Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 25 stycznia 2017, 05:08

Robert nie skomentował. On sam nie byłby tego taki pewien i zaczynał zastanawiać się, czy skorzystanie z pomocy tej kobiety nie stanowiło jednego z największych błędów, jakie popełnił. Powinien był zaufać własnej intuicji, ale istniało też prawdopodobieństwo, że bez podjęcia tego ryzyka, Miguel nadal siedziałby w więzieniu, a to, co Jürgens zobaczył i usłyszał, w pełni przekonało go, że jeszcze rok, dwa lata zwłoki i Lavalier byłby nie do odratowania.
– Rano przyszła depesza z Pekinu – pozornie zmienił temat, przenosząc wzrok na białą ścianę bezosobowego gabinetu. Nie lubił amerykańskiej siedziby za jej sterylność i źle pojęty monumentalizm. W dodatku zawsze pachniało tu w ten charakterystyczny sposób, mieszanką tytoniu, fast foodu i odświeżacza do powietrza. – Rei żąda wyjaśnień w związku ze złapaniem szpiega na terenie Chin.
Może dopiero się rozpędzałaś i tak wyszło, a może mnie coś tej nocy kliknęło w głowie i jakoś dziwnie zwracam uwagę. Niemniej - spowolniło mnie lekko, jakoś tak estetycznie i brzmieniem, gdy czytałam
Jak dawno tego nie czułam

Coś zaskoczyło i wreszcie jestem emocjonalnie związana. Brakowało mi tego, nie tylko na forum. Ja dawno naprawdę nie czułam satysfakcji emocjonalnej w trakcie czytania, takiego podniecenia, takiej radości. Kwestia też pewnie tego, że dostaję partiami i wiem, że partii jeszcze trochę będzie. Co nie zmienia faktu, że ja na L nie zaliczyłam tasiemca "na bieżąco" który by mnie ruszył na tak wiele fajnych sposobów. No, może, właściwie, kilka tekstów było blisko (przy Krukach nie zdążyłam się rozemocjonować bo Joa je urwała, twoje fantasy podobnie, Irysy Kandary czytałam ze zbyt dużymi przerwami i przymusem mocnego skupienia, by ogarnąć).
Ten tekst jest lekki, dobrze napisany i nagle, tą wstawką, przełamał we mnie jakąś barierę. Jasne, że znam przyczyny. Ja po prostu lubię tragiczne historie. Lubię ponurą przeszłość, tajemnice, niejednoznaczne charaktery, balans między złem a dobrem (i to z naciskiem na pierwsze), niepokój. Wyczekałaś, by mnie tym walnąć. Tym lepiej. Wcześniej by nie zadziałało.

Nie chcę się rozpisywać na temat tego co czuję, żeby nie było że oblewam cię miodem i posypuję cukrem pudrem, zwłaszcza po ostatnim komentarzu, więc odpuszczę esej emocjonalny - pozwól. Wiem tylko, że kiedy tekst jara mnie tym, co wypisałam wyżej, lepiej być nie może. Klimat tej wstawki jest klimatem, który chciałabym literacko chłonąć niemal wyłącznie. Taka ułomność, że radość w tekstach mnie nie jara. Odsłoniłaś wiele kart, wiele z tych, na które czekałam i wiele z tych, na widok których eksplodował mi mózg. [Miguel, Jurij, Robert]

Jak głęboko weszłaś w risercz Niemcy>Argentyna? Fascynujące, prawda? Aż mi się przypomniał Reimar Horten i wszystkie te samoloty, które Niemcy w Argentynie...[tryb Kanterial]

Niepokój i roztrzęsienie Jurgensa to mistrz tego, co można zrobić z dobrze zarysowaną postacią. Widzę go.
W ogóle, widziałam w tej wstawce wszystko. Mocno sceny z Jurijem, mocno rozmowę Emily z Robertem.

I to coś, co czuć jest tak okropnie i tak wspaniale jednocześnie - kiedy ktoś w swoim tekście robi tak, jak ty chciałabyś zrobić w swoim. Jasne, mogę patrzeć. Jasne, nie odtworzę szczegółów, które mnie powaliły, bo sama ze sobą będę czuć się źle i staranuje mi to ambicję. Ale jeśli czegoś mogę się podświadomie nauczyć, robię to. Mam nadzieję.

Nie muszę chyba mówić, jak bardzo czekam na wątek Papowa i młodych Jurgensa, samego Jurgensa (tak, jego Bestia ciekawi mnie najbardziej, zgadłaś, tuż za nią lojalny potwór wewnątrz Miguela). I Jurij. Tak, on od początku przejawiał... syndromy bohaterów, których lubię. Nadal za mało, żebym faktycznie polubiła za swoje ukochane cechy, ale czekam. Czuję, że jest na co.

Btw - przełom trwał od akapitów z Brooklinem - cholernie udanych jeśli chodzi o uzupełnienie obrazu wszystkich Bestii.

//nie kończ szybko. Proszę.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 28 stycznia 2017, 22:22

Dziękuję. Chciałam coś odpisać, ale po prostu dziękuję.


ROZDZIAŁ X
IF YOU WANT TO RECEIVE EMAILS ABOUT MY UPCOMING SHOWS, THEN PLEASE GIVE ME MONEY SO I CAN BUY A COMPUTER



Ettaler Forst
Emily zrobiła naprawdę wszystko, żeby się uspokoić. Próbowała skupić się na migającym za oknami samochodu krajobrazie, wyłamywać palce, liczyć od stu do zera, a potem szukać matematycznych wzorów dla przypadkowych, absurdalnych problemów.
To nic nie znaczy, powtarzała sobie. Nie wymyślaj.
Ale zaniepokojony umysł wiedział lepiej. Łączył fakty i poszlaki. Zadawał niewygodne pytania i – co gorsza – znajdował na nie odpowiedzi. Wykrzywiał twarz Miguela w fałszywą maskę. Z ofiary robił kata.
To było takie łatwe. To właśnie stało się przecież przed laty i Emily miała pełną świadomość mechanizmu, ale jednocześnie z rozpaczliwą bezradnością obserwowała, jak jej mózg podąża tym właśnie tropem, powoli zamykając się na inne rozwiązania.
Po prostu musiała z nim porozmawiać. Spokojnie. Poprosić o wyjaśnienie. O prawdę. O coś, co pozwoli ponownie uwierzyć w jego niewinność.
A jednak York nie mogła wyrzucić z głowy jego obrazu z łopatą w rękach, a wcześniej trzymanego tak pewnie noża. Metodycznych, jakby wyćwiczonych ciosów. Tamten chłopak sprzed szesnastu lat, ten, w którym się zakochała, przyparty do muru działał desperacko, ale przemoc nie leżała w jego naturze. Na pewno nie leżało w niej zabijanie. Myśl o tym, że został zmuszony do ostateczności, przygniatała go i dobijała.
Emily nie chciała myśleć, że to mogło się zmienić. Bała się człowieka, w którego mógł przepoczwarzyć się Miguel, jeśli to się zmieniło.
Nie wiedziała, co zrobiłaby wówczas z samą sobą. Owszem, miała pełną świadomość, że związuje się z człowiekiem ekstremalnie poranionym, a to oznacza raczej orkę i krążenie możliwie blisko normalności, a nie sielankę, więc przynajmniej zakładała, że jest gotowa na wiele. Ale nie na to. Nie na kogoś, kto mógłby zabijać bez mrugnięcia okiem albo – zadrżała na samą myśl – z przyjemnością.
Wlepiła wzrok w ostatnią wioskę na drodze do bazy – rozrzucone w dolinie domki przypominające z tej perspektywy pudełka zapałek.
Otrząsnęła się na to skojarzenie.
W desperacji zadzwoniła nawet do matki i rozmawiała z nią tak długo, aż bawarskie lasy do reszty nie pożarły zasięgu. O pierdołach. O ostatnich zakupach pani York, kleszczu na brzuchu jej teriera i możliwym odmalowaniu kuchni, bo ostatni kolor ścian okazał się niewypałem. W tamtym momencie Emily błogosławiła własną powściągliwość i fakt, że choć parę razy ją kusiło, nadal nie pochwaliła się matce nowym – tym razem zupełnie nowym – związkiem. To zniwelowało groźbę niepożądanych obecnie pytań i pozwoliło zupełnie zatracić się w błahych, czczych plotkach i świecie, w którym właściwy odcień niebieskiego wydawał się największym z problemów ludzkości, a mordercy i piromani zwyczajnie nie istnieli, chyba że w serialach.
Potem jednak głusza Ettaler Forst odcięła ją i od ciepłego głosu pani York, a brak dróg wymusił przesiadkę do helikoptera.
Emily dawno już nie poczuła się tak bardzo sama. Jak mała dziewczynka skulona pod kocem i udająca przed rodzicami oraz samą sobą, że już wcale nie boi się burzy.

*

– Hej, Emi.
Chciał ją pocałować w policzek na powitanie, ale odsunęła się gwałtownie i jakby z odrazą. Raczej nie chodziło o robocze ciuchy i możliwe resztki smaru na dłoniach, bo to jej nie przeszkadzało – niekiedy wyglądała gorzej, wychodząc z hangaru, zwłaszcza że jako osoba drobnej postury, miała w zwyczaju wciskać się w miejsca niedostępne dla pozostałych.
– Co tam się stało – wycedziła zimno, mierząc go lodowatym spojrzeniem.
Nawet jeszcze nie zdążyła odłożyć torebki, co Miguel zauważył jakoś mimochodem. I chyba nie zamierzała tego robić, ściskając ją w dłoni kurczowo jakby bez tego miała się przewrócić.
– Emi?
– Powiedz mi, co tam się stało i dlaczego przenieśli cię do karceru – wycedziła. – Bo chyba mi nie wmówisz, że ty, ogień i trzydzieści trupów to czysty przypadek.
Słysząc to, sam się cofnął z twarzą zmrożoną niedowierzaniem.
– Co…?
– Chcę znać prawdę. – Już na niego nie patrzyła. Wbiła wzrok w podłogę, a podbródek lekko jej zadrżał. – Tu i teraz, bez wykrętów.
Miguel spojrzał na nią – na jej pomięte w podróży ubranie i związane byle jak włosy, które przed wyjazdem do Roberta układała dobrą godzinę. Na jej sylwetkę, drobną, ale jednak uniemożliwiającą mu przejście dalej.
Powinien się spodziewać, że gdzieś tam czeka na niego spakowany skromny dobytek, a przynajmniej ta jego część, która z różnych przyczyn walała się po jej gabinecie i sypialni?
– O co ty mnie oskarżasz? – syknął, czując, jak gniew uderza w podstawę czaszki, ale jednocześnie żołądek mrozi najzwyklejszy w świecie strach.
– Jeszcze o nic. Po prostu chcę wiedzieć.
Zacisnął usta, walcząc z pokusą, żeby po prostu odwrócić się i wyjść. Powstrzymywała go przed tym jedynie świadomość, że prędzej czy później i tak musiałby wrócić, bo czy tego chciał, czy nie, był od nich zależny. Od niej, Roberta i Oliviera. Nie miał, dokąd pójść.
Musiał to przełknąć choćby ze względu na Szynkę, która potrzebowała miejsca, ogródka, żeby mieć gdzie poryć, swojego kąta i opieki, więc ciągnięcie jej ze sobą w nieznane wydawało się czystym okrucieństwem.
– To, czego ja chcę, nie ma znaczenia? – warknął ze złością.
– Miguel, nie przedłużaj tego, proszę.
Nie wierzył w to. Po prostu. Gniew osiadał jak szlam na dnie żołądka, czuł, że od tłumionych emocji drżą kolana i dłonie. Odruchowo spojrzał w dół, by sprawdzić, czy widocznie, ale wyglądało na to, że nadal nie.
– Wybuchły zamieszki – wycedził więc, a jego pięści zacisnęły się do granicy bólu. – Nie pierwsze, jakie widziałem, ale potem ktoś zaprószył ogień.
Próbował sobie tego nie przypominać, oddzielić słowa, od obrazów, które przywoływały. Wyobrazić sobie, że mówi o czymś innym. O kimś innym. O obcym miejscu i czasie, a nie koszmarze, który wypełniał mu kręgosłup rozżarzonym prętem w miejsce szpiku. Który z takim trudem ujarzmiał wciąż od nowa.
Emily nie wiedziała, co robi. Nie sprawiała wrażenie, jakby ją to interesowało – chciała ukoić własny absurdalny strach i to złościło Lavaliera jeszcze bardziej.
– Nie ty podłożyłeś ogień.
– Nie jestem głupi – prychnął.
– Ale jesteś chory.
– Panuję nad tym, do jasnej kurwy! – Nie wytrzymał i uderzył dłonią w blat, aż poszło echo. Emily odsunęła się o kolejny krok, ale nie zwrócił na to uwagi, zapadając się w samego siebie – Odcięli nas – podjął znów ochrypłym głosem, potarł drżącą ręką nasadę nosa. – Więźniów i paru strażników, którzy nie zdążyli zwiać. Ci drudzy zresztą…
Miguel urwał na dłuższą chwilę, a każda sekunda spływała w nabrzmiałej ciszy ciężko i powoli jak kropla oleju. Emily tkwiła w niej sparaliżowana, oblepiona i unieruchomiona, wciąż kurczowo ściskająca torebkę. Widać było, że z trudem wypływa na powierzchnię. Kiedy jednak już się jej udało i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, Lavalier ją uprzedził
– Mieli szczęście – podjął. Tylko przelotnie uświadomił sobie, że ponosi spektakularną porażkę z własnym mózgiem, który nie zamierzał najwyraźniej przepuścić okazji do tego, żeby go raz jeszcze sprowadzić do parteru i zaczął wciskać przed oczy obrazy, a do uszu krzyki i błagania. – Nie doczekali spalenia żywcem. Nic nie mogliśmy zrobić, ale człowiek zawsze będzie próbował… przeżyć… więc… napierali na kraty… – Potarł dłonią twarz w rozpaczliwej próbie przywołania się do porządku. To uświadomiło mu, że drży. – Tratowali się… Ja sam…
– Nie kończ…
– Płonęli, Emily. Wiesz, jak człowiek potrafi skomleć? Piszczy jak zarzynane zwierzę. I śmierdzi. Kurwa, naprawdę śmierdzi. Myślałem… Myślałem, że się uduszę i też tam zginę. Oddychałem ich popiołem. Ja…
Zamilkł, niezdolny do powiedzenia nawet jednego jeszcze słowa. Poczuł na ramionach niechciany dotyk, ale mięśnie, nagle zwiotczałe, nie miały dość sił nawet na to, żeby wyrwać się z kobiecego uścisku.
– Zadowolona? – syknął.
– Miguel…
– Pytam, czy jesteś zadowolona.
Zabrała ręce.
– Zostaw mnie – wychrypiał. – Chcę przejść.

*

Wypełzł ze swojego kąta jakąś godzinę później, wywabiony zresztą potrzebami Szynki, którą karmił o dwudziestej drugiej. Przemknął jak cień, nie wypowiadając nawet słowa. Znacznie więcej hałasu zrobiła świnka, która przegalopowała za nim, radośnie pokwikując.
Stuknęła miska, rozległo się chrumkanie, a po chwili dołączył do niego głos Miguela tłumaczącego coś łagodnie rudej kulce energii. Emily dała im jeszcze chwilę intymności, ale potem zacisnęła zęby i stanęła w progu. Miguel nie usłyszał jej albo nie chciał usłyszeć. Kucał plecami do niej i obserwował Szynkę – jak zwykle jedzącą z entuzjazmem, który objawiał się porozrzucanymi w promieniu kilku cali resztkami. Tyle dobrego, że Lavalier po niej sprzątał i dbał o wytarcie ryjka, nim świnka znów galopowała po wykładzinie.
– Jak już skończy… możemy pogadać?
Nie odwrócił się do Emily, ale opuścił głowę.
– Mamy o czym?
– Chciałam cię przeprosić.
– Więc uznajmy, że to zrobiłaś.
York zaplotła ramiona na piersi i oparła się o framugę.
– Oboje wiemy, że to nie załatwi sprawy – powiedziała, choć słowa przeciskały się przez jej gardło z trudem. – Nie tak chciałam to rozegrać, poniosły mnie emocje. Chyba spanikowałam.
Szynka wreszcie pochłonęła kolację i Miguel, otarłszy jej ryjek, rozpoczął procedurę sprzątania tego, co po sobie zostawiła, w czym świnka ochoczo mu towarzyszyła, kręcąc się między nogami i usiłując zajrzeć w każdy kąt.
– Emily… Ja muszę się z tym poukładać. – Spojrzał na York niespodziewanie.
Nie była na to przygotowana. Na ten wzrok. Widziała już, jak wygląda jego smutek. Widziała, jak wygląda rozgoryczenie, oglądała też kompletną, czarną rezygnację i marazm, ale nigdy jeszcze to nie ona była ich powodem, a ci inni, ci źli, którym potem wpychali to samo do gardeł i których krew zmywali z rąk.
Zadrżała. Zdjął ją strach, że stało się coś nieodwracalnego. Że już nigdy nie będzie po staremu.
– I chcesz to zrobić sam?
– Chyba tak. Nie wiem, co miałbym ci powiedzieć.
Też nie wiedziała tak naprawdę. Wiedziała, co chciałaby usłyszeć. Nie ma sprawy, zdarza się, zapomnijmy o tym. I żeby się potem uśmiechnął. Mógłby nawet dodać coś głupiego, jeden z tych swoich żenujących komentarzy człowieka, który czasem sprawiał wrażenie, jakby relacje międzyludzkie ćwiczył na kosmitach. Byleby sytuacja wróciła do normy.
– Ale to nie tak… – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale urwał, jakby poplątały mu się myśli i ułamek sekundy później dokończył niezrozumiale po hiszpańsku. – Po prostu nie teraz, OK?
Przytaknęła. Wiedziała, kiedy daje jej się do zrozumienia, że powinna odpuścić, a w wypadku Miguela nie miała akurat oporów, żeby to zrobić. To nie był człowiek, z którym się konfrontowała, z którym czuła potrzebę ciągłego tarcia i walki. Nie musiała wygrywać, bo też nie było żadnych zawodów. Zupełnie inny model związku, w którym też się dopiero powoli odnajdywała.
– Ale proszę, żebyś…
– Nie jestem zły, jak widzisz.
– Nie. Jesteś smutny i zawiedziony, a to…
– Dam sobie radę.
To było akurat najgorsze, co mógł w tym momencie powiedzieć. Ale dumę Miguela albo się akceptowało jako dobrodziejstwo inwentarza, albo można było sobie darować wszelkie bliższe relacje z nim.
– Wiem, że dasz. A potem to odchorujesz, kiedy nie będę widziała – burknęła mimo to York, odwróciwszy się bokiem. – To wleje między nas kolejne kwasy, wiesz o tym.
– Bieganie do ciebie z przetrąconym paluszkiem też.
– Może. Ale z rozwaloną czaszką już niekoniecznie. – Emily westchnęła i potarła czoło. – Wiem, że mi nie ufasz…
– To nie tak.
– Właśnie, że tak – pokręciła głową. – Zresztą nie zaskakuje mnie to. Nie jesteś przyzwyczajony do tego, żeby ufać ludziom w ten sposób, a ja… no, nie ułatwiam sprawy. Żadne z nas nie jest wylewne i dałam dzisiaj popis empatii. Rozumiem, wiem, że zjebałam. Ale nie chcę, żebyś czuł, że jesteś z czymkolwiek sam i hodował o to żal, nieważne czy do mnie, czy do siebie.
Miguel nie odpowiedział. Stał bezradnie, z twarzą wyprutą z emocji. Cokolwiek się w nim działo, nadal nie zamierzał tego pokazywać, ale też Emily nie łudziła się jakoś specjalnie, że jedna przemowa nagle sprawi, że wieczko odskoczy. Zwłaszcza zważywszy na kontekst.
Ale w takich chwilach czuła się jednak nieco zmęczona. Była niemal całkowicie już pewna, że to, co czuje do Argentyńczyka, nie jest ani tylko sympatią, ani tylko fizycznym pociągiem, ale czasem po prostu miała wrażenie, że rozbija się o mur. Że to trwa zbyt długo i może nigdy nie znajdzie się z Lavalierem w takiej zażyłości, do jakiej dopuścił ją Johnny. To sprawiało, że chcąc tego czy nie, bywało, że czuła się odtrącona. Nie miała pewności, czy zdoła się do tego przyzwyczaić.
Ale to z pewnością nie był moment na tę rozmowę.

*

Tak jak się spodziewał, tej nocy koszmary wróciły. Znów był korytarz, znów były przyspawane drzwi i głos Mathildy, próbującej wyprowadzić go z labiryntu. Znów była gwałtowna pobudka z krzykiem więznącym w gardle.
Tylko że tym razem nie był w łóżku sam.
Oszołomienie i dezorientacja wciąż jeszcze trzymały jego głowę w kleszczach, kiedy poczuł obejmujące go ramiona i kojące ciepło drugiego ciała. Skulił się w tych objęciach, pozwalając poczuciu bezpieczeństwa rozwiewać powidoki makabrycznych wizji i wspomnień. Oddech powoli się uspokajał, bicie serca także. Umilkło to dziwne świszczenie, które towarzyszyło każdemu wciągnięciu powietrza do płuc.
– Dziękuję – wyszeptał, nie otwierając oczu.
Jakiekolwiek inne słowa zabrał delikatny pocałunek. Miguel odetchnął głęboko i wreszcie podniósł powieki. Emily wciąż go obejmowała – widział, jak jej rude włosy płoną w żółtym blasku nocnej lampki.
– Już lepiej? – spytała półgłosem.
– Lepiej, ale nie puszczaj, proszę.
– Nie zamierzam.
Jeszcze kilka godzin temu rozważał wykręcenie się od spania u jej boku. Czuł potrzebę, żeby na moment stracić ją z oczu. Odpocząć od tych wszystkich wątpliwości, jakie budziła teraz jej obecność. Nie zadawać sobie przerażających pytań o to, czy się nie pomylił – czy ona się nie pomyliła. A teraz nagle niemal tak samo głęboki, pierwotny lęk powodowała w nim myśl, że mógłby przestać czuć jej dotyk.
Tego nigdy w sobie nie rozumiał – tej potrzeby bliskości przy jednoczesnej chęci ucieczki i odgrodzenia się zasiekami z tego prostego względu, że nie radził sobie w gąszczu wniosków, jakie relacje za sobą pociągały. Nie radził sobie ze sobą w oczach innych.
– Chcesz czegoś? – wymruczała Emily, już z zamkniętymi oczyma, bo nie mogła utrzymać powiek w górze.
– Nie, dzięki. Po prostu… nie gaś światła, OK?
– Mhm… – chyba nie do końca dotarło do niej, co powiedział.
Zwinęła się, ułożyła wygodniej przy jego piersi, ale to nie mogło zabrać bólu spomiędzy żeber. Natomiast całkiem skutecznie unieruchamiało Miguela w łóżku, a to akurat widział jako korzyść. Zamknął oczy, czując, że zaczyna drżeć.
Złośliwość losu, że odpowiedzią na ogień w jego umyśle zawsze był ogień. Tylko płomienie mogły przynieść ulgę jątrzącym się oparzelinom na duszy i pamięci. Tylko uwodzicielski taniec płomieni i ich zdradzieckie ciepło. W karcerze Lavalier nie miał możliwości, żeby w nie uciec, ktoś bardzo starannie o to zadbał, ale tu znalezienie czegoś łatwopalnego nie stanowiło żadnego wyzwania. Jedynie obecność drugiego ciała kotwiczyła Miguela w przytomności umysłu na tyle, żeby walczył.
Czasem bał się, że to naprawdę mógł być on. Że podłożył ten ogień w stanie amoku i po prostu niczego nie pamięta. Przerażała go ta myśl, a jego własny mózg, te potworne popędy, zaciskały palce na gardle z równą mocą, co wspomnienie palonych żywcem współwięźniów. Bo przecież nie powiedział Emily wszystkiego. Nie mówił jej o obrzydzeniu, jakie czuł do samego siebie, gdy mimo wszystkiego, co się działo, Gargoyle wył w jego wnętrzu z radości.
– Boże, jesteś cały mokry – wymruczała jeszcze York. – Nie masz gorączki?
– Nie.
W sumie nie był pewien. Poczuł dotyk na czole i usłyszał westchnienie.
No, to już wiedział.
– Przyniosę ci wody i coś na zbicie.
– Nie. – Chwycił ją za nadgarstek, kiedy się już podnosiła. – Dobrze wiesz, że to nie to. Zostań.
Bał się spojrzeć na nią, nawet jeśli i tak nie byłby w stanie wyłuskać z rozmazanego obrazu wyrazu jej twarzy. Bał się tego, co mógłby przypadkiem znaleźć.
– Zostanę – usłyszał głos Emily i poczuł dotyk na policzku. – Wiesz, że zostanę. Tylko ty też nigdzie nie
odchodź.



Zhangjiakou
Hiromi obudziła się z głębokim przeświadczeniem, że zasnęła w samym środku robienia czegoś ważnego. Zerwała się więc, wyplątała z koca i dopiero trzy kroki później silny zawrót głowy spacyfikował ją dość brutalnie, zmuszając do klapnięcia tyłkiem na podłogę z klepek.
– A ty dokąd? – usłyszała zirytowany głos.
Dwa uderzenia serca zajęło jej stwierdzenie, że to Hiro, fotograf z zespołu. Odwróciła się ku niemu, ale wówczas potworny ból głowy złapał ją w kleszcze. Odruchowo ścisnęła skronie dłońmi, przekonana, że zaraz zwymiotuje albo wypłyną jej oczy.
– Do cholery, Hiromi… – poczuła, że Hiro pomaga jej podnieść się z podłogi. – Wracaj do łóżka.
I dopiero wówczas, dopiero, gdy zawisła na jego ramieniu i poczuła, jak jest słaba, wspomnienia zaczęły napływać do mózgu szeroką, bolesną strugą.
Pamiętała, że udało się jej wreszcie spotkać z Reiem i że powiedziała mu o programie SO-VA oraz swoich podejrzeniach. Potem zamierzała ruszyć dalej na północ, do Xilin Gol i stamtąd już do Mongolii, na terenach której toczyły się najbardziej krwawe walki. Chciała przygotować reportaż o zwykłych ludziach niezaangażowanych po żadnej ze stron konfliktu, o ziemi rozoranej przez dwa mocarstwa i związanych z tym tragediach oraz bezsilności lokalnych władz. Miała plan. Wiedziała, co chce tym materiałem osiągnąć i do kogo trafić.
Ale zatrzymała ją choroba.
Może faktycznie nie powinna była tego bagatelizować i pójść do lekarza, kiedy Rei jej to sugerował. Ale tyle jeszcze zostało do zrobienia, tyle do utrwalenia i pokazania, że wydawało się jej, że zwyczajnie nie ma na to czasu. W efekcie utknęła ledwie żywa w połowie drogi i mogła sobie jedynie pogratulować.
Hiro pomógł jej usiąść na łóżku, na które ostrożnie wciągnęła nogi ciężkie jak ołowiane odlewy. Prawie dwa tygodnie gorączki i kaszlu zostawiły ją kompletnie wypraną z sił i zdolną przeważnie tylko do snu, z którego budziła się kompletnie zdezorientowana i niespokojna.
Wszystko w niej rwało się do dalszej drogi. Każdy nerw wrzeszczał, że już czas, ale ciało nie zamierzało słuchać.
– Może naprawdę powinnaś zrobić sobie wolne – zasugerował Hiro, siadając obok na turystycznym stołku. – Wiesz, wrócić do Kirgistanu, do męża i syna…
– Przestań – Tachibana przewróciła oczyma.
– Mówię poważnie. Oboje doskonale wiemy, jak blisko było…
– Wojna na mnie nie poczeka, Hiro – przerwała ostro Japonka.
– Martwa i tak jej nie dogonisz.
– Nie takie rzeczy nie zdołały mnie zabić – mruknęła Tachibana bardziej do siebie, ale nakryła osłabione ciało kołdrą. – Podaj mi papierosy, proszę.
– Tydzień, Hiromi – szepnął fotograf, patrząc nie na nią, a w ścianę. – Tydzień, a potem pójdziemy, gdzie zechcesz, choćbym cię miał zanieść.


Ettaler Forst
Johnny wiedział, że odkąd program „Ares” ruszył pełną parą, Emily praktycznie zamieszkała w laboratorium przyklejonym do ukrytego w niemieckich Alpach hangaru, gdzie dzień w dzień – a niekiedy też noc w noc – pracowała nad swoimi nowymi dziećmi, tym razem kilkumetrowymi, solidnie opancerzonymi i uzbrojonymi. Do siebie wracała tylko wówczas, gdy zmuszały ją do tego złośliwe okoliczności. Na przykład trzeba było pojawić się na jakiejś imprezie naukowej czy dyplomatycznej, żeby nie zostać uznaną za zaginioną.
McGregor nie udał się więc do jej paryskiego mieszkania, a właśnie do Niemiec, dokładniej do Ettaler Forst. Oczywiście było to możliwe tylko dzięki całemu plikowi najwyższej klasy przepustek, w tym jednej oficjalnie obwieszczającej, że jej właściciel to gość specjalny Bawarskiego Stowarzyszenia Obrońców Koziorożca alpejskiego. Ta ostatnia dawała wstęp wszędzie i nakazywała ludziom Roberta zorganizować transport do laboratorium o każdej poprze dnia i nocy.
Tak zatem Johnny wysiadł z helikoptera, poprawił skórzaną kurtkę, przeczesał palcami rude włosy i w bojowym nastroju ruszył przed siebie.
– Woda kolońska – skomentował ktoś za nim. – Będzie poważna rozmowa z panią profesor.
Obrócił się i zmierzył plotkarza morderczym spojrzeniem, ale – wbrew swoim zwyczajom – nie poświęcił mu więcej uwagi. Fakt faktem, że tak, czekała go poważna rozmowa i nie miał zamiaru się rozpraszać.
Tak naprawdę kompletnie nie miał planu, jak to rozegrać, jak powiedzieć Emily to wszystko, co kłębiło się w jego gorącej głowie. Owszem, już to parę razy przechodzili, ale właściwie nigdy nie w ten sposób. Nie tak… z dupy w sumie Zwykle potrzebowali jakiegoś impulsu. Niespodziewanej pobudki w jednym łóżku po jakiejś imprezie na przykład. Tutaj impuls ten zdawał się kompletnie rozmywać i Johnny z przerażeniem myślał o tym, że może oto w wieku trzydziestu pięciu lat zaczął dorastać.
– Pani profesor jest zajęta – próbował go wstrzymywać ktoś, gdy jak ognista nawałnica pruł przez korytarz.
– Zawsze jest zajęta – wypluł.
Oczywiście, że wszyscy wiedzieli, po co i do kogo tu przyszedł. Może więc spojrzenia, jakie mu rzucali, powinny go bardziej zaalarmować.
Gdyby zwracał na nie większą uwagę.
Stanął wreszcie przed drzwiami do jej gabinetu. No, gabinetu. Klitki właściwie, z biurkiem, aparaturą, ale też częścią sypialną za dorobioną ścianką. Pomieszczenie bezpośrednio połączono z hangarem, by profesor w każdej chwili mogła do niego pójść i rzucić mechanikom efektem nagłego olśnienia lub po prostu pogłaskać któregoś mecha z czułością i powiedzieć mu „dobranoc”.
Johnny rzucił okiem na tabliczkę z jej nazwiskiem, po czym załomotał w drzwi.
Odpowiedziała mu cisza.
Załomotał więc ponownie, bo przecież gdyby Emily dokądś wyszła, to by mu o tym powiedziano. Znów musiał czekać dłuższą chwilę, ale wreszcie usłyszał po drugiej stronie jakiś ruch i głos. Zamek zapiszczał i drzwi uchyliły się, ukazując York skrzywioną w naburmuszonej minie.
– Mówiłam, że jestem… O – zreflektowała się. – Johnny.
– Ja.
Szczegóły jej wyglądu docierały do niego powoli. Potargane rude włosy – nieco krótsze, niż kiedy widział ją ostatnio, kończące się teraz w połowie karku – biała koszulka z napisem MERCURY AQUA RAPSODY i Salior Mercury z wąsem Freddiego z Queen, pod którą najwyraźniej niczego nie było, bo wyraźnie widział znajomy zarys jej niewielkich, bardziej trójkątnych niż krągłych piersi. I majtki. Po prostu majtki, ciemnoniebieskie, z białym obszyciem i zaiste trudnym do przeoczenia brakiem spodni na nich.
Odchrząknęła.
– Co tu robisz? – zapytała ostro, niemal napastliwie.
– A ty? – warknął w odpowiedzi, kiedy wnioski kopnęły go wreszcie w nerkę. I męskość, co tu dużo kryć.
– Jak widzisz, jestem zajęta. Byłbyś łaskaw nie…
– Z KIM?! – Wściekle pchnął drzwi, aż odskoczyła z niekontrolowanym piskiem.
– Co się dzieje?! – dobiegł go wyraźnie wkurzony męski głos i choć Johnny znał go doskonale, i ten ton, i tę chrypkę, i wyraźnie nietutejszy miękki akcent, dobre trzy uderzenia serca zajęło mu poskładanie wszystkich faktów w całość.
– Ty…
Patrzył na Miguela, też wyraźnie ogarniętego na szybko, bo bosego i pakującego sobie właśnie wymacane na szafce okulary na zmarszczony nos.
– No, ja – wzruszył ramionami Argentyńczyk.
– Co ty tu, kurwa, robisz…
– Jak można zauważyć – syknęła Emily, stając obok Miguela i może odrobinę ostentacyjnie obejmując go w pasie – dogadujemy pewne techniczne szczegóły. Naprawdę, nie twoje kompetencje.
– JAK, KURWA?! KTO CI POZWOLIŁ JĄ TKNĄĆ?! – Johnny zapewne rzuciłby się na Miguela, gdyby York nie zajęła wcześniej strategicznej pozycji. Lata spędzone z bladerami, także wówczas, gdy byli jeszcze bandą napędzanych hormonami nastoletnich chłopców, nauczyły ją bezbłędnie i zawczasu odczytywać pewne sygnały.
– A ktoś musiał? – prychnął Lavalier, przyjmując jednak pozycję pozwalającą na skuteczną obronę i oddanie ewentualnego ciosu. – Albo mi się wydawało, albo od kilku miesięcy nie jesteście małżeństwem.
– To o niczym nie świadczy!
– Nie?! – tym razem odezwała się Emily. Jej głos podszyła wściekłość, a policzki płonęły czerwienią. – Bo co?! Bo i tak jestem twoja i może zaraz stwierdzisz, że znudziło ci się bycie rozwodnikiem i może weźmy szósty ślub?!
– Siódmy – przypomniał Johnny.
– Szósty. Trzeci był nielegalny, byliśmy na LSD.
– Szczegóły. – Johnny przewrócił oczami. – I tak byśmy go wtedy wzięli.
– Wtedy! – Emily podniosła głos i zacisnęła pięści. – Słowo klucz, Johnny! WTEDY! A teraz, jak widzisz, wpierniczyłeś mi się w życie w bardzo nieodpowiednim momencie! Więc może, do cholery, nie psuj tego bardziej!
Za jej plecami Miguel odchrząknął w pięść.
– Czego?! – York odruchowo ryknęła też na niego.
– Może to nie jest taki zły pomysł, żebyśmy porozmawiali na osobności – zasugerował. – Ja i on.
– I co?! I znowu będziecie ustalać jakiś grafik za moimi plecami?!
– Nie sądzę.
– A nie, zapomniałam! – Emily cała była już rudym, ruchliwym kłębkiem złości. – Jest jeszcze druga opcja i będziecie się prać po mordach! Ulubiony sposób rozwiązywania problemów wśród bladerów! Zaiste niezawodny! – Zmrużyła oczy i powiodła gniewnym spojrzeniem po nich obu. – Ani. Mi się. Ważcie – wycedziła.
[/interlina]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 28 stycznia 2017, 22:23


*

– Dobrze się nią chociaż zajmujesz? – Johnny wściekłym, niezgrabnym ruchem wyszarpał papierosa z pomiętej paczki, którą wcześniej trzymał w tylnej kieszeni jeansów i na której zapewne, sądząc po stanie, zdążył już parę razy usiąść.
– Na ile potrafię – odparł Miguel, patrząc lekko zmrużonymi oczyma nie na niego, a przed siebie.
– To nie jest odpowiedź, która mnie satysfakcjonuje.
Lavalier westchnął i głębiej wcisnął ręce w kieszenie.
– Nie jestem tu, żeby satysfakcjonować ciebie.
– Masz szczęście, że zabroniła nam się bić – zawarczał Szkot z papierosem w zębach. Osłonił go dłońmi przed porywistym górskim wiatrem i odpalił zapalniczkę.
To oczywiście na moment ściągnęło wzrok Miguela – czysto automatycznie. To się najwyraźniej wcale nie zmieniło i ogień nadal działał na niego jak na ćmę. Z tą tylko różnicą, że Argentyńczykowi nie groziło spłonięcie.
– No dobrze. Ty czy ona? Kto zaczął?
– Myślałem, że to rozmowa, a nie przesłuchanie.
McGregor obrócił się gwałtownie i zacisnął pięść na koszulce Lavaliera, co ten skwitował uniesieniem jasnej brwi. Johnny wiedział, co ono oznacza. Przymknął oczy, wziął kilka głębokich oddechów i powoli rozluźnił palce. Jednak rumieniec rudzielca, ciemny jak dobre wino, zdradzał, że Szkot balansuje na granicy furii i wypchnięcia rywala przez barierkę.
– Nie prowokuj mnie – wysyczał.
– Przepraszam. Nie miałem takiego zamiaru.
– Jasne.
Miguel zacisnął usta, ale nie skomentował i na moment zapadła cisza.
– No więc? – Johnny najwyraźniej nie zamierzał jednak odpuścić.
– Na pewno chcesz wiedzieć?
– Czyli ona. – Opuścił głowę.
– Ja pierdolę, przecież się rozstaliście. – Lavalier przewrócił oczyma. – Nie odstawiaj psa ogrodnika.
– Zawsze do siebie wracaliśmy.
– I liczyłeś, że tym razem będzie tak samo.
– A myślisz, że po co tu przyjechałem?! Podziwiać widoki?
– Aha.
Johnny zaciągnął się głęboko dymem, a Miguel wyszarpnął dłonie z kieszeni i odbił się nimi od barierki, najwyraźniej też nie mogąc ustać spokojnie.
Przed laty było jakoś łatwiej.
Ale przed laty Emily nie miała za sobą piętnastoletniej historii burzliwego związku z mężczyzną, który najwyraźniej nadal był nią zainteresowany po same uszy.
– Może uznała, że jest tym już zmęczona – zasugerował Lavalier.
– Albo może po prostu w polu widzenia pojawiło się coś nowego, co? – Johnny spojrzał na niego z ukosa. – Ładny chłopiec, który zawsze jej się podobał i jakimś cudem nie zestarzał koszmarnie, chociaż kupę czasu trzymali go w szafie.
– Masz o niej tak niskie mniemanie?
– Niskie mniemanie? Wręcz przeciwnie. Na tyle wysokie, że gdyby sobie na coś takiego pozwoliła, nawet by nie drgnęło. – Johnny zgasił papierosa na barierce. – Czy ty sobie za dużo nie wyobrażasz, Miguel? – Spojrzał nagle wprost na Argentyńczyka.
– Co masz na myśli?
– Wszedłeś w pewien układ.
– Nie na siłę.
– W pewien rytuał. W każdej chwili może wywalić cię z systemu.
Miguel zacisnął i rozprostował pięści. A potem powtórzył to jeszcze dwa razy. I trzeci. Tak na wszelki wypadek.
– Nie masz innych argumentów, co? – niemal parsknął śmiechem, ale był to śmiech nader nieprzyjemnych. – Ponad to, że ty spędziłeś z nią szesnaście lat, a ja ledwie parę tygodni.
– Uważasz, że to słaby argument?
– Nie najmocniejszy, jaki potrafię sobie wyobrazić. Z jakiegoś powodu rozwodziliście się tyle razy.
– Z jakiegoś powodu ciągle do siebie wracamy.
– OK. – Miguel potarł nasadę nosa, choć w pierwszym momencie trafił palcami w okulary, do których wyraźnie nie był jeszcze przyzwyczajony. – Ujmę to tak. Póki co, Emily jest ze mną. Jeśli coś się posypie, jeśli stwierdzi, że to nie to i chce wracać do ciebie, nie będę jej zatrzymywał. Ale w tym momencie, jak wspomniałem, jest ze mną. Bo tego chce. Czy to jasne?
Johnny milczał dłuższą chwilę z zaciętą miną i wzrokiem utkwionym w jasnych oczach Argentyńczyka.
– Kochasz ją? – zapytał nagle.
I znów zapadło milczenie.
– Pytałem o coś.
– Myślę… Myślę, że tak.
– Myślisz? – Johnny gniewnie zmarszczył brwi.
– A co? Wolałbyś dyktowaną emocjami deklarację? – Lavalier nie tylko wytrzymał jego spojrzenie, ale wręcz je oddał. – Wolałbyś, żebym powiedział „tak” i żeby za miesiąc czy dwa okazało się, że to tylko ponowne zakochanie? Nie jestem w stanie powiedzieć z całą pewnością, bo za bardzo… odbiło mi na jej punkcie. Natomiast mogę ci zagwarantować, że bez względu na to, czy to jest miłość, czy nie, nigdy świadomie jej nie skrzywdzę.
– Nieświadomie też bym ci nie radził – syknął McGregor. – No ale dobra… – westchnął. – Wyszło jak wyszło. Tu masz rację. Przynajmniej w tej chwili, więc… – roztarł dłonie w nerwowym odruchu – fajnie by było zaszyć się gdzieś przy piwie. Sprzedam ci parę trików, w końcu znam ją lepiej.
Minęła dłuższa chwila, nim doczekał się odpowiedzi.
– Naprawdę ją kochasz.
– Co?
– Naprawdę ją kochasz – powtórzył Miguel pewniej. – Gdybym to ja zadał ci to pytanie, które ty mi przed chwilą, nie wahałbyś się z odpowiedzią.
– Nie – przyznał Johnny.
W tym momencie drzwi na taras rozchyliły się i stanęła w nich Emily – kompletnie już ubrana, z szarym, długim swetrem zarzuconym na ramiona.
– Miło widzieć, że żaden z was nie wypadł przez przypadek za barierkę – komentowała.
Podeszła bliżej. Zmierzyła ich obu wzrokiem, jakby coś ważyła, może jakby chciała sprawdzić, czy faktycznie nie ma na ich twarzach śladów szarpaniny. Sama też już najwyraźniej nieco ochłonęła, ale też nie sprawiała wrażenia, jakby przyszła z gotowym rozwiązaniem.
Johnny nie mógł się powstrzymać przed poczytaniem tego za plus na swoją korzyść. Nie po to tu w końcu przyjechał, żeby wrócić tak kompletnie z niczym, choć miał też świadomość, że jego pierwotny plan szlag jasny trafił.
Emily stanęła między nimi, jednocześnie oddzielając ich od siebie i – przynajmniej zdaniem Szkota – wysyłając kolejny sygnał, który powinien Miguela ugryźć w jaja.
– To co – syknął McGregor – mam zabierać dupę i wypierdalać?
York spojrzała na niego w sposób, jaki dobrze znał – z mieszanką tłumionej złości, ale też odrobiny zagubienia, jakby wcale nie chciała jej czuć. Na lodowate spojrzenie nad jej głową nie zwrócił nawet większej uwagi. Przynajmniej póki nie dołączył do niego komentarz.
– Pierdolony szantażysta emocjonalny.
Było to też najwyraźniej właśnie to, czego potrzebowała Emily, żeby się ogarnąć, choć Johnny uważał oczywiście, że jest potworną, krzywdzącą bzdurą.
– Nie jestem żadnym…
– Jesteś.
Tym razem zakończyłoby się bójką. Gdyby nie Emliy.
– Pierdolę, przestańcie! – wrzasnęła. – Mam tego dość! Jezu drogi! – Przeczesała palcami włosy w nerwowym odruchu. Dawniej tego nie robiła, musiała przejąć od Miguela. – Jak chcesz, Johnny, to proszę bardzo! Zabieraj dupę i szerokiej drogi! To będzie naprawdę świetne, wiesz?! Wparować, rozpierdolić wszystko, uciec i zostawić nas z bałaganem! Bo, kurwa, niezależnie od wszystkiego zostawiasz bałagan i wiesz o tym!
– Nie wiem.
– No to już wiesz! Myślisz, że co?! Że tak po prostu teraz tam wrócimy i dokończymy, co przerwałeś?! – głos podskoczył jej już zupełnie na najwyższe rejestry. Zauważyła to, więc urwała. Przetarła twarz dłońmi, poprawiła okulary. – Idź ochłonąć – powiedziała już spokojniej, drewnianym niemal głosem. – Nie wiem, pobiegaj, weź zimny prysznic. Po prostu zejdź mi na razie z oczu.

*

Miguel bynajmniej nie czuł się wygranym tej partii. Wcześniej po prostu o tym nie myślał – działo się za dużo innych rzeczy, wypełniało go za dużo innych, nowych wrażeń – ale kiedy ponownie spojrzał w twarz Johnny’ego, dotarło do niego, że Szkot ma rację.
Tak, wszedł w stary, od dawna funkcjonujący według określonych zasad układ. To był specyficzny taniec, a on nie znał kroków. Wystarczył jeden błąd, jednak chwila nieuwagi, żeby bezpowrotnie stracił rytm. Myślał o tym całą resztę dnia, ale jeszcze jakoś dało się utrzymać przy funkcjonowaniu pozostałą część oprogramowania i ogólnie działał, zwłaszcza że tak naprawdę nadal mieli nieskończony plan na dziś i po rozmowie z Johnnym wymienili jeszcze tylko jakieś półsłówka, po czym udali się do hangaru.
Kiedy jednak Miguel utknął na jakiś kwadrans nad zlewem, usiłując pozbyć się z rąk resztek smaru, myśli zalały mu mózg gęstą i lepką masą, paraliżując prawie wszystko inne. Ledwie zauważył, że doczyścił już dłonie i skóra zaczyna protestować przeciwko szorowaniu, a potem w letargu przeniósł się na materac i usiadł, czekając, sam nie miał pojęcia na co. Może na Emily i jej powrót z hangaru, a może wcale nie.
Szynka nie zostawiła go na długo samego, wdrapując się na nogi i domagając drapania po brzuchu, więc zajął się tym, a monotonny ruch zabierał go coraz dalej od rzeczywistości.
– Co jest?
– Emi? – Podniósł na nią wzrok. – Nie słyszałem, kiedy weszłaś.
– Weszłam jakieś pół godziny temu. – Westchnęła, przesiadła się bliżej i oparła się o jego ramię.
Mogła mieć rację, tak.
– Przepraszam, zamyśliłem się.
– Nad tym, nad czym sądzę, prawda? – spytała głosem zdradzającym niezadowolenie. Zdjęła kitel i niedbale rzuciła go na krzesło.
– Tak.
– Wiedziałam, że tak będzie. To musiało prędzej czy później wypłynąć.
Poruszył się mimowolnie. Zmienił nieco ułożenie ciała i nagle przestało być jej tak wygodnie, więc zawiedziona podniosła głowę.
W ogóle nagle przestało być wygodnie. Jemu także.
– Możesz się tym nie przejmować? – mruknęła.
– Nie mogę – odpowiedział Miguel głuchło.
– No, przynajmniej jesteś szczery.
– Staram się. Chciałbym…
– Chciałbyś wiele rzeczy, wiem o tym. – Emily bezwiednie, jak to często miała w zwyczaju, zaczęła obrysowywać palcem więzienne cyfry na jego przedramieniu. Zwykle nie świadczyło to o niczym, ot, taki bezwiedny odruch, ale było przyjemne. – Nie ma tak dobrze. Nie można tylko chcieć.
– Albo nie chcieć.
– Nie chcieć? – Uniosła wzrok na jego twarz.
Z tej perspektywy doskonale widział jej ogromne, szare oczy, w które zwykle lubił patrzeć jak w żadne inne, odnajdując w nich to, czego zawsze tak rozpaczliwie szukał – akceptację. Zapewnienie, że taki, jaki jest, jest wystarczający i nie przynosi rozczarowania.
– Nie chcieć cię stracić.
Uniosła kącik ust. Wspięła się nieco i pocałowała delikatnie w usta.
– Stracić mnie nie jest tak łatwo – szepnęła miękko, trochę go tym zaskakując. Tak naprawdę spodziewał się reprymendy, może obrażonego tonu.
Coś w jej zachowaniu było nie tak i wcale go nie uspokoiło. Musiała to zauważyć – w końcu była potwornie inteligentna i niewiele rzeczy jej umykało – bo zmarszczyła lekko brwi. Na wszelki wypadek objął jej plecy, pogłaskał czule żebra. Nie chciał, żeby odebrała jego zachowanie jako oziębłość. Nic tu przecież nie było jej winą.
– Jest nam dobrze razem – powiedziała, znów próbując ułożyć się na jego piersi. – Może nie jesteśmy długo, ale wiele osiągnęliśmy. Żadne z nas nie jest łatwym człowiekiem, ale jakimś cudem ten wózek dalej jedzie. Naprawdę musimy to analizować i niszczyć?
– Czyli jednak – westchnął Miguel, choć już pół sekundy później miał ochotę urwać sobie za to łeb.
– Co jednak?
– Zakładasz, że jeśli zaczniemy nad tym myśleć, dojdziemy do wniosku, że nie ma sensu.
– Tak jest z większością związków.
– No nie wiem – skrzywił się Lavalier. – Wiesz, z jakiegoś powodu to się dzieje. Z jakiegoś powodu dwoje ludzi po jakimś czasie stwierdza, że chce ze sobą być zawsze, nawet jeśli potem z tego „zawsze” nic nie wychodzi. No to jednak w danym momencie jest szczere, nie? – powiedział, czym zasłużył sobie na cichy śmiech Emily. – Co cię bawi? – Zmarszczył czoło.
– Nie „bawi”. – Kobieta pokręciła głową. – Żeby bawiło, musi być śmieszne. A to nie jest śmieszne tylko…
– No?
– Takie twoje.
Zapytanie jej o pewne sprawy wprost mogło być jak podważanie wieka trumny albo wsadzanie palców do kontaktu, żeby sprawdzić, czy nadal jest w nim prąd. Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia.
Prawdę powiedziawszy, Miguel nie widział żadnego wyjścia i czuł się z tym coraz gorzej. Znał się. Wiedział, jak zadziała ten mechanizm. Emily mogła go teraz zapewniać, że nic się nie dzieje, że wizyta Johnny’ego niczego nie zmienia, ale on i tak miał już swoją własną wersję, już i tak czuł, że chwilowe szczęście wymyka mu się z rąk. Był gotów nawet wziąć je, dobić własnoręcznie i zakopać głęboko, żeby nie drażniło go dłużej widokiem agonii. I naprawdę nie miało znaczenia, ile jest w tym racji, a ile zwyczajnego cierpiętnictwa i użalania się nad sobą.
– Chyba jestem zmęczony – wyszeptał Lavalier.
– Chcesz iść spać? – spytała zdziwiona Emily.
I miała do tego zdziwienia pełne prawo, bo Miguel, latynoskim zwyczajem, naprawdę budził się popołudniu, obiad jadał przed północą, a w normalnym trybie, jeśli nic go akurat nie wytrąciło z równowagi, zasypiał, kiedy już nad alpejskimi szczytami niebo zaczynało się powoli różowić.
– To był intensywny dzień – próbował się usprawiedliwiać. Sam wiedział, że niepotrzebnie, bo Emily zna go za dobrze i bez trudu wychwyci fałszywą nutę.
– Skoro tak sądzisz – odpowiedziała. – Ja idę na kolację.
– Smacznego.
– Dzięki. Dobrej nocy. – Poczuł delikatny pocałunek na czole.
Tak naprawdę oboje wiedzieli, że kiedy Emily wróci, będzie tylko udawał, że śpi.

*

No tak, to robiło wrażenie i nawet Johnny, w całej swojej chmurze naburmuszenia i ciężkiej urazy, musiał to przyznać.
Wciąż jeszcze nie skończono w pełni żadnego z mechów, ale prace nad dwoma z nich przynajmniej laikowi wydawały się już całkiem zaawansowane. Montowano kolejne części i kilkunastometrowe metalowe bestie zyskiwały kształt. Wystarczyło odrobinę ruszyć wyobraźnię, żeby zobaczyć w myślach ich ostateczny wygląd.
Żaden z robotów nie miał antropomorficznego kształtu, bo ten Emily szybko uznała za zaskakująco mało ergonomiczny – jak tłumaczyła, mech nie będzie posiadał wszystkich tych mechanizmów, które pozwalają ludziom utrzymywać się na dwóch nogach. Żyroskop wydawał się rozwiązaniem zbyt prymitywnym i wadliwym, a opracowanie elektronicznego błędnika mogło niepotrzebnie przystopować prace. Projekty zespołu York przypominały zatem wyglądem Bestie, którym miały odpowiadać. Zwierzęce kształty zapewniały większą stabilność i lepszy rozkład nacisku, a także miały minimalizować negatywne efekty dla operatorów olbrzymich maszyn.
Emily liczyła początkowo, że uda się opracować system sterowania zdalnego i w ten sposób zapewnić im pełne bezpieczeństwo, ale już pierwsze testy i teoretyczne obliczenia wskazały, że to niestety pieśń przyszłości.
Johnny stanął przed jaszczuropodobnym robotem, którego podłużny łeb unosił się nad nim, wciąż jeszcze podparty przez rusztowanie.
Salamaylon.
Jego Salamaylon.
Tak, w tej wersji zdecydowanie robił wrażenie. Oby tylko pociągnęli go czerwonym lakierem.
– O, a ty tu czego?
Odwrócił się i zobaczył Emily w poplamionym fartuchu, ze spawalniczymi okularami zbierającymi grzywkę z twarzy. Zdejmowała właśnie grube robocze rękawice z dłoni i robiła to takim ruchem, że Szkot odniósł wrażenie, jakby zamierzała go nimi zdzielić.
– Przyszedłem popatrzeć – odparł.
– Mhm. I jak ci się podoba? – Kiedy York wzniosła wzrok wyżej, na metalowe cielsko olbrzymiej jaszczurki, jej oczy rozbłysły autentyczną dumą.
– Jest zajebista – przyznał McGregor szczerze.
– Będzie sto razy lepsza, jak już skończymy.
– A kiedy skończycie?
– W tym tempie za jakieś trzy miesiące. Mam dobry, oddany zespół – Emily uśmiechnęła się – robią, co w ich mocy, i zakładam, że na początku września przeprowadzimy pierwsze testy.
Johnny pokiwał głową z uznaniem, choć tak naprawdę miał nadzieję, że York powie nie „trzy miesiące” a „trzy dni”.
– Będzie dojebana, mówię ci – ciągnęła Emily, uśmiechając się przy tym jak zadowolony kot. – Zadbam o to osobiście.
– Tak? – Uniósł brew.
– Tak.
Johnny już zaczął napawać się triumfem, kiedy jego rosnący balonik dumy przekuł znajomy śmiech niosący się po hangarze zaskakująco dobrze. Kiedy Szkot spojrzał w odpowiednim kierunku, wiedział już dlaczego. Jasna czupryna mignęła mu kilkanaście metrów nad ziemią, na karku innego mecha kształtem przypominającego gryfa. Miguel wymieniał jakieś uwagi ze stojącym niżej mechanikiem. Obaj usiłowali przekrzyczeć działającą nieopodal szlifierkę, ale też najwyraźniej całkiem dobrze się bawili.
– A on co tu robi? – warknął McGregor, zanim to przemyślał.
– Miguel? Pracuje. – Emily wzruszyła ramionami.
– Myślałem, że…
– Że co? – prychnęła. – Że jest tu rezydentem? Nie. Chciał pracować, a ja potrzebuję zaufanych ludzi, wiec zatrudniłam go jako młodszego technika – wyjaśniła. – W końcu ma podstawy, sporo grzebał w dyskach swego czasu, a czego nie wie, tego się dowiaduje. Radzi sobie naprawdę dobrze, jeśli chcesz wiedzieć. Nie narzekam, on też nie, robi to, co go interesuje. Wszyscy są zwycięzcami.
– Mhm, a po godzinach…
– Od tego trzymaj łapy z daleka – głos Emily przeszedł w ostrzegawczy syk – chyba że chcesz, żeby ci te łapy ujebało.
Przez chwilę tylko mierzyli się wzrokiem, po czym York westchnęła i zacisnęła palce na nasadzie nosa.
– Posłuchaj mnie – powiedziała powoli. – Jeśli już musisz wyżywać się na kimś za tę sytuację, to nie na nim, proszę cię. Po pierwsze, nie jest niczemu winien, a po drugie, naprawdę nie musisz mu dokładać. Może ci się wydawać, że przechodzi przez to wszystko jak przez masło, ale to nie jest prawda. Nie wiesz tego, co ja. Nikt nie wie.
– To znaczy? – Johnny zmarszczył brwi nieco jednak zaniepokojony. – W co ty się wpakowałaś?
– W nic, z czym nie dałabym sobie rady – nieomal odwarknęła.
– Emily…
– Jest poraniony, tak? Boję się o niego po prostu i na pewno nie chciałabym, żebyś wjebał się w to z butami.
Johnny zacisnął zęby w znajomej minie, która zwiastowała, że nie zamierza odpuścić, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo do hangaru wpadł jakiś człowiek. Coś krzyczał po niemiecku z dziwnym akcentem i McGregorowi dobrych parę uderzeń serca zajęło zrozumienie, że jest to okrzyk radosny. Cóż, zawsze uważał, że w ojczystym języku Roberta nawet wyznanie miłości brzmi jak seria z karabinu maszynowego.
Do wrzeszczącego człowieka podbiegali kolejni ludzie, ściskali mu dłoń, klepali po plecach, coś mówili.
– Oho, chyba po wszystkim – oceniła Emily, znów się uśmiechając.
– Po wszystkim? – zapytał Johnny.
– Adam czekał na narodziny dziecka, zdaje się, że się doczekał – wyjaśniła York.
– Nie chciał przy tym być?
– Mówiłam ci, że mam oddany zespół. To wszystko pojeby – profesor wzruszyła ramionami i także zaczęła iść ku świeżo upieczonemu ojcu z zamiarem złożenia gratulacji.

*

Nad taką okazją, jak rozmnożenie członka zgranego zespołu nikt najwyraźniej nie zamierzał przechodzić obojętnie i tak oto – całkiem niespodziewanie – Johnny znalazł się w centrum imprezy. Nie to, żeby mu taki stan rzeczy przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. Alkohol lał się dość srogo, po hangarze krążyły tacki z grillowanymi nad palnikami acetylenowymi kiełbasami. Z których wiele odznaczało się wysoką zawartością węgla, co jednak rozbawionym mechanikom przeszkadzało coraz mniej.
– Hej, rudy! – zawołał ktoś do niego. Oczywiście po niemiecku. – Zespawać ci kiełbę?
Kiwnął głową w odpowiedzi i podziękowaniu, a już chwilę później dostał swoją porcję. O uzupełnienie kufla do pełna nawet nie musiał się dopominać, jakby wszyscy tu uznawali tu, że nie wypada pozwolić, by ten pozostawał pusty.
W chórze męskich rechotów wybijał się wyraźnie jeden głos – wyższy, kobiecy śmiech Emily. Dobrze było widzieć ją taką, radosną i swobodną, nawet jeśli w pewnym momencie wylądowała na kolanach Miguela i – zachęcona przez swój zespół – wpiła się w jego usta namiętnym pocałunkiem.
Ktoś zażartował, że może będzie następna i Johnny miał zamiar wybić mu wszystkie zęby – każdy z osobna. York odpowiedziała coś, ale nie dosłyszał słów. Jedynie z kąśliwego tonu i późniejszej salwy śmiechu mógł wnioskować treść.
Nie dość, że Emily i Miguel byli parą całkiem oficjalnie, to jeszcze wyglądało na to, że są parą lubianą, taką, której się kibicuje. Jakby o nim nikt już nie pamiętał. Jakby naprawdę stracił swoją szansę. Tylko że – do cholery! – to nie była tylko jego wina! Emily nie była przecież aniołem. Miała sporo za uszami, a życie z nią nie przypominało stąpania po płatkach róż o poranku. Szalenie inteligentna potrafiła inteligencję tę wykorzystać na tysiąc różnych sposobów, czasem nawet upokarzając męża. W dodatku nie potrafiła rozmawiać o wielu rzeczach. Tak wiele trzeba było się domyślać, a kiedy Johnny – niezbyt dobry w domyślanie się – trafił cierpliwość, prychała i obrażała się. Zapytana wprost z kolei albo milczała, albo uparcie twierdziła, że to nic takiego.
No i naprawdę, ale to naprawdę potrafiła być złośliwa. Wkurzona nie wahała się dopiec do żywego i jednym zgrabnym ruchem wsadzić rozpalony do czerwoności pręt w dupę ofiary, a potem z satysfakcją patrzeć, jak skwierczy.
Ciekawe, czy Miguel zdążył się już o tym przekonać. Johnny pomyślał, że jeśli nie, bardzo, ale to bardzo chciałby być tego świadkiem. Przecież o tym, jak delikatne ma ego i jak wysoko potrafi unieść się dumą, można by pisać eposy.
McGregor wychylił kolejny kufel piwa nieomal na raz. Powoli czuł, jak alkohol uderza mu do głowy i podjął mocną decyzję, że nie będzie przejmował się ani byłą żoną, ani jej nowym–starym fagasem. Była biba, do cholery! I zamierzał dobrze się na niej bawić.
Nie potrzebował wiele czasu, żeby przestawić się na taki tryb. Dwa kufle później miał już grono nowych przyjaciół na całe życie i planował z nimi podróż dookoła świata. Trzy kufle później opowiadał wszystkim historię swojego klanu i rodzinnej hodowli rodowodowych owiec rasy Blackface, a po czwartym zaintonował szkockie pieśni wojenne, które szybko zostały podchwycone przez chór podpitych głosów, nie zważających na to, że nie znają ani słów w kompletnie obcym im języku, ani melodii.
Rodowe zawołania i wystukiwany na blachach rytm niósł się pod dach hangaru i rezonował w rozległej przestrzeni, zamieniając się w naprawdę groźny, bojowy ryk.
– Kurwa, szkoda, że nie mogę zamontować ci w dupie pozytywki – westchnęła York.
– Mi?! – Johnny spojrzał na nią zszokowany.
– No, Salaman… Slamay… Jaszczurce, że nie mogę. Kumasz to? – strzeliła rozmarzonym wzrokiem po mechach. – Idą do boju, sru! Karabiny, rakiety! I ten ryk w tle! No apokalipsa! Oscar za dźwięk i obraz! Rosjanie spierdalają! Pani York, pani jest ultradojebanym geniuszem! Powiedz, że jestem! – Dźgnęła go łokciem w bok.
Powiedziałby, gdyby trafiła nieco szczęśliwiej i gdyby nie zwinął się wcześniej z bólu, wychlapując połowę zawartości kufla.
– Ej no, nie bądź taki! Jezu, i potem, że się z tobą rozwodzę! – Emily przewróciła oczyma, odwróciła się na pięcie i poszła gdzieś dalej, lekko się zataczając.

*

– Otrułeś go! – wskazała oskarżycielsko palcem jego pierś.
– Co?
– Dosypałeś mu coś do piwa!
– Nie! – Johnny uniósł dłonie w obronnym geście, bo Emily wyglądała, jakby naprawdę miała zaraz przejść transformację Gremlina.
– To dlaczego się tak krztusi?!
– Nie krztuszę się! – Miguel nagle przestał wydawać z siebie dźwięki zapchanej rury wydechowej. – Jodłuję!
– C… co…?
– No, ej! – przewrócił oczyma, zmuszony do tłumaczenia oczywistości. – Jesteśmy w Bawarii, nie? Spójrz przed siebie, Emi! – Wskazał ręką czerń nocy przed sobą, drugą obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie. – Czy to nie piękny górski widok? Nie zapiera ci tchu w piersiach? Te zielone lasy! Ośnieżone szczyty! Mgła!
– No ty to tam akurat na pewno dużo widzisz – parsknęła York.
– Nie widzę, ale sobie wyobrażam! I, Boże wszechmogący! Jak tu jest pięknie! – Miguel westchnął i wciągnął głęboko powietrze w płuca.
I jakoś tak wyszło, że uznali, że ma rację i faktycznie, jest pięknie, i jest Bawaria i to oznacza, że należy jodłować. Po chwili darli się już wszyscy troje, brzmiąc na przemian jak torturowane myszy, atakujący Apacze po solidnej dawce wody ognistej i krztuszące się silniki. Nogi Emily stały się już całkowicie miękkie i niezdolne do utrzymania jej ciężaru, więc zwisała z ich ramion. Nie piła już od jakiegoś czasu, ale wyglądało na to, że zdradziecki alkohol teraz dopiero naprawdę ją dogonił.
– Aż się ujebałam… – oceniła w pewnym momencie.
– Będziesz rzygać? – zapytał przytomnie Johnny.
– Nieee… wiem…?
Wspólnymi siłami podprowadzili ją do barierki, na którą opadła z impetem. Zwiesiła głowę i krótkie włosy zakryły jej twarz, ale z ust nic nie wyciekło.
– …urwa… chybanie… – wymamrotała jednak zawiedziona. – Ale ja sobie tu… posie…
– Nie, nie – pokręcił głową Johnny. – Odprowadzimy cię.
– Eee…? – spojrzała na niego bez przekonania.
Nie zaprotestowała jednak bardziej wyraźnie, więc chwilę później niespodziewanie znalazła się nad ziemią, niesiona przez dwóch mężczyzn, z których jeden był między jej nogami, czyli dokładnie tam, gdzie było jego życiowe miejsce, a drugi nadal podniecająco pachniał smarem.
– Gupki – wymamrotała. – Jak ja was oboju… cham…

*

– Obojucham…? – Johnny podrapał się po głowie. Minę miał wielce zamyśloną i skonsternowaną, a brwi zmarszczone w skupieniu. – Ona nas obraziła?
Miguel poprawił koc na ramieniu Emily i ostrożnie odgarnął włosy z jej policzka.
– A ja wiem…? – odparł. – Że chamy?
– No, tak bym to rozumiał. I obojniaki. Ale to mogło być też „rucham”.
– Albo „jucha”.
– Albo w sumie cokolwiek.
– No.
– Lubię patrzeć, jak śpi – westchnął Johnny, siadając po drugiej stronie materaca, na którym leżała zwinięta w kłębek Emily.
– Mhm. Jak dziecko. Ale to trochę głupio patrzeć, jak ktoś śpi.
– Dlaczego?
– Ja bym się czuł niezręcznie, gdybyś na mnie patrzył.
– No ale nie patrzę.
– No nie. A chciałbyś?
– A po co?
– No nie wiem – Miguel wzruszył ramionami. – Tak teoretycznie. Emily twierdzi, że wyglądam jak ameba i jakbym nie miał mózgu.
– A, no to bym chciał – uznał Johnny.
– Bo wyglądam jak ameba?
– To musi być zabawne.
– Ja tam nie wiem, nie znam się.
Głowa Lavaliera kiwnęła się jakoś tak w nie do końca kontrolowany sposób.
– Ty się lepiej połóż – zasugerował Johnny.
– Ty też.
– Musiałbym iść, a mi się nie chce.
– Tu się kładź. – Lavalier machnął ręką zapraszająco. – Co się będziesz wygłupiał.
– Ale tu, że tu?
– No a gdzie?
– No w sumie to nie wiem.

*

Fakt faktem, że śpiący Miguel faktycznie nie wyglądał szczególnie inteligentnie. Szczególnie ładnie też nie. W ogóle jakby tracił pięćdziesiąt procent do wszystkich statsów. Ale miał też swoje plusy, a jeden z nich – choć z pewnością sezonowy – był taki, że grzał jak mały piecyk, co w ostrym górskim klimacie okazało się rankiem nieocenione i Emily, jeszcze wpół świadomie, mocniej przytuliła się do jego ciepłego ciała, czego najwyraźniej w ogóle nie zauważył, złożony głębokim snem po alkoholu, którego wypił stosunkowo niewiele, ale w wystarczającej ilości, żeby nieźle się wstawić.
Ale York i tak usłyszała niezadowolone mruknięcie.
W pierwszym momencie pomyślała, że to jakiś bug w jej umierającym od pierwszych uderzeń kaca mózgu, że coś się przepaliło na złączach i własne neurony płatają jej figla. Ale nie.
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Zabolało, ale otworzyła oczy.
I zobaczyła przed sobą Johnny’ego, najwyraźniej też na wpół świadomie podpełzającego bliżej.
Powinna się wydrzeć. Natrzaskać mu po gębie, wyrwać ze dwie garści kłaków i wybić zęba, a potem pogonić aż do samego Glasgow. I tak, to była jej pierwsza myśl. Ale zaraz potem przyszła druga. Dość jednak zaskakująca.
Emily zamknęła oczy, nie wiedząc już, czy dziwny dreszcz, który spiął jej kark i plecy to kac morderca, czy powidok tego wniosku. Czuła, że potężnie kręci jej się w głowie. Potrzebowała powietrza. Aspiryny. Jakiegoś ratunku. Najlepiej całego oddziału ratunkowego.
– Jezus Maria… – wyszeptała słabo, chwytając się za głowę. – No to się wpierdoliłam w trójkąt…
– He…? – Johnny też otworzył oczy.
Spojrzała wprost w nie. Zapuchnięte i zaczerwienione, rozpalone stanem podgorączkowym.
Uśmiechnęła się.
– Jesteśmy idiotami – powiedziała z dziwną jak na siebie czułością i musnęła go wargami.

*

– Pocałowałaś mnie – powiedział Johnny tonem, który jasno dawał do zrozumienia, że gdzieś na drugim planie pobrzmiewa triumfalne „HA!”, a jego palec celował w pierś Emily.
– Zechciałbyś mi podać śmietankę do kawy? – rzuciła, mieszając łyżeczką w kubku z logo Weyland-Yutani.
– Pocałowałaś mnie! – powtórzył McGregor głośniej.
– Johnny – westchnęła ciężko profesor. – Śmietanka. Takie białe. W kartoniku. Zwykle osiedla się w chłodnym klimacie lodówki. O, dziękuję.
Ale to nie McGregor podał jej opakowanie.
– Pocałowałaś go – usłyszała za sobą głos Miguela.
Emily przełknęła ślinę. Oto znalazła się w potrzasku.
Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła, że Lavalier patrzy na nią w skupieniu spod lekko zmarszczonych brwi. Nie wyglądał na wściekłego, a raczej na kogoś, kto usiłuje rozwiązać nader komplikowany problem matematyczny. Znała tę minę. Zwykle oznaczała, że sam ze sobą próbuje ustalić, co powinien w danym momencie czuć, i niejednokrotnie zwiastowało erupcję emocji w późniejszym czasie.
– Do cholery, ludzie… Jesteśmy na kacu – jęknęła York.
– To co? – Johnny oparł się o blat, zagradzając jej jedną przynajmniej drogę ucieczki. Nie na tym się jednak skupiła, a na grze mięśni jego przedramienia. – Teraz będziesz nam wmawiać, że to przez kaca, tak? I może jeszcze w tej pomroczności jasnej nie zauważyłaś, że jestem rudy, a nie blond?
– Zauważyłam bardzo dobrze. – Na tyle spokojnym ruchem, na ile potrafiła, dolała śmietanki do kawy i uniosła kubek do ust.
– Aha – podsumował Miguel i jego ton nie brzmiał już tak neutralnie, jak jeszcze chwilę temu.
– Nie o to mi chodzi – kobieta przewróciła oczyma. – Po prostu wszystkich nas bolą łby, nie ogarniamy, trochę walimy i jakoś nie sądzę, żeby to był najlepszy moment na omawianie skomplikowanych problemów.
– Albo po prostu znowu się wykręcasz. – Johnny zmrużył oczy i pochylił się drapieżnie. – Od dzisiaj cię znam?
– Proszę cię, daj spokój…
– Nie.
– Miguel, powiedz mu coś.
– Nie.
Emily powolnym ruchem odstawiła kubek na blat, czując nagle, że nie jest w stanie utrzymać jego ciężaru.
– Nie odpuścicie?
– Nie – odpowiedzieli niemal równocześnie.
– To takie dziwne, że chcę wiedzieć, a czym stoję? – obruszył się Miguel i York wiedziała już, że nie jest dobrze. – Wiesz, wystarczyło parę godzin i nagle wszystko jest inaczej.
Spojrzała na niego. Tak, jak się spodziewała, dostrzegła w tych jego niebieskich oczach nie tylko cień gniewu, ale też strachu. No tak, wiedziała przecież.
– Nic nie jest inaczej, głupku – powiedziała więc, nadal patrząc mu prosto w twarz.
– Pocałowałaś go.
Wspięła się na palce, oparła o jego bark i musnęła usta ustami.
– Ciebie też.


Opactwo Ivan siedział z nogami opartymi o rozklekotane biurko i laptopem na udach. Niebieski poblask ekranu kładł się na jego twarz upiornymi cieniami, a krzywy uśmiech bynajmniej nie poprawiał widoku.
– Co robisz, karakanie? – spytał odruchowo Jurij, wchodząc do pomieszczenia.
Papow uniósł kącik ust nieco wyżej.
– Podrywam małolaty przez Internet – odparł.
Ivanow nie potrzebował ani słowa więcej.
Przeszedł przez pokój, a podłoga skrzypiała zimno pod każdym jego krokiem.
– Doprawdy, że nikt nie robi tu remontu…
– Kasa idzie w inne rzeczy – wzruszył ramionami Ivan, nie przestając wystukiwać czegoś na klawiaturze małego wojskowego komputera. – Ostatnio, na ile się orientuję, w Norylsk i żarówki. Zresztą gówniarze mają przetrwać wszystko, więc mi tam grzyb na ścianie nie przeszkadza.
– Skoro tak uważasz.
Papow roześmiał się i kątem oka spojrzał na rudzielca.
– I kto to mówi, Jurij? – spytał wesoło. – Słyszałem, że ta twoja Moskwa to już bardziej kupa gruzu.
– Od kogo słyszałeś?
– Od Kaia, a od kogo innego?
– Słuchaj Kaia, a daleko zajdziesz. I jak ci idzie z młodą? – Ivanow wskazał brodą laptopa.
– Nieźle – odparł Papow. – Jest ostrożna, ale to dziecięca ostrożność. I zdaje się, ojciec czymś kosmicznie ją wkurwił, a to mi ułatwia obróbkę.
– Uważaj, żeby ci nie wykręciła jakiegoś numeru. To Jürgens. Skurwielowatość ma we krwi.
– A ja sam jestem skurwielowatością – oświadczył Ivan i owszem, mogło być to prawdą. – O mnie się nie martw.
W tym ostatnim zdaniu było coś znaczącego, drugie dno, które Jurij poczuł na potylicy niespodziewanym dotykiem jak wilgotna mgła.
Starał się o tym zbyt wiele nie myśleć – o tym, jak postrzegają go pozostali. Nie wszyscy, ale ci właśnie, którzy wiedzieli, w jakim jest faktycznie stanie i że stan ten od paru lat regularnie się pogarsza. Ale teraz nagle dogoniło go kilka niechcianych pytań. Czy, nie mogąc ukryć swojej słabości, jest w stanie zachować autorytet? Czy nie jest jak starzejący się, chorowity wilk, na którego już ostrzą sobie zęby silniejsi i młodsi?
Przed oczyma znów stanął mu Borys.
Znów usłyszał też wściekły warkot Wolborg, ten sam, który słyszał zawsze, gdy myślał o swojej śmierci. Poczuł jej… Nie wiedział, co właściwie. Gdyby miał to z czymś skojarzyć, może najbliżej leżałoby strachu, choć i jemu to konkretne uczucie było dość obce.
– Ivan?
– No?
– Myślisz, że Bestie mogą się… przyzwyczajać?
– Przyzwyczajać? – Papow spojrzał na niego znad krawędzi ekranu.
– Do nas. – Jurij nie odwzajemnił spojrzenia. Patrzył w ścianę ze zmarszczonymi brwiami, w skupieniu. – Wiesz, że może im nie być wszystko jedno po prostu.
Ivan milczał dłuższą chwilę, a potem nagle wystukał coś szybko na klawiaturze i zamknął laptopa. Powolnym ruchem odłożył go na biurko i zdjął z niego nogi.
– Do czego zmierzasz, Jura? – spytał, pochylając się i opierając łokcie o kolana.
– Nie jestem pewien – przyznał Sabaka.
Nagle pożałował, że poruszył ten temat. A może raczej, że zrobił to, rozmawiając z Papowem. Ale bardziej zaufani towarzysze byli poza zasięgiem, a myśl ta nie dawała mu spokoju i domagała się wypowiedzenia na głos.
– Nieważne. Zapomnij.
Mina Ivana nie wskazywała jednak na to, żeby zamierzał tak szybko zapomnieć.
– To sztuczne twory, Jura – powiedział. – Maszyny, tylko że nie ze śrubek, a energii.
– Wiem o tym – warknął Sabaka.
– Więc…
– Nie było tematu.
Papow westchnął, ale nie odezwał się już ani słowem w tym wątku. Roztarł dłonie, strzelił kostkami.
– Długo cię będą tu trzymać? – spytał, zerkając z ukosa na wciąż zamyślonego Ivanowa.
– A przeszkadzam ci?
– Nie. – Ivan wzruszył ramionami. – Z ciekawości pytam. Zresztą sam za kilka dni lecę na kolejną randkę.
– Tak? – Jurij uniósł brew. – Dokąd?
– Do Nowego Jorku.
– Stary Jürgens?
– Też. Ale bardziej Lavalier.
Papow nie zdążył nawet mrugnąć. Krzesło z hukiem uderzyło o wypaczone klepki w parkiecie, a on sam walnął plecami o zagrzybioną, szarą ze starości ścianę. Jękną boleśnie, a stopy zawisły parę dobrych centymetrów nad podłogą.
– Od niego łapy z daleka, gnoju – zawarczał gardłowo Jurij wprost do jego ucha i długie, sine palce zacisnęły się na szyi Ivana, na dwie sekundy odcinając mu dostęp do powietrza.
Kiedy nagle zniknęły, Ivan upadł ciężko. Odruchowo chwycił się za gardło i roztarł je gniewnym, nerwowym ruchem.
– Pojebało cię…? – wycharczał.
Nie dostał odpowiedzi. Jurij stał nad nim i patrzył z lodem w oczach, a jego milczenie zdawało się ścinać całą wilgoć w powietrzu.
Papow pozbierał się na kolana, wstał powoli, ani na moment nie spuszczając spojrzenia z Sabaki, gotów na atak i ewentualny odwet.
– Daj spokój – splunął. – Cały czas chodzi ci o ten niby dług życia? Stary, jesteś dużym chłopcem, ogarnij wreszcie, że to nie był on, a Gargoyle. Gdyby nie Gargoyle, Lavalier z przyjemnością patrzyłby, jak umierasz. Zresztą jak już Kai zacznie go replikować, każdy z nas dostanie egzemplarz na własność.
Wąskie, spierzchnięte usta Jurija zacisnęły się w gniewie i Ivan uniósł dłonie w geście kapitulacji.
– W porządku – powiedział. – Nie tknę go nawet małym palcem. Masz moje słowo. Ale do Ameryki i tak pojadę.
Mróz zelżał może o pół stopnia.
– Dowiem się, jeśli złamiesz słowo – wycedził Jurij.
Papow prychnął ponuro.
– Prędzej czy później i tak ktoś go dostarczy Kaiowi, nawet jeśli nie będę to ja – burknął. – I będę się bardzo głośno śmiał, jeśli zrobisz to osobiście.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 03 lutego 2017, 13:42

ROZDZIAŁ XI
THE WEAKER YOU ARE THE LOUDER YOU BARK



Machaczkała
Wrzasnął i zakrył dłońmi zakrwawioną twarz, ale to oczywiście nie mogło powstrzymać wypływających z niej oczu. Borys nawet nie spojrzał na konającego żołnierza, po prostu rozłożył ręce i wiatr zwalił z nóg szarżującą Mao, która w międzyczasie zdążyła zatopić pazury w innym ciele.
Choć zaskoczona, upadła w całkowicie kontrolowany sposób.
– Pierdolone Kitajce! – ryknął Kuzniecow, przypuszczając kolejny atak i próbując uprzedzić jej reakcję.
Tym razem Chen nie dała rady i jej ciało przetoczyło się parę metrów po żółtej trawie. Zanim zdołała odzyskać nad nim kontrolę, w jej głowę wycelowało już kilka luf. To powstrzymało ją przed szarżą, ale bynajmniej nie spacyfikowało. Syczała jak kot, szczerząc stanowczo za długie jak na człowieka kły, a jej pazury wciąż zostawały wysunięte i gotowe do ataku. Ociekały świeżą krwią, częściowo brudne od przyklejonego do posoki piasku.
Nie było już śladu po drogich jedwabiach i starannym makijażu. Chinkę okrywało bure, workowate ubranie, a twarz zdradziła się z jedną czy drugą zmarszczką. Taka, wytarzana w pyle, okrwawiona i dysząca, w ogóle nie przywodziła na myśl cesarzowej. A mimo to okazała się skuteczna jako kobieta i uśpiła czujność strażników pilnujących jej podczas transportu.
Borys czuł, jak wszystkie żyły w jego ciele pulsują z wściekłości. Miał ochotę po prostu złapać Chinkę za ten durny łeb i zmiażdżyć czaszkę gołymi rękoma. Jedynie ostatkiem sił powstrzymywał się przed daniem upustu swojej frustracji.
– Ocipiałaś?! – wrzasnął, podchodząc bliżej.
– Masz mnie za idiotkę?!
– Teraz już tak! Skuć ją!
Mao prychała z agresją, kiedy żołnierze Kuzniecowa wypełniali rozkaz, ale lufy przy głowie skutecznie wybijały z niej wszelkie głupie pomysły. Na całe szczęście, bo Sokolnik miał już serdecznie dość i przestawał ręczyć za siebie.
Siergiej obserwował to wszystko z dystansu, niewzruszony jak góra, z rękoma założonymi za plecy. Minęła jeszcze długa chwila, nim oderwał uważny wzrok od prychającej Chinki i przeniósł go na kipiącego z wściekłości Borysa.
– Naprawdę się nie spodziewałeś? – Jego cichy, niski głos nie niósł reprymendy, a tylko zdziwienie.
– Nie spodziewałem się, że zaatakuje teraz – splunął Kuzniecow. – Byłem przekonany, że będzie czekała na Kaia.
– Najwyraźniej wcale ci nie uwierzyła, że zabierzesz ją do Digory – ocenił Petrow rzeczowo. Jego brwi drgnęły dosłownie o pół milimetra, kiedy patrzył, jak żołnierze wloką skutą, wciąż szarpiącą się Mao po ziemi. – Co z nią zrobisz?
– Jeszcze nie jestem pewien, ale tu się najwyraźniej nie ma co pierdolić.
Siergiej przytaknął.
– Serio – skrzywił się Borys – naprawdę myślałem, że lepiej to przemyślała. Prawie jej uwierzyłem.
– Że chodzi jej o Kaia?
– Tak. I że ma jakiś plan. Chodźmy – Kuzniecow wskazał głową budynki dowództwa – nie będziemy tu sterczeć jak idioci.
– Skoro się wpraszasz.
– Wierz mi, że nie z entuzjazmem. Nie cierpię, kiedy wszystko jebie rybą.
Ruszyli chodnikiem, a zza ich pleców znów dobiegły wrzaski. Borys machnął ręką.
– Może w końcu się nauczą – stwierdził obojętnie.
Wszystko szło dobrze. Mao zachowywała się jeśli nie potulnie, to przynajmniej z pewną dawką zdrowego rozsądku, pozwalającego wierzyć, że faktycznie kombinuje coś na dłuższą metę i dostarczy przedniej rozrywki w późniejszym czasie. Nie zadawała zbyt wielu pytań, nie starała się sprowokować Kuzniecowa. Do samej Machaczkały dotarła bez większych problemów i dopiero, gdy wychodziła z samochodu, coś jej odbiło. Zaatakowała właściwie na oślep, nie czekając nawet na to, aż którykolwiek z pozostałych Połączonych znajdzie się w jej zasięgu. Zanim dała się spacyfikować, rozorała kilka ciał. Kuzniecow mógł jedynie życzyć powodzenia chirurgowi, który będzie usiłował pozszywać tych, którzy jakimś cudem przeżyli szarżę i których jelita nie walały się w pobliżu samochodu.
Może lepiej, żeby się to nie udało, inaczej gotów był poprawić to, co spartaczyła Chen, własnymi rękoma.
Owszem, nie spodziewał się ataku, nie teraz, ale wpajał im, żeby mieli oko na Chinkę i nie dali się nabrać ani na spojrzenia spod rzęs, ani na płynne ruchy krągłego tyłeczka, a łapy trzymali na kaburach, a nie na pasku. Gówno to najwyraźniej dało, a z tępakami Borys pracować zwyczajnie nie lubił.



Ratyzbona
– Josie, kolacja ci stygnie!
– Mówiłam, że nie jestem głodna! – odkrzyknęła przez zamknięte drzwi.
Raz jeszcze zerknęła na nie, by sprawdzić, czy są zamknięte – nie chciała, żeby ktoś jej przeszkodził, a już na pewno nie chciała, żeby była to wścibska matka, która przecież zawsze wiedziała lepiej i z pewnością nie przełknęłaby internetowych rozmów z nieznajomymi. Nie musiałaby nawet wiedzieć, kim jest ów nieznajomy i że to rosyjski agent oraz Połączony. Wystarczyłoby, że jest starszy, choćby nawet brzydki i wzrostu siedzącego psa. Natychmiast powiązałaby to ze wszystkimi nieszczęściami świata, w tym oczywiście problemami w szkole, bo po co szukać przyczyn tam, gdzie faktycznie leżą. Jeszcze trzeba by podjąć jakieś konkretne działania albo co.
A potem dopiero by się zaczęło.
Miała świadomość tego, że rodzice rozmawiali na jej temat, bo potem ojciec próbował rozmawiać z nią. Oczywiście gówno rozumiał i gówno chciał zrozumieć.
Nie. To była sprawa, którą Josie musiała załatwić sama i z dala od wszystkich – czuła to od początku, a potem tylko utwierdzała w tym przekonaniu. Skoro nikt nie zamierzał traktować jej poważnie, nie mogła przecież naiwnie wierzyć w to, że nagle się to zmieni i ktoś zechce porozmawiać z nią jak równy z równym.
Tymczasem Ivan Papow to właśnie robił.
Upewniwszy się, że nikt nie wejdzie nagle do pokoju, Josie otworzyła załącznik od Rosjanina. To było zdjęcie.
to ilja balkow – pojawiło się na ekranie – to czlowiek ktory zalozyl opactwo i rzadzil tam przez 40 lat. A to drugie to jego zdjecie kiedy byl w wieku twojego ojca
Dziewczyna zminimalizowała okno i otworzyła kolejny załącznik. Zamarła. Gdyby nie rosyjski napis na tablicy w tle i dziwne, niedzisiejsze ubrania, pomyślałaby, że patrzy na swojego ojca. Nawet kiepska jakość nie pozwalała na wątpliwości. Znała te rysy i tę posturę. Czasem nawet wydawało się jej, że zaczyna oglądać je w lustrze, głównie w te dni, gdy szczególnie nienawidziła świata.
prawda jest taka ze nikt nie wie skad balkow sie wzial i kim byl wczesniej zanim zostal szefem opactwa – pisał Ivan Papow – przyszedl do voltaire Hiwatariego znikad nie znalazlem zadnych jego akt i tak zgadlas jeden z tropow prowadzi do niemiec
Omal nie zrzuciła laptopa, gdy poczuła nagłą potrzebę, żeby wstać. Musiała zrobić rundkę po pokoju, nim ponownie spojrzała w ekran.
Jestes tam
Jestem – odpisała.
twoj ojciec byl w twoim wieku kiedy zaczal zwalczać balkowa. To podejrzane skad miał wtedy informacje ale to by wiele wyjasnialo sama przyznaj
Tak, musiała to przyznać.
Korespondowała z Papowem już dobry tydzień. Wymieniali przynajmniej trzy wiadomości dziennie. To, czego się dowiadywała, było dziwne, było pogmatwane i chore, na swój sposób spójne i dziurawe jednocześnie. I nagle jeden jeszcze element wszystko to połączył.
Musieli miec ze soba staly kontakt. bestie nigdy nie biora sie znikad – pisał dalej Rosjanin, jakby czytał jej w myślach – zaczelo się od azji potem była rosja ale skad europa? skad niby twoj ojciec i reszta mieliby je miec jesli nie z rosji
Josie zagryzła palec, kiedy wnioski uderzyły ją w potylicę.
O wszystkim wiedział od początku – napisała.
tak nie ma innego wylumaczenia
O wszystkim wiedział od początku i cały czas się z tym krył. Cały czas grał po swojemu we własną grę, używając innych jak pionków. I wcale nie musiało chodzić o żaden większy cel, a po prostu o prywatę. O to, kim był jego ojciec i co robił. O urażoną, zranioną dumę porzuconego bękarta, nic więcej. Żadną wielką politykę.
A wujkowie? Jaki byłby ich udział w tym? Na ile byli świadomi? Czy mieli pojęcie, kim prawdopodobnie jest Ilja Balkow?
Josie podciągnęła kolana pod brodę. Ze zdziwieniem stwierdziła, że palce drżą jej za bardzo, żeby była w stanie odpisać, a przecież na klawiaturę cisnęło się tak wiele pytań. Nie wiedziała, że zdążyła się tak zaangażować. Nie miała pojęcia, kiedy to mogło się stać.
Z początku była nieufna. Patrzyła na rewelacje Papowa przez palce. Zresztą „rewelacje” to naprawdę duże słowo. W pierwszych mailach Josie nie znajdywała niczego porażającego, niczego, co mogłoby usprawiedliwiać zachowanie i zapowiedzi Ivanowa. Ot, opowiadał jej trochę o starych turniejach, trochę o Bestiach i ich specyfikacji. Nudziła się jak mops i często jednocześnie robiła lekcje, a jeśli utrzymywała kontakt z Papowem, to tylko i wyłącznie na złość ojcu, bo wiedziała, że wyszedłby z siebie, gdyby mu o tym powiedziała.
Potem zaczęły się schody.
Najpierw Rosjanin niby od niechcenia rzucił, że nie ma czegoś takiego jak podział na Bestie naturalne i syntetyczne i cała ta nagonka na Opactwo, że niby gwałci jakieś niepisane prawa, produkując cybernetyczne duplikaty, jest zupełnie chybiona i stanowi jedynie owoc propagandowego kłamstwa. Ale to jeszcze dziewczyny jakoś szczególnie nie obchodziło. Nie interesowała się wielką polityką i wojną toczącą się tysiące kilometrów od Niemiec. To były sprawy jej ojca, gazet i histeryków powtarzających jak zdurniali, że prędzej czy później front dojcie do Ratyzbony, a wtedy wszyscy zobaczą i świat się skończy.
Ale potem pojawiły się tematy odrobinę jej bliższe, a jeśli nie bliższe, to przynajmniej ciekawsze. Dziwnie było myśleć o własnym ojcu jak o kimś, w czyich rękach przynajmniej teoretycznie spoczywała moc zarezerwowana dla tych mutantów z drugiego końca świata oraz bohaterów komiksów i filmów.
Dziwnie było myśleć o nim, jako o kimś, kto z tej mocy zrezygnował. To zdawało się absolutnie nie mieć sensu.
griffolyon jest potężny – pisał Papow – bylby jakos tuz za czterema swietym. Gdyby twoj ojciec byl polaczonym to nawet rosja i chiny musiałyby się z nim liczyc. A tak to wiesz jakbysmy chcieli to już bysmy mieli europe tylko po co nam. Tym bardziej ze to bestia wiatru znacznie silniejsza niż nasza falborg a chinczycy nikogo od wiatru nie maja. Tak naprawde w ogole maja mala polaczonych tylko wszyscy boja się reia kona. To oczywista przewaga. Najsilniejsza bestia wiatru zaginela lata temu griffolyon jest drugi w kolejce a on o tym wie
To musiało rodzić pytania nawet w nieufnej, niechętnej polityce Josie, która wciąż powtarzała sobie, że robi to wszystko tylko na złość ojcu.
I nagle dziewczyna dostała na te wszystkie pytania odpowiedź.
– Józefino! – usłyszała głos matki tuż pod drzwiami. – Natychmiast zejdź na kolację!
Zacisnęła usta i wygasiła tablet.
– Nie! – warknęła. – Nie jestem głodna!
– Josie! – zawołała pani Jürgens łagodniej. – Ojciec chce się z tobą pożegnać. Nie rób mu przykrości.
No tak. Znowu wyjeżdżał. Oczywiście.
Ale może to i lepiej. Nie chciała go teraz oglądać, nie chciała z nim rozmawiać.
Zupełnie nagle poczuła, że jest jej całkowicie obcy – bardziej obcy niż sekretarz generalny z oficjalnych zdjęć i wywiadów.



Machaczkała
Siergiej nie bawił się w rozlewanie wódki do szklanek i po prostu podał Borysowi drugą butelkę. Nie odezwał się przy tym nawet słowem. Nie skomentował sinych półksiężyców pod oczyma i bladych, spierzchniętych ust Sokolnika. Nie zapytał, kiedy Kuzniecow ostatnio wpadł do Opactwa na przegląd techniczny.
Ale Petrow taki właśnie był – milczący, nieprzenikniony obserwator, o którym wiedziano tylko tyle, że nie zniży się do wbicia noża w plecy, za to nie będzie miał oporów, by wbić go, patrząc ofierze prosto w oczy.
– No to plany mi się, kurwa, pozmieniały – mruknął Borys i wziął solidnego łyka.
– Chyba jej nie ufałeś? – Siergiej spojrzał na towarzysza z ukosa.
– Jej nie – Kuzniecow pokręcił głową. – Jej determinacji już bardziej. Gdybym ufał Mao, nie odstawiałbym jej tu osobiście i nie angażował w to ciebie, przecież wiem, że masz swoje problemy. Przystała na to. Wiedziała, jakie są moje warunki i że nie ma nic za darmo. Zresztą dotąd wszystko szło dobrze. Tak czy inaczej – westchnął – spierdoliło się i muszę to ogarnąć na nowo. W dodatku szybko, bo nie zamierzam zostawiać Mongolii bez opieki na długo.
– Mogę ją tu po prostu przetrzymać – stwierdził Siergiej bez specjalnego zaangażowania.
– To jest jakieś wyjście, ale mało ekonomiczne. Zamierzam coś na tym ugrać. Nie będzie mi suka srać do ogródka! – Borys uderzył pięścią w ścianę.
– Hm – skomentował Petrow.
– Sądzę, że ja jej jednak pozwolę zobaczyć się z Kaiem. – Kuzniecow zmrużył oczy.
– Po co?
– Choćby po to, żeby zobaczyć, jak zachowa się wobec tego, że jej też zjebały się plany.
Na to Siergiej niczego już nie odpowiedział, a z kamiennej twarzy nie sposób było odczytać, co myśli. Dłuższą chwilę siedział w milczeniu i ciszę zakłócało jedynie bzyczenie muchy kołującej w nieznanym celu wokół nagiej żarówki zwisającej z sufitu i szorstkie komendy z placu ćwiczeń.
– Uważaj na siebie – padło w końcu ledwie słyszalnie.
– Sieroża? – Borys spojrzał na towarzysza znad butelki, zaalarmowany dziwnym, drewnianym tonem.
– Po prostu na siebie uważaj. Mam… – Petrow pokręcił głową. Spojrzał na ścianę, gdzie na gwoździu wisiała ikona Trójcy Świętej. – Mam wrażenie, że to nie potrwa już długo.
– O czym ty mówisz?
– O tym, że ten układ się wyczerpuje. My i Kai. Nie wszystko da się w nieskończoność ignorować i on… On po prostu o tym wie, Borys. – Siergiej zwrócił twarz ku Sokolnikowi. – Trzyma nam nóż na gardle i nie zawaha się ani sekundy.
Kuzniecow roześmiał się ponuro.
– Ale o tym wiemy nie od dzisiaj, prawda? – parsknął. – Zresztą, Sieroża, tak od razu nie wypuści naszych Bestii na wolność, nie martw się.
– Wiesz, jakie jest jego zdanie na ten temat: To nie Bestie popełniają błędy i to nie Bestie są nieodpowiednie, a ludzie, których ciał używają – przypominał Petrow. – On w tym względzie sam jest jak Bestia, a my jesteśmy tylko ciałami. Ma już repliki, oryginały są mu potrzebne o tyle, że gwarantują, że w arsenale nie ma ich nikt inny. Ale jeśli tak dalej pójdzie, za jakiś czas to naprawdę nie będzie miało znaczenia. – Siergiej westchnął głęboko i zacisnął wielką dłoń na butelce. – Wyrzuci nas na śmieci, Borys. Mnie, ciebie, Ivana i nawet Jurija. Wszystkich. Bo widzisz, my po prostu za dużo już widzieliśmy. A ja – dodał już szeptem, może bardziej do siebie – ja będę pierwszy.



Zakazane Miasto
Barwne plamy wirowały, nieskładne, nierozpoznawalne, układające się w efemeryczne, możliwe do odczytania na wiele sposobów kształty. Rei widział też twarze i odnosił wrażenie, że niektóre z nich rozpoznaje, nawet jeśli – porwany i zniewolony wizją – nie potrafił odnaleźć w pamięci przypisanych im imion. Ale to nie one były tak naprawdę ważne. Nie tym razem.
Liczyły się odczucia. To, co nieuchwytne i nienazwane. To, co stanowiło odbicie racjonalnych rozważań w mętnym, rozedrganym lustrze intuicji.
Tu nie było prostych odpowiedzi. Nie było nawet jednoznacznych wskazówek. To mogło oznaczać wiele, ale przede wszystkim fakt, że bogowie sami nie zdecydowali jeszcze o kształcie przyszłości.
To oni – słabi, podatni na pokusy i zaciemnienie umysłu – oni, śmiertelni, mieli to zrobić.
A jeśli tak, to może Hiromi faktycznie miała rację i nastąpił czas przemian, w którym należało wyjść o krok dalej niż przodkowie.
Rei podniósł ciało z twardej podłogi pałacowej kaplicy i usiadł na piętach. Przymknął oczy, bo w głowie nadal wirowało, a ostry zapach kadzideł bynajmniej nie pomagał i może po raz pierwszy od naprawdę dawna, Kon poczuł, że przesadził z długością medytacji. Był jednak zdeterminowany. Chciał znaleźć odpowiedzi, jakieś wskazówki. To, co zamiast tego zdawał się zsyłać mu Biały Tygrys, wyglądało jak otchłań bez dna.
Reia taka wizja – wizja działania wbrew wszystkim i wbrew tradycji – szczerze przerażała, ale z drugiej strony, jeśli tego właśnie od niego oczekiwał Bai Hu? Jeśli to właśnie zostało zapisane w losie prostego wieśniaka wyniesionego na cesarski tron? Przecież jego główną powinnością było wypełniać wolę bogów i iść tam, gdzie nie docierali słabsi od niego i nieobdarzeni tak szczególną łaską. Nie zasłużył na to błogosławieństwo – wiedział to tak on, jak i wszyscy jego poddani – więc każdy krok stanowił jedynie spłatę długu wobec tego, co niebieskie, i tego, co ziemskie. Powinien być bezwzględnie posłuszny i dotąd starał się taki pozostać.
Jednocześnie jednak miał świadomość, jak bardzo cała sytuacja jest skomplikowana pod względem politycznym. Nie wszystkie klany popierały go na cesarskim tronie. W grę wchodziły liczące sobie nieraz całe stulecia zaszłości i waśnie, o których pamięć starannie kultywowano. Jako pochodzący z wioski Kon miał o tyle łatwiej, że nie należał do żadnego z wielkich rodów uwikłanych w te zależności, ale część wyższych sfer i tak uznała, że pośrednio wiążą go jakieś powinności wobec tej czy tamtej strony, a w związku z tym oni albo powinni go bezwzględnie poprzeć, albo wręcz przeciwnie – odwrócić się plecami bez względu na to, co robił, i bez względu na to, jak wyraźnie namaścili go bogowie.
W dodatku jedni i drudzy ukuli własną wizję tego, jak Chiny powinny wyglądać i co powinny robić, a on – jako cesarz, sługa swego ludu – miał być im posłuszny. Ujawnienie, że działa wbrew woli Rady Państwa, mogłoby się skończyć bardzo różnie i z pewnością nie do wszystkich dotarłby argument, że Rei, jako boski pomazaniec, wypełnił wolę Białego Tygrysa, który coraz wyraźniej żądał od niego skoku w przepaść.
Czasem czuł się wobec tego wszystkiego zwyczajnie bezsilny. Czasem wręcz czuł się zmęczony, samotny i skazany na klęskę. Odsuwał to od siebie jak najdalej się dało, oddawał medytacji albo rodzinnym obowiązkom, by na moment odciąć umysł od spraw państwa i pozwolić mu na nabranie dystansu, ale niekiedy wrażenie przytłoczenia zwyczajnie nie chciało ustąpić i trzymało go za gardło przez długie dni.
Rei miał nieprzyjemne wrażenie, że tym razem będzie podobnie, bo sprawy tylko się komplikowały.
Robert twierdził, że nie ma niczego wspólnego z Claude’em, ale tego oczywiście można się było spodziewać. Kto dobrowolnie przyznaje się do wysłania szpiega, w dodatku Połączonego? Kon na pewno nie zamierzał wierzyć nikomu na słowo. Potrzebował dowodów, zwłaszcza od kogoś takiego jak Jürgens, kogoś, kto nigdy nie cofał się przed prowadzeniem własnych gier za plecami wszystkich.
Rei chciał wstać – wciąż czekały na niego sprawy urzędowe – ale wtedy coś szarpnęło jego ciałem i nawet nie zauważył, kiedy uderzył czołem o podłogę. Obie jego dłonie przeszył potworny ból, jakby ktoś wbijał w nie rozżarzone pręty, a potem wizja wciągnęła go dalej.
I ogień był już wszędzie.
Pałac płonął, a on błąkał się po korytarzach, nawołując Mao i swoich synów. Całym sobą czuł, że grozi im śmiertelnie niebezpieczeństwo i nie pozostało wiele czasu. Nikt jednak mu nie odpowiadał, za to jakaś nieugięta siła ciągnęła go w przeciwnym kierunku. Chciał się zaprzeć, chwycić czegoś, ale wówczas dostrzegł, że nie ma dłoni. Leżały przed nim na podłodze. Jedne. Drugie. I trzecie, a za nimi cały makabryczny kobierzec, który chwilę potem objęły płomienie.



Machaczkała
Mao wiedziała, że to jej nie ocali, ale mimo to próbowała.
– To nie byłam ja, rozumiesz?! – ryknęła, gdy tylko Borys pojawił się na korytarzu. – Przejęła nade mną kontrolę!
Nie był sam. Towarzyszył mu ten drugi, Siergiej – olbrzymia góra mięśni i budzącego niepokój opanowania – w tej chwili przewiercający ją na wylot spojrzeniem wodniście jasnych oczu.
Kuzniecow parsknął ponurym śmiechem.
– To coś zmienia, Mao? – spytał. – Zabiłaś kilku moich ludzi, zdradziłaś moje zaufanie i zerwałaś umowę o nieagresji. Chuj mnie strzela dlaczego.
Chen zagryzła wargi, zabrzęczały łańcuchy, kiedy szarpnęła nimi w bezsilnej złości.
Sama nie miała pojęcia, dlaczego Galux to zrobiła. Dlaczego teraz, po tylu latach milczenia. Owszem, zdarzało się jej podchodzić niebezpiecznie blisko powierzchni. Wymuszać bardziej kocie niż ludzkie zachowania. Zaburzać postrzeganie rzeczywistości. Ale nigdy – nigdy, odkąd ryk Bai Hu wyrwał Mao spod jej władzy – nie posunęła się do czegoś podobnego. Aż do tego dnia Chen byłaby gotowa założyć się o własną głowę, że nie ma takiej możliwości.
– Muszę dotrzeć do Kaia! – wydarła się zupełnie bez sensu, powodowana jedynie frustracją i rozpaczą. – Musisz mnie do niego zabrać!
– Muszę…? – wysyczał Borys, pochylając się nad skutą kajdanami Chinką. Złapał ją brutalnie za podbródek i przyciągnął do siebie. – Mogę, Mao – wycedził. – Mogę i od początku to ja dyktuję warunki. I cokolwiek byś o tej sytuacji nie sądziła w tym swoim żałosnym litościwym serduszku, jestem człowiekiem Kaia Hiwatariego, a to oznacza, że muszę zadbać, żeby taka sytuacja nie powtórzyła się w jego pobliżu, bo jego bezpieczeństwo jest dla mnie priorytetem. Jakieś propozycje?
Chen patrzyła prosto w jego pełne obłędu oczy, czując, jak w jej własnych zbierają się łzy. Próbowała je przełknąć, opanować się i odzyskać maskę nieugiętej, ale wiedziała już, że przegrała tę partię.
Nie, nie ona. Galux. Galux przegrała, ale pech chciał, że dzieliły jedno ciało.
– Borys…
Jasne brwi zmarszczyły się, a głowa Rosjanina przekrzywiła w ptasi nieomal sposób.
– Och, bo ja mam jeden pomysł – powiedział i złapał ją za dłoń.
Bestia zareagowała oczywiście automatycznie, wysuwając pazury i chcąc się bronić, ale chwyt Kuzniecowa i jego palce między jej palcami uniemożliwiały jakikolwiek ruch. Mao poczuła, jak silna dłoń Rosjanina zaciska się na jej ciele. Krzyknęła z bólu. Próbowała się wyszarpnąć, ale bez skutku.
Tylko marginalnie zauważyła, że Borys się uśmiecha. Najpierw było to zaledwie uniesienie kącika ust, potem błysnęły zęby, a na końcu rozległ się gromki śmiech. Chen usłyszała chrupnięcie i wiedziała, że to jej własne kości. Wrzasnęła i ból wykręcił jej ciałem tak gwałtownie, że omal nie zwymiotowała. Przez łzy ledwie widziała, jak Kuzniecow dobywa noża. Nerwy zapłonęły, świat zawirował, a potem łańcuch nagle opadł na kamienną posadzkę.
Nic go już nie zatrzymywało, bo dłoń Mao została w rękach Borysa.



Digora Kai powolnymi, ostrożnymi ruchami rozpięła gorset. Szczęśliwie nigdy nie miała dużych piersi – bo w ogóle wyrosła na istotę dość drobną – nie ściskał więc ciała bardzo mocno, ale wystarczająco, żeby po całym dniu odczuwać dotkliwy ból. Fakt, że minęły czasy, w których Hiwatari musiała nosić go codziennie, poczytywała za prawdziwe błogosławieństwo.
Inna sprawa, że od lat nie żyli ludzie, którzy zmuszali ją do ukrywania płci – głównie dziadek pragnący wyszkolić wnuka na niezwyciężonego wojownika i twardego dowódcę. Teoretycznie nic nie stało więc na przeszkodzie, żeby zakończyć tę żenującą maskaradę. Ilekroć jednak Kai zaczynała zastanawiać się, jak rozegrać tę sprawę, coś w jej wnętrzu zaczynało głośno przeciwko temu protestować. Może po prostu sama zżyła się ze sfrustrowanym gburem, którego maskę nosiła. Może była to jedyna osoba na świecie, której nie potrafiłaby zabić z zimną krwią.
Zresztą dawno, dawno temu, na samym początku, dbali o to za nią inni, choć wówczas oczywiście było to łatwiejsze, jako że nie miała kobiecych cech. Wystarczyły odpowiednie ubrania i fryzura, a także sposób wysławiania się. Po jakimś czasie Kai weszło to w krew tak bardzo, że w czyimkolwiek towarzystwie automatycznie przestawiała się na męskie formy i nawet myślała o sobie w ten sposób. Voltaire żył w kłamstwie wykreowanym przez jego najbardziej zaufanych ludzi, pragnących, żeby wierzył, iż ma wymarzonego dziedzica, w którym oni z kolei widzieli przyszłe narzędzie.
Za co jakiś czas później, gdy Kai dorosła, zapłacili życiem.
Odrzuciła gorset na podłogę i odetchnęła głęboko, czując jak żebra pulsują bólem. Przetarła twarz dłońmi, kiedy zmęczenie uderzyło zdradziecko z flanki. Nie za bardzo pomogło.
Nie rozpraszaj się, upomniał ją głos wewnątrz głowy.
– Nie rozpraszam się, Black – mruknęła Kai w odpowiedzi, z powrotem wciągając koszulkę.
Usiadła za terminalem i wywołała aktualne raporty. Z kubka parował ziołowy, kojący nerwy i ciało napar, spod blatu dochodziło ciche mruczenie ogromnego rudego kocura czającego się, by zająć miejsce na drobnych kolanach opiekunki.
Hiwatari ponownie potarła twarz, kiedy zauważyła, że litery zaczynają się rozmazywać. Była zmęczona. Nie spała już trzecią noc z rzędu, dręczona niepokojem i ciężkimi myślami.
Wiedziała, że zbliża się dzień radykalnych decyzji, może przemeblowania całej planszy i szukania nowych sojuszników, z których część zdawała się wręcz sama pukać do drzwi.
Owszem, od dziecka wiedziała, że nie może ufać nikomu, a każda słabość, jaką pozwoli zaobserwować w swoim zachowaniu zostanie wykorzystana przeciwko niej. Podejrzliwość i czujność nie stanowiły dla niej niczego nowego, ale Brooklyn zwyczajnie wymykał się wszelkim standardom i modelom postępowania.
Ta współpraca nigdy nie była łatwa i właściwie nazywanie jej „współpracą” trąciło sporym nadużyciem. W dodatku posunięć Masefielda nie dało się przewidzieć, bo nie kierował się dobrem ani swoim, ani żadnej z frakcji, nie działała na niego perswazja, w nosie miał wszelkie groźby i próby bardziej subtelnej manipulacji. W dodatku wiedział, że jest nietykalny.
Problem polegał na tym, że Kai nie znał sposobu na ograniczenie jego działań. No, może poza jednym, który nie wchodził w grę z innych przyczyn, bo zamordowanie Irlandczyka byłoby jak otwarcie puszki Pandory. Zresztą jakkolwiek Hiwatari nie wahała się pociągnąć za spust, gdy było to konieczne, wbrew pozorom zwykle preferowała inne rozwiązania wykluczające marnowanie zasobów.
Z tego w końcu między innymi względu nadal żył Siergiej – zbyt lojalny, by mu ufać, ale też zwyczajnie niezastąpiony.
Terminal zamrugał jedną jeszcze wiadomością.
– Ciekawe… – mruknęła do siebie Kai, widząc ID Borysa Kuzniecowa.
Treść wiadomości okazała się jeszcze ciekawsza.
Hiwatari nie uśmiechnęła się pod nosem głównie dlatego, że w ogóle nie miała w zwyczaju się uśmiechać.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 04 lutego 2017, 14:08

Hej, hej!

Tym razem krótko i bez spoilera - potraktowałam te ostatnie rozdziały jak czystą rozrywkę i obecnie bujam się trochę w środku po strzałach, które mi zafundowałaś w XI.

X to trochę co innego - sporą jego część poznałam w listopadzie i rzeczy, które mnie wtedy bawiły (przekozacka scena, gdy Johnny orientuje się, że Emi nie ma spodni <3 <3 <3) bawią mnie i teraz. Na samym początku, gdy roztrzęsiona Emi jedzie na rozmowę przez chwilę miałam wrażenie, jakby to wszystko - jej panika, złość, strach wisiały w jakiejś próżni. Nie wiem czemu we mnie nigdy nie było wątpliwości, że Miguel nie zrobił NIC tam w tym więzieniu, że jest ofiarą i musiałam bardzo mocno ściągać sobie wodze, żeby ją zrozumieć, żeby jej dać prawo do niepewności. To zapewne moje emocje, którymi obdarzam blondaska :bag:

Z kolei XI... och... ile łupnięć! Borys i Mao... Miałam myśl - o bosz, wyrwie jej pazury. Jaka głupia Siem, że ta mądra myśl, nie rozwinęła się dalej, bo naiwność mi nie pozwoliła zobaczyć tego do końca. Dobra mocna rzecz.
A po tym wszystkim Kai. Jak ja mało o nim myślałam do tej pory o.O Jak mnie to zaskoczyło, ale bynajmniej nie dlatego, że jest niewiarygodne. Ja po prostu o nim/niej nie myślałam...

Dobre wstawki, myślę, że dobre proporcje rzeczy lżejszych i cięższych.

Czekam na ciąg dalszy!

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 05 lutego 2017, 13:19

SpoilerShow
używając innych jak pionki.
jak pionków :zaslonka:
Nikt jednak mu nie odpowiadał, za to jakaś nieugięta siła ciągnęłado w przeciwnym kierunku.
Najbardziej z tej wstawki podobają mi się fragmenty z Miguelem, dobrze oddajesz sytuację. Trudno to lepiej ubrać w słowa, po prostu Miguel, mimo że jego stan jest fatalny i odbiega od normy, przekonuje mnie na 100%. Ja kupuję wszystkie objawy jego załamania, każdą reakcję. Są tak prawdziwe (mimo że mało kto z nas ma z czymś takim do czynienia, racja?) i czuję, że tak po prostu mogłoby być. To, jak się chowa i jak dalece nie może dojść do ładu z sytuacją codzienną, wszystkie te ucieczki i odjazdy - to dlatego, że u samego źródła jest nie tak. Wybacz, czuję, że piszę esej jak gimbus :facepalm: ale czasami jak się przejmuję to nic nie mogę z tym zrobić. No więc Miguel przekonuje mnie tym, że sam ze sobą nie jest w zgodzie, siebie się boi i sobie sam nie ufa (swoją drogą rozjeb*nie z tym momentem, gdzie ma schizy, że mógł ten ogień jednak podłożyć). Podoba mi się systematyczne przypominanie, że Połączeni to nie tylko ludzie, którzy noszą Bestie. Lol, sama nazwa. Tak, oni są połączeni, są zmienieni przez to, co w nich mieszka. Miguel jest zarażony tym tak samo jak Sabaka i właściwie wszyscy chyba bohaterowie, poza Robertem i Kai. Tak, tam nie widać "wpływu" Bestii. Czyżby dlatego, że nie widać i samych Bestii?
Bolała uwaga o tym, że to nie decyzją Miguela Jurij został ocalony. Bo to może naprawdę była głównie decyzja sztucznego tworu. Kto wie.

Fragment, gdzie mi autentycznie stanęły łzy w oczach i najlepsze kilka zdań w Odpadzie (wyrwane z kontekstu może tak nie działaś, ale ty sama wiesz najlepiej, gdzie to wsadziłas):
SpoilerShow
Wypełzł ze swojego kąta jakąś godzinę później, wywabiony zresztą potrzebami Szynki, którą karmił o dwudziestej drugiej. Przemknął jak cień, nie wypowiadając nawet słowa. Znacznie więcej hałasu zrobiła świnka, która przegalopowała za nim, radośnie pokwikując.
nie umiem tego opisać. Wzruszyłam się, przez sekundę byłam zrozpaczona. I wiesz co śmieszne, najwięcej robi ci ostatnie zdanie...

Co dalej? Gra Papowa była tym na co bardzo czekałam, tu zagrała i ciekawość i słabość do złych charakterów. Nie powiem, że się zawiodłam - to po prostu stało się tak BANG i już, zaczął pisać z Josie. Bardzo szybko (bardzo!) sugerujesz ich rozmową pewne wnioski i mimo że jest wspomniane, że gadają dłuższy czas, zostaje głównie takie graficzne wrażenie, że w trakcie wymiany paru wiadomości, Josie daje się wkręcić w cholernie (ej, no serio...) ciężka intrygę z ojcem w tle. Przecież niektóre informacje brzmią niedorzecznie. Brakło mi chyba rozciągnięcia tego na kilka scen, brakło trochę oporu ze strony dziewczyny (mimo że jest inteligentna przy tym). Josie pozostaje dzieckiem, nie? Zwycięża ciekawość, racjonalność schodzi na dalszy plan. Mocno grasz zachwianymi relacjami ojciec-córka, tak mocno, że byłabym skłonna uwierzyć w o wiele gorszą sytuację. Jak to opisać? Reakcje i łatwopalność podejrzeń Josie (płomieniem buchnęło zaraz po pierwszych słowach Papowa) mówią mi, że ona naprawdę źle ma poukładane z Robertem, a przecież.., No, wiesz. Mogło być gorzej. Nie wiem, trudno mi ocenić, czekam na rozwój sytuacji. Z sympatii do Jurgensa i przez małoletność córki (oraz jej łatwowierność) nie ruszają mnie gierki Papowa i nawet nie podejrzewam, że cokolwiek z nich mogłoby haczyć o prawdę. Miało tak być?

Scena Jurij/Ivan. Muszę coś pisać? Podobnie miałam ze sceną walki (WRESZCIE KUŹWA SCENA WALKI Z MOCAMI) Mao/Borys. No, lubię. Jest szybko i dynamicznie. Chwała ci za nierozwlekłość i zwięzłe opisy. Jestem bardzo mocno na tak, widzę to dobrze, chcę więcej, chcę zobaczyć, ja walczy Jurij. Potężnie podziałała scena z Rei'em i ten spóźniony zapłon mnie walnął właśnie w późniejszych akapitach - dopiero w ostatniej chwili zorientowałam się, co Borys zrobi, co to znaczy, do czego to nawiąże. Potworne i świetne. Duet wizja Kona - utrata rąk, to jest to.

:facepalm: Kai. Serio? Nie, nie mam chyba słów, żeby oddać swoją reakcję. Po prostu brwi mi tak podjechały w górę, że będę mieć zmarszczki. I tak, owszem, przez pierwsze zdanie cisnęłam po prostu bekę, że jesteś nieogarnięta i pomyliłaś jakąś kobietę z Kaiem (heheh jprdl durny admin...) jprdl, co nie, ale potem się okazało, że nie. Także...

Na koniec trochę brudów - mimo że akcja imprezy z Niemcami, rozmnożenie rodziny i chlanie, bardzo mi przypadła do gustu fabularnie, to język mocno ci w niej poszedł (no, od początku picia do pocałunku E+J) w geek style. Serio. Mocno to widać. Nagle jedziesz slangowym gejmerskim słownictwem, trochę nowocześniej niż w całym tekście. I też zauważam, że coraz więcej u ciebie "pełzania", wcześniej tylko odnośnie Miguela, teraz zaczął też pełzać Johnny :facepalm: ...

tak, wszyscy powinniśmy ograniczyć kontakt ze Stojkem, to ona zaczęła pełzać na SB

...i nie uważam, by reakcja Emily po przebudzeniu (wpierdoliłam się w trójkąt!) była wiarygodna. I ta lekkość, z którą to przyjęła, i późniejsze całowanie dwójki mężczyzn. Potworne napięcie było między nimi, Miguel nie jest ziomkiem z psychiką Szkota, żeby po nim spływało jak po kaczce, jak dla mnie to "jest ciężko", a ty tu nagle bęc - spuszczasz nieco gazu z balonika imprezą i alkoholem, a potem ładujesz prosto w ryj czymś takim jak trójkąt. Jasne, patrzę na to z perspektywy swojej, kobiecej, 2017, Polska, sratata. No ale Emily, serio? Dobra, wyraźnie jej nie znałam. Było wspomniane o temperamencie, ale dopiero teraz wylazł i się cały pokazał. Nieufnie spoglądam, co będzie dalej.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 05 lutego 2017, 13:41

Dziękuję Wam obu pięknie - jak zawsze, tylko nie zawsze o tym piszę.

No i tak, ja też spoglądam nieufnie, bo robię to zawsze, ale też wreszcie zaczęłam się bawić. To, co napiszę poniżej, niczego zapewne nie zmieni, ale tak sobie rozważam na głos i myślę, że zmiana języka może wynikać z faktu, że to kawałki z listopada. Oczywiście to nadal słabość po mojej stronie, ale szukam przyczyny.

A jeśli chodzi o reakcję Emily, to ona w ogóle jest dla mnie bardzo trudna, ten wątek jest szalenie trudny w prowadzeniu, tym trudniejszy, im więcej na ten temat myślę, ale sięgnęłam trochę do kontekstu z RIP-a, gdzie oni już to trochę przerabiali: doszli do wniosku, że sytuacja jest patowa i porządny scenarzysta po prostu by kogoś zabił, ale takiego wała. Więc sobie pomyślałam, że może ją po prostu cofnąć do tamtego momentu w pewnym sensie. No ale wiadomo - tekst albo się broni sam z siebie, albo nie.

Dziękuję *dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 05 lutego 2017, 15:15

Kruffachi pisze: A jeśli chodzi o reakcję Emily, to ona w ogóle jest dla mnie bardzo trudna, ten wątek jest szalenie trudny w prowadzeniu, tym trudniejszy, im więcej na ten temat myślę, ale sięgnęłam trochę do kontekstu z RIP-a, gdzie oni już to trochę przerabiali: doszli do wniosku, że sytuacja jest patowa i porządny scenarzysta po prostu by kogoś zabił, ale takiego wała. Więc sobie pomyślałam, że może ją po prostu cofnąć do tamtego momentu w pewnym sensie.
Tak. Dla mnie to była naturalna kontynuacja ich jakby nie było wspólnych przemyśleń z końcówki RIP-a. Dlatego z tą reakcją nie miałam problemu.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 09 lutego 2017, 12:16

ROZDZIAŁ XII
– I'VE BEEN LIVING A LIE.
– YOU'RE NOT A REAL BLONDE?





Nowy Jork
– Nie stresuj się – właściwie polecił Robert. – Będę mówił za ciebie.
– Tego się właśnie obawiam… – westchnął idący pół kroku za nim Miguel.
– I zdejmij okulary.
– Będę widział rozmazane kluski, a nie ludzi.
– I o to chodzi – odparł Jürgens, zakładając ręce za plecy i o pół milimetra unosząc perfekcyjnie ogolony podbródek. – Znacznie łatwiej znieść ignorancję u kluski niż u człowieka. Wierz mi, sam czasem stosuję.
Lavalier posłusznie pozbył się szkieł…
– Zresztą nie o to chodzi, żebyś wyglądał inteligentnie, tylko przekonująco. Uśmiechaj się dużo.
…i poczuł, że coś w nim gaśnie.
W ogóle w nowojorskiej siedzibie ONZ nie czuł się komfortowo, wizja spotkania z Radą Bezpieczeństwa od trzech dni wywracała mu kiszki na lewą stronę, a towarzystwo Roberta, którego intencji wciąż nie był pewien, bynajmniej nie uspokajało.
– To jebnie… – szepnął bardziej do siebie, walcząc z odruchem wciśnięcia pięści w kieszenie spodni.
– Jesteśmy tu po to, żeby tego uniknąć – przypomniał Jürgens.
Oczywiście, że sprawa się dokumentnie spierdoliła. Zaczęły się pytania, naciski, coraz głośniej wyrażane niezadowolenie. Ludzie z jednej strony chcieli wiedzieć, gdzie jest ten Połączony, który ma ochronić ich przed całym złem i dlaczego jeszcze nie najechał w pojedynkę Moskwy, a z drugiej żądali dowodów, że amnestia dla argentyńskiego mordercy i podpalacza to nie przypadek i działanie na potrzeby chwili.
A za ludźmi stali politycy.
Wreszcie Robert ugiął się przynajmniej przed tymi z nich, którzy chcieli konfrontacji Rady Bezpieczeństwa z sekretarzem generalnym i samym Połączonym. W efekcie Miguel czuł, że znów wylądował ryjem w gównie.
Praca w Ettaler Forst dała mu szansę na odcięcie się od tego wszystkiego, ale całkiem świadomie z niej nie skorzystał. Nie zamierzał już nigdy więcej wypuszczać własnego losu z rąk, więc po godzinach, gdy Emily, a potem też Johnny już spali, urządzał sobie małą prasówkę. Chciał być na bieżąco, jeśli nie dzięki Robertowi, to przynajmniej dzięki powszechnie dostępnym serwisom informacyjnym. Hiromi i Leonor uczyły go kiedyś czytać między wersami dziennikarskich doniesień – wiedział więc, czego szukać. I szybko zorientował się, że sytuacja zaczyna pikować. Powołanie z głuszy wydawało się więc kwestią czasu. Niezbyt długiego, jak się niebawem okazało.
W dodatku Miguela wezwano w trybie pilnym, więc ledwie zdążył spakować jakąś bieliznę na zmianę. W bazie zostawił niedojedzone śniadanie, zawiedzioną Szynkę i ogólny burdel w życiu osobistym, który Emily wciąż jeszcze oględnie nazywała „eksperymentem społeczno-socjologicznym”. Jak się dowiedział, zwlekanie z zawiadomieniem do ostatniej chwili miało mu zaoszczędzić niepotrzebnego stresu.
No, to udało się znakomicie, czego dowodziły niechybnie wymiętolony nieprzyzwoicie róg jednorazowej przepustki i stosik wypalonych zapałek na dnie kosza na śmieci w męskim kiblu.
Spotkanie miało być nieoficjalne, na tyłach wszelkich struktur, poza kamerami, ale od początku było jasne, że nie wszystko da się utrzymać w tajemnicy, więc Miguela niespecjalnie zdziwił błysk fleszy, zanim samochód z nim wjechał na pilnie strzeżony teren siedziby ONZ. W Paryżu jeszcze nie było tak źle. Owszem, jego amnestia stanowiła sensację i niemały kąsek, ale wydawało się, że to po prostu nie ten czas i ludzie potrzebują czegoś w pakiecie. Dostali to wraz z nadszarpnięciem poprawnych do tej pory stosunków Zachodu z Chinami.
Robert był oszczędny w wyjaśnieniach. Uparcie powtarzał tylko, że to nieporozumienie i Rei źle zinterpretował fakty, ale co to za fakty, nie zamierzał najwyraźniej mówić, a już na pewno nie zamierzał rozwijać medialnych sugestii, jakoby w Chinach złapano bynajmniej nie rosyjskich szpiegów, a ci mieli wyjawić informacje o planowanym ataku. Miguela zirytowało to do kości, zanim nie zestresował się do reszty i nawet to nie przestało być ważne.
W ogóle z Jürgensem rozmawiało się trudniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawiał wrażenie rozkojarzonego, a to nie zdarzało mu się zbyt często, o ile Lavalier pamiętał. Wręcz przeciwnie – Argentyńczykowi zawsze kojarzył się ze skalpelem w naprawdę wprawnych rękach.
– Tędy – wskazał jeden z korytarzy, po czym odpowiedział na pozdrowienie jakiegoś mijającego ich urzędnika. Miguel poczuł, jak ciekawskie spojrzenie nieznajomego obsiada go niczym stado much kawał gnijącego mięsa.
Drzwi na końcu niczym szczególnym nie różniły się od innych, ale na ich widok serce Lavaliera podskoczyło na wysokość przełyku. Zmusił się jednak do wyprostowania pleców i dłoni. Wziął głęboki oddech i po raz kolejny powtórzył sobie, że mimo to, jak bardzo nie miał ochoty na tę konfrontację, to może być ostatnia okazja, żeby przekonać się na własne oczy, na czym tak naprawdę stoi i dokąd to całe zamieszanie wokół jego osoby zmierza.
– Poradzisz sobie – rzucił jeszcze Robert, gdy otwierano przed nim drzwi do gabinetu.
Bez okularów Miguel był w stanie powiedzieć tyle, że polityków czeka w nim kilkunastu, ale twarze rozmazywały się i nie próbował nawet odgadywać ich narodowości. Na widok sekretarza generalnego zaczęli wstawać i wymieniać rytualne pozdrowienia niby po angielsku, ale z wszystkimi możliwymi akcentami, a Lavalier czekał cierpliwie, aż wszyscy mu się przedstawią. Nie słuchał, bo i tak nie był w stanie przypisać nazwisk do konkretnych postaci.
Póki nie usłyszał jego.
Nie, to była jakaś kpina.
Miguel nienawidził myśleć o sobie jak o worku z traumami, ale czy tego chciał, czy nie, czasem do tego właśnie sprowadzała się jego egzystencja. Ledwie dwa tygodnie temu oberwał w twarz od Emily, a teraz nagle to – Ivan Papow we własnej parszywej osobie. Argentyńczyk mógłby zapomnieć jego twarz, ale nigdy, przenigdy nie zapomniałby skrzekliwego, ostrego głosu powtarzającego nad jego głową „boleje, ne ostanawliwajtes” i wszystkiego, co następowało później.
– Miguel „Mechero” Lavalier we własnej osobie! – powiedział ten sam głos z niepotrzebną, teatralną emfazą. – Kopę lat! Wybaczy pan, że nie podam ręki na powitanie, ale wśród wielu powodów jest także ten, że obiecałem komuś w Moskwie, że nawet pana nie dotknę.
Argentyńczyk zmusił się do uśmiechu. Ciało zaczęło mu nagle ciążyć jak kamienny posąg, gdy całą wolę skupił na tym, żeby nieruchomo stać w miejscu i trzymać wzrok jakoś na wysokości głowy Papowa, czyli znacznie poniżej swojej własnej. Już po paru sekundach zaczął boleć go zesztywniały kark.
– To pozwoli nam uniknąć pewnych nieporozumień – odparł najlżejszym tonem, jaki z siebie mógł wydusić.
Kiedy siadał, czuł, że nogi ma już całkowicie miękkie, a kręgosłup znowu zamienia się w rozgrzany pręt. Najdyskretniej, jak to było możliwe, wytarł dłonie w materiał spodni.
Obraz był zamazany, ale poza niemożliwością rozpoznania twarzy, nie stanowiło to większego problemu – sala konferencyjna była równie nijaka jak wszystko tu. Jasne ściany, ciemny długi stół, dwa rzędy foteli po obu jego stronach. Część członków rady natychmiast po zajęciu miejsc chyba bardziej z odruchu włączyła panele i ich niebieskawe światło padło na sylwetki nadając im nierealności.
Miguel odtwarzał w głowie wszystkie lekcje na temat ukrywania oznak stresu, pamiętał też o prośbie Roberta, by stawiać raczej na urok osobisty, a nie walory intelektualne, bo – jasne – widział, do czego to może prowadzić i rozumiał, że wmówienie tym ludziom, że pójdzie dokładnie tam, gdzie mu będą kazali, przyniesie w ogólnym rozrachunku głównie korzyści. Gdzieś na dnie samego siebie wciąż jednak nie odpowiedział na pytanie, po co to w ogóle robi i dlaczego daje się wciągnąć w kolejną grę. Rozeznanie terenu to było jedno, ale rekonesans mógł przeprowadzić także wtykając kij w mrowisko – prawdopodobne zresztą, że okazałoby się to bardziej efektywne. Ale współpraca z Jürgensem? Podążanie za jego wskazówkami? Wciąż jeszcze nie wyjaśnili sprawy ostatnich rewelacji, jakie od Roberta przywiozła Emily, a przecież był to zaledwie wierzchołek góry lodowej nieporozumień. Jeśli się uprzeć na oględny język.
Może chodziło o fakt, że to nadal pozostawała jedyna droga, by w którymś momencie wziąć sprawy we własne ręce. Jeszcze nie tego dnia i pewnie nie następnego, ale zamknięcie się w Ettaler Forst, w tej względnie bezpiecznej, choć ostatnio nieco sztormowej przystani, oznaczałoby bierność bez perspektyw na zmianę położenia.
Potem oberwał pytaniami jak serią z karabinu maszynowego. To było dokładnie to samo uczucie. Tępy ból i niemożliwe do opanowania nie fizjologiczne drżenie rozchodzące się po mięśniach i kościach aż po koniuszki palców. Chcieli wiedzieć wszystko. Naprawdę wszystko i gdyby nie Robert, rozszarpaliby go na kawałki. Sekretarz generalny jednak faktycznie panował nad sytuacją. Ucinał dygresje i nie pozwalał na drążenie zbyt głęboko, aż wreszcie Miguel był zmuszony podziękować mu w duchu.
Emocje, które unosiły się nad ciemnym blatem stołu, z pewnością nie były tym, czego którykolwiek z nich mógłby sobie życzyć. Nadal dominowały strach i nieufność. Sytuacji nie poprawiał bez wątpienia fakt, że udziału w spotkaniu odmówił przedstawiciel Nowego Cesarstwa Chin, tłumacząc się oficjalnie względami zdrowotnymi uniemożliwiającymi szybką podróż. Wszyscy jednak wiedzieli, o co chodzi tak naprawdę.
Najgorszy z możliwych scenariuszy, jakie przyszły Lavalierowi do głowy, gdy usłyszał głos Papowa, z jakiegoś powodu się jednak nie ziścił. Ivan milczał w kwestii wydarzeń z Moskwy z dwa tysiące piętnastego, pożaru Biovolt Stadium i zamieszek pod hotelem Metropol. Nie wspomniał też o żadnej z pomniejszych akcji, choćby spaleniu posterunku Gwardii Feniksa po wprowadzeniu w mieście godziny policyjnej.
Jednak sama jego obecność w zupełności wystarczała. Nawet jeśli siedział cicho. Zresztą trudno było uwierzyć, że nie ma w tym jakiegoś celu. Cel ten – wciąż irytująco niewidoczny – zaczął Miguela przerażać do kości i w końcu złapał się na tym, że nie zrozumiał pytania.
– Przepraszam – pod stołem roztarł dłonie, aż poczuł otrzeźwiający ból – mógłby pan powtórzyć?
– Pytałem, czy wobec stwierdzonych odchyleń oznaczanych jako… – Panel jaśniej rozbłysnął błękitem, gdy przesunął się po nim palec mówiącego – F63.1, możliwe będzie przeprowadzenie ekspertyzy przez niezależnego psychiatrę.
Miguel usłyszał, jak Robert wciąga powietrze. Naprawdę się nie spodziewał? Jak bardzo musiał być ostatnio rozkojarzony, żeby tego nie przewidzieć?
– Wydaje mi się, że oczywistym jest – zaczął Jürgens zimno – prawo do zachowania tajemnicy swojego zdrowia.
– Ale przyzna pan, sekretarzu, że ta sytuacja jest dość szczególna. Wiemy, jakie… zdolności posiada pan Lavalier i że ich korelacja z pewnymi zaburzeniami może stanowić dość przykry zbieg okoliczności.
Gówno, nie zbieg okoliczności, warknął w duchu Miguel, ale postanowił milczeć.
Nigdy w życiu nie spodziewał się, że w sukurs przyjdzie mu Papow.
– Panie Traore – powiedział Rosjanin tonem, od którego zrobiło się Argentyńczykowi jeszcze bardziej niedobrze. – Chyba nie wątpi pan w kompetencje sekretarza generalnego? Jestem absolutnie przekonany, że pan Jürgens prześwietlił tę sprawę należycie.
– Akurat pan, panie…
– Akurat ja reprezentuję członka stałego Rady.
– Sądziłem, że wszyscy jesteśmy równi – syknął jakiś inny, dotąd chyba milczący głos.
– Panowie, uspokójmy się – dodał inny. – To nie służy sytuacji.
– Ja też uważam, że możemy zaufać…
– …to sprawa priorytetowa…
– …jeśli od tego…
– …szaleństwo…
Miguel przestał słuchać. Poczuł, jak nie tylko wyłącza się jego umysł, ale też ciało całkiem dosłownie zamienia w kamień. Ledwie był zdolny złapać oddech.
– Wszystko w porządku? – spytał półgłosem Robert, jednocześnie zmrużonymi oczyma obserwując wzburzoną dyskusję, której ze sobie tylko znanych przyczyn nie przerywał.
– Nie wiem… – wyszeptał Lavalier między jednym uderzeniem paniki a drugim.
Owiewała mu kark gorącym oddechem. Spinała plecy dreszczami. Zabierała oddech. Głos Papowa, śliski, obrzydliwy, niemal zawsze kpiący, podsycał ją jak najlepsza rozpałka.
– Napij się wody.
Miguel pokręcił głową. Usta też nagle skamieniały.
– …za niewinność sąd go nie skazał!
Czując, że nie ma wyboru, po prostu wstał i wyszedł z sali.



Machaczkała Budząc się z gorączkowego snu, Mao nadal czuła na twarzy śmierdzący wódą oddech Borysa. Szarpnęła gwałtownie głową, choć wywołało to falę nudności. Chciała przetrzeć oczy dłonią, by pozbyć się z niej kłujących kryształków ropy. Ledwie uniosła ramię, niewiarygodny ból rozszarpał jej ciało, a wspomnienie uderzyło w splot słoneczny i na moment straciła oddech.
– Leży tam! – warknął ktoś w jej kierunku.
Zupełnie niepotrzebnie, bo padła na barłóg niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.
Zacisnęła powieki mocniej – ropa tym silniej drażniła delikatną skórę – próbując nie zacząć wrzeszczeć. Sama nie wiedziała, czy z bólu, z żalu, ze strachu czy z wściekłości. Po prostu wrzeszczeć. Wyrzucić z siebie cały szlam i pozostać pustą.
– Nienawidzę cię, dziwko – warknęła zamiast tego, lżąc kota we wnętrzu swojej głowy.
Z trudem rozpoznała własny głos, schrypnięty tak, że niemal chłopięcy.
Świadomość nieodwracalności i ostateczności tego, co się stało, przyszła wraz kolejnym przypływem gorączkowego osłabienia i znów zamajaczyła pragnieniem niekontrolowanego wrzasku frustracji.
– Chcesz się napić? – spytał niski głos dobiegający zza jej pleców.
Nie odwróciła się, ale przecież i bez tego wiedziała, do kogo on należy.
– W dupę to sobie wsadź – syknęła.
Usłyszała ciężkie westchnienie.
– Może by ci pomogło – zasugerował Siergiej. – Nie wiem, co pomaga takim jak ty.
To znaczy jakim? – chciała zapytać, ale uznała, że nie ma sił na dyskusje, a już na pewno nie z Rosjanami. Nie z tymi prymitywnymi brutalami. Z okrutną hordą Kaia Hiwatariego.
Tak chciała wierzyć w ich niewinność. No, to odpłacili się z nawiązką.
– Gdzie jestem…? – spytała.
– Nadal w Machaczkale – odparł Siergiej spokojnym, jakby zrezygnowanym tonem. – Czekałem, aż się obudzisz. Nie będę cię nigdzie ciągał chorej.
Prychnęła ze złością, ale znów ostatkiem woli powstrzymała wszelkie cisnące się na usta komentarze.
Bolało ją wszystko, nie tylko ręce. Nie mogła się ruszyć, skóra lepiła się do ubrania i wszystko śmierdziało niezdrowym potem. Zaschnięte na twarzy słone krople zaczynały nieznośnie swędzić.
– Mao… – Skrzypnęło coś, co mogło być krzesłem i potężna sylwetka Petrowa pojawiła się w zasięgu jej wzroku. – Zakładam, że jesteś wściekła.
– To mało powiedziane.
– Borys nie chciał ryzykować.
Chen przewróciła oczyma.
– Borys jest szalony – odparła. – Przed kim jak przed kim, ale przede mną nie musisz udawać, że jest inaczej. – Gardło zakuło ją nagłym bólem od zbyt dużej ilości wypowiedzianych słów. Przełknęła ciężko nędzne parę kropel śliny. – Widziałam, co tam robi… I widziałam…
– Że czerpie z tego radość – dokończył Petrow, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. – Tak, prawdopodobnie. Z czegoś musi.
Westchnął, przeciągnął się, aż zgrzytnęło mu w wielkich jak tłoki jakiejś machiny stawach i rzucił coś do drugiego żołnierza. Ten natychmiast zerwał się z miejsca, zasalutował i opuścił pomieszczenie.
– Mao, chcę z tobą porozmawiać szczerze – oświadczył Siergiej, znów odwracając się do niej swoją szeroką twarzą, którą kiedyś wielu błędnie brało za twarz idioty. – Jeśli oczywiście jesteś na siłach. Nie chcę cię przemęczać.
– Twoja troska jest…
– Nieudawana, czy ci się to podoba, czy nie.
Chen zacisnęła usta.
Próbowała przemóc ból i skupić się na szczegółach otoczenia. Widziała jednak niewiele i niewyraźnie, a obraz wciąż sprawiał wrażenie, jakby sam był zbyt słaby i nie mógł ustać prosto.
– W skrócie chciałbym ustalić, czy na pewno wiesz, co robisz, dążąc do spotkania z Kaiem. Ja nie jestem jak Borys. On lubi taniec na krawędzi i ryzyko. Ja wolę wiedzieć. A żadnemu z nas chwilowo donikąd się nie spieszy.
– Obaj jesteście wariatami – syknęła Chen.
– A ty nie? Jeśli nie, to skąd się tu w ogóle wzięłaś?
To jedno pytanie Chinka odczuła jak fizyczny cios. Było trafne. Właściwie.
I nie potrafiła na nie odpowiedzieć.
– Jesteś zdesperowana, a desperacja to takie samo szaleństwo jak każde inne. I podejrzewam, że mogło rozwścieczyć Galux, choć tu nie będę się upierał. Nie znam jej i nie jestem specjalistą od samych Bestii.
Mao też nie była specjalistką. Wiedziała tyle, że jej mąż został wybrany przez bogów, a jej wtłoczono do głowy jakąś poślednią, zwierzęcą formę ducha. I tyle dotąd wystarczało, by układać sobie rzeczywistość.
– On ją zreplikuje – powiedział Siergiej, nie czekając dłużej na jej reakcję.
– Jest bezużyteczna – odburknęła, nim do końca dotarł do niej sens jego słów i wszelkie konsekwencje takiego stwierdzenia.
– Nie dla niego – pokręcił głową Petrow. – On tworzy system. Układa elementy. Czasem interesuje go tylko jakiś aspekt danej Bestii, nawet poboczny, ale pasujący do jakiejś wizji. Opowiedziałbym ci o tym, żeby wyjaśnić na przykładach, ale sama rozumiesz. To raczej tajne, a my jesteśmy z dwóch stron barykady.
– Właśnie – zauważyła Chinka bardzo cicho. Nagle poczuła się jeszcze gorzej, ale coś kazało jej trzymać się przytomności tak długo, jak się da, i kontynuować tę rozmowę. – Jesteś człowiekiem Kaia. Dlaczego mam zakładać, że twoja niby otwartość…
Siergiej znów westchnął. Nigdy to Mao nie irytowało, pewnie nawet nie zwracała uwagi, ale teraz ten nawyk wydał się jej dziwnie drażniący.
– Nadal niczego nie rozumiecie – stwierdził. – To nie Kai nas kontroluje. To Black Dranzer kontroluje Bestie w naszych głowach – wyjaśnił monotonnym, jakby znudzonym tonem. – To ogromna różnica, Mao, bo oznacza, że nie wszystko jest zależne od woli Kaia, nieważne, jak bardzo by tego chciał. Black ma własne cele. Czasem… Czasem pozwala nam na więcej. Z jakiegoś powodu.
Chen zmarszczyła brwi – sama nie do końca przekonana, czy z powodu kolejnej fali bólu, czy w reakcji na to, co usłyszała.
– Źle wyglądasz – ocenił Petrow, nim zdążyła zadecydować. – Powinnaś jeszcze odpoczywać.
– Boli mnie… – wyszeptała wbrew sobie.
– Wiem. Spróbuję ci nieco ulżyć. – Rosjanin podszedł do niskiej metalowej szafki i zaczął przetrząsać jej zawartość.
– Znasz się na tym…?
Zaśmiał się ponuro.
– Któryś z nas musiał. Przecież nie mogliśmy ufać Proktowicielom i lekarzom z Opactwa. – Tak, była w tym jakaś logika. – Borys to wariat, Ivanowi nikt by się nie powierzył, bo najpewniej sprzedałby nasze nerki, a Jurij… Jurij to Jurij. – Mao przymknęła oczy na moment, a kiedy znów je otworzyła, Siergiej stał już przy niej ze strzykawką i napełniał igłę. Poczuła na ramieniu zimny dotyk gazy nasączonej pachnącym ostro antyseptykiem, a chwilę później ukłucie. – Jurij to gniewny sukinsyn, wiadomo. Ale tak między nami, myślę, że gdyby któremuś z nas naprawdę coś się stało i miałby łatać nasze flaki, zwyczajnie trzęsłyby mu się ręce. Nie… – Siergiej uśmiechnął się lekko – On znacznie lepiej sprawdza się w krwawym odwecie. Po prostu pewne rzeczy nie mają dla niego znaczenia, inne aż za duże. Śpij, Mao. Potem raz jeszcze zapytam cię, czy wiesz, co robisz.



Ettaler Forst
Emily leniwie przeczesała palcami włosy Johnny’ego. Były sztywne i szorstkie, zawsze sterczące niesforną strzechą, którą na oficjalne okazje niemal betonował. Zarost zaczynał kłuć twarz, ledwie parę godzin po goleniu nawet na wysokości jabłka Adama, ale kiedy Szkot leżał tak oparty o jej nagi brzuch, uświadamiała sobie, jak jest jej to bliskie. To i wiele innych rzeczy, w tym głupi zwyczaj zgniatania tubki z pastą do zębów pięścią, zamiast metodycznego zwijania jej od końca.
Było nie było, McGregor stanowił potężny kawał jej życia.
Przymknęła na chwilę oczy, wsłuchując się w bicie własnego, stopniowo zwalniającego do normalnego rytmu serca.
Johnny był też człowiekiem nieskomplikowanym. Choć nieco już dorósł i przynajmniej okazjonalne bójki wypadły z jego repertuaru, większość emocjonalnych napięć nadal rozwiązywał gwałtownie i w sposób możliwie prosty – najczęściej seksem i whisky. W jednym i drugim był zresztą niedościgniony.
Emily trochę mu tego zazdrościła. Nie – bardzo mu tego zazdrościła. Jak cholera. Napił się, przespał z nią raz czy dwa i wszystko sobie poukładał, a nawet zaczął przejawiać pewną inicjatywę, wychodząc najwyraźniej z założenia, że wobec takiego obrotu spraw nie pozostaje mu nic innego, jak wycisnąć z sytuacji wszystko, co się da. Niespodziewany wyjazd Miguela miał przynajmniej tę zaletę, że York zyskała nieco czasu, by powściągnąć wodze Szkota i zapobiec prawdopodobniej katastrofie.
To nadal przypominało taniec na linie. Mimo lat, które minęły, mimo doświadczenia, mimo faktu, że w pewnym sensie wracali do znajomego już przecież punktu wyjścia. Emily czuła się za ten układ szczególnie odpowiedzialna. W końcu gdyby nie ona, w ogóle nie byłoby problemu.
– To nie będzie takie proste – wymruczała, zmuszając powieki do podniesienia się i wracając do rozmowy, którą przerwali wybuchem gwałtownej jak wszystko między nimi namiętności.
– Gdyby to był jakikolwiek inny facet, w życiu bym na to nie poszedł – odparł Johnny i poczuła jego palce zataczające kręgi między piersiami.
Dłonie też miał zupełnie inne niż Miguel. Szersze, mocniejsze, ale o delikatniejszej skórze.
– Wiem. Myślę, że on też o tym wie. Nie mam pojęcia, co dokładnie się między wami wydarzyło przed laty, ale… wyczuwam, że z jakiegoś powodu… Cóż, mam podejrzenia, że mógł pozwolić ci podejść wtedy bliżej niż mi kiedykolwiek. Trudno to ubrać w słowa.
– Po mojemu wcale nie musisz niczego ubierać.
Emily stłumiła dreszcz.
– Do cholery, Johnny, zajmij się rozmową, nie cyckami! – warknęła, więc posłusznie zabrał rękę.
– Nie wiem, jak się między wami układa – powiedział – ale znam go od dawna i potrafię sobie to czy tamto wyobrazić. I jeśli mam słuszne podejrzenia, to możesz mieć rację. Zaskoczył mnie wówczas… wieloma rzeczami. Schlałem go, to prawda, ale on nawet schalny trzyma się na dystans, więc nigdy do końca nie uwierzyłem, że to było tylko to.
– A co?
McGregor nie odpowiedział.
– Johnny, chociaż ty bądź ze mną szczery. Jestem między wami, mam prawo wiedzieć o pewnych rzeczach.
– Nie zamierzam powtarzać niczego, co wówczas powiedział – zastrzegł Szkot.
– Nie o to mi chodzi.
– Ale… – odchrząknął – myślę, że w nieco innych okolicznościach przyrody, gdybyśmy na przykład nie byli tacy poobijani i zmęczeni, to potencjalnie mogło skończyć się w łóżku.
Emily całkiem wbrew sobie wstrzymała oddech.
– Nie myślałam, że…
– Ja też. Pewnie żaden z nas nie myślał. Zresztą nigdy później nawet nie wróciliśmy do tematu.
York nie była do końca pewna, czy to, co poczuła, to ukłucie zazdrości, ale było dziwne. Zimne i ostre jak skalpel. Nagle dodarło do niej, że to nie ona jest tu problemem, a raczej, że sama także ma pewien problem.
– I sądzisz, że to ma wpływ…
– Na obecną sytuację? – Johnny zaśmiał się cicho. – Myślę, że gdyby nie to, obecna sytuacja w ogóle by nie wystąpiła. Ja cię kocham do pojebania, wiesz o tym. On zapewne też, nawet jeśli podchodzi do swoich uczuć podejrzliwie, ale wszystko ma swoje granice. Trudno jest znieść drugiego samca w zagrodzie, takie uwarunkowania. Więc albo byśmy się żarli do końca świata, albo zostałabyś z niczym, bo nikt normalny by tego nie wytrzymał.
– Nie jesteście normalni – zauważyła Emily.
– Jak widać. – McGregor stęknął, podnosząc się i siadając na łóżku. – Kurwa, starzeję się – mruknął, rozcierając kark.
York nie zwróciła na to większej uwagi. Wpatrzona w sufit zapamiętale przygryzała wargę.
– Nie wiem, co o tym myśleć – przyznała w końcu.
– Więc nie myśl – wzruszył ramionami Johnny i rozpoczął poszukiwania elementów garderoby.
– Ta, twoja złota rada na wszystko.
– Zaskakująco często się sprawdza. Widziałaś gdzieś moje… OK, już nieważne. – McGregor zanurkował pod łóżko. – W każdym razie prawda jest taka, że pociągacie mnie oboje – wrócił do tematu, jak gdyby nigdy nic. – W takim czy innym sensie, bo jednak nie jestem przyzwyczajony, żeby myśleć tak o innym facecie. Ale jego też coś wyraźnie… Noż kurwa… – Szok przerwał na chwilę, zajmując się tylko gniewnymi pomrukami na okoliczność zaplątania w spodnie.
– Może skup się na jednej rzeczy? – zasugerowała Emily.
– Pełna miłości jak zawsze.
– Ciesz się, że to tylko dwie nogawki.
Johnny chwilę jeszcze szarpał się z ubraniem.
– Nie zakładaj koszuli – poprosiła York, obracając się na bok.
Spojrzał na nią z uniesioną brwią – należał do tych nielicznych ludzi, którzy naprawdę potrafili unosić tylko jedną brew i widok ten zawsze ją bawił.
– Chcę popatrzeć – wyjaśniła. – Dawno nie patrzyłam na twoje blizny.
– Fetyszystka – parsknął Johnny, ale jednak męska próżność kazała mu się niby to dla rozprostowania kości przeciągnąć.
– Ta jest nowa – Emily wskazała ślad na boku.
– Podziękuj Robertowi.



Nowy York
– Miguel. – Robert chwycił go za ramiona. – Miguel, spójrz na mnie. To była prowokacja.
– Wiem… – z drżących ust opartego plecami o ścianę Argentyńczyka wydobył się chrapliwy szept. Oczy podniosły, ale tylko na moment, na tyle, żeby dać znak, że kontakt został nawiązany. – Wiem, Robert, ale nie dam rady… Nie wrócę tam.
– Spokojnie – Jürgens starał się, by jego głos brzmiał pewnie i równo. Jakby mówił do spłoszonego zwierzęcia. – Nie myśl o tym. To tylko Papow. Nikt, kto mógłby…
– Nie wiesz, co mi zrobił! – wydarł się niespodziewanie Miguel, kompletnie już tracąc kontrolę nad sobą i świadomość, gdzie jest i kto może go usłyszeć. Korytarz ledwie dwa zakręty od sali konferencyjnej, w której wciąż przebywali członkowie Rady Bezpieczeństwa, to z pewnością nie było odpowiednie miejsce na takie sceny.
Robert całkiem odruchowo syknął, chcąc go uciszyć, a zaraz porem pomyślał, że to fatalny pomysł. Nie miał pojęcia, co robić. Nie potrafił postępować z ludźmi stojącymi nad krawędzią, nie radził sobie z emocjami, może poza gniewem na zgromadzeniach, bo ten dało się łatwo wykorzystać.
– Dobrze – powiedział, ukrywając własne zagubienie. – Każę odprowadzić cię do mojego prywatnego gabinetu. Posiedź tam, ochłoń. Porozmawiamy później.
Miguel skinął głową, nie patrząc na niego, a w podłogę korytarza.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Nic się nie stało.
– Stało się i obaj to wiemy. Czułem, że to zły pomysł.
Robert westchnął.
– A ja nie przewidziałem prowokacji – odparł. – Jeśli już musisz kogoś winić, rozłóż to po równo. I nie martw się, ogarnę to.
Lavalier przygryzł wargi, ale nie powiedział już ani słowa.
Jürgens nie mógł poświęcić mu więcej czasu. Dał znać strażnikowi, a sam ruszył z powrotem do sali konferencyjnej.
To był jego błąd. Jego oczywiste przeoczenie. Przecież powinien się spodziewać, że nagła zmiana delegata ze strony Rosji to nie przypadek. Może też powinien był założyć równie gwałtowną reakcję Miguela.
Nie chciał o tym myśleć, ale jednak w jego głowie pojawiło się pytanie, czy może Johnny faktycznie miał rację i dla Lavaliera było już zwyczajnie za późno. Może było dla niego za późno i wówczas, szesnaście lat temu. Może naprawdę powinni dać mu spokój, wysłać na psychoterapię, pozwolić nafaszerować prochami i próbować zapomnieć, że w głowie Argentyńczyka kryje się być może ostatni klucz do ocalenia.
Robert warknął z frustracji, nim przekroczył próg sali.
Jedno zadanie naraz, powiedział sobie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 09 lutego 2017, 12:18


Zakazane miasto
Rei dawno już nie czuł tego tak wyraźnie. Iskry elektryczne przeskakiwały między jego palcami, najkrótsze włosy na karku, te nieujęte we fryzurze, jeżyły się od ładunków. Wystarczył drobiazg, pyłek przeważający szalę, by wszystko to uwolniło się w śmiercionośnym ryku Bai Hu.
Medytacja nie wystarczyła. Próba racjonalnego uporządkowania wizji również. Intuicyjne przeczucie było zbyt silne i nakazywało się mścić. Nakazywało mordować.
Kon otarł drżącą dłonią pot z czoła. W duchu przeklinał siebie i fakt, że dzięki wizjom wie jednocześnie tak wiele i zupełnie nic. Zacisnął place na nasadzie nosa, wziął jeszcze jeden głęboki oddech, próbował skupić się na wietrze z gór, który muskał jego twarz, gdy stał u wyjścia na taras.
– Ojcze.
Odwrócił się, słysząc głos Xue.
A potem cofnął gwałtownie, gdy zobaczył, że po twarzy jego syna spływa krew z pustych oczodołów.
– Ojcze?
– Xue… – Wraz z kolejnym oddechem wizja zniknęła, ale pozostał dławiący, przeraźliwy strach.
– Czy ojciec jest chory?
Czy był chory? Może. Może to byłoby wyjaśnienie – zbyt proste jednak i zbyt wygodne.
– Nie, synu. Jestem zmęczony po rozmowie z bogami. Sprowadza cię coś ważnego? – Rei całą swoją wolę włożył w to, by wymazać z twarzy wszelkie emocje poza ciepłymi uczuciami względem potomka.
– Mistrz Jianhong pozwolił mi powiedzieć ojcu, że poczyniłem postępy w nauce kaligrafii.
Kon zmusił się do uśmiechu. Miał wrażenie, że drganie kącików ust, jakie odczuł, nie jest dostrzegalne dla siedmioletniego chłopca, na którego głowie kładł właśnie rękę.
Wydało mu się, że pod palcami czuje coś ciepłego i lepkiego. Zdusił wzdrygnięcie.
– Jestem z ciebie bardzo dumny, Xue – powiedział najspokojniejszym i najcieplejszym tonem, na jaki było go stać.
Szybko zabrał dłoń z włosów syna i za plecami ścisnął ją drugą dłonią, czując, że drży już cały.
– Jesteś… Będziesz kiedyś wspaniałym cesarzem, synu – powiedział cicho, zaskakując tym samego siebie.
To było jak zaklęcie. Jak pieczęć położona na przyszłości.
I postanowienie, że nie wszystko się wydarzy.
– Nie będę dłużej przeszkadzać ojcu w odpoczynku – powiedział Xue oficjalnie, co w ustach dziecka zawsze brzmiało tak dziwnie.
Rei chciał go powstrzymać. Wyjaśnić, że w niczym nie przeszkadza i poprosić, żeby nigdy nie odchodził poza zasięg jego wzroku, ale wiedział, że to niewłaściwe, a obaj są niewolnikami dworskich konwenansów, więc tylko skinął głową.
Kiedy kroki syna się oddaliły, ukrył twarz w dłoniach i uwolnił wreszcie zbierające się w oczach łzy.
– Mów, co mam robić, żeby ich ocalić – wyszeptał.
Ciemniejące niebo na zachodzie rozdarł grom.



Nowy Jork
Miguel był kompletnie szary na twarzy. Robert w ogóle nie spodziewał się, że przy jego cerze jest to możliwe, a kiedy próbował przypomnieć sobie, czy widział kiedyś coś podobnego, do głowy przychodził mu tylko podmoskiewski las, choć wówczas z pewnością sporą rolę odgrywały okoliczności przyrody, poranna mgła i stan nie tylko psychiczny, ale też fizyczny wychodzących spomiędzy drzew niedobitków.
Lavalier siedział na kanapie ze szklanką wody w dłoniach i pustym wzrokiem wbitym w dywan. Nie podniósł go, kiedy sekretarz generalny przekroczył próg gabinetu i dopiero po dłuższej chwili gwałtownym, niespokojnym gestem przetarł czoło, jakby samego siebie próbował przywołać do porządku.
– I? – spytał.
– Większość z nich najwyraźniej uwierzyła, że dopadła cię niestrawność – odparł Robert, podchodząc do biurka. – Kawy? Herbaty?
– Nie, dzięki.
Jürgens skinął głową, nacisnął przycisk na blacie i złożył zamówienie dla siebie. Obszedł biurko i zajął swoje miejsce na tle okna, ale już ułamek sekundy później uznał, że była to błędna decyzja. Taki układ niepotrzebnie formalizował całą sytuację. Problem polegał jednak na tym, że Robert źle czuł się w układach nieformalnych. Miał z tym problem nawet wówczas, gdy sprawa dotyczyła najbliższej rodziny. Póki dzieci były małe, przychodziło mu to jakoś łatwiej, ale potem i od nich zaczął się oddalać, obawiając się, że straci w ich oczach autorytet.
Jakby naprawdę biurko oddzielające go od Miguela mogło cokolwiek zmienić.
Milczeli tak długo, aż sekretarka nie przyniosła sekretarzowi filiżanki z parującą kawą. Jej zapach wypełnił gabinet, co przynajmniej Jürgensowi odrobinę poprawiło nastrój.
– To ma swoje dobre i złe strony – podjął urwany wątek.
– Hm? – Miguel wreszcie na niego spojrzał i do spostrzeżenia o szarej twarzy doszło jeszcze jedno. O czerwonych obwódkach wokół oczu.
– To, że członkowie rady nabrali się na niestrawność. Z jednej strony uspokoiło sytuację, ale teraz uważają niemal jednogłośnie, że to ciebie należy wysłać do Chin, żebyś pertraktował z Reiem.
– Jezu… – Na ile to możliwe, wydawało się, że Argentyńczyk oklapł jeszcze bardziej.
Po chwili jednak wychylił wodę duszkiem, jakby popijał wódkę, odłożył szklankę na stolik i wstał gwałtownie z kanapy, wciskając ręce w kieszenie. Zatrzymał się jednak wpół kroku i zmarszczył brwi uderzony najwyraźniej nagłą myślą.
– Dlaczego? – spytał sucho.
Robert westchnął i w półświadomym odruchu splótł dłonie na mahoniowym blacie.
– Powtarzają, że fakt, że jesteś Połączonym i znasz Reia osobiście, to wystarczające argumenty. Ktoś im to wyraźnie zasugerował, nie wierzę, żeby wszyscy nagle wpadli na ten sam trop.
– Papow?
– Możliwe, że Papow. Miguel… – Jürgens zawahał się na moment.
– Wiem, o co chcesz spytać. – Argentyńczyk strzelił wzrokiem po ścianach, po czarnych ramkach z uwięzionymi wewnątrz dziełami sztuki nowoczesnej, a usta wykrzywił mu dziwny grymas, jakoś marginalnie przypominający uśmiech, choć reszta twarzy wskazywała na coś zupełnie innego. – To on sprowokował Gargoyle’a. Blakow oddelegował go najwyraźniej do Bartheza, bo już wówczas szkolili Papowa… no, w technikach przesłuchań – Lavalier odkaszlnął. – Przy zdobywaniu moich odcisków palców też był. I przy odcinaniu skrzydeł. Jezus Maria, on miał wtedy dziewiętnaście lat. Wyobrażasz sobie, do czego zdolny jest teraz? Ogólnie… naprawdę nie wspominam go dobrze i akurat w jego przypadku nie sądzę, żeby to była tylko kwestia Bestii albo kontroli Hiwatariego. – Robert niespodziewanie złapał wzrok Argentyńczyka. – To po prostu pojeb. Trzymaj go od siebie najdalej, jak się da.
– Tak podejrzewałem, że maczał w tym palce.
– No to teraz już wiesz.
Na dłuższą chwilę znów zapadła cisza. Jürgens usiłował się skupić, Miguel – właściwie nie wiadomo, choć zaczął krążyć po gabinecie, jakby nagle wszystko zaczęło go parzyć.
– Odkręcę to – postanowił Robert i upił łyk kawy.
– Nie.
Sekretarz generalny uniósł w zdziwieniu brwi.
– Miguel?
– Nie – Argentyńczyk pokręcił głową. Sylwetkę zgarbił tak, że przypominał siebie niemal sprzed lat, gdy wciąż niewykształcone skrzydła utrudniały mu prostowanie się, a czoło zmarszczył w wyrazie determinacji. – Pojadę tam.
Jürgens jedynie otworzył usta, niezdolny do komentarza, i powolnym ruchem odstawił filiżankę na spodek. Zabrzęczała dziwnie głośno w nagłej ciszy.
– Może to racja? – Lavalier podniósł głowę, znów wpatrując się w jeden z abstrakcyjnych obrazów. – Może faktycznie to ja powinienem zobaczyć się z Reiem.
– Nie jesteś dyplomatą – zauważył sekretarz generalny, co Argentyńczyk skwitował gorzkim śmiechem.
– Tak naprawdę jestem roznosicielem gazet, Robert – odparł. – Ewentualnie potrafię przykręcić śrubkę. Ale też poznałem Reia od strony, od której nie zna go nikt z was i może pozwoli mi dokończyć myśl, zanim usmaży. Jest mi coś winien.
– Co?
Miguel wzruszył ramionami.
– Życie.




Ettaler Forst Johnny skończył rozmowę i zerwał połączenie.
– Chcą go wysłać do Chin – powiedział głucho.
– Co…? – nie zrozumiała Emily.
– Gadałem z Robertem. Chcą wysłać Miguela do Chin, żeby pertraktował z Reiem.
York przerwała na moment zapinanie koszuli, zakryła usta dłonią i po prostu patrzyła na McGregora, wyraźnie czekając na więcej. Może na to, aż powie, że już wszystko pod kontrolą. Ale zamiast tego z jego ust padło coś innego.
– I podobno Miguel nie zniósł tego najlepiej, miał jakąś jazdę na oczach wszystkich i ogólnie sytuacja nie wygląda dobrze.
– Boże…
– To pierdolnie…
– To MA pierdolnąć! – podsumowała Emily z wściekłością, zrywając się z miejsca. – To właśnie zakładają, że to pierdolnie!
– Co masz na myśli?
– Pomyśl przez chwilę. – York zaczęła chodzić po pokoju zamaszystymi krokami. Nie za bardzo przejmowała się przy tym stopniem zagracenia podłogi. – Wysyłają do Pekinu Miguela, chociaż już wiedzą, w jakim jest stanie. Jest niestabilny emocjonalnie, niepoczytalny i nigdy nie wiadomo, w którą stronę wahnie mu się nastrój. Pierdolić wszystkie argumenty, że Połączony, że były blader, że się znają z Reiem i Mao, że może go wysłuchają, bo kwiatki, tęczowe rzygi i power of friendship. To nie jest ktoś, kogo wysyła się z misją dyplomatyczną. To koń trojański. I przy okazji sposób na to, żeby problem rozwiązał się sa… KURWA! – wrzasnęła Emily, kiedy potknęła się o butelkę z wodą. – Mógłbyś tu czasem sprzątać!
Uwagi tego typu mijały uszy McGregora o całe lata świetlne.
– Robert nie jest aż tak…
– Ja pierdolę, Johnny, naprawdę?! – York ocierała się już o furię. – Po tym wszystkim chcesz mi jeszcze powiedzieć, że Robert nie byłby do tego zdolny?! – Usiadła ciężko obok niego. Ukryła twarz w dłoniach i przez moment wyglądała jak kulka frustracji. – Ale masz rację, nie sądzę, żeby to był pomysł Roberta – przyznała już ciszej, zmęczonym, matowym głosem. – Czy nawet Oliviera. Chociażby dlatego, że obaj wiedzą, jaka jest siła Połączonych i jak taka prowokacja mogłaby się skończyć. Zwłaszcza gdyby Rei i Miguel naprawdę się pożarli. Zostałby pewnie malowniczy krater zamiast Pekinu. Zresztą im akurat zależy na unormowaniu sytuacji, nie dalszej destabilizacji i oboje to wiemy.
– Więc kto? – mruknął McGregor.
– No właśnie – westchnęła Emily. – Przyznam, że do głowy przychodzi mi tylko jedna osoba, ale to trochę zbyt wygodne zrzucać całe zło na Kaia i boję się, że coś przez takie myślenie przegapię.
Jęknęła z frustracji, więc Johnny objął ją ramieniem i przytulił do swojej piersi. Zdarzało się, że w takich sytuacjach zachowywała się jak rozwydrzona kotka, drapiąc na oślep, ale tym razem oparła głowę o jego pierś i przymknęła oczy.
– Boję się – wyszeptała. – Boję się, że to wszystko znowu obróci się przeciwko nam.
Zaczął głaskać uspokajająco jej plecy, choć pewnie nim też targały podobne lęki. Świadczyć mogło o tym chociażby zgrzytnięcie zębów.
– Najgorsze, że on chce tam pojechać – mruknął.
– No oczywiście! – prychnęła Emily. – Od wczoraj go znasz? Nawet boję się myśleć, co sobie tym razem ubzdurał. W każdym razie, dostał szansę, żeby się wyrwać i może wywrócić planszę, więc polezie w to na ślepo.
Johnny odchrząknął w pięść, ale York najwyraźniej nie rozbawił własny niezamierzony żart.



Zakazane miasto A więc raporty stwierdzały jasno – Mao udała się na negocjacje z generałem Kuzniecowem i nigdy potem nie wróciła do obozu.
Rei ryknął z wściekłości i nim się zorientował, moc już spływała do jego dłoni, jeżąc włoski na ramionach. Uderzył na oślep, byleby wyrzucić z siebie gorzki, palący gniew. Zapachniało ozonem, rozbłysło zimnym, upiornym światłem. Ryk przeszedł w dziki, niemal zwierzęcy skowyt.
– Wasza cesarska mość…!
Otworzył oczy. Opuścił ramiona.
Członkowie Rady Państwa klęczeli przed nim co do jednego, bijąc pokłony. Parę kroków bliżej leżały dwa ciała – tak poparzone, że trudno byłoby nawet określić ich płeć, gdyby wpuszczano na obrady kobiety.
Ale Bai Hu nadal miał mało. Nadal trzymał w garści układ nerwowy, a wizje nakładały się na rzeczywistość makabrycznym powidokiem.
– Czego jeszcze ode mnie chcesz?! – ryknął Rei z wściekłością. – Co jeszcze chcesz mi zabrać?!
– Panie…
– Pokaż mi drogę!
Odpowiedź przyszła nagle. Uderzyła wprost w kręgosłup, wyprostowała ciało, rozwarła szeroko oczy.
A potem runęła strumieniem mocy.
Kon usłyszał tylko krzyk. Tych, którzy łudzili się, że zdołają uciec, bo ci znajdujący się bliżej nie zdążyli nawet otworzyć ust. Swąd spalenizny uderzył mu w nozdrza, od zapachu śmierci i ozonu zawirowało w głowie, ale ciało było napięte jak struna. Nie zachwiało się.
Rada Państwa w ułamku sekundy przestała istnieć.
Wszyscy najważniejsi urzędnicy. Przedstawiciele największych rodów, ważne elementy gmatwaniny powinności i wendetty.
Umarły Chiny, niech żyją Chiny.
Rei przeszedł nad trupami, nawet na nie nie patrząc. Dworzanie i urzędnicy schodzili mu z drogi, kobiety powstrzymywały szloch, mężczyźni chęć panicznej ucieczki. Jedni i drudzy padali na podłogę w pokornych, pełnych czci pokłonach. Na nich również Kon nie zwracał uwagi. Wiedział, że liczy się każda sekunda.
Zmierzał wprost do celi, w której zamknięto Claude’a.
– Masz sprawne skrzydła? – spytał, gdy wreszcie zobaczył Peruwiańczyka i odprawił strażników.
– Prawdopodobnie – przyznał Claude.
Rei skinął głową.
– Zabierzesz stąd moje dzieci – zawyrokował.
– Co?
– Zwracam ci wolność, a w zamian zabierzesz stąd moich synów – powtórzył Kon głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Claude patrzył na niego z niedowierzaniem.
– Ufasz mi? – spytał wreszcie, gdy szczęknęła pierwsza obręcz kajdan i upadła ciężko na dłoń Reia. Po metalu przeszło delikatne wyładowanie, które wstrząsnęło ciałem Peruwiańczyka i wydusiło z niego ciche przekleństwo.
– Jesteś tchórzem. Tchórze wiedzą, jak się chronić, a zakładam, że nie będziesz chciał stanąć naprzeciw tych, którzy cię tu wysłali. – Rozwarła się druga obręcz. – Wiem, że ryzykuję, ale rozważyłem to ryzyko.
– Opierasz się na przesłankach.
– To wszystko, co mam. – Rei westchnął. – Nie wiem, o co walczysz, Claude – powiedział – ale wiem już, o co walczę ja i moje dzieci nie będą tu bezpieczne, a po tym, co zrobiłem, nie mogę już ufać nikomu w Chinach. Jesteś moim jedynym wyborem.
– Co zrobiłeś…?
– Zamordowałem członków Rady Państwa. Prawdopodobnie wywołałem wojnę domową i ściągnąłem na siebie parę wyroków.
Tavarez milczał, czekając najwyraźniej, aż kajdany opadną do końca i może usiłując pozbierać myśli.
– Rei… – odezwał się w końcu.
– Tak? – Chińczyk wyprostował ciało i spojrzał wprost w jego zmęczoną twarz.
– Wiesz, że Pekin jest na tej liście miejsc do zrównania z ziemią.
– Wiem.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 23 lutego 2017, 16:56

Najlepsze momenty: scena z Miguelem i Robertem przed spotkaniem z Radą (pierwsze akapity), zapałki w męskim kiblu, "nie przestawaj", cała scena z Konem i Xue, trochę sceny z Emily i Johnnym (jak się rozwiązuje problemy wg Szkota oraz info o dłoniach jego i Miguela).


Kocham:
SpoilerShow
Nie zamierzał już nigdy więcej wypuszczać własnego losu z rąk, więc po godzinach, gdy Emily, a potem też Johnny już spali, urządzał sobie małą prasówkę.

Problem polegał jednak na tym, że Robert źle czuł się w układach nieformalnych.

Jakby naprawdę biurko oddzielające go od Miguela mogło cokolwiek zmienić.

Uwagi tego typu mijały uszy McGregora o całe lata świetlne.

W każdym razie, dostał szansę, żeby się wyrwać i może wywrócić planszę, więc polezie w to na ślepo.

– Zabierzesz stąd moje dzieci – zawyrokował.
– Co?
No.

tak, zaczęłam komentarz od "no" i uznałam, że to tak słabe, że aż zostawię XD

Najlepsza wrzutka od początku, choć też niemałą rolę gra fakt, że wreszcie lubię wszystkich bohaterów (no, większość) i w końcu ogarniam bardziej. Trzeba było czasu, żebym ten tekst polubiła szczerze, bo sam fakt, że go doceniałam albo mi się podobał, raczej niewiele zmieniał w tej materii. Sama pewnie wiesz najlepiej o czym mówię. Teraz lubię już czytać i teraz wydaje mi się że mogłabyś wrzucać więcej, choć na początku te ilości miałam za bardzo duże, czasem za duże, by komentować dokładnie. I po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślałam tak po prostu, że mnie wkurza, że teraz znów będzie przerwa. Bo bym wolała mieć tę wolność i gdy już siedzę, czytam, myślę znów, chciałabym móc poczytać dalej. Jak książkę, od której szkoda się odrywać, gdy już się siednie z herbatą i jest wygodnie. Naprawdę chciałabym czytać teraz więcej, w sumie miałam spytać na SB, czy nie mogłabyś wysłać pliku, ale potem ogarnęłam, że poprawiasz i piszesz. Szkoda.

Nie chcę się za bardzo powtarzać odnośnie swojego uwielbienia dla Jurgensa, więc ograniczę to do paru zdań. Podoba mi się to, jak wytłumaczyłaś stosunki rodzinne. To, że on zwiększył dystans było jasne i widoczne, ale czemu - żeby nie stracić autorytetu - jest tak autentyczne, straszne i niepojęte, że wali po nerach. I dziękuję za to. Lubię też niepewność, lubię ocenę Miguela, który z boku rozważa to, na ile Robertowi ufa, jak go postrzega i na ile w tym wszystkim może być pewny własnego zdania. Bardzo napięte chwile, bardzo dobrze zarysowane.

Mój stosunek do Emily to takie istne wahadło matematyczne, model literacki :facepalm: ze skrajności w skrajność. Tu znów jest prawdziwa, choć wcześniej przestałam ją czuć i wydawało mi się, że działa pochopnie, dziecinnie. Rozmowy z Johnnym są przyjemnie napisane pod względem... trudno to nazwać, no, realizmu? Czy mi się podoba to, co jest między nimi, czy nie, to przyznaję bez bicia, że obydwie sceny z tej wrzutki są świetnie rozegrane, pełne takich drobiazgów, szczegółów, które aż przyciągają do bohaterów. I to niespodziewanie. Tyle zawiłości, tyle czasu razem, to, że jest syf wszędzie, że nagle poszli do łóżka, że ona lubi patrzeć na blizny, a on tak wprost zadziwiająco oznajmia, że inny facet go interesuje. Może i bym się czepiła, ale to był dobry czas na podobne wyznanie. Nawet w wykonaniu Johnny'ego. Trafiłaś, wyszło prawdziwie.
Mniej prawdziwie wygląda użyte dwa razy słowo "wówczas" w ustach Szkota (pierwsza scena? niewielki odstęp akapitów), ale to tylko uwaga techniczna.

Wiem, że zaczynam coraz bardziej bredzić, komentując ten tekst. To dlatego, że mi się coraz bardziej podoba.

Rei (kolejne wahadło, witam) teraz zrobił na mnie wrażenie i wzbudził taki ogrom fangirlowskich uczuć, że aż wstyd. Przyznaję, lubię, gdy postać zabija i jest potężna, cóż, kto nie lubi? Na dodatek tragizm, rozmowa z bóstwem, wizje, brak kontroli. Serio, dalej wymieniać nie muszę, co nie. No więc teraz go kocham :facepalm: bo zabił tylu ludzi i zareagował epickim spokojem, a wcześniej dałaś mi namiastkę "czułości" w jego wykonaniu, tę rozmowę z synem, łzy. Bardzo dobrze rozegrane.
Decyzja o zwróceniu się do Tavareza szokuje. Mocno szokuje, mocno daje do myślenia - czy to aby na pewno jest ruch właściwy? Czy Rei to przemyślał? Takie ryzyko, tak nagle? Sytuacja jest jednak tak chora i niecodzienna, że nie zakwestionuję wiarygodności. To są tematy których czasem nie da się racjonalnie ocenić, wartości ważniejsze niż życie. Tak przynajmniej podejrzewam - że rodzina jest dla Chińczyka najcenniejsza. Tavarez to opcja szalona, ale jedyna dająca nadzieję.

Najmniej teraz przejmuję się Mao (chociaż jej sytuacja jest potworna i powinna działać), jakoś nie kupuję tej postaci. Nawet jej rozmowę z Rosjanami odbieram tak... nie, że jest sztuczna, ot, bez sympatii szukam tylko ważnych informacji fabularnych i ciężko mi się wkręcić. Cieszę się więc, że Mao występuje na scenie wraz z Rosjanami, bo ich z kolei uwielbiam z zasady, a teraz, gdy walnęłaś tym, że nie Kai, a Black ich trzym w ryzach... Eghm, no, trudno mi coś napisać aż. Lubię, jaram się, totalnie nie mam pojęcia co z tym zrobisz. Ta Bestia jest dla mnie czymś zupełnie nieznanym (w końcu ile linijek z jej udziałem było?) a okazuje się, że gra główną rolę w ważnej kwestii. Czekam.

Miałam pisać coś jeszcze, ale rozwlekłam się nad Robertem i zrobiło mi się głupio, także komentarz troszkę krótszy niż zamierzałam. Kiedyś to wszystko pozbieram w jedną wypowiedź i z siebie wyrzucę. I przepraszam, że brzmię jak troll forumowy, ze swoją turbo składnią i chaotycznymi zdaniami :facepalm:
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 01 marca 2017, 13:57

– Ta jest nowa – Emily wskazała ślad na boku.
– Podziękuj Robertowi.
zobaczyłam to tak bardzo, że mi się zrobiło ciepło... :lalala:
Uwagi tego typu mijały uszy McGregora o całe lata świetlne.
jak pięknie widzieć lata świetlne na właściwym miejscu <3


Bosz. Jak ogromnie pięknie to zagęszczasz. Moment, gdy z coraz większą siłą widać, że Miguel ze swoją decyzją trzymania się od Bestii z daleka miał rację. Sceny z Reiem są świetne. Ta z synkiem - krępujący gorset konwencji (a! usłyszałam to wczoraj i mi się bardzo spodobało i mogę od razu wykorzystać :3) tuż przed tym zanim wszystko poszło się gonić. Desperacja w sprawie dzieci. Jak on bardzo wie, że nie zdoła ich ochronić, bo bycie tchórzem to nie jest najlepsza rekomendacja jednak, a i tak lepsza od tego, co Rei ma. To już nie jest krawędź, jak dla mnie. On spada.

Bardzo, bardzo tak. Więcej.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ