Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Let it R. I. P. [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: Kruffachi » 13 lutego 2016, 12:06

Tia... Wiem, że masa moich nieskończonych projektów tu wisi, myślę nad nimi coraz częściej, serio. Ale, chociaż się wahałam, zostałam lekko pchnięta przez Vanka, żeby zacząć to wrzucać, no i wystarczyło, żebym się złamała. Mam słabą wolę, jeśli chodzi o publikowanie swoich wypocin XD
SpoilerShow
No to ten, w dzieciństwie szał na Beyblade'a mnie ominął, miałam trzy kanały (potem bajki na TVN, wow!), więc nie wiedziałam, w co się pakuję. A zaczęłam oglądać, żeby móc czytać inne fiki, bo mnie dwa interesowały z powodu przyczyn. No i tak, głupota wylewa się uszami, sam koncept walki na bączki w misce powoduje rechot, ale jednak... Kurde, w połowie trzeciego sezonu strzelił mnie pomysł na serię miniaturek, a po finale okazało się, że to nie będą miniaturki. Grafomańsko wpadłam. Nie wiem, czy da się to czytać bez znajomości kanonu, jakieś streszczenie poniżej.

Olewam drugi sezon, poza tym pojawiają się niemal wszyscy - nawet jeśli martwi XD Imiona trochę miksuję - część z wersji oryginalnej, część z hamerykańskiego dubbingu, choć jak najbardziej odwołuję się do scen wyciętych w tym drugim (PRZEEEMOOOC! :devil: ).

W rolach głównych: moje writers petsy Jurij i Miguel, Rei, Hiromi.
A, i sprostowanie, żeby fanfickowej tradycji stało się zadość: nie mam praw do Beyblade'a, a szkoda, bo pewnie byłabym już bardzo bogata. Nie posiadam też praw do tytułów większości rozdziałów. Pochodzą głównie stąd, reszta to przekręcone tytuły piosenek (te będę zaznaczać gwiazdką). W poprzednich odcinkach:


Pass me that lovely little gun
My dear, my darling one
The cleaners are coming, one by one
You don't even want to let them start

They are knockinh now upon your door
They measure the room, they know the score
They're mopping up the butcher's floor
Of your broken little hearts

O'children

Forgive us now for what we've done
It started out as a bit of fun
Here, take these before we run away
The keys to the gulag


Nick Cave, O'children

Kann man Herzen brechen
Können Herzen sprechen
Kann man Herzen quälen
Kann man Herzen stehlen

Sie wollen mein Herz am rechten Fleck doch
Seh ich dann nach unten weg
Da schlägt es links
Links

Können Herzen singen
Kann ein Herz zerspringen
Können Herzen rein sein
Kann ein Herz aus Stein sein

Sie wollen mein Herz am rechten Fleck doch
Seh ich dann nach unten weg
Da schlägt es links
Links
Links zwo drei vier


Rammstein, Links 234


I
He’s not broken, he’s just a beyblade*


Pekin, 2015
– I oto on! Zdobywca srebrnego medalu, czterokrotny mistrz Azji i legenda beybladeingu! Panie i panowie, LAAAIII CHEEEN!
Trybuny oszalały. Początkowo bezładny tumult przeszedł w rytmiczne skandowanie i huk przypominający muzykę bębnów.
Ogniska, mała chińska wioska ukryta w soczystej zieleni lasów i pól ryżowych, rytualne gongi…
Rei potrząsnął głową.
Nie teraz.
Teraz po prostu popchnął wózek.
Koła zaskrzypiały i chłopak pomyślał całkiem przytomnie, że trzeba je będzie naoliwić. Rampa z blachy jęknęła pod ich ciężarem, publika wiwatowała dziko i zdawało się, że stadion tego nie wytrzyma.
Jakby się to nigdy nie zdarzało.
Sam Lai przyjął to wszystko obojętnie. Tak to przynajmniej wyglądało, bo dostępu do tego, co naprawdę dzieje się w jego głowie, nie miał już nikt. Jedna resuscytacja, druga, trzecia, jeszcze zapaść na stole operacyjnym, śpiączka – najpierw farmakologiczna, a potem już nie – niedotlenienie mózgu, trwałe uszkodzenia, przykro mi, pana przyjaciel jest warzywem.
Rei patrzył, jak wymuskana stewardessa wiesza medal na szyi Chena i myślał tylko o tym, że po stokroć wolałby widzieć ten sam bezużyteczny kawałek metalu na wieku trumny. Tak po prostu byłoby dla wszystkich lepiej.
I wtedy obojętna, wykrzywiona twarz Laia spojrzała na niego z telebimu, soki żołądkowe wraz z wyrzutami sumienia podeszły do gardła. W opadłym kąciku ust znów bielała kropelka śliny.
To tylko zmęczenie. Te okrutne myśli, to tylko męczenie. Przeminą jak wszystko. Spłucze je woda ze strumienia, wyciszy medytacja.
Ryki z trybun oddaliły się, jakby ktoś ściszył radio, zrobiło się zimno.
– I wreszcie nadszedł czas na zwycięzcę! Panie i panowie, oklaski dla…
Rei zacisnął usta.


Nowy York, 2012
– Halo? Halo, Judy Mizuhara?! To pani?
Stłumiła ziewnięcie, poprawiła włosy i wywołała obraz rozmówcy, zezwalając na rozmowę video. Spojrzała też na zegarek. Och, jedynie druga trzydzieści, kto by się przejmował.
– Kimkolwiek jesteś, młody człowieku, słyszałeś kiedyś o koncepcie różnic czasowych? – spytała obojętnie, opierając policzek na ręce.
Twarz po drugiej stronie kuli ziemskiej wyglądała na lekko zaskoczoną, ale trudno było orzec, czy elementarną geografią, czy faktem, że nie została rozpoznana.
No naprawdę, bo Judy miała obowiązek pamiętać tych wszystkich japońskich bubków. Choć inna sprawa, że teraz, komicznie wykrzywione, oblicze zaczęło się jej z czymś kojarzyć.
Takao. Wnerwiający kumpel jej wnerwiającego syna, drużynowy mistrz świata, który w żadnym wywiadzie nie raczył wspomnieć o pozostałych członkach zespołu (zresztą zawsze tak się właśnie o nich mówiło – „pozostali członkowie zespołu”) i dzieciak, który na gruzach Tokio jak gdyby nigdy nic kończył mecz z rudą abominacją z BEGA.
Ale to nie był Takao. Chyba że ten przez ostatnie miesiące zjadł tony faszerowanych antybiotykami kurczaków.
– Zatem…? – ponagliła znudzona.
Zamrugał, co wobec lekkiego laga wyglądało przezabawnie. Może nawet trochę uroczo.
– Kin… Kinomiya – wydukał w końcu, kiedy jego dwie szare komórki wreszcie się zderzyły. – Hitoshi Kinomiya. Trener. Opiekowałem się…
Judy wybuchnęła śmiechem.
– Pani Mizuhara…?
Opiekował się pan. – Och, może nie powinna mu tego wypominać, nie ona, ale jednego zarzucić sobie przecież nie mogła: doboru niewłaściwych słów. – Tak, nazwisko kojarzę, oczywiście. Tylko twarz mi się nie utrwaliła. Zdaje się, że gustuje pan w pewnych… dodatkach.
Im bardziej skonsternowany, tym bardziej uroczy jej się wydawał. Posłała mu jeden ze swoich najlepszych uśmiechów. Ot, po to, żeby zażenować go jeszcze trochę.
– No dobrze, bo za cztery godziny zadzwoni mi budzik – momentalnie zmieniła ton. – Co właściwie jest powodem tej rozmowy?
Hitoshi zbierał się powoli – każdy mięsień twarzy osobno i w ustalonej kolejności. Odchrząknął. Widać było wyraźnie, że nie tak wyobrażał sobie ten moment.
– Brooklyn – powiedział w końcu. – Wiem, jak działał Brooklyn Masefield i sądzę, że będzie tym pani zainteresowana.
Kiedy budzik zadzwonił, Judy wciąż siedziała przed ekranem na wideokonferencji.



Rosario, 2015
– Nie, nie trzeba… Tak. Wanna, Fallout, te sprawy… Że co? Tak, byłem. No… Tak… Mhm… Nie, nie, jestem, słucham… Mhm… Ale naprawdę nie trzeba. Nie, nic się nie stało. Po prostu nie trzeba. Mam co jeść. Tak. Mhm. Muszę kończyć. Pa. Tak, tak. Mhm. Pa… ciociu…?
Miguel miał ochotę cisnąć telefonem o ścianę. Albo lepiej – wyrzucić go przez okno. Oczyma wyobraźni widział, jak aparat leci z siódmego piętra, uderza o chodnik, a potem roztrzaskuje się na miliardy kawałków.
Problem polegał jednak na tym, że Miguel takich rzeczy zwyczajnie nie robił. Właściwie nigdy. Nie licząc tych dziwnych chwil, w których mecze pozwalały mu wyrzucić nadmiar emocji na zewnątrz, sceny urządzał rzadko. Za rzadko, o czym doskonale wiedział i co nieraz przecież ugryzło go w tyłek.
Woda w wannie była już zimna, ale wszedł do niej i tak. W końcu nie zamierzał siedzieć w kąpieli do końca świata, choć tak po prawdzie nie miał żadnego pomysłu na resztę popołudnia. W Fallouta wcale nie grał, wysiadł na kreatorze postaci, fabułę znał z memów i for, ot, żeby być na bieżąco i sprawiać pozory. No i mieć o czym gadać z ludźmi, kiedy już nie było wyjścia. W najgorszym razie brali go po prostu za nudnego geeka i uznawali, że brak wspólnych tematów to jedyny powód, dla którego była gwiazda sportu trzyma się z boku. Z czasem grono chętnych do zaprzyjaźnienia się z wpływowym, jak im się wydawało, chłopakiem, sukcesywnie malało, aż osiągnęło upragnione, równe zero.
Od roku było łatwiej. Miguel uzyskał pełnoletność, a wraz z nią szansę na odcięcie się od prawnych opiekunów i wyszarpanie honorariów za turnieje z bankowego funduszu. Starczyło na kawalerkę i kilka miesięcy wegetowania. Potem trzeba było zacząć rozwozić gazety rowerem.
W sumie niezła praca. Święty Miguel Od Gazet i Bartheza.
Lavalier prychnął, wyciskając żel na gąbkę.
W przeciwieństwie do większości bogatych dzieciaków, które jeszcze do niedawna domagały się jego uwagi, nie miał wujków w korporacjach ani ciotek na kluczowych stanowiskach w kurortach turystycznych. Nie czekała na niego firma ojca. Jak większość beybladerów był szarą, parszywą sierotą z dupą gołą jak jeż po depilacji i gdyby nie przedziwny zbieg okoliczności, pewnie byłby teraz zbieraczem butelek. Na pewno nie kimś wartym zainteresowania socjety i stawiania mu drogich drinków z palemką.
Nie, żeby nie lubił drogich drinków z palemką.
Tylko że te dzieciaki naprawdę nie miały o niczym pojęcia, ich towarzystwo tylko męczyło, bezmyślne komentarze irytowały, ignorancja połączona z przekonaniem o własnej wyższości na przemian kazały uciekać do własnej głowy, powarkiwać i walić czołem w ścianę. Nie to co inni bladerzy, chociaż… cóż. Zawsze można było gadać z ich zdjęciami, których stało na biurku zdecydowanie za dużo.
Kolejny dreszcz powiedział Miguelowi, że czas najwyższy ewakuować się z wanny. Przeczłapał więc z łazienki do pokoju, po drodze zgarniając całkowicie już zimną kawę. Walnął się na sofę i zamknął oczy.
Tym się w gruncie rzeczy zajmował, jeśli akurat nie rozwoził gazet – leżeniem na sofie i zamykaniem oczu. Ewentualnie udawaniem, że wcale tego nie robi.
Tak, trzymał się świetnie i wszyscy o tym wiedzieli.



Chuandixia, 2015 Rei też trzymał się świetnie. Codzienne medytacje i kąpiele pod lodowatym wodospadem trzymały w ryzach jego ciało i umysł. Dawały też chwilę wytchnienia od niełatwej rzeczywistości.
Kon nie narzekał. Każdy miał swój szlak i swoje brzemię do dźwigania.
Nabrał w płuca powietrza przesiąkniętego zapachem kwitnących magnolii, rozpoczynając delikatny taniec Qi gong. Przed nim na tarasie odpoczywał po podróży z Pekinu Lai, a miękkie, wieczorne światło padało na jego twarz, sprawiając, że wydawała się niemal ruchoma. Obok, na wciąż rozgrzanych dniem, starannie wyszorowanych piaskiem deskach, leżała zwinięta w kłębek Mao i lizała swoją dłoń, mrucząc przy tym cicho jak kot, którym w istocie teraz była.



Nowy York, 2012
Hitoshi nie lubił latać. Nie lubił tego wrażenia, że wszystkie jego wnętrzności są gdzieś indziej, i wiedzy, że dał się zamknąć w puszce i wystrzelić w przestrzeń. Nieważne, ile rejsów miał za sobą, to było równie konfundujące.
W dodatku leciał na spotkanie z kobietą, która najwyraźniej znajdowała przyjemność w wypominaniu mu absolutnie wszystkiego.
Zdjął okulary przeciwsłoneczne.
Zorientował się, że to zrobił, zorientował się dlaczego to zrobił, więc założył je ponownie.
A potem jeszcze raz zdjął, bo dotarło do niego, że Nowy York wita go paskudną pogodą bez ani jednego słonecznego promienia.
Może powinno być odwrotnie. Może to Judy Mizuhara powinna odwiedzić go w Tokio. Może powinien był wciągnąć ją na swój teren i rozegrać wszystko na własnych zasadach. Ale ryzyko wydało mu się za duże. Tam niedobitki BEGA wciąż walczyły z BBA, a po ulicach maszerowali obrońcy praw dzieci, praw zwierząt, wędkarze, młodzi maoiści, kolekcjonerzy znaczków pocztowych i oszołomy, które domagały się natychmiastowego i całkowitego zakazania beybladeingu.
Jedyne, co zrobiono, to rozwiązano wszelkie oficjalne struktury. Wysadzenie jednej trzeciej miasta w powietrze nie było – jak wydawało się Takao i reszcie tych pierwotniaków – zwycięstwem BBA i radości z amatorskiego sportu. Było tylko i wyłącznie klęską BEGA, sprowadzonego do rangi lokalnej organizacji zrzeszającej fanatyków puszczania bąków do miski.
Ewentualnie tragedią kilkudziesięciu rodzin, które w ułamku sekundy straciły bliskich, a w lepszym wypadku dach nad głową. Ale kto tam się przejmował rodzinami. Nawet w mediach za dużo o nich nie mówiono, bo konkurowały z – było nie było – niszczycielską bestią w głowie… albo z głowy irlandzkiego dzieciaka.
– Skup się, Hitoshi, masz spotkanie z harpią – Kinomyia upomniał samego siebie i mocniej zacisnął dłoń na rączce walizki.
Czekała już. Nieskazitelna, zimna i pod swoją całkowitą kontrolą – dokładnie taka, jaką pamiętał z dawnych turniejów. Cholera, przecież nawet, kiedy wyrwał ją ze snu o drugiej w nocy, wyglądała jak mrożona Rosamund Pike podana z truskawkami i bitą śmietaną.
Powitała go chłodnym, w pełni profesjonalnym uśmiechem.
– Pan Kinomiya, jak mniemam. Zapraszam do samochodu.
Prowadziła osobiście. Czerwone sportowe auto, którego z jakiegoś powodu się spodziewał.
– Zatem twierdzi pan, że znalazł sposób na sklonowanie talentu Brooklyna Masefielda? – spytała, kiedy jego tyłek oddawał się trudnej kontemplacji niewygodnego siedzenia.
– Nie tyle sklonowania talentu – poprawił ją. – Po prostu wiem, jak do tego doszło. I wiem, jak to powtórzyć.
– Tak, tak, pamiętam. Mógłby mi pan przypomnieć, dlaczego powinnam być tym zainteresowana?
– Bo jest pani naukowcem. – Hitoshi wzruszył ramionami. – I zawsze dążyła pani do zrozumienia beybladeingu.
– Mhm. – Judy przerzuciła bieg i Kinomiya miał już właściwie pewność, że przekraczają dozwoloną prędkość co najmniej dwukrotnie. – A także środki i ośrodek badawczy, którego pan nie posiada.
– Mówiąc szczerze: tak.



Siewierobajkalsk, 2015 – Foki to mendy. Ty nawet nie wiesz, jak potrafią popitalać.
– Aż im się uchy trząchają, zaiste.
– Ty to poetą powinieneś zostać, Gerwasij. – Zarośnięty rudzielec po prostu nalał jeszcze jedną kolejkę do szklanek, chociaż czuł już, że kolana ma mocno rozkmięczone, a w gardle więcej dziur niż czegokolwiek innego.
W sumie często było w nim więcej dziur niż czegokolwiek innego. Przyzwyczaił się.
– Tak czy siak, nie dam sobie wmówić, że dziary masz po workach z tłuszczem. Za czochranie pingwinka szram na ryju nie zarobisz.
– A zdziwiłbyś się, Gerwasij, zdziwiłbyś się – mruknął Jurij Iwanow i wychylił zawartość szklanki duszkiem.


II
No self-respecting woman dresses for men


Siewierobajkalsk, 2015
Jurij wracał do domu trzy razy.
Biorąc pod uwagę, że gdzieś w okolicy czaiło się najgłębsze jezioro świata, bez wątpienia mógł powiedzieć o sobie przynajmniej tyle, że wciąż cieszy się niebywałym szczęściem.
Wolborg miała do powiedzenia znacznie więcej.
Znowu to zrobiłeś.
– My… – Uświadomił sobie niejasno, że wyciągnął przed siebie palec. – My… Męsz… szyczyśźni z Sybiru…
Tak, tak, słyszałam już.
Pierwszy powrót do domu obejmował dwugodzinny spacer po porcie i próbę wejścia do nie swojego mieszkania. Najpierw wejścia pokojowego, a kiedy klucz stawił zdecydowany opór – wyważenia drzwi.
Drugi powrót zaczął się od niezdarnej ucieczki przed uzbrojonym w kościany nóż właścicielem chaty. Ucieczki nieudanej, zakończonej efektownym, ale nie efektywnym szczupakiem.
– Ach, to wy, Ivanow. Weźta i spierdalajta.
Jurij bardzo chciał sobie przypomnieć, kto to był, ale książka telefoniczna w jego głowie rozsypała się na pojedyncze litery i za nic nie mógł złożyć jej do kupy. Najprawdopodobniej jednak był to ktoś, z kim kiedyś pił, ktoś, kto wisiał mu przysługę, albo ktoś, do kogo zawlekał focze ścierwa. To nie miało zbytniego znaczenia – ludzie w surowym Siewierobajkalsku byli dla siebie zaskakująco serdeczni i Jurij czuł się czasem jak sopel lodu w ognisku albo jedyne dziecko, które przyszło na przedszkolny bal przebrane za czarną ospę. W każdym razie nikt nikomu nie pozwoliłby tu zginąć bez powodu i każdy zapamiętywał raz wypowiedziane imię.
Trzeci powrót do domu był najdłuższy, ale wreszcie otrzeźwiający. Szkoda tylko, że dopiero wówczas, gdy rozmokła ulica zamieniła się w rozmokłe runo, a chaty w czarne szpice świerków.
– Do kurwy nędzy!
Mówiłam.
– Mogłaś mnie ostrzec wcześniej!
Prosiłeś, żebym siedziała cicho, kiedy nie jesteśmy sami. Zapomniałeś?
Prawdę powiedziawszy – tak, zapomniał.
O wielu rzeczach zapominał. O wielu rzeczach chciał zapomnieć.
Jeśli pozwolisz, przejmę dowodzenie.
Rozejrzał się wokoło, skonstatował ciemny, gęsty las i błoto, które niknęło w czerni już kilka centymetrów dalej. Mógłby próbować znaleźć jakieś wzniesienie, a potem określić azymut, ale…
Westchnął.
– Prowadź, Wolborg.
Naprawdę, naprawdę wolałby myśleć o niej, że jest tylko pijacką delirką. Tak byłoby znacznie łatwiej. Ot, zachlał, poprzestawiało mu się. Jedni widzą białe myszki, a inni lodowe panienki, a jak ktoś jest bionicznym eksperymentem, to widzi nawet lodowe panienki do kwadratu i w wilczej skórze. Tylko że to nie było takie proste. Wolborg istniała. Realnie. Może nie namacalnie, ale realnie jak cholera. Tu, w jego głowie, wsadzona tam raz na zawsze przez pierdolony duet Kinomyia-Mizuhara.
W dodatku podstępem.
Jurij nienawidził wielu rzeczy, ale podstępów nienawidził nienawiścią tak czystą, że aż sam był gotów się jej wystraszyć.
No dobrze, bez przesady. Poczuć lekki dyskomfort.
O dyskomforcie też wiedział sporo.
Przeziębisz się.
– Dobrze wiesz, że nie.
Szczękasz zębami.
– Bo trzeźwieję.
Mógł tylko podejrzewać, że Wolborg również nie cieszy się z faktu uwięzienia w jego głowie. Każda normalna kobieta już dawno kupiłaby bilet na drugą stronę świata i założyła fundację na rzecz pomocy siostrom uwikłanym w związki z psychopatami. Ale nie ona. Ją zmusili do zwiedzania przestrzeni między jego uszami dzień w dzień, ciągle od początku, a podejrzewał, że nie ma tam wiele ciekawego, chyba że ktoś lubi gore.
Z drugiej strony, kto tam wie takiego ducha. Bo czasem sprawiała wrażenie, jakby jej to odpowiadało. A czasami, jakby jego głowa była doskonałym placem zabaw albo ośrodkiem rehabilitacji dla żołnierzy z wojenną traumą.
Zwłaszcza to drugie mocno go niepokoiło, bo mimowolnie rodziło pytanie o świat, z którego właściwie przyszła.
Takich pytań Jurij też nienawidził.



Rosario, 2015
– Tak, mówiłem przecież. – Przez telefon nie było tego widać, ale palce Miguela przebierały po poręczy kanapy bardziej niż nerwowo. – Mam. Co. Jeść. Tak. Tak. Nie. Tak. Wczoraj. Dwie. Jezusie z Maryją…
Rozłączył się.
Tak po prostu się rozłączył, chociaż wiedział, czym to grozi. Ale miał zwyczajnie dość. Każdej kolejnej dalekiej krewnej, która ni stąd ni zowąd przypominała sobie o dzieciaku, któremu wcześniej bez skrupułów pozwalała gnić w sierocińcu, a potem zbierać zęby po ciosach Bartheza, coraz bardziej. Nagle ważne stało się, co trzyma w lodówce. Ile śpi. Czy ubiera się odpowiednio (no, doprawdy, on miałby się ubierać nieodpowiednio). Jak długo siedzi przed komputerem. Kiedy ostatnio odmawiał różaniec i czy regularnie dokarmia bezdomne kotki.
– Ja… kurwa… pierdolę…
Ale serio, czy którakolwiek z nich mogła równać się z tymi, przeciw którym już się buntował? Poza tym miał dziewiętnaście lat, własne mieszkanie i legalną pracę. Mogły mu podskoczyć. O, i tyle.
Opadł czołem na poręcz.
– Ja… kurwa… naprawdę… pierdolę… przecież ja… kurwa… nie przeklinam…
I nie gadał do siebie. To go zawsze konfundowało.
Jęknął w zielony materiał obicia. Czy to już ten moment, w którym zaczyna się myśleć o psychiatrze?
– Jezu, nie. Pierdol się, Miguel.
I zamknij ryj.
To wszystko dlatego, że był dwudziesty kwietnia. Drugi dwudziesty kwietnia po tamtym dwudziestym kwietnia, kiedy prawdziwy koszmar się zaczął.
Och, Barthez! Barthez był swego czasu koniecznością. Ani Miguel, ani Claude, ani Mathilda, ani Aaron – o, on zwłaszcza – żaden z nich nie miał wyboru. Zostali zgarnięci szuflą i wrzuceni do tego worka, bo ktoś na drugim końcu świata potrzebował bandy łosi znikąd do przedstawienia o genialnym trenerze i niedoświadczonej drużynie, która pod jego pieczą rozwija skrzydła – to nawet całkiem dosłownie, Miguel odruchowo podrapał się po łopatce – i zdobywa mistrzostwo.
Ale na szafot – na prawdziwy szafot – poszli już z własnej woli.
Uczciwość wcale nie popłaca. Przecież nie o to w niej chodzi. Lavalier szybko jednak zorientował się, że tylko dla niego jednego jest to takie oczywiste. Pozostali uwierzyli, że są teraz pozytywnymi bohaterami jakiejś opowieści, a skoro tak, wszystko powinno im sprzyjać i prowadzić wprost do zwycięstwa. Pierwsze klęski uznali za stan przejściowy, odpowiednio dramatyczne zakończenie kolejnego aktu. Potem miał być już tylko marsz ku chwale.
I gówno z tego wyszło.
– To dla nas szansa – próbował przekonywać go Claude, gdy rozeszły się pierwsze plotki o projekcie Kinomiya-Mizuhara. – Wyobrażasz sobie, stary? Stać się jednym ze swoją bestią? Odpuściliśmy Bartheza, OK, ale jeśli mamy coś znaczyć, musimy szukać nowych opcji. Sami nie damy sobie rady i dobrze o tym wiesz.
Miguel był święcie przekonany, że się wówczas skrzywił, ale nikt prócz niego tego nie pamiętał, więc możliwe, że skrzywił się tylko wewnętrznie.
– Mogłabym… – Mathilda siedziała w kącie, patrzyła w podłogę i nerwowo skubała skraj różowej kurtki. – Mogłabym… Ja i Hedgedog… Wiesz, zawsze myślałam o nim jak o przyjacielu, a potem było to wszystko i…
Spojrzał na nią. Na tę drobną, nieśmiałą dziewczynkę, która zawsze była dla niego jak młodsza siostra, nawet w tych zamierzchłych czasach, gdy obawiała się za głośno przy nim odychać. Chciał jej powiedzieć, że to niczego nie zmieni, a na pewno nie cofnie czasu, ale nie miał pojęcia, jak to ugryźć, więc milczał. Znowu.
Wiadomo, że stare błędy są najlepsze.
Już to, co on, Emily i Kenny zrobili, przygotowując zespół Takao do walki z BEGA, to było za dużo. Krok za daleko. Wtedy chałupnicze ulepszanie dysków wydawało się świetnym pomysłem, a Miguel miał wrażenie, że uczestniczy w czymś wielkim i jest lekki jak piórko, tak. Że odkupuje winy. Nie wypierał się tego. Tylko że fakty mówiły za siebie i po raz kolejny wskazywały go palcem, nawet jeśli stał w czwartym rzędzie i nie miał żadnego znaczenia dla późniejszych wydarzeń.
Jego nazwisko nie padło w żadnym z artykułów, w żadnym z reportaży i w żadnym z naukowych opracowań. Nigdy nie zdecydował, czy to dobrze, czy jednak ma trochę żalu do pozostałych, że wyautowali go nawet z listy płac po filmie.
W tamtym momencie to drugie na ułamek sekundy przeważyło nad rozsądkiem i choć Miguel próbował się później wycofać, chwila słabości wystarczyła Claude’owi i Mathildzie, by przebić się przez jego pancerz i uderzyć w najczulsze miejsce.
– Jesteś naszym kapitanem – powiedział Tavarez.
I to w zasadzie wystarczyło.
A teraz cała trójka już nie żyła.
Został tylko on – ich pierdolony kapitan.



Chuandixia, 2015
Kocia karma zabrzęczała, uderzając o dno miski.
– Mao! Kolacja!
Rei nie musiał wołać jej zbyt głośno – kręciła się już w okolicy, ocierała o próg i meble. Kiedy postawił miskę na podłodze, podbiegła miękko, na czworakach, bo właściwie nie przyjmowała już innej pozycji, i zamruczała z ukontentowaniem, a potem pochyliła się nad jedzeniem.
Kon odwrócił wzrok. Nie zamierzał na to patrzeć.
Sam udał się do sypialni, zasunął za sobą drzwi, ale nie do końca, gdyby Mao zechciała przyjść domagać się głaskania. Miał jeszcze kilka listów do napisania.
Zasiadł za stołem, wyciągnął kartki i wieczne pióro. Lubił tradycję i pozostawał jej wierny.
Na ogół.

Drogi Mystelu,
doceniam to, co robisz, oczywiście, i jestem pełen szacunku dla Twojej pamięci o dawnych znajomych z Chin. Przyznam, że byłem dość zaskoczony, kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do informacji o tym, kto sfinansował pobyt Leia w klinice i jego rehabilitację. Domyślam się, że jesteś teraz bardzo zajętym człowiekiem i kosztowało Cię to sporo wysiłku.
Sądzę jednak, że w obecnej sytuacji możemy być ze sobą szczerzy. Jaka jest cena za tę przysługę?

Pozdrawiam serdecznie
Rei Kon


Może nie powinien pisać tego listu i wywoływać wilka z lasu. Może powinien był siedzieć cicho, cieszyć się faktem, że oboje Chen żyją, nawet jeśli trochę po swojemu. Ale jednak potulne czekanie i naiwna wiara w to, że były członek BEGA i obecny człowiek Biovoltu tak po prostu przeoczy go w terminarzu i zapomni o wyłożonych grubych milionach, zakrawało na głupotę. Rei nie zamierzał czekać, aż zamknie się ostatnia droga do przejęcia inicjatywy. Stało się już zbyt wiele złego, żeby choć pomyślał o odpuszczeniu tej partii.
Nie, kiedy miał do czynienia z byłymi członkami BEGA na najwyższych światowych stanowiskach.
Nie, kiedy laboratorium starszego Kinomyi i Judy Mizuhary spychało kolejnych beybladerów za krawędź śmierci, łącząc ich ciała i dusze z bestiami, choć tak wiele było już dowodów na całkowitą niemoralność tego pomysłu.
Nie, kiedy Lai zapłacił tak wysoką cenę za jedną jedyną przegraną od lat, Takao zaginął, Max zmienił się nie do poznania, a z Daichiego zrobiono nieświadomą konsekwencji swoich czynów maszynkę do zabijania.
Nie, kiedy zginęło tylu dawnych znajomych, w tym wielu z tych, którzy pomagali w przygotowaniach do turnieju Justice 5.
Nie, kiedy ofiarą zwykłej ludzkiej chciwości padła Mao, bo nikt nie zadał sobie trudu zbadania natury Galux, zanim wtłoczono bestię do jej głowy.
Och, oczywiście to był Mystel. Mystel miał swoje kredki i swoją piaskownicę, ale Rei pamiętał, że kiedyś to właśnie on powiedział mu o BEGA. To on, choć urodził się na końcu świata, w Kirgistanie, i zawsze trzymał z boku, stanowił kluczową figurę dla Balkowa.
Kon wziął głęboki oddech. Przymknął oczy. A potem odłożył pióro bardzo powolnym ruchem.
Ręka prawie mu nie drżała.


Moskwa, 2015 – Śri Śiwart?
– Hm.
– Zawsze marzyłem… Zawsze chciałem dotknąć tej kropki. Na czole.
Garland westchnął.
– To nie kropka – wyjaśnił z cierpliwością, za którą z miejsca należało mu się zwielokrotnienie tytułu. – To tilaka.
– To robi jakąś różnicę? – prychnęła wyraźnie znudzona Hiromi, zakładając nogę na nogę. – Garland, sztywna pierdoło, daj się pomacać po buzi i zakończmy to wreszcie.
Śiwart nie zamierzał brać w tym udziału, więc po prostu odwrócił się plecami do gościa i może nieco ostentacyjnie zapatrzył na panoramę Moskwy.
Na jasnego Krysznę, jakże nienawidził tego miasta i żyjących tu dzikusów. Ale w świecie beybladeingu liczyły się tak naprawdę dwa wielkie rody – jeden od pokoleń, drugi dopiero od niedawna, bo miał pieniądze, wpływy i jednego z najlepszych zawodników w szeregach.
Hiwatari i Śiwart albo Siebolt, jak chcieli przygotowujący transkrypcję z okazji turnieju Justice 5 Japończycy.
Więc Garland nie miał wyboru. Kiedy znaleziono zmasakrowane, otoczone przez bezdomne koty ciało Kaia w jednym z ciemnych zaułków Moskwy i stało się jasne, że Biovolt trafia na giełdę, wepchnięto mu tę rolę do gardła. To nawet nie był jego pomysł, o nie. Mózg Śirwata nigdy nie wyprodukowałby myśli prowadzącej wprost na takie stanowisko, za biurko w gabinecie ze szklaną ścianą na trzydziestym piątym piętrze. Garland miał swoje zasady, a jedna z podstawowych mówiła o tym, by zawsze stać za czyimiś plecami. Niekoniecznie szerszymi albo bardziej godnymi niż jego własne. Ot – nie wychylać się. Słuchać poleceń. A potem być rozliczanym nie z moralności, a z posłuszeństwa.
Posłuszeństwo było znacznie łatwiejsze i rządziło się czytelnymi zasadami. Istniało tylko tak i nie.
Potem dopiero przyszło mu do głowy, że ktoś zwyczajnie nie chciał, żeby wrócił do Indii. Rodzina wolała go tutaj – w zimnym i obcym kraju, gdzie jego nadszarpnięta reputacja nie rzucała się w oczy tak bardzo. Został prezesem jakiejś nieznanej tam firmy zajmującej się wyrobem sprzętu do nieznanego sportu. Ważne, że firma była duża.
I bogata.
I wpływowa w znacznej części świata.
Tak długo, jak nikt nie miał szans zadać Garlandowi niewygodnych pytań, istniała nadzieja, że nikt też nie dokopie się do brudnej kwestii Balkowa. Rodzina Śiwart nie miała aż tak zdesperowanych wrogów, by ci zajmowali się kaprysami najmłodszej latorośli, o ile ta nie wchodziła im przed oczy.
A zatem, wszyscy byli szczęśliwi.
– Pani Tachibana, pani jest impertynencka – oburzył się Wasilij Markov, prezes prezesów konsorcjum zrzeszającego wytwórców części zamiennych do dysków typu HMS i HVS. – Przyszedłem rozmawiać o interesach.
– Ale rozmawiamy o kropce – prychnęła Hiromi i wstała ze swojego miejsca. – Jeśli konsorcjum zależy na wynegocjowaniu kontraktu, dobrze byłoby, gdyby następnym razem przysłało kogoś kompetentnego i okazującego szacunek śri Śiwartrze. Żegnam pana!
– To naprawdę było konieczne? – spytał Mystel, gdy za przedsiębiorcą zamknęły się drzwi.
Markov przez cały czas trwania rozmowy nie zarejestrował jego obecności. Głównie dlatego, że Kirgijczyk zwisał nad jego głową, zaczepiony nogami o żyrandol.
– To płotka – wzruszyła ramionami Hiromi. – Nikt poważny nie przyłączył się do konsorcjum. Same bazarki ze słabym sprzętem. Byle dzieciak jest w stanie w garażu złożyć lepszy dysk, a jak ktoś się bierze za HMS, to lepiej, żeby wiedział, w co się pakuje, nie?
Garland zmarszczył brwi.
– Miał nas ośmieszyć – stwierdził.
– Tak, prawdopodobnie. Albo zająć czas. Naprawdę, chłopaki, szybkie spławienie to było najlepsze wyjście.
Nie kłócili się. Jeśli ktoś tu ogarniał wszystkich tych bubków z aktówkami pełnymi produktowych próbek, to właśnie Hiromi.
– No dobrze, to możemy przejść do spraw istotnych. Jak tam Rei?
Mystel miękko zeskoczył na puszysty, bordowy dywan.
– Połknął haczyk – powiedział. – Ale szybkiej reakcji bym się nie spodziewał.
– Tak, Kon to ostrożny człowiek.
– Raczej… niespieszny.
– I lubi pisać listy ręcznie – skrzywiła się Hiromi. – Pitolę, wiecie, ile potrwało, zanim wyciągnęłam od niego przepis na yaki gyoza á la Mao? Miesiąc czekania, aż list dojdzie, miesiąc czekania, aż mi odpisze, że następnym razem napisze, bo zapomniał zapytać, miesiąc czekania, aż dojdzie moja odpowiedź, miesiąc…
– Ale węszy – Mystel wpadł jej w słowo. – Pewnie już do mnie doszedł, może nawet połączył fakty.
– Czyli czas ostatecznie zastanowić się nad doborem argumentów – mruknął Garland chyba trochę do siebie.
_ …czekania, aż… Co? A, och. Tak. Myślicie, że sama idea kampanii protestacyjnej do niego nie trafi? – Tachibana opadła na fotel i założyła nogę na nogę. – Wiecie, mocno oberwał, nawet jeśli sam nie przystąpił do programu. Jego najlepszy kumpel to warzywo, a laska… Sami wiecie, żre kocie chrupki. Wszystko przez Hitoshiego. I wcześniejsze afery też. Przez Hitoshiego.
– Nadal. Podpisanie się pod petycją to nie to samo, co zgoda na użycie twarzy nieświadomego kumpla. – Śiwart trochę bezwiednie oparł się o swoje mahoniowe biurko. O tym akurat wiedział sporo. O wykorzystywaniu nieświadomych kumpli.
A skoro o tym mowa, czas był najwyższy, żeby przypomnieć Brooklynowi o kolacji.
– Ale cel jest szlachetny. Rei lubi szlachetne cele. Właściwie nie jestem pewna, czy poza beyblade’em i szlachetnymi celami ma jeszcze jakieś pasje.
Mystel uśmiechnął się tajemniczo.
– Zdziwiłabyś się, Hiromi.
– A, czasem lubi postać na bambusowym słupku pod lodowatym wodospadem. Ale mniejsza o to. Jak dla mnie, wejdzie w to jak w masło, co nie Gar… Gdzie jest Garland?



Nowy York, 2012
– Maaamooo!
– Och, synku.
Judy objęła Maxa i poklepała po łopatce na tyle wyraziście, by nikt, a zwłaszcza wciąż dybiący na jej prawa rodzicielskie sąd, nie mógł zarzucić jej, że nie okazuje mu czułości. Uśmiech jednak spełznął z jej twarzy, gdy tylko ta przestała być widoczna dla chłopaka.
– Tak tęskniłem!
Oderwali się od siebie i choć bardzo starała się tego nie robić, spojrzała w te wielkie, niebieskie oczy. Wyraz ich bezgranicznego, szczerego oddania zawsze przerażał ją w tym samym stopniu.
I jednak mocno zniesmaczył.
Wykapany ojciec. Ślepy, bezkrytyczny szczeniaczek, który szedł przez życie, jakby miał najlepszych dilerów w całej galaktyce. Nie raz i nie dwa okazywało się to jednak szalenie wygodne, więc Judy była gotowa nieco pocierpieć.
Jak teraz.
– Jak minęła podróż? – zapytała, bo przecież powinno ją to interesować.
– Wspaniale! Wiesz, mamo, nigdy wcześniej nie przeżyłem burzy w samolocie i turbulencji.
Judy przywołała na twarz jeszcze szerszy uśmiech i wyprowadziła syna na parking.
– Ooo! Masz nowe auto!
– Wskakuj do środka, Max. Mam dla ciebie wiele niespodzianek.
Pierwsza z nich z pewnością obejmowała obecność Hitoshiego. Tej akurat Max nie przyjął szczególnie entuzjastycznie, a kiedy Max nie przyjmował czegoś entuzjastycznie, wyglądał jak dziecko, któremu ktoś zgarną wszystkie prezenty spod choinki.
– Mamo, ale…
– Synku, usiądź. – Judy zignorowała jego jęk i wskazała mu skórzaną kanapę. – Musimy porozmawiać.
Usiedli po jego obu stronach na fotelach i praktycznie rzecz biorąc, osaczyli.
– Witaj, Max – odezwał się Hitoshi tonem tak konwersacyjnym, jakby istniała szansa, że młody Mizuhara cierpi na ciężki przypadek amnezji. – Co u ciebie? Co u Takao?
Judy widziała, jak dłonie jej syna – ciągle w tych samych zielonych rękawiczkach, które wysłała mu dwa lata temu na urodziny – zaciskają się w pięści.
– Wszystko dobrze – burknął.
– Synku, bądź miły. – Posłała mu słodki uśmiech. – Pan Kinomyia ma dla ciebie prezent. Właściwie oboje mamy. – Nim Max zdążył zaprotestować, Judy sięgnęła na kawowy stolik i wzięła z niego niewielkie pudełko. Proszę, kochanie.
Spojrzał na nią niepewnie, ale odebrał pakunek. A potem sprawy potoczyły się już same.
– Czy to…
– To nowy dysk. Opracowany specjalnie dla ciebie.
Max wyciągnął krążek z opakowania i ujął go w dłonie ostrożnie, nieśmiało. Nieomal ze czcią, wyraźnie wymazując już z pamięci fakt, że w stworzeniu cudeńka maczał palce Hitoshi, a części pochodzą najpewniej ze stajni Biovoltu, wciąż niedoścignionego pod tym względem wzoru nawet dla nowojorskiego ośrodka.
Tak łatwo było go kupić.
Och, nie, Judy wiedziała, że jej syn nie jest po prostu materialistą. Nie o to chodziło. Ale już dawno temu i z zaskakującą dojrzałością przyjął, że zawsze będzie tym następnym w kolejce, że są od niego starsi, mądrzejsi, ważniejsi i zwyczajnie lepsi, więc każdy przejaw zainteresowania nim jako nim, a nie tylko członkiem drużyny Takao, traktował jak prawdziwy skarb.
A teraz ktoś zrobił dysk specjalnie dla niego i nieatrakcyjnej, nieładnej, ukrytej w grubej skorupie, ale wiernej Draciel.
Dziękował, drżącymi palcami gładził chłodną, metalową powierzchnię, to podnosił, to spuszczał wzrok, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej chce się dzielić radością, czy jednak ukryć wzruszenie, trochę niezręczne ze względu na obecność Hitoshiego.



Siewierobajkalsk, 2015
Obudź się, Jurij.
Wcale nie chciał się budzić. Jeszcze nie. W ogóle nie. Nie chciał znowu włazić pod porośnięty glonem prysznic i katować się lodowatą wodą, smażyć jajka na śniadanie, na które wcale nie miał ochoty, zagryzać tego śledziem i popijać pierwszym łykiem wódki, a potem wciągać na siebie kolejne warstwy ubrań i człapać do portu, a potem na łódkę.
Wszystko już śmierdziało tymi pierdolonymi fokami.
Całe jego życie śmierdziało pierdolonymi fokami.
To nie było użalanie się nad sobą – to były fakty.
Dawny Jurij już dawno by stąd wyjechał. Dawny Jurij miał do faktów podejście takie, że jeśli fakty mu nie odpowiadały, to po prostu je zmieniał. Brał dupę w troki, kałasznikowa – nawet jeśli zabawkowego – pod pachę i szedł mówić światu, jak ma się zachowywać. Świat oczywiście nie zawsze słuchał, ale tego jednego Ivanow zarzucić sobie nie mógł – bierności.
To on uciekł z Opactwa, on, bioniczny eksperyment, dziecko z tuby z zielonym kisielem, oczko w głowie Balkowa, kolec w dupie Kaia, on rzucił wyzwanie BEGA i on zapłacił za to wielotygodniowym pobytem w szpitalu i śpiączką. On, on, on. Dziecko bez nazwiska, bez pieniędzy i bez koneksji. Wykradzione dzikiej Syberii, a potem udoskonalone tylko w jednym celu.
Przy czym, Jurij miał tego głęboką świadomość, nie był efektem finalnym, a tylko kolejnym, choć bez wątpienia znaczącym ogniwem jakiegoś bardziej złożonego procesu. Na jego końcu znajdowała się organizacja już jawnie militarna.
Jurij, słońce wstało.
– Wiem. Widzę.
Ciekawe, co powiedziałby Voltaire, gdyby zobaczył, jak jego miliony topią się w spirycie i tarzają w barłogu z lodowym duchem.
– Wolborg…?
Tak?
– Czy my…
Prosiłeś mnie.
– Kurwa mać…
Nie zaśmiała się, bo nie śmiała się nigdy – w końcu status lodowej panienki obowiązywał – ale Jurij mógłby przysiąc, że na jakimś poziomie wyczuwa jej politowanie.
Jesteś wręcz niemożliwie niezdecydowany.
– Nie, ja tylko bywam pijany.
Bywasz trzeźwy. Ostatnio coraz rzadziej.
Wzruszył ramionami i ostatecznie wygrzebał się spod sterty koców.
A właściwie, co się zmieniło? – pomyślał po raz kolejny, zmierzając chwiejnym krokiem pod prysznic. – Co takiego zaszło, że Jurij Ivanow przestał mówić światu, co ma robić?
Owszem, ten hinduski żuraw z BEGA zrobił mu z flaków gulasz, ale czy to był pierwszy raz, kiedy bolało? Pierwszy raz, kiedy potrzebował respiratora? Pierwszy raz, kiedy zagryzał zrywanie opatrunków piklami?
Otóż nie.
Więc co było inaczej? Co właściwie sprawiło, że wylądował tu, w cuchnącej foczym łojem dziurze, zachlany, niezdolny do przejęcia inicjatywy i uzależniony od technicznie chyba wirtualnego seksu z duchem w swojej głowie?
Odkręcił kurek i lodowata woda – bo bojler oczywiście zamarzał każdej nocy – spadła prosto na jego rudy łeb.
To się stało – jego łeb.
Jurij chwycił gąbkę, obejrzał ją, doszedł do wniosku, że zgniatając ją, prawdopodobnie dokonałby zagłady endemicznego gatunku i ostatecznie odłożył, wybierając opcję bez luksusów.
Jego łeb, który nie był już tylko jego łbem.
A wszystko zaczęło się od tego, że wreszcie dostał wypis ze szpitala. Pan Daitokuji, ten przechuj, przejął go niemal natychmiast, ledwie zmienił piżamę na portki. Zawiózł do hotelu, dał jeść, dał pić i gadał. Bez przerwy gadał. Potok jego słów przelewał się przez wciąż nieco oszołomioną głowę Jurija malinowym budyniem bezsensu. Zresztą mało go to wszystko interesowało.
O upadku BEGA i aresztowaniu Balkowa już wiedział, a tylko to miało dla niego jakieś znaczenie. To i Kai, choć ten, na własne nieszczęście, nie raczył zdechnąć po starciu z Brooklynem.
Zdechł później, kiedy Jurij trzymał go za włosy i powoli, metodycznie uderzał jego głową o ścianę, aż ta nie pokryła się lepką mazią. W chłodne, ciemne noce Ivanow wspominał tamten widok i to, jak zaskoczyło go, że twarz młodego Hiwatariego tak się zmieniła, kiedy cała krew spłynęła do ciemnych półksiężyców pod oczyma.



Moskwa, 2015
– Jest dziewiętnasta – zauważył Mystel. – Pora karmienia.
– Ach, tak, tak… – Hiromi przewróciła oczyma. – Czy jego to naprawdę nie obchodzi, co ja tu robię?
Kirgijczyk uśmiechnął się na ten swój ledwie zauważalny sposób i lekko wskoczył na mahoniowe biurko. Usiadł, krzyżując nogi.
– Myślę, że nie – powiedział. – Myślę, że on tego zwyczajnie nie rozumie.
– Nie jest głupi.
– Ale tak naprawdę bardzo prosty. Jest jak sosna i będzie rósł tylko w towarzystwie wyższych sosen.
– Daruj sobie głodne kawałki. – Tachibana przewróciła oczyma. Rozparła się na fotelu wygodniej, chwilę w milczeniu patrzyła na szklaną ścianę i dalej, w zapadający za nią zmrok. – W razie czego, jak szybko jesteśmy w stanie przerzucić Reia i Laia do Moskwy? – spytała.
– Czarterem? Bardzo szybko. Ale ciągle nie rozumiem, po co nam Chen na miejscu. Nie można mu zrobić paru zdjęć w Pekinie?
– Nie o niego chodzi – pokręciła głową Hiromi. – Nie tak do końca. Jasne, jego gęba na plakacie to będzie najmocniejszy element kampanii, ale ja tu potrzebuję Reia. A Rei jest tam, gdzie rodzeństwo Chen.
– Jak tak dalej pójdzie, będziemy mogli założyć ośrodek dla weteranów.
– A wiesz, że to nie jest taki głupi pomysł…?
Na dłuższą chwilę zapadła cisza, przerywana tylko pojedynczymi siorbnięciami herbaty. Co prawda w Moskwie trudno było dostać coś poza paskudnym czarnym czajem, ale nawyki okazały się zbyt silne i Tachibana i tak pochłaniała dobre kilkanaście filiżanek dziennie.
– No dobrze – odezwała się w końcu głosem, który sugerował, że myślami odpłynęła przed chwilą bardzo daleko. – To Rei. Z Lavalierem nie będzie problemu, wystarczy zadzwonić. Trochę mnie martwi Ivanow, bo nie mogę go namierzyć. Zapadł się pod ziemię.
– On tak. – Mystel wzruszył ramionami. – Ale Wolborg już nie, dla Brooklyna to pestka. Tylko nadal nie rozumiem, co chcesz przez to osiągnąć. Mediów nie będzie interesować dramatyczna historia osobista, zobaczą twarz Biovoltu i przydupasa Balkowa.
– Nie, nie – Hiromi pokręciła głową i odstawiła ręcznie malowaną filiżankę na spodek. – Dla mediów są Lai i Miguel. Pierwszy uniwersalnie, bo to zawsze wzruszające, kiedy sportowiec kończy w ten sposób. Drugi dla trochę bardziej wtajemniczonych, w dodatku z czystą kartą, jeśli chodzi o późniejsze wydarzenia. A tak poza tym przystojniaczek, do którego laski piszczały kiedyś na lotnisku, to zawsze się sprawdza. Jurij Ivanow to trzeci poziom wtajemniczenia. Jest dla was. Dla beybladerów.
Mystel uniósł brwi, ale powstrzymał się od komentarza. Nieraz przekonywał się już, że myśli Tachibany chodzą własnymi ścieżkami. Ale też zaskakująco często trafiały do domu.
– A Rei? – zapytał tylko.
– Rei jest potrzebny, żeby to ogarnąć – prychnęła Hiromi, zapalając papierosa. – Ładna kompania, nie? Warzywo, człowiek tak spokojny, że musi się oklejać znakami Zen, żeby o tym pamiętać, zdziczały diabeł z Syberii i udany eksperyment doktora Mengele. A wiesz, co jest najzabawniejsze? – Spojrzała na Mystela autentycznie rozbawiona. – Że to może się udać.



Rosario, 2015
Powieki odklejały się od siebie powoli i niechętnie, a ciało wcale nie zamierzało rozstawać się z ciepłym dołkiem w skotłowanych kocach i poduszkach, ale zawsze nadchodzi w końcu ten moment, gdy trzeba sprawdzić, która właściwie jest godzina.
No bo praca, a niektóre godziny są jakby rano i jakby jutro.
Miguel sięgną po telefon.
Dziewiętnasta trzynaście, data też się zgadzała, uf.
I jedynie dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia.
Po co w ogóle jeszcze trzymał telefon? A tak, bo wtedy prawdziwe i domniemane ciotki zaczęłyby się zjawiać pod drzwiami. Takie tam mniejsze zło, bo zawsze lepiej powiedzieć, co się ma w lodówce, niż zaprezentować pełne wartościowych składników odżywczych światło z pierwszego tłoczenia.
Przemyślał sprawę i wrócił pod koc, owinął się, pozwalając niepokojowi rozpuszczać się stopniowo w cieple i komforcie osłoniętych pleców. Już miał zapaść w kolejną drzemkę, kiedy wyświetlacz pokazał nieznany numer.
Oho, coś nowego. Biuro obsługi albo bank, a to znaczyło, że będą się dobijać do końca świata, jeśli się ich zignoruje.
– Halo.
– Miguel? Miejże litość! Ile można się do ciebie dobijać?!
Długą, długą chwilę próbował zidentyfikować głos w słuchawce. Bez skutku.
– Przepraszam, z kim rozmawiam?
– Ze swoją osobistą konsultantką Avon. Hiromi. Hiromi Tachibana i nawet nie próbuj sugerować, że mnie nie pamiętasz, bo sprzedam twój tyłek na steki.
Prawdę powiedziawszy, nie, nie pamiętał.
– Miło, że dzwonisz.
– Ano. Słuchaj, co u ciebie? Nie miałbyś ochoty kopsnąć się do Moskwy na małą wycieczkę? Mamy tu kilka fajnych klubów i całe multum zacnych burdeli.
– …co.
– Powspominalibyśmy stare czasy, starych znajomych, zrąbali kilka dup, wypili trochę wina, wiesz. I pogadali o interesach. Mam interes. I przepis na yaki gyoza Mao. Zresztą sama Mao ma wpaść z bratem. I Rei. Pamiętasz Reia? Ten koleś jak z plakatu do filmu kungfu.
Te imiona.
Tak, pamiętał i Laia, i Reia, i Mao. Mao najbardziej, bo przyjaźniła się z Mathildą i Julią, więc nawet, kiedy on sam stracił z nią kontakt po wyjeździe z Japonii, siłą rzeczy był na bieżąco z każdą plotką.
Do czasu przynajmniej.
– A tak wprost? O co chodzi?
– O to, żebyś przyleciał do Moskwy, przecież mówię. Bilet oczywiście opłacam ja, także bez spiny, wybierz sobie coś sensownego.
Głos rozpłynął się w mglistych wspomnieniach, imię też, nazwiska prawdopodobnie nigdy nie słyszał, ale ten sposób mówienia i wysławiania się, ta zupełnie naturalnie i mimochodem rzucona uwaga sugerująca, że biedne dziecko z Argentyny pojedzie do Rosji na rowerze…
– Hiromi! – olśniło go. – Menedżerka Breakersów!
Po drugiej stronie zapadła absolutna cisza.
– Halo…?
– Teraz dopiero mnie rozpoznałeś, dupku wołowy.



Nowy York, 2015
Świt budził się powoli nad potężnym, najeżonym wieżowcami miastem. Judy stała w ogromnym oknie z kubkiem czarnej kawy w ręce i niewyraźnym uśmiechem na ustach. Ciało okryte jedynie szlafrokiem pokrywało się gęsią skórką, ale nie zwracała na to uwagi, zbyt zajęta samozadowoleniem.
To już dwa lata. Dwa lata, odkąd jej życie wreszcie znacząco przyspieszyło, a badania naprawdę i całkiem dosłownie zmieniły rzeczywistość.
Łóżko skrzypnęło cicho.
– Już nie śpisz? – spytała Judy, nie odwracając się od okna. – Jest przed siódmą.
– Złe sny.
Uśmiechnęła się nieco szerzej.
– Powinnam teraz podejść i cię przytulić, co?
– Właściwie… nie miałbym niczego przeciwko.
– Założyłam maseczkę.
– Dzięki za ostrzeżenie.
Judy podeszła do łóżka powoli, kołysząc biodrami, odstawiła kubek na nocną szafkę.
– Oj tam – zaśmiała się. – Przecież lubisz bestie.
Nigdy tego nie planowała. Owszem, zdarzały się momenty, w których Hitoshi wydawał się jej zwyczajnie uroczy, ale to jeszcze za mało, żeby zaciągnąć dziesięć lat młodszego od siebie faceta do łóżka na dłużej niż jedna, maksymalnie trzy noce i jakieś afterparty.
Boże, ten związek trwał już dwa lata i jeszcze nie zaczął jej uwierać. Ale inna sprawa była taka, że Hitoshi miał coś, czego nie posiadał żaden z jej poprzednich facetów, o tym biednym frajerze z drugiej strony globu nawet nie wspominając – całkowity brak oporów, kiedy pojawiało się pytanie z cyklu „a co, jeśli…?”
Marzyła o takim współpracowniku. Marzyła tak bardzo, że raz czy drugi pozwolili sobie na numerek w laboratorium, a ostatecznie wylądowali w jednym mieszkaniu z widokiem na Central Park. I nie chodziło o wielką miłość. Właściwie… nie chodziło o żadną miłość, ale razem stąpali nad krawędzią, razem rzucali się w otchłań i w obojgu rosło to samo napięcie, które dobrze – przyjemnie – było potem spożytkować.
Kinomyia pchnął ją na łóżko i szybkimi ruchami rozsunął satynowy szlafrok. Uśmiechała się wciąż w ten sam sposób, trochę zimno, trochę krzywo, ale mrużyła oczy, czując ulubione pieszczoty. Zresztą nic nie podniecało jej tak, jak wspomnienie Hitoshiego pochylonego nad ich wspólnymi projektami, tej determinacji i obłędu w oczach.
– Przestań się pierdolić, nie mam czasu do jutra, młody.
Nie cofnęli się, gdy zrozumieli, do czego mogą doprowadzić. Nie zawahali się nawet przez moment. Nie przejęli, kiedy zaczęły ginąć pierwsze dzieciaki.
Byli podli, byli niemoralni, ale byli też genialni.
Zwyczajnie mieli prawo, tak jak Brooklyn Masefield miał prawo zdemolować jedną trzecią Tokio.
Asperger. Kluczem był Asperger.
Wcześniej nikt nie interesował się mechanizmem, który powoduje Brooklynem. Nikt nie zadał sobie pytania, skąd bierze się jego niewiarygodna intuicja i naturalny talent. Jasne, coś tam przebąkiwano o Zeusie, ale przecież to była tylko jeszcze jedna bestia, taka sama jak pozostałe, choć z naprawdę potężnym atakiem. Nic jednak, żadne czarymary, nie tłumaczyło, co sprawia, że rudzielca łączy z dyskiem tak namacalna więź.
Aż wreszcie tragedia zmusiła odpowiednich ludzi do podjęcia jakichś kroków i Masefielda zwyczajnie przebadano. Fizycznie był najnormalniejszy na świecie, ale stwierdzono u niego zespół Aspergera. Specyficzny sposób postrzegania rzeczywistości otworzył go na coś innego, pozwolił zrozumieć niezrozumiałe dla innych, w pełni zdrowych dzieci. Bez przerwy konfundowany zagmatwaną rzeczywistością emocji i relacji międzyludzkich, uciekał do swojej głowy, gdzie byli tylko on i Zeus, a nikt nie zadawał sobie trudu, żeby go stamtąd wyciągać.
W rezultacie Brooklyn coraz słabiej znał świat i innych ludzi, ale coraz lepiej swoją bestię, nawet jeśli początkowo nie zdawał sobie z tego sprawy.
Kiedy Hitoshi opowiedział jej o tym po raz pierwszy, nie do końca widziała, w jaki sposób zamierza osiągnąć to, co zapowiadał – upowszechnienie tak pogłębionej więzi między bestią a beybladerem. Przecież nie mógł wszystkim z marszu zafundować Aspergera.
Wyjaśnił jej.
– Kiedy przyglądasz się sylwetkom czołowych zawodników, zaczynasz dostrzegać pewne prawidłowości – mówił. – To oczywiście nie są sztywne zasady, ale jednak całkiem twarda statystyka. Roboczo można podzielić ich na dwie grupy, z czego jedną stanowiłyby dzieciaki wychowywane pod dużą presją rodziny, a drugą, tej rodziny pozbawione. Wiesz, ile było sierot w BBA i BEGA? Obie opcje rzutują na poziom ambicji, to oczywiste. Obie opcje otwierają drogę do potencjalnych braków emocjonalnych. Wyobraź sobie, Judy, że jesteś dzieckiem, którego nikt nie chce, nikt nie kocha i nikt nie docenia. I nagle stajesz otoczona ryczącymi trybunami i słyszysz, jak skanduje się twoje imię. Co czujesz? To jeden aspekt, kompensacja. Drugi, to ekstaza. Uzależnienie. Puszczasz dysk, łączysz się ze swoją bestią i nagle stajesz kimś naprawdę wyjątkowym, bo przecież nie każdy to potrafi, nie każdy dzieciak w twoim wieku ciska soplami, panuje nad ziemią albo rozpętuje lokalne pożary myślą. Wszystko myślą. Jesteś potężna, jesteś wolna, jesteś niepowstrzymana. Przynajmniej, dopóki twój dysk nie przestanie się kręcić. A zatem mamy te dwa składniki: obsesyjną potrzebę uzupełnienia emocjonalnych braków i uzależniającą adrenalinę. To samo nakręcający się mechanizm. Dzieciaki tego pragną. Mogą być tego nieświadome, mogą się do tego nie przyznawać, ale beybladeing to właśnie to, czego pragną. Pod tym względem wcale nie różnią się od Brooklyna Masefielda, też najchętniej uciekłyby w świat, gdzie ten stan względnego zaspokojenia trwa wiecznie. Trzeba tylko dać im to, co Brooklyn ma, a one nie. Ograniczenie zewnętrznego szumu tła.
Więc zrobili to. Stworzyli dyski wspomagające skupienie i to właściwie wystarczyło, choć nikt poza nimi nie wiedział, że przepis jest aż tak prosty.
Reszta zrobiła się sama.
Judy przez wiele tygodni uważnie obserwowała własnego syna, cały proces jego sprzęgania się z Draciel. Początkowo był po prostu podekscytowany nowymi możliwościami, a potem zaczęło się to, co przewidział Hitoshi. Mizuhara kilka razy przyłapała syna na puszczaniu dysku tak po prostu, żeby się pokręcił, kilka razy na tępym wpatrywaniu się w ścianę, kilka razy na pojedynczych, rzuconych w przestrzeń słowach.
Aż pewnego dnia przyszedł do niej i oświadczył:
– Rozmawiałem z nią, mamo. Ostrzegła mnie przed tobą.
– Obawia się o ciebie, bo jest twoją przyjaciółką – odpowiedziała mu wówczas. – Ale to ja jestem twoją mamą, pamiętaj o tym. i chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze.



Buenos Aires
To oczywiście mogła być pułapka, ale prawdę powiedziawszy, Miguel był tak znudzony obecnym życiem, że miał to w dupie aż po śledzionę. W obecnym stanie, a stan taki zdarzał się ostatnio coraz częściej, nie przyjąłby się nawet jadącym na czołówkę z jego rowerem TIRem.
Miał jeszcze dwie godziny do odlotu, więc przysiadł w lotniskowej kawiarni, zamówił americanę i wpakował w uszy słuchawki, sprawdziwszy uprzednio, czy muzyka jest na tyle ściszona, żeby nikt postronny przypadkiem jej nie usłyszał. Nie lubił, kiedy ludzie bez pytania – świadomie czy nie – zaglądali mu do talerza, jeśli tego akurat nie chciał.
No bo czasem chciał, co tu kryć, ale wtedy potrafił o siebie zadbać.
Wyciągnął nogi i przymknął oczy.
Kurwa, musieli akurat nadawać Malú.
Julia ją lubiła. Niby się śmiała, że takie głodne kawałki, że same smęty, ale jednak zaraz potem przyznawała, że ona te smęty naprawdę lubi, bo może i kto jej zabroni. A jak jej się podoba, to będzie sobie słuchała i niech ludzie gadają.
To w niej podziwiał chyba najbardziej. Tę pewność, że ma prawo. Do wszystkiego.
A zaczęło się dość niefortunnie.
Robili imprezę urodzinową dla Mathildy, on i Claude. Jednym z głównych prezentówniespodzianek miała być właśnie obecność jej dwóch przyjaciółek, Mao Chen i Julii Fernandez. Dziewczyny przyjęły zaproszenia i bilety, udało się je po cichu ściągnąć, odebrać z lotniska i zakwaterować, przy czym większość faktycznych działań spoczywała na barkach Tavareza, bo Miguel lepiej czuł się w samym planowaniu i jakoś słabo mu się robiło na myśl, że miałby zabawiać rozmową dwie nastolatki. Wypchnął więc kumpla na pierwszą linię frontu i choć ten również nie wydawał się szczęśliwy, nie zaprotestował, bo odmawianie zawsze wychodziło mu kiepsko, nawet jeśli wcześniej gorąco utrzymywał, że nie, nie ma mowy, nie tym razem, postawi na swoim.
Mathilda była oczywiście zachwycona. Zwykle cicha i skromna, mówiła trzy razy więcej niż zwykle, śmiała się głośniej i wodziła zachwyconym wzrokiem po klubie i zgromadzonych w nim ludziach. To były dopiero jej piętnaste urodziny, więc oczywiście nie mogło być mowy ani o zabawie do białego rana, ani o zbyt hucznym oblewaniu jubileuszu, jako że jej prawni opiekunowie bacznie obserwowali poczynania starszych kolegów, ale impreza i tak się udała.
Ogólnie.
– Wooow! Jaka kieca! – zapiszczała Mao, kiedy Julia zdjęła wierzchnie okrycie i ich oczom ukazała się czarnoszara kreacja z koronkową spódnicą.
Znaki rozpoznawcze Julii – wąskie, pociągnięte bardzo ciemną szminką usta i długie, rude włosy z rozwichrzoną grzywką – wyglądały w tym zestawie oszałamiająco.
Miguel nie miał pojęcia, co mu wówczas strzeliło do głowy, ale nie zatrzymał języka w porę. Pewnie nie powinien był w ogóle pić w taki upał.
– Miu Miu – powiedział.
– Co? Wystaje mi metka? – Julia w nerwowym odruchu próbowała spojrzeć na swój kark, co oczywiście się nie udało.
– Eee… Nie – zapewniła ją Mao.
Fernandez zamrugała jakoś tak powoli i odwróciła głowę w stronę stojącego w totalnym stuporze Miguela.
– Skąd wiedziałeś? – spytała, mrużąc oczy nieco podejrzliwie.
– Ja…
– Lubisz sukienki?
– Eee…
– Chcesz o tym porozmawiać?
– Co…? Eee… Nie. To znaczy, tak. To znaczy…
Wypił duszkiem resztę piwa. Ale kiedy skończył, Julia nadal na niego patrzyła.
– W sumie, sorry za reakcję, po prostu się nie spodziewałam, ale nie, że mam z tym problem – powiedziała jakoś tak dziwnie powoli.
– Lubię… Lubię sukienki na dziewczynach – powiedział na wydechu. – Nie na chłopcach. Znaczy na sobie, to znaczy… Kurde. – Opadł ciężko na kanapę, wiedząc, że jest skończony. W dodatku rumieniec, zdradziecki, niemożliwy do zignorowania przy tej cerze rumieniec, zalał go już po czubek głowy.
Do końca imprezy krył się tak przed Julią, jak i przed Mao, a także przed każdym, kto zdawał się dziwnie na niego patrzeć, co oznaczało w praktyce jakieś sześćdziesiąt procent towarzystwa. Na szczęście Mathilda bawiła się wystarczająco dobrze, żeby tego nie zauważyć.
Następny dzień odebrał mu możliwość dyskretnego usunięcia się sprzed oczu i pogrążenia w studni wstydu i rozpaczy, bo Mathilda się rozochociła i bardzo nalegała, żeby spędzili go wszyscy razem. Poszli więc do Zoo Eventos.
Miguel wykorzystał pierwszą okazję i zwyczajnie spierniczył kupić wszystkim lody.
Bardzo, bardzo długo zastanawiał się nad odpowiednimi smakami.
– Miguel?
Serce omal nie wyskoczyło mu przez gardło do wafelka, kiedy usłyszał za sobą jej głos.
Zapowiadało się na kolejną katastrofę, ale skończyło na całkiem sympatycznej dyskusji o modzie. Dyskusji trwającej jeszcze długo po tym, jak wróciła do Madrytu.
Było najzwyczajniej w świecie fajnie. Odprężająco. Miło. A czasem niemiło, kiedy się w czymś nie zgadzali, ale nadal fajnie. Chyba żadne z nich nie myślało jeszcze wówczas o sobie w kategorii przyszłej pary, Miguel w każdym razie na pewno, Matko Boska, nie po takim wstępie, Julia raczej też nie, bo robiła masę śmiesznych rzeczy i opowiedziała sporo kompromitujących anegdot.
Z czasem między modowe uwagi zaczęły wkradać się inne. Coś o muzyce, coś o podróżach, potem ogólnych poglądach na życie.
Na pierwszą randkę poszli do Prady.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 22 lutego 2016, 19:02

III
Rei:Can you be serious for one second?!
Max:I like elevators.


Kaliningrad
– Jurij?
– Czego.
– Jurij, gdzie jesteś?!
– Tu.
– Kurwa! Wyłaź z mojej lodówki!
Drzwiczki otworzyły się z mlaśnięciem niedomytych uszczelek i przyjemną ciemność zalało światło nie dość, że dochodzące z kuchni, to jeszcze z żarówki nad głową Ivanowa.
– Co zrobiłeś z żarciem?!
Jurij wzruszył ramionami.
A jebał twaj dzien rażdzienia i gwozd na katoram ty szapku wieszajesz! – wrzasnął Siergiej, chwycił go za ramiona i siłą wywlókł z lodówki. Zalany w sztok rudzielec nie stawił zbytniego oporu, może poza niemrawym jękiem. – Stary, co z tobą?! Spójrz na siebie, sabaka!
Jurij pozbierał się na czworaki, potrząsnął głową i natychmiast uznał, że to był zły pomysł.
– Odpierdol się ode mnie – wysapał.
– Nie! Kurwa, Jurij! Chlejesz moją wódę, śpisz na mojej kanapie i wyrzucasz przez okno moje konserwy! Więc, kurwa, nie!
Ivanow nadal nie podnosił głowy. Z podziwu godnym uporem badał fakturę podłogowego linoleum. Siergiej krążył gdzieś ponad nim jak wkurzony niedźwiedź, sapał, przecierał twarz dłońmi, otwierał usta, a potem zamykał je bezradnie.
Wreszcie jego ciężkie, wojskowe buty przestały tak nieznośnie tupać i zatrzymały się tuż pod twarzą Jurija.
– Dobra. Na spokojnie. Co. Robiłeś. W lodówce.
– Siedziałem.
– Bo?
– Volborg było za ciepło.
Siergiej opadł ciężko na kuchenne krzesło. W ciszy, która zapadła, Ivanow niemal słyszał, jak szare komórki Petrova wybuchają jedna po drugiej.
Podjął ten wysiłek i też zdołał usiąść, chociaż na podłodze.
– Nie poznaję cię, Jurij.
– Ja siebie trochę też.
– Od dawna tak masz?
Ivanow potarł opuchniętą twarz.
– Będzie ze dwa lata.
– To się leczy, wiesz?
Spojrzał w szczerą, szeroką twarz Siergieja.
– Wchodzenie do lodówki?
– Nie. Alkoholizm.
Krzesło znowu jęknęło.
– Zrobię ci kawy, sabaka. Spróbuj mi nie zarzygać mieszkania.
Stuknął emaliowany czajnik, zaszumiała woda.
Obaj milczeli, aż kubek z gęstym, czarnym napojem nie znalazł się w permanentnie posiniałych dłoniach Jurija.
– I serio… foki? – odezwał się znów Siergiej. Zwykle milczący, teraz jakby nie mógł wytrzymać za długiej ciszy.
– A co miałem robić?
– Cokolwiek. Borys lata, ja służę na łodzi podwodnej. Jesteśmy silni, wytrzymali i wyszkoleni do ekstremalnych zadań. Nadałbyś się. Tylko nie możesz tyle chlać.
– Ale nie po to mnie ściągnąłeś, żebym się zaciągnął do woja.
– No nie. – Siergiej westchnął ciężko i zdawało się, że wraz z nim wzdychają wszystkie morskie głębiny. – Chcą cię w stolicy.
– Kurwa, której.
– W Moskwie.
Jurij poczuł, że momentalnie trzeźwieje. Napięły się wszystkie jego mięśnie, wszystkie szczegóły klaustrofobicznej, brudnej kuchni w mieszkaniu Siergieja uderzyły z mocą kałasznikowa.
– NIE! – Zerwał się na równe nogi. Zachwiał.
– Jurij…
– NIE, KURWA, NIGDY TAM NIE WRÓCĘ!
– Jurij, Jurij uspokój się i posłuchaj. – Siergiej nie był pewien, czy robi dobrze, ale jednak podszedł do rudego i chwycił go za ramiona. Ten szarpnął się niespokojnie, ale nie uciekł, nie splunął mu w twarz w odruchu samoobrony, ani nie wydrapał oczu.
Miotał się. To było oczywiste. Dał się wyciągnąć tu, do Kaliningradu, chociaż wiedział, że to musi coś oznaczać. A jednak cały czas powtarzał, że zaraz wraca nad Bajkał. Chlał, gapił się tępo w przestrzeń, a zaraz potem jego twarz znowu ścinała dawna wściekłość. Prostował plecy i podnosił głowę. Chciał i nie chciał działać.
– Jeden podwód… – wycharczał zmęczonym głosem. – Podaj mi jeden powód.
Zatem należało go popchnąć.
– Volborg.

*

Tak naprawdę Jurij nigdy nie był tym typem kapitana. To nie tak, że za pozostałych członków drużyny darłby szaty w dramatycznym geście i potulnie szedł na szafot. Opactwo skutecznie uczyło każdego dbać przede wszystkim o własny tyłek.
Ale Jurij był kapitanem gniewnym. Jeśli coś go wkurwiło, a Biovolt robił to nie raz, mógł własną głową przebijać mury, a ciała wrogów rwać gołymi rękoma. Przynajmniej w przenośni.
No, pomyślał Iwanov, patrząc na szerokie plecy idącego przed nim Siergieja, wszyscy myślą, że w przenośni.
Nigdy nie znaleziono mordercy młodego Hiwatariego. Voltaire dogorywał wówczas po wylewie, a nikogo innego na dobrą sprawę to nie interesowało. Moskiewska policja oczywiście wszczęła śledztwo, bo musiała, ale lokalne władze angażowały się w sprawę jak w stypę dla ciotki z Kaukazu, bo też Kai był dla nich takim trochę egzotycznym, trochę obcym, a trochę niezręcznym nie wiadomo czym.
Ciężarem.
I ktoś ten ciężar usunął, więc, zgodnie z najlepszą stalinowską tradycją, a Opactwo stylem działania czerpało wzorce od najlepszych, nie należało zadawać zbyt wielu pytań.
I tylko Jurij wiedział.
I tylko Jurij wiedział, dlaczego naprawdę zaszył się nad Bajkałem, zaczął chlać na umór i nie wyobrażał sobie powrotu do Moskwy.
To zupełnie co innego nawet posłać jakiegoś dzieciaka do szpitala po meczu na składanie kości, a co innego zabić człowieka gołymi rękoma. Na zimno. Z premedytacją.
Jurij miał wtedy ledwie osiemnaście lat i oto z całą mocą dotarło do niego, że naprawdę jest psychopatą. Nie takim jak Brooklyn, w gruncie rzeczy porośniętym różowym pluszem, nie takim nawet jak Balkov, opierającym swą legendę w dużej mierze na zastraszaniu, a zwyczajnym, pierdolonym prymitywnym zbirem, chwytającym wroga za kłaki i walącym jego głową o mur przez dobre pół godziny do wtóru upiornego miauczenia kotów.
Tak oto Ivanow spotkał pierwszego człowieka, którego naprawdę się wystraszył i nagle okazało się, że jest to on sam.
Ulice Moskwy z niego szydziły, ciemne zaułki śmiały się w twarz i chociaż z początku był przekonany, że wyjeżdża, bo ucieka przed śledczymi, to z czasem coraz mocniej docierało do niego, że ucieka głównie przed sobą. I że jest z góry skazany na porażkę.
Zwłaszcza że wciąż i niezmiennie uważał, że Kaiowi się należało. Za wszystkie jego parszywe zdrady, tak, za zmiany frontów, impertynencję i wkurwiające przekonanie, że pociąga za sznurki, chociaż najwyraźniej nie rozumiał nawet połowy z tego, co się do niego mówiło.
Ale czarę goryczy przepełniła tak naprawdę dopiero Volborg.
Pan Daitokuji zainteresował się jego osobą, bo Breakersi, to oczywiste. Może czuł się winny, może to była zagrywka propagandowa, chuj wie i chuj się interesuje. Ale to Hiwatari próbował odwrócić – nomen omen – kota ogonem i udowodnić, że Ivanow też ma coś do udowodnienia. Że powinien wrócić na ring. Pod nowym szyldem i pod opieką BBA oczywiście.
Jurij był jeszcze rekonwalescentem, kiedy wręczono mu nowy dysk. Nie wiedział, co się dzieje, stracił ostatnie miesiące i nawet nie podejrzewał, że pada ofiarą eksperymentu. Kiedy zrozumiał, co zaszło, i zobaczył, że nowy typ sprzętu zamienił beybladeing w walkę na śmierć i życie, było już za późno, bo Volborg zdążyła wrosnąć w jego umysł.
Nigdy nie zdołał znaleźć choćby hipotetycznej odpowiedzi na pytanie, co Kai sobie właściwie wyobrażał.
Tak naprawdę niezbyt mocno próbował. Po prostu poszedł, zdybał gnoja w ciemnym zaułku i – jak mu się wówczas wydawało – zakończył sprawę.
A teraz czepiał się nawet tej śmiesznej, nikłej nadziei.
– Siergiej, tak miedzy nami, naprawdę sądzisz, że są w stanie nas rozdzielić? Mnie i Volborg?
Potężne ramiona poruszyły się przed nim.
– Wiem, że chcą walczyć z projektem Kinomyia-Mizuhara wszelkimi środkami i zbierają zespół. To nie ja tu jestem od myślenia. Ale jeśli nie oni, to kto?
Oto było pytanie.
Oto było, kurwa, pytanie.
– Na trzeźwo tego nie zniosę.
– Mógłbym powiedzieć to samo.
Trzeci głos. Mhm. Zatem dotarli na umówione miejsce, tak?
I faktycznie, kiedy Siergiej raczył odsłonić Jurijowi widok, ten zobaczył czarnego Merca i stojącego obok w nonszalanckiej pozie Ricka Andersona.
Nie zdołał powstrzymać śmiechu.
– Ty?
– A czemu nie ja?
– Sam nie wiem, ale to zabawne.
Fuck, naprawdę masz przepalony mózg. Wsiadaj.
Jurija niespecjalnie zdziwiło, że Rick prowadzi, jakby zjeżdżał na bobsleju z Mount Everestu. Głośniki wyły jakąś paskudną jankeską muzę tuż za Ivanowem i jego potylica powoli zamieniała się w układankę edukacyjną powyżej trzynastu lat.
– Kurwa, możesz to ściszyć?
Rick chyba nie usłyszał, zbyt Podjarany braniem zakrętów z piskiem opon. Jurij zjechał więc po oparciu i przymknął oczy, w duchu przeklinając, na czym świat stoi.
A więc wysłali jednego olbrzyma, żeby przytrzymał go w Kaliningradzie i drugiego, żeby dopilnował, że Jurij nie wykręci jakiegoś numeru i nie wyskoczy z lecącego samolotu. To oznaczało kilka rzeczy, ale w tym tę najważniejszą – bali się go.
No, to nieco rekompensowało miejsce akcji. Przynajmniej okresowo może być zabawnie.
Bo gorzej raczej i tak nie będzie.


Moskwa
– Śri Śiwrat zaprasza na trzydzieste piąte piętro do pokoju numer trzysta pięćdziesiąt osiem – poinformowała uprzejmie recepcjonistka, która dla jednego z nich denerwująco przeciągała głoski, dla drugiego nosiła dobrze skrojony kostium, a dla trzeciego nie miała żadnego znaczenia.
Przynajmniej tyle, że wszyscy kojarzyli się sprzed lat i mogli pominąć chociaż żenujący moment wzajemnego przedstawiania się.
– Witajcie.
– Hej.
– No.
Poczłapali do windy. Najpierw imponujących rozmiarów sportowa torba Miguela, potem bardziej jutowy worek niż plecak Reia i wreszcie dumne nic Jurija, bo szczoteczkę do zębów i gacie na zmianę wcisnął w kieszeń.
Nie zamierzał tu długo zostawać. Właściwie w ogóle nie zamierzał tu zostawać.
Rozległ się łagodny dźwięk gongu i metalowe drzwi windy rozsunęły się z cichym szelestem, ukazując wnętrze, w którym brakowało tylko pluszowych sof i kamerdynera z zimnym szampanem.
Jurij zdecydowanie nie ufał takim wnętrzom. To zwyczajnie nie był jego teren, więc myśl, że zostanie zamknięty w tej puszce snobizmu choćby na pół minuty jazdy, napawała go głębokim obrzydzeniem. Większym nawet niż wspomnienia karceru w Opactwie.
Do zimnych, wilgotnych ścian i ciemności zawsze szło się z czasem przyzwyczaić. To jasność i wygoda były podejrzane.
Winda ruszyła.
Winda stanęła.
Światło zgasło.
Jurij poczuł się niemal jak u siebie.
– Ej, co jest?
Nie mogli tego widzieć, ale na moment wszyscy trzej zamarli w niemal identycznych pozach, spięci i gotowi na jakiś numer ze strony pozostałej dwójki. Z czego i Rei, i Miguel mieli na myśli głównie Ivanowa.
– Jezus Maria, co tu tak wali spirytem? – nie wytrzymał w końcu Lavalier.
Odpowiedziało mu ponure prychnięcie z ciemności.
Po dłużej chwili zamrugało i przestrzeń wyłoniła się z przytłumionego, ciężkiego światła awaryjnego. Padło i na wykrzywioną wściekłością twarz Jurija i na wykrzywioną obrzydzeniem twarz Miguela.
– Serio, bałbym się wyciągnąć zapalniczkę w tym stężeniu.
– Sam jesteś zapalniczka.
Wyłonił się z niej także odwrócony do ściany Rei patrzący w skupieniu na swoje dłonie.
– Obawiam się, że wysadziło korki – powiedział spokojnie, nieomal flegmatycznie, nieomal z rezygnacją. – To się czasem zdarza.
– …co?
Wzruszył ramionami.
– Tak już mam.
– Ty też? – prychnął Jurij.
– Nie. U mnie to… bardziej skomplikowane. Ale korki czasem wysadzam. – Rei odwrócił się do nich niespiesznie, prawdopodobnie okazując, że wcale nie obawia się ciosu w plecy. – A tak z innej beczki, bo zawsze mnie to ciekawiło… macie namiary na tego samego fryzjera?
– He?
– Nie, serio, jak się robi taką objętość?
Miguel odchrząknął chyba trochę zakłopotany.
– Wiesz, jeśli cię to naprawdę interesuje – zaczął, nie patrząc na nikogo – to jest taka…
– Codziennie rano wsadzam palce do kontaktu – wpadł mu w słowo Jurij.
Ciszą, która zapadła po tych słowach, można by uszczelniać rury. Rei chciał tylko rozładować atmosferę, rzucić jakimś niezobowiązującym żartem, a wywołał wojnę na spojrzenia i drgające górne wargi. Brakowało tylko rytualnego obsikiwania terenu.
Sytuację uratowało trzeszczenie głośniczka.
– Szanowni państwo – odezwał się kobiecy i lekko podenerwowany głos. – Najmocniej przepraszamy za zaistniałą sytuację, trwa usuwanie skutków poważnej awarii zasilania. Uprzejmie prosimy o cierpliwość. Przewidywany czas do nadejścia serwisu to pół godziny.
– Proszę, proszę, impreza dopiero się zaczyna – mruknął Jurij, opadłszy czołem na lustro.

*

Czas mijał nieznośnie powoli.
– Ile?
Rei spojrzał na zegarek.
– Piętnaście i pół minuty.
Miguel zjechał po ścianie i klapnął tyłkiem na swoją torbę. Wzrok miał tępy, a twarz całkowicie pozbawioną wyrazu.
– Wszystko OK?
– OK. Jet lag.
– W sumie drzemka to jakieś wyjście.
– Były lepsze sposoby na zyskanie czasu na leżakowanie niż wysadzanie korków – burknął Ivanow.
– Właśnie. Czas. Było nie było, mamy czas. Możemy pogadać – zauważył przytomnie Kon.
– O ile nie jesteśmy na podsłuchu.
– A masz coś do ukrycia? – Miguel uniósł brew.
– Kilka ciał, kilo heroiny i ostatni słoik dżemu z pigwy, mój śliczny kwiatuszku.
– O co ci, do cholery, chodzi Ivanow? – Lavalier znów zmarszczył czoło. – Masz coś do mnie?
– Mam coś do każdego, kto mógł wysadzić Balkova w powietrze, a tego nie zrobił.
Rei westchnął z rezygnacją.
– Naprawdę uważacie, że to dobry moment? – spytał.
– A będzie jakiś lepszy?
– Po tym, jak już powspominamy stare dobre czasy?
– To właśnie robię. Kochali cię – syknął Jurij, wbijając zimny wzrok w Argentyńczyka. – Podziwiali. Skandowali twoje imię. Może nawet… Może nawet ja przez moment pomyślałem sobie, że o, dzieciak ma jaja. A ty wszystko przepierdoliłeś.
– Hola! – Lavalier zerwał się ze swojego miejsca, cały napięty jak struna, z zaciśniętymi pięściami o bielejących knykciach. – Bo wszystko znowu moja wina?! Ojej, tak mi przykro, że cię dupa boli, Jurij. Będzie bolała mniej, jak wyciągniesz z niej łeb.
– Stul pysk, karakanie! Ja nigdy, kurwa, nie miałem twoich wpływów! Nigdy nie byłem chłopcem, którego się lubi! Mnie żadna nastolatka nie wieszała nad łóżkiem!
– Boże święty, jesteś o to zazdrosny?!
– Pojebało cię! Gdybym miał tyle, co ty, rozebrałbym jebany Biovolt na jebane cegły!
– Panowie! – Rei wkroczył między nich, asekuracyjnie wyciągając ręce. – Jeszcze nie wiemy, czy opłaca nam się tu pozabijać. Ja na przykład jestem człowiekiem z pewnymi zobowiązaniami i wolałbym nie dać się przymknąć za współudział.
Przypomnienie o losie rodzeństwa Chen wystarczyło przynajmniej na tyle, żeby Miguel przestał się stroszyć. Opuścił pięści, wzruszył ramionami, próbując udawać człowieka, którego wcale to wszystko nie obchodzi, nie takie ciosy brał na klatę i w ogóle.
Ale dla Jurija było to za mało.
Ruszył przed siebie tak szybko, że Rei nie miał szans go powstrzymać, chwycił Miguela za kurtkę i przygwoździł do ściany.
– Jurij!
– Gdzie ty, kurwa, byłeś – wysyczał, patrząc Argentyńczykowi prosto w oczy.
Ten odpowiedział mu szybkim uniesieniem kolana, a gdy Ivanow jęknął i rozluźnił chwyt, także uderzeniem czoła w nos. Krew chlusnęła jasną strugą na wyjątkowo lekki, zważywszy na pogodę, podkoszulek.
– Skurwielu!
– Nikt więcej nie będzie tego ze mną robił! – dyszał nad nim Miguel. Blady, z wypiekami na policzkach i rozszerzonymi nienaturalnie oczyma.
Jedno z tych oczu już ułamek sekundy później spotkało się z pięścią Jurija.

*

– Co to, do cholery, było?! – Garland wyraźnie chwiał się na granicy opanowania po ostatnim raporcie ochrony.
– Nie jestem pewien – skrzywił się Mystel. – Ale ładnie pierdyknęło, trzeba przyznać…
– To był Diger – odezwał się cicho, ospale Brooklyn, który nie przestał dziergania na drutach ani w ciemnościach, ani teraz, gdy budynek spowijała ciężka aura świateł awaryjnych. – W pewnym sensie. A w pewnym Rei.
– Możesz odrobinę jaśniej?
Zielone, obojętne oczy podniosły się na Kirgijczyka.
– Trudno to wyjaśnić. Ale to nie było celowe.
I Brooklyn wrócił do robótki, całkowicie wyłączając się z rozmowy oraz całego świata poza kolejnym skomplikowanym ściegiem.
Po jakimś czasie obcowania z nim dawało się do tego przyzwyczaić, więc ani Mystel, ani tym bardziej Garland nie drążyli tematu. Najważniejsze zresztą wydawało się, że to nie atak, nie dywersja i nie terroryści u bram.
– Naprawdę mam nadzieję, że Hiromi nie przeliczyła się tak bardzo, jak myślę, ściągając go tutaj – westchnął tylko Kirgijczyk. – Bo jeśli przeliczyła się z nim, to nie chcę nawet myśleć o Ivanowie.
Chciał dodać coś jeszcze, ale wówczas z korytarza dobiegły jakieś hałasy i podniesiony głos Tachibany. Ani jedno, ani drugie nie brzmiało perspektywicznie, a im bardziej się zbliżało, tym więcej przekleństw udawało się wyłapać.
– Ja to sprawdzę – zaoferował Garland i nim ktokolwiek zdążył zgłosić sprzeciw, był już za drzwiami.
Korytarz, tak jak cała reszta budynku, topił się w przygaszonym, pomarańczowym świetle. Hiromi stała na jego końcu, w pobliżu wejścia do windy i rozmawiała z jednym z szefów ochrony. Wciąż wysokim, nerwowym głosem, ale już jakby spokojniej.
Śiwrat ruszył w jej stronę.
– Krew? – spytał, unosząc brwi, kiedy dostrzegł brunatne mazy na metalowych drzwiach.
Tachibana westchnęła i przewróciła oczyma.
– Spokojnie, to tylko rozbity nos Jurija – odparła. – Ale nie dotykaj, nie ręczę, że nie jest radioaktywna.
– Co się stało?
– Sam zobaczysz. Goście już czekają.
Pełen jak najgorszych przeczuć Garland ruszył za menedżerką. Po drodze minęli ekipę naprawczą desperacko walczącą ze stopionymi jak po uderzeniu pioruna przewodami. To bynajmniej nie poprawiło sytuacji.
– Nadal będziesz się upierać, że to dobry pomysł?
– Zaufaj mi.
Garland nawet by chciał, lubił ufać, ale fakty przedstawiały się coraz gorzej, a to, co zobaczył, kiedy otworzyły się drzwi do gabinetu, omal nie wydusiło jęku z jego piersi. Siedzieli tam. Wszyscy trzej. Naburmuszeni, wyraźnie wkurzeni i na siebie, i na wszystko wokół. Jurij Ivanow z zakrwawioną koszulką, Rei Kon machinalnie rozcierający ramię, a ten trzeci, Miguel Lavalier, przyciskając chłodzący opatrunek do oka.
– Dream team… – mruknął Hindus do siebie. – Niech cię dosięgnie karma, Hiromi, jeśli się mylisz. Witam w Moskwie – powiedział głośniej. – Na wstępie wypada mi serdecznie przeprosić za zaistniałą sytuację. Nie przewidzieliśmy… takich komplikacji.
Rei spojrzał na niego cokolwiek morderczo.
Garland przymknął oczy, wziął pięć głębokich oddechów, a potem rozluźnił ciało mięsień po mięśniu.
– Panowie, bądźmy poważni.
Siedzieli tak daleko od siebie, jak to możliwe, od prezesa Biovoltu i jego menedżerki oddzieleni dodatkowo mahoniowym biurkiem. Garland mimochodem przyglądał się ich twarzom i nie podobało mu się to, co widzi.
Jurij wyglądał po prostu koszmarnie. Jasne, ostatni raz, kiedy się spotkali, zabierano go karetką na sygnale i też nie prezentował się malowniczo, ale nie miał chociaż tego paskudnego splątanego zarostu i ubrany też był jakoś porządniej, nawet jeśli ciuchy zamieniły się w ferworze walki w strzępy. I nie śmierdział trawionym alkoholem. Powinien mieć teraz nieco ponad dwadzieścia lat, ale spuchnięta, poszarzała twarz zdawała się dużo starsza.
Rei wydawał się głównie zmęczony, ale zmęczony w ten niebezpieczny, zły sposób. Spacerował na krawędzi już pewnie od dłuższego czasu, mając na głowie opiekę nad rodzeństwem Chen i obserwując, co dzieje się z jego dawnymi towarzyszami. Jeśli Hiromi miała rację i naprawdę był najtrzeźwiej myślącym gościem w ekipie, to Garland mógł się tylko modlić, żeby czający się pod spokojem w oczach obłęd nigdy nie wylazł na wierzch.
Tego trzeciego nie znał, nigdy nie spotkał, nie wiedział więc, czego się spodziewał, ale ludzie jednocześnie smutni i wyglądający, jakby serdecznie zwisało i powiewało im absolutnie wszystko, w tym – a może przede wszystkim – oni sami, zawsze budzili w nim pewien niepokój.
– Ściągnęliśmy was tu w naprawdę ważnej sprawie – przejęła pałeczkę Hiromi. Usiadła na blacie biurka, odrobinę przełamując tworzącą się sztywną atmosferę. – Początek jest niefortunny dla nas wszystkich, OK, przyznaję. Ale Garland ma rację. Bądźmy poważni.
– No dobrze – rolę rzecznika wziął na siebie Rei i wyglądało na to, że przynajmniej w tej kwestii Tachibana się nie myliła. – O co dokładnie chodzi? O walkę z Hitoshim i matką Maxa oraz całym konsorcjum produkującym ulepszone dyski, to wiem. Nie wiem, jak dokładnie chcecie walczyć.
– Tym, co mamy – odparła Hiromi. – A mamy pieniądze i wejścia w mediach. Więc proponuję zacząć od zakrojonej na dużą skalę kampanii społecznej. Potem zobaczymy. Ale problem polega na tym, że jeśli zaczniemy mówić ludziom, że to, że dzieciaki zabijają się na arenach nie jest zabawne, tylko straszne z ramienia Biovoltu, łatwo będzie nas uciszyć. Nie produkujemy części do dysków Hitoshiego, więc notujemy regularne straty, bo tracimy kontrakty z profesjonalistami. Biovolt idzie na dno, kasa wycieka. To ostatni moment, ale jeśli zostaniemy oskarżeni o zwalczenie konkurencji, wszystko pójdzie się pierdolić marchewką na łączkę. Dlatego potrzebujemy was. Twarzy.
Wszyscy spojrzeli na Jurija.
– No, opcjonalnie zakazanych mord.
– A tak konkretnie? Co mielibyśmy robić? – Kon nie dawał za wygraną.
– To zależy od indywidualnego przypadku. Mogę obiecać, że Laia nie będziemy nadto męczyć. Ot, jakaś sesja zdjęciowa w malowniczej scenerii i tyle. Co do reszty z was mamy nieco szersze plany. Może nawet dostaniecie jakieś kwestie do deklamowania.
– Serio? – prychnął Jurij. – A mi się o uszy obiło, że chcecie wyciągnąć mi Volborg z głowy.
– W konsekwencji. – Hiromi skinęła. – Ale to będzie długa wojna i najpierw musimy zaatakować tam, gdzie mamy przewagę, i zdobyć odpowiednią pozycję. Doprowadzić do delegalizacji dysków Hitoshiego i Mizuhary, potem do unieważnienia patentów i wreszcie uzyskać dostęp do technologii. Nasz zespół oczywiście niezależnie pracuje nad tą sprawą, ale im więcej danych, tym krócej to potrwa, a sami wiecie, że czasu jest niewiele, jeśli chcemy ocalić kogokolwiek.
Miguel szarpnął się niespokojnie, jego wzrok powędrował w kąt, ale z ust nie padło nawet jedno słowo.
Tachibana mówiła więc dalej.
– Sądzę, że szczegóły najlepiej będzie ustalić w podgrupach, ale ogólną linię kampanii znacie. Lai jako twarz główna, Miguel na wsparciu, Rei pracuje u podstaw, Jurij rozmawia z tymi, którzy mieli osobistą styczność z Balkovem. Wszystko konsultujemy tu i planujemy posunięcia razem. Bez numerów. To będzie ostra gra.
– Balkov jest w to zamieszany? – Dłonie Jurija zacisnęły się na poręczach skórzanego fotela. Białe, chude i z wykwitami sińców wyglądały na nich upiornie, jakby Ivanow wyłaził z grobu żreć mózgi o północy.
Hiromi pomyślała, że owszem, przydałby mu się nawet jakiś na wymianę przepalonych części.
– Nic nam o tym nie wiadomo – odparł Garland. – Ale trzymamy rękę na pulsie i śledzimy jego kroki. Póki co wciąż siedzi cicho. Właściwie siedzi cicho odkąd znaleziono zwłoki młodego Hiwatariego.
Menedżerka pokiwała głową i sięgnęła do kieszeni po papierosy.
– Będzie komuś przeszkadzało? Nie? To świetnie. – Odpaliła i jej twarz spowił obłok siwego dymu. Zapachniało słodkawym tytoniem. – To nie jest takie proste. Z Balkovem. Nie mamy tropu, że jest zamieszany w to, co robią Hitoshi z Mizuharą, ale wiesz, Jurij, chcesz czy nie, dla wielu jesteś symbolem walki z układem i robieniem z beybladeingu pola do eksperymentowania na dzieciakach, a przecież to się właśnie dzieje. Genetycznie modyfikowane oczko w głowie Biovoltu, które pokazało wszystkim środkowy palec. To musi robić wrażenie, ale fakt, że nie na wszystkich, bo nie wszyscy znają szczegóły. Dlatego jesteś agentem specjalnego przeznaczenia. – I specjalnej troski, co było oczywiste, ale czego nikt nie powiedział głośno. – A jeśli Balkov postanowi jakoś wykorzystać sytuację, od razu będzie miał pod górkę.
Ivanow nie skomentował. Pochylił się jednak, oparł ręce na kolana i patrzył na Hiromi spode łba.
– Będziesz musiał się ogolić, dzikusie.

*

Garland i Hiromi zatrzymali na dłuższą rozmowę tylko Jurija i Reiowi to bardzo odpowiadało. Miał szansę trochę podreperować nerwy, przebywając z dala od ruskiego psychola. A także sprawdzić, jak radzi sobie pielęgniarka, którą wynajęto do opieki nad rodzeństwem podczas jego nieobecności.
– Rei?
Odwrócił się raczej niechętnie, bo w tamtej chwili myślał tylko o tym, żeby czym prędzej opuścić budynek Biovoltu, wsiąść do taksówki i zamknąć w hotelowym pokoju na cztery spusty. Wiedział, że tę noc spędzi głównie na próbach nieodcięcia dostaw prądu w połowie miasta, co oznaczało głęboką medytację.
– Rei, sorry. – Miguel niby go dogonił, ale jednak stanął dość daleko. – Chciałem tylko powiedzieć, że mi przykro z powodu tego, co stało się z Mao i jej bratem. Naprawdę mi przykro.
– W porządku. – Kon wzruszył ramionami.
Na chwilę zapadła cisza i przez moment wydawało się nawet, że to może koniec rozmowy, która nie mogła doprowadzić do niczego dobrego.
– Pewnie często to słyszysz – dodał jednak Miguel po chwili wyraźnego wahania.
– Owszem. Zdarza się – przyznał Chińczyk. Natychmiast pomyślał jednak, że mogło to zabrzmieć nieco zbyt obcesowo. – Ale raczej rzadko szczerze – dodał więc, choć na ile szczery jest Lavalier, nie miał pojęcia. Fakt faktem, że przynajmniej poznał rodzeństwo Chen.
– Mogę jakoś…
– Nie, nie trzeba. Radzimy sobie.
Miguel zacisnął usta. Trwało to ułamek sekundy i najwyraźniej było zupełnie nieświadomym odruchem, ale uwadze Reia umknąć nie mogło.
– Szukasz sojusznika? – zapytał wprost.
– Co?
– Chcesz, żebym był po twojej stronie w starciu z Jurijem?
– …co? – Argentyńczyk zamrugał szybko zdrowym okiem i wyglądał przez moment, jakby ktoś ponownie mu zdzielił, zwłaszcza że drugie zaczynało malowniczo puchnąć i pokrywać się wszystkimi kolorami tęczy. – Ty tak serio? – otrząsnął się jednak i spytał tonem nagle zimnym i twardym. – Jezu, naprawdę serio. OK, dobra, nie było tematu. A z Jurijem nie ma żadnego starcia. Mam w dupie jego durnowate teorie. Nic nie wie i nie rozumie.
– I dlatego rozbiłeś mu nos.
Miguel znów wyglądał trochę, jakby dopiero się obudził.
– Co? Nie! Broniłem się po prostu.
– W porządku. – Rei uniósł dłonie. – Tylko następnym razem nie będę was rozdzielał, ostrzegam.
Lavalier w ogóle nie zareagował. Po prostu się odwrócił, uznając najwyraźniej rozmowę za skończoną.
– Ale Mathildę ode mnie pozdrów! – krzyknął za nim Kon.
Zgubił rytm kroku, omal się nie zatrzymał, a potem – Rei mógłby przysiąc – przyspieszył, ocierając się wręcz o granicę ucieczki.

*

– No dobrze, to powaga. – Hiromi zaciągnęła się trzecim już chyba papierosem. – Jurij, jesteś się w stanie ogarnąć?
– Słucham? – Ciągle patrzył na nią spode łba, siedząc w tej samej mniej więcej pozycji.
– Szczerze: kiedy kazałam cię ściągnąć, nie spodziewałam się, że dowloką mi ścierwo. Jesteś zarośnięty, zachlany i ogólnie do niczego. A ja potrzebuję dawnego Jurija Ivanowa, tego, na którego widok milkła wrzawa na trybunach, kumasz?
Skrzywił się jeszcze bardziej.
– Jurij, to nie są żarty. Wiem, że skoro nie jestem w stanie podać ci głowy Balkova na tacy, możesz mieć to wszystko w dupie, ale pomyśl chwilę. Pomyśl, czy nie warto zainwestować w tę akcję nieco energii i samemu tę głowę urwać. Ja potrzebuję ciebie, ale ty potrzebujesz obecnego Biovoltu. Potrzebujesz czegokolwiek, co da ci narzędzia, a chociaż strony się namnożyły, mogę cię zapewnić, że nikt inny nie zechce z tobą rozmawiać. No, może poza tymi, którzy już cię wycyckali, ale oni wepchną cię na arenę. Ja chcę wysadzić areny.
Ivanow wreszcie spojrzał na nią uważniej.
– Co dokładnie masz na myśli? – wycharczał. – I czy ktoś może, kurwa, skręcić ogrzewanie?
– Kim byłbyś, gdybyś nie został bladerem?
Jurija zaskoczyło to pytanie. Zaskoczyło na tyle, by zdradził się uniesieniem brwi.
– A skąd mam wiedzieć?
– No właśnie. Nie potrafisz niczego, poza tym i przetrwaniem, ale budowanie helikoptera z wykałaczki i dwóch gumek recepturek to trochę naturalny talent. Nie masz nawet prawa jazdy. Ba! Nie masz skończonej żadnej szkoły. Tylko Opactwo. Nie jesteś przystosowany do życia. Nie masz życia. Zupełnie jak Brooklyn. Rudy psychopato.
Jurij zmienił wreszcie pozycję, opadł plecami na oparcie.
– Do rzeczy.
– Przecież wiesz, do czego zmierzam. Jesteś żołnierzem. Nie sportowcem. Żołnierzem. I to nie byle jakim, a takim, któremu nie pozostawiono wyboru. A teraz masz w głowie Volborg. Pomyśl, co by się stało, gdyby to nie ciebie, a ją wezwano do walki.
Zerwał się z miejsca, w mgnieniu oka był przy Hiromi. Krzyknęła, kiedy pchnął ją na ścianę i przygwoździł. Papieros wypadł jej z dłoni na posadzkę.
– Co wiesz o Balkovie?! – warknął Ivanow.
Coś zaszeleściło i z sufitu spadł na niego niespodziewany ciężar. Nie zdołał utrzymać się na nogach, dał się zaskoczyć i przycisnąć do podłogi. Czyjaś ręka przytrzymywała mu głowę i niepozwalana się rozejrzeć, ale kątem oka dostrzegł jasny warkocz.
Hiromi otrzepała garsonkę, odruchowo poprawiła włosy.
– Nie wiem, gdzie jest – odparła tylko lekko drżącym głosem. – Ale wiem… mocno podejrzewam, co planuje.

IV
I would rather bleed out than sit here and talk about my feelings for 10 minutes


Rei odczuwał głęboką potrzebę, by po prostu rzucić się na łóżko, paść na ryj, zwiesić ręce i zasnąć w ubraniu. Wiedział jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Nie mógł sobie pozwolić na nic, co odebrałoby mu kontrolę nad sobą. Przeszedł więc pokój starannymi, równo odmierzonymi krokami, cały czas dbając o wdechy i wydechy, wszedł do łazienki i zaczął się rozbierać. Również w niespiesznie, z dbałością o precyzję każdego ruchu.
Powoli wyciszał ciało i umysł.
Woda pod prysznicem nie mogła być ani za ciepła, ani za zimna. Ubrania powinny zostać złożone w idealną kostkę. Do brodzika wchodziło się prawą nogą, drzwiczki kabiny zamykało lewą ręką.
Potem następował cały skomplikowany proces mycia. To pomagało. Skupianie się na tym, by wszystko – dosłownie wszystko – przebiegło zgodnie z odgórnie narzuconymi, nawet jeśli bezsensownymi regułami, zwyczajnie pomagało ukoić nerwy. Na tym przecież polegała medytacja. I kiedy Rei wyszedł spod prysznica, znów był dokładnie takim człowiekiem, jakiego potrzebował.
Wszedł do łóżka, położył się na plecach i zamknął oczy. Coś zaszeleściło w ciemnościach i po chwili na zbyt miękki dla kogoś, kto większość życia spał na matach materac wskoczyła Mao. Zwinęła się w kłębek obok jego nóg.
Lai spał w pokoju obok, faktycznie otoczony fachową opieką i Kon zrugał się za myśl, że właściwie tak jest mu lepiej. Lżej.
Chen był jego przyjacielem. Jego odpowiedzialnością.
Westchnął cicho i otworzył oczy. Sufit nad nim zdawał się wisieć dziwnie nisko i wirować, ciężkie, pyszne zasłony rozmazywały się w niewyraźne plamy, a kark sztywniał.
Do Reia dopiero dotarło, jak potwornie jest zmęczony. Podróżą, myślami, wszystkim, co wydarzyło się w siedzibie Biovoltu. Ogólnym… skomplikowaniem wszystkiego.
Przecież, prawdę powiedziawszy, nikt nie dał mu moralnego prawa do decydowania o losie Laia, o jego twarzy, o tym, pod czym by się podpisał, a pod czym nie. Ale jednak w pełni rozumiał, dlaczego Hiromi zwróciła się w tej sprawie właśnie do niego i dlaczego zwróciła się w ogóle.
Tak, Rei od dawna wiedział, że pojedynek Takao i Brooklyna niczego nie skończył. Doszło do przetasowania planszy, owszem, ale gracze pozostali ci sami, z tymi samymi ambicjami. Kwestią czasu było, aż część z nich zacznie znów wypływać, po prostu się przegrupuje, choć Kon musiał przyznać, że zaskoczyło go, kto i z kim dogadał się pierwszy.
A potem zginął Kai.
Kiedy do Reia dotarła wiadomość o śmierci Hiwatariego, przygotowywał się właśnie z pozostałymi White Tigersami do mistrzostw Azji. Wydawało mu się, że przed nim wreszcie dobre dni, powrót do zwykłego beybladeingu pozbawionego moralnych obciążeń i demonów przeszłości, jako że skutki używania dysków nowej generacji nie były jeszcze znane, a one same znajdowały się w fazie prototypowych badań, w których brali udział Max i Takao, jako czołowi zawodnicy i krewni duetu naukowego pracującego nad nową technologią.
Pamiętał tamtą chwilę. Pamiętał to uczucie, że jego żołądek pokrywa się warstwą szkła, a potem to szkło pęka na miliardy kawałków. Znał to. Podobnie odczuwał te naprawdę bolesne przegrane.
Pamiętał też, że poczuł się sam sobą głęboko zawiedziony, kiedy skojarzył tę analogię. Oto zginął jego dawny kompan i znaczyło to tylko tyle?
Albo – czy przegrane były aż tak ważne, by znaczyły tyle, co śmierć dawnego kompana?
Rei nie płakał. Kiedy minął pierwszy szok, wypełnił go nie tyle żal, co gniew. Paląca wściekłość, rozgrzewająca kościec do czerwoności. Od tamtej chwili Kon śledził wszystkie newsy związane ze sprawą w nadziei, że w końcu usłyszy imię mordercy albo chociaż sugestię na temat tego, gdzie go szukać. Jedno wiedział na pewno – nie zamierzał tak tego zostawić.
Ale kolejne dni przynosiły tylko rozczarowania. Ciszę. Bezradność śledczych. Początkowo Rei podejrzewał oczywiście, że bezradność ta nie jest prawdziwa, że coś – ktoś – się za tym kryje i jego myśli biegły w oczywistym kierunku ku Balkovowi.
Tylko że mniej więcej w przeciągu dwóch tygodni stary Hiwatari wyzionął ducha po wylewie, a Biovolt ogarnął chaos.
I to nie prawa ręka Voltaire’a sięgnęła po fotel prezesa.
Rei wiele razy zastanawiał się, czy byli zawodnicy BEGA mogli stać za zamordowaniem Kaia. Obracał tę hipotezę w głowie na wszystkie możliwe sposoby i dokładnie oglądał pod światło. Jakkolwiek się jednak nie starał, nie potrafił dojrzeć w niej sensu. Sposób, w jaki Garland i spółka zajęli budynki Biovoltu, też nie przywodził na myśl zaplanowanej akcji. Raczej ktoś z głową na karku wykorzystał nadarzającą się okazję i przejął opuszczony plac zabaw. Początkowo zresztą chyba tylko po to, by nie zrobił tego nikt inny. Potem, stopniowo, zaczęły wyłaniać się jakieś inne cele, aż w końcu Rei wylądował tu, na wielkim łóżku w ciemnym, pysznym pokoju Hotelu Metropol.

*

– Hej, młoda – rzucił Miguel w sufit. – Rei kazał cię pozdrowić.
A potem obrócił się na brzuch i zakrył głowę poduszką. Spod warstwy puchu dobiegł zduszony warkot.
Miękki jesteś, Lavalier. Za miękki. Albo grasz zimnego dupka, albo jesteś za miękki
To się musiało zmienić. Właśnie teraz. Właśnie tak, bez oglądania się wstecz. Nikogo nie interesowało wczoraj. Nikogo nie interesowało, co działo się w odległej Argentynie z zespołem, który dostał się na szczyty tylko dzięki skończonemu chujowi w roli trenera, bo zawodników w składzie miał raczej przeciętnych. Nikogo nie obchodziły wątki poboczne tragedii rodzeństwa Fernandez, Julia pewnie nawet nikomu nie zdradziła się z tym, że ma chłopaka, choćby głównie przez Skype’a. Wszyscy, dla których on, Miguel, miał jakieś znaczenie, wszyscy, którzy go znali, gryźli piach.
Naprawdę został sam.
Żył tym od dawna, taplał się w masochistycznym bajorku pełnym bólu, ale w istocie dotarło to do niego dopiero, kiedy Rei odtrącił wyciągniętą dłoń. Przecież nigdy nie gadali dłużej niż pięć minut i w gronie mniejszym niż kilka osób. Tak naprawdę się nie znali. Pochodzili z innych paczek. To samo dotyczyło Jurija, który najwyraźniej w ogóle był mocno do tyłu z wieściami, ale jednak o Konie miał pewne pojęcie i ugruntowane zdanie.
Miguel pochodził z kompletnie innej bajki.
I nagle przestało być takie… atrakcyjne?
Jezu.
Przecież gdyby mu się tam nie podobało, nie siedziałby w szambie, nie? Nie rozpamiętywałby wszystkiego dzień w dzień, nie odtwarzał w głowie scen i dialogów, tak wypowiedzianych, jak i tych, na które nigdy nie starczyło czasu.
Jezu, Jezu, Jezu.
Miguel, naprawdę cię posrało.
Ale to przecież mogło też dać mu przewagę. Był tu czarnym koniem. Nieodkrytą kartą. Mógł zrobić ze sobą w oczach pozostałych, co mu się żywnie podobało.
Bo przecież wszystko działa w dwie strony.
Skoro już tu był, skoro już przyleciał do Moskwy, to nie zamierzał siedzieć zasmarkany w kącie.


Madryt, 2013
Uciekali.
Chyba już nie musieli, ale fajnie było tak gnać przed siebie przez miasto, z głową pełną huczącej adrenaliny, walącym sercem i krążącą szybko krwią. Julia prowadziła go przez wąskie uliczki Madrytu, do których sam nigdy by nie trafił. Miguel rozglądał się wokoło, chłonął kulisy głośnego, turystycznego miasta z pocztówek, a wraz z nimi chłonął obecność rudowłosej dziewczyny na innym, bliższym jej tle Celle San Lucas.
Stanęli dopiero, kiedy oboje dopadła zadyszka. Oparci o siebie, zgięci wpół, śmiali się głośno, usiłując złapać oddech.
– O matko, to było dobre! – Julia promieniała. Kiedy jej płuca i śledziona nieco się już uspokoiły, zadarła głowę, odrzuciła grzywkę i wodziła wzrokiem po szczytach jasnych kamienic, by nagle spojrzeć wprost na Miguela. – To było naprawdę dobre.
– Aha – przyznał, uśmiechając się tak szeroko, że zaczynała boleć go twarz.
Byli złodziejami. On, Miguel Lavalier, jeszcze do niedawna młodociany symbol totalnie nieopłacalnego fair play, i ona, Julia Fernandez, dziewczyna z cyrku, którą upór i ciężka praca wyniosły na szczyt.
Nie ukradli niczego wielkiego – ot, reklamówkę, papierową torbę, której przeznaczeniem było najprawdopodobniej zreinkarnować jako rolka srajtaśmy, ale która teraz nosiła dumny napis „Prada”. Ale liczył się sam fakt. Zrobili to razem. Wbrew wszystkim i wszystkiemu.
– Na następne wspólne zakupy biorę taczkę – zarechotała Julia.
– Żeby zabrać kasę czy łupy?
– Ty, nie rozkręcaj się, bo jeśli liczysz, że będę ci obierać pomarańcze, jak ci ochrona łapki połamie, to się grubo mylisz. Dobra. – Wzięła się pod boki. – Pocałuj mnie, zanim zacznę podejrzewać, że nie masz dość jaj, żeby to zrobić.
Spalił buraka, no jasne, ale nie musiała go drugi raz namawiać. Słońce zachodziło, rozpalając fasady kamienic oraz zalewając czerwienią brukowaną uliczkę i było dużo, dużo bardziej romantycznie, niż Miguel uważał za komfortowe. Dotarło to do niego nagle i ukuło nagłym strachem między żebra.
– Coś nie tak? – spytała Julia, marszcząc brwi.
– Nie – pokręcił głową. – Ja… czasem tak mam. Czasem czuję, że coś jest za bardzo.
– Za bardzo?
– Za dobrze.
– Głuptas. – Dziewczyna zmierzwiła jego jasną czuprynę. – Chodź, nażremy się jakiś frytek.


Moskwa, 2015
Kim byłbyś, gdybyś nie został bladerem?
Jurij wsadził głowę pod kran. Strugi zimnej wody wnikały między włosy, spływały po karku, twarzy, rozbitym nosie.
Borys lata, ja służę na łodzi podwodnej. Jesteśmy silni, wytrzymali i wyszkoleni do ekstremalnych zadań. Nadałbyś się.
Palce zaciskały się kurczowo na krawędzi umywalki, ramiona mu drżały. Nie wiedział, co to. Zmęczenie, złość, brak alkoholu, jakieś zatrucie…
Jesteś żołnierzem. Nie sportowcem. Żołnierzem. I to nie byle jakim, a takim, któremu nie pozostawiono wyboru. A teraz masz w głowie Volborg. Pomyśl, co by się stało, gdyby to nie ciebie, a ją wezwano do walki.
Ale miał dość.
Miał tego wszystkiego dość, zanim się zaczęło. Nie tak miało wyglądać. Nie wiedział dokładnie jak, ale na pewno nie tak. Nie tu, nie w tym przeklętym mieście, które przeklęło jego. Nie w tym przeklętym mieście, w którym był mordercą.
Przecież tego chcieli. Balkov, Voltaire Hiwatari, potem Kai. Żeby mordował. Żeby był skuteczny. Żeby Volborg jego umysłem torowała im drogę do jakichś nieokreślonych celów.
Myślał, że im uciekł, że ich przechytrzył, że mogą się pieprzyć.
A potem nagle stał nad ciałem i patrzył na swoje zakrwawione dłonie.
Jesteś żołnierzem.
Wyciągnął głowę spod strumienia lodowatej wody, oderwał od umywalki, a potem uderzył pięścią w lustro.
Długo stał, obserwując czerwone krople ściekające z jego palców na posadzkę.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 30 czerwca 2016, 14:20

Bo dostałam cykna, że się czyta :bag: I że nawet jest chęć na więcej :bag:

V
ANOTHER ONE BITES THE DUST AND I WANT MY MONEY BACK*


Nowy York, 2013

To było niesamowite.
Max odczuwał to całym ciałem, intensywnie jak nigdy wcześniej. Dysk kręcił się w zawrotnym tempie i w tym samym tempie krążył krew w jego żyłach. Euforia rosła pod skórą i miał wrażenie, że czysta radość, czysta siła Draciel zaraz zwyczajnie go rozsadzi. Unosił się nad ziemią, w przestrzeni nigdy wcześniej dla niego niedostępnej. Nigdy wcześniej w ogóle niemożliwej do wyobrażenia.
Widział świat oczami bestii, czuł to, co ona, i tak jak ona. Mogli porozumiewać się bez słów, jakby stanowili jedną istotę. Wreszcie, po raz pierwszy, nie tylko on wydawał polecenia, ale też słuchał jej sugestii, pozwalał wykorzystać moc, jakiej istnienia nawet nie podejrzewał.
Draciel stawała się coraz wspanialsza. Coraz silniejsza. Coraz piękniejsza.
– Mamo… – wyszeptał Max. – Mamo, dziękuję…
A potem przypuścił atak. Michael, drugi spośród All Starz, który otrzymał od jego mamy i Hitoshiego ulepszony sprzęt, nie miał szans, jego dysk zgrzytnął o krawędź areny, a potem wypadł daleko poza nią, koziołkując wysoko ponad podłogą.
– Wygrałem! – ucieszył się Max. – Dzięki, Michael! Dobry mecz! Michael…?
Chłopak nie odpowiedział. Jego twarz wykrzywiało przerażenie.
– Michael!
Kolana ugięły się, usta zaczęły drżeć, a palce kurczowo zacisnęły na koszulce w okolicach serca.
– MICHAEL! MAMO!
Podbiegł do kumpla, próbował mu pomóc, sprawdził puls, ale odepchnęła go Emily.
– Dzwoń po karetkę! – rozkazała.
Max drżącymi dłońmi wymacał w kieszeni telefon. Wybrał numer.
Ale na wszystko było już za późno.
Dysk Michaela przestał się kręcić.
Przestało bić jego serce.

*

– Max? Max, synku, jak się czujesz?
Podniósł na matkę zaczerwienione, opuchnięte oczy.
– Lepiej – wyszeptał. – Mamo… Mamo, co się właściwie stało?
– Jeszcze nie wiemy. – Judy usiadła obok niego. Chwyciła za rękę. – To był wypadek, Max. To nie jest niczyja wina.
Pociągnął nosem.
– Tak… Wiem… Ale…
Matka podała mu chusteczkę.
– To nie jest niczyja wina – powtórzyła. – Odpocznij. Wszystko będzie dobrze.
Wyszła i Max został sam. Ze wszystkimi wątpliwościami. Z całym potwornym ciężarem emocji.
To miał być taki piękny dzień. I był. Świeciło słońce, śniadanie podali pyszne, a Draciel wydawała się najwspanialszą ze wszystkich bestii. Coś takiego, coś tak strasznego, że aż groteskowego, niemożliwego zwyczajnie nie miało prawa się wydarzyć.
Przecież świat tak nie działał. Nie robił takich rzeczy.
Max wytarł nos w chusteczkę, ale to dopiero uruchomiło prawdziwą lawinę łez. Rozpłakał się głośno, spazmatycznie, skulił, łapiąc za brzuch, a potem zwymiotował gorzką żółcią.

*

Tym razem to ona nie zważała na strefę czasową.
– Hitoshi? Stało się coś.
Ziewnął do słuchawki, co usłyszała, chociaż chyba zasłonił usta ręką.
– Judy… Judy, jest…
– Straciłam dzieciaka.
Po drugiej stronie zapadła głucha cisza.
– Hitoshi? Hitoshi, mów do mnie. – Mizuhara przemierzała swój gabinet w tę i z powrotem, nerwowo i szybko. Kompletnie bez celu.
– Maxa?
– Nie, nie Maxa. Michaela Parkera. Tego drugiego. Zszedł mi podczas bitwy. Po tym, jak Max go pokonał. Powinieneś wiedzieć.
Znów zapadła cisza. Jeszcze cięższa i bardziej lepka niż poprzednio.
– Hitoshi, do cholery!
– Takao… – wycharczał mężczyzna. – Takao też zabił swojego testera…
– Zabił?
– Pojedynek się skończył i tamten padł martwy. Tak po prostu.
Judy zamknęła oczy i zacisnęła usta.
– Jest prawidłowość.
– Na to wygląda.
– Musimy się temu przyjrzeć.
– Co z programem?
– Chcesz się wycofać?
– A ty?
– Nie.
– I to jest jedyna akceptowalna odpowiedź.


Moskwa, 2015
Hiromi siedziała w swoim gabinecie odwrócona bokiem do przeszklonej ściany. Pety tworzyły już spory kopczyk i zaczynały wypełzać z popielniczki na biurko. Obok stała butelka z resztą kompletnie zwietrzałego piwa.
Tachibana nie spała tej nocy. Patrzyła jak niebo zmienia kolor, a potem wstaje świt. Niewiele jej to dało, bo nadal pewna była tylko tego, że Jurija Ivanowa należy czym prędzej wysłać na odwyk.
Odpalanie kolejnego papierosa przerwał jej dźwięk telefonu.
– Pani Tachibana, prezes Śirwat oczekuje w swoim gabinecie.
Westchnęła, przetarła dłonią opuchniętą twarz.
– Już idę.
Tak, właśnie tego było jej trzeba – spotkania z ludźmi, którzy będą patrzyli na nią z mieszanką przerażenia, niedowierzania i wyrzutów.
W gabinecie siedział prezes, owszem, ale nie tylko. Hiromi wodziła wzrokiem od twarzy do twarzy i powoli docierało do niej, że została wciągnięta na jakieś walne zgromadzenie, a to oznaczało jeszcze kilka godzin bez snu.
Garland i Mystel, ale także Brooklyn i Kenny, a nawet strapiona Emily na ekranie laptopa, siedząca w jakimś koszmarnym oświetleniu ściągającym jej twarz w paskudną maskę.
– Cześć, wesoła kompanio – rzuciła Tachibana i bezceremonialnie opadła na fotel. – Co tym razem jebło?
– Poza zasilaniem wczoraj? – prychnął Garland. – Wszystko.
– Słyszałam, że zebrałaś niezłe zoo – głośniki zatrzeszczały niezmiennie od lat niesympatycznym głosem Emily.
– Naprawdę? Wy znowu o tym? Dajcie mi chwilę, co? A jeśli nie macie niczego sensownego do powiedzenia, to wybaczcie, ale…
– Zaraz. Czekaj – pałeczkę znów przejął Garland. – AFC się wycofało.
Wstawała już z fotela, ale zamarła wpół ruchu.
– Co.
– Wycofali dostawy. Co znaczy… Wiesz, co znaczy lepiej niż ja.
Tak, wiedziała.
AFC miało status jednego z ich głównych partnerów, kluczowych odbiorców dla podzespołów do tradycyjnych dysków. Jeśli się wycofali… To oznaczało kolejną potężną dziurę w i tak przeciekającym kadłubie Biovoltu.
Oraz – prawdopodobnie – nowego partnera M&K.
– Szlag…
– Więc nie, Hiromi. Nie możemy ci dać chwili.
Ukryła twarz w dłoniach. Milczała, a cisza puchła wokół niej uciążliwym oczekiwaniem i wciskała się do głowy przez uszy.
– Dobra. – Tachibana uniosła się nagle, a jej twarz pokryła maska zdecydowania. – Dobra, do końca tygodnia będę miała w pogotowiu pierwsze materiały z Chenem. Jest rano. Do wieczora załatwię zdjęcia, jutro trafią do obróbki. Hasła mamy gotowe od dawna. Ściągam Tylora tutaj, film o dzieciach Bartheza zrobi się w Moskwie, w studio. Zdjęcia z Argentyny załatwimy zaocznie, materiały archiwalne domontować można zawsze.
– Lavalier już wie? – zdziwił się Mystel.
– Dowie się zaraz. Tylko dał sobie, kurwa, podbić oko. No nic, najwyżej będzie dużo artystycznych ujęć profilu albo mu się przefasonuje fryza.
– Ivanow?
– Ivanow jest mi potrzebny trzeźwy. Mamy jakiegoś speca od naprawiania rudych świrów na stanie, prawda? – Hiromi spojrzała na Brooklyna.
– Mamy – odparł Irlandczyk swoim zwykłym, ospałym tonem niezdradzającym niczego poza całkowitym brakiem zaangażowania w rzeczywistość i całkowitą odpornością na obelgi.
– No to, myszki, trzeba działać dalej. – Tachibana klasnęła w dłonie, jak przedszkolanka zachęcająca dzieci do ganiania się po parku, po czym, nie pytając o pozwolenie prezesa, wyszła z gabinetu. Nim zniknęła za drzwiami, zdążyła już zacząć jakąś telefoniczną rozmowę.
– Czasem się zastanawiam – zaczął Mystel ze stoickim spokojem – czy ona nas bardziej ratuje, czy jednak gubi.
– I tak wszyscy pójdziemy na dno – westchnął ze zwykłym sobie optymizmem Kenny.
– Mhm. – Garland złożył dłonie, a potem, chyba nie do końca świadom, jaki to może wywołać efekt, trzasnął palcami. – Jak rozumiem, też nie masz dobrych wieści.
Młody naukowiec poprawił okulary, co wydawało się gestem zupełnie bezsensownym, zważywszy na to, że grzywka i tak wpadała mu do oczu. Czasem kojarzył się Śiwratrze z tymi małymi, biednymi pieskami o płaskich mordkach i za długiej sierści.
– I tak, i nie. Wygląda na to, że znalazłem Takao.
– No proszę. Żyje?
– Tak. Ale trzymają go w izolacji. Próbują… leczyć.
Brooklyn, dotąd nieobecny, odwrócił nagle głowę ku Kenny’emu i w bił w niego zaskakująco przytomny wzrok. Nie powiedział niczego, ale często nie musiał tego robić.
– Ale bez skutku.
Sprawa młodszego Kinomyi spędzała sen z powiek członkom zarządu już od dawna. Najlepszy z czynnych zawodników zniknął z areny dwa miesiące temu. Nagle. Bez słowa wyjaśnienia. Po prostu przestał się pojawiać na turniejach, a próby nawiązania kontaktu czy to prywatnie, czy to przez menedżerów, spełzły na niczym.
Owszem, istniały pewne podejrzenia, ale tak naprawdę myśli zawsze uciekały ku tezie, że Takao został zamordowany, podobnie jak Kai. Motyw znalazłby się aż nadto łatwo.
Kinomyia zawsze był ambitny i zawsze kochał wygrywanie. Zdawało się, że korzystanie z dysku nowego typu wzmocniło w nim obie te cechy i sprawiło, że stał się nie do zatrzymania. Kiedy zwykłe mecze przestały mu wystarczać, zaczął wyzywać po dwóch, trzech zawodników, a potem i liczniejsze zespoły.
I wszyscy, którzy podnosili rzuconą rękawicę, ginęli. A on nie potrafił się zatrzymać.
– Więc co? – Garland wyprostował się w swoim fotelu. – Próbujemy go wyciągnąć?
– Nadal nie wiem, po co – prychnęła Emily. – To tylko dodatkowe koszty i ryzyko.
– To mój przyjaciel. – Kenny zacisnął pięści.
– Nie jedyny.
– Ale jeden z nich!
– Nie jedyny – powtórzyła Emily z naciskiem. – Może zwyczajnie nie powinien być naszym priorytetem. Nie twierdzę, że powinniśmy to zostawić. Twierdzę, że powinniśmy to zostawić na razie.
– Boję się, że potem nie będzie środków…
– Bo działania Hiromi nas spalą? – Garland uniósł brew.
– Na pewno pochłoną ostatnie pieniądze Biovoltu. Taki jest zresztą plan, nie? Nie jestem głupi przecież, wiem, że to wszystko, to misja samobójcza. – Kenny zdjął okulary i zaczął je czyścić w nerwowym odruchu. Robił to z takim zaangażowaniem, że wydawało się, jakby miał zaraz wzniecić ogień.
– To misja samobójcza dla Biovoltu, nie dla nas. Naszym zadaniem będzie się otrzepać na nowej planszy.
– Nie jestem w tym dobry – skrzywił się naukowiec.
– Więc skup się na tym, w czym jesteś.

*

Stwierdzenie, że Rei nie był zadowolony, kiedy odebrał telefon z informacją, że ekipa fotografów już jedzie do Hotelu Metropol, byłoby pewnym nadużyciem. Był wściekły. Nie uważał, żeby Lai został do tego odpowiednio przygotowany. Nie uważał nawet, żeby on, Rei, ostatecznie zgodził się na przeprowadzenie całej akcji, choć uczciwie przyznawał też przed sobą, że jego przyjazd do Moskwy można było tak odczytać, a już na pewno, że mogła to zrobić Hiromi.
Przyznawał głównie dlatego, żeby odegnać chęć zamordowania członków zarządu Biovoltu na bezpieczną odległość i jakoś tak bardziej równomiernie rozłożyć ciężar gniewu.
– Oczywiście, panie Kon, wszystko musi zostać w tajemnicy – rzucił pakujący się do pokoju facet z wielką torbą. Nawet nie raczył się przedstawić.
Potem było rozstawianie sprzętu, malowanie oraz czesanie Laia i masa zamieszania, od którego Rei odgradzał przyjaciela, jak to tylko było możliwe, w duchu przeklinając cały nowy zarząd Biovoltu, a głównie Mystela.
Mao także czuła się wyraźnie zagubiona. Krążyła pod ścianami, posykiwała na obcych i za nic nie dało się jej przywołać. Chen nie wiedział już, które z rodzeństwa ratować pierwsze i złość odkładała się pod jego skórą, oddzielając ją od mięsa.
Ale kiedy błysnął pierwszy flesz, to nie on nie wytrzymał.
Mao odbiła się od podłogi, skoczyła i przewróciła fotografa, drapiąc go prewencyjnie krótko przyciętymi paznokciami.
– Kurwa! – zawył, usiłując ją zrzucić. – Ugryzła mnie w szyję!

*

– Przeceniasz mnie.
– Nie, nie rozumiesz…
– Nie, to ty nie rozumiesz. Przeceniasz mnie ty, przecenił mnie Jurij. Moje pięć minut było bardzo krótkie i minęło dawno temu.
Hiromi przewróciła oczyma.
– Ależ od ciebie bije optymizmem.
Miguel wzruszył ramionami, nawet już na nią nie patrząc. Właściwie nie patrzył na nic. Ot, miał otwarte oczy i tyle.
– Ja po prostu próbowałem – mruknął tak cicho, że Tachibana ledwie usłyszała. – Wiem. Nie – nagle zaczął mówić głośniej, dużo głośniej i z gniewem, jakiego nie słyszała, odkąd przybył do Moskwy. – Naprawdę myślisz, że szesnastoletni, siedemnastoletni dzieciak może się przebić z czymś więcej poza hasłem reklamowym płatków śniadaniowych? Wam się naprawdę wydaje, że po tym wszystkim… – Zacisnął pięści. – Że po tym wszystkim mogłem siedzieć cicho?
– Teraz jest inaczej.
Prychnął.
– Co jest inaczej? – Spojrzał na nią spode łba. – Nie rozumiesz tego, Hiromi? Niczego nie mogłem, bo nie stał za mną żaden dorosły. I teraz też nie stoi. Cokolwiek nie zrobimy, cokolwiek nie wymyślisz, nadal jesteśmy tylko bandą gówniarzy. A ja w dodatku jestem gówniarzem, o którym nikt nie pamięta.
– Gdyby tak było, to bym się do ciebie nie zwróciła – zaprotestowała Tachibana. Wyciągnęła papierosa. – Nie palisz, nie?
– Nie.
– Szkoda. Zostawiłam gdzieś ogień.
Miguel bez słowa sięgnął do kieszeni i wyjął zapalniczkę.
– O, dzięki. Ale… – Hiromi przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy podejrzliwie. – Po co ci to?
– Czasem lubię popatrzeć, jak coś płonie.
Wzdrygnęła się mimowolnie.
– Wracając do sedna sprawy…
– Wracając do sedna sprawy, powiedz mi, kto przygotował nowe dyski na turniej Justice 5?
– Kenny i Emily. – Hiromi wzruszyła ramionami, pozornie całkowicie skupiona na zapalaniu papierosa.
– Sama widzisz.
– Co widzę?
– Nie pamiętasz. Już następnego dnia nikt nie pamiętał, że przynajmniej jedna czwarta zastosowanych tam rozwiązań jest moja. No bo, kurde, nie noszę okularów, nie? – Miguel zarechotał w najbardziej grobowy sposób, jaki kiedykolwiek słyszała. – Taki ze mnie prosty chłopak, ładna buzia i trochę muskułów. Sportowcy nie myślą.
– Użalasz się nad sobą.
– Może trochę. Ale nie w tym rzecz. Nie osiągnąłem tak naprawdę niczego poza tupnięciem nóżką. Nie mam na koncie nic, do czego mogłabyś się odwołać. Wróciłem z mistrzostw może na tarczy, ale wciąż pokonany, a potem nie wygrałem żadnego znaczącego meczu.
– Wiesz – Hiromi strzepnęła popiół do popielniczki – tamto tupnięcie nóżką zrobiło na niektórych spore wrażenie.
– I tak nie wiedzą, jak było naprawdę.
– To im powiedzmy. Tego właśnie chcę, Miguel. Przypomnieć światu o Batalionie Bartheza.
Patrzył na nią nieufnie zmrużonymi oczyma i nagle dotarło do niej, jakie są zimne. Pomyślała, że to trochę zabawne, że lodowy Jurij wygląda, jakby płonął, z tą swoją rudą czupryną i pełnymi gniewnej pasji oczyma, a tego tu młodocianego piromantę można by z powodzeniem przebrać za reklamę chłodziarko-zamrażarek.
– Co masz na myśli?
– Dokument – odparła. – Jakieś czterdzieści minut pierdolenia o biednych dzieciach, honorze i fair play. Do tego rzewna muzyka i archiwalne zdjęcia.
Jego twarz nawet nie drgnęła.
– Hiromi?
– No?
– Co ty właściwie wiesz na ten temat?
– Szczerze? Nic, prócz tego, że czitowaliście, a potem pierdolnąłeś słuchawkami.
Westchnął.
– Tak myślałem.
– Miguel, a jakie to ma znaczenie?
– Słucham?
Hiromi pochyliła się, oparła łokcie o kolana, a dłonie złożyła w piramidkę.
– Nie naprawisz tego, co było – powiedziała, patrząc chłopakowi prosto w oczy. – Nie wrócisz tam, nie cofniesz czasu, nie wskrzesisz martwych. Ale są inne opcje. Możesz mi po prostu zaufać? Założyć, że jako profesjonalistka wiem, co robię?
Milczał z zaciśniętymi, pobielałymi ustami.
– Miguel?
Zamknął oczy, wziął głęboki oddech. Zbierał się do odpowiedzi, ale trwało to długo.
– OK. Wchodzę w to.

*

– No już, już dobrze – szeptał Rei uspokajająco, głaszcząc Mao po plecach długimi, powolnymi ruchami. – Nikt was nie skrzywdzi.
Przywarła do niego całym ciałem, wtuliła głowę w bark. Cały czas lekko drżała, cały czas z jej gardła wydobywały się dziwne, bulgoczące dźwięki, które mogłyby być płaczem, gdyby jeszcze potrafiła płakać.
W tamtej chwili nie liczyło się, czy jest bardziej człowiekiem, czy Galux – była po prostu skrzywdzona, przerażona i zagubiona.
– Panowie kontynuują, zajmę się nią – powiedział Rei ponad jej głową. – Proszę się pospieszyć.
– Ale…
– Niech pan nie będzie dzieckiem. Przecież pan nie krwawi. Proszę sobie przyłożyć coś chłodnego do szyi i zająć się swoimi obowiązkami.
– Racja – w sukurs Chińczykowi przyszedł sam główny fotograf. – Georg, ogarnij się.
Ktoś otarł z ust Laia kropelkę śliny, która zdążyła się zgromadzić w kąciku, ktoś inny poprawił jeszcze ułożenie parasola i flesz znowu błysnął.
Rei na wszelki wypadek przycisnął Mao mocniej do siebie.
Mógł to przewidzieć. Mógł skojarzyć. W końcu bała się obcych ludzi i burzy.
Czy może raczej Galux się bała, bo przecież Chen była osobą bardzo towarzyską, otwartą i radosną w taki przyjemny, spokojny sposób. Rei tęsknił za nią, za jej uśmiechem, wsparciem i świetną kuchnią każdego dnia bardziej. Każdego dnia patrzył w zdziczałe oczy, na których dnie kryła się jego dziewczyna, i zastanawiał się, czy kiedykolwiek zdoła ją stamtąd wydobyć.
Mógł poczekać. Mógł naprawdę długo czekać, a kiedy wszystkie nadzieje zawiodą, świat zapamięta jego zemstę.
W sumie głównie po to przyjechał do Moskwy – dla Mao. Owszem, dla tych wszystkich biednych dzieciaków, którym wtłoczono bestie do głowy, albo którym planowano to zrobić, również. Dla Takao. Dla Maxa. Ale jednak najbardziej namacalnie właśnie dla Mao.
Uspokajała się bardzo powoli. Oddech wyrównywał się, szarpany bulgot powoli przeradzał w ciche pomruki. Nie zaciskała na nim dłoni już aż tak histerycznie. W tym stanie niemal przypominała siebie.
Rei odsunął tę myśl.
Nie, nie była jego dziewczyną. Nie teraz. Może kiedyś się obudzi i zechce do niego wrócić, ale nie teraz.
A jednak ciało pamiętało ten zapach i ten dotyk, i zupełnie nie chciało go słuchać.
– Panie Kon, skończyliśmy.
To krótkie hasło przyjął jak prawdziwe błogosławieństwo. Zabrał rękę ostrożnie, na próbę, by sprawdzić, czy Mao jest gotowa, by wypuścił ją z rąk. Była, więc wstał i złożył ekipie fotografów pełen szacunku pokłon.
– Dziękuję panom za wykonaną pracę i raz jeszcze przepraszam za wszystko, co tu zaszło.
Fotograf z imponującą, siwiejącą grzywą zaczesaną na bok uśmiechnął się półgębkiem.
– Nie ma za co – odparł i klepnął swojego pogryzionego asystenta w ramię. – Pieniądze sami wiemy kogo działają jak najlepsze znieczulenie.
Rei ostatkiem sił utrzymał na twarzy uprzejmy uśmiech.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 06 lipca 2016, 07:48

No to jako, że chciałam więcej, to się wypowiem (choć z góry uprzedzam - na nic mądrego mnie nie stać, usprawiedliwiając się powiem - wakacje mnie rozmiędliły...):
W ogóle nie czuję jakbym potrzebowała wstępniaka z tym, co się stało wcześniej i tak dalej. Składam sobie okruchy, które podajesz, dotyczące przeszłości i skupiam się na teraźniejszości. I jestem fanką Jurija :bag: Bo foki, bo Wolborg, bo północ? Nie wiem. Lubię północ :P
Wciągam się i lektura sprawia mi przyjemność. Czytam sobie czysto rozrywkowo i mam to swędzące uczucie za uszami, że taka Kruff jest profesjonalna we wszystkim za co się złapie.
c[_____]!

A dla jako takiego porządku:
Wreszcie, po raz pierwszy, nie tylko on wydawał polecenia, ale też słuchał jej sugestii, pozwalał wykorzystać moc, jakiej istnienia nawet nie potrzebował.
Na pewno o to chodziło?

I jeszcze się czepnę trochu tej herbaty Tachibanowej, że ona niby tyle czasu tam siedzi i w całej Moskwie nie ogarnęła miejsca, gdzie można kupić inną herbatę niż czarną w 2015 roku nie jestem w stanie uwierzyć. A jak nie znalazła tam, to mogła kupić przez Internet ;) No chyba, że zbyt zajęta jest, żeby poszukać, ale wtedy sama sobie winna :P
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 07 lipca 2016, 15:55

VI
A COMPUTER BEAT ME AT CHESS ONCE.
BUT IT WAS NO MATCH FOR ME AT KICK BOXING

Koszule Garlanda miały bardzo specyficzny krój. Spersonalizowany. Czy – jak mówił Mystel – sklatoralizowany.
W każdym razie wąskie u dołu, u góry przypominały namiot cyrkowy i prawdopodobnie dałoby się z nich uszyć żagiel dla jakiejś niewielkiej jednostki.
– Ale to dobrze – kpił Kirgijczyk, zanim mu się nie znudziło. – Jak nas napadną terroryści i szef utknie na swoim trzydziestym piątym piętrze, to ja trochę podmucham, a on wyskoczy przez okno i zrobi sobie spadochron.
Tak naprawdę schody zaczynały się dopiero przy marynarkach. Oczywiście wszystkie były szyte na miarę, bo po pierwsze, prezesowi Biovoltu nie uchodziło inaczej, a po drugie, w żadnym sklepie nie dostałby niczego odpowiedniego, ale i tak proces ich zakładania stanowił skomplikowane zadanie, którego celem było niedopuszczenie do pęknięcia szwów na plecach lub pod ramionami.
Czasem jednak należało podjąć to wyzwanie i wtedy przydawał się Brooklyn ze swoją nienaturalną, chorobliwą cierpliwością.
Garland spojrzał w lustro, żeby ocenić efekt.
Wyglądał jak zawsze w stroju oficjalnym. Jak rzepa ubrana we frak. Co miało również swoje dobre strony, bo trudno nie traktować poważnie kogoś, kto na poziomie wzroku rozmówcy prezentował się tak imponująco, nawet jeśli mógłby być twoim synem, wnukiem lub – wcale nierzadko – prawnukiem. To ułatwiało wiele rozmów.
Brooklyn nie towarzyszył mu na takich razach, bo zwyczajnie się na nich nudził i nie potrafił nie ziewać, Mystel zawsze czaił się w pobliżu, ale jednak trzymał cienia lub żyrandoli, a Hiromi była zbyt zajęta ogarnianiem swojego nowego placu zabaw, więc na spotkanie z Klimowem Garland zabrał ze sobą Kenny’ego. Kenny bowiem miał tę cudowną właściwość, że bardzo często przydawał się w zupełnie zaskakujących okolicznościach, a nawet jeśli się nie przydawał, to przynajmniej nie przeszkadzał.
Szofer otworzył przed nimi drzwi limuzyny. Obok stał wymuskany miejski Ford Hiromi – niektóre kobiety mają dzieci, inne koty, jeszcze inne dzieci i koty, a ona miała swoje niebieskie tegoroczne Ka, które, Garland mógłby przysiąc, cmokała na pożegnanie za każdym razem, kiedy wysiadała przed budynkiem Biovoltu.
– Klimow spotkał się w zeszłym tygodniu z przedstawicielami Seal&Co. – powiedział Kenny, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi samochodu i rozległo się charakterystyczne w jego towarzystwie stukanie w klawiaturę. – Nie mam żadnych informacji, jakoby dokonali wiążących ustaleń, ale wiadomo, że musimy się mieć na baczności.
– Hm. – Garland zapatrzył się za szybę na rozświetloną ulicznymi latarniami i krzykliwymi neonami Moskwę. Nie czuł się dobrze w tym mieście pełnym ciemnych zaułków, szemranych interesów, kłamstw i łapówek. Nie, kiedy to od niego oczekiwano dowodzenia. – Sądzisz, że jedziemy tam po wilczy bilet?
– To nie byłoby w stylu Klimowa. Raczej będzie próbował szantażu.
– A jeśli się nie ugniemy, odsłonimy karty.
– Tak, prawdopodobnie zacznie podejrzewać, że nasze działania mają drugie dno i nowe kontrakty to tylko środek do celu, a nie strategia rozwoju firmy. Ale to tylko hipoteza.
– Nie lubię, kiedy biznes łączy się z polityką – skrzywił się Garland.
– Cóż – westchnął Kenny. – Zdaje się, że w tym kraju to zawsze było jedno i to samo.
O, tak, było. Rozplątanie wszystkich układów i układzików zajęło im długie miesiące. Po przejęciu Biovoltu w progu codziennie stawały jakieś osobistości, żądały spotkania ze śri Śirwatem i mówiły, mówiły, mówiły, ciągle niejasno, ciągle półsłówkami, ciągle odwołując się do jakichś ustaleń, o których Hiwatari nie pisali w oficjalnych dokumentach nawet atramentem sympatycznym. Potem okazało się, że szczeble prowadzą coraz wyżej i wyżej, przez moskiewskich urzędników aż na sam Kreml.
I nadal, choć minęło tyle czasu, nie wszystko wydawało się jasne.
Limuzyna mknęła pięknym i jednocześnie odrażającym miastem, po którym biznesmeni w sobolowych futrach chodzili pod rękę ze zdewastowanymi prostytutkami, aż wreszcie zatrzymała się przed Novotelem.
Klimow już czekał przy stoliku, podniósł się z krzesła i przywołał na usta serdeczny, słowiański uśmiech, na który aż za łatwo było się nabrać.
Garland odpowiedział mu zwykłą sobie powściągliwością, Kenny nieco nerwowym uściskiem dłoni.
– Śri, panie Saien, to dla mnie zaszczyt.
– Dla nas również, panie Klimow – zapewnił prezes Biovoltu i wszyscy zajęli krzesła. – To zawsze przyjemność spotkać się z tak wspaniałym filantropem.
Po chwili zjawił się kelner i rozmowa przeszła od wstępnych grzeczności do fazy negocjowania między łykiem wina a kawiorem.
– Skoro o filantropii mowa… Słyszeli już panowie o Fundacji Nowy Świt?
Kenny spojrzał na Garlanda, ale jego twarz pozostała maską bez wyrazu.
– Nie obiło mi się o uszy – odparł.
– Szkoda, ogromna szkoda. Pozwolą panowie, że przybliżę to zacne grono. Fundacja Nowy Świt zrzesza dawnych trenerów beybladeingu sprzeciwiających się obecnym praktykom M&K.
Brwi Garlanda uniosły się może o pół milimetra. Brwi Kenny’ego i tak nie dało się dojrzeć.
– Kilka znaczących nazwisk, rosnące wpływy – kontynuował Klimow swoim jowialnym głosem. – Sądzę, że dla nowego Biovoltu byłby to znakomity partner.
– To miło z pana strony, że zwraca pan na nich naszą uwagę.
– Och, nawet więcej! – Mężczyzna uśmiechnął się, prezentując arcydzieło sztuki dentystycznej. – Przybywam z gotową ofertą. Nowy Świt zwrócił się do mnie z prośbą o skontaktowanie się z państwem. Są gotowi nawiązać współpracę ze względu na fakt, że Biovolt konsekwentnie odmawia produkowania części do dysków M&K. Pan Romero Abrego, niegdysiejszy trener rodzeństwa Fernandez, prosi o ustalenie dogodnego terminu spotkania.

*

Brooklyn spacerował po Moskwie niespiesznie i bez celu. Ot, nudził się, Garlanda wywiało na oficjalne spotkanie, a pogoda była taka piękna i zachęcająca. Dotarł ostatecznie do Parku Zwycięstwa, który może nieco przygnębiał wymową i otwartymi, płaskimi przestrzeniami, ale chodziło się po nim całkiem przyjemnie.
Zresztą Masefield nie lubił ostatnio zbyt wąskich przejść. Czuł się w nich obserwowany. W takim miejscu jak to z kolei mógł być jednocześnie bezpieczny wśród ludzi i z dala od nich.
Stanął sobie nieco z boku, na obrzeżu szerokiej promenady i kruszył chleb, dokarmiając gołębie. Czasem zdarzało się, że zamiast gołębi, dokarmiał wychudłe dzieci mieszkające w krzakach.
– Przepraszam, ma pan może zegarek?
Podniósł wzrok i zobaczył szczupłego mężczyznę w prochowcu. Nie wyglądał na tutejszego i mówił też z dziwnym akcentem, który Brooklyn skąd kojarzył, ale raczej mgliście.
– Niestety nie – odparł.
– Och, jaka szkoda! – zmartwił się mężczyzna. – Umówiłem się z kimś, ale chyba się spóźnia… Nie jestem stąd, czuję się trochę nieswojo… Nie będzie miał pan niczego przeciwko, jeśli poczekam z panem?
Masefield oczywiście miał przeciwko. Nie to, że ogólnie nie lubił ludzi, ale poza paroma osobami, ich obecność nieco go… żenowała. Stawała w kłopotliwej sytuacji, w której ktoś oczekiwał od niego tego, co oficjalnie nazywano „zachowaniami społecznymi”.
Niemniej zarówno Garland, jak i psychiatrzy mówili mu, że powinien uczyć się tych społecznych zachowań i przełamywać bariery. Że to mu kiedyś pomoże.
– Ależ proszę – powiedział więc. – Tylko niech pan więcej nie straszy gołębi. Nie lubią tego.

*

– Nowy Świt? – Hiromi zmarszczyła brwi, patrząc skupiona w kąt. – Nie, też nie słyszałam, ale brzmi bardziej jak sekta. Samego Romero Abregę oczywiście pamiętam. Specyficzny typ. Nigdy nie było wiadomo, na ile żartuje, na ile gra, a na ile jest po prostu debilem. Nie lubię takich ludzi.
– W sumie przez M&K zginął jego podopieczny – zauważyła Emily z ekranu laptopa. Zajęcia na uczelni wciąż trzymały ją w Ameryce, choć obiecywała, że doleci w najbliższych dwóch tygodniach. – To się jakoś tam trzyma kupy, że mógłby założyć taką fundację.
– W pewnym sensie zginęło oboje podopiecznych… – westchnął grobowo Kenny.
– Tak czy inaczej, sprawę warto zbadać – oceniła York. – Przynajmniej zbadać. Jeśli dobrze rozumiem, całkiem nieźle wpisuje się nam w plan.
Hiromi przytaknęła o dziwo bez słowa, co mogło świadczyć o tym, że część jej myśli nadal jest mocno zajęta.
– Tak, spotkanie trzeba zorganizować – mruknęła w końcu – ale dobrze byłoby też uruchomić jakiś wywiad w kwestii Nowego Świtu.
– Mystel? – Garland spojrzał na Kirgijczyka.
– Się zrobi.
– Bądź ostrożny – poprosiła Tachibana. – Już i tak wszystko wisi na włosku.
– Zawsze jestem – uśmiechnął się rozbrajająco.
– Mnie tylko martwi, że to Klimow podrzucił nam trop – mruknął Saien na wpół do siebie. – Zwłaszcza po tym, jak wycofał się kolejny inwestor, z którym miał kontakty, czego przecież nie kryje.
– To za dużo na moje nerwy – sapnął Garland.
– Możliwe, że jednak jest przeciek – stwierdziła Hiromi, odpalając papierosa. – Że wiedzą o kampanii. Może… Może jest na odwrót? Może to Abrego chce się pod nas podłączyć? Lubi reflektory.
– Oby to było takie proste…

*

– Jest pan bardzo czarującym młodym człowiekiem.
– Tak? – zdziwił się Brooklyn, choć w jego ustach słowa nigdy nie brzmiały jak zdziwione.
– Tak. Bardzo uprzejmym i czarującym. Ale chyba także nie stąd? – Nieznajomy lekko przekrzywił głowę. Miał ostre i w sumie nieprzyjemne rysy, ale kiedy patrzył w ten sposób i uśmiechał się lekko, mógł uchodzić za przyjaznego.
Masefield wzruszył ramieniem, ale tylko jednym, bo na drugim przysiadła już sikorka i ciekawie zaglądała mu w woreczek z okruszkami.
– Mieszkam w Moskwie od jakiegoś czasu, jeśli o to pan pyta.
– Ale nie urodził się pan tutaj?
– Nie.
Coś Brooklyna tknęło. Jakieś dziwne przeczucie. Delikatna sugestia, że ta sytuacja nie jest do końca naturalna, na ile w ogóle potrafił to ocenić. Dlatego tak rzadko ruszał się gdziekolwiek bez Garlanda. Garland nie był może mistrzem empatii, ale z ludźmi jakoś sobie radził.
A już na pewno radził sobie z oceną zagrożenia.
– Przepraszam… – zaczął Masefield, mobilizując wszystkie swoje umiejętności społeczne. – Czy to możliwe, że my się skądś znamy?
Nieznajomy zmarszczył brwi, uważniej mu się przyglądając.
– Nie… Nie wydaje mi się. Zapamiętałbym.
– Hm.
– Chociaż… bardzo mi pan kogoś przypomina.
– Tak?
– Był kiedyś taki znany sportowiec, bardzo słynna historia. Irlandzki beyblader. Naprawdę potężny blader, jedyny taki w historii, geniusz i naturszczyk, który…
Brooklyn poczuł, jak zaczyna zapadać się w wewnętrzną ciemność, jak wspomnienie wlewa się w rdzeń kręgowy. Zgiął się, jakby dostał w żołądek. Sikorka odleciała urażona.
– Nie… – szepnął. – Niech pan nie kończy…
– Och, ale to było niesamowite! – ekscytował się mężczyzna. – No, może „niesamowite” to nie jest najlepsze słowo… – Zastanowił się. – Odrażające. Potworne. Zatrważające. Tak.
– Nie! – zaskowyczał Brooklyn, zakrywając uszy. – Nie, nie chcę…! Nie chcę…
– Powiedziałem coś nieodpowiedniego? – Nieznajomy patrzył wprost na niego, już bez cienia sympatycznego uśmiechu, za to z oskarżeniem. – A może zaprzeczysz, Brooklyn? Może zaprzeczysz, że ta siła, która cię wypełniała, że to było piekło. Ale piekło, które sprawiało, że jesteś wielki, prawda? Nigdy wcześniej nie czułeś się tak wielki. Tak wspaniały.
Masefield upadł na kolana i zaczął kolebać się w przód i w tył.
– Nigdy wcześniej nie czułeś, że jesteś wreszcie na swoim miejscu.
– Niech pan… niech pan…
– Przestanie? – parsknął mężczyzna. – Ciebie też błagali, żebyś przestał. Jesteś potworem, Brooklyn. Wszyscy jesteście, a ty zwłaszcza. I o to właśnie chodzi.
Nad głową Masefielda przetoczył się okrutny śmiech.
– A jak już dopełzniesz do innych potworów, przekaż pozdrowienia od Bartheza. Będą wiedzieli.


VII
GOODBYE EVERYONE! I’LL REMEMBER YOU ALL IN THERAPY!

Niewiele rzeczy było w stanie zrobić jeszcze na Juriju wrażenie, ale widok Mystela i Garlanda właściwie wlekących skowyczącego Brooklyna korytarzem, zwyczajnie nim wstrząsnął.
Obudził wspomnienia.
Brooklyn nie krwawił, nie wyglądał na pobitego, a jego ubranie pozostawało w jak najlepszym porządku, ale było coś potwornie znajomego w sposobie, w jaki kręcił głową i wodził oszalałym, nieprzytomnym wzrokiem po ścianach i twarzach. Na jego wyschniętych ustach bielała spieniona ślina, a policzki pokrywały chorobliwe rumieńce.
Było też coś znajomego w Garlandzie. W jego zaciętej twarzy i zmarszczonych brwiach. W ruchach wykonywanych z żelazną pewnością i konsekwencją.
Jurij słyszał oczywiście, co stało się podczas pojedynku Brooklyna z Takao, bo któż nie słyszał. Zresztą to właśnie legło u podstaw późniejszych wydarzeń. Jednak wyobrażenia, jakie miał, za nic nie chciały nałożyć się na wyraźnie złamanego, rozstrojonego człowieka, którego teraz widział. Masefield zdawał się po prostu dziwnie… miękki. Niezdolny do przyjęcia najlżejszego nawet ciosu.
Jurij stał na korytarzu jeszcze chwilę po tym, jak cała trójka zniknęła za drzwiami.

*

Ot tamtej pory minęły prawie dwa tygodnie, ale z Brooklyna, mimo codziennych wizyt psychoterapeuty, nie udało się wyciągnąć żadnych szczegółów. Mówił coś o gołębiach i o tym, że nie lubią, kiedy się je straszy. I tyle. Zaciął się na tej mantrze, niezdolny do wykonania kolejnego kroku.
Zdawał się taki nie na miejscu. Zamknięty w swoim własnym świecie, podczas gdy cały budynek Biovoltu wrzał, a na biurko prezesa spływały kolejne bardziej lub mniej oficjalne pisma i gotowe materiały promocyjne. Masefield siedział, gapiąc się nieruchomo w ścianę, czasem tylko zajęty robótkami, a tymczasem odbyło się spotkanie z Romero, w Moskwie i innych kluczowych miastach zawisły plakaty z Laiem, a „szokujący” dokument o Batalionie Bartheza miał za kilka dni wyciec do sieci w postaci paru mocnych screenów i wypowiedzi z planu. Powstawały kolejne centymetry szalików, a wraz z nimi grupy protestacyjne planujące przemarsze w dzień rozpoczęcia kolejnej tury eliminacji do mistrzostw świata.
Czas zdawał się rozwarstwiać i biec jednocześnie kilkoma torami.
Jurij miał swój własny.
– Mają rację – Rei chyba usiłował przemówić mu do rozsądku, prawdę powiedziawszy, Ivanow nie był pewien. – Powinieneś coś z tym zrobić.
– Odpierdolcie się wszyscy ode mnie – warknął Rosjanin w odpowiedzi, próbując wyminąć Chińczyka. Nadaremno, bo lekko się zataczał i trafił w ścianę. Rei wykorzystał to bez wahania i zagrodził mu drogę.
– Nie poznaję cię – stwierdził.
– Ostatnio często to słyszę. Ale dawniej też bym się nie dał w to wrobić.
– Nie chodzi o wrobienie. Chodzi o branie życia za jaja.
– Ty, Kon, nie myślałeś o karierze popa?
– Co?
– Po prostu stul pysk i daj mi przejść.
– Jurij…
– Tracimy czas, a mi się chce szczać. Dodaj dwa do dwóch.
Rei odpuścił. To znaczy zabrał rękę, bo wyraz jego twarzy raczej nie wskazywał na to, żeby to była ich ostatnia konfrontacja w temacie.
Uciekłeś.
– Ty też stul pysk, Wolborg.
A co mi zrobisz? Odrąbiesz sobie łeb?
– Jeśli nie zostawisz mi wyboru?
Zamilkła, ale raczej nie ze względu na jego groźbę. Może się obraziła. Może uznała, że szkoda jej nerwów.
Tak naprawdę, choć już tyle czasu stanowili jedno, Jurij niewiele wiedział o sposobie, w jaki myślą bestie. Prawdę powiedziawszy, niespecjalnie go to nawet interesowało.
Gdyby tylko było go stać na bilet powrotny…
Jurij, ty pierdolony idioto, mógłbyś wrócić czymkolwiek. Za cokolwiek. Zabiłeś już człowieka. Zabicie drugiego dla portfela na pewno byłoby łatwiejsze.
Musiałoby być łatwiejsze.
Na pewno by było…
Tylko…
Tylko trzeba by wyjść na ulice jebanej Moskwy, a tymczasem Jurij nie zrobił tego, odkąd zamknęły się za nim drzwi do siedziby Biovoltu. Jasne, jak każdy dostał odpicowaną kwaterę w hotelu, ale nocował gdzie popadło w budynku biurowym, aż w końcu dostał swój kąt w jednym z pustych gabinetów i tam zamieszkał.
Bo w każdym cieniu czaił się Kai. W rynsztokach płynęła jego krew. Olej na ulicach zbierał się w jego oczy, a każda pierdolony wiszący na sznurze łach powiewał dokładnie jak jego biały szalik.
Uwięzienie w wieży wpływało co prawda na dostęp do alkoholu, ale Jurij i z tym sobie poradził. Garland i spółka mieli przynajmniej kilku podatnych na groźby pracowników, którzy zaopatrywali Ivanowa w prawdziwe perełki rosyjskiej sztuki bimbrownictwa. Istniał jakiś tam ogólny zakaz wnoszenia alkoholu na teren biura, ale, po pierwsze, w Moskwie rzadko kto się tym przejmował, a po drugie groźba zwolnienia miała się nijak do groźby długiej i bolesnej śmierci z rąk syberyjskiego diabła.
Ale to nadal było tylko przemycanie więźniowi delikatesów do celi.

*

Romero nie był najbardziej konkretnym człowiekiem, jakiego Garland w życiu spotkał. Zapytany o to, czy chce mleka do kawy, odpowiedział, że nigdzie w Moskwie nie można dostać porządnie doprawionej paelli.
A potem było już tylko gorzej.
– Czy ten fagas przypadkiem nie gra na zwłokę? – nie wytrzymał pewnego dnia, po tym, jak Abrego opuścił salę konferencyjną po kolejnych trzech godzinach bezowocnego paplania i sączenia brandy.
– Sama już nie wiem – westchnęła Hiromi. – Nie wiem, jaki miałby mieć w tym cel.
– Odciągnąć naszą uwagę? – zasugerował Mystel z jakiegoś powodu siedzący nie na krześle, a jego oparciu i niespiesznie obierający pomarańczę. – Pytanie brzmi: od czego.
– Wiedziałem! – jęknął Kenny, ukrywając twarz w dłoniach. – Wiedziałem, że coś musi się za tym kryć, prezenty tak po prostu nie spadają z nieba! Nie w Rosji!
– Za to mają przepyszną herbatę z konfiturą.
– Zaraz, zaraz, panowie! – Hiromi uniosła ręce. – Jeszcze nie wiemy, czy to dywersja. Może koleś naprawdę nie ogarnia.
– Kto jak kto, ale ty w to wierzysz? – Mystel spojrzał na nią z ukosa i wpakował sobie cząstkę pomarańczy do ust.
Jej mina powiedziała wszystko – nie, nie wierzyła. Ale to, czego się bała, to popaść w paranoję, która zamknie ich oczy na nadarzające się okazje, a tych może być coraz mniej, w miarę jak od Biovoltu będą odpływać kolejni partnerzy, inwestorzy i worki z kasą.
– Spróbujmy spojrzeć na to inaczej – mówił dalej Kirgijczyk. – Idą mistrzostwa świata. Całkiem prawdopodobne, że ktoś z połową mózgu przewidział, że postanowimy w tym czasie uderzyć z propagandą całą mocą, a teraz tylko się rozgrzewamy. Możliwe, że ten pajac ma nam po prostu zająć czas.
– Kenny – Garland zwrócił się do głównego analityka. – Wspominałeś coś, że Klimow spotykał się z ludźmi z Seal&Co.
– Wspominałem – dobiegło spod wybujałej grzywki, która teraz, gdy Saien pochylał się nad stołem, mówiąc do swoich kolan, opadała niemal na blat. Z kolei Seal&Co. niedawno zuniwersalizowało swoje wybejbleydowniki tak, żeby pasowały do nich dyski M&K.
– Śmierdzi…
– Na kilometr.
– Ale ktoś założył, że do tego nie dotrzemy? – zdziwiła się Hiromi. – Ja tam wyczuwam w tej szufladzie nie tylko drugie dno, ale też drugą tylną ściankę.
– Sugerujesz, że mieliśmy do tego dotrzeć. – Mystel skończył z jedną pomarańczą, a teraz od niechcenia podrzucał drugą.
– Tak. I kompletnie nie wiem, co o tym myśleć…

*

Romero był zbyt zajęty wdzięcznym kroczeniem, by zauważyć chłopaka, który omal się na niego nie wpakował, a obecnie stał w zupełnym stuporze, pozwalając odgazowywać się coli z otwartej puszki.
Minęła długa chwila, nim Miguel był w stanie choćby zamrugać.
On? Tutaj? Tak nagle? Po tym, jak podkulił ogon i zwiał, gdy Raul Fernandez padł jak rażony piorunem po przegranej walce i nigdy już nie wstał? Po tym, jak zostawił Julię samą z tym wszystkim?
Coś tu nie grało.
Przecież ten człowiek zniknął. Wymazało go z powierzchni Ziemi.


Rosario, 2014
– Wymazało go z powierzchni Ziemi – mówiła Julia ze skype’owego okienka. Twierdziła, że trzyma się świetnie i daje sobie radę, ale nawet kiepskiej jakości obraz pozwalał dostrzec, że jest dziwnie poszarzała i nieobecna. Jednak lot do Madrytu udało się zabukować dopiero na za dwa tygodnie, a i tak rejsem, przez który Miguel zadłużył się u wszystkich znajomych królika po trochu. – Po prostu go nie ma. Nie odbiera telefonów, nie odpisuje, mieszkanie zamknięte na głucho.
Lavalier nie chciał mówić tego głośno, ale na usta cisnęło mu się tylko jedno słowo.
Uciekł.
– Co zamierzasz zrobić? – spytał zamiast tego.
– Przestanę go szukać. Teraz i tak co najwyżej wydrapałabym mu oczy. Byłam w urzędzie. Powiedzieli mi, jak mam to wszystko pozałatwiać i… – głos Julii zadrżał i załamał się. – Przepraszam… Przepraszam na chwilę, ja… – mówiła dziwnie wysoko.
Wstała sprzed komputera i zniknęła na dobry kwadrans. Kiedy wróciła, wyglądała już prawie jak na początku rozmowy.
– Sorry, zapomniałam, że zostawiłam zupę na gazie.
– Spoko.
Powinien wiedzieć, jak ją pocieszyć. Wyrzucał sobie, że nie wie, chociaż przecież ledwie pół roku temu na jego oczach umierała Mathilda, a ledwie dwa miesiące później zginął Claude. I może o to właśnie chodziło – o to, że sam nie doszedłszy jeszcze do końca do siebie, nie był zdolny, żeby udzielić Julii odpowiedniego wsparcia.
Ale mogło też chodzić o coś innego.
– Zdobyłem bilet. Będę za dwa tygodnie.
– Mówiłam ci, że nie trzeba.
– I tak się dawno nie widzieliśmy.
– Nie wiem… Nie jestem pewna, czy to dobry moment.
Miguel odruchowo zacisnął usta.
– Julia… Po prostu pozwól mi być przy sobie, co?
– Przecież jesteś.


Madryt, 2014
Leciał do niej naprawdę przerażony.
Przestała się pojawiać nawet na Skype, czasem odpisała tylko jakimś półsłówkiem. Nie dało się z nich wyczytać niczego, prócz tego, że jest źle.
Leciał do niej także kompletnie bez planu. Nadal nie miał pojęcia, jak jej pomóc, jak pocieszyć, jak nie zrobić niczego, co pogorszy jej stan. To nawet nie było pole minowe czy spękany lód, bo chodząc po nich, mógłby co najwyżej sam wpaść, a tu istniała realna groźba pociągnięcia kogoś za sobą.
Nie czekała na lotnisku. Nie odbierała telefonu.
Zaopatrzył się więc w jakiegoś batona z automatu i ruszył do jej mieszkania. Dzwonił kilkukrotnie, potem zaczął się dobijać, pomyślawszy, że może domofon jest zepsuty. Próbował odganiać od siebie gorsze teorie.
Ale w końcu klamka się ugięła. Julia uchyliła drzwi, ale zostawiła je na łańcuszku, tak że widział tylko fragment jej twarzy, rozczochrane rude włosy i rękaw fioletowej piżamy w białe kucyki, która zakuła go w oczy swoją absurdalnością w tej sytuacji.
– Julia… Cześć.
– Co tu robisz?
Niemal warczała. Zmarszczyła brwi i nie wykonała żadnego ruchu, który mógłby sugerować, że zamierza go wpuścić.
– Mówiłem, że się wybieram.
– A ja mówiłam, że to nie jest dobry moment.
Zamknęła drzwi.
– Julia! – Walnął w nie pięścią, czując, jak strach uderza mu do żył. – Julia, otwórz!

*

Siedział na schodach z gasnącą nadzieją, że dziewczyna jednak zmieni zdanie. Sąsiadki Julii wyglądały przez okna coraz bardziej podejrzliwie, aż w końcu podszedł do niego patrol miejski i grzecznie poprosił o opuszczenie ganku pani Fernandez.
Nie wiedział, co dalej. Prawdę powiedziawszy, nie załatwił sobie nawet noclegu, bo w każdych innych okolicznościach Julia uznałaby to za głęboką obrazę. Włóczył się więc po okolicy, próbując coś wymyślić.
Na razie wiedział tylko tyle, że kiedy sąsiadki pójdą spać, spróbuje ponownie. Miał trzy dni do powrotnego samolotu i nie zamierzał się poddawać.
Tak też zrobił, choć Madryt milknął grubo po północy.
Tym razem – o dziwo – dobijał się znacznie krócej.
– To znowu ty? Mówiłam…
– Jeśli chcesz, możemy pogadać przez drzwi.
Milczała dłuższą chwilę, robiąc mu nadzieję.
– Nie.
– Julia, wiem, co czujesz – wypalił i niemal natychmiast zrozumiał, że to był błąd.
–Wiesz? – syknęła. – Wiesz, co czuję? Naprawdę? Och, Miguel, nie wiedziałam, że masz rodzeństwo.
Jakkolwiek miała nieco racji, to była zwyczajnie okrutna i w tym momencie to on miał ochotę pociągnąć za klamkę i zamknąć jej drzwi przed nosem. Nie mogła jednak zobaczyć w ciemności jego twarzy ani zaciśniętych pięści.
Roześmiała się ponuro.
– Właśnie tego chciałam uniknąć – warknęła. – Spadaj.
Bojąc się, że dziewczyna znowu się zamknie, włożył dłoń między drzwi a futrynę.
– Zostaw mnie! – wrzasnęła. – Zostaw mnie, do jasnej cholery! Liczę do trzech! Raz! Dwa!
Poczuł, jak plecy zlewa mu pot.
– Trzy!
Nie krzyknął z bólu tylko dlatego, że się spodziewał, ale rękę oczywiście wyjął i, kuląc się, zacisnął ją między kolanami.

*

Noc była ciepła, więc zdrzemnął się nieopodal, siedząc na jakichś innych schodach. I tak kieszenie miał zbyt puste na łóżko, a w głowie huk zmęczenia i głodu, bo – nie licząc batonika na lotnisku – o jedzeniu kompletnie zapomniał. Dłoń nadal pulsowała silnym bólem i między falami półsnu Miguel zaczął zastanawiać się, czy to możliwe, że ma połamane palce.
Obudziła go syrena.
Zerwał się na równe nogi i pobiegł, wiedziony zimnym, ciężkim przeczuciem gnieżdżącym się w żołądku, ale i tak musiała minąć dłuższa chwila, nim uświadomił sobie, na co patrzy.
Koguty wciąż migały niebieskim światłem, zamieniając twarze znów wychylonych w oknach sąsiadek w upiorne maski, ale sanitariusze nawet nie udawali, że się spieszą. Aż w końcu w progu ukazał się skraj czarnego worka.
– JULIAAA!
Nie pamiętał, by zaczynał biec, ale nagle już był blisko i nagle trzymały go w uścisku dwie pary silnych ramion. Szlochał i dławił się, na przemian wykrzykując jej imię i jakieś pozornie przypadkowe słowa.
– Proszę się uspokoić – z potwornego, ciężkiego szumu, w jaki zamieniło się wszystko dookoła, przebił się do niego niski, cierpliwy i chyba zmartwiony głos.
A potem było jeszcze ukłucie strzykawki i Miguel poczuł, jak wszystko w nim staje się miękkie, małe i nieważne.


Moskwa, 2015 – No dobrze, Jurij, nie utrudniaj sprawy, bądź grzecznym pacjentem i powiedz „Aaa…”
Ivanow rozprostował środkowy palec powoli i nieomal majestatycznie, co Kenny skwitował dramatycznym westchnieniem i opadł na stołek.
– Tak się nie da – jęknął. – Jeśli nie będziesz współpracował, to kompletnie nie ma sensu.
– Przecież i tak nie wiesz, jak to zrobić – warknął Jurij, zakładając ręce na piersi i mrużąc oczy w sposób, od którego musiało robić się człowiekowi zimno, a na pewno zrobiło się zimno Saienowi.
– Co? – zapytał denerwująco drżącym głosem.
– Jak wyciągnąć Wolborg z mojej głowy.
– No to właśnie próbuję się dowiedzieć…
– A nie po to ta cała akcja, żeby zdobyć patenty od M&K? Bo próbowałeś i ci nie wyszło?
Dlatego właśnie Kenny wolał komputery od ludzi. komputerom wklepywało się po prostu polecenie, a jedyne pytanie, jakie wówczas zadawały, to opcjonalne „czy na pewno chcesz rozpierdolić system w trzy dupy?” Ale jeśli kliknęło się „TAK”, to nie protestowały.
Jurij zdecydowanie nie był jak komputer.
– Miałem wówczas mniejsze możliwości. – Saien czuł, jak tężeje mu szczęka.
– Znaczy: nie taki ultrazajebisty materiał badawczy.
– Mamusiu kochana, proszę, ogarnij się i po prostu pozwól mi się zbadać.
– Kurwa – wzdrygnął się Jurij – tylko się nie przytulaj.
Waliło od niego wódą i dzikim zwierzem. Mimo dostępu do cywilizacji dwadzieścia cztery godziny na dobę nadal nie zdążył się ogolić i nadal wyglądał, jakby sypiał na stojąco w szafie. Ale na sugestie, że powinien poddać się terapii, reagował coraz bardziej nerwowo i nie znalazł się nikt, kto potrafiłby przemówić mu do rudego łba, a obsługa biurowca szybko ugięła się pod groźbą odmrożenia różnych części ciała i w sumie trudno było jej członków za to winić.
– Spokojnie – zapewnił Kenny – wszystko jest sterylne.
Ale to chyba też nie był dobry trop, bo Jurij mógł sobie kląć i udawać, że ma wszystko w syberyjskim zadku, a jednak sprawiał wrażenie spiętego.
– Tylko załatwmy to szybko – burknął.

*

– CO TO, KURWA, JEST?!
Hiromi nie zdążyła nawet mrugnąć między tym, jak drzwi do jej gabinetu uderzyły z hukiem o ścianę, a tym, jak z jej biurka spadła większość rzeczy. Krzyknęła krótko, odpychając się od blatu i odjeżdżając na biurowym fotelu.
Przed nią stał Miguel. Czerwony po sam czubek głowy, wściekły i zdyszany, jakby biegł tu z hotelu, a potem uznał, że na trzydzieste piąte piętro schodami będzie szybciej.
Odchrząknęła.
– Mógłbyś na mnie nie wrzeszczeć? – prychnęła, dyskretnie sprawdzając, czy przycisk alarmowy ma w zasięgu ręki.
– Więc mi wytłumacz!
– Chętnie, tylko proszę ściszyć radioodbiornik, bo mamy zakłócenia.
– Dobrze wiesz CO! Nie tak się umawialiśmy!
– A jak się umawialiśmy?
– Na dokument! DOKUMENT, nie pieprzoną operę mydlaną!
Hiromi wzięła głęboki oddech, a potem wypuściła powietrze powoli.
– Miguel, mogę cię zapewnić, że to jest dokładnie to, czego potrzebujemy – powiedziała na tyle spokojnie, na ile potrafiła, choć złote dziecko Argentyny wyglądało teraz na takie bardziej z piekła rodem. Fakt, że lubiło bawić się zapalniczkami, a za bestię miało kiedyś diabolicznego gargulca, jakoś nie poprawiał ogólnego komfortu Tachibany.
– To?! TO?! Oczernianie Claude’a i robienie z Mathildy bezmózgiej pieczarki?!
– Próbuję cię sprzedać jako sprawiedliwego wśród narodów. – Hiromi czuła potrzebę sięgnięcia po papierosa, ale coś mówiło jej, żeby z tym walczyć. – Tylor zrobił, co powinien. Sorry, dzieciaku, ale myślisz, że jeśli powiedziałbyś „hej! Oszukiwałem, bo chciałem sobie gotować ramen w pucharze, ale potem uznałem, że garnek też dobry” to ktoś by to kupił? Trzeba ci było dać motywację.
– Miałem motywację!
– Za słabą.
- Szantaż to za mało?!
- Zdziwiłbyś się.
Miguel uderzył pięścią w biurko, co oczywiście wystraszyło Tachibanę, ale też dowiodło jej, że brakuje mu argumentów innych niż płaczliwe „ale to moi przyjaciele”.
– Wybacz cynizm – mruknęła. – Ale tak już jest. To było mniejsze zło, bo Claude i Mathilda nie żyją. Wiem, sprawdziłam, zanim zatwierdziłam plany. Przynajmniej nikogo nie krzywdzimy, nie? Myśl o większym dobru i proszę, wyjdź, bo mam jeszcze sporo pracy.
– Odkręć to – zasyczał Miguel.
– No chyba cię posrało. Uprzejmie cię proszę. Jeśli…
– Nie!
Nie pierdoliła się dłużej i wezwała ochronę.

*

– To był mężczyzna – powiedział nagle Brooklyn.
Garland obrócił się ku niemu powoli, wyćwiczonym przez lata znajomości ruchem, który nie płoszył Masefielda, gdy ten zbliżał się do czegoś zbliżonego do wyznania.
Irlandczyk siedział wciąż w tej samej pozycji, na podłodze i ze skrzyżowanymi nogami. Wpadające do wewnątrz sine i słabe światło pochmurnego dnia ledwie sięgało jego bladej i pozbawionej wyrazu twarzy. Tyle jednak wystarczyło, żeby dało się dostrzec ciemne kręgi pod opuchniętymi oczyma.
– Rozmawialiśmy. Pytał o godzinę. Wiedział, kim jestem.
Garland podszedł powoli i ukląkł obok.
– Wielu ludzi wie, kim jesteś – powiedział łagodnie.
Brooklyn potrząsnął opuszczoną głową i ruda strzecha znów zakryła jego twarz.
– Nie. On… wiedział. Wiedział, kim jestem naprawdę.
Czasem trudno było zrozumieć, co Irlandczyk ma na myśli. Rzadko tłumaczył to, co wydawało mu się oczywiste, a oczywiste wydawało mu się niemal wszystko. Jednak cień goryczy w jego głosie mógł dać pewną wskazówkę.
W istocie dawało to niewiele, ale Garland wierzył, że ta rozmowa nie prowadzi donikąd. W najgorszym razie mogła pozwolić Brooklynowi na wyrzucenie z głowy paru śmieci. Wciąż był zbyt kruchy, za mało oswojony z chorobą i jej mechanizmami, żeby potrafił regulować to sam.
Z jakiegoś jednak powodu wybrał sobie Garlanda na strażnika i ufał, że wspierając się na jego ramieniu, zdoła dojść dalej. Jakby nie było całej przeszłości. Jakby nie było ogromnej winy Hindusa, który, widząc jako jedyny zawodnik, co właściwie dzieje się z Masefieldem, zareagował jedynie bezwolnym kroczeniem za Balkowem, a potem Hitoshim. Szczytową formą protestu z jego strony był puszczony na korytarzu paw.
Ale to sprawiało też, że na jego barkach rosło brzemię długu do spłacenia.
– Przedstawił się – dodał niespodziewanie Brooklyn. – Kazał pozdrowić od Bartheza.

*

Po wszystkim Jurij miał serdecznie dość.
Co z tego, że sprzęt nowocześniejszy, co z tego, że budynek nie wyglądał jak nawiedzony i co z tego, że Kenny’emu daleko było do aparycji ruskiego psychopatycznego zbira, skoro jemu to wszystko kojarzyło się z podziemiami Opactwa. Z próbami wytrzymałości, bolesnymi zabiegami chirurgicznymi, wciskaniem plastikowych rurek we wszystkie otwory ciała, elektrowstrząsami, morderczym treningiem aż do wymiocin i utraty przytomności, nocami w ciemnym karcerze, połamanymi żebrami, sińcami, poniżaniem…
Po badaniu ograniczonym do ogólnych oględzin oraz pobierania krwi i wymazów, wyszedł z laboratorium całkowicie przeżuty, ledwie trzymając się na nogach i z trudem oddzielając rzeczywistość od zwidów.
Został tam zresztą tylko dlatego, że namówiła go Wolborg.
Przecież po to tu przyjechaliśmy.
Chyba starała się nawet brzmieć uspokajająco.
Ale miarka się przebrała. Dał im to, czego chcieli – swoją krew, ślinę i gówno. Niech się cieszą, co kto lubi. On sam zamierzał wrócić nad Bajkał.
Albo gdziekolwiek indziej, byleby daleko od Moskwy.
Stanął przed szklanymi drzwiami prowadzącymi na zewnątrz.
– No dalej, stary psie – warknął pod nosem. – To nie może być trudne.
Sięgnął pod kurtkę, wyjął piersiówkę i łyknął solidnie.
O, tak. Teraz lepiej.
Podszedł na tyle blisko, by skrzydła rozsunęły się przed nim z cichym szelestem. Wilgotny, zwiastujący deszcz wiatr uderzył do w zmęczone, przekrwione oczy. Zabolało.
– Może pan tak nie stać? Pomieszczenie jest klimatyzowane.
Odwrócił się do rugającej go recepcjonistki i posłał jej takie spojrzenie, że natychmiast przypomniała sobie, że ma coś do zrobienia na czterdziestym pierwszym piętrze.
Jurij wyszedł na chodnik.
Uczcił to drugim łykiem. Obiecał sobie, że trzeci weźmie, jeśli zdoła dojść do skrzyżowania. Zdołał. Pociągając z piersiówki i trzeci, i czwarty i jeszcze siódmy łyk, patrzył na budynek Biovoltu.
– Ja kurwa pierdolę – splunął – mieszkam w szklanym czopku.
Przeszedł przez ulicę, tylko marginalnie rejestrując kakofonię trąbienia, jaką to wywołało.
Szedł. I zamierzał iść aż do Siewierobajkalska albo i dalej.
– Naprawdę? Znam łatwiejsze sposoby.
W pierwszej chwili myślał, że to Wolborg, ale nie, głos brzmiał inaczej, choć cholernie znajomo. I dochodził z boku, z cienia.
– Nie odwrócę się – zastrzegł Jurij.
– Nie musisz. I tak wiesz, że tu jestem.
– Wcale cię nie ma.
Odpowiedział mu cichy, kpiący śmiech, który zapił kolejnym łykiem tylko po to, by odkryć, że piersiówka jest już pusta.
Ruszył przed siebie krokiem na tyle szybkim, na ile było to możliwe przy tak miękkim chodniku.
– Skoro mnie nie ma, to dlaczego nie chcesz na mnie spojrzeć?
Ale głos nie odpuszczał. Był za nim. Wciąż w tej samej odległości.
– Odejdź, kurwa!
Na samym skraju pola widzenia błysnęło coś białego. Coś, co mogło być białym szalikiem.
Nie musiało, ale mogło.
– Nie odejdę, Jurij. Ja nigdy nie odchodzę. Ja tylko czasem chowam się w cieniu.
– ODEJDŹ, POWIEDZIAŁEM!
I znów śmiech. Głośniejszy, okrutny.
Jurij upadł na kolana. Nie wiedział, czy się potknął, czy był już gotów błagać.
Wracaj.
To była już Wolborg.
– Jeśli się odwrócę…
Nie. Kaia tam nie ma. Kai nie żyje.
– Kai nie żyje – powtórzył głos Kaia.

*

Małe, błękitne Ka mijało czarne Wołgi, opuszczając pełną najdziwaczniejszych wieżowców dzielnicę biznesową Moskwy.
– Rei, w tobie jedyna nadzieja… – To, co wydawało się naprawdę niepokojące, to fakt, że siedząca za kierownicą Hiromi wyglądała na załamaną.
– Wiedziałem, że to zaproszenie ma drugie dno – odparł Kon, wracając do obserwowania drogi przed nimi.
– Ma. Ma też pierwsze, bo naprawdę należy ci się odpoczynek i trochę dobrego żarcia, ale, cholera, to przestaje być śmieszne.
– Masz na myśli Jurija?
– Głównie, ale tak naprawdę ich obu. Miguel urządził mi wczoraj niezłą scenę w gabinecie i jakoś mam złe przeczucia.
– Hm.
Rei siedział po swojemu, prosto, z podbródkiem trzymanym na odpowiedniej wysokości, z dłońmi ułożonymi na udach. Wyglądał w tej pozycji trochę jak ilustracja z podręcznika dla fizjoterapeutów z rozdziału o prawidłowej postawie.
– Ale sama ich wybrałaś – choć pozbawione intonacji wznoszącej i właściwej pytaniu konstrukcji gramatycznej, odpowiedź Reia tym w istocie była.
– Tak. Są mi potrzebni. Są nam potrzebni. Ale przyznaję, że nie doszacowałam pewnych spraw. – Hiromi skręciła w lewo, a potem w prawo, niepomna na czerwone światło.
Rei skrzywił się z dezaprobatą na to bezprawie.
– Łamiesz przepisy – zauważył.
– Tu wszyscy tak jeżdżą. – Tachibana wzruszyła ramionami. – Gdybym przejmowała się przepisami, wpakowałabym się na czołówkę za pierwszym skrzyżowaniem. To jak, Rei? Pomożesz mi?
– Czego konkretnie oczekujesz?
Rzuciła mu szybkie spojrzenie.
– Nic się nie zmieniłeś przez lata.
– Może.
– To świetnie, bo trzeba mi twojego spokoju. Łącznika. Kogoś, kto będzie dobierał argumenty. Rozumiesz.
– Mam być twoim agentem, udając, że jestem w tej samej sytuacji, co Jurij i Miguel.
– Jeśli musisz to nazywać w ten sposób? – skrzywiła się Hiromi. – Ale nie robię tego dla kaprysu, przecież wiesz.
– Wiem i dlatego wciąż tu jestem. Widzę, że ciężko pracujesz i potrafię to docenić.
– Cóż – zaśmiała się bez cienia wesołości. – Każdy z nas dźwiga swoje brzemię, a moje, mam wrażenie, nie jest najcięższe.
– To nie jest dobry moment na taką licytację – stwierdził spokojnie Rei, a Hiromi może pierwszy raz od jego przyjazdu do Moskwy usłyszała tamtą przyjazną łagodność, którą pamiętała z jego głosu.
Odprężał się. I dobrze, bo naprawdę po części o to jej właśnie chodziło. Od kilku miesięcy bezustannie opiekował się dwojgiem upośledzonych przyjaciół, dzień w dzień patrzył na znajome, a tak inne twarze i to odbijało na nim niezmazywalne piętno. Miał dopiero dziewiętnaście lat, a Hiromi mogłaby przysiąc, że na jego czole i w zewnętrznych kącikach oczu dostrzega pierwsze zmarszczki. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, jego tak jasnobrązowe, że niemal żółte oczy straciły dawny blask. Kiedy Tachibana przywoływała w pamięci obraz kumpla sprzed lat, robiło jej się zwyczajnie żal.
– Może nie jest dobry moment, ale w sumie fajnie, żebyś wiedział, co o tym myślę. O, to tu.
Samochód zaparkował w całkiem niepozornym miejscu przed niepozornym lokalem. Ale Chińczycy już tak mieli, że swoje najlepsze knajpy zakładali z dala od blichtru i niewielkim kosztem, za to ich uczciwość i pracowitość i tak działała jak najlepszy marketing.
– Będzie ci smakować – zapewniła Hiromi. – Prawie jak w domu.
Weszli i faktycznie, w nozdrza Reia uderzyły znajome aromaty przypraw i potraw smażonych na głębokim oleju. Nie miał wygórowanych potrzeb i po chwili wahania wybrał kurczaka w sosie Hoisin.
– Ja zamierzam nażreć się tapioki po sam dekiel – oświadczyła Hiromi.
Kiedy tylko zajęli stolik, wyszarpała ze stojaczka serwetkę i zaczęła składać orgiami w nerwowym odruchu.
– Jurij był dla mnie kompletną niewiadomą – zaczęła, patrząc w blat, jakby nieco speszona i zupełnie nieprzypominająca przebojowej menedżer Biovoltu. – Tak naprawdę w życiu bym go nie znalazła, gdyby nie Brooklyn. Wiesz, on ma… to coś. Po prostu wyczuwa bestie i nie wiem, czy dlatego, że był pierwszy, czy po jakimś czasie każdy z połączonych będzie tak potrafił. Nieważne. Nie teraz. W każdym razie, to on wskazał mi położenie Jurija, czy raczej Wolborg. Skontaktowaliśmy się z Siergiejem Petrowem, jednym z członków Blitzkriega…
– Tak, pamiętam.
– No. On ściągnął Jurija do Kaliningradu, tam przejął go Rick Anderson. Ricka też na pewno pamiętasz, bo trudno nie pamiętać. I wtedy dostałam pierwszą wiadomość o tym, że nie jest najlepiej. Nie miałam czasu się przygotować. – Hiromi westchnęła. – Cholera, to naprawdę nie tak miało wyglądać…
Zamilkła na chwilę, ale Rei nie komentował, niejako zmuszając ją, żeby się pozbierała i kontynuowała wywód.
– On musi z tego wyjść – powiedziała w końcu twardo. – Osobiście szczerze go nie znoszę, ale w środowisku jest legendą, nie zaprzeczysz. Kazał spierdalać Balkowowi, więc jeśli teraz powie, że M&K to gnoje, nikt, kto to pamięta, nie będzie się kłócił.
– Racja – przyznał Rei. – Też go nie lubię, co nie przeszkadza mi go podziwiać.
– Prawda? – Hiromi wzniosła na niego oczy znad papierowej świnki. – W dodatku jest naprawdę charyzmatycznym gościem. Trzeba go tylko przekonać, że mu zależy na tyle, żeby przestał chlać. Liczę na to, że trzeźwy nie będzie prał ludzi po mordach i przynajmniej na chwilę zatrzyma się nad logicznymi argumentami.
Rozmowę przerwało na chwilę wysokie wołanie zza lady.
– Ja pójdę – zaoferował się Rei i poszedł odebrać dania.
Zaiste, smakowały prawie jak w domu.
Prawie.
Bo tam gotowała Mao.
– Jurij nie jest głupi – Kon gładko wrócił do rozmowy.
– Owszem, nie jest. Tak naprawdę niewielu z bladerów jest. – Hiromi zaczęła grzebać w tapioce. – Byliście dziećmi. Naiwnymi, głupkowatymi, niewykształconymi, dziećmi, które więcej czasu spędziły w życiu na siłce albo popylając po górach niż nad elementarzem. Ale pomyśl: jednak od wczesnych lat ćwiczono was w telepatii. Nie wierzę, że to zostało bez wpływu.
Rei wyraźnie zamyślił się nad słowami Tachibany. Przez moment wyglądał nawet na zasępionego.
– W dodatku jest coś – kontynuowała menedżer – jakiś niezidentyfikowany czynnik, który sprawia, że nie każdy bachor, który kręci bączkiem, może osiągnąć wasz poziom. Ja na przykład nie widzę bestii. W ogóle. Widzę tylko nagle pękające mury albo jak zalewacie się krwią. Natomiast OK., ja jestem totalnym antytalentem. Tymczasem ilu jest takich po środku? Niby coś tam czują, ale bestii nie opanują w życiu. Ja się na tym nie znam, to piaskownica Kenny’ego i Emily, ale przyznasz, że trop jest ciekawy.
– Jest. – Rei przeżuł kolejny kęs. Chwilę sprawiał wrażenie, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. – No dobrze – wrócił do poprzedniego tematu – ale próbowałem już namówić Jurija na odwyk. Dość stanowczo odmówił. Można wręcz powiedzieć, że… mnie olał.
– Taaa – skrzywiła się Hiromi. – Może więc trzeba uderzyć z drugiej flanki. Przekonać go najpierw, że mu zależy.
– I ja będę potrafił?
– Z tych, którzy są w Moskwie, znasz go najlepiej.
Chwilę milczeli, całą uwagę skupiając jedzeniu.
– No i Miguel z drugiej strony – mruknęła w końcu Hiromi do prawie pustego naczynia. – Tu powinnam była zachować więcej ostrożności, bo przecież wiedziałam, co się stało. Miałam lepszy dostęp do informacji. Podjęłam jednak to ryzyko, bo wydawało mi się, że będę pracować na łatwym materiale z rozsądnym gościem. A tu ten… może nie poprzestawiało mu się aż tak efektownie jak Jurijowi, ale jednak ostatnio wzywałam ochronę, bo nie powiem, wystraszyłam się. W sumie sama nie wiem czego. – Strzeliła oczyma w bok. – Może za dużo słyszałam i sobie dopowiadam.
– Co słyszałaś? – Rei zmarszczył brwi, wybierając ze styropianowego talerza ostatnie kawałki kurczaka.
– No, że wymiotło cały Batalion. A potem jeszcze F-Dynasty, z którymi przynajmniej Miguel i ten różowy krasnoludek się przyjaźnili.
– Cholera…
– Raul Fernandez zginął podczas meczu, jego siostra popełniła samobójstwo jakiś czas później. Przekleństwo bliźniaków. Paskudna sprawa. – Hiromi potrząsnęła głową. – Oszczędzę ci szczegółów, są makabryczne. Konkluzja jest taka, że Miguel w ostatnich latach często wyciągał z szafy pogrzebowy garniak. Nie jestem pewna, co się z nim w międzyczasie działo, nie zostawił po sobie wielu śladów. Dotąd uważałam, że to oznaka rozsądku i opanowania.
Rei patrzył na nią uważnie, ze spokojem i nieustępliwością skały.
– Tak, zaczynam rozumieć – przyznał.
– Przepraszam, że cię w to wrabiam. Ale naprawdę nikt inny nie przyszedł mi do głowy.
Kon skinął głową w ten charakterystyczny sposób, który Tachibana także pamiętała.
– Mam świadomość, że skład nam się mocno przetrzebił – przyznał.
– Tak. Kenny się nie nadaje, posikałby się ze strachu, gdyby miał stanąć naprzeciw nich. A dawni ludzie BEGA… Są zaangażowani, owszem, ale to dawni ludzie BEGA, jeśli kumasz, co mam na myśli. Och, przepraszam – dodała szybko, gdy zabrzęczał jej telefon.
– Spoko. Odbierz.
Rozmawiała chwilę, krążąc przed lokalem. Przez szybę dało się dostrzec jej uśmiech i wyraźne rozluźnienie. Gdyby Rei znał Hiromi nieco słabiej, mógłby nawet pomyśleć, że zadzwonił ktoś bliski.
– Udało się! – oświadczyła, wracając do stolika. – Nasz dokument pójdzie w Kanale Pierwszym dzisiaj po dzienniku, to załatwiłam już wcześniej na dobry początek. Ale Satelitę dla dokumentu też mamy jak w banku, chociaż trochę za nią zapłaciłam.
– Gratulacje. – Kon uśmiechnął się w ten swój lekko nieobecny sposób.
– Pestka! To co? – spojrzała na zegarek. – Zbieramy się? Chciałabym to zobaczyć. To jednak ruska telewizja, mam nadzieję, że nie pocięli.

*

– Urządźmy bal! – Romero naprawdę wyglądał na uradowanego swoim pomysłem i wyglądało na to, że jak na Hiszpana przystało, dopiero teraz, gdy mijała dwudziesta pierwsza, naprawdę się obudził. – Albo bankiet! Wspaniały bankiet charytatywny, na którym będziemy zbierać datki!
Grarland spojrzał na Mystela, ale nie znalazł tam oczekiwanego wsparcia.
– Lubię imprezy – stwierdził Kirgijczyk wesoło.
– O, tak! Wtedy zainaugurujemy współpracę między Nowym Świtem i Biovoltem!
Śirwat pomyślał, że przecież żadna współpraca nie została jeszcze przypieczętowana, ale zmilczał.
– Zrobimy z tego wydarzenie, o którym będzie mówiła cała Moskwa, a potem cały świat!
Garland nie był zresztą jedynym, którego entuzjazm Hiszpana zdawał się nieco przerażać. Po drugiej stronie stołu siedział Kenny i wodził za Romero wzrokiem wyrażającym przerażenie pomieszane z osłupieniem.
– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł… - zaprotestował cicho.
– To jest doskonały pomysł! Gdzie jest wasza przeurocza menedżer, żebym mógł ustalić szczegóły? – Garland mógłby przysiąc, że Abrego zatrzepotał rzęsami.
– Wzięła wolne popołudnie – odparł Mystel.
– Och, jaka szkoda, a kiedy…
– Cześć, chłopaki! – Drzwi otworzyły się i przez próg przemaszerowała najwyraźniej zadowolona z siebie Hiromi. – Jak minął dzio… O, panie Abrego?
– Jak dobrze, że panią widzę! – Uśmiechnął się tak szeroko, że Kenny’ego aż zabolały usta. – Właśnie rozmawiałem z panami o…
I znowu mu przerwano.
Tym razem był to wybuch. Nie jakiś bardzo potężny, ale jednak niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym.

*

Hiromi zaciągnęła się głęboko dymem z papierosa i myślała już tylko o gorzkiej ironii całej sceny. Obojętnie patrzyła, jak mimo wysiłków straży pożarnej jej niebieskie autko zamienia się w osmolony wrak.
Najbardziej zdziwiło ją, że nie jest nawet szczególnie zaskoczona.
Z filmów sensacyjnych wiedziała, że podpalaczy łatwo znaleźć w okolicy pożaru, bo zwykle zostają, żeby popatrzeć na ogień. I faktycznie – wystarczyło, że spojrzała w bok, żeby go zobaczyć. Stał w cieniu, ale jednak się nie kryjąc, z rękami w kieszeniach i zgarbionymi jakby mu było zimno plecami. Dogasający pomarańczowy blask kładł na jego twarz długie, upiorne cienie. Mogłaby przysiąc, że w jednej z dłoni wciąż obraca zapalniczkę.
Rzuciła niedopałek na chodnik i zdeptała go piętą. Ruszyła wolno w jego stronę. Zorientował się dość szybko, ale nie zareagował, nie próbował uciekać. Patrzył na nią z czymś, co przywodziło na myśl rezygnację.
– Miguel… – Hiromi przełknęła ślinę. Może lepiej było wezwać policję, pogotowie psychiatryczne albo oddział antyterrorystyczny, sama nie wiedziała, ale nie lubiła wycofywać się w ten sposób. – Miguel, możemy uznać, że teraz jesteśmy po prostu kwita?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 09 lipca 2016, 20:23

OeMGie
to. ostatnie. zdanie.
W sumie wolniej mi się tę ostatnią wrzutkę czytało niż poprzednie, ale to zapewne kwestia zwyczajnie ciężkiego dnia.
Jest więcej tła, fajnie! I Jurij i to jego wyjście na zewnątrz, takie odważne <3 W ogóle ta jego trauma po Kaiu, połączona ze stwierdzeniem, że mieszka w szklanym czopku <3 To jest naprawdę dobre wewnętrze-zewnętrze.
Układaj te pionki, układaj.
Siem czeka.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 14 lipca 2016, 18:41

Siem, bardzo, bardzo ślicznie dziękuję :heart: I od razu przepraszam za tę wstawkę, robiłam, co mogłam... Wrzucam bankiet w dwóch częściach, bo nawet forum nie chce tego łyknąć XD

VIII
YOU SCREAMED “THERE WILL BE BLOOD” AND PUNCHED SOME RANDOM GUY IN THE FACE.
SO NO, WE CAN’T GO BACK TO THAT BAR
Romero przewidywał wydarzenie, którego Moskwa nie zapomni przez lata i zanosiło się na to, że się nie myli. Jak się okazało, jego chaotyczna osobowość miała ciemniejszą i zdecydowanie lepiej zorganizowaną stronę – lista dań, trunków, a nade wszystko gości przyprawiała o zawrót głowy.
– To pułapka – stwierdził Garland zimno.
– Czasem jesteś naprawdę nudny – westchnął Mystel, choć raczej z pobłażaniem niż bólem. – Ale racja, że trzeba będzie zadbać o solidną ochronę. Tylu notabli i tyle szych beybladeingu w jednym miejscu…
– To mnie właśnie niepokoi – wpadł mu w słowo Śirwat. – Wygląda jak zaplanowane działanie. W końcu przeciwników nowej technologii nie jest aż tak wielu. Łatwo zapędzić ich do jednej klatki.
– To prawda – stwierdził Kenny na nerwowym wdechu, wstukując jakieś dane do pamięci komputera. – Jeszcze nie jesteśmy tak silni, żeby…
– Och! Jeśli wpadniemy w paranoję, to silni nie będziemy nigdy – zirytował się Mystel. – Po prostu zadbajmy o bezpieczeństwo.
Garland otworzył ozdobną srebrną puszeczkę z betelem i włożył go nieco do ust, a to znaczyło, że jest już mocno podenerwowany. Trudno byłoby to jednak wyczytać z jego nieruchomej twarzy, która zresztą nigdy nie cieszyła się wyrazistą mimiką.
– Klamka i tak zapadła. Chyba nie muszę nikogo tu przekonywać, że znaleźliśmy się na celowniku – powiedział zgoła ponuro.
Nawet jeśli ktoś nie miał dość paranoicznego usposobienia, by w tym, co przydarzyło się Brooklynowi, widzieć działanie celowe, to trudno byłoby zapomnieć twarz Hiromi sunącej rano korytarzem do swojego gabinetu, zamyślonej, posępnej i bez makijażu, który ukrywałby potwornie podkrążone oczy. Mystel upierał się, że powinna dostać osobistego ochroniarza, ale Tachibana z uporem godnym lepszej sprawy bagatelizowała całe zajście.
A przecież to był zamach. A jeśli nie zamach, to ostrzeżenie. Nie powinna tego ani zostawiać, ani zakładać, że da radę załatwić sprawę po swojemu, co najwyraźniej właśnie robiła.
Rosyjska policja nadal nie ujęła sprawcy czy też sprawców, ale wydawało się oczywiste, że trop zaprowadzi za Ocean albo do jednej z firm, które czerpały ogromne zyski z wprowadzenia dysków M&K. Nadciągające Mistrzostwa Świata w Moskwie, pod samym nosem Biovoltu, tylko nadawały tym domniemaniom pędu.
Nawet Jurij, zmęczony, wymizerowany, snujący się po budynku jak pies z kulawą nogą Jurij, uważał, że lekceważenie zagrożenia to bardzo zły pomysł, czemu zresztą dał wyraz w wiązance siarczystych przekleństw układających się dziwnym trafem we w miarę sensowną wypowiedź. Garland czuł obrzydzenie do tej myśli, ale mógłby się pod nią podpisać obiema rękami. Czasem – rzadko – naprawdę można było pomyśleć, że gdzieś wśród tych łachów i oparów alkoholu tkwi najprawdziwszy człowiek.
Oczywiście Śirwat nie był już tamtym chłopakiem walczącym i zwyciężającym w imię BEGA. Nigdy nie zadawał pytań, nie chciał wiedzieć, ale odpowiedzi znalazły go same i wpakowały się do głowy tylnymi drzwiami. Więc chcąc czy nie, musiał przed trzema laty uznać, że współpracując Ilją Balkowem i Hitoshim Kinomyią stoi po stronie skończonych gnojów na usługach jeszcze gorszego – Voltaire’a Hiwatariego. O Opactwie słyszał jedynie ze szczątkowych relacji, ale na własne oczy oglądał starszego brata Takao przepuszczającego psychikę Brooklyna przez wyżymarkę, na własne oczy widział też, co zostało z Masefielda po niby przypadkowej rozmowie z Jeanem-Paulem Barthezem, człowiekiem również powiązanym z tym środowiskiem. Mógł zatem całkiem skutecznie uzupełnić luki wyobraźnią i z podejrzewać, że dzieciństwo wychowanego w nim Jurija nie było ani łatwe, ani kolorowe, a zamiast samochodzików miał do zabawy pewnie narzędzia tortur. Prawdopodobne, że jego historia od dawna zmierzała do takiego właśnie punktu, alternatywnego dla zostania seryjnym mordercą. Więc może należało mu się więcej wyrozumiałości.
Może.
Ale Garland nigdy nie uważał się za szczególnie cierpliwego, a wszelkie pokłady jego opiekuńczości wyczerpywał Brooklyn. Na pewno nie zamierzał Ivanowa niańczyć.
Potrząsnął głową, zawracając myśli ze ślepego zaułka i każąc wrócić im do szybkiej narady.
– Mystel, jesteś w stanie zagwarantować mi, że będzie bezpiecznie? – zwrócił się do szefa ochrony.
– Odkąd wybiłem Romeo…
– Romero.
– Bla, bla. Odkąd wyperswadowałem mu pomysł urządzenia imprezy na stacji metra, tak. To całe fikuśne Turandot to może też nie do końca przyjazny teren, ale na pewno łatwiejszy do obstawienia. Nie obiecuję, że nikomu włos z głowy nie spadnie, ale raczej sama głowa zostanie na miejscu.
– Pocieszające – westchnął ciężko Kenny. – Zwłaszcza wobec listy gości…
– Sprawdzasz ich? – zapytał Garland, ale raczej dla formalności.
– Na bieżąco – przytakną Saien. – Część pamiętam nawet z dawnych turniejów. Ale… – Palec analityka zawisł nagle nad klawiaturą, a twarz zastygła w dziwnym wyrazie.
– Co jest?
– MingMing. Na liście gości jest MingMing.

*

Rei, wróciwszy do hotelowego pokoju, długo jeszcze rozmyślał nad tym, co usłyszał od Hiromi. Rozmyślał, krojąc warzywa na kolację, bo z hotelowej kuchni nie korzystał, i parząc herbatę, rozmyślał, sprawdzając, jak radzą sobie opiekunowie Laia, rozmyślał, drapiąc Mao za uchem, kiedy tradycyjnie zwinęła się w kłębek, wciśnięta w jego bok.
Mógłby przysiąc, że rozmyślał nawet, gdy zasnął, bo sny miał niejasne, ciężkie i cholernie męczące.
A zatem miał zostać człowiekiem Hiromi wśród bladerów. Nie był naiwny, wiedział, że zacznie się od Jurija i Miguela, a jeśli przeżyje ten kataklizm, Tachibana będzie chciała od niego więcej i więcej. Oczywiście rozumiał jej racje. Rozumiał też, dlaczego zwróciła się właśnie do niego – pomijając wszystko inne, znali się od dawna, niejedno przeszli ramię w ramię i mogli sobie zaufać, bo nie wydarzyło się nic, co by tym zaufaniem zachwiało. A wydawało się, że ono właśnie jest kluczem – tym, czego w Biovolcie brakowało.
Rei zdążył zauważyć to i owo. Nie wszystkie animozje z dawnych lat zatarły się całkowicie i widać było, że Mystel trzyma z Garlandem, a Garland wszędzie węszy zagrożenie dla Brooklyna. Kenny wylądował nieco poza marginesem, a Hiromi żyła w przekonaniu, że myśli za nich wszystkich, co wcale nie musiało mijać się z prawdą. W efekcie każdy patrzył na ręce każdemu. Biovolt prawdopodobnie faktycznie pozostawał jedyną siłą mogącą przeciwstawić się koncernowi M&K i trudno było zaprzeczyć jego dotychczasowym osiągnięciom, ale powinien przerodzić się w jednolity front.
Rei nie wiedział, czy Hiromi kombinuje podobnie, nie wydawało mu się – w takim wypadku raczej nie zwiększałaby ilości potencjalnych punktów zapalnych, a pracowała na materiale, jaki zgromadziła. Nie sprowadziłaby do Moskwy ich trójki, ludzi o skrajnych charakterach, ale podobnym stopniu uporu i sile rażenia temperamentu. Kon podejrzewał raczej, że uznała sprawę za przegraną i postanowiła zoptymalizować lawirowanie między racjami, by wyciągnąć z tonącego okrętu, ile się jeszcze da.
To nie do końca było to, w czym czuł się dobrze. Targany wątpliwościami po prostu rozważał wszystkie opcje i wybierał jedną, nikogo nie oszukując, a zwłaszcza nie siebie. To dlatego kiedyś odszedł z White Tigers i dlatego wrócił do zespołu na czas Mistrzostw. W tamtych chwilach były to po prostu optymalne rozwiązania.
A teraz?
Jedno, co wydawało się jasne, to to, że nie da się zadowolić wszystkich. Można jedynie pozostać wobec wszystkich uczciwym. Żeby jednak to osiągnąć, Rei musiał sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, czego właściwie chce on sam i po co tak naprawdę przyleciał do Moskwy.
Tak, miał dług do spłacenia, niewątpliwie. Bez pieniędzy Mystela, które okazały się ostatecznie pieniędzmi Biovoltu, Lai nie osiągnąłby nawet tego, co miał. Pewnie nadal leżałby przykuty do łóżka, pod skomplikowaną aparaturą i czekał na śmierć. A tak… Nie, Kon nie miał złudzeń. Nic, żadne fakty, nie pozwalały ich mieć. Chen był pierwszym od wprowadzenia dysków M&K bladerem, który przeżył przegrany pojedynek. Nie istniał więc przypadek medyczny, do którego mogłaby się odwoływać nadzieja. Lekarze także nie pozostawiali jej zbyt wiele. Niemniej czasem wydawało się, że jest jakieś rozwiązanie, że coś miga na granicy pola widzenia i Rei miał wrażenie, że już, już prawie to uchwycił.
A potem budził się rano i niczego nie pamiętał.
Ale dług to nie wszystko. Kon znał przecież siebie i wiedział, że gdyby tylko mu na tym zależało, znalazłby inne rozwiązanie. Niemniej przyjechał tu i przyjechał z Laiem, a potem nie zaprotestował, kiedy jego przyjaciela wciągnięto po uszy w machinę propagandową. Teraz twarz czterokrotnego mistrza Azji wisiała na billboardach w całej Moskwie i pewnie w innych dużych miastach, może już nawet poza granicami Rosji, Hiromi faktycznie dysponowała kontaktami. W nieme, nieruchome usta wkładano hasła sprzeciwiające się polityce koncernu M&K i organizacjom beybladeingowym dopuszczającym używanie tej technologii (w tym wypadku Rei także nie karmił się złudzeniami – wiedział, że to on, nie Lai, podpisałby się pod tymi postulatami pierwszy).
Może chodziło też o to, co stało się z dawnymi Bladebreakersami – Takao, Daichi i Maxem. Może o martwych znajomych z turniejów. Może o samą ideę zmuszania nastolatków do zabijania się ku uciesze gawiedzi. A może zwyczajnie o to, że przez lata nic się nie zmieniło i dorośli najwyraźniej nie wyciągnęli żadnej lekcji z historii Opactwa i BEGA, a wręcz przeciwnie – jeśli w grę wchodził zysk, nadal mieli los dzieciaków głęboko w dupie.
A więc te dzieciaki znów musiały wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu powinnością Reia było znaleźć się w centrum wydarzeń i działać, na ile to będzie możliwe.
Rozsuwając zasłony i witając nowy świt, wciąż nie miał gotowej jednoznaczniej odpowiedzi. Odwrócił się, spojrzał na wciąż śpiącą Mao.
A może, pomyślał, to wcale nie ja przyjechałem do Moskwy. Może to Diger mnie tu przyprowadził.

*

– Bankiet – burknął Jurij.
– Będziesz musiał się ogolić – odpowiedziała Hiromi, kręcąc się na obrotowym fotelu. – No i przebrać.
Cisza, która zapadła, miała temperaturę syberyjskiej nocy w środku zimy i Tachibana odniosła wrażenie, że kawa zaczęła stygnąć jej w ekspresowym tempie. Nie zerknęła do kubka, obawiając się, że zobaczy w nim taflę lodu.
– Zapomnij. Nie idę na żaden bankiet.
Westchnęła ciężko.
– Serio? – Zatrzymała się i spojrzała na rudzielca z ukosa. – Przegapisz okazję najebania się na cudzy koszt?
Zmełł jakieś przekleństwo, ale po rusku, więc i tak wywnioskowała znaczenie tylko po tonie.
– Słuchaj, Jurij. – Pochyliła się i spojrzała Ivanowowi prosto w ciemnoniebieskie oczy zwyczajnie złego człowieka, z którym w normalnych okolicznościach za nic w ściecie nie rozmawiałaby sam na sam. – Wiem, że masz wyjebane. Na wszystko i wszystkich. I wiem, że możesz nie czuć moich metod, ale tak naprawdę zależy nam przecież na tym samym. Oboje nie chcemy dopuścić do tego, żeby cała historia z BEGA się powtórzyła. Voltaire nie żyje, OK. Stary pryk z wielkiego zamku zajmujący się głównie straszeniem dzieci po nocach, wow, wow. Ale, po pierwsze, klan Hiwatari wymarł w ogóle, a po drugie, nadal żyją inni. W tym Ilija Balkow. Nie niepokoi cię, że nadal siedzi cicho?
Temperatura spadła jeszcze o pół stopnia.
– Próbujesz mnie podejść.
– Próbuję cię przekonać, że warto się pomęczyć, żeby potem móc działać bardziej po swojemu. Nie jestem głupia. Wiem, że igramy z ogniem – Hiromi odkaszlnęła. – No, że w pewnym momencie to może wymknąć się spod kontroli i wtedy to ty będziesz mówił, co należy robić. Proponuję układ.
Jurij wykrzywił w paskudnym uśmiechu bladą, pooraną bliznami jeszcze po pojedynku z Garlandem twarz.
– Masz odwagę podpisać pakt z diabłem? – spytał.
– Uznałam to za konieczne. Tylko błagam, nie każ mi się podpisywać własną krwią. Mdleję na widok krwi.
I tak Jurij dał się nie tylko ogolić, ale także ubrać w strój, który tutejsze foki nazywały white tie.
Tak było łatwiej – myśleć o nich jak o fokach.
– No, teraz wyglądasz jak człowiek! – skomentowała Hiromi. – Może po kamieniołomach i zderzeniu czołowym z TIR-em, ale jednak jak człowiek!
– Uważaj, bo mam twój cyrograf – syknął.
A potem rachunki wyrównały się już całkowicie, bo Hiromi wstała. Póki siedziała, sprawiała nawet wrażenie dość obeznanej z całym tym tałatajstwem, ale krótki spacer do windy obnażył jej zerowe umiejętności w kwestii posługiwania się na oko Jurija półmetrowymi szpilkami. Początkowo ruszyła przed siebie pewnie i z zadartą brodą. Już po chwili zniosło ją jednak na ścianę jak chybotliwą łódę na szalejącym jeziorze, a potem jakoś nie potrafiła odzyskać równowagi.
– Mógłby mi… Psiakrew… Mógłby mi któryś podać ramię? – Powiodła po nich błagalnym wzrokiem.
I tak do windy, a potem do limuzyny doczłapała, wisząc na Mystelu.
– Kto się ze mną założy, że królewna zdąży się zabić do końca imprezy? – burknął Jurij, zajmując swoje miejsce na białej skórzanej kanapie auta.
Może po raz pierwszy, odkąd przyjechał do Moskwy, jego słowa wywołały ogólny entuzjazm.
Ze wszystkich zamkniętych w limuzynie tylko Mystel i Brooklyn wydawali się w miarę odprężeni. Hiromi starała się zachowywać pozory, ale jednak wystarczyło jej pierwsze czerwone światło na drodze, żeby sięgnąć po papierosa. A potem po gumę do żucia. I znów po papierosa.
Garland nawet nie udawał. Jurij mógłby przysiąc, że widział, jak pod niekoniecznie w zamierzony sposób opiętą koszulą z nerwów drgają mu cycki. Spojrzał na swoje odbicie w szybie.
Wyglądał jak rudy pingwin.
I tak też chodził, bo lakierki były absolutnie najbardziej pomylonym obuwniczym pomysłem, z jakim kiedykolwiek się spotkał.
– Wreszcie… – Hiromi wypuściła z płuc całe powietrze i zgasiła papierosa w kryształowej chyba popielniczce.
Na horyzoncie ukazał się… cóż, pałac. Jurija, przyzwyczajonego do moskiewskich standardów, zdziwiło to chyba najmniej.
– Cholera, co to jest…? – sapnął Garland.
– Pamiętaj, że Romeo-rero chciał biby w metrze – przypomniał mu Mystel.
Poczekali, aż szofer – spokojny, siwiejący człowiek puszczający mimo uszu niestosowne komentarze bandy dzieciaków – otworzy im drzwiczki i gremialnie wysypali się na dziedziniec.
Ktoś w bliskiej okolicy prowadził roboty drogowe. Tak się przynajmniej w pierwszej chwili wydawało, bo chodnik aż drżał od niskiego, jednostajnego łupania. Potem stało się jasne, że to samochodowy system dolby serround imić Andersona.
– Ello, ciawaresy! – Pomachał im na powitanie, odrywając plecy od olbrzymiego Dodge’a Nitro. Drugą rękę zaciskał na talii jakiejś panienki w wybitnie za krótkiej jak na okoliczności sukience.
– Zaczęło się – jęknęła cicho Hiromi, bo choć poruszała się po tym wszystkim nieco po omacku, to pewne kwestie nie zostawiały pola na interpretację. Stosowność panterki na ten przykład. – Hej, Rick, hej…
– Sandra. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i zadziwiająco sympatycznie, co jednak nie zdołało do końca zmazać ogólnie wulgarnego wrażenia.
– Miło mi.
– I mi.
– I…
– Kenny…?
– Tak?
– Kurwa, Kenny, czy ty masz białe skarpetki?!

*

Zewnętrze restauracji Turandot nie umywało się do wnętrza, które zdawało się wręcz dławić swoim własnym przepychem. Jakby mało było barokowych malunków i zdobień, jakby nie wystarczyła galeryjka, ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby na środku okrągłego pomieszczenia ustawić podest z wielką złotą harfą. Pod nią stroił instrumenty kwartet smyczkowy.
– Jaka stypa – burknął niezadowolony Rick, rozglądając się po sali i trochę przy tym sapiąc.
Widać było, że ma pewien problem z nabraniem głębszego oddechu, czego sekret mógł tkwić w opinającym go i robiącym mu niewiarygodną wręcz talię pasie hiszpańskim. Do panterkowej kiecki Sandry miał się ogólnie nijak. Szczątkowe dane o zasadach dobrego stylu działały najwyraźniej na niekorzyść Andersona. Upierdliwa i najwyraźniej źle dopasowana część garderoby to był jeden problem. Muszka dobrana pod sukienkę partnerki – drugi.
Hiromi nie pytała już nawet, co takiego trudnego jest w słowie white.
Sama stała obok Garlanda, który w międzyczasie dołączył do Romero, by wraz z nim witać przybywających gości. Nie za bardzo miała wybór – Mystel zniknął sprawdzić, jak tam kwestie bezpieczeństwa, Kenny był za niski, a Jurij już krążył po sali, jakby w nadziei, że nikt nie zauważy, kiedy ze stołu zniknie jedna butelka Burbona. Ta pozycja pozwalała też jako tako kontrolować sytuację.
W głowie odhaczała kolejne punkty z brzmiącej jak przepis na domową bombę listy gości, uśmiechała się, ściskała dłonie i pozwalała całować się w rękawiczkę, przyzwyczajona już, że w Rosji tak się po prostu robi. Szło dobrze i już prawie uwierzyła, że ten przynajmniej etap przetrzyma bez szwanku.
Niemniej czwórka gości przekraczających właśnie próg wyglądała, jakby sama w sobie stanowiła bombę w bombie.
– Panie Jürgens, panie Polangue, panie McGregor, pani…
– Daquin. Emmanuella Daquin, kuzynka pana Polangue – wyjaśniła dość grubo ciosana dama.
Hiromi przywołała na twarz uśmiech, nie dając po sobie niczego poznać, ale nie kojarzyła tego nazwiska. Na pewno nie było go na pierwotnej liście, a jeśli zaszły na niej jakieś zmiany, Tachibana nie została poinformowana.
– To zaszczyt powitać szanownych państwa – Romero na szczęście wyglądał, jakby nic nie było w stanie zbić go z tropu.
Poza panią Daquin dawni The Majestics wyglądali jak wycięci z żurnala. Z innych kompletnie stron oczywiście, w tym Johnny ze strony z reklamą whiskey, ale jednak. Zwłaszcza przy Olivierze trudno się było nie poczuć jak gęś z prowincji.
– Cholera, widziałeś te spinki? – szepnęła Tachibana do Garlanda.
– Nie.
Co by nie mówić o The Majestics, nazwę dobrali sobie bardzo trafnie. Ledwie weszli na salę, a już wzięli ją w posiadanie, chyba jako jedyni naprawdę wiedząc, jak się obsługuje takie bankiety i do czego służy każdy z siedemnastu widelczyków ułożonych przy nakryciach. Co do pozostałych gości, zdawało się, że nawet lokalni notable patrzą na nie z pewnym przerażeniem.
Na szczęście kwartet smyczkowy zaczął już przygrywać i zawsze można było udawać, że stoi się zasłuchanym w Vivaldiego, a przy okazji obserwować, co robią inni.
Taką taktykę obrał Miguel, przynajmniej do czasu, aż nie podeszło do niego podstarzałe i prawdopodobnie uberważne małżeństwo, najwyraźniej rozpoznając w nim medialnego bohatera ostatnich dni.
Hiromi zmówiła w duchu cichą modlitwę do przodków.

*

– Rei!
Obrócił się, słysząc znajomy głos.
– O, cześć, Kenny, dobrze cię widzieć – uśmiechnął się, przerywając nakładanie sałatki na talerzyk.
– Nie mieliśmy okazji porozmawiać.
– Nic straconego, prawda?
Kenny zdjął okulary i przetarł je chusteczką w chyba nieco nerwowym odruchu.
– Rei… Rei, powiedz mi, co o tym wszystkim sądzisz? – spytał trochę niepewnie, jak to on.
– O bankiecie, o kampanii, o Biovolcie…
– O wszystkim.
Rei spojrzał na przyjaciela i chwilę przyglądał mu się uważnie. Wzrok Kenny’ego, chwilowo pozbawiony wsparcia, przesuwał się po sali cokolwiek chaotycznie, a dłonie lekko drżały.
– Chcesz mi coś powiedzieć?
Szef westchnął i wbił oczy w wypolerowaną na wysoki połysk i prawdopodobnie potencjalnie morderczą posadzkę.
– Słyszałeś o tym, co się stało z Takao, prawda?
Rei przytaknął.
– Zaginął.
– Znalazłem go. Mam trop. A oni nie chcą go wyciągnąć.
– Oni? Biovolt?
– Tak.
– A Hiromi?
– Hiromi też uważa, że ma ważniejsze sprawy na głowie.
Rei zamyślił się na moment. Bo tak, to mogła być prawda, ale z drugiej strony… to był Takao. Ich kapitan i przyjaciel. Jak to możliwe, że dysponując informacjami i środkami, Tachibana nie próbowała go wyciągnąć z tarapatów?
– Gdzie on jest?
– Nadal u Hitoshiego – Kenny wypowiedział to imię z wyraźną goryczą. – Odizolowali go, wiem, że żyje i że jest poddawany jakiemuś programowi… naprawczemu. Po ostatnich wydarzeniach…
Szefowi zadrżał głos, ale tak naprawdę wcale nie musiał kończyć. Rei widział jeden z tych owianych złą sławą meczów na własne oczy, bo w tym samym turnieju brał udział także Lai. Całą imprezę przerwano, gdy młodszy Kinomyia zabił podczas jednego starcia trzech innych bladerów, dosłownie roznosząc ich na strzępy.
Potem podobno było jeszcze gorzej.
– Ja nie mogę tego tak zostawić, Rei. Myślę, że… Myślę, że Hiromi widzi w nim zagrożenie. Pewnie słusznie. Pewnie to racja, że Takao to już nie jest tamten Takao, jakiego znaliśmy… te wszystkie ofiary, wiesz… Ale…
Kon ponownie przytaknął, litościwie przerywając nieskładny wywód.
– Mogę coś zrobić? – spytał.
Kenny skrzywił się z rezygnacją.
– Tak naprawdę to Biovolt ma środki – odparł. – Ja mogę się włamać na serwery M&K, jasne, ale tylko tyle. Bez pieniędzy i znajomości to nie wyjdzie…
Rei poczuł zimno w żołądku, uświadomiwszy sobie, dokąd zmierza ta rozmowa i że znowu ktoś usiłuje wcisnąć mu rolę tajnego agenta.
– Kenny, proszę, nie w tę stronę – uciął to zawczasu.
– Przepraszam… – bąknął Saien, spuszczając wzrok.
Kon poczuł ukłucie żalu. Patrzył na Kenny’ego, najmłodszego z Breakersów, najwierniejszego z nich, i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że chłopak wciąż żyje przeszłością. Zresztą jego następne słowa w zupełności to potwierdziły.
– Wolałem, kiedy trzymaliśmy się razem…
– Tak, ja też – przyznał Rei.
Ale wszyscy dorośli. Nikt nie zdołałby cofnąć czasu, dzieciństwo musiało się kiedyś skończyć. Nie chodziło tylko do dyski M&K i różny do nich początkowo stosunek. Nie chodziło o to, że Takao i Max zostali wciągnięci do programu badawczego, który szczęśliwie ominął pozostałych. I bez tego dalsze istnienie Breakersów byłoby zwyczajnie niemożliwe. Nie po tamtych Mistrzostwach Świata, gdy stanęli przeciwko sobie po raz pierwszy i nagle okazało się, że nie tylko Kinomyia ma ambicje, że nie tylko on się liczy, że pozostali dojrzali i okrzepli na tyle, by wreszcie zauważyć także własne prawo do sukcesu.
Nigdy nie przypominali innych zespołów. Owszem, byli najsilniejsi, mieli w składzie najlepszych zawodników, ale to samo, co mogło stanowić klucz do utrwalenia legendy, jednocześnie ją obaliło.
A teraz sprawiało, że znaleźli się w rozproszeniu, niezdolni, by pomóc jeden drugiemu.

*

– Jurij Ivanow! Cóż za niespodzianka!
Obrócił się zgarbiony i czujny.
– Och, przyjacielu! Jakże marnie wyglądasz… Chorowałeś?
– Stul pysk, francuski mopsie – warknął, napotkawszy spojrzenie niewinnych, okrągłych oczu.
Olivier wyglądał, jakby naprawdę zrobiło mu się przykro.
– Tylko nie mopsie – poprosił grzecznie. – Mopsy chrapią, a ja mogę zapewnić, że śpię słodko i cicho jak aniołek.
Jurij wyprostował się, odzyskując nieco godności i dawnego wizerunku. Kurwa, przecież był postrachem! Bladerzy szczali po gaciach nie tylko na myśl o pojedynku z nim, ale nawet o tym, że będą go musieli minąć na korytarzu! To nie mogło tak całkiem i bezpowrotnie minąć.
Niestety w twarzy Oliviera trudno byłoby szukać potwierdzenia czegokolwiek. Zawsze niewinna i sprawiająca wrażenie, jakby jej właściciel nie kalał się stąpaniem po ziemi, kryła zatrważająco sprawny system operacyjny.
– Czego chcesz, Polangue.
– Ja? Po prostu się przywitać. – Różowe, dziecięce usta Francuza rozciągnęły się w uśmiechu. – Kopę lat. Gdzie się podziewałeś przez ostatnie miesiące, stary przyjacielu? Słyszałem, że masz ciekawą pasję. Ja również zawsze uważałem, że foki to fascynujące zwierzęta. Są takie śliczne i mają takie lśniące futerko.
Jurij poczuł, jakby właśnie oberwał w splot słoneczny. Olivier wyszczerzył bielutkie, równe zęby.
– Prawie tak fascynujące jak koty, czyż nie?

*

– …to wprost fascynujące! – zachwycała się Marina Ivanienko, żona filantropijnego króla Arbatu, jak nazywano korpulentnego pana po sześćdziesiątce, stojącego obecnie u jej boku z dumną miną buldożka francuskiego. – Och, pani Tachibana! Jakże miło, że pani do nas dołączyła! Uroczy młody człowiek, prawda? – Ku przerażeniu Hiromi, kobieta wskazała na Miguela.
Cóż, w tej chwili wyglądał dość normalnie, co musiała przyznać, i nawet się uśmiechał, choćby i bez oczu, a to sprawiało, że nie przypominał aż tak bardzo zamrażalki na pełnych obrotach.
– Opowiadałem właśnie państwu o Dia del Colono Polaco – wyjaśnił uprzejmie, nie pozwalając wyczytać ze swojej twarzy reakcji na jej obecność.
– Ach…
– Jakkolwiek Polacy to nie Rosjanie, oczywiście, ogromnie się cieszę, że nas, Słowian, docenia się nawet w tak odległych zakątkach świata! – promieniała Marina Ivanienko.
Michaił Ivanienko promieniał może nieco mniej, ale na rozwałkowanego sprostowaniami dotyczącymi ostatnich materiałów prasowych też nie wyglądał. Wszystko, absolutnie wszystko wskazywało na to, że Miguel trzyma język za zębami.
Mógłby też trzymać przy sobie swoje zapałki.
– Państwo pewnie chcą porozmawiać – zasugerował filantrop – to taka niepowtarzalna okazja. Kochanie, nie przeszkadzajmy młodym.
– Och! – Marina zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się w sposób, od którego Tachibanie zrobiło się słabo. – Racja, racja! Zobacz, czy to Ursula? Lata jej nie widziałam!
– Jezus Maria… – skomentował Lavalier, gdy tylko się oddalili. – Masz szczęście, że zatrzymali mnie przy stole.
– Aż tak widać…? – skrzywiła się Hiromi, mimowolnie zerkając w dół na zdradzieckie szpilki.
Otaksował ją wzrokiem.
– Może by nie było, gdybyś się cały czas o coś nie podpierała.
– Wtedy nie byłabym w stanie się poruszać. Przysięgam, że na następną bibę idę w trampkach.
– Twoi ludzie nie potrafią dopasować spodni – skwitował Miguel niespodziewanie, odpowiadając na uśmiech z drugiego końca sali.
– Co? – Hiromi spojrzała na niego zbita z tropu.
– Nogawek. Długości nogawek. Ale spoko, pomogłem im. Tak mówię na przyszłość, skoro planujesz następne biby. To jak? Skoro już uratowałaś sytuację i zapobiegłaś niechybnej katastrofie, może rozstańmy się w pokoju?
– Jesteś bubkiem.
Lavalier wzruszył ramionami, patrząc sobie na buty.
– Skoro tak twierdzisz. Za to dyskretnym, prawda? – mruknął. – Masz, chwyć się. – Podał jej ramię, z którego skorzystała, acz z głęboką niechęcią. – Możesz o mnie myśleć, co chcesz, Hiromi. I tak, jestem wściekły, bo wrzuciłaś do rynsztoku moich przyjaciół i zmusiłaś mnie, żebym zrobił to samo. Ale wiesz, coś tam jednak kumam.
– Tak, tak. – Tachibana przewróciła oczyma. – Jedna czwarta rozwiązań HMS, nie wiem, ile razy to powtórzyłeś.
– Dorzuć ten do rachunku. Doholuję cię z powrotem, co?
– Tak chyba będzie najlepiej.
Tak naprawdę jednak, choć Hiromi nie zamierzała się do tego przyznawać, odetchnęła w duchu z głęboką ulgą. Miguel mógł być patafianem, jeśli tak mu się podobało, po wszystkim i tak zamierzała odesłać go po cichu w kaftan bezpieczeństwa, byleby nie wysadził całego misternego planu.

*

– Drogi Juriju – Olivier wprawnym ruchem nalał im koniaku Vielle Reserve. Podał kieliszek rudzielcowi, potem gestem konesera ujął swój całą dłonią. – Za naszą wieloletnią przyjaźń i wspólnych znajomych! Oby im ziemia lekką była, a złoczyńców spotkały męki piekielne. – Uśmiechnął się szeroko, przechylając głowę i mrużąc oczy jak dziecko.
Ivanow miał nadzieję, że ręka mu nie zadrżała. Spojrzał najpierw na bezczelnie niewinną twarz Francuza, potem za wypełniony brunatnym płynem szeroki kieliszek. Zapach alkoholu, nieważne jakiego i ile kół wartego, drażnił nozdrza.
Kusił.
Ale wychylenie toastu oznaczało picie w intencji swojej kaźni. Jurij miał już dość kaźni jak na jedno życie.
– Nie lubisz koniaku? – Olivier uniósł brwi w zdziwieniu.
Ivanow łyknął trunku.
A zaraz potem opluł nim zaskoczoną twarz Polangue.
– Och, przepraszam – syknął, patrząc morderczo na szamoczącego się z chusteczką Oliviera, choć całe jego ciało, każdy mięsień i każdy neuron protestowały przeciwko temu marnotrawstwu. – To musi być uczulenie.

*

To było prawdziwe wejście smoka.
Nawet w trampkach Hiromi nie zdążyłaby zrobić niczego. Po prostu bezradnie patrzyła, jak MingMing wkracza do sali i bierze ją w posiadanie. Głośna gwiazdka koreańskiego popu, o której szeptano w kuluarach, że zapowiedziała swoją obecność na bankiecie charytatywnym głównie dlatego, że przypadał w czasie promocji jej najnowszego albumu.
– Och, witam! Witam was, moi drodzy! – piszczała, rozdając na prawo i lewo słodkie buziaki wymalowanych perłową szminką ust.
– Jakby była gospodarzem – warknęła Hiromi, odprowadzając wzrokiem piosenkarkę, która nie raczyła przywitać się ani z Garlandem, ani z Romero, co oczywiście stanowiło ciężkie faux pass, ale przynajmniej połowa gości kompletnie się tym nie przejęła, zajmując pozycje strategiczne, by w odpowiednim momencie ruszyć do wyścigu po autograf. – Serio…?
– Siła reklamy. Ty akurat powinnaś coś o tym wiedzieć – burknął Jurij, który niespodziewanie zmaterializował się tuż obok w miejsce Miguela. – Masz, golnij sobie. – Podał jej piersiówkę.
– Dzięki. – Przejęła naczynie, nawet na niego nie patrząc, i łyknęła odważnie. Skrzywiła się tylko trochę i odkaszlnęła tylko raz, czym zasłużyła sobie na uniesienie brwi. – Co za kwas…
– Najlepszy gatunek płynu chłodniczego.
– Tak myślałam.
MingMing przeszła samą siebie. Ubrana w czarną suknię bez pleców a niemalże również bez tyłka, w ufarbowane na niebiesko włosy powpinała żywe kwiaty i figurki zwierząt. Jedno trzeba było jej przyznać – do barokowego otoczenia pasowała dość dobrze.
– Cholera, będę musiała pilnować Kenny’ego…! – jęknęła Hiromi.
– A co mu? – Jurij odebrał od niej piersiówkę i golnął zdrowo. A po sekundzie zastanowienia raz jeszcze. Tylko przelotnie Tachibana pomyślała, że powinna mu przeszkodzić, ale ostatecznie wybrała inną opcję i wyciągnęła rękę.
– Daj jeszcze.
– Na zdrowie. To co z tym pokurczem?
– Nie wiesz? Jest jej fanem. I wiceprezesem oficjalnego fanklubu w Moskwie.
Ivanow zaczął autentycznie krztusić się ze śmiechu.
– No, ha, ha. Ale zbierać trupy będę ja.
– Wprawiaj się. Ta umiejętność może ci się kiedyś przydać.
– To był kiepski żart, Jurij.
– To nie był żart.

*

– Kenny…?
– MingMing…
Wyglądało na to, że pewne rzeczy się przez lata nie zmieniły. Rei nawet nie próbował rywalizować o uwagę z ulubioną piosenkarką Saiena, jak zawsze zresztą niemożliwą do przeoczenia. Uśmiechnął się pod nosem, na moment znów odganiając od siebie ponure refleksje nad przeszłością i teraźniejszością.
– Wybacz, Rei, ja…
– No już – zachęcił – leć po ten autograf.
Szefa nie trzeba było prosić dwa razy. Ruszył przed siebie jak zahipnotyzowany, niepomny na przeszkody, w tym na kelnera niosącego olbrzymią tacę pełną kieliszków z szampanem. Kon odwrócił dyskretnie wzrok, a brzdęk tłuczonych kieliszków przebił się nawet ponad piski MingMing.

*

Hiromi po prostu ukryła twarz w dłoniach.
– Mam nadzieję, że masz tego świństwa więcej… – szepnęła do Jurija. – Muszę sobie przepalić mózg, bo nie wytrzymam…
Nie odpowiedział. Usłyszała za to coś, co przypominało jęk konającego wołu.
– Jurij?
Patrzył na pobojowisko pustym wzrokiem wojennego weterana.
– Ktoś będzie się za to marnotrawstwo smażył w piekle – stwierdził, gdy tylko odzyskał zdolność posługiwania się mową.

*

– Ojej! – MingMing teatralnie zawiesiła stopę w złotej szpilce nad ścieraną nerwowo przez serwis kałużą z szampana. – To okropne! Jak to świadczy o Biovolcie, skoro wynajmuje tak niezdarnych kelnerów?
– …jesteś taka cudowna…
– Lawrence, Michael – zwróciła się do swoich bodyguardów – pilnujcie mnie, proszę, uważnie, bo zaczynam się obawiać o swoje życie!
– …śnię o tobie po nocach…
– Odrażające…!

*

– Patrz, Olo, Robcio to jednak mówił poważnie – parsknął Johnny McGregor, wskazując głową Roberta Jürgensa zmierzającego pewnym krokiem, by przywitać się z Miguelem, dawnym rywalem, a potem młodszy wiekiem, stażem i wiedzą znajomym spod znaku połkniętego kija od szczotki.
Znajomym, bo „kumpli” Robert nie miał. Takiego wyrazu w ogóle w jego wysublimowanym słowniku nie odnotowano. Krążyły plotki, że do swojej żony Clary nie mówi inaczej jak tylko „moja najdroższa małżonko”, choć temu akurat McGregor nie dawał wiary. To znacząco utrudniałoby pewne procedury, a czego by o Jürgensie nie powiedzieć, zawsze wybierał najprostszą drogę do celu i cenił sobie praktyczne podejście do życia.
Olivier uniósł dłoń do ust, maskując teatralne ziewnięcie.
– O, już zdążyłeś się przebrać?
Polangue przewrócił oczyma.
– Proszę cię, Johnny, nie drąż tematu.
– Spoko. – Szkot wzruszył ramionami. – Upijesz się, to i tak mi powiesz. Ty, patrz! – Wskazał na pobojowisko na środku sali, jezioro szampana i piszczącą MingMing. – A ja myślałem, że to stypa będzię. Gdzie Enrique? O, pardąsik, pani Daquin, twa szacowna kuzynka?
Oivier nie zdołał powstrzymać chichotu, choć elegancko zakrył usta dłonią.
– Trzyma się cienia – odparł. – Nie wiem, chyba jej nie służy ta ostatnia dieta, ma jakby cienie pod oczyma i bardzo się ich zawstydziła.
– Biedactwo. Oho, mają whiskey! – Johnny dopadł do jednej z butelek, otworzył i poniuchał z niejaką czułością. – Zacna bestia – skwitował ukontentowany.
– Zostanę przy koniaku.
– No trudno. – McGregor wzruszył ramionami i rozejrzał po sali. – Założę się, że gdzieś słyszałem irlandzki akcent…

*

– Minęła zaledwie godzina, a kwartet smyczkowy już zasłużył na pokojową nagrodę Nobla – ocenił bezlitośnie Robert.
Miguel ani nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Podobne imprezy znał głównie ze zdjęć, a imprezy, które znał z autopsji, w znacznej większości po godzinie zaczynały wyraźnie tracić ostrość, żeby w końcu zamienić się w ciąg trochę bezładnych kliszy. No i na pewno nie grano tam muzyki klasycznej. Łaził więc i starał się sprawiać dobre wrażenie, bo najwyraźniej to należało tu robić, ale tak naprawdę poruszał się dużo bardziej po omacku, niż byłby gotów przyznać przed samym sobą. Mógł sobie udawać przed Hiromi, ile chciał, ale odpowiednia długość nogawek to był dopiero wierzchołek góry lodowej.
Gdzieś po środku znajdował się sposób jedzenia ślimaków, a Miguel odnosił niepokojące wrażenie, że nic innego na stole nie wylądowało. No, przynajmniej krakersów to on nie zauważył.
– Podróż minęła, mam nadzieję, bez przeszkód? – próbował zmienić temat i nie odchrząkiwać nerwowo wobec niemieckiego oblężenia.
– Nie licząc barbarzyńskich obyczajów na lotnisku, owszem.
Robert swoim zwyczajem patrzył wprost w oczy rozmówcy, nieustępliwy, nieczuły na sugestie i z chirurgicznie usuniętą wrażliwością na oznaki zakłopotania po drugiej stronie. Miguel, ilekroć z nim rozmawiał, nie miał pojęcia, gdzie posiać wzrok, a najlepiej całego siebie, nagle nieporadny i zupełnie nie taki jak trzeba worek nieporozumień.
Jakoś głupio było tak po prostu gapić się na jedyne w swoim rodzaju czoło Jürgensa.
– Cieszę się. – Wymusił uśmiech, czując, jak pękają mu od tego mięśnie twarzy. – Szkoda, że Clara nie mogła dotrzeć.
– Jest w dziewiątym miesiącu ciąży. Oczekuje rozwiązania w szpitalu w Düsseldorfie. To będzie dziewczynka. Chcemy nazwać ją Józefina po mojej prababce od strony ojca, Józefinie Amelii Jürgens von Hohrosengraff.
– Gratulacje, Robert!
A jednak jesteś tutaj, przemknęło przez myśl Miguela. Lada chwila ma przyjść na świat twój dzieciak, cholerna królewna z cholernego zamku, a ty jesteś tutaj.
Dlaczego? – oto było pytanie.
– Oho, czyż to nie pan „nie chodzę do kibla, jak tylko oddalam się defekować”?
Lavalier poczuł, że robi mu się zimno, kiedy zrozumiał, czyj głos słyszy.
– Jurij Ivanow – Robert wymówił to imię tak, że brzmiało jak schaise und schnapps.
Całkiem trafnie, co trzeba było przyznać.
– Tak, tak, Jurij Ivanow von Głębokie Zadupie na Sybirze. Jak tam interesy?
– Nie zajmuję się już beybladeingiem, jeśli o to pytasz. – Jürgens uniósł brodę dosłownie o pół milimetra, ale to wystarczyło, by zaznaczyć jego stosunek do rozmówcy.
– Cóż, podejrzewam, że tylko dlatego możemy sobie teraz pogadać – Rosjanin niespodziewanie spoważniał, ale i tak nie dało się ukryć, że spowija go już lekki alkoholowy obłok.
– I nie da się ukryć, że leży to także u podstaw naszego dzisiejszego spotkania.
– Tak, impreza pod hasłem „Aby puszczanie bączków na stadionie znów było bezpieczne” – Jurij roześmiał się tak ponuro, że aż upiornie. – Jakby kiedykolwiek było.
– Dawniej przynajmniej nikt nie ginął na stadionach – warknął Miguel, znów przybierając znajomą, znacznie mniej dystyngowaną pozę. Tę kojarzącą się raczej z dawnym kapitanem Barthez Batalionu, którego trudno było zobaczyć bez zaciśniętych pięści i nabzdyczonej miny frustrata niż obecną twarzą kampanii protestacyjnej Biovoltu, chwilowo z doklejonym frakiem i muszką.
– Jeśli o mnie chodzi, wylądowałem w śpiączce, zanim zaczęły się kłopoty z M&K – przewrócił oczami Ivanow. Jego chude, blade i pokryte siniakami chyba już na stałe palce wystukiwały nierówny rytm na częściowo opróżnionej piersiówce, z którą, ku zgrozie Roberta, nawet nie próbował się kryć.
– Ale nikt nie ginął.
– Ale nie byłoby zaskoczeniem, gdyby zginął. Balkow miałby to w dupie. Barthez też, chyba zdajesz sobie z tego sprawę, Miguel. Mogłeś sobie udawać, ile chciałeś, ale ja potrafię poznać, kiedy ktoś ma spuchnięty ryj. I od czego. To właśnie próbuję powiedzieć. – Przeczący prawom fizyki i wyostrzający się z każdym łykiem parszywego destylatu wzrok Jurija przenosił się od Lavaliera do Jürgensa i z powrotem. – Któryś z was zadał sobie pytanie, co my tu właściwie robimy?
– Jurij… Jeśli mogę ci coś doradzić – odezwał się Robert tym samym co zawsze, niewyrażającym niczego poza ogólną dezaprobatą dla plebejskiego świata tonem – grasz zbyt otwarcie.
– Nie gram w ogóle. Gry nie są na moje nerwy.
– Mhm. W takim razie wyjaśnij mi, proszę, do czego zmierza ta rozmowa.
Ivanow wzruszył ramionami.
– Sam chciałbym wiedzieć – przyznał. – Po prostu mnie to uderzyło. Was nie? Protestujemy tu przeciwko robieniu z dzieciaków gladiatorów, pięknie, tak trzymać, ale jeśli faktycznie jakimś cudem doszłoby do zakazania dysków M&K, to co zostanie? To nadal będzie sport uprawiany przez nastolatki przechodzące na emeryturę tuż po dwudziestce. Nadal nikt nie będzie widział niczego dziwnego w tym, że poświęcają całe dzieciństwo temu, żeby służyć dorosłym jako… hm… – Znów spojrzał wprost w oczy Miguela. – Żołnierze.
Ale drgnęli obaj – i on, i Robert.
Jurij uśmiechnął się krzywo, jakby tego się właśnie spodziewał.
– Jaki masz interes w wycofaniu dysków M&K, Jürgens? – uderzył w sam środek tarczy.
– Zakładasz, że mogłem przyłączyć się do akcji charytatywnej tylko ze względu na osobiste korzyści? – Niemiec uniósł nieco swoje imponujące brwi.
– Nie jesteśmy już dziećmi.
– Nie wszyscy z nas są też zawszonymi cynikami!
Tego Jurij się nie spodziewał. Patrzył na coraz bardziej wściekłego Miguela, teraz szarżującego w obronie współczesnej dumy starożytnych Germanów, i nie mógł nie zadać sobie pytania, czy Lavalier naprawdę jest w stanie uwierzyć w całkowicie czyste i niewinne intencje Jürgensa.
– Kurwa, młody, strzel sobie jednego, bo żal patrzeć na ten brak polotu – splunął.
Jedynie jakaś ledwie uchwytna zmiana na twarzy Argentyńczyka podpowiedziała mu, że trafił. Że ma bardziej do czynienia z lojalnością wobec wspólnego wroga, chwilowo w postaci rudego Ruska, niż czymkolwiek innym, a pod spodem, pod tą gładką buźką idola nastolatek i ulubieńca mediów, kryje się coś, czego Lavalier nikomu nie pokazuje i o czym nie zamierza mówić.
Przynajmniej na razie.
– Jasne, bo tobie mogę go pozazdrościć.
– Miguel, daj spokój. – Robert położył mu wielką dłoń na ramieniu, a Jurij nie mógł odegnać skojarzenia z suką łapiącą za kark szczeniaka, by go spacyfikować. Podejrzewał, że zawdzięcza ten obrazek Wolborg. – Szkoda nerwów.
– Oczywiście – rozciągnął usta w sztucznym uśmiechu. – Trzymajcie nerwy na później, chłopaki.

*

Gdzieś w tle wiła się na parkiecie dziewczyna w kusej kiecce w panterkę, desperacko próbując dopasować wąski repertuar ruchów do wysublimowanych dźwięków kompozycji Vivaldiego.
– Grunt to dobrze się bawić, prawda? – skomentował Johnny, podchodząc do Brooklyna Masefielda, którego nigdy nie miał co prawda okazji poznać osobiście, ale którego znał całkiem dobrze z mediów, opowiadań, plotek i wspólnej dla Szkotów oraz Irlandczyków nienawiści do Brytoli. To zawsze stanowiło jakiś początek.
Rudzielec obrócił się ku niemu powoli i zmierzył sennym wzrokiem, który – McGregor mógł się o to założyć – stanowił wynik działania jakichś cudownych prochów. Podobnie zresztą jak łagodny, choć kompletnie nieobejmujący górnej połowy twarzy uśmiech.
– Czy my się znamy? – Brooklyn mówił dokładnie tak jak na nielicznych w sumie, ale regularnie zapętlanych przy różnych okazjach nagraniach, czyli jakby ktoś puszczał jego głos w zwolnionym tempie.
– Prawie. Johnny McGregor, dawne The Majestics.
– Bardzo mi miło, panie McGregor.
– Johnny. Po prostu Johnny.
Uścisnęli sobie dłonie.
– Zgaduję, że prawdziwy Szkot znajdzie w prawdziwym Irlandczyku partnera do szklaneczki whiskey? – pytanie było właściwie retoryczne, bo Johnny już rozlewał trunek. – Twoje zdrowie, Brooklyn. – Wychylili toast. – Uch, piękna rzecz… – westchnął, unosząc naczynie na wysokość oczu i przyglądając się reszcie płynu.
– Hiromi zadbała o najlepszych dostawców.
– Zatem: jej zdrowie także!

*

Mystel krążył po galerii, obserwując towarzystwo, udając, że wcale tego nie robi i zbierając raporty szeptane mu za pomocą elektroniki wprost do ucha.
Poza kilkoma przypadkami usiłowania wnoszenia kastetów i jedną próbą przemytu karmiku pod płaszczem, nie odnotowano poważniejszych incydentów, co z jednej strony uspokajało, a z drugiej, jednak niepokoiło. Dziwnie było myśleć o Romero Abrego jak o kimś, kto w istocie nie miał żadnych złych intencji i pokazywał światu swoją prawdziwą, beztroską twarz.
Wniesiono właśnie dania mięsne – gęś nadziewaną kasztanami i żurawiną, pappardelle z zajęczym ragout, mostek jagnięcy w sosie kolędrowo-miętowym i stroganow z sarniny. Biorąc pod uwagę, że alkohol zaczynał lać się coraz śmielej, mogło stanowić to dobre posunięcie.
– I jak sytuacja? – w słuchawce odezwał się sam prezes Śirwat.
– Nie licząc paru drobnych kataklizmów obyczajowych w panterce, białych skarpetkach albo z instalacją sztuki nowoczesnej na głowie, całkiem spokojnie – odparł Mystel lekkim tonem, choć wiedział, że nic nie niepokoi Garlanda tak jak lekki ton. Czy w ogóle: żarty. – Możesz być spokojny, szefie.
Tak naprawdę trochę mu współczuł. A dokładniej współczuł faktu, że jako krysznita, nie mógł znieczulić się rozsądną dawką alkoholu.
– Jestem spokojny.
– Oczywiście. Jak zawsze. Niewzruszony niczym skała. Oho…
– Mystel?
Kirgijczyk podszedł do barierki i zmrużył oczy.
– Mystel, co się dzieje?!
– A, nic, nic. Tak sobie patrzę…
Nie chciał niepokoić Garlanda bardziej, niż było to zabawne, ale zachowanie jednego z gości wydawało mu się coraz bardziej podejrzane. Jakaś niewiasta wyraźnie kryła się w cieniu i trzymała ścian, krążąc jednak zwykle w pobliżu któregoś z Majestics.
Z kolei samych Majestics Mystel naliczył jedynie trzech.
– Garland?
– Hm?
– Masz gdzieś w portkach listę gości?
– Nie. Tym zajmuje się Hiromi. A co?
– Czasem odnoszę wrażenie, że wszystkim w tej firmie zajmuje się Hiromi. A nic, nic, baw się dobrze.

*

Rei z jakiegoś powodu był przekonany, że zniesie ten cały bankiet znacznie lepiej. Tymczasem odkąd rozstał się z Kennym, znosiło go coraz mocniej ku krzesłom. Nie miał ochoty snuć się po sali i rozmawiać ze starymi znajomymi.
O, cześć, Rei, jak tam Mao? Jak się czuje Lai? A ty? Radzisz sobie? Już nie jesteś bladerem? Jaka szkoda!
Wystarczyło usłyszeć tę litanię trzeci raz, by poczuć się zwyczajnie źle. U Mao i Laia bez zmian od miesięcy, a on sam… Tak, nie był już bladerem, to znaczy nie brał udziału w turniejach, ale co z tego? Większość i tak myślała, że to poświęcenie na rzecz chorych przyjaciół, może nawet podziwiali go nieco za coś, czego wcale nie robił. Owszem, może, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, ta wersja wydarzeń wcale nie mijałaby się z prawdą. Rei mógł bez trudu wyobrazić sobie taki scenariusz.
Ale tak naprawdę z beybladeingu zrezygnował wcześniej. Z tym, że niewiele wcześniej i odszedł po cichu, więc niewielu w ogóle to zauważyło. A opieka nad rodzeństwem Chen… Kon nie chciał, by brzmiało to tak cynicznie nawet w jego umyśle, ale nie widział też powodu, by się oszukiwać. Stawiał czoła prawdzie, a ta prezentowała się następująco: ważnym czynnikiem, prócz przyjaźni oczywiście, było to, że Lai i Mao pozwalali nie myśleć właśnie o tym, o wrzuconym na dno szuflady dysku, który niejednokrotnie przecież tak kusił…
Pozwalali walczyć z nałogiem.
Póki Rei mógł z nim rozmawiać, wcale nie popierali jego decyzji. Nie rozumieli go.
– To mnie zniewala – próbował im tłumaczyć. – Podporządkowałem temu wszystko. Nie mam nawet znajomych poza innymi bladerami albo członkami teamów.
– Nie ma w tym niczego złego – wzruszał ramionami Lai. – Kto inny cię interesuje? Z kim innym możesz pogadać o tym, co dla ciebie ważne?
– Czyli o beybladeingu? – odbił Rei.
Pokłócili się wówczas. Kłócili się o to wiele razy. Co było dla Kona o tyle dziwne, że jedynie na prośbę przyjaciół przedstawiał swoje zdanie. Nikogo nie próbował nawet namawiać, żeby poszedł w jego ślady.
Dopiero całe tygodnie później, kiedy Lai leżał w śpiączce i lekarze walczyli o jego życie, dotarło do niego, że swoją postawą uderzał w czuły punkt. W strach albo wyrzuty sumienia. Albo w jedno i drugie.
Szli w zaparte, ale wewnętrznie musieli być rozdarci.
Ilu było takich, jak oni? Po prostu przyzwyczajonych do życia z Bestiami u boku, z przesuniętą granicą tego, co dopuszczalne i możliwe do zniesienia, ale podskórnie czujących, że nie tak powinno – nie tak mogłoby – wyglądać ich życie.
Rei ponownie odszukał w tłumie Kenny’ego, choć nie było to łatwe, bo niewielki Saien wprost ginął w niemałym orszaku fanów towarzyszących MingMing na każdym kroku. To czasem wydawało się takie dziwne, że to właśnie Szef jako jeden z pierwszych wylądował na froncie walki z M&K, ale z drugiej strony, jeśli Rei miałby wskazać wśród dawnych Breakersów tę osobę, która bez wahania dałaby się pokroić za pozostałych członków drużyny, to byłby to właśnie Kenny ze nieodłącznym laptopem pod pachą, przygotowany do każdego meczu każdego zawodnika, skupiony tylko na tym, by pomóc, jak się da.
Lojalny, oddany Kenny.
Rei wychylił kolejny kieliszek czegoś brązowego.

*

Robert był człowiekiem tak nudnym, że wręcz wydawało się, jakby cofał czas spędzany w swoim towarzystwie, zatem Jurij, uznawszy, że na razie niewiele więcej osiągnie, a irytację wzbudził już odpowiednią, ulotnił się na poszukiwanie ciekawszego towarzystwa.
Krążył po ociekającej zdobieniami sali dość długo, nigdzie nie znajdując interesującego punktu zaczepienia. Kobiety w długich sukniach i mężczyźni w sztywnych frakach w identycznie irytujący sposób udawali, że wiedzą, co robią, wydawali niemałe sumy po dziadkach na charytatywnych licytacjach, dyskretnie zdejmowali zbyt wykwintny jak na ich podniebienia sos kolędrowo-miętowy z mięsa i dyskutowali o pogodzie, choć tu i ówdzie prawdziwa rosyjska dusza zaczynała już dawać o sobie znać.
Po kolejnej godzinie zaczęła nawet dawać o sobie znać dość głośno i otwarcie. Do wywijającej na parkiecie dziewczyny Ricka dołączyły kolejne osoby, a sam Anderson ostatecznie przegonił kwartet smyczkowy i pod wielką złotą harfą ustawił swojego boomboxa, z którego płynęły teraz rytmy bynajmniej nieprzypominające Vivaldiego. Tu i ówdzie wybuchły zagorzałe dyskusje polityczne, tamten i ów odnalazł jakieś mgliste powiązania genealogiczne z czasów Ivana Groźnego. Wreszcie zaczęły znikać ze stołu dania z owoców morza, bo goście najwyraźniej przestali widzieć problem w obsłudze skomplikowanych narzędzi tortur.
Tylko Garland trzymał się prosto jak zawsze, już bez Hiromi u boku, bo ta triumfalnie, podsadzona przez Ricka, odwiesiła swoje szpilki na czubek harfy i przeklęła je głośno, zanim dołączyła do szalejących na parkiecie.
Aż wreszcie Jurij omal nie nadepnął na rozłożone na podłodze niewielkie plasterki sera.
– Uważaj, Ivanow! Zdepczesz nam szachownicę!
Choć od samego sera dużo bardziej interesujące były poustawiane na nim i obok literatki – jedne wypełnione wódką, inne whiskey. A także dwa pozostałe rudzielce – Johnny i Brooklin – pochylone nad całą instalacją.
– Uhm…
Mesefield ujął jedną z literatek i zaczął przesuwać nią po planszy.
– Wygrałem – stwierdził beznamiętnie, choć ze zwykłym sobie uśmiechem, kiedy skończył ruch.
– Oż w mordę! – syknął McGregor, po czym zaczął wychylać zawartość kolejnych „pionków”.
– Jurij, może chciałbyś mnie zastąpić? – spytał Masefield, dyskretnie obserwując, czy Szkot nie oszukuje.
Ivanowa nie trzeba było namawiać.

*

Rei nawet nie zauważył, kiedy wyrosła wokół niego imponująca fortyfikacja z butelek.
– Ja to mam jednak mocną głowę – ocenił sam siebie, choć nikt nie mógł go usłyszeć, bo siedział w kącie sam jak palec i emanował spokojem.

*

– Powiem wam coś. – Miguel bardzo starał się wyglądać na trzeźwego, ale rozbiegane spojrzenie i nienaturalnie u niego ożywiona gestykulacja trochę to utrudniały. – Przez wzgląd na dawne czasy. Nigdy… O Boże, nigdy tego nikomu nie wyznałem…
– To może lepiej się zastanów? – zasugerował Enrique, ale Olivier spojrzał na niego i pokręcił głową.
– Komu, jak nie nam? – powiedział. – Czasem trzeba coś z siebie wyrzucić.
Uśmiechał się przy tym tak przyjaźnie. Kiedy ktoś się ostatnio uśmiechał tak przyjaźnie? Miguel spojrzał mu prosto w te wielkie, szczere oczy dziecka.
– Zawsze chciałem mieć świnkę wietnamską – oświadczył.
– Interesujące – przyznał Polangue, po czym uzupełnił prawie już pusty kieliszek Lavaliera.
– Enrique… Enrique, mój stary druhu, dlaczego jesteś w sukience?
Giancarlo spojrzał na siebie, jakby teraz dopiero zauważył własny strój.
– A, to… Przegrałem zakład. – Strzelił oczyma w bok.
Olivier zachichotał radośnie.

*

– Hej, Rei! Co tak siedzisz? Chodź potańczyć! – Hiromi skakała tuż obok jak kauczukowa piłeczka, wymachując przy tym rękoma i kompletnie już zdewastowaną fryzurą.
Kon spojrzał na nią, potem na parkiet.
Nie, chyba jeszcze był za trzeźwy.
– Nie jestem…
– Oj, nie daj się prosić! Jeden taniec! Jak ze mną nie pójdziesz, to będę tu stać, aż nie pójdziesz!
Westchnął i wychylił kolejny kieliszek, gapiąc się przed siebie.
Ale Hiromi nie znikała i wyglądało na to, że naprawdę zamierza spełnić swoją groźbę.
– Chooodź! Chodź-chodź-chodź!
Skoro tak stawiała sprawę…
Rei podniósł się niechętnie.
Ale wtedy nagle cały alkohol siedzący dotąd grzecznie w zakamarkach, uderzył wprost do głowy i zwalił go pod stół.

*

– Oszukujesz!
– Wcale, kurwa, nie!
– Wcale, kurwa, tak, oszukisto!
Brooklyn przyglądał się temu fascynującemu zjawisku, siedząc na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Zdaje się, że miał sędziować, ale nikt nie wyjaśnił mu zasad gry, która szybko przestała mieć cokolwiek wspólnego z warcabami, więc po prostu poświęcił się obserwacji. Nie mógł powiedzieć, żeby żałował.
– Rewanż!
Literatki znów wylądowały na dość bezładnym już wzorze z kawałków sera oraz dołączających do nich stopniowo innych przystawek, znów polały się dwa kolory alkoholu, czasem do tego samego naczynia równocześnie.
Brooklyn oparł się wygodnie o nogę stołu, gotów śledzić kolejny fascynujący mecz.

*

Czoło Miguela wylądowało na obrusie, ręce zwiesiły się bezwładnie po bokach. Coś tam mówił, ale Olivier nie był w stanie dosłyszeć co. A szkoda, bo wyznanie o śwince słyszał już parokrotnie, za każdym razem z tym samym zastrzeżeniem, że to absolutna tajemnica tajemnic.
Enrique też był już ostro nawalony – ale od chwili, kiedy ochrona w postaci Mystela go zdemaskowała, pił dużo i szybko, żeby jak najprędzej zapomnieć o swoim upokorzeniu. Teraz chichotał nad czymś, niby odpowiadając Lavalierowi, ale tak naprawdę chyba w autorskiej wizji rzeczywistości.
Robert dosiadł się do nich jakiś czas temu, ale i z nim nie szło pogadać. Dotarł do krzesła nieco chwiejnym, choć na tyle dostojnym, na ile to możliwe krokiem, a teraz siedział nieruchomo, wpatrując się w złotą harfę ze zmarszczonymi brwiami i zmrużonymi lekko oczyma. Niczego nie mówił, nie odpowiadał ani na pytania, ani na zaczepki.
Troskliwy kelner przepłynął obok, uzupełniając zapas trunków.
Polangue sięgnął po kolejną butelkę koniaku. Skoro wszyscy byli pijani, nikt nie zauważy, jak bardzo mu to draństwo zasmakowało.
– Olivier.
Odwrócił się powoli w stronę Jürgensa.
– Tak?
– Wiem.
Uniósł brwi i przechylił głowę.
– Co?
– Jak zdobyć władzę nad światem.
Oczy Roberta płonęły, twarz jaśniała blaskiem rzymskiego wodza.
– Oho?
– Powiem ci jutro.

*

– MYSTEL, PIŁEŚ?!
Kirgijczyk spojrzał w górę, wprost w równie wkurzone, co przerażone oczy Garlanda.
– Trochę – przyznał. – A co? Coś się dzieje?
– Jesteś na służbie!
– Więc obserwuję teren, tak?
– Zwisając głową w dół z galeryjki!
– Wyluzuj. Idź potańczyć.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 14 lipca 2016, 18:44

*

– Białe zawsze wygrywają.
– Z szachami ci się pierdoli.
– Nie, ja zawsze wiem, jak mi się pierdoli, teraz się nie pierdoli.
– Fajny kraj, ta wasza Rosja.
– Ta?
– Mógłbym tu wpaść na wakacje. Ej! Ten jest Brooklyna, rudy gnojku!
– Gówno prawda!
– Ma więcej whiskey!
– Niby skąd wiesz!
– Po zapachu!
Brooklyn niedbałym ruchem odrzucił za siebie butelkę wina. Chwiał się lekko na boki z błogim uśmiechem.
– Ja tam czuję fiołki – skomentował.
Natychmiast poczuł na sobie dwa pozostałe rude spojrzenia.
– No naprawdę, angolska koalicja – splunął Jurij.
– Masefield! Do boju! – zrywając się z miejsca, zawył Johnny McGregor, prawdziwy syn prawdziwych Szkotów, brat Irlandczyków, zaprzysiężony wróg Sasów, a chwilowo też przynajmniej jednego Rosjanina. – Nie bądźcie miękcy, pokażcie skurwysynom, kto tu ma jaja! Sons of the Hounds Come Here and Get Flesh!

*

– MingMing! MIIINGMIIING!!!
Oczywiście, że go nie widziała, bo był za mały. Znaczy – za niski. Jak przestał rosnąć w wieku lat piętnastu, tak mu zostało i większości kumpli mógł spokojnie przejść pod ramieniem, a takiego Ricka to pewnie by zdołał minąć między nogami.
To był problem, który należało rozwiązać.
Jedną z opcji wydawało się rozciąganie kości, ale to Kenny dość szybko odrzucił ze względu na chwilowy brak dostępu do odpowiedniego oprzyrządowania. Rozglądał się nerwowo po sali w poszukiwaniu materiałów do improwizacji.
Było tu dużo jedzenia.
Gdyby zjadł naprawdę dużo jedzenia, to by urósł. Może nie wzdłuż, ale do rozmiarów, które uniemożliwiłyby jego przeoczenie. Podszedł więc do jednego ze stołów i zgarnął z niego półmisek z sałatką i jakimiś pasztecikami.
– Gastrofaza, co? – zagadnął ktoś, ale przepłynął dalej, nie uzyskawszy odpowiedzi.
Makaron też wyglądał dobrze i miał dużo węglowodanów. Jedyny problem polegał na tym, że Kenny był krótki tak… ogólnie. Miał więc krótki tułów, krótkie nogi i krótkie ręce, i nie mógł dosięgnąć dania. Wskrabał się więc na stół.
I wtedy go olśniło.
Wstał bardzo powoli, starając się nie nadepnąć nikomu na talerz, choć kolana miał już w jakimś sosie.
– Jak tu wysoko… – jęknął do siebie, ale potem rozejrzał się po sali.
Oto był wielki. Był ponad wszystkimi. Ha! Gdyby chciał, mógłby im napluć na głowy!
Wziął się pod boki i roześmiał głośno. Oraz złowrogo, przynajmniej w swoim własnym mniemaniu.
– Szefie! Skup się! – skarcił się jednak po chwili. – Nie jesteś tu na wakacjach! Masz plan!
Nabrał powietrza w płuca.
I zaczął śpiewać.

*

– Dasz radę, Hiromi! Celuj w ten na środku!
Chciała podziękować za dobre rady i odciąć się jakąś ripostą, ale nie miała sił. Blada i spocona pochylała się nad muszlą klozetową, wiedząc, że jej stan nie poprawi się, póki żołądek nie uzna wreszcie za stosowne przejść do rzeczy.
Doprawdy, lepiej byłoby bez publiczności.
– Żyjesz?!
– Żyję! – warknęła. – To tylko tort!

*

Miguel miał dziwny sen o tym, że jako pierwszy człowiek na świecie zdołał się ugryźć w łokieć i w związku z tym został mistrzem świata. Mieli mu właśnie wręczyć w nagrodę sokowirówkę, kiedy ktoś zaczął zarzynać świnię. Poderwał się, powiódł błędnym wzrokiem po sali i ocenił, że bankiet z jakiegoś powodu nadal trwa, chociaż zaczęło się robić upiornie.
– W mordę, nie wstanę… – ocenił i opadł czołem z powrotem na stół.
Ale nie było już tak wygodnie, więc jęknął i jednak wybrał oparcie.
– Robert…?
– Hm?
– Co to za…
– Kenny.
– Och. Ojej.
Faktycznie, Saien podskakiwał – tańczył? – na jednym ze stołów, a straszliwe, wysokie dźwięki wychodziły z jego gardła.
– Dla ciebie, MingMing! – wrzasnął nagle, padając na kolana. – Dla ciebie zaśpiewam twoje „Oczy jak fiołki w deszczu, kiedy nie ma cię przy mnie”! Uwielbiam tę piosenkę!!!
– Jesus, cara rota…
Miguel poczuł dwa zdawkowe klepnięcia po łopatce i ze zdziwieniem stwierdził, że to Jürgens.
Przełknął komentarz o nadmiernej czułości.

*

Brooklyn nie był może urodzonym wojownikiem, ale Johnny nadrabiał za nich obu, okładając kiełbasą już nie tylko Jurija, ale też innych przypadkowych gości. Waleczność jego szkockiego serca powalała kolejnych wrogów, trup ścielił się gęsto, a krew sikała pod samo niebo. Grana na dudach muzyka niosła się po zielonych zboczach, a wiatr rozwiewał włosy i szarpał za kilt.
Klan McGregor był niepokonany i niósł śmierć, gdziekolwiek nie postawił stopy.
Nawet jeśli była to śmierć świni przerobionej na kiełbasę, a wrogowie złośliwie, zamiast ginąć na zawsze, co najwyżej tracili na chwilę orientację.
– A jednak się spóźniłam… Uważaj, idioto!
I wówczas ją ujrzał.
Była ruda.
I miała największe, najbardziej błyszczące oczy na świecie.
I była ruda.
– O pani…
– He? – Zdjęła okulary, żeby je przetrzeć i jej oczy nie były już największe i najbardziej błyszczące, ale nadal pozostała ruda. - Nie żadna pani. Emily York. Widziałeś gdzieś Hiromi?
– O pani, jeśli jest jeszcze miejsce w kolejce do twych stóp, z przyjemnością się w niej ustawię!


WELL, IT DIDN’T GO AS SMOOTHLY AS WE’D HOPED, BUT I DON’T THINK ANYONE NOTICED
Hiromi wytoczyła się z łazienki. Bez podstępnego tortu w żołądku czuła się już lepiej. Dużo lepiej. Podejrzewała, że może wrócić na stanowisko.
Z niejakim wysiłkiem oderwała wzrok od posadzki i przeniosła go na… parkiet tak właściwie.
– Och…
– Hiromi? – Mystel zmaterializował się przy niej niemal natychmiast i wcisnął do ręki kieliszek. – Masz klina.
– Garland… Czy on…
Śirwat uwijał się miedzy pozostałymi szalejącymi w rytm muzyki z Rickowego boomboxa, a dokładniej uwijał się jego wysuwany i cofany podbródek i ręce. W pewnym specyficznym i ograniczonym zakresie.
– Tak. On tańczy.
– Wygląda trochę jak kickboxing, nie?

*

Nie tylko Hiromi i Mystel kontemplowali w tamtym momencie klatę Garlanda.
Choć może słowo „kontemplacja” w ogóle nie powinno znajdować się w pobliżu Jurija i prawdopodobnie stanowiło bluźnierstwo w większości obowiązujących religii.
Lekko ogłuszony kiełbasianym atakiem ze Szkocji, zatoczył się w okolice parkietu.
– Kurwa…
Jurij miał wiele złych wspomnień. Z pewnością nie byłoby przesadą stwierdzenie, że sam również jest złym wspomnieniem, ale jednak podrygujące mięśnie piersiowe hinduskiego Badera BEGA kojarzyły się dość jednoznacznie.
Nie tylko jemu zresztą.
Całym ciałem poczuł, jak Wolborg zawyła z dawno temu odczuwanego bólu, jego własny układ nerwowy rozniósł w panice informację o niebezpieczeństwie i nakazał się cofnąć.
Upadek.
Tysiące upadków w jednej chwili jak tysiące szpil. Milknące głosy, gasnące światła.
I tamten potworny strach, że wszystko było zupełnie bez sensu.
Nim Jurij zorientował się, co robi, jego dłonie obejmowały już potężną pierś Garlanda. Ivanow pchnął ku ogólnemu westchnieniu gości, którzy jak jeden mąż zamienili się w zafascynowaną widownię.
– Oż… Zmacał mu cycki! – zawołała dziewczyna Ricka.
– Nie pierwszy raz – szepnął do niej Rei, znów na nogach, choć z coraz wyraźniejszym guzem nad lewą skronią.
Garland nie dał się odepchnąć daleko, już przyjmował bojową postawę. Ale wówczas między nim a Jurijem pojawiło się nowe zjawisko – Olivier Polangue, francuski mistrz bladeingu i najwyraźniej arcymistrz baletu, wykonał piruet i wyskok z gracją, na którą stać byłoby tylko kogoś takiego jak on.
– Och, ktoś wyłączył muzykę? – uniósł wypielęgnowane brwi.

*


I jakoś tak wyszło, że po chwili wszyscy znaleźli się na środku sali, wywijając, czym tam mieli, skacząc i wrzeszcząc jak w podłej dyskotece.
Jurij ani przez moment nie wątpił, że jest to efekt w pełni przez Oliviera zamierzony, choć z drugiej strony, może powinien być wdzięczny, że Polangue nie pozwolił na powtórkę z historii o hinduskim mistrzu sztuk walki i ruskim połamańcu, który na własne nieszczęście stanął mu na drodze.
Pijani czy nie, The Majestics prowadzili własną grę – jak zawsze. Mieli swoje cele i całkiem skuteczne sposoby na ich osiąganie, przez co Ivanow nie ufał im nawet przez moment. Wodził wzrokiem po tańczących – tych żałosnych marionetkach czwórki żmij z Europy. Każdemu z nich spluwał w myślach między oczy. Każdego z nich mógłby zabić pojedynczą wykałaczką.
Gdyby był trochę mniej pijany, rzecz jasna.
– Jurij, wszystko w porządku?
Rei – samozwańczy jedyny rozsądny w ekipie – postanowił najwyraźniej włożyć palce między drzwi a framugę.
– Nie powiesz mi, że to kupujesz – splunął Jurij.
– Co konkretnie?
– Tych pajaców.
– Ale których, Jurij?
Wtedy właśnie Rosjanin zrozumiał, że Kon najgorszy jest właśnie wtedy, gdy próbuje być wyrozumiały i cierpliwy. Przypominał wówczas upiornego psychoterapeutę ze złych filmów.
– Wszystkich. A tak konkretnie w tym momencie tych czterech majestatycznych dupków.
Rei zmarszczył czoło, ale trudno było odczytać dokładne znaczenie tej miny.
– Hm.
– Co: hm? Ty im niby ufasz?
– Sam nie wiem. Nigdy nie była mi potrzebna odpowiedź na to pytanie, a skoro tak, nie traciłem energii na jej poszukiwanie.
– Czasem się zastanawiam, jak Breakersi w ogóle przetrwali…
Kon wzruszył ramionami.
– Wiesz, przyjaźń, te sprawy. Jakoś sobie radziliśmy.
Jurij obrzucił go zdegustowanym spojrzeniem.
– Co znowu?
– Jednak jesteś pijany.
Na parkiecie robiło się coraz weselej i bardziej chaotycznie. Kickboxing Garlanda osiągnął poziom mistrzostw świata, Olivier z powodzeniem mógłby zastąpić cały zespół baletowy, Rick wywijał swoją dziewczyną jak batutą, Johnny biegał za Emily, Hiromi trzęsła się jak porażona prądem, a wokół niej podskakiwali w wysoce niesookrydnowany sposób Romero i Miguel, obaj uznając chyba, że nie dość, że tańczą, to jeszcze z nią. Ostatecznie wszystko im się pomieszało i Tachibana wypadła z układu, co panom już nieszczególnie przeszkadzało. Z kolei Brooklyn wdrapał się na złotą harfę, zatknął sobie widzące tam szpilki za pasek i śmiejąc się jak dziecko, skrapiał towarzystwo winem z trzymanej w ręce butelki.
– Żałosne – parsknął Jurij, wyrzuciwszy już litościwie z pamięci epizod z pijanymi warcabami.
Piersiówka od dawna była już pusta, więc zgarnął ze stołu jedną z nielicznych choć w połowie jeszcze pełnych butelek i postanowił, że zaczerpnie świeżego powietrza. Po drodze mijał dość dużo zwłok, o dziwo wcale nie najmłodszych, a w kątach gromadziły się kółka dyskusyjne z tych wciąż stojących na nogach. Dwóch czy trzech notabli dołączyło nawet do tańczących.
Jednej jednak sylwetki Ivanow nie mógł przeoczyć. Wyższa i smuklejsza od otaczających ją, z charakterystycznym profilem jakby kutym w wyjątkowo opornym materiale i w duchu czystej sztuki monumentalnej.
Robert Jürgens.
W tym momencie Jurij zrozumiał – miał rację. Całe zamieszanie, jakie Olivier sprowokował na środku sali, miało na celu odwrócenie uwagi pozostałych bladerów. Zresztą sam Polangue, nagle znów nieskazitelnie wyprostowany i panujący nad każdym swoim ruchem, zmierzał do rozmawiających, trzymając się ścian i cienia.
Jurij zacisnął szczękę, aż zabolała. Odwrócił się, a widząc, że Rei nadal stoi w tym samym miejscu, podszedł i szarpnął go za rękaw fraka, wciągając za jeden z filarów.
– Błagam, powiedz, że nie jesteś aż tak pijany, jak wyglądasz – syknął. – Mamy problem.
– Jaki? – Kon nie odpowiedział na pytanie, ale sposób, w jaki zmarszczył brwi, wskazywał na to, że przynajmniej bardzo stara się myśleć trzeźwo.
– The Majestics.
Rei westchnął ciężko w ten swój zrezygnowany sposób.
– Ty znów o tym?
– Sam zobacz. – Jurij wychylił się zza filara i wskazał brodą rozmawiających.
– Niech to piorun… Gdzie Miguel? – Chińczyk rozejrzał się po sali.
– A po co ci Miguel? – zdenerwował się Ivanow.
– Siedzimy w tym razem. Jeśli coś się kroi, powinien wiedzieć.
– Oszalałeś?!
– Nie, Jurij. – Rei spojrzał Rosjaninowi prosto w oczy z absolutną powagą. – Ściągnięto nas tu razem, wszyscy trzej jesteśmy w podobnej sytuacji i powinniśmy działać razem, bo inaczej może się okazać, że…
– On stanie za nimi – przerwał Jurij, jednym okiem wciąż obserwując to, co dzieje się w cieniu nieopodal.
Kon nie odpowiedział. Wpatrywał się w skupieniu przed siebie, wyraźnie analizując sytuację.
– Więc dlaczego zwróciłeś się do mnie? – zapytał w końcu.
– Bo pamiętam cię jako rozsądnego gościa. Może jedynego rozsądnego w całym tym zoo. To sprawia, że w pewnym ograniczonym stopniu mogę ci zaufać. No, zaufać, że przynajmniej ogarniesz konsekwencje.
– Masz jakieś pomysły, o co może im chodzić?
Jurij parsknął.
– Ostatnie dwa lata spędziłem nad Bajkałem. Odcięty od świata. Coś ci to mówi? Co ich w ogóle łączy? – spytał, nie doczekawszy się reakcji.
– Miguela i Majestics? Trenowali razem po Mistrzostwach. Tyle wiem. Ale to raczej nie była dozgonna przyjaźń, ot, dogadywali się na zasadzie wymiany przysług, po tym, jak się okazało, że wszystkich ugryzł w tyłek Barthez.
Ivanow podrapał się w skupieniu po policzku.
– Myślisz, że nie będą kombinować razem?
– Nie sądzę, żeby były szanse na jakiś wielki europejsko-argentyński spisek. Może nie jestem specem, ale jak tak obserwuję Majestics, to generalnie nie lubią nikogo wciągać w swoje układy, a już na pewno nie kogoś, kto nie może dać im realnych korzyści.
I na tym polega ich siła, pomyślał Jurij. Ich słabość, ale też siła. Brak rozpraszaczy, brak pokus. Zamknięte, hermetyczne grono interesów. Kiedy wreszcie zyskają odpowiednie środki, kiedy skończą tkać swoją pajęczynę do końca, może się okazać, że wszyscy jesteśmy już od dawna upolowanymi muchami.
Jurij już nigdy więcej nie zamierzał dać się upolować.
– Jak potem o tym myślałem – ciągnął dalej Rei – to wyszło mi, że pomogli nam kiedyś tylko ze względu na Takao. Widzieli jego talent i determinację. Najwyraźniej kogoś takiego wówczas potrzebowali.
– A może potrzebują nadal.
– Może. Tylko że teraz Takao wypadł z gry.
– I nikt nie jest w stanie go zastąpić.
– Więc muszą zmodyfikować plan.
– I rozeznać się na nowej planszy.
– A do tego…
– …chwilowo potrzebują kogoś…
– …kto przynajmniej jest w stanie założyć…
– …że mają dobre intencje.
Johnny, Enrique i Miguel żartowali, śmiejąc się głośno, ale jednak ewidentnie zmierzali do miejsca, gdzie Robert i Olivier kończyli poprzednią rozmowę.
– Kurwa…
Nim Rei zdążył zareagować Jurij już ruszył w tamtą stronę z zaciętą, wściekłą miną.
– Czekaj! Co zamierzasz zrobić?!
– Przerwać to.
– Ale…
– Dość tego! – ryknął Rosjanin, a do Kona dotarło, że być może wcześniej brzmiał nawet rozsądnie, ale nadal był pijany i nie wybierał najlepszych możliwych opcji.
Nastroszony, spięty i wyraźnie nastawiony bojowo Ivanow natychmiast ściągnął na siebie kolekcję zdziwionych spojrzeń, z których większość szybko przesunęła się po skali w kierunku wrogich.
– Jurij, spokojnie… – Rei położył mu dłoń na ramieniu, ale została strącona natychmiast.
– Doprawdy, nie wierzę – westchnął ciężko Robert. – Czego znowu chcesz, Jurij?
– Zostaw, szkoda czasu – rzucił Enrique, splatając ręce na piersi. W balowej sukni nie wyglądał może szczególnie imponująco, ale zdawało się, że już mu to nie przeszkadza.
– Nie, dlaczego? – Johnny wziął się pod boki. – Chętnie posłucham, o co chodzi.
– Co knujecie?
Miguel przewrócił oczyma.
– Serio?
Jurij zawarczał, naprawdę zawarczał, marszcząc nos i ukazując zęby. W jego twarzy było w tamtym momencie coś nieludzkiego, coś, co sprawiało, że przypominała niemal wilczy pysk. Olivier skrzywił usta w na poły zawiedzionej, na poły współczującej minie.
– Od początku czułem, że Łajka na oficjalnym bankiecie szybko przestanie być zabawna – powiedział.
– Łajka, pierdolona cipo?!
– Chłopaki, spokojnie. – Rei próbował ustawić się między Majestics a nastroszonym Ivanowem. – To chyba nie jest dobry czas i miejsce na takie rozmowy. Jesteśmy zmęczeni i… Hej!
Jurij po prostu przeszedł obok, odsuwając go brutalnie ze swojej drogi. Jego pięść już mknęła ku twarzy Oliviera, ale na jego nadgarstku zacisnęła się dłoń stalowa Johnny’ego.
– Przeginasz – syknął Szkot. – Naruszysz kogokolwiek z nich, a zrobię sobie z twojej dupy bębenek, zrozumiano?
– Interesujące.
Pięść Ivanowa trafiła w podbródek McGregora, ale nim zdołał odzyskać równowagę po ciosie, już ktoś złapał go za marynarkę i pchnął na posadzkę.
– Miguel, trzymaj go! – zawołał Rei, ale najwyraźniej źle odczytał intencje Lavaliera, bo Jurij poczuł wściekłe kopnięcie w brzuch. – Jasna cholera! Nie!
Johnny też już był przy Rosjaninie, szarpiąc go za ubranie, podniósł do siadu. Krew lała się z rozciętej wargi Szkota.
– Ostrzegałem! – wrzasnął i pchnął Jurija na jeden z filarów.
– Ja też! – odszczeknął Ivanow, odwijając się.
Już mieli zetrzeć się ponownie, kiedy coś zabzyczało i rozbłysło. Johnny krzyknął, a światło zamrugało i zgasło.
Na moment zapadła śmiertelna cisza.
– Johnny! Johnny, żyjesz?!
Panika wybuchła nagle i w jednym momencie. Podniósł się wrzask, rozległ się brzęk tłuczonych naczyń i huk przewracanych mebli.
– Kurwa mać! Rei! Coś ty…
– Nie wiem! To jest instynktowne!
– Drodzy państwo, prosimy zostać na swoich miejscach! – rozległ się głos Mystela. – To tylko awaria prądu! Panujemy nad sytuacją i problem zaraz zostanie rozwiązany!
W sali pojawiły się grupy ochroniarzy z latarkami, tu i ówdzie lśniły ekrany komórek. W mroku rozbłysnął także niewielki, pomarańczowy płomień zapalniczki.
– No to mamy powtórkę z windy… – sapnął Miguel.
– Johnny! – Enrique dopadł do kumpla, gdy tylko światło padło na leżącego na podłodze Szkota. – Jasna cholera… – szeptał nerwowo, macając go po szyi. – OK, jest puls. Żyje… Mogłeś go zabić, Kon! – Spojrzał na Chińczyka z nienawiścią.
– Nie panuję nad tym! – odparł Rei dziwnym jak na siebie, niemal histerycznym tonem.
– To się naucz! – warknął Miguel, którego twarz zmieniła się w blasku zapalniczki w gotycką maszkarę.
– Łatwo ci mówić! To jest bestia! Kumasz?! Bestia!
– Wyobraź sobie, że kumam!
Ochroniarze systematycznie wyprowadzali gości z ogarniętego mrokiem lokalu, stopniowo milkły odgłosy zamieszania i zapadała przerażająca niemal cisza. Mystel przejął kontrolę nad sytuacją, przynajmniej jeśli chodziło o moskiewskich notabli, bo, o czym nie wiedział, w kwestii pewnej grupy bladerów właśnie efektownie przegrywał partię.
– Tak ci się tylko wydaje!
– Oho, oczywiście! Taki biedny, biedny Rei, nikt go nie rozumie! Taki dzielny i pełen poświęcenia, bo…
– NIE WAŻ SIĘ KOŃCZYĆ!
– BO NA CAŁE NIESZCZĘŚCIE JEGO PRZYJACIELE PRZEŻYLI!
McGregor jęknął i zaczął niezgrabnie się poruszać.
– OK, chłopaki… dupę mam całą… A weź, pan, spierdalaj! – ofukał ochroniarza, który chciał go wyprowadzić. – Hej, kto wyłączył światło?
– Rei – syknął Olivier.
– No, świetny pom… Au…!
– Lepiej się nie ruszaj.
– Możesz wstać? – ciemność aż zadrżała od barytonu Roberta.
– Nie wiem… Kurwa, co mi zrobiłeś, Żółtku?!
Pytanie zostało jednak bez odpowiedzi, bo za kulisami tej sceny Rei w najlepsze szarpał się z Miguelem. Trzasnął jakiś mebel.
– Trzeba ich rozdzielić, zanim się pozabijają! – sapnął Enrique.
Ciemność rozdarł dziwny chrzęst, a światło z komórki padło na zamienioną w lód podłogę i porastający stoły szron.
– JURIJ, KURWA! Ale nie tak!
– Olivier, wyprowadzisz stąd Johnny’ego? – spytał Jürgens, wciąż z kamienną twarzą, choć jej zachowaniu zapewne sprzyjał brak światła.
– Mam latarkę w telefonie. Damy radę.
– Nie! Nie ma mowy! Zostaję!
Olivier puścił protest mimo uszu.
Salę przecięła niewielka kula ognia, z sykiem wpadając w lokalną śniegową zamieć i pobojowisko na ułamek sekundy ukazało się w pełnej krasie połamanych mebli, potłuczonej zastawy oraz rozrzuconego jedzenia.
– Ooo, ty szmato! – dobiegło z jednego końca sali.
– Sam tego chciałeś, Rei! – odpowiedział głos z drugiego.
– Pierdolone, bezmózgie chuje! – wrzasnął trzeci.

*

Jak zawsze, gdy każdy ma pretensje do każdego, sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli i właściwie nie było już wiadomo, kto kogo trzyma na muszce i z kim jest w chwilowej koalicji. Aż znów się wyklarowała. W sposób, który wydawał się aż nadto oczywisty, choć pozornie nie miał żadnego związku z punktem wyjściowym.
– Mam was dość, idioci! Obaj jesteście pieprzonymi bachorami! – wrzeszczał Rei, próbując wrócić do roli rozjemcy. Wiedział, że jest w niej nomen omen spalony, ale nic innego mu nie zostało.
Niewiele widział, ale mógłby przysiąc, że z jego ust wydobywają się kłęby pary. Od dłuższej chwili próbował zresztą wstać, ale warstwa idealnie gładkiego lodu pokrywającego posadzkę znacząco to utrudniała.
– Taaak?! A kto niby zaczął?! – odszczeknął Miguel, a jego stająca w ogniu prawa dłoń oświetliła okoliczne pobojowisko, w tym złamaną w jednej trzeciej, najeżoną szronem harfę.
Oraz Jurija przyczajonego za jego plecami.
– Miguel! Za tobą!
Lavalier odwrócił się gwałtownie. Zbyt gwałtownie, by utrzymać równowagę na lodzie, z którym w ogóle miał chyba w życiu niewiele do czynienia. Światło zgasło do wtóru łomotu i wrzasku.
– Pozabijacie się! – ryknął Rei, ruszając w tamtą stronę na czworakach. – O co wam w ogóle chodzi?!
Nie mieli osobistych zatargów. Nawet nie stoczyli ze sobą pojedynku, bo przeciwko Jurijowi na Mistrzostwach stanął tamten niski Brazylijczyk w dredach. A jednak nie mogli znieść swojej obecności w jednym pomieszczeniu do tego stopnia, że…
– Cholera…
Rei cofnął rękę z mokrej plamy.
To mógł być sos. Oczywiście. Albo lakohol. Prawdopodobniej.
Powąchał, spróbował ostrożnie.
To nie był ani sos, ani alkohol.
– Natychmiast przestańcie!
Światło zamrugało i zapłonęło, choć niepełną mocą.
– Co się dzieje?!
– Garland, do cholery, trzeba ich spacyfikować! Pomóż mi! – krzyknął Rei w kierunku Hindusa, za którym na salę wpadł także Mystel.
– My bierzemy Jurija, ty Miguela! – zawołał, podbiegając już do Kona.
Ale dostanie się do walczących nie było takie łatwe. Podczas gdy Jurij i Miguel tarzali się po skutej lodem posadzce i okładali pięściami, Wolborg i Gargoyle prowadzili własną grę żywiołów. Kryształki lodu rozbłyskiwały w płomieniach, szron parował z sykiem, ogień gasł zduszany przez mróz.
Rei osłaniał oczy ręką, ale i tak niewiele mógł dojrzeć.
Tak, byłoby łatwiej, gdyby panował, naprawdę panował nad piorunami. Dwa precyzyjnie wycelowane ładunki i byłoby po wszystkim.
Tylko że to nie blader w istocie władał żywiołem, a bestia.
– Uwaga – szepnął do niego Mystel. – Na raz… dwa… TRZY!
Wystartowali równocześnie, rzucając się na Jurija od tyłu. Próbowali powalić go na posadzkę, ale ta nie dość, że była mokra, to jeszcze miejscami pokryta lodem, a Rosjanin, mimo opłakanej wydawałoby się kondycji, zachował swoją nadludzką siłę. Upadł na kolana, wrzeszcząc opętańczo, ale nie pozwolił na więcej.
Wolborg tym bardziej nie zamierzała na to pozwolić.
Ciało Reia zmartwiało od potwornego zimna, stracił czucie w kończynach. Oddech zakuł w płuca straszliwym bólem.
Odsunął to od siebie. Wyrzucił z umysłu. Zebrał w sobie całą koncentrację, całe medytacyjne doświadczenie. Zerwał łańcuch.
Siły starczyło mu tylko na tyle, by chwycić za nogę od krzesła i walnąć nią w potylicę Jurija.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 16 lipca 2016, 14:34

OSZUKISTO! To zdecydowanie jest moje nowe ulubione słowo <3 W ogóle warcaby <3
Muszę to napisać ponownie - 32 znormalizowane strony bankietu to ja kapelusz ściągam w pełnym szacunku geście. Oczywiście fakt, iż bankiet zmienia się w wojnę domową nie zmienia niczego w mych odczuciach :D I zdaje się poznałam rudego Szkota i jego obiekt westchnień chyba też, co?
Jurij vs Miguel <3 to jest w ogóle takie przewrotne, że Jurij niby wszystko wyrzuca na zewnątrz, jest głośny, niezadowolony, wrzeszczy i rzuca się do afer, a jego żywiołem jest lód, z kolei Miguel pozornie jest oazą spokoju, taki lotos na tafli jeziora i co z tego? Ogień. No i Rei, Rei, któremu wychodzi przypadkiem, który tak naprawdę zdaje się być najgroźniejszy, bo nie kontroluje niczego.

Ogólnie to teraz czekam, jak Hiromi sobie z tym wszystkim poradzi (akcja w kiblu <3), ktoś będzie musiał rozplątać, posprzątać, zatrzeć ślady...

Dawaj!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 16 lipca 2016, 18:47

Ponownie ślicznie, ślicznie dziękuję :D Jako że to tekst, który uratował mnie przed niepisaniem, naprawdę się cieszę, że ktoś ma z niego nieco frajdy ^^ No i tak, Szkot i obiekt westchnień wjechali na scenę, a te drobne "irionie" i smaczki to - obok międzynarodowego spisku na tle oczywiście - jeden z powodów, dla których w ogóle strzelił mnie pomysł na toto.

Gotowego tekstu jest jeszcze masa, więc wrzucam, ale to absolutnie nie tak, że narzucam jakieś tempo ;)

X
I AM 100% SURE THAT I AM 0% SURE OF WHAT I AM GOING TO DO

To z całą pewnością był jeden z najgorszych poranków w życiu Hiromi i bynajmniej nie chodziło o epickiego kaca. Owszem, pewne rzeczy przewidzieć dało się łatwo, więc już wcześniej opłaciła ludzi, którzy mieli zadbać, by w lokalnych gazetach nie pojawiło się nic, co nie zostałoby przygotowane i zatwierdzone w siedzibie Biovoltu, ale wciąż pozostawała kwestia naocznych świadków.
Jeśli z kolei o to chodziło, awaria prądu – początkowo brana przez nią za ostateczną katastrofę – okazała się prawdziwym błogosławieństwem. Tylko dzięki niej wielu w ogóle nie zorientowało się, co zaszło po tym, jak zgasły światła. Tak naprawdę jedynymi, którzy, poza ludźmi związanymi bezpośrednio z Biovoltem, mogli powiedzieć coś więcej, pozostawali członkowie The Majestics.
– Byłoby łatwiej, gdybym wiedziała, po czyjej są stronie – mruknęła Hiromi, otwierając szufladę z zapasem papierosów.
– Nadal tego nie wiesz? – zdziwiła się Emily, która postanowiła przedłużyć pobyt w Moskwie. Krążyły dość nieśmiałe plotki, że może mieć to związek z Johnnym McGregorem.
– A ty wiesz?
York przewróciła oczyma.
– Zajmowałam się zupełnie innym wątkiem. Daj zapalić.
Hiromi poczęstowała Amerykankę papierosem, nawet na nią nie patrząc. W zamyśleniu utkwiła wzrok w ścianie udekorowanej podziękowaniami, dyplomami i certyfikatami, walcząc z pokusą, by tłuc ramka po ramce, a same papiery podrzeć na małe kawałki.
Była zwyczajnie sfrustrowana i ratował ją może tylko fakt, że miała tego pełną świadomość.
W absolutnej ciszy pstryknęła zapalniczka.
– Jak w ogóle sytuacja po bitwie? – zapytała Emily i zaciągnęła się dymem.
– Całą trójkę szyliśmy, dwóch ma w proszku żebra, wszyscy kolekcję drobnych urazów, przy czym Jurij jest jeszcze poparzony. Szczęśliwie pierwszy stopień i na małej powierzchni. Raczej para niż sam płomień. Rei ma odmrożenia. Wszyscy kaszlą i smarkają. Jeszcze chwila i naprawdę by się pozabijali. – Hiromi przeniosła wzrok za okno. – Powiem ci szczerze… – Westchnęła. – Powiem ci, że poważnie rozważam odwołanie tej imprezy. Niech stąd spierdalają i zajmują się gniciem w swoich norach, skoro nie potrafią inaczej.
Emily nie odpowiedziała. Nie od razu. Oparła się tylko o biurko i dołączyła do obserwowania moskiewskiej panoramy – wyjątkowo tego dnia ponurej.
– Zawiodłam, prawda?
York pokręciła głową.
– Wiesz, że jestem surową suką – powiedziała. – Gdybyś zawaliła, uświadomiłabym ci to jako pierwsza. Ale to był dobry plan.
Hiromi zamknęła oczy i opadła czołem na szybę.
– Zrobię jeszcze tylko jedno – szepnęła, a para z jej oddechu osiadła na oknie.
– Co?
– Dzisiaj rano zawiadomiłam sąd, jutro ma się zjawić biegły. Jeśli się postaram, wyślę Jurija na przymusowy odwyk. Przynajmniej tyle mogę zrobić, skoro całego świata nie naprawię.

*

Rei zdecydowanie nie tego się spodziewał.
– Wpuścisz mnie?
Poczuł, że jego szczęka się zaciska, ale zwalczył odruch.
– Wejdź.
Miguel podpierał się na kuli, ale mimo to przekroczył próg dość dziarsko, chyba wiedziony bardziej determinacją, może lekami przeciwbólowymi. Rei sam ledwie dopełzł rano pod prysznic, a pozostali dwaj, zdecydowanie bardziej zaangażowani uczestnicy bójki z pewnością nie mogli czuć się lepiej.
– Ja tylko na chwilę – uprzedził Argentyńczyk, rozglądając się niepewnie po pokoju Kona. – Chyba należą ci się przeprosiny.
– Mogłeś zadzwonić.
– Nie lubię telefonów. A mieszkam w końcu tylko piętro wyżej. – Wzrok Lavaliera zajechał na dywan, a potem w okolice komody. – O, cześć, Mao.
Siedziała za meblem, przyczajona i nieufna, może wyczuwając mieszane uczucia Reia, może bazując na resztkach wspomnień. Ale nie syczała i nie pokazywała kłów, a to już było sporo, zważywszy na to, jak zareagowała na ekipę fotografów. Tym razem nie wydawała się wroga, a tylko ostrożna.
Przez twarz Miguela przechodziła tymczasem prawdziwa burza drobnych zmian, które próbował ukryć, to opuszczając, to odwracając głowę.
– Naprawdę przepraszam – wydukał w końcu. – Za to… co powiedziałem. Wiesz. To nie tak, że…
– W porządku – uciął Rei. Wiedział, że takie tłumaczenia i tak donikąd nie doprowadzą. – Poniosły nas nerwy. Wszystkich.
– Tak.
– Usiądziesz?
Miguel zagryzł wargę i zdawało się, że ostatkiem sił powstrzymuje się przed płochliwym spoglądaniem na drzwi. No tak, nie chciał stracić twarzy, skoro już zebrał się, żeby tu przyjść i przyznać do błędu.
– Chcę pogadać – dodał Kon. – O bestiach.
Lavalier westchnął ciężko, ale jednocześnie się rozluźnił, najwyraźniej zadowolony, że nikt nie oczekuje od niego dalszych wyjaśnień.
– Zgoda. – Pokuśtykał w kierunku fotela, cały czas odprowadzany uważnym spojrzeniem Mao. Stęknął podczas siadania i trochę zbladł, ale szybko doszedł do siebie.
Cóż, wszyscy byli bladerami. Obrywali nie raz i nie dwa, wiedzieli jak sobie radzić z bólem. Gdyby nie to, sama bójka pewnie też skończyłaby się szybciej i prawdopodobnie bez interwencji i walenia Jurija po głowie.
Jako jedynego zatrzymano go w szpitalu na obserwację i Rei mógł sobie tylko wyobrażać, jaki będzie miał nastrój po wyjściu.
– Nie mówiłeś, że też masz bestię w głowie. – Rzucił się na łóżko, a Mao natychmiast wskoczyła na kapę, żeby umościć się obok niego.
– Nikt nie pytał, a dla Hiromi to chyba oczywiste.
– Sądzisz?
Miguel wzruszył ramionami.
– Wie, jak zginęła reszta – odparł.
– A ty?
– A ja szczęśliwie skręciłem nogę przed finałami Mistrzostw Ameryki Południowej. No a potem… Potem było sporo różnych wniosków, ale powiedzmy, że znam swoją wartość, jako bladera. Jestem dobry, lepszy niż wtedy, kiedy ze sobą walczyliśmy, w końcu minęło nieco czasu, ale na pewno nie dobry po mistrzowsku. Zresztą szybko stało się jasne, że to po prostu żelazna reguła i zawsze ktoś ginie. Nie chciałem się w to bawić.
Rei zamyślił się na moment. Mimo iż zajął łóżko, siedział wyprostowany, ze skrzyżowanymi nogami i złożonymi na kolanach dłońmi. Równie dobrze mógłby zajmować matę w chacie jak z filmu historycznego o mistrzach kung-fu.
– Zrobiliście to z własnej woli – powiedział w końcu cicho. – Wszyscy.
– Tak. Szukali testerów. Claude i Mathilda uważali, że to dla nas szansa.
Kon spojrzał na Miguela uważniej, coś błysnęło w jego niemal żółtych oczach.
– Bo?
– Bo już wcześniej byliśmy dość… zżyci z naszymi bestiami. Wiesz, jak to jest. – Lavalier opadł na oparcie i zapatrzył się pustym wzrokiem w sufit. – Najpierw jest cały proces oswajania, dogadywania się, a potem zaczynacie się wzajemnie wyczuwać, ty i bestia. Upodabniać do siebie. Dopiero na Mistrzostwach, kiedy minęło trochę czasu i analizowaliśmy, co właściwie się stało, uświadomiliśmy sobie, jak różnie to może wyglądać i że my… No wiesz, u nas to było fizycznie widoczne.
– Tak, pamiętam.
– Właśnie. Jeśli coś miało nam dać przewagę, to stopień utożsamienia z bestiami. I nagle pojawił się system, który to wspierał. Wnioski wydawały się takie oczywiste… Ale nie wiedzieliśmy, do czego to doprowadzi.
– Nikt nie wiedział.
– Poza Kinomyią i Mizuharą.
Rei przytaknął.
– Najprawdopodobniej.
Na dłuższą chwilę zamilkli obaj, obaj wracając wspomnieniami do twarzy i wydarzeń z przeszłości.
– Rei? – odezwał się niespodziewanie Miguel cichym, trochę nieobecnym głosem.
– Hm?
– Dlaczego zgodziłeś się tu przyjechać?
– Miałem dług wobec Mystela – Rei nie widział powodu, dla którego miałby to ukrywać. – Biovolt finansował przez niego leczenie Laia, a ja raczej nie łudziłem się, że robią to ze współczucia, więc od razu zapytałem, czego chcą w zamian.
– Hipokryci.
Kon wzruszył ramionami.
– Wiesz, tak naprawdę Lai nic dla nich nie znaczy. Gdyby nie mieli w tym interesu, te pieniądze nigdy by się nie pojawiły. Wolę taki układ, niż gdyby Lai miał być nadal przykuty do aparatury.
– Też prawda – przyznał Miguel. – Ale to jakieś takie…
– To życie. A ty?
– A ja po prostu nie miałem pomysłu, co dalej.
– Sądzę, że trochę rozumiem.
– Tylko co teraz, Rei? – Pierwszy raz, odkąd przekroczył próg, Lavalier spojrzał wprost w twarz Chińczyka. – Przynajmniej w jednym Hiromi ma rację. Każdy z nas zna kogoś, kogo skrzywdziło M&K. I może ma też rację, że z pieniędzmi Biovoltu i razem mamy szansę coś zdziałać. Czy raczej… jeśli w ogóle mamy szansę coś zdziałać, to razem i z pieniędzmi Biovoltu.
– Przekonała cię. – Rei uśmiechnął się lekko.
– Sam nie wiem. Może. A może po prostu czepiam się brzytwy.
– W każdym razie dobrze to słyszeć.
– Tak? – Miguel uniósł brwi ze znajomą irytacją i spojrzał nieco z ukosa. Ale potem Mao zwróciła jego uwagę, poprawiając pozycję i jego twarz się rozluźniła. – Tak. Masz rację.
– To co? Zostajemy w Moskwie?
Lavalier uśmiechnął się. Nieco nieporadnie, jakby zapomniał, jak to robić, kiedy nie jest pijany.
– Zostajemy.

*

– Jurij? Jurij, jak możesz jeszcze spać. Jest prawie południe.
– Odpierdol się, Hiwatari – wymruczał Ivanow, nie otwierając oczu, i chciał obrócić na drugi bok, ale wówczas całe jego ciało złapał w kleszcze potworny ból. – Kurwa!
Usłyszał śmiech.
Zimny, pełen pogardy śmiech Kaia, z czasem coraz bardziej podobny do głosu wielkiego Voltaire’a Hiwatari.
– Otwórz oczy, Jurij.
I wtedy do niego dotarło.
Gwałtownie podniósł powieki i w panice rozejrzał się po sali. Przy jego łóżku jednak nikogo nie było. Westchnął i opadł z powrotem na poduszki.
– Panie Ivanow! – zawołała przechodząca akurat korytarzem pielęgniarka. – Co to za wygibasy! Proszę spokojnie leżeć! Zrobi pan sobie jeszcze większą krzywdę!
– Ja… – sam nie wiedział, co zamierza powiedzieć, ale szybko straciło to znaczenie, bo jego obolałym ciałem wstrząsnął kaszel.
– Sam pan widzi. Proszę spokojnie leżeć. A jak trzeba kaczki, to wołać.
– Co?
Kobieta jednak nie zwracała już na niego uwagi, obróciła się na pięcie i odeszła z charakterystycznym stukotem chodaków.
Jurij po raz kolejny rozejrzał się uważnie po sali. Kaia jednak nie dostrzegł. Czuł się potwornie, jak przepuszczony przez wyżymarkę. Miał szczerą nadzieję, że przynajmniej nie cierpi sam.
Masz słabą kondycję, Jurij.
Tym razem to była Wolborg, nie upiorny, martwy głos z przeszłości.
– Wystarczającą.
Jak widać nie. Dawniej położyłbyś tamtego małym palcem, oboje doskonale o tym wiemy.
Może. Miguel był od niego niższy i młodszy. Także lepiej zbudowany, stosunkowo krępy i na pewno silny, owszem, ale bez specjalistycznego treningu z Opactwa i bez bionicznych ulepszeń. To nie Ivanow powinien wylądować w szpitalnym łóżku.
Właśnie.
– Więc co się twoim zdaniem stało? – burknął Jurij, ostrożnie obracając się na bok, chociaż całe ciało przeciwko temu protestowało.
Dobrze wiesz. Alkohol cię wyniszcza.
Parsknął.
– Uniwersalna odpowiedź na wszystko. Tymczasem dostałbym łyka i już by mnie tu nie było. – Jurij schował pod poduszkę lekko drżącą dłoń.
Ja i tak widzę.
– Lepiej mi powiedz, skąd oparzenia.
Nie wymagaj ode mnie cudów. Gdyby nie moja ochrona, byłbyś już dobrze wysmażonym skwarkiem. Następnym razem nie oczekuj litości ze strony… Gargoyle’a? Tak go nazywacie? Dobrze ci radzę. Wciąż za mało o nas wiecie.
Ivanow zagryzł wargi daleko mocniej niż do granicy bólu.
– Większość czasu mówisz do mnie zagadkami – zauważył.
Ciesz się, że w ogóle mówię. Myślisz, że ilu z nas się na to zdobywa?

*

W pokoju Reia znajdowało się przepierzenie, a za nim drugie łóżko. Miguel nie widział wszystkiego, co się tam dzieje, bo też Kon wyraźnie unikał robienia z tego przedstawienia. Ustawił wózek tak, żeby gość nie miał szans oglądać karmienia, a Lavalier starał się nie być wścibski i po prostu patrzył w drugą stronę, zbierając siły na powrót do siebie.
Wystarczyła mu już sama świadomość bliskiej obecności sparaliżowanego Laia, żeby wyrzuty sumienia związały wnętrzności w supeł. W dodatku Mao przyglądała mu się wciąż z tą samą uwagą, jakby czuła, że chłopak ma coś na sumieniu.
Przeprosiny to nie gumka do mazania.
Sojusz to nie zamknięcie rachunku.
– Pogadam z Hiromi – odezwał się Miguel, skubiąc bandaż owijający dłoń. – Chyba lepiej, żeby zrobił to, wiesz, ten bardziej narwany. To ją może przekona, że podchodzę do sprawy poważnie.
– Może – odpowiedział Rei zza przepierzenia.
– Chociaż możliwe, że w ogóle nie będzie chciała ze mną gadać.
Kon parsknął, ale raczej bez wesołości.
– Serio, jest ktoś, komu się tu jeszcze nie naraziłeś?
Miguel wzruszył ramionami, ale natychmiast dotarło do niego, że gest i tak nie ma szans zostać zauważony. Nie wiedział jednak, co powiedzieć, więc milczał.
Co prawda, to prawda. Nie spisywał się najlepiej, co było o tyle kiepskie, że to Jurijowi zarzucał największy ból dupy.
– Co się z tobą dzieje, stary? Nie poznaję cię.
– Ja siebie czasem też – burknął pod nosem. – I sam chciałbym wiedzieć, co się dzieje. Spróbuję to odkręcić – oświadczył w końcu. Chociaż tylko on i Hiromi wiedzieli, że to prawdopodobnie niemożliwe. – Pójdę już. Im wcześniej to załatwię, tym lepiej.
– OK.
Lavalier zaczął zbierać się z fotela, ale powoli i niezgrabnie, bo obite ciało zdążyło się zastać.
– Miguel? – usłyszał głos Reia nagle tuż za sobą.
– Hm?
– Ale tym razem zadzwoń, co?
Gdy tylko za Argentyńczykiem zamknęły się drzwi, Kon z całej siły uderzył pięścią w ścianę. Mao zamruczała niespokojnie za jego plecami, a potem otarła się o nogę. Jego złość nigdy jej nie przerażała i najwyraźniej nie przerażała też Galux, a wręcz przeciwnie – czasem odnosił wrażenie, że w przedziwny sposób się przyciągają.
Opadł czołem na framugę i wziął kilka głębokich, kontrolowanych oddechów.
Może nie powinien tego robić. Może nie powinien spychać gniewu poza margines na wciąż rosnącą hałdę. Medytacja powinna pozwolić mu się wyciszyć, ale chyba coś robił źle, bo miał wrażenie, że każdy kolejny atak niechcianych emocji jest silniejszy.
Kto wie? Prawdopodobne, że lepiej by zrobił, gdyby wygarną Miguelowi, co myśli o jego ostatnich akcjach i nonszalanckim podejściu do sprawy, Mystelowi interesowność, a Hiromi nieczystą grę i traktowanie nawet niepełnosprawnych ludzi jak pionki na planszy. Może każdego z nich i jeszcze paru innych powinien zbluzgać od góry do dołu, a potem zgłosić się do Kenny’ego i po prostu, mając głęboko w dupie całą resztę, ruszyć na pomoc Takao, Maxowi i Daichiemu.
Tak naprawdę – co był winien Biovoltowi czy komukolwiek, prócz pieniędzy, o które nie prosił? Owszem, przydały się, nigdy nie zaprzeczał, ale przecież to była tylko przynęta.
Jego przyjaciele, jego prawdziwi przyjaciele, znajdowali się w poważnych tarapatach, a on wciąż mógł im wszystkim pomóc. Laiowi i Mao. Takao, Maxowi i Daichiemu. Nawet Kenny’emu uwikłanemu w układy wysysające go do cna i tak naprawdę paraliżujące. Przecież musiał istnieć jakiś sposób. Dawniej zawsze się jakiś znajdował, nawet jeśli sytuacja wydawała się beznadziejna.
Ale Rei sam z siebie tak nie potrafił.
To inni zawsze pchali ich drużynę do przodu. Jego zadaniem było stać tuż za liderem i tonować jego nastroje, a nie szarżować w nadziei, że jakoś się to ułoży.
Kon opadł na łóżko.
Taka była prawda – stanowił trybik z rozwalonego mechanizmu, sam w sobie niezbyt użyteczny, działający tylko wraz z innymi.
Problem w tym, że mechanizm, do którego usiłowano go przeszczepić, wyraźnie nie funkcjonował.
Rei był człowiekiem rozsądnym. Na pewno nie takim, który traciłby ostatnią może szansę na skuteczne działanie przez osobiste urazy. Ale wewnątrz gotował się na samą myśl o współpracy z ludźmi takimi jak Jurij czy Miguel, w gruncie rzeczy zadufanymi w sobie, zapatrzonymi we własny ból i mającymi wyraźnie trudności z uszanowaniem innych, nawet jeśli Lavalierowi zdarzało się na chwilę przybierać maski. Owszem, wszyscy trzej sporo przeszli, ale dla tych dwojga sprawa wydawała się zamknięta pod wiekami trumien, podczas gdy Rei nadal dźwigał swoje brzemię. Nadal żyli ludzie, na których mu najbardziej zależało i to ich los znalazł się na szali.
Nie chodziło o zemstę. Nie chodziło o desperacką, samobójczą szarżę.
Chodziło o tych, których wciąż dało się ocalić.


Chuandixia, 2013
– Czyli wycofujesz się na dobre? – zapytała Mao, nie przerywając zagniatania ciasta.
Rei nie odpowiedział od razu. Zapamiętale gryzł wargę nieco za długim kłem i gapił się na cienie gałęzi śliwy tańczące po ścianie.
– Właściwie już się wycofałem – odparł. – Nie trenuję od kilku tygodni.
– Nie wiedziałam.
– Nie zwierzałem się.
– Ale to nie przez M&K? – Dziewczyna otarła czoło, zostawiając na nim biały ślad od mąki.
– Nie – Rei pokręcił głową. – Ja chyba… Ja chyba w ogóle nie powinienem tego robić.
Mao przerwała na chwilę pracę i spojrzała na niego z całą swoją uwagą w ułamku sekundy wyostrzającą jej zwykle łagodne rysy.
– Ciągle myślisz o Brooklynie.
– Ciągle myślę o Digerze.
Skinęła głową i ponownie przesypała ciasto mąką.
– Diger jest duchem tej ziemi – powiedziała. – Mistrz Tao mówi, że coś takiego mogło się zdarzyć, ale raczej tylko tu i przy zbiegu pewnych okoliczności. Raczej nie powinno mieć wpływu na bladeing sam w sobie, a przecież nikt nie zmusza cię do korzystania z nowych dysków.
Rei nie był przekonany. To wszystko brzmiało zbyt prosto. Chłopcze, zdarzył się wypadek, jednorazowy incydent. To nic dziwnego, że podczas medytacji coś zaczęło przejmować nad tobą kontrolę i wywołałeś lokalną burzę.
Każdemu mogło się zdarzyć.
Tylko że Rei nie był każdym. Był zdrajcą. Tym, który kiedyś odszedł od Białych Tygrysów. Tym, który naruszył świętość relikwii.
Nie był godny.
To właśnie usłyszał.
Nie jesteś godny.
Przez jego ciało przeszedł prąd i myślał, że zginie. Kulił się na ziemi w potwornym bólu, nie mogąc nawet wezwać pomocy. Kiedy Lai go znalazł, nastał już wieczór i właściwie było po wszystkim, jeśli nie liczyć wypalonej ziemi dookoła.
Od tamtej chwili Rei unikał wzywania Digera, zaczął też ograniczać udział w pojedynkach.
I nagle odkrył, jakie to trudne. Że jeśli nie stoczy danego dnia choć jednej walki, nie będzie mógł zasnąć w nocy, cały czas o tym myśląc. Że czasem po prostu musi posiedzieć i popatrzeć na dysk. Oczyścić go z niewidocznego brudu. Wypolerować. Sprawdzić, czy na pewno wszystko w porządku i czy na pewno leży tam, gdzie Kon go zostawił.
Wówczas naprawdę się wystraszył, ale nie potrafiłby wytłumaczyć tego ani Mao, ani Laiowi. Oboje wychodzili z założenia, że od zawsze żyją bladeingiem, więc nie ma niczego złego w fakcie, że bez przerwy o nim myślą.
– Rei – Chen zabrzmiała na naprawdę zmartwioną. – Nie lubię, kiedy jesteś smutny.
Wymusił uśmiech, odwracając ku niej twarz.
– To z pewnością tylko stan przejściowy – odparł. – Znajdę ukojenie w medytacji.
Podeszła i pacnęła go brudnym od mąki palcem w nos.
– No, mam nadzieję.
Nigdy nie powiedział im prawdy. Nigdy nie wyjawił, że Diger po prostu uznał go za niegodnego siebie, niegodnego opiekuna wioski. A skoro tak, nie był też godny rodzeństwa Chen, obdarzonego błogosławieństwem duchów.

*

– Hiromi? Właśnie miałem dzwonić.
Parsknęła.
– Pogróżki, porady modowe czy ogólna kompozycja z pretensji?
Miguel skrzywił się, czego szczęśliwie nie mogła zobaczyć.
– Nic z tego. Chciałem pogadać o… o ciągu dalszym.
– A to świetnie, bo ja też. Dzisiaj wieczorem ktoś ci dostarczy bilety.
– Bilety?
– Na lot do Buenos.
Lavalier zaniemówił na dłuższą chwilę.
– Jesteś tam?
– Jestem. A ty tak poważnie? – Wymacał za sobą krzesło i usiadł ostrożnie.
– Absolutnie. Sorry, chłopaki, najwyraźniej faktycznie nie ten adres. Rozstańmy się, póki się jeszcze nie pozabijaliście.
– Ja zostaję. Rei też.
Tym razem to po drugiej stronie zapadła pełna konsternacji cisza.
– Tylko że ja nie wiem, czy jeszcze cię tu chcę.
– Daj nam drugą szansę.
Hiromi westchnęła.
– Posłuchaj mnie, Miguel. Odkąd tu jesteś, zdążyłeś zdemolować mi biuro, podpalić samochód i zmasakrować człowieka. To nie są okoliczności na „drugą szansę”. To są okoliczności na wyrok i kilka lat w pierdlu. Więc za przejaw mojej dobrej woli uznaj fakt, że nie siedzisz jeszcze za kratkami.
– Pogadaj chociaż z Reiem.
Tachibana milczała dłuższą chwilę. Słychać było jej ciężki, gniewny oddech.
– Reia w to nie wciągaj. Nawet nie waż się go stawiać na równi z wami, pojeby. Do nieusłyszenia.
Trzasnęła słuchawką.

*

Hiromi naprawdę wyglądała źle. Blada, roztrzęsiona i obudowana wyższymi fortyfikacjami z petów niż zwykle zupełnie nie przypominała energicznej menadżer, która jeszcze do niedawna była także niekwestionowanym generałem w wojnie z M&K.
– Hiromi…
– Spodziewałam się trudności – wyszeptała obrócona do niego plecami, z papierosem w ręce, drugim ramieniem obejmująca się, jakby było jej zimno. Zaśmiała się nerwowo. Ponuro. – Jesteśmy w Moskwie, więc brałam pod uwagę naprawdę malownicze opcje. Ale nie to, że…
– Już dobrze. – Mystel podszedł i położył jej dłoń na ramieniu. Drżała z napięcia, więc zaczął ją delikatnie rozmasowywać. Nie zaprotestowała. – Jesteś…
– Tak, wiem! – odwróciła się gwałtownie, strącając jego dłoń. – Dzielna, zaradna, sprytna, bla, bla, bla. Tylko gówno nam z tego przychodzi! – Podeszła do biurka i z wściekłością wcisnęła papierosa w dno popielniczki. – Mystel, co ja mam dalej robić…? – jęknęła. – Wszystkie drogi zawodzą. Wszystkie…
– Nieprawda. Sporo udało się osiągnąć. Twoja kampania przynosi efekty, ludzie wreszcie zaczynają rozmawiać o M&K jako zagrożeniu.
Hiromi opadła na fotel.
– To puste zwycięstwa, skoro rozpada mi się cała linia działania. A ja jestem taka zmęczona…
Mystel nie powiedział już niczego. Po prostu objął jej głowę i zaczął delikatnie przeczesywać włosy.


XI
SO LONG, AND THANKS FOR ALL THE FISH
Ktokolwiek spodziewał się, że Jurij przyjmie ze spokojem wizytę nieznanego sobie ważniaka w garniturze, podczas gdy sam leżał w szpitalnym łóżku ledwie dołączony od cewnika, był w wielkim, kurwa, błędzie.
Czarę goryczy przelał jednak fakt, że ważniakiem tym był sądąowy biegły, który najwyraźniej próbował zrobić z niego świra.
– Od jak dawna pijesz?
– Ile dziennie wypijasz?
– Czy zdarzyło ci się dokonywać czynów karalnych pod wpływem alkoholu?
– Czy zagroziłeś własnemu lub cudzemu zdrowiu?
Jurij przewrócił oczyma.
– Mówiłem, kurwa, że siedzenie w lodówce mi nie szkodzi!
Biegły pozostał niewzruszony, a cała jego postawa zdawała się jasno przekazywać, że nie takie rzeczy już w życiu widywał i Jurij mu nie imponuje.
Nie zamierzał nikomu imponować.
Zamierzał się stąd wynieść.
Dlatego właśnie, gdy tylko ważniak zniknął na korytarzu, Jurij wyszarpał oba wenflony i związał sobie tobołek z poszewki od poduszki. Do niego wrzucił kilka najpotrzebniejszych rzeczy, w tym jakieś owoce i wodę, które znalazł w szafce, a także dwa jajka na twardo podane wcześniej do obiadu i zachomikowane w odruchu taktyki przetrwania. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby miał się w co przebrać i nie musiał zwiewać w kapciach, ale przecież nie takie rzeczy się robiło.
Zamierzali go, kurwa, zamknąć w wariatkowie.
Nie, kurwa, doczekanie.
Niedoczekanie tak wielkie, że Jurij postanowił bardzo dobrze to zapamiętać.
– Panie Ivanow! Dokąd się pan wyb…
Jeden precyzyjny cios w krtań załatwił pielęgniarkę na wszystkich frontach. Dopiero potem przyszło Jurijowi do głowy, że mógł po prostu odpowiedzieć: „Do kibla”.
To też był odruch. Kolejny pakiet starannie zaprogramowanych i wpojonych mu sekwencji skurczów i rozkurczów mięśni.
Tymczasem jednak przemykał obskurną, beżową klatką schodową. Szlafrok plątał mu się między kolanami, kapcie bezustannie zsuwały ze stóp. Obolałe ciało protestowało uparcie przeciwko pokonywaniu kolejnych stopni.
– Jeśli jeszcze kiedyś zobaczę tego gnojka, nie przeżyje… – syknął, kiedy, chwyciwszy za barierkę, przypomniał sobie o poparzonej dłoni. Sam nie wiedział, czy bardziej do siebie, czy do Wolborg.
Trzymam za słowo.
– Teraz to mnie lepiej trzymaj w pionie.
Długie godziny leżenia robiły swoje i Jurij czuł, że ciśnienie w jego ciele nie jest odpowiednio wyrównane. Z drugiej strony, nauczono go, jak sobie radzić z własnymi ograniczeniami. Potrafił wytrzymać ból, potrafił wytrzymać dyskomfort, potrafił radzić sobie ze skrajnym zmęczeniem i potrafił zmusić się do ponadludzkiego wysiłku uruchamiającego rezerwy, o których niewielu miało w ogóle pojęcie. Dawniej panował nad dosłownie każdym swoim mięśniem i nerwem. Gdyby chciał, mógłby im nadać imiona. Jak posłusznej sforze psów.
A teraz? Plątały się i robiły, co im się podoba. Próbował zmusić je do posłuszeństwa, ale skupienie się na nich przychodziło z niemałym trudem.
W dodatku czuł się naprawdę fatalnie. Koszulka lepiła się do pleców, ręce i kolana drżały, w gardle zaschło do granicy rozdzierającego bólu. Serce biło w dziwnym i chyba nieregularnym rytmie. Momentami Jurijowi wydawało się, że nie ma stóp albo w ogóle łydek.
Wiedział, że to nie są objawy pobicia.
Wiedział, ale nie przyjmował tego do świadomości.
Schody przeciwpożarowe okazały się na szczęście niemal nieuczęszczaną częścią budynku i Jurij minął tylko grupkę nałogowych palaczy, kurczowo uwieszonych zakratowanego okienka.
Wyszedł na ulicę.
Na ulicę Moskwy, więc szlafrok, pasiasta państwowa piżama i kapcie nie wzbudzały aż takiej sensacji. Najlepszą taktyką było po prostu iść przed siebie i udawać, że doskonale się wie, dokąd się zmierza.
A Jurij doskonale wiedział – byle dalej od tych, którzy zamierzali znowu za niego decydować.
Nikt nigdy nie będzie za niego decydował. Nikt. Biovolt wyczerpał całą pulę, robiąc z niego… to, czym właściwie był. Bez pytania. Bez rozmowy o konsekwencjach.
– Usuniemy wszystko, co czyni cię słabym – powiedzieli mu tylko, zanim nie wepchnęli do tuby i nie zalali.
Pamiętał, że się krztusił. Że był przekonany, że utonie, że to koniec, że go zabiją. Może zresztą naprawdę zabili, bo ból w płucach był tak potworny, a niemożność złapania oddechu trwała za długo. A za szybą, w rozmazującej się i oddalającej rzeczywistości, stał Balkow.
Skupiony, zimny, nieruchomy. Nie reagujący nawet wówczas, gdy ciałem uwięzionego chłopca zaczęły wstrząsać agonalne drgawki.
Kiedy Jurij się obudził, nic nie było już takie jak przedtem. Co gorsze – nie potrafił nawet do końca uzmysłowić sobie, na czym polega równica. Zaczął to podejrzewać później, obserwując innych. Dostrzegając, co oni mają, a czego jemu brakuje.
Nie współczuł sobie, bo usunięto mu współczucie. Ale rosła w nim wściekłość.
Ivan znosił tę nieustanną atmosferę gniewu tylko do pewnego momentu. Był raczej tym typem, który lubi pokazywać innym, gdzie ich miejsce – wzrost i absurdalny nos zdecydowanie sprzyjały takiemu sposobowi bycia, bo jeśli tego nie robił, inni robili to z nim – ale ogólnie rzecz biorąc nie widział potrzeby krzywdzenia kogokolwiek bez powodu. To wtedy wkroczyli na ścieżkę prowadzącą ostatecznie do tego, że Kai zyskał w ogóle możliwość wyrugowania go z drużyny. Ot, zaczął się dystansować, a to – słusznie czy nie – budziło niechęć Jurija. Lubił wiedzieć, że jego stado jest zwarte i gotowe rozszarpać gardło każdemu przeciwnikowi, a wydawało się wówczas, że Hiwatari będzie miał ku temu większą motywację.
Jedyne, czego Ivanow nie przewidział, to to, że Kai obiera sobie cele niemożliwie wręcz egoistycznie i irracjonalnie.
No i padło nie na Balkowa, a na Takao.
Szczęśliwie miał jeszcze Siergieja i Borysa, choć nad Bajkałem ukrywał się także przed nimi. Może nawet bardziej przed Borysem, bo Siergiej zawsze szedł za samcem alfa i nie zadawał pytań.
A teraz wszyscy prócz niego – mordercy – służyli w armii.
– I gdzie jesteś, dowódco?
Jurij obrócił się zupełnie odruchowo, ale oczywiście nikogo nie zobaczył. Ścisnął skronie i zamknął oczy z całej siły.
– Idź stąd – wycharczał.
Jurij, nie zatrzymuj się, jesteśmy za blisko szpitala.
Otrząsnął się i ruszył dalej, choć kapcie coraz mocniej w tym przeszkadzały.
Ostatecznie zdjął je i odrzucił pod jakiś murek. Słońce grzało zdecydowanie za mocno, silniki samochodów chodziły zdecydowanie za głośno.
– Jesteś słaby, Jurij. Jesteś po prostu słaby, czas spojrzeć prawdzie w oczy.
Więc osłaniał oczy przed drażniącym blaskiem, ale i tak łzawiły. Mięśnie i tak wiotczały, stawy spuchły, a kończyny drżały w niekontrolowany sposób.
– Nie jestem.
– Jesteś słaby i zużyty. Miałeś krótki termin przydatności, wiesz o tym. Bo byłeś tylko ogniwem. Eksperymentem. Czymś, co miało uczynić mnie lepszym. Mnie, nie ciebie.
– Zamknij się, kurwa!
– To ja miałem rzucić świat na kolana. Ja i Black Dranzer. O tobie nikt by nie pamiętał, bo dzieje się to, co miało. Rozpadasz się psychicznie i fizycznie, bo nikt nie przewidział dla ciebie przyszłości.
Strugi potu spływały po ciele coraz obficiej, więc ostatecznie także szpitalny szlafrok wylądował na chodniku.
– Jak to jest, Jurij? Powiedz mi, jak to jest nie mieć żadnego znaczenia?
Chciał zacisnąć pięści, ale nagle odkrył, że nie ma w palcach na to siły. Musiał przystanąć, chociaż oprzeć się o ścianę, jeśli nie usiąść. Chciało mu się rzygać, coś złego działo się też z jelitami.
Zaczął się zataczać. Wymacał ścianę i przesuwał się tylko wzdłuż niej. Kiedy się skończyła, skręcił, nie tracąc kontaktu z oparciem. Obraz rozmazał się już kompletnie, podłoże traciło stabilność.
Aż wreszcie Jurij upadł na kolana.
– Prędzej czy później to się stanie. Już się dzieje. Aż w końcu padniesz i znajdą cię w plamie z rzygów i ekskrementów. I taki będzie koniec wielkiego Jurija Ivanowa.
Podniósł wzrok.
Widział go przed sobą. Sylwetkę chłopaka, który tyle razy niszczył mu życie i który robił to nawet teraz, po tym, jak jego mózg spłynął po palcach Rosjanina.
– Proszę… odejdź…
Odpowiedział mu zimny, okrutny śmiech, który tak bardzo przypominał śmiech Voltaire’a Hiwatariego.
Żołądkiem Jurija wstrząsnął silny spazm i Ivanow zwymiotował.

*

– Łapać go! Złodziej!
Ciało oczywiście bolało nadal, ale powoli rozchodziło się po nim ciepło pierwszych, wziętych za sklepową półką łyków. Butelki przyjemnie obciążały ręce.
O tak, tak można było biec. Niemal jak za dawnych czasów. Wprost do celu i chuj wszystkim w dupę. Jurij omal nie roześmiał się na głos.
Właściciel monopolowego szybko dostał zadyszki, a nikt inny nie chciał gonić uciekającego z dwoma butelkami spirytu rudego gościa w szpitalnej piżamie. Ivanow niemal zaczynał lubić to miasto, no, przynajmniej tak wydawało mu się do chwili, w której nie przypomniał sobie, dlaczego go nienawidzi.
Znalazł sobie jakieś wygodne krzaki na Pokłonnej Górze i tam się zaszył. Postanowił, że pozwoli rzeczywistości wrócić nieco do normy, a potem zastanowi się, co dalej.

*

Rei w pierwszej chwili autentycznie się wystraszył, kiedy po dotarciu do szpitala usłyszał, że Jurija już tu nie ma. Było to o tyle dziwne, że zwykle potrafił trzymać to, co irracjonalne, daleko od siebie. W tamtym jednak momencie do jego głowy uderzyły jak alkohol czarne scenariusze, w większości kompletnie wyssane z palca.
Zrzucił to ostatecznie na karb atmosfery ostatnich dni, która wyraźnie oscylowała wokół poczucia całkowitej klęski i zwieszonych głów. Pokonani rozchodzili się w swoje strony, pole bitwy dogorywało. Więc dlaczego nie miałoby wydarzyć się jeszcze coś gorszego?
W tym kontekście wiadomość, że Jurij zwyczajnie zwiał, wcale nie prezentowała się tak tragicznie.
– Coś mu grozi? – dopytywał Rei, sącząc obrzydliwą, słodką jak ulepek herbatę z automatu, którą kupił głównie dlatego, że nie mógł tak po prostu siedzieć.
Lekarz pokręcił głową.
– Jeśli nie będzie szarżował, to nie. Zostawiliśmy go w końcu tylko na obserwacji. Zawiadomiliśmy też już odpowiednie służby, szukają pana Ivanowa.
To brzmiało już dość pocieszająco, choć w to, że Jurij „nie będzie szarżował” wierzyło się dość trudno.
Tak czy inaczej jednak, zaplanowana przez Reia rozmowa musiała poczekać, a on sam został z rozwalonym planem najbliższych godzin. Zrobił sobie krótki spacer dookoła szpitalnego budynku, po czym udał się do metra i wrócił do hotelu.
Wciąż jeszcze nie dał Hiromi ostatecznej odpowiedzi. Chciała, żeby pomógł jej w zarządzie Biovoltu. Może jako agent terenowy w Hongkongu, jeśli uzna, że nie wytrzyma w Moskwie. Zaskoczyła go tym, to prawda, zwłaszcza wobec skasowania planu z Jurijem i Miguelem w rolach głównych, ale był jej winny przynajmniej tyle, żeby poświęcić ofercie nieco rozważań.
– Mogłam się pomylić, ale moje cele pozostają niezmienne – przekonywała Tachibana. – A ja, cóż, potrzebuję ludzi, którym mogę ufać. To ci już mówiłam.
I tu urwała, za co był jej wdzięczny, bo łatwo mogła przeskoczyć w granie mu na emocjach i poczuciu winy. Mogła wspomnień o rodzeństwie Chen, mogła wspomnieć o Takao, Daichim i Maksie.
Dawniej z pewnością któreś z nich by to zrobiło, ale dawniej mieli po piętnaście, szesnaście lat i wydawało im się, że w świecie beybladeingu istnieją tylko dwa nieszczęścia – kłótnia z przyjaciółmi i słaby mecz.
Rei usiadł przy oknie, patrząc na wielki billboard z twarzą Laia. Zdążył już kilka razy zmoknąć, ochrzcił go jakiś ptak, graficiarze szczęśliwie nie, bo wisiał za wysoko. Ile to wszystko było warte? Coś więcej niż tylko stwierdzenie, że „zrobiliśmy, co było w naszej mocy?” Kon odnosił dziwne wrażenie, że póki nie będzie leżał na wpół wykrwawiony pod siedzibą M&K po nieudanej próbie odbicia chłopaków siłą, takie zdanie w ogóle nie przejdzie mu przez gardło.
Westchnął i oparł czoło o szybę.
To się znowu działo. Znowu od nich, dzieci, wymagano, że będą mądrzejsze i dojrzalsze od dorosłych.
A jeśli chodzi o samych dorosłych… Cóż, tylko ojciec Maksa próbował robić cokolwiek, raz na jakiś czas pojawiała się w środowisku plotka o sądowych bataliach, jakie staczał ze swoją żoną, z tym, że ich syn zdążył w międzyczasie uzyskać pełnoletniość i ta przynajmniej droga się zamknęła.

*

Wstawał świt następnego dnia, rzeczywistość znów traciła kształt, a Jurij dalej nie miał pomysłu.
Uświadamiał sobie za to powoli, że w ogóle nie ma pomysłu. Na nic. Jedyne, na czym mu jeszcze zależało, to to, żeby nie dać się ponownie zakuć w żadne kajdany.
Chciał być wolny.
Tylko tyle i aż tyle.
Chciał być wolny.
On – sztucznie stworzone dziecko, które nigdy wolne być nie miało. Które mogło być co najwyżej niepokorne.
W szarości przedświtu zamiauczał kot. Odpowiedział mu inny. I trzeci gdzieś całkiem blisko.
Kai.
Kai był wolny. Kompletnie nie wiedział, co z tą wolnością zrobić, bo był także rozpieszczonym dzieciakiem, któremu absolutnie wszystko uchodziło na sucho, ale w gruncie rzeczy to przecież stanowiło sedno sprawy – że mógł popełniać te błędy. Mógł być zdrajcą. Mógł być dupkiem.
Mógł być zwyczajnie głupi i małostkowy.
Jurij od dawna miał świadomość tej dysproporcji. Wychowywał się w niej i wokół niej. To Kaia pokazywano im w końcu jako tego niby podobnego im, ale jednak lepszego, przeznaczonego do wyższych celów i dlatego spuszczonego ze smyczy. Inne konsekwencje tego układu zaczęły docierać do Ivanowa dopiero z czasem, głównie po tym, jak zerwał z Biovoltem i przez chwilę patrzył na wszystko z pozycji człowieka, który wierzy, że zostawia coś definitywnie za sobą. Wówczas dotarło do niego, że to głupiutkie, chorobliwie ambitne i co rusz ogarnięte inną obsesją książątko naprawdę miało być w przyszłości jego panem. Stary Hiwatari i Balkow pozornie zachowywali się, jakby mieli żyć wiecznie, zachowując największe sekrety tylko dla siebie i nie dbając o odpowiednie wychowanie krnąbrnego następcy tronu. Pozornie.
Człowiek, który za dużo może i sparzy się na dostatecznej liczbie opcji, staje się człowiekiem znudzonym. Szuka kierunku.
Dla Kaia ten kierunek był już od dawna gotowy, a wkroczyć na szczyt miał jako były blader, który wraz z innymi wpierdzielał frytki podczas przerw między meczami, któremu cuchnęły trampki, kiedy zdejmował je w szatni i który na swoją pierwszą ważną imprezę pojechał obsypany pryszczami.
Iluzja miała zostać podtrzymana, a w dodatku okraszona legendą Black Dranzera. Nikt nie kwestionowałby jego przywództwa.
Kiedy do Jurija dotarło to z pełną mocą, zrozumiał, dlaczego nikt go właściwie nie ścigał. Kiedy wylądował w budynku BEGA, Balkow próbował go co prawda nagabywać, ale raczej zależało mu na zrekrutowaniu skutecznego żołnierza, bo przecież nawet miejsce głównego podcieracza tyłka było już zajęte przez dzieciaka z kropką na czole. A kiedy Ivanow odmówił wstąpienia w szeregi prywatnej armii Hiwatarich, znalazł się na liście śmieci do wyrzucenia, a w konsekwencji – na intensywnej terapii.
Ale nawet jako śmieć nie nacieszył się wolnością.
Tak, Hiromi miała dużo racji. Był symbolem. Ale nie dlatego, że kiedykolwiek się o to starał, a dlatego, że oni tego symbolu potrzebowali. Potrzebowali nawróconego łotra i męczennika w jednym. Okrutnika, który w konfrontacji z innym okrutnikiem okazał się mieć jakieś granice. Dowodem na to, że nawet skończone dranie nie chcą mieć niczego wspólnego z BEGA.
Nikt nigdy nie pytał – dlaczego właściwie nie chcą.
– Tak, Jurij, masz rację – powiedział siedzący przed nim na murku wieczny już szesnastolatek. Ze zwieszoną głową i tylko lekko przybrudzonym charakterystycznym szalikiem wyglądał, jakby wracał z kolejnej oddanej bez walki bitwy. – Złożono cię na ołtarzu w ofierze dla mnie. Może nawet rozumiem twój gniew. Może. Ale nie do końca. Bo ty nigdy nie byłeś dość dalekowzroczny, by to docenić. Gdybyś wiedział… Gdybyś tylko wiedział i potrafił zrozumieć, nigdy nie zakończyłbyś tego w taki głupi sposób.
Chłopiec podniósł wzrok i Jurij zobaczył przeklętą, zalaną krwią i mózgiem twarz trupa.

*

Były dosłownie wszędzie.
Nie mógł ujść kilku kroków, żeby nie natknąć się na któregoś z nich. Czasem zachodziły mu drogę, czasem po prostu czuł na sobie ich wzrok. W taki czy inny sposób jednak nie pozwalały mu zapomnieć o swojej obecności. Otoczyły go kordonem, bąblem, z którego nie miał szans się wyrwać.
Śledziły każdy jego krok, jakby chciały mieć pewność, że dotrze właśnie tam, gdzie jego miejsce – do jakiegoś rynsztoka, gdzie mógłby paść twarzą na przód i wreszcie się utopić.
Kai też tego pilnował. Szedł cały czas ramię w ramię z Jurijem i jak katarynka powtarzał wciąż te same teksty o prototypach, braku przyszłości i polityce Biovoltu. W pewnym momencie Ivanow przyłapał się na tym, że zaczyna powtarzać je razem z nim. Monotonny, upiorny dwugłos przedwcześnie pokonanego księcia i jego zadufanego w sobie podnóżka spływał po ciele strugami potu, puchł i pączkował w coraz słabszych stawach.
Jurij wybrał się do monopolowego jeszcze dwa razy, przy czym za drugim nie zdołał uciec. Syn właściciela dopadł go tuż za zakrętem, sprał i odebrał łup, plując na skatowane już wcześniej ciało wielkiego cudu bioinżynierii. A Ivanow przyjmował ciosy pokornie jak nigdy w życiu, ledwie nawet rejestrując, co się z nim dzieje.
Musiał się napić. Musiał się napić tak bardzo, żeby zasnąć i żeby poszły sobie te przeklęte koty. Wraz z Kaiem.
I najlepiej całym miastem.

*

– Dobry wieczór, panie Ivanow. To, w czym pan obecnie uczestniczy, nazywamy powszechnie detoksem. Dobra wiadomość jest taka, że wbrew przewidywaniom większości personelu, będzie pan żył, ba, ze statusem lokalnej legendy. Zła jest taka, że zaraz po skończonym odtruwaniu na naszym oddziale, jedzie pan na wakacje do zamkniętego ośrodka odwykowego.
Głos faceta w białym kitlu – zapewne doktora – brzmiał tak monotonnie i płasko, że koleje państwowe powinny bić się o niego, żeby czytał ich komunikaty na dworcach. Mówiąc, ani razu nie spojrzał na Jurija, cały czas coś przeglądając i notując, i ogólnie zachowując się, jakby mucha na ścianie stanowiła większy problem niż cudem odratowany młody alkoholik.
Chciał jakoś zareagować. Coś powiedzieć, poruszyć się, chociaż skrzywić – ale nie mógł. Ból, który odczuwał, był ledwie porównywalny z tym, co trzymało w kleszczach jego ciało, gdy wyszedł ze śpiączki. Wówczas część obrażeń była już podgojona, a przez plastikowe rurki sączyły się dobroczynne leki przeciwbólowe.
– Niech pan po prostu leży i z łaski swojej się nie rusza – dodał jeszcze doktor, najwyraźniej nie zamierzając się nawet przedstawić. – Aparatura załatwi wszystko za pana. Potem to już będzie tylko w pana rękach. I cóż, życzę powodzenia.

*

– Nie jest tak źle – przekonywał łysiejący pięćdziesięciolatek z rozwaloną najwyraźniej w drobny mak wątrobą, bo jego cera barwą przypominała woskową świeczkę. – Nauczysz się żyć, synku.
– Nie mów do mnie „synku” – warknął Jurij, wcale nie zainteresowany integracją. W ośrodku odwykowym był dopiero od kilku godzin i już miał serdecznie dość. Bynajmniej nie z powodu zespołu abstynenckiego.
– Jak sobie chcesz, ale nie ma co kozaczyć. Prędzej czy później każdy przychodzi po radę do starszych kolegów. Był tu taki jeden, może w twoim wieku. Też tak ważniaczył i…
Chyba nie mieli tu zbyt wielu rozrywek, bo w ciągu tych kilku godzin Jurij zdążył niektóre powitalne anegdotki usłyszeć i czterokrotnie. Jeśli Hiromi wybrała to miejsce, bo chciała, żeby wprost z ośrodka trafił do pierdla na dwadzieścia pięć lat albo lepiej dożywocie, to musiał pogratulować jej przemyślności.
Odkąd tu wszedł, miał nieodparte wrażenie, że ludzie zajmują się głównie chodzeniem w kółko i wymyślaniem, co by tu jeszcze zrobić. Przy czym dotyczyło to tak pensjonariuszy, jak i personelu, który bardziej zaangażowałby się pewnie w leczenie hemoroidów.
– To tylko cyrk – szepnął mu ktoś do ucha, a oddech miał paskudny, zdradzający, że wewnątrz całkiem gnije. – Nikt nie wie, co robić. Wszyscy wiedzą, że to bez sensu. Taka szopka.
– Odhaczysz swoje i będzie po staremu – dodał ktoś inny.
Jurij czuł się, jakby trafił do koszmaru o labiryncie. Gdziekolwiek nie spojrzał, nie mógł zobaczyć, co jest dalej. Nie wiedział, dokąd iść i dlaczego ma brać udział w tym oczywistym przedstawieniu.
Nie nadawał się do przedstawień. W dzieciństwie nie grał w końcu w szkolnych akademiach. Opactwo znało raczej apele i odprawy, powtarzało hasła o niszczeniu przeciwnika i o tym, że rywal jest wrogiem. Nikt nie wymagał deklamowania partii o skrusze i chęci naprawy swojego życia.

*

Już niebawem Jurij otrzymał do napisania pierwsze wypracowanie. „Co odebrał mi alkohol?”
– Chuj wam między poślady – zawarczał, bawiąc się długopisem.
Naprawdę nikt nikomu nie wspomniał, że cudowne dziecko zielonego kisielu jest niemal analfabetą? Kto miał niby zadbać o jego wykształcenie? Opactwo? No, doprawdy, kto traciłby tam czas na naukę tak nieprzydatnej w mordowaniu rzeczy?
Jurij w skupieniu postawił pierwsze, koślawe i duże jak dziecięce litery swojego imienia, a potem – pocąc się z wysiłku – nazwiska.
I na tym postanowił na razie zakończyć swoją twórczość.
Ogólnie trzymał się nieźle, bo wiedział już, gdzie jest apteka i znał kilkanaście prostych sposobów na przemyt alkoholu. Zresztą „przemyt” to było takie wielkie słowo. Personel najwyraźniej nie widział niczego zdrożnego w niezidentyfikowanych przesyłkach albo pobrzękujących plecakach, a wszelka woń alkoholu stanowiła pochodną procesów trawiennych lub powidok środków czystości.
To naprawdę był cyrk.
Jurij chodził nerwowy – mimo takich udogodnień, drażniła go ogólna atmosfera tego miejsca. To ciągłe puszczanie oczka do siebie nawzajem. Szybko zorientował się, że ci, którzy siedzą tu, bo naprawdę wierzą, że to mogłoby im pomóc, można policzyć na palcach jednej okaleczonej ręki. Trzeba przyznać, że nikt nie ułatwiał im zadania – wręcz przeciwnie, byli regularnie namawiani na szmuglerkę i Jurij podejrzewał, że przez sześć tygodni pobytu zobaczy jak jeden po drugim upadają i dołączają do przedstawienia.
„Co odebrał mi alkohol”.
Nic, czego wcześniej nie odebrałby mi Biovolt, pomyślał Jurij i cisnął długopisem przez okno.

*

– Naprawdę nic?
– Nic, a wierz mi, że siedzę nad tym od miesięcy…
Kenny naprawdę wyglądał na przybitego, może nawet nieco zmieszanego swoją bezradnością. Wrażenie zapewne potęgował fakt, że jego nogi majtały śmiesznie, nie sięgając poprzeczki barowego krzesełka. Odkąd się ostatni raz widzieli, przybyło mu lat i zmartwień, ale nie centymetrów.
– To jakaś czarna magia… – westchnął i pociągnął nieco mohito. Różowy papierowy flaming podskoczył absurdalnie. – Nic się nie trzyma kupy, rozumiesz?
Rei nie mógł przytaknąć z całkowicie czystym sumieniem, bo nigdy nie interesował się techniczną stroną beybladeingu. Wybrał zatem milczenie.
– Próbowałem już wszystkiego, czego mogłem stąd, z Moskwy. Emily tymczasem usiłowała hakować ich system. Wszystko na nic, są za dobrze zabezpieczeni i zapewne spodziewają się takich ataków. Dostęp do samych dysków i części jest nieco utrudniony, bo wykonywane są tylko na specjalne zamówienie, o czym wiesz. Jakby… krojone na miarę.
– I nie udało się zdobyć niczego? – Kon zmarszczył brwi.
– Nie, oczywiście, że nie. Dysponuję kilkoma egzemplarzami przechwyconymi dość… nielegalnie. Po śmierci bladerów. Ale… Nie wiem, na pierwszy rzut oka to totalnie zwyczajne dyski. Na drugi zresztą też.
Rei milczał dłuższą chwilę, wpatrując się nieruchomo w plamę na blacie.
– To trochę dziwne, co przyszło mi do głowy… – zaczął nieco matowym tonem.
– Hm? – Kenny spojrzał na niego znad flaminga.
– Może chodzi o to, że to dyski martwych bladerów?
Saien westchnął na ten swój niepowtarzalny, wypełniony po brzegi rezygnacją sposób.
– A jakie to miałoby mieć znaczenie? – spytał. – To czysta fizyka, Rei. Odpowiednie rozłożenie sił, zbalansowanie średnicy i ciężaru, środek ciężkości, te sprawy.
– Ale to, co dzieje się z bladerami, kiedy ich używają, to już nie jest czysta fizyka, prawda?
Kenny oparł się o ladę i odłożył na nią niemal pustą już szklankę. Niebiesko-różowy neon odbijał się w jego okularach. Ogólnie klub okazał się dość mocno kiczowaty, a muzyka w tle potworna i mocno lokalna, ale Saien najwyraźniej polubił to miejsce.
– Rei… – zaczął, ponownie wzdychając. – Nie od dzisiaj wiadomo, że patrzymy na te sprawy inaczej. Ciebie wychowano w atmosferze czci dla bestii, moja bestia wlazła do laptopa i całkiem nieźle sobie w nim radzi. Jak widzisz, czynnik „meta-” w fizyce dość mocno ograniczony.
– Skoro jednak inne ścieżki zawodzą?
Reia nieszczególnie zdziwiło skrzywienie na twarzy przyjaciela, ale postanowił nie odpuszczać.
– Wiesz… Może powinieneś przyjrzeć się dyskom Mao i Laia – zaproponował. – Zaszkodzić na pewno nie zaszkodzi, a kto wie, może znajdziesz jakiś trop.
– Może? – Nagle spojrzał wprost w oczy Kona. – Czyli zostajesz?
– Wygląda na to, że właśnie zadecydowałem, że tak – uśmiechnął się Chińczyk.
– Cieszę się. Może wreszcie ktoś zadba… o tych, o których należy zadbać.
Rei przytaknął.
– Też o tym myślałem – przyznał. – W gruncie rzeczy o po przemyśleniu sprawy nie mam do nikogo pretensji, tu się dzieją duże rzeczy, wiele wątków do ogarnięcia, ale to nasi kumple.
– Właśnie. Nasz priorytet.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 21 lipca 2016, 09:20

Że pisanie nie idzie, to poprawiam. Że poprawiam, to wrzucam dalej.

XII
DON’T WORRY, I’M NOT MAD. I’M JUST ANGRY. AND FURIOUS. AND ABOUT TO SET YOUR ASS ON FIRE

Po czterech tygodniach Jurij był bliski prawdziwego szaleństwa. Po pięciu spędzał całe godziny, siedząc na kiblu i gapiąc się w drzwi, bo tylko tu miał choć odrobinę spokoju i mógł zapomnieć o tym, co robi i gdzie się znajduje.
Dobrze chociaż, że odpuścili mu te wypracowania. Szybko zorientowali się, w czym rzecz, a nikt nie miał dość cierpliwości, żeby uczyć jakiegoś dzikusa z Sybiru sprawnego posługiwania się długopisem.
Zresztą Jurij wytłumaczył im, że nie w tym rzecz, że nie potrafi posługiwać się długopisem. Otóż potrafił. Zwłaszcza wbijać go w okolice wybranych nerwów. Doszedł z opiekunami do konsensusu i ustalili, że nie będzie prezentował im tej umiejętności w praktyce.
Najdziwniejsze było jednak to, że z każdym dniem Jurij czuł się coraz bardziej przybity.
To nie był normalny dla niego stan. Owszem, wściekłość, rezygnacja, zmęczenie i osaczenie, ale nie to – nie smutek. Smutek wydawał się zarezerwowany dla mięczaków, a jeśli Ivanow przypominał sobie jakąś chwilę ze swojego życia, kiedy działo się z nim coś podobnego, to wówczas, gdy po odzyskaniu przytomności po walce z Garlandem był przekonany, że to koniec wszystkiego, w tym i jego samego.
A teraz?
– Wyjdziesz stąd za tydzień i co dalej? – zapytał swojego lustrzanego odbicia. Już bez brody i bez sińców po bójce na bankiecie, ale wciąż dalekiego od oblicza rudowłosego chłopca sprzed trzech lat.
Tamten nie był tak spuchnięty, nie miał takich sińców pod oczyma i matowych strąków zamiast włosów. Szczupły i myląco rachityczny, był w stanie jedną ręką łupać orzechy. Pojedyncze spojrzenie wystarczyło, żeby rywale schodzili mu z drogi, a natrętni fani rezygnowali z proszenia o autograf. Gdziekolwiek się nie pojawiał, natychmiast czynił teren swoim, a ludzie, którzy weszli mu w drogę, musieli to zaakceptować. Najpierw był ulubionym psem pana, a potem wolnym, samotnym wilkiem tuż po zerwaniu się z łańcucha.
Wiem, dokąd zmierzają twoje myśli. Zawsze lądują w tym punkcie. W tym albo na Kaiu.
Jurij zacisnął szczęki i dłonie na krawędzi umywalki.
– Nigdy nie powiedziałaś mi, czy ty jesteś zadowolona z tego układu.
Wolborg roześmiała się i jej głos rozbrzmiał w czaszce Jurija, jak chór pod sklepieniem gotyckiej katedry.
Chłopcze, tak jak ty jestem syntetykiem. Wytworem. Wersją próbną stworzoną do jednego celu. W dodatku stworzoną na bazie wilka i twojej własnej osobowości. Przypisujesz mi więcej wolnej woli, niż kiedykolwiek chciałabym mieć.
Jurij kopnął z wściekłością w kosz na śmieci.
Wolałeś wersję, w której jestem twoim przewodnikiem i głosem rozsądku, a nie tylko instynktem? Ty? Taka wolna, krnąbrna dusza?
– Przestań! – warknął, patrząc sobie w oczy z nienawiścią.
Wolałeś… Dorośnij, chłopcze. Najwyższy czas.

*

Nie zostawiła mu wyboru i doskonale o tym wiedziała. Musiał skorzystać z biletu, bo po odcięciu finansowania z Biovoltu, nie byłoby go stać nawet na tydzień w Moskwie. Może gdyby miał więcej czasu do odlotu, znalazłby rozwiązanie – czego by o sobie nie myślał, wiedział, że ma dryg do różnych rzeczy, jest uparty, a rosyjskiego zdążył nieco podłapać – ale do samolotu wsiadał wciąż mocno obolały i z kompletnym bałaganem w głowie. Pobity na wszystkich frontach i to na własne życzenie.
Minęły cztery tygodnie od powrotu do Rosario i niewiele się w tej kwestii zmieniło.
Tylko plan Hiromi, choć już nieaktualny, działał znakomicie. Przynajmniej tu, w Argentynie. Miguel nawet się nie obejrzał, kiedy został honorowym członkiem kilku stowarzyszeń, kolekcjonerem bliżej nieokreślonych odznaczeń i najmłodszym w historii konsultantem rządowym w jakiejś nowo powstającej komisji, co do kompetencji której nie miał dokładniejszych informacji. Prócz tego bez przerwy proszono go, żeby coś skomentował, gdzieś przeciął wstęgę, a gdzieś indziej po prostu postał na drugim planie.
Chciał zniknąć.
Chciał, ale tego nie robił, bo jedna z nielicznych rzeczy, których był jeszcze pewien, to to, że zostawił w Moskwie spory dług do spłacenia. Jeśli nie miał dość rozumu, żeby pomóc, to mógł chociaż nie przeszkadzać i cierpliwie czekać, aż media znudzą się nową-starą maskotką po raz kolejny.
– Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego właściwie nigdy nie wróciłeś do sportu – sympatyczna z wyglądu dziennikarka, która przed programem z makijażystką zrąbała dupy wszystkim w ekipie, przeskoczyła do kolejnego tematu. – Przecież nie musiałbyś używać dysków firmy M&K.
Miguel poczuł zimny dreszcz wspinający się po kręgosłupie i uderzający w podstawę czaszki. Nie tego się spodziewał, dotąd nikt nie miał odwagi o tym wspominać. Wszyscy mieli w pamięci los pozostałych członków Batalionu i uznawali temat za zbyt drażliwy.
– Problem polega na tym – odpowiedział jednak na tyle równym i pewnym głosem, na jaki było go stać – że zmiany powodowane przez dyski M&K są nieodwracalne. To… – chwilę szukał odpowiedniego określenia i zalała go druga fala paniki, kiedy pomyślał, że może robi to zbyt długo. – To jak… choroba. Nieuleczalna. Albo taka, po której zostają zniszczenia. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak to wygląda w naszych mózgach, ale wrażenie jest takie… że tam ciągle coś siedzi. Coś obcego.
– Jak w schizofrenii? Słyszycie głosy?
Lavalier zaklął w myślach, czując, jak jego dłonie stają się mokre. Sporo wysiłku włożył w to, żeby ani ich nie zaciskać, ani nie wytrzeć o spodnie.
– Nie. Nie sądzę, żeby to było porównywalne. Zresztą nie wiem, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Ja tylko wiem, jak to wygląda od wewnątrz, w dodatku w jednym, konkretnym wypadku. I ja nie słyszę głosów. Tak naprawdę, prócz wrażenia, raczej nie ma to wpływu na codzienne życie. Ale nie sądzę, żeby zmiana dysku po fakcie mogła pomóc, skoro nawet jego nieużywanie nie powoduje, że więź z bestią zanika.
– Ale jednak tylko zatrzymywanie się tych dysków powoduje konsekwencje dla zawodnika – dziennikarka sprytnie uniknęła słowa „śmierć”.
– Tylko że pogłębiona więź z bestią to także możliwość atakowania z mocą, jakiej nie wytrzyma przeciętny blader.
– Więc może rozwiązanie to „pogłębić więź”, jak się wyraziłeś, u wszystkich, a potem zmienić rodzaj dysków, żeby zminimalizować ryzyko?
– Pani mówi poważnie? – Miguel na dobre parę sekund zupełnie zapomniał o obecności kamer i fakcie, że wszystko idzie na żywo.
– Tylko rozważam taką możliwość.
Roześmiał się ponuro.
– Mało pani ofiar, rannych i zniszczonych stadionów? – syknął i dopiero brzmienie własnego głosu nieco go otrzeźwiło. Wziął najgłębszy oddech, jaki się dało, bez obwieszczania tego faktu ludziom po drugiej stronie szkła. – To wszystko zaszło za daleko – mówił już spokojniej, choć w jego żołądku kotłował się ogień. – To już nie jest sport, tylko krwawe widowisko, w którym biorą udział nawet dziesięciolatki.
– Też brałeś.
– Tak. Podczas swoich pierwszych dużych zawodów miałem szesnaście lat i przekonywano mnie, że nie ma niczego złego w tym, co się dzieje.
– Więc należy w ogóle zabronić beybladeingu? – Dziennikarka pochyliła się nieco, mrużąc oczy. Nawet nie ukrywała, że prawdziwy atak przypuszcza dopiero teraz.
– Była pani kiedyś na meczu? Osobiście? Na trybunie?
– Nie jestem typem kibica. Wracając do tematu…
– Więc nie widziała pani na własne oczy, jak to teraz wygląda. Przed laty doszło do pierwszych wypadków, jeszcze nie śmiertelnych, potem urazy stały się normą. Wszystkich nas przyzwyczajano do przemocy i doszło do tego, że teraz potrzeba było śmierci kilku osób w przeciągu paru sekund, żeby przerwać mecz. Zresztą od tamtego czasu nie ma żadnych wieści o losie Takao Kinomyi, prawda? Uważa pani, że to powinno być legalne?
– Jest wiele niebezpiecznych sportów. Właściwie wszystkie sporty walki do takich należą, a beybladeing zawsze był sportem i ekstremalnym, i sportem walki – odparła kobieta z podziwu godnym spokojem.
Miguel miał świadomość, że na tym polu wciąż brakuje mu sporo doświadczenia i zbyt łatwo wyprowadzić go z równowagi. Zwłaszcza teraz, gdy dzielił głowę z diaboliczną bestią.
– Więc dlaczego nie zajmą się tym dorośli? – spytał, czując, jak napina się każdy mięsień w jego ciele. – Dlaczego posyłają do walki dzieci?
I dlaczego nigdy wcześniej nie zadałem sobie tego pytania?, pomyślał.

*

Rei miał nieco wyrzutów sumienia.
Nie powiedział Kenny’emu całej prawdy. Dla Saiena zostawił wersję, w której zależy mu tylko na odbiciu dawnych przyjaciół, bo miał dziwne przeczucie, że ten genialny, ale jednak dość naiwny życiowo chłopak nie zrozumie reszty jego motywacji.
A był nią Kai.
Pewniego dnia Rei po prostu obiecał sobie, że znajdzie mordercę młodego Hiwatariego i miał mocne podejrzenia, że oto znalazł się na jego tropie. Nie był tylko pewien, czy podejrzewać samego Garlanda, czy też raczej widzieć w nim narzędzie kogoś z jego otoczenia.
Stopniowo skłaniał się ku drugiej opcji, a to oznaczało, że będzie musiał przedłużyć obserwację i wejść w to środowisko głębiej.
Z tym nie spodziewał się mieć większych problemów, bo ludzie z jakiegoś względu tak generalnie mu ufali. Wierzyli w otaczającą go aurę spokoju i nawet, gdy jako dzieciak robił straszliwe głupoty, wszyscy zakładali, że ma ku temu powód.
Przechadzając się po korytarzach dwa tygodnie od ostatniej rozmowy z Kennym, podczas której z drżącym sercem, niepewny konsekwencji, oddał mu dyski Mao, Laia i własny, pierwszy raz tak naprawdę rozglądał się po siedzibie Biovoltu. Oczywiście w niczym nie przypominała ponurego Opactwa, które pamiętał ze swojej pierwszej wizyty w Moskwie. Miał wówczas czternaście lat i to nieomal horrorystyczne połączenie anachroniczności z nowoczesną technologią nie tylko go przytłoczyło, ale też powodowało stale obecny w żołądku niepokój. Pamiętał, że kiedy weszli na stadion, ktoś, może Takao, rzucił, że w Rosji nie mają pojęcia, jak je budować.
To nie była prawda.
Wiedzieli lepiej niż gdziekolwiek indziej. Dlatego właśnie Biovolt Stadium przypominał pełen przepychu teatr, scenę, na której występowały marionetki trzymane przez ukrytych w cieniu prawdziwych bohaterów tego, co się działo. Sztuka, którą wystawiano, mówiła o potędze Rosji.
To jednak dotarło do Reia dużo, dużo później, kiedy stał już na progu dorosłości. I może pojął to tylko dlatego, że sam pochodził z Chin, z kraju równie lubującego się w monumentalizmie.
W nowej siedzibie korporacji także wszystko było duże, ale pozbawione tego imperialnego sznytu. Zastąpił go przedziwny międzynarodowy konglomerat przesiąknięty jednak głównie silnym wpływem japońskiego ducha łączącego funkcjonalność z trudnymi do pojęcia dla gaijina zasadami. Oczywiście sporo było tu obowiązkowych w dzielnicy biznesowej szklanych ścian, prostych mebli i smętnych fikusów w kątach, wyglądających czasem, jakby ktoś ustawił je tu tylko dlatego, że zielone podobno dobrze działa na nerwy, ale w sumie to nie do końca wiadomo jak.
Rei zmierzał właśnie do swojej szuflady. Spodziewał się zastać tam standardowe wyposażenie złożone z biurka, obrotowego fotela, kanapy z kawowym stolikiem i zapasu whiskey. Tę ostatnią przynajmniej planował szybko wymienić na potrzebniejsze rzeczy.
Kiedy już okaże się, czym są te potrzebniejsze rzeczy.
Jego nazwisko znajdowało się już na liście płac, ale ani zapisany przy nim skrót, ani nawet jego rozwinięcie niewiele Reiowi mówiły.
Dotarł wreszcie przed odpowiednie drzwi. czarne, gładkie i bezpłciowe, za to z dumną mosiężną tabliczką.
Chińczyk westchnął.
– No dalej – powiedział sobie. – Niecałe dwadzieścia lat i już praca za biurkiem, czego tu się obawiać?

*

– Wybacz, młody, za to mi płacą.
Miguel nie miał zamiaru odpowiadać, nie miał zamiaru w ogóle z nikim rozmawiać przez najbliższy miliard lat. Chciał po prostu jak najszybciej stąd wyjść i zniknąć wszystkim z oczu.
– Miś taki obrażony? – prychnęła dziennikarka.
Spojrzał na nią spode łba. Właściwie nie wiedział, nie wydawało mu się, żeby był obrażony, ale z całą pewnością nie wiedział, bo w sumie nie wiedział już niczego. Na pewno był zmęczony.
– Musisz się przyzwyczajać, że dziennikarze nie zawsze będą po twojej stronie.
– Dziękuję za radę – burknął. – Zapamiętam.
Naprawdę nie czuł się na siłach, żeby teraz dyskutować. Cały stres wyparował, adrenalina opadła i w głowie miał tylko pogorzelisko oraz jednostajny szum. Nie wiedział, jakim cudem, kiedy był już prawie na wolności, dał się zajść tej harpii. Nie wiedział, po jaką cholerę go goniła.
– Ale w sumie nieźle ci poszło. Jak na nieopierzonego smarka.
Schowane w kieszeniach dłonie Miguela zaciskały się już do granicy bólu.
– Przepraszam. – Zmusił się, żeby na nią spojrzeć. – Chciałbym po prostu stąd wyjść.
– Strzel sobie coś mocniejszego po drodze, należy ci się.
– A wy wyślecie za mną kogoś, żeby mi machnął uroczy portret, jak się zataczam? Nie dość, że wariat, nie dość, że radykalista, to jeszcze młodociany alkoholik?
Kobieta roześmiała się, chyba autentycznie rozbawiona, choć to wcale nie miał być żart. Lavalier wybitnie nie był w nastroju na żarty.
Zresztą możliwe, że po prostu śmiała się z niego.
– No bez przesadyzmu!
Z kontynuowania równie bezsensownej co męczącej rozmowy wybawił go telefon.
– O, widzę, że konkurencja już się dobija. Albo to dziewczyna – dworowała dalej dziennikarka, choć Miguel musiał uczciwie przyznać, że przynajmniej w jej tonie i mimice nie ma zamierzonego okrucieństwa.
Problem w tym, że przybity stawał się też wrażliwy na najdrobniejsze szpile.
– Pani wybaczy.
– No już, zobacz, co to.
Odszedł kawałek. Tak naprawdę wcale nie miał ochoty sprawdzać, ale jeśli byłby to pretekst, jeśli wystarczyło parę ruchów ręką, by potem móc udawać, że nagle pojawił się powód, żeby zacząć się bardzo spieszyć.
Przeczytał SMS-a.
– Młody…? Cholera, młody, wszystko w porządku?

Dobrze sie lansowac jak sie wiesza psy na kumplach? szacun kapitanie pierdol się

*

– Dostawa przyszła!
Jurij obserwował wszystko ze swojego zwyczajnego miejsca na parapecie.
Jeszcze kilka dni temu zasiadał na nim jak król. Na chwilę przypomniał sobie, jak to jest być panem terenu i chociaż był przynajmniej o połowę młodszy od większości przebywających tu mężczyzn oraz stosunkowo nowy, bo po raz pierwszy, nie musiał dopominać się o swoje. I tak ktoś podawał mu butelkę do rąk własnych – nawet nie pytając, czy powinien.
Teraz zasiadał jak sędzia.
Kiedy pierwszy raz odmówił przyjęcia daru, idioci pomyśleli, że po prostu Misza czymś się naraził rudemu władcy i nagle zaczęli zasypywać go pretensjami. Jurij nie uważał, żeby do jego obowiązków należało wyprowadzanie ich z błędu.
Ale następnego dnia także odmówił. I trzeciego również.
Czwartego ten i ów łypnął na niego niepewnie, ale nikt nie odważył się podejść.
Członkowie personelu także nie mieli pojęcia, co z nim począć. Najwyraźniej nie przyzwyczaili się do tego, że na odwyku ktoś postanawia tak po prostu i nagle przestać pić. Jurij przechodził więc kolejne zabiegi odtruwające, ale nikt z nim nie rozmawiał, a ci, którzy mieli siłą wyciągać go z nałogu, spuszczali wzrok.
To działało.
To najzwyczajniej, kurwa, działało. Wzięcie rzeczywistości za szmaty i potrząśnięcie nią raz jeszcze.
Oczywiście nie było łatwe. Było wręcz piekielnie trudne, ale to Ivanow zostawiał tylko dla siebie – jak za starych czasów. Nikt nie oglądał go spoconego i szczękającego zębami, nikt nie słyszał, jak gada do siebie, nikt nie wiedział, ile razy był bliski całkowitego złamania. Oglądali tylko silnego, pewnego siebie Jurija, który się nie wahał i który nie pił, bo zwyczajnie nie chciał.
W tym tkwił klucz – nie chciał. Postanowił, że nie będzie. On sam. O sobie.
Mógł, ale nie chciał.
Więc nie spał po nocach, przewracając się z boku na bok i gotując we własnym pocie. Więc wymiotował za każdym razem, kiedy poczuł od kogoś woń alkoholu. Więc, siedząc na swoim parapecie i patrząc z góry na dzielących się łupami z przepustki, zaciskał szczęki tak mocno, że zdążył już ukruszyć dolną szóstkę.
Ale był wolny.

*

Miguel w ostatniej chwili wbiegł do łazienki i dopadł muszli klozetowej. Drzwi za sobą zdołał zamknąć dopiero po pierwszej fali spazmów.
Jego żołądek błyskawicznie wyrzucił z siebie drugą porcję żrących w gardło rzygów, ciało, choć nagle zimne, oblał pot, zaciśnięte na muszli ręce drżały, niemożliwe do opanowania. Serce tłukło się jak oszalałe jednocześnie pod czaszką i między nerkami. O wstaniu z klęczek nie mogło być mowy.
Był przerażony do granic histerii, daleko za granicę namacalnego, fizycznego bólu obejmującego już nie tylko brzuch, ale w ogóle całe ciało, każdy najmniejszy nerw, kumulującego się w stawach..
Nawet na moment nie potrafił skupić się dość, żeby chociaż pobieżnie przemyśleć sytuację. Reagował tylko organizm, mózg działał na autopilocie, a świadomość kompletnie się wylogowała. Nie wiedział już, dlaczego się krztusi i jak dokładnie się tu znalazł, w tym obcym miejscu przesiąkniętym odorem wymiocin i uniwersalnego dla wszystkich publicznych toalet odświeżacza powietrza, do którego każdy mógł wejść w każdym momencie. Pragnął tylko, żeby to się wreszcie skończyło.
I kiedy skończyło się faktycznie, opadł wyczerpany na chłodne kafle. Leżał skulony, z zamkniętymi oczyma, a kiedy zawroty głowy minęły, wpatrzony rozszerzonymi oczyma przed siebie i niezdolny do jakiejkolwiek inicjatywy.
W głowie układał plan działania. Prosty. Punkt po punkcie. Usiąść. Nacisnąć spłuczkę. Wstać. Otworzyć drzwi kabiny, wyjść i dojść do umywalki. Przemyć twarz, doprowadzić się do porządku, wrócić do siebie. Nic wielkiego, a jednak wydawało się zadaniem z innej rzeczywistości.
Minęła dłuższa chwila, nim zaczął, ale nie wyglądało to tak, jak założył, bo wyczerpany obijał się od ścian i cały czas drżał. Tyle dobrego, że żołądek się uspokoił. Bolał, czasem łapały go kleszcze skurczu, ale nie było nic, co zmusiłoby Miguela do powrotu nad muszlę.
Zalał twarz zimną wodą. Długo płukał usta i przecierał oczy, nawet wówczas, gdy nie było to już potrzebne. Wreszcie dał radę spojrzeć w lustro i skontrolować stopień spuchnięcia i zaczerwienienia. Odbicie nie prezentowało się dobrze, ale okładami z ręczników papierowych niewiele więcej mógł zdziałać. Ruszył więc do drzwi wyjściowych z planem szybkiego przemykania z opuszczoną głową.
– Jak się czujesz?
Żołądek szarpnął się znowu i przez chwilę Lavalier myślał, że puści kolejnego pawia na ścianę.
– C-co? – Obrócił się wystraszony.
– Boże wszechmogący… Dobra, nie było pytania. Chcesz czegoś do picia?
Miguel coraz gorzej radził sobie ze zrozumieniem, co się właśnie dzieje.
– Miałem iść – przypomniał dziennikarce, usiłując odszukać w pamięci jej imię i nazwisko, bo chyba stawały się ważniejsze z każdą chwilą, ale zestresowany przed programem zupełnie ich nie zarejestrował.
– W tym stanie? Jest upał, padniesz i kto cię pozbiera?
No właśnie, zapytał się Miguel w myślach, kto cię pozbiera?

*

– Hej, młody! – Ocknął się dopiero, kiedy pstryknęła mu palcami przed oczyma.
Podniósł głowę, oderwał wzrok od tykwy i spojrzał na jej twarz. Ciągle stanowiła dla niego wyzwanie. Ciągle musiał sobie powtarzać, że to dziennikarka, która jeszcze dwie godziny temu rozsmarowała go na oczach widzów, zmuszając do tego, by przyznał się do radykalnych jednak poglądów.
– Co? – spytał półprzytomnie.
– Pytałam, czy często masz takie jazdy.
– Nie… – mruknął, znów spuszczając wzrok. – Właściwie to nie.
– Ale się zdarza.
Wzruszył ramionami.
– Bo wiesz, jeśli znosisz to tak źle, to może w ogóle nie powinieneś pakować się w media? To stresujący sport.
Patrzył na jej buty. Ciemnoczerwone klasyczne szpilki. Czerwony zawsze był dobry. Uspokajał.
– Nie mam z tym problemu – Miguel miał bolesną świadomość, jak nieprzekonująco musi brzmieć.
– I dlatego się porzygałeś? Przecież słyszałam.
Znowu poczuł potrzebę ucieczki, choć jednocześnie miękki, pluszowy fotel zdawał się go całkowicie wciągać. Kusił ciepłem i sposobem, w jaki osłaniał plecy i boki. Poza tym było tu cicho w ten naprawdę przyjemny sposób, kiedy spokój wynika z odcięcia od gwaru za ścianą.
– To nie przez wywiad.
– SMS?
Miguel skrzywił się i zacisnął usta.
– OK, nie mów, jak nie chcesz. Tak czy inaczej, na twoim miejscu coś bym ze sobą zrobiła. Sprawiasz wrażenie mocno poturbowanego przez życie, a jeśli naprawdę myślisz o tym biznesie poważnie, to będziesz musiał stawić czoło naprawdę niezłej konkurencji.
Lavalier spojrzał wreszcie na jej twarz. Mniej więcej czterdziestoletnią, dość klasyczną i zdecydowanie zadbaną twarz kobiety, która zawsze wie, dokąd iść. Odkąd pamiętał, zazdrościł ludziom, którzy zawsze wiedzieli, dokąd iść, i nie zmagali się ani z wątpliwościami, ani z wyrzutami sumienia.
Trochę jak Hiromi. No, Hiromi za jakiś czas.
– Nie rozumiem – przyznał.
– Czego?
– Co tu robię.
Roześmiała się w sposób, który już słyszał.
– Młody, studio i rozmowa z potencjalnie kontrowersyjnym gościem to jedno, korytarz i zarzygany z nerwów dzieciak, drugie. Mów mi Leonor. – Wyciągnęła rękę.
Nie wiedział, jak się zachować. Czuł, że pozwala się ustawić w pozycji w jakiś sposób poddańczej. Na pewno podrzędnej. Ale z drugiej strony, coś go właśnie na to miejsce spychało. To wydawało się już wystarczająco alarmujące, więc obiecał sobie, że będzie trzymał gardę.
Tak czy inaczej, zignorowanie wyciągniętej ręki byłoby impertynenckie. Zwłaszcza po tym, jak – świadomie czy półświadomie, bo nie wszystko dokładnie pamiętał – pozwolił sobie pomóc, usadzić się na fotelu i wcisnąć do ręki yerbę.
– Miguel.
– Mimo wszystko miło cię poznać. – Dziennikarka uśmiechnęła się chyba przyjaźnie. – Jesteś nieopierzony i ponury, fakt, ale masz w sobie materiał do obróbki. Nie daj się tylko za wcześnie zmiażdżyć, co? – Mrugnęła. – Lubię takie szarżujące dzieciaki. Chociaż sytuacji nie zazdroszczę, bo po twojej stronie tej medialnej wojny jest jeszcze ten wylogowany…
– Lai Chen.
– O, właśnie. A M&K spuściło bombę godzinę temu.
Miguel uniósł brwi.
– Co?
– Mieli konferencję prasową – wyjaśniła Leonor. – Ich produkty będzie promowała ta koreańska gwiazdka pop i bladerka, MingMing.

*

Jurij odnosił czasem wrażenie, że personel ośrodka odwykowego „Świerkowe zacisze” o niczym nie marzy tak, jak o tym, by znowu zaczął pić. I nie chodziło już tylko o to, że zaburzał naturalny bieg wydarzeń w tym miejscu, a także o to – bo któż miałby to widzieć wyraźniej niż on – że tracą nad nim kontrolę. Rosło w nim przekonanie, że gdy tylko wykopią go wreszcie za próg, urządzą wielką bibę i schleją się z podopiecznymi do nieprzytomności.
I dobrze, Jurij też miał ochotę spierniczyć stąd, jak najdalej się da, ale obiecał sobie, że wytrzyma do końca. Zamknie tę sprawę i zostawi za sobą papier, który będzie mógł wcisnąć biegłemu przez gardło do samej dupy.
Jego ciało nadal robiło sobie jaja i nadal większość energii musiał wkładać w to, żeby zwyczajnie nie kopnąć w kalendarz, ale miał też świadomość, że czas najwyższy zająć się tym, czego nie robił już od bardzo dawna – myśleniem, co dalej.
Czy w ogóle – myśleniem.
– Ja bym tam obstawiał jakąś malowniczą gałąź – miauknął szary kocur, ocierając mu się o nogę.
– Zamknij się.
– Och, dobrze wiesz, jak mnie uciszyć.
– Zamknij się bardziej.
To się niestety nie zmieniło po odstawieniu alkoholu, a wręcz przeciwnie – delirki zdawały się zyskiwać na mocy. Koty towarzyszyły Jurijowi na każdym kroku. Raz złapał nawet tego spasłego i skręcił mu kark, ale wówczas ta kupa sierści zaczęła się śmiać opętańczo i spojrzała na niego żółtymi ślepiami, które nie chciały zgasnąć, mimo przetrąconych kręgów.
– I co? – syknęło zwierzę, marszcząc nos. – Jednak istnieję?
Więc starał się nie zwracać na nie uwagi.
Starał się.
– Nie wiem, kurwa – mruczał wieczorami trochę w poduszkę, a trochę do Wolborg. – Mam iść na cmentarz i odprawić jakiś pierdolony rytuał? Ugotować zupę z kota? Naszczać na pomnik?
Rozdział zatytułowany „Hiwatari” był już ostatecznie zamknięty i żaden z nich, ani stary Voltaire, ani Kai, nie powinni wpływać na decyzje Jurija, a mimo to miał wrażenie, że kręci się wokół nich jak gówno w przerębli.
– Całkiem słuszne – podpowiedziała ruda kotka, która dołączyła do szarego spaślaka.
Hiromi chciała go w Moskwie ze względu na to, że był szkolony na żołnierza. On, Borys, Siergiej, Ivan i całe hordy podobnych im dzieciaków zamkniętych w Opactwie. Niejednokrotnie sugerowała, że ma to takie samo, o ile nie większe znaczenie jak fakt, że Ivanow zbuntował się przeciwko BEGA. Jeśli coś w jej wywodach mogło do Jurija przemówić naprawdę, to właśnie ten wątek – Balkow nadal żył. Nadal mógł działać, z Hiwatarimi czy bez nich, choć bez z pewnością było mu trudniej.
Teraz cały świat beybladeingu skupiał się na M&K. Jedni z wypiekami na twarzy śledzili nowe rozgrywki, inni się do tego nie przyznawali, BBA i BEGA miały już właściwie status sportowych federacji i niczego więcej, a na drugim planie kłócono się o to, czy protesty Nowego Świtu i Biovoltu faktycznie wynikają z przekonań, czy może raczej ze spadających obrotów korporacji.
O Balkowie i jego dawnych marzeniach nikt już nie pamiętał.
To było w jego stylu – usunąć się w cień, zniknąć na długie miesiące, a w międzyczasie opracowywać kolejny atak. Przecież już to kiedyś zrobił i tylko splot okoliczności sprawił, że nie odniósł całkowitego zwycięstwa. Teraz mógł być jeszcze groźniejszy, bo po tamtej porażce, a wszystko zdawało mu się sprzyjać. Moraliści mieli większe problemy niż pranie mózgów, przemoc wobec dzieci i wątpliwe eksperymenty, skoro na stadionach ginęli zawodnicy, ewentualna dyskusja kompletnie zmieniła kierunek, a ci, którzy wcześniej stanęli BEGA na drodze – zwłaszcza Takao Kinomyia – zostali usunięci z planszy.
Ale jeśli Hiromi mówiła poważnie o tym wątku i jeśli naprawdę chciała wciągnąć w to Jurija, to proszę bardzo, skurwiela należało powstrzymać. Ale Ivanow miał jeden warunek – zrobi to po swojemu. Bez przebierania się za pingwina.
Potrzebował tylko informacji.

*

To wszystko po prostu za bardzo składało się w całość, żeby myśleć tylko o zbiegu okoliczności. W pierwszym odruchu Miguel chwycił za telefon, ale szybko uświadomił sobie, że po pierwsze, Hiromi pewnie już doskonale o wszystkim wie, a po drugie, i tak by nie odebrała, widząc jego numer, o ile go nie zablokowała.
Nie, to nie miało sensu. Należało podejść do tej sprawy inaczej.
Miguel nie był pewien, czy nawet mobilizując cały swój upór i zacięcie dałby radę MingMing. Leonor miała w tej kwestii sporo racji – przede wszystkim był niedoświadczony i mocno zaangażowany w sprawę emocjonalnie. Łatwo było trafić go w czuły punkt, nawet strzelając na oślep, a nie miał dość zimnej krwi, żeby zakładać, że takie ataki zawsze wytrzyma i w końcu nie zrobi publicznie czegoś naprawdę głupiego. To, że nie najlepiej radził sobie ze stresem, też było w końcu prawdą. Kiedyś… Kiedyś niewiele mogło go ruszyć, jeśli już się z tym oswoił. Był zdenerwowany tylko podczas pierwszego dużego meczu, tylko podczas pierwszego razu, gdy trybuny były wyraźnie przeciwko niemu, tylko podczas pierwszej konfrontacji z Barthezem. Potem to był już zbadany teren ze zbadanymi reakcjami otoczenia, wśród których można było się jako tako swobodnie poruszać, a nawet nimi sterować.
Tak, to prawda, oberwał, nigdy się do końca nie pozbierał i wiedział o tym, ale co innego mu pozostawało poza funkcjonowaniem na tyle sprawnie, na ile to możliwe? A takie akcje naprawdę nie zdarzały się często, głównie w naprawdę ekstremalnych sytuacjach, jak wówczas, gdy odjechał po samobójstwie Julii. Miguel nie sądził więc, by było się czym martwić akurat w tym względzie.
Leonor źle trafiła i Bóg jeden wie, co sobie o nim teraz myślała, ale jeśli spodziewała się histeryka, to mocno przestrzeliła.
Miguel zaczął się gorączkowo zastanawiać, czy przypadkiem dziennikarka nie ma do niego kontaktu. Trochę się obawiał, że mogłaby dołączyć do hordy natrętnych ciotek.
Trochę się obawiał, a trochę chyba tego chciał.
No nic, zostawała jeszcze kwestia SMS-a. Trzeba było się dowiedzieć, kto go napisał i czego tak naprawdę chciał, bo w to, co twierdziła książka telefoniczna, Miguel nie uwierzył.
Claude nie żył. Nic nie mogło tego zmienić.

*

Rei podskoczył, wyrwany z głębokiej medytacji nagłym hałasem zza ściany.
Hiromi wrzeszczała, a rumor mógł być odgłosem przewracanych mebli. Kon bez zastanowienia wybiegł ze swojego gabinetu i wpadł bez pukania za jej drzwi.
Nie zastał tam jednak spodziewanego napastnika.
Tachibana stała pośrodku pobojowiska i z zacięciem waliła krzesłem o zrzucone z regału segregatory.
– Hiromi!
Obróciła się ku niemu z uniesionym meblem i zwierzęcą nieomal wściekłością na twarzy.
– Zabiję tę dziwkę – wysyczała, patrząc Reiowi prosto w oczy.
– Co…?
– MingMing. Zabiję MingMing. Jej własnymi stringami. Przysięgam.
Kon zamrugał i na wszelki wypadek nie podchodził bliżej.
– Ale najpierw odłóż krzesło – zaproponował uspokajającym tonem.
– Co? Ach – Hiromi jakby dopiero w tym momencie zorientowała się, co zrobiła ze swoim gabinetem. Rozejrzała się po nim nieco bezradnie, po czym odstawiła mebel. – Należało się kurwie.
– Tak, bez wątpienia, ale odłóż już…
– Nie mów mi, co mam robić!!! – wydarła się Tachibana, a Kon odruchowo cofnął się o krok.
Krzesło wylądowało jednak na podłodze.
– OK. – Hiromi ścisnęła nasadę nosa. – To spokój. Muszę się zastanowić. Na chłodno. – Zaczęła chodzić po gabinecie, nie zważając na porozwalane segregatory.
– Mhm. Ale powiesz mi, co się właściwie stało? – Rei bez pytania ruszył w kierunku barku i wyjął z niej szklankę i opróżnioną do połowy butelkę brandy.
– A CHUJ JEJ W DUPĘ! ROZPIERDOLĘ! ZABIJĘ! ZNISZCZĘ! WYKRĘCĘ SUTY I PUSZCZĘ PRZEZ MOSKWĘ W WEŁNIANYCH BARCHANACH! A na koniec… – Tachibana dyszała, mrużąc oczy w sposób, który wywoływał ciarki. – Na koniec umówię na randkę w ciemno z Kennym.
– Oj.
Hiromi opadła na skórzany fotel i dłuższą chwilę gapiła się przed siebie szklanym, mętnym wzrokiem, zwiesiwszy ręce między kolanami. Rei podszedł więc, chwycił ją za prawy nadgarstek, uniósł, a do dłoni wcisnął szklankę z brandy. Dopiero potem usiadł na kanapie, cierpliwie czekając, aż menedżerka dojdzie do siebie.
Po około trzech łykach coś wreszcie zaskoczyło w jej mózgu.
– Wiesz, co ta cipa zrobiła? – warknęła, a Kon ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć, że nie i właśnie tego próbuje się dowiedzieć. – Oświadczyła dzisiaj, że będzie promować dyski M&K.
– Oj.
– Ciekawa jestem, czy jest taka mądra i sama z nich korzysta – prychnęła Hiromi z nieukrywaną pogardą i zmieniła pozycję na znacznie właściwszą dla siebie, z plecami na oparciu i ramionami na podłokietnikach. – Wiedziałam! – uderzyła pięścią w obicie, a brunatny płyn w szklance zakołysał się, omal nie wylewając się na ściankę. – Wiedziałam, że jej obecność na liście gości jest podejrzana! Rei?
– Hm?
– Musimy sprawdzić jej kontakty z Romero. Chcę wiedzieć, czy uknuli to razem, czy dał się wrobić.
– Dobry pomysł.
– Dam znać Mystelowi, zajmie się tym. Widziałeś gdzieś moje papierosy?
Kon spojrzał bezradnie na bałagan.
– Obawiam się, że nie.

*

– I kto tu jest genialną biczą? Ty, moja śliczna.
MingMing uśmiechnęła się do swojego lustrzanego odbicia i posłała mu całusa.
Odepchnęła się nogą od toaletki i odjechała na krześle na kółkach, nieomal w locie łapiąc leżące obok brokatowe rękawiczki do łokci. Wciągnęła je wprawnym ruchem, wstała i ściągnęła łopatki, wypychając pierś.
Tłum rozgrzanych fanów pod sceną już skandował jej imię. Słyszała go nawet tu, na zapleczu Michigan Stadium.
– Och, jesteś boginią, MingMing – zachichotała. – Kocham cię.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 21 lipca 2016, 09:23

XIII
I WISH I COULD TRUST YOU

– Panie Ivanow, przyjaciele przyjechali pana odebrać.
Uniósł rudą brew.
– Przyjaciele?
Wasilij Markov, jeden z tutejszych pasterzy, zmierzył go wzrokiem.
– No, jacyś ludzie w każdym razie.
Jurij zarzucił sobie torbę na ramię i wyszedł bez pożegnania. I tak dość się naczekał.
Faktycznie – na podjeździe stał samochód, zielona, nieco pokancerowana Wołga. O maskę opierał się Ivan, którego Jurij w pierwszej chwili nie zauważył, bo kurdupel nie urósł od swoich trzynastych urodzin ani o centymetr i to chyba nie zamierzało się już zmienić.
– Łoho, Psie, dobrze cię tu karmili – rzucił i zaciągnął się własnoręcznie zwiniętym papierosem. – No, Szarik, do wozu!
Jurij bez słowa wpakował się na siedzenie pasażera, tuż za wielką górą mięśni, w której rozpoznał Siergieja.
– O, cześć, Psie.
Ivanow rozparł się i odetchnął głęboko. Poczekał, aż Papow skończy palić i zatrzaśnie za sobą drzwiczki auta.
– Dlaczego wy? – zapytał wprost, patrząc na ich odbicia w lusterku.
– Co?
– Dlaczego wy i skąd wiecie, że tu byłem?
Siergiej pozostał niewzruszony, a Ivan przewrócił oczyma.
– Naprawdę myślałeś, że to zostanie tajemnicą, szefie? Że kto jak kto, ale ja się nie dowiem? – uśmiechnął się zawadiacko.
– Kurdupla wzięli do Specnazu – wyjaśnił Petrow.
– Aha.
Odpaliły silniki, Wołga odjechała spod ośrodka.
– Tachibana was przysłała?
– Nie.
– Ale ktoś z Biovoltu?
Zapadło milczenie.
– Aha.
Wjechali w świerkowy lasek, który Jurij pamiętał jak przez mgłę.
– Nie, serio, nie róbcie sobie jaj.
Ivan westchnął.
– Szefie. Tylko dlatego, że to ty – powiedział. – Mystel to zorganizował. Jest tu nieopodal taka ustronna rezydencja. Tam możesz się zatrzymać.
– I dalej być na usługach Biovoltu? – Jurij splótł ramiona na piersi.
– Nie do końca. Zdaje się, że to jego osobista inicjatywa. Mamy sporo do obgadania, szefie.
Jurij zapatrzył się zmrużonymi oczyma na krajobraz za szybą.
– A Borys? – spytał w końcu.
– Nie dostał przepustki.
Lasek urwał się, niemal natychmiast przechodząc w wielkie nic, na którego skraju już dało się dojrzeć ponure, olbrzymie falowce moskiewskiego przedmieścia.
– Pakujecie mnie w gówno.
– Szefie…
– Pakujecie mnie w gówno, więc jesteście mi winni przysługę. Pierdolić daczę Mystela, najpierw jedziemy na Nowodziewiczy.

*

MingMing apeluje: „Wprowadźcie obowiązkowe badania dla zawodników!”

Koreańska gwiazda muzyki pop zaapelowała w sobotę podczas inaugurującego nową trasę koncertu w Michigan o obowiązkowe badania dla zawodników uprawiających beybladeing. „To nie do uwierzenia! – mówiła wzruszona piosenkarka. – Tylu młodych ludzi ginie podczas meczów, a władze federacji niczego z tym nie robią. Łatwiej jest zwalać winę na sprzęt, zamiast finansować badania, zwłaszcza profilaktykę chorób serca i działania antydopingowe. Dlatego zgodziłam się współpracować z firmą M&K, żeby sprzeciwić się niesłusznej nagonce, której celem jest ukrycie prawdziwego problemu.”


Kolejny podobny tytuł, kolejny podobny tekst.
Miguel przejrzał jeszcze pozostałe wyniki wyszukiwania, ale już bez większego zaangażowania. Wiedział, na czym stoi… No, nie on tak dokładnie. Raczej Hiromi i jej ludzie, bo przecież tak realnie wyglądał układ. Tylko że także jego poproszą w najbliższym czasie o komentarz i szczerze miał nadzieję, że nie odbije się on szerokim echem. Wątpił, by przez osiem godzin, jakie zostały do potencjalnego spotkania z dziennikarzami, zdołał wymyślić coś odpowiedniego.
Przerzucił się na poszukiwanie komentarzy z Biovoltu, BBA i BEGA, licząc na to, że znajdzie wskazówki.
Bo przecież mówienie prawdy, tylko prawdy i samej prawdy nie mogło zadziałać – tyle zdołał się nauczyć na swoich błędach i obserwowaniu Tachibany w akcji. Nikt nie oczekiwał od niego szczerości, musiał snuć spójną i możliwie łatwą do zaakceptowania opowieść.
Skupić się.
W tym celu na razie odłożył śledztwo w sprawie SMS-a, zepchnął ją na margines – co, musiał przyznać, było też na swój sposób wygodne – i przynajmniej próbował znaleźć rozwiązanie.
Jeśli pytanie padnie, odmowa komentarza, podobnie zresztą jak nie zjawienie się na bankiecie ministerstwa sportu, będzie traktowane jako przyznanie się do porażki. Walkower. Więc nie, nie w chodziło w rachubę.
Ale chyba złapał trop. Zmienił kryteria wyszukiwania.

*

Jurij patrzył na monumentalny, ponury grobowiec rodziny Hiwatari z uniesioną brwią. Pod datą śmierci Kaia i informacją o jej tragicznych okolicznościach ktoś wypisał oczojebnym pomarańczowym sprayem: NO I DOBŻE.
– Dziwnie się tu czuję – przyznał Ivan.
– No co ty nie powiesz.
– Po co tu właściwie przyjechaliśmy, szefie?
– Nie wyraziłem się jasno? – Spojrzał przez ramię na Papowa. – Po prostu chciałem. I stul wreszcie pysk, jesteś, kurwa, na cmentarzu.
– Jakoś mi się nie chce wierzyć, że klepiesz paciorek.
Jurij wydał z siebie dźwięk zawieszony pomiędzy krótkim warknięciem a szczekiem. Ivan zamilkł i wycofał się w głąb alejki. Po drodze trącił Siergieja w ramię i brodą pokazał mu, żeby także się oddalił.
Jurij został sam na sam z martwymi Hiwatarimi.
– Mam nadzieję, że smażycie się w piekle – syknął.
Sceneria była zupełnie nie taka. Powinno wiać i zacinać deszczem, powinny być pożółkłe liście i mętny półmrok, a tymczasem słońce świeciło jak szalone, po Ivanowie pot lał się strumieniami, a Wolborg skomlała żałośnie z przegrzania. Koszulka zupełnie już przylepiła się do pleców, a nagrobek wydawał się nieomal pogodny, zalany silnym blaskiem i strzelający w czyste, błękitne niebo.
Jurij gapił się na mosiężne, niekompletne już litery na tablicy Kaia, próbując wyryć pod powiekami i jego imię, i datę śmierci. I pomarańczowy napis – namacalne dowody na to, że już po wszystkim.
– Wiesz, co ci powiem? – mruknął, pakując zaciśnięte w pięści dłonie do kieszeni. – Nie chodzi nawet o to, że mnie zdradziłeś. Od dawna wiedziałem, że jesteś nielojalnym sukinsynem. O żadną ze zdrad. Chodzi o to, jak mnie potraktowałeś – głos Jurija przeszedł w syk, oczy się zwęziły, a mięśnie twarzy i pleców napięły do granic możliwości. – Jak mięso. Jak towar. Jak Balkow i twój pierdolony dziadek, kiedy topili mnie w kisielu. Zrobiłeś dokładnie to samo. Nie zapytałeś. Nie dałeś wyboru. Nienawidzę cię i twój pech, że tym razem nie potrzebowałem tyle czasu, żeby to zrozumieć. Nie wiem, czego oczekiwałeś, ale mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił, patrząc, jak rozpierdzielam wszystkie twoje marzenia.
Jurij obrócił się, zamierzając odejść, ale jednak nie ruszył. Raz jeszcze spojrzał na zdewastowany pomnik.
– I wiesz co ci powiem? Koty są żałosne. Postaraj się i chociaż mnie wystrasz, to wtedy może pogadamy.

*

Hiromi pochyliła się nad stolikiem, wpatrzona z napięciem w monitor. Jakkolwiek nienawidziła MingMing i nadal miała ochotę brutalnie ją zamordować, jedno musiała suce przyznać – postawiła obie federacje pod ścianą. Ostatecznie spolaryzowała środowisko i zmusiła jego członków do jednoznacznych deklaracji.
Robiło się coraz ciekawiej.
– Srają po gaciach – skomentowała wypowiedź pana Daitokuijego. – Zaszachowała ich. Jeśli przyznają, że nie ma kontroli antydopingowych, otworzą M&K drogę do monopolizacji rynku i uzależnienia ich od siebie. Jeśli stwierdzą, że kontrole są wystarczające, przyznają, że dopuszczają potencjalnie śmiertelną technologię.
– Więc będą tak bełkotać bez sensu – westchnął siedzący obok Rei. Odwinął z papieru jedną z przyniesionych przez siebie kanapek i podał Tachibanie.
– Nie da się tak w nieskończoność. Jestem tylko ciekawa, kto wsypie pierwszy, BBA czy BEGA.
– Polecą głowy.
– Polecą – przytaknęła Hiromi. – Myślę, że o to w gruncie rzeczy chodzi. Musimy trzymać rękę na pulsie i być gotowi wcisnąć tam swoich ludzi.
– Zanim zrobi to M&K.
Tachibana urwała listek ze stojącego obok kanapy fikusa i zaczęła się nim bawić.
– Niekoniecznie – pokręciła głową. – Ani Mizuhary, ani Kinomyi nie obchodziły nigdy wpływy. Nie tak naprawdę. Matka Maksa jest po prostu naukowcem. Może ładna blondyneczka, ale w głębi duszy to Mojo Jojo.
– …co…?
– Nie oglądałeś „Atomówek”? Nieważne. No i Hitoshi też, zrobił wokół siebie sporo szumu, ale w końcu głównie po to, żeby zobaczyć co się stanie, kiedy uznał, że z Takao więcej fajerwerków nie wyciągnie. Oni po prostu lubią wsadzać palce do kontaktu. Głównie cudze. Za MingMing stoi ktoś inny, a M&K to tylko środek do celu, mogę się założyć.
W tym momencie rozległo się pukanie i do gabinetu wślizgnął się Mystel, jak zwykle rozpromieniony, choć tym razem chyba nie myląco, bo cała jego postawa zdawała się krzyczeć, że wreszcie przynosi dobre wieści.
– Czołem, myśląca części zarządu – rzucił i usiadł na kanapie obok Hiromi.
Nie objął jej, nie pocałował, nie wykonał żadnego gestu, jaki mężczyzna mógłby wykonać, witając się z kobietą, z którą najwyraźniej jest bliżej, ale coś w sposobie zachowania obojga nie pozostawiało wątpliwości co do unoszącej się między nimi chemii. Było po prostu na tyle subtelne, by nie dało się tego zauważyć bez odpowiedniego nastawienia, a ani Tachibana, ani Mystel najwyraźniej nie zamierzali nikomu ułatwiać sprawy.
– Cołem, gekonie.
– Jurij wyszedł – oświadczył, nie czekając, aż ktoś zada odpowiednie pytanie. – Nie pije, nie pali i gdyby tylko jeszcze przestał przeklinać, stałby się niewinny jak to dziecię.
– Nie pije? – Hiromi spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Na to wygląda.
– Wow…
– O to chodziło, nie? – uśmiechnął się Rei.
– Chodziło, tylko… O, wow.
– No to tyle, mam go na oku, zobaczymy, co dalej. W czym właściwie przeszkodziłem? – Mystel spojrzał na Kona pytająco.
Niebezpieczny drań, przemknęło przez myśl Chińczykowi, kiedy patrzył w te jasne, wesołe oczy. O dobrych w gruncie rzeczy intencjach, ale niebezpieczny. Nie zmieniało to jednak faktu, że zarówno w jego towarzystwie, jak i przy Hiromi, czuł się zwyczajnie dobrze. Na tyle dobrze, że może… może nawet, na razie ostrożnie, był skłonny przyznać, że sprawy przybierają lepszy obrót.
Jego sprawy.
I to wcale nie musiał być zły znak. Reia od zawsze uczono, że nadmiar wygody prowadzi do lenistwa, a on miał jeszcze wiele do zrobienia.
– Przeglądamy właśnie reakcje na wystąpienie Smerfetki – odparła Hiromi. – Syf, pożoga i ogólny popłoch, dyplomacją się tego nie załatwi. Skończyliśmy na kminieniu, kto będzie próbował poobsadzać stołki, kiedy już odeślą dziadów na emeryturę.
– Dawny Biovolt – odparł Mystel bez zastanowienia i nawet na jego twarzy dało się dostrzec chwilową przynajmniej powagę. – Mają agentów w Moskwie. Jestem niemal stuprocentowo pewien, że tamta niefortunna rozmowa Brooklyna Z Berthezem nie stanowiła przypadku, choć chyba ktoś liczył na większe fajerwerki. Są tu obaj, i Barthez, i Balkow. Kto wie? Może wreszcie trafiliśmy na wyraźny ślad tego drugiego.

*

To był fatalny dzień na oficjalne spotkania z wielu względów, ale głównie przez temperaturę. Ranga organizatora i powaga ministerstwa uniemożliwiały zdjęcie marynarek czy choćby rozluźnienie krawatów, wino stało nieomal nietknięte, bo alkohol za szybko uderzał do głów, a panie co pół godziny pielgrzymowały do łazienki poprawiać spływający od potu makijaż.
Biby na Arbacie to na pewno nie przypominało.
Zresztą Miguel i tak głowę miał zajętą potencjalnymi odpowiedziami na potencjalne pytania. Kiedy się wreszcie posypały, poczuł nieomal ulgę, że wreszcie może je usunąć z przegrzanego mózgu.
– Beybladeing to wbrew pozorom sport, w którym kondycja psychiczna ma większe znaczenie niż fizyczna. Stosowanie fizycznego dopingu mijałoby się zatem z celem, zresztą nie pamiętam żadnego przypadku zażywania podejrzanych środków przez któregokolwiek z zawodników. Jeśli z kolei chcemy mówić o dopingu wpływającym na psychikę, to przecież dyski firmy M&K tym właśnie w istocie są – wyrecytował, sam dziwiąc się, że utrwalił sobie całą formułkę w takim stopniu.
– Tak czy inaczej, możemy się zgodzić, że zarówno BBA, jak i BEGA dopuszczają do użytku swego rodzaju doping – zauważyła bardzo chuda blondynka w krótkich do ramion włosach, gdy tylko dziennikarze dali mu spokój. – Monica Kelley – przedstawiła się z łagodnym uśmiechem bladych warg pociągniętych jedynie bezbarwnym błyszczykiem. – Pan Lavalier, jak mniemam?
Miguel usłyszał trzaskające flesze i wiedział już, że to spotkanie nie przejdzie bez echa. Całkiem możliwe, że zostało zresztą wyreżyserowane.
– Zgadza się. Bardzo mi miło. – Uścisnął dłoń blondynki, przywołując na twarz odpowiedni uśmiech. Spędził nieco czasu na ich ćwiczeniu.
– Ogromnie się cieszę, że ktoś jeszcze mówi o tym głośno. – Dziewczyna we wszystkim, co robiła, wydawała się naturalna i swobodna. Prosta sukienka, oszczędny makijaż, cichy głos, to automatycznie musiało do niej przekonywać i budzić zaufanie. – Mój brat, Moses „Crusher” Kelley, zajął się profesjonalnym beybladeingiem, żeby sfinansować moje leczenie. A teraz – westchnęła z autentycznym smutkiem – zostały mi po nim jedynie wspomnienia. Więc nie mogę znieść, kiedy ludzie patrzą obojętnie na działania federacji i dalej pasjonują się tą… rzeźnią.
Nie kłamała. We wszystkim, co mówiła, czuć było przekonanie i prawdziwe emocje. Ale równie dobrze mogła zostać zmanipulowana, a Miguela niepokoił fakt, że dziewczyna zdaje się w ogóle nie atakować M&K, skupiając się jedynie na władzach BBA i BEGA. Po tym, jak spędził ładnych kilka godzin na prasówce, łatwo było mu sobie wyobrazić, że to nie zbieg okoliczności.
Na wszelki wypadek nie zamierzał dać się poprowadzić w tę stronę.
– Federacje byłyby zapewne mniej liberalne, gdyby nie ogólne przyzwolenie na krew na stadionach – odparł.
– Tak, słyszałam, jakie jest pana zdanie na ten temat. – Nie patrzyła na niego wrogo, ale jednak odrobinę chłodniej niż jeszcze przed chwilą. – Ja jednak uważam, że kontuzje podczas uprawiania sportu to naturalna konsekwencja, ba, zdarzają się wypadki śmiertelne także w innych dyscyplinach. Jeśli jednak świadomie dopuszcza się technologię w tak drastyczny sposób obniżającą bezpieczeństwo… – Monica potrząsnęła głową.
– I bez niej stadiony byłyby pełne, myślę, że to nie federacje czerpią główne zyski z tego, co się dzieje. Wie pani, że dyski M&K są obecnie niemal dziesięć razy droższe niż standardowy HMS? Tymczasem materiały wykorzystuje się podobne, proces technologiczny też nie może być szczególnie skomplikowany. A jednak… – Miguel dyskretnie rzucił okiem dookoła, sprawdzając, ilu ma potencjalnych słuchaczy. – Biorąc pod uwagę niebezpieczne dla życia konsekwencje, nieodwracalność zmian, głębokie uzależnienie od beybladeingu i wiek zawodników, to gorsze niż sprzedawanie dzieciom cukierków z heroiną, prawda? Więc nawet jeśli federacje zakazałyby używania dysków M&K podczas zawodów, najgorsze już się stało i interes będzie kręcił się dalej. A może nawet lepiej, bo zakazane zawsze jest bardziej kuszące.
Wiele by dał, żeby mieć teraz przy sobie Hiromi. Mógł się z nią nie dogadywać, ale znajomości rzeczy nigdy by jej nie odmówił, a przy tym jej oddanie sprawie nie ulegało wątpliwości i jej rady z pewnością byłyby godne zaufania.
Ale bilet do Moskwy już czekał.

*

Dacza Mystela była całkiem sympatycznym domkiem, ukrytym pośrodku niewielkiego lasu. Trochę jak to całe „Świerkowe zacisze”, łącznie z imponującym płotem i hordą ochroniarzy, z tym, że Jurij z pewnością nie zamierzał zostać tu tak długo, nawet jeśli miejscówka miała taras i odpasiony salon.
– No dobra – zaczął rozwalając się na kanapie, na wprost szerokich jak Dniepr pleców uwijającego się w aneksie kuchennym Siergieja – to jak wygląda sytuacja. Tylko bez niepotrzebnego pierdolenia.
Nawet Petrow przestał na chwilę kroić składniki na wyżerkę.
– W dwa tysiące trzynastym, kiedy rozwiązano Opactwo, było nas stu sześćdziesięciu czterech podopiecznych – powiedział Ivan, siadając naprzeciwko. – Stu siedemnastu zaginęło bez wieści w przeciągu ostatnich trzech miesięcy.
– Kurwa…
– W większości zresztą poznikali z placówek wojskowych. Rozumiesz? Ktoś ich sprzątnął sprzed nosa żandarmerii. Do tego nie wystarczy spryt. Do tego trzeba mieć wpływy jak chuj.
– Balkow – wypalił Jurij bez zastanowienia i jego szponiasta, chuda dłoń zacisnęła się na poręczy kanapy.
– Jego ludzie kręcą się po Moskwie. Na pewno jest w niej Barthez, więc tak, zdaje się, że Balkow.
To oczywiście miało sens. Miało sens, bo Mystel miał osobiste porachunki z byłą BEGA i na pewno dostrzegał zagrożenie ze strony dawnych ludzi Hiwatariego dla obecnego Biovoltu. Z kolei wcześniejsze sugestie Hiromi, cała ta dziwna rozmowa o wojsku, mogły wskazywać na to, że owszem, wiedziała o tej sprawie. I owszem, miała ją na uwadze, nawet jeśli – co możliwe – dysponowała niepełnymi informacjami.
Dlaczego nie powiedziała wprost, co się dzieje?
– Tachibana. Ile ona wie?
– Pewnie tyle, ile powiedział jej Mystel. – Ivan zaczął wyciągać na stół tytoń i bibułki. – Skręcić ci? Nie to nie. Wiesz, to nie jest nagłośniona sprawa. O tym się nie mówi w Specnazie, a dopiero co gdzieś indziej. Do mediów nie przeciekły nawet plotki.
Ivan musiał przyznać, że to sporo wyjaśnia.
– A Mystel?
– Nie wiem, czy zna dokładne dane, ale na pewno ma świadomość, że zjawisko jest spore. Facet potrafi się wkręcić, zaszyć i słuchać, co się mówi. Niekoniecznie do niego. Dobry jest, ale też ostrożny. Nie odsłonił wszystkich kart. Akurat tyle, żebym wiedział, że przyjrzał się temu uważnie i kuma, w czym rzecz.
– Ivan, nie podoba mi się to. – Jurij zmrużył oczy jeszcze bardziej.
– Co konkretnie w tym momencie?
– Te układy. Z Tachibaną i jej ludźmi.
– Mi też szefie. – Papow odpalił skręta. – Ale nie mamy wyboru. Jeśli chodzi o Mystela, wiemy przynajmniej tyle, że jest wkurwiony na Balkowa i zrobi wszystko, żeby podpalić mu tyłek. Ale…
– Ale lepiej pilnujmy sobie pleców.
– Tak.

*

To zwykle zaczynało się w ten sam sposób – od ucisku w skroniach, bólu dziąseł i łopatek. Charakterystyczny zestaw, którego nie dało się pomylić z niczym innym.
Miguel, uśmiechając się uprzejmie i odpowiadając na pozdrowienia, przemykał do łazienki. Kiedy wreszcie zamknął za sobą drzwi, odetchnął z ulgą i opadł czołem na chłodne kafle na ścianie.
Nudności oczywiście też się pojawiły, ale nie w takim stopniu, żeby trzeba się nimi przejmować. Bardziej uciążliwe było palenie w przełyku.
Lavalier wiedział, co będzie następne. Szybko przeszukał kieszenie, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma w nich zapalniczki. Często – za często – zdarzało się, że zabierał jakąś zupełnie bezwiednie, a potem bezbłędnie znajdował. Wydawało mu się, że przed wyjściem zadbał o to, żeby tym razem Gargoyle nie wyciął mu numeru, ale nigdy nie mógł być niczego pewien.
Wszystko wskazywało na to, że tym razem jednak się udało.
Miguel spojrzał w lustro. Prócz warstewki potu, którą solidarnie pokryli się wszyscy uczestnicy bankietu, dostrzegł inne symptomy nadchodzącego koszmaru – zaczerwienienia w okolicach skroni i przekrwione białka.
– No, Kopciuszku – mruknął do siebie. – Czas zwiewać z balu.

*

Siergiej wreszcie postawił swoje dzieło na stole. Składało się z mięsa, mięsa oraz mięsa, słoniny jako wkładki i czosnku jako warzywa. Czyli dokładnie tego, z czego powinno.
Tylko wódki nikt nie zaproponował.
– Balkow wie o mnie? – spytał Jurij, w którego głowie kolejne informacje układały się w niepokojący łańcuch wniosków.
– O tobie i Wolborg? Cóż, nikt nie robił z tego wielkiej tajemnicy, nie? – Ivan zanurzył chleb w tłustym gulaszu.
– Nie wiem. Niezbyt wiele pamiętam z tamtego czasu.
– No to ci mówię, że Kai nie był jakoś tam bardzo zawstydzony aferą. Znasz go… znałeś. Jak mu coś już wyszło, to się nie mógł powstrzymać.
Jurij zacisnął szczęki.
Próbował odganiać wspomnienia, bo przeszkadzały jasno myśleć, ale i tak przelewały się między uszami plątaniną obrazów, odczuć i głosów.
A nade wszystko zapachów.
Antyseptyki, zjonizowane powietrze, aluminium, jeszcze więcej antyseptyków. Pierwszy kontakt z Wolborg we własnym ciele nie należał do najprzyjemniejszych. Ivanow miał wrażenie, że bestia rozrywa go pazurami od środka. Wyła w jego umyśle i skomlała, miotając się jak opętana.
O ironio.
– Żyjesz?! – pytał Kai ze wspomnień.
Jurij całym sobą pragnął wtedy dać mu w tę wykrzywioną zmartwieniem czy to o niego, czy bardziej o eksperyment mordę, ale leżał na kaflach powalony, ledwie zdolny łapać powietrze w nagle za duże, za bardzo rozdęte płuca. Coś z niego ciekło. Drżał, szczękał zębami i gdyby nie to, że Hiwatari coś w nie w końcu włożył, najpewniej odgryzłby sobie język.
– Tak, udało mu się – zawarczał Jurij, a Ivan i Siergiej wzdrygnęli się, wciąż nieprzyzwyczajeni do tego, że ich dawny kapitan ma teraz w zwyczaju obnażać przy tym kły.
Do tego, że próbuje jeść prosto z miski, też nie przywykli.
– No więc – odchrząknął Papow, bo Petrow zawsze milkł, kiedy istniała szansa, że ktoś inny przejmie rolę tego mówiącego – szanse, że Balkow wie o Wolborg są więcej niż stuprocentowe.
– Tym bardziej powinienem się jej pozbyć.
Ranisz moje serce.
– Tym bardziej potrzebujemy Biovoltu. Pracują nad odkręceniem tego gówna.
Jurij prychnął.
– Tia, podobno. Nawet pozwoliłem zrobić sobie lewatywę w słusznej sprawie. Ale postępów jakoś nie widać.

*

Wpatrzony w dogorywającą zapałkę, nie usłyszał, kiedy podeszła.
– Hej – odezwała się niespodziewanie cicho, jakby nie chciała go spłoszyć.
Obrzuciła badawczym spojrzeniem najpierw jego skuloną na parkowej ławce pod jakarandą postać, a potem stos wypalonych drewienek i pogniecionych pudełek pod nią.
Płomień wreszcie zgasł. Dokładnie między jego palcami.
– Przyszłaś.
– Wiesz…
– Dziękuję.
Chwilę stała w milczeniu, jakby niezdecydowana, co powinna zrobić. Niedobrze. Przecież miała wiedzieć. Była z tych, którzy zawsze wiedzą.
Ostatecznie jednak usiadła obok i westchnęła.
– Miguel, jeśli potrzebujesz pomocy…
– Wiem, nie powinienem zawracać ci głowy. Prawie się nie znamy. No i już mi raz pomogłaś.
– Nie, nie o to chodzi…
Nie mógł się zmusić, żeby na nią spojrzeć, a choć tyle był jej chyba winien. Za każdym razem jednak, gdy choćby o tym pomyślał, kark sztywniał mu na kamień.
– Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że to wykorzystuję – szepnął i poczuł, że głos też traci. – Ja po prostu…
– Nie miałeś do kogo się odezwać.
– Tak.
Leonor zapatrzyła się na parkowy stawek. Milczała dłuższą chwilę, to składając piramidkę z dłoni, to splatając palce.
– Przestraszyłam się – przyznała w końcu. – Kiedy zadzwoniłeś. Ale bardziej, kiedy się rozłączyłeś, chociaż prosiłam, żebyś został na linii.
– Przepraszam.
Nie mógł się przyznać, dlaczego to zrobił, choć pewnie i tak widziała przekrwione oczy i pewnie już mylnie je zinterpretowała. Zresztą wcale nie zamierzał tego robić, chciał tylko odłożyć telefon, ale palec mu się omsknął, a potem przez jakiś czas słabo widział ekran.
– Kiedy wracasz do Rosario? – zapytała.
– We wtorek.
– Jest tam ktoś?
– Tak.
Westchnęła ponownie.
– Jesteś fatalnym kłamcą, wiesz? W ogóle jest ktoś? Gdzieś? Gdziekolwiek?
Milczał, walcząc z chęcią odpalenia kolejnej zapałki. Tak naprawdę wiedział, że nie powinien siedzieć tu, a na komisariacie. Gdyby był naprawdę odpowiedzialnym gościem, tak odpowiedzialnym, za jakiego go przez lata błędnie brano, już dawno dobrowolnie oddałby się w ręce policji, przyznając, że ma zapędy piromanckie. Przecież kiedyś w końcu to zrobi. Wywoła pożar, taki pożar, w którym ktoś naprawdę ucierpi. Nie będzie miał dość przytomności umysłu, żeby do kogoś zadzwonić, gdzieś pójść, przeszukać kieszenie, zacząć metodycznie pozbywać się zakupionych pod wpływem impulsu zapałek. System bezpieczeństwa zawiedzie i dojdzie do tragedii.
– Nie chciałem, żeby to poszło w tym kierunku. – Zagryzł wargę, zmusił się wreszcie, żeby spojrzeć na Leonor, na jej zatroskaną twarz i błądzące od niego do stosiku pod ławką i z powrotem spojrzenie. – Wiem, jak to wygląda, ale naprawdę nie chciałem. Ja tylko spanikowałem, prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnie.
– To może być twój problem, młody.
– Co?
– Że nie chcesz, żeby to poszło w tym kierunku.
Miguel wzruszył ramionami, dopiero po fakcie uświadamiając sobie, że ten gest mógł zostać odczytany zupełnie opacznie. Wszystko było w tej scenie zupełnie nie takie, jak trzeba.
– Wiesz, moja praca polega na rozmawianiu z ludźmi – ciągnęła Leonor. – Ba, rozpracowywaniu ich. Znam się na tym. Potrafię szukać wrażliwych punktów i mocnych stron, w które nie powinnam uderzać. Powiem wprost: jesteś dla mnie za słabym przeciwnikiem. I tak, masz się teraz poczuć fatalnie. Jak mięczak. Jak przegrany życiowo.
Ręce Miguela zadrżały, kiedy zgniatał ostatnie, prawie już puste pudełko zapałek. Nie wiedziała, co dokładnie się stało, bo nie mogła wiedzieć, ale mimo to uderzała celnie.
– Nie wiem, co miałeś na myśli według siebie teraz, ale jestem przekonana, że wcześniej to było coś innego. Tak naprawdę wiesz, że stoisz nad krawędzią.
Opuścił głowę i ramiona, czując się, jakby spadał. Przynajmniej tyle, że niepokój w ciele przybierał inną formę.
– Pamiętasz, co powiedziałeś? „Jest ze mną źle”. I powiem ci, że tak. Masz rację. I nie, zupełnie nie tego się spodziewałam, kiedy cię zapraszałam na rozmowę. Nie licz na moje wyrzuty sumienia, bo życie prywatne gości mam w dupie. Jak ci już mówiłam, studio jest studiem. Ale przyznaję, że nie tego się spodziewałam. Widziałam dzielnego młodego faceta, który ma coś do powiedzenia i będzie o to walczył. Całkiem ciekawą postać o niebanalnym życiorysie. Spójrz na siebie i odpowiedz sobie na pytanie, co dostałam w zamian.
Chciał odeprzeć jej atak, ale usta nie chciały się otworzyć szerzej, a z gardła wyszedł tylko nieporadny jęk.
– Nie masz nawet odwagi przyznać, że jesteś cholernie sam i że chcesz to zmienić.
Poczuł na łopatce dotyk. Ciepłą, łagodną dłoń. I to było tak obce wrażenie, tak odległe od wszystkiego, co znał z całego swojego życia, może poza kilkoma krótkimi epizodami, wszystkimi zakończonymi zresztą tragicznie. Zgarbił się, zamknął oczy i zacisnął powieki, ale było za późno. Plecy mu zadrżały.
– Płacz – szepnęła Leonor gdzieś ponad jego głową. – Tutaj nikt cię nie zobaczy.
Nie zrobił tego. Nie potrafił. Czasem chciał, czasem wydawało mu się, że jest blisko, że w ten sposób wreszcie się jakoś oczyści, ale nie potrafił.

*

Jurij nie mógł spać.
Nie to, żeby bezsenność stanowiła dla niego jakąś nowość, nie to także, żeby tu, pośrodku lasu, w spokojnej daczy, była najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się przytrafić. Ale jednak – wciąż, mimo upływu lat, tkwił w tym stanie cierń przeszłości.
Obudzić się w środku nocy w Opactwie, o, to było coś. Ci na górze, Pokrowiciele, oni oczywiście mieli elektryczność, ale dzieciakom zostawało tylko naturalne światło sączące się przez okna i kiedy zapadał zmrok, zapadały również ciemności w sypialniach. Nikt tu nie czytał przy nocnych lampkach, nie słuchał muzyki, nikt nie grał w karcianą wojnę ani Piotrusia. Czasem jakiś desperat próbował rozmawiać, chociaż nie było o czym, a poza tym pod drzwiami zawsze mogło stać Ucho.
Ale wystarczyła chwila w tym mroku i ciszy, żeby przekonać się, że milczenie to tylko pozory, bo mury tu drżą od odległych krzyków i szeptanych drżącymi wargami próśb o litość.
Mały Jurij słyszał niejedną z nich. Niejedną też sam wyjęczał, bo nikt nie rodzi się odporny na ból i upokorzenie. Długo zresztą myślał, że tak właśnie wygląda świat – że albo człowiek marznie i głoduje, albo ma dach nad głową i ciepłe jedzenie, ale musi za to zapłacić. W każdym razie szybko nauczył się, że opuchlizna najlepiej schodzi od śniegu, ale lepiej nie przykładać go do skaleczeń, bo wtedy zaczynają krwawić obficiej. Potem przyszła kolejna lekcja o tym, że żeby przetrwać, trzeba wybrać, czy chce się być członkiem masy, czy walczyć o pozycję alfa. To drugie niosło poważne zagrożenia, ale też pozwalało urządzać rzeczywistość po swojemu – nawet jeśli w ograniczonym zakresie.
Teraz, rzucając się bezradnie po skotłowanej pościeli, miał wrażenie, że znów słyszy tamte skomlenia, że gdzieś wśród nich jest jego własny głos. A kiedy zamykał oczy, widział swoje dłonie, tylko mniejsze, zakrwawione i sine od zimna, oglądane z niedowierzaniem w wielkich, załzawionych oczach.
Wtedy jeszcze marzł. Marzł w wielkich, nieogrzewanych salach Opactwa i podczas karnych „spacerów” na boso po świeżym śniegu. Teraz już niemal nie pamiętał jak to jest. Sam był w końcu zimnem.
Obrócił się na drugi bok, ale tylko po to, by dopadło go inne wspomnienie. Drobny, pół-japoński chłopiec w ciepłych ubraniach dobrej jakości, przechadzający się po dziedzińcu beztrosko, jakby przyjechał tu na wakacje.
Jeden ze straszliwych Proktowicieli pomagał mu właśnie ulepić bałwana.
Inne dzieci bały się do niego podchodzić, oglądały tylko z daleka to egzotyczne zjawisko – jedne zafascynowane, inne, głównie te starsze, z twarzami wykrzywionymi całkiem dorosłą zawiścią. Jurij po raz pierwszy wyłamał się wtedy z szeregu i jak gdyby nigdy nic zaczął iść w kierunku zjawiska.
– Czekaj! – Borys, to chyba był Borys, tak, na pewno… Więc Borys złapał go wtedy za ramię i próbował powstrzymać. – Co robisz?!
– Idę – odparł mały Ivanow bez zastanowienia.
– To Jego wnuk! Zleją cię!
Nie zlali. Za to kazali mu się bawić z małym Kaiem Hiwatarim, a on kompletnie nie wiedział, jak to robić. Więc zaczęli się okładać śnieżkami, a potem pięściami i przyszły dziedzic Biovoltu skończył, siedząc na śniegu i płacząc, z pierwszy raz w życiu rozbitą wargą. Za to Jurij został już oczywiście ukarany. W taki sposób, że nie pamiętał z tamtej nocy niczego, prócz bólu i własnego krzyku.
Ale następnego dnia okazało się, że mały Kai życzy sobie znowu się z nim bawić. I tak to się zaczęło.
Ivanow zerwał się, wstał gwałtownie z kłębowiska przepoconej pościeli i podszedł do okna. Przeczesał palcami wracające powoli do jako takiej kondycji włosy. Patrzył na las. Patrzył na las długo i intensywnie, by przypomnieć sobie, gdzie jest i że właśnie trwa środek lata.
Jest za ciepło i za miękko.
– Może.
Jurij obrócił się znów w stronę pokoju, obrzucił spojrzeniem łóżko, a potem spojrzał na leżący przy nim dywanik. Po chwili zastanowienia zwinął go w rulon i odstawił pod ścianę.
Położył się na podłodze i zwinął w kłębek.
A po chwili zasnął.

*

– Jezu, wszystkie tak macie?
– Hm?
– Wszystkie zawsze jesteście na diecie?
– Pogadamy, jak zamienisz się w tatuśka i wyhodujesz piwny mięsień. Ale daj gryza. – Leonor z lubością wgryzła się w wypełnioną po brzegi cholesterolem empanadę. – Dooobreee… Już czuję, jak mi dupa rośnie.
– Jakbym słyszał Julię. Ale na majonez patrzyła tak, że robiłem się zazdrosny – Miguel zaczął chichotać do wspomnień, przez dłuższą chwilę nie orientując się w ogóle, że to robi.
A kiedy się zorientował, był głównie zdziwiony.
Korzystając z tego, że został trochę z tyłu, gdy przeciskali się przez tłum, dyskretnie spojrzał na Leonor. Nie miał pojęcia, co, jak i dlaczego z nim właściwie zrobiła, ale był jej wdzięczny za każdą chwilę oddechu.
To było dziwne. Znaleźć się po tej stronie.
Odkąd pamiętał, to on był od trzymania innych w pionie. Nigdy jakoś szczególnie nie radził sobie z emocjami, nie czuł się komfortowo w rozmowach od serca, ale z jakiegoś powodu inne dzieciaki chciały za nim iść, z jakiegoś powodu wystarczało im samo jego zainteresowanie, żeby miały wrażenie, że są docenione i ważne.
To po to był potrzebny Barthezowi. Nie dla talentu sportowego, bo ten był, owszem, ale nie aż taki. Nie dla zainteresowania stroną techniczną. Nie dla uporu i łatwej do wykorzystania, jak się okazało, ambicji nawet, a dla tej nieuchwytnej rzeczy, która kompletnie od niego nie zależała – charyzmy.
Dziwnie było znaleźć się po tej stronie, ale to nie znaczy, że źle.
– Musiała być fajną dziewczyną.
– Najlepszą – znowu się roześmiał, wspominając kwaśną minę Raula mówiącego, że Julia jest najlepsza. Zawsze i we wszystkim. – No dobra, poza szyciem. Kiedyś uparła się, że zrobi dla brata nową kurtkę. Wiesz, mieli taką torreadorsko-cyrkową stylówę. Trochę kicz, ale przynajmniej z charakterem. – Miguel poczuł, że uśmiech mu się zmienia, kiedy wspomniał pokłute palce Julii, które cierpliwie chłodził i opatrywał, chociaż tak naprawdę nie było się nad czym rozczulać. – No i jej nie wyszło, bo kiedy założył to dzieło, to się okazało, że lewe ramię odstaje, a na plecach coś się rozłazi, ale tak po prawdzie udowodniła, że siostrą też jest najlepszą. W sumie… – Spuścił wzrok i zacisnął palce na papierze po epanadzie. – W sumie mam szczęście do ludzi, nie?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ