Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 16 czerwca 2015, 20:49

VIII
Ech ci ludzie, to brudne świnie
Co napletli o mojej dziewczynie
Jakieś bzdury o jej nałogach
No to po prostu litość i trwoga
Tak to bywa gdy ktoś zazdrości
Kiedy brak mu własnej miłości
Plotki płodzi, mnie nie zaszkodzi żadne obce zło
Na mój sposób widzieć ją

(…)

Krzywdę robią mojej panience
Opluć chcą ją podli zboczeńcy
Utopić chcą ją w morzu zawiści
Paranoicy, podli sadyści
Utaplani w brudnej rozpuście
A na gębach fałszywy uśmiech
Byle zagnać do swego bagna, ale wara wam
Ja ją przecież lepiej znam

Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek


Kult, Baranek


– Masz gorączkę?
No, nie do końca na takie słowa w progu liczyłem. W sumie nie wiem, na co liczyłem, a im wyżej wchodziłem po zmurszałych schodach, tym mniej wiedziałem.
– Nie. Nie mam.
– Dostałeś wypieków.
Zaciskam usta.
– Weronika…
– Lepiej usiądź. Tak czy inaczej, chyba nie czujesz się najlepiej.
– Weronika!
Szła już do kuchni, więc przystaje i odwraca się powoli.
– Tak?
– Odpowiedz!
Spojrzenie szarych oczu mierzy mnie od stóp do głów. Nie potrafię z niego niczego wyczytać.
– A ty najpierw udowodnij, że jesteś w pełni władz umysłowych.
Weronika znika w kuchni, a ja opadam plecami na ścianę pokrytą pasiastą tapetą. Czuję się jak po potężnym ciosie w sam żołądek. Wszystko mi opadło. Nastrój zwłaszcza.
– Jestem – burczę bardziej do siebie.
Właściwie to mam ochotę wyjść, ale coś mnie tu trzyma jak psa łańcuch przy budzie.
– Masz wody – Weronika wraca i podaje mi szklankę. – Napij się, ochłoń trochę.
Obrzucam ją spojrzeniem raczej spode łba. Obracam naczynie w dłoni, ale nie biorę nawet łyka.
– Mam pierścionek – mówię. – Planowałem to od jakiegoś czasu. Nie odbiło mi, nie przygrzało mnie, nie mam gorączki.
– Och…
– Jak widzisz, nie jestem wariatem. – Prycham, wzruszam ramionami. Odstawiam szklankę na komodę pod lustrem. – Może wyszło bardziej spontanicznie, niż miało, ale nie jestem wariatem. No ale jak tam uważasz.
Odklejam wreszcie plecy od ściany, pułapka wypuszcza mnie, jakbym wypowiedział zaklęcie, ale wtedy Weronika łapie mnie za rękę.
– Nie obrażaj się.
– Nie obrażam.
– Nie, wcale.
– Wcale!
– Spójrz na mnie.
No to patrzę. Jej dłoń zaciska się na mojej nieco mocniej.
– Jeśli jesteś pewien. Całkowicie pewien.
– Absolutnie.
– Nawet teraz.
– Nawet.
– To tak, chcę zostać twoją żoną.
Fala emocji wraca, ale są inne, są całkowicie inne, niż się spodziewałem. Jestem głównie… zagubiony.
– Ryszard… – Weronika obejmuje mnie w pasie i przytula się mocno. – Wiem, że nie tak sobie to wyobrażałeś. Ale ja… – wzdycha i nie kończy. – Chcę bardzo – dodaje tylko jeszcze po dłuższej chwili. – Bardzo.

*

– To nie tak – zaczyna się wreszcie tłumaczyć Wera, kiedy włóczymy się bez celu po dzielni. – Próbuję ci powiedzieć, że… – kopie jakiś bogu ducha winną puszkę po coli. – Może zacznę od początku. Ja nie tyle wyprowadziłam się z rodzinnej wioski, co z niej uciekłam.
– To znaczy?
– Wiesz, jak to jest w takich miejscach. – Wzrusza ramionami i strzela wzrokiem gdzieś w bok. – Albo nie wiesz, jesteś z dużego miasta. Tu jest w sumie inaczej. Łatwiej zniknąć. Ale tam wystarczył jeden błąd i nagle straciłam wszystko. Każdy mnie znał, stałam się pośmiewiskiem. Wiesz, ledwie wychodziłam z chaty, a plotki obsiadały mnie jak stado much. Jakbym śmierdziała. No i…
Nie pytam, nie przerywam. Po prostu czekam. Głównie dlatego, że nie wiem, co powiedzieć, nie dlatego, że taki dobry ze mnie znawca dusz i mam jakiekolwiek pojęcie o tym, co robię.
– Nie chcę wchodzić w szczegóły. I nie, że z tobą. W ogóle nie chcę. Nie lubię do tego wracać. Ale powinieneś wiedzieć, że chodziło o mężczyznę. – Teraz Wera patrzy sobie pod nogi, jakby chodnik nagle pokrył się pułapkami. – Był ode mnie starszy. I… – wzdycha. – Cóż, żonaty.
– Oj.
– No właśnie. Obiecywał mi cuda na kiju, a ja byłam bardzo młoda i bardzo głupia. Od tamtego czasu mam swoje małe… opory. I przestraszyłeś mnie. W sumie nawet nie wiem, czym bardziej. Tym, że tak nagle, czy tym, że tak zdecydowanie. Na ogół to jedna z tych cech, które mi się w tobie najbardziej podobają. Że jak sobie coś postanowisz, to zaczynasz działać. Ale po prostu niechcący poruszyłeś nie tę strunę.
– Hm…
– Co „hm”? – teraz jej wzrok kieruje się na mnie. – Nie oceniaj mnie.
– Nie oceniam. Tylko nie wiem, co powiedzieć.
– Naprawdę nie chciałam, żeby tak wyszło.
– No dobra, wierzę.
– Kocham cię.
Chcę tego, czy nie, obejmuję Weronikę ramieniem.
– Ale pierścionek ci się podoba?
– Śliczny. – Wyciąga przed siebie rękę, by na niego spojrzeć. – Ale facet w gratisie lepszy.
Przytulam ją mocniej.
– Jak chcesz, dorwę gnoja.
Wera chichocze cicho.
– Obawiam się, że jest poza twoim zasięgiem.
– Nie doceniasz mnie.
– Odpuść sobie. Zostaw go mnie – dodaje, łapiąc moje spojrzenie. – Nie, ja nie zapominam, nie myśl sobie.
Wzruszam ramionami.
– Skoro tak stawiasz sprawę?
– To co? – Jej palce wysupłują moją drugą dłoń z kieszeni. – Już w porządku?
Uśmiecham się znowu, ale chyba trochę na siłę. Sam nie wiem.
Dobra, to nie ma sensu.
– Daj mi trochę czasu.
– Jasne.
Kolejną przecznicę mijamy w milczeniu.
– Muszę cię przedstawić mamie – wypalam, bo wobec ciszy moje myśli już zaczęły galop przed siebie. – Oż, kurwa…
– Ryszard! – krzywi się Wera.
– Rzuciłem palenie – przypominam jej. – Pozwól mi chociaż czasem bluzgnąć.
– Czasem.
– To było czasem.
Przewraca oczyma.
– A wracając do tematu…

*

A wracając do tematu, to znowu nie poszło do końca tak, jak miało.
Znaczy Bździągwa podniosła mnie na duchu, rzucając, że nigdy w życiu nie podejrzewała, że wyrwę taką laskę, a mama, cóż…
Nie przypadły sobie do gustu. Nie jakoś dramatycznie, ale też na tyle, bym to zauważył, choć może rozmowa, jaką odbyłem z mamą na stronie, miała jakiś wpływ na moje zorientowanie się w sytuacji. Tak naprawdę poszło o jakieś bzdury, które – jestem tego pewien – za kilka miesięcy nie będą miały żadnego znaczenia.
– Synku, trochę krótko się znacie. – No, jakbym słyszał ciotkę Mynię. Założę się, że już ten temat obleciały w każdą możliwą stronę. – Nie podoba mi się, że ona jest taka… znikąd.
– Nie jest znikąd – mruknąłem, wycierając talerze.
– Oj, wiesz, o co mi chodzi. Tak od wszystkiego się odcięła? Nagle? I ciebie to nie niepokoi?
Wera nie chce wracać do tych spraw, to ja też nie będę.
– Miała pecha – i na tym skończyłem.
Mama nie.
– Nie ma wykształcenia, nie ma tu znajomych. Będzie całkowicie na twojej głowie, masz tego świadomość? I tylko ty będziesz ją tu trzymał. A co, jeśli coś pójdzie nie tak i zaczniecie mieć siebie dosyć?
Zza okna dochodziły wrzaski rozbawionej Bździągwy i wołanie Zbyszka.
– A znasz mnie od dzisiaj, mamo? – zacząłem się bronić, a chęć tłuczenia talerzy tylko we mnie narastała. Miałem ochotę rzucić nimi o ścianę. – Każdego mam dość raz na jakiś czas. Zdążyliśmy się już pokłócić i poobrażać. I jakoś żyjemy.
Spojrzenie, jakie wówczas na siebie ściągnąłem, chodzi za mną do teraz.
– To, co mówisz, kochanie – powiedziała mama, wracając do szorowania brytfanny – tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że dla was za wcześnie.
– Dlaczego?
– Zbyt lekko do tego podchodzisz. To decyzja na całe życie.
Bardzo nie chciałem wyciągać tego argumentu, ale mnie zmusiła, więc chlapnąłem coś o tym, że kiedy ojciec mnie płodził, też nie znała go jakoś bardzo długo. A mnie z Werą nie wiążą żadne zobowiązania. Nic, prócz tego, że oboje chcemy ze sobą być.
Nie rozmawiałem z mamą przez następne trzy dni.
Zresztą i tak nie za bardzo miałem czas, bo przypomniało mi się, że świat nie stanął nagle w miejscu i nadal mam do zrobienia praktyczną część egzaminu.
W jakiś tydzień.
I nad tym siedzę właśnie teraz.
No. Nie dosłownie. Dosłownie to siedzi na mnie. I nie egzamin, tylko Wera.
Więc na dobre pół godziny wszystko może się pierdolić.

*

– Jezu, która właściwie jest? – pytam, wychodząc z wanny i próbując nie zabić się o rozwalone pudło z farbami.
– Pierwsza? – Wera wyciąga rękę po zegarek, ale, nie mogąc sięgnąć, rezygnuje. Siedzi na kanapie, nogi oparła o moją niby nocną szafkę. – Nie wiem w sumie. Idziesz spać?
Rozglądam się, ogarniając wzrokiem artystyczny sajgon, jaki zapanował w całym mieszkaniu. Gdyby teraz ciotka postanowiła mnie sprawdzić, wyleciałbym na zbity pysk.
– Nie – odpowiadam. – Głodny się zrobiłem.
– Tak mi się nie chce ruszyć…
– Otóż nastąpił foch z przytupem.
– Otóż ja robiłam żarcie ostatnio.
Kurwa, racja.
– Zamówię pizzę.
– Jest środek nocy.
– To nie zamówię.
Rozwalam się obok niej, wcześniej zrzucając na podłogę pędzle i szpachelkę.
– Nie jesteś już głodny?
– Chyba jednak bardziej leniwy.
Czas płynie sobie spokojnie za naszymi plecami.
– Ile jeszcze? – pyta w końcu Weronika półszeptem.
– Dwa do końca cyklu.
– No, to już prawie koniec.
– Mhm – kiwam głową. – Dzięki, moja muzo.
Weronika zamiera wpół ruchu.
– Co?
– Nigdy. Tak. Do mnie. Nie mów. Nigdy.
Mrugam bez zrozumienia.
– Co w tym złego?
– Wszystko. – Weronika odwraca twarz.
– No dobra – wzdycham. – Nie mam do ciebie mówić „Wero”, to mogę też nie mówić „muzo”. Przeżyję. Ale wyjaśnij mi, o co się obrażasz.
– Nie obrażam się.
Ta, jasne.
– To mój tekst. Więc o co chodzi?
Szare oczy kierują się na mnie i widzę w nich znużenie.
– Jak to, o co? A ty byś chciał, żeby ktoś tak na ciebie mówił?
Powoli zaczynam podejrzewać, że jesteśmy ofiarami jakiegoś szumu.
– Muzy – mówię ostrożnie. – Grecka mitologia, banda całkiem fajnych babek, natchnienie artystów…
– Co? – Wera marszczy brwi.
A jednak.
Hm.
– A nie? Znaczy… o czym ty w ogóle pomyślałaś?
Cisza trwa dobre kilkanaście sekund.
– Nieważne – pada w końcu.
Przewracam oczyma, bo tracę cierpliwość.
– Teraz to chciałbym jednak wiedzieć, czym cię tak bardzo uraziłem.
Wera wzdycha i podciąga nogi pod brodę. Kusa nocna koszulka z mojego T-shirta osuwa się bardzo kusząco.
– W mojej wiosce opowiadano o muzach. To… takie potwory. W dużym skrócie, zsyłają na ludzi koszmary i doprowadzają ich do szaleństwa.
– Ach. Aha. OK. No to nie to miałem na myśli. Chociaż akurat do szaleństwa to ty mnie doprowadzasz. Tylko inaczej.
– Jak.
– O, tak na przykład.
– Że tak?
Drogie dzieci, jest już dawno po dobranocce.

*

Gówno, gówno, gówno.
Wszystkie ściany w gównie.
Oto nowy rocznik naćpanych rozpuszczalnikami darmozjadów opuszcza Alma Mater.
A tak do rzeczy – to nasza wystawa dyplomowa. Bohemiczno-hipokrytyczna feta wcale nie na koszt rektora. Większość rzeczy kupowaliśmy i załatwialiśmy sami, a jakże.
Krewni i znajomi Królika kręcą się po dusznej sali, w której wali naftaliną, ci co bardziej zżyci z rolą dumnych rodziców kiwają z uznaniem głowami, ci mniej zżyci dossali się do taniego wina, czego wcale nie mam im za złe.
Moja własna mama wybrała opcję mniej więcej pośrednią, bo za dużo z nią o tym czy o tamtym gadałem, za dużo ćmików wypaliłem, siedząc na kuchennym parapecie, by udawanie, że jej się podoba, miało znaczenie dla któregokolwiek z nas. Ale ma też dość klasy, by tak zwyczajnie nie siedzieć przy korycie. Znalazła sobie jakąś koleżankę. Mama jest fajna. Łatwo znajduje nowe koleżanki. Za jakiś czas i tak będę musiał do niej podejść, ale to za jakiś czas.
Zbyszek zniknął mi z oczu, pewnie kopci w kiblu. Już od jakiejś godziny wyglądał, jakby zaraz miał wyjść z siebie. To jeden z tych typów, które są ciche i spokojne, ale jak przypadkiem zdejmiesz pokrywkę, to ci para ścina białko w oczach. Też ma rodzinnego wkurwa, tylko głębiej pod skórą niż taki na przykład ja.
To już chyba wolę swojego. Zresztą ostatnio jakby bardziej pod kontrolą, w czym węszę wpływ Weroniki. A Zbyszek jest wyjątkowo podminowany. Kiedy gadaliśmy ostatnio, mówił, że albo niedługo się wyprowadzi od matki, albo oszaleje i skończy w rynsztoku.
Wspominał też coś o jakiejś Krysi.
Musiałem się trochę pozajmować swoimi sprawami, poszczerzyć do przyszłych kumpli z gabinetu, więc Wera też mi się gdzieś urwała. Szukam jej teraz w tłumie wystrojonym jak na pogrzeb wujka z Hameryki. Macham kilku osobom, porywam jakąś smętną kanapkę ze stołu, daję sobie dolać…
Oż w mordę.
Tylko nie to.
Tylko nie, kurwa, Anka! Nie z Werą!
Ja pierdolę.
Ja, kurwa, to pierdolę.
Przyspieszam kroku, w pośpiechu łykając na raz resztę kanapki i tylko cudem się nią nie dławiąc.
– …beznadziejne – dociera do mnie głos Weroniki, a Anka wybucha zimnym, pogardliwym śmiechem.
Ale jej twarz zmienia się natychmiast, gdy mnie dostrzega. Powleka ją coś… coś takiego… śliskiego. Aż czuję dreszcz obrzydzenia.
– Rychu, doprawdy! Tyle lat!
Wera też wie już, że za nią stoję. Podchodzę bliżej, obejmuję ją, całuję lekko, tak na… Właściwie nie wiem, na co dokładnie.
– Dwa – precyzuję raczej chłodno, bo naprawdę nie mam ochoty jej oglądać, chociaż minęło tyle czasu. Policzek nagle zaczyna znowu piec, fala upokorzenia wraca. Ja nie zapominam. Nie o takich rzeczach. – Co tu robisz?
– Ach – Anka macha ręką lekceważąco – nie mogłam się powstrzymać, żeby przyjść popatrzeć na wasze dyplomówki. Wiesz… Tak sobie właśnie rozmawiamy o twoich pracach…
– Tak?
– Tak. Weronika twierdzi, że są beznadziejne. Wiedziałeś?
Gdyby jej widok tak bardzo nie popsuł mi humoru, pewnie bym się właśnie roześmiał.
– Bo są beznadziejne – odpowiadam jednak tylko. – Ile zajęło nam ich nabazgranie? – zerkam na Weronikę. – Dwie noce?
– Ja tam nie wiem – uśmiecha się do mnie, po czym przenosi wzrok na Ankę. – Osobiście mierzyłam ten czas w orgazmach.
Temperatura spada jeszcze bardziej, jesteśmy jakoś w okolicach zera absolutnego. Normalnie szron mi osiada na rzęsach, a gacie przymarzają do tyłka. Anka ma w oczach lasery, Wera pewnie też, ale nie widzę.
To trochę głupie, ale w sumie najchętniej poszedłbym po więcej kanapek i popatrzył.
Aż korci, żeby podkręcić atmosferę. Tylko, kurwa, nie bardzo chcę rozlewu krwi, czy coś.
He, he, ego mi się puszy.
– No to – mówię jednak, bo nieśmiały pisk rozsądku jakoś się przebił do ośrodka decyzyjnego – pogadaliśmy sobie kulturalnie o sztuce.
Anka krzywi się w sposób wręcz niemożliwy.
– A tak właściwie – wbija wzrok we mnie – to chciałam pogadać z tobą. Na osobności.

*

– No, tylko się streszczaj – burczę.
Impreza się już kończy, większość wynudzonych jak mopsy gości dawno się ewakuowała, Wera czeka na mnie przed wejściem, bo stwierdziła, że musi pooddychać świeżym powietrzem. Oczywiście nie była zachwycona tym, że jednak gadam z byłą, ale ja też zachwycony nie jestem.
– Nie zajmę ci dużo czasu. – Anka odpala papierosa. Albo mi się wydaje, albo ręce jej trochę drżą. – Po prostu o czymś powinieneś wiedzieć. Długo ci nie mówiłam, ale chyba jednak powinieneś wiedzieć.
Dziwny niepokój ścina mi żołądek.
– No? O czym?
– O naszym dziecku.
Kurwa.
– Tak, Rysiek, mieliśmy dziecko. No – Anka uśmiecha się bardzo smutno i bardzo gorzko. – Dwie trzecie dziecka.


C. D. N.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Krin » 27 czerwca 2015, 19:17

Miałam już nie komentować, ale stwierdziłam w końcu, że się podzielę przemyśleniami.

1. Wydaje mi się, że Anka kłamie. A przynajmniej mam nadzieję, że kłamie, bo według mojej logiki posiłkującej się wiedza na temat stosunków i powiązań towarzyskich panujących między całym tym towarzystwem, Rysiek dowiedziałby się o tym dawno temu.

2. Weronika nadal u mnie traci. Strasznie jest taka obrażalska, wrażliwa i ogólnie męcząca. Po tej scenie z Anką jeszcze bardziej minusuje. Wcale nie lubię jej bardziej w miarę poznawania. Prezentuje się coraz gorzej. Nadal też sprawdzają się moje przypuszczenia co do niej.

Oprócz tych dwóch spraw, bardzo mi się podoba. :) Mam nadzieję, że znajdziesz czas i siłę i niedługo ukarze się ciąg dalszy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 29 czerwca 2015, 20:24

Bardzo się cieszę, że jednak zdecydowałaś się skomentować :) I dziękuję :) Jak nie ma odzewu, to mi się nie chce, a tak zawsze jest sygnał, że ktoś jednak czyta.

Do pierwszego się oczywiście nie ustosunkuję ;)

A Weronika sporo traci też przez sposób przedstawienia historii, bo brakuje jej perspektywy. I trochę się tego bałam, ale cóż, stało się, raczej już tego bardzo nie odkręcę :/ Ale może uda mi się pokazać to czy tamto.

Czas się pojawi w drugim tygodniu lipca najpewniej ^^
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Bel » 01 sierpnia 2015, 23:30

Wyłapałam literówki:

"Pod dwóch dniach przestało wreszcie padać. Taki czerwiec piękny."
Double d. :D

"ale cóż miałem zrobić? a tak, mogłem prosić o herbatę."
Tu chyba powinno być wielką.

"Pierwsze miejsce nieodmiennie zajmuje jednak opowieść o tym,"
Dlaczego w tekście "opowieść" jest zakreślona na czerwono?

"Ba! Przytula się do nie, więc obejmuję ją ramieniem."


A poza tym to strasznie wciąga. Dosłownie wsiąkłam na ostatnich kilka godzin. Płynność narracyjna, perfekcja warsztatowa; nawet rażące mnie zwykle wulgaryzmy tylko dodają wiarygodności i uroku całej historii. Polubiłam Maślaków i Weronikę, Anka stała się porządną antagonistką na miarę niefantastycznej historii.
Miodzio!

Żądam ciągu dalszego! Żądam wyjaśnienia dwóch trzecich dziecka! :o

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 02 sierpnia 2015, 18:28

Oho, a jednak literówki się znalazły :bag: Poszukam ich, chociaż z góry przepraszam, jeśli nie natychmiast, bo szukanie wśród kilku dobrych postów to dość pracochłonne zajęcie...

Czekałam, aż ktoś polubi Weronikę ^^

Dziękuję raz jeszcze *dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 09 sierpnia 2015, 13:07

IX
Abel swego brata miał,
Kain było mu na imię.
Kain bardzo mocno grzał
a Abel żenił kokainę.

Abel brudną forsę miał,
imponował złej dziewczynie.
Kain był zupełnie sam
a wampir siedział w kokainie.

Muniek Staszczyk, Kain i Abel
Obawiam się, że nie zachowuję się, jak na faceta przystało.
Zwyczajnie mnie wcięło. Odebrało mi mowę. Zresztą nawet, gdybym mógł dobyć głosu, co bym powiedział?
Że mi przykro?
– Ależ nie kłopocz się, naprawdę nie trzeba mnie pocieszać – parska Anka wobec mojego milczenia. – Jak widzisz, poradziłam sobie bez ciebie. To mogę radzić sobie dalej, panie takie-beze-mnie-dzieci-we-mgle. Mówię ci dlatego, że byłeś ojcem, nie dlatego, że czegoś oczekuję. Zresztą poroniłam bardzo szybko – oczy jej się szklą - chyba nawet nie zdążyłam się przyzwyczaić.
Nadal nie mogę mówić. Chciałbym móc stwierdzić, że to z przejęcia, ale tak naprawdę nie mam pewności. Jestem potwornie pusty.
Aż zaczyna mnie ten stan obrzydzać.
– Lekarz mówił, że i tak nie było szans – podejmuje znów Anka, otwierając torebkę. Będzie szukała papierosów. – Jak wspomniałam, płód… nie był kompletny. – Tak, wyjmuje pomiętą paczkę, a z niej ćmika. – Ta, wiem, chlałam wtedy na umór, wciągałam, wcierałam, ty też nie jesteś święty, potem ci odbiło, ale wcześniej to plemniki ci pewnie tyłem chodziły. To zresztą mogło być coś genetycznego, taka była wstępna diagnoza, ale bałam się pytać. Więc może lepiej. Jeszcze bym urodziła warzywo.
Mam potwierdzić? Zaprzeczyć?
Kurwa.
Kurwa mać.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? – pytam tonem, który wcale nie miał brzmieć tak zimno i ostro.
Anka prycha i odpala ćmika. Tu nie wolno, ale, kurwa, kogo to obchodzi.
– A co byś zrobił? – Nigdy nie dawała mi się spłoszyć. W sumie to mi się w niej podobało. I w sumie to podoba mi się teraz w Weronice.
– Nie wiem – przyznaję. – Coś.
– Żeby uspokoić sumienie i pokazać, jaki to z ciebie odpowiedzialny samiec alfa, wiem. Skończyłoby się tak samo, tylko miałabym obowiązek cię podziwiać. Nie, dzięki, postoję.
Dłoń zaciska mi się w pięść.
– Wyżywasz się na mnie?
– Dupku – syczy Anka, mrużąc oczy. – Japiszonie jebany. Bo oczywiście nawet w TAKIEJ sprawie, muszę myśleć o tobie. I ty się dziwisz, że ci nie powiedziałam? Że nikt ci nie powiedział?
Zaraz, chwila.
– Nikt?
– No co, Elka najwyraźniej też uznała, że lepiej, żebyś się nie kompromitował.
Robi mi się zimno. Lecę w dół.
– Elka…?
– Zaskoczony?
Niczego nie mówię.
– Zaskoczony. – Anka zaciąga się głęboko. – Dobra, wiesz co? Nie przedłużajmy tego. Powiedziałam co miałam, nie będzie mnie już dręczyć i tyle. Bywaj.
Odwraca się, zostawiając mnie w osłupieniu.
Tylko marginesem świadomości rejestruję, że jej plecy zaczęły gwałtownie drżeć.

*

– Czego chciała?
Zdrada.
Tak to się chyba nazywa – zdrada. Takie dziwne, obce uczucie.
– Ryszard, czego chciała? – powtarza Weronika z większym naciskiem.
– Co? – odrywam wzrok od swoich starannie wypastowanych butów.
– Twoja była. Czego chciała.
Pierwszy odruch, to oczywiście odburknąć „Nie twoja sprawa”. Szczęśliwie otępienie sprawia, że każdą myśl muszę zbierać do kupy jak rozbitą szklankę. Mam czas, żeby się ocenzurować.
– Nic ważnego.
– I dlatego wyglądasz jak wypluty.
– Co?
Weronika wzdycha.
– W sumie nic. Jedźmy już.
No to jedźmy.
Wsiadamy do mojego rzęcha, odpalam, ruszam. Milczymy.
Cały czas milczymy.
I dobrze, tak lepiej. Milczenie jest o niczym, a ja nie jestem pewien, czy teraz bym utrzymał język za zębami. Muszę poczekać. Gdzieś pod żołądkiem czai się wkurw. Przyjdzie, przepali mnie, wyżyję się i wszystko wróci do normy.
Nic się nie wydarzyło.
Nie ma dowodów. Ani na dziecko, ani na Elkę, nie? Po prostu nie ma.
Nigdy nic się nie wydarzyło.
– Zwolnij.
– Co?
– Zwolnij.
Tak, fakt.
Kurwa.
I to tyle z czułej rozmowy narzeczonych. Wera zastyga wpatrzona tępo za boczną szybę, ja po prostu pilnuję szybkościomierza, bo nogę mam dziś faktycznie ciężką. Nie przeszkadzamy sobie.

*

Pojechałem do domu. Bez Weroniki. Ot, tak, nie tyle na niedzielny obiad, co po prostu usiąść na moim połamanym krześle, znowu urwać dupą pół liścia złośliwie ustawionej paprotki i bezmyślnie pogapić się w ścianę.
Cofnąć czas.
O miliardy miliardów lat. Zanim stało się… to wszystko. Właściwie nie wiem co, bo nie potrafię tego nazwać.
Zresztą gdybym przyjechał z narzeczoną, znowu musiałbym oglądać miny matki, a mam ich po dziurki w nosie.
Ślub na dniach, wieczorem kawalerski. Może, kiedy nie będzie już odwrotu, wszystko się jakoś unormuje. W końcu matce odpadnie nadzieja, że jeszcze mnie zawróci z tej ciemnej drogi do niechybnej zguby.
No, doprawdy, mamo.
Nie zapowiedziałem się, więc jest kalafior, a ja nie lubię kalafiora. Ale co zrobić. W sumie też powiew przeszłości, bo z całej rodziny tylko ja nie jem śmierdzących pierdem grzybów atomowych. I nie ma litości, Rysiu, na tym świecie dla indywidualistów.
– Pokłóciliście się?
A jednak, kurwa.
– He? – Podnoszę wzrok znad talerza. Bo kotleta i pyry oczywiście dostałem.
– Zbyszek mówił, że Weronika jakaś skwaszona wyszła i bez ciebie.
– Mamo – marszczę brwi z niezadowoleniem – czy ja słyszę w twoim głosie nadzieję?
Jej twarz zmienia się w ułamku sekundy i to tak, że niczego nie potrafię z niej wyczytać.
– Przestań.
Bardzo się staram nie przewracać oczami.
– Ja mam przestać?
– Po prostu skończcie ten temat – odzywa się głos rozsądku. Znaczy Zbyszek.
Więc kończymy, chociaż ani mi już nie smakuje, ani nie mam ochoty tu siedzieć.
Dociera do mnie jedno – wehikuł czasu się popsuł, a połamane krzesło pod paprotką nie jest już moje. Należy do jakiegoś innego, dawnego Ryśka.

*

– Święci Pańscy…
– To nie był dobry pomysł…
– Mordy w kubeł! Da radę!
– Nie da, spierdoli się.
– Da.
– Tu Houston do Maślaka! Żyjesz?!
– No. Dobra, to gdzie to poleciało?
Odpowiada mi czknięcie.
– Bardziej w prawo! – Staszek, chyba najmocniej zaangażowany w całą akcję, wychyla się przez parapet. – W rynnie!
– A, dobra, widzę!
– Tylko uważaj.
– No, uważam.
– Pijemy tu za ciebie!
– Co…?
– No, pijemy za ciebie, żebyś się nie spierdolił!
– CO?! Skąd macie…
– A, bo stała na stole. Jak tam? Dajesz radę?
Mrugam oniemiały.
To ja nie wylazłem na dach ratować ostatniej flaszki?
To co ja tu, kurwa, robię?!
A, już wiem, jestem sobie pijany. Taki pijaniuuutki!
– Przestań się gibać! – Tadek, naczelny skit rany drużyny, już niemal piszczy, przeciskając się obok Staszka. – Po prostu wracaj!
– A flaszka?! – krzyczy ktoś zza jego pleców.
– Jebać flaszkę! Mamy drugą!
– Flaszka! – konstatuję triumfalnie. – Ein moment, jak powiedziała wróżka do Hi… iiik!
– Jezu, od początku wiedziałem, że to zły pomysł…
– A co, chciałeś pić ciepłą? – to chyba Witek, którego ziemna głowa też pojawia się w żółtym kwadracie okna. Zresztą to na jego bluzie powiesiliśmy wódkę. Kto mógł przewidzieć, że się szyjka wyślizgnie?
– Przede wszystkim, to ja nie chcę trupa! – histeryzuje Tadek.
No dobra, to będę wracał, czy coś, bo jeszcze będzie trup, ale z niego, zawałowy. Wyciągam się na całą długość, z ramionami pincet metrów, lekko licząc, chwytam tę flaszkę i jestem bohaterem.
– Mam!
W oknie rozlegają się wiwaty.
Tylko jak się teraz z powrotem wciągnąć, jak daszek taki bardziej spadzisty, a ja wiszę łbem w dół?
Hm.
Chwilunia.
– A wciągnie mnie ktoś za szkity?
– Cooo…?!
– Czy mnie wciągnie! Ktoś!
– Czekaj! – Staszek. – Idę po ciebie!!! Trzymaj się tam!!!
– Nie! – krzyczy Robert, w którego chacie dzieje się cała akcja jakoś od drugiej trzydzieści, jak nas wyrzucili z knajpy. – Ja po drabinę pójdę!
– Tylko szybko, bo mi mózg nosem wyjdzie!
Ale Staszek przełazi już przez parapet.
– Nie dam ci zginąć, stary!
– Ja tobie też!
– Umrzemy razem!
– Jak bohaterowie!
– Jezu… – piszczy Tadek.
– Co tam się dzieje?! – Całkiem niespodziewanie otwiera się okno z naprzeciwka. – Spać nie moż… O BOŻE!!!
– Się pani wyluzuje! – odkrzykuje Staszek. – Kolega ogarnie!
– CZY WY CHCECIE ZGINĄĆ?!

*

Nie zginęliśmy.
Jakieś pół godziny później byliśmy już z powrotem na poddaszu, a na stole stały dwie flaszki – jedna w dwóch trzecich pełna, a druga, ta z dachu, z kilkoma kroplami na dnie. Obie, jak i wszystkie pozostałe, przywiezione specjalnie dla mnie od Smykli.
Między nimi tkwiła smętnie popielniczka z piramidą petów i jeszcze trochę zielska. Patrzyłem na to i powoli coś do mnie docierało.
– Ej… – zacząłem filozoficznie, ale nie wiedziałem, jak skończyć, bo wątek mi się urwał.
Nikt nie odpowiedział.
Witek siedział w oknie i jarał skręta, Staszek spłynął w kącie, Tadziu trzymał kołnierz Przemkowi, a Robert nadal nie wrócił od sąsiadki, którą poszedł uspokajać.
A potem chyba ja sam też spłynąłem.
Obudziłem się i teraz jest bardzo źle, bo w międzyczasie opadłem głową w dół, przewieszony przez poręcz fotela. Twarz mnie swędzi.
I, o Jezu, łeb.
Próbuję się jakoś tak bardziej podnieść, ktoś mi nawet pomaga, to chyba Przemo. No tak, temu to dobrze, bo się wyrzygał.
– Ja pierniczę, Masło! – rży, kiedy jego wzrok ląduje na mojej twarzy.
Nie odzywam się, bo jak otworzę gębę, to spawię. Tylko mrugam powoli.
– Ty go lepiej weź do kibla – radzi Witek, z namaszczeniem odpalając ostatniego ćmika. – Ja idę szukać Robcia, bo zaraz będziemy mieli armię małych Robciów, a tego nie zniosę.
– No. Maślak, wstawaj.
Litości.
– Dalej, dupa w górę.
Podnoszę się, a potem jest już tylko sprint do muszli. Ale wszystko mniej więcej pod kontrolą i elegancko.
No, elegancko. Jak się weźmie skalę pod uwagę.
Pozwalam się żołądkowi opróżnić, na zdrowie mu, a potem ładuję głowę pod zimną wodę. Odzyskuję nieco godności i dochodzę do wniosku, że jestem trzeźwy. Nic nowego, u mnie to zawsze moment, słaby interes, jak się weźmie pod uwagę czas bycia pijanym i czas trwania kaca mordercy.
Za oczami przesuwają się obrazy sprzed paru godzin.
– Przemo?
– No? – Podaje mi ręcznik.
– Ja byłem na dachu.
– No, byłeś. Ratowałeś wódkę.
– Tę, co jej było tak na dnie?
– Mhm.
– A na stole stała ta pełna?
– Mhm.
– I wylazłem przez okno, a potem się okazało, że Robert ma drabinę.
– Mhm.
– Jezuuu…
– Ja tam doceniam poświęcenie.
Podnoszę wzrok na swoje lustrzane odbicie. Chwilę patrzę sobie w oczy z głęboką dezaprobatą.
A potem uśmiecham się szeroko, bo co sobie będę żałował.

*

Nasz ślub nie był ani huczny, ani biedny. Był dokładnie taki, na jaki mogliśmy sobie pozwolić.
Nie rajcowała nas wersja z małym kościółkiem nad urwiskiem, kolacją graną na ekskluzywne pięć osób i kwartet smyczkowy albo nawet nie. To jest właśnie ten rodzaj udawanej, pretensjonalnej skromności, który mnie wkurwia. Będzie intymnie, zrobimy to po swojemu, inaczej niż wszyscy!
I dokładnie tak, jak w co drugiej romantycznej szmirze.
No co kto lubi.
Zresztą tak naprawdę w samej bibie chodzi zawsze o to samo, ona nigdy nie jest dla pary młodej i jakoś doszliśmy do wniosku, że nie będziemy odbierać wujkom okazji do złożenia się pod stołem. Wujkowie tego potrzebują, tak są wymyśleni.
A ciotki są tak wymyślone, że i tak nigdy się nie przewidzi, co gadają za plecami.
A zatem nasze wesele stanowiło klasyczne dopuszczenie rodzinki do koryta. Chyba bawili się nieźle.
Ja w sumie też, bo wujkowie poskładali się pod tymi stołami nader malowniczo. Pula obiegowych anegdotek znacząco wzrosła, a w sumie to też się liczy podczas takich spędów.
Tak poza tym, to oczywiście byłem cholernie podenerwowany, Weronika też, ale wzięliśmy sobie ze stołu jedną flaszkę, poszliśmy za lokal, usiedliśmy razem i ciągnęliśmy z gwinta, uspokajając się wzajemnie i sporo żartując.
Na salę wróciliśmy wyluzowani jak nigdy wcześniej. Miałem wrażenie, że oglądam wszystko po czasie, z dystansu i że to wcale nie mój ślub.
Więc zrobiło się jeszcze zabawniej.
A pierwszego tańca to ja w ogóle nie zajarzyłem, ale mam niejasne przeczucia, że był po prostu tak wielką porażką, że mój miłosierny mózg chroni mnie przed wspomnieniami. Jako się rzekło – słuchu muzycznego to ja nie mam ani grama.
Z innych rzeczy, to wstyd się przyznać, ale nie poznałem własnej siostry. Dory znaczy. Owszem, słyszałem jakieś ploty. Że zabujała się w jakimś kolesiu z seminarium, odbiło jej w drugą stronę, potem koleś się nią znudził, czy też ona nim, rozstali się, ale efekty zostały.
I tak oto nie ma już irokeza. Jest schludny jeżyk odrastający powoli w bardziej dziewczęcą fryzurę. Nie ma też znacznej części kolczyków, w tym tego z języka. I dobrze, bo na jego widok mnie mdliło. Jest za to niebieska sukienka, pantofelki zamiast glanów i nowy facet. Taki śmieszny, przy kości. Ale wesoły, uprzejmy i nie natarczywy, więc całkiem może być.
Chociaż mam go na oku oczywiście.
Po całej imprezie padliśmy z Werą na ryje, a cały następny poranek wspieraliśmy się w nierównej walce z kacem wywołanym nie tylko alkoholem, ale też hałasem i zamieszaniem.
To były dobre dni.
To były naprawdę dobre dni. Jestem najzwyczajniej na świecie szczęśliwym człowiekiem i mężem.
Ha! Jak to dumnie brzmi. I trochę nieprawdopodobnie jednak, kiedy tak patrzę wstecz. Trafiony z dnia na dzień.
Trafiony zatopiony.
Ryszard Meyer, mąż Weroniki Meyer.
Jej rodziny nie było. Nie wysyłała zaproszeń, bo jej rodzice i tak nie żyją, a z dalszymi krewnymi jakoś nie utrzymuje stosunków. Nie szkodzi – ma teraz nową rodzinę. Jestem absolutnie pewien, że prędzej czy później wszyscy oszaleją na jej punkcie, nawet jeśli teraz są trochę nieufni. Trudno się dziwić, skoro – poza mamą i młodymi – widzieli Weronikę po raz pierwszy na ślubie, a plotka, że pobieramy się po kilku miesiącach znajomości, pewnie już się rozeszła w najdalsze zakamarki ciocinych kuchni.
– Rysiu, kochanie, czy ty się przypadkiem nie dałeś złapać na dziecko? – padło nawet pytanie ze strony którejś z życzliwych trwałych w kwiaciastym kostiumie, ale szczęśliwie byłem już zbyt ubzdryngolony, żeby się wkurwić.
A nawet gdyby, myślę sobie, to co z tego? Co by to zmieniło? Przecież i tak byłbym gotów błagać, żeby została moją żoną.
Jezu, jestem pijany szczęściem.
Oczywiście żadna bajka nie trwa wiecznie i w końcu musieliśmy zwlec się z metaforycznego głównie wyra i zacząć ogarniać. Z ręką na sercu przyznaję, że nie wszystko mieliśmy przemyślane. Pralkę dostaliśmy od mamy, bo miała w piwnicy jeszcze Franię. Łóżko, jakiś stół ze sklejki i dwa krzesła udało nam się kupić, ale kuchenkę zastępował nam turystyczny palnik, a zlew, umywalkę i wannę – zestaw misek.
Wszystko to zupełnie nieważne – przecież to tylko stan przejściowy. Dostaję coraz więcej zleceń, rozwijam sieć kontaktów, prędzej czy później założę prywatną galerię. Kupimy i pralkę, i porządne meble, i kuchnię z prawdziwego zdarzenia. Po prostu wszystko w swoim czasie.
Najważniejsze, że mamy gdzie mieszkać i że jesteśmy już razem.
Ależ miałem radochę, przykręcając na drzwiach tabliczkę z napisem „W. R. MEYER”.
Po kilku dniach wpadł Staszek. Świadkował mi, więc oczywiście był też na weselu, ale nie pogadaliśmy wtedy za dużo, więc obiecał, że jeszcze się zjawi, jak się trochę ogarniemy, i wtedy wzniesiemy toast w bardziej kameralnym gronie.
No i jest.
Siedzimy, pijemy i wspominamy. I trochę kurwujemy, jak to my.
– No i co? Może tak ostatni raz siedzimy? – Staszkowi coś się zebrało na melancholię. Zabrakło obok Witka i najwyraźniej przyroda musiała sobie poradzić.
– Pierdolisz – stwierdzam i dolewam mu do pełna.
Bo Witka na weselu nie było, jak reszta chłopaków wpadł tylko do kościoła. Jakoś nam się ostatecznie drogi rozeszły, trudno powiedzieć, kiedy właściwie, choć zaczęło się chyba wraz ze śmiercią Elki. Nagle okazało się, że była jak cement. To ona skupiała nas przy sobie jak w soczewce – trzech różnych popaprańców, z których każdego lubiła na swój sposób.
I z których każdy na swój sposób lubił ją.
Zabrakło kluczowego ogniwa i łańcuch się rozpadł.
No, nie tak całkiem, bo jednak ze Stachem dalej trzymamy się razem, jak widać. Z Witkiem się nie da. Cały kawalerski nie zamieniliśmy praktycznie jednego słowa i coś mi się tak wydawało, że patrzył wilkiem.
Zresztą kontakty biznesowe temu sprzyjają, bo zacząłem pośredniczyć w sprzedaży jego fotografii. Akty schodzą jak świeże bułeczki – miał absolutną rację. Nawet jeśli nie są jeszcze podparte dyplomem ASP. Stach tak naprawdę nie potrzebuje żadnego papiera. Idzie naprzód jak ruski czołg.
Wspominam Smyklę.
Uśmiecham się do siebie.
– No, chyba że ty też dasz się usidlić i nasze żony zawiążą spisek mający na celu rozdzielenie kochanków – żartuję.
– Ty, ty, nie zapędzaj się.
Rżymy przez chwilę i polewam trzecią kolejkę.
– A tak serio, to mi się nie spieszy – wzrusza ramionami Stach. – Wisz rozumisz, ja teraz żyję w raju.
– Podryw na akt?
– No ba, jak zawsze skuteczny. To mi się nigdy nie znudzi – Staszek uśmiecha się lubieżnie rozmarzony. – Na co ma pan dziś ochotę? Brunetka czy blondynka?
– Szatynka – odpowiadam. – Grunt to trafić na właściwą.
– Poczekamy, zobaczymy. Natury nie oszukasz, Masło, ja cię znam.
Szczerzę się tylko znacząco.
Ja też się znam. A nawet bardziej.



C. D. N.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Bel » 09 sierpnia 2015, 16:18

Bardziej sugestie czytelnicze niż poprawki najsampierw. :P
Witek, którego ziemna głowa
Ziemna głowa?
Ot, tak, nie tyle
Widziałoby mi się bez przecinka po "ot". Tak zwykle czytam, ale nie znam zasady na to.
to będę wracał, czy coś
Potraktowałabym to jak "kawa czy herbata" - wtedy bez przecinka, jednak nie jestem pewna, bo jakoś tak łyso brzmi. Zatem tylko rzucam. ;)
No co kto lubi.
Bym dała przecinek po "no", bo tak jakoś czytam z zatrzymaniem. Jak na imprezkach takie: "No. Tak to już jest". :P
Bez przecinka wyczuwam jakąś taką pretensjonalną nutę, która jakby mi nie pasuje. Chyba że tak ma być, to sorry. :bag:
jakoś nam się ostatecznie drogi rozeszły, trudno powiedzieć, kiedy właściwie,
Nie wiem, czy nie lepiej zrobić z tego dwa zdania. Dwa razy przeczytałam ten fragment i tak sobie pomyślałam.

Mega fragment z wódką na dachu. :D
A i z kłopotliwej sytuacji takie spokojne wyjście, na plus. Bez zbędnego patosu itd.
Opis ślubu też mnie nie zawiódł.
Wujkowie tego potrzebują, tak są wymyśleni.
Świetne! xD

W formie, przyjemnie. Czekam na ciąg dalszy. :u:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Gorgiasz » 09 sierpnia 2015, 22:09

06 kwietnia 2015, 16:04
Ja tam widzę trzy żółte plamy i zieloną kreskę. Nawet nie rozpoznaję, czy to cytrynowy, sienna, czy jeszcze coś innego.
Kolor to „sjena”. I jest to brąz, a nie żółć, aczkolwiek niektórzy wszystkie pomarańcze, ugry i brązy zaliczają teoretycznie do żółci. Ale niektóre plemiona Indian do żółci zaliczają nawet czerwień, jest to dla nich ten sam kolor – marara. I żółty jest „mniej marara”, a czerwony „bardziej marara”. To w ramach ciekawostki.
A tak, bo przecież coś mogłoby się jej wtedy stać. Nie znam wszystkich jej kumpli, części swoich nieszczególnie ufam.

Powtórzone „jej”.
wersalkę z pękniętą sprężyną, która wpierdala mi się w plecy jak bym się nie ułożył,
Trochę za dużo tych wulgaryzmów. Usunąłbym je stamtąd – gdzie nie muszą być.
– Musiałbyś się bardzo postarać, żeby mieć szansę – Elka wydyma usta.
Kropka po „szansę”.

09 kwietnia 2015, 19:17
Może rysowniczki już tak mają, nie wypalają sobie mózgu farbami, nie nuplają pędzli, żrą trochę mniej ołowiu.
Z tym ołowiem, to nie bardzo rozumiem. Jeśli masz na myśli farby wytwarzane na jego związkach, to współcześnie jest to tylko biel, zresztą praktycznie bardzo rzadko używana (nie tylko z powodu, że trująca); wyparły ją związki cynku i tytanu. Fakt, że od niej ponoć umarł Goya (złośliwi twierdzą, że od czegoś innego), ale to było dawno.
– Obok ciebie – Elka wzrusza ramionami i znów zaczyna się śmiać.
Kropka po „ciebie”.
– Cześć, brat – kłębek porusza się i znad apaszki w grochy spoglądają na mnie wielkie niebieskie oczy.
– Cześć, brat. – Kłębek porusza się i znad apaszki w grochy spoglądają na mnie wielkie niebieskie oczy.
Obserwuję ją, zdejmując przemoczone buty – teraz to już się na pewno rozpadną – i widzę wyraźnie, że w miarę, jak się rozbiera, schodzi z niej całą buta.
Buty – buta, ja wiem, że to insze słowa, ale są zbyt blisko siebie i to razi.
– Co? – nie rozumiem bardziej niż bardzo.
– Co? – Nie rozumiem bardziej niż bardzo.
– Zmieniasz temat? – odsuwam się nieco i patrzę na siostrę podejrzliwie.
– Zmieniasz temat? – Odsuwam się nieco i patrzę na siostrę podejrzliwie.
– Masz – stawiam szklanki na stole i zajmuję jedno z miejsc.
– Masz. – Stawiam szklanki na stole i zajmuję jedno z miejsc.

– To powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – siadam profilaktycznie obok nich ze szklanką w ręce.
– To powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – Siadam profilaktycznie obok nich ze szklanką w ręce.
– Mmm, czuję pyszności – ledwie mama wypuszcza mnie z ramion, zaglądam do kuchni.
– Mmm, czuję pyszności. – Ledwie mama wypuszcza mnie z ramion, zaglądam do kuchni.

III.
bo to przecież prawda, ale nie sądzę, żebym bardzo jej pomógł. Pomógłbym jej, wracając i zdejmując z ramion trochę ciężaru.
Powtórzone „jej”. Oba można usunąć.
że źle się dzieje w państwie Duńskim,
„duńskim”
Sięga jej aż do bioder, ciemny, prosty i solidny.
„jej – niepotrzebne
– Och, chyba czujesz się gorzej – na jej wspaniałych ustach znów pojawia się szeroki uśmiech.
Za dużo „jej”.

Tyle na razie.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2015, 10:59

Bel, Gorgiaszu, ogromnie Wam dziękuję :D Za wszystkie błędy przepraszam i kajam się - jednak znacznie trudniej jest sprawdzać własny tekst, człowiekowi umyka tak dużo :/

Nie dyskutuję z poprawkami, nad niektórymi muszę się zastanowić, określić, na czym mi najbardziej zależy. Odpiszę więc tylko na dwie kwestie:
Kolor to „sjena”. I jest to brąz, a nie żółć, aczkolwiek niektórzy wszystkie pomarańcze, ugry i brązy zaliczają teoretycznie do żółci. Ale niektóre plemiona Indian do żółci zaliczają nawet czerwień, jest to dla nich ten sam kolor – marara. I żółty jest „mniej marara”, a czerwony „bardziej marara”. To w ramach ciekawostki.
Z pisownią - mój błąd oczywiście, zakodowany zły nawyk z dzieciństwa, nazwa nieodświeżona, bo ja jednak z tych, co szukają odcieni po kolorach i producencie. I nie sprawdziłam, zaufałam wadliwej wersji wewnętrznego słownika za co pluję sobie w brodę. Natomiast jeśli chodzi o ciekawostkę, są też takie plemiona, które nie odróżniają niebieskiego od zielonego, ale naprawdę nie w tym rzecz, czy sjena jest bardziej, czy mniej żółta. W tym miejscu równie dobrze mógłby się pojawić turkus, bo chodzi o coś zupełnie innego, nie niewiedzę czy, nie dajcie bogowie, słaby wzrok bohatera, a o jego pogardę względem całego półświatka.
Z tym ołowiem, to nie bardzo rozumiem. Jeśli masz na myśli farby wytwarzane na jego związkach, to współcześnie jest to tylko biel, zresztą praktycznie bardzo rzadko używana (nie tylko z powodu, że trująca); wyparły ją związki cynku i tytanu. Fakt, że od niej ponoć umarł Goya (złośliwi twierdzą, że od czegoś innego), ale to było dawno.
Oczywiście, że nikomu tu nie zamierzam fundować ołowicy, ale kilka spraw ;)
1. Akcja tego fragmentu nie dzieje się współcześnie.
2. I już sama biel wystarczy, bo chodzi o czynność "nuplania" pędzla.
3. To ołów odpowiada w dużej mierze za wyniszczanie psychiki zatrutych, więc pasuje do logiki samego wywodu.
4. Jasne, mogłabym napisać "żrą mniej toksycznych, ale już nie tak toksycznych jak kiedyś związków". Tylko że właśnie ołów jest rozpoznawalny, kojarzy się. Służy tu jako metonimia i hiperbola zarazem.

Raz jeszcze ślicznie dziękuję *dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Gorgiasz » 10 sierpnia 2015, 14:48

1. Akcja tego fragmentu nie dzieje się współcześnie.
2. I już sama biel wystarczy, bo chodzi o czynność "nuplania" pędzla.
Przepraszam, bo nie rozumiem: a kiedy? Mam nieodparte wrażenie, że jednak współcześnie.
Co oznacza termin "nuplanie pędzla"?

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Siemomysła » 10 sierpnia 2015, 15:44

Gorgiasz pisze: Co oznacza termin "nuplanie pędzla"?
Wujek Google może pomóc ;) http://www.poznan.pl/mim/slownik/words. ... upla%C4%87
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2015, 16:36

Siemomysła pisze:
Gorgiasz pisze: Co oznacza termin "nuplanie pędzla"?
Wujek Google może pomóc ;) http://www.poznan.pl/mim/slownik/words. ... upla%C4%87
O, toto ;)

To fragment z początku, więc będzie pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych (tak, mam błąd rzeczowy, ASP nie była jeszcze ASP, dopiero od '95, poprawię wraz ze wszystkim :bag: ). Jasne, to nadal nie XIX wiek, ale jednak czasy sprzed dyrektyw i czasy świetności Astry, bo jest bezpieczna dla dzieci. Przyznaję bez bicia, że nie mogę się podeprzeć etykietami, bo ojcowskie farby z końca lat osiemdziesiątych są kilkaset kilometrów ode mnie, ale jednak zakładam, że ich skład jeszcze się odrobinę różni od całkiem współczesnego.

Raz jeszcze dziękuję za uwagi :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ