenić wobec braku okna.
Miguel przyłapał się na tym, że – objąwszy się rękoma – zaczął się bujać w przód i w tył. Nie walczył z tym jednak. Zdarzało się od jakiegoś czasu i na pewno zaniepokoiłoby go w innym świecie i innych czasach, ale tu, za murami karceru, gdzie nic już nie miało znaczenia, pozwalało choć trochę się wyciszyć. Podobnie jak płacz, choć o ten było, jak teraz, niekiedy dziwnie trudno i jakoś za łatwo przechodził w niekontrolowane salwy śmiechu.
Albo na odwrót, kiedy histeria atakowała z drugiej flanki.
Tak, Lavalier wiedział, że jest wariatem i bardziej niż w kajdany nadaje się w kaftan bezpieczeństwa. Nie odwaliło mu dość jeszcze, żeby stracił kontakt z rzeczywistością, ale tak naprawdę miał nadzieję, że i to się niebawem zmieni. Nawet we własnym mniemaniu wycierpiał już dość, odkupił winy i należało mu się parę lat spokoju, zanim trafi do właściwego piekła. Tylko tyle, żeby przez parę miesięcy – parę tygodni chociaż – móc spać spokojnie. Żeby nie czuć na przemian głodu i rewelacji żołądkowych. Nie łamać sobie paznokci na własnej, zbyt twardej skórze, która nie chciała dać się rozorać.
Na razie miał tylko pakiet dziwnych zachowań, które raziły go i napawały atawistycznym niepokojem, ale zakładał, że w przeciągu najbliższego miesiąca, może dwóch, zwyczajnie się do nich przyzwyczai. Zapewne pozbędzie się też nawyków sprzed tego, jak trafił do izolatki. Tam, mimo niesprzyjających warunków, należało bezwzględnie pamiętać, żeby o siebie dbać – utrzymywać kondycję psychiczną i przede wszystkim fizyczną na jak najwyższym poziomie. Żeby być szybszym. Silniejszym. Bystrzejszym i bardziej wytrzymałym niż inni.
Żeby – najzwyczajniej w świecie – nie dać się zabić.
Trochę jak na arenie w tak odległych turniejowych czasach.
Tak naprawdę dla kogoś, kto odsiaduje dożywocie i nie ma perspektyw na żadną przyszłość, nie powinno mieć to większego znaczenia. Ale miało.
Miguel nie od razu zrozumiał, co nim tak naprawdę powoduje i co każe się bronić. Dopiero z czasem dotarło do niego, jak bardzo i zwyczajnie boi się śmierci. Otarł się o nią parokrotnie, ale nadal wywoływała u niego ten sam lęk, a może wręcz coraz większy, rosnący wraz z lepkim, cuchnącym bagażem win. Myślał o niej, myślał dużo, parę razy rozważał nawet jako wyjście z sytuacji, o czym świadczyły połamane paznokcie i dość świeży guz nad lewym uchem, ale nie oznaczało to, że się jej nie bał.
Czy raczej – że nie bał się tego, co może na niego czekać później.
Jego życie miało kiedyś wyglądać inaczej. Miało być zwyczajne, bez nadmiernego wchodzenia ludziom w drogę. Możliwie dobre. Ale skończyło się tu – w więziennej izolatce, z krwią na rękach i hukiem płomieni w głowie. Z niezmazywalną winą w sercu i Kainowym piętnem na czole.
Światło zapaliło się jak zawsze niespodziewanie, za jasne, drażniące zaspane oczy aż do granicy bólu. Otworzyły się ze zgrzytem żelazne drzwi i Miguel został wywołany po numerze – nikt tu nie używał jego imienia. W ogóle od lat nikt go nie używał. Współwięźniowie nazywali go Mechero, Zapalniczką.
A potem spłonęli.
Wstał i dał się z powrotem zakuć w łańcuchy. Nie zadawał pytań, bo nie dostałby odpowiedzi, a co najwyżej w zęby albo w nerkę. Podejrzewał, że może jego wrzaski kogoś sprowokowały i czeka go krótka sesja specjalna. Dał się poprowadzić, bo tu nie było wyborów.
Czasem i to nie wystarczało. Można było milczeć, można było po prostu iść przed siebie, a komuś i tak puszczały nerwy nadwyrężone ciągłym przebywaniem wśród zbrodniarzy najgorszego sortu albo uznawał, że to ten moment, w którym można odreagować przesolony domowy obiad z poprzedniego dnia. Miguel grał na kodach, owszem, więc w sumie nie miał w tym względzie aż tak źle, choć zdarzało mu się trafić na zdesperowanych klawiszy i wówczas nawet on docierał na miejsce wleczony po podłodze.
Tym razem jednak skończyło się o dziwo tylko na tradycyjnym poganianiu i paru obelgach, a potem obleśnych żartach w windzie.
Wyprowadzili go na zewnątrz.
Światło dnia oślepiło go całkowicie i musiała minąć bardzo długa chwila, nim zorientował się, że to nie spacerniak, który zresztą i tak oglądał bardzo rzadko, częściej zmuszony do tego, żeby łazić w kółko po ciemnej celi.
Ze zdziwieniem stwierdził, że otwierają się przed nim drzwi samochodowej paki.
– Wsiadaj. – Któryś strażnik pchnął go ku wnętrzu więźniarki.
Wszedł do samochodu, gdzie natychmiast został posadzony na twardej ławce i solidnie do niej przykuty. Mogli przy tym zgrywać twardzieli – zwłaszcza że to oni mieli tu broń i wolne ręce – ale zdradzały ich wymieniane spojrzenia. Bali się. Cóż, na pewno nie chcieliby stać się częścią legendy o Mechero, która ciągnęła się za nim niemal od chwili, gdy przekroczył próg swojego pierwszego więzienia, i rozniosło się, za co tam trafił.
Ponad sto osób spalonych żywcem, dwa solidne pożary i seria morderstw musiały robić wrażenie, a Miguel jedynie biernie obserwował, jak opowieść o nim obrasta w kolejne wątki poboczne i szczegóły.
Tak naprawdę było mu to na rękę. Początkowo oczywiście potraktowano go jak każdego nowicjusza, ale po tym, gdy po kolejnym zlaniu dupy po prostu wstał i otrzepał kolana, choć każdy inny przypominałby już krwawą miazgę, zaczął stopniowo zyskiwać pewien respekt. Legenda podlała go jak oliwa i Lavalier ani się obejrzał, kiedy znowu został lokalnym celebrytą. To oczywiście nie spodobało się strażnikom, ale w gruncie rzeczy stanowiło zupełnie inny problem.
Więźniarka ruszyła po wyboistej, górskiej drodze, którą nie jeździło nic, prócz samochodów dostawczych, strażników i – okazyjnie – transportu więźniów właśnie.
Miguel przymknął oczy z zamiarem złapania drzemki. Wciąż był nieco skołowany po koszmarze i z całą pewnością niedospany w stopniu, który, mimo ogólnego przyzwyczajenia organizmu do nowych warunków, dosyć mu jednak przeszkadzał. O dziwo, pozwolono mu nawet na chwilę odpłynąć w niebyt, jakby nagle wszystkim znudziło się znęcanie nad więźniami. Lavalier zwiesił więc głowę i skupił tylko na pulsowaniu zmęczenia pod skórą.
Ledwie jednak zaczął zapadać się w nieświadomość, powidoki koszmaru rozpełzły się pod powiekami, a wrażenie wplątanych w układ krwionośny palców po ciele.
Otworzył gwałtownie oczy.
Strażnicy również zerwali się, zaalarmowani jego nagłym ruchem, i nie minął ułamek sekundy, a już klęczał, z głową przyciśniętą pod podłogi i lufą na karku. Na piersi czuł ciężar, jakby ktoś na nim usiadł albo przynajmniej przydeptywał. Własne nogi wbijały mu się w żebra i z trudem łapał oddech. Samochód podskakiwał na kamieniach, raz po raz pogarszając jeszcze sprawę. Ból wykręconych ramion rozpełzł się tymczasem po całym ciele, uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
– Spokój! – wycedził strażnik nad jego głową. Zupełnie mu nieznany, a wydawało mu się, że kojarzy już wszystkich i każdemu nadał numer; tak jak oni jemu.
Przecież jestem spokojny, cisnęło się na usta, ale dwa lata niemal całkowitego milczenia robiły swoje i Miguel jeszcze częściej niż kiedykolwiek, mówił tylko w swojej głowie.
Fakt faktem, że pozycji nie pozwolono mu zmienić jeszcze długo, aż zaniósł się suchym, chrapliwym kaszlem. Wtedy ten sam nieznany głos dał znak do posadzenia więźnia z powrotem na ławce.
Nie próbował już więcej drzemać.


Praga


Olivier Polangue pozwalał sobie na tak ordynarne okazywanie złości jak przekleństwa naprawdę rzadko. Ta sytuacja jednak zdecydowanie była wyjątkowa i w efekcie od dobrego kwadransa stał przy oknie, miarowo uderzając pięścią w parapet oraz wyrzucając z siebie wszelkie wyrażenia kalające francuszczyznę, jakie tylko przyszły mu do głowy. Próbował uspokoić się, nim zadzwoni do Roberta z kolejną porcją złych wieści.
Spóźnili się. I to naprawdę się spóźnili. O dobre kilka miesięcy. Czeski trop śmierdział solidnym trupem, wystygłym i odstałam. Nic dziwnego, że Johnny zamiast na informatora trafił na handlarzy narządami, bo o żadnych informatorach nie mogło być mowy. Nawet jeśli w Pradze rzeczywiście był jakiś Połączony, to ktoś dawno go stąd sprzątnął, zostawiając jedynie kilka fałszywych tropów, zapewne dla zyskania czasu.
To, co wydawało się w tej sytuacji pocieszające i bardzo niepokojące równocześnie, to fakt, że ludzie Kaia najwyraźniej także dali się nabrać. Olivier widział ślady po ich działaniach jak kręgi na wodzie – nie wprost, ale poprzez interferencje. Jeśli jednak to nie Hiwatari stał za przejęciem niezidentyfikowanego nosiciela niezidentyfikowanej Bestii, rodziło się pytanie – kto ich wszystkich ubiegł?
Rei? Jeszcze jakaś frakcja, której nie brali pod uwagę? A może sam tajemniczy Połączony miał dość rozumu i możliwości, żeby działać na własną rękę?
To ostatnie wydawało się trudne do wyobrażenia, ale nie niemożliwe. Ludzie związani z Robertem dysponowali przygotowaną przez Emily listą Bestii, których nigdy nie zlokalizowano po tym, jak straciły pierwotnych właścicieli i znajdowało się wśród nich kilka dość potężnych okazów, ale żaden nie mógł równać się Białemu Tygrysowi, Black Dranzer czy Zeusowi zamieszkującemu głowę Brooklyna Masefielda, Irlandczyka od lat współpracującego z Kaiem Hiwatarim. Zresztą sama moc nie wystarczyła jeszcze do tego, by skutecznie działać w pojedynkę i zmylić dwie grupy agentów. Natomiast wykluczenie tej opcji mogło stanowić spory błąd i zwyczajną nieostrożność.
Polangue postanowił nie zwlekać, tylko natychmiast po rozmowie z Robertem spakować manatki i czym prędzej wrócić do Paryża, a stamtąd uruchomić inne środki, w tym właśnie Emily York – istną skarbnicę wiedzy o Bestiach. Nie byłoby też źle, gdyby okazało się, że Johnny zdążył pozałatwiać sprawy w Argentynie.
Francuz oderwał się wreszcie od parapetu i przeniósł się na fotel, zgarnąwszy po drodze telefon. Wybrał kontakt, ale po raz kolejny szczęście odwróciło się do niego plecami i nikt nie odebrał. Co oczywiście nie stanowiło niczego zaskakującego. Robert mógł być na ważnym spotkaniu, w samolocie albo tak naprawdę gdziekolwiek. Okoliczności i napięta sytuacja międzynarodowa, a także cała ta działalność poboczna związana z konsekwencjami bladeingu niejednokrotnie już zmuszały go do drastycznej zmiany planów praktycznie z godziny na godzinę, poważnie nadszarpując nie tylko komfort współpracy z Sekretarzem Generalnym, ale także kondycję jego życia prywatnego.
Clara Jürgens z pewnością była kobietą cierpliwą. Olivier podziwiał ją za wiele rzeczy, w tym oczywiście nienaganny styl, ale jako przyjaciel domu nie mógł nie zauważać pewnych symptomów zmęczenia całą tą polityką i rozłąką z mężem, który nie miał czasu ani dla niej, ani dla ich trójki dzieci, także przechodzącej gwałtownie okres buntu najstarszej Józefiny.
Dziewczyna była w tym samym wieku, w jakim jej ojciec i jemu podobni przeżywali szczyty swych karier na arenach. Wówczas jeszcze żaden z nich nie został złączony z Bestią na stałe, ale programy szkoleniowe i cała ta piorąca mózgi machina już działały. Europa zawsze znajdowała się nieco na uboczu pola zainteresowań obu głównych ośrodków eksperymentujących z bladeingiem jako sportem o znaczeniu militarnym i strategicznym, a zatem rosyjskiego konsorcjum Hiwatarich wraz z jego azjatyckimi i południowoamerykańskimi spółkami-córkami oraz nowojorskim laboratorium Judy Mizuhary, w którym wyrosła choćby Emily. Oliviera ominęły zatem, podobnie jak pozostałych członków jego dawnej drużyny – Roberta, Johnny’ego i Enrique, bezpośrednie skutki programów, ale nie oznaczało to, że nie był ich świadom. Jürgens, choć niewiele od nich starszy, od samego niemal początku dbał, by doskonale wiedzieli, w czym uczestniczą i na co patrzą, zwłaszcza jeśli chodziło o wątek rosyjski.
Obserwując Józefinę, jej fioletowego irokeza i tatuaż ze swastyką na łopatce – przyczynę poważnej awantury sprzed trzech tygodni – Polangue nie mógł pozbyć się wrażenia dziwnego dysonansu poznawczego. Sam nie miał dzieci i nie planował ich mieć, ale przyłapywał się czasem na porównaniach, a te prowadziły do różnych wniosków. Trudno było mu po prostu wyobrazić sobie Jürgensównę na miejscu któregokolwiek z nich.
Owszem, też się buntowali, choć nieco na swój sposób. Najgłośniej i najbardziej klasycznie oczywiście Johnny, próbujący wyrwać się spod wpływu surowego ojca – szkockiego lairda. Słuchał metalu, buńczucznie stawiał włosy i ubierał się jak gwiazda rocka z lat osiemdziesiątych. Eksperymentował też z substancjami psychoaktywnymi, ale ten etap przechodzili niemal wszyscy – pozbawieni specjalistycznej opieki i wystawieni na olbrzymi stres w kluczowym momencie swojego życia. Ale jednak byli w jakiś sposób inni.
Albo to Oliviera dopadał już syndrom „A za moich czasów…”
Ponownie zaczął wybierać kolejne numery Roberta w nadziei, że tym razem mu się poszczęści. Kiedy poniósł porażkę, zdecydował, że odezwie się do Emily. Wiedział, że nie wróciła jeszcze do Bawarii, a przebywa właśnie w Paryżu, gdzie przez następne tygodnie miała uczestniczyć w międzynarodowym sympozjum i uświetnić je serią wykładów, z których część dotykała zagadnień fizyki, owszem, ale część służyła, jak zwykle w wypadku York, propagowaniu wiedzy na temat historii i następstw bladeingu, wciąż zaskakująco mikrej tak wśród zwykłych zjadaczy chleba, jak i elit.
Tych, którzy pamiętali dawną York, to społeczne zaangażowanie mogło nieco dziwić, ale Olivier widział w tym sposób na odreagowanie dawnych traum. Emily – podobnie jak on – nie była co prawda Połączoną, nikt nigdy nie wtłoczył jej siłą Bestii do głowy i nie oddał we władanie nieznanej mocy. Ale swoje przeszła i tak.
Kiedy rozpoczął się program łączenia, pracowała jeszcze dla Judy Mizuhary odpowiedzialnej za amerykańską część projektu. Widziała pierwsze eksperymenty i pierwsze ofiary. Potem oczywiście odcięła się od opiekunki i zaangażowała w działania po drugiej stronie barykady. Ponownie obrywając – jak wszyscy zamieszani w moskiewskie wypadki – a w dodatku po drodze poważnie komplikując sobie życie osobiste. W pewnym momencie okazało się, że także ona jest bezradna wobec tragicznego biegu wydarzeń i możliwe, że swoją obecną działalność traktowała jako wyrównanie pewnych rachunków.
Odebrała szybko, po zaledwie trzech sygnałach.
– No? – Olivier usłyszał jej szorstki, nieprzyjemny głos, nieodmiennie kojarzący mu się ze sfrustrowanymi nauczycielkami matematyki.


Santa Rosa


Trwało to wszystko porażająco długo, ale drobne gesty najwyraźniej pomagały. Zrzucenie z siebie więziennego uniformu. Prysznic. Umycie zębów. Zgolenie brody i przystrzyżenie włosów. Normalny posiłek ze sporą ilością świeżych produktów, o jakie Miguel upomniał się, wypowiadając bodaj pierwsze pełnoprawne zdanie, odkąd otworzyły się drzwi celi w tymczasowym areszcie, do którego go dowieziono z karceru w Andach. Pomogła nawet szklanka zwyczajnej, przeźroczystej wody wypita ze świadomością, że w każdej chwili można poprosić o następną.
Ziarnko do ziarnka i Johnny coraz bardziej gotów był założyć, że upiornie cichy mężczyzna siedzący aktualnie naprzeciwko niego i metodycznie rozczłonkowujący pomarańczę to naprawdę Lavalier.
Nie to, żeby Argentyńczyk jakoś specjalnie zmienił się fizycznie. Owszem, wszystkim im przybyło lat i zmarszczek, a niektórym, zwłaszcza biurwom, także kilogramów, ale po tym, jak Miguel pozbył się zarostu, stało się jasne, że należy do tych pierdolonych szczęściarzy, którzy i w wieku pięćdziesięciu lat będą najpewniej wyglądali jak własne dzieci albo przynajmniej młodsi bracia. Johnny uznał to za jawną niesprawiedliwość i pozwolił sobie nawet na fuknięcie wraz ze stosownym komentarzem. Oba przeszły bez echa.
Coś obcego tkwiło jednak w szczegółach. W drobnych gestach, które nigdy wcześniej nie wydawały się aż tak wycyzelowane i oszczędne, przy czym nie było to do końca to samo wycofanie, które McGregor pamiętał z ostatnich dni przed aresztowaniem. Wówczas była to zwyczajna ucieczka na tyły własnej głowy, zresztą nieudana, zakończona erupcją frustracji, kiedy to Miguel wykrzyczał im w twarze, że nigdy więcej nie będzie niczyją dziwką, a potem postanowił na złość mamie odbić sobie tyłek.
Tamten obraz, obraz człowieka na ogół spokojnego, ale potrafiącego w jednej sekundzie wybuchnąć i podpalić planszę, oraz obecny, dziwnie pusty i jałowy jak spalona ziemia, po prostu się nie nakładały.
Johnny – mimo pewnego wynikającego z sytuacji dyskomfortu – nie martwił się jednak szczególnie. Wiedział, że to minie. Byli bladerami, a Miguel w dodatku Połączonym. Wszystko im mijało. Uczyli się radzić sobie ze wszystkim sami.
Ponieważ McGregorowi słabo wychodziło znoszenie tej ciszy, postanowił po prostu mówić. Opowiadał, co mu do głowy przyszło, a miał z czego wybierać, wziąwszy pod uwagę, że mógł swobodnie sięgać także do anegdot sprzed nastu lat. Lavalier słuchał cierpliwie nawet największych bzdur i hermetycznych żartów, z których większości nawet nie miał szans zrozumieć. Uśmiechał się jednak. lekko unosząc kącik ust, kiedy słyszał to czy tamto imię i po tym oraz pod podnoszonym raz na jakiś czas spojrzeniu Johnny poznawał, że mimo ciszy po drugiej stronie, jego słowa nie trafiają w próżnię.
Monolog chaotycznie obijał się od różnych wątków i różnych postaci, nie zachowywał chronologii ani żadnego innego wewnętrznego porządku, ale ostatecznie jakimś cudem – czy też pechem – dotarł do chwili obecnej i dziwnej sprawy przeniesienia więźnia do nierejestrowanego karceru.
Na wszystkie jednak pytania czy sugestie zmierzające w kierunku wątku Bestii i ewentualnych eksperymentów na Połączonym, Miguel przecząco kiwał głową. Jeśli było w jego zachowaniu cokolwiek mogącego zdradzać kłamstwo lub chęć zatajenia jakichś faktów, Johnny nie potrafił tego dostrzec.
– Z Robertem nie pójdzie ci tak łatwo – stwierdził w końcu, wywieszając białą flagę.
Lavalier skwitował to kolejnym uniesieniem kącika ust.
– A gdybym próbował zwiać? – spytał niespodziewanie, bez pośpiechu odrywając połowę pomarańczy i częstując nią Szkota. Johnny nie mógł nie zauważyć, że przy okazji po raz drugi odezwał się czymś więcej niż mrukliwą monosylabą, co mogło oznaczać, że jego teoria jest słuszna i to, czymkolwiek było tym razem właściwie „to”, już zaczyna mijać.
– Błagam, nie rób mi takich numerów – jęknął, krzywiąc się na samą myśl o tym, jak obaj mieliby potem przesrane. Co prawda nie wiedział, jakim cudem dokładnie Robert to wszystko pozałatwiał, ale mógł podejrzewać, że opiera się na kruchych układach i nikt nie byłby zadowolony, gdyby układy te runęły.
– Tylko jestem ciekaw.
– To lepiej nie bądź. Wiesz, co mówią o ciekawości.
Argentyńczyk uśmiechnął się i McGregor nie po raz pierwszy w swoim życiu odniósł wrażenie, że uśmiech ten pcha jego skojarzenia w zdecydowanie dziwnym kierunku. Palce odrywające cząstki pomarańczy w jakiś taki… sposób też nie pomagały.
Johnny odchrząknął.
– W tej chwili celują ci w głowę ze dwaj snajperzy – dodał. – Wyjdziemy i będzie ich więcej.
– Hm. A wyjdziemy?
– No raczej. Masz gołą dupę, którą trzeba ubrać i umówiony przegląd techniczny, żeby sprawdzić przynajmniej na szybko, czy nie złapałeś jakiegoś gówna. Ale nie mam z tym snajperskim cyrkiem niczego wspólnego.
– Podejrzewam – Miguel skinął głową we wreszcie znajomym odruchu. – Robert pewnie też nie. Wy akurat potrafilibyście dobrać kaliber.
Co prawda, to prawda. Obaj w końcu wiedzieli, że finezyjne snajperki należałoby wymienić co najmniej na działka przeciwpancerne, żeby chociaż zarysować legendarną w środowisku dzięki akcji pod moskiewskim Metropolem kamienną dupę Lavaliera, który to posłużył wówczas za kamizelkę kuloodporną najpierw Siergiejowi Petrowowi, a potem samemu Johnny’emu i Emily. W międzyczasie przeżywając atak wściekłej Wolborg, która postanowiła zespolić go z asfaltem.
– Tak czy inaczej – podsumował McGregor – musiałeś ich kurewsko wystraszyć.
– Jakoś tak wyszło.
– Tobie zawsze jakoś tak wychodzi.
To było niemal śmieszne, choć oczywiście w całkowicie groteskowy sposób – Johnny naprawdę nie mógł pozbyć się tego wrażenia, kilka godzin wcześniej mijając kolejne kraty, kiedy w pełnej obstawie zmierzał do celi Miguela.
Uzbrojeni po zęby klawisze prowadzili go coraz niżej, aż wreszcie naturalne światło zostało całkowicie zastąpione przez potworne, rzucające kompletnie zdechły blask jarzeniówki.
– Naprawdę? – parsknął McGregor, gdy zatrzasnęła się za nim kolejna gródź.
Idący obok niego Argentyńczyk z sumiastymi, czarnymi wąsami chrząknął z niejakim zakłopotaniem, najwyraźniej nieprzyzwyczajony do tego, że musi się przed kimkolwiek tłumaczyć, a zwłaszcza po angielsku.
– Takie były zalecenia. Ale to zwykły areszt, musieliśmy improwizować – odparł, kalecząc obcy dla siebie język potwornym akcentem, czego jednak Johnny, jako Szkot i zagorzały wróg Brytoli, bynajmniej nie miał mu za złe.
Nie oznaczało to jednak, że nie mógł mieć za złe innych rzeczy.
– Zalecenia, psia ich mać – przewrócił oczyma. – Zabunkrowaliście go jak jakiś pierdolony odpad atomowy. Jeśli mu odpierdoliło, to wiem, kto będzie płacił za prochy.
Klawisz nie odpowiedział, zamiast tego ponownie sięgnął po pęk kluczy i włożył jeden z nich do zamka.
– To tu – powiedział tylko. – Lepiej będzie trzymać się z tyłu. Był agresywny w transporcie.
Po tych słowach zawołał coś po swojemu do dwóch towarzyszących im strażników w strojach ognioodpornych. Ci założyli osłony na głowy. To wszystko coraz bardziej przypominało jakiś absurdalny cyrk, teraz już z pełnoprawnymi, kolebiącymi się w śmiesznych ubrankach clownami.
Drzwi do celi otworzyły się i strażnicy przekroczyli próg.
– No bez jaj! – wkurzył się Johnny i ruszył za nimi, nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać.
Na widok skulonego, zarośniętego mężczyzny dosłownie cofnęło go o pół kroku.
To nie jest Miguel – wtedy właśnie pomyślał tak po raz pierwszy.
To nie jest Miguel, a wypalony, jałowy ugór. Kupka popiołów z wygasłego stosu.
– Kurwa mać, co oni z tobą zrobili? – wyszeptał, podchodząc bliżej.
Niebieskie, otoczone czerwonymi obwódkami oczy podniosły się na niego powoli, po czym zmrużyły, jakby mózg próbował uporządkować zbyt szybko napływające do niego informacje. Johnny widział już ten wzrok. Raz. Szesnaście lat temu, tuż po tym, jak uciekli z uginającej kark przed Kaiem Hiwatarim Moskwy. Robert utrzymywał wówczas, że to leki przeciwbólowe, ale McGregor doskonale i może jako jedyny wiedział, że to gówno, nie prawda.
– Poznajesz mnie w ogóle? – spytał.
– Poznaję – padła bardziej niż zwykle chrapliwa, obojętna odpowiedź.
Musiała minąć bardzo długa chwila, nim do Johnny’ego dotarło, że to ton człowieka nie obrażonego, a takiego, który od dawna nie wypowiedział ani słowa.
Kiedy Szkot się wkurwiał, stawiał się także bardzo sugestywny, więc nie, nie musiał długo tłumaczyć, że obędzie się bez obstawy i bez lufy przy głowie więźnia. Krótko i dosadnie zapewnił Argentyńczyków, że doskonale da sobie radę sam.
I tak oto wylądowali obaj w hotelowym pokoju i ze snajperami za oknem. Przynajmniej tyle dobrego, że owa niewiarygodna wprost troska o bezpieczeństwo i komfort obywateli nie stała tuż obok i nie dmuchała im w karki, bo wówczas Johnny mógłby zwyczajnie nie wytrzymać i jednak wydłubać komuś oczy plastikowym widelcem.
Robert powinien być z niego bardzo dumny, że dotąd udało mu się powstrzymać. A parokrotnie znalazł się na krawędzi, wkurwiony nie tylko tym, że ktoś tak potraktował drugiego człowieka, ale przede wszystkim faktem, że człowiekiem tym był Lavalier.
– Jak wy to w ogóle teraz widzicie? – odezwał się znów Miguel, kiedy skończył powolne, noszące wręcz znamiona namaszczenia jedzenie pomarańczy.
– Co? – Johnny zmarszczył brwi.
– No… Wszystko. Czego ode mnie chcecie. Wiesz, stare pytania. Co tu robię. Bo przecież nikt nie wyciągnąłby mnie stamtąd bez powodu, a już na pewno nie Robert. Podejrzewam tylko, ile było z tym zachodu.
Tak, stare pytania. I stare bóle dupy.
– Niech cię chuj jasny strzeli, Miguel! Nie dasz się nawet człowiekowi w spokoju pocieszyć, że wyszedłeś z pierdla!
Twarz Lavaliera nawet nie drgnęła zawieszona w denerwującym braku wyrazu. Przynajmniej przez jakąś chwilę, bo kiedy McGregor w irytacji zerwał się z krzesła, kątem oka złowił skrzywienie i opuszczaną głowę, ale nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Był na to zbyt rozzłoszczony. Podszedł do barku, otworzył go zamaszystym ruchem i sięgnął po butelkę whisky. Nalał sobie pół szklanki, przy okazji marudząc pod nosem, że manager hotelu nie wie, co dobre, i kupuje gówno.
Wypił zawartość duszkiem.
– Możemy o tym dzisiaj nie gadać? – warknął, odwracając się znów do Miguela. – Jeden dzień bez fochów i walenia sobie konia nad własnym paskudnym losem? Jesteś w stanie tyle wytrzymać?
Lavalier nie odpowiedział. Zacisnął tylko szczękę. Minęła bardzo długa chwila, nim wreszcie coś wyburczał, ale McGregor nie dosłyszał i nie poprosił o powtórzenie. Zamiast tego usiadł ciężko na kanapie i uzupełnił szklankę.
– OK, dobra, sorry, jestem zmęczony – mruknął. – To był intensywny dzień. Zapomnij.
Miguel spojrzał na niego z ukosa w sposób, który jasno wyrażał wszystko, co mógłby w tym momencie powiedzieć.
– Cóż, to w sumie dobrze, że się aż tak nie zmieniłeś – podsumował jednak po dłuższej chwili, unosząc kącik ust.
– Co masz na myśli? – Johnny zmarszczył się cały, gotów na obronną szarżę.
– Wcale nie wiesz, o co chodzi, prawda? Nie wiesz, dlaczego mnie wyciągnęliście. To nie twoja działka, więc nigdy nie przyszło ci do głowy zapytać.
– Kurwa, prosiłem!
– A ja niczego nie obiecałem.
– No to dla twojej wiadomości – Szkot aż poczerwieniał na twarzy, co przy jego miedzianej czuprynie i różowej cerze wyspiarza wyglądało cokolwiek imponująco – mamy rozpierdol, mówiłem ci. Rei i Kai napierniczają się na Połączonych od dobrych paru lat, świat się wali i zaraz będziemy mieli koniec świata. Więc jak, kurwa, myślisz?!
– Mhm.
– Sam jesteś mhm!
Na tym właściwie mogła zakończyć się ta bezcelowa dyskusja i pewnie by się zakończyła, gdyby na miejscu Johnny’ego siedział ktokolwiek inny.
– To znaczy, ja wiem, co sobie wyobrażasz – burknął, ponownie uzupełniając zapas whisky w szklance. – Że wszyscy o tobie zapomnieli na szesnaście lat i teraz nagle olśnienie, bo jesteśmy w dupie i potrzebujemy Połączonego.
– Przecież ja…
– Tylko że to, kurwa, nie jest takie proste! – Chylące się ku zachodowi słońce zagrało w bursztynowym trunku, kiedy McGregor unosił szklankę do ust. – Nigdy nie było proste! A ty nie ułatwiałeś sprawy!
– Wiem.
– Więc bez pretensji może, co?
Miguel nie odpowiedział, po prostu patrząc na Szkota z uniesionymi brwiami.
– Masz pojęcie, jak Emi to przeżyła?! Nie, oczywiście, że nie! Bo co cię to w ogóle obchodzi! Co cię cokolwiek obchodzi?! Tak było najłatwiej! Zwiać! Zostawić nas z tym wszystkim! Wszystko jeszcze, kurwa mogło być inaczej! – Szkot wychylił czwartą porcję whisky. – Mogliśmy cię z tego wyciągnąć! Gdybyś tylko się, kurwa, nie poddał! Gdybyś… Miguel?
Johnny urwał nagle tyradę, tknięty jakimś nieokreślonym przeczuciem. Spojrzał na Argentyńczyka, ale ten zbył go machnięciem ręki. Wzrok miał pusty i utkwiony w podłodze. Znów sprawiał wrażenie porzuconej kukły.
Potem ocknął się nagle i wrócił do życia.
– Będę otwierał na krótko – powiedział, wstając.
– Co? – nie zrozumiał Johnny.
Miguel nie odpowiedział, zniknąwszy za drzwiami łazienki.

*

Gdybyś się tylko, kurwa, nie poddał!
Zacisnął powieki, a potem palce na nasadzie nosa.
Miałeś ich ocalić. Miałeś nas wszystkich ocalić, a wybrałeś bycie nikim.
Powoli nabrał powietrza w płuca i wypuścił starannie. Stał pochylony nad umywalką, z drugą ręką opartą o jej krawędź.
Johnny zdążył położyć się ze dwie godziny temu i niemal natychmiast zapadł w kamienny, uczciwy sen, którego Miguel z całych sił mu zazdrościł. Sam nie miał niczego do roboty, więc starym zwyczajem siedział i gapił się przed siebie, a potem stwierdził, że skorzysta z dobrodziejstw luksusowej łazienki, której obsługa przychodziła mu z trudem i powoli uświadamiała, że przez ostatnie kilkanaście lat świat jednak mocno poszedł do przodu. Zanim więc dostał się do mydła, uruchomił pierdyliard nikomu niepotrzebnych funkcji, ręcznikiem oberwał w twarz, a woda z jakiejś dodatkowej dyszy omal go nie zgwałciła. Ostatecznie jednak pokonał technologię i oto wylądował przed umywalką – znów bez pomysłu, co dalej.
Podniósł powoli głowę i otworzył oczy.
Kiedy wchodził do łazienki, w lustrze zobaczył obcą twarz. Nie to, że inną, niż pamiętał, bo nie pamiętał żadnej. Czas zatarł obrazy. Teraz napotkał zaparowaną taflę i widoczne w niej rozmazane plamy, całkiem przypominające to, w co zamieniał się jego świat, kiedy zaczynało zmierzchać.
Po chwili wahania wyciągnął palec i narysował dwie kropki, a pod nimi szeroki uśmiech.
– No, pierdoło – powiedział do siebie – tego będą od ciebie oczekiwali. Ucz się.
Ręka sama niemal powędrowała znów do lustra i w dole dorysowała jeszcze koślawą łapę z wyprostowanym środkowym palcem.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 10 grudnia 2016, 21:56
autor: Kanterial
Spoiler: pokaż
Wykluczała inne, a wśród nic tę, że zwyczajnie zaczął się gwałtowniej zużywać

nich

Nie był dobry w te całe socjalne gierki, zwłaszcza kiedy rozgrywały się między wiecznie wkurwionym lub sfrustrowanym mutantem i jego lodowatym pasożytem mózgu.
Wszedł schodami, omijając lodowaty jęzor anektujący ich prawą stronę.


Naprawdę nie sądziła, że przeżyje odejście i pogrzeb brata aż tak głęboko, bo owszem, kochała go nad życie, ale też była szczęśliwą żoną i świeżo upieczoną matką zdrowego, silnego chłopca.

o tym jest mowa kilka akapitów wcześniej, sygnalizuję, że razi

Przytakną w zgodzie i zrozumieniu.


Długich godzin, gdy blokował jej dostęp do PlayStation, chociaż umówili się na sesje dwugodzinne (z tego zresztą wyniknęła awantura rozwodowa numer trzy).

mmm, tak, czepiam się, ale osoba pokroju Emily zdaje się mieć sporo (milion) pieniędzy (wnioskuję po opisie jej kariery i pozycji) stąd szokujący wydaje się fakt kłótni o PS'a, bo pewnie mogłaby kupić ich sobie dziesięć i poukładać w różnych pokojach. Nie wiem. Trzeci rozwód z sześciu, więc może jeszcze nie była u szczytu i bogata, no tak. Ale przemyśl to. Wygląda jak kłótnia biednych studentów o komputer.

Gdyby nie wystarczały jego rodzinne koneksje sięgające korzeniami – jak przynajmniej twierdził – Pierwszej Rzeszy

:facepalm:

a potem postanowił na złość mamie odbić sobie tyłek.

obić?

– No… Wszystko. Czego ode mnie chcecie. Wiesz, stare pytania. Co tu robię. Bo przecież nikt nie wyciągnąłby mnie stamtąd bez powodu, a już na pewno nie Robert. Podejrzewam tylko, ile było z tym zachodu.

to jest bodaj czwarta wypowiedź Miquela. Widzę ogromny przeskok. Milczał lata, ok, spotkał Johnny'ego, ok, bąknięcia, mruknięcia, proste zdania, ok. I nagle mówi jakby był w żywiole konwersacji, zdania złożone, składnia na propsie. Chyba że efekt zamierzony?


Wybacz, że nie wypisałam tego, co mi się podobało. Wiem, jakiego to daje kopa, ale to nie jest jeden z tych dni, gdy na komentarz mogę poświęcić tysiąc godzin (tak, tłumaczę się, wiem że wiesz, nie patrz tak na mnie). Mogę jednak pojechać z pamięci:
- reakcja Emily już w oknie, ten szloch w związku z całą akcją "Miquel"
- wszystkie fragmenty z Jurgensem (nie, naprawdę, ja po prostu lubię o nim czytać)
- scena szaleństwa Miquela i dobre zagranie z głosami, zdania-zarzuty siedzą, działają, brzmią (wiesz, że nie wszystkie zdania brzmią, nie? wiesz) to jest naprawdę mocna rzecz, obyś nią operowała jak najsprawniej
- opis miejsca, w którym żyje Jurij, przepięknie, obrazowo

No, zdecydowanie scena z Miquelem i dziewczynką w goglach jest moją ulubioną i, uważam, najlepszą, choć początkowo zdaje się być nieczytelna. Co jej dobrze robi, wbrew pozorom. Bo to, co on przeżywa, czytelne nie jest. Bardzo ciekawi mnie mnogość "tych" rzeczy w jego głowie, te zarzuty, wyrzuty, cała sprawa. Chętnie dowiem się więcej.

Dla przeciwwagi:
Bardzo nie spodobała mi się scena wizyty u Jurgensa, a może raczej końcówka jej pierwszego aktu - siedzi Johnny, siedzi Emily, jest Robert. Ta kłótnia o nerkę. Ta akcja rodem z podstawówki, niby-nieświadome odpowiedzi Johnny'ego (żarty haczące o nerkę, gdy Emily nie wie o samej nerce), ogólnie poziom nieziemsko dziecinny, aż (uwaga, zaboli) sztucznie dziecinny. Nie rozbawiło mnie to.
I tu miałam chwilę zadumy (tak, miewam). Wspominałaś na SB. Ostrzeżona zostałam, sama się domyślałam, dawały mi sygnały twoje wrzutki sztambuchowe - ci bohaterowie są niedojrzali. Inaczej - nie wszyscy są dojrzali. Tak, na to się szykowałam. Niemniej boli mnie przesadna dziecinność/wybuchowość i reakcje Johnny'ego, czy to przy Emily, czy to przy Miquelu pod koniec. Dla mnie to jest nie do przeskoczenia - wizja faceta przed czterdziestką, który aż tak odwala żenujące sceny. Wiem, ta postać ta ma. Wiem, to nie przypadek, wiem, nie jesteś głupia ani ślepa, doskonale wiesz, jak to wygląda. Ale i tak. I tak mnie boli, Kili. Bo gdyby to jeszcze było jakieś hermetyczne, gdyby ten Szkot był wciąż wśród tych samych ludzi, na arenach, nie wiem, w jakimś ośrodku, to jeszcze w miarę bym rozumiała. A tak? Gdzie on jeździ po świecie? Wysyłany jest na misje, ba, zostaje przez Roberta nazwany niemal doskonalą bronią? Ktoś taki musiałby ogarniać, to jest... nie wiem, naturalne, że zyskuje się z czasem dystans, trochę opanowania, jakieś może doświadczenie w rozmowie, poznaje się własne emocje i uczy nad nimi panować. On tej fazy nie przeszedł. Jest osiemnastolatkiem (max) mentalnie i obawiam się, że tak miało być, a mój ból będzie trwał, aż się przyzwyczaję.

Kończąc wątek dziecinności Johnny'ego - odrobinę (odrobinę!) zlewają się twoje postacie momentami. To jest nieuniknione i wiem to doskonale, ale pozwalam sobie napisać, bo tobie można. Bo przetrawisz i nie fochniesz na mnie, Literkę i resztę świata. Nie chcę gasić ci fazy (nie!) i pragnę, żebyś pisała ten tekst na jak największej zajarce, więc żywię nadzieję, że przyjmiesz to na klatę i szybko po tobie spłynie. A więc: zlewają się. Nie mówię tu o konkretnych jednostkach. To jest pewna grupa - Emily, Johnny, Jurij, chwilami jakieś przypadkowe osoby - która mówi podobnie. Wypowiada się podobnie. Mam nadzieję, że jest to dla ciebie zaskoczeniem i tylko potwierdzam jakąś twoją obawę. W chwilach, gdy potrzebujesz walnąć emocjami, przekazać ważne info czytelnikowi czy po prostu (co widać) rozpędzasz się i piszesz całą sobą, te słowa, padające z ust twoich bohaterów, ich gesty, zaczynają się upodabniać. I nie dam tu trywialnych przykładów typu "bardzo częste wzruszanie ramionami jako reakcja" (choć faktycznie, jest częste i to u paru osób). Nie da się tego wyłapać. Tej melodii zdań, natężenia, sposobu mieszania humoru z uszczypliwością.
Ja też nie chcę wymagać cudów -wiem, że nie będziesz stylizować każdej z dwudziestu postaci, tylko po to, żeby gadały inaczej. Może też pierwszy raz czytam tekst, w którym TYLU bohaterów gra jednocześnie, naraz, razem, osobno, mieszają się, znają. To jest trudne, Kili. Ale no czuję to, czuję czytelniczo - w chwilach kryzysu model się upodabnia. Oczywiście są wyjątki, powiedzmy Jurgens (drewno) czy Rei (też drewno), im daleko do podobieństwa z resztą bandy. No. Eghm, sama nie wiem, teraz mam jeszcze wyrzuty sumienia, że się czepiam jak leci wszystkiego.
Ogólnie, to chcę chyba pomóc, tylko jakoś nieudolnie :facepalm:

Tekst jest równy, nawet zaskakująco równy, jak na takie szybkie pisanie (spina wręcz z tym Nano!) i podziwiam skilla - tu ukłon w twoją stronę. Jest plan i jest pomysł, jest, widać, risercz (co uwielbiam, ach, uwielbiam) i przyjemnie mi czytać pracę, która się dzieje w wielu miejscach, w wielu aspektach i poziomach. Sama nie umiem pisać o polityce i konfliktach, więc jara mnie to, że zdajesz się czuć pewnie wśród tych wszystkich głębokich intryg. No i umiejscowienie tego w realnych państwach, jprdl, ile to jest zachodu, ile grzebania w informacjach, kulturze, zwyczajach. Żeby nie palnąć gafy i nie napisać o Rosji i Argentynie jak o zupełnie podobnych miejscach na mapie z podobnymi ludźmi i więzieniami. Nie no, jakby to Stojke napisał "szapoba" że nie boisz się tak wielopoziomowej, wielowątkowej i skomplikowanej fabuły.
Jara mnie motyw tych Bestii, o których praktycznie niczego nie wiem, chciałabym dowiedzieć się jak działa (wygląda?) taka Wolborg. Serio. Swoją drogą, gdyby nie właśnie skojarzenie z nią, nie wiedziałabym w pierwszej wstawce o czym (kim) mowa przy Borysie i jakiejś "Falborg" która tłoczy mu moc w żyły. Całe szczęście trochę już SB i sztambuch mnie naszykowały na spotkanie z Odpadem. Ach, właśnie - odpad atomowy. W tym więzieniu, pod tyloma zabezpieczeniami. Ten biedny Miquel. Stara, dobre zagranie. Bardzo, bardzo udane zespolenie tytułu z tekstem. Ruszyło mnie, rzuciło się w oczy, oklaski. Tak swoją drogą to chyba Miquel zostanie moim ulubionym bohaterem, wzbudza moją mega sympatię. Eghe, o Robercie nie ma co zaczynać opowiadać, co nie, pomińmy ten temat. Resztę... też lubię. Znaczy poza Johnny'm, tu wysiadam psychicznie. I Mao. Mao nie czuję, wręcz zdaje się mieć potencjał na wkurwianie mnie XDD

Taki to komentarz, trochę chaotyczny. Chcę zaznaczyć, że tekst mi się podoba i interesuje mnie, że nie gubię się i dopiero zaczynam "wchodzić" w fabułę jak należy. Oby tak dalej.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 12 grudnia 2016, 22:47
autor: Kruffachi
[gdzieś tam poniżej rozdział V]

Kan, nawet nie wiesz, jak ja się tego komentarza bałam. Także dlatego, że wiedziałam, że spojrzysz na tekst krytycznie, bez względu na to, ile razy bym się zarzekała, że gniot, że czysta rozrywka i gupi farfocel. I jestem Ci za to szalenie wdzięczna, a - prawdę powiedziawszy - bałam się, że zjedziesz mnie z góry na dół i nie zostanie na mnie nawet jedna sucha nitka ;) No bo ja też wiem, że na wiele sobie w tym cyklu pozwalam i wiem, że niekiedy przeginam pałę, a jeśli robię to w jednym miejscu świadomie, to w drugim już niekoniecznie, bo długie teksty to taki trochę system naczyń połączonych, nie? No i ja tu wchodzę z tym bagażem, a Ty nie i to jest tak szalenie cenne. Pozostaje mi skakać z radości, że postanowiłaś potencjał, jaki to daje, wykorzystać i podzielić się ze mną odczuciami. Mam nadzieję, że nie chowasz czegoś dla siebie, bo uznałaś, że może za dużo tej krytyki.

Wszystkie uwagi przyjęłam, przetrawiłam, poszukałam przyczyn i możliwych sposobów na poprawę sytuacji, choć też pewnie efekty nie będą widoczne od razu. No bo raczej będę się próbować sama ze sobą, a nie sięgać po rozwiązania, których wypracowanych nie mam. Gupi farfocel gupim farfoclem, ale jednak trochę balansuję na granicy tego, co jestem w stanie ogarnąć, niekiedy włażę na tereny mi obce no i to jest taki trochę poligon (jak się okazuje - Johnny padł na tym poligonie, obrywając rykoszetem, np. ;) Bardzo słuszne uwagi, muszę trochę nad tym pomyśleć). No i to fakt, że tych postaci jest mnóstwo, a nie wszystkie mają ze mną cokolwiek wspólnego i nie wszystkie potrafię do końca zrozumieć, a co za tym idzie - odpowiednio zindywidualizować, choć mam nadzieję, że dotyczy to sfery drobnych reakcji, a nie np. całych charakterów. Taki trochę urok bazowania na osobowościach już gdzieś tam zarysowanych, z których nie wszystkie należą do "moich" typów. Zresztą te, które należą, też nie ułatwiają niekiedy, właśnie przez ciążenie ku temu co znam, ale to już nieważne. To w końcu mój problem, nie czytelnika.

Będę nad sobą pracować. O! I raz jeszcze pięknie dziękuję :heart: W ogóle szalenie dziękuję Wam obu, Tobie i Joi, tak za komentarze, jak i podjęcie ryzyka, żeby to w ogóle czytać. Dziękuję za zaufanie.






ROZDZIAŁ V
I JUST *CLENCHES FIST* REALLY CARE ABOUT MY FRIENDS AND WANT THE BEST FOR THEM



Moskwa


Szedł, a każdy jego krok pokrywał ziemię srebrną koronką szronu. Szedł, a lód tężał z trzaskiem, ścinając wilgoć w promieniu kilku metrów i rozsadzając szczeliny. Szedł zamyślony, wcale tego wszystkiego nie widząc. Zresztą nawet gdyby widział, nie obchodziłoby go. Moskwa i tak była martwa, więc nie mógł jej bardziej zaszkodzić.
Chciałby móc powiedzieć to samo o wielu innych rzeczach, które znajdowały się poza jej murami i od dobrych kilku dni oraz nocy wciskały uparcie pod powieki, odganiając sen aż nadto skutecznie.
– Starzeję się – mruknął, przecierając twarz dłonią. – Mięknę.
Prawdopodobnie.
Kai opuścił już co prawda Moskwę, ale jego obecność wciąż zdawała unosić się nad ulicami pustego miasta. Jakby nigdy w istocie stąd nie odchodził. Jakby nadal śmiał się Jurijowi w twarz, wyglądając z każdego wybitego okna.
W takich chwilach jak ta Ivanow naprawdę zaczynał żałować, że zerwał z nałogiem, bo tylko wódka jeszcze mogłaby go zabrać z tego koszmaru. Z tego przeklętego miejsca. Ze szponów Kaia. Mogłaby dać mu na moment ułudę wolności.
Zawył jak zwierzę, kiedy Wolborg wbiła lodowate pazury w jego mózg.
Nawet o tym nie myśl, warknęła.
– I na to mi nie pozwolisz…? – wycharczał Jurij wciąż jeszcze na kolanach i z głową otuloną ramionami, po tym, jak wydawało mu się, że czaszka pęka niczym zbyt cienki lód. Czuł, że zdarł kruchą jak pergamin skórę i spodnie zaczynają lepić się do nóg w miejscu uderzenia.
Nie odpowiedziała. Nie zmniejszyła też nacisku na jego umysł. Zabrała z niego ostre pazury, ale wola pozostała wyraźnie wyczuwalna. Jurijowi wydawało się, że mógłby jej nawet dotknąć, gdyby się tylko postarał.
Odnosił dziwne wrażenie, że po ostatniej wizycie Kaia coś się między nimi zmieniło. Wydawało mu się, że przez lata trudnej koegzystencji zdołali wypracować pewien kompromis. Świadczyły o tym chociażby te durne, odtwarzane w kółko dialogi. Ivanow miał mocno ograniczoną swobodę, wiedział, gdzie czekają na niego kraty i czasem pakował się na nie z premedytacją, ale wiedział też, dokąd sięga bezpieczny wybieg.
I teraz nagle teren mocno się skurczył.
– Przestraszyłem cię – olśniło go nagle, gdy prostował ciało.
Co?
– Przestraszyłem cię, kiedy powiedziałem, że mógłbym zabić Kaia. I że raz już to zrobiliśmy. Razem. A przecież to nic nowego, co, Wolborg? Nie powinno cię zaskoczyć. No, chyba że…
Znów się wściekła i poczuł to naraz w całym ciele. Uderzył twarzą o zmrożony asfalt.
Zamilcz!
Wciąż leżąc z policzkiem na ziemi, odpowiedział jej zimnym śmiechem, wytarł krew z ust.
– Tak naprawdę też go nienawidzisz – wyszeptał.
Jak ja, dodał w myślach, albo nawet bardziej.
Bo oni cię stworzyli, Wolborg. Dali ci świadomość, ale wcale nie powiedzieli, kim jesteś.
– Dlaczego właściwie go słuchasz? – spytał znów na głos, chociaż słowa drżały dziwnie. – Jak to działa? Masz do powiedzenia coś więcej niż „bo tak”?
Czuł jej furię już całym ciałem. Dostawał od niej drgawek, wykręcała mu żołądek i przedzierała się przez szpik igłami z lodu.
Gdzieś ponad nim zapadał zmierzch. Ostatnie promienie rozproszonego w lodowej mgle słonecznego światła rozpalały sine bryły budynków. Jurij przyciskał dłonie do spękanego asfaltu jak do zniszczonej skóry, słuchał ukrytej pod nim ciszy.
I śmiechu.
Był niemal pewien, że to śmiech.
Cała Moskwa pod tą martwą skorupą śmiała się razem z nim.
– Więc…? – wykrztusił z trudem.
To nie twoja sprawa.
Tak się składa, że moja, odpowiedział w myślach, bo nie mógł już mówić. Może moglibyśmy być wolni oboje, Wolborg. Myślałaś nad tym? Zaprojektowano ci to w ogóle? Pytania? Wątpliwości?
Mówiłam ci kiedyś…
Tak, mówiłaś mi kiedyś, że cię zrobili na kawałku mnie i nie masz nic swojego. Tym jesteś, Wolborg? Piętnastoletnim Jurijem? Może więc dlatego jesteś posłuszna Kaiowi. Bo ja byłem posłuszny Balkowowi, zanim zrozumiałem, że można inaczej.



Digora, Osetia Północna-Alania


Kai jeszcze przez chwilę, w dawnym odruchu, czekał na reakcję, ale Siergiej był Siergiejem, więc i tak nie miało to żadnego sensu.
Każdy z nich wypracował własne sposoby na radzenie sobie z klątwą syntetycznych Bestii – Ivan do reszty zaprzedał duszę nowemu panu, w czym zresztą pewien udział mogła mieć śliska, żmijowata Wyborg, Borys oddał się szaleństwu i już chyba całkiem hobbystycznie ścierał Chińczyków na miazgę, Jurij odciął od świata, zamieniając Moskwę w lodowe piekło, a Siergiej właśnie schował się na głębinach. Któż w końcu znał lepiej cichy, przepastny i groźny podwodny świat niż on, tak do niego podobny?
Kai mógł dostać jego ciało, owszem. Jego mięśnie, kości, układ nerwowy i hormonalny. Ale nigdy nie zdołałby dosięgnąć schowanego na dnie oceanu umysłu.
– Będziesz wiedział, co z tym zrobić – stwierdził jeszcze Hiwatari, jakby dla przypieczętowania wszystkiego, o czym mówił wcześniej.
Petrow po prostu nieznacznie skinął głową pokrytą jasnymi, ostrzyżonymi niemal do zera włosami.
Osetia za jego plecami wydawała się rajem na Ziemi. Zielona, malownicza, siniejąca w oddali szczytami gór. Wielki i z wyglądu brutalny jak propagandowy posąg Siergiej zwyczajnie do niej nie pasował. Psuł widok jak przykra pomyłka malarza.
Jak porażka demiurga, nie mogącego dopasować klucza do jego duszy.
Kai nie łudził się już, że kluczem tym jest paranoja, na co liczył, gdy przydzielał Petrowowi walkę z przeciwnikami wewnętrznymi. Wydawało się, że naturalnym kandydatem na to stanowisko jest Ivan Papow – połączony mentalnie z wężowatą Wyborg – ale Hiwatari postanowił postawić na Siergieja. Co z jednej strony okazało się posunięciem doskonałym, a z drugiej, całkowitą porażką.
Opanowany i niewzruszony Petrow był po prostu skuteczny. Po nitce do kłębka tropił wrogów politycznych Hiwatariego, a potem eliminował ich sukcesywnie bez zadawania zbędnych pytań i bez cienia sentymentu. W efekcie cieszył się legendą może nie tak wybujałą jak Sabaka czy Sokolnik, ale znacznie mroczniejszą, cichą i gęstą jak olej, czającą się w cieniu i niewypowiadanych nigdy słowach.
Czasem nazywano go Krzyżownikiem, choć trudno powiedzieć, czy bardziej przez spory prawosławny krzyż, który nosił na piersi, czy raczej to, co robił swoim ofiarom.
Nawet teraz, tuż po tym, jak Kai oświadczył mu, że jeden z jego najbliższych współpracowników od dłuższego czasu kontaktuje się z Zachodem, zachował kamienną twarz. Wiedział, co będzie musiał zrobić, ale wydawało się, że nie rusza go to ani odrobinę.
To sprawiało, że może o niego właśnie Hiwatari obawiał się najmocniej. W żadnym innym wypadku więź łącząca syntetyczną Bestię z panującą nad nimi Black Dranzer nie wydawała się aż tak krucha. Mimo całkowitego posłuszeństwa.
A może wręcz przeciwnie – właśnie przez nie.
Z Ivanem nie było problemu. Ivan robił to, w czym czuł się dobrze, a wątki poboczne nigdy go szczególnie nie interesowały, zwłaszcza te zahaczające o moralność. Natomiast każdy przejaw buntu ze strony Jurija i Borysa był jak szarpanie się we wnykach, przez co te zaciskały się jeszcze mocniej.
I tylko Siergiej. Spokojny i nieczuły. Cierpliwie czekający, aż luka w systemie sama pojawi się w zasięgu wzroku.
– Możesz odejść – powiedział Kai, nie mogąc dłużej znieść jego widoku.
Petrow zasalutował i bez słowa opuścił jego słoneczny gabinet.
Hiwatari zmrużył oczy, patrząc na drzwi, gdy tymczasem dwa z jego kotów – białoszare, spore samce – wskoczyły na blat biurka i bezbłędnie podążyły do dwóch stojących na nim kartonów, żeby zwinąć się w nich na przedpołudniową drzemkę. Kai machinalnie podrapał starszego z nich po głowie.
– Nie zmuszaj mnie do tego, Siergiej – wyszeptał. – Nie zmuszaj mnie, żebym to zakończył w ten sposób.

*

Generała Siergieja Petrowa do wyjścia odprowadziła obstawa, bo tak naprawdę swobodnie po posiadłości Kaia poruszać mogły się prawie wyłącznie koty. A tych spacerowało po korytarzach, pokojach i patio całe mnóstwo. Hiwatari wszystkimi zajmował się osobiście i każde zwierzę znał nie tylko z imienia, ale także usposobienia, drobnych zwyczajów i preferencji kulinarnych. Niektórym osobiście gotował, potrafiąc w tym celu przerwać nawet oficjalne spotkanie z ważnym gościem.
Tak więc koty były wszędzie, a skoro one, to także kocia sierść we wszystkich możliwych kolorach, w jakich kiedykolwiek widziano te zwierzęta. Mieszkając z Hiwatarim i jego inwentarzem pod jednym dachem, należało się do tego po prostu przyzwyczaić.
Zresztą dotyczyło to tylko jednej osoby, bo tylko jedną osobę – i to ze względów czysto praktycznych – Kai tolerował jako swego lokatora.
Brooklyn Masefield bladą, szczupłą dłonią strzepnął nieco kota z ramienia marynarki i westchnął cicho, patrząc na zielony osetyjski krajobraz. Lubił tę krainę. Lubił panującą tu ciszę, odpowiadał mu klimat. Cieszył się też, że nikt nie zmusza go do poznawania nowych ludzi. Kaia i tak ciągle odwiedzały te same twarze, które zresztą dało się policzyć na palcach okaleczonej ręki, a społeczność pobliskiej Digory była mała i łatwa do ogarnięcia umysłem. Irlandczyk nie musiał więc udawać kogoś, kim nigdy nie był, zerwał kontakty z wszelkimi terapeutami i swoim zwyczajem trzymał się z daleka o ludzi i ich spraw.
Tak naprawdę trochę tego właśnie od niego oczekiwano.
Brooklyn doskonale wiedział, jakie ma znaczenie dla Kaia i dlaczego został wywieziony tu, do malowniczej Osetii. Był bankiem. Skarbcem. Sejfem, o którego Hiwatari miał zamiar kiedyś się włamać.
Zamieszkujący głowę Masefielda Zeus należał do najpotężniejszych Bestii, o jakich kiedykolwiek słyszano. Jedni za klątwę, a inni za błogosławieństwo uznawali fakt, że trafił do umysłu niewinnego, ale też dręczonego schorzeniem – zespołem Aspergera. Miało to szereg konsekwencji i to nie tylko dla samego Brooklyna. Wiele lat temu ktoś wykorzystał ten fakt i praktycznie opętany przez Zeusa chłopak zrównał kilka dzielnic Tokio z ziemią. Rok później ten sam człowiek – przeklęty, choć martwy już Hitoshi Kinomyia – wykorzystał doświadczenia z pracy z Masefieldem, by wraz z Judy Mizuarą otworzyć program tworzenia Połączonych – bladerów, którym Bestie wtłaczano bezpośrednio do głów, łącząc ich ze śmiertelnikami niemożliwą do zerwania więzią i skazując na moc, której często nie chcieli i która ściągnęła na nich śmiertelne niebezpieczeństwo. A także przebudowywała ciało i – niekiedy – duszę. To musiało doprowadzić do tragedii i rzeczywiście doprowadziło – zginęło wielu ludzi, tym razem ucierpiała najpierw Moskwa, a potem wiele innych miejsc na Ziemi, gdy wybuchła wojna między Rosją a Chinami.
Odkąd Zeus pierwszy raz przejął nad nim kontrolę, Brooklyn patrzył na te sprawy z zupełnie innej perspektywy, bo z perspektywy Bestii. Pod tym jednym względem trochę przypominał Kaia. Kiedy ginęli kolejni Połączeni, on nie widział umierających ludzi. Widział osamotnione, zagubione i niejednokrotnie reagujące agresją duchy, które należało ułagodzić i na nowo oswoić.
Więc po prostu zaczął to robić.
Pierwsza była Draciel – święta Bestia, jeden z Czterech Strażników, żywioł wody. Z natury spokojna i wierna, wpadła w niszczycielską rozpacz, gdy nagle została sama. Brooklyn więc wyciągnął ku niej rękę, a ona skorzystała z zaproszenia i schroniła się w jego umyśle u boku potężnego Zeusa.
Potem przyszedł czas na Apolla.
To było szczególnie trudne. Nie tylko dlatego, że Apollo był światłem, a Zeus ciemnością. W tym jednym jedynym wypadku dla Brooklyna znaczenie miało również to, kto zginął. A był to Garland Śirwat, człowiek, którego znał od bardzo dawna i z którym wiele przeszedł. Który był dla niego jak latarnia na rozszalałym i niezrozumiałym morzu. Jak ostoja. Ręka, którą zawsze można było chwycić, żeby poczuć się bezpiecznie – po prostu jedyny zrozumiały i stały punkt w krajobrazie z irracjonalnych ludzkich zachowań, emocji i słów, które wcale nie znaczyły tego, co wyrażały.
I nagle ten człowiek zniknął, kiedy Borys Kuzniecow pewnego fatalnego dnia strzelił mu w głowę.
Brooklyn sam czuł się wtedy zagubiony i przerażony. Sam znalazł się na kolanach. Ale był to także moment przełomowy. Koniec przedłużonego dzieciństwa pod kloszem opiekuńczego Hindusa. Dzień, w którym Masefield musiał nauczyć się stać o własnych siłach i podejmować w pełni niezależne decyzje ze świadomością, że w razie pomyłki nikt mu nie wybaczy i nikt nie cofnie się, żeby wyciągnąć go z piekła.
W efekcie skończył u boku Kaia Hiwatariego, choć z pewnością obaj mieli na tę sytuację zupełnie inne spojrzenie. Brooklyn uznał po prostu, że zarówno on, jak i wszystkie zamieszkujące jego głowę Bestie, najbezpieczniejsze będą właśnie w oku cyklonu.
A przynajmniej myślał tak jeszcze do niedawna, póki duchy nie zaczęły szeptać ostrzegawczo, wyczuwając jakieś odległe, ale nabierające realnych kształtów zagrożenie.
Mogło mieć to pewien związek z niespodziewaną porażką ludzi Kaia w Pradze.
Ivan Papow nie mylił się często, a już na pewno nie zdarzało się, żeby pozwalał komuś sprzątnąć sobie Bestię sprzed nosa. Brooklyn, jeśli wpadł na trop i z jakiegoś powodu uznał, że to właściwie, dostarczał mu praktycznie komplet danych – położenie nosiciela i rodzaj ducha, a także określał stopień połączenia i idące za tym zagrożenie ze strony gonionej zwierzyny. Podobnie było i tym razem.
A mimo to coś poszło nie tak. Kto jednak ubiegł ludzi Ivana, Masefield powiedzieć nie potrafił – te sprawy, wbrew temu, co twierdziło wielu, pozostawały poza jego zasięgiem. Wiedział natomiast, że stracona Bestia, choć nie najpotężniejsza z potężnych, należy do dość unikatowych i wymagających szczególnego rodzaju nosiciela.
Oraz że przesuwa się na Zachód, ale o tym na razie nie zamierzał mówić nikomu. Wciąż nie zadecydował, czy powinien.



Santa Rosa


Upływały kolejne godziny, mijał pierwszy szok i majaki niepodziewanie okazały się twardymi faktami, ale wszystko nadal przypominało przedzieranie się przez gęste bagno, w którym nogi grzęzły raz po raz naprawdę głęboko. Miguel odnosił przedziwne wrażenie, że każda z prostych czynności wymaga od niego zupełnie nieproporcjonalnej dozy wysiłku, jakby co najmniej rozwiązywał zagadki logiczne. Jakby wszystko musiał sobie na nowo układać i wyciągać z najodleglejszych czeluści wspomnień. Jakby cała rzeczywistość, całe to tak zwane „normalne życie” zostało od niego odgrodzone pancerną szybą.
To miało swoje zalety. Pozwalało się skupić na małych rzeczach i nie myśleć o tych większych.
Minionej nocy na kontemplacji miękkiego materaca i czystej, pachnącej płynem do płukania pościeli chociażby. A jeszcze wcześniej na smaku jedzenia, który znów mógł sprawić przyjemność. Na ciepłej wodzie w nieograniczonej praktycznie ilości. Na intymności w ubikacji.
W pewnym momencie Miguel przyłapał się na tym, że leży pod samą ścianą, właściwie w nią wciśnięty, chociaż szerokość łóżka zdecydowanie pozwalała na przyjęcie wygodniejszej pozycji. Nie do końca też potrafił przejść nad faktem, że chociaż zapadła noc, nadal widzi na ścianie poblask przesączającego się przez zasłonę światła ulicznych latarni.
W dodatku było tak cicho. To znaczy za oknem szumiało miejskie życie – odgłosy dawno nie słyszane i niemal już obce – ale tego spokojnego w gruncie rzeczy potoku dźwięków nie zagłuszało nic nagłego i głośniejszego. Może poza odległym klaksonem, ujadaniem psa czy chrapaniem Johnny’ego.
Wszystko to sprawiało – to i żołądek, który nadal próbował poradzić sobie ze strawieniem produktów, od których zdążył się kompletnie odzwyczaić – że Miguel, mimo komfortowych warunków, nie mógł zasnąć. Najzwyczajniej w świecie.
W efekcie ranek zastał go kompletnie nieprzygotowanego.
Johnny’ego zresztą też, a w dodatku Szkot znalazł się w o tyle gorszym położeniu, że wyraźnie walczył z uderzającym raz po raz kacem. Miało to swoje dalsze konsekwencje w postaci narastającego okresowo poirytowania tak podczas zapowiedzianego polowania na artykuły pierwszej potrzeby, jak i późniejszego badania w lokalnej prywatnej klinice dla elit, o której istnieniu w normalnych warunkach Lavalier, emerytowany w wieku dziewiętnastu lat sportowiec, zapomniana gwiazda, sierota i roznosiciel gazet, nawet nie miałby pojęcia.
– Będzie twierdził, że nic mu nie jest i nic go nie boli – oświadczył McGregor, gdy tylko przekroczyli próg gabinetu. – Niech nikt nie waży się mu wierzyć. Ma zostać prześwietlony do trzech pokoleń wstecz.
Podczas gdy zgodnie z rozkazami Szkota oglądano Miguela ze wszystkich stron, a pielęgniarka próbowała zachować spokój i godność, złamawszy na jego ręce piątą igłę, sam Johnny poczłapał załatwić jakieś inne sprawy. Lavalier, próbując jednocześnie uspokoić biedną kobietę i przekonać ją, że to naprawdę nic takiego, pomyślał, że to dziwne, jak bardzo brak Szkota odbija się na otoczeniu, choćby nawet zniknął za ścianą. Ale McGregor już tak chyba po prostu miał – trudno było przeoczyć zarówno jego obecność, jak i nieobecność.
– Proszę mi wybaczyć – jęknęła pielęgniarka, wyciągając kolejną, jeszcze grubszą igłę.
Miguel przytaknął posłusznie i zapatrzył się najpierw na dziwaczny sprzęt, którego przeznaczenia żadną miarą nie potrafił zrekonstruować, a potem w okno, za którym wisiało sobie błękitne, pogodne niebo. Powstrzymał drgnięcie, kiedy poczuł, że skóra wreszcie ustępuje.
– W życiu czegoś takiego nie widziałam… – szepnęła kobieta, nieco już uspokojona faktem, że procedura ostatecznie przyniosła jakiś skutek. – Ale pewnie często pan to słyszy.
– Słucham…? – Lavalier spojrzał na nią, wyrwany z chwilowego otępienia.
– Pewnie często pan słyszy…
– A, to… – Roztargnionym gestem potarł czoło. – Właściwie to nie.
– Nie?
– Chyba pierwszy raz jestem u lekarza – przyznał. – Tak mi się wydaje.
Pielęgniarka uniosła brwi i podstawiła pod igłę kolejną probówkę.
– Nie powiem, żebym pochwalała.
– Kiedy po prostu jakoś tak wyszło. Nie choruję, a na wszystko inne pomagają okłady z lodu i yerba. Ale jestem szczepiony, proszę się nie martwić. Wścieklizną raczej nie zarażę.
Westchnęła i pokręciła głową – z luźnego koka wydostał się kolejny czarny lok – ale na twarzy z jakiegoś powodu miała uśmiech. Wyraźnie się już odprężyła i zapomniała o trudnej batalii sprzed chwili.
– Ale na pana towarzysza lepiej uważać, co? – spytała wesoło.
– Za niego to ja nie ręczę w żadnej sprawie – odparł Miguel, czym wywołał śmielszy chichot. – Poważnie mówię. Jest nieobliczalny.
– Ładna z panów para.
– Słucham? – Lavalier zamrugał, zaskoczony.
– Proszę mi wybaczyć uwagę. Po prostu aż miło popatrzeć. – Pielęgniarka obróciła się do niego plecami, by umieścić probówki w stojaku i wypełnić jakiś druczek. – Tacy dobrani i jeszcze na każdym z osobna można oko zawiesić. W sumie aż szkoda, że zajęci. No ale wygląda na to, że jest pan w troskliwych rękach.
Miguel odchrząknął w pięść, powstrzymując kaszel.
– Tak – wykrztusił. – Można tak powiedzieć. Nawet pani sobie nie wyobraża, w jak troskliwych.
Przed oczyma stanął mu skacowany Johnny ze swoją zaborczą, naburmuszoną miną, owszem, ale za nim majaczyli już Robert i łudząco niewinnie uśmiechnięty Olivier, a raczej ich niewyraźne, zatarte przez czas sylwetki.
– Pana partner nie ma przypadkiem brata, który nie byłby gejem?
– Niestety nic mi na ten temat nie wiadomo.
– Ogromna szkoda… Długo pan był w więzieniu? – spytała jeszcze kobieta, podbródkiem wskazawszy tatuaż na ramieniu. Odkąd powszechnie wprowadzono chipy, numer miał znaczenie bardziej stygmatyzujące, ale jak widać skutecznie, skoro kojarzył się odpowiednio.
– Parę lat – powiedział obojętnie Miguel, gdy tymczasem pielęgniarka sięgnęła po jakiś sprzęt, którego kompletnie już nie kojarzył.
Spojrzenie, jakie zgarnął, mocno go zdziwiło. Spodziewał się obawy i odrazy, a znalazł jakby cień współczucia.
– Słyszałam, że macie tam straszne warunki.
– Cóż…
– To prawda, co mówią?
– Niestety nie wiem, co mówią.
– Że brakuje nawet wody – zaczęła wymieniać kobieta, oplatając go jednocześnie jakimiś rurkami. – Proszę unieść koszulkę. O, tak dobrze. Światła, że nie macie opieki medycznej, dość miejsca, że ludzie się zabijają… Wiedziałam taki reportaż…
Po czym nastąpiła barwna opowieść o tym, co też w rzeczonym reportażu pokazano, a Miguel czuł, jak co drugie słowo otwiera w jego mózgu jakąś bardzo niepożądaną szufladkę. Bezwiednie zacisnął dłoń, jakby wciąż leżała w nim faca.
– Wie pani… – podsumował elokwentnie, mając nadzieję, że tyle wystarczy.
– A pan wygląda na dobrego człowieka – pielęgniarka najwyraźniej faktycznie nie oczekiwała komentarza.
– Tak? – Spojrzał na nią zdziwiony.
– Ma pan coś takiego, jak się uśmiecha. Zły człowiek by się tak nie uśmiechał.
Brwi Miguela powędrowały jeszcze odrobinę wyżej.
– Chyba za łatwo ulega pani pozorom.
Roześmiała się perliście.
– To nie uleganie pozorom – odparła. – To intuicja.
– Ta sama, która podpowiada pani, że jesteśmy z Johnnym świetną parą?
– Dokładnie ta sama. No dobrze – kobieta zabrała sprzęt – ja skończyłam. Proszę wziąć kwitek i przejść do gabinetu obok.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 12 grudnia 2016, 22:50
autor: Kruffachi
*


– Mam nadzieję, że nie sprawił wielkiego kłopotu? – Johnny spojrzał znacząco na zajętego kontemplacją ściennej gazetki Miguela. Stał przed nią ze zmarszczonymi brwiami i śledził w takim skupieniu, jakby miał do czynienia co najmniej z chińską poezją ceremonialną.
– Ależ skąd! – odparła pielęgniarka ze śmiechem i poprawiła jeden z niesfornych loków. – Szalenie uroczy człowiek.
– Tia – parsknął McGregor. – Podobno. Tylko uparty jak stado baranów, więc bałem się, że odwali jakiś numer. No ale z drugiej strony, kto chciałby odwalać numery takiej pięknej kobiecie, pani…
Uśmiechnęła się szerzej, najwyraźniej kompletnie niezrażona subtelnym jak pięść i oczywistym komplementem.
– Anita – przedstawiła się, wyciągając dłoń na powitanie.
– Johnny. – Szkot uścisnął ją ochoczo. – Johnny McGregor.
– Miło mi. Jeżeli chcą panowie jeszcze o czymś porozmawiać z panią doktor, to oczywiście panów przyjmie, ale jeśli nie, wyniki zostaną wysłane na wskazany adres w Buenos. Większość za trzy dni, wymazy za tydzień.
– Sądzę, że nie będzie potrzeby dodatkowej rozmowy – wtrącił się niespodziewanie Miguel, podchodząc bliżej. Zabrzmiał uprzejmie, ale jednak w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że wolałby uniknąć na ten temat dyskusji. – Zresztą i tak okaże się, że jestem zdrowy. Teraz jednak… myślę, że gonią nas inne sprawy, prawda, Johnny? – Uniósł brew.
– W takim razie nie zatrzymuję – odparła pogodnie pielęgniarka. – Szczęścia panom życzę!
– I wzajemnie.
– Mhm – burknął McGregor, kiedy znaleźli się na zewnątrz. – To teraz powiedz mi, co to za niecierpiące zwłoki sprawy cię gonią.
– Na przykład pytanie, co też takiego będę robił za trzy dni w Buenos – syknął Miguel. – No, chyba że to nie ja mam dostać te wyniki i pasjonująca lektura składu mojego moczu jest przeznaczona dla kogoś innego.
– Przestań.
– Łatwo ci mówić.
Przeszli jeszcze parę kroków, Johnny przeklął cicho palące argentyńskie słońce, wygrzebał w kieszeni kluczyki samochodu.
– Mhm, czyli jednak zamierzasz prowadzić.
– Zamierzam. A mogłem jeszcze polubić to miasto… – westchnął McGregor.
– I tak nie miałeś szans – zaśmiał się Miguel, zatrzasnąwszy za sobą drzwi auta.
– A to niby czemu? – obruszył się Johnny.
– Do końca świata będzie przekonana, że jesteś gejem – odparł Argentyńczyk, sięgając po pas.
– Co.
– To.
– Ale… Kurwa, coś ty jej nagadał?!
– Ja? Nic. Wszystko dopowiedziała sobie sama.
Johnny warknął ze złością i zacisnął dłonie na kierownicy.
– A ty nie wyprowadziłeś jej z błędu – warknął.
– No nie.
– Dlaczego?
Lavalier uśmiechnął się szerzej i zapatrzył w dal.
– Wiesz, ile razy plotki uratowały mi już dupę? – spytał prawie sennym tonem. – Nauczyłem się, że czasem lepiej pozwolić im żyć własnym życiem.
– No, moja dupa właśnie została przez nie zrujnowana – wściekł się McGregor.
– A jej dupa tego uniknęła. Dla mnie to uczciwy rachunek.
Johnny odpalił silnik. Kątem oka złowił spojrzenie Miguela zawieszone na swojej dłoni.
– Szukasz obrączki? – spytał. – No to nie, nie znajdziesz.


Machaczkała


Kiedy go prowadzili, kwilił jak dziecko, słaniał się na nogach i wciąż jeszcze próbował tłumaczyć, że to wszystko przypadek, że nie jest szpiegiem, a jego kontakty z agentami Zachodu nigdy nie miały charakteru służbowego i nie miał pojęcia, z kim się zadaje. Że to oczywiście spisek, że sabotaż, że tragiczna pomyłka.
Siergiej go nie słuchał. Patrzył na całą scenę martwym, niewidzącym wzrokiem nawet wówczas, gdy towarzysz Sorokin, do niedawna adiutant, zwrócił się do niego i zaczął wykrzykiwać jego imię.
– Sieroża! – wył jak zwierzę. – Opamiętaj się!
Generał Petrow przymknął oczy na moment, ale poza tym jego twarz nie drgnęła.
Skazanego doprowadzono wreszcie pod ścianę, szczęknęły zamki w odbezpieczanych karabinach plutonu egzekucyjnego.
– SIEROŻA, ONI CHCĄ CIĘ ZNISZCZYĆ!!! – ryknął jeszcze Sorokin, ale w tym samym momencie dowódca oddziału dał znać do otwarcia ognia.
Oskarżony zdążył krzyknąć jeszcze tylko raz, a potem jego zmasakrowane ciało osunęło się po ścianie, zostawiając na niej szeroką, czerwoną smugę.
Siergiej stłumił westchnienie i otworzył oczy.
Było po wszystkim.
Ścierwo zdrajcy zadrgało jeszcze raz czy dwa, ktoś dla absolutnej pewności, jakby to było w ogóle potrzebne, rozwalił głowę kolbą karabinu. Potem dwóch żołnierzy wzięło zwłoki za ręce i powlekło ku wykopanemu wcześniej dołowi.
Petrow odwrócił się i odszedł, nie patrząc już na tę scenę. Ilekroć się to działo, a działo się przerażająco często, coraz częściej, nie mógł odpędzić od siebie pytania o to, kiedy on sam trafi do takiego dołu. Bo w to, że pewnego dnia spotka go podobny los, nie wątpił ani przez moment.
Nie to, żeby był zdrajcą. Nie miał nawet szans nim zostać, gdyż Seaborg otwierała Kaiowi dostęp do jego decyzji. Robiła to subtelnie, na tyle subtelnie, by czasami przyłapywał się na wrażeniu, że działa sam za siebie, ale wiedział, że to tylko wygodna iluzja, więc odganiał ją, robiąc wszystko, by zachować przynajmniej świadomość gry – by nie stracić z oczu sznurków łączących marionetkę z lalkarzem.
To właściwie wszystko, co mógł.
Wszedł do budynku. Nie podniósł wzroku, słysząc szelest salutów. Po prostu powlókł się do prywatnej kwatery, zamyślony i nieobecny. Zwykle taki był, więc raczej nikt nie uznał tego za okazywanie słabości.
Wiatr wiał od morza, przynosił zapach głębin. Siergiej odetchnął nim głęboko i zamknął za sobą drzwi.

Buenos Aires


Wydawać by się mogło, że wyrosły na ulicach tłocznego, głośnego Rosario Miguel będzie czuł się w stolicy od Johnny’ego bardziej swobodnie, ale jednak trudno było nie zauważyć wciśniętych w kieszenie pięści, zgarbionej sylwetki i spłoszonego spojrzenia. Bo do faktu, że Lavalier myślami ciągle wydaje się być daleko i rzadko od razu łapie, co się do niego powiedziało, Szkot zaczynał się już powoli przyzwyczajać.
Podobnie jak do faktu, że głośno obwieszcza chęć udania się do toalety, a także związany z tym konkretny zamiar i jeszcze kilku innych drobiazgów. Na przykład upartego poprawiania rozwalonych, zdejmowanych w pośpiechu butów, a swoich własnych ustawiania pod linijkę. McGregor podejrzewał też, że nigdy wcześniej nie widział tak idealnie złożonych w kostkę ciuchów. Mógł też sobie wyobrazić, że kiedy hotelowa pokojówka zobaczyła sposób pościelenia łóżka, na którym próżno by szukać mikroskopijnej chociaż zmarszczki, rzuciła pracę, wybiegła z płaczem i wciągnęła na raz kilogram czekolady, kiwając się w bezpiecznym schronieniu własnego mieszkania.
– Zaczynasz mnie martwić – przyznał półgłosem, kiedy wsiedli do taksówki, ale nie dostał odpowiedzi.
W ogóle nie doczekał się reakcji.
I to też było podejrzanie mało zaskakujące.
Miguel po prostu oparł podbródek na ręce i zapatrzył się w okno. W szybie odbijała się wypruta z emocji twarz, w której poruszały się jedynie bezwiednie śledzące widok jasne oczy. Zdawało się jednak, że i tak niewiele rejestrują.
O dziwo jednak Lavalierowi zdarzyło się dwa, trzy razy wtrącić w monolog taksówkarza, którego z kolei Johnny kompletnie nie był w stanie śledzić. Znał trochę hiszpański, dzięki znajomości z Enrique potrafił też coś powiedzieć po włosku, ale to wydanie ich połączenia, latynoskie, powleczone miękkim akcentem i jakby puszczone w przyspieszonym tempie, zdecydowanie go przerastało. W pewnym momencie przestał rozumieć nawet Miguela i dopiero wówczas dotarło do niego, jak rzadko słyszy go mówiącego w ojczystym języku bez dbałości o potencjalnych słuchaczy spoza kręgu wtajemniczenia.
To było trochę dziwne, ale na swój sposób miłe dla ucha.
Na miejsce dotarli całkiem niespodziewanie, przynajmniej dla Johnny’ego, którego boskie w teorii, a w praktyce głośne i zatłoczone Buenos zbijało z tropu za każdym niemal zakrętem, choć musiał przyznać, że odkąd wyjechali z labiryntu wieżowców do tego całego Palermo, zrobiło się nieco mniej przerażająco.
O tyle, że budynki zamiast kilkudziesięciu miały po kilkanaście pięter.
Fakt faktem, że sam wskazany adres okazał się dość miłą piętrową willą wciśniętą między znacznie wyższe budowle. Ciepła, ceglana fasada i białe okna wyglądały cokolwiek swojsko i zachęcająco.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo za progiem okazało się, że wnętrza są wielkie i monumentalne jak wszystko tutaj.
– Proszę panów tędy.
Podążyli za wskazaniem korpulentnego jegomościa, zapewne któregoś z pomniejszych ludzi Roberta, których zdawał się wyciągać z walizki, jakby byli nadmuchiwani i czekali tam poskładani w kostkę.
Posłusznie weszli do jasnego salonu, obecnie zalanego złotawym blaskiem chylącego się ku zachodowi słońca. Nie był pusty. Na miękkich, z wyglądu nieprzyzwoicie wygodnych meblach siedziały dwie eleganckie postaci – kobieta i znacznie młodszy od niej mężczyzna.
Brzęknęła odkładana na spodek filiżanka.
Miguel miał tę paskudną świadomość, że wzrok, którym przebiegł po ich twarzach, obnaża go całkowicie – całe jego zagubienie i poczucie osaczenia. Ale trudno było o inną reakcję, gdy dosłownie wszystko zdawało się grać przeciwko niemu, począwszy od wywołujących niemal agorafobię pomieszczeń, aż po te twarze właśnie, znajome i nieznajome jednocześnie.
Nie wszystkie z nich chciał zresztą oglądać. Na widok kamiennego, jeszcze szlachetniejszego niż przed laty oblicza Roberta coś się w nim szarpnęło, skuliło i kategorycznie zażądało natychmiastowej ewakuacji, choćby i oknem. Kiedy dostrzegł w głębi gabinetu szeroki uśmiech Leonor – już wstającej z fotela, zapewne, żeby go uściskać – zamiast się uspokoić, z jakiegoś powodu zaczęło wyć głośniej.
To po prostu nie był dobry zestaw. To był zestaw, który w swym jestestwie zdawał się najczarniejszą z herezji.
– Ooo, nie – pokręcił głową Miguel, robiąc krok w tył. – Drugi raz w ten układ nie wejdę.
Ale wtedy usłyszał, że zamykają się za nim drzwi. Przełknął ślinę i przymknął oczy, usiłując odgonić wszystkie skojarzenia, jakie to wywołało. Nie omieszkał też przekląć Johnny’ego.
– A jednak ciągle to robisz… – usłyszał głos Castillo.
– Co…? – Otworzył oczy i zmusił się, żeby na nią spojrzeć.
– Zaciskasz pięści, kiedy się denerwujesz. Mówiłam ci, żebyś z tym walczył, bo kamera to wychwyci.
– Nie wydaje mi się żeby… – zaczął, ale urwał natychmiast, kiedy dotarło do niego, że Leonor nie powiedziała tego przypadkiem. – Boże święty… – jęknął. – Znowu?
– Może najpierw usiądziesz i pozwolisz sobie wytłumaczyć? – Robert wskazał jeden z foteli.
Spojrzenie, jakie za to zgarnął, było po prostu kolejną automatyczną reakcją – także niepotrzebnie zdejmującą osłony, ale po prostu jedyną możliwą.
Jürgens dyskretnie odchrząknął w pięść.
– Tym razem bez skrótów – powiedział. – Obiecuję. Ale w zamian liczę na ograniczenie dramatycznych gestów, w tym zwłaszcza stawania w płomieniach. W budynku jest kilka bezcennych dzieł sztuki.
– Ale najpierw daj się uściskać, Miguelito.
Ramiona Leonor zamknęły się wokół niego ostrożnie, z pewnym wahaniem. Ten gest, całkowicie dla niej naturalny, musieli kiedyś cierpliwie ćwiczyć, zanim przestał wywoływać w Lavalierze chęć ucieczki. Wychowany w sierocińcu nie nawykł do czułości, więc Castillo zapewne założyła, że więzienie mogło tamten wysiłek zniweczyć.
Co po części, owszem, było prawdą, ale po chwili Miguel odetchnął i pozwolił sobie na moment odprężenia przy kobiecie, która może jako jedyna przez całe życie stała mu się bliska w ten dość szczególny sposób.
Tym bardziej nie chciał oglądać jej u boku Roberta. Tym bardziej nie chciał, żeby te wątki w jakikolwiek sposób się łączyły.
– Usiądź. – Wskazała mu krzesło, wciąż z ręką na jego plecach.
Zajmując fotel, rzucił jej jeszcze jedno uważne spojrzenie. Nie potrafił porównać tej twarzy z tą sprzed lat, ale zdawało się, że nie ma to aż takiego znaczenia. Tak czy inaczej przecież była to Leonor, nawet jeśli poznaczona większą liczbą zmarszczek.
– Miguel – zaczął Robert poważnym tonem, składając palce w piramidkę i opierając na nich podbródek – jak już zapewne wiesz – zerknął przelotnie na Johnny’ego – sytuacja jest kryzysowa. I tak, wyciągnęliśmy cię z więzienia, żebyś pomógł ją rozwiązać, ale też bierz poprawkę na fakt, że dopiero od roku mam możliwości, które mi pozwalały w tym kierunku działać. Wcześniej byłem równie bezsilny, co wszyscy. Do sedna jednak: owszem, chcemy wykorzystać medialnie twój wizerunek i historię. Mam świadomość, że nie będziesz zachwycony, bo ostatnio nie skończyło się to najlepiej, ale tym razem to dla ciebie dość wygodna sytuacja. Nie przewidujemy wielkiego zaangażowania z twojej strony, większość rzeczy jesteśmy w stanie zrobić sami. Chodzi jedynie o twoje propagandowe znaczenie. Rosja i Chiny mają swoich Połączonych. Reszta świata nie. Rozumiesz, do czego zmierzam. Nie chcemy posyłać cię na żaden front, ani teraz, ani później, bo też mam nadzieję, że żadnego frontu nie będzie. Ale ludzie potrzebują wiedzieć, że ktoś o nich dba.
– Tylko że… Robert, dobrze wiesz, że jeśli…
– Wiem – przytaknął Jürgens. – Mam tego pełną świadomość. Dlatego, jak powiedziałem, nie chcę cię posyłać na żaden front. To nie jest misja samobójcza. Nie wystawię cię samego przeciw Kaiowi czy Reiowi, nawet o tym nie myśl. W tym zakresie mam inne plany, które ciebie nie obejmują.
Lavalier przytaknął, ale usta miał zaciśnięte, a wzrok wbity w dywan.
– Będzie dobrze – szepnęła Leonor. – Nikt nie pozwoli cię skrzywdzić.
– Chociaż oczywiście cała akcja nie jest pozbawiona ryzyka – mówił dalej Robert. – Nie sądzę jednak, by było to ryzyko, którego uniknąłbyś także w celi, biorąc pod uwagę możliwości Kaia. Emily twierdzi bowiem, że Rosjanom nadal nie udało się przechwycić ognistej Bestii, zatem w sposób oczywisty znajdujesz się na celowniku. Owszem, jest Salamaylon – Niemiec znów spojrzał znacząco na Johnny’ego, z jakiegoś powodu nadal tkwiącego przy drzwiach – ale nigdy nie przeszedł połączenia, więc nie wiadomo, jaki byłby efekt. Jest też Torch Pegasus, o czym doskonale wiesz, ale nadal nie wiadomo niczego o jego kolejnym potencjalnym nosicielu po śmierci Raula. Przydzielę ci więc ochronę, docelowo w postaci Johnny’ego, bo to najlepszy człowiek, jakiego mam.
Miguel westchnął ciężko.
– Coś ci się nie podoba? – burknął McGregor.
– W międzyczasie przejdziesz na chwilę pod kuratelę Oliviera, przynajmniej na czas pobytu w Paryżu – Robert nie pozwolił pójść rozmowie w boczną ścieżkę, zwłaszcza taką, która mogła doprowadzić do koncertu wzajemnych pretensji.
– W Paryżu? – Miguel podniósł na niego wzrok i zmarszczył brwi.
– Tak – skinął głową Niemiec. – Jutro zaczyna się tam międzynarodowe sympozjum poświęcone między innymi historii bladeingu. Przemkniesz tu i tam, dasz się zobaczyć paru ludziom, to wszystko.
– To dużo.
– Nikt nie oczekuje, że będziesz z tymi ludźmi rozmawiał.
– To nadal dużo. I proszę – Argentyńczyk zmarszczył brwi – nawet nie myśl o argumencie wdzięczności. O nic nie prosiłem.
– Przez głowę mi to nie przeszło, Miguel.
Johnny strzelił oczyma w bok, jakby nagle zakłopotany, a wszak w zakłopotanie wprawić go nie było łatwo.
– Cieszę się, że przynajmniej tu się zgadzamy.
– Myślę, że nie tylko tu, ale co z tym zrobisz, będzie zależało od ciebie. Ja chcę od ciebie tyle: iluzji bezpieczeństwa.
– To będzie krucha iluzja – szepnął jeszcze Miguel, prostując się i opadając na oparcie.
– Obawiam się, że to wszystko, co mamy.

Zakazane miasto

Rei znów miał dwie nogi.
Jedna z nich była jednak strzaskana, opuchnięta i promieniująca doprowadzającym do szaleństwa bólem. Samo to wystarczyłoby w zupełności, żeby osadził wizję z przeszłości niemal co do minuty.
Nie potrzebował już majaczących przed nim strzelistych pleców Jurija, obecnie czujnie zgarbionych i spiętych. Bark i ramiona usiłującego utrzymać go w pionie i możliwie odciążyć zmiażdżoną kończynę Miguela też wydawały się zbędne. To samo mógł powiedzieć o własnym świszczącym oddechu.
Nie widział dobrze – tak wówczas, jak i teraz – ani nie słyszał, ledwie przytomny, trawiony gorączką, niemal niewyobrażalnym cierpieniem, żalem po stracie przyjaciela, strachem i kłębowiskiem myśli. Rwane rozmowy docierały do niego pojedynczymi frazami. Wyraźniejsze od słów wydawało się wszechobecne kapanie wody wciąż wypływającej z rozsadzonych rur.
Rei rzadko nie wiedział, co myśleć, i rzadko męczył się z chłodną oceną sytuacji, ale wówczas, szesnaście lat temu, w podziemiach zawalonego moskiewskiego stadionu, czuł się zwyczajnie zagubiony. Zamknięty w pułapce bez wyjścia.
Ci sami ludzie, którzy ratowali jego życie, wcześniej z zimną krwią poświęcili Maksa na ołtarzu tak zwanej konieczności. Ci sami ludzie, którzy wraz z nim brnęli przez ruiny, którzy go nie zostawili, choć przecież bez balastu mieliby znacznie większe szanse, za plecami wszystkich uknuli okrutny plan, a potem bez mrugnięcia okiem go zrealizowali.
Kto dał im prawo decydować o wartości poszczególnych istnień? Kto pozwolił uznać im, że Rei musi ocaleć, ale Maks może zginąć?
Kon pamiętał, że pragnął, by oni sami zapłacili za to życiem. Żeby z ruin nie wyszedł żaden z ich trójki. Byłby gotów nawet własnoręcznie zakończyć sprawę, gdyby miał odrobinę więcej sił. A potem niespodziewanie zalała go świadomość tego, co sam zrobił, i Biały Tygrys ponownie ryknął w jego głowie, ale wraz z nim krzyczeli także ci wszyscy, których zabił.
Dziesiątki, o ile nie setki ludzi.
Pozwalał się więc prowadzić. Pozwalał sobie samemu walczyć o każdy metr. Miał nadzieję, że za którymś zakrętem czekają odpowiedzi.
Nigdy ich nie znalazł.
Samego momentu wydostania się na powierzchnię już nie pamiętał. Obudził się dobre parę dni później w szpitalnym łóżku i bez nogi. Przy nim siedziała Mao, którą poprzednio widział jeszcze spętaną przez Galux, chodzącą na czworakach i prychającą jak kot.
Długo nikt nie chciał powiedzieć mu, co się stało. Dopiero Hiromi miała na to dość odwagi. Wówczas dowiedział się, że wysadzenie instalacji elektrycznej przez Bai Hu i wodnej przez Draciel nie stanowiło końca tragedii. Tachibana powiedziała mu także, że Jurij został zmuszony do ukrywania się, a Miguel zaginął – później okazało się, że trafił w ręce Jeana-Paula Bartheza, swego dawnego trenera i jednego z ludzi na usługach Opactwa.
Rei z oczywistych względów nie uczestniczył też w krwawej akcji odbijania Lavaliera pod hotelem Metropol, kiedy to Kai przejął wreszcie pełną kontrolę nad czterema syntetycznymi Bestiami – Wolborg, Falborg, Seaborg i Wyborg. Nie widział śmierci Garlanda. Nie widział spadającego z nieba i łamiącego kręgosłup Claude’a. Nie widział nagłej zmiany frontu przez Rethę Mhalangu. Wszystko to pozostawało dla niego w sferze relacji z drugiej ręki i przez to zdawało się odległe, jakby nierealne, choć z konsekwencjami tamtych wydarzeń mierzył się niemal każdego dnia.
Co dziwne, Bai Hu nigdy wcześniej nie wciągał go wizjami w ich wir.
Nigdy poza jedną straszną chwilą w szpitalu, gry Kon odzyskiwał przytomność.
Więc dlaczego zrobił to ponownie teraz…?
– Rei…? Rei, wszystko w porządku?
Poczuł na czole delikatny, czuły dotyk, więc powoli podniósł powieki.
– W porządku – odparł, choć trochę zdziwiło go, jak słabo zabrzmiał.
Zaszeleściła pościel i Mao wtuliła się w jego pierś.
– Zły sen? – spytała.
– Nie. Obawiam się, że nie sen.



Machaczkała


Za jego plecami szczękną odbezpieczany zamek pistoletu.
Westchnął ciężko, ze czcią ucałował róg ikony Marii Magdaleny i powoli podniósł się z klęczek. Rozkołysał się żelazny krzyż na jego piersi.
– Major Sorokin był niewinny! – zawołał zdenerwowany, piskliwy głos stojącego w progu człowieka. – Wiem o tym! Wszyscy o tym wiedzą! Każdy, ale nie major!
Siergiej wiedział, że to kiedyś nastąpi. Ktoś musiał pęknąć. Paranoja narastała z dnia na dzień, bo ktoś inny, ktoś w odległej Osetii, bardzo o to dbał, tkając skomplikowaną sieć intryg. Szkoda jednie , że padło na kaprala Siemienieckiego.
Był kucharzem. Dobrym kucharzem. Całkiem prawdopodobne także, że dobrym człowiekiem. Może nigdy nie wylądował na prawdziwym polu walki i nigdy nikogo własnoręcznie nie zabił. Nie wchodzili sobie w drogę, nie rzucał się w oczy generałowi, za to majora Sorokina podziwiał całym sobą, o czym wiedziała cała stacjonująca nad Morzem Kaspijskim jednostka. Poza tym robił, co do niego należało, i naprawdę powinien był na tym poprzestać, a nie pchać palce w rozgrywki między większymi od siebie.
A już na pewno nie powinien celować w plecy Siergieja Gawriłowicza Petrowa.
– Owszem, był niewinny – powiedział generał głębokim, niewzruszonym głosem. – Nie zmienia to faktu, że musiał zginąć.
Obrócił się niespiesznie ku swemu rozdygotanemu kuchcikowi, który na własne nieszczęście nie potrafił nacisnąć spustu. Petrow tylko z czystej sympatii dał mu na to szansę.
– Został oskarżony o zdradę! Rozstrzelany!
– Tak – przyznał Siergiej spokojnie. – I nie była to moja decyzja.
Lufa drżała i szybko stało się jasne, że nawet, gdyby Siemieniecki wystrzelił, prawdopodobnie nie trafiłby w środek korpusu.
– Generale, jak możecie…
– Posłuchajcie mnie, kapralu. – Petrow ponownie westchnął. – Człowiek składa się w trzech czwartych z wody. Mogę sprawić, że wasz mózg eksploduje w ułamku sekundy. Mogę sprawić, że to samo zrobi ręka, w której trzymacie broń. Co wam strzeliło do głowy, żeby tu przychodzić?
– Sprawiedliwość! – wydarł się rozpaczliwie kapral Siemieniecki. – Prawda!
Jego wołanie przeszło w skowyt, gdy Siergiej spełnił swoją groźbę i prawa dłoń żołnierza zaczęła niemożliwie wręcz puchnąć. Pistolet uderzył o kamienną posadzkę.
– Ciało człowieka jest również bardzo elastyczne – dodał Petrow. – Potrafi zwiększyć swoją objętość do trzech razy, zanim pęknie.
Siemieniecki upadł na kolana, ściskając nadgarstek i wyjąc z bólu.
– Chcę, żebyście wiedzieli, że wasza śmierć to także nie jest moja decyzja, kapralu. Oczekuje się ode mnie konkretnych zachowań. Konkretnego wizerunku. Ludzie najbardziej posłuszni są wówczas, gdy wierzą, że to, czemu służą, ma sens. Ale jeśli nagle zmienią zdanie, stają się niebezpieczni i możecie mi wierzyć, że wiem, o czym mówię. Strach to znacznie bardziej ekonomiczne pod tym względem narzędzie.
Siemieniecki zaskowyczał, gdy skóra zaczęła się wreszcie rozpadać. W nozdrza Siergieja uderzył ostry odór odchodów.
– Wybaczcie, kapralu. Ktoś to po prostu wymyślił za nas.
I ciało kucharza eksplodowało, a po czerwonej szacie Marii Magdaleny spłynęła krew.

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post: 23 grudnia 2016, 15:29
autor: Kanterial
Spoiler: pokaż
Sejfem, Do którego Hiwatari miał zamiar kiedyś się włamać.

Za jego plecami szczęknąŁ odbezpieczany zamek pistoletu.

Szkoda jednie , że padło na kaprala Siemienieckiego.

+Frase com a palavra "faca" contém um erro



No tak. Minęło bardzo szybko, zupełnie jak chwila spędzona z kolanami Siem. Wrażenia mam bardzo pozytywne. Gdybym miała zawrzeć komentarz w jednym zdaniu, napisałabym pewnie coś w typie "Por três horas ninguém me disse que eu estava andando com bolo na minha testa, muito poucas cenas com Robert e muita roupa nele." Znam się ogólnie na tekstach, więc wzięłabym sobie do serca swoje uwagi.

OK, do sedna.
Wprowadziłaś nowych bohaterów, ale zahartowana poprzednią dawką tekstu spokojnie przepłynęłam bez zacięć. Czuję wręcz, że poznałam zarówno Petrowa jak i Brooklyna w stopniu zadowalającym i może nawet chcę ich polubić (zwłaszcza Siergieja! nie od dziś mam słabość do podobnych postaci), a już na pewno zrozumieć. Właściciel Seaborg jest, oczywiście, jarający i wzbudza niepokój, lubię przemoc w tekście i czuję, że w scenach z jego udziałem pewnie takowej nie zabraknie (mam rację?), na dodatek ma w sobie coś bardzo smutnego i jakby... No, 'honor' może nie jest dobrym słowem, ale czuć szacunek, czytając, sądzę, że to właśnie chciałaś osiągnąć. Brooklyn chwilowo stoi w cieniu, ale jprdl, kilka bestii jednocześnie w jednej głowie? I (tu miazga) takie wybory, jak na końcu sceny? Taka odwaga, takie decyzje, tak znacząca rola... Wyczuwam epicki wątek.

Jak widać mój komentarz średnio się prezentuje, ale wiem, że nie oczekiwałaś niczego innego, będę skakać chaotycznie bez chronologii.

Scena z Jurijem jest piękna i jest taką, która ma ogromny potencjał. Na napięcie, emocje, rozdzierające myśli i wnioski. Nie wiem, czy zachowałaś oszczędność, planując "rozgrywkę" miedzy Wolborg a Jurijem na później, czy po prostu tak wyszło, ale powiem tak - aż boli, że nie było więcej, wolniej i pełniej. Mnie przynajmniej, bardzo subiektywnie i egoistycznie. Obym się doczekała jakichś pięciu minut tej pary, bardzo liczę.
Miquel nadal jest szalenie sympatyczny i bardzo prawdziwie wychodzi. On działa na mnie mocno i przy scenach z jego udziałem nawet nie skupiam się na warstwie technicznej, ufam ci w pełni, kupuję zachowanie tego człowieka. Czuć jego odizolowanie i można wyobrazić sobie tę burzę we wnętrzu głowy.
Najciężej brnęło mi się przez scenę retrospekcji Reia - zapewne dlatego, że nieogarnięta jestem w temacie relacji, wydarzeń, tego, kto kim byl, z kim trzymał i co zrobił oraz dlaczego. Tu zupełny odjazd (skojarzyłam tylko info z wcześniejszych wstawek, o tej katastrofie spowodowanej przez Bai Hu, no i wyobraziłam sobie Jurija i Miquela, ale reszta wymienionych imion... no średnio to widzę, przyznaję, ta scena nie dała mi zupełnie nic. Odczucia Kona, tak. I wskazówkę o nogach. Ale żeby się to trzymało reszty - to nie :bag: nie ze mną te numery, Kili, moje dwie szare komórki zmęczyły się co do jednej.

Wyjątkowo - stwierdzam nagle, po długim czasie - mało "złe" wrażenie robi na mnie Kai. Powiem więcej, on nie robi na mnie wrażenia. Wcale. Nie zmienia tego ani info (pamiętam dobrze!) o jego potędze, ani interakcje z silnymi bohaterami, którzy mu podlegają. Nie oddziałuje pozycja, żadna charyzma, żaden majestat. Na dodatek mam w głowie obraz młodzieńca drobnego, szczupłego, może nawet kobiecego w jakiś sposób. Czekam, aż zagrasz tą kartą i przekonasz mnie, że jest się kogo obawiać.

Jurgens jak zawsze doskonały. Byłby taki nawet, gdyby go nie było w żadnej ze scen.
Pozdrawiam serdecznie ja.

Spoiler: pokaż
czuć, kiedy się dobrze bawisz w tekście. uwielbiam to uczucie