Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Lód z płomieni

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 31 lipca 2017, 12:48

Ostatnia wstawka sprawiła, że szczerze zatęskniłam za poprzednimi częściami Kruczarza, bo jednak mimo było przeczytać coś o zwartej strukturze. Tymczasem "Lód z płomieni" ciągnie się i ciągnie i mam wrażenie, że jakakolwiek fabuła dawno utonęła w zalewie kolejnych dialogów i bólów głównego bohatera. Zaczynam czuć się zmęczona tym tekstem i zniechęcona, bo co prawda tu i tam dostaję czasem jakieś smaczki (jak historia trzymających się razem braci, jednego bez oczu, drugiego bez języka albo coś o przeszłości Kruczarza albo ucieczka w płomieniach), ogólnie jednak moje zainteresowanie kolejnymi rozmowami, które do niczego nie prowadzą spada.

Wstęp do tej części... taki trochę jarmarczny. Jakby cały ten dwór, cesarz i jego dzieci to były małpy, które ludzie przychodzą oglądać, bo to jakie śmieszne i ciekawe, jak się kupą odrzucają. Brakuje mi jakiejś powagi, przejęcia. Mam wrażenie, że powinnaś napisać inaczej ten wstęp, nie tak lekko, z jajem, tylko właśnie na poważnie.
maskować zdenerwowanie za maską gniewu
Powtórzenie.
I to szybko, bo nie będę czekał ani sekundy.
Urbinan oczywiście poczekał, udając, że wcale tego nie robi, a Septirun bębniący palcami o stół doprowadzał go do szału. Musiał mieć pierścień na palcu, bo dało się słyszeć uderzający metal.
Naprawdę trudno kogokolwiek tu traktować serio.
wyzywająco jak jej zanadto uczony brat.
Czemu bycie uczonym jest wyzywające?
doniósł mu Octavius. Mały złodziejaszek do więzienia zaszedł najpewniej w poszukiwaniu łupu.
To, że królewski syn chadza do lochów okradać więźniów to dla mnie za duży mindfuck. Czemu na tym dworze nie ma jakichś nauczycieli, jakiejś etykiety, zasad, czegokolwiek. W ogóle z czego można okradać tych już obdartych więźniów????
Wiatr wpadał przez uchylone okno, szarpiąc jedwabne zasłony, w ogrodzie służący przestawiali stoły i krzesła, tresowany kot Septiruna energicznie wylizywał sobie tylną łapę, mlaszcząc nieprzyjemnie.
Te rzeczy na początku to dźwięki, więc owszem, zebrani mogli je słyszeć i mogły one wpływać na atmosferę w pomieszczeniu, choć dotyczyły innego miejsca. Ale już żeby zobaczyć kota musimy się przenieść do ogrodu, bo wątpię, żeby lizał się aż tak głośno, żeby go przez okno słyszeli. A przecież wcale się do ogrodu nie wybieramy, narada w komnacie trwa dalej. Więc ten kot nijak tu nie pasuje, to wtrącenie z zupełnie innej bajki.
– Wyrywacie sobie z gardeł ludzi. Wystarczyło, że wskazałem wam Kruczarza jako cel, żebym wywołał wojnę.
Nie mam pojęcia, o czym mowa. Albo coś przegapiłam, albo zdążyłam już zapomnieć.
który syn jest czyi.
Hmmm, a nie „czyj”?
– Chciałbym także, aby Centerille zaczęła udzielać wam lekcji dworskiej etykiety. Spróbujcie ją obrazić, a wyślę was razem z Ceranem.
RYCHŁO W CZAS.
– Będziesz mną kupczyć jak dziwką! – wrzasnęła Ovrina tak głośno, aż wszyscy odchylili się do tyłu. – I to jeszcze za co! Za Agor! Agor to jest kurwa jedno miasta i kawałek plaży! Nawet kurwa nie plaży! Skały!
Aż jej od gramatyki urwało z przejęcia. I o ile oczywiście takie wypowiedzi może pasują do charakteru Ovriny to nie bardzo pasują do realiów świata. Przecież to normalne, że księżniczki wydaje się za losowych ludzi, bo tak jest wygodnie politycznie. Rozumiem, że może ją to oburzać, bo marzy jej się coś innego, ale nie rozumiem porównania do "kupczenia dziwką". Przecież to co robi jej ojciec jest całkowicie normalne, więc powinna się raczej oburzać na tradycję, a nie czuć, że zostaje sprowadzona do roli "dziwki". To drugie raczej gdyby chciał, żeby kogoś dla korzyści politycznych uwiodła bez ślubu.
trzask zatrzaśniętych
Masło maślane.


To co mnie jednak najbardziej w tej scenie wkurza, to że Urbinan spytał Ovrinę, co ona odstawia z Kruczarzem, po czym wątek ten nagle się urywa, nic z tego nie wynika, ani Urbinan nie wyciąga żadnych konsekwencji, ani Ovrina się tak naprawdę nie tłumaczy, ot, rozeszło się po kościach. Po co w ogóle się ta rozmowa odbyła, skoro nic z niej nie wynikło?

Po drugie – Octavius przyznaje, że oddał latarnię Kruczarzowi. To tłumaczy, skąd Nean ją miał, co nie zmienia faktu, że jest super leniwe. I dziwne. Książę kradnie lampę więźnia, a potem mu ją oddaje... co to ma być? Wiemy, że zrobił to tylko dlatego, żeby fabularnie było wygodnie, bo Nean musi mieć znów Żirę. Leniwe, no leniwe pisanie po prostu.

Kolejna rzecz to postawa tych wszystkich ludzi. Jak oni głęboko mnie wkurzają. Wszyscy. Są beznadziejni. Niech ktoś wyrżnie tę całą dynastię i posadzi wnuczkę na tronie, pewnie w wieku trzech lat ma więcej punktów IQ nic cała reszta razem wzięta. Najpierw narzekają, ze ojciec ich niańczy, nie daje im żadnej władzy, nie ufa im. Ale kiedy ojciec przydziela im w końcu zadania, dzieli się obowiązkami, to płacz i zgrzytanie zębami, że ja nie chcę. No kurde co to ma być. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że czytam nie o rodzinie cesarskiej tylko o klasie w podstawówce, gdzie dzieciaki najpierw marudzą, że nie mają żadnych dodatkowych zajęć poza zakuwaniem z książki, ale jak nauczyciel przydziela im role w szkolnym teatrzyku to nagle dochodzą do wniosku, że wcale nie chciały niczego robić.

Niekompetencja tej rodziny mnie zabija. Urbinan ma naprawdę beznadziejne geny, skoro nawet jednego z jego stu pięćdziesięciu dzieci nie udało się przyuczyć do jakiejkolwiek sensownej roli ambasadora/następcy/czegokolwiek. Ja rozumiem, że zawsze trafi się beznadziejne dziecko, ale nie kiedy masz ich niekończące się zastępy!


Czyli wciąż miał dłonie – dobrze, że trafił właśnie na czarodzieja ze Srebrnego Potoku, biorąc pod uwagę, co z nimi robił
Zrozumiałam, że robił coś z czarodziejami ze Srebrnego Potoku.
Dać kocyk, maleństwo?
To maleństwo tak nie wiadomo skąd się wzięło.
gdy Arien upewnił się już, że będzie żył, zalała go fala frustracji.
Yyy, więc Arien go ratuje, ale gdy udaje mu się go uratować, to jest tym sfrustrowany? To po co mu pomaga?
To się uniosłeś jak gówno w przerębli.
Myśl bystra niczym woda w klozecie.
Poza tym powiedzonko idzie inaczej, gówno w przerębli się kręci a nie unosi. ;)

Gdzieś w tych okolicach bohaterowie też zaczynają marudzić a ja naprawdę mam dość tego ciągłego marudzenia w tym tekście.
kogoś, kto mógłby tu wpaść i kazać wychłostać wszystkich, nie podając powodu ani nie pytając o nazwisko.
zaskakując książątko lekceważeniem.
Mam wrażenie, że im dalej w tekst, tym narrator staje się coraz mniej obiektywny i zaczyna wszystkim złośliwie dogadywać.
wpadł na księcia i odepchnął go rozeźlony.
A ten książę zupełnie się nie przejmuje, że wszyscy go lekceważą i popychają. Aha.
– A jeśli umówilibyśmy się, że powiem ci dopiero, kiedy już wyjdziesz i nie będziesz miał wyboru?
Czy. Ktoś. Mógłby. Zacząć. Mówić. Konkretami.
– Nie. To znaczy, że do ciebie należy pomysł, a wykona to człowiek, którego przyślę.
Aha. Czyli w grunice rzeczy książę nie potrzebuje Kruczarza, bo ktoś inny też mógłby opracować plan. A może nawet dwa w jednym: opracować i wykonać.
Czyli Quintin najpewniej jeszcze nie wiedział i zamierzał przysłać mu pierwszego czarodzieja, który się na to zgodzi. Na zdradę cesarza, bo z tym będzie problem. Każdy chciałby przecież posiąść wiedzę człowieka, który jednym zaklęciem unicestwił armię.
Te zdania się ze sobą nie kleją.
otwierały oczy z cichym warczeniem.
Oczy warczą? :D
– Czego chcesz?
– Jak mówią, medyk wzbudzający gniew, to martwy medyk. Może uprzejmiej?
– Co cię do mnie sprowadza, najmilsza siostro? – wycedził książę.
– Siostrzana miłość?
Sraty pierdaty niech oni w końcu przestaną gadać! ≤- lol, taką mam notatkę w tym miejscu. Która chyba dobrze pokazuje jak zmęczył mnie ten tekst.
Zapewne, tak samo jak Kruczarz, zdawał sobie sprawę z zagrożeń niesionych przez umyte jedynie wodą narzędzia.
Hm, nie spodziewałam się, że mają aż tak rozwiniętą medycynę.
– Nie zamierzam ci wierzyć – odparła delikatna żołnierz. – Mogłeś być cesarzem, ogniem rozlewającym się po ziemiach wrogów. Ale jesteś kawałkiem lodu. Zimą bezpłodną i suchszą od lata.
A to brzmi nie jakby to Ovrina mówiła, tylko jakby Nean dostał majaków i zaczął sobie wyobrażać, co ona mówiła.
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kanterial » 01 sierpnia 2017, 19:06

Ciężko mi pisać ten komentarz.

I muszę, muszę zacząć od tego, co mnie najmocniej rozwściecza w trakcie czytania XD Jest to słowo "przerębla". Nie ma czegoś takiego jak przerębla, jest przerębel. Rodzaj męski. Stąd - można wpaść do przerębla. Wykąpać się w przeręblu. Wykuć przerębel w lodzie. I, niech już będzie, unieść się jak gówno w przeręblu. A wściekam się, bo jestem prawie pewna, że już kiedyś ci to pisałam. Czy to w innym tekście, czy to w Sztambuchu. A może pisałam to komuś innemu, wtedy przepraszam. Kruca fuks, w ostatniej wstawce tych "przerębli" było multum i już nie mogłam wytrzymać, naprawdę XDDD
I to nieszczęsne "ów", którego nie odmieniasz. Kili ci o tym napisała.
Ja w ogóle bardzo, bardzo się nie zgadzam na wprowadzanie poprawek wyłącznie w swojej kopii tekstu. O ile poprawki wprowadzasz. W sensie wiesz - uważam, że po to jest opcja "edytuj post", by z niej korzystać, bo to jest nie fair wobec mnie, że ja widzę te same literówki, które jakaś osoba miesiąc wcześniej ci wypisała. Czemu tak? Przez to każdy kolejny czytelnik się natnie. I wiem, że nie masz wcale obowiązku reagowania na każdą sugestię czytelniczą, ale naprawdę, błędy-błędy, literówki, uzasadnione rzeczy warto poprawić. Ja poprawiam, bo to jest dla mnie wyraz szacunku dla forumowiczów. I ciebie zachęcam, choć wiem, że większość użytkowników tego nie robi.

Przepraszam, że zaczęłam komentarz serią zarzutów :facepalm:

Jedziemy z właściwym komentarzem: nie chcę dobijać gwoździ i powielać różnych uwag swoich przedmówców. Nie chcę też cytować miejsc, w których według mnie jest coś nie tak. Dlatego może wysunę swoją interpretację problemu i spróbuję ci przekazać to, co widzę jako złe posunięcia w trakcie pisania. Bo ogólnie Kruczarz pozostaje Kruczarzem - a ja Kruczarza lubię. To znaczy ten tekst, tę serię, to uniwersum i tę postać. Sądzę jedynie, że najnowsza część cyklu była swego rodzaju eksperymentem - wypłynęłaś na nieznane wody (he he czarne wody heh egehe jezu kanterial ty śmieszku) - i ten eksperyment cię miejscami przerósł. Tam, gdzie próbowałaś sobie z tym poradzić, nie do końca wiedząc jak, czytelnicy widzą potknięcia i niedoskonałości. Wychodzą różne poboczne niefajności, których można się czepić. Ale, jak pisałam, upatruję źródła wszystkich problemów w tej jednej rzeczy, że próbujesz czegoś nowego. A trzeba próbować i trzeba samego siebie pokonywać i wyprzedzać. Ja wolę ten tekst - pełen nieumiejętności miejscami - niż kolejną część starego Kruczarza poprowadzoną oklepanym schematem lub czymś, co opanowałaś wcześniej.

Co więc jest tym "nowym", co cię tak przerasta i generuje problemy? Wydaje mi się, że:
a) ilość ważnych postaci w tekście i rozstrzał wiekowy tych postaci + dodatkowa trudność o nazwie "więzy krwi"
b) emocje, ich geneza i co za tym idzie relacje międzyludzkie,
c) seksualność (nie tylko Neana)

To może zabrzmieć źle, choć nie powinno - myślę, że osoba w twoim wieku siłą rzeczy ma jeszcze jakieś minimalne braki w pełnym obrazie życia dorosłego człowieka. W kwestiach nie tylko związanych ze sferą erotyczną, ale też codzienną, emocjonalną. Taką naprawdę rutynową. I tak wykraczasz w tej sferze poza typowych ludzi poniżej dwudziestki (w mojej opinii) i patrzysz na wiele spraw dojrzalej, głębiej. Przynajmniej kiedy piszesz. Możliwe, że nie napisałabym niczego związanego z twoim wiekiem, gdybym go nie znała, w końcu wielokrotnie już czytałam teksty ludzi po trzydziestce, którzy brzmieli tak niedorzecznie lub dziecinnie, że głowa mała > . <. Ale jednak! Jednak znam twój wiek, stąd moje podejrzenia. Nie do końca sobie uświadamiałam wcześniej, co takiego niepokoi mnie w cesarzu. Teraz już wiem. On dla mnie nie jest ojcem tych dzieciaków, mężczyzną starszym i doświadczonym. Jego myśli, to, jak brzmią i jaki obraz przedstawiają - jest tak, jakbym czytała o czternastym synu. Tylko takim bardziej. Takim ważniejszym. Sam Nean, choć może mieć, strzelam, koło 30 lat (?), zdążył tak mnie przyzwyczaić do wnętrza swojej głowy, że już nie umiem obiektywnie ocenić, czy jest wiarygodny. Myślę, że jest. Że ta składowa młoda w narracji jest już poniekąd jego częścią, charakterem.
Ta składowa jednak wychodzi w pełnej krasie, gdy rzucasz się na głęboką wodę i wyjeżdżasz z 15 postaciami drugoplanowymi-ale-ważnymi.
Przestaje być domeną Kruczarza ta porywczość chwilowa, przestaje być nią niezdecydowanie, łatwość w zmianach nastroju. Nieco cyniczna ocena świata w około, jakby wieczna zabawa z innymi. Jakby życie było grą.
I to widać dlatego, że i cesarz i jego dzieci dzielą te cechy. Są niestali. Każde ma (niby) jakiś swój cel, swoje motywacje i swoje przekonania, ale to trochę niknie w komediowych scenach rozgadanej rodzinki, w głównym (nie zapominajmy!) wątku czarownika Neana z Czarnej Wody i w ogromnej (zdawałoby się) przestrzeni pałacu/ogrodów/korytarzy, sprowadzonej do bardzo wąskich obrazowo scen, gdzie naraz występuje zwykle co najmniej połowa cesarskiego rodu.
Nie twierdzę, że postacie są płaskie. Nie są. Oj nie, wręcz przeciwnie, zresztą pisałam ci to już wtedy, dawno, kiedy mailowałyśmy w sprawie pierwszej wersji drugiego rozdziału. Stworzyłaś pełen wachlarz świetnych charakterów, na tyle zarysowanych, by przekonywały i na tyle niedopowiedzianych, by można było z ciekawością czekać ich decyzji. Są wiarygodni. Nawet cesarz ma coś swojego, coś własnego. Ale to po prostu za dużo. Za dużo jak na pierwszy raz. Nie możesz tych postaci ogarnąć tak zupełnie i totalnie, bo wcześniej (tak ja to widzę) prowadziłaś narrację jedynie Neanem. Jego perspektywa w tej serii to właściwie rzecz stała i niezmienna - chyba że zdarzył się fragment z perspektywy osoby dla niego ważnej (Żira/Ren itd) lub kogoś przez chwilę, wroga/głupca, kto w historii o Neanie musi odegrać rolę, zawrzeć pakt, porozmawiać, zginąć, zostać oszukanym.
Tutaj postacie nie mają tego jednego celu. Piętnastka dzieciaków jest wprowadzona nie tylko po to, by wymienić z Neanem wątki fabularne, oni mają też swoje własne, osobne wejście. Są sceny rozbudowane na tyle, by wnioskować, że masz właściwie dwa wątki - cesarzowy i Neanowy. A że już od początku się łączą, cóż, taki plan fabuły. I właśnie dlatego, myślę, tak wiele jest do czepiania się. Ja, pisząc kiedyś fantasy i porywając się na dużą ilość postaci, wiedziałam, że nie dam rady. Dlatego nie próbowałam, jak ty, ogarniać tych wszystkich postaci narracją ogólną, trzecioosobową z jednym/dwoma obiektami, w które się wcielę. Od razu ustaliłam, że co najmniej połowa stworzonych bohaterów dostanie swoją własną perspektywę. Myślę, że to by tu wypaliło. Że "oczami" czytelnika powinien być nie tylko Nean i chwilami cesarz. Że swoją działkę w narracji powinni dostać po równo jeszcze jacyś dwaj synowie. Co najmniej. Albo córka. Żeby to się dało w ogóle pisać.
Dalej, pisałam, że problemem są emocje. Nie chodzi o to, że ich nie czujesz albo że są nietrafione. Raczej takie... zbyt często niedojrzałe. To w sumie łączy się z tym, co pisałam wyżej. Wszyscy bohaterowie dzielą pewną dozę naiwności, jakąś taką delikatną młodość w sposobie myślenia, często wtedy, gdy posługujesz się humorem w tekście. Emocje wtedy robią się płaskie i zaczynają służyć fabule.
A seksualność, bo ją też wymieniłam jako powód trudności, będzie mi ciężko opisać. To znaczy rozgryźć, w czym tkwi problem. Podejrzewam, że (bo wcześniej mało się odnosiłaś do tej sfery, prawie wcale) w tej części Kruczarza postanowiłaś, że będzie no to ma być, no to jest. Ale jednocześnie jakbyś nie była do końca przekonana. Jest tutaj rozdarcie, wiadomo, że ciężko się o tym pisze, że może chodzi o twój wstyd, może o brak koncepcji, jak ubrać pewne rzeczy w słowa. No ale jednak jest ta księżniczka i jest paskudna scena takiej poniżającej przemocy na Neanie (choć nie wiadomo właściwie co się dzieje szczerze mówiąc) a potem wręcz próby gwałtu (?) (bo też w sumie nie mam pewności). No właśnie. Niczego nie widać. Nagle już nie jesteś taka dosadna i rzeczowa, jak choćby chwilę wcześniej, gdy Nean ma twarz w rzygowinach lub testuje się środek żrący na jego palcach. Nagle przestajesz operować szczegółami, znika anatomia, rzut kamery na sufit, trochę emocji, jakbyś zasłaniała twarz jedną ręką, pisząc, bo to taka scena, fuj. I mi to nie gra. I irytuje mnie, że tak naprawdę się tylko domyślam, o co kaman, a wprost wcale nie jest napisane. A w tle jeszcze wspominki związane z tematem i też dość mętne (czyżby był wykorzystywany przez te kobiety z rodziny?). Dlatego wnioskuję, że nie byłaś gotowa i że sama ze sobą nie ustaliłaś, co chcesz osiągnąć i czym.

A teraz koniec zrzędzenia. Mimo technicznych błędów (błagam, popraw literówki i zacznij odmieniać ów) i mimo dość nieporadnego poruszania się na nowym terenie, uważam, że dobrze sobie radzisz. Dla mnie ten tekst to jakby przejście o stopień wyżej w twoim pisaniu. I są postępy i jest chęć na więcej, jest wyraźnie potrzeba wyjścia z dawnego schematu. To doceniam. Że nie od razu będzie epicko - wiadomo. Dlatego nie przejmuj się krytyką (aż tak) nie nienawidź tego tekstu i nie gardź nim. Nadal masz więcej czytelników niż większość z nas, pamiętaj o tym, nadal przyciągasz uwagę, zaciekawiasz fabułą, kusisz postacią Neana. Choćby i go nikt nie lubił, choćby nikt nie darzył sympatią, to jest postać stworzona niemal w pełni, całkiem twoja i uważam, że wspaniała. Ze wszystkimi słabościami i denerwującymi cechami. Widać go tu w wielu nowych odsłonach i czuję, że ty sama zaczynasz szukać rys w jego charakterze, może powoli oswajasz się z jego słabościami. Podoba mi się to, że szukasz fizyczności w opisach, choć zwykle są to wyłącznie te opisy z celi, te brudne, śmierdzące, poniżające. Działają raz lepiej raz gorzej, ale to trudna rzecz i fajnie, że w ogóle osiągasz efekt obrazowości, umiesz przekonać, jak bardzo Kruczarz ma źle, ile go kosztuje pobyt w celi. Lubię. Lubię też ciekawe badanie gruntu w relacjach z kobietami. Lubię wreszcie odsłonięty skrawek historii Żiry i oczywiście całą tę niepojętą relację między nią a Neanem. Tak tęsknił... a potem chamski jak zawsze udawał, że nie docenia jej obecności, by wreszcie okazać jej nieco ludzkich uczuć. "Uciekniemy razem" mnie urzekło. Czekam bardzo na to, jak rozwiniesz fabułę, jak zapleciesz wątki i czy naprawdę wykorzystasz potencjał tej zgrai cesarskich potomków. Jest w czym przebierać. Jest czym grać. Stworzyłaś dobrą talię a to - uważam - jest 50% sukcesu. Możesz jeszcze nie grać po mistrzowsku w karty, ale podwaliny masz. Chwalę cię.


przepraszam za chaos. będę czytać.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 03 sierpnia 2017, 15:48

Ślurpnęłam ciągiem wszystkie zaległości, jakie miałam. Więc komć będzie bardziej ogólny niż poprzednie i - ta-dam! - zacznę od tego, co mi się szalenie podobało :D A jest to bez wątpienia background Neana. To, że urodził się jako chłopiec w rodzinie, w której nie miało prawa się to zdarzyć i się nie zdarzało - to też bardzo dobrze, że nie poszłaś w stronę mordowania męskich potomków, tylko właśnie tę na razie niewytłumaczalną niemożność, w taką magiczność świata i okoliczności. To zdecydowanie ciekawsze rozwiązanie, nie wspominając już o tym, jak podbija klimat. Fajne, naprawdę fajne i daje spore możliwości dla Neana jako postaci - dla wewnętrznych konfliktów, konstruowania samego siebie, rozumienia otaczającego go świata. Jednocześnie trochę mi szkoda, że poszłaś w przemoc seksualną, ale też szanuję Twój wybór. Taki miałaś pomysł i już. Myślę jednak, że skoro Pani Płomieni i jej córki nie miały oporów przed kazirodztwem, dość naturalne wydaje się powstawanie w takich warunkach raczej relacji lesbijskich. No ale to inny temat, inny tok rozumowania, Ty masz swoje kredki i namalowałaś to tak. Być może będzie Ci do czegoś potrzebne, a ja jeszcze o tym nie wiem. Jedynie piszę z perspektywy czytelnika z obecną wiedzą o postaci, która jest mocno przepakowana (nie pod względem mocy akurat, tylko elementów, jakie się na nią składają), a takie wydarzenie z przeszłości z pewnością dołoży poważne konsekwencje. I nie wiem, czy jeden bohater to udźwignie. A także piszę z perspektywy osoby, która raz jeden odważyła się napisać scenę przemocy seksualnej - nieporównywalną zresztą z, o ile dobrze zrozumiałam, wielokrotnym a może i zbiorowym kazirodczym gwałtem - i stwierdziła, że prawdopodobnie nigdy więcej.

Wracając do Neana jako chłopca, który nie miał prawa się urodzić, to jeden z tych pomysłów, które sprawiają, że tak lubię Twoją wyobraźnię. Możesz uważać, że za drobiazgi i rzeczy mało istotne, bo pamiętam, jak machnęłaś ręką i zbagatelizowałaś, kiedy chwaliłam boginię o Dwóch Głosach (nie przekręciłam?), sceny z nią, kultem, z Żirą. Twoja magia jest po prostu bardzo plastyczna, bardzo klimatyczna i jako czytelnika urzeka mnie na tyle, że wcale się nie zastanawiam nad ewentualnymi dziurami w jej funkcjonowaniu i łykam wszystko, jak mi podasz.

Podobał mi się też ten moment, w którym Septurin bębni palcami w stół i słychać metal. Ładnie zagrałaś tym szczegółem, tym, że cesarz sobie dopisał do tego racjonalne wyjaśnienie. I zauważyłam, zapamiętałam, spodziewam, że przypomni mi się w odpowiednim momencie.

I jeszcze Żira, z tych naprawdę fajnych rzeczy. Podoba mi się, że nie schodzi z tonu. To, czego się czasem obawiam, to to, że pchniesz ją w relację romantyczną z Neanem, bo tego bym z powodu przyczyn nie kupiła, ale póki co trzyma fajny dystans, może być sobie tylko latarnią, a jest - według mnie - najbarwniejszą postacią z tej bandy.

Zarzutów nie będę powtarzać - pod 3/4 mogłabym się podpisać, inne uważam, że są ciut na wyrost, ale to Ty jesteś autorką i to twoje prawo, żeby sobie rozgraniczyć po swojemu i wybrać, nad czym chcesz pracować i osiągnąć.

Podczas tej lektury dotarły do mnie jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze to, jak potrzebne jest to opowiadanie przede wszystkim Tobie. Jako eksperyment i wypłynięcie na szerokie wody, owszem, ale o tym znajdziesz sporo w komentarzu Kanterial, o tym też parokrotnie rozmawiałyśmy na SB. Ale to też takie rozłożenie Neana na stole operacyjnym i pod lupą. Odnoszę wrażenie, że teraz się go naprawdę uczysz. Odbijasz go od różnych sytuacji, rożnych osobowości, patrzysz, jak się zachowa. Jednocześnie piszesz sporo o jego przeszłości i położeniu, a to wymusza szukanie luk i odpowiedzi, rozszerzanie wizji. Nean po Lodzie z płomieni nie będzie już tym samym Neanem - ani dla czytelnika, ani tym bardziej dla ciebie. Będzie znacznie pełniejszy, bardziej samodzielny. W sumie o tym też pisała Kan, wspominała, że poznajesz jego słabości i się z nimi oswajasz, ale ja sądzę, że to idzie jeszcze szerzej, jeszcze dalej. Zresztą to widać nawet w samej akcji. W pozbawieniu go ochrony z płaszcza, w tym, że nie nazywa siebie już Kruczarzem. Wielu autorów nie przekracza tej granicy ze swoimi głównymi bohaterami nigdy. Ty poczułaś tę potrzebę i to jest świetne.

Drugą rzeczą, jaka do mnie dotarła, jest sposób skonstruowania tego opowiadania. To takie akcja-reakcja. Impuls-ustosunkowanie się. I bohaterowie, a zwłaszcza Nean, też tak funkcjonują. I może trochę stąd wynikają pewne zgrzyty? Te miejsca, gdzie wydaje się, że coś wypadło z kolein? Kiedy postaci napędzane histerią wpadają w mentalną ścianę? Bo oni bardzo często reagują tak, jak podpowiada Ci instynkt. Dlatego właśnie kiedyś tam wspominałam o korzystaniu z pseudotestów do tworzenia bohaterów. Nie po to, żeby sztywno trzymać się uzyskanych wyników jako prawdy objawionej, a po to, by uczyć się, jak różnie mogą reagować ludzie, jak niepojęte z mojego czy Twojego punktu widzenia rzeczy mogą ich motywować, i jak to wszystko na siebie wpływa w takim wyidealizowanym modelu. Stworzyłaś ciekawą paletę postaci, żeby się tym pobawić i spróbować zrozumieć przynajmniej niektórych tak, jak próbujesz zrozumieć Neana.

Odwagi, jeszcze nam pokażesz ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 04 sierpnia 2017, 23:48

XII
Gdy człowiek nie spał, noce napływały do wnętrza celi, jak cisza napływa do wnętrza grobowców.
Miałam rozkminę nad tym zdaniem :facepalm: Ale to świadczy tylko o mojej chorej wyobraźni. To "napływa" mi nie pasuje, bo sugeruje ruch. A jeśli w grobowcu bylby cisza a nie szmery robaczków, myszy czy rozpaczającej wdowy to cisza bardziej by "zelagła, spowiła" (takie bardziej z bezruchem kojarzone słowa, bo cisza w gobowcu z bezruchu chyba wynika, jeśli jest)... Ale nie przejmuj się to ja po prsotu mam takie rozkminy, bo gorąco i po 8h pracy na kompie jestem x|
Nie patrzył jak sobie radzi. Obserwował jej zmarszczone w skupieniu czoło, starannie zaplecione włosy – tak aby nie opadały na oczy. Kiedy on przejmował się delikatnym dotykiem księżniczki, który niemal boleśnie zdawał się naruszać sferę jego prywatności, ona za nic miała dotyk dziesięć lat starszego mężczyzny, brudnego więźnia, mordercy.
Niby poprzednio Nean tez zwrócił na Armelię uwagę, ale po tej obietnicy złozonej Żirze zastanawiam się teraz czy to Armelia będzie jej nową nosicielką, czy Ovrina?

W cudowny sposób (dłońmi Septiruna) wróciła do Neana Żira, dzięki Armelii wrócił pierścień, a teraz czekam na ten leczacy medalion od Ariena z wężem. Może dostanie go od samego cesarza? =.=
Zajęły się jego ubrania, włosy, brodę... Płonęło wszystko z wyjątkiem lodowato zimnej skóry.
I tak Nean został łysy...

Początek tego rozdiału sugeruje, że Nean zdrowieje. Lepiej mu się myśli, trzeźwiej.
SpoilerShow
Jednak Nean czuwał, odsuwając od siebie zmęczenie i chorobę.
Bowiem, gdy człowiek nie spał, a cała późnowieczorna wrzawa wreszcie przebrzmiewała, myśli zaczynały biec szybciej, oczy dostrzegały więcej, uszy słyszały każdy krok i każde zgrzytnięcie klucza w zamku. Nawet pochodnie nie miały prawa zgasnąć bez jego wiedzy.
Nean pół czuwał, pół medytował. Teraz, gdy mógł zabijać godziny i dnie rozmową, nabył cierpliwość lodowego głazu rzuconego w środek Białej Równiny i oczekującego aż lato odkryje w nim ołtarz zapomnianych bogów. Noc była jego porą, ciemności jego sprzymierzeńcem, a zimny wiatr sposobem na życie. Mógł czekać.
Jest jakaś nadzieja, że się pozberał i spróbuje uciekać/wydostać się z więzienia.
I niby to dotajemy. Ale w pewnej chwili wszystkie siły znowu go opuszczają, a po trzeźwości nie pozostaje nawet ślad. Zwyczajnie ma szczęście, że strażnik się lituje. Wszystko, co robi i myśli potem Nean jest paskudne. ani przez chwilę nie wzbudzał mojego współczucia w tym więzieniu, nawet gdy Ovrina naprawdę mocno go sponiewierała. Dlatego ta jego wściekłość i nienawiść, to "pomorduję wszystkich" mnie od niego odstręcza. Są bohaterowie, którym współczując, rozumiałabym ich pretensje i złość. Czasami nawet bym dopingowała w zemście na "wszystkich". Tu nie ma tej sympatii. Pomimo tego, że ja nawet lubię Neana jako postać to jedyne o czym mogłam myśleć to "idioto, słuchaj Żiry". Wszystko czym oberwał w więzieniu było tym na co zasłużył. Kiedy czarodzieje zdjęli go na końcu też. "No i się doigrałeś, stary". Tyle.
Chociaż scena ucieczki wreszcie wnosi powiew "życia", bo sceny pielgrzymek i gadania były już męczące. Jak czytałam ją za pierwszym razem czytało mi się dobrze. Przez tą zmianę pewnie. Teraz czytałam drugi raz i już coś mi w niej nie pasowało. Niestety nie jestem specjalistką od składni, podmiotów i innych spraw, więc nie będę w stanie powiedzić co >.<

XIII
– Żarty się skończyły – wycedził Urbinan w progu Sali Narad.
Urbi czyli ty do tej pory, cwaniaku, tylko udawałeś takiego malowanego cesarzynę? Żartownisiu xD
Wieść o egzekucji cesarskiego ministra, który śmiał publicznie obrazić swego władcę żartem, że gdyby cesarz chciał być konsekwentny, musiałby pomordować także wszystkich swoich trzynastu synów, jak wcześniej uczynił to z sześcioma braćmi.
Tak sobie pomyślałam tutaj, że jaki ojciec taki syn i Urind do tatusia jednak podobny.
Urbinan oczywiście poczekał, udając, że wcale tego nie robi, a Septirun bębniący palcami o stół doprowadzał go do szału. Musiał mieć pierścień na palcu, bo dało się słyszeć uderzający metal.
Znowu ptzypomina mi się ta moja teoria o opętaniu (ale wtedy to chyba Octavius?)... Po tym zdaniu Septirun nabrał czegoś takiego tak jakby miał coś w sobie z Neana... Czyżby to była moc Białej Równiny? Która ma wpływ i na jednego i drugiego? Albo... nie wiem. Nie ważne, bo się pogrązę, ale domysłów mam tysiące xD
Mały złodziejaszek do więzienia zaszedł najpewniej w poszukiwaniu łupu. Szyję zdobił mu teraz srebrny kruk ściskający w szponach klejnot. Wyglądał groźnie.
A pamiętałam, że za chwilę gdzieś ten medalion wypłynie xD I tak jak zadała, któraś pytanie: po co chodzić kraść do więzienia? I czy rzeczy należące do czarowników/czarnoksiężników/nekromantów, czyli ogółem zła wcielonego nie powinny być zabezpieczone? Nie ogarnął nikt, że mogą być... bo ja wiem... PRZEKLĘTE? I złodziejaszek złodziejaszkiem, ale skoro dzieciak może wejść sobie do więzienia i wynieść z niego co chce to nie świadczy to dobrze o strażnikach. A skoro tak to jakim cudem co 5 min nie wybuchają tam rewolty więźniów? >.<
– Upadki z wysoka bywają bolesne – szepnął Septirun.
Ba! Wiadomo! Jest Nean, jest impreza... tfu! pech się znaczy.
Na twarzy cesarz rozpoznawał nową szramę – jego syn znów się bił.
Rozumiem to zdanie, ale przy szybkim czytaniu to cesarz miał szramę na twarzy ^^; Zmieniłabym kolejność.
– Zgodnie z życzeniem od dziś koniec traktowania was jak dzieci. Po pierwsze, Arzim Navidarski szuka męża dla swojej jedynej córki. – Cesarz odwrócił się do najstarszego syna. – Dlatego z chęcią zezwolę na małżeństwo Primona i Ereziny Navidarskiej, by zakończyć problemy, jakie nieustannie wiążą się z tymi ziemiami. (...)– Każdą skargę wykorzystujesz przeciwko nam! Wyślesz mnie na rubieże, żeniąc z półślepą księżniczką upadłego królestwa, bo odważyłem się wypowiedzieć swoje myśli głośno?
Myśl jaka mi przyszła do głowy - jak to możliwe, że pierworodny Urbiego nie jest jeszcze z nikim zaręczony? W monarchiach takie rzeczy zazwyczaj załatwiało się wcześnie. Czasami jeszcze nawet przed narodzinami potomków zawierano umowy na ożenek. To po pierwsze. Po drugie - jak to możliwe, że na żonę dla syna wybrał państwo z pozoru tak nieznaczące? Brzmi to baaaaaardzo paskudnie. Tak jakby ten Navidar był jakimś zadupiem kompletnym. I w ten sposób Urbi wyrzuciłby Primona z kolejki po koronę (jeśli to co sugeruje Quin jest prawdą). To jest spora dyskredytacja.
Dlatego jako mój ambasador udasz się do Ambrii, gdzie zadbasz o nasz interesy na północy.
Albo nasz, albo interesy.
– Oddałem właścicielowi. Armelia powiedziała, że powinienem.
Reakcja Ovriny była dokładnie taka, jakiej się spodziewał.
– Będziesz mną kupczyć jak dziwką! – wrzasnęła Ovrina tak głośno, aż wszyscy odchylili się do tyłu. – I to jeszcze za co! Za Agor! Agor to jest kurwa jedno miasta i kawałek plaży! Nawet kurwa nie plaży! Skały!
– Wystarczy ci – uciął surowo Urbinan. – Gdy ogłosiłem chęć ożenienia twoich braci nie protestowałaś.
– Być mężem, a być żoną to nie to samo – wysyczała.
– Dość.
– Jeszcze zobaczymy, czy dość.
Popieram uwagi . Też sądzę, że taka reakcja jest nieco przesadzona.
Tylko trzask zatrzaśniętych drzwi.
masło maślane. Sam trzask wystarczy.

Popieram Ag - nagłe urwanie wątku tego, co Ovrina odwala z Neanem było dość irytujące. Kompletnie nie kumam. Nean jest silny. Cesarz pokazał im, że udało mu się złapać takiego kogoś, kto niszczył w pojedynkę armie, czyli tym samym Urbi pokazał siłę swoją i swojego państwa. A potem to swoje trofeum w postaci Kruczarza oddał do zabawy dzieciom, bo wie, że oni coś odwalają, ale nie reaguje bezpośrednio. Reaguje pośrednio i to w najgorszy możliwy sposób. Taki, który co niektórych mógłby zmusić do przyspieszenia swoich planów np przejęcia tronu... (np. Ovri i Prim). Nie wiem, co odwala ten Urbi, ech!

XIV
To Pffanie Ariena bardzo fajnie nadaje charakteru jego wypowiedziom. Przez tą rozmowę o kocie Neana i to fukanie zaczęłam go sobie tak kocio wyobrażać :facepalm:
SpoilerShow
Byłaby z nich niezła para :heart2: Już rozmawiają jak stare małżeństwo :D Proszę, proszę *.* Oni pasują do siebie lepiej, niż Nean z Żirą....

– Nierozsądne z mojej strony? Raczej próba uczynienia mi krzywdy byłaby bardzo nierozsądna z twojej strony. Dla człowieka, który wyciąga rękę przeciwko cesarskiej rodzinie, nie ma bezpiecznego miejsca. Słyszałeś o Żirze ze Zboru Lasu?
Nean skinął głową.
– Więc potrafisz sobie wyobrazić.
Czarownikowi przyszło na myśl, że jeśli mowa o Żirze, to cesarska rodzina powinna sobie zacząć wyobrażać, co to znaczy zadrzeć z Kruczarzem.
To było nawet zabawne :D
– Nie zamierzam ci wierzyć – odparła delikatna żołnierz. – Mogłeś być cesarzem, ogniem rozlewającym się po ziemiach wrogów. Ale jesteś kawałkiem lodu. Zimą bezpłodną i suchszą od lata.
Ciekawy zabieg z tym porównaniem, bo przecież zestawienie ognia i lodu w porównaniach zazwyczaj odnosi się do Neana.

A i jeszcze podłączam się w sprawie porównań do wyjścia z przerębla. Pojawia się go za dużo.

Końcówka, czyli (prawie?) gwałt Ovriny na Neanie i ratunek Żiry. To że Żira pośpieszyła Neanowi na ratunek i się o niego martwi jest urocze. Bo powinna go nienawidzieć, a ona go wspiera (syndrom sztokholmski?). Tymczasem Ovrina setki razy udowodniła, że ma paskudny charakter. Co do odniesień do wcześniejszych gwałtów (zbiorowych i kazirodczych? O.O) to znowu mam to samo. Rzucone mimochodem. Takie ujęcie na sufit podczas sceny łóżkowej, które sprawia, że ani scena łóżkowa nie robi na mnie wrażenia, ani ta przemoc i wspomnienia. Najlepiej tą kwestię chyba ujęła Kan.
Nie pozwól im. Ciemność jest po naszej stronie.
wyjątkowo podoba mi się to zdanie :D

PODSUMOWANIE

Tak się zastanawiałam nad różnicami pomiędzy poprzednimi wstawkami i doszłam do wniosku, że rola Neana uległa całkowitej zmianie. Wcześniej mieliśmy tradycyjnego trikstera. Trikster z natury powinien być nieco tajemniczy i chaotyczny. Jednak własnie ta tajemniczość jest według mnie podstawą jego racji bytu - nie odkrywa wszystkich kart. A ty je tu odkryłaś. I nagle z postaci, która nie była ani dobra, ani zła, a stała ciągle na krawędzi - ta krawędź zniknęła. Możemy definitywnie go gdzieś podpasować i to nie robi mu dobrze. Wcześniej był postacią typu: "Niby zły, ale..." Robił coś paskudnego, ale skutki jego czynu obracały się na dobre. Teraz to niemal znikło. Widzimy serię paskudnych rzeczy. Co gorsze zaglądamy do głowy Neana i on robi się jeszcze bardziej oślizgły. Sympatia i może delikatny podziw przeradza się w pogardę czasami. Nie współczucie właśnie, bo on jest nadal zarozumiały i bezczelny, i okrutny. Odzierasz go ze wszystkiego, co sprawiało, że lubiło się tą postać nie dając mu nic w zamian. Jedyne co mu pozostało z poprzedniego charakteru to chaos. Ten kruczarzocentrym w połączeniu z chaosem sprawiły, że mam wrażenie, że całkiem straciłaś kontrolę nad tą historią. Wprowadzasz nam rodzinę cesarską o bardzo rozbudowanych koneksjach, ale my nie dowiadujemy się o nich wystarczająco wiele, a to sprawia, że stają się zaledwie tłem dla Kruczarza. Ani przez chwilę nie dajesz nam złudzenia, że to mogłaby być historia o czymś jeszcze poza Neanem. Nawet ich walka o tron, która jest przecież fascynująca. Powinnismy mieć wgląd we frakcje, zastanawiać się nad ich planami i wykorzystaniem Neana, a jedyne pytanie, które mi przychodzi do głowy to "po cholerę marnują czas na wizytowanie bezużytecznego czarownika jak mają ważniejsze rzeczy na głowie?!" Także zabrakło tu nieco równowagi, bo kreacja świata jest tak świetna, że aż woła o pomstę do nieba, że poświęcasz jej tak mało miejsca. Chętenie zobaczyłabym świat oczami Eklina i to jak wyglądaja obrządki i świątynie Wielkiego Iretuna... Ciekawią mnie wykopaliska archeologiczne i Czarny Połóg... A także Kodeks! Dzieci cesarza są znacznie ciekawsze niż on sam. On chce utrzymać jedność państwa i rodziny, więc jego działania są mocno ograniczone. Ale oni? Mają pełne pole do popisu, a przez to są zwyczajnie ciekawsi. Poza tym mam wrażenie, że Urbi ledwie zna swoją rodzinę. Dzieciaki lepiejn znają się między sobą i z ich perspektywy ten obraz byłby pełniejszy.
To tyle w kwestii analizy.
Teraz ze względu na to, że pewnie będziesz przedkładać moje negatywy nad pozytywy to podkręślę, że ogólnie tekst jest bardzo przyjmny w odbiorze. Kreujesz ciekawy i bawrny świat, a to przecież piekielnie trudne. Tworzysz mapę, bogów, krainy, które żyją w wyobraźni. To jest niesamowity dar według mnie, którego ci piekielnie zazdroszczę, bo moje pierwsze wykreowane światy fantasy były ciężkie. Toporne. A ty piszesz fantasy i nie ma tam elfów ani smoków, czyli idziesz po bandzie zamist korzystać z utartych schematów! To jest coś! Pomyśl sobie o tym, że np Sapkowi nie starczyło do tego wyobraźni, nie? Inną sprawą jest posługiwanie się tak dużą liczbą postaci drugoplanowych w podobnym wieku i sprawienie, aby każdy nabrał indywidualnych cech. Ja mam zaledwie 3 Sokolnikówny w Iluzjonistce i mam wrażenie, że wszystkie są płaskie i takie same. 3. Ty masz ich 15. Także wow dziewczyno.
Pisz dalej, nie stresuj się, bo z każdą stroną wchodzisz przecież na nowy poziom.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 178
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Lód z płomieni

Post autor: Coffee » 09 sierpnia 2017, 21:52

No elo.
Wstęp 1: z miejsca przyznam, że nie dostosowałam się do zaleceń z pierwszego posta i nie przeczytałam poprzednich opek na temat Kruczarza. Zamierzam to jednak zrobić raczej prędzej niż później. Mam nadzieję, że mimo to mój komentarz będzie miał ręce i nogi; jeśli jednak zdarzy się jakaś oczywistość, o której bym nie pisała, znając poprzednie części, to proszę, po prostu to zignorujcie i patrzcie na inne kawałki komentarza.
Wstęp 2: mogę tylko podbić to, co pisały wyżej Kruff i Kanterial, ze szczególnym uwzględnieniem uwagi o tym, żebyś nie nienawidziła tego tekstu, nie rzucała go i nie przejmowała się za bardzo niczym. Zawsze uważałam, że każdy tekst można w ostateczności potraktować jako wprawkę, pierwszą wersję albo zabawę; zawsze można się cofnąć, poprawić, poprzerabiać, zrobić drugie, trzecie i piętnaste wersje. I jeśli ten tekst jest faktycznie Twoim polem do eksperymentów albo do przełamania schematu – to super. Krytyka z samej swojej natury ma Ci przede wszystkim dać narzędzia do dalszego rozwoju.
Zatem porozmawiajmy o narzędziach.

Struktura

Przeczytałam tekst cięgiem, w zasadzie na jeden raz. To jest również moje pierwsze zetknięcie z Neanem (może błąd z mojej, czytelniczej, strony, ale z Twojej okazja na spojrzenie na wszystko z boku). Zastosowałaś bardzo ciekawy chwyt, żeby zainteresować czytelników – mocny zwrot fabularny na samym początku i postawienie głównego bohatera pod ścianą. Później jest gorzej, jest bardzo statycznie przez bardzo długi czas, a przerywniki niczego nie zmieniają fabularnie. Jakikolwiek ruch (jak np. scena z płonącym Neanem uciekającym z więzienia) niby są dynamiczne, ale tak naprawdę jedynie powierzchownie, ponieważ w żaden sposób nie zmieniają sytuacji postaci. Status quo pozostaje ten sam – Nean w więzieniu.
Wiele rozdziałów to tak naprawdę analiza – czy też próba analizy – charakteru Neana. I bardzo dobrze, od tego jest zamykanie postaci w celach, żeby zostały tylko i wyłącznie z własnymi wadami. Problem jest natomiast taki, że po pierwsze niewiele z tego zamknięcia dla Neana wynika, po drugie – to bardzo hamuje rozwój wydarzeń. Masz wiele bohaterów i trochę to wygląda tak, jakbyś chciała odbić protagonistę od każdej z nich (ile z tego wynika: niżej).
Brakuje w tym tekście konfliktu, który napędzałby fabułę i dał furtkę czytelniczkom: „tak, z tym bohaterem się utożsamiam”, „tak, tej bohaterce kibicuję”. Wiele pozytywnych głosów zebrał Quintin i wcale się nie dziwię. Jest trochę zagadkowy, jego interakcja z Neanem wyciąga na wierzch fajne rzeczy, a w ostatnich częściach zasugerował dalej idące plany, które mogłyby wreszcie popchnąć fabułę do przodu. Brakuje takiego właśnie napędu, a to bezpośrednio wiąże się z kolejną kwestią.

Postacie

Przez większość lektury zadawałam sobie dwa bardzo proste pytania: „Czego chce protagonista?” oraz „Czego chce antagonista?”, zakładając, że w ogóle wiemy, kto jest antagonistą (roboczo przyjęłam, że cesarz, ale nie wykluczam, że jest to Ovrina albo jakaś inna, nieujawniona jeszcze postać). Niestety ciężko mi na te pytania odpowiedzieć, a to one właśnie są osią fabuły. Motywacje bohaterów („Chcę mieć porządek w królestwie”, „Chcę się wydostać z celi”) napędzają działania, działania to akcja, akcja to fabuła. Tymczasem nie mam pojęcia, czego chce Nean. Nie pojawia się to w jego narracji, nie pojawia się w jego dążeniach. Jeśli chce się wydostać z celi – nie widać tego w niczym, co robi. Pierwszy lepszy przykład: przemaszerował mu pod drzwiami korowód wpływowych postaci, z którymi mógł handlować, które mógł oszukiwać albo wykorzystać. On tylko z nich kpił. Po co? Jak to się przekłada na jego dążenie do celu, czymkolwiek ten cel jest?
Podobnie jest z drugoplanowymi postaciami. Cesarz ma problem z dziećmi, ale na czym on dokładnie polega – nie jestem pewna, oprócz tego, co sama logicznie wywnioskuję. Po co właściwie trzyma Neana w lochu? (Wiem, pisałaś w odpowiedzi komuś, że to się pojawiło; potraktuj to zatem jako sygnał, że ta informacja nie jest wyraźna dla czytelniczek). Czego chce Ovrina, bo nigdy tego nie powiedziała wprost? (O niej też za chwilę kilka słów.) O ile przy cesarskich dzieciach to jest akceptowalne, bo większość z nich musi być drugoplanowa, o tyle przy postaciach powracających to bardzo duża luka do uzupełnienia.
Interakcje Neana z cesarskimi dziećmi (a było ich dużo i wszystkie przyszły do niego po kolei) to narracyjnie bardzo dobra okazja do pogłębienia postaci, zarówno z jednej, jak i drugiej strony. Póki co niewiele jednak z tego wynikło; zawsze wygrywał spryt, złośliwość albo sarkazm Neana, jakby to była bariera nie do przejścia. Ja bym go chciała popoznawać z innej bramki niż retrospekcja, a i pozwoliłoby to innym bohaterom na uczestniczenie w rozgrywce. Tu w ogóle pokazuje się problem z Neanem – wszyscy i wszystko orbituje wokół niego, a tymczasem chciałabym zobaczyć, jak on musi orbitować wokół kogoś.
(Nie będę tu robić analizy wszystkim postaciom, bo ten komentarz zdecydowanie rozrósłby się poza znośne normy) Na kilka słów zasługuje Ovrina. Naprawdę mam nadzieję, że szykujesz dla niej coś fabularnego, bo w obecnej sytuacji jest po prostu narzędziem do bicia Neana. I to bicia absolutnie bezkompromisowego: przemoc seksualna to potwornie ciężki kaliber, trudny do opisania, trudny do ujęcia w tekście, wiążący się z ogromnymi konsekwencjami dla postaci. Tymczasem widzę, że wracasz do tego motywu już nie tylko w akcji tego tekstu, ale też w retrospekcji Neana. Nie jestem fanką tego rozwiązania, ale znów: to Twoje pole do eksperymentów, chętnie (ale nie entuzjastycznie) zobaczę, jak to poprowadzisz.

Inne

Stworzyłaś w tym tekście bardzo interesującą planszę i głównym problemem – prostym do rozwiązania – jest to, że pionki na niej pozostają statyczne. Doradzałabym teraz mocne uderzenie i patrzenie, jak wszyscy bohaterowie muszą znieść jego konsekwencje. Postacie się od siebie odróżniają (dobra talia, jak pisała Kanterial), interesuje mnie świat, który za tym stoi, a przy tym piszesz stylistycznie naprawdę dobrze, Krin.
Trzymam kciuki.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 11 sierpnia 2017, 18:01

Ja to chyba muszę częściej wyjeżdżać, bo jak mnie nie ma, od razu dostaję furę komentarzy. XD

@Mono
Dopiero po najświeższej wstawce zrozumiałam - Urbi potrafi być małą mendą. Ze złośliwości ich tam zaciągnął.
Powiem szczerze, że twój czytelniczy wzrok przeniknął aż do wcześniejszej wersji tekstu, gdzie całe przedstawienie rodziny cesarskiej następowało w jednym rozdziale i faktycznie jest powiedziane, że Urbinan zabiera swoje dzieci do lochu, aby wyprowadzić z równowagi co wrażliwszych i też pokazać, kto tu rządzi. (Wszak nikomu się nie chce tam łazić, każdy ma inne zajęcia, ale zignorować ojca nie mogą.) Potem się trochę pozmieniało i wyszło jak wyszło.


@Ag.
Ale już żeby zobaczyć kota musimy się przenieść do ogrodu, bo wątpię, żeby lizał się aż tak głośno, żeby go przez okno słyszeli.
O ile pamiętam, pojawiła się wzmianka, że kot siedział przy nodze Septiruna, czyli jak najbardziej w środku.
To, że królewski syn chadza do lochów okradać więźniów to dla mnie za duży mindfuck.
Bo jest kleptomanem i zbieraczem, który wychował się w takim bogactwie, że nie myśli o faktycznej wartości przedmiotów, ale o tym czy są ciekawe czy nie?
Przecież to co robi jej ojciec jest całkowicie normalne, więc powinna się raczej oburzać na tradycję, a nie czuć, że zostaje sprowadzona do roli "dziwki".
Patrzę raczej na to w ten sposób, że Urbi ma trochę słabość do Ovriny, co się pojawiło na początku i liczyła, że komu jak komu, ale jej czegoś takiego nie zrobi, zwłaszcza bez uprzedzenia. Właściwie to nadal liczyła na zostanie cesarzową.
Książę kradnie lampę więźnia, a potem mu ją oddaje...
Septirun nie ukradł latarni, przynajmniej nie Neanowi, bo została ona skonfiskowana przy aresztowaniu Kruczarza razem z całą resztą. A i nikt nie wiedział przecież, że może tam mieć uwięzionego demona. W ogóle w domyśle miało to zabrzmieć tak, że Armelia wcale nie musiała wiedzieć, kto jest właścicielem, po prostu upomniała Octaviusa jak zwykle.
Yyy, więc Arien go ratuje, ale gdy udaje mu się go uratować, to jest tym sfrustrowany? To po co mu pomaga?
Jest sfrustrowany Neanem i jego podejściem do życia? No wiesz, jak Nean mu umierał, to nie mógł go ochrzaniać, że jest idiotą, a skoro żyje, to już może.


@Kanterial
A wściekam się, bo jestem prawie pewna, że już kiedyś ci to pisałam
Przepraszam. :bag: Ciągle zapominam.
I to nieszczęsne "ów", którego nie odmieniasz. Kili ci o tym napisała.
O tym zaś pamiętam w 1 przypadku na 10 :facepalm:
Ja w ogóle bardzo, bardzo się nie zgadzam na wprowadzanie poprawek wyłącznie w swojej kopii tekstu. O ile poprawki wprowadzasz. W sensie wiesz - uważam, że po to jest opcja "edytuj post", by z niej korzystać, bo to jest nie fair wobec mnie, że ja widzę te same literówki, które jakaś osoba miesiąc wcześniej ci wypisała.
Za to też przepraszam. Zaczęłam, ale to takie mozolne jest, że zrobiłam kawałek i zapomniałam :facepalm: x 1000
(he he czarne wody heh egehe jezu kanterial ty śmieszku)
XD
Jego perspektywa w tej serii to właściwie rzecz stała i niezmienna - chyba że zdarzył się fragment z perspektywy osoby dla niego ważnej (Żira/Ren itd) lub kogoś przez chwilę, wroga/głupca, kto w historii o Neanie musi odegrać rolę, zawrzeć pakt, porozmawiać, zginąć, zostać oszukanym.
To stała rzecz? O.o W Zapłacie zaczyna się od Renwarda, potem jest Tagridur, potem przez jedną chwilę Nean gdy opuszcza wieżę, potem jest to wszystko raczej z boku. Kruk jest cały z perspektywy Żiry. W zimnej wodzie kąpany zaczyna się od Aleda, sporo jest też Ragda i pamiętam, że pisząc tę trzecią część miałam nieco trudności w przestawieniu się wreszcie na perspektywę Kruczarza.
Od razu ustaliłam, że co najmniej połowa stworzonych bohaterów dostanie swoją własną perspektywę. Myślę, że to by tu wypaliło. Że "oczami" czytelnika powinien być nie tylko Nean i chwilami cesarz. Że swoją działkę w narracji powinni dostać po równo jeszcze jacyś dwaj synowie. Co najmniej. Albo córka. Żeby to się dało w ogóle pisać.
Jest jeszcze kilka scen z perspektywy innych postaci, ale szczerze mówiąc, nie chciałam przesadzać ze względu na długość. To opowiadanie już ma długość powieści. Moim największym koszmarem jest powtórka z "Piątego Żywiołu", kiedy w zamierzeniu nieco tylko dłuższe opowiadanie przekształciło się w powieść na ponad 120k, choć jego fabułę dałoby się skondensować na znacznie mniejszej przestrzeni.
Ale jednocześnie jakbyś nie była do końca przekonana. Jest tutaj rozdarcie, wiadomo, że ciężko się o tym pisze, że może chodzi o twój wstyd, może o brak koncepcji, jak ubrać pewne rzeczy w słowa.

No właśnie bałam się waszej reakcji. Ślizgnęłam się po wierzchu, bo obawiałam się zarzutu o epatowanie tą seksualną przemocą, które dostrzegam niestety w wielu tworach fantasy. Nie mówię tu wcale o rażeniu po oczach, ale raczej o rozpisywaniu się na dziesięć stron w stylu "oj patrzcie, jakie to było brutalne". Walczyłam też trochę o to, by wyrazić w tym trochę Neana - on sam by nigdy nie opowiedział tej historii, panicznie się boi, by Żira milczała w tym temacie.

Powiem szczerze, że dopiero po tym, jak mi wskazałaś, dostrzegłam kontrast, jaki daje połączenie tego z dosłownością z początku. Chyba po prostu nie bałam się w jej przypadku jakiejś niechęci.
I irytuje mnie, że tak naprawdę się tylko domyślam, o co kaman, a wprost wcale nie jest napisane. A w tle jeszcze wspominki związane z tematem i też dość mętne (czyżby był wykorzystywany przez te kobiety z rodziny?).
Przede wszystkim nie chciałam, by stało się to najważniejszą składową przeszłości Neana w waszych oczach. Nie chciałam, żebyście uznały, iż Nean jest takim człowiekiem jakim jest jedynie przez wzgląd na tamte wydarzenia. To by było takie... płaskie.
Widać go tu w wielu nowych odsłonach i czuję, że ty sama zaczynasz szukać rys w jego charakterze, może powoli oswajasz się z jego słabościami.
Naprawdę waszym zdaniem nie mogę się pogodzić ze słabościami Neana? Jest on wszak wyjątkowo próżnym i aroganckim pozerem używającym swoich mocy z raczej niskich pobudek. Przy czym wmawia sobie, że wcale nie jest próżnym pozerem, który czasem zamiast kierować się kruczarzowym zimnym umysłem, używa neanowo-osłowego uporu. Poza tym, kiedy się go zna, łatwo można mu wbić szpilę od mózgu po nery.
Aha. I przede wszystkim jest lepszy od szarej plebejskiej masy, szlachciców, czarodziejów, kapłanów i absolutnie wszystkich.

Chyba muszę użyć czegoś na podkreślenie wszystkich jego fiksacji. Tak sobie myślę, że może Żiry.
Czekam bardzo na to, jak rozwiniesz fabułę, jak zapleciesz wątki i czy naprawdę wykorzystasz potencjał tej zgrai cesarskich potomków. Jest w czym przebierać. Jest czym grać. Stworzyłaś dobrą talię a to - uważam - jest 50% sukcesu. Możesz jeszcze nie grać po mistrzowsku w karty, ale podwaliny masz. Chwalę cię.

No tera to mam stresa, że spasuję, zamiast pokazać innym graczom pokera. :bag:


{b]@Kruff[/b]
Jednocześnie trochę mi szkoda, że poszłaś w przemoc seksualną, ale też szanuję Twój wybór. Taki miałaś pomysł i już.
Po prostu przy konstruowaniu tej rzeczywistości wydało mi się to dość logiczne. Gdyby sytuację nieco odwrócić i zrobić Neana jedyną kobietą w totalnie męskim klasztorze, pewnie byłoby to bardziej oczywiste, bo mężczyźni bardziej kojarzą się z przemocą seksualną.
Myślę jednak, że skoro Pani Płomieni i jej córki nie miały oporów przed kazirodztwem, dość naturalne wydaje się powstawanie w takich warunkach raczej relacji lesbijskich.
Taki drobny spoiler - jest dalej gdzieś wzmianka, w temacie, który akurat jej sprzyjał.
I jeszcze Żira, z tych naprawdę fajnych rzeczy. Podoba mi się, że nie schodzi z tonu. To, czego się czasem obawiam, to to, że pchniesz ją w relację romantyczną z Neanem, bo tego bym z powodu przyczyn nie kupiła,
Bo co? Bo nie ma ciała i mieszka w latarni? :P
Każdemu wolno kochać, to miłości słodkie prawo... *śpiewa*
Zarzutów nie będę powtarzać - pod 3/4 mogłabym się podpisać, inne uważam, że są ciut na wyrost, ale to Ty jesteś autorką i to twoje prawo, żeby sobie rozgraniczyć po swojemu i wybrać, nad czym chcesz pracować i osiągnąć.
Byłoby mi jednak znacznie łatwiej, gdybyś się wypowiedziała w temacie tych wydających ci się nieco na wyrost. Co jeśli się będę czymś zadręczać bez powodu?

@Mono po raz drugi
Dlatego ta jego wściekłość i nienawiść, to "pomorduję wszystkich" mnie od niego odstręcza.
Kurde. Uświadomiłaś mi, że zepsułam. Zamysł był, że to płomienie tak działają na Neana - pchają go w szaleństwo nienawiści i brak rozsądku, a Żira próbuje to jakoś powstrzymać.
Taki, który co niektórych mógłby zmusić do przyspieszenia swoich planów np przejęcia tronu... (np. Ovri i Prim).
Czemu uważasz Primona za największego intryganta w wyścigu o koronę, skoro sam stwierdził, że nie zamierza zostawać cesarzem? O.o
Byłaby z nich niezła para :heart2: Już rozmawiają jak stare małżeństwo :D Proszę, proszę *.* Oni pasują do siebie lepiej, niż Nean z Żirą....
XD


Takie mam ogólne wrażenie, że we wszystkich moich tekstach brakuje jednego kluczowego elementu - siły napędowej. Zawsze jakoś popadam w taki marazm i zastój. Im dłuższy tekst, tym gorzej.

Dzięki wam wszystkim za komentarze raz jeszcze. :heart:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 11 sierpnia 2017, 19:02

Bo co? Bo nie ma ciała i mieszka w latarni? :P
Każdemu wolno kochać, to miłości słodkie prawo... *śpiewa*
Nie, dlatego, że byłby to naprawdę ciężki i trudny do strawienia przypadek syndromu sztokholmskiego ;)

I nie chciałabym podważać niczyjego zdania, bo nie jestem tu żadną wyrocznią, ale jeśli coś się powtarza, to czepialstwem z pewnością nie jest ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 21 sierpnia 2017, 21:54

XVI – Dlaczego mi to robisz? – krzyczał cesarz Latrii, protektor Egaru, Andrii, Remii i Nawidaru, najwyższy kapłan kościoła Wielkiego Iretuna, opiekun Wysp Mang oraz Pan Wszystkich Stepów, wypadając z pałacu w ogrodową alejkę za swą najstarszą córką. Wydawało mu się, że są sami, że nikt nie widzi tej godnej ubolewania awantury, ale jak zwykle nie spojrzał w górę.
Nikt nigdy nie spoglądał w górę.
Nikt nigdy jej nie zauważał.
– Dlaczego? – powtórzyła Ovrina jak echo, próbując wyszarpać ramię z ojcowskiego uścisku. Z oczu leciały jej łzy i znów była tą małą dziewczynką, która dawno temu zbierała na tych samych alejkach liście i biegała do ojca, aby je dla niej rozpoznawał. – Skreśliłeś mnie.
Nie. To nie tak. Ona nigdy nie przestała być tamtą małą dziewczynką. Wciąż zbierała liście dla tatusia, choć ten zniknął, gdy dzwony obwieściły przybycie buntowników. Pobiegł po żołnierzy, by nigdy nie wrócić.
A ona ciągle śpiewała piosenki o kwiatach.
– Chciałem uczynić cię cesarzową – powiedział Urbinan – ale nie dałaś mi szansy. Co się z tobą stało, Ovi?
Trzymał córkę za oba nadgarstki. Księżniczka płakała, on szlochał.
– Chciałam być mądra jak ty! Chciałam być wielka jak ty! I wiesz co? – Urwała, nie mogąc złapać powietrza. – Poznałam prawdę! Jesteś słaby i głupi!
Wyrwała mu się wreszcie. Gdy uspokoiła oddech, nie mógł jej powstrzymać. Była za szybka, za młoda, za wściekła. Pobiegła przez trawnik, pomiędzy kolorowymi grządkami – w cieniu, aby nikt nie mógł dojrzeć łez. Wreszcie wypadła tylną bramą, minęła stajnie i magazyny, aż dotarła do ciemnej bryły miasta, gdzie zniknęła w tłumie.
Ale wciąż nie spoglądała w górę.
Olcha najdelikatniej jak potrafiła opuściła umysł jaskółki, by z powrotem stanąć na twardym latryjskim bruku, wśród pyłu i smrodu odpadów. Ovrina musiała być ulicę dalej – wiedźma ledwie zawiązała na głowie chustę, a już ruszała za nią. Ryzykowała. Księżniczka rozpoznałaby ją z daleka, zbyt długo się znały, zbyt dużo razem przeszły. Olcha kochała ją jak siostrę na długo przed tym, jak pokochała jej brata.
A potem dzwony zabrzmiały na nadejście buntowników i coś się zmieniło.
Świat poszedł dalej, Ovrina została tamtego dnia. Na jej miejsce przyszła inna, obca. Dlatego Olcha uciekła od niej, wyjechała do Zboru Lasów, wierząc, że tam nauczy się bronić. Nie nauczyła się, a kiedy po latach ujrzała dawną przyjaciółkę, tamta kazała jej odejść. Wiedźma nie odeszła, więc gwardia księżniczki ją wyrzuciła. Chcieli ją po tym wychłostać, ale powstrzymał ich Quintin – tak się poznali.
Stop. Do księżniczki, wyłoniwszy się z podcienia maleńkiego pałacyku, podszedł jakiś mężczyzna, wysoki i rosły, z mieczem u pasa, więc Olcha musiała udać, że zatrzymała się, by poprawić źle zapięty pas. Szczęście w nieszczęściu, Ovrina kazała żołnierzowi oddać broń, a dalej ruszyła bez ochrony. Jej drugi obrońca, ten, o którym księżniczka nie miała pojęcia, a który ubrany w bury, mieszczański kaftan gotów był spopielić każdego, kto podniesie rękę na cesarskie dziecko, z całą pewnością zauważył Olchę, ale nic na nią nie mógł poradzić. Nie bez ujawniania się.
Czarodzieje towarzyszyli cesarskim dzieciom od niedawna, prawdopodobnie na rozkaz cesarza, który martwił się zarówno o nich jak i nimi. Niektórzy książęta potrafili umknąć swoim cieniom, ale Ovrina prawdopodobnie nawet nie miała o nich pojęcia. Gdyby któryś z nich postanowił pozbyć się teraz Olchy, wiedźma zadbałaby, żeby ta sytuacja zmieniła się diametralnie.
Księżniczka byłaby wściekła na Urbinana, a Urbinan na czarodzieja. Może nawet bardziej wściekły niż był już na wiedźmę ze Zboru Lasów.
Ruszyli dalej. Olcha za Ovriną, czarodziej mając na oku je obie – nawet uczynił w stronę wiedźmy pewien niecenzuralny gest. Szli wzdłuż murów, gdzie przy starych, wąskich uliczkach pachnących jedynie piaskiem, ściśnięte były domy wielmożów. Wąskie, ale udekorowane niczym ołtarz Wielkiego Iretuna rezydencje pilnowane były przez całe zastępy strażników, a odrzwia raz po raz wypluwały z siebie grupy możnych, więc, w przeciwieństwie do Olchy, księżniczka nie miała problemu z wtopieniem się w tłum. Wiedźma mogła udawać posługaczkę, ale też nie za długo. Jaka posługaczka włóczy się bez sensu po ulicach zamiast pracować? To się musiało szybko skończyć.
Tylko dokąd zmierzała Ovrina? Nie miała w okolicy żadnych przyjaciół, a wszystkie rezydencje braci zdążyła minąć.
Żeby tylko nie bać się cesarza, nie bać jego dzieci, nie bać rudowłosego czarodzieja, który wiedział, że wystarczy jeden rozkaz albo błahy pretekst, aby odwrócić się i zabić wiedźmę... To jak nie bać się niczego. Olcha znała tylko jedną wiedźmę, która nie bała się niczego – Żirę. Będąc nowicjuszką lgnęła do niej, pragnęła uczyć się od niej, poznać sekret, dzięki któremu tajemnicza kobieta posiadła moce równe czarownikom. Ale sekret był jeden – Żira urodziła się zwyczajnie lepsza. Talent do porozumiewania się z ptakami stawiał Olchę w jednym rzędzie z najpotężniejszymi wiedźmami świata, lecz wobec Żiry każda z nich była nikim, jak wszyscy królowie świata są niczym wobec cesarza.
Szkoda, że zgubiła ją pycha.
Ovrina skręciła wreszcie w szeroką aleje okoloną cyprysami i Olcha z trudem przezwyciężyła zaskoczenie każące zatrzymać się i obserwować.
Księżniczka zmierzała ku najstarszej latryjskiej świątyni Wielkiego Iretuna, przysadzistego budynku o bielonych ścianach i złotej kopule, która odbijając słońce, bezlitośnie raziła przechodniów. Cesarski czarodziej, mijając Olchę, uśmiechnął się triumfalnie – wiedźma ze Zboru Lasów była ostatnią osobą, którą by tam wpuścili.
Zaklęła, rozglądając się za jakimkolwiek otworem, który umożliwiłby maleńkiej jaskółce dostanie się do środka. Nie znalazła. Pozostawały jedynie uchylone drzwi, przy których czuwała trójka młodych kapłanów, ale nie było to dyskretne rozwiązanie.
Olcha skręciła w pierwszy lepszy zaułek, nieomal potrącając zaskoczonego nagłą decyzją tragarza. Niczym mantrę powtarzała w głowie, że cokolwiek knuła Ovrina, nie mogła knuć w świątyni i powierzona wiedźmie misja nie ucierpi, jeśli nie uda jej się dostać do środka. Jedynie w chwilach dekoncentracji poddawała się panice, którą czuła na myśl o opuszczeniu własnego ciała, pozostawiając je na pastwę rynsztoka, jakim była ta wciśnięta pomiędzy pałacyki, niereprezentacyjna uliczka.
Ktoś niemal zastawił przejście, pozbywając się starej komody i Olcha przystanęła, stwierdzając, że wcale niegłupio byłoby się ukryć w jej wnętrzu. Jeśli oczywiście nikt by tego nie zauważył, co nie było proste, gdy uliczkę nieustannie przemierzali najróżniejsi posługacze, tudzież niepilnowane przez nikogo dzieci tychże.
Najgorzej by było, gdyby komoda okazała się właśnie czekać na transport. Nie ma nic prostszego niż otworzyć drzwiczki nienaturalnie ciężkiego mebla i rozpoznać wiedźmę w transie.
Olcha obejrzała się przez ramię, doskonale wiedząc, jak to będzie wyglądać, ale nie potrafiąc się powstrzymać. Patrzyła, ale nie widziała, zbyt mocno chciała nie zauważać i jedynie nagłe poczucie bycia obserwowaną kazało jej spojrzeć raz jeszcze, przyjrzeć się.
W pełni umundurowana i uzbrojona gwardia cesarska w liczbie siedmiu żołnierzy i dwóch czarodziejów zamykała jej wyjście z uliczki. Żaden nie był cichym strażnikiem Ovriny. Żadnego nie znała ani nie widziała wcześniej.
– Olcha ze Zboru Lasów – powiedział żołnierz idący na czele. To nie było pytanie, nie musiał pytać, bo doskonale wiedział, kogo szuka.


Wnętrze świątyni było ciemne i niskie, zdobione toporną płaskorzeźbą artystów, o których milczała historia. Choć na ulicach Latrii panował skwar, wchodziło się tam jak do groty, a cienka tkanina ubrań, tak dobra na upał, okazywała się fałszywym przyjacielem. Olcha żałowała, że nie włożyła tradycyjnego wiedźmiego przebrania, którego noszenie w latryjskim klimacie na ogół było dlań katorgą.
Spodziewała się Ovriny. Od chwili ujęcia przez gwardię zdążyła nakreślić w głowie kilkanaście scenariusze, parę nawet takich, które nie powinny skończyć się wybuchem gniewu księżniczki. Jednak nawet jeśli Ovrina była tu jeszcze przed chwilą, zdążyła zniknąć. W pierwszym rzędzie kamiennych ław siedziało za to dwoje książąt – Eklin i Cerin. Pierwszy wpatrzony w ołtarz, drugi szkicujący coś zawzięcie w ułożonym na kolanach notatniku.
– Nie jest to chyba najlepszy przykład stylu starolatryjskiego, jaki się zachował – doszedł Olchy pewien powątpiewania głos Eklina. Książę wiedział już co prawda o nadejściu wiedźmy, obejrzał się nawet w jej stronę, ale nie była najwyraźniej dość istotna, by odciągnąć go od dyskusji. – Naprawdę chce ci się to rysować? W kaplicy wschodniego zamku jest ładniejszy ołtarz.
– Tamten jest klasycznolatryjski – zaprotestował Cerin. – Schludniejszy, miększy. Ten ma coś... – Książę przez moment nie mógł znaleźć dobrego sformułowania. – Coś niepokojącego w sobie.
Eklin westchnął.
– Najpierw czarnoksiężnicy, potem Czarny Połóg, teraz Śniące Bóstwa w walce z Wielkim Iretunem. Co będzie następne?
– Następny byłby Kodeks – Cerin po raz pierwszy, odkąd Olcha weszła do środka, uniósł głowę znad rysunku – gdybyś go nie zniszczył, jak jakiś barbarzyńca.
Młodszy z braci otworzył usta, ale nie wiedział, jak odparować, być może nie chciał robić tego przy wiedźmie, która stała już zaledwie trzy kroki od niego.
Olcha mogła teraz zauważyć brak tradycyjnej kapłańskiej fryzury i szaty Eklina. Długie włosy spływały księciu na plecy, a nieforemny ubiór zastąpiony został przez pełen skromnej elegancji ciemny kaftan, co kontrastowało mocno z obwieszonym świecidełkami jak kukła Marezy na święto plonów Cerinem. Właściwie... W takiej postaci Eklin był najprzystojniejszym z latryjskich książąt. Jeszcze wprawdzie bardzo młodym, ale najprzystojniejszym.
Aż żal, że nie wybrał innego życia.
– Po co ci oryginał, skoro i tak masz kopię? – zdecydował się wreszcie niedoszły kapłan, łypiąc wrogo to na brata, to na Olchę. – Nie dosyć, że sami zachowujecie tak niebezpieczną wiedzę, to jeszcze przekazujecie ją wiedźmom.
Cerin zamrugał zdziwiony, jakby dopiero teraz zauważył obecność pozostającej pod strażą Olchy. Mieli ze sobą raczej słaby kontakt, ale drugi z cesarskich synów darzył Quintina sympatią, więc było niemal pewne, że wieść o aresztowaniu dojdzie uszu pozostałych właśnie za jego pośrednictwem.
– Ja rozumiem, że nasza przyjaciółka ze Zboru Lasów jest piękną kobietą – zaczął Cerin z nutą kpiny w głosie, przynajmniej na pozór nieporuszony sytuacją – ale braciom takich rzeczy się nie robi.
– Daruj sobie.
– Mówię absolutnie szczerze. – Cerin położył rękę na sercu. – Ja bym ci nigdy...
Eklin wypuścił powietrze z donośnością wodospadu rozbijającego się o skały. Pewnie najchętniej kazałby bratu wyjść, ale miał świadomość, że to sprowokowałoby jedynie dalszy ciąg głupich komentarzy.
– Śledziła naszą siostrę – oznajmił niedoszły kapłan stanowczo, ale nie potrafił powstrzymać zalewającej go niemal dziecięcej złości, gdy lewa brew Cerina uniosła się prześmiewczo. Twarz mu poczerwieniała i już wcale nie był przystojny ani elegancki. – Wcześniej używała swojej mocy pod murami pałacu.
– Zesłała na ciebie kurzajki? – zainteresował się Cerin. – Czy znowu ból tyłka?
Olcha wielokrotnie obserwowała podobne spory, lecz za każdym razem zaskakiwała ją łatwość przegrywania takich prostych utarczek przez Eklina – doświadczonego mówcę będącego w stanie poderwać do działania rzeszę wyznawców i przegadać każdego, nawet najlepiej przygotowanego heretyka. Z jakiegoś powodu za każdym razem stawał się przy braciach ponoszonym przez nerwy młokosem.
Może dlatego, że mimo wszystko był ponoszonym przez nerwy młokosem.
– Wychodzimy – rzucił Eklin do gwardzistów i podniósł się gwałtownie, a za nim podniósł się też Cerin. – Co robisz?
– Wychodzę z wami – oświadczył drugi książę z kamienną miną.
Zrezygnowany Eklin opadł z powrotem na ławę. Cerin za nim.
– Mistrzu Tegrez? – zwrócił się dziewiąty książę do niskiego, zgarbionego czarodzieja, który stał na czele oddziału. – Czy możecie powtórzyć mojemu bratu rozkaz Jego Cesarskiej Mości?
Czarodziej wyprostował się, nabierając głębokiego oddechu. Cały był sztywny i regulaminowy, jakby służył cesarzowi od niedawna, ale wysoka ranga czyniła to wielce mało prawdopodobnym.
– Jego Wysokość Urbinan IV życzy sobie, aby Olcha ze Zboru Lasów została w trybie natychmiastowym aresztowana i przesłuchana przez kapłanów Wielkiego Iretuna pod kątem oskarżenia o paranie się zakazaną magią.
Olcha z trudem powstrzymała śmiech. Zakazana magia? Absurd! Zakazanej magii tknęła się w życiu tylko raz, dawno temu, zmanipulowana przez Żirę. Odchorowywała miesiąc.
– O ile się orientuje, nie jesteś kapłanem Wielkiego Iretuna – zauważył Cerin z wciąż pełnym kpiny uśmiechem na ustach.
Ale Eklin nie zamierzał bawić się w te gierkę.
– Możesz, mistrzu Tegrez, poinformować mojego szanownego brata, jakie konsekwencje grożą za utrudnianie śledztwa?
Czarodziej nagle oklapł. Olcha uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że nawet dla takiego służbisty kwestia wyrzucenia księcia ze świątyni jest nie lada problemem.
– Grozi natychmiastowe aresztowania, ale nie sądzę, żeby w tym przypadku... – zaczął Tegrez, ale Eklin nie dał mu szansy na dokończenie myśli.
– Sądzę, że nie do ciebie należy decyzja. Z całym szacunkiem, mistrzu Tegrez.
Wiedźma westchnęła cicho. Potraktowanie jednego księcia siłą przez drugiego – groźny precedens. Nawet jeśli Eklin działał z rozkazu samego cesarza.
Cerin wstał, owijając się dotąd trzymanym w ręku srebrnym szalem.
– Sądzę, że to nie będzie konieczne – oświadczył. Zgrabnie minął gwardzistów i nie zaszczycając ich ani jednym spojrzeniem zniknął w ciemnym przejściu. Skrzypnęły wiekowe odrzwia. Na jego miejscu Olcha zapewne spróbowałaby wkraść się z powrotem, ale wątpiła czy książę-artysta ma w sobie dość ikry na podobną akcję.
– Wy też wyjdźcie – rozkazał Eklin gwardzistom, odczekawszy ledwie chwilę po odejściu brata.
Większość żołnierzy posłusznie zwróciła się do wyjścia, jednak Tegrez pozostał na miejscu. Mina mu zrzedła, ale nawet nie mrugnął pod natarczywym spojrzeniem księcia.
– Muszę zaprotestować, Wasza Wysokość – odezwał się w porę, jeszcze chwila, a rozzłoszczony Eklin wybuchnął by. – Nie wolno mi pozostawiać Waszej Wysokości w takim towarzystwie bez ochrony.
– Jestem w domu Wielkiego Iretuna, panie Tegrez, nic mi nie grozi – zapewnił spokojnie Eklin, choć jego wściekłe spojrzenie powinno wypalić czarodziejowi skórę. – Nie ze strony wiedźmy.
Mam schowany sztylet i gotowa jestem cię nim przebić, pomyślała Olcha, ale czarodziej dał się przekonać. Być może miał rację – Eklin był dorosłym mężczyzną i powinien dać radę niespecjalnie silnej kobiecie.
– To jakiś żart? – spytała Olcha sucho. Teraz, pozbawiony majestatu i siły, jakie dawała mu gwardia, Eklin nie wydawał się już takim groźnym przeciwnikiem.
Strój zniknął, ale gesty pozostały te same, pełne dobroduszności podszytej kpiną, jaka cechowała wszystkich znanych Olsze kapłanów Wielkiego Iretuna – Eklin splótł ręce za plecami i odchylił się lekko w tył, tworząc wrażenie, że spogląda na wiedźmę z góry.
Oni w tych świątyniach pewnie wszyscy zdawali egzamin na pogardę dla świata.
– Co jest żartem?
Książę mógł mówić takim tonem do Decema. Olchę doprowadzał nim do szału.
– Dobrze wiesz, że nie mam nic wspólnego z zakazaną magią. – Umilkła na moment, nie mogąc powstrzymać odruchu, który kazał jej pogrozić mu palcem. – Quintin dowie się...
Przerwał jej wybuch śmiechu. Książę rozsiadł się na świątynnej ławie, zapominając o szacunku dla miejsca, w którym się znajdował.
– I przybędzie, by ratować swoją księżniczkę? – Eklin rozłożył ręce, jakby chciał pokazać, że bardzo mu przykro, ale bajki są tylko bajkami. – Quintin długo pracował na niełaskę ojca, a ja mam oficjalny, potwierdzony cesarską pieczęcią rozkaz, by aresztować cię i umieścić w Czarnej Twierdzy. Bez względu na wszystko.
– Bez względu na to czy jestem winna też? – sarknęła wiedźma, bezwiednie zaciskając dłoń na rękojeści ukrytego w kieszeni sztyletu. – Naprawdę grasz w takie gierki? Sługa Wielkiego Iretuna, cesarski syn robi za przyzwoitkę?
Eklin poczerwieniał, dłonie zaciskając w pięści, ale nie przerywał jej.
– Dostanę dożywocie z czarnoksiężnikami, bo sypiam z twoim bratem? – Olcha powiedziała to bardzo głośno, aby echo bezwstydnych słów poniosło się po całym świętym miejscu. Miała nadzieję, że Eklin usłyszy, jak beznadziejnie to brzmi, najlepiej nie tylko on, ale również wszyscy, którzy gdzieś teraz nasłuchiwali. Mógłby stchórzyć, mógłby uznać, że sprawa nie jest warta utraty reputacji, a z rozkazu ojca uda mu się wywinąć.
To już w nim było – znów podczas słownego starcia nie potrafił znaleźć argumentów, znów dawał się ponieść emocjom. Wiedźma pomyślała, że jeśli niedoszły kapłan otworzy usta raz jeszcze, pogrąży się ostatecznie.
Ale on milczał.
Długą, długą chwilę pachnąca wilgocią i kadzidłem komnatę wypełniała cisza – aż prosząca się o ostentacyjne ziewnięcie.
– Może nie znam się na tych waszych pyskówkach – zaczął Eklin powoli, a każde słowo jeszcze mocniej wykrzywiało jego twarz w grymasie gniewu – i może nie potrafię ujadać tak jak wy, na podobieństwo psa, który szczekaniem zagłusza każdy inny dźwięk. – Wstał. Jego ubranie zaszeleściło. – Ale to jeszcze nie znaczy, że jestem idiotą. Pamiętam cię, Olcho, nie myśl sobie. – Stanął naprzeciwko wiedźmy, mierząc ją spojrzeniem, od którego poczuła się autentycznie winna. – Pamiętam twoje zabawy z Ovriną, mnie też jest przykro, też czuję gorycz, widząc ją dzisiaj... Pamiętam, jak buntownicy zjawili się u bram pałacu. Byłem z Ovriną. Kiedy nadeszli, uciekliśmy razem. Ona była dużo starsza i to ona mówiła mi, co robić, ona mnie broniła, a broniąc mnie niemal straciła życie. Wtedy obiecałem sobie jedną rzecz, Olcho. To się nigdy więcej nie przytrafi mojej rodzinie.
Olcha też go pamiętała z tamtych lat, faktycznie mimo różnicy wieku byli z Ovriną bardzo blisko, choć dziś wydawało się to nie do uwierzenia. Nie do uwierzenia wydawało się również to, że Eklin nadal gotów był jej bronić – jej i reszty rodziny, choć wszystkich wydawał się nienawidzić.
A może tak ten chory człowiek wyrażał miłość?
– Co to ma wspólnego ze mną? – spytała Olcha. – Chyba nie przypominam ci buntownika?
Eklin przystanął i odwrócił się do wiedźmy, wyciągając z kieszeni niewielką książeczkę ze złotym symbolem Wielkiego Iretuna na okładce. Otworzył ją.
– A niech trwoga będzie tym, którzy przeciwstawiają się jego woli – czytał – oraz tym, którzy żyją wbrew jego przykazaniom. Niech ich pochłonie strach i nienawiść, niech zemsta ludu Wielkiego Iretuna zaleje ich niczym powódź, niech ich odwiedzie od pychy, na powrót mieszając z prochem.
Przez chwilę Olcha czekała na ciąg dalszy, ale ten nie następował.
– Nadal nie rozumiem.
Eklin westchnął. Przewrócił parę stron wcześniej i znów zaczął czytać:
– Albowiem najgorsza pośród wszystkich zbrodni jest zbrodnia czarnoksięstwa, a za nią zbrodnia czarostwa. Jedyna słuszna magia jest bowiem magią uchwaloną przed obliczem Wielkiego Iretuna i praktykowaną według jego przykazań i z jego błogosławieństwem. Każdy kto występuje przeciw temu prawu, jak i każdy, kto takiemu procederowi sprzyja i każdy, kto mu przyzwala na istnienie, ten jest potępiony i do wrogów Wielkiego Iretuna oraz ludu jego po wieki będzie zaliczany. – Eklin zamknął książkę z cichym trzaskiem wiekowej oprawy. – Raz już bogowie pokarali nas za pobłażliwość wobec grzeszników, raz już obnażyli naszą słabość i sprowadzili z powrotem w popioły. Ale nigdy więcej tego nie zrobią. I nie obchodzą mnie rozgrywki ojca, ja zamierzam uchronić nasz ród przed gniewem Wielkiego Iretuna, nawet jeśli będę musiał użyć siły wobec najbliższych. Dla ich dobra.
Wszystko dla ich dobra – śmierć również?
– Nie jestem czarownikiem ani tym bardziej czarnoksiężnikiem! – niemal wykrzyczała Olcha, czując jak bezwzględność tego, co usłyszała, budzi w niej dotąd powstrzymywaną panikę
– Jesteś wiedźmą, posługujesz się opętaniami. – Eklin machnął ręką, jakby to nie miało dużego znaczenia. – Poza tym, jeśli się nie mylę, a mylę się rzadko, to ty byłaś swego czasu uczennicą niejakiej Żiry ze Zboru Lasów, z tobą przybyła do miasta zaledwie miesiąc przed...
Olcha nie słuchała, nie potrafiła się skupić na słowach księcia, w głowie miała tylko tamten dzień, w którym po raz pierwszy od lat zjawiła się w mieście. Została z Żirą zaledwie tydzień, do przybycia Darena. Później się pokłóciły, zwyzywały. Jeszcze moment, jeszcze odrobinę mocniej rozzłościłaby te szaloną kobietę, a czarownica zabiłaby ją, nie bacząc na świadków.
Taka właśnie była – w gniewie działała bezmyślnie, nie wierzyła w konsekwencje.
Tylko skąd Eklin mógł o tym wiedzieć? Skąd mógł mieć dowody i czy w ogóle miał? A nawet jeśli nie, to co? Miał rozkaz cesarza, jego własna motywacja nie miała znaczenia, a kapłani, których przywiązał do siebie niczym wierne psy, dadzą wiarę tym słowom bez żadnych dowodów.
– Więc na co czekasz? – spytała, płacząc. Nie potrafiła się powstrzymać. – Wtrąć mnie do ciemnego lochu i pozwól gnić! Nie obronię się przecież!
Uśmiechnął się. Jak mógł się tak uśmiechać, kiedy ona płakała?
– Najpierw mi coś opowiesz. O Quintinie i Kwartanianie.
Zacisnęła pieści.
– Nic nie będę ci mówić!
– Zobaczymy, Olcho. Zobaczymy.

XVII W nowej celi sen stał się dla Neana czasem koszmarów. Czarownik znów był sam, ze względu na niego więźniowie z sąsiednich cel zostali przeniesieni. Podstępny i kłamliwy język, wyjaśnił Arien w przerwie między próbami nawrócenia go na normalne życie lub, jak mówił, przynajmniej sensowne.
Nean nie słuchał. Tylko przez moment myślał, że po ucieczce z przeklętego lochu powinien wrócić do Lamre i zamknąć się w wieży, ignorując Ariena, cesarza, Żirę, Białą Równinę i resztę cholernego świata. Mógł tak przeżyć całe życie. Wieśniacy na ogół dostarczali, czego potrzebował, a potrzebował niewiele.
Sam przed sobą musiał przyznać, że takie życie go nie interesowało, jednak w takim razie nie miał dokąd iść. Kiedyś, wbrew temu co głosił, myślał o powrocie do ojczyzny, ale nawet ojczyzna była mu obca – oglądał ją głównie zza murów świątyni. A teraz nie chciał nawet oglądać tych znajomych murów, nie chciał ukarać świętokradców ani skruszyć pamiątek dawnego życia na proch. Wbrew rozsądkowi nienawidził tamtych miejsc i tamtych wspomnień, choć przecież życie było wówczas dużo prostsze.
Mershe!
Wezwania raz za razem wytrącały Neana z równowagi. Wciąż dochodziły z północy, z ziemi skutej lodem.
Mershe!
Skąd ta kobieta, to dziecko mogło znać przeklęte imię? Niewiele pamiętał z dni, gdy przemierzał Białą Równinę. Spotkali się kiedyś? Urok mógł zatuszować wspomnienia – on odszedł, ona została, niezmienna przez lata, zamrożona w czasie, martwa. A może naprawdę znali się tam, w jego dawnym życiu? Jak długo Nean krążył po lodowym pustkowiu? Rok? Wiek? Tysiąclecie?
– Jesteś tam, Żiro? – spytał, próbując odepchnąć od siebie złe myśli.
Jestem. Dobrze się czujesz?
Oczywiście. Przez ostatnie dni nie reagował na próby nawiązania rozmowy, więc teraz zamierzała mu matkować.
– Stan ciężki, ale stabilny – Nean pozwolił sobie ukraść Arienowi określenie. – Możemy rozmawiać o czymś, co nie dotyczy mojego zdrowia?
Zastanawiała się chwilę.
Lubię koty.
– Ta?
Najbardziej rude.
– Miałem kiedyś rudego, ale zdechł jak wszystkie poprzednie.
A komary nie zdychają w twojej obecności?
– Po spróbowaniu mojej krwi. To nie jest dobry temat, wiesz? – Przerwał, szczelniej zawijając się w koc. – Jak tak dalej pójdzie, zacznę układać wiersze. A ciebie będę zmuszał do recytacji.
– Z kim rozmawiasz, czarowniku? – spytał obcy głos. Kolejny. Zupełnie, jakby głosy w jego własnej głowie nie wystarczały.
– Z ułudą – odpowiedział Nean.
Było ich trzech, do kompletu strażnik z niepewną miną ściskający klucze. Ten, który się odezwał bez wątpienia był księciem – znów te same oczy, ten sam kształt twarzy, niby to surowy, niby szlachetny, ale jakoś bez przekonania. Ten konkretny nieznacznie odróżniał się od reszty braci wysokim wzrostem i potężną sylwetką. Pod cienką, jedwabną koszulą wyraźnie rysowały się mięśnie.
Przyszedł z dwoma czarodziejami jako strażą. Pierwszy z nich był niewiele starszym od Neana szczupłym blondyn z włosami do pasa – nekromanta w myślach przezwał go Rusałką. Za to drugi, młodszy już wyłysiał na czubku głowy i próbował temu zaradzić jakąś maścią, której intensywnie ziołowy zapach wyparł na moment okropny smród celi. Jego Nean przezwał Nieszczęśliwym.
– Możemy wejść do środka? – spytał książę. Wydawał się zupełnie spokojny, ale w jego gwałtownych, urywanych ruchach zdawała się kryć jakaś tłumiona furia.
– Jest przykuty łańcuchem, Wasza Wysokość.
Nean na potwierdzenie tych słów brzdęknął cicho kajdanami. Przynajmniej miał je tylko na jednej ręce i dostatecznie długie, by móc w ograniczonym stopniu poruszać się po celi.
– Czyli? – nalegał książę. Jego brwi poszybowały w górę, płosząc strażnika.
– Oczywiście, Wasza Wysokość. Tylko wnoszenie pochodni jest niewskazane, Wasza Wysokość.
– A czy mógłbym – książę zmarszczył nos porażony tutejszym zapachem – przenieść tymczasowo więźnia?
– Ja... – Rzecz niby oczywista, że taki arystokrata nie przywykł do smrodu, a jednak zapytany wydawał się kompletnie zbity z pantałyku. – A on wam nie ucieknie, Wasza Wysokość? – Strażnik obdarzył cesarskiego syna niemal podejrzliwym spojrzeniem.
Książę popatrzył po swoich czarodziejach. Obydwoje skinęli głowami, Rusałka obserwował rozgrywającą się scenę niemal z politowaniem.
– Sądzę, że moja gwardia da sobie radę.
Klucz zgrzytnął w zamku. Strażnik, pamiętając, by zostawić pochodnię na zewnątrz, powoli zbliżał się w kierunku Neana i uchwytu, który mocował jego łańcuch do ściany. Czarownik ułatwił mu zadanie, przesuwając się w bok. Nie liczył jednak na ucieczkę – cesarscy czarodzieje, skupieni i opanowani, byli już przy nim, już wiązali mu razem ręce, a on posłusznie poddawał się temu, licząc na przynajmniej chwilowy pobyt w jakimś przyjemniejszym miejscu.
Problemem były jedynie kajdany, za którymi wlókł się łańcuch. Do nich klucza nie mieli, nie chcieli też tracić czasu na szukanie – Nieszczęśliwy zadeklarował, że może go nieść i podczas marszu wąskimi korytarzami więzienia Nean wyglądał trochę, jakby młody czarodziej wyprowadzał go na smyczy.
Żira nie oszczędziła sobie komentarzy.
Gdy wyszli w przerażająco jasne słońce popołudnia, Nean oślepł. Czuł tylko chrzęszczący pod bosymi stopami żwir. I wiatr. Świeże powietrze po miesiącach spędzonych w zaduchu było jak chłodna woda po latach na pustyni i Nean nie mógł się powstrzymać od wciągania go do płuc wielkimi haustami.
Niestety latryjskie słońce nie było dla czarnoksiężnika równie łaskawe i natychmiast zaczęło prażyć bezlitośnie jego bladą skórę. Nie znaczy to, że czuł ciepło – tylko ból i pieczenie. Na domiar złego kazali mu usiąść na ziemi, daleko od cienia, jakby płynący z nieba skwar nie robił im różnicy. Przypinane kajdany zgrzytnęły.
– Nazywam się Urind – powiedział książę.
Czarownik zamrugał, skupiając się na niewyraźnym obrazie. Już prawie widział, a przynajmniej dostrzegał przed sobą Urinda, który jak on z braku lepszego miejsca przysiadł na żwirze, a razem z nim Rusałka. Nieszczęśliwy stał, uważnie lustrując wzrokiem otoczenie.
– To dla mnie zaszczyt, Wasza Wysokość.
Nean wiedział już, gdzie są – na wewnętrznym dziedzińcu Czarnej Twierdzy, a jego łańcuch przypięty został do pręgierza, przy którym czasem odbywały się chłosty. Wiedział to, bo słyszał wrzaski ukaranych.
– Nie igraj ze mną, wiem, za co cię skazali – powiedział książę. Siedział z plecami tak prostymi, jakby połknął kij. – Ty jesteś Nean z Czarnej Wody, Kruczarz.
– To chyba nie karalne.
Idiota.
Urind go zignorował.
– Byłeś na Białej Równinie.
Stwierdzenie czy pytanie? Nean na wszelki wypadek skinął głową.
– Ojciec pragnie, abym wyruszył tam razem z krucjatą.
Krucjatą? Minęła dłuższa chwila, nim czarownik przypomniał sobie, w czym rzecz, a gdy wreszcie mu się udało, absurdalność pomysłu uderzyła go ze zdwojoną siłą. Owszem, istniały na Białej Równinie siły, z którymi walczyć można było za pomocą oręża, jednak większość uczestników krucjaty będzie dawno martwa, nim zdołają tam dotrzeć. Zabije ich chłód.
– Pewna śmierć – zawyrokował Nean.
– Wiem, czarowniku. – Urind rozluźnił się, masując obolały kark. Nie tracił czujności, ale zniknęła przynajmniej nerwowość ruchów. – Mój ojciec sądzi jednak, że pod osłoną cesarskiej gwardii zdążę wycofać się, nim dojdzie do najgorszego.
– Uważasz, że się myli?
– Tak.
– Ja też tak uważam.
Właściwie... Urind nie musiał być wcale czujny. Usiadł dokładnie na tyle blisko, by nie wydało się to dziwne, a jednocześnie na tyle daleko, by czarnoksiężnik więziony łańcuchem nie mógł go dosięgnąć, nawet jeśli wyciągnąłby się maksymalnie.
Sprytne. Nean zrobiłby dokładnie tak samo.
– Wykażę się bezczelnością, prosząc cię o radę, czarowniku? – spytał książę.
To naprawdę brzmiało jak prośba. Nie jakaś znowu uniżona, ale jednak prośba, choć przecież Urind mógł zmusić Kruczarza do mówienia. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce czarownik zmuszony siłą mógłby powiedzieć księciu cokolwiek albo pominąć połowę istotnych informacji i nikt nawet nie domyśliłby się, że to zrobił, bo tragiczna śmierć księcia nie miałaby żadnych świadków.
Tak więc syn człowieka, który od miesięcy trzymał Neana w lochu prosił go o pomoc – faktycznie trochę bezczelne.
Nawet nie próbuj odmówić.
Nie zamierzał próbować. Sam Urind wszak niczemu nie zawinił – Biała Równina wręcz przeciwnie.
– Po pierwsze, czarodzieju nie czarowniku.
Och.
Rusałka i Nieszczęśliwy popatrzyli po sobie nie do końca przekonani.
– Ukończyłem naukę w Syvante ze specjalizacją w magii rytualnej i egzorcyzmach. Potem trzy lata wykładałem lingwistykę starorytualną, historię magii rezyjskiej i wschodniej oraz obronność przed czarnoksięstwem.
– A po godzinach nekromancję spirytualną – uzupełnił Rusałka. – Ty jesteś Nean Czarny, prawda?
Nekromanta aż zamrugał. Było to bardzo niecodzienne, że ktoś, kto zapewne studiował w Glagor, słyszał o jego konflikcie z władzami uczelni i członkami miejscowego kościoła Eresa Białego. Że w ogóle o nim słyszał.
– Tak też mnie kiedyś nazywali – przyznał Nean. – Bardzo rzadko.
– Ale na początku nie skojarzyłem, że Nean-nekromanta powstający z grobu, by ukarać swych morderców to ten sam czarodziej, który wymordował Armię Mórz Wschodnich. Ciekawa biografia. Zwłaszcza w zestawieniu z egzorcyzmami i obronnością przed czarnoksięstwem.
Na wzmiankę o wstawaniu z grobu po twarzy Urinda przebiegł cień niepokoju. Nean miał nadzieję, że książę boi się zemsty czarnoksiężnika z zaświatów na wypadek, gdyby cesarz w końcu zdecydował się na egzekucję.
– Nie dręcz dłużej naszego szeroko uzdolnionego czarodzieja – powiedział Urind, na powrót przywołując maskę absolutnego spokoju.
– Przepraszam, Wasza Wysokość. – Rusałka pochylił głowę.
Wszyscy w skupieniu wpatrywali się teraz w Neana i czarownik doszedł do wniosku, że może wreszcie nadszedł czas, by przeistoczyć się z powrotem w Kruczarza.
– Jak rozumiem, nie istnieje możliwość dyskretnego opuszczenia krucjaty przed dotarciem na miejsce?
– Nie mogę zostawić tego szaleńca.
Nean nie zrozumiał.
– Jakiego szaleńca?
– Eklina. On kiedyś z tego wyrośnie.
Grymas na delikatnej twarzy Rusałki zdradzał, że czarodziej najzupełniej nie zgadza się z tą opinią. Gwardziści z pewnością byli oddani cesarskiej rodzinie, nie chcieli by ich podopiecznym stała się krzywda, ale byli też zawodowcami, więc powstrzymywali się od komentarza.
Kruczarz zamyślił się, opierając podbródek na spętanych dłoniach. Jego umysł wypełnił wiatr w śmiertelnym wirze spleciony z bryłami lodu. Co było największym zagrożeniem? Wszystko. Otwarta przestrzeń i jaskinie. Zabójczy chłód i zdradliwe ognie widziane nocą w oddali. Martwota i życie pod najmniej odpowiednią postacią.
– Istnieją drogi prowadzące przez Białą Równinę – zawyrokował w końcu. – Niełatwo je znaleźć, a jeszcze trudniej nimi podążać, ale są bezpieczniejsze od reszty, co nie znaczy, że nie są zabójcze. Tak, najważniejsze jest, by pamiętać, że na Białej Równinie wszystko jest zabójcze.
Brwi Urinda poszybowały w górę.
– Drogi?
Czarodziej z Czarnej Wody potwierdził skinieniem. Niestety słońce i świeże powietrze wcale nie działały na niego dobrze. Czuł wprawdzie przyjemny wiatr na twarzy, ale ostre światło wywoływało ból głowy, a od powietrza robił się senny. W ogóle ta rozmowa była na jego zmęczony umysł już bardzo długa, a wszystko wskazywało na to, że miała być dużo dłuższa.
– Nie w normalnym znaczeniu tego słowa. To szlaki wyznaczone przez magię. Jeśli z nich zboczysz – Kruczarz pokręcił głową – mało prawdopodobne, że wrócisz do domu. Dlatego nikt nie zbadał Białej Równiny. Nie widać na niej słońca, kompasy szaleją, a ukształtowanie terenu zmienia się z kwadransa na kwadrans. Nigdy nie wiesz, czy wybrany przez ciebie punkt orientacyjny nie zostanie za moment przysypany przez śnieżycę.
– Punkt orientacyjny – powtórzył Urind, nachylając się lekko do przodu i patrząc Neanowi prosto w oczy. – Jakie to punkty orientacyjne są niby na Białej Równinie?
Czarodziej wahał się przez moment. Tresowany od lat instynkt podpowiadał mu, że nie powinien dzielić się wiedzą. Jednak Żira w jego głowie dawała do zrozumienia, że szybkie udzielenie wyjaśnień jest jak najbardziej wskazane.
– Ruiny – wyjaśnił. – Ich szczyty wystają sponad śniegu, lecz nie ufaj im. Równina lubi naigrawać się z wędrowców, tworząc lodowe kopie, których nie dasz rady odróżnić z daleka.
Nean też nie odróżniał. Niejednokrotnie w takich chwilach przed śmiercią ratował go jedynie upór lub szczęśliwy traf. Za to gdy ujrzał przed sobą zabudowania Ostrzęczy, nawet nie pomyślał, że mogłyby być czymś więcej niż ułudą. Był zresztą wówczas u kresu wytrzymałości. Nie jadł od wielu dni i tym razem naprawdę nie znajdował nic, co pozwoliłoby odróżnić jeden kierunek od drugiego. Głód przysłonił rozsądek i Nean nie pomyślał, że brak drogi oznacza kraniec Białej Równiny. Szedł, powtarzając sobie w duchu, że tak trzeba, że musi iść, jeśli chce przeżyć, ale nie zastanawiał się, gdzie naprawdę chce dotrzeć. Szedł dopóki nie potknął się o bryłę śniegu albo może płaszcz, czy własne nogi. Ledwie zauważył, że śnieg jest w tym miejscu znacznie bardziej wilgotny, choć cały był mokry, a ubranie lepiło się do niego, szczypiąc. Gdy wyszło słońce, pomyślał, że umiera.
A gdy usłyszał ludzki głos i poczuł ciepło ludzkiego ciała, wrzasnął z przestrachu. Obca twarz przemawiała do niego w obcym języku. Rozpoznałby...
Nie, niczego by nie rozpoznał, bo siedział w więzieniu na drugim końcu świata. Na domiar złego Urind zadał pytanie, którego Kruczarz nie usłyszał, i teraz czekał na odpowiedź.
– Dokąd prowadzą? – powtórzył książę.
– Co?
– Drogi.
Do miejsc, o których istnieniu poza Kruczarzem nie wiedział nikt. Jak zareagowaliby ludzie, gdyby wyjawił im sekret? Zapewne tysiącami wyruszyliby w nieznane na pewną śmierć.
Jeśli ktokolwiek by uwierzył.
– Nie po to służą, aby docierać do celu, ale by powracać żywym. Znam dwie. Droga Niedźwiedzia rozpoczyna się w Ostrzęczy, wiosce położonej na granicy rezyjsko-taudańskiej. Początku Drogi Wiatru nie znam, trafiłem na nią przypadkiem, gubiąc się podczas marszu na wschód. Podejrzewam, że można ją odnaleźć z Mórz. Albo z gór.
Urind zerwał się gwałtownie, a Rusałka za nim, rozglądając się w poszukiwaniu ukrytego zagrożenia. Książę jednak zrobił to tylko po to, by móc krążyć nerwowo wokół Neana, od czego czarnoksiężnik powoli dostawał zawrotów głowy, ale siedział spokojnie, udając nieporuszonego nagłą zmianą.
– Innych nie ma? – spytał Urind, nie zatrzymując się.
Nean mógł odpowiedzieć jedynie wzruszeniem ramion.
– Na inne się nie natknąłem. Dwie to mało?
– Eklin chce zacząć od spalenia Zimnego Oka. Wierzy, że czczą tam ludowe upiory.
– Demony – poprawił rzeczowo czarnoksiężnik. – Na dalekiej północy lepiej jest omijać miasta. Często nie należą do możnowładców, lecz do istot nadludzkich.
Albo do czarodziejów, takich jak w Lamre.
– Będą ze mną czarodzieje.
Nean nie mógł powstrzymać pobłażliwego uśmiechu, a wiatr znad Białej Równiny chichotał, poruszając luźnymi dachówkami, które spadały z góry, rozpryskując się na żwirze.
– Gariana o dwóch głosach i dwóch sercach zmieni waszych czarodziejów w kupkę śniegu, nim zdążycie prosić o sanki.
Przez moment książę i czarnoksiężnik mierzyli się na spojrzenia. Urind z zewnątrz był zimny jak skała, w środku wypełniony gorącą lawą.
– Zimne Oko – kontynuował Nean niezrażony – to najgorsze miejsce, by zacząć podróż. Gariana zdaje się wysysać siły z wszelkiej żywej istoty.
– Poetycko – sarknął Urind.
– Dopóki nie zaczynasz pluć krwią – zgodził się Kruczarz.
– Obawiam się, że to Eklina jedynie zachęci. – Urind zapomniał się, siadając tuż przed Neanem. Nekromanta pomyślał, że gdyby miał choć resztki mocy mógłby spróbować zabić księcia. – Jak znajdę tę drogę Niedźwiedzia?
Tylko po co Nean miałby zabijać Urinda? By uprzedzić Białą Równina? Nie, Kruczarz nie był tym typem bohatera.
Wcale bohatera nie przypominał.
– Pójdziesz do mieszkańców Ostrzęczy i poprosisz, by zaprowadzili cię do kaplicy boga-niedźwiedzia. Jeśli wioskę zasypie śnieg i nie będziesz mógł jej znaleźć, poszukasz obelisku wysokiego na trzy metry, z podobizną kruka trzymającego w dziobie łańcuch na szczycie. Pod obeliskiem jest kaplica, być może będziesz musiał ją odkopać. Być może sam obelisk też będzie niewidoczny.
Czarnoksiężnik kątem oka zauważył, że jeszcze jedna osoba zawitała na więzienny dziedziniec. Strój pełen złotych ozdóbek i długi, srebrny szal nie pozostawiały wątpliwości – Cerin. Niedbale oparty o ścianę budynku książę jak zwykle coś szkicował. Najpewniej samego Kruczarza, który tym razem nie mógł ukryć się pod kapturem.
– A jeśli śnieg zasypie i obelisk, i wioskę? Jak wtedy znajdę drogę? – Coś widocznie skruszało w Urindzie. Był jak tonący chwytający się brzytwy, w tym przypadku Kruczarza.
Nie znajdziesz, miał ochotę odpowiedzieć Nean, ale opanował się.
– O tym później – powiedział Kruczarz tonem pełnym nagany. – Wpierw załóżmy, że bogowie nad tobą czuwają i masz powrócić żywy. Musisz wtedy znaleźć kaplicę. Jeśli w środku będzie się paliło światło, pod żadnym pozorem nie wchodź tam. Poczekaj aż zgaśnie, choćbyś miał czekać tydzień. Jeśli drzwi będą zamknięte, nie próbuj otwierać ich siłą. Odejdź i wróć kolejnego dnia. A przede wszystkim nie przychodź po zmroku.
– I mam tak próbować cały rok? – fuknął książę. – Bo za ciemno, za jasno, bo zamknięte. Prędzej każę wychłostać kapłanów!
Nean uśmiechnął się smutno, jak bardzo zmęczony człowiek, który widział coś, o czym innym nawet się nie śniło. Odrosły wciągu ostatnich dni zarost i blizny odsłonięte brakiem włosów jedynie dodawały mu powagi.
– Nie powiedziałem, że w kaplicy służą jacykolwiek kapłani.
Słowa podziałały na księcia, jak kubeł zimnej wody, lecz tu potrzebny był cały lodowiec.
– Więc? – ponaglił Urind.
– Więc na twoim miejscu nie sprawdzałbym, kto zamknął drzwi ani kto pali wewnątrz światło. Jeśli czas będzie naglił, uklękniesz przed wejściem do kaplicy, opierając czoło o drzwi, przedstawisz siebie, swoich towarzyszy i powód twego przybycia. Z całą szczerością, na jaką cię stać. A potem uniżenie prosisz boga-niedźwiedzia o wpuszczenie do środka. Jeśli i wtedy ci nie otworzy, nie proś po raz drugi.
– I jak nie wejdę...
Nean prychnął z irytacją. Wstał – myśli o Białej Równinie dodawały mu sił. Sprawnie luzując więzy, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na Urinda z góry. Książę również wstał, ale dało to mizerny efekt – był wprawdzie wysoki, ale Kruczarz był jeszcze wyższy.
– O tym później – powtórzył czarownik z naciskiem na słowo później. – We wnętrzu kaplicy znajduje się posąg boga-niedźwiedzia. U jego stóp leży misa z wodą, nad misą jest stopień, na którym palą się świece. Wszystkie tlą się czerwonym ogniem i póki barwa ta nie zmieni się, nie wolno ci żadnej z nich dotknąć. Jeśli nie będziesz musiał wcześniej prosić o wejście, teraz uklękniesz i wypowiesz to wszystko, co w innym wypadku wypowiadałbyś przed wejściem. I będziesz miał ze sobą rzemień oraz nóż. Obetniesz sobie pukiel włosów, zwiążesz go rzemieniem i zawiesisz na łapie boga-niedźwiedzia obok innych. Robiąc to powiesz, że oddajesz się pod ochronę bóstwa. Następnie skaleczysz dłoń nożem, tak by krew uleciała do misy i jeszcze raz powtórzysz, że oddajesz się bóstwu pod opiekę. Nie wolno ci opatrzyć rany ani ściąć włosów, póki nie opuścisz Białej Równiny.
– A jak się wykrwawię?
Kruczarz zlustrował chłopaka od stóp do głów. Wyglądał, jakby wdał się w życiu w niejedną bójkę i niejeden raz poniósł obrażenia, włączając w to wybity ząb, który nie uszedł uwadze Neana, kiedy już mógł oglądać księcia z wysokości.
– Spróbuj się nie wykrwawiać, to nie musi być więcej niż kropla. Symbolicznie, chłopcze. Potem zabierzesz tą ze świec, która zapłonie błękitnym blaskiem. Ognik zdradzi ci wówczas swoje imię, więc słuchaj uważnie, bo nie będzie powtarzał. Nie wolno ci go zapisać ani zdradzać innym.
– A coś w ogóle mi wolno?
– Wolno ci mnie słuchać. – Rusałka i Nieszczęśliwy wydawali się wstrząśnięci, ale Kruczarz zignorował fakt, że zbliżają się na niebezpieczną odległość. – Skoro już poprosiłeś o radę, wypadałoby nawet. Wolno ci też przywołać ognik imieniem i prosić o wskazanie drogi, kiedy tylko zechcesz.
– To wszystko? – W głosie Urinda pobrzmiewała ironia. – Brzmi wcale nieskomplikowanie.
– Bo jest zawodne – wyjaśnił Nean.
– Co proszę?
– Ogniki są delikatne. Mogą zgasnąć na silnym wietrze, więc będziesz musiał go osłaniać. Mogą też zostać skradzione przez upiory, ale na to nic nie poradzisz. Możesz mieć tylko nadzieję, że nie zajdziesz dość daleko, by je spotkać.
Urind odsunął się od czarownika, z niedowierzaniem potrząsając głową.
– Wydaje mi się to wszystko niewarte zachodu.
– Gdyby taka ochrona była niewarta zachodu, oprowadzałbym wycieczki po Białej Równinie.
– No dobrze. – Książę uniósł dłonie w geście pojednania. – A co jeśli nie uda mi się spełnić wszystkich tych warunków albo zgubię ognik?
– Prawdopodobnie będziesz martwy.
– Rozumiem.
Nean wątpił, czy chłopak faktycznie rozumie, ale nie był przecież książęcą niańką.
– Na wypadek, gdyby wszystko miało zawieść, weź ze sobą coś łatwego do podpalenia. Ogień płonie w pobliżu dróg, choć z trudem. Zaraz też zrywa się gwałtowny wiatr i ustaje dopiero, gdy ogień zgaśnie.
Mimo wszystko wydaje się prostsze.
– Wydaje się prostsze, bo nigdy nie próbowaliście rozpalać ognia na Białej Równinie. – Kruczarz potrząsnął głową, chcąc pozbyć się nieprzyjemnych wspomnień. – Jak rozpalanie ognia pod wodą.
– Zastanawiam się... – zaczął niepewnie Urind. – Bo powiedziałeś, że raz zdarzyło ci się zboczyć z drogi i błąkałeś się. Poza drogami nie da się rozpalić ognia. Jak przetrwałeś?
– Na Białej Równinie człowiek przestaje być tym, kim jest poza nią.
– To nie odpowiedź.
– Biała Równina nie daje odpowiedzi. Jeśli uda ci się przeżyć dość długo, nauczysz się, czym jest prawdziwa tajemnica.
Książę milczał. Południe minęło i słońce nie parzyło już tak mocno, a wewnątrz murów więzienia nastała pora posiłku. Ponury budynek ożywał na podobieństwo cmentarza. Ktoś nawet zawodził smutną piosenkę o utraconej wolności do taktu wybijanego przez drewnianą okiennicę.
– Jesteś upiorem? – spytał cicho Urind.
Ich spojrzenia spotkały się. W przeciwieństwie do braci Urind miał jasne, błękitne oczy. Cudowny kolor nieba rzucony został przeciwko zielonej otchłani.
– Wydaje mi się – zaczął Kruczarz niepewnie – że kiedyś...
– Że kiedyś byłeś upiorem? – naciskał Rusałka zupełnie niepomny karcącego spojrzenia Urinda.
Nikt jednak nie poznał odpowiedzi na tak bezpośrednio postawione pytanie, bo wtem z daleka, najpewniej od bramy dobiegł całą czwórkę jakiś rumor i awantura okraszona serią zaklęć po obydwu stronach barykady. Nie dość silnych, by zrobić komuś krzywdę, ale dostatecznie silnych, by mury więzienia zatrzęsły się nieprzyjemnie.
Wyrosły spod ziemi strażnik rozkazał natychmiast odprowadzić Neana do celi. Urind pobiegł gdzieś ze swoimi gwardzistami i niedługo czarnoksiężnik, minąwszy lekko rozbawionego Cerina, z wszechwiedzącego Kruczarza stał się na powrót lokatorem cuchnącego więzienia. Niektórych musiało tam pochłonąć już zupełne szaleństwo, bo do celi odprowadziło czarodzieja ludzkie szczekanie.
W dodatku Nean przegapił porę posiłku.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 23 sierpnia 2017, 16:03

Powiem, że bardzo dobrze czytało mi się tę wstawkę. Myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze – miło było oderwać się od Neana i zobaczyć, co tam u innych postaci, dobrze było też wyjść poza pałac. Jakoś też tak mam, że w twojej opowieści od akcji właściwej wolę wspominanie przeszłości. Dlatego ucieszył mnie (co prawda niewielki) fragment o relacji Ovriny i Eklina, o tym, jak ona go broniła, gdy był dzieckiem i jak on teraz chce bronić ją i całą rodzinę. Takie drobiazgi skutecznie dodają życia postacią, sprawiają, że przestają być tylko grupką rozpuszczonych dzieci cesarza, a stają się samodzielnymi ludźmi z motywami, przeszłością, psychiką. Chętnie poczytałabym takich scen więcej, zajrzała w te postaci głębiej niż tylko po wierzchu – ten kapłan, ten lubi cekiny, ten ma tysiąc kochanek.

Po drugie, rozmowa Urinda z Kruczarzem ma sens. Urind przychodzi do Neana z bardzo konkretnego powodu, który od razu jasno przedstawia. Plus jest to rzeczywiście coś, z czym tylko Nean może mu pomóc. Więzień zaś mu odpowiada i to konkretnie. Nie dostajemy więc kolejnych bezsensownych przepychanek, jakichś niejasnych planów i obietnic czy wyzywania się mniej lub bardziej dyplomatycznie i udowadniania, kto ma dłuższego metaforycznego penisa – tylko logicznie poprowadzony, zaczepiony w większej fabule dialog. Zresztą pisałam chyba wcześniej, że nie lubię tych nie służących niczemu wycieczek do lochów. A tu wszystko jest ładne, logiczne. Plus dowiadujemy się co nieco na temat Białej Równiny, a powiem ci, że to twór wyjątkowo udany i fascynujący, więc chętnie spijam każde słowo na temat tego miejsca, jakie w tekście pada.

Także tym razem nie marudzę i czekam na więcej.

Parę literówek:
nakreślić w głowie kilkanaście scenariusze
scenariuszy
już wcale nie był przystojny ani elegancki.
Baaardzo mi się to zdanie podoba w duecie z tym wcześniejszym o tym, że młody, ale najprzystojniejszy. Właśnie takie drobiażdżki budują postaci.
szczupłym blondyn
szczupłym blondynem.
A on wam nie ucieknie, Wasza Wysokość?
Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie strażnika mówiącego w ten sposób do księcia.
By uprzedzić Białą Równina
Równinę
Wszystkie tlą się czerwonym ogniem i póki barwa ta nie zmieni się, nie wolno ci żadnej z nich dotknąć.


Zaraz, zaraz, ale miał wejść po tym, jak zgasną światła?
Cerin zamrugał zdziwiony, jakby dopiero teraz zauważył obecność pozostającej pod strażą Olchy. Mieli ze sobą raczej słaby kontakt, ale drugi z cesarskich synów darzył Quintina sympatią, więc było niemal pewne, że wieść o aresztowaniu dojdzie uszu pozostałych właśnie za jego pośrednictwem.
Bardzo mnie konfukdują takie akapity, a masz ich parę tu i tam – wrzucasz kilka postaci i niepowiązanych informacji zaraz obok siebie, więc mam problem połapać się kto i co, ale też dlaczego nagle nastąpiła zmiana tematu. Bo zupełnie nie wiem, jaki jest związek między tym, że Cerin jest zdziwiony na widok Olchy a tym, że bracia dowiedzą się o jej aresztowaniu od niego. I z kim Cerin ma słaby kontakt? Bo mi wychodzi, że z Olchą. I w ogóle z trudem ogarniam, kto co ma zrobić i się dowiedzieć.

Co do moich wcześniejszych uwag i twoich komentarzy do nich, to chciałam coś wyjaśnić – jeśli czepiam się czegoś w tekście i zadaję do tego pytania, to nie po to, byś mi na nie odpowiadała w komentarzu. W ten sposób sygnalizuję, że fragment tekstu jest dla mnie niejasny i że to w teście powinnaś coś zmienić tak, by był czytelniejszy. Na przykład:
To, że królewski syn chadza do lochów okradać więźniów to dla mnie za duży mindfuck.
Bo jest kleptomanem i zbieraczem, który wychował się w takim bogactwie, że nie myśli o faktycznej wartości przedmiotów, ale o tym czy są ciekawe czy nie?
Ja to potrzebuję mieć w tekście, musi to być silnie zaznaczone. Nie mówię, że nie może tego robić, ale musi być przy tym wiarygodny. Plus naprawdę miała wizję, że chodzi sobie po lochach i okrada więźniów, a nie zabiera to z jakiegoś magazynu ze skonfiskowanymi rzeczami (ale jeśli tak było, to skąd wiedział, komu dokładnie oddać lampę zamiast odnieść ją z powrotem do magazynu?).
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 29 sierpnia 2017, 10:58

Jakiejś wielkiej łapanki nie robiłam, ot, parę rzeczy, które mi się rzuciły w oczy podczas czytania:
Jedynie w chwilach dekoncentracji poddawała się panice, którą czuła na myśl o opuszczeniu własnego ciała, pozostawiając je na pastwę rynsztoka, jakim była ta wciśnięta pomiędzy pałacyki, niereprezentacyjna uliczka.
i pozostawieniu go, nie - pozostawiając. Względnie, jeśli chcesz koniecznie użyć imiesłowu, to nie współczesnego, a uprzedniego, czyli pozostawiwszy. To subtelna różnica, ale jednak jest i wynika bardziej z kontekstu niż gramatyki. Ale z kontekstu zdania wynika, że Olcha poddawała się tej panice już po opuszczeniu ciała, nie w samym momencie tego aktu, a to sugeruje imiesłów przysłówkowy współczesny.
Jeśli oczywiście nikt by tego nie zauważył, co nie było proste, gdy uliczkę nieustannie przemierzali najróżniejsi posługacze, tudzież niepilnowane przez nikogo dzieci tychże.
tudzież = oraz, a więc bez przecinka
Spodziewała się Ovriny. Od chwili ujęcia przez gwardię zdążyła nakreślić w głowie kilkanaście scenariusze, parę nawet takich, które nie powinny skończyć się wybuchem gniewu księżniczki.
scenariuszy
Schludniejszy, miększy.
Bardziej miękki dla większości uszu brzmi ładniej i nie będzie rymu.
Cały był sztywny i regulaminowy, jakby służył cesarzowi od niedawna, ale wysoka ranga czyniła to wielce mało prawdopodobnym.
mało prawdopodobnym lub wielce nieprawdopodobnym
Obecna wersja to spora niezręczność stylistyczna polegająca na złożeniu antonimów.
Żira nie oszczędziła sobie komentarzy.
nie szczędziła sobie komentarzy - to utarty zwrot
By uprzedzić Białą Równina?
Równinę


Do rzeczy.
Czytało się przyjemnie - to piszę na początku i żeby uspokoić ;) Serio przyjemnie. Bardzo mi się podobały opisy Białej Równiny i rządzącej nią magii. Faktycznie udało Ci się uzyskać efekt takiej przyjemnej niezrozumiałości, kiedy ja jako czytelnik naprawdę czuję tę niezwykłość i to, że nie jest to takie hop-siup!, że o, no trochę zimno jest, wielkie mi halo. I trochę się martwię o Unrida i Eklina (choć mam przeczucie, że do wyprawy może nie dojść), a jednocześnie zastanawia mnie, co strzeliło do głowy cesarzowi, żeby posyłać tam swoje dzieci. No, chyba że faktycznie chce się ich pozbyć albo dać im pretekst do buntu. Niemniej to drugie chyba odpada ze względu na usposobienie Eklina. Czasem były w tym dialogu takie potknięcia, gdy wracał stary schemat tzn. książę przez ułamek sekundy zachowywał się jak głupek, żeby Nean mógł mu udowodnić swoją wyższość. A jednak przez większość czasu miałam w głowie takie: Stary, co ty się tak irytujesz? Nie wie, to pyta. Wolałbyś, żeby nie pytał? A że czasem pyta głupio - ma prawo, bo w końcu nie wie, o co. Ale to żaden zarzut, a raczej spostrzeżenie w kwestii Neana, który po raz kolejny pokazuje się z niedojrzałej strony.

Fragment z Olchą pokazuje, że krucjata cesarza obejmuje nie tylko dzieci i postanowił pozbyć się też wiedźmy, która raczej działała na korzyść czeredy. No, oszalał. Jak nic. Co do samej Olchy, nie wiem, wcześniej mi się wydawało, że mogę ją polubić, w tym fragmencie coś zadziałało na jej niekorzyść. Pewnie ta pogarda, z jaką się odnosiła do sytuacji, jednocześnie zarzucając pogardę wszystkim dookoła. No ale odnoszę wrażenie, że nie prezentacji charakteru wiedźmy służył fragment, ale relacji między rodzeństwem, i dobrze, bo to szalenie ważne się wydaje, a dotąd pozostawało przed czytelnikiem raczej ukryte. Lubię. I lubię te relacje oraz to, że starasz się przeszłością tłumaczyć obecne zachowanie czeredy i kroisz dla nich motywacje. Fajnie by było, gdyby w kolejnej wersji te karty odsłaniały się wcześniej. Myślę, że wtedy części zarzutów, jakie się w komentarzach pojawiały, w ogóle by nie było.

I właśnie, kwestia ostatnia, czyli kwestia zarzutów. Widać po ostatnich fragmentach, że wiele z nich wzięłaś sobie do serca i łatasz tkaninę tam, gdzie inni dostrzegli pęknięcia. To fajnie, tylko pamiętaj, że to przede wszystkim Twój tekst ;) Trzymam kciuki, żebyś znajdywała w tym złoty środek i nie wykonała pochopnych ruchów. Na naprawę niektórych spraw czas przyjdzie dopiero w kolejnej wersji, teraz nie ma co łatać na siłę i doszywać teorii do wszystkiego. Sądzę, że podbudowa bohaterów to dobry kierunek, ale uważałabym z rozwiązaniami fabularnymi. Ślę wiadro pozytywnych uczuć i wgl :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kanterial » 31 sierpnia 2017, 10:03

:yaaay:

Trochę poskaczę po chronologii, bo chaos w mózgu - pozwolę sobie zacząć od rozmowy Urinda z Neanem.
Omg, jaka ona była wspaniała. To był taki Kruczarz-Kruczarz (co sama zauważyłaś i co pięknie podbiłaś tą myślą Neana, że "może czas się przeistoczyć", bardzo doceniam i zrobiło to na mnie wrażenie) i mimo całej, dość napiętej, sytuacji, właśnie charyzma Kruczarza trzmymała tę scenę na dobrych torach. Więc jestem poruszona i poczułam się trochę jak w domu, czytając. Szybko i płynnie się to zmienia - najpierw książę przychodzi z obstawą i wywleka Neana z celi (tu jeszcze jest uległość), potem okazuje się, że chodzi o naprawdę ważną rzecz, nie tylko zabawy z Kruczarzem czy ciekawość (jak bywało we wcześniejszych rozmowach książąt z czarownikiem) i oto mamy Urinda z ludzką twarzą, takiego nastawionego na walkę, martwiącego się o brata(!) i mamy też Neana, który wchodzi w swoją skórę. Mogę piać z zachwytu.
Opisy Białej Równiny są świetne i jaram się magią, która tam jest taka pierwotna, dzika i bezwzględna. Bóstwo-niedźwiedź to chyba mój ulubiony motyw. Wyobrażałam sobie ten rytuał, te świece, ucinanie włosów i potwierdzanie paktu krwią *--------* i w ogóle czułam się jak nastolatek czytający pierwsze fantasy, zaczęłam się jarać tą aurą tajemniczości i niebezpieczeństwa.
W ogóle - fakt, że Nean ma tyle wspólnego z tym strasznym miejscem (serio jest potworne, dopiero teraz poczułam jak potworne, kiedy dotarło do mnie połączenie zimna, samotności i złośliwych sił nadprzyrodzonych) i to, że tam tyle przeżył... Ten fakt miażdży mi mózg co jakiś czas. I to on buduje w tym momencie mój podziw dla postaci. Tak, Kruczarz mi zaimponował w tym fragmencie. NO I JAK ON PATRZYŁ Z GÓRY I WPADŁ W TRYB "BĘDZIESZ MNIE SŁUCHAŁ" <333 *FANGIRL MODE* ech, ok. W każdym razie dziękuję za tę scenę. Ruszyła mnie mocno, nie tylko doświadczeniem Neana, ale i relacją Urind-Eklin, bo nie spodziewałam się, że ta zgraja młodych książąt ma jeszcze w sobie tak podstawowe uczucia. Nie było ich wcześniej widać.

Zresztą, no właśnie, przechodząc do uczuć, to samo zrobiłaś z Eklinem. On (nawet jeśli wynika to z jakiegoś chorego fanatyzmu i niewiele ma w sobie logiki) robi, co robi, motywowany nie tylko egoistycznymi zachciankami. No, bo ja wierzę, że naprawdę chodziło mu tym razem o Ovrinę. I o to, żeby uchronić swój ród (!) przed gniewem Wielkiego Iretuna. Postać kocham od początku, dawałam już znać, więc w tym momencie bardziej się nie da i Eklin jest bohaterem numer jeden w tej części Kruczarza. //no, centymetr za neanem//. Szkoda tylko, że jego działania mogą okazać się... niezbyt trafione. Bo jednak pogardliwy stosunek reszty ludzi do tej opętańczej wiary podpowiada mi, że Wielki Iretun może być trochę ściemą i żaden gniew nie spadł, a Eklin modli się i służy czemuś niezwiązanemu wcale z siłami, które rządzą jego światem. Choć kto wie. Gdyby okazało się, że on naprawdę czerpie coś z tej wiary i że ona go ochroni albo w czymś mu pomoże, byłabym wniebowzięta. Serio. To by było zagranie, jprdl P_________P no więc czekam.
Czekam na rozwój sytuacji i nie mogę się zdecydować, czy ta krucjata dojdzie do skutku, czy nie. Naprawdę nie wiem czego się spodziewać XD choć przyznam że mam ochotę o niej poczytać. Zbliżyć się trochę do Białej Równiny...

najmniej poruszył mnie wątek Olchy, to znaczy najmniej czuję do postaci. Jednak jej motywacje odsłoniły skrawek przeszłości, który pozwolił mi zrozumieć i ułożyć w głowie wiele rzeczy. Dlatego cieszyłam się, że był. No i... ten niepokojący związek Olchy z Żirą. Czuję, ze do tego będziemy wracać jeszcze nie raz, ostrzę sobie zęby na samą Żirę, która może będzie miała okazję coś jeszcze w związku z Olchą zdziałać.

Bardzo, bardzo udana wrzutka. Czekam z niecierpliwością. I przepraszam, że tak późno komciam :bag:


//trochę było nieodmienionych wyrazów i jakiś brakujących ogonków, ale pewnie ktoś nade mną już wyłapał, więc nie dawałam cytatów. W sumie do technicznej warstwy nie mam zastrzeżeń - czyta mi się płynnie, dialogi siedzą (choć czuję, że przy Eklinie jest ci ciężej), a wszystko składa się na bardzo obrazogenny opis świata. Prawie jakbym oglądała serial <3 tak trzymać.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 05 września 2017, 20:07

Kanterial kazała wrzucić, więc wrzucam.
XVIII Nean jadł bardzo powoli, dokładnie rozgryzając kawałki gorzkiego, niedogotowanego warzywa. W ten sposób smak mocniej mu doskwierał, ale była to jedyna droga, aby choć na chwilę oszukać głód. Bezczynność nie pomagała odciągnąć uwagi od żołądka, więc czarownik kazał Żirze opowiadać cokolwiek. Wiedźma nie miała może talentu gawędziarskiego, ale starała się, jak mogła.
…kiedy jeszcze studiowałam. Nikt normalny nie chciał skończyć wyrzucony poza krawędź świata, więc Eszal pomyślał o mnie. W końcu, co miałam do stracenia? Racja, życie, ale Eszal nie uznawał życia za...
Czarownik dokończył przedostatni kawałek i zabrał się za resztkę. Miał nadzieję, że nie zatruje się znowu. Co prawda Arien, pod naciskiem cesarza, od czasu do czasu pojawiał się w jego celi, lecz milczenie Kruczarza doprowadzało go do szału. Nic dziwnego – Urbinan rozkazał Arienowi odkryć prawdę o niewrażliwości czarnoksiężnika na ogień i od dawna nie otrzymywał odpowiedzi. Nean miał nadzieję, że czarodziej ze Srebrnego Potoku nie okaże się bezduszny i nie każe mu sprzedać tajemnicy w zamian za zdrowie.
Zwłaszcza, że sam też nie znał odpowiedzi.
…więc popłynęli we trzech. On, jego brat i niejaki Olben Podwójny, który podobno miał kiedyś dwa nosy, ale jeden sobie odciął. Minął rok, półtora, ja się wyniosłam z Glagor, minęły trzy lata, wszyscy zapomnieli, minęło pięć lat...
Nean przełknął ostatni kęs i nakrywając się kocem, ułożył w rogu pomieszczenia. Dzisiejszy dzień nie mógł przynieść nic dobrego. W nocy śnił się nekromancie Eklin wygłaszający mowę na jego pogrzebie. Nean leżał w otwartej trumnie i go poprawiał, a Żira leżąca obok mu wtórowała. W końcu któryś z żałobników, chyba Arien, nie wytrzymał i zatrzasnął wieko.
Czarownik z Czarnej Wody miał talent do onejromancji, ale dotąd, niebudzony kilkakrotnie każdej nocy, rzadko pamiętał sny, toteż zbytnio nie zawracał sobie głowy nauką ich interpretacji. Miał jednak absolutną pewność, że ani latryjskich książąt, ani pogrzebu nie można uznać za dobry znak.
… i spadam w absolutną ciemność. Wstaję, a tam Gefin, ten jego brat, z jakąś kobietą, podobno z południa. Jeśli ona nie była demonem, to ja nie nazywam się Żira ze Zboru Lasów.
– Bo nie nazywasz się tak – zauważył Nean.
Żira milczała dobrą chwilę, dopuszczając do świadomości czarownika fałszywy gwizd przechodzącego korytarzem strażnika.
Nie?
– A nie nazywasz się Żirą z Białych Pałaców?
To miano dla czarodzieja, nie dla wiedźmy.
– Dla czarownicy też nie?
Nie istnieją reguły dla czarownic, skoro czarownice podobno nie istnieją.
– Stwórz jakieś?
Prawdę powiedziawszy, Nean plótł, co mu ślina na język przyniosła byle tylko na moment zagłuszyć własne problemy.
Nazwę się Żirą z Czarnej Wody. Szkoda, że latarnia w czarnym płaszczu wyglądałaby głupio.
– Nigdy tam nawet nie byłaś.
A słyszałeś o Garycie z Sokolich Skał? Miał tyle wspólnego z Sokolimi Skałami, że jego matka się tam urodziła. Sam rezydował w Starym Piwie.
– Ale ty się urodziłaś w Białych Pałacach i to na tyle ładna nazwa, byś mogła być Żirą z Białych Pałaców.
Przez chwilę Nean miał wrażenie, że czuje zapach pieczonego mięsa. Wyjrzał przez okno i faktycznie – jakieś mięso się piekło, ale było to mięso z palonego właśnie ciała.
Nie urodziłam się w Białych Pałacach. Urodziłam się w Demos, a wychowałam w Wielkim Ogniu pod Glagor. W Białych Pałacach po raz pierwszy zdarzyło mi się dokonać rzezi i jakoś przylgnęło.
– Więc bądź Żirą z Demos.
Ale wiesz, że Demos to stolica Ambrii i pochodzą stamtąd dziesiątki czarodziejów?
– I jakoś sobie radzą.
Na głupie sposoby. Jest Gethon Spalony, Scylion Żółty, Amon Zwiewny, Temistes Czarnoręki i oczywiście przesławny Aros Zgniły.
– Nie słyszałem o nim nic poza tym, że kazał nazywać się zgniłym.
Bo z niczego innego nie słynie.
– Słynie również ze skupu kradzionych artefaktów – zaprotestował człowiek, którego cień na moment przysłonił Neanowi blask więziennych pochodni.
Czarnoksiężnik zerwał się. Za kratą, z rękami splecionymi z tyłu stał Septirun, siódmy syn Urbinana. Zmienił się od czasu ich ostatniego spotkania, był wyższy i mniej dziecinny z twarzy, jakby w ciągu ostatnich miesięcy jego ciało postanowiło wykonać ostatni, gwałtowny skok w kierunku dorosłości. Ponadto już wcześniej długie włosy urosły mu aż do pasa i nie ulegało wątpliwości, że w proces zamieszana była magia.
Widocznie Septirun wcale nie zamierzał się maskować. Przeciwnie. Włosy były symbolem mocy i teraz oznajmiały wszystkim prawdę o księciu.
– Witaj, Kruczarzu, witaj, Żiro.
Nean czuł jak jego ciało sztywnieje, a ciasna pętla zaciska się wokół gardła. Próbował oddychać, ale nagle było to trudne i wymagające zbyt wielu procesów myślowych.
Septirun mógł podsłuchiwać. Ba, na pewno podsłuchiwał, stał przecież obok. Mógł z jakiegoś powodu nie uznać Neana za szaleńca albo postanowić w tym szaleństwie uczestniczyć. Mógł się domyślić przeznaczenia latarni, skoro miał do niej dostęp.
Ale nie mógł usłyszeć słów wiedźmy.
– Witam, Wasza Wysokość.
Pieprz się, Wasza Wysokość.
– Czemu tak niegrzecznie?
Nean stał obok samego siebie, a jego ciało zamarzało od wewnątrz. Próbował coś powiedzieć, ale język rozpływał się w gardle.
– Wciąż czekasz na wysłanników Quintina, czarodzieju? – spytał książę. Jego delikatne palce gładziły zimny metal krat. – Już za późno, nie przyjdą.
Nekromanta nie czekał może na obiecanych czarodziejów z wytęsknieniem, ale miał nikłą nadzieję, że do spotkania jednak dojdzie i uda mu się coś na nim ugrać. Słowa Septiruna nie porażały, ale gasiły nikły płomyk rozgrzewający czasem myśli Neana.
– Skąd o niej wiesz? – wydusił z siebie nekromanta.
– O kim? – Palce gładzące metal zatrzymały się na moment. – O Żirze?
Nean przytaknął.
– To nie ma znaczenia, Kruczarzu. I tak cię powieszą. – Z palców księcia najpierw posypały się iskry, a potem przestrzeń pomiędzy nimi wypełnił ogień. – A później spalą ciało. Wiem, bo widziałem.
W powietrzu wokół Septiruna było coś elektryzującego, coś sprawiającego, że w ciele Kruczarza znów krążyła magia i tylko bariera czerwonego światła rzucanego przez płomień nie pozwalała od dawna wstrzymywanej mocy wychynąć na wolność.
– Skąd wiesz, siódmy synu siódmego syna? – wysyczał czarodziej.
Septirun westchnął, jakby irytował go fakt, że musi tłumaczyć podobną oczywistość. Raz jeszcze położył dłonie na metalowych prętach, a one wygięły się pod jego dotykiem, tworząc otwór, który mógł przekroczyć. Gdy już znalazł się we wnętrzu celi, metal powrócił do dawnej postaci.
– Od kuzyna – powiedział książę, a kraty za jego plecami wygięły się raz jeszcze, tworząc siedzisko. Septirun zajął je, odrzucając na bok pelerynę i beztrosko zakładając nogę na nogę.
Chwilę potrwało, nim Nean pojął cały sens tej deklaracji.
– Nie masz kuzynów. Ani wujów, ani ciotek.
Septirun uśmiechnął się szeroko.
– Akurat mam, moja matka posiada liczne rodzeństwo, ale idziesz bardzo dobrym tropem, Kruczarzu. Miałem na myśli bratanka mego ojca.
Nean miał już zadawać kolejne pytania, ale zamilkł, zastanowił się. Nie był przecież wystraszonym prostaczkiem, żeby rzucać pierwsze, co mu przyjdzie na myśl.
– Był nieślubnym synem twojego wuja. Twój ojciec nie wiedział o nim, więc nie mógł go zabić, prawda?
Tym razem Septirun nie poprzestał na uśmiechu. Roześmiał się perliście, tak dostojnie jak to przystało księciu i niczym w tej chwili nie przypominał rżącego jak gość podrzędnej karczmy Quintina.
– Nie i nie, mój słodki nekromanto. – Książę potrząsnął głową w pełnym politowania geście. – Był legalnym wnukiem cesarza i gdyby żył dzisiaj, miałby święte prawo, aby rywalizować z mym rodzeństwem o koronę. Ja go nie znałem, ale twoja przyjaciółka owszem. Jak mniemam, nie powiedziała ci, czemu cesarz pragnie jej głowy.
Nean musiałby przyznać Septirunowi rację, więc nie odzywał się wcale. Wiele razy miał w planach wyciągnięcie prawdy od wiedźmy, ale nigdy nie miał chęci ani czasu, by zaczynać tę dyskusję. Zwłaszcza, że choć mógł nagiąć Żirę do swojej woli, współdziałanie z rozeźlonym demonem nie należało do przyjemnych.
– Ach, Kruczarzu, jakiś ty małomówny... – Septirun zacmokał z niezadowoleniem. – Pozwól, że opowiem ci pewną historię. Wcale nie tak dawno temu był sobie czarodziej, bardzo potężny człowiek i zaufany doradca cesarza Netalisa VII, mojego dziada. Czarodzieja tego nazywano Faeronem z Latrii, bo wiedział wszystko o każdym sztukmistrzu i każdym zaklęciu w tym mieście. Faeron nie miał niestety syna, ale miał córkę, Enedę, najpiękniejszą kobietę cesarstwa, o której rękę starało się wszystkich siedmiu książąt, ale zdobył ją najstarszy, Netalinian. Niedługo później wybuchła wojna pomiędzy braćmi, ale zanim wuj odesłał piękną małżonkę, spłodził jedynego syna, Ateriana i kiedy już wszyscy krewni cesarza zginęli, jedynie tego chłopca nikt nie potrafił wytropić. Mój ojciec zagroził Faeronowi, że jeśli nie wyda wnuka, rozkaże zgładzić także samego czarodzieja i piękną Enedę. Faeron jednak nie zawdzięczał sławy przypadkowi. Stworzył iluzję martwego chłopca, a memu ojcu pozwolił żyć w złudzeniu, że pozbył się ewentualnego konkurenta. Dla ukrycia tożsamości Faeron zmienił cesarskie imię wnuka na zupełnie zwyczajne, Daren.
Septirun przerwał, zapewne wnioskując po minie Neana, że nie musi opowiadać dalej. Daren z Czarnego Połogu był towarzyszem Żiry, którego Kruczarz spotkał w Szarej Skałce i to jemu z początku przypisał wszystkie zaklęcia. Jeśli bratanek cesarza pojawił się nagle w Latrii, próbując dowodzić swoich praw, nic dziwnego, że Urbinan kazał ścigać wspierającą go wiedźmę aż do Zimnego Oka.
Nean podziękował w duchu wszystkim bogom, których znał, za śmierć Darena. Gdyby w innym wypadku wyszło na jaw, że Nean pomógł Żirze wyrwać się z łap śmierci, czekałaby go natychmiastowa egzekucja.
– To nic nie wyjaśnia. Poznałem Darena, a ty z całą pewnością go nie przypominasz.
Septirun wstał. Podszedł do wciąż siedzącego na ziemi czarodzieja, patrząc na niego z góry. Nean chciał wstać, ale książę przytrzymał go na ziemi. Miał znacznie więcej siły, niż czarnoksiężnik spodziewałby się po tak młodym chłopaku.
Albo po prostu to on był słaby.
– Niektóre rzeczy wyjaśnia. Na przykład to, dlaczego Nean z Czarnej Wody został schwytany przez cesarskich czarodziejów i po tylu miesiącach wciąż pozostaje na ich łasce.
Czarodziej uniósł brwi.
– Wyjaśnia, że Nean z Czarnej Wody po prostu nie jest tak bystry, za jakiego próbuje uchodzić. – Książę machnął ręką, pochylając się nad zapięciem łańcucha, którym przypięty był czarnoksiężnik. – A pomyśleć, że jestem tu z powodu starożytnego rytuału, mając nadzieję na pomoc twego wykształconego umysłu. Wiesz coś, czy tylko przechwalałeś się mojemu bratu?
Nean miał ochotę zwyzywać młodzieńca, lecz ostrzegawcze szarpnięcie Żiry kazało mu podejść do sprawy z rozmysłem. Książę zamierzał w końcu podzielić się jakąś wiedzą, a każda magiczna wiedza była na wagę złota.
– I co będę miał z tej pomocy?
Septirun przewrócił oczami. Kajdany Kruczarza już mu się chyba znudziły, bo teraz wyglądał za okno. Lodowaty wiatr znad Białej Równiny znów atakował wnętrze, lecz chłopak nic sobie z niego robił. Prawdopodobnie wcale nie wiedział, czym jest. Niewielu wiedziało, niewielu potrafiło dostrzec wagę konsekwencji, jakie ten fakt za sobą pociągał.
– A co byś chciał, mój słodki nekromanto? I tak cię przecież powieszą.
Neana poczuł się nieswojo. Nie dlatego, że książę mówił o jego śmierci. Niepokojący był ton Septiruna – jakby to był zaplanowany od dawna uroczysty obiad, którego już nie można odwołać.
– Jesteś księciem. Masz na to chyba jakiś wpływ.
Septirun prychnął.
– Tobie się wydaje, że to jest takie proste? Że możesz jednym dmuchnięciem rozgonić zbierające się nad tobą chmury, mój słodki nekromanto? Zresztą nawet nie chcę ratować twojego życia. Przecież to ty zabijesz mojego brata.
Nean czuł się jak w koszmarze, w którym człowiek próbuje naprawić sytuację w sposób, jaki podpowiada mu logika, ale efekty jego działań nie mają nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem i tylko pogłębiają problem.
– Którego? Nigdy nie miałem takiego zamiaru.
– Quintina. I oczywiście, że nie masz zamiaru, ale to nic nie zmienia. – Septirun wzruszył ramionami. Potem na chwilę zastygł, jakby do głowy przyszedł mu zaskakujący pomysł. – Ale jeśli chcesz, mogę w podziękowaniu wyjawić, kto zabije ciebie.
Nean nie sądził, by był w stanie wytargować od szalonego księcia coś jeszcze, więc tylko skinął głową na znak zgody. Septirun natychmiast wyciągnął z kieszeni zwitek papieru. Czarnoksiężnik chciał go chwycić, lecz książę mu nie pozwolił – trzymał rękopis przed twarzą Kruczarza, na wysokości jego oczu.
– Co to jest? – zdziwił się Nean. Rytuał był znacznie starszy i znacznie potężniejszy niż przypuszczał.
– Nazywają go Kodeksem z Czarnego Połogu. Rozumiesz to, czy nie?
Neanowi trudno było się skupić, gdy Septirun majtał mu kartką przed nosem, tym bardziej, że od dawna nie miał kontaktu z pismem, a co dopiero ze starożytnymi hieroglifami. Niemniej poznawał znaki, mgliście przypominał sobie nawet, jak je odczytać, mimo że nie zostały napisane w żadnym z języków, które badał, jedynie w pokrewnym.
Z trudem odczytał kilka pierwszych wyrazów, wypowiadając je na głos i krzywiąc się w chwilach, w których wiedział, że kaleczy ten starożytny język.
– Co to znaczy?
– Pozwól mi się skupić – syknął Nean, niemal nieświadomie używając tonu, jaki niegdyś służył mu do pouczania słuchaczy. – Nie możesz zostawić mi kopii i dać trochę czasu na zastanowienie?
– Nie. Mam tylko jedną kopię.
– Mógłbym zrobić drugą.
Po raz pierwszy Septirun zdawał się stracić nieco pewności siebie. Nie patrzył na Neana, spoglądał w okno ponad głową czarodzieja.
– Nie mógłbyś. Nie kopiuje się takich tekstów do nieskończonej liczby egzemplarzy, są zbyt niebezpieczne. Ma być jedna kopia, tak uzgodniliśmy z braćmi.
– Wierzysz, że dotrzymają umowy? – spytał Nean.
Ja bym nie dotrzymał, dodał w myślach.
– Muszę wierzyć. Widziałem Kodeks, widziałem ciebie i widziałem zło. Czułem zapach róż i dotykałem jedwabiu. Nie wolno wam się spotkać w jednym miejscu.
Wrażenie, jakie z samego początku wywarł na Neanie Septirun powoli malało. Chłopak nie był w końcu pierwszym człowiekiem oszalałym od magii, jakiego spotkał i czarodziej czuł się już na tyle swobodnie by na myśl o nikłym prawdopodobieństwie własnego spotkania z różami i jedwabiem obdarzyć księcia łagodnym uśmiechem.
– Kodeks dotyczy rytuału opętania – zawyrokował czarnoksiężnik.
– Wiem.
– Więc mogłeś oszczędzić czasu i mi o tym powiedzieć – żachnął się Nean. – Dokładniej mówiąc, to prawdopodobnie tekst przysięgi, do której wypowiedzenia zmuszano opętywanych. Dlatego przypomina wypisany w punktach Kodeks. – Czarodziej przerwał na moment, by raz jeszcze przebiec wzrokiem po tekście i wyłowić z niego kluczowe fragmenty. – Nie ma tu ani słowa o sposobie przeprowadzenia rytuału, domyślam się, że został przedstawiony za pomocą rysunków. Jeśli były jakieś rysunki, rzecz jasna.
– Były.
Septirun nagłym ruchem zwinął rękopis i z założonymi za plecy rękoma rozpoczął nerwowa wędrówkę od jednej ściany celi do drugiej, tak cały czas.
– Gdybym widział tekst, odczytanie go byłoby znacznie prostsze.
– Nie uznaliśmy rysunków za dość istotne, by je kopiować.
– Więc najwyższa pora się za to zabrać – powiedział czarnoksiężnik, godząc się z faktem, że nie dane mu będzie przeczytać Kodeksu do końca.
– Oryginał został zniszczony – wyjaśnił książę, raz za razem skubiąc zębami dolną wargę. – To nam się na nic nie przyda, prawda?
Nean rozłożył ręce.
– Nie mam pojęcia, Wasza Wysokość. Nie daliście mi dokończyć.
– Muszę już iść, mój słodki nekromanto – stwierdził Septirun. Nieustannie potrząsał głową, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie pojmuje zupełnie odkrytego zaniedbania. – Jeszcze się spotkamy, mój słodki nekromanto.
Metalowe siedzisko księcia zniknęło, a w jego miejscu znów pojawił się otwór, przez który Septirun opuścił celę.
– Miałeś powiedzieć, kto mnie zabije – przypomniał Nean.
– To będzie Eklin, mój słodki nekromanto. Za wszystkie twoje grzechy, mój gorzki nekromanto.
Mało zaskakujące.
– On w ogóle nie jest zaskakujący, moja piękna czarownico.
Książę odszedł, pozostawiając myśli Neana w zupełnym bezładzie. Gdyby nie fakt, że Septirun był siódmym synem siódmego syna garściami czerpiącym ze swej magicznej natury, czarownik zignorowałby proroctwo. W takiej sytuacji zaczęło go jednak niepokoić.
Książę uważał, że nie można zawrócić kroczącej po Neana śmierci, ale było to najpewniej po prostu bardzo mało prawdopodobne. Może czarownik powinien teraz uczynić coś zupełnie nielogicznego, coś co nie powinno mieć miejsca... Niestety nie brzmiało to jak dobry plan wydostania się z matni.
On jest opętany.
– Co? – zdziwił się Nean wyrwany z zamyślenia.
Dlatego szuka informacji na ten temat.
– Jest siódmym synem siódmego syna, oni tak mają. Przechodzi przez nich potężna magia, której nie potrafią kontrolować, więc popadają w szaleństwo.
Jest opętany przez Darena. Dlatego wiedział o mojej obecności, dlatego mógł mnie usłyszeć.
Oczywiście. Po to była ta cała opowieść i książę miał rację, Nean mógł się domyśleć. Duchom najłatwiej opętywało się krewnych, szczególnie tych nielubianych, a Septirun ze swoją wrażliwością na magię i wszelkie idące z nią wypaczenia był materiałem idealnym.
Teraz brakowało już tylko jednego elementu układanki.
– Miałaś z nim pakt, prawda?
Tak.
– Nigdy nie wypełniony.
Tak.
– Trzeba będzie wypalić resztkę tej więzi.
Trzeba będzie... Ciekawe jak i kiedy?
Nie zastanowił się nad tym tej nocy. Pomiędzy słowa i myśli jak grom wdarło się uderzenie dzwonu. Nean zamarł, czując, że w całej strukturze pełnej domów, umysłów oraz dźwięków, jaką była Latria, nastąpiła nagła, promieniująca ze wszystkiego i gęstsza od nocnej trwogi zmiana.
Po tym pierwszym, trochę niepewnym uderzeniu dzwony rozpoczęły obłąkańczy alarm. Dzwoniono gorzej niż na pożar, gorzej niż na wojnę, jakby do Latrii zawitał właśnie koniec świata. Za dzwonami nadeszły dźwięki trąb – smętne, piskliwe, nieznośne w swoim natężeniu.
Gdy miasto otrząsnęło się nieco, narastać zaczęła jeszcze inna wrzawa, coś na kształt szumu, mniej konkretne ale głośniejsze. Wszystko w tym było. Ujadanie psów, uderzenia metalu o metal i drewna o drewno. Nawoływania. Bębny. Skandowanie. Każdy mieszkaniec Latrii zdał się wyjść na ulicę, by współtworzyć tę najgłośniejszą orkiestrę świata.
– Co się stało?
Tak Latria obwieszcza smutek.

XIX Było późne popołudnie, gdy spokój Urbinana nagłym wtargnięciem zakłócił jego czwarty syn, Kwartanian. Książę nie dał się powstrzymać ani służącym, ani cesarskiej gwardii. Gnany może złością, może desperacją postanowił w tej właśnie chwili, natychmiast i bezzwłocznie oznajmić ojcu, że jeszcze tego wieczoru, choćby zaraz, choćby już przedstawi mu swoją przyszłą małżonkę.
Urbinan, wolno podnosząc wzrok znad czytanego listu, odparł, że w takim razie mają przybyć na kolację i kazał księciu odejść. Dopiero później, gdy nikt nie mógł go zobaczyć, rzucił korespondencję w kąt, rozpoczynając nerwowe rozmyślania.
Największym problemem był brak Karilli, matki Kwartaniana, której Urbinan nie widział od ponad roku. Tradycja nie przewidywała podobnego problemu, ale Centerille musiała cesarzowi wystarczyć. Niestety jako Remijka, córka Remijskiego króla, nie tylko nie znała dobrze miejscowych obyczajów, nie tylko czuła się niezręcznie ze znacznie starszym Urbinanem u boku, ale przede wszystkim przygniatał ją coraz lepiej widoczny stan błogosławiony. I nie tylko ją. Nikt z piętnastki rodzeństwa nie przypuszczał, że ich szeregi mogą się jeszcze powiększyć. Sam Urbinan nie przypuszczał, choć było to całkiem logiczne następstwo poślubienia kolejnej, młodej żony.
Tak. Urbinan martwił się innymi, a gdy wreszcie przyszło do kolacji sam był tym najmniej zadowolonym.
Cesarz spodziewał się Parmy albo jednej z matek dzieci Kwartaniana, ewentualnie bogatej arystokratki czy może pięknej jak anioł aktorki lub innej artystki o wątpliwej reputacji. A to była niewidziana nigdy wcześniej na dworze kobieta pochodzenia mieszczańskiego, przy czym Urbinan wątpił, czy była chociaż córką bogatego kupca. Nie była nawet ładna, jeśli Kwartanian w ciągu ostatnich miesięcy nie przewartościował drastycznie swojego poczucia estetyki. Ot, nijaka dziewczyna o bardzo ciemnej, pewnie wyspiarskiej cerze. I tak Kwartanian musiał dobrze ją przygotować, skoro nie przewróciła się, dygając przed cesarzem, bo gołym okiem widać było, że Araza nie jest przyzwyczajona ani do biżuterii, ani do eleganckich strojów, ani przede wszystkim do etykiety.
Zasiedli do posiłku w prywatnym salonie Urbinana, na wyściełanych jedwabnymi poduszkami ławach. Urbinan i Centerille po jednej stronie, Kwartanian i Araza po drugiej. Noc była ciepła, więc cesarz rozkazał służącym otworzyć wielkie okna, tak że czuli się prawie jak w ogrodzie, a obok zapachu kwiatów roznosił się aromat kadzideł i wonnych świec.
Na Azarze już to zrobiło wrażenie, a przecież był to jedynie na szybko przygotowany wieczór, na którym nie pojawiło się jeszcze główne danie. Wniesiono dopiero wszelkiego rodzaju warzywa i kasze, z orzechami, z owocami, z mięsem, bez mięsa, z miodem, z cukrem, z cynamonem, imbirem, szafranem, kurkumą, bazylią, pieprzem, rodzynkami, a także ze znienawidzonymi przez Urbinana ślimakami i małżami. Najlepiej ze wszystkim naraz. Na słodko, na ostro, na kwaśno i na gorzko. Do tego soki. Z daktyli, z winogron, z ananasa, melona, arbuza, śliwek, pomarańczy, jabłek, gruszek, granatu, morwy i marchewki. Wszystkiego było oczywiście po trochu, a starczyłoby na nakarmienie niedużej wsi.
Nie było tylko wina. Jeszcze nie czas na wino.
Kwartanian cicho instruował narzeczoną, jak powinna się zachować, a Urbinan i jego małżonka uprzejmie udawali, że nie zauważają jej braku manier. Cesarz zastanawiał się, skąd jego syn wyciągnął te dziewuchę i czy aby na pewno nie próbował sobie z niego zakpić, w tak nieudolny sposób spełniając ojcowskie życzenie. W takim wypadku Urbinan obiecał sobie, że doprowadzi do ślubu, nawet gdyby Kwartanian błagał o litość, pełzając u cesarskich stóp.
– Więc, kim jest twój ojciec, Azaro? – spytała Centerille, przywracając męża do rzeczywistości. Nie zabrzmiało naturalnie, ale przynajmniej jego żona wreszcie zaczynała pilnować Urbinana przed towarzyską kompromitacją. Zupełnie jak Keila, matka trojaczków, jedyna kobieta, którą naprawdę kochał, a która umarła, dając mu trójkę synów, z których dwoje przez jego niedopatrzenie stało się kalekami.
Szkoda, że akurat to pytanie mogło skończyć się jeszcze większą niezręcznością.
– Ojciec Azary zmarł, kiedy była jeszcze dziewczynką – odpowiedział Kwartanian za swoją wystraszoną towarzyszkę. – Azara pracuje w uniwersyteckim szpitalu. Jest przełożoną oddziału chorób kobiecych.
Czyli nie wydawali ją za mąż rodzice, być może nawet ich nie miała albo Kwartanian nie chciał, by o nich mówiła. I utrzymywała się sama, z własnej pracy. W dodatku uczona, studiowała na uniwersytecie. Urbinan przyzwyczajony był do myślenia o uniwersytetach jako o miejscach nauczających czarodziejów, więc z oczywistych względów kobiet nie przyjmujących. Ale uczelnia medyczna... Przecież żaden mężczyzna nie powinien obmacywać kobiety w miejscach skrywanych na co dzień pod ubraniem.
– Więc... – Urbinan nie mógł pytać o pochodzenie i rodzinę, toteż nie bardzo wiedział, o co pytać. – Jak się poznaliście? – Postanowił zadać pytanie, które naprawdę leżało mu na sercu. Bo przecież Kwartanian nie chodzi i nie włóczy się ot tak po szpitalach i akademiach. Raczej po pałacach pełnych nadobnych panien oraz znacznie skromniejszych salonach mieszczańskich, gdzie panny równie piękne, a znacznie mniej pilnowane.
– Xarem nas sobie przedstawił – odpowiedziała Azara nim Kwartanian zdążył ją powstrzymać.
Urbinan niemal się popluł.
– Xarem jest w mieście?
Do Azary natychmiast dotarło, że nabroiła i dziewczyna wbiła spojrzenie we własny talerz. Urbinanowi nie wypadało schylać się i podglądać pod stołem, ale coś w ruchach syna podpowiedziało mu, że uspokajająco położył dłoń na kolanie narzeczonej.
– To przesłuchanie, ojcze? Jak się nazywasz, skąd pochodzisz, kim jest twoja rodzina i skąd znasz mojego syna. Nie próbuj mi przerwać. – Kwartanian uniósł dłoń, tą którą nie trzymał Azary, – Kocham Azarę i będziemy małżeństwem bez względu na twoją opinię!
Gdyby Urbinan próbował teraz wykonać jakikolwiek gwałtowny ruch, syn niechybnie rzuciłby się na niego z dzikim okrzykiem, gotowy bronić narzeczonej z dziesięciokrotnie większą werwą niż Eklin wykazywał przy cytowaniu świętych ksiąg, Urind przy biciu braci i Octavius przy zbieraniu rzeczy, których nie powinien zbierać razem wzięci. Tak, to mogła być miłość. Miłość robi z ludźmi takie rzeczy.
Poza tym... Czy możliwe, że Kwartanianowi zależało na szybkim ślubie, bo spodziewał się szóstego dziecka? Urbinan policzył miesiące, od kiedy ostatni raz widział go z Parmą, optymistycznie zakładając, że dla wielkiej miłości nawet on mógł stać się monogamistą. Cesarz miał ochotę spytać o to wprost, Azara nie mogłaby wyjść obrażona, nie miała dość śmiałości.
Sytuację uratował nadchodzący posiłek. Ze wszystkich stron stół zaatakowali służący, wszyscy na biało, wszyscy tak schludni, że nawet w cesarskim pałacu wydawali się gośćmi nie z tego świata. Urbinana owionął zapach mięs i przypraw, winne opary zdawały się mącić w głowie. Przyjął kielich od służącego, ale w przeciwieństwie do pozostałych, nie pił. Jeszcze by tylko tego brakowało, żeby alkohol uderzył mu do głowy, niszcząc dotychczasowe starania o utrzymanie rodzinnego pokoju.
– Skoro ten związek zyskał już aprobatę twoich braci – podjął Urbinan po odejściu służby – nie zamierzam mu się przeciwstawiać.
Nie na to Kwartanian się przygotowywał i teraz oklapł, nie mając pojęcia, jak odpowiedzieć.
– Dziękuję, ojcze – wykrztusił.
Urbinan już szykował się do wymieniania warunków, pod którymi dojść może do podobnego mezaliansu, gdy jego uwagę przyciągnęła niewielka plama koloru na białej ścianie za oknem. Widział ją jedynie kątem oka, ale nie mogło być mowy o pomyłce.
– Przepraszam na moment – powiedział do współbiesiadników, wstając.
Wieczór był ciemny, a trawa wilgotna po deszczu, choć od ścian i ścieżek biło jeszcze ciepło gorącego dnia. O cudzej obecności w pogrążonym ciszą ogrodzie świadczył jedynie niewielki, przebijający się przez krzaki blask. Urbinan przeskoczył żywopłot i starannie unikając kontaktu z błotem, przedarł się do zarośniętej altany.
– Czy ty sobie kpisz, chłopcze? – spytał.
Cerin siedział na drewnianej podłodze, a zdradzającą go plamą koloru była soczyście żółta koszula przybrudzona plamami po farbie. Szkicownik miał oparty o kolana i zawzięcie uwieczniał scenę rozgrywającą się teraz za plecami Urbinana, a jeszcze niedawno z jego udziałem.
– Tylko rysuję – odparł Cerin z pretensją w głosie. – Naprawdę chcesz mi tego zabronić? Nawet nikt nie widzi!
Cesarz splótł ręce na piersi.
– Ale dlaczego mnie? Dlaczego z ukrycia?
– Mówiłem, że będzie awantura – burknął Primon, wyczołgując się spod starej ławki, pod którą z jakiegoś powodu leżał. W dłoni trzymał butelkę wina prosto z cesarskiej piwniczki. Urbinan raz pozwolił zabrać klucze do niej Octaviusowi i od tego czasu niemal każdy z braci miał ich kopię.
Cesarz posłał najstarszemu synowi karcące spojrzenie, pod którym Primon niemal przygiął się do ziemi. Był wyraźnie pijany, co tylko pogłębiało jego brak pewności siebie.
– A ty tu po co?
– Opowiadał mi o życiu, gdy rysowałem – wyjaśnił Cerin, jakby fakt, że przemawia w imieniu brata był dla niego zupełnie naturalny. – Rodzice go nie kochali, brat chciał go spalić na stosie i takie różne.
Książę nawet nie mrugnął, mówiąc i Urbinan poczuł się zbity z tropu. To miała być aluzja? Wyrzut? Żart?
– Brat chciał go spalić na stosie? – cesarz z braku innych pomysłów postanowił się przynajmniej upewnić przy tym jednym.
– I w związku też mu nie idzie – powiedział Cerin, jakby to stanowiło odpowiedź. Primon burknął coś, próbując kopnąć brata, ale leżał za daleko.
– W związku?
Urbinan nie przypominał sobie, aby słyszał plotki o jakimkolwiek romansie Primona, co w zasadzie było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że był najstarszym z książąt. Z drugiej strony sabotował wszystkie próby wyswatania, na podstawie czego Urbinan snuł dotąd przypuszczenia, które Cerin zdawał się teraz potwierdzać.
O ile jego słowa mogły być potwierdzeniem na cokolwiek.
– Zastanawialiśmy się, czy groźni czarnoksiężnicy wolą książąt czy księżniczki.
Urbinan miał dość.
– Na pewno istnieją lepsze miejsca do rysowania niż mój ogród w środku nocy.
– Twój ogród? – Cerin się ożywił. – Myślałem, że to ogród pałacowy, gdzie przebywać może...
– Dość, Cerinie – uciął cesarz. – Nie chcę was tu dzisiaj widzieć. Zrozumcie wreszcie, czym jest prywatność.
– Ja mogę stąd iść. – Młodszy z książąt wzruszył ramionami. – Ale wątpię by Primon miał tej nocy iść gdziekolwiek.
– To go zaniesiesz.
– Do medyka?
Primon zaczął wydawać dźwięki, które brzmiały jak charczenie. Urbinan naprawdę próbował nie patrzeć na swoich synów jak na wariatów, ale czasem zwyczajnie się nie dało.
– Może być i do medyka – odpowiedział bardzo powoli, zastanawiając się nad doborem każdego słowa. – Ale nie do Azary. Ona jest zajęta.
Mimo że podczas marszu zdążyło do nich dołączyć paru strażników, cesarz osobiście odprowadził ich za róg, skąd nie rozciągał się widok na jego okna. Dalej musiał zaufać swoim ludziom, a z doświadczenia wiedział, że kto jak kto, ale Cerin potrafił wykorzystać pokrewieństwo z cesarzem, by manipulować strażnikami i owijać ich sobie wokół palca. Jeśli księciu naprawdę zależało na rysunku, pojawi się z powrotem, kiedy tylko odstawi Primona, którego ostatecznie nie niósł, ale podtrzymywał.
Do własnych komnat Urbinan wrócił, wchodząc bocznym wejściem. Nie słyszał dźwięku rozmów i teraz ganił się w duchu, że może niepotrzebnie wyszedł bez wyjaśnień. Może mógłby wysłać służącego, choć to pewnie nie zrobiłoby na Cerinie wrażenia. Może mógłby go zwyczajnie zignorować. O to przecież księciu chodziło, by zwracać nieustannie cudzą uwagę.
Gdy Urbinan wszedł do komnaty, z początku nie zrozumiał.
Byli nieruchomi. Centerille leżała z twarzą na stole, Azara razem z krzesłem skończyła na podłodze, a Kwartanian na kolanach przy niej. Upili się – powtarzał w duchu cesarz, próbując zakląć rzeczywistość. Ukucnął obok nieruchomego syna, odchylił jego głowę w tył – spomiędzy warg pociekła stróżka krwi. Chłopak nie oddychał, choć Urbinan wciąż czuł ciepło jego ciała.
Martwego ciała.
Dopiero teraz cesarz zaczął dostrzegać szczegóły. Brak straży, stłuczone kieliszki, zsunięty obrus, plamy krwi i wymiocin. Trucizna – zrozumiał. W winie, którego nie pił. Tak szybka, że pewnie nawet siedzący obok medyk nie zdążyłby uratować tej trójki. Właściwie czwórki, skoro Centerille nosiła w łonie jego dziecko.
Urbinan usiadł, ledwie zwracając uwagę na powracających strażników i prowadzonego przez nich nadwornego medyka. Nie mógł pojąć. Miał wrażenie, że zaraz obudzi się z niewyraźnym wspomnieniem koszmaru w głowie.
Kto? Dlaczego?
Nie usłyszał dźwięku tłuczonego szkła i wrzasku służącej.
Jak? Kto?
Kto?!
Miał ochotę biec do kuchni, rozszarpać pracujących tam ludzi, potłuc talerze, powywracać stoły i garnki. Wrzeszczeć pytania. Tylko, że nie potrafił puścić syna, nie potrafił odwrócić wzroku od jego martwej twarzy, bo gdyby odszedł, a ktoś w międzyczasie zdążyłby zamknąć jego oczy, oznaczałoby to ostateczność.
– Kwartanian... synku – szeptał.
Dlaczego ten chłopiec nigdy nie nazwał go tatą? Dlaczego go nie przytulił? Dlaczego Urbinan pozwolił, by tak mocno się od siebie oddalili?
Nie wiedzieć kiedy Quintin znalazł się obok, a jego zawodzący płacz nad losem bliźniaka świdrował uszy, ale nie poruszał. Urbinan był w środku niemal pusty. Jeśli płakał, to nie po zmarłym synu, ale po tym, czym nigdy się dla siebie nie stali. Przez dni, gdy zbywali się milczeniem. Przez być może jedyną prawdziwą miłość syna, która nigdy nie miała skończyć się szczęśliwie. Przez Karillę, która pewnie nawet nie zjawi się na pogrzebie.
Płakał, a w całej Latrii dzwony płakały wraz z nim.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ