Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Lód z płomieni

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Lód z płomieni

Post autor: Krin » 04 czerwca 2017, 11:19

Uwaga, opowiadania absolutnie nie nadaje się do czytania bez znajomości poprzednich części: Zapłaty, Kruka i W zimnej wodzie kąpanego ze szczególnym naciskiem na ten ostatni tekst.

Jak zapewne większość z was wie, toczę z tym tekstem ciężkie boje i na chwilę obecną nie jest jeszcze skończony, ale pewna różowa osobistość i pewna rapująca osobistość namówiły mnie, żebym wrzuciła chociaż początek, bo ponoć w samotności pisać trudno i w ogóle... Chciałam wrzucać ten tekst większymi fragmentami, ale w tej sytuacji mogłoby się to zakończyć tragicznie, bo w poniższym fragmencie nie istnieje ryzyko, że zburzę taranem delikatną konstrukcję fabularną, ale w dalszych może się tak zdarzyć, więc dajcie mi proszę czas, bym uporała się z zakończeniem.

Fragment krótki, ale będę wdzięczna za wszelkie komentarze, bo to ważny dla mnie tekst, jeden z najdłuższych i pisany niejednokrotnie na przekór walącym się na moją głowę sprawom i nieszczęściom.

Miłej lektury. :bag:

I Tego roku zima zaskoczyła Wschodnie Morza w środku jesieni, jakby Biała Równina nie mogła doczekać się nadejścia Kruczarza i postanowiła wyjść mu naprzeciw. Przybyły przedwcześnie lodowaty wiatr pochylał trawy w ukłonie, gnał chmury po zszarzałym niebie i uderzał o samotne głazy, by wygrywać na nich niepokojącą melodię.
Nean nienawidził zarówno wiatru jak i zimna, które towarzyszyły mu nieustannie od piętnastu lat, od chwili gdy po wkroczeniu na Białą Równinę stracił z oczu ostatnie ludzkie siedziby. Nie opuszczały go pomimo grubego płaszcza, nawet w największą spiekotę, gdy z innych ludzi spływał pot. Pomagał jedynie ogień, czasem dopiero wówczas, gdy płomienie lizały skórę. Nie spopielały jej, lecz mimo to Nean znosił ten dotyk z najwyższym trudem – odkąd stanął na Białej Równinie, ogień zamilkł.
A jednak bez większych problemów znosił odwiecznego wroga – w sposób zupełnie perwersyjny upiorne zimno nawet go przyciągało. Zapomnienie, choć teraz zamieszkujące ciało Idiuna, syna Pana Wszystkich Stepów, jako demon wywodzący się właśnie z lodowego pustkowia radziło sobie niewiele gorzej. Nie miało nawet płaszcza, a parło do przodu z nieludzką energią, jak nigdy wcześniej odciążając czarnoksiężnika w codziennych obowiązkach. Gdy zagoniony ucieczką koń zdechł, wzięło na siebie cały ciężar bagażu, co dzień też rozbijało obóz i przygotowywało posiłek.
Jeśli tylko Nean nie miał zgubić go na zdradliwych bezdrożach, wędrówka po Białej Równinie okazać się mogła tysiąckroć łatwiejsza niż poprzednim razem.
Ale wszystko prócz tego szło coraz gorzej. Gdy Nean był pewien, że dla cesarskiego wojska stał się jedynie wyblakłym wspomnieniem, te bez wytchnienia szukało go po olbrzymim stepie, aż tydzień wcześniej oddział cesarskich czarodziejów nie wypatrzył czarownika podczas wieczornego postoju. Wtedy właśnie, po dwóch dniach gonitwy, padły oba konie, ale Kruczarzowi udało się uciec. Na razie. Nean znał już rozkaz samego cesarza – dopaść najpierw Idiuna, syna Ragda i spadkobiercę tytułu, a potem ochraniających go popleczników. Nean nie mógł w żaden sposób wytłumaczyć fatalnej pomyłki, by nie zostać z kolei spalonym na stosie za czarnoksięstwo.
Teraz czarownik był głodny, zmęczony i zziębnięty. Po stracie konia musiał iść pieszo, a właściwie kluczyć i przyczajać się, na ile to w ogóle możliwe pośród ogromnego morza traw i niewielkich wzniesień. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Buty od najlepszego szewca w Syvante okazały się warte równie dużo jak kupa gówna i skórę miejscami miał startą do żywego mięsa, ale było za zimno, by iść na bosaka.
Prawdziwy kryzys przyszedł siódmego dnia ucieczki, gdy jego ciało ostatecznie odmówiło dalszego marszu. To stało się wieczorem, kiedy księżyc podpowiadał, że pora spać, a zmęczony umysł nie miał siły zaprotestować. Nean musiał zasnąć na stojąco, bo minęła zaledwie chwila i niebo z wczesnowieczornego zmieniło się w zupełnie ciemne.
Pierwszą myślą po przebudzeniu była złość, gęsta i dławiąca, bo skierowana do wnętrza. Już dawno nie pozwolił sobie na takie folgowanie własnym słabościom – jeśli chciał przeżyć, musiał działać ponad nimi.
Poruszył ociężałymi stopami, by zrobić krok do przodu i natychmiast stracił równowagę. Upadając, rozciął sobie czoło o kamień i do oka naleciała mu krew. Wytarł ją, ale ruchy miał przy tym tak niemrawe, że dłonie ledwie odnalazły twarz.
Potem rozluźnił się zupełnie – leżał na wznak w wysokiej trawie i łudził się, że pogoń go nie dostrzeże, choć przytomniejsza część umysłu podpowiadała mu, że to bzdura. Jeśli teraz zaśnie – a wiedział, że na pewno zaśnie – obudzi się długo po nadejściu świtu, kiedy czerń jego szaty będzie doskonale widoczna wśród zieleni i plam świeżego śniegu.
Nie śpij.
Przez chwilę miał wrażenie, że to jego własna myśl, lecz ta nie wydawałaby mu się wypowiedziana kobiecym głosem, a już na pewno nie zdałaby się... fioletowa. Tak, ciemny, elegancki fiolet był kolorem Żiry, a srebrna latarnia więżąca jej duszę stała przy ramieniu Neana, choć nie pamiętał, by ją tam odłożył.
– Widzisz, co się dzieje – powiedział, choć czuł, że nie powinien tłumaczyć się własnemu słudze.
Są tak cholernie blisko, że mogliby napluć ci na kark, gdybyś się podniósł. Chcesz zginąć, egoistyczny dupku?
– Wyglądam, jakbym chciał?
Tak, wyglądasz jak debil leżący w trawie. – Nean usłyszał mentalny odpowiednik prychnięcia. – Znam cesarskich czarodziejów. Nie zmylisz ich wyciągniętym z dupy w ostatniej chwili wybiegiem.
To prawda, znała. Polowali na nią przez wiele lat.
– Masz jeszcze moc? – spytał czarownik, podnosząc się do siadu. Miał wrażenie, że zemdleje, więc opadł z powrotem. Jednak nie zrezygnował i za drugim razem udało mu się powstrzymać zawroty głowy.
Niewiele – przyznała niechętnie.
Większość jej sił pochłonęła pierwsza potyczka przed paroma dniami, a już wówczas były nadwyrężone. Własnych Nean nigdy nie gromadził zbyt wiele, bo zatrzymywanie w sobie magii wyczerpywało powoli, dając jednocześnie złudne wrażenie siły. Tak ginęła większość czarodziejów nieświadomych zagrożenia – przez nadużycie mocy, która powoli zastępowała im fizyczną siłę, jednak zazwyczaj tylko w ten sposób prowadzić można było bezpośrednie starcia.
Starcia, których Nean wcale nie planował.
Rozpaczliwie szukając rozwiązania, zerknął w kierunku fioletowego płomienia za szybką latarni. Potrząsnął głową, samemu sobie odpowiadając na niezadane pytanie. Nie mógł. Płomienie milczały, odkąd pozwolił je zastąpić zimnem Białej Równiny. Tych zaś sam się wyrzekł.
Lubił pakty i przysięgi, lubił posiłkować się mocami bóstw i bożków, lubił okłamywać i zmuszać innych do służby. Na tym się znał, to ćwiczył od dziecka. Jednak tutaj nie miał nikogo skłonnego do układów.
Nie ruszaj się. Patrzą w twoją stronę.
Nean pożałował teraz, że posłuchał wiedźmy i zadał sobie tyle trudu, by się podnieść. Już było za późno, bał się nawet głębiej odetchnąć, a najbardziej doskwierała mu niemożność dostrzeżenia wroga. W dodatku Żira zamilkła nagle, co było chyba najgorsze, bo gdyby zechciał rozejrzeć się oczami Bezmyślności, słudzy cesarza mogliby podkraść się, wykorzystując moment nieuwagi.
Zaryzykował.
Było ich znacznie mniej niż zapamiętał z poprzedniego spotkania – nie więcej niż pięciu, ale nie widział dobrze w ciemności. Musieli się rozdzielić, gdy próbował zmylić ich za pomocą iluzji albo doszli do wniosku, że nie potrzebują dwudziestu ludzi, by schwytać jednego Kruczarza.
Pff! Z pięciorgiem sobie poradzi. Nawet jeśli byli najbardziej utalentowanymi czarodziejami cesarza, żaden z nich nie przetrwał roku na Białej Równinie.
Tak, skoro już wzywała go do powrotu, powinna się choć trochę postarać.
Wyciągnął nóż, rytualne ostrze zdobione inskrypcją w nieludzkim języku i podwinął rękaw, odsłaniając tatuaż wijący się pod skórą na podobieństwo lodowych macek. Wzór zdawał się lśnić w wyzierającym zza ciężkich chmur księżycowym świetle.
– Niech nikt nie staje na drodze wiecznemu zimnu – powiedział głośno, bez strachu, że zostanie usłyszany. – Niech nikt nie zatrzymuje pielgrzyma w jego wędrówce. Niech nikt nie próbuje powstrzymać wiatru, gdy zmierza po swoją zgubę.
Czuł nadciągającą moc, zanim jeszcze zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa. Porywisty wiatr unosił poły czarnego płaszcza i Nean musiał trzymać je jedną ręką, by cokolwiek widzieć. Z pomocą drugiej przeciął ostrzem skórę i gdy krew dotknęła ziemi, nadszedł chłód potworniejszy od wszystkiego, z czym miały styczność Wschodnie Morza.
Wiatr, który już wcześniej zdawał się nieznośny, teraz zerwał się z podwójną mocą, niosąc nie śnieg, ale olbrzymie kawałki lodu. Trawę natychmiast pokrył szron, a z góry sypnęło gradem. Do gradu szybko dołączyły grzmoty i błyski – jedyne teraz źródło światła.
Gdy porwane kawałki płaszcza zmierzały na południe, Nean czuł jak całe jego ciało pokrywa się równą warstwą lodu i pozwalał na to. Chciał by to potrwało jak najdłużej, żeby wieczne zimno okryło go bezpiecznym kokonem pośród otaczającej zawieruchy, żeby wreszcie odcięło go od wiatru.
Minęła nieskończoność, nim huk burzy ucichł na tyle, by Nean dał radę usłyszeć pełne grozy okrzyki. Spojrzał przez ramię i zobaczył tę piątkę, która podążała jego śladem. Byli tak blisko, że gdyby miał siłę się wyciągnąć, mógłby dotknąć najbliższego, ale ich uwagę odwracał właśnie formujący się ze śniegu koszmar.
Czterometrowa, pozbawiona oczu i ust sylwetka zbliżała się do piątki czarodziejów ze zgrabnością świni brodzącej przez błoto, ale zbliżała się nieuchronnie. Ledwie zauważała uderzenia magii. Nie topniała pod morzem płomieni, którym zalali ją cesarscy słudzy ani nie reagowała na egzorcyzmy. Dorwała ich po kolei, tak skrupulatnie jak sama śmierć.
Nie uciekli. Nean widział, że to właśnie pragną uczynić, ale nie uciekli. Cofali się, ale tylko kilka kroków, by zaraz ruszyć do ataku. Być może czarownik powinien czuć podziw, ale czuł tylko litość. Honor, przysięgi... i głupota. Nie mieli szans w starciu z olbrzymem – zwyczajnie zgniótł ich samym swoim ciężarem.
Idiuna przy okazji też.
– Niech was...
Nean był zły, bardzo zły, ale nie miał siły na bardziej elokwentny wybuch. Upadł na plecy, a śnieżna zaspa zamortyzowała uderzenie. Mógł wreszcie odpocząć i przyszła mu nawet do głowy myśl o budowie igloo. Był prawdopodobnie jedynym na cholernym świecie ekspertem od budowy igloo ze śniegu Białej Równiny.
Może potem, kiedy przynajmniej uspokoi oddech i opatrzy wciąż krwawiące nacięcie na przedramieniu. Urwał jeszcze kawałek z i tak mocno już podziurawionego płaszcza, bo jedyny sensowny bandaż, jaki ze sobą zabrał leżał gdzieś teraz pod śniegiem razem z ciałem Idiuna.
Więcej nie dał rady zrobić. Chciał tylko usnąć, ale to było głupie pragnienie, bo w takiej zimnicy mógł się nigdy więcej nie obudzić.
Służysz Białej Równinie?
Pytanie kryło w sobie zdumienie zmieszane z grozą i to przejęcie powinno uderzyć w Neana niczym taran, ale obecność Żiry zdała się nagle dziwnie odległa, i słabła z chwili na chwilę, jakby ktoś budował między nimi niewidzialny mur.
– Służyłem. Dawno temu – wymamrotał Kruczarz.
Jeśli nawet nie zniknęła i zareagowała jakoś na rewelację, nie usłyszał jej. Balansował na granicy między snem a jawą. Myślał jeszcze o Żirze, ale jej obraz mieszał mu się ze wspomnieniami wędrówki sprzed piętnastu lat i jego niemal dziecięcego ciała stawiającego czoła nadnaturalnym siłom.
Obudziło go skrzypienie kroków na śniegu. Dziesiątki par butów z każdej strony. Nie musiał wstawać ani nawet otwierać oczu, by pojąć, że zmęczenie odebrało mu jasność myślenia.
Cesarscy czarodzieje nie rozdzielili się, nie zrezygnowali z pościgu – po prostu nie zgrali się w czasie.
Kruczarz był otoczony.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 04 czerwca 2017, 14:03

SpoilerShow
Gdy Nean był pewien, że dla cesarskiego wojska stał się jedynie wyblakłym wspomnieniem, te bez wytchnienia szukało go po olbrzymim stepie,
Tęskniłam za tym cyklem, a jak bardzo, udowodniła mi dopiero nowa odsłona :D Fragmencik faktycznie maleńki, łyknęłam i nawet nie wiem kiedy, więc nie będę się na razie jakoś bardzo rozwodzić. Bardzo ładnie odmalowane zmęczenie Kruczarza, czułam to dokładnie i potrafiłam sobie doskonale wyobrazić stan, w jakim się znajduje. Szalenie też mi się podobał opis z początku. Wiem, że się powtarzam, ale po raz kolejny - masz dar tworzenia bardzo plastycznych opisów przyrody. Takich ładnych, lekko poetyckich, ale nie przesadzonych, po prostu przyjemnych w odbiorze tak dla wyobraźni, jak i ucha. Z takich drobnych zgrzytów, to mnie zatrzymał ten "czterometrowy". To subiektywne odczucie, ale wszystko jest takie dziwne, magia i w ogóle i nagle tak dokładne określenie? Troszkę mi zburzyło nastrój fragmentu. I jestem bardzo zdziwiona Idiunem O.o Nadal troszkę nie kumam, dlaczego Nean wybrał jego, skoro same z tego kłopoty no i fakt... że już go nie ma. W pierwszej chwili mnie rozbawiło, a potem zrobiło mi się żal, że nie dałaś się tym czytelnikowi nacieszyć i wycinasz ten element już na początku nowego opowiadania. No ale pewnie masz w zanadrzu ciekawsze, na które należało zrobić miejsce. Ciekawa jestem, co teraz z Zapomnieniem. Plus Żira - jak zawsze niezawodna <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kanterial » 04 czerwca 2017, 18:19

Z pomocą drugiej ręki przeciął ostrzem skórę i gdy krew dotknęła ziemi, nadszedł chłód potworniejszy od wszystkiego, z czym miała styczność ta ziemia.
oddział cesarskich czarodziejów nie wypatrzył czarownika podczas wieczornego postoju. Wtedy właśnie, po dwóch dniach gonitwy, padły oba konie, ale czarownikowi udało się uciec.
Szkoda, że tak mało. Dla mnie za mało, żeby ocenić, bo ja potrzebuję rozpędu, żeby poczuć tekst. Więc tylko krótko o odczuciach:
bardzo przyjemnie leci się przez tekst. Nic mnie nie przystopowało, a płynność cenię bardzo. Tylko powtórzenia się odcięły lekko, no i to, co ci zaznaczyła Kili. Całość nie tak przyjemnie nastroiła, jakbym brała wdech przed czytaniem Kruczarza, no bo właśnie - to był tylko wdech. Tak mało tekstu. Tak krótko. Ale ten wdech robi dobre wrażenie i zapowiada świetną lekturę.
Podoba mi się słabość Kruczarza, może trochę w tej odsłonie go przybliżysz czytelnikom, bo choć potężny, musi mieć czasem jakieś wpadki i niepowodzenia. Na to liczę. Znaczy jasne, że mu kibicuję, ale wtedy o czym byśmy czytali, racja? Poza tym wcześniejsze części były raczej nastawione na przedstawienie Neana w świetle... no, powiedzmy wprost, zwycięzcy, człowieka potężnego, rzadko popełniającego błędy. Także w tym aspekcie czekam bardzo zaciekawiona. Kto wie, czy i jak się z tego Nean wykaraska, bycie otoczonym to chyba nie jest coś, o czym marzył XDD

Jaram się ogromnie Białą Równiną. Wcześniej ona była - pamiętasz, pisałam ci o konsekwencji, z jaką o niej przypominasz. To mi się od samego początku mojej przygody z Neanem podobało. To, że ta zinma kraina istnieje, ma jakąś tajemnicę, a Nean prawdopodobnie ją zna... tylko że nie zna jej reszta świata w tym czytelnik. Może wreszcie czegoś się dowiem? Już teraz właściwie walnęłaś ze mnie potężnym fabularnie infem - Nean służy Białej Równinie, omg, chyba nie tego się spodziewałam. Miałam taką wizję, że on tam był i coś zrozumiał, jakoś go to zmieniło, a tu bang, może sprawa jest poważniejsza i bardziej... długotrwała niż sądziłam. Bo jest ten motyw powrotu. Równina go wzywa, a on wraca. I co z tego będzie?


Przez to, że była długa przerwa w twoich publikacjach, cóż, pewnie nie wszystko pamiętam, ale czuję, że łatwo mi przyjdzie ponowne wkręcenie się w uniwersum. Tekstu się nie czepię w tym komentarzu. Bo tekst mi pasuje (to, jak brzmi, to co nim oddajesz, to, jak on oddziałuje na wyobraźnię) i tekstu jest nadal cholernie mało. Dałaś przynętę, złapałam się. Hmm, może jedno mam do powiedzenia po namyśle - zaskoczyła mnie prędkość. Tu był potencjał na rozbudowane opisy (omg, ta moc lodowata, śmierć paru ludzi, olbrzym, zabity Idiun (WOW)) a ty to naprawdę, naprawdę krótko rozegrałaś. To taki błysk, szybki i nagły, ale też dobrze mi przypasował do wyczerpania Neana, a w końcu to Nean jest naszym narratorem. Jego zmęczenie dało się pięknie odczuć.

Czekam.
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 06 czerwca 2017, 20:46

Poprzednia wstawka była bardzo krótka, więc już leci kolejna, gdy ja tymczasem nadal męczę się nad zakończeniem. Mam nadzieję, że skończę szybko i będę już mogła wrzucać większymi partiami. :bag:
II O tej porze powietrze w pałacu było równie duszne i gorące jak w każdym najpodlejszym zakątku Latrii. Nie pomagały wychodzące na ogród okna. Nie pomagało wino ani wachlowanie się wojskowym raportem. Gęsty i lepki upał przyczepiał się do ludzi, a mógł go wygonić jedynie nadchodzący wieczór.
Jego wysokość Urbinan IV – cesarz Latrii, protektor Egaru, Andrii, Remii i Nawidaru, najwyższy kapłan kościoła Wielkiego Iretuna, opiekun Wysp Mang oraz od niedawna Pan Wszystkich Stepów siedział sztywno na obitej aksamitem ławie, tylko jednym uchem słuchając, co doradca ma mu do powiedzenia o wojnie, zdobyczach i czarnej magii.
Spoglądał za okno, na drzewo uginające się pod ciężarem owoców. Myślał o przyszłości – że gdy spadną, same staną się drzewami. Minie kilka lat, gdy będą rozkwitać, aż któregoś dnia okażą się martwe.
I co po nich zostanie? – pytał cesarz w duchu.
Po Netalisie, pierwszym cesarzu, pozostała armia nieobawiająca się niczego oraz pięciu synów, którzy zawojowali całe południe. Po ojcu Urbinana, Netalisie VII, pozostały największe cuda Latrii, które kazał budować swoim architektom. Co miało zostać po Urbinanie IV?
Trzynastu synów, którzy do niczego się nie nadawali?
Czekał na nich, przynajmniej na tę jedenastkę, na której obecność i zdrowy rozsądek mógł liczyć. Może dziewiątkę. Czwórkę... Niemal zawsze przychodziło tylko czworo, plus delegat przysyłany przez resztę, który całkowicie go ignorował. Oraz oczywiście Ovrina – starsza z jego dwóch córek. W przeciwieństwie do braci nigdy nie przepuszczała okazji.
– Ojcze? – przerwano mu rozmyślania. Primon, jego najstarszy syn, jak zawsze sztywny,z rozbieganymi oczami. Patrzył na bez tchu ględzącego o pojmanych jeńcach urzędnika jak na szczura w srebrnym półmisku.
Pewnie miał rację. Jeśli chodziło o dworskie szuje, Urbinan mógł polegać na instynkcie syna lepiej niż na własnym.
– Wasza Wysokość? – Urzędnik był wyraźnie rozdrażniony faktem, że mu przerwano. Urbinan niemal natychmiast poznał, że gardzi najstarszym z książąt. – Mam kontynuować?
Na chwilę cisza zawisła w powietrzu jak miecz kata zawisa nad skazańcem.
– Nie. Odejdź. – Cesarz odprawił go, nie patrząc. Nie będzie mu się jakiś eks-arystokrata pałętać po salonach. – Tak, Primonie? – spytał, kiedy za urzędnikiem zamknęły się drzwi.
– Wzywałeś mnie.
Urbinan westchnął.
– Wzywałem was wszystkich.
Cesarz wskazał synowi miejsce koło siebie. Primon zajął je posłusznie, ale Urbinan natychmiast wyczuł, że siedzi jak na szpilkach. Nigdy nie potrafił trzymać emocji na wodzy i także teraz nerwy rozsadzały go od środka.
– Coś się stało? – zagaił uprzejmie Urbinan, chcąc oszczędzić synowi cierpień, póki pozostali nie raczyli się pokazać.
Zawsze się coś działo. Primon, choć najcichszy i najspokojniejszy z braci, zawsze wydawał się chować urazę.
– Powinieneś uczynić mnie jednym z ministrów – zaczął niespodziewanie. – Zbyt długo opierasz się na ludziach spoza rodziny, takich jak ta szuja. Wydaje ci się, że możesz kupić ich lojalność za złoto. Żaden cesarz tak nie robił.
Primon miał rację. Żaden tak nie robił, bo też żaden nie wymordował wszystkich krewnych, by przejąć władzę. Tylko co Urbinan miał odpowiedzieć? Że Primon nie nadaje się na żadnego z czterech ministrów – wojny, porządku, skarbu i dyplomacji?
Cesarz nie mógł odmówić najstarszemu synowi ambicji, tenże nie potrafił tylko wcielić ów ambicji w życie. Brakowało mu woli i odwagi. Tyle dobrego, że latryjska tradycja odrzucała zasadę starszeństwa w dziedziczeniu tronu. Sam Urbinan przejął władzę dopiero, gdy wykończył sześciu starszych braci.
Cesarz wierzył, że Primon znajdzie własną drogę, byle nie politykę, bo do niej się nie nadawał.
– Ojcze – kontynuował Primon, nim ten zdążył się namyślić – nie sądź, że robię to, ponieważ chciałbym zająć twoje miejsce. – Każde słowo wydawało się być wypowiadane z drżeniem. – Ja nie zamierzam...
Primon zawahał się.
– Te psy powinny sczeznąć! – ryknął Urind, szósty z braci, kopnięciem otwierając drzwi. – Pozwalasz im się panoszyć?!
Nie czekając na odpowiedź, rzucił ojcu pod nogi kulę kłaków sklejonych czerwoną posoką. Głowę – zrozumiał cesarz po chwili. Primon też nagle pojął i odskoczył jak oparzony, blednąc, jakby zaraz miał zemdleć.
– Czyja? – spytał Urbinan, z niesmakiem trącając głowę butem. – Kogo żeś pochlastał, durniu?
– Durniu? Durniu?! – ryknął Urind. – To Remijskie ścierwo zrzuciło twojego syna ze schodów!
– Ciebie? – Urbinan nie mógł uwierzyć w tak żałosną skargę.
– Nie! – Szósty syn z trudem zmełł w ustach inwektywę pod adresem swego władcy. – Decema – oświadczył, jakby to była zbrodnia.
I była. Urind często reagował zbyt gwałtownie, ale tym razem ojciec mu się nie dziwił. Bezpieczeństwo i godność Decema, dziesiątego z książąt, była obsesją ich wszystkich.
– To Remijski ambasador?
Urind potwierdził milcząco, zajmując miejsce na krześle pod ścianą. Ubranie i ręce miał we krwi, a teraz jeszcze brudził meble. Remijski ambasador to nie był dla Urbinana nikt ważny, nawet Remijski król to nie był nikt ważny, ale mały skandal mógł z tego powodu wybuchnąć.
Cesarz nie miał siły pytać, czemu Urind musiał od razu pozbawiać ambasadora głowy i nie mógł się po tym nawet umyć, zanim przyszedł. Z wiekiem był coraz gorszy, co niepokoiło Urbinana. Nigdy nie wyznaczyłby kogoś tak gwałtownego na swojego następcę.
– Czemu bóg pokarał mnie tak niemożliwymi synami? – spytał cesarz głośno.
– Wielki Iretun każe nas za grzechy. Wielcy władcy, to wielkie grzechy, a wielkie grzechy, to wielkie kary.
Wszyscy trzej zamarli. Być może Urbinan był złym ojcem, ale jednego ze swoich synów lubił znacznie mniej od pozostałych. Nie potrafił darzyć go miłością, nie bezgraniczną. To był cień miłości, gorejące piętno na duszy przypominające ból po stracie bliskiej osoby.
W drzwiach stał Eklin – dziewiąty syn.
– Ten, kto waży się podnieść rękę na boskiego sługę, ten nigdy nie będzie miły bogu. A kto nie jest miły bogu, tego bóg każe przykładnie, szczególnie jeśli ten, kto występuje przeciwko bogu, winien być jego najdoskonalszym sługą. Tytuły człowieka skażonego grzechem nic dla boga nie znaczą.
Eklin był fanatykiem. Przerażającym fanatykiem, który w imię Wielkiego Iretuna gotów byłby zamordować własnego ojca i rodzeństwo. Nie miał święceń, a mimo to ubierał się jak kapłan. Nosił długie włosy splecione w cienkie, ale liczne warkocze układające się w dziwny wzór, który miał coś podobno symbolizować i niemal zakrywał długą szatę kojarzącą się Urbinanowi z koszulą nocną, tylko krwisto czerwoną i znacznie obszerniejszą.
Niegdyś Eklin twierdził, że nie chciałby zostać cesarzem, wolałby raczej służyć bogu, lecz po tym jak Urbinan wtrącił Najwyższego Kapłana Wielkiego Iretuna do lochu i sam zajął jego miejsce, mógł zmienić zdanie. Z pewnością, wstępując na tron, wprowadziłby nowy ład.
Urbinan zadrżał na myśl o tym. Nigdy nie zostawiłby dzieła ojców i dziadów na pastwę takiego potwora. Nie zostawiłby swoich dzieci. Nie zostawiłby swoich poddanych. Swojego nieszczęsnego kota bez jednej łapy nie zostawiłby Eklinowi.
Nie po raz pierwszy pomyślał, że powinien go wydziedziczyć i wypędzić za zwracanie się przeciwko swemu ojcu i władcy, ale Eklin mimo wszystko pozostawał jego synem. Młodym i naiwnym. Tylko cierpliwość mogła sprowadzić Eklina na właściwą drogę, nie odrzucenie.
– Pijesz do kogoś konkretnego? – spytał Urind zza pleców młodszego brata. Głową wskazał ojca, uniemożliwiając zawieszenie sporu na poziomie niedomówień.
Eklin chętnie podniósłby rzuconą rękawice, gdyby nie spostrzegł w tej chwili walającej się pod nogami cesarza głowy.
– Co to za jeden? – spytał dziewiąty syn, oskarżycielsko spoglądając na Urinda wciąż pochlapanego krwią.
– Remijski ambasador – wyjaśnił Primon. Twarz miał kamienną, ale nie mógł oderwać oczu od trupa.
– Nie wiem za co, ale dobrze mu tak. – Eklin zajął miejsce po prawicy Urbinana, położone maksymalnie daleko od Urinda. – Remijskie psy powinny wiedzieć, kto tu rządzi.
– Nie tylko Remijskie psy – wtrącił cicho szósty z braci.
– Dość, Urindzie – cesarz postanowił przerwać tę zabawę, nim na dobre się zacznie. – Nie wolno ci zabijać, kogo zechcesz, z Remijczykami włącznie.
– To poganie – zauważył Eklin, chwilowo zapominając o fakcie, że działa w ten sposób na korzyść nielubianego brata. – Nie powinni mieć praw.
– Zwyciężyliśmy ich, a teraz mamy się z nimi pieścić? – Urind wstał gwałtownie, podniósł głowę i cisnął ją za okno. Rozległ się pisk przerażonej służącej, ale zignorował go. – Wziąłeś Ertena do niewoli, a traktujesz go lepiej niż własne dzieci! Kto przegrał, ten słaby. Kto słaby, niech służy.
– Obyś sam nigdy nie okazał się słaby, Urindzie – odparł cesarz.
– Pff! – Książę z gniewem opadł z powrotem na krzesło. – Nie jestem słaby! Jestem latryjczykiem!
– Bóg jest ze swoim narodem – zawtórował mu Eklin. – A zwłaszcza z rodem cesarskim – dodał, jakby zdążył zapomnieć słowa, z którymi wkroczył do komnaty.
– Latryjczyk jest wojownikiem, lecz nie barbarzyńcą – powiedział Urbinan. – Pokażemy Remijczykom, co to znaczy być cywilizowanym narodem. Za kilka lat staną się wiernymi poddanymi.
– Pieprzenie – skwitowała kobieta stojąca w drzwiach.
Ovrina.
Na pierwszy rzut oka można by ją wziąć za mężczyznę. Nosiła spodnie i kaftan męskiego kroju, do pasa przytroczyła paradną szablę, a włosy wiązała w kok i ledwie było je widać. Jednak niski wzrost i wyraźnie kobieca sylwetka zdradzały wszystko. Ovrina mogła próbować stać się czternastym synem, lecz prawa natury bezlitośnie stanowiły ją córką.
A szkoda, była bystra.
– Wyrażaj się – napomniał dziewczynę Primon, wyraźnie dużo głośniej niż zamierzał, bo aż się przestraszył swojej reakcji.
– Nie będę się powstrzymywać, kiedy słyszę takie rzeczy. Bóg, honor, ojczyzna i wyższość rasowa. – Księżniczka przewróciła oczami. – Tym się ludzi nie nakarmi, a już na pewno nie napełni się skarbców.
– Dokładnie – rzekł Urind zadowolony.
– To dokładnie nie to, co osiągniesz, niewoląc Remijczyków. – Ovrina zajęła miejsce po drugiej stronie drzwi, nadając sobie i młodszemu bratu pozór jakiejś wystrojonej gwardii. – Inwestycja długoterminowa, czyli zamiast zapędzić ich do kopalni albo wymordować, opodatkujmy ich.
– Niektórzy wolą śmierć niż podatki – bąknął Primon.
– Co? – spytała natarczywie Ovrina, aż Primon się skurczył. Dziewczyna nie znosiła brata, który przez część arystokracji był uważany z „braku lepszych kandydatów” za naturalnego spadkobiercę korony cesarskiej. – Chcesz mi powiedzieć, że ludzie zbuntują się, żeby nie płacić, ale nie zbuntują się by żyć?
Wszyscy patrzyli teraz na najstarszego z braci, oczekując rozwinięcia myśli, więc chcąc nie chcąc musiał kontynuować:
– Śmierć to rzecz abstrakcyjna, zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Podatki zdarzają się wszystkim. Bo wszystkich Remijczyków można opodatkować, ale trudno by ich było wszystkich zabić.
– No to i tak źle i tak niedobrze – podsumowała Ovrina.
Urbinan westchnął. Akurat nie o Remijczykach miał zamiar rozmawiać dzisiaj z synami, ale może i dobrze, że zaczęli ten temat. Urbinan wierzył, że prócz obowiązku dbania o własny interes, cesarz ma również obowiązek umacniania państwa w sposób trwały, a męczenie kogokolwiek zawsze prowadziło do buntu, nigdy nie do trwałości. Najpierw dyplomacja, dopiero potem siła – tę zasadę próbował wpoić swoim dzieciom, ale jak na razie z miernym skutkiem.
– Rozumiem, że reszta się nie stawi? – spytał cesarz.
– To jeszcze nie zaczęliście? – Zdziwiła się Ovrina. – Myślałam, że będziemy dyskutować o Remii i tym Krucarzu.
– Kruczarzu – odruchowo poprawił ją Primon. – Jak na razie nie dyskutujemy, tylko się kłócimy.
– Kłótnie bywają twórcze – odparła księżniczka.
Jak na zawołanie drzwi otwarły się szeroko, skrzydłami uderzając czuwające rodzeństwo. Stał w nich młodzieniec odziany w różową, skrzącą się od dziwnych złotych frędzli kamizelkę. Ukłonił się dwornie.
– Wypraszam sobie! – zawołał. – Kłótnie nie są twórcze! Twórczy jestem ja!
To był Cerin albo Ceran. Obojętnie, bo zaraz za nim pojawił się drugi z bliźniąt, dla odmiany w czymś, co wyglądało na niedźwiedzią skórę i czego Urbinan nigdy nie założyłby przy takim skwarze. Ten w futrze ściskał w rękach sztalugę, co mogłoby wskazywać, że Urind i Ovrina siniaki zawdzięczają Ceranowi, który nad sztuki plastyczne przekładał sztukę słowa.
Kogo jak kogo, ale tych dwóch Urbinan się tu nie spodziewał, a już z pewnością nie wierzył w ich dobre intencje.
– Reszta się nie stawi? – powtórzył, mając ochotę wyrzucić dwóch najstarszych po Primonie synów przez okno.
– Nie, nie! – Ceran klasnął w dłonie z nienaturalną radością. – Jeszcze Kwartanian. Kwartanianie, rusz dupę, wszyscy czekają! – zawołał w głąb korytarza.
– Kwartanian nie może się rozstać z Taną – poinformował Cerin z udawaną rezygnacją.
– To jego nowa kochanka? – spytał zniecierpliwiony cesarz. Nudziły go przedstawienia tej dwójki, a skoro się zjawili, miał ich przed sobą jeszcze wiele.
Utkwione w nim spojrzenia wszystkich obecnych uświadomiły mu, że popełnił błąd. Jednak sugestie na temat rozwiązłości Kwartaniana, czwartego z synów cesarza, nie powinny budzić sensacji. Nie w tym regularnie naśmiewającym się z brata towarzystwie.
– Tana to twoja wnuczka – uświadomił go Primon, na chwilę odrywając wzrok od własnych stóp.
Urbinan prawie się uniósł, że ten chłopak jest niemożliwy, skoro zdążył spłodzić już szóste dziecko, gdy w porę przypomniał sobie, że faktycznie – miał wnuczkę Tanę. Zaledwie od kilku miesięcy, ale miał.
– Parma też tam jest – dodał Ceran, jakby to w jakikolwiek sposób usprawiedliwiało rażącą pomyłkę.
Jednak znów coś Urbinanowi nie pasowało.
– A czy matką Tany nie była Flida?
– Ojciec wydał Flidę za mąż za Andryjczyka, by więcej nie przynosiła rodzinie wstydu – tłumaczył dalej Primon. – Taną opiekuje się jej starsza siostra.
– I ukochanym też? – chciała wiedzieć Ovrina.
Tego nie udało się ustalić, bo w tym samym momencie do pomieszczenia wszedł Kwartanian, odpychając stojącą w przejściu dwójkę starszych braci i niemal przewracając sztalugę Cerina.
– Dlaczego to tu stoi? – spytał zaskoczony.
– Będę malował – oświadczył Cerin, uznając widocznie, że najwyższy czas na ustawienie warsztatu w świetle i wypakowanie pędzli z płóciennej torby.
Urbinan chętnie by spytał, czemu ze wszystkich miejsc na ziemi wybrał sobie do malowania akurat cesarską salę narad, ale nie spytał, bo, po pierwsze, na to właśnie Cerin czekał. Po drugie, znał odpowiedź – przecież chciałeś mnie widzieć, ojcze.
– Gdzie jest Quintin? – spytał cesarz zamiast tego. Quintin był piątym z jego synów i bliźniakiem Kwartaniana. Jeśli go nie było, istniała szansa, że Cerin i Ceran przybyli jako jego informatorzy, a nie tylko po to, by przeszkadzać.
– Czyż jestem stróżem brata mego? – Kwartanian rozłożył bezradnie ręce. – Mówi, że jest ponad to.
– Ponad co? – podjął wojowniczo Eklin.
– Ponad twój debilizm? – podpowiedział Ceran, wyjmując z kieszeni notatnik i ołówek. Nie ulegało wątpliwości, że on również zamierzał wykorzystać ten czas twórczo.
– Tylko mówi, że ma nasze decyzje w dupie – zaczął Urnid, zanim zdążyła rozgorzeć kolejna słowna przepychanka. – Kto był pierwszy do litowania się nad Remijczykami? – Oskarżycielsko wbił wzrok w Kwartaniana, jakby to była jego wina. – Nasz zasrany brat-filozof!
– Ja popieram Quintina, Cerin popiera mnie, Kwartanian chętnie zobaczyłby jakąś Remijkę w swoim łóżku, a ojciec już jedną ma – zaprotestował Ceran, nie odrywając wzroku od pisaniny. – Obawiam się, że jesteś w mniejszości.
– Ja tu tylko stoję! – zaoponował Kwartanian.
– Mniejszość? Z matematyki to ty nigdy...
– Za dużo sobie pozwalasz, młody człowieku.
– Ale chętnie byś leżał!
– Kto grzeszny, ku temu grzech pełznie.
– A z wami to...
Tak to mniej więcej wyglądało za każdym razem, kiedy Urbinan próbował włączać swoje dzieci do cesarskich obowiązków. Wkrótce zamiast o wojnie, na dobre rozprawiali o różnicach kulturowych, rozwiązłości młodzieży i stanowczo niepotrzebnym grzebaniu się w ziemi przez uczonych. Kopią i wynoszą z tych wykopalisk jakieś pseudofilozoficzne bzdury – jak powiedział Eklin. Naturalnie nie obyło się bez wyjaśnień Cerana, że tego akurat nikt nie wykopał, bopapirus nie wytrzymałby długo w ziemi, a sam Eklin jest skończonym idiotą skoro... i tak dalej.
Pierwszy nie wytrzymał Kwartanian, zadziwiając dyskutantów stwierdzeniem, że powinien się zająć swoimi dziećmi, które go kochają, a nie użerać się z ich plującą jadem bandą. Zdziwienie rozładowało atmosferę tylko do czasu aż Eklin nie zaczął rozmawiać o matkach i roli kobiety w społeczeństwie, bo wtedy Ovrina dała mu w pysk i Primon musiał interweniować na prośbę ojca, ale nie bardzo mu szło, więc również dostał w pysk.
Urinda cesarz wolał o interwencję nie prosić.
Po chwili zostali już tylko we trzech: on, Primon i Urind właśnie, któremu ojciec kazał iść się umyć, licząc tym samym na możliwość rozmowy z najstarszym synem w cztery oczy. Primon jednak jak usiadł pod ścianą z krwawiącym nosem, tak nadal siedział i wcale nie wyglądał na chętnego do zwierzeń.
– Powiesz mi, co chciałeś powiedzieć? – naciskał cesarz.
– Już nieważne, ojcze. – Primon wstał, licząc, że uda mu się uciec od pytań, ale gdy tylko skierował się ku drzwiom, Urbinan ruszył za nim. – Będziesz za mną chodził?
– Chciałeś powiedzieć, że nie zamierzasz starać się o koronę – zaprotestował cesarz. – Wydaje ci się to nieważne? Ej!
Primon próbował wyślizgnąć się przez na wpół otwarte drzwi, ale Urbinan zatrzymał go siłą. Chwilę patrzyli sobie w oczy. W księciu płonął gniew i żal. Urbinan miał wrażenie, że po twarzy chłopaka zaraz spłyną łzy, ale to nie następowało.
– Oboje wiemy, że nigdy nie otrzymam korony cesarskiej, więc nie jest wcale tak istotne, jak mogłoby brzmieć.
Tym razem Primonowi udało się wyrwać.
– Ukrywasz coś przede mną? – zawołał za synem cesarz.
Odpowiedziało mu echo.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 09 czerwca 2017, 21:17

Co ja tam sobie wypisałam...
Gdy Nean był pewien, że dla cesarskiego wojska stał się jedynie wyblakłym wspomnieniem, te bez wytchnienia szukało go po olbrzymim stepie, aż tydzień wcześniej oddział cesarskich czarodziejów nie wypatrzył czarownika podczas wieczornego postoju.
Jednak tutaj nie miał nikogo skłonnego do układów.
Bez sarkazmu powiem, że na to czekam od pierwszego opowiadania.
Chciał, by to potrwało jak najdłużej, żeby wieczne zimno okryło go bezpiecznym kokonem pośród otaczającej zawieruchy, żeby wreszcie odcięło go od wiatru.
Przecinek?

Czterometrowa, pozbawiona oczu i ust sylwetka zbliżała się do piątki czarodziejów ze zgrabnością świni brodzącej przez błoto, ale zbliżała się nieuchronnie.
Wiem, że to świat fantasy, ale masz tam takie zlepki kulturowo-epokowe, że metry brzmią zbyt swojsko i współcześnie.

Bardziej podoba mi się pierwsza wstawka. Opis zarówno klimatu jak i stanu Kruczarza jest bardzo zgrabny, sugestywny. Opisy przyrody oddziałują na czytelnika, a samo o toczenie – widać – na bohatera. Sytuacja, w której się znalazł nie jest do pozazdroszczenia, ale lubię takiego Kruczarza (pewnie się tu powtarzam). Kruczarz stawiający czoła jakiemuś trudnemu problemowi, Kruczarz niepewny, a nawet cierpiący, to Kruczarz, którego można próbować zrozumieć. Tak inny od tego, co czasem prezentujesz w sytuacjach, gdy się z kimś układa i go oszukuje. Zupełnie jakbyś miała dwóch różnych bohaterów.

Co do drugiej części miałam wiele obaw. Szczególnie jak napisałaś, że żaden z synów się do niczego nie nadaje. Bałam się powtórki z rozrywki. Wyszło pod tym względem lepiej niż się spodziewałam, bo – na razie – poza najstarszym synem, wszyscy wydają się nieco inni niż młodzieńcy, których do tej pory prezentowałaś. Na pewno udało ci się w tym krótkim fragmencie wyposażyć ich w zestaw cech osobowości, który pozwala ich jakoś od siebie odróżnić. Ale i tak największe nadzieje wiążę z księżniczką.
Chwilę bawiłam się w próbę dopasowania tego do jakiś realiów, ale dałam za wygraną :P Niemniej na razie rzeczywistość cesarstwa nawet mi się podoba i chcę się dowiedzieć o niej czegoś więcej.
Niestety, nie jestem w pełni tą sceną usatysfakcjonowana. Postawiłaś na efekt komiczny, faktycznie parę razu uniosłam kąciki ust, ale przez to trochę trudno mi teraz traktować cesarza i jego rodzinę poważnie (jeszcze nie udało mi się nikogo polubić). Za chwilę w to wesołe towarzystwo wkroczy Kruczarz i na razie wygląda to tak, jakby miał znów otwartą drogę do knucia. Mam nadzieję, że się mylę i gdzieś wśród tego potomstwa znajdzie się choć jeden osobnik, który będzie mógł konkurować z Kruczarzem, a być może nawet go przechytrzyć.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 11 czerwca 2017, 21:35

III Mięśnie nie słuchały go, zbyt zimne i zbyt zdrętwiałe, by wypełnić swoje zadanie. Strach ustąpił miejsca bólowi. Nean miał wrażenie, że cofnął się w przeszłość, że postanowiła się o niego upomnieć, by tym razem dokończyć dzieła. Czuł się jak w dniu, w którym palce Aleda zaciskały się na jego gardle, a on sam miał obudzić się żywy wśród płomieni, które unikały go jako przeklętego.
Unikały go, jak unikały lodowych upiorów.
Ale to nie był Aled. Nie było kojąco znajomego zapachu świec i ksiąg z domu Neana w Syvante. Nie było odoru ryb sączącego się przez okno. Nie było wypielęgnowanych dłoni starego czarodzieja, niewzruszonej twarzy. Był okropny zapach niemytego ciała i brudne ręce na równie brudnej szyi. Kruczarz widział okropną twarz śmierci, powykrzywiane, żółte zęby. Czuł cuchnący oddech i zapach potu.
Dlaczego był tutaj, zamiast w Syvante, gdzie na półkach w równym rzędzie stały zapiski jego badań? Dlaczego zamiast iść do przodu wciąż tylko wracał i wracał?
Musiał wrócić.
Co innego miał robić, jeśli nie wracać?
Gdy tracił przytomność, gdy widok okropnej twarzy powoli zastępowały ciemne plamy, w głowie miał chwile, w których to on był oprawcą – to on zaciskał lodowate palce na szyjach przyjaciół i niewinnych ludzi. Należała mu się kara – nie miał wątpliwości. Dobrze ci tak, dobrze ci tak, dobrze ci tak – powtarzał głos z tyłu głowy. Nean myślał, że patrząc na cierpienie przyjaciół zostanie rozgrzeszony, ale nie został. Dopiero teraz będzie czysty i czuł się z tym dobrze.
Nareszcie czuł się dobrze.
Dobrze ci tak, dobrze ci tak, dobrze ci tak...
Zostawisz mnie? – Z początku Żira była wściekła, ale z godziny na godzinę jej ton stawał się coraz bardziej błagalny. – Nie umieraj... Proszę.
Potem zamilkła, a Neanowi zrobiło się jeszcze gorzej. Chciał się poruszyć, ale nie mógł. Najprymitywniejsza część jego umysłu, która teraz doszła do głosu, błagając o jedzenie i wodę, nie widziała sensu w poruszaniu. Poruszanie jest dla ludzi, którzy mogą gdziekolwiek dotrzeć.
A on był związany.
Nie umieraj... proszę.
Nean obudził się na podłodze, gdzieś pośród czasu, który plątał się i przyspieszał bez sensu, w jednej chwili sprowadzając noc, w kolejnej dzień, bez odmierzania poszczególnych chwil. Czarownik czuł głód, a potem zaraz nie czuł. Otaczali go ludzie, którzy w jednej chwili byli, w drugiej ich nie było, ale zaraz powracali, powtarzając słowa, które znał i które rozumiał, a których nie mógł oddzielić od chaotycznego strumienia własnych myśli.
Ktoś przemocą rozwierał mu usta i lał do nich wodę o ohydnym, błotnistym posmaku. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Dręczył, a raczej dręczyła go nieustannie, choć czasem nie było jej całą wieczność. I zapamiętał też, że jest piękna jak bogini, a głos ma słodki niczym demonica, choć złościła się na niego i chyba nie miała dość sił na walkę z jego bezwładnym ciałem.
A potem obudził się zupełnie i wiedział, że jest południe, zanim zdążył otworzyć oczy. Nie było cesarskich czarodziejów, nie było kruków ani Żiry, ani nawet kobiety, która dręczyła go wodą. Leżał na twardej podłodze, a otaczający go półmrok cuchnął nie tylko wilgocią, ale także zgnilizną i grzybem, a przede wszystkim śmiercią – okropnym, dusznym zapachem jątrzących się ran. I zanim jeszcze Nean dostrzegł kraty, wiedział już, że siedzi w celi.
Podniósł się, opierając plecy o kamienny mur oddzielający go od współwięźniów. Mógł spojrzeć na nich jedynie przez przednią ścianę-kratę, za którą prowadził wąski korytarz wciśnięty pomiędzy szeregiem takich malutkich pomieszczeń jak to – ledwie pozwalających położyć się w poprzek.
Nie słyszał rozmów. Tylko kroki strażników, chrapanie, szlochy i uderzenia metalu o metal, jakby wszystkich ogarnęła ta sama milcząca beznadzieja.
Nean bywał już wcześniej w lochach, ale nie takich. Nie było tu wielkiej, rozwrzeszczanej kupy najróżniejszych szumowin, a żałośnie małe, zakratowane okienko zdradzało paranoiczną grubość murów. Więźniowie nie zdawali się oczekiwać na wyrok, śmierć z rąk współwięźniów, czy powalenie chorobą. Loch był wilgotny, ale w miarę czysty, nawet w jakimś stopniu wygodny, skoro dali mu ten cuchnący potem siennik.
W porządku. Dość w porządku, by przeżyć tu kilka dni – pocieszał się w myślach, żałując, że nie ma przy sobie Żiry, a na starannie skrywanej krawędzi świadomości dni zmieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a miesiące w lata. Może nawet w całe życie.
Nean z Czarnej Wody miał zdechnąć w celi?
Czuł magię, ale nie mógł jej dosięgnąć. Był jak rozbitek umierający z pragnienia wśród bezkresnych wód oceanu.
– Frustrujące – powiedział głośno, gdy uświadomił sobie, jak dawno nie słyszał własnego głosu. Było w tym coś krzepiącego, choć jednocześnie wiedział, jaki ten głos jest okropny – jak trzask zarywającego się pod człowiekiem lodu albo skrzypienie drzwi pośród nocnej ciszy.
Głos wywołał poruszenie. Nean odwrócił się, by zobaczyć jak sterta łachmanów z celi naprzeciwko ożywa i odsłania zmarniałą twarz. Mężczyzna – a może kobieta? – zdawał się nie mieć skóry, jedynie kości. Przez chwilę wpatrywał się w Neana jak mysz spoglądająca w oczy węża, by nagle z piskiem uciec w kąt celi, jak najdalej od nowego sąsiada.
Czy tutaj ludzi głodzą?
Kruczarz nie bał się głodu. Przeżywał już taki głód, jakiego większość ludzi nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. Był dla niego uczuciem podobnym do bólu – oboma się napawał. Przerażenie budziła jedynie słabość. Jak ma planować ucieczkę, jak ma uciec, skoro nie będzie miał siły chodzić?
Nean poczuł obrzydzenie do więźnia z naprzeciwka, do tej ludzkiej kreatury, tego śmiecia. Wiedział, że nie stanie się niczym podobnym, nawet jeśli zamierzają trzymać go w tej norze, nim nie wyzionie ducha z głodu i pragnienia.
Był inny. Był ponad to.
Zasnął. Do snu utulił go niepokój, a zbudziło echo kroków, które odbijały się w pustce, by przy akompaniamencie zgrzytów i odległych westchnień tworzyć własną ponurą melodię.
Nean spod przymkniętych powiek obserwował zbliżające się światło pochodni. Pozwoliło mu dojrzeć ciemną, czarną niemal twarz o surowych rysach dziwnie karykaturalnych przy niskiej i pulchnej sylwetce.
– Panie? – zawołał bez namysłu, nieudolnie próbując przeczołgać się bliżej kraty.
Strażnik przystanął o krok od Neana. Czarodziej widział jego mocno ściśnięte wargi – tak mocno, że wydawały się białe. Wyglądał, jakby się namyślał, a potem bardzo powoli, lecz zadziwiająco płynnie, niemal bez udziału mięśni odwrócił się w stronę więźnia. Wargi rozluźniły się i rozszerzyły w uśmiechu. Twarz miał teraz tak pogodną, jakby zajmował się doglądaniem cesarskiego ogrodu, a nie cesarskich więźniów.
– Witam wśród elity latryjskich więzień, synu – powiedział wesoło. – Wedle wytycznych regulaminu rozmowa pomiędzy pełniącymi służbę a osadzonymi jest zakazana pod groźbą dekapitacji. Ale jesteś nowy. Ogarniesz po pierwszych dwudziestu latach.
Nean nawet nie mrugnął i dobrze zrobił, bo strażnik wyraźnie oczekiwał jakiejś ciekawej reakcji. Mierzyli się wzrokiem. Strażnik przegrał – wzdrygnął się i odwrócił po niecałej minucie.
– Nie przeprowadzono oficjalnego postępowania sądowego – napomniał Nean tak rzeczowym tonem, jakby składał skargę w cesarskim urzędzie.
– Przeprowadzono, kiedy byłeś nieprzytomny. Tak myślę.
Czarodziej powoli skinął głową. Znał ten rodzaj logiki.
– Według latryjskiego prawa jest to chyba nielegalne.
Poza granicami cesarstwa wiele się mówiło o łaskawym latryjskim sądownictwie, które nie pozwalało skazywać bez uczciwego procesu.
– Cesarz każe, to wszystko jest legalne.
– Pff! Barbarzyńcy!
Nean wiedział, że może gorzko pożałować własnej śmiałości, ale zainteresowanie klawisza należało podtrzymać jak najdłużej. I zadziałało. Strażnik wziął się pod boki gotowy, by wyjaśnić więźniowi, dlaczego Latria jest najwspanialszym krajem na świecie, ale Nean nie dał mu okazji.
– Czemu mnie trzymają? – spytał.
Czemu mnie trzymają, zamiast zwyczajnie zabić?
Klawisz wzruszył ramionami.
– Zabicie czarodzieja przynosi pecha. Albo klątwę rzuci, albo wróci jako samoożywieniec. Kiedyś zamurowywaliśmy ich żywcem, ale to jest podobno nie hu.. hum... hum...
– Humanitarne – podpowiedział czarodziej.
– Jest niehumanitarne. Więc będziesz tu siedział. Może już zawsze, jeśli o tobie zapomną. Jeśli nie, kiedyś cię zetną i zakopią z głową pomiędzy kolanami i z twarzą do dołu.
Zadowolony z udzielonego wyjaśnienia strażnik wyraźnie zbierał się do odejścia i Nean poczuł rosnącą panikę. Nie będzie miał innych źródeł informacji.
– Czekaj! – zawołał Kruczarz, a strażnik stanął zaskoczony. – Czy mógłbym... prosić o moją latarnię?
Cesarscy czarodzieje, blokując jego moc, zerwali także kontakt czarownika z Żirą. Wiedział, że wiedźma wciąż gdzieś tam jest, może nawet go słucha, ale on sam nie mógł jej usłyszeć. Dlatego potrzebna mu była latarnia – musiał przywrócić pełną więź.
– A co ciemno ci, synek?
Mężczyzna nie mógł być wiele starszy od Neana. Na pewno nie o tyle, by móc traktować nekromantę jak dzieciaka.
– Yyy… trochę. Taką srebrną, na boku ma wygrawerowane imię Żira.
– Jak ta wiedźma? Latarnię jej, synuś, gwizdnąłeś? Aha... – Podrapał się po głowie. – Za to cię wsadzili. – Gwizdnął z podziwem. – Za konszachty z tą psychopatką.
– To nie tak! Walczyliśmy...
Strażnik spojrzał na Neana dobrodusznie, trochę jak na dziecko, które próbuje wytłumaczyć dorosłemu swoją bardzo poważną, dziecinną sprawę.
– Ale powiedz synek szczerze... Ty się boisz ciemności?
– Yyy... Trochę.
Nean czuł, jak palą go policzki. Strażnik musiał to wziąć za wyraz zażenowania, ale czarodziej czuł złość. Uwielbiał ciemność, bo przyzwyczaiły go do niej miesiące spędzone na Białej Równinie i teraz dawała mu przewagę nad innymi.
– Moja żona to ma rację. Poczucie winy sprowadza na zbrodniarzy lęki i przywidzenia. I dobrze, że jest w tobie, bo wiem, że nie złamałem zasad dla skończonego łotra.
Nie mam poczucia winy – chciał opowiedzieć Nean, ale na szczęście się powstrzymał.
– Mógłbyś? – spytał zamiast tego. – Proszę.
– Słuchaj, synku, sympatyczny z ciebie człowiek, ale ani nie mam pojęcia, o jakiej latarni mówisz, ani mi nie wolno nic dostarczać więźniom. Taki zawód. – Rozłożył ręce, jakby chciał wskazać, że to wszystko, cała ta oziębła pustka i smród niemytych ciał wcale od niego nie zależą. – Ja nawet rozmawiać nie mogę, bo czarodzieje tutaj są takie manipulanty, że zeszłej zimy Stara Kosa, co srał nie moczem a praworządnością, skończył na szafocie za pomoc w ucieczce najgorszym bydlętom. Dlatego nam wprowadzili teraz te przepisy bezpieczeństwa i hi... hi...
– Higieny – podpowiedział czarodziej.
– Przepisy bezpieczeństwa i higieny pracy. Ja tu nic nie mogę zrobić. Taki mam zawód. Ty siedzisz, a ja cię pilnuję, żebyś faktycznie siedział.
I z tymi słowami klawisz go zostawił. Jasne, Nean próbował go zatrzymać po raz drugi, ale mężczyzna nawet się nie obejrzał. Odszedł w głąb budynku i stamtąd też, z samych trzewi ciemnego gmachu dochodziła Neana kolejna rozmowa, właściwie monolog.
Lecz monolog człowieka, który zapomniał ludzkich słów przypominał skamlenie porzuconego psa.
Słowo. Wycie. Słowo.
Ciekawe, ile czasu spędził w celi tamten czarodziej?
Słowo. Wycie. Słowo.
Nean zamknął oczy, próbując się uspokoić. Strażnik straszył go umyślnie, a teraz Kruczarz za wiele sobie dośpiewywał, jak portowy głupek wysłuchujący opowieści o potworach.
Szaleństwo w uwięzieniu? Odruchowo pomyślał o Żirze. O tym, że może cesarscy czarodzieje wcale nie zauważyli latarni i ona ciągle tam stała, tam pośród morza traw w miejscu identycznym jak wszystkie inne miejsca na Morzach Wschodnich. Tyle, że obok ciała Idiuna, które już dawno zaczęło się rozkładać i przyciąga zastępy robaków. A one obłażą latarnię ze wszystkich stron.
Kiedy ucieknie, będzie mu potrzeba. Tylko jak ją znaleźć?
Szlag! Nawet jeśli miał tkwić w więzieniu po kres swoich dni, wolałby mieć ją ze sobą. Nie mógł żyć, za jedyną rozrywkę mając przewracanie się z boku na bok. Albo... zwolniłby ją, by odnalazła nowe ciało, zamiast rozpłynąć się w magii. Nie zasłużyła na wolność, ale nie zasłużyła też na tak okrutną karę.
Nie, inaczej. Zasłużyła na każdą karę, ale on nie był zainteresowany wymierzaniem jej. Trzymał ją w latarni przez zagrożenie dla siebie samego. Nie obchodziło go, kogo skrzywdzi Żira, kiedy będzie martwy.
Chyba.
Chyba naprawdę wierzył, że ściągnął ją ze ścieżki bezmyślnej nienawiści na tę samą pokrętną ścieżkę zepsucia, którą sam podążał i wiedźma nie skrzywdzi nikogo, kogo by sam nie skrzywdził.
Nie. Nie ma Żiry, dopadli ją i znaleźli sposób, aby ostatecznie zakończyć jej plugawy żywot. Taką wersję musi przyjąć. Żiry nie było już w jego życiu i nie zamierzał ryzykować przy ucieczce, szukając jej.
Wstał.
Musiał się podeprzeć o ścianę i jego dłonie dotykały miękkich porostów. Nie puszczając się, podszedł do maleńkiego, zakratowanego okienka – niebo, gwiazdy, kawałek ziemi pełen błota i kamieni. Za nim bezkształtne cienie, może budynki, może nawet sama Latria.
Nean rozejrzał się po podłodze za kawałkiem kamienia, którym mógłby stworzyć wyżłobienia odliczające dni, ale zrezygnował. Gdy zasypiał, skąd miał wiedzieć, czy budzi się kolejnego dnia, czy minęła ledwie chwila? Mógł spekulować, ale nie chciał spekulować.
Zbyt dużo spekulował jak na człowieka bez przyszłości.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 14 czerwca 2017, 14:26

Wrzucam, bo ktoś chciał i się stresuję tą wstawką i w ogóle ten... :bag: Za komentarz będę jak zwykle bardzo wdzięczna.

Miłej lektury.

IV Nean!
Ocknął się gwałtownie. Otaczała go ściana ciemności rozpraszana pojedynczym strumieniem światła – zwiastunem nadchodzącego dnia. Kto go wołał? Nie znał tego głosu. Jakaś kobieta, ale nie Żira. Za dziecinny głos na Żirę.
Sen?
Rozluźnił się, próbując zasnąć z powrotem, ale był zbyt wytrącony z równowagi. Pocił się jak po biegu i czuł mrowienie na całym ciele, jak przy chorobie. Uniósł się nieco, podwijając płaszcz i przesuwając w kąt. Tak mu było wygodnie. Musiał tylko zawinąć się ciaśniej w zwoje czerni, niczym w pajęczy kokon.
Planował ucieczkę, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby robić, ale szło mu marnie. Puste cele, milczący strażnicy, przewracający się z boku na bok współwięźniowie, których uwagi Nean nie potrafił przyciągnąć – nie miał za wiele opcji. Wymyślił tyle tylko, że lepiej usiąść na pleśniejącym sienniku niż na podłodze, bo wyziębiony pęcherz to nigdy dobra perspektywa.
Po kilku bezowocnych godzinach znów przysnął.
Obudził go odgłos kroków. Kilka par stóp przetaczało się w chaosie przez gmach więzienia. Nean nasłuchiwał. To nie byli strażnicy. Strażnicy nie noszą tak miękkich butów i nie stąpają tak lekko. Kruczarz nie miał siły ani chęci, by otworzyć oczy, wypatrując niespodziewanych gości. Cokolwiek się działo, nie dotyczyło słabego i pokonanego czarownika.
Bo to nie mogli być żołnierze gotowi do egzekucji, prawda? Nean doszedł ostatnio do wniosku, że mimo wszystko lubi swoje życie. Gardzi nim, ale je lubi.
Drzwi celi otworzyły się gwałtownie, boleśnie uderzając czarownika w stopę. Nean złapał za obitą kończynę i skulił się. Chciał zaprotestować, ale gardło miał wyschnięte na wiór. W przyzwyczajone do półmroku oczy uderzyło światło pochodni, oślepiając go.
– Klęknij przed Urbinanem IV, cesarzem Latrii, Strażnikiem Południa, protektorem Egaru, Andrii, Remii i Nawidaru, najwyższym kapłanem kościoła Wielkiego Iretuna, opiekunem Wysp Mang i Panem Wszystkich Stepów! – wyrzucił z siebie jednym tchem mężczyzna w staromodnej todze. Urzędnik.
Nean nie chciał klękać, zbyt mocno kręciło mu się w głowie, ale czyjeś ręce poderwały go w górę i ustawiły we właściwej pozycji.
Nad sobą miał jakiegoś draba, przed sobą wypudrowanego urzędnika, a w korytarzu czekało jeszcze dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety z czego jedna ubrana po męsku. Wszyscy w jedwabiach, aksamitach i innych kolorowych szmatkach. Niektórzy w piórach. Niektórzy w klejnotach. Jeden z nich, chudy i wysoki, z papierami w dłoniach miał nawet kwiaty we włosach.
Albo pomyleni arystokraci, albo pomyleni artyści – zawyrokował Nean. Skoro w towarzystwie cesarza, zapewne i to i to. Ich delikatne, perfumowane ciała ledwie znosiły smród szczyn i przemykające pod nogami szczury.
Jedynie sam cesarz – Nean domyślił się, że to ten na czele – zachował niewzruszony spokój. Gdy bezczelny szczur przysiadł na czubku jego buta, mężczyzna strząsnął go bez oglądania się.
Latryjski władca nie wyróżniał się ani nawet nie próbował się wyróżnić spośród wszystkich pomniejszych królów, książąt i byle mend ze szlacheckim tytułem, jakie Nean spotkał na swojej drodze. Może tylko tutejsze ubiory były lżejsze i jaskrawsze – cesarz nosił na koszuli błękitną kamizelkę sięgająca mu prawie do kolan, wiązaną w pasie żółtą szarfą. Mógł się też pochwalić znacznie szczuplejszą i lepiej umięśnioną sylwetką, niż większość władców wschodnich i północnych, ale niczym więcej.
Niczym więcej? Czarodziejowi zaburczało w żołądku i mimowolnie zastanowił się, czy lepiej smakowaliby tłuści królowie północy, czy wysportowany cesarz.
– Czemu ten człowieka ma kaptur na twarzy? – spytał Urbinan z irytacją i nie czekając na reakcję sług, zerwał materiał z głowy Neana. Czarodziej mrugał przez chwilę, gdy światło zaczęło docierać do niego z jeszcze większym natężeniem.
– Mhm. – Nean chciał wyrazić swój sprzeciw, ale wyschnięte usta i język znów odmówiły mu posłuszeństwa.
– Dajcie mu wody, bo mnie szlag trafi.
Natychmiast zjawił się służący z drewnianym naczyniem w dłoni – młody, przejęty wizytą cesarza mocniej niż sam więzień. Kruczarz chwycił kubek drżącymi rękoma. Duszkiem wypił zawartość i znaczna część pociekła mu po brodzie, nie pozwalając ugasić pragnienia.
– Będziesz pił jak skończymy – cesarz uprzedził wszelkie prośby. – Jasne?
Nean potwierdził skinieniem.
– Kruczarz to twoje prawdziwe miano?
Czarownik zaprzeczył.
– Więc jak się zwiesz?
– Nean – wychrypiał czarodziej. Czemu cesarz wypytywał go o takie bzdury? Nie wiedzieli nawet, kogo pojmali?
– Skąd?
– Z Czarnej Wody.
Cesarz prychnął.
– Co najwyżej z Czarnej Dupy. Nie lubię, kiedy moi szpiedzy nie potrafią czegoś rozszyfrować, a szczególnie nie lubię, kiedy jest to wybitny absolwent syvantyjskiego uniwersytetu. Kiedy zaś czegoś nie lubię, chętnie się tego pozbywam, więc waż słowa.
Czarodziej milczał, choć wydawało się, że bezdźwięcznie porusza ustami. Stojący nad więźniem drab potrząsnął nim, przerywając bezgłośny monolog.
– Nean Amareth Eld'garem Invondine vall Mershe Yara z pokolenia Merafine, urodzony w Mitgald Varen – powiedział czarownik. – Mitgald Varen to po waszemu Czarna Woda.
Urbinan milczał z lekko rozchylonymi ustami. Analizował, a gdy cesarz analizował nikt nie odważył się ani przyjąć, ani odrzucić słów Kruczarza.
– Nie używasz ambryjskiego, czyli jesteś z zachodu, z wysp. Stąd tajemnica. Długie imiona to jedyne, co twoi krajanie mogą zaoferować światu?
– Nazywam się Nean, na drugie mam Amareth. Invondine to moje nazwisko, Eld'garem to mój tytuł. Mershe Yara można nazwać... – Czarownik skrzywił się. – … imieniem zastępczym. W moich stronach nazywaliby mnie Neanem Invondine, ale u was nie używa się nazwisk, więc mogę być co najwyżej Neanem z Mitgald Varen, Wasza Wysokość.
W tym oświadczeniu kryła się ilość dumy i urazy mogąca rozpalić sporych rozmiarów pożar, z pewnością wystarczający, by puścić całe więzienie z dymem. Nean wiedział, że igra z buchającym lawą wulkanem, ale razem z imieniem odżywała przeszłość.
– Tak, coś tak skomplikowanego mogli wymyślić tylko ludzie z wysp – podsumował cesarz z niejakim rozbawieniem. – Powiedz mi, Neanie z Mitgald Varen, co przybysz z tak daleka robił na Wschodnich Morzach razem z synem Ragda?
Nean przebiegł wzrokiem po twarzach jedenastki za plecami Urbinana. Wszyscy młodzi, wszyscy znudzeni – nawet nie starali się, by zachować pozory szacunku wobec cesarza. Zostali zmuszeni do przyjścia i mieli zamiar okazać swoje niezadowolenie, tudzież obrzydzenie ciemnym lochem.
Jego dzieci – dotarło do Neana.
– Powiedziałem wszystko waszym czarodziejom – odparł Kruczarz. – Czy więzień nie ma prawa do tej jedynej ulgi, jaką jest wiedza o celu przesłuchania?
– Jesteś śmiały – stwierdził Urbinan, okrążając czarownika na podobieństwo wilka okrążającego ofiarę. – A gdybym powiedział, że przepytuję cię tylko i wyłącznie dla własnego kaprysu, gnany niezdrową ciekawością na temat człowieka obdarzonego tak niezwykłą mocą i talentem do kłamstw?
Nean patrzył cesarzowi prosto w oczy z odwagą, która jego samego zaskoczyła. Nie, nie z odwagą – z pewnością zakrawającą na obojętność, z czystym zrozumieniem faktu, że trafił na człowieka, który nie potrzebuje udowadniać swojej siły i karać bezbronnego więźnia, bo wie, że tę siłę posiada.
Jeśli nawet Urbinan dostrzegał płomienie w oczach Neana, jego spokój gasił je niczym woda.
– Nie uwierzyłbym wówczas w waszą szczerość. I nie zamierzam w ten sposób pochlebiać wam, mówiąc, że nie zrobiliście na mnie wrażenia człowieka, który mógłby marnować środki na dogadzanie tak prostym zachciankom, ponieważ znam was zaledwie od kilku chwil, a pierwsze wrażenia bywają mylne. Nie uwierzyłbym, bo wiem i widzę to również po twarzach waszych dzieci, że trzymany w lochach człowiek nie jest największą ciekawostką, jaką można znaleźć w Latrii. Założę się, że ta ziemia widziała już setki takich jak ja i setki takich jak ja zobaczy. Gdybym miał tutaj rzucać zaklęcia, być może byłoby to jakieś widowisko, lecz jestem tylko więźniem identycznym z wszystkimi innymi więźniami. I macie rację – jestem śmiały, jak śmiały musi być każdy czarodziej, tym bardziej ten rzucający wyzwanie człowiekowi, za którym szły tysiące urodzonych wojowników.
W chwili, kiedy wypowiadał te słowa, po części przestały być prawdą. Twarze cesarskich dzieci wyraźnie ożywiły się, gdy dotarło do nich, że przynajmniej raz ktoś nie zamierza grać mędrca w ten sam oklepany sposób, w jaki gra go co drugi czarodziej stający przed obliczem Urbinana.
– Kim był twój ojciec, Neanie? – spytał cesarz.
Kruczarz drgnął. Nie spodziewał się tego pytania. Nie pamiętał, żeby zadał je ktokolwiek wcześniej.
Sam nie miał dość odwagi.
– Nie wiem. Domyślam się, że także musiał być czarodziejem.
– A matka?
– Kapłanką – odpowiedział Nean z wahaniem. Czy mógł ją tak nazwać?
– Jakiego bóstwa?
– To bóstwo nie ma imienia. Na co wam ta wiedza, Wasza Wysokość?
– Zastanawiam się, co tworzy człowieka tak pozbawionego pokory, by rzucać wyzwanie bogom. Wychowanie za murami świątyni przez samotną kapłankę to wyjaśnia. Ojciec czarodziej wyjaśnia magiczny talent. Oba czynniki wyjaśniają, czemu zadałeś sobie tyle trudu, by przybyć na kontynent i siać zamęt, gdziekolwiek postawisz stopę. Próbujesz udowodnić, że ani nauki, które odebrałeś jako wychowanek świątyni ani talent odziedziczony po ojcu nie mają wpływu na to kim jesteś, bo przecież jesteś lepszy. Nieprawdaż?
Nean zawahał się. Cesarskie potomstwo patrzyło na niego, jakby od odpowiedzi miały zależeć losy świata i czarownik zaczął przypuszczać, że to dla nich, nie ze względu na niego, do cuchnącego więzienia pofatygował się sam cesarz.
Jednak Nean nie mógł dać mu tej satysfakcji.
– Za mało o mnie wiecie, by wyciągać wnioski. Tam, skąd pochodzę, obowiązują inne zasady.
Na książęce twarze wypełzły triumfujące uśmiechy, jeden ze starszych – nieco przy kości, z okularami na nosie, zaśmiał się. Mężczyzna z kwiatami we włosach, niepomny surowego ojcowskiego spojrzenia, oparł się nonszalancko o kraty.
Ale Urbinan nie wydawał się zrażony.
– I przed tymi zasadami uciekłeś?
– Nie uciekłem. Przeszedłem drogę, za którą nie ma przeszłości.
– Lubisz sprawiać tajemnicze wrażenie – stwierdził cesarz nie bez złośliwości. Pociągnął niedbale za zsunięty kaptur Neana. – Czy może naprawdę potrzebny ci taki duży płaszcz do ochrony przed wiatrem?
– Możliwe. I nie dlatego, że tajemniczym czarownikom więcej się płaci, tylko dlatego, że mam tajemnice, które muszą pozostać tajemnicami. Leżą na początku drogi, po której przebyciu nie ma przeszłości.
– Wyrzekłeś się tego, kim byłeś – zawyrokował cesarz po chwili pełnego namysłu milczenia. – A jednak nie pozbyłeś się miana.
– Nie wyrzekłem się poprzedniego życia. Przeszedłem drogę, za którą ono nie istnieje.
– Umarłeś? – Pytanie zabrzmiało podejrzliwie. Ciekawość sprawiła, że cesarz zapomniał o wyniosłości i stał pochylony tuż nad Kruczarzem.
Straż przyglądała się temu z nieufnością.
– Nie wiem – powiedział Nean. – Wiem tylko, że zadarłem z mocami, których nie rozumiałem i dziś jestem tutaj.
Cesarz wyprostował się, przeszedł przez celę i na chwilę zamarł wpatrzony w widok za oknem.
– Od początku naszej rozmowy, Neanie z Mitgald Varen – mówił, nie odwracając wzroku – zastanawiam się, czy naprawdę jesteś tak dziwnym człowiekiem, za jakiego chcesz uchodzić, czy jedynie pozerem.
– Do jakich wniosków, Wasza Wysokość, doszedł?
– Nie przerywaj mi – syknął cesarz.
Urbinan odwrócił się gwałtownie i natychmiast znalazł tuż przy Neanie. Schylił się i wyciągnął rękę, by ująć dłońmi szczękę Kruczarza i unieść ją wyżej, tak by wzrok więźnia podążał za władcą.
– Wbijasz wzrok w ziemię, Neanie Amarecie Eld'garem Invondine vall Mershe Yara z pokolenia Merafine? – W pytaniu czaiło się wyzwanie. – Nazwiska i tytuły nie nadają szlachetności, jeśli nie potrafisz udowodnić, że na nie zasłużyłeś.
Nean wytrzymał spojrzenie Urbinana z kamienną miną, choć wewnątrz gotował się ze złości. Szlachetność?
Imiona były jawną kpiną z praw natury, a nie szlachetnością.
Albo przypomnieniem, że prawa natury dosięgają każdego, niezależnie od tradycji i statusu. Niezależnie od praw narzucanych ludziom przez bogów.
To była drażniąca myśl.
– Jestem tylko synem kapłanki, Wasza Wysokość.
– Ty tak twierdzisz. A ja nie wierzę w tajemnicze bóstwo pozbawione imienia.
Czarodziej westchnął.
– Imiona są zmienne, mój panie.
– Nie jestem twoim panem. Ty nie jesteś moim sługą. Na razie. – Zrobił pauzę. – Na razie widzę przed sobą człowieka, który podążył niewłaściwą dla siebie drogą.
– Jestem nomadem podążającym za pierwszym lepszym celem. Szukam ich, ale w końcu zawsze próbuję wrócić tam, gdzie mi nie wolno, ponieważ nie wiem, gdzie indziej mógłbym się udać.
– Nie zagroziłem ci jeszcze chłostą, ale to nie znaczy, że możesz gadać jak pomyleniec.
– Przepraszam, Wasza Wysokość.
Nean nieznacznie pochylił głowę, by skryć uśmiech.
– Przypuśćmy, ale tylko przypuśćmy, bo nie zamierzam tego robić, że mógłbym cię teraz wypuścić. Dokąd byś poszedł, Neanie?
– Na Białą Równinę – odparł bez zastanowienia.
– Na krucjatę razem z chłopstwem? – Cesarz cofnął się o krok. – Nie wyglądasz na fanatyka, na pewno nie z kościoła Wielkiego Iretuna.
Kruczarz spojrzał czujnie na Urbinana, marszcząc brwi.
– Jaką krucjatę?
– Na wojnę wydaną złu przez Wielkiego Iretuna! – wykrzyknął wojowniczo książę ubrany bardziej po kapłańsku niż po cesarsku.
– Nie prosiłem cię o pomoc, Eklinie – skarcił go ojciec.
Eklin poczerwieniał ze złości na tę zniewagę. Nie godziło się publicznie karcić cesarskiego potomka.
Nean czuł, że mógłby teraz bezkarnie wypowiedzieć to, co przyszło mu na myśl – że ten, kto wymyślił krucjatę przeciwko siłom Białej Równiny musi być albo szaleńcem albo skończonym idiotą, a najpewniej jednym i drugim. Jednak idea, by wyglądający na w miarę przytomnego Urbinan mógł zezwolić na podobną wyprawę wydawała się absurdem, toteż milczał.
A kiedy po twarzach książąt rozpoznał, że krucjata naprawdę się odbędzie, właściwa chwila minęła. Zostało mu tylko pełne niedowierzania potrząsanie głową.
Siły Białej Równiny były niematerialne. Równie dobrze można rzucać się z siekierą na ocean. Jednak rzucającemu się z siekierą na ocean nie groziła śmierć, a Biała Równina gotowa była zgładzić nie tylko tego, kto rzucał jej wyzwanie. Była inteligentna i wyjątkowo mściwa. Nie mogła dosięgać ludzi poza wiecznym zimnem, ale od tego miała swoje sługi – ludzi na tyle szalonych, by oddać resztki rozsądku w zamian za moc.
Tak szalonych jak niegdyś Nean.
– Nie walczę z tym, czego nie można zwyciężyć – odparł czarodziej. – Czym takim Biała Równina zawiniła Wielkiemu Iretunowi, że wysyła przeciwko niej armię?
– Wielki Iretun zwalcza zło, nie myśląc o korzyściach! – huknął Eklin wyraźnie zbulwersowany sugestią, że jego bóg mógłby się troszczyć o własne interesy.
Nean wiedział, że Latryjski cesarz pełni jednocześnie funkcję najwyższego kapłana Wielkiego Iretuna, ale wyraz twarzy, jakim przywitał uwagę syna ani trochę na to nie wskazywał.
– Zostawmy ludowe rozruchy – powiedział szybko Urbinan, jakby w obawie, że Eklin zechce wyłożyć czarnoksiężnikowi całość swoich nauk. – Czego szukasz na Białej Równinie, Kruczarzu? Czego miałby tam szukać syn Ragda?
– To było jedynie ciało we władaniu mocy, nie syn Ragda.
– Tak, tak już słyszałem. – Cesarz przewrócił oczyma. – Spór o ojcostwo też zostawmy, bo widzę, że zanadto próbujesz zmienić temat. Czego chcesz od Białej Równiny?
– Kto raz postawi stopę wśród wiecznego zimna, już zawsze będzie słyszał jego zew. Jedyne, co mogę zrobić, to próbować go uciszyć.
– Nieprawda – powiedział cesarz.
Nean uniósł brwi.
– Nie chcę być bezczelny, Wasza Wysokość, ale wątpię byście znali cel mojej podróży lepiej ode mnie.
– Już jesteś bezczelny, Neanie z Mitgald Varen. Kłamiesz. Gdy kłamiesz, twoje oczy przestają płonąć.
Nean poruszył się niespokojnie. Sądził, że jeśli Urbinan nie dostrzega otchłani jak inni, to znaczy, że jej nie widzi, to mogła być sprawka cesarskich czarodziejów. Ale on widział. Widział, lecz nie ulegał urokowi.
– Więc przyjmij to kłamstwo za prawdę, Wasza Wysokość. Prawda została po drugiej stronie.
Cesarz podniósł się gwałtownie.
– Pytałeś, co tu robię i słusznie pytałeś. Mogłem cię zignorować, mogłem poczekać aż staniesz się cieniem człowieka. – Wskazał na mężczyznę z celi naprzeciwko, który wybrał ten moment, aby unieść się na ręce, ukazując nieludzko wychudłą i bladą twarz. – A jednak przybyłem, bo pomyślałem, że znalazłem człowieka kroczącego niewłaściwą ścieżką. Nie złą, lecz niewłaściwą, niekorzystną dla niego i innych. Chciałem dać ci szansę, ale ty nie myślisz o szansach, jakie daje ci los. Uparcie podążasz ścieżką rozczarowania. – Potrząsnął głową bezradnie. – Gdzieś, w innym, lepszym świecie moglibyśmy być przyjaciółmi. Pomyśl o tym, Neanie.
Nean milczał, wpatrując się w podłogę, na wyślizgany setkami anonimowych stóp, zimny kamień. Milczał tak długo aż czuwający za jego plecami wartownik nie potrząsnął nim ponaglająco.
– Przykro mi, że okazałem się rozczarowaniem, Wasza Wysokość. Jestem tylko sumą tego, co kształtowało mnie, zanim nauczyłem się wybierać. Dlatego muszę odpowiedzieć na zew.
– Co to znaczy, że musisz?
– Muszę wiedzieć.
Urbinan powoli skinął głową, wykrzywiając usta w grymas niezadowolenia. Nie spytał, co czarownik ma na myśli. Rozumiem – zdawał się mówić – ale nie mam zamiaru być wyrozumiały.
– Skoro tak – powiedział cesarz ze wzruszeniem ramion i odwrócił się ku wyjściu, udając nieprzejętego, ale Kruczarz rozpoznawał po jego napięciu, że chce odejść nie ze znudzenia więźniem, ale ze strachu przed publicznym wybuchem złości.
Jakikolwiek był plan Urbinana, tym razem wygrał Nean.
Albo obaj przegrali.
Jako ostatni celę opuścił urzędnik. Zniecierpliwiony klawisz niemal przytrzasnął mu togę pospiesznie zamykanymi drzwiami. To był ten od bezpieczeństwa i higieny pracy, niski i pulchny o surowych rysach. Traktował czarownika z ostrożnością należną dzikiemu zwierzęciu, które w każdej chwili może ugryźć i nie bardzo podobała mu się cesarska wizyta.
Ale póki co Nean postanowił być posłuszny. Podciągnął się na czworakach do krat dopiero, kiedy klawisz odszedł, a władca niemal zniknął z zasięgu wzroku. Obserwował odchodzących za nim książąt. Pochód zamykał młody, najwyżej szesnastoletni chłopak, w ręku trzymał latarnię.
Nean zamrugał zaskoczony. Znał ten dziwnie fioletowy, niekiedy czerwony blask zepsutej duszy zbyt dobrze.
Chłopak stanął i odwrócił się, jakby wyczuł spojrzenie czarownika.
Żira. Czy naprawdę widział, jak wypowiada to imię samym ruchem warg, czy tylko to sobie wyobraził?
Cesarski syn stał w już prawie pustym korytarzu spowity fioletową poświatą. Przekrzywił głowę, jakby chciał się uważniej przyjrzeć reakcji Neana. Czarodziej poczuł magię.
– Septirunie! – ponaglił chłopca brat. Musiał się kawałek wrócić, bo reszta rodziny już dawno zniknęła za zakrętem.
Chłopak mrugnął do czarownika i odbiegł.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Joa » 15 czerwca 2017, 17:52

To nie będzie treściwy komentarz, bo powinnam robić coś zupełnie innego w tym momencie, ale chcę dać znać, że czytam i trochę Cię pogłaskać. Wiekszy, obszerniejszy, po prostu lepszy napiszę, gdy nie będę miała wyrzutów sumienia. Sama rozumiesz.

Pamiętam, jak wrzuciłaś tutaj swoje pierwsze teksty - przede wszystkim chodzi mi o "Drapieżnika". Wow, Krin, Basiu (jeśli mogę się tak spoufalać i nie przeszkadza Ci, że zwracam się do Ciebie po imieniu) - to, jakie postępy poczyniłaś - czy z naszą pomocą, czy nie - to kosmos. Naprawdę. "Drapieżnik" nieco męczył, widać było, że jesteś młodą osobą i nie do końca nad słowem panujesz. Widać tam też było, że po paru latach pracy nad pisaniem jesteś w stanie pisać bardzo dobre rzeczy. Tworzyć. Tak, widziałam, że po jakimś czasie zaliczysz ogromny skok w poziomie pisania i będziesz coraz lepsza. A, halo, ile Ty masz lat! Jak niewiele... A mimo to w jakiś sposób wydaje mi się, że Twoje teksty są "starsze" od Ciebie.
Więc tak - widzę ogromny postęp pomiędzy "Drapieżnikiem" a "Lodem z płomieni". Zresztą wydaje mi się też, że pomiędzy ostatnim a tym tekstem też jest jakaś różnica w poziomie, jakaś większa świadomość...
Czytało mi się strasznie płynnie, nie miałam momentów, w których mi coś zgrzytnęło lub nie zagrało. Niczego nie przyspieszasz, nie zwalniasz, tempo - według mnie - jest póki co odpowiednie. Także i kompozycja nie przytłacza, choć jest dość przewidywalna - spojrzenie na Neana, przedstawienie władcy i jego dzieci, znów Nean, Nean, cesarz i jego dzieci razem. Do tego momentu nie zmęczyło mnie, jak toczysz historię.
Bardzo możliwe, że to też sposób w jaki piszesz. Zdaje mi się, że kształtujesz zdania świadomiej, rozważniej, ale może to zasługa redakcji. O, właśnie! Pamiętasz, jak z Kili mówiłyśmy, że nadmierna dbałość o słowo, zbyt duża redakcja "betonuje" tekst? Jest coś w tym, ale na szczęście nie widać tego w "Lodzie z płomieni". Uff... Niekiedy nadużywasz powtórzeń i choć nie jest to błędem, gdy robisz to świadomie (a widać, że ma to swój cel w tekście) to po pewnym czasie (a to dopiero czwarta wstawka!) może stać się to uciążliwe. Te same "zagrywki" męczą czytelnika, chce albo uspokojenia, albo czegoś nowego. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Nean jest tu fajny. Niby dalej neanowaty, pewny siebie i inteligentny, ale pozbawiany nadziei, zmęczony, bezsilny. Dopiero w tej ostatniej wstawce pojawia się okienko w tunelu, kiedy widzi latarnię w dłoni chłopca. No i jego "tęsknota" za Żirą. To był uroczy moment, uśmiechnęłam się przy nim smutno w tramwaju.
Ten moment też mi się spodobał:
SpoilerShow
Nean rozejrzał się po podłodze za kawałkiem kamienia, którym mógłby stworzyć wyżłobienia odliczające dni, ale zrezygnował. Gdy zasypiał, skąd miał wiedzieć, czy budzi się kolejnego dnia, czy minęła ledwie chwila? Mógł spekulować, ale nie chciał spekulować.
Zbyt dużo spekulował jak na człowieka bez przyszłości.
Rozmyślający i osłabiony Nean jest fajny. Czuję jego beznadziejność, jakieś takie wycieńczenie, ale po tą warstwą zmęczenia i bezsilności jest stary Kruczarz, wciąż niebezpieczny.
Całkiem udało Ci się w scenie z potomkami cesarza. Każde dziecko było inne (choć imion nie pamiętam :bag:), odznaczało się od pozostałych i plastycznie pojawiało się na scenie tekstu. Władca w pierwszym momencie wzbudził u mnie strach o to, że uczynisz go podobnym do władcy z "W zimnej wodzie kąpany", ale nie. Urbinan jest inny. Podoba mi się, że nie obawia się Neana (co może go przecież zgubić!), otacza go jak ofiarę, udaje lub wydaje mu się, ze jest lepszy. Taki niby kozak z niego, Sebiks cesarstwa.
Czekam na więcej, bo się relaksuję przy tym i mam ochotę na pisanie. Naprawdę.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 22 czerwca 2017, 19:09

Chcieliście dłuższe, będziecie mieli dłuższe. Nie całe na raz, bo ja nad tym jeszcze pracuję, już mi naprawdę niewiele zostało, ale jakoś idzie i idzie, jakby dojść nie mogło.

I w ogóle to się boję, że będziecie wywracać oczami na dłuższym dystansie :bag: Więc ten... Miłej lektury i z niecierpliwością czekam na komentarze.
V Mershe!
Tym razem Neanowi się nie wydawało. Obudziła go okropna świadomość, że ktoś nie tylko dobrał mu się do mózgu, ale też dokładnie wiedział, jakiego imienia użyć, by ciało przeszył dreszcz. Wymawianie go było błędem – słyszała. Teraz wie, że ją oszukał i pragnęła zemsty.
Biała Równina ... Zabije go teraz?
Otrząsnął się z resztek sennego przerażenia. Biała Równina nie mogła wiedzieć. A on musiał wreszcie otworzyć oczy i postępować jak mąż, skoro już los sprawił, że urodził się mężem.
Od spania na cienkim sienniku bolały go wszystkie mięśnie. Od chłodnych kamieni dostał kataru. Może nawet lepiej, bo nie musiał czuć smrodu własnego moczu dobiegającego z ustępu w rogu. Dali mu w końcu wody – coś za coś można powiedzieć.
– Żiro?
Sam nie wiedział, czemu ją woła. Z przyzwyczajenia? Próbował zakląć rzeczywistość? Prychnął, czując pogardę dla własnego strachu przed utratą latarni. Miałby sobie nie poradzić bez jednej kapryśnej jak stary i kulawy osioł kobiety?
Z pewnym zaskoczeniem Nean uświadomił sobie, że nie lubi kobiet i sprawy łóżkowe nie miały w tym nic do rzeczy. Nie lubił ich tak, jak żołnierze nie przepadali za czarodziejami i wzajemnie. Nie żeby Nean kiedykolwiek poznał jakąś kobietę bliżej, nie licząc matki i sióstr. No i Żiry. A im bardziej poznawał Żirę, tym bardziej go przerażała.
Dlatego nie zamierzał więcej o niej myśleć.
– Nie dostrzegasz, Ceranie, tego wspaniałego studium człowieka złamanego? – usłyszał głos nad głową. Mężczyzna stał przed celą i wskazywał na czarownika jakby ten był jakimś cholernym eksponatem.
Nean już go znał. Był jednym z cesarskich synów, wysokim i chudym, ubranym w okrutnie różową koszulę. Towarzyszył mu bliźniak, który z dezaprobatą spoglądał na trzymany przez brata szkicownik.
Czy ten wydelikacony młodzian zamierzał go sportretować? Teraz?
Nean z odrazą uświadomił sobie boleśnie, że naprawdę wygląda, jak studium człowieka złamanego. Z zimna skulił się w kącie, cały opatulony brudnym i dziurawym płaszczem.
Tylko, że jeszcze nie był złamany. Przynajmniej nie na tyle złamany, by nie posłać im pełnego ognia spojrzenia.
Ale żaden nie patrzył.
– Dostrzegam lepiej od ciebie – odparł jego klon, wychynąwszy z plamy cienia w równie krzykliwym, soczyście zielonym kubraku zdobionym złotymi frędzlami. – I rysunek go nie odda, dosięga tylko pozorów.
– Skoro złamanie widzisz, to znaczy, że ja mogę je narysować – oburzył się brat ze szkicownikiem.
– Ja nie dostrzegam złamania, ja je wyczuwam.
– W czym? W moczu?
Drewniany kubek z głośnym brzękiem uderzył o kratę.
– Nie chciałbym przeszkadzać, ale wolę mieć swoją celę dla siebie – oświadczył Nean, wkładając w słowa cały jad nagromadzony przez ostatnie tygodnie. Gdy książęta się wzdrygnęli, zalała go fala dumy.
– Chciałbym zauważyć, że nie wchodzimy do twojej celi. Nawet nie mamy takiego zamiaru.
– Cerinie... – Bardziej sceptyczny z braci westchnął przeciągle.
– Co Cerinie? Ten bałwan zepsuł mi moją sztukę. Czy on ci teraz przypomina człowieka złamanego? Teraz wygląda jak jadowita kupa czerni!
– Nie bój się, opiszę ci takiego człowieka złamanego, że ci te szkice spłoną ze wstydu.
Nie była to przechwałka. Raczej wyraz zniecierpliwienia. Słowa, które należy wypowiedzieć, by milczał ktoś, kogo nie zamierzamy słuchać.
– Jeśli chcecie wiedzieć, nie czuję się złamany. Najwyżej zirytowany chwilowymi trudnościami.
Bliźnięta jak na komendę przewróciły oczami.
– Wszyscy więźniowie, których rysowałem twierdzili to samo – poinformował Cerin, spoglądając znad szkicu. – Nikt nie czuje się złamany, dla wszystkich to drobnostka, przejściowa trudność, a tu dwadzieścia lat mija jak jeden dzień. – Pstryknął palcami.
Nean przyjrzał mu się sceptycznie. Nawet jeśli miał ponad dwadzieścia lat, nie mógł pamiętać nikogo, kto siedział tu od tak dawna. Chyba, że Urbinan od niemowlęctwa przynosił synów do więzienia, by napawali się smrodem i pojękiwaniem uwięzionych.
– Daj mu jeszcze dwa tygodnie – polecił Ceran. – Wtedy będzie idealny.
Młody artysta aż się zjeżył.
– A czy to moja sprawa, czy on się czuje złamany, czy nie? Co mam narysować, jak nie jego? – Uderzył dłonią o czoło. – Właśnie! Odwróć się w moją stronę! Potrzebna mi twarz dla Kruczarza Pogromcy Ludzi Traw.
Nean nasunął kaptur, co cesarski syn skomentował słowami, których z całą pewnością dworska etykieta nie dopuszczała do użytku.
– Na twoim miejscu byłbym bardziej uprzejmy – powiedział Ceran. – Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak groźba, ale to my jesteśmy z tej lepszej strony krat. Możemy ci bardzo ułatwić życie... Albo utrudnić.
A brzmiało jak groźba. Ile lat miał ten chłopaczek? Wprawdzie w jego wieku Nean groził niejednemu, ale on potrafił unicestwić człowieka ruchem dłoni. Ci bliźniacy bez ojca byliby nikim.
– Nie chciałbyś opowiedzieć o tej świątyni, w której się wychowałeś? – spytał Cerin, wyrywając kartkę ze szkicownika. Nean miał nadzieję, że tą przedstawiającą jego. – Potrzebny mi uroczy wizerunek pogańskiej świątyni dla Eklina.
Odpowiedział mu chichot brata.
– Miało was tu nie być. – Chwilę wesołości gwałtownie przerwał kobiecy głos.
Ku nim zmierzała ta sama córka Urbinana, która już wcześniej zwróciła uwagę Neana męskim ubiorem. Tym razem był on znacznie skromniejszy, o ile arystokraci w ogóle potrafią być skromni. Nean natychmiast ocenił jego wartość na kilkaset czarnych płaszczów.
– A ty miałaś być, kochanie? – zwrócił uwagę ten z braci, który akurat nie kucał, by podziwiać ułożenie czarnych włosów wyłażących spod kaptura.
– Czemu kochanie? – Kobieta się skrzywiła.
– Z miłości, rzecz jasna. Czego chcesz od tego tu? – Wskazał kciukiem na Neana, który starał się wyglądać na obojętnego, mimo że postać cesarskiej córki, która koniecznie chciała być czternastym synem obudziła w nim nadzieję na wyrwanie się z matni. Księżniczki nie spacerują po lochach bez powodu.
– Niczego. Ojciec nie życzy sobie rozmów z więźniem.
Nean nie sądził, że cesarski ukaz jest w stanie stłamsić sztukę, lecz ku jego zaskoczeniu bracia powlekli się noga za nogą do wyjścia, pod nosem kontynuując dyskusję, już nie o sztuce, ale o rychłej zemście.
Ovrina – Nean poznał właśnie jej imię – odprowadzała ich wzrokiem. Sama odejść naturalnie nie zamierzała.
Kroki szybko ucichły, a dyskusja książąt zlała się z szumem dziesiątek innych żyć stłoczonych na niewielkiej przestrzeni. W ręku Ovriny natychmiast zabłysnął klucz pasujący do skomplikowanego zamka. Zanim jednak Nean zdążył zmęczonym umysłem ogarnąć wynikające z tego możliwości, wślizgnęła się do celi, zamknęła drzwi od środka, a z pochwy u pasa wyciągnęła broń. Lekką, noszącą pewnie jakąś szlachetną nazwę, której czarownik nie znał.
– Co robisz? – wypalił.
Wykierowała ostrze w jego stronę, czając się, jak do dzikiego zwierzęcia.
– Przyszłam zaproponować umowę. – Na widok jego miny zesztywniała. – Co się tak gapisz?
Wzruszył ramionami.
– Zazwyczaj ja to mówię.
– I nie wynika z tych umów nic dobrego. Przynajmniej nie dla ludzi lepszych od ciebie. Hrabiów, czarodziejów, dzikich wodzów... Jest w tym jakaś idea?
Kruczarz widział już wiele skierowanych we własne serce ostrzy i kolejne nie wyprowadziło go z równowagi. Przeciwnie, wiedział teraz, że dziewczyna się go boi.
– Oszukuję wszystkich po równo, ale jak widać nikogo nie obchodzą sprawy maluczkich.
– Kobiety też?
Przed oczami mignęła mu Żira przywiązana do kamiennego ołtarza w Zimnym Oku. Nie widział jej twarzy. Widział tylko brudne, potargane włosy opadające na czoło i szyję. Widział gołe ramiona trzęsące się z zimna.
Nie widział twarzy, bo jej nie pamiętał, czy Żira nie miała już ludzkiej twarzy?
Potrząsnął głową, odpędzając natarczywe myśli.
– Pełne równouprawnienie. A wracając do umowy, jest w niej jakiś fragment o uwolnieniu biednego, oskarżonego niesłusznie czarnoksiężnika?
Wciąż trzymała go na dystans z pomocą wyciągniętej broni. Gdyby znała Neana, wiedziałaby, że to zbyteczne. Nawet gdyby nie czuł bólu w każdym najmniejszym fragmencie swego ciała, szermierz był z niego żaden. Gdy innych chłopców ojcowie uczyli się bronić, on siedział z matką, zapamiętując modły.
– Nie, to nie baśń. Jest w niej za to fragment, że jeśli mi pomożesz, nie każę przywiązać cię do pala za flaki i przegonić wokół. Myślisz, że... Co to za dźwięk?
Jej spojrzenie spoczęło na drewnianym kubku w dłoni Kruczarza. Czarownik uderzał w niego palcami, wygrywając chaotyczną, lecz zadziwiająco ładną jak na te warunki melodię. Brzmiało jakby zamiast o drewno uderzał o metal.
– Co ty robisz?
Wytrzeszczyła na niego oczy, jakby podobna bezczelność nie mieściła się w granicach jej pojmowania.
– Gram? – Posłał jej ciężkie spojrzenie spod kaptura. – Nie widać?
– A co ty jesteś jakimś cholernym bębniarzem? Ucisz się, bo mnie szlag trafi!
Nean się nie uciszył.
Nim zdążył zareagować, Ovrina doskoczyła do niego i wyrwała mu naczynie z rąk. Cisnęła kubkiem w stronę krat – rzut był niezły, bo naczynie nie tylko opuściło celę Neana, ale jeszcze trafiło do tej naprzeciwko. Tamtejszy lokator pewnie nie wytrzymałby nerwowo, gdyby nie to, że zmarł poprzedniego dnia. A przynajmniej się nie ruszał.
Głodny i zziębnięty Nean nie miał dość refleksu, by zasłonić się, kiedy Ovrina wymierzyła mu policzek. Cholera, czy to naprawdę mogło tak boleć? Jakby ktoś przyłożył mu do twarzy rozgrzane żelazo.
– Za kogo ty się uważasz, Kruczarzu? – wysyczała, usta trzymając zaledwie kilka centymetrów od jego ust. Czuł jej oddech na wargach. – Igrasz tylko z potężnymi, co? Patrz na mnie! – Chwyciła go za szczękę. – Myślisz, że jesteś lepszy?
Nean podniósł wzrok, dopiero gdy zamilkła. Policzek wciąż piekł, ale wewnątrz czuł coś gorszego – coś duszącego od środka, a tak niematerialnego i ulotnego, jak zabłąkana dusza.
– Nie jestem lepszy – szepnął. – Staram się i nienawidzę tego. Chciałbym być czysty, pozbawiony szarości, idealnie zły. Kiedyś dobro było moim buntem, a teraz pali, bo jestem tylko sumą tego, co mnie ukształtowało, zanim nauczyłem się wybierać.
– Piękne słowa ci nie pomogą, Kruczarzu.
Cofnęła się. Stanęła oparta o ścianę. Przez chwilę wyglądało, że zamierza osunąć się po niej i usiąść, ale zrezygnowała.
Nean wypuścił powietrze z płuc. Kiedy była blisko, niemal nie oddychał.
– Mi już nic nie pomoże. – Próbował się zaśmiać, ale wyszedł mu tylko nerwowy chichot.
– Bardzo możliwe. – Ovrina prychnęła, wywracając oczami. – Są ludzie, którym władza uchodzi na sucho, bo urodzili się do rządzenia. Ty jesteś jedynie elementem kłopotliwym, złem koniecznym jak bzycząca wściekle mucha.
– A ty kim jesteś? Jakąś kolejną córką jakiegoś kolejnego cesarza?
Poczerwieniała. Cesarskie dzieci nie są przyzwyczajone do bycia obrażanym przez bzyczące wściekle muchy. Cudownie, Nean czegoś je nauczy.
– Nie jakiegoś cesarza. Zdobywcy, prawodawcy, utalentowanego polityka, człowieka, który ucywilizował kraj, sprowadzając do niego naukę.
– Ale jakąś córką Urbinana IV. – Nean prychnął, wzgardliwie wydymając wargi. – Czwartego z Urbinanów, a którego z cesarzy? Czym władającego? Pasem ziemi od wschodu do zachodu, trawą, brudnymi miastami, brudnymi rzekami, sianem, gównem, cmentarzami i śmiercią? – Czarodziej wstał chwiejnie. Czuł się chory. Chory na nienawiść i dumę. – Chcesz się licytować na pochodzenie? Moją matkę nazywano Panią Płomieni. Ludzie padali przed nią na twarz i modlili się do niej, bo władała ogniem. Nie ogniem od wschodu do zachodu, całym ogniem. Żywiołem mogącym zmieść z powierzchni ziemi ten twój mały, brudny skrawek piasku i gówna. Rozmawiała z płomieniami. Znała tajemnice bogów. Czym wobec niej jest jakiś tam twój cesarz?
Milczała, zaciskając usta w wąską szparę. Nean nie potrafił stwierdzić, czy to, co powiedział, dotarło do niej w jakikolwiek sposób, czy pojęła potęgę czegoś, co było niewyobrażalne. Czy mu uwierzyła. Po prostu stała tam ze ściśniętymi ustami, rękami splecionymi na piersi i oczami wbitymi w jego oczy.
– Lód z płomieni – odezwała się w końcu.
– Co?
– To godne pożałowania, że Pani Płomieni wydała ze swego łona kawałek lodu. Zimnego i martwego. Nie rozpalającego pragnień i idei, lecz gaszącego je. Jakkolwiek potężna była twoja matka, ty nią nie będziesz. – Potrząsnęła głową, jak bogacz litujący się nad niedojdą. – Lepszy też nie będziesz.
– A ty, Ovrino? Zamierzasz zostać swoim ojcem? Obawiam się, że nie zostaniesz niczyim ojcem. Prędzej ja stanę się płomieniem, niż ty zostaniesz cesarzową.
Znów nie popisał się refleksem. Przewróciła go z powrotem na podłogę i wymierzyła kolejny policzek.
– Bardzo możliwe, że wkrótce staniesz się płomieniem, a potem kupką popiołu, jeśli zamierzasz dalej zwracać się do mnie w ten sposób. Dla ciebie jestem Waszą Wysokością.
– Sram na wasz tytuł, Wasza Wysokość. Sram na...
Kopnęła go w brzuch, aż nie mógł złapać powietrza. Nie poprzestała na tym. Chwyciła jego ramię i wykręciła mocniej, niż wydawało mu się, że to możliwe. Wrzeszczał jak zarzynane prosie.
– I co? Myślisz, że znęcanie się nad bezbronnymi czyni cię silniejszą? – wydyszał, kiedy go puściła.
– I co? – przedrzeźniała go. – Myślisz że, atakowanie bezbronnych uczyniło cię silniejszym, Kruczarzu? Kim jesteś teraz? – Kopnęła go raz jeszcze. Nean widział, że kobieta ma w oczach furię.
– Zirytowanym czarodziejem – odparł.
Skrzywił się, wiedząc, jak to zabrzmiało. Jakby nie chciał jej sprowokować i w ostatniej chwili zdecydował się na łagodniejsze określenie. Co gorsza, to była prawda.
– Widzę tu jakiegoś idiotę zawiniętego w czarną szmatę, a nie czarodzieja. Prawdziwy czarodziej dawno zmieniłby mnie w popiół.
Jeszcze przyjdzie na to czas, obiecał sobie w duchu Nean.
– Czekam na propozycję, Wasza Wysokość. – Czas na zmianę tematu był najwyższy. – Im szybciej stąd odejdziesz, tym lepiej dla nas dwojga.
I bezpieczniej.
– I dla niektórych bezpieczniej – powiedziała. – A w umowie nie ma filozofii. Ty służysz, ja nie każę cię odesłać do twojej Czarnej Dupy w kawałeczkach.
– Twój ojciec proponował mi to samo i tak samo odmówiłem. Dlaczego miałbym zgodzić się na propozycję jego córki? Znacznie gorszą propozycję zresztą.
– On wierzy w postęp, w ucywilizowanie i w jego propozycji nie ma ani słowa o wysyłaniu cię gdziekolwiek w kawałkach.
Nean przeklinał się w myślach za głupotę. Bycie czarownikiem polegało na chwytaniu okazji, na właściwym rozeznaniu, kiedy należy ofertę przyjąć, a kiedy odrzucić; na pamięci, że ten, kto dziś jest na samym dole, jutro może stanąć na szczycie. Ludzie i bogowie mieszają się w wielkim kotle i jeśli człowiek zrozumie jak ci pierwsi bliscy są tym drugim, skomplikowane zaklęcia i wielka moc stają się niepotrzebne.
Ale to nie dotyczyło tych, którzy do dna kotła przykuci byli grubymi kajdanami i pozbawieni szansy na wynurzenie się, by złapać oddech.
– Gnicie w lochu po wieczność to lżejsza kara?
– Chciałbyś się przekonać?
Kamienny spokój, powiedział sobie. Ta kobieta nie ma tu władzy. Blefuje. Najwyżej planuje dopiero, jak wszcząć bunt. Nie da jej narzędzi, buntu nie będzie.
Taką miał nadzieję.
– I czego Wasza Wysokość potrzebuje od, jak warto zauważyć, byłego czarodzieja?
Nie zdążył zamknąć ust, nim otrzymał kolejny policzek, w to samo cholerne miejsce. Na szczęście paliło go już tak mocno, że mocniej nie mogło.
– Nie mów do mnie takim tonem – wysyczała. – Nie chcesz, bym uczyła cię pokory. I doskonale wiesz, że chcę twojej mocy, durniu. Jeśli cesarski dwór ma czarodziejów zdolnych związać twoje moce, ma też zdolnych je rozwiązać.
Uwolnij mnie, a spopielę cię na proch – miał ochotę powiedzieć.
Niestety Ovrina nie była taka głupia.
– Nie tylko ty, czarowniku od siedmiu boleści, wiesz, co znaczy krew. Oddanie za życie. Może nawet lepsze niż tutaj. – Wskazała na kałużę moczu wypływającą z sąsiedniej celi. – Rachunek jest prosty.
– Nawet bardzo prosty. Wolę zginąć, niż służyć takiej gnidzie jak ty. – Uśmiechnął się krzywo. – Ból będzie przyjemniejszy, niż obcowanie z tobą.
Błąd.
– Oby.
Tym razem nie zawracała sobie głowy policzkowaniem Kruczarza. W kierunku jego twarzy powędrowała zaciśnięta pięść. Ani się obejrzał, twarz zalewała mu krew i łzy, a dłonie ściskały złamany nos.
– Suka – wysyczał.
Na szczęście była zbyt daleko, by usłyszeć i poprawić.
– Namyśl się, czarowniku – rzuciła tylko, nim zniknęła w odnodze korytarza.

VI Nean spał właściwie bez przerwy, nie mając pomysłu, co innego mógłby robić. Przemyślał wszystko, co było do przemyślenia, pożałował wszystkiego, co było do pożałowania i powspominał wszystko, co było do wspominania, a nawet to, czego wspominać nie powinien. Wręcz musiał spać, inaczej jego myśli biegły ku niebezpiecznym rejonom w których każda sekunda zdawała się bolesna. Nieskończona nuda w połączeniu z nieskończoną trwogą sprawiały, że ledwie mógł oddychać.
Mimo ciągłego snu czuł się zmęczony. Przeziębił się od chłodu ciągnącego z murów, a każda zmiana pozycji przypominała o siniakach, bezruch zaś prowadził do drętwienia kończyn.
Kiedy nie spał, dostawał szału.
Szkoda, że nie spróbował wynegocjować od Ovriny zwrotu latarni. Nie, nie zatęsknił znowu za Żirą – zastanawiał się, czy pakt zawarty z księżniczką wpłynąłby jakoś na pakt z wiedźmą. Czy gdyby musiał być posłuszny jej woli, to Żira także? A może nie? Pakt nie sprawiłby przecież, że wola Neana byłaby identyczna z wolą Ovriny. Jego wolą byłoby przerobienie księżniczki na popiół.
Ale czy mógłby wydać taki rozkaz? Pewnie nie. Może Żira sama by na to wpadła? Albo mógłby ją poprosić...
Nie, myśl o Żirze także doprowadzała go do szału. Musiał zamknąć oczy i oczyścić umysł.
Albo dowiedzieć się, kogo licho niesie przez wąskie i ciemne korytarze więzienia w akompaniamencie stukania obcasów. Niestety w Latrii zdarzało się, że nosili je przedstawiciele obu płci, gdy tymczasem zdesperowana część duszy Neana miała nadzieję, że to Ovrina wróciła się nad nim znęcać. Znęcanie stanowiłoby miłe urozmaicenie.
Kroki umilkły i Nean niemal o nich zapomniał, zapadając w kolejny urywany sen, gdy obudziło go głośne chrząknięcie. Otworzył oczy, by natychmiast zamknąć je porażony światłem pochodni. Przed sobą miał kolejne cesarskie dziecko. Tym razem przynajmniej dzieliły ich kraty.
Wysilił pamięć. Niewysoki mężczyzna o długich włosach splecionych w śmieszne warkoczyki miał na imię Eklin. Nie mężczyzna – poprawił się – chłopiec o nazbyt poważnym wyglądzie podkreślanym przez kapłański ubiór, choć brak właściwego nakrycia głowy świadczył, że nie otrzymał święceń. Nean też nie dałby ich komuś, kto potrafił się tak ubrać bez nich. Przypominał mu fanatyków, którzy dla jego matki rzucali się w płomienie, nierzadko zmuszając do tego również własne dzieci.
Gdy urodził się Nean, jego także zamierzano złożyć w ofierze, by wyjść z twarzą, ale matka tego zabroniła, a w ramach pokuty za podobną ideę kazała doradcom go zastąpić.
Zrobili to.
– Niech zgadnę – zaczął czarodziej, nie chcąc przedłużać chwili milczenia – Wasza Wysokość jest tutaj, by zaproponować mi umowę.
Twarz Eklina stężała.
– Nie zawieram umów z poganami, grzesznikami i nekromantami, a ty zdaje się jesteś każdym z nich – oświadczył, mierząc go surowym spojrzeniem. – A już na pewno nie zawarłbym z nikim paktu krwi. – Wzdrygnął się, jakby sama myśl była dlań odrażająca. – Mogę ci zaproponować jedynie pokutę i ewentualne rozgrzeszenie.
– Nie potrzebuję rozgrzeszenia – odpowiedział Nean znacznie szybciej i mniej ostrożnie, niż to należało robić w obecności fanatyków.
Eklin przyjął niepokojącą minę, która ma w zwyczaju poprzedzać wezwanie do uświadomienia sobie boskiej potęgi, zaprzestania życia w wewnętrznym zakłamaniu i wyrzeczenia się grzechu.
– Istotnie, za wcześnie na rozgrzeszenie. Najpierw trzeba odbyć pokutę, wyrazić szczery żal, zadośćuczynić ludziom, których się skrzywdziło i uzyskać ich przebaczenie, a na koniec złożyć ofiarę.
– W złocie?
Nean nie mógł powstrzymać złośliwego uśmieszku.
– Bynajmniej. Majątek należy oddać przed przystąpieniem do pokuty. Ofiara może być różna. Mój przyjaciel ofiarował Wielkiemu Idiunowi lewą dłoń za hazard i przegranie rodzinnego majątku w karty. Złodzieje ofiarują zazwyczaj prawą dłoń. Heretycy język. Cudzołożnice piersi i wargi. Mężczyźni udający się do domów publicznych... Cóż...
– Możesz uznać, że nie pytałem, co składają w ofierze rozpustnicy, Wasza Wysokość – powiedział Nean z kamienną twarzą, choć w rzeczywistości z zadowoleniem obserwował czerwień, która wystąpiła na twarz cesarskiego syna.
– Oczywiście nie od każdego wymagane jest złożenie tak wysokiej ofiary.
– Znakomicie – mruknął Nean. – Już się zastanawiałem, co będę musiał sobie odciąć. Dobrze, że nie odwiedzałem ostatnio żadnego domu publicznego.
– Za pijaństwo i żarłoczność ludzie golą głowy, a na twarzy tatuują sobie imię Wielkiego Iretuna, by przypominało im o walce, którą muszą z sobą toczyć.
– Cudownie.
Nean miał nieprzyjemne przeczucie i postanowił je sprawdzić.
– A za dzieciobójstwo?
– Kobieta w ofierze oddaje Wielkiemu Iretunowi swego męża.
– Mało uczciwe. A gdyby to nie było jego dziecko, pojechałby na wojnę, a żona próbowała ukryć zdradę?
– Bez różnicy. Kobieta niepotrafiąca uszanować daru życia, powinna wyrzec się możliwości założenia rodziny. Po śmierci męża, nie zostaje ogłoszona wdową i nie może więcej wyjść za nikogo.
– Gdybym kiedyś oszalał i postanowił się ożenić, przypomnę sobie twoje słowa.
Eklin westchnął.
– Mężowie zazwyczaj uniemożliwiają takim kobietom wejście na drogę rozgrzeszenia, nierzadko bijąc je na śmierć albo zwyczajnie się z nimi rozwodząc. Urzędnicy przymykają oczy, jakby boskie prawo ich nie obowiązywało.
– Wnioskuję, że nie zamierzasz się żenić.
– Zamierzam, czarodzieju. Tego się wymaga od cesarskiego syna.
– I dałbyś się zabić za grzech własnej żony? – dociekał Kruczarz.
– Mężczyzna musi odpowiadać za tą, którą przyjmuje w progi swego domu.
– A gdyby to mężczyzna był dzieciobójcą?
– Mężczyzna ma prawo odebrać życie nowo narodzonemu dziecku, kiedy uzna, że jest to konieczne.
– Takie prawo nie przeszłoby nawet w mojej ojczyźnie.
Eklin oparł się rękami o kraty. Był już wyraźnie zmęczony tą dyskusją i o ile wcześniej mógł sprawiać wrażenie dziesięć lat starszego, teraz Nean postarzyłby go o kolejne dwadzieścia. Na szczęście wrażenie znikało za każdym razem, gdy tylko przyjrzał się chłopcu uważniej.
– Mówi to człowiek, który bez mrugnięcia okiem zamordował kilkunastotysięczną armię z powodu urazy do jej wodza.
Czarownik wzruszył ramionami.
– Tak zdaje się postępują wszyscy władcy świata. Niczym wprawdzie nie władam, ale chętnie bym władał. Poza tym ja prawo łamię otwarcie i z pełną świadomością. Dla was prawem jest zabijanie.
Eklin się nasrożył.
– Nie przyszedłem, by rozmawiać o latryjskim prawie. Przyszedłem...
– Poczekaj, Wasza Wysokość – przerwał księciu Kruczarz. – Spytam o jeszcze jedno, co mnie powinno interesować najbardziej. Jaka musiałaby być moja ofiara, by Wielki Iretun wybaczył moje występki?
Eklin prawie wybuchł, ale ostatecznie uspokoił się kolejnym, głęboki jak jego wiara westchnięciem.
– Prędzej uwierzę, że jesteś niewinny, niż że pragniesz odbyć pokutę i uzyskać rozgrzeszenie.
– Wiedza pierwszym krokiem do właściwej drogi.
– Doprawdy?
– A może tylko udaje, bo się wstydzę, a tak naprawdę chcę poświęcić życie bogu?
– Co w tym wstydliwego? Jeśli ktoś wstydzi się wiary, nigdy nie będzie w stanie powrócić na właściwą ścieżkę.
– Więc dajcie mi czas na pozbycie się wstydu. W końcu jestem złym i okrutnym nekromantą. Dla ludzi mojej profesji nawet pomoc staruszce przy wstawaniu jest rzeczą wstydliwą.
Eklin był ewidentnie świadom, że Nean kpi, ale to nie umniejszało przyjemności, jaką czarodziej czerpał z tej dyskusji. Poza tym naprawdę był ciekawy, co takiego wymyślili latryjscy kapłani.
– Widzisz, Kruczarzu, to nie jest tak, że ofiary są z góry ustalone. Człowiek starający się o rozgrzeszenie zasięga rady u kapłanów, a ci sięgają pamięcią do podobnych przypadków i udzielają odpowiedzi. Bywa, że człowiek nie zgadza się z osądem i oferuje mniej, przez co ofiara nie zostaje przyjęta.
– Odetnie sobie rękę i to wszystko darmo? – Nean wiele rzeczy w życiu widział, ale na myśl o tym zrobiło mu się słabo.
– Ten kto pragnie rozgrzeszenia, winien czuć żal, a nie myśleć o jak najmniejszych kosztach! – huknął Eklin. – Twój przypadek najmocniej przypomina mi Garyta z Sokolich Skał, ale musiałbym... ustalić parę rzeczy.
– Tak?
Nean gotów był dla zabawy nieco zdradzić na swój temat, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
– Jako czarownik skaziłeś się zapewne magią, w tym sztukami nieczystymi, herezją, bałwochwalstwem, kradzieżą, oszustwem, profanacją zwłok i profanacją świętych miejsc, cudzołóstwem...
– Wypraszam sobie! – wykrzyknął Kruczarz z udawanym oburzeniem. – Co ma cudzołóstwo do czarnoksięstwa?
– Yyy... – Eklin zawahał się. Pogrzebał w kieszeni i Neanowi wydało się, że widzi w niej zarys niewielkiej książeczki, najwyraźniej pomocy naukowej, ale ostatecznie chłopak z niej nie skorzystał. – Wiem, że w twojej ojczyźnie możecie mieć inne normy obyczajowe, ale w Latrii, jeśli nie jesteś żonaty...
– Kto powiedział, że nie jestem żonaty?
Krzaczaste brwi księcia poszybowały w górę. Nean zastanowił się mimowolnie, czy z nich też zaplótłby warkocze, gdyby mógł. A co kiedy urosną mu broda i wąsy?
– A jesteś żonaty? Przed chwilą twierdziłeś, że nigdy się nie ożenisz.
– Na pewno nie w Latrii.
– Jesteś wdowcem?
– Może.
– Nie jesteś wdowcem?
Tym razem Nean nie dał rady powstrzymać chichotu.
– Może.
Eklin wstał i czarodziej zdał sobie sprawę, że być może nieco przesadził, jak na kontakt z cesarskim synem fanatycznie oddanym bogu, który zmuszał swych wyznawców do okaleczania. Z twarzy chłopca zniknęły wszelkie ślady rumieńców czy nieporadności. Miał przed sobą człowieka nieprzyzwyczajonego do sprzeciwu i gorąco pragnącego o tym nieprzyzwyczajeniu przypomnieć.
– Obawiam się, Kruczarzu, że jesteś najgorszym ze wszystkich typów, jakie goszczą w tym cuchnącym i zawszonym więzieniu. Tym, który twierdzi, że może dalej rozgrywać swoje gierki i ujdzie mu to na sucho. I nie martw się – wyciągnął palec, jakby chciał nim Neanowi pogrozić – ścieżka rozgrzeszenia nie jest jedyną. W szczególnych przypadkach najpierw zmuszamy grzeszników, by wstąpili na ścieżkę pokory, a to znacznie trudniejsza droga. Wierz mi.
Eklin chciał odwrócić się dramatycznym ruchem, ale zaplątał się w szacie i musiała mu wystarczyć dramatyczna utrata równowagi.
– Ej! Książątko! Nie powiedziałeś mi nadal, jaka jest moja ścieżka rozgrzeszenia! – krzyknął za nim Kruczarz, nie mogąc się powstrzymać, żeby jeszcze mocniej upokorzyć księcia. Żałował tylko braku widowni.
Eklin zatrzymał się, zaciskając pięści, ale nie odwrócił się. Mówił plecami do Neana, cicho, pełnym złości głosem.
– Jak wspominałem, twój przypadek najmocniej przypomina Garyta z Sokolich Skał. Garyt w skrusze oddał Wielkiemu Iretunowi palce, którymi czynił swoją podłą sztukę, oczy, którymi oglądał wyniki swych plugawych praktyk, język bluźniący i kłamliwy, dłoń jak przystało złodziejowi oraz stopę, która stanęła w miejscu poświęconym tylko umarłym.
Kruczarz zaśmiał się.
– Miałeś rację. Chyba się nie skuszę.
– Skusisz się, Neanie. Jeszcze sam będziesz mnie błagać na kolanach, bym pozwolił ci złożyć ofiarę i stanąć przed obliczem naszego pana.
Z tymi słowami książę odszedł, pozostawiająca po sobie złowrogą ciszę.

VII Urbinan nie lubił się fatygować, a jednak tym razem nie miał innej opcji. Kazał słudze przygotować lektykę i niesiony na ramionach niewolników ruszył w kierunku gorącej pustyni. Normalnie wzięto by chęć udania się na zachodnie rubieże miasta za obłęd, ale czasy nie były normalne. W ciągu kilku lat od utworzenia latryjskiego uniwersytetu jakiś pomyleniec na tyle zakopał się w księgach, by stwierdzić, że gorący piasek skrywać musi ślady przeszłości.
I miał rację.
Teraz szaleństwo objęło już tak wielu, że nie sposób było wypatrzyć zdrowych. Kolumny ludzi i zwierząt krążyły wśród wydm, próbując dotrzeć do ukrytych skarbów, zdecydowanie częściej wykopując kawałki bezużytecznej ceramiki czy stare kamienne bloki. Można je było co najwyżej za niewielką opłatą odsprzedać uczonym, toteż wykopaliskami trudniły się głównie bezdomne dzieci i reszta miejskiej hołoty, której szeregi topniały z miesiąca na miesiąc w miarę jak pustynia zmieniała się w cmentarzysko.
Do tej pory Urbinan nie sądził, że nauka może być niebezpieczna.
Właściwie cała awantura z latryjskim uniwersytetem wyglądała na niebezpieczną, a kuriozalności dodawał sprawie fakt, że była to uczelnia tylko i wyłącznie medyczna.
Jedyna taka na świecie, jedyny niemistyczny uniwersytet przeciwstawiający się tradycji Syvante i Glagor. Instytucja była jak długo oczekiwane objawienie i przyjęto ją z falą entuzjazmu, problemy zaczęły się z czasem.
Najpierw do Latrii, w celu sporządzenia materiału naukowego, zjechała cała rzesza kopistów, rysowników i introligatorów. Za rysownikami przybyli malarze, za malarzami rzeźbiarze, a chmara filozofów zdała się wylęgać wprost w uniwersyteckiej piwnicy, bo Urbinan nie wierzył, że w całej Latrii znalazło się tylu mężczyzn za kwintesencje życia uznających szukanie dziury w całym.
Nie tylko mężczyzn zresztą. Niemal od razu podniósł się rwetes, że skoro uczelnia latryjska, w przeciwieństwie do glagorskiej i syvantyjskiej, jest zupełnie niemagiczna, nie ma żadnego względu, dla którego przyjmowanie do niej kobiet mogłoby być zakazane. Wprawdzie panny z dobrych domów nadal trzymały się z dala od uniwersyteckich murów, ale uczelnia zalana została przez stare panny, wdowy, sieroty i – co okazało się najbardziej kłopotliwe – panny lekkich obyczajów oraz kobiety zhańbione, których wspólną cechą było poszukiwanie umiejętności na tyle cennych, że pozwalających na godne życie bez mężczyzny.
Naturalnie nie było dla nich w murach uniwersytetu dość miejsca, więc nie minęło dużo czasu, a obok wyrósł twór zupełnie egzotyczny – szkoła akuszerska. A skoro była już osobna szkoła akuszerska, któryś z uczonych zaproponował utworzenie niższej szkoły medycznej nazwanej potocznie szkołą pielęgniarską. By z kolei oddzielić tych, którzy bardziej niźli o ludziach myśleli o zgłębianiu tajemnic natury, utworzono samozwańczy Latryjski Uniwersytet Miłośników Badań Nad Przyrodą i zainstalowano się w jakiejś portowej ruderze, gdzie teraz ze wszystkich stron świata spływały największe kurioza jakie rodziła ziemia, aż utworzono tam oranżerię bogatszą od oranżerii cesarskiej, tylko tak zabałaganioną, że nieustannie słyszało się o uciekających zwierzętach.
I być może dałoby się ten uczelniany chaos jeszcze powstrzymać, gdyby jak na złość ów jeden z nielicznych jeszcze wówczas w Latrii historyków nie wykopał ruin Czarnego Połogu – kolebki rodu cesarskiego. Teraz nawet poeci bez grosza przy duszy spływali do stolicy cesarstwa jak do utraconej ojczyzny.
Choć ledwie widoczna na piasku droga wydawała się równie spokojna jak przed laty, umysły burzyły się pod skorupą pozoru. Przy bramie starożytnej twierdzy Urbinan minął trójkę kapłanów Wielkiego Iretuna. Stali niby to bez frasunku przy ścianie zdobnej w dawno wyblakłe rzeźbienia, lecz oczy ich błądziły za grupą uczonych, którzy w wielkim skupieniu wysłuchiwali relacji dwojga chłopców przybyłych do twierdzy z czymś, co Urbinan już z daleka rozpoznał jako pogański posążek. Nieco kłóciło się to z wersją historii rozpowszechnianą przez wyznawców Wielkiego Iretuna i było równie dobrym punktem zapalnym jak każdy z podejmowanych ostatnio tematów.
Urbinan nie musiał szukać Quintina – ten sam się znalazł. Zszedł środkiem kamiennych, pokrytych pyłem historii schodów, jakby był gospodarzem tego miejsca, a kierowane w jego kierunku spojrzenia zdawały się to potwierdzać. Niczym gwardia honorowa towarzyszyli mu starci bracia – Cerin i Ceran. Albo towarzyszyli to złe słowo, pomyślał Urbinan, orbitowali jak muchy wokół gówna, bo co krok któryś zatrzymywał się, by skomentować wątpliwe dla cesarza walory estetyczne tego kawałka pustyni.
– Widzę, że jakże cywilizowana Latria, perła wśród narodów świata i stolica mądrości nie potrafi się obejść bez wysługiwania jednostkami pozbawionymi prawa do samodecydowania i godnego zarobku – powitał Urbinana piąty z synów, pełnym potępienia spojrzeniem obrzucając właśnie opuszczających lektykę niewolników. – Czym mogę służyć, mój oświecony władco?
Quintin nie był głupcem. Odezwał się dopiero, kiedy znalazł się poza zasięgiem słuchu ciekawskich. Inaczej Urbinan, chcąc nie chcąc, musiałby go ukarać za tak buńczuczne słowa.
– Widzę, że humor ci dopisuje – odparł cesarz. – Jest z wami Kwartanian?
Quintin uniósł oczy ku niebu, jakby liczył, że wiatr lada moment przyniesie ze sobą burzę i przypadkowa błyskawica spopieli Urbinana.
– Czyż jestem stróżem brata mego? Nie pojmuję twojej teorii na temat semantycznej zbieżności słowa bliźniaczy ze słowem nierozłączny.
Urbinan spojrzał wymownie w kierunku Cerina i Cerana. Stali kawałek dalej, analizując scenę wyżłobioną u podstawy schodów. Resztka koloru kazała Urbinanowi sądzić, że dawniej pałac prezentował się znacznie okazalej niż ten współczesny, w Latrii. Przynajmniej od zewnątrz.
Qunitin zdawał się nie zauważyć sugestii.
– Pomyślałem, że jest was tu więcej.
Urbinan próbował wyminąć syna, ale ten zastąpił mu drogę tak sprawnie, że nie mogło to być poczytane za wyraz agresji czy impertynencji wobec cesarza.
– Trafny domysł.
– Więc?
– Proponuję dojść do reszty tą samą drogą.
Urbinan głośno wypuścił powietrze, w duchu prosząc siebie samego o cierpliwość.
– Przejdziemy się? – zaproponował.
– Po co?
– Załóż, że pragnę odpokutować wysługiwanie się jednostkami pozbawionymi prawa do samodecydowania i godnego zarobku.
Brew Quintina poszybowała w górę, ale nie protestował więcej. Ruszyli schodami, a rzeka spoconych badaczy, która właśnie wypłynęła spod zwalonej arkady opływała ich w milczeniu, jakby widok cesarza, trójki książąt i tabunu gwardzistów kroczących po gorącym piasku był tu dla wszystkich codziennością.
Cesarza być może nie, pomyślał Urbinan, ale książąt więcej niż prawdopodobne.
Z góry roztaczał się znacznie bardziej imponujący widok. Dziedziniec pałacu musiał być niegdyś miejscem ogromnych zgromadzeń, może nawet przeglądu wojsk, bo i te zmieściłyby się tam w całkiem porządnej ilości. Urbinan próbował dojrzeć jego drugi koniec, ale nie dojrzał, bo drugiego końca nie było – płaski teren przechodził gwałtownie w wydmę piaskową, gdzie teraz kłębili się robotnicy, próbując wydobyć resztę spod ziemi. Niesamowicie byli przy tym powolni, jakby przerzucali szkło, nie piasek, a jakiś rozwrzeszczany uczony co chwilę przerywał im pracę i grzebał w tej ziemi jak szczur we śmieciach.
– Spędzacie tu cały dzień? – spytał cesarz, w duchu zauważając, że nie ma innego wyjścia, skoro praca idzie im tak wolno.
– Zależy o kogo pytasz.
– O ciebie.
– Nie.
Zeszli na dół. Okazało się, że z tej strony też pracują robotnicy. Jeden z nich, cały owinięty w jakieś ciemne szmaty zamiast półnagi jak reszta, klęczał właściwie na schodach, wygrzebując piasek z dziury w ścianie. Być może Urbinan nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie leżąca obok torba – spod znajomo wytartej skóry wyłaziły najdziwniejsze, kolorowe śmiecie.
Należała do Octaviusa, jego ósmego syna, więc sam Octavius też powinien się zaraz znaleźć. Nie był jednak grzebiącym robotnikiem, który obejrzał się przez ramię na Quintina. Z całą pewnością nie zauważył Urbinana, bo spytał:
– Widziałeś to, Quin?
Głos był kobiecy.
– Olcho... – zaczął Quintin ostrzegawczo.
Olcha odwróciła się i do Urbinana natychmiast dotarło, że już o niej słyszał. Olcha ze Zboru Lasów – wiedźma, która już od dłuższego czasu kręciła się wokół Quintina. Gdy wstała jej ubranie nie przypominało już kupy bezwładnych szmat, ale tradycyjny, wręcz zbyt tradycyjny, ubiór wiedźmy. Długi kawał materiału z wycięciem na głowę spływał równo po dwóch stronach, w talii spięty pasem.
Sama Olcha, ciemnowłosa i ciemnooka, wyglądała dość zwyczajnie. Może była tylko trochę brudniejsza, bo cała w piachu, jednak Urbinanowi nie podobała się jej obecność. Jej ani żadnej innej wiedźmy ze Zboru Lasów.
Zwłaszcza, gdy zwracała się do jego syna „Quin”.
– Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość – Olcha ukłoniła się pospiesznie, kiedy tylko zrozumiała swój błąd. Dość niezgrabnie, ale znośnie.
– Wiedźmy Zboru Lasów są już tak znudzone, że bawią się w piaskownicę? – Urbinan nie powstrzymał złośliwości.
– Władcy Latrii są już tak znudzeni, że bawią się w wizytowanie piaskownicy? – dobiegło cesarza zza pleców.
Urbinanowi wydawało się dotąd, że dwa dostrzegane kątem oka cienie to Cerin i Ceran, ale gdy się odwrócił zamiast nich ujrzał Septiruna i Octaviusa, siódmego i ósmego z synów. Nie byli bliźniętami, ale mogliby być – zbliżony wiek, te same chude i wysokie sylwetki, ta sama dziwna ponurość na twarzach nie raz mieszająca się z uśmiechem.
Ale Septirun był bardziej wygadany.
Urbinan posłał mu spojrzenie cięższe od ołowiu. Przypuszczał wprawdzie, że Olcha była już lepiej rozeznana w ich rodzinnych sporach, niż ktokolwiek powinien, ale mimo wszystko jego zachowanie było niedopuszczalne. Urbinan powinien go ukarać.
Już otwierał usta, by wydać stosowny rozkaz, ale coś w spojrzeniu syna go powstrzymało. Nie lubił tej starczej powagi na młodej twarzy Septiruna. Nie lubił tego czegoś w jego oczach, co było jak płonący lód. Tej groźby w głosie, gdy głos chłopaka zdawał się należeć do kogoś innego, kogoś obcego.
Nie, to nie było wrażenie. Octavius też natychmiast się zorientował i nieznacznie odsunął od brata. Quintin zerknął udając, że wcale nie zerka. Olcha wyglądała na gotową do ucieczki, co nieco zdeprymowało Urbinana, bo wiedźma jako jedyna z nich miała chociażby nikłe pojęcie o zjawiskach nadprzyrodzonych.
Ale nie wyglądało niebezpiecznie. Nie tym razem. Dziwne optyczne rozwarstwienie, jakby przestrzeń zakrzywiała się wokół Septiruna albo jakby on sam został przykryty powietrzną bańką, z daleka prawdopodobnie było nawet niewidoczne. Nie to co płonące zasłony Urbinana w zeszłym tygodniu.
Nadworni czarodzieje powtarzali, że to złudzenie, zwyczajna gra światła, a na pytanie cesarza, czy popiół i gryzący dym, który pochłonął całą komnatę także były złudzeniem optycznym odpowiadali rozkładaniem rąk.
Tak, dobrze, że Septirun postanowił ojca obrazić, a nie podpalić.
– Bynajmniej – odpowiedział cesarz, bo nie było nikogo odważnego, kto by wziął na siebie ciężar konwersacji.
Jedynie Cerin i Ceran wykazali niezdrowe zainteresowanie. Gdyby nie ten dziwny ruch powietrza, usiedli by młodszemu bratu na plecach. Żeby się zadławili tymi ołówkami! Kretyni...
– Przyszedłeś, bo dowiedziałeś się o kodeksie – powiedział Septirun oskarżycielsko, wciąż nie swoim głosem. Zrobił przy tym krok w stronę Urbinana i cesarz musiał wysilić całą wolę, by się przed nim nie cofnąć. Jakby to wyglądało?
Miał na to ochotę przede wszystkim dlatego, że nikomu nie powiedział o celu swojej wizyty tutaj, a o kodeksie dowiedział się od zaufanego szpiega, którego puścił tropem Olchy.
Septirun nie mógł wiedzieć, a mimo wszystko wiedział.
– Być może – potwierdził Urbinan.
Mówiąc, patrzył na Olchę. Dziewczyna mogłaby wydawać się opanowana, ale jej bezruch był zbyt nienaturalny. Dłoń bezwiednie zacisnęła na krawędzi muru.
– Masz komuś coś do zarzucenia? – spytał Quintin. Urbinan pomyślał, że gdyby zrobił jeszcze krok w kierunku wiedźmy albo spojrzał w kierunku gwardzistów, syn zapewne by się na niego rzucił.
– Tak, mam komuś do zarzucenia posiadanie nielegalnych źródeł na temat czarnej magii. – Cesarz obrócił się na pięcie w kierunku Quintina. – Kto znalazł kodeks?
– Octavius go wykopał.
Jak jeden mąż wszyscy skierowali spojrzenia ku ósmemu z braci. Uklęknął przy tej samej dziurze, która jeszcze przed momentem tak fascynowała Olchę i grzebał w niej z równym, jeśli nie większym, zaangażowaniem. Urbinanowi przyszło na myśl, że kodeks był nie pierwszą i nie ostatnią rzeczą, którą Octavius tu wykopał. Ubranie księcia wyglądało, jakby cały ostatni tydzień spędził na czołganiu się w piasku, ale prawdziwie twardy dowód stanowiła wypchana po brzegi torba.
– Kto jeszcze go widział? – spytał Urbinan.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Wszyscy. Wszyscy, którzy akurat przechodzili, tato.
To skruszone „tato” zupełnie Urbinana spacyfikowało. Tato... Oprócz Octaviusa tylko Decem i Armelia zwracali się do niego w ten sposób. Innym wydawało się to niewłaściwe. Za mało oficjalnie, choć nigdy nie starali się być wobec niego oficjalni. Istniała po prostu jakaś niepisana ani niewypowiedziana granica. Urbinan westchnął. Nie mógł mieć rodziny, o jakiej marzył – pozbawionej barier dworskiego wychowania. Wówczas nie musiałby się obawiać, że pójdą za jego przykładem – przykładem człowieka, który wymordował szóstkę starszych braci, kiedy miłość okazała się nie mieścić pod złotem i klejnotami.
– Kodeks przypomina każdy kamor tutaj – zauważył Cerin, nim dotarło do niego, że może nie powinien się przyznawać do tej wiedzy.
– Mam wszystko pod kontrolą – zapewnił Quintin, nim Urbinan zdążył się zastanowić, ile osób jeszcze jest zaangażowanych w tę sprawę.
– Czemu ty, a nie ja? Czemu nie arcyinkwizytor Te...
– Chcesz dać go temu gnomowi?!
Rodzeństwo patrzyło na niego, jakby im matki pozabijał. Quintin zrobił się czerwony i nabrał powietrza, chcąc pociągnąć temat, ale wypuścił je gwałtownie, w milczeniu kręcąc głową.
– Teroz ma odpowiednie kwalifikacje...
– … żeby sobie tyłek podetrzeć i nic poza tym...
– … i niezszarganą opinię...
– Tak niezszarganą, że sprzedałby Kodeks za wdzięki portowych panienek.
Urbinanowi przyszło na myśl, że wiedza Quintina wykracza daleko poza to, co można znaleźć w bibliotekach, z których zdawał się nie wyściubiać nosa.
– Dziecko! Ten przeklęty kodeks traktuje o opętaniach! Co ty chcesz z nim zrobić? Wystawić na widok publiczny? Powiesić w salonie?
– Na pewno nie zamierzam pozwolić go zniszczyć tym barbarzyńcom!
– A co się twoim zdaniem robi z czarnoksięskimi pismami?
Co ten durny chłopak sobie znowu wymyślił? Odstawiał te szopkę tylko dlatego, że kapłani Wielkiego Iretuna kazaliby mu postąpić dokładnie odwrotnie? Szczęście w nieszczęściu, że Eklin nie zwietrzył jeszcze sprawy, bo gotów by jeszcze posłać własnych braci na stos.
Quintin tylko otwierał i zamykał usta, co ostatecznie przekonało Urbinana, że nie ma żadnego sensownego argumentu.
– To nie jest tylko czarnoksięskie pismo – rzekł piąty z braci. Cesarz próbował mu przerwać, ale syn go ignorował. – Ono mówi o całym obrządku, o tradycji. Jest naszym dziedzictwem.
– Oczywiście, wszystko jest naszym dzie...
Urbinan urwał gwałtownie. Wiedział, że pada zanim poczuł uderzenie. Przez chwilę nie słyszał nic. Był tylko on i ten moment. Upał i powoli zbliżający się piasek, zdzierający skórę kamień. Głowa nie chciała zostać w jednym miejscu, leciała dalej. Jakiś śmieć wpadł Urbinanowi do oka, ale cesarz nie mógł unieść ku niemu wciąż sunącej po piasku dłoni i łzy zaczęły cieknąć po policzku.
– NIE!
Wrzask musiał zabrzmieć w jego głowie, inaczej nie byłby tak wyraźny. Zaczęły go już co prawda dobiegać jakieś szumy z zewnątrz, ale wciąż niewyraźne i jakby nierzeczywiste. One były tam, w innym świecie, Urbinan znajdował się tutaj, na piasku.
Ale piasek nie sunął mu już przed oczami.
Dźwięk powrócił.
– Nie.
To „nie” było już zupełnie ciche, jakby ktoś wyszeptał je Urbinanowi do ucha.
W jednej chwili leciał bezwładnie, w drugiej ktoś go podnosił, ktoś nim potrząsał, ktoś krzyczał. Urbinan zobaczył nad sobą spanikowaną twarz Quintina. A krzyczeli jego gwardziści, próbowali odwieść go od wstania, ale nie pozwolił im. Podniósł się do siadu, by zobaczyć, że nie tylko on ucierpiał. Cerin właśnie oglądał guza Cerana, którego ten nabił sobie, uderzając głową w mur.
A może to Ceran oglądał guza na Cerinie?
Septirun siedział pod ścianą, twarz miał niemal białą, kolana przyciągnął do siebie. Octavius próbował nawiązać z nim kontakt, ale chłopak tylko potrząsał głową. Bezgłośnie poruszał wargami i Urbinan nie musiał się przyglądać, by wiedzieć, co powtarza.
Nie.
– Tato – Octavius odwrócił się do ojca – pójdziesz po Armelię?
Będzie wiedziała, co robić.
Po Armelię? Urbinan wciąż był nieco oszołomiony upadkiem. Skąd on weźmie Armelię na środku pustyni?
– Jest w ogrodach z... – Octavius nerwowo uciekł wzrokiem w bok. – No wiesz.
Wiedział i był tak zły, że zapomniał spytać, gdzie właściwie są ogrody. Co jej przyszło do głowy, żeby zabierać tę trójkę na takie odlu... w takie parszywe miejsce. Że też jej się chciało! Oby każdy w tej rodzinie miał tyle miłości, co ona!
Miłość... Pod warstwami jedwabiu wciąż biło serce i płynęła krew. Może to było szaleństwo, by próbować zagarnąć zarówno to co cesarskie i to co ludzkie, a jednak chciał kochać naprawdę i nienawidzić naprawdę. Chciał cierpieć naprawdę, by naprawdę być szczęśliwym. Może to głupie. Ale kto wszechwładnemu zabroni głupoty?
Najgorsza jednak okazała się miłość do tego, co nigdy nie mogło być idealne, a nawet dobre.
Urbinan znalazł ogród, choć kierował się na oślep, w dodatku tak szybko, że gwardziści ledwie za nim nadążali. Wypatrzył Armelię – w tej swojej błękitnej sukience rzucała się w oczy wśród jałowych alejek, które nazywano tu ogrodem chyba dla żartu. Właśnie nachylała się nad Decemem. Z czułością pogłaskała go po zwichrzonych włosach, tłumacząc coś.
Wydawała się przy tym prostym geście ulepiona z czegoś innego niż oni wszyscy. To Armelia właśnie rozsądzała rodzinne spory i kończyła awantury, więc choć powinien już wydać ją za mąż, nie potrafił znieść myśli o rozstaniu. Chciałby móc ofiarować jej rękę komuś z sąsiedniego miasta, choćby z sąsiedniej prowincji, ale nie takie było przeznaczenie cesarskiej córki.
Łatwo było kochać Armelię, nie jak otaczającą ją trójkę chłopców. Tylko trójkę, nie czwórkę jak kiedyś – puste miejsce na ławie pomiędzy dwójką z trojaczków uderzyło Urbinana niczym bezgłośne klęski, jaką byli Decem, Yrvij i Verich. Gdy Urbinan patrzył na nich, czuł coś, czego pragnął, a jednocześnie przeklinał to każdego dnia.
Miłość.
A z miłością żal.
Decem uśmiechnął się na niesłyszalną dla Urbinana pochwałę i jął dalej biegać wokół wyschniętego stawu, plując i wydając dziwaczne dźwięki.
Od początku wiedzieli, że coś jest nie tak. Uczył się wolno albo wcale, rzadko rozumiał innych ludzi. Długo nie chodził i nie mówił, a jeśli już mówił to bez sensu. Urbinan ściągnął dla niego dziesiątki medyków różnych specjalności i wszyscy rozkładali bezradnie ręce, przepraszając za swoje nie dość wysokie kwalifikacje, ale żaden nie miał odwagi przyznać, że jego syn nie jest w pełni normalny. Decem miał już dziesięć lat, gdy wreszcie nadworny medyk ambryjskiej królowej, światowy autorytet, wydusił z siebie to, co wiedzieli od dawna – dla Decema nie było lekarstwa.
Przynajmniej jest szczęśliwy, pomyślał Urbinan smętnie. Uśmiech nie schodził z jego twarzy, lecz czasem, szczególnie wieczorami, gdy chłopak siedział, kiwając się w przód i w tył, Urbinanowi zdawało się, że dostrzega w nim smutek. Zdawało mu się, że Decem wie, z jaką pogardą traktują go inni. Zdawało mu się, że cierpi i cierpiał razem z nim, aż miał ochotę krzyczeć.
Pragnął dla syna normalności, nawet jeśli miałby sprawić mu jeszcze większy zawód niż pozostali bracia. Nawet gdyby miał nosić w sobie więcej nienawiści niż Eklin.
Z pozostałą dwójką było jeszcze gorzej. Nie urodzili się tacy i nie mogli mieć nawet złudzeń co do swojego położenia. Siedzieli pod sypiącym się murem zgarbieni, ze spuszczonymi głowami – Yrvij z opaską zasłaniającą puste oczodoły, Verich całkowicie milczący, choć gdy miał jeszcze język, niemal każdą chwilę poświęcał na śpiewanie.
I to była jego własna wina, wina Urbinana. Kiedy po wyzwoleniu pałacu z rąk buntowników zobaczył ich w tym stanie po raz pierwszy, mimo błagań doradców, ulicę spłynęły krwią.
Nie pomogło ani trochę.
Dlatego Xarem uciekł. Urbinan sam pewnie wpadłby w obsesję, gdyby wychował się w takim otoczeniu. Xarem, Yrvij i Verich byli trojaczkami, jedynymi dziećmi trzeciej żony Urbinana, która zmarła, rodząc ich. Xarem większość czasu spędzał z kalekimi bliźniakami i upośledzonym Decemem. Nie mógł wybaczyć ojcu, że nie posłuchał ostrzeżeń o nadchodzącej rebelii, nie zapobiegł jej. Nie mógł wybaczyć bogom. Szukał lekarstwa, które nie istniało. To on rozpoczął cały ten cyrk z uniwersytetem.
Był zapłatą za uzdrowienie, do którego nie doszło.
Krótko po swoich piętnastych urodzinach Xarem uciekł, zaplanowawszy wszystko znacznie dokładniej, niż Urbinan spodziewałby się po tak młodym człowieku. Zacierał ślady, bojąc się, że ojciec sprowadzi go z powrotem do domu. Ale tak się nie stało. Gdy Urbinan dowiedział się, że syn oddał się medycznym studiom, nie miał serca sprowadzić go z powrotem i zamknąć w pałacu. Kazał jedynie strzec Xarema zaufanym ludziom.
A przecież nadałby się na cesarza. Xarem nie marzył, lecz planował. Wzbudzał uznanie swoją dojrzałością, rodził miłość w sercach poddanych. Nawet bracia darzyli go szacunkiem.
A jednak nocą, gdy budziły go koszmary, nie potrafił powstrzymać łez.
Bo za jego siłą kryła się przeszłość, nie charakter. Urbinan nigdy nie odważył się wyciągnąć z niego wspomnień dnia, w którym jego bliźniacy zostali okaleczeni. Nigdy nie pytał, jak mocno sam Xarem został poturbowany, a nie ulegało wątpliwości, że został. Zresztą! Wystarczyło, że musiał na to patrzeć, znieść dławiący strach i nieusprawiedliwioną krzywdę. Był dzieckiem i nie ważne, że cesarskim dzieckiem – dzieckiem wrażliwym jak wszystkie, niezdolnym do bycia mężnym i podatnym na psychiczne urazy.
Xarem został złamany w iście niecesarski sposób. Po cichu, wśród grubych murów i złota, które nie mogło naprawić jedynej naprawdę ważnej rzeczy. Urbinan czuł, że w tej historii nie będzie ani powstałego z popiołu chłopca, ani tym bardziej szczęśliwego zakończenia.
– Tato? Coś się stało?
Armelia minę miała zatroskaną, dotknęła delikatnie ojcowskiego ramienia. To zatroskanie było u niej stałe. Urbinan miał dzieci aż z trzema różnymi kobietami, ale za prawdziwą matkę wszyscy mieli Armelię.
– Septirun. On... Lepiej, żebyś tam poszła.
– Masz krew na twarzy, tato.
Naprawdę miał? Pewnie przez to szorowanie po kamieniach. Otarł ją rękawem, nim zdążył pomyśleć, że to prawdziwie niecesarski gest.
– Pójdziesz? – Chwila milczenia. – Zostanę z Decemem.
O Yrviju i Verichu nie wspomniał, nie chciał, by czuli się niańczeni.
– Mhm.
Spojrzeli sobie w oczy, rozumiejąc się bez słów – tak musi być, gniew jest domeną słabych. Armelia odeszła bez oglądania się. Verich, widząc to, trącił Yrvija w sposób, o którym Urbinan już wiedział, że jest specjalnym znakiem. Verich nie mógł mówić, a Yrvij widzieć, a mimo to się porozumiewali.
Niemowa mógł dogadać się ze ślepcem, a Urbinan nie mógł się dogadać z własnymi dziećmi. Usiadł ciężko na czymś, co jego przodkom musiało służyć jako stół. Pomyślał o czarowniku z Czarnej Wody i o jedynym synu Ragda, o którym mówiono, że gdyby przejął kiedykolwiek rolę Pana Wszystkich Stepów, zatrzymałby się dopiero pod murami Latrii.
Czasem Urbinan myślał, że mógłby wymienić wszystkich swoich trzynastu synów za jednego takiego.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Lód z płomieni

Post autor: RebelMac » 22 czerwca 2017, 19:58

Przeczytałem całość i to jest dobre. Ba! Bardzo dobre! Po prostu poziom druku, jedyne wyjście to dokończyć powieść i słać do wydawnictw tam zrobią już redakcję/korektę. Dawno nie czytałem tak dobrej fantasy, tak dobrze napisanej. Kudos!

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 25 czerwca 2017, 22:31

Mam bardzo mieszane uczucia. Podoba mi się Twój styl (bardziej niż mój własny) i fakt, że starasz się pokazać emocje postaci i zrobić z nich pełnoprawnych bohaterów. Podoba mi się świat (nie powala na kolana, ale podoba), magia też, chociaż nie jest to żaden opracowany system. Psioczyć na to nie będę, bo sama nie jestem lepsza w te klocki. I atmosfera otaczająca pewne rzeczy. Nawet Kruczarz mi się podoba miejscami. Ale w ostanich trzech wstawkach były pewne rzeczy, które mój wewnętrzny czytelnik, który najpierw kochał powieści historyczne, a potem zaczął kochać fantasy (wina Kruffachi:P) musi wytknąć. Więc możesz generalnie potraktować większość tego komentarza jako zbytnie czepialstwo.

Jednak po kolei. Na przykładach będzie łatwiej

Z początku uderzyły mnie i nieco wyhamowały powtórzenia, głownie przez to, że postanowiłam zaznaczyć wszystko, co mi się w oczy rzuci. Niektóre uznałam za celowe, inne jakoś nie mogłam.
Był okropny zapach niemytego ciała i brudne ręce na równie brudnej szyi. Kruczarz widział okropną twarz śmierci, powykrzywiane, żółte zęby.
[...]
Gdy tracił przytomność, gdy widok okropnej twarzy powoli zastępowały ciemne plamy[...]
Więźniowie nie zdawali się oczekiwać na wyrok, śmierć z rąk współwięźniów, czy powalenie chorobą. Więzienie było wilgotne, ale w miarę czyste, nawet w jakimś stopniu wygodne, skoro dali mu ten cuchnący potem siennik.
Kruczarz nie bał się głodu. Przeżywał już taki głód, jakiego większość ludzi nie potrafiła sobie nawet wyobrazić. Głód był dla niego uczuciem podobnym do bólu – oboma się napawał.
[...]
Wiedział, że nie stanie się niczym podobnym, nawet jeśli zamierzają trzymać go w tej norze, nim nie wyzionie ducha z głodu i pragnienia.
Mógł spekulować, ale nie chciał spekulować.
Zbyt dużo spekulował jak na człowieka bez przyszłości.
Zadowolony z udzielonego wyjaśnienia strażnik wyraźnie zbierał się do odejścia i Nean poczuł rosnącą panikę. Nie będzie miał innych źródeł informacji.
– Czekaj! – zawołał Kruczarz, a strażnik stanął zaskoczony. – Czy mógłbym... prosić o moją latarnię?
Widzę, że wzięłaś sobie do serca komentarze o tym, że refleksyjny Kruczarz jest fajny, więc mamy scenę w lochu. Podoba mi się ta scena – jej początek najbardziej, dalej jest trochę zgrzytów, ale to... dalej. Jest plastycznie, jest poruszająco, ale
Nean obudził się na podłodze, gdzieś pośród czasu, który plątał się i przyspieszał bez sensu, w jednej chwili sprowadzając noc, w kolejnej dzień, bez odmierzania poszczególnych chwil.
To już może podpadać za mały przerost formy nad treścią.
– Panie? – zawołał bez namysłu, nieudolnie próbując przeczołgać się bliżej kraty.
Kruczarz nazywa kogoś panem? O.o
– Przepisy bezpieczeństwa i higieny pracy.
Rozumiem żart, ale mnie nie rozbawił.
I z tymi słowami klawisz go zostawił.
Klawisz pasuje do tego ładnego quasi średniowiecznego świata jak... no nie pasuje wcale. Parę razy w tekście go tak nazywasz. Wszystkich nie wypisywałam. To pierwszy ze zgrzytów, ten najmniejszy.
Nean doszedł ostatnio do wniosku, że mimo wszystko lubi swoje życie. Gardzi nim, ale je lubi.
To zdanie dla odmiany mi się podoba.
Klęknij przed Urbinanem IV, cesarzem Latrii, Strażnikiem Południa, protektorem Egaru, Andrii, Remii i Nawidaru, najwyższym kapłanem kościoła Wielkiego Iretuna, opiekunem Wysp Mang i Panem Wszystkich Stepów! – wyrzucił z siebie jednym tchem mężczyzna w staromodnej todze. Urzędnik.
Oki. To ten większy zgrzyt. Cesarz schodzi z procesją do celi Kruczarza. Nie wzywa Kruczarza do siebie, żeby móc go olśnić majestatem, ale schodzi do niego. Wyszła może ładna pogadanka w podziemiach (chociaż nie – mówienia była dożo, ale niekoniecznie to na dobre wyszło; poznaliśmy imiona Kruczarza i ucierpiał – niestety – cesarski majestat). Zrozumiałabym, gdyby Urbinan sobie zszedł tam do lochów prywatnie, może nawet w przebraniu, bo był ciekawy jako człowiek. Ale gdy schodzi z całym ceremoniałem, to nie schodzi jako jakiś tam sobie Urbinan, tylko jako cesarz – reprezentant wszelkich tytułów jakie mu tam nadałaś (w tym kapłańskiego), nawet jeśli robi to tylko na pół gwizdka (cesarz powinien mieć przyzwoitą świtę). To urząd i majestat cesarski schodzi do lochów, do jakiegoś tam czarodzieja. Brak w tym zachowaniu dostojeństwa i powagi, jakich ja oczekuję od cesarza z tymi wszystkimi tytułami, rządzącego państwem, które w sumie przedstawiasz jako potężne, nie?
Nad sobą miał jakiegoś draba, przed sobą wypudrowanego urzędnika, a w korytarzu czekało jeszcze dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety z czego jedna ubrana po męsku. Wszyscy w jedwabiach, aksamitach i innych kolorowych szmatkach. Niektórzy w piórach. Niektórzy w klejnotach. Jeden z nich, chudy i wysoki, z papierami w dłoniach miał nawet kwiaty we włosach.
Ładne.
– Dajcie mu wody, bo mnie szlag trafi.
Mam problem z zachowaniem się cesarza. Ten jego opis z początku, wizerunek jaki – chyba - próbowałaś stworzyć nie licuje z jego zachowaniem. Urbinan momentami zachowuje się po prostu prostacko. Takie zachowanie doskonale by mi pasowało do kogoś, kto był dowódcą wojskowym, władzę zdobył dzięki przewrotowi i sobie założył dynastię. Ale nie do człowieka, który dorastał na wykwintnym dworze (nawet jeśli nie był następcą tronu, to jako książę powinien otrzymać wykształcenie, w tym naukę manier).
Wyżej jest moment, kiedy sam ściąga z Kruczarza kaptur. Hmm, były cesarstwa, gdzie Kruczarz nawet nie mógłby nawet na władcę spojrzeć, nie wiem więc jaka jest pozycja głowy państwa w systemie rządów.
EDIT PO MAŁYM NAMYŚLE: dowódca wojskowy to by jednak potrafił wymusić okazywanie posłuszeństwa przez własne dzieci.

I nadal nie bardzo wiem, po co Kruczarza tak zawzięcie ścigano.
– Nean – wychrypiał czarodziej. Czemu cesarz wypytywał go o takie bzdury? Nie wiedzieli nawet, kogo pojmali?
Też się nad tym zastanawiałam. W końcu doszłam do wniosku, że ten dialog jest głównie dla czytelnika, żeby poznać pełne personalia Kruczarza. Ewentualnie, żeby Kruczarz mógł rzucić w myślach jakiś uszczypliwy komentarz, który nie pokaże rozmówcy w dobrym świetle.
Nean zawahał się. Cesarskie potomstwo patrzyło na niego, jakby od odpowiedzi miały zależeć losy świata i czarownik zaczął przypuszczać, że to dla nich, nie ze względu na niego, do cuchnącego więzienia pofatygował się sam cesarz.
A ja nadal nie rozumiem sensu tego zejścia. Chyba że cesarz chciał pokazać Neanowi jak jest dla niego ważny, a Nean to potem wykorzysta. Nie wiem też, czego miały się tu nauczyć dzieci. Chyba tylko jeszcze mniejszego szacunku dla ojca.

Eklin poczerwieniał ze złości na tę zniewagę. Nie godziło się publicznie karcić cesarskiego potomka.
Gdzie ta publika?
– Skoro tak – powiedział cesarz ze wzruszeniem ramion i odwrócił się ku wyjściu, udając nieprzejętego, ale Kruczarz rozpoznawał po jego napięciu, że chce odejść nie ze znudzenia więźniem, ale ze strachu przed publicznym wybuchem złości.
Po raz kolejny pytam, gdzie ta publika? Serio. Dzieci i jakiś tam urzędnik (był jeszcze drab – pewnie jakiś osobisty ochroniarz, ale ci często są bardzo mocno “wplątani” w osobiste życie władców) to nie publika. Publika to sala pełna urzędników, ewentualnie szlachty albo przedstawicieli obcych państw. Wtedy kwestia obrażenia cesarza przez jego własne dziecko i ewentualnego wybuchu złości (też wybuchu złości na Kruczarza) tudzież skarcenia dziecka byłaby problemem. Niestety, sprowadzjąc cesarza do lochów sama sobie ograniczyłaś pole działania. Nie ma tu żadnego napięcia.
Biała Równina ... Zabije go teraz?
Wkradła się niepotrzebna spacja?
Ale póki co Nean postanowił być posłuszny. Podciągnął się na czworakach do kart dopiero, kiedy klawisz odszedł, a władca niemal zniknął z zasięgu wzroku.
Krat?
Czy ten dandys zamierzał go sportretować? Teraz?
Słowo nie pasuje do tego świata.
Nean nie sądził, że cesarski ukaz jest w stanie stłamsić sztukę, lecz ku jego zaskoczeniu bracia powlekli się noga za nogą do wyjścia, pod nosem kontynuując dyskusję, już nie o sztuce, ale o rychłej zemście.
Cearstwo to Mateczka Rosja?
– A co ty jesteś jakimś cholernym bębniarzem? Ucisz się, bo mnie szlag trafi!
Miałam naprawdę duże oczekiwania co do Ovriny. Z jej pragnienia zostania 14 synem, bycia czymś więcej niż kobietą mogłabyś uczynić naprawdę fajny wątek, tymczasem wszystko spłycasz.
Dziewczyna wdaje się w przepychanki słowne z Kruczarzem, a potem bezceremonialnie go tłucze jak jakaś dziewka portowa. Aż się chce zapytać, czy miała jakichś nauczycieli (o to samo bym chciała zapytać w przypadku reszty rodzeństwa). Wydaje jej się, że będzie bardziej męska, gdy będzie przeklinać? Zapewne nikt jej nie nauczył, że więcej by mogła osiągnąć, korzystając z atrybutów kobiecości.
– Nie jakiegoś cesarza. Zdobywcy, prawodawcy, utalentowanego polityka, człowieka, który ucywilizował kraj, sprowadzając do niego naukę.
Gdybym miała krótko scharakteryzować Urbinana, to na pewno użyłabym innych słów. Jego zachowanie absolutnie nie potwierdza nic z tego, co jego córka powiedziała. Nadal ciężko mi uwierzyć, że ten człowiek miał wolę, by zabić dla tronu 6 braci. Sorry, ale nie. Tak samo ciężko mi uwierzyć, że jakoś utrzymał się na tronie, skoro nie umie wymusić szacunku na własnych dzieciach (ale dzięki temu wiemy, że nie wzorowałaś cesarstwa na Chinach czy czymś podobnym, bo tam cnota synowskiego posłuszeństwa jest ważna).
Albo dowiedzieć się, kogo licho niesie przez wąskie i ciemne korytarze więzienia w akompaniamencie stukania obcasów. Niestety w Latrii zdarzało się, że nosili je przedstawiciele obu płci[...]
Ona mi nie wygląda na taką co nosi. Po tym jak sprała Kruczarza, to raczej się spodziewam, że nosi mocne męskie buty.
Nean spał właściwie bez przerwy, nie mając pomysłu, co innego mógłby robić. Przemyślał wszystko, co było do przemyślenia, pożałował wszystkiego, co było do pożałowania i powspominał wszystko, co było do wspominania, a nawet to, czego wspominać nie powinien. Wręcz musiał spać, inaczej jego myśli biegły w niebezpieczne rejony, w których każda sekunda zdawała się bolesna. Nieskończona nuda w połączeniu z nieskończoną trwogą sprawiały, że ledwie mógł oddychać.
Ten akapit był w sztambuchu. Wówczas mi się podobał i podoba mi się teraz.

Szkoda, że Eklin też wypada nieco karykaturalnie. Łatwo o to z fanatykami religijnymi i pewnie nawet bardziej doświadczeni od Ciebie się wyłożyli.
– Wiedźmy Zboru Lasów są już tak znudzone, że bawią się w piaskownicę? – Urbinan nie powstrzymał złośliwości.
– Władcy Latrii są już tak znudzeni, że bawią się w wizytowanie piaskownicy? – dobiegło cesarza zza pleców.
[...]
Urbinan posłał mu spojrzenie cięższe od ołowiu. Przypuszczał wprawdzie, że Olcha była już lepiej rozeznana w ich rodzinnych sporach, niż ktokolwiek powinien, ale mimo wszystko jego zachowanie było niedopuszczalne. Urbinan powinien go ukarać.
To niech – kurka – w końcu ukaże kogoś dla przykładu. Już mnie irytuje kolejna sytuacja, gdzie ktoś się odszczekuje ojcu i uchodzi mu to na sucho. Jak wypada cesarz, który nie umie zapanować nad własnymi dziećmi?

Quintin jest na razie jedynym dzieckiem, do którego czuję sympatię.
Urbinan westchnął. Nie mógł mieć rodziny, o jakiej marzył – pozbawionej barier dworskiego wychowania. Wówczas nie musiałby się obawiać, że pójdą za jego przykładem – przykładem człowieka, który wymordował szóstkę starszych braci, kiedy miłość okazała się nie mieścić pod złotem i klejnotami.
Moim zdaniem nie ma tu żadnych barier, a może raczej mówimy o różnych barierach. Dzieci – większość – nie są blisko z ojcem, nie są nim zżyte, ale jednocześnie nie boją się być bezczelni wobec niego . Nie widać, żeby mieli autorytety poza eee Eklimen. Dopiero Armelia przywraca jakąś wiarę w tę rodzinę. Dworskie wychowanie narzuca inne bariery. Jest odległość – wszem – ale jest też szacunek. A nawet jeśli go nie ma jest hmmm... fasada.
Moim zdaniem cesarz właśnie teraz jest najlepszej drodze do tego, by zostać zgładzonym przez jedno z dzieci.
– Tato – Octavius odwrócił się do ojca – pójdziesz po Armelię?
Syn mu każe – ojcu – CESARZOWI? I cesarz idzie (mało tego, umazany krwią i nawet on widzi podczas ocierania, że coś tu nie gra)? Podczas gdy z opisu księżniczki wynika, że przyszłaby nawet gdyby wysłać sługę. Jak już, to cesarz mógłby wysłać któregoś z synów po siostrę. Wiem, że Twój świat jest fantastyczny, ale nawet w takim świecie cesarz powinien się zachowywać po cesarsku, a nie jak sługa. Znów – jak w scenie w lochach – mam wrażenie, że chciałaś osiągnąć ładny efekt (i w dużej mierze osiągnęłaś, bo – HEJ – to najlepsza scena cesarza w tym tekście), ale skupiać się na celu, trochę zapomniałaś o środkach. Ok, znów się możesz bronić argumentem, że to świat fantasy, ale nawet w świecie fantasy dworski ceremoniał musi podlegać prawom logiki. Z narracji nie wynika, byś wymyśliła jakąś autorską koncepcję państwa, władzy ani filozofii politycznej, więc najpewniej twój twór państwowy był mniej lub bardziej na czymś wzorowany.
Dlatego polecałam przeczytanie jednej czy dwóch powieści historycznych. Nie po to, byś się z niej uczyła faktów, bo nie o to chodzi. Chodzi o to, żebyś zobaczyła, jak życie władców jest przeniesione na eee język literacki. W świecie władców, szczególnie cesarzy, nawet błahe gesty i czyny (nie mówiąc już o ubiorze itp.) mają olbrzymie znaczenie.
A skoro masz awersję do beletrystyki, to polecam https://ksiegarnia.pwn.pl/Potega-rytual ... 060,p.html Skoro historia to Twoje drugie hobby, to pewnie o rytuałach wiesz sporo, ale może tego akurat nie znasz. Polecam szczególnie fragment z Karolem Wielkim i eee bodaj posłami z Bizancjum. Myślę, że Urbinan mógłby się wiele nauczyć.

Kończymy uwagi miłym akcentem, bo ten fragment naprawdę bardzo mi się podoba.
Xarem został złamany w iście niecesarski sposób. Po cichu, wśród grubych murów i złota, które nie mogło naprawić jedynej naprawdę ważnej rzeczy. Urbinan czuł, że w tej historii nie będzie ani powstałego z popiołu chłopca, ani tym bardziej szczęśliwego zakończenia.
To tyle z przykładów. Miałam nadzieję, że przy tylu bohaterach zaserwujesz nam wyrafinowane intrygi i wielu niejednoznacznych bohaterów, którzy mają swoje racje, bo to lubię.
Z całości mam – jak to się mówi? – dysonans poznawczy? Z jednej strony genialne, obrazowe i trafiające do mnie fragmenty z Kruczarzem (zapomniałam napisać, że podobały mi się jego dywagacje na temat Żiry). Z drugiej życie rodzinne cesarza ociera się momentami o karykaturę. Chociażby to zdanie:
Gdyby nie ten dziwny ruch powietrza, usiedli by młodszemu bratu na plecach. Żeby się zadławili tymi ołówkami! Kretyni...
Cesarz jest mało wiarygodny w roli, do jakiej chcesz go dopasować, nawet kilka razy się zastanawiałam, czy nie jest czyjąś marionetką. Jego potomstwo zachowuje się trochę jak dzieci (im więcej o nich czytam, tym z konieczności wzrasta moja sympatia do Kruczarza) w dodatku rozpuszczone. Poza Armelią i tymi, których przedstawiłaś w końcowej scenie – oni kradną całą moją sympatię. Dlatego teraz zapytam szczerze: Było twoim zamiarem osiągnięcie takiego efektu? Pytam serio, bo jeśli tak, to przestanę po prostu punktować i poprzestanę na tym, że przez taki zabieg tekst wydaje mi się nierówny. Kilka kwestii, które byłyby fajne i ciekawe spłycasz i nie dajesz im rozwinąć skrzydeł.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 26 czerwca 2017, 13:42

Zupełnie nie wiem, od czego zacząć... Naprawdę powinnam wrócić do spisywania myśli na bieżąco podczas czytania, bo potem robi się chaos w mojej głowie. Ale niewątpliwie dobrze, że wrzuciłaś większy kawałek tekstu, bo jest się do czego odnieść i z pewnością wiele rzeczy w ogóle nie przyszłoby mi na myśl, gdybym czytała takimi wyrywkami po dwa, trzy kafle. Uwag pozytywnych i jakichś tam zastrzeżeń mam mniej więcej tyle samo, chociaż te drugie pewnie zajmą więcej miejsca, bo jak zwykle będę próbowała rozpaczliwie wytłumaczyć, o co mi chodzi.

Przede wszystkim to, co się chwali, to uczucie, że tekst jest dynamiczny. Nie ma dłużyzn, nie rozckliwiasz się niepotrzebnie. Wykorzystujesz atuty, jakie dale pisanie cyklu opowiadań i nie tracisz miejsca ani czasu na powtórki, a jedynie czasem rzucasz hasła, które wywołują odpowiednie skojarzenia - jak w przypadku Żiry chociażby czy tego nieszczęsnego i nieodżałowanego Iduina. Styl też jest ładny, choć zdarzają Ci się błędy (jak chociażby to ciągłe nieodmienianie "ów", które odmienia się najnormalniej w świecie: owego, owemu, owego, owym, owym) czy inne wpadki głównie właśnie fleksyjne, co może też wynikać z nawarstwienia poprawek. Jest też dość sporo powtórzeń, ale sama dobrze wiesz, że to są drobiazgi, a przy ocenie stylu bardziej liczy się sama umiejętność budowania zgrabnych zdań i planowania akapitów. A w tym aspekcie masz warsztat świetny, choć może miejscami widziałabym ciut więcej waty, więcej porównań, a mniej epitetów, ale to zapewne kwestia gustu. Ja wolę styl odrobinę zakręcony, Ciebie wyraźnie ciągnie ku takiej rzeczowości rodem z Sandersona czy Weeksa - czyli było nie było dobrych i czytanych autorów fantastyki. Więc zapewne kierunek to dobry, a świat nie ma obowiązku pisać pode mnie i mój dość odosobniony gust.

Kwestią sporną pozostają te "współczesne" wtręty typu BHP. Będziesz robić, jak uważasz, ale wyrażam swoje zdanie i ja też ich za bardzo nie lubię. Utrudniają mi wczucie się w świat i zaburzają jego obraz. No ale są popularne, wielu autorów tak robi, choć jedni w sposób bardziej, a inni mniej uzasadniony. U Sapka np. było tego dużo, ale pozorne odniesienia do współczesności motywował konstrukcją świata, gdzie elementy podobne - jak w każdej satyrze - po prostu istniały chociażby w nilfgaardzkiej gospodarce i biurokracji. U niego świat tylko pozornie jest quasiśredniowieczny, a w istocie kryje wolny rynek i całkiem dzisiejsze struktury, a nawet wojskowość i historię wojen. U Ciebie tego nie wyczuwam i te żarciki tak sobie fruwają w próżni, wytrącając mnie z rytmu i klimatu, a w dodatku zaburzają obraz świata, bo jeśli postać z wewnątrz rzuca coś o BHP, to automatycznie zakładam, że ono w tym świecie istnieje, a to mi się nie składa z opisami. No ale - jako rzekłam - kwestia gustu i wyboru autora. Sygnalizuję jedynie swoje zdanie, z którym nie musisz się zgadzać, oraz próbuję je umotywować.

Widzę też, że próbujesz personalizować - narracja wyraźnie się zmienia, gdy przeskakujesz do głowy Urbinana i to jest fajne, ale jednocześnie buduje mi zadziwiający obraz tego człowieka. Takie odnoszę wrażenie, że tam myśleć i wysławiać się mogłaby Krin, ale nie władca imperium i człowiek skazany na ciągłe życie w zagrożeniu - tak wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Sporo w tym potoczności i często jest to ta sama potoczność, która wkrada się w przemyślenia Kruczarza, choć jakby nasilona. Jakby to Twój dystans i ironia do opisywanej sytuacji polityczno-rodzinnej znajdowały ujście właśnie w tej postaci, a przecież kto jak nie on powinien być w nią zanurzony po uszy. Żyje pod ogromną presją, a tak sobie śmieszkuje i w dodatku na jakimś poziomie potoczności, a ja się zastanawiam, jakim cudem to państwo jeszcze funkcjonuje. Pamiętam, że mi się podobał, kiedy wjechał na scenę pierwszy raz. Widziałam zdystansowanego i inteligentnego gościa, choć to, jak odnosiły się do niego kolejne dzieciaki, coraz bardziej podkopywało jego autorytet także w oczach czytelnika. I nie dało się nie zauważyć (tak, wiem, skaczę od wątku do wątku), że niektóre wyrażenia przenikają do innych narracji i wypowiedzi. Bardzo często - moim zdaniem za często - pojawia się np. słowo "gówno" albo porównywanie czegoś do gówna. I występuje niemal u wszystkich, łącznie z narratorami.

Urbinan coraz mniej mnie też przekonywał swoim zachowaniem. Ta scena, w której lata zakrwawiony i szuka swojej córki, bo dzieci mu tak kazały, mnie aż zatrzymała. Zamrugałam kilka razy, bo w normalnej rodzinie wydaje mi się to trudne do wyobrażenia, a co dopiero w rodzinie cesarskiej. Jakbym wcześniej nie zadawała sobie pytań o jego pozycję. No bo też niby zabronił wszystkim rozmów z Kruczarzem, a tu chodzą do niego całe pielgrzymki i nawet zwykły strażnik nie ma oporów, żeby ten rozkaz łamać i ucina sobie pogawędkę z więźniem. I zastanawiam się, jakim cudem Urbinan jeszcze żyje. No bo on ma trzynaścioro dzieci, tak? I parę żon, co oznacza kontakty z paroma rodzinami, z których pewnie każda ma jakieś ambicje. I dzieciaki mają ambicje, ich matki mają ambicje. Może nie wszyscy, ale część na pewno. Tymczasem cesarz wydaje się słaby, pozbawiony autorytetu i aż za łatwy do usunięcia. Po prostu niepoważny - w słowach, w myślach, w zachowaniu. A może to o to chodzi właśnie? Może on jest figurantem, a za jego plecami toczy się jakiś wspólny spisek pozostałych członków rodziny cesarskiej? Co mi jednak nie do końca gra z informacjami o jej skonfliktowaniu (którego nie widać, poza docinkami, ale chwila, oni wszyscy, już przecież w większości dorośli, mają większe możliwości działania, niż plucie jadem), ale też może nie wszyscy uczestniczą w układzie, albo jakoś się maskują i cesarz na to wszystko jest jeszcze ślepy.

Szacun ogromny w ogóle za ogarnięcie tej całej rodzinki. Ta scena, w której przedstawiasz rodzeństwo, no, nie była na 100% naturalna, czego zapewne masz świadomość, ale coś za coś. Była za to czytelna, a w dodatku barwna. Dobrze tu wykorzystałaś pewne stereotypy i typowe zestawy cech, bo dzięki temu czytelnikowi łatwiej się w tym gąszczu poruszać. Oczywiście nie jest tak, że wszystkich pamiętałam z imienia po tej wstawce, ale zostały mi w głowie jakieś obrazy, jakieś konkretne typy, do których z czasem zaczęły dopasowywać się imiona - w miarę ich ponownych użyć. Jedynie trochę mi żal Eklina, bo wydaje się tu jedynym reprezentantem szeroko pojętej wiary i wywołuje powstanie dychotomii, której osobiście nie lubię: głupi fanatycy kontra inteligentni sceptycy. I od razu wiadomo, gdzie powinna się przesunąć sympatia czytelnika, bo Eklin jest przedstawiony jako dość tępy, bezrefleksyjny i niesympatyczny. Nawet tatuś go nie kocha :c W dodatku rozmowa odbyta z Kruczarzem ma za zadanie między innymi naświetlić, jak okrutne i bezsensowne są dogmaty tej religii, oraz ośmieszyć jej jedynego opisanego wyznawcę. Więc moja czytelnicza sympatia, jako że jest krnąbrna, przylgnęła właśnie do niego.

A skoro już o sympatiach mowa, to wiesz, że należę do tej mniejszej części czytelników, którzy Neana nie lubią. Taka już moja przypadłość i chyba się nie nawrócę :bag: Widzę też, że zupełnie inaczej rozumiemy pokazywanie słabości bohatera - ale to Twoje prawo i moje prawo. W każdym razie tu nie widzę słabości Neana, a wręcz przeciwnie. Niby mu źle, niby katar, niby mocz, brud i smród, ale co ktoś przychodzi, to on jest górą. Nawet w dialogu z Ovriną, bo to ona zniża się do przemocy fizycznej doprowadzona do tego niemożnością przegadania Kruczarza. Dla mnie, mimo zamknięcia i sytuacji skrajnej, podbijasz stawkę z Neanem coraz wyżej i wyżej. Kolejne rzeczy nie są w stanie go złamać, kolejne rzeczy, których czytelnik się dowiaduje, tylko go dopakowują. Nawet boi się i cierpi z godnością, oczywiście nikomu tego nie okazując. Miałam pewne nadzieje, kiedy zaczął rozmyślać o Żirze, ale potem się okazało, że i to tak właściwie, a w ogóle to mu nie zależy. Z pewnością też sprzyjają mu reakcje rozmówców. On jest tu gwiazdą - nieodmiennie - a cała atmosfera przytłoczenia zdaje się pryskać, gdy tylko po drugiej stronie krat się ktoś pojawia. Ale potrafię sobie wyobrazić, że ktoś, kto tę postać lubi, będzie kwiczał z uciechy. Ja już czuję, że znowu postawi na swoim.

Tu też miałam taką wątpliwość kompozycyjną. Bo przez moment to właśnie tak wygląda, jakby Kruczarz był panią z dziekanatu i kolejne osoby przychodziły do niego z petycjami. Takie chyba cztery dialogi pod rząd. Sądzę, że miło byłoby je jednak rozbić innymi scenami, niekoniecznie z udziałem Neana. Co jednak nie skasuje wrażenia, że to trochę dziwne, te pielgrzymki. Wyrażałam już swoją wątpliwość w kontekście zakazu Urbinana i jego autorytetu, ale to w ogóle dość dziwne, zważywszy że Nean nie jest jedynym więźniem, a tylko do niego te pielgrzymki chodzą. Jakby książęta nie mieli niczego ciekawszego do roboty. No, jedna Ovrina miała jakiś interes w zajściu.

Wrażenie zrobił na mnie opis dziesiątego z braci i trojaczków. To było dobre, mocne, smutne i zapadające w pamięć. I ładnie motywujące całą tę hecę z uniwersytetem, choć zastanawiam się, jak to wygląda w czasie, skoro Xarem, gdy uciekł, miał piętnaście lat. Zakładam, że do aż takiego rozrostu infrastruktury nie doszło z dnia na dzień, zwłaszcza że nastoletni chłopiec pewnie też potrzebował czasu, żeby w ogóle uniwersytet zorganizować. Do tego nie wystarczy wykopać dziury w ziemi i postawić tabliczki "Witajcie w akademii medycznej" przecież. Do tego trzeba pewnych środków, czegoś, co zachęci uczonych, dofinansowania i tak dalej, i tak dalej. Więc ile to zajęło? Z dziesięć lat? A skoro tak, ile mają teraz starsi bracia Xarema? Tam jest sporo ciąż mnogich, więc nieco mniej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby wychodzić, ale właśnie piszesz o tej rozwiniętej infrastrukturze wokół uczelni, więc jednak daję większy zapas. Tym mocniej dziwi ta ich polityczna bierność i fakt, że wszyscy nadal siedzą na kupie, zamiast w swoich włościach, gdzie mogliby wzmacniać swoją pozycję i budować sieć kontaktów. Chyba że wszyscy oni to naprawdę ciamajdy, ale jak w ogóle ocenić, czy nadają się na władców, skoro niczym nie rządzą?

Jak widać, mam nieco wątpliwości, ale założę się, że część z nich rozwieją kolejne wstawki, bo całkiem możliwe, że czegoś nie ogarnęłam. Bez wątpienia to dziwny dwór, ale może ma to uzasadnienie. Może uzasadnienie mają te pielgrzymki do Neana i wszystko inne. Węszę tu duży udział znalezionej księgi - za chwilę może się okazać, że ktoś zajmujący się czarną magią, jest tu bardzo potrzebny. Ostrzę też sobie zęby na Septurina, bo skojarzyło mi się to, co się z nim dzieje, z matką Neana. Nom, czekam cierpliwie :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ