Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Lód z płomieni

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 16 lipca 2017, 21:45

XII Gdy człowiek nie spał, noce napływały do wnętrza celi, jak cisza napływa do wnętrza grobowców. Nean nie potrzebował okna, by wiedzieć o jej nadejściu. Czuł ją w dusznym i wilgotnym od potu dziesiątek ludzi powietrzu. Słyszał ją w niesionych echem niespokojnych oddechach. Widział ją w zmęczonych krokach strażników, w ich ukradkowym ziewaniu.
Noc była również czasem, kiedy Biała Równina przypuszczała szturm na mury więzienia. Ściany wydawały się drżeć pod uderzeniami lodowatego wiatru, a kamień przejmował chłód, ziębiąc osłabione ciało. Jednak Nean czuwał, odsuwając od siebie zmęczenie i chorobę.
Bowiem, gdy człowiek nie spał, a cała późnowieczorna wrzawa wreszcie przebrzmiewała, myśli zaczynały biec szybciej, oczy dostrzegały więcej, uszy słyszały każdy krok i każde zgrzytnięcie klucza w zamku. Nawet pochodnie nie miały prawa zgasnąć bez jego wiedzy.
Nean pół czuwał, pół medytował. Teraz, gdy mógł zabijać godziny i dnie rozmową, nabył cierpliwość lodowego głazu rzuconego w środek Białej Równiny i oczekującego aż lato odkryje w nim ołtarz zapomnianych bogów. Noc była jego porą, ciemności jego sprzymierzeńcem, a zimny wiatr sposobem na życie. Mógł czekać.
Umysł zalewały mu wspomnienia minionego dnia – Armelia znów stanęła u drzwi jego celi. Obudziła go pytaniem, co zrobił sobie w rękę i czy chociaż stopa dobrze się goi. Nim doczekała odpowiedzi, kazała mu się zbliżyć i opatrzyła nieszczęsne otarcie, nie robiąc mu już ani jednej wymówki.
Nie patrzył jak sobie radzi. Obserwował jej zmarszczone w skupieniu czoło, starannie zaplecione włosy – tak aby nie opadały na oczy. Kiedy on przejmował się delikatnym dotykiem księżniczki, który niemal boleśnie zdawał się naruszać sferę jego prywatności, ona za nic miała dotyk dziesięć lat starszego mężczyzny, brudnego więźnia, mordercy.
Wkrótce dłoń była na dobrej drodze do wygojenia, lecz Armelia nie odeszła. Z niewielkiej sakiewki wysupłała pierścień – złoty, delikatny, z inskrypcją w języku płomieni. „Nigdy nie zapominaj” – Nean nie musiał przyglądać się literom, by poznać treść. Pierścień znał doskonale, choć nigdy nie był w stanie wsunąć go na swoje grube, męskie palce.
Nigdy wcześniej. Teraz wychudł tak mocno, że pierścień wchodził i na niego.
– Jest twój? – spytała Armelia, gdy już miała pewność, że się przyjrzał.
– Mojej matki. Zmarłej.
– Tak właśnie myślałam.
Przez chwilę trwali w milczeniu. On, zastanawiając się, czemu go przyniosła, ona w niemożliwej do odgadnięcia zadumie.
– Znalazł go mój brat. Kolekcjonuje... wiele rzeczy.
Nean nie bardzo był w stanie sobie wyobrazić, jak można po prostu znaleźć pierścień skonfiskowany przez cesarskich czarodziejów, ale widząc minę Armelii, postanowił nie dociekać.
– Pomyślałam, że może chcesz zatrzymać go na pamiątkę – dodała pospiesznie księżniczka, jakby bała się, że go tym urazi.
Nie uraziła. Raczej wydała się urocza w tym swoim zakłopotaniu.
– Chcę.
I na tym skończyła się ich rozmowa. Widział wprawdzie, że Armelia chciałaby powiedzieć mu coś jeszcze, ale nie zdołał tego z niej wyciągnąć.
Obracał pierścień w palcach z myślą, że to nie jest dobra pamiątka. Tea, starsza z jego sióstr, podarowała go młodszej, Irmie, w dniu, kiedy wyszło na jaw, że ta druga jest w ciąży. Oczywiście wyszło na jaw tylko dla ich dwojga – Tei i Neana, inaczej Irma nie miałaby szans na ucieczkę. Ucieczka ta zresztą wkrótce okazała się nieistotna, bo z rąk rewolucjonistów, jak sami siebie nazywali, zginęła zarówno Irma i Tea, i matka, i cała reszta mieszkańców Mitgald Varen.
Kem przyniosła Neanowi pierścień w czasie oblężenia, kiedy już jasne było, co ich czeka. Jego rodzina skryła się w podziemiach, łudząco bezpiecznych wśród zawieruchy, ale on siedział w sypialni Irmy, na jej łóżku. Nawet nie zdjął butów, stwierdzając, że brud będzie wkrótce jego najmniejszym zmartwieniem. Wtedy też Kem ścięła mu włosy do ramienia i związała je po męsku. Kazała mu zrzucić kapłańską szatę, do pasa przypięła broń.
– Minęło piętnaście wiosen od twych narodzin, Neanie – powiedziała głosem tak poważnym, jaki zarezerwowany był u niej tylko dla najważniejszych ceremonii. – Dziś niech bogowie patrzą, jak stajesz się mężem. Przynieś chwałę swoim przodkom, przynieś dumę swoim potomkom.
Nożem wyryła mu na przedramieniu znamię rodu, którego nie znał. Być może sama je wymyśliła, skoro ród Invondine składał się z samych kobiet i nigdy nie odprawiał podobnej ceremonii. Bolało, ale Nean wiedział, że nie wolno mu wydać najcichszego dźwięku, nie wolno mu drgnąć ani skrzywić się z bólu.
Jest przecież mężem.
Resztę nocy spędzili na opowieściach Kem o Białej Równinie. Nean upewniał się w poczuciu, że musi znaleźć sposób aby do niej dotrzeć, aż o świcie buntownicy wpadli do komnaty, mordują Kem, nim zdążyła choćby krzyknąć, a jego oszczędzając, bo choć słyszeli o chłopcu, który nie powinien się urodzić, nie byli pewni, jaki los przeznaczyło mu dowództwo.
Ale o czym Irma miała nigdy nie zapominać? Nean czytał inskrypcję raz za razem, a do głowy przychodziło mu mnóstwo propozycji, żadna nie lepsza od innych. Nie spytał wtedy, chwila była nieodpowiednia i teraz miał się nigdy nie dowiedzieć, co Tea miała na myśli.
Nie zapominaj o rodzinie? Wydawało mu się to za proste. O pochodzeniu – to prędzej. O płomieniach, o rozmowach z nimi. O dumie, która była udziałem ich wszystkich. O ogniu, któremu niestraszny był lód.
Nean włożył pierścień na palec i próbował nie zapominać. Pewnie dużo za późno, bo nie potrafił przypomnieć sobie, jak to jest rozmawiać z ogniem, jak to jest dać się mu pochłonąć. Próbował po prostu nie zapominać, bo na ponowne porozumienie nie miał co liczyć – nie kiedy wiatr znad Białej Równiny rozbijał się o mury więzienia. Za każdym razem, gdy Nean był blisko, atakowała, zadając ból.
Mierzyli się kilka godzin. Więcej Nean nie dał rady, osunął się po ścianie i skulił w pozycji embrionalnej, czekając aż dreszcze i skurcze przeminą. Jęknął głośno, gdy zimno zacisnęło się także na sercu.
– Czego jęczy? – usłyszał głos.
Poznawał go. Strażnik o pulchnej twarzy.
Stał z jedną ręką opartą o biodro, w drugiej trzymał pochodnię. Próbował chyba udawać zniecierpliwienie, ale na wargach tańczył mu cień pełnego zadowolenia uśmiechu. Nachylił się do kraty i niemal wsadził nos do środka, próbując dojrzeć, co robi czarownik. A im bardziej się przyglądał, tym mocniej Nean starał się, by nie zobaczył.
– To od zimna– burknął czarownik, zastanawiając się, czy powinien udawać silniejszego czy słabszego. – Przeziębiłem się.
Pomyłka. On już udawał silniejszego. Białą Równinę tej nocy musiał ogarnąć szał, bowiem ból nie gasł, lecz z każdą chwilą przybierał na sile. I mocniej, i mocniej, i mocniej. Jeszcze jedno uderzenie, jeszcze dwa – najwyraźniej wieczne zimno przeszło do ofensywy. Nean czuł, że jeszcze chwila, a zacznie wrzeszczeć. Słów strażnika słuchał jak we śnie. Wiedział, że rozumie, ale nie był w stanie odróżnić pojedynczych słów.
Potem był zgrzyt klucza w zamku, kroki tuż za plecami i nieśmiały dotyk. Strażnik odłożył pochodnię na ziemię i próbował go obrócić.
Głupiec. Litościwy głupiec. Nean mógłby poderwać się i wsadzić mu cholerną pochodnię w rzyć.
Gdyby miał siłę.
Ale nie miał. Niech wszystkich bogów diabli wezmą! Dlaczego teraz, kiedy miał szansę, przypominał kwiczące nieszczęście?
Strażnikowi, mimo oporu Kruczarza udało się go odwrócić. Teraz przed oczami czarownik miał płonący ogień pochodni. Jak zwykle nie czuł jego ciepła. Nie słyszał głosu. Ogień był martwy, był tylko cieniem prawdziwego płomienia. Nean po raz pierwszy pomyślał, że może ogień zginął wraz z Panią Płomieni, ale tylko on może to zauważyć.
– Żyjesz, synu? – spytał mężczyzna.
Neanie?
Żył. Myślał nawet. Płomienie przed oczami obudziły w jego umyślę niebezpieczną lawinę skojarzeń. Nie musiał wsadzać nikomu pochodni w rzyć.
Szarpnął się gwałtownie i przeturlał w kierunku pochodni. Płomienie spłynęły mu na plecy niczym gorąca woda. Zajęły się jego ubrania, włosy, brodę... Płonęło wszystko z wyjątkiem lodowato zimnej skóry. Strażnik krzyknął przerażony, gdy płonące dłonie chwyciły go za kostkę i przyciągnęły do siebie. Tak! Nean był władcą ognia! Panem! Stwórcą! Strażnik płonął w jego objęciach, zawodząc nieludzko. Potworny swąd uderzał w nozdrza czarownika. Wśród czerwonej łuny nie mógł jednak obserwować kaźni. Płonęły nawet oczy.
Gdy wrzask ucichł, Nean podniósł się, biegnąc na oślep ku wyjściu.
– Żiro, gdzie jesteś? – zawołał.
Nie czekał, chwycił ją, zanim zdążyła odpowiedzieć – prawie rozbił szkło, spadając z wysoka, ale zdążył zasłonić je ręką. Oczywiście zabolało paskudnie. W tej samej chwili też usłyszał kroki, szybkie, wrogie. Musiało ściągnąć ich wycie, a teraz przez cholerny ogień Nean nie mógł zobaczyć, czy są jeszcze daleko, czy spadną na niego za kilka sekund.
Musiał ruszyć przed siebie. Natychmiast. Zanim ściągną czarodziejów.
O wilku mowa. Byli tu cały czas, nieustannie czujni, nieustannie gotowi. Kruczarz poczuł płynący w jego kierunku strumień mocy. Przeciwzaklęcie. Głupiec! Nean nie czarował. Nean płonął! Ogień nie słuchał go, więc czarownik chwycił w dłonie drewnianą misę i cisnął ją w kierunku celu. W kogoś trafił. Nie w czarodzieja, ale na pewno w kogoś trafił. Otaczała go masa ludzi, mnóstwo głosów, mnóstwo krzyków i bieganiny. Nikt nie rozumiał.
Biegnij!
– W którą?
W lewo! W to drugie lewo!
Kruczarz pobiegł i nikt nie ważył się go zatrzymać. Masa ludzka ustąpiła przed czarownikiem niczym morze podczas odpływu. Przebiegł, muskając ich płonącymi kończynami. Szaleństwo! Płonący wpadali na towarzyszy, tworząc ogniste piekło. W chaosie Neana nie mogła powstrzymać nawet ślepota.
Szkoda, że budynek nie był drewniany.
W prawo! Nie teraz! Pięć kroków w przód i w prawo!
Nean wpadł w odnogę korytarza, a coś z chlupotem przebiegło obok niego. Wywinął się o włos, ale zaraz wypadł znowu, biegnąc prosto na czarodzieja. Nie miał szans. Kruczarz rzucił mu się na szyję i razem, wśród morza płomieni, opadli na posadzkę. Kolejny nieludzki krzyk na moment go ogłuszył. Wodna sylwetka próbowała jeszcze zawrócić, ale pozbawiona pana zaraz się rozpłynęła.
Prosto! – zakomenderowała Żira.
Czarownik biegł, póki nie natrafił na ścianę. Rękami wymacał okno. Mógłby skoczyć, zakładając, że nie było wysoko.
Nie przeciśniesz się. Na lewo i schodami w dół. Uważaj, jest ich tam więcej.
Nean zaśmiał się diabolicznie. Więcej? Co to znaczy więcej? Tu też było dużo, a teraz wszyscy kąpią się w morzu śmierci. Ogień był potęgą. Czemu zamienił go na lód?
Czas oddać pokłon Panu Płomieni, głupcy!
Nie uważał. Zleciał po schodach jak ogromna kula ognia. Czekali tam na niego w zwartym szyku i ten szyk miał im przynieść zgubę. Stworzyli płonącą zaporę dla następnych.
– Wody! – krzyczeli.
– Niech go ktoś ugasi! – błagali. – Wody!
Dostali wody. Strumień trysnął Kruczarzowi prosto w oczy i przez chwilę mógł podziwiać pożogę – zwęglone szczątki, porzuconą broń, ludzi konających w męczarniach. Ale za chwilę widok znów przysłoniły płomienie. To było tylko jedno wiadro. Ktoś naprawdę sądził, że zdoła go powstrzymać jednym wiadrem? Kruczarz płonął, choć wszystko, co mogło posilić ogień na jego skórze dawno zmieniło się w popiół.
Chyba skłamał. Chyba jednak nie był człowiekiem.
Nie napawaj się! Cały czas w dół, przez piwnicę, a nie pakuj się głównym wejściem!
Skąd wiedziała, że to właśnie ma ochotę zrobić? Po tym jak już pomorduje wszystkich świadków swojej żałosnej niedoli.
Biegnij, idioto! Idą tu!
Nean nie pytał kto. Czuł sondujące budynek umysły. Nie mogły znaleźć magii, skoro Nean jej nie używał, ale pozostawali ostrożni. Nie będą mieli problemu, żeby go ugasić, a kiedy już ugaszą szansa przepadnie.
Póki płonie, póty żyje.
Zwolnił. Droga była kręta, dobrze zabezpieczona przed uciekinierami. Bez Żiry dawno by zbłądził, a nawet z nią nieustannie na coś wpadał, wywołując nieznośny rumor. A musiał być cichy i na tyle niewidzialny, na ile pozwalał dym i ciągnąca się za nim rzeka ognia.
Przez całe życie Nean był cichy i niewidzialny, ale ogień buntował się.
Dlatego czarownik nie usłyszał, kiedy go dogonili. Nagle poczuł ciężar wzmocniony pędem, by zaraz znaleźć się na ziemi. Nie na ziemi – na stole. Szkło pękło pod naporem pleców i Neana dotknęła sącząca się ze stłuczonego naczynia ciecz. Z góry ktoś narzucił na niego płachtę, próbując odciąć dopływ powietrza.
Niedoczekanie! Tylko... Teraz, gdy padł, gdy pierwotny szał minął, nie miał siły zepchnąć napastnika i się podnieść. Płomienie niemal zgasły – kontrolę znów przejmował chłód Białej Równiny. Ogień, który nie płonął bezpośrednio na skórze Neana, zaczął go unikać.
Została jeszcze tylko noga.
I wtedy stół pękł.
Kruczarz zrozumiał pierwszy. Wyślizgnął się jak wąż i korzystając z chwili, kiedy płomienie nie zdążyły zasłonić mu widoku, chwycił ułamane drewno i uderzył tamtego w łeb. Żaden strażnik, ale służący z łaźni – okazało się. Nean splunął na bezwładne ciało, a potem je podpalił. Niepotrzebnie. I tak już wszystko płonęło.
Kolejny ponaglający okrzyk Żiry pchnął go po schodach w górę. Ledwie kilka stopni. Podłoga się zmieniła, była zimniejsza, wiatr przedostawał się przez szpary w drzwiach. Rozpędzony Nean nie zdążył nacisnąć klamki – wybiegł z drzwiami, prosto na odzianego w zbroję strażnika. Głupiec! Czarownik otworzył przyłbicę i wepchnął mu do ust płonącą dłoń. Mężczyzna miał ugotować się jak w garnku.
Oczywiście za nim byli już kolejni, znowu czarodzieje i znowu popełnili ten sam błąd – zwątpili w okowy, którymi związali jego moc. Runął na najbliższego. Długie szaty i długie włosy paliły się doskonale. Drugi potknął się o spanikowanego trzeciego. Czwarty nie zdążył, bo Nean dopadł także jego. Zostało trzech. Któryś wreszcie się opamiętał, bo w stronę płonącego czarodzieja popłynęła woda. Zgasiła połowę i też na marne. Wystarczyło, że na chwilę zetknął się z podpalonym przed chwilą mężczyzną.
Nean pobiegł w kierunku piątego. Minęli się i poczuł jak wiatr próbuje porwać płomienie. Owszem, porwał. Popłynęły w kierunku drewnianych zabudowań, płosząc pochowanych tam ludzi. Słyszał, jak biegną, kwicząc niby stado zarzynanych prosiąt. Szkoda, że nie miał czasu się nimi zająć.
Nie baw się, tylko uciekaj!
Żira wydała się spanikowana. Co ona tam wiedziała? Zapłacą mu. Zginą do ostatniego. Oni, potem cesarz, potem jego dzieci. Cała Latria! Po stolicy cesarstwa nie zostanie kamień na kamieniu. Nikt więcej nie będzie...
Kurwa!
Kiedy to poczuł, było już za późno. Otwartą przestrzeń zalał lodowaty wiatr znad Białej Równiny. Nean opierał się, ale znów ogarnęło go nieznośne zimno. Po płomieniach został dym. Po sercu został lód. Stał przed trójką cesarskich czarodziejów nagi i bezbronny jak w dniu narodzin.
A po chwili nie stał nawet, tylko leżał.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 18 lipca 2017, 21:48

Wyjdzie, że jestem czepialska i maruda...

Chyba zacznę od końca. Nic, tylko cię lać i patrzeć czy równo puchnie, Krin. Muszę to napisać na początku, bo gniewam się zwyczajnie, bo mogłaś napisać coś wspaniałego (biorąc pod uwagę, co wyszło z tych dwóch wstawek), a zmarnowałaś w dużej mierze potencjał.
Wiem już chyba jaki miałam problem z tym tekstem. Jakoś sobie zakodowałam, że będzie to opowieść o dzieciach cesarza, w których życie wkracza Kruczarz. Zapomniałam, że w tym cyklu panuje kruczarzocentryzm i wszystko mniej lub bardziej podporządkowane jest Neanowi. Lubię, gdy postacie nawet te z drugiego i trzeciego tła są... no właśnie postaciami. Tymczasem

[dygresja] Jest taki odcinek „Doktora Who”, gdzie towarzyszka zostaje „zapisana” na twardym dysku komputera, bo inaczej zabiłyby ją drzewne duchy, z których zrobiono bibliotrkę. I żyje sobie w tym cyberświecie, ma męża i dzieci. Nawet nie wie, że to wszystko fake. A pewnego dnia, gdy kładzie dzieci spać, jedno mówi, że kiedy ona tylko się odwraca i na nie nie patrzy, one przestają istnieć, bo nie żyją naprawdę.[/dygresja]

Mniej więcej takie mam odczucia w stosunku do większości bohaterów. Zaczęłaś naprawdę dobrze. Pokazałaś środowisko, zawiązałaś wątki. Urbinan dostał sporo miejsca. Inna sprawa jak na tym wyszedł jako postać, ale przynajmniej był postacią. Tymczasem im dalej, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to całe cesarstwo i rodzina cesarska istnieją po to, żeby Kruczarz mógł sobie posiedzieć w celi, a pielgrzymki służyły temu, by w kolejnych dialogach wyszły na jaw kolejne fakty, które doprowadzą Neana najpierw do ostateczności, a potem wyzwolą jakąś zmianę. Nie lubię tak jednego jak drugiego: dialogów pod czytelnika i postaci-kukiełek. Primon zniknął całkiem, bliźniaki nie wiem, po co były, Eklin był po to, by Kruczarz mógł się wypowiedzieć na temat religii, Quintin – żebyśmy poznali nieco ustrój polityczny rodzinnych stron Kruczarza. Ovrina... Ovrina, obawiam się, dostała tak wiele czasu antenowego, bo planujesz z niej zrobić hosta dla Żiry. Ewentualnie będzie to Armelia, bo ta pierwsza może się Neanowi źle kojarzyć. O właśnie, obecność Armelii na dole ma jakiś sens, skoro lubi pielęgnować chorych (dobrze jednak, że niepełnosprawni bracia mają jeszcze kogoś, kto się może nimi zająć), ale też dziewczyna przynosi – nie wiem po co – pierścień (swoją drogą to skrajnie głupie, dawać cokolwiek niebezpiecznemu czarodziejowi, ale widać u nich rodzinne), który powoduje przekazanie czytelnikowi kolejnych informacji. Nie ma w tym odkrywaniu przeszłości Kruczarza żadnego napięcia. Czułam się raczej, jakbym czytała notkę biograficzną w encyklopedii. Plot twisty, zamiast zostawić mnie z otwartą szczęką, tak sobie dryfowały w powietrzu. A przecież wynik tych wszystkich scen i informacyjnych dialogów, był – przynajmniej w zarysie – dobry. Walka w Kruczarzu lodu i ognia, ukazanie relacji z Żirą. Ale doszłaś do tego złą drogą, więc nie umiem się w pełni cieszyć.
Można by powiedzieć, że te wszystkie dialogi służą budowaniu postaci, ale ty mało budujesz. Może było tak z początku, ale potem – przy każdej pielgrzymce coraz wyraźniej było widać, że wszystko co postacie mówią, to jest ewidentnie zrobione pod Kruczarza, żeby można było podać kolejną informację. Uważam również, że jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B i wszystko, co znajduje się w tekście jest ważne. Zasygnalizowane watki muszą zostać jakoś dokończone, a zostać ucięte. Nie marudziłabym, gdybyś pisała tekst na konkurs i miała limit słów. Ale ciebie ograniczała jedynie wyobraźnia. Jakbyś powiedziała sobie „Napiszę opowiadanie o 13 synach, bo to fajna liczba”, a potem albo zabrakło wizji albo chęci, bo wygląda tak jakbyś chciała jak najszybciej skończyć. Żeby Kruczarz mógł odhaczyć kolejny quest. Cierpią na tym postacie.
Świat płynął gdzieś obok. Nean nie potrafił wyobrazić sobie nieba, ziemi, drzew. Nawet ludzi.
Trochę dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że ciągle do niego jakieś cesarskie dzieci pielgrzymują.
Pewnego dnia policzył, że ma ich sto dwanaście.
Zastanawiam się, po co oni go nadal tam trzymają? Sądziłam najpierw, że cesarz chce go jakoś wykorzystać, ale nic na to nie wskazuje. Gdyby miał interes, to lepiej było przyjść wcześniej, a nie ryzykować, że czarownik w celi się zezłości. Więc dlaczego Kruczarz w końcu żyje? Jest potencjalnie niebezpieczny. Urbinan, który tak ochoczo zmasakrował większość krewnych, nie powinien mieć skrupułów. Poza tym ci czarodzieje, którzy neutralizują jego moc musieli się nieźle zmęczyć.
Patrzył w sufit, pod którym wisiała stłuczona latarnia i pomyślał o Żirze, o tym, że choć nie mógł jej usłyszeć, zapewne wciąż gdzieś tam była i wzdychała ciężko nad jego debilizmem.
Brrr, raz tak ładnie piszesz, a za chwilę walisz w twarz czymś, co burzy klimat i wytrąca z rytmu. Od razu mówię, że tym razem mam mniej fragmentów do wypisania, które mi się podobały. Nie wiem, co się stało. Zazwyczaj mi się twój styl bardzo podoba. Tymczasem te dwa posty czytało się topornie. Może to wynik zmęczenia materiał spowodowany tym, że mieliśmy kolejny rozdział z cierpiącym Neanem (ostrzegałam, że coś takiego może nastąpić), albo zezłościły mnie te informacyjne dialogi.
– Ale cesarz nie godzi się na to – domyślił się Nean. – Inaczej nie przyszłabyś sama. – Czarownik potrząsnął głową. – Nie możesz zatrudnić służącej?
Tym razem naiwność w Kruczarza w kwestii autorytetu Urbinana wywołała u mnie śmiech. Swoja drogą to trochę męczące, bo coś podobnego pojawia się w każdym dialogu pielgrzymkowym.
tatuażu przypominającego lód zamknięty pod skórą.
eeee jak takie coś wygląda?
Poza tym, Armelia po raz kolejny wykazuje się, jeśli nie głupotą, to przynajmniej daleko posuniętą ignorancją. Nawet jeśli Kruczarz jest w jakichś magicznych więzach i chory, to i tak ktoś powinien stać na straży, bo nie wiadomo, czy księżniczka zaraz zostanie wzięta do niewoli.
Ja normalnie nie chodzę do pomieszczeń dla służby, ale wtedy...
Urbinan może być pewien swego ojcostwa. Córeczka też się szwenda tam gdzie nie powinna.
Armelia nie zjawiła się więcej.
Pewnie dlatego, że przy okazji dialogu z nią padły wszystkie informacje, które postanowiłaś przekazać.
Znajome, zimne światło wydobywało się z latarni zawieszonej pod sufitem, co do której miał pewność, że nie wisiała tam wcześniej.
Czyli to nie ta, na którą wcześniej patrzył?
Nie sądził, by się potłukła, ale mogła się gdzieś poturlać.
Skoro cela jest zamknięta, to za daleko by się nie poturlała ;)
O to przecież chodziło w czarnoksięstwie – o odmowę zapłaty.
To mi się akurat podobało.
Czarownik z całej siły potarł dłonią o chropowatą posadzkę.
Mógł sobie rozbić nos np. krwi byłoby więcej, a ten się tak męczył :P
Jeśli chciał posługiwać się magią krwi, musiał znowu stać się Kruczarzem, a Kruczarz rozmyślał na zimno.
Ładne.
Gorzej, że sądząc po tej sekwencji zdarzeń, magia w tym świecie egzystuje, bo magia. Najpierw Kruczarz taki biedny siedzi w celi i nie może czarować. A jak już odbył wszystkie rozmowy potrzebne do zaliczenia questu, to wychodzi. A niby co robią ci wszyscy cesarscy czarodzieje? Ja tego nie kupuję. Moim zdaniem powinnaś to trochę lepiej wyjaśnić.
Zabijają ich. Zwyczajnie ci nie powiedzieli.
Och, Żiro, uwielbiam twój rosądek.
Dziesiątki osób obecnych jest przy porodzie. Dziesiątki osób obmacuje noworodka, jakby był kawałkiem mięsa. Nie ma miejsca na mord w ukryciu.
Serio? Jak dla mnie to najlepsza z możliwych okazji. Wystarczy zatruta igła w rękawie, albo kamyczek włożony do buzi. Okazji jest naprawdę sporo. A najlepsze jest to, że jeśli dzieciak zemrze po czasie, to nawet nie wiadomo, kto z tych „dziesiątek” podejrzewać.
Więc czemu ty się urodziłeś?
Żira mi nieco osłodziła dzisiejszą lekturę <3
Nean chciałby już skończyć tę rozmowę
Z wielu powodów też bym chciała, żeby kończyli.
Jakikolwiek interes czy dobry interes?
<3
Cudownie. Marzył o zasraniu się na śmierć.
Tę całą sekwencję srania pozostawię bez komentarza, bo musiałabym napisać coś niecenzuralnego.
– Żiro, to od początku było dziecinne, a teraz robi się żenujące.
Tak bardzo się zgadzam.
[/i] Nazywam się Żira i mam problem z magią. Albo magia ma problem ze mną, bo urodziłam się dziewczynką. Może bogowie zamienili nas miejscami?[/i]
Och, Żiro, a tak błyszczałaś. Muszę ci odjąć gwiazdkę.
Odbiło mu dopiero na starość. Wcześniej Garyt był sukinsynem jakich mało. Potrzebował ziół, więc zwyczajnie wpadł do domu Iżdy, zabrał, co chciał i jeszcze ją zgwałcił po drodze.
Połapałam się, kto kogo zgwałcił, ale z tego zdania to nie wynika.
– Pomyślałam, że może chcesz zatrzymać go na pamiątkę – dodała pospiesznie księżniczka, jakby bała się, że go tym urazi.
Pisałam o tym wyżej.
W lewo! W to drugie lewo!
Ręce mi opadły, jak to przeczytałam.

Było też trochę powtórzeń, ale już mi się nie chciało wypisywać.

Na osłodę powiem, że wzmianki o Białej Równinie, nadal odpowiednio dawkowane, są klimatyczne i fajne.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 18 lipca 2017, 23:36

Trochę dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że ciągle do niego jakieś cesarskie dzieci pielgrzymują.
Biorąc pod uwagę, że nie widział nikogo od stu dwunastu dni to nie dziwne.
Zastanawiam się, po co oni go nadal tam trzymają?
Ojeju, było na samym początku... Zadajesz to pytanie w każdym komentarzu.
eeee jak takie coś wygląda?
Zdaje się, że ten szczegół wyglądu Kruczarza pojawia się w każdym kolejnym opowiadaniu, więc odpowiem tylko, że wygląda jak zwykle.
Skoro cela jest zamknięta, to za daleko by się nie poturlała
Latarnia była w korytarzu. Nikt przecież by nie wszedł do środka i jej nie powiesił pod sufitem.
Serio?
Serio. Podczas tego obmacywania chyba łatwo zauważyć płeć, dziecko to nie chomik, żeby mieć wątpliwości. Argumentu o igle i kamieniu nie rozumiem. Co one mają do sprawy? Nikt wśród obmacujących nie widział chłopca wcześniej, więc go raczej nie było. Nie ma mordu w ukryciu, bo przecież wszyscy by widzieli, że był jakiś chłopiec. A skoro był, to gdzie się podział?
Ręce mi opadły, jak to przeczytałam.

Bo? Kruczarz wyleciał z celi zupełnie na ślepo i nie zdziwiłabym się, jakby góry od dołu nie mógł ogarnąć w tym wszystkim.

A gdyby mnie ograniczało miejsce, nie napisałabym 23 rozdziałów. Przepraszam za ton, ale naprawdę mnie rozsierdziła twoja złośliwość. Nie chodzi o czepliwość, tylko właśnie o złośliwy sposób przekazania informacji.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kimchee » 19 lipca 2017, 10:20

Jak dla mnie ton nie różnił się zbytnio od ostatniego ani przedostatniego, ale mam nadzieję, że chociaż poczułaś się lepiej, pisząc odpowiedź :P

A teraz sprawy merytoryczne.
Zastanawiam się, po co oni go nadal tam trzymają?


Ojeju, było na samym początku... Zadajesz to pytanie w każdym komentarzu.
Bo tekst nadal nie dostarczył mi satysfakcjonującej odpowiedzi.
Skoro cela jest zamknięta, to za daleko by się nie poturlała
Latarnia była w korytarzu. Nikt przecież by nie wszedł do środka i jej nie powiesił pod sufitem.
1. Nigdzie nie napisałaś, że latarnia była na korytarzu, a wręcz Był to dzień, w którym Nean spostrzegł nad sobą bladofioletowy blask. Znajome, zimne światło wydobywało się z latarni zawieszonej pod sufitem, co do której miał pewność, że nie wisiała tam wcześniej.
2. Na chłopski rozum zakładam, że strącenie latarni, która wisi na suficie n a k o r y t a r z u jest jeszcze trudniejsze, chyba że bohater to McGayver albo Inspektor Gadżet. Ewentualnie muszą zachodzić jakieś szczególne warunki architektoniczne, ale nic o nich nie wspominasz. Oceniam to, co jest w tekście.
3. Ale dlaczego nikt nie mógłby wejść do celi? W końcu posiłki przynoszą mu zawsze jak śpi albo jest nieprzytomny, bo od 120 dni nie widział człowieka.


Ręce mi opadły, jak to przeczytałam.
Bo? Kruczarz wyleciał z celi zupełnie na ślepo i nie zdziwiłabym się, jakby góry od dołu nie mógł ogarnąć w tym wszystkim.
Nie chodziło mi o zachowanie Kruczarza, a o komentarz Żiry. Słynny żart z drugim lewo. O ile dobrze pamiętam, pierwszy raz go usłyszałam w filmie "Dracula, wampiry bez zębów", skoro nakręcił go Mel Brooks, to nie trzeba wyjaśniać jakiego rodzaju humor tam panuje. Swego czasu coś podobnego miała Kruffa albo w podpisie, albo w lokalizacji. Zakładam więc, że żart nie jest ci obcy. A jednak umieściłaś go w poważnej scenie. Scenie przełomowej. znów zbudowałaś z mozołem klimat i go zburzyłaś. Dlatego opadły mi ręce.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 19 lipca 2017, 10:38

3. Ale dlaczego nikt nie mógłby wejść do celi? W końcu posiłki przynoszą mu zawsze jak śpi albo jest nieprzytomny, bo od 120 dni nie widział człowieka.
Raczej nie musieli otwierać w tym celu drzwi, w domyśle był tam otwór, przez który mogli te rzeczy wsuwać, inaczej mieliby dużo roboty z codziennym otwieraniem i zamykaniem tego wszystkiego.
Nie chodziło mi o zachowanie Kruczarza, a o komentarz Żiry. Słynny żart z drugim lewo.
Nie wiem, mi się raczej kojarzy paniką (i z jeżdżeniem samochodem, bo mi się w stresie mylą kierunki), a filmów wspomnianego reżysera nigdy nie oglądałam.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 19 lipca 2017, 12:56

Ponownie komentarz systemem krok po kroku, bo tak mi jest najłatwiej, więc pochwały będą wymieszane z błędami:

Na początek, co do poprzedniej części – myślałam, że scena tortur z Ovriną ku czemuś prowadzi, że to jest jakiś punkt, gdzie fabuła wyjdzie w końcu z lochu. Tymczasem Nean znowu siedzi w więzieniu. Przyznam, że ledwo zaczęłam czytać, a już poczułam rozczarowanie. Po prostu tempo siada zupełnie.

Co zaś do:
W zamyśle to Nean raczej sobie kpił, że tak bo ja przecież jestem złym nekromantą i jem niemowlęta na śniadanie, głupi dzieciaku.
Może dlatego, że tej kpiny w ogóle w tekście nie czuć – czytam to i odnoszę wrażenie, że Nean mówi to 110% poważnie. Nie widać, że to sarkazm.

IX
Podejrzewał wprawdzie, że za eksplozję odpowiedzialna była Pani Płomieni, ale eksplozja to eksplozja.
Trochę za dużo powtórzeń. Może: Podejrzewał, że odpowiedzialna za to była Pani, ale eksplozja to eksplozja.
Jeśli kiedykolwiek opuści celę, będzie musiał ją zniszczyć. Za dużo wiedziała.
Nie, nie mógłby.
Może dlatego powinien?
Ten fragment mi się akurat podoba, ta wewnętrzna walka i zdanie sobie sprawy, co jest jego słabością.
latryjską ale jakby piękniejszą od innych.
Przecinek.
Uciekła, gdy chcąc przestraszyć ją bardziej, ujął jej nadgarstek. Najmocniej jak tylko był w stanie i choć nie było to wcale mocno, pisnęła przerażona. Kilka dni później, gdy gorączka minęła i uświadomił sobie, że jej działania być może uratowały mu życie, stwierdził, że to było strasznie głupie z jego strony. Nawet idiotyczne, ale widocznie nie miał szczęścia do latryjskich księżniczek
Przeczytałam pierwszą połowę akapitu i piana mi wyszła na usta, że Nean znowu zachowuje się jak idiota i bawi w jakieś straszenie, ale potem przeczytałam drugą część i miło widzieć, że Nean powolutku nabiera jakiegoś rozsądku i zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie musi wszędzie i przy każdej okazji udawać większego chojraka niż jest. Co prawda potem głupie zwyczaje znów u niego wracają, ale dalej przyjmę to za dobrą monetę, że rozsądek zaczyna w nim kiełkować.
tę samą, która przed miesiącami złościła się na niego i siłą rozchylała mu usta, by lać w nie wodę.

bogini od wody.
Trochę się gubię, bo w pierwszy opis brzmiał jak jakaś tortura z wlewaniem na siłę wody, żeby go podtopić czy coś, ale teraz dochodzę do wniosku, że to było po prostu pojenie go? Żeby mu pomóc? Dalej nie jestem pewna. W każdym razie kiepski pomysł, wlewać komukolwiek cokolwiek do gardła na siłę.
Zaskoczyło ją, gdy zobaczyła go zupełnie przytomnego, obejmującego kolana rękoma, ale nieprzytłoczonego celą. Przypatrywał się ją z uwagą i zauważył jedno – że choć wcześniej wydawała mu się w swojej roli nie na miejscu, miała doświadczenie. Widział to w sposobie, w jaki poruszała się po budynku – pewnie, jak osoba, która wie, dokąd zmierza.
Nieprzytłoczony celą. Ta jasne, co jeszcze. :P Jest brudny, ranny i wcześniej sama opisywałaś, że odchodzi od zmysłów, więc trochę nierealistyczne jest, że księżniczce wydaje się "nieprzytłoczony celą". Co to w ogóle znaczy?
A także skąd wiedział, jak się poruszała po budynku? Przecież tego nie widział?

X
Nean obudził się po koszmarze, w którym miał żonę i córkę ze świadomością, że oto nadszedł pierwszy dzień zimy.
Gramatyka. Jego córka miała tę świadomość?
choroba po kilku dniach odwilży
Rozumiem, że to ma być takie poetyckie porównanie, ale jednak brzmi dziwnie.
Sięgnął do naczynia z wodą i obmył ranę.
Trzymają go tam bez światła, z jedzeniem przynoszonym raz dziennie, biegają szczury i karaluchy (które pewnie chętnie z tego piją i się kąpią), ale ma naczynie z wodą? A to nie mógł potłuc naczynia i pociąć się odłamkiem czy coś?
– Potrafisz odszukać tego człowieka?
To kobieta.
– A kobieta to nie człowiek?
Spójrz na mnie, nie jestem już człowiekiem, a wciąż jestem kobietą.
– Na odwrót. Jesteś człowiekiem, ponieważ posiadasz ludzką duszę, lecz nie jesteś kobietą, ponieważ to cóż... cecha fizyczna.
Też mi się podoba ten fragment, bo Nean traktuje tę kwestię czysto fizycznie, ale Żira, choć nie ma ciała, to dalej czuje się "mentalnie" kobietą. Taka ładna mini-rozkmina na temat tego, jak się identyfikujemy, w sumie zupełnie nieważna dla fabuły ani niczego, ale dalej mi się podoba.
Nean słyszał, ale nic nie mógł pojąć. Jakby miał śnieg w głowie. Śnieg tłumi wszelkie dźwięki. Wszelkie myśli. Wszelkie życie.
Bardzo dobre porównanie, plus ładnie napisane, naprawdę byłam sobie w stanie wyobrazić ten stan miękkiego śniegowego puchu otulającego umysł.
– NIE!
Przesada z tymi wielkimi literami.
Spojrzał z niepokojem na promieniującą bólem dłoń Opatrzenie jej kawałkiem
Kropka.
Śnieżyca miast cichnąc przybierała na sile, a spośród zasp wynurzały się lodowe upiory.
Jakkolwiek pierwsza uwaga o śnieżycy mi się podobała, tak ciągłe wspominanie o niej, rozbudowywanie zaczyna powoli gubić klimat.
związanegomagią
Oddzielnie.

XI
Żiro, to od początku było dziecinne, a teraz robi się żenujące.
Zasadniczo to tak… Ani ta scena niczego nie wprowadza, ani nie jest śmieszna, ani szczególnie ładnie napisana.
odruchowo przyciągnął latarnię do siebie.
Jak? przecież wisiała wysoko na suficie i nie mógl jej dosięgnąć?
Wycieczkę na Białą Równinę uznaj za odwołaną. Nie mam tam czego szukać.
I kolejny wątek został urwany... Tak jak z tym gościem na początku, którego imienia już nie pamiętam i potem tym drugim, co jeden z kruków ukradł jego ciało. Ot, wprowadzamy wątek, a potem przestaje być ważny. A tak się męczył tam idąc i wszystko to niepotrzebnie.

XII
W lewo! W to drugie lewo!
Całkowicie się zgadzam, że to nie brzmi jak panika, ale jak dowcip. Słaby dowcip wciśnięty w bardzo poważnej i dynamicznej scenie, który całkowicie rozbija klimat. I obawiam się, że więcej osób tak to odbierze, bo to się przewija w różnych tekstach/filmach.
Zleciał po schodach jak ogromna kula ognia.
Tyle się martwił, że zbije latarnię, a tutaj leci jak szalony, wpada na ludzi, a ona się nie zbiła? Albo nie pękła od ognia? To w końcu latarnia jest delikatna i trzeba uważać czy jest zdolna bez problemu przeżyć upadek ze schodów w kuli ognia?

W trakcie całej tej ucieczki ani razu nie natknął się na kraty, albo zwyczajnie zamknięte drzwi? Ale tak poza tym to ta scena ucieczki całkiem mi się podoba – po długich fragmentach gadania i gadania wreszcie mamy jakąś akcję, plus ten motyw, że ogień na nim płonie, ale to nie rani, ten jego szaleńczy bieg... nie wiem, naprawdę dobrze mi się to czytało, było dynamicznie i interesująco. Sama też zmiana myślenia bohatera była ciekawa, bo w końcu właśnie odrzucił chłód, to też ci nieźle wyszło.

Niestety na końcu czekało mnie rozczarowanie, bo Nean znów został złapany. I teraz boję się, że kolejny rozdział znów cofnie nas do więzienia, znów będzie cierpienie, pielgrzymki i nie posuniemy się nic a nic do przodu :/
Latarnia była w korytarzu. Nikt przecież by nie wszedł do środka i jej nie powiesił pod sufitem.
W sumie zastanawia mnie, czemu w ogóle ktokolwiek powiesił tam tę latarnię. Bardzo jest to rozczarowujące, gdy ważny przedmiot, który jest bohaterowi potrzebny, ot tak magicznie pojawia się, bo imperatyw każe. Bez wyjaśnienia, bez sensu. Ot, masz latarnię, przyda ci się.
SpoilerShow
Czy dobrze zgaduję, że osobą, która martwi się o Neana jest jakaś jego córka/siostrzenica o której istnieniu nie wie?
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 21 lipca 2017, 23:41

Jestem po przeczytaniu całego tekstu, ale zacznę analizę od początku. I Pierwszy akapit jest bardzo nastrojowy :) Kiedy Biała Równina wyszła na przeciw Wschodnim Morzom zamarzyła mi się mapka Latrii, Syvante i przyległości *.*
Nean nienawidził zarówno wiatru jak i zimna, które towarzyszyły mu nieustannie od piętnastu lat, od chwili gdy po wkroczeniu na Białą Równinę stracił z oczu ostatnie ludzkie siedziby.
On od 15 lat błąka się teraz po Białej Równinie? Czy 15 lat temu pierwszy raz na nią zaszedł? Bo z tego zdania bardziej skłaniałabym się ku pierwszej wersji. Kolejne zdania tez są troszkę nieuporządkowane. Najpierw Nean znalazł się na Białej Równinie. Przez to, ze tam poszedł zaczął go dręczyć chłód. Dręczył go ten chłód Białej Równiny, więc korzystał z ognia, aby go odpędzić i się rozgrzać. Tak? Bo ostatnie zdanie zaburza mi ten przekaz. Tak jakby zimno dręczyło Neana od zawsze i kiedyś lekiem na nie był ogień, ale od momentu, gdy wszedł na Równinę to on tez przestał działać. (Po przeczytaniu całego tekstu teraz skłaniałabym się do drugiej wersji, ale czytając i nie znając przeszłości Neana, myślałam o pierwszej i robiło się pomieszanie z poplątaniem.)
Zapomnienie, choć teraz zamieszkujące ciało Idiuna, syna Pana Wszystkich Stepów, jako demon wywodzący się właśnie z lodowego pustkowia radziło sobie niewiele gorzej.
Czyli Zapomnienie było demonem z Równiny a nie krukiem. Nie wiem, czy w Kruczarzu 3 to napisałaś, bo się tu zdziwiłam. Wyjaśnienie jest według mnie trochę za krótkie. Dla osoby nie znającej poprzedniej części, albo takiej, która czytała ją dawno temu to moze być za mało.
Rozumiem, ze Nean pomógł Zapomnieniu opętać Idiuna, aby później wykorzystywać go jako słuzącego?
Jeśli tylko Nean nie miał zgubić go na zdradliwych bezdrożach, wędrówka po Białej Równinie okazać się mogła tysiąckroć łatwiejsza niż poprzednim razem.
Wcześniej to zdanie mi zgrzytało, a teraz mam wrazenie, ze juz w tym zdaniu sugerujesz, ze Idiun-Zapomnienie się "zgubi".
Nean musiał zasnąć na stojąco, bo minęła zaledwie chwila i niebo z wczesnowieczornego zmieniło się w zupełnie ciemne.
Ten efekt, jaki chcesz przedstawić nazywa się snem sekundowym i zaczyna występować po ok 3 dniach bez snu. Jednak o ile nie jest się lunatykiem to nie da się spać na stojąco, a juz na pewno nie przez tyle czasu, aby niebo zmieniło tak drastycznie kolor (ile to trwało? 30 min? 1h?). Sen sekundowy polega na bardzo krótkotrwałej utracie świadomości. I jak sama nazwa wskazuje trwa sekundy. Towarzyszą mu tez często zawroty głowy i zaburzenia pamięci. W czasie trwania snu ciało jest w stanie wykonywac proste czynności na autopilocie przez te kilka sekund (np przejść z kuchni do łazienki i po przebudzeniu człowiek zastanawia się, jak i dlaczego tam się znalazł). Gdyby Nean zasnął na stojąco i spał przez pół godziny to najprawdopodobniej padłby na ziemię.
Przez chwilę miał wrażenie, że to jego własna myśl, lecz ta nie wydawałaby mu się wypowiedziana kobiecym głosem, a już na pewno nie zdałaby się... fioletowa. Tak, ciemny, elegancki fiolet był kolorem Żiry,
Bardzo ładne i plastyczne zdania :)
Większość jej sił pochłonęła pierwsza potyczka przed paroma dniami, a już wówczas były nadwyrężone. Własnych Nean nigdy nie gromadził zbyt wiele, bo zatrzymywanie w sobie magii wyczerpywało powoli, dając jednocześnie złudne wrażenie siły. Tak ginęła większość czarodziejów nieświadomych zagrożenia – przez nadużycie mocy, która powoli zastępowała im fizyczną siłę, jednak zazwyczaj tylko w ten sposób prowadzić można było bezpośrednie starcia.
Bardzo ciekawa teoria magiczna *.*
Nawet jeśli byli najbardziej utalentowanymi czarodziejami cesarza, żaden z nich nie przetrwał roku
na Białej Równinie.
Tak, skoro już wzywała go do powrotu, powinna się choć trochę postarać.
Czyli jednak Kruczarz nie spędził 15 lat, a tylko rok tam. // I ta sugestia, ze Biała Równina jest... bóstwem? demonem? w kazdym razie świadomym bytem, który w jakiś sposób wzywa i kieruje Kruczarzem to coś wartego głębszego opisania. Moze nie w tym momencie, ale ogólnie.
Czterometrowa, pozbawiona oczu i ust sylwetka zbliżała się do piątki czarodziejów ze zgrabnością świni brodzącej przez błoto, ale zbliżała się nieuchronnie.
Nie wiem, czemu ale świnki w błotku zawsze kojarzą mi się z czymś sielskim, rózowym i ogólnie niezbyt strasznym i jakoś nie pasują mi do tej grozy. Jest groza, groza i nagły spadek, jak z przekłutego balonika.

Wiem, ze powtórzę tu za innymi, ale poczułam ogromne rozczarowanie, gdy olbrzym zgniótł Idiuna-Zapomnienie. To był: :facepalm: i "SERIO?!!" Gdybyś w poprzedniej części poprowadziła fabułę bardziej konsekwentnie to tu takie zagranie by nie zabolało. Ale część 3 kończy się WTF? i milionem pytań: "po co w cholerę Nean robił to wszystko?!". Odpowiedzi nadal brak, a teraz zbędny Idiun-Zapomnienie zostaje usunięty, bo mam wrazenie - nie masz na niego dalszego pomysłu. Szkoda... No, chyba ze to taki plot twist, który ma nas wyprowadzić w pole, a potem okaze się, ze potrzebne to było po coś :P

Myśl o igloo taka bardzo pasująca do zmęczenia. Brzmi trochę jak wstawka humorystyczna, ale jakoś po tym jak wcześniej zginął (bezsensownie) Idiun nie zrobiła na mnie wrazenia. Nean otoczony i pokonany spoko. Wreszcie coś inaczej niz do tej pory. Im w większe kłopoty wpada bohater tym fajniej się o tym czyta (dowodem na to Odpad, gdzie Kruffa nad wszystkimi się znęca :P). Nawiązałaś tez o tym słuzeniu Białej Równinie, co jest potęznym hakiem, który zachęca do dalszego czytania. :D
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 22 lipca 2017, 01:21

II
Jego wysokość Urbinan IV – cesarz Latrii, protektor Egaru, Andrii, Remii i Nawidaru, najwyższy kapłan kościoła Wielkiego Iretuna, opiekun Wysp Mang oraz od niedawna Pan Wszystkich Stepów
Jeszcze bardziej marzy mi się mapka :oops: Widzę tą Latrię pośrodku, jako imperium, dookoła malutkie państewka i granicę z tymi stepami... *zajarała się, bo kocha mapy kazdy ma jakieś zboczenia* Wejście głębiej w światotwórstwo to rzecz, którą kocham. Projektowanie państwowości, kultury i kościoła - jestem na tak. Mój wewnętrzny turysta juz przygotował aparat i jest gotowy spisywać ciekawostki w dzienniku podrózy :P

Przez kilka akapitów pierwszego rozdziału mamy opisy, pojawia się Urbinan i ja nie wiem jak on wygląda, ale to,
ze siedzi na aksamitach i patrzy na drzewo za oknem owszem...

Posiedzenie cesarskiej rady - jakaś powazna sprawa - tymczasem cesarscy synowie mają to gdzieś. Nie świadczy to o nich dobrze... A jak wspomniałąś o delegacie, którego przysyła dziewiątka z nich, który ignoruje cesarza to Urbinan stał się w moich oczach natychmiast straszną kluchą. Jego dzieci mają go gdzieś, ich delegat tez. Malowany cesarzyna taki. Jeśli nie chcesz by tak wyglądał to to jest właśnie ten akapit, który to powoduje. A bez opisu wcześniej od razu zobaczyłam takie łysiejące i sflaczałe byle co o mało inteligentnym spojrzeniu.

Na wspomnienie o Ovrinie, która pojawia się na kazdym zebraniu pojawiła się nadzieja na inteligentną, powazną, solidną postać zeńską. Właśnie to o niej pomyślałam - musi być solidna, skoro zawsze się pojawia, mimo ze raczej tego od niej nie wymagają, bo jest kobietą.
Primon, jego najstarszy syn, jak zawsze sztywny,z rozbieganymi oczami. Patrzył na urzędnika bez
tchu ględzącego o pojmanych jeńcach urzędnika jak na szczura w srebrnym półmisku.
Rozbiegane oczy kojarzą mi się z kimś strachliwym, czy podstępnym, a nie wiem czy o takie skojarzenie chodziło? Bo on raczej jest zadufany, dumny i dlatego sztywny?
Pewnie miał rację. Jeśli chodziło o dworskie szuje, Urbinan mógł polegać na instynkcie syna lepiej niż na własnym.(...) Zbyt długo opierasz się na ludziach spoza rodziny, takich jak ta szuja.
To słowo jest uzyte tak blisko, ze zwróciło moją uwagę. Jakby Urbinan czytał w myślach Primonowi.

Lojalność kupowana za złoto... Według mnie w historii wszyscy są lojalni tylko do momentu, gdy korzystają -
zbierajac zaszczyty, kolejne przywileje. Mistrzem wykorzystania takich pozornych przywileji stał się Ludwik "Król Słońce". Jednak jeśli nie szły za tym strach, czy szacunek to taki beneficjent szybko zyskiwał ambicję, aby zostać szarą eminencją, albo samemu stać się władcą. Szczerze mówiąc to cesarz, który nie musi się opierać na tym systemie jest dla mnie znacznie bardziej "fantastyczny", niz lodowy olbrzym :P Jednak system władzy ciekawy ^^

– Ojcze – kontynuował Primon, nim ten zdążył się namyślić – nie sądź, że robię, ponieważ chciałbym zająć twoje miejsce. – Każde słowo wydawało się być wypowiadane z drżeniem. – Ja nie zamierzam...
Tu miałam delikatne: "ale co?" O.o Bo nie wiedziałam do czego Primon nawiązuje. Pomyślałam o systemie w cesarstwie chińskim, gdzie do roli cesarza mozna było dojść. To co? Jeden z 4 ministrów moze być cesarzem? I dlatego ministrowie zawsze obierani byli z rodziny? Bo jeśli tak to przydałoby się to wyjaśnić. Później jak juz lepiej poznałam dzieci Urbinana to zaczęło mnie to zdanie zastanawiać w dwójnasób. Czyzby Urbinan zamiast przygotowywać któregokolwiek na przejęcie władzy robił wręcz odwrotnie? Wszystkich od tego odwodził? To by tłumaczyło brak dyscypliny podczas posiedzeń.

Wpada na scenę Urind Krwiozerczy i jest kolejne ;o Dwór Urbinana jest coraz bardziej chaotyczny i niezrozumiały z mojego punktu widzenia. Bo "klucha", którą ujrzałam na początku nie byłaby w stanie utrzymać państwa. Zabicie ambasadora, lekcewazenie obcego remijskiego króla - ten cesarz, którego odmalowałaś robi się niespójny w tym momencie.

Po Urindzie wchodzi Eklin i w porównaniu z poprzednim psychopatą wydaje się on wręcz nieszkodliwy, a stwierdzenie Urbinana, ze Eklin jest ostatnią osobą, która powinna zasiadać na tronie... Zdziwko. Bo Eklin w przeciwieństwie do Urinda brzmi nawet logicznie. Ma coś w co wierzy i jest konsekwentny. Biorąc pod uwagę,
ze w całej reszcie tych dwóch cech mi brak to Eklin robi się o wiele lepszym kandydatem niz inni w tej chwili.

– Pijesz do kogoś konkretnego? – spytał Urind zza pleców młodszego brata. Głową wskazał ojca, uniemożliwiając zawieszenie sporu na poziomie niedomówień.
:facepalm: Urind...

Stosunki Remia-Latria = bardzo fajne :D

Czytając poprzednim razem w natłoku postaci w ogóle nie zwróciłam uwagi na Ertena. Od tamtej pory się chyba nie pojawiał... Jakoś trudno mi wyobrazić sobie, aby Urbinan rozpieszczał i pobłazał komuś jeszcze bardziej, niz swoim rozwydrzonym szczeniakom :/ Będzie on miał jakąś rolę?

I jest Ovrina. Wejście mocne. Ocena jej osoby wystawiona przez Urbinana zwiększa nadzieję, ale po tym jak ocenił Urinda i Eklina to nie mam do niego zaufania w tej kwestii. Chociaz jej wymiana zdań z Primonem bardz na + :)

SpoilerShow
– Nie będę się powstrzymywać, kiedy słyszę takie rzeczy. Bóg, honor, ojczyzna i wyższość rasowa. – Księżniczka przewróciła oczami. – Tym się ludzi nie nakarmi, a już na pewno nie napełni się skarbców.
– Dokładnie – rzekł Urind zadowolony.
– To dokładnie nie to, co osiągniesz, niewoląc Remijczyków. – Ovrina zajęła miejsce po drugiej stronie drzwi, nadając sobie i młodszemu bratu pozór jakiejś wystrojonej gwardii. – Inwestycja długoterminowa, czyli zamiast zapędzić ich do kopalni albo wymordować, opodatkujmy ich.
– Niektórzy wolą śmierć niż podatki – bąknął Primon.
– Co? – spytała natarczywie Ovrina, aż Primon się skurczył. Dziewczyna nie znosiła brata, który przez część arystokracji był uważany z „braku lepszych kandydatów” za naturalnego spadkobiercę korony cesarskiej. – Chcesz mi powiedzieć, że ludzie zbuntują się, żeby nie płacić, ale nie zbuntują się by żyć?
Wszyscy patrzyli teraz na najstarszego z braci, oczekując rozwinięcia myśli, więc chcąc nie chcąc musiał kontynuować:
– Śmierć to rzecz abstrakcyjna, zdarza się raz w życiu i zawsze komuś innemu. Podatki zdarzają się wszystkim. Bo wszystkich Remijczyków można opodatkować, ale trudno by ich było wszystkich zabić.
– No to i tak źle i tak niedobrze – podsumowała Ovrina.
Bardzo mi się podoba. Ta logika Primona :c[]:
Jak na zawołanie drzwi otwarły się szeroko, skrzydłami uderzając czuwające rodzeństwo.
Czemu czuwające? Spodziewali się tego, ze walną ich drzwi? O.o

Tej części z nową ukochaną Kwartaniana kompletnie nie ogarnęłam. Tana jest wnuczką Urbiniana od kilku miesięcy,
czyli co? On romansuje z niemowlakiem? O.o Tu mam WTF jak z Wawy do Tokio.
– Ojciec wydał Flidę za mąż za Andryjczyka, by więcej nie przynosiła rodzinie wstydu – tłumaczył dalej Primon.
Po tym miałam kolejny :facepalm: Wstydu? Bardziej niz jej bracia? Urinda nalezałoby zamknąć w pokoju bez klamek. Reszta nie wiele lepsza. Nie wiem czym sonie ta Flinda zasłuzyła, ale kurde. Przy takiej rywalizacji na Największą Zakałę Cesarskiego Rodu łatwo nie miała :P
SpoilerShow
– Ponad co? – podjął wojowniczo Eklin.
– Ponad twój debilizm? – podpowiedział Ceran, wyjmując z kieszeni notatnik i ołówek. Nie ulegało wątpliwości, że on również zamierzał wykorzystać ten czas twórczo.
(...) Nasz zasrany bratfilozof!
Te słowne i szczeniackie przepychanki są męczące. Od cesarskich synów spodziewałabym się chyba czegoś bardziej wyszukanego. Ile oni mają lat? Bo zachowują się jak gimbaza. I to taka ze slumsów... Chociaz reszta:
– Ja popieram Quintina, Cerin popiera mnie, Kwartanian chętnie zobaczyłby jakąś Remijkę w swoim łóżku, a ojciec już jedną ma – zaprotestował Ceran, nie odrywając wzroku od pisaniny. – Obawiam się, że jesteś w mniejszości.
– Ja tu tylko stoję! – zaoponował Kwartanian.
– Mniejszość? Z matematyki to ty nigdy...
– Za dużo sobie pozwalasz, młody człowieku.
– Ale chętnie byś leżał!
– Kto grzeszny, ku temu grzech pełznie.
– A z wami to...
podoba mi się duzo bardziej. Zwłaszcza tekst Eklina mnie rozwalił xD
Pierwszy nie wytrzymał Kwartanian, zadziwiając dyskutantów stwierdzeniem, że powinien się zająć swoimi dziećmi, które go kochają, a nie użerać się z ich plującą jadem bandą. Zdziwienie rozładowało atmosferę tylko do czasu aż Eklin nie zaczął rozmawiać o matkach i roli kobiety w społeczeństwie, bo wtedy Ovrina dała mu w pysk i Primon musiał interweniować na prośbę ojca, ale nie bardzo mu szło, więc również dostał w pysk.
Urinda cesarz wolał o interwencję nie prosić.
Ten fragment jest prawdziwie rodzinny, a jednocześnie trochę taki :wtf: Uśmiechnęłam się i był to pobłazliwy uśmiech, chociaz gdyby to mi tak "rozrabiali" (nie jestem w stanie myśleć o nich jak o dorosłych ludziach, a o bandzie małolatów...) to bym usadziła. Dostała szału z taką bandą...
Co tez się stało z Urbinanem *h5 Urbi!*

Końcówka z Primonem... Nie kumam. Moze późneij było coś a ja na to nie zwróciłam uwagi, ale teraz sobie nie przypominam. Nie wiem, czemu nie miałby zostać cesarzem. Zwłaszcza, ze ktoś tam go popiera.

Idę dalej...
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 22 lipca 2017, 02:11

"Analiza Kruczarza po raz czwarty autorstwa Krin" przez Mono...
III Sugestia, ze Nean to lodowy upiór. I przeklęte płomienie... Wowowo :glask: jest jakiś związek z tym,
ze jest przeklęty przez płomienie i tym Aledem? Borze Zielony, nie pamiętam tego Aleda
:pas:

Do momentu, gdy Amalia pojawiła się po raz kolejny w (XI? XII? rozdziale?) celi Neana zupełnie zapomniałam o tym, ze była tez tu!
O.o
– Panie? – zawołał bez namysłu, nieudolnie próbując przeczołgać się bliżej kraty.
W jednym akapicie Nean napawa się tym, jaki to on nie jest chojrak, a zaraz potem do zwykłego straznika woła panie i się czołga w jego kierunku... dysonans. Facet oszukuje sam siebie, a i to mu się nie udaje. Takie dość załosne to jest. Nie zawołał "hej ty!" ani "stój, gdy wszechpotęzny Nean do ciebie mówi!", czy coś, co pozwoliłoby mu utrzymać te pozory, ale "panie", mimo ze tamten panem nie jest.
– Witam wśród elity latryjskich więzień, synu – powiedział wesoło. – Wedle wytycznych regulaminu rozmowa pomiędzy pełniącymi służbę a osadzonymi jest zakazana pod groźbą dekapitacji. Ale jesteś nowy. Ogarniesz po pierwszych dwudziestu latach.
Nie brzmi to naturalnie. Taki trochę wymuszony humor. Pierwszy raz Nean znalazł się w tarapatach i to potęznych. Nic nie jest pozytywne, a tu takie coś. Nie koresponduje to z resztą. I jakoś ta "elita", "dekapitacja" i "zgodnie z regulaminem" z ust prostego straznika brzmią sztucznie. Zwłaszcza po tym jak cesarscy synowie odzywali się znacznie mniej wybrednie. To straznik w więzieniu, a nie recepjonista hotelu pięciogwiazdkowego.
Zabicie czarodzieja przynosi pecha. Albo klątwę rzuci, albo wróci jako samoożywieniec. Kiedyś zamurowywaliśmy ich żywcem, ale to jest podobno nie hu.. hum... hum...
– Humanitarne – podpowiedział czarodziej.
Tak jak wyzej. Takie słowo w ustach starznika w ogóle mi nie pasuje. Nawet jeśli je ledwo potrafi wydukać. -> "zasady bezpieczeństwa i higieny pracy" = ten sam zarzut.

Prośba Neana o latarnię taka nieco naiwna. Zwłąszcza srebrną. Gdyby klawisz miał do takiej dostęp to wyprowadziłby ją cichcem i sprzedał w cholerę. Rozmowa w tym momencie dość wymuszona. Pownien to według mnie skwitować śmiechem i sobie pójść.

Myśli Neana o Zirze - nieskłądne. Chyba jeszcze jest chory. I to powaznie, bo nie ma w nim nic z poprzednich Neanów. Zupełnie się rozpadł. W myślach ma chaos, połowy wywodów nie rozumiem, albo się wykluczają wzajemnie. Jednak on jest chory, więc nie spodziewam się zelaznej logiki, ani przemyślanych forteli.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 25 lipca 2017, 23:29

@Ag.
Przeczytałam pierwszą połowę akapitu i piana mi wyszła na usta, że Nean znowu zachowuje się jak idiota i bawi w jakieś straszenie, ale potem przeczytałam drugą część i miło widzieć, że Nean powolutku nabiera jakiegoś rozsądku i zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie musi wszędzie i przy każdej okazji udawać większego chojraka niż jest. Co prawda potem głupie zwyczaje znów u niego wracają, ale dalej przyjmę to za dobrą monetę, że rozsądek zaczyna w nim kiełkować.
Szkoda, że to nie wyszło, ale dziwne zachowanie Kruczarza miało być ukazane jako skutek jego gorączki, która wywołała to niezbyt logiczne myślenie. W następnych dniach, kiedy gorączka przechodzi, dopiero Nean oprzytomniał, że zachował się wtedy głupio.
A to nie mógł potłuc naczynia i pociąć się odłamkiem czy coś?
Naczynie było drewniane ;) To się nawet pojawiło w momencie, w którym Nean znowu bawił się w bębniarza.

@Mono
Kiedy Biała Równina wyszła na przeciw Wschodnim Morzom zamarzyła mi się mapka Latrii, Syvante i przyległości *.*
Mapkę tego świata narysowałam chyba jeszcze podczas pisania "Kruka", ale po pierwsze, jest bardzo orientacyjna, po drugie, jest na niej okropny i masakrycznie bijący po oczach spoiler, więc na razie nikomu nie mogę jej pokazać. ;)
Czyli Zapomnienie było demonem z Równiny a nie krukiem.
Nie pisałam tego chyba wprost, ale kruki raczej nie opętują ludzi ani w ogóle nie porozumiewają się z nimi, ani nie słuchają ich rozkazów. Uznałam to może nie za oczywiste, ale też ni za coś, co może szczególnie zaskoczyć.
pojawia się Urbinan i ja nie wiem jak on wygląda,
Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale ja w ogóle nie mam w zwyczaju opisywać ludzi, którzy się nie wyróżniają szczególnie wyglądem. Urbinana w końcu opisuję trochę przy rozmowie z Neanem, ale jakoś tak wcześniej nie pasował mi taki opis skoro pisałam z jego perspektywy.
Posiedzenie cesarskiej rady - jakaś powazna sprawa - tymczasem cesarscy synowie mają to gdzieś.
Cesarskiej Rady? O.o W cesarskiej Sali Narad, ale nie Cesarskiej Rady.
Bardziej niz jej bracia?
Nie wiem, co zrozumiałaś, ale Flida nie było kolejną córką Urbinana, tylko kochanką jego syna, Kwartaniana, z którą miał wspomniane wcześniej nieślubne dziecko. Tu mnie naprawdę zdziwiłaś, bo nie widzę miejsca do innej interpretacji.
Gdyby klawisz miał do takiej dostęp to wyprowadziłby ją cichcem i sprzedał w cholerę.
Tu mnie trochę zagięłaś, bo nie wiem teraz tak naprawdę, czy latarnia Żiry była srebrna, bo ją zrobili ze srebra, czy po prostu miała taki kolor. Teoretycznie to pierwsze jest bardziej logiczne, choć stawia pare innych znaków zapytania...

Dzięki wam pięknie za komentarze. Wiem, że ze mną trochę ciężko, bardzo przepraszam za to, ale czuję trochę zniechęcenie względem tego tekstu, bo nie potrafię w nim znaleźć nic, co by mi się naprawdę w nim podobało. Z wyjątkiem rzeczy złych i głupich.
XIII – Żarty się skończyły – wycedził Urbinan w progu Sali Narad.
Miał dosyć jarmarcznej atmosfery, trzynastki dzieciaków radosnych jak na uczcie i całej plejady osobliwości, jaka za nimi ciągnęła. Większość szukała dworskich łask, ale byli też tacy, bardziej irytujący, bo nie zmartwieni przybyciem cesarza, których przyciągało towarzystwo co bardziej ekscentrycznych książąt.
Ci pierwsi poderwali się w poszukiwaniu dróg ucieczki, ci drudzy też, ale nie mogli powstrzymać się od ukradkowego oglądania się za siebie, jakby Latryjski cesarz stanowił większe kuriozum niż oni sami. Część z nich próbowała również przywrócić porządek wśród bezładnej masy wylewającej się z sali.
Na darmo. Wieść o egzekucji cesarskiego ministra, który śmiał publicznie obrazić swego władcę żartem, że gdyby cesarz chciał być konsekwentny, musiałby pomordować także wszystkich swoich trzynastu synów, jak wcześniej uczynił to z sześcioma braćmi. Cesarski dwór, wciąż pod wrażeniem tamtych wydarzeń, przepychał się, deptał i wpadał w niepotrzebną panikę.
Przybyciem władcy nie przejął się jedynie Kwartanian, który drzemał pośrodku tej zawieruchy, trzymając na kolanach małą Reę – najstarszą wnuczkę Urbinana, jasnowłosą i jasnooką, przez co niezwykle egzotyczną dla cesarskiego rodu. Szkoda, że jak reszta rodzeństwa pochodziła z nieprawego łoża. Albo... Urbinan, patrząc na malutką księżniczkę, obiecał sobie, że ustanowi całą piątkę wnuków legalnymi potomkami i rozkaże wychować je na cesarskim dworze. Dynastyczne zamieszanie się nie liczyło.
Właśnie, dynastyczne zamieszanie.
Urbinan nie mógł nie zauważyć, że wraz ze stłoczoną masą ludzką salę opuściła również Olcha ze Zboru Lasów. Za bardzo starała się nie zwracać niczyjej uwagi i widocznie nie miała ku temu talentu.
Urbinan czuł złość.
Wiedźma w cesarskiej rodzinie? Niedorzeczność.
Czyli idealnie by pasowała...
– Powinienem uczynić swoją następczynią tę małą – powiedział Urbinan, zdejmując Reę z kolan Kwartaniana i tym samym budząc syna. – Jako jedyna nie doprowadziła mnie dzisiaj do szału.
Nim cesarz skończył mówić, wszyscy byli już na swoich miejscach przy okrągłym stole, nawet Kwartanian, który ledwie pojmował, co się wokół niego dzieje. Wszyscy byli spięci, choć niektórzy próbowali maskować zdenerwowanie za maską gniewu, szczególnie Qunitnin, który siedział metr od stołu z założonymi rękoma.
Tylko Rea się uśmiechała – największy cud Latrii.
– Wezmę ją, tato – zaoferowała się Armelia, wstając. – Nie wysiedzi długo.
– Musisz zawsze opuszczać obrady? – spytał Urbinan rozdrażniony. – Niech Kwartanian odda Reę służącemu. I to szybko, bo nie będę czekał ani sekundy.
Urbinan oczywiście poczekał, udając, że wcale tego nie robi, a Septirun bębniący palcami o stół doprowadzał go do szału. Musiał mieć pierścień na palcu, bo dało się słyszeć uderzający metal.
– Gdzie Decem? – spytał cesarz, gdy Kwartanian już dotarł.
– Myślałam... – zaczęła Armelia.
– Nieważne.
Puste miejsce Xarema Urbinan wolał omijać wzrokiem. Do patrzenia na Yrwija i Vericha za każdym razem musiał się przymuszać. Zwłaszcza teraz, gdy jego myśli nieustannie uciekały w kierunku sukcesji.
– Czemu zawdzięczamy te fantastyczne zgromadzenie? – spytał Quintin, ziewając ostentacyjnie i wyciągając z kieszeni niewielką książkę.
Śmiej się, gówniarzu, powiedział w duchu Urbinan, ale to ja będę się dzisiaj śmiał ostatni.
– Po pierwsze, waszej siostrze – odrzekł cesarz pozornie niezrażonym tonem, odwracając się w kierunku Ovriny.
Księżniczka z zaskoczeniem uniosła brew. Wyglądała tak bezczelnie jak zwykle i prawie tak wyzywająco jak jej zanadto uczony brat.
– Tak, Wasza Cesarska Mość?
– Wyjaśnisz mi, co czarownik z Mitgald Varen robił poza swoją celą?
Chwilę milczenia Ovriny kilku książąt wykorzystało, by zorientować się wśród braci, o jakiego cholernego czarownika z Mitgald Varen chodzi. Dopiero imię Kruczarz sprowadzało nań zrozumienie.
– Nie mam nic wspólnego z ucieczką. – Prychnęła. – Co sobie wyobrażacie? – Przemknęła po twarzach braci pełnym nienawiści wzrokiem, jakby to oni postawili ją w stan oskarżenia.
– Z ucieczką nie – zgodził się Urbinan – ale z faktem, że został przeniesiony do innej celi i wpisany do rejestru jako zmarły na zapalenie płuc jak najbardziej.
Cesarz nie był informacji stuprocentowo pewny, ale natychmiast poznał, że trafił – Ovrina w skupieniu oglądała własne paznokcie, twarz jej poczerwieniała. Jedno Urbinan musiał jej przyznać – nie próbowała głupich wymówek ani nie zaprzeczała, skoro już się wydało.
– Skąd wiesz?
Dobre pytanie – doniósł mu Octavius. Mały złodziejaszek do więzienia zaszedł najpewniej w poszukiwaniu łupu. Szyję zdobił mu teraz srebrny kruk ściskający w szponach klejnot. Wyglądał groźnie.
– Wiem o wszystkim, co się dzieje w Latrii – odparł cesarz. – Wiem także, że nie będę tego dłużej tolerował. Jeszcze nie jestem martwy, a wy już rządzicie się jak cesarze. Do czego ci był ten czarnoksiężnik?
Spłoszone spojrzenia, uniesione brwi, zmarszczone czoła, szepty. Westchnięcia. Grymasy gniewu. Znał ich wszystkich od niemowlęcia i jak na dłoni widział, kto martwi się obrotem spraw, a kto jest z niego zadowolony. Widział też poczucie winy.
Wiatr wpadał przez uchylone okno, szarpiąc jedwabne zasłony, w ogrodzie służący przestawiali stoły i krzesła, tresowany kot Septiruna energicznie wylizywał sobie tylną łapę, mlaszcząc nieprzyjemnie.
A cesarz pozwalał napawać się swoim dzieciom grozą chwili.
– Upadki z wysoka bywają bolesne – szepnął Septirun.
Niedobrze. Urbinan nie znosił tego obcego tonu, słowa siódmego syna zbyt często okazywały się prorocze.
Urbinan czy Ovrina?
Teraz nawet cesarza przeszedł dreszcz.
– Wyrywacie sobie z gardeł ludzi. Wystarczyło, że wskazałem wam Kruczarza jako cel, żebym wywołał wojnę. – Cesarz wstał. Łatwiej mu się mówiło, gdy krążył za ich plecami, atakując z zaskoczenia. – Czas, byście wzięli odpowiedzialność godną waszego pochodzenia.
– Nieustannie nam to uniemożliwiasz – zauważył cicho Primon. Kulił się pod groźnym spojrzeniem ojca, ale nie uginał.
– Bo chcecie władzy, nie odpowiedzialności!
– A ty chcesz nam wręczyć odpowiedzialność bez władzy – podsumowała Ovrina cierpko.
Urind wstał, bez chwili wahania zbliżając się do Urbinana i gwałtownością ruchów zmuszając ojca do cofnięcia się parę kroków. Na twarzy cesarz rozpoznawał nową szramę – jego syn znów się bił.
– Bo my zajmujemy się jedynie intrygami i zabawą? – spytał szósty syn. – Kto zajmował się ostatnio przeglądem wojsk? Ja i Kwartanian!
– Kwartanian chyba w przerwie od płodzenia dzieci.
– Ciekawe, czym nasz ojciec zajmował się w młodości, skoro jest nas aż piętnaścioro – odwdzięczył się czwarty syn pięknym za nadobne.
Po sali przeszedł chichot.
– Ciekawe, kto wypełnia obowiązki arcykapłana Wielkiego Iretuna – zauważył Eklin, wskazując na swoje kapłańskie ubranie. – Pewnie same się wypełniają.
– Właśnie. – Prychnął Cerin. – A sala tronowa remontuje się sama. I jest to proste, że nawet kot by sprostał. – Wskazał palcem nieszczęsne zwierze przytulone do nogi Septiruna.
– Biblioteka zaś rozrosła się odżywiona słońcem – dodał Ceran.
– Nie mówię, że to, co robicie jest bez znaczenia... – Cesarz uniósł ręce w obronnym geście. – Tylko...
– Tylko to sugerujesz – dokończył Septirun z przekąsem. – Od samego rana mnie i Octaviusa ścigają zatrudnieni przez ciebie nauczyciele. Mam tę odpowiedzialność za kraj brać nocą?
– Ciekawe, kiedy ostatnio chciałeś widzieć się z Decemem, tato – Armelia uniemożliwiła Urbinanowi obronę. – Ciekawe, kto musiał wychowywać połowę twoich synów i dlaczego nie byli to ich rodzice?
Cesarz nie wierzył, słysząc, że w niej również było tyle jadu. Wydawało mu się, że wypełnia powierzone zadanie z radością.
– Ciekawe, dlaczego nie ma tu Xarema – szepnął Yrvij. Oślepiony chłopak tak rzadko się odzywał, że wszyscy momentalnie zamilkli. – On pojechał wziąć odpowiedzialność. Tego chcesz? Pozbyć się nas ze swojego otoczenia?
Urbinan z westchnięciem opadł na marmurowy parapet.
– Ktoś jeszcze chce mi wygarnąć, jakim złym jestem ojcem? – Powłóczył po nich ciężkim spojrzeniem, ale nie zrobiło to żadnego wrażenia. – Zgodnie z życzeniem od dziś koniec traktowania was jak dzieci. Po pierwsze, Arzim Navidarski szuka męża dla swojej jedynej córki. – Cesarz odwrócił się do najstarszego syna. – Dlatego z chęcią zezwolę na małżeństwo Primona i Ereziny Navidarskiej, by zakończyć problemy, jakie nieustannie wiążą się z tymi ziemiami.
Primon pobladł. W komnacie raz za razem dało się słyszeć głośno wypuszczane z ust powietrze.
– Twój pomysł jest gorszy niż sądzisz, ojcze. – Wyglądało na to, że najstarszy syn chciałby dokończyć, dlaczego jest to taki zły pomysł, ale zrezygnował i tylko potrząsnął bezradnie głową. – Każdą skargę wykorzystujesz przeciwko nam! Wyślesz mnie na rubieże, żeniąc z półślepą księżniczką upadłego królestwa, bo odważyłem się wypowiedzieć swoje myśli głośno?
– Twój brat również nie ma oka – zauważył cesarz. – Nawet obu.
– Nie o tym rozmawiamy!
– Jak rozumiem – wtrącił się Quintin, nie wyściubiając nosa z książki – to oznacza, że Navidar przestanie być latryjskim protektoratem, a stanie się suwerennym królestwem z Primonem jako władcą.
Urbian czuł, że zaraz szlag go trafi. Za sam bezczelny uśmiech powinien wysłać tam Quintina. Albo nie. Jego powinien wydać za księżniczkę z Mórz Wschodnich, jeśli jakąkolwiek tam mieli. Za córkę hrabiego z Bagnisk!
– Mam trzynastu synów, Quintinie, ale nie zamierzam podzielić cesarstwa między nich wszystkich.
– Czyli Primon będzie sprawował władzę w twoim imieniu? Tak jak teraz czyni to nasz ambasador? – nie dawał za wygraną Quintin.
– Nie – warknął cesarz. – Doskonale wiem, do czego to prowadzi.
– Ale my nie wiemy. – Ovrina sprawiała wrażenie ostentacyjnie znudzonej.
– To znaczy, że ojciec zamierza zmarnować mu życie i nie dać nic w zamian? – zaproponował Cerin. Siedział po lewicy Urbinana, tak blisko, że cesarz mógłby go uderzyć. Jak zwykle obwieszony był w świecidełka, a pod stołem mazał coś w szkicowniku. Z tym też trzeba było wreszcie skończyć.
– Po drugie – kontynuował Urbinan, nie zważając na coraz głośniejsze protesty. – Cerin zacznie się zachowywać jak mężczyzna.
– Mam spłodzić piętnastkę dzieci? – spytał uprzejmie drugi z braci. – Tak niedołężnych jak my?
– Masz przestać obwieszać się świecidełkami jak dziwka w burdelu i nie udawać więcej natchnionego malarza-artysty. Jesteś cesarskim synem. Nie liczę, że staniesz na czele wojska, ale powinieneś nauczyć się, czym jest cesarska duma. Dlatego jako mój ambasador udasz się do Ambrii, gdzie zadbasz o nasz interesy na północy.
– Oczywiście, Wasza Cesarska Mość – wysyczał Cerin, pełnym gniewu ruchem chowając szkicownik do kieszeni. – Dla ciebie, Wasza Cesarska Mość, spędzę resztę życia, wysłuchując pijanych barbarzyńców.
Dużo go to kosztowało, ale Urbinan zignorował marudzenie. Na kary przyjdzie czas później.
– Ciebie, Ceranie, chcę widzieć w Teleonie.
– Co to jest Teleon?!
Ze wzburzenia trzeci syn aż złamał ołówek.
– Stolica Rezii.
– Najpierw musi istnieć jakiś kraj, żeby mieć stolicę. To burdel na kółkach!
– Wyrażaj się. A im większa anarchia, tym lepiej dla nas. Choćby delta Nadry mogłaby być wreszcie nasza.
– I możesz, nawet powinieneś, wysłać tam dowolnego dyplomatę, który zna się na rzeczy lepiej niż ja. Już lepiej, żebym pojechał z Cerinem do Ambrii!
– Czy wy jesteście pępowiną połączeni, czy co?! Nie wytrzymacie kilku lat z dala od siebie?
– Kilku lat?! – zabrzmieli bliźniacy chórem. Niemal mdleli.
– I to nadal nie jest odpowiedź, do czego się tam przydam – dodał sam Ceran.
– Dobrze władasz piórem, poradzisz sobie i w mowie.
– Poeta i polityk to dwa zupełnie różne słowa.
– Zamilcz! – nie wytrzymał cesarz. – Już z tobą skończyłem i nie przyjmuję odwołań. Kwartanian zostanie w Latrii ze względu na dzieci. Wszystkie mają zamieszkać w pałacu, a ty się wreszcie ożenisz i nie chce więcej słyszeć o żadnych nieślubnych potomkach.
– Oczywiście, Wasza Cesarska Mość.
Przynajmniej on jeden nie postanowił mu się dzisiaj sprzeciwić, choć nie promieniał z zadowolenia.
– Quintinie...
– Mnie też każesz się ożenić?
– A jest z kim? Z tą wiedźmą, którą przywiodłeś na dwór? Co to za łajza?
Wiecznie skłonni do wzajemnego wyśmiewania się bracia tym razem zaskoczyli Urbinana – żaden nie wydał się rozbawiony sugestią jakoby Quintin, ponoć najrozsądniejszy z rodzeństwa, dał się uwieść tej ani czarującej, ani urodziwej chłopce.
Quintin wstał.
– Nie nazywaj jej łajzą!
– Może być dziwka, jeśli wolisz.
– Jak śmie...
– Uboga dziewczyna pod opieką mądrego i życzliwego prostym ludziom księcia? Skończ z bajkami, Quintinie.
Książę wyszedł. Wstał, kopnięciem dosunął krzesło i najzwyczajniej w świecie wyszedł w parne powietrze popołudnia. Rozpuszczony bachor! Jakby posłuszeństwo wobec cesarza go nie obowiązywało! Urbinan obiecał sobie, że gdy tylko odprawi to nabzdyczone towarzystwo, każe znaleźć dziewczynę i wywieść ją na drugi koniec cesarstwa, może do przymusowych robót przy fortyfikacjach na wschodzie. Albo lepiej – na północ razem z jakimś transportem. Bez pieniędzy na powrót.
Quintin mu tego nie wybaczy, ale to dla jego dobra.
Reszta rodzeństwa także zaczęła z utęsknieniem spoglądać ku drzwiom. Urind i Septirun prawie wstali. Ovrina jeszcze się zastanawiała, czy ma dość odwagi i jak wiele może na tym stracić.
Oj wiele.
– Więc z Quintinem rozliczę się później – podsumował Urbinan. – Ale to rozliczenie może być znacznie mniej korzystne.
Urind i Septirun opadli na krzesła. Obaj siedzieli ze zwieszonymi głowami, wiedząc że nadeszła ich kolej jako szóstego i siódmego syna. Ta część miała być trudna również dla Urbinana, zwłaszcza jeśli miało mu się udać postawić na swoim.
– Eklinie... – zaczął cesarz.
Eklin poruszył się niespokojnie. Septirun, Urind i Octavius w niedowierzaniu popatrzyli po sobie.
– Wolą kościoła Wielkiego Iretuna jest byś poprowadził krucjatę na Białą Równinę – powiedział Urbinan z niechęcią. – Kimże jestem, aby sprzeciwić się woli boga i ludu? – Cesarz przewrócił oczami. – Ale jest jeden warunek. Nad regularną siłą zbrojną obejmie dowództwo Urind.
Szósty z braci zamarł, tak zaskoczony i przerażony perspektywą walki u boku fanatyków, że niezdolny do jakiejkolwiek reakcji. Powietrze z niego uszło. Zjechałby pod stół, gdyby nie przytrzymał go Kwartanian.
Za to Eklin promieniał, mimo że większym szacunkiem niż Urinda darzył pewnie zaległe we własnym łóżku pluskwy, a na czele krucjaty wolał widzieć Neana z Czarnej Wody, nawet jeśli miałby on po drodze ożywiać trupy, spopielać miasta i zsyłać kurzajki.
– Oczywiście, ojcze.
Jak to się stało, że Urbinan zadowolił akurat tego syna, którego postępowanie budziło w nim największy sprzeciw?
Dziewiąty książę pochylił się w ukłonie, by skryć pełen satysfakcji uśmiech, bowiem to, co powiedział Urbinan, było prawdą – nawet cesarz nie mógł powstrzymać krucjaty z jej ulubionym wodzem na czele. Gniew i ferment zbyt łatwo mogły przerodzić się w bunt przeciwko władzy. Należał je odpowiednio ukierunkować, najlepiej w siły nieczyste.
Najwyżej wszyscy zginą, a ich ciała skuje lód. Oczywiście bez książąt. Urbinan o to zadba, a wtedy Eklin nie tylko straci ambicję, ale też, jako tchórz, posłuch wśród pozostałych wiernych. Urbinan ożeni go z jakąś północną arystokratką, najlepiej pozbawioną braci i ludzie szybko zapomną.
– Septirunie, Octaviusie – kontynuował cesarz – nie chcę więcej słyszeć o włóczędze, brataniu się z żebrakami a już najmniej o kradzieżach i zbieractwie. Octaviusie, masz pozbyć się całego tego... syfu, który zalega w twoich komnatach. Tego fioletowego paskudztwa na samym początku.
– To latarnia, tato. Świeci się na fioletowo, bo jest zaklęta.
– Nie obchodzi mnie, co to. Przyprawia mnie o dreszcze.
– Już się pozbyłem.
– Doprawdy?
Octavius nigdy niczego nie wyrzucał, jeśli nie próbowało wypełznąć samo lub właściciel znaleziska nie groził Latrii wojną. Te drugie zdarzyło się na szczęście tylko raz, ale właściciel był na tyle pijany, że mógł wcielić groźbę w życie.
– Oddałem właścicielowi. Armelia powiedziała, że powinienem.
– Doskonale.
Gdyby nie wzmianka o Armelii, Urbinan nie uwierzyłby. Tylko co to za porządki, żeby Octavius bardziej przejmował się zdaniem siostry niż ojca? O woli matki już nie wspominając. Kiedy Nema i Karilla widziały ostatnio swoje dzieci? Urbinan nawet nie pamiętał, który syn jest czyi.
A może i pamiętał – Nema wolała nadawać swoim dzieciom normalne imiona, nie takie, które jednoznacznie wskazywały na kolejność starszeństwa. Czyli Karilla urodziła mu samych synów? Nie, chyba coś mu się pomieszało.
– Chciałbym także, aby Centerille zaczęła udzielać wam lekcji dworskiej etykiety. Spróbujcie ją obrazić, a wyślę was razem z Ceranem.
Centerille była najmłodszą z jego żon, jedyną przebywającą na dworze i aktualnie brzemienną. Jeszcze im tego nie powiedział, więc teraz mieli sami się dowiedzieć.
– Czyli koniec przydzielania kar i możemy się rozejść? – spytał Ceran.
– Masz jeszcze siostry.
– Pff! Nie przejmuj się, Ceranie – powiedziała Ovrina. – Ojcu też nieustannie zdarza się zapominać o naszym istnieniu.
– Znakomicie, że sobie przypomniałem. Władca Agoru szuka żony dla swojego syna, a ty będziesz doskonałą partią. Po latach wojen nareszcie odzyskamy nasze miasto.
„Odzyskamy” było słowem nie do końca adekwatnym, bo ten maleńki, a jednocześnie niezwykle bogaty i gęsto zaludniony obszar, odłączył się od cesarstwa ponad czterysta lat temu, gdy między przodkami Urbinana, a ich rodzeństwem wybuchł ostry spór i kraj został podzielony. Agor był ostatnim niezjednoczonym kawałkiem południa i choć Latryjczycy otaczali ich z każdej strony, nie potrafili zdobyć głównego portu.
Reakcja Ovriny była dokładnie taka, jakiej się spodziewał.
– Będziesz mną kupczyć jak dziwką! – wrzasnęła Ovrina tak głośno, aż wszyscy odchylili się do tyłu. – I to jeszcze za co! Za Agor! Agor to jest kurwa jedno miasta i kawałek plaży! Nawet kurwa nie plaży! Skały!
– Wystarczy ci – uciął surowo Urbinan. – Gdy ogłosiłem chęć ożenienia twoich braci nie protestowałaś.
– Być mężem, a być żoną to nie to samo – wysyczała.
– Dość.
– Jeszcze zobaczymy, czy dość.
Tym razem się nie wahała – wstała i wyszła. Oczywiście mógł jej tłumaczyć, że skoro stary Neferian był tak słaby i zdesperowany, że oddał się w łapy cesarstwa, bez problemu okręci sobie jego i jego syna wokół palca. Ale na to przyjdzie czas później, kiedy już oswoi się z myślą, że ma mieć jakiegokolwiek męża.
– Została nam Armelia – kontynuował Urbinan. – Do niej nie mam uwag. Zawsze wypełnia swoje obowiązki.
– W tej rodzinie wszyscy powinni znać swoje miejsce – odparła księżniczka lodowatym tonem.
Kiedy zdążyła stanąć w drzwiach?

XIV Pod skórą Neana płonął lód.
Oczywiście lód nie mógł płonąć, ale czarownik nie potrafił inaczej nazwać tego paskudnego dotyku, tak zimnego, że parzącego. Ciało miał ociężałe jakby krew zamarzła mu w żyłach. Język suchy jak wiór. Przed oczami jedynie kolorowe plamy. Czy możliwe, że oślepł? Cholera. Logika podpowiadała, że skoro jego oczy płonęły, musiał po tym oślepnąć. Ale przecież wedle tej samej logiki powinien już być martwy, prawda?
Przynajmniej serce mu nie zamarzło. Bolało go. Cholera. Bolało go bicie własnego, pieprzonego serca!
Szarpnął się niezgrabnie, z trudem pokonując opór własnego ciała. Musiał przynajmniej dowiedzieć się, gdzie jest. Czy w pobliżu była Żira? Za bardzo kręciło mu się w głowie, by próbować wyczuć jej obecność.
– Spokojnie, panie Czarny. Zaczniesz widzieć, kiedy to paskudztwo przestanie działać. Nie szarp się, bo będzie gorzej.
Panie Czarny? Ktoś już go tak nazywał. Arien ze Srebrnego Potoku – ten sam, który podarował mu tomik wierszy, ten, który marzył by z pomocą magii zlikwidować choroby i cierpienie. Czy możliwe by po niepowodzeniach w Syvante wyjechał do Glagor?
– Ari? – wychrypiał Nean. Użył skrótu z obawy, że więcej niż jedna sylaba wypali mu gardło.
– Mhm. Spokojnie, zaraz dam ci wody.
Kruczarz poczuł, jak jedna para rąk nieznacznie unosi go do góry, a druga przykłada drewniany kubek do jego ust. Ta woda była tak różna od tego, co przywykł pić przez ostatnie miesiące, że niemal się zachłysnął. Była czysta i miała taki posmak, jaki czuło się po przegotowaniu. Nean przyzwyczaił się do takiej na Białej Równinie. Rozpalenie ognia graniczyło tam z niemożliwością, ale to znacznie lepsza opcja od jedzenia śniegu.
– Kto jest z tobą? – spytał czarownik, kiedy woda się skończyła.
– Uczeń. Możesz nas na chwilę zostawić?
Jeśli była jakaś odpowiedź, Nean jej nie dosłyszał. Tylko trzask zatrzaśniętych drzwi. Bardzo znajomy trzask i charakterystyczne echo, które rozpoznałby nawet na łożu śmierci. Nadal był w cesarskim więzieniu, choć jego mocno nadwyrężona przez ból wyobraźnia, nie potrafiła dać odpowiedzi, dlaczego Arien się nim opiekował.
– Myślałem, że zginąłeś – mówił medyk-czarodziej – ale ciebie chyba trudno zabić, skoro świadkowie twierdzą, że wybiegłeś z celi, płonąc.
– Mhm... – Kruczarz strasznie chciał powiedzieć coś więcej, ale trudno mu było myśleć w tym stanie. – Szukałem cię, ale zniknąłeś. W Syvante nikt nic nie wiedział. W Rezii nikt nic nie wiedział. Byłem nawet u Lony w Zimnym Oku.
– Cesarz założył akademię, więc przyjechałem. – Wzruszył ramionami. – Czyli nie siedziałeś przez cały ten czas w więzieniu? – W głosie Ariena słychać było pełne ulgi zaskoczenie.
Pff! Za kogo on go miał?
Zaraz po tej myśli przyszła do Neana refleksja, że za w miarę normalnego czarownika. Może za przyjaciela. Może za odludka. No za człowieka przynajmniej! Tego, który siedział w swojej ciemnej klitce z czarnym kotem na kolanach i książką o przyzywaniu demonów w rękach, ale jednak za człowieka.
– Nie, co ty? Włóczyłem się trochę, a z tym więzieniem... Pechowy zbieg okoliczności.
Nean poczuł dotyk na dłoniach. Arien odwijał mu chyba jakiś bandaż. Czyli wciąż miał dłonie – dobrze, że trafił właśnie na czarodzieja ze Srebrnego Potoku, biorąc pod uwagę, co z nimi robił. Arien, choć dużo marzył, znał się na swoim fachu. Bardziej niż na czarodziejstwie.
– Jasne, pechowy zbieg okoliczności, który pewnie zmusił cię do przyzywania demonów i zabijania ludzi – bąknął uzdrowiciel. – Znamy się, Neanie, nie od dziś.
Czy Nean naprawdę zabił jakichś ludzi w jego obecności? A może jednak... Ale Arien nadal uważał go za człowieka. To nie było nic widowiskowego. Przynajmniej nie aż tak, jak rzeczy, które wyprawiał po swojej „śmierci”.
– W ogóle to zaopiekowałem się twoim kotem – dodał czarodziej po chwili tonem bardziej oburzonym niż przy wzmiance o zabijaniu ludzi. – Zostawiłeś biedne zwierzę samo.
– Dziękuję.
– Ale zdechł.
– Szkoda.
– Zjadł jakieś zielsko z twojej szuflady. To które paliłeś, kiedy myślałeś, że nie widzę.
Co? Och...
– Pomówienie.
– Jak wszystko.
Arien zaczął Neanowi smarować czymś stopy. Okropnie łaskotało, ale nekromanta starał się nie reagować. Zajął myśli zapachem. Cokolwiek to było, cuchnęło prawie tak mocno jak jego zasrana cela. Ta oczywiście nie była jego, jeśli w ogóle była normalną celą. Co jak co, ale własną celę, by rozpoznał.
– Co tu właściwie robisz, Ari? Nie w Latrii, w tym więzieniu.
– Dowiedziałem się, że tu jesteś. Albo raczej miałem nadzieję, że spotka mnie cud i ujrzę cię żywego. I ujrzałem. Akurat cesarz, kiedy już wyleciałeś płonąc, szukał czarodzieja, który zna się na ludzkim ciele i może zbadać tę sprawę. Byłem jak znalazł.
– Ale skąd wiedziałeś?
Jak wielu ludzi wiedziało oprócz ciebie? Skoro nie doszły go słuchy o zagładzie Armii Mórz Wschodnich...
– Po amulecie. Tym z wężem, który ci dałem. Pamiętasz?
– Mhm.
Pamiętał aż za dobrze. Ostatnio użył go do ochrony nowo narodzonego syna Ragda, Fijernatesa, zanim oddał dziecko szalonej bogini. Ciekawe, co z nim zrobiła. Nie żeby Neana obchodził jego los. To było zwyczajnie ciekawe.
– Zobaczyłem go na szyi cesarskiego syna. Pomyślałem, że jeśli się dowiem, jak do niego trafił, poznam także twój los. No i poznałem. A ty czego drżysz?
– Zimno mi – odpowiedział Nean zgodnie z prawdą. Nie tylko nie miał płaszcza. Nie miał nawet koszuli, a leżał chyba na gołym drewnie.
W świecie Kruczarza wszystko było piekielnie zimne, ale niektóre rzeczy były zimniejsze od innych.
– Tobie zawsze jest zimno.
– I co poradzę? Czuję się... jakbym wpadł do przerębli.
– Tak samo wyglądasz. A wiesz, większość ludzi, których widziałem po wyciągnięciu z przerębli, była martwa. Dać kocyk, maleństwo?
Arien nie czekał na odpowiedź. Opatulił go czymś tak cudownie miękkim, że mogłoby się znaleźć w cesarskich komnatach. Powinno być ciepłe, ale nie było. W każdym razie nie dla Neana, za to przynajmniej oddzielało go od większego chłodu.
– Dla każdego pacjenta jesteś taką zrzędą?
– Nie. Tylko dla tych specjalnych, którzy mnie wkurwiają.
Neanowi powoli wracał wzrok i faktycznie, gdy Arien upewnił się już, że będzie żył, zalała go fala frustracji. Niemal tak blade jak u Neana usta wykrzywiły się w grymasie, który ktoś postronny mógłby wziąć za wyraz obrzydzenia. Na delikatnej twarzy okolonej jasnymi włosami robiło to podwójne wrażenie.
– Czym cię wkurwiłem? Że mi zimno?
– Pff! – To nie było prychnięcie, raczej pufnięcie ciotki zirytowanej złymi manierami siostrzeńca. – Że zniknąłeś, że zabijasz, że dałeś się wpakować do więzienia, że jesteś taką samą cholerną mendą jak zawsze. I że było mi cię żal, a ty się włóczyłeś po świecie, zgrywając wielkiego czarownika. Pff!
– Mówiłem, że cię szukałem. Nic nie...
– Tak mnie szukałeś, jakbyś nie chciał znaleźć! Gadasz mi gówno prawdę, to ja ci gówno wierzę!
– Jak cię wkurwiam za to, kim jestem, to mi wielce przykro! Nic nie poradzę!
To się uniosłeś jak gówno w przerębli.
– Zamknij się! – wrzasnął Nean i jak zawsze nie w porę, bo Arien właśnie otwierał usta i wziął te słowa do siebie.
Cholera, przez Żirę zaczął wrzeszczeć na niesłyszalne dla innych głosy. Też sobie znalazła dobrą chwilę, żeby wreszcie się odezwać...
– Pff! Teraz tu pracuję, więc jest to mój gabinet, a skoro jest mój gabinet, to ja będę decydował, kiedy się zamknę – stwierdził czarodziej po chwili namysłu. Rozcierał przy tym coś w moździerzu z taką energią, jakby wyobrażał sobie, że to twarz Kruczarza. – Powiedzieć ci dlaczego tak mnie wkurwiają podobni tobie? Bo jesteś jak syn kurwy wśród sierot, dumny z nie wiadomo czego. Nie mam wielkiej mocy, ty masz ogromną. Ja staram się ulżyć ludziom, a ty co właściwie robisz? Mścisz się? Zabijasz dla rozrywki? Mógłbyś być wielki, a jesteś nikim. Łotrem. Skurwysynem. Nean z Czarnej Wody, kurwa jego mać... Z Czarnej Dupy chyba.
– Magia nie służy do leczenia, nigdy nie będzie współpracować z ludzkim ciałem.
Arien rzucił moździerz na stół i przez chwilę zbliżał się do Neana, jakby chciał go uderzyć. Czarownik odruchowo próbował się podnieść i natychmiast z kolejnym bólem legł na posłanie.
– A drewno nie służy do pływania po wodzie, a jednak ludzie budują z niego okręty i przemierzają morza. Widziałeś kiedyś synów Urbinana, tych najmłodszych? Jednemu wyłupiono oczy, drugiemu ucięto język. Nie jesteśmy w stanie im ich zwrócić, ale być może ktoś zręczny w magii potrafiłby je zastąpić. Myślałeś o tym, Neanie? Cesarz wypuściłby cię i gdybyś prosił, zaniósł na własnych plecach do twojej Czarnej Dupy, czy gdzie tam chcesz.
– Cesarz nie pozwoliłby mi nawet spojrzeć na swoich kalekich synów, a co dopiero użyć na nich zaklęć.
– Bo jesteś chujem!
Nean nie znalazł żadnych kontrargumentów, więc na tym skończyła się dyskusja. Przy okazji krzyki ściągnęły ucznia Ariena i czarownik odniósł wrażenie, że gdzieś już go widział. Chłopak nie był z twarzy szczególnie oryginalny, typowy latryjczyk. Byli jacyś latryjczycy w Syvante? Nie, i tak był za młody, żeby mogli się poznać.
– Był już tutaj? – spytał młodzieniec.
– Sądząc po dźwięku, dopiero idzie – odparł Arien.
Faktycznie, więzienne echo niosło czyjeś szybkie kroki. Zdenerwowane, ale pewne siebie. Kroki kogoś, kto mógłby tu wpaść i kazać wychłostać wszystkich, nie podając powodu ani nie pytając o nazwisko.
– Więc wrócę później.
I uczeń zniknął tak szybko, jak się pojawił. W wejściu minął się niemal z Quintinem, wyraźnie zaskakując książątko lekceważeniem.
Pieprzony pseudo-uczony – skwitował Nean w myślach.
– Widzę, że się znacie.
Książę spojrzał na Ariena surowo, jakby naprawdę wierzył, że mógłby on spiskować z Kruczarzem. Każdy kto znał czarodzieja ze Srebrnego Potoku, wiedział, że jest odważny jedynie w ubliżaniu ludziom. Wtedy faktycznie nie bał się konsekwencji. Prawdopodobnie dlatego, że o nich nie myślał. Jednak kiedy trzeba było na przykład rzucić koledze ściągę na wyjątkowo trudnym egzaminie, nawet jednoręki woźny okazywał się skuteczniejszy od Ariena.
– Studiowaliśmy razem, Wasza Wysokość – wyjaśnił czarodziej, zginając się w ukłonie. – Nean nie grzeszy ugodowością, prawda?
– Fakt, nie grzeszy. – Quintin skinął głową, ale wyraźnie nie miał dzisiaj ochoty na naśmiewanie się z czarnoksiężnika. – Zostaw nas samych.
– Tak, tak – wymruczał czarodziej niechętnie. Sięgając po moździerz, okręcił się tak szybko, że wpadł na księcia i odepchnął go rozeźlony. – Proszę nie drażnić pacjenta, jest wyjątkowo jadowity – poradził na odchodnym.
Quintin jedynie przewrócił oczami. Czyli znali się i pozostawali w dostatecznie przyjaznych stosunkach, by książę znosił dziwactwo Ariena. Kolejna ciekawostka.
– Twoje wyczyny są coraz bardziej zadziwiające – zagadnął cesarski syn.
– Nie sądzę, by płonięcie było bardziej zadziwiające od pokonania w pojedynkę Armii Mórz Wschodnich, ale dziękuję za uznanie, Wasza Wysokość. Czemu zawdzięczam tę wizytę?
Quintin, nie znalazłszy żadnego krzesła, przysiadł na blacie stołu, przy którym jeszcze chwilę temu pracował Arien.
– Przyszedłem zaproponować umowę.
– Więc każdy kolejny cesarski potomek, który tu przychodzi jest coraz bardziej zadziwiający, Wasza Wysokość.
– Widzę, że humor ci dzisiaj dopisuje.
Nie dopisywał. Nean czuł się, jakby przebiegło po nim stado koni, a potem jakiś pełen litości przechodzień próbował go dobić, topiąc w przerębli. W takich chwilach Kruczarz bywał złośliwy, bo nad rozumem wygrywało przyzwyczajenie.
– Spotkałem dawnego przyjaciela. Każdemu dopisywałby humor.
– Co z umową?
– Zależy, czego umowa dotyczy.
– Dotyczy twojego wyjścia z lochu.
– A w zamian mam...?
– A jeśli umówilibyśmy się, że powiem ci dopiero, kiedy już wyjdziesz i nie będziesz miał wyboru?
Czarownik z żalem uświadomił sobie, że jedną rękę ma przypiętą do ściany z pomocą kajdan i nie ma mowy o uduszeniu księcia.
– Wtedy byłbym mocno niepocieszony.
Quintin zaśmiał się. Jego sposób bycia był na ogół bardzo dystyngowany, ale książę śmiał się, jak pijany gość podrzędnej karczmy.
– Wiesz, co nasz ojciec zrobił ze swoimi sześcioma starszymi braćmi? – Quintin spoważniał nagle. Zagryzł dolną wargę, a jego wzrok uciekł przed wzrokiem Kruczarza, który właśnie, prawdopodobnie wbrew lekarskim zaleceniom, podniósł się do pozycji siedzącej. Bolało, ale przecież wszystko zawsze bolało. Jeśli Nean kiedyś miał obudzić się bez żadnego bólu, prawdopodobnie umrze ze zdziwienia.
– Zabił ich – odpowiedział Nean bez wahania, choć tak naprawdę nie wiedział. Domyślał się. Bo gdzie mieliby być?
– Jego ojciec żył jeszcze wówczas. Nasi wujowie rozpoczęli walkę o władzę w dniu, gdy czwarty z nich osiągnął wiek męski. Szybciej niż my, ale nasza dziesiątka właśnie osiągnęła stan wrzenia. Na dworze robi się niebezpiecznie.
Nean zagwizdał z podziwem.
– Pragniecie powtórzyć ojcowski wyczyn, Wasza Wysokość?
– Daruj sobie. Oczywiście, że nie. Nie chcę także paść jego ofiarą ani pozwolić, żeby ktokolwiek próbował iść tym śladem. Potrzebuję ochrony.
– Wojna dla pokoju?
Sugestia kpiny w głosie Kruczarza wyraźnie rozsierdziła księcia.
– Prawie.
To słowo było ciężkie i duszące, jak decyzje, które właśnie musiały być podejmowane w głowie Quintina. Chłopakowi drżały ręce, ledwie zauważalnie. Nean nigdy by nie zauważył, gdyby nie szukał. I wzrok, ciągle ten rozbiegany wzrok człowieka, który nie potrafi spojrzeć w oczy prawdzie.
– Muszą zniknąć – dodał książę, gdy słowo wybrzmiało, a rzeczywistość przestała drżeć pod jego wagą.
– Czy zniknąć to synonim dla umrzeć?
Quintin pochylił się nad rzędem maleńkich buteleczek, prawdopodobnie lekarstw, sądząc po oznaczeniach. Parę chwil przestawiał je bezmyślnie.
– Nikt nie będzie umierał – rzekł w końcu. – Muszą zniknąć, zapaść się pod ziemię, rozpłynąć. Na pewien czas... Nie wszyscy. Część z nas, ta skłonna do walki o władzę, musi zniknąć, gdy my będziemy wprowadzać w życie rozsądne decyzje.
Nean oparł podbródek na zaciśniętej w pięść dłoni, próbując nadać sobie przynajmniej ułamek powagi odebranej mu przez łysinę powstałą po zabawie z ogniem i różowy koc, którym przykrył go Arien.
Zamkniemy ich dusze w kryształach?
Nean pokręcił głową. Za małe szanse, że będą się później nadawali do czegokolwiek oprócz robienia w majtki i ślinienia się. Chętnie zobaczyłby Ovrinę w tym stanie, ale Quintinowi raczej by się to nie spodobało.
Czyli więzienie? Magiczne?
Nean skinął głową.
Muszę mieć jedzenie, wodę, ciepło – wyliczała Żira – wszystko, czego tacy pospolici śmiertelnicy jak ty potrzebują do życia. Wykonalne, ale przy dużej ilość czasu albo przy dużej ilości mocy. Proponuję jednak uciec. Będzie łatwiej, szybciej i jak się nie uda, nie będziesz musiał gnić w więzieniu do końca życia, bo będziesz martwy.
Kruczarz westchnął, udając, że wzdycha nad problemem, a nie nad wisielczym humorem Żiry.
– A kiedy zamierzacie wprowadzać ów decyzje w życie? – spytał czarnoksiężnik.
– Kiedy nasz ojciec umrze.
Nean przywołał w pamięci obraz Urbinana.
– To może trochę potrwać.
– Będziesz przygotowany zawczasu.
Czarownik bardzo powoli wypuścił powietrze z płuc. Uspokój się, myśl, niech nie zaślepia cię wizja rychłego zwycięstwa. I z tej sytuacji uda się wyciągnąć jakieś korzyści.
– To znaczy, że któryś z czarodziejów zwróci mi moc?
Quintin spojrzał na niego, jak na szaleńca.
– Nie. To znaczy, że do ciebie należy pomysł, a wykona to człowiek, którego przyślę.
– Kto to będzie?
– Dowiesz się, gdy go poznasz.
Czyli Quintin najpewniej jeszcze nie wiedział i zamierzał przysłać mu pierwszego czarodzieja, który się na to zgodzi. Na zdradę cesarza, bo z tym będzie problem. Każdy chciałby przecież posiąść wiedzę człowieka, który jednym zaklęciem unicestwił armię.
– A jaką będę miał pewność, że po wykonaniu zadania naprawdę mnie wypuścisz. To byłoby...
Nean nie w porę skonstatował, że powinien ugryźć się w język.
– Nierozsądne z mojej strony? Raczej próba uczynienia mi krzywdy byłaby bardzo nierozsądna z twojej strony. Dla człowieka, który wyciąga rękę przeciwko cesarskiej rodzinie, nie ma bezpiecznego miejsca. Słyszałeś o Żirze ze Zboru Lasu?
Nean skinął głową.
– Więc potrafisz sobie wyobrazić.
Czarownikowi przyszło na myśl, że jeśli mowa o Żirze, to cesarska rodzina powinna sobie zacząć wyobrażać, co to znaczy zadrzeć z Kruczarzem.
– Czyli nie mam żadnej gwarancji, że dotrzymasz słowa? – naciskał czarownik.
– Nie masz. – Quintin wzruszył ramionami. – Ale umowy powinny się opierać na zaufaniu, prawda?
Książę się śmiał. Kruczarz nie miał na to najmniejszej ochoty.

XV Mershe! Błagam...
Nean ocknął się w ciemności rozświetlonej jedynie fioletowym blaskiem Żiry. Drżał. Cały był zlany potem. Zimno... Próbował uciec do niego, ale bez względu, jak mocno opatulił się kocem, jak mocno ścisnął własne ramiona, zimno wciąż uderzało w niego z tą samą siłą. Macki Białej Równiny, które dotąd zdawały się uśpione, otwierały oczy z cichym warczeniem.
Śnieg. Rzadkość w Latrii, a jednak był wszędzie wokół, na podłodze, na ścianach, na nim. Dotykał jego skóry, zadając ból, od którego miał ochotę wyć, ale z jego gardła wydobywał się jedynie bezsilny szloch. Nie było ucieczki od zimna. Nawet korytarz pomiędzy celami przeistoczył się w rzekę śniegu. Współwięźniowie w zamrożone truchła.
– Pomocy? – wyszeptał.
Pomocy, pomocy – ile razy wrzeszczał to słowo bez sensu w przestrzeń, marnując siły, gdy śnieżyca przechodziła nad jego głową, chcąc zmusić pozostałe w nim człowieczeństwo do uległości? Uciekł, ale nikt nie zdoła uciec przed tym, co przedwieczne. Nikt nie zdoła uciec przed czymś trwalszym od bogów.
Oczami wyobraźni widział matkę idącą obok niego przez lodowe pustkowie. Panią Płomieni, przed którą rozstępowało się wieczne zimno. Nic jej nie mogło złamać. Nic nie mogło powstrzymać.
Dlaczego jej nie ma teraz?
Dlaczego tak bardzo jej nienawidzi?
Neanie?
Głos Żiry wyrywał go z łap wiecznego zimna. Śnieg na korytarzu i w celi zniknął. W ogóle nie padał. Chyba nawet nie było zimy.
Głos był jak ognisko rozpalone na środku lodowca.
Znowu gorączkujesz. I majaczysz.
– Nie majaczę – wychrypiał.
Chciałabym ci pomóc, ale... To jak próba przesączenia oceanu przez gąbkę.
Zabrzmiało, jakby Żira chciała się przed nim usprawiedliwić. A przecież to on doprowadził ją do tej sytuacji.
– Coś się dzieje? – dobiegł ich głos zza krat.
Nean nie odpowiedział, więc zaraz rozległ się również dźwięk otwieranego zamka. Nocny gość płonącą pochodnie zostawił w uchwycie przed drzwiami.
Nean uśmiechnął się smutno.
Bali się go.
Wciąż.
Jednak wiedział, że tym razem nie będzie w stanie podnieść się i walczyć, jak poprzednio. Płomienie go nie wesprą. Był już w całości opleciony szponami Białej Równiny.
– Słyszysz mnie?
Nean odwrócił się w stronę głosu. To niestety nie był Arien, jedynie jego uczeń. Kolejna osoba, która ujrzy słabość niezniszczalnego Kruczarza. Już prawie się do tego przyzwyczaił, do tej żałości, która roztaczała się nad nim od momentu uwięzienia.
– Marnie wyglądasz – stwierdził uczeń.
Chyba zdał sobie wreszcie sprawę, że Nean mu nie odpowie, bo po prostu odwrócił go na plecy i zaraz czarownik poczuł, jak mokry materiał zwilża mu twarz. Wodą bardziej lodowatą od upiora. Nean próbował się wyrwać, ale nie zdołał.
Przecież nie mógł mieć gorączki. Ciepło się go nie imało.
– Zostaw – poprosił.
– Dam ci wody. Musisz dużo pić.
Nean znowu próbował się wyrywać i znowu nie dało to rezultatów. Chłopak lał mu do gardła lodowe piekło. Czarownik popluł go ze złości.
– To dla twojego dobra – zapewnił młody medyk.
Potem wytarł mu usta i delikatnie próbował strząsnąć wodę, która prysnęła na podciągnięty pod brodę koc. Próbował być miły, niech go szlag trafi, i uspokajająco położył dłoń na ramieniu czarownika. Dotyk był okropny, Nean dostawał od niego szału. Czemu ostatnio wszyscy musieli go dotykać?
– Więc tu się ukrywasz, Xaremie – zawyrokował kobiecy głos. Też znajomy, znajomy jak sama śmierć głos Ovriny. Nean miał nadzieję, że to jedynie kolejne przywidzenie, kolejny koszmar przyniesiony przez gorączkę, ale im dłużej kobieta stała we fioletowym świetle latarni, tym bardziej realna się zdawała. – Zostałeś czarnoksięską niańką na pełen etat?
– Witam kochaną siostrę – odparł medyk tonem tak lodowatym, że przed chwilą, gdy chłopak z tak wielką wrażliwością próbował go pocieszyć, Nean nigdy by go o to nie podejrzewał.
Ovrina, zupełnie się nie krępując, usiadła na stole, zakładając nogę na nogę. Blat był oczywiście pełen narzędzi, leków i bandaży, ale wszystko to zrzuciła z niefrasobliwością prawdziwej arystokratki, która albo nie musi przejmować się własnością innych, albo nie musi przejmować się wydatkami.
– Czego chcesz?
– Jak mówią, medyk wzbudzający gniew, to martwy medyk. Może uprzejmiej?
– Co cię do mnie sprowadza, najmilsza siostro? – wycedził książę.
– Siostrzana miłość?
– Wiesz, Ovrino? Kiedyś spytałem mojego mentora, czy jego zdaniem nękające śmiertelników demony także mogą żywić ludzkie uczucia, również miłość. Odpowiedział przecząco. Czyli tę motywację możemy wykluczyć.
Nic nie wiedział o demonach.
Księżniczka pokiwała głową w udawanej zadumie, nachylając się nad rzędem maleńkich buteleczek oznaczonych kolorowymi symbolami.
– Więc może ciekawość? – Uniosła jedną z buteleczek, czarną z czerwonym iksem, w stronę światła dawanego przez Żirę. – To trucizna?
Xarem rzucił szybkie spojrzenie w stronę buteleczki.
– Nie, to pomaga na pchły. Przyniosłem, bo żal mi się zrobiło tego kudłacza z celi naprzeciwko, ale tobie też mogę pożyczyć.
Ovrina z odrazą odłożyła lekarstwo na drugi koniec stołu.
– Ale trucizny też masz – nie poddawała się.
– Tak, ta mała przezroczysta, którą zaraz zrzucisz, wyżre ci buty i kawałek stopy – odpowiadał książę, nie oglądając się na siostrę, tylko wciąż próbując pocieszać Kruczarza – ta zielona w małych ilościach pomoże na serce, ale w większych je zatrzyma. Mówię o jasnozielonej, bo ciemnozielona jest na przeczyszczenie. Wypijesz całą, a wysrasz własne wnętrzności.
– Przemiło. Po co ci substancja zdolna przeżreć ludziom buty i stopy?
– Czyszczę nią igły.
– Po co?
Xarem westchnął głęboko. Zapewne, tak samo jak Kruczarz, zdawał sobie sprawę z zagrożeń niesionych przez umyte jedynie wodą narzędzia. I podobnie jak Kruczarz zapewne nie potrafił tego wytłumaczyć bez półgodzinnego wykładu.
– Eksperyment naukowy.
Ovrina pytająco uniosła brwi.
– Uznaj, że po prostu trudno zmywa się krew ze ścian i potrzebuję czegoś mocnego. Jest jeszcze kwestia takich kawałków ludzkiego mięsa, które – Xarem napawał się skrzywioną miną siostry – czasem zostają, kiedy przy operacji...
– Potrafię sobie wyobrazić – przerwała mu Ovrina. – Uznaj, że mnie to nigdy nie interesowało. Interesuje mnie za to, dlaczego przybywasz do Latrii właśnie teraz, gdy sytuacja jest ta napięta.
Xarem zamarł na pół sekundy zbyt długo.
– Jestem w Latrii od dawna. Odkąd półtora roku temu dowiedziałem się o Arienie ze Srebrnego Potoku. Ma dość niezwyczajną koncepcję.
– Latria jest bardzo duża, a ty przypadkiem wylądowałeś w cesarskim więzieniu, tuż pod nosem ojca?
Xarem prychnął.
– Ty sądzisz, że co? Przyjechałem go oczarować? Przekaż, że może mnie w dupę pocałować. A wasza wojna jest idiotyczna. Cały ten kraj jest idiotyczny. Absurd na absurdzie.
– I mam uwierzyć, że ty, człowiek jakże oświecony i mądry, pozwolisz by absurd ten trwał, zamiast przejąć władzę i zaprowadzić to, co ty nazywasz porządkiem, a ja nazywam mrzonką?
Książę wstał i odwrócił się powoli. Rozgrywali pojedynek na spojrzenia w pełnej powagi ciszy nieprzerywanej nawet pobrzmiewającym dotąd każdej nocy zawodzeniem. Ona, niska i szczupła kobieta, była żołnierzem w pierwszym szeregu ruszającym do bitwy, ale on, w poplamionych lekarstwami roboczych spodniach, był cesarzem o surowym spojrzeniu i silnej władzy.
– Nie zamierzam ci przeszkadzać w twoich gierkach – powiedział poplamiony cesarz. – Pod warunkiem, że przestaniesz niszczyć naszą rodzinę.
– Nie zamierzam ci wierzyć – odparła delikatna żołnierz. – Mogłeś być cesarzem, ogniem rozlewającym się po ziemiach wrogów. Ale jesteś kawałkiem lodu. Zimą bezpłodną i suchszą od lata.
– Mogę być i zimą. – Xarem wzruszył ramionami, ominął siostrę szerokim łukiem, jak omija się trędowatego i wyszedł z celi. – Domyślam się, że masz klucz – powiedział, przekręcając zamek.
Oczywiście miała, przecież nie przyszłaby bez. Nean od razu zrozumiał, że przyszła do niego, nie do Xarema – lubiła oglądać ból. Nean też lubił, ale ból innego rodzaju. Ból ocierający się o śmierć, cieknącą krew, fascynującą ostrość noży. Nie ból, który upokarzał, sprowadzał na dno, był jedynie fizyczną manifestacją tłumionej w ciągu dnia złości.
A ona zachowywała się, jakby jeszcze większe splugawienie plugawej istoty stawiało ją nieco wyżej na plugawym końcu drabiny wielkości. On spadał w dół, więc ona zajmowała jego miejsce.
– Lubię cię, Kruczarzu.
I zabrzmiało to naprawdę szczerze. Jakby lubiła go, okazując to na swój chory sposób. A może chodziło jeszcze o coś innego? Kto ją wiedział? Kto znał jadowity język, którym przemawiała?
Nie potrafił się jej przeciwstawić, gdy kneblowała mu usta, gdy działanie zawartości przezroczystej buteleczki postanowiła sprawdzić na jego palcach – nie działało tak mocno, jak zapowiedział Xarem. Paliło. I to jeszcze było przyjemne. To uczucie przypominało Neanowi o gorącu, gdy jako mały chłopiec nieopatrznie wsunął rękę do płonącego na ołtarzu znicza.
Teraz rozumiał, że przy ich poprzednim spotkaniu wciąż się krępowała, pozostała w niej resztka wstydu, może rozsądku. A może teraz była po prostu bardziej wściekła. Dlatego długimi paznokciami przeorała mu pierś do krwi.
Ale to jej nie starczało. Bicie go nie starczało. Upokarzanie nie starczało. Chciała coraz więcej i więcej, a on wiedział, że będzie tylko gorzej i gorzej. Że wyczerpie wszystkie możliwości, a potem wymyśli kolejne.
Poczuł na sobie jej ciężar. Kiedyś już taki czuł, tamtej nocy, gdy matka zbudziła go ze snu, mówiąc, że ma dla niego ważne zadanie i nikomu nie może powiedzieć. Bał się teraz tak samo. A przecież nie był chłopcem, był mężczyzną. Ale słabym. Znów pozwolił sobie na tą potworną słabość, która pozwalała innym nim pomiatać.
Czy tym razem też będą kolejne? Ciotka, kuzynka, a potem babka? Ale w ich świecie był tylko jeden mężczyzna. W świecie Ovriny były tysiące. A ona uparła się na tego, któremu można było ukraść już tylko godność.
Jak głodna hiena pędząca ku padlinie.
Prawie jej nie widział, bo białe światło raziło go w oczy. Z każdą chwilą przybierało na sile, tak jasne, tak czyste, że mogłoby samą barwą wypalić zło. I wypalało. Nean czuł ciepło na swojej skórze, tak upragnione, tak poszukiwane od lat. Tam, gdzie nie rzucała cienia Ovrina, nareszcie przestało dręczyć go zimno. A światło wciąż jaśniało, choć nie mogło być jaśniejsze. Wżynało się do mózgu jak rozpalony pręt, jak gwoździe wbijane w oczodoły, a jednak było piękne. Jak słońce, które wschodzi na Białej Równinie po nocy pełnej upiorów.
– Co się dzieje? – spytała Ovrina, z jedną nogą wciąż na ziemi. – Co ty robisz?
Nic nie robił. Upiornie jasne światło dobiegało z kąta, w którym stała Żira.
– To parzy!
Zlazła z niego, nadal wrzeszcząc. Wołała straż, gwardię cesarską, czarodziejów, służbę, żołnierzy i milicję. Jak przerażone zwierzę, gnane ślepym pędem, uderzyła w metalowe kraty. Na wydobycie z kieszeni klucza potrzebowała kilkunastu prób, a gdy wreszcie jej się udało, uciekła, nie martwiąc się zamykaniem.
Jednak Nean nie miał już siły nawet na myślenie o ucieczce. A może tak właśnie miało być przez cały czas? Nie istniał żaden Pan Płomieni. Był tylko wypadek. Anomalia. Może nawet grzech. Uciekł nie dlatego, że był dość cwany, ale dlatego, że go oszczędzili. Dlatego Biała Równina przyjęła go w swoje ramiona – nie był ogniem, zaledwie iskrą.
Nie pozwól im, Mershe.
Jak śmiała użyć tego imienia właśnie teraz, gdy brzmiało nie tylko jak upokorzenie, ale jeszcze oszustwo? Czy bogów obchodzą imiona? Nie. Mógł zostać tylko Panem Lodu – zimnym i pozbawionym życia.
– Zabroniłem ci – szepnął. – To bluźnierstwo.
Nie pozwól im. Ciemność jest po naszej stronie.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 29 lipca 2017, 00:19

IV
Nean doszedł ostatnio do wniosku, że mimo wszystko lubi swoje życie. Gardzi nim, ale je lubi.
Bardzo ładne.
Latryjski władca nie wyróżniał się ani nawet nie próbował się wyróżnić od wszystkich pomniejszych królów, książąt i byle mend ze szlacheckim tytułem, jakie Nean spotkał na swojej drodze. Może tylko tutejsze ubiory były lżejsze i jaskrawsze – cesarz nosił na koszuli błękitną kamizelkę sięgająca mu prawie do kolan, wiązaną w pasie żółtą szarfą. Mógł się też pochwalić znacznie szczuplejszą i lepiej umięśnioną sylwetką, niż większość władców wschodnich i północnych, ale niczym więcej.
Serio? Pojawia się opis 2 rozdziały później? Dla mnie to juz łysiejąca klucha, a teraz okazuje się, ze to nie jest zaden flaczek?
Bardzo podoba mi się rozkmina nad mianem Neana i jego tytułami :D
Nean przebiegł wzrokiem po twarzach jedenastki za plecami Urbinana. Wszyscy młodzi, wszyscy znudzeni – nawet nie starali się, by zachować pozory szacunku wobec cesarza. Zostali zmuszeni do przyjścia i mieli zamiar okazać swoje niezadowolenie, tudzież obrzydzenie ciemnym lochem.
Po raz kolejny takie zdanie, które bardzo uderza w majestat Urbinana i sprawia, że całkiem się zapomina o tym "wysportowanym cesarzu", a znowu przed oczami staje mi mój flaczek.
stwierdził Urbinan, okrążając czarownika na podobieństwo wilka okrążającego ofiarę.
Bardzo ładne porównanie :)
Nean patrzył cesarzowi prosto w oczy z odwagą, która jego samego zaskoczyła. Nie, nie z odwagą – z pewnością zakrawającą na obojętność, z czystym zrozumieniem faktu, że trafił na człowieka, który nie potrzebuje udowadniać swojej siły i karać bezbronnego więźnia, bo wie, że tę siłę posiada.
Jeśli nawet Urbinan dostrzegał płomienie w oczach Neana, jego spokój gasił je niczym woda.
To byłoby ładne zdanie, pokazujące status Urbinana, gdyby nie te wcześniejsze. Wcześniej potrzebowałabym czegoś takiego. Jednocześnie bezczelność Neana + bezczelność dzieci Urbiego sprawia, że ten flaczkowaty obraz narasta i nawet takie ładne zdanie nie jest w stanie tego zmienić.

Małe podsumowanie.
Powtórzyłabym za dziewczynami, że nie widzę sensu, aby cesarz schodził do podziemi, po co ciągał tam swoją dzieciarnię itd. Dopiero po najświeższej wstawce zrozumiałam - Urbi potrafi być małą mendą. Ze złośliwości ich tam zaciągnął.
Co poza tym? Wraca tajemniczy Kruczarz i to na plus, bo tajemniczy Nean ma +10 do fajności. Szkoda tylko, że jednocześnie jest to Nean całkiem niezrozumiały. Mam nadzieję, że wkrótce zachowanie Neana nabierze jakiejś logiki, bo teraz jej nie widzę. Rozumie, że Urbi chciał go zaangażować na krucjatę, jako specjalistę od Równiny, ale czemu Nean gra tu chojraka? Zamiast współpracować, robić przymilne oczka i wykorzystać cesarza? Albo któreś z jego szczeniarni? Łatwiej by mu było, gdyby był poza śmierdzącym, zaszczurzonym więzieniem, gdzie karmi się go byle czym... I miałby ładnie i wygodnie. Nie wiem, co mu się kłębi pod tym kapturem, zaprawdę powiadam ci.
Z tych dwóch powodów - niezrozumienie intencji Urbiego i Neana - ta ich słowna utarczka jest trochę nie na miejscu. Za dużo rzeczy niezrozumiałych, kóre się nawarstwiają i w końcu (zwłaszcza z tą Żirą) ma się wrażenie, że ta scena wygląda tak jak wygląda tylko, dlatego że autorka musiała przekazać nam konkretne info. A szkoda, bo dialog jest świetny z tymi podtekstami i zabawą słowem.
Co poza tym... Septirus i Żira. Opisane jest to tajemniczo. Fajnie. Te puszczone oczko, gra wyobraźni. Tak naprawdę to już tutaj wiem, że Żira jakoś wróci do Neana. Można pomyśleć, że trafiła jakimś cudem w ręce chłopca i go opętała, to się jakoś broni.

V Podoba mi się "okrutnie różowa koszula" na Cerinie xD
– A ty miałaś być, kochanie? – (...)
– Czemu kochanie? – Kobieta się skrzywiła.
– Z miłości, rzecz jasna.
xDD
Nean, Nean, jak ja cię nie kumam... Na widok Ovriny chcesz się wyrwać z matni? Wcześniej miałeś okazję i ją spartoliłeś, qrcze :facepalm:
Reakcja Cerina i Cerana na słowa Ovriny - i nasuwa się pytanie, czy oni słuchają cesarskiego ukazu czy bardziej siostry :/
– Przyszłam zaproponować umowę. – Na widok jego miny zesztywniała. – Co się tak gapisz?
Wzruszył ramionami.
– Zazwyczaj ja to mówię.
:)
Punkt dla Ovriny za akcję z kubkiem, chociaż mam wrażenie, że nie z inteligencji ona wynikła a z braku pewności siebie. W każdym bądź razie, jako pierwsza ogarnęła, że coś z tym nie tak, więc Ovrina level up :P
Dzięki Ovrinie mamy wytłumaczenie tytułu i to mi się podoba. Pocisnęła też Neanowi prosto w najczulsze miejsce chyba :? Ovrina 2:0 Nean.
– Sram na wasz tytuł, Wasza Wysokość. Sram na...
Kopnęła go w brzuch, aż nie mógł złapać powietrza. Nie poprzestała na tym. Chwyciła jego ramię i wykręciła mocniej, niż wydawało mu się, że to możliwe. Wrzeszczał jak zarzynane prosie.
Borze Lesisty *wzdych* Reakcja Neana? Wyprowadzony z równowagi pięciolatek. Reakcja Ovriny? Nawet jestem w stanie zrozumieć, że się wkurzyła. Nawet mnie zirytował. Po Neanie mówiącym zagadkami i bawiącym się ofiarą nie został ślad. A jeszcze chwilę wcześniej chciał ją wykorzystać, aby się wyrwać....
– Twój ojciec proponował mi to samo i tak samo odmówiłem. Dlaczego miałbym zgodzić się na propozycję jego córki? Znacznie gorszą propozycję zresztą.
– On wierzy w postęp, w ucywilizowanie i w jego propozycji nie ma ani słowa o wysyłaniu cię gdziekolwiek w kawałkach.
Kolejny punkt dla Ovri! Mamy już 3:0! Drodzy państwo, cóż to jest za mecz!
VI
Mimo ciągłego snu czuł się zmęczony. Przeziębił się od chłodu ciągnącego z murów, a każda zmiana pozycji przypominała o sinikach , bezruch zaś prowadził do drętwienia kończyn.

Borze, kocham rozmowę Neana z Eklinem xD
Eklin prawie wybuchł, ale ostatecznie uspokoił się kolejnym, głęboki jak jego wiara westchnięciem.
To porównanie! :D :D :D
Eklin chciał odwrócić się dramatycznym ruchem, ale zaplątał się w szacie i musiała mu wystarczyć dramatyczna utrata równowagi.
Biedny Eklin xD
Jak do tej pory chyba moja ulubiona wstawka, a Kruczarz najbardziej kruczarzowaty.

Późno to dokończę jutro :devil:
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: MononokeGirl » 30 lipca 2017, 01:40

Ciąg dalszy najdłuzszego komcia ever...
VII
Najpierw do Latrii, w celu sporządzenia materiału naukowego, zjechała cała rzesza kopistów, rysowników i introligatorów. Za rysownikami przybyli malarze, za malarzami rzeźbiarze, a chmara filozofów zdała się wylęgać wprost w uniwersyteckiej piwnicy, bo Urbinan nie wierzył, że w całej Latrii znalazło się tylu mężczyzn za kwintesencje życia uznających szukanie dziury w całym.
xD

Bardzo ciekawa kwestia kobiet na uniwersytetach. I szkół xD Latryjski Uniwersytet Miłośników Badań Nad Przyrodą brzmi jak miejsce, które chciałabym odwiedzić. Znalazłby się w moim turystycznym kajecie xD

Czarny Połóg też brzmi ciekawie. Szkoda, że więcej o tym nie było.
Choć ledwie widoczna na piasku droga wydawała się równie spokojna jak przed laty, umysły burzyły się pod skorupą pozoru. Przy bramie starożytnej twierdzy Urbinan minął trójkę kapłanów Wielkiego Iretuna. Stali niby to bez frasunku przy ścianie zdobnej w dawno wyblakłe rzeźbienia, lecz oczy ich błądziły za grupą uczonych, którzy w wielkim skupieniu wysłuchiwali relacji dwojga chłopców przybyłych do twierdzy z czymś, co Urbinan już z daleka rozpoznał jako pogański posążek. Nieco kłóciło się to z wersją historii rozpowszechnianą przez wyznawców Wielkiego Iretuna i było równie dobrym punktem zapalnym jak każdy z podejmowanych ostatnio tematów.
Kwestia kłopotów cesarstwa jest bardzo ciekawa. Szkoda, że jej trochę nie rozwinęłaś. Ciekawi mnie jaka jest wersja wyznawców Iretuna i co wobec tego jest według nich pogaństwem. Kwestia światotwórcza to twoja najmocniejsza strona i każdy taki kąsek jest mega smakowity :D
Niczym gwardia honorowa towarzyszyli mu starci bracia – Cerin i Ceran.
lit.

Hmmm... #QNP :P
Albo towarzyszyli to złe słowo, pomyślał Urbinan, orbitowali jak muchy wokół gówna
]Urbi jakoś nie przepada chyba i za Quintinem, czy Cerinem i Ceranem :P Albo to że musiał ruszyć dupsko poza pałac mu tak humorek skwasiło :P

Septirun wydaje się być albo szalony, albo przez coś opętany. I stawiałabym na tą drugą opcję. Co tłumaczy, czemu kodeksach o opętaniach nie powinien zostać zniszczony. I daje też kolejny powód, dla którego cesarz mógłby potrzebować takie Bardzo-Złego-Czarnoksiężnika jak Nean. Przez chwilę przypomniałam sobie o tym księciu rzekomo opętanego przez Żirę (ale chyba jednak nie? Neanowi się tylko zdawało?), ale to jest chyba Octavius.

Historia upośledzonego Decema (dopiero tu wyjaśnia się powód wściekłości Urinda i bestialskość, z jaką potraktował ambasadora jakoś troszeczkę mniej razi. Nadal jest psychopatą, ale jakie to słodkie, że bronił brata, który nie mógł się obronić :P ) i trojaczków bardzo ciekawa. Czuję, że Xarem to postać, którą bardzo bym polubiła.
Czasem Urbinan myślał, że mógłby wymienić wszystkich swoich trzynastu synów za jednego takiego.
I maska dobrego ojczulka Urbiego spada. Z jednej strony chciałby kochającej rodziny, a z drugiej jest palantem. Niby ich kocha, a jednak chciałby, żeby poznikali? Sam sobie tylko wmawia, że ich kocha, a tak naprawdę to raczej nie jest do tego zdolny, a oni to wyczuwają. Wyczuwają i się na to przygotowują, gdy będzie się ich próbował pozbyć tak jak zrobił ze swoimi braćmi... A może go trochę demonizuję, ale cały czas mam w pamięci ostatnią wstawkę i to jak ich tam potraktował (roz XIII). Ta jego myśl tutaj to jakby zapowiedź roz XIII.

VIII
– Niech zgadnę, musisz być piąty w kolejności – wypalił Kruczarz.
Twarz księcia nawet nie drgnęła.
– Niech zgadnę, żaden władca nigdy nie kazał cię wybatożyć za bezczelność.
xD
Czy dlatego właśnie gnał na Białą Równinę wypełnić jedyną i ostatnią powierzoną mu misję? Bał się upiora z przeszłości?
ostatnia misja zlecona przez Panią Płomieni *.* ciekawie. Mega ciekawie. W ogóle rozmowa z Quinem jest super. Uwielbiam wątki o państwie i świecie. Fajne było też wspomnienie o Etebie.

Rozmowa z Quinem lekka i przyjemna. Dobrze się to czytało. Trochę oddechu, bo sytuacja Kruczarza jest dość beznadziejna, a zdążyłam go jakoś polubić, więc tak się martwię jak sobie poradzi :P Zaraz po tej scenie nadchodzi Ovrina gorsza niż do tej pory. Widać tą różnicę w podejściu Neana. Do Quina Wasza Wysokość, a do Ovruny suko. I jej zachowanie. Pojechała po bandzie z macaniem Neana O.o Istnieją rózne dziwne fetysze, ale po księżniczkach takich rzeczy się nie spodziewałam xD *przypomina sobie serię rysunków z księżniczkami Disneya jako dominami z BDSM* Chociaż może nie aż tak bardzo zaskakujące xD ale jak tak sobie czytałam tamtą scenę tego "odkruczenia" to pomyślałam, że coś się w Kruczarzu zmienia. On przecież do tej pory wybierał na swoje "ofiary" właśnie takie postacie jak Ovrina czy Urbi. Ewentualnie Eklin i Urind. A tym razem jakoś najbliżej mu do Quina, który nijak nie jest badassem. I ta zmiana ciuchów. Planujesz jakieś katharsis? (chociaż jednocześnie myśle o tym wybuchu szaleństwa i jego próbie ucieczki. hmmmm...) Muszę jeszcze sobie to poukładać :P
IX
Patrzył w sufit, pod którym wisiała stłuczona latarnia i pomyślał o Żirze, o tym, że choć nie mógł jej usłyszeć, zapewne wciąż gdzieś tam była i wzdychała ciężko nad jego debilizmem.
Ja też wzdycham razem z Żirką. Oj wzdycham. Jednak ten napad choroby, tak drastyczny, pozwala nieco wyjaśnić "spadek" Neanowej formy.
One zapewne jedynie się ukryły, czekając na uwolnienie swojego pana.
To znaczy, że Idiun-Zapomnienie też żyje? Czy po prostu wrócił do formy kruka? Czy miałaś na myśli tylko tego drugiego?

Odwiedziny Armelii... Trudno cokolwiek powiedzieć. Tajemnicza obietnica. Wspomnienie Ariena i naszyjnika, który zginął dają hinta, że Arien się pojawi. Kolejny kawałek układanki z przeszłości Neana. Po Ovrinie ta cesarska córka jest jak oczyszczenie atmosfey i to na plus, bo poprzednia wstawka była toporna i ciężka.
Po jednym jasnym poranku wróciła wieczna noc. Nean nie miał nawet latarni, którą mógłby ją rozjaśnić.
Kolejne ładne, metaoryczne zdanie, które sprawia, że znowu powracają do mnie myśli o katharsis Kruczarza. Do tej pory jakoś wydawało mi się, że Nean lubuje się w mroku, który go otacza. A teraz chciałby go rozjaśniać...
Albo tak plotę bez sensu.
X Żira. Pojawia się nagle w celi Neana. Można pomyśleć: Deus ex machina. Nean potrzebuje Żiiry i oto jest Żira. Ta-dam! Wiem, że później jest wyjaśnienie księcia, który ją miał, że to on ją tam zaniósł, ale ta scena przydałaby mi się wcześniej. Nie byłoby zaskoczenia, ale też nie byłoby irytacji. Bo to co się myśli to: cota Krin wyprawia?! Przecież chyba nie wpadłaby w pułapkę Deus ex machina? Kto Krin? Ona za dobrze pisze. Trudno w to uwierzyć, ale to bije po oczach, mózgu i przyległościach.

Ale i tak się cieszę, że Żira wróciła. Jakoś ona ma trochę więcej opanowania i rozsądku niż Nean...
XI
Żira. Jednak mu się nie przyśniło, że ją odnalazł.
tak jakby on jej bardzo szukał...
– Potrafisz odszukać tego człowieka?
To kobieta.
– A kobieta to nie człowiek?
Spójrz na mnie, nie jestem już człowiekiem, a wciąż jestem kobietą.
– Na odwrót. Jesteś człowiekiem, ponieważ posiadasz ludzką duszę, lecz nie jesteś kobietą, ponieważ to cóż... cecha fizyczna. (...)
Gówno się znasz na kobietach.
Oj brakowało mi Żiry :D
Kim jest Kem? Wspominałaś o niej/nim wcześniej?
– A wiesz, co tam jadłem?
Yyy... Suchary?
– Śnieg i lód. Popijałem słońcem, a srałem tęczą, to się nie musiałem rozbierać.
Niby :facepalm: ale nawet śmiechłam trochu.
– Żiro, to od początku było dziecinne, a teraz robi się żenujące.
Raczę mieć nadzieję, że Nean zdrowieje i jego zdolności umysłowe się poprawią skoro już zaczyna zauważać takie rzeczy :P

[quote Kłamca – szepnął głos z tyłu głowy. To nie był jedyny powód. Było mu przykro, bo pamiętał twarz tamtej kobiety nad swoją twarzą, okropną twarz. Okropny dotyk, okropne słowa. Okropny strach i okropny wstyd. Od tamtej chwili jego ciało należało do niej. Ukradła je i nie tylko je – wszystko. Nawet myśli, które spętane zawsze musiały stać po jej stronie. [/quote] ]Kolejne wspomnienie molestowania / gwałtu, jaki przeżył Nean. Te wspomnienia zostają pod skórą i uwierają, ale nie tak jak by mogły. Mogłyby być znacznie bardziej plastyczne, ale zawsze są rzucone mimochodem. Gdzieś pomiędzy akcją a dialogiem. Chyba chciałabym mu bardziej współczuć, ale przez to, ze te wspomnienia są potraktowane po macoszemu jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie więcej niz dyskomfortu. Zwłąszcza, ze przeciez z ofiary Nean zmienił się w chodzącą nieukierunkowaną nienawiść. Osobę niszczącą innych przez dziwne kaprysy.

Ta-da-dam! Bach! I jakaś zmiana w Neanie się dokonała. Pierwszy raz postanowił dokonać czegoś nie tylko dla siebie, ale dla kogoś. Aż chciałabym, żeby nie stchórzył i dotrzymałm obietnicy. Chociaż poznaąłm go na tyle, że wiem, że to raczej pobożne życzenie :<

Późno i w głowie mi się troi i dwoi, więc pewnie ten komentarz za wiele nie wniesie, ale cóz... :bag: Dokończę jutro.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

ODPOWIEDZ