Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Lód z płomieni

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 26 czerwca 2017, 15:32

Mam teraz wrażenie, że zepsułam sporo rzeczy, niektóre przez redakcję, niektóre przez bezmyślność, ale choć teraz serio będę srać ogniem przed każdą następną wstawkę, biorę to na klatę albowiem jeszcze się nie zdarzyło, abym nie zaliczyła w tekście jakiejś wielkiej wtopy. Zapewne dotychczasowe nie są jeszcze naprawdę wielkie, wielkie dopiero nadejdą. Takie, że aż się spalę ze wstydu przez samozapłon.

Kass:
Nawet Kruczarz mi się podoba miejscami.
Szok. Niedowierzanie. Zbiorowa utrata przytomności. O.o
Klawisz pasuje do tego ładnego quasi średniowiecznego świata jak... no nie pasuje wcale. Parę razy w tekście go tak nazywasz. Wszystkich nie wypisywałam. To pierwszy ze zgrzytów, ten najmniejszy.
Przyznam szczerze, że nie miałam innego pomysłu, żeby nie powtarzać nieustannie słowa strażnik.
Quintin jest na razie jedynym dzieckiem, do którego czuję
Co czujesz? Nie dokończyłaś zdania.

Kruff:
Kwestią sporną pozostają te "współczesne" wtręty typu BHP. Będziesz robić, jak uważasz, ale wyrażam swoje zdanie i ja też ich za bardzo nie lubię. Utrudniają mi wczucie się w świat i zaburzają jego obraz.
Więcej nie będę. :bag:
Urbinan coraz mniej mnie też przekonywał swoim zachowaniem. Ta scena, w której lata zakrwawiony i szuka swojej córki, bo dzieci mu tak kazały, mnie aż zatrzymała. Zamrugałam kilka razy, bo w normalnej rodzinie wydaje mi się to trudne do wyobrażenia, a co dopiero w rodzinie cesarskiej.
Wiem, że może pojechałam po bandzie, ale jakoś inaczej mi ta scena nie pasuje. Jeśliby Urbinan wysłał posłańca, to by został z książętami zamiast Armelii? No gwardziści, ale gwardziści nie będą uspokajać cesarskiego syna. Gdyby miała przyjść razem z nimi, trochę by to potrwało, biorąc pod uwagę, że jeden z nich nie widzi. Mogłaby przyjść z samym Decemem, ale chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego jest mi to nie na rękę... W ogóle nawet jakby się z wszystkimi w to jedno miejsce zwaliła to w jednym miejscu nagle zrobiłoby się ciut dużo osób.
Poza tym Octavius przecież ojcu nie rozkazuje, on go prosi. Może w cesarskiej rodzinie jest to mało prawdopodobne, ale w normalnej to chyba... normalne?
Nie wiem teraz, jak rozwiązać ten problem, bo skoro dwie osoby niezależnie od siebie zwróciły na ten moment tak wielką uwagę, to kwestia jest raczej istotna.
Bo przez moment to właśnie tak wygląda, jakby Kruczarz był panią z dziekanatu i kolejne osoby przychodziły do niego z petycjami.
Mówiąc szczerze, nie bardzo sobie wyobrażam, by każdy książę po kolei miał go transportować z tej celi do siebie. Pomijając kwestie organizacyjne, Nean dopiero by się mógł poczuć specjalny.
Oczywiście problem z kompozycją rozumiem, sama o tym myślałam, nawet chyba rozmawiałyśmy w tym temacie, ale cóż... :bag:
ale to w ogóle dość dziwne, zważywszy że Nean nie jest jedynym więźniem, a tylko do niego te pielgrzymki chodzą.
No nie każdy czarnoksiężnik tam rozpierdzielił całą armię w ciągu godziny.
Zakładam, że do aż takiego rozrostu infrastruktury nie doszło z dnia na dzień, zwłaszcza że nastoletni chłopiec pewnie też potrzebował czasu, żeby w ogóle uniwersytet zorganizować.
Mam wrażenie, że doszło do nieporozumienia, bo to przecież nie Xarem wszystko zorganizował, od niego wyszła idea, a wszystkim się zajęła cesarska administracja. Książę zorganizował co najwyżej swoją późniejszą ucieczkę z dworu.
Ostrzę też sobie zęby na Septurina, bo skojarzyło mi się to, co się z nim dzieje, z matką Neana.
Pod jakim względem?


A teraz sprawa cesarza i jego rodziny. To oczywiście fragment skierowany do was obu i z chęcią dowiedziałabym się, co o tym myślicie.

Gdzieś padła uwaga, że to chyba niemożliwe, że Urbinana dał radę pokonać swoich sześciu starszych braci. Dla mnie tutaj leży cały jego problem - gościu ma wyrzuty sumienia. Nie ma przy tym zagrożenia, iż ktoś wykorzysta tę słabość, bo całą rodzinę wymordował, łącznie z bratankami, kuzynami i innymi. Teraz chce wychować swoje dzieci po ludzku, tak by ojciec nie był dla nich panem i władcą, co prowadzi do tego, że staje się dla nich zbyt wyrozumiały, pozwala sobie wchodzić na głowę. A że pozwala dzieciom wchodzić sobie na głowę, one zachowują się jak się zachowują... Wiem teraz, że tego nie widać, ale Urbinan w kontaktach z innymi, tymi spoza rodziny, nie miał być ofiarą losu jak przy swoich wychowawczych próbach.

W kwestii słownictwa Urbinana mam na swoje usprawiedliwienie tylko to, że dla mnie jest to władca, który może sobie gadać, co chce i nikt nie ma prawa zwrócić mu uwagi. Zwłaszcza, kiedy cierpliwość mu się kończy. Zwłaszcza, że dworska sztuczność i ceremoniał są rzeczami, które w jego mniemaniu doprowadziły do rodzinnej tragedii.

Nie wiem, jak sobie teraz z tym wszystkim poradzę, zapewne polegnę, ale przynajmniej pochowajcie mnie godnie, ok?

Dzięki za odzew.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 27 czerwca 2017, 14:57

Quintin jest na razie jedynym dzieckiem, do którego czuję
Co czujesz? Nie dokończyłaś zdania.
Moja wina, bo za dużo chciałam napisać naraz, żeby nie zapomnieć. Już wyedytowałam post. Chodziło mi o to, że go lubię.
Jeśliby Urbinan wysłał posłańca, to by został z książętami zamiast Armelii?
Hmm, na przykład służący, którzy tam byli z Armelią? No chyba, że chcesz powiedzieć, iż Armelia sama się zajmuje trzema kalekimi dziećmi (i sama jedna je tam zaciągnęła do ogrodów)? Oni tam nie mają żadnych piastunek, żadnej służby, żadnych gwardzistów do ochrony? Co to za cesarstwo w takim razie? To wychowanie z barierami, nad którym tak biada Urbinan polega właśnie na tym, że już małe dzieci zabiera się spod ścisłej opieki rodziców, a powierza służbie i nauczycielom, przez to właśnie się
tworzą bariery. Dzieci cesarskie, zwłaszcza kalekie powinny mieć piastunki. Tym bardziej, że siostra może kiedyś wyjść za mąż np. dla przypieczętowania jakiegoś politycznego sojuszu, a Armelia lepiej (sądząc z tego opisu) nadaje się do tego od „męskiej” siostry, bo z takim usposobieniem na pewno lepiej by podtrzymywała przyjazne relacje z państwem ojczystym. Poza tym, skoro cesarz tak biada na bariery, to skąd pewność, że z nim dzieci by zostały?
W ogóle mam takie wrażenie jakby ta cesarska rodzina mieszkała w tym wielkim pałacu sama, podczas gdy wokół powinno się kręcić bez liku szambelanów (czy kogoś w tym rodzaju), służących, gwardzistów, jakichś dam dworu, może nawet eunuchów. Taka trochę próżnia powstaje.
No i popatrz o tej szczególnej roli Armelii i jej relacjach z bratem mówisz nam dopiero tu. Specjalnie przejrzałam jeszcze raz tę scenę. Tam cesarz – kiedy motywuje to, że Armelia wciąż jest panną – mysli sobie tylko, że, bo jest taka miła i rozsądza spory. Nie ma nic o więzi z bratem, a może powinnaś o tym wspomnieć.
I nadal będę obstawiać przy tym, że cesarz nie powinien tak sobie chodzić o córkę, bo syn go poprosił. To nie wygląda normalnie.
Gdzieś padła uwaga, że to chyba niemożliwe, że Urbinana dał radę pokonać swoich sześciu starszych braci. Dla mnie tutaj leży cały jego problem - gościu ma wyrzuty sumienia. Nie ma przy tym zagrożenia, iż ktoś wykorzysta tę słabość, bo całą rodzinę wymordował, łącznie z bratankami, kuzynami i innymi.

Jezu, on jest chyba nawet gorszy niż cesarz Yongzheng O.o
Trudno mi uwierzyć w to, że ma wyrzuty sumienia, skoro nawet nie wiem, czemu on właściwie tę całą rodzinkę wymordował i w jaki sposób, bo to też jest ważne.
Można mieć wyrzuty sumienia, a jednocześnie nie być słabym. Cesarz wygląda na słabego. Tym bardziej więc się zastanawiam, jak on się na tym tronie utrzymuje (i że niczego się nie boi) i jaka jest pozycja cesarza w systemie władzy. Bo ani mi to nie wygląda na mandat nieba, ani na bycie spokrewnionym z bóstwem (nie bez powodu najdłużej rządząca dynastia jest w Japonii) - to by był dobry argument bezkarności. No więc co? Silna, karna i lojalna armia? Aparat urzędniczy? (Lubisz historię, to
pewnie wiesz dużo o potędze i upadku Rzymu-; wiadomo jak tam się zmieniali na tronie, mimo że cesarstwo jako całość długo pozostało silne). Ale wróć-; było jakieś powstanie (w dodatku krwawo stłumione), więc nie jest jednak tak bajecznie jak nas przekonujesz na początku. Dla mnie ten cały obraz polityki i stosunków wewnętrznych jest nadal nieco zagmatwany, a przez to niespójny. Jakbyś zbyt wiele rzeczy przemilczała, żeby nie zanudzać czytelnika, a by się przydały.
Wymordowanie większości rodziny też tak nie do końca zapewnia bezkarność. Trochę to zaczyna pachnieć tyranią. Zawsze są rodziny żon, rodziny małżonek synów (któryś chyba jest żonaty) - tylko nie mów, że ich też wymordowano, albo kapłani. Skoro jeden z synów jest fanatykiem, to stanowi idealne narzędzie dla ewentualnej ortodoksyjnej grupy. Jakie ma Urbinan zasługi dla państwa? Uniwersytet czy coś bardziej konkretnego?

W kwestii słownictwa Urbinana mam na swoje usprawiedliwienie tylko to, że dla mnie jest to władca, który może sobie gadać, co chce i nikt nie ma prawa zwrócić mu uwagi. Zwłaszcza, kiedy cierpliwość mu się kończy. Zwłaszcza, że dworska sztuczność i ceremoniał są rzeczami, które w jego mniemaniu doprowadziły do rodzinnej tragedii.
Właśnie-; DLA CIEBIE. Kolejna rzecz, którą nam mówisz, a która nie bardzo mi wynika z treści.
Gdybyś np. pokazała go w rozmowie z jakimś generałem albo ważnym kapłanem i cesarz by sobie używał rynsztokowego języka, a tamci mu nie mogli podskoczyć, to może bym uwierzyła.
Taka słowna bezkarność też musi z czegoś wynikać, a nie tylko z faktu, że ktoś nosi koronę lub diadem (znów wracamy do skąpości opisania systemu i pozycji władcy - nie będę się powtarzać)
Poza tym jak ten ceremoniał doprowadził do tragedii, bo jakoś nie pamiętam tego z tekstu. Przeoczyłam? Teraz natomiast cesarz ma w rodzinie fanatyka religijnego, a ten eee bodaj szósty syn to sobie bezkarnie zżyna ludzi, więc chyb też nie jest do końca dobrze.

Nie przedłużając - na pewno masz w głowie jakąś spójną koncepcję państwa i cesarza, chciałabym aby bardziej uwidoczniła się w tekście.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 27 czerwca 2017, 15:56

Nie przedłużając - na pewno masz w głowie jakąś spójną koncepcję państwa i cesarza, chciałabym aby bardziej uwidoczniła się w tekście.
Teraz się obawiam, że mogę nie mieć okazji. :bag: Dalej jest chyba tylko jeden rozdział napisany znowu z perspektywy cesarza. Są jeszcze dzieci, ale one wiadomo, że tak mniej się do tego nadają.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 27 czerwca 2017, 16:25

No właśnie dzieci nadają się świetnie ;) Chętnie bym się dowiedziała, jak to wygląda z ich perspektywy, jak odbierają ten galimatias, to siedzenie na kupie i zachowanie ojca w kontekście przyszłości państwa. Zakładam też, że widzą zachowanie cesarza, kiedy obok znajduje się osoba trzecia. Ale też tak sobie myślę, że zakroiłaś ten dwór na tak ogromną skalę, że on Ci się po prostu nie mieści w opowiadaniu, nawet takim nieco dłuższym. Może po prostu elementów jest za dużo i dlatego nie zagrało. A co do samej motywacji Urbinana, to ona jest bardzo naiwna - zwłaszcza przy tak licznym potomstwie - i OK, przyjmuję ją, ale to by się nie udało i raczej powinien się mierzyć z konsekwencjami tego rozpasania. Ale gdyby mu się nie udało, miałabyś miliard dodatkowych wątków. Ponownie - to wrażenie, że prawdopodobieństwo złożyłaś w ofierze na ołtarzu objętości.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: pierdoła saska » 03 lipca 2017, 11:23

Da... happend?
Nie chodzi mi nawet o to, że zrobiłaś to, czego strasznie nie lubię - zaorałaś jedyną "zmianę" jaka wprowadziła poprzednia część już na samym początku, bo to... cóż, co fabularnie komu gra. Nie chodzi o to, że pierwsze zdanie prosi się o dopisanie w środku "kierowców". W zasadzie pierwsze dwa rozdziały były ok. Weszłam w nie płynnie po przeczytaniu poprzedniej części i zaczęło sie dobrze, pasowało, grało i byłam ciekawa co wydarzy się tym razem. Może imiona dzieciaków cesarza w rozdziale drugim były dla mnie nie tyle co niezabawne, co wywołujące mieszankę zażenowania z facepalmem, ale to znowu takie moje i co komu w duszy gra. Jedni lubią gruszki, inni jabłka. Cała interakcja malowała jakiś świat, pokazywała cesarza, dużo wnosiła i nastrojem robiła za dobry kontrast dla wydarzeń z Neanem z rozdziału pierwszego - dobry zabieg, doceniam go i pochwalam. W duchu liczę też, że przynajmniej część z tej bandy gdzieś jeszcze będzie miała swoje pięć minut. A potem był rozdział trzeci i zaczęłam się głęboko zastanawiać co się kuźwa stało, bo "W zimnej wodzie kąpany" było bardzo fajnie napisane - językowo, klimatycznie... było wow i wg mnie była to technicznie najlepsza część tej serii i to było takie piękne, bo to kolejne części są i widać jak się rozwijasz i full zazdro jak pomyślę o moim pisaniu w twoim wieku.

A potem był ten rozdział trzeci.

Nie wiem czy to były czynniki zewnętrzne przy pisaniu, czy konieczność pokazania Neana w sytuacji, której zupełnie nie kontroluje, co do tej pory się w sumie na taka skalę nie zdarzyło, czy co się stało, ale ten rozdział absolutnie nie pasował, nie wpisywał mi się w to, co już czytałam. A przede wszystkim on dla mnie nie płynął. Tak, rozumiem, rzeczywistość się Neanowi momentami rwała i nie bardzo kontaktował, ale... ja to sobie bardziej dopowiedziałam, niż czułam czytając. Poza tym ilość powtórzeń, dziwnych sformułowań - tego wszystkiego było nagle jakoś tak dużo i nie wiem czemu. Pośpiech, nowość, presja, przesada w redakcji, która sprawiła, że wszystko poszło w drugą stronę... dunno.
Fabularnie to nadal wszystko gra, świat robi się coraz większy i to jest fajne i godne podziwu. Kolejne elementy układanki wpadają na swoje miejsca i to mi się podoba, to mnie ciągnie dalej, ale jak można się domyślić po kolekcji cytatów niżej, dotarłam póki co do końca trzeciego rozdziału, w sumie zaczęłam czwarty, i musiałam sobie zrobić przerwę, bo w czwartym jest lepiej, ale mózg miał kaca i nie umiałam tego docenić. :|

Tak więc tak. Wytrzeźwieję, wrócę i skomentuję ciąg dalszy.


Favorki:
– Śmierć to rzecz abstrakcyjna, zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Podatki zdarzają się wszystkim. Bo wszystkich Remijczyków można opodatkować, ale trudno by ich było wszystkich zabić.
<3
– Witam wśród elity latryjskich więzień, synu – powiedział wesoło. – Wedle wytycznych regulaminu rozmowa pomiędzy pełniącymi służbę a osadzonymi jest zakazana pod groźbą dekapitacji. Ale jesteś nowy. Ogarniesz po pierwszych dwudziestu latach.
I mniej smaczne kąski

1.
Porywisty wiatr unosił poły czarnego płaszcza i Nean musiał trzymać je jedną ręką, by cokolwiek widzieć. Z pomocą drugiej ręki przeciął ostrzem skórę i gdy krew dotknęła ziemi, nadszedł chłód potworniejszy od wszystkiego, z czym miała styczność ta ziemia.
Wiatr, który już wcześniej zdawał się nieznośny, teraz zerwał się z podwójną mocą, niosąc nie śnieg, ale olbrzymie kawałki lodu. Trawę natychmiast pokrył szron, a z góry sypnęło gradem.
Olbrzymie kawałki lodu to nie przypadkiem grad?
Do gradu szybko dołączyły grzmoty i błyski – jedyne teraz źródło światła.
W sumie to na odwrót ;) najpierw błyska, potem grzmi. czy raczej w tej kolejności to obserwujemy, bo następuj równocześnie.
2.
Primon, jego najstarszy syn, jak zawsze sztywny,z rozbieganymi oczami. Patrzył na bez tchu ględzącego o pojmanych jeńcach urzędnika jak na szczura w srebrnym półmisku.
coś tu nie gra. Jakby zamiast kropki w środku miał być przecinek lub myślnik.
– Ojcze – kontynuował Primon, nim ten zdążył się namyślić – nie sądź, że robię, ponieważ chciałbym zająć twoje miejsce.
ale co robi? o.O coś sie zgubiło
3.
Czuł się jak w dniu, w którym palce Aleda zaciskały się na jego gardle, a on sam miał obudzić się żywy wśród płomieni, które unikały go jako przeklętego.
Ni cholery nie czaję co się stało na końcu tego zdania, ale mam wrażenie czytania rozsypanki wyrazowej.
Gdy tracił przytomność, gdy widok okropnej twarzy powoli zastępowały ciemne plamy, w głowie miał chwile, w których to on był oprawcą – to on zaciskał lodowate palce na szyjach przyjaciół i niewinnych ludzi. Należała mu się kara – nie miał wątpliwości. Dobrze ci tak, dobrze ci tak, dobrze ci tak – powtarzał głos z tyłu głowy. Nean myślał, że patrząc na cierpienie przyjaciół zostanie rozgrzeszony, ale nie został.
Nie wiem jak w głowie można mieć chwile. Wspomnienia, obrazy tych chwil, dunno. Kilka opcji jest, ale że same chwile - coś mi to nie gra.Poza tym cały ten kawałek jest dla mnie niespójny. Takie hasła, które wcale nie przekonują mnie, że Nean cokolwiek nie kontaktuje i mu się różne rzeczy w głowie mieszają, delirium czy inne takie. Tu są wszystkie fakty, ale to nie płynie. i to się ciągnie, bo tu miałam podobne wrażenie
Nean obudził się na podłodze, gdzieś pośród czasu, który plątał się i przyspieszał bez sensu, w jednej chwili sprowadzając noc, w kolejnej dzień, bez odmierzania poszczególnych chwil. Czarownik czuł głód, a potem zaraz nie czuł. Otaczali go ludzie, którzy w jednej chwili byli, w drugiej ich nie było, ale zaraz powracali, powtarzając słowa, które znał i które rozumiał, a których nie mógł oddzielić od chaotycznego strumienia własnych myśli.
Mógł spojrzeć na nich jedynie przez przednią ścianę-kratę, za którą prowadził wąski korytarz wciśnięty pomiędzy szeregiem takich malutkich pomieszczeń jak to – ledwie pozwalających położyć się w poprzek.
ja nie jestem pewna tego prowadzenia tutaj. Korytarze mogą prowadzić dokądś, ale ten tu sie chyba jedynie znajdował za kratą. Dunno.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 03 lipca 2017, 17:20

Jak pewnie niektórzy z was słyszeli milion razy, boję się tego rozdziału, ale mimo wszystko życzę miłej lektury. ;)
VIII Mershe!
Okrzyk wybudził Neana z koszmaru, w którym jego ciało zmieniało się w kamień. Nie zdołał powstrzymać odruchu każącego sprawdzić skórę – odczuł tylko tę różnicę, że schudł, choć wydawało się, że bardziej nie można.
Kręgosłup i żebra jak zawsze były zaskoczeniem. Neana rzadko doganiała świadomość, że tam, pod czarnym zwojem szmat istnieje jakaś skóra, w teorii ciepła, a w praktyce lodowata niczym marmur. I gdzieś pod tą skórą, za tymi sterczącymi żebrami bije serce. Równym rytmem tłoczy krew we wszystkie żyły, doskonale widoczne na rękach pozbawionych tłuszczu.
Miał ciało, jedyną rzecz na swoją wyłączną własność, a jednak to ciało wydawało mu się obce. Obrzydliwe. Ułomne. Czuł się jak płomień zamknięty w kawałku lodu.
– Śpisz, nekromanto? – Nean nie miał pojęcia, ile czasu spędził, gapiąc się na własne dłonie, nim usłyszał pytanie.
Przed jego celą stał młodzieniec w schludnej i prostej szacie przypominającej urzędniczą togę. Kruczarz natychmiast rozpoznał w nim kolejnego cesarskiego syna. Zapadł mu w pamięć, ponieważ w czasie wizyty Urbinana bardziej niż dyskusją interesował się czytaną księgą.
– Nie śpię, Wasza Wysokość – odparł cicho czarownik. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
– Mitgald Varen.
Ta nazwa w ustach obcego człowieka sprawiła, że Neanem wstrząsnął kolejny dreszcz. Czuł się głupcem, po co je wspominał? Mitgald Varen zostało na początku drogi, po której przejściu nie ma przeszłości. Syn Urbinana słowem przywołał upiora.
– Więc jest to pierwsza rzecz, jaką zawdzięczam temu miastu.
– A życie?
Książę usiadł na podłodze przed celą, końcem szaty płosząc grzebiącego tam szczura. Siedział bokiem, tak, że lewy bark opierał o kraty. Z kieszeni wyjął notatnik i ołówek. Zapisał krótką uwagę.
– Życie zawdzięczam pomyłce. – Czarownik nie potrafił powstrzymać goryczy, jaka wkradła się w te słowa.
– Pani Płomieni nie wolno mieć dzieci?
Nean zesztywniał. Skąd wiedział o Pani Płomieni? Oczywiście. Ovrina musiała mu powiedzieć. Głupiec, głupiec, głupiec! Wbił sobie paznokcie w przedramię. Tak mocno aż poleciała krew – dopiero to pozwoliło mu powstrzymać złość.
– Wolno. Oczywiście, że wolno. Skąd w przeciwnym razie wzięli by kolejną Panią Płomieni?
Książę uniósł brwi.
– Więc ?
– Piszesz moją biografię? Pożycz ołówek, to napiszę twoją. Tyle samo będę wiedział i tyle samo rozumiał. Nawet się nie przedstawiłeś!
Cesarski syn bardzo powoli odłożył ołówek. Dźwięk, jaki wydał w zetknięciu z oprawą notatnika był w zapadłej ciszy nieprzerywanej nawet oddechem Neana porównywalny z uderzeniem gromu. Młodzieniec odwrócił się w stronę nekromanty.
– Quintin – powiedział.
– Niech zgadnę, musisz być piąty w kolejności – wypalił Kruczarz.
Twarz księcia nawet nie drgnęła.
– Niech zgadnę, żaden władca nigdy nie kazał cię wybatożyć za bezczelność.
– Wrodziliście się do ojca, Wasza Wysokość.
Quintin westchnął. Sztywne ramiona rozluźniły się, teraz swobodnie oparte o kamień.
– Skończ z kpiną. To – książę wskazał na celę – to nie moja wina ani sprawa. Jestem uczonym. Chcę posłuchać o twojej ojczyźnie.
Quintin podniósł ołówek i zapisał coś. Nie więcej niż dwa słowa. Dotąd Nean przyklejał się do kąta, który zajął kilka dni wcześniej, ale teraz, wyciągając szyję, wpół na kolanach, wpół na czworakach podpełznął pod kratę.
– Nie jesteś uczonym. Jesteś księciem bawiącym się w uczonego. To tak jakbym nagle wziął garść bandaży i ogłosił się uzdrowicielem ubogich, święcie wierząc, że gdy wierzyciele zechcą wreszcie ściągnąć ze mnie długi, nie zmienię ich w kupkę popiołu.
Quintin podniósł wzrok znad notatnika.
– Czy złodziej nie może witać poranków grą na skrzypcach? Jeśli uważasz, że bycie czarnoksiężnikiem predestynuje cię do nieustającej złośliwości i pogardy dla wszystkiego, co żyje, fakt, że znalazłeś się w lochu nie jest niczyją winą. To musiało się kiedyś stać, jak zima następuje po jesieni.
Kruczarz odpowiedział wzruszeniem ramion.
– Gdzie leży Mitgald Varen? – spytał Quintin. Tylko połowicznie wstrzymane prychnięcie czarownika nie zrobiło na nim wrażenia.
– Nad czarną wodą. Gdzie ma leżeć?
– A bardziej globalnie? – Książę wyraźnie kreślił teraz jakiś szkic. – Gdybyś miał wskazać na mapie.
– Mitgald Varen nie ma na mapie. Na pewno nie na twojej.
– W przybliżeniu.
– Nie ma go nawet w przybliżeniu.
– To tak daleko na zachód?
Czarnoksiężnik zachichotał jak szaleniec.
– Na co ci ta wiedza? Ani ja już więcej nie ujrzę Mitgald Varen, ani ty nigdy go nie zobaczysz. Nie zobaczy go nikt, kto przeczyta te twoje gryzmoły. Jakie znaczenia mają miejsca, do których nie możemy dotrzeć?
Quitin wstał. Zasłaniał ciałem przyniesioną pochodnię, więc jego twarz skryła się w cieniu, a on sam zdał się otoczony żółtą aureolą. Przypominał Neanowi Eteba, bożka drwiącego losu. Czarownik chciał iść jego śladem, poderwać się, by nie mógł patrzeć na niego z góry, ale zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę, uderzył o ścianę, a na koniec porzygał sobie buty.
Odruch wymiotny, kiedy wyrzucać mógł z siebie tylko ślinę, był koszmarem. Trwał wieczność, przez którą Nean zaczął się dusić. Czuł jak jego wnętrzności rozszerzają się dziwacznie w miejscach, w których nie powinny, by wydobyć gorzką żółć. Nawet nie miał, czym wypłukać gardła.
– Czytałeś kiedyś poezję, Neanie?
– Czytałem. – Czarownik spojrzał na księcia, nie kryjąc rozdrażnienia. Nie miał pojęcia, jak wyjść z twarzą. Na pewno nie w obrzyganych butach. – Jeszcze gorsza od wymiocin.
– O miłości?
– Też.
Nean pamiętał tomik ukryty w czeluściach syvantyjskiego mieszkania. Dostał go od przyjaciela, co już go niepokoiło, a miary dopełniała okładka ze stylizowaną różą. Nie znosił róż. Wcale nie znosił kwiatów, były dobre dla małych dziewczynek. Trzymanie książki o takiej tematyce, takim pochodzeniu i wyglądzie porównywał czasem z ukrywaniem pod łóżkiem zwłok ukradzionego sąsiadce i oskórowanego dla czystej perwersji kota.
Nieciekawy sekret.
– A kochałeś kiedyś kogoś?
– Co za pytanie? Moje czarne, nekromanckie serce nie kocha nawet siebie.
– Nawet rodziny?
– Może czasem. – Kolejne wspomnienie, które zapiekło Neana niczym rana zadana rozpalonym żelazem. – Widzisz, miłość robi z ludźmi szalone rzeczy, a mi dodatkowe szaleństwo niepotrzebne.
– I myślisz, że miłość ludzi z Mitgald Varen różni się czymkolwiek od miłości ludzi z Latrii? Nauka o obcych cywilizacjach to nauka o ludziach. Chodząc różnymi ścieżkami, docieramy w te same miejsca.
Czarownik zaczął bić brawo.
– Co?
– Poetyckie jak jasna cholera.
Sądząc po minie, Quintin właśnie doszedł do wniosku, że powinni byli jednak Neana powiesić.
– Czyli nic mi nie powiesz? Rozumiem. Musisz wrócić do tak ważnych zajęć, jak liczenie much na ścianie. Nie, przepraszam, nawet muchy wystrzegają się tego miejsca.
Nean dał za wygraną. Chłopak miał rację – pozostawał mu wybór między spaniem, a mówieniem, a od spania robił się jeszcze bardziej zmęczony. Tylko... Nie lubił wspominać tamtych lat, co mocno je wytarło, a w dodatku nigdy nie pojął dobrze funkcjonowania własnej ojczyzny. Był dzieckiem wychowanym z dala od codzienności.
– Od czego mam zacząć?
– Możesz zacząć od ustroju, od władzy.
Oczywiście, co innego cesarski syn może uważać za najważniejsze?
Nean zamyślił się. Nie bardzo wiedział, jak to poukładać.
– Nie mamy cesarza ani króla. W ogóle nie mamy wspólnej władzy, jednoczymy się w przypadku zagrożenia. Przynajmniej tak zawsze było. Teraz pewnie jest inaczej.
Odczekał aż Quintin skończy zapisywać jego słowa. Pisał bardzo szybko, ale strony notatnika pokrywały się niemożliwymi bazgrołami. Czy w Latrii zrezygnowano z nauki kaligrafii?
– De-cen-tra-li-za-cja wła-dzy – wymruczał książę. – Dlaczego sądzisz, że to się zmieniło?
– Gdy panuje pokój, kraj podzielony jest na osiem kręgów. Na czele każdego stoi bóstwo, takie jak Pani Płomieni, ale ona jest wyjątkiem, dziewiątym bóstwem, które nie ma własnej dziedziny, ponieważ jest czczona we wszystkich kręgach. A teraz Pani Płomieni nie żyje, więc kraj musiał się zmienić.
– Przykro mi.
– A mnie nie.
Czy naprawdę nie było mu przykro? Nie potrafił stwierdzić. Matka zginęła pół życia temu, a wciąż chodził za nim jej cień. Kiedy nie mógł oglądać ruin Mitgald Varen, nie potrafił uwierzyć, że nie żyje. W snach wciąż podporządkowywał się jej nieznoszącemu sprzeciwu głosowi.
Czy dlatego właśnie gnał na Białą Równinę wypełnić jedyną i ostatnią powierzoną mu misję? Bał się upiora z przeszłości?
– U was panuje jedynowładztwo, prawda? – spytał Kruczarz byle tylko nie rozmawiać o ojczyźnie. – Nie ma już satrapów, jak dawniej?
Ale ten temat z kolei nie spodobał się Quintinowi. Książę zaczął pisać wolniej, wyraźnie zastanawiając się, jak uniknąć odpowiedzi.
– Nie, nie ma – odparł wreszcie, drapiąc się po szyi. Coś mu się nie zgadzało w notatce. – Satrapie należały do rodziny.
– Kuzyni, wujkowie, inne pociotki?
– Tak.
– Twój ojciec ich zabił?
Ołówek w ręku Quintina złamał się z trzaskiem.
– Tak.
– I czemu nie uczynił satrapami własnych synów?
Brak odpowiedzi.
– Brzmi jak coś, co szybko może się zawalić – podsumował Nean.
Książę bardzo głośno wypuścił powietrze i Kruczarz miał ochotę spytać, czy ma problemy z oddychaniem, ale wówczas już chyba nie uniknąłby stosu.
– To doskonale, że jesteś taki biegły w naukach politycznych. – Quintin wygrzebał wreszcie nowy ołówek. – Pani Płomieni sprawowała władzę podczas wojny?
– Nie, tym zajmował się Pan Gromów i Pani Szeptów. Do Pani Płomieni nie dopuszczono by generałów, patrzeć na nią miały prawo tylko inne kapłanki. Wielki Iretun...
– A ty? – Quintin bezceremonialnie przerwał próbę zdobycia informacji przez Kruczarza.
– Co ja?
– Czy ty, jako jej syn, miałeś prawo się z nią widywać?
– Ja... – Nean zawahał się. – Tak, mogłem. W końcu moje siostry, z tej samej krwi, były wcieleniami Pani Płomieni.
Zaraz, co on tam notował?
– Czy zapisałeś właśnie to, co widzę, że zapisałeś? – Kruczarz niemal wyrwał kartkę z notatnika, ale książę zdążył się uchylić.
– Że nie jesteś człowiekiem bogobojnym? Chyba nie zaprzeczysz?
Niech go szlag! Jeszcze niewinnego udawał.
– To miała być opowieść o mojej ojczyźnie, nie o mnie!
– Nie ma nic ciekawszego niż obcy świat widziany oczyma tubylca. – Quintin przewrócił kartkę. – A co z twoim ojcem?
Nean musiał się pogodzić z faktem, że nic w tej materii nie wskóra. Nie, jeśli chciał zachować przyjazne stosunki z jakimkolwiek członkiem rodziny cesarskiej.
– Opowiadano mi, że ojcem nas wszystkich jest ognisty demon Re'vog, ale osobiście nie czuję się synem ognistego demona. I chyba nie wyglądam, prawda?
– Tylko jeśli płomienie potrafią rodzić lód.
– Właśnie.
Coś wgłębi więzienia z rumorem spadło ze schodów. Prawdopodobnie człowiek, inaczej nie słychać by było takiego zamieszania. Quintin nerwowo obserwował korytarz, a czarownik wolał nie pytać, jakich kłopotów spodziewać się mógł cesarski syn.
– Myślę – kontynuował książę, nie odwrywając spojrzenia od przejścia – już na poważnie, że takich rzeczy nie rozpoznaje się po wyglądzie człowieka. Nie zauważyłeś czegoś... dziwnego?
Quintin nie kpił. Trzymał ołówek w pogotowiu.
Dziwnego? Tylko dziwnego?
– Wybacz, Wasza Wysokość, ale właśnie zasugerowałeś, że moja matka cudzołożyła z demonem w kazirodczym związku, a ja sam jestem pomiotem piekielnym. Jako czarnoksiężnik, nie wiem, czy powinienem brać to za komplement czy obrazę.
– A twoje oczy? – Książę nie po raz pierwszy sprawiał wrażenie, że niektórych komentarzy czarownika zwyczajnie nie słyszy. – Ludzie mówią, że płoną.
Nean odwrócił twarz do okna, by Quintin nie mógł się przyjrzeć. Naciągnął kaptur – niemal zapomniał, jakie to dobre uczucie ukrywać się pod nim. Nawet teraz, kiedy materiał cuchnął nieznośnie i kleił się do jego równie brudnych, rozrośniętych zanadto włosów.
– Ludzie mówią też, że jest niepokonany – zabrzmiał znajomy, jak zawsze wściekły i ociekający drwiną głos.
Przez chwilę Nean miał nadzieję, że Ovrina tylko przechodziła tędy w drodze do własnych spraw, cokolwiek mogłaby robić w cesarskim więzieniu. Jednak ona, ubrana w mundur tak czysty, że mogłaby brać udział w paradzie wojskowej, przystanęła, opierając się o mur z wyzywającą miną.
– Masz tu coś do załatwienia?
Nean zrozumiał, że Quintin wykazał się wobec niego sporą dozą uprzejmości, której nie miał dla siostry.
– Przyszłam sprawdzić, co tak śmierdzi.
Ovrina spojrzała wymownie na kałużę wymiocin.
Nean odruchowo sięgnął ręką w bok i to był błąd oczywiście. Dłoń dotknęła czegoś mokrego i miękkiego. Znów poczuł odruch wymiotny, ale teraz już naprawdę nie miał czym wymiotować. Chyba żołądkiem.
– A ty jak widzę postanowiłeś przekwalifikować się z historyka na nekromantę. Najpierw Kodeks Krwi, teraz dyskusje z czarnoksiężnikiem, nawet spisywane. – Ovrina pokręciła głową w udawanym niedowierzaniu. – Ojciec już słyszał?
Kodeks Krwi? Nean znał te nazwę. Wyczytał ją w księgach, jeszcze w Syvante, gdy pakty krwi były już dla niego materią dobrze znaną, ale jeszcze kompletnie niezrozumiałą.
Quintin miał już zaprzeczać, gdy Kruczarz mu przerwał:
– Możecie podać mi tamten kamień, Wasza Wysokość? – Wskazał w kierunku maleńkiego odprysku między kratami celi naprzeciwko. Miał nadzieję, że to naprawdę kamień, nie jakiś śmieć.
– A zamierzasz rzucić nim w moją uroczą siostrę?
Czarownik uznał, że pytanie nie wymaga odpowiedzi i nie pomylił się – Quintin, wyraźnie ciekawy zamiarów Kruczarza, natychmiast dostarczył mu kamień. Ovrina zaczęła co prawda wylewać jad, ale Nean jej nie słuchał. Musiał zachować całkowity spokój.
Skrzyżował nogi, trzymając kamień na wyciągniętej dłoni. Przymknął oczy, intonując cichą modlitwę, tak by słowa wypowiadane we wschodnim dialekcie brzmiały jak zupełnie obcy język. Przez więzy cesarskich czarodziejów nie mógł czuć przepływu magii, ale ten prosty rytuał udawał się niemal każdemu, bez względu na moc. Wystarczy by krążące wokół duchy były mu przychylne.
A bardzo prawdopodobne, że były.
Rodzeństwo obserwowała jego wyczyny z coraz większą konsternacją. Nawet z niepokojem, jakby się obawiali, że Nean znanym tylko sobie sposobem nagle odzyskał moc i zamierza zmienić ich w kupkę popiołu.
– Co on wyprawia? – spytała Ovrina.
Nean otworzył oczy. W kąciku ust zatańczył mu uśmiech.
– Na Morzach Wschodnich kamień to najpopularniejsza droga kontaktu ze zmarłymi. A my jesteśmy na cmentarzysku, nieprawdaż?
To była oczywistość, a jednak wypowiedziana głośno jeżyła włosy na głowie. Tu umierali ludzie. Nie z wyroku, ale z wycieńczenia chorobami, które nigdy nie dotknęłyby ich, gdyby nie zimno, bród i paskudne jedzenie. Może umierali właśnie teraz. Może tuż obok. Nean dawno oswoił się z myślą o wszechobecnej śmierci, jednak po plecach Quintina przebiegł widoczny dreszcz. Również Ovrina zdała się stracić nieco na pewności siebie.
– Chcecie zobaczyć nekromancję w działaniu, Wasza Wysokość? – spytał czarownik, kiedy był już pewien, że posiadł całą uwagę obojga. – To stary rytuał, który ludzie wschodu odprawiają nad młodzieńcami w dniu ich szesnastych urodzin.
A Nean wypróbowywał go także na znajomych z Syvante.
Oczywiście nawet ta błaha i zakorzeniona w kulturze nekromancja była nielegalna i surowo karana, ale Kruczarz ani przez chwilę nie sądził, by mieli zaprotestować. W innym, lepszym świecie mógłby się z nimi zaprzyjaźnić. Przynajmniej z Quintinem.
– Proszę. – Czarownik podał kamień Ovrinie.
Wahała się.
– Gdybym mógł wam zrobić krzywdę, już dawno bym zrobił – zapewnił.
Przyjęła kamień i Kruczarz od razu zauważył wstrząs wywołany działaniem magii. Uśmiechnął się – zmarli faktycznie byli po jego stronie.
– Co widzisz?
Ovrina zamknęła oczy i rozchyliła usta, ale milczała. Nean rozumiał to, niełatwo było się odnaleźć w natłoku obrazów przynoszonych przez zmarłe dusze. Quintin niemal dyszał siostrze w kark, a z nozdrzy wyzierała mu zazdrość o względy czarownika.
– Strach – powiedziała wreszcie Ovrina. – Ból. Śmierć. Chorobę. Nienawiść. Obrzydzenie. Smród. Żądzę krwi i... – Na chwilę grymas wykrzywił jej twarz. – Nie wiem co.
Nean domyślał się, że wiedziała, ale nie chciała mówić.
– Więcej nic – zakończyła, otwierając oczy. Zatoczyła się, co było typową reakcję. Przez moment nawet, w tej chwili słabości, przestała się Neanowi wydawać tak odpychająca.
– Co to znaczy? – spytał Quintin. Oczy miał lśniące z podniecenia. Tak się przejął, że zignorował szczura obgryzającego mu buta.
– Jak wspomniałem – wyjaśniał spokojnie nekromanta – rytuał ten odprawia się nad młodym człowiekiem zazwyczaj w dniu jego szesnastych urodzin. To prośba do przodków, aby poświadczyli o charakterze młodzieńca.
Nastrój tajemniczości momentalnie prysł.
Ovrina warknęła rozeźlona, a jej wściekłość rosła proporcjonalnie do rozbawienia Quintina. Książę brzmiał, jakby się dusił. Albo jakby go zarzynali. Od śmiechu nie mógł utrzymać równowagi i osunął się na podłogę, ale nawet to go nie powstrzymało. Śmiech zaczął przeplatać się z czkawką – tego było dla Ovriny za wiele. Ze złością kopnęła kratę i pomknęła korytarzem, mrucząc pod nosem przekleństwa, których Nean przez rżenie księcia w ogóle nie dosłyszał.
– Dziękuję – powiedział Quintin ze łzami w oczach. – Należało jej się. – Spoważniał nagle, wycierając łzy. – Lepiej pójdę do strażnika, zanim ona to zrobi. Inaczej możesz nie dożyć jutra.
Książę odszedł nieco krzywym krokiem, bo co kilka metrów chwytały go na powrót spazmy śmiechu.
Czarownik pozwolił sobie na zadowolony uśmiech.
***
Quintin nie wrócił, by dokończyć przesłuchanie i wcale to Neana nie zdziwiło – ot, znudził się albo ktoś mu wreszcie nagadał, że cesarskie więzienie to nie jest dobre miejsce dla księcia. Może ojciec. Może matka, jeśli takową miał. Albo siostra zrzuciła go ze schodów i leżał już na cmentarzu.
Kolejnych kilka dni minęło Kruczarzowi na roztrząsaniu kwestii pozbycia się wymiocin. Wcześniej chciał zwyczajnie oderwać kawałek i tak już zniszczonego płaszcza, ale zanim zdążył się przekonać do tego pomysłu, więzienne robactwo założyło w obrzydliwej kałuży własną cywilizację i Nean nie miał siły się do niej zbliżać. W obecnej kondycji prawdopodobnie cały by się uwalił tym syfem. Od wizyty księżniczki wodę i jedzenie przynoszono mu znacznie rzadziej – nie miał wątpliwości, czyja to zasługa.
Pocieszał się akurat smętnie, że może to i lepiej, bo nie zdechnie na zatrucie pokarmowe od obrzydliwej brei, którą tu serwowano, gdy usłyszał kroki. Natychmiast rozpoznał czyje – znów ona. Gdyby Nean miał siłę, udusił by ją za sam wyraz twarzy.
Bo ten wyraz twarzy zdradzał, że smród jest niesamowity, a Nean się po prostu przyzwyczaił.
– Witaj, brudasie – odezwała się, nie kryjąc rozbawienia zmieszanego z obrzydzeniem.
– Witaj, suko.
Błąd.
Nie zdążył wydać nawet jęku zaskoczenia, nim wylądował głową w gnijących, pełnych robaków wymiocinach. Czuł małe nóżki na twarzy. Czuł lepiące się do niej obrzydlistwo. Z każdym oddechem dotykało jego warg, zdawało się sięgać języka albo jeszcze głębiej, jakby wciąż rosło. Ale musiał oddychać. I z każdą chwilą uświadamiał sobie, że to, co czuje na podniebieniu to nie cuchnąca masa, ale coś oślizgłego, co się porusza i jest zachwycone nieznanym otoczeniem. I było tego coraz więcej. Zaczęło łaskotać w gardle – Neanem zatrząsł atak kaszlu.
A Ovrina trzymała i trzymała.
Ciemności...
Nie wytrzymał. Do starych wymiocin dołączyły nowe. Okropnie ciepłe. Okropnie mokre. Wymiotował tak długo, aż znowu miał pusty żołądek, a nie spodziewał się posiłku w najbliższym czasie. I znów zaczął się dusić, kiedy zwymiotował również to, co zostało już po części strawione.
Kiedy wreszcie go puściła, poczuł, że ma łzy na twarzy, więc nie podnosił się z klęczek. Zamarł ze wzrokiem wbitym w podłogę, z rękami umoczonymi w śmierdzącej masie.
– W życiu nie czułam, żeby ktoś tak cuchnął – oświadczyła Ovrina.
Nean próbował się uspokoić, ale ciało nie chciało słuchać. Nienawiść płonęła w nim jak nigdy, a przecież nawet go nie uderzyła.
Zrobiła coś gorszego – zrobiła z niego szmatę do podłogi.
– Najgorszy ten twój koc, czy tam płaszcz, jeśli chcesz – ciągnęła. – Robisz z tego namiot? Wszyscy moi bracia by tam wleźli.
Posłusznie dał z siebie ściągnąć czarną szatę. Pod spodem miał jeszcze spodnie i koszulę, ale czuł się nagi. Wkradający się przez okno chłód Białej Równiny uderzał z podwójną siłą... Nean nie dosyć, że był nagi, to jeszcze tonął w przerębli. W nocy. Przy najgorszej śnieżycy.
Nie miał siły zareagować, kiedy zwinęła płaszcz i siennik razem, by podpalić je z pomocą przyniesionej pochodni. Zabrał ten płaszcz z Mitgald Varen i było jak mówiła – to ten kawałek materiału stał się dla niego domem, jedynym namiotem, jaki ochronić go mógł przed śnieżycą i nienaturalnym zimnem. Przed deszczem i czułym okiem w ciemnościach. Był znakiem rozpoznawczym. Symbolem. Czarną plamą na śniegu, która wzbudzała grozę. Magazynem na rupiecie. Całym dobytkiem. Schronieniem.
A ona go spaliła.
Nean osiągnął granicę wściekłości, za którą leżała tylko lodowa pustka.
Ovrina odwróciła się, a gryzący dym zalewający celę zdawał się jej nie dotyczyć. Otworzyła drzwi tak szeroko, jakby stawiała mu wyzwanie. Nie mógł sprostać. Nie mógł nawet wstać, a co dopiero uciekać przed strażnikami, przed nią, przed tymi dwoma dryblasami, których przyprowadziła ze sobą. A jakże. Taka suka nie mogła chodzić sama, bo każdy chciał jej wbić sztylet w plecy. Nean poczuł, jak pali go upokorzenie – Ovrina miała widownię. On miał widownie.
– Doprowadzimy pana z Czarnej Wody do porządku – powiedziała im księżniczka.
Ciągnęli Neana przez ponury gmach niczym truchło. Nie miał siły rozglądać się po współwięźniach, choć słyszał szelest, gdy unosili się z posłań, by zobaczyć widowisko. Nie miał też siły na jakikolwiek sprzeciw. Czekał tylko na omdlenie.
Nie doczekał się.
Małpoludy cisnęły nim o podłogę pomieszczenia, które przypominało czarownikowi salę sekcyjną na syvantyjskim uniwersytecie – przez te wąskie kanaliki, które służyły zazwyczaj do odpływu krwi. Ale tu była woda. Skądkolwiek ją brali, całe jej wiadra stały w rzędzie pod ścianą, nie zawsze czystej. Podłogę pokrywała pełna śmieci kałuża. Powoli spływała przez kraty w dół, do przepełnionej rury odpływowej, której zawartość od czasu do czasu podnosiła się zbyt mocno i wlewała z powrotem do pomieszczenia.
Demony piekielne... Nimi tutaj cuchnęło.
– Zacznij od włosów, bo zaraz wszy dostaniemy – rzuciła Ovrina do sługi, który pojawił się w tej małej klitce nawet nie wiadomo kiedy. Był to siwy, zgarbiony mężczyzna, który sam wyglądał jak więzień, a ubrany był w coś, co przypominało worek kartofli.
Owszem, Nean miał wszy, choć starannie odpychał od siebie tę świadomość. Wszy... jak jakiś wieśniak. Czym dla czarnoksiężnika ścierającego z powierzchni ziemi wielotysięczną hordę powinny być wszy? Wspomnieniem. I jeszcze ta broda. Nie sądził, że mogłaby urosnąć tak długa, nigdy nie próbował. Wyglądała jak przyklejony kłak. Pff! Jakby ktoś przyczepił mu do twarzy martwego kota.
Staruch obciął włosy Kruczarza przy samej skórze. Nierówno i brzydko, kalecząc go przy tym. Czarne kosmyki opadały na podłogę, mieszając się z wodą, w której klęczał.
Ovrina musiała wiedzieć, że ostrzyżenie włosów to dla czarownika hańba.
Brodą sługa zajął się równie niedbale. Ogolił Neana żyletką tak tępą, że równie dobrze mógłby mieć w dłoni kawałek drewna, w dodatku go pokaleczył, a krew wytarł kawałkiem materiału, którego Kruczarz nie użyłby nawet, żeby się podetrzeć.
Ovrina nie szczędziła złośliwych uwag, których starał się nie słuchać, skupiony na ostrzu niebezpiecznie blisko szyi. Strażnicy milczeli i Nean przekonał się dlaczego – nie mieli języków.
Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było, że kazano mu pozbyć się ubrania i Nean pierwszy raz, odkąd pamiętał, rozbierał się w towarzystwie ludzi, w dodatku czworga, wliczając w to wykrzywioną złośliwie kobietę, modliszkę, która najchętniej zgwałciłaby go, a potem poderżnęła gardło, podziwiając płynącą krew. Odsłaniał ciało, na które sam patrzył ze wstrętem. Chorobliwie chude, jakby wysuszone i pełne blizn. Nie blizn wojownika, ale blizn po skaleczeniach, pobiciach i przebytych chorobach. Czasem, gdy na nie patrzył, wydawało mu się zdeformowane. Krzywe. Wadliwe. Kruche, mogące rozpaść się w każdej chwili.
Jak śmieli na niego patrzeć?
Żałosne wycie w głębi duszy przerwał strumień lodowatej wody. Nean zimno odczuwał nieustannie, przyzwyczaił się, ale ta kąpiel zdawała się przekraczać granicę jego wytrzymałości. Wrzeszczał, a Ovrina śmiała się, nieświadoma, że przekleństwo Białej Równiny kazało czarownikowi odczuwać chłód porównywalny z nagim tarzaniem się w zaspie.
Nie wiedziała też, ile to znaczy dosyć, więc kazała mu wstać z kolan, otworzyć oczy i podnieść głowę. Oglądać jej obrzydliwy uśmiech, gdy patrzyła na niego wychudzonego, nagiego i łysego. Żałosnego jak nigdy.
Dobrze ci tak – wyszeptał głos z tyłu głowy.
Dobrze ci tak, dobrze ci tak, dobrze ci tak...
Myślał, że nikt nie ważyłby się dotknąć człowieka tak ohydnego, ale Ovrina to właśnie zrobiła. Nie tak jak powinna i nie tam, gdzie powinna. Na oczach milczących strażników. Miał wrażenie, że złość i bezsilność uduszą go, gdy poczuł, jak prymitywnie, polegając na zwierzęcych instynktach zachowuje się jego ciało. Patrzył na Ovrinę, ale przed oczami miał inny dzień oraz inną kobietę. Więcej niż pół życia temu. Ile mógł mieć lat? Wtedy oprócz poniżenia czuł jeszcze strach, niezrozumienie, a przede wszystkim zdradę. I chyba było gorzej. Dużo gorzej. Wtedy nie był taki obrzydliwy, więc tamta kobieta męczyła go dłużej.
Skończyło się, kiedy znów zaczął wymiotować.
– I co, Kruczarzu? Umowa nie jest ci potrzebna? Masz jeszcze siłę kpić?
Chciał odpowiedzieć najgorszym wyzwiskiem, jakie znał, przekląć ją, opluć i zmieszać z błotem, ale bał się, czym odpowie tym razem, więc zwyczajnie milczał. Nie chciał współpracować. Chciał być jak najdalej od tej kobiety.
– Nie, to nie – powiedziała księżniczka. – Zabierzcie to ścierwo do celi – rzuciła do strażników. – Ale dajcie mu nowe ubranie. Tamte szmaty wyrzućcie.
Ze wszystkich paskudnych kolorów, jakie istniały, Ovrina musiała wybrać przybrudzoną biel. Jakby nawet tego nie mogła mu darować.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: pierdoła saska » 05 lipca 2017, 21:24

Komentarz do rozdziałów IV – VII
No to wracam po przerwie. De facto nieco naciągnęłam poprzednio. Przerwy nie zrobiłam sobie po trzecim rozdziale, a jakoś w ⅓ czwartego. A to dlatego, że gdy cesarz zaczął rozmawiać z Neanem, to zaczęło się robić ciekawie, ale miałam już takiego kaca, że nie umiałam na to patrzeć inaczej jak przez pryzmat tego kaca. A to było nie fair wobec tekstu. Dlatego przewietrzyłam łeb i wróciłam już bezpośrednio do rozmowy.
Rozmowa która była pewną zabawą, ale miło się ją czytało i cały czwarty rozdział miał dobre zakończenie.
Rozdział czwarty jest czymś jeszcze: otwiera pochód świątecznych duchów. Trzy kolejne wydarzenia w opowiadaniu to Urbinan u Neana, Ovrina u Neana i Eklin u Neana. Wszyscy przychodzą i rozmawiają i generalnie takie sceny bywają świetne. Niekoniecznie posuwają akcję do przodu, ale potrafią znakomicie budować bohaterów. Daleko nie szukając, Wiosna ma na przykład policyjną naradę w swoim kryminale i z tej narady nie wynika przełom w śledztwie, ale miło się ją czyta i poznaje chemię między bohaterami. Ja mam takie rozmowy w Takk, men nei między Kari a Lassem, gdzie buduję ich relację w oparciu o to jak się wobec siebie zachowują, kto używa zdrobnień, kto pełnych imion i kiedy. I tak w rozmowie Urbinana z Neanem rzuciło mi się w oczy miejsce, gdy nagle cesarz używa przydomka. Robi to nagle i niespodziewanie, bo wcześniej używał imienia. I taki szczegół cholernie mnie zaciekawił. W sumie cały twój rozdział drugi tutaj to tego typu budowanie postaci przy jednoczesnym bardzo ograniczonym postępie fabuły.
Niestety te trzy sceny z trudem wpisują się w to budowanie postaci. O ile Urbinan i Nean jeszcze się bronią, bo sama ranga cesarza służy za pierwszą przyczynę i tłumaczy cokolwiek ten zrobi, o tyle jego dzieci nie mają tej taryfy ulgowej. Ovrina przychodzi z biznesem, i to ma sens, wszak jej ojciec pofatygował się sam do Neana, więc można liczyć, że więzień a nuż będzie użyteczny. Eklin… a cholera wie po co Eklin tam poszedł.

I tu rozbiję to na postaci.

Przy cesarzu nawiążę sobie do tego co pisała Kass. Totalnie zgadzam się, że cesarz z dworem schodzący do lochów, fizycznie i w przenośni zniżający się do poziomu więźnia, to tak nieco nie licuje z majestatem. I nie chodzi o to, że może chciał sobie pochodzić po schodach, ale o to, że ten czy inny urzędnik albo strażnik palnie po pracy małżonce, że to miało miejsce, ona palnie koleżance i wyjdzie, że jaśnie cesarz fatyguje się do lochu do jakiegoś więźnia. W sumie to zrobi PR Neanowi, cesarzowi za to…
To miałoby sens, gdyby na przykład to, co blokuje magię Neana było związane z lochami. Że to tylko tam działa, więc wyciąganie Neana stamtąd to proszenie się o kłopoty. Sęk w tym, że to się tam nigdzie nie pojawia. Ani między cesarzem a jego dziećmi, ani w myślach Neana, jako podejrzenie… Bo oczywiście by mu nie powiedzieli, ale niezwykłość sytuacji aż śmierdzi.
Ba! to miałoby jeszcze więcej sensu zważywszy, że:
Urbinan nie lubił się fatygować, a jednak tym razem nie miał innej opcji.
Ale do lochu polazł. Na wykopaliska się pofatygował (zresztą z tej sceny jest ten cytat), a potem jeszcze lazł szukać córki... nie, ni cholery fatygować się nie lubił, ale wszyscy na luzie korzystali z niego jako z chłopca na posyłki.
Z czym nie mam problemu, to z zachowaniem cesarza w rozmowie z Neanem. Odbieram go trochę jak kogoś zmęczonego swoja rolą, kto nie bardzo ma komu póki co ją przekazać i chwilami jego bardziej prawdziwe ja się wymyka spod wyćwiczonego wizerunku monarchy.
Lubię to.
Do czasu.
Bo jak w ruinach, gdy coś pierdolnęło i no działo się, to poszły dwie strony tekstu melancholijnej i pełnej bólu dupy retrospekcji i wzdychania. I nie mówię, że były bezsensowne, bo nie. Miały sens, dawały wgląd w przeszłość, pokazywały nieco inną twarz rodziny, ale kurde to nie było najlepsze miejsce do wstawiania tego. To mnie tam bardziej boli niż to, że wielki cesarz sam lata ze sprawunkami, że na hasło, aby sprowadzić Armelię kilku gwardzistów nie rzuciło się jej szukać zanim on w ogóle pozbierał się z ziemi.
Urbinan wychodziłby jako ciekawy przykład władcy zmęczonego i nie radzącego sobie z rodziną, gdyby chociaż gdziekolwiek zdradzał, że jest dobrym władcą. Ale tego nie robi. Dawałam mu odruchowo kredyt zaufania. Jak się pojawił w celi Neana, to się ucieszyłam. Miałam takie wrażenie, że mogą być godnymi siebie przeciwnikami. Jakoś władca Latrii wydawał się być tą osobą, która będzie zdolniejsza od pana traw, kto będzie wyzwaniem dla Neana.
Może Urbinan tym kimś jest, ale tego nie widać. Przebija się to tylko jeden cichy raz - przy wzmiance o rebelii w tej nieszczęsnej retrospekcji. I to mocno pośrednio, bo na zasadzie "skoro Urbinan żyje, to rebelię stłumiono, więc chyba dał radę coś osiągnąć" ...a może miał po prostu dobrych dowódców.






Ovrina z kolei… miałam o niej wiele rzeczy na marginesach zapisane, ale nie bardzo nadają się do wklejenia w komentarz - zbyt dużo F-bomb - i pisze o tym tylko dlatego, żeby podkreślić, że mnie ruszyła jako postać. Tylko w złą stronę. Ona przychodzi zrobić deal, ale nigdy nie mówi w sumie o co chodzi dokładnie. Mówi, że chce zawrzeć umowę i że w zamian nie rozkaże go torturować/etc. A Nean nawet nie pyta, zamiast tego wdają się w oratorski popis błądzenia po lesie okraszany Ovriną lejącą Neana po ryju - co by było fajne, bo pokazywałoby, że stara się być opanowana i silna, ale jeszcze musi się wiele nauczyć… gdyby ona w ogóle ten pozór stwarzała. Tymczasem przez większość rozmowy gada o niczym, a ja jako czytelnik mam narastające wrażenie, że ⅔ całej rozmowy jest tylko po to, aby Nean powiedział pewne rzeczy. I pewnikiem jest, ale jako czytelnik nie powinnam tego zauważać.
W całej tej rozmowie jest tak naprawde jeden dobry moment. Ten:
– Lód z płomieni – odezwała się w końcu.
– Co?
– To godne pożałowania, że Pani Płomieni wydała ze swego łona kawałek lodu. Zimnego i martwego. Nie rozpalającego pragnień i idei, lecz gaszącego je. Jakkolwiek potężna była twoja matka, ty nią nie będziesz. – Potrząsnęła głową, jak bogacz litujący się nad niedojdą. – Lepszy też nie będziesz.
– A ty, Ovrino? Zamierzasz zostać swoim ojcem? Obawiam się, że nie zostaniesz niczyim ojcem. Prędzej ja stanę się płomieniem, niż ty zostaniesz cesarzową.

Po pierwsze to jest naprawde interakcja. Mówią do siebie, a nie w powietrze. Ona wbija dobrą szpilę, on się odwdzięcza. Stanowią przeciwników dla siebie, iskrzy tam. Czuć ciężar ciszy, jaka musiała nastąpić po tym. Tej, gdy każde oswajało sie z tym, co usłyszało o sobie. Bo to tu, to były szczere odruchy. Łotewska riposta. Po tym wchodzi myślenie i rozważanie, co dalej, jak się ustosunkować.
Niestety to cokolwiek tonie w takich pustych przepychankach.
– I dla niektórych bezpieczniej – powiedziała. – A w umowie nie ma filozofii. Ty służysz, ja nie każę cię odesłać do twojej Czarnej Dupy w kawałeczkach.
– Twój ojciec proponował mi to samo i tak samo odmówiłem. Dlaczego miałbym zgodzić się na propozycję jego córki? Znacznie gorszą propozycję zresztą.
– On wierzy w postęp, w ucywilizowanie i w jego propozycji nie ma ani słowa o wysyłaniu cię gdziekolwiek w kawałkach.

Bo, first of all, ona nigdy nie powiedziała czego chce. I tak, może nie chciała się odkrywać póki nie miała jakiejś obietnicy lojalności, ale nawet nie zasugerowała, nawet nie wybadała czy Nean faktycznie może jej pomóc. Czytałam i miałam takie wielkie pytanie w głowie: What the fuck is going on?!?!?!?! Jak dla mnie równie dobrze mogła chcieć zawrzeć umowę, w ramach której Nean miałby czytać jej poezję do snu.
Więc z jednej strony nie mówi czego de facto chce, z drugiej jedynie grozi… człowiek myślałby, że z taką bandą rodzeństwa wie to i owo o negocjowaniu, kiju i marchewce, oraz innych takich rzeczach. Ja wiem, a jestem jedynaczką. I w zasadzie pogodziłam się z myślą, że Ovrina jest po prostu mało rozgarnięta i całe jej talenta zamykają się w umiejętności chodzenia w spodniach oraz grożeniu, a jak ktoś jej z miejsca nie przytakuje, to umie już tylko lać po mordzie (...cóż) I że po prostu czasami przypadkiem coś jej wychodzi bardziej, jak ten dobry kawałek zacytowany wcześniej, ale zaraz po tym jak to pomyślałam Nean stwierdził, że
Ovrina nie była tak głupia.

Oh… Coż…
A że to się odbija na Neanie. On nawet nie próbuje dowiedzieć się czego ona od niego chce. Łapanie okazji jak szlag. Trochę filozofują i na koniec nazywa ją gnidą… bo…? Bo jej argumentem w dyskusji było zabicie go, co do którego to zabijania był niemal pewien, że to pusta groźba? W tym układzie dobraliby się jak w korcu maku. I jeszcze gdyby on to powiedział specjalnie, żeby ją wkurzyć. Po prostu wrzucił pierwsze obraźliwe słowo, żeby ją wkurzyć. Ale nie, bo zaraz po tym ma refleksję, że popełnił błąd. Czyli to było szczere. Chyba że narrator kłamie.
Oh well…
Najbardziej boli mnie w tym to, że Nean schodzi do poziomu Ovriny i to mu, jako postaci nie służy. Żira by się chyba załamała słysząc go.
Niezaprzeczalnym plusem całej sceny z nią jest to, że wpisuje się ona w pierwsze przedstawienie dzieciaków i nadaje trójwymiarowości dworskiemu życiu. Sugeruje, że cesarz cesarzem, wbijanie sobie szpil - owszem, ale jest też większa kombinatoryka. To mnie zaciekawiło, chciałam w sumie wiedzieć co ona knuje. Co prawda fajnie by było, jakby była bardziej sprawna w swoich negocjacjach, ale ok. Taka z niej kobitka, niech będzie. Można mieć ambicje i nie mieć talentu - takie postaci też są ciekawe.

Kolejny rozdział też wywołał u mnie chęć dowiedzenia się o co komuś chodzi, ale nie dlatego, że wpisywało się to w większą historię, a dlatego, że cała rozmowa z Eklinem wydaje się z sufitu. Eklin to taki standard i albo sobie będzie, albo zrobisz z nim coś ciekawego. Póki co klasyk nad klasyki rzucający wielkimi słowami. Kojarzy mi się z krzykaczami z placów. Takimi co stają na skrzynce po owocach i wykrzykują do tłumu o apokalipsę itd. a słuchają ich tylko ci najbardziej znudzeni. I w zasadzie mógłby sobie być, ale w momencie gdy został kolejnym duchem minionych świąt, to… Cały VI rozdział to on gadający z Neanem, bo… Czemu to dziecko zlazło do tych lochów? Pod koniec gotowa byłam kupić każde wyjaśnienie z “zabłądziłem” włącznie, ale nie było czego kupować. Poza tym jak na nawiedzonego piewcę wiary, to bycie zmęczonym po rozmowie, w której odezwał się 11 razy i wypowiedział w sumie 24 zdania (z równoważnikami tychże włącznie) to…
I jeżeli przy Ovrinie nie bardzo wiedziałam po co $#%^&*()_ to wszystko, to tutaj osiągnął nowy poziom tego niewiedzenia. Bo ona przyszła z biznesem, a on… da faq? Znaczy chłopcy sobie pogadali, wyłuszczono system pokuty w okolicy i podkreślono jaki to Nean fe i fuj. W sumie dziwi mnie, że Nean wcześniej nie miał bladego pojęcia jak to działa… bo tak, wychodzi z tekstu, że nie miał, a to tak. Cóż.
A to cholernie ważne, żeby miał, bo bez tego cała rozmowa okazuje się być tylko nieco zakamuflowanym info dumpem a sam Eklin upodabnia się do ducha minionych świąt Bożego Narodzenia. Bo poza jakąś tam minimalna wiedzą o religii w okolicy (czy raczej o pokutach, o samej religii było w sumie mało) to nic z tego nie wynikło. Przy Ovrinie coś jednak było, sam fakt, że chciała się układać wpisywał się w większą historię. Eklin z kolei… Mam wrażenie, że to samo mógłby powiedzieć strażnik w ramach zabijania nudy i wyszłoby na to samo. Po cholerę Eklin tam był… niech to będzie głupi powód, ale jakiś.

– Skusisz się, Neanie. Jeszcze sam będziesz mnie błagać na kolanach, bym pozwolił ci złożyć ofiarę i stanąć przed obliczem naszego pana.
Z tymi słowami książę odszedł, pozostawiająca po sobie złowrogą ciszę.


A, są jeszcze Bliźniaki - te pierwsze, spod znaku sztuki… ekhu ekhu to taki comic relief póki co. Karykaturalne wręcz.

No ale Nean w lochu, a cesarstwo sobie i hymmmm. Stolica cesarstwa składa się głównie z sierot i miejskiej hołoty
SpoilerShow
Teraz szaleństwo objęło już tak wielu, że nie sposób było wypatrzyć zdrowych. Kolumny ludzi i zwierząt krążyły wśród wydm, próbując dotrzeć do ukrytych skarbów, zdecydowanie częściej wykopując kawałki bezużytecznej ceramiki czy stare kamienne bloki. Można je było co najwyżej za niewielką opłatą odsprzedać uczonym, toteż wykopaliskami trudniły się głównie bezdomne dzieci i reszta miejskiej hołoty, której szeregi topniały z miesiąca na miesiąc w miarę jak pustynia zmieniała się w cmentarzysko.
- nie ma co, doborowe towarzystwo. Znaczy ja sobie tak myślę, że wcale nie tak miało być, ale tak wyszło z tekstu. I w sumie to by tłumaczyło, czemu cierpią tam na brak gońców. I czemu cesarz ot tak łazi do lochów, fatyguje się za miasto, zamiast posyłać kogoś…
A jak już jesteśmy za miastem, to ruiny… Kurcze, ni cholery nie wiem co chciałaś nimi osiągnąć. Jak zaczęłaś o nich pisac to skojarzyły mi się z ruinami z “Mistrza zagadek z Hed” a to bardzo fajne skojarzenie dla mnie, bo wiąże się z moją ulubiona postacia z tej książki. Sęk w tym, że w swoim opisywaniu ruin miotasz się od tego jak były imponujące po kpienie z nich i z powrotem. I ja nie wiem, czy powinnam uważać je za atrakcję dla ubogich, za dowód dawnej świetności, za zagadkę miasta, coś co rozbudza ciekawość i o czym się układa bajki, czy za miejsce, gdzie się idzie wychlać wódkę.
I to w sumie też rzuca jakiś cień na cesarza, bo niby mam jakiś sposób postrzegania go, ale jego pogardliwy stosunek do ruin mnie boli i nie pasuje do reszty obrazka.

No i pozostając przy ruinach. Po pierwsze #QuinNaPrezydenta. W końcu ktoś w tym tekście, kto myślał przy pierwszym pojawieniu się i nie zgubił mózgu po drodze. Nie jest sympatyczny, jest za to wręcz arogancki i raczej trudno byłoby go lubić, ale w tym co robi jest jakiś sens. Nie chodzi o to jakie ma poglądy (znaczy że bliskie nam tu i teraz). Jak dla mnie mógłby postulować urąbanie wszystkim głów, ale jest spójny i póki co nie zdążył jeszcze mnie do siebie zniechęcić. Eklin wtopił na całej lini, Urbinan się miota, tu nawzdycha nad rodziną, tu się oburza i w sumie fakt, nie wiem jak doszedł do władzy - chyba przypadkiem, niekoniecznie chciał rządzić, ale chciał żyć i niestety było coś za coś, Ovrina by chciała, ale brakuje jej ogłady, Cerin i Ceran mają generalnie wszystko w dupie, poza paczką kredek bambino, reszta w ogóle pałęta się tylko pod nogami. Jest jeszcze Septirun, ale... no przy nim są hinty i cuda, więc z zasady patrzy się na niego inaczej, więc nawet go z resztą nie zestawiam.
I tu mały pit stop: szacun, że w ogóle tę rodzinę ogarniasz. Masz dużo scen, gdzie jest dużo przegadujących się postaci i generalnie panujesz nad nimi - to się ceni. :c[]:


Ale jedno pytanie pozostało ważne z mojego poprzedniego komentarza: What the fuck happened? ._. Krinu? Co się kuźwa stało. Czytam i nie mogę dojść co zaszło, bo znam już twoje pisanie i to tu jest poniżej twojej średniej i cholera, no... :(





CYTATY RÓŻNE
faworki, literówki, wszystko...
SpoilerShow
IV

„Otaczała go ściana ciemności rozpraszana pojedynczym strumieniem światła – zwiastunem nadchodzącego dnia.”
Zamurowali go?
„Pocił się jak po biegu i czuł mrowienie na całym ciele, jak przy chorobie.”
A to przypadkiem jednak nie dreszcze?
„Obudził go dźwięk kroków.”
Odgłos?
„Kilka par stóp przetaczało się w chaosie przez gmach więzienia.”
Przetaczające się stopy? Trąci Adamsami.
„Nad sobą miał jakiegoś draba, przed sobą wypudrowanego urzędnika, a w korytarzu czekało jeszcze dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety z czego jedna ubrana po męsku.”
I Nean to wszystko widzi z kleczek? Bo narrator pisze z jego ramienia i mam wrażenie, że pokazuje za dużo szczegółów.
„Latryjski władca nie wyróżniał się ani nawet nie próbował się wyróżnić od wszystkich pomniejszych królów, książąt i byle mend ze szlacheckim tytułem, jakie Nean spotkał na swojej drodze.”
Wyróżniał się spośród, albo odróżniał od
„– Co najwyżej z Czarnej Dupy. Nie lubię, kiedy moi szpiedzy nie potrafią czegoś rozszyfrować, a szczególnie nie lubię, kiedy jest to wybitny absolwent syvantyjskiego uniwersytetu. Kiedy zaś czegoś nie lubię, chętnie się tego pozbywam, więc waż słowa.”
Podobuje mi się ta wypowiedź :D
„Czarodziej milczał, choć wydawało się, że bezdźwięcznie porusza ustami.”
Mieli latarnie, to chyba jednak powinni widzieć czy to robi czy nie?
„– Nean Amareth Eld'garem Invondine vall Mershe Yara z pokolenia Merafine, urodzony w Mitgald Varen – powiedział czarownik. – Mitgald Varen to po waszemu Czarna Woda.”
Najs <3 ^___^
„W tym oświadczeniu kryła się ilość dumy i urazy mogąca rozpalić sporych rozmiarów pożar, z pewnością wystarczający, by puścić całe więzienie z dymem.”
Jakoś ni cholery nie czaję związku pomiędzy dumą i urazą a rozpałką do grilla czy czymkolwiek do rozpalania.
„Nean przebiegł wzrokiem po twarzach jedenastki za plecami Urbinana.”
Oni się tam wszyscy wcisnęli?
„Zostali zmuszeni do przyjścia i mieli zamiar okazać swoje niezadowolenie, tudzież obrzydzenie ciemnym lochem.”
Narrator nadal siedzi na ramieniu Neana w tym akapicie, więc skąd on kuźwa wie, że dzieciarnię zmuszono?
„Jeśli nawet Urbinan dostrzegał płomienie w oczach Neana, jego spokój gasił je niczym woda.”
Jeśli spokój je gasił, to ich nie było, a skoro ich nie było, to nie było czego zauważać.
„Twarze cesarskich dzieci wyraźnie ożywiły się, gdy dotarło do nich, że przynajmniej raz ktoś nie zamierza grać mędrca w ten sam oklepany sposób, w jaki gra go co drugi czarodziej stający przed obliczem Urbinana.”
Jeśli co drugi odgrywał mędrca w ten sam oklepany sposób, to znaczy że połowa odgrywała go w jakiś inny, nieoklepany sposób. ^^” Generalnie większość lub ”prawie wszyscy” by tu wyglądali lepiej.
„– Wbijasz wzrok w ziemię, Neanie Amarecie Eld'garem Invondine vall Mershe Yara z pokolenia Merafine?”
Podoba mi się, że cesarz zapamiętał całe to imię z ozdobnikami. To dużo mówi o postaci.
„– Nie zagroziłem ci jeszcze chłostą, ale to nie znaczy, że możesz gadać jak pomyleniec.
– Przepraszam, Wasza Wysokość.”
xD <3
„Czego szukasz na Białej Równinie, Kruczarzu? Czego miałby tam szukać syn Ragda?”
<3 hymmmmm, a tu mnie zaintrygował, bo od dłuższego czasu mówił do Neana po imieniu, a tu nagle pseudonim. Hymmm zaciekawionam :3

V

„Czy ten dandys zamierzał go sportretować? Teraz?
Nean z odrazą uświadomił sobie boleśnie, że naprawdę wygląda, jak studium człowieka złamanego. Z zimna skulił się w kącie, cały opatulony brudnym i dziurawym płaszczem.”
xD
„– A czy to moja sprawa, czy on się czuje złamany, czy nie? Co mam narysować, jak nie jego? – Uderzył dłonią o czoło. – Właśnie! Odwróć się w moją stronę! Potrzebna mi twarz dla Kruczarza Pogromcy Ludzi Traw.
Nean nasunął kaptur, co cesarski syn skomentował słowami, których z całą pewnością dworska etykieta nie dopuszczała do użytku.”
Bezużyteczni są, ale fajni xD
„– Przyszłam zaproponować umowę. – Na widok jego miny zesztywniała. – Co się tak gapisz?
Wzruszył ramionami.
– Zazwyczaj ja to mówię.”
I to jest fajny początek negocjacji… a potem. :|
„Kruczarz widział już wiele wykierowanych we własne serce ostrzy i kolejne nie wyprowadziło go z równowagi.”
Skierowanych
„Chwyciła go za szczękę. – Myślisz, że jesteś lepszy?”
W sumie to chyba za żuchwę. ^^”
„Poczerwieniała. Cesarskie dzieci nie są przyzwyczajone do bycia obrażanym przez bzyczące wściekle muchy. Cudownie, Nean czegoś je nauczy.”
Jakoś dziwnie nagle ten czas teraźniejszy wyskoczył.
„Milczała, zaciskając usta w wąską szparę.”
WTF? Zaciskała w szparę…? Whaaaat?
„– Lód z płomieni – odezwała się w końcu.
– Co?
– To godne pożałowania, że Pani Płomieni wydała ze swego łona kawałek lodu. Zimnego i martwego. Nie rozpalającego pragnień i idei, lecz gaszącego je. Jakkolwiek potężna była twoja matka, ty nią nie będziesz. – Potrząsnęła głową, jak bogacz litujący się nad niedojdą. – Lepszy też nie będziesz.
– A ty, Ovrino? Zamierzasz zostać swoim ojcem? Obawiam się, że nie zostaniesz niczyim ojcem. Prędzej ja stanę się płomieniem, niż ty zostaniesz cesarzową.”
To jest najlepszy kawałek ich rozmowy <3
„– I dla niektórych bezpieczniej – powiedziała. – A w umowie nie ma filozofii. Ty służysz, ja nie każę cię odesłać do twojej Czarnej Dupy w kawałeczkach.”
A my cięgle nie wiemy o co ci tak w sumie chodzi.
„– Twój ojciec proponował mi to samo i tak samo odmówiłem. Dlaczego miałbym zgodzić się na propozycję jego córki? Znacznie gorszą propozycję zresztą.
– On wierzy w postęp, w ucywilizowanie i w jego propozycji nie ma ani słowa o wysyłaniu cię gdziekolwiek w kawałkach.”
:faceplam:
„Kamienny spokój, powiedział sobie. Ta kobieta nie ma tu władzy. Blefuje. Najwyżej planuje dopiero, jak wszcząć bunt. Nie da jej narzędzi, buntu nie będzie.”
W sumie dziwię się, że jeszcze jej nie wyśmiał.
„Nie chcesz, bym uczyła cię pokory. I doskonale wiesz, że chcę twojej mocy, durniu. Jeśli cesarski dwór ma czarodziejów zdolnych związać twoje moce, ma też zdolnych je rozwiązać.”
Kurde nie wiem. Zważyszy ile czasu zajęło jej powiedzenie tego, to mam wrażenie, że przyszła sobie pogadać jedynie.
„Niestety Ovrina nie była taka głupia.”
A zaledwie dwie linijki wyżej pomyślałam, meh, może ona po prostu ma być głupia. A tu jednak nie.
„– Nie tylko ty, czarowniku od siedmiu boleści, wiesz, co znaczy krew. Oddanie za życie. Może nawet lepsze niż tutaj.”
Coś księżniczce w tu nie wyszło, bo sens całej wypowiedzi gdzieś zwiał.
„– Nawet bardzo prosty. Wolę zginąć, niż służyć takiej gnidzie jak ty. – Uśmiechnął się krzywo. – Ból będzie przyjemniejszy, niż obcowanie z tobą.
Błąd.”
Tak jakby ona nie powiedziała czego dokładnie chce. Może jakąś małą, durną zemstę? Może coś w ogóle z dupy? I gdyby on jeszcze powiedział to, żeby ją sprowokować. Tal dla masochistycznej zabawy… ale nie. To było na serio. Przywykłam do Kruczarza sprytnego, knującego, będącego zwykle o krok prze innymi, ale najwyraźniej postanowił przestać wychodzić przed szereg. :/

VI
„Nean spał właściwie bez przerwy, nie mając pomysłu, co innego mógłby robić.”
W zasadzie podziw, że był w stanie zasnąć.
„Wręcz musiał spać, inaczej jego myśli biegły w niebezpieczne rejony, w których każda sekunda zdawała się bolesna.”
…zapędzały się w niebezpieczne…?
„Przeziębił się od chłodu ciągnącego z murów, a każda zmiana pozycji przypominała o sinikach, bezruch zaś prowadził do drętwienia kończyn.”
Siniakach
„Szkoda, że nie spróbował wynegocjować od Ovriny zwrotu latarni.”
…:roll:
„Nie, nie zatęsknił znowu za Żirą – zastanawiał się, czy pakt zawarty z księżniczką wpłynąłby jakoś na pakt z wiedźm.”
WTF? Ostatni raz jak patrzyłam, to chciała zawrzeć umowę, nie było mowy o pakcie krwi.
„Albo dowiedzieć się, kogo licho niesie przez wąskie i ciemne korytarze więzienia w akompaniamencie stukania obcasów.”
Przy akompaniamencie
„Nie mężczyzna – poprawił się – chłopiec o nazbyt poważnym wyglądzie podkreślanym przez kapłański ubiór, choć brak właściwego nakrycia głowy świadczył, że nie otrzymał święceń. Nean też nie dałby ich komuś, kto potrafił się tak ubrać bez nich.”
Za dużo informacji na raz. Zwłaszcza w tym pierwszym zdaniu początek i koniec sa za daleko ideowo od siebie.
„Gdy urodził się Nean, jego także zamierzano złożyć w ofierze, by wyjść z twarzą, ale matka tego zabroniła, a w ramach pokuty za podobną ideę kazała doradcom go zastąpić.”
Raczej „podobny pomysł”
„A już na pewno nie zawarłbym z nikim paktu krwi.”
Czy w tym świecie nie ma umów na uścisk ręki, podpis pod dokumentem? Wszystko to pakty krwi? Czy oni tacy spaczeni po prostu?
„Eklin przyjął niepokojącą minę, która ma w zwyczaju poprzedzać wezwanie do uświadomienia sobie boskiej potęgi, zaprzestania życia w wewnętrznym zakłamaniu i wyrzeczenia się grzechu.”
WTF?
„– Możesz uznać, że nie pytałem, co składają w ofierze rozpustnicy, Wasza Wysokość – powiedział Nean z kamienną twarzą, choć w rzeczywistości z zadowoleniem obserwował czerwień, która wystąpiła na twarz cesarskiego syna.”
Te dzieciaki są tak łatwe do pogrywania sobie z nimi, że to aż smutne, że Nean odczuwa jakąkolwiek satysfakcję.
„– Za pijaństwo i żarłoczność ludzie golą głowy, a na twarzy tatuują sobie imię Wielkiego Iretuna, by przypominało im o walce, którą muszą z sobą toczyć.”
Twarz to jedna z tych części ciała, których na co dzień nie widzimy bez pomocy lustra, więc ja nie wiem czy tatuaż na niej to takie dobre przypomnienie.
„– Mężowie zazwyczaj uniemożliwiają takim kobietom wejście na drogę rozgrzeszenia, nierzadko bijąc je na śmierć albo zwyczajnie się z nimi rozwodząc. Urzędnicy przymykają oczy, jakby boskie prawo ich nie obowiązywało.”
Tak czytałam, czytałam i nie mogłam zrozumieć po cholerę on mu to mówi.
„Eklin oparł się rękami o kraty. Był już wyraźnie zmęczony tą dyskusją i o ile wcześniej mógł sprawiać wrażenie dziesięć lat starszego, teraz Nean postarzyłby go o kolejne dwadzieścia.”
Holly fuckin’ shit. Sorry, ale Eklin odezwał się całe 11 razy. Na te 11 razy składały się w sumie 24 zdania, w tym też równoważniki, czy pojedyncze słowa typu „Cóż…” Prawdopodobnie więcej zdań zajmuje mi dogadanie się z mamą w kwestii tego, która z nas dziś kupi chleb i czy trzeba cos poza chlebem kupić.
„– Mówi to człowiek, który bez mrugnięcia okiem zamordował kilkunastotysięczną armię z powodu urazy do jej wodza.”
Wymordował, imho
„– Nie przyszedłem, by rozmawiać o latryjskim prawie. Przyszedłem...”
Mam niejasne wrażenie, że Eklin też nie wie po co przyszedł. Nikt tego nie wie, a to jest już złe. Bardzo złe.
„– Prędzej uwierzę, że jesteś niewinny, niż że pragniesz odbyć pokutę i uzyskać rozgrzeszenie.
– Wiedza pierwszym krokiem do właściwej drogi.
– Doprawdy?
– A może tylko udaje, bo się wstydzę, a tak naprawdę chcę poświęcić życie bogu?”
Udaję – tak na początek. Dwa, to jest takie bez sensu, ale pisałam o tym szerzej już przy pisaniu o Eklinie wcześniej.
„Eklin był ewidentnie świadom, że Nean kpi, ale to nie umniejszało przyjemności, jaką czarodziej czerpał z tej dyskusji.”
Przynajmniej ktoś się dobrze bawi. Nie jestem to ja. #TeamEklin.
„Widzisz, Kruczarzu, to nie jest tak, że ofiary są z góry ustalone.”
Fajnie, bo wcześniej w sumie mówiłeś co innego. Zdecyduj się, Eklinie.


VII

"Teraz szaleństwo objęło już tak wielu, że nie sposób było wypatrzyć zdrowych. (A)Kolumny ludzi i zwierząt krążyły wśród wydm, próbując dotrzeć do ukrytych skarbów, zdecydowanie częściej wykopując kawałki bezużytecznej ceramiki czy stare kamienne bloki. Można je było co najwyżej za niewielką opłatą odsprzedać uczonym, toteż wykopaliskami trudniły się głównie bezdomne dzieci i reszta miejskiej hołoty, której szeregi topniały z miesiąca na miesiąc w miarę jak pustynia zmieniała się w cmentarzysko (B)."
A+B = latria składa się głównie z bezdomnych dzieci i miejskiej hołoty
"Do tej pory Urbinan nie sądził, że nauka może być niebezpieczna.
Właściwie cała awantura z latryjskim uniwersytetem wyglądała na niebezpieczną, a kuriozalności dodawał sprawie fakt, że była to uczelnia tylko i wyłącznie medyczna."
Skojarzenia miedzy kawałkami zdań sa tu za daalekie... whhaaaat?
"Jedyna taka na świecie, jedyny niemistyczny uniwersytet"
ummmmm

"Najpierw do Latrii, w celu sporządzenia materiału naukowego, zjechała cała rzesza kopistów, rysowników i introligatorów. "
To brzmi tak jakby oni to z powietrza tworzyli... jak im się nabazgrało i wymyśliło
" By z kolei oddzielić tych, którzy bardziej niźli o ludziach myśleli o zgłębianiu tajemnic natury, utworzono samozwańczy Latryjski Uniwersytet Miłośników Badań Nad Przyrodą i zainstalowano się w jakiejś portowej ruderze, gdzie teraz ze wszystkich stron świata spływały największe kurioza jakie rodziła ziemia, aż utworzono tam oranżerię bogatszą od oranżerii cesarskiej, tylko tak zabałaganioną, że nieustannie słyszało się o uciekających zwierzętach."
jak trzymali zwierzeta w budynkach o szklanych ścianach to w sumie ;)
"I być może dałoby się ten uczelniany chaos jeszcze powstrzymać, gdyby jak na złość ów jeden z nielicznych jeszcze wówczas w Latrii historyków nie wykopał ruin Czarnego Połogu – kolebki rodu cesarskiego. Teraz nawet poeci bez grosza przy duszy spływali do stolicy cesarstwa jak do utraconej ojczyzny. "
nie bardzo rozumiem co się dzieje i co ma piernik do wiatraka.
"Choć ledwie widoczna na piasku droga wydawała się równie spokojna jak przed laty, umysły burzyły się pod skorupą pozoru."
Droga... umysły... podmioty szaleją
"Stali niby to bez frasunku przy ścianie zdobnej w dawno wyblakłe rzeźbienia"
ja zgaduję, że płaskorzeźby, czy co to tam było, było malowane... ale to zdanie jest dziwne.
" lecz oczy ich błądziły za grupą uczonych, którzy w wielkim skupieniu wysłuchiwali relacji dwojga chłopców przybyłych do twierdzy z czymś, co Urbinan już z daleka rozpoznał jako pogański posążek. Nieco kłóciło się to z wersją historii rozpowszechnianą przez wyznawców Wielkiego Iretuna i było równie dobrym punktem zapalnym jak każdy z podejmowanych ostatnio tematów."
w sumie wyszło, że przybywające dzieci kłóciły się z wizją... oh well.
"Urbinan nie musiał szukać Quintina – ten sam się znalazł. Zszedł środkiem kamiennych, pokrytych pyłem historii schodów, jakby był gospodarzem tego miejsca, a kierowane w jego kierunku spojrzenia zdawały się to potwierdzać. "
co potwierdzać? spojrzenia mogły sprawiać, że inni myśleli podobnie, ale to potwierdzanie tu... zgrzyta mi.

"Niczym gwardia honorowa towarzyszyli mu starci bracia – Cerin i Ceran. "
Starsi
"Albo towarzyszyli to złe słowo, pomyślał Urbinan, orbitowali jak muchy wokół gówna, bo co krok któryś zatrzymywał się, by skomentować wątpliwe dla cesarza walory estetyczne tego kawałka pustyni. "
rzeczy na orbitach raczej się nie zatrzymują.
"powitał Urbinana piąty z synów, pełnym potępienia spojrzeniem obrzucając właśnie opuszczających lektykę niewolników. – Czym mogę służyć, mój oświecony władco?
Quintin nie był głupcem. Odezwał się dopiero, kiedy znalazł się poza zasięgiem słuchu ciekawskich. Inaczej Urbinan, chcąc nie chcąc, musiałby go ukarać za tak buńczuczne słowa."
poza tymi niewolnikami. chyba że byli głusi.
"– Czyż jestem stróżem brata mego? "
czy numery 4 i 5 mają tag line z tego tekstu. Bo obaj zdążyli to powiedzieć. I to dokładnie w tych samych słowach xD <3
"– Czyż jestem stróżem brata mego? Nie pojmuję twojej teorii na temat semantycznej zbieżności słowa bliźniaczy ze słowem nierozłączny."
:heart:
"Qunitin zdawał się nie zauważyć sugestii."
i miał rację :lalala:
"– Pomyślałem, że jest was tu więcej."
on serio nie ma gońców?
"Urbinan próbował wyminąć syna, ale ten zastąpił mu drogę tak sprawnie, że nie mogło to być poczytane za wyraz agresji czy impertynencji wobec cesarza."
eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee what happened?
"– Proponuję dojść do reszty tą samą drogą."
Do reszty czego?
"– Przejdziemy się? – zaproponował.
– Po co?
– Załóż, że pragnę odpokutować wysługiwanie się jednostkami pozbawionymi prawa do samodecydowania i godnego zarobku.
Brew Quintina poszybowała w górę, ale nie protestował więcej."
To on gdzieś protestował? Drążył - tak. Ale protestował - nie zauważyłam? :/
"Urbinan próbował dojrzeć jego drugi koniec, ale nie dojrzał, bo drugiego końca nie było"
Autentycznie spłakałam się w tym momencie z dławionego śmiechu, bo czytałam przy innych ludziach i jakbym parsknęła, to musiałabym się tłumaczyć.
" płaski teren przechodził gwałtownie w wydmę piaskową, gdzie teraz kłębili się robotnicy, próbując wydobyć resztę spod ziemi. "
Resztę czego... znaczy domyślam się, ale to zdanie nie bardzo mi w tym pomaga.
"Niesamowicie byli przy tym powolni, jakby przerzucali szkło, nie piasek, a jakiś rozwrzeszczany uczony co chwilę przerywał im pracę i grzebał w tej ziemi jak szczur we śmieciach."
Zaczynam się zastanawiać co ty chcesz mi przekazać całym motywem ruin.
"– Spędzacie tu cały dzień? – spytał cesarz, w duchu zauważając, że nie ma innego wyjścia, skoro praca idzie im tak wolno."
WTF?
"– Spędzacie tu cały dzień? – spytał cesarz, w duchu zauważając, że nie ma innego wyjścia, skoro praca idzie im tak wolno.
– Zależy o kogo pytasz.
– O ciebie.
– Nie."
Quin, on do ciebie wali liczbą mnogą, rispekt.
"Gdy wstała jej ubranie nie przypominało już kupy bezwładnych szmat, ale tradycyjny, wręcz zbyt tradycyjny, ubiór wiedźmy. "
jak szmaty są władne, to należy się zacząć obawiać, imho.
"Może była tylko trochę brudniejsza, bo cała w piachu, jednak Urbinanowi nie podobała się jej obecność."
początek i koniec zdania mają do siebie tyle, co piernik do wiatraka.
"Zwłaszcza, gdy zwracała się do jego syna „Quin”."
to sa nas dwie :heart:
"– Władcy Latrii są już tak znudzeni, że bawią się w wizytowanie piaskownicy? – dobiegło cesarza zza pleców."
yup, nailed it. ten łazi wszędzie, jakby służby nie miał.
" Septiruna i Octaviusa, siódmego i ósmego z synów."
tak jakby tego ósmego można się było spodziewać.

"ta sama dziwna ponurość na twarzach nie raz mieszająca się z uśmiechem."
eeeee
"Nie lubił tego czegoś w jego oczach, co było jak płonący lód. Tej groźby w głosie, gdy głos chłopaka zdawał się należeć do kogoś innego, kogoś obcego.
Nie, to nie było wrażenie. Octavius też natychmiast się zorientował i nieznacznie odsunął od brata. Quintin zerknął udając, że wcale nie zerka. Olcha wyglądała na gotową do ucieczki, co nieco zdeprymowało Urbinana, bo wiedźma jako jedyna z nich miała chociażby nikłe pojęcie o zjawiskach nadprzyrodzonych.
Ale nie wyglądało niebezpiecznie."
I'm lost. tu jest chaos.
"Dziwne optyczne rozwarstwienie, jakby przestrzeń zakrzywiała się wokół Septiruna albo jakby on sam został przykryty powietrzną bańką, z daleka prawdopodobnie było nawet niewidoczne. Nie to co płonące zasłony Urbinana w zeszłym tygodniu."
I znowu co ma piernik do wiatraka?
"Nadworni czarodzieje powtarzali, że to złudzenie, zwyczajna gra światła, a na pytanie cesarza, czy popiół i gryzący dym, który pochłonął całą komnatę także były złudzeniem optycznym odpowiadali rozkładaniem rąk."
ja chyba coś przegapiłam...
"Gdyby nie ten dziwny ruch powietrza, usiedli by młodszemu bratu na plecach."
usiedliby
"Zrobił przy tym krok w stronę Urbinana i cesarz musiał wysilić całą wolę, by się przed nim nie cofnąć. Jakby to wyglądało?
Miał na to ochotę przede wszystkim dlatego, że nikomu nie powiedział o celu swojej wizyty tutaj, a o kodeksie dowiedział się od zaufanego szpiega, którego puścił tropem Olchy."
eee miał ochotę się cofnąć? to co prawda dwa różne akapity, ale...
"Urbinan pomyślał, że gdyby zrobił jeszcze krok w kierunku wiedźmy albo spojrzał w kierunku gwardzistów, syn zapewne by się na niego rzucił."
I słusznie by zrobił :lalala:
"– Tak, mam komuś do zarzucenia posiadanie nielegalnych źródeł na temat czarnej magii."
I fatygował się po to sam...
"– Mam wszystko pod kontrolą – zapewnił Quintin, nim Urbinan zdążył się zastanowić, ile osób jeszcze jest zaangażowanych w tę sprawę.
– Czemu ty, a nie ja? Czemu nie arcyinkwizytor Te..."
Cesarz taki ogarnięty... #QuinNaPrezydenta
"Urbinanowi przyszło na myśl, że wiedza Quintina wykracza daleko poza to, co można znaleźć w bibliotekach, z których zdawał się nie wyściubiać nosa."
#QuinNaPrezydenta :heart:
"– Dziecko! Ten przeklęty kodeks traktuje o opętaniach! Co ty chcesz z nim zrobić? Wystawić na widok publiczny? Powiesić w salonie?"
Whaaat? to "dziecko" brzmi w kontekście ich relacji zupełnie nie na miejscu...
"Co ten durny chłopak sobie znowu wymyślił? Odstawiał te szopkę tylko dlatego, że kapłani Wielkiego Iretuna kazaliby mu postąpić dokładnie odwrotnie?"
Co? o jakiej szopce on mówi, bo ja niczego nie widziałam.
"Quintin tylko otwierał i zamykał usta, co ostatecznie przekonało Urbinana, że nie ma żadnego sensownego argumentu.
– To nie jest tylko czarnoksięskie pismo – rzekł piąty z braci. Cesarz próbował mu przerwać, ale syn go ignorował. – Ono mówi o całym obrządku, o tradycji. Jest naszym dziedzictwem."
Nie miał argumentu, dlatego właśnie się odezwał.... coś tu nie gra.
" Jakiś śmieć wpadł Urbinanowi do oka, ale cesarz nie mógł unieść ku niemu wciąż sunącej po piasku dłoni i łzy zaczęły cieknąć po policzku."
Ni du du nie wiem co się stało.
"Co jej przyszło do głowy, żeby zabierać tę trójkę na takie odlu... w takie parszywe miejsce. Że też jej się chciało! Oby każdy w tej rodzinie miał tyle miłości, co ona!"
I znowu piernik-wiatrak nieco.
"Miłość... Pod warstwami jedwabiu wciąż biło serce i płynęła krew. Może to było szaleństwo, by próbować zagarnąć zarówno to co cesarskie i to co ludzkie, a jednak chciał kochać naprawdę i nienawidzić naprawdę. Chciał cierpieć naprawdę, by naprawdę być szczęśliwym. Może to głupie. Ale kto wszechwładnemu zabroni głupoty?"
To jest tak wydumane i górnolotne, że zgubiłam się w połowie....
"Urbinan znalazł ogród, choć kierował się na oślep, w dodatku tak szybko, że gwardziści ledwie za nim nadążali."
To jest to, na co Kass zwracała uwagę - czemu on wszystko robi sam a reszta stoi jak kołki?
"Uśmiech nie schodził z jego twarzy, lecz czasem, szczególnie wieczorami, gdy chłopak siedział, kiwając się w przód i w tył, Urbinanowi zdawało się, że dostrzega w nim smutek. Zdawało mu się, że Decem wie, z jaką pogardą traktują go inni. Zdawało mu się, że cierpi i cierpiał razem z nim, aż miał ochotę krzyczeć."
To się nieco kłóci z tym co było w rozdziale drugim, z którego wynikało, ze za tego z braci reszta by się dała pokroić.
"Siedzieli pod sypiącym się murem zgarbieni, ze spuszczonymi głowami – Yrvij z opaską zasłaniającą puste oczodoły, Verich całkowicie milczący, choć gdy miał jeszcze język, niemal każdą chwilę poświęcał na śpiewanie.
I to była jego własna wina, wina Urbinana. Kiedy po wyzwoleniu pałacu z rąk buntowników zobaczył ich w tym stanie po raz pierwszy, mimo błagań doradców, ulicę spłynęły krwią.
Nie pomogło ani trochę."
Primo: wina i zemsta są odpowiednio przed i po wydarzeniu i taki zapis miesza w głowie. Secundo: co się kurwa stało półtorej strony temu... serio. To nie jest najlepsze miejsce na retrospekcję.
"Urbinan sam pewnie wpadłby w obsesję, gdyby wychował się w takim otoczeniu."
Nie jestem pewna czy ta obsesja jest tu na miejscu.
"Szukał lekarstwa, które nie istniało. To on rozpoczął cały ten cyrk z uniwersytetem.
Był zapłatą za uzdrowienie, do którego nie doszło."
że co, że kto był zapłatą? czy ty w ramach redakcji cięłaś jakoś bardzo, ze to tak się rwie, czy co się stało?
"Xarem nie marzył, lecz planował. Wzbudzał uznanie swoją dojrzałością, rodził miłość w sercach poddanych. Nawet bracia darzyli go szacunkiem.
A jednak nocą, gdy budziły go koszmary, nie potrafił powstrzymać łez.
Bo za jego siłą kryła się przeszłość, nie charakter."
Generalnie to ciągle piszesz z ramienia cesarza i to tu robi się cholernie niezrozumiałe.
[/interlina][/align]
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 06 lipca 2017, 21:57

To znowu ja.
Uczucia znów mam lekko mieszane, ale tym razem chyba jednak przeważają pozytywy.
Bez cytatów się nie obejdzie.
Okrzyk wybudził Neana z koszmaru, w którym jego ciało zmieniało się w kamień. Nie zdołał powstrzymać odruchu każącego sprawdzić skórę – odczuł tylko różnicę, że schudł, choć wydawało się, że bardziej nie można.
Kręgosłup i żebra jak zawsze były zaskoczeniem. Neana rzadko doganiała świadomość, że tam, pod czarnym zwojem szmat istnieje jakaś skóra, w teorii ciepła, a w praktyce lodowata niczym marmur. I gdzieś pod skórą, za tymi sterczącymi żebrami bije serce. Równym rytmem tłoczy krew we wszystkie żyły, doskonale widoczne na rękach pozbawionych tłuszczu.
Miał ciało, jedyną rzecz na swoją wyłączną własność, a jednak to ciało wydawało mu się obce. Obrzydliwe. Ułomne. Czuł się jak płomień zamknięty w kawałku lodu.
– Śpisz, nekromanto? – Nean nie miał pojęcia, ile czasu spędził, gapiąc się na własne dłonie, nim usłyszał pytanie.
Tak mi się z początku rzuciło w oczy. Ale sam fragment bardzo mi się podobał.
Przed jego celą stał młodzieniec w schludnej i prostej szacie przypominającej urzędniczą togę.
Tylko nie mów, że chcesz całe rodzeństwo sprowadzić tam na dół z pielgrzymką. Może jeszcze Armelia przyprowadzi Decema i pozostałą dwójkę, skoro lubi ciągać ich w różne dziwne miejsca. A na poważnie - to chętnie bym przeczytała dialog Kruczarza z Armelią. Jestem bardzo ciekawa jakby zachowała się osoba o jej charakterze w starciu z Neanem.
– Życie zawdzięczam pomyłce. – Czarownik nie potrafił powstrzymać goryczy, jaka wkradła się w te słowa.
Długo się zastanawiałam, dlaczego Kruczarz od tak zaraz się “otwiera”. Już go to więzienie zdążyło złamać, czy ma znów jakiś PLAN.
Trzymanie książki o takiej tematyce, takim pochodzeniu i wyglądzie porównywał czasem z ukrywaniem pod łóżkiem zwłok ukradzionego sąsiadce i oskórowanego dla czystej perwersji kota.
Tu akurat powtórzenie może być zamierzone, ale tak generalnie to wiele razy podczas lektury mi się rzuciło w oczy, że lubisz „takować” ;)
– Poetyckie jak jasna cholera.
Wiem, że to kwestia gustu, ale tego typu odzywki rujnują mi klimat, który z takim mozołem budujesz.
– Co za pytanie? Moje czarne, nekromanckie serce nie kocha nawet siebie.
Serio? To też na klimat nie robi dobrze.
– Możesz zacząć od ustroju, od władzy.
To mi zasygnalizowało, że dialog będzie pod czytelnika, ale – wbrew Twoim obawom – wyszło ok. W momencie, kiedy sprowadziłaś do lochu Quintina bałam się, że zaraz przestanę go lubić, ale tak się nie stało. Quintin w tym momencie wydaje się jedynym członkiem rodziny królewskiej, który może być dla Kruczarza jakimkolwiek przeciwnikiem. Przyszedł też po coś (nawiązując do komentarza Maršzy). Lubię ludzi z pasją, szczególnie naukowców. Quintin nie daje się Kruczarzowi wyprowadzić z równowagi, nie musi mu grozić ani go bić, żeby się odpłacić. Za to zadaje trafne pytania, które są jak drobne szpileczki. Wydaje mi się, że jest nawet inteligentniejszy niż pokazuje. Jestem też ciekawa, czy jakoś rozwiniesz wcześniej zasygnalizowaną jego relację z wiedźmą.
Matka zginęła pół życia temu, a wciąż chodził za nim jej cień.
Czegoś w tym zdaniu nie rozumiem.
– Brzmi jak coś, co szybko może się zawalić – podsumował Nean.
Wyjątkowo się z nim zgadzam. Ale tak bez ironii, to jestem szczerze ciekawa, jakim cudem się to cesarstwo jeszcze trzyma kupy. Dzięki urzędnikom, armii? Cesarz wydaje się nie troskać tym wcale, ale po reakcji syna widać, że za dobrze nie jest.
– Wybacz, Wasza Wysokość, ale właśnie zasugerowałeś, że moja matka cudzołożyła z demonem w kazirodczym związku, a ja sam jestem pomiotem piekielnym.
Ale czemu kazirodczym? Pani Płomieni jest demonem, w dodatku ma demoniczne rodzeństwo? Jakoś nic poza tą wypowiedzią mnie na ten trop nie naprowadziło.
Nawet teraz, kiedy materiał cuchnął nieznośnie i kleił się do jego równie brudnych, rozrośniętych zanadto włosów.
he? Miałam takie skojarzenie http://www.reggaepolskie.pl/slownik/afro.jpg
Najpierw Kodeks Krwi, teraz dyskusje z czarnoksiężnikiem, nawet spisywane.
znów czegoś nie zrozumiałam.
Rodzeństwo obserwowała jego wyczyny z coraz większą konsternacją.
A my jesteśmy na cmentarzysku, nieprawdaż?
Na moje to cmentarzysko jest tam, gdzie leżą szczątki, a chyba tam nikt nikogo nie zalewał betonem pod podłogą?
Quintina przebiegł widoczny dreszcz.
Tu miałam wrażenie zmiany perspektywy narracji. Bo niby skąd Kruczarz zaraz wie, że to dreszcz. Może co najwyżej zauważyć, że chłopak się wzdrygnął.
Przez moment nawet, w tej chwili słabości, przestała się Neanowi wydawać tak odpychająca.
– Jak wspomniałem – wyjaśniał spokojnie nekromanta – rytuał ten odprawia się nad młodym człowiekiem zazwyczaj w dniu jego szesnastych urodzin. To prośba do przodków, aby poświadczyli o charakterze młodzieńca.
Chyba zidentyfikowałam twoje ulubione słowa ;)
Pomijając moje marudzenie na temat powtórzeń, sam zamysł dokuczenia księżniczce mi się wielce spodobał. Nareszcie widać jakoś poziom, którego oczekuję od Kruczarza. Wolę jak docinki są bardziej subtelne, a nie polegają na obrzucaniu się wulgaryzmami niczym panowie spod budki z piwem albo bezceremonialnemu praniu się po pyskach.
Lepiej pójdę do strażnika, zanim ona to zrobi. Inaczej możesz nie dożyć jutra.
Jak rozumiem z rozkazów cesarza już nikt sobie nic nie robi?
Quintin nie wrócił, by dokończyć przesłuchanie i wcale to Neana nie zdziwiło – ot, znudził się albo ktoś mu wreszcie nagadał, że cesarskie więzienie to nie jest dobre miejsce dla księcia. Może ojciec.
Kruczarz jeszcze się łudzi, że ktokolwiek tam słucha ojca? O.o
– Witaj, brudasie – odezwała się, nie kryjąc rozbawienia zmieszanego z obrzydzeniem.
– Witaj, suko.
Błąd.
Oj błąd, błąd. Jak dla mnie to postrzał w kolano dla klimatu. Przed chwilą mieliśmy ładną scenkę, kiedy Kruczarz dokucza dziewczynie (co dziwniejsze zaczęłam się przy tej wymianie zdań zastanawiać nad jej gwałtowną reakcją, skoro ona przecież ubiera się i zachowuje jak chłopak, nawet nie próbujesz zasugerować jakiejś kobiecości i naprawdę wygląda jakby ona chciała być mężczyzną), a tu znów powrót rynsztokowych dialogów i przemocy.
Zaczęłam się głęboko zastanawiać nad postacią Ovriny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to prymitywna idiotka, i ja zachodzę w głowę, jakim cudem na taką wyrosła. W końcu „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. „ Dziewczyna może mieć naturalne skłonności do męskich strojów i zajęć, ale wulgarność i prostactwo nie są wrodzone. Najczęściej nabywamy norm i obyczajów panujących w środowisku, w którym się obracamy. Ovrina więc wygląda jakby chowała się w koszarach z żołnierzami, i to tymi szeregowymi, bo wśród oficerów powinny panować jakieś standardy. Owszem, ma wielu braci, ale poza tym szóstym nikt nie zachowuje się jak prymityw.
Mam tylko nadzieję, że dziewuszka nie myśli, że po tym wszystkim zawrze jakąkolwiek umowę z Neanem.
Zrobiła coś gorszego – zrobiła z niego szmatę do podłogi.
biorąc pod uwagę powyższe, to nie tylko Nean został szmatą do podłogi, ale klimat i część moich pozytywnych wrażeń też.
Był to siwy, zgarbiony mężczyzna, który sam wyglądał jak więzień, a ubrany był w coś, co przypominało worek kartofli.
Z tymi kartoflami w środku? Tak to odbieram w obecnej konstrukcji. A tak na marginesie to się cieszę, że w końcu zaczęłam się tam pokazywać jakaś służba, bo już się bałam, że to jakiś Gormanghast.
Najgorsze było, że kazano mu pozbyć się ubrania i Nean pierwszy raz, odkąd pamiętał, rozbierał się w towarzystwie ludzi, w dodatku czworga, wliczając w to wykrzywioną złośliwie kobietę, modliszkę, która najchętniej zgwałciłaby go, a potem poderżnęła gardło, podziwiając płynącą krew.
Ja tam nie wyczuwam żadnego seksualnego napięcia między Ovriną i Neanem i naprawdę nie wiem, skąd ten wniosek.
Ogolił Neana żyletką tak tępą, że równie dobrze mógłby mieć w dłoni kawałek drewna, w dodatku go pokaleczył, a krew wytarł kawałkiem materiału, którego Kruczarz nie użyłby nawet, żeby się podetrzeć.
To już mają taką technologię, że produkują maszynki z żyletkami? Nie wiem, czy brzytwa by się lepiej nie nadawała w tym kontekście.
Ze wszystkich paskudnych kolorów, jakie istniały, Ovrina musiała wybrać przybrudzoną biel. Jakby nawet tego nie mogła mu darować.
Mimo wszystko jednak Ovrina w jakiś sposób odpłaciła się Neanowi w sposób, który go najbardziej zabolał. Po tym wszystkim jestem skłonna raczej twierdzić, że jej to wyszło przypadkiem a nie ze zmyślności.

Mimo wszystko mam jednak bardziej pozytywne odczucia z tego rozdziału. Był Quintin, którego lubię i cierpiący Nean. Proszę tylko, żebyś z tym cierpieniem nie przesadziła. Było go już w tym opowiadaniu tyle, że dla mnie starczy. Każda kolejna tego typu scena byłaby już nieco przeciąganiem liny. Żale i marudzenia masz wyżej. Większość to kwestia gustu.

Swoją drogą, ile jeszcze rozdziałów zostało do końca? Bo dzieje się sporo. Mnożysz, a przynajmniej sygnalizujesz różne wątki. Większość z nich mogłaby być ciekawa np. sytuacja Ovriny, którą sprowadziłaś do postaci huliganki. Albo to, że jeden z synów cesarza zagadkowo świeci. Materiału tu tyle na 50 albo i 100k i jestem ciekawa, jak zepniesz to wszystko w finale. Bo na razie mamy głównie cierpiącego Kruczarza przeplatanego kolejnymi pielgrzymkami do celi, a większość dialogów służy w większości wyjaśnianiu pewnych rzeczy czytelnikowi, a postacie prezentujesz niejako przy okazji.
Zaczęła się jakoś wyjaśniać ta przemożna chęć dążenia Neana na Białą równinę, ale nadal nie wiemy po co go pojmali i dlaczego wciąż siedzi w celi. Najpierw myślałam, że może cesarz będzie chciał, żeby Nean znalazł tego syna, który uciekł albo uzdrowił tych ułomnych, ale teraz już nie wiem.
Cesarz w tym rozdziale wypadł równie źle jak wtedy, gdy jesteśmy w jego głowie, a to, że cesarstwo jeszcze jakoś funkcjonuje wydaje się jeszcze bardziej zdumiewające.

Jeszcze chciałam nawiązać do imion, bo zdaje się, że Marsza o tym wspominała. Nazywanie potomstwa liczebnikami wydaje mi się... takie przedmiotowe. Ale w sumie oddaje dobrze relacje ojca z dziećmi.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 07 lipca 2017, 21:01

Uff, komentarz będzie długi, bo do całości, plus zapewne znów chaotyczny -_- Ale staram się iść po kolei, mam nadzieję, że ma to minimum sensu.

I
Pomagał jedynie ogień, czasem dopiero wówczas, gdy płomienie lizały skórę. Nie spopielały jej, lecz mimo to Nean znosił ten dotyk z najwyższym trudem – odkąd stanął na Białej Równinie, ogień zamilkł.
To w końcu przez te piętnaście lat ogrzewał się ogniem, czy nie? Bo skoro ogień zamilkł odkąd stanął na BR 15 lat temu, to znaczy, że ogrzewał się nim wcześniej, ale nie w ciągu ostatnich 15 lat?
Jeśli tylko Nean nie miał zgubić go na zdradliwych bezdrożach, wędrówka po Białej Równinie okazać się mogła tysiąckroć łatwiejsza niż poprzednim razem.

Ale wszystko prócz tego szło coraz gorzej. Gdy Nean był pewien, że dla cesarskiego wojska stał się jedynie wyblakłym wspomnieniem, te bez wytchnienia szukało go po olbrzymim stepie, aż tydzień wcześniej oddział cesarskich czarodziejów nie wypatrzył czarownika podczas wieczornego postoju.
Dwukrotnie w krótkim fragmencie używasz podobnej formy zaprzeczenia i ani nie brzmi to dobrze, ani niczemu nie służy, a komplikuje te zdania.


Co do momentu, gdy Kruczarz opada, zastanawia mnie, gdzie podziewa się Zapomnienie. Wcześniej piszesz, że jest takie przydatne, rozbija obóz, nosi rzeczy, ale teraz gdzieś zniknęło? Czemu nie niesie samego Kruczarza na barkach? Czemu nie pomaga mu wstać. Po prostu ta scena jest tak napisana, jakby Zapomnienia w ogóle tam nie było, jakbyś o nim zapomniała.
Idiuna przy okazji też.
Aha -_-

To mi przypomina którąś część Resident Evil – na koniec jednego filmu wprowadzili klony Alice, tylko po to, by na początku następnego szybko je zabić, co by nie przeszkadzały w nowej fabule. przez to, że tak szybko ubijasz Idiuna i Zapomnienie mam powtórkę wątku Rina – i wrażenie, że przeczytałam niezły kawałek tekstu zupełnie po nic, bo nic z niego nie wynikło.

II
Tyle dobrego, że latryjska tradycja odrzucała zasadę starszeństwa w dziedziczeniu tronu. Sam Urbinan przejął władzę dopiero, gdy wykończył sześciu starszych braci.
Czyli jednak obowiązuje zasada starszeństwa, bo gdyby ich nie zabił, to starsi dostaliby w pierwszej kolejności władzę? No bo skoro zasada starszeństwa nie obowiązuje, to po co musiał zabijać starszych braci?
nie sądź, że robię, ponieważ chciałbym zająć twoje miejsce.
Robię co?
– Ponad co? – podjął wojowniczo Eklin.
– Ponad twój debilizm? – podpowiedział Ceran
Czy oni mają po pięć lat? W wielu miejscach postaci rzucają bardzo niskimi tekstami i ciężko jest mi tu kogokolwiek traktować minimalnie poważnie.
– Chciałeś powiedzieć, że nie zamierzasz starać się o koronę – zaprotestował cesarz. – Wydaje ci się to nieważne? Ej!
[…]
– Oboje wiemy, że nigdy nie otrzymam korony cesarskiej, więc nie jest wcale tak istotne, jak mogłoby brzmieć.
Po pierwsze – cesarz krzyczący za dzieckiem "ej" wygląda głupio. Po drugie – Brzmieć co? Nie rozumiem, do czego się ten fragment dialogu odnosi.

III

W sumie początek 3 rozdziału podoba mi się najbardziej, bo bohater znów się odsłania, otwiera, mamy wgląd w jego psychikę i problemy. Później robi się już tego trochę za dużo plus Kruczarz ma tendencję do nurzania się we własnej zajebistości, ale ten początek mi się podoba.
Ogarniesz po pierwszych dwudziestu latach.
Zawsze mnie wytrąca z rytmu, gdy ktoś w tym tekście używa tak potocznych zwrotów.
co srał nie moczem a praworządnością
A to normalnie sra się moczem? :D
Przepisy bezpieczeństwa i higieny pracy.
Takie współczesne pojęcie też wybija bardzo z rytmu. Plus wygląda na nieudaną próbę żartu.

IV
Nad sobą miał jakiegoś draba, przed sobą wypudrowanego urzędnika, a w korytarzu czekało jeszcze dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety z czego jedna ubrana po męsku.
Grupa jakichś piętnastu osób wybrała się odwiedzić więźnia w lochach? Rozumiem samego cesarza ze sługami albo jednym synem, ale strasznie im tam teraz dużo. Już więcej sensu by miało zaciągnięcie więźnia do nich. Zresztą inni już o tym pisali.

Generalnie nie mam nic przeciwko temu, żeby pojedyncza osoba zeszła do Neana. No bo cesarz jednak może się bać wypuszczać czarownika z celi, albo może nie chce, by Nean był widziany w pałacu. Sceny, gdy władca schodzi do więźnia zdarzają się tu i tam i są ok. Ale tu absurdem jest, że cesarz wcześniej przez cały rozdział narzeka, że nie potrafi ściągnąć swoich dzieci na naradę, ale jakimś cudem ściąga ich wszystkich do lochów??? I w sumie po co? Plus musiało się tam zrobić super ciasno i duszno, wszyscy musieli być tym zachwyceni. Ta scena po prostu nie ma żadnego sensu.

V
Nie widział twarzy, bo jej nie pamiętał, czy Żira nie miała już ludzkiej twarzy?
Niezgrabne. Nie do końca wiem, o co tu chodzi.

Teraz będzie ciężko, bo przyznam, że jak przeczytałam ten fragment z Ovriną, to mi się strasznie spodobał. Po pierwsze, mamy tu odwrócenie ról, to ktoś składa propozycję Kruczarzowi, a nie na odwrót. Po drugie, Ovrina jako pierwsza reaguje na dziwne bębnienie, do tej pory element zawsze wprowadzający niepokój, grozę, który zawsze znajdował się w myślach bohaterów, ale nigdy nie powodował żadnej reakcji. A tutaj w końcu ktoś coś w tym zrobił.

Podobały mi się też momentami przepychanki między Neanem a Ovriną. Jak dla mnie widać, że słowa Kruczarza ją bolą, że reaguje agresją, bo czuje się bezsilna, bo nie urodziła się mężczyzną. I niby trochę mnie ta jej brutalność razi, ale mimo wszystko mi się podoba.

A potem przeczytałam wypowiedzi innych komentujących i ciężko jest mi nie odmówić im racji. Ovrina mimo wszystko nie wychodzi na dużo bystrzejszą od braci, też wdaje się w bójki i pyskówki zamiast użyć inteligencji. Powiedziałabym, że fragment z nią spodobał mi się dlatego, że w końcu ktoś sę Neanowi odciął, poniżył go. Ktoś w końcu się go nie boi. Mam wrażenie, że po prostu jej złość wygląda na pozytywną cechę na tle całej masy mamei i innych sierot losu, które nie stanowiły dla Neana wyzwania. Ale ona też się w sumie potem psuje. Szkoda, że nie poszła jednak w inną stronę, bo naprawdę wzbudziła we mnie na chwilę sympatię.

VII

Przyznam, że w tym fragmencie, gdzie cesarz się przewraca i nagle wszyscy są obolali, nie wiem, co się dzieje.
Tylko trójkę, nie czwórkę jak kiedyś – puste miejsce na ławie pomiędzy dwójką z trojaczków
Aaaa, trochę za dużo tych liczb! Kto, co, ile?

Kolejny dobry fragment, to ten o Xaremie. W sumie sam się nie pojawia, niczego nie robi, a jest zaledwie wspomnieniem, ale mimo to udało ci się go dobrze przedstawić. Jest jedną z bardziej żywych, interesujących i sympatycznych postaci. W sumie ciekawe, że tak mocno "zewnętrzne" przestawienie postaci wypadło ci lepiej niż sceny, gdzie postaci same mogą za siebie mówić.

IX
Co za pytanie? Moje czarne, nekromanckie serce nie kocha nawet siebie.
Nawet na Kruczarza brzmi to chyba trochę za ckliwie. -_-

Nie bardzo rozumiem, czemu Quintin dał mu ten kamień. Znowu wychodzi tu typowa dla przeciwników Kruczarza głupota. A co jakby Kruczarz użył go w jakiś sposób do wydostania się, rzucenia klątwy, cokolwiek. Szczerze mówiąc, właśnie tego się spodziewałam. Jedna Ovrina miała dość rozumu, by wytrącić mu kubek.
Śmiech zaczął przeplatać się z czkawką
Gość mógłby się trochę opanować. Jakieś to dla mnie żenujące i w ogóle nieśmieszne, te przepychanki między rodzeństwem na poziomie gimnazjum nie są zbyt ambitne. Wolałabym jakieś ciekawsze metody wzajemnego zniszczenia się/wygryzienia niż głupie śmichy-hichy.

Szkoda też, że Ovrina zostaje do końca zepsuta. Z tym molestowaniem seksualnym to już w ogóle przeginka, zupełnie nie wiem, na co jej jest to potrzebne. Już lepiej by było, gdyby jakoś próbowała namówić Neana do współpracy, a nie tylko podsyca jego nienawiść. Źle to się dla niej skończy jak nic.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 13 lipca 2017, 18:45

Czuł się jak płomień zamknięty w kawałku lodu.
Za dużo już tych porównań, takie odniosłam wrażenie. Ja mam przesyt, zwłaszcza że rzucają tym przeróżne postaci, motyw ciągle się pojawia, a jakby nikt tego nie zauważał.
Zapadł mu w pamięć, ponieważ w czasie wizyty Urbinana bardziej niż dyskusją interesował się czytaną księgą.
Teraz uderzyło ponownie, wcześniej trochę przymknęłam oko. Zniósł księgę do lochów i czytał po ciemku?
Wbił sobie paznokcie w przedramię. Tak mocno aż poleciała krew – dopiero to pozwoliło mu powstrzymać złość.
Uwaga luźna, ale: ofkoz nikt mu tych pazurów nie obcinał, ale choroba, niedożywienie i brak światła (a więc brak syntezy wit. D, a więc brak wapnia) robią swoje i po mojemu to paznokcie połamałyby się pierwsze ;)
Skąd w przeciwnym razie wzięli by kolejną Panią Płomieni?
Przecinków nie wypisuję, ale orty już tak: wzięliby
Jeśli uważasz, że bycie czarnoksiężnikiem predestynuje cię do nieustającej złośliwości i pogardy dla wszystkiego, co żyje, fakt, że znalazłeś się w lochu nie jest niczyją winą. To musiało się kiedyś stać, jak zima następuje po jesieni.
*slow clap* Quintin! I jeszcze żeby mu ktoś tak naprawdę nosa utarł, co nie? :3 Bylibyśmy zadowoleni.
– A bardziej globalnie?
Chyba nie to słowo. Bo globalny może być kataklizm, oddziaływanie czegoś może być globalne, a tu, jak mniemam, chodzi o dokładne położenie.
Czarownik chciał iść jego śladem, poderwać się, by nie mógł patrzeć na niego z góry, ale zakręciło mu się w głowie
Zagubił się podmiot.
a na koniec porzygał sobie buty.
Porzygał się na buty/orzygał sobie buty. I jakkolwiek lubię fizjologię, to tutaj wydaje mi się nieuzasadniona i mnie razi.
– Co za pytanie? Moje czarne, nekromanckie serce nie kocha nawet siebie.
:/ Skwasił mnie ten tekst, jest taki napompowany.
Gdy panuje pokój, kraj podzielony jest na osiem kręgów. Na czele każdego stoi bóstwo, takie jak Pani Płomieni, ale ona jest wyjątkiem, dziewiątym bóstwem, które nie ma własnej dziedziny, ponieważ jest czczona we wszystkich kręgach.
Trochę jak Pryzmat ;)
Matka zginęła pół życia temu, a wciąż chodził za nim jej cień.
Zgaduję, że pół jego życia?
Zaraz, co on tam notował?
– Czy zapisałeś właśnie to, co widzę, że zapisałeś? – Kruczarz niemal wyrwał kartkę z notatnika, ale książę zdążył się uchylić.
Normalnie by mnie dziwiło pisanie w takich warunkach, ale machnęłam ręką. Na to jednak, że Nean widzi te zapiski – odwodniony, trzymany w ciemnościach i osłabiony – oraz że Quintin podszedł tak blisko i ustawił się tak, by Nean mógł mu zaglądać w notatki, już kręcę nosem.
Tylko jeśli płomienie potrafią rodzić lód.
Gdzieś po drodze Quintin złamał ołówek i podświadomie cały czas czekam na wzmiankę o tym, że teraz gorzej mu się pisze ;) Takie szczegóły to drobiazgi, ale budujące realizm sytuacji, więc warto mieć je na uwadze.
– Wybacz, Wasza Wysokość, ale właśnie zasugerowałeś, że moja matka cudzołożyła z demonem w kazirodczym związku, a ja sam jestem pomiotem piekielnym. Jako czarnoksiężnik, nie wiem, czy powinienem brać to za komplement czy obrazę.
Może za mało wiem o świecie, ale tego nie zauważyłam.
– Przyszłam sprawdzić, co tak śmierdzi.
Ovrina spojrzała wymownie na kałużę wymiocin.
Och, Ovrino, Ovrino, gdzie posiałaś dobre wrażenie z początku…? Wcale nie uważam, jak Kass, że ona koniecznie musiałaby grać kobiecymi kartami. Niech sobie będzie wannabe facetem, kobiety są różne, szerokie i podłużne, takie z kompleksem wojownika też. Świat niejedną Eowinę widział. Ale problem z nią jest taki, że wybrała nie te cechy… Bo właśnie, taka Eowina była przede wszystkim waleczna i skromna. I rodzi się pytanie o wzorce oraz o to, skąd tak ciepłe uczucia ojca względem niej, kiedy ona tak naprawdę nie prezentuje sobą wiele poza prymitywizmem, a prymitywizm zwykle kryje słabość. Ofkoz wcale nie uważam też, że Ovrina musi być inna. Niech sobie będzie prymitywem, w dodatku dość głupim, ale że ojciec tego nie zauważa? Że chciałby w niej widzieć władcę? To mnie zaskakuje.
Najpierw Kodeks Krwi, teraz dyskusje z czarnoksiężnikiem, nawet spisywane.
Spisywanych czy nie, akurat dyskusji z czarnoksiężnikiem wypominać bratu nie powinna ;)
Czarownik uznał, że pytanie nie wymaga odpowiedzi i nie pomylił się – Quintin, wyraźnie ciekawy zamiarów Kruczarza, natychmiast dostarczył mu kamień.
I gdzież twój rozum, Quintinie…?
Na Morzach Wschodnich kamień to najpopularniejsza droga kontaktu ze zmarłymi. A my jesteśmy na cmentarzysku, nieprawdaż?
No właśnie… Kolejna postać dała się zrobić Neanowi w jajo ot tak… I tu nie chodzi o to, czy on faktycznie mógłby zrobić komuś krzywdę, tylko o to, że miał niby być bezbronny, a okazuje się, że aż taki bezbronny nie jest, a heloł! To gościu, który ścierał na miazgę całe miasta i armie. Więc nieco ostrożności i podejrzliwości należałoby się w obcowaniu z nim każdemu. No, każdemu z odrobiną inteligencji i instynktu samozachowawczego, a postaci są tam prócz Neana dwie i żadna nawet nie odczuwa niepokoju, nie protestuje, nic. Obie grają dla narratora i fabuły.
– Gdybym mógł wam zrobić krzywdę, już dawno bym zrobił – zapewnił.
Mhm. Ta. Nic nam nie grozi. Przecież on tak mówi.
– Dziękuję – powiedział Quintin ze łzami w oczach. – Należało jej się. – Spoważniał nagle, wycierając łzy. – Lepiej pójdę do strażnika, zanim ona to zrobi. Inaczej możesz nie dożyć jutra.
Nie no, jasne, przed chwilą jego siostrę szlag mógł trafić, Nean udowodnił, że jednak jakaś magia tu działa, ale nie, najważniejsze, że Ovrina została upokorzona.
Kolejnych kilka dni minęło Kruczarzowi na roztrząsaniu kwestii pozbycia się wymiocin. Wcześniej chciał zwyczajnie oderwać kawałek i tak już zniszczonego płaszcza, ale zanim zdążył się przekonać do tego pomysłu, więzienne robactwo założyło w obrzydliwej kałuży własną cywilizację i Nean nie miał siły się do niej zbliżać.
Nie wyschły? Po kilku dniach?
– Witaj, suko.
Trafił swój na swego…
Pff! Jakby ktoś przyczepił mu do twarzy martwego kota.
Zabiło mi klimat to „pfff”.
wliczając w to wykrzywioną złośliwie kobietę, modliszkę, która najchętniej zgwałciłaby go,
Śmierdzi, jest orzygany, obleziony przez pchły i w ogóle, więc jakoś nie widzę miejsca na jakiekolwiek seksualne zainteresowanie.
Zastanawiam się też, w co gra Ovrina poza wyraźną chęcią zrobienia wszystkiego, żeby stać się kolejnym obiektem zemsty Kruczarza.


Tak sobie myślę, że zdiagnozowałam problem z tą odsłoną Kruczarza. Czy raczej dwa problemy, a jeden wynikający z drugiego. Możesz się zgodzić albo nie, ale prezentuję swoją teorię ;)
To znaczy, moim skromnym zdaniem, to Ty się za bardzo z Kruczarzem zżyłaś jako z postacią. I to nie jest problem jego jako bohatera, bo część czytelników go lubi i w ogóle, a Twój jako autorki, która gdzieś zgubiła dystans do swojego ulubieńca albo nie zauważyła momentu, w którym należało go zbudować. I tu nie chodzi o taki dystans tekstowy typu żarciki narratora albo postać potykająca się na skórce od banana, a Twoje podejście do tworzywa. Wyrobienie sobie takiego założenia, że Nean jest dokładnie taką samą postacią jak wszyscy, należy do tego świata immanentnie i siedzi na dokładnie tej samej grzędzie. Ponieważ tego nie ma, cierpi całe jego otoczenie, a czytelnik może dodatkowo odnieść wrażenie reflektorów skierowanych tylko w jeden punkt, nawet jeśli pojawiają się inne wątki.
Z tego bezpośrednio wynika fakt, że cały świat zdaje się grać na Neana. Nawet jeśli niby siedzi w więzieniu i wesoło mu nie jest, to w odpowiednim momencie czynniki splatają się korzystnie dla niego, a kolejne postaci przerzucają się Idiot Ballem -> http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/IdiotBall Jeszcze nie wszystkiego jestem pewna, ale przecież nie przypadkiem okazało się, że więzienie to cmentarzysko, a na wykopaliskach znaleziono nekromancką księgę. Właśnie teraz. Gdy jest tu Nean. Przypadek? Nie sądzę ;) Po prostu dużo zbiegów okoliczności i są one dla niego korzystne. I kiedy sobie tak nad tym dumałam, doszłam do wniosku, że przeczytałabym opowiadanie z tego świata o kimś innym. Takie, w którym Nean albo się nie pojawia w ogóle, albo pojawia się jako postać z tła, zupełnie nieznacząca i widziana tylko i wyłącznie z zewnątrz. Nawet w opowiadaniach z nim w roli głównej chętnie zobaczyłabym scenę, w której występuje, ale narrator zajmuje się kimś innym – kimś równie ważnym dla przedstawionego świata, ale mniej ważnym dla autorki.

Ale hej! To lepsza wstawka niż poprzednie :D Rozmowa z Quintinem jest lepsza i sądzę, że podobałaby mi się jeszcze bardziej, gdyby nie podkładka z poprzednich rozmów – bo nadal będę się upierać, że te pielgrzymki to nie było najszczęśliwsze rozwiązanie. Ale wreszcie mniej było kwestii brzmiących, jakbyś po prostu bardzo chciała je napisać, bez względu na to, czy pasują i czy mają sens, a także, czy grają z charakterem postaci i sytuacją. Rozmowa płynęła, była o czymś, niosła informacje dla czytelnika i przekazywała je w sposób przyjemny. Gdyby wszystkie scenki wyszły podobnie, byłaby bomba.

A, jeszcze na koniec taka mała uwaga odnośnie do tego tarzania w wymiocinach. Może to tylko moje odczucie i preferencje, ale dla mnie to było ciut za dużo. Cała sztuka w opisywaniu przemocy i obrzydliwości polega na tym, żeby bardziej grać sugestią niż faktycznym odstręczaniem. Tu było bardzo dosłownie, tak waliło pięścią w tym mniej pozytywnym sensie.

Tyleż. Wyszło mniej pozytywnie, niż miało, za co przepraszam. Jak zwykle >.>
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: pierdoła saska » 14 lipca 2017, 10:42

No to ósemka. :)



Początek był dobry. #QuinNaPrezydenta Był tym, czego do tej pory mi w tym tekście brakowało. Dobrze było poczytać prawdziwą rozmowę, a nie przerzucanie się tekstami lub deklamowanie. Ostatni raz miało to miejsce jakoś przy wizycie cesarza, gdzie faktycznie był dialog, w który zaangażowane były obie strony (choć tam i tak wozili się po piątych dnach, ale to była pierwsza rozmowa, a i status cesarza pozwalał tu swobodnie naciągnąć nieco granice). Potem już tego uczucia nie było i wróciło dopiero tu, bo Quin zdawał się słuchać Neana, a Nean Quina i reagowali bardziej na to co słyszeli, niż na wyszukane w głowach piąte dna. I nawet jeśli jedynym co z tego wynikło było nieco przemyconego info dumpu, to przynajmniej dobrze się to czytało. I było czuć chemię między bohaterami i to było cholernie fajne. Tak fajne, że jak doszłam, do:
"W innym, lepszym świecie mógłby się z nimi zaprzyjaźnić. Przynajmniej z Quintinem."
to pomyślałam, że mogłaś tego nawet nie pisać, nie stwierdzać tego wprost w oczy czytelnika, bo to się czuje. I to jest świetne, że to się czuje. Normalnie, jakbym poprzedni komentarz pisała po przeczytaniu pierwszej połowy tego rozdziału, to może cała jego wymowa byłaby nieco inna. Bo jak zaczęłam ten rozdział czytać, to miałam takie radosne: tak, tak, tak, to jest to czego wcześniej tak bardzo brakowało - w głowie.

Bo to jest pewien problem z większością bohaterów tutaj - przerzucają się tekstami. I przy rodzeństwie de facto jakoś to pasuje, to nawet w ich przypadku czasami jest tego za dużo, zupełnie jakby większość z nich nie umiała normalnie rozmawiać.

I tu w sumie mogę przeskoczyć do Ovriny, bo ona też rozmawiać nie umie, poza tym potem przyszła.

Jej ostatnie wystąpienie pozostawiło po sobie posmak, że ona zupełnie nie umie kontrolować sytuacji. W rozmowie, w której z założenia miała przewagę, bardzo szybko straciła panowanie nad sobą i przeszła do lania po mordzie. W sumie z całego jej przedstawienia to wydarzenie najbardziej zapadło w pamięć, a teraz znów się pojawiła dumna i butna i:
“Również Ovrina zdała się stracić nieco na pewności siebie.”
jakiej pewności siebie? XD Przez jej dotychczasowe występy postrzegam jej ostatnie poczynania bardziej jako focha niż działanie, na którego końcu jest jakiś cel. To dla mnie nie dobrze zaplanowana próba złamania Neana, a takie tupanie nóżką: o popatrz, popatrz ile mam władzy i co ci mogę zrobić. A że przypadkiem bardzo celnie jej to wyszło, to cóż... czasami i ślepy odda celny strzał.

Co gorsza gdzieś w głowie zrodziło mi się wrażenie, że celność wynika z tego, że dalej w fabule potrzebny będzie nieco bardziej wyczyszczony Nean, plus może będzie potrzeba dla niego motywu, aby chcieć pannę bardziej uszkodzić.

Nie lubię widzieć mechanizmów :/ Czy raczej: nie lubię widzieć mechanizmów zanim zaczną naprawde działać. Scena “chcecie zobaczyć nekromancję” też sprawia trochę rolę takiego narzędzia, bo nic tam nie sprawia, że propozycja Neana brzmi naturalnie, wynika z czegoś. Nie, on to tak od słowa do słowa zaproponował, śmierdzi to na kilometr, ale oczywiście bohaterowie pchają się w przepaść.

Mam wrażenie, że głupota Ovriny jest zaraźliwa. Pojawia się i dwóch rozmawiających na poziomie facetów zaczyna zaliczać regres inteligencji. Noż! XD
Bo na dzień dobry Nean wylatuje z:
"– Witaj, suko.
Błąd."
Znowuuuuu? Człowiek się po Neanie jednak spodziewa nieco więcej w kwestii uczenia się na własnych błędach. Jedno, to gdyby chciał ją sprowokować, ale tak, to... Zwłaszcza, że ze wszystkich, którzy się do niego pofatygowali, ona póki co jawi się jako najlepsze narzędzie do wydostania się z tej celi, ale cóż. Widać mu nie zależy. :| (znaczy może miało wyjść, że knuje, ale narrator siedzi w jego głowie i powinien coś o tym widzieć, tymczasem no nie bardzo to z tekstu wynika).


I są jeszcze śmieszki. Takie teksty, które chyba miały być śmieszne. Piszę chyba, bo nie były, ale moje poczucie humoru nie jest funta kłaków warte. Niemniej:
"Tak się przejął, że zignorował szczura obgryzającego mu buta."
Nope. Nie śmieszy. Ni cholery niestety. Wręcz w całej rozmowie wydało mi się wymuszone. Takie, o trzeba jeszcze jakoś zrobić głupa z bohatera, ha ha ha, bo Nean taki zaczepisty. Please, no >.>

Generalnie ja ślicznie proszę o więcej Quina, bo wpływa dodatnio na sceny, i mniej Ovriny, bo panna zaniża poziom wszystkich obecnych. A tak na serio, to ten rozdział miał cholernie dobry początek. taki początek, do jakich mnie generalnie poprzednimi trzema opowiadaniami przyzwyczaiłaś, więc proszę, spróbuj sie tego trzymać. :heart:



Cytaty różne:

“– Quintin – powiedział.
– Niech zgadnę, musisz być piąty w kolejności – wypalił Kruczarz.
Twarz księcia nawet nie drgnęła.
– Niech zgadnę, żaden władca nigdy nie kazał cię wybatożyć za bezczelność.”
<3

“Nean znał te nazwę.”

“Rodzeństwo obserwowała jego wyczyny z coraz większą konsternacją.”
obserwowało
“Tu umierali ludzie. Nie z wyroku, ale z wycieńczenia chorobami, które nigdy nie dotknęłyby ich, gdyby nie zimno, bród i paskudne jedzenie.”
brud.
bród to ten na rzece :)
“Nean dawno oswoił się z myślą o wszechobecnej śmierci, jednak po plecach Quintina przebiegł widoczny dreszcz”
znaczy chłopina się wzdrygną?
"Quintin niemal dyszał siostrze w kark, a z nozdrzy wyzierała mu zazdrość o względy czarownika."
to wyzieranie tutaj to tak nijak mi nie leży.
inna sprawa, że to jedno z tych miejsc, gdy Nean jest taki zarąbisty och i ach, a reszta to takie wioskowe głupki. STHAP IT >.> To wcale nie czyni Neana lepsza postacią. Wręcz przeciwnie.
"Ze złością kopnęła kratę i pomknęła korytarzem, mrucząc pod nosem przekleństwa, których Nean przez rżenie księcia w ogóle nie dosłyszał."
A tu jednym słowem antagonizujesz jedyną postać, która w tym tekście jeszcze nie zgubiła połowy mózgu. Nie Neana, bo o nim dwa cytaty niżej...
"Natychmiast rozpoznał czyje – znów ona. Gdyby Nean miał siłę, udusił by ją za sam wyraz twarzy."
udusiłby
"– Witaj, suko.
Błąd."
Było w głównym komentarzu, ale aż powtórzę: serio, Nean, serio?
"Nienawiść płonęła w nim jak nigdy, a przecież nawet go nie uderzyła."
Podmioty szaleją.[/align]
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 16 lipca 2017, 21:37

Dziękuję wam wszystkim za komentarze, ale jednej rzeczy nie rozumiem, to jest stosunku do poniższego fragmentu:
– Co za pytanie? Moje czarne, nekromanckie serce nie kocha nawet siebie.
W zamyśle to Nean raczej sobie kpił, że tak bo ja przecież jestem złym nekromantą i jem niemowlęta na śniadanie, głupi dzieciaku.

A teraz będzie wstawka.
IX Świat płynął gdzieś obok. Nean nie potrafił wyobrazić sobie nieba, ziemi, drzew. Nawet ludzi. Nie widywał ich teraz i nie chciał widywać. Tylko raz dziennie ktoś przynosił mu jedzenie, a przynajmniej tak Nean się domyślał, bo cela była pozbawiona okien. Za każdym razem, gdy się pojawiało, maleńkim kamykiem żłobił w ścianie kreskę.
Pewnego dnia policzył, że ma ich sto dwanaście.
To był zły dzień na podobne odkrycia. W ranę na stopie, której powstania nie pamiętał, wdało się zakażenie, płuca zajęte miał lepką wydzieliną, a głowę rozsadzał ból. Chorował. Już od jakiegoś czasu, nie pamiętał jakiego, ale długo. Chyba... Chyba zranił stopę, kiedy zaślepiony bólem szarpał się z zamkiem celi. Wydawało mu się wtedy, że ucieczka stąd będzie również ucieczką od choroby.
Wkrótce, z jątrzącą się raną, nigdzie nie będzie już mógł uciekać.
Zdechnie.
Rozsierdziło go to. Rozsierdziło go, że to właśnie Ovrina jest za to odpowiedzialna, że władował się w to wszystko przez nieostrożność, ba!, zachłanność, która kazała mu zabrać ze sobą Idiuna na Białą Równinę. Błąd za błędem. Albo fatum. Albo jego fart się skończył i nadszedł czas zapłaty.
Szlag. Czemu to tak boli? W pamięci zamajaczyło czarownikowi wspomnienie kłótni z przyjacielem, z którym wynajmowali małe, zakurzone mieszkanie w syvantyjskiej kamienicy. Nean powiedział, że głowa mu zaraz eksploduje, Arien, że to niemożliwe, ale Nean widział kiedyś przecież dokładnie coś takiego. Podejrzewał wprawdzie, że za eksplozję odpowiedzialna była Pani Płomieni, ale eksplozja to eksplozja.
Przynajmniej tak kiedyś uważał, bo teraz wizja podobnej kłótni wydała mu się absurdalna.
Czemu myślał o Arienie? Pewnie przez chorobę – Arien był jednym z tych marzycieli, którzy wierzyli, że magia potrafi uzdrawiać. Nean dowiedział się o tym pierwszego dnia ich znajomości i pomyślał, że będzie mieszkał z totalnym pomyleńcem, ale cholernikowi udała się jedna rzecz, której nikt nie osiągnął przez stulecia – stworzył amulet zdolny wspomóc gojenie ran i walkę z chorobą, ten sam amulet z wężem, który zabrali Neanowi cesarscy czarodzieje i pewnie zgubili... psia ich mać. Ten sam, który mógłby być jego jedynym sprzymierzeńcem. Miał ochotę wyć z wściekłości, ale paliło go gardło i straszliwie chrypiał.
Ile to może trwać? Czy jakby stracił przytomność to by przestało? Czy gdyby miał w głowię dziurę, to coś co uciskało ją od środka, wypłynęłoby? Nean chwycił rękoma żelazne pręty i z całej siły, nie hamowany choćby resztą zdrowego rozsądku, grzmotnął w nie czołem.
Zabolało w sposób tak cudowny, że nie potrafiłby tego opisać.
Trochę go też otrzeźwiło, więc dla poprawienia efektu uderzył jeszcze raz. I jeszcze raz. Przed oczami zrobiło mu się ciemno i choć chciał uderzać dalej, osunął się na podłogę. Patrzył w sufit, pod którym wisiała stłuczona latarnia i pomyślał o Żirze, o tym, że choć nie mógł jej usłyszeć, zapewne wciąż gdzieś tam była i wzdychała ciężko nad jego debilizmem.
Jeśli kiedykolwiek opuści celę, będzie musiał ją zniszczyć. Za dużo wiedziała.
Nie, nie mógłby.
Może dlatego powinien?
Przymknął oczy na jakiś czas, a kiedy je otworzył długo, długo później, znów zobaczył nad sobą boginię – tę samą, która przed miesiącami złościła się na niego i siłą rozchylała mu usta, by lać w nie wodę. Miała wielkie oczy ciemne jak obsydian, gęste, czarne włosy i śniadą skórę, latryjską ale jakby piękniejszą od innych. Teraz wiedział, kim jest, teraz ją pamiętał z wizyty Urbinana, miał porównanie z jej siostrą i braćmi.
– Dzień dobry, księżniczko – powiedział bez namysłu.
Spłoszyła się, a Nean uwielbiał płoszyć ludzi. Pewnie wiedziała, że nie powinna wchodzić do cel, czymkolwiek się zajmowała w tym więzieniu i ktokolwiek jej na to pozwalał. Bała się. I to było dobre, bo Nean lubił także strach, nawet bardziej niż płochość, która, choć urocza, nie wywoływała takich dreszczy.
Musiała się zjawić już jakiś czas temu, bo gdy poruszył stopą, poczuł zawinięty na niej materiał – miał nadzieję, że bandaż. W chwili, w której Nean jej przerwał, męczyła się z czymś innym, z czymś na głowie, ale przeszkadzała jej gęsta, posklejana paskudnie broda. W dodatku bała się tego dotyku, bała się dotyku czarnoksiężnika, mordercy, bluźniercy, włóczęgi, o którym mówiono, że lubi zabijać ludzi szlachetnej krwi. Czuł jak drżą jej dłonie.
Nie nadawała się do pracy pielęgniarki, nie musiała tego robić, a mimo wszystko się starała. Świat oszalał – fascynująca rzecz.
Uciekła, gdy chcąc przestraszyć ją bardziej, ujął jej nadgarstek. Najmocniej jak tylko był w stanie i choć nie było to wcale mocno, pisnęła przerażona. Kilka dni później, gdy gorączka minęła i uświadomił sobie, że jej działania być może uratowały mu życie, stwierdził, że to było strasznie głupie z jego strony. Nawet idiotyczne, ale widocznie nie miał szczęścia do latryjskich księżniczek.
Ze złości cisnął swoim kamieniem-rylcem o ścianę i, jakby przywołana dźwiękiem uderzenia, znów zjawiła się ona – bogini od wody. Miała nawet błękitną sukienkę, nie dworską, ale na pewno nie taką, jakie noszą służące w więzieniach, jeśli ktokolwiek widział w więzieniu jakąś służącą.
Zaskoczyło ją, gdy zobaczyła go zupełnie przytomnego, obejmującego kolana rękoma, ale nieprzytłoczonego celą. Przypatrywał się ją z uwagą i zauważył jedno – że choć wcześniej wydawała mu się w swojej roli nie na miejscu, miała doświadczenie. Widział to w sposobie, w jaki poruszała się po budynku – pewnie, jak osoba, która wie, dokąd zmierza.
Tym razem jednak nie weszła do środka. Stanęła przed kratą i widocznie chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała jak zacząć.
– Słyszałem, że opieka nad chorymi to dla damy szlachetne zajęcie – wyręczył ją czarownik – ale nie słyszałem jeszcze o damie, która zajmowałaby się więźniami.
Nie speszył jej. Przeciwnie – uśmiechnęła się lekko i zbliżyła do krat, stając na wyciągnięcie ręki od Neana. Czuł zapach jej delikatnych perfum, jakże nierzeczywisty wśród napierającego zewsząd smrodu.
– Obiecałam komuś – wyjaśniła. – Komuś, kto ocalił mi życie.
Nie szalona, nie naiwna, nie romantyczna – honorowa. Nean miał jakiś tam honor, miał własne zasady, ale na miejscu dziewczyny pewnie nie byłby tak chętny by wypełnić przyrzeczenie.
– Jesteś odważna, pani.
Cholera, kiedy tak patrzyła na niego z tym lekkim rozbawieniem, z tą łagodną sugestią uśmiechu na delikatnych ustach, mało nie czerwieniał. Czemu tak patrzyła? Powiedział coś zabawnego?
– Nie jestem, Kruczarzu.
Kruczarzu...
– Neanie – poprawił.
– Nie lubisz swojego przezwiska?
Zmrużyła oczy, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Cholera, musiał wyglądać jak byle żebrak wyciągnięty z rynsztoka. Że też nie mogli się spotkać przy innej okazji...
– Nie wiem. Ono... już do mnie nie pasuje.
– Nie masz kruków – zgodziła się.
Chciał, aby tylko kruki stanowiły problem. One zapewne jedynie się ukryły, czekając na uwolnienie swojego pana.
– Nie mam wielu rzeczy, w przeciwieństwie do was, Wasza Wysokość. Kto odważył się związać was obietnicą przebywania w paskudnym i nieobyczajnym towarzystwie mi podobnych?
Roześmiała się, w udawanym niedowierzaniu potrząsając głową. Włosy spłynęły jej na ramiona. Cholera, co to były za włosy – czarne, długie, gęste. Jego siostry takie miały. Kiedy był chłopcem, uwielbiał pomagać im przy czesaniu.
– Nie darujesz mi?
– Nie, pani.
– Armelio.
– Słucham?
– Mam na imię Armelia.
– Armelia – powtórzył, nie będąc pewien, czy dobrze usłyszał. Nie podobało mu się to imię. Nie miało w sobie mocy. – Nie pasuje do ciebie. Jest... Za jasne.
– A ty wolisz ciemność?
Skinął głową.
– Ale znów uchylasz się od mojego pytania... Armelio.
Przekrzywiła głowę, szczerząc się niczym dziecko po spłataniu psikusa.
– Uratował mojemu bratu życie. Powiedziałam, że może prosić o cokolwiek, a on prosił bym nie pozostawiała więźniów Czarnej Twierdzy bez opieki. Więc nie zostawiam.
– Ale cesarz nie godzi się na to – domyślił się Nean. – Inaczej nie przyszłabyś sama. – Czarownik potrząsnął głową. – Nie możesz zatrudnić służącej?
Miał ochotę nastraszyć ją raz jeszcze, tym razem naprawdę mocno, bo żal mu było, że kiedyś za tę nieostrożność będą ją musieli zakopać w brudnej ziemi, wraz z tym uśmiechem, tymi włosami i tym głosem. Jednak nie miał siły. Opierał się ciężko o ścianę i mimo że był w trakcie rozmowy, powieki zaczynały mu opadać.
– Czym jest wynajęcie służącej dla córki cesarza? Niczym, żadnym poświęceniem. W dodatku zmienia tylko pozory, bo taka opieka jest tylko pozorem. Zło zewnętrzne znika, lecz zło w środku pozostaje.
Nean zupełnie się nie zgadzał – przyjąłby pomoc z każdej ręki. Jednak sens rozumiał i zastanawiał się, czemu ktokolwiek zmuszał Armelię do poświęcenia. Czemu ktokolwiek kogokolwiek zmuszał do poświęcenia, choć można było iść łatwiejszą drogą?
– Tutaj prawie nie przychodzę – kontynuowała księżniczka po chwili, poważniejąc – do tego skrzydła. Mówi się, że to miejsce dla najgorszych mend.
Czy ona użyła słowa „menda”? Gdyby Nean potrafił wypowiadać je w taki sposób, nigdy nie musiałby przeklinać. Coś cudownie złego zdawało się wymknąć na chwilę spod anielskiej maski.
– Schlebia mi to – powiedział czarownik.
– A nie powinno. – Uśmiech Armelii znikł ostatecznie, zastąpiony kamienną surowością. – Opiekuję się pechowymi wiedźmami, młodymi czarownikami, którzy ubzdurali sobie, że są panami świata, pomylonymi przez starość znachorami. Ostatnio wyjątkowo także tobą i nie robię tego ze względu na twój urok osobisty, Neanie, więc nie łechtaj swojej próżności.
Jednak anioły potrafiły być okrutne. Czarownik z całych sił próbował nie pokazać po sobie, że słowa go dotknęły, ale był ostatnimi czasy nie w formie. Gorączka chyba znów rosła.
– Więc ze względu na co?
– Ze względu na kogoś, kto cię kocha.
Kocha? Nean zbaraniał. Chyba nikomu przez całe życie nie udało się go tak zadziwić, jak teraz zadziwiła go Armelia.
– Nie ma takich ludzi.
Wzruszyła ramionami. Nie tak niechlujnie, jak to robiła większość ludzi. Diablica wzruszyła ramionami z królewską – a właściwie cesarską – gracją.
– Jeszcze są.
Czy Nean znał kogokolwiek, kto mógłby wstawić się za nim u latryjskiej księżniczki? Kogokolwiek, kto mógłby znajdować się teraz w Latrii? Nikt taki nie przychodził mu do głowy.
– Będziemy dyskutować – księżniczka zaplotła ręce na piersi – czy pozwolisz mi zmienić opatrunek?
– Skoro nie boisz się złodzieja, mordercy, czarnoksiężnika i co tam na mnie jeszcze wymyślili.
Nean uniósł ręce w geście poddania.
– Nie chciałabym uderzyć przypadkiem w twoje ego, ale nie wyglądasz za groźnie.
Armelia powiedziała to żartem, ale Nean i tak oklapł do reszty, choć jeśli wyglądał tak źle, jak się czuł, pewnie nie powinien się dziwić. Czerń nie chroniła go już przed ciekawskimi spojrzeniami.
W dodatku czarownik był zmęczony. I zły – w ten dławiący sposób, który rozrywa od środka, ale nie pozwala okazać emocji światu. Położył się, ignorując Armelię, bo nagle szum w głowie okazał się nie do zniesienia.
– Mało wiesz o magii – powiedział, nie zastanawiając się.
– Potrafi pokonać nałożone bariery? – W głosie księżniczki słychać było powątpiewanie.
Potrząsnął głową, śmiejąc się smutno.
– Magia jest wszędzie. Zwykliśmy nazywać jej imieniem tę moc, którą potrafimy utrzymać we własnym ciele, ale to bardzo zdradliwe uproszczenie.
Armelia przemogła wreszcie swoją niechęć do zamieszkanej przez szczury i karaluchy podłogi – gdyby nie kraty, siedzieliby ramię w ramię. A ściślej, ona by siedziała, on pół leżał. Zdziwiło Neana, gdy księżniczka sięgnęła do jego ręki, dotykając tatuażu przypominającego lód zamknięty pod skórą. Próbował ostrożnie wyślizgnąć się z tego uścisku, ale nie pozwoliła mu.
W tym dotyku było coś dziwnego. Ten dotyk nie był zimny, był prawie ciepły. Kiedy ostatni raz czuł ciepło?
Prawie był gotów go wytrzymać. Prawie.
Wyszarpał się. Na szczęście nie wydała się urażona, bo nikogo innego, kto pomógłby mu uniknąć śmierci w tym więzieniu nie miał.
Na świecie też nie.
– Więc, czym jest magia? – podjęła Armelia, jak gdyby nigdy nic przesuwając się i sięgając ku jego zabandażowanej stopie.
– Magia nie jest dla ludzi – mówił Nean, z niepokojem przyglądając się jej działaniom. W gorączce było mu bez sensu wstyd za niemyte od tygodni ciało. – Nie bierze się też od bogów ani demonów, bo to oni biorą się od niej. To... Znasz znachorów, znasz wiedźmy. Posługują się wiedzą przekazaną przez przodków, rytuałami, symbolami, zaklęciami, które dla czarodziejów mogą brzmieć zabawnie. Ale one działają. Nie zawsze, ale działają. Często silniej, niż wielu uznaje za możliwe. Czym to wytłumaczysz? Bo przecież nie talentem do magii. Ja mam talent, lecz nie tak silny, by powalić naraz armię Ragda. A jednak zrobiłem to!
Nean nie w porę opamiętał się, że bogowie, magia i ludowe obyczaje to zły temat do poruszania w gorączce. Jeszcze moment, a zacząłby mówić o filozofii. Chyba też nie trafił w gust słuchaczki, bo milczała, w skupieniu zakładając nowy opatrunek.
Czarownik najchętniej poprosiłby o jakichś okład na czoło – najzimniejszy, jaki się tylko da.
– Moja służąca – zaczęła niespodziewanie księżniczka – miała babkę znachorkę. Kiedyś... – Spojrzała na czarownika spłoszona. – Ja wiem, że to może głupie, ale chyba... chyba przeklęła inną dziewczynę, podkuchenną. Wzięła jej włosy i... coś szeptała. Ja normalnie nie chodzę do pomieszczeń dla służby, ale wtedy... – Urwała, zdając sobie sprawę, że kogo jak kogo, ale czarnoksiężnika jej tłumaczenia nie obchodzą. – Pamiętam sam koniec zaklęcia: a skazę niech żywa zmaże krew. – Potrząsnęła głową. – Podkuchenna zmarła na coś podobnego do ospy, ale nikogo nie zaraziła.
Nean pierwszy raz słyszał podobne zakończenie klątwy, ale nie musiał domyślać się znaczenia, było oczywiste.
– „A skazę niech żywa zmaże krew” to formuła na wypadek, gdyby rzucający klątwę się rozmyślił. Może uleczyć przeklętego własną krwią, pod warunkiem, że żyje. Wątpię, by twoja służąca znała jej znaczenie, ale na twoim miejscu bym się jej pozbył. Najpewniej wcale nie miała babki znachorki, lecz sama jest wyuczoną wiedźmą.
Nean widział, jak źrenice Armelii rozszerzają się w przestrachu.
– Taką jak Żira ze Zboru Lasów?
Serce czarownika na moment stanęło. Żira... Słyszał opowiadane o niej plotki, sam był świadkiem jednej z większych rzezi, jakie zgotowała wieśniakom. Nadal nie wiedział jednak, czym takim zawiniła Urbinanowi, że rozkazał ją ścigać aż na dalekiej północy.
– To znaczy jaką? – spytał.
– Mówią, że Żira dorównuje mocą czarodziejom. Powtarzają to nawet w Zborze Lasów.
Wiedźma? Nean nie uwierzyłby, gdyby nie opowieść Ragda. Według niego Żira miała być... czarownicą. To słowo wydało mu się dziwne. Czarownik-kobieta – coś takiego nie istniało. Żadnej kobiecie nie dana była dostateczna wrażliwość na magię, wiedźmy miały z nią znacznie mniej wspólnego, niż się powszechnie sądziło i służąca Armelii prawie na pewno korzystała z pomocy demonów. To, co często przypisywano magii, było na ogół dobrą znajomością ziół, wiedzą przekazywaną z pokolenia na pokolenie oraz przychylnością pomniejszych duchów.
Nean nie wiedział, dlaczego. Czasem tylko natrafiał na wzmianki o legendarnych kobietach-czarodziejach i każda z tych opowieści była zbyt zamierzchła, by próbować ją potwierdzić. A próbował, kiedyś naprawdę próbował odnaleźć tę ukrytą moc. Z czasem jednak uznał te próby za stratę czasu. A teraz Żira. Dlaczego w Syvante ani razu nie usłyszał o Żirze?
– Nie sądzę, by komuś tak silnemu jak Żira ze Zboru Lasów opłacało się zatrudniać na cesarskim dworze.
Pod warunkiem, że nie chciałaby zaszkodzić cesarskiej rodzinie – dodał Nean w myślach, ale widział w spojrzeniu Armelii, że wpadła na to samo. Błąd. Nie powinien jej pozwolić na takie wnioski, krzywda zadana Urbinanowi mogła mu się opłacić jak nic innego.
– Te klątwy, pieśni, rytuały... – czarownik postanowił zmienić temat, choć jedyny niegwałtowny kurs wcale nie wydawał się lepszy. – Myślę, że ktokolwiek, cokolwiek stworzył czy stworzyło ten świat nie dał nam magii umyślnie.
Księżniczka natychmiast zrzuciła z siebie zmieszanie, które owładnęło nią podczas opowieści o służącej. Wróciła do pracy, tym razem naprawdę zwilżając czoło Neana wodą. Więcej już nie mogła zrobić, bo uniemożliwiały jej to kraty i przyzwoitość, która nie pozwalała kazać pacjentowi się rozebrać.
– Posądzasz stwórcę świata o pomyłkę? – spytała, szukając czegoś w przewieszonej przez ramię torbie. Słoiki, buteleczki, bandaże... Nean nie widział dobrze.
– Tak – potwierdził niepewnie nekromanta. Chyba naprawdę posądzał, prawda? – Magia była jego narzędziem, które odkryliśmy przez przypadek. Jak maszyneria w teatrze, której widzowie nie powinni zauważyć, ale wdarli się za kurtynę i pociągają za przypadkowe sznurki, licząc, że wywoła to pożądany efekt. Jak narzędzia, które nieostrożny ojciec zostawił w zasięgu dzieci.
– Czyli on na nas nie patrzy – stwierdziła księżniczka smutno, wyciągając wymiętoszony papier i zapisując coś.
– Kto? Stwórca?
Skinęła głową.
– Może. A może patrzy i śmieje się z naszego małpowania zaklęć,w których połowa słów jest zbędna, a my nie wiemy tego, bo nie znamy mechanizmów, jakimi się rządzą.
Nean usłyszał głębokie, niemal teatralne westchnięcie.
– Chciałabym móc cię słuchać, Neanie, ale muszę już wracać – powiedziała Armelia z chyba nawet szczerym żalem, zamykając torbę i wstając z podłogi.
Chciałabym móc cię słuchać... To zabrzmiało za słodko. Równie dobrze mogłaby powiedzieć, że chciałaby go przytulić. Szkoda, że im dłużej jej się przyglądał, tym lepiej dostrzegał w niej rysy Ovriny, ten uśmiech, który, gdyby trochę przekrzywić, stałby się pełen bezmyślnego okrucieństwa.
– Wszystko w porządku?
Nean drgnął. Nie wiedział, czym się zdradził, ale na twarzy księżniczki malowała się troska. Zrobiła już krok w stronę wyjścia, ale wyraźnie nie chciała odchodzić.
– Powinnaś iść, Armelio – pomógł jej. – Zanim ktoś zauważy twoją obecność. Wiele rzeczy przeżyłem, przeżyję i to. Tylko zostaw mi opatrunek.
Nie wyglądała na przekonaną. Nean nie wiedział tylko, czy jego zapewnieniami, że sobie poradzi, czy troską o jej punktualność. Miałaby rację w obydwu przypadkach, zwłaszcza w pierwszym, bo o ile bez problemów udało mu się zdjąć stary opatrunek, zanim wziął się za zakładanie nowego, zemdlał i musiał dokończyć pracę następnego dnia. I to z niespecjalnie udanym skutkiem – stopa wyglądała jak u żołnierzy, którzy opatrywali się na polu bitwy pierwszym lepszym kawałkiem materiału, jaki wpadł im w rękę.
Jednak najcięższe objawy choroby minęły, a dni zaczęły się dłużyć, sprowadzając nieznośnie trzeźwe szaleństwo. Ile razy można okrążyć własną celę? Ile razy można próbować nawiązać kontakt ze współwięźniami, którzy zdawali się nie istnieć? Tylko jeden z nich, staruszek twierdzący, że w młodości był czarodziejem-piratem odzywał się z rzadka, ale słuch miał okropnie słaby, więc każde pytanie Nean musiał powtarzać po wielokroć i nigdy nie miał gwarancji, że usłyszy odpowiedź na to, które zadał, a nie to urojone przez byłego pirata.
Armelia nie zjawiła się więcej. Tylko raz obok miski z codzienną porcją więziennej papki znalazł maść od niej. Może zjawiła się kiedy spał, może nie mogła się zjawić i poprosiła o dostarczenie któregoś ze strażników. Nie wątpił, że na prośbę księżniczki gotowi byli złamać wszelkie reguły.
Bez niej ponura pustka rosła każdego dnia, pochłaniając jęki i nawoływania. Jeśli stary pirat nie zmarł na wyklinaną przez siebie kiłę, to niczym nie dawał tego po sobie poznać.
Po jednym jasnym poranku wróciła wieczna noc. Nean nie miał nawet latarni, którą mógłby ją rozjaśnić.

X Nean obudził się po koszmarze, w którym miał żonę i córkę ze świadomością, że oto nadszedł pierwszy dzień zimy. Nie mógł jeszcze poczuć chłodu, a jednak wiedział – wiatr płynący od Białej Równiny zmieniał się. Cichła pieśń uwodząca samotnych wędrowców, a rozpoczynała się pieśń bitewna wywołująca w czarowniku mimowolny dreszcz podniecenia.
Chciałby teraz stanąć przy maleńkim, zakratowanym okienku poprzedniej celi, by poczuć na twarzy lodowaty wiatr. Bolałoby, ale nareszcie mógłby oddychać. W jego małej klitce nieustannie zdawało się brakować powietrza. Zwłaszcza, że choroba po kilku dniach odwilży zdawała się nawracać.
Jednak nie był to tylko pierwszy dzień zimy.
Był to dzień, w którym Nean spostrzegł nad sobą bladofioletowy blask. Znajome, zimne światło wydobywało się z latarni zawieszonej pod sufitem, co do której miał pewność, że nie wisiała tam wcześniej. Kto pali latarnie dla więźniów? Nean większość czasu spędzał w ciemności.
Myśli składały się bardzo powoli, trochę z wahaniem, jakby onieśmielone wnioskiem, który zamierzały mu podpowiedzieć.
– Żira – wyszeptał.
Jak się tam znalazła? Nieważne. Mógłby... Nie, nie mógłby, uświadomił sobie. Gdy cesarscy czarodzieje odgrodzili go od magii, ich kontakt został zerwany. Musiałby dotknąć latarni, by go odnowić, a nie mógł, bo wisiała za wysoko. Miał ochotę wyć z bezradności.
Była tak blisko, że dręczyła jego myśli i tak nieskończenie daleko, że być może miała dręczyć je po wieczność.
Nean wbił paznokcie w szczelinę pomiędzy kamieniami i tak się podpierając, wstał z trudem. Nie tracąc kontaktu ze ścianą podszedł do krat. Nie mógł niestety zwyczajnie zrzucić latarni. Nie sądził, by się potłukła, ale mogła się gdzieś poturlać. Musiał się wspiąć. Skoczyć.
Tylko troszeczkę.
Ale nawet troszeczkę zdawało się w jego stanie nadludzkim wyczynem.
Zataczał się jak pijany. Drżały mu nogi, które przez miesiące siedzenia w lochu nie miały okazji do ćwiczeń. Drżały mu ręce, na których oparł niemal cały ciężar ciała. Po karku spływał pot i Nean cały trząsł się febrycznie.
Wziął głęboki oddech. Zamknął oczy, odcinając się od fizycznych dolegliwości, od wszelkich odruchów. Pomyślał po kolei o wszystkich mięśniach, jakie musiał poruszyć. Wystarczyło włożyć w to trochę siły. Całkowite wyczerpanie nie istnieje – Kruczarz przekonał się o tym wielokrotnie, gdy padał twarzą w śnieg Białej Równiny. Jedynym prawdziwym wyczerpaniem jest śmierć, a on był jeszcze żywy.
Skoczył i upadł ledwie jego stopy oderwały się od ziemi. Spadał jak rzucony na wóz worek kartofli. Wykręcona nienaturalnie kostka zaatakowała bólem.
Za mało się starasz – szepnął głos z tyłu głowy.
Jakiś czas Nean leżał bez ruchu, nie mogąc zmusić się do dalszego działania. Myślał. Tak mocno już uwierzył w potęgę własnego umysłu, że i tym razem chciał się wywinąć, wykpić z obowiązku zapłaty, unikając praw natury jak piekielny despota. O to przecież chodziło w czarnoksięstwie – o odmowę zapłaty.
– Żiro? – Sam nie wiedział, czy pyta, czy woła. – Rozkazuję ci przybyć.
Mógł sobie rozkazywać, a Żira, nawet jeśli mogła go usłyszeć, nie potrafiła przełamać dzielącej ich bariery. Nie tak powinien wyglądać pakt krwi. Sytuacja przeczyła wszystkiemu, co Nean wiedział. Musiał coś przegapić.
Podpowiedziała mu czerwona smuga we wnętrzu dłoni.
Krew.
Pakt krwi.
Tylko nadal nie mógł się poruszyć. Bardziej ugodowa część umysłu podpowiadała, że nie warto, że ma nieskończoną ilość czasu, a teraz może odpoczywać jeszcze przez chwilę.
Słabeusz – szepnął głos z tyłu głowy.
Jednym, gwałtownym ruchem Nean poderwał się do klęku. Stracił równowagę, ale w porę chwycił za kratę. Usiadł na boku, chcąc mieć dość miejsca na rysunek, na napis właściwie. Z rozpaczą obserwował, jak maleńka strużka cieknąca mu po dłoni nie starcza nawet by dokończyć pierwszy znak.
Musiał mieć więcej krwi.
Nie miał jednak czym się skaleczyć, zadbano o to. Ani okrucha szkła i wątpił, by w sąsiednich celach było inaczej. Może stary pirat mógłby mu pomóc zrobić sobie krzywdę, ale staruszek wciąż milczał. Neanowi wydawało się nawet, że w nocy słyszał jak strażnicy wynosili ciało.
Czarownik z całej siły potarł dłonią o chropowatą posadzkę. Ledwie się zaczerwieniła. Potarł jeszcze raz, mocniej. I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Bolało jak czysty koszmar. Paliło. Dławiło strachem. Ile skóry trzeba zetrzeć, by poleciała krew? By poleciało jej dość na ukończenie napisu? Nean nawet nie chciał sobie wyobrażać. Odwrócił wzrok i szorował dłonią raz za razem, oczami wyobraźni widząc paskudną ranę. Na płomienie, czy jeszcze miał rękę?
W końcu zabolało tak mocno, że wrzasnął.
Ale to wciąż nie było dość.
Dobrze ci tak, dobrze ci tak, dobrze ci tak...
Nim skończył, zdążył zalać twarz łzami bólu. Miał ochotę owinąć rękę materiałem i zwinąć w kącie, ale powstrzymywała go świadomość, że wówczas cały ból pójdzie na marne. Ledwie świadomy wykreślił na kamieniu resztę znaków, prawie niewidoczną i koślawą. Gdy patrzył na swoje dzieło, chłód w jego wnętrzu walczył z gorączką.
Na lodowe odmęty! Jeśli kiedykolwiek miał wyjść z tej celi, to bez dłoni.
Niestety spełniły się jego paskudne obawy, drążące mu głowę od pierwszego potarcia ręki o kamień – krew musiała dotknąć także latarni. Inaczej równie dobrze mógłby wołać przyjaciela z Ostrzęczy, stojąc na dachu cesarskiego pałacu.
I to by było na tyle – zaśmiał się głos z tyłu głowy.
Ale Nean nie wpadł w panikę. Jeśli chciał posługiwać się magią krwi, musiał znowu stać się Kruczarzem, a Kruczarz rozmyślał na zimno. Presja i strach nie istniały, liczył się cel. Emocje były przywilejem bezbarwnego tłumu, narzędziem w rękach kogoś takiego jak on sam.
Krew.
Prawo do własnej krwi jest niezbywalne.
– Płyń – powiedział do okropnej czerwonej masy, która ledwie przypominała dłoń. Bolało tak mocno, że zaczęło sprawiać irracjonalną przyjemność.
Krew posłusznie popłynęła w górę, tworząc czerwoną nić. Musiał mieć nadzieję, że nie przecenił swoich sił i nie wykrwawi się, zanim dotrze do Żiry.
A jeśli tak, trudno. Przynajmniej nie będzie musiał słuchać jej drwin. Potrafiła być podła do bólu. Okrutna. Kiedyś Nean nie wytrzyma i potłucze te latarnię w drobny mak.
Bogowie, jak strasznie chciał usłyszeć jej głos...
– Żiro, przybądź.
Milczenie.
– Żiro, przyzywam cię mocą krwi.
Wychudły szczur wynurzył się z ciemności, zanurzając różowy języczek w czerwonej kałuży.
– Niech pakt zostanie wypełniony – próbował krzyknąć, ale niespodziewanie zabrakło mu powietrza.
Nean? – usłyszał. To wreszcie nie był ten pełen jadu głos z tyłu głowy. To był głos kobiecy, przywodzący skojarzenie z fioletem.
– Żira? – upewnił się.
Ja.
Nie wiedział, co powiedzieć. Do czego właściwie jej potrzebował? Tak konkretnie. Dlaczego zadał sobie tyle trudu? Z pewnością miał mnóstwo powodów, ale teraz żadnego nie pamiętał.
Opatrz dłoń.
Przez chwilę nie rozumiał, co ma na myśli.
Dłoń, Neanie!
Otrząsnął się. Sięgnął do naczynia z wodą i obmył ranę. Raczej niedelikatnie. Chciał ją tylko odrobinę przepłukać, a wylał całą zawartość. Cholera, teraz nie będzie miał wody tak potrzebnej po utracie krwi. W dodatku takie przemycie niewiele dało – jeśli nie umrze z odwodnienia, zabije go infekcja.
Neanie, myśl – ponagliła go Żira. – Musisz opatrzyć dłoń.
Tak, tak – dłoń. Ciekawe czym według tej szalonej wiedźmy miał ją opatrzyć? Względnie czysty kawałek rękawa musiał mu wystarczyć. Na śmierdzące cmentarze, bolało prawie jak śmierć. I chyba nie będzie się trzymało. A szlag by to trafił...
Szczęśliwie najpierw się położył. Dopiero potem stracił przytomność.

*** Mershe!
Nean lekko rozchylił powieki, upewniając się, że głos to jedynie szaleństwo wewnątrz jego głowy. Przewrócił się na drugi bok, odstraszając żerującego szczura. Pech chciał, że oparł się przy tym na lewej, tej poharatanej, dłoni.
Na chaos! Jak mógł jednocześnie nic nie czuć i jęczeć z bólu?
Neanie, żyjesz?
Żira. Jednak mu się nie przyśniło, że ją odnalazł.
Neanie, żyjesz? – powtórzyła z naciskiem wiedźma.
– Żyję. Czego chcesz?
Żebyś żył.
– I po to mnie budzisz?
Nie budzę cię. Ktoś woła Mershe. – Chwila wahania. – To ty prawda?
Nean dodał dwa do dwóch i wyszło mu pięć. Podniósł się na łokciu, odruchowo spoglądając ku zawieszonej pod sufitem latarni.
– Skąd wiesz?
Jestem z tobą cały czas, Neanie.
Cały czas? Czyli jednak... Zrobiło mu się niedobrze. Wszystko słyszała. Wszystko widziała. Wszystko wie. I teraz rzuci całą tę wiedzę przeciwko niemu, świadoma, że nie jest zdolny do obrony. Musiałby odzyskać panowanie nad mocą. Wówczas odgrodzenie się od niej nie będzie wysiłkiem większym niż wzruszenie ramion.
Nie będzie...
Neanie?
– Zamknij się!
Nie chciał jej słuchać – bał się.
Bo umysł działa jak magia. Płomienie przyzywasz zaklęciem i gdy trawią miasto, nie możesz ich odwołać. Strachy wołasz po imieniu i gdy wspomnienia trawią rozum, nie możesz zamknąć ich z powrotem w ciemnej głębi.
Ale jeśli Żira mogła usłyszeć wołanie, to znaczy, że nie było złudzeniem.
– Potrafisz odszukać tego człowieka?
To kobieta.
– A kobieta to nie człowiek?
Spójrz na mnie, nie jestem już człowiekiem, a wciąż jestem kobietą.
– Na odwrót. Jesteś człowiekiem, ponieważ posiadasz ludzką duszę, lecz nie jesteś kobietą, ponieważ to cóż... cecha fizyczna.
Powinien to wytłumaczyć dokładniej, ale myśli wcale nie chciały ułożyć się w przekonującą całość.
Gówno się znasz na kobietach. A tamta jest młoda, bardzo młoda. Dziewczyna, nie kobieta. I bardzo, bardzo daleko stąd.
– Nie znam żadnej bardzo młodej dziewczyny z bardzo, bardzo daleka.
Ale ona zna ciebie. I twoje... imię. Ktoś z Mitgald Varen?
Nean wzdrygnął się. Przez jeden straszny moment miał wrażenie, że leży nie w cesarskim więzieniu, a w ruinach tego przeklętego miasta. Szczęśliwie w porę zabrzmiały uniesione głosy strażników. Mówili o... Nean słyszał, ale nic nie mógł pojąć. Jakby miał śnieg w głowie. Śnieg tłumi wszelkie dźwięki. Wszelkie myśli. Wszelkie życie.
– A już z całą pewnością nie znam młodej dziewczyny z Mitgald Varen – powiedział czarownik, choć w jego głowie wciąż padał śnieg. Suchy jak wiór. Jak popiół po pożarze. Padał spokojnie, wiedząc, że Nean i tak nie zdoła uciec. – Nigdy nie znałem, nie licząc siostry.
Więc siostra?
– Nie żyje, a nawet gdyby żyła, nie byłaby już młoda.
Neana niepokoił fakt, że gdzieś istnieje nieznana mu młoda dziewczyna, która nie dosyć, że zna imię Mershe, potrafi posługiwać się magią. I szuka go teraz, kiedy jest taki słaby, że nawet Żira się nim nie przejmuje.
Inna rodzina?
– Nie sądzę.
Trochę się tego obawiał, ale był to lęk irracjonalny, bo Nean nie miał rodziny, nie takiej żyjącej. I która z jego krewnych użyłaby imienia Mershe, aby go przywołać? Poza ceremoniami zwracały się tak do niego, gdy chciały mu dopiec. Nie wspominając...
Mogę tak do ciebie mówić?
Pytanie gwałtownie wyrwało go z zamyślenia..
– Jak?
Mershe.
Leniwie padający z góry śnieg zmienił się w śnieżyce.
– NIE!
Dlaczego?
– To złe imię – wyrzucił z siebie. Skulił się, bo znów zaczynało nim trząść, dzwoniły mu zęby. – Niewłaściwe. Albo ja jestem niewłaściwy.
Dlaczego?
– Dlaczego chcesz wiedzieć?
Niech nie mówi. Niech zabierze tę śnieżycę z jego głowy.
Bo jesteś moim jedynym rozmówcą, bo podoba mi się to imię, bo wydaje mi się to istotne, skoro słyszę ten okrzyk codziennie?
Westchnął. Niech jej będzie. Cierpienie? Nie mógł się użalać nad sobą, nie kiedy patrzyła. Dobrze mu tak, dobrze mu tak, dobrze mu tak... Nie wiedział tylko, czy ma dość siły, by snuć tę opowieść. Spojrzał z niepokojem na promieniującą bólem dłoń Opatrzenie jej kawałkiem brudnego rękawa noszonego pewnie przez kilka pokoleń więźniów nie wydawało się dobrym pomysłem, ale nie miał nic innego. Jedynie nadzieję, że Armelia znów postanowi go odwiedzić. Może nie powinien wspominać, że to niemożliwe, by ktoś w Latrii się o niego troszczył? Może tamto było zwykłą pomyłką?
– Powiem ci, ale jeśli zaczniesz się śmiać, urządzę ci jeszcze większe piekło niż masz teraz.
Śnieżyca miast cichnąc przybierała na sile, a spośród zasp wynurzały się lodowe upiory. Może trzeba było oderwać kawałek bandaża z rany na stopie?
Ja się nigdy nie śmieję. Nie mam czym.
Zignorował to oczywiste kłamstwo.
– Nie bez powodu nie ma drugiego człowieka o imionach Mershe Yara. – Nean wziął głęboki wdech, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tłumaczy to komukolwiek. – Po pierwsze jest to imię w języku płomieni przeznaczonym dla mojej rodziny. Po drugie, jest to imię rodzaju nijakiego.
Milczała, trzymając go w ściskającej trzewia niepewności. Jak zareaguje? Nigdy nikomu się z tego nie zwierzał. Od kiedy właściwie zdanie jakiegoś związanegomagią demona zaczęło się dla niego liczyć?
Nie mogli rozstrzygnąć, czy jesteś chłopcem czy dziewczynką?
Tyle w temacie nieśmiania się.
– Nie, głupia! Z mojej płci zdawali sobie sprawę aż za dobrze.
Niepotrzebnie krzyknął. Niepotrzebnie wysilił się, w odruchu, by spojrzeć w kierunku wiedźmy. Przed oczami miał czarne plamy.
Więc?
– Najstarsza z córek Pani Płomieni po śmierci matki zostaje obwołana kolejnym wcieleniem bogini – wyrzucał z siebie słowo za słowem, próbując zagłuszyć ból. – Pozostałe to odpryski jej boskiej chwały, które jako kapłanki wiodą w świątyni raczej nudny, ale dostatni żywot. Bez mężczyzn oczywiście. Jeśli któraś okaże się brzemienna, zostaje spalona za skazę świętej krwi. Ale to dziewczynki. A wiesz, co się robi z chłopcami?
Zgaduję, że się ich zabija albo... kastruje?
Nean zdecydował się nie komentować drugiej opcji.
– Nie. Chłopców nie ma.
Jak nie ma?
– Normalnie. Nie rodzą się.
Nie mogą się nie rodzić. To wbrew naturze.
– Nie w tym przypadku. Pani Płomieni nie może urodzić syna.
Zabijają ich. Zwyczajnie ci nie powiedzieli.
Śnieżna zaspa zamykała się nad głową Neana, chcąc odebrać mu resztkę powietrza, ale nie poddawał się i wciąż młócił lawinę rękami, poruszając się ku powierzchni.
– Żiro – szeptał – wychowałem się w świątyni z matką, siostrami, ciotkami i siostrami mojej babki, a nawet z siostrą mojej prababki. Przekazały mi wszystkie sekrety kultu, łącznie z tymi najpodlejszymi, od których słuchania miałem ochotę wymiotować. Ile tu jest miejsca na utrzymanie sekretu? Gdyby kiedykolwiek wcześniej urodził się syn, wszyscy by wiedzieli. Gdy Pani Płomieni oczekuje dziecka, ogłasza się święto. Dziesiątki osób obecnych jest przy porodzie. Dziesiątki osób obmacuje noworodka, jakby był kawałkiem mięsa. Nie ma miejsca na mord w ukryciu. Myślisz, że nie szukałem racjonalnego wyjaśnienia?
Wiedźma milczała dłuższą chwilę.
Więc czemu ty się urodziłeś?
Nean w odpowiedzi potrafił tylko bezradnie rozłożyć ramiona. Albo potrafiłby, gdyby nie pulsowały bólem, jak cała reszta jego ciała.
– Nie wiem. Jestem pomyłką, przypadkiem. Czymś, co nie powinno się pojawić, więc nikt nie wiedział, jak zareagować, dopóki Pani Płomieni nie stwierdziła, że każda krew z jej krwi jest krwią świętą i przyjmuje mnie w poczet swoich kapłanów.
Więc... jesteś kapłanem?
– Teoretycznie. Zabawne, prawda?
Nean zaśmiał się dzikim, pomylonym śmiechem. Takim, od którego boli gardło.
Raczej kuriozalne.
– Zabawnie było, kiedy nikt nie miał pojęcia, jak się wobec mnie zachować.
Tak, chodźcie lodowe upiory. Otulcie go swoimi ramionami. Niech śpi po wieczność, śniąc koszmary w lodowej bryle, pod drogą, którą przeszły tysiące, a żaden nie wrócił. Pożywcie się jego gorącą krwią, poczujcie jej żelazny posmak.
Nie próbowali ukrywać twojej płci? Przynajmniej oficjalnie?
– Tyle, ile wymagała tego tradycja. Ubrania, włosy, imię... Oczywiście z każdym rokiem coraz lepiej widać było, że odstaję od reszty.
Smutne.
Czy naprawdę smutne? Nean bywał w świecie, widział wiele rzeczy, które mogły być określone mianem smutnych. Śmierć, choroby, nędza... Żadne z nich nie groziło mu za murami świątyni. Nie żeby Nean szczególnie przejmował się istnieniem martwych, chorych i biednych. Byli, bo musieli być – drażniący element tła. Jednak ich los wciąż był smutny. Ba! Siedzenie miesiącami w celi było smutne. Ale tamto? Nie.
– Naprawdę tak uważasz?
A dlaczego nie?
Nean podniósł się. Niepotrzebnie gadał, od tego jeszcze mocniej paliło go pragnienie. Poszukał wzrokiem miski z wodą – jeszcze trochę zostało na dnie, nieszczególnie czystej, ale było mu już wszystko jedno. Wypił duszkiem, uważając by nie uronić ani jednej kropli.
– Bo ja nie uważam – powiedział wciąż spragniony. – Tym bardziej nie spodziewam się tego po kobiecie, która bez mrugnięcia okiem morduje i okalecza wieśniaków.
Milczała. Wykorzystał ten czas, by przenieść się na słomę. Wciąż był słaby, a zmaltretowana dłoń dotkliwie przypominała o sobie za każdym razem, gdy musiał jej użyć. Ale nie był słabszy niż wcześniej. Od odnalezienia Żiry czuł uniesienie, które niespodziewanie wskoczyło na miejsce dotąd władającej jego umysłem otchłani.
Nie wiem, dlaczego. Tak po prostu jest. Albo...
– Albo co?
Nie zgodzisz się ze mną.
Nean chciałby już skończyć tę rozmowę, odpocząć w spokoju, ale ciekawość wzięła górę. Co to wiedźma znowu wymyśliła, że aż bała się powiedzieć?
– Na tym chyba polega dyskusja. Żeby dyskutować.
Myślę, że mogłeś być innym... dobrym człowiekiem. Takim, którego nikt nie wtrąca do celi. I takim, który nie musi uciekać się do podstępu, bo młodość poświęcił na gromadzenie sił, nie na dryfowanie z obawy przed utonięciem. Wiesz, łatwo być dobrym, kiedy nie musisz się bać.
Zabrzmiało jakby... Nean poczuł iskrę gniewu. Jakby uważała go za słabego. Jakby się nad nim litowała!
– Od kiedy dobro to dla ciebie jakakolwiek wartość?
Każdy ma jakieś zasady, nawet ja, nawet ty. Nie wypaliłbyś oczu niemowlęciu dla rozrywki.
– Bo mnie nie bawią takie rzeczy.
Nean przewrócił się na drugi bok, ale wcale nie było mu od tego lepiej. Coś rozsadzało go od wewnątrz, że nie mógł uleżeć w jednym miejscu, a jednocześnie zmęczenie zmuszało czarownika do odpoczynku.
Wiesz, o co chodzi.
– Domyślam się, ale mnie przeceniasz. Gdybym miał interes w wypalaniu oczu niemowlętom, zrobiłbym to.
Jakikolwiek interes czy dobry interes?
Może przydałoby mu się coś w charakterze poduszki? Nie, nie miał siły na kombinacje. Nie miał nawet siły leżeć, ale też nie miał siły wstać. Żałował, że nie ma niczego, czym mógłby się odurzyć i zapaść w nieświadomość.
– A jaki to jest dobry interes? Gdybym zaoferował ci w zamian za to wolność, nie odmówiłabyś. Dzieci budzą u większości większe współczucie niż dorośli, ale dla mnie wiek nie ma znaczenia.
A gdybyś miał wybrać między zamordowaniem staruszki, której dni są policzone a zamordowaniem młodej kobiety, którą z nich byś wybrał?
– Pewnie tę starszą.
Czyli wiek ma znaczenie.
– Nie. Kierowałbym się najniższymi, zwierzęcymi instynktami.
Jasne. Wiesz co?
– Hmm?
Oszukujesz sam siebie, Panie Płomieni.
Nean długo szukał dobrej odpowiedzi, ale zasnął, nim zdążył wymyślić.
XI Rozmowy z Żirą, które początkowo dodawały Neanowi sił, stawały się coraz trudniejsze i coraz bardziej męczące. Dawał się wciągnąć w dyskusję, odpowiadał na pytania, a potem wyrzucał sobie ufność wobec wiedźmy.
Co raz trudniejszy do przetrawienia okazywał się także głód. Doznawana słabość przypominała Neanowi pierwsze tygodnie na Białej Równinie. Te same, w których rozważał czy zjedzenie własnych palców uratuje go przed śmiercią głodową czy raczej skaże na wykrwawienie się. Czołgał się przy tym bezsensu, jakby liczył, że idąc w głąb pustkowia natrafi na jedzenie. I oczywiście nie pilnował drogi, choć Kem ostrzegała go wielokrotnie, że to jedyna szansa na przetrwanie.
Kiedy zaś więzienne bóstwa – to jest strażnicy – litowały się nad nim, czarownik zaczynał się obawiać, że zabije go nie głód, a posiłki. Przysięgał Żirze, że jeśli kiedykolwiek ucieknie, głowa więziennego kucharza stanie się jego pierwszym trofeum. Jeśli taki w ogóle istniał, bo równie dobrze można by zatrudnić małpę do mieszania przypadkowych składników i urządzać zakłady, czy więźniowie przeżyją.
Nean był właśnie po takim posiłku, gdy jego żołądek nagłym skurczem obwieścił bunt. Znajomy czarownikowi ucisk zwiastować mógł jedynie nadchodzący koszmar.
Cudownie. Marzył o zasraniu się na śmierć.
Co to za bulgot?
– Mój żołądek.
Tak, tylko Żiry mu jeszcze brakowało. Po co mu ona właściwie była?
Mogę mieć dziwne pytanie?
– A czy ma ono jakiś związek ze sraczką?
Jak sobie z tym radziłeś na Białej Równinie?
– Czy ja powiedziałem, że możesz?
Nie bądź taki wrażliwy. Taki ho ho nekromanta, a go sraczka brzydzi.
Nie, sraczka Neana nie brzydziła. Zwyczajnie nie lubił żartów o zawartości własnych jelit, gdy te akurat skręcały się boleśnie.
– A wiesz, co tam jadłem?
Yyy... Suchary?
– Śnieg i lód. Popijałem słońcem, a srałem tęczą, to się nie musiałem rozbierać.
Żira milczała przez kilka minut, za to żołądek nekromanty odzywał się coraz częściej. Czarownik miał nadzieję, że wiedźma nie będzie kontynuować tematu.
Niedoczekanie.
Naprawdę ci dupa na tym zimnie nie odmarzła?
Nean z poczuciem najwyższego zażenowania musiał się wreszcie usadzić na cuchnącym ustępie, którego ciemna otchłań prowadziła cholera raczy wiedzieć gdzie. Modlił się w duchu do najpotężniejszych demonów, by nikt akurat nie postanowił złożyć mu wizyty. Zwłaszcza, że odkąd zmienił celę odwiedzała go tylko i wyłącznie Armelia.
– Wnoszę sprzeciw, Żiro – wysapał czarownik między jednym bolesnym skurczem a drugim. – Dlaczego ja opowiadam ci o swoim życiu, a ty nie opowiadasz mi o własnym?
Moje jest mało ciekawe.
– Doprawdy?
Jasne. Nigdy przecież nie latałam po Białej Równinie z gołym tyłkiem.
Nean przewrócił oczami.
– Żiro, to od początku było dziecinne, a teraz robi się żenujące.
Co mam powiedzieć? Nazywam się Żira i mam problem z magią. Albo magia ma problem ze mną, bo urodziłam się dziewczynką. Może bogowie zamienili nas miejscami?
– Czyli to prawda, co mówił Ragd. Jesteś czarownicą.
Nean nie był tym faktem zaskoczony, dawno już przeanalizował wspomnienia o Żirze sprzed jej przemiany w demona. Bardziej zdziwił go fakt, że tak zwyczajnie się do tego przyznała.
Przed chwilą to właśnie powiedziałam.
– Więc, skoro rzeczywistość zaprzeczyła przekonaniu, czemu tak niewielu o tym słyszało? Czemu nie próbowałaś udowodnić, co potrafisz? Przecież czarodziej-kobieta byłby...
Zaśmiała się. To był gorzki, okrutnie gorzki śmiech, który sprawił, że Neanowi zrobiło się głupio. Naprawdę zakładał, że nie próbowała? Że można zastąpić kłamstwo prawdą? Sam pamiętał, jak wielu chciało sprawdzać jego płeć, dowodzić jakiś bzdur, że może być zarówno kobietą i mężczyzną w jednym ciele. Podważali, iż jest synem Pani Płomieni, choć tylu ludzi widziało jego narodziny. Aż w końcu słali zbójców, by uśmiercić szatański pomiot, wbrew ścigającemu ich gniewowi bogini.
Owszem, było kilku czarodziejów z początku sceptycznych, później skłonnych mnie wspomóc, ale większość nie chciała słuchać. Mój ojciec, bogaty kupiec, miał jakiś posłuch między pospolitymi sztukmistrzami, ale nie wśród prawdziwych autorytetów. Ci demaskowali oszustwo już zbyt wiele razy. Gdy zdałam egzaminy wstępne do Glagor...
– Studiowałaś w Glagor? – nie dał jej skończyć Nean. – Jak?
Nawet mężczyźnie z bogatego domu trudno było się dostać na jedną z uczelni, jeśli nie posiadał w rodzinie czarodzieja albo nie był protegowanym któregoś z bardziej poważanych władców. I to był dopiero początek, bo po wręczeniu listu polecającego, należało wykazać biegłość w piśmie, matematyce i historii. A na koniec, po tylu wysiłkach, dopiero trzeba było udowodnić, że włada się potężną mocą. Każdego roku z setek kandydatów pozostawała garstka.
Tak. Dostałam list polecający od cesarzowej, niech Śniące Bóstwa utulą ją do wiecznego snu. Po kilku miesiącach odeszłam na własne życzenie.
– Dlaczego?
Neanowi nie mieściło się w głowie, by ktoś mógł zrezygnować z takiej szansy, nieważne jak trudno, by było.
Choć przecież...
Byłam młoda, słaba i zagubiona. Nie potrafiłam każdego dnia mierzyć się z wrogością i szyderstwem. Wykładowcy wypraszali mnie z zajęć, powtarzając, że żadna wiedźma nie będzie węszyć po Glagor. Oczywiście wiedźmy też nie były najmilsze. Zarzucały mi pogardę i chęć wywyższenia się.
… sam tak właśnie postąpił.
Nean próbował wyobrazić sobie Żirę jako młodą dziewczynę, ale zupełnie nie pamiętał twarzy. Jakie miała włosy? Oczy? Ubranie? Nic. W jakim była wieku? Znów nic. Była dla niego bezcielesnym bytem.
– Więc jak trafiłaś do Zboru Lasu? – spytał czarownik, by czym prędzej odgonić od siebie poczucie winy wywołane pustką w pamięci.
Tak bardzo jestem wiedźmą ze Zboru Lasów jak ty jesteś poddanym hrabiego Lamre. Po powrocie z Glagor ojciec stwierdził, że najwyższy czas na zamążpójście, ale nikt nie chciał wiedźmy za żonę. Oprócz jednego pijaka, zubożałego szlachcica od siedmiu boleści. Nawet ta bezwolna marionetka, którą wówczas byłam nie potrafiła zwyczajnie ulec. Uciekłam. Opuszczałam dom z myślą, że ojciec natychmiast mnie dorwie i odprowadzi do domu, ale widocznie nawet nie spróbował. Zaszyłam się w cuchnącym zaułku z przekonaniem, że jedyne co mnie czeka to śmierć głodowa. Byłam panną z dobrego domu, więc nawet nie pomyślałam, że mogłabym kraść, żebrać albo się kurwić. Żyłeś kiedyś na ulicy bez jakiejkolwiek perspektywy na wyrwanie się?
– Nie, ale szedłem tygodniami przez Białą Równinę, nie wiedząc dokąd zmierzam, nie mając co jeść i nie będąc pewnym, czy jest tam cokolwiek z wyjątkiem śniegu. Parłem naprzód ze świadomością, że najprawdopodobniej zginę. – Nean uśmiechnął się krzywo. – A jednak oboje uciekliśmy z pułapki. Po to, by tutaj zmarnieć.
Uciekliśmy? Nie. Po prostu szybko zdała sobie sprawę, że śmierć głodowa to nie jest ten sposób odejścia do Śniących Bóstw, o którym marzę. W pobliżu płynęła rzeka, a ja nie potrafiłam pływać, więc wymyśliłam, że się utopię. I naprawdę wskoczyłam do tej wody, w zimną noc, przy okrutnym deszczu. I wyobraź sobie, że ktoś tamtej paskudnej nocy, w tym paskudnym deszczu akurat postanowił przejść nad tą rzeką, choć by dotrzeć do tego miejsca, trzeba było wejść w zarośla.
– Ja pewnie mógłbym przechodzić w takim miejscu o takiej porze, ale chyba nie narażałbym zdrowia, by wyciągnąć obcą kobietę – zawyrokował Nean.
Rozumiem. Gdy człowiek tonie, po prostu się przyglądasz?
– A ty nie?
Wolę liczyć zysk, jaki dostanę za ocalenie.
– A jeśli nie dostaniesz?
Sama sobie wezmę. Taka podtopiona sierotka to żadne wyzwanie.
Nean nie mógł się nie zgodzić, że to nienajgorszy sposób szybkiego wzbogacenia się, ale nadal nie miałby ochoty wskakiwać do zimnej i być może zdradzieckiej wody. Nigdy nie rozumiał ludzi przywiązanych do pieniędzy. Jeśli czegoś chciał, zwyczajnie zabierał to tym, o których wiedział, że może sobie na to pozwolić. I nie działo się to wcale często, bo życie w ruchu utrudniało gromadzenie majątku.
Mój wybawiciel – kontynuowała Żira – miał na imię Ralk. Był aptekarzem i miał siostrę wiedźmę, Iżdę. Wtedy faktycznie stałam się jedną z nich. Przez dwa lata słuchałam o ziołach, rzadko skutecznych amuletach i magii nie zdolnej poruszyć gałęziami drzewa. Nocami zaś wymykałam się na pole, by krzesać błyskawice. Dziś wiem, że to najgłupsza rzecz, jakiej może spróbować początkujący czarownik, ale mówimy o tej samej dziewczynie, która wierzyła, że w Glagor czeka ją uwielbienie i chwała.
Słowa Żiry ociekały pogardą i nienawiścią. Ślepą. Taką, w której człowiek powinien krzyczeć, żeby nie zwariować.
Ale to było ważne, Neanie, bo wtedy nauczyłam się zabijać – przyznała tonem świadczącym, że próbuje udowodnić to sama sobie. – Zaczęło się od wypadku, z przypadkowego przechodnia została kupka popiołu. Byłam głupia, panikowałam, wierząc, że naprawdę ktoś się dowie. Zrozum, była to nie tylko pierwsza osoba, którą zabiłam, ale także pierwsza śmierć, którą widziałam. Ta głupia dziewczyna nie mogła nikomu powiedzieć ani nikomu się wypłakać i to jej zrobiło dobrze na rozum. Nauczyłam się ukrywać strach, kłamać i uciszać wyrzuty sumienia wtłoczone przez wychowanie. Następnym razem spaliłam cały dom. Troje dorosłych i czwórkę dzieci. Umyślnie, bo się zdenerwowałam i chciałam wyżyć.
Oboje przez chwilę trawili to wyznanie.
I wiesz co, Neanie?
– I nic.
Dokładnie. I nic.
– Jak cię złapali?
Złapali? Myślisz, że to koniec? To jest początek. Kilkanaście trupów nie uczyniło ze mnie czarownicy. Co ja bym wtedy zrobiła takim cesarskim czarodziejom? Wymruczała przekleństwo pod nosem? Nie. Terminując u Iżdy, poznałam Garyta z Sokolich Skał.
Nean już słyszał to imię. Wspominał o nim Eklin.
– Czy to ten sam, który zapragnął pokutować przed obliczem Wielkiego Iretuna, więc odciął sobie palce, język, dłoń, stopę i coś tam jeszcze? Oczy chyba sobie wyłupił.
Ten sam.
– Więc terminowałaś u człowieka, który miał bardziej nie po kolei w głowie niż mogłem się po tobie spodziewać. A spodziewam się naprawdę wiele.
Żołądek dał Neanowi chwilę spokoju, toteż czarownik znów zwinął się na podłodze. Ktoś z celi obok zaczął marudzić na nieprzyjemny zapach, ale Nean go ignorował. Sam nie marudził przecież, gdy tamten w nocy zdecydowanie za głośno ćwiczył techniki samogwałtu.
Odbiło mu dopiero na starość. Wcześniej Garyt był sukinsynem jakich mało. Potrzebował ziół, więc zwyczajnie wpadł do domu Iżdy, zabrał, co chciał i jeszcze ją zgwałcił po drodze. Próbowałam bronić jej magią, ale co najwyżej go zaskoczyłam. Stwierdził, że marnuję się u Iżdy, dokończył co miał dokończyć i wyszedł. Nie sądziłam, że wróci, nie po mnie, ale wrócił i zaproponował mi naukę.
– Tak po prostu? – spytał Nean, nim zdążył się zastanowić.
Wielu czarowników potrzebuje asystentów, a uczennice mają nad uczniami pewną zasadniczą przewagę i mam nadzieję, że nie muszę ci tłumaczyć jaką.
– Potrafię sobie wyobrazić.
Był starym, wyschniętym dziadem, o ciele gnijącym od testowania na nim niebezpiecznych zaklęć i moim pierwszym kochankiem. Gówno potrafisz sobie wyobrazić.
– Spodziewasz się po mnie zgorszenia? Współczucia? Ubolewania?
Nean sam nie wiedział, co naprawdę czuje. Żira była dla niego bezcielesna, pozbawiona skazy fizyczności. Fakt, że oddawała się jakiemuś zbzikowanemu czarownikowi brzmiał... niewłaściwie? Bardzo niewłaściwie.
Nie chcę współczucia – warknęła wiedźma. – Mimo wszystko to była moja własna decyzja.
– Ale byłaś młoda, głupia i pozbawiona celu. Nie potrafiłaś sobie wyobrazić. – Czarownik z wysiłkiem podniósł się z twardej podłogi i odruchowo przyciągnął latarnię do siebie. Fioletowe światło miejscami przechodziło w czerń. – Przepraszam.
Za co przepraszasz?
– Za swój cynizm. Przykro mi, że cię to spotkało.
Nie jest ci przykro, gdy zabijasz ludzi, gdy umierają z głodu u twoich stóp, błagając o chleb, a żal ci mnie, która dostała, co chciała?
– Naprawdę znowu będziemy rozmawiać o moralności? Moralność nie ma nic do rzeczy, dzieci konające na ulicy nie mają nic do rzeczy. Jest mi przykro, bo siedzę tu i rozmawiam z tobą. Inaczej nie potrafię. Wiem, że uroiliście sobie we mnie jakiegoś lodowego upiora, ale ja też jestem człowiekiem, a ludźmi rządzą uczucia. Głupie uczucia! Głupie, bo pozbawione logiki.
Jesteś człowiekiem – powtórzyła za nim Żira, jakby nie mogła uwierzyć, że przyznał się przed nią do czegoś tak pospolitego.
– Jestem. Chyba. I skoro rozmawiam z tobą, musi mi być przykro.
Kłamca – szepnął głos z tyłu głowy. To nie był jedyny powód. Było mu przykro, bo pamiętał twarz tamtej kobiety nad swoją twarzą, okropną twarz. Okropny dotyk, okropne słowa. Okropny strach i okropny wstyd. Od tamtej chwili jego ciało należało do niej. Ukradła je i nie tylko je – wszystko. Nawet myśli, które spętane zawsze musiały stać po jej stronie.
A teraz zasłona niespodziewanie opadła, a wraz z nią opadł ciężar. Nean uświadomił sobie, że kogoś nienawidzi. Zawsze nienawidził.
– To nie twoja wina – dodał czarownik. – Tak myślę.
Więc czyja? Jak głupim trzeba być, by uwierzyć w dobrą wolę czarnoksiężnika?
– Byłaś wyjątkowa, wierzyłaś, że ktoś wreszcie powinien to docenić, spojrzeć na ciebie nie jak na córkę kupca powołaną do rodzenia dzieci, nie jak na wiedźmę leczącą lub zsyłającą kurzajki w zależności od humoru, ale jak na czarownicę pragnącą pokazać światu, na co ją stać. Przegrywałaś z losem, ale nigdy nie rezygnowałaś.
Nean złapał się na tym, że sam nie wie, od kiedy potrafi mówić takie rzeczy. Od kiedy potrafił oceniać kogoś tak łagodnie?
Od kiedy potrafił być z kogoś dumny?
Dziękuję.
Dziękowała mu. Najdziwniejsze uczucie z możliwych, kolejna wzburzona fala w morzu wewnętrznego niezrozumienia.
– Czasem żałuję, że nie możesz siedzieć tu obok.
To ją zaskoczyło. Oczywiście. Jego samego zaskoczyło.
Czemu?
To się nie nadawało do wyjaśnienia. Nie mógł przyznać, że ma ochotę przygarnąć ją do siebie i wypłakać się na wiedźmim ramieniu, ukryć twarz, by nie oglądała jej, kiedy jest taki słaby. Tylko tę resztkę dumy miał przed nią do ukrycia. Gdyby chciała, mogła mu jak szpilę wbić wspomnienie Ovriny.
Na szczęście potrafiła czasem nie być okrutna.
Nie. Nie powinien dać się zwodzić demonowi. Była okrutna, ale nie była głupia, wiedziała, że nie może go zanadto zrazić do siebie.
Nie, nie, nie. Wiązał go z Żirą pakt krwi i wyczułby kłamstwo. Opowieść była prawdziwa. Żal był prawdziwy. Współczucie też musiało.
Chciał jej wierzyć. Tak strasznie chciał jej wierzyć.
Czemu? – powtórzyła Żira.
– Jesteś silna. Czasem nie rozumiem, czemu tutejsi czarodzieje nie sięgnęli po władze jak ci z Mitgald Varen. Pani Płomieni, Pani Kłamstw, Pan Złudzeń... Moi przodkowie dostąpili boskości, ponieważ sami o nią zabiegali.
Chciałbyś mieć władzę, Neanie?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Tylko zastanawiam się, dlaczego nie mam. Dlaczego żaden cesarski czarodziej znudzony bezczelną małolatą nie spopielił Ovriny jednym palcem? Czemu przy tak wielkiej przewadze zadowalają się ochłapem?
Bogowie czuwają nad porządkiem.
– I kimże są, żeby nam rozkazywać? Bytami, które bez magii i swoich wyznawców byłyby niczym, gdy my istniejemy bez względu na nie?
Bez względu na nie, ale podatni na choroby, śmiertelni, uginający się pod ciężarem wieku. Dręczeni głodem i suszą. Krusi jak porcelana.
– Nie, Żiro. Mamy za mało wiary.
Nean podniósł się chwiejnie, z nienawiścią spoglądając w kierunku krat. O żołądku, który jeszcze przed momentem zdawał się potencjalną przyczyną zgonu zdążył zapomnieć. Złość rosła, oplatając korzeniami serce, płuca i gotową do krzyku krtań. Czy te lodowe ściany naprawdę próbują powstrzymać ogień?
Niech nie wytyka słabości ten, komu siły brak. Jest takie przysłowie.
– Wyjdziemy stąd, Żiro. Razem. A potem znajdziemy ci nowe ciało. Wycieczkę na Białą Równinę uznaj za odwołaną. Nie mam tam czego szukać.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ