Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 18 maja 2017, 23:46


Toropiec
– Hej, głowa do góry. – Miguel próbował się uśmiechnąć, choć podejrzewał, że efekty nie są jakoś szczególnie oszałamiające, a jego pogodny ton brzmi co najmniej fałszywie. Zwłaszcza w połączeniu z zakrwawionymi, drżącymi rękoma i leżącym przed nim nieruchomo ciałem. – Wszystko będzie dobrze.
Sam by sobie nie uwierzył, ale coś kazało mu brnąć dalej w oczywiste kłamstwo. Mała pociągnęła nosem i bezceremonialnie wytarła smarki w rękaw płaszcza. Atak histerii najwyraźniej minął, ale jej ramiona wciąż podskakiwały od szlochu. Gogle zsunęła na czubek głowy i teraz jej jasna twarz pokazała się w całości. To zdecydowanie nie była buzia porcelanowej lalki. Drobna, ale też o stosunkowo ostrych rysach zapowiadających albo zimną piękność, albo zwyczajną jędzę, obecnie dodatkowo spuchnięta od łez i zaczerwieniona, nie sprawiała wrażenia oblicza potulnej dziewczynki.
Spojrzenie, którym nastolatka obrzuciła Lavaliera, też nie przywodziło na myśl skojarzeń z puchatymi owieczkami, tęczą i ogólnym różem.
– Nic nie będzie dobrze – burknęła z dziwnym akcentem, kojarzącym się może trochę z akcentem Jurija, ale jednak całkiem innym.
– Dobra, masz rację – przyznał z rezygnacją. – Jest przejebane.
– Żyje? – spytał Rei, wyłaniając się zza jego pleców.
– Żyje. Ale nic, kurwa, nie widzę, wszędzie jest pierdolona krew… – Lavalier spojrzał na siedzącą nieopodal i obejmującą się ramionami w beznadziejnym geście obrony dziewczynę, opamiętał się, odetchnął głęboko. – Ale chyba przeszło bokiem. Ma rozoraną dupę, ale kość cała. W każdym razie, widziałem gorsze rzeczy.
– Po prostu uciskaj – polecił spokojnym tonem Kon.
Więc Miguel po prostu uciskał, próbując wyobrażać sobie, że to nie Ivanow, a chociażby jakiś współwięzień. Carlito. O, on miał pecha. I za dużo mówił. Często lądował przefasonowany, zanim…
Argentyńczyk stłumił dreszcz. Nie, to jednak nie był najlepszy tok rozumowania.
Kątem oka widział, jak Chińczyk mówi coś do małej, a ona przytakuje. No tak, miał piątkę dzieciaków, zapewne był lepszy w te klocki. Nie słyszał, o czym rozmawiają, bo głowę zalał mu jednostajny szum. A poza tym Ivanow. I zawiązane w supeł jelita. Potem oboje poszli do najbliższego ze względnie całych budynków i zniknęli w środku.
Jurij poruszył wreszcie palcami, zajęczał i próbował zaprzeć się dłońmi o śnieg.
– Leż, baranie – syknął Lavalier nad jego głową.
Rei wychynął zza progu i gestem dał znać, że teren jest czysty. Argentyńczyk chwycił więc Sabakę pod ramiona i zaczął ciągnąć po śniegu. Na bardziej cywilizowane formy transportu nie miał już zwyczajnie sił, a poza tym jelita coraz dobitniej domagały się jego uwagi, mrożąc ciało kolejnymi atakami bolesnych skurczów. Nie było z nim dobrze – sprawa, zamiast się uspokajać, wyglądała coraz gorzej – i wiedział o tym, ale nie za bardzo miał co na to poradzić. Nadal pozostawała mu głównie wiara w to, że węgiel i czas wystarczą.
Ivanow zaczął pojękiwać, co w gruncie rzeczy stanowiło dobry objaw. Mruczał coś po rosyjsku. Jeśli Miguel dobrze słyszał i rozróżniał słowa, była to imponują wręcz wiązanka bluzgów i bluźnierstw.
– Cieszę się, że żyjesz – wysapał, nie przestając holować Rosjanina, choć szło coraz gorzej.
Odpowiedział mu jakiś bulgot. Zapewne także niecenzuralny. Ostatecznie jednak udało się przeciągnąć Jurija przez próg domu.
– Chyba od dawna nikt tu nie mieszka – skomentował Rei, gdy weszli – ale nie wygląda, jakby się miało jutro zawalić. Wolałbym nie wchodzić głębiej do miasta, bo nie wiemy, co tam zostaniemy. Podejrzewam, że ktoś tu jednak koczuje.
– I Rusek nam się wykrwawi – wysapał Miguel, ocierając pot z czoła. – Sprawmy go szybko, bo muszę na stronę.
Wspólnymi siłami zawlekli Sabakę do kuchni, co komentował już właściwie nieprzerwanym strumieniem soczystych słowiańskich wyzwisk, od których naprawdę mogły ścierpnąć uszy. Wtaszczenie go na blat i obnażenie zranionego miejsca zdecydowanie nie poprawiły sytuacji.
– Jeśli komukolwiek – warczał Jurij cicho, walcząc z zaciskającą się z bólu szczęką – kiedykolwiek wspomnisz, że zmacałeś mnie po tyłku…
– Tak, tak, wiem – Miguel przewrócił oczyma. – Rozpierdolisz mnie i rozkurwisz. A potem poskładasz i jeszcze rozjebiesz w pizdu. Wiesz, że póki cię lepiej nie poznałem, praktycznie nie przeklinałem?
Ivanow syknął, kiedy kolejna fala bólu zmroziła jego pośladek i nogę.
– Nie moja wina, że jesteś… Kurwa mać, delikatniej!
– To osmoza. Za wysokie stężenie – stwierdził fachowo Lavalier i otworzył opakowanie ze zszywaczem. – Dobra, zewrzyj się i żryj drewno, bo zaczynam cerować.
Jurij owszem, zacisnął zęby na wyciągniętej z rozwalonej szuflady kopyści, ale z jego gardła i tak wydobyła się seria nieludzkich dźwięków, które po chwili przeszły w żałosne wycie do księżyca i wreszcie przywodzące na myśl skrzywdzonego szczeniaka ciche skomlenie. Dłonie zacisnęły się na krawędziach blatu kuchennego stołu służącego chwilowo za stół operacyjny, a ciało byłoby się wygięło niwecząc cały wysiłek, gdyby nie czujność Reia i jego ramiona, przyciskające miotające się ciało Ivanowa.
– Skończyłem – oświadczył jednak wreszcie Miguel i otarł pot z czoła. – Ja pierdolę, nie nadaję się do tego… – Ręce mu drżały, kiedy odkładał zszywacz.
Jurij odburknął coś w odpowiedzi, ale nie dało się rozróżnić słów. Może i lepiej.
Lavalier i Kon wspólnymi siłami pomogli mu zsunąć się ze stołu i dowlec na posłanie w pokoju, w którym siedziała już dziewczyna i próbowała rozgrzać drżące z zimna i emocji ciało przy starej, nieco pogiętej kozie. Kiedy usłyszała kroki, odwróciła się na moment, gwałtownie jak spłoszone zwierzę, obrzucając ich trudnym do odczytania spojrzeniem, w którym jednak – jak się zdawało – wciąż było sporo zagubienia.
Dlaczego nie uciekała – to było pytanie. Może nadal tkwiła w otępieniu wywołanym szokiem. Może miała dość rozumu, żeby wiedzieć, że nie zostało jej wiele opcji.
– Hej, jesteś głodna? – rzucił w jej stronę Rei, podczas gdy Miguel praktycznie wybiegł na zewnątrz z zieloną twarzą. – W plecaku są racje, wygrzeb sobie coś – polecił, kiedy skinęła nieznacznie głową. – Najlepiej coś słodkiego. Jak ci na imię?
– Jindřiška – mruknęła, przetrząsając bagaże.
– Jestem Rei. Ten blondyn to Miguel, a przeuroczy gentleman z rozoranym tyłkiem – Kon z pewną satysfakcją i ulgą zauważył, że kącik ust dziewczyny lekko się unosi – to Jurij. Zjedz coś, odetchnij i jakoś to ogarniemy, zobaczysz. Miło nam cię poznać.
– Następnym razem mów za siebie – warknął Jurij ze swojego kąta i szczelniej owinął się kocem termicznym.
Rei westchnął.
– Nie przejmuj się nim – zwrócił się znów do Jindřiški. – Zawsze tak ma, jak go tyłek boli. A tyłek boli go prawie bez przerwy, tylko czasem bardziej.

*

– Młody.
Przystanął wpół kroku i obrócił się gwałtownie, jakby mu ktoś ściągnął smycz, co zauważył z pewną goryczą.
– No?
– Chcę pogadać. Póki ich nie ma.
Miguel uniósł brwi i zmierzył Jurija niedowierzającym spojrzeniem, choć faktycznie, Reia i Jindřiški nie było. Poszli na rekonesans. Tak przynajmniej nazywał to Kon, choć dla Lavaliera nie ulegało wątpliwości, że to bardziej spacer na rozładowanie napięcia. Chińczyk był w obsłudze nieletniej zaskakująco dobry, a ona – nie mając wielkiego pola manewru i musząc wybierać z trzech złych opcji – wyraźnie lgnęła do jego spokoju i opanowania. Cóż, dobrze to wykombinowała, nie dało się ukryć, a on działał, póki stupor nie minął do końca i mógł wykorzystać oszołomienie Jindřiški do przygotowania gruntu.
Rosjanin nadal był blady – zwykle uderzająco jasna twarz wydawała się teraz wręcz przeźroczysta, a żyły pokrywały ją sino-czerwoną, paskudną siatką – nadal wyglądał jak po ostrej libacji i nadal nie siadał, przynajmniej nie na lewym pośladku. Ogólnie sprawiał dość żałosne wrażenie, ale nie zachowywał się, jakby miał tego świadomość.
Lavalier czytał kiedyś, ale nie pamiętał kiedy i gdzie, że zwierzęta nie znają pojęcia kalectwa, że ignorują fakt swojej słabości i po prostu się dostosowują. Był w tym sens, bo przecież gdyby drapieżnik zaczął się nad sobą rozczulać, żadna ofiara nie zapukałaby mu do drzwi upolowana i najlepiej wyfiletowana oraz zapakowana próżniowo. I Jurij zdawał się znajdować w takim właśnie stanie umysłu, choć wszystko działało na jego niekorzyść, a przestrzelona dupa najbardziej.
Choć inna sprawa, że i przed tym, jak został zraniony, nie wyglądał dobrze i naprawdę trudno było to zignorować. I przed laty alkoholowy nałóg sprawiał, że wyglądał na więcej niż te swoje dwadzieścia jeden czy dwa lata, ale to było coś więcej. Coś więcej nawet – jak się zdawało – niż koszmarne, zwierzęce warunki życia.
Miguel podszedł bez słowa i usiadł pod drugą ścianą na swoim śpiworze. Meblami palili w kozie, więc czekały porąbane na kawałki w kupie i raczej nie nadawały się do użytku.
– Hm? – mruknął Lavalier, kiedy uznał, że milczenie Jurija i jego spojrzenia spod zmarszczonych brwi trwają już za długo.
– Widziałeś się z Ivanem? – zapytał z agresją, którą brał zwykle za rzeczowość. – Wiem, że wybierał się do Nowego Jorku i zamierzał z tobą spotkać.
Coś szarpnęło trzewiami Miguela i był niemal pewien, że to nie kolejna fala niestrawności, bo wzięte ledwie godzinę wcześniej leki nadal trzymały sytuację w ryzach. Jakimś jednak cudem za flakami nie poszła reszta ciała i zdołał zachować tę reakcję dla siebie.
– Widzieliśmy się – odparł.
– Miał coś wspólnego z tym wszystkim?
Śliska, zimna podejrzliwość przemknęła po kręgosłupie Argentyńczyka jak zaskroniec.
– Z jakim wszystkim? – Zmarszczył czoło.
– Z tobą w Chinach. I tobą w Moskwie.
– Ze mną w Chinach. Tak.
Jurij wypuścił głośno powietrze przez nos i wyburczał jakieś przekleństwo, odwracając wzrok na odłażącą ze ściany tapetę w paskudny wzór z kwiatów i pasów.
– Ale ze mną w Moskwie nie – dodał Lavalier.
– Hm. Sugerował ci to? Rozmawialiście?
Miguel pokręcił głową.
– Nie w cztery oczy – odparł. – To było spotkanie w szerszym gronie, jakieś ONZ-owskie szychy, nie znałem prawie nikogo. Zresztą kwestia Chin wypłynęła po tym, jak już wyszedłem. Robert zrelacjonował mi resztę.
Jurij uniósł brew, wyraźnie zaskoczony.
– Robert?
– No tak. Byłem tam jako jego maskotka. W jakim innym celu mieliby mnie zapraszać? Nie częstują kawą z dobroci serca.
– I Robert ustalił to z Ivanem?
– Też nie. To bardziej skomplikowane. – Miguel omal nie uśmiechnął się do siebie na sugestię Jurija obnażającą, jak mało wiedział o świecie polityki. – Ktoś zasugerował delegatom, że jako Połączony i dawny znajomy Reia mam szansę na udane negocjacje. Co oczywiście od początku było bzdurą o tyle, że nie mam za grosz doświadczenia w dyplomacji i nikt mnie nie wprowadzał w plany ONZ względem Chin poza jakimiś ogólnymi gadkami o naprawie stosunków. Podejrzewaliśmy Ivana, a z tego, co mówisz, wnioskuję, że słusznie. Podchwycili wątek, od słowa do słowa i jakoś tak wyszło. Pewnie lobbował za tym wcześniej. Nie potrafiłem zrekonstruować jego toku myślenia, chociaż Emily miała ciekawy pomysł. Twierdziła, że chodzi o prowokację i o to, żebyśmy odwalili z Reiem dramę. Jak się okazało, nie było to potrzebne, chociaż nie wiem, czy Ivan wiedział o planowanych zamachach.
– Wiedział – stwierdził Jurij z kamienną pewnością w głosie.
– To ciekawe. Cóż – Lavalier przewrócił oczyma – to był piromanta, więc i tak jest pewnie na mnie. Po to miałem się tam znaleźć? Żeby zatuszować ślady?
Ivanow nie odpowiedział.
– I jesteś absolutnie pewien, że nie padło nic o Moskwie? – zapytał zamiast tego.
– Absolutnie. Jedyne słowa wymieniliśmy przy powitaniu. Odmówił nawet podania mi ręki. Powiedział, że nie chce mnie dotknąć, bo coś, nie pamiętam.
– Bo zabroniłem mu tego robić – zawarczał Sabaka nisko.
– Tak? – Miguel chciał, ale nie zdołał powstrzymać gorzkiego prychnięcia. – No to o jakieś szesnaście lat za późno.
– O czym ty mówisz?
– O tym, że Ivan pracował dla Bartheza wtedy w Moskwie. Prawdopodobnie wiedział, że jego obecność mnie rozstroi, ale potem pomógł zatuszować sprawę i przekonać resztę delegatów, że nie taki Argentyniec posrany, jak go malują. Tego jednego kompletnie nie rozumiem. To mi się nie składa. Ale nie jestem szpiegiem, nie znam się na tym, może ma jakiś sens.
– Z pewnością ma – burknął Jurij nawet jak na siebie wyjątkowo ponurą. – To Ivan.
Po tych słowach zamilkł i zastygł jak jakaś upiorna mumia – w zimnym, ostrym zimowym słońcu sączącym się przez brudne, do połowy zasypane śniegiem okno naprawdę nie wyglądał lepiej niż dobrze odleżany, wysuszony trup.
Miguel odgonił od siebie to skojarzenie.
– Jurij?
– Hm?
– Dlaczego nie chciałeś rozmawiać przy Reiu?
– Bo to Chińczyk. Jak się czujesz? – Ivanow zmienił temat, jakby poprzedni nigdy nie zaistniał.
– Jak widać – Miguel wzruszył ramionami. – Brałem niedawno leki, jeszcze trochę potrzymają. Potem pewnie zacznie się na nowo.
– Słyszałem, jak kaszlesz.
– A, bo coś mi siadło na płuca. Takie łaskotanie, nic wielkiego. Gargoyle da sobie z tym radę, ze sraczką też. Ze wszystkim sobie daje radę.
Jurij zmierzył go spojrzeniem z ukosa, jakby nie do końca w to wierzył, ale postanowił zmilczeć.
– Spokojnie, nie będę nas długo spowalniał – dodał Lavalier. – Znajdę jakieś odpowiednie materiały, zrobi ci się kule i możemy ruszać.
– Nie dlatego pytałem – warknął Jurij, jakby planował odgryźć mu rękę z połową pleców. – Ale inna sprawa, że powinieneś jak najszybciej wypierdalać z Rosji. Nie powinno cię tu być. Ze wszystkich ciebie akurat, kurwa, najbardziej.



Dearc-Luachrach
Palce Johnny’ego powoli przesunęły się po linii szczęki Emily. Obrysowały trójkątną, szczupłą twarz i płatki uszne. Tylko dwa i tylko same opuszki. Gdyby znali się gorzej – gdyby on nie znał jej wrażliwych miejsc, a ona jego łóżkowego temperamentu – można by się pomylić i wziąć to za niewinny gest pocieszenia, zwłaszcza w połączeniu z odgarnięciem kosmyka rudych włosów z czoła. Nic z tych rzeczy. Nie po zmroku, nie po zaciągnięciu zasłon i nie po zgaszeniu światła.
– Masz je na sobie? – wymruczała York, mrużąc oczy trochę zalotnie, a trochę z przyjemności, która już spływała w dół brzucha lekkim dreszczem.
– Sprawdź sama.
Objęła go w pasie i przyciągnęła ku sobie, a potem przesunęła dłońmi w dół lędźwi.
– Oczywiście, że masz – zaśmiała się. – Majty wstydu. Minus trzysta do lansu.
Miał je na sobie, gdy kochali się w tym miejscu po raz pierwszy. Głównie dlatego, że nie był do końca przygotowany na taką okoliczność – rodzice za ścianą obok i Emily przebąkująca coś o tym, że lada chwila dostanie okresu, jakoś nie nastrajały go optymistycznie w kwestii myślenia o łóżkowych ekscesach ze świeżo wówczas upieczoną narzeczoną. Więc kiedy okazało się, że jednak tak, testosteron odebrał mu rozum i pamięć, w efekcie czego zapomniał, że ma na sobie absolutny koszmar. Może i jedwabny, ale co z tego. Wydawało się wręcz, że to tylko pogarsza sprawę i kiedy Emily zobaczyła geometryczne musztardowe wzorki na ciemnozielonym tle oraz fioletowe guziki i szwy, wyraźnie zwątpiła.
Tak wyszło. Bo się spieszył. Bo miał nadzieję, że kiedy York odbębni już miesięcznicę, wyciągnie z walizki te lepsze. No i nie zdążył.
Od tamtego czasu to był taki ich głupi rytuał, jeśli przyjeżdżali do Dearc-Luachrach.
To Johnny z pewnością mógł zapisać sobie jako osiągnięcie – po szesnastu latach rwanego związku nadal wzbudzał w Emily te same żądze, jak na samym początku. Nie nudziła się szorstkość jego włosów, wrażliwa skóra wiecznie pokryta jakimiś krostkami po podrażnieniu, a z czasem też coraz liczniejszymi bliznami, nie nudziły się wyrzeźbione jak u greckiego bóstwa mięśnie i pewność siebie. Mógłby być nawet mniej pomysłowy, a pewnie niewiele by się w tej kwestii zmieniło.
Emily westchnęła i przylgnęła do niego mocniej, czując kolejne pieszczoty nieoczywistych miejsc – jej miejsc, tych, które poznawało się w trakcie długotrwałego związku. Które ona sama musiała poznać. Linia szczęki, kark, linie łopatek, boki i wreszcie przestrzeń, gdzie udo stawało się pośladkiem – nie wyżej i nie niżej. Właściwie była już gotowa, ale nie zamierzała mu tego mówić. Niech się nią jeszcze pobawi. Niech to trwa.
Okazało się, że była zbyt zachłanna, bo nagle, w ciemności, jak w klasycznej filmowej scenie rozdzwonił się telefon.
– Kurwa… – rzucił Johnny i opadł na plecy, wywracając oczyma. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że Emily nadal, niezmiennie od lat używała jako sygnału połączeń piosenki z „My Little Pony”. Ta durna melodyjka odbierała mu erotyczny zapał jak nic innego na świecie.
– Boże Święty…
– Co jest?
Kiedy York zobaczyła na wyświetlaczu nieznany, dziwaczny numer, serce podeszło jej do gardła. Jasne, to mógł być ktokolwiek. Może nawet Robert z jakiegoś szyfrowanego połączenia, ale jednak myśli York natychmiast pobiegły ku Judy Mizuharze. Nie była w stanie odebrać. Po prostu stała, trzymając telefon w drżących dłoniach i patrząc na obce cyfry, aż nie zniknęły.
– Emi, powiedz coś. Kurwa, cała się trzęsiesz.
Wzięła jeszcze jeden głęboki oddech, pozwalając żebrom stopniowo rozluźniać się przy cieple innego, zaufanego ciała.
– Będę musiała zmienić numer – wyszeptała.
I wtedy telefon zadzwonił ponownie.
– Odbierz – polecił Johnny. – Jestem tu.
Ledwie trafiła w symbol zielonej słuchawki.
– Halo? – wykrztusiła z trudem.
Odpowiedziały jej trzaski i szumy. Dopiero po paru sekundach wyłowiła z nich męski głos, ale nie była w stanie rozróżnić rwanych słów.
– Halo!
Z jakiegoś powodu serce zaczęło bić jej jeszcze mocniej, już właściwie boleśnie.
I dotarło do niej nagle – znała ten głos. Znała charakterystyczny akcent i chrypkę.
– Miguel! – krzyknęła, przyciskając aparat do ucha, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. – Boże! Miguel, to ty?!
W przebłysku zdrowego rozsądku włączyła nagrywanie rozmowy. Może potem. Może odtworzy chociaż pojedyncze słowa.
– Mów! Mów, gdzie jesteś! Co się z tobą dzieje!
Szmery wzmogły się, coś wyraźnie zakłócało sygnał. To nie były tylko problemy techniczne. To brzmiało jak zagłuszarka. Emily dygotała jak w gorączce, choć silne ramiona Johnny’ego przyciskały jej plecy do szerokiej piersi. Nagie ciało pokryło się gęsią skórką i zimnym potem, kolana uginały.
– Kocham cię, słyszysz?! – zawołała w akcie desperacji.
Odpowiedziały jej już tylko długie sygnały zerwanego połączenia.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 19 maja 2017, 11:39

Wstawka z Kaiem była... sympatyczna. Ten Kai, który włada Rosją jest trudny do lubienia jako postać. W RIPie miał swoją chwilę podczas wspomnień z dzieciństwa jego znajomości z Jurijem - tamto wytłumaczenie makijazu na twarzy, wspólne lepienie bałwana. Zwłaszcza, gdy w RIPie akcja koncentrowała się na Juriju i zyskał on tam sympatię to gdy później został wzięty przez Hiwatariego na smycz to wątła nić do Kaia prysła. W Odpadzie jest wręcz nieznośny - trochę jak Stalin, polityka terroru, strachu, korzystanie z Połączonych jak z pionków. Zwłaszcza śmierć Siergieja była taka trochę... bezsensowna? Musiał zostać zabity, bo nie został złamany do końca. Nie czuję tego, ale chyba dlatego to takie straszne. A teraz widać inną twarz Kai. Nawet nie ten płacz zrobił wrazenie, co zwykła kobieca solidarność i trzymanie Mao bezpiecznie, pomimo tego, ze to przeciez ona wywołała lawinę tych niepowodzeń. Mimo upokorzenia, mimo śmierci Siergieja.
– Jeden problem z głowy – odwarknął Jurij i kolejna fala zamieci runęła z hukiem. – Jeszcze raz rozwarłaby durny ryj i sam bym ją odstrzelił.
hau, hau xD

Podczas całej rozmowy Oliego z Enrique miałam takie... "Dobra jestem!" 8)
Zapaliła mi się podczas tej rozmowy czerwona lampka dwukrotnie. Pierwszy raz kiedy uzyłaś słowa "ośrodek" tłumacząc to, gdzie teraz pracuje E., a drugi raz kiedy zainteresował się Połączoną-Czeszką... Czyzby E miał nas czymś zaskoczyć? :3

Odstrzeliłaś pośladki Jury!!!! :facepalm: W scenie cerowania padłam kilka razy, ale cały czas po głowie chodziło mi to środek zapizdowia w Rosji, szybciej uwierzyłabym, ze znaleźli igłę i nitkę niz zszywacz

Coraz bardziej zaczyna mnie martwić stan Miguela. Moze być kurcze kuloodporny, ale nie jest niezniszczalny. Chyba trucicielka Ta-Której-Imienia-Nie-Da-Się-Zapisać go mocniej niz tylko trochę uszkodziła. Tak samo jak Jurze śmierdzi mi to chorobą =.=
SpoilerShow
Uwagi teczniczne
Zaciskał zęby, gryzł się po języku. Upokorzenie okazało się ciężkie i tłuste jak olej, wlane do środka przezi co dalej ?. Czasem Hiwatari miał wrażenie, że zalega między palcami i pod paznokciami, a wtedy szedł do łazienki i szorował ręce.
Był w tym sam, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, do jakich sekretów dostępu broni.
Na Zachodzie bano się tej dysproporcji, wiedział o tym, w końcu uspokojeniu nastrojów miał służyć, ale chyba nikt tam nie wyobrażał sobie, jak potworna może okazać się rzeczywistość. Chyba nikt tam nie wyobrażał sobie w ogóle, jak potworna może okazać się rzeczywistość wojny.
to powt. nie brzmi celowo, a jakbyś się trochę zamyśliła nad czymś innym i coś nie wyszło
Inna jest taka, że, żenie tylko doszło do wybuchów.
Będziekalekami do końca życia, mają porozwalane wątroby, nerki, płuca i serca.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 22 maja 2017, 18:27

Im bardziej myślę, tym bardziej czuję, że może nie powinnam, a im bardziej tak czuję, tym bardziej myślę i koło się napędza i znów czytam losowo wcześniejsze fragmenty :facepalm:

wspomniałaś na SB coś (przesadzonego rzecz jasna) o niespójności postaci, ale one są spójne, tak spójne jak tylko mogą być postacie angstowego fajerowego fanfika. W sumie to wcale nie jest dla mnie tekst z półki fanfików, bo jakoś tak oceniam je zawsze z dystansem, a ten jednak pokochałam.

Po głębokim namyśle, 3 wersjach komentarza i ostatniej wpadce w wątku Wiosny postanowiłam, że nie stworzę kolejnej teorii i nie rozleję się znowu aż tak. Chciałabym wreszcie zrozumieć zawiłość sytuacji Miguela i jego związek emocjonalny z Jurijem, bo nie jestem w stanie. Nie jestem głównie dlatego, że wszedł na scenę Ivan i wszystko mi zniszczył, nie wiem teraz, co jest prawdziwe, co jest wynikiem paranoi, co jest paranoją i kto komu tę paranoję zawdzięcza :facepalm: liczę mocno, że to się w Odpadzie wyjaśni do pełnej klarowności i w sumie zaczynam się cieszyć, że nie planujesz tu jakichś kosmicznie zachachmęconych rozkmin i planów. Już nie mogę wytrzymać tego napięcia. Ono towarzyszy mi podczas czytania o Miguelu od samego początku. I patrz, jak ewoluowało. Najpierw głównie mu współczułam, rozbrajał mnie i rozczulał, trochę tylko myślałam o nim jak o złamanym, szalonym człowieku. Później ta akcja z jego miejscem i rolą w Odpadzie, w grupie wielkich potężnych graczy. Taki żałośnie ludzki i uczuciowy pierwiastek. A potem wmieszało się info o Ivanie, ta nurtująca rozdwojona natura Miguela, ta chora relacja z Jurijem, która dopiero przy pełnej bliskości zaczyna przerażać.
Na pewno wiesz doskonale o tych problemach z rozkminianiem zamysłów i silnej potrzebie wniknięcia w szczegóły. Fakt, że nie zawsze mi wychodzi i często mylnie coś interpretuję, niezbyt ułatwia rozumienie emocji i zamiarów bohaterów.

No ale już dość marudzenia, będę rzeczowa i po prostu odniosę się do ostatnich fragmentów

Najlepszy zdecydowanie moment to te akapity o Juriju. O tym, że jest kruchy i przegrany pod wszystkimi warstwami i maskami złego, okropnego, wściekłego i dzikiego Jurija-Z-Przeszłości. Zastanawiam się, czy on sam wierzy w tego człowieka, którym próbuje być. A może nie próbuje, tylko musi? To, że nie odszedł od zmysłów i cokolwiek w nim ludzkiego zostało (a zostało zaskakująco wiele i to jest najboleśniejsze) sprawia, że mam zimno w głowie i boję się zwyczajnie zakończenia tej historii.
Takim samym strachem napawa mnie Miguel - albo to, co go toczy, obce i własne, fizyczne i psychiczne.

Sceny akcji, te szybkie, dynamiczne kawałki podczas odbijania Połączonej, trochę mi falowały. Jakbyś dużo razy je pisała i zmieniała i robiła to w wielu różnych nastrojach. Pierwszy raz też w Odpadzie (właśnie w tej scenie walki i końcówce, gdzie Miguel robi za kulochron) miałam nieprzyjemne odczucie, że zbędnie określasz podmiot mówiący. Dwa albo trzy razy. Chodziło o Miguela. W sensie wiedziałam, że to on mówi (chyba podczas uspokajania tej dziewczyny) ale i tak padło jego nazwisko/imię. Durny zarzut, zwłaszcza że nie przytoczyłam cytatu, ale jakbym miała wskazać jakieś miejsce w tej wrzutce, które zgrzytało, to była to ta scena. Jakbym jechała po asfalcie cały czas, a tam taki bruk nagle i czuć różnicę
Możliwe, że to było spowodowane moją tęgą rozkminą, która nastąpiła chwilę wcześniej - mam na myśli te chwile, gdy oczami Miguela obrazujesz zniszczenia, siłę, potworność mocy Jurija i Reia. Wiem, że to było potrzebne i z przyjemnością czytałam opisy. Chciałam wiedzie dokładnie jak to wygląda, co robi z ludźmi, jakie jest miażdżące wobec niepołączonych i ich sprzętu. Jak bardzo nie pozostawia złudzeń i jak nie ma sensu z tym walczyć. Ale! To było oczami Miguela i to mi cały czas nie grało. Nawet ta jego rozkmina o Zachodzie, o tym, że wspomniał mechy Emily i to jakie one są przy "mocach" Bestii bezradne. Nie mogłam się skupić, bo cały czas coś mi uparcie powtarzało - ale stary, kto ma o tym wiedzieć jak nie ty? Nad czym ty rozkminiasz? Jakbyś był pierwszy raz przy Juriju i Reiu, jakbyś sam nie był pierniczonym piromantą, jakbyś nie siedział w temacie od kilkunastu lat.
Mogę się mylić, ale miałam wrażenie, że cała scena powinna mieć innego narratora. Może rzeczywiście niepołączonego. Bo wtedy oszołomienie mocami dałoby się wytłumaczyć. A Miguel? To jakby wieloletni gracz w lidze nagle się zamyślał nad zasadami gry... Choć może to też tłumaczy, jak bardzo Argentyńczyk się nie styka poziomem z niszczycielską siłą pozostałej dwójki? Nie zdołałam ułożyć tego w głowie, żeby powiedzieć coś konkretnego, znów dostajesz ode mnie bełkot :facepalm:

Scena z Kaiem zmiażdżyła. I to dosłownie. Nie wiem jakim cudem dokonało się niemożliwe i ja - jprdl - poczułam do niej(go) sympatię. Nie chodziło wcale o Mao, której oszczędził gwałtu, choć to mocno mnie zaskoczyło. Nie chodziło też o stosunek do chłopaków - głównie Siergieja w tym konkretnym momencie. Jasne, że trochę mnie to zaskoczyło, ale po chwili wydało sie logiczne i słuszne. Jak mogłaby go zabić i potem nie cierpieć, choćby odrobinę? Zresztą kto wie, co bolało bardziej. To, że go zabiła czy to, że uznała, że ją zdradził. Tak naprawdę te wszystkie rzeczy tylko zaorały grunt, a mnie ruszyło to, jakie wielkie, cholernie ciężkie brzemię spoczywa na tej postaci. Może to durne, ale nigdy nie pomyślałam o Kaiu w kategoriach patrioty. Albo w ogóle kogoś, kto a jakieś cele poza egoistycznymi wizjami. A tymczasem chodzi o coś więcej. O Rosję. O ogromne stawki, życia ludzi, przytłaczające sprawy i problemy, których Kai ma świadomość a inni najwyraźniej niekoniecznie. Chcę wiedzieć, o czym on wie i z czym jest sam. Chcę bardzo.

I jeszcze może o scenie z Olim. Ja pierniczę, mój stosunek do niego jest jak wahadło :facepalm: teraz znów mi go szkoda i zaczynam się martwić, zaczynam się przekonywać to jego toku myślenia i bać, że został skreślony niesłusznie. Pan ksiądz - brak mi słów. Jakoś nie bardzo to widzę, tę uroczość w sutannie, super-ciało i włoską urodę i tak dalej p___p na dodatek (tu już Mono mnie wyprzedziła) mocno zwróciła moją uwagę jego reakcja na tę małą połączoną, ale ja już jestem przewrażliwiona i zbyt czujna :facepalm: w złych momentach, także...
(btw + za to że ani kobiety ani mężczyźni pod innymi względami niż perfekt estetycznie Oliego nie interesują XD)

Przepraszam za ten komentarz :bag:

*EDIT

ZAPOMNIAŁAM O GACIACH WSTYDU XDDDDDD ta wizja zostanie ze mną na długo
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 25 maja 2017, 19:02

Poniższy komentarz zawiera wyrazy powszechnie uważane za wulgarne, bo życie bez mięska jest smutne, ale tak tylko dla smaku tu jest. Bez szaleństw xD

Ponadto powyższy komentarz odnosi się do tego, co zostało wrzucone przed początkiem maja. Majowe wrzutki jeszcze się czytają xD

Nie bardzo wiem gdzie zacząć, więc będzie chaotycznie i w pseudo punktach… i od rzyci strony.

I w ogóle powinnam była robić notatki na bieżąco, bo teraz nie jestem w stanie sobie wszystkiego przypomnieć na zawołanie, za co przepraszam. Będzie mi się pewnie odniesieniami czkało w przyszłych komentarzach, gdy jakaś scena przypomni coś dawniejszego. :/

I w ogóle ogólnie to polecę sobie po bohaterach, bo jakoś tak łatwiej, a ze mnie jest ten co łazi na łatwiznę… >.>
I to w ogóle są takie moje jak ich odbieram... i to w ogóle takie part łan... dobra, już przechodzę do rzeczy


Miguel to jakaś niesamowitość. Cholerny szwajcarski scyzoryk, tak, trochę pordzewiały, żaden lśniący ideał, ale w tym radosnym trio on jest pełna wszechstronność oparta na zerowej wierze w siebie. Rei-połknąłem-kij-od-miotły-i-mam-misję/wizję jest silny, niebezpieczny i och ach, znaczy generalnie popieści cię prądem i poprawi morały. Jurij-pieprznięty-rusek odmrozi ci jaja więc nie podchodź. A Miguel jak trzeba, to da się z niego wyciągnąć to i owo gdy potrzeba ci nieco inżynierskiego ogaru, po mordzie też da (skręcenie karku included, kuźwa i to było tak pięknie napisane w ogóle, Rei tego za bardzo nie skomentował, potem też to wspomniano przy Judy i promieniowało z tego takie: oni wszyscy totalnie by Miguela o coś takiego nie podejrzewali, jakby Rei nie widział, to by mu do łba nie przyszło go podejrzewać, o bycie zdolnym do czegoś takiego; trzepnął mnie ten motyw), w porywie i pogada pod krawatem, acz tu wyczucie czasu było wysoce nie ten tego i była wtopa, ale hej, Jura lepiej by sobie nie poradził. A zważywszy jak mu życie dopierdoliło, to ma facet zaprawdę godną podziwu pływalność i przyczajoną siłę woli, skoro lezie dalej, a nie pieprznął tym wszystkim, nie zaszył się w południowoamerykańskiej głuszy i nie dzieli czasu na robienie księżycówki i picie księżycówki. Poza fascynacją ogniem, która tak nie jest w 100% jego i tylko jego fascynacją, to on nie ma jakiegoś nałogu, co by nim sobie wybitnie odreagował. O.O

To jak już o Reiu było, to przy nim zostanę. Kij od szczotki, o :|Honorowa menda i to w zasadzie powinno bardzo dobrze o nim świadczyć, ale jemu chyba najczęściej miałam radosną ochotę przywalić i rozkwasić nos. xD Tak bez urazy dla niego czy coś, ale tak, to jest zdecydowanie to, co mówiłaś na wyjeździe z Katowic – że on nie umie sobie wyobrazić jak by to było być kimś innym i co by w tedy zrobił i tak się zatchnął jak wyszło, że Jura Kaia (zostanę przy tej pisowni) spróbował, niestety nieskutecznie, wykopać na tamten świat. A potem się tak zatchnął na tym, że jest wybranym cesarzem, że ma misję, wizję… normalnie jak moja korpo, też mamy całe slajdy z misją i wizją. >.> Gdzieś mnie po drodze naszło pytanie, co by on zrobił, jakby bestie nagle zniknęły, ale doszłam do wniosku, że odetchnąłby, dorobił do tego filozofię i wrócił medytować pod wodospad. Taki typ.
Gdy Jura i Wolborg żyją w stanie zawieszenia broni, Miguel i Gargoyle mają między sobą prawdziwą strefę zdemilitaryzowaną, to Rei jest posłusznym mieszkańcem Pjongjangu… Zrób to, zrób tamto, jesteś tym. Bajka. Dla bestii. Paskudna część mnie jest ciekawa, co by było jakby w jakimś alternative universe Reiowi się trafił Zeus. :| Cholernie jestem tego ciekawa (co należy odczytywać też jako dowód tego, że może koleś mnie drażni, ale jest tak dobrze napisany, że sprawia, że o nim myślę).

To teraz Jura. Jura jest tym typem, który chleje, klnie, w 9 na 10 przypadków jest do rany przyłóż jak gangrena i najlepiej w ogóle nie podchodź… Zatem zgodnie z prawidłami literatury, i nie tylko, oczywiście, że jako czytelnik go lubię xD Zwłaszcza, że nie jest taki bo tak. Też miał spierdolne życie a im dalej w las tym gorzej. Czy bez tego spierdolenia byłby przyzwoitym członkiem społeczeństwa – a cholera to wie, ja na pewno nie muszę tego wiedzieć. Wiem, że go lubię. Nawet czasami mi go żal, bo ma cholernie niefartowne położenie, a po śmierci Sieroży shit got so much more serious…
Jednocześnie Jurij jest chyba najbardziej stabilną postacią w swoim postępowaniu, ot surprajs. Przynajmniej ja go tak odbieram.
I mleko bananowe. W życiu nie piłam, przez niego mam ochotę spróbować.

A nie bananowo to oh Robsonie… Mogłoby się wydawać, że z tego częściej przewijającego się przez odpad castu to Emily jest najbardziej w sprawie i zarazem poza nią, ale im dłużej myślę nad Robertem, to tym bardziej mam wrażenie, że on żyje na innej planecie. Johnny pięknie go podsumował, gdy mówi o zaufaniu. Chwilami mam wrażenie, że Robert rozstawia pionki na szachownicy, tylko to kuźwa nie jest ta sama szachownica, na której grają inni. On jest cały taki że to tu, to tak i two tea to room two two… ale cała jego kontrola jest papierowa. W sensie on ma stanowisko w polityce. Chiny i Rosja są pewnym dowodem w tekście na to, jak to z tą polityką bywa. Partia… CESARZ! Prezydent i w ogóle…. LÓD, cosio, które cholera wie czego w sumie chce, ale się rządzi i ma dumę równie ciężką co szalik… jak on czasami planuje, to nachodzi mnie, co by zrobił, jakby za tydzień okazało się, że dostał ze względu na sytuację jest out. Nawet nie dlatego, że on schrzanił, ale dlatego że organizacja schrzaniła a on jest jej mordą, więc to on wylatuje.
On jest taki… mam wrażenie, że jakby przyszło co do czego, to on może mniej niż prawie każda inna postać w tym tekście.

I tak kontynuując na europejską nutę, to Johnny jest trochę uwięziony na jego (Roberta) orbicie, a jednocześnie pewnie mógłby mu bez trudu złamać nos i w tej cholernej scenie o ufaniu sobie tam mocno wyszło, jak on się w tym odnajduje i że odnajduje się bardziej niż może Robert przypuszczał. I ja jestem podskórnie pewna, że naprawdę łapie się lepiej, może dlatego, że patrzy mniej z góry, reaguje a nie planuje i to wyszło po raz drugi gdy skontrastowałaś ich w hotelu. Johnny i Emily vs Robert i Clara. Dwa światy. Niby to przy planowaniu Roberta powinno pasować określenie, że jest rzeczowy i przyziemny, że tak powiem, ale nie. Robson jest gdzieś ponad. To Johnny stąpa twardo po ziemi. Może nawet najbardziej ze wszystkich (Siergiej, Iwan, Borys… też są/byli – :( – blisko). Jura czy Miguel to bagno. Rei to *bezradny mach łapami*.

Zaskoczyłaś mnie Sierożą. Nie ukrywajmy, w oryginale, to był ten koleś co zapełniał tło. Dosłownie. Ivan był mały ch…kiem, Borys stwarzał pozory nienormalnej normalności przez kontrast, Jura był szalonym ruskiem, a Sieroża był. :| Jakoś tak do tego przywykłam, że to jak rozegrałaś go w fabule totalnie złapało mnie z opuszczoną gardą i choć nie pojawiał się zbyt często, to jego śmierć totalnie i absolutnie mnie ruszyła i dołożyła się do listy cichych powodów, czemu wolałabym aby Mam-szalik-Który-Kruszy-Beton leżało sześć stóp pod ziemią. :|

Mao tak naprawdę pojawiła się późno. Bardzo długo była uosobieniem zagrożenia, taką przestrogą, a potem wróciła i w zasadzie nie byłam pewna czego się po niej spodziewać. Okazało się, że wielkich rzeczy. Rispekt. Wielki rispekt za jej ostatnią akcję, nie ważne jak małe szanse ta akcja miała. Za chęci się jej należy. Wręcz gdzieś tam po drodze zaczęłam się zastanawiać, jakby to było, gdyby ona miała więcej „czasu ekranowego”. Na przykład kosztem swojego małżonka. To nie tak, że kija-od-szczotki nie lubię. De facto to była w anime moja ulubiona postać… przynajmniej w pierwszej serii i przez część trzeciej, potem, well… spadł na trzecią pozycję xD Przy jej rozmowie z Kai-… przypomniało mi się też to, co sporo wcześniej powiedział Miguel:
„– Udało im się – wykrztusił wreszcie Miguel z szerokim uśmiechem. – Wszystko im się, kurwa, udało!”
Komu się udało… tak nagle wydało mi się, że komuś innemu niż myślałam gdy padały te słowa. I to był jeden z mocniejszych momentów przy czytaniu (obok tego jak Johnny


Ciąg dalszy nastąpi jak mi się jeszcze kilka rzeczy we łbie ułoży :/ Na przykład o ekipie made in USA, która się gdzieś tam przetwierza. I Emily, która jest ważna i robi co może, ale to co może (przez wielkie M) dopiero się wykluwa.



Takie różne pozaznaczane przeze mnie z miłością

„I tak prawie nie widzę po zmierzchu. A będzie wam cieplej.
– A ty?
– A ja mam piecyk wbudowany, nie martw się, jeszcze działa.”
<3 To jeszcze z R.I.P.a ale miłość jest


„– Dokończ, proszę.
– …że nam ufasz, Robert.”
@#$%^T&$%^&*()P dowalił, ale idealnie, kuźwa w punkt.

„Ale nie, Lavalier miał swoje plany, uparł się, żeby przekroczyć granicę z Rosją i dostać się do Moskwy, a jeśli Lavalier się przy czymś upierał, nie było siły zdolnej go od tego odwieść.”


„Podajnik do srajtaśmy – jęknął Lavalier i potarł czoło w geście zakłopotania. Prawdopodobnie. – Zeskanował mi ryj, a potem na mnie nakrzyczał.”
xD

„A Rei? – Masefield przekrzywił głowę jak zainteresowane niezbadanym dźwiękiem zwierzę. – Sądziłem, że zaistniały między wami… stosunki społeczne wysokiego rzędu.”
Brooke, kochanie… weź gadaj do gołębi, to ci lepiej wychodzi :facepalm:

„spał, nieświadom istnienia innego poziomu, nieświadom tak bliskiej obecności Reia, nie mogąc usłyszeć jego głosu. Nie wiedział i pewnie nigdy nie miał się dowiedzieć, jak inaczej tu wygląda i jak Gargoyle chroni go przed pozostałymi duchami pierścieniem wściekłego ognia, jak ciasno, jak zachłannie otula skrzydłami.”
The wow.

„Tutaj... – wychrypiał słabo Kon.
– Jezus Maria! – Lavalier dopadł do niego w ułamku sekundy.”
Reakcja Miguela jest taka cudowanie życiowa.

„Kai górujący nad nim mimo różnicy wzrostu i postawy.”
To ze sceny z Siergiejem i mój zły mózg zapodał mi tu Kaia w wersji z V-force… xD

„– Co ty tu, kurwa, robisz?! – warknął Jurij.
– W tym momencie próbuję ocalić ci dupę! – syknął Miguel.
– Mhm. I będziesz mi wmawiał, że nie masz z tym niczego wspólnego?
– Nie mam!”
No cóż, w sumie nie wiem czego innego ja się spodziewałam.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 02 czerwca 2017, 21:10

1/2 Dziękuję Wam. Po raz kolejny i nie wiecie jak.

ROZDZIAŁ XX
I AM NOT A SORE LOSER. IT’S JUST THAT I PREFER TO WIN, AND WHEN I DON’T I GET FURIOUS


Rosja
– Boję się go – wyrzuciła z siebie zupełnie nagle.
Rei obrócił się ku Jindřiszce zbity z tropu zarówno jej tonem, jak i nagłą szczerością. Owszem, przyzwyczaił się już do faktu, że zwykle milcząca, wyraźnie nielubiąca używać angielskiego Czeszka odżywa niemal wyłącznie podczas ich wspólnych eskapad i prostych prac. To jednak nie równało się wcale otwartemu nastawieniu. Raczej realizacji podstawowej potrzeby znalezienia chociaż namiastki normalności pośrodku rosyjskiego pustkowia, przez które przedzierali się w znacznie wolniejszym niż kiedyś tempie, ograniczani przez nastolatkę, przestrzelony pośladek Jurija i rewolucję jelitową Miguela.
Gdyby zresztą nie to, sam Kon sprawiałby problemy, bo kikut już od jakiegoś czasu domagał się odpoczynku, a proteza nie do końca radziła sobie z warunkami. Zaprojektowano ją z myślą o drewnianych podłogach pałacu i kamiennych chodnikach. Przy dłuższej eksploatacji w terenie zaczynała szwankować, a śnieg działał na nią wręcz fatalnie.
– Kogo masz na myśli? – Spojrzał na Jindřiškę znad świeżo rozrąbanych szczapek i zadał pytanie, chociaż przecież znał odpowiedź.
– Jurija. Ty mu ufasz?
– Na ile mi to umożliwia.
– Czyli nie – podsumowała dziewczyna, zbierając chrust i pakując go na prowizoryczne sanie. – Wiesz, że to wariat.
Była bystra. Aż za bystra. Z pewnością nie ułatwiało jej to życia. Była też smutna, ale to w sposób aż przerażający Reia nie zaskakiwało.
– Jest trudny – westchnął.
– Nie lubię, kiedy na mnie patrzy.
– Nie przejmuj się tym.
– Czasem, kiedy myśli, że nie wiem… Gapi się na mnie tak… Jakby chciał… coś mi zrobić. – Wzdrygnęła się z odrazą.
Rei nie wiedział, co powiedzieć. Tak naprawdę podzielał obawy dziewczyny, nawet jeśli płynęły z innego źródła. Co prawda Jurij w jakiś magiczny sposób uspokoił się po opuszczeniu Moskwy – warczał, ale nikomu nie rzucał się do gardła. Co prawda współpracował i sprawiał nawet wrażenie, jakby z jakiegoś powodu zależało mu na jak najszybszym przekroczeniem granicy. Ale to nadal był Jurij. I nadal w jego głowie tkwiła uwięziona Wolborg nie tylko posłuszna Kaiowi, ale też wzmacniająca wszystko, co w Ivanowie dzikie i pierwotne. Trudno się dziwić, że wzbudzał w Jindřišce strach, skoro bali się go dorośli mężczyźni i co najmniej pół świata.
Dobrze przynajmniej, że jakoś bezproblemowo znosiła towarzystwo Miguela, mimo wybitnie niefortunnego początku ich znajomości. Z czasem nawet relacja jakby drgnęła. Ostatnio Czeszka, zrozumiawszy wreszcie, że w Argentynie śnieg nie pada zbyt często, a już na pewno nie w takich ilościach, pokazała Lavalierowi, jak się robi orła i jak lepić śnieżki, co skończyło się oczywiście zażartą bitwą. Tę ostatnią przerwał Jurij nieczystym zagraniem, zamieniając oboje w małe zaspy i warcząc coś o traceniu czasu na głupoty.
Na wizerunek pomagał Miguelowi nieco fakt, że odkąd znalazł w jednym z domów pełnoprawną i nawet nie koszmarnie stępioną brzytwę, golił się regularnie minimum co dwa dni. Zawsze rano, póki miał odpowiednie światło.
No – wzdychał w duchu Rei, widząc nieludzką gimnastykę nad kawałkiem potłuczonego lustra, które Lavalier za każdym razem starannie zawijał w szmatkę i chował do plecaka – zawsze lepiej tak niż maczetą.
Argentyńczyk obciął też włosy na wpół przerdzewiałymi nożyczkami i teraz sterczały płową strzechą, nieodmiennie usztywnione potem i kurzem, stawiane przez czapkę i kaptur kurtki.
– Nie lubię być zarośnięty – tłumaczył burkliwie, gdy padły pierwsze żarty na ten temat. – Źle mi się kojarzy.
Tak czy inaczej, efekt był raczej komiczny niż straszny. Samo poczucie braku zagrożenia z jego strony jednak nie mogło dać Jindřišce poczucia bezpieczeństwa, którego tak potrzebowała. Może chodziło o to, że Miguel coraz częściej zaliczał błędy krytyczne systemu, a na małej przestrzeni noclegowej trudno było mu to ukryć. Może o toczącą go chorobę, za którą Czeszka wyraźnie czuła się odpowiedzialna – zresztą nikt nie miał już wątpliwości, że słusznie, a zwłaszcza Jurij, faktycznie łypiący na nią bardziej niż niechętnie. Fakt faktem, że dystans między Jindřišką a Argentyńczykiem skracał się i powiększał w nieustannym cyklu, więc dziewczyna stabilności i tak szukała gdzie indziej – w sztywnym, poważnym Reiu.
– Zawsze możesz się zwrócić do mnie – zaproponował.
– Nie jestem tchórzem.
– Wcale tego nie zasugerowałem.
Jindřiška nie odpowiedziała. Stała jedynie przy saniach z rękami wciśniętymi w kieszenie jasnego płaszcza, na którym ciemne plamy krwi miały zostać prawdopodobnie już na zawsze, i kołysała się na piętach. Wyraźnie nad czymś się zastanawiała i raczej nie były to wesołe myśli. Nie było to też myśli niewesołe z tej puli, jaka przysługiwała dziewczynom w jej wieku. Mało prawdopodobne, by dotyczyły wyimaginowanej fałdki na brzuchu, wymarzonego a nieosiągalnego faceta, rodziców, którzy niczego nie rozumieją, albo pryszcza w widocznym miejscu.
Nawet im – może poza Rosjanami – dano więcej normalności.
Nawet Xue i jego bracia mieli jej więcej.
Chińczyk westchnął.
– Czy tego chcemy, czy nie – powiedział – jeszcze przez jakiś czas jesteśmy skazani na swoje towarzystwo. Musimy sobie z tym jakoś poradzić.
– A co będzie potem? – Jindřiška kopnęła w małą zaspę.
– Nie wiem, ale na pewno nikt nie pozwoli, żebyś wróciła w ręce Amerykanów.
– Możesz mi obiecać, że nie będzie gorzej?
Cóż, jedyną osobą, mogąca odpowiedzieć jej na to pytanie z całą stanowczością, był Miguel. To on znał sytuację, to on znał ludzi. To on miał im zapewnić schronienie i to on ręczył za to, że Emily można zaufać w stu procentach.
Prawdopodobnie nie był to też odpowiedni moment, by Jindřiška dowiedziała się, że kobieta, która ma w przyszłości o nią zadbać, to była uczennica Judy Mizuhary. Świat bladerów – czy to Połączonych, czy nie – i tych, którzy odpowiadali za ich los, nadal pozostawał przerażająco mały.
– Mogę ci obiecać, że nikt tu nie chce twojej krzywdy – powiedział tylko Chińczyk. – Sami przeszliśmy za dużo.
Trudno było wyczytać z jasnej, zarumienionej od mrozu twarzy dziewczyny, czy taka odpowiedź satysfakcjonuje ją chociaż w najmniejszym stopniu. Tak czy inaczej, miałaby pełne prawo do sceptycyzmu.
Nadal nie powiedziała wszystkiego – nie ukrywała tego zresztą, a może raczej nie potrafiła ukryć – ale ta namiastka dawała pewien obraz tego, czego już doświadczyła. Szybciej niż oni zrozumiała też tę podstawową prawdę, że jest bronią i do końca najpewniej niezbyt długiego życia będzie jak broń traktowana.
– Wracajmy – rzucił Kon. – Robi się coraz zimniej. Będzie padać.
Czeszka po prostu posłusznie skinęła głową.
Istotnie, od południa nadciągały ciężkie, stalowe chmury zapowiadające kolejną śnieżycę. Pogarszająca się pogoda to był kolejny powód opóźnień, ale na to już naprawdę niewiele mogli poradzić. Nocowania pod gołym niebem w każdym razie nikt wolał nie ryzykować. Może jeden Jurij zdołałby to przetrwać.
Byle dotrzeć do Białorusi – to był pierwszy cel. Potem czekała ich znacznie trudniejsza przeprawa, bo granica z Polską stanowiła także granicę z NATO. Co prawda szarże Rethy Mhalangu po terenie tego kraju jasno dowodziły, że nie jest tak szczelna, jak mogłoby się wydawać – przynajmniej w tę stronę – ale perspektywa nie rysowała się szczególnie różowo. Mieli zostać otoczeni przez wrogów z obu stron.
Parę dni wcześniej Miguel usiłował skontaktować się z Emily za pomocą starego aparatu telefonicznego po lekkim tuningu i przy elektrycznym wspomaganiu Reia, ale efekty pozostawiały wiele do życzenia. Na pewno nie dało się tego nazwać rozmową, za co pewnie część winy ponosiły zaśniedziałe druty – owszem – ale drugą część elektromagnetyczny plac zabaw Brooklyna Masefielda.
Niezależnie od przyczyn efekt pozostawał ten sam – nadal szli w ciemno. Nadal ciągnęli w ciemno przerażone, zaszczute dziecko.
I – nadal – była to dla niej lepsza opcja.

Paryż
– Wciąż nie powiedziałaś mi, co tu robisz – przypomniał Ivan, mierząc Rethę niezadowolonym spojrzeniem spode łba. – I po co cię przysłał? Masz mnie pilnować?
Wzruszyła ramionami i wpakowała sobie do ust kolejną porcję obiadowej papki. Odkąd w Opactwie uratowano jej życie, przerabiając jednocześnie na żeńską wersję Robocopa napędzaną elektryczną siłą Bestii, przyjmowała tylko pokarmy zmielone na idealnie gładką miazgę, mało doprawione i niezbyt kwaśne. Inne mogłyby zaszkodzić delikatnym układom i wymusić częstsze akcje konserwacyjne, a Mhalangu działała głównie w terenie.
– Jakie to ma znaczenie? – odpowiedziała wreszcie pytaniem na pytanie, wcześniej przełknąwszy spokojnie. – Zaraz – zmarszczyła brwi i wycelowała w Rosjanina łyżką, a potem parsknęła cichym śmiechem. – Ty się boisz, że on ci nie ufa.
Ivan prychnął gniewnie i przeniósł wzrok na ścianę.
– Słusznie się boję?
– A ma powody, żeby ci nie ufać?
– Spośród tych, którymi się otacza, tylko my dwoje służymy mu z własnej woli – zauważył Papow.
– Punkt dla ciebie – przyznała Retha i wróciła do grzebania w talerzu. – Co nie zmienia faktu, że może się to w każdej chwili zmienić.
– Wtedy po prostu ściągnie mi smycz. Albo zabije. Udowodnił, że nie jest szczególnie sentymentalny i mógłby to zrobić.
– Ano, szkoda Sieroży – westchnęła Mhalangu i chyba nawet zrobiła to szczerze. – Zakładasz, że jestem tu, żeby wybadać sprawę i powiedzieć Kaiowi, czy czas na ciebie?
Ivan zacisnął usta.
Od kiedy dowiedział się o śmierci Petrowa, nie mógł odpędzić od siebie podejrzenia, że jest za to częściowo odpowiedzialny. Takie myślenie oczywiście donikąd nie prowadziło, a nawet gdyby, Ivan z pewnością miał na sumieniu znacznie gorsze rzeczy. Ale jednak nie tak ciężkie. Nie w sposób osobisty… niezręczne.
To, co powiedział jakiś czas temu Olivierowi, było absolutną prawdą – rzadko kto pytał o jego moc. Rzadko kto pytał w ogóle o cokolwiek, jakby Rosjanin nie tylko wzrostem znajdował się poza wysokością wzroku. Co zresztą na ogół było mu na rękę i na co bynajmniej nie narzekał. Nawet Kai jedynie mgliście wiedział, jak działa Wyborg, choć ogarniał wystarczająco dużo, by trzymać Papowa z dala od siebie i niemal od początku traktować jak agenta terenowego. Od czasu do czasu musieli się jednak spotykać, bo nie o wszystkim bezpiecznie było rozmawiać za pośrednictwem jakichkolwiek kanałów, choćby nie wiadomo jak szyfrowanych. I te okazje Ivan wykorzystywał, jak potrafił najlepiej. Więc oczywiście istniała szansa, że ponosi za śmierć Siergieja jakąś część winy.
Łatwo było przecenić jego moc. Oglądana z boku przerażała i budziła zasłużoną odrazę i to również nie było wrażenie, z którym Papow jakoś intensywnie walczył. Ale tak naprawdę musiał liczyć się z szeregiem poważnych ograniczeń – gdyby nie one, może sam zacząłby się siebie bać. Przede wszystkim nie sterował niczyim umysłem. Nie w taki prosty sposób. Nie zmieniał myśli, nie przejmował władzy nad ich biegiem, a jedynie zasiewał ziarno. Wszystko, co działo się potem, zależało już tylko od ofiary i tego, co miała w głowie, zanim wślizgnął się do niej wąż. Owszem, jeśli był czas i możliwości, Wyborg mogła działać bardziej efektywnie, atakując delikwenta serią i dostosowując kolejne dawki trucizny do efektów poprzednich. Na taki komfort Ivan mógł jednak pozwolić sobie bardzo rzadko, częściej zmuszony był do polegania na swojej intuicji i znajomości celu.
To była druga sprawa – musiał wcześniej wiedzieć, gdzie i jak uderzać. Musiał ofiarę zwyczajnie znać. Na pewnym poziomie rozumieć. Wyborg bez tej wiedzy była jak dziecko we mgle, a jej ataki, żeby w ogóle zadziałać, musiały być bardzo powierzchowne, jak wówczas, gdy przekonał radę ONZ do wysłania Miguela do Chin. Nie udałoby się, gdyby nie wcześniej przygotowany grunt i działania także na innych polach. Nie udałoby się, gdyby nie nieświadoma pomoc Roberta.
Papow lubił z nim współpracować, bo nie wymagał nawet bezpośredniej manipulacji. Sam na własne barki nałożył taki ciężar i taką presję, że nie istniała dla niego inna droga, jak tylko sprint prosto w objęcia paranoi. Tak naprawdę sam siebie skazał, sam siebie złożył w ofierze i od paru miesięcy jedynie leżał na własnoręcznie przygotowanym stosie i czekał, aż ktoś go wreszcie podpali.
Dwóch pozostałych aktorów swojego przedstawienia po prostu dobrze znał. Zwłaszcza Jurija, z którym przecież spędzał czas od dziecka. Miguela z kolei rozpracował szesnaście lat temu, gdy dostał zadanie, by go złamać i sprowokować Bestię. Nawet to jednak nie mogło dać mu stuprocentowej pewności, że cała historia wyląduje w punkcie, który dla niej zaprojektował, a od jakiegoś czasu mógł się opierać już tylko na poszlakach.
Mhalangu na ramieniu nie ułatwiała sprawy.
Jeśli Papow miałby wskazać najwierniejszego człowieka Hiwatariego, to byłaby nim właśnie ona. Nie żaden z ich czwórki. Na pewno nie Brooklyn, choć wielu niewtajemniczonych tak postrzegało Irlandczyka – jako niezawodny cień feldmarszałka. Jej motywacja była prosta. Kai, choć stosunkowo niepozorny, drobny, ponury i mówiący cicho, uosabiał siłę, z jaką trudno było rywalizować. Wychowana na johannesburskiej ulicy nie mogła tego nie docenić, a w dodatku Hiwatari walczył ze wszystkim, czego nienawidziła i podgryzał korzenie Europy. Europa z kolei uosabiała dla niej wszelkie choroby, które toczyły jej ojczyznę i całą Afrykę. Nawet jeśli nie miała nadziei na diametralną zmianę sytuacji, chciała się po prostu zemścić, a służba Słodkiej Matce Rozkurwicielce jej to zwyczajnie umożliwiała.
– Wiesz, co takiego właściwie zrobił? – podniosła wzrok znad pustego już niemal talerza.
Papow pokręcił przecząco głową.
– To niepokojące – przyznała Retha. – Wydawało mi się, że wiesz o wszystkim.
– Ale działam głównie poza granicami Rosji – przypomniał Ivan. – Za wywiad wewnętrzny odpowiadał właśnie Siergiej. Wiem jedynie, że ostatnio dochodziło tam do większych czystek niż wcześniej. Może sprzątnął kogoś, kogo nie powinien.
– Kai potrzebowałoby poważniejszego powodu – stwierdziła Mhalangu, mrużąc ciemne oczy. – Może Borys będzie coś wiedział.
– I uciekłaś od tematu.
Roześmiała się cicho.
– Bo jesteś zabawny, kiedy się denerwujesz – stwierdziła. – A ja muszę cię rozczarować. Nie przyjechałam do Paryża ze względu na ciebie.
– A na co? – spytał Papow podejrzliwie.
– Powkurwiać Francuzów – Retha wzruszyła ramionami obojętnie. – Mają podpisywać kolejne umowy na wydobycie diamentów. A ja nie chcę, żeby to zrobili.


Rosja
Wciąż odległe szuranie płóz o zmrożony śnieg i stłumione ścianami głosy zza okna powiedziały Jurijowi, że Rei i mała Czeszka wracają. W samą porę, bo gdyby Kon zwlekał jeszcze dłużej, mimo gromadzących się chmur, Sabaka opierdzieliłby go do samych gaci i zupełnie nie przejmował się przy tym towarzystwem nieletniej oraz – zerknął do przeciwległego kąta – jednej takiej nadwrażliwej blondynki, aktualnie usiłującej bawić się w szwaczkę.
Burość za oknem i sztuczne, prawie pomarańczowe światło coraz słabszej latarki zdecydowanie nie pomagały, ale i bez tego Miguel miałby problem z obsługą igły i dratwy. Cerowany materiał plecaka trzymał już przy samym nosie, a i tak mruczał nieustannym gniewnym strumieniem, trafiając sobie w palce. Mruczał zapewne przekleństwa, chociaż dla Jurija brzmiało to co najwyżej jak ścieżka dźwiękowa telenoweli.
Jeden rzut oka wystarczył Ivanowowi, żeby ocenić wygląd efektów tych zmagań na poziom terapii manualnej, ale w sumie nie to było ważne, a fakt, że przytwierdzona z całym zaangażowaniem i za pomocą dobrej połowy motka szelka nie urwie się ponownie tak szybko. A, no i może to, że Lavalier przynajmniej do końca dnia będzie miał poczucie, że się na coś przydał, co zwykle owocowało o pół milimetra mniej skwaszoną miną.
– Idą – rzucił Jurij właściwie bez celu.
– Mhm. Podgrzej herbatę – padło z ośrodka terapii dla ślepych i niedowidzących tonem płaskim i świadczącym o tym, że Miguel wkłada w cerowanie dosłownie wszystkie moce przerobowe.
– Od kiedy tu dowodzisz?
I tylko wzdychanie wychodziło mu równie sugestywnie, co zawsze.
– Jezu, po prostu podgrzej, co? Jestem zajęty.
Wzdychanie oraz całkowita odporność na próby zaprowadzenia wojskowego rygoru.
– To się na moment zajmij czymś innym.
Trudno było się do tego przyzwyczaić, czasem trudno było to znieść, bo Jurij przywykł do faktu, że z każdej sytuacji i wymiany zdań da się wyjść awaryjnymi drzwiami z napisem „ to rozkaz”. Dotyczyło to nawet zimna i lodu, i może jedna jedyna Wolborg – bo Kaia Ivanow nie liczył – wyłamywała się z tej zasady.

Inaczej miałbyś za łatwo.

Ostatnio znów zaczęła się odzywać, a to sprawiało, że Sabaka musiał mocno pilnować się, żeby nie zacząć jej odpowiadać. W pustej Moskwie nikogo to nie obchodziło, więc czuł się swobodny. Ale teraz sprawa wyglądała inaczej. Teraz patrzono mu na ręce i nie wiedział, którego z nich powinien bać się najbardziej. Reia, jako swojego politycznego wroga i człowieka, który nieraz dał się poznać jako niewolnik jakiegoś nieogarnialnego kodeksu, czy Miguela z jego skłonnością do nadinterpretacji.
I tym spojrzeniem spode łba, które znów ślizgnęło się po sylwetce Jurija jak najcięższa z win.
– Musimy to ciągnąć? – mruknął Lavalier, z powrotem wbijając wzrok w dratwę, a przynajmniej jej okolice. – Naprawdę tego nie potrzebuję, żeby wiedzieć, gdzie jest moje miejsce. Sam ogarniam.
– Czego nie potrzebujesz.
– Żebyś na mnie warczał na każdym kroku.
– Nie warczę na każdym kroku.
– Ale jak tylko wychodzę pół milimetra za teren, który mi wyznaczyłeś, to już tak.
– Ostatnio akurat ty więcej warczysz.
– Akurat.
– Akurat.
– Bo jestem nie w formie.
Jurij prychnął gorzko. Gówno prawda. Choć może przyjąłby tę wersję, gdyby nie rzucone kiedyś mimochodem dziwnie obrażonym tonem „Mogłem nie zdążyć”, a potem trzy razy wścieklejsze niż poprzednie uderzenie siekierą w niewinny stołek.
Stare, nieco rozsadzone przez mróz drzwi skrzypnęły ciężko pchnięte przez Reia i do środka wdarło się więcej zimnego wiatru. Pachniał pustką i zgubionym kierunkiem.
Nie, to Rei tak pachniał. Wiatr niósł tylko butwiejące drewno i torf.
– Idzie śnieżyca – rzucił Chińczyk od progu, jakby to nie było oczywiste, a za nim mignęła drobna postać małej Czeszki niby to przypadkiem, ale jednak robiącej wszystko, by Kon oddzielał ją od Rosjanina.
To Jurij też widział.
– Wiem – burknął, bo nie widział powodu, dla którego Rei miałby czuć się bardziej niezbędny niż już był.
– Właściwie i tak potrzebowaliśmy odpoczynku.
Sabaka zmierzył Chińczyka krytycznie spod zmarszczonych brwi. Kto odpoczywa w śnieżycę? – chciał zapytać, ale zrezygnował. Może ten, kto nie słyszy wycia i krzyków w wietrze. Kto jest pusty i stracił kierunek.
Podczas śnieżyc, podczas prawdziwych śnieżyc, otwierały się wszystkie rany.

*

Wcale nie chodziło o to, że siedzieli razem na małej przestrzeni. Chodziło o to, że nie mieli dokąd uciec. Śnieg sypał jak wściekły, powoli i nieubłaganie zamieniając chatę w więzienie. Zrobiło się ciemno i zamkniętą dla ograniczenia ucieczki ciepła kuchnię oświetlał jedynie płomień w piecu. Ruchliwy i dziki, przeobrażał ściany w upiorny teatr cieni.
Potępieńcze wycie wiatru i uderzające o szyby gałęzie naprawdę nie były już nikomu potrzebne.
Jindřiška siedziała z kolanami podciągniętymi pod brodę i wyglądała, jakby potrzebowała natychmiast się do kogoś przytulić, ale instynkt samozachowawczy zdecydowanie skreślił wszystkie trzy opcje, a jedną nawet parokrotnie i na czerwono. Wcisnęła więc plecy w kąt i okręciła się ciasno śpiworem, niby że dla rozgrzania.
Jurij obserwował ją z przeciwległego kąta. Jeśli chciała to wszystko ukryć, jeśli myślała, że zamaskuje swoje instynkty, to rozpościerała się przed nią długa i wyboista droga. Z drugiej strony, może to dobrze, że była tak łatwa do rozszyfrowania. Mogła mieć sobie trzynaście lat, ale w jej głowie mieszkała Bestia, a to już wystarczający powód, by Sabaka jej nie lekceważył. Zresztą wystarczyło spojrzeć na bladego jak sama śmierć Miguela i naprawdę odechciewało się braku ostrożności w obcowaniu z Czeszką.
Nie dało się ukryć, że znikał coraz częściej i na coraz dłużej, a za każdym razem wracał, mocniej słaniając się na nogach i zdolny nieść mniejszy bagaż. Jeszcze dwa dni wcześniej brał czasem Jindřiškę na barana, kiedy nogi kompletnie odmawiały jej posłuszeństwa, ale to też się definitywnie skończyło. Cienie pod oczyma pogłębiały się, twarz nadal bladła, spękane usta straciły kolor zupełnie, a włosy do reszty zmieniły się w pozlepiane potem strąki. Jeśli siedział, to skulony w kącie i drżący, małomówny już nawet wówczas, gdy dyskutowane kwestie dotyczyły go bezpośrednio albo padały kolejne pytania o Zachód i realne możliwości ucieczki Rosjanom. Wcześniej wątpliwości go irytowały. Wściekał się, że znów musi powtarzać to samo i wciąż na nowo przyznawać się do faktu, że wszystko to czysta improwizacja i prowizorka oparta na wierze w dobre intencje Emily. Po nieudanym telefonie stał się szczególnie drażliwy, raz czy dwa faktycznie wybuchł frustracją.
Minęło.
Kiedy zaczynała się śnieżyca, Rei raz jeszcze przetrząsnął apteczkę w poszukiwaniu leków i elektrolitów, ale wyglądało na to, że zapas jest na wyczerpaniu i jeśli Lavalier nie ozdrowieje cudownie w przeciągu doby, będzie musiał sobie radzić bez wspomagania. To raczej nie wróżyło mu najlepiej i Jurij doprawdy nie potrzebował proroczych wizji Kona, żeby to wiedzieć.
Obecnie Miguel wyraźnie walczył ze sobą. Najpierw zamilkł, choć początkowo usiłował nadążyć za mruczaną rozmową. Oparł głowę o ścianę i siedział tak wpatrzony pustym wzrokiem w drzwi. Nie ruszał się i nawet nie za bardzo mrugał. Wyglądałoby to jak jedna z tych jego nocnych jazd, kiedy budził się nagle i zaczynał zachowywać jak wariat, myśląc, że nikt go nie widzi. Wyglądałoby, gdyby z czasem Lavalier nie stapiał się ze ścianą coraz bardziej i nie zaczął kulić, zaciskając ręce na brzuchu. Resztę objawów Jurij mógł przewidzieć ze skutecznością pierdolonej wróżki. Pot na skroniach, zaciskanie powiek i warg, szybszy oddech na przemian ze wstrzymywaniem powietrza. Aż wreszcie doszły dreszcze, a czoło parokrotnie uderzyło w mur w półświadomym odruchu. Nie mocno, ot, dla rozładowania frustracji.
– Muszę na zewnątrz – wycharczał Miguel tonem człowieka, który się poddał.
– Teraz? Drzwi są pewnie zasypane do połowy. Chuj ci odmarznie po dwóch krokach. Jak niby zamierzasz wyjść?
– Nie wiem, kurwa! – wybuchnął Argentyńczyk, zupełnie niespodziewanie, zbyt gwałtownie, nieadekwatnie, i głos mu skoczył z desperacji. – Oknem wyjdę! Ja pierdolę...! – Zwinął się i opadł na bok.
Jurij sądził, że to załatwi sprawę i odwiedzie Miguela od wyjścia na śnieżycę, ale ten po chwili pozbierał się na kolana i zaczął wstawać, wpijając palce w ścianę. Wciąż zgięty wpół, przytaszczył sobie krzesło pod okno.
– Pojebało?! – ryknął Ivanow tonem, który większość ludzi osadzał w miejscu, zakopywał w śniegu i przyprawiał o mikrozawał.
– Pojebało! – odparł Miguel z całą stanowczością i wlazł na krzesło.
Z którego ułamek sekundy później prawie się spierdolił, bo jego jelitami szarpnął kolejny skurcz.
– Debil! – Jurij doskoczył do niego, ignorując protest pośladka, i złapał w pasie.
– Nie za brzuch!
– Złaź z tego krzesła!
– Zaraz się…
– Złaź. Z tego. Krzesła!
Przewrócony mebel rąbnął głucho o podłogę, a Miguel zawirował w ramionach Jurija jak disnejowska księżniczka.
– Kurwa…! – jęknął, zwisnąwszy mu z ramienia z palcami wczepionymi w bluzę na piersi.
– Tylko mi nie mów, że…
– Nie. Ale teraz już naprawdę muszę…
– Ale nie, kurwa, za oknem!
– A gdzie?! – w Lavaliera wstąpiła nowa energia. – Mam zasrać podłogę?! To moja wina, że tu, kurwa, nie ma cywilizacji i zwykłego kibla?!
– Jakoś to ogarniemy – zapewnił Rei, uznając najwyraźniej, że to jest ten moment, w którym wtrącanie się ma już jakiś sens. Ba, że jeśli tego nie zrobi, finał okaże się marny. – Chodź za drzwi. Tu na pewno jest jakieś wiadro. Albo jakiś większy garnek. Mèimei – nigdy nie zwracał się do Jindřiški inaczej, bo wymówienie jej imienia zwyczajnie go przerastało – zagrzej wody.
Powiedziawszy to, podszedł do Miguela i chwycił go za ramię, które nie zwisało z Sabaki. Razem wyprowadzili go do sieni, znów w drgawkach i spływającego potem. Chłód nieogrzanego pomieszczenia uderzył w za lekko ubrane ciała. Nawet wycie wiatru wydawało się tu – w ciemnościach – głośniejsze i bardziej złowrogie. Bardziej wilcze.
Lavalier zsunął się po ścianie na przegniłe, niekompletne klepki, gdy tylko rozluźnili uchwyt.
– Znajdę coś – mruknął Jurij, oddalając się. – Wytrzymaj jeszcze moment.
Kon pokręcił głową, klęknął obok i wsunął ramię pod bezwładne ciało Argentyńczyka, dźwigając je z zimnego podłoża i opierając o siebie.
– Przepraszam cię, Rei – usłyszał szept. – Możesz mi wierzyć, że nigdy w życiu nie czułem się tak… upokorzony…
– Nie myśl o tym – odparł Chińczyk, próbując nasłuchiwać odgłosów z głębi chaty.
Głowa Miguela opadła na jego ramię, ale to nie był w żadnym stopniu kontrolowany ruch. Ot, po prostu zwiotczałe, wyczerpane mięśnie nie były w stanie utrzymać dłużej jej ciężaru. Kon dotknął jego czoła. Było pokryte potem, ale przeraźliwie wręcz zimne.
– Nie mogę być teraz chory. W ogóle nie mogę… Jedna kula przeszła – burczał Argentyńczyk już bardziej do siebie, bardziej do bluzy niż do Reia. – Do teraz myślę, czy bardziej, bo to – prychnął gorzko, wykonując jakiś niemrawy gest w okolicach swojego brzucha – czy po prostu jestem za wolny. Może jestem. Na pewno jestem. Zawsze byłem za wolny. Może to źle, że nie mogę… Może ogień… – Pokręcił głową na tyle, na ile pozwalała mu na to pozycja, strzelił nieprzytomnym, rozgorączkowanym spojrzeniem po ciemnej sieni. – Nic nie mogę. Przecież ja, kurwa, nic… Wszystko źle. Nie tak. Jedna kula przeszła. Mogły przejść dwie. Albo dziesięć.
– Bredzisz – ocenił rzeczowo Rei, co Miguel skwitował kręceniem głowy.
– Nie ochronię go tak. Jestem za słaby. A oni jeszcze zabrali mi…
– Teraz przede wszystkim postaraj się wyzdrowieć.
– Nie ochronię go tak…
– Martwy na pewno.
– Hej, tylko bez umierania mi tu – warknął Jurij i jego wysoka sylwetka zamajaczyła w ciemności. W ręku trzymał coś sporego. – Chyba że chcesz, żebym ci jebnął na nagrobku: umarł na sraczkę.
– Nie jebnąłbyś – wycharczał Miguel – bo nie umiesz pisać.
– Nie pyskuj. Masz tu miskę. – Sabaka machnął przedmiotem. – Na tyle szeroka, że nawet taki ślepy kretyn trafi.
Musieli pomóc Lavalierowi praktycznie ze wszystkim, a potem trzymać go za ramiona, co przyjął pełnym goryczy i upokorzenia milczeniem. Jurij nie był pewien, ale wydało mu się, że w pewnym momencie usłyszał tłumione pociąganie nosem.
Albo to też był wiatr.
– Już? – spytał półgłosem Rei, kiedy mięśnie obejmującego jego szyję ramienia przestały się na dłuższą chwilę kurczowo zaciskać.
– Chyba…
– Jebie krwią – warknął Sabaka. – Młoda! – krzyknął w kierunku kuchni. – Co z wodą?!
– Jest! – zawołała Jindřiška.
– Potrzymaj go. – Rosjanin wyplątał się spod drugiego ramienia Argentyńczyka. – A ty się nie maż, blondie. Dupy ci jeszcze nie urwało.

Dearc-Luachrach
– To będzie trudne, Robert.
– Nie spodziewałem się usłyszeć niczego innego – przyznał Niemiec.
Hiromi nie widziała go przez te wszystkie lata, nie oglądała go nawet na transmisjach czy zdjęciach, bo wątek niespecjalnie ją interesował. Wydawał się dziwnie odległy i śmiesznie nieznaczący wobec rzezi na granicy rosyjsko-chińskiej. Nie spodziewała się też, by sam Jürgens jako osoba miał wywoływać w niej jakiekolwiek emocje. Znali się z widzenia, parę razy weszli sobie w drogę – i tyle. Jednak patrząc na jego twarz przepuszczoną przez światłowód, Tachibana nie potrafiła odgonić od siebie pytań o tego człowieka. O jego spokojny ton ukrywający rezygnację. O nieruchomą twarz.
– Zakładam też, że będziesz musiał zgodzić się na spore ryzyko – zastrzegła Japonka. – Nie wiem, czym dokładnie dysponują twoi wrogowie i ty też tego nie wiesz. Zrobię, co w mojej mocy, ale oboje musimy się liczyć z tym, że to obróci się przeciwko nam.
Robert – lekko niebieskawy przez przekłamanie kamery – skinął głową.
– Ale jeśli nie zaryzykuję – powiedział – równie dobrze mogę już teraz do siebie strzelić.
Hiromi przełknęła ślinę, a jej żołądek szarpnął się w proteście. Wiedziała jednak, że nie ma przeciwko czemu protestować. Dostała dość danych, by ogarnąć sytuację i z całą pewnością stwierdzić, że nie chodzi jedynie o to, by zmusić Jürgensa do rezygnacji ze stanowiska, ale także – a może przede wszystkim – o to, by go zniszczyć. Doszczętnie i na zawsze, a tym samym pozbawić całą frakcję tarczy.
Tym bowiem Robert w gruncie rzeczy był – tarczą.
Na ten temat też sporo rozmawiali poprzednim razem i jakkolwiek Niemiec nie opuszczał gardy i cały czas zachowywał tę swoją sztywność i oficjalność jak z pogrzebu królowej angielskiej, to Tachibana nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest z nią szczery jak dawno z nikim nie był.
Bo przyszła z zewnątrz. To nie ulegało wątpliwości. I jeśli miała chociaż spróbować działać skutecznie, musiała zrozumieć, o co toczy się gra. Czysty pragmatyzm, przeciwko któremu bynajmniej nie protestowała.
Sprawa wyglądała w skrócie tak, że odkąd zdecydował się piąć po szczeblach politycznej kariery, wiedział, że sam spisuje się na straty. A kiedy objął stanowisko sekretarza generalnego, zamknęły się drogi odwrotu. Tak naprawdę był bardzo młody jak na ten pułap, wciąż nie tak poważany jak jego poprzednicy nie ze względu na swoje działania, a niewystarczające doświadczenie, za słabą sieć kontaktów i niespotykane wcześniej zamieszanie polityczne z mutantami w rolach głównych. Prawdopodobnie wybrano go w nadziei na to, że okaże się łatwym w manipulacji figurantem, który braki będzie usiłował maskować lizaniem tyłków tej czy innej grupie interesów.
Ale Jürgens miał własne plany.
Godził się na to wszystko właśnie po to, by w jego cieniu mogli działać inni, nie do końca świadomi mechanizmów, które zapewniają im parasol ochronny. Emily, Johnny, Olivier, potem Miguel. To dla nich Robert przygotowywał grunt. Tylko po prostu było jeszcze za wcześnie, żeby to zrozumieli i przejęli pałeczkę.
To nie był zresztą dobry moment także ze względu na znaki zapytania wokół osoby Francuza oraz ze względu na fakt, że Lavalier, w swoim najlepszym stylu, postanowił wszystko z dnia na dzień niemożliwie wręcz skomplikować. Tym razem jednak – nawet Tachibana, mimo całej swojej niechęci, musiała to przyznać – Argentyńczyk miał na swoje usprawiedliwienie przynajmniej tyle, że wiedział o planach Roberta jeszcze mniej niż pozostali.
– Moim zdaniem powinieneś uprzedzić cios – oświadczyła, odruchowo pochylając się do monitora i zaplatając dłonie. To drugie zrobiła głównie dlatego, że pustka w prawej ręce zaczynała ją porządnie drażnić, a obiecała Johnny’emu, że nie zasypie mu klawiatury popiołem.
– To znaczy?
– Powinieneś ogłosić publicznie, że jesteś synem Balkowa.
Robert nie zareagował. Z monitora patrzyła na Tachibanę kamienna, idealnie obojętna twarz.
– Oczywiście powinieneś zrobić to w określony sposób – kontynuowała więc. – Są dowody na to, że wiedziałeś wcześniej?
– Mogą być – Jürgens skinął głową.
– Mhm, czyli nie ma co ryzykować. Ale możemy zagrać twoją rodziną. Powiesz, że trzymałeś to w tajemnicy, żeby ją chronić.
– Wolałbym ich w to nie wciągać.
– Już są wciągnięci, Robert – prychnęła Tachibana z lekką irytacją. – Mówiłeś, że twoja córka pyta o dziadka. Sądzisz, że dowiedziała się z podręcznika?
Jürgens zamilkł, wyraźnie trafiony celnie.
– Nie będę cię okłamywać – ciągnęła Hiromi. – Prawdopodobnie gra pójdzie na ostro. Prawdopodobnie wszyscy są w niebezpieczeństwie, ale to raczej wiesz. To wręcz pewne, że coś w końcu pójdzie nie tak i ktoś zapłaci za wysoką cenę. Ale w obecnej sytuacji to nie możesz być ty. Wiesz dobrze, jaką władzę zdobył Kai po upadku Chin. Już nie ma przeciwwagi, a jeśli rozpadnie się stronnictwo zachodnie, Rosja po prostu was zaleje. A wraz z Rosją to, co widziałam na froncie. I wiesz, tu nie chodzi tylko o to, że Hiwatari jest pojebem. Chodzi o to, do czego doprowadza system społeczny oparty na Połączonych. Nie chcesz tego tutaj. Wierz mi.
Widziała po jego minie, że owszem – nie chce.
Zresztą był być może jedną z nielicznych osób, które od początku miały świadomość, jak skomplikowana jest sytuacja. Wiedział, że Połączeni, owszem, są ofiarami. Są skrzywdzeni, stłamszeni, zabijani i traktowani jak przedmioty. Ale wiedział też, że w każdej chwili nawet wzbudzający największe współczucie mogą stać się katami, a żadna konwencjonalna broń nie da im rady.
Wszystko tu było tańcem na linie między tym, co złe, a tym, co gorsze.
– Biorę rozwód z żoną – powiedział Robert po dłuższym milczeniu. – Chcę pozwolić jej się od tego odciąć.
Hiromi odruchowo przyłożyła palce do ust. Zaklęła, gdy okazały się puste.
– Moim zdaniem nie powinieneś czekać – odparła.
Z dołu dobiegł głośny kwik rudego prosiaka. W tej scenerii, w czasie tej rozmowy wydał się Tachibanie tak absurdalny, że aż zadrżała. Roztarła ramiona w granatowym swetrze pożyczonym od pani McGregor – tak szerokim, że zmieściłaby się w nim razem z Emily.
– Robert, tam naprawdę nikomu nie zależy, żeby dać ci czas na poukładanie klocków. Miałeś na to lata.
Skrzywił się, może po raz pierwszy, od kiedy nawiązała połączenie, okazując emocje. Nie powinna tego mówić – wiedziała o tym. Zrobił ogromnie dużo, a ona przez lata tego nie zrozumiała. Ale jeśli poniesione ofiary i wysiłek nie miały pójść na marne, musiała przebić się przez niemieckie zasieki.
– Dobrze – skinął w końcu głową. – Napisz dla mnie oświadczenie.
[/interlina]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 02 czerwca 2017, 21:12

2/2


Rosja
Całą akcję musieli powtórzyć jeszcze dwa razy w odstępach może trzech godzin, a może wcale nie. Aż wreszcie Jurij kategorycznie wmusił w Miguela wszystko, co jeszcze zostało w apteczce, i Lavalier wreszcie zasnął. Ciężko, na granicy utraty przytomności z wyczerpania, w pozycji, którą Rei w końcu litościwie poprawił, bo groziła nadwyrężeniem karku i utratą czucia w przynajmniej dwóch kończynach.
Śnieg powoli przestawał sypać, ale wiatr nadal wył w kominie i szczelinach chałupy. Jindřiška dygotała zwinięta w kłębek w kokonie ze śpiwora i kurtek – trudno było ocenić, czy ze strachu, z zimna, czy z innych rzeczy, ale szczęśliwie nie wyglądała na chorą. Nie pachniała źle. Ot, trochę pociągała nosem, może też nie zawsze z przeziębienia. Zasnęła dopiero po Miguelu, wcześniej czujna, choć nikt szczególnie nie angażował jej w opiekę nad Lavalierem. Jeszcze tego by brakowało.
Świt nie przyniósł większych zmian. A już na pewno nie na lepsze.
To powoli stawało się jasne – liczenie na cud i jego nagłe ozdrowienie nie miało żadnej przyszłości. Co najwyżej taką zakończoną możliwie głębokim dołem i ciężkim kamieniem na nim. Miguel tracił siły już nie z dnia na dzień, a z godziny na godzinę, jadł z trudem, odwadniał się mimo, że obaj pilnowali, by pił odpowiednio dużo, gorączkował i zwijał się z bólu. W zestawie z postrzelonym Sabaką, spuchniętym Reiem, któremu proteza ledwie pozwalała myśleć, i zasmarkaną, przerażoną nastolatką nie stanowili optymistycznego obrazka i wreszcie należało to przyznać głośno.
Jeszcze przez kilka godzin po wstaniu jelita Miguela zachowywały się stosunkowo spokojnie, pewnie wciąż na smyczy końskiej dawki leków, jaką przyjął po wyczyszczeniu apteczki. To jednak poprawiało sytuację tylko trochę, bo wyczerpane ciało nie radziło sobie z brodzeniem w głębokim, świeżym śniegu. Nawet silniejsze podmuchy wiatru zdawały się robić z Lavalierem, co im się żywnie podobało. Może byłoby nieco lepiej, gdyby przyjął śniadanie, ale to zwrócił, jeszcze zanim zdążyli ruszyć w trasę.
Jurij starał się nie obracać co dwa kroki, ale było trudne wobec nieregularnego szurania i ciężkiego, świszczącego oddechu przerywanego atakami kaszlu. Sabaka zaciskał szczęki daleko za granicę bólu, a wściekłość rozsadzała mu żyły i mięśnie. Pękały od niej kości. Czuł się rozdarty. Wiedział, że postój niczego nie da. Nie mieli czasu, a już na pewno nie miał go Miguel. Powinien znaleźć się w odpowiednich rękach jak najszybciej, a najlepiej zaraz. Ale z drugiej strony, każdy kolejny kilometr wydawał się dla niego nieludzką torturą.
Zwłaszcza po tym, jak leki przestały działać. Do biegunki dołączyły wymioty, a że organizm nie miał już kompletnie czego z siebie wyrzucać, wyrzucał soki żołądkowe i krew. Spierzchnięte wargi pokryły się surowiczymi ranami, a szyja czerwono-sinymi wykwitami wybroczyn. Miguel potykał się o własne nogi i szybko stało się jasne, że praktycznie nie widzi już wcale.
A potem runął na twarz i po prostu nie wstał.
Rei próbował nawiązać z nim jakiś kontakt, ale jedyne, co udało się uzyskać, to jakieś niezrozumiałe pomruki, prawdopodobnie zresztą po hiszpańsku. Jurij zacisnął szczęki jeszcze mocniej, aż poczuł, że ruszają się zęby w osłabionych dziąsłach, i bez słowa wziął do rozpakowywania sań.
– Wyjmij śpiwory – rzucił Kon do Jindřiški, zrozumiawszy, do czego zmierzają działania Sabaki.
Wspólnymi siłami zawinęli Miguela w na tyle ciepły kokon, na ile było to możliwe, i przywiązali do prowizorycznej konstrukcji. Część bagażu wylądowała za nim na sznurze, część – po kolejnym odsiewie – w krzakach.
– On umiera – stwierdził Rei półgłosem, nie chcąc, by usłyszała to i tak przerażona, milcząca Jindřiška.
– Zamknij mordę – warknął Jurij.
– Nie ja – odparł Kon. Zmrużonymi oczyma wpatrywał się w zwiniętego na saniach, nieruchomego Miguela. – Tak twierdzi Bai Hu. Nie chodzi tylko o brak leków. Do tej pory chronił go Gargoyle, ale tylko odwlekał nieuniknione. Powoli traci siły, możliwe, że obaj za to zapłacą. Nie chcę tego mówić, ale… – odchrząknął, spuścił wzrok, jakby nagle uleciała z niego odwaga, z którą wygłaszał moralne sądy. – Może powinniśmy się znowu zatrzymać. Nie ciągnąć go dalej, tylko pozwolić w spokoju…
– Nie! – ryknął Ivanow i wyrwał Chińczykowi z rąk sznur od sań.
– To się robi nieludzkie, Jurij. Nie zdążymy, przysparzasz mu tylko niepotrzebnego cierpienia. Najlepsze, co możemy teraz zrobić, naprawd… – Rei urwał i zwalił się ciężko na śnieg po ciosie kolbą Typa w twarz.
– Nie pierdol! – usłyszał gardłowy pomruk zwierzęcia gotowego rzucić się z kłami do gardła powalonej ofiary.
Jindřiška powstrzymała krzyk, pakując sobie w zęby rękawiczkę. Cofnęła się o krok i straciła równowagę w głębokim śniegu. Kon zebrał się na kolana, zacisnął dłonie na białym puchu, patrzył, jak zbite grudy wydostają się spomiędzy palców i próbował uspokoić. Orał śnieg bardziej nawet z bezsilnej złości niż z bólu, bo ten docierał do niego powoli. Stopniowo. Przez grubą, półprzepuszczalną barierę z szumu i ciężaru koniecznych do podjęcia decyzji.
– Nikt nie lubi przegrywać – wycharczał wreszcie i odpluł krew z przegryzionego policzka.
I wtedy kolba trafiła go w szczękę ponownie. Usłyszał tylko trzask, a Jindřiška nie zdołała stłumić drugiego okrzyku.
Raczej nie to powstrzymało Jurija. Od jego gniewu tężało powietrze i Kon nie miał żadnych wątpliwości, że mógłby zabić. Zaciskał place na lufie z taką siłą, że wydawało się, jakby miały zostać po nich wgniecenia. Zgrzytnęły zęby.
– Zbieraj się – rzucił lodowato. – Nie mamy czasu.


Dearc-Luachrach
– I…?
– Nadal to samo – westchnęła Emily, odkładając słuchawki na blat biurka. – Parę słów. Czterech jestem pewna, pięciu się domyślam.
Johnny zamknął za sobą drzwi, przeszedł przez pokój, stanął za nią i położył dłonie na barkach. Wielkie i ciężkie kojarzyły się jej zwykle z bezpieczeństwem, ale teraz nagle wydały się brzemieniem nie do zniesienia.
– Zabierz je – poprosiła więc zmęczonym głosem.
– Zdecydowałaś, czy powiesz Robertowi? – Dębowa podłoga znów skrzypnęła ciepło pod stopami Szkota. To też York ceniła w tym miejscu. Nie zmieniało się. Jej matka zawsze lubiła szybkie tempo i eksperymenty, a po śmierci ojca remontowała cały dom średnio raz na pół roku, czasem częściej. Tu nawet głupiej komody nie można było przestawić bez opinii konserwatora zabytków.
– Nie – pokręciła bezradnie głową. – Nie wiem. Ta jego paranoja… nie ułatwia sprawy. A jeśli Miguel jest w Rosji, to mogło mu się udać. Zwłaszcza jeśli dobrze zrozumiałam. – Jęknęła, oparła czoło na ręce. – Nie wiem, Johnny. Naprawdę nie wiem…
– Jeśli będzie trzeba uruchomić jakieś kontakty albo…
– Tak. To wiem. Robert. Ale jeśli coś przy okazji pójdzie źle i Jurij… Miguel by nam tego nie wybaczył, wiesz o tym.
McGregor zacisnął usta i spojrzał w okno. Prawdopodobnie wcale się tym nie przejmował. Dla niego cel był jasny i było nim bezpieczeństwo Lavaliera. Skoro przeżył Pekin, a potem zdołał przedrzeć się w głąb Rosji, to stanowiło to prezent od losu, którego Szkot na pewno nie zamierzał marnować w imię foszka i zawiedzionego zaufania. Ale Emily wiedziała też, że były mąż jest wobec niej lojalny. Miguel odezwał się do niej, więc to do niej należały wszelkie decyzje.
To była jednocześnie ogromna ulga i koszmarny ciężar. Bo ona nie potrafiła nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby Robert na przykład doprowadził do aresztowania Jurija i wydania go odpowiednim służbom wywiadowczym. Może to było trochę egoistyczne – nie, poprawiła się, było bardzo egoistyczne – ale bała się wszystkich zakończeń, jakie by to oznaczało. Odzyskała Lavaliera, już drugi raz wstawał dla niej z martwych, i nie chciała stracić go ponownie. Nigdy więcej. A już na pewno nie w taki sposób.
Zupełnie inną kwestią był sam Sabaka. Dla Johnny’ego pozostawał odległy, mniej ważny w tym równaniu jako człowiek, a bardziej jako przedstawiciel wrogiego reżimu i Połączony. Po prostu niebezpieczny wróg, którego może uda się pozyskać, ale któremu przez cały czas trzeba będzie patrzeć na ręce. Emily pamiętała z kolei Moskwę dwa tysiące szesnastego, tamto lato i wspólną walkę, gdy Jurij był ich wodzem gotowym atakować do upadłego. Choćby z tego tytułu należał mu się kredyt.
– Zastanawiam się, jakie mamy możliwości, żeby ich zlokalizować – mruknęła trochę do siebie, a trochę po to, żeby skierować rozmowę na bezpieczniejszy tor.
– Mamy numer, wygląda na stacjonarny – odparł McGregor. – Ale do tego potrzebuję uruchomić odpowiedziach ludzi. Informacje wyjdą na zewnątrz.
Emily przygryzła wargę, bardziej odruchowo zatrzasnęła laptopa.
– Olivier? – rzuciła do ściany.
– Naprawdę chcesz grać w ten sposób? – parsknął Johnny. – Część spraw z Robertem, bo nie ufamy Olivierowi, część spraw z Olivierem, bo nie ufamy Robertowi?
– Przecież wiesz, że to nie tak – skrzywiła się York. – Robert ma paranoję. A Olivier przynajmniej nigdy nie działał pochopnie, nawet jeśli się mylił. We dwoje po prostu… po prostu niewiele możemy, Johnny…
Znał ją zbyt dobrze.
– Podjęłaś już decyzję.
Westchnęła i odwróciła wzrok od jego twarzy.
– Chyba tak. W tym układzie naprawdę obawiam się Oliviera mniej. Wiem, że załatwisz inne rzeczy, ale z samych kwestii wywiadowczych, to… Ja się po prostu boję, mam złe przeczucia.
Nie wstał z miejsca i nie podszedł, żeby ją przytulić, chociaż zapewne brzmiała naprawdę żałośnie. Za to też była mu wdzięczna. Nie chciałaby zostać zmuszona do tego, żeby drugi raz kazać mu odejść. Zawsze czuła się z tym źle, bo potrzebował znacznie więcej kontaktu fizycznego niż ona i głównie przez niego wyrażał emocje.
– Powinnaś się cieszyć. Tak czy inaczej wiemy, że żyje.
– Racja.
Ale to nie było takie proste. Nic z Miguelem nie było proste i do końca pewne. Nawet leżąc w tym samym łóżku, nawet w objęciach wydawał się nie do końca obecny i gotów w każdej chwili zniknąć, jeśli nie ciałem, to duchem. Zgubić się w labiryncie własnej głowy, skąd nikt nie mógłby go wyciągnąć – Emily wiedziała, parę razy próbowała to zrobić. A skoro wszystko było dobrze, to dlaczego nawiedzały ją od tamtej nocy tylko koszmary?


Rosja
Był w drodze do piekła.
Nie pozwalali zapomnieć mu o tym nawet na moment. Śmiali się okrutnie głosami z przeszłości, wciąż od początku recytowali litanię z grzechów i błędów. Mógł je teraz zobaczyć wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Poczuć rozpaloną smołą na skórze i pod nią. Olejem w żyłach.
Duma, mówił Claude.
Próżność, mówiła Julia.
Krnąbrność, mówił Barthez.
Zadufanie, mówiła Mathilda.
A potem z odrazą odwracali wzrok.
Nie mógł otworzyć zasznurowanych ust, nie mógł zamknąć oczu po tym, jak wycięto mu powieki. Nie mógł się ruszyć przybity za ręce i nogi do płonącego podłoża w bluźnierczej parodii ukrzyżowania. Coraz więcej postaci krążyło nad nim jak sępy. Nie wszystkie miały ludzki kształt. Nie wszystkie miały jeden kształt.
Nigdy nie powiedziałeś, że mnie kochasz, szeptała Emily. Nigdy nie powiedziałeś, że jestem ważna, piękna, że coś dla ciebie znaczę, że nie chcesz, żebym odeszła. Że coś zmieniłam. Nie potrafisz tego przyznać nawet teraz.
Zabawiłeś się mną, warczał Johnny. Bawi cię, że nie umiem tego powiedzieć.
Aż wreszcie cienie uformowały się także w nich – dwóch sędziów, wielkich i strasznych. Jednego o pysku tygrysa, drugiego o pysku wilka. Wzięli go pod ramiona i szarpnęli, aż gwoździe wyrwały mięso. Krzyczał i wił się, ale okręcili mu szyję kolczastym drutem. Ciągnęli nagiego po rozżarzonych węglach. Głębiej w otchłań. W ciemność.
Myślę, że spłonę w piekle, powiedział kiedyś, patrząc na ostatni mecz w historii.
Też tak sądzę, odpowiedział wtedy Barthez.
…Wadim Rybakow, lat dwadzieścia trzy, Apolonin Lebiedjew, lat dziewiętnaście, Żora Morozow, lat szesnaście…
Krzyczał mimo obroży z drutu, mimo lejącej się do ust smoły. Krzyczał najgłośniej, jak potrafił. Jak nigdy w życiu. Bardziej niż wówczas, gdy skrzydła rozrywały skórę pleców. Bardziej niż wówczas, gdy piła rżnęła ich kości.
Bardziej niż wówczas, gdy odchylone prześcieradło ukazało w połowie spaloną twarz Julii.
– Kurwa mać, trzymaj go mocniej!
Sędziowie wydali wyrok. Ich szpony wbijały się w ciało, gdy ciągnęli go za bramę piekieł.

*

– Zabiłam go…? – spytała cichym, drżącym głosem.
Wobec faktu, że twarz Reia spuchła wręcz niemożliwie i nie był zdolny do odpowiedzi, obowiązek ten spadł na Jurija.
Niestety.
– Wygląda na to, że jeszcze nie – warknął. – Ale jeśli on tego nie przeżyje, osobiście dopilnuję, żebyś za to zapłaciła. I żeby bolało jak nigdy wcześniej.
Jindřiška zadrżała i spuściła wzrok. Podciągnęła kolana mocniej pod brodę i objęła je ciasno rękoma. Dygotała.
W pierwszej chwili wydawało się, że to groźba Ivanowa tak ją wystraszyła, wobec czego jednak nie czuł ani krzty wyrzutów sumienia. Może i była dzieckiem, ale on w jej wieku wysłuchiwał gorszych rzeczy. A poza tym – zasłużyła.
– Nie chciałam… – wyszeptała jednak, rozwiewając w tym względzie wszelkie wątpliwości. – Nie wiedziałam, że… wystarczy dotyk, broniłam się. Ja nie chcę nikogo zabijać, rozumiecie?! Nie jestem taka! – Jej chudym ciałem wstrząsnął szloch. Pociągnęła nosem i schowała głowę w ramionach.
Do Jurija dotarło nagle, że kiedyś już słyszał podobne słowa. Kiedyś już widział podobny przerażony wzrok. Kiedy uświadomił sobie gdzie i kiedy, ironia całej sytuacji uderzyła go pięścią w żołądek.
Spojrzał w kierunku unoszącej się w rytmie słabego oddechu sterty koców i wystającej spod nich jasnej, sklejonej potem czupryny – na starszego teraz o kilkanaście lat chłopaka, który też nie chciał zabijać; który tam, w innych czasach i innym świecie, w ciemnych ruinach moskiewskiego stadionu wymiotował długo i gwałtownie, kiedy dotarło do niego, że zrobił to po raz pierwszy. Którego ręce spłynęły potem całymi strugami niechcianej krwi, bo tak było trzeba. Bo nikt nie zostawił im tego wyboru i nikt nie zapytał, kim naprawdę są i czego pragną. A czasem przecież pragnęli tak niewiele. Tylko czystego sumienia na przykład.
To właśnie było najgorsze. Nie same Bestie. Nie wtłaczanie ich siłą do ciał i umysłów dzieci, a właśnie to – brak wyboru. Fakt, że wszyscy Połączeni byli mordercami, jeszcze zanim z ich ręki padł pierwszy trup.
– Nie becz – warknął Ivanow, ale wywołało to zgoła odwrotną reakcję.
Odwrócił wzrok, kiedy zobaczył, że Rei kuca obok dziewczyny i po prostu ją obejmuje. Przylgnęła do niego mocno, zarzuciła ramiona na szyję. Najwyraźniej było jej już wszystko jedno, do kogo się przytula.
Na zewnątrz zapadał zmierzch, zastraszeni właściciele chaty tłoczyli się w drugiej izbie i zza ściany dochodziły ich nerwowe szepty. Ta wioska była akurat zamieszkana, co prawdopodobnie stanowiło dobry znak, ale zagadywani o lekarza albo chociaż miejscowego zielarza ludzie jedynie kręcili głowami. Ale potem ktoś pobiegł do innego domostwa i wrócił z na oko stuletnią babcią zakutaną w setki szali. Obejrzała Miguela, pokręciła głową, pomachała jakimś wiechciem, a potem zbladła i wycofała się gwałtownie, kreśląc w powietrzu trudne do rozpoznania znaki.
Wiele to nie pomogło, ale przynajmniej okłady zbiły gorączkę i Lavalier przestał w końcu wrzeszczeć jak opętany oraz rzucać się po posłaniu, dzięki czemu też odrobinę uspokoili się ludzie za ścianą. Wyczerpany natychmiast zapadł w sen.
Jurij przyłapał się na tym, że co jakiś czas sprawdza, czy to na pewno tylko sen.
Po ostatniej kłótni nie rozmawiał już z Reiem, zresztą – wnosząc z rozmiaru opuchlizny – złamał Konowi szczękę i ten w ogóle przestał się odzywać. Przyjdzie ranek, planował, będzie wygrzany po nocy i wyspany. Zniesie kolejny dzień.

Ale jeśli nie, zostaniesz sam na sam z Chińczykiem.

Jurij zawarczał gardłowo. Z Wolborg nie było tak prosto jak z Reiem. Nie dało się po prostu przefasonować jej ryja i uciszyć siłą.
Naprawdę nie trzeba było tego wszystkiego Ivanowowi mówić. Wiedział. Wszystko wiedział, wszystko to trzymał pod warstwą gniewu i niezgody na taki stan rzeczy. Wszystko to wrzało w nim jak lawa pod zastygłą skorupą, próbowało znaleźć ujście.
Ale Wolborg krążyła na tyłach jego głowy niespokojna, ze zjeżoną sierścią, łypiąca na Reia czujnie, jakby już miał ją zaatakować, i sypała życiowymi mądrościami.
Sama mnie do tego ryzyka namawiałaś, przypomniał Jurij, mierząc się wzrokiem z siedzącym pod przeciwległą ścianą Konem, któremu lewa połowa twarzy spuchła tak, że ledwie było widać skośne oko. W okolicach szczęki rozlał się paskudny krwiak, którego nie zdołały powstrzymać do końca nawet okłady ze śniegu, w kąciku nabrzmiałych warg lśniła stróżka śliny, której Chińczyk wciąż jeszcze nie poczuł.

Otrząśnij się, Jurij. Musisz być teraz czujny. Bai Hu ma rację. Jemu już nawet lekarz nie pomoże, jest za późno. Wiesz, jak działa Pierce? Nie chodzi tylko o biegunkę i wymioty. Ten kaszel…

– Zamknij się! – nie wytrzymał i ryknął na głos.
Rei obrzucił go zdziwionym spojrzeniem, Jindřiška drgnęła odruchowo i zasłoniła się rękoma, jakby spodziewała się ciosu.
Warknął w ich kierunku, odwrócił się do nich plecami. Nie chciał widzieć ani Kona, ani tej zasmarkanej Czeszki. Nie chciał widzieć nieruchomego Miguela. Zacisnął powieki z całych sił, próbował wyrzucić spod nich obrazy rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły. Wrócić do Moskwy.
To wszystko nie było warte takiej ceny. Każdej, ale nie tej. Nie powinien był się łudzić, że dane mu będzie uciec. Ani on nie powinien, ani tym bardziej Wolborg.
– Nienawidzę cię, suko – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Wyprowadzę cię. Zadbam o ciebie. Tylko musisz być czujny.

– Powiedziałem NIE!
Usłyszał szloch za swoimi plecami. Był jak kwas. Jak trucizna.
– Zamknij ryj! – odwrócił gwałtownie głowę w stronę Jindřiški. – Mało ci tego, co zrobiłaś?!
– Przestań! – wrzasnął Kon, a złamana szczęka zamieniła jego głos w syk. Powietrze ostrzegawczo zapachniało ozonem.
Jurij zacisnął dłonie na udach. Z całych sił. Tak, by mieć pewność, że palce zostawią sine ślady. Wbił bark w ścianę. Dygotał na całym ciele z wściekłości, krew szumiała w głowie, rozpalała kark.
Mógłby zabić. Ich oboje. Utopić swój gniew w świeżej krwi. Do tego był stworzony. Takie było jego przeznaczenie.
Ale podjął inną decyzję, a Wolborg – jak rzadko – ukorzyła się przed jego wolą.
– Będziemy się musieli rozdzielić – wycharczał.
– Po prostu się uspokój – syknął niewyraźnie Kon, przyciskając dłoń do policzka.
Ivanow obrzucił go lodowatym spojrzeniem spod zmarszczonych brwi. Czuł, że drżą mu nawet usta.
– Zdradziłem was – wyrzucił z siebie głosem przypominającym szczeknięcie.
– Co…?
– To, Rei. Kai będzie tu w przeciągu kilku, kilkunastu godzin. Jeśli nie chcesz się z nim spotkać, spierdalaj. I weź ze sobą małą.
– O czym on mówi, Rei? – spytała cicho, chyba wierząc, że jest zdolna umknąć słuchowi Sabaki.
– O Kaiu Hiwatarim – syknął Kon, patrząc na Ivanowa zmrużonymi wściekle oczyma. Jego pięści zacisnęły się, knykcie zbielały. – O pierdolonym Kaiu Hiwatarim, swoim panu i władcy, psie jebany!
Jurij uniósł górną wargę i odsłonił ułamane kły.
– Nie mam wyjścia – zawarczał.
– Ty może nie! Ale co będzie z nim?! – Chińczyk wskazał ręką na Miguela.
– Nie wiem. Ale przeżyje.
– Gówno, nie przeżyje!
– Rei, tracisz czas – stwierdził lodowato Jurij. – Bierz młodą i spierdalaj. I obyśmy się więcej nie spotkali.



Rzym
Ulice Wiecznego Miasta były głośne i tłoczne nawet o tej prze roku. Płynęły niewyczerpanymi strumieniami turystów, ale Olivierowi było to akurat na rękę. Tłum obcych ludzi pozwalał się wyłączyć. Często chodził tak też po Paryżu – wtapiał się, czasem nawet przyłączał do jakiejś wycieczki, byle tylko inni nadawali rytm. Byle szli, byle parli przed siebie bez większego sensu i bez refleksji. W ogólnej bezmyślności i bezkrytyczności jakoś łatwiej było mu pozbierać odłamki własnych wniosków.
Myślał, że rozmowa z Enrique mu pomogła. Dawał sobie jeszcze dzień, maksymalnie dwa na podjęcie decyzji i wyznaczenie kierunku dalszego działania. Miał wrażenie, że wie, na czym stoi – złudne, ale pozwalające wyrwać się z paraliżu zmowy milczenia. Giancarlo obiecał pomoc w rozszyfrowaniu całej sprawy i kontakcie z Robertem.
A potem zadzwoniła Emily i wszystko zmieniło się w ułamku sekundy.
Zanim powiedziała, o co chodzi, trzy razy zapytała, czy telefon Oliviera na pewno nie jest na podsłuchu, aż kazał jej zaczekać i poszedł po jakiś starter, żeby miała absolutną pewność. Kiedy uznała, że teren jest bezpieczny, wyznała, że skontaktował się z nią Miguel, że najprawdopodobniej jest w Rosji i niewykluczone, że w towarzystwie Jurija. Problem polegał jedynie na tym, że nie zdołał podać lokalizacji ani innych szczegółów. To znaczy, prawdopodobnie je podał, ale połączenie było tak fatalne, że nawet po oczyszczeniu nagrania niewiele dało się z niego wywnioskować. York oczekiwała pomocy w zlokalizowaniu Argentyńczyka i otoczeniu tak jego, jak i ewentualnych „innych” kordonem tajemnicy i bezpieczeństwa. Co oczywiście leżało w mocy Oliviera, a przynajmniej tak sądził.
Tak czy inaczej, fakt, że Miguel był żyw i najwyraźniej w jednym kawałku, mógł potwierdzać domysły Francuza, a nawiązany kontakt oznaczał, że w grę Papowa zostaje też wplątany Zachód. Na ile było możliwe, żeby Ivan przewidział to wszystko? Polangue bał się odpowiedzi na to pytanie i bał się własnego strachu.
Emily zaznaczyła też, że Robert o niczym nie wie i że niewskazane jest, żeby się dowiedział. To z kolei prowadziło do sytuacji, w której Olivier mógł faktycznie dorobić się tajemnic przed Niemcem. Jego położeniu nie mogło to pomóc na pewno. W oczywisty sposób podważało jego wiarygodność. Mózg Roberta działał na prostych zasadach i jeśli raz miałaby zostać do niego wprowadzona informacja, że coś istotnego przed nim zatajono – a przecież kwestia Miguela była dla jego planów wręcz niemożliwie istotna – już zawsze zakładałby, że coś się przed nim ukrywa i najpewniej ukrywało w przeszłości.
A potem był drugi telefon. Tym razem od Enrique. Kazał natychmiast włączyć kanał informacyjny. Kiedy usłyszał, że nie ma takiej opcji, wyjęczał, że Robert właśnie składa publiczne oświadczenie. I że mówi w nim jakieś straszne bzdury o tym, że Balkow to jego ojciec.


Rosja
– Jurij…
Głos wołający go po imieniu był tak cichy, że Ivanow niemal go przeoczył. Zwłaszcza że nie spodziewał się go usłyszeć. Nie w najbliższym czasie w każdym razie. Obróciwszy jednak głowę, zobaczył, że Miguel marszczy brwi, a palce jego wyciągniętej dłoni poruszają się lekko, jakby czegoś szukał.
– Jestem tu. Wszystko w porządku.
Jeśli miał się już budzić, to dlaczego akurat teraz?
Jego powieki zadrżały, ale zaropiałe oczy nie były w stanie się odtworzyć. Jurij przysunął się bliżej, położył rękę na ramieniu, żeby potwierdzić swoją obecność.
– Będzie dobrze – powiedział wbrew sobie, czując, jak każde z tych słów wypala mu dziurę w gardle.
Jedyne, co powinien był powiedzieć, to „Wybacz mi”.
Jedyne, co powinien był usłyszeć, to „Nie”.
– Nie… Jurij… ja chyba… – Jasne brwi zmarszczyły się mocniej, usta skrzywiły. – Ja… jednak… nie dam rady…
– Dasz.
Miguel nie odpowiedział. Zdołał wreszcie otworzyć oczy, ale zdawało się, że i tak nie widzą. Drżał. Jurij rozejrzał się, ale szybko stwierdził, że nie ma już czym dodatkowo okryć Argentyńczyka.
– Boję się…
Sam także zadrżał.
– Boję się umierać, Jurij…
– Przestań! – warknął, chociaż wcale nie zamierzał.
Podskórnie czuł, że nie na tym polega jego rola. Gdyby sytuacja była odwrotna, Miguel wiedziałby, co robić. Nie miałby oporów, żeby kłamać w żywe oczy, bo tego po prostu wymagałaby chwila i drugi człowiek zwyczajnie niezdolny, by udźwignąć prawdę.
Lavalier znów zamknął oczy. Zacisnął powieki być może z bólu, a być może wcale nie.
– Po prostu śpij – wyrzucił z siebie Jurij, zaciskając palce na nasadzie nosa i tłumiąc warkot. – Obudzisz się, będzie lepiej.
– Nie obudzę się.
To, jak pewnie i wyraźnie zabrzmiał nagle Miguel, zmroziło Ivanowa do kości. W myślach przeklął Kaia po tysiąckroć. Za to, że miał się tu zjawić i za to, że nadal go nie było.
– Powiedziałem, że masz przestać, do kurwy jasnej! – Uniósł rękę jak do ciosu, napięły się jego mięśnie, ciało ułożyło samoistnie.
I nagle dotarło do niego, co robi.
Spojrzał na swoją dłoń – na długie palce, na zaczerwienioną od mrozu bladą skórę, brudne, połamane paznokcie i otarcia. Niemal czuł, jak końcówki nerwów odpowiadają stosownym wrażeniem, przekonane, że uderzył, choć ręka nadal wisiała w powietrzu nieruchoma jak lodowa rzeźba.
Spojrzał na człowieka, na którego miał spaść cios. I zadrżał, zepchnięty wnioskami na krawędź paniki.
– Miguel…
Nie dostał odpowiedzi.
– Miguel! – Dopadł do niego, chwycił za ramiona i potrząsnął. Nie dało to niczego, wiotkie ciało nie zaprotestowało najlżejszym skurczem. Jurij drżącymi ze strachu dłońmi odgarnął szalik, wymacał tętnicę szyjną.
Kiedy poczuł puls, coś ścisnęło jego gardło. A potem, pierwszy raz od wielu lat, zwyczajnie rozpłakał się jak dziecko.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 03 czerwca 2017, 10:39

SpoilerShow
jprdl, Kruffo, poryczałam się z nim i jakoś niewiele pomaga przypominanie sobie o Twojej obietnicy

Ja naprawdę krótko - czytam po prostu jak świetną powieść, napięcie podnosi się i opada, a potem podnosi się wyżej. Potrafisz dać moment wytchnienia - to wszystko, co w domu Johhnny'ego, co odległe od nich, matka Johnny'ego, która tak cudownie po protu ich przyjmuje, jest ostoją, te sceny z domu - one tak luzują, w taki dobry sposób - wiesz, oto przy tym wszystkim, co ohydne, podłe i kończące świat, jakiś zwyczajny, pozytywny świat istnieje, więc jest za co walczyć. I to jest dobre.

Moment nocnej rozmowy Miguela i Jurija był dla mnie czytelniczo trudy - gubiłam się, który mówi co, czytałam powtórnie i powtórnie. Myślę, że bez problemu można to zwalić na mnie, ale wiem, że pewnie się temu przyjrzysz, więc zaznaczam, że tak było.

Tak czekałam, żeby Miśki wreszcie były razem. Bosz, jak kocham, że to nie jest takie proste, że nie ma padania sobie w ramiona, że jest ten sam układ, który był, czyli Miguel jako spoiwo, a teraz to spoiwo się kruszy i nie wiem, nie umiem sobie wyobrazić, co dalej, jak to wszystko można odkręcić.

Robert - ten wygląda, jakby miał właśnie przekroczyć granicę własnej wytrzymałości i zwyczajnie pęknąć, złamać się, bo odpowiednia siła złamie każdy, najtwardszy pręt. Lubię jego zaufanie do umiejętności Tachibany. Lubię, że w pewien sposób odpuścił, oddają się w jej ręce. Układ Robert - Emily/Johnny - Olivier robi się przerażający w ogóle w kontekście nacisku na Roberta. Nie wierzę w winę Oliviera, choć to wszystko jest takie niepewne, bo wychodzi na to, że on sam może nie do końca wiedzieć, jak działa. Nie wierzę, a jednocześnie przeczuwam jak może zareagować na to, co łatwo uznać za zdradę Emily i Johnny'ego.

W co gra Ivan? On mnie odpycha, a jednocześnie jakoś dziwnie czekam na to, by się dowiedzieć, co on przygotował dla świata.

Kai ze zdjętą gardą - też lubię. Natomiast Rei mnie nieco zaskoczył tą pojedynczą myślą o żonie, która wydała mi się taka sucha. Ja wiem, że sprawy ważniejsze i że Bai Hu, ale i tak jakoś poczułam coś jak zawód, że serio? W ten sposób? Żadnego ucisku, smutku? A może tylko ja ich nie zauważyłam? A może to wszystko dlatego, że on już siebie spisał na straty? W sensie on nie chce ratować swego życia (w sensie tej normalności życia rodzinnego, na ile w ogóle coś takiego posiadał jako cesarz), a coś właśnie większego? Rei jest trudny i fakt, że jego właśnie z tej trójki wybiera Jindriszka jest piękny.

No i po raz kolejny dziękuję za klif-hanger ;)

<3 <3 <3
SpoilerShow
A ty się nie marz, blondie.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 05 czerwca 2017, 06:25

jej ataki, żeby w ogóle zadziałaś, musiały być bardzo powierzchowne
Przewrócony mebel rąbnął głucho o podłogę, a Miguel zawirował w ramionach Jurija jak disnejowska księżniczka.
bardzo, bardzo, bardzo cieszy mnie zmiana w tym zdaniu. bardzo
– Hej, tylko bez umierania mu tu
Ciężko mi zebrać myśli, ale czas wcale nie działa na korzyść i nie pomógł dzień zadumy. Powoli mi przechodzi to, co czułam, czytając, a czułam tak dużo, że nie dam rady napisać i pewnie się nie dowiesz, a szkoda.

Najlepsza wstawka do tej pory, ale wcześniej nie mogło jej być, bo musiałaś przygotować czytelnika i wszystko nakreślić na tyle, żeby go wkręcić w emocjonalne odczuwanie fabuły. I nie wiem czy jest sens się o tym rozpisywać, bo serio, nie dam rady ubrać w słowa. Bardzo ciężki kawałek tekstu, pełno skrajnych, kryzysowych i łamiących sytuacji, takich, że samo wyobrażanie sobie, że mogłyby tak być naprawdę, wali mi po mózgu. Momentami ulga, że to tylko zmyślony farfocel i fanfik o supermocach, bo inaczej nie mogłabym się pozbierać dłużej. Z drugiej strony żal, bo... bo to tylko fanfik o supermocach i tyle tu dobrze oddanej psychologii, że coś mnie w środku tak jakoś, sama nie wiem, to jest to uczucie, kiedy jednocześnie człowiekowi przykro, że coś jest "aż i tylko", nie wiem, po prostu mnie zmiotło chyba.

Nie dam rady teraz napisać dużo o sytuacji w Rosji, ona jest tak cholernie potworna. Każdego z bohaterów jestem w stanie odebrać inaczej i jego oczami się przerazić, wściec, poczuć bezradnie. Może Rei najmniej na mnie oddziałuje, ale on też najmniej jest mi bliski i dlatego cieszyły mnie perspektywy Miguela i Jurija. Co oczywiście nie znaczy, że scena Rei-Hendryka (sory ja nie umiem tego napisać, mogę pisać Jindriszka?) była zła. Przeciwnie. W sumie tu nie było złych scen i to też ważna informacja w komentarzu, ale chyba o tym wiesz. Chciałabym, żeby ktoś się tak czuł, czytając mnie, jak ja się czułam czytając ten kawałek Odpadu. Dlatego daję znać, że doceniam.
Psychozę Miguela (zajebistą, tyle, nie będę w to wchodzić bo jebne esej) tak konsekwentną, ładnie łączącą się z rzeczywistością, odmalowującą tę rzeczywistość po drugiej stronie lustra jako piekło, w ogóle... eksplodował mi mózg przy tym "myślę, że spłonę w piekle" i "też tak sądzę".
Rozwaloną mentalność Jurija i to, jak przerażające musiało być jego gadanie na głos, kiedy siedział odwrócony plecami do tamtej dwójki. Postać tragiczna i pociągająca przez to, chora, niezmiennie dobra i wrażliwa, coraz bardziej, im bardziej wciągana przez zło.

Bym coś jeszcze napisała o tej trój(czwór)ce ale op prostu nie potrafię. Napięcie ci się udało, czarna rozpacz też, bezradnie czytałam i to było rozpaczliwe i okropne i umiałam to wszystko czuć jakbym tam była. Skutecznie w tym tekście odmalowujesz to, jak człowieka można zniszczyć. W tym wszystkim jest element fantastyczny i (tak powtarzam się) on mnie jednocześnie męczy i jara, wkurza coraz bardziej i powoduje coraz większą ulgę. Bo nie dałoby się stworzyć tak chorej i tragicznej sytuacji bez tych potworności, jakimi są moce, bestie i brak wyboru, o którym piszesz. Tak. I sama już nie wiem, ale ten tekst mną miota i dziękuję za to.

Z przyczyn, które bardzo nieudolnie próbowałam u góry nakreślić, najbardziej kocham (i najbardziej cierpię) przy Jurgensie. To się nie zmieni, tak musiało być, zresztą każde zdanie trafia mnie między oczy z tych, które kreślą Roberta i tak wyszło, eheh, że trafiłaś i wyglądem, i narodowością, i osobowością, i kuźwa wszystkim innym, milion razy już pisałam, Jurgens, Jurgens, mogłabym czytać ten tekst tylko dla niego. Rozwala mnie przebijanie się przez niemieckie zasieki, bo przez nie się nie da przebić, ale to już pewnie moja schiza i coś, co w mojej głowie nabiera wielu znaczeń i odniesień, a u ciebie mogło być tylko ładnym zdaniem. Rozwala mnie "działanie umysłu na prostych zasadach" słusznie lub nie do końca słusznie postrzegane przez Oliviera mechanizmy. Rozwala wreszcie sytuacja Roberta, to, że nawet nie musiałaś pisać o tym, jak wygłaszał oświadczenie, a ja po jednym zdaniu (tym z informacją, że właśnie ogłasza się synem Balkova) zostałam zmiażdżona swoim własnym wyobrażeniem stresu i rozdarcia i tego, co Jurgens przeszedł przed i co przechodzi w trakcie mówienia. Może to trochę żałosne, że tak go uwielbiam. Zdanie o tym że już teraz mógłby sobie strzelić to już totalny kosmos i nie dało się bardziej przywiązać mnie do postaci.

I w ogóle to wszystko było tak udane i tak dobre, tak możliwe do odczucia. Doceniam (jak Emily) postać Johnny'ego, boję się (jak Olivier) fatalnej sytuacji w związku z Robertem, Jestem niepewna (jak Ivan) zakończenia tej historii tak gdzieś w środku i w głębi ZNÓW dobrze mi i źle jednocześnie, że obiecałaś ten cały happy end. Ale to już prywatne skrzywienie i nie będę wymieniać, kogo chciałabym żywego, a kogo martwego i jak by mnie pokopało najmocniej. Lubię, jak kopie.

Żeby nie było, że płaczę przed twoim ołtarzem, mam też kilka uwag. ((tak w ogóle to szlochałabym dłużej o wspaniałości tego dramatyzmu i napięcia, bo przecież nic innego mnie nie jara równie mocno ale dość już, ok, bo ci się zrobi za dobrze, a tego przecież nie chcemy, prawda)). Pojawiło się dwa (trzy?) razy "ot, tylko" czy tam "ot, po prostu" i ogólnie "ot" i ono jest na tyle zauważalne (i rzadkie) że w pewnym momencie bardzo podobnie zagrało w dwóch scenach, jedna po drugiej, niedaleko. I się rzuciło w oczy. Szczegół, ale uznałam, że jednak wspomnę, bo co mi tam. Jak pisałam wyżej, bardzo mnie cieszy zbędny i usunięty epitet w zdaniu o wirowaniu disnejowskiej księżniczki, bo (tak szczerze) bałam się tego momentu i tego, że on w jakiś sposób spłyci fragment. Szacun za wyczucie i dziękuję. Co jeszcze - z takich rzeczy subiektywnie dla mnie umożliwiających czepianie - scena z Ivanem jest bogata w wyjaśnienia i informacje (uf, ja pierniczę, jak mi było tego trzeba) ale jej umiejscowienie(?) albo kluczowość, nie wiem, coś w niej sprawiło, że odbija się echem przez wszystkie "europejskie" sceny. Pewne informacje, które serwujesz czytelnikowi na tacy (plan Ivana i jego cele, ofiary, jego poglądy i oceny) są później obecne, jakby reszta postaci je niejako przejęła. Nie umiem za bardzo wskazać na konkretne zdania, to jest po prostu takie ulotne. Ale jakby... miałam poczucie, że scena była potrzebna i tobie. Żeby bezpiecznie się później poruszać, uniknąć nieporozumień. I tak na przykład ocena Roberta w oczach Ivana płynnie przechodzi do Emily i Johny'ego, przekonanie o paranoi, w sumie samo słowo "paranoja" i coś jeszcze, coś w emocjach. I u Oliviera też to czuć. Jakby nagle wskoczyło coś na swoje miejsce, to, że Jurgens miał jakiś niejasny dla innych plan, że się spisał na straty własnym wyborem. To, że Miguel tak na ślepo się w coś wkręcił i zepsuł jakiś wielki plan, znikając w Chinach. Może to być spowodowane moim nieogarem - w końcu nagle wszystko mam klarowne i jasne, a wszystkie postacie wcześniej to wiedziały i tylko ja teraz (wow, kan) nagle widzę, że one wiedzą. Ale no. Tak jakoś miałam potrzebę napisać, może coś w tym jednak jest.

Najlepsza wstawka do tej pory, przeorała mnie. Czekam bardzo. Na akcję z Kaiem i (ja pierniczę...) cokolwiek znów z perspektywy Jurgensa, bo jestem jednak skrzywiona, a mój umysł działa na prostych zasadach.

aha, byłabym zapomniała. kilka zdań o robieniu orła na śniegu i rzucaniu śnieżkami, a człowiek prawie łzawi ze wzruszenia nad miguelem, no i jeszcze to golenie się co dwa dni. i chrumknięcie szynki w durnym momencie tak (ja pierniczę, jak?) urealniające rozmowę ciężką jak ołów
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Joa » 03 lipca 2017, 13:57

SpoilerShow
Pech chciał, że trafił w ręce Kaia, a ten owszem – miał je.
XD OK.
Odwróciła się do ściany, jakby nagle zafascynowana wzorem na jasnej, subtelnie kwiecistej tapecie w niewielkim saloniku.
Zwracam tylko uwagę. Ten zabieg patrzenia i zafascynowania się ścianą pojawia się na samym początku przynajmniej dwa razy.
Stał w bezpiecznej odległości trzech metrów, ale także patrzył nieruchomo w okno i także sięgnął po papierosa.
Prawdopodobnie widok pobojowiska, stanu armii jej męża i statystyk skutecznie podkopał jej hardość.
Borys z narastającą złością obserwował powłóczyste spojrzenia, jakie posyłali jej oficerowie, i gesty, które wykonywali za jej plecami, a których zdawała się nie zauważać.
Powtórzenie, chyba niezamierzone.
Btw. bardzo dużo jest przypadków, gdy powtarza się "jej" w dwóch następujących po sobie zdaniach. O dziwo inne zaimki się nie powtarzają. Daję tylko znać. :D
Może to ta obawa właśnie ta obawa nie pozwalała jej na swobodny uśmiech.
Zwolnił, nie chcąc przeoczyć czegoś ważnego. Nie będzie czasu, żeby się cofać. Nie będzie takiej możliwości – wiedział o tym. Coś zdawało się pożerać przestrzeń za nim.
– Szybciej! – ponagliły go przerażone głosy z rozpadającej się ciemności.
Chciał im odpowiedzieć, że robi, co w jego mocy, że nie może szybciej, ale nie był w stanie przywołać słów. Jakby usta wypełniała mu woda. Albo raczej gęsta, lepka smoła.
Dłonie z ciemności rozpaczliwie chwytały go za nogi i brzuch, spowalniając jeszcze bardziej. Chciał się im wyszarpnąć, chciał zrzucić z siebie niecierpliwe, pulsujące strachem palce, ale nie zdołał.
Chyba trochę za dużo tego chcenia.
że nigdy więcej nie będzie niczyją dziwką, a potem postanowił na złość mamie odbić sobie tyłek.
Odbić sobie tyłek? XD
Był bankiem. Skarbcem. Sejfem, o którego Hiwatari miał zamiar kiedyś się włamać.
Za jego plecami szczękną odbezpieczany zamek pistoletu.
Miguel ściągnął jej koszulkę. Emily otworzyła oczy, choć powieki opadały sennie, chcąc choć przez chwilę patrzeć na jego dłonie sunące po jej ciele. Na jego skupioną twarz i oczy chłonące każdy jej szczegół. Złapał jej spojrzenie, złożył pocałunek na ustach, a potem na piersi, drażniąc coraz wrażliwszą skórę czubkiem języka
Próbował się potem oczywiście tłumaczyć, przekonywać, że nic mu nie jest i ogranie,
Ale przed laty Emily nie miała za sobą piętnastoletniej historii burzliwego związku z mężczyzną, który najwyraźniej nadal był nią zainteresowany po same uszy.
Nie gra mi to "zainteresowanie po same uszy". Zakochany - ok, ale nigdy nie usłyszałam o zainteresowaniu po same uszy.
– Miło widzieć, że żaden z was nie wypadł przez przypadek za barierkę – komentowała.
Skomentowała?
– Nie mogę – odpowiedział Miguel głuchło.
Głuchło <33333
– To takie dziwne, że chcę wiedzieć, a czym stoję? – obruszył się Miguel i York wiedziała już,
Jękną boleśnie, a stopy zawisły parę dobrych centymetrów nad podłogą.
Wokół siebie maiła sam system sterowniczy, bez mecha, podłączony jedynie do programów stymulujących,
– Kiedy mówiłeś o wyborach, myliłeś się. To wszystko to tylko przypadek. Czysta entropia i nikt nad tym nie panuje
"Entropia" czy to słowo nie brzmi dziwnie w ustach Miguela?
– Wiesz, dlaczego się tu znalazłam? – podjął więc znów Lavalier.
Komentuję tuż po skończeniu całej części pierwszej, bo pomyślałam, że tak będzie najlepiej. Mniejszy fragment tekstu, nie całość, o mniejszej ilości rzeczy zapomnę. Poza tym jakoś się tak nie mogłam doczekać, aż Ci komentarz napiszę i podzielę się tym, co mam w głowie. Mam nadzieję, że okażę się pomocna.
A więc. Jest mi już dobrze to czytać. Już używam celowo, bo początkowo było ciężko. Ilość informacji z początkowych rozdziałów jest niezbędna, by jako czytelnik ogarniać, co się dzieje, ale mimo wszystko ogromna. Dopiero teraz czuję, że w pewnym, znacznym stopniu rozumiem ten tekst. To może być też powodem, dla którego tak mało osób to czyta. Raz - długość (rzadko kto lubi długie teksty, niestety >____<), dwa - nieznajomość świata (więc po co czytać fanfick czegoś, czego się nie zna? I tak nie zrozumiem!), trzy, o dziwo - nienaganny styl (lepiej nam czytać i komentować coś, co do czego mamy obiekcje, coś, co nam się nie podoba. Zwyczajnie lubimy krytykować, mam takie wrażenie). Początkowo mnie to stopowało - i to, że nie znam świata i ciężko mi połączyć fakty, i to, że nie będę miała się do czego przyczepić. Robię się wtedy mała, bo wiem, ile pracy przede mną, ale chciałam ten tekst przeczytać, naprawdę. Nie robiłam tego z musu, podkreślam to.
Ten tekst jest tak spójny, że mnie to zwala z nóg. Ilość postaci, wątków, pracy włożonej w stworzenie tego mnie onieśmiela. Naprawdę dobra robota, Adminie. Podziwiam Cię.
Gdy myślę o Odpadzie, widzę go jako komiks lub film. Nie ma w tym nic złego. Piszesz właśnie tak - komiksowo lub filmowo. Język narracji, nagromadzenie wulgaryzmów zbliża czytelnika do narratora, a narratora do bohaterów w jakiś sposób i sprawia, że cały tekst jest (powtórzę kolejny raz :facepalm:) komiksowy/filmowy. Nie jest to jednak według mnie zła cecha, bo wprowadza niezwykłą obrazowość do tekstu, ja, jako czytelniczka widzę każdą scenę. Każdą! Nie używasz masy opisów, nie rozpisujesz się opisując Moskwę lub cokolwiek innego, a scena i tak "żyje".
SpoilerShow
Obejrzał się, żeby zobaczyć, czy pozostali idą za nim, i wtedy drzwi zatrzasnęły się, a ciemność zaczęła płonąć. Wraz z nią płonęli ci, których miał stąd wyprowadzić. Nadal częściowo wrośnięci w jego ciało jak pasożyty, otoczyli go kręgiem. Widział ich czerniejące sylwetki wśród ognistych języków, słyszał ich pełne wyrzutu jęki. Wili się i deformowali jak skręcające się pod wpływem żaru liście. Maleli w jego oczach, ale nie przestawali wyciągać ku niemu zwęglonych rąk o szponiastych palcach, czepiać się skóry, ubrania, włosów.
O tym mówię. Widzę to, czuję i choć tu opis jest, to nie jest rozwleczony. Jest w punkt. A poza tym, świetna scena.
Kiedy wchodził do łazienki, w lustrze zobaczył obcą twarz. Nie to, że inną, niż pamiętał, bo nie pamiętał żadnej. Czas zatarł obrazy. Teraz napotkał zaparowaną taflę i widoczne w niej rozmazane plamy, całkiem przypominające to, w co zamieniał się jego świat, kiedy zaczynało zmierzchać.
Po chwili wahania wyciągnął palec i narysował dwie kropki, a pod nimi szeroki uśmiech.
– No, pierdoło – powiedział do siebie – tego będą od ciebie oczekiwali. Ucz się.
Ręka sama niemal powędrowała znów do lustra i w dole dorysowała jeszcze koślawą łapę z wyprostowanym środkowym palcem.
I o tym mówię. Widzę to idealnie, a przy tym jest właśnie jak wyjęte z filmu.
Szedł, a każdy jego krok pokrywał ziemię srebrną koronką szronu. Szedł, a lód tężał z trzaskiem, ścinając wilgoć w promieniu kilku metrów i rozsadzając szczeliny. Szedł zamyślony, wcale tego wszystkiego nie widząc. Zresztą nawet gdyby widział, nie obchodziłoby go. Moskwa i tak była martwa, więc nie mógł jej bardziej zaszkodzić.
I to!
Proktowiciele zjawili się parę sekund później. Chłopak wrzasnął przeraźliwie, gdy chwytali go pod ramiona i zaczynali bezceremonialnie ciągnąć po betonie. Skowyt wbijał się w szare niebo, gdy tymczasem bose, niemal już błękitne stopy usiłowały zaprzeć się o podłoże.
Jurij stał nieruchomo, patrząc na tę scenę z głową kompletnie już pustą i zamkniętą.
Impuls rozchodził się po obu układach nerwowych – tym namacalnym, ludzkim i tym drugim, wilczym. Niby ten sam, a dźwięczał fałszywym dysonansem, klucząc po neuronach, miotając się między obrzydzeniem a rozkoszą.
Mięso nadal było ciepłe. Ociekało krwią i wydawało się wręcz, że wciąż drga pod toczącymi z nim nierówną walkę trzonowcami. Z trudem odchodziło od kości, mdłe, lekko żelaziste w smaku. A potem palące w gardło, gdy zaczęło mieszać się z podchodzącymi wysoko w odruchach wymiotnych sokami żołądkowymi.
Jurij o niczym nie marzył bardziej jak o tym, żeby to się wreszcie skończyło, ale Wolborg raz za razem uparcie zatapiała kły w truchle, ssała posokę, z lubością połykała cenne, pożywne wnętrzności. Była łapczywa. Zachłanna. Spieszyła się, jakby w obawie, że ktoś odbierze jej zdobycz.
Ktoś jak inny, silniejszy wilk.
Postacie też są niezwykle filmowe, trochę odrealnione, ale mimo wszystko z całym arsenałem cech i ja w nich po prostu wierzę. Jedyne co mnie nieco męczy to to, że początkowo ciężko mi było odróżnić od siebie Rosjan (wyłączając Jurija i Ivana, oni zapadli mi w pamięć), a niektóre postacie wydają się być zbyt przerysowane (Johnny, Emily chociażby). Inna też sprawa że nie byłabym w stanie rozróżnić części postaci tylko ze względu na język, choć to chyba kwestia tego, że prawie nigdy bym tego nie umiała zrobić >___< To trudna sztuka, dopasować do takiego ogromu postaci indywidualny język.
Tak jak wspomniałam, najbardziej przerysowanymi postaciami dla mnie są Emily i Johnny. Pozwól, że zacznę od mężczyzny, bo pomimo właśnie tego uwypuklenia jego cech charakteru, ja go właściwie lubię. Po prostu.
Johnny, ech, Johnny. Pomimo prawie czterdziestki zachowuje się jak dziecko, jak Piotruś Pan. Jest buńczuczny, niedojrzały, nie umie trzymać nerwów na wodzy. I te rozwody, i kolejne sceny z jego udziałem utwierdzały mnie w pewności, że jeśli pojawia się Johnny, to nie może być spokojnie. Mimo wszystko uśmiecham się, gdy się pojawia. Ta jego lojalność (bo jest lojalny jak cholera, co nie?) mnie rozczula.
SpoilerShow
Rekwiruję to auto! – wrzasnął w kierunku nadbiegającego mężczyzny, zapewne właściciela pojazdu.
XDDDDDD Jak go nie kochać? XDDDDDDD
Obojucham…? – Johnny podrapał się po głowie. Minę miał wielce zamyśloną i skonsternowaną, a brwi zmarszczone w skupieniu. – Ona nas obraziła?
Przy tym łzawiłam, przysięgam.
Emily, ech, Emily.
Nie lubię jej. Jest dla mnie obrazem wszystkiego, co takie irytujące i schematyczne, gdy myśli się o kobietach. Ten jej wybuchowy charakter i niby duszenie w środku żalu albo jakiegoś problemu.
SpoilerShow
– Wiesz, jak się wczoraj poczułam? Jak szmata. I nie wiem nawet, kurwa, dlaczego.
Rozumiem niby dlaczego, ale... Emily, no halo, lasko >___< Nie wszystko kończy się na tobie, nie tylko ty masz problemy, wystarczy normalnie zapytać i się dowiedzieć, a nie rzucać oskarżeniami...
– Powiedz mi, co tam się stało i dlaczego przenieśli cię do karceru – wycedziła. – Bo chyba mi nie wmówisz, że ty, ogień i trzydzieści trupów to czysty przypadek.
I tu kolejne. Niby rozmyślała, patrzyła na informację z różnych stron, ale i tak wybrała atak. Jakieś to niedojrzałe i takie właśnie schematycznie kobiece.
Przez większość czasu spinałam mięśnie, gdy się pojawiała. To taka dziewczynka w okresie dojrzewania, która ma dorosłą pracę, dorosłe zajęcia, robi dorosłe rzeczy, ale nie do końca zachowuje się okej.
To teraz Miguel.
Rozczula mnie równie mocno jak Johnny, choć jest od niego zupełnie inny. Zastanawiało mnie, jak podejdziesz do tematu wyjścia z więzienia po piętnastu latach, jak bardzo zmienił się świat. Patrząc na to, jak Miguel się zachowuje - niewielka to zmiana. Jego przeraża on sam, to, jaką ma moc, co zrobił, a nie otoczenie. Jasne, nie rozumie go w jakimś stopniu, staje się maskotką dla jednej ze stron, ale nie ma tego przerażenia, które pojawia się u więźniów, gdy wychodzą po tak ogromnym czasie na wolność. Ja tego nie zauważyłam. Choć uderzyło mnie choćby to:
SpoilerShow
Minionej nocy na kontemplacji miękkiego materaca i czystej, pachnącej płynem do płukania pościeli chociażby. A jeszcze wcześniej na smaku jedzenia, który znów mógł sprawić przyjemność. Na ciepłej wodzie w nieograniczonej praktycznie ilości. Na intymności w ubikacji.
Jest bardzo dobre. I to, zabawniejsze, jakieś takie dziecięce:
SpoilerShow
Zachichotał chytrze i dolał go nieco do bulgoczącej wody, a po chwili namysłu chlupnął raz jeszcze, znacznie śmielej. Wokół niego rosły łaskoczące fortyfikacje z piany. Pachniało czymś słodkim i to z jakiegoś powodu rozbawiło go jeszcze bardziej. Zanurzył się na moment, by potem gwałtownym ruchem wychlapać sporo wody na podłogę.
Miguel mnie rozczula. Ma swoją świnkę, którą kocha i się nią opiekuje.
SpoilerShow
Musiał to przełknąć choćby ze względu na Szynkę, która potrzebowała miejsca, ogródka, żeby mieć gdzie poryć, swojego kąta i opieki, więc ciągnięcie jej ze sobą w nieznane wydawało się czystym okrucieństwem.
Poziom uroku - milion. <3
Poza tym lubię też jego myśli, wątpliwości, rozważania.
SpoilerShow
Tego nigdy w sobie nie rozumiał – tej potrzeby bliskości przy jednoczesnej chęci ucieczki i odgrodzenia się zasiekami z tego prostego względu, że nie radził sobie w gąszczu wniosków, jakie relacje za sobą pociągały. Nie radził sobie ze sobą w oczach innych.
Nie jest co prawda moją ulubioną postacią, ale żywię do niego sympatię.
I to, Miguel, fajtłapo :facepalm:
SpoilerShow
Byłoby naprawdę znacznie lepiej, gdyby nie to, że życia uczył się dokładnie tak samo i musiał, po prostu musiał sam sprawdzić, czy w gniazdku nadal płynie prąd i czy krajalnica jest faktycznie ostra.
A ich trójkąt... Pozostawię bez komentarza XD
Dobra, idziemy dalej. Jurij.
Mimo że to jeden z trójki, to ja cholernie mało o nim wiem. Współczuję mu, w jakiś sposób jest mi go żal, ale nie umiem powiedzieć, czy to sympatia, czy nie. Wiem, że jest, ma swoje wątpliwości, jest zmęczony, sfrustrowany, męczy go Wolborg (z imionami bestii kończącymi się na -org też miałam problem XD). Sceny z nim zapadają w pamięć. Jego rozmowy z Wolborg są niesamowite.
Rei. Do Reia żywię sprzeczne emocje. Wkurza mnie, denerwuje, a z drugiej strony strasznie mu współczuję. On ma, cholera, paranoję. Wtłoczył sobie coś do głowy i żyje tym, i się męczy. Kurde. A mimo wszystko brzydzę się nim, przy tych scenach miałam go dość, chciała nim potrząsnąć. To bardzo dobre sceny.
SpoilerShow
Rozlana herbata otaczała ją kałużą jak aureolą, krew zebrała się niewielką gęstą kroplą pod nosem. Rei ukląkł obok, by znaleźć broń. Nie znalazł niczego w dłoniach ani przy pasku. Nie znalazł niczego w żadnym miejscu, z którego łatwo byłoby ją dobyć. Sprawdził nawet upięcie włosów – nic.
Herbata. Herbata mogła być zatruta.
Musiała być.
Rada Państwa w ułamku sekundy przestała istnieć.
Wszyscy najważniejsi urzędnicy. Przedstawiciele największych rodów, ważne elementy gmatwaniny powinności i wendetty.
Umarły Chiny, niech żyją Chiny.
– Rei… – wyszeptały z trudem rozbite, spierzchnięte usta.
Rozległ się odgłos uderzenia otwartą dłonią i głowa spoliczkowanego Tavareza odskoczyła na bok.
– Bai Hu – wycedził Kon. – Dla ciebie Bai Hu, zdradzieckie ścierwo.
I nadzieja zgasła.
On nie umie się przyznać do błędu, a mimo to ma ciągle wątpliwości. Usprawiedliwia zabicie służącej tym, że pewnie niosła zatrutą herbatę, halo, Kon, ziemia do Kona. Nikomu nie ufa i niechybnie coś złego z tego wyniknie (jakby już nie wyniknęło). A może jednak zaufa Miguelowi?
Kai, skoro już jesteśmy w azjatyckiej części świata. Kai mnie zaskoczył/a tym, że okazała się kobietą. Poza tym ta postać jest dla mnie obojętna, nie kibicuję jej, ale żeby jej nienawidziła...? Chyba nie. Po prostu jest.
SpoilerShow
Kai powolnymi, ostrożnymi ruchami rozpięła gorset.
Pamiętam, jak mnie to za pierwszym razem zaskoczyło. Ogromnie.
Dobra, Rosja w takim razie. Ivan. Ivan mnie obrzydza do szpiku kości. Stworzyłaś taką postać, która mnie żenuje i obrzydza, jest okropna i zła. Niepozorny, a tak negatywne uczucia we mnie wzbudza. Szapoba, Adminę.
Choć rozmowa między Papowem a Josie mnie rozśmieszyła i Papow z okrutnego stał się też cholernie żałosny (ten sposób pisania mnie dobija, naprawdę, nie jestem w stanie traktować go poważnie), to mimo wszystko jakoś mnie rozsierdza, jak się pojawia. Najchętniej zamknęłabym oczy i nie otworzyła, dopóki by nie zniknął.
Brooklyn - ruszył mnie. Jest okropnie spokojny, co mnie do niego przyciąga, ale nie w taki sam sposób jak Oliver lub Jurgens, ale znacznie bardziej niebezpieczny. Może to ten Asperger, może ilość Bestii i całkowita akceptacja tego, że przejmują nad nim kontrolę... Jara mnie ta postać przez niedopowiedzenia i nikłe informacje o nim.
Mao też jest dla mnie zagadką. Nie wiem, co o niej myśleć. Ale lubię Hiromi i żałuję, że pojawiła się tylko kilka razy! Wydaje się być sympatyczna.
No i Robert <3 Lubię go. Lubię jego rozważania, jego pozorną siłę i słabość w środku. Jego rozterki, jego rodzinę, jego przeszłość. Lubię Jurgensa, lubię, że on, cholera, ma uczucia. Jasne, są zabetonowane, dusi to w środku, ale myśli nad wszystkim, nawet nad zwykłym zajęciem miejsca za stołem, gdy przebywa w pomieszczeniu z Miguelem. To dobra postać. Nieprzesadzona w żadną stronę. Robercik wygrywa, po prostu.
To, co mnie też męczy, to balansowanie na emocjach, ale rozumiem, że nie ma innej drogi. Popełniłaś kawał tekstu, który balansuje na granicach - raz jest przygnębiająco, a raz zabawnie. Raz mnie wryje w ziemię z powodu jakiegoś mocnego fragmentu, a raz robię fejspalm za fejspalmem. Mimo to jest gęsto, niekiedy brakuje oddechu. Cały czas się coś dzieje, jest dynamicznie, nie przestajemy pędzić. Gdyby nie to, że sztuczne zapychanie niepotrzebnymi scenami byłoby w tym wypadku nietrafione, to pewnie bym za tym optowała. Brakuje takich scen, kiedy nic się nie dzieje, ale to - obawiam się - by tu nie funkcjonowało. Tekst by się niepotrzebnie rozrósł, a faktem jest, że każde słowo w Odpadzie wydaje mi się na miejscu. Nie ma niedopowiedzeń lub kilka akapitów za dużo. Więc w gruncie rzeczy narzekam, daję znać, ale wiem, że to kwestia nie do ruszenia.
Chyba napisałam o wszystkim. Pod spodem jeszcze kilka fragmentów, które notowałam, czytając.
Ciumkam. O3O
SpoilerShow
Jürgens jednak uderzył się otwartą dłonią w swe szlachetne czoło.
Idealne podsumowanie, Robert, dziękuję.
– Dlaczego im to robisz…? – wyszeptała, jak echo powtarzając jęki konających. – Miałeś ich ocalić. Miałeś nas wszystkich ocalić, a wybrałeś bycie nikim.
Idealne. Z następnym, następnym fragmentem idealne.
– No bez jaj! – wkurzył się Johnny i ruszył za nimi, nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać.
Na widok skulonego, zarośniętego mężczyzny dosłownie cofnęło go o pół kroku.
To nie jest Miguel – wtedy właśnie pomyślał tak po raz pierwszy.
To nie jest Miguel, a wypalony, jałowy ugór. Kupka popiołów z wygasłego stosu.
– Kurwa mać, co oni z tobą zrobili? – wyszeptał, podchodząc bliżej.
A to mnie otrzeźwiło i zabolało. I uderzyło obrazem.
Gdybyś się tylko, kurwa, nie poddał!
Zacisnął powieki, a potem palce na nasadzie nosa.
Miałeś ich ocalić. Miałeś nas wszystkich ocalić, a wybrałeś bycie nikim.
O, to, to!
– Ładna z panów para.
– Słucham? – Lavalier zamrugał, zaskoczony.
– Proszę mi wybaczyć uwagę. Po prostu aż miło popatrzeć. – Pielęgniarka obróciła się do niego plecami, by umieścić probówki w stojaku i wypełnić jakiś druczek. – Tacy dobrani i jeszcze na każdym z osobna można oko zawiesić. W sumie aż szkoda, że zajęci. No ale wygląda na to, że jest pan w troskliwych rękach.
– To nie uleganie pozorom – odparła. – To intuicja.
– Ta sama, która podpowiada pani, że jesteśmy z Johnnym świetną parą?
– Dokładnie ta sama. No dobrze – kobieta zabrała sprzęt – ja skończyłam. Proszę wziąć kwitek i przejść do gabinetu obok.
Ech ta kobieca intuicja XDDDDDD
Niemiec sapnął z irytacji. Jego smukła, sklepiona szlachetnie jak strzeliste sklepienie gotyckiej katedry klatka piersiowa falowała w rytmie nerwowych oddechów.
Ech, Jurgens... Btw to zdanie bez kontekstu można dopasować do TAK WIELU SYTUACJI. No może gdyby usunąć irytację i nerwowe oddechy.
– Polonaise… – wycharczał Olivier, patrząc na słoik chrzanu, który tymczasem przetoczył się pod szafkę. – Mój ulubiony.
XDDDDD Płaczę.
Ale zareagował po swojemu, spuszczając głowę i kamieniejąc na moment, kiedy jego świat nagle się potknął.
Jurij wbił słomkę w kartonik.
– Za ciebie, Wolborg – wzniósł toast. – Obyś zdechła szybko.
Rozczulasz mnie.
Idealne. Świetne.
Patrzyła na niego z miną człowieka, który odkrył nagle, że kiełbaska ma dwa końce i właściwie nie wiadomo, od którego ją napocząć.
Jprdl XDDDD
Wlepiła wzrok w ostatnią wioskę na drodze do bazy – rozrzucone w dolinie domki przypominające z tej perspektywy pudełka zapałek.
A to było świetne.
to ilja balkow – pojawiło się na ekranie – to czlowiek ktory zalozyl opactwo i rzadzil tam przez 40 lat. A to drugie to jego zdjecie kiedy byl w wieku twojego ojca
Nie byłam w stanie tego czytać. Zażenowanie i wstyd. Tyle czułam.
– Nie stresuj się – właściwie polecił Robert. – Będę mówił za ciebie.
– Tego się właśnie obawiam… – westchnął idący pół kroku za nim Miguel.
– I zdejmij okulary.
– Będę widział rozmazane kluski, a nie ludzi.
– I o to chodzi – odparł Jürgens, zakładając ręce za plecy i o pół milimetra unosząc perfekcyjnie ogolony podbródek. – Znacznie łatwiej znieść ignorancję u kluski niż u człowieka. Wierz mi, sam czasem stosuję.
JURGENS ZAŻARTOWAŁ! BRAWO, ROBERT!
Wydało mu się, że pod palcami czuje coś ciepłego i lepkiego. Zdusił wzdrygnięcie.
Cała ta scena z Reiem jest baaardzo dobra.
– Chciałem was chronić – odparł Jürgens, podejrzewając, jaką wywoła to reakcję.
A był nią śmiech. Potworny śmiech człowieka na krawędzi.
Nic więcej nie chciało przejść przez gardło.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 08 lipca 2017, 16:29

1/2 Tak rzadko odpowiadam na komentarze :bag: Ale to wcale nie znaczy, że nie czytam ich wielokrotnie i bardzo uważnie, nie wyciągam wniosków i w ogóle. Jestem ogromnie, ogromnie wdzięczna i staram się, żeby Wasz wysiłek nie szedł na marne. Ogromnie dziękuję :heart: Czego nie jestem w stanie naprostować teraz, to mi uruchamia tryby na potem.

Jeśli w rozdziale będzie więcej literówek niż do tej pory, bardzo przepraszam. Mam kłopot z klawiaturą, trochę niedomaga >.>

ROZDZIAŁ XXI
NO, I DIDN’T WIN. BUT AT LEAST I DIDN’T MAKE ANY NEW FRIENDSHIPS



Hefei, wschodnie tereny byłego Nowego Cesarstwa Chińskiego
Sytuacja tylko na pierwszy rzut oka wydawała się tragiczna. Tak naprawdę jednak miała pewne zalety. Totalna dezorganizacja państwa oznaczała też paraliż wszelkich struktur, przez co Chiny zamieniły się w kocioł wrzącej zupy, w którym wszystko zmieniało się z godziny na godzinę. Wioski, miasta, a nawet poszczególne dzielnice przechodziły z rąk do rąk, kiedy klany skakały sobie do gardeł, rozrywały kraj i prowadziły liczące sobie setki lat vendetty. I tylko bardzo cicho, i tylko z daleka od ludzi gotowych za to rozłupać czaszkę na pół szeptano, że z południa nadciąga widmo ośmielonego chaosem Tajwanu, a z północy Terakotowa Armia wierna Białemu Tygrysowi.
Beznogi żebrak nikogo szczególnie w tym zamieszaniu nie dziwił, nawet jeśli nie miał skośnych oczu ani azjatyckiej cery. Wyciągał pokryte kolorowymi tatuażami ramię po pieniądze, ale tak naprawdę bez większego zaangażowania – ot, tyle, żeby nie budzić podejrzeń. Drobniaki mało go interesowały. Znacznie cenniejsze od nich były plotki, którymi żyła ulica, a jako obcy nie miał szans zdobyć ich inaczej, niż stając się pyłem na butach.
Potrafił być pyłem na butach. Tylko temu zawdzięczał fakt, że nadal żyje, choć już parokrotnie otarł się o śmierć.
Patrząc wstecz, nie potrafił odmówić życiu okrutnego poczucia humoru. Nie potrafił też zaprzeczyć, że dał mu się kompletnie zaskoczyć. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że będzie udawał żebraka na ulicach chińskiego miasta między innymi po to, by chronić człowieka, którego powinien ze wszech miar nienawidzić – i zresztą nienawidził – parsknąłby cichym śmiechem i wzruszył ramionami. Ale, w dużym skrócie, tak to właśnie wyglądało.
Tyle dobrego, że piątkę sierot, choćby nawet cesarskich, łatwo było ukryć w tłumie innych, a Claude jak nikt potrafił wypatrywać ludzi przyglądających się im zbyt uważnie. Zwykle po tym, jak wchodzili w drogę łatwemu do zlekceważenia kalece, nie byli zdolni nigdy więcej nikomu się przyglądać.
Śmierć spadała na nich z nieba – szybka i cicha.
O dziwo najwięcej kłopotów sprawiały same dzieciaki. Nie to, żeby były niegrzeczne, rozbrykane czy rozpieszczone, a wręcz przeciwnie i właśnie w tym tkwił problem. Nie zachowywały się jak zwykłe bachory, a raczej banda miniaturowych azjatyckich robotów – równie sztywnych w ruchach, co w myślach. A najstarszy z nich, Xue, wprost pobijał wszelkie rekordy.
Claude nie znał się na wychowywaniu dzieci jakoś szczególnie, ale na pewno czułby się lepiej, gdyby chłopiec po prostu się rozpłakał. Raz a porządnie. Żeby się zasmarkał, powrzeszczał i odreagował. Wydawało mu się, że tak powinno być, niezależnie od kręgu kulturowego i warunków dorastania. I owszem, młodsze chłopaki nieco pohisteryzowały, a najmłodsze – nierozumiejące jeszcze, co właściwie się dzieje – dołączyły do chóru, ale nie Xue. Nie cholerny następca tronu jak z jakiejś słabej bajki z morałem.
Tu nie było morałów – była tylko walka o przetrwanie i Tavarez wiedział to doskonale od lat.
Cała sytuacja wyglądała inaczej, niż wierzył w to Rei i Claude nie był aż tak zdesperowany, by uciec swoim mocodawcom. Najwyraźniej nie tylko Zachód nie rozumiał Dalekiego Wschodu, ale i Daleki Wschód Zachodu. Co nie znaczyło, że Peruwiańczyk zamierzał oddać dzieci Kona Judy Jones. I tak nie miałaby z nich żadnego pożytku. Przynajmniej nie tak długo, aż żyli ich rodzice, a Bai Hu i Galux pozostawali uwięzieni w ich głowach. Może potem, może gdyby Bestie zostały zmuszone do szukania nowych nosicieli – może wówczas podobieństwo zapisane w genach stanowiłoby pewien atut, ale tak? Natomiast na pewno nie zamierzał tyrać w skośnookim przedszkolu do końca życia. Miał dość własnych problemów, tyle że nie był też człowiekiem do końca pozbawionym serca, a zemsta – tak łatwo w tym momencie osiągalna – niekoniecznie leżała w jego naturze. Może nawet czasem był zły. Ba! – bywał potwornie, nieludzko wściekły. Ale potem patrzył na te zagubione, wyciągnięte z pałacu wprost na brudną ulicę książątka i dochodził do wniosku, że jakkolwiek faktycznie z niego tchórz i szuja, to nawet on ma pewne granice.
Tym, który zasługiwał na jego gniew, był Rei Kon, nie jego dzieci.
Obecnie najważniejszą kwestią wydawało się wydostanie z Chin i to niekoniecznie przez Rosję czy ogarniętą działaniami wojennymi Mongolię. To dlatego Claude obrał wschód jako kierunek podróży. Wierzył, że droga morska to najlepsza opcja dla ich wszystkich. Nawet dla niego, bo po przesłuchaniach i torturach wciąż nie czuł się zdolny do tak dalekiego lotu, zwłaszcza nad wodą, gdzie czekałaby go ciężka walka z prądami, a lądowanie i odpoczynek rzadko były dostępne od ręki.
Może miało to pewien wpływ na fakt, że nadal nie porzucił dzieciarni w jakimś kącie i nie udał się swoją drogą. I tak był bardziej niż zwykle uwiązany do ziemi.
Chociaż Xue chyba wyczuwał wahnięcia nastawienia Tavareza. Czasem, gdy Claude wracał, chłopiec patrzył jakby z ulgą. Jakby w głębi duszy czekał z lękiem na dzień, w którym ich opiekun z przymusu jednak nie wróci. A potem zachowywał się jeszcze bardziej upiornie, usiłując przekonać Peruwiańczyka, że jest bardziej wsparciem niż ciężarem.
W gruncie rzeczy okazał się koszmarnie podobny do ojca, a tego Claude nienawidził całym sercem i zamierzał to udowodnić, gdy tylko pozbędzie się balastu.
Nagle coś zwróciło jego uwagę w szumie ulicy. To, czego szukał. Słowa-klucze. Nastawił uszu.
Jeśli dobrze zrozumiał – co wcale nie było takie pewne, bo choć przed wylotem do Chin uczył się oczywiście paru dialektów, a potem na miejscu dokształcał podczas obcowania z tubylcami, to języki te wciąż kryły przed nim sporo tajemnic – rozmowa dotyczyła cesarskiej armii. Podobno nadciągała z północy i była już blisko.
Podobno tworzyli ją ludzie z ziemi.


Rosja
Wiatr wtargnął do domu nagle wraz z uderzeniem drzwi o ścianę i ciężkimi krokami żołnierskich butów. Feldmarszałek nie wchodził po cichu i dyskretnie – ani przez próg, ani do wioski. Towarzyszyło mu ujadanie psów, płacz dzieci, nerwowe oddechy dorosłych i mruczane pod nosem przekleństwa starej znachorki, które umilkły dopiero wówczas, gdy upadła na śnieg z dziurą w miejscu mózgu.
Feldmarszałek nie wchodził po cichu i dyskretnie, bo wreszcie miał dostać to, co od dawna powinno do niego należeć.
Ale wszystko to, cała ta carska pompa, kryło człowieka rozdartego i tłumiącego dziecięcy niemal żal.
Chciał uciec, myślał Kai, gdy otwierały się przed nim drzwi ciemnej, dusznej chaty. Chciał przede mną uciec.
Chciał mnie oszukać i niemal mu się udało.
Tak naprawdę Hiwatari wiedział to już wcześniej, odkąd zrozumiał, że Moskwa jest pusta, ale dopiero tu, w małej, zapyziałej wiosce i – przede wszystkim – wobec okoliczności, w których Ivanow zdecydował się odezwać, nabrało pełnej mocy.
Sam fakt, że stolicę zastał pustą, uderzył Kaia paradoksalnie, bo przecież sam nakazał Jurijowi opuszczenie ruin. Zrobił to, gdy tylko Ivan przekazał do Digory dane na temat planowanego ataku na Rosję, który to miał stanowić kontynuację tragedii, jaka spadła na Chiny, a oficjalnie odwet Azjatów. Ale gdzieś w tych zakamarkach umysłu, w których czaiła się intuicja, Hiwatari wiedział, przeczuwał, że Sabaka go nie posłucha. Potem stało się jasne, że faktycznie jedynie upozorował swoje zniknięcie – to kłamstwo nie miało szans utrzymać się długo ani wobec rozrośniętej siatki wewnętrznych szpiegów, którzy z daleka co prawda, ale obserwowali Kreml, ani wobec Brooklyna i jego zdolności do lokalizowania Bestii. Mimo wszystkich przeczuć, w pierwszej chwili niesubordynacja obudziła w Kaiu wściekłość. W drugiej uświadomił sobie, że to tylko konsekwencja faktu, iż na przestrzeni lat Jurij zrósł się z martwą Moskwą. Tylko w tym miejscu czuł się jeszcze bezpieczny i stosunkowo wolny, choć nadal na uwięzi. Jeśli lubił w życiu cokolwiek prócz bananowego mleka, to właśnie iluzję swobody, którą karmił, ostentacyjnie lekceważąc sobie własne zdrowie i nie dbając o warunki, w jakich żył. Kai w pewnym stopniu pozwalał mu na to, bo widział w tym żałosnym buncie gwarant stabilności układu – coś jak wentyl bezpieczeństwa
I teraz nagle wszystko runęło. Z powodu jednego człowieka, którego Jurij prawie nie znał, z którym stracił kontakt na szesnaście lat i który w ogóle nie powinien być zdolny stanąć między Sabaką a dawnymi towarzyszami z piekła Opactwa.
Kai nie wierzył, kiedy Ivan mówił mu, że najlepszym rozwiązaniem będzie czekanie na rozwój wypadków i niedawanie Robertowi szansy na oskarżenia Rosji o jakiekolwiek działania przeciwko Zachodowi. Nie wierzył, kiedy Ivan mówił, że jedyny Połączony gotów pracować z Jürgensem i w dodatku piromanta sam do niego przyjdzie. Nie wierzył, że Jurij wystarczy jako przynęta.
A teraz patrzył i nie wierzył nadal.
Ten widok nim wstrząsnął. Nie stan Jurija – brud, zmęczenie, bladość i splątane włosy. Nie. To widywał już wcześniej, czasem w większym natężeniu, zwłaszcza wówczas, gdy w bionicznej maszynerii coś się psuło lub gdy Ivanow schodził na początku wojny z pola bitwy, wykończony morderczym szałem, w jaki wpychała go Wolborg. Więc nie to było przerażające – choć Sabaka prezentował się koszmarnie i sprawiał wrażenie chwiejącego się na krawędzi grobu – a bijąca od niego rezygnacja. Oczy, w których, prócz poczucia porażki, było też błaganie.
Sabaka nie błagał. Sabaka nawet nie prosił. Po prostu brał, co było mu niezbędne, wyrywał to z gardeł wrogów i zostawiał za sobą ich trupy. Nie oglądał się na przegranych. Nie tracił czasu na opatrywanie ran.
– Jurij.
Ivanow drgnął niespokojnie, jakby zdziwiony brzmieniem własnego imienia i do Kaia dotarło, że choć wcześniej zdawał się na niego patrzeć, wcale Hiwatariego nie dostrzegał.
Może sam był chory. Może miał gorączkę i rozpraszały go majaki. W końcu od dawna nie był w Opactwie na przeglądzie, pewnie skończyły mu się leki i organizm zacząć wariować. Pewnie dorobił się jakichś kontuzji podczas tej wariackiej ucieczki, a może też wcześniej, w wyniku samego ataku na Moskwę.
Dziwne, że Wolborg na to pozwoliła. Dziwne, że uznała to za mimo wszystko lepszą i dającą większe perspektywy na przetrwanie opcję. Bo przecież tylko to ją obchodziło – przetrwanie. Tylko ślepy pęd ku zaspokojeniu podstawowych potrzeb i zapewnieniu nosicielowi możliwie wysokiego poziomu bezpieczeństwa.
– Jesteś… – wychrypiał Jurij z trudem. Miał wyschnięte gardło, zapewne od dłuższego czasu nie pił. – Nie wstanę… Noga mi ścierpła… i…
Od dłuższego czasu w ogóle nie ruszał się z miejsca.
Kai poczuł, jak całym jego ciałem wstrząsa złość. Zaciskały się pięści, szczęki, zwęziły oczy. Przeniósł wzrok na Miguela, na jego głowę opartą o udo Jurija i wiedział doskonale, że w tej konkretnej chwili mógłby go zabić – bez względu na wszystkie konsekwencje, jakie by to za sobą pociągnęło, bez względu na stracone szanse. Rozwiązać problem raz na zawsze, ulżyć sobie i usunąć tę jedną, łatwą do określenia, zniszczenia i zapomnienia przeszkodę.
A potem uświadomić sobie, jak wielki błąd popełnił, i żyć z tą świadomością, bez szans na odzyskanie lojalności Sabaki.
Kai wziął głęboki, powolny oddech, choć odór brudnych ciał, potu i choroby w niewietrzonym pomieszczeniu zatykał nozdrza. Dał znać swoim ludziom, bo wiedział, że nie zostało wiele czasu. Ci chwycili bezwładnego, najwyraźniej kompletnie już nieprzytomnego Argentyńczyka i odciągnęli od Jurija. Skrzywił się. Prawdopodobnie z bólu. Może krew napłynęła do ścierpniętej nogi, może chodziło o coś innego. Kai podszedł bliżej i podał mu manierkę, którą Jurij chwycił łapczywie, a potem pił długo, choć pospiesznie, wybuchając kaszlem dwa razy.
– No to wygrałeś… – wychrypiał znów i Hiwatari ze zdziwieniem stwierdził, że słyszy w jego głosie coś jak odległe echo histerycznego, rozpaczliwego śmiechu, a przecież Jurij nie śmiał się nigdy. – Dostałeś już wszystko, czego chciałeś…
Nie, pomyślał Kai patrząc z ukosa na tę bladą twarz pooraną przedwczesnymi zmarszczkami, na splątane rude włosy i ból w wąskich, wilczych oczach. Nie dostałem i nigdy nie dostanę.



Ratyzbona
To był jego dom. Tu się wychował, tu dorastał, stawiał pierwsze kroki. Tu pod okiem stryja, a potem Gustava uczył się jeździć na rowerze.
Wówczas ogród wyglądał nieco inaczej. Część ozdobnych krzewów – teraz wysokich, rozłożystych i przyciętych w geometryczne kształty – ledwie odrastała od ziemi. Trawniki miały nieco inny układ. Park z platanami i kasztanami wydawał się jednocześnie jaśniejszy i bardziej tajemniczy, choć mały Robert nie należał do dzieci, które pozwalały swojej wyobraźni na zbyt wybujałe dryfy. Nawet jako chłopiec wolał prawdziwą historię od bajek, a zrozumienie, że jedno od drugiego niewiele się różni i sporo zależy od narracji, zajęło mu całe lata.
Teraz trochę żałował straconego treningu, ale było już na to za późno.
Żwir zachrzęścił pod kołami samochodu i drzwi otworzyły się parę sekund później.
– Panie Jürgens, dobrze pana widzieć w domu.
Robert obrzucił stojącego trzy kroki dalej Gustava spojrzeniem znacznie bardziej przelotnym, niż planował. Niemal spłoszonym, co wydawało się w jego przypadku wręcz niemożliwe.
W domu.
W jego domu.
W miejscu, gdzie najbardziej na świecie czuł się intruzem. I które już niebawem miał opuścić, przynosząc tym ulgę własnej rodzinie.
Znów poczuł, jak myśl o tym zaciska mu się wokół żołądka zimną, oślizgłą obręczą. Nogi skamieniały, ledwie postawił je na żwirze, nagle niezdolne do wykonania kolejnego kroku prowadzącego do… domu.
Jak to się stało? Kiedy właściwie to wszystko stracił?
Westchnął i potarł czoło. Zmęczenie i stres odłożyły się już pod skórą solidną warstwą i musiał mocno przycisnąć, żeby cokolwiek poczuć. A i tak nie miał pewności, czy to nie wyobraźnia. Zupełnie, jakby twarz należała do kogoś innego.
Może należała.
Może to była tylko maska i wreszcie coś zaczęło się odklejać.
– Panie Robercie, wszystko dobrze?
– Tak – skłamał machinalnie.
Z całej służby tylko jeden jedyny Gustav zwracał się do niego w ten sposób, choć z każdym rokiem coraz bardziej drżącym głosem i coraz rzadziej. Już dawno powinien być na emeryturze, ale coś trzymało go w ratyzbońskiej rezydencji jak psa łańcuch. Chyba postanowił, że umrze w pracy i w miejscu, które było jego życiem.
Robert tak bardzo zazdrościł mu tej możliwości. On sam nie wiedział nawet, gdzie dokładnie leży jego życie. Rozproszyło się. Rozciągnęło po całym świecie miedzy Genewą, Wiedniem, Nairobi, Nowym Yorkiem a tysiącem innych punktów na mapie. Uciekało z Ratyzbony jak z przekłutego balona.
Jak Robert z samego siebie.
– Kolacja już gotowa.
Jürgens wiedział, co w istocie kryje się pod tym zdaniem. Delikatne ponaglenie. Zwrócenie uwagi na fakt, iż pan domu nadal stoi na podjedzie, zamiast dumnie wspinać się po schodach i na nowo brać w posiadanie swoją własność. I szczypta reprymendy, ale starannie ukryta przed postronnymi.
Robert ruszył przed siebie, nie mając już większego wyboru. Czuł się, jakby wyrywał drzewo z korzeniami.
To strach – uświadamiał sobie powoli.
Pokonał schody i otworzyły się przed nim frontowe drzwi. Zdjęto mu płaszcz z ramion, strzepnięto pył z marynarki. Kryształowe lustro minął szybko, nie zaszczycając go nawet pojedynczym spojrzeniem. Nie chciał znowu oglądać tej twarzy. Widział ją ostatnio zbyt często w odbiciu w zimnym oku kamer. Wiedział, że nie wygląda dobrze, właściwie już skamieniała w jednym, doskonale niewyrażającym niczego wyrazie.
Rodzina jak zawsze czekała na niego w holu. Niezależnie od wszystkiego Clara dbała, by podczas przyjazdu ojca obecni byli wszyscy, jakby to miało cokolwiek uratować. Ale był to swego czasu miły rytuał, taki znak, że komuś zależy. Dawniej, gdy miała więcej wpływu na własne dzieci, pilnowała, by witały pana domu ubrane odświętnie. Nie do przesady, wszak chodziło o powitanie domownika, ale ładnie i czysto. Josie zawsze miała na sobie sukienkę. Gottlieb koszulę i dziecięcą muszkę. Wyglądali ładnie, stojąc po obu stronach matki, a ona trzymała dłonie na ich plecach i uśmiechała się, lekko przekrzywiając głowę. I to był szczery, miły uśmiech. Owszem, to pozostawał tylko obrazek, ale nie do końca malowany fałszywą ręką.
Tak wiele się od tamtego czasu zmieniło. Zniknął uśmiech, zniknęły kwieciste sukienki, bo nikt nie zmusiłby już Józefiny do założenia dziewczęcych, pensjonarskich – jak sama mówiła – ubrań dla lalek. Pozostały muszka i eleganckie kreacje Clary, teraz jednak okazujące nie szacunek dla męża, a rosnący dystans. Przynajmniej w jego głowie.
Ich sylwetki odbijały się w marmurowej posadzce jakby w innym świecie i Jürgens przez dłuższą chwilę nie był w stanie oderwać od nich wzroku.
– Robercie – z zawieszenia wyrwał go dopiero głos żony.
– Claro.
Ona nie mówiła: „Witaj w domu”. Nie mówiła: „Dobrze cię widzieć”. Po prostu rozpoczęła milczący pochód do jadalni. Żadne z dzieci nie odezwało się w ogóle.
To już wcześniej miał być ciężki wieczór z ciężką rozmową. Państwo Jürgens zamierzali oświadczyć dzieciom, że podjęli decyzję o rozwodzie i wiele rzeczy się teraz zmieni. Formalność czy nie, łudzenie się, że nie doprowadzi to do kłótni i krzyków, zakrawało na naiwność.
Ale w międzyczasie Robert ogłosił publicznie, że Iljia Balkow, rosyjski zbrodniarz i jeden z architektów obecnej potęgi zagrażającego pokojowi i bezpieczeństwu świata feldmarszałka Hiwatariego, to jego rodzony ojciec.
To, owszem, był szok dla opinii publicznej. Wiadomość podkopała wiarygodność sekretarza generalnego jako obrońcy pokoju na świecie, podkopała wiarygodność całego ONZ. Media już zostały zalane przez spekulacje. Sugerowano, że Rada Bezpieczeństwa grała na korzyść Rosji, że nie bez przyczyny ignorowano głos europejskich instytucji, powracał też jak zmora wątek zamachów w Chinach oraz pogarszające się jeszcze przed ich wybuchem stosunki na linii Pekin – ONZ.
Rodziny Roberta to oczywiście nie obchodziło. Ale był tu kłamcą. Oszustem. Stał się zaprzeczeniem wszystkiego, co wcześniej chciał uosabiać i próbował przekazać własnym dzieciom. Stracił status partnera do rozmowy, został tylko oskarżonym i tylko takie prawo głosu mu przysługiwało. Stracił honor.
I z takiego miejsca miał oświadczać, że rozwodzi się z Clarą i zostawia swoją rodzinę, a nikogo nie będzie już interesowało, że robi to dla jej dobra i za namową.
Usiedli za stołem. Sztywni, milczący, na swoich raz na zawsze przypisanych miejscach. Jak duchy, które tylko nawiedzają posiadłość, którym ktoś przerwał scenariusz i które w kółko odtwarzają ostatnie zapamiętane z życia sceny, choć nie ma to już najmniejszego sensu.
Robert chwycił sztućce, wiedząc, że nikt nie zrobi tego wcześniej. Kiedyś Josie próbowała buntować się przeciwko temu jadalnemu feudalizmowi, ale wówczas Clara wstawała i własnoręcznie zabierała córce talerz. Odkroił kęs polędwicy duszonej w winie z zielonym pieprzem i włożył sobie do ust. Smakowała papierem. Popiołem.
– Serio?! – Kawałek mięsa utknął mu w przełyku, gdy nagły krzyk Josie rozdarł ciężką ciszę. – Będziecie tak udawać, że jest jak zawsze?! Pierdolę to! – Zerwała się, ręką specjalnie trącając talerz.
Upadł na granitową posadzkę, roztrzaskał się, sos sięgnął rozbryzgiem eleganckiej sukienki Clary. Siedziała nieruchomo, z dłońmi na udach i zamkniętymi oczyma. Tylko jej usta lekko drżały.
– Józefino – wycedził Robert zimno. – Nie krzycz i usiądź z powrotem na miejsce.
Greta, pokojówka, już sprzątała bałagan, przezornie spuszczając wzrok, by nie zostać posądzoną o podsłuchiwanie rodzinnej kłótni.
– Usiądę i co?!
– Porozmawiamy – nieomal wyszeptała Clara. Wciąż nieruchoma, wciąż z zamkniętymi oczyma.
– O, może mam wam opowiedzieć, co w szkole…? – prychnęła dziewczyna, biorąc się pod boki. Chciała brzmieć hardo, gniewnie, ale głos skoczył jej na ostatnim słowie. – Chujowo! Poza szkołą też chujowo!
– Józefino! – Robert uderzył otwartą dłonią w stół.
Rozpłakała się.
Jürgens mógłby przysiąc, że znowu zacznie krzyczeć albo wybiegnie z jadalni, ale nie, po prostu stała z opuszczonymi ramionami i płakała jak dziecko.
Nadal była dzieckiem.
Clara wstała od stołu, bez słowa podeszła do córki i objęła ją ramionami. Josie powinna się wyrwać, zacząć histeryzować, ale zamiast tego oparła się o matkę i schowała głowę w jej objęciach. Robert poczuł, jak plecy spina mu mróz. Spojrzał na syna, jakby tam mógł znaleźć odpowiedzi, ale Gottlieb siedział zagubiony i wystraszony, ze wzrokiem wbitym we własne nakrycie.



Rosja
– Jedz, bo ci wystygnie.
Jindřiška spojrzała najpierw na łyżkę, a potem na menażkę naprawdę zdziwiona, jakby kompletnie zapomniała o gulaszu i fakcie, że jest w trakcie posiłku. Dokąd odpłynęła myślami, Rei mógł z całkiem dużym prawdopodobieństwem zgadywać, choć nie mówiła o tym wiele.
Nie rozmawiali o Juriju i Miguelu, o tym nagłym rozstaniu, o tym, kim jest Kai, ani o fakcie, że oboje utknęli w zupełnie obcym, wrogim kraju, że kończą się zapasy i brakuje niepodartych ubrań, zwłaszcza takich, w których dziewczyna by się nie topiła. Już i tak chodziła w męskich wojskowych bluzach związanych paskiem, w których wyglądała jak w fatalnie uszytych koszulach nocnych. To wszystko zostało na tle. Było jak kamień w bucie, ale żadne z nich nie robiło niczego, by go usunąć, bo też nie za bardzo się dało. Jurij nie pozostawił im wyboru.
Rei po czasie zaczął się zastanawiać, czy nie wynikało to częściowo z braku zaufania. Może Ivanow założył, że skoro Kon uważa pozwolenie Miguelowi na spokojną śmierć za najlepsze rozwiązanie, nie pomoże w walce o jego życie. To niestety było prawdopodobne. Ludzie z jakiegoś powodu nie potrafili tego pojąć, tej drobnej różnicy między chęcią wybrania tego, co właściwe, a przekonaniem o własnej nieomylności. Może to była tylko kwestia różnic kulturowych. Może coś więcej. Może coś w samym zachowaniu Reia – nie wykluczał tego. Przez lata żył w specyficznym środowisku, otoczony przez ludzi, którzy z jednej strony czcili go jak boga, a z drugiej usilnie szukali czegokolwiek, co pozwoliłoby do z panteonu wyrzucić.
Teraz, z perspektywy zamachów, zimna i przegranej wojny, Kon nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy choć przez jeden dzień był dobrym władcą i bogiem. Starał się nim być, tak, ale nie wiedział, czy był. Stracił i kraj, i rodzinę – los zdawał się udzielać jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Może Bai Hu od początku miał rację, nazywając go niegodnym. Może o tej niegodności świadczyła niemożność odczytania zsyłanych przez niego wskazówek.
Tubylcy wymienili jakieś uwagi nad głową Czeszki, a gospodyni uśmiechnęła się, odsłaniając dwa złote zęby. Nie rozumieli po angielsku ani słowa, ale widok zmarzniętej, wyczerpanej nastolatki starczył Konowi za wszelkie wyjaśnienia. Czasem po prostu trafiało się na dobrych ludzi, którym ratunku nie trzeba było wyrywać z gardeł siłą. Nawet tu – w Rosji. W kraju Kaia Hiwatariego, Brooklyna Masefielda i ich świty posłusznych, upodlonych psów z Sabaką i Sokolnikiem na czele. Nawet tu, gdzie skośne oczy Reia powinny wywoływać natychmiastową agresję.
Ale też możliwe, że do tych rejonów i do tych rozsianych po lasach wiosek jak z ubiegłych stuleci wieści o wojnie w ogóle nie dotarły. Może ciągle istniały na świecie miejsca, gdzie człowiek był po prostu człowiekiem, nawet jeśli inaczej wyglądał i miał Bestię w głowie.
A jeśli tak, to może wciąż gdzieś czekały rozwiązania, które należało po prostu znaleźć. Może nie wszystko było jeszcze stracone.
Kon oparł zmęczoną głowę na ręce i zapatrzył się na słoje i sęki znaczące domowej roboty stół. Myślał o słowach Miguela, które teraz wydawały się głosem z innej epoki.
Nie ma turniejów. Jest Opactwo, ale ty nie walczysz przeciwko Opactwu, tylko przeciw Kaiowi, zasmarkanemu kurduplowi, który zaszedł ci za skórę. Nie ma prawdziwego celu. Nigdzie.
Może to była racja. I może cel wreszcie się znalazł. Siedział przed Reiem po drugiej stronie stołu i tępo wpatrywał się w gulasz. Może oni już wcale nie walczyli dla siebie, co na jakimś poziomie Kon podejrzewał od dawna.
Stłumił dreszcz, jaki wywołało w nim ponowne wspomnienie rodziny.
Nadal nie wiedział, co o tym myśleć, więc starał się nie myśleć w ogóle. Bał się otchłani, jaka czekała coraz mniej wyraźnymi twarzami żony i dzieci. Bał się zwątpienia. Nie mógł wątpić. Nie on. A już na pewno nie teraz, gdy miał pod opieką dziecko. Co zrobiłaby Jindřiška, gdyby ten, w którym szukała oparcia, nagle się załamał? Sama wydawała się tak krucha i zagubiona, choć przecież dzielna. Inna niż dziewczyny z aren – Mao, Emily czy Julia – i może faktycznie najbardziej podobna do Mathildy, choć Kon nie potrafił ocenić tego z całą pewnością, bo nie zdążył za dobrze jej poznać. Trudno było ją poznać, choć wydawała się po dziecięcemu bezbronna.
Niewiele mówiła o sobie, o domu, o tym, jak właściwie znalazła się w rękach Amerykanów. Reia dziwiło to o tyle, że z tego, co zdążył zaobserwować, Europejczycy mieli znacznie mniejsze opory przed opowiadaniem o swoim życiu niż ci, wśród których wychowywał się i dorastał, a zwłaszcza tak młodzi. I lubili mieć o czym opowiadać, jeśli było im ciężko, a dziewczyna z pewnością trzymała w zanadrzu wiele trudnych historii. Przy czym Kon zauważył też, że niekoniecznie wiąże się to z zaufaniem. Chodziło o coś innego. O coś bliższego wyznaczaniu własnego statusu. Cóż, żeby poczuć się wartościowymi, musieli się jakoś wyróżnić, jakoś wyznaczyć swoje granice, co z perspektywy Chińczyka wydawało się kompletną stratą energii.
A Jindřiška po prostu milczała i szła trzy kroki za nim.
– Nie smakuje ci? – spytał Rei, chociaż wiedział, że to nie to. Ale chciał jakoś, jakkolwiek, wyrwać dziewczynę z myślowych czeluści.
– Jest w porządku – odparła raczej obojętnie i jakby chcąc potwierdzić swoje słowa, wzięła kęs do ust.
Potwierdzić swoje słowa albo uciec przed koniecznością udzielenia kolejnej odpowiedzi.
– Do granicy z Białorusią już nie jest daleko – Kon mówił więc tak, by jej do tego nie zmuszać. – Za jakieś trzy dni powinniśmy być na miejscu.
Przytaknęła.
Dzielił się z nią wszystkim – planami, możliwościami, przemyśleniami na temat obecnej sytuacji – tylko nie czarnowidztwem i tym, co niechybnie doprowadziłoby do złamania jej woli. Liczył na to, że takie partnerskie traktowanie nieco ją odpręży, że poczuje się doinformowana i nie bez wpływu na kolejne kroki. Że może to pozwoli się jej pozbierać i skupić na teraźniejszości, a może nawet zacząć myśleć o przyszłości. Nie miał pojęcia, na ile to słuszna droga, ale coś dość wyraźnie podpowiadało, że znacznie lepsza, niż sprowadzanie jej do rangi bagażu i balastu, którymi przecież nie była.
Nie bardziej niż sam Rei.
– Awaria prądu powinna nieco zająć żołnierzy – mówił dalej. – Prawdopodobnie używają komunikacji mikrofalowej, więc to też załatwię. Jeśli nam się poszczęści, przemkniemy kompletnie niezauważeni.
– Oby – burknęła Jindřiška i strzeliła oczyma w bok.
Tak, Kon wiedział. Nie chciała walczyć, nie chciała już nigdy używać swojej mocy. Prawdopodobnie miała świadomość, jak będzie to trudne, ale jeszcze trudniejsza dla niej wydawała się myśl o tym, że mogłaby znów kogoś zabić.
– Zrobię wszystko, co będę w stanie – obiecał Rei. – Ty postaraj się być w jak najlepszej kondycji, bo może się okazać, że będziesz musiała bardzo szybko biec.
– A ty? – Znacząco spojrzała w dół, choć blat stołu uniemożliwiał zobaczenie protezy.
– A ja poradzę sobie… w inny sposób.
Skrzywiła się, ale przytaknęła ponownie.
– Mam nadzieję, że ta cała profesor wyciągnie mi to coś z głowy – szepnęła, ponownie wbijając wzrok w gulasz.
– Może.
– Miguel mówił, że mogłaby to zrobić z Jurijem. Więc chyba ze mną też.
Nie do końca, sprostował Rei, ale tylko w myślach. Miguel mówił, że Emily być może będzie potrafiła pomóc Sabace, a nawet jeśli, chodziło raczej o wyrwanie się go spod kontroli Kaia. Przecież przed laty nad tym właśnie pracowali – nad próbą odwrócenia procesu połączenia. I ponieśli całkowitą klęskę, kiedy okazało się, że za wszystkim stoi coś więcej niż tylko techniczne sprzężenie.
York prawdopodobnie wytłumaczy to dziewczynie lepiej. Może znajdą inne wyjście. A może Jindřiška potrzebuje jeszcze czasu, ale w końcu zaakceptuje to, czym się stała. Im też nie przychodziło to najłatwiej, a niektórzy, jak choćby Miguel, wciąż nie zostawili tego miejsca za sobą i tkwili w tym swoistym okresie dojrzewania i buntu, niestabilni i rozdarci, wciąż przekonani, że słaby człowiek może rzucić wyzwanie Bestii.
– Powiedz mi tak szczerze… – usłyszał znów głos Czeszki. – Jesteśmy w czarnej dupie, prawda? I nikt nas z niej nie wyciągnie. Bo jesteśmy potworami i wszyscy się nas boją.
Spojrzał na nią. Milczał chwilę, po prostu badając wzrokiem jej twarz. Myślał, że może powinien poczytywać to za dobry znak – fakt, że postanowiła głośno podzielić się swoimi obawami.
– Nie wszyscy – Rei znacząco spojrzał na gospodynię, która odwzajemniła wzrok i uśmiechnęła się szeroko, aż dostrzegł, że kobieta szóstki też ma złote.
– Oni nie wiedzą.
– Emily wie.
– Nie znam jej.
– Poznasz i zrozumiesz.
Jindřiška wzruszyła ramionami.
– Pani Jones też była na początku miła – powiedziała ponuro.
– Judy Jones jest po prostu złym człowiekiem – odparł Rei, choć nie wiedział, na ile przekonująco brzmi. Dla Czeszki wszystko stanowiło tylko ciąg niewiadomych.
– Tak czy inaczej nie mam wyboru – podsumowała głosem zrezygnowanym i zdecydowanie zbyt gorzkim jak na tak młodą osobę. – Żebym chociaż była pełnoletnia.
– Cóż, my jesteśmy. Nawet dość bardzo.
– Też prawda. – Łyżka zgrzytnęła wreszcie o dno miski, na co gospodyni zareagowała natychmiast, gestami proponując dokładkę, ale Jindřiška pokręciła głową z uśmiechem i znacząco poklepała się po żołądku. – Fajnie – zwróciła się znów do Kona i jej mina wróciła do stanu cokolwiek skwaszonego. – Czyli będę miała przesrane przez całe życie.
Meimei.
– Co znowu?
– Zapamiętaj jedno – powiedział Rei z pełną powagą, patrząc w jej małe, modre oczy – jesteś Połączoną. To znaczy, że tak, masz ostro pod górę, zgadza się. Zresztą widziałaś, dokąd to doprowadziło nas, a niejedno jeszcze zobaczysz i usłyszysz, i raczej nie licz w tym względzie na miłe rzeczy. Niezależnie od opcji, zawsze trafisz na jakieś szuje, a niektóre odradzam w całej rozciągłości. Będą chcieli cię zabić, wykorzystać jako broń albo zwalą na ciebie wszystkie winy za całe nieszczęście, zło, głód, trzęsienia ziemi i inwazję z kosmosu. Ale też że nie ma takiej, jak to ujęłaś, dupy, z której byś nie wyszła. Świat nie boi się nas tak całkiem bez powodu.
Uśmiechnęła się blado, unosząc tylko jeden kącik ust.
– Jeszcze parę dni temu bym ci może uwierzyła – odparła.

*

Kai otarł pot z czoła. Korzystanie z tego aspektu mocy Dranzer nie było łatwe i pochłaniało mnóstwo energii, jakby chciała zabezpieczyć się przed nadużywaniem możliwości przywracania do życia. Tyle dobrego, że Miguel nie był jeszcze martwy, choć wobec nienaturalnie chłodnej skóry, ledwie poruszającej się klatki piersiowej i nitkowatego tętna łatwo było się pomylić. Najwyraźniej trzymał się życia mocno i nie zamierzał puszczać. Na jakimś poziomie nieświadomie współpracował, a na pewno współpracował Gargoyle – zwykle oporny materiał i niewdzięczny partner w negocjacjach. Jakby nie wiedział, jakby nie przeczuwał, do czego to wszystko zmierza. A może bardziej, jakby nie chciał tego wiedzieć.
W każdym razie, nie bronił Black dostępu do chorych tkanek. Ustępował, choć należał do tych nielicznych Bestii, które nie czuły przed nią należytego respektu. Uparty jak kamień, który budował jego ciało, nie czuł respektu przed niczym i pewnie dlatego tak dobrze czuł się w umyśle człowieka gotowego na samotne eskapady w głąb skutej lodem Rosji oraz rzucenie wyzwania tak Hiwatariemu, jak i Robertowi Jürgensowi w imię sobie tylko wiadomych celów.
Jurij przez cały czas stał nieopodal, aż Kai zaczął czuć jego wzrok na plecach jak topniejący na skórze lód. To nie pomagało. Zwłaszcza wówczas, gdy układ nerwowy Miguela zaczął reagować na przepalające go od wewnątrz płomienie i rzucać ciałem w konwulsjach. To zawsze był taniec na linie, a z takimi obrażeniami – obejmującymi praktycznie wszystkie narządy, od układu pokarmowego, przez płuca, zatrute nerki i serce – Hiwatari nie mierzył się szczególnie często.
Odpuścił, gdy tylko zyskał pewność, że zawrócił Lavaliera z równi pochyłej i ustabilizował sytuację. Część rzeczy miał szansę zaleczyć czas i na te Kai nie zamierzał tracić sił, co tylko niepotrzebnie podbiłoby ryzyko.
– Skończyłem – oświadczył, podnosząc się z kolan.
Otrzepał spodnie i dał znać swoim ludziom.
Jurij nie skomentował. Patrzył tylko ze zmarszczonymi brwiami na jeszcze bledszą niż wcześniej twarz Argentyńczyka, która teraz wydawała się wręcz stara, i na zbierające się pod nosem gęste w wyniku odwodnienia krople krwi. Zaciskał zęby, aż drżała mu szczęka.
– Wiem, że nie wygląda, ale lepiej z nim – burknął Kai, aż za dobrze słysząc słowa, których Ivanow z jakiegoś powodu postanowił nie wypowiadać na głos.
Jurij ruszył się wreszcie ze swojego posterunku – pewnie też dlatego, że ludzie feldmarszałka zaczęli zbierać Miguela z podłogi. Zrobił to powoli, ociężale, a jego twarz po raz kolejny wykrzywił ból.
– Zdaje się, że ty też potrzebujesz pomocy. – Kai zmierzył go krytycznym spojrzeniem.
– Pierdol się – usłyszał tylko.
– Ciekawe podziękowania – syknął, wciskając dłonie do kieszeni sięgającego kolan płaszcza z wyszytym czerwonym emblematem przedstawiającym sowiecką gwiazdę i siedzącego na niej stylizowanego feniksa na ramieniu.
Sabaka warknął z irytacją.
– Obaj wiemy, że to transakcja wiązana – odparł i ruszył za żołnierzami, utykając.
Kai zacisnął szczęki. Kiedy zyskał pewność, że nikt go nie widzi, zacisnął też powieki. Mógł być najpotężniejszym z Połączonych. Mógł być władcą Rosji. Mógł zaszachować Zachód, ale nadal Jurij potrafił dotknąć go do żywego paroma zaledwie słowami.
– Mogłem to zrobić inaczej – warknął przez zęby, doganiając Sabakę w drodze do transporterów. Nie było to trudne, zważywszy na fakt, że każdy kolejny krok zdawał się kosztować Ivanowa coraz więcej wysiłku. Wyraźnie powłóczył nogą i Hiwatari był już właściwie pewien, że to nie ścierpnięcie, a jakaś kontuzja. – Mogłem mu zostawić rozwalone nerki. Albo serce. Albo zwłóknienia na płucach. Byłby kaleką do końca życia, ale by żył, a tylko tyle mnie interesuje, żebym mógł wyciągnąć z niego Bestię. Myślisz, że dlaczego zrobiłem więcej?
Jurij nie odpowiedział. Nawet na Kaia nie spojrzał, ale z wściekłości aż tańczył wokół jego stóp drobny, przemrożony śnieg, a temperatura powietrza wokół odczuwalnie spadła. Nie o kilka stopni, a przynajmniej o dziesięć, na tyle, by oddechy zaczynały rozchodzić się bólem po płucach.
Może chciał w ten sposób zamknąć Kaiowi usta.
Hiwatari przełknął przekleństwo, zdusił w sobie krzyk frustracji. Nie tu. Nie w miejscu, gdy patrzyło na nich tak wiele oczu, a fizyczna dysproporcja między feldmarszałkiem a jego generałem i tak grała przeciwko temu pierwszemu.
Nie – nigdzie nie. Nawet za zamkniętymi drzwiami. Jurij nie miał prawa wiedzieć o pewnych rzeczach. Niczego by to nie zmieniło, mogło jedynie pogorszyć sprawę. Zmienić w jego oczach okrutnego pana na zawistną idiotkę. Zwłaszcza teraz nie mogło do tego dojść – teraz, gdy Kai dzięki Ivanowi zebrał ostatnią kartę do talii, którą zamierzał grać z Zachodem. Sabaka będzie mu potrzebny posłuszny.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 08 lipca 2017, 16:31

2/2


Ratyzbona

– Tego wszystkiego mogło nie być, prawda?
Robert spojrzał na córkę zdziwiony – tak rzadko odzywała się do niego z własnej woli, a już na pewno nie miała w zwyczaju zadawania pytań, że wytrąciło go to z równowagi i potrzebował chwili, by chociaż w przybliżeniu określić odpowiedni kierunek.
Sytuacja też raczej nie sprzyjała nagłemu przełamaniu lodów, bo w końcu Jürgens przyjechał na „poważną rozmowę” oraz zabrać część swoich rzeczy. Ledwie poprzedniego dnia cała ratyzbońska rezydencja drżała od krzyków, płaczu i tłumionego gniewu, choć wszyscy – nawet najmłodszy w domu Gottlieb – wiedzieli, że ta rodzina niemal od początku jest tylko rozpadającym cyrkiem i rozwód rodziców w gruncie rzeczy niewiele zmieni. Ledwie wczoraj Josie zwyczajnie pękła i płakała na jego oczach wtulona w pierś matki, której, jak twierdziła, nienawidzi.
A tu nagle przyszła do saloniku, do którego udał się, by w spokoju przejrzeć korespondencję, w tym kolejną porcję analizy sytuacji w wykonaniu Tachibany, weszła bez pukania i usiadła w skórzanym fotelu naprzeciwko.
Ton miała jednak naburmuszony, ręce skrzyżowane na piersi, a nogi trzymała oparte o zabytkowy kawowy stolik, choć Robert tyle razy prosił, żeby tego nie robiła. I to z pewnością czyniło sytuację choć odrobinę bardziej znajomą.
– Co masz na myśli? – spytał najbardziej neutralnym tonem, na jaki było go stać bez odrzchąkiwania.
– Wszystko – wzruszyła ramionami. – Newsów ojciec nie czyta?
Oczywiście oboje wiedzieli, jak bezsensowna jest ta złośliwość, zwłaszcza wobec zamykanego właśnie laptopa, więc Jürgens puścił ją mimo uszu. Ale Josie ciągnęła dalej.
– Wszystko dlatego, że ojciec tak naprawdę niczego nie może. W ogóle nikt tu niczego nie może, ale ojciec by mógł. Gdyby nie był tchórzem.
Robert zacisnął dłonie na podłokietnikach, tłumiąc nagły lodowaty dreszcz. Wiedział, jakie będzie następne pytanie, zanim padło, choć w ustach Josie wydawało się czystym absurdem. Przecież nigdy nie interesowała się tą kwestią.
Nigdy.
– Dlaczego ojciec nie jest Połączonym?
– To skomplikowana kwestia.
– Dlaczego żaden z wujków nie jest?
– Józefino… – zaczął, ale prawda była taka, że nie miał pojęcia, jak skończyć. Nie był gotów na tę rozmowę. W obecnym stanie nie był gotów na żadną rozmowę, a już na pewno nie tak poważną, śliską i z własną córką.
Wydarzenia ostatnich dni zostawiły go niemal pokonanego. Wciąż czuł się, jakby biegł po linie i nadal nie widział drugiego końca przepaści – nie miał pojęcia, ile jeszcze zdoła tak gnać. Nie zdążył dojść do siebie po decyzji o rozwodzie, wygłoszeniu oświadczenia o jego powiązaniach z Balkowem i późniejszej burzy, która jak w soczewce skupiła się w rodzinnej awanturze z poprzedniego dnia, a życie postanowiło spoliczkować go po raz kolejny.
A przecież tak się starał, by zawsze wybierać to, co najlepsze i najbardziej optymalne. Poświęcał swoim celom wszystko, podporządkowywał im każdy element swojej rzeczywistości. Nie wiedział, nie rozumiał, dlaczego to obróciło się przeciwko niemu.
Może po prostu minęło za mało czasu, żeby to zrozumiał, ale nie miał go więcej. Między innymi po to była Tachibana – miała to zrozumieć za niego.
– To prawda, że ojciec stchórzył.
Słowa bolesne jak policzek wyrwały go z zamyślenia.
– Nie – odpowiedział automatycznie, zły na siebie, że dał się podstawić pod ścianą nastolatce. Własnej córce, owszem, ale jednak dziecku. – Posłuchaj mnie, Józefino. – Splótł palce jak wówczas, gdy mówił do politycznych oponentów, do współpracowników, do obcych ludzi, przed którymi roztaczał obraz człowieka bez uczuć, jakie można by ewentualnie zranić. – Żeby doszło do połączenia, trzeba czegoś więcej niż człowieka i Bestii. To złożony proces, którego nigdy do końca nie zrozumieliśmy. Ci, którzy go przeszli, zrobili to przy wsparciu odpowiedniego sprzętu, a czasem nawet bionicznych implantów.
– A ojciec nie miał do tego dostępu?
– Większość z tych, która się na to zdecydowała, dzisiaj już nie żyje, więc nie wydawało się to nam…
– Nie miał ojciec dostępu? – Josie nie pozwoliła mu dokończyć. Zadawała konkretne, precyzyjne pytania i takich odpowiedzi oczekiwała. Nie chciała poznać prawdy. Chciała uzupełnić wizję we własnej głowie.
Pytanie brzmiało, kto jej tę wizję zaszczepił.
– Rozmawiałaś o tym z wujkiem Olivierem? – strzelił Robert, czując, jak jego serce przyspiesza.
– Ojciec mi nie odpowiada.
Westchnął.
– Gdybyśmy chcieli mieć, mielibyśmy. Program był otwarty – przyznał.
– Czyli jednak.
Nie miał zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi ani sprowokować. Z ukłuciem żalu pomyślał o szklaneczce koniaku – tak dla zajęcia dłoni, głębokiego smaku, jak i uspokajającego szumu w głowie – ale nie chciał pić przy dziecku. Nie tak został wychowany i nie tak chciał wychować, choć myśl o tym drugim odbijała się w jego głowie gorzkim echem.
Przecież to był już zamknięty rozdział. Od poprzedniego dnia, od chwili, w której z Clarą ogłosili decyzję o rozwodzie.
– Rozmawiałaś o tym z wujkiem Olivierem? – powtórzył.
– A jakie to ma znaczenie? – wzruszyła ramionami Josie. W zdaje się, że modnie podartej żółtej bluzce wyglądała okropnie. Kolor nie pasował do fioletowego irokeza i dziwnie odbijał się w młodzieńczych pryszczach na brodzie. Robert chciałby myśleć o swojej córce, że jest ładna, że jest najładniejszą dziewczyną w całych Niemczech, ale skutecznie mu to uniemożliwiała.
Może tym też czuł się w gruncie rzeczy zawiedziony, choć wydawało się tak śmieszne i błahe. Nie nią – sobą. Tym, że nie potrafi patrzeć na własne dziecko jak inni ojcowie, stawiając je na piedestale, wynosząc ponad wszystkie inne bez względu na to, czy zasługiwały, nazywać księżniczką.
Nigdy jej o tym nie powiedział. Nigdy nie zamierzał mówić. Znienawidziłaby go jeszcze bardziej i – co gorsze – miałaby absolutną rację.
– Ma duże znaczenie, Josie. Chciałbym wiedzieć, kto próbuje tobą grać.
Spojrzała na niego bystro – na niego, wprost, jak nie patrzyła od początku rozmowy, podczas awantury z poprzedniego dnia i może wiele lat.
– Grać? – i wcale nie brzmiała, jakby była zdziwiona. – Mną? A jaki miałby w tym cel? I tak ojciec jest słaby i zaraz straci stanowisko.
Robert zacisnął usta aż do bólu. To była akurat prawda – zegar tykał.
– Nigdy nie chciałem, żebyś została w to wciągnięta – powiedział, zrozumiawszy, że uzyskanie odpowiedzi nie będzie takie proste.
– Żeby się nie wydało, z czego ojciec zrezygnował?
– Żeby cię chronić.
Prychnęła lekceważąco. Oczywiście – nie rozumiała. Mało kto rozumiał, a im dalej od Połączonych, tym trudniej było o jedno chociaż sensowne zdanie na ich temat. Kim właściwie byli dla Josie? Z tego, co mówiła, można by wywnioskować, że widzi ich może jako superbohaterów, co wydawało się o tyle uzasadnione, że przed wypadkami w Chinach zawiadywana przez Oliviera propaganda na takiego kreowała Miguela. Nadawał się do tej roli – przystojny, uprzejmy, o budzącym zaufanie uśmiechu, do którego Polangue dołożył nie do końca typowe, ale urocze zwierzę, w dodatku wbijając małą szpilę Moskwie. Obiektywy aparatów i oczy kamer nie widziały psychicznego kaleki sprawiającego czasem wrażenie, jakby bał się własnego cienia. Josie też go nie widziała.
Widziała potężnych mutantów, którzy mogliby odwrócić bieg historii, mogliby chronić ją i to, co znała, a zamiast tego wszyscy tłoczyli się po drugiej stronie barykady jako niebezpieczeństwo.
Roberta dziwnie uderzyło, wręcz dotknęło dziwnym ciepłem trudnego do nazwania uczucia, że chciała go w takiej roli. Mimo wszystkich tych lat, gdy między nimi była głównie zimna pustka.
– Josie – sam ze zdziwieniem stwierdził, że zdrobnił jej imię, wypowiadając je głośno. – Wiem, że nie chcesz przyjąć pewnych rzeczy do świadomości. Może dlatego, że ktoś przedstawił ci już inną wersję. Tak podejrzewam. Ale gdyby to było konieczne, gdybym uznał, że coś zagraża tobie, matce i Gittliebowi, a ja nie mam innego wyjścia, zrobiłbym to choćby dzisiaj.
Patrzyła na niego w milczeniu, początkowo z kpiąco uniesioną brwią, ale po chwili wyraz jej twarzy zaczął się zmieniać. Przeszedł w zagubienie.
– Jeszcze przed chwilą ojciec mówił…
– I podtrzymuję to zdanie. Jak również podtrzymuję zdanie o tym, że niewiele na ten temat wiesz i naprawdę nie masz prawa, żeby oskarżać mnie o cokolwiek, a już na pewno nie o tchórzostwo. Ale chciałem, żebyś usłyszała tę deklarację. Może kiedyś zrozumiesz, ile znaczy. Chociaż bym tego nie chciał.



Rosja

– Skrzypi.
– Wiem.
Rei dyskretnie zmierzył ją wzrokiem, ciesząc się, że zaczęła rozmowę sama z siebie. Powoli też docierało do niego, że to, co początkowo brał za nienaturalną wręcz dla Europejczyków skrytość, to najprawdopodobniej apatia. Jedną kwestią był ciężar wydarzeń, jakie dotykały dziewczynę nie tylko na przestrzeni paru ostatnich tygodni, ale pewnie całych miesięcy, a inną zimno, niedożywienie i zmęczenie tułaczką. Kon zaczął się poważnie obawiać, że organizm Czeszki w którymś momencie tego nie wytrzyma i przyplącze się do niej jakaś choroba. Skoro on – dorosły, silny mężczyzna trenujący umiejętności bojowe czuł się fatalnie, o ile gorzej musiało być z nią – filigranową nastolatką.
Kon z pewnym zdziwieniem stwierdził, że każdy kolejny krok odbija się w jego żołądku silniejszą falą strachu. Przy czym nie chodziło o konfrontację, jaka za kilka dni czekała oboje na granicy białoruskiej, ani to, co mogło wydarzyć się potem. Rei szczerze wierzył w opcję z Emily w roli główniej. Choćby dlatego, że optował za tym Miguel, a tygodnie obserwacji działań Lavaliera utwierdziły Kona w przekonaniu, że Argentyńczyk jest zbyt pogubiony w nowej rzeczywistości, by chociaż próbować sterować nią na dłuższą metę. Działał doraźnie, rozpaczliwie próbując uniknąć dostania się pod czyjąkolwiek kontrolę. Sama York – przynajmniej ta ze wspomnień – też nie budziła zastrzeżeń. Miała swoje priorytety i faktycznie nigdy nie były one związane z polityką, nawet po wybuchu wojny. Poza tym miała osobisty interes w tym, żeby działać przeciwko Judy Jones.
Więc nie, nie z myśli dotyczących przyszłości brał się strach, a z tego, od czego – paradoksalnie – się oddalali.
Rei zostawiał za plecami nie tylko umierającego Miguela i zdrajcę Jurija, nie tylko szansę na to, że w ręce Kaia trafi wreszcie piromanta, w dodatku kuloodporny i z Bestią, która przy replikacji prawdopodobnie odzyska zdolność do lotu, zwiększając mobilność jednostek. Zostawiał też Opactwo.
Opactwo, w którym – według słów Ivanowa – mogła znajdować się Mao.
Rei bardzo krótko łudził się, że zdoła ją odbić. Wiedział, że w pojedynkę nie ma szans wobec całego ośrodka wypełnionego po brzegi Połączonymi, a na okaleczonego Miguela trudno będzie liczyć w tak trudnej operacji. Desperacja desperacją, ale z samobójczej szarży nic by nikomu nie przyszło. Może tylko Hiwatariemu, który przejąłby Gargoyle’a dużo wcześniej, w dodatku z Bai Hu w pakiecie. Kon myślał, że pewną nadzieję daje sam Jurij, ale sprawy szybko zaczęły się komplikować.
A potem Jindřiška wylądowała pod jego wyłączną opieką. Jej nie mógł narażać. Nie miał do tego prawa, zwłaszcza wobec przeżerającej go niepewności. W całej tej sprawie więcej było niewiadomych niż czegokolwiek innego i Rei wiedział, że podjął racjonalną decyzję. Nie oznaczało to jednak, że nie czuł bólu. Jak wiele razy wcześniej, gdy przedkładał to, co słuszne, nad to, co kochał.
Oby Jindřiška nigdy nie dowiedziała się o cenie, jaką płacił za próbę wydostania jej z terenu Rosji.
Oby nigdy nie dowiedziała się, że jest zdolny ją zapłacić i po wielu latach okrutnego treningu przychodzi mu to wręcz przerażająco łatwo.
Oby nigdy nie dowiedziała się, że zaufała komuś, kto miał już opory, żeby nazywać się człowiekiem nawet w myślach.
Kim więc był? Bo przecież tak naprawdę i w głębi serca wciąż nie bogiem.
– Rozpadnie się? – Jindřiška zerknęła z ukosa na jego protezę.
– Nie wiem – odparł szczerze. – Ale to możliwe.
– Masz części zamienne?
– Takie pierwszej potrzeby, owszem. Muszę ją w końcu konserwować.
– Tak poza tym, to jest zajebista.
– Dzięki – Kon uśmiechnął się lekko. Sam nie potrafił myśleć w ten sposób o protezie w żadnej z jej wersji. Od tych najbardziej ceremonialnych, po te polowe, choć wiedział, że zatrudnieni do ich budowy inżynierowie stworzyli prawdziwe arcydzieła.
– Tylko skrzypi – skrzywiła się Jindřiška. - Wcześniej nie skrzypiała.
– Smar mi się kończy.
– To raczej kiepsko.
– Raczej tak.
Rei westchnął i przystanął na moment, żeby rozejrzeć się i zastanowić nad dalszym kierunkiem marszu. Niewiele to dało – wszystkie strony wyglądały tak samo. Pusto i ponuro. Jakby najbliższa cywilizacja leżała o całe lata świetlne stąd.
– Jest podłączona do Bestii?
Uniósł brwi zdziwiony, słysząc to pytanie.
– Co masz na myśli?
– Nic szczególnego. – Dziewczyna wzruszyła szczupłymi ramionami. – Coś tylko słyszałam tam o takich eksperymentach, ale trochę – wyjaśniła.
– Tam? To znaczy w Ameryce? – Rei spojrzał na nią uważniej.
Przytaknęła.
– Wiesz, tam też był jeden Połączony bez nóg.
– Claude Tavarez – syknął Chińczyk, nim zdołał się powstrzymać.
– Znasz go.
– Prawie wszyscy Połączeni się znają – przyznał.
– Z waszego pokolenia – zauważyła Czeszka, jakby chciała przypomnieć, że jednak należy do grona.
– Z naszego pokolenia niestety dosłownie wszyscy, bo przynajmniej o paru wolałbym nie pamiętać. Chodź – Rei zachęcająco wyciągnął rękę. – Czas ruszać dalej.
Jindřiška posłusznie pozwoliła sobie wspiąć się na tarasująca przejście zaspę. Nie marudziła, ale Kon wyraźnie czuł, jak jej stopy zjeżdżają niemal bezwładnie, bo mięśnie nóg utrzymywały je już z najwyższym trudem.
Nie chciał myśleć o tym, że być może ciągnie to dziecko na śmierć w mrozie, ale musiał. Tak jak nie chciał myśleć o własnych dzieciach, które z konieczności skazał na podobny albo wręcz jeszcze gorszy los.
O Mao, którą zostawia bezpowrotnie za sobą.
Potężny podmuch wiatru uderzył go w pierś nagle. Był jak pięść. Zabrał oddech. Na chwilę zatrzymał serce.
– Rei!
Wołanie Jindřiški usłyszał, gdy leciał w małej zamieci na plecy. Najpierw swoje imię, a potem po prostu krzyk bólu i przerażenia – zrozumiał, że też dostała. Coś z potwornym hukiem przetoczyło się po niebie, które nagle stało się ciemne jak podczas burzy. Kon próbował pozbyć się lodu z oczu, ale upadek pozbawił go na chwilę orientacji i władzy nad ciałem.
Nie zdążył dostrzec, co to było, ale jedno nie ulegało wątpliwości – nic dobrego. Bai Hu zjeżył się niespokojnie, stanęły też włoski na karku Reia. Czuł przepływający pod skórą prąd.
Meimei!
– Tutaj!
Na szczęście nie wyglądała, jakby coś jej się stało, choć syknęła cicho, zbierając się na kolana i chwyciła za ramię. Poruszała jednak swobodnie dłonią, więc najwyraźniej nie złamała kości. Kon dopadł do niej, pomógł wygrzebać się z głębokiego śniegu i wstać.
– Boże, co to było…? – szepnęła drżącym głosem.
– Nie wiem – przyznał Chińczyk. – Ale wydaje mi się…
Nie zdążył dokończyć, bo ziemia zadrżała i niebem znów wstrząsnął potworny dźwięk – coś między walącymi się drzewami, uderzeniem pioruna a wrzaskiem. Tym razem jednak Rei był bliżej, zdążył więc dopaść do ziemi i przykryć Jindřiškę własnym ciałem. Wiatr uderzył w jego plecy i Kon mógłby przysiąc, że usłyszał trzask drącego się materiału.
Bestia – był już niemal pewien. Najwyraźniej Kai ich wytropił. Może Jurij z czymś się zdradził. Może od początku grał podwójnie i kiedy zyskał możliwość ponownego zaskarbienia sobie łask u Hiwatariego, zaczął sypać.
Falborg? Jakaś jej replika?
Nie – sądząc po sile uderzenia, cały oddział replik.
To oznaczało, że nie ma innego wyjścia niż walka.
Meimei – szepnął, gdy wiatr znów ucichł.
– Hm.
– Sądzę, że to Połączeni. Najpewniej kilku z tą samą mocą. Współpracujących. Schowasz się, a ja to załatwię – tłumaczył powoli, spokojnym, pewnym głosem, ale dłonie, które trzymał na jej ramionach zaciskały się odrobinę za mocno, żeby go nie zdradzić. – Jak w zabawie. Chowasz się, zamykasz oczy i liczysz do dziesięciu. I to wszytko. A potem ja cię znajduję.
– Nie jestem, kurwa, dzieckiem! – wydarła się Jindřiška i wyrwała z uścisku. – Nie będę… Nie chcę… – rozpaczliwie szukała słów, uciekała wzrokiem, gdy tymczasem całe jej ciało zesztywniało w proteście. – Wiem, jak będzie! Znowu tak samo! Znowu coś się spieprzy, zawsze coś się pieprzy i po mnie nie przyjdziesz! Ostatnio też mówiłeś, że będzie dobrze i co?! I dupa! Jesteśmy tu sami! – wrzasnęła mu wreszcie prosto w twarz, gwałtownie cofając się o dwa kroki i niemal tracąc równowagę w głębokim śniegu. – Nie jestem dzieckiem i nie jestem tchórzem!
To, czego nie widziała, to jak jej jasne, krótkie włosy wiją się szarpane coraz silniejszym, nienaturalnym wiatrem. Jak za jej plecami niebo staje się szare i gniewnie skłębione. Jak w powietrzu tańczą dziko płatki śniegu, kawałki gałązek i inne drobiny.
– Ja też – odparł Rei, nie patrząc już na nią, a na ogromny, skrzydlaty cień wyłaniający się z rozwścieczonego nieba. – Ale to nie znaczy, że się nie boję.
A zaraz potem nad ich głowami przetoczył się kolejny potworny ryk i niebo przecięły olbrzymie pazury.



Opactwo

Cisza w Opactwie oczywiście zawsze była pozorna, bo jeśli słuchało się odpowiednio długo, można było usłyszeć rzeczy, których potem nie dało się zapomnieć. Ale Brooklyn szybko nauczył się je ignorować, a kiedy to osiągnął, wokół zrobiło się spokojnie i leniwie niemal jak w Digorze.
No, chyba że na dziedziniec wjeżdżała akurat kolumna samochodów opancerzonych.
Masefield nie musiał wyglądać przez okno, żeby wiedzieć, kto przybył. Nie zdziwiła go też obecność dwóch dodatkowych Bestii, bo przecież wiedział, co sprawiło, że Kai gwałtownie zmienił wszystkie plany, choć początkowo miał osobiście nadzorować pierwszą replikację Galux. Zresztą Brooklyn również usłyszał tamten skowyt, wzywający Black dobre dwieście kilometrów na zachód.
– Dziwne – skomentował z kompletnie niepasującą do tego słowa obojętnością. – Interesujące.
Siedział na swoim łóżku, pozornie zajęty czytaniem rozłożonej na kolanach książki. Jego zielone oczy wciąż błądziły po literach, ale między nie coraz wyraźniej wkradał się szept duchów. A zwłaszcza jednego ducha.
Jakiś czas temu Irlandczyk po raz pierwszy poniósł klęskę podczas przyzywania osieroconej Bestii. Zwykle, gdy już taką namierzył, większym lub mniejszym wysiłkiem udawało mu się ją zwabić do bezpiecznej przystani własnego umysłu. Ale nie Seaborg.
Brooklyn widział już wiele ukrytego przed oczyma śmiertelników. Wiele dramatów, o których istnieniu nie mieli nawet pojęcia, bezmyślnie zabijając nosicieli. To było jednak coś innego. Coś dużo gorszego. Najczarniejsza rozpacz, jaką Masefield potrafił sobie wyobrazić, a choć emocje ludzi pozostawały mu obce, duchy wyczuwał w tym względzie znakomicie. Seaborg pozostała zamknięta tak dla niego, jak i dla jakiegokolwiek innego umysłu. Sprawiała wrażenie, jakby nie była zdolna do szukania nowego właściciela i tak najprawdopodobniej miało pozostać – w świecie Bestii nie było czasu, nie leczył ran. Może też chodziło o to, że stworzone w Opactwie cybernetyki zostały zaprojektowane pod konkretnych nosicieli i w związku z tym nie miały zdolności nawet minimalnej adaptacji.
Masefield starał się więc trzymać ducha tak blisko, jak było to możliwe, ale powoli godził się z porażką.
I wyglądało na to, że nie tylko on wyczuwa przejmujący smutek ukrytej w niematerialnych głębinach Seaborg.
Siłą rzeczy Wolborg należała do tych Bestii, które znał najlepiej. Dawniej, gdy jeszcze wszystko wyglądało inaczej, a Jurij Ivanow pozostawał równie czynnym bojowo generałem, co pozostali, często przebywali w swoim towarzystwie. Nieraz słyszał, jak Sabaka z nią rozmawia, nie zawsze się z tym zresztą kryjąc. Miał świadomość bardzo osobistej więzi, jaka się między nimi narodziła, a której żadna ze stron zdawała się nie doceniać.
Aż nie okazało się, jak kruchy układ ich wszystkich otacza.
Wolborg nigdy nie czuła się dobrze w Opactwie i o tym Brooklyn też doskonale wiedział – dlatego między innymi tak trudno było wysiedzieć tu Jurijowi. Owszem, jego osobiste doświadczenia grały ogromną rolę, ale niechęć Bestii nadawała lękom i odrazie głębsze odcienie, jakby ktoś bawił się oświetleniem. Rezonowali razem wśród zimnych, porośniętych grzybem ścian, ślizgali się po posadzkach, wlewali w szczeliny za każdym pobytem tutaj tak intensywni w swoich uczuciach, że niemal zagłuszający wszystkie inne szepty.
A teraz to wołanie jeszcze zyskało jeszcze na sile i zmieniło się w trudny do zniesienia skowyt.
Wolborg bała się, że podzieli los Seaborg. Bała się utraty immunitetu i utraty Jurija, bez którego zostałaby skazana na wieczną tułaczkę w nicości. Dlatego wcześniej pozwoliła na to, co wydawało się wręcz niemożliwe i Ivanow zdołał oddalić się od Moskwy na niemal dwieście kilometrów. Wilczyca szukała ratunku tak dla siebie, jak i dla niego, szukała rozpaczliwie, nawet w szaleństwie innej Bestii. I dopiero, kiedy ta droga zwiodła, wróciła ze spuszczoną głową i podkulonym ogonem.
Ale nic już nie mogło być takie jak dawniej i Brooklyn mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy Kai ma tego świadomość, czy zdaje sobie sprawę, jak poważne konsekwencje pociągnęła za sobą chwila jego gniewu i zamordowanie Siergieja, zwłaszcza tak okrutne, gdy na przemian palił i odradzał z popiołów jego zakończenia nerwowe.
Tylko teoretycznie był tu panem życia i śmierci.
Masefield powolnym ruchem zamknął książkę i całą uwagę poświęcił drgającym pod powierzchnią rzeczywistości bytom. Niepokój Wolborg oddziaływał także na nie, mącił bezkresne morze powiązań. Zdaje się, że dotykał nawet Seaborg. Na pewno przedziwnie splatał się z wołaniem oszołomionej Galux i rosnącym zacietrzewieniem Gargoyle’a. Repliki wszczepione w umysły nowych wychowanków Opactwa reagowały znacznie słabiej, jakby niezdolne do pełnej komunikacji z właściwymi Bestiami, ale nawet ich istnienia zdawały się lekko drżeć.
Cóż, dla Brooklyna nigdy nie stanowiło tajemnicy, że najgroźniejszą bronią Wolborg wcale nie jest lód. Tak naprawdę rzadko kiedy najgroźniejszą bronią Bestii były żywioły czy też inne widoczne aspekty mocy. Prawdziwe niebezpieczeństwo tkwiło znacznie głębiej, a siłę Wilczycy w dużej mierze budował fakt, że inni po prostu byli gotowi za nią podążać.
Masefield wstał z łóżka i leniwym krokiem podszedł do okna, z jakiegoś względu chcąc jednak zobaczyć też tę warstwę rzeczywistości. Jurij nie był w stanie wysiąść z samochodu o własnych siłach. Pomagało mu dwóch żołnierzy i gdyby nie oni, Sabaka z całą pewnością upadłby na beton dziedzińca. Nie był też zdolny samodzielnie iść.
Brooklyn zmarszczył lekko brwi, przyswajając szczegóły tej sceny. Lewa noga – ocenił szybko. Ale nie tylko. Ivanow był po prostu skrajnie osłabiony, czego źródło leżało częściowo zapewne w braku dostępu do leków immunosupresyjnych koniecznych przy tej ilości wszczepów i wszystkich innych, trzymających ten bioinżynieryjny cud w jednym kawałku.
Choć pewnie została mu jeszcze jakaś rezerwa, skoro Wolborg nie podniosła alarmu wcześniej.
Drugi z Połączonych w ogóle się nie poruszał i do Brooklyna docierało ciche jak echo skomlenie ognistej Bestii, która otarła się o samounicestwienie, usiłując utrzymać przy życiu nosiciela. Gagroyle. Kolejny z duchów, którego największa wartość wcale nie tkwiła w ogniu i kamiennym ciele, a właśnie w graniczącym z szaleństwem uporze i lojalności. Kai, mówiąc o pozyskaniu go do replikacji, mówił oczywiście głównie o aspekcie piromanckim i tak, przy odpowiedniej kalibracji możliwy jest efekt w postaci oddziałów o sporej sile rażenia – Masefield wiedział o tym doskonale. Ale istniała też druga ścieżka myślenia, o jakiej wiedzieli tylko oni dwaj i Ivan Papow. Ten ostatni głównie z tego względu, że sam się domyślił, trochę na podstawie wiedzy, a trochę dzięki niesamowitej zdolności czytania między wersami.
Hiwatari chciał zyskać to, czego mimo wszelkich starań nie dawali mu nosiciele czterech syntetycznych Bestii – osobiste bezpieczeństwo. Strażników. Połączonych gotowych zrobić wszystko, by go obronić. Lojalnych i oddanych, skoncentrowanych na jednym celu, którym będzie on sam.
Problem polegał na tym, że Gargoyle w swojej pierwotnej, pełniejszej niż którakolwiek z potencjalnych replik wersji był kapryśny i silnie związany z nosicielem, a wiara w przekonanie Miguela, że Kai jest wart chronienia, zakrawała na kiepski żart.
Masefield zmrużył oczy. Ciekaw był, jak daleko jest w stanie posunąć się Hiwatari. I ciekaw był, jak długo jeszcze Bestie w jego głowie będą tolerować to, co oglądały zielonymi, obojętnymi oczyma Irlandczyka.

Rosja

Jindřiška krzyknęła przerażona. Pierwszy raz przerażona tak bardzo i w ten konkretny sposób, który całkowicie pozbawiał jej władzy nad ciałem. Wrzask przeszedł w dziwny, jednostajny dźwięk, coś drgało w gardle, ale ani ręce, ani nogi nie chciały się ruszyć, jakby czekały posłusznie, aż potężne pazury połamią je i rozszarpią w jednym uderzeniu.
Podmuch wiatru podciął jej nogi. Szczęśliwie, bo pękł też lód trzymający jej mięśnie w bezwolnym oczekiwaniu na śmierć. Przetoczyła się na brzuch, odruchowo nakryła głowę rękoma i w gorzkim, czarnym jak smoła spazmie pomyślała, że wszystko było na nic. Tak naprawdę na nic. Niepotrzebnie się na to godziła, niepotrzebnie im zaufała – spokojowi Reia i bijącemu od niego doświadczeniu, tym łagodnym oczom Miguela, kiedy mówił, że mogą jej pomóc – niepotrzebnie to wszystko przedłużyła, bo koniec i tak mógł być tylko jeden.
Mówiono jej to w Ameryce. Judy Jones jej mówiła.
– Twój poprzednik zginął – cedziła zimno. – Jeśli nie będziesz ostrożna, ciebie spotka to samo. Jesteście dla nich tylko jednorazowymi pociskami, niczym więcej.
Rei nie miał racji. Nie miał. Okłamał ją. Nie mogła się bronić.
Powietrze zapachniało burzą. Wzmógł się wiatr i Jindřiška poczuła, jak po jej policzkach spływają łzy. Szczypały na mrozie.
Wobec tego wszystkiego, wobec całej tragedii zwróciła uwagę właśnie na to – że szczypią ją policzki.
– Nie! Do cholery! NIE!
Głos, który wzbił się ponad wycie wiatru – wysoki, ale raczej męski – wydawał się kompletnie nieznany.
– REI! NIE!
Ziemia zadrżała, gdy ciężkie, błękitne cielsko uderzyło w nią z impetem. Śnieg wzbił się wokół białym tumanem.
– Cholera! Zabiłeś go! – zakwilił rozpaczliwie nieznany głos.
– Nie. Tylko wyłączyłem.
Jindřiška zacisnęła powieki, po czym otworzyła je z mocnym postanowieniem, że mimo najgorszych przeczuć, zaryzykuje podniesienie głowy. I tak, zobaczyła go – poczwarę, która jeszcze chwilę temu planowała zatopić pazury w jej ciele. Teraz powaloną, z rozłożonymi na śniegu łapami i długim ogonem oraz z otwartym pyskiem pełnym straszliwych zębów.
Błękitna łuska skrzyła się hipnotyzująco, żółte ślepia – tylko do połowy przykryte trzecią powieką – były jak słońca. Białe kolce na grzbiecie – jak księżyce. Wiatr, lekki już, igrał w niebieskich piórach wyrastających z boków i tyłów łap. Cielsko, choć wielkie i powalone, wydawało się czymś tak niezwykłym, tak niespotykanym i zaskakującym, że Jindřiška omal nie zapomniała o tym, jak stworzenie chciał zadać jej śmierć.
Z trudem oderwała od niego wzrok.
Rei stał obok, a naprzeciwko niego – oddzielając jednocześnie Chińczyka od pokonanego smoka – niewysoki mężczyzna z rozwichrzonymi, ciemnymi włosami i nerwowo przecieranymi okularami w rękach.
– Nie wierzę, to naprawdę ty… – wyszeptał, wkładając szkła z powrotem na nos.
– Kenny…? Co ty tu…
– Wytropił cię. Nie chciałem mu wierzyć, bo, kuźwa, głęboka Rosja i co miałbyś robić w głębokiej Rosji, ale…
– Nic ci nie jest? – Kon niby zwrócił się do niej, ale nawet przez moment nie spuścił wzroku z drugiego mężczyzny.
– Nie – odparła słabo.
Chciała stanąć na nogi i podejść bliżej niego, by poczuć się bezpieczniej, ale tak bardzo drżały. Swoimi żałosnymi próbami zarobiła na zaniepokojone spojrzenie.
– Zaatakował nas – rzucił zimno Rei.
– Nie! – zaprzeczył gwałtownie niski mężczyzna. Do Czeszki powoli docierały kolejne szczegóły jego wyglądu. Miał azjatyckie rysy, choć twarz w jakiś sposób inną i zdecydowanie pełniejszą niż Kon.
– Więc co to było?! – Tak rzadko słyszała, by Chińczyk podnosił głos. Po jej plecach przebiegł kolejny dreszcz i przełknęła ciężko ślinę, nagle zawstydzona, jakby to na nią krzyczano.
– On tylko… On tylko czasem nie docenia swojej siły. Wiesz… To znaczy… Ja wiem, że Bai Hu, ale… – Okularnik wyraźnie się speszył. – Sądzę, że gdyby zaatakował się nieprzygotowanego, to byśmy nie rozmawiali – dokończył szybko.
Rei nie odpowiedział. Stał milczący, jak zwykle nieruchomy, porażająco statyczny, jakby oszczędzał siły tylko na ważne gesty i atak. Powoli przeniósł wzrok na błękitnego smoka, okrążył go ostrożnie, zmarszczył brwi w wyraźnym skupieniu.
– Więc to naprawdę on… – wyszeptał po bardzo długiej chwili.
– Tak, Rei. To twój przyjaciel.
Jindřiška wreszcie odzyskała nieco władzy nad nogami. Otrzepała kolana i zbliżyła się do Kona, z trudem zwalczając odruch złapania go za rękę. Może nie znała go dobrze, może parokrotnie ją przeraził, ale też osłonił własnym ciałem, gdy nadeszło niebezpieczeństwo, a ona czuła potrzebę bliskości kogoś silniejszego i starszego.
Tylko nie wiedziała, jak on by zareagował. Poza tym nie chciała nawet myśleć o tym, że mógłby przypadkiem dotknąć jej skóry, a potem umierać w męczarniach.
– Jest piękny – wyburczała niemal bezwiednie.
Rei przytaknął w milczeniu. Poczuła jego uważny wzrok na twarzy. Zmrużył oczy i chciał dotknąć jej policzka, ale odsunęła się gwałtownie. Miał rękawiczkę, tak, ale nie zamierzała ryzykować.
– Otarłaś się – powiedział cicho. – Trzeba będzie przemyć. Kenny – zwrócił się znów do okularnika. – Poznaj… – jak zwykle zawahał się na jej imieniu.
– Jindřiška – zlitowała się.
– Kenneth Saien – odwzajemnił się drugi Azjata. – Kenny.
– Mój przyjaciel z dawnych turniejów – uzupełnił Rei i jego twarz w jakiś przedziwny sposób złagodniała.
– A smok? Jak ma na imię? – spytała Czeszka.
– Takao – odpowiedzieli Rei i Kenny równocześnie.
– Ładnie.
– Takao Kinomyia – powtórzył Kon. – Trzykrotny mistrz świata i pięciokrotny mistrz Azji. Połączony.
Jindřiška zamarła, kiedy dotarł do niej sens tych słów. Odruchowo cofnęła się o pół kroku.
– Czy to znaczy…
– Tak. Był kiedyś człowiekiem – potwierdził Kenny.


Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 12 lipca 2017, 21:35

– A ty? – Znacząco spojrzała w dół, choć blat stołu uniemożliwiał zobaczenie protezy. – A ja poradzę sobie… w inny sposób.
Skrzywiła się, ale przytaknęła ponownie.
Coś się pokrzaczyło z zapisem dialogów.
– Mogłem to zrobić inaczej – warknął przez zęby, doganiając Sabakę w drodze do transporterów. Nie było to trudne, zważywszy na fakt, że każdy kolejny krok zdawał się kosztować go coraz więcej wysiłku.
Można odnieść wrażenie, że kosztuje Kaia.
Nie – nigdzie nie. Nawet za zamkniętymi drzwiami. Jurij nie miał prawa wiedzieć o pewnych rzeczach.
Ożeszżesz. Już wcześniej coś mnie piknęło. Teraz pierdyknęło mi w łeb.
Robert chciałby myśleć o swojej córce, że jest ładna, że jest najładniejszą dziewczyną w całych Niemczech, ale skutecznie mu to uniemożliwiała.
smutne, piękne zdanie
– I podtrzymuję to zdanie. Jak również podtrzymuję zdanie o tym, że niewiele na ten temat wiesz i naprawdę nie masz prawa, żeby oskarżać mnie o cokolwiek, a już na pewno nie o tchórzostwo. Ale chciałem, żebyś usłyszała tę deklarację. Może kiedyś zrozumiesz, ile znaczy. Chociaż bym tego nie chciał.
O takiego Roberta walczyliśmy! <3
Wzruszył mnie. Tak. Jest ojcem. Siłą. Opoką. W tym zdaniu. Tak.
A potem Jindřiška wylądowała pod jego wyłączną opieką. Jej nie mógł narażać. Nie miał do tego prawa, zwłaszcza wobec przeżerającej go niepewności. W całej tej sprawie więcej było niewiadomych niż czegokolwiek innego i Rei wiedział, że podjął racjonalną decyzję. Nie oznaczało to jednak, że nie czuł bólu. Jak wiele razy wcześniej, gdy przedkładał to, co słuszne, nad to, co kochał.
Rei obnażony :C
Całość tej jego myśli jest tak mrożąca. Tak bardzo - "nie mogę być człowiekiem, choć wiem, jak to jest".
– Z naszego pokolenia niestety dosłownie wszyscy, bo przynajmniej o oparu wolałbym nie pamiętać.
To, czego nie widziała, to jak jej jasne, krótkie włosy wiją się szarpane coraz silniejszym, nienaturalnym wiatrem. Jak za jej plecami niebo staje się szare i gniewnie skłębione. Jak w powietrzu tańczą dziko płatki śniegu, kawałki gałązek i inne drobiny.
– Ja też – odparł Rei, nie patrząc już na nią, a na ogromny, skrzydlaty cień wyłaniający się z rozwścieczonego nieba. – Ale to nie znaczy, że się nie boję.
A zaraz potem nad ich głowami przetoczył się kolejny potworny ryk i niebo przecięły olbrzymie pazury.
Dreszcz.
– Tak. Był kiedyś człowiekiem – potwierdził Kenny.
Wowowow. OK i co teraz? Co zrobisz, Kenny?
Jak?

Zaczęłam te spoilery od pewnego momentu, znaczy odkąd czytałam w domu, nie w pracy, a właściwie nie w salonie skody na telefonie, więc nie są pełne. Ale jakieś są.

Robert - on jest tu naprawdę naraz maleńki, zgnieciony i taki wzniosły. Tak. To słowo najlepiej mi pasuje - gdy zapewnia Józefinę, że dla niej zrobiły TO, wtedy czuję jego wielkość.
Claude - mieszkanka wszystkiego. Trochę jakby sam sobie wyjaśniał, że dzieciakami zajmuje się tylko z przypadku, tylko przy okazji. I wcale mu się nie dziwię, w końcu nie da się tak łatwo odrzucić/zapomnieć tego, co mu zafundował Rei.
Jurij i Kai. To jest najdziwniejszy duet. Najwięcej szalonych myśli. Jurij z głową Miguela na udzie - to jest widok wypalający się pod powiekami.
Rei - widać w nim człowieka. Dobrze. Bardzo dobrze.

Czasem brakuje mi szczegółów między kolejnymi kolejnymi rozdziałami. Jakiegoś łagodniejszego przejścia. Chyba po prostu mogłabym czytać i czytać.

Pisz.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ