Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 kwietnia 2017, 22:07


Wiedeń
– Od początku było jasne, że sekretarz generalny, który swoją strategię bezpieczeństwa opiera na jednym człowieku i to w dodatku przestępcy, to słaby sekretarz generalny – prychnął delegat, zbliżając się do tonu, który nie przystawał mównicy. – Było aż nadto oczywiste, że musi dojść do tragedii, choć przyznaję, zaskoczyło mnie, że najwyższą cenę za niekompetencję pana Jürgensa zapłaciły Chiny.
Robert złożył dłonie. Siłą woli powstrzymał inne reakcje, w tym niemal samoistnie zaciskające się szczęki. Oczywiście to wszystko były kłamstwa. Oczywiście kolejne zarzuty, jakich zmuszony był wysłuchiwać, nie znajdowały żadnego umotywowania w faktach. Oczywiście delegaci przeczyli sami sobie, niekiedy na przestrzeni kilku zdań. Wydźwięk emocjonalny ich wystąpień, ciężar wylewanej nienawiści – tym bardziej irytującej, że wypływającej z głupoty, niezdolności do racjonalnej analizy i podatności na wpływy – i bezlitosny ton wystarczyły jednak, by przebić się przez wszystkie osłony i zasieki. Nie tylko te otaczające sekretarza generalnego.
Robert wiedział, że gdyby chodziło o argumenty i twarde dane, wygrałby tę debatę w trzech pierwszych słowach. Ale przy tym poziomie niepotrzebnych emocji, argumenty nikogo już nie interesowały.
Sprawę komplikował fakt, że spora część zaufanego – tego naprawdę zaufanego – i sprawdzonego personelu zginęła podczas zamachu w Genewie. Robert po raz kolejny pomyślał o Hiromi Tachibanie. Mogła ponieść przed laty klęskę, ale należało uczciwie przyznać, że klęska ta nie wynikała bezpośrednio z jej działań, a w grze na emocjach i reklamie była naprawdę dobra. W dodatku Jürgens miałby przy współpracy z nią komfort pewności poglądów i zbieżności przynajmniej części celów.
Ale nawet Tachibana – gdyby oczywiście zgodziła się na współpracę – nie zdziałałaby cudów. Potrzebowałaby czasu, a Robert miał co najwyżej godzinę do końca płomiennych przemówień swoich przeciwników. Zresztą wiedział już, że czegokolwiek nie powie, nie będzie miało to żadnego znaczenia. Tak jak nie miało znaczenia to, co powiedział w Berlinie. Nie docenił tego, jak szybko może zadziałać propaganda i ci, którzy zamierzali wykorzystać sytuację do usunięcia go ze stanowiska.
Starał się nie zerkać w kierunku kąta, w którym czaił się uzbrojony po zęby, gotów do natychmiastowej interwencji Johnny. Starał się nie myśleć o zaplanowanej naradzie, w której miała uczestniczyć Emily, ale na której miało zabraknąć Oliviera. Starał się nie myśleć o spotkaniu z żoną, które miało odbyć się wcześniej.
Wiedział, że nadchodzące doby zmienią wszystko. W tym także – czego nie mógł już dłużej unikać – jego własną rolę.
Może też Johnny miał rację, że należy przejść do ofensywy i rzucić Kaiowi wyzwanie, najlepiej na własnym terenie. Robert wciąż był zdania, że komuś za bardzo zależy na wywołaniu wojny, żeby nie spodziewać się w całej tej sytuacji haków, ale z drugiej strony, trzymał przecież w ręku karty, których nadal nie odsłonił. Stracił Połączonego, to prawda. Może stracił na zawsze, bo nie mógł wykluczyć śmierci Miguela, ale wciąż miał program Ares, a tego nie spodziewał się nikt.


Zhuanwandao
Ciemność była sypka. Przenikała między palcami dłoni jak drobny piasek lub popiół, gdy te próbowały ją rozgarniać, dostawała się pod powieki, wlewała do uszu i tak – kanałem słuchowym – sączyła wprost do oszołomionego niemożliwością mózgu.
Gdzie jesteś?, pytał, ale odpowiadało mu tylko milczenie. Tylko echa głosów dawno nieistniejących, dawno zapomnianych, choć tak podobnych jemu i zadających to samo pozbawione odpowiedzi pytanie.
Ilu nas było?, pytał, ale milczenie trwało dalej, równie czarne, jak otchłań, z którego wypełzało zimnymi pędami bez kwiatów i liści.
Nie było kierunku, nie było celu tułaczki, poza wydostaniem się z ciemności.
Gdzie obiecane światło? Obiecana mądrość?
Nie ma, powiedziało echo. Nie ma, nie było nigdy. Nie ma, nie ma, nie ma…
Ciemność zapłonęła pojedynczymi punktami zawieszonymi w niej jak gwiazdy. Zmieniła się w setki oczu, setki rąk, setki umysłów, którym nigdy nie było dane się przebudzić, które skonały i zgniły w tej ciemności, udusiły się w niej.
Tygrys ryknął daleko i blisko. Ze wszystkich stron naraz, bo nie było tu kierunków, nie było przestrzeni, nie było czasu. Nie było snu ani jawy.
Nie poprowadzisz mnie?
Oczy patrzyły zewsząd i miał wrażenie, że niektóre z nich zna, choć obiektywnie dzieliły go od nich całe stulecia. Kiedyś tak pewne siebie i swoich racji, obecnie przerażone, smutne i zrezygnowane wpatrywały się w niego bez zrozumienia, czasem odwracały.
Co im zrobiłeś?, pytał Rei. Ich też zostawiłeś bez kierunku?
Potężna kocia sylwetka z zimnego światła błyskawic mignęła na skraju pola widzenia. Poruszała się zwinnie i majestatycznie. Miękko.
Jeśli chcesz odejść, po prostu mi to powiedz.
Ale choć na skraju, wciąż krążyła w pobliżu. Tam, gdzie stawiała potężne łapy, gasły żółte ogniki oczu.
A ja ci na to nie pozwolę.
Rei opuścił nogi z pryczy. Obie. Stanął pewnie na gruncie z nieprzeniknionej czerni, ledwie marginalnie świadom, że wokół – na jakimś innym poziomie, na innej płaszczyźnie – otacza go ciężka płachta namiotu. Że powinien pilnować, by nie trafić w którąś ze ścian.
Odgonił od siebie tę myśl. Wbrew pozorom była absurdalna. Niepotrzebna.
Zaczął iść w stronę Tygrysa. Nie zamierzał znowu tracić go z oczu. Nie zamierzał dać się zostawić w tej pustce wraz z innymi, którzy zawiedli lub może po prostu padli ofiarą kaprysu starożytnego ducha. Nie. Wiedział, że jest tym właściwym i wiedział, że wreszcie, po przejściu kamienistej drogi zdoła przekonać o tym samego Bai Hu.
Był cesarzem. Białym cesarzem wybranym, by sprowadzić pokój i rządy Tygrysa.
Ciemność wydłużała się, igrała z jego ludzkimi zmysłami, mamiła je i doprowadzała do szaleństwa. Próbował ich nie słuchać. Próbował po prostu iść tam, gdzie leżały złożone przed wiekami obietnice.
Prócz ogromnego kota, w dali zamajaczyła jeszcze jedna sylwetka. Ludzka, owinięta błoniastymi skrzydłami jak kokonem i nieruchoma. Otoczona nieprzekraczalnym kręgiem ognia.
Tego chcesz?, zapytał Rei, gdy zrozumiał, że ją zna. Chcesz, żebym zostawił Chiny? Twój i mój lud?
Bai Hu ryknął wściekle, zerwał się do skoku i Kon poczuł w piersi potworny ból, gdy potężne łapy uderzyły w jego ciało. Nie przewrócił się tylko dlatego, że tu – w bez-czasie i bez-przestrzeni – nie było to możliwe. Ogarnął go lęk. Nie rozumiał. Niczego nie rozumiał.
Ciemność wokół zaczęła gęstnieć.
Powiedz mi!, zażądał, ale jego głos zadrżał od rozpaczliwego błagania. Mów do mnie!
Ale tygrys zniknął.
Przez jeden krótki moment Rei myślał, że został w mroku całkiem sam, ale wtedy przypomniał sobie, że to nie tak.
Miguel, spróbował, ale szybko dotarło do niego, że nie otrzyma odpowiedzi.
Argentyńczyk spał. Tam, w namacalnym, materialnym świecie leżał na swojej pryczy i spał, nieświadom istnienia innego poziomu, nieświadom tak bliskiej obecności Reia, nie mogąc usłyszeć jego głosu. Nie wiedział i pewnie nigdy nie miał się dowiedzieć, jak inaczej tu wygląda i jak Gargoyle chroni go przed pozostałymi duchami pierścieniem wściekłego ognia, jak ciasno, jak zachłannie otula skrzydłami.
Kon spojrzał na własne dłonie. Rozprostował palce i potężne tygrysie pazury zapłonęły w blasku tych płomieni, a po żyłach rozeszło się zimno poczucia władzy i kontroli. Poczuł ich żelazisty smak na języku.
Powiedz mi, zażądał ponownie.
Moc uderzyła go w pierś, wyduszając z niej całe powietrze, wykręciła ręce i chwyciła za gardło.

*

Obudził się spocony i drżący, daleko od własnej pryczy, choć bez protezy i bez kul. Dyszał ciężko jak po ogromnym wysiłku, a pot lał się po jego twarzy, karku i plecach. Chciał wesprzeć się na rękach, ale te dygotały i okazały się bezużyteczne jak wyschnięte, kruche patyki. Równie nieczułe. Nie było szans, żeby Chińczyk zdołał się za ich pomocą doczołgać z powrotem do kul i próbować wstać.
Na marginesie świadomości, w całym tym szumie zarejestrował szmer i ciche skrzypnięcie żerdzi.
– Rei?
Miguel niezgrabnie wygrzebał się spod koca, przetarł zaspane oczy i rozejrzał po namiocie, w pierwszym odruchu oczywiście wcale nie szukając towarzysza na ziemi.
– Tutaj... – wychrypiał słabo Kon.
– Jezus Maria! – Lavalier dopadł do niego w ułamku sekundy. Wsunął ręce pod ramiona, dźwignął i posadził, nim zadał sobie pytanie, czy to na pewno dobry pomysł.
Rei zobaczył w jego twarzy strach i troskę. Brak zrozumienia w rozszerzonych oczach. Zobaczył też, że na dłoniach, prócz potu, została krew.
– Wezwać kogoś? – spytał Argentyńczyk, nerwowo wodząc wzrokiem po jego sylwetce. – Lekarza?
– Nie – Kon pokręcił głową. – To nic.
– Krwawisz.
– Skąd?
– Z… Zewsząd. Z nosa. Uszu, oczu… Spod paznokci.
Rei skinął głową.
– To nic takiego – powtórzył. – Podprowadź mnie do pryczy. Potrzebuję tylko wody.
Nie liczył, który już raz wspiera się na tych ramionach jak z kamienia.
– Miguel…
– Lepiej niczego nie mów.
– Pojadę z tobą.


Wiedeń
Emily nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Miała swój temperament, owszem, i niejednokrotnie zadawała już kłam stereotypowi zimnej pani profesor, ale wszystko w pewnych granicach. Rzucanie się w objęcia bez słowa ledwie wysiadła z samochodu, na pewno w nich nie leżało.
Johnny objął ją jednak czysto odruchowo i przygarnął do siebie mocno, znad rudej głowy obserwując wysiadającą z auta znacznie dostojniej Clarę Jürgens w eleganckim płaszczu i starannie wystudiowaną niemiecką obojętnością na twarzy. Podczas, gdy York cała dygotała, żona Roberta zdawała się w pełni opanowana. Skinęła McGregorowi głową i uśmiechnęła się lekko, choć bez oczu, a potem gestem dała do zrozumienia, że poradzi sobie sama i nie będzie przeszkadzać. Hotelowy boy już zajmował się jej bagażami, odwróciła się, żeby go w czymś poinstruować, powiedziała też coś do szefa swojej ochrony.
Jednocześnie ciało Emily pozostało w ramionach Johnny’ego dziwnie nieruchome. Nieporęczne. Kiedy się od niego odsunęła, zobaczył, że ona też ma twarz jak maskę.
– Chodźmy do środka – rzuciła krótko. – Jest zimno.
I faktycznie – dopiero po przekroczeniu progu hotelowego holu jakby odtajała, choć kroki nadal stawiała sztywno. Johnny próbował myśleć, że to przez nowe buty i może York podjęła kolejną rozpaczliwą próbę zaprzyjaźnienia się z obcasami, które mogłyby dodać jej nieco centymetrów, ale nawet on nie potrafił w to uwierzyć. Nie puszczała jego ramienia ani na moment, gdy załatwiał sprawy w recepcji i potem, gdy szli do windy. Kolację zamówili do pokoju.
Nie rozmawiali o Pekinie. Nie padło między nimi nawet jedno słowo mogące prowadzić w tym kierunku, choć Johnny zupełnie fizycznie odczuwał oczekiwanie – w bólu napiętych mięśni karku i barków, w zaciśniętej kurczowo szczęce, w nerwowej niezgrabności ruchów. Cały czas był gotów na przełknięcie tej goryczy.
Ale Emily milczała.
To znaczy – nie dosłownie, bo dużo mówiła o postępie prac. Dużo i niezrozumiale, używając wielu technicznych terminów, których Johnny nie rozumiał – o czym musiała wiedzieć – i podając zupełnie dla niego puste znaczeniowo liczby. W pewnym momencie przyszło mu do głowy, że York wcale nie rozmawia z nim, bez względu na to, jak absurdalne by się to nie wydawało.
Zabolało go to spostrzeżenie i może nawet na ułamek sekundy rozzłościło, choć dziecięcy gniew wypalił się szybko jak iskra.
Kiedy kończyli jeść, myli się i przebierali, pytania nadal wisiały ciężko między nimi, jak pająki spuszczające się z sufitu na długich niciach, aż wreszcie do McGregora dotarło, że Emily zwyczajnie boi się odpowiedzi. Boi się aż do granicy myślowego paraliżu.
– Nie ma go wśród zidentyfikowanych obcokrajowców – powiedział więc zupełnie nagle między uwagami o sałatce z krabem, którą podano na kolację, a prośbą o zasłonięcie okien.
York zachwiała się jak pod ciosem.
– Johnny…
– Udawanie, że nic się nie wydarzyło, to nie jest wyjście.
Usiadła ciężko na łóżku, podkurczyła nogi. W żółtej piżamie w jakiś idiotyczny wzorek, która jasno dawała do zrozumienia, że seks dziś nie bardzo, wyglądała niemal jak dziewczynka. Drobna postura i niezbyt bujne kobiece kształty zdecydowanie nie pomagały. Zacisnęła blade usta.
– Muszę zapalić – powiedziała tylko.
Johnny bez słowa podał jej paczkę papierosów. Wyciągnęła jednego, odebrała od niego zapalniczkę. Usiadł obok i czekał, aż po kolejnym zaciągnięciu się przestanie drżeć.
– Podziel się – poprosił w końcu.
Oddała mu papierosa, a sama opadła na plecy. Wlepiła w sufit nieruchomy, szklany wzrok.
– Nienawidzę się nie mylić – warknęła wściekle, ale pod tą wściekłością pobrzmiewało już coś innego, coś od dawna nabrzmiałego.
Kiedy wreszcie pękło, Emily ukryła twarz w dłoniach i skuliła się na boku. Johnny wgniótł peta w popielniczkę i objął ją, zakrywając sobą drżące, drobne plecy. Oplótł ramionami.
– Wiedziałam, że go sprowokują – głos York był cichy i ochrypły, jakby dobywała go z ogromnym trudem. – Nie wiem, czy żyje, czy nie, ale nawet… Nawet nie chcę myśleć o tym, co mogli mu zrobić.
Johnny poczuł, że sam także drży. Że wreszcie uderzyła, wreszcie do niego wróciła – wściekłość. Ten wewnętrzny ogień przepalający żołądek, ogarniający serce i płuca. Wiedział, że ugasić może go tylko zemsta.

*

– Wszystko się skończyło, Robert.
Clara powiedziała to spokojnie, bez cienia pretensji czy żalu, ale w dłoniach obracała niemal pusty już kieliszek białego wina i to ten gest zdradził czające się za nienagannym ubiorem i starannym makijażem emocje.
– Rozumiem, że nie dopuszczasz dyskusji – ocenił rzeczowo Jürgens.
– Prawdę powiedziawszy, nie.
To jednak zabolało. Sam nie wiedział, w co dokładnie i najmocniej, ale zabolało. Zdusił jednak ten ból wewnątrz, w żołądku wciąż niespokojnym po ostatniej tułaczce i konfrontacjach – najpierw z dziennikarzami, a potem delegatami. Nie pozwolił, by na jego twarzy dobiło się cokolwiek.
– Zatem rozwód – podsumował.
– Tak. Nie miej mi tego za złe.
– Nie mam.
Clara upiła jeszcze jeden drobny łyk wina. W hotelowym apartamencie, z dala od ratyzbońskiej rezydencji wydała się nagle zupełnie inną kobietą.
– Dzieci będą bezpieczniejsze, jeśli się od ciebie odetniemy – powiedziała. – Oczywiście gdyby sytuacja była inna, nie miałabym czelności sugerować ci ograniczenia kontaktu z nimi, ale to wyjątkowy splot czynników, sam musisz przyznać. Wierzę, że przynajmniej ta kwestia jest tylko czasowa i obiecuję, że gdy okoliczności się zmienią, nie będę robiła żadnych problemów przy ponownym rozstrzyganiu tej sprawy.
Jürgens wiedział, że jego żona jest kobietą pełną klasy i tylko dlatego nie dodaje, że i tak prawie się nie widują, a jeśli już, to w okolicznościach, jakie trudno byłoby nazwać pełnymi rodzinnego ciepła. Na sztywnych, wymuszonych obiadach, na które nikt nie ma tak naprawdę ochoty. Podczas kolejnych awantur z Josie w roli głównej. Albo wówczas, gdy w Ratyzbonie pojawia się ktoś jeszcze, z kim sekretarz generalny z jakichś względów chce się spotkać prywatnie i po cichu, a wtedy cała posiadłość zostaje podporządkowana przybyszowi.
Nawet teraz załatwiali prywatne sprawy w hotelu, w którym nocowali także Johnny McGregor i Emily York.
– A jeśli chodzi o nas…
Clara uśmiechnęła się smutno.
– To chyba też… Kiedyś więcej ze sobą rozmawialiśmy – odpowiedziała zmęczonym głosem. – Zawsze byłeś chłodny i zdystansowany, lubiłam to w tobie, kochałam, ale nie miałam wrażenia, że jesteś mi obcy. Nie… – zawahała się, głos jej zadrżał. – Nie bałam się ciebie.
Robert ściągnął brwi.
– Nie rozumiem – przyznał. – Dlaczego miałabyś się mnie bać?
Clara wreszcie obróciła ku niemu twarz. Zmierzyła go spojrzeniem, za którym pozornie nie kryły się żadne emocje, jedynie uwaga i racjonalna ocena. Jürgens do końca przestał poznawać jej oblicze. Dostrzegł zmarszczki, których nie widział wcześniej, wyostrzone zmartwieniem rysy i dopiero to uświadomiło mu, jak dawno temu tak naprawdę na nią patrzył.
– Zawsze wiedziałam, że jesteś bezwzględny – powiedziała. – Że kiedy życie nie zostawia ci wyboru, działasz, nie zważając na cenę. Zresztą to także mi się podobało. Imponowało mi. To, co widziałam w twoim podejściu, to, co o tobie mówili… Ale kiedy byliśmy razem, kiedy byliśmy… rodziną, mogłam żyć w złudzeniu, że i ja, i dzieci znajdujemy się trochę poza stawką. Od wielu miesięcy mam wrażenie, że to też się skończyło.
Robert poczuł, jak wzbiera w nim gwałtowna fala protestu i już niemal otworzył usta, by się odezwać, ale zrezygnował. Nie istniały słowa mogące oddać to, co chciałby powiedzieć. Tłumaczenia niewiele mogły zmienić, usprawiedliwienia nigdy nie przeszłyby mu przez gardło.
Więc może Clara miała rację. Tak wiele rzeczy skomplikowało się zupełnie niepotrzebnie. Względy praktyczne też zdawały się przemawiać za takim rozwiązaniem sprawy. Przemawiały za nim przede wszystkim względy bezpieczeństwa i tu także Robert nie mógł odmówić żonie racjonalnego osądu. Miał jedynie nadzieję, że nie jest za późno.
Nie wiedział, czy nadal kocha tę kobietę. Zupełnie szczerze i w głębi serca nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie nawet sobie, ale nie mógł jej nie doceniać. Świadomość, że jej uczucia do niego również są już tylko przeszłością i z wybranego mężczyzny zmienił się w ciężar i przeszkodę do usunięcia, niewiele w tej kwestii zmieniała. Może wręcz wzbudzała dodatkowy podziw za spokojne i rzeczowe podejście do sprawy.
Trudno było się z tym kłócić.
Robert nie kłócił się zatem, a jedynie pozwolił sobie nieco rozluźnić krawat.
– Jesteś zmęczony – powiedziała Clara, mierząc go uważnym spojrzeniem. – Dawno nie widziałam cię takiego zmęczonego.
Chciałby wierzyć, że słyszy w jej głosie czułość. Może zresztą faktycznie w nim była, ale chęć leżała w tym momencie daleko od powinności. Jego powinność z kolei stanowiło budowanie muru między tym, co słuszne, a tym, co emocjonalne. Ona sama wyraźnie tego oczekiwała.
– To prawda – powiedział więc tylko. – Powinienem iść spać.
Clara skinęła głową i upiła jeszcze jeden maleńki łyk wina.
– Dobrej nocy – rzuciła tak cicho, że nieomal do siebie.



Digora
Nawet nie drgnął – powtarzał wściekły głos w głowie Kaia. Nie poruszył się. Nie zrobił niczego, żeby mi pomóc.
Patrzył na olbrzymią sylwetkę stojącego przed nim Siergieja i czuł, jak zalewa go żółć. Gorzkie poczucie zdrady i osamotnienia. Wszystkie zadrapania po kocich pazurach zapłonęły swędzącym bólem, choć Dranzer dawno już przepaliła je swoją mocą i zasklepiła tkankę tak, że nie został żaden ślad.
– Nie jesteś zaskoczony – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Chciał pozostać do końca zimny i nieczuły, ale nie potrafił. Nie wobec takiego upokorzenia.
– Obaj doskonale wiemy, że decyzja zapadła już dawno – odparł Petrow.
Kai usłyszał własny wrzask frustracji, jakby krzyczał ktoś zupełnie inny. Obok. Gniew wybuchł w jego umyśle i w wypełnionym Seaborg umyśle Siergieja. Olbrzym zachwiał się, obejmując głowę rękoma, a z jego ust wyszedł bolesny jęk.
– Chcesz mnie jeszcze sprowokować? – syknął chrapliwie Hiwatari, to zaciskając, to prostując dłonie. – Chcesz, żeby to trwało dłużej?
Petrow jedynie potrząsnął głową, ale nie było to zaprzeczenie. Raczej próba odzyskania kontroli nad własnymi myślami.
Och, gdyby to było takie proste.
Kai zmusił go do kroku w tył. Potem jeszcze jednego i kolejnego. Rzucił jego wielkim ciałem o drzwi, aż te otworzyły się z hukiem. Podniósł z podłogi i pchnął przez korytarz, a wszystko to, nawet go nie dotykając. Nawet nie unosząc rąk.
– Zapomniałeś już, jaką mam nad tobą władzę – warczał idąc powoli za swą marionetką. – Byłem dla was za dobry. Pozwalałem wam na zbyt wiele – Siergiej odbił się od kolejnej ściany – i po prostu zapomnieliście. Mój błąd. Mój wielki, niewybaczalny błąd.
Jedne jeszcze drzwi musiały ustąpić przed taranem z mięśni i kości. Z poobdzieranej skóry Petrowa sączyła się krew. Kai czuł jej zapach wyraźnie. Drażniła nozdrza. Drażniła umysł i pobudzała żądze.
Wypadli na dziedziniec – Siergiej bezradny, przewrócony na plecy i wprasowany w pył, Kai górujący nad nim mimo różnicy wzrostu i postawy. Powietrze za nim falowało od gorąca, aż wreszcie zapłonęło i Hiwatari rozpostarł ogniste skrzydła. Petrow odruchowo osłonił oczy przed gorącem i żarem.
– A myślałem, że będziesz miał dość odwagi, by spojrzeć śmierci w oczy – wycharczał gardłowo Kai.
Siergiej zawył, gdy sięgnęła go moc Bestii. Zakwilił nie swoim, nagle kuriozalnym głosem, gdy zaczęła powoli, precyzyjnie zwęglać jego ciało. Przepalone zakończenia nerwowe powinny przestać słać do mózgu informacje o bólu, ale Hiwatari potrafił sobie z tym radzić. Potrafił w nieskończoność odradzać tkanki w ogniu feniksa.
– Wiesz jak boli upokorzenie? Wiesz, jakie cierpienie mi sprawiłeś? – szeptał, patrząc na wijącego się w pyle Petrowa. – Nie chciałem tego robić. Myślałem o tak wielu innych rozwiązaniach. Ale nie zostawiłeś mi wyboru. Możesz sądzić, że to głupie. Banda kotów. Ale nie zrobiłeś niczego, Siergiej, a ja czułem twoją radość. Ja wszystko czuję. Wszystko wiem.
Ciało Petrowa zastygło wreszcie w bezruchu. Unurzane w pyle, częściowo spopielone i z upiornie wykrzywioną twarzą nie wydawało się niczym cennym. Niczym wartym zachodu.


Moskwa
Obudziło go wycie Wolborg.
Nie, to nie było wycie. To było skomlenie. Potworny, żałosny płacz rannego i opuszczonego wilka. Pieśń przerażenia.
Zerwał się i chwycił oburącz za głowę, gdy te same uczucia zalały ludzką część umysłu. Ze zdziwieniem stwierdził, że także krzyczy i że trwa to już długo – nie potrafił określić ile.
Zrób coś, błagała. Zabierz mnie od niego. Nie pozwól mu… Nie pozwól…
Nie wiedział, co Wolborg ma na myśli, i nie był nawet w stanie zapytać. Jej strach wypełniał go po same końce sinych palców. Napływał do oczu, wypełniał kości.
Siedzieli w lodowatej ciemności oboje. Bezradni i bezbronni wobec czegoś, co działo się poza nimi i trzymało ich za gardła dłonią o zbyt długich palcach.
Nie chcę… Nie chcę zostać sama… Nie pozwól, żeby mi ciebie zabrał… Nie pozwól…
Do Jurija docierało to bardzo powoli. Sam oszołomiony z trudem rozsupływał obce, nieludzkie emocje wilczycy i znaczenie wyjęczanych słów.
– Nie pozwolę – obiecał, sam jeszcze nie wiedząc, o co chodzi. Chciał ją tylko uspokoić, bo jej paniczny strach doprowadzał go do szaleństwa i nie pozwalał się skupić.
Niemal natychmiast poczuł, że podziałało. Wolborg przestała wyć tak głośno, jej płacz stał się bliższy zawodzeniu szczenięcia, które zostało już odgrodzone od niebezpieczeństwa i wie, że najgorsze zwyczajnie się nie stało. Dyszała jednak ciężko. Jurij miał wrażenie, że krążąca po żyłach w oszalałym tempie krew zaraz rozerwie mu skórę, a serce połamie żebra od środka.
Aż wreszcie skomlenie Wolborg umilkło zupełnie, a Jurija zalało poczucie jakiejś przedziwnej pustki. Jakby ktoś wyszarpał kawałek jego własnego ciała.
Muszę cię chronić.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 26 kwietnia 2017, 17:49

SpoilerShow
Seaborg – choć upojona bliskością swojego żywiołu i panującą wokół ciszą – nigdy i nigdzie nie była bezpieczna i odsłonięta przed Black Dranzer
Zimno boleśnie wgryzało się w skórę, więc szybkim rokiem ruszył ku budynkom wojskowego kompleksu.
Hiwatari skrzywił się. Rzecz jasna, nie wierzył a ani jedno słowo.
Wracali powoli, gdy kule znów lądowały niepewnie na poruszonym, drżącym nieustannie gruncie. Lavalier nieco chyba odruchowo zaproponował ramię, ale Rei miał kule
nawet nie chodzi o powtórzenie, choć ono brzmi mocno, bardziej tu mnie zatrzymało to wskazywanie i naświetlanie kalectwa Rei'a, a ja wiem, ja pamiętam, sam opis tego, jak wychodził z namiotu bardzo został mi w pamięci.
Rei i inne twoje postacie są nakreślone wyraźnie. Oszczędnie pod względem wyglądu, ale wyraźnie cechami, hasłami. To, że Chińczyk jest niesprawny, pozbawiony przez to swobody w takich banalnych czynnościach codziennych, wali po twarzy od paru scen. I dobrze, bo to ważne i potrzebne (fajny grunt pod scenę choćby łażenia za tygrysem w ciemnościach) ale im dalej z tym jedziesz, tym bardziej pamiętaj, że czytelnik - jak ty - pamięta sporo.
Ciemność zapłonęła pojedynczymi punktami zawieszonymi w niej jak gwiazdy. zmieniła się w setki oczu
Kai zmusił go do roku w tył.

Bardzo możliwe, że to mój dzień i różne inne czynniki (+ to, że dostaję tekst porcjami i tak naprawdę nie czuję przez to, gdzie bym się rozpędziła, a gdzie zmęczyła, mając pełny plik) ale ten pierwszy post niemal w całości szedł mi opornie. Jakby na tym, że treści stają cię potężne emocjonalnie, kluczowe dla losów bohaterów i świata, traciła twoja plastyczność i obrazowość. Nie umiem tak naprawdę ubrać tego w słowa odpowiednio Jest coś... nie "wymuszonego" ale jakby zesztywniałego w tym, jak machasz pędzlem. Takie miałam odczucie w scenie na samym początku, gdy Siergiej zanurzał się i słuchał Seaborg. Tak miałam przy początku sceny z Kaiem, Mao i chłopakami. Przy opisach Brooklina tam. Chyba najwolniej szło mi czytanie przy perspektywie Kaia właśnie, wtedy na przykład, gdy czuł, że "nie wierzy w żadne słowo Mao" itd, gdy analizował i ją i siebie i całą sytuację.
I w sumie gdybym miała wskazać o jaką warstwę chodzi (poza tym że tam przy Kaiu zwyczajnie nie czułam bohatera) to właśnie w tym pierwszym poście wskazałabym warstwę wizualną. Reszta siedzi. I to o dziwo, bo ile tam zawirowań, emocji właśnie, przemyśleń, gęstości w relacjach. To ci się udało. Tylko tam, gdzie wypisałam wyżej, moja wizualizacja nie chciała współpracować. No, ale to chyba średnio wartościowa uwaga :facepalm:
Więc przejdę do ładunku treści, bo on totalnie rozwala system. Mao robi furorę w scenie z Kaiem. Nie ma aż tak skierowanej na nią kamery, a uderzało mnie wszystko - i to, co ona musi czuć na wieść o Chinach (japier) i jaka musi być cała stłamszona, pokonana, upokorzona, jak musi się bać, sama już nawet nie wiem. Potężnie to wydobyłaś i tu zyskałaś moje uznanie. I dla siebie i dla Mao jako postaci oddziałującej na mnie, choć wcale nie jestem podatna (no sory, kobieta to kobieta). Więc Mao. I te koty. Zaskakujące, może nawet szokujące zagranie (serio, aż się oderwałam i posiedziała chwilę z WTF na twarzy) ale w sumie czemu nie? Atak kotów rozbroił mnie tym, jak jest poniekąd "żałosny" wobec całego tekstu o wybuchach super-mocach i sama-wiesz-czym, a jak jednocześnie zadziałał i ile zmienił. No bo ej. To upokorzenie durne, ta śmieszność sytuacji, chwilowa słabość Kaia. To, że wyszła przy okazji bierność Siergieja i ostatecznie został zabity. No, aż nie wiem co napisać więcej.
Ogromny też szacun za wklejenie akapitu o wojnie i tym, jak może być widziana z perspektywy, której my (na szczęście lub nieszczęście) nie doświadczymy raczej.
Nie, oby nie. Oby nie.
Nie wiem, czy każdy człowiek kiedyś zagłębia się rozmyślania o tym, ale chciałabym, żeby zagłębienie takie owocowało przemyśleniami podobnymi do tych Miguela. My o wojnie nie wiemy niczego. Więc daję ci plusa za patyk jako karabin i za syf w życiach, bo po prostu tak.

Perspektywa Miguela nieco chaotyczna, nieco (heh) potoczna wręcz(?) we wszystkim, w konstrukcji zdań nawet momentami. Ujęło mnie to, pal licho czy było celowe. Jest chaos i jest rozbicie w Miguelu, jest też ogromna wrażliwość, za którą kocham postać, która jest potrzebna, bo i gdzie byś taką uzyskała poza głową Argentyńczyka? Przecież nie w sztywnym Robercie, narwanym Johnny'm, przepalonym gniewem i bezsilnością Juriju, niezrozumiałym Reiu. Może jeszcze Emily daje pole do popisu w takiej "delikatności" i uczuciowości, choć nie zawsze. Naprawdę. Naprawdę Miguel jest u mnie numerem 1 i to, że jego psychika jest potargana, a myśli pełne żalu i rezygnacji na zmianę z szaleństwem i tą chorą determinacją... To robi 60% moich uczuć w tym tekście. Jak nie więcej. Ta jedna postać.
I widać w tym momencie dopiero, jaką rolę mu przeznaczyłaś. To jest... może ja dopiero teraz widzę. I mogę się mylić przy przewidywaniu twoich zamiarów, ale coś się zmieniło. Dotarło do mnie podczas rozmowy nocnej Miguela i Reia, tej dot. Jurija i Mao po części. Tej z Wolverinem. Wiesz, ja nie sądziłam, że Miguel będzie tym właśnie środkiem, tym ludzkim, delikatnym, przepełnionym ponadczasowymi wartościami w emocjach i działaniach. A to jest on. Wcale nie najpotężniejszy, wcale nie najsilniejszy. Nie. On się miota między potężnymi, jest tam poniekąd (esz... co ty piszesz, Kanterial :facepalm: ) przypadkiem. Połączony, nie Połączony, walić to. Miguel wcale nie jest ważny w rozgrywce Bestii, wielkich sił i państw. Nie. No kurwa, przepraszam, rozwala mnie to. Jak pięknie to jest zrobione.
Miguel to ofiara, skrzywdzony pies skopany losem, historią, zachciankami czyimiś i wreszcie własną kruchością. To więzienie, gdzie się sam w sumie wysłał, no nie mogę. On jest tak wrażliwy (tak, użyję tego słowa jeszcze milion razy) i nawet ta durna skłonność do mody to zdradza. On jest jak kwiat, a większość tych, którzy go otaczają, to są zdrewniałe kolczaste krzewy. I teraz go widzę w tej wizji Reia, owiniętego skrzydłami gargulca i ogniem. I on będzie tym, co naprawdę się liczy, taki ważny i nieważny jednocześnie, w dookoła same porażające pionki w grze, Rei, Kai, Jurij, wielkie sprawy, straszne moce.
A pamiętam, jak myślałam na początku, że Miguel to największy kozak w tekście, który wszystkich pewnie zmiecie przy pstryknięciu palca. No cóż :facepalm:
To jest mistrz tej wrzutki, moje zmiany w postrzeganiu roli Miguela. Tak. Po prostu coś do mnie dotarło.
I dowaliłaś mi.
Na moje miejsce można by podstawić kogokolwiek, gdyby go tylko odpowiednio zmotywować.
Dowaliłaś mi tym i nie mogę się podnieść, bo nie chcę w to wierzyć. Myślę, że M. się myli. Jednak się myli.


Bardzo też potrzebowałam upewnienia w innych kwestiach i dałaś mi je tym fragmentem
I jest powód, dla którego on musi odzyskać wolność. Zależy mi na nim, to prawda. Osobiście mi zależy. Ale też chodzi o to… Rei, spójrz, kim jesteście. Ty i on. Ty niemal sam jeden trzymałeś Kaia w szachu przez kilkanaście lat, chociaż dysponuje większą liczbą Połączonych i replikami. Boi się ciebie. I Jurija też się boi.
Dziękuję.

Daichi udany, fajnie wprowadzony, z buta że tak powiem. To, że nie poświęciłaś siedmiu akapitów na opisanie jego wyglądu (choć się prosi! bo przecież ciekawość czytelnika nie zna granic) chwali ci się bardzo. Przez to również zrobił na mnie wrażenie. Uderzające. I on, i armia, i straszność tego, że to nie ludzie, a wojna nadal pozostaje wojną. Eheh, na myśl, że w tym sporym pewnie obozie, gdzie pewnie pełno namiotów, znajduje się tak naprawdę niewielu "żywych", robi mi się zimno.
Fajnie.

I jakże niewiele miejsca potrzebowałaś, by oddać do końca te relacje między Bestiami. Ich upodobanie w hierarchii, ich niezrozumiałość (scena z Zeusem miała mega potencjał, niestety nieco zmieciony tym, że niewiele o Zeusie wiem) i wszystko.
Z kolei wizje Reia są nadal aż męcząco mistyczne, ciemne, niezbadane i pełne metafor. I, no... lubię te klimaty, lubię nawiązania, niedopowiedzenia, ale jednak po (ilu?) k tekstu nadal nie umieć za ch*j pojąć, o co w ogóle chodzi temu całemu Bai Hu, to już jest dla mnie katorga :facepalm:
nie że się wkurwiam w trakcie żałosnej batalii Reia z kapryśnym tygrysem, bardziej ubolewam w trakcie naprawdę ciężkiego psychicznie wnikania w relację człowieka i bóstwa.
+jeszcze odn. bestii: To, jak Black Dranzer umie zadziałać na te cztery, które jej poddano. Pokazałaś to w końcu dosadniej. To też rzutuje na sytuację Rosjan, która, jak pisałam wielokrotnie, jara mnie równie mocno co wiodące wątki Miguelowe i Robertowe. Czekam.

Ech, no i ten zachwyt nad Miguelem odebrał mi nico sił na jaranie się scenami w hotelu. Wcześniej była jeszcze ta potworna scena, w której Robert czekał na swoją kolej i wiedział, że niczego nie zdziała, nie zmieni. Tak. Tak, propaganda morduje, propaganda wskrzesza, propaganda rządzi i działa bezwzględna i zabójczo szybka. Lubię, że o tym pamiętałaś. Lubię zagmatwaną sytuację i jej beznadziejność. Ogromny szacun i dzięki za scenę, jedna z moich faworytek we wrzutce. No, ale wracając do hotelu - trochę mi emocje siadły i przyjęłam na zimno. I przy pierwszym, i przy drugim czytaniu. Może tak powinno być. Btw - palenie w hotelu, no, nieładnie, Emily, nieładnie, tak się nie robi, chociaż wszyscy tak robią w hotelach. Eghe.
Scena z E. i J. bardzo obrazowa i przyjemnie dynamiczna, skrócona, bez rozwlekania. Zadziałała i urealniła ich o kolejne kilka procent.
Scena z Jurgensem i żoną, cóż, chciałabym coś powiedzieć, ale chyba nie dam rady. Nie ma tu miejsca na wnikanie w temat bardziej niż to konieczne, bo Odpad to Odpad, ale zrobiłaś ile się dało (i ile należało) by wzbudzić pewne emocje. 10 na 10.

Mam ogromne obawy związane ze spotkaniem Jurija. Ogromne. Dziękuję za uwagę.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 26 kwietnia 2017, 21:42

Żal tak wielki przykrywać ten piękny komentarz :bag: I to zaledwie po kilku godzinach :bag:

ROZDZIAŁ XVI
DAMN IT, MOON MOON!



Rosja, północna Buriacja
– Posrało cię z tą maczetą? Jakoś nie wydaje mi się, żeby Jurij miał docenić twoją gładką buźkę.
Miguel odruchowo złapał kątem oka trzymany w ręce nóż.
– To nie jest maczeta – mruknął w odpowiedzi i z powrotem skupił się na swoim odbiciu w częściowo zabłoconym, przetartym tylko rękawem bocznym lusterku. Minę miał przy tym poważną jak przy wyborze koloru kabelka do przecięcia na pięć sekund przed wybuchem bomby. – To bowie.
Rei stał nieopodal, przyglądając się całemu przedstawieniu z rosnącą i chyba nieco chorobliwą fascynacją, na jaką zasługują najbardziej kreatywni laureaci nagrody Darwina.
– Ale jak już sobie poderżniesz gardło, bądź tak uprzejmy i wychyl się na zewnątrz, żeby nie zachlapać kokpitu. Ja tym jeszcze pojadę.
Lavalier prychnął.
– Mam w metryczce „kuloodporny” – przypomniał.
– I bardzo lubisz to testować.
– Poza tym goliłem się już nożami z łańcucha rowerowego, więc… KURWA MAĆ!
– Mówiłem – westchnął Kon i przewrócił oczyma. Nawet nie próbował ukryć uśmieszku rozbawienia.
– Bo mnie zagadałeś – fuknął Miguel, przyciskając mankiet kurtki do namydlonej brody i patrząc na Chińczyka z wyrzutem.
To rozbawiło go do reszty i zaczął śmiać się w głos, aż w kącikach opuchniętych oczu pojawiły się łzy, a drażnione zimnem mięśnie twarzy odpowiedziały bólem.
– Nie potrzebujesz apteczki? – upewnił się Kon.
– Nie. Tylko się skaleczyłem.
– Twoje szczęście, że masz skórę ze stali, bo z mózgu gąbkę, naprawdę.
Miguel wzruszył ramionami, obejrzał jeszcze zacięcie, po czym po prostu wrócił do golenia. Rei postanowił litościwie, że tym razem nie będzie go rozpraszał, a wtedy może nie przyczyni się do bardzo głupiego samobójstwa.
Oddalił się na paręnaście kroków. Z miejsca, w którym stanął, było już widać szarą tego dnia, marznącą taflę Bajkału i pasy okalającego brzeg śniegu. Sine cienie gór majaczyły na tle białego od ciężkich, brzemiennych chmur nieba, rozpadały się u szczytów i Rei omal nie pozwolił sobie na myśl, że zna ten widok.
Niemal pozwolił sobie na tęsknotę.
Zamknął oczy i powoli rozłożył ręce, biorąc głęboki wdech mroźnego powietrza. Wiedział, że nie ma wiele czasu na medytację – ot, tyle, ile zajmie jeszcze Miguelowi golenie i przegląd techniczny – ale potrzebował chociaż chwili wyciszenia. Żeby wyrzucić z umysłu niepotrzebny ciężar, znów nagromadzony po nocy pełnej przemyśleń. Uznał więc, że nie przeszkodzi mu ani napięty grafik, ani dochodzące już zza pleców trzaski i zgrzyty.
Czasem trudno było mu to ogarnąć – w jaki sposób Lavalier pozostaje jedną i tą samą osobą przy tylu swoich twarzach. Ledwie parę tygodni temu po raz kolejny zaskoczył Reia, w pojedynkę przerabiając układy pedałów tak, by hamulec oraz gaz dało się dociskać za pomocą dźwigni i żeby proteza nie przeszkadzała w prowadzeniu. Może Kon powinien się tego spodziewać po skleceniu śmigła ze śmieci, ale z jakiegoś powodu się nie spodziewał. Potem Lavalierowi znów zebrało się na nocną szczerość i zaczął opowiadać coś o świni, którą chyba trzymał jak psa. A potem postanowił ogolić się, mając do dyspozycji wodę, szare mydło, zabłocone lusterko i nóż.
Rei wypuścił powoli powietrze z płuc i złożył ręce. Tym też nie powinien się zajmować, choć zdecydowanie należało do tu i teraz.

*

Miguel wiedział, że powinien się przespać – nie spał od zbyt dawna, by móc polegać na swojej ocenie i reakcjach – ale bliskość Moskwy wypełniała go niepokojem po sam czubek głowy. Zbierał się nawet w końcówce nosa, który Lavalier wciąż nerwowo pocierał, i w piętach. Tak więc jedyne, co był w stanie uzyskać, to leżenie jak kłoda z zamkniętymi oczyma, podczas gdy mózg pracował na pełnych obrotach.
Może gdyby miał więcej czasu, w końcu udałoby mu się wyciszyć, ale nie – zasady były twarde…
– Koniec spania. Twoja kolej.
…i co cztery godziny następowała zmiana.
Miguel podniósł powieki niechętnie, ale bez ociągania, wzdychając cicho nad kolejną straconą szansą. Reguły zostały określone jasno i ich łamanie byłoby nie tylko nieuczciwe, ale też głupie. Może Rei odrobinę przesadzał, twierdząc, że od trzymania się musztry zależy ich przetrwanie i powodzenie planu – osobistym zdaniem Lavaliera zależały też od paru innych czynników – ale z pewnością jakaś doza racji w tym tkwiła.
Z pewnymi kłopotami Argentyńczyk wyplątał się ostatecznie ze śpiwora. Miał wrażenie, że trzęsienie się wojskowego transportera najzwyczajniej w świecie wrosło w jego kości i odczuwa je już nawet wtedy, gdy leży plackiem na nieruchomej i martwej jak sama śmierć ziemi. Wtedy drżały zwłaszcza zęby i podstawa czaszki. Trochę to przypominało odchorowywanie konwoju po krętej drodze w Andach, gdy wieziono go do odizolowanej placówki, a potem stamtąd zabierano, ale tylko trochę. Tu efekt był zdecydowanie bardziej długotrwały, bo każdego dnia odnawiany, jakby ktoś nakładał kolejne warstwy farby na łuszczącą się powierzchnię. Czasem Miguel łapał się nawet na tym, że rozkłada się na brzuchu i przyciska dłonie do podłoża, a potem z całych sił wczepia w nie palce, jakby mógł spaść. Tuż po przebudzeniu z rwanych, gorączkowych drzemek to wrażenie się nasilało, dochodziły zawroty głowy i nogi niekiedy odmawiały w pierwszej chwili współpracy. Trzeba było zmusić je do niej całkiem świadomym wysiłkiem woli. To było absurdalne jak myślenie o oddychaniu.
– Dobrego snu – rzucił kwaśno w kierunku rozmazanej plamy obok, do której obecności zaczynał się już przyzwyczajać jak do własnego cienia.
Lavalier próbował czasem cofnąć się myślami do początku drogi i policzyć pogubione dni, ale za każdym razem plątał się w rachunkach, więc ostatecznie zrezygnował. Nie, żeby dodawanie było szczególnie trudne. Raczej to jemu coraz ciężej było się skupić. Nie pomagały ani problemy ze snem, ani przepalający trzewia niepokój, ani pogarszająca się z dnia na dzień aura. Jako Argentyńczyk nie znosił takiej pogody, zimna i marznącego deszczu. Tak po prawdzie nie rozumiał, jak ludzie mogą w ogóle osiedlać się w podobnym klimacie.
Mógł spytać Reia o kalendarz. Rei pewnie by wiedział, czasem sprawiał wrażenie, jakby wiedział naprawdę wszystko, a zamiast mózgu miał doskonale zorganizowane szufladki jak w bibliotece. Ale Rei od dłuższego czasu sprawiał też wrażenie, jakby nie życzył sobie jakiegokolwiek towarzystwa. Może odczuwał jakoś nerwowość kompana, może miał swoje własne sprawki z Bai Hu, może chodziło o Mao, o Chiny albo o którąś z tysiąca innych rzeczy, jakie mogły zaprzątać – i zapewne zaprzątały – jego głowę.
W sumie Kon okazał się całkiem dobrym kompanem. Na ogół spokojnym i cichym, a Miguel raczej nie wymagał więcej od towarzystwa. Dobrym, o ile nie przychodziło do jedzenia i Chińczyk nie zmieniał się w ciamkająco-siorbiący koszmar. Do tego jednak też szło się przyzwyczaić – należało się przyzwyczaić, zwłaszcza że raczej odpadały więzienne sposoby na rozwiązywanie tego typu nieporozumień. Jak się okazało, w wersji cywilizowanej i, przede wszystkim, nieokratowanej wystarczyło wziąć swoją porcję sucharów i wołowiny pod pachę oraz nieco się oddalić, choć początkowo Lavalier miał pewne opory, żeby to robić – to właśnie podczas wspólnych posiłków Rei najczęściej nabierał ochoty na rozmowę i czasem było po prostu głupio uciekać.
Po kilku, może kilkunastu dniach jakoś samoistnie się dotarli, co tylko po raz kolejny utwierdziło Miguela w przekonaniu, że sekciarsie nieomal nawoływanie do dyskutowania każdego międzyludzkiego nieporozumienia, jakiego wysłuchiwał, gdy jeszcze przysługiwały mu jakieś programy resocjalizacyjne, czy może bardziej badawcze, bo czasem sam się w tym gubił, to totalna bzdura. Kwestią kluczową zawsze zostawali ludzie, którzy albo chcieli, albo nie.
Przerzucił sobie pasek karabinu przez ramię, przeklął obijającą się o tyłek kolbę. Zacisnął nieco spuchnięte i swędzące przez to dłonie na prętach drabinki z boku wozu i zaczął się wspinać. Szczęśliwie sprzęt noktowizyjny załatwiał za niego całą kwestię patrzenia, bo w tej nieprzeniknionej czerni byłby całkowicie ślepy i gówno wart jako wartownik. Rei narzekał czasem, że noce na rosyjskim pustkowiu są porażająco jasne i czasem trudno zasnąć – Miguelowi nie robiło to najmniejszej różnicy. Ciężkie myśli, wracające falami lęki i pytania, czy w tym wszystkim rzeczywiście jest choć odrobina szans na powodzenie, czy tylko upór i desperacja, które mogły zgubić ich obu, niczego sobie nie robiły z ilości widocznych gwiazd.
Skąd pewność, że Jurij w ogóle pozwoli im do siebie podejść? Że w ogóle wejdą na teren Moskwy? Że do niej dotrą? Wóz miał co prawda oznaczenia rosyjskie, ale jego zawartość nawet z daleka musiała wydawać się dość podejrzana. Pal licho z Latynosem, zresztą blondynem, co mogło mylić, ale Chińczyk po tej stronie frontu zasługiwał na natychmiastowy odstrzał. Jeśli coś ich ratowało – i to już parokrotnie – to fakt, że jeden potrafił unieszkodliwić elektronikę na dość dużym obszarze wokół siebie, a drugi był zwyczajnie kuloodporny.
Miguel rozsiadł się nieco wygodniej, wyjął spod tyłka coś, co wżynało mu się w pośladek – rękawiczki, co stwierdził mimochodem – i narzucił na plecy dodatkowe okrycie z koca termicznego i maskującej płachty.
Może to był błąd. Może naprawdę powinien był wyruszyć do Moskwy sam, ale skądinąd wiedział, że wówczas nie miałby już najmniejszych szans. Pewnie by żył – sam nie wiedział, czego trzeba, żeby go zabić, prawdopodobnie laski dynamitu wsadzonej głęboko w dupę – ale z pewnością już dawno w rosyjskiej niewoli i być może właśnie wyśpiewując ludziom Kaia wszystko, co wie na temat Roberta i prac prowadzonych w Ettaler Forst. Nie łudził się, że oparłby się torturom. Może i był odporny na ból, ale doskonale wiedział, że ma swoje nieprzekraczalne granice, a poza tym cierpienie fizyczne to akurat nie jest to, czego należy bać się najbardziej. Zakładanie, że można sobie z tym dać radę, zakrawałoby na głupotę i nawet on nie miał w sobie dość zadufania, żeby taki błąd popełnić. Zwłaszcza przy wszystkim, co już o sobie wiedział.
Nie, zdecydowanie nie bał się śmierci. Bał się jedynie zasmarkanego, przerażonego zdrajcy wewnątrz siebie. Bo przecież jasne było, że tam jest i tylko czeka na odpowiedni moment.
Więc czegokolwiek by nie myślał o uczciwości układu, musiał przyznać przed sobą – i robił to wielokrotnie – że Rei ratował sytuację. Swoją mocą, tak, ale również żelazną dyscypliną. Kiedy już uznał, że weźmie udział w tej szalonej eskapadzie, to zamierzał najwyraźniej zadbać, by miała jak największe szanse powodzenia. Zanim wyruszyli, spędził dwa dni opracowując najbardziej optymalny plan działania, w którym uwzględnił dosłownie wszystko – od ekwipunku i trasy, przez podziały wart i racji żywnościowych. Owszem, po drodze wydarzyło się sporo nieprzewidzianych rzeczy, kila razy zostali zmuszeni do poważnych zmian kierunku, spowolnieni, tracili zapasy, ale zawsze jakoś wracali na odpowiedni tor.
Kon był w tym po prostu dobry, a jego nieoczywiste, skomplikowane jak fabuła telenoweli jasnowidztwo zdawało się rozkwitać pełnią swoich możliwości.
Miguel powoli zacisnął i rozprostował pięści.
Może to była wina Bai Hu. Jego aktywności. Może wpływał jakoś na inne Bestie, sprawiał, że ich głosy też zyskiwały na sile.
Może.
Albo chodziło o nerwy i zmęczenie. Prawdopodobnie też fakt, że nawet wobec paru incydentów dość monotonna jazda sprzyjała rozmyślaniom i cofaniu się do przeszłości – do tego wszystkiego, co zostało tysiące kilometrów stąd, nigdy nie pozamykane. Fakt faktem, że niekiedy trudno było ukryć przed Reiem nagle zlane potem dłonie albo zaciśnięte szczęki. Zabawę zapalniczką.
Płomień wzywał coraz głośniej. Dzikim, zepchniętym na krawędź świadomości przez tak długi czas popędom nie wystarczały wieczorne ogniska. Prawdopodobnie tylko je rozbestwiały i Miguel zaczynał się obawiać, że tym razem będzie gorzej. Dużo gorzej.
Mimo wszystkich okryć, zadrżał w nagłym dreszczu, a potem w kolejnym i dotarło do niego, że to właściwie drgawki i trochę potrwają.
Bo oczywiście tego właśnie brakowało.


Moskwa
Musisz uciekać.
To było akurat ostatnie, na co Jurij miał ochotę – opuszczenie Moskwy. Może było w tym nieco przekory, bo przecież Kai tego właśnie chciał, ale z pewnością nie tylko to.
Tyle dobrego, że teraz nagle i on, i Wolborg mieli jednego wroga. Przynajmniej teoretycznie więc powinni przestać ciągnąć to schorowane, wychudłe ciało w dwie różne strony.
Teoretycznie.
– Tak? To powiedz mi dokąd – warknął już porządnie zirytowany nieustającą od dobrej doby litanią Jurij. Wściekłym ruchem wbił nóż w wieczko puszki i zaczął je podważać. – Brooklyn znajdzie mnie wszędzie. A jeśli on, to Kai też.
Osłonię cię.
– Jesteś zależna od Black.
Od Black, nie od Kaia.
– Mhm, i ona niby ma być gwarantem czegokolwiek. Po tym, co pozwoliła zrobić Siergiejowi – Ivanow zadbał, by nie było w tym ani krzty pytania.
Rozpruł mielonkę, jakby była jego najgorszym wrogiem, jakby była odpowiedzialna za śmierć Petrowa. Nadział na nóż, ale nim zdążył odkroić kęs i wziąć do ust, kolejna fala wściekłości rozlała się po zgarbionych plecach i uderzyła w potylicę. Zerwał się z wrzaskiem aż do bólu płuc, aż do echa w pustych murach zrujnowanego zboru. Cisnął puszką o ścianę. Uderzyła w nią z impetem, zostawiając rozbryzg konserwy na twarzy jednego z malowanych świętych, którzy patrzyli na niego z litością i którym miał ochotę wyrwać za to malowane serca.
Wiem, że mi nie ufasz.
– Zamknij ryj, pierdolona suko!
Zawarczała na tyłach jego głowy, wyszczerzyła kły. Zadrżały pod nim nogi i upadł na kolana, powalony jej ciosem.
Wiem, że mi nie ufasz, ale nie zapominaj, kim jestem i po co mnie stworzono. Jeśli zdecydowałam, że cię ochronię, to to zrobię.
A Seaborg? Co myślała Seaborg? Też była tak zadufana? Tak pewna, że co by się nie działo, da radę?
Nie poddawaj się, idioto. Nie myśl o tym. Jesteśmy inne.
Jurij klęczał na butwiejącej wykładzinie skulony. Nagle dziwnie ciężki, mimo wystających żeber i znów pustego żołądka. Bezradnie darł palcami podłogę, a święci wciąż patrzyli na niego w pełnym współczucia milczeniu. Jakby nie mieli podartych szat, plam grzyba na twarzy i spływającej po siwej brodzie mięsnej galaretki.
Ivanow wyprostował plecy i wrzasnął raz jeszcze – na nich wszystkich. Na całą tę świętoszkowatą lożę szyderców. Na wszystkich, którzy go w to wpakowali. Na samego siebie. Krzyczał długo, aż głos nie ochrypł mu zupełnie i nie odmówił posłuszeństwa.
Jurij.
Warknął, unosząc górną wargę.
Jurij, wstań z kolan.


Rosja, obwód tomski
Rei po prostu stał przy samochodzie i patrzył na rozświetlony pożarową łuną nocny horyzont. Kilometry kwadratowe płonącego lasu rozdzierały ciemność krwistymi pazurami. Tu było już cicho, tu było bezpiecznie, ale Konowi wydawało się, że niemal słyszy trzask ognia i walących się ciężko na ziemię drzew, a także – co nie było przecież możliwe – wrzaski i skomlenia umierających ludzi.
Na pewno słyszał śmiech Bestii. Dziki i opętańczy, tak dobrze niosący się po pustkowiu, rezonujący w dolinach i przełęczach. W miarę, jak rosła czarna na tle łuny sylwetka, wydawał się coraz bardziej ludzki.
Łudząco ludzki.
Miguel słaniał się na nogach, szedł pochylony, rzucało nim wyraźnie na boki, aż w końcu zgiął się do końca i upadł na kolana.
– Cholera, żyjesz?! – Rei dopadł do niego w kilku długich krokach i podparł ramiona. Odruchowo odgarnął zmierzwione włosy z czoła. Tak jak się spodziewał, było gorące jak piec.
Ciało Argentyńczyka – kompletnie nagie zapewne po tym, jak ubranie poszło z dymem, brudne od ziemi, krwi i sadzy, mimo zimna, lśniące od potu – dygotało mocno i trudno było określić, czy z mrozu, z nadmiaru emocji czy gorączki. Wycharczał coś niezrozumiale i wpił palce w ramię Kona, usiłując się podnieść. Nie poszło najlepiej, bo drżące, osłabione nogi nie mogły utrzymać ciężaru. Rei bez zastanowienia zdjął płaszcz i okrył plecy Miguela. Przejmujący chłód natychmiast chwycił w kleszcze jego własne ciało.
Trwało jeszcze chwilę, nim Argentyńczyk zdołał choćby podnieść głowę.
Wtedy Kon zobaczył jego oczy i wszystkie mięśnie szarpnęły się w nagłym odruchu ucieczki – oczy rozpalone gorączką, rozszerzone, przekrwione, okolone wyraźniejszymi niż kiedykolwiek wcześniej zmarszczkami. Uwydatnione szerokim uśmiechem szaleńca kurze łapki znaczyły osmoloną skórę długimi szponami. A potem powieki zacisnęły się na moment i po policzkach spłynęły łzy.
– To było… Jezus Maria, Rej… To było to.
Kiedy wszystko się zaczęło, słońce ledwie przesunęło się na zachodnią stronę nieba. Nic nie zapowiadało kłopotów, bo według wszelkich wyliczeń znajdowali się z dala od rosyjskich posterunków i zamieszkanego terenu. Coś jednak poszło nie tak. Może raport z powietrza, może ostrzeżenie z jakiejś innej bazy. W końcu zakładanie, że uda się im całkowicie ukryć swoją obecność na zmilitaryzowanym terenie, zakrawało na głupotę.
– Są od nas wolniejsi – ocenił rzeczowo Rei, spoglądając w lusterko – ale jeśli zbliżą się wystarczająco, otworzą ogień i nic z nas nie zostanie.
– Mhm.
– Na razie jednak możesz być spokojny.
– Przecież jestem spokojny.
Ale Miguel cały wyglądał jak jeden wielki niepokój. Jego kolana podskakiwały w szybkim, drażniącym rytmie, po skroni toczyła się ciężko kropla potu, palce tarły o siebie, aż dało się słyszeć szurgot wysuszonej zimnem skóry – wyraźnie nie lubił rękawiczek i zdejmował je, gdy tylko nie groziło to natychmiastowym odmrożeniem. Pusty wzrok zaczerwienionych oczu utkwił w lusterku, w odbiciu rosnącego w oddali cienia transporterów i chyba nawet nie za bardzo mrugał.
– Daj mi to załatwić – wycharczał zmienionym, nie swoim głosem.
– W każdej chwili mogę…
– Wiem. Ale daj mi to załatwić. Proszę. Wjedź do lasu.
Rei spełnił polecenie, nim zdążył przemyśleć, co właściwie robi i czy to na pewno dobry pomysł. Nie był do końca pewien, co tak na niego podziałało. Może powoli docierająca do niego świadomość, że to, co widzi na twarzy Argentyńczyka, to wcale nie zdenerwowanie. I płynące z tego przypomnienie jak kubeł zimnej wody, że – jakby na to nie patrzeć – zamknął się w puszce kokpitu z groźnym, całkiem oficjalnym wariatem. Nawet jeśli wariat ten był w najgorszym przypadku jego dobrym kumplem.
– Stań na chwilę – polecił Miguel z ręką już na klamce.
Wyskoczył nieomal w locie, ledwie Kon przyhamował. Właściwe zerwał z siebie wierzchnie okrycie i szalik, pospiesznie zzuł buty.
– Co ty robisz? – spytał Rei teraz już sam poważnie zaniepokojony.
– Będą mi jeszcze potrzebne – odparł Lavalier, rzucając wszystko na siedzenie. – Zabieram ci jeden kanister z benzyną. Jedź tak szybko, jak się da, bo nie mogę zwlekać za długo, jeśli chcę ich złapać.
– …co. – Ale odpowiedź przyszła sama w zimnym dreszczu zrozumienia. – Oszalałeś?!
Miguel posłał wychylonemu przez okno Reiowi bardzo znaczące spojrzenie znad taszczonego kanistra.
– Po prostu spierdalaj, póki możesz – sapnął nie z wysiłku, a z powstrzymywanych emocji. – Znajdę cię później.
Kon nie odpowiedział – zamiast tego odpalił silnik. Głównie ze względu na to, że nie miał już wielkiego wyboru między ucieczką a daniem się opiec na chrupko.
Potem myślał tylko o tym, żeby dociskać gaz i nie wpakować się na nic, co mogłoby go zatrzymać. W lusterku zobaczył szalejące płomienie, czuł dym i był niemal pewnie, że żar sięga koniuszków jego palców, choć przecież nie było to możliwe. Wiedział, że goniący ich Rosjanie nie mieli najmniejszych szans – Miguel o to zadbał. Nawet jeśli stracił moc, nie stracił wyczucia płomieni i wiedział, jak je rozniecić. Wzbudził w nich niepohamowany głód, który pochłaniał wszystko na swojej drodze.
Ten sam głód, który Rei zobaczył w jego oczach, gdy się rozdzielali.
A teraz klęczał w mokrej trawie, podtrzymując wyczerpanego, przemarzniętego do kości człowieka, który, rozpętawszy to piekło, wciąż nie potrafił powstrzymać wybuchów cichego, upiornie radosnego śmiechu.
– To było głupie – wycedził Rei przez zęby. – To było tak potwornie głupie, Miguel… Czy ty sobie zdajesz sprawę z tego, co zrobiłeś?!
Lavalier prychnął cicho, głowa zakołysała mu się bezwładnie i byłby spłynął na ziemię, gdyby nie refleks Kona.
– Hej, mówię do ciebie!
– Wiem – wyburczał nieprzytomnie w ramię Chińczyka. – Chce mi się spać.
Ten szarpnął go z wściekłością, odepchnął i zerwał się na równe nogi, nagle cały w sinej poświacie. Nie czuł już zimna – tylko czystą wściekłość. Przymknął oczy i wziął głęboki oddech, próbując nad nią zapanować. Przecież to właśnie czyniło go silniejszym, to, że potrafił nad tym panować.
Potrafił panować nad wszystkim.
Nad wszystkim.
Więc także nad sobą.
Rozprostował powoli zaciśnięte w pięści dłonie, podniósł powieki.
– Chodź – powiedział zimno. – Obaj musimy się ogrzać i odpocząć. Pogadamy o tym później.
Już holując Miguela w stronę samochodu, podjął decyzję, że dziś wartę bierze tylko on. I słusznie, jak się okazało, bo gdy tylko Lavalier wpełznął w jakieś ubranie i śpiwór, a potem zwinął się na siedzeniu pasażera, zasnął tak twardo, że pewnie i tak nie dałoby się go dobudzić. Nawet nie za bardzo się ruszał, zastygł w zupełnie idiotycznej, kuriozalnej pozycji i wyglądał jak ciśnięty w kąt worek rzepy albo – pod innym kątem – ofiara eksplozji.
Rei przetarł twarz dłońmi, odruchowo spojrzał w nocne niebo, jakby mógł znaleźć tam odpowiedzi, ale odległa łuna zabierała część gwiazd. Jakby piromancki szał Miguela zniszczył nie tylko bezcenny las, ale też część konstelacji. Mimo podejmowanych wysiłków, gniew nadal toczył jego gości, a włosy unosiły się lekko od elektrycznej aury.
Nie zmieniły tego trzy godziny nocnej jazdy ani wyłaniające się zza wzgórz blade słońce. Wciąż miał ochotę złapać Argentyńczyka za zmierzwione włosy i po prostu z całych sił wepchnąć jego głowę w boczną szybę.
Gdyby był Jurijem, pewnie by to zrobił.
Szczęście czy nie – nie był.
Miguel obudził się dosłownie chwilę po tym, jak Rei stanął, czując, że jest już zbyt zmęczony, żeby prowadzić dalej. Obudził się, zerwał gwałtownie i zaczął rozpaczliwie wyplątywać ze śpiwora. Kon zmierzył go kątem oka i już miał skomentować, gdy drzwi do samochodu otworzyły się gwałtownie i Lavalier dosłownie wypadł na zewnątrz. Odpełznął jeszcze na czworakach kilka metrów, po czym zwymiotował gwałtownie żółcią.
– Cholera… – Rei postanowił jednak wyjść z kokpitu. Nogi wydawały się ze zmęczenia miękkie i dziwnie lekkie. Jak zrobione z pianki. – Co ci?
Miguel uniósł rękę w uspokajającym geście, zakaszlał jeszcze raz, po czym przysiadł na piętach.
– Nadmiar… wszystkiego – wyszeptał wreszcie ochryple. – Nic mi nie jest.
Wyglądał jak po zderzeniu z ciężarówką. Po nocnym obłędzie nie został nawet ślad – były za to głębokie cienie pod oczyma, bladość i zgaszone spojrzenie.
– Zrobiłem to…? – padło ciche pytanie.
– Tak.
– Jezu… – Lavalier zacisnął palce na nasadzie nosa, zacisnął powieki.
Rei poczuł, jak przynajmniej część strachu rozpływa się nagle zastąpiona przez uderzenie lęku.
– Nie pamiętasz…
Miguel pokręcił głową.
– Nie wszystko – odparł. – To nie jest… To nie jest do końca… – urwał i zamilkł, wyraźnie nie mogąc znaleźć słów.
Rei mógł znaleźć je sam. Wystarczyło, że wspomniał moskiewski stadion. Wystarczało spojrzenie na twarz Argentyńczyka, na której odbijała się świadomość możliwych konsekwencji tego, co zrobił. Istnienia okolicznych wiosek, niewinnych ludzi uwięzionych w płonącym lesie. O samym zniszczonym ekosystemie nie wspominając.
– Jak jest źle…?
– Nie wiem – westchnął Kon, mimowolnie spoglądając na wschód. – Jechałem resztę nocy bez zatrzymywania się. Jesteśmy daleko od tamtego miejsca. Dasz radę wstać?
Lavalier skinął głową i dźwignął się powoli, ociężale. W mózgu Reia pojawiło się upiorne skojarzenie z terakotowymi żołnierzami Daichiego. Rozbłysło i zgasło jak iskra.
– Chyba obaj potrzebujemy dnia przerwy – dodał.

Moskwa
Wolborg wyprężyła się jak struna, czujnie rozdęła nos.
Idą tu.
To było absurdalne. Nierealne. Było jak szalony sen o rzeczach, które naprawdę nie miały prawa się zdarzyć.
Lepiej byłoby, gdyby się nie zdarzyły.
Dwóch. Tylko dwóch.
– Tylko? – prychnął Jurij. – To Połączeni. W tym pierdolony Diger.
Wolborg milcząco przyznała mu punkt w dyskusji. Rei był zagrożeniem zawsze. Dla każdego.
– Kai już wie?
Nie.
– Zataiłaś to przed nim?
Jeszcze nie wiemy… jaka jest sytuacja.
Jurij zmrużył oczy, wpatrując się w siwą mgłę. To było tak bardzo zaskakujące, że miał na to wszystko znacznie prostsze spojrzenie niż Wolborg, ale potrafił oczywiście stwierdzić, jak do tego doszło. Od śmierci Siergieja nieustannie, desperacko szukała wyjścia z sytuacji i sposobu na chronienie nosiciela. Wszędzie.
Nawet w czystym absurdzie.
– Wolborg, jeśli ci się wydaje, że…
Nie mają wrogich zamiarów.
– To szaleństwo.
Niekoniecznie.
– Rei to najbardziej zapalony wróg Rosji.
Może postawiłeś zbyt wiele znaków równości, Jurij.
Ściągnął brwi.
– Nie ufam w nic, co robi.
Ja też. Możesz mi wierzyć. Ale wiem, że nie przyszedł, żeby cię zabić.

*

– To mi się nie podoba. Nie tak powinno być.
To był cały komentarz Reia, choć zapewne także jemu cisnęło się na usta znacznie więcej słów.
Miguel nie powiedział niczego. Po prostu patrzył. Rozglądał się po martwym mieście i nie mógł odpędzić od siebie surrealistycznego wrażenia, że to tylko dekoracja. Kamuflaż. Że gdzieś pod spodem, pod ruinami, może pod ziemią nadal tętni życie.
Śmierć Moskwy była inna niż śmierć Pekinu. Nie tak gwałtowna. Miasto umierało powoli, dusiło się, gdy lodowe palce stopniowo zaciskały się na jego gardle. Nagłość przyszła później, gdy odeszli już ludzie – przyszła z opuszczonych fabryk, gazowni i wodociągów. Ze stacji benzynowych. Ale śmierć Moskwy nadeszła też dawniej i przy wciąż dogorywającym ciele Pekinu, jej zwłoki zdawały się dziwnie spokojne i pogodzone z losem.
Nawet cisza była tu inna.
Drobna zwierzyna zaanektowała teren. Przemykała czasem cieniem na skraju pola widzenia podobna białym robakom wijącym się w nigdy nie zasklepionych ranach. Gdzieniegdzie po murach pięły się wykwity porostów – najdobitniejszy znak, że era człowieka w tym miejscu skończyła się na zawsze.
Szli przez tę paradoksalnie żywą martwotę cisi jak przez cmentarz. Po obu stronach pięły się ostre zęby częściowo zawalonych falowców przedmieścia, asfalt pękał pod stopami jak chora grzybicza skóra.
Ale nie było żadnych patroli. Żadnej broni. Nikogo, choć zapewnię głupotą byłoby wyobrażać sobie, że ktokolwiek może wejść tu niezauważony.
Może po prostu dostali ostatnią szansę, żeby zawrócić. Nie zamierzali z niej skorzystać.
Miasto wokół zmieniało się stopniowo. Falowce zniknęły zupełnie, za to coraz więcej było pozostałości po drapaczach chmur i po zabytkach – olbrzymich stalowych szkieletów, czerwonej cegły i lodu. Zwłaszcza lodu. Miguel ze zdziwieniem stwierdził, że czuje na ustach smak krwi. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że to on sam, że od dłuższego czasu zaciska i gryzie wargi, a te – wysuszone gęstniejącym mrozem – nie broniły się długo i zaczęły pokrywać lepkimi ranami. Zaciskał też dłonie, a gruby materiał rękawic powoli odcinał dopływ krwi do palców.
Rei zadecydował, że nie będą robić postojów w samej Moskwie i zapewne miał stuprocentową rację. Nie powinni się zatrzymywać i odsłaniać pleców. Więc szli w siwym mrozie, który albo tężał z każdym krokiem, albo coraz skuteczniej znajdował sposoby, by dostawać się pod ciepłe ubrania. To, jakim cudem wymarło tak wielkie miasto pełne wytrzymałych, odpornych na warunki atmosferyczne ludzi, stawało się powoli oczywiste. Moskwy nie trzymało w szponach zwyczajne zimno. Moc Wolborg była znacznie potężniejsza. Znacznie bardziej precyzyjna. Znacznie bardziej mordercza.
Nawet Gargoyle miał pewne problemy z kontrolą temperatury, choć z pewnością bez niego byłoby znacznie gorzej. Idący obok Rei nie drżał, bo nie miał na to czasu, zajmując mięśnie czymś innym, ale widać po nim było, że znosi te warunki zwyczajnie źle. Oczy miał przymknięte, głowę pochyloną, jakby osłaniał się przed wiatrem, choć powietrze trwało niemal nienaturalnie nieruchomo. Potrzebował ciepła. Potrzebował ciepła szybko, bo wyglądał, jakby mógł zamarznąć tak właśnie – wpół kroku.
– Zdejmij rękawiczkę – rzucił Miguel w jego kierunku. Na wydechu, bo zimno zatykało drogi oddechowe.
Chińczyk spojrzał na niego jak na wariata.
– Pomogę ci, tylko nie przebiję się przez materiał. Tak od razu ci nie odpadnie.
Kon niechętnie, ale spełnił polecenie. Lavalier zrobił to samo i chwycił go za odsłonięte miejsce. Pozwolił, by Gargoyle spłynął po ramieniu i przeniknął przez cudzą skórę. Rei zadrżał z zaskoczenia.
– Daj mu chwilę.
Skinął głową.
Kreml majaczył w oddali sinoczerwoną, rozmazaną przez wiszący w powietrzu lód bryłą. Od chwili, w której stał się widoczny, Miguel czuł, jakby coś go hipnotyzowało. Z trudem odrywał wzrok od horyzontu i przenosił go niżej, pod swoje stopy, gdzie mogły czekać pułapki. Wyraźnie czuł, jak jego plecy spinają się mięsień po mięśniu. Naprawdę myślał, że nie może być gorzej, że zna już doskonale granice własnego organizmu, że poznał je w celi podczas tych lat swojego życia, gdy wszystko niosło zagrożenie i należało nieustannie zachowywać czujność, ale nie. Jednak nie. Teraz całkiem dosłownie zamieniał się w kamień.
Kiedy przekroczyli potężną wyrwę w czerwonym murze, powietrze poruszyło się wreszcie, ale nie była to dobra wiadomość, bo przyniosło więcej zimna. Sypnęło śniegiem. Czy raczej pokruszonym przez długie lata lodem – ostrymi odłamkami zdolnymi ciąć przesuszoną, zmrożoną skórę. Od zimna kręciło się w głowie. Bolały skronie, bolały oczy i stawy. Płonęły płuca.
Gargoyle robił, co w jego mocy, dzieląc płomień na dwa ciała, ale dla Miguela było już jasne – tak naprawdę zawsze było jasne – że gdyby Wolborg tylko chciała, zamroziłaby nawet jego. Zwłaszcza takiego, okaleczonego, wycofanego na tył i pozbawionego możliwości rozniecenia prawdziwego ognia. Ale to prowadziło wprost do spostrzeżenia, że to nadal nie atak. To nadal było ostrzeżenie. Próba odwiedzenia od zamiaru, odpędzenia. Wycie zranionego, chorego wilka, który chciał zostać sam.
Niedoczekanie.
Lavalier dopiero po chwili – po oddechu zmęczonego mrozem i walką z protezą Reia – zorientował się, że przyspieszył. Zaklął w duchu. Tak blisko. Tak blisko, a oni nadal żyli.
Czerwona czupryna zapłonęła nagle pośród siwego mrozu, daleko, wysoko, na tle białej ściany jednej z licznych cerkwi i Miguel byłby jej w ogóle nie dostrzegł, gdyby nie wściekły kolor.
Jurij nawet nie drgnął. Nie ruszały się jego ręce, nie szedł w ich stronę. I tylko lodowaty wiatr szarpał płaszczem, sprawiając, że wydawało się, jakby cały obraz falował, jakby nagle ożył i zaczął dygotać od powstrzymywanej wściekłości.
Chwila zawieszenia trwała długo. Poza tym pozornym ruchem nie działo się nic. Czas stanął, a nawet zaczął się gwałtownie cofać, choć wspomnienia, które powinny przecież zalać umysł, okazały się niespodziewanie tylko szarymi, ledwie zrozumiałymi szkicami. Nie niosły znaczenia, nie niosły emocji.
Nie one stanowiły motywację. Nie teraz.
To nie było wyrównywanie rachunków.
– Jurij!
Nie odpowiedział. Wciąż stał nieruchomo, a powietrze gęstniało od zawieszonego w nim lodu. Dostawał się do płuc, zaklejał je. Dusił. Trudno było wydobywać głos, jeszcze trudniej było krzyczeć. Od każdej próby pierś zaczynała palić żywym ogniem.
– Jurij! Porozmawiajmy!
I nagle się poruszył, a wraz z nim poruszyła się cała lodowa Moskwa posłuszna jego woli jak tresowany pies. Najeżyła zęby, wyciągnęła pazury i nastroszyła sierść, a potem zawyła jak wilk i otoczyła ich pierścieniem lodu. Stracili równowagę, gdy ten zaczął narastać także pod ich stopami. Proteza Reia zgrzytnęła przeciągle, gdy próbował bezskutecznie wbić się pazurami w śliską powierzchnię. Bezsilni, zostali odrzuceni na kilka metrów, przestrzeń na moment straciła górę i dół, a gdy zdołali się pozbierać, Jurij odwracał się już do nich plecami i znikał w szarej szadzi.
Wtedy jednak powietrze nagle zadrżało i szybko stało się jasne, że nie drży od ujadania Wolborg. Coś nadciągało znad zamarzniętej, wypiętrzonej rzeki. I faktycznie – nagle za ciemną bryłą Kremla pojawiły się jeszcze ciemniejsze kształty. Tąpnięcie znów zrzuciło Miguela z nóg, przeklął cicho brak umiejętności poruszania się po lodowiskach.
– To nie Rosjanie – wysapał obok Rei.
Tak, to nie mogli być Rosjanie, ci nie atakowaliby Kremla, tylko ich i zapewne z zasadzki, a tymczasem szybko stało się jasne, że to desant. Jakim cudem eskadra przebiła się przez radzieckie zabezpieczenia?
A jakim cudem oni sami je pokonali?
Coś tu śmierdziało zdecydowanie, ale jednocześnie nie było czasu, żeby się zastanawiać.
– To nasza szansa.
Ruszyli przed siebie na tyle szybko, na ile było to możliwe wobec lodu i mrozu, dyszeli ciężko, gdy zimno zabrało resztki efektywności i siły z mięśni. Z oddali dobiegały niskie, rozedrgane dźwięki. Atak się zaczął.
Cokolwiek to oznaczało.
Z pewnością wskazówkę stanowić mogły lodowe rzeźby żołnierzy rozsiane między cerkwiami jak w upiornym muzeum, zastygłe wpół ruchu, niektóre częściowo rozbite, wściekłe lub zdziwione. Pozbawione oznaczeń którejkolwiek z armii.
Chińczycy jednak nie byli to na pewno.
– Robert? – sapnął Rei.
– Nie – odparł Miguel. – Wierz mi, że gdyby to był Robert, wyglądałoby inaczej.
Byłyby, na ten przykład, mechy – dodał Lavalier już tylko w myślach.
Jurij bronił się przyparty do ściany jednej z cerkwi, rozszalały wobec naporu pocisków i miotaczy ognia, których rozmigotany w lodowym piekle płomień na długą, niebezpieczną chwilę rozkojarzył Miguela. Rei nie czekał, z całych sił spoliczkował Argentyńczyka, a wokół jego sylwetki pojawiła się blada poświata elektrycznych wyładowań. Warunki były trudne, a napastników wielu, ale był potężnym Połączonym i nie dało się zignorować jego obecności. Miguel otrząsnął się, wykorzystał chwilową dezorientację i – nie zważając ani na kule, ani na ogień – przebił się do Jurija. Usłyszał wściekły warkot, a potem na ułamek sekundy zobaczył ciemność, gdy Ivanow zdzielił mu prawym sierpowym.
– Kurwa mać! – wrzasnął, zbierając się z bruku. – Jeszcze ktoś?! Wrogowie są tam, jakbyś nie zauważył!
Jurij nie odpowiedział. Nie miał czasu, bo kolejna fala ognia roztopiła lodową fortyfikację. Gdyby nie Rei i fakt, że zdążył już zdjąć część oddziału, Rosjanin nie miałby większych szans. Nie wobec tak przytłaczającego naporu i faktu, że dał się złapać w swoim własnym schronieniu, które nagle okazało się pułapką.
Ogień ustał na moment, gdy trzymający miotacz żołnierz upadł w elektrycznych drgawkach. Lodowa tarcza wyrosła na nowo z suchym trzaskiem.
– Co ty tu, kurwa, robisz?! – warknął Jurij.
– W tym momencie próbuję ocalić ci dupę! – syknął Miguel.
– Mhm. I będziesz mi wmawiał, że nie masz z tym niczego wspólnego?
– Nie mam!
– Nie wierzę w przypadki.
Kolejna lodowa bariera runęła z sykiem, olejna grupa atakujących zaczęła wić się w konwulsjach po elektrycznym poparzeniu. Część ostrzału skierowano więc w miejsce, w którym schronił się Kon.
Jurij zaklął wściekle.
– Idioci! – ryknął.
Jego lewa dłoń wystrzeliła w bok i wokół Reia wyrosła potężna ściana z lodu. Najwyraźniej Jurij uznał wreszcie, że w tym konkretnym momencie liczy się odparcie ataku i ocalenie życia, a na wyjaśnienia lub wyrównanie rachunku przyjdzie czas potem.
– Pierdolę, a to co? – splunął.
Miguel wychylił się ostrożnie zza osłony.
Faktycznie – wśród żołnierzy pojawił się ktoś jeszcze. Drobna postać wyraźnie odstająca wyglądem i rozmiarem od pozostałych żołnierzy. Nie mogła należeć do komandosa. Nie mogła należeć nawet do dorosłego.
– Kurwa, znowu – syknął Miguel ze złością i cieniem lęku. – To Połączona.
Jurij obrzucił go szybkim spojrzeniem, ale nie skomentował.
– Zdejmę ją – zdecydował Lavalier. – Spróbuj mnie nie zamrozić.
To rzekłszy, nie czekając na odpowiedź rzucił się przed siebie.

*

Wolborg zawarczała z wściekłością, nastroszyła lodową sierść, gdy poczuła zapach obcej Bestii.
– Masz mi coś do powiedzenia?
Nie dotykaj jej. Pod żadnym pozorem.

*

Kiedy w jego ciało uderzył grad kul, okazało się nagle, że mróz wcale nie jest aż takim problemem, kiedy chce się wrzasnąć. Naprawdę. Ktoś tego nie przemyślał. Skoro zmutowała skóra, to dlaczego nie zmutował do końca układ nerwowy?
Miguel opanował pierwszy szok – było nie było, jego przeciwnicy byli z pewnością zszokowani bardziej, widząc, jak napastnik, który powinien być już rozstrzelaną krwawą miazgą, rzuca się na jednego z nich nożem i tnie przez środek twarzy, a potem, nie przejmując się niczym, usiłuje przebić dalej. Trwało kilka dobrych uderzeń serca, nim zrozumieli, że jego celem jest Połączona. Widział to w nagłym spięciu i przegrupowaniu. Usłyszał w krótkich komendach.
Po angielsku.
A więc nie był jedynym Połączonym na Zachodzie.
I mógł zostać okłamany.
Wyrzucił niepotrzebną myśl z głowy, skupił się na dziewczynce. Ostrze noża cięło kolejne ciało. I inne. Do żołnierzy dotarło, że kulami zdziałają niewiele, próbowali go obezwładnić. Zdołali przewrócić i wytrącić z ręki broń, ale wszystko pokrywał lód.
Lód posłuszny woli rozsierdzonego Sabaki.
Miguel wyślizgnął się spod przygważdżających go ciał. Rzucił ku Połączonej, stracił równowagę i runął szczupakiem, szorując po lodzie – szczęśliwe we właściwym kierunku. Podciął jej nogi. Krzyknęła i wyrżnęła z impetem o ziemię.
– Nic ci nie jest?! – wystraszył się.
Nie odpowiedziała. Przerażona usiłowała się bronić i wpakować mu drobne, sine z zimna palce mniej więcej w oczy. Ale niewiele wiedziała o walce wręcz, zwłaszcza ze znacznie większym i silniejszym przeciwnikiem, który ledwie odczuwał jej rozpaczliwe ciosy. Złapał ją za nadgarstki. Krzyknęła z bólu.
Wtedy zobaczył jej twarz. Błysnęły gogle osłaniające oczy. Jasne włosy rozsypały się na obszytym futrem kołnierzu. Usta skrzywiły w grymasie strachu.
Znał je.
– Mattie…?
Nie pozwoliła mu dokończyć, zwinnie wywijając się i pakując kolano w brodę, a potem jeszcze coś grzmotnęło go w potylicę.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 27 kwietnia 2017, 11:41

Mój komentarz z godziny 8:45:
czy ciebie posrało kruffachi.


edit
Jesteś najgorsza i nienawidzę cię za skończenie w tym miejscu :facepalm: serio, tak się nie robi. Nie mi. To jest ten moment w trakcie czytania książki, kiedy omijasz swoją stację docelową, bo musisz dokończyć rozdział. No ale jasne, co nie, cierpcie sobie. Spoko.

Ty razem nie będę wylewna, bo to jak komentowanie meczu, który ktoś zgasił w połowie. Więc nie wypowiem się epicko. Są literówki, około 4/5, domyślam się, że jeszcze będziesz sprawdzać wielokrotnie, ale jeśli zechcesz, szepnij na SB, to dodam spoiler do komentarza.

Całość bardzo równa, podobnym tempem prułam przez tekst, o dziwo nawet te z pozoru spokojniejsze kawałki (podróż, początek) były tak pełne przedmoskiewskiego napięcia, że siedziałam spięta. Tak samo jak w Moskwie oczywiście. Szok, spodziewałam się brnięcia przez emocje, wielkiego dołka depresyjno/głębiowego przy spotkaniu Jurija, długich rozmów, szarpania się, sama nie wiem. A ty walnęłaś równoczesnym atakiem na Sabakę i to tak ułatwiło zadanie Miguelowi i Reiowi, że aż ała, aż mnie kłuje w środku, no nie, miała być batalia psychiczna, a tu jeb, trzask, ogień, kule, już HOP Miguel przy Juriju, Rei osłania, bo wiadomo, jak łatwiej przełamać nieprzełamywalne bariery, jeśli nie wspólną obroną i walką o życie? Serio, Rei i Miguel powinni tej atakującej ekipie podziękować i skłonić się nisko, kiedy już ich rozwalą. O ile rozwalą. No właśnie. Przecież musiałaś urwać w TYM momencie :facepalm:

Najlepsza migawka to Jurij i mielonka - dzięki za nią.
Szaleństwo Miguela i lekka odchyłka świadomości (hehe, lekka, ech) też wyszło dobrze.

W sumie to nie jestem pewna, czy ci zarzucać ten manewr w Moskwie. Bo pewnie gdyby to nie było forum literackie, tylko wydana książka, aż tak bym nie czuła wewnętrznego sprzeciwu. Ale trochę czuję. Odrobinę. Nie, że poszłaś po najmniejszej linii oporu, bo nie mi oceniać, ale że odebrałaś mi coś, na co liczyłam w środku, choć przecież nie mogłaś wiedzieć.
Kto wie, może to coś jeszcze tam będzie. Dalej. Później. OCZYWIŚCIE NIE MOGŁAM DOWIEDZIEĆ SIĘ TERAZ.

kuźwa weź :facepalm:
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 05 maja 2017, 16:09

ROZDZIAŁ XVII
I DON’T HATE PEOPLE. I JUST FEEL BETTER WHEN THEY AREN’T AROUND



Moskwa Wracaj, do cholery!
Znów tu była. Dziewczynka z porcelaną zamiast twarzy.
Dziewczynka w goglach.
Jasne oczy. Jasne włosy rozsypane na futrzanym kołnierzu. Jasny uśmiech, gdy wszystko szło źle. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Ufne. Nie wierzyła w maski. Kruszyła mury.
Dlaczego im to robisz…? Miałeś ich ocalić.
Ciemny więzienny korytarz. Przyspawane drzwi. Zaplątane w jelita palce. Małe pomieszczenia wyłożone białymi kaflami. Bez okien. Te, do których brano ich pojedynczo. Na indywidualną resocjalizację, jak mówili.
Miałeś nas wszystkich ocalić, a wybrałeś bycie nikim.
Czasem spod metalowych drzwi wypływała krew i wtedy było wiadomo, że resocjalizacja się zakończyła. Ostatecznie.
I ogień, który wcale nie jest gorący. Jest zimny jak lód. Jak strach. Lepki jak poczucie winy i pot tchórza skrytego za zasłoną z desperacji.
Słyszysz mnie?!
Wciąż po dziecięcemu drobne, sine od mrozu ręce, które zepchnęły go w ciemność.
– Miguel, do cholery!
I nagle powrót do tu i teraz. Powierzchnia. Ciało pobudzone elektrycznym wyładowaniem. Spazmatyczny wdech jak po wyjściu z topieli. Moskwa. Zimno.
I ogólnie wszystko dość mocno do dupy.
Czyli właściwie bez zmian.
Prąd raz jeszcze przeskoczył między dłońmi Reia i ciałem Argentyńczyka, stawiając na nim dosłownie wszystkie włoski.
– Nie musisz… – Lavalier odruchowo otrzepał klatkę piersiową, choć wiedział, że to tylko takie śmieszne wrażenie i niczego tam nie ma. Rozkaszlał się. – Kurwa… To nie jest fajne, serio.
Kon odchrząknął i zabrał naelektryzowane ręce.
– Nie mogłem cię dobudzić – burknął jakby na usprawiedliwienie. – A to nie jest dobry moment na drzemkę, wierz mi.
Nie było już słychać walki. Strzałów, krzyków. Eksplozji. Ale mimo to Chińczyk aż epatował wewnętrznym napięciem i nieustającą gotowością do ataku. Kucał zgarbiony, a gdy tylko starło się jasne, że Miguel nie wróci do Nibylandii, wyprostował się z gracją kota i oparł dłoń na kaburze.
Bo też nic się nie skończyło. Wszystko dopiero się zaczynało.
Lavalier klęknął, trafił ręką w coś mokrego. Odpluł krew z przegryzionego języka, ale ta natychmiast ponownie zalała usta. Może nie dosłownie, ale jej smak czuł aż nadto wyraźnie. Zaklął w myślach, kiedy próba wyprostowania się przyniosła tysiące szpil w mózgu – zwłaszcza z tyłu – i zawrót głowy, ale zrobił wszystko, żeby nie zwalić się z powrotem na bok. Coś mu mówiło, że nie wstałby po raz drugi.
Widział jeszcze mniej niż zwykle. Ot, biel, rozmazany kształt własnych dłoni i czerwone plamy na skórze i dookoła. Słyszał też niewiele – poza głosem Reia, tylko szum i dziwne jednostajne piszczenie, jak z zepsutego odbiornika, którym w sumie w tamtym momencie był.
I warkot.
Groźny, niski warkot, od którego drżało całe to lodowe piekło i spinały się dosłownie wszystkie mięśnie.
Miguel zacisnął powieki, usiłując zapanować nad wirowaniem ziemi pod kolanami i nerwami. Naprawdę, to nie był dobry moment na słabość i schizy. Rozejrzał się, przynajmniej na tyle, na ile mógł bez szczególnego ruszania karkiem. Szukał wśród trupów dziewczęcej sylwetki. Błysku gogli. Jasnych włosów. Czegokolwiek.
Nie chciał, żeby powtórzył się Pekin. Nie chciał znów mieć na rękach krwi dziecka. Tak bardzo nie chciał, że na moment zapomniał nawet o tym, gdzie dokładnie jest i co właściwie dzieje się tuż obok. Czuł, całym sobą czuł, jak powietrze znów gęstnieje od morderczego mrozu i jak zaczyna pachnąć ozonem, ale wrażenia te nie docierały do miejsca odpowiedzialnego za wnioskowanie.
– Jurij – Rei mówił na zaszumionym tle równym, drewnianym głosem tresera dzikich zwierząt. – To niepotrzebne.
Mówił gdzieś daleko. W innej Moskwie, nie tej, w której Miguel pełzł na czworakach między trupami z każdą chwilą coraz bardziej niespokojny.
– Wtargnęliście na mój teren – uciął zimno Jurij.
– Mattie…? – szeptał Lavalier, drżącymi z przejęcia dłońmi obracając kolejne ciała. – Mattie, gdzie jesteś…?
– Nie mamy wrogich…
– Zamknij pierdolony ryj, Żółtku! – wrzask Ivanowa zacisnął się stalową obręczą na głowie Miguela. Wypuścił z dłoni płaszcz obracanego na plecy trupa. – A ty tam! Ręce do góry! Wyrzuć, co w nich trzymasz! – szron osiadł na palcach Rosjanina. – Już!
Lavalier spełnił polecenie i powoli podniósł puste dłonie, ale spojrzeniem wciąż błądził po okolicznych ciałach.
– Nie musimy tego załatwiać w ten sposób – próbował jeszcze Kon. – Chcemy porozmawiać. Sądzę, że mamy ci coś do zaoferowania.
– Nikt nie kazał wam tu przychodzić – syczał Jurij, szczerząc kły i wciąż cofając się powoli z rozcapierzonymi na kształt pazurów dłońmi. Wokół jego nóg już formowała się mała zamieć. – Spierdalajcie, póki możecie.
– Wiemy, że… – zaczął Rei, ale nie dane było mu skończyć.
– Gówno wiesz, Kon!
Nie ma jej. Nie ma jej nigdzie. Nie ma jej wśród zabitych, powtarzał głos w głowie Lavaliera. Skup się.
– Oczywiście. Nic się przez lata nie zmieniło, co, Jurij? – syknął Chińczyk na moment wytrącony z równowagi. Nawet on. Nawet ta ostoja stoicyzmu. – Nadal nikt cię nie rozumie i sam wiesz lepiej, dokąd iść.
– Nawet nie próbuj głodnych gadek, chińska małpo!
– Do cholery, przecież nie przyszliśmy rozmawiać o Jezusie! – zirytował się Miguel. – Bądź poważny!
O tym, że popełnił błąd, przekonał się pół sekundy później, gdy orał już plecami po śniegu ze szponiastymi palcami Jurija na gardle. Ivanow nie zdążył jednak wykorzystać sytuacji, bo oto zawył i sam grzmotnął o lód. Próbował się odwinąć, ale nawet nie drgnął, bezradny jak obrócony brzuchem ku górze żuk. Rei klęczał obok i opierał dwa palce o jego pierś.
– Co mi zrobiłeś…? – wycharczał Rosjanin.
– Sparaliżowałem częściowo obwodowy układ nerwowy – odparł ze stoickim spokojem Kon. – W każdej chwili mogę sparaliżować też układ współczulny i umrzesz.
– Rei! – warknął Miguel.
– Spokojnie. Tylko przedstawiam mu, jakie ma możliwości. W przeciwieństwie do niektórych – Chińczyk spojrzał Jurijowi prosto w oczy, mrużąc własne – wiem, co to cywilizacja.
Lavalier nie miał już dwudziestu lat i doskonale wiedział, że powinien trzymać język za zębami, ale nie zdołał powstrzymać gorzkiego prychnięcia, a potem słów.
– Ta, powiedział ten, który mi przeszorował ryjem po betonie.
– Nie osobiście.
– To jakaś różnica?! Pierdolę! Cokolwiek właściwie robisz, przest-
Argentyńczyk gwałtownie wciągnął powietrze w płuca i zastygł.
– To nie jest moment, w którym podnosisz na mnie głos, Miguel – wycedził Rei.
To, co rozlało się po ciele Lavaliera, nie było już tylko złością lub strachem. Nie było też po prostu frustracją. Było czymś, od czego pękały żyły, a mięśnie zalewały się kwasem. Szum w uszach wzmógł się i nie słyszał dalszej części kłótni. Widział ich tylko. Powalonego Jurija i przygarbionego czujnie, naprężonego jak kot Reia. Dwie sylwetki tak różne, jakby zrobione z zupełnie innych materiałów.
I miał, do kurwy nędzy, naprawdę miał ochotę spopielić ich obu.
– Tak czy inaczej, tego nie było w umowie – wycedził na tyle wyraźnie, na ile pozwalało mu obecne położenie.
– Sam chciałeś, żebym tu z tobą przyjechał – przypomniał zimno Rei.
– Tak. A ty się zgodziłeś. Myślałem, że mamy zbieżne cele.
Miguel poczuł, jak więzy oplatające nerwy zaczynają się powoli rozluźniać. Stopniowo, jakby Rei chciał się upewnić, że nie padnie ofiarą odwetu, co Lavalier skwitował prychnięciem i wywróceniem oczu.
– Doprawdy, stary. Za kogo ty mnie…
Ale Jurij miał inny pomysł na przełamanie impasu. Ledwie był w stanie to zrobić, zerwał się i lód znów zatańczył wokół niego, gdy rzucił się z kłami na Reia.
Tylko że po drodze natknął się niespodziewanie na Miguela i opadł na śnieg bez przytomności.
– Jasna cholera… – szepnął Kon. – Gdzieś ty się dorobił takiej pięści?
– Dokładnie tam, gdzie nauczyłem się skręcać karki – odburknął Lavalier, sprawdzając puls Ivanowa, a potem zaglądając mu pod powiekę. – Dobra, będzie żył… Jezus Maria, naprawdę… Musieliście to pogorszyć! Niby taki mądry, kurwa! Sam Bai Hu mi nasrał do mózgu!
– Miguel.
– Czego!
– Jeszcze mogę zmienić zdanie – Argentyńczyk poczuł, jak po jego żebrach przebiega elektryczny dreszcz.
Zacisnął zęby, aż zgrzytnęły.
– Nigdy. Więcej. Tego. Nie rób – wycedził.
– Więc mnie do tego nie zmuszaj.
– Więc przestań wszystko rozpierdzielać!
Rei nie odpowiedział.
– Co z Mattie?
– Co? – nie zrozumiał Kon.
– Z Mathildą. Nigdzie jej nie widzę.
Chińczyk przekrzywił głowę i otworzył usta, ale cokolwiek zamierzał powiedzieć, zrezygnował w ostatniej chwili.
– Sądzę, że ją zabrali – wybrał inną opcję. – Przegrupowują się, powinniśmy stąd iść. Naprawdę. Porozmawiamy później o… – zawahał się. – O wszystkim.

Wiedeń
Było to na swój sposób zabawne, że nieobecność jednej osoby zdawała się odczuwalna znacznie bardziej niż obecność wszystkich pozostałych. Jakby Olivier uparcie zajmował jeden z wyściełanych bladobrzoskwiniowym atłasem foteli i nie chciał wyjść poza hotelowy pokój, gdzie było jego nowe miejsce. Bezczelnie rozlewał się cieniami po ścianach, czaił za meblami i w komentarzach, które – choć niewypowiedziane – i tak brzęczały w głowach, bo padłyby z całą pewnością.
– Wytłumaczcie mi, o co właściwie chodzi – zażądała Emily, bezbłędnie trafiając ręką do miseczki z orzeszkami. Miseczka była kunsztowna, ręcznie malowana i tak plebejska przekąska w środku aż kuła w poczucie decorum. – Dlaczego go tu nie ma.
Johnny odruchowo odwrócił się w kierunku Roberta, ale to nie był człowiek, z którym wymieniało się porozumiewawcze spojrzenia i Szkot po raz kolejny boleśnie sobie o tym przypomniał.
– Powiedzmy, że… – zaczął niezręcznie.
– Są pewne poszlaki wskazujące na to, że może być zdrajcą – dokończył za niego Jürgens, nie bawiąc się w delikatność. Odkąd Clara opuściła Wiedeń, wrócił dawny Jürgens, na którego twarzy trudno byłoby szukać emocji czy śladów zmęczenia.
– Wy chyba nie jesteście poważni! – wybuchnęła York. Cokolwiek naznaczało jej twarz, czy to była złość, czy tylko irytacja, dodało jej kolejnych parę lat. Jakby nie wystarczyły podkrążone oczy, spierzchnięte usta i zaczesane niedbale włosy, związane gumką w śmiesznie nędzną kitkę.
– Emi…
– Nie jęcz mi nad uchem, Johnny! Czy wam do reszty powykręcało mózgi?!
Nie było odpowiedzi. Zapadła cisza i dało się słyszeć jedynie zacinający na zewnątrz marznący deszcz. Pogoda utrzymywała się paskudna, coraz gorsza z każdym dniem i światło w pokoju trzeba było zapalać na długo przed zachodem słońca. O jakimkolwiek zwiedzaniu Wiednia oczywiście nikt nawet nie myślał, zresztą McGregor dał już do zrozumienia, że nie chce słyszeć o żadnych samotnych eskapadach poza teren hotelu.
– Problem polega na tym, że wyciekły informacje, które miał tylko on – powiedział wreszcie Robert, patrząc profesor prosto w zmęczone oczy. – I są to informacje, które stawiają mnie w bardzo złym położeniu.
– Jakie?
– Dotyczące mojej rodziny i kontaktów mojego ojca z Rosjanami. Będzie jeszcze czas, żeby o tym porozmawiać.
Emily zacisnęła usta, ale ostatecznie nie zaprotestowała.
– Musiało być inne źródło – stwierdziła.
– I nie wykluczam, że było. Ale Olivier niewątpliwie zajmuje pierwsze miejsce na liście podejrzanych. I wciąż jedyne.
Przetarła twarz dłońmi, przypomniała sobie, że prawą ma brudną od tłuszczu i soli, zaklęła siarczyście. Johnny bez słowa podał jej chusteczki, które wyszarpnęła pełnym złości ruchem.
– Ale wiecie, co właśnie zrobiliście? – syknęła. – Wykluczyliście go teraz. TERAZ. Kiedy mamy mówić o najważniejszych rzeczach i być może zadecydować o wszystkim. Tego się nie da odwrócić.
– Nie mieliśmy wyjścia.
– Gówno, nie mieliście! – York zerwała się z fotela.
Robert chciał powiedzieć coś więcej, ale Johnny powstrzymał go gestem. Wiedział, że ta nagła erupcja frustracji musi po prostu minąć i minie sama, bo w końcu oglądał takie wybuchy przez bitych szesnaście lat.
Emily tymczasem chodziła po pokoju i mruczała coś do siebie. Rwała w dłoniach chusteczkę z zapamiętaniem, jakie należało się najgorszemu wrogowi.
– To będzie nie do odwrócenia – powtórzyła, przystając nagle i wbijając wzrok w sufit. – Nawet, jeśli Olivier zrozumie, dlaczego znalazł się na marginesie, bo może zrozumie. Jest mądrzejszy od was obu razem wziętych. Ale to niczego nie zmieni. – Zaczęła sobie bezwiednie wyłamywać palce. Zmrużyła oczy, jakby zamiast nieskazitelnej bieli farby widziała coś zupełnie innego. – Zaufanie zostało nadszarpnięte. Po obu stronach. Ja bym wam tego przynajmniej nie zapomniała.
– Tak czy inaczej, stało się – podsumował McGregor. – Nie traćmy na to teraz czasu.
Emily zmierzyła go spojrzeniem, które mogło zabić, ale wróciła na zajmowany wcześniej fotel. Miseczkę z orzeszkami zgarnęła ze stolika i położyła sobie na kolanach, obejmując lewą ręką, jakby ktoś mógł jej to zabrać.
Albo jakby po prostu potrzebowała się czegoś chwycić.
– Więc? – burknęła.
– Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza stracę stanowisko w przeciągu dwóch, trzech miesięcy – zaczął perorować Robert. Upiornie spokojnym głosem, zważywszy na to, o czym mówił. Chociażby ten fakt wskazywał, że zastanawiał się nad sprawą długo i głęboko. – Może uda mi się to jakoś przeciągnąć, ale niewiele. Przełom roku to będzie gorący politycznie okres tak czy inaczej. Stracimy sporą część możliwości i źródeł dofinansowania. Do tego czasu trzeba wyciągnąć z obecnego położenia, ile się jeszcze da, i przygotować plan awaryjny.
– Coś grozi programowi Ares? – York ściągnęła brwi.
– Wszystko. Stracimy dostęp do chronionych systemów, prawdopodobny jest wyciek danych, jeśli wcześniej nie zostaną zabezpieczone, a najlepiej zniszczone.
– Kurwa. Nie są gotowe…
Johnny’emu wydało się znamienne, że pomyślała właśnie o tym. Nie o zagrożeniu, w jakim sama się znajdzie, nie o możliwej aferze i procesie, które zapewne złamią jej naukową karierę, a właśnie o tym – że nie skończyła dzieła.
– Jesteś w stanie przygotować je do walki? – spytał Robert, patrząc na nią uważnie znad złożonych dłoni.
– Tak. Nie. Tak. Nie do końca. Nie będę mogła zagwarantować, że wszystko działa jak należy. Są sprawne, działają, mają sporą siłę rażenia, ale nie są tak bezpieczne, jak bym chciała i nie wiem, ile w tym względzie osiągnę przez dwa miesiące.
– Więc będziemy liczyć na szczęście.
– I ty to mówisz? – Emily zmarszczyła czoło nie tylko zaskoczona, ale też wyraźnie niezadowolona.
– A mamy inne wyjście? Będzie wojna. Wiesz o tym równie dobrze, co ja. – Jürgens westchnął. Wyprostował plecy, aż coś w nich zgrzytnęło. – Przecież o to chodzi części z tych, którzy wykorzystują sytuację, żeby mnie zdyskredytować. Słusznie czy nie, mam opinię zwolennika pokojowych rozwiązań i utrzymywania stosunków dyplomatycznych tak z Chinami, jak i z Rosją.
– Chin już praktycznie nie ma – przypomniał Johnny.
– Ale jest polityczno-wojenny kocioł, który w każdej chwili może wybuchnąć. Nawet Rosjanie nie przestali patrzeć na wschód.
– O czym mówisz, Robert? – spytała Emily.
– Sygnały z Rosji są coraz wyraźniejsze – podjął. – Kai zbroi już nie tylko swój teren, ale też sojuszników. Wygląda, jakby spodziewał się skomasowanej ofensywy ze strony Chin i tego, że Rei nie tylko nie zginął, ale jeszcze się odgryzie i za cele obierze raczej peryferia o znaczeniu strategicznym. Co oczywiście jest ze wszech miar prawdopodobne. Trzy miesiące temu Kai rozpoczął coś jak program uniezależniania energetycznego pewnych obszarów.
– To znaczy?
– Roboczo nazywamy to programem „Żarówka” i nie śmiej się, Olivier to wymyślił – zastrzegł Johnny, nim zorientował się, jaki to wywrze efekt i nieobecność Francuza znów odbiła się chwilą ciszy i nerwowych chrząknięć. – W skrócie, jak się domyślasz, chodzi o to, żeby odebrać Reiowi możliwość sparaliżowania sieci energii elektrycznej. Kai oferuje więc swoim sojusznikom coś jak… akumulatory z Połączonych. To bardzo słabi bojowo Połączeni, najprawdopodobniej nie byliby żadnym problemem ma polu bitwy, bo ich syntetyki zostały inaczej pomyślane. Ich podstawą jest oczywiście Storm Pegasus, ale jakoś skalibrowany. Ustabilizowany, że tak powiem. W jakiś sposób udało im się stworzyć mutanty generujące prąd stały.
– Jezu…
– No, jak widzisz, interes mocno poszedł do przodu.
– Widzę.
– Badania prowadzono najprawdopodobniej na Syberii. Zapewne w Norylsku, skoro to jedno z miast, które… – McGregor urwał.
– Które co? – zirytowała się Emily.
– Doszło do kolejnych ataków – wyjaśnił Robert. – Tym razem na terenie Rosji. Nie ma aż tylu ofiar, cele dobierano raczej wojskowe, ale…
– Ale pojawiają się pytania, gdzie i kiedy wybuchną następne bomby – dokończyła York.
– Właśnie. A to daje do ręki broń zwolennikom wojny.
Bellum parate, quoniam pace pati non potuistis… – szepnęła Emily.



Moskwa Nie odzywali się do siebie kolejną godzinę. Zaimprowizowane sanie szurały o śnieg i lód, puch skrzypiał pod podeszwami ciężkich butów i to był właściwie jedyny odgłos, jaki dało się usłyszeć w promieniu kilku, kilkunastu, może kilkudziesięciu kilometrów. Jeszcze oddechy. Głośne od mrozu i zmęczenia, choć ciężar nie był duży – z pewnością mniejszy, niż można by się spodziewać po dorosłym, wysokim mężczyźnie. Poza tym nic – nawet krakania wron. Jakby cała Moskwa zamarła i zapadła w upiorny letarg razem ze swoim władcą.
– Pozabija nas, kiedy się obudzi – mruknął wreszcie Miguel, zerkając przez ramię na ułożony na płozach kokon.
– Jeśli nie zostawi mi wyboru, będę szybszy.
Prychnął i obrzucił Reia gniewnym spojrzeniem.
– Generalnie nie pomagasz sytuacji – stwierdził.
– Tu nie ma miejsca na półśrodki. Sam widziałeś. I to nie ja przestawiłem mu szczękę.
– Od początku nie pomagasz sytuacji.
– A jak byś to niby widział inaczej?
Miguel zacisnął spierzchnięte wargi. Nie wiedział. Taka była prawda – nie wiedział. Nawet cofając się myślami te kilka godzin wstecz – już z dystansu – nie potrafił napisać w głowie innego scenariusza. Może to było zmęczenie, ten nieustający szum, ta opuchlizna wypełniająca szczelnie ubranie i okresowa utrata czucia w palcach i to mimo faktu, że po tym, jak Jurij stracił przytomność, Moskwa wyraźnie się ociepliła. Ale istniała też inna, co najmniej równorzędna opcja. Taka, że to wszystko naprawdę nie miało szansy się udać, wcale się nie udało, a teraz to już tylko desperackie szarpanie resztek i niezdolność przyznania się do przegranej. To po prostu nie było na głowę Miguela. Nigdy nie było. Nie potrafił przewidzieć niczego, nie potrafił wykorzystać w terenie niespodziewanych okazji. Dał się rozproszyć. Pozwolił się przytłoczyć bałaganowi z wnętrza własnej głowy i przegrał, gdy Rei przejął kontrolę nad sytuacją.
Przegrał, gdy zobaczył twarz Mathildy.
Zresztą mieli tego w ogóle nie przeżyć, prawda? Więc może – paradoksalnie – był to jakiś sukces, choć gorzki jak pigułki, których zostało jakoś tak mało.
– Rozwiążmy go chociaż.
– Jest nieobliczalny.
– Wiem. Ale zagoniony w róg będzie nieobliczalny jeszcze bardziej. Myśl o nim jak o zdziczałym psie. To naprawdę nieco pomaga go zrozumieć.
Rei milczał chwilę i Miguel już zaczął się łudzić, że może jednak odniósł mikroskopijne zwycięstwo, ale wówczas brwi Chińczyka zmarszczyły się.
– Nie.
– To zabawne, że w ogóle pytam się o zgodę – fuknął Lavalier.
– Wiesz, że jestem silniejszy – wzruszył ramionami Kon. – Przecież to jest powód, dla którego mnie na to namówiłeś. Nagle przestało ci się podobać, bo przestało być po twojemu? Podaj mi jeden powód, dla którego miałbym zachowywać się inaczej. Poza tym to Jurij przerwał scenariusz.
– To, że był agresywny, nie powinno cię zaskoczyć.
– Nie mówię, że mnie zaskoczyło. Mówię, że przerwało scenariusz.
Miguel nie odpowiedział. Frustracja wspinała się po kręgosłupie. Powoli, zaczepiając ostre pazury o każdy kolejny kręg, drapiąc kość, drażniąc rdzeń, rozpalając nadnercza płomieniem z noradrenaliny. Ściskała żebra, aż nie pokruszyły się i nie zatkały płuc odłamkami.
A mimo to szedł dalej. Krok za krokiem, z opuszczoną głową, jak niewolnik. Sparaliżowany niemożnością podjęcia decyzji bardziej niż jakimikolwiek kajdanami, jakby nagle wyczerpał cały życiowy przydział desperacji i buty, która tyle razy kazała walić głową w pozornie niemożliwy do przebicia mur.
Teraz, kiedy na drodze stał tylko jeden człowiek, tylko jedno w dupę sobie wsadź, to przecież nigdy nie miało dla ciebie znaczenia, została mu tylko garść popiołu powoli wysypującego się spomiędzy palców zaciśniętych w ostatnim odruchu obrony.
I świadomość, że słowa te były by tylko żałosnym skomleniem bezsensownego buntu. Jakby kiedykolwiek wcześniej stanowiło to problem. Jakby mało było histerycznych szarż.
I jakby mało było godzin w szatniach spędzonych ze słuchawkami na uszach, w których nie było żadnej muzyki, tylko cisza. I mało było momentów zamykania się w publicznych kiblach, byleby uciec od spojrzeń wrażających jakieś oczekiwania. I mało było nocy spędzonych nie w łóżku, a gdzieś, gdziekolwiek, na dachu, na schodach, w kącie za biurkiem, żeby na moment poudawać, że rzeczywistość się wykoleiła.
– Miguel – westchnął Rei. – Zależy ci na nim, czy na tym, żeby nie miał do ciebie żalu? Bo to różnica. I jeśli zależy ci na nim, to przyjmij do świadomości, że prawdopodobnie będziemy zmuszeni działać wbrew jego woli do końca.
– Nie podoba mi się to. – Lavalier zacisnął wargi.
– Wiem. Wyraziłeś się jasno i wielokrotnie.
Ale nigdy dość. Nigdy dość, żeby wyrzucić to z głowy.
Argentyńczyk raz jeszcze niemal mimowolnie spojrzał przez ramię na sanie. Z tej perspektywy widać było jedynie wystające z rulonu splątane rude włosy. Tłuste. W ogóle Jurij cuchnął potem i piżmem. Musiał żyć jak zwierzę. Pewnie trochę z musu, a trochę jednak z wyboru. Prawdopodobnie był już bardziej wilkiem niż człowiekiem – jeszcze bardziej niż wówczas, gdy widzieli się po raz ostatni.
I może obiektywnie Rei miał rację, że tak samo jak dzikie zwierzę nie potrafi odróżnić ludzi od ludzi – myśliwych od tych, którzy zadają ból, by leczyć. Może. Ale Jurijowi zależało na tak niewielu rzeczach w życiu, a swoboda zdecydowanie zajmowała jedno z pierwszych miejsc. O ile nie pierwsze. Ograniczanie jej było jak zbrodnia.
Kolejna zbrodnia.
Kolejny zawód.
– Jeśli zaatakują nas po raz drugi… – zaczął Miguel, ale urwał, uświadomiwszy sobie nagle, że nie do końca wie, w którym kierunku zmierzają jego własne myśli. Potarł z roztargnieniem czoło.
– Hm?
– Mattie. Myślę o Mathildzie.
Rei drgnął nerwowo, na moment stracił rytm kroku.
– O tej Połączonej.
– Tak. Przecież mówię.
– To nie jest…
– Poznałem. Dałbym sobie głowę uciąć – Miguel zaczął mówić szybko i nerwowo, jakby bał się, że słowa znów mu pouciekają. – Pierce. Znam ten sposób… No wiesz… Czasem po prostu rozpoznajesz Bestię.
– Ale to nie była Mathilda.
Miguelowi zadrżała szczęka, ale nie powiedział niczego.
– To dziecko. Może nastolatka. Ile lat miałaby Mathilda?
Cisza trwała i trwała. I było tylko szuranie płóz, i tylko skrzypienie śniegu pod podeszwami.
– W każdym razie… – zaczął Lavalier szeptem. – Nie pozwól, żeby cię dotknęła. Matte po Połączeniu… Małe rzeczy najpierw. Zatruła jakąś roślinę w doniczce. Potem wykończyła chomika. Potem zaczęła nosić rękawiczki i tylko długie rękawy. Nawet, kiedy było ciepło, nie zdejmowała kurtki.
– Rozumiem.
Skrzypienie, szuranie, wreszcie jakieś krakanie z oddali.
– Przykro mi – powiedział jeszcze Kon bardzo cicho. – Z wielu powodów mi przykro. Naprawdę.
– Doceniam – odparł Miguel i odwrócił wzrok.



Paryż
Madame Mhalangu…
– Generał-lejtant Mhalangu – poprawiła i spojrzała na niego zimno. – Coś panu przeszkadza, panie Polangue?
– Prócz tego, że jest pani zbrodniarzem wojennym i człowiekiem imperialistycznego reżimu, absolutnie wszystko w porządku – Olivier uśmiechnął się szeroko. – Ślicznie pani wygląda, pani generał-lejtant.
Wiedział, że to nie jest to, co chciałaby usłyszeć. W sali pełnej wystrojonych na zachodnią modłę kobiet oraz mężczyzn ostentacyjnie i dumnie nosiła mundur rosyjskiej armii. Zamiast biżuterii w świetle kryształowych lamp przeglądały się tylko wypolerowane medale na piersi.
Modowy smak Oliviera cierpiał więc katusze, nawet wziąwszy pod uwagę fakt, że ostatnie trendy wyraźnie zmierzały ku akcentom militarystycznym, jakby projektanci szybciej pogodzili się z nieuniknioną już wojną światową niż polityczni przywódcy. Niemniej i w nieciekawym opakowaniu trudno było odmówić Mhalangu urody, której nie straciła nawet wobec faktu, że – jak głosiła plotka – po kuracjach w Opactwie jest już w jednej trzeciej napędzaną przez elektryczną Bestię maszyną. Jej ciemna skóra i afrykańskie rysy wyraźnie odbijały się na tle bladych, mdłych twarzy Europejczyków, a bujna figura ściągnęła niejedno odrobinę za długie jak na dobre maniery dyplomatów spojrzenie.
– A zatem to pani jest osobą towarzyszącą Ivana Papowa – ciągnął Polangue najniewinniejszym ze swoich tonów.
– Generała Papowa.
– Zaskakujące. W kuluarach spekulowano, czy nie przyjdzie z którymś z kotów Feldmarszałka. Podobno to bardzo urocze zwierzęta.
Oczy Rethy zmrużyły się gniewnie i Olivier dopisał punkt po swojej stronie tabelki.
– Doprawdy, trudno zliczyć poziomy, na których mnie pan obraża, panie Polangue.
Dopisał także drugi.
– W życiu bym nie śmiał! – Uniósł dłoń w obronnym geście.
– Niech pan ze mną nie pogrywa.
Olivier musiał przyznać, że spodziewał się bardziej zacietrzewionego tonu i Retha nieco go zaskoczyła stopniem opanowania. Cóż, może przez lata przebywania w dość specyficznym towarzystwie zwyczajnie wyrobiła sobie nerwy ze stali.
Albo dosłownie miała nerwy ze stali, kto ją tam w sumie wiedział.
– Pani generał-lejtant, pani zupełnie niepotrzebnie szuka wrogów tam, gdzie ich nie ma – odparł Polangue i uniósł do ust kieliszek z szampanem. – Jeśli o mnie chodzi, jestem pani wiernym, wiecznie zadziwionym fanem. Ale proszę mi powiedzieć szczerze… Brak obcasów dziś to ze względu na wzrost generała, prawda?
– Nie – wycedziła. – Nie ma dla mnie ubioru godniejszego niż mundur.
– Zwłaszcza mundur armii krwawego dyktatora zawsze zrobi wrażenie – przytaknął Olivier.
– Mógłby pan chociaż zachować pozory – odparła zimno Retha. – Jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że skoro wysoki rangą dyplomata zachowuje się w ten sposób, Francja ma coś wspólnego z ostatnimi bestialskimi atakami na Rosję.
Polangue uśmiechnął się szeroko.
– Używa pani ciekawych słów – zauważył – acz mogę zapewnić, że Słodka Francja nie zniżyłaby się do czegoś podobnego.
Tak, jakkolwiek absurdalne nie byłyby zarzuty Mhalangu, fakt pozostawał faktem, że druga seria ataków – tym razem skierowanych przeciwko Rosji – ponownie zatrzęsła planszą. Do tej pory część komentatorów twierdziła jeszcze, że za tragedię w Chinach może odpowiadać Hiwatari, ale teraz, ponieważ sam ucierpiał – podobno został nawet raniony – automatycznie wypadł z grona podejrzanych.
Tym śmielej oskarżano o całe zło Roberta.
Olivier po raz kolejny przeklął w myślach swoje niedoinformowanie. To znaczy, hm, miał swoje źródła, oczywiście. Źródła, z których zresztą sekretarz generalny niejednokrotnie bez skrępowania korzystał, ale żadna z tych szpiegowskich macek nie sięgała do gabinetu Jürgensa, bo po prostu nigdy nie było to potrzebne – pomijając już fakt, jak byłoby też nieeleganckie i nieuczciwe wobec wieloletniego przyjaciela.
I nagle Polangue znalazł się poza obiegiem informacji. Nie miał pojęcia, co planuje Robert. Nie wiedział nawet, co planuje Johnny, a to było już szczególnie podejrzane. Kiedy spróbował skontaktować się z Emily, okazało się, że ta opuściła Ettaler Forst.
Coś się działo. Coś się ewidentnie działo i to za jego plecami, a tymczasem to on był w posiadaniu kluczowych informacji i siatki szpiegów. Nie istniał żaden logiczny powód, dla którego sekretarz generalny miałby się pozbawiać takiego narzędzia.
– Biedna Słodka Francja, taka wrażliwa – gorycz w głosie Rethy przywróciła Oliviera do rzeczywistości. – Zapewne serca wam krwawią, kiedy mieszacie się do spraw Afryki i tuszujecie handel niewolnikami. Och, ale może nie powinnam mieszać tych spraw, w końcu to wasze kolonie, prawda? A z Rosją to jak biały z białym, taką krew trudniej się zmywa z rąk.
– Pani wysuwa bardzo brzydkie oskarżenia – skrzywił się Polangue, ale w duchu przyznał jej rację. Te słowa, wypowiadane przez czarnoskórą kobietę tu, w rosyjskiej ambasadzie w sercu Paryża, nabierały szczególnie bolesnego wymiaru.
Co prawda można by podjąć licytację. Przypomnieć o działaniach Moskwy na Bliskim Wschodzie choćby, w Gruzji albo w Osetii, ale to donikąd nie prowadziło. Nie zmazywało afrykańskich win Francji, za które Olivier może nie odpowiadał osobiście, ale które nagle poczuł całym sobą.
– Och, widzę, że przeszkodzę w przemiłej konwersacji.
Głos Papowa wślizgnął się między nich jak żmija przed wylinką – sucha i szorstka w dotyku. Olivier w ostatniej chwili zdołał powstrzymać mrużące się oczy.
Od początku mu się to nie podobało – dwoje Połączonych, takich Połączonych obecnych na dyplomatycznym przyjęciu wydawanym przez rosyjską ambasadę. Oczywiście miejsce spotkania wykluczało opcje zamachowe – jakakolwiek afera w obecnym położeniu Hiwatariego byłaby jak strzał w stopę – ale Polangue widział już nieco za dużo, żeby wierzyć w przypadki.
Zwłaszcza że dostał imienne zaproszenie. Niemożliwe do zignorowania.
Owszem, nie było to nic zaskakującego, bo należał do jednego z najstarszych i najbardziej poważanych francuskich rodów, obracał się w elicie, często uczestniczył w bardziej i mniej oficjalnych spotkaniach – to w końcu umożliwiało mu pracę dla Roberta w charakterze zawsze otwartych oczu i uszu.
– Moja droga – Papow zwrócił się do Rethy, a Olivierowi nie umknął cień obrzydzenia, jaki przemknął po jej twarzy jak jaszczurka po kamieniu. – Zostawisz nas samych?



Moskwa
Suchość w ustach – to dotarło do niego pierwsze.
Potem była suchość w kościach. Dziwne uczucie. Jakby miał szkielet zbudowany z rozszczepiających się desek. A potem się poruszył i coś potarło nadgarstki.
Ciało zrozumiało, że to więzy, zanim zrobił to umysł.
Jurij szarpnął się, a z jego piersi wszedł zwierzęcy ryk wściekłości i frustracji. Zaczął się wiercić, szukać słabych stron oplatającej go konstrukcji, ale ktokolwiek ją zaplótł, wiedział, co robi. Plecami Ivanow przylegał do miejskiej latarni, pod tyłkiem miał jakiś materiał, może śpiwór, może kurtkę. Parę kroków dalej płonęło ognisko.
Rosjanin ryknął ponownie i zgasło w migotliwych pękach iskier, gdy uderzył w nie mroźnym wiatrem.
– Dzięki.
Głos dobiegł zza jego pleców.
Nie chciał go słyszeć.
Wolałby usłyszeć inny. Najlepiej tłumaczący, dlaczego na to pozwala. Ale Wolborg milczała.
Wolałby wierzyć, że wszystko to, co wypluwała z siebie jego pamięć w nagłych spazmach pełnych żółci, to tylko zwidy i szaleństwo.
Śnieg zaskrzypiał pod podeszwami butów. Jurij zobaczył dwie wyłaniające się zza jego pleców łydki w ciepłych spodniach polowych. Chciał wgryźć się w jedną z nich, rozpruć materiał, wyszarpać kawał mięsa i wypluć z odrazą, ale nie sięgnął. Bezsensowna, odruchowa próba odskoczenia poza zasięg kłów rozlała się jednak po jego żyłach cieniem gorzkiej satysfakcji.
– Rozwiąż mnie – zawarczał Ivanow, nie podnosząc głowy, patrząc na wysokie buty spod zmarszczonego gniewnie czoła.
Nie chciał widzieć tej twarzy. Nie chciał widzieć oczu – tak uderzająco jasnych na tle złotej skóry, niby uszkodzonych, a zawsze patrzących bardziej – i zapewne bezwiednie zaciskanych pięści. Nie chciał widzieć tego, co znajome i fałszywe.
– Chciałbym, Jurij.
– Więc dlaczego tego nie robisz?
– Bo tu nikt nie robi tego, czego by chciał. To główny punkt imprezy.
Z gardła Ivanowa wydobył się dziwny, rozwleczony dźwięk, który nawet jemu nie wydał się ludzki. A mimo to bardziej naturalny niż słowa – kanciaste i koślawe – których znów zmuszony był używać nie tylko we wnętrzu własnej głowy.
– Śmierdzisz strachem – splunął Argentyńczykowi pod nogi.
– To bardzo możliwe. W końcu wiem, że ryzykuję. – Miguel podszedł do rozwalonego ogniska i zaczął układać je na nowo ze zgromadzonych nieopodal pod murem łatwopalnych śmieci. Ręce trochę mu drżały. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę benzynową, bezwiednie obrócił ją w dłoniach, nawet nie patrząc w tamtą stronę. Ułożyła się w palcach sama, jakby zawsze tam było jej miejsce. – Naprawdę chciałem, żeby było inaczej, Jurij.
– Wiesz, że gówno mnie to obchodzi.
– Wiem – Lavalier wzruszył ramionami. – Ale nie mogę cię rozwiązać. Jestem ci potrzebny tak długo, jak długo potrzebny ci jest ktoś, kto może to zrobić. Ty z kolei wiesz, że mnie masz szansę przekonać, a Reia nie przekonasz nigdy. Jak homeostaza. – Jurij nawet drgnięciem powieki nie zdradził się, że nie zrozumiał ostatniego słowa. – Ale są jeszcze inne aspekty tej sytuacji. Wciąż nie dałeś sobie powiedzieć, co tu robimy i co mamy ci do zaoferowania.
– Poza związaniem? Bo to akurat nie jest zabawne.
Lavalier spojrzał z ukosa bardzo wymownie, ale nie odpowiedział.
– Chyba nie oczekujesz ode mnie, że zaufam komukolwiek, kto mnie związał – syknął więc Rosjanin. – Albo kto na to pozwolił.
– A gdybyśmy tego nie zrobili? – Coś w porażająco nieruchomej twarzy Miguela wreszcie się zmieniło. – Uciekłbyś, Jurij? Pozabijał nas? Ona – zmierzył więźnia wzrokiem – by nas pozabijała? Nie pozwoliłbyś mi dokończyć jednego zdania.
– Więc, kurwa, skończ ten przydługi wstęp.
Miguel przewrócił oczyma, ale przełknął.
– No więc ani Rei nie jest tu jako cesarz, ani ja nie jestem jako człowiek Roberta. Obaj… trochę zboczyliśmy z kursu. I nie przychodzimy do rosyjskiego generała, a przynajmniej taką mam nadzieję. Jeśli o mnie chodzi, jasna strona Mocy wyruchała mnie tak samo jak każda inna. Mam lepszą propozycję.
– Jaką.
– Rozpierdolić wszystko w trzy dupy. W tym jesteśmy najlepsi.
Jurij milczał długą chwilę. Patrzył uważnie zmrużonymi oczyma, choć obiecał sobie wcześniej, że nie spojrzy na tę twarz.
– Gdzie Rei?
Miguel wskazał głową jeden z budynków.
– Patroluje teren – odparł. – Ma lepszy wzrok niż ja.
– Trudno mieć gorszy. Zostawił biednego Kapturka na pastwę złego wilka? – Jurij uniósł lekko górną wargę. Błysnęły kły, lewy od lat ułamany.
– To nie jest zabawne.
– Wiem, że nie jest. Jadłem już ludzkie mięso.
Miguel wzdrygnął się z odrazą.
– To zawsze było dla ciebie trudne – powiedział – ale zachowaj minimum powagi.
– Podoba mi się, że śmierdzisz strachem.
– To świetnie. Więc ja będę śmierdział, a ty słuchaj. Oni znowu to robią. Dzieciakom. Ta dziewczynka. Wcześniej był chłopak. W Pekinie. Nie... – Miguel odwrócił wzrok. – Nie przeżył. Ktoś znowu przeprowadza Połączenia i nie robią tego ani Chińczycy, ani ludzie Roberta. Robi to ktoś, kto chciał sprzątnąć ciebie, a wcześniej Reia, najlepiej z połową kraju. I wiem, nie oszukasz mnie, że to dla ciebie nie jest obojętne. Do cholery, przecież naprawdę dzieją się rzeczy dla nas ważniejsze niż ta cała głupia wojna.
– Śmierdzisz też chorobą – Jurij niespodziewanie wpadł mu w słowo.
– Co? – Miguel spojrzał na niego, jakby zobaczył pierwszy raz w życiu.
– To, co powiedziałem. Śmierdzisz strachem i chorobą.
– To skręć nieco klimę. Jaja mi zaraz odmarzną.
– To nie to.
– Ja nie choruję, Jurij. Próbujesz zmienić temat? – Lavalier uniósł brew. – Dlaczego?
– Nie próbuję, po prostu zauważyłem, co zauważyłem.
Niebieskie oczy Argentyńczyka zmrużyły się, jakby próbował coś przeanalizować.
– Mhm – podsumował elokwentnie.
– Wróć do tematu.
Ognisko zapłonęło nieco pewniej, choć drewno i papier wydawały się zbyt wilgotne na tak silny płomień w tak krótkim czasie. Miguel stał przy nim chwilę, a potem sięgnął do paska.
– Rozetnę więzy – zadecydował wreszcie.
– Już się nie boisz?
– Boję się. Najwyżej zamordujecie mnie obaj. Mogę przyjmować zakłady, który pierwszy. Nic gorszego się nie stanie, a naiwnie wierzę, że udało mi się zarzucić haczyk.
– Może.
– Mam nadzieję, że Rei nie patrzy…
Lavalier podszedł do latarni, kucnął przy plecach Ivanowa i zaczął w skupieniu piłować sznur.
– Co wiesz o rosyjskich programach? – spytał Jurij, obserwując go kątem oka.
– Współczesnych? Prawie nic – przyznał Argentyńczyk. – Jeśli myślisz, że miałem dostęp do tego, co Robert i reszta wiedzą w tej sprawie, to grubo się mylisz. Ale te dzieciaki nie są raczej od was, nie?
– Nie są, tu masz rację. Zastanawiam się tylko, skąd założenie, że mnie to ruszy.
Więzy wreszcie pękły. Rosjanin złapał się za nadgarstek, potarł obrzmiałą skórę.
– Przecież to oczywiste, Jurij.
Ciało wyprężyło się, poruszyło szybko, dużo szybciej niż byłoby to możliwe w przypadku normalnego człowieka. Uderzenie wypchnęło Lavalierowi powietrze z płuc, palce na gardle nie pozwoliły na uzupełnienie zapasu i spojrzenie szybko stało się mgliste.
– Wiedziałeś, że ryzykujesz – zawarczał Jurij tuż nad jego twarzą. – Wiedziałeś, że zrywasz bezpieczny układ, który chroni głównie ciebie. Dlaczego? – Niespodziewanie rozluźnił dłoń i zabrał ją z szyi Argentyńczyka. – Pojebało cię do reszty? – spytał, patrząc na wstrząsane kaszlem ciało. – Co z tobą zrobili, młody?
Załzawione oczy spojrzały na niego z ukosa.
– Nic, co zrobiłoby na tobie wrażenie – padła chrapliwa odpowiedź. – Nie możesz po prostu uznać, że robię, co uważam za słuszne? – Miguel pozbierał się na kolana, otrzepał niezdarnie drżącymi dłońmi. – Kiedy decydowałem się, że tu przyjdę, nie wiedziałem o tych Połączonych. I nie wiedziałem, że będzie ze mną Rei. Chciałem… Chciałem przedstawić ci pewną propozycję.
– Jaką.
– Może jest sposób na wyciągnięcie cię spod kontroli. Nie wiem, nie mam pewności, ale myślę, że jest szansa.
Jurij poczuł, że reaguje tylko jego ciało. Cofnęło się gwałtownie, powietrze uciekło z płuc, ale umysł pozostał całkowicie pusty.
– I wiem, w co grasz – burczał dalej Argentyńczyk, błądząc wzrokiem po swoich dłoniach, stopach i ogólnie pojętej okolicy. – Próbujesz mnie odstraszyć. Przekonać, że jesteś nieobliczalny, straszny i co nie tylko. Ja pierdolę, taki jestem zły, jadłem ludzkie mięso, zaraz zjem ciebie, Kapturku. Wpierdolę cię w śnieg raz, drugi, Boże, to już nudne, naprawdę, stary. Zapominasz, że ja już to znam. Już to widziałem i nie jesteś w stanie mnie przestraszyć. Nie tak, żebym uciekł. I że wiem, na czym ci zależy.
– Miguel…
– Nawet nie próbuj – warknął przez zaciśnięte zęby, z twarzą nagle wykrzywioną gniewem. – Myślisz, że bym tu, kurwa, przylazł, gdybym nie wiedział?!
– Wiesz też, co mogę ci zrobić, niekoniecznie dlatego, że będę tego chciał.
Wiedział, oczywiście. Zdradzała to jego twarz, zaciśnięte pięści, wzrok znów uciekający w pustkę, może we wspomnienia niespodziewanej zdrady w momencie, w którym najbardziej potrzebował wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ułamek sekundy później sam zorientował się, że ulega nawykom i wpakował dłonie do kieszeni.
– To naprawdę jest ryzyko, które mogę podjąć – przyznał cicho, kołysząc się na piętach. – Skalkulowałem je, serio. Nie przychodzę tu tak do końca na krzywy ryj, jestem już dużym chłopcem, potrafię myśleć o konsekwencjach.
– To znaczy, że coś to ryzyko równoważy – Ivanow zmrużył oczy podejrzliwie. – Powiedz mi co. Chodzi o osłabienie Kaia? O wydarcie mu broni?
– Kurwa, Jurij! – Argentyńczyk pękł nagle, wszystkie emocje wylały mu się na twarz w kompletnie niezrozumiałej dla Rosjanina plątaninie. – Nie mam siły, żeby z tobą walczyć! Nie chcę z tobą walczyć! Nie potrafię się bronić! Nie widzisz?!
Rosjanin zamarł, jakby oberwał w twarz.
– O czym ty mówisz?
– O tobie, kurwa! Ty jesteś tym, co równoważy ryzyko! Cała reszta to… inne konsekwencje. Nie musisz tego rozumieć, ale przyjmij do świadomości.
Odwrócił się do Jurija plecami, przetarł twarz gwałtownym, wściekłym ruchem, choć w jego głosie nie było już gniewu, a tylko zmęczenie przytłaczającym barki ciężarem. Ivanow chciał coś powiedzieć, przełamać tę potworną ciszę, ale wówczas to usłyszał. Charakterystyczny odgłos – protezę Reia mógłby rozpoznać z bardzo daleka.
– Idzie tu – rzucił krótko, paradoksalnie oddychając we wnętrzu z ulgą.
– Jakoś mu się wytłumaczę – wzruszył ramionami Miguel, wciąż się nie odwracając. – Ty po prostu spróbuj nie dać się zastrzelić. – Zaczął iść w stronę Chińczyka, ale zawahał się na moment i przystanął. – Najlepiej niczego nie rób – dodał matowym głosem. – Ten jeden raz po prostu mi zaufaj.

*

– Miguel, do ciężkiej cholery!
Uniósł dłonie w geście ni to bezradnym, ni to przepraszającym.
– Powinieneś się tego spodziewać – mruknął, gdy znaleźli się parę metrów od siebie.
Rei stłumił warkot frustracji.
– Liczyłem na to, że jesteś mądrzejszy – syknął, co Lavalier skwitował wzruszeniem ramionami.
– Nigdy nie byłem za mądry – odparł i próbował się nawet uśmiechnąć, ale z jego twarzą stało się coś dziwnego i usta jedynie zadrżały nieporadnie. – Bądź czujny, ale broń możesz schować.
Kon mimowolnie spojrzał na trzymany w dłoni pistolet. Palce zacisnęły się na nim bez udziału świadomości.
– Wolałbym nie.
Miguel nie naciskał. Roztarł zziębnięte dłonie, ale chyba bardziej dla rozładowania własnych emocji niż rozgrzania.
– Resztę i tak będziecie musieli załatwić między sobą – powiedział.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 06 maja 2017, 18:13

Trochę bidny może być ten komentarz, ale to i tak lepsze niż głupoty, które zaczęłam pisać nocą :facepalm: (połowa nie na temat). Eheh, widzę, że skończyła się era dwupostowych wstawek XD żałuję, bo teraz wydaje się tak mało tekstu przy czytaniu i boli. Akurat, jak się wkręciłam, a wiadomo, że ja się długo wkręcam :bag:

Polecę po rozkminach i odczuciach, bo mam bardzo dużą potrzebę (nawet jeśli będą błędne i niewiele wniosą). Były ze dwie literówki, tak bardziej zjedzone literki //jakieś "wciągnął" zamiast "wyciągnął" czy coś// ale że czytałam pierwszy raz późnym wieczorem wczoraj, a drugi raz dzisiejszej nocy, to jakoś nie miałam głowy do wypisywania. Tak ogólnie technicznie to bardzo ciekawa wstawka, Taka inna, przyjemnie inna. Oczywiście mowa głównie o Moskwie, ale też scena z perspektywy Oliviera miała taki bardzo... no, taka była osobista, czułam, że siedzę mu w głowie, czułam, że go otwierasz przed czytelnikiem. Fajnie grasz tym, zważając na brak zaufania ze strony Roberta i spółki. Zamiast knucia i dociekania na temat nieobecnego Oliviera, dostajemy fragment z jego perspektywy, taki, który pozwala trochę bardziej ogarnąć postać. Bo dla mnie - poza tym, że Olivier był od początku i zajmował jakieś ważne miejsce - rola tej postaci sprowadzała się do...no, yy, bycia. Jasne, że facet jest ważny. Bardzo ważny. Ale nie kluczowy, to nie jest transparentna rola w Odpadzie, nie wiem, jak to nazwać inaczej. Dopuszczam możliwość, że było o nim więcej w początkowych wstawkach, a ja (rozpędzając się) skupiałam uwagę na głównych postaciach i sporo mnie minęło. Tak, to możliwe. Tym niemniej uważam, że dopiero teraz pokazałaś go tak, jak umiesz pokazywać postacie, do których czytelnik ma mieć jakiś stosunek. Mój stosunek do Oli'ego jest taki - koleś mnie wkurza. Śliski ziomek. I tak, wiem, mój obraz to wrażenie, które on chce sprawiać, nabieram się mimowolnie na maski, które on zakłada, ale jednak nie umiem inaczej. Nie, nie daję rady. Nie mam za grosz sympatii do Oliviera, za sam choćby dialog z Rethą. Kimkolwiek ona by nie była - Olivier jest tam tak... no okropny, dupkowaty, zarozumiały, wyobrażam sobie, że można obrażać ludzi w mniej nieprzyjemny sposób.
I wiem, że nie bez powodu kierujesz na niego kamerę. Wiem, może nawet czekałam na to, bo przyjaźń Jurgensa z Johnnym jest nakreślona wyraziście, a ta (równie wieloletnia) takimi delikatnymi kreskami. Gdzie wiadomo, że obydwaj grają ważną rolę. No. Czekam tak bardzo, w jaka pójdziesz stronę, czekam w napięciu.
Ale dość już o Olivierze. Chciałam po prostu zaznaczyć, że choć cieszę się jego perspektywą, zdecydowanie obniżyła ona mój wcześniejszy wskaźnik sympatii XD

Pochwała tylko za scenę J + E + R. Udana, tyle. Szybka, z pazurem, jest nowe info, jest parę haków, jest jak zawsze delikatny sygnał zażyłości między bohaterami (choćby wspomnienie, ile to już Johnny tych wybuchów Emily widział i jak dobrze wie, że trzeba przeczekać). Lubię, 10/10.

Moskwa... Ja pierdolę - tyle miałam do powiedzenia w nocy. Jurij (ok, sztambuch zaspoilerował) to jest gorsza i poważniejsza sprawa, niż sądziłam wcześniej. Jakoś mimowolnie kojarzę go najmocniej z pierwszych scen - z łażenia po lodowym pałacu, z rozmowy z Kaiem, rozmowy z dawnym towarzyszem broni. On wtedy nie był aż tak... no, taki. Jakoś przeleciałam przez te środkowe akty, totalny upadek, pogorszenie, żywienie się surowym mięsem, ciągłe schizy z Wolborg. Jurij mnie w jakiś sposób negatywnie zaskoczył, bo to przecież Jurij, nie, wiadomo, lubię gościa, po RIPie patrzę przez palce na wszystkie złe rzeczy, które robił i robi, no ale.. Nie wiem, chyba ukłon w twoją stronę, że ten efekt uzyskałaś mimo mojej sympatii dla postaci. Bo tego chciałaś, jak się domyślam. Tak, Jurij jest odpychający. Tu działa też mocno przywiązanie czytelnicze i współczucie dla Miguela, ale naprawdę, naprawdę momentami aż taka złość wewnętrzna brała. Zwłaszcza przy fragmencie (już wspominałam w sztambuchu) gdzie Sabaka straszy Miguela, gada o tym cuchnięciu strachem. No kuźwa. Wiesz, co jest najlepsze? Dokładnie to samo pomyślałam, co później Miguel powiedział. Serio, stary? Pierdolisz, jaki to nie jesteś potworny, zostawcie mnie, won, odchodzę na trzy dni :facepalm: (eheh, szkoda tylko, że on naprawdę jest potworny). W każdym razie punkt dla Miguela za to i za dystans autora do takich tekstów "o cuchnięciu strachem", bo nimi ciężko złapać. One są głównie żałosne, kto by ich nie wypowiadał, przynajmniej ja takie mam odczucie. To trochę jak "zapanuję nad światem". Wiesz, o co chodzi. W najpoważniejszej sytuacji, w najcięższej chwili, choćbyś płakała nad książką, to zdanie cię prędzej rozbawi niż nastraszy. Tak miałam z zapachem strachu w relacji Jurij - Miguel. Za dobrze ich znam, przez to, jak nakreśliłaś całość. I znów zabawna rzecz - miałam wspominajkę, jak jadą we trójkę windą. Wtedy, w RIPie. I jak się w tej windzie naparzają, bo przecież trzeba. Nie ma innej opcji. Ech. Tym bardziej podziałała na mnie ta gasząca uwaga Miguela.
aha, i jeszcze najśmieszniejsza rzecz ever ever XDD tekst, o śmierdzeniu CHOROBĄ już mnie rozwalił. I jemu dałabym tytuł tekstu wstawki. Tak, to dowaliło. Ja-czytelnik wiem przecież, że coś jest nie tak, ale te słowa w ustach Jurija po prostu nadają moc całemu twojemu zagraniu. I to jeszcze w kontekście poprzedniej sceny, odjazdu Miguela (jprdl, nie mogłam z tą Mathildą, jak on jej szukał, to było...). Miazga.

Czy jest mi za mało dramy w dramie? Nie. Sam ciężar sytuacji, w jakiej jest Miguel, wystarczy, żeby mi podładować baterie emocjonalości literackiej. Nie dość, że jest, za przeproszeniem, chujowo jak się da, to jeszcze z lewej Rei, z prawej Jurij, jeden lepszy od drugiego, ten z zębami, ten z pistoletem, ludzie, niech ta winda już dojedzie.


bardzo czekam. bardzo sory, że mam taki słaby mózg i takie piszę komcie
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 202
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 11 maja 2017, 19:59

Uznałam, że poprzednim razem popełniłam błąd taktyczny i do napisania komcia wzięłam się po przeczytaniu całości. I to było ZUE, bo miałam sieczkę z mózgu.
Także tym razem siadam wcześniej, ale nie od początku.
Johnny i wycięta nerka... Brzmi jak coś, co mogłoby się mi przytrafić :bag: Także :glask: dla Johnnyego. Jest jednocześnie takie nie do wiary, ale z drugiej strony - kurcze, takie losowe zdarzenie jest tak bardzo życiowe. Jak z piosenki "Ironic"
Jurij w Moskwie (Kai szukający cukru w tym jego lodowym zamku :facepalm:) mi się podoba i mam nadzieję, że będzie go więcej. Tak samo czekam na Mao, bo lubiłam ją już w dzieciństwie, w RIPie głównie współczułam (nawet po przebudzeniu jakoś nie błysła, ale nie miała szansy zwyczajnie). Kocia cesarzowa na polu walki zapowiada się ciekawie :3 To co tygryski lubią najbardziej ^^
Co do wątku rozwodów Emily i Johnnyego - pierwsze, o czym pomyślałam to czemu nie kupili po prostu drugiego PSa i jak to możliwe, że taka szanowana i zapewne bogata Amerykanka nie ma drugiej łazienki? Kiedyś słyszałam, że w USA dwie łazienki w domu jednorodzinnym to bardziej standard niż ekstrawagancja. Poza tym sześć rozwodów :facepalm:
Projekt Ares... Brzmi tak groźnie :D
SpoilerShow
– Nie, ale serio – York zmarszczyła groźnie brwi – o co chodzi? Co on znowu zrobił? – Zmierzyła byłego męża spojrzeniem.
– Bo co?! – oburzył się, spiął i nastroszył cały. Zdawało się wręcz, że najeżyła się nawet jego ruda czupryna i brwi. – Znowu się będziemy nabijać, że haggis z prawdziwej szkockiej nerki?!
– Co…?
– Mam już po dziurki w nosie!
– Ale…
– No, ile można?! Ha, ha, dał se wykroić nerkę, ha, ha, takie śmieszne!
– Johnny…?
Robert dyskretnie przewrócił oczyma i westchnął cicho.
– Johnny! – Oczy Emily rozszerzyły się w przerażeniu, kiedy poskładała kawałki w całość. – Kurwa mać! Jak to: wykroić nerkę?!
– Nieważne – odburknął Szkot tonem obrażonego dziecka, krzyżując ręce na piersi. – Teraz już nie boli, a jak bolało, to cię i tak nie było. Jak widzisz – zmrużył oczy – radzę sobie bez ciebie doskonale.
Jürgens jednak uderzył się otwartą dłonią w swe szlachetne czoło.
xDDDDDDDDDD :facepalm:
– Jak widać, nie ja jedna – skinęła głową. – Wiesz, nie wszystkich udało się namierzyć. Wciąż nie wiemy, co z Takao. Co z Caude’em. Sądziłam, że ten drugi wpadł w łapy Kaia, ale mogę się mylić. W pewnym momencie straciłam trop.
lit.

Hiromi z jej uzależnieniem papierosowym (o tym nie wspomniałam w RIPie - bardzo dobrze budowało to jej postać, właśnie dzięki niej bardziej emocjonalnie postrzegałam Mystela) i Rei z tym swoim domkiem na wsi tak bardzo dobre :3
Przyznawała, że tak, to może mieć związek z Judy Mizuharą, jej dawną szefową i specjalistką od bladeingu – tą samą, która wraz z nieżyjącym już Hitoshim Kinomyią odpowiadała za program permanentnego łączenia umysłów zawodników z Bestiami.
Kinomiya = Kinomiyą jak już. Zauważyłam tą dziwną odmianę w RIPie, ale mi się zapomniało.
SpoilerShow
– Mechy – powiedziała wówczas.
– Co? – zmarszczył brwi.
– Mechy. To, czego szukasz, to mechy. Wielkie roboty, przepotężny pancerz i wyrzutnia rakiet w jednym. – Oczy York aż zaświeciły się za okrągłymi okularami. – Boże, zawsze chciałam coś takiego zbudować!
Po czym wytłumaczyła mu, na jakich podstawach oparła swój pomysł. Okazały się dość proste, żeby nawet on – niewykształcony technicznie – mógł je zrozumieć. Nie w szczegółach oczywiście, ale na poziomie ogólnej koncepcji. W tym wypadku także chodziło o telepatię, jaką znał z aren, ale na innym poziomie. Skoro bowiem zawodnicy byli w stanie kontrolować w ten sposób nie tylko Bestie, ale także dyski, dlaczego dysków tych nie rozbudować do poziomu wielkich robotów?
Co mogło pójść źle?
Mechy! :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: :jupi: Mam podobną reakcję, co Emily :P A po ostatnim zdaniu parskło mi się xD

Miguel aka Mechero uratowany! :yaaay: Bardzo się cieszę, bo mimo tego jego roztkliwiania się i przeżywania dram wciąż na nowo (ja gruboskórna jestem niestety) bardzo mnie ujął w RIPie. Jestem ciekawa jak mu ta sieczka w głowie wyewoluowała w pierdlu.
Rozdział V
Rozmowa Wolborg z Jurijem - rozmowa nasuwa mi te same pytania, które już miałam i daje nadzieję, że w końcu dostanę odpowiedzi. Uf, super :) Ale bardziej rzuciło mi się, że wreszcie są opisy. Wcześniej też były (Lodowy Pałac Jurija), ale idą coraz lepiej. Klimat mam :)
Kai i koty xD Ten motyw bardzo mi się podobał już w RIPie. Takie granie przeciwieństwami. Wiadomo, że Sabakę mogą tylko wkurwiać koty. Poza tym każdy schwarzcharakter powinien mieć kota :P To jego kocie zamiłowanie jest takie urocze <3
SpoilerShow
Brooklyn Masefield bladą, szczupłą dłonią strzepnął nieco kota z ramienia marynarki i westchnął cicho, patrząc na zielony osetyjski krajobraz. Lubił tę krainę. Lubił panującą tu ciszę, odpowiadał mu klimat. Cieszył się też, że nikt nie zmusza go do poznawania nowych ludzi. Kaia i tak ciągle odwiedzały te same twarze, które zresztą dało się policzyć na palcach okaleczonej ręki, a społeczność pobliskiej Digory była mała i łatwa do ogarnięcia umysłem. Irlandczyk nie musiał więc udawać kogoś, kim nigdy nie był, zerwał kontakty z wszelkimi terapeutami i swoim zwyczajem trzymał się z daleka o ludzi i ich spraw.
2xlit.?
Rok później ten sam człowiek – przeklęty, choć martwy już Hitoshi Kinomyia – wykorzystał doświadczenia z pracy z Masefieldem, by wraz z Judy Mizuarą otworzyć program tworzenia Połączonych
lit.
Po scenie z Brooklynem coraz bardziej ciekawi mnie, kto im nawiał w tej Pradze... :D
Miguel i Johnny razem xD To była taka normalna scena i pogawędka, a zaraz potem egzekucja, którą przeprowadzał Siergiej - mocno zadziałało takie połaczenie.
SpoilerShow
Mógł też sobie wyobrazić, że kiedy hotelowa pokojówka zobaczyła sposób pościelenia łóżka, na którym próżno by szukać mikroskopijnej chociaż zmarszczki, rzuciła pracę, wybiegła z płaczem i wciągnęła na raz kilogram czekolady, kiwając się w bezpiecznym schronieniu własnego mieszkania.
xD Ogólnie ten fragment o zachowaniu Miguela jest martwiący, ale to zdanie wywołało uśmiech. Biedna pokojówka. Pokazuje też tą wyraźną różnicę pomiędzy nim a Johnnym.
Jürgens dyskretnie odchrząknął w pięść.
– Tym razem bez skrótów – powiedział. – Obiecuję. Ale w zamian liczę na ograniczenie dramatycznych gestów, w tym zwłaszcza stawania w płomieniach. W budynku jest kilka bezcennych dzieł sztuki.
Robert xD
Nigdy poza jedną straszną chwilą w szpitalu, gry Kon odzyskiwał przytomność.
lit
Scena z Reiem i egzekucją, potem z Claudem... O rany. Faktycznie między Kaiem i Reiem nie ma wielkiej różnicy :< Podoba mi się. To pokazanie wojny, że nie ma komu kibicować, bo jest paskudna. Nie ma na niej dobrych stron. Głęboko współczuję Claudowi i tak bardzo go rozumiem, a odrzuca mnie myślenie Reia.
Rozdział VII
Spojrzenie na Roberta oczami jego córki = bezcenne. Jestem ciekawa jaką rolę szykujesz dla Josie? No i Enrique ksiądz?!!!
Ok... Ivan i odwiedziny w dziewczęcej łazience. Coś kombinują, ale takie zastawienie wywołało delikatny uśmiech.
Niemiec sapnął z irytacji. Jego smukła, sklepiona szlachetnie jak strzeliste sklepienie gotyckiej katedry klatka piersiowa falowała w rytmie nerwowych oddechów.
#JestemmKupiona
Rozdział VIII
– Zaprawdę, nie będę ukrywał, że znam lepsze zastosowania chrzanu – przyznał uprzejmie z policzkiem wciąż wciśniętym w kafle. – Naprawianie tej niefortunnej sytuacji proponuję zacząć od tego, że zejdziesz z moich pleców, niewątpliwie wygodnych, acz w tej chwili odrobinę obolałych.
Miguel spełnił polecenie natychmiast, cały zamieniając się dodatkowo w kłębek zmieszania i poczucia winy.
– I nie wietrz lodówki, proszę cię bardzo uprzejmie.
Oliviera do tej pory nie kupowałam, ale to jego opanowanie :D
Prosiak dla Miguela! To takie urocze <3 Śmiechłam, mimo tej całej dramaturgii ataku na M i E.
Rozdział IX
– Claude Tavarez.
– Myślałem, że nie żyje.
Pstryknęła zapalniczka.
– To nie byłby pierwszy raz.
Po RIPie to był gorzki śmiech w tym momencie, bo przypomniało mi się jak ta pierwsza śmierć dała w kość M, który po ostatnich scenach duuuuuużo zyskał sympatii.
Pozwalał, by Bestie wciągały go stopniowo w swój świat – przerabiały jego umył i ciało na swoje podobieństwo.
lit
Rozdział X
Johnny i Miguel po pijaku :D
I Jura z tym swoim długiem, kurcze niby skurwiel, ma jedną pozytywną cechę, a ustawia postać tak jak lubię <3

Gdzieś mniej więcej w tym momencie akcja zaczęła iść tak szybko i ciekawie, że zapomniałam o komentowaniu :lalala:
Prawdopodobnie również dla tego, że przeżłam szok po tym jak MÓJ Kai okazał się być kobietą! D:D:D: :eek: :eek: :eek: W gruncie rzeczy to twój sposób pokazywania go (podkochuje się w Jurze, czy jak? ta dłoń na policzku wcześniej - chyba w RIPie? - teraz jakoś bardziej sensowana) był od początku dość niemęski. Zastanawia mnie też, czemu nadal używasz formy męskoosobowej poza dialogami w stosunku do niej skoro już wiemy, że to nie facet?

Pomimo, że piszesz bardzo oszczędnie o wątku z Mao to najbardziej mi namieszała : Biały Cesarz i Czerwona Cesarzowa? A może Caryca bardziej xD Nie wiem co Galux naroiła Mao w głowie, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że Rei mógłby jakoś nawiązać z Kai współpracę... Chyba, żeby nagle na planszy pojawił się trzeci gracz w postaci Ameryki z Judy Jones i tą planszę przewalcować, co w gruncie rzeczy chyba właśnie się dzieje?

Wcześniej już zdążyłam polubić Oliviera (za Szynkę dla M <3), więc nieufność Roberta jakoś odbiła mi się niesmakiem. Chyba byłam podobnie oburzona, co Emily. Za to jego nagła dupkowatość (trochę szczeniacka, serio O? :facepalm: ) wobec Rethy wcale mi nie przeszkadzała. Za jej "zdradę" niech wbija szpil ile wlezie. Niby ją rozumiem, że dla niej liczy się tylko siła, ale jakoś do mnie nie przemawia. Znacznie mniej, niż postać Clauda (zupełnie nie spodziewałam się, że Rei odda mu pod opiekę swoje dzieci, bo serio? po tym co mu zrobił? brutalnym przesłuchaniu? Taki Xue z genami po dwójce Połączonych i dla Kaia, i dla Judy pewnie jest na wagę złota...)

Rei, Jurij i Miguel w ostatnich scenach... Czekałam na tę trójkę razem, bo najlepsze sceny RIPa panowie zaliczali w trójkącie <3 Rei się zmienił, Ba Hui nieźle mu miesza w głowie. Pozostali dwaj pi**nięci jak zwykle, czyli zestaw, jaki lubię :heart: Mój wewnętrzny psychopata usatysfakcjonowany, chociaż przy tym nagłym przyznaniu się J do kanibalizmu miałam tylko :roll: (chociaż jak opisywałaś polowanie J, gdy Wolborg przejęła jego ciało to było to nieco creepy) Mnie nie ruszył wcale. Ot, taki pies, który dużo szczeka. Podobnie jak M - wiem, że powinnam się go bardziej bać, bo to psychol, ale widzę tylko szczerzenie kłów w obronie.

Uff! To chyba jestem na bierząco :D Następnym razem chyba lepiej mi wyjdzie, bo komentowanie takich dużych partii tekstu, gdzie tyle się dzieje i jest mnóstwo bohaterów, wątków, akcji i :aaaaa: do łatwych nie należy xD
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 13 maja 2017, 21:45

ROZDZIAŁ XVIII
IN MY DEFENCE, THE MOON WAS FULL AND I WAS LEFT UNSUPERVISED


Rosja, okolice Toropca
Fakt, że Rei i Jurij nie wymordowali się wzajemnie po tym, jak wreszcie stanęli twarzą w twarz, zakrawał na cud i zdawał się wyczerpywać cały przydział przynajmniej tygodniowego szczęścia.
Ledwie parę godzin później okazało się, że nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty żartu.
– Nic z tym nie zrobię – oświadczył z kwaśną miną Miguel, wypełzając spod samochodu. Zebrał się na kolana i wytarł brudne dłonie w nogawki spodni. – Jebnęło tak, że oś mamy w drzazgach. Sorry, ale taśmą to ja tego nie posklejam.
Rei stał jeszcze chwilę milczący i zamyślony, obszedł pojazd ze dwa razy, bez sensu pochylił się, żeby obejrzeć podwozie, na którego konstrukcji i tak niespecjalnie się znał, po czym wymruczał po chińsku parę niecenzuralnych słów pod adresem bezużytecznego złomu. Gdyby chodziło o napęd, zasilanie, cokolwiek dotyczącego dostarczania energii, prawdopodobnie znalazłby rozwiązanie, ale skoro awaria była czysto mechaniczna, on też niewiele mógł poradzić.
– Nie możesz tego zespawać? – podrzucił Jurij, przerywając na moment żucie paska suszonej wołowiny.
– Nie.
– Potrafisz przygrzać.
– Potrafiłem – poprawił Miguel, ale nie sprawiał wrażenia, jakby zawierzał ciągnąć temat i powtarzać to wszystko, o czym mówił kiedyś Reiowi. Zamiast tego podszedł do tylnych drzwi i otworzył je gwałtownym szarpnięciem. – Musimy zdecydować, co bierzemy ze sobą – rzucił, nurkując do wnętrza samochodu.
Reiowi wydał się dziwnie jak na siebie rzeczowy. Jakiś taki… ogólnie zwarty. Może Kon powinien zacząć się przyzwyczajać. Może to była kwestia obecności Ivanowa i całego tego nie do końca pojmowalnego napięcia między nimi dwoma, tak innego niż między Rosjaninem a Chińczykiem, ale brakowało mu – co odkrył z pewnym zdziwieniem – prostolinijności w zachowaniu Argentyńczyka. Tego odrobinę żenującego wrażenia szczerych intencji. Pod wpływem obecności Jurija Miguel zaczął zachowywać się sztywno. Niemal sztucznie, próbując wyglądać na skupionego tylko na celu, gdy tymczasem nie trzeba było znać go długo, by wiedzieć, jak rozproszone są zwykle jego myśli i jak dziwnymi ścieżkami chadzają.
Chociaż może to wszystko były tylko interpretacje i przekładanie własnych obaw na cudze barki.
Miguel wytargał z bagażu mapę i zaczął rozkładać ją na masce.
– Możesz mnie po prostu zapytać o kierunek – burknął Ivanow. – Ludzie są tam – wskazał ręką. – Tutaj ich czuję, tak jebią.
– Jak daleko? – zainteresował się Rei, choć miał świadomość, że to akurat mógłby powiedzieć każdy. Ale odczuł instynktowną potrzebę wkroczenia między nich i nie miał pojęcia, skąd się wzięła. Może po prostu z faktu dostrzeżenia szansy na przejęcie kontroli.
Jurij i Miguel byli bowiem tak różni, jak to tylko możliwe, ale tak naprawdę na samym dnie, w samej osnowie osobowości tkwiło coś, czego przełknięcie przychodziło Konowi z ogromnym trudem, jeśli któryś z nich znajdował się u steru – więcej było w nich emocji i instynktów niż chłodnego, racjonalnego osądu. Pewniej czuł się zatem, gdy miał wpływ na ich decyzje, a najlepiej, gdy sam je podejmował.
– Przed zmierzchem nie dotrzemy, ale jutro od rana bez problemu – odparł Ivanow z właściwym sobie chłodem.
Póki rozmowy dotyczyły konkretów, udawało się utrzymać kroki w tym dziwnym tańcu zawieszenia broni, a czasem nawet na chwilę uwierzyć, że to faktyczny rozejm. Przynajmniej między nimi dwoma, bo choć pewne kwestie pozostawały nierozwiązywalne, a sprawa dotyczyła miliardów ludzi, paradoksalnie mniej było w tym wszystkim emocji i skomplikowania niż na poziomie osobistego konfliktu z Miguelem, w który Rei nawet nie próbował wnikać.
Chociaż nie, stwierdził po chwilowej refleksji, słowo „konflikt” nie oddawało sytuacji. To była jakaś chora, toksyczna matnia. Jurij niby się z niej wycofał, niby się odciął, niby pokazał Lavalierowi, gdzie jego miejsce jako młodszego, mniej doświadczonego i odpornego psychicznie, a ten z uporem godnym lepszej sprawy usiłował udowadniać, że ma to w dupie, tak naprawdę zawsze miał i już się pozbierał. Ale trudno było nie zauważyć spojrzeń, jakimi przewiercali sobie kręgosłupy, gdy myśleli, że nikt nie patrzy. Rei, obserwując to, nie mógł pozbyć się ciężkiego wrażenia déjà vu. Z drugiej strony, kiedy przed laty wreszcie się ogarnęli i dogadali, a w efekcie zaczęli współpracować, doszło do tragedii, więc może taki stan rzeczy nie był najgorszym z możliwych rozwiązań. Może oni po prostu tak musieli i wtedy – paradoksalnie – funkcjonowali najefektywniej.
Byleby wyrwać się z Rosji, byleby dotrzeć do zaufanych ludzi i byleby okazali się faktycznie tak zaufani, ja Miguel twierdził. Potem wszystko rozejdzie się po kościach. Będą inne problemy. Inne pytania.
We dwóch – Rei i Jurij – przejęli kontrolę nad sytuacją. Wybrali materiały pierwszej potrzeby, bez których nie ma co rzucać się na nie wiadomo jak długą pieszą wędrówkę. Ivanow zaznaczył na mapie najbardziej prawdopodobne źródło ludzkiego tropu, a potem rozparcelował ciężar po plecakach z wieloletnim doświadczeniem dowódcy, który w pewnych aspektach wie o swoich ludziach więcej niż oni sami. Nie kłócili się z nim. Ani Rei, dość lekko wyposażony ze względu na protezę, ani objuczony jak wielbłąd Lavalier – najlepiej zbudowany i najsilniejszy z ich trójki. Może gdyby Kon nie znał Jurija, zacząłby podejrzewać, że to zemsta albo kolejna próba utarcia nosa podskakującemu rywalowi, ale do czego jak czego, ale przywódczych zdolności Rosjanina miał pełne zaufanie, nawet jeśli wysiadało ono zupełnie w innych aspektach.
Przegryźli jeszcze coś przed drogą, żeby nie paść z wysiłku po którymś kilometrze i ruszyli przed siebie.
Marsz okazał się ostatecznie lepszym rozwiązaniem niż spędzanie długich godzin w zamkniętej puszce z ludźmi, którzy nieustannie patrzyli sobie na ręce lub wręcz przeciwnie – odwracali wzrok, usiłując udawać, że nikogo prócz nich nie ma, a samochód, jak sama nazwa wskazuje, jedzie sam. Zajęte nogi dawały pretekst do tego, by zająć też głowy i stopniowo każdy z nich ulegał rytmowi kroków i grzechoczących cicho bagaży, pogrążając się we własnych myślach.
Te Reia szybko oddaliły się od Jurija i Moskwy, by podążyć ku Mao.
Zapytał o nią. Zrobił to niemal natychmiast po tym, jak stało się jasne, że Ivanow jednak nie odgryzie im głów, bo coś cudownie przeskoczyło w jego mózgu i wbrew wszystkiemu postanowił zaryzykować ucieczkę z wieży wraz księciem wątpliwej maści, który zamiast białego konia miał u boku tylko nieprzewidywalnego Białego Tygrysa.
Jurij przekazał jednocześnie dobre i złe wieści. Dobra część obejmowała to, że kiedy po raz ostatni słyszał o Mao od Borysa Kuzniecowa, ta żyła i nic nie wskazywało na to, by miała mocno ucierpieć. Zła natomiast – że chciała dostać się do Kaia i Sokolnik poważnie rozważał umożliwienie jej tego.
– A jeśli Kai ją dostanie, zreplikuje jej Bestię – podsumował swój wywód. – Wywiezie ją do Opactwa.
O tym, że Opactwo nadal działa, nikt nie musiał Reia uświadamiać. Sprawa stała się głośna już przed wybuchem wojny, choć Hiwatari długo przekonywał opinię publiczną, że zerwał z tradycją dziadka i o żadnych nieetycznych eksperymentach nie ma mowy.
A potem przestało mieć to znaczenie, bo doszło do wymiany ognia na granicy chińsko-rosyjskiej i po mongolskim niebie przeleciały rakiety.
Tak czy inaczej, w ostatecznym rozrachunku wieści okazały się złe. Tak złe, że Rei, choć z bólem, zadawał sobie pytanie, czy nie lepiej dla Mao byłoby, gdyby jednak zginęła. Nie chciał wyobrażać jej sobie w zimnych murach Opactwa, poddawanej eksperymentom i torturowanej. Mniejsza o zreplikowaną Bestię, choć to samo w sobie wydawało się naruszeniem boskich praw. Po prostu nie chciał myśleć o tym, że ukochaną osobę mogłoby spotkać kolejne nieszczęście.
Może zdołała uniknąć tego losu. Może uciekła, choćby w ramiona śmierci.
Kon bardziej z odruchu niż potrzeby poprawił szelki plecaka i zmrużonymi oczyma zmierzył krajobraz przed nimi. Odniósł niepokojące wrażenie, że przez ostatnie godziny łaził w kółko, choć wiedział, że to nieprawda. Europejskie lasy były tak obce i niezrozumiałe, że nie potrafił się w nich odnaleźć ani wyznaczyć wygodnych punktów orientacyjnych pozwalających wierzyć, że to, co za nim, zostało za nim naprawdę.
– Za godzinę, dwie zacznie się ściemniać – rzucił Jurij, przerywając ciszę. – Czas szukać miejsca na obóz.



Paryż
Ivan poruszał się po labiryncie rosyjskiej ambasady jak po własnym domu, więc albo bywał w tym miejscu często, albo odznaczał się nienaturalną intuicją. Olivier próbował, ale nie potrafił uznać żadnej z tych opcji za bardziej prawdopodobną.
– Jeśli sądzisz, że dam ci się wyciągnąć w miejsce, w którym…
Nie dokończył, bo przerwał mu cichy śmiech Rosjanina.
– A co by mi przyszło z twojej śmierci, Polangue? – prychnął. – Jesteś bystrym facetem, powinieneś rozumieć, że absolutnie nic.
Szli właśnie kolejnym korytarzem – dość ciemnym, wyłożonym wzorzystym, zupełnie niegustownym, choć zapewne koszmarnie drogim chodnikiem, który tłumił kroki. Na jego końcu znajdowała się wydzielona szklanymi ścianami przestrzeń. Coś jak akwarium, tyle że dla ludzi. A konkretniej dla palaczy.
– Nie znoszę zapachu papierosów – skrzywił się Olivier.
– Ja nie znoszę zapachu Francji. To wyrówna rachunki. Poza tym – Papow wzruszył ramionami – tam nikt nie zajdzie cię od tyłu.
To akurat była prawda i Polangue ostatecznie zgodził się zamknąć w nikotynowych oparach. Przełknął nawet fakt, że towarzyszący mu Rosjanin wyciąga z kieszeni fajkę oraz tytoń.
– No co – uśmiechnął się półgębkiem, nabijając główkę. – Jestem pierdolonym mutantem. Mam prawo do odrobiny pretensjonalności, nie sądzisz?
– Przecież nie komentuję – odparł Olivier. – Bardzo chciałeś to powiedzieć, prawda?
– Prawda. To miasto mnie tak nastraja.
– Długo myślałeś nad tą kwestią?
– Trzy dni.
W powietrzu rozszedł się słodkawy zapach żarzącego się tytoniu, a chwilę potem pojawił się pierwszy obłoczek. Polangue zakaszlał – bynajmniej nie ostentacyjnie, a tak szczerze, jak szczerze robił w życiu niewiele rzeczy.
– Porozmawiajmy jak szpieg ze szpiegiem – zaproponował Ivan, łapiąc nagle jego spojrzenie. – Jak dwoje ludzi, którzy widzą, słyszą i rozumieją więcej. Którzy są ponad tym wszystkim.
– Nie jestem pewien, czy mam ochotę na tę komitywę – przyznał Olivier, przysiadając na obitym skórą krześle. Szkoda mebla, pomyślał, gdy nawet w rzeźbionym drewnie wyczuł nikotynę.
– Ale dla dobra sprawy, jesteś na nią gotów.
– To zależy.
Papow oparł się plecami o szklaną ścianę i wypuścił z ust kółko dymu.
– Ty i lojalność? – zakpił. – Jesteś na nią zbyt inteligentny. Obaj to wiemy. Nawet Robert to wie.
Olivier wiele wysiłku włożył w to, by zachować neutralny wyraz twarzy. Nie wiedział, jakimi informacjami dysponuje Ivan i czy ma świadomość obecnych komplikacji na linii sekretarz generalny–jego główny szpieg, ale sugestia wydawała się aż nadto wyraźna. Mogła być też zanętą i próbą skłonienia Francuza do przypadkowego uzupełnienia luk w obrazie, jaki wyłaniał się z obserwacji. Mogła być ostrzeżeniem. Mogła być jedynie zawadiackim błyśnięciem kłów. I jeszcze dziesiątką innych rzeczy.
– Konkrety, Papow.
Rosjanin poszerzył uśmiech do granic obrzydliwości.
– Ściągnąłem cię tu, żeby dać ci wybór – powiedział. – Jak wspomniałem wcześniej, obaj jesteśmy szpiegami. Obaj stoimy nad tym wszystkim, nad ludźmi, którym służymy, i patrzymy na planszę z góry. Widzimy więcej. Więc ja wiem, że Hiwatari popełnia błędy, ty wiesz, że robi to Jürgens. Żaden z nich nie słucha nas wówczas, kiedy powinien. Mnie to czasem nawet bawi. Świat staje się zabawniejszy, kiedy patrzysz na niego jak na planszę do chińczyka.
Olivier drgnął. Czy to była sugestia? Wskazówka? Czy tylko przypadkowe porównanie?
– Do czego zmierzasz, Ivan?
– Sądzę, że my dwaj moglibyśmy się dogadać. Ponad tym wszystkim. Zabawić, jeśli wiesz, co mam na myśli – Rosjanin puścił oczko.
– Raczysz żartować.
– Nie. Zresztą, jak mówiłem, daję ci wybór. Pracuj ze mną, Polangue, albo już nigdy nie będziesz w stanie pracować z nikim.
Francuz uniósł brwi.
– Zdaje się, że zarzekałeś się, że nie chcesz mnie zabić – zauważył.
Ivan roześmiał się gardłowo.
– Nie chcę. Znam lepsze. Z jakiegoś powodu nikt nigdy nie pyta, na czym dokładnie polega moja moc. Jestem wężem, Polangue, a to znaczy…
…że potrafię szeptać o złych rzeczach.
Olivier odskoczył, jak oparzony, aż uderzył plecami w oparcie krzesła. Ivan patrzył na niego spod swoich krzaczastych brwi z oślizgłą satysfakcją, ale Francuz zbyt był przerażony, żeby wyrzucać sobie gwałtowną, obnażającą lęk i zaskoczenie reakcję.
– Jak myślisz? Jakie daje mi to możliwości?
– Dlaczego mi o tym mówisz? – Polangue odpowiedział pytaniem na pytanie, próbując jednocześnie przywołać do porządku tłukące się w piersi jak oszalały ptak serce.
– Przecież wiesz.
– Żeby zaszczepić mi paranoję.
– Co, jak zapewne rozumiesz, uda mi się, niezależnie od tego, jakie pytania zadasz i jakich odpowiedzi sam sobie udzielisz.

*

Olivier przetarł twarz dłonią, na którą wylał wcześniej nieco wody mineralnej z butelki. Czuł, że potrzebuje tego otrzeźwienia, choćby nawet miał zapłacić za to lekkim odmrożeniem i podrażnieniem cery. Musiał się skupić, musiał poukładać bałagan w głowie i dlatego postanowił wrócić do paryskiego mieszkania pieszo.
Początkowo próbował nie myśleć o Papowie wcale, choć wiedział, że nie tędy droga. Tak się po prostu nie da. Podświadomość to zdradziecka flądra, i tak zrobi swoje. I tak w najmniej odpowiednim momencie przypomni o wszystkim, a wtedy najprawdopodobniej będzie za późno. Nie. Rozsądniejsze wydawało się przerobienie wszystkich opcji wzdłuż i wszerz, a potem pogrupowanie ich pod względem prawdopodobieństwa i – przede wszystkim – strategicznej opłacalności w szerokiej perspektywie.
Więc Polangue szedł powoli, z nogi na nogę, w godzinie, która na pewno nie przystawała szanującemu się dziedzicowi herbu, olbrzymiej fortuny i bezcennych winnic.
Nie mógł nie zadać sobie pytania, czy to w działaniach Papowa tkwi źródło jego niedoinformowania. Namieszał wcześniej w głowie Robertowi? Johnny’emu? Emily?
Może namieszał w głowie i jemu, zanim przyznał się, że potrafi. Może nie wszystkie myśli, nie wszystkie decyzje…
– Nie! Stop! – Olivier uderzył się w policzek.
Nie tak. Nie w emocjach. Emocje nie prowadziły w tym momencie donikąd. Tylko chłodna analiza ostatnich wydarzeń, tylko szukanie prawidłowości i charakterystycznego stylu mogącego zdradzić Papowa. Nic więcej.
Olivier przyspieszył kroku. W nagłym uderzeniu niepokoju dotarło do niego, że nie ma wiele czasu, a umysł już podpowiadał pierwsze możliwe i może wcześniej nieoczywiste powiązania między ostatnimi wydarzeniami. Musiał to zapisać. Rozrysować. Teraz. Zaraz.
Musiał uprzedzić Roberta.
Tylko jak, skoro nie było z nim żadnego kontaktu?
Zaklął i stwierdził, że właściwie już biegnie. Nie zwolnił jednak. Czuł, jak mroźne powietrze wypełnia płuca, a plecy pokrywają się potem.
Mam fatalną kondycję, przemknęło na tyłach głowy.
To druga rzecz – znaleźć sposób na odróżnianie cudzych myśli od własnych. Jakikolwiek. Przecież Papow nie mógł wiedzieć wszystkiego. Musiał popełniać błędy. Musiał jakoś się zdradzać ze swoją obecnością.
Musiał – co dotarło do Francuza w nagłym olśnieniu – musiał przebywać blisko ofiary. Prawdopodobnie.
Wbiegł do mieszkania, wpadł do gabinetu, nie zdejmując ani płaszcza, ani butów, i wyszarpał z biurka szufladę, w której trzymał notes.
– Myśl, Polangue, myśl… – mruczał do siebie, pospiesznie zapisując wszystkie hasła, jakie przychodziły mu do głowy.
Robert.
Praga.
Nowy York.
Genewa.
Pekin.
Moskwa.
Judy Jones.
I znów Robert.
Robert w Nowym Yorku.
Delegacja do Chin.
I znów Praga.
– Boże, nie… – wyszeptał, a pióro wyślizgnęło się ze zmartwiałych nagle palców.
Rzucił notes na miękki dywan i dopadł do laptopa, gdzie na dysku trzymał wszystkie materiały dotyczące zamachów w Pekinie, w tym niemal niemożliwe do zdobycia amatorskie nagrania z centrum wydarzeń.
– Obym się mylił – wyszeptał jeszcze, ale tak naprawdę wiedział, że się nie ma na to wielkich szans.



Rosja, okolice Toropca
Jurij wiedział. Miał zbyt dobry słuch, żeby nie wiedzieć. Słyszał szeleszczenie śpiwora, gdy owinięte nim ciało przewracało się z boku na bok, i wiedział, który to śpiwór. Ten sam, w jakim miał się położyć za parę godzin, przeklinać ciepło innego samca uwięzione w materiale i obcy zapach drażniący wrażliwe, zwierzęce zmysły całą gamą niepokojących sugestii jeżących włosy na karku.
Potem były kroki, trochę niezdarne, rozespane, potem szelest krzaków i chwilę jeszcze Ivanow łudził się, że jedyne, co wygoniło Miguela z kokonu, to nagła potrzeba.
Ale potem krzaki zaszeleściły znowu, a śpiwór nie.
– Kłamałem – padło wreszcie z ciemności.
Jurij obrócił głowę, zmierzył kątem oka dziwnie zwalistą w grubych ubraniach sylwetkę.
– Hm?
– Kłamałem, kiedy mówiłem, że cię znam.
Suchy śnieg zaskrzypiał dziwnie głośno. Oddech też był paskudnie, nienaturalnie głośny na tym pustkowiu. Wkurwiający. Albo to Jurij tak bardzo odzwyczaił się od obecności innych ludzi.
– Nie musisz mi tego mówić – odparł chłodno, czując, że jego ciało się napina, jakby w oczekiwaniu na cios.
A przecież cios ten nigdy by nie spadł – wiedział o tym. Wiedział mocno i prawdziwie, jak o niewielu rzeczach na świecie. Ale nie potrafił tego przemóc, nie przy Miguelu, a to tylko dlatego, że stał obok niego człowiek, który już raz to zrobił i przebił się przez wszystkie jego osłony, choć zapewne nie miał o tym bladego pojęcia.
To nie mogło się powtórzyć.
To po prostu nie mogło się powtórzyć. Choćby ceną było złamanie mu i karku, i duszy.
Rwij, gryź, morduj albo inni zrobią to z tobą. Nie istniała inna droga. Nie dla kogoś takiego jak on.
Stara blizna – rozcapierzona dłoń wypalona na barku – oberwała się nagle po latach nieznośnym, swędzącym bólem. Tak naprawdę słabym, bez znaczenia wobec ogromu fizycznych cierpień, jakich Jurij doznawał w ciągu całego życia, ale jednak niemożliwym do zignorowania.
– Będziesz tak nade mną stał? – syknął.
– Nie, usiądę.
I faktycznie to zrobił. Bezczelnie, nie pytając o pozwolenie. Dość blisko, by można swobodnie rozmawiać szeptem.
Za blisko.
Długość ramienia to niebezpieczna długość. Wciąż można sięgnąć szyi nożem.
– Wcale nie chcę z tobą rozmawiać – wyznał nagle zupełnie bez sensu.
– Więc dlaczego to robisz? – Jurij nie spuszczał oczu z jego dłoni, z jego barków, z których mógł wyczytać pierwsze sygnały nadciągającego ataku. Wiedział, że Miguel jest silny, wiedział również, że najwyraźniej nauczył się z tego efektywnie korzystać. Ale był też stosunkowo powolny. Spory ciężar ciała i mocne kości dawały jebnięcie, tak, wymagały jednak dźwigania i walki z siłą bezwładu.
W jego żołądku gotowała się wściekłość. Gotowały się gorzkie wspomnienia. Cień wkurwienia, jaki Lavalier od początku wywoływał tym swoim wymuskanym wizerunkiem. I tym, że tak naprawdę nigdy się Ivanowa nie bał.
Tym najbardziej.
– Bo nie chcę, żebyś wygrał.
Jurij uniósł brew zdziwiony.
– Poszedłem z wami – odparł ze złością. – Lezę jak na pierdolonej smyczy. Czego jeszcze chcesz?
– Nie wiem.
– Więc spierdalaj spać. Masz mnie zmienić, zapomniałeś?
Miguel pochylił głowę i zacisnął usta. Zdecydowanie za długa już grzywka opadła mi na czoło i to zupełnie niepotrzebnie odmłodziło go o kilka, a pewnie kilkanaście lat.
Miał rację. Nie znali się. Gdyby Jurij musiał powiedzieć o nim cokolwiek – co lubi, czego nie, czy woli brunetki, blondynki, jakiej muzyki słucha i czy kiedykolwiek chciał mieć psa – nie powiedziałby niczego. Nigdy nie siedzieli i nie gadali tak po prostu. Wtedy, w przeszłości, nie było na to czasu. W ogóle Jurij nie miał w zwyczaju siedzieć i gadać tak po prostu. Ale byli ludzie, z którymi długo żył pod jednym dachem. Borys, Ivan… Siergiej i Kai. I o których zwyczajnie to wszystko wiedział, bo nie dało się inaczej. I którzy zapewne wiedzieli to o nim. Lavalier nie miał prawa podchodzić tak blisko.
Podszedł bliżej. Przebił się tam, gdzie wszystko wydawało się garścią pierdół, bo zostały tylko dwa samce mierzące się spojrzeniem i jeden z nich odwracający wzrok, by uznać przywódcę i zostać jego obrońcą, drugim w kolejce, który nigdy nie zostawał pierwszym, bo gdy pierwszy słabł, zawsze zjawiał się silniejszy obcy i przejmował stado.
Obrońcy trzeba było zaufać. Trzeba mu powierzyć swoje życie.
Rwij, gryź, morduj albo inni zrobią to z tobą.
Zwłaszcza ci, którym zaufasz.
– Uciekłem – wyszeptał Miguel na granicy słyszalności. – Uciekłem i nigdy tego nie naprawię. Zostawiłem cię. Wszystkich was. Ja… To mnie pogrąża, nie tłumaczy, ale wtedy o tym nie myślałem. – Skulił ramiona. – Myślałem tylko o tym, że już nie mogę dłużej. Nie wytrzymałbym ani dnia. Przepraszam.
Jurij poczuł, jak jego paznokcie wbijają się we wnętrza dłoni.
– Przestań.
Lavalier skinął głową. Podciągnął kolana pod brodę i objął nogi rękoma. Chwilę po prostu patrzył przed siebie, a potem zaczął się lekko kołysać. Chyba nie zdawał sobie z tego sprawy. Chyba z niczego już nie zdawał sobie sprawy. Sprawiał wrażenie, jakby zapadł się do środka.
– Młody.
Nie odpowiedział.
– Powiedziałem, żebyś przestał.
– Przecież się nie odzywam – burknął i przestał się kołysać jak na komendę.
Jego obecność stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Odkładała się pod skórą. Przepływała pod nią dziwnym, drażniącym prądem. Sprawiała, że ciało wydawało się wkurwiająco ciężkie, zwłaszcza w okolicach żołądka.
– Myślałem, że cię zabiłem.
– Co? – Spojrzał z ukosa, jakby nie rozumiał, a musiał przecież rozumieć.
– Wtedy. Pod Metropolem. Miałem twoją krew na rękach.
Miguel zadrżał całkiem widocznie.
– Aha – powiedział tylko. – Tamto. Nie powiem, trochę bolało.
– Podejrzewam. – Jurij zmrużył oczy. – Mnie też bolało. Zaskakująco mocno mnie bolało.
I znów zapadła cisza. Trwała długo, aż Lavalier parsknął cicho z czymś jakby z irytacją.
– Dlaczego my nie umiemy rozmawiać normalnie? Jak ludzie? – spytał gorzko.
– Może dlatego, że nie jestem człowiekiem – odparł Ivanow, przewracając oczyma.
– Nie mogę tego znieść.
– Że nie jestem człowiekiem?
– Że potraktowałeś mnie dokładnie tak, jak powinieneś mnie potraktować.
Jurij zmarszczył brwi. Chyba nie nadążał, ale w sumie nie było to nic dziwnego w towarzystwie Miguela, którego myśli zdawały się skakać od wątku do wątku zupełnie przypadkowo, na skos i w poprzek, ale nigdy nie po linii prostej.
– Co masz na myśli? – Czuł, że wcale nie ma ochoty drążyć tematu, ale słowa padły, zanim zdołał je powstrzymać. Może to Wolborg chciała wiedzieć. Może jakaś inna jego część.
Może on sam z przeszłości.
– Racja, nie miałem wprawa wchodzić na twój teren. Nie miałem prawa wpierdzielać ci się w życie, jakiekolwiek by nie było i jakkolwiek by mnie nie wkurwiało, że siedzisz w tej Moskwie jak pies na łańcuchu.
– Teraz się wycofujesz?
– Tego nie powiedziałem. – Lavalier boleśnie znajomym gestem przeczesał palcami opadające na twarz włosy. – Ale jak się wkłada psu rękę do kojca, to wiadomo, że ugryzie. A jednak nie potrafię tego znieść.
– Dlaczego mi to mówisz?
Miguel wzruszył ramionami.
– Bez celu – powiedział. – Nie wiem. Nie… – zastanowił się. – Nie, naprawdę nie wiem. To głupie, nie musisz mi tłumaczyć.
Jurij milczał dłuższą chwilę, przyglądając mu się uważnie – może po raz pierwszy od lat naprawdę na niego patrzył. Może po raz pierwszy w życiu. I zaskoczył go ten widok. A przecież widział już Lavaliera bez maski doskonale dobranych ciuchów i idealnej fryzury, bez wystudiowanej obojętności na twarzy i łamiącego ją uśmiechu, który działał na tłumy jak zaklęcie. Więc nie, nie mogło chodzić o sypiący się dość śmiało zarost, za długie, zmierzwione włosy, ręce brudne od smaru, z którym nie radziły sobie zwykłe środki czystości i workowate wojskowe ubranie. Nie chodziło też o to, że się odsłonił, bo już to zrobił. Przynajmniej dwa, trzy razy, choć obiekt tego odsłaniania wybrał sobie naprawdę fatalny.
Chodziło o coś w samym Ivanowie.
– Mi też trudno to znieść – powiedział, zanim zdołał ugryźć się w język. – I tak, nie miałeś prawa.
Miguel otworzył usta.
– Nie waż się znowu przepraszać – warknął Rosjanin. – Zrobiłeś, co zrobiłeś. Ja zrobiłem, co zrobiłem. Mogłem cię zabić. Rei by mi nie przeszkodził, nie po tym, jak zostaliśmy sami. Ale tego nie zrobiłem i to już był mój wybór, rozumiesz?
Argentyńczyk skinął głową.
– Ale to nie znaczy, że rzeczy po prostu wskoczyły na miejsce – dodał cicho.
– A jakie było ich miejsce? – Jurij zmarszczył brwi. Pytał bez sensu, bo przecież wiedział.
Wiedział też, że nie otrzyma odpowiedzi.
Wciąż były rzeczy, których nie wypowiadało się głośno. Które należało zostawić czynom, nie słowom.
Które należało zostawić nadchodzącym dniom.

*

Jurij śnił koszmary, a najbardziej upiorne było w nich to, że nie stanowiły niczego więcej, jak tylko ciąg przetworzonych wspomnień, co docierało do niego lodowatą pięścią za każdym razem, gdy budził się spocony, by zaraz potem znów zapaść w ciężkie bagno.
Widział w nich skrzywioną złym uśmiechem twarz Papowa wrośniętą w szare mury Opactwa. Słyszał jego głos z dumą opowiadający o tym, jak załatwi sprawę Pekinu cudzymi rękoma. I faktycznie – zrobił to.
Oczywiście, że to nie Rosjanie podłożyli ładunki wybuchowe. Ktoś, kto wydałby taką decyzję, musiałby okazać się skończonym głupcem. Nawet Kai nie miał w sobie dość zadufania, by wierzyć, że tak bezpośredni atak na cywili potężnego gospodarczo, powiązanego z całym światem ekonomicznymi zależnościami i dyktującego warunki nie tylko w Azji państwa ujdzie mu na sucho. Bestie dawały im moc, dawały im potencjał, o jakim wielu mogło tylko marzyć, ale nawet Jurij rozumiał, że to nie wszystko i jeśli jest się przywódcą politycznym, to właśnie politykę należy brać pod uwagę. Nie mieszał się do tego, choć niejednokrotnie dobitnie wyrażał swoją irytację.
Ale Papow dopiął swego. I faktycznie nie zrobił tego rękami Rosjan, choć pojawiało się oczywiste pytanie – czyimi?
Oczywiście myśli Jurija także na moment skręciły ku europejskiej paczce drani, ale tylko na moment. Z zasady podejrzewał każdego, natomiast sam przed sobą przyznawał, że Robert Jürgens nigdy nie wydawał mu się kimś, kto sięgnąłby po takie środki. Nie wskazywały na to także poprzednie lata jego działań. Do głosu dochodził powoli – może zbyt powoli i może się spóźnił – dbając, żeby wszystko pozostawało po jego przejściu w jak najlepszym, porażającym wręcz porządku.
Skąpa, rwana i poniekąd mimowolna relacja Miguela też raczej nie potwierdzała tej hipotezy. To, co mówił, że został wyciągnięty z więzienia, żeby zostać propagandową bronią bardziej do uspokajania przyjaciół niż straszenia wrogów, pasowało do stylu działania Europejczyków znacznie bardziej. Tak, tak właśnie mogli kombinować. Zawsze przejawiali tendencję do traktowania ludzi jak figury na planszy do którejś z tych popierdolonych gier, gdzie niby wszystko było czarne i białe, a jednak cholernie skomplikowane. Operowali na poziomie pojedynczych osobników, ewentualnie małych grup, po prostu znajdując się zawsze w odpowiednim miejscu i czasie.
Jednocześnie dziwna, niewytłumaczalna złość ściskała żołądek Sabaki, gdy myślał o tym, że po raz kolejny postanowili zagrać Miguelem. I jednocześnie, gdy sobie to uświadomił, zupełnie inaczej zaczynało wyglądać wtargnięcie Lavaliera do Moskwy. Robert musiał być teraz naprawdę wściekły. Musiało posypać się wiele jego planów, a wiele innych zawisnąć na włosku, bo medialna maskotka zerwała się ze smyczy. Jakby to było trudne do przewidzenia.
Nie było.
Oczywiście że nie było dla każdego, kto zadał sobie minimum trudu, by zobaczyć Miguela prawdziwego, z całą tą histeryczną niechęcią do popadania w zależności i spirale prawdziwych albo – częściej – wymyślonych długów. Kto jednak chciałby poświęcać uwagę figurom na szachownicy?
Ivanow zacisnął usta przewracając się w półśnie na drugi bok. Kiedy już w jego głowie pojawił się Miguel, bezczelnie zaanektował ją całą. Wracały urywki rozmów. Spojrzenia. Nie zawsze zrozumiałe gesty. I znów Ivan.
Prędzej czy później i tak ktoś go dostarczy Kaiowi, nawet jeśli nie będę to ja. I będę się bardzo głośno śmiał, jeśli zrobisz to osobiście.
Sabaka omal nie zerwał się do pionu, gdy słowa sprzed wielu tygodni uderzyły go pięścią w żołądek. Odruchowo spojrzał na czarną na tle nocnego nieba sylwetkę, zaczerpnął powietrza głęboko w płuca.
Nie.
Po prostu nie.
Był wkurwiony. Był postawiony pod ścianą przez lojalność Argentyńczyka. Był nią przerażony i wcale nie chciał jej przyjąć, nie chciał zaufać, oddać swojego życia w cudze ręce, więc mógł drapać i gryźć, mógł ranić głęboko i bez wahania, ale nigdy, przenigdy nie posunąłby się do czegoś takiego.
On nie, ale Wolborg?
Zadrżał i wczepił palce we włosy. Przecież wiedział, wszyscy wiedzieli, że wilczyca w jego głowie to bomba z opóźnionym zapłonem. W każdej chwili mogła przygiąć jego kark do ziemi i zażądać posłuszeństwa. Milczała, bo sama teraz bała się Hiwatariego i widziała w tej szalonej ucieczce i dwóch Połączonych szansę dla swojego nosiciela – Jurij wiedział o tym aż za dobrze. Ale co, jeśli to nagle się zmieni?
Co, jeśli Ivan miał rację?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 13 maja 2017, 21:46

Dearc-Luachrach, posiadłość rodu McGregor,
okolice Greenock, Szkocja
– Jesteście wreszcie! Bałam się, że nie zdążycie, zanim zacznie padać. Niebo zrobiło się takie paskudne… – Kobieta zachęcająco machnęła ręką w kierunku wejścia do zamku jak z bajki. – Dalej, dalej!
Ona sama prezentowała się znacznie zwyczajniej niż rezydencja za jej plecami czy urokliwy nawet mimo paskudnej pogody krajobraz niewielkiej wyspy na zalewie i otaczających ją gór. Dość wysoka, ale przysadzista, w siwych, potarganych włosach do ramion, z dość zwyczajną w tych okolicach twarzą, w której tkwiły oczy z charakterystycznie dla wyspiarzy opadającymi zewnętrznymi kącikami. Skórę znaczyły głębokie bruzdy. Jej ubranie też nie kojarzyło się bynajmniej z panią na włościach, a raczej szopą i widłami – na kraciastą flanelę zarzuciła pikowany bezrękawnik w zdechłym kolorze musztardy, a nogawki wytartych jeansów wpuściła w kwieciste kalosze. Jej mocną szyję otaczała niedbale przewiązana chusta, która lata świetności zdecydowanie miała już za sobą, o czym świadczył spruty na brzegach materiał.
Pachniała też jak zawsze – co Johnny stwierdził z lekkim zażenowaniem – czyli nie perfumami damy, a owcami i szeroko oraz nie zawsze kolorowo pojętą wsią.
– Cześć, mamo – burknął.
To, że witała w takim stroju jego i Emily, to było normalne, owszem. Wręcz zacząłby się niepokoić, gdyby nagle postanowiła zmienić ten rytuał. Ale przecież wiedziała, że będzie z nimi jeszcze ktoś.
– Emi, córuś, schudłaś biedactwo – stwierdziła z autentyczną troską, witając się z synową. – To jest to prosię? – Spojrzała na trzymaną przez York rudo-czarną świnkę.
– Szynka, mamo – odparła Amerykanka, dając sobie odgarnąć włosy z czoła. – Ma na imię Szynka. Podobno nie lubi, jak się mówi inaczej.
– To nasz gość. – Johnny wskazał wysiadającą z samochodu kobietę. – Hiromi Tachibana.
– Ach, tak! – pani McGregor rozpromieniła się ponownie. – Wiele o pani słyszałam – to rzekłszy, znacząco spojrzała na synową. – No, chodźcie już do środka, zaraz naprawdę zacznie padać.
To, co prowadziło do wnętrza rezydencji, nie było nawet gankiem. Bardziej przypominało portyk prawdziwego zamku, co miało potężną wadę w postaci licznych schodów. Wygodniejsze wejście dla służby znajdowało się jednak z tyłu i trzeba by obejść całą bryłę potężnego budynku, a potem przejść obok owczarni. Stan zwłaszcza wycieńczonej chyba nie tylko po długim locie Hiromi jasno sugerował, że to nie najlepsza opcja.
Wnętrze tuż za progiem pachniało początkowo pastą do podłóg, kamieniem i drewnem. Wydawało się też przytłaczająco ciemne, głównie za sprawą rzeźbionej misternie boazerii i niewielkich okien. W połączeniu ze sporą przestrzenią, która nie kojarzyła się bynajmniej z korytarzami normalnych mieszkań – a Hiromi pewnie nie kojarzyła się w ogóle z mieszkaniem – robiło to mylnie przytłaczające wrażenie. Jakby zaraz zza rogu miał wyskoczyć przewodnik, a na ścianach wisiały tabliczki z zakazem fotografowania.
Co w sumie nie było aż tak dalekie od prawdy. Johnny wiedział, że jego ojciec niekiedy zaprasza tu swoje grupy zajęciowe i oprowadza je jak wycieczkę.
Clootie, moja purchaweczko, gdzie twoje maniery? Pomóż pani zdjąć płaszcz!
– Mamo, prosiłem cię tyle razy… – wycedził przez zaciśnięte zęby, poświęcając na rzecz swej godności uwagę o tym, że ręce nadal ma zajęte bagażami Hiromi i nijak nie dałby rady z jej odzieniem. Chyba że zębami, ale to mogłoby się jej nie spodobać.
Oczywiście gdzieś po rezydencji kręciła się służba, ale McGregor aż za dobrze wiedział, że każdy ma coś do roboty i nie powinien liczyć na cud zmaterializowania się któregoś z nich w pobliżu. Pewnie większość zresztą była w terenie – w owczarniach, szopach z whisky lub na którymś z wyższych pięter.
– Dziecko drogie, nie stój tak w progu, wejdź-że. – Jego matka ostatecznie sama zajęła się nieszczęsnym płaszczem i już brała Hiromi pod ramię, i już prowadziła ją w głąb pachnącego starym drewnem, owczą wełną i słodkimi wypiekami domu.
Nie sprawiała przy tym wrażenia, jakby przejmowała się zanadto odrobinę nerwowym uśmiechem na ustach Japonki. Johnny jeszcze w Edynburgu uprzedził co prawda Tachibanę, że pani domu może z początku wydać się przytłaczająca i nachalna ze swoją gościnnością, ale to nie mogło przygotować jej na kulturowe zderzenie i szok, jakiemu właśnie ulegała – i to mimo wieloletnich kontaktów z ludźmi z różnych stron świata.
Pokręcił głową, słysząc, jak ich głosy zmieniają się w jednostajne brzęczenie, gdy zniknęły za jedną, a potem drugą ścianą.
– Tak naprawdę to się jej spodoba – stwierdziła Emily z doświadczeniem dawnej przyjaciółki, a Szynka postanowiła kwiknąć, jakby na potwierdzenie.
– Będziemy musieli pilnować tego bobra – mruknął Johnny, patrząc jak York stawia rudą kulkę na podłodze.
– Hiromi?
– Nie, Mielonej. Nie chcę myśleć, co będzie, jeśli obeżre ojcu meble.
– Prawda – skrzywiła się Emily, odwieszając płaszcz. – Szczęśliwie będzie tu miała dużo przestrzeni.
– I błota, jeśli pogoda się nie zmieni.
Amerykanka uśmiechnęła się mimowolnie i kucnęła, żeby podrapać świnkę po głowie. Ta znów na to pozwalała, co zapewne stanowiło dobry znak. Odzyskiwała humor. Może powoli docierało do niej to, co powinno dotrzeć też do nich – że Miguel najprawdopodobniej nigdy nie wróci.
Uśmiech przeszedł w bolesne skrzywienie.
– Wszystko w porządku? – zaniepokoił się Johnny.
– Jestem zmęczona.
– Powiem mamie, że poszłaś odpocząć.
Emily przytaknęła i bezbłędnie ruszyła ku odpowiednim pokojom.


*

Nie tylko ona potrzebowała odpoczynku. Również Hiromi, gdy tylko umyła się i przebrała, a potem dała nakarmić drożdżowym plackiem ze śliwkami i ciepłym mlekiem, zasnęła praktycznie na siedząco, więc pani McGregor kategorycznie nakazała jej udać się na drzemkę.
Tachibana nie wyglądała dobrze i zauważał to nawet Johnny. Zresztą wspominała coś o przejściowych kłopotach zdrowotnych. Początkowo brzmiało to nawet trochę jak wymówki i próba wykręcenia się z oferty, jaką dostała od Roberta – jakkolwiek sięganie po tego typu argumenty wydawało się nie w jej stylu. Tak poza tym poszło zadziwiająco łatwo. Wszyscy, a zwłaszcza dla zasady sceptyczny Jürgens, spodziewali się kłopotów w rozmowach z Japonką, ale tak naprawdę nie opierała się długo.
– Wyczerpałam swoje środki – powiedziała w pewnym momencie. – Z obecnej pozycji niczego już nie zdziałam. Jeśli do ludzi nie dotrze, co się dzieje, po zamachach, tym bardziej nie zmienią ich moje relacje.
Brzmiała na zrezygnowaną i załamaną. Jakby ostatnie wydarzenia widziała nieco jako swoją porażkę, co mogło być w sumie prawdą.
– Zamierzacie wziąć ślub?
Z zmyślenia wyrwał Johnny’ego głos matki. Szła z filiżankami w dłoniach i z daleka czuł zapach gorącej czekolady.
Dobrze było tu czasem wrócić.
– Nie – odparł, dziękując za swoją porcję skinieniem. – Niekoniecznie. Nie rozmawialiśmy o tym.
– Ale znów jesteście razem, prawda? – dopytywała pani McGregor, a on wiedział, że nie robi tego z wścibskiej ciekawości, a z miłości do jedynego syna i sympatii dla synowej.
Zawsze lubiła Emily. Odkąd spotkały się po raz pierwszy, zawiązała się między nimi przedziwna nić porozumienia, choć było jasne, że wówczas jeszcze studentka fizyki o osobowości naukowca i temperamencie teriera to nie jest najlepszy materiał na pachnącą pieluchami i warzywną zupą panią domowego ogniska. York od początku też nie kryła się z tym, że raczej nie planuje mieć dzieci i że bardziej niż pieczenie ciastek interesuje ją zderzacz hadronów, a jeśli już musi coś ugotować, to najlepiej z paczki. Wydawać by się zatem mogło, że panią McGregor będzie protestować przeciwko oddaniu jej ukochanego syna, ale – jak stwierdziła – ma nosa do ludzi i ten nos mówi jej, że Johnny trafił dobrze. Ani pierwszy, ani drugi, ani nawet czwarty rozwód nie zmieniły tego nastawienia i Emily potrafiła rozmawiać ciepło z teściową nawet wówczas, gdy akurat darła koty z mężem – czy to obecnym, czy byłym.
– To skomplikowane, mamo – powiedział, nie łudząc się nawet, że takie stwierdzenie zakończy temat.
– Mam czas – odparła pani McGregor i ostrożnie upiła łyk czekolady.
Zdążyła się już przebrać i nie wyglądała, jakby dopiero co wyszła z owczarni, choć otulona swetrem zapewne własnej roboty też nie prezentowała się zbyt błękitnokrwiście.
Johnny westchnął i spojrzał w okno. I tak niewidoczne słońce chowało się powoli za wzgórzami, było pochmurno, zaczęło lać i tak naprawdę to gówno widział, ale szarość i tak przykuła jego wzrok na dłuższą chwilę.
– W międzyczasie był inny mężczyzna – powiedział głucho.
– Och…
Spojrzał na matkę. Naprawdę wyglądała na zaskoczoną i w sumie wcale się jej nie dziwił. Wszyscy żyli w tym chorym tańcu rozstań i powrotów, dla wszystkich już były równie oczywiste. Tak dla ich dwójki, jak i rodziców z obu stron, a także większości znajomych.
– Emi bardzo się zakochała. – Zaczął pocierać palcem brzeg filiżanki. – Mocno się zaangażowała. Musiałabyś ją wtedy widzieć, mamo. Odmłodniała dobrych parę lat. Zresztą wiem, jak trudno będzie ci w to uwierzyć, ale zaprzyjaźniliśmy się. Łączyło nas… wiele różnych rzeczy, nie tylko Emily. To był dobry człowiek.
– Był.
McGregor przytaknął.
– Najprawdopodobniej. Poleciał do Chin tuż przed zamachami. Od tamtego czasu nie daje znaku życia.
Matka mogła nie rozumieć skomplikowania sytuacji, ale bez trudu wychwyciła żal i ból w głosie ukochanego syna.
– Przykro mi – powiedziała cicho, obejmując go i przyciągając do siebie.
Oparł głowę na jej ramieniu.
– Raz już go w sumie chowaliśmy – uśmiechnął się krzywo. – A potem okazało się, że sukinsyn jest nie do zdarcia, więc w sumie kto, wie, ale… oboje straciliśmy bliską osobę. Ona nie chce i nie potrafi o tym rozmawiać, ja nie chcę jej ranić bardziej i do niczego zmuszać. Ze dwa razy próbowałem, ale źle to zniosła i wcale jej nie pomogło. Jest ciężko – przyznał. – Liczę, że trochę tu odpocznie. Zawsze lubiła Jaszczurkę.
– Wygląda na to, że wszyscy troje potrzebujecie odpoczynku – szepnęła pani McGregor, z czułością przesuwając spracowaną, szeroką jak łopata do chleba dłonią po sztywnych włosach syna.
Zaśmiał się gorzko.
– Jest wojna – odparł.



Rosja
– No dobrze, a kim pani w ogóle jest?
Wyprężyła się jak struna, uniosła z godnością podbródek. Chuda, drobna, z rzadkimi rudymi włosami wystającymi spod wciśniętej głęboko na czoło czapki, kojarzyła się głównie z rybką nadymką i najgorszymi dniami w szkolnej ławce. Z pewnością nie pasowała do tego otoczenia – makabrycznych resztek jakiejś wioski pośrodku niczego.
– Jestem Martha Piekutin, doktor językoznawstwa – oświadczyła, przyciskając do piersi niebieską teczkę i mierząc ich z pogardą zza szkieł okularów w rogowych oprawkach.
– To są ci twoi wytropieni ludzie, Jurij? – parsknął Rei, omiatając wzrokiem dość upiorny obraz okolicy.
Dość powiedzieć, że doktor Martha była, poza nimi trzema, jedynym żywym egzemplarzem.
– Stul pysk.
– No to pięknie – skrzywił się Miguel. – Ale karabinów na przecinki to my akurat na stanie nie mamy. Więc jeśli…
– Z szacunkiem, młody człowieku! – zagrzmiała kobieta, najwyraźniej bardziej przejęta tym niż tragedią, która rozegrała się może godzinę, może dwie wcześniej.
– Taki młody to on akurat nie jest. – Jurij wzruszył ramionami. – Tylko czas, jak go widzi, to spierdala.
– I wie, co robi – Rei odchrząknął w pięć. – No więc, pani Martho… Co pani tu właściwie robi?
– Jestem członkiem ekspedycji naukowej.
– TEJ ekspedycji naukowej? – Miguel uniósł brew i wskazał głową rozwleczone krwawe ochłapy mięsa nieopodal.
– Tak, tej.
– Tak czy inaczej – warknął Jurij, pakując ręce w kieszenie – nie zamierzam nikogo niańczyć. Mam już dość tej wycieczki. Więc? Jakieś przydatne umiejętności? Polować umie? Bić się? – Zmierzył znacząco jej rachityczną sylwetkę, elegancie futro i kozaczki na obcasie. – Sznurować buty chociaż?
– Gnoju!
No, to nie było strategiczne posunięcie. Nie było nim nawet wobec faktu, że doktor Piekutin nie znała Ivanowa i nie wiedziała, z jakim typem człowieka ma do czynienia.
Powiedział jej to zapewne błysk wściekłości w jego zmrużonych oczach.
– Spierdalaj, pani, skądś przyszła. Chłopaki, idziemy.
– Halo! – oburzyła się doktor Martha.
– Co znowu – Ivanow przewrócił oczyma.
– Jestem kobietą!
– A ja nie.
– W potrzebie! To jest poważna sytuacja! To jest okręt chyboczący się na klifie! Nie mogę tu zginąć! Macie pojęcie, jełopy, jak cenne materiały są w tej teczce?! Jeden z was nie jest wart ćwierci tego!
Spojrzeli po sobie.
– Nie no, to już jest szantaż emocjonalny…
– W sumie moglibyśmy zajebać teczkę, skoro taka cenna, a babsko wrzucić do rowu.
– Jura, ja się czasem ciebie jednak boję.
– Spoko, ciebie nie wrzucę. Ktoś musi nieść teczkę.
– Zaraz… – zreflektował się Rei, przerywając uroczy flirt za swoimi plecami. – Okręt chyboczący się na klifie…?
– No, że utknięty taki? – podrzucił Miguel.
– Ale że na klifie…?
– A ja się znam? Pani tu jest doktor, ja jestem jełop. Więc jak pani mówi, że na klifie, to na klifie.
Jurij podsumował wszystko gniewnym prychnięciem.
– No dobrze. – Kon ponownie postanowił wziąć na siebie rolę tego rozsądnego. – Ale skoro już tu pani jest, to może chociaż mały barter. To znaczy, sądzę, że wszyscy trzej chętnie się dowiemy, co tu właściwie zaszło.
– Sama chciałabym wiedzieć – syknęła kobieta. – Nagle coś spadło z nieba i zrobiło… to.
– Coś spadło z nieba?
– Wielkie cielsko, niebieskie i skrzydlate.
– Smok…?
– Idiota, przecież smoki nie istnieją.
– No to coś, co nie było smokiem, bo smoki nie istnieją, ale wyglądało jak smok – zirytował się Miguel. – Zatem można założyć pewnie, że jeszcze tu wróci. Nie wiem jak wy, ale ja bym się w takim razie chętnie usunął z otwartej przestrzeni.
To rzekłszy, poprawił szelki plecaka, potem karabin na ramieniu i po prostu ruszył w kierunku drzew.
– Blondie dobrze gada – przyznał Jurij. – Przywiążemy babsko do pnia w widocznym miejscu. Smoki lubią panienki, to może da nam spokój.
– Jesteś ordynarny! – zapowietrzyła się pani doktor.
– Hej! – upomniał Ivanowa Rei, kiedy też zaczęli zmierzać w kierunku lasu. – Może łagodniej, co? Tak pomyślałem, że ona może ona po prostu jest w szoku.
– No tak – syknął Jurij, zerkając na niego z ukosa. – Ty w szoku życzyłeś nam śmierci.
– Nigdy mi tego nie zapomnisz.
– Masz rację. Nigdy.
Pani Martha człapała za nimi i zmrożony śnieg skrzypiał pod jej kozaczkami.
– Wolniej! – wołała.
– Zaczyna się… – westchnął ciężko Jurij. – Dlatego mówiłem: odstrzelić.
– Było nie było to jednak…
– Wiem, słyszałem już. Ruchy, bo nam się młody w lesie zgubi.

*

Siedzieli we czwórkę przy niewielkim ognisku, przeżuwając swoje porcje suszonego mięsa, których Jurij – pod naporem perswazji – wyjął cztery, a nie trzy. Tyle dobrego przynajmniej, że walka z prowiantem na dłuższą chwilę uciszyła Marthę i przystopowała choć na moment wielce pasjonujący wywód o niedouczonej młodzieży i jej wpływie na obecną sytuację międzynarodową.
Na moment.
– I tak to potem jest – podjęła znów kobieta, zupełnie nieświadoma, że siedzi przy ognisku z cesarzem Chin i rosyjskim generałem. – Nic, tylko by wódę chlali i prali się po pyskach, a w szkole to się siedzieć nie chce. I co? I mamy społeczeństwo analfabetów! Głupoli! Agresywnych prymitywów! Wojnę mamy! Wiersz jakiś przeczytali, ha? Jeden chociaż? Jak by przeczytali, to by się może ucywilizowali.
Wydawało się, że jej słowa trafiają w eter, skrzętnie omijając uszy potencjalnych słuchaczy i adresatów w jednym, zwłaszcza że Jurij już dawno dał sobie spokój. Przeniósł się nieco dalej i – pogwizdując fałszywie pod nosem – bawił się w korzenioplastyka.
Wydawało się.
– Hola! – przerwał Miguel, najwyraźniej bardziej zaangażowany w odbiór, niż na to wyglądał. – Nie tak szybko! Niech tak pani nie wymachuje tym swoim PhD!
– A ty co znowu, pyskaty?
– A to, że Jurij jakoś od piątego roku życia na przykład zamiast śniadania dostawał wpierdol. Doprawdy nie wiem, kiedy miałby zrobić ten doktorat – syknął Lavalier, mrużąc oczy. – A Rei i z połową mózgu dubluje panią w tym wyścigu.
Zapowietrzyła się. Cała jej twarz – no dobrze, fragment twarzy widoczny między szalikiem a czapką – wydawała się świętym oburzeniem.
– Nie masz prawa tego oceniać – syknęła.
– O, no widzi pani. To teraz przez analogię. Więc jeśli jeszcze raz powie pani do któregoś z nich „jełopie”, to nie ręczę za siebie. Swój papierek niech sobie pani komisyjnie zroluje i zaaplikuje do okrężnicy.
– Trochę szacunku dla nauki! – syknęła Martha, ale była to już raczej seria drapnięć na ślepo, ot, odruch obronny.
– Moja partnerka jest profesorem – odparł Miguel, wzruszając ramionami i ściągając na siebie cokolwiek zdziwione spojrzenie Reia. – Mam do niej bardzo dużo szacunku. Zresztą sam kiedyś o tym myślałem. Mówili mi, że mam dość oleju w głowie, a ja chciałem zakładać rodzinę. Ale potem usmażyli mi poprzednią dziewczynę i zapał jakoś sobie poszedł.
– Serdecznie współczuję, ale może byś chociaż o śmierci mówił bez kpiny.
– Nie kpi – sprostował Kon. – To ostatni temat, przy którym by kpił. Naprawdę się usmażyła. Pani sobie nie zdaje sprawy, jakie wolty może wyprodukować podrasowany układ nerwowy. OK, w porządku – Położył Miguelowi rękę na ramieniu, kiedy ten znowu zaczął otwierać usta. – Nie warto.
Lavalier wyrzucił z siebie jeszcze parę słów po hiszpańsku, ale – zgodnie z prośbą Reia – wycofał się z pyskówki. Był w wyraźnie złym nastroju, od dłuższego czasu siedział skulony i wpatrzony w jeden punkt. A teraz Kon poczuł jeszcze, że Argentyńczyk drży i to chyba nie ze złości.
– Wszystko w porządku? – spytał półgłosem.
– Nie – padła głucha odpowiedź. – Ale nie wiem dokładnie, co jest nie tak. Po prostu źle się czuję.
– Święci pańscy, kim wy jesteście?! – Pani doktor zamrugała ciężko. – Urwaliście się z jakiegoś tajnego laboratorium?!
– Ja nie – powiedział Rei. – Ale tych dwóch już tak. Brzuch? – zwrócił się znów do Lavaliera, ignorując kolejny komentarz Marthy i mierząc wzrokiem splecione w okolicach żołądka ręce.
– W kurwę boli.
– Niedobrze.
– Niedobrze też mi jest.
– Cholera.
– Spoko – Miguel próbował się uśmiechnąć, ale wyszło raczej blado. – Prześpię się i mi przejdzie. Ja przecież nie choruję.
– Dzisiaj nie bierzesz warty, podzielimy się z Jurą.
Lavalier przytaknął bez słowa protestu.
– Chyba że pani doktor do nas dołączy.
– Ja? – zdziwiła się.
– O, nie! – warknął Jurij. – Ja temu babsku życia nie powierzę nawet na pięć minut! – To rzekłszy krytycznie zmierzył wzrokiem swoje dzieło. – No – oświadczył. – Ogórek jak się patrzy.
– Duży.
– Bo w duchu radzieckiego monumentalizmu.

*

Uwagę Kona zwróciły szmery za jego plecami i ciche jęknięcie. Obróciwszy się, zobaczył, jak Miguel ciężko podnosi się z posłania.
– Muszę na stronę – wyburczał Argentyńczyk, mijając go.
Zaszeleściły krzaki.
– Cholera, ja tu niczego nie widzę…
– Latarka?
– Gówno, he, he, daje. Przecież mam zjebany wzrok, tylko pogarsza sytuację.
– Nie oddalaj się za bardzo – polecił półgłosem Kon.
– O, nie chciałbyś… – dobiegło go z ciemności. – Ale OK, to chyba zawietrzna.
Krzaki zaszeleściły znowu. Nieco dalej.
I jeszcze kawałek dalej.
– Jak cię coś zeżre, to będzie twoja wina – mruknął pod nosem Kon, ale Miguel był już za daleko, żeby mu odpowiedzieć.
Zniknął na dość długo, żeby Rei zaczął już poważnie myśleć o budzeniu Jurija i jakiejś akcji ratunkowej. Wówczas jednak ciemność po lewej zaczęła się poruszać. Trochę niemrawo i po zygzaku, ale jednak w jednym kawałku.
Más dificil que cagar en un frasquito…
– Przeglądałeś apteczkę? – podsunął Kon.
– Tak. Połknąłem wszystko, co było opisane nie po rusku. Mam wrażenie, że dlatego ciągle się nie przewinąłem na lewą stronę – odparł Miguel kwaśno.
– Mała cię zatruła.
– Na to wygląda. Zdążyła mnie dotknąć. W sumie lepiej, niż gdyby to miała być jelitówka, bo wtedy byśmy zaraz srali i rzygali wszyscy.
– Jelitówka przynajmniej przechodzi po trzech dniach.
– Zobaczysz, że jutro będę zdrowy.
– Trzymam za słowo. Idź spać.
Miguel przytaknął i poczłapał w stronę swojego śpiwora. Kon przyłapał się na brzydkiej myśli, że ma nadzieję, iż Argentyńczyk – przypadkiem czy nie – nadepnie po drodze panią doktor Piekutin, ale nic takiego się niestety nie stało. Lavalier ułożył się i zwinął w kłębek, żeby trochę rozgrzać ciało. Nie leżał jednak długo.
Tym razem minął Reia bez słowa, wzdychając tylko ciężko.



Dearc-Luachrach
Było zimno i wilgotno, ale przestało padać – pogoda może nie wymarzona na spacer, ale doskonale wręcz odzwierciedlająca nastroje, a to sprawiło, że zarówno Emily, jak i Hiromi doszły do wniosku, że zwyczajnie mają ochotę brodzić w rozmokłej ziemi. W tym układzie Szynka pękała ze szczęścia, brudna już po same czubki uszu i końcówkę zakręconego ogona. Krążyły tak we trójkę od dłuższego czasu, to rozmawiając, to po prostu milcząc, trochę pociągając nosami i już nawet nie udając, że dają sobie z tym radę. Tematy zataczały koła, obrazy z przerwanej przeszłości i teraźniejszości uzupełniały się niespiesznie o kolejne szczegóły wypływające – zdawałoby się – w sposób zupełnie przypadkowy i nieskoordynowany.
Łatanie szesnastu lat bardzo rwanego kontaktu szło zadziwiająco wręcz dobrze. Może chodziło o podstawy, o prostą, niemal prymitywną naturę tej znajomości, gdzie wszystko wykładało się na stół i niczego nie chowało za plecami zbyt długo.
– Normalnie jest tu pięknie – mruknęła w pewnym momencie Emily i wcisnęła zmarznięte dłonie głębiej w kieszenie jasnej sportowej kurtki, przesuwając wzrokiem po otulonych mleczną, mokrą mgłą szczytach. – Może nie w na początku grudnia, no, nie takiego grudnia, ale na wiosnę albo latem.
– Jest na pewno... ciekawie – odparła Hiromi i zaciągnęła się głęboko papierosem, bo czyste wiejskie powietrze zdecydowanie zaburzyło naturalne stężenie nikotyny w jej organizmie i poziom tlenu wzrósł niebezpiecznie. Od przyjazdu zdążyła wypalić już tyle, że Emily na samą myśl zaczynało się kręcić w głowie. Nie była pewna, czy wyrabia taką normę tygodniowo, nawet do spółki z byłym mężem.
Wiatr niósł po stokach i łąkach beczenie owiec. Rezonowało przedziwnie i doprawdy trudno byłoby zgadnąć, gdzie obecnie znajduje się stado McGregorów.
– Zaskoczyło mnie to – zaśmiała się cicho Tachibana.
– Hm?
– Johnny w jego naturalnym środowisku.
York przytaknęła ze zrozumieniem.
– Mnie też to zbiło z tropu za pierwszym razem – odparła. – Za drugim pewnie też. Ale po jakimś czasie… Naprawdę, jest, co doceniać, zobaczysz. To niezawodna przystań. Człowiek zawsze się czuje, jakby wyjechał stąd tylko na weekend i wracał do siebie. Lubię tu pracować. Choćbym nie wiem, co, robiła, to jakbym odpoczywała.
Hiromi przytaknęła bez słowa. Jej z pewnością było trochę trudniej – ani szkocka przyroda, ani klimat nie przypominały Japonii czy w ogóle jakiegokolwiek miejsca w Azji. Ale może to lepiej. Może tego właśnie było jej trzeba.
Na nowy start. Nowy, lepszy początek.
– Tak sobie czasem myślę – zaczęła Emily z lekkim uśmiechem – że ze dwa śluby wzięłam nie z Johnnym, tylko z tym miejscem i jego rodzicami. Żałuj, że nie ma ojca. Chodzi w kilcie i gra na dudach w zespole rekonstrukcyjnym. Tam – York wskazała ręką kierunek – ma swoje własne szopy z leżakującą whisky. To Szkot tak bardzo, że aż niemożliwe. Trzy lata zajęło mi, zanim zaczęłam rozumieć, co do mnie mówi, ale to fantastyczny, cholernie wykształcony facet z ogromnym poczuciem humoru. Historyk literatury. Można go słuchać godzinami i nigdy się nie nudzi, nawet jeśli opowiada o jakimś marnym poecie z Pipidówki Mniejszej.
Hiromi uniosła kącik ust, ale wzrok miała dziwnie smutny. Emily mogła sobie jedynie wyobrażać, w jakich rejonach krążą jej myśli – może wokół jej własnych rodziców, z którymi nie utrzymywała kontaktu, może rodziny, którą zostawiła w Kirgistanie – ale nie chciała o to pytać. Nie teraz. Teraz postawiła sobie za cel, dać przyjaciółce choć trochę wytchnienia.
Może sobie też.
Z dala od innych. Od Johnny’ego, który jednocześnie tak jej teraz potrzebny, wydawał się też bolesną zadrą, jakby miejsce obok niego było zbyt puste.
– Naprawdę się cieszę, że przyjechałaś – zmieniła temat, póki był na to czas.
– Cóż – Hiromi uniosła kącik ust i zaciągnęła się głęboko. – Znowu beze mnie nie ogarniacie, co?
Emily odpowiedziała śmiechem i pokręciła głową.
– A tak poważnie – mówiła dalej Tachibana – jak mówiłam wcześniej, wyczerpały mi się opcje. Kręciłam się jak gówno w przeręblu. Nikt już nie chciał mnie słuchać. Poza tym widziałam to wszystko z bliska. Może nie jestem szczęśliwa na myśl o współpracy z Jürgensem, ale przynajmniej wiem, że ma czyste sumienie. Na pewno czystsze, niż próbuje się wmówić opinii publicznej.
– Myślisz, że jesteś w stanie go z tego wyciągnąć? – spytała York, odsuwając się nieco, kiedy Szynka przegalopowała obok, rozbryzgując błoto jakby była co najmniej quadem.
– Nie sądzę. Ale mogę spróbować coś ugrać i przygotować grunt do kontrofensywy. Tylko do tego muszę mieć wszystkie dane.
– Po to tu jesteśmy, żeby na spokojnie ogarnąć.
Hiromi przytaknęła. Milczała chwilę, a potem niespodziewanie spojrzała na przyjaciółkę.
– Emi, jeśli to ma wypalić – powiedziała – dopilnuj, żeby niczego przede mną nie zataili. Znam ich. Wiem, że powiedzą mi tyle, ile będą uznawali za słuszne.
– Obiecuję.
– I powiedz mi… co ci odpierdzieliło z tą świnią, do ciężkiej cholery?



Rosja
Poranek wstał szary i ciężki – brzemienny śniegiem, który jednak szczęśliwie nie zaczął jeszcze padać. Zwijanie obozu poszło jednak sprawnie, bo dotarcie do cywilizacji, zanim zacznie się potencjalna nawałnica, wydawało się teraz priorytetem. Nawet doktor Martha zdawała się to pojmować i marudziła o jakąś połowę mniej niż poprzedniego dnia. Co nie oznaczało oczywiście, że zamknęła jadaczkę do końca, ale jej zrzędzenie powoli stawało się dla wszystkich po prostu szumem tła – nawet dla Miguela, może zbyt zmęczonego po nieprzespanej nocy, żeby się tym w ogóle przejmować.
Nie dotrzymał słowa i nie wstał zdrów. Zdradzały go podkrążone oczy i skwaszona mina, a także – co stało się widoczne, gdy wreszcie wyruszyli – nieco przygarbiona sylwetka.
– Dasz radę nieść plecak? – zaniepokoił się Rei.
– Dam – odburknął Miguel, ale nie brzmiał, jakby miał stuprocentową pewność.
– Hej, a tobie co. – Jurij obrócił się ku niemu, marszcząc brwi.
– Nic takiego. Nie przejmuj się.
– Jelitówka albo raczej mała z Moskwy – dodał jednak Rei.
Ivanow zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Daj ten plecak – rozkazał i wyciągnął ramię.
– Ja naprawdę…
– Daj. Ten. Plecak. Nie będziesz nas spowalniał.
Miguel westchnął, ale zsunął bagaż z barków.
– Ty! Doktor wyższej szkoły pierdzielenia! – Jurij machnął na panią Marthę. – Podzielimy się tym.
– No chyba żartujecie! – oburzyła się, a może też nieco przestraszyła, widząc, że na śniegu wylądował największy z plecaków.
– Jest chory – syknął Ivanow i spojrzał na nią tak, że natychmiast zamilkła, a wręcz cofnęła się o krok i chyba zaskomlała cicho. – I spokojnie, umiem w te klocki. Nie dostaniesz więcej, niż jesteś w stanie nieść, Reiowi też zwiększę przydział. I nie zabierzemy młodemu wszystkiego. Nie chcę, żeby ktokolwiek został z tyłu. A Miguel będzie nam w razie czego potrzebny w miarę sprawny i wypoczęty. Wolę mieć do dyspozycji jego niż chuderlawą pięćdziesiątkę od przecinków.
Martha obrzuciła Argentyńczyka taksującym, nieco zazdrosnym spojrzeniem.
– Oby nie musiała pani wspominać jego słów – westchnął Rei. – Dobra, ruszajmy, czas i chmury gonią.
Jak się okazało jakiś czas później – nie tylko czas i chmury.
Teren był dość płaski, więc dostrzegli grupę pościgową z daleka, ale to oznaczało również, że ktoś stamtąd najprawdopodobniej dostrzegł ich.
– Kurwa! – pieklił się Jurij. Ryknął ze złością jak zwierzę i uderzył pięścią w pień sosny. – Komando z Moskwy!
Kon ze świstem wciągnął powietrze. Wymienili szybkie spojrzenia z Miguelem, ale żaden z nich nie tracił czasu na komentowanie – po prostu ruszyli za Jurijem.
– Ale zaraz! Co się dzieje?! – zapiszczała doktor Piekutin.
– Potem – warknął Rosjanin takim tonem, że zamarła z wpół otwartymi ustami i zrezygnowała z kolejnego pełnego pretensji pytania. – Potem, bo odstrzelą ci, kurwa, ten durny łeb! – Jurij wreszcie poczuł rozchodzące się po żyłach znajome zimno. – Dobra – warknął. – Chować głowy, będę nakurwiał.
– Co…? – chciała wiedzieć Martha, ale zamiast odpowiedzi, przyszedł zdecydowany chwyt i Rei pociągnął ją za sobą.
– Na ziemię – rozkazał kategorycznie. – Miguel, osłaniaj ją na razie.
Sam stanął za Ivanowem. Przymknął oczy, usiłując usłyszeć w spokojnym, miarowym rytmie własnego serca głos Bai Hu.
– Pomogę ci – powiedział. – Przez nas dwóch się nie przebiją.
Owszem, przydałby im się też firewall, ale musieli sobie poradzić bez niego. Byli niemal pewni zresztą, że to wystarczy, bo wyglądało na to, że napastnicy dysponują tylko jedną Połączoną, w dodatku wyraźnie niedoświadczoną i nie tyle nieświadomą swoich możliwości, co nie potrafiącą racjonalnie i efektywnie nimi rozporządzać.
Trochę jak oni przed laty. Historia zwyczajnie się powtarzała, z tą jednak różnicą, że teraz wśród dorosłych byli też oni – ci, którzy znali sprawę od drugiego końca.
I nie zamierzali łatwo sprzedać skóry.

*

To było piekło.
Martha naprawdę myślała, że po tym, jak na obozowisko naukowców badających dialekt jednej z podmoskiewskich wsi – dialekt być może kluczowy dla potwierdzenia autochtonicznej teorii etnogenezy Słowian – spadło to wielkie, niebieskie coś, nic gorszego jej już nie spotka. Prawda była jednak taka, że wszystko potoczyło się wówczas bardzo szybko, a większość tego czasu i tak była daleko, bo gdy tylko zobaczyła, że święci się coś niedobrego, chwyciła teczkę z transkrypcjami i notatkami pod pachę i zaczęła biec – byle dalej od zagrożenia.
Kiedy wreszcie zadyszka zmusiła ją do zatrzymania się, a wrodzona ciekawość nakłoniła do spojrzenia za siebie, było właściwie po wszystkim. Po ekspedycji zostały połamane sprzęty i rozwleczone trupy.
Martha pochwaliła się wtedy za przezorność, bo dzięki temu, że ocaliła teczkę, wciąż istniała szansa na zrewolucjonizowanie świata nauki i być może to, że ktoś wreszcie raczy ją dostrzec, a ona – w związku z tym – będzie mogła porzucić uwłaczającą jej pracę dla wydawnictwa, polegającą na poprawianiu karygodnych błędów w jakichś marnych czytadłach.
Fakt, że czytadła te przedziwną niesprawiedliwością losu stawały się później bestsellerami, Martha przypisywała swojej ciężkiej i niewdzięcznej pracy.
No, ale zasłużyła na to, by zrewolucjonizować świat w jakiś godniejszy sposób i sposób ten przyciskała do piersi także teraz, praktycznie wprasowana w śnieg, którym pluła, który wciskał się jej pod ubranie, a także – miała wrażenie – przez uszy do mózgu.
Nie widziała dokładnie, co dzieje się ponad nią, ale zimno, jakie naraz wzięło ją w kleszcze, wydawało się wręcz niemożliwe do przetrwania. Nienaturalne. Zbyt gwałtowne. A kiedy już myślała, że ma dość i nie wytrzyma ani sekundy dłużej, niebo nad jej głową nagle przecięły pioruny. Szarpnęła się odruchowo, cała zlana potem przerażenia.
– Leż! – Ten ładniutki, choć pyskaty jak stado nastolatków blondyn z powrotem wcisnął jej głowę w śnieg.
Nie zamierzała go jednak słuchać. Instynkt wyraźnie podpowiadał jej, że kiedy nadciąga niebezpieczeństwo, nie jest wyjściem leżeć i czekać, aż wyciągnie po ciebie łapy, a uciekać. W końcu raz już się to sprawdziło i uratowało nie tylko ją, ale także cały świat nauki.
– Puszczaj mnie! – Pisnęła więc, na oślep pakując mu palce w twarz, a potem, korzystając z jego chwilowej dezorientacji, zerwała się i zaczęła biec.
Nie ubiegła jednak daleko.
Nie wiedziała, co dokładnie się stało. Po prostu nagle coś osadziło ją w miejscu. A Potem szarpnęło całym jej ciałem i każdą jego cząstką z osobna. Stanęła jak wryta z rozszerzonymi do granic możliwości oczyma i otworzyła usta.
– Mówiłem, leż! – dobiegł do niej na wpół gniewny, na wpół rozpaczliwy krzyk z innej rzeczywistości.
Wciąż nie wiedząc, co się dzieje, upadła na kolana. Mgliście uświadomiła sobie, że wszystkie włosy na jej ciele – naprawdę wszystkie – stanęły dęba. Coś łaskotało w piersi i tam w dole. Coś coraz głośniej brzęczało w uszach.
Jej ciało znów wzięła w kleszcze fala zimna.
A potem jeszcze dobiegł do niej dziwny, klekoczący dźwięk, który dopiero po długiej chwili skojarzyła z bronią palną.
Chwyt na niebieskiej teczce rozluźnił się i wyślizgnęła się ze zmartwiałych dłoni. Bezcenne notatki upadły na różowy od krwi śnieg, a po chwili upadła na nie także pani Martha. Agonalne drgawki wstrząsnęły jej ciałem jeszcze raz czy dwa, a potem doktor-korektor i tajemnica słowiańskiego dialektu niemrawo poczłapały ku zaświatom.
Tak to jest, kiedy próbuje się uniknąć nieuniknionego.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 14 maja 2017, 13:19

SpoilerShow
– Obym się mylił – wyszeptał jeszcze, ale tak naprawdę wiedział,że się nie mana to wielkich szans.
Racja, nie miałem wprawa wchodzić na twój teren.
Wydawać by się zatem mogło, że panią McGregor będzie protestować przeciwko oddaniu jej ukochanego syna
– I wie, co robi – Rei odchrząknął w pięć.
Od Johnny’ego, który jednocześnie tak jej teraz potrzebny, wydawał się też bolesną zadrą, jakby miejsce obok niebo było zbyt puste.
+ "gówno w przerębli" jednak zwraca moją uwagę, mimo że w wypowiedzi :bag:
cały pierwszy post to tak naprawdę gonitwa myśli i ja pierniczę - porobiłaś mi tak, że będę teraz musiała przeczytać odpad od początku. I najpewniej zrobię to, bo tak mnie dręczy, tak mnie wkurwia to, że nie wiem na 100%, komu wąż wlazł do głowy, że aż zaczyna mnie nosić. Ta wstawka zmieniła wszystko. Miałam dwóch kandydatów, Roberta i Miguela. Nic innego nie wydawało się logiczne. Ale potem logika Oliviera zatrzęsła moim rozumowaniem w posadach. Skoro Ivan naprawdę musi być blisko ofiary (podejrzewam, że to słuszne założenie), to najdłużej przebywał z Jurijem. I walisz mi potem tą nocą, koszmarami, bezsennymi rozkminami Sabaki. Jego logika też mnie przekonuje - wyklucza Roberta jako cel, bo Robert jest tak naprawdę spętany żyłkami i wcale nie może ruszyć palcem bez konsekwencji. Zostaje więc Miguel. Ale też coraz mocniej pcha się wersja z Jurijem. Ale jednak Miguel. I majaczy mi sprzed wielu wstawek ta rozmowa, ten dialog Jurija z Ivanem - żeby nie dotykał Miguela. I faktycznie, nie dotknął go. Nie fizycznie. Ale jakże inaczej mógł na niego wtedy wpłynąć i jak ładnie się to składa z wybiegnięciem z sali (co przecież Miguel zrobił) i jak dobrze współgra z załamaniem i obwinianiem się, kolejnymi epizodami pogłębiającej się paranoi. Z drugiej jednak strony paranoja Miguela widoczna jest już przy wyciąganiu go z więzienia. Te głosy, Mathilda, to wszystko co mnie chwyciło już wcześniej. To się działo na drugim końcu świata w pierniczonym bunkrze, więc skąd tam niby Ivan? I cała teoria sypie się kolejny raz.
Wiem też, że przecież wystarczyła chwila. Że jedna myśl jak ziarno zasiana może zająć zaraz cały umysł. Bo czy Olivier sam nie wpadł w spiralę nakręcania, po jednej dosłownie "sztuczce" Ivana? Sam zaczął się podważać, sam zaczął bać się myśleć. I co, jeśli najżyźniejszą glebą pod to ziarno jest własnie przetrącony umysł Argentyńczyka? Może wystarczyły minuty, żeby go Papow zniszczył?

Robisz mi z mózgu sieczkę i pewnie śmiejesz się do siebie, bo błądzę.
Więc przejdę dalej.

best cytat końcowej wstawki, jeśli chodzi o te, co mnie spłakały:
To rzekłszy krytycznie zmierzył wzrokiem swoje dzieło. – No – oświadczył. – Ogórek jak się patrzy.
i nawet nie wiem dlaczego tak :facepalm: chyba po prostu liczyłam, że ma większe zdolności, a potem boleśnie sobie przypomniałam, że to Jurij, więc co innego mógłby stworzyć i jak bardzo to coś mogłoby być misterne? Ogórek zwycięża

Coś ci tam wcześniej pisałam o swoim stosunku do tych bekowych zabiegów (i chyba nawet odpisałaś, że najgorsze przede mną), więc domyślam się że masz świadomość. Nie powiem, żebym uważała to za służące tekstowi - wręcz przeciwnie, totalnie ci to zgubiło i wygłuszyło okropną, dramatyczną atmosferę z Rosji, w którą ja-czytelnik dopiero co zdążyłam się wczuć. Więc piszę ci o tym szczerze - mimo niemal dwudziestominutowego ataku duszności i poprawionego humoru, mimo pełnej zgody na cameo Marty, poczułam później żal. Że kurcze budowałaś coś i jak teraz do tego wrócisz? Ogromny ładunek emocjonalny rozładowała absurdalna seria scenek z właścicielką niebieskiej teczki, panowie nagle wrócili na stopę znajomości "dawna przyjaźń", nie ma śladu po wrogości Jurija, nie ma nieufności Rei'a, nie ma depresyjnego obłędu Miguela. Jest trójka miśków i babeczka do wyszydzenia. I cholera, moje lekkie rozdwojenie jaźni. Z jednej strony dawno się tak nie ubawiłam i to były naprawdę spoko fragmenty, coś tam przekazały, coś zawierały fabularnie. Z drugiej strony bardzo się wszystko spłyciło i nawet jako czytelnik (nie gmerając w aspekcie pisarskim) mam do ciebie żal o to, że tak sobie ułatwiłaś sprawę i rozładowałaś napięcie, co ci dało łatwe, totalnie przyjemne pole do przekazania paru informacji.
I wreszcie z trzeciej strony pamiętam, że czytam fanowski farfocel na fajerze, a ty też coś chcesz z niego mieć dla siebie i potrzebujesz takich odskoczni. Cóż, pozwoliłam sobie na egoistyczne podejście i zamykam temat :bag: z nadzieją, że wrócę bez trudu w klimat, atmosferę i uczucia moskiewskie.

Ogromnie udane fragmenty w posiadłości McGregorów. I o nie, żeby zawierały dużo akcji, dużo zaskakujących pomysłów czy czego tam nie. Czułam przyjemność pochłaniając słowa, wyobrażałam sobie zapach, sportową kurtkę Emily podczas spaceru z Hiromi, ten gest w stronę gór (pewnie wial wtedy wiatr, pewnie pachniało mgłą), dźwięki beczenia, błoto, nawet kolor i konsystencję błota. Tego potrzebuje w tekstach i tego mi zwykle bardzo, bardzo mocno brakuje. Raz na jakiś czas, wiadomo, może nie co akapit, ale dziękuję, bo czekałam i dostałam coś dla siebie - w tym tekście już kolejną rzecz z "tych dla mnie". Bo przecież mam sztywnego Jurgensa, mam załamanie i beznadzieję Miguela. Mam też to, co tu czułam najmocniej, więc właśnie zatrzymanie się i pełen oddech. A jednocześnie nie są to sceny puste fabularnie, ile się dzieje - sprowadzili Tachibanę, padły pewne deklaracje, dowiedziałam się o stosunku Johnny'ego i Emily do nieobecności Miguela, usłyszałam o wojnie. I jednocześnie zajarałam się tak po prostu relacjami rodzinnymi, komfortem, zwykłymi, codziennymi rzeczami, które się dzieją między ludźmi i tak mnie cholernie wzruszyła scena z Emily, to, jak ona postrzega rodziców, że lubi matkę, że szanuje ojca w kilcie, którego się uczyła słuchać latami - nie wiem, jakoś tak. Jakby to nagle też byli ludzie, a nie tylko twoje pionki w powieściowym świecie pełnym super-mocy. I jebło mi w ryj to ciasto śliwkowe i ciepłe mleko, kurwa, są czasem dobrzy ludzie tak po prostu, czaisz, nie? Przyjechała Tachibana i mama McGregor była dla niej miła. Może mam coś nie tak z hormonami ale brakuje mi takich scen i w życiu i w czytaniu.

I cóż więcej? Liczę, że szybko wrzucisz część dalszą. Zwłaszcza że mogę mieć problem z wskoczeniem na tory pociągu Rosyjskiego, bo mi się wykoleił jak okręt na klifie.
SpoilerShow
niby durne sceny, a jednak jurij zabierający plecak miguelowi zadziałał
tak samo zresztą jak usmażona dziewczyna i wpierdol zamiast śniadania.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 202
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 14 maja 2017, 17:37

Kurcze, strasznie zirytował mnie Rei. Po raz kolejny uznał sobie autorytatywnie, że lepiej by było, gdyby Mao zginęła. Co z nim jest nie tak? Najpierw palnął coś takiego przy Claudzie, teraz o Mao, a jakoś sam nie jest pewien, czy potrafiłby się zdobyć na śmierć i walczy o swoje przetrwanie =.=

Jednak z dugiej strony fajne, było
Kon bardziej z odruchu niż potrzeby poprawił szelki plecaka i zmrużonymi oczyma zmierzył krajobraz przed nimi. Odniósł niepokojące wrażenie, że przez ostatnie godziny łaził w kółko, choć wiedział, że to nieprawda. Europejskie lasy były tak obce i niezrozumiałe, że nie potrafił się w nich odnaleźć ani wyznaczyć wygodnych punktów orientacyjnych pozwalających wierzyć, że to, co za nim, zostało za nim naprawdę.
, że zwróciłaś na to uwagę :) Wreszcie czuć trochę tą międzynarodowość :D
– No co – uśmiechnął się półgębkiem, nabijając główkę. – Jestem pierdolonym mutantem. Mam prawo do odrobiny pretensjonalności, nie sądzisz?
– Przecież nie komentuję – odparł Olivier. – Bardzo chciałeś to powiedzieć, prawda?
– Prawda. To miasto mnie tak nastraja.
– Długo myślałeś nad tą kwestią?
– Trzy dni.
:facepalm: :facepalm: :facepalm:
– Nie chcę. Znam lepsze. [sposoby?] Z jakiegoś powodu nikt nigdy nie pyta, na czym dokładnie polega moja moc. Jestem wężem, Polangue, a to znaczy…
…że potrafię szeptać o złych rzeczach.
To stwierdzenie jest takie... takie... Jak kontynuacja poprzedniego żartu. Ivan naprawdę się bawi i nie bierze na poważnie, albo takiego udaje. Zamiast wywołać tą samą konsternację, co u Oliego to mnie rozbawiło :P

Sceną z Olim namieszałaś mi w głowie. Starałam się pójść jego tropem, tym samym torem myślenia, ale może to ból głowy, może to brak jakiejś informacji, ale nie wiem co wymyślił. A szkoda :< Skoro miał taki szok to ja cem wiedzieć!
– Nie musisz mi tego mówić – odparł chłodno, czując, że jego ciało się napina, jakby w oczekiwaniu na cios.
A przecież cios ten nigdy by nie spadł – wiedział o tym. Wiedział mocno i prawdziwie, jak o niewielu rzeczach na świecie. Ale nie potrafił tego przemóc, nie przy Miguelu, a to tylko dlatego, że stał obok niego człowiek, który już raz to zrobił i przebił się przez wszystkie jego osłony, choć zapewne nie miał o tym bladego pojęcia.]
Takie fragmenty sprawiają, że budzi się we mnie psychofanka <3 :yaaay:

Sny Jury nieco rozjaśniają mi układankę Oliego, ale też nie do końca. Po objawieniu Połączonego w Pekinie wiem, że to robota tych, dla których pracuje Judy. Z nią także łączy się Praga. A zatem mam połączenie przez Judy i Ivana w dwóch miejscach. W Genewie też był wybuch - zadziałał tam ten sam Połączony? Celem wtedy był Robert. Na froncie z Robertem Ivan działa poprzez jego córkę... O czym Oli nie może wiedzieć... Hmmm... W takim razie, co obożowałnie? >.< Czyżby wpadł na to, że Ivan zgadał się z trzecim frontem i to oni stoją za atakami?
– Clootie, moja purchaweczko, gdzie twoje maniery? Pomóż pani zdjąć płaszcz!
– Mamo, prosiłem cię tyle razy… – wycedził przez zaciśnięte zęby, poświęcając na rzecz swej godności uwagę o tym, że ręce nadal ma zajęte bagażami Hiromi i nijak nie dałby rady z jej odzieniem. Chyba że zębami, ale to mogłoby się jej nie spodobać.
Znałam ze sztambucha, ale nadal ma moc xDDDDD Pani MacGregor <3
szepnęła pani McGregor, z czułością przesuwając spracowaną, szeroką jak łopata do chleba dłonią po sztywnych włosach syna.
spodobało mi się bardzo to porównanie. Jest takie jeszcze cieplejsze, jeszcze bardziej domowe <3

W Odpadzie jest znacznie więcej scen takich codziennych - choćby cały wątek romansu M+E+J, z córką Robcia i jego rozwodem, teraz przyjazdu J, E i H do Szkocji. Bardzo to pomaga na odbiór postaci. Są bardziej rzeczywiste, mniej zlewają się ze sobą.
– Taki młody to on akurat nie jest. – Jurij wzruszył ramionami. – Tylko czas, jak go widzi, to spierdala.
– I wie, co robi – Rei odchrząknął w pięć.
Mówiłam, że R+M+J najlepsi sa w trójkącie? <3
– Nie no, to już jest szantaż emocjonalny…
– W sumie moglibyśmy zajebać teczkę, skoro taka cenna, a babsko wrzucić do rowu.
– Jura, ja się czasem ciebie jednak boję.
– Spoko, ciebie nie wrzucę. Ktoś musi nieść teczkę.
– Zaraz… – zreflektował się Rei, przerywając uroczy flirt za swoimi plecami. – Okręt chyboczący się na klifie…?
– No, że utknięty taki? – podrzucił Miguel.
– Ale że na klifie…?
– A ja się znam? Pani tu jest doktor, ja jestem jełop. Więc jak pani mówi, że na klifie, to na klifie.

:facepalm: Szczerze mówiąc to humor dotarł do mnie dopiero za drugim razem. Za pierwszym to było takie... Nie wiem. Ja na miejscu tej kobiety to chyba spier***ła bym jak najdalej na widok takiego Jury w towarzystwie Chińczyka z protezą i przyćpanego Latynosa. Od takiego trio się nie oczekuje pomocy, a myśli "kuźwa, triada mafijna, czy co?" Raczej to ich bym posądzała o zmowę ze "smokiem" i jakieś porachunki mafijne, które wymknęły się spod kontroli czy coś (Takao wkracza na scenę?! i naprawdę zesmoczał?!) A ona ich jeszcze opieprza... Szok, czy nie - całkowity brak instynktu prztrwania :facepalm:

I mam taką refleksję, że strasznie Jura złagodniał... Zamiast jedynie sugerować odstrzelenie kobiety to jakby był o-takim-złem-wcielonym to nie przejmowałby się pozostałą dwóką, a skręcił jej kark. Tak oprócz tego, że jest irytująca to spowalnia ich, zmniejsza racje żywnościowe... A Jura to podobno dziki zwierz, postrach i ogólna rzeźnia... A tu tego wcale nie było widać. Jakby po spotkaniu z Miguelem-misiaczkiem się od razu ucywilizował, a przecież niedawno nie mógł nawet słuchać zbyt głośnego oddechu M =.=
– Ogórek jak się patrzy.
– Duży.
– Bo w duchu radzieckiego monumentalizmu.
:facepalm: Najzabawniejszy moment. Jednak jakoś tak z tyłu głowy cały czas się zastanawiałam po co on tego ogórka rzeźbił? Jura raczej nie jest typem, który robi coś zupełnie z bani. To Miguel ma takie jazdy. A o zapędy artystyczne kompletnie bym go nie podejrzewała. Przez chwilę pomyślałam, że on tego "ogórka" to jako knebel na profesorkę bo jest irytująca i by się przydał

Nie będę kłamać, że jakoś mnie obeszła śmierć profesorki, bo tak naprawdę na nią trochę czekałam :bag: Postać epizodyczna, której zadaniem było jedynie dostarczyć info o Takao. I może pokazać, że nie taki wilk straszny jak go malują?

Literówki :
SpoilerShow
– Potrafiłem – poprawił Miguel, ale nie sprawiał wrażenia, jakby zawierzał ciągnąć temat i powtarzać to wszystko, o czym mówił kiedyś Reiowi.
Byleby wyrwać się z Rosji, byleby dotrzeć do zaufanych ludzi i byleby okazali się faktycznie tak zaufani, ja Miguel twierdził. Potem wszystko rozejdzie się po kościach. Będą inne problemy. Inne pytania.
– Hej! – upomniał Ivanowa Rei, kiedy też zaczęli zmierzać w kierunku lasu. – Może łagodniej, co? Tak pomyślałem, że ona może ona po prostu jest w szoku.
– Racja, nie miałem wprawa wchodzić na twój teren. Nie miałem prawa wpierdzielać ci się w życie, jakiekolwiek by nie było i jakkolwiek by mnie nie wkurwiało, że siedzisz w tej Moskwie jak pies na łańcuchu.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 18 maja 2017, 23:44

ROZDZIAŁ XIX
I WAS NEVER ONE TO HOLD GRUDGES. MY GRANDFATHER HELD GRUDGES. I’LL ALWAYS HATE HIM FOR THAT


Lipieck, Rosja
Kai ostrożnie zajrzał pod opatrunek, syknął i otrząsnął się z odrazą. Ciało pod nim nieodmiennie wyglądało paskudnie, przywodząc na myśl najgorsze wspomnienia z Opactwa. Tak poza tym – Hiwatari stwierdził to z niejakim zdziwieniem – niemal zapomniał już, jak to jest, kiedy boli w taki sposób, to znaczy po mechanicznym uszkodzeniu ciała i rozcięciu skóry.
Rany oczywiście nie były głębokie, raczej irytujące ze względu na fakt, że rozległe – w końcu jak poważnie może skrzywdzić koci pazur? Fakt, że parę okazów ze stada miało swoje gabaryty, ale wciąż nie pozostawiły niczego szczególnie imponującego, poza czerwonymi rysami płytkich w gruncie rzeczy cięć i siniejącą, obrzmiałą skórą wokół nich. Ta ostatnia swędziała jak cholera, bynajmniej nie poprawiając nastroju Hiwatariego.
Oficjalna wersja oczywiście głosiła, że rosyjski feldmarszałek został ranny podczas ataku na Digorę. Według tej samej wersji w jego wyniku zginął Siergiej Petrow. W publicznym wystąpieniu, podpierając się na kuli dla lepszego efektu, Hiwatari obiecał, że jego naród nie zostanie sam, a winni tragedii zostaną ukarani. W rzeczywistości o planowanej akcji wiedział od dawna, tak samo, jak wiedział wcześniej o możliwym ataku na Chiny. O jednym i drugim został uprzedzony przez Ivana.
O jednym i drugim musiał jeszcze chwilę milczeć, aż nie zyska pewności, co stało się z pogubionymi podczas wywracania planszy pionkami.
To, jak bolało ciało, nie mogło się jednak równać z tym, jak bolała dusza.
Za każdym razem, gdy Kai wracał myślami do wydarzeń sprzed ataku na Digorę, gdy coś mu o tym przypominało, a o to było nad wyraz łatwo choćby przez wzgląd na obecność Mao, zaczynał trząść się ze złości. Zaczynały dygotać jego barki i ręce, a nawet kolana, i choć bardzo się starał, nie potrafił nad tym zapanować. Zaciskał zęby, gryzł się po języku. Upokorzenie okazało się ciężkie i tłuste jak olej, wlane do środka przez pory w skórze i czaszce. Czasem Hiwatari miał wrażenie, że zalega między palcami i pod paznokciami, a wtedy szedł do łazienki i szorował ręce. Długo. Czasem nawet godzinę. Pomagało jednak na krótką metę, aż coś znów nie wywołało upiornej pętli obrazów na tyłach głowy.
Koty. Koty oczywiście były w tym wszystkim bzdurą, choć Kai przez tyle lat uważał je za swoich towarzyszy. Ufał im bardziej niż ludziom. Rozumiał je bardziej niż ludzi. Z pewnością więcej im wybaczał. Nie był na tyle naiwny, by wierzyć w ich szczere przywiązanie, ale sam również należał do istot chadzających własnymi drogami i szukających niezależności. Potrafił wpasować się w ten sposób bycia i odpowiadało mu to. Fakt, że jego słabość została wykorzystana w tak perfidny sposób, rozpalał żyły najczystszą wściekłością.
Ale wszystko to było niczym wobec śmierci Siergieja.
W noc po tym, jak po okrutnych męczarniach spłonęło ciało Petrowa, Kai na moment znów pozwoliła sobie być nią. Męski dziedzic Hiwatarich poszedł w odstawkę, a ona siedziała na łóżku z plecami wciśniętymi z całych sił w ścianę – mimo pokrywających je skaleczeń – i obejmując kolana rękoma. Płakała. Cicho i żałośnie, potem zagryzając poduszkę, by nikt nie usłyszał szlochu. Płakała początkowo także ze złości, a potem już tylko z żalu, podczas gdy wspomnienia przesuwały się pod zaciśniętymi powiekami jak okrutny film bez dobrego zakończenia.
Wiedziała, że żaden z nich nie jest jej przyjacielem, bo nigdy nie miała przyjaciół – zadbała o to ze szczególną starannością, czy może raczej zadbał o to Kai. Zresztą o przyjaźń w Opactwie zawsze było trudno. To, co łączyło wychowanych tam chłopców, wydawało się wynaturzone i obrośnięte chorą tkanką. Nie przetrwałoby zderzenia z normalnością i spokojem, nie przetrwałoby założenia rodzin, szarego życia robotników, kupowania papieru toaletowego i kaszki dla dzieci. Potrzebowało bólu i potrzebowało nieustannego zagrożenia, karmiło się nimi jak pasożyt. Ale jednocześnie jakaś jej głęboko schowana część zawsze się łudziła, że w tych wojennych machinach zostało minimum ludzkich uczuć i zdolność do zwyczajnego, ludzkiego przywiązywania się. Do tego, żeby kogoś tak po prostu polubić.
Między innymi dlatego Kai musiała pozostać w ukryciu – była zbyt słaba, zbyt ckliwa i naiwna. Zależało jej.
Milcząca, bierna zdrada Siergieja to był cios przede wszystkim dla niej. Dla jej żałosnego, zasmarkanego serduszka. Tego samego, które tak bardzo komplikowało pozostałe kwestie, niezależnie od tego, jak głęboko silny Hiwatari usiłował je ukryć. Przecież sprawy powinny być tak proste. Takie oczywiste.
Byłyby. Lata temu. W Opactwie, pod uważnym, okrutnym okiem Proktowicieli, w gabinecie dziadka, gdy pokazywał Kaiowi jego przyszłą armię i opowiadał bajki o potężnej, wielkiej Rosji. Kiedy mówił o najwspanialszym na świecie zestawie ołowianych żołnierzyków.
Hiwatari zostawił wreszcie bandaże w spokoju i wyciągnął się na łóżku, choć to naraz wydało mu się potwornie niewygodne. Może się rozpuścił. Może spanie na materacu i w świeżej pościeli to nie było coś, na co powinien był sobie przez ostatnie dwa, trzy lata pozwalać i jego ciało odzwyczaiło się od żołnierskiej pryczy w kwaterze wojskowego posterunku, gdzie spędzał noc.
Oczywiście miał świadomość, że Jurij nie posłuchał rozkazu i nie wyniósł się na czas z Moskwy. Pomijając wszystko inne, Brooklyn wspomniał o tym niby od niechcenia zaledwie na parę godzin przed atakiem. Wiedział też jednak, że Ivanow żyje, bo gdyby było inaczej, Black by to poczuła. Śmierć Petrowa i uwolnienie z jego ciała Seaborg odchorowała mocno. Nie podejrzewał też, by Sabaka pozwolił wziąć się Amerykanom żywcem. Żeby jednak rozwiać wątpliwości, zamierzał po drodze do Opactwa skontrolować sytuację osobiście i – jeśli będzie trzeba – siłą wyciągnąć Ivanowa z ruin stolicy. Żarty się kończyły i być może nadszedł czas, by psu założyć obrożę i kaganiec.
Dla jego własnego dobra.
Zza ściany – a może zza dwóch – dochodziły głosy żołnierzy. Część z nich pewnie była pijana, choć zjawienie się w bazie samego feldmarszałka wszystkich postawiło na nogi. Zawsze jednak znajdą się tacy, którzy nie ogarną powagi sytuacji. Kai zamierzał ich rankiem znaleźć i dopilnować, by był to ostatni błąd w ich zasmarkanym życiu, a legenda płonęła dalej równym, odpowiednio gorącym płomieniem.
Zerknął w kąt pokoju, gdzie na drugiej pryczy spała Mao – zawinięta w kaftan bezpieczeństwa i na wszelki wypadek naszprycowana lekami uspokajającymi. Gdziekolwiek się nie zatrzymywali, zawsze nocowała w jednym pomieszczeniu z Hiwatarim. Oficjalnie przez wzgląd na to, że była Połączoną i nikt inny nie miałby szans w starciu z jej Bestią. Nieoficjalnie dlatego, że Kai naprawdę nie uważał za słuszne wystawianie Chen na aż za duże prawdopodobieństwo gwałtu. Znał Rosjan, znał ich wojskowe zwyczaje i nie miał nawet cienia złudzeń.
I znów – dziedzica Voltaire’a Hiwatariego, okrutnego, twardego dziedzica nie powinno to obchodzić.
Kai zacisnął szczęki, zmrużył oczy z nienawiścią. Ona. Wszystkiemu winna była ona – Mao Chen. Głupia Chinka, która rzuciła mu wyzwanie i przegrała, ale jednocześnie zadała głębokie rany, a potem regularnie obnażała jego żałosną słabość. Dla samego siebie powinien wpuścić tu pijanych, prymitywnych żołnierzy. Dla samego siebie – żeby udowodnić sobie, że jest silny i niewzruszony. Że jest takim przywódcą, jakiego potrzebują.
Wyobrażał to sobie. Jak wchodzą. Jak rozbierają szarpiącą się Mao, a potem gwałcą jeden po drugim. Wyobrażał sobie, choć czuł, jak żołądek zaczyna się buntować, a po karku wspina panika. Czuł ich śmierdzące wódką gorące oddechy. Spocone, niedomyte ciała. Tłuste, splątane włosy. Okropny ciężar, przytłaczającą siłę.
Na samej sobie.
Usiadł gwałtownie, wpijając palce w sztywne włosy. Kłęby dłoni wciskał w oczy, jakby to mogło zadusić przerażające obrazy utkwione pod powiekami.
Powinien był to zrobić. Im bardziej się bał, im bardziej go to odstręczało, tym bardziej powinien.
Ale nadal nie potrafił.
Znów czuł na sobie wzrok Brooklyna – niby nieobecny, ale jednak oskarżycielski.
Jesteś na to za słaby, zdawał się mówić. Jesteś za słaby dla Black Dranzer. Męczy się w twoim ciele. Wyrywa na wolność. Nienawidzi cię, bo twój umysł nie daje się dostosować i dostroić. Nie zasługujesz na to, by być jej nosicielem.
Kai już od dawna – pewnie od paru dobrych lat – nie postrzegał Masefielda tak, jak widziało go wielu innych, czyli jako zmęczonego chorobą cienia snującego się za potężnym feldmarszałkiem i szukającego schronienia za jego plecami. O nie, może on jeden wiedział, jak inna, jak przerażająca jest prawda.
Brooklyn był chory, to oczywiste i odkąd postawiono wreszcie diagnozę, odkąd wpisano mu w papiery modne swego czasu i nadużywane słowo „Asperger”, nikt nie miał w tym względzie najmniejszych wątpliwości. Nikt nie miał też wątpliwości, że jedną z największych win Hitoshiego Kinomyi – poza rozpoczęciem programu Połączeń oczywiście – było wykorzystanie przetrąconej osobowości Irlandczyka do własnych celów. Ale Masefield już od dawna nie był tamtym zagubionym chłopcem. Coś zaczęło się w nim zmieniać w dniu, gdy zginął Garland Śirwat – jego jedyny przyjaciel i samozwańczy obrońca. Bestie przebudowywały umysł Brooklyna powoli, ale konsekwentnie i Kai nie miał żadnych wątpliwości, że gdyby Masefield był na jego miejscu i gdyby Black siedziała w jego głowie, oddałby Mao żołnierzom. Nie miał żadnych zahamowań. Żadnych ludzkich granic. Żadnego wyrytego po wewnętrznej stronie czaszki moralnego kodeksu. Zamiast tego jego duszę wypełniała jedynie świadomość potęgi, jaką posiadł. Szczęśliwie nie podzielał też typowych dla ludzi pragnień, więc nie interesowały go władza i bogactwo. Może nie interesowało go nic, poza samymi Bestiami. I tylko to, tylko ta jedna rzecz sprawiała, że wciąż snuł się w półmroku i zdawał kompletnie bierny.
Nie był tajną bronią w rękach Rosjan, jak wierzył cały świat, w tym oni sami – nawet generałowie. Nie, był potwornym, nierozwiązywalnym problemem, który musiał kiedyś wybuchnąć.
Mógł nadejść taki dzień – i Kai miał tego świadomość od lat – że wszyscy staną przed wyborem: albo współpracują, albo dają się zmiażdżyć Brooklynowi i zamkniętym w jego głowie demonom. Tak naprawdę od początku chciał budować koalicję. Jeszcze nie przeciwko Masefieldowi, bo nie doceniał wówczas zagrożenia, ale w ogóle, przeciwko tym, którzy znów chcieliby pchać łapy w sprawy Bestii bez wiedzy i zrozumienia dla tego, w czym uczestniczą. Ale szło źle. Szło źle, bo Hiwatari, i tak, miał tego świadomość, był fatalnym przywódcą. Był na to miejsce wyniesiony sztucznie, przez własnego dziadka, Balkowa i Black, ale nie miał osobowości lidera. Nie potrafił wzbudzać zaufania, nie potrafił odpowiednio motywować i budować lojalności. Wzbudzał głównie nienawiść, zwłaszcza wówczas, gdy chciał być silny i konsekwentnie podążać ścieżką, którą uważał za właściwą. Nie lubił też dzielić się swoimi planami i przemyśleniami. Jak kot włóczył się samotnie i walczył samotnie.
Był dupkiem – naprawdę nikt nie musiał mu tego uświadamiać.
Więc się spierdoliło i po kolei tracił wszystkich potencjalnych sojuszników. Takao, Reia, wreszcie nawet Jurija, Borysa i Siergieja, których zmuszony był trzymać na uwięzi, a i to okazało się zbyt mało.
Nawet Chen. Była od niego słabsza i zależna. Powinien to wykorzystać.
Ale nie wykorzystał.
Znów silniej dręczyło go to wrażenie, które towarzyszyło jego życiu niemal od zawsze – że jest wciąż o krok za samym sobą. Że powinien rzucić się przed siebie i przejść własne granice, żeby wreszcie dorosnąć do kolejnej roli, jaką wyznacza mu życie. Od wczesnej młodości tkał skomplikowane sieci intryg i wiedział, że jest w tym dobry. Obiektywnie patrząc na wydarzenia ostatnich kilkunastu lat, musiał przyznać, że wiele się udało, choć czasem koszmarnie wysokim kosztem. Rosja była na tyle bezpieczna, na ile to możliwe. Nawet Chiny i atak rozsierdzonego, żądnego zemsty Reia nie zdołały jej złamać. Udało się też zachować w tajemnicy większość informacji dotyczących Bestii i dawnych eksperymentów. Oczywiście ceną była kontynuacja tych ostatnich i ciągłe powiększanie możliwości tak bojowych, jak i logistycznych, ale Kai nadal uważał, że warto.
I był w tym sam.
Był w tym sam, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, do jakich sekretów dostępu broni.



Toropiec
– Nie, żebym mówił: leż! – sapnął Miguel, przeładowując broń. Powoli i wyraźnie bez wprawy zresztą.
Może i celował fatalnie, ale trzymanie lufy w odpowiednią stronę jeszcze go nie przerastało, a że nie miał innej wartości ofensywnej, to jemu dostał się karabin i polecenie, by po prostu pruł przed siebie, aż Rei nie da znaku, że wśród atakujących pojawiła się Połączona.
– Jeden problem z głowy – odwarknął Jurij i kolejna fala zamieci runęła z hukiem. – Jeszcze raz rozwarłaby durny ryj i sam bym ją odstrzelił.
Ci, którzy podeszli za blisko, nawet nie zamarzali – zaczynali pękać, gdy woda w ich organizmie w ułamku sekundy zamieniała się w lód. W nozdrza uderzał też smród tkanek palonych przez elektryczne zwarcia. Lavalier słyszał niewiele ogłuszony przez ryk żywiołów i huk wystrzałów, ale to, co rejestrował, pozwalało mu wyobrażać sobie, jak mogły wyglądać walki na granicy rosyjsko-chińskiej i w Mongolii.
Jak niebawem może wyglądać reszta świata.
I to naprawdę nie był dobry widok, choć – co w głębi serca niechętnie przyznawał – nieoglądana w naturze śnieżna nawałnica splątana z zimnymi rozbłyskami piorunów robiła ogromne estetyczne wrażenie.
Oczywiście zwyczajni żołnierze, choćby nie wiadomo jak wyszkoleni i wyposażeni, nie mieli najmniejszych szans w starciu z Połączonymi. Nie tak, nie zmuszeni do otwartej walki. Działa nie na wiele się zdawały, gdy trzeba było namierzyć pojedyncze cele wśród śmiercionośnego chaosu. Kuloodporne materiały i hełmy okazywały się niczym. Upór i determinacja jedynie przyspieszały śmierć. Na Zachodzie bano się tej dysproporcji, wiedział o tym, w końcu uspokojeniu nastrojów miał służyć, ale chyba nikt tam nie wyobrażał sobie, jak potworna może okazać się rzeczywistość. Chyba nikt tam nie wyobrażał sobie w ogóle, jak potworna może okazać się rzeczywistość wojny. Dla nich to nadal było jak bezpieczna symulacja.
Tego nie wytrzymywały nawet domy. Niskie, wiejskie zabudowania obrzeży Toropca straciły nie tylko tynk i szyby w oknach, ale częściowo też dachy już wcześniej – miasto wydawało się zniszczone i wymarłe, może zamieszkane przez jakichś maruderów i niedobitków – ale pioruny Reia i koszmarne zimno Jurija dopełniły dzieła zniszczenia.
Przy tych dwóch potężnych Połączonych nawet mechy Emily przestały robić wrażenie. Miguel znał ich konstrukcję jak własną kieszeń. Znał słabości, znał możliwe zagrożenia i siłę ognia. Ilość włożonej w ich skonstruowanie pracy, ogromny wysiłek, kalendarz pełen nieprzespanych nocy. I nagle w to wszystko zwątpił. Nagle to wszystko wydało się żałosną zabawą bandy jajogłowych i majstrów od siedmiu boleści.
– Jest! – zawołał przyczajony na dachu przybudówki Rei, wskazując odpowiedni kierunek.
Nikomu nie musiał tłumaczyć, co ma na myśli. Lavalier wstrzymał ogień, Jurij uspokoił nieco śnieżycę, by lepiej widzieć cel. Za ścianę domu zdołał schować się w ostatniej chwili, nim posypał się w jego kierunku grad kul.
Połączona. Tylko o nią chodziło. Tylko o to, żeby ją wciągnąć między budynki i przechwycić. Potem mogło się dziać, co tylko chciało.
Wiedzieli, że są otoczeni – był wśród nich Jurij ze swoim węchem i słuchem. Wiedzieli też, że tym razem komando jest przygotowane na całą ich trójkę, że nie odpuszczą tak łatwo i że ich cel jest jasny: dorwać, a potem zabić Sabakę, najlepiej wraz z pozostałymi. To nie zostawiało wielkiego pola manewru.
Rei ryknął dziko i przypuścił atak mający zająć większą cześć żołnierzy.
– Rękawiczki! – zawył Miguel, przekrzykując burzę. – Pamiętajcie, nie pozwólcie jej zdjąć rękawiczek!
I oby to wystarczyło, dodawał już do siebie w duchu, bo przecież, o czym uprzedził zresztą pozostałych, nie mógł mieć pewności, że Pierce jakoś nie wyewoluował, że nie zyskał większego zasięgu i nowych, nieznanych mu możliwości.
Z jakiegoś powodu ktoś gdzieś założył, że ta drobna dziewczyna będzie w stanie zaszkodzić samemu Sabace.
Ale wcale nie musiało chodzić o jej możliwości.
Co, jeśli ci, którzy ją wysłali, mieli świadomość opłakanego stanu Ivanowa? Co, jeśli lodowa Moskwa wcale nie chroniła go tak, jak uważał? Co, jeśli dla jego wrogów oczywiste było wszystko, o czym Lavalier – jego domorosły, samozwańczy stróż i niańka – dopiero się przekonywał?
Jurij był kruchy. Za wszystkimi maskami i całą swoją wybujałą legendą był po prostu kruchy i zniszczony. Zmęczony, zaszczuty, zrezygnowany i – wbrew metryczce – naprawdę, ale to naprawdę stary. Nawet nie potrafił już szczerzyć kłów jak dawniej. Nie miał tak ostrego pazura. Czasem wydawał się Miguelowi zaciętą płytą z nagraniem sprzed lat, tyle że czas nagranie to uszkodził i wypaczył.
Co robiła w tym obrazie trucicielka, Argentyńczyk nadal nie rozumiał, ale wydawało się możliwe, że wylądowała w tym gównie tylko dlatego, że była Połączoną i ktoś gdzieś wierzył, że to magicznie rozwiąże wszystkie problemy.
Rzeczy działy się szybko. Obie grupy usiłowały się wzajemnie zmylić i odciągnąć uwagę od faktycznie istotnych działań, więc wzmógł się ogień od wschodu, podczas gdy Połączona znów zniknęła z pola widzenia, zapewne po to, by zjawić się na tyłach pola walki.
– Z lewej! – ryknął Rei.
Jurij, nie myśląc wiele, także o tym, że Lavalier nie zdąży go osłonić, wybiegł zza załomu i rzucił się do przodu, by przygwoździć dziewczynę do ziemi. Dopadł do niej, przewrócił i unieruchomił nadgarstki. Próbowała się wyrwać, gryźć i kopać, ale drobna dwunastolatka przy bezpośrednim starciu z Sabaką nie miała najmniejszych szans.
Co innego jej uzbrojona eskorta.
– Ja pierdolę, JUUURIJ!
Cały świat Sabaki nagle wybuchnął bólem, a potem zostało tylko dzwonienie w uszach i to dziwne wrażenie, jakby ktoś wsadził mu głowę do akwarium.
Miguel spóźnił się dosłownie o ułamek sekundy, żeby wziąć na siebie wszystkie kule. Jakaś musiała się przedrzeć. Nogi Ivanowa zadrżały i całym ciężarem ciała opadł na małą, wyduszając z niej okrzyk strachu.
– Rei, niech cię chuj jasny! Gdzie jesteś?!
Lavalier nie dostał odpowiedzi i szarpnęły nim najgorsze przeczucia. Zasłonił ich, Jurija i tę małą, na ile był w stanie. W jego nozdrza uderzył znajomy zapach spalenizny i wiedział już, że Kon znalazł się w pobliżu.
Wiedział także, że zgodnie z planem, skoro dziewczyna została zlokalizowana i przejęta, spuścił Bestię ze smyczy i za jego plecami odbywa się właśnie okrutne przedstawienie.
– Posłuchaj mnie – zaczął, próbując na moment nie myśleć o Juriju, o rosnącej plamie krwi, o własnym, pełznącym w górę kręgosłupa strachu. Próbując ignorować kolejny magazynek zmieniający płaszcz na jego plecach w sito i kolejny bunt jelit. Jedno zadanie na raz, powtarzał sobie. – Nie jesteśmy wrogami. Wiemy, co ci zrobili. Nam zrobili to samo. Możemy cię z tego wyciągnąć. Wiem, jak działa twoja Bestia – mówił Miguel dalej, najspokojniej, jak potrafił w tej sytuacji. – Znałem kogoś, kto miał ją wcześniej. Mogę ci pomóc. Tylko współpracuj, OK? I nie zdejmuj rękawiczek. Obiecaj mi, że nie zdejmiesz rękawiczek.
Bai Hu ryczał jak oszalały, kule przestały uderzać w plecy. Świat jakby wreszcie zwolnił, a potem wyhamował zupełnie i była tylko twarz tego dziecka. Niebieskie, rozszerzone przerażaniem oczy patrzyły na Miguela zza gogli chroniących je przed toksyną. Teraz, widząc je z bliska, rozumiał już, że nie, to nie są oczy Mathildy. To nie była jej twarz. Nie jej grymasy.
Tylko Pierce pozostał ten sam, jadowity i bardziej niebezpieczny, niż się komukolwiek zdawało.
– Proszę.
Zaciskała usta, wciąż wlepiając oczy w jego twarz – pewnie lepiej, że nie obserwowała walki – a potem wargi skrzywiły się nagle, a powieki opadły.
Rozpłakała się spazmatycznie.
I dziwnie głośno w nagłej, mroźnej ciszy.



Rzym
Olivier podjął jeszcze jedną, ostatnią próbę dodzwonienia się do Roberta, ale – tak jak podejrzewał – i tym razem zakończyła się ona fiaskiem. Zdusił przekleństwo i zablokował funkcję rozmów w zegarku. Niemal gniewnym, ale jednak bardziej nerwowym gestem poprawił kołnierz lekkiego, beżowego trencza, który tu, na Ciampino, zupełnie wystarczał nawet w grudniu, i szybkim krokiem ruszył ku postojowi taksówek.
Wiedział, że to, co robi, jest w gruncie rzeczy dość desperackie, ale gdyby zostawił sprawę tylko we własnych rękach – tylko we własnym umyśle – popełniłby karygodny błąd. Enrique tymczasem pozostawał ostatnią osobą, z którą Polangue mógł szczerze porozmawiać.
Odkąd wstąpił do seminarium, nie był oczywiście na bieżąco z intrygami i plotkami ze świata byłych bladerów. Miał swoje sprawy i swoje nowe życie, które, wbrew przewidywaniom właściwie wszystkich, zdawało się dawać mu satysfakcję. Głupi żart sprzed lat, głupia obietnica dotarcia aż na papieski tron nieoczekiwanie legły u podstaw szeregu poważnych zmian bez odwrotu, jakkolwiek dawny babiarz i erotoman wyglądał w sutannie dość zaskakująco.
Jak zaczął mawiać po święceniach, nawet najzajebistsze cycki w trumnie szlag jasny trafia, a zajebistej duszy – nie.
Obecnie, o ile Olivier się orientował, nie siedział jako szary wikariusz na wygodnej parafii, a pełnił posługę kapelana w jakimś ośrodku – jakim dokładnie, Polangue nie potrafił sobie przypomnieć, choć zapewne słyszał nazwę podczas którejś z rozmów. Enrique nie mógł być jednak zbyt wylewny, skoro się nie utrwaliła, a jeśli tak, znaczyło to zapewne, że nie zamierza opowiadać o swoich podopiecznych. Francuz mógł się zatem domyślić przynajmniej tego, że chodzi o jakiś potężny kaliber.
Umówili się zresztą na spotkanie na neutralnym gruncie, czyli jednej z kamienic należących do rodziny Giancarlo, gdzie znajdowało się kilka mieszkań pod wynajem, w tym dwa obecnie puste. Wszystko było więc gotowe i tylko Enrique zgarnął po drodze jakieś rzeczy – coś gotowego do żarcia, bo nie ośmieliłby się gotować przy Olivierze, kawę i wino. Wstępne grzeczności pominęli, bo znali się na nie po prosty za długo.
Włoch wyglądał jak zawsze, czyli doskonale. Z wiekiem anielskie loki ściemniały nieco, ale nie w kierunku burości, a ładnego brązu. Opaloną twarz niemal bez przerwy rozświetlał uśmiech, a błękitne jak niebo, okolone długimi, niemal kobiecymi rzęsami oczy nie traciły zawadiackiego uroku, mimo koloratki. Enrique był po prostu śliczny – śliczny, a nie przystojny, choć w śliczności tej nie było ani niewinności, ani aseksualności. Wręcz przeciwnie. Jakkolwiek by się nie starał, jakkolwiek nie toczyłyby się koleje jego losu, pozostawał naturalnym uwodzicielem, a piękna twarz była tylko dodatkiem do świetnie wyrzeźbionego ciała opiętego obecnie jasną koszulą i prostymi spodniami. Olivier mógł sobie jedynie wyobrażać, jak kłopotliwe musi to być w kapłańskiej codzienności.
Jemu samemu jednak trudno było po prostu nie docenić estetycznej perfekcji. Niczego więcej, bo ludzie – ani kobiety, ani mężczyźni – nie byli dla niego atrakcyjni w żaden inny sposób.
– Więc? – Enrique podłączył mikrofalę do prądu, a potem wepchnął do niej gotowy makaron.
– Rzadko to mówię, ale nie wiem, od czego zacząć – odparł Polangue z pozycji skórzanej kanapy oglądając uwijającego się w aneksie kuchennym księdza. – Sporo cię ominęło.
Giancarlo wzruszył ramionami i otworzył szafkę, by wyjąć z niej kieliszki.
– Powstrzymam się od oczywistej wskazówki – powiedział. – Zgaduję, że to ma coś wspólnego z resztą chłopaków.
– Tak. Zwłaszcza z Robertem.
Przez twarz anioła nie przemknął nawet cień zdziwienia. Jedną ręką zgarnął naczynia, drugą butelkę z winem i postawił wszystko na niskim stole stylizowanym trochę na styl kolonialny, zapewne o ręcznie rzeźbionych nogach. No tak, żadne z mieszkań jego rodziców nie było neutralne. W każde wkładali sporo wysiłku, dopieszczając szczegóły. Skoro przynosiło im to satysfakcję, a po świecie chodzili ludzie mogący pozwolić sobie na wynajem małych dzieł sztuki wnętrzarskiej? Choć zdaje się, że Enrique miał na ten temat inne zdanie. A dokładniej miał inne zdanie odkąd zrezygnował z odziedziczenia deweloperskiego imperium na rzecz kapłaństwa. Wcześniej próżność potencjalnych najemców aż tak mu nie przeszkadzała.
Brzdęknęła mikrofala i wrócił do aneksu.
– Ma kłopoty – to nawet nie było pytanie.
– Najwyraźniej. Być może znacznie poważniejsze, niż uważa, ale nie wiem, co uważa, bo nie mogę się z nim skontaktować.
– Martwisz mnie. – Giancarlo wyjął parujące porcje z kuchenki. Zapachniało standardowo: pomidorami i bazylią. Może odrobinę kolendrą.
– Nie bardziej niż on mnie. Dziękuję. – Olivier spuścił wzrok na stawiany przed nim talerz i ocenił, że wygląda nawet apetycznie. Jak na gotowca, rzecz jasna. Albo to tylko zmęczenie i głód po podróży. – Wiem, że nic mu nie jest, ale wiem to z oficjalnych źródeł. Jest nadal w Wiedniu, będą zwoływać kryzysowy szczyt. Ale prywatnie od dłuższego czasu się ze mną nie kontaktuje i ktoś najwyraźniej zadbał, żeby do tego doprowadzić.
– Kto? – Enrique zajął miejsce za stołem naprzeciwko gościa. Kiedy tak patrzył, zmartwiony, z lekko ściągniętymi brwiami, wydawał się szczególnie uroczy.
– Ivan Papow.
Ksiądz parsknął i przełknął pierwszy kęs.
– Robcio nigdy by nie zaufał tej małej gnidzie – stwierdził z absolutną pewnością.
– I sądzę, że absolutnie nie ufa. Ale Ivan to Połączony, a my za łatwo o tym zapominamy, bo zawsze trzymał się na tyłach wydarzeń. I nawet do niedawna nie wiedziałem, na czym polega jego moc.
– Hm?
Olivier chwycił do ręki kieliszek, rozbujał wino, podziwiając jego kolor. Zrobił to bardziej z potrzeby zajęcia czymś dłoni, niż chęci skosztowania trunku. Odgonił od siebie oślizgłe, zimne wspomnienie z Paryża.
– Obawiam się, że to telepata – powiedział.
– Święci Pańscy…! – Makaron spadł Włochowi z widelca. – I myślisz, że…
– Jestem tego absolutnie pewien, Enrique. W ostatnim czasie widzieli się przynajmniej raz, w Nowym Jorku. Ale Papow pracuje jako dyplomata, więc pewnie częściej bywał w pobliżu Roberta. Co więcej, sądzę, że nie tylko Robert jest pod jego wpływem.
– Johnny? – zdziwił się Giancarlo.
– Nie, Miguel. Dopiero teraz zrozumiałem, komu mogło zależeć, żeby znalazł się w Pekinie. Chodziło o zatuszowanie śladów.
– Zaraz. Olivier. Stop. Potrzebuję przypisów.
– Przepraszam. – Polangue roztargnionym gestem potarł czoło. – Zapominam. Ale o Pekinie wiesz, tak? Ogólnie.
– No wiem – skrzywił się Enrique. – Trudno byłoby nie wiedzieć. Ale tyle, ile mówią, nic więcej.
– A o Miguelu?
– Że Robert załatwił amnestię, tak. Wszystko u niego w porządku?
Olivier westchnął.
– Właśnie totalnie i absolutnie nie – odparł ponuro. – Był w Pekinie podczas zamachów i od tamtego czasu nie ma po nim śladu. Dosłownie nie ma. Na liście ofiar też nic, a są wszyscy pozostali członkowie delegacji. Ale to jedna kwestia. Inna jest taka, że nie tylko doszło do wybuchów. Był też atak piromanty. Oczywiście pierwszy na myśl przychodzi Miguel i przyszedł całkiem sporej grupie ludzi, przez co teraz Robert ma kłopoty. Tylko że nie ma żadnych dowodów poza poszlakami. Żadnych. Zdjęć, filmów, niczego. To znaczy oficjalnie nie ma, bo udało mi się dotrzeć do paru amatorskich nagrań. Wiesz, jacy są ludzie. Trochę to zajęło, musiałem zrobić parę śliskich rzeczy, ale zdobyłem dwa krótkie filmiki z telefonów. Dosłownie paręnaście sekund każdy. I jestem pewien, że to nie był Miguel. On był tam po to, żeby zatuszować obecność drugiego piromanty.
Enrique nie skomentował nawet słowem. Po prostu patrzył na Francuza trochę cielęco, a trochę pytająco i przeżuwał makaron.
– Chodzi o to, że to nie był prawdopodobnie Połączony od Rosjan – mówił więc dalej Polangue, nie zważając na to, że jego własna porcja stygnie. – A mimo to Ivan o nim wiedział. O wszystkim wiedział i ustawił to tak, żeby zatrzeć ślady i jednocześnie wrobić Roberta w atak na Chiny. To drugie jest oczywiste, to pierwsze nastręcza wielu pytań. Nie wiem, czy Ivan jest zdrajcą, czy gra podwójnie, czy uznał, że wspieranie trzeciej strony będzie korzystne dla Rosji. Po prostu nie wiem. Tak jak nie wiem, gdzie jest teraz ten drugi piromanta. I gdzie jest Połączona z Pragi.
– Kto?
– Pół roku temu trafiliśmy na trop w Pradze. Teraz wiemy, że to była Połączona, Emily zidentyfikowała ją jako Pierce’a. Wtedy ktoś sprzątnął nam ją sprzed nosa. Myślałem, że zarówno Johnny’emu i mi, jak i Ivanowi, ale teraz sądzę raczej, że on po prostu odciągał naszą uwagę i umożliwił komuś innemu działanie. Komuś, z kim związana jest Judy Mizuhara, bo Czeszka pojawiła się w jej towarzystwie na after party w Nowym Jorku. Wiem od Roberta, wtedy kontaktowaliśmy się po raz ostatni. Zabiła kilkunastu ludzi samym dotykiem, paru przeżyło. Będą kalekami do końca życia, mają porozwalane wątroby, nerki, płuca i serca.
Enrique wyglądał na zszokowanego. Przestał nawet jeść.
– Wiesz, gdzie ta dziewczyna jest teraz? – spytał, jakby nie dotarło do niego nic innego.
– Nie mam pojęcia. Nie mam też pojęcia, gdzie jest ten drugi piromanta, prawdopodobnie Torch. Tak sądzę na podstawie nagrań i drogi dedukcji. I Robert wie o niej, ale nie wie o nim. Powinienem go ostrzec, a nie mam jak, bo Ivan prawdopodobnie wbił między nas jakiegoś klina. Co gorsze, nie mogę się skontaktować też z Johnnym i Emily. Prawdopodobnie im zabronił. Wiele rzeczy mnie w tym niepokoi, Enrique. – Olivier opadł na oparcie kanapy i wbił wzrok w sufit. – O Reiu Konie słuch także zaginął. Tymczasem mam informacje o pladze awarii elektrycznych w rosyjskich bazach wojskowych i potężnym pożarze tajgi w środku grudnia. Kiedy się je zaznaczy na mapie, zaczyna się rysować niemal linia prosta od granicy rosyjsko-chińskiej do Moskwy. Tymczasem na Moskwę też uderzono. Podobnie jak na Chiny, w kilka punktów jednocześnie, nie tylko tam. Jeśli Ivan wiedział o planowanych zamachach w Chinach, dlaczego miałby nie wiedzieć o tych w Rosji?
– Do czego zmierzasz, Olivier? – Giancarlo dolał im obu wina.
Polangue oderwał plecy od oparcia i pochylił się.
– Sądzę, że Miguel żyje – powiedział – i nieświadomie realizuje plan Ivana zaszczepiony mu w głowie, a dodatkowo wciągnął we wszystko Reia. Wiesz, że Rosjanie nadal eksperymentują z Bestiami. I jedyne, czego brakowało im w kolekcji, to piromanci, bo Kai nigdy nie pozwoliłby zreplikować Black Dranzer. Jeden piromanta pojawił się we frakcji, którą Ivan prawdopodobnie dla wyższych celów okresowo wspierał. Drugi piromanta najpewniej za jego sprawą zatarł ślady po pierwszym, a potem sam ruszył do Moskwy, prosto w ręce wroga. Jeśli się nie mylę, a mam nadzieję, że się mylę, Ivan wyczyścił planszę z ognistych i wszystkich zgromadził na terenie Rosji. Kai ma ich teraz na wyciągnięcie ręki. Przy czym wcale nie wykluczam, że ten pierwszy zginął. Pożar tajgi zidentyfikowano jako podpalenie. Bardzo umiejętne podpalenie. I gdzieś w tym wszystkim może być trucicielka.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ