TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

!~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1865
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 13 listopada 2019, 21:50

Hej i ho! Podbijam temat, bo oto nastał sezon! :D

Link to zasad zabawy i pierwszego posta tematu zarazem: https://literka.info/viewtopic.php?f=50&t=4845#p68988
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1483
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kanterial » 17 listopada 2019, 16:52

Tak, wiem, to zło. Ale i tak planuję część II.
Część I - w której Didi postanawia być dobrym chłopakiem-cyborgiem, a do świąt jest jeszcze miesiąc

To był szczyt wszystkiego.
Nawet nie, że Dietrich się przez to zdenerwował, bo jako doskonała i niewyprowadzalna z równowagi jednostka nie denerwował się z byle powodu i nie dostawał przez to krwotoku, ale śladową ilość niedowierzania i irytacji jednak odczuł. Siłą rzeczy.
Do świąt pozostał ledwie miesiąc, a on już odchodził od zmysłów. Nie tylko dlatego, że zdążył sprawdzić swój prezent w szafie Roberta, a sam jeszcze żadnego nie kupił. Nie tylko dlatego, że wszędzie rozwieszano już oczojebne światełka, od których bolały go bio-receptory. I wcale nie dlatego, że jego związek się chyba rozpadał, a co do miejsca spędzenia świąt nadal nie było jednoznacznej decyzji.
Było bardzo wiele innych powodów.
Do swojej ulubionej kawiarni sieciowej C-Bean Café Didi szedł przekonany, że zastanie wolny stolik, a kawiarnia nie dość, że okazała się nazywać Etno (czyżby wykupili konkurencję w całym europejskim wielomieście? To by oznaczało poważny związek z RANem), to jeszcze była po brzegi wypełniona ludźmi.
Doprawdy, kto się spotyka w sieciowej kawiarni o godzinie siedemnastej?
Lekka przesada.
Żadnego wolnego gniazdka przy stolikach dla programistów, a może Dietrich akurat chciał się podłączyć do ładowania? Kiedy się jest cyborgiem z tkankami uodpornionymi na przepływ prądu przemiennego do trzystu Voltów w pięćdziesięciu Hertzach, można wsadzić palce w kontakt i razić prądem znajomych, a także przejąć właściwości cewki i wytworzyć pole magnetyczne. Dietrich dowiedział się o tym stosunkowo niedawno, kiedy w centrali MPK odmówiono mu zniżki studenckiej. Niewyjaśniona seria zwarć, wybuchów, wykolejeni i podpaleń tramwajów to była ta część jego kariery, z której był skrycie dumny, ale o której na głos nie mówił.
Świebodzki podpalił mimochodem.
Swoją nową ulgową urban-kartę nosił więc teraz przypiętą do kieszeni na piersi, zaraz pod identyfikatorem, bo MPK wysłało mu ją (dobrowolnie) po przejrzeniu zapisów z kamer wewnątrz pojazdów. Zamiast zniżki studenckiej nabili zniżkę dla honorowego dawcy krwi, co właściwie było bardzo miłym gestem wobec kogoś, z kogo się do tej pory wylało dobre dziesięć litrów.
W każdym razie kawiarnia była pełna i to się cyborgowi bardzo, ale to bardzo nie spodobało. Wchodząc do środka, wygładził czarną koszulę na guziki, zahaczył palcami o krawędź Glocka i postanowił, że w razie potrzeby wróci do samochodu po magazynek.
Tak, jeździł samochodem, ale to nie znaczyło, że zniżka MPK mu się nie należała. Robert ciągle się o to czepiał. Robert o wszystko się czepiał. Z Robertem nie układało się ostatnio najlepiej i Dietrich właśnie dlatego chciał się w kawiarni naćpać kawą z izotonikiem, do czego miał pełne prawo.
- Dobry wieczór - rzucił w drzwiach, dbając, żeby go usłyszano nawet na drugim końcu sali. Nie zawiódł się. W towarzystwie wybuchła stłumiona acz jednomyślna panika, ludzie zaczęli sprawdzać godzinę, żegnać się, zbierać płaszcze. I tak oto, zanim Dietrich dotarł do lady z zamiarem zamówienia swojego napoju, połowa lokalu opustoszała.
Doprawdy wspaniale.
- Duża czarna na potrójnym espresso. Z podwójnym izotonikiem - ogłosił, opierając się łokciem o gablotę z ciastem i bajglami. - Tylko szybko. Mam zły humor.
- Chyba nie mamy tego w menu.
Chyba nie kojarzę opcji „odmowa” w swoim menu - pomyślał cyborg, ale zmusił martwe mięśnie do uśmiechu, tłumiąc złość.
- Nie macie kawy w kawiarni? - dopytał miło. - Bo zamówiłem najbardziej klasyczną kawę, jaka…
- Proszę wybrać z menu - poinstruował chłopak w fartuchu baristy.
Akermann włożył wiele wysiłku w zachowanie spokoju i przeniósł wzrok na listę serwowanych napoi wymalowaną na ścianie powyżej.
W trakcie skanowania nie wyłapał słowa „izotonik”.
Przeskanował więc jeszcze raz.
I jeszcze raz.
I…
- Przepraszam, długo pan się będzie zastanawiał? Bo mi się śpieszy, sklejam prompty o paladynach.
Coś, co z całą pewnością nie było uległym błaganiem, a zostało wypowiedziane kobiecym głosem, mocno rozstroiło Dietrichowi procesy, więc na obiekt emitujący spojrzał niezbyt przytomnie i w głębokim szoku.
- Dziękuję - rzucił obiekt, po czym się wepchnął między cyborga a baristę i zachwiał prawami wszechświata, jeszcze bardziej łamiąc dopuszczalne granice (to znaczy te, które Akermann zatwierdził).
- Pani chyba… - zaczął oniemiały, gdzieś pomiędzy atakiem wściekłości a zawieszeniem systemu, na co blond anomalia zareagowała spojrzeniem tak wyćwiczonym w gaszeniu facetów, że Akermann prawie poczuł, jak mu się topi charyzma i przepala obwód awaryjnego odwrotu.
Aż się przegrzał, kiedy tak patrzyła. W każdym calu zjawiskowa.
- Byłam w SASie - powiedziała.
To zabrzmiało prawie jak „robiłam w RANie”. Cyborg uznał, że bezpiecznie będzie zwiększyć odstęp i nadal lekko zszokowany poczekał na swoją kolej. Fascynująca blondynka odeszła w głąb kawiarni, tam, gdzie grupa najwytrwalszych (i najbardziej bezczelnych) klientów okupowała jedyny stolik zaopatrzony w gniazdka.
- No, słucham - popędził barista nieuprzejmie, przerywając Didiemu obliczenia.
- Poproszę to samo, co ta groźna kobieta - stwierdził Akermann bez przekonania. Tylko dlatego, że coś zamówić należało.
- Serniczek - wymruczał arogancki chłoptaś, nabił na kasę, westchnął i uruchomił terminal, po czym wydał Akermannowi serniczek.
- Doprawdy - wydusił cyborg.
Ten dzień był fatalny. Aż dziwne, że fatalny nie tylko przez Roberta. Zagubiony Dietrich tak się zamyślił nad własnym nieszczęściem i zafrasował rozstrojonym procesorem, że wraz z serniczkiem zupełnie przypadkiem znalazł się przy okupowanym kącie z gniazdkami, po czym zastygł głupio i niezręcznie, nie wiedząc co ze sobą zrobić, tylko na pokaz zajęty szukaniem wolnego kontaktu.
Musiał się w domu wyregulować. Najlepiej znieczulić. I zwiększyć maksymalną pojemność kondensatora odpowiedzialnego za bufor o jakieś… trzysta…
- Nano? - spytała pani na wylocie.
- Eee, tak - przyznał automatycznie. Trzysta nanofarad to była wartość odpowiednia.
- To siadaj, nie będziesz sam stał. Obok admina masz wolne gniazdko.
Więc Akermann usiadł, bo nie wpadł na inny pomysł, a po drugiej stronie stolika siedziała groźna kobieta z SASu, która go pośrednio usadziła wzrokiem.
To było dziwne i straszne. Osiem osób, w tym siedem kobiet, w ciasnym kręgu klepało w klawiatury przedpotopowych komputerów osobistych ze skupieniem i powagą godną wyłącznie doświadczonych programistów. To na pewno był oddział RANu (SASu?) z innego okręgu, jakaś tajna grupa tworząca wspólnie szyfrowany kod pozbawiony jednego autora, a więc i osoby odpowiedzialnej. A ten sprzęt… ten sprzęt jednoznacznie wskazywał na organizację podziemną doskonale zorientowaną w najnowszych technikach śledzenia, dokładnie, ci ludzie używali przestarzałych o czterdzieści lat laptopów, żeby ich nie wykryto za pomocą modułów śledzących systemy generacji Paix R3.
- Jestem pod wielkim wrażeniem - stwierdził cyborg i dołączył do nabożnego milczenia. Ten cały admin, który rzekomo dysponował gniazdkiem, to też była kobieta. Odległe wspomnienie administratora Brzózki, który nie ogarniał panelu, ale świetnie banował użytkowników, przemknęło przez głowę Akermanna szybciej niż paczka danych przez światłowód.
Chyba wyczuła, że się na nią gapił (pech chciał, że jedyne wolne miejsce było między nią a inną programistką, taką w długich ciemnych włosach, która zamiast konsoli programistycznej używała FocusWritera, ale w sumie dobrze się składało, bo obydwie były od Akermanna niższe). W każdym razie pani admin podniosła zmęczony wzrok znad ekranu.
- My się nie znamy - oceniła i wyciągnęła łapkę, którą cyborg zaklasyfikował jako bardzo elegancką i odpowiednią do przebudowy, więc wyciągnął swoją, nieelegancką i przebudowaną. - Ale bardzo mi kogoś przypominasz.
- Doprawdy, nie mam pojęcia, kogo mógłbym - rzekł szczerze, wymieniając uścisk. - Didi.
- O, nawet nazywasz się identycznie - uznała z podziwem. - Kruffachi.
- On? Nawet nie jest podobny - burknęło coś wyjątkowo niemiłego i z laptopem bez lewego ctrl. - Patrz na te uszy, za mało szpiczaste…
Dietrich zmrużył oczy i napiął żuchwę, posyłając temu czemuś nienawistne spojrzenie znad serniczka.
- Chociaż fakt, ruszają się identycznie - stwierdziło wtedy coś - ale i tak mój Didi jest o wiele przystojniejszy. I bardziej przerażający.
- Jestem diabelsko przystojny - wycedził Dietrich zgodnie z prawdą.
- A ja piszę, możecie to załatwić na zewnątrz? - zgasiła babka z SASu i już pozostało zgaszone.
- O nie - rzucił ktoś z lewej - Maksym właśnie pokłócił się z przyjacielem po wyjątkowo długich przemyśleniach, w trakcie których zgubiłam wątek i rozbiłam Strugackiego…
Pełne współczucia, grupowe „Uuuuuu” zniesmaczyło cyborga, więc zaczął pochłaniać sernik, żeby nie powiedzieć na głos, że Maksymowi życzy jak najgorzej i właściwie przedwczoraj go zastrzelił, brudząc sobie bagażnik.
- A ty dlaczego nie piszesz z nami? - zagadnęła pani admin. Pewnie współpracowała z tą z SASu przy tworzeniu serwera. Cyborg zamrugał.
- Przecież nie wiem, co piszecie - odparł zapchany najsłodszą masą serową z dodatkiem toffi, jaką zdarzyło mu się przeżuwać - a co, jak nadpiszę zmienne? A jakich używacie bibliotek? Wiesz, mam problem z jedną własną biblioteką, właściwie mam ochotę ci o tym opowiedzieć, żeby go rozwiązać, wyglądasz na osobę rozwiązującą podobne problemy, to fascynujące, ale wracając do waszego kodu…
- Eee, no, wiesz - zmieszała się nieco. - Tu każdy pisze to, co chce, więc masz wolną rękę. I chyba nie chodzi o kod - dodała konspiracyjnie. Akermann wytrzeszczył oczy. - Po prostu włącz laptopa czy… - Urwała, zmierzyła go uważnie i chyba nie zauważyła żadnego sprzętu poza pistoletem. - Czy co tam masz do pisania, i pisz, co ci w duszy gra.
Och.
W samo serce.
A, nie, moment.
Nieważne.
- Na klar - mruknął. Normalnie zapewne ulotniłby się z tego podejrzanego towarzystwa pełnego jednostek o chorobliwym poziomie niewrażliwości na podświadomy i instynktowny strach, który cyborgi wywoływały w ludziach, ale tego dnia nie mógł. Tego dnia miał tak serdecznie dość wszystkiego, z własną pracą i Robertem na czele, że po prostu aktywował siatkę holograficzną, wyprostował plecy i zaczął pisać.
Pech chciał, że wszyscy się gapili na jego pisanie, bo siatka była w 3D i likwidowała wszelką prywatność.
No trudno. Dietrich z pasją rozsunął widmową klawiaturę w kolorze jaskrawego pomarańczu nad kolanami i z prędkością światła wyklikał:

Mój chłopak Robert mnie ogranicza.

Tak. Tak, właśnie tak było.

Robert się zmienił. Dlaczego on ciągle jest zajęty ważnymi sprawami i polityką? Oczywiście szanuję jego majestat, obydwaj jesteśmy genialni i powinniśmy władać światem, ale to chyba nie jest powód, żeby ignorować moje potrzeby socjalno-fizjologiczno-metafizyczno-naukowo-afektywne? Robert znowu kupił mi te same bokserki z Versace. Robert komentuje moje wizyty w burdelu. Robert jest zazdrosny o mojego najlepszego przyjaciela Piotra, którego mam zamodelowanego holograficznie bez ubrania, bo muszę przeliczyć kosztorys zmian biochemicznych i przewidywanego układu elektronicznego.

Osiem osób kolejno przestawało pisać i z mieszaniną współczucia, niedowierzania, mrugania i bezdechu czytało dramatyczny esej. Niektórzy kiwali głowami.

Dlaczego Robert pije beze mnie koniak, stojąc samotnie na balkonie? Dlaczego Robert nie mówi mi o swoich problemach? Dlaczego Robert jest taki oziębły i nie chce zostać zabity, żebym mógł mu ulepszyć ten dojebany układ oddechowy i zbadać przyczynę niewytłumaczalnych zaburzeń tlenowo-ciśnieniowych wywoływanych przez obcą formę konektomową?

Poważne pomruki, dwa potaknięcia, jedno długie, zamyślone „Hummm” i ogólnie nadal stream na żywo w małym kółku literacko-programistycznym SASu.

Może on mnie nie kocha?
O Boże, on mnie nie kocha, co ja teraz zrobię, pomocy, zabiłbym się, gdybym tego nie zrobił wcześniej przypadkiem, jak mam teraz dalej żyć?!
#smutna emotka #gdzie ja jestem #Glock mi się wbija w tyłek

- Hej, posłuchaj, Didi - zaczęła delikatnie jakaś urocza pani schowana pod kocem - chyba jesteś rozbity. Nie musisz pisać na siłę. Zarys twojej powieści wydaje się być chaotyczny.
- Przecież jeszcze nic nie napisałem, to było tylko w myślach! - oburzył się, ale zaraz potem ogarnął, że martwe dłonie jednak wklepały wszystko w hologram i wszyscy teraz znają największe tajemnice największego genialnego programisty lat sześćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku. - O NIE! USUŃ! DILIT!
- Dilejt?
- NIE, DILIT!
Piękna i groźna kobieta z SASu złożyła dłonie w pełną namysłu i powagi piramidkę. Całkiem jak Robert. Tak bardzo, że Akermanna zabolało miejsce po sercu.
- To dziwne, ale kiedy opowiadałeś o swoim chłopaku, Robercie - zaczęła.
- Wcale o nim nie opowiadałem!
- …to miałam wrażenie, że wiem, o kim opowiadasz. Jakby to była postać z jakiegoś, no wiesz, Nano.
- Nano-czego? Nanoprocesora? Nanoukładu? Nano…
- Ale czy ja ci przerywam, kiedy ty sobie milczysz albo nie umiesz zamówić kawy? Nie przerywaj, posłuchaj.
- Dobrze, kobieto z SASu - uległ posłusznie. A potem wywaliło mu błąd w systemie i się zdenerwował, bo to było zachowanie bardzo do niego niepodobne.
- Więc twój chłopak, o którym nam wcale nie opowiedziałeś, Robert. Mam wrażenie, że go znam. Wydaje mi się, że reszta obecnych też zna go całkiem nieźle, przynajmniej… w teorii - ciągnęła. Sekta programistyczna ochoczo przytaknęła, a to okropne coś, z czym Didi nawiązał negatywny kontakt i co śmiało skomentować jego uszy, wydało z siebie bardzo nieprofesjonalny fangirlowski pisk.
Pisk na Roberta!
Didi wbił zęby w język i obliczył czas, jaki mogło zająć dotarcie do magazynka z nabojami pod przednim siedzeniem notchbacka.
- Ja wręcz znam tego Roberta tak dobrze, jakbym go sama napisała - naświetliła pani admin. - Naprawdę! - zapewniła, gdy cyborg spojrzał powątpiewająco. I znów, kiedy na nią patrzył, zachciało mu się gadać o nierozwiązanych problemach najnowszego pisanego kodu. Nie - postanowił twardo - pogadam z kaczką w domu.
- To do Roberta podobne. Zaniedbywanie ukochanych osób, pełne skupienie na władzy, ech - westchnęło coś, i tym razem Didi obiecał sobie, że to coś zabije wolno i okrutnie.
- Rozumiem, że wszystkie znacie Roberta. Cóż - urwał, wstrzymując oddech. Bufor wolno i nieubłagalnie przepełniał się mimo starań układu chłodzącego, aż wreszcie przekroczył granicę i zaczął przepalać naczynka krwionośne w zatokach.
- Wow, na moim serniku nie ma polewy malinowej, dlaczego on dostał sernik z polewą, a ja bez?
- To nie polewa…
- Didi, płaczesz?
- Płacze krwią z nosa!
- To naprawdę… wspaniała informacja, tak, to doprawdy bardzo, ale to bardzo - wycedził cyborg przez zęby - mnie cieszy, że tyle kobiet tak dogłębnie się z Robertem poznało w tej jebanej tajnej organizacji, którą pewnie założył w tajemnicy przede mną! AGHR! - wybuchnął i zatrzasnął dziewczynie obok laptop. - NIENAWIDZĘ GO!
- Co za impertynencja i troglodycja - skomentowało coś z podziwem. - Zupełnie jak mój Didi.
- A CIEBIE ZASTRZELĘ! - wydarł się, celując w to palcem. - WSZYSTKIE WAS ZASTRZELĘ! Nie, ciebie nie, przyjacielu, ty jesteś mężczyzną, na pewno nie masz z Robertem nic wspólnego, widzę, że piszesz powieść o chomiku. BĘDĘ ZABIJAŁ ZA ROBERTA! AKTYWACJA! ICH FRAGE EUCH: WOLLT IHR DEN TOTALEN KRIEG? DAN-
A potem była już tylko wrząca kawa wylana na krocze, cios w czoło pluszowym porgiem z rogiem jednorożca, kobieta z SASu i jej prawy prosty przedłużony kablem od zasilacza.


***


- Stworzyłam potwora. Robert wszystkich krzywdzi. Jest jak jego ojciec, w trzeciej części pewnie zmieni się w stanie się tyranem…
- Daj spokój, Kili. Przecież to na pewno inny Robert. Ja bym mogła powiedzieć, że stworzyłam potwora, gdyby ten pojeb to był faktycznie Didi, ale to nie Didi, tylko pojeb, który chciał nas zastrzelić w kawiarni.
- Nie ma współczucia dla takich ludzi. Nie ma dla nich serniczka. Dajcie mi jego serniczek.
- Coff, tam jest jego krew.
- Dajcie, powiedziałam.
- Nie no, pewnie żartował. Widziałyście, jak sięgał po pistolet? Zupełnie, jakby to robił na poważnie.
- Kanterial, rozumiesz definicję żartu?
- Rozumiem wiele definicji, nie jestem głupia.
- Szkoda, że tu nie ma Joi, żeby ci ktoś mógł na głos zaprzeczyć.
- Co? Chyba nie rozumiem.
- Nieważne, co z nim zrobimy?
- Mój chomik właśnie nawalił się bimbrem i zaczął podróżować w czasie.
- Ej, a widziałyście, jak mu się niesynchronicznie ruszają uszy, kiedy coś słyszy z jednej strony i namierza? Zupełnie jak mój Didi.
- Czy to początek Jeży, że nie wiadomo o co chodzi i brakuje didaskaliów?
- Nie, to moja nowa powieść, w której didaskalia są antagonistą i giną w pierwszym rozdziale zabite przez uczniów WABu.
- Przepraszam, ale co zrobimy z mężczyzną, który leży między mną a Aishikami? To dla mnie ważna kwestia.
- Zostawmy go tutaj, kiedyś się obudzi.
- Ale to Didi. Robert go krzywdzi. Wiem, że to prawda. Wydaje mi się, że sama ich… zeswatałam?
- Kili, nie możesz przez całe życie brać na siebie odpowiedzialności za innych tylko dlatego, że próbujesz rozwiązać wszystkie problemy i chciałabyś, żeby ktoś ci pomógł, ale sama zrobisz to lepiej.
- Dobra, postanowione. Bierzemy go do domu. Rozwiążę jego problemy z Robertem. Aish, masz coś przeciwko? Wiem, że nikt normalny nie wziąłby ze sobą obcego nieprzytomnego mężczyzny z pistoletem.
- Kiedy byłam mała, lubiłam oglądać Paddingtona.
- Nie było pytania. Coff, daj mi pół tego serniczka.
- Nie.
- Ej, a myślicie, że sternik może mieć załamanie nerwowe?
- Ja mam i mogę.
- Ty nie jesteś sternikiem, Kanterial.
- Ale mogłabym być, gdyby obok był pan Lankocz. Ty mogłabyś być operatorem elektrowni atomowej, gdybyś ukończyła W9.
- Proszę, niech ktoś skończy tego WIPa, halo, przepraszam, jest prawie dwudziesta pierwsza, nie chcecie już zamknąć tej kawiarni?!


***


Akermann obudził się w…
- Gdzie ja się obudziłem? - zapytał przerażony, a potem przeraził się jeszcze bardziej, bo zamiast koszuli na guziki, którą chciał wygładzić, wygładził bezrękawnik z baranka. - Scheiße!
Nigdy nie sądził, że zostanie porwany, a już tym bardziej, że ktoś go porwie do bardzo ładnego mieszkania, ubierze w barankowy kożuszek z kapturem i uszkami (sam miał lepsze uszy, naprawdę, o wiele lepsze), owinie kocykiem i usadzi na kuchennym krześle z widokiem na lodówkę.
To było straszne. To naprawdę. Było. Straszne.
Z podłogi zasyczał oburzony kot, wielki i łaciaty (chyba bronił tych wyjątkowo ładnych i ekskluzywnych talerzyków z jedzeniem obok), a że Dietrich był pozbawionym duszy i człowieczeństwa humanoidalnym cybernetycznym organizmem, też zaczął syczeć na kota i położył uszy płasko, żeby mu zasygnalizować zamiary.
Siłowali się najpierw na spojrzenia, potem na odsłonięte zęby i spięte mięśnie grzbietu, a potem wszystko potoczyło się samo; kot wykonał atak zaczepno-obronny, Dietrich wykonał zejście do poziomu parkietu i jeden za drugim wpadli do dużego pokoju.
- Boru! - zakrzyknęła programistka FocusWriter, kiedy wkurwiony kot przeleciał jej nad łóżkiem.
- BORU! - wrzasnęła, kiedy nad łóżkiem przeleciał wkurwiony cyborg. W trakcie poważnej walki samców, trwającej może dziesięć sekund, ucierpiała lampka, stół, jeden regał na książki, duma Didiego i zdrowie psychiczne drugiego kota. I zapewne ucierpiałoby o wiele więcej, gdyby zwierzęta nie zderzyły się ze ścianą nienawiści postawioną nagle i niespodziewanie pośrodku korytarza.
- SPOKÓJ - zagrzmiała pani admin szeptem. Dietrich jak raz przypomniał sobie, że oficjalnie jest człowiekiem. Procesor przywrócił mu normalny tryb funkcjonowania. Bardzo pośpiesznie i nieudolnie powrócił do pozycji pionowej (jak stał na nogach, to był wyższy, dlatego tak się zwykle poruszał) i chciał nawet wyartykułować jakieś porządne „przepraszam” albo „ojej”, ale tak go obezwładniło metafizyczne szesnaście ton lodowatego wiatru w kostkach, że tylko poruszył ustami. A potem grzecznie wrócił na krzesło w kuchni, zawinął się w koc i zagapił w stronę lodówki, żeby więcej nie oberwać.
Nienawiść Kruffachi nadawała na czterystu czterdziestu (i czterech) Hertzach, zagłuszając wszystkie przebiegi w systemie. Właściwie - pomyślał Didi jakimś ułamkiem niezablokowanej pamięci RAM - Kruffachi programowała falowo lepiej niż Rudolf. Mogła stanowić broń masowego rażenia, gdyby jej odpowiednio podkręcić zasięg.
Kiedy weszła do kuchni, chciał jej powiedzieć bardzo miło „Nadajesz się. Oddaj mi swoje ciało. A w ogóle to dlaczego jestem porwany?” ale jakoś zrezygnował, bo zrobiło mu się głupio i znowu oberwał Hertzami na częstotliwości Stachurskyego.
- ON PRZERAZIŁ MOJE DZIECI! MA ZAKAZ WSTĘPU DO TEGO POMIESZCZENIA! I SZLABAN NA PISTOLET!
- Nie - wykrztusił Akermann zdławionym basem. Obrócił się - tylko nie pistolet!
- BEZ DYSKUSJI! PRZEZ CIEBIE GIZMO ZNOWU SKOŃCZY U WETERYNARZA!
Dietrich zastanowił się, kto normalny zabiera kota do weterynarza i naprawia go za pieniądze, zamiast kupić nowego. Weterynarze nie istnieli w Europie od lat czterdziestych.
Czyżby…
Nie!
Chyba oszalał. Chyba to był sen. Straszny, okropny, doprawdy potworny koszmar.
- Co tu się w ogóle dzieje - jęknął cyborg, kryjąc twarz w dłoniach. - Chcę się obudzić, muszę… wrócić do Roberta i zabić kilka osób… muszę napisać Piotrkowi pętlę…
- Posłuchaj, Didi - rozkazała spokojnie, ale wciąż stanowczo ta idealna do przebudowy osoba po tym, jak oparła się o stolik. - Jesteś tutaj, bo ja wiem, jak pomóc tobie i Robertowi. I mam zamiar pomóc. I pomogę. Żeby się przygotować do Odpuszczenia. Rozumiesz.
Cyborg nie rozumiał. Przetworzył informację i spróbował przypomnieć sobie, czy w ogóle o pomoc prosił, albo czy dostał zaproszenie do mieszkania, albo na terapię, albo czy się przebierał w ewidentnie za krótki kobiecy bezrękawnik, ale… ale nic tutaj nie trzymało się kupy. A on był rozstrojony. I miał przepalone kilka obwodów. Więc postanowił, że skoro i tak ma depresję, a sprawa dotyczy Roberta, to najlepiej będzie siedzieć cicho i dać sprawom toczyć się tak, jak chcą.
Tak, jak pani admin chce.
Dopóki to będzie dokładnie tak samo, jak on, Dietrich Akermann, mógłby chcieć, gdyby wiedział, czego chce.
- Dobrze - oznajmił bardzo wolno i niepewnie. - Dobra. Pomóż mi. Proszę. Dziękuję. Jestem gotowy odpuścić.
- Nie sądziłam, że masz takie słowa w pakiecie - skomentowała admin z pewną dozą podziwu. Akermann spróbował się zarumienić, ale nie miał podobnej funkcji i stanęło na tym, że zaswędział go policzek. Policzek był nieogolony, bo Akermann musiał się golić co dwanaście godzin, co lekko zaniedbał, bo go, uwaga, porwano.
- Zanim zaczniesz mi pomagać, za co, rzecz jasna, jestem bardzo wdzięczny, chciałbym wyjaśnić i sprecyzować kilka istotnych spraw - ogłosił na tyle uprzejmie, na ile mu pozwalało ogólne rozregulowanie. - Czy zostałem porwany?
- MMMmmmmmmmmmmm - zastanowiła się admin - mmmmmmmmmmmmmmmmm - kontynuowała, wyciągając kawiarkę - mmmmmmmmmmmmmmm - ciągnęła niejasno (Dietrich zmrużył oczy w skupieniu, zapisując jej wypowiedź na dysku twardym) - mmmmm - dodała jeszcze, podeszła, poprawiła mu uszki w baranku i wróciła do robienia kawy - mmmmmmmmmm, NIE.
- Uff, super - odetchnął cyborg. - To by mi uwłaczało. Wiesz, porywać to ja, a nie mnie. Jestem śmiercionośnym cyborgiem, który potrafi podnieść samochód osobowy i wdrapać się na każdy budynek. Umiem przeskoczyć pięć metrów z miejsca i biegam szybciej niż…
- Masz tu kawę kukułkową - przerwała najwyraźniej niezbyt ruszona tym, jak bardzo on biega szybciej niż nie wiadomo co (chciał powiedzieć, że szybciej niż Robert wiadomo co, ale nie zdążył). - Nie mam izotoniku, bo jeszcze go nie wynaleziono, ale dam ci RedBulla z kapką wódki w szklance. Co jeszcze chciałeś sprecyzować i wyjaśnić?
HA!
NIE WYNALEZIONO?!
TO NAPRAWDĘ BYŁY LATA DWUDZIESTE!
A WIĘC JEDNAK UMIAŁ PODRÓŻOWAĆ W CZASIE!
WIEDZIAŁ, ŻE JEST GENIALNY. WIEDZIAŁ.
CO PAN NA TO, PANIE JESTEMTERAZZAJĘTY JURGENS?!
- Cóż - wymówił ostrożnie, próbując się za bardzo nie podniecać - co chciałem jeszcze uściślić: wiesz, że życie to tylko początek? Czy jeszcze ci tego nie powiedziałem?
- Czy ty… - Admin spojrzała konspiracyjnie, tajnie i pytająco.
- Tak. - Akermann spojrzał jeszcze konspiracyjniej, tajniej i odpowiadająco.
- Aa, dobra, chyba wiem, do czego pijesz - machnęła ręką i wróciła do czyszczenia kawiarki - ta cała gadka o mijaniu, nic nie jest ważne, ale ja mogę być ważna, tak? Jesteś twórcą itede.
- N-No - wydukał głupio, bo nigdy nie zdarzało mu się być gaszonym w podobnych sytuacjach. - Skąd wiedziałaś?! W ogóle…
- Dzięki, nie jestem zainteresowana oddaniem ci ciała w zamian za nieśmiertelność.
- NA LOS, PEWNIE, DLACZEGO ŻADNA KOBIETA NIGDY NIE JEST TYM ZAINTERESOWANA?! PO CO JA W OGÓLE PYTAM?! NASTĘPNYM RAZEM NIE SPYTAM!
- Jeszcze jakaś sprawa do wyjaśnienia?
Obraził się, więc nie odpowiedział.
- A zatem! - Klasnęła w dłonie. - Przedstawiam ci mój trzytygodniowy program Dobrej-Motywacji-i-Całkowitej-Przemiany-Duchowej, który wymyśliłam po drodze do domu i dzięki któremu już na święta Bożego Narodzenia będziecie z Robertem na nowo totalnie sobą zaślepieni!
Aha.
No ciekawe.
- I że niby to ja mam nad sobą pracować, nie on? - zgadł cyborg podwyższonym głosem. - Ale wiesz, że to on jest wiecznie zajęty, spławia mnie drogimi prezentami i myśli, że się z tego cieszę i wystarczy mnie raz na tydzień zapytać o coś związanego z programowaniem, żebym się czuł potrzebny i kochany?
- Tak, tak…
- I wiesz, że to on się zachowuje tak, jakby ukrywał przede mną drugie życie, nieudane małżeństwo albo potomka przeciwnej płci? Jestem pewny że… że coś z jego genami - cyborg płytko pociągnął nosem i spiął się, skanując ściany wiązkami laserowymi - jest gdzieś… nadal nie zlikwidowane… och, przysięgam, czuję to!
Admin miała na twarzy wypisane coś w stylu „FUCK, zorientował się, FUCK, co ja zrobię, FUCK FUCK”, ale Akermann nie miał w zwyczaju przejmować się tym, co ludzie mają wypisane na twarzy, więc olał sprawę, ponownie zabierając głos:
- Przecież gdybym się dorwał do czegokolwiek, co on kiedyś spłodził z kobietą, której nie znam, to bym… normalnie… zabrał to na strzelnicę, albo, ja wiem, na lody kawowe bez izotoniku? Czy gdzie się ludzie nawzajem zabierają? Na lodowisko? To znaczy, no wiesz, zależy od wieku - zaplątał się, bo admin dostała jakiejś reakcji alergicznej i zaczęła szybko mrugać, a na twarzy miała wypisane „JA PIERDOLĘ, CO”. - Na przykład Piotr mówił, że powinienem wtedy zafundować wizytę w największym planetarium w Europie, albo w największej kwantowej serwerowni na wydziale, albo wiesz, jak w centrum B-23 masz Aquapark, to jest wersja hardcore i nazywa się Aquadark i tam serio trzeba umieć pływać, bo basen to labirynt, woda jest w totalnych ciemnościach i masz ograniczoną liczbę włączeń latarki przypiętej do okularów pływackich.
Z dużego pokoju zajrzała do kuchni dosłownie na minutę FocusWriterka (przyszła po kubeczek ciasteczkowego Ben & Jerry’s), powiedziała, że tego nie kupuje, poklepała admina po czole i na migi pokazała Akermannowi, że będzie go obserwować.
- Chcesz powiedzieć, że zachowywałbyś się jak dobry wujek Didi? - dość niepewnie uściśliła pani admin. Chyba zawiodła ją w tej kwestii wyobraźnia. - Gdyby teoretycznie Robert miał córkę, o której teoretycznie mogłabym wiedzieć, choć nie ma i nie wiem?
- Oczywiście! - Z zapałem potwierdził Akermann. Wygładził przykrótkiego baranka. - Wiem, że mnie nie znasz z tej strony, ale dokładnie tak bym zrobił z jego dzieckiem: poznać, sprowadzić tu, na miejsce, zdobyć zaufanie, rozumiesz, poświęcić czas, powoli zbudować wystarczająco silną więź i JEB - przyjebał pięścią w ścianę, aż pokruszył tynk - wtedy wypytać, czy jest ktoś jeszcze, matka, rodzeństwo, kochanki, bękarty - wymienił, szeroko otwierając oczy - rodzinny majątek i stary dom z lokajem i psem, który Robert przede mną ukrywał. A kiedy już się dowiem to OOOOCH, WYRŻNĘ TO WSZYSTKO W PIEŃ I ZRÓWNAM Z ZIEMIĄ! BEZ LITOŚCI, BEZ WAHANIA! BĘDĘ SKUTECZNY! - Rozprostował palce, trochę uspokoił oddech i upił łyk kawy kukułkowej. Kiedy aura błękitnego blurra przygasła, przesunął palcami wzdłuż linii wygolonych włosów, po czym stwierdził: - Żart. Nigdy bym tak nie zrobił. Kochałbym jego potomstwo jak własne.
Bezsilny facepalm było słychać nawet na parterze parę kondygnacji niżej i przy wejściu do osiedlowego EPI.


***


- Błagam, odbierz - admin tuptała w kółko po swoim pokoju, wykręciwszy kierunkowy na B-23 i komórkowy Jurgensa - odbierz, odbierz, odbierz!
- Halo - odebrał Robert majestatycznie, choć też nieco ponuro. Głosem, w którym pod idealną barwą i akcentem dało się wyczuć zmęczenie.
Pewnie stał wyprostowany jak linijka i strapiony jak Werter, przez wielką szybę spoglądając na centrum miasta. I od czasu do czasu robił mini próżnię albo tornado, udając, że to wcale nie on, kiedy ludzie zderzali się na chodniku.
- Robert, jest problem. Tu centrum dowodzenia Komisji Inspektoratu Logistyki Interfabularnej do spraw Odpadu.
- Tak? - Szczerze acz dostojnie zdziwił się Jurgens. - Jak mogę pomóc?
- Chodzi o cyborga. Wiem, że zaszyłeś się z nim w innym uniwersum, żeby mi uniemożliwić realizację Odpuszczenia.
Jurgens zapowietrzył się dosłownie na moment, co poskutkowało wzrostem ciśnienia atmosferycznego w salonie. Admin uniosła łopatki i odsunęła słuchawkę od twarzy, kiedy przeraźliwy hałas wyjebanych szyb zaatakował jej prawy bębenek.
- Sądziłem, że nikt nie wie. Że… nikt nie będzie miał nic przeciwko, jeśli usunę się z planszy - wymówił Robert po odpowiednio długiej przerwie. - Miałem złe przeczucia.
- Miałeś też córkę i przyjaciół - zauważyła admin oschle.
- Nie zrozumiesz…
Przecież cię napisałam, kretynie - pomyślała z bitchface’em i akurat miała Jurgensa zgasić, kiedy z kuchni dobiegł alarmujący bas Akermanna kłócącego się z Aish:
- Zaczynajcie tę terapię, mam do pogadania z jednym rudym Szkotem. I jednym niemieckim księdzem. No i jeszcze z jakimś Rosjaninem. A, no i muszę coś kupić Robertowi na święta. Sądzisz, że pusta ramka na zdjęcie i jednoosobowy bilet na przelot do ruin Wiednia w C-11 to dobry pomysł? Żeby wiedział, że może sobie polecieć sam i nie będzie musiał mnie unikać, a skoro chciałem mu tam pokazać jedno miejsce z dzieciństwa, to sobie je przy okazji zobaczy? A ja będę leżał samotnie w łóżku w moich dziesiątych złotych bokserkach z Versace?
- Didi, nie pluj jadem, denerwujesz kota.
- Zabiłbym tego kota, Aish, czy mogę zabić tego kota? Nie? Dlaczego masz taką minę? Po kogo dzwonisz? Ej, przepraszam, bardzo lubię tego kota, przecież wiesz, że jest bezpieczny, dopóki śpię w łazience i nie mogę znaleźć swojego Glocka, o którym wiem, że jest schowany w twoim pokoju, tak, zabrałaś mi go, pogrywasz ze mną, ty i twój kot ze mną pogrywacie.
- Wybacz, przestraszyłabym się może, gdyby ten strój baranka zakrywał ci nerki i durny pasek z wiadomo jakim logo na klamrze.
- Chyba wiesz, że jestem cyborgiem? Funkcja: oburzenie.
- Chyba nie wyglądasz jak poważny cyborg, kiedy widać ci pępek.
- Chyba zaraz się zdenerwuję. To nie moja wina, że ktoś mi zabrał koszulę i wyrzucił, bo zawierała guziki.

Robert przeczekał uprzejmie jakąś minutę, zanim przypomniał o swoim istnieniu i przez słuchawkę zapytał, czy mu się zdaje, czy słyszy w tle głos Dietricha. Admin odchrząknęła.
- Tak. Didi jest u nas.
- Zastanawiałem się, czemu nie wrócił z pracy - przyznał Robert zdawkowo. - Może zechcesz mi to wyjaśnić?
- Widzisz, sprawa jest skomplikowana. - Admin legła na łóżku, wzdychając. - Didi źle znosi twoje dylematy moralne i poczucie winy, które chowasz za oziębłością i milczeniem. I wymówkami o pracy. Zaczął coś podejrzewać. Nie jest głupi, choć to postać Kanterial, i chyba rozgryzł cię na tyle, że…
- …że? - szepnął Robert z trwogą.
- Że ma zamiar rozwalić Odpadowe uniwersum, żeby cię stamtąd chirurgicznie wyciąć, pozbyć się twojej rodziny, przyjaciół i innych takich, a potem cię uświadomić, żebyś się skupił wyłącznie na nim, bo i tak nie będziesz miał do czego wracać ani o czym myśleć. Wiesz, jaki jest Didi. To straszny hultaj.
- Tak, przyznaję, że tak. - Tylko śladowe drgnięcie idealnego niemieckiego głosu zdradziło, że Jurgens jest roztrzęsiony. Sądząc po dźwiękach, właśnie nalewał sobie koniaku. - On jest… Stanowczy i bezwzględny. Pozbawiony tych, jak je nazwałaś, dylematów moralnych - wymówił z dziwnym naciskiem, (zapewne kołysząc alkoholem w szklance) - zupełnie niewrażliwy na słabości, które, jak słusznie zauważył, ograniczają mnie. Zastanawiam się czasem.
- Tak? - zachęciła admin w napięciu.
- Zastanawiam się, czy ja mógłbym taki być, gdybym się otoczył ludźmi jego pokroju - dokończył Robert bez zmiany w głosie. - Czy już taki nie jestem. Od dawna. W środku. A jedyny powód mojego złego samopoczucia to fakt, że nie mam wyrzutów sumienia ani moralności, którą według wszystkich powinienem mieć. Rozumiesz? - dopytał dziwnie.
- Że udajesz, że masz doła, bo masz mini-doła, że nie masz mega-doła, kiedy powinieneś naprawdę mieć doła? Tak, chyba tak - zapewniła admin. - Właściwie nie jestem nawet zaskoczona.
- To zupełnie, jakbym się stawał swoim ojcem w wersji pro zamiast basic. Czuję, że gdyby tylko nadarzyła się okazja do objęcia władzy, zasłoniłbym się szlachetnymi pobudkami i zmienił w dyktatora. To przedziwne uczucie. Pewnie sobie wmawiam? Jestem przemęczony - Robert spuścił z tonu - to pewnie wszystko wina Dietricha, on… on jest dokładnie tą osobą, której nie powinienem przy sobie mieć na każde skinienie i zlecenie, bo świadomość, że mogę go poprosić nawet o najpaskudniejszą przysługę, a on się ucieszy i ją wykona z dokładnością suwmiarki, jest, mówiąc kolokwialnie, kurewsko przerażająca. Szykują się miłe święta, nie? - dokończył. A potem się sztucznie zaśmiał. - No, ale ja tylko o sobie. Co słychać u córki i reszty?
Admin potarła skronie załamana faktem, że Odpuszczenie zaczęło się dziać i pisać bez niej. Tymczasem w kuchni nadal toczyła się dyskusja:
- Już poszedł cynk do Coff, że grozisz mojemu Łatkowi. Możesz się szykować na konsekwencje.
- Przepraszam, sugerujesz, że konsekwencje zafunduje mi kobieta?
- Kobieta z SASu.
- O szlag. Przegrzałem się. Muszę się koniecznie ogolić.
- To nie randka, tylko zamówiony wpierdol, może…
- Jej ulubiony kolor? Ulubiony model broni? Woli C++ czy Javę? Ma chłopaka?
- Przecież ty masz chłopaka.
- Schluss damit… A dasz mi chociaż jej adres IP, żebym mógł stalkować? Proszę. Błagam. W zamian zostawię w spokoju tego… tego… ksssssssssssss na co się gapisz, kocie?!
- Ej!
- Ała!
- Mau-au-au!
- STOP! DO NOGI! WARUJ, TY CYBERNETYCZNY CYMBALE! ŁATEK, PRZESTAŃ!

W słuchawce coś zabrzęczało i łupnęło. Robert głośno odstawił szklankę.
- Ktoś nazwał Didisia „cymbałem”? - zapytał tak lodowato, że adminowi momentalnie przymarzło do telefonu ucho.
I admin zrozumiał, że nawet jeśli okrutna, niemiecka i kwadratowa, to z całą pewnością istnieje między tą dwójką miłość.
- Wiesz, że Didi traktuje cię poważnie, Robert?
- Wiem. Oczywiście. On wszystko tak traktuje. Wiem też, że go zawodzę. Na początku myślałem, że jest wściekły, bo mi przybył centymetr w biodrach, a on zawsze to sprawdza tym bezbarwnym laserem - zdradził Jurgens z wysiłkiem - wiesz, byłoby łatwiej, gdyby ciągle nie zamawiał sushi i surowej wołowiny, albo gdybym ja też miał metabolizm podkręcony na 210%... ale chyba jednak chodzi o to, że go spławiam i czterdzieści dwa razy pod rząd użyłem wymówki „boli mnie głowa”. No i nie poświęcam mu uwagi i czasu. Bo wiesz. Ciągle udaję, że mnie dręczy moja natura, żeby się nie czuć ze sobą źle.
- W takim razie posłuchaj - podniosły głos pani admin byłby wyniósł tę chwilę do rangi wydarzenia arcydramatycznego, ale w połowie przeszedł w okrzyk i chrumknięcie, bo admin spadł z łóżka po nagłym huku (Akermann zderzył się z szafą). - Po-posłuchaj, Robercie.
- Słucham.
- Komisariat Inspektoratu nakazuje ci przestać się zadręczać. Twój stan i mordercze zapędy Didiego mogły posłużyć do otwarcia akcji „Część trzecia” dzięki zaognieniu konfliktu rodzinnego Jurgensów i twoim pośrednim staraniom odsunięcia od siebie najbliższych osób, ale… ale nie wykorzystam w ten sposób tak pięknej miłości i nie pozwolę poróżnić cię z córką. Didi przejdzie trzytygodniową terapię. Wróci odmieniony. A ty masz być w dobrym humorze, bo jako Komisariat Inspektoratu oświadczam oficjalnie, że wcale nie będziesz tyranem i swoim ojcem.
- Och - wydukał Jurgens lakonicznie. - Ach. Dziękuję.


***


- A może tak dowiedziałbym się dokładnie wszystkiego o drugim życiu Roberta, użył swojej mocy podróżowania w czasie i przeniósł się do momentu, w którym to życie się zaczyna, dzięki czemu wszystkiemu zapobiegnę?
- Jak? Zabijając Roberta?
- Słusznie, ten plan ma lukę. O, wiem, przeniosę się w przeszłość do tej chwili, kiedy Robert poznaje matkę swoich dzieci i nie dopuszczę do ich spotkania, a najlepiej w ogóle się tej kobiety pozbędę, tak na wszelki wypadek…
- To trochę przereklamowane. Historia pokazuje, że cyborgi nie są w tym dobre. Istnieje poważne ryzyko.
- Myślisz, że ktoś z przyszłości wysłałby w przeszłość innego cyborga, żeby mnie zlikwidował, zanim ja zlikwiduję matkę niespłodzonych dzieci Roberta Jurgensa?
- Na przykład.
- Kobieto, skąd ty się urwałaś? Tak by się mogło zdarzyć, gdyby dziecko Roberta groziło wstrzymaniem mojej masowej produkcji cyborgów i aktywacji sztucznej inteligencji, a przecież zupełnie nikt nie stoi mi na drodze.
- Skąd wiesz?
- Co?
- Nic, nic.
- Nie no słucham, powiedz coś więcej. Powiedz mi. Proszę, nie grożę. Przecież nie będę ci groził, chodzę w twoich ubraniach. Opinają mi się na torsie, lubię to. No i mi pomagasz. Niczego ci nie zrobię, jeśli mi natychmiast nie powiesz wszystkiego, co wiesz.
- Przecież nie twierdzę, że coś wiem, albo że teoretyczna córka Roberta mogłaby teoretycznie spotkać się z byłym użytkownikiem SI lub aktywować własną bestię SI i zyskałaby wtedy teoretycznie większe moce niż ty jako cyborg, żeby się teoretycznie na tobie zemścić za zmienienie jej ojca w tyrana, którego też teoretycznie by zabiła, wpisując się w rodzinną tradycję, do czego teoretycznie doprowadzę w przeciągu kilku lat.
- Mmmm.
- Oczywiście to tylko teoria. Tak naprawdę uważam, że zamiast szukać córki Jurgensa, której może wcale nie być, powinieneś naprawić wasz związek od środka. Zapomnij o innych metodach. One by dowiodły jedynie twojej bezsilności. A przecież nie jesteś bezsilny.
- Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm.
- Fajnie ci wychodzi to „mmm”, naprawdę brzmisz jak silnik na niskich obrotach.
- Dzięki. Chciałem coś wywnioskować z twojej wypowiedzi, ale ilość danych teoretycznych wykluczyła możliwość logicznego przetworzenia. Może masz rację i powinienem odpuścić. Skupić się na terapii, nie na podróżach w czasie.
- To nie będzie dla ciebie wyzwanie. Trzy tygodnie pełne wyciszających, edukacyjnych zajęć - zastępstwa w szkolnej bibliotece, patrole nekromanckiego wysypiska, joga, lekcje walca wiedeńskiego na który akurat nie miałam z kim pójść a była promka na Grouponie, digital painting z taką fajną panią, która lubi zwierzęta, więc ciebie też polubi, no i oczywiście dzielenie się emocjami z panem Erykiem, twoim nowym psychologiem. Do Wigilii będziesz jak nowy. A, no i może jeden ślepy latynos pogrzebie ci w obwodach, bo nie znam innego majsterkowicza, który akurat niczym by się przed świętami nie zajmował. Wiesz, jak jest.
- Liczę, że żartowałaś w temacie każdego z wymienionych punktów terapeutycznych, choć przepalił mi się układ odpowiedzialny za tę funkcję poznawczą i nie mogę jednoznacznie ocenić.
- Kawy? Z RedBullem?
- Zgadłaś, cudowna istoto. Gdzie kupiłaś tę idealnie na mnie za wąską koszulkę z angstem?
- To prezent. Może powinieneś powiedzieć Robertowi, że jarają cię damskie ciuchy. Kupiłby ci z Versace.
- Nie, bo jarają mnie tylko wtedy, kiedy zabiję w nich właścicielkę. A Robert nie wie, że jestem płatnym mordercą. Myśli, że programuję aplikacje webowe.
- Ty tak poważnie?
- Nigdy mu nie powiedziałem.
- Chodzisz z pistoletem, Dietrich. Wozisz ciała w bagażniku. Robert wie, co robisz, zapewniam cię.
- O nie... A co, jeśli on wie, że jestem cyborgiem?!

Drugi bezsilny facepalm był słyszalny nawet przed drzwiami centrum handlowego Wroclavia.



cdn.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"...ostatecznie ugiął się pod naporem argumentów, które zawierały między innymi ogarniętego żądzą władzy Niemca żywo zainteresowanego produkcją armii cyborgów..."

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 29
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Aishikami » 17 listopada 2019, 18:37

WOW WOW WOW WOW WOW WOW
<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3
Styl, charakteryzacja postaci, pomysł, wykonanie, humor - wszystko na najwyższym poziomie.
Czytając kwiczałam bardzo i uśmiechałam się cały czas do ekranu.
CDN napawa mnie nadzieją, że będzie WIĘCEEEEEEEEEEEEJ!
(p.s. kochom cameo moich kotów całym moim kocio-mamowym serduszkiem <3 )
:3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3 :3
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 199
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Coffee » 18 listopada 2019, 00:34

Autentycznie fizjologicznie popłakałam się przy tym tekście kilka razy, jest fantastyczny, uwielbiam wszystko, SZYSKO, bez wyjątków, jest doskonałe, chcę więcej, dla mnie już są Święta total <3 <3 <3 <3 <3
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1483
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kanterial » 23 listopada 2019, 14:18


Część II - w której Didi przechodzi terapię, foka gra w DnD, a Wolfgang łamie kręgosłup


Wolf nie czuł się zbyt dobrze. Właściwie czuł się bardzo niedobrze. Tym gorzej, im dłużej siedział w jakimś popierdolonym łaziku sterowanym przez kobietę w skafandrze.
Zoe. Tak. Tak się przedstawiła.
Według Wolfa ksywa „Pyłek” pasowała lepiej, więc nazywał ją „Pyłkiem” aż mu nie pierdolnęła kiedyś w potylicę zdemontowaną blachą zewnętrznego pancerza łazika.
To na początku brzmiało jak spełnienie marzeń, owszem. Od marznącej na lodzie dupy, satanistycznych rytuałów i niebezpiecznych facetów, do przejażdżki (Z KOBIETĄ) i powrotu do domu (Z KOBIETĄ) wewnątrz całkiem ciepłego i sprawnego… mechanicznego czegoś.
- Mechaniczne coś - wymówił Wolf w zamyśleniu. Trochę go przyjebało po ostatnim zastrzyku (niby to miały być jakieś leki przeciwradiacyjne, Dobry Panie, co ona sobie ubzdurała?) bo zamiast jednego wziął trzy. W końcu nie miał żadnego alko, a zamiast szlugów od miesięcy sztachał się dymem z przepalonych przewodów wewnątrz kokpitu. Kto by nie zaryzykował?
- Pavo - poprawiła znudzonym głosem.
- Wolfgang.
- Nie, to „mechaniczne coś” nazywa się Pavo! Ile razy mam powtarzać? Ja jestem Zoe!
- Moja droga, przepraszam - Wolf machnął dłonią i przechylił się niebezpiecznie wraz z siedzeniem - to na pewno przez ten pył.
No i wtedy się uruchomiła. Chuj z tym, że od miesiąca nawet wewnątrz łazika siedziała w skafandrze (bo pył), i tak musiała gadać o pyle. Pył zasłaniał jej drogę. Pył oszukiwał jej zmysły. Pył miała w nozdrzach, w oczach, w uszach…
Pierdoliła o pyle tak długo, że w pewnym momencie Wolf sam uwierzył w istnienie pyłu i wszystko zaczęło go swędzieć. Jako że jechali kurewsko długo, miał tak długą brodę, że zdążyła mu się skłaczyć i poplątać, i w niej też czuł pył, i na futrze czuł pył, i w nosie, a nos był ważny.
I tak siedzieli i jechali, gadali o pyle, mijały tygodnie, miesiące, czasem zarzucili jakieś dziwne lekarstwa w strzykawkach, czasem Zoe przypominała sobie o jakichś racjach żywnościowych (wow, serio, Pyłeczku?), czasem Wolf próbował zarywać i zbierał liścia za bycie głupim chujem (ok, już ubieram sutannę, rozpięła się przypadkiem), a czasem Zoe dostawała pierdolca i zaczynała snuć na głos teorie spiskowe, wypytywać Wolfa o jego hodowlany europejski móżdżek i wielki rodzinny majątek i zaginioną siostrę (nie mam siostry, ale gdybym miał, to na pewno byłaby mega dobrą dupą, tak jak ja, na pewno nie chcesz zdjąć skafandra? Nie? Ok. Może masz na myśli Czachowskiego? On nie zaginął, moja droga).
Aż dojechali do Europy, do Polski. I okazało się, że znów pizga chłodem i znów jest grudzień.
- Ja jebię, nie! - zawył Wolf, przykleiwszy ryj do szyby. - Dlaczego czuję, jakby moje życie toczyło się tylko wokół Wigilii i pasterki?! Nie mów mi, że będę znowu prowadził pasterkę!
- Nie wiem, nie obchodzi mnie to i jestem zajęta - stwierdziła Zoe niemiło. - Na razie większym problemem jest brak izolacji Pavo.
- Kim jest Pavo?! - przeraził się Wolf. - Boże, ktoś z nami jechał cały ten czas?!
Facepalm nie doszedł do skutku tylko dlatego, że dłoń Zoe zatrzymała się dziesięć centymetrów przed jej czołem i uderzyła w szybkę hełmu.
- Dobra. Dzięki moim niezawodnym zmysłom zwiadowczym prowadzącym na zachód i całej masie innych skilli, o których nie mógłbyś pomarzyć, wpadłam na genialny pomysł.
- Zamieniam się w słuch.
- Masz natychmiast zgolić brodę.
- CO?!
- Grałeś w Don’t Starva?
- Nie?!
- Oddawaj brodę, będę uszczelniać Pavo.
- Kim jest ten jebany Pavo, kobieto… I nie, nie oddam ci swojej brody! To najświętsza świętość! Bez niej wyglądam jak…
Chciał powiedzieć, że jak pedofil, ale z brodą chyba też tak wyglądał, więc zaczął poważnie rozmyślać nad tym, czy „młody pedofil” brzmi gorzej niż „dojrzały pedofil”.
- Ok, załatwimy to inaczej.
Załatwili to inaczej, to znaczy łazik został zatrzymany, Wolf obezwładniony (nawet się nie bronił, kiedy Zoe usiadła na nim okrakiem, tak się debilnie ucieszył, że sama próbuje go rozebrać), po czym okazało się, że to wcale nie był atak zwierzęcej chuci (na który Wolf liczył, choć nie potrafił liczyć zbyt dobrze, bo od ostatniej analizy matematycznej, którą zdał na W9, minęło jakieś… momencik, trzydzieści siedem minus dwadzieścia, ma ktoś kalkulator? Około dziesięć plus siedem, to znaczy dużo lat minęło) i Zoe wcale nie chciała dobrze się bawić z okazem aryjskości, tylko odebrać mu godność w postaci brody i futra.
Pół godziny później Wolf z nieskrywaną chłopięcą paniką i bezradnością macał się po ryju i klacie, gdzie nie było już nic, nic a nic, ani Reichsadlera, ani pentagramu, ani turbo autostrady, ani jedynej rzeczy, która sprawiała, że kwadratowy niemiecki ryj przestawał przypominać ryj kleryka.
- Jestem ogołocony, verdammt, jestem teraz nikim! NIKIM! Biskup Kempa już nigdy nie da mi wsiąść do BMW - zapłakał Krone żałośnie i z rozpaczy sięgnął po ostatnią strzykawkę ze środkiem przeciwzapalnym, a zadowolona z siebie Zoe nawet nie zwróciła uwagi, kiedy całość wpompował sobie w żyłę pod bicepsem. - Umieram! Cierpię! Chcę wrócić na Syberię, nie będę prowadził pasterki bez brody! Moi parafianie mnie… Uuuuułaaa, weszło, dobra, jest git. Moja droga, wybaczam ci. Ten ostatni raz. Jak dojedziemy, to zapraszam na plebanię.
- Plebania, tak? Tak teraz nazywacie kryjówkę Cyrusa? - rzuciła zwiadowczyni podejrzliwie. Obróciła się tak, żeby Wolf nie widział jej twarzy (chyba zapomniała, że chodzi w hełmie) i zaczęła gadać przez zepsuty nadajnik z jakimś typem, którego nazywała Bai. Bai był pewnie kumpem Pavo. Pewnie obydwu zmyśliła.
Pewnie sama też była zmyślona, a biedny, Bogu ducha winny ksiądz wikariusz Wolfgang Krone jednak umarł w igloo i wcale nie wjeżdżał teraz do Karpacza.
Wow, ten zastrzyk wszedł całkiem mocno. Wolf zerknął ku ostatnim dwóm strzykawkom, które trzymał na swoim siedzeniu (obie zawierały dawkę anestetyku zdolnego znieczulić konia).
- No dobra, kochana, fajnie było, ale ja już będę wysiadał - stwierdził, kiedy łazik tak po prostu minął kościół na ulicy Trzeciego Maja i popełznął dalej w kierunku szlaku na Szrenicę. - Hej, słyszałaś? Minęliśmy mój przystanek!
- Kurcze, chyba był na żądanie - zmartwiła się Zoe. - Tak mi przykro, mężczyzno w sukience.
Wolfa zatkało. Tak go zatkało, że pod sutanną prawie zapłonęły mu dresy z adidasa i para zniszczonych najków. Zoe zerknęła raz, a potem drugi, aż wreszcie nie wytrzymała zszokowanego spojrzenia pełnego katolickiej zawiechy.
- No chyba cię popierdoliło, nie wypuszczam zakładników ot tak! - zdenerwowała się, bo Krone nie załapał żartu z przystankiem. - Gdzie ty masz mózg?!
- Czasem w lodówce, czasem w pingwinach - wyznał Wolf, zanim się otrząsnął i zrozumiał, że musi walczyć, że musi wysiąść teraz, już, bo na tę szansę czekał przez ostatni rok, a za oknem widać szyld monopolowego i tam na pewno jest wódka i Pall Malle. - Oho, poczekaj! O NIE! WIDZĘ KRYJÓWKĘ CYRUSA! WIDZĘ SWOJĄ ZAGINIONĄ SIOSTRĘ!
- GDZIE?!
- TAM, ZA PYŁEM!
Zoe dopadła do bocznej szyby po stronie kierowcy, w panice zaczęła mocować się z hełmem i ogólnie wyglądała na zajętą, więc Wolf wykorzystał bezbłędnie stworzoną przez siebie sytuację, zatrzymał pojazd butem robiąc szpagat, drugim butem wybił szybę i z siłą i zręcznością wilka i dobermana przeskoczył przez kokpit, zrobił salto, jedną ręką zahaczył o przegub łazika i po wyhamowaniu pędu wylądował idealnie na chodniku pod zejściem do Biedronki.
Tak przynajmniej postanowił opowiadać wnukom po tym, jak zamiast zatrzymać pojazd trafił podeszwą w przycisk NITRO, pęd wjebał go w siedzenie, jednym najkiem przydeptał sznurówkę drugiego, sutanna wkręciła mu się w przegub łazika, po czym wywlekło go przez boczne drzwi, przyjebał ryjem w kokpit i wypadł na chodnik jak bezwładna parówa. Nogi wraz z kroczem przegięły mu się nad głową, nim spłynął po schodkach zejścia do Biedronki.
Dobra, wyszło idealnie - pomyślał, planując ucieczkę w dół głównej - teraz tylko dwieście metrów sprintem.
No i tak jakoś.
Tak leżał i nic.
I chciał się podnieść, a nogi na to - ej, mordo, do kogo to było?
I chciał się okręcić i ruszyć, a kręgosłup wtedy - ty, stary, możesz powtórzyć?
I chciał coś zrobić, cokolwiek, a jego rozpaczliwe chcenie kończyło się mniej-więcej na wysokości klatki piersiowej. Niżej nie czuł nic.
Najpierw wpadł w panikę, bo „nic” zawierało w sobie pingwina.
Potem wpadł w panikę, bo „nic” zawierało w sobie wszystko inne poza pingwinem. To znaczy to, co stanowiło jakieś trzy czwarte całego Wolfa, od mostka do stóp.
Dziwne, że nie bolało. O kurwa. Złamał kręgosłup i nie bolało. Możliwe?
Jakoś nie umiał na głos zakląć, chyba dlatego, że był w szoku powypadkowym (a może dlatego, że zajebał strzała w żyłę), ale zmusił się do ruszenia palcami dłoni, potem całą ręką, i jakimś cudem wymacał w kieszeni Nokię. Wykręcił pierwszy numer z listy „na wypadek śmierci”.
- Z tej strony Adam Feliks Czachowski. Proszę nie zostawiać wiadomości głosowych. I tak nie oddzwonię. W razie przedłużającej się nieobecności proszę mnie szukać w potoku za miastem.
- Kurwa mać - stęknął Wolf i wykręcił kolejny numer z listy. Przynajmniej mógł już kląć, zawsze jakiś progres.
- Tu Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Karpaczu, godziny otwarcia kancelarii parafialnej… zaraz… yhh… Ikava, gdzie jest ten człowiek, który chciał mi zapalić świeczkę przed twarzą, zanim go przekroiłeś na pół? Jak to „które pół”? Nie miał przy sobie jakiejś kartki? NIE, OCEAN NIE WRÓCI, BĘDĘ DLA CIEBIE LEPSZYM MISTRZEM, NAUCZĘ CIĘ TAŃCZYĆ I UJARZMIAĆ KONIE. Sam wyglądasz jak jaszczur! Nieważne, rozmawiam przez ludzkie urządzenie, więc się lepiej zamknij. Jeszcze raz: tu Kościół Wniebowzięcia…
Wolf się wkurwił i rzucił telefonem, bo zawsze tak robił (bo to była Nokia), po czym przypomniał sobie, że teraz nie ma jak wstać po telefon leżący pod szyldem Biedronki, bo złamał kręgosłup.
Chciał się rozpłakać, ale był na to zbyt męski.
Ja pierdolę - rozmyślał, zjeżdżając wolno z ostatniego oblodzonego schodka - przecież nie będę się czołgał po głównej, ukończyłem seminarium diecezjalne, muszę się zachowywać godnie. A może jednak? Może się będę czołgał, a wnukom opowiem, że biegłem z gracją małego jelonka? Jak Czachowski, kiedy przede mną uciekał spod parkingu? Zaraz. Jak ja spłodzę dzieci, żeby mieć wnuki, kiedy jestem sparaliżowany?! OCH NIE, PRZECIEŻ JA NIE MOGĘ MIEĆ DZIECI I WNUKÓW! NEEEEE…
- …EEEEEEEEEEEEEEEEIIIIIIINNNNNN!!! VERDAMMT NOCH MAL! - krzyknął na głos, a jak on krzyczał, to to było gorsze niż alarm bombowy, bo miał głos po dziadku z SS, więc cały Karpacz momentalnie się obudził, chociaż był środek nocy, ludzie zaczęli wybiegać z domów, spierdalać samochodami, drzeć się „Wojna!” i „Pomocy!” i „Jebać szwabów, jebać policję!” i „POLSKAAA BIAŁOCZERWONIII” i zrobiło się takie zamieszanie, że nikt na Wolfa nie zwrócił uwagi, nawet wtedy, kiedy połowa miasta ustawiła się w kolejce do Biedronki, żeby wykupić asortyment do zera jak przed każdym weekendem.
- Pomocy, jestem Polakiem! - darł się. - Jestem z Wrocławia! Mam polskie nazwisko! Mam złamany kręgosłup!
Nikt nie słuchał, jakaś babcia przeszła po jego zwłokach i wepchnęła się w kolejkę, a obok dwóch dresów zaczęło się bić o naklejki ze słodziakami.
- Jestem księdzem! - spróbował Wolf ostatkiem sił. Kilka spojrzeń zawędrowało w jego stronę, no tak, przecież to Polska, więc niezawodny instynkt przetrwania podpowiedział Kronemu, co należy jeszcze dodać: - Lubię ministrantów!
I wtedy cały Karpacz zamilkł i spojrzał wprost na niego. A on dalej leżał na schodkach.
- Ej, wygląda trochę jak nasz wikary, nie? On też lubił ministrantów. Był super.
- Nie, coś ty, nasz wikary był przed czterdziestką… Ten to chłystek…
- To ja! - zapewnił Wolf. - Zgoliłem brodę!
- Bzdura, ksiądz Wolfik nigdy nie golił brody. I był kochany. Zawsze ładnie pachniał i miał eleganckie ubrania. A ten chłopiec jest brudny i obdarty - zaskrzeczała pani Irenka, najwierniejsza parafianka Wolfa anno domini każdy rok na parafii.
- Poza tym Wolfgang, świeć panie nad jego duszą, nie miał złamanego kręgosłupa - zauważył ktoś z końca kolejki - wiem, bo grałem z nim w kosza na orliku po sześciu piwach.
- Ale to jestem ja! Przysięgam! Nie? Nic? Nikt mnie nie poznaje? - spytał Wolf z rozpaczą. - No to: KUPIĘ SOBIE NOWE BMW SERII S ZA WASZE PIENIĄDZE NA TACĘ I POTRĄCĘ NIM HUBERTA Z KLASY PIERWSZEJ C SZKOŁY PODSTAWOWEJ NUMER JEDEN! WRÓCĘ TU I BĘDĘ NAJGORSZYM KSIĘDZEM W HISTORII KARPACZA I JUŻ NIGDY NIE POZWOLĘ WAM IŚĆ PO MSZY DO MONOPOLOWEGO! NIE BĘDĘ ORGANIZOWAŁ WYCIECZEK ROWEROWYCH! KONIEC Z TYM! NIE BĘDĘ GRAŁ NA GITARZE!
Chyba bardziej trafił z nowym BMW niż z Hubercikiem, rowerami i gitarą, ale podziałało i ludzie uwierzyli, że to on, po czym rzucili się, żeby go podnieść i zanieść pod kościół. Pięć minut później został bardzo ostrożnie spionowany i zawisł idealnie naprzeciw zamkniętych drzwi plebanii.
- Halo! Proszę proboszcza! - krzyczał ojciec Huberta, pan Puszek, który, jak się okazało, przewodniczył całemu pochodowi. - Proszę otworzyć! To pilna sprawa!
No to proboszcz otworzył.
A Wolfa zatkało.
Bo to nie był probosz, ani wikary Piotrek, ani nikt, kogo Wolf znał, tylko jakiś straszny i dziwnie sympatyczny typ z trójkątną twarzą i uśmiechem szerszym niż zjarany Rolf Stojke. Sutanna leżała na nim całkiem nieźle, choć była rozpięta, więc Krone uznał, że może nawet zaakceptuje zmiany, choć oczywiście nie oceniał mężczyzn po wyglądzie.
- Słucham - oznajmił nowy proboszcz i rozłożył ręce szerokim gestem. - Co was sprowadza do wielkiego kapłana Nidara?
- Nasz poprzedni ksiądz Wolfgang - pośpieszył wyjaśnić pan Puszek - rok temu zaginął po pasterce…
- …taaak? - dopytał Nidar czarująco, choć w spojrzeniu, które posłał Kronemu, przez ułamek sekundy było widać chęć mordu.
- Tak i myśleliśmy, że go przenieśli za tę akcję na stoku narciarskim, ale teraz powrócił! Bóg zesłał go z powrotem! I to młodszego o dwadzieścia lat, niech proboszcz spojrzy. Niestety odniósł jakieś… - Puszek zerknął na Wolfa, a Wolf skrzywił ryj w spierdolonym uśmiechu degenerata. - Jakieś poważne obrażenia. I chyba jest w szoku, bo bredzi. Mówił coś o nowym samochodzie i potrącaniu ministrantów. No, ale nikt nie wziął go na poważnie, wie pan, przecież to ksiądz. W sensie, on jest prawie święty. Tak nas przeraził tym bredzeniem, że go przynieśliśmy. Potrzebuje pomocy. To nasz ulubiony ksiądz od dwa tysiące dziesiątego roku, co sezon zgarnia kubek dla najfajniejszego wikariusza parafii.
Wolf przypomniał sobie, że owszem, coś takiego było, choć zwykle odbierał kubek na kacu i go wyrzucał.
- Na moim weselu wypiliśmy litr wódki i tańczył na stole, jak go nie kochać? - dodał ktoś z uczuciem.
- A ja zawsze miałam miejsce w pierwszym rzędzie - zaskrzeczała pani Irenka.
- Dobrze już, dobrze - próbował uciszyć Nidar. Pod maską katolickiej miłości ukrywał coś, co się bardzo Wolfowi nie podobało. Parafianie natomiast zachowywali się jak zawsze i zaczęli licytować, kto co kiedy z Wolfem i gdzie, i kto jest lepszy, i czyje dziecko jest lektorem, a czyją córkę Wolf zabrał na stok narciarski, żeby ją nauczyć zjeżdżać, jak wjechał tyłem w wyciąg i dziesięć osób zostało rannych. A w ogóle to gdzie jest ten typ z depresją, co zawsze najwięcej gada o księdzu Wolfie, kiedy księdza Wolfa nie ma?
- Dosyć! - zagrzmiał nowy proboszcz tak, że nawet Wolf zdrętwiał, choć nie czuł nóg. Zrobiło się jakby zimniej, ludzie ucichli. - Zajmę się waszym ulubionym księdzem - obiecał, a Kronemu zrolowały się ze strachu gacie w pingwiny (skąd to wiedział? Z nieba). - Zostawcie go tutaj. Idźcie do domów.
To, że ludzie posłusznie poszli do domów (uprzednio porzucając Wolfa pod parafią) było co najmniej dziwne i chyba oznaczało, że kapłan Nidar dysponuje bardzo dużą boską mocą.
Jak się okazało, kapłan Nidar dysponował też bardzo dużym młodym mężczyzną-albinosem (witaj, mój drogi, wyglądasz mi na nieokiełznaną bestię, czy mógłbyś uważać, kiedy mnie będziesz podnosił? Nie? Ok.) i bardzo małym współczuciem dla innych księży, bo zamiast pomóc Wolfowi, kazał go wjebać co celi (przepraszam, to się u ludzi nazywa zakrystia, Ikava, zamknij go w zakrystii).
To wszystko nie mieściło się Kronemu w głowie.
Jego ukochany kościół przejęła mafia z północy, a jego kręgosłup…
Jego prawdziwy kręgosłup, podobnie jak moralny od lat, był na dobre złamany.

***


- Dzień dobry - powiedział Dietrich Akermann tak profesjonalnie po sześciu godzinach ćwiczenia przed lustrem w łazience na Komandorskiej, że prawie nie zabrzmiał, jakby chciał zabić wszystkich zebranych i wyciąć im organy.
Pani Burrows wcale nie wyglądała, jakby dzień był dobry.
- Przyszedłem zastąpić panią w dniu dzisiejszym na stanowisku - cyborg urwał i zerknął na przedramię, gdzie admin napisał mu długopisem (obok rysunku małej krowy) nazwę stanowiska - bibliotekarki szkolnej - dokończył z wahaniem. - Didi. Miło mi panią poznać.
Pani Burrows wcale nie wyglądała, jakby jej było miło.
- Wiem, że praca tutaj wymaga odpowiednich - Akermann zerknął na drugie przedramię, gdzie Aish napisała mu, że jest chujem i czego wymagało - kwalifikacji pedagogicznych. Posiadam. Wgrałem sobie rano z serwisu www.nie-bądź-chujem-podczas-pracy-z-dzi ... jem/pomocy.
Pani Burrows zmrużyła oczy, spojrzała na niego złowieszczo, wyciągnęła spod lady kołek na wampiry (jak dobrze, że Didi zupełnie dosłownie nie miał serca) i miłym wysokim głosem oznajmiła:
- Niech będzie. Akurat sobie zrobię przerwę, bo dzieciaków nie ma. Popiszę trochę o moim wiedźmie. Proszę tu, za komputer, wszystko panu pokażę. Do pana obowiązków należy: obsługa systemu wypożyczalni, przyjmowanie zamówień, skanowanie kodów kreskowych zbiorów bibliotecznych, odbiór i sprawdzenie terminów czasopism z księgarni online dla paranormali - Akermann uważnie słuchał, przetwarzając - a także cała reszta tego, co robię ja, czyli rozmowa z uczniami, wysłuchiwanie problemów, chodzenie po kanapki na stołówkę, robienie sobie kawy z ekspresu w nauczycielskim, pozwalanie uczniom się smyrać, ślinienie się przy popołudniowej drzemce i… no, to chyba wszystko - stwierdziła pani Burrows zadowolona, po czym zmieniła się w mopsa (Akermann wzdrygnął się zszokowany) i merdając przykrótkim ogonkiem wskoczyła na blat.
- Proszę mnie bezzwłocznie posmyrać za uchem, zanim odejdę - rozkazała już w psiej formie. Cyborg zamrugał i się trochę zawiesił (miał nieprzyjemne doświadczenia z psami), ale czekała długo i wytrwale (i kapała jej ślina, bo była mopsem i nie do końca poprawnie działał jej układ oddechowy wzbogacony o funkcję charczenia). Ostatecznie Akermann zmusił się do wyciągnięcia ręki. Zmniejszył siłę nacisku palców o trzy tysiące Newtonów, jeszcze trochę przysunął dłoń, ustawił ją idealnie nad psią mordką, po czym zwolnił blokadę w łokciu i ręka parokrotnie pierdolnęła panią Burrows w czubek czaszki.
- Dobry pies.
- Następny psychopata! Co ty masz tam w środku?! - zbulwersowała się pani Burrows, machając głową.
- Kości wzmocnione karbonem i ścięgna pokryte biopolimerem - wyjaśnił.
- Zajebiście. Jak mi coś zniszczysz w tej bibliotece - mops przydreptał bliżej, kołysząc krępym korpusem - albo jak skrzywdzisz moje dzieciaczki - przydreptał jeszcze bliżej i Didi poczuł na twarzy zapach psich chrupek - zabiję jak psa.
W pierwszej chwili Akermann chciał wyciągnąć Glocka i załatwić sprawę normalnie, ale zahamował tę potrzebę, wspominając instrukcje admina i swój ważny cel. Postanowił się uśmiechnąć i pokornie przyjąć groźbę na klatę. Już nawet otwierał usta, kiedy mops zapytał:
- Przepraszam, dlaczego masz turkusowy podkoszulek pachnący administracją Literki?
- Wszedłem z administracją Literki w bliski związek i mam podświadomy zamiar zrobienia z niej Armeekomando V.1 do beta-testów. Jej ubrania zostawię sobie w bagażniku - odparł cyborg, po czym stwierdził, że chyba jednak będzie musiał włożyć w terapię więcej wysiłku.
No, ale przynajmniej był szczery - admin mówił, że to pierwszy krok do sukcesu.
- Haha, dobre, masz poczucie humoru - zacharkotał mops, po czym bardzo żwawo i radośnie opuścił bibliotekę.
Akermann rozejrzał się dookoła (tyle papieru - po co to komu? Zmieściłoby się na jednym pakiecie w chmurze) i westchnął, po czym uznał, że zrobi sobie kawę, przygotuje się mentalnie na spotkanie niepełnoletnich organizmów i zadzwoni do nowego mieszkania, żeby zdać raport.
- Hej, masz sekundkę? - mówił już dziesięć minut później, sącząc poczwórne espresso i ignorując nachalne pukanie do drzwi biblioteki. - To super. Pamiętasz, kiedy mówiłem, że następnym razem nie spytam, kiedy będę chciał zmienić kobietę w cyborga? Nie żartowałem. Nie, nic konkretnego, po prostu uznałem, że ci powiem. Radzę sobie świetnie. Tak. Miłego dnia.
A potem zawołał, że proszę wejść, przecież drzwi są otwarte.
- Zastałem panią Burrows? - zapytał jakiś spłoszony chłopaczek w bluzie, gdy Akermann siadał za biurkiem.
- Nie. Zastałeś mnie. Zastępuję dziś waszą bibliotekarkę - odpowiedział cyborg spokojnie, po czym strzelił z palców i odchylił się w krześle, aktywując lasery skanujące, żeby zmierzyć rozmówcy tętno.
- O, ach… To ja przyjdę innym razem - wydukało to zawstydzone, nagle przerażone coś i już dopadło do drzwi, już się mocowało z klamką, chcąc uciec, gdy Akermann uznał, że nie może zmarnować szansy i musi koniecznie dobrze się wykazać jako bibliotekarka. W sekundę doskoczył do ofiary i ramieniem zamknął drogę odwrotu.
- Ależ zostań - poprosił bez intonacji.
- Ee, wolałbym wyjść? - zaskomlał chłopak. Zerknął Didiemu na biceps i piętnastocentymetrową szramę zszytą zszywkami, wokół której widniały wyrysowane długopisem kwiatki i serduszka. - Błagam, proszę mnie wypuścić!
- Nalegam - zakomunikował Akermann niżej. - Usiądź tu sobie i powiedz, z czym przyszedłeś do pani Burrows. Spróbuję pomóc.
- J-ja…
- Jetzt.
Więc chłopaczek usiadł. Jak więzień na przesłuchaniu. Zasłonił się plecakiem, poprawił grzywkę, kilka razy spanikował, ale męczony wzrokiem skanera wreszcie postanowił się przedstawić.
Nazywał się Serafim, był człowiekiem, co chyba stanowiło w tej szkole rzadkość (Didi nie wnikał) i przyszedł bez książki, ale z planem powieści, który zwykle konsultował z mopsołakiem. Jakiej powieści, zainteresował się Akermann, czy są w niej wątki kryminalno-erotyczne? Nie, ale są banany. Ach, banany, zrozumiał Akermann, to fascynujące. Chciałbym o tym posłuchać (nie chciał, ale terapia to terapia).
I naprawdę nie wiedział jakim cudem dał się wciągnąć w opowieść o bananach, klonach, genetyce, bananach z depresją, solipsyzmie (ach, doprawdy, to fascynujący nurt, chyba się z nim zgadzam) i całej reszcie wszystkiego innego, co niezdatny do przebudowy chłopaczek chciał opisać.
To było wielce oczyszczające doświadczenie, którego haker nie spodziewał się przeżyć ani w bibliotece, ani nigdzie indziej.
Ale zajebista terapia - uznał dwie godziny później, obracając się na drugi bok.
- …a ten banan-bóstwo mówi: nie jestem twoim ojcem! JESTEM TOBĄ! A młody banan na to… - wyjaśniał akurat Serafim.
I jak na złość właśnie wtedy ktoś uchylił drzwi biblioteki i zajrzał do środka.
I zrobiło się dziwnie.
Akermann leżał rozwalony na blacie wypożyczalni, nogi zwisały mu z jednej strony, głowa i ręce z drugiej, za mały turkusowy podkoszulek podjechał do mostka i ogólnie wyglądało to dosyć nieciekawie, a było jeszcze gorzej, bo Serafim siedział na krzesełku obok i smyrał go za uchem, gadając o bananach (czasem Akermannowi uruchamiał się odruch kopania i lewa noga w austriackiej skarpetce uderzała o regał czasopism).
- Eeeeeeeeeeee - wybrzmiało w bardzo niezręcznej ciszy.
- Żdyrh - stęknął cyborg i wytarł ślinę przedramieniem (ten punkt dnia pani Burrows można jednak było pominąć) po czym zsunął się z blatu na ręce, zmienił punkt podparcia na nogi i kompulsywnie wygładził ubranie.
- Sera, co tu się wyprawia? - dotarło zza szpary w drzwiach. - Nie chciałam tego widzieć!
- To nie tak jak myślisz, Livia, pan Dietrich zastępuje dziś panią Burrows…
- I on też jest zmiennokształtny?
- Nie, ale posiadam zmienną polaryzację - zaryzykował Akermann, próbując się pośpiesznie uczesać jedną ręką (Serafim zrujnował jego informatyczny zaczes).
- Ook, to uwaga, wchodzę, mam nadzieję, że już nic mnie dzisiaj…
- WOWOWOWOWOWOOOOW! - Didi odpalił się na widok skrzydeł, obniżonej temperatury ciała i ogólnie warunków, o których każdy materiał do przebudowy mógłby tylko pomarzyć. - TY! - wycelował palcem i aż przysiadł na nogach, żeby mieć szybszy start. Nieletnia samica nieznanego gatunku wytrzeszczyła oczy.
Ułamek sekundy dzielący Akermanna od ruchu został zużyty na estymację odpowiedniej wypowiedzi:
Wiesz, że życie to tylko początek? Jesteś doskonała? Proszę doceń, że podjąłem decyzję za ciebie? Współpracuj? Będę delikatny? Wyobraź sobie, że istnieję tylko ja, a ty jesteś wytworem mojej wyobraźni i mogę z tobą zrobić co zechcę, bo obydwoje jesteśmy tym samym bananem?
Scheiße, było tyle świetnych, subtelnych możliwości!
Musiał wybrać najlepszą w tej podniosłej, doprawdy przełomowej dla nauki chwili!
Więc wybrał.
- ZABIJĘ CIĘ I POKROJĘ!

***


- Zawiodłam się na tobie. - Admin wyjątkowo niedelikatnie ścisnęła Akermannowi policzek, doklejając kolejny plaster. To był dziesiąty plaster i chyba wcale nie pomagał. Twarz przeorana w połowie czterema długimi i ostrymi jak diabli różowymi pazurami nadal wyglądała fatalnie. - To już grudzień, a kolejny punkt terapii odpadł. Mój groupon poszedł się jebać. Nigdy nie było mi bardziej wstyd. I te bzdury o za szybkim taktowaniu procesora…
- Ale - zaczął Akerman.
- …i jeszcze pan Eryk. Jak mogłeś zamknąć go w piwnicy? Wiem, że mówił, że zazdrości temu drugiemu, który był w piwnicy, a ty masz fetysz trzymania ludzi w piwnicy, ale poważnie…
- Kiedy ja - spróbował Akermann.
- …a o tym wysypisku nawet nie chcę myśleć! Koem to porządny, czarujący i do tego przystojny facet, człowiek z pasją, a ty musiałeś mu dać tę umowę o pracę dla RANu, bo brakuje pracowników w dziale chemicznym. Wiem, że Węgrzy strajkują, a Ronit udusiłeś, ale Koem to nie jest ktoś, kto zasługuje na niewolniczy zapierdol i odstrzał! Poza tym jak mogłeś wziąć udział w tych chorych zawodach i zmontować jakieś… krwiożercze coś z magicznych odpadów i podręcznego zestawu elektronika? Golem na pilota? Uśmiałam się! Jedyny pilot z kolorowymi guzikami zostawiłeś kobiecie, która nie rozróżnia kolorów! Nadal zbierają tam trupy…
- No ale - stęknął Akermann.
- No? Słucham.
- Starałem się - dokończył cyborg z wysiłkiem. Wysiłek był duży, bo ręce Focus Writerki oparte na jego grdyce jakoś dziwnie się zaciskały (niby chciała pomóc i przytrzymać, żeby się nie szarpał).
- Czyżby? Dziś zaatakowałeś bezbronną dziewczynkę. To ma być staranie?
- Kobieto - wycharczał - widzisz te rany? Ten… mały potwór wcale nie był…
- Skończ. To było dziecko. A ty jesteś okropny.
- Mmmm.
- Poza tym naprawdę, śliniłeś się do siedemnastolatka? Serio? Jeden dzień w bibliotece wystarczy, żeby cię podciągnąć pod molestowanie?
- Ja wcale - oburzył się Akermann, ale go uciszyło mordercze spojrzenie i 444 Hertze. - Dobra. Przepraszam. Będę się starał bardziej.
- Już nawet nie wiem, czy chcę, żebyś się starał. Boję się o Kompota i odwołałam twój digital painting.
- O nie - mruknął Akermann. - Zdążyłem ją polubić.
- Ona cię nienawidzi.
- Nie, na pewno nie.
- Tak, na pewno tak. Pięćdziesiąt razy mówiła, że nie będzie rysowania gołych kobiet, tylko ćwiczycie pole bitwy, a na twoim polu bitwy była armia gołych kobiet.
- Walczyły - zapewnił cyborg gardłowo. - Zajadle.
- Ta. Widziałam.
- Chciałbym też namalować swoją przyszłą armię cyborgów, ale latających. Mówiłaś, że jak to się nazywa? Bruksa?
- Przysięgam, jesteś najgorszy.
- Przynajmniej teraz już wiem, że nie chcę przebudowywać ludzi - zauważył zgodnie z prawdą. - Więc ty jesteś bezpieczna. Nie, naprawdę, nie musisz okazywać wdzięczności. Choć nadal uważam, że się nadajesz.
Pani Admin opadła na kuchenne krzesełko i ukryła twarz w dłoniach.
- Dlaczego myślałam, że to może się udać? - jęknęła. - Nie zawrócę rzeki kijem.
- Nie, ale zawsze możesz go wyrzucić - podsunęła Aish. - Wybacz, Didi, to nie tak, że cię nie lubię, ale moje koty od trzech tygodni dostają korby, a ja nigdy nie wiem, czy mogę pójść się wykąpać, czy akurat nie śpisz pod prysznicem w samych bokserkach.
Akermann potarł kark, bo zrobiło mu się niespodziewanie przykro.
- Bokserki ubieram dla ciebie - wyznał. - Spałbym bez.
Aish pociągnęła nosem.
- Wzruszyłam się.
- Szkoda, że kobieta z SASu z wami nie mieszka. Zamknąłbym się z nią w łazience.
- Jednak się nie wzruszyłam. Kruffachi, wyrzućmy go.
- Tak, to dobry pomysł - podchwycił Akermann - naprawdę chcę już zobaczyć Roberta. Może mu trochę przeszło. Mi trochę przeszło. Przez te gołe walczące kobiety i banany.
- Co?
- Nieważne.
- Nie wypuszczę cię, dopóki nie będę pewna, że nikomu nie grozi niebezpieczeństwo - upierała się admin. Akermann jakoś dziwnie przeczuwał, że „nikt” oznacza jednak „dzieci Roberta”, bo z Robertem było przez telefon rozmawiane codziennie, a Kruffachi łaziła po mieszkaniu z zeszytem zatytułowanym „Odpuszczenie - wersja BEZ postaci administracji technicznej”.
- Myślałem, że terapia ma naprawić mój związek z Jurgensem, nie zwiększyć bezpieczeństwo osób trzecich. K o n k r e t n y c h - wymówił podejrzliwie, w całości przesterowując generator na martwe struny głosowe, przez co znów zabrzmiał jak Postal Dude. - Tylko moja broń mnie rozumie.
- Całe szczęście został do wypróbowania ostatni punkt terapii, czyli grzebanie w obwodach - przypomniała admin pośpiesznie (nie zwróciła uwagi na oburzone „Doprawdy!” zirytowanego pacjenta). - Jest szósty grudnia, zadzwonię po Miguela. Na pewno czuje się dziś samotny. Zaprosimy go. Zrobi ci przegląd.
- Tylko bez świni - zastrzegła Aish.
- Tylko bez zanieczyszczeń i bakterii - zastrzegł Akermann. - I nie bez okularów.
- Luz, macie to jak w banku.

***


Miguel wkroczył do mieszkania ujebany brudnym śniegiem i z małą foką pod pachą, a za nim weszła do mieszkania wielka, tłusta świnia ujebana błotem.
- Kurcze - powiedział - nic nie widzę bez okularów.
- Kwiiik - ucieszyła się świnia.
Aish wytrzeszczyła oczy na widok czwartego i piątego zwierzęcia w swoim ZOO, Akermann zalał się krwią z nosa, a adminka zrobiła dyg, dab i chrumk na powitanie (Szynka odchrumknęła).
Nie dało się tej sytuacji nagiąć fabularnie jeszcze bardziej.
Kobieta z SASu miała na ten temat inne zdanie, więc zaatakowała domofon, władowała się do mieszkania za świnią i Miguelem, po czym zapytała, czy ktoś jest chętny na sesję DnD.

***


- Robciu, sprawa jest poważna - próbował wyjaśnić Krone. Wraz z lektorem (kochany Michał, przybiegł na zakrystię, jak tylko usłyszał o wszystkim, nawet przyniósł ze sobą termos pełen malinowej i 350ml Jagermeistera) siedział zamknięty w ciemnościach i miał nadzieję, że nowy proboszcz jest zajęty. - Złamałem kręgosłup.
- Słucham? - powtórzył Jurgens trochę mniej oficjalnie.
- Złamałem. Kręgosłup - wytłumaczył Wolf najbardziej naukowym językiem, jaki znał. - Ein Wirbelsäulenbruch.
- Unmöglich…
- Więc jakby liczę, że użyjesz swoich super mocy byłego Sekretarza Generalnego i przyszłego Wodza Czwartej Rzeszy Niemieckiej, bo jesteś najbardziej wpływowym człowiekiem, jakiego znam - dokończył Krone na wydechu i pociągnął solidny łyk malinowej. - Powiedz, że masz jakichś ludzi od naprawiania aryjskich kręgosłupów.
- Zdrowie Niemców jest dla mnie ważne - przyznał Robert szybko - ale niestety żyję teraz innym życiem, dałem sobie spokój z… no wiesz, poprzednimi epizodami.
- Naprawdę?! - przeraził się Krone. Jeden wspólny epizod z Jurgensem wspominał bardzo dobrze, to znaczy ten, kiedy poszli na jakąś dziwną potańcówkę X czasu temu, i Wolf bawił się zajebiście, tańcząc industrial, a Robert był sztywny jak jebane drewno i próbował policzyć kąt ugięcia kolan tak, żeby nie stracić majestatu, po czym Wolfa trochę poniósł melanż i Robert zniknął nie wiadomo z kim i gdzie.
- Całe szczęście tak się składa, że poznałem osobę, dla której poskładanie jakiegokolwiek złamania gdziekolwiek nie stanowi problemu - oznajmił Jurgens z nutą dumy. - Ma dyplom austriackiego lekarza wojskowego, choć na poważnie zajął się programowaniem.
- Po co zajmować się programowaniem - wyraził swoją dezaprobatę Wolf, odkręcając butelkę - kiedy się jest lekarzem?
- Nie ma wojsk w Europie, Bundesheer rozwiązano.
- Serio?!
- I tak byś nie zrozumiał. Słuchaj, podam ci współrzędne…
- Ej Robert - przerwał Wolf (skoro już wiedział, że odzyska władzę w nogach, mógł się zająć normalną rozmową i wkurwianiem drugiego Niemca) - a co to znaczy, że kogoś poznałeś?
- Dokładnie to, co znaczy dosłownie.
- No. Ale. Coś w twoim głosie mi mówi, że…
- …to nie rozmowa na telefon, Wolfgang, ludzie nie rozmawiają przez telefon o swojej orientacji…
- …chyba to jakaś ważna osoba, czy tak? Ile on ma lat? A jakiś fajny? A wysoki? - Krone tak się rozpędził, że nie zwrócił uwagi na zdegustowaną minę swojego lektora, któremu wcisnął w ręce alkohol. - A jaki jest w łóżku?
- Wolfgang. - Cisza w słuchawce była pełna szlachetnego, idealnie kwadratowego wkurwa. - Ty i subtelność, to jak rakieta V2 i obrazy Mathisa Gothard-Neitharda…
- Co? - zapluł się Krone.
- Nic. Zero powiązań.
- Nie rozumiem.
- Właśnie.
- No to czyli jaki jest w łóżku?
- Namiary wyślę SMSem. Dobranoc - uciął Robert oschle.
- Czyli jest beznadziejny - zawyrokował Wolf tonem znawcy, z rozmachem gasząc Nokię. Michał kaszlnął obok i nalał sobie Jagera do zakrętki. - Zapamiętaj tę lekcję, Olszyński.
- Dobrze, proszę księdza. Już zapamiętałem.

***


- Nie, naprawdę, ja nie wyrażam zgody na żadne - bronił się Akermann, wycofując do kuchni - żadne grzebanie w obwodach, twoje ręce mi nie leżą, twój wzrok też, twoja świnia…
- Szynki w to nie mieszaj - zarządził Miguel, zbliżając się ze skrzynką narzędzi mechanicznych - nie po to zostawiłem żonę z dziećmi i przyjechałem tu, żebyś się teraz rozmyślił.
- Ale to wymaga precyzji - syknął Akermann, przesuwając blade palce wzdłuż sznyt na torsie i wnętrzu ramienia - i specjalistycznej wiedzy elektroniczno-technicznej! Elementy są średnicy milimetra, połączenia to nano-ścieżki!
- Ale ja jestem złotą rączką - przypomniał Miguel, podrzucając śrubokręt samochodowy - naprawiam wszystko na czuja!
- Yygggghhhhrrrrrrr - obniżył się Akermann, odsłaniając zęby. Napiął mięśnie w gotowości.
- No nie, przysięgam - jęknął Miguel, po czym nitka pękła, skrzynka z narzędziami wylądowała na stole, a rozpędzona niemal do stu kilometrów na godzinę pięść cyborga ze świstem przecięła powietrze.
Po czym zatrzymała się na wnętrzu dłoni Miguela.
- Już? Mogę zaczynać? - spytał Latynos niezadowolony.
Akermann zaatakował go jeszcze trzy razy i gdy jego knykcie po raz czwarty utknęły na bloku twardym jak kamień, odchylił się mocno w bok. Wyjrzał Miguelowi zza ramienia, zaglądając do dużego pokoju.
- Przepraszam - zawołał głośno, próbując przekrzyczeć karczmianą fantasy muzyczkę - dlaczego ten mężczyzna jest ode mnie silniejszy?! PRAGNĘ ZAUWAŻYĆ, ŻE TO FIZYCZNIE NIEMOŻLIWE!
- No nie, serio, nawet pograć nie można, jak ja mam teraz rzucić kostką? Rozproszyłam się. Powiedzcie temu niezrównoważonemu facetowi, że go zniszczę, jak nam jeszcze raz przerwie.
- Słyszałem to, kobieto z SASu! Zapraszam, zniszcz mnie!
- Yhym. Yhym. Yhym yhym yhym.
- NIE RÓB NA MNIE „YHYM”, KOBIETO, BO JA TEŻ NA CIEBIE ZROBIĘ „YHYM” I JUŻ NIE BĘDZIE KOLOROWO, WIESZ, ILE SIĘ DLA CIEBIE GOLIŁEM TĘPĄ DAMSKĄ GOLARKĄ?!
- YHYM. YHYM.
- TERAZ TO PRZEGIĘŁA, GDZIE JEST MÓJ PISTOLET?!
- DIDI, NIE RÓB SCEN!
- YHYM!
- Rzuciłam percepcję dwadzieścia.
- Nie, rzuciłaś dwa, nie oszukuj, jak się kłócę z moim cyborgiem!
- Kwiiik!
- Miau!
- Oink!
- Adam, przecież wiesz, że nie możesz rzucać kostkami za Huntera… Ej, czekajcie, jak on rzucił kostką bez palców?!
Akermann zrozumiał, że pomoc nie nadejdzie. Wyprostował się zrezygnowany, jeszcze raz obrzucił skrzynkę z narzędziami nieufnym spojrzeniem (Miguel odchrząknął), po czym warknął, że dobra, tym razem wygrałeś, podejrzany mężczyzno-mutancie, zaraz zobaczysz dzieło twórcy, zobaczysz, jak prześcignąłem Boga.
- No, wiadomo - mruknął Miguel, wywracając oczami - zapraszam na stół. Rozumiem, że nie czujesz bólu?
- Musisz mi skręcić regulator na kości - poinstruował cyborg, rozpinając baranka. - Po regulacji otworzysz mostek, tam jest jednostka centralna i układ. Będę przytomny, to ci mogę dyktować, co i jak.
- Zrobię po swojemu.
- I przydałaby się folia malarska, bo z litr mi zejdzie.
- Wytrzemy. Albo Szynka zliże. Albo Czachowski. Albo koty.
- Zero szacunku…
- Jesteś mordercą, niski człowieku z Austrii, dlaczego oczekujesz szacunku?
- Aaa, przepraszam, nabity człowieku nie wiem skąd, ty mordercą nie jesteś?
- Noo…
- Nooo?
- Dobra, kładź się. Fajna blizna. O, tutaj.
- Doprawdy.
- Jesteś strasznie porysowany. Przypominasz mi rudego dzika. Chcesz jakąś dziarę, jak cię już pospawam?
- Au, scheiße, nie. Albo chcę. Chcę numer seryjny swojego pistoletu nad kroczem. A tu, o tu, gdzie miałem serce, chcę numer ID jednego Polaka.
- Niezbyt artystyczne. Wooow, co to za świecące niebieskie liquidy?!
- Błękitna krew. Bo jestem królem cyborgów.
- Serio?!
- Nie, debilu, to płyn chłodzący układy scalone.
- Obraziłeś mnie?
- Nie? AA AAA AAAIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIGHH! FUCK!
- Nie słyszałem.
- HHHrrrr PRZESTAŃ PRZESTAAAAAAAAAAAAAAAŃ HAAAAAAAAAAAALT, AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! REGULATORRR RRRRRRR TYYYYYY KURRRRRWWWWOOOOOOOO AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA AAAAAAAIIISHHHH AISH! KRUFF! POMOCY! ROBERT! ROOOOBEEEEEEEEEEERT!
- No więc. - Kobieta z SASu złożyła łapki. - Jak słyszcie, znajdujemy się blisko komnaty tortur. Właśnie zeszliście tu po kamiennych schodach. To znaczy Adam się stoczył. Macie możliwość pogadania z dwoma NPCami, możecie spróbować pomóc więźniowi, no i…
- Kwiik.
- Nie, nie możesz użyć mocy ślizgu błotnego w miejscu, gdzie nie ma błota.
- Oink.
- Adam, proszę. Adam. ADAM, MY GRAMY.
- Zostaw go, może jest głodny i idzie do kuchni.
- Jest małą foką, Kruff, nie powinien pełzać po mieszkaniu sam!
- Przecież chłopaki są w kuchni.
- Akermann jeszcze żyje?
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAACHHHHH HHGGHHRR!!!!
- Tak, żyje.
- No dobra.
- To co, kto rzuca kostką?
Dietrich prawie stracił świadomość, miotając się na stole i znosząc coraz większe przeciążenia generatora. Głosy kobiet przestały do niego docierać, a skupiona twarz tego potwora, pozbawionego finezji niszczyciela subtelnych połączeń mikroprocesorowych, zaczynała przypominać rozmytą plamę opalenizny okolonej blondem.
I wtedy pojawiło się to.
Akermann uniósł głowę (próbował nie patrzyć na rozcięty tasakiem mostek) i spojrzał temu czemuś w oczki.
- Mała foka - zrozumiał na rezerwie bufora i zemdlał.
- Chavez, podaj mi lutownicę - powiedziała foka głosem czterdziestoletniego mężczyzny. - Nie, mniejszy grot. To molibden. Cyną mu zalejesz masę, to jest w nanometrach. Szczypce. Przytrzymaj go, przestawiam memrystor.
- Memrystor?! To w ogóle istnieje? - zdziwił się Miguel.
- Pierwszy raz widzę na oczy. Choć rzekomo istnieje od dwa tysiące ósmego. Przytrzymaj tę kość wyżej. Boże, facet nie ma serca, zauważyłeś?
- Tak, Adam, ciężko nie zauważyć… Nie mówiłeś, że robisz w elektronice. Znamy się już rok.
- Nigdy nie lubiłem tych studiów, rozumiesz. Uhm, programator…
W pokoju obok ściszono karczmianą muzyczkę, bo przerwa w narracji osłupiałego DMa okazała się zbyt długa.
- Czy mi się wydaje, czy on właśnie lutuje układ płetwą…?
- Koks, kobiety, gin i tonik - Czachowski dobił złączkę. - Pan magister elektronik.

***


Dwa koty, foka, świnia, Miguel i ekipa z DnD zebrali się wokół okrwawionego stołu jak członkowie sekty, odliczając czas.
Minuty mijały wolno i nieubłaganie. Akermann (pozszywany włóczką Aish i jednorazowymi plastrami admina) nadal nie odzyskał przytomności. Też w sumie nie oddychał ani nie biło mu serce.
Ogólnie był martwy, jak słusznie i z zazdrością wydedukował Czachowski.
- Może trzeba się było pożegnać - ze łzami w oczach uznała Aish. Może płakała z radości, kto wie.
- Może mogę to uznać za terapię zakończoną sukcesem? - zaryzykował admin.
- Może lepiej go pociąć przed wrzuceniem do kontenera - podsunęła Coff.
Miguel może słusznie wyłamał się z szeregu i zamiast gdybać, uderzył cyborga w twarz, a cyborg się zresetował i obudził.
- O - stwierdził - cholera.
I właśnie wtedy, w momencie największego napięcia, do admina zadzwonił Jurgens.
- Halo?
- Dobry wieczór. Żądam przedterminowego zwrotu mojego Austriaka. Tu chodzi o aryjski kręgosłup - wybrzmiało na głośnomówiącym.
- Robert - poznał Didi z niemal nabożną czcią. - Przepraszam, ale muszę się zbierać.
Wstał w ciszy, bo wszyscy się odsunęli i tylko patrzyli jak na nietypowe zjawisko lub eksperyment naukowy. Akermann uznał, że to miło z ich strony. Że się interesują. Głośno i szczodrze podziękował za wspaniale spędzone trzy tygodnie, Miguelowi powiedział, że jest zabójczo przystojny, fokę pogłaskał, koty nazwał „cudnymi”, Szynkę skomplementował po niemiecku, żeby nie razić seksualnym podtekstem, Aish pocałował w czoło, adminowi oddał ociekający krwią ochłap będący niegdyś barankiem (w moim sercu i bagażniku zawsze będzie dla ciebie miejsce), a na kobietę z SASu spojrzał z wielkim bólem, życząc udanego życia i związku.
- No, tak że papatki, trzymajcie się cieplutko - gadał w samych spodniach i z kapiącą krwią dziurą w piersi, wiążąc eleganckie buty. - Zostałbym dłużej, ale jestem zbyt wrażliwy i tęsknię za Szmensem-Jurgensem, poza tym zaparkowałem samochód na miejscu dla inwalidów i strasznie mi z tym źle. Podróż w czasie do roku 2066 zajmie mi jakieś dwa tygodnie, więc pewnie do Wigilii, rozumiecie, muszę już iść. Wesołych Świąt! - dorzucił, po czym wyważył drzwi z bara i na klatce zeskoczył bezpośrednio do parteru. - Przepraszam, zapomniałem o klamkach, prześlę przelew za naprawę! - zawołał jeszcze, zanim przepadł w ciemnościach.
- Wow - pierdolnęła admin po kwadransie.
- No - dodał Miguel.
- Zdecydowanie nie był sobą.
- Zgadzam się. - Aish wyciągnęła Glocka nie wiadomo skąd (chyba cały czas z nim chodziła i spała). Obejrzała numer seryjny na lufie. - Zdecydowanie nie był sobą.

***
Epilog - w którym Robert jednak został tyranem

- Więc wyobraź sobie - opowiadał Robert swojemu nowemu Armeekomando V.6, z trzydziestego piętra obserwując armię chodzących i latających cyborgów, dzięki którym po opanowaniu gospodarczego i ekonomicznego świata chciał stać się dyktatorem Europy, potem planety - twój Didi do mnie wrócił dzień przed Wigilią i zdecydowanie nie był sobą. Taki jakiś - Jurgens zaciągnął się wygenerowany e-cygarem - miły? Uczynny? Ja wiem, nieupośledzony emocjonalnie? Koszmar. Bardzo się tym zmęczyłem przez pięć godzin, kiedy chciał ze mną piec pierniczki i ubierać choinkę, zamiast omawiać odbudowę wojsk. Pamiętam jak dziś. Żałuj, że cię to ominęło, były Komisariacie Inspektratu Logistyki Interfabularnej. Wiesz, mogłoby być inaczej, gdybyś napisała Odpuszczenie.
Armeekomando V.6 nawet nie drgnęło, wciąż sztywno wyprostowane, bo komenda "spocznij" nie padła.
- I kiedy już myślałem, że będę na to skazany do końca, pojawił się ten kretyn. - Robert westchnął; nieco teatralnie, nieco do siebie, nieco do Jagdkommando-Führera V.3 stojącego obok Armeekomando V.6. - Tak, ty, Wolfgang. Po prostu dramat. Siedzimy z Dietrichem przy koniaku, do kolacji jeszcze godzina, a ten wpada bez zapowiedzi, dwa tygodnie później, niż dzwonił, na dodatek całkowicie sprawny, bo, jak się okazało, wcale nie złamał kręgosłupa, tylko przypadkiem nadział się rdzeniem kręgowym na dwie strzykawki z lekami znieczulającymi w dawce dla konia. A co było najgorsze?
- Co było najgorsze? - spytały cyborgi równo. Nad gmachem Bundesheer przeleciało stado bezzałogowców uzbrojonych w rakiety i lasery (pewnie leciały tam, gdzie ludzie jeszcze buntowali się przed władzą Roberta).
- Najgorsze było to, że Wolf po drodze zgarnął Josie, żeby mi zrobić przyjemność, i w ogóle ubzdurał sobie, że święta trzeba spędzać rodzinnie i to na pewno dobry pomysł i uczynek - opowiedział Robert siedemdziesiąty ósmy raz - więc możecie to sobie wyobrazić, stoimy w korytarzu, oni stoją w progu, Josie ma minę swojej zdegustowanej matki zmiksowaną z rozwścieczonym dziadkiem, Wolf nie ogarnia, że rozpętał wojnę, Didi najpierw włącza skaner, potem przepala mu się obwód sprzężenia i przeładowuje bufor, widać, że zaraz go rozniesie, powieka lata, krew z nosa jak z kranu, ręce chcą zabijać. A ja? A ja zachowałem zimną krew i majestat. Wiedziałem, że tylko tak pomogę wszystkim - myśląc, zamiast działać. Będąc idealnym.
- Jest pan idealny - potwierdziły cyborgi równo.
- Wiem. I wiecie co? Wygrałem. Całkowicie wygrałem. Dietrich musiał się na kimś wyżyć, więc pozwoliłem mu złamać twój kręgosłup - przypomniał Robert, klepiąc po ramieniu wyższego cyborga. - I okazało się, że on wcale nie chciał mojej córki zabić. Zresztą, czy by mu się udało? Już wtedy za dużo czasu spędzała z tymi degeneratami pod wodzą Jurija. Nieważne. Didi był w nią zapatrzony jak w obrazek, zaraz mu przeszła ta zła nastawa i zaczął się zachowywać normalnie. Zrobił jej pełny, morderczy trening i zabrał na wszystkie strzelnice w mieście. Kupił najnowszą broń, samochód, zaprojektował miliard wszczepów. Strasznie ją rozpieszczał. Twierdził, że nigdy nie miał tak idealnego ucznia. Ona też była wniebowzięta, chociaż Didiego wykorzystywała, a wszczepy wysyłała Rosjanom. No, ale - Jurgens machnął ręką - mimo wszystko wspominam to dobrze. Byliśmy przeszczęśliwą rodziną. A potem Josie zniknęła, Didi dostał depresji, przejęliśmy władzę nad światem, Josie zorganizowała ruch oporu i Didi tak się wkurwił, że już nie ma depresji. Wszystko w rodzinie, jak to się mówi. Szkoda, że tatuś nie dożył, bo go zabiłem.
- Szkoda - potwierdziły cyborgi równo.
- Tak. - Robert uśmiechnął się lodowato. - A teraz chodźmy. Jagdkommando-F V.3 poprowadzi dla nas pasterkę w te wspaniałe, autokratyczne święta.


koniec
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"...ostatecznie ugiął się pod naporem argumentów, które zawierały między innymi ogarniętego żądzą władzy Niemca żywo zainteresowanego produkcją armii cyborgów..."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1865
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Kruffachi » 02 grudnia 2019, 19:47

AKT I
W którym wcale nie ma świąt


Stardew Valley AU - prócz standardowej ilości nieśmiesznych odwołań zawiera też hermetyczne odwołania do mechaniki gry


Najogólniej powiedzieć można, że Wolfgang Krone uległ wypadkowi. Drugiemu wypadkowi w krótkim czasie, co znaczące, bo fatalny ślizg na schodach Biedronki zapoczątkował serię jeszcze fatalniejszych zdarzeń i ciąg nieporozumień intertekstualnych. W ich wyniku (długo by opowiadać) ksiądz wypadł z okna kliniki, co do której nikt mu nie wmówi, że była kliniką ortopedyczną. To znaczy Wolf obudził się w piwnicy, ale na szczęście ten rejon intertekstu zawierał wiele wind i niektóre nawet działały (i nie było w nich kamer), póki nie zostały zhakowane. Ucieczka spod skalpela Didiego należała z pewnością do najefektowniejszych w życiu kapłana, ale też – o czym był święcie przekonany, lecąc ryjem w dół – miała je zakończyć.
Święta idą, pomyślał Krone, po czym pierdolnął szczęką w chodnik, aż poszło echo, i nawet ledwie odrastająca broda nie zamortyzowała łupnięcia.
Ostatnim, co Wolf pamiętał, było dochodzące z pobliskich krzaków chrumkanie jeży.
Obudził się jakiś czas później, na szczęście w zupełnie innym łóżku – to miało uroczą pościel w grzybki i pachniało trochę Lenorem, trochę kadzidłem, a trochę pomidorową. I z całą pewnością nie znajdowało się w betonowej piwnicy jakiegoś spierdoleńca, bo przez okno wpadało słoneczne światło.
– RATUNKU!!! – wydarł się jednak profilaktycznie Wolf, siadając gwałtownie na miękkim materacu, a anioł stróż ze świętego obrazka na ścianie spojrzała na niego żałośnie.
Kręgosłup zadziałał przy tym poprawnie, co w równym stopniu było wiadomością dobrą, jak i najgorszą z możliwych, bo oznaczającą, że ktoś jednak w jego kręgosłupie grzebał, chociaż Krone, kiedy już wreszcie wytrzeźwiał i zrozumiał, do czego to wszystko zmierza, kategorycznie zażądał przerwania procedury i wyzwał Roberta całym słownikiem najpodlejszych i najbardziej kwadratowych niemieckich wyzwisk.
To drugie to mógł być błąd. Wolf jak przez mgłę pamiętał wydłużające się uszy tego całego austriackiego rzekomego lekarza-programisty, jego syk i powoli odklejający się od policzka plasterek w Smurfy, kiedy mu drgały martwe mięśnie.
A potem rzeczy potoczyły się szybko i zakończyły bliskim spotkaniem z chodnikiem.
Niepokojące w tym było (poza wszystkim innym), że Wolf, kiedy próbował odtworzyć w głowie szczegółowy przebieg wypadków, które go sprowadziły do potwornej piwnicy, napotykał wiecznie dziury i ślepe zaułki, które nie mogły być tylko skutkiem kanapek z chałwy i fety popijanych jagerem. Kapłan z trudem przypominał sobie coś o pyle, coś o śniegu, coś o fokach i dwóch koszmarnych kolesiach w ortalionowych dresach i uszankach, którzy mieli ze sobą sanki i wódkę. Twarze (i jakiś hełm) rozmazywały mu się w niewyraźne plamy.
Jedyne, czego był pewien, to to, że grozi mu niechybne niebezpieczeństwo i musi uciekać.
Miał nawet pewien pomysł na to dokąd.
Biskup Kempa (to do niego, jak się okazało, należała pościel w grzybki, a także pół garnka wczorajszej pomidorowej) oczywiście nie był zadowolony. Coś tam nawet wspominał, że to przeciw prawu boskiemu, naturalnemu, ludzkiemu i kanonicznemu, ale ostatecznie ugiął się pod naporem argumentów, które zawierały między innymi ogarniętego żądzą władzy Niemca żywo zainteresowanego produkcją armii cyborgów oraz ogarniętego żądzą ogólną Austriaka planującego mu tę armię w osobie poczciwego Wolfganga Krone dostarczyć.
Tak oto Wolfik wylądował w podejrzanie pustym i starym autobusie donikąd. Że w pojeździe prócz niego, kierowcy i jakiejś ryby na fotelu pilota przebywało jedynie wspomnienie lepszych czasów, wyciągnął się wygodnie na dwóch siedzeniach i nawet nieco rozpiął sutannę. Trzeba było założyć dres, to jasne, i jechać po cywilu, ale Wolfik miał niejasne przeczucie, że kiedy biskup Kempa wyjdzie z szoku i zrozumie, co się właśnie stało, natychmiast odwoła całą imprezę.
We włochatych dłoniach księdza spoczywała mocno już wymięta koperta, którą dostał od babci bardzo dawno temu. Chyba na ósme urodziny. Mówiła, że ma ją otworzyć za parę lat, jak będzie miał dość miejskiego życia i takie tam, ale Wolfik miał dość średnio pięćdziesiąt razy na dobę, więc otworzył list już następnego dnia po urodzinach. Tylko wówczas niewiele z tego zrozumiał i ciepnął bezcenny dar gdzie bądź. Jego szczęście polegało na tym, że „gdzie bądź” mieściło się jakoś pomiędzy kwadratowymi płytami z kanciastą niemiecką muzyką (spoczywającymi teraz w torbie) oraz zdjęciem Maryli Rodowicz (także spakowanym) i wypadło w odpowiednim momencie kryzysu egzystencjonalnego, a dokładniej w samym środku rozważań nad tym, czym jest człowieczeństwo i czy człowieka od maszyny nie różni przypadkiem zdolność do przyjmowania szlugów, alkoholu i herbaty malinowej. Didi niby coś tam spożywał, ale dokąd to trafiało…? Z pewnością nie do duszy, bo duszy w cyborgu nie było. Gdyby była, zadziałałyby na niego pośpieszne egzorcyzmy.
Wolfik podniósł więc kopertę, przypomniał sobie o babci, rzewnie załkał, pogadał ze swoim konektomem i wszyscy razem doszli do wniosku, że jednak nie chcą być armią cyborgów pod wodzą pierdolniętego Niemca, który nie miał odpuszczone. W zamian kapłan zostawił długi list, w którym sugerował, że ma idealny materiał dla pana, a materiał ten nazywa się pani Irenka i został wielokrotnie odznaczony certyfikatami jakości parafianina roku.
Tak zatem Wolfik wrzucił do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy, zakasał sutannę, pobłogosławił pani Irence na nowej drodze nieżycia i spierdolił.
Autobus toczył się od pipidówy do pipidówy i w krajobrazie coraz mniej było ludzi, a coraz więcej krowich placków. W którejś pipidówie ktoś nawet wsiadł do tego wehikułu, witając się z kierowcą autobusu wylewnie i z jakiegoś powodu po hiszpańsku, po czym zajął miejsce tuż za Kronem, zmuszając go w ten sposób do przyjęcia godniejszej postawy.
– Nowy pasterz? – padło zza oparcia dziwnie skrzekliwie. – Się nie przejmuj, sobie leż, bracie, jak ci wygodnie. Ja tu mam swoją tajną misję, stary, to się nie będę interesował. – W szparze między fotelami wylądowała lufa karabinu snajperskiego i Wolfowi zamarło serce, zanim sobie przypomniał, że ze snajperki nie strzela się z przyłożenia.
– Tajną… Tak… Rozumiem – wydukał. – Pomyślałby kto, że na takiej spokojnej wsi można znaleźć tajne misje.
Lufa zaniknęła.
– My, komandosi, zawsze jesteśmy na tajnych misjach. Nawet jak nie jesteśmy – padło.
Zerknąwszy ponad oparciem na towarzysza podróży, Wolf zobaczył Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej. Tylko takiego razy sto. Razy ultradojebany i wpierdol roku. Efektu nie psuła nawet flanelowa koszula w kratę opinająca się dziwnie na skrzydłach. A jeśli nawet coś zepsuła, to girlandy z granatów i amunicji skutecznie naprawiały to z nawiązką.
– Xennon – przedstawił się nieznajomy ptak.
– Brom – odpowiedział Wolfik, zanim się zorientował, że nie.
– Ha. Ha – powiedział ptak i Krone mógłby przysiąc, że wyskoczyły naraz wszystkie zawleczki z granatów przy jego pasie.
– Znaczy Brome! – wyjaśnił więc szybko. – Wolfgang Bro… Och, chyba coś mi uknęło między zębami… Tak, chwileczka, to musi być dolna dziewiątka, zęby ubermądrości, rozumie pan komandos… Same z nimi kłopoty… Gdzie ja go… ooo…! O-u! Ak ak myślaem… Krone. Wolfgang Krone. Bardzo mi miło, panie Pluton… Znaczy plutonowy!
– Kapitanie – zasyczał ptak. – Ale cicho, bo to tajne.
Kapłan przytaknąłby, ale zorientował się, że ma lufę snajperki z tłumikiem przypadkiem opartą o czoło.

*

Trzy godziny później Wolfgang – z absolutną traumą w zakresie tablicy Mendelejewa oraz bardzo umiejętnie zrobionym siniakiem po lufie snajperki także na lewym pośladku – stał u progu swojej nowej posiadłości.
Przy czym „próg” to było określenie bardzo uprzejme względem dziury w tarasie tuż pod samymi drzwiami, przez którą prześwitywał smętnie fragment z pewnością zalanej przez deszcze niespokojne piwnicy.
– No i jak, purchaweczko? Ślicznie tu, prawda? – odezwała się zza jego pleców ruda, cuchnąca owczarnią (i to bynajmniej nie taką parafialną) walkiria w średnim wieku.
Wolfik poczuł, jak mu się sutanna roluje, a pingwiny robią klap, kiedy zmuszał się do potwierdzenia. A coś bardzo wyraźnie mówiło mu, że potwierdzić powinien, bo kobieta – choć uśmiechnięta szeroko – miała w sobie coś z najgorszych bossów na dzielni i pewnie po nocach rozdawała dzieciakom działki, żeby je opylały w ciemnych zaułkach. Była jak te najlepsze gosposie, które za dnia lepiły przepyszne pierogi, a nocą czatowały za filarem w kościele z kadzielnicą w ręce, gotowe jednym celnym ciosem położyć każdego, kto się będzie dopierał do skarbonki.
Nazywała się Mama McGregor – naprawdę się tak przedstawiła – i była tu jakby sołtysem.
– Byłam bardzo młoda, kiedy twoja babcia tu mieszkała, młody człowieku – mówiła z rozrzewnieniem. – To była wspaniała kobieta… Taka pracowita i uczynna. Z pewnością jesteś jej nieodrodnym wnukiem, purchaweczko, i doskonale sobie poradzisz. Jak widzisz, miejsce trochę zarosło, ale wystarczy zakasać rękawy i jestem pewna, że niebawem wszystko tu będzie lśnić, prawda?
To „prawda” było bardzo mocno niepokojące. Tak mocno, że Wolfik zarządził piętnaście zdrowasiek i malinową z trzech torebek.
Z tym drugim był pewien problem, bo rudera nie miała elektryczności ani działającego pieca, a ogień wiary, jakkolwiek skuteczny w wielu sytuacjach, nie najlepiej radził sobie z produkowaniem wrzątku.
Motyka, kilof (kilof?! Naprawdę?!), kosa i konewka też niespecjalnie się nadawały.
Odparłszy trzy kryzysy egzystencjalne, dwa tożsamości i jeden wiary, Krone wpakował więc trzy torebki do kieszeni sutanny i ruszył w stronę miasteczka żebrać o wrzątek, to znaczy socjalizować się i poznawać parafian w celu odpowiedzialnego dostosowania oferty duszpasterskiej do potrzeb swoich owieczek.
Miał szczerą nadzieję, że jego owieczki nie śmierdzą tak jak owieczki Mamy McGregor, która tymczasem pozdrowiła go czule i wydreptała w swoich rozwalonych gumiakach z tej krainy nędzy i rozpaczy.
Nie tylko farma była zarośnięta, ale prowadząca na nią ścieżka także i Krone, wyszarpując skraj sutanny z kolejnego złośliwego krzaczka, zaczął się mimochodem zastanawiać, czy nie stoją za tym jakieś głębsze powody.
Jeden z krzaczków okazał się porem. Jakiś niezbadany instynkt (zapewne po prostu doświadczenie gracza, który wie, że darowanej znajdźce nie zagląda się w liście) kazał Wolfikowi wyrwać warzywo i wpakować sobie do drugiej kieszeni.
W ten oto sposób między swych nowych parafian wszedł z zielonym wiechciem.
Parafian nie było znowu tak dużo. Ktoś tam kręcił się po małym placyku, ktoś tam nawet przyglądał się ciekawie przybyszowi zza krzaka, ale huczne powitanie, konfetti i ciasteczka dla nowego proboszcza to to nie były.
Przy ryneczku stały przychodnia, którą Wolfik od razu zignorował, oraz coś, co wyglądało jak sklep z żarciem, a skoro żarcie, to pewnie też woda, w tym woda gorąca.
– Pochwalony – powiedział, wchodząc, i nad jego głową rozbrzęczał się staromodny dzwoneczek.
– Piękny okaz – zachwycił się człowiek zza lady i szybkim gestem przetarł okulary.
Wolfik wygładził sutannę, a broda nastroszyła mu się bardzo pokazowo.
– Mhm – potwierdził, ściągając łopatki.
– Od początku sezonu nie widziałem tak dorodnego pora…
Pingwiny oklapły drugi raz tego dnia.
Sprzedawca ziaren mordkę miał zarówno przyjemną w kontemplacji, jak i przystojną, ale Wolfa już to nie obchodziło w sytuacji, gdy jego por został skomplementowany przed nim.
– Pan jest zapewne tym nowym owczarzem? – Sprzedawca spojrzał niby na niego, ale jego wzrok jakby wciąż uciekał w kierunku pora. Krone postanowił więc z całą stanowczością, że pora z kieszeni nie wyciągnie.
– Pasterzem – poprawił i przywołał na usta pedofilski uśmiech. – Nowym pasterzem tej owczarni zwanej…
– Gulaszową Doliną.
– Byłem niemal pewien, że „Szklarską Porębą”.
– Bardzo mi miło, jestem Koem. – Mężczyzna wyskoczył zza lady i nim Krone się zorientował, jego dłoń była już ściskana i potrząsana. – Ogrodnik. Dostawca ziaren. Trochę nekromanta i proszę uważać, mam w kieszeniach kwas. – Ostatnie słowo przyciągnęło uwagę Wolfa jak maska BMW Hubercika. – Trochę nie wiem, jakim cudem nie wypalił mi jeszcze dziur w kieszeniach, bo wypala wszystko, ale to nieważne, póki jest na miejscu. Tylko lepiej się nie przytulać. – To rzekłszy, Koem objął nowego pasterza z entuzjazmem. – To jak? Ma pan tu uprawiać roślinki po babci, prawda? – perorował niezmordowanie, znów nurkując za ladę. Pochylił się i zaczął czegoś szukać. – Na dobry początek proponuję rzepę. Rzepa jest bardzo wdzięczna, nie umiera za często, a w razie czego daje się dobrze wskrzeszać nawet z potrawki, i nie trzeba do niej dużo mówić. Rzepa to indywidualistka, trochę samotniczka. Ale nie agresywna, proszę się nie obawiać, po prostu potrzebuje nieco intelektualnej przestrzeni. Sądzę, że pan to doceni, jako człowiek uczony.
Oszołomiony tym wykładem Krone nie zarejestrował, kiedy w jego ręku wylądowały paczki z ziarnami.
– Ile jes…
– Jednego pora. – Koem wyszczerzył się szeroko. – Pana babcia była wspaniałą osobą – westchnął jeszcze, mierząc Wolfa znad okularów.
Krone zmierzył go w odpowiedzi i zmarszczył brwi, bo do trzech policzyć umiał i coś mu się nie zgadzało.
– Wydajesz się za młody, żeby pamiętać moją babcię – ocenił.
– Bo jestem – przyznał z rozbrajającą szczerością sprzedawca. – Ale moje krzesło było za jej czasów całkiem dziarską lipką.
Wolfgang uznał, że wyjdzie.

*

Niecały kwadrans później Wolf zwiedzał już miejscową knajpę.
O tej porze – zdecydowanie przedpołudniowej – była jeszcze zupełnie pusta i cicha. Ciągle dało się wyczuć atmosferę sprzątania po poprzedniej nocy. Pachniało jednak czymś znacznie przyjemniejszym niż nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Pociągnąwszy mocniej nosem, Krone wyczuł aromat cynamonu i jabłek.
Szarlotka.
Piekli tu szarlotkę, a zatem nie mogli być złymi ludźmi.
Zresztą za ladą stała przemiła z wyglądu dziewczyna w o jakieś cztery rozmiary za dużym swetrze i układała kufle na półce. Ksiądz odchrząknął znacząco.
– Przepraszam – odezwał się, kiedy dziewczyna się do niego odwróciła i zobaczył równie miłą, jak cała reszta twarz. – Wolfgang Krone, nowy pasterz.
– Och, to pan! – ucieszyła się. – Wszyscy tu o panu mówią! Jestem Hanna Puszek i naprawdę bardzo mi miło. – Wyciągnęła nieco pulchną, nieco ciepłą i nieco spoconą dłoń, którą ścisnął mimo faktu, że coś znów zaczęło wyć w nim bardzo głośno i ostrzegawczo. Po prostu nie przepadał za tym nazwiskiem, zwłaszcza kiedy mu się odciskało na samochodzie. – Mogę w czymś pomóc?
– Właściwie to tak. – Wolfgang odchrząknął i postanowił wyglądać godnie. – Potrzebuję wrzątku.
Nie do końca wiedząc, jak do tego doszło, już chwilę później Krone moczył trzy torebki w kubku w serduszka, a przed nim stał do połowy opróżniony talerzyk z wciąż jeszcze ciepłą szarlotką – a dokładniej trzecią dokładką tejże szarlotki. Hanka nie wyglądała, jakby miała za złe, że ktoś wyjada jej ciasto na wieczór, a zamiast tego siedziała po drugiej stronie i roztaczała nieomal terapeutyczne ciepło.
Wolf pomyślał, że mógłby ją ze sobą zabrać do swojej rudery. Nie musiałaby niczego robić (no, może poza pieczeniem szarlotki, której i tak nie było w czym upiec), a tylko stać w kącie i roztaczać to ciepło.
– Tu mieszkają dobrzy ludzie – mówiła, to patrząc sobie na paznokcie, to zerkając na talerzyk gościa, żeby ustalić, czy nie trzeba mu dokroić. – Niektórzy trochę dziwni, niektórzy z jakimiś tam problemami, ale ogólnie dobrzy. Sam pan pasterz zobaczy, co i jak. Jest tu jeden Szwed, jacyś Rosjanie, ale nie ma Węgrów, a to już zawsze coś. Mi się podoba, choć brat się trochę nudzi. Ale piecze te szarlotki, to mu pomaga.
Wolfgang z trudem przełknął kruszonkę, która nagle wydała się zrobiona z piasku.
– A więc masz brata.
– Tak. To też dobry człowiek. – Hanka westchnęła. – To znaczy kiedyś był, potem mu zryło banię od strzelania do ludzi, ale się stara. I tę szarlotkę piecze przepyszną.
Wizja porwania Hanki, związania jej i postawienia w kącie jako terapeutycznego piecyka oddaliła się na odległość celnego strzału.
– Aha.
– Prawda jest taka – westchnęła dziewczyna, opierając pulchny policzek o rękę – że przyda się nam tu pasterz. Ale tak sobie myślę… Idą święta. Może by tak wszystkich zaprosić tu? Do naszej małej knajpki? Zrobić wspólną wigilię, powymieniać się prezentami, życzeniami… Może bym zrobiła ozdóbki? Gdzieś jeszcze mam te lampki, co je Hubert zrobił. Trochę za nimi nie przepadam, ale jak je powieszę…
Pokryty kolcami kawałek jabłka utknął Wolfikowi w przełyku.
– …kto…? – wykrztusił.
– Hubert – powtórzyła Hanka, patrząc na jego czerwieniejącą twarz Hanka. – Hubert Puszek, mój brat.
Krone chwycił kubek z malinową w obie ręce i wychylił duszkiem, jakby to było zimne piwo.
– I strzelał do ludzi…? – zapytał na wydechu.
– Niestety. Ale głównie w Przedsferze, wie pan pasterz, jak to jest z cyborgami. A tu nie ma Przedsfery. Ani nawet Przedstrefy.
Tak, wiedział. Tylko że nie o to chodziło.
– Ale przecież on ma pięć lat…
W tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich amstaff w ludzkiej skórze, a żołądek Wolfika zjechał do kolan, mijając bardzo zdziwione pingwiny.

*

To zdecydowanie nie był chłopiec, który wbiegł mu na maskę. To – logicznie rzecz biorąc – nie mógł być chłopiec, który wbiegł mu na maskę, bo tamten miał pięć lat, a ten przynajmniej siedem razy więcej. Nie mówiąc o tym, że miał ze sto razy więcej masy, a Hubercik to zawsze było dziecko nie tylko nieuważne, ale też w skali mikro.
– Więc… – Potwór siedział po drugiej stronie stołu, tam, gdzie wcześniej siedziała jego siostra. Bawił się przy tym najbardziej tępą łyżką, jaką katolickie oczy kiedykolwiek wiedziały, ale robił to w taki sposób, że nie miało się wątpliwości, że dwa szybkie ruchy i łyżka odrąbałaby komuś uszy. – Mówisz, że jesteś naszym nowym pasterzem.
– Tak, tak. Posłuchaj mnie, Hubert…
– Ależ ja wcale nie mam żalu o zakaz dzwonienia przy ołtarzu. Ani trochę. – Łyżka przeskoczyła między palcami. – Ja już jestem dorosły. Jak chcę dzwonić, to sobie idę po dzwonki i po prostu dzwonię. Jak każdy odpowiedzialny człowiek.
– Tak, ale…
– O tamten wypadek też nie mam żalu i niech to będzie jasne. Czasem sam się rzucam na blachę, tak mi się spodobało.
– Tobie się znowu włącza paranoja – westchnęła Hanka, dobra kobieta emanująca terapeutycznym ciepłem, i zalała kolejną malinową dla gościa. Szarlotki już nie chciał. Zaczął podejrzewać, że mógłby znaleźć w niej czyiś palec. – Przecież nasz nowy pasterz nie ma aż tylu lat, żeby to się w kupę składało.
Hubert zawarczał i splunął coś o jakiejś ramie.
– Nie, braciszku. – Hanka pokręciła głową. – Jeszcze nie wszyscy są cyborgami. Dlatego tu przyjechaliśmy, pamiętasz? Żadnych cyborgów, żadnych Szwedów i Węgrów.
– Szwedzi i tak przyjechali.
– Ale inni. – Kobieta wzruszyła ramionami i zaczęła ze spokojem słodzić malinową. – Nasi Szwedzi nie woziliby ze sobą paprotki.
– Przysięgam, że kiedyś go wezmę na strzelnicę i wszystko z niego wyciągnę.
– Ale tu nie ma strzelnicy.
– I będzie się czołgał pięćdziesiąt kilometrów w śniegu
Wolfgang obserwował ten siostrzano-braterski ping-pong powoli wycofując się razem z krzesłem ku drzwiom, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, że wstaje. A jednak nóżki mebla robiące „to-tąg” o drewnianą podłogę w końcu zwróciły uwagę ludzkiego amstaffa. Krone przekonał się o tym, kiedy łyżka śmignęła mu dwa milimetry obok ucha.
– Gość nas opuszcza? – spytał Hubert i z jego twarzą stało się coś dziwnego. Coś, co mogło być bardzo nieudanym uśmiechem wyrzeźbionym piłą mechaniczną w piłce lekarskiej.
– Hubert, na litość boską! – wydarł się Krone, bo mu już puściło w kilku miejscach, a w nerwach najbardziej. – Bo cię nie zabiorę na wycieczkę rowerową!
Osiłek zamarł z otwartymi ustami i spojrzał na księdza z wyrzutem.
– Ale mnie…? – spytał nagle jakimś nieswoim głosem. – Przecież byłem grzeczny! I zrobiłem pięćdziesiąt dodatkowych nabożeństw! Za wszystkie mam stempelki!
– A potem dzwoniłeś, kiedy nie trzeba, wbiegłeś mi pod maskę, strzelałeś do ludzi i – Krone załączył całą moc katolickiego oburzenia – RZUCIŁEŚ WE MNIE ŁYŻKĄ!
– Wcale nie w księdza!
– Wcale tak! Siadaj, dwója!
Hubert usiąść nie mógł, bo już siedział, ale spuścił głowę, zachlipał i bąkną, że świat jest niesprawiedliwy.

*

Rudera nie zawierała prądu, czajnika ani pieca, ale zawierała kominek i telewizor. Ten ostatni nieźle Wolfa przestraszył, póki nie zobaczył zwisającej z boku tasiemki, do której przytwierdzono list.
Telewizor przysłał Michał, żeby sobie ksiądz mógł czasem pooglądać w tej dalekiej dolinie gulaszu jakąś siatkówkę.
Dobry chłopiec. Szkoda tylko, że nie przewidział braku gniazdka.
Pierwszą część wieczoru Krone spędził więc, siedząc na tarasie i patrząc w gwiazdy, ale nagle zdało mu się, że zamiast Wielkiego Wozu widzi Wielkie Pavo. Ostatecznie wszedł do środka pachnącej stęchlizną szopy po babci, zasiadł z piwem w ręku w fotelu i zagapił się na wyłączony telewizor.
Jeśli istniała lepsza definicja żałosności, to on jej nie znał.
Zanim zdążył zwiać z knajpy Puszków, wpakowało się do niej jeszcze paru miejscowych, w tym Szwed z paprotką, o którym rozmawiali wcześniej. Wolf po krótkiej analizie uznał, że dobrze będzie się przysiąść do kogoś, czyje szaleństwo widać na pierwszy rzut oka i w dodatku nie wydaje się szczególnie groźne. Wziął więc swoją kolejną porcję szarlotki (kto sprzedaje szarlotkę pod piwo?) i podreptał w kierunku kanapy okupowanej przez owego Szweda. Szwed okazał się mieć śmieszne imię, którego Wolf nie zapamiętał, i tak od słowa do słowa ksiądz rzucił w przypływie zmęczenia i szczerości, że chce stąd jutro wyjechać.
– Nie wyjedziesz – odparł na to Szwed z paprotką.
– Dlaczego? – zdziwił się Krone. – Jest autobus. Wiem, bo sam nim przyjechałem.
Szwed westchnął i wyciągnął przed siebie absurdalnie długie nogi modelki rajstop. Na szczęście były to także jego własne nogi, a nie nogi spoza kompletu, które przywlókł razem z paprotką (którą niekiedy podlewał piwem).
– Gdybyś się lepiej przyjrzał, zobaczyłbyś, że kierowca jest ślepy, a pilotem jest foka – powiedział.
Tego było dla Wolfa za dużo i postanowił, ze resztę nocy spędzi w samotności, choć początkowo miał plan przespać się w cieple w knajpie zwinięty pod stołem bilardowym. W szopie ciepło nie było, bo zajęty obowiązkami duszpasterza Krone nie narąbał drewna i nie miał czym palić. Spojrzał smętnie na opartą o ścianę siekierkę chyba też jeszcze po babci, ale było już w chuj ciemno i jedyne, co mógłby urąbać, to palce do szarlotki Puszków.

*

Przez następny tydzień Wolf zdołał potknąć się o dziko rosnące pory jeszcze trzy razy. Za każdym razem zanosił pora Koemowi, a ten wydawał mu w zamian jakieś nasionka i obsypywał komplementami zielony pióropusz i podejrzanie pękatą białą część. Krone przyjmował ziarenka z wdzięcznością, po czym rozsypywał je przed ruderą, mając nadzieję, że coś z nich w końcu wyrośnie, bo o to chyba w tym całym szaleństwie chodziło.
Nie wyrastało.
– No rośnij, rzepo pierdolona – mruczał co wieczór ksiądz, przechadzając się po swym kamienistym, wiecznie zarastającym trawą poletku, i okadzał uparte nasiona dymem ze szlugów.
Ale bestie były złośliwe, aż wreszcie Krone zaczął je podlewać wodą święconą, żeby z nich wypędzić tę złośliwość.
Jakoś w międzyczasie pani Mama McGregor przysłała swojego Syna McGregora, to znaczy Johnny’ego zwanego też Rudym Dzikiem, by przynajmniej załatał nowemu pasterzowi kawałek dachu i dziurę pod progiem.
Już po pierwszym dniu Wolf doskonale wiedział, skąd wzięło się to przezwisko, ale przynajmniej zyskał kumpla do smolenia sobie płuc.
– Stąd i tak nie ma dokąd uciec – burczał Johnny, stojąc na drabinie i uderzając młotkiem w deskę. Przybijał ją trochę krzywo, ale skutecznie, a poza tym pewien głęboki szacunek wywoływał w Wolfie fakt, że Dzik dawał radę mówić w miarę wyraźnie mimo dziesięciu gwoździ i papierosa w ustach. Od czasu do czasu kiepował też celnie do doniczki z uschniętym badylem stojącej jakieś trzy metry niżej. – Oglądałeś ostatnio jakiś dziennik czy coś?
– Nie było okazji – odparł Krone, który tymczasem przechadzał się znowu między grządkami niedoszłej rzepy i przyglądał się jej nienawistnie.
– Masz telewizor, nie?
– Ale nie mam prądu.
Johnny roześmiał się głośno i Wolf mógłby przysiąc, że widział, jak rudzielec połyka ze dwa gwoździe.
– Tu nikt nie ma prądu – powiedział. – A telewizję wszyscy oglądają. Co prawda puszczają tylko prognozę pogody, porady dla rolników, wróżkę i program kulinarny z dziwną lewitującą babą, ale na bezrybiu i… Próbowałeś już łowić ryby, Wolf?
– Nie.
– To nie próbuj. Są sprytniejsze od ciebie.
Co oczywiście oznaczało, że Wolf musiał spróbować łowienia ryb.
Wziął swą wędkę i cały zapał, i postanowił, że pokaże Rudemu Dzikowi, kto tu jest pięć, a kto nie, i złowi największą rybę świata, a może nawet wieloryba.
– Wieloryb to chyba nie ryba…? – zastanowił się głośno Johnny, ale że sam też nie był pewien, to tylko machnął ręką i wrócił do przybijania gwoździ.
Wolf zignorował go i ruszył na plażę, gdzie rozłożył się ze swoim sprzętem na pomoście i zarzucił wędkę w oceanu odmęty.
– Uważaj – burknął w jego stronę Jurij, miejscowy ochlej i włóczęga. – Od siedzenia na zimnym można się nabawić wilka. Coś o tym wiem.
Jego także Krone postanowił zignorować i po prostu skupił się na mentalnym przywoływaniem swej legendarnej zdobyczy.
Po niecałych sześciu godzinach łowienia miał już trochę wodorostów, przemoczoną gazetę, czyjeś pogięte okulary i stare CD tak zniszczone, że kształtem mogło konkurować nawet z kwadratowymi krążkami Wolfa zawierającymi kanciastą niemiecką muzykę.
A ryby faktycznie okazały się sprytniejsze.
– To musiał być wieloryb – tłumaczył potem kapłan Johnny’emu, gdy obaj siedzieli nad szarlotką Puszków i popijali ją jabłecznikiem. – Nigdy w życiu nie walczyłem tak z żadną rybą.

*

Do Wolfa prawda docierała powoli, ale z konsekwencją walca drogowego i pewnego dnia wreszcie zrozumiał. Oto trafił do piekła, z którego nie było ucieczki i po którym gonili go nie tylko inni potępieńcy, ale też małe kolorowe kulki z miejscowego koła gospodyń wiejskich – obecnie opuszczonej rudery w stanie niewiele lepszym niż rezydencja po babci.
Wszyscy mieszkańcy Gulaszowej Doliny okazali się uciekinierami przed armią cybernetycznych latających pań Irenek pod wodzą despoty Roberta. Coś się co prawda nie zgadzało w liniach czasowych i szczegółach, ale ogólna kanwa poszczególnych opowieści wydawała się powtarzalna. Jeden taki chłopaczek mieszkający w domku na plaży i usiłujący pisać książkę, utrzymywał nawet, że wedle wszelkich praw fabuły żadnej Gulaszowej Doliny nie ma, a to wszystko to tylko jakaś zbiorowa halucynacja po zapadnięciu w śpiączkę, ewentualnie symulacja rzeczywistości, którą Didi, główny inżynier Robarta, karmi podłączone do wielkiego serwera mózgi wegetujących w zielonych tubach ciał przeznaczonych do replikacji na cyborgi względnie nośniki jakichś bestii.
Usłyszawszy to wszystko, wbrew ostrzeżeniom Krone postanowił jednak spakować manatki i pójść na przystanek autobusowy. Ten składał się z jednego znaku z porysowanym czerwonym „A" na żółtym tle i jednej trzeciej rozkładu jazdy, na którymś ktoś napisał markerem „nie warzny”. Ale Krone był zdeterminowany i całkowicie niewrażliwy na ostrzeżenia Szweda z paprotką.
Może lepiej, pomyślał, jak mnie wywiozą w miejsce. którego nie ma. Kempa mnie nie znajdzie, pani Irenka mnie nie znajdzie, Robert mnie nie znajdzie, a co najważniejsze, nie znajdą mnie Hubert i jego dopytywania o wycieczkę rowerową. Nawet kac mnie nie znajdzie.
A na kacu Wolf był ciągle, odkąd Jurij, mieszkający w przyczepie kampingowej z wilkiem miejscowy gopnik, powiedział mu, jak wykraftować kega i pędzić sok z ziemniaków. Sabaka podobno kiedyś wolał mleko bananowe, ale zerwał z tym nałogiem, odbywszy wielce pouczającą rozmowę o bananach z chłopaczkiem od pisania książki i teorii o symulacji.
Sok z ziemniaków okazał się mieć moc V-2 i mniej więcej taki sam zasięg. A zatem istniała pewna szansa, że zasięg ten obejmie także miejsce, do którego Wolf spierdoli.
Autobus wtoczył się na przystanek jakieś trzy godziny później i – Krone mógłby przysiąc – wyglądał na trochę tym faktem zdziwionego. Drzwi się jednak otworzyły z cichym mlaśnięciem starych gumowych uszczelek i w nozdrza kapłana uderzył zapach kiszonych spalin.
Na jeden krótki moment zwątpił w cel swojej misji.
– Wsiadasz, czy nie wsiadasz? – padło pytanie z hiszpańskim akcentem. – Ciepło wylatuje. To jest autobus, tym się jeździ, a nie wietrzy.
– Oik! – potwierdziła foka siedząca na fotelu pilota.
Więc Wolfik wsiadł. Może w tym wypadku zagrożenie nieznane było lepsze od znanego. Zwłaszcza że Puszek w każdej chwili mógł ogarnąć, że nie jest już ministrantem i że wycieczek rowerowych nie było od całych stuleci.
– Co tak daleko? – zdziwił się kierowca, kiedy Wolf, ściskając swój skromny bagaż, ruszył ku tyłom pojazdu. – Tam się można nieźle zatruć, bo rura wydechowa jest dziurawa. Nie polecam. Chyba że jesteś Połączonym, ale chyba nie jesteś, bo nie masz nic połączonego. Siadaj tu z przodu, pogadamy.
W głosie kierowcy było coś miłego, to prawda, ale coś miłego było tu w wielu rzeczach i wszystkie te rzeczy okazywały się w ostateczności swoiście niemiłe, więc Wolf poczuł głęboki niepokój.
– Nie, nie – odparł, machając ręką. – Ja całkiem lubię zapach spalin. Jestem palaczem, palacze tak mają. Nie będę przeszkadzał, na drodze trzeba się skupić.
Kierowca westchnął.
– Widzisz, Adaś? – zwrócił się do foki. – On nam chce złamać serce.
Nie, Krone nie chciał, co odkrył nagle ze zdziwieniem. Co gorsze, w jego mózgu zapaliła się kolejna czerwona lampka.
– Adaś…? – spytał. – Dlaczego nazwałeś fokę Adasiem…?
– Sama się nazwała. – Blondyn wzruszył ramionami. – To bardzo łebski koleś. A lutuje tak, że normalnie aż mi coś w sercu drgnęło! Widziałeś kiedyś, amigo, jak foki trzymają lutownicę? Nie? Przysięgam, musisz zobaczyć. Znajdziemy coś do lutowania.
– A możemy też po prostu… stąd wyjechać? – zasugerował Krone.
– A, tak, prawda! – Blondyn brzmiał i wyglądał, jakby wrócił z bardzo daleka. Przeczesał grzywkę palcami. – To jak? Siadaj tu. – Wskazał miejsce tuż za przednim wejściem. – Przez przednią szybę widoki najlepsze. To znaczy, tak mówią, bo ja w sumie nie jestem pewien.
– Zawsze marzyłem, żeby zostać kierowcą autobusu w Buenos – wyznał jeszcze wesoło, kiedy kapłan z rezygnacją zajął fotel i zaczął się szarpać z odpowiednim ułożeniem bagażu.
– To nie jest Buenos – zauważył Wolf.
– Nie? – zdziwił się blondyn. – Musieli mnie okłamać w urzędzie pracy. Nawet wąsa zapuściłem, żeby podnieść swoje kwalifikacje! Ale we sumie nic nie szkodzi, też ich okłamałem. Powiedziałem, że mam prawo jazdy i sokoli wzrok. I chyba nie wspomniałem o cukierkach. Cały czas o nich zapominam. – Roześmiał się radośnie. – To dokąd jedziemy?
– Byle jak najdalej stąd.

*

Niestety. Lars, Szwed od paprotki, miał rację – autobus jechał długo, Wolf miał wrażenie, że całe wieki, i wytrząsnął mu absolutnie wszystkie wnętrzności oraz wszelką chęć do życia, ale ostatecznie wylądował dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyruszał, i kierowcy za nic nie dało się przekonać, że nie opuścili Gulaszowej Doliny.
Wróciwszy na farmę z poczuciem porażki Krone, zastał na niej znajomego z pierwszej podróży autobusem. Kosmiczny ptak we flanelowej koszuli stał pośrodku jego grządek i rozglądał się nieco zdezorientowany. Snajperkę miał przewieszoną przez plecy, a w jednym ze skrzydeł dzierżył zawiniętego w papier śniadaniowy naleśnika.
– Dlaczego tu nie ma pomidorów? – spytał Xennon z wyrzutem i aż mu się nastroszył czerwony czub na głowie. – Jak mam robić tajne odwierty w pomidorach, kiedy ich nie sadzisz?
Wolf chciał odpowiedzieć, że rzepa, ale uznał, że po prostu pomilczy. Zamiast tego wyjął butelkę soku ziemniaczanego z kieszeni i pociągnął zdrowo, odkaszlnął po katolicku, a potem machnął nią znacząco w kierunku ptaka. Xennon jednak pokręcił głową.
– Wasze ziemskie trunki mają za małą zawartość manganu – stwierdził i wrócił do krytycznego oglądania rzepy.
Krone postanowił, że po prostu poogląda telewizję. Wbrew życzeniom Michała (dobry chłopiec) nie było w niej siatkówki, a tylko dziwne lewitujące monstrum nazywające siebie Królową Sosów pokazywało jak smażyć jajka. Wolf wiedział, jak smażyć jajka. Potrafiło to, malinową z trzech torebek i kanapkę z chałwy.
– Tak nie może być – usłyszał w pewnym momencie tuż za swoimi plecami, aż podskoczył wystraszony i byłby upuścił pilota, gdyby nie to, że telewizor był na pilota za stary. – Serio, pasterzu. – Xennon obszedł jego fotel i oparł się nonszalancko o ścianę za telewizorem. – Musisz posadzić te pomidory, bez tego nie uratuję tego miejsca.
– Po mojemu wcale nie musisz – burknął Wolf, wygładzając dres z kipsty.
Kosmiczny ptak odchrząknął.
– Takie mam rozkazy – powiedział z naciskiem.
– A ja mam dość! – zawył Krone. – To jest jakieś jebane piekło!
Xennon pokręcił głową i zaćwierkał cicho.
– Bez tych emocji, stary – polecił. – To miejsce jest pełne geologicznych tajemnic do zbadania. Nigdy wcześniej nie widziano takich… Tu po prostu nic nie ma sensu, OK?
– No właśnie! Tu nic nie ma sensu! Cieszę się, że wreszcie ktoś oprócz mnie to zauważył!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 199
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: !~ODCINKI ŚWIĄTECZNE - AKCJA SPECJALNA~!

Post autor: Coffee » 03 grudnia 2019, 11:29

xDDDDDDDDDDD
Jestem świadoma, że umyka mi co najmniej połowa odwołań i żartów, ale i tak się spłakałam xDDDD
Chyba w końcu zainwestuję w to stardew valley...
It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ