Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Bestiariusz

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 206
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Bestiariusz

Post autor: MononokeGirl » 02 sierpnia 2017, 23:24

Pisałam, pisałam... Zakończenie mi się nie podobało to stwierdziłam, że może uda się lepsze wymyśleć. Ale nie. Zamiast tego środek też przestał mi się podobać. Początek jeszcze jako tako, więc publikuję zanim perfekcjonizm kaze mi wszystko zacząć od zera :aaaaa:
To bynajmniej nie jest powieść historyczna, a luźna inspiracja historią i legendami Polski, wymieszana z wierzeniami słowiańskim (panteon w dużej mierze mojego autorstwa, chociaż jakiś tam reserach był). Często nawt lokalizacje miast nie pokrywają się z mapą naszego kraju (Gopło jest poza granicami itp)
Wiedźma Mira i skryba Sławój dostają od króla rozkaz spisania Bestiariusza. Oto jest fragment ich podróży po najparszywszych i najniebezpiezniejszych zakątkach Królewstwa... :D



BESTIARIUSZ RARÓG (na wschodzie ŻAR-PTAKIEM zwany)
Zwierz mitologiczny i ulubieniec Boga Słońca. Strzeże wrót do Raju, dlatego jako Rajski Ptak również znany. Pióra ma czerwono-złote, ogon długi i ozdobny, i jako ptasi król niebios koronę na głowie nosi. Podobnoż wzrokiem w kamień, jak bazyliszek, zmieniać potrafi i zdolność ciskania ogniem posiada. Pióra jego są ognioodpornymi, co złwaszcza dla magów żywiołem ognia się parającymi przydatnym być może. Raroga zabicie niemiłym jest Bogu Słońca, dlategoż przez króla karanym surowo. Ten, kto waży się na Rajskiego Ptaka rękę podnieść z gniewem Niebios liczyć się winien.
Z Bestiariusza pióra Sławoja Gnieźniańskiego I Poparzenia bolały, ciało było zesztywniałe od wielogodzinnej jazdy. Jakby to nie nastrajało Miry wystarczająco podle to jej płaszcz śmierdział spalenizną, ciemnym chmurom zbierało się na deszcz i zmęczona kobyłka potknęła się, prawie zrzucając swoją drzemiącą jeźdźczynię. Pech ją prześladował. Gdzieś tak od urodzenia, ale tym razem przesadził i powinien liczyć się z jej srogą zemstą.
— Do pioruna! — zaklęła pod nosem, trzymając się kurczowo końskiego karku. Zawisła w dziwnej pozycji, obszerny kaptur opadł jej na szkarłatne oczy i zakrył pole widzenia. Siwka zaskoczona tymi akrobacjami przystanęła i korzystając z okazji, zaczęła skubać trawę. W tym czasie młoda kobieta siedząca na jej grzbiecie, gwałtownym ruchem głowy zrzuciła ciemny kaptur. Wzrok wciąż przykrywała jej grzywka w kolorze żywej czerwieni, ale ona nie przeszkadzała tak bardzo. Mira zręcznie poprawiła swoją pozycję, a potem czule poklepała wierzchowca po szyi. — Ruszaj, Wredoto, nie mamy całej wieczności na dotarcie do Kielec. Słaboj czeka — powiedziała, a przy ostatnim zdaniu wąskie, malinowe usta odznaczające się na bladej, piegowatej twarzy zadrżały w złośliwym uśmiechu. Była wiedźmą, a to zobowiązywało.
Wredota ciemnym okiem spojrzała z wyrzutem na amazonkę, ale niechętnie oderwała się od kępki mleczy i poczłapała dalej wzdłuż leśnej ścieżki. Niedługo później opuściły głuszę i wyszły na rozległe pola niskiego, wschodzącego zboża. Tutaj droga wiła się łagodnie pomiędzy wzgórzami, a nad ich czubkami wystawała korona Świętego Drzewa. W miarę jak się zbliżały rosło w oczach, górowało nad całą okolicą, znacznie przewyższając normalne drzewa. Ni dąb, ni sosna nie mogły się z nim równać, mimo że wyglądało jak zwyczajna brzoza, lecz gałęziami zdawało się sięgać nieba. Niczym mitologiczna oś kosmiczna - axis mundi. Było ono poświęcone bogini narodzin i łowów – pięknej i dzikiej Dziewannie, co przyczyniła się do założenia miasta Kielce, które w swym majestacie rozciągało się u korzeni Wielkiej Brzozy.
Kobieta spojrzała wilkiem na niebo, kiedy na jej drobny nos spadła pierwsza kropla.
"Nie trzeba było prowokować Peruna" pomyślała, żałując wcześniejszej, gwałtownej reakcji. "Może wtedy pozwoliłby mi dojechać do karczmy, zanim otworzyłby chmury…"
Tymczasem po pierwszej kropli, kolejna spadła na płaszcz, końską grzywę, grzbiet... Były ciężkie i rozpryskiwały się, tworząc duże plamy. Zapowiadały burzę, powietrze już przesiąknięte było zapachem ozonu. Najpierw kropiło, lecz zerwał się gwałtowny wiatr, spędził gęstsze chmury i nagle otoczyła je nieprzenikniona ściana wody. Szczęście w nieszczęściu, że zimne strumienie orzeźwiły kobyłkę i ruszyła żwawszym krokiem, aż przeszła w kłus. Przed nimi pojawiły się mury Kielec ze strażniczymi wieżyczkami i bramą, której czarny otwór wyglądał jak paszcza demona. Mira nie zatrzymywana przez nikogo wjechała do miasta, a końskie kroki mlaskały na mokrych deskach pokrywających wąską ulicę. Po obu jej stronach stały drewniane domki z zatrzaśniętymi okiennicami, zza których przeświecało ciepłe, żółte światło. Droga była wyludniona, więc szybko dotarły do Jamy Dzika, lecz mimo to już całkiem przemoczone.
Wiedźma zsiadła z konia i zaprowadziła go na tyły karczmy do małej stajni. Wiatr przedostawał się w szczelinach między deskami, z których była zbudowana, ale na szczęście dach pozotawał cały, więc wnętrze było suche i przytulne. Gałęzie Wielkiej Brzozy znacznie ograniczały opady i pod koroną deszcz nie był tak intensywny, jak ten, który złapał je w szczerym polu. Jeszcze zanim weszła do budynku do uszu kobiety dotarły zaniepokojone, końskie prychnięcia, stukot kopyt, gdy przestępowały z nogi na nogę. Wyczuwały zagrożenie. W tym czasie nieporuszona Wredota nie potrzebowała zachęty i sama skierowała się do odpowiedniego boksu, od razu wkładając pysk do żłoba w poszukiwaniu resztek owsa i siana. Ku jej rozczarowaniu na dnie leżało tylko kilka mysich bobków – upominek od złośliwych gryzoni w podzięce za gościnę. Po wejściu Miry do środka zwierzęta ucichły, jakby kuląc się w sobie. Próbowały wtopić się w tło, zejść z oczu drapieżnika, którego wyczuwały. Podróżniczka nie zwracając na nie uwagi, zaczęła od posprzątania kojca i wsypania do środka ziarna, potem rozkulbaczyła wierzchowca i dokładnie otarła go słomą do sucha.
— Dobra robota — pochwaliła ją, nim zabrała swoje torby wraz z bronią i powlekła się do wejścia gospody.
Wnętrze było zaskakująco obszerne i swojskie, chociaż z zewnątrz Jama Dzika nie sprawiała tak dobrego wrażenia. Wyglądała, jak kurnik z mnóstwem przybuduwek i dodatkowymi piętrami. W dodatku taki stawiany przez pijanego cieślę, bo ściany były krzywe – tak samo, jak wystający ze słomianego dachu i górujący nad budynkiem kamienny komin. Tymczasem główna sala karczmy miała wysoki sufit z widocznym belkowaniem, z którego zwisały zioła. Ludzie nie zdążyli się jeszcze zgromadzić, więc było ciemnawo, cicho i chłodno. Gdy za kobietą trzasnęły zamykane drzwi, w przejściu do kuchni pojawił się zażywny, brodaty mężczyzna – wyglądem sam przypominał dzika. Zwłaszcza spłaszczonym nosem na pucołowatej twarzy i krótkimi nóżkami ledwie noszącymi jego wielkie brzuszysko. Przynajmniej nowoprzybyli nie mieli żadnych wątpliwości, do kogo należy "jama", do której weszli.
— Mirka! Witaj z powrotem! — huknął, uśmiechając się ciepło. Posłała mu w odpowiedzi blady uśmiech. — Bogowie byli z tobą? Bogini prowadziła twoje strzały i sprowadzała zdobycz w sidła? — zapytał zmartwiony.
— Pobłogosławiła mnie Swą nieskończoną łaską, lecz przeprawa i tak była trudna — odparła, pokazując mu dziury wypalone w płaszczu. Dopiero teraz zauważyła, że obok nich ma rozdarcie pozostawione przez trójpalczastą łapę. — Opowiedzieć mogę wieczorem, teraz chciałabym się posilić…
Małe, bladobłękitne oczka karczmarza rozbłysły. O powołanych niedawno przez Jaśnie Oświeconego króla Mieszka do służby w wojsku wiedźmach i wiedźminach krążyły coraz straszniejsze plotki. Ci obrońcy ludzkości przed czającą się na moczarach, czy w lasach pomroką sami obrastali w mroczną legendę i coraz trudniej było oddzielić prawdę od fałszu. Jedni opowiadali niestworzone historie o tym, jak magowie z Sobótki przeprowadzali na nich eksperymenty. Inni opisywali ich, jako monstra o potwornej powierzchowności, czy posądzali o paranie się najczarniejszą magią. Gospodarz słyszał kiedyś opowieść o wiedźminie, który za swe usługi zażądał w zapłacie dziedziczkę wojewody mazowieckiego. Bogowie raczyli wiedzieć, co z nią później uczynił. Tymczasem brzuchaty Szczecina miał szczęście. Wiedźma, która od miesięcy gościła pod jego dachem, nie tylko płaciła zawsze na czas, twarzyczkę miała przyjemną, a i chętnie dzieliła się z gośćmi swoimi przeżyciami i opowiadała o niesamowitych przygodach. Zapewniało to Jamie Dzika tłumne odwiedziny. Dzisiejszy wieczór zapowiadał się spokojnie i sennie, lecz kiedy rozpuści wieść o powrocie Miry z pewnością znajdą się chętni do wysłuchania tego, co ma do powiedzenia.
— Podałbyś mi obiad do pokoju? — spytała, kierując się ku wąskim, nierównym schodom.
— Gorącą wodę też przynieść? — zapytał, lecz wystarczyło, że ujrzał wyraz jej twarzy, a uderzył się otwartą dłonią w czoło. — Oczywiście! Zmarzłaś jak pies przecie. Wiatr wyje w kominie, aż ciarki chodzą po plecach...
Nie słuchała do końca, ale wspięła się na ostatnie piętro. Jej pokoik – wielkością przypominający komórkę na miotły, lecz dla niej w sam raz – znajdował się na samym końcu korytarza. Zanim do niego weszła, po drodze zastukała do innych drzwi i nie czekając na pozwolenie, otworzyła je.
— Sła… boj? — zmieniła nagle ton z gniewnego na pytający, bo w ciemnym, dusznym pokoju nikogo nie było. Panował tam zaduch, jakby dawno go nie wietrzono, małe okienko zasłaniały grube zasłony. Pomieszczenie było nieco większe od tego, które zajmowała ona – tu oprócz łóżka, mieścił się również chybotliwy stolik, a na nim stały grube świece z malowniczo spływającym im po bokach zastygłym woskiem, piętrzyły się papiery i księgi w drewnianych obwolutach. Do tej pory jeszcze nie zdarzyło się, aby żerca – pogardliwie nazywany przez nią Słabojem – z własnej woli opuścił swoją samotnię. Zawahała się na progu.
Sam król – według oficjalnej wersji, w którą Mira nie pokładała wiary – zlecił jej i żercy Sławojowi zjeżdżenie całego Królestwa Polan i skatalogowanie gatunków pomroki i sposobów na walkę z nią, a wyniki ich wspólnej pracy stać się miały podręcznikiem dla przyszłych pokoleń wiedźminów. Dobór osób wybranych do tego zadania pozostawiał jednak wiele do życzenia. Niepiśmienna wiedźma i żerca z zestawem niemal wszystkich nazwanych fobii, który przez całe swoje dotychczasowe życie nie opuszczał Wielkiej Biblioteki w Gnieździe. Stanowili swoje całkowite przeciwieństwa i szczerze się nie znosili. Mira nie rozumiała wyimaginowanych strachów Sławoja, czym zyskał sobie złośliwe miano Słaboja. Tymczasem on gardził nieokrzesaną wojowniczką i traktował ją jak niegodną przebywania w jego majestacie służącą.
Wiedźma zostawiając za sobą ślady ubłoconych butów na podłodze, doszła do łóżka i delikatnie położyła na nim najmniejszą, plecioną z kolorowych rzemyków torbę. Po chwili zastanowienia wypakowała jej zawartość i starannie ułożyła na pościeli. Rozwinęła zawiniątka i spod białych szmatek wyjrzały trzy jasnobrązowe i nakrapiane złotem jaja. Były znacznie większe i cięższe od jakichkolwiek innych, które do tej pory widziała – kurzych, kaczych, czy gęsich. Kiedy wykradając je z gniazda raroga, dotknęła skorupki po raz pierwszy, nawet przez grubą skórę rękawicy czuła bijące od nich gorąco. Wtedy parzyły, teraz ciepło ledwie od nich biło, co napawało Mirę smutkiem. Żar-ptak był stworzeniem niebezpiecznym, lecz w swej straszliwości przepięknym. Kobieta, niczym troskliwa matka, odruchowo dotknęła brzucha opiekuńczym gestem. Tuż przy ciele pod ubraniem trzymała przywiązaną skórzaną sakwę, w której znajdowało się czwarte, wciąż gorące jajko. Sławój potrzebował ich do badań. Później miały zostać przekazane magom z Królewskiej Szkoły Magii na Sobótce, którzy wierzyli w ich ukrytą moc i użyteczność do rytuałów, bądź eliksirów. Natomiast wiedźma przeprowadzała prywatny eksperyment – podjęła próbę wyhodowania własnego raroga. Gdyby udało jej się wyszkolić go, niczym sokoła, byłby nieocenioną pomocą w prowadzonej przez wojowniczkę walce z siłami ciemności. Oprócz jaj rozłożyła też nieco wilgotne czerwono-złote pióra, aby szybciej wyschły. W ciemnym pokoju wcale nie wyglądały imponująco – mokre i wymięte. Jednak wystarczyło, że wystawiło się je na promienie słoneczne czy chociażby przy płonącym ognisku, a zaczynały się iskrzyć i świecić własnym blaskiem.
Już miała wyjść i pójść do siebie – nie marzyła o niczym innym jak o zrzuceniu ciężkich i lepkich od wody ubrań, czy zmyciu z siebie kurzu – lecz wzrok jej szkarłatnych oczu padł na jeden z rysunków ozdabiających notatki. Okrążyła łóżko i podniosła kartkę. Nie umiała odcyfrować żadnego z misternie wykaligrafowanych słów. Trafiła na wiedźmińskie szkolenie jako dziesięciolatka i najpierw poddano ją treningowi fizycznemu. Nauczono walczyć, tropić, czytać mapy. Kiedy jej opiekun uznał, że młodej wiedźmie przydałaby się również umiejętność czytania i pisania, była już nastolatką. Po kilku bezowocnych próbach nauki alfabetu, zniecierpliwiony mężczyzna w końcu się poddał. Jednak tym razem nie potrzebowała tych zdolności, aby zrozumieć przekaz. Obrazek przedstawiał bowiem żar-ptaka – a przynajmniej w wersji, w której w której go sobie do tej pory wyobrażano. Widziała takie ilustracje w starożytnych zwojach i manuskryptach, jakie pokazywano im podczas szkolenia. Tu raróg przypominał gęś z sługą szyją i grubym tłowiem. Tak naprawdę wyglądał bardziej, jak orzeł z potężną piersią i zakrzywionym dziobem. Na głowie miał złocisty, niczym korona pióropusz, a kuper ozdabiały mu długie i piękne, jak u pawia, lecz nie tak gęste pióra. Ogon był lekki i nie utrudniał magicznemu ptakowi błyskawicznych manewrów. O jego szybkości i zwinności miała niestety okazję się przekonać i z bliska spotkać z silnymi szponami. Oprócz dzioba i pazurów, jakby tego było mało, potrafił jeszcze ziać ogniem. Tego na rysunku nie uwieczniono. Pod nim u dołu strony umieszczono jeszcze obrazek złotych jaj – wierzono, że właśnie takie składa.
Do tej pory nie interesowała się pracą żercy. Nie mogła mu w niczym pomóc ani poprawić, a samo przebywanie w jego obecności dłużej, niż kilka minut szargało jej nerwy, więc nie widziała potrzeby w wtrącaniu się w jego część obowiązków. Przejrzała inne kartki w poszukiwaniu ilustracji odpowiadających opisom stworów, które do tej pory przekazała Sławojowi. Nie znalazła ani jednego i w jej głowie pojawiło się nieprzyjemne podejrzenie: a co jeśli ten parszywy tchórz fałszuje materiały, żeby jak najszybciej powrócić do swojej ukochanej, bezpiecznej biblioteki?!
"Jeśli śmiał… Jeśli śmiał to uczynić to – na pola Nawii! – niech się szykuje! Przekona się, czym jest sławny wiedźmi gniew!" uznała, zgrzytając zębami. Złość dopiero pełzała, zapalając swoje ognisko i paląc w jej piersi. Płomień nie rozszalał się jeszcze z pełną siłą. Kobieta nie zamierzała rzucać nie potwierdonych oskarżeń. Zgarnęła notatki z blatu i opuściła pokój. Nie wiedziała, gdzie Sławój się podział i kiedy wróci. W tej chwili i tak nie uwierzyłaby w jego wytłumaczenie. O ile w ogóle jakiegokolwiek zechciałby jej udzielić. Nie, musiała poszukać kogoś innego, kto potrafił odcyfrować pismo żercy. Zatrzasnęła za sobą drzwi własnego pokoju.
Najpierw zmiana ubrań, jedzenie, a potem mogła działać.
Na szczęście nie musiała czekać długo. Ledwie rzuciła sakwy w kąt –z kołczanu wysypały się strzały, ale nie miała siły się tym przejmować – i wyplątała się z płaszcza, a posłyszała pukanie. W tej samej chwili dotarł do niej zapach kaszy ze skwarkami, co wywołało burczenie pustego brzucha.
— Zostaw wszystko przed drzwiami — poprosiła, sięgając już do klamki. W ostatniej chwili patrząc na wystający spod koszuli nadgarstek, przypomniała sobie, że nie może otworzyć gospodarzowi. Lniany, biały rękaw nie zakrywał do końca nadgarstków, odkrywając kawałek nagiej skóry. Pokrytej małymi, bladoróżowymi łuskami.
Usłyszała krzątaninę. Stuknięcie ciężkiego cebra z gorącą wodą, który zapewne wniósł Szczecina. Mężczyzna oddychał ciężko i sapał jak miech. Potem cichszy dźwięk stawianej drewnianej miski przyniesionej przez córkę karczmarza. Dziewczynka cienkim głosikiem szeptała, wypytując ojca o ostatnią podróż Miry. Była bardzo zawiedziona, że nie mogła się z nią zobaczyć, ale cieszyła się, że wieczorem usłyszy nową historię. Czekała z niecierpliwością na zapadnięcie nocy.
Wiedźma nasłuchiwała, aż ich odchodzące kroki ucichną i dopiero wtedy otworzyła i wniosła przyniesione rzeczy. Kubeł ustawiła w kącie, a z miską w dłoni usiadła na łóżku. Z zapałem spałaszowała obiad. Była tak wygłodniała, że jeszcze nie połknęła jednego kęsa, a pakowała do ust kolejny. Stanowczo za wcześnie dokopała się łyżką do dna. Posiłek miło ciążył w żołądku, lecz wciąż nie była najedzona. Puste naczynie postawiła na stojącym obok posłania taborecie – były to jedyne meble w pokoju.
Mira wstała i zasunęła zasłonę, drugą ręką luzując tasiemnki koszuli. Ściągnęła ją przez głowę i rozwiesiła na ramie łóżka do wyschnięcia. Różowawe łuski ciągnęły się od nadgarstka, aż do barku – im wyżej się znajdowały, tym ciemniejszy miały kolor i twardszą strukturę. Już nie swędziały, chociaż na początku nie mogła przestać się drapać. Dwa miesiące temu podobne pojawiły się na udach. Zaczęło się od kilku tuż nad kolanem, a teraz obejmowały całą zewnętrzną część, aż do biodra. Jednak najgorszym problemem stały się dwa rzędy zrogowaciałych wypustek na plecach. Nie dość, że straszliwie swędziały to powoli rosnąc, czasami otwierały rany i krwawiły. Najczęściej ignorowała ten fakt, nosząc ubrania ukrywające zniekształcenia. Jedynie podczas kąpieli dokładnie badała, jak daleko posunęła się ta przypadłość.
Magowie skończyli pracę nad nią cztery lata temu. Wtedy nazywali ją swoim najdoskonalszym dziełem. Klęcząc na podłodze i mokrą ściereczką zmywając z pleców szlaczki zaschniętej krwi, zastanawiała się, czy posunęli się z postępami od tamtego czasu. Żywiła głęboką nadzieję, że tak i kiedy skończy powierzone przez króla zadanie, będzie mogła udać się na Sobótkę, zaufa po raz kolejny czarodziejom i znajdą sposób, aby powstrzymać trawiącą jej ciało chorobę.
Jeszcze zanim skończyła kąpiel, posłyszała delikatne stukanie we framugę okna.

Miasto Kielcami nazwane swój początek miało za czasów Księcia Mieszka, syna Leszka. Młodzian znanym był z odwagi i niezmierzonej siły. Na wieść o tym, że lud jego krwiożerczy Odyniec nęka, osobiście z Gniazda wyruszył i na potwora razem z drużyną polowanie zorganizował (...) Kiedy okrążyli monstrum, Książę odłączył się od grupy i sam ścigał Odyńca. Dzik wzrostem przewyższał nawet jadącego konno wojownika. Szable miał dłuższe niż słoniowe kły. Mieszko rozumiał, że w pojedynkę nie ma przeciwko niemu szans, lecz mimo to spiął wierzchowca i zaszarżował, celując włócznią między jego oczy. Niestety w ostatniej chwili zwierz machnął kudłatym łbem, a grot odbił się od twardej, niczym żelażna zbroja skóry. (...) Na polanę wgalopował biały, srebrnorogi jeleń na grzbiecie Dziką Boginię niosący. Włosy miała niczym trawy, skórę brązową jak drzewa. (...) Trwał wyrównany pojedyek między Boginią Łowów, a krwiożerczą bestią. Trafiała celnie, ale nawet na jej magiczną włócznię jego skóra pozostawała odporna. (...) Bogini upadła, lecz w ostaniej chwili Mieszko rzucił swoją dzidą. Trafił w skałę, lecz powstrzymał dzika przed stratowaniem Bogini. Zwierz wierzgnął, a Ona wbiła swoją broń w podniebienie potwora. Tak pokonano Kieleckiego Odyńca. Szable jego złożone są w chramie Dzikiej Bogini, a skórę przez lat wiele nosił Książę Mieszko i chroniła go lepiej, niż jakiekolwiek dzieło rąk ludzkich. Z Kroniki ziem królewskich, Anonim II Powieka drgała mu nerwowo za każdym razem, kiedy się denerwował, a w tej chwili przeżywał najgorszy atak złości od miesięcy. Zdawało się, że długa litania oczekiwań wobec Bestiariusza, który miał wykonać niedługo dobiegnie końca.
"Panuj nad sobą, panuj!" powtarzał sobie w myślach Sławój. Był kostycznym mężczyzną o bladej cerze – swoje całe życie poświęcił badaniu i przepisywaniu ksiąg w Wielkiej Bibliotece Gnieździeńskiej, więc nie często zdarzało mu się opuszczać mury tego szlachetnego przybytku. Jednak teraz jego twarz miała równie żywy odcień czerwieni, co szkarłatny płaszcz żercy, który nosił. Jeszcze do niedawna był Głównym Archiwistą, panem samego siebie, zarządcą najwspanialszej ostoi wiedzy w Królestwie i jej pracowników. Niemal równy stołecznemu Nadżercy, najważniejszemu ze wszystkich pięciu. A potem nagle zdegradowany i skazany na tułaczkę jednym rozkazem –ba! – kaprysem króla.
— Zrozumiałem. Postaram się wprowadzić uwagi Waszej Ekscelencji jak najprędzej i zdyscyplinuję wiedźmę – powiedział w końcu zduszonym głosem, schylając jasną głowę. Bynajmniej nie z szacunku dla siedzącej przed nim ofiarnicy przełożonej chramu Dziewanny – pomarszczonej jak śliwka, ale wciąż krzepkiej Sambory. Starał się w ten sposób ukryć swój wyraz twarzy. Znajdowali się w skryptorium. Podłużnym pokoju, w którym centralną pozycję zajmowały cztery blaty. W tej chwili schły na nich ukończone stronice, a w pomieszczeniu poza nimi nie było nikogo. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu, a także zapach papieru i farb.
— Obawiam się, że to nie wiedźma jest tu problemem, Sławoju – westchnęła kobieta. Jej głos był nieprzyjemny jak skrzeczenie wrony. Mężczyzna zacisnął dłonie w pięści. Kiedy uniósł wzrok, jego niebieskie oczy miotały błyskawicami. Ta złość nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia. Służyła Dziewannie, a to znaczyło, że była nie tylko kapłanką, ale też łowczynią, wojowniczką – nie z takimi rzeczami sobie radziła. Chuderlawy żerca był niczym w porównaniu do rozjuszonego niedźwiedzia. Niezrażona kontynuowała: — Zostało powierzone ci to zadanie, bo jesteś bardzo zdolnym kopistą i jednocześnie na tyle młodym, że możesz podjąć się tego wyzwania. Zacznij traktować je z należytą powagą. To nie jest kara…
— Ja to odbieram nieco inaczej i możecie mi wierzyć, że robię co w mojej mocy, aby ukończyć je jak najszybciej — odparł chłodno. — Czy to wszystko?
— Tak. Przemyśl to — odpowiedziała, a on ponownie sztywno zgiął przed nią kark i wyszedł z pokoju. W ostatniej chwili opanował się, żeby nie trzasnąć drzwiami. Szedł prędko, prawie biegł, a stare deski skrzypiały pod jego ciężkimi krokami. Chciał wydostać się jak najszybciej z tego miejsca, które przypominało mu aż do bólu ukochaną bibliotekę. Z ciemnego, wąskiego korytarza wypadł na arkadowy dziedziniec.
Przystanął na chwilę, mógł zobaczyć stamtąd chram stojący na wzgórzu pomiędzy potężnymi korzeniami Wielkiej Brzozy. Pokryty zielonymi, drewnianymi dachówkami wyglądał jak przycupnięty, skulony smok. Skojarzenie to pogłębiała czaszka legendarnego Odyńca wisząca na wieży górującej nad głównym wejściem. Święte Drzewo stało w centrum poświęconej ziemi, którą od reszty miasta oddzielały trzy mury. Sławój znajdował się w kompleksie mieszkalno-gospodarczym w drugim kręgu. Miał dobry widok, bo murek pomiędzy nim a ostatnim kręgiem nie był wysoki, lecz stał nad rzeką Silicą, która stanowiła dodatkową przeszkodę. Szemrała miarowo, głośniej niż zwykle, zasilna strugami deszczu, którego tak blisko pnia Wielkiej Brzozy wcale nie było czuć. Jedyną widoczną oznakę deszczowej pogody stanowiła zbyt wcześnie przbyła nocna ciemność, gdyż słońcu nie udało się przebić jednocześnie przez gęste chmury i koronę drzewa. Tak samo jak, wtedy gdy Sławój przybył tu za pierwszym razem – tak teraz zdumiewało go bogactwo przybytku Dzikiej Bogini, które nie ustępowało w niczym najbogatszemu chramowi Trójcy znajdującemu się w stolicy.
Zbiegł po kilku schodkach, przeszedł po wyłożonym kamieniami podwórzu i dopadł do stojącego przy bramie karego konia. Zwierzę wyczuwało jego zdenerwowanie i błyskając niespokojnie białkami rozszerzonych oczu, zatańczyło w miejscu. Żerca szarpnął za uzdę z siłą, o którą by się go nie podejrzewało ze względu na szczupłą sylwetkę. Opanowawszy wierzchowca, lekko wskoczył na siodło.
"Jak ta – ta wiedźma! – śmie twierdzić, że to nie kara?! I patrzyła mi prosto w oczy!" burzył się. Z wzajemnością nie pałali z Mirą do siebie sympatią, więc w ich słownych utarczkach jej zawód brzmiał w jego ustach zawsze jak najgorsza obelga. Przyzwyczaił się do tego tak bardzo, że nazywał w ten sposób każdą kobietę, która zaszła mu za skórę. "Ciekaw jestem jak by zareagowała, gdyby nagle pozbawili ją ciepłej posady i kazali biegać za demonami – demonami na Bogów! – po bezdrożach?! Nie po to zostałem cholernym bibliotekarzem! Rodzanice mają zaprawdę przednie poczucie humoru!"
Decyzję o swojej życiowej drodze musiał, wedle zwyczaju, podjąć niedługo po postrzyżynach, czyli w wieku siedmiu lat. Był najmłodszym z siedmiu synów wojewody mazurskiego – terenie świeżo zdobytym i bardzo niebezpiecznym. Nowe granice jeszcze się nie utrwaliły, o niektóre tereny wciąż trwały walki. Miejscowa ludność w wielu wsiach została odziedziczona wraz z ziemią i nadal nie spolonizowana – atmosfera buntu przeciwko najeźdźcy wisiała w powietrzu. Mogła wybuchnąć lada moment. Mały Sławój nie należał do silnych, nie tak jak oczekiwano po synu osławionego w boju wojewody, lecz był oczkiem w głowie matki. W młodym, bo zaledwie nastoletnim wieku straciła dwóch synów, których ojciec szkolił w wojennym rzemiośle. Pozostała trójka też wybrała tą ścieżkę, a jeden okazał się posiadać talent magiczny i został zwerbowany na Sobótkę – od tego czasu rodzina nie miała z nim kontaktu. Kobieta chciała zabezpieczyć przynajmniej przyszłość jednego z nich, więc od wczesnego dzieciństwa namawiała Sławoja do wstąpienia w szeregi żerców. Kiedyś to ona odwodziła go nawet od podejmowania najmniejszego ryzyka i tego trzymał się po dziś. W razie gdyby wszyscy jego bracia stracili życie w polu to musiał zostać ktoś, kto odziedziczyłby ojcowiznę opłaconą krwią i potem wojewody.
"I teraz sam król próbuje usunąć potencjalnych dziedziców, mimo że do tej pory ojciec wierny mu był jak pies!" złościł się, a gorycz wzbierała mu w sercu. Po tylu latach, które minęły od wyboru jakiego dokonał Sławój, z siedmiu zostało ich prawdopodobnie trzech. Wojownik, mag i kapłan. Albo dwóch, bo z jednym przecież nie można się było skontaktować i równie dobrze mógł być martwy od dawna. "Nie uwierzę, że Sambora nie zdaje sobie sprawy z sytuacji! Wieść ta ścigała nas od momentu, gdy opuściliśmy Gniazdo! Ojciec mógł postąpić samowolnie, ale to przecież jeszcze nie zdrada!"
Zarzewie niesnaski pomiędzy władcą, a jego wasalem stanowiła niezdrowa rywalizacja i konflikt wojewodów mazurskiego i mazowieckiego. Skończyło się niemal wojną domową. I niestety, o ile Mazowszanin się pokajał, tak Mazur szedł w zaparte. Nic dziwnego zatem, że król Mieszko zaczął podejrzewać ojca Sławoja o ambicję wybicia się na niezależność. Wystarczył cień podejrzenia, żeby on i wszyscy jego synowie stracili królewską łaskę. Łatwo było zastąpić młody i nieliczny ród, gdy zasłużonych w armii wielu, a stanowisk dla nich nie przybywało tak szybko.
Jeździec popędził wierzchowca, wypadli przez zewnętrzną bramę chramu na główny plac, przy którym stały najbogatsze domy – w tym również największy i należący do kasztelana kieleckiego. Bogato zdobiony i malowany budynek miał trzy piętra i najlepiej dowodził łaski, jaką Dzika Bogini darzyła to miasto. Na szczęście ulice były wyludnione, więc Sławój nie musiał wstrzymywać ogiera i prędko dotarł do karczmy. Jama Dzika nie podobała się żercy – ciasna, brudna i głośna – ale każda inna oberżza taka była i żadna nie spełniała wysokich standardów, do których się przyzwyczaił. Odprowadził konia do stajni, ale zadanie rozkulbaczenia go zamierzał zostawić komuś innemu. Żwawo skierował się ku drzwiom i …
— KAAAA! — ze środka rozległ się przeraźliwy, ptasi wrzask, a mężczyzna odskoczył zaskoczony. Zastygł z wyciągniętą dłonią, nasłuchując.
— Modliłam się do Boga Słońca przez trzy dni i trzy noce ukryta pod liśćmi. Wtedy żar-ptak krzyknął, odpowiadając na wezwanie Boga...
Rozpoznał mocny i dźwięczny głos Miry. Zgrzytnął zębami.
"Co ta idiotka sobie myśli?! Mówiłem jej przecież, że to zachowanie nie przystoi przedstawicielce króla! Znowu odgrywa wajdelotkę!" Jego gniew skierował się ku niefrasobliwej wiedźmie. Chciał wpaść tam, zrobić jej awanturę i wyładować swoją złość, a jednocześnie takie postępowanie uważał za poniżej swojej godności. Tymczasem ona kontynuowała opowieść:
— Żar-ptak rozpostarł swoje czerwono-złote skrzydła, a kiedy tak się stało… Mimo, że było południe i słońce stało już wysoko, wysoko... Nagle niebo zabarwiło się, jak przy zachodzie. Pojawiły się na nim płonące czerwone, żółte, purpurowe smugi…
— KAAA! — ponownie posłyszał ptasi krzyk.
Nie mogła chyba złapać raroga?!
Zaciekawiony Sławój wbrew sobie otworzył cicho drzwi i wszedł do środka. Chwilę zajęło, zanim oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku rozświetlanego jedynie przez ogień z paleniska i płomienie świec. Nikt nie zauważył jego nadejścia, bo wszyscy wpatrywali się jak zaczarowani w szczupłą postać opowiadającej. Stała przed barem tak jak zawsze okutana po sam czubek głowy w czarny, połatany płaszcz, mimo że w głównej sali było już gorąco. Na jej ramieniu wierciło się czarne ptaszysko.
— KAAAA! — krzyknął szpak na znak, jaki dała mu dłonią.
— Żar-ptak zamachał skrzydłami... A były ogromne! I wzbił się, lecąc wprost ku Słońcu! — powiedziała, chwytając za końcówki płaszcza i trzepocząc nimi. Ptak sfrunął z jej ramienia i stanął na blacie kontuaru. Korzytając z nieuwagi właściciela misy z kaszą, zaczął wydziobywać z niej skwarki.
Na sali odezwało się kilka zawiedzionych pomruków. Mieli nadzieję, że usłyszą o potyczce wiedźmy z legendarnym sługą samego Swarożyca.
—Nie zdążyłam nawet otrzepać się z liści i gałązek, pod którymi czekałam ukryta, a żar-ptak zniknął na horyzoncie! Szybszy niż wiatr! Szybszy niż najszybszy rumak, jakiego widzieliście! Szybszy od pikującego orła! — opowiadała, dalej gestykulując żywo. Strzepała z ubrania wyimaginowaną ściółkę, a potem przykryła oczy dłonią, jakby wypatrywała czegoś w oddali. — To była szansa, o którą się modliłam. Teraz czekała mnie trudniejsza część zadania. Musiałam wejść na drzewo…
Ktoś prychnął pogardliwie, czym zranił dumę wojowniczki. Uderzyła otwartą dłonią w bar, aż zastukały wszystkie kubki na nim stojące. Szpak poderwał się i wzleciał na belkę ponad jej głową. Patrzył na nią z wyrzutem.
— Nie było to zwykłe drzewo! Nawet nie takie, jak Święta Brzoza, która przy tamtym dębie wydaje się być taaaaaka malutka… — powiedziała poważnie, pokazując palcami kolosalną różnicę pomiędzy nimi. Rozeszła się fala ochów i achów wśród słuchaczy, którzy zrozumieli, że Mira odnalazła Niebiańskie Drzewo z przejściami do Nawii i Prawii. — Tak! — potwierdziła ich domysły, rozkładając szeroko dłonie. — Dostanie się do gniazda żar-ptaka… a nie było ono na szczycie, a zaledwie w połowie… zajęło mi resztę dnia i całą noc. Poświęciłam je na niezmordowaną wspinaczkę. Bez spoczynku, bez snu, bez posiłku.
Ostatnie słowo przypomniało ludziom o wciąż pełnych miskach, które przed nimi stały. Zawartość wielu z nich zdążyła już ostygnąć, gdy zasłuchani zapomnieli o bożym świecie. Zastukały miarowo drewniane łyżki. Sławojowi zaburczało w brzuchu, bo do chramu Dziewanny wezwany został niedługo po śniadaniu, a nastała już pora obiadu. Omówienie prac nad Bestiariuszem zajęło mu i Samborze z przerwami kilka godzin. Odczytała mu też list od przewodzącej Szkole Magii czarownicy Sobocie, która koordynowała ten projekt.
— W koronie Niebiańskie Drzewa, tak blisko Słońca, było gorąco… Goręcej niż tu. Goręcej niż w środku lata — mówiła, odrzuciwszy na plecy poły płaszcza i ocierając ramieniem pot z czoła. Tym razem miała na sobie czerwoną, haftowaną w żółto-niebieskie kwiaty koszulę, której rękawy dokładnie osłaniały nadgarstki, a nawet dużą część dłoni. — Gałąź, na której stało ogromne gniazdo, była szeroka jak ulica. Patrząc z góry na świat, wszystko inne wydawało się maleńkie. Tatry, jak porozrzucane po podłodze dziecięce zabawki. Morze w oddali jak kałuża. Jawia dla Bogów jest niczym mrowisko dla nas... I mimo naszych słabości i małości, Bogowie w swej chwale i miłosierdziu dbają o nas każdego dnia… — nie przerywając opowieści, wspięła się na blat. Stanąwszy na nim pewnie, podparła się pod boki.
— Chwała Im za to! — rozległo się chóralnie. Nawet, jeśli ktoś nie zgadzał się, co do szczodrości bóstw, bo akurat mu jej poskąpili to nie zamierzał przyznawać się do tego głośno. Niewezwani z imienia też mogli akurat podsłuchiwać.
—Wspięłam się na gniazdo. Wysokie było jak dom. I znalazłam pozostawione jaja — powiedziała. — Miały złote plamki i większe były od jakichkolwiek innych, które do tej pory widziałam. Jaja żar-ptaka były gorące w dotyku i…
Nagle otworzone drzwi uderzyły Sławoja w plecy, prawie zbijając go znóg. Postąpił kilka kroków naprzód i zatrzymał się tuż przed Mirą. On też dał się porwać opowieści, czego teraz żałował. Poprawił płaszcz, a potem nie zaszczyciwszy wiedźmy nawet spojrzeniem, pomaszerował ku krzywym schodom. Gdyby jednak zerknął za siebie to zauważyłby, że kobieta na sam jego widok zacisnęła pięści ze złości. Wyglądała jakby świeżbiła ją dłoń, aby pochwycić najbliżej stojący kubek i cisnąć nim w jasną głowę żercy.
Tymczasem on nieświadom grożącego mu niebezpieczeństwa, pośpieszył do własnego pokoju. Ledwie stanął w progu i wiedział, że coś było nie tak. Zamrugał. Przetarł oczy zdumiony. Cała krew odpłynęła mu z twarzy.
— Nie — szepnął, pobielałymi wargami. — Nie. Nie, nie! Nie!!!
Podbiegł do stołu i dotknął blatu, jakby nie dowierzając własnym oczom. Papiery znikły. I jak ich nie było tak nie ma. Padł na kolana. Zajrzał pod stół, pod łóżko. Nic.
— Nie! — wrzasnął.
Jak Dola może być tak okrutna?!
Zbiegł po schodach, a poły płaszcza powiewały za nim malowniczo. W oczach miał szaleństwo.
— Szczecina! — wrzasnął, uderzając dłońmi o blat baru. — Szczecina!!!
Tak wywowałany gospodarz wyskoczył z kuchni, ocierając dłonie o fartuch.
— Tak?! Pali się, czy co? — spytał przestraszony. Do tej pory Sławój nie sprawiał kłopotów, więc te krzyki bardzo go zaskoczyły.
— Kto? Kto był w moim pokoju?! — burzył się żerca, ledwo mogąc ustać w miejscu. Nogi podrygiwały pod nim nerwowo, jakby chciał rzucić się biegiem i ścigać złodzieja. Na czole i szyi nabrzmiały mu żyły.
— Skąd mam niby wiedzieć… — odparł karczmarz, podpierając się pod boki. Marszczył brwi w zamyśleniu. — A to coś zginęło, czy jak?
— Tak!
— Ano to straż trzeba będzie wezwać. I następnym razem cenne rzeczy przy dupie nosić — odburknął niezadowolony. Do tej pory udawało mu się dopilnować zajazdu i nikt na złodzieji się nie skarżył. Strapiony właściciel przeczesał grubą dłonią krótkie, twarde włosy, którym zawdzięczał swoje imię.
— Nie trzeba — przerwała im głośno Mira, a wszystkie spojrzenia ponownie zostały utkwione w niej. Stanęła z rękoma założonymi na piersi, wyprostowana i z uniesionym podbródkiem, chociaż spod kaptura nie widać było reszty twarzy. Przywołała ruchem dłoni szpaka, a on usiadł jej na ramieniu. Czarne jak paciorki oczy utkwił w żercy.
Wiedźma wcale nie miała ochoty na takie bezpośrednie starcie przy świadkach, jednak nie mogła pozwolić, by Sławój sprawiał kłopoty Bogu ducha winnemu karczmarzowi. Zwłaszcza, że to zamieszanie poniekąd było jej winą. Wcześniej tego dnia zapiski do Bestiariusza pokazała najpierw Szczecinie. Może nie wyglądał, ale w piśmie trochę był uczony, chociaż zaledwie umiał rozczytać najprostsze słowa i liczby. Na szczęście dla niej znał kupca mieszkającego tuż przy rynku, który potrafił Mirze pomóc. Jednak odnalezienie go i wspólne odczytanie materiałów potrwało dłużej, niż się spodziewała, więc po powrocie do gospody zostawiła je u siebie i szybko zbiegła do głównej sali, bo publika już na nią czekała.
— To ja je zabrałam. Jesteś kłamcą, tchórzem i zdrajcą. Sam król się o tym dowie!
— Ooo… — chóralnie westchnęli widzowie. Nagle zrobiło się jeszcze ciekawiej.
— O czym ty bredzisz? — prychnął. — Gdzie one są?
— Odczytałam je…
— Ciekawe jak? — zakpił, unosząc wysoko jedną brew.
— To twój najmniejszy problem — warknęła, postępując ku niemu jeden krok. Kurczowo zaciskała palce na swoich przedramionach. — Nie ma w nich żadnej z informacji, którą zdobyłam! Ilustracje też są kłamliwe, a przecież dokładnie ci opisałam każdego z nich! Z opisem żar-ptaka nie czekałeś nawet, aż wrócę!
Cofnął się przed nią. Otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale nie wydobył się z nich żadnen dźwięk. Kolory to wypełzały, to schodziły z jego twarzy. Jednak szybko przywołał się do porządku. Tu chodziło o jego życie, musiał skończyć z tą farsą tworzenia Bestiariusza jak najszybciej. Nic innego się nie liczyło.
— Gdzie. Są. Moje. Notatki? — wycedził, zgrzytając zębami.
— Spaliłam — palnęła, chociaż nie była to prawda, a on wyglądał, jakby uderzył go piorun. — I tak były bezwartościowe...
I na tym ich rozmowa się skończyła, bo Sławojowi puściły wreszcie nerwy i uniósł rękę, jakby chciał uderzyć, czy szarpnąć Mirę. Błąd. Była wiedźmą. Zabijała potwory. Jak mógł myśleć, że coś takiego puściłaby mu płazem? Jeszcze zanim zdążyła się zastanowić, jej ciało zareagowało odruchowo. Żelaznym uściskiem pochwyciła jego nadgarstek, okręciła się i przerzuciła go rzutem przez ramię. Wylądował z hukiem na ścianie i stracił przytomność.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 108
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Bestiariusz

Post autor: Ag. » 04 sierpnia 2017, 00:01

Gdzie reszta??? Żądam reszty!!! Natychmiast!!!

Uff, już, już, złapałam oddech, już jestem spokojna. Bardzo mi się ten tekst podoba! Świetnie się go czyta, wciągnął mnie i naprawdę poczułam się rozczarowana, że się urwał, więc z zaciekawieniem czekam na jeszcze.

Przede wszystkim podoba mi się główna bohaterka, i jej charakter, i jej historia, w szczególności ten fragment o łuskach pokrywających jej ciało. Naprawdę zrobiło mi się jej żal, gdy czytałam, że powoli rosnące na jej plecach kolce szczypią, bolą i jeszcze otwierają nie mogące się zagoić rany... świetny opis i ciekawy pomysł. Natomiast fakt, że z takim przejęciem opisuje swoje przygody dodaje jej głębi. Bo nie jest tylko ponurą wiedźmą, morderczynią potworów, do tego podejrzliwą względem własnego partnera, która zbyt wiele przeszła by czuć jakąś radość w życiu. Ma też jakiś wesoły element charakteru, bo przecież wcale nie musi zabawiać tych ludzi. I wyobrażałam sobie, że zupełnie inaczej będzie to robić – a ona opowiada swoje przygody w taki przesadzony, głupkowaty sposób, gestykuluje i w ogóle. Rozczuliło mnie to, bo w moich oczach ociepliło tę postać.

Natomiast to co mnie bryzie, to jej relacja z Sławojem. Dużo piszesz o tym, jak bardzo się te postaci nie lubią, ale ponieważ aż do samego końca nie pokazujesz żadnej interakcji między nimi, to ta niechęć Miry wydaje mi się mocno dziecinna i przesadzona. Wścieka się na samą myśl o nim, zaciska pięści na jego widok... wolałabym, żebyś mi jako czytelnikowi pokazała, z czego się ta nienawiść bierze. Problem leży też w tym, że pierwsze starcze między Mirą a Sławojem od razu dotyczy bardzo poważnej sprawy – i gdyby od tego tekst się zaczynał, rozumiałabym, że Mira może czuć się oszukana, a przez to zła. Ale jej niechęć jej wcześniejsza i w zasadzie bez żadnego powodu. Przydałby się jakiś konkret.

Co zaś do Sławoja... cóż, jest zgorzkniały. I trochę brakuje mu uroku kogoś, kto czuje się zagubiony i zalękniony nieznanym mu światem. Sławoj jest po prostu wkurzony i jak na razie to jedyna cecha jego charakteru. Gość po prostu nie chce tu być i nie chce robić tej roboty. Dla mnie to trochę za mało, żeby go lubić albo żeby chociaż się nim przejąć. Zakładam jednak, że te jego niedokładne notatki miały jakiś sens i czekam, żeby go poznać.

Uwagi z łapanki:
przybuduwek
przybudówek
aby żerca – pogardliwie nazywany przez nią Słabojem – z własnej woli opuścił swoją samotnię.
Mira nie rozumiała wyimaginowanych strachów Sławoja, czym zyskał sobie złośliwe miano Słaboja.


Powtarzasz tę informację w dwóch kolejnych akapitach. Moim zdaniem tę pierwszą wstawkę spokojnie możesz wywalić, druga lepiej wszystko tłumaczy.
a przynajmniej w wersji, w której w której go
Powtórzenie.
Tak naprawdę wyglądał bardziej, jak orzeł
Zbędny przecinek.
— Ja to odbieram nieco inaczej i możecie mi wierzyć, że robię co w mojej mocy, aby ukończyć je jak najszybciej — odparł chłodno. — Czy to wszystko?
Mam wrażenie, że Sławoj odezwa się tu trochę zbyt poufale i bezczelnie. To jest właśnie to, co przeszkadza mi w jego postaci. Nawet w obliczu autorytetów nie próbuje ukryć swego niezadowolenia albo udawać, że pracuje najlepiej jak może. Jest trochę jak naburmuszony nastolatek.
Tak samo jak, wtedy gdy Sławój
Tak samo jak wtedy, gdy Sławój...
"Jak ta – ta wiedźma! – śmie twierdzić, że to nie kara?! I patrzyła mi prosto w oczy!" burzył się. Z wzajemnością nie pałali z Mirą do siebie sympatią, więc w ich słownych utarczkach jej zawód brzmiał w jego ustach zawsze jak najgorsza obelga. Przyzwyczaił się do tego tak bardzo, że nazywał w ten sposób każdą kobietę, która zaszła mu za skórę.
Niby wiem, o co chodzi, ale jest to napisane jakoś pokrętnie. Jak dla mnie do przeredagowania, żeby brzmiało lepiej i jaśniej.
Był najmłodszym z siedmiu synów wojewody mazurskiego – terenie świeżo zdobytym i bardzo niebezpiecznym.
Podmioty się kićkają, nie wiadomo, do czego się niebezpieczny teren odnosi.
tą ścieżkę
Tę.
odwodziła go nawet od podejmowania najmniejszego ryzyka
...odwodziła go od podejmowania nawet najmniejszego ryzyka.
W razie gdyby wszyscy jego bracia stracili życie w polu to musiał zostać ktoś
Stracenie życia w polu brzmi, jakby wpadli pod traktor. Życie traci się raczej „na polu walki”.
od przewodzącej Szkole Magii czarownicy Sobocie
Od przewodniczącej Szkoły.
W koronie Niebiańskie Drzewa,
Niebiańskiego.
znóg
z nóg
złodzieji
A już przy superbohaterach mówiłam, że masz skłonność do tego błędu!
I na tym ich rozmowa się skończyła, bo Sławojowi puściły wreszcie nerwy i uniósł rękę, jakby chciał uderzyć, czy szarpnąć Mirę. Błąd. Była wiedźmą. Zabijała potwory. Jak mógł myśleć, że coś takiego puściłaby mu płazem? Jeszcze zanim zdążyła się zastanowić, jej ciało zareagowało odruchowo. Żelaznym uściskiem pochwyciła jego nadgarstek, okręciła się i przerzuciła go rzutem przez ramię. Wylądował z hukiem na ścianie i stracił przytomność.
Jakoś mi ten fragment stylem nie pasuje do reszty. Jakbyś chciała już koniecznie zamknąć tę scenę i trochę za bardzo przyspieszyłaś opis. Poza tym samotny "Błąd." i cała konstrukcja tego akapitu przypominają mi Kruczarza :D Dziwię się też, jak oni wdali się w bójkę, skoro on stał przy karczmarzu, a ona na stole.

A w ogóle jakbyś nie wiedziała, to czekam na ciąg dalszy!
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Bestiariusz

Post autor: Siemomysła » 07 sierpnia 2017, 18:39

Będzie krótko (wiem, ostatnio zawsze jest krótko :bag:):
Podoba mi się bardzo. Szczerze - najbardziej z Twych tekstów, które do tej pory czytałam. Podoba mi się wizja Wielkiej Brzozy, postać Miry - w ogóle lubię ten początek, tę drogę w deszczu, to, że znalazł się pozytyw - że deszcz pognał Wredotę <3 to są zwyczajne niby rzeczy, ale cudnie jak się je wykorzysta, jak Ty to zrobiłaś. Bardzo, bardzo tak. Fajne jest, że nie umie czytać. Może tylko niepotrzebne mi się zdało wyjaśnienie, jak to się stało, że nie umie, bo tak naprawdę dałaby radę, gdyby chciała, nieważne, że już była nastolatką. Po prostu było to mało ważne, a ja odebrałam wyjaśnienie tak, że ona nie miała już szans ze względu na wiek. Słabój - Sławój to też jest fajne - podoba mi się to, że ona może tak nawet do niego wołać i udawać, że nie wie o co chodzi, jak on się wkurza xD bo to są na tyle podobne głoski, że może twierdzić, że wcale nie powiedziała Słabój xD (może głupie, ale mi to pasuje do tej jej teatralnej opowieści i do tego widzenia pozytywu w deszczu - ona jest wesołą osobą i optymistką - podejście do przemiany, że może dadzą radę jej pomóc <3). Natomiast popieram Ag - teraz Słaboja proszę jakoś bardziej, bo czuję, że jak oni się wreszcie do siebie przekonają (choć odrobinę) to mogą być świetnym duetem i chciałabym jego też lubić. Tak. Po prostu chciałabym jego też lubić, mieć za co. Znać go lepiej. No chyba, że jak go poznam, to się okaże, że nie mam za co lubić. Ale jakoś mi się nie wydaje. No. Zaplątałam się. Wrzucaj dalej. Cały pomysł na Bestiariusz mi się podoba. I jakoś tak czuję ten świat. Działaj.

Oraz: jak zobaczyłam komentarz Ag, to pomyślałam, że nie ma potrzeby łapankowania :bag:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1776
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Bestiariusz

Post autor: Kruffachi » 08 sierpnia 2017, 13:03

Podpiszę się pod tym, że chyba najprzyjemniejszy z Twoich tekstów, jakie tu zawisły.

Ale mam dużo "ale" i ten kawałek zawiera ślady frustracji oraz orzeszków arachidowych. Pierwsze "ale" jest stylistyczne po części, a po części wiąże się z moimi zarzutami wobec bohaterki. Przy czym - dla jasności - zrobiłam sobie taki wewnętrzny test na sprawdzenie, czy moje "ale" nie wynikają z wpojonej kulturowo podejrzliwości do bohaterek kobiecych, zwłaszcza tego typu. Ale nie, niestety. Gdyby Mira była mężczyzną, raziłyby mnie dokładnie te same rzeczy, choć, o czym później, nieco inaczej bym je odebrała. Po pierwsze, to jaka jest ach i och, jak jednoznacznie ma tu rację od samego początku, jest silniejszą, piękniejszą i w ogóle zaje**stszą częścią duetu niesłusznie krzywdzoną przez los, skontrastowaną z tchórzliwym, małostkowym, nieurodziwym i knującym nieuczciwie Żercą, który marnuje jej poświęcenie (i jednocześnie zdobywa siłą rzeczy mój głos, bom przekorna), jak rozpaczliwie stara się zdobyć sympatię czytelnika i jak mocno - przynajmniej u mnie - ją tym traci. To widać nawet w języku i tu wracam okrężnie do tego "ale" stylistycznego. Jej oczy nie są po prostu czerwone, a szkarłatne. Grzywa jej konia nie jest po prostu czarna, a żywo czarna. Usta są malinowe. To niby drobiazgi, ale jednak taki dobór epitetów mocno ukierunkowuje odbiór, zwłaszcza że po tę grupę sięgasz tylko, opisując Mirę i jej najbliższe otoczenie. To zdradza Twój stosunek do niej, ale nie przekłada się na mój stosunek. Gdybym czytała tak napisanego mężczyznę, różnica polegałaby może na tym, że patrzyłabym na niego z lekką pobłażliwością. Kobieta mnie nieco wkurza, bo niestety wpisuje się w pewien szczególny sposób prowadzenia postaci kobiecych - jakby to, że jest ona kobietą, wymagało jakiejś kompensacji w udowadnianiu, że jest lepsza od mężczyzny. A niech będzie po prostu sobą, do pierona! Niech będzie przede wszystkim pełnowymiarowa i dobrze skonstruowana. Nie musi mi niczego udowadniać.

I ostatni czep, już techniczny - ta czcionka, którą dałaś zapiski, jest totalnie nieczytelna. Musiałam sobie kopiować tekst do pliku, żeby go odcyfrować.

Ale skoro już wylałam swoje łzy, przejdę do tego, co mi się podoba. Po pierwsze, jest to świat, choć, jak pisałam na SB, chwała Ci za ostrzeżenie, że będzie groch z kapustą, bo nie powiem - w wielu miejscach się po prostu zwieszałam, nim nie przestawiłam się na tryb popkulturowej mozaiki składanej z ogromną dozą swobody i rule of cool. Ale kiedy się już przestawiłam, uciszyłam natrętną mendę, która czasami Mieszka, czasami pierwszych Piastów, specyfiką polskiego średniowiecza i śladami słowiańskich wierzeń zajmowała się kiedyś nałogowo, zaczęłam ten barwny patchwork doceniać i czerpać z niego dużo radości. Świat wyszedł żywy, intrygujący i z dużym walorem rozrywkowym wróżącym fajną, nieomal postmodernistyczną zabawę. I tak sobie myślę, że w ostatecznym rozrachunku to właśnie ten świat jest najfajniejszy.

Drugi aspekt godzien pochwały to punkt wyjścia dla historii. Masz duet bohaterów - czegokolwiek bym o nich pojedynczo nie sądziła - dobranych bardzo dobrze, na zasadzie samonapędzających się przeciwieństw, w dodatku zmuszonych do współpracy. Każdy z nich ma swoje motywacje i swoje metody, a także zarysowane już cechy, które będą się od siebie odbijać i nakręcać jak te sprężynki w mechanizmie. Jeśli poprowadzisz ich konsekwentnie, to zrobi Ci opowieść samo z siebie. Może ja bym wolała nieco bardziej równomierne rozłożenie akcentów "pozytywnych" i "negatywnych", ale to pierwsza wstawka i po cichu liczę na to, że wady okażą się jeszcze zaletami (i na odwrót). Szkoda byłoby po prostu zmarnować potencjał duetu na jednostronne jego ciągnięcie przez Mirę.

No i w ogóle bardzo ładnie, bardzo czytelnie zarysowujesz także fabularny punkt wyjścia. Jak o tym myślę, to wstawka ta była pełna informacji, ale podczas ich przyswajania, nawet nie zauważyłam, że mi je pakujesz do głowy. Wszystko znakomicie ubrałaś w akcję, w wydarzenia, w scenki, w dialogi i w opowieść Miry, która też nie została poprowadzona jako monotonny blok monologu. Wszystko tu się rusza, żyje. Lubię bardzo.

I czekam na ciąg dalszy ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ