Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Księga wiatrów

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Księga wiatrów

Post autor: pierdoła saska » 09 marca 2015, 07:50

Nic się nim ugrac nie udało, ale je lubię, więc się pochwalę :) W sumie to jedno z dwóch jakie wyklepałam, bo pozwolili, a ja polubiłam bohaterów i bla bla bla :nano:
Księga Wiatrów Wyruszyliśmy o wschodzie słońca. Astrid, mój aerostat, wzniosła się dumnie ponad miasto, rzuciła cień na śpiące ulice i odpłynęła ku ciemnemu niebu na zachodzie. Wiatr nam sprzyjał, w końcu!, i Klaus zredukował moc silników byśmy nie tracili paliwa. Ufam jego osądowi, wszak on stworzył Astrid od pierwszych szkiców, przez utarczki z krnąbrnymi rzemieślnikami, po pierwszy start
Aerostat zakołysał się przy gwałtownym podmuchu, litery wykoślawiły nieładnie i Åke Dansen odłożył pióro, póki dziennik podróży jeszcze jako tako wyglądał. Zawsze marzył, aby jego dzienniki były pięknie spisanymi woluminami, które zachwycałyby na pierwszy rzut oka. Jednak pisanie w pośpiechu, w rozkołysaniu, nie ułatwiało zadania, a żmudne przepisywanie po powrocie nie bawiło go ani trochę. Zatem oto był on, dziennik jego podróży do serca Morgowii, gdzie poznać chciał te nieliczne, wciąż mało znane orkijskie klany, o których więcej było legend niźli faktów. Legend, które rozpalały wyobraźnię świergotliwych dam i wielkich strategów, a przede wszystkim jego własną.
Blaszka przy drzwiach brzdęknęła na wysoką nutę, nieprzystającą do szumu wiatru na otwartych oknach sterowni i niskiego dźwięku, z jakim boczne śmigła mieliły powietrze. Åke spojrzał przez ramię i uśmiech rozciągnął jego schowane za pokaźną brodą usta.
– Hubercie! – uradował się.
Troll wymruczał powitanie, przekraczając próg.
Zdecydowanie nie na jego miarę zaprojektowano tę futrynę. Wąska i wysoka wyglądała ładnie, ale niewiele brakowało, a Hubert musiałby przechodzić przez nią bokiem. Åke nie miał wątpliwości, że Klaus w zaciszu maszynowni i swej kajuty pluje sobie w brodę, że nie uczynił jej o pół stopy węższą. A gdyby jeszcze był w stanie tak ją zwymiarować, aby dokuczała zarówno Hubertowi jak i Åke, a przy tym jemu samemu nie utrudniała życia, to byłby w siódmym niebie.
– Jak ci się widok podoba? Pogoda nam sprzyja, co nie? Klaus do nas dołączy?
– Dołączę. – Głos półelfa rozbrzmiał za plecami trolla tylko nieco głośniej niż wiatr.
– Co ci się znowu nie podoba, Klaus? Ledwie dwadzieścia sześć godzin jesteśmy w powietrzu, wiatr pcha nas ku górom i za trzy dni powinniśmy zobaczyć osady rozsiane po równinie jak kwiaty na łące i-
– Daruj.
Półelf przewrócił oczami, wyminął Huberta ruchem tak płynnym jakby nie szedł po deskach, a sunął po lodzie i podszedł do pulpitu. Pochylony nad wskaźnikami, jakby w manometrach, termoparach, i obrotomierzach tkwiło coś bardziej fascynującego niż w żywych istotach, milczał. Przesuwał palcami po lśniących obudowach, postukiwał delikatnie w wypucowane szkło i krzywił się nieznacznie, co nadawało jego rysom mniej wyrafinowanego, a bardziej drapieżnego wyrazu.
– Przecież widzę, żeś nie w sosie bardziej niż zwykle! – zaprotestował Åke i spojrzał na Huberta z niemą prośbą o poparcie.
– Ogry – odezwał się troll.
Åke uniósł brwi pytająco.
– Są okropni – wyjaśnił Klaus, nie odwracając się od pulpitu i nie przerywając zapisywania wartości w dzienniku pokładowym. – Głośni i wulgarni. Zachowują się, jakby byli na wycieczce. Pyskują i są pogardliwi.
Dansen zmełł uwagę, że w tym ostatnim powinni okazać się bratnimi duszami Diestela. Nawet on wiedział, że byłaby ona nie na miejscu, zwłaszcza że Klaus Diestel, inżynieryjny geniusz z serca Wotanii, zwykł mówić i narzekać dużo, jakby było to dla niego równie ważne do przeżycia co powietrze i pokarm. A skoro teraz milczał, dopóki Hubert nie poruszył drażliwej struny, to znaczyć musiało, iż sprawa mierzi go bardziej niż trochę, a nawet bardziej niż bardzo.
– Porozmawiam z nimi.
Półelf prychnął.
– Płacę im, są jedynie siłą roboczą, tragarzami i-
– I są głupi, jeśli myślą, że ktoś się przejmie, gdy któryś wypadnie za burtę! – Klaus odwrócił się gwałtownie i zamarł na chwilę, wystraszony własnym wybuchem. Odetchnął. Przymknął oczy i na powrót przybrał maskę obojętności. – Wiatr nam sprzyja, pracy wiele nie ma, więc siedzą, komentują i zaglądają, gdzie nie powinni, bo to nie piesza wędrówka na wysokie szczyty. Tam można krnąbrnego tragarza zostawić na szlaku i niech go coś zje. Wydaje im się, że nie wylądujemy tylko po to, aby któregoś zostawić na ziemi, ale-
– Dość, Klaus. Nie będziesz wyrzucał ogrów za burtę – przerwał mu i po kilku sekundach mierzenia się spojrzeniami dodał – proszę. Jeszcze cię któryś pociągnie za sobą.

Trzeciego dnia lotu, przy obiedzie jak zwykle spożywanym w sterowni, dostrzegliśmy pierwszą wioskę. Jurty, malowane w enigmatyczne dla mnie wzory, jako pierwszy zobaczył Klaus. Powitał je ciężkim westchnięciem i porzuceniem posiłku na rzecz uważnych obliczeń przy stole nawigacyjnym. Wiedzieliśmy, iż stąd należy kierować się na północny-zachód jeszcze przez trzydzieści mil i wówczas zacząć wypatrywać jurt zielonych, jakby ukrytych wśród traw przed powietrznymi drapieżnikami.
Na myśl o tym, jak blisko jest cel naszej podróży, rozpierała mnie radość, nawet jeśli przyćmiewał ją nie do końca rozwikłany problem naszych tragarzy. Trójkę ogrów udało mi się nająć za przyzwoite pieniądze, a i referencje mieli niezgorsze, jasnym jednak było, że albo ktoś kłamał, albo rację miał Klaus i zamknięta przestrzeń aerostatu pozbawiała ich obaw oraz skrupułów, zamieniała w koguciki, z którymi, niestety, Klaus obcować musi najczęściej, mimo że staram się go nieco odciążyć i sam chodzę do magazynu na dolnym rufowym, gdzie są ulokowani.

– Jeśli tak wygląda porządnie wbity kołek cumy – zagrzmiał Dansen ponad głowami ogrów – to ja jestem elfem!
Trabes, ten z trójki, który mówił najwięcej, ustalał najwięcej i w sposób naturalny stał się przedstawicielem tragarzy, spojrzał na podróżnika spode łba. Siedząc w kucki nad kołkiem większym niż przedramię Dansena zmarszczył i tak już pomarszczoną twarz, wydął dolną wargę i raz jeszcze uderzył młotem.
– Ta jes, panie szef.
– Pozostałe również.
– Będzie pan zadowolony – zarechotał drugi ogr, mniejszy i bardziej krępej budowy, ale krzywy uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy chmurne spojrzenie stojącego na trapie Huberta spoczęło na nim.
Nawet ogry nie były tak głupie, by pogrywać sobie z niemłodego już trolla i ten jeden, jedyny raz Klaus Diestel mógł czynić sobie wyrzuty, że zaprojektował przejście na dolny rufowy tak, iż Hubert z trudem mógł się tam dostać.
Wylądowali dość blisko wioski, aby dotrzeć do niej spacerem, ale zarazem na tyle daleko, żeby nie wydać się bezczelnymi, choć z drugiej strony spotkali tylko jednego człowieka, który z tym klanem kiedykolwiek rozmawiał, a i on mętne miał pojęcie o ich obyczajach. Równie dobrze mogli więc wylądować wciąż za blisko, albo w miejscu świętym lub przeciwnie, tak przeklętym, że nikt nie zechce z nimi rozmawiać.
Cóż.
Klaus nie zamierzał rozmawiać. To było pasją Åke, jego siłą sprawczą, zaś Klausa sprowadziło tu coś zupełnie innego.
– Wyjdziemy do nich – odezwał się Dansen – czy poczekamy tu do rana i zobaczymy, co zrobią w międzyczasie?
Spojrzał na Åke, ale wzrok miał mętny, jakby go w ogóle nie widział; wzruszył ramionami.
– Nie bądź taki obojętny – zaśmiał się lecz spoważniał sekundę później. – Jeśli wciąż naiwnie wierzysz, że ja wierzę, że udałeś się w tę podróż tylko dlatego, że Astrid jest ci droga i nie chciałeś powierzać jej innemu mechanikowi, to wiedz, że czuję się urażony. Do głębi.
Półelf prychnął.
– Popatrz, Klaus, oto nasz cel. Przez wiatry i burze dotarliśmy do niego zupełnie naokoło. Zniosło nas tak daleko na wschód, że musieliśmy zawracać, najmować nowych tragarzy, bo poprzedni to zachorowali w powietrzu, to obrazili się na ciebie śmiertelnie, a ostatnich dwóch postradało zmysły. Straciliśmy jeden silnik, ile łopatek uszkodziliśmy?
– Dwanaście od wylotu z Wotanii.
– Właśnie! Ale dotarliśmy! Czy to nie cudowne?
– Szczęśliwe.
– Niech ci będzie, że szczęśliwe. A czy z tej szczęśliwości nie mógłbyś zagrać ze mną w otwarte karty? Jak przyjaciel z przyjacielem.
Słowa były na wyrost, Åke wiedział to doskonale, bo Klaus Diestel nie miał przyjaciół, a najwyżej współpracowników. Był egoistą, patrzył na świat z góry, zaś pogardę można było z niego ekstrahować i sprzedawać w fikuśnych flakonikach starym, zasuszonym pannom od Sudrii po Koriolę. Ludzie, elfy, orkowie – wszyscy równie mało go obchodzili, o ile nie byli mu akurat potrzebni. Zwyczaje, oczekiwania, zasady?! Kpił z nich w żywe oczy i Åke nie mógł się nadziwić, że ktoś taki istniał gdzieś poza kartami książek. Za nic miał przestrogi dobrych ludzi, którzy odradzali mu interesy z Diestelem, zbywał ich życzliwie rady i brnął dalej.
Ale złudzeń nie miał – sam obowiązek inżynierski nie wyrwałby Klausa z Wotanii, a ich znajomość była dla Åke wyzwaniem w równym stopniu co podróż do Lemurii. Była przygodą! A te potrafiły się kończyć tragicznie.
– Zagrajmy choćby w wista. Jak wygram, to powiesz, czego naprawdę tu szukasz, jak przegram, to porzucę temat i, po powrocie do domu, będę rozgłaszał, że nie jesteś interesownym snobem, a półelfem oddanym sercem i duszą swej nie bardzo elfickiej pasji inżynierskiej. Co ty na to?

Zagraliśmy wieczorem w migotliwym świetle lampki gazowej i niepokojącej ciszy z rzadka przerywanej ciężkimi stąpnięciami Huberta po zewnętrznym pokładzie. Wygrałem, co nie było trudne, ale też w swych podróżach poznałem wiele sztuczek i przyznać muszę, że owszem – oszukiwałem przy każdym rozdaniu. Wstyd mi, ale zbyt byłem ciekaw. Nie był to brak zaufania ani strach, a najzwyklejsza w świecie ciekawość. Jednak, los, bo w bogów żadnych nie wierzę i wierzę zarazem we wszystkich, zakpił ze mnie tej nocy.
Gardłowy krzyk rozdarł nocną ciszę na krótką chwilę, po czym wszystko zamarło. Klaus poderwał się od stołu i dopadł drzwi. Åke był o krok za nim. Nasłuchiwali, wpatrzeni w ciemność, w czerń, którą wąski sierp księżyca nieskutecznie próbował rozrzedzić.
– Weź broń – szept półelfa był jak tchnienie wiatru, nienamacalny i prawie nieistniejący.
Åke cofnął się powoli. Poruszając się jak w kisielu, wyciągnął z szuflady pistolet, nabił go, a dłonie nie drżały mu, choć w myślach zaczynał panikować. Gdzie był Hubert? Kto krzyczał? Gdzie ogry? Czy ich ten wrzask nie obudził, nie zaciekawił? Czy to atak?
Stawiając ostrożne stopy, zszedł na trawę.
Miękka ziemia sprawiła, że poczuł się bezbronny, odsłonięty i zapragnął wrócić na pokład, z niego obserwować, wydarzenia… Klaus już go mijał. Wyprostowany, z włosami związanymi na karku, dłońmi uniesionymi na wysokości pasa, gotowymi być może do jakiejś magii, a może w rękawach marynarki kryły się ostrza? – Nie miał pojęcia i nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Od wioski zbliżały się ku nim błękitne płomienie.
Na czele pochodu szła niska postać, o ostrych rysach, oczach wytrzeszczonych i lśniących w blasku dziwnej pochodni, w szatach wyjątkowo zdobnych na tle reszty orszaku. Dłonie ukryte miała w szerokich rękawach i Åke dostrzegł jak Klaus spina się do ataku.
Odetchnął.
Orków było pięcioro, szósta istota była ogrem i zimny pot spłynął Åke po plecach, gdy z półcieni wyłowił znajomy strój i mordę.
Trabes.
Obok niego Klaus zaklął cicho, wyprostował się, odetchnął.
– Wy! – zaskrzeczała osoba na czele pochodu. – Wasz on!
Dansen przytaknął. Broń już dawno zatknął za pas i z dłońmi na widoku starał się wyglądać pokornie.
– To mój tragarz – odparł.
– Lecz jeśli w jakikolwiek sposób wam ubliżył, to gotowi jesteśmy oddać go w wasze ręce – dopowiedział Klaus – jeśli takie będzie wasze życzenie.
Trabes wymamrotał coś wściekle, ale słowa z tego nie dało się zrozumieć. Ork tymczasem podszedł o dwa kroki bliżej i przypatrzył się wanadyjskim gościom, coś, co Åke później wspominał z pełnym podziwu lękiem, ale i nutą rozbawienia. Niesamowitym był bowiem kontrast między intensywnością spojrzenia, a ordynarnym wybałuszeniem oczu.
– Pilnujcie swoich nierozumnych – syknął w końcu i skinął na dwóch, co trzymali Trabesa.
Puścili, a chwilę później pożarła ich ciemność i tylko Trabes sarkał i fukał wściekle i żałośnie zarazem. Poparzone ramię, złamany nos i kilka brakujących zębów – taki był bilans jego strat i Dansen nie rwał się, aby dzielić się z ogrem jakimikolwiek lekami, czy choćby alkoholem.
Był wściekły.
– Tych dwóch złapałem, jak się próbowali oddalić, tamtego… – Hubert prychnął.
– Tyle dobrego, że jeden tylko dotarł do wioski. Gdyby wszyscy, to gorzej mogłoby się to skończyć. Dziękuję ci, Hubercie. Uratowałeś przynajmniej część naszego honoru. Miejmy nadzieję, że dość, abyśmy nie zostali stąd przegnani na cztery wiatry. Zamknąłeś ich teraz? To dobrze. Czy Trabes powiedział, czego tam szukał? Cóż, sam z nim porozmawiam. Klaus?
Półelf wzruszył ramionami.

Podróże, moi drodzy, to nie tylko piękne widoki, nieznane jedzenie i walka z losem, ale też przykre obowiązki, jak me przesłuchiwanie Trabesa. Ork nazwał go nierozumnym, co mogło nie być słowem, którego chciał użyć. Mówił w powszechnie znanym dialekcie, lecz wykręcał tony i półtony, zniekształcał niektóre sylaby i była to mowa nie tego klanu, a ogólna, szerzej na równinach znana, a w wiosce posługiwało się nią zaledwie kilka osób. Nierozumny tu znaczył nieco to samo co niewolny, choć nie znali prawdziwego niewolnictwa. Istniała tam jednak tradycja długów wdzięczności, które trzeba było spłacać uczciwie. I był też dług życia; oddanie się w szlachetną niewolę, odebranie sobie prawa do wolnej woli, do własnych poglądów i słów. Z drugiej strony Klaus być może słusznie uważał, że gdyby ork to miał na myśli, to wciąż zbyt by to było życzliwe określenie i raczej brakowało mu lepszego słowa.
– Popaczać chciałem – fuknął Trabes niewyraźnie; pęknięta warga znacząco spuchła przez noc i utrudniała mu mówienie. – Pierd…
Zamilkł gwałtownie, ledwie cień Huberta położył się podłodze. Åke spojrzał na przyjaciela, a ten tylko skinął głową ku drzwiom, oparł się o ścianę, ręce założył na piersi i wpatrzył się uważnie w ogra.
Na pokładzie Åke zastał Klausa i orka o równie niemiłej aparycji, co jego wieczorny pobratymiec. Ubrany był porządnie, choć ciemna płachta, którą się zawzięcie okrywał, nieco utrudniała dostrzeżenie tego. Zerkał na Klausa jadowicie spode łba, a gdy dostrzegł Åke, to rozpromienił się nagle, odwrócił plecami do półelfa i zgiął w pół.
– Z przestrogą przychodzę – wyszeptał niskim głosem i strzelił spojrzeniem ku odległej wiosce. – Ale nie tu. W środku.
Klaus przewrócił oczami i nie wszedł za nimi, lecz Åke nie wątpił, że pozostał przy drzwiach. Nieprzeszklonych i nie dość grubych, aby półelf nie słyszał rozmowy.
Może w wielu sytuacjach Åke uznałby to za bezczelne, to ta do nich nie należała.
– Słucham zatem – odezwał się stanąwszy za stołem, przy którym minionego wieczora ograł Klausa w karty i nic na tym nie zyskał. – Kim jesteś?
– Umid. – Ork skłonił się teatralnie i zabrzęczały bransolety na jego nadgarstkach oraz zagrzechotały kościane ozdoby. Nigdy Åke takich nie widział, ale podobne owszem, nawet nie przesadnie daleko stąd. – Rozmawiający z przodkami. Musicie uciekać.
Szaman – przetłumaczył w myślach – ważna osoba zazwyczaj – i wzmogło to jego niepokój.
– Led-
– Przewinienie było wielkie i kara rychło was spotka. Musicie uciekać.
– A mówisz nam to, ponieważ?
Ork skrzywił się pogardliwie.
– Dobre słowo, za dobry uczynek. Ja wam ostrzeżenie, a wy mnie zabierzecie. Jak nie, to marny wasz los, wiem co mówię. Znam wodza. On kocha wszystkich, ale tylko wszystkich swoich, a wyście mu ubliżyli swym występkiem. Nie daruje wam i dziś po zmroku, gdy słońce przestanie patrzeć na ręce i księżyc skryje oko pod horyzontem…
Åke poczuł jak dreszcz przechodzi mu po plecach. Nie miał pojęcia czy ork kłamie, czy nie. W tajdze wszystko było możliwe. W Wanadii na salonach śmiał się i straszył słuchaczy nieprzewidywalnością tutejszych obyczajów, ale z dala od zacnych dam i dżentelmenów wszystko wyglądało inaczej. Groźniej.
– Dokąd mielibyśmy cię zabrać?
– Do cywilizacji.
– A jaki mam dowód, że nie chcesz…
Na zewnątrz rozległ się huk. Nieprawdopodobny jazgot uderzeń w bębny, fletni i instrumentów, których po dźwięku Åke nie umiał rozpoznać. Nie umiał również stwierdzić co się dzieje, ale Umid najwyraźniej wiedział doskonale. Spojrzał przez ramię ku drzwiom i pochylił głowę tak, że zdawało się, iż nie posiada szyi. Sarknął w morgowskim i dodał kilka słów w dialekcie z tych stron tajgi, których Åke nie zrozumiał.
– Jak macie – szukał słowa w zrozumiałym języku i mamrotał przy tym niewyraźnie w we własnym. Wyrazy i sylaby zdawały rwać się jak pod ciosami topora – rozum, to zawiesicie niebieską flagę przed świtem, jak głupi, to zginiecie. Jak nie honorowi, to… – zaśmiał się i Åke miał świadomość, że groźba kogoś takiego nie jest pustosłowiem.
Nim Dansen choćby skinął głową, Umid wypadł na pokład i zbiegł po trapie.
Klaus westchnął głośno.
– Kłamie.
– A wiesz to… – zapytał, choć wierzył Distelowi.
– Bo rozmawiałem z głową klanu, kiedy ty poszedłeś spać – odparł i nie dał Åke czasu, by ten wtrącił się oburzony. – Poza tym Trabes powiedział coś ciekawego dziś rano, choć pewnikiem nie miałem tego słyszeć. Choć raz ich darcie mord za ścianą się na coś przydało.
– Rozwiń…
Nie poprosił, ale też nie nakazał.
Klaus, wsparty o reling, wpatrywał się w odległe góry, które wznosiły się szarą ścianą na zachodzie i w śnieżnych czapach sięgały ku niebu, teraz już zupełnie niebieskiemu.
– Wiesz, że tu nigdy nie spotkali ogrów?
Nie wiedział.
– A nasz gość nie jest tym, za kogo się podaje i kręcił się tu w nocy. Trabes, co dziwne, wcale nie poszedł nieproszony. Czy raczej opuścił Astrid i wybrał się na spacer pchany głupotą, reszta to jednak zawilsza sprawa.
– Klaus, weź proszę pod uwagę, że ja nie będę żył wiecznie i że nie mamy czasu, abyś się rozwodził i-
– Wyposzczony Trabes, kręcił się w okolicy, bo durnie liczył, że w środku nocy znajdzie kogoś, kto by mu pozwolił chuć zaspokoić – prychnął Klaus. – O dziwo kogoś spotkał. Kobietę, która narobiła rabanu, by zyskać argument, wszak skąd możemy widzieć czym zawiniliśmy?
– Klaus…
– Twój gość, jakkolwiek by się nie określał, był tu niedaleko wczoraj, by nas wpędzić w kłopoty. No i mężczyzną nie jest. Na nasze szczęście.
Rozbawienie w głosie półelfa wzbudziło w Åke niepokój.
– To ma coś wspólnego z twoimi… Wygrałem, pamiętasz?
Klaus westchnął i przez moment Åke wierzył, że zostanie zignorowany.
– Tak. Wygrałeś. Szukam księgi. Rzekomych zapisków smoczych mądrości – półelf mówił cicho i tak, jakby sam siebie bawił. – Ta księga, to prawie mit. Wiele się o niej mówi, ale nikt nie wie nic na pewno.
– A ty uważasz, że mogą ją tu mieć, ot tak? – zwątpił.
– Mają świętą księgę, sam słyszałeś nim wyruszyliśmy – Klaus wzruszył ramionami. – Strzał warty próby.

Nikt więcej tego dnia do nas nie przyszedł, a w obliczu groźby ja sam wstrzymałem się z odwiedzinami. Wahałem się czy nie odlecieć i nie wrócić tu za jakiś czas. Za rok, może dwa, gdy zapomniano by o mnie, jednak Klaus się sprzeciwił.
Nie zasnął tej nocy. Leżał wsłuchany w ciszę, zapatrzony w ciemność i gotów wystraszyć się własnego oddechu. Nie leżało w naturze Åke Dansena być biernym, ale Klaus nie zostawił mu wyboru, nawet nie spytał. Stwierdził i odszedł. A teraz noc jaśniała, wiatr dął, świszczał na stalówkach, szeleścił w trawach i każdy niespodziewany gwizd stawiał zmysły Åke w stanie gotowości. Serce łomotało mu w klatce piersiowej, dłonie miał spocone, oczy bolały od wpatrywania się przed siebie, a zęby zaciskał tak mocno, że chyba tylko cudem nie pękły.
Skrzypienie.
Ciche kroki.
Usiadł. Wstał. Boso podszedł do drzwi, ale zamarł z dłonią nad klamką.
Czego się boisz?
Nasłuchiwał.
Wiatr czy oddech, kroki czy porzucony na pokładzie śmieć?
Ostrożnie otworzył drzwi i wyszedł. Wiatr szarpnął jego ubraniem, zmroził spoconą skórę, a oczy spoczęły na niebieskich płomieniach w oddali i sylwetce Klausa przy trapie, i wiedział, że już na nic nie ma wpływu. Wściekłość zalała go, poczucie bezradności zmiękczyło kolana i pchnęło na ścianę. Oparty o nią osunął się na podłogę, a Klaus patrzył na niego przez ramię, jakby pochodnie przestały go interesować.
– Zaraz będzie po wszystkim – szepnął, a pochód skręcił wzdłuż burty.
Ponad wiatr wybił się jękliwy pisk, a potem krzyk. Oba kobiece.
Ogry – Åke chciało się śmiać żałośnie.
Nie patrzył, jak orkowie spod rufy statku wywlekają swego pobratymca; wmówił sobie, że to z przyzwoitości. Wszak była naga. Trabes też i naprawdę nie musiał pytać co zaszło, nie musiał pytać, kto umożliwił trzymanemu pod kluczem Trabesowi ucieczkę.
Zagrzmiały werble. Pochód ruszył bez słowa ku wiosce, ale nawet siedząc na deku Åke widział, że wódz uśmiecha się zadowolony.
Klaus również.

Zmówili się. Głowa Umida… Umid? za możliwość zobaczenia księgi klanu i nieważnym było, czemu wódz chciał śmierci Umid, czemu nie wystarczyło pozwolić jej odejść? Czemu musiał obnażyć sekret, pokazać, że nie jest Rozmawiającym, że nie jest mężczyzną… Że kłamała. Może to sprawa tutejszego honoru? Może wiary?
Klaus też nie wie. Zdziwił się, że mnie to ciekawi.
Choć jest półelfem, to do żyjących krótko ma takie samo jak elfy podejście. Jak to lord de Sans-Seine powiedział, gdy rozmawialiśmy przed rokiem: po co nam się z wami zżywać, skoro umieracie tak szybko? Przywiązać się? Sama myśl o tym napawa mnie lękiem i z pewnością nie mnie jednego!
Teraz już wiem, co zaszło. Rozmawiający z duchami był rozmawiającą i Klaus miał rację. Chciała nas zastraszyć, byśmy pomogli jej wyrwać się stąd. I prawie jej to wyszło, ale Trabes ze swoją zakapiorną fizis nadal działa na kobiety tak, jak to z ogrami bywa. Jeszcze jeden z wielu powodów, dla których nieprzyparty do muru ich nie najmuję. Padła ofiarą biologii…

Wschód słońca tego dnia był piękny, malował niebo na złoto pomarańczowy kolor, chmury z jednej strony płonęły, z drugiej, nieskąpanej w blasku, miały niemalże fioletową barwę. Wiało ze wschodu. Źdźbła wysokich traw szeleściły, gięły się i na pewno łaskotały nagie łydki orków, ale żaden ze zgromadzonych nawet się nie uśmiechnął. Åke patrzył na nich, zapamiętywał noszone ozdoby, broń i ze wszech miar starał się skupić na podróżniczym aspekcie, żeby nie myśleć o egzekucji. Trabes i Umid w szatach jako żywo przypominających prześcieradła z dziurą na głowę, jakimi bawił się dzieckiem będąc, zostali już przyprowadzeni. Zakneblowani, o rozbieganym spojrzeniu kogoś, kto wypił za dużo lub został odurzony klęczeli na ziemi. Åke nie był pewien, czy Trabes w ogóle rozumie co i dlaczego go czeka. Czy wie, że odegrał rolę narzędzia i to w trzech parach rąk, z których jedna miała zginąć wraz z nim, druga wydała wyrok, trzecia zaś miała go wykonać. Choć to jemu zaoferowano ostrze, jako dowodzącemu na Astrid, jako temu, co nazwał Trabesa swoim! Ale Klaus zgodził się go zastąpić.
Patrząc na półelfa czuł jak żołądek mu się wywraca, a zarazem z trudem odwracał wzrok. Wyprostowany, nieruchomy, spokojny dostojeństwem i cierpliwością najstarszych puszczy i gór, czekał na znak. Wąskie, lśniące ostrze w jego dłoniach odbijało blask słońca, raziło w oczy.
Tak naprawdę Trabes nie musiał ginąć, ale nie był nikomu potrzebny, więc nikt nie kwapił się go ratować.
Możesz go wybronić, choć pewnikiem nie będzie ci wdzięczny. Ja już swoje osiągnąłem. Po egzekucji Umid będę mógł zobaczyć ich świętą księgę, to mi wystarczy. – Pamiętał słowa Klausa i pamiętał, że nawet go nie zdziwił chłód i brak troski. Właśnie taki miał być Klaus Diestel. Inaczej gdzie tkwiłoby wyzwanie, gdzie byłaby przygoda?
Hubert ma rację – pomyślał wsłuchując się w na wpół śpiewany potok słów spływający z ust wodza. – Chcę poznać Klausa jak nieznane ziemie, tylko że to o wiele bardziej niebezpieczne. Nie powinienem… – chciało mu się śmiać. Przygryzł wargę, aż ból przegnał zbędne myśli. Oczywiście, że działał na własną zgubę, ale tu i teraz nie miało to znaczenia. Orkowie zakrzyknęli, zagrzmiały bębny i zamilkły nagle. Strażnicy szarpnęli za głowy skazanych, wygięli do tyłu ich karki, słońce wślizgnęło się na zwrócone ku niebu twarze, ale Åke już na nie nie patrzył. Błyszczące ostrze w ręku wodza uniosło się wysoko, pożarło blask; Klaus skopiował ruch i na moment zdawało się, że nawet wiatr wstrzymał oddech.
Ostrze opadło gładko wchodząc w szyję, przez krtań i w dół, głęboko, tak bardzo, że Åke zastanawiał się czy mogło sięgnąć płuc.
Zagrały fletnie.

Nie mam słów.
Odmówił tego dnia obiadu. Sączył wino i patrzył niewidzącym spojrzeniem jak Klaus je powoli; jak zwykle.
– Warto było? – zapytał cicho i nawet nie w połowie tak stanowczo jakby chciał.
– Tak. Wiem, że to nie ona.
– Będziesz szukał dalej…
– Åke, nie pytaj. I tak w Wotanii twoje podróże interesują zbyt wielu. Lepiej żebyś o żadnych księgach nie wspominał, bo ktoś kiedyś może nie uwierzyć, że ich nie znalazłeś. Że ich nie masz…
– Ostrzegasz mnie?
– Radzę.
– A ty? Ty nie powi-
– Åke, moje życie nawet dla nich jest cenniejsze niż twoje.
Choć nie padła żadna nazwa, to jednak wiedział o kim mowa.
– Ale ty dla nich? – zdumiał się. – To takie-
– Po prostu szukamy tego samego – przerwał mu Klaus wyraźnie urażony.
– To skoro szukamy – zaczął i zawahał się, ale tylko na chwilę. Słodkawe wino poczęło uderzać mu do głowy, ale był pewien, że nie będzie rano żałował. Oto zaczynał nową przygodę i niech mówią co chcą – tej księgi, to gdzie się teraz udamy?
Klaus spojrzał na niego pogardliwie, ale Åke dostrzegł tam także strach, o którym mówił Seine-Sans i już wiedział, że wygrał, że przygoda dopiero naprawdę się zaczęła.

koniec
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Księga wiatrów

Post autor: Krin » 15 marca 2015, 12:35

Ostatnio uruchomiłaś chyba swój wykrywacz wątków lubianych przez Krin. Może przez to będę nieobiektywna, ale podoba mi się. Jakby oni jeszcze np. spędzili choćby dzień w tej wiosce, to bym się chyba przekręciła z całej tej radości. I jeszcze Klaus :heart:. To zdecydowanie mój ulubiony z bohaterów tej opowieści, bo półelfy są fajne, półelfy-wynalazcy są bardzo fajni (zwłaszcza, że kojarzą mi się zazwyczaj z normalnymi elfami i to takimi rodem ze Śródziemia, czyli zdecydowane przeciwieństwo wynalazców) a półelf-wynalazca, który nikogo nie lubi i snuje intrygi, ale na końcu widać w nim jakieś przebłyski człowieczeństwa to nie jest bohater, jakiemu mogę się oprzeć. Taki los.

Historia ciekawa, choć miałam nadzieje, iż będzie bardziej hmm... eksponowała świat, o czym już wspominałam. Miejscami bałam się, że znów umyka mi jakiś sens, ale potem sobie uświadomiłam, że główny bohater też nie do końca wie, o co chodzi. Mam taką nadzieję.
Nie mam słów.

Stwierdzenie bardzo proste, niektórzy pewnie powiedzieliby banalne, ale dobre. Znaczy więcej niż tysiąc słów i jeszcze więcej kryje emocji. :D

I znów nie wiem, co więcej rzec, ale radziłabym ci się cieszyć, ponieważ zauważyłam, że najwięcej zawsze ma się do powiedzenia o słabych tekstach.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Shady
Posty: 49
Rejestracja: 12 lutego 2015, 14:26

Re: Księga wiatrów

Post autor: Shady » 24 marca 2015, 16:18

Dobre, ale trochę błędów jest. Na początek jest ciekawie, a to bardzo ważne w powieściach. Czekam na kolejną cześć.
Off Topic
– Dołączę. – Głos półelfa rozbrzmiał za plecami trolla tylko nieco głośniej niż wiatr.
Po ''Dołączę'' nie powinno być kropki.

Off Topic
– Są okropni – wyjaśnił Klaus, nie odwracając się od pulpitu i nie przerywając zapisywania wartości w dzienniku pokładowym. – Głośni i wulgarni. Zachowują się, jakby byli na wycieczce. Pyskują i są pogardliwi.
Tu to samo.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Księga wiatrów

Post autor: pierdoła saska » 24 marca 2015, 17:19

W pierwszym przypadku się zgodzę, w drugim nie. A przy okazji.
Marša pisze:koniec


:|
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Shady
Posty: 49
Rejestracja: 12 lutego 2015, 14:26

Re: Księga wiatrów

Post autor: Shady » 24 marca 2015, 17:22

Ten napis ''koniec'' taki mały że trudno zauważyć :p

A co drugiego tego cytatu to wydawało mi się że wcześniej była kropka tam gdzie nie powinna.

ODPOWIEDZ