Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Świerk

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Świerk

Post autor: Kanterial » 23 lipca 2016, 20:44

Poniższy tekst jest żałosny, autorzy rzucają mięsem, obrażają uczucia religijne i grzeszą jaraniem się własnymi postaciami. Tylko dla wytrwałych. Haczy o "Kruki", "CA", momentami o Literkę, SB (późniejsze części), podteksty, drewno, rapy Rolfa Stojke i zarośnięty ryj Wolfa.
Jest przykry i próbuje być śmieszny (tylko tekst, nikt inny).
Autorstwa Joi oraz mojego, prawdopodobnie pół na pół, choć różnie bywa w różnych chwilach.

Chata.
Cztery ściany, wszędzie drewno, w kącie chlebak. Jeden drewniany, drugi lniany, oba należące do Dyera – Wielkiego Brodatego Łowcy Z Zimnego Wykurwiście Ruzrdz. Dyer miał brata–gówniarza, wysokiego, szczupłego, umięśnionego, choć mięśnie były niewidzialne, i bardzo bezczelnego. Ragnar lubił wypić. Gdyby nie żył w Ruzrdz, na wyspie, która pływała po jakimś spokojnym oceanie, morzu lub jeziorze, najpewniej piłby z jakimiś księżami, ale Ruzrdz to nie Kyan, a Zija to nie Nidar – nie taki pysk. Jeśli chodzi o Ziję, była ona kobietą Dyera – no cóż, to za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że Dyer Lubię Chlebaki pozostawił ją pod opieką brata, a sam spierdolił w okolice północy. Rodzinne strony, te sprawy, chcę pobyć sam. Dużo tu lasów, drewna, heh... Przypadek. To nie tak Zija, że jesteś moją dupą, bo Twój ryj jest koloru drewna, nie. Coś Ty.
Dyer i Ragnar stracili ojca, młodszy brat nie lubi starszego, starszy tego nie ogarnia i myśli o tym, że ból i cierpi, i zapomina, że Zija nie jest mu potrzebna tylko w nocy. Ten Dyer jest dziki, ma brodę, chrypie jak gruźlik i jest oschły i zimny.
Ragnar lubi wysiłek i alkohol, ale się do tego nie przyznaje.
Żyją w chacie, są łowcami, a niedawno dostali zlecenie.
Muszą znaleźć porywaczy ciał.
Albinosy.
Wody.
Przemoc.
Ból.
Jednym słowem: Atrydy.


Pierwsze dwadzieścia pięć sekund to tylko ostrzeżenie.
Prawdziwy początek ma miejsce właśnie po nim.
Zaczyna się. Intro jest potężne i niesamowite. Nie przytłacza, jednak powoduje uczucie dziwnego oszołomienia, skok głębokich emocji i uniesienie, któremu nie da się zaradzić. Ciemność kłębi się majestatycznie, wprawiając w stan permanentnego zachwytu i zupełnie mimowolnej radości, napięcie rośnie stopniowo, piosenka Martin Garrix & Jay Hardway – Wizard brzmi jeszcze niepełnym bassem iiiii cudownie przeciągnięte oczekiwanie na start wynagradza widok nowy lecz znajomy, mgła ucieka na boki poskręcanymi językami, z szarości wyłania się horyzont pogrążonego w jesieni Kyan! Perspektywa z lotu ptaka pędzi, zniżając się i zataczając niepełny obrót, półokrąg, podczas którego wysokie drzewa iglaste zbliżają się coraz bardziej, aż wreszcie bass w tle wybucha pełnią brzmienia i widok zatrzymuje się na samym środku leśnej drogi. Wiatr, jesień, wieczór, deszcz, mgła i klimat!
CO ZA ATMOSFERA, ZACZNIJMY WIĘC!
AKCJA! TECHNO! ATRYDZI!


Pierwsza na drogę wypadła Sarna. Pomknęła, sadząc susy tak dalekie i pełne paniki, że powietrze kłębiło się za nią, gałęzie odginały, a drzewa prawie kładły na moment, rażone siłą pędu. Biedne zwierzę było przerażone, w amoku uciekało przed złem, nie do końca zdając sobie nawet sprawę tego, co się dookoła dzieje. Sarna była jednak tylko Sarną i nie przewidziała, że jej przyszły partner życiowy okaże się od niej sprytniejszy. A taki właśnie był. Był sprytny.
Dwieście siedem centymetrów czystego sprytu.
– WRESZCIE! – zawołał Ikava, zeskakując z drzewa w bardzo jednoznacznym celu. – Zaraz cię…


(…) spoil …cięcie, STOP! NIE TA AKCJA, proszę przewinąć taśmę! *KLAPS*

Nidar rozłożył ręce.
– …zaprawdę święty jesteś boże, źródło wszelkiej świętości, uświęć te dary mocą twego ducha – mówił nisko, ludzie w ławkach pochylali głowy – aby stały się dla nas ciałem i krwią naszego pana, on to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki tobie składając… – Nidar otworzył jedno oko. Ludzie czekali. Ale Nidar zapomniał tekstu i milczał, stojąc przed nimi na podwyższeniu – …składając… on… go… rozdał go ludziom – zaryzykował niepewnie. Wieśniacy podnieśli głowy, z oburzeniem szemrając między sobą. Patrzyli na niego z narastającą podejrzliwością – macie, ludzie, jedzcie wszyscy ten mój – Nidar opuścił ręce i spojrzał żałośnie w górę. Nabrał powietrza – chleb? – wydusił w głuchej ciszy. – Kurwa?
– Oszust! – krzyknął ktoś, zaczęła się panika.
– Przepraszam – jęknął Nidar głośno – myślisz, że to takie łatwe, no przecież się staram – tłumaczył księdzu, który użyczył mu ciała – no ja pierdolę bo myślałem że umiem, właśnie że tak! Sam jesteś nieudacznikiem, nieudaczniku! – wściekł się. Ludzie wylewali się z ławek, krzycząc obelgi, jakaś starsza kobieta podeszła do Nidara i rzuciła w niego palmą święconą. – ŻEBYM JA CI ZARAZ NIE RZUCIŁ – zagrzmiał Atryda, celując w nią palcem – NIE WIDZISZ, ŻE ROZMAWIAM Z BOGIEM, GŁUPIA?! ZMIENIŁEM ZDANIE, SAM BĘDZIESZ PROWADZIŁ MSZĘ! NIE OBCHODZI MNIE TO! WŁAŚNIE ŻE TAK! ZAMIENIAJ SIĘ MIEJSCEM BO...

*urwany dźwięk taśmy* ZWALNIAM WAS! Cięcie! To nie ta powieść!
TA NIE ISTNIEJE, MAJĄ BYĆ PRZECINKI I ŚWIERK, DEBILE! Akcja! *KLAPS*



Karny dancing trwał już pięć godzin, Adrienn drżało w posadach, po grubych murach niosły się wibrujące uderzenia niskich tonów. Ta muzyka to żywioł, ten rytm jest za szybki, by do niego tańczyć, zbyt wiele dzikości, by zwykły człowiek mógł ją znieść… ale przecież jest Północne Skrzydło, tam nie ma normalnych ludzi, tam są popierdoleni szaleńcy, Mistrzowie ze spaczonymi umysłami i zniszczonymi przez Cechy układami nerwowymi, zmutowani, dwumetrowi przestępcy pozmieniani w pół–Atrydów, a nawet sami Atrydzi, więcej, nie ma żadnej wojny, jest tylko szaleństwo i taniec!
Rickan wydostał się z tłumu, spomiędzy masy rozgrzanych do granic możliwości, spoconych ciał. Po drodze musiał wyminąć Ru Kavza, który, jako najwyższy w Adrienn, wiódł prym w tańcu i próbował złapać Władcę Atrydów, wrzeszcząc “Dołącz do nas!”. Ktoś przeleciał górą i wylądował na stercie zrzuconych elementów mundurów i okryć wierzchnich, Rickan z trudem uniknął zderzenia. Razem z Villemo złapał Kavza i podsadził, by się go pozbyć, a rozszalały, skaczący tłum poniósł go gdzieś dalej na fali.
- Hej tam! - ryknął Rickan w stronę DJ’a. Wielki smok spojrzał na niego, kładąc długie uszy w zdziwieniu i przekrzywiając głowę. Gigantyczne, zagięte w dół, opalizujące rogi zastępowały mu słuchawki. Miały kształt skręconych spirali. – Już nie mogę tańczyć! Czas na karaoke!
Atryda pokiwał gorączkowo łbem, salutując, po czym zmienił płytę. Po murach potoczyła się echem spokojniejsza nuta, Adepci przestali skakać i wyć, teraz dyszeli, siadali na ziemi, rozglądali się zdezorientowani. Podobnie Atrydzi, poopierani o ściany i Mistrzowie, leżący z wyczerpania na kamiennej posadzce. Uwagę wszystkich zwrócił kierownik Północnego Skrzydła, który, z racji swojego niemal 70-letniego doświadczenia w świecie Pierwszej Rasy, ogarniał karaoke i wiedział doskonale, co się dzieje.
– Heeeej – zawołał ochryple – Rickan! Dzięki!
– Wooohoho!
– Ludziee – Auric zatoczył się lekko, ale ustał – będę śpiewał!
Adepci ryknęli ogłuszającym, zgodnym wiwatem, rozległy się przeciągłe, przeszywające gwizdnięcia na zachętę, ktoś rzucił w stronę Aurica górą od munduru. Wszyscy darli się w oczekiwaniu, Mistrzowie wykrzykiwali coraz to nowe pomysły i klaskali, a zgraja Atrydów tupała, robiąc hałas.
– HEJ HEJ HEJ HEJ – zaczął ktoś ze zdartym gardłem, inni podchwycili, pojedynczy Atrydzi zmieniali się i bili ciężkimi, rogatymi ogonami o mury. – HEJ HEJ HEJ – wyła cała sala. Auric wdrapał się na podest, jedną ręką trzymając zsuwające się, czarne spodnie, w tumulcie i dzikim chaosie wyprostował się, sięgając przed siebie rozcapierzonymi palcami, aż ktoś rzucił mu mikrofon i najsilniejsze Cechy w historii świata rozeszły się po Adrienn, oplatając system nagłaśniający, tak że nie trzeba było używać kabli.
– Raz… dwa raz – zamruczał. Zwielokrotniony głos rozbrzmiał wszędzie. Dla pewności Atryda postukał palcem w czułą siatkę mikrofonu, aż jego pobratymcom zadzwoniło w czaszkach, a ludzie na podłodze skulili się, zaciskając zęby. – Dobra, działa! – zakomunikował ich ulubiony kierownik. Znowu ryknęli w szale, wymachując pięściami i domagając się nagrody. – Podkręć mi to – polecił Auric, machając ręką na DJ’a. Zapomniał o trzymaniu spodni, bo w lewej dłoni ściskał jarzący się niebieskawo mikrofon, a prawą musiał odgarniać włosy. Dół munduru zsunął się, tak że gacie z wyciągniętym pasem trzymały się Auricowi na biodrach wyłącznie dlatego, że stał w lekkim rozkroku. Gdy już muzyka wpasowała w zbiorowe okrzyki, a Auric wyłapał swoje tempo, wielkie głośniki zadrżały:
Ooooch, czekałem na to cały czas! – zaśpiewał z uczuciem, zamykając oczy i pochylając się. Miał nieprawdopodobnie dużą skalę, aż ludziom zaparło dech, gdy zmęczony głos podjechał w górę. – I wreszcie mogę, wreszcie mogę uświadomić waaaas – wszyscy byli zachwyceni, szczerzyli zęby, płakali z podziwu i radości – że mam dreszcze na myśl o miażdżeniu wam czaszek i gęsią skórkę gdy kobiety gwałcę wasze – śpiewał Auric nadając słowom ostry, agresywny wydźwięk z charakterystycznym akcentem – i całe lata nic nie znaczą dziś, będę się kąpał w waszej krwi, chcę was mordować, chcę więcej i więcej – wszyscy zamilkli z rozdziawionymi ustami, uśmiechy spełzły z twarzy, DJ nie trafił w płytę łapą i muzyka się urwała – ja z wami nie skończyłem jeszcze, nie po to Nidar za mnie umierał, a Rickan wierzył we wszystko by teraz – złapał obiema rękami za mikrofon, dygocząc z podniecenia – ktoś, ktokolwiek coś znowu zrobił, by mi w tym wszystkim raz jeszcze przeszkodził, nie ludzie, nie, tak będzie już zawsze, płonę żądzami gdy na was patrzę – przyśpieszył, gubiąc melodię – a teraz…


*jeb* zimno mi KURWA CZYJA TO POWIEŚĆ, BO CHYBA NIE MOJA, ZABIERAJ TO! CIĘCIE!
Skąd to wzięliście?! STOP! Daj mi, sama sprawdzę. Dobra, to ta. Cholera jasna, czas na właściwą akcję. *KLAPS*

– Szukają nas – poinformował Ocean. Stali w piątkę obok wysokiego świerka przecinkowego. – Łowcy.
– To nic, Mistrzu, pokonam ich – zapewnił Ikava. Ponad dwa metry schizofrenii robiło swoje, Adept wyglądał przerażająco, a jego ubytek w brwi i jasne włosy budziły prawdziwy popłoch wśród zwierząt – mogę używać siły większej, niż sam mogę – dodał groźnie.
– Możesz na nich usiąść – przypomniał Nidar. Był fałszywym księdzem o epickim uśmiechu od którego ludzi bolał pysk, miał też sutannę, która czasem zakrywała mu widok – jesteś w tym niezły. O, albo możesz zgwałcić im sarnę, to ich zaskoczy, w tym też jesteś… A nie, to ci akurat nie idzie – stwierdził nagle.
– ZAMKNIJ RYJ! – oburzył się Ikava. – Ja wcale…
– Dość! – Auric zapłonął chęcią przemocy, aż wszyscy zamilkli. – Bo wezwę przecinki!
– Nie!
– No, to, mnie, słuchajcie, pyr – zagroził jeszcze. Reszta wyprostowała się i stanęła w szeregu. Pojebany Nidar, Ocean – przykładny rezun i wzór choroby psychicznej dla swojego ucznia, Ikavy, oraz sam Ikava, wystarczy wspomnieć, że bez trudu zabijający Atrydów, ale z trudem znoszący obecność saren (jego najsłabszym punktem były też kruki, choć ta sprawa musiała pozostać tajna – Ikava nie chciał nawet wyobrażać sobie min towarzyszów, gdyby dowiedzieli się, że…)
– Że lubię kruki – pomyślał na głos. – I inne zwierzaki…
W drużynie był także świerk, przypominający linię czasu i sypiący igiełkami–przecinkami. Tak więc, gdy cała grupa zamilkła i stanęła w gotowości, Auric zdjął Cechę Przecinków i powiedział normalnie:
– Pyr.
Plan był prosty – należało zaczaić się na Łówców Przecinków. Dwójka Atrydów miała odwrócić ich uwagę, podczas gdy Ikava i Ocean, używając swoich nadprzeciętnych umiejętności braku wzajemnej komunikacji, mieli za zadanie przetransportować Przecinkowy Świerk w bezpieczne miejsce, z dala od tych, którzy mieli na niego ochotę. To znaczy, mieli ochotę na porąbanie go i zrobienie z niego świerkowych chlebaków.
– Do dzieła!

#

– Przecież to będzie proste. To są kretyni – zaznaczył Ragnar, przechodząc nad konarem. Szli przez bardzo gęsty i bardzo ciemny las, cały był straszny, tak straszny, że każdy normalny człowiek by spierdolił. Łowcy nie byli jednak normalni.
– Mhm – odparł Dyer.
– Znów mnie nie słuchałeś? – zdenerwował się młodszy brat. – Znów dotykałeś drewna?
Zgadł. Całkowicie zgadł. Dyer przystanął i ze wstydem schował dłoń za siebie.
– Jasne, że nie, o co mnie posądzasz. Ragnar. Jesteś kretynem.
Parsknął, ale szedł dalej.
Dyer po chwili namysłu (albo też po chwili smyrania kory, kto wie, kto wie) ruszył za nim.
– Więc co mi o nich powiesz, Dyer – zaczął Ragnar. Skrzywił się, gdy gdzieś niedaleko usłyszał miarowe, przypominające wycie paskudnie zarzynanego człowieka, śpiewy.

Raz, raz, raz, eto hardbas
Vse v sportivkach adidas
I na nayki patsany slushayut hardbas basy


Przebiegła Joa z ryjem tak ruskim, że żaden ruski ryj nie mógł jej doścignąć. Za nią biegła Kanterial, choć nie wyglądała na zupełnie szczęśliwą.
– Pierdolone Ruzrdz – syknął Ragnar z pyskiem pijanego łowcy.
– Powiem, powiem, bracie, że jesteś kretynem. Tak, Atrydy też są kretynami, ale nie takimi, więc musimy zaplanować jak ich dopadniemy. Słuchaj – Dyer pogroził palcem – oni są groźni. To są Atrydy. Dwa metry, rozumiesz, rozciągnięci.
– Oni nie mają trzech kropek… – przypomniał Ragnar.
– No. Racja – przyznał Dyer, trochę zmartwiony tym, że sam o tym zapomniał. – No, racja – powtórzył zimniej, bo kilka chwil wcześniej zupełnie zapomniał o tym, że gra całe życie zimnego i oschłego.
Ragnar umilkł i z zacięciem na twarzy pokonywał las dalej. Cieszył się, że szedł pierwszy, nie uśmiechało mu się obserwować zmiany na mordzie Dyera. Ten człowiek naprawdę lubił drewno, to było chore, tak niepojęte. A przy tym był jego bratem.
Ragnar chyba wolał chleb. Chleb i chlebaki, ale nikt o tym nie wiedział i nie mógł się dowiedzieć. Trzymał to w tajemnicy od tak dawna, niemalże od momentu otwarcia bramy, o której nie miał drewnianego pojęcia.

Etot stayl lyubim my
Zhgem vse v ritme kolbasy
150 udarov tut
Patsany v sportivkach zhgut



Nagle za drzewami mignął rosyjski ryj Joły na jakimś dwumetrowym człowieku. Nie żeby uczepiła się jego szyi i wisiała na nim z tak szczęśliwym ryjem. Wcale tak nie było. Ragnar uznał, że Joa jest zszokowana.
– NA ATRYDY! – krzyknął. Dyer odsunął się od jakiegoś świerka i rozbiegany wzrok utkwił w bracie, który był już w połowie drogi do Atrydy. – GIŃCIE, PŁOŃCIE. CHCĘ WAS DOPAŚĆ! – krzyczał tak przeraźliwie, że stracił na to połowę swojej energii, więc Atryda z Jołą zniknął gdzieś za drzewami. – Ja pierdoooo… – nie dokończył, bo zarył ryjem w błoto, które wleciało mu aż do nosa. Gdy wstał i wydychnął powietrze nosem, błoto wyleciało wraz z nim.
– …lę – dokończył uprzejmie Dyer. Tak zakończyło się pierwsze polowanie na Atrydy. Było gęste, drewniane, suche i bezowocne.
Bardzo przykre.

#

– Więc tak jak mówiłem – zaczął Dyer po mentorsku, targając brodę, by wzmocnić efekt – są groźni. To była Cecha.
– Że kurwa co to było – wyharczał Ragnar, a z ust wyleciała mu zaschnięta ziemia.
– Cecha. Taka pierdoła. A ten rozciągnięty był Atrydem.
– Chyba Atrydą – poprawił kpiąco Ragnar, strzepując z ubrania brud. W Ruzrdz brud szybko zasychał – taka popierdolona cecha tej krainy.
– Atrydem, kretynie – oschle i całkowicie groźnie obstawał przy swoim Dyer. – Porwał Joę…
– Domyśliłem się!
– ... ten Atryd. Musimy ją chronić. Nie wyglądała na zadowoloną, gdy trzymał ją na plecach. Ten Nidar jest niebezpieczny... – zauważył Dyer, mówiąc do siebie. Ruszył przed siebie, nie uchylając się przed gałązkami. Cały ryj miał brutalnie smagnięty drewnem, co wprawiało go w cichą satysfakcję.
– Nidar? – zdziwił się Ragnar.
– Tak, Nidar.
– Kim jest Nidar.
– Nidar jest Atrydem. To oczywiste, kretynie! – Dyer plasnął otwartą dłonią w swoją twarz. Był tak zażenowany brakiem elementarnej wiedzy brata, że zapomniał, że jest analfabetą lubiącym drewno i ruzrdzowe czarne kobiety.
– Jest bardzo potężnym Atrydem, Atrydem księdzem. Ma koloratkę.... Krucyfiks.... – wysyczał złowrogo, a w oczach zapłonął jakiś dziwny ogień. – Dwa płomienie wiary i nie działa na niego święcona woda. Sól też nie – odpowiedział, wiedząc jakie pytanie zamierza zadać Ragnar. Ten skrzywił ryj, podciągnął górną wargę pod nos i zmarszczył brwi.
– Pieeeerdolenie. Coś na pewno na niego działa.
– Jasne, że COŚ tak.
– No dobra, dobra, Dyer. Co dalej.
– Nidar ma Joę, tak?
Ragnar pokiwał głową.
– Myślisz, że może mieć Kanteriala? – Łowca wypowiedział na głos to, o czym Dyer nie chciał nawet pomyśleć.
– Tak – zimno jak okolice Szyzr odpowiedział brodaty brat. – Nieznane są wyroki Stwórcy i Atrydów. Powiadają – zawiesił się, w myślach ważąc słowa.
– Tak? – zainteresował się Ragnar, z kurtki wyciągając piersiówkę i wlewając do gardła całą jej zawartość. – Arrrgggg! Nieźle daje, kurwa! – wrzasnął, potrząsając czupryną. – Chcesz? – zapytał, źle odgadując spojrzenie Dyera.
– Nie, jestem honorowy i zawsze bywam trzeźwy. To ty będziesz się podlił – przypomniał starszy brat, a Ragnar milcząco zgodził się. – Powiadają, że Atrydy piją krew – z pogardą rzekł Dyer.
Ragnar wzdrygnął się mimowolnie, bo tak wypadało.
– Mają też krocze tam gdzie kolana. Podobno.
Obaj wykrzywili łowcze twarze.
– Mają w swoich szeregach albinosa i Kawę, jakiegoś spokojnego, ja nie wiem, niedorozwiniętego podobno człowieka, nic nie ogarnia podobno, jakaś Rzeka, Staw, coś w tym guście i chyba jakąś Atrydzią kobietę, Auricę? Tak, Aurica. Damy radę – podniósł na duchu brata, nie uśmiechając się do niego jednak. Wciąż byli w konflikcie.
Las zaczął rzednąć i im oczom ukazała się jakaś chata.
– Hm. Już czas – głucho podsumował Dyer.



c.d.n. :belt:
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1800
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Kruffachi » 23 lipca 2016, 21:23

I co ja mam napisać, poza XDDDDDDDDDDDDDDDDDD

Brzuch mnie boli. Usmarkałam się.

Co za dzień.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Siemomysła » 23 lipca 2016, 21:46

Mógłby już nastąpić? Jeszcze za mało mnie bolą wiewiórki.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Joa » 27 lipca 2016, 18:00


– Ja pierdolę – wybuchnął Ikava, jak się okazało, że nie jest sam w stanie unieść Świerka.
– Co? – rzucił Ocean nieobecnym tonem, jakby akurat postanowił być nieogarnięty albo uznał, że używanie mózgu jest słabszym pomysłem niż zaćpanie się Pierwszą Cechą.
– Na pewno nie sarnę…
– PYSK, KURWA – wydarł się Adept. – Przynajmniej mam dobry kontakt ze zwierzętami, a nie beton na ryju jak ty! Się kurwa głupio cieszysz, a nawet pojebany koń Mistrza cię nienawidzi! – pojechał Atrydę. Zamiast poprosić o pomoc, nadal samotnie i żałośnie mocował się ze Świerkiem; złapał za pień przy samej trafie i próbował podnieść drzewo. Może i wypadało je ściąć przed transportem, ale na to Ikava jakoś nie wpadł, bo wkurwił się, że jego dzika siła została zignorowana.
Ja pierdolę, myślał, nakurwiam mocą jak Zehel obrazkami i w chuj niewąska we mnie siła drzemie, a to drzewo jebie mój majestat, myślisz, kurwa, że dam sobie tobie rosnąć kurwa w ziemi jak masz mnie szanować, dziwko?!
Tak się rozzłościł, że naparł na drzewo całym ciałem i uruchomił wszystkie Cechy z przerażającym okrzykiem nadludzkiej potęgi. Wbił palce w korę, aż zaczęły krwawić, zacisnął zęby, zebrał siły, szykując się na ostateczny atak mocą, pokonał wszelkie bariery i wreszcie dokonał niemożliwego – wszystkim aż dech zaparło, zamilkli, rażeni niewiarygodnością tego widoku – Ikava znów spróbował podnieść drzewo i chuj, ono dalej rosło w ziemi.
Po całości mu się nie udało, tylko się zmęczył, a Świerk taka pompa – niby nic nie mówił, ale cisnął bekę z Adepta i wszyscy o tym wiedzieli.

– Wyglądasz jakbyś chciał tę roślinę zgwałcić – zauważył Nidar nie bez zainteresowania. – Ale jest zbyt mosarna, żeby ją ruszyć.
– Jak jeszcze raz puścisz komentarz o zwierzętach – Ikava zostawił Świerk i obrócił się, okazując swoje dwa metry i siedem centymetrów w bardzo sugestywnej, agresywnej postawie – to…
– To co, pokonasz go? – wtrącił Auric z niekrytą podłością. Odsłonił zęby w wyrazie nienawiści i zła. – Nie doceniasz Atrydów, trzeba być kimś, by nas choćby…
– Auric.
– ...co?
– Ciebie pokonał ptak z mózgiem wielkości orzeszka.
– Co, pyr? Wcale nie – zaprzeczył wściekle – kłamco, chyba lepiej wiem, że w przemocy jestem nie do pokonania, żaden kruk by mnie nie pokonał, a poza tym co masz, kurwa, minę, jakbyś twierdził, że w ogóle ktokolwiek ci uwierzy? Masz jakieś dowody? – wycedził. – No właśnie – odpowiedział sam sobie z wszechwiedzącym, brutalnym pyskiem, nie pozwalając Oceanowi dojść do słowa – bo chyba nie mam szramy teraz przez pół ryja, idioto.
Wtedy zza drzew, proso z ciemnego jak skóra niektórych kobiet z Rurdzrdrewnordzdr lasu wypadły na drogę dwie postacie. Jedna zdecydowanie była na bani, a drugą chyba ktoś poinformował, że chyba jednak może niech zabierze swój niewyedukowany pierdolony najek Air z powierzchni własnej hali, podobnie zresztą jak pozostałą część siebie w tym dresy, bo chyba pani Gosia wie lepiej, co to jest chroniczne przemęczenie i jak śmiesz przychodzić kurwa na swój trening jak przez ostatnie kilka lat, skoro wyraźnie ktoś, kto powinien sprzątać jebane podłogi i wycierać kurz i zamknąć ryj powiedział, że po prostu ćpasz?
No tego było zbyt wiele. Ocean stracił czucie w dłoniach i zapomniał, kim jest. Ikava przestał walczyć z Przecinkowym Świerkiem i po nieumyślnym otarciu się o nie kroczem uznał, że to bardzo krępujące uczucie, które mógłby lubić wyłącznie ktoś o drewnianych zasadach i z brodą. Stwierdził, że mu to nie odpowiada, więc odsunął się i zaczął rozglądać za zwierzętami. Auric rozcapierzył palce i próbował nie mieć na mordzie blizny po przegranej potyczce życia, a Nidar wyszczerzył się, odsłaniając siódemki i ósemki.
– Posłuchajcie – poprosiła Kanterial – tu są jakieś łowce z Rurdzrlubięmężczyznwsutannachrdzdz!
– O nie! – zawołał Ocean. – Tylko nie oni! Mówiłem, szukają nas, pewnie przeszukali już całe Rurdzrcosiędziejerdzd i wkroczyli do Kyan… Bez obaw, poznam ich po twarzach i ostrzegę was – dodał po namyśle, po czym zrobił jedyną rzecz, która zawsze mu wychodziła; stracił orientację i posiniaczył sobie dłonie, myśląc.
– No no no! Proszę proszę, wy tu tak do nas, żeby ostrzec, co? Powiedziałbym coś, ale nie powiem, no cóż zrobić, takie życie – zaintonował Nidar z radością, tanecznym krokiem zbliżając się do Kanterial i Joi. – Ci Łowcy z Rurdzrkobietyseksalkoholdrdzd podobno mają chętkę na nasz epicki Świerk – zdradził, unosząc jedną brew. Kanterial pokiwała gorączkowo głową.
– Więc go zabierzcie, szybko! – jęknęła z bólem.
– Nie widzisz, że próbowałem?! – zbulwersował się Ikava, przerywając głaskanie sarny po grzbiecie. Kan, Joa, Auric, Nidar i Ocean spojrzeli na drzewo, a ono, nie, żeby coś, ale jakkolwiek by na nie nie spojrzeć, nie wyglądało na poruszone, właściwie nie wyglądało nawet na poddane najmniejszej choćby próbie przeniesienia, czy może po prostu należało powiedzieć, że właściwie wyglądało raczej, jakby Ikava tylko bardziej ewentualnie sprawił, że rosło bez zmian w ziemi.
– Nie – oznajmiła Kanterial głosem Czubówny w wyjątkowo grobowym i pełnym dezaprobaty czarnym dresie z kipsty. Adept wyraźnie się rozzłościł.
– Mam ciekawsze zajęcia niż noszenie głupiego drzewa! – krzyknął.
– Widzimy – przyznał Ocean, lustrując wzrokiem sarnę, która z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu znalazła się bardzo blisko Ikavy. Postawiła uszy na baczność, gdy dłoń Adepta zjechała wolno po jej szyi, przez grzbiet, aż po sam czubek ogona; Ikava zamknął oczy (żeby się uspokoić bo miał gniew po dissie Kanterial, nie chodziło o nic innego) i złapał za miękkie futro, wczepiając w nie palce.
– Mamy czas, mamy mnóstwo czasu – wymruczał. Bardzo powoli rozluźnił uścisk, puszczając sarni ogon, niezauważalnie przesunął dłoń niżej, skręcając nadgarstek, płynnym ruchem pochylił się, uginając kolana i sięgnął, zgarniając zwierzę długim ramieniem. Przyciągnął sarnę jeszcze bliżej, zamknął w uścisku, złapał mocno za tylne nogi i z lekko krępującym, bezwiednym uśmiechem, nadal zamykając oczy, dokończył: – zanim nasi goście z Ruzdzrletmeviolateyourdzdrdz nam przeszkodzą…
– Pyr – nie zgodził się Auric, wpływając na wszystkich bierną przemocą (tej aktywnej jeszcze nie chciało mu się używać, postanowił zostawić ją na spotkanie z mieszkańcami Ruzdzrmordgwałtkrewbólrdzdz). – Po, pierwsze, musimy, dowiedzieć, się – zaczął władczo, obrzucając spojrzeniem Joę i Kanterial – czy… – urwał nagle. Jego pełen skrywanej brutalności wzrok zatrzymał się na ruskim pysku i nieciekawie pozbawionym umięśnienia brzuchu Joi, która, w odpowiedzi na to nagłe zainteresowanie, spróbowała być bardziej ponętna i w efekcie legła na ziemi jak sucha kłoda, po czym zaczęła pełzać, fałszując „Through every forest above the trees, within my stomach, scraped off my knees”.
Auricowi rozszerzyły się źrenice, a rozcapierzone palce zadrżały pod wpływem emocji.
– Może – wymówił wolno – może…
– Może co, co? – wkurwiła się Kanterial.
– Może zwiedzę twoje lochy – szepnął Dayyah, napinając mimowolnie mięśnie przedramion. Joa zamarła w pełzie i udała, że bardzo głęboko oburzyła ją ta niejednoznaczna propozycja, tak straszliwie poruszona Joa i niezadowolona wcale ani trochę, ale nie bardzo jej wyszło i, zamiast zrobić wrażenie niedostępnej, rozciągnęła usta w rozmarzonym, lekko głupawym uśmiechu, który zaraz jednak został zastąpiony źle maskowanym zajaraniem i wyczekiwaniem. Kanterial zrobiła biczfejsa. Ogrom wkurwu, który ją ogarnął, nie mógł się równać z niczym innym. Z gniewu zapłonęły jej dresy – był to płomień wiary i nienawiści. Wściekle wskazała na Aurica, który trochę się zdziwił i wydusił jakieś ciche „Pyr”.
– To, ja, tu, jestem, twoją, bratnią, duszą – wycedziła.
– To nie tak, po prostu uznałem, że odwrócimy uwagę tych paszczurów – wyjaśnił Auric pokrętnie, ocierając łzy wierzchem dłoni. Trochę się nakręcił, bo Ikavie krwawiły palce, a Joa w błocie przed nim była dość uległa, przynajmniej z pozoru.
– Wizytując lochy? – upewniła się Kanterial (jakby Czubówna na Animal Planet komentowała walki jadowitych węży, to może by brzmiała podobnie).
– No, tak – mruknął Auric.
– Mam lepszy pomysł, pokażemy im naszą przewagę, a tymczasem ktoś ukryje Świerk, skoro tak ciężko go przenieść – zaproponował Nidar.
– A jak chcesz pokazać, że masz przewagę? Zasłonisz ryj sutanną? – zakpił Ocean.
– Wejdę w drzwi czołem i zasnę, a potem, jak się obudzę, to może pomyślę, czy mnie coś nie ominęło przypadkiem – wyjaśnił Nidar.
– To słaby plan – stwierdził Mistrz. Nic oczywiście nie ogarnął, jak zawsze. – Ale niech będzie. Ikava!
– Hhhh…
– Ikava?!
– Yhhhh….
– IKAVA GÓWNIARZU – Ocean rozdarł ryja, zorientowawszy się w sytuacji po czasie dziesięć razy dłuższym niż wszyscy wokoło – CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ SMARKACZU, ILE TY MASZ LAT?!
Uczeń spojrzał na niego, spłoszony.
– NIE MA ŻADNEGO ALE, KURWA! NIE RÓB TAKIEJ MINY, PATRZ NA MNIE JAK DO CIEBIE MÓWIĘ, PYTAŁEŚ O ZGODĘ, MAŁOLACIE?!
Ikava nabrał powietrza, wytrzeszczając oczy.
– MYŚLISZ ŻE CO, ŻE JUŻ JESTEŚ DOROSŁY? GÓWNO, NIE JESTEŚ, BACHORZE NIEDOJRZAŁY, NIE PRÓBUJ SIĘ TŁUMACZYĆ, MILCZ KURWA JAK ZE MNĄ ROZMAWIASZ!
– …a – spróbował Adept.
– HAŃBA I WSTYD PRZY LUDZIACH, ZAWIODŁEM SIĘ NA TOBIE, NIE ZMIENIAJ TEMATU I WCALE NIE WYSZŁO PRZYPADKIEM BO CHYBA WIDZĘ JAK WYSZŁO, ZERO ODPOWIEDZIALNOŚCI I CO TERAZ, CO, ZADOWOLONY JESTEŚ, TAK, FAJNIE CI? A W OGÓLE TO GDZIE BYŁEŚ W NOCY I CZEMU WIECZNIE JEST SYF WSZĘDZIE, UMYŁEŚ NACZYNIA, MATKA MA ZA CIEBIE ŚMIECI WYNOSIĆ, ŻEBYŚ SOBIE MÓGŁ W SPOKOJU…
– Wow – pierdolnęła Joa – Ocean taki opiekuńczy, taki jak ojciec.
Ledwo skończyła mówić, Mistrz doskoczył do Ikavy i złapał go za mundur na karku, po czym odciągnął od sarny i, nadal wyklinając, zaciągnął wraz z sobą w gęstwinę lasu.
– Chrońcie ten Świerk! Czuję Łowców, to zapach chleba – panikowała Kanterial.
– Dobra, zróbmy coś – podchwycił Nidar. – Dajcie mi coś ciężkiego, to w nich rzucę może!
Auric bez namysłu podniósł Joę z błota, trzymając do góry nogami za uda (odziane w niepoprawnie wręcz fantastyczne spodenki z Nike), po czym wręczył Nidarowi.
– Lecę! – zakomunikował Atryda i w podskokach ruszył na spotkanie z Posiadaczami Chlebów Bez Szans Na Odnalezienie Chlebaków. Kanterial i Auric zostali sami.
– No, zostaliśmy sami – zauważyła znacząco.
– Tak, pyr – przyznał Auric.
– To może byśmy…
– Ścięli świerk, dobra, zatroszczmy się o bezpieczeństwo Świerka. – Atryda wszedł jej w pół zdania. Pysk Kanterial w tym konkretnym momencie przypominał podobiznę Hedlunda, krzywiącego wargi w najbardziej potężnym Glorious Bitchface’ie, jaki istniał we wszechświecie.

***

Nidar biegł leśną drogą i nagle podwinęła mu się sutanna. Okazało się, że to Joa, uczepiwszy się go lepkimi łapkami gekona, postanowiła obrócić się i zmienić pozycję, by nie wisieć do góry nogami, jak ją wcześniej Dayyah podniósł. Z tego powodu fałszywy ksiądz oberwał laczem po czole, poczuł miłość oplatającą go bardziej z góry niż z dołu i ogólnie rozpięła mu się czarna szata, bo Joa wierciła się, zanim wreszcie nie zawisła na szyi Atrydy, robiąc przy tym minę wyjątkowo zadowolonego z życia pedobera.
– Musimy współpracować – powiedział Nidar – więc proszę nie ruszaj się, gdy będę okazywał tym tępym chlebodrewnomordym swoją przewagę!
– Oczywiście. Wapsniale. Wsaniale. Wspaiale. Wa…
– Nie męcz się.
– Ok.
Atryda ujrzał dwójkę tak debilnie prezentujących się łowców, że z trudem powstrzymał śmiech – starszy człowiek wyhodował sobie gęstą brodę, którą ciągle macał, jakby czuł się dzięki temu bardziej ponury i odpychająco chłodny w swym oschłym i lekceważącym stosunku do wszystkiego poza drewnem, a młodszy – z leksza przypierdolony, według Nidara – prezentował sobą poziom pijackiego stylu najniższej klasy, połączony z wizerunkiem niewinnego, acz niepozbawionego mrocznej tajemnicy z przeszłości, bohatera opowiadań dla wielbicieli sporych chlebów (na przykład na spore kanapki, takie tam).
I już Nidar chciał wyskoczyć spomiędzy drzew, już się szykował do ataku, gdy poczuł coś dziwnego. Szarpnęło nim w lewo, później w prawo, chichocząc wpadł na jakiś iglak i tamci go zauważyli. Powodem braku sterowności była Joa.
– Smyram – szepnęła lubieżnie i zaczęła macać Nidara po sutannie swoimi, lepkimi od czysto literackiej miłości, rozcapierzonymi na wzór Aurica, łapkami. Atryda nie mógł zwalczyć smyrania, bo miał wielkie łaskotki, więc zamiast zrzucić Joę po prostu skakał po lesie jak szalony, płacząc z mimowolnego śmiechu i obijając się od kolejnych drzew. Ogólnie rzecz biorąc okazało się, że tym sposobem poruszania udało mu się uciec przed szarżującym, młodszym Łowcą Chlebaków.

Jeśli ktoś, kto z zamkniętymi oczami, spowalniany przed rośliny, pozbawiony orientacji w przestrzeni i do tego widoczny jak cholera, ze względu na przypominanie nietoperza, jest w stanie wykiwać w pełni sprawnego przeciwnika, to przeciwnik ten jest iście wykurwisty w kosmos, jeśli chodzi o zdolności pogoni. Takie przynajmniej odnieśli wrażenie wszyscy pozostali członkowie drużyny Nidara, gdy ten wrócił i opowiedział, co zaszło, wrzuciwszy Joę z powrotem do błota. Tymczasem Świerk, ścięty i położony przez Kanterial i Aurica na drodze, tajemniczo zniknął, gdy szóstka debilów prawiła zawzięcie. Pozostał tylko zapach żula (przetrawiony alkohol i chleb) oraz kilka kawałków kory, tak wymiętoszonych, że miały wygładzone, obłe krawędzie…
– Buchnęli go! – krzyknął Ikava.
– PYRNĘLI MÓJ ŚWIERK! – Auric wpadł w szał i zapragnął przemocy. – FURIA SMOKA! ZARAZ, ICH, OKALECZĘ!
Obaj rzucili się w stronę, z której dało się wyczuć pijanego człowieka i świeżo ścięte drzewo (zapach drewna trochę odrzucił Ikavę, więc Adepta zniosło na lewo i stracił na chwilę kontrolę, ale zaraz się wkurwił i odzyskał, więc w sumie nic nie zaszło).
Nidar i Ocean zostali w tyle.
Spacerowali sobie, aż natknęli się na pewną tajemniczą kobietę, która na pierwszy rzut oka, jeden jeden rzut, wydawała się być strapiona. Próbowała zbudować most z przecinków i to zadanie wyraźnie ją przerastało. Wiadomo, była przerzsiębiorcza, korzystając z łatwo dostępnych materiałów, ale gdyby jednak poszła w drewno, to by jej ktoś przynajmniej pomógł.
Podeszli do niej ostrożnie. Przecinki leżały, poukładane w spoilerach i krzywe jak rapy Rolfa Stojke. No sory – pomyślał Nidar – z takimi to sobie żadne żelazko nie poradzi. Nawet niemieckie.
– Przepraszam bardzo – kobieta zagadnęła Oceana – czy pan wie, jak ja lubię różne takie motywy?
– Ale że na przykład jakie? – dopytał Mistrz uprzejmie (zakłopotał się, jakoś nie poznawał twarzy).
– Ojcostwo, brak kontroli – wymieniła – inne takie takie...
– Ale on nawet nie wie, czy jest ojcem – wytłumaczył Nidar szybko, wyręczając tym samym Mistrza – tego nie wie nawet Kanterial...
– A... – bąknęła w zamyśleniu, po czym wpadła w stupor. – No nic, jeszcze was kiedyś napiszą.
Nidar z Oceanem pożegnali się grzecznie, dziękując za te słowa, i od razu dołączyli do reszty swojej drużyny. Przez dobre trzy dni biegli całą szóstką, robiąc tylko krótkie postoje na ognisko i szkolne zdania.
Aż wreszcie Dayyah wypatrzył ciemną, mroczną chatę.
To było to.
Zarządził na nią dziką szarżę. Ruszyli wszyscy. Wszyscy poza Joą i Kanterial, bo ta pierwsza zassała się w błoto, a druga o nią potknęła i jebła na ryj jak zawsze po swoim popisowym ataku zza antenki.

c.d.n.[/interlina][/align]
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1800
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Kruffachi » 27 lipca 2016, 18:28

Chyba ómaruam. Wielokrotnie. Nie wiem, kiedy najbardziej XD Ofkoz, jestem wzruszona cameo <3 Śliczne. Przecinkowe <3 Ale, OMG, cała akcja z wyrywaniem świerku XDDD I Joa uległa w błocie XDDD

Ómaruam.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Siemomysła » 27 lipca 2016, 19:43

OMG
Muszę pod prysznic. Rozluźnić przeponę, czy coś.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Świerk

Post autor: Kanterial » 04 sierpnia 2016, 19:24

Oni weszli, a chata była zadowolona, gdy oni weszli, a tam była mąka, bo to był młyn i tam robili też chleb, bo była piekarnia, w tym miejscu, gdzie Dyer położył drewno. I pachniało mąką, chlebem, wodą, myszami, kurzem, mąką, drewnem, świerkiem, jakimś borem, na pewno nie liściastym, ale borem, chlebem i ziarnem. Tym wszystkim tam pachniało, a najbardziej dla Ragnara pachniało chlebem.
Uśmiechnął się błogo, a miał tę przewagę nad Dyerem i jego drzewem, że Dyer nie mógł zobaczyć tego grymasu, bo stał za bratem. Poza tym zajęty zbyt był kłodą, którą zapierdolili Atrydom. Nie żeby mocną dłonią trzymał jakiś konar i zamknął oczy, z takim wyrazem twarzy, z taką błogością, z takim ryjem typu „you get me closer to god”. Wcale nie. Jedyną rzeczą, a właściwie osobą, która działała na Dyera i Ragnara, a pewnie też i na całe Ruzrdz i Kyan jak kopniak w pysk, była Ona. Całkowicie studziła ich podekscytowanie i wszystko co się z tym wiązało. Dosłownie witki opadały, wszystko opadało, gdy Ona machała, skakała i próbowała się wcinać. I tak codziennie. I tak codziennie jak przeciwieństwo viagry dla impotenta. Jak piła dla pnia, jak pleśń dla chleba.
Dyer ułożył kłodę delikatnie na środku chaty i przyjrzał jej się z dumą. Ragnar z nieskrywanym podziwem zatoczył się nad drewnem i czknął.
Nagle usłyszeli zza zamkniętych drzwi chaty jakieś głosy.

***

– Cechą je rozkurwię! – zagrzmiał Auric, stając przed drzwiami chaty i rozkładając ręce, by zatrzymać resztę natarcia. – NA RAZ!
– RAZ! – krzyknął Ikava i wybił kierownika z rytmu.
– Co? – Atryda wykrzywił ryj w grymasie niedowierzania i obrócił się wolno.
– Co, co – warknął Ikava. – Ej, wy tam, zaraz wam tak przetrzepiemy chatę, jak mój kierownik…
– Nie, ważne, pyr! – Auric wciął się Adeptowi w zdanie, jak, za przeproszeniem, Ktoś w dialog na SB. – Przerywam ci – dodał w panice. – Bo nie chcę, żebyś mówił jak co kogo przetrzepałem!
– Nie zgadzam się z tobą i wysyłam płaczącą emotkę – wypalił Ikava.
– Jest bardzo zażenowany, że nie uczestniczy w rozmowie! – oznajmił głos Mistrza.
– Zgadza się z Oceanem! – podjął głos Nidara.
E! – rozbrzmiał inny głos.
Wszyscy obrócili się w kierunku dźwięku, bo tak się składało, że nie należał on do ani jednej osoby z wymienionej na początku czwórki.
– …TO HARDBASS – spaliła Joa.
– Kapsluk? – zgadł Ikava.
– To takie duże literki, jak duże, spytasz, a tak duże, jak chleb, nie? – Nidar wyszczerzył zęby i oparł się nonszalancko o drzwi chaty. – Się wie!
– Dobra będzie tego, suń dupę. – Auric wyciągnął dłoń, rozcapierzył palce i…
…i jak kurwa nie wyskoczył z lasu pierdolony niedźwiedź, wziął był dopadł chcę was dopaść i zabić, gruby jak niedźwiedź, niewidoczny jak skała, bydle złe jak kosmos niezbadany, straszniejszy jak Rosja, groźniejszy jak Kanterial, dobiegł do Aurica i jak go nie uderzył łapą na końcu której jawiły się same pazury, ała, tak go zabolało tego Atrydę, „a chuj cie to obchodzi, idź szukać we lesie kurwa drzew i pszczelarzy, może spróbuj w Bełchatowie, haha” – zarechotał złośliwie Auric, ale nie śmiał się długo, bo zaraz znowu pojechał niedźwiedzia – „stado mnie wyrzuciłem z własnego stada, na co im piąte skrzydło w Adrienn!”…
…i rozwalił drzwi swoją Cechą Przecinków, aż posypały się drzazgi i lecąc z zawrotną prędkością trafiły łowców; Ragnar krzyknął i zasłonił się szybko swoją, jebiącą żulem na kilometr, kurtką, a Dyer stanął w drzwiach jak Maryja z obrazu w Częstochowie i pozwolił, by odłamki drewna zadały mu rozkoszny ból.
– Młody, bierz żula! – rozkazał Ocean natychmiast.

***

Ragnar uczynił najbardziej profesjonalny zestaw gestów na jaki było go stać. Najpierw czknął, drgnęła mu lekko lewa powieka, druga podskoczyła, brwi odtańczyły kankana pijacko plącząc włoski w tańcu. Górna warga odsłoniła zęby, bo jakoś za bardzo powędrowała pod nos. Natychmiast też wysunął biodra w przód, ale trochę mu się to nie udało. Stracił równowagę i wylądował na kłodzie, boleśnie wbijając sobie konar gdzieś koło łopatki. Brat popatrzył na to z nieskrywaną odrazą i zdenerwowaniem.
Mój świerk…
– KUUUUUUUUU…
– Rwa – uprzejmie dokończył Dyer. Znów. Nie mieli jednak czasu na kłótnię, bo Atrydy stanęły w całym swoim jestestwie w progu chaty.
Ragnar podniósł się na łokciach i popatrzył na nich spode łba. Jak śmiecie, pomyślał, chodzić tu, gdzie pachnie chlebem?!
Jakiś murzyński albinos, kurwa, jakiś olbrzym doskoczył do niego i złapał za kark. Łowca, mimo najszczerszych chęci, nie miał czasu na prawidłowe zareagowanie, więc tylko czknął głupio w twarz albinosa i wykonał ruch gałkami ocznymi – miało to oznaczać, że jest gotowy na walkę i krew, ale wyglądało to bardziej na tracenie przytomności lub upojenie się mąką.
Albinos coś już miał powiedzieć, bo otworzył usta, ale nie zdążył.
Całą chatę pokryła mąka. Olbrzym parsknął, a z ust wydobył mu się obłok mącznego pyłu, który wylatywał też przy oddechu i łączył się z jedną wielką chmurą mąki, w której zniknęli wszyscy; Atrydy i Dyer też.
Albinos zgiął się wpół, krztusząc się i charcząc, a Ragnar z błogim uśmiechem otrzepał i się. Jednak zamiast biec – to wszystko przez alkohol – stał przed olbrzymem.
– TY PRZYDUPASIE, CZK! SWOJEGO, CZK! MISTRZAAAAAA! – krzyknął wreszcie, wieńcząc okrzyk perfidnie złym tonem.

***

Auric nie planował wcześniej niczego poza przemocą. Wbił do chaty z chęcią mordu wypisaną na poszramionym od niedawna ryju, rozcapierzył palce i podniecił się myślą, że będzie mógł poznęcać się nad dwójką ludzi. Przez mąkę na moment stracił orientację i głównie to przyczyniło się do jego obecnej sytuacji – wyłożył się jak długi, bo nie zauważył leżącego na ziemi pnia. Wpadł na blat stołu i dzięki wspaniałym zaletom swojego wzrostu wbił sobie krawędź mebla w uda, zamiast w krocze.
– Oż ty – Ikava ponownie zakrztusił się mąką – kurduplu, żulu jebany – wycharczał z trudem, pokonany przez sypkie proso. Chciał potraktować pijanego Łowcę jakąś nieprzyjemną Cechą, ale nic nie widział. Zachwiał się i z braku lepszych pomysłów oparł o pierwszą rzecz, jaką miał pod ręką; pech chciał, że był to akurat jego kierownik.
Jeśli chodzi o relacje pomiędzy Adeptami a Auricem, to były one mniej więcej tak samo ciepłe, jak uczucia Kanterial do pani Gosi i Gołębia, tudzież Joi do spamowania hejtem na SB. Były porównywalne do stosunku fanów Skry do Grozera, Zbyszka do Krzyżaków, BUBRA do wszystkiego i Zehla do rozmowy dotyczącej podprogowego nakręcania z niemieckim księdzem o uśmiechu pedofila i niepoprawnie wysokim sinusie wpisanego w trójkąt dowódcy pingwinów około dwudziestej drugiej.
Ta mała dygresja nie jest jednak w stanie wyrazić napięcia, które narodziło się w chacie w chwili, gdy palce Ikavy zacisnęły się na tyłku Atrydy. Możliwe, że był to przypadek lub mylne wrażenie, jednak wszyscy jakby zamarli. Ocean nawet zaczął kojarzyć, co się dzieje (mimo mąki), Nidar przestał skradać się do Dyera z rozłożonymi na boki rękami, trzymając za końce sutanny w taki sposób, by wyglądać jak latająca wiewiórka, a sam Łowca Dyer Siema Lubię Drewno uniósł brwi i wypuścił trzymaną wcześniej, świerkową gałązkę. Powyetrze zgęstniało.
– No i co, czk, KRETYNIE JUŻMAŻDOŹĆ WALKI ZE MNO?! – dojebał Ragnar, podnosząc poziom ogólnego zażenowania o trzysta procent z kawałkiem. Ikava nie wiedział, czy ma dość. Szczerze mówiąc nic nie wiedział w tym konkretnym momencie. Może poza tym, że jest mu dziwnie. I niezręcznie. I coś nie gra. I że żaden złapany mebel w tym młynie nie jest możliwy do złapania w taki sposób. I nie ma kieszeni z guzikiem munduru Adrienn.
Cała ta niesamowicie przykra akcja skończyła się tak, że najpierw z chaty wyleciał Ragnar – Ikava złapał go za szmaty i wyjebał, po czym sam wybiegł, wiedziony instynktem przetrwania, a zaraz po nich wypadł z młyna Auric, emanujący czystą, zaginającą ramy fabuły, nienawiścią. Biegali w trójkę, Ragnar spierdalał przed Ikavą, Ikava przed swoim kierownikiem, a później jeszcze do Ragnara dołączyła Sarna, a do Ikavy przypadkowe kobiety, które akurat można by było zgwałcić z braku lepszych pomysłów na rozładowanie napięcia.
– Prędzej człowiek wydyma drzewo, niż cokolwiek zobaczymy w tej jebanej mące! – wydarł się Ocean. Jak zawsze miał rację. I jak zawsze tego nie ogarniał.
– Ja go widzę! – odkrzyknął Nidar, który czaił się na błądzącego w białej chmurze Dyera. Atryda złapał się krokwi i wisiał do góry nogami.
– Kretyni! Nie wiecie, z kim macie do czynienia! – zachrypiał Dyer złowieszczo, starając się zwiększyć swój mrok i ponurość. Wszedł w pole rażenia Nidara i natychmiast został zaatakowany; Atryda puścił belkę, chcąc rzucić się na Drewnofila niczym zabójca z trailera Assassins Creed 3. W slow motion obrócił się w locie i z majestatem łopoczącej sutanny sięgnął w stronę Dyera.
Nidar mógł zostać w ten sposób bohaterem powieści.
Poskładał się na ziemi, jęcząc.
– Jakie to było…
– Słabe, Atrydzie! – triumfalnie zakrzyknął Dyer. – Ten młyn to moje królestwo, rozejrzyj się – nakręcał pewny swego (dodatkowo otuchy i hardości dodawała mu obecność Świerka, któremu chciał zaimponować) – sama mąka na chleb i drewno, drewno, JESZCZE WIĘCEJ DREWNA!
– Jeszcze więcej Pierwszej Cechy – przerwał mu Ocean – ale zanim ją zwiększę…
– A po co? – zainteresował się Nidar.
– Żeby nie czuć mąki – wyjaśnił Mistrz – nieważne, SŁUCHAJ TY RUZRDZDRUZD’OWSKA GNIDO, zdradzę ci sekret Północnego Skrzydła Adrienn, zanim skończysz jak reszta moich wrogów! Co ty na to, taka mała anegdotka przed śmiercią – dodał złośliwie. – No więc słuchaj…
– Wal się na drewno!
– …wiesz, dlaczego w naszym Skrzydle są sami wysocy? HA. Bo wszyscy wysocy mężczyźni… mają…
– Duży rozmiar buta – wtrącił Nidar radośnie. – Księża też mają – zastrzegł bardzo szybko. – Wysocy księża z Kyan.

***

– Przepraszam, nie widziała pani dwóch młodych mężczyzn? – spytał Auric nerwowo. Gonił ich tak długo, że dotarł aż poza mapę Kyan i znalazł się w totalnej dziurze. Atryda doszedł do wniosku, że po prostu tego nie Przemyślał. Kasjerka w Biedronce tymczasem oceniła szybko jego wygląd i przezornie wcisnęła pod ladą guzik z napisem „Klient potencjalnie niebezpieczny, wezwać ochronę, opcja numer siedem – gwałt ze specjalnym okrucieństwem”.
– A jak wyglądali? – spytała miło. Auric zmrużył oczy.
– Najebany żul–blondyn i dwumetrowy albinos – odparł. – Jeden miał kurtkę, a drugi tęczówki bez koloru – sprecyzował.
– Niestety, nie widziałam.
– Nie?
– Nie.
– A długo tak pani siedzi sama, nic nie robi, nic nie widzi, może ja to zmienię – wypalił Dayyah nagle (ostatecznie inne pomysły na rozładowanie napięcia jednak zdołały się wyczerpać, lub, mówiąc szczerze, nigdy innych nie było).
– Jak pan „zmieni”? – spytała kobieta niedomyślnie. Auric wychylił się ponad kasą i zawisł nad nią, sugestywnie patrząc w dół. Rozcapierzył palce.
– Boleśnie – szepnął. – Wolno i boleśnie. A kiedy skończę, poproszę o paragon…

Skończył i z jakiegoś powodu nie wydano mu paragonu (kto wie, czemu?), po czym wrócił do Kyan z nowym nabytkiem, który wyniósł z dziwnego miejsca przy okazji – antymączne, antymłynne i antyłowcze legginsy do biegania, które, dzięki specjalnym odblaskom, na chuj przydawały się w ciemnym jak smoła liściastym borze, gdzie nic nie emanowało światła.
– Dzięki, temu, odzyskam, świerk – oznajmił Auric groźnie, świadomy, że gdzieś niedaleko leżą w błocie Joa i Kanterial. – Słyszycie, pyr? Teraz nikt mnie już nie powstrzyma!

Biegł, biegł niczym Usain Bolt, był tak dobry jak Joa na boisku, jak Phelps w wodzie, ociekał zajebistą ucieczką, bardziej zajebistą niż jego chleb, bo zawierała w sobie i ucieczkę i chleb. Uciekał jak sarna przed Ikavą.
Zwierzę pojawiło się znikąd i nagle, zupełnie niespodziewanie, skąd w lasach, borach i Kyan i Ruzrdz w ogóle jakiekolwiek sarny, nie wiem. Ucieczka łani stanowiła właściwie problem, bo w pewnym momencie Ragnar nie był pewien, kto jest celem tego siermiężnego albinosa z ryjem tam przykrym, że aż szkoda zapalać w jego intencji świeczki. On czy łania; on czy to parzystokopytne zwierzę, którego przeznaczeniem dziś był gwałt?
Uciekał.
Uciekał jak Joa przed pisaniem, jak ludzie przed Jołą, jak kobiety przed Auricem (który gdzieś zniknął). Ucieczka nadała sens jego życiu.
Nagle zrozumiał, co musi zrobić. Wymienił z sarną przestraszone spojrzenia – och, chyba całkiem możesz się podobać, nawet przypominasz chlebaki, pomyślał.
Wstrząsnął jednak głową, wyzbywając się tych pijackich, perwersyjnych myśli, zrzucając winę za ich pojawienie się na jakiś wirus, który złapał od albinosa i ponownie skrzyżował wzrok z przyszłą ofiarą gwałtu – w jej oczach zobaczył zgodę i zaraz rozdzielili się. Pobiegł w lewo, bo jakiś głos podpowiadał mu, że lewo to zawsze najlepsza opcja.
Wbiegł do liściastego boru, gdzie poczuł lekki, leśny, przesycony wilgotnością wiatr, smagający go po skórze, oraz rozkopaną ziemię. Ptaki wygrywały przeróżne melodie, świat pięknie wirował, a on biegł, biegł, biegł. Biegł nawet wtedy gdy zauważył blady ryj za drzewami, potężną sylwetkę, trzymającą pod pachą sarnę – Ikavę, który niczym bohater tragiczny musi walczyć z dwiema pokusami – z chęcią spędzenia niekoniecznie cichego czasu w krzakach i z chęcią złapania uciekiniera. Ragnar z jakiegoś powodu uśmiechnął się, mrużąc oczy i wydymając wargi. Odwrócił też mordę, wciąż biegnąc i wleciał ryjem w gałąź.
Po lesie poniosło się echem monumentalne JEBUT, HTSZ, A MASZ PERFIDIO, wydane przez gałąź. Serio.

***

Dyer, gdy poczuł sposobność, by się ochronić, wtoczył się najbardziej epickim, potężnym dramatycznym i groźnym ruchem pod świerk, a wyglądało to tak, że padł na podłogę jak kłoda, rozejrzał się na boki, mrocznie zarzucając kaptur na głowę i gdy poczuł, że moment jest najlepszym ze wszystkich, podturlał się, wysoko wznosząc odnóża. Wszyscy – Nidar i Ocean – wstrzymali oddechy, bo było to coś tak niesamowitego, że nic nie przychodziło im na myśl.
– Jesteś niesamowity, Dyerze z Szyzr, bang – uprzejmie i mrocznie jednocześnie powiedział Dyer, z wystającą spod konaru tylko brodą. Nidar i Ocean milcząco podziękowali. – Jesteśmy wrogami – zaczął tłumaczyć łowca – i powinniśmy walczyć. Jednak ze względu na moją inteligencję i niezwykłą dobroć, determinowaną przez tę brodę – szarpnął jakby od niechcenia niesamowite włosy – jestem w stanie zaproponować wam poddanie się bez konsekwencji. Wiem, to niesłychane, że tak okropny gość jak ja (mam przy kości miedniczej bliznę, serio, mogę pokazać jak chcecie, nie? Szkoda) chce darować wam życie. Sam się sobie dziwię... Jednak w zaistniałej sytuacji, gdy mój brat–alkoholik (mamy małe konflikty w rodzinie, mam wrażenie, że zupełnie nie toleruje mojej miłości do dreZiji) zniknął, a on powstrzymywał moją chęć do okazywania władzy, on poskramiał moją siłę, naprawdę. W tej sytuacji skazany jestem na pokojowe rozwiązanie konfliktu.
Tłumaczenie Dyera było zupełnie zgodne z prawdą i wcale nie wynikało z tego, że Atrydów było dwóch, a on był jeden, w dodatku przygnieciony przez świerk. Przygniecenie nie było właściwie problemem, raczej fakt, że Dyer odczuwał nieopisaną przyjemność, gdy kora smyrała go przy każdym ruchu, co powodowało niemalże ten sam efekt, co wtedy, gdy Joa widzi Aurica, a Kanterial Adama (z jasełek) i jego wielkie uszy.
– Tak – powiedział Ocean, który wybitnie chciał pokazać, że ogarnia, więc użył głęboko ukrytych pokładów pewności siebie. – Tak, zdecydowanie, tak. Oczywiście – zgadzał się, z zaangażowaniem zaprzeczając głową. Miał nadzieję, że nikt nie zauważy, że już po bang stracił koncentrację i resztki ogarniania, bo zajął się oddychaniem, a jak każdy wie, podzielność uwagi nie jest jego najmocniejszą Cechą, a tym bardziej nie wchodzi w skład pierwszej, z którą nie może się rozstać jak Dyer z drewnem.
Mąka powoli opadała na drewno, Nidar toczył wewnętrzną rozmowę z księdzem, Ocean próbował ogarnąć całe swoje życie zastanawiając się, czy miał syna i żonę, czy była to tylko fantasmagoria, a Dyer powoli smyrał drewno z uczuciem. Wtem do chaty wszedł Auric z ryjem tak złym, że szkoda w ogóle czekać, lepiej wziąć i go pocieszyć.[/interlina][/align]

c.d.n. :belt:
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1800
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Kruffachi » 04 sierpnia 2016, 21:32

Mój $##%^&%%^%#@ tydzień właśnie stał się lepszy. Dziękuję.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Maradine » 27 sierpnia 2016, 23:00

Trochę wstyd się przyznać ale czytając to ryczałam jak BUBR ze wzruszenia i czasem ze śmiechu i w ogóle kocham Was QwQ :tul:
Obrazek

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Joa » 28 sierpnia 2016, 14:30

– Dojebałbym kogoś! – oznajmił reszcie mężczyzn. Ocean z Dyerem nie wyglądali na przekonanych, jedynie Nidar wyszczerzył się i wyciągnął rękę z wyprostowanym kciukiem. Byli Atrydami, byli przyjaciółmi. Rozumieli się. A to, że kiedyś tam Dayyah odwalił jakąś chałę (i przez to Nidar kilkadziesiąt lat miał przejebane jak Kurek w autobusie pełnym napalonych gimbusek w koszulkach reprezentacji sięgających do kolan), niewiele zmieniało, zresztą nie takie rzeczy dzieją się między przyjaciółmi.
– W jakim sensie? – spytał Dyer.
– Co?
– W jakim sensie byś dojebał – sprecyzował. – Paskudniku – dorzucił zaraz, by nie brzmieć na takiego miękkiego. Nie, Dyer był chłodny, był opanowany, samotny i miał grubą tajemnicę której sam nie znał. Był twardy jak drewno orzecha i owoc kokosa. I nikt nie wiedział, że wendigo to on, a on to Egil. Było ich trzech. Dyer – udający wendigo, Abdul Adelaid Alan – udający Dyera i wendigo, udające Egila. Gdyby Ragnar nie był pijany, to może by się zorientował.
– We wszystkich trzech – wyjaśnił Auric bez ogródek. Cóż, to zrobiło wrażenie. Zwłaszcza, że miał na sobie niesamowite legginsy do biegania. Jeśli chodzi o związek legginsów z dojebaniem, to hipotetycznie nie musi go być, jednak w zakresie pierwszej fazy dojebania mogą okazać się pomocne. Samo dojebanie jest procesem złożonym. Nawet, gdyby ktoś tak znający ortografię i prawa matematyki jak Ona spróbował go ogarnąć, miałby problem. Spłycając więc nieco Teorię Dojebania wg doktora Aurica Dayyaha, można rzec, że dojebanie polega w pierwszym znaczeniu na (…) później ewentualnie na mentalnym (…) i na koniec jeszcze całkowitym i jednoznacznym, zakańczającym wszystko na śmierć (…).
– Niech to – zaklął Dyer szpetnie. – Nie wiem czy powstrzymam swój instynkt łowcy. Było was dwóch i ostrzegałem – przypomniał, oplatając świerk palcami. – A teraz jest was trójka Atryd, to może wyzwolić agresję…
– To może jego dojebiesz? – zaproponował Auricowi Nidar. Oczywiście miał na myśli Brodatego Tropiciela Wendigo i Wolnych Dziupli. – Nie rusza się, wpadł pod drzewo, zabrał nasz świerk…
– O kogo chodzi?
– Ocean, zajmij się mąką, dobrze? – Atryda przerwał wywód i spojrzał zmęczony na współtowarzysza.
– Co? – nie ogarnął Mistrz.
– Nie wiem, znajdź zajęcie, mąka lata, mętno w powietrzu, przecedź to jakoś odfiltruj może – poradził Nidar dobrodusznie. – Idź poszukaj ucznia, przerwij Sarnie Żniwo. Czy coś. Może załóż blog o wodzie.
– Słusznie.
– No to powodzenia.
– Dzięki. – Mistrz ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się tuż przed progiem i obrócił lekko, z ledwie zauważalnym uśmiechem, takim delikatnym i życzliwym, jaki często posyłają ludzie mądrzejsi niż reszta. – Pozdrawiam, Ocean – rzekł jeszcze, zanim zamknął za sobą drzwi.
– A wracając do naszej sytuacji – podjął Nidar, zwracając się do nabuzowanego Aurica, który z zapałem zatarł ręce – byłoby dobrze, gdybyś wyżył się na przeciwniku, mam rację?
– A przepraszam – wtrącił Dyer – takie dojebanie, hipotetycznie, to…
– Tak – przyznał kierownik natychmiast.
– A–a, a jeśli chodzi o t…
– To też.
Dyer nie wyglądał na zadowolonego. Widać wizja bycia dojebanym na wszystkie trzy sposoby Aurica Dayyaha nie była jego największym marzeniem. Ogólnie rzecz biorąc Atrydów nie bardzo to obchodziło; Nidar wysunął jeszcze kilka argumentów, próbując przekonać wahającego się kierownika Północnego skrzydła („Dwie pieczenie na jednym ogniu” „Wiem, że lubisz przemoc” „Będę patrzył” „Z drewnem ciekawiej” „Świat nie ucierpi” „Myk pyk pyk i po sprawie” „Udzielę ostatniej posługi” „Obaj poćwiczymy”), który zastanawiał się, opierając rozcapierzone palce na odblaskowych paskach (ciągnących się od ud aż do podbrzusza). Zgodził się wreszcie, choć niechętnie, i zakomunikował łowcy, że istnieją trzy możliwości.
– Słuchaj, Deer.
– Dyer.
Auric zamrugał.
– Niech będzie, słuchaj, z natury jestem pokojowy – zaczął łagodnie – dlatego też wyznaczono mnie do pilnowania trudnej młodzieży. Sam rozumiesz, to do czegoś zobowiązuje, to czegoś dowodzi. I nie myśl, że chcę ci coś zrobić, bo się wkurwiłem i nie mam się jak wyżyć – zastrzegł. – Albo że jestem jakimś skrzywionym sadystą, który czerpie przyjemność z krzywdzenia innych. Po prostu przyjmij do wiadomości, że zostaniesz dojebany. Ja właściwie gardzę przemocą – zaznaczył po chwili. Miał czas, nigdzie się nie spieszyło, (Ocean poszedł ratować sarny, Nidar usiadł gdzieś w kącie chaty i oparł się o worki z mąką, tak że pół wysypało mu się na ryło). – I kiedy wyobrażam sobie, na przykład, że można zrobić człowiekowi coś złego, okaleczyć go, zmęczyć, wiesz, skrzywdzić i zhańbić na różne sposoby to… To aż mi coś w środku… Aż się we mnie… Wiesz, po prostu krew wrze, drżą dłonie, staje… się jasne, że to nie to. To po prostu nie to. Rozumiesz.
Dyer na to że owszem, czemu nie, on by nie rozumiał, on całkiem na luzie pojmuje głębię sążnego przekazu, sam zresztą jest niewąsko obeznany w tym temacie i wie, co to znaczy gardzić przemocą i unikać tłumienia czyjegoś oporu za pomocą siły (swoją drogą nigdy jakoś żadne drewno zbytnio mu się nie opierało, tak żeby jakoś efektywnie).
– No to dobrze, że się rozumiemy. Trzy opcje – Auric rozpiął górę munduru i poprawił legginsy. – Albo cię dojebię, później dojebię i – tu uniósł głos – dojebię… Albo w odwrotnej kolejności, albo, jeśli chcesz, mogę na samym początku cię dojebać. Paragon, bez paragonu?
– Najsampierw wyjdę spod świerka – zdecydował Dyer, próbując zachować honor. Wyszedł i coś było nie tak. Coś się nie zgadzało. Dayyah niby niewiele potrzebował, żeby się podniecić samą myślą o zadawaniu łowcy bólu, ale nawet on poczuł coś dziwnego, gdy popatrzył na Dyera.
– Atrydzia noga – zaklął.
– No dalej, czekam! – zawołał Nidar z kąta. Wziął i rzucił w nich mąką, bo się zniecierpliwił. Niewiele wskórał. Znów go ignorowano, jego, legendę, Nie–W–Kij–Dmuchał–Nidara. Chciał wstać i pokicać przez chatę rozsiewając mąkę, by zwrócić na siebie uwagę, ale gdy tylko zerwał się z podłogi i zrobił kilka kroków, wpadł prosto w ścianę. – Ech… – powiedział, skupiając wokół siebie całe show. Ale Dyer z Auricem tylko gapili się na siebie. I nagle zrozumieli obydwaj, co jest nie tak. Zajęło im to trochę, trzeba przyznać. Jednak wreszcie znaleźli wewnątrz chaty odpowiednie pomieszczenie. Zapukali i weszli, Auric szpanując dopasowanymi legginsami, a Dyer próbując zasiać mrok. Wewnątrz siedziała Mirah.
SpoilerShow
SCENA USUNIĘTA [DYER ODZYSKUJE BRODĘ, PO TYM, JAK AURIC ZASTRASZA MIRAH ~by Kan]
Wrócili skąd przyszli i akurat Auric miał zaczynać, gdy łowca postanowił mu spierdolić. Nie był to szczyt mądrości. Zwłaszcza, że gdy tylko otworzył drzwi i wybiegł na trafę, to wpadł na, siedzących w kole na ziemi, uczniów Chrystusa słuchaczy nauczającego księdza. ***
– I dlatego właśnie – zakończył Wolfgang – nie wolno zostawiać biednych, małych owieczek całkiem samych w nocy. Około dwudziestej drugiej robi się niebezpiecznie.
– Dlaczego akurat wtedy? – spytała jedna z najsłabiej prosperujących uczennic, która właściwie wpierdoliła się w sam środek „Niedzielnych Rekolekcji na Świeżym Powietrzu w Kyan” wraz ze swoją, nieogarniętą jak Ocean, towarzyszką. Obie były lekko przyjebane, obie miały spodenki z Nike, obie jarały się przemocą, siatkówką, brutalnymi seksami, dwoma metrami, sutannami i przecinkami. I obie niezmiernie Wolfa złościły, przeszkadzając w rekolekcjach. Z tym że pierwsza wyglądała jak rosyjski miłorząb, a druga jak amerykański aktor.
– Wtedy, moja droga, bo wtedy budzi się szatan – wytłumaczył Krone łaskawie.
– A co te owieczki, one takie podatne na szatana – zgadła druga z uczennic. Wolf podrapał się po nieogolonym policzku i nieco bezsilnie spojrzał na trzeciego uczestnika rekolekcji, tym razem mężczyznę.
– No cóż – rzekł ostrożnie – powiedziałbym raczej, że owieczki są nie tyle podatne na szatana, co szatan jest podatny na nie.
– Księże Krone, proszę jaśniej – zachęciła Joa. – Wiek panu nie pozwala na mówienie o takich szatańskich sprawkach? Ile to już, trzydzieści trzy?
– Moja droga, wiek nie ma nic do rzeczy, poza tym trójki są magiczne, trzy strony świata, trzy pory roku i trzy–manie krucyfiksu – zgasił ją Krone. – I, jak nikt nie pa–trzy, szatan za–trzy–na działać i trzy owieczki, albo trzydzieści trzy może jednej nocy porwać z zagrody, za–trzy–mać, prze–trzy–mać, po trzykroć posiąść szatańską mocą.
– Zabrzmiało potwornie – rzekł, siedzący tuż obok Kanterial, Fabian. – I ksiądz tak broni tych owieczek, jak rozumiem, ewentualnie egzorcyzmuje? – zadumał się, gdy Wolf przytaknął. – Do licha. Gdybym tylko nie był siatkarzem…
– Nie skomentuję tego – mruknęła Joa – bo nie chcę przypominać ci ojca.
– Chyba mnie demon opętał – wypaliła Kanterial. Wszyscy na nią spojrzeli. Na dresy z kipsty pod którymi miała meczowe spodenki, na Nike Zoom VII i na zacieszony ryj. – Może, Wolf, około dwudziestej drugiej...
– Chciałbym, ale jeżdżę na rowerze – odparł szybko Wolfgang – moja droga, tak mi przykro, wiesz, muszę dbać o kondycję…
– Jeśli chodzi o kondycję – próbowała jeszcze – to mogę ci pomóc też, bo…
– Ale wiesz kwestia roweru ja muszę bo ten rower tyle złodziei rowerów jak się na nim nie przejadę to jeszcze mi jakiś ulicznik jakiś raper ten rower, on – Krone zaplątał się w wypowiedzi jak dziecko w szelki tornistra – i tak, jakby tak, bym chciał a nie mogę smutek niepojęty.
– Eghe. Bywa.
– Zamknij pysk, nicponiu.
I właśnie wtedy, proso na (kaszlącą bez powodu) Joę wpadł Dyer. Wyjebał się, przygniótł najsłabszą poetkę w dziejach świata niczym konar ściętego drzewa i ogólnie tak już zostali, bo nikt za bardzo nie kwapił się, by coś z tym zrobić.
– Szukałeś chlebaka? – zgadła stłumionym głosem. Dyer miał brodę na twarzy i ta broda zasłaniała mu widok, bo owinęła się jakoś wokół oczu.
– Szukałem drewna, idąc po chleb – uściślił. Joa chciała odpyskować, ale zobaczyła Aurica i jego legginsy, więc postanowiła pomilczeć i powizualizować, przygnieciona Dyerem.
– Kurwa, znów jacyś turyści w Kyan? – wściekł się Dayyah. – Tak, o tobie mówię – zwrócił się do Drzyzgi. – Masz coś na mordzie, przy okazji.
– Ty też – zauważył Fabian.
– Pyr – zaprzeczył Auric.
– Ja mam szramę bo spadłem z roweru – dodał siatkarz – i wątpię, byś miał swoją z jakiegoś bardziej epickiego powodu…
Kierownik otworzył usta i jakoś tak wyszło, że zmulił się, bo „kruk mnie podziobał” brzmiało, rzeczywiście, mniej majestatycznie niż klasyczna wypierdolka na rowerze. Złość wzięła górę i Auric postanowił wreszcie użyć przemocy. Pal licho świerk, pal licho tego brodatego zboczeńca. Gówniarz z poszramionym pyskiem też był dobrą opcją. – Turysta, nie turysta, dobrze żeśmy się spotkali, od razu masz wpierdol – zapowiedział, zdejmując Cechy. – Aha, i powiedz, kto cię spłodził, to cię później pomszczę.
– Że co?
– Cierpię – wydobyło się spod Dyera.
– I dobrze, pomyśl o Jezusie, on cierpiał za wszystkie grzechy tego świata – przypomniał Wolf. Jako duchowny miał obowiązek pouczania ludzi i zachęcania ich do życia w zgodzie z boskimi prawami, toteż ani przez chwilę nie pomyślał o powstrzymaniu sadystycznego Atrydy w legginsach i górze od munduru przed dojebaniem paru osób. Myślał o innych rzeczach i innych osobach i robieniu innych rzeczy z innymi osobami, o czym parokrotnie poinformował całe SB, zanim dostał bana.
– Cierpię za całe drewno tego świata – jęknęła Joa.
– Wiesz co, Auric? – zagadnęła Kanterial. – A może byś poszukał Jej.
– Co proszę? – Dayyah zwrócił się w jej stronę. – A co, warto?
– Nie, nie, moja droga, chyba nie mówisz poważnie – przeraził się Wolf. – Nie, ten siurek nie powinien szukać takiej… to znaczy, rzecz w tym, że nie wszystkich powinno się… ona… nie, po prostu nie, nie mógłbym o tym myśleć, przy niej śpią wszystkie szatany – zapewniał Aurica – naprawdę, nie ma co brać, nie, kategorycznie, nawet jak ona ci powie że możesz, nawet jak powie „weź mnie”, to ty musisz odrzec „NIE”, nawiązując do pewnej…
– Zamknij pysk, sługo szatana, schowaj niewyparzoną mordę – zabluzgała Joa, jak już do niej z opóźnieniem dotarło, o czym Wolf mówi. – Bo odejdę.


Tymczasem Ikava wraz z sarną, schował się przed Mistrzem wewnątrz obiektu sportowego należącego formalnie do Adrienn. Kij z tym, że grała tam reprezentacja Polski i Rosji. Północne skrzydło też miało swoją drużynę.
A może nie miało. Nie, chyba jednak nie. W każdym razie salę mieli.
Może i racja – nie była to najlepsza kryjówka dla Adepta i jego narzeczonej będącej zwierzęciem kopytnym (byli zbyt metroseksualni na takie miejsca). Przynajmniej Ikava mógł udawać, że jest siatkarzem, bo wzrost mu to umożliwiał. Tylko co za siatkarz wchodziłby na boisko z mieczem i sarną? Dość szybko zwrócił na siebie uwagę.
– Żądam wideo–weryfikacji! – zawołał ktoś donośnie. Ikava z przerażeniem stwierdził, że to Ocean wytropił go i dopadł do stolika sędziowskiego, siejąc niemały przypał.
– A co pan chce sprawdzać? – zaciekawił się sędzia liniowy.
– Sprawdźcie mi, czy on spał z tą sarną! – rozkazał Ocean, wskazując na zszokowanego Adepta.
– Nie! – krzyknął Ikava. – Nie na telebimach! NIE W SLOW MOTION! Poza tym do niczego nie doszło!
– Nie mam prawa sprawdzać takich rzeczy, tylko związane z przepisami gry!
– Sprawdź, czy przekroczył linię jak się do niej dobrał…
– NIE! ZAPEWNIAM! – krzyknął Ikava.
– A może dotknąłeś siatki? – drążył sędzia.
– Pan tak na serio…
– No raczej…
– Jak, kurwa, bym miał dotknąć siatki rżnąc sarnę… Nie dotknąłem… Sarny też nie…
– Na pewno? – zawahał się Ocean.
– Przysięgam proso z serca na miłość do matki i siostry i pana kierownika – zaparł się młody.
Jakoś mu się udało i w końcu przekonał Mistrza, że można mu ufać. Skierowali się w stronę wyjścia, odrobinę przytłoczeni ogromem boiska.
– Nie przypominam sobie, by w Kyan było coś takiego – mruknął Ocean. – Północne Adrienn nie gra w siatkówkę…
– Właśnie, gdyby grali to na pewno byłbym w składzie – przytaknął Ikava. Wyszli na zewnątrz i skierowali się w stronę chaty. Tymczasem na boisko wbiegła, rozgrzewając się, drużyna „Mocni Północni”, reprezentująca twierdzę w corocznych rozgrywkach pucharu Kyan.


***
SpoilerShow
SCENA USUNIĘTA [ROLF STOJKE UCIEKA PRZED PRZEZNACZENIEM I ZAPŁATĄ ZA GRZECHY ~by Joa]
– Rolf, ty skończony debilu, przestań rzucać się po tym kyanowskim błocie i rapować jak brooklyńskie dziecko, wstań wreszcie – usłyszał Stojke i tuż po tym ogarnął, że ciemność, w którą udało mu się zapaść, stanowią tylko i wyłącznie powieki, a nie mroczna śmierć. Nie został też uderzony krucyfiksem, ale odłamanym kawałkiem drewna.
Zresztą – jak mógłby umrzeć tak paskudnie, tak głupio, słuchając kazania Krone’a , skoro na pewno jego śmierć będzie przypominać tę Tupaca lub chociaż, od biedy, Czarownika.
Wykrzywił się w stronę stojącego nad nim Krone’a i rzucił:
– Bigos, dziwki, taniec brzydki, mam już dość tej rybki, gdyż jestem bardziej niż ona gibki.
Krone był tak poruszony, że aż przysiadł na pszenicy i schował twarz w dłoniach.
– Zgrzeszyłem – wyznał nagle, nie odrywając mordy.
Przeleciała pomiędzy nimi kosa rolnika, który okazał się być Steirem.
Rolf spojrzał na niego z naganą, odsłaniając nieprawdziwą złotą trójkę.
Cisza wydłużyła się.
– W marcu – dodał duchowny, by zakończyć milczenie.
Stojke pokiwał głową.
– Dlatego piszę – zakończył Wolf lekko roztrzęsionym głosem. - Chodź do lasu.
– Aha – podsumował Rolf, ruszając za księdzem. Nagle wpadł na doskonały pomysł. Opracował plan tak szybko, jak ściągający spodnie Ikara przed sarną. – Ej, Wolf.
– Co?
– Trzeba zakończyć cierpienie świata, nie ma bata, to wcale nie żadna sratatata – wytłumaczył. – Wiesz, co mam na myśli.
Krone milczał. I milczał tak całkiem długo, bo jakkolwiek by nie chciał uwierzyć w możliwości intelektualne Stojkego, tak okazywało się to, na dłuższą metę, awykonalne albo i Niezatapialne.
– Wiem, co masz na myśli. Chcesz tę kobietę – urwał, podnosząc wzrok i wczepiając palce w sutannę – chcesz ją wykończyć. Tak, wiem. Wiem, to ja powinienem to zrobić – przerwał Rolfowi, który nieudolnie próbował zabrać głos. – Jak to ja: baaaaardzo powoli. Wiem. Ale kurwa, Stojke, jestem tylko Nieśmiertelnym Klechą...
– Nie – zaprzeczył żywo Rolf, odbijając się tyłkiem o drzewa, o które się opierał. – Nie! Krone. Jakie wykończyć, miałem na myśli - jej świata cierpienie skończyć. Pomóc jej powieść skończyć.
– Dobry materiał na rozpalenie ognia niewiernych dusz. – Krone skończył mówić i uciekł wzrokiem przed radosną mordą Stojkego.
Nie, żeby nie pragnął rozpalać ognia wiary, nawet tak drastycznymi metodami. W końcu było rano, a on miał na sobie bokserki, wiadomo, wystające żebro, uśmiech kącikiem ust i tak dalej. Nadawał się do nawracania. Tylko że miał pewien mały problem. Był odrobinkę napruty.
– No – dodał po zbyt długiej przerwie, usiłując zamaskować nieogara przed Rolfem – właśnie. Tak. Nie ma lepszej drogi do płomieni, nie ma – pierdolił bez sensu – wiem, bo sam sprawdziłem... ogniem i słowem, drewnem i mieczem, jak one mnie słuchały, Stojkeee – przeciągnął, wracając myślami do nocy spędzonej w stodole pośród owiec-parafianek. Zdecydowanie był napruty – tylko jak tak planuję, to jak my do tej kobiety się dostaniemy, nie, nie dostaniemy się, porwała nasz autobus, kurrwa...
Potknął się i trochę nim rzuciło na bok, ale nie na tyle, by się sparzył o własny płomień wiary (miał dwa). Stojke tymczasem wyjął z ubłoconych dresów swoje jubileuszowe CD.
– Dzięki temu załatwię nam wszystko – oznajmił – urwisko, palenisko – dorzucił luzacko. – Nawet samolot stąd do kobiety. – Zza drzewa wyciągnął boomboxa (szary, o obłym kształcie, tak, ten) i po umieszczeniu płyty w napędzie, wcisnął play. Gdy bit poniósł się po krainie, zaczął: – To, czaisz, załatwi nam wszystko, naprawdę. Dzięki temu miałem kokę, hasz i szacun na ulicy, nawet u tej Romer – podlicy.
Poniosły się pierwsze rymy, niewątpliwie wspaniałe i pełne raperskiej energii z dzielnic biedoty. Rolf Stojke w najlepszej odsłonie. Wolfgang był troszkę poruszony. Płomień wiary drgnął lekko, niezauważalnie, z dumą.

***

– Mistrzu – rzucił Ikava niechętnie – co to za dźwięki?

Yo wilki swag i krucyfiksy
czipsy
Biznes klasą ALLItalią polecimy nad Bułgarią
Stewardessa–messa
z szczupłą talią
Kobiecie pomagać pisać powieść o królowej
Nie całkiem nowej, yo


– Nie wiem. – Ocean odwrócił wzrok, nie chcąc okazywać uczniowi swojego zaniepokojenia. Przecież wielokrotnie słyszał już tak ohydnie ciągnący się, żałosny ton przypominający agonalne kwiczenie z dobijająco powtarzalnym stukotem w tle. Może to Mirah podczas uprawiania ogródka? Albo jakiś wyjątkowo okrutny Atryda z poczuciem rytmu, męczący człowieka pozbawionego poczucia melodii? (AuricXJoa?) – Jedno jest pewne, nikt żywy czegoś takiego nie może z siebie wydać, chyba, że jest naprawdę źle.
Oczywiście żaden z wysłanników Adrienn nie zdawał sobie sprawy z tego, że zaledwie 30 metrów od nich niejaki Rolf Stojke próbuje właśnie zabić niewinnego księdza swoim (działającym niestety) boomboksem.
Ikava kiwnął głową. Istniało wiele znaczeń słowa „źle”. Jedno z nich z pewnością obejmowało niesienie sarny i bycie obserwowanym przez kogoś, kto twierdzi, że kontakt z takową powinien ograniczać się do czegoś, co niekoniecznie wykracza poza normy nieobejmujące, na przykład, bliższych stosunków nie tyle interpersonalnych, co po prostu fizycznych. Innymi słowy – mieć możesz, ale pierdolić już nie. Ikava westchnął i akurat miał powiedzieć coś obraźliwego o źródle dziwacznych dźwięków, gdy tuż przed nim pojawiła się znikąd plama krwi. Nie krew. Kurwa, to była cholerna plama. Jakby ktoś bardzo dramatycznie pluł krwią, uciekając przed upiornym pingwinim kapłanem.
– Co… – Adept rzucił szybkie spojrzenie Oceanowi i tak, jak się spodziewał, nie otrzymał zwrotnego. Mistrz znów nie ogarnął. Za to sarna owszem. Kwiknęła znacząco i wprawiła tym Ikavę w stan zaskoczenia pomieszanego z dumą. – Też to poczułaś? Ach, nie, czekaj… Tamto? – Poprawił chwyt, podrzucając przerażonym zwierzęciem. – Aha. No, to musiałaś poczuć. Moja ty, sarna, sarniucha, tak, kto jest taką sarną, no kto, kto ma takie piękne oczy, uhuhu, no taak, tak, takie boczki, takie tu, taaaaaak – rozczulił się, smyrając futro palcami wolnej dłoni. Sarna nie wyglądała na wniebowziętą. Podobnie Ocean.
– Może łaskawie zajmiesz się czymś inn… – Mistrz urwał. Urwał, bo niebezpieczeństwo wylazło z ukrycia i postanowiło się ujawnić. Obaj, Ocean i Ikava (sarna nie, bo była tyłem) widzieli ruch za drzewami. Stali praktycznie na skraju lasu i kilka metrów przed sobą mieli już rozległą polanę. Ktoś z całą pewnością na niej był. Sprawiał wrażenie obłąkanego. Wręcz psychopatycznego. Pokusić by się można było nawet o stwierdzenie, iż jest to mieszkaniec Ruzrdz lub Pruzrdzemyśla…
– Mistrzu…
– Shhh! Skradamy się – zarządził Ocean.
W chuj się zakradli, tak im to wyszło jak wszystko inne, znaczy się w skrócie Ikava zahaczył sarną o krzak i narobił hałasu, a Rezun wydarł na niego mordę i zjebał do reszty element zaskoczenia. Psychopata spojrzał na nich i chwycił za widły.
– Nic panom nie jest? – zapytał z troską w głosie, robiąc niepewny krok w stronę przybyszów.
– Spokój! Udawaj normalnego człowieka – poradził Ocean natychmiast, a Ikava zgodził się w milczeniu. W tajemnicy postanowił jednak trzymać się na baczności i zareagować jeśli zajdzie potrzeba.
– Stój! Zachowaj bezpieczny odstęp! – Mistrz wycelował w rolnika palcem. Ten uniósł dłonie, robiąc dziwną minę.
– Przepraszam – zawołał – ale moje oczy są jakby na uwięzi i…
– Na uwięzi – powtórzył Ikava prześmiewczo – na uwięzi, jasne! Mistrzu, zabijmy go – zaproponował, poprawiając sarnę.
– Ikava debilu – Ocean zmartwił się autentycznie, że Adept nadal jest kurewsko groźny, choć tak długo minęło, od kiedy opuścił Adrienn – czego cię uczyłem? Co mówiłem przez cały ten czas? – spytał z niesmakiem.
„Zabij to”, „Zamknij się”, „Puść sarnę” – wyrecytował Ikava natychmiast. Mistrz zamrugał i zaklął, a wieśniak zrobił facepalma (był trochę podobny do Vatuna Raviego, ale on nigdy nie miał jakby uwięzionych oczu). Adept tymczasem kontynuował: – A jak wyszliśmy, to po tym jak Mistrz zasnął i się upił i nie rozpoznał Nidara, a p…
ZAMKNIJ SIĘ!
– No, no – wtrącił rolnik, mierząc wściekłego Oceana wzrokiem pełnym podziwu – ładnie…
– A jak poznałem ją, to w ogóle – Ikava przerzucił zmiennokształtną przez bark, postawił na ziemi, obrócił i podniósł Mistrzowi do oczu, a potem przysunął tak, że kanciasty sarni ryjek przylgnął z mlaśnięciem do Oceanowego policzka – w ogóle jej Mistrz nie zaakceptował, a ona kocha, wystarczy jej trochę miłości…
– Tak – rolnik pokiwał głową – miłości. Okazać trochę miłości.
Ryj Oceana w tym konkretnym momencie wyrażał tak bezkresną nienawiść i potęgę wkurwu Absolwenta północnego Skrzydła Adrienn, że nawet cała ekipa Literki nie byłaby w stanie wypełnić tego bezkresu.
PUSZCZAJ TĘ JEBANĄ SARNĘ! – rozkazał. Ikava bezzwłocznie wykonał polecenie, co poskutkowało tym, że sarna wylądowała na Oceanie i objechała po nim, rozjeżdżając żałośnie kopytka.
– Pan jesteś bezduszny i nieczuły – ocenił rolnik.
ZABIJ TO! – ryknął Mistrz, celując gniewnie w bezbronnego rolnika. A Ikava tylko na to czekał. Rzucił się na swoją ofiarę jak, nie przymierzając, Joa na świeżo kupione batoniki, i załatwił sprawę w miej niż trzy sekundy.

*Ujęcie pierwsze, Ikava vs Vatun Rolnik, cztery zdania, oschłość 10/10, przemoc 3/10, dramaturgia 2/10,
przerwy na (…) z sarną 0/10*
Nie było to najbardziej epickie starcie w dziejach twórczości Kanteliara Groźnego, które to dzieje obejmowały także okres zacofania, nazywany często „Wspólnym” lub „Od Słoika do Teraz by Joa–Nigdy–Nie–Dokańczam–Długich–Tekstów”, choć swoją brutalnością wybijało się na tle najnowszej epoki Literackiej wspomnianej wyżej autorki („Kruki–Połam–Sobie–Kurwa–Język–A–Tekstu–I–Tak–Nie–Napiszę–A–Spierdalaj–O|O–Chuj–Pointy–Nie–Będzie”).
Ikava wyprosował się nad zwłokami i spojrzał na nie w zamyśleniu. Właściwie jak udało mu się zabić człowieka w tak krótkim czasie? Nie użył nawet Cech, zero efektowności, tylko jakieś zwierzęce instynkty i (wykorzystany pięciokrotnie w jednej powieści) motyw podwójnej osobowości (CA, polecam).
– Niech to, atrydzia noga – zaklął Adept paskudnie, strapiwszy swoje dwieście siedem centymetrów. Oczami wyobraźni widział nad sobą zagniewane twarze swoich największych mentorów i życiowych przewodników. Tylu ludzi zawiódł… tak wiele starań zniweczył…
Co to kurwa było, gdzie przemoc, gdzie znęcanie się, gdzie tortury, gdzie męczenie, gdzie kilkanaście godzin powolnego uśmiercania z największym okrucieństwem, pyr, z gwałtami w międzyczasie i wrednymi żartami i poniżaniem? – zaatakował Pan Kierownik z Adrienn. Ikava aż zadrżał pod wpływem wściekłego głosu. – Jak wrócisz to wydłużę twój pobyt w lochach, pyr, i nie dam ci kolacji ścierwo i wyryj to sobie w pamięci, pyr, nienawidzę was wszystkich, życie nie ma sensu, pierwsza rasa ssie!
Kierownik zniknął, a jego miejsce zajęła postać kobiety.
Jak mogłeś zabić Steira, przecinek przed „zagryzł” i zmień szyk w zdaniu „Przebił tchawicę.”!
Ikava aż skulił się w sobie. Tymczasem wizualizacja zmieniła się w najmniej odpowiednią i do reszty wytrąciła Adepta z równowagi.
Czy ty jesteś pedałem? – zapytał ktoś, lecz zanim padła odpowiedź, jego miejsce zajęła kolejna osoba. Ta postać miała bardzo nie Kyańskie… dresy z kipsty…
Dlaczego ta scena jest taka krótka, sceny mają być długie, poza tym nie ma tu kilkukrotnego przypomnienia o wzroście i umiejscowieniu twojego krocza, Ikava, jak ty atakowałeś tego Steira, wiesz, to było takie… oschłe…
– A przepraszam – bąknął Ikava, zupełnie już zawstydzony i zrezygnowany – od kiedy wasza czwórka to moi mentorzy i przewodnicy, których wspominam po walce?
– A co, coś ci się nie podoba, wolałbyś za mentora kogoś pokroju swojego Mistrza?
– Nie no, chyba nie…
– Albo jakiegoś pojebanego gruźlika żyjącego w symbiozie z drewnem może?
– N–nie, przepraszam, nie…
– No to może jeszcze jedenjeden człowiek mógłby ci jakoś pomóc opanować te szkolne zdania?
– Nie – strapił się Ikava – jestem złym typem bohatera, taki trochę młodszy niż reszta...
– No to zamknij pysk, użyj backspace’a i rozegraj tę walkę jak należy.


*Ujęcie drugie, Ikava vs Vatun Rolnik, osiem stron, oschłość 7/10, przemoc 6/10, dramaturgia 10/10, mosty 1/1,
przerwy na (…) z sarną 11/10*


***
Kilka dni wcześniej (przed właściwą linią faułuauną):
– Musimy ich wziąć podstępem – szeptał do siebie Dyer, oczywiście włączając w plan też brata, który wpierdalał pajdę niewąsko ciosanego chleba z dżemem. – Czuję, że się nam to uda, ten plan! Zaufają nam... Damy im nasz C H L E B!
– Nie luerdol, Syer – wyrzucił z siebie i pajdę, i słowa Ragnar.
Nie był zachwycony tym, co powiedział, więc ponowił próbę:

– Nie puetdoke, S... Nie puerdoke...
(…)
– Więc jak, zgadzasz się? – Dayer pomachał bratu przed nosem dopiero co zapisaną kartką.
– Czy ja wiem… Ten plan – mruknął Ragnar. – Naprawdę uważasz, że warto jechać przez pół świata, przez Ocean, przez Kostrzyn, Kyan i Nowosybirsk, aż na syberyjską tajgę, tylko po to, żebyś mógł wziąć tam (bo nie stamtąd) szczepkę jakiejś ruskiej sosny?
Rozmarzona i niepoprawnie krzywa morda, która nagle zastąpiła posępne oblicze starszego łowcy, była wystarczająco dobitną odpowiedzią.
– No dobra – spróbował Ragnar ostrożniej – może i jest to jakaś forma… jakiegoś… nie, sam nie wiem, Dyer. A nie mógłbyś tego ograniczyć? Może nie na Syberię, a do Kyan tylko? Może nie jakaś rzadka, tajgowa sosna, tylko najzwyklejszy świerk? Możemy go kupić w całości, na zawsze już będzie twój. Hm?
– Nie będę brał byle świerka – odparł Dyer mrocznie i sucho – pod uwagę.
– Kurwa Syer – jęknął młodszy brat (pewien był, że taki świerk to najlepsza życiowa inwestycja i za nic miał opinię brata – po co mu ta durna broda?) – no to może jakiś fajniejszy świerk.
– Fajniejszy, mówisz.
– Tak.
– No nie wiem. W sumie jest taki jeden... Przypomina niekiedy oś czasu… Ale zdobycie go graniczy z cudem… No i on należy do Atryd, a Atrydy…
– Dobra. To pokaż mi ten plan, skoro tak – stwierdził Ragnar, poddając się. A niech będzie, skoro tak się sprawy mają, to można poświęcić rok życia na bezsensowną wyprawę po jakieś drzewo. Kto wie, może i chlebaki się po drodze jakieś porżnie (patrz; wyciosa z kawałka drewna)? Ragnar prawie sam siebie przekonał. Ale i tak największą rolę odgrywał plan. Dyer był z niego naprawdę dumny, a to znaczyło, że…
– Czekaj. Moment.
– Co znowu? – warknął Dyer.
– Kurwa, dałeś mi kartkę z tym swoim planem?
– Tak. Masz tam wszystko napisane.
– Dyer.
– Co.
– Ja pierdolę, Dyer.
– NO CO?!
– Jak ty KRETYNIE pisać nie umiesz, to na chuj mi twój pisemny plan?
– Oż – wkurwił się łowca – nie pierdol jakbyś nagle umiał czytać, skąd wiesz, czy akurat nie napisałem dobrze tego planu? Analfabeta jebany – rzucił pogardliwie. – Oddawaj! – chwycił tajemniczą kartkę (nie, żeby namalował na niej dużo szlaczków i mały uroczy iglasty las na marginesie) – i wypierdalaj na zewnątrz, powiedz coś tej kobiecie, niech tu sobie zostanie i zamarznie, a my pójdziemy po świerk. TAK, ŚWIERK, ZADOWOLONY JESTEŚ? Upolujemy Świerk Przecinkowy. Przy okazji wyrżniemy Atrydy, cholerne szkodniki. Nadleśnictwo się mnie czepia, że ja taki kłusownik, tak, bo z lasu giną sarny a ze wsi młode kobiety…
– A to ty? – zaciekawił się Ragnar (pijacki uśmiech w założeniu miał być szelmowski, ale wyszedł jedynie zboczony). – Ee, brat…
Jakoś nie było czasu na tłumaczenie, że za sprawą Dyera z lasu mogłyby zginąć jedynie drzewa, a ze wsi drewniane słupy od ogrodzeń. Łowca zbył młodszego brata swoją niewzruszoną, oziębłą mordą, po czym obaj wyszli z chaty…(…)


Jeszcze kilka dni wcześniej (czyli w ogóle przed uformowaniem drużyny Świerka):
– Pyr pyr – uciszył gwarnych Atrydów Auric, chmurząc swoje oblicze. – Pyr – zawyrokował po chwili, gdy tłum umilkł i przeniósł spojrzenia pełne trwogi na kierownika.
– Ale jak...?! – Niedowierzał jeden z nich, jednak zaraz pokaźny ryk „pyr” uciszył mu mordę.
Dayyah nie lubił, gdy ktoś kwestionował jego decyzje. Poprawił pas mieczowy, raz jeszcze przeszedł się wolno po dziedzińcu Adrienn i z okrutnym, nikczemnym wyrazem twarzy napawał się przerażeniem zebranych wokoło Atrydów. Od kiedy w Północnym Skrzydle wybuchł bunt, a posada kierownika przestała być potrzebna (Nowi zajęli się inwazją na Kyan i powrotem do przestępczości, toteż męczenie ich w lochach i znęcanie się nad nimi nie miało sensu), Auric odczuwał palącą potrzebę spożytkowania swojej bestialskiej chuci chęci mordu i krzywdzenia. Dlatego, gdy już nie mógł wytrzymać, zarządził zebranie swoich pobratymców. Wcześniej dogadał się z Nidarem, któremu obiecał, że przebuduje Południowe skrzydło Adrienn na jeden wielki pierdolony kościół z gigantyczną amboną, a także, że załatwi mu sutannę w rozmiarze dla smoka.
– Więc mówisz, że tak byś to rozegrał? – zastanawiał się Rickan.
– Lepiej się nie da. Bo co powiesz tym pojebom z nadleśnictwa? – wycedził Dayyah, perfidnie obijając mijanych Atrydów łokciem i, niby przypadkiem, kopiąc po łydkach podczas mówienia. – Chodźcie, pokażę wam co i jak. Jedną wiochę już sam obrobiłem, zostało jeszcze trzydzieści dwie.
– A czy to nie będzie nie fair wobec pierwszej rasy? – zapytał nagle jeden z młodych. – Oni, podobno, nie lubią jak się ich krzywdzi, kierowniku.
– Och – Auric aż zatrzymał się w pół kroku – czekaj, chcesz powiedzieć, że napadanie, przemoc i publiczne upokarzanie kobiet na oczach ich mężów, oraz późniejsze palenie wszystkiego… Chcesz powiedzieć, że to jest złe? Kurwa, jak ci na imię? Który na to wpadł? No? Gdzie jesteś?
Atrydzi jakoś nie chcieli z Dayyahem współpracować, a genialny rozmówca nagle skrył się pomiędzy zebranymi.
– No wyjdź, przecież nie gryzę – zapewnił kierownik łagodnie, zgodnie zresztą z prawdą. – No już, pokaż się, nicponiu. Ty? Aha. Mhm. No tak, tak. Pyr – przyznał, kiwając głową, gdy przestraszony Atryd został wypchnięty przez resztę na środek placu. – Jak żeś doszedł do takich głębokich wniosków, przyjacielu? Bo wiesz, ja nigdy tak o tym nie myślałem. Przez głowę by mi nie przeszło. Ale dobrze, że cię mam. Kochani! – zawołał. – Ten wspaniały młody Atryda zna dobrze ludzi i wie, co lubią, a czego nie!
Rozległy się niemrawe oklaski, ktoś gwizdnął w ciszy. Auric rozcapierzył palce.
– Więc skorzystamy z tej świetnej okazji i mianujemy go naszym ekspertem do spraw krzywdzenia tych pierdolonych, małych, śmiertelnych, żałosnych, słabych i niepotrzebnych ścierw! – wydarł się, wyprowadzając ich z niepewności. – Łapać te kobiety z miast! A z lasów łapcie sarny, znam takiego, co się nimi zajmie! Wszystko zwalimy na Łowców z Ruzrdz! Że niby – urwał na moment – że niby to oni kłusują! A żeby się zabezpieczyć przed ewentualną zemstą, pyr, wezwę na pomoc wszystkie moje przecinki. HAHA! – Z radości aż wycelował dłonią w leżącego gdzieś obok, związanego Ru Kavza, i potraktował go Pierwszą lepszą Cechą.
– Najlepiej ukryć nasz Świerk, Mistrzu Dayyah – zauważył ktoś – w końcu od niego pochodzi cała moc drugiej rasy, cała nasza oś czasu i faułu’a…
– Słusznie. Zajmę się tym osobiście.
– Ty?
– No chyba kurwa nie ty, Kavz, ścierwo. A mi akurat dobrze idzie rozwiązywanie problemów.
(…)


c.d.n.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1800
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Świerk

Post autor: Kruffachi » 28 sierpnia 2016, 16:35

Obrazek


Tego typu posty zostaną uznane za spam. Uprasza się o konstruktywną krytykę.
Pozdrawiam
Admin
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Świerk

Post autor: Kanterial » 10 września 2016, 15:03


Dość tych kurwa retrospekcji:

– No to jak będzie? – zniecierpliwił się Nidar. Od kiedy udało mu się wreszcie pokonać ścianę rozpaczy i odnaleźć Aurica, nie mógł znieść przeciągającego się braku akcji. (A w ogóle to dlaczego nadal nikt nie skomentował jego nowej wstawki w powieści fantastycznej „Mroczne Kadzidła”?) To było trochę jak czytanie Kruków tej całej Joi.
Brniesz przez bagno i zamiast dążyć do celu, zapadasz się i grzęźniesz w metaforze niczym ktoś, kto nie odróżnia wiersza od przypadkowego zlepku rymujących się zdań/słów i nyggerskich zawołań (yo swag yolo).
No bo skoro już mieli dobrą ofiarę, dlaczego nadal nic jej nie zrobili?
Ofiarą był, oczywiście, Dyer.
– Właśnie – wtrąciła Kanterial oschle jak jej sceny walk. Od kiedy Atrydy w towarzystwie Dyera Drewniaka rozwaliły zajęcia rekolekcyjne, również cierpiała na uciążliwy brak akcji. – Auric, dajesz. Nie ociągaj się.
– Sam nie wiem, pyr – zmieszał się kierownik – co tak będę tylko zabijał i gwałcił?
– No w czymś trzeba być najlepszym – przypomniał Nidar – poza tym podobno niektórych to kręci.
– Chyba jakieś betony tylko – stwierdziła Kan, bo akurat tak się składało, że jej to nie kręciło wcale nigdy, więc skąd mogła wiedzieć, że w ogóle takie pojebane osoby są i, dajmy na to, rejestrują się na forach literackich?
Zresztą wszyscy wiedzieli, że swoje postacie tworzyła z pasją i zaangażowaniem, wcale nie na podstawie tego, co sobą prezentowała. Choć wtrącić należy, że gdyby jednak tak było, to postacie te nie byłyby ani popierdolone, ani nieogarnięte czy skrzywione pod kątem krzywizny.
– Słyszałam, że jakiś żałosny użytkownik Literki ustawił sobie awatar z bohaterem serialu o wikingach, śmiech na sali, tylko dlatego, że ten bohater był zbójem i gwałcicielem – dodała.
– Słyszałam, że wypierdalaj z mojego życia – wydobyło się spod Dyera. Wszyscy, z Ragnarem siedzącym na drzewie włącznie, zamarli. Spoglądali po sobie w zdziwieniu „O co chodzi z tym głosem? Kto to jest?”. – Poza tym nie wiem o kogo chodzi – zapewnił głos. Gdyby nie to, że nie dało się już podnieść poziomu zażenowania w Kyan (Ragnar na bani i Auric w obcisłych gatkach już o to zadbali), to Joa z pewnością otrzymałaby achievment „Kill ‘em with your awkwardness”.
– Zapomniałem, że na tobie leżę – wyznał Dyer. Upokarzająca sytuacja nie sprzyjała jego wizerunkowi, ale sam fakt leżenia na kimś (nawet, jeśli była to kobieta) napawał go dziwną dumą. – Nie mam na myśli, że leżenie na tobie nic dla mnie nie znaczy…
– Heh, słyszałem to tysiąc razy…
– Wiemy, Nidar – mruknęła Kanterial. Atryda uśmiechnął się jak debil i poprawił resztki sutanny, opierając się nonszalancko o pień drzewa (Ragnar miał już fazę i lepił się do gałęzi jak leniwiec zaledwie kilka metrów wyżej, płacząc cicho).
– Kilka razy – podjął ksiądz niższym głosem – słyszałem też o leżeniu pode mn…
– Dziękujemy, Nidar.
Tymczasem Joa zebrała się w sobie i najbardziej dramatycznym głosem, na który było ją stać, powiedziała:
– Kanterial. Sięgnij do moich spodenek z nike’a. Znajdziesz tam…
– Do twoich spodenek z nike’a?
– Tak – rzuciła Zdobywczyni Tatr z trudem, na wydechu, bo jakieś 80 kilogramów Dyera przygniatało ją do trawy (przy okazji chroniąc przed odłamkami sufitu) – znajdziesz tam…
– Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek miała SWOJE spodenki z nike’a – uściśliła Kanterial. Głos Spod Dyera zamilkł, zakasłał i nawiązał cicho do jakiegoś nieudanego lotu. Nie swojego zresztą.
– Co? – podchwycił Auric podejrzliwie.
– Nieważne. NIE WAŻNE. Popraw legginsy.
– Kierowniku, może ty sięgnij. – Joa nie poddawała się. – W kieszeni moich spodenek znajdziesz…
– NIKT NIE BĘDZIE ŻADEN FACET W LEGGINSACH PODE MNIE SIĘGAŁ ŻEBY SIĘGNĄĆ DO SPODENEK KOBIETY PODE MNĄ – poinformował Dyer, przerywając zbieranie (w chuj wilgotnego) mchu, ale został zignorowany.
– …znajdziesz tam mój wiersz specjalnie na tę okazję – dokończyła Joa wreszcie. Auricowi trochę zajęło przeszukiwanie jej kieszeni. Wypada zaznaczyć, że tamte niesamowite, legendarne spodenki nike posiadają nie DWIE, a TRZY kieszenie, w tym jedną na lewym pośladku (!) i pozostałe są dość duże, więc można całkiem sporo posmyrać rozcapierzyć palce celem znalezienia rapu (napisanego na karteczce samoprzylepnej, takiej jak te którymi Joa ma obklejone całe biurko). Auric wyprostował się wolno.
– Nie mogę doczytać, pyr – rozzłościł się, a Kanterial zajrzała mu przez ramię (wcale nie jarała się niczyim wzrostem i faktem, że może zaglądać pod, a nie nad jakimś męskim ramieniem).
– Joa.
– Tak.
– Ten wiersz… – Kanterial trochę zatkało, lecz próbowała trzymać klasę i nie zranić autorki. – On…
Wem.
– Słuchaj, czy ja mogłabym, zanim przeczytam, zmienić jeden, mały aspekt tego wiersza? – zaryzykowała delikatnie. Dayyah podsunął jej kartkę bliżej pod nos. Joa milczała długo, trzymając wszystkich w niepewności. Odpowiedź na to pytanie nie była, wbrew pozorom, taka prosta, stąd zamyślenie (choć możliwe, że Joi po prostu podobało się bycie na dole gdy Dyer był na górze, albo zagapiła się na legginsy Dayyaha, który stał nad Dyerem w groźnym, kierowniczym rozkroku. Tego nie dowiemy się nigdy). – No dobrze – zawyrokowała w końcu.
– Świetnie.
– A jaki to byłby aspekt?
Na gałęzi u góry rozkleił się naćpany Ragnar, ale ani Atrydzi nie poświęcili mu uwagi, ani Dyer. Brodaty łowca Zawsze–Dociekam–Prawdy zwyczajnie wstydził się, że ma takiego brata (nie różnili się DNA, ale do tej pory sądził, że chociaż fenotypem… nie to co z Alanem Adel-abdulem, trzecim z nich, też niezłym łowcą). Poza tym po co myśleć o Ragnarze, skoro można jeść mech?
– Dobra, pyr, kiedy indziej to dzieło przeczytasz – warknął Auric do Kanterial. – A ty nie masz nic do roboty pod tym mężczyzną, że wiersze piszesz, co – zaatakował złośliwie Joę. Był tak zły do szpiku kości i podły, że potrafił dojebać nawet osobie, która jeszcze niedawno była całkiem interesująca pod różnymi względami przydatnymi w lochach. Joa zabulgotała w odpowiedzi (ciężko stwierdzić, czy wyraziła tym smutek czy gniew).
– A kto położył sobie pół–martwą kobietę na łóżku i poszedł zajmować się sprawami Adrienn? - spytała.
– (…!) – wkurwił się Auric.
– Bang. A kto przyjebał ryjem w sufit?
– (! ! !)
– BANG – rozkręciła się Joa, przekonana o swojej fajności – A KTO WPADŁ W SZAFĘ I PODBIŁ SOBIE SAM OKO?[/align][/interlina]

***
Gdzieś nad nimi cicho i spazmatycznie zaszlochał Ragnar, obmacując swoją kuszę.
– To może opowiem anegdotę – wypalił Nidar, przerywając ból, i zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, zaczął: – Idę z Oceanem wracam od Mirah, idziemy, Ocean stwierdził, że chce mu się pić, idziemy do karczmy, on chciał koniecznie takie piwo, szukamy tego piwa, znaleźliśmy, idziemy do lady pyr tam barman pyr on tak to piwo pyr pyr i my tak pyr – zwolnił z dziwną miną, jakby coś mu nie wyszło – z Oceanem później pyr, właśnie… coś tak… tak… albo to ja chciałem piwo, pyr?
– Jeszcze raz powiesz pyr – szepnął Auric – to

– to odejde
– zamknij sie Joa nikt cie nie zna i nie lubi
– racja przepraszam
– to powiem wszystkim Atrydom, że wolisz ludzi i takie masz zboczenie, jak widzisz kobietę.
Groźba Dayyaha była w chuj potężna (nie, żeby sam wolał ludzi), więc Nidar przeląkł się, aż dreszcz przeszedł mu po kręgosłóbie, i usiadł pod drzewem z wrażenia. – Ja sam opowiem anegdotę. Wy słuchajcie – polecił Auric.
Dyer, Joa, Kanterial i Nidar (a także Ragnar i Anabel) skinęli głowami (mimo że Joa była pod Dyerem i ryj miała wciśnięty w błoto i mech).
– To było tak. Otóż pewnego… – zaczął Auric z przemocą w głosie.
– Przepraszam, mogę sobie pójść?
– Kurwa Kanterial. Ktoś ci broni?
– Nie no, ale pomyślałam, że…
– …że co, że ktoś cię skrzywdzi? Co my jesteśmy jacyś nienormalni? – dopytywał Auric. Goła klata, szrama na ryju i dwukolorowe tęczówki trochę Kanterial onieśmielały. – Musisz mnie pytać o pozwolenie, jakbym był jakimś sadystą, skazującym innych na swoje monologi? Za kogo ty mnie masz?
– Nie no to ja pójdę sobie rzeczywiście, przepraszam raz jeszcze, ja to wiesz – tłumaczyła się, jakby znów była napruta jak zawsze na gg i sb – ja jestem trochę niedomyślna, nie wpadłam na to... Nie no, śpieszę się do kościoła, mam tam spotkanie – wybrnęła.
– Z kim – zaciekawił się Nidar – z księdzem? Ja jestem tutaj. Wszyscy mnie ignorują.
– Nie, nie… Nie mogę powiedzieć z kim. – Kan pokręciła przekonująco głową. To nie tak, że była nieogarnięta i nie pamiętała, z kim się umówiła (miała nadzieję że pewnie z Adamem może hipotetycznie), choć ten ktoś leżał obok pod Dyerem.
– A mogę iść z tobą? – spytała Joa.
– Nie, spierdalaj, zostań posłuchaj kierownika.
– Ale…
– Shh. No tears just dampit dreams. Śpieszę się.


*** Piosenka przewodnia poniższego kawałka:
Tenacious D, Papagenu (He's My Sassafrass)

Kochał moment, w którym wpatrywał się w nowy, zupełnie inny od pozostałych, obiekt. Taki zwyczajny, patrząc pod pewnym kątem, wypełniony w środku czerwoną cieczą, która bryzgała na każde strony w odpowiednim momencie. Chwilę, gdy srebrzysty kamyczek odbijał blask leniwie migoczących promieni słońca, a w powyetrzu unosił się duszący, mdławy zapach śmierci, kochał niemalże tak samo. Wszystko sprawiało wrażenie jakiegoś przedstawienia — ruszające się wolno obiekty (bo było ich więcej niż jeden – pomylił się w obliczeniach, łowcy nie muszą liczyć, co nie, czytać też, po co, lepiej być analfabetą), porozrzucane na jasnej ścieżce kawałki lodu… Każdy detal był niezbędnym elementem.
Wstał z konara, lekko się zataczając. Blask słońca nadawał jego skórze nieco mniej ziemistej barwy niż zawsze, a przecież był już na kilkudniowym kacu, bo wiadomo, jak leczyć, to tym, co powoduje chorobę. Wpełz na sam czubek drzewa, cicho, niemalże bezszelestnie, mając na uwadze jego stan, i usiadł na najgrubszej gałęzi, jaką udało mu się znaleźć. A znajdował się trzy metry nad głowami obiektów. Ogniki słońca odbijały się na powierzchni odkrytych ramion obiektów.
Po dnie (lubił określać ziemię, po której przechadzały się obiekty, mianem dna) przechodził, w tumanach wzbijających się przy najlżejszym kroku, Auric, gdzieś pod drzewem, głupio się uśmiechając siedział Nidar, z wybitnie nonszalancko związaną na biodrach sutanną, a tuż pod siedzącym na konarze Ragnarem, kilka metrów niżej, leżał na zimnym, piaszczystym gruncie…
...Dyer. Dyer, Dyer–łowca. Dyer–brat. W barwie strachu i zimna, z przebijającym pierwiastkiem oschłości, który wylewał się powoli na inne organy z poczciwego serca Brodacza. Słychać było też miarowe bicie, niemalże niesłyszalne. Oschłości. Cirka zagłuszane monologiem Aurica.
Przytulił wyciągniętą z kieszeni procę do piersi. Momentalnie z jego bladych usteczek wydobył się jęk bólu. Cichy jak bicie oschłości, jednak przepełniony łowczą słodyczą. Zachybotał się niebezpiecznie, ale w porę utrzymał równowagę, stając na szeroko rozstawionych chudych nogach. Na skacowanym czole pojawiły się perliście lśniące krople potu. Cofnął się, drżąc jakby nagle się ochłodziło.
— Musisz… ssabić ich… — szepnął, głaszcząc procę. Głos, delikatny i kruchy, złamał się w połowie zdania i przekształcił w konwulsyjny szloch (wciąż na tyle cichy, że zajęci sobą Atrydzi nie byli w stanie, o dziwo, usłyszeć tego potężnego ryku).
Trzymając mocno procę, jak gdyby bojąc się, że ktoś mu ją zabierze, zawisł na gałęzi. Dłonie ściskały drewniane konary z niewyobrażalną siłą, jak na właściciela tak pijanego ciała.
Wciąż popłakując, skoczył. Nie odzyskał jeszcze sił, dlatego jego lot nie był tak perfekcyjny jak dotychczas – jebnął ryjem w korę, która wzbudziła w Nidarze niepokój, lecz ten nie zdążył się bardziej zainteresować nadnaturalnym pojawieniem się odłamków, bowiem pijany Ragnar, tuż po tym, jak chlasnęły go w każdą możliwą część ciała ostre końce gałęzi, jebnął w Atrydę z całą mocą.
W szarych, ogromnych oczach widać było smutek i ból. Spod lewej pachy wypadła mu proca.
Na widok brata Ragnar znów zaczął pijacko szlochać, nie przejmując się tym, że sutanna Nidara splątała się wokół jego łydek. Zaraz jebnął o ziemię i padł jak długi przed oniemiałym Auricem, i niedowierzającym, wciąż oschłym Dyerem.
– 3/10 – ocenił atak na Atrydy Dyer.
Po krótkiej chwili Auric stanął we władczym rozkroku i rzekł cicho:
— Słuchałeś mnie? Nie wolno ci... — powiedział z lekką pretensją w głosie, krzyżując ręce na piersi — choćby nie wiem co, nie możesz nikomu o niczym powiedzieć. 
Ragnar jęknął i czknął, po czym z niemą prośbą patrzył na zarośnięty ryj Dyera, który przywodził na myśl Sasquatcha.
W międzyczasie Joa wypełzła spod ciężkiego ciała starszego łowcy, i wspominając coś o nocnym spotkaniu w kościele, zbiegła z miejsca zbrodni.
*** – Can I be a sasquatch too?
– You already are, you're my son, my little baby sass…
*** – Widzisz, Łowco... – zaczął Auric po długim, zbiorowym zamyśleniu. Lubił tak nagle, brutalnie, z całą agresją na jaką go było stać. Bez pardonu, bez asekuracji ani żadnego ostrzeżenia ciąć ciszę słowem niczym tchawicę paragonem (na coś musi się przydać). – Widzisz...
– ...y! – jęknął Ragnar ze złością i bólem, na tyle przytomnie, że przez chwilę myślano, że jego pijacki umysł jest w stanie pojąć cokolwiek trudniejszego niż "Pijmy!", "Za nasze podlenie!", "Ssabić ich...". Uznali to jednak za niemożliwość i procentowe majaki, a w tym czasie nietrzeźwy łowca wpełz na drzewo znów, bo miał taką chętkę. Wciąż w głowie brzmiała mu ocena Dyera: „3/10”, i czuł się z nią źle, bo każdy wiedział, że był lepszym łowcą. Nietrudno nim być, gdy staje się w szranki z analfabetą. W każdym razie wpełz, chcąc poprawić ten atak na Atrydy.
Spontanicznością chciał ich pokonać.
No, w ostateczności obezwładniającym oddechem.
Auric oburzył się na to „…y!”, bo jak to tak, on kierownik, przemocgwałtyseksatryda, a jakiś człowiek w stanie jest pokonać wewnętrzny strach do niego, który każde ludzkie ścierwo posiada zakodowane w genotypie, a jak wiadomo, różnimy się tylko fenotypowo, a powieść z przecinkami najebanymi w każdym możliwym momencie jest lepsza.
– Dyer proszę – uprzejmie zaproponował Łowca przejście na stopę towarzyską. – Dyer Łowca z Szyzr. Mieszkam w chacie. Mam kobietę – wymienił jeszcze super ważne informacje, jakby miał zaprzyjaźnić się z Kierownikiem i wspólnie z nim gwałcić i rabować wbrew naturze łagodnego łowcy z oschłym głosem, a nie jakby był o krok od dojebania.
Czuł, że sprytem, dobrem i przyjaznym nastawieniem może zdziałać naprawdę wiele, a przynajmniej powrót do pełnych drzew lasów.
Kierownik wyprężył biodra – w końcu mógł, bo nie było nikogo kto by z rosnącym zainteresowaniem śledził odblaski na legginsach – głęboko rozmyślając.
– Auric z domu Dayya... – Nagle zrozumiał, że dał się wpędzić w gierkę łowcy, doskonale przejrzał plan Dyera (ten też starszy łowca dokładnie i skrupulatnie rozpisał). – Kobieta, mówisz... – Auric uśmiechnął się najbardziej perfidnym uśmiechem z całego arsenału uśmiechów, wykrzywiając wargi tak złowieszczo, że Ragnar nie wytrzymał napięcia i przestał trzymać się gałęzi. Zarył tyłkiem w ziemię koło śpiącego Nidara (nie wiedzieć kiedy Atryd zasnął) gruchnął nadgarstkiem w głaz niczym gołąb w szklaną ścianę rozpaczy, po czym w mechanicznym odruchu chęci wstania o własnych siłach na nogi przyjebał stopą w bok księdza, który chcąc nie chcąc, musiał otworzyć oczy.
Przypadkowo też Atryd zamienił się w swoją prawdziwą postać, zahaczając cielskiem o drzewa, ogonem uderzając w bezwolnym odruchu paniki w Kierownika (który wymyślał akurat trzydziesty trzeci sposób na gwałt ze szczególnym okrucieństwem z użyciem drewna na kobiecie z Szyzr) a także przyduszając przypadkowo łowców szponami łap.
– Przepraszam – ze szczerą skruchą w radosnym głosie powiedział Nidar.

Gdy już doprowadzili się do ładu, a właściwie gdy Kierownik oddalił w czasie rozmyślania o tym, czy nie otworzyć w najbliższym czasie jakiejś jeszcze bramy, co do czego winę zrzuciłby na Nidara, a ten cierpiałby niesamowicie, Nidar w końcu pojął, że drzewa nie padają bez przyczyny, tylko na wskutek jego kręcenia się w kółko, a łowcy bezproblemowo i zgodnie z faułu oddali się w niewolę. Dayyah poinformował o powrocie do chaty i świerka, w celu dalszej dyskusji i dogadania paru istotnych szczegółów dotyczących umowy, którą zdaniem Dyera niezwłocznie zawrą. Bo przecież sprawa z nadleśnictwem musiała zostać rozwiązana, a zszargane opinie łowców, a właściwie tylko starszego, bo tylko jego reputacja była nieporozumieniem, oczyszczone.
Jednak jeśli spodziewali się happy endu (Dyer pragnął tylko odrobiny szorstkości, Nidar liczył ba udaną wieczorną mszę, Ragnar miał nadzieję na pełny barek, a Auric na dwie nogi, szczelinę i trochę przemocy), to byli w błędzie.
Świerk zniknął.

Gdyby mieli to w zwyczaju, stanęliby jak wryci. Zamiast tego Ragnar przeprosił i udał się na stronę, mówiąc, że gniecie go w przełyku, Nidar deklamował pod nosem z radością tekst z Apokalipsy św. Jana, a Auric sprawdzał, czy wciąż ma szramę na ryju, wspomnienie sromotnej porażki z krukiem.
Jedynie Dyer zachował trzeźwy umysł (co w przypadku jego brata raczej się nie zdarzało) i podbiegł tam, gdzie jeszcze niedawno i namiętnie, niemalże z obustronną przyjemnością, miział korę.
Instynkt łowcy podpowiedział mu, że gdzieś powinien znajdować się liścik z żądaniem okupu od porywaczy.
I tym razem instynkt nie zawiódł starszego łowcy, bo liścik przyczepiony był do drewnianych paneli chaty.

– Jest problem – oznajmił zimno. – Czytanie sprawia, że moje wnętrze krwawi, libido spada, zdolność logicznego myślenia i kojarzenia faktów, a także wpływ na losy faułu spadajo, osiągając liczbę zero – przedstawił nieprawdziwe fakty Łowca, nie chcąc przyznać się, że jest analfabetą, bo to by pociągało za sobą konsekwencje – przecież III Niepisana zasada mówi, że jedna zdradzona tajemnica pociąga za sobo drugo.
– Pyr.
Auric wziął po tym zdaniu kartkę w swoje blade, drżące dłonie i przeczytał słowa, które wprowadziły zamęt w życie Atrydów i Łowców.
"Mamy zakładnika. Jeszcze żyje. Nie pociągnie długo, maks. trzy sety, może jeden trening na siłowni z dodatkowymi obciążeniami. Nie chcemy pieniędzy. Przedstawimy nasze żądania za trzy godziny. Miejsce spotkania; rozdroże. Bez żadnych sztuczek i dopalaczy, bo zakładnik spłonie."

Podpisano
do szpiku wściekli
Zb9 i Kypek

Płomienie świec migotały przerażająco, oświetlając nikle kawałek posadzki pomiędzy dwoma kolumnami ławek. Za witrażami w starych, gotyckich oknach była już ciemna noc – bezchmurna, z wielkim, oślepiającym księżycem w pełni na tle granatowego nieba.
Dwie ciemne sylwetki maszerowały samym środkiem kościoła; jedna o kilka centymetrów wyższa z namaszczeniem smyrała każde oparcie ławki, którą mijały; druga jak najszybciej chciała wydostać się z tego miejsca, w wyobraźni widząc każdą czyhającą na ich życie istotę.
– Myślę, że straciłyśmy trochę sens… –– przyznała wyższa, ubrana w dres z Kipsty, z wystającymi zza niego bokserkami w pingwiny, łudząco podobnymi do tych Krone’a, gdy siadały w jednej z ławek. Do ołtarza miały jedynie kilkanaście kroków i cztery stopnie. Młodsza i niższa, fajniejsza, w dodatku też mądrzejsza i bardziej kreatywna (od słoika do…) zgodziła się mruknięciem i profilaktycznie wsunęła głowę pod deskę ławki. – Czysto… – poinformowała z powagą.
– Kiedyś miałyśmy faułu… – kontynuowała starsza, niezrażona inspekcją prowadzoną przez towarzyszkę. Dość dziwną inspekcją, bo tamta wyginała się niemożliwie, zwieszając ryj co kilkanaście sekund i upewniając się, że nic nie pełza pod ławkami. – Wiesz, był ten cały świerk, oni go porwali, przecinki, lochy i przemoc, gwałtem przeplecione, wiesz… A teraz… Reasumując…
Acha – podsumowała młodsza przytłumionym głosem. – No, trochę. To znaczy, ten… Proso do celu, co nie? Musimy. Nie wiem. Ale wiesz. Zapytam Jej, co ty na to? Co myślisz?
– Mmm…
Nagle odezwały się cicho dzwonki, coś stuknęło, wprawiając inspektorkę w zadumę (nie żeby to był strach, co nie). Wsunęła dłoń do kieszeni kurtki i zacisnęła palce na butelce z gazem pieprzowym.
– Co t…?
– Shh…. Zaczyna się msza – uciszyła towarzyszkę. – Wrócimy do tego później…
*** Po mszy Joa zaproponowała, że upiecze ciasto i tym odwdzięczy się Kan za utracone nadzieje co do spotkania z Adamem. W tym celu udała się do supermarketu, przypadkiem tego samego, w którym o paragon prosił Dayyah.
Do koszyka wrzuciła mleko, mąkę, cytryny, bo wiedziała, że z szerokiego spectrum jej kucharskich umiejętności to ciasto cytrynowe Kanterial ceniła najbardziej. Nie żeby spectrum obejmowało jeden znany przepis.
Podpełzła do kasy, do której ustawiła się już kilkuosobowa kolejka. Zobaczyła znajome plecy i spróbowała uśmiechnąć się przyjemnie.
Steir też zauważył Joę i zaproponował:
– Proszę, proszę przede mno.
– A dziękuję, dziękuję – Joa obrała sobie za cel podwajanie wypowiedzi.
– A może chcesz, żebym rozpakował twój koszyk – zaproponował, opierając się o taśmę kasy z niejednoznacznym uśmiechem na ryju. Joa niestety była słaba w metafory, chociaż upierała się, że wręcz przeciwnie, i odparła z dumą:
– Nie, dzięki, poradzę sobie.
Steir uniósł brwi.
– Ale może jutro – dodała, by podnieść go na duchu.
Mistrz, który ukrywał, że był Mistrzem, parsknął cicho śmiechem.
– Jutro to...
– Mam bark pływaka – zgasiła Steira Joa, nie słysząc poprzedniej wypowiedzi – i achievement [Somebody likes me] – pochwaliła się jeszcze.
Steir tylko rzucił, że och atrydzia noga zapomniał o super ważnej misji z przeszłości, rzucił zakupy w kąt i wybiegł ze sklepu. Nie wiedzieć czemu.


***
SpoilerShow
SCENA USUNIĘTA [ASSASSINS CREED THE PRIESTHOOD ADVENTURES] czyli jak Rolf i Wolf wybrali się do Kobiety ~by Kan
W końcu dolecieli na miejsce. Karnawał w tym mieście nie był jakiś specjalnie epicki. W ogóle, Stojke uważał, że taki tłum, w który można się wmieszać, to nie są jego klimaty. Krone biegał gdzieś po dachach i najwyraźniej świetnie się bawił ze swoimi kumplami w kieckach, a on, Rolf Poparzony Rapem Stojke, jak zawsze pokrzywdzony i niedoceniony, musiał sam (!) szukać budy z kebabem! Może gdyby Wolf zajął się czymś innym niż wieczne prucie z kolegami czy inne (niedojrzałe, skromnym zdaniem Stojkego) zabawy w chowanego z papieżem i arcybiskupstwem, to właśnie on, Rolf, najlepszy skuter raper w mieście, mógłby poczuć się wreszcie doceniony. W ogóle, zawsze spadała na niego odpowiedzialność i zawsze to on, tylko on, musiał głowić się i kombinować, gdy przyszło co do czego.
– A dobrywieczór – zagadnął staruszkę – gdzie zjem kebaba?
– ...? – odparła staruszka tyłem do niego, bo była stara i nie zorientowała się, z której strony dochodzi wspaniały głos zawodowego rapera. Stojke poczekał, aż okręci się i spojrzy na markowe dresy, które akurat dziś na sobie miał jak zawsze. Staruszka wydała z siebie ciche “eeE–ghee?” i zlokalizowała odblaskową bluzę, a zaraz potem całą resztę.
Raz do Rolfa zadzwonił sam trener Alekna tak bardzo chciał kupić swojej drużynie takie dresy co Stoje na sobie miał, ale Stojke zbył go, mówiąc, że akurat ma konferencję prasową po koncercie.
– Kebab – uściślił życzliwie, wisząc nad staruszką jak Auric nad
– nad, heh, nie ważne.
– jak to nieważne, nad kim on tak wisiał?
– na pewno nie nad tobą ;)
– może akurat ja bym sie chciała dspierdalajmopsie
– nie moge powiedziec nad kim
– nienawidzę cię

planami obrony Adrienn.
– Najlepszy u Turasa, ogarnij też Bar Mafia za rogiem Chocimskiej, ale u Turasa lepiej pali jak lubisz ostry sos – odparła babcia. Rolf poczuł, jak z niedowierzania roluje mu się T–shirt pod sportową bluzą. Skąd staruszki mogły mieć tak rozległą wiedzę o kebabie? Była podejrzana. Jak trzeźwy Wolfgang albo zdatny do użycia rower.
– To – zaczął wolno, ale zapomniał, co chciał powiedzieć (zapominał też to, co mówili mu inni, ale lubił wcześniej stwierdzić, że ich wypowiedzi miały jakiś dziwny, ciekawy podtekst, którego nie zrozumiał) – to... To pani też lubi ostry sos – dokończył z podziwem, stając w bardziej raperskim rozkroku. – Albatros – dodał dla pewności, że nadal potrafi pisać głębokie teksty.
– Lubię też piosenkę religijną i dzierganie – zaskrzypiała natychmiast, a jej pomarszczoną twarz rozjaśnił promienny uśmiech.
– A, t – Stojke spanikował – też coś niecoś dziergam czasem j...
Dwucentymetrowe szkła okularów błysnęły refleksem, oślepiając Stojkego z dołu, tak że nie zauważył nawet, gdy zachłanne babciowe ramię spróbowało chwycić go pod rękę. Pech chciał, że Rolf miał prawie dwa metry a jego nowa wielbicielka około metra pięćdziesiąt.
Skończyło się to tak, że wychowanek ulicy (groźny prawie jak czarny raper z New York, wiem co mówię), z natury pokojowy i nieskory do zbędnej agresji (chyba że słownej wobec duchownych), wydał z siebie jakieś nieartykułowane, zbulwersowane warknięcie połączone z niemym oburzeniem, kiedy coś przejechało mu od spodu po obniżonym swagersko kroku dresów. Babcia oplotła raperskie udo i zaczęła ciągnąć w stronę rynku.
– Pójdziemy do lasu, za miastem jest ładny las! Mogłabym mieć takiego wnusia – mówiła, a Stojke wyginał się jak flądra, próbując skakać na jednej nodze i przy okazji nie znokautować staruszki kolanem tej nogi, którą wybrała sobie jako towarzyszkę spaceru. Należy dodać, że adidas rozmiaru 48 nie jest skory do współpracy, jeśli chodzi o nie kopanie emerytów. – A dziś jak wysiadałam z samolotu, pewien młody człowiek dosłownie się na mnie, proszę ja ciebie, rzucił – ciągnęła babcia z dumą – nie dziwię się, wyglądam na pobożną, a to był ksiądz, najprawdziwszy ksiądz, ale ja to bym nie chciała do takiego na spowiedź, był nieogolony, brudne to takie wygląda jak bezdomny, jak się mężczyzna nie goli, to znaczy, proszę ja ciebie, że albo nie ma dla kogo, albo żadna go nie chce – wymądrzała się – a dobrze wiem, że jakby chciał, to mógłby szybciej ze mnie zejść, a nie udawać, że nie może się podnieść z bólu, sam się, proszę ja ciebie, pokusił, nikt go do tego nie zmuszał.
– A może ktoś mu sprzedał kosę – naświetlił Stojke – się znaczy podłożył nogę – wytłumaczył dosadniej – jak wychodził z samolotu.
– Młody jesteś świata nie znasz – odparła. – A niby co za łobuziak podkładałby nogę księdzu?
– Nie wiem – Stojke zamrugał – pewnie znów te jebane asmodiany.

Krone wypadł zza muru i jebnął drifta jak SUBARU IMPREZA z CollinMcraeRally, a że zakręt leśnej drogi był bardzo ostry, sutanna bardzo rozdarta, ręczny bardzo zaciągnięty, a Wolf bardzo przerażony, drift ten zakończył się po dokładnie po stu osiemdziesięciu, a nie dziewięćdziesięciu, stopniach. Wypierdolił aż mu zdarło najki i zarył idealnie przed papieżem Franciszkiem.
– PRZEPRASZAM ROZUMIESZ – zawył od razu – NIE ODBIERAJ MI SUTANNY.
– Nawet n –
– TAK, BYWAM NAPRUTY, PRZYZNAJĘ, ALE TO NIE POWÓD ŻEBY KWESTIONOWAĆ MOJE KAPŁAŃSTWO, TE OWCE MNIE SŁUCHAŁY – rozpacz Wolfa osiągnęła limit. Oto nadszedł dzień zapłaty za tamte wszystkie żarty o tornistrach i niejednoznaczne uśmiechy. Tylko skąd Franciszek wiedział? Pewnie rozmawiał z Joą, ona to zawsze lubiła sprowokować prawych ludzi do jakichś odjazdów nocą na komunikatorach online. – A JAKIŚ ULICZNIK PODŁOŻYŁ MI NOGĘ, ATEIŚCI POSTAWILI PRZEDE MNĄ PŁOT I MUSIAŁEM GO POKONAĆ ROZUMIESZ – chciał podnieść się, ale zamiast tego podciągnął tylko nogi w kolanach, więc cała reszta nadal tkwiła w błocie i wyglądał jeszcze żałośniej. Nabrał powietrza, szukając dalszych argumentów – MOPS MNIE POGRYZŁ JAK SZEDŁEM ULICĄ.
– Może b –
– A CO MYŚLISZ, ŻE SIĘ NIE STARAM? POWIEDZIAŁEM MU, ŻEBY ZA MNĄ SZEDŁ, TO SKĄD MOGŁEM WIEDZIEĆ, ŻE NIE ZAUWAŻY SZCZELINY W MOŚCIE? JA PIERDOLE JAK TA SZCZELINA BYŁA PRAWIE TAKA JAK MOST ROZUMIESZ, TO NIBY JAK MÓGŁ W NIĄ WPAŚĆ, CO MAM SIĘ CZUĆ WINNY? MOŻE SPRAWDZĘ TEŻ WSZYSTKIE STUDZIENKI KANALIZACYJNE NA OSIEDLU? DOBRA ODBIERZ MI TO, DOBIJ MNIE PROSZĘ BARDZO.
– Akurat ch –
– A OBROTOWY JEZUS BYŁ SERIO ŚMIESZNY SAM POWIEDZ.


*** Wiedział. Wiedział, kurwa, od początku.
Jak tylko weszli do lasu (który rósł zaraz za miastem), babcia zaświeciła się na czerwono i sprzedała mu hita na 1500 HP. Jebana babcia–elita. Stojkego chuj obchodziło, że to elita, jego ego cierpiało bo w końcu miał wyższy lvl (nie tylko od babci, ale od Wolfa też, o tak, z Wolfem różnili się lvlem na pewno) i powinien mieć za nią łatwego expa, a nie LOW HP i mrygający alert warcrafta. Odpalił Rapping Wild i pobiegł z 120% ground speed, rapując, żeby uciec przed babciomobem.
Przebiegł ledwo pół mapy, bo przeszkadzały mu drzewa (ja pierdole kto wymyślił drzewa w lesie?) i nie miał za kim followingować (przy okazji zaczepiał też każdego hordusa jakiego zobaczył, nawet kiedy czuł instynktownie, że mają wiekszy level niż on), a potem zagapił się biegnąc i wyskoczył wprost na jakąś małą, góra czternastoletnią, dziewczynkę.
W czerwonym kapturku.
Nie wiedzieć czemu pomyślał o Wolfie.
Dziewczynka zaczęła drzeć mordę, więc Stojke zrobił pierwszą lepszą rzecz która przyszła mu do głowy i włączył tuż nad nią Battle Stance.
– Nie bój się, dziecko – zawołał, sięgając po miecz – ze mno nic ci nie grozi, możemy się razem powozić – pierwszy raz w życiu wyszedł mu składny rap z dobrą ilością sylab, i tak go to przeraziło, że aż podskoczył, przy okazji machając dwuręcznym orężem.

You have earned the achievement [JPRDL PRZYPADKIEM]!

Jak chuj, dziecko było martwe.
– O kurwa, przepraszam, poczekaj, może ci pomogę, mam herbalizm i kowalstwo – panikował Rolf.

You have earned the achievement [BEST WoW DUAL PROFESSION EVER]!
You have earned the achievement [Somebody used to like me]!


Zrozpaczony, z braku lepszych pomysłów kliknął na zwłoki i zebrał loot. Itemy okazały się potężne i unikalne, więc bez wahania włożył nakrycie głowy i wziął do ręki koszyk z leśnymi owocami.
Nigdy nie sądził, że będzie mu tak do twarzy w czerwonej chustce.
Pasowała do niego.
Tak. Nareszcie mógł być sobą. On, Rolf (Krone nadał mu chrześcijańskie imię Rollo) Stojke, poczuł nagle niesamowicie silną potrzebę odwiedzenia jakiegoś NPC w najbliższej chatce w lesie. I nawet przez myśl mu nie przeszło, że ta chatka może należeć do babci–elity.

Gdy tylko Wolfowi udało się zachachmęcić papieża swoim nowym skillem [Skrucha], spierdolił podciągając szatę i biegł tak długo, aż znalazł miejsce, w którym można było się schować (normalnie usiadłby za skałą, ale nie chciał nikogo wystraszyć). Wbiegł do drewnianego pomieszczenia, zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o ścianę, robiąc kampę na miarę Joi schowanej za zasłoną.
– Wczoraj była tu jakaś kłótnia? – spytał ktoś, a charakterystyczny dźwięk betonu poniósł się po kondygnacji. Krone aż zesztywniał, krzywiąc się i wspominając gołębia. – Sorry, że trochę nie na temat, ale o co chodzi? – dodał betonowy głos. Wolf zacisnął palce na pierwszym guziku pingwinów, żeby się uspokoić, bo właśnie zaczynał podejrzewać, że znów się napruł i wbił na bani na SB. Miał halucynacje, zwidy, urojenia?
– Dostaniesz quest, dziecko, idź, masz tu fałszywe papiery na to, że jesteś leśniczym. Idź i zabij wilka, który chce upolować moją wnusię i dobrać się do jej Amuletu. Czy możesz to dla mnie zrobić? – spytał babciny, rozdygotany głos. Mówiła prawie szeptem. Krone się nie dziwił. Musiała być przerażona, wilk pewnie czaił się na jakąś bezbronną dziewczynkę, a item >>Amulet<< musiał mieć sporą wartość (może nawet dodawał +1mm do długości?). Dziewczynka wybiegła z chatki, gdy tylko otrzymała quest, a Wolf coraz bardziej zagłębiał się w paranoicznych wizjach. Trochę jakby nie był sobą...
A w ogóle skąd babcia wiedziała o wilku?
Dlaczego babcia mieszkała sama w lesie i wysyłała wnuczkę na duela z wilkiem, a poza tym...
KURWA JAK TO NIE ISTNIEJE BUDYŃ O SMAKU CYNAMONOWYM?

...co miała na myśli z tym konkretnym wilkiem? Wilki? Zaraz, Wolf, czy to się nie łączy w spójną całość?! Momencik (powiedziałaby Kanterial) to ON był tym wilkiem! Tak! Poczuł, że sam ma do zaliczenia questa (był w końcu w grupie z Rolfem Warriorem Herbalistą–Kowalem i dzielili expa)!
Wyszczerzył zęby i warcząc wypadł zza rogu, tak tylko, żeby pokazać babci, z kim miała do czynienia. Roleplay szedł mu wyśmienicie. Staruszka zaczęła krzyczeć w niebogłosy. Krone uznał, że powinien coś zagryźć albo rozszarpać, ale najpierw zdecydowanie zawyć do księżyca. I gdy tylko tak postanowił, usłyszał w swojej głowie głosy:

– O wilkołakach mogłabym mówić wam całą noc!
– Czy to prawda, że działa na nie srebro?
– Bransolety... czyste srebro?
– Czyste
– Oczyszczone z zanieczyszczeń?
– Czyściuteńkie
– Nie! Kurwa, byle nie srebro! – przeraził się nie na żarty. – NIE! – Odskoczył, gdy babcia chwyciła posrebrzaną łyżkę do cukru i zaczęła machać mu przed ryjem.
– GIŃ POTWORZE!
– NIE, BŁAGAM, TYLKO NIE SREBRO! – Tym razem nie zdążył. Babcia przyjebała mu sztućcem w czoło i wyzwoliła Racial Skilla, a że Wolf był pod H-Priesta, wywaliło mu z insta spell “Holy Fire”.
Nie miała szans. Dosłownie spłonęła w płomieniach wiary i ani Wolf nie mógł nic zrobić ze swoim wskrzeszaniem (którego ani razu nie udało mu się użyć, choć byli tacy, co ginęli pięć razy na godzinę), ani ona, bo wyjebało ją na cmentarz w innej lokacji.
Wolfgang, z poczuciem winy po nieumyślnym morderstwie, zaczął szukać miejsca na kryjówkę w razie powrotu dziewczynki lub, co gorsza, prawdziwego leśniczego. Wilcze instynkty trochę zaćmiły mu niewąsko bystry i katolicko sprytny umysł, dlatego też zaścielone łóżko wydało mu się idealnym ukryciem. Ledwie zdążył zawinąć się w tortillę, a już do chaty wbił Stojke.
– Babciu – wydarł się wesoło – wróciłem!
– Kurwa – wyrwało się Wolfowi. Zapadła niezręczna cisza. Obaj byli pod presją fabuły, której nigdy tak naprawdę w Świerku nie było. Ale czuli ją. Czuli się częścią baśni, częścią questa, którego musieli ukończyć.
– Bab... Krone, farmerze jebany – szepnął Rolf – dlaczego masz takie... takie... długie palce...
– Tylko dziewięć... Dziewięć... – Wolf nie umiał się wysłowić, głowa pękała mu od wewnętrznej pokusy przeobrażenia się w wilka i zagryzienia kur zaatakowania Kapturka.
– Ja pierdolę, ja mam… osiem, mam... niecałe... nie...
– Ehe...
– Wolf, gdzie ta babcia… co zrobiłeś z babcią...
– No chyba nie zjadłem nie... Ty tępa cegło... Chyba umiem gotować...
– ...
– TU SĄ! – wydarła się dziewczynka. Jak się okazało, przyprowadziła ze sobą samą Kobietę. Dopiero wtedy Stojke z Kronem przypomnieli sobie, po co tak właściwie wybrali się na tę długą i pojebaną jak anegdoty Joi wyprawę bez pointy. Mieli dokańczać powieść.
– O co chodzi z tym księdzem? – pytała dziewczynka. – Dlaczego on śpi w łóżku babci Kapturka?
To moje łóżko – sprecyzowała Kobieta.
– Dlaczego? On śpi tam z tobą naprawdę, czy tylko tak wyszło?
– NIE – zaparł się Wolf, próbując wyglądać przekonująco, ale sam wcześniej obtoczył się kołdrą jak poczwarka i niewiele mógł teraz zdziałać. Stojke stał z głupią miną i opuszczonym mieczem, udając w niezręcznej ciszy, że szuka jedzenia. Kobieta tymczasem z trudem sformułowała odpowiedź:
Ksiądz powiedział, że jak ktoś chce przyjść pogadać albo...
– NIC TAKIEGO NIE MÓWIŁEM! – wydarł się Krone. – Do niczego nie doszło!
Ale tego uczą w seminarium i mało osób o tym wie. Mam o tym książkę...
– Tak? Krucafux – zaklął Rolf cicho. Dziewczynka kiwała głową, słuchając uważnie, a Kobieta ciągnęła bez mrugnięcia okiem.
Wyszłam od niego zarumieniona...
– Nie... – szepnął Wolf, wtulając zarośnięty ryj w poduszkę. Chatka prawie pulsowała od zażenowania.
i zamyślona...
Stojkemu zrobiło się słabo.
– Krone. Mówiłem, kurwa, nie pruj tyle tyskiego – wymówił niemal bezgłośnie, zakrywając twarz skrawkiem swojej czerwonej chustki. Wolf wgryzł się w materiał, spazmatycznie wypuszczając powietrze. W chuj cierpiał ból swojej kapłańskiej dumy.
i uduchowiona... – dokończyła Kobieta z uśmiechem.



c.d.n. :belt:
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

ODPOWIEDZ