Strona 1 z 1

Bestiariusz [Tekst maja 2018]

: 02 sierpnia 2017, 23:24
autor: MononokeGirl
Pisałam, pisałam... Zakończenie mi się nie podobało to stwierdziłam, że może uda się lepsze wymyśleć. Ale nie. Zamiast tego środek też przestał mi się podobać. Początek jeszcze jako tako, więc publikuję zanim perfekcjonizm kaze mi wszystko zacząć od zera :aaaaa:
To bynajmniej nie jest powieść historyczna, a luźna inspiracja historią i legendami Polski, wymieszana z wierzeniami słowiańskim (panteon w dużej mierze mojego autorstwa, chociaż jakiś tam reserach był). Często nawt lokalizacje miast nie pokrywają się z mapą naszego kraju (Gopło jest poza granicami itp)
Wiedźma Mira i skryba Sławój dostają od króla rozkaz spisania Bestiariusza. Oto jest fragment ich podróży po najparszywszych i najniebezpiezniejszych zakątkach Królewstwa... :D



BESTIARIUSZ
ROZDZIAŁ 1: MŁYN LATAWIC


RARÓG (na wschodzie ŻAR-PTAKIEM zwany)
Zwierz mitologiczny i ulubieniec Boga Słońca. Strzeże wrót do Raju, dlatego jako Rajski Ptak również znany. Pióra ma czerwono-złote, ogon długi i ozdobny, i jako ptasi król niebios koronę na głowie nosi. Podobnoż wzrokiem w kamień, jak bazyliszek, zmieniać potrafi i zdolność ciskania ogniem posiada. Pióra jego są ognioodpornymi, co złwaszcza dla magów żywiołem ognia się parającymi przydatnym być może. Raroga zabicie niemiłym jest Bogu Słońca, dlategoż przez króla karanym surowo. Ten, kto waży się na Rajskiego Ptaka rękę podnieść z gniewem Niebios liczyć się winien.
Z Bestiariusza pióra Sławoja Gnieźniańskiego I Poparzenia bolały, ciało było zesztywniałe od wielogodzinnej jazdy. Jakby to nie nastrajało Miry wystarczająco podle to jej płaszcz śmierdział spalenizną, ciemnym chmurom zbierało się na deszcz i zmęczona kobyłka potknęła się, prawie zrzucając swoją drzemiącą jeźdźczynię. Pech ją prześladował. Gdzieś tak od urodzenia, ale tym razem przesadził i powinien liczyć się z jej srogą zemstą.
— Do pioruna! — zaklęła pod nosem, trzymając się kurczowo końskiego karku. Zawisła w dziwnej pozycji, obszerny kaptur opadł jej na szkarłatne oczy i zakrył pole widzenia. Siwka zaskoczona tymi akrobacjami przystanęła i korzystając z okazji, zaczęła skubać trawę. W tym czasie młoda kobieta siedząca na jej grzbiecie, gwałtownym ruchem głowy zrzuciła ciemny kaptur. Wzrok wciąż przykrywała jej grzywka w kolorze żywej czerwieni, ale ona nie przeszkadzała tak bardzo. Mira zręcznie poprawiła swoją pozycję, a potem czule poklepała wierzchowca po szyi. — Ruszaj, Wredoto, nie mamy całej wieczności na dotarcie do Kielec. Słaboj czeka — powiedziała, a przy ostatnim zdaniu wąskie, malinowe usta odznaczające się na bladej, piegowatej twarzy zadrżały w złośliwym uśmiechu. Była wiedźmą, a to zobowiązywało.
Wredota ciemnym okiem spojrzała z wyrzutem na amazonkę, ale niechętnie oderwała się od kępki mleczy i poczłapała dalej wzdłuż leśnej ścieżki. Niedługo później opuściły głuszę i wyszły na rozległe pola niskiego, wschodzącego zboża. Tutaj droga wiła się łagodnie pomiędzy wzgórzami, a nad ich czubkami wystawała korona Świętego Drzewa. W miarę jak się zbliżały rosło w oczach, górowało nad całą okolicą, znacznie przewyższając normalne drzewa. Ni dąb, ni sosna nie mogły się z nim równać, mimo że wyglądało jak zwyczajna brzoza, lecz gałęziami zdawało się sięgać nieba. Niczym mitologiczna oś kosmiczna - axis mundi. Było ono poświęcone bogini narodzin i łowów – pięknej i dzikiej Dziewannie, co przyczyniła się do założenia miasta Kielce, które w swym majestacie rozciągało się u korzeni Wielkiej Brzozy.
Kobieta spojrzała wilkiem na niebo, kiedy na jej drobny nos spadła pierwsza kropla.
"Nie trzeba było prowokować Peruna" pomyślała, żałując wcześniejszej, gwałtownej reakcji. "Może wtedy pozwoliłby mi dojechać do karczmy, zanim otworzyłby chmury…"
Tymczasem po pierwszej kropli, kolejna spadła na płaszcz, końską grzywę, grzbiet... Były ciężkie i rozpryskiwały się, tworząc duże plamy. Zapowiadały burzę, powietrze już przesiąknięte było zapachem ozonu. Najpierw kropiło, lecz zerwał się gwałtowny wiatr, spędził gęstsze chmury i nagle otoczyła je nieprzenikniona ściana wody. Szczęście w nieszczęściu, że zimne strumienie orzeźwiły kobyłkę i ruszyła żwawszym krokiem, aż przeszła w kłus. Przed nimi pojawiły się mury Kielec ze strażniczymi wieżyczkami i bramą, której czarny otwór wyglądał jak paszcza demona. Mira nie zatrzymywana przez nikogo wjechała do miasta, a końskie kroki mlaskały na mokrych deskach pokrywających wąską ulicę. Po obu jej stronach stały drewniane domki z zatrzaśniętymi okiennicami, zza których przeświecało ciepłe, żółte światło. Droga była wyludniona, więc szybko dotarły do Jamy Dzika, lecz mimo to już całkiem przemoczone.
Wiedźma zsiadła z konia i zaprowadziła go na tyły karczmy do małej stajni. Wiatr przedostawał się w szczelinach między deskami, z których była zbudowana, ale na szczęście dach pozotawał cały, więc wnętrze było suche i przytulne. Gałęzie Wielkiej Brzozy znacznie ograniczały opady i pod koroną deszcz nie był tak intensywny, jak ten, który złapał je w szczerym polu. Jeszcze zanim weszła do budynku do uszu kobiety dotarły zaniepokojone, końskie prychnięcia, stukot kopyt, gdy przestępowały z nogi na nogę. Wyczuwały zagrożenie. W tym czasie nieporuszona Wredota nie potrzebowała zachęty i sama skierowała się do odpowiedniego boksu, od razu wkładając pysk do żłoba w poszukiwaniu resztek owsa i siana. Ku jej rozczarowaniu na dnie leżało tylko kilka mysich bobków – upominek od złośliwych gryzoni w podzięce za gościnę. Po wejściu Miry do środka zwierzęta ucichły, jakby kuląc się w sobie. Próbowały wtopić się w tło, zejść z oczu drapieżnika, którego wyczuwały. Podróżniczka nie zwracając na nie uwagi, zaczęła od posprzątania kojca i wsypania do środka ziarna, potem rozkulbaczyła wierzchowca i dokładnie otarła go słomą do sucha.
— Dobra robota — pochwaliła ją, nim zabrała swoje torby wraz z bronią i powlekła się do wejścia gospody.
Wnętrze było zaskakująco obszerne i swojskie, chociaż z zewnątrz Jama Dzika nie sprawiała tak dobrego wrażenia. Wyglądała, jak kurnik z mnóstwem przybudówek i dodatkowymi piętrami. W dodatku taki stawiany przez pijanego cieślę, bo ściany były krzywe – tak samo, jak wystający ze słomianego dachu i górujący nad budynkiem kamienny komin. Tymczasem główna sala karczmy miała wysoki sufit z widocznym belkowaniem, z którego zwisały zioła. Ludzie nie zdążyli się jeszcze zgromadzić, więc było ciemnawo, cicho i chłodno. Gdy za kobietą trzasnęły zamykane drzwi, w przejściu do kuchni pojawił się zażywny, brodaty mężczyzna – wyglądem sam przypominał dzika. Zwłaszcza spłaszczonym nosem na pucołowatej twarzy i krótkimi nóżkami ledwie noszącymi jego wielkie brzuszysko. Przynajmniej nowoprzybyli nie mieli żadnych wątpliwości, do kogo należy "jama", do której weszli.
— Mirka! Witaj z powrotem! — huknął, uśmiechając się ciepło. Posłała mu w odpowiedzi blady uśmiech. — Bogowie byli z tobą? Bogini prowadziła twoje strzały i sprowadzała zdobycz w sidła? — zapytał zmartwiony.
— Pobłogosławiła mnie Swą nieskończoną łaską, lecz przeprawa i tak była trudna — odparła, pokazując mu dziury wypalone w płaszczu. Dopiero teraz zauważyła, że obok nich ma rozdarcie pozostawione przez trójpalczastą łapę. — Opowiedzieć mogę wieczorem, teraz chciałabym się posilić…
Małe, bladobłękitne oczka karczmarza rozbłysły. O powołanych niedawno przez Jaśnie Oświeconego króla Mieszka do służby w wojsku wiedźmach i wiedźminach krążyły coraz straszniejsze plotki. Ci obrońcy ludzkości przed czającą się na moczarach, czy w lasach pomroką sami obrastali w mroczną legendę i coraz trudniej było oddzielić prawdę od fałszu. Jedni opowiadali niestworzone historie o tym, jak magowie z Sobótki przeprowadzali na nich eksperymenty. Inni opisywali ich, jako monstra o potwornej powierzchowności, czy posądzali o paranie się najczarniejszą magią. Gospodarz słyszał kiedyś opowieść o wiedźminie, który za swe usługi zażądał w zapłacie dziedziczkę wojewody mazowieckiego. Bogowie raczyli wiedzieć, co z nią później uczynił. Tymczasem brzuchaty Szczecina miał szczęście. Wiedźma, która od miesięcy gościła pod jego dachem, nie tylko płaciła zawsze na czas, twarzyczkę miała przyjemną, a i chętnie dzieliła się z gośćmi swoimi przeżyciami i opowiadała o niesamowitych przygodach. Zapewniało to Jamie Dzika tłumne odwiedziny. Dzisiejszy wieczór zapowiadał się spokojnie i sennie, lecz kiedy rozpuści wieść o powrocie Miry z pewnością znajdą się chętni do wysłuchania tego, co ma do powiedzenia.
— Podałbyś mi obiad do pokoju? — spytała, kierując się ku wąskim, nierównym schodom.
— Gorącą wodę też przynieść? — zapytał, lecz wystarczyło, że ujrzał wyraz jej twarzy, a uderzył się otwartą dłonią w czoło. — Oczywiście! Zmarzłaś jak pies przecie. Wiatr wyje w kominie, aż ciarki chodzą po plecach...
Nie słuchała do końca, ale wspięła się na ostatnie piętro. Jej pokoik – wielkością przypominający komórkę na miotły, lecz dla niej w sam raz – znajdował się na samym końcu korytarza. Zanim do niego weszła, po drodze zastukała do innych drzwi i nie czekając na pozwolenie, otworzyła je.
— Sła… boj? — zmieniła nagle ton z gniewnego na pytający, bo w ciemnym, dusznym pokoju nikogo nie było. Panował tam zaduch, jakby dawno go nie wietrzono, małe okienko zasłaniały grube zasłony. Pomieszczenie było nieco większe od tego, które zajmowała ona – tu oprócz łóżka, mieścił się również chybotliwy stolik, a na nim stały grube świece z malowniczo spływającym im po bokach zastygłym woskiem, piętrzyły się papiery i księgi w drewnianych obwolutach. Do tej pory jeszcze nie zdarzyło się, aby żerca – pogardliwie nazywany przez nią Słabojem – z własnej woli opuścił swoją samotnię. Zawahała się na progu.
Sam król – według oficjalnej wersji, w którą Mira nie pokładała wiary – zlecił jej i żercy Sławojowi zjeżdżenie całego Królestwa Polan i skatalogowanie gatunków pomroki i sposobów na walkę z nią, a wyniki ich wspólnej pracy stać się miały podręcznikiem dla przyszłych pokoleń wiedźminów. Dobór osób wybranych do tego zadania pozostawiał jednak wiele do życzenia. Niepiśmienna wiedźma i żerca z zestawem niemal wszystkich nazwanych fobii, który przez całe swoje dotychczasowe życie nie opuszczał Wielkiej Biblioteki w Gnieździe. Stanowili swoje całkowite przeciwieństwa i szczerze się nie znosili. Mira nie rozumiała wyimaginowanych strachów Sławoja, czym zyskał sobie złośliwe miano Słaboja. Tymczasem on gardził nieokrzesaną wojowniczką i traktował ją jak niegodną przebywania w jego majestacie służącą.
Wiedźma zostawiając za sobą ślady ubłoconych butów na podłodze, doszła do łóżka i delikatnie położyła na nim najmniejszą, plecioną z kolorowych rzemyków torbę. Po chwili zastanowienia wypakowała jej zawartość i starannie ułożyła na pościeli. Rozwinęła zawiniątka i spod białych szmatek wyjrzały trzy jasnobrązowe i nakrapiane złotem jaja. Były znacznie większe i cięższe od jakichkolwiek innych, które do tej pory widziała – kurzych, kaczych, czy gęsich. Kiedy wykradając je z gniazda raroga, dotknęła skorupki po raz pierwszy, nawet przez grubą skórę rękawicy czuła bijące od nich gorąco. Wtedy parzyły, teraz ciepło ledwie od nich biło, co napawało Mirę smutkiem. Żar-ptak był stworzeniem niebezpiecznym, lecz w swej straszliwości przepięknym. Kobieta, niczym troskliwa matka, odruchowo dotknęła brzucha opiekuńczym gestem. Tuż przy ciele pod ubraniem trzymała przywiązaną skórzaną sakwę, w której znajdowało się czwarte, wciąż gorące jajko. Sławój potrzebował ich do badań. Później miały zostać przekazane magom z Królewskiej Szkoły Magii na Sobótce, którzy wierzyli w ich ukrytą moc i użyteczność do rytuałów, bądź eliksirów. Natomiast wiedźma przeprowadzała prywatny eksperyment – podjęła próbę wyhodowania własnego raroga. Gdyby udało jej się wyszkolić go, niczym sokoła, byłby nieocenioną pomocą w prowadzonej przez wojowniczkę walce z siłami ciemności. Oprócz jaj rozłożyła też nieco wilgotne czerwono-złote pióra, aby szybciej wyschły. W ciemnym pokoju wcale nie wyglądały imponująco – mokre i wymięte. Jednak wystarczyło, że wystawiło się je na promienie słoneczne czy chociażby przy płonącym ognisku, a zaczynały się iskrzyć i świecić własnym blaskiem.
Już miała wyjść i pójść do siebie – nie marzyła o niczym innym jak o zrzuceniu ciężkich i lepkich od wody ubrań, czy zmyciu z siebie kurzu – lecz wzrok jej szkarłatnych oczu padł na jeden z rysunków ozdabiających notatki. Okrążyła łóżko i podniosła kartkę. Nie umiała odcyfrować żadnego z misternie wykaligrafowanych słów. Trafiła na wiedźmińskie szkolenie jako dziesięciolatka i najpierw poddano ją treningowi fizycznemu. Nauczono walczyć, tropić, czytać mapy. Kiedy jej opiekun uznał, że młodej wiedźmie przydałaby się również umiejętność czytania i pisania, była już nastolatką. Po kilku bezowocnych próbach nauki alfabetu, zniecierpliwiony mężczyzna w końcu się poddał. Jednak tym razem nie potrzebowała tych zdolności, aby zrozumieć przekaz. Obrazek przedstawiał bowiem żar-ptaka – a przynajmniej w wersji, w której go sobie do tej pory wyobrażano. Widziała takie ilustracje w starożytnych zwojach i manuskryptach, jakie pokazywano im podczas szkolenia. Tu raróg przypominał gęś z sługą szyją i grubym tłowiem. Tak naprawdę wyglądał bardziej jak orzeł z potężną piersią i zakrzywionym dziobem. Na głowie miał złocisty, niczym korona pióropusz, a kuper ozdabiały mu długie i piękne, jak u pawia, lecz nie tak gęste pióra. Ogon był lekki i nie utrudniał magicznemu ptakowi błyskawicznych manewrów. O jego szybkości i zwinności miała niestety okazję się przekonać i z bliska spotkać z silnymi szponami. Oprócz dzioba i pazurów, jakby tego było mało, potrafił jeszcze ziać ogniem. Tego na rysunku nie uwieczniono. Pod nim u dołu strony umieszczono jeszcze obrazek złotych jaj – wierzono, że właśnie takie składa.
Do tej pory nie interesowała się pracą żercy. Nie mogła mu w niczym pomóc ani poprawić, a samo przebywanie w jego obecności dłużej, niż kilka minut szargało jej nerwy, więc nie widziała potrzeby w wtrącaniu się w jego część obowiązków. Przejrzała inne kartki w poszukiwaniu ilustracji odpowiadających opisom stworów, które do tej pory przekazała Sławojowi. Nie znalazła ani jednego i w jej głowie pojawiło się nieprzyjemne podejrzenie: a co jeśli ten parszywy tchórz fałszuje materiały, żeby jak najszybciej powrócić do swojej ukochanej, bezpiecznej biblioteki?!
"Jeśli śmiał… Jeśli śmiał to uczynić to – na pola Nawii! – niech się szykuje! Przekona się, czym jest sławny wiedźmi gniew!" uznała, zgrzytając zębami. Złość dopiero pełzała, zapalając swoje ognisko i paląc w jej piersi. Płomień nie rozszalał się jeszcze z pełną siłą. Kobieta nie zamierzała rzucać nie potwierdonych oskarżeń. Zgarnęła notatki z blatu i opuściła pokój. Nie wiedziała, gdzie Sławój się podział i kiedy wróci. W tej chwili i tak nie uwierzyłaby w jego wytłumaczenie. O ile w ogóle jakiegokolwiek zechciałby jej udzielić. Nie, musiała poszukać kogoś innego, kto potrafił odcyfrować pismo żercy. Zatrzasnęła za sobą drzwi własnego pokoju.
Najpierw zmiana ubrań, jedzenie, a potem mogła działać.
Na szczęście nie musiała czekać długo. Ledwie rzuciła sakwy w kąt –z kołczanu wysypały się strzały, ale nie miała siły się tym przejmować – i wyplątała się z płaszcza, a posłyszała pukanie. W tej samej chwili dotarł do niej zapach kaszy ze skwarkami, co wywołało burczenie pustego brzucha.
— Zostaw wszystko przed drzwiami — poprosiła, sięgając już do klamki. W ostatniej chwili patrząc na wystający spod koszuli nadgarstek, przypomniała sobie, że nie może otworzyć gospodarzowi. Lniany, biały rękaw nie zakrywał do końca nadgarstków, odkrywając kawałek nagiej skóry. Pokrytej małymi, bladoróżowymi łuskami.
Usłyszała krzątaninę. Stuknięcie ciężkiego cebra z gorącą wodą, który zapewne wniósł Szczecina. Mężczyzna oddychał ciężko i sapał jak miech. Potem cichszy dźwięk stawianej drewnianej miski przyniesionej przez córkę karczmarza. Dziewczynka cienkim głosikiem szeptała, wypytując ojca o ostatnią podróż Miry. Była bardzo zawiedziona, że nie mogła się z nią zobaczyć, ale cieszyła się, że wieczorem usłyszy nową historię. Czekała z niecierpliwością na zapadnięcie nocy.
Wiedźma nasłuchiwała, aż ich odchodzące kroki ucichną i dopiero wtedy otworzyła i wniosła przyniesione rzeczy. Kubeł ustawiła w kącie, a z miską w dłoni usiadła na łóżku. Z zapałem spałaszowała obiad. Była tak wygłodniała, że jeszcze nie połknęła jednego kęsa, a pakowała do ust kolejny. Stanowczo za wcześnie dokopała się łyżką do dna. Posiłek miło ciążył w żołądku, lecz wciąż nie była najedzona. Puste naczynie postawiła na stojącym obok posłania taborecie – były to jedyne meble w pokoju.
Mira wstała i zasunęła zasłonę, drugą ręką luzując tasiemnki koszuli. Ściągnęła ją przez głowę i rozwiesiła na ramie łóżka do wyschnięcia. Różowawe łuski ciągnęły się od nadgarstka, aż do barku – im wyżej się znajdowały, tym ciemniejszy miały kolor i twardszą strukturę. Już nie swędziały, chociaż na początku nie mogła przestać się drapać. Dwa miesiące temu podobne pojawiły się na udach. Zaczęło się od kilku tuż nad kolanem, a teraz obejmowały całą zewnętrzną część, aż do biodra. Jednak najgorszym problemem stały się dwa rzędy zrogowaciałych wypustek na plecach. Nie dość, że straszliwie swędziały to powoli rosnąc, czasami otwierały rany i krwawiły. Najczęściej ignorowała ten fakt, nosząc ubrania ukrywające zniekształcenia. Jedynie podczas kąpieli dokładnie badała, jak daleko posunęła się ta przypadłość.
Magowie skończyli pracę nad nią cztery lata temu. Wtedy nazywali ją swoim najdoskonalszym dziełem. Klęcząc na podłodze i mokrą ściereczką zmywając z pleców szlaczki zaschniętej krwi, zastanawiała się, czy posunęli się z postępami od tamtego czasu. Żywiła głęboką nadzieję, że tak i kiedy skończy powierzone przez króla zadanie, będzie mogła udać się na Sobótkę, zaufa po raz kolejny czarodziejom i znajdą sposób, aby powstrzymać trawiącą jej ciało chorobę.
Jeszcze zanim skończyła kąpiel, posłyszała delikatne stukanie we framugę okna.


Miasto Kielcami nazwane swój początek miało za czasów Księcia Mieszka, syna Leszka. Młodzian znanym był z odwagi i niezmierzonej siły. Na wieść o tym, że lud jego krwiożerczy Odyniec nęka, osobiście z Gniazda wyruszył i na potwora razem z drużyną polowanie zorganizował (...) Kiedy okrążyli monstrum, Książę odłączył się od grupy i sam ścigał Odyńca. Dzik wzrostem przewyższał nawet jadącego konno wojownika. Szable miał dłuższe niż słoniowe kły. Mieszko rozumiał, że w pojedynkę nie ma przeciwko niemu szans, lecz mimo to spiął wierzchowca i zaszarżował, celując włócznią między jego oczy. Niestety w ostatniej chwili zwierz machnął kudłatym łbem, a grot odbił się od twardej, niczym żelażna zbroja skóry. (...) Na polanę wgalopował biały, srebrnorogi jeleń na grzbiecie Dziką Boginię niosący. Włosy miała niczym trawy, skórę brązową jak drzewa. (...) Trwał wyrównany pojedyek między Boginią Łowów, a krwiożerczą bestią. Trafiała celnie, ale nawet na jej magiczną włócznię jego skóra pozostawała odporna. (...) Bogini upadła, lecz w ostaniej chwili Mieszko rzucił swoją dzidą. Trafił w skałę, lecz powstrzymał dzika przed stratowaniem Bogini. Zwierz wierzgnął, a Ona wbiła swoją broń w podniebienie potwora. Tak pokonano Kieleckiego Odyńca. Szable jego złożone są w chramie Dzikiej Bogini, a skórę przez lat wiele nosił Książę Mieszko i chroniła go lepiej, niż jakiekolwiek dzieło rąk ludzkich. Z Kroniki ziem królewskich, Anonim II Powieka drgała mu nerwowo za każdym razem, kiedy się denerwował, a w tej chwili przeżywał najgorszy atak złości od miesięcy. Zdawało się, że długa litania oczekiwań wobec Bestiariusza, który miał wykonać niedługo dobiegnie końca.
"Panuj nad sobą, panuj!" powtarzał sobie w myślach Sławój. Był kostycznym mężczyzną o bladej cerze – swoje całe życie poświęcił badaniu i przepisywaniu ksiąg w Wielkiej Bibliotece Gnieździeńskiej, więc nie często zdarzało mu się opuszczać mury tego szlachetnego przybytku. Jednak teraz jego twarz miała równie żywy odcień czerwieni, co szkarłatny płaszcz żercy, który nosił. Jeszcze do niedawna był Głównym Archiwistą, panem samego siebie, zarządcą najwspanialszej ostoi wiedzy w Królestwie i jej pracowników. Niemal równy stołecznemu Nadżercy, najważniejszemu ze wszystkich pięciu. A potem nagle zdegradowany i skazany na tułaczkę jednym rozkazem –ba! – kaprysem króla.
— Zrozumiałem. Postaram się wprowadzić uwagi Waszej Ekscelencji jak najprędzej i zdyscyplinuję wiedźmę – powiedział w końcu zduszonym głosem, schylając jasną głowę. Bynajmniej nie z szacunku dla siedzącej przed nim ofiarnicy przełożonej chramu Dziewanny – pomarszczonej jak śliwka, ale wciąż krzepkiej Sambory. Starał się w ten sposób ukryć swój wyraz twarzy. Znajdowali się w skryptorium. Podłużnym pokoju, w którym centralną pozycję zajmowały cztery blaty. W tej chwili schły na nich ukończone stronice, a w pomieszczeniu poza nimi nie było nikogo. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu, a także zapach papieru i farb.
— Obawiam się, że to nie wiedźma jest tu problemem, Sławoju – westchnęła kobieta. Jej głos był nieprzyjemny jak skrzeczenie wrony. Mężczyzna zacisnął dłonie w pięści. Kiedy uniósł wzrok, jego niebieskie oczy miotały błyskawicami. Ta złość nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia. Służyła Dziewannie, a to znaczyło, że była nie tylko kapłanką, ale też łowczynią, wojowniczką – nie z takimi rzeczami sobie radziła. Chuderlawy żerca był niczym w porównaniu do rozjuszonego niedźwiedzia. Niezrażona kontynuowała: — Zostało powierzone ci to zadanie, bo jesteś bardzo zdolnym kopistą i jednocześnie na tyle młodym, że możesz podjąć się tego wyzwania. Zacznij traktować je z należytą powagą. To nie jest kara…
— Ja to odbieram nieco inaczej i możecie mi wierzyć, że robię co w mojej mocy, aby ukończyć je jak najszybciej — odparł chłodno. — Czy to wszystko?
— Tak. Przemyśl to — odpowiedziała, a on ponownie sztywno zgiął przed nią kark i wyszedł z pokoju. W ostatniej chwili opanował się, żeby nie trzasnąć drzwiami. Szedł prędko, prawie biegł, a stare deski skrzypiały pod jego ciężkimi krokami. Chciał wydostać się jak najszybciej z tego miejsca, które przypominało mu aż do bólu ukochaną bibliotekę. Z ciemnego, wąskiego korytarza wypadł na arkadowy dziedziniec.
Przystanął na chwilę, mógł zobaczyć stamtąd chram stojący na wzgórzu pomiędzy potężnymi korzeniami Wielkiej Brzozy. Pokryty zielonymi, drewnianymi dachówkami wyglądał jak przycupnięty, skulony smok. Skojarzenie to pogłębiała czaszka legendarnego Odyńca wisząca na wieży górującej nad głównym wejściem. Święte Drzewo stało w centrum poświęconej ziemi, którą od reszty miasta oddzielały trzy mury. Sławój znajdował się w kompleksie mieszkalno-gospodarczym w drugim kręgu. Miał dobry widok, bo murek pomiędzy nim a ostatnim kręgiem nie był wysoki, lecz stał nad rzeką Silicą, która stanowiła dodatkową przeszkodę. Szemrała miarowo, głośniej niż zwykle, zasilna strugami deszczu, którego tak blisko pnia Wielkiej Brzozy wcale nie było czuć. Jedyną widoczną oznakę deszczowej pogody stanowiła zbyt wcześnie przbyła nocna ciemność, gdyż słońcu nie udało się przebić jednocześnie przez gęste chmury i koronę drzewa. Tak samo jak wtedy, gdy Sławój przybył tu za pierwszym razem – tak teraz zdumiewało go bogactwo przybytku Dzikiej Bogini, które nie ustępowało w niczym najbogatszemu chramowi Trójcy znajdującemu się w stolicy.
Zbiegł po kilku schodkach, przeszedł po wyłożonym kamieniami podwórzu i dopadł do stojącego przy bramie karego konia. Zwierzę wyczuwało jego zdenerwowanie i błyskając niespokojnie białkami rozszerzonych oczu, zatańczyło w miejscu. Żerca szarpnął za uzdę z siłą, o którą by się go nie podejrzewało ze względu na szczupłą sylwetkę. Opanowawszy wierzchowca, lekko wskoczył na siodło.
"Jak ta – ta wiedźma! – śmie twierdzić, że to nie kara?!" burzył się. Z wzajemnością nie pałali z Mirą do siebie sympatią, więc w ich słownych utarczkach jej zawód brzmiał w jego ustach zawsze jak najgorsza obelga. Przyzwyczaił się do tego tak bardzo, że nazywał w ten sposób każdą kobietę, która zaszła mu za skórę. W tym także ofirnicę przełożoną. "I patrzyła mi przy tym prosto w oczy! Ciekaw jestem jak by zareagowała, gdyby nagle pozbawili ją ciepłej posady i kazali biegać za demonami – demonami na Bogów! – po bezdrożach?! Nie po to zostałem cholernym bibliotekarzem! Rodzanice mają zaprawdę przednie poczucie humoru!"
Decyzję o swojej życiowej drodze musiał, wedle zwyczaju, podjąć niedługo po postrzyżynach, czyli w wieku siedmiu lat. Był najmłodszym z siedmiu synów wojewody mazurskiego – z terenu świeżo zdobytego i bardzo niebezpiecznego. Nowe granice jeszcze się nie utrwaliły, o niektóre tereny wciąż trwały walki. Miejscowa ludność w wielu wsiach została odziedziczona wraz z ziemią i nadal nie spolonizowana – atmosfera buntu przeciwko najeźdźcy wisiała w powietrzu. Mogła wybuchnąć lada moment. Mały Sławój nie należał do silnych, nie tak jak oczekiwano po synu osławionego w boju wojewody, lecz był oczkiem w głowie matki. W młodym, bo zaledwie nastoletnim wieku straciła dwóch synów, których ojciec szkolił w wojennym rzemiośle. Pozostała trójka też wybrała tę ścieżkę, a jeden okazał się posiadać talent magiczny i został zwerbowany na Sobótkę – od tego czasu rodzina nie miała z nim kontaktu. Kobieta chciała zabezpieczyć przynajmniej przyszłość jednego z nich, więc od wczesnego dzieciństwa namawiała Sławoja do wstąpienia w szeregi żerców. Kiedyś to ona odwodziła go od podejmowania nawet najmniejszego ryzyka i tego trzymał się po dziś. W razie gdyby wszyscy jego bracia stracili życie w polu to musiał zostać ktoś, kto odziedziczyłby ojcowiznę opłaconą krwią i potem wojewody.
"I teraz sam król próbuje usunąć potencjalnych dziedziców, mimo że do tej pory ojciec wierny mu był jak pies!" złościł się, a gorycz wzbierała mu w sercu. Po tylu latach, które minęły od wyboru jakiego dokonał Sławój, z siedmiu zostało ich prawdopodobnie trzech. Wojownik, mag i kapłan. Albo dwóch, bo z jednym przecież nie można się było skontaktować i równie dobrze mógł być martwy od dawna. "Nie uwierzę, że Sambora nie zdaje sobie sprawy z sytuacji! Wieść ta ścigała nas od momentu, gdy opuściliśmy Gniazdo! Ojciec mógł postąpić samowolnie, ale to przecież jeszcze nie zdrada!"
Zarzewie niesnaski pomiędzy władcą, a jego wasalem stanowiła niezdrowa rywalizacja i konflikt wojewodów mazurskiego i mazowieckiego. Skończyło się niemal wojną domową. I niestety, o ile Mazowszanin się pokajał, tak Mazur szedł w zaparte. Nic dziwnego zatem, że król Mieszko zaczął podejrzewać ojca Sławoja o ambicję wybicia się na niezależność. Wystarczył cień podejrzenia, żeby on i wszyscy jego synowie stracili królewską łaskę. Łatwo było zastąpić młody i nieliczny ród, gdy zasłużonych w armii wielu, a stanowisk dla nich nie przybywało tak szybko.
Jeździec popędził wierzchowca, wypadli przez zewnętrzną bramę chramu na główny plac, przy którym stały najbogatsze domy – w tym również największy i należący do kasztelana kieleckiego. Bogato zdobiony i malowany budynek miał trzy piętra i najlepiej dowodził łaski, jaką Dzika Bogini darzyła to miasto. Na szczęście ulice były wyludnione, więc Sławój nie musiał wstrzymywać ogiera i prędko dotarł do karczmy. Jama Dzika nie podobała się żercy – ciasna, brudna i głośna – ale każda inna oberżza taka była i żadna nie spełniała wysokich standardów, do których się przyzwyczaił. Odprowadził konia do stajni, ale zadanie rozkulbaczenia go zamierzał zostawić komuś innemu. Żwawo skierował się ku drzwiom i …
— KAAAA! — ze środka rozległ się przeraźliwy, ptasi wrzask, a mężczyzna odskoczył zaskoczony. Zastygł z wyciągniętą dłonią, nasłuchując.
— Modliłam się do Boga Słońca przez trzy dni i trzy noce ukryta pod liśćmi. Wtedy żar-ptak krzyknął, odpowiadając na wezwanie Boga...
Rozpoznał mocny i dźwięczny głos Miry. Zgrzytnął zębami.
"Co ta idiotka sobie myśli?! Mówiłem jej przecież, że to zachowanie nie przystoi przedstawicielce króla! Znowu odgrywa wajdelotkę!" Jego gniew skierował się ku niefrasobliwej wiedźmie. Chciał wpaść tam, zrobić jej awanturę i wyładować swoją złość, a jednocześnie takie postępowanie uważał za poniżej swojej godności. Tymczasem ona kontynuowała opowieść:
— Żar-ptak rozpostarł swoje czerwono-złote skrzydła, a kiedy tak się stało… Mimo, że było południe i słońce stało już wysoko, wysoko... Nagle niebo zabarwiło się, jak przy zachodzie. Pojawiły się na nim płonące czerwone, żółte, purpurowe smugi…
— KAAA! — ponownie posłyszał ptasi krzyk.
Nie mogła chyba złapać raroga?!
Zaciekawiony Sławój wbrew sobie otworzył cicho drzwi i wszedł do środka. Chwilę zajęło, zanim oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku rozświetlanego jedynie przez ogień z paleniska i płomienie świec. Nikt nie zauważył jego nadejścia, bo wszyscy wpatrywali się jak zaczarowani w szczupłą postać opowiadającej. Stała przed barem tak jak zawsze okutana po sam czubek głowy w czarny, połatany płaszcz, mimo że w głównej sali było już gorąco. Na jej ramieniu wierciło się czarne ptaszysko.
— KAAAA! — krzyknął szpak na znak, jaki dała mu dłonią.
— Żar-ptak zamachał skrzydłami... A były ogromne! I wzbił się, lecąc wprost ku Słońcu! — powiedziała, chwytając za końcówki płaszcza i trzepocząc nimi. Ptak sfrunął z jej ramienia i stanął na blacie kontuaru. Korzytając z nieuwagi właściciela misy z kaszą, zaczął wydziobywać z niej skwarki.
Na sali odezwało się kilka zawiedzionych pomruków. Mieli nadzieję, że usłyszą o potyczce wiedźmy z legendarnym sługą samego Swarożyca.
—Nie zdążyłam nawet otrzepać się z liści i gałązek, pod którymi czekałam ukryta, a żar-ptak zniknął na horyzoncie! Szybszy niż wiatr! Szybszy niż najszybszy rumak, jakiego widzieliście! Szybszy od pikującego orła! — opowiadała, dalej gestykulując żywo. Strzepała z ubrania wyimaginowaną ściółkę, a potem przykryła oczy dłonią, jakby wypatrywała czegoś w oddali. — To była szansa, o którą się modliłam. Teraz czekała mnie trudniejsza część zadania. Musiałam wejść na drzewo…
Ktoś prychnął pogardliwie, czym zranił dumę wojowniczki. Uderzyła otwartą dłonią w bar, aż zastukały wszystkie kubki na nim stojące. Szpak poderwał się i wzleciał na belkę ponad jej głową. Patrzył na nią z wyrzutem.
— Nie było to zwykłe drzewo! Nawet nie takie, jak Święta Brzoza, która przy tamtym dębie wydaje się być taaaaaka malutka… — powiedziała poważnie, pokazując palcami kolosalną różnicę pomiędzy nimi. Rozeszła się fala ochów i achów wśród słuchaczy, którzy zrozumieli, że Mira odnalazła Niebiańskiego Drzewo z przejściami do Nawii i Prawii. — Tak! — potwierdziła ich domysły, rozkładając szeroko dłonie. — Dostanie się do gniazda żar-ptaka… a nie było ono na szczycie, a zaledwie w połowie… zajęło mi resztę dnia i całą noc. Poświęciłam je na niezmordowaną wspinaczkę. Bez spoczynku, bez snu, bez posiłku.
Ostatnie słowo przypomniało ludziom o wciąż pełnych miskach, które przed nimi stały. Zawartość wielu z nich zdążyła już ostygnąć, gdy zasłuchani zapomnieli o bożym świecie. Zastukały miarowo drewniane łyżki. Sławojowi zaburczało w brzuchu, bo do chramu Dziewanny wezwany został niedługo po śniadaniu, a nastała już pora obiadu. Omówienie prac nad Bestiariuszem zajęło mu i Samborze z przerwami kilka godzin. Odczytała mu też list od przewodzącej Szkole Magii czarownicy Sobocie, która koordynowała ten projekt.
— W koronie Niebiańskie Drzewa, tak blisko Słońca, było gorąco… Goręcej niż tu. Goręcej niż w środku lata — mówiła, odrzuciwszy na plecy poły płaszcza i ocierając ramieniem pot z czoła. Tym razem miała na sobie czerwoną, haftowaną w żółto-niebieskie kwiaty koszulę, której rękawy dokładnie osłaniały nadgarstki, a nawet dużą część dłoni. — Gałąź, na której stało ogromne gniazdo, była szeroka jak ulica. Patrząc z góry na świat, wszystko inne wydawało się maleńkie. Tatry, jak porozrzucane po podłodze dziecięce zabawki. Morze w oddali jak kałuża. Jawia dla Bogów jest niczym mrowisko dla nas... I mimo naszych słabości i małości, Bogowie w swej chwale i miłosierdziu dbają o nas każdego dnia… — nie przerywając opowieści, wspięła się na blat. Stanąwszy na nim pewnie, podparła się pod boki.
— Chwała Im za to! — rozległo się chóralnie. Nawet, jeśli ktoś nie zgadzał się, co do szczodrości bóstw, bo akurat mu jej poskąpili to nie zamierzał przyznawać się do tego głośno. Niewezwani z imienia też mogli akurat podsłuchiwać.
—Wspięłam się na gniazdo. Wysokie było jak dom. I znalazłam pozostawione jaja — powiedziała. — Miały złote plamki i większe były od jakichkolwiek innych, które do tej pory widziałam. Jaja żar-ptaka były gorące w dotyku i…
Nagle otworzone drzwi uderzyły Sławoja w plecy, prawie zbijając go z nóg. Postąpił kilka kroków naprzód i zatrzymał się tuż przed Mirą. On też dał się porwać opowieści, czego teraz żałował. Poprawił płaszcz, a potem nie zaszczyciwszy wiedźmy nawet spojrzeniem, pomaszerował ku krzywym schodom. Gdyby jednak zerknął za siebie to zauważyłby, że kobieta na sam jego widok zacisnęła pięści ze złości. Wyglądała jakby świeżbiła ją dłoń, aby pochwycić najbliżej stojący kubek i cisnąć nim w jasną głowę żercy.
Tymczasem on nieświadom grożącego mu niebezpieczeństwa, pośpieszył do własnego pokoju. Ledwie stanął w progu i wiedział, że coś było nie tak. Zamrugał. Przetarł oczy zdumiony. Cała krew odpłynęła mu z twarzy.
— Nie — szepnął, pobielałymi wargami. — Nie. Nie, nie! Nie!!!
Podbiegł do stołu i dotknął blatu, jakby nie dowierzając własnym oczom. Papiery znikły. I jak ich nie było tak nie ma. Padł na kolana. Zajrzał pod stół, pod łóżko. Nic.
— Nie! — wrzasnął.
Jak Dola może być tak okrutna?!
Zbiegł po schodach, a poły płaszcza powiewały za nim malowniczo. W oczach miał szaleństwo.
— Szczecina! — wrzasnął, uderzając dłońmi o blat baru. — Szczecina!!!
Tak wywowałany gospodarz wyskoczył z kuchni, ocierając dłonie o fartuch.
— Tak?! Pali się, czy co? — spytał przestraszony. Do tej pory Sławój nie sprawiał kłopotów, więc te krzyki bardzo go zaskoczyły.
— Kto? Kto był w moim pokoju?! — burzył się żerca, ledwo mogąc ustać w miejscu. Nogi podrygiwały pod nim nerwowo, jakby chciał rzucić się biegiem i ścigać złodzieja. Na czole i szyi nabrzmiały mu żyły.
— Skąd mam niby wiedzieć… — odparł karczmarz, podpierając się pod boki. Marszczył brwi w zamyśleniu. — A to coś zginęło, czy jak?
— Tak!
— Ano to straż trzeba będzie wezwać. I następnym razem cenne rzeczy przy dupie nosić — odburknął niezadowolony. Do tej pory udawało mu się dopilnować zajazdu i nikt na złodziei się nie skarżył. Strapiony właściciel przeczesał grubą dłonią krótkie, twarde włosy, którym zawdzięczał swoje imię.
— Nie trzeba — przerwała im głośno Mira, a wszystkie spojrzenia ponownie zostały utkwione w niej. Stanęła z rękoma założonymi na piersi, wyprostowana i z uniesionym podbródkiem, chociaż spod kaptura nie widać było reszty twarzy. Przywołała ruchem dłoni szpaka, a on usiadł jej na ramieniu. Czarne jak paciorki oczy utkwił w żercy.
Wiedźma wcale nie miała ochoty na takie bezpośrednie starcie przy świadkach, jednak nie mogła pozwolić, by Sławój sprawiał kłopoty Bogu ducha winnemu karczmarzowi. Zwłaszcza, że to zamieszanie poniekąd było jej winą. Wcześniej tego dnia zapiski do Bestiariusza pokazała najpierw Szczecinie. Może nie wyglądał, ale w piśmie trochę był uczony, chociaż zaledwie umiał rozczytać najprostsze słowa i liczby. Na szczęście dla niej znał kupca mieszkającego tuż przy rynku, który potrafił Mirze pomóc. Jednak odnalezienie go i wspólne odczytanie materiałów potrwało dłużej, niż się spodziewała, więc po powrocie do gospody zostawiła je u siebie i szybko zbiegła do głównej sali, bo publika już na nią czekała.
— To ja je zabrałam. Jesteś kłamcą, tchórzem i zdrajcą. Sam król się o tym dowie!
— Ooo… — chóralnie westchnęli widzowie. Nagle zrobiło się jeszcze ciekawiej.
— O czym ty bredzisz? — prychnął. — Gdzie one są?
— Odczytałam je…
— Ciekawe jak? — zakpił, unosząc wysoko jedną brew.
— To twój najmniejszy problem — warknęła, postępując ku niemu jeden krok. Kurczowo zaciskała palce na swoich przedramionach. — Nie ma w nich żadnej z informacji, którą zdobyłam! Ilustracje też są kłamliwe, a przecież dokładnie ci opisałam każdego z nich! Z opisem żar-ptaka nie czekałeś nawet, aż wrócę!
Cofnął się przed nią. Otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale nie wydobył się z nich żadnen dźwięk. Kolory to wypełzały, to schodziły z jego twarzy. Jednak szybko przywołał się do porządku. Tu chodziło o jego życie, musiał skończyć z tą farsą tworzenia Bestiariusza jak najszybciej. Nic innego się nie liczyło.
— Gdzie. Są. Moje. Notatki? — wycedził, zgrzytając zębami.
— Spaliłam — palnęła, chociaż nie była to prawda, a on wyglądał, jakby uderzył go piorun. — I tak były bezwartościowe...
I na tym ich rozmowa się skończyła, bo Sławojowi puściły wreszcie nerwy i uniósł rękę, jakby chciał uderzyć, czy szarpnąć Mirę. To był błąd. Była wiedźmą. Zabijała potwory. Jak mógł myśleć, że coś takiego puściłaby mu płazem? Jeszcze zanim zdążyła się zastanowić, jej ciało zareagowało odruchowo. Żelaznym uściskiem pochwyciła jego nadgarstek, okręciła się i przerzuciła go rzutem przez ramię. Wylądował z hukiem na ścianie i stracił przytomność.

Re: Bestiariusz

: 04 sierpnia 2017, 00:01
autor: Ag.
Gdzie reszta??? Żądam reszty!!! Natychmiast!!!

Uff, już, już, złapałam oddech, już jestem spokojna. Bardzo mi się ten tekst podoba! Świetnie się go czyta, wciągnął mnie i naprawdę poczułam się rozczarowana, że się urwał, więc z zaciekawieniem czekam na jeszcze.

Przede wszystkim podoba mi się główna bohaterka, i jej charakter, i jej historia, w szczególności ten fragment o łuskach pokrywających jej ciało. Naprawdę zrobiło mi się jej żal, gdy czytałam, że powoli rosnące na jej plecach kolce szczypią, bolą i jeszcze otwierają nie mogące się zagoić rany... świetny opis i ciekawy pomysł. Natomiast fakt, że z takim przejęciem opisuje swoje przygody dodaje jej głębi. Bo nie jest tylko ponurą wiedźmą, morderczynią potworów, do tego podejrzliwą względem własnego partnera, która zbyt wiele przeszła by czuć jakąś radość w życiu. Ma też jakiś wesoły element charakteru, bo przecież wcale nie musi zabawiać tych ludzi. I wyobrażałam sobie, że zupełnie inaczej będzie to robić – a ona opowiada swoje przygody w taki przesadzony, głupkowaty sposób, gestykuluje i w ogóle. Rozczuliło mnie to, bo w moich oczach ociepliło tę postać.

Natomiast to co mnie bryzie, to jej relacja z Sławojem. Dużo piszesz o tym, jak bardzo się te postaci nie lubią, ale ponieważ aż do samego końca nie pokazujesz żadnej interakcji między nimi, to ta niechęć Miry wydaje mi się mocno dziecinna i przesadzona. Wścieka się na samą myśl o nim, zaciska pięści na jego widok... wolałabym, żebyś mi jako czytelnikowi pokazała, z czego się ta nienawiść bierze. Problem leży też w tym, że pierwsze starcze między Mirą a Sławojem od razu dotyczy bardzo poważnej sprawy – i gdyby od tego tekst się zaczynał, rozumiałabym, że Mira może czuć się oszukana, a przez to zła. Ale jej niechęć jej wcześniejsza i w zasadzie bez żadnego powodu. Przydałby się jakiś konkret.

Co zaś do Sławoja... cóż, jest zgorzkniały. I trochę brakuje mu uroku kogoś, kto czuje się zagubiony i zalękniony nieznanym mu światem. Sławoj jest po prostu wkurzony i jak na razie to jedyna cecha jego charakteru. Gość po prostu nie chce tu być i nie chce robić tej roboty. Dla mnie to trochę za mało, żeby go lubić albo żeby chociaż się nim przejąć. Zakładam jednak, że te jego niedokładne notatki miały jakiś sens i czekam, żeby go poznać.

Uwagi z łapanki:
przybuduwek
przybudówek
aby żerca – pogardliwie nazywany przez nią Słabojem – z własnej woli opuścił swoją samotnię.
Mira nie rozumiała wyimaginowanych strachów Sławoja, czym zyskał sobie złośliwe miano Słaboja.


Powtarzasz tę informację w dwóch kolejnych akapitach. Moim zdaniem tę pierwszą wstawkę spokojnie możesz wywalić, druga lepiej wszystko tłumaczy.
a przynajmniej w wersji, w której w której go
Powtórzenie.
Tak naprawdę wyglądał bardziej, jak orzeł
Zbędny przecinek.
— Ja to odbieram nieco inaczej i możecie mi wierzyć, że robię co w mojej mocy, aby ukończyć je jak najszybciej — odparł chłodno. — Czy to wszystko?
Mam wrażenie, że Sławoj odezwa się tu trochę zbyt poufale i bezczelnie. To jest właśnie to, co przeszkadza mi w jego postaci. Nawet w obliczu autorytetów nie próbuje ukryć swego niezadowolenia albo udawać, że pracuje najlepiej jak może. Jest trochę jak naburmuszony nastolatek.
Tak samo jak, wtedy gdy Sławój
Tak samo jak wtedy, gdy Sławój...
"Jak ta – ta wiedźma! – śmie twierdzić, że to nie kara?! I patrzyła mi prosto w oczy!" burzył się. Z wzajemnością nie pałali z Mirą do siebie sympatią, więc w ich słownych utarczkach jej zawód brzmiał w jego ustach zawsze jak najgorsza obelga. Przyzwyczaił się do tego tak bardzo, że nazywał w ten sposób każdą kobietę, która zaszła mu za skórę.
Niby wiem, o co chodzi, ale jest to napisane jakoś pokrętnie. Jak dla mnie do przeredagowania, żeby brzmiało lepiej i jaśniej.
Był najmłodszym z siedmiu synów wojewody mazurskiego – terenie świeżo zdobytym i bardzo niebezpiecznym.
Podmioty się kićkają, nie wiadomo, do czego się niebezpieczny teren odnosi.
tą ścieżkę
Tę.
odwodziła go nawet od podejmowania najmniejszego ryzyka
...odwodziła go od podejmowania nawet najmniejszego ryzyka.
W razie gdyby wszyscy jego bracia stracili życie w polu to musiał zostać ktoś
Stracenie życia w polu brzmi, jakby wpadli pod traktor. Życie traci się raczej „na polu walki”.
od przewodzącej Szkole Magii czarownicy Sobocie
Od przewodniczącej Szkoły.
W koronie Niebiańskie Drzewa,
Niebiańskiego.
znóg
z nóg
złodzieji
A już przy superbohaterach mówiłam, że masz skłonność do tego błędu!
I na tym ich rozmowa się skończyła, bo Sławojowi puściły wreszcie nerwy i uniósł rękę, jakby chciał uderzyć, czy szarpnąć Mirę. Błąd. Była wiedźmą. Zabijała potwory. Jak mógł myśleć, że coś takiego puściłaby mu płazem? Jeszcze zanim zdążyła się zastanowić, jej ciało zareagowało odruchowo. Żelaznym uściskiem pochwyciła jego nadgarstek, okręciła się i przerzuciła go rzutem przez ramię. Wylądował z hukiem na ścianie i stracił przytomność.
Jakoś mi ten fragment stylem nie pasuje do reszty. Jakbyś chciała już koniecznie zamknąć tę scenę i trochę za bardzo przyspieszyłaś opis. Poza tym samotny "Błąd." i cała konstrukcja tego akapitu przypominają mi Kruczarza :D Dziwię się też, jak oni wdali się w bójkę, skoro on stał przy karczmarzu, a ona na stole.

A w ogóle jakbyś nie wiedziała, to czekam na ciąg dalszy!

Re: Bestiariusz

: 07 sierpnia 2017, 18:39
autor: Siemomysła
Będzie krótko (wiem, ostatnio zawsze jest krótko :bag:):
Podoba mi się bardzo. Szczerze - najbardziej z Twych tekstów, które do tej pory czytałam. Podoba mi się wizja Wielkiej Brzozy, postać Miry - w ogóle lubię ten początek, tę drogę w deszczu, to, że znalazł się pozytyw - że deszcz pognał Wredotę <3 to są zwyczajne niby rzeczy, ale cudnie jak się je wykorzysta, jak Ty to zrobiłaś. Bardzo, bardzo tak. Fajne jest, że nie umie czytać. Może tylko niepotrzebne mi się zdało wyjaśnienie, jak to się stało, że nie umie, bo tak naprawdę dałaby radę, gdyby chciała, nieważne, że już była nastolatką. Po prostu było to mało ważne, a ja odebrałam wyjaśnienie tak, że ona nie miała już szans ze względu na wiek. Słabój - Sławój to też jest fajne - podoba mi się to, że ona może tak nawet do niego wołać i udawać, że nie wie o co chodzi, jak on się wkurza xD bo to są na tyle podobne głoski, że może twierdzić, że wcale nie powiedziała Słabój xD (może głupie, ale mi to pasuje do tej jej teatralnej opowieści i do tego widzenia pozytywu w deszczu - ona jest wesołą osobą i optymistką - podejście do przemiany, że może dadzą radę jej pomóc <3). Natomiast popieram Ag - teraz Słaboja proszę jakoś bardziej, bo czuję, że jak oni się wreszcie do siebie przekonają (choć odrobinę) to mogą być świetnym duetem i chciałabym jego też lubić. Tak. Po prostu chciałabym jego też lubić, mieć za co. Znać go lepiej. No chyba, że jak go poznam, to się okaże, że nie mam za co lubić. Ale jakoś mi się nie wydaje. No. Zaplątałam się. Wrzucaj dalej. Cały pomysł na Bestiariusz mi się podoba. I jakoś tak czuję ten świat. Działaj.

Oraz: jak zobaczyłam komentarz Ag, to pomyślałam, że nie ma potrzeby łapankowania :bag:

Re: Bestiariusz

: 08 sierpnia 2017, 13:03
autor: Kruffachi
Podpiszę się pod tym, że chyba najprzyjemniejszy z Twoich tekstów, jakie tu zawisły.

Ale mam dużo "ale" i ten kawałek zawiera ślady frustracji oraz orzeszków arachidowych. Pierwsze "ale" jest stylistyczne po części, a po części wiąże się z moimi zarzutami wobec bohaterki. Przy czym - dla jasności - zrobiłam sobie taki wewnętrzny test na sprawdzenie, czy moje "ale" nie wynikają z wpojonej kulturowo podejrzliwości do bohaterek kobiecych, zwłaszcza tego typu. Ale nie, niestety. Gdyby Mira była mężczyzną, raziłyby mnie dokładnie te same rzeczy, choć, o czym później, nieco inaczej bym je odebrała. Po pierwsze, to jaka jest ach i och, jak jednoznacznie ma tu rację od samego początku, jest silniejszą, piękniejszą i w ogóle zaje**stszą częścią duetu niesłusznie krzywdzoną przez los, skontrastowaną z tchórzliwym, małostkowym, nieurodziwym i knującym nieuczciwie Żercą, który marnuje jej poświęcenie (i jednocześnie zdobywa siłą rzeczy mój głos, bom przekorna), jak rozpaczliwie stara się zdobyć sympatię czytelnika i jak mocno - przynajmniej u mnie - ją tym traci. To widać nawet w języku i tu wracam okrężnie do tego "ale" stylistycznego. Jej oczy nie są po prostu czerwone, a szkarłatne. Grzywa jej konia nie jest po prostu czarna, a żywo czarna. Usta są malinowe. To niby drobiazgi, ale jednak taki dobór epitetów mocno ukierunkowuje odbiór, zwłaszcza że po tę grupę sięgasz tylko, opisując Mirę i jej najbliższe otoczenie. To zdradza Twój stosunek do niej, ale nie przekłada się na mój stosunek. Gdybym czytała tak napisanego mężczyznę, różnica polegałaby może na tym, że patrzyłabym na niego z lekką pobłażliwością. Kobieta mnie nieco wkurza, bo niestety wpisuje się w pewien szczególny sposób prowadzenia postaci kobiecych - jakby to, że jest ona kobietą, wymagało jakiejś kompensacji w udowadnianiu, że jest lepsza od mężczyzny. A niech będzie po prostu sobą, do pierona! Niech będzie przede wszystkim pełnowymiarowa i dobrze skonstruowana. Nie musi mi niczego udowadniać.

I ostatni czep, już techniczny - ta czcionka, którą dałaś zapiski, jest totalnie nieczytelna. Musiałam sobie kopiować tekst do pliku, żeby go odcyfrować.

Ale skoro już wylałam swoje łzy, przejdę do tego, co mi się podoba. Po pierwsze, jest to świat, choć, jak pisałam na SB, chwała Ci za ostrzeżenie, że będzie groch z kapustą, bo nie powiem - w wielu miejscach się po prostu zwieszałam, nim nie przestawiłam się na tryb popkulturowej mozaiki składanej z ogromną dozą swobody i rule of cool. Ale kiedy się już przestawiłam, uciszyłam natrętną mendę, która czasami Mieszka, czasami pierwszych Piastów, specyfiką polskiego średniowiecza i śladami słowiańskich wierzeń zajmowała się kiedyś nałogowo, zaczęłam ten barwny patchwork doceniać i czerpać z niego dużo radości. Świat wyszedł żywy, intrygujący i z dużym walorem rozrywkowym wróżącym fajną, nieomal postmodernistyczną zabawę. I tak sobie myślę, że w ostatecznym rozrachunku to właśnie ten świat jest najfajniejszy.

Drugi aspekt godzien pochwały to punkt wyjścia dla historii. Masz duet bohaterów - czegokolwiek bym o nich pojedynczo nie sądziła - dobranych bardzo dobrze, na zasadzie samonapędzających się przeciwieństw, w dodatku zmuszonych do współpracy. Każdy z nich ma swoje motywacje i swoje metody, a także zarysowane już cechy, które będą się od siebie odbijać i nakręcać jak te sprężynki w mechanizmie. Jeśli poprowadzisz ich konsekwentnie, to zrobi Ci opowieść samo z siebie. Może ja bym wolała nieco bardziej równomierne rozłożenie akcentów "pozytywnych" i "negatywnych", ale to pierwsza wstawka i po cichu liczę na to, że wady okażą się jeszcze zaletami (i na odwrót). Szkoda byłoby po prostu zmarnować potencjał duetu na jednostronne jego ciągnięcie przez Mirę.

No i w ogóle bardzo ładnie, bardzo czytelnie zarysowujesz także fabularny punkt wyjścia. Jak o tym myślę, to wstawka ta była pełna informacji, ale podczas ich przyswajania, nawet nie zauważyłam, że mi je pakujesz do głowy. Wszystko znakomicie ubrałaś w akcję, w wydarzenia, w scenki, w dialogi i w opowieść Miry, która też nie została poprowadzona jako monotonny blok monologu. Wszystko tu się rusza, żyje. Lubię bardzo.

I czekam na ciąg dalszy ;)

Re: Bestiariusz

: 01 czerwca 2018, 19:06
autor: MononokeGirl
@Ag. Pięknie dziękuję (chociaz z mega opóźnieniem :bag:) za wspaniały komentarz. Zwłaszcza za wyłapanie baboli :toast: Mój komputer nadal traktuje język polski jako obcy i na czerwono mam podkreślone wszystko, więc takie łapanki są bezcenne =.=
@Siemomysła Nie wazne, ze krótki! I tak dzięki! Zwróciłaś uwagę na rzeczy, na które ja bym w ogóle nie zwróciła i to jest takie miłe - ze nawet takie pierdółki komuś wpadają w oko :D
@Kruffachi
Po pierwsze zmieniłam czcionkę w przerywnikach - teraz lepiej?
Jeśli chodzi o świat to ostrzezenie napisałam specjalnie, bo świat powstał dość dawno (a przynajmniej jego główne załozenia), gdy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak wyszukiwać interesujące mnie informacje, bo na przełomie gim i licka. Juz wtedy słowiańscy bogowie tłukli mi się po głowie, ale nigdzie nie mogłam znaleźć interesujących mnie szczegółów, więc zwyczajnie zaczęłam tworzyć panteon sama i teraz ten mój jest najmojszy i tyle. Od podstawówki kocham się w mitologii greckiej - później doszła nordycka i japońska, więc garściami czerpałam z tych wzorców, dodałam do tego przerobiony przez chrześcijaństwo folklor i voila!

Co do Miry i Sławoja... To na początku to miałam ich tylko odwrócić rolami doświadczonego wojownika i marudnej księzniczki. W praniu wyszło, ze postaci mają na siebie jeszcze inny pomysł, ale to był punkt wyjścia (Ag.i Mira miała być ponurą wiedźmą, ale jak widać jednak nie miała ochoty xD) Wiem, ze teraz są czarno-białymi postaciami, ale w przyrodzie nic nie trwa wiecznie xD Ja lubię przeciągać postaci po wszystkich odcieniach szarości, a potem zafarbować całkiem inaczej :D
[Ag.] Pomyślę nad tymi powodami niechęci Miry do Sławoja. Sądziłam, ze opisałam ich na tyle dobrze, zeby to było jasne, ale moze wcisnąć gdzieś jakąś retrospekcję z ich pierwszym spotkaniem? Natomiast cieszę się, ze widać, ze Sławój jest wkurzony (no, bo miał być). A i tak juz trochę pary z niego zeszło :P

Ogólnie mam nadzieję, ze część tych zarzutów zostanie juz w kolejnej wstawce wygładzona ^^ Za wszystkie uwagi pięknie dziękuję, wylądują w notatkach i wrócę do nich podczas ostatecznej redakcji :D Nowa wstawka jedynie po lekkiej redakcji, bo gdybym zaczęła tęgie rozkimy to lezałaby kolejny rok... :bag:

Re: Bestiariusz

: 01 czerwca 2018, 19:06
autor: MononokeGirl
ZMORA (bądź rzadziej spotykany ZMÓR)
Demon jest to, co na ludzką głupotę, chciwość, bądź zawiść łakom, dlategoż swar tych wystrzegać się należy i cnoty w sercu rozwijać. Raz zwabion trudny do wytropienia i ubić go nie łatwym. Jeśliś u siebie objawy następujące spostrzegł, rychło u wiedźmy, czy wiedźmina pomocy szukaj. Zmora zawsze w nocy atakuje. Na piersi ofiary siada, jej ciało kończynami chudemi oplata i dech z niej wyciska. Krwią z nosa płynącą się pożywia. Zatem koszmary powracające, ciała paraliż, oddech ciężki o obecności zmory świadczyć mogą (...)
Z Bestiariusza pióra Sławoja Gnieźniańskiego


III

Miarowe kołysanie byłoby przyjemne, gdyby nie uczucie mokrego chłodu wdzierające się pod ubranie, nieprzyjemny uścisk u nasady nosa i ból głowy. Zakręciło go w nozdrzach od zapachu wygarbowanej skóry, końskiego potu i trawy o poranku. Sławój jęknął i poruszył się, chcąc zmienić niewygodną pozycję, ale nie było to takie proste. Z trudem odemknął zaschnięte powieki. Wisiał przewieszony przez grzbiet karego ogiera, a pod nimi widział dobrze ubitą ziemię traktu.
— Co… — zaczął, lecz nie skończył, bo dopiero wtedy zauważył, że dłonie ma związane w nadgarstkach. Zupełnie nie pojmował jak to się stało, jak znalazł się w takiej sytuacji.
— Witamy Śpiącego Królewicza wśród żywych! Już myślałam, że się nie obudzisz! — radośnie zaświergotała Mira. Strach mężczyzny natychmiast przerodził się w gniew, gdy przypomniał sobie ich kłótnię w gospodzie. I jej nagły koniec.
— Co tu się wyprawia?! Co ty sobie wyobrażasz? — krzyknął, starając się brzmieć władczo. Było to utrudnione ze względu na niekorzystną pozycję , w której się znajdował. — Rozwiąż mnie i ściągnij stąd! Ale to już!
— Hmm… — zamruczała, jakby naprawdę zastanawiała się nad spełnieniem jego żądań. — To raczej nie będzie możliwe.
— Niby czemu?!
— Dostałam wezwanie. Pilne. Muszę udać się na spotkanie z innym wiedźminem, Radowojem… — tłumaczyła cierpliwie. Tym samym tonem, którego używa się do nierozgarniętych dzieci.
— I dlaczego sądzisz, że mnie to cokolwiek obchodzi?!
Zrozumiał swój błąd za późno. Ona westchnęła i na tym rozmowa się urwała. Czekał na odpowiedź, lecz nie zapowiadało się, aby miał się doczekać. Wrzasnął sfrustrowany. Wiedźma zamierzała go ignorować i wywieźć Bogowie raczą wiedzieć gdzie, Sławój zaczął się wiercić.
— Spadniesz i tylko nabijesz sobie guza z drugiej strony — uprzedziła go rozbawiona. — Po kimś, kto szczyci się swoją mądrością, nie spodziewałabym się, że jest jednocześnie tak twardogłowy.
— Twardogłowy?! Mądry? A co to ma wspólnego? Zostałem pobity, a potem związany i porwany przez… przez… stukniętą babę! — warknął, a kark go rozbolał od zadzierania głowy. I tak ze swojej pozycji mógł zobaczyć jedynie zad siwki, na której jechała kobieta. Jednak wciąż lepsze to było od gadania do własnego siodła.
— Można to wytłumaczyć. Gdybyś mnie wysłuchał to byś zrozumiał. Ale ty jesteś twardogłowy. I skoro cię to nie obchodzi to nie zamierzam strzępić języka po próżnicy.
— Wytłumaczyć? — powtórzył za nią, jakby nie zrozumiał znaczenia.
— Tak, wytłumaczyć. To takie słowa wypowiadane przez jedną osobę, która rozumie do drugiej, która nie, aby i ta druga zrozumiała — odparła poważnie.
— Ty chyba sobie ze mnie żartujesz! — Zareagował tak gwałtownie, że prawie przygryzł sobie język.
— Czasami — przyznała, lecz szybko spoważniała, a jej ostatnie słowa zabrzmiały groźnie. — Ale akurat tym razem nie. Sprawa jest zbyt istotna. Nie wybaczę ci, że zmarnowałeś tyle mojego czasu i wysiłku.
— Powiedziała osoba, która po prostu spaliła owoce mojej ciężkiej pracy! — sarknął. — A teraz zamiast pozwolić mi pracować to mnie ciąga nie wiadomo gdzie!
— Myślałam, że cię to nie obchodzi — odpowiedziała słodko i niewinnie.
Opuścił głowę i uderzył czołem w siodło.
— Fałszywa… Złośliwa, irytująca… Głupia, przemądrzała — bełkotał pod nosem. Zbyt rozzłoszczony, aby zostawić jej uszczypliwość bez komentarza. — Krowa! Zmora! Nie, to obraza dla każdej porządnej zmory, co tylko chciwców prześladuje… WIEDŹMA! Paskudna wiedźma!
Jeszcze dłuższą chwilę ciągnął swoją tyradę, lecz był zmuszony przerwać, gdy Mira zaczęła podśpiewywać piosenkę O głupim Stasiu. Zgrzytał wtedy zębami, aż w końcu umilkł całkowicie, pogrążywszy się w rozmyślaniach. Najpierw myśli wzburzone jak morze nie chciały się układać w żaden logiczny ciąg. Kiedy pierwszy gniew opadł, wygładziły się, a on doszedł do przerażających wniosków.
"Pewnikiem ona należy do spisku przeciwko mej rodzinie! I to od samego początku. Czemu od razu na to nie wpadłem? Pewnie tylko czekała na mój błąd… Czemu ja głupi zostawiłem te stronice w pokoju?" Żałował, a coraz czarniejsza rozpacz odbierała mu resztki sił do stawiania oporu. Ręce i nogi miał ciasno związane i zdrętwiałe, ale nawet jeśli by takie nie były to nie zdołałby samotnie przetrwać w głuszy. Był pod władzą króla i jego przedstawicielki, od niej zależało jego życie. "Pewnie mnie gdzieś porzuci. Związanego jak szynkę. Na żer dla demonów, albo niedźwiedzi."
— Tu odpoczniemy i posilimy się — ogłosiła nagle Mira, wstrzymując obydwa wierzchowce.
Dopiero wtedy Sławój spostrzegł, że wokół nich zrobiło się jaśniej, bo z leśnej ścieżki wyjechali na otwartą przestrzeń. Usłyszał jak wojowniczka zsiada ze swojej kobyłki. Pod jej obutymi w skórzane botki stopami zachrzęścił żwir. Mężczyzna wyłapał kątem oka ciemną sylwetkę kobiety i jasny mur domu.
— Hop, hop? Jest tu kto? — zawołała przyjaźnie, idąc w stronę budynku. — Panie młynarzu?
Słysząc jej słowa, Sławój zdał sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu do jego uszu dobiegało tajemnicze łopotanie i skrzypienie, ale nie potrafił ich połączyć. Wiatrak. Teraz to było oczywiste. Posłyszał dziewczęce chichotanie i szuranie ciężkich, niepewnych kroków starca.
— Ktoś ty? I czego tu szukasz? — spytał młynarz defensywnie, nie ulegając ciepłu słów wiedźmy.
— Zwą mnie Mirosławą z Zatopionych Ziem. Należę do Pierwszych Wiedźmich Królewskich.
— Nie słyszałem, ani o Zalanych Ziemiach, ani o Królewskich Wiedźmach, ale tu mało kiedy jakieś wieści dochodzą — przyznał szczerze i nieco łagodniej. — Jesteś sama?
Nie… — odezwał się obcy, cienki głosik, odpowiadając za Mirę.
Nie jest — przyznał drugi i zachichotał.
Ma ślicznego towarzysza — śpiewnie powiedziała trzecia.
I związanego jak prezencik
—…na Szczodre Gody! — do czwartej dopowiedziała piąta, a potem wszystkie roześmiały się perliście.
Sławój ich nie widział, a po samych głosach nie umiał ocenić, w jakim wieku znajdowały się mówiące o nim dziewczęta. Brzmiały jak małe dziewczynki, lecz w ich słowach i akcencie kryło się coś erotycznego. I to tak bardzo, że od razu spłonął rumieńcem i spocił się jak mysz.
"Przeklęta Mira! Taki wstyd!" pomyślał, ukrywając głowę między ramionami. Jeszcze chwilę temu chciał krzyczeć o pomoc i ratunek, teraz wstydził się przyznać głośno do tego, co go spotkało.
— Precz latawice! Kapryśne istoty! Tylko jedno im w tych pustych głowach! Zostawcie chłopaka! — zagrzmiał nagle młynarz, a one zaśmiały się jeszcze weselej. Powiał ciepły, pachnący kwiatami i zbożem wiatr.
Sławoja po gwałtownym uderzeniu gorąca, teraz przeszył chłód.
"Latawice? Demonice-latawice?!" Przestraszony rozglądał się, ale nie dostrzegł żadnej.
— Chciałabym odpocząć i się posilić — kontynuowała niezrażona wiedźma. — Wyruszyliśmy z Kielec przed świtem. Gna nas do przodu zlecone przez króla zadanie, ale za posiłek możemy odwdzięczyć się pomocą… Niewidomym jesteście panie?
— Tak, ale pomocy nie potrzebuję — odparł dumnie. — Jeśli nie przeszkadza wam towarzystwo to wejdźcie. Czym chata bogata — dodał lekko i wrócił do domu.
Kobieta odwróciła się do towarzysza, najpierw przecięła więzy na jego kostkach, a potem złapała go za płaszcz i niedelikatnie ściągnęła. Zabezpieczyła jego upadek, więc ustał, podtrzymywany, chociaż stopy przeszył mu niespodziewany ból. Setki maleńkich igiełek wbijających się w każdą komórkę. Kiedy stali naprzeciwko siebie, górował nad nią wzrostem, ale niewiele. Chwyciła go za ramiona i spojrzała mu w oczy.
— Rozwiążę cię, ale masz być grzeczny. Zrób coś głupiego, a nabiję ci dodatkowe dwa guzy. Zrozumiałeś? — powiedziała, a w jej głosie nie pozostało już ani śladu po wcześniejszej beztrosce i swobodzie. Nieludzkie, karmazynowe oczy przerażały go. Przełknął głośno ślinę.
— To naprawdę były latawice? — zapytał, zamiast odpowiedzi, aby zmienić niewygodny temat. Jej wąskie usta zadrżały, układając się w cień uśmiechu.
— Uciekaj to osobiście sprawdzisz — odrzekła, rozcinając równiez sznur na nadgarstkach.
Pierwsze, co zrobił Sławój to uklęknął, aby rozmasować zdrętwiałe nogi. Tymczasem Mira z sakwy jego konia wyjęła owinięte w skórę papiery i drewniane pudełko. Podała mu je, a on posłał jej zdziwione spojrzenie. Nie wytłumaczyła mu nic, lecz ściągnęła obu wierzchowcom uzdy, aby bez przeszkody mogły skubać trawę. Nie musiała ich wiązać, bo nie były na tyle głupie, żeby odejść w las pełen wilków. I nie tylko.
Kiedy konie odeszły na bok, mężczyzna uniósł głowę i mógł się przyjrzeć obejściu. Wyglądało na zaskakująco zadbane i czyste. Drewniany, kanciasty wiatrak pomalowany był na biało. Śmigła obleczone również białym materiałem skrzypiały i łopotały przy każdym obrocie. Domek stojący w małym oddaleniu od niego był niski i biedniejszy. Bardziej jak ziemianka, z oblepionymi gliną niskimi ścianami i słomianym dachem, który kończył się niedaleko ziemi. Mira podeszła do ławy stojącej obok drzwi i położyła na niej uprzęże, a potem schylając głowę, zajrzała do środka chałupy. Wymieniła kilka zdań z gospodarzem, a po chwili wyszła i wskazała niezdecydowanemu, rozglądającemu się niepewnie żercy na siedzisko.
— Siadaj. I bierz się do pracy.
— Co? — zdziwił się, lecz usłuchał.
Tymczasem ona znalazła patyk i zaczęła nim kreślić po piachu. Rysunki były krzywe, jakby tworzone niewprawną ręką dziecka. Rozpoznał wśród nich ptaka, gniazdo – albo miskę – i trzy drzewa różnej wielkości.
— Co to niby jest? — uśmiechnął się z politowaniem, a ona przerwała. Stanęła nad nim, opierając dłonie na biodrach.
— Widziałam twój Bestiariusz. Taki kolorowiutki, ładniutki. Z kwiatkami po bokach. I bez informacji, które ci przekazałam, a to one są najważniejsze! Od nich zależy życie młodych wiedźmich królewskich! — nawarczała na niego, machając mu kijkiem tuż przed nosem. Sapnęła i założyła ręce na piersi. — Głupi żerca, co nigdy demona nie widział! Od teraz będziesz tworzył to co ci pokażę. Nie umiem rysować, nie umiem pisać. To co mam to są słowa. Masz je spisywać i tworzyć z nich obrazy.
Prychnął i odchylił się w tył, patrząc na nią spode łba.
— Sądzisz, że uda mi się cokolwiek zrobić na kolanie? — kręcił przecząco głową. — Potrzebuję pulpitu, farb, pióra…
— Nie, nie, nie! Dość. Nie będziesz tworzył zdobionej księgi, która ma stanąć na półce Wielkiej Biblioteki cała upstrzona kolorami i w okładce ze złota i klejnotów! A potem się zakurzy i zjedzą ją myszy! Ona nie ma być ładna tylko użyteczna. Do tego wystarczy ci ołówek i kartka — stuknęła czubkiem patyka w trzymane przez niego zawiniątko. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W tle słychać było śpiew ptaków, krzątaninę młynarza wewnątrz chałupy.
Sławój przygryzł dolną wargę, zmarszczył brwi. Znowu powieka zaczęła mu drzeć. Zbierał powietrze, aby ryknąć jak smok i usadzić bezczelną wiedźmę, by wiedziała gdzie jest jej miejsce. Jednak nagle przyszło do niego olśnienie.
"W ten sposób może udać mi się zakończyć to szybciej. Zrobię notatki, a ostateczną obróbkę mogę dokonać powróciwszy do Gniazda" uznał i równie szybko rozpogodził się. Posłusznie wyciągnął z drewnianego przybornika zaostrzony kawałek węgielka. Rozplątał rzemyk wiążący skórzany pakunek i najstabilniej jak mógł przygotował pierwszą stronicę. No, to słucham – zdawał się mówić wyraz jego twarzy, gdy ją uniósł i spojrzał na towarzyszkę.
— Mapę potrafisz… — spytała nagle, gdy przyszło jej to do głowy.
— Oczywiście — przerwał jej zniecierpliwiony.
— Po pierwsze — Wskazała na trzy narysowane drzewa. — To jest zwykłe drzewo, to Wielka Brzoza, a to drzewo, na którym żył żar-ptak — Pokazała od najmniejszego do największego. On uniósł pytająco brew.
— Niebiańskie Drzewo?
— Albo Wielki Dąb. Żmija nie widziałam. Z Kielc… — Narysowała kółko. — … podróżowałam na zachód traktem, z którego zjechałam na ścieżkę ku Łysej Górze. — Od kółka pociągnęła grubszą linię, która przeszła płynnie w węższą. — I tam wjechałam w najdziwniejszy las, jaki widziałam… — Naszkicowała sylwetki kilku drzew i wbiła w nie patyk. — Dom Demonów. Było ich tam wiele, ale mało który zwracał na mnie uwagę. Były jak u siebie…
— W Nawii? — spytał, bo skojarzenie było proste.
— Nie wyglądało jak Nawia… z tego, co o niej wiem. I tak jak mówiłam – nie spotkałam żmija. A byłby tam, prawda?
— Raczej…
— Czemu jeszcze nic nie napisałeś? — zirytowała się, stukając palcem w kartki. Przytaknął rozkojarzony, a potem zaczął szkicować szybkimi, oszczędnymi ruchami. Na stronicy pojawiły się cztery drzewa, zamiast trzech. W jednym rozpoznała Wielki Dąb, na którym zbudowano Gniazdo. Z rozszerzonymi z podziwu oczami obserwowała, z jaką łatwością mu to przychodzi. Pod każdą z ilustracji pojawiły się też zapiski – znaki były drobne i ściśnięte. Niżej zaczął spisywać opowieść Miry i narysował mapkę, pozostawiając dużo wolnego miejsca, które zamierzał uzupełnić.
— Co dalej? — spytał szczerze zainteresowany. Podczas pracy zaszła w nim wyraźna zmiana. Gdzieś zniknął chłód z jego niebieskich oczu. Rozbłysły one wewnętrznym, ciepłym światłem. Twarz mu złagodniała. Zmarszczone czoło i brwi wygładziły się, kąciki wiecznie wygiętych w podkowę ust uniosły się. Latawice mogły mieć rację, chociaż do tej pory wiedźma tego nie zauważała. Jednak pierwszy raz widziała go tak… pozytywnego.
Nie rozłoszczonego. Nie zirytowanego. Nie złośliwego.
Zauważył jej długie spojrzenie i skrzywił się. Czubkiem buta wskazał mapę wyrysowaną na piachu.
— Co dalej?
Westchnęła. Wrócił Sławój, do którego była przyzwyczajona.
—Kiedy minęłam las, przez który podróż zajęła mi cały dzień – dotarłam nad jezioro, które otaczało górę. A na górze stał dąb, który zahaczał gałęziami o chmury. I właśnie tam znajdowało się gniazdo żar-ptaka — Dorysowała resztę mapy. Niebiańskie Drzewo bardziej przypominało grzyba, a raróg – nastroszonego kurczaka. Żercy udało się uchwycić ogólny obraz, mimo to. Tylko z wizerunku żar-ptaka Mira nie była zadowolona. Usiadła obok i palcem wskazywała anatomiczne błędy. — Pierś miał bardziej umięśnioną, a skrzydła dłuższe. Dlatego dla przeciwwagi nogi trochę jak bocian, ale nie aż tak długie. I w ogonie pawie pióra… Mniej. I nie układały się w wachlarz. I miał pierzastą koronę...
Na tym przerwali, bo ze środka wyszedł młynarz, niosąc dwa podpłomyki z dżemem i biały ser. Mężczyzna nie odbiegał w niczym od wizerunku typowego chłopa – pomarszczona i ogorzała od słońca twarz, białe włosy i broda, jasna sukmana. Poza jednym wyjątkiem – na skroni miał bliznę w kształcie gwiazdy o nierównych ramionach, a oczy niewidzące.
— Mieszkacie sami, dobrodzieju? — zapytał żerca, odbierając jedzenie. Nie mógł wyjść z podziwu nad sprawnością ślepca, który poruszał się bez problemu, płynnie i precyzyjnie, nie potknął ani razu. Starzec ciężko opadł na ławę obok nich.
— Ano zostałem sam. Z latawicami, choć one są jak wiatr. Przychodzą, kiedy chcą. Ale nie narzekam. Pomagają. Ostatnia rodzina, jaka mi pozostała…
Sławój znowu uniósł wzrok, szukając obecności kogoś poza ich trójką. Nie dostrzegł niczego podejrzanego, a mimo to czuł na sobie czyjś wzrok.
— Czyli mieliście rodzinę? Inną? — ciągnął żerca. Mira skwitowała to pytanie gniewnym spojrzeniem i westchnieniem – było niegrzeczne. Jednak zignorował ją, bo był zbyt ciekaw i to wszystko zwyczajnie nie mieściło mu się w głowie. Z tego co wiedział o latawicach to miały wygląd ponętnych dziewcząt. Sprzyjały młynarzom, gdy w darze złożyli im garść mąki, bo potrafiły wywołać wiatr, który poruszał skrzydłami wiatraka. Nie miały jednak dobrej reputacji. Kobiety oskarżały je często o uwodzenie młodych mężczyzn, rozbijanie małżeństw. Sławoja zastanawiało jak to się stało, że ślepiec był w tak dobrej komitywie z kapryśnymi demonicami.
— Żonę. I syna-jedynaka. — Młynarz nie obraził się. Rzadko zdarzało mu się znajdować rozmówców, więc chętnie dzielił się swoją historią. — Ale one są tu dłużej, niż byli oni. Może nawet mają większe prawo do tego miejsca, niż ja.
To zdanie zaciekawiło nawet Mirę, która do tej pory nie jedno widziała.
— Jak to? — dopytywał dalej żerca, łamiąc swój posmarowany jagodowym dżemem podpłomyk i wkładając kawałek w całości do ust. Smak owoców był i słodki, i cierpki jednocześnie. Przyjemnie szczypał w język. Jego gładka faktura idealnie pasowała do chrupkiego, nieco zbyt przypieczonego wypieku. Sławój dopiero teraz zdał sobie sprawę, że poprzedniego dnia nie jadł nic oprócz śniadania.
— Mieszkałem tu z ojcem. I z nimi. Były tu odkąd pamiętam. Bawiły mnie, niańczyły, karmiły. Jak starsze siostry. Ludzie z wioski o nich wiedzą. Plotkowali, że sam jestem synem latawicy, bo nikt nie zna mojej matki — odparł strzec, uśmiechając się lekko. Pokręcił przecząco głową. — Kiedy dorosłem, ojciec nagle zniknął. A one z nim. Na kilka lat. Pracowałem ciężko, aby ludzie przestali nazywać to miejsce Młynem Latawic. Ożeniłem się, spłodziłem własnego syna…
Zamilkł, a po ustach wciąż błąkał mu się delikatny uśmiech, gdy wspominał te dobre czasy. Nie przerywali mu. Jedząc, czekali cierpliwie na ciąg dalszy.
— Wróciły, choć nie wszystkie, gdy mój syn miał pięć wiosen. Niedługo przed postrzyżynami. Miałem wybrać kowala, ale kiedy się zjawiły… Dokonały ceremoni, przepowiadając mu wspaniałą przyszłość... I tak było — uśmiechnął się szerzej, ale potem zmarkotniał. — Jakiś czas. Tak jakby omijały nas wtedy wszelkie nieszczęścia. Syn rósł mi silny, mądry, przystojny tak jak przepowiedziały.
— Przepowiedziały? — zdziwiła się Mira. To było coś nowego, czego o latawicach nie wiedziała.
— Mówiły, że to ich dary dla niego. W czasie postrzyżyn. I było tak jak powiedziały. Prawie.
— I co się stało? — kontynuowała wiedźma, bo młynarz wyraźnie unikał tej części opowieści. Odbiegała od znanych jej wzorców, a przecież zadanie jej i Sławoja polegało na zbieraniu takich informacji.
— Naprawiał młyn — ślepiec odpowiedział po długiej chwili milczenia. — Koło do mielenia ziaren upadło i zmiażdżyło mu rękę. Zgniła. Trzeba było obciąć. Umarł w gorączce niedługo później.
— Latawice tego nie przewidziały? — spytał żerca, marszcząc brwi. Niby wypadki się zdarzały, ale demonice są kapryśne z natury. Równie dobrze to mogła być ich sprawka.
— One nie wróżyły. One to sprawiły. To były dary tak jak powiedziały — rzekł starzec, jakby tłumaczył dziecku oczywistość, chociaż tak naprawdę sam nie rozumiał jak to mogło się stać. — Dały mu urodę i siłę, i mądrość. Zaczarowały go, ale nie strzegły dzień i noc. Jak to latawice, hulały w polu, a potem wracały. Płakały później po nim równie długo, co moja żona i ja.
— Latawice płakały? — zaskoczeni zapytali chóralnie, a dłoń kobiety, w której trzymała ser, zatrzymała się w połowie drogi do ust.
— Ano płakały. Wyły wręcz, wyrywając włosy i wywołując huragan. Prawie mi młyn zniszczyły — odparł gospodarz, a Sławój poczuł wstyd, że je posądził o spowodowanie wypadku. Czy to możliwe, że demonice potrafiły naprawdę pokochać człowieka? Nawet jeśli mógł być krwią z ich krwi, o ile wiejskie plotki były prawdziwe. Jednak to i tak nie mieściło się w głowie. Zwłaszcza, że przecież dziwożony, demony leśne, porzucały własne młode, podmieniając z ludzkimi noworodkami. Z żadnymi z nich nie wolno było zakładać niczego dobrego. Tymczasem mężczyzna kontynuował: — Odeszły na jakiś czas. Ja… Pić począłem okrutnie. Żona uciekała do rodziny, co ma ją w wiosce. Nie mogła znieść ani mnie, ani tego domu. A potem... wlazłem na młyn. Wiatrak się zablokował. Głowa zamulona była to i spadłem. I taki jestem — postukał się sękatym paluchem po bliźnie.
— Szczęście, żeś dobrodzieju życia nie stracił — zauważyła Mira, przyglądając się młynowi. Upadek i uderzenie w głowę z takiej wysokości powinny skończyć się śmiercią. Starzec uśmiechnął się niewesoło.
— Wola Doli — uznał z goryczą, a żerca syknął. Wymawianie boskiego imienia było tabu i mogło ściągnąć na głowę bluźniercy gniew Niebios.
— Nie używaj imienia boskiego na daremno — upomniał go z całą surowością, na jaką potrafił się zdobyć. Wiedział, że w tej sytuacji nie będzie miał na młynarza żadnego wpływu, ale nie mógł zostawić tego bez komentarza.
— Kiedy latawice wróciły? Po wypadku? — dociekała wiedźma.
— Tak — przyznał. — Żona odeszła na stałe. Wiem, że zmarło jej się dwa lata temu. Zostały mi tylko one.
Zapadła cisza, którą mąciło jedynie ciche mlaskanie koni przeżuwających trawę i skrzypienie drewnianej konstrukcji. Wiał wiatr, poruszając koronami drzew w oddali, przeczesując trawę. Dwójka podróżników miała mętlik w głowach. Sławój trochę większy niż Mira. On od zawsze uważał demony głównie za niebezpieczne. Myślał o utopcach, latawicach, wąpierzach, zmorach. Wiedział, że istnieją sposoby na ugłaskanie i oswojenie niektórych – mogły być wtedy bardzo użyteczne. Tak działo się choćby w przypadku zamieszkujących Wielką Bibliotekę chobołdów. Małe i niepozorne krasnoludki opiekowały się budynkiem i jego pracownikami. Bez nich porządkowanie obszernego gmachu przysparzałoby mnóstwa kłopotów. Jednak niegroźne chobołdy, które obrażone mogły co najwyżej napsocić jak dzieci to jedno, a latawice wywołujące huragany to całkiem co innego...
Tymczasem dla Miry takie podziały nigdy nie były oczywiste, czarno-białe. Ludzie z chęcią obwiniali demony za wszelkie nieszczęścia. Pijak poszedł do lasu i nie wrócił? Na pewno leśne licho go zjadło! Pani wiedźmo, idźcieże i ubijcie krwiożerczą bestię! Z domu znikły pieniądze? Sąsiad trzyma na podwórku czarnego koguta – to pewnikiem atwor i to on ukradł! Sąsiadowi rękę trzeba uciąć, a demonowi łeb. Niech popamięta. Nieostrożny dzieciak wszedł do wody bez opieki i się utopił? Sprawka wodnika! Jak nic! Do obowiązków wiedźmy należało likwidowanie niebezpieczeństw, a nie uleganie histeri. Licho strzegło drzew i dzikich zwierząt, las bez jego opieki marniał i umierał. Atwory mogły kraść, ale nie musiały, bo przyciągały szczęście lepiej niż czterolistna koniczyna. Wodnik zapewniał dobrobyt ryb w rzece lub jeziorze, w którym mieszkał. W chwilach nieszczęścia ludzie zapominali o tym, co im zawdzięczają. Mira musiała być mądrzejsza. Szturchnęła Sławoja łokciem i wskazała przybory do pisania. Włożył do ust ostatnie kawałki sera, wypełniając policzek jak chomik i zabrał się do spisywania niezwykłej historii.
Wiedźma wypatrywała znaków na niebie.

NAWKI [albo MAWKI]
Są to dusze zmarłych świeżo, co do Nawii (stąd też ich nazwa) zmierzają. Postać mają ptasią, jednak od zwykłych ptaków wielkością się różnią. Cień mają ludzki i po tym najłatwiej poznać je można. Czasem bliscy przed podróżą ostatnią pożegnać się przychodzą i przemówić mogą (...)
Z Bestiariusza pióra Sławoja Gnieźniańskiego


IV

Mira wzdrygnęła się, gdy nagle bez widocznej przyczyny z drzew zerwała się chmara czarnych ptaszysk – bijących gwałtownie w powietrze skrzydłami, rozwrzeszczanych, skarżących się o coś żałośnie. Ich ciemne sylwetki odznaczały się na tle bladoróżowo-żółtawego nieba. Zbliżał się zmierzch. Ledwie widoczny, prawie przezroczysty księżyc wisiał wysoko na wypłowiałym niebie. Słońce kończyło swoją wędrówkę i świeciło jakoś bezsilnie. Wiedźma zawsze widząc ptaki, zwłaszcza w takiej ilości, obserwowała je, szukając wróżby. Jednak niczego nie zdołała wyczytać, bo czarna, skrzekliwa chmura krążyła nad lasem bez celu. Zapatrzyła się na nią, popuszczając wodze Wredoty, lecz pomimo to klaczka kontynuowała marsz, podążając za swoim karym towarzyszem.
— Co widzisz? Latawice? — spytał Sławój z przestrchem, przerywając jej rozmyślania i sprowadzając na ziemię.
— Spodobałeś im się — uśmiechnęła się złośliwie, a jemu po plecach przeszedł dreszcz. Potrząsnął blond czupryną zaprzeczająco, ona zaśmiała się krótko Nie doczekawszy się żadnej normalnej odpowiedzi, skrzywił się i odwrócił głowę obrażony, lecz te pozy już jej tak nie irytowały, bo przekonała się, że potrafi on zachowywać się inaczej. — Aż taki jesteś zawiedziony, że je przegoniłam i się więcej nie spotkacie?
Zerknął na nią kątem oka, zawahał chwilę.
— Nie byłoby ci tak do śmiechu, gdyby to ciebie chciały przemienić w swoją niewolnicę — burknął, zwieszając głowę. Zaczynał już podejrzewać, że jest jakiś przeklęty. Oj, nie lubiła go Łada, Bogini Miłości. Miał pecha do płci pięknej. Musiał znosić irytującą wiedźmę, interesowały się nim demonice, a normalne dziewczęta unikały jak ognia.
— Nie są aż takie groźne. Wcale nie o to im chodzi… — Pokręciła głową. — Ale cieszę się, że mogłeś przynajmniej je zobaczyć, bo teraz zrobisz lepszą ilustrację!
— Tyle z tego dobrego — mruknął. Mira po raz kolejny go zaskoczyła. On nie potrafił dostrzegać w złych zdarzeniach pozytywów, a jej wychodziło to naturalnie i łatwo. Miał ją za infantylną i naiwną. Teraz lepiej rozumiał, że bez takiego beztroskiego podejścia do życia, trudniej byłoby jej pracować. Od niej zależało istnienie wielu ludzi, bez przerwy narażała własne. Wcześniej nie spędzał z nią wiele czasu i unikał spoufalania się. Przemierzali dystans od miasta do miasta jak najszybciej się dało, a potem Sławój zamykał się w pokoju, oddając pracy. Tymczasem wiedźma szukała nowych obiektów do opracowania w Bestiariuszu. Często zamiast bezpośredniego sprawozdania, słuchał opowieści, które snuła przed gośćmi karczm.
— Gdybyśmy stanęli wcześniej to zdążyłbyś wykonać rysunek. Chyba lepiej zrobić to dzisiaj póki w pamięci obraz świeży? — zastanawiała się na głos. Już od jakiegoś czasu rozglądała się w poszukiwaniu dobrego miejsca na postój.
— Chyba nie będziemy nocować w lesie! — wykrzyknął zaskoczony. Dotychczas udawało im się przemieszczać tak, aby zawsze na noc mieć dach nad głową. Bez dużego bagażu i z dwoma wierzchowcami to nie było trudne, bo wioski zazwyczaj znajdowały się o dzień drogi od siebie.
— Chcesz, żebym zajeździła Wredotę? — spytała i czule poklepała klaczkę po ciemnosiwym karku. — Wczoraj wróciłam spod Niebiańskiego Drzewa. W Domu Demonów wcale nie było tak łatwo. Obie jesteśmy zmęczone.
— W takim razie powinniśmy stanąć wcześniej! Przy tamtej rozpadającej się stodole chociażby o dwie godziny stąd — ciągnął uparcie. Otaczający ich las wydał mu się nagle znacznie mroczniejszy. Jednak stoicki spokój wiedźmy udzielał się również jemu i działał odprężająco. Gdzieś tam z tyłu głowy cichy, podejrzliwy głosik nie dawał za wygraną i ostrzegał go przed pułapką. Pozwoli pożreć cię dzikim bestiom, albo rano porzuci, abyś błąkał się po bezdrożach i zginął – szeptał. Z drugiej strony żerca widział jak poważnie wiedźma podchodzi do swoich obowiązków i mógł mieć tylko nadzieję, że on też znajdował się wśród osób, które przysięgała chronić. — Bardziej przejmujesz się życiem tej kobyły niż naszym. Skoro potrzebujecie odpoczynku to tym bardziej trzeba było tam stanąć.
— Nie masz się czym martwić. Będziemy pilnowały twojego spokojnego snu, jaśnie panie — uśmiechnęła się krzywo, podkreślając ostatnie słowa, ale po oczach widać było, pomimo szorstkiego tonu, że nie traciła dobrego humoru.
— My? Powierzam życie moje złośliwej wiedźmie i jej jeszcze gorszej kobyle? — spytał niedowierzająco. Uniósł oczy ku niebu, jakby prosząc o zbawienie. — Wspaniale. Jeśli miało mnie to pocieszyć to ci nie wyszło. Wcale.
— Jesteś żercą. Może spróbuj zaufać Bogom?
— I masz coś, co mógłbym złożyć im w żertwie? Może tego twojego bezużytecznego konia? — zaproponował, a siwka prychnęła na niego gniewnie, jakby zrozumiała jego sugestię.
— Uważaj, grabisz sobie. Może Wredota ma pysk niewinny, ale w najmniej spodziewany momencie wsadzi ci pysk do torby i wyżre wszystkie zapasy. Albo narobi tuż przy głowie, gdy będziesz spał. Włosy będzie rzuć, albo płaszcz obślini… — wyliczała wszystkie numery, które wycierpiała do tej pory.
— To koń. Nie rozumie — stwierdził, odganiając jej teorię dłonią. Ona nie przejęła się, wzruszyła ramionami.
— To Wredota. Przekonasz się — odparła pewnie, a potem wskazała na małe rozjaśnienie między drzewami. Zwróciła wierzchowca w tamtym kierunku. — Jeśli dobrze liczę to powinna być tu niedaleko rzeczka. Rozłożymy obóz. Noc będzie ciepła. Ruszymy przed świtem...
— Kolejny powód, żebyśmy zatrzymali się wcześniej — burknął pod nosem. — Przynajmniej byśmy się wyspali.
— No i w tej chwili przesadziłeś. Naszczuję ją na ciebie specjalnie — stwierdziła poirytowana i nagle atmosfera stała się napięta. — Bo oczywiście twoje bezpieczeństwo i wygoda są najważniejsze!
— Może bym tak nie marudził, gdybym wiedział po co na Bogów mnie porywałaś! I gdzie, i po co jedziemy?! — odwarknął gniewnie.
Jakaś racja w tym niezaprzeczalnie była. Kobieta wzięła głęboki oddech.
— Jedziesz ze mną, gdyż nasi przełożeni nie są zadowoleni z postępów nad pracą. Lub raczej z ich całkowitego braku. A ja też jestem wściekła za to co zrobiłeś — odpowiedziała z pozoru spokojnie. Głos jej drżał od wstrzymywanego gniewu. — Jedziemy do Jeleniej Góry. To daleko, ale my jesteśmy najbliżej. Inny wiedźmin, Radowój, potrzebuje wsparcia. Od tego może zależeć jego życie. Nas, wiedźmich króleskich, jest tak mało, że każdy jest cenny.
Wiedźmi oddział wojska królewskiego, w skrócie wiedźmi królewscy, zostali powołani do służby kraju przed dziesięcioma laty. Każdy z nich podróżował w pojedynkę. Więcej nie trzeba było do wykonywania powierzonych im zadań. Ich zdolności i wyszkolenie zapewniały im przewagę – czy to nad szajkami rzezimieszków, którzy próbowali swoich szans na samotnym podróżniku, czy też to nad wszelkiego rodzaju pomroką. Poza tym pierwsza generacja, do której zaliczała się Mira, liczyła zaledwie trzynaście osób – w tym ich Mistrza. On niestety od dwóch lat był zwolniony ze służby w terenie. Miejsce gdzie wiedźmin potrzebował pomocy musiało być wyjątkowo niebezpieczne. Sławój przełknął ślinę, dochodząc do tego wniosku.
— Powtórka z Zatopionych Ziem? — zapytał, a ona posłała mu ostre spojrzenie.
Wspomniał o jej rodzinnych stronach dotkniętych najgorszą klęską w historii Królestwa. Wszyscy znali mniej lub więcej szczegółów z tego wydarzenia. Odbiło się szerokim echem po całym kraju. Doszło wtedy do zatargu pomiędzy licznym rusałczym klanem, a tamtejszymi żercami. Skończyło się rzezią. Demonice napadły na chram, na wioskę. Zabijały mężczyzn, porywały młode kobiety i przemocą wcielały je we własne szeregi, a na końcu przy zaostrzeniu walk – wywołały potop. Dostatnie wsie, które wtedy tam istniały, spoczywały teraz na dnie bagien. Razem z kośćmi całej jej rodziny. Do tej pory teren ten był zakazym. Nie należało się tam zapuszczać, o ile nie chciało się skończyć pląsając w rusałczanym korowodzie.
— Nie wiem. Też chciałabym, aby Mistrz choć raz był bardziej konkretny — westchnęła wiedźma.
Weszli pomiędzy drzewa. Pod nimi było znaczniej ciemniej niż na trakcie. Promienie słoneczne przeświecały się przez korony bladozłotymi smugami, w których tańczyły, migocząc drobinki kurzu. Suche gałązki chrzęściły pod końskimi kopytami.
— Tam jest chyba ścieżka — zauważył Sławój, pokazując na wydeptany, blady ślad.
Mira bez słowa pokierowała na nią kobyłkę, nie uświadamiając żercy, że najprawdopodobniej używały jej głównie dziki i wilki. Na szczęście zwierząt nie musieli się obawiać. Wiedźma jeszcze przed poznaniem swojego towarzysza wędrowała w pojedynkę i nie raz napotykała drapieżniki. Była dla nich zagadką – wabił je zapach samotnego człowieka, ale jednocześnie zbliżywszy się, docierała do nich też ta nieludzka część. Była dla nich na tyle nieprzyjemna czy zatrważająca, że nigdy nie odważyły się do niej zbliżyć, czy zaatakować. Jeden kłopot z głowy. Gorzej, że zwierzęta domowe przy pierwszym spotkaniu również reagowały gwałtownie. Długo minęło zanim udało jej się oswoić Wredotę.
Jadąc traktem, nie słyszeli tylu odgłosów – dopiero zagłębiając się w puszczę, poczuli, że ona żyje. Od drzew odbijało się echo stukania dzięcioła. Gdzieś ponad nimi kołując, skrzeczał ptak. Szurały liście, gdy jakieś małe zwierzątko uciekało w popłochu przed intruzami. W końcu też usłyszeli cichy szum płynącej wody, ale przejście i widok zagrodziły im gęste krzaki. Dróżka biegła pod ich gałęziami – wygodna dla wilka, ale nie dla jeźdźca, czy nawet dorosłego człowieka. Mira miała już skierować kobyłkę na lewo, bo z tamtej strony przejazd wydawał się łatwiejszy. Wtedy z nieba spłynął szpak i usiadł na drzewie przed nią. Czarne pióra lśniły tęczowo jak plama oleju. Przekręcił pytająco głowę, zamrugał paciorkowatymi oczkami i z krzykiem zerwał się, ulatując w prawo.
— Mi~! Ra!
Ptak zniknął za krzakami równie nagle co się pojawił. Pociągnęła za wodze, a Wredota skierowała się w ślad za pierzastym przewodnikiem.
— To brzmiało jak twoje imię — zdziwił się Sławój, podążając za nią.
— To było moje imię — stwierdziła krótko, odgarniając gałązki, o które zahaczała głową. Klaczka przedzierała się przez krzaki, rozpychając je sprytnie łbem. Za sobą słyszały przeklinającego mężczyznę. Jednak kiedy przejechali przez ten gąszcz, wyszli na rozłożystą polanę, która kończyła się skarpą. Ze wszystkich stron otaczały ją drzewa i zarośla, zapewniając osłonę i prywatność, jednak na tyle rzadkimi, że łąkę zalewało łagodne światło. Urwisko oberwane przez płynącą w dole leniwie rzekę nie było na tyle strome, że nie dałoby się po nim zejść w razie potrzeby, ale każdy kto próbowałby się po nim wspinać nie miałby łatwo. Na tyle, że nie dałby rady zajść ich niepostrzeżenie. Idealne miejsce na obóz. Szpak krążył nad nimi, pokrzykując triumfalnie.
"Ptak w prawo lecący to znak pomyślny." Uśmiechnęła się, zsiadając. —Dobra robota — powiedziała, klepiąc konia po karku, lecz patrząc w górę. Szpak usiadł na konarze jarzębiny i zaczął czyścić sobie piórka. W tej samej chwili obok niej zatrzymał się żerca, więc zwróciła się do niego: — Rozłóż się pod tamtym drzewem, oczyść nam miejsce do spania najpierw, a później weź się do pracy. Ja przejdę się i nazbieram drewna.
— Zosta…A? Hmm… — rozpoczął, lecz urwał, wydając z siebie bulgoczące dźwięki. Ignorując ją i własne słowa, udał się we wskazane miejsce. Wyglądał na bardzo zajętego swoim zadaniem.
"A widział te latawice tylko z daleka" skomentowała jego strachliwość w myślach. Już od dawna nie widziała żadnej z demonic, chociaż śledziły ich przez większą część drogi, więc wiedźma nie zakładała, że mogły zrezygnować tak łatwo. Zamierzała krążyć wokół łąki, aby mieć oko na pechowego żercę. Strzeżonego, pan bóg strzeże.
Mira wyciągnęła rękę do ptaka, a on zleciał posłusznie. Potem podskakując i wbijając pazurki w gruby materiał płaszcza, wspiął się na ramię kobiety. Odeszli, mijając pierwszy szpaler drzew. Dopiero tam zaczęła zbierać gałęzie. Oddalała się powoli, początkowo Sławój na nią zerkał, ale upewniwszy się, że jest blisko, pozwolił pochłonąć się pracy. Kiedy wiedźma zyskała pewność, że jej nie dosłyszy, dała ptakowi znak dłonią.
— Do Mirosławy Kołodziejówny z Ziem Zalanych — odezwał się on dudniącym głosem jej Mistrza.
— Chwała królowi Mieszkowi, co łaskawie z woli Nieba nad nami panuje. Oby Bogowie mieli go w swojej opiece — odpowiedziała cicho, przykładając dłoń do serca.
— Wieści od ciebie Arcymagini Sobocie i Nadżercy Borzygniewowi przekazałem — zaczął recytować, niemal natychmiast jak skończyła. — Od ofiarnicy przełożonej Sambory taką samą relację otrzymaliśmy, więc nikt w słowa twoje wątpić nie zamierza. W Jeleniej Górze stwór nieznany grasuje, od Radowoja wiadomość żadna od dwóch tygodni nie przyszła — kontynuował, a kiedy skończył wiedźma westchnęła. Szpak otarł się główną o jej policzek, jedwabiście miękkie pióra połaskotały skórę. Pogłaskała go, a on z przyjemnością wyginał się, sam wchodząc pod jej dłoń.
"Krótko i bez szczegółów jak zawsze" narzekała, przypominając sobie rozmowę ze Sławojem. Chciałaby umieć powiedzieć mu więcej, ale sama nic, poza tym, co usłyszał, nie wiedziała. Teraz kiedy była odpowiedzialna za więcej niż tylko życie swoje i Wredoty, ten brak informacji zaczął jej przeszkadzać i ją irytować. "Czy demon w mieście, czy poza poluje? Chorobę roznosi, moc ma magiczną? Sprytny jest? Jak dojedziemy to wszystkiego się dowiem, ale wolałabym nie zostać zaskoczona przez niego w lesie, mając Słaboja pod opieką."
Pogrążona w rozmyślaniach przeglądała rodzaje potworów, z którymi miała do czynienia do tej pory i zastanawiała się nad możliwymi zabezpieczeniami. Automatycznie wykonywała swoją pracę – ptak rozkładał skrzydła i mocniej wbijał pazurki w płaszcz za każdym razem, gdy schylała się, by podnieść kolejną gałązkę. Już od jakiegoś czasu nie zerkała w stronę obozu. Nie zauważyła jak bardzo się od niego oddaliła.
Wtedy powietrze rozdarł krzyk.
"Sławój."
Rzuciła wszystko, zawróciła i biegiem ruszyła z powrotem. Szpak zerwał się do lotu.

LATAWICA/LATAWIEC
Część ludu ciemnego wierzy, że w demona tego duszę wisielców, bądź niemowląt bezimiennych się przeradzają. Jednak żadnego dowodu na to nie ma. Wedle innych niegdyś były to duchy Gwiazd – ukochanych dworzan Bogini Nocnego Nieba. Mówi się, że z góry patrząc na Jawię, skuszeni przez jej grzeszne przyjemności z Nieba spadli i w demony zostali obróceni. Jednak plotka głosi, że to nie grzech, lecz miłość do śmiertelnika ich z Prawii wywabia i do zejścia zmusza. Jednak jest to uczucie niemożliwe do zrealizowania, bo droga z Prawii tyle czasu, co trzy pokolenia zajmuje i jedynie Bogowie pokonać potrafią ją szybciej. Dlatego kiedy Gwiazda dociera na Ziemię to ukochanej, ukochanego jej lub jego, a nawet ich dzieci i wnuków, już na tym świecie nie ma. Podobno istnieje dla nich nadzieja za sprawą Bogini Nocnego Nieba, co siotrą Rogatego Pana jest i się do brata w sprawie tych duszyczek wstawiła – mają szansę narodzić się ponownie. Dlatego demony te w poszukiwaniach swoich utraconych kochanek i kochanków nie ustają.
Z Bestiariusza pióra Sławoja Gnieźniańskiego


V

Bał się. Sławój zupełnie nic nie potrafił na to poradzić, ale też nie widział powodu, aby robił z tym cokolwiek. Czyż to nie było naturalne? Słyszał same okropne historie ostrzegające przed spoufalaniem się z nadnaturalnymi bytami, nie miał okazji spotkać żadnych demonów, więc oczywistym było, że go przerażały. To Mira miała zupełnie zaburzone pojęcie tego, co było normalne, a co nie. To nie on się mylił, chcąc zachować zwiększoną ostrożność. Jednak pogardliwa reakcja wojowniczki – to zdziwienie i kpina, które dostrzegł na jej twarzy, mimo że jak zwykle ocieniał ją kaptur – ugodziła dumę mężczyzny. Znowu znalazł się ktoś, kto traktował go z wyższością. Jako słabszego. Jako tchórzliwego. Nie zamierzał akceptować tego panoszenia się niewykształconej wiedźmy. Jakby nie było – ona pochodziła z wioski na peryferiach Królestwa, a on z rodu wojewody. Jednocześnie ze względu na całkowity brak umiejętności bojowych był teraz skazany na jej łaskę i musiał poskromić trawiący go gniew. Z jego cholerycznym charakterem nie było to wcale zadanie proste.
Tak jak zostało mu przykazane przez Mirkę, rozkulbaczył konie, a potem używając liściastej gałęzi jak miotły, oczyścił im miejsce do spania z kamieni. Ułożył sobie legowisko i wyciągnął przybory do pisania.
W tym czasie co chwila zerkał i szukał wzrokiem swojej opiekunki. Na samą myśl o podążających ich śladem demonicach czuł niepokój i rozglądał się nerwowo, nie mogąc skupić się na pracy. Jednak to, że wiedźma wedle obietnicy pozostawała w zasięgu wzroku, powoli go uspokajało.
Zaczął szkicować. Przypomniał sobie chwilę, gdy opuszczali Młyn Latawic. Jego koń podążał kilka kroków za siwką Miry. Powiał wietrzyk, pachniał kwiatami i świeżo ściętą trawą. Żerca odwrócił się, bo czuł na sobie czyjś wzrok. Ktoś go obserwował. Gorące ciarki przeszły mu wtedy po plecach.
Wisiały nad młynem. Wokół ich szczupłych sylwetek tańczyły białe sukienki, oraz porwane przez wiatr listki. Latawice wyglądały, jakby emanowały własnym blaskiem. Ich włosy, skóra, ubrania – wszystko lśniło śnieżną bielą. Przy pierwszym rzucie oka ich nieziemska uroda porażała. Mężczyzna miał wrażenie, że na chwilę jego serce stanęło. Oniemiał. Nie wiedział gdzie jest, kim jest i co robi. Zahipnotyzowały go swoim urokiem.
Nawet nie spostrzegł, kiedy się zbliżyły. Jedna wyciągnęła dłoń, aby dotknąć jego policzka…
Wybudził się dopiero, gdy tuż obok jego głowy ze świstem przeleciała strzała. Demonica straciła z nim kontakt wzrokowy, czar prysł. Rzuciła się w bok, unikając pocisku. Grot z trzaskiem wbił się w drzewo. Latawice rozpierzchły się, a Mira dalej szyła z łuku. Jedna strzała za drugą. Ledwie puszczała cięciwę, a w dłoni miała przygotowaną kolejną strzałę i naciągała go ponownie. Pomimo swojej błyskawicznej reakcji, nie udało jej się trafić ani razu. Demonice uciekły, a ich krzyki brzmiały jak wycie wiatru w szczelinach domu.
Wtedy mężczyzna wziął głęboki oddech. Miał wrażenie, jakby wypłynął na powierzchnie z głębi jeziora. Zdał sobie sprawę, że latawice wcale nie wyglądały tak ludzko jak mu się wydawało. U rąk miała skrzydła – lub może raczej ręce u skrzydeł? Część od dłoni do łokcia wyrastała wprost ze skrzydeł, które wychodziło z barku. Ich nogi były za długie i chude z wąskimi, chwytnymi stopami – przypominały mu one odnóża bociana albo żurawia.
Wspomnienie było niewyraźne i rozmazane, ale starał się ze wszystkich sił przenieść na papier jak najwięcej zapamiętanych szczegółów. Musiał wytężyć wyobraźnię, a zadanie pochłonęło go bez reszty. Zmazywał, dorysowywał, a potem brał się za rysunek od początku, bo rezultat wcale go nie zadowalał.
Wzdrygnął się, kiedy nagle coś zimnego wpadło mu za kołnierz. W roztargnieniu sięgnął dłonią i pomacał szyję. Wyciągnął z fałd tkaniny owocek jarzębiny i odrzucił go na bok. Powietrze przesączone było zapachem zroszonej ziemi i wtedy powiał wietrzyk… Delikatny, ale słońce chyliło się ku zachodowi, więc po plecach przeszły mu zimne ciarki. Jednak pomimo tego chłodu czuł na karku ciepło. Jakby ciężar wspominanego spojrzenia. Sławój uniósł wzrok…
I krzyknął, ile sił w płucach, płosząc siedzącą na gałęzi tuż nad jego głową latawicę. Chciał zerwać się, uciekać, ale potknął się i upadł na bok. Kompulsyjnie kopiąc nogami, przewrócił się na plecy i odczołgiwał, nie spuszczając wzroku z demonicy. Ona wskoczyła na wyższe konary i ukryła za pniem. Wyglądała na…
"…zawstydzoną?" pomyślał, zatrzymując się.
Spojrzał jej w oczy – najbardziej niezwykłe, jakie zdarzyło mu się widzieć – bez źrenic, ale ze świecącymi srebrzyście tęczówkami. Znowu poczuł, że paraliż rozchodzi się po jego ciele. Nie był w stanie nawet mrugnąć.
Latawica spłynęła lekko na ziemię. Każdy jej krok w jego stronę był lekki jak w tańcu – wyglądał jakby wcale nie dotykała podłoża. Mężczyzna widział malującą się na tej słodkiej, dziewczęcej twarzy nadzieję i lęk. Uklękła tuż przed nim, a jej obojczyk znalazł się na linii jego wzroku. Zza koszuli między odznaczjącymi się pod bladą skórą kośćmi znajdował się wrośnięty matowy, poczerniały kamień. W kłębiącej się w jego wnętrzu ciemności świeciła pojedyncza iskierka.
Jak gwiazda na niebie.
Kobieta pochyliła ku żercy usta, a on wiedział, że powinien się bać. Powinien uciekać. A jednak nie ruszał się, całkiem bezwolny. Czuł jej zaskakująco chłodny oddech na swojej twarzy. Jednak zanim ich wargi się zetknęły, ona zamrugała i odsunęła się.
To nie ty — wyszeptała zasmucona. — Nie ty.
Wtedy z nieba z krzykiem spadł na nich jak błyskawica czarny ptak. Uderzał skrzydłami i starał się dosięgnąć demonicę ostrymi, chociaż niewielkimi pazurkami. Zakryła twarz dłonią. Szpony poznaczyły nieskazitelną skórę czerwonymi pręgami. Zraniona zawyła jak wichura i uciekła, odlatując. Gdy szpak podążył za nią, przywołała nieduże tornado, które pochwyciło jego drobne ciałko i rzuciło nim o drzewo.
To nie ty — zaszlochała, a wtedy spomiędzy koron drzew wychyliły się jej cztery siostry. Poskarżyła się najbliższej: — Podobny. Nie on.
Nie on! — wykrzyknęła tamta oburzona, jakby mężczyzna specjalnie je oszukał. Za nią powtórzyła jak echo pozostała trójka tym samym tonem.
"Było blisko i zamieniłaby mnie w swojego niewolnika! Jeden pocałunek i postradałbym dla niej zmysły!" panikował Sławój. Nogi drżały mu tak, że nie był w stanie powstać. Sam też miał ochotę się popłakać – po raz drugi tego dnia został sparaliżowany i czuł się całkowicie bezsilny – ale zamiast tego przyglądał się rozpaczającej demonicy z coraz większym zdumieniem.
Niestety im ona rzewniej szlochała, tym groźniej wyglądały jej towarzyszki. Wrzasnął bezmyślnie i chwycił się za serce, gdy poczuł dłoń na ramieniu. Obok niego klęczała Mira z obnażonym, krótkim mieczem. Jej łuk i strzały zostały przy siodle, które teraz leżało pod drzewem.
— Nawet latawicę do płaczu musiałeś doprowadzić? — mruknęła, spojrzeniem oceniając sytuację. Żerca wyglądał na wstrząśniętego, ale nie zranionego.
— Ja przecież nic nie zrobiłem! — jęknął, a czwórka demonic wrzasnęła oburzona. Mira wyszła przed niego, osłaniając go własnym ciałem. On zakrył się dłońmi i krzyknął w akcie rozpaczy: — A jak zrobiłem to przepraszam! Przepraszam, że przeze mnie płaczesz!
Wiatr ucichł, a gdy żerca odkrył twarz – ujrzał, że płacząca latawica odciąga od nich swoje towarzyszki. Rzuciła mu ostatnie smutne spojrzenie. Wkrótce ich sylwetki zniknęły na tle zachodzącego słońca. Wiedźma odwróciła się w stronę mężczyzny, schowała miecz do pochwy przy biodrze i wyciągnęła do Sławoja rękę:
— Chodź, pomożesz mi, bo noc nas zastanie — uznała spokojnie. Tak, jakby nigdy nic się nie stało.
Wciąż roztrzęsiony przyjął jej dłoń – szorstką, ze zgrubiałymi odciskami od używania miecza. I ciepłą. Dodającą otuchy.
Kobieta rozglądała się, szukając czegoś wzrokiem i żerca domyślił się czego. Mężczyzna spojrzał na nieruchomego szpaka, wciąż leżącego pod drzewem, w które uderzył. Ona podążyła za jego wzrokiem i na sekundę mocniej ścisnęła jego rękę. Potem puściła i podbiegła do zwierzaka. Nie śmiał jej przeszkadzać, ale uspokoił się, widząc, że ptak poruszył się pod dotykiem Miry. Sławój odszedł kawałek od nich i zajął się zbieraniem chrustu, ale tym razem nie tracił swojej opiekunki ani na chwilę z oczu. Widział jak drze szmatki i usztywnia złamane skrzydło, a potem owija całego szpaka w bluzkę. Zawiniątko ułożyła delikatnie na posłaniu. Szeptała coś do niego uspokajająco, ale z takiej odległości żerca nie mógł dosłyszeć, co takiego. Poruszyła nim czułość, z jaką zaopiekowała się rannym zwierzęciem. Odwrócił szybko wzrok, gdy Mira ruszyła w jego stronę.
— Przepraszam, że się spóźniłam — usłyszał, gdy schylił się po gałąź. Kiedy uniósł spojrzenie, zobaczył plecy wojowniczki idącej dalej. Miał wrażenie, że mu się tylko przesłyszało. Jednak wtedy odwróciła się i zobaczył jej skruszoną minę. — Już za nic w świecie nie zaniedbam swoich obowiązków — obiecała i jakby nigdy nic zaczęła zbierać chrust.
Żerca bardzo chciał jej wierzyć.

Re: Bestiariusz

: 03 czerwca 2018, 19:52
autor: Kruffachi
No to przeczytałam :D Kibicuję temu tekstowi szalenie, o czym wiesz :D Poniżej takie tam trochę kręcenia nosem, ale trochę i wcale się zgadzać nie trzeba.

Tekst w tej wstawce niemal całkowicie skupia się na relacji Miry i Sławoja, co ma swoje zady i walety. Zaletą niewątpliwie jest sam temat, bo relacje między bohaterami zawsze są dla mnie łakomym kąskiem, a wbrew pozorom nie tak wielu autorów potrafi je opisać, czy w ogóle ma odwagę po nie sięgać. Wadą jest to, że na takiej przestrzeni widać drobne niedociągnięcia. Mogę się mylić oczywiście, ale miałam takie wrażenie, że się trochę spieszysz, że już bardzo chcesz nakreślić dynamikę między tą dwójką, bo będzie Ci ona zaraz do czegoś potrzebna. No i momentami wychodzi w sposób bardzo skondensowany i skrótowy, a skoro skrótowy, to też nie do końca naturalny. Skaczesz miedzy ich głowami, dajesz wzajemnie komentować swoje zachowanie, rozwiewasz wszelkie wątpliwości co do odczuć i intencji, zanim się w ogóle w czytelniku pojawią, przez co między nimi nie ma napięcia i bardziej mam wrażenie czytania relacji o jakiejś dynamice niż faktycznego oglądania dynamiki. Masz świetne narzędzie w ręce, bo z poprzednich fragmentów wynikało, że oni się już trochę znają. Mogłabyś - zamiast opierać się tylko na teraźniejszości - sięgać też w przeszłość i pokazywać, z czego wynikają jakieś zachowania, czego się już o sobie nauczyli albo skąd biorą się konkretne uprzedzenia. To też dałoby ci więcej przestrzeni i możliwość rozłożenia rodzącej się relacji w czasie tekstowym - rozciągnięcia tego tak, by sprawiało wrażenie naturalnej ewolucji, a nie narzędzia fabularnego. Bohaterowie nie musieliby komentować w myślach każdego swojego kroku i nie musieliby przeskakiwać między "trybami" swoich osobowości, by pokazać gamę odczuć. W każdym razie - namawiam do korzystania z retrospekcji przy budowaniu relacji. Zwłaszcza że przecież wcale nie muszą one ograniczać się do tej dwójki bohaterów. Skądś wzięły się ich poglądy, skądś wzięło się to, że muszą się do siebie dopiero powoli przekonywać.

Druga uwaga, jaką mam, jest akurat bardzo, ale to bardzo subiektywna i możliwe, że w ogóle nikt nie będzie tego tak postrzegał. Ale ten świat dryfuje w taki nieco wiedźmiński (Sapkowskiego) nurt. Ale może to powinien sugerować tytuł. To znaczy totalnie nie chodzi mi o kostium, tylko o sposób traktowania potworów, demonów, a nawet bogów. Oni sobie po prostu są. Tu się pojawiają, tam się pojawiają, z tym trzeba walczyć, tamtego lepiej nie drażnić, na bagnie mieszka coś, w młynie coś, coś może przenosić wieści albo zabijać ludzi w mieście. Ale opierasz się na bardzo konkretnej "mitologii" (bosz, jak ja nie lubię tego określenia w kontekście Słowian) wyrastającej z bardzo konkretnej wizji świata - innej niż chociażby wizje grecko-rzymska czy germańska. Tymczasem jedna z krzywd, jakie spuściźnie Słowian zrobiły ruchy próbujące odtwarzać "mitologię", polega na tym właśnie, że ten świat został dla wygody wpasowany w popularniejsze kanony i ramy - te, które znamy z innych mitologii. I trochę mi żal za każdym razem, kiedy to widzę, bo pogrzebanie w źródłach nie bestiariuszowych, a religioznawczych, otworzyłoby drogę do naprawdę interesującego światotwórstwa. Ale dopsz, ja mam ze Słowianami to, co Ty z Japonią, więc się zamykam i nie marudzę ;)

Z małych czepków - raz stylizujesz (trochę, bo głównie inwersją, ale jednak), a raz nie. Wyrównanie tego by się kiedyś tam przydało.

Fajny się wyłania obraz Miry i kompletnie nie pamiętam, czy ja o tym już wcześniej pisałam czy nie i czy towarzyszyło mi takie spostrzeżenie też wcześniej. To znaczy ona taka totalnie prosta jest i ta prostota stanowi zarówno jej siłę, bo nie kombinuje, tylko po prostu robi, co do niej należy, jak i słabość, bo nie rozumie skomplikowania pewnych spraw. I bardzo, bardzo liczę, że będziesz tę cechę u niej pokazywać często i rozmaicie wykorzystywać :D

Fajna lektura była, dziękuję :D Cieszę się, że doczekałam wstawki kolejnej :3

Re: Bestiariusz [Tekst maja 2018]

: 03 lipca 2018, 11:51
autor: el Bandita
Dobrze, właśnie skończyłam czytać. O ile błędów językowych, czy interpunkcyjnych, nie zauważyłam, bo też na tym się specjalnie nie skupiałam, to są rzeczy, które mnie trochę podgryzają.
Chodzi mi o styl wypowiedzi postaci. Raz mówią zupełnie współczesnym językiem polskim, zaraz jednak zmieniają składnię, zwracają się do siebie w bardziej archaiczny sposób. Mnie to irytuje, bo czasem czuję się, jakbym czytała dwa różne fragmenty. W tym przypadku zrezygnowałabym ze stylizowanych wypowiedzi, bo zdecydowanie przeważają te drugie, więc myślę, że łatwiej byłoby jednak sobie to odpuścić. Dodatkowo, co prawda nie wiem czy to błąd, czy tylko moje widzimisię, niektóre zdania są bardzo długie. I to nic złego, ale w zestawieniu z całą resztą dość krótkich, zwięzłych zdań, te długie wybijają mnie z rytmu. Ale podkreślam, to może być tylko moje wrażenie, jednak wolałam o tym napisać, może ktoś inny też to zauważy.
Niemniej tekst jest bardzo ładnie napisany, czyta się lekko, pomimo tych małych zgrzytów, o których pisałam. Sławoja już uwielbiam, natomiast do Miry chyba muszę się jeszcze przekonać. Strasznie zadufana w sobie jest. Ale z tematyką trafiłaś w punkt, bo właśnie odkrywam świat Wiedźmina, i tego książkowego i tego "growego", bo się w końcu skusiłam na grę. Mimo podobieństw, to jednak starasz się tworzyć się coś swojego, chociażby ten bestiariusz. Bardzo mi się to podoba. Choć ten młyn strasznie kojarzy mi się z młynem, przy którym trzeba było zabić gryfa w krwi i winie. Też znajdował się na polanie.
ALE absolutnie nie myśl, że mi się nie podobało, bo podobało mi się bardzo. Po prostu staram się podrzucić jakieć pomysły do ewentualnych zmian, które uczyniłyby tekst jeszcze lepszym. Masz bardzo lekkie pióro i to sprawia, że tekst czy ta się znakomicie.