Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Irbis [kontynuowane]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1802
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Irbis [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 31 maja 2017, 17:59

To jest staroć. Data utworzenia pliku: 2009 r. To był taki tekst, który sobie zaczęłam pisać, ciekawa, czy potrafię niepoważnie, więc z początku jest dość sztywno, a potem puściły mi hamulce i robi się niesmacznie i w ogóle strasznie. Ku rozrywce wrzucam ^^
Musi wydarzyć się wiele nieprawdopodobnych rzeczy, nim tam, gdzie dotąd nie było państwa, państwo nagle powstanie. Niezbędny jest pewien szczególny zbieg okoliczności, który sprawi, że wszystkie potrzebne elementy pojawią się dokładnie w tej samej chwili w nieskończonym morzu dziejów, rozbrzmiewać będą surmy zwycięstwa, a zamiast wiatru, powiewać będzie duch przemian, rozdymając szaty półboga-półsieroty-półsyreny, o włosach jak len i prężnym a długim mieczu. A to nie zdarza się zbyt często.
Być może wcale też nie zdarzyło się tym razem, co jednak nie przeszkadzało marzyć lordowi Quin Hanowi o zjednoczeniu klanów zamieszkujących okolicę.
Słyszał przecież o państwach wschodu. Słyszał o prawdziwych królach, takich z siwą brodą i w czerwonym płaszczu, którzy po prostu rządzili, rozstawiali służbę po kątach, popijali wino z kielichów wielkości kelpiowej czaszki i zajadali się pasztetem, a ich kobiety nie cuchnęły rybą niżej i kiszoną kapustą wyżej. I to właśnie była prawdziwa Cywilizacja. Nie to, co tu – do garnic możliwości niestabilny sysem, nie gwarantujący niczego, prócz szybkiej śmierci w najmniej spodziewanym momencie.
Lord Quin Han zawsze uważał się za człowieka o wysokiej kulturze osobistej. Przejawiało się to głównie tym, że sprowadzał do swego zamku wszystko, co polecono mu jako wyjątkowo subtelne i dystyngowane lub po prostu cenne. Miał zatem olbrzymią bibliotekę, w której trzymał dzieła spisane we wszystkich językach świata – rzecz jasna, osobiście nie przeczytał żadnego – jeszcze większą garderobę składajacą się w dużej mierze z rzeczy, których nigdy by nie założył – gdyż albo nie miał pojęcia jak, albo krój wydawał mu się, kontrowersyjny – oraz prywatnego nauczyciela, powoli wdrażającego go w zawiłości alfabetu, gdyż Quin Han, jak wielu okolicznych władców, choć potrafił doskonale liczyć, zwłaszcza jeśli liczył własne dochody, nadal podpisywał się krzyżykiem.
Miał nadzieję, że kultura doprowadzi go do Cywilizacji. Nie wiedział jeszcze wówczas, że obie z reguły się wykluczają.
Wbrew logice, brakowi lnianych włosów i innych przyległości, lord mógł poszczycić się pewnymi osiągnięciami. Pięć z siedniu klanów, które panoszyły się po okolicy, odpowiedziało na jego wezwanie i choć ich przywódcy nie do końca wiedzieli, co oznaczają terminy takie jak „ambasador”, „konsensus” czy „inkorporacja”, sprawiali wrażenie gotowych do współpracy. Quin Han wiedział, że jeśli zdobędzie poparcie większości, zwycięży. W tym świecie zawsze zwyciężał najsilniejszy.
Inna sprawa, że pozostałe dwa klany, te które nie odesłały dotąd odpowiedzi, były, cóż, dość problematyczne. Zwłaszcza Zan Thalar kontrolujący zamki wysunięte najdalej na północ. Podobno za ich posiadłościami nie było już niczego, prócz niekończących się mórz śniegu, wilczych stad, śnieżnych panter i białych niedźwiedzi. To sprawiało, że tubylcy wyróżniali się nie tylko ponadprzeciętną siłą i nieugiętością, ale też wyjątkową podejrzliwością wobec wszystkiego, co puchate.
Drugi problem stanowił klan Mallamat, o tyle nieprzyjemny, że składający się z wampirów, a one – jak powszechnie wiadomo – mają do rzeczywistości stosunek dość konsumpcyjny. Quin Han nigdy jeszcze nie prowadził negocjacji z wampirami i, szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia, jak należy się do tego zabrać. Wątpił, by wystarczyło podarować im flaszkę świeżej, wysokoprocentowej krwi.
Na szczęście oświeceni przyjaciele ze wschodu nie zostawili lorda samego. Już wkrótce miał zjawić się u niego ktoś, kto – jak zapewniali – załatwi wszystko szybko i bezboleśnie.

***

Lady Agravilla raz jeszcze spojrzała w zwierciadło. Wolała mieć pewność, że wygląda perfekcyjnie. No dobrze – miała tę pewność, ale jakoś nie mogła się powstrzymać, by raz jeszcze obejrzeć swoją doskonałość. Uśmiechnęła się do odbicia, sprawdzając, czy jej uśmiech działa jak należy. Działał. Zawsze działał. To był jeden z najlepszych uśmiechów w tej części świata. Potrafił załatwić dosłownie wszystko.
I wszystkich.
– Daleko jeszcze? – spytała znudzonym tonem, wychylając się przez okno karety.
– Nie, madame – odparł woźnica, odwracając się ku niej. – Przed zmierzchaniem będziemy na miejscu.
Diuszesa skrzywiła usta, chowając się z powrotem do kabiny, i omal nie odgryzając sobie języka, kiedy koła znów wyskoczyły na jakimś kamieniu.
– Obawiam się, że jeśli dalej tak pójdzie, przez kolejny tydzień na niczym nie usiądę – mruknęła. – Doprawdy, ktoś mógłby zająć się tymi drogami.
Tylko kto? – zapytało natychmiast coś w jej umyśle. Przecież to teren niczyi, ściśle rzecz biorąc. A droga teoretycznie nie istnieje. Nie ma jej na żadnej oficjalnej mapie. Powstała tylko dlatego, że lord Quin Han uznał, że utrzymywanie kontaktów dyplomatycznych ze wschodem przyniesie mu prestiż. Problem w tym, że reszta władców Narrevaldu nie wiedziała nawet, co właściwie oznacza słowo „prestiż”. Dla nich polityka była równoznaczna z wieszaniem przeciwników za różne części ciała. Lady Agravillę niezmiernie intrygowało, jak Quin Han wyobraża sobie państwo, które powstanie z połączenia klanów. Ona sama odnosiła wrażenie, że będzie dość anarchistyczne. Nie lubiła anarchii. Była nieco zbyt chaotyczna. I trudno się na niej zarabiało, a lady Agravilla bardzo lubiła zarabiać. A jeszcze bardziej wydawać.
Tego ostatniego trudno było nie zauważyć. Wraz z nią uciążliwą drogę ku Uttihar – zamkowi lorda Quin Hana – pokonywała imponująca garderoba.
Kobieta oparła się o okno karety i znudzona patrzyła na płatki śniegu, które, wirując, spadały miękko na inne płatki śniegu, pokrywające ziemię grubą już warstwą. Zastanawiała się, czy w Narrevaldzie kiedykolwiek nastaje wiosna, bo taka pogoda musiała mieć przecież fatalny wpływ na cerę. Diuszesa przytuliła się do futrzanego kołnierza. Nie była przyzwyczajona do mrozu. Tam, skąd pochodziła, temperatura nigdy nie spadała poniżej zera.
– Madame? – odezwał się znów woźnica. – Zamek przed nami.
Lady Agravilla wychyliła się, szczerze zaciekawiona. Zobaczyła ciężką, kanciastą budowlę z kamienia, przypominająca raczej wielką stodołę niż siedzibę władcy. Stłumiła jęk i odegnała złe przeczucia.
– Szczerze powiedziawszy, nie robi wrażenia – skwitowała.
– Nie ma służyć do ozdoby, tylko do obrony – odparł uprzejmie niezrażony woźnica. – Jesteśmy w Narrevaldzie, nie w Basharai.
Faktycznie, ostatnie osiedle, które diuszesa przy odrobinie uporu mogłaby nazwać cywilizowanym, mijali jakiś tydzień temu. Wtedy też Serafine wzięła ostatnią kąpiel. Nie odważyła się wejść do żadnego ze stawów, jakie mijali po drodze, choćby nawet przyjemnie parowały. Nie miała pojęcia, co może czaić się pod wodą w takiej okolicy jak ta. Widziała już w życiu wiele i naprawdę nie chciałaby zobaczyć więcej.
Wtem usłyszała przeciągły gwizd. Wiedziała, że to jeden z jej osobistych ochroniarzy. Za karetą, na olbrzymich i stosownie imponujących koniach, jechało trzech najwybitniejszych łowców smoków, których wynajęła specjalnie na tę okazję. Diuszesie wiele opowiadano o Narrevaldzie i raczej były to złe rzeczy, więc wolała solidnie się zabezpieczyć, co w tym przypadku oznaczało opłacenie osobników niemieszcząsych się w standartowych drzwiach. Słyszała już gwizdy w ich wykonaniu. Zwykle przywoływali w ten sposób sokoły, które niejako w ich imieniu patrolowały okolicę. Tym razem jednak dźwięk był inny. Znacznie bardziej… nerwowy.
Lady Agravilla wyczuła kłopoty. I słusznie, bo zaraz po gwiździe rozległ się straszliwy ryk, a potem krzyki, rżenie koni i jakiś potworny odgłos. Karetą szarpnęło, a potem przechyliła się, jakby nagle pozbawiona ośki. Serafine krzyknęła, cudem unikając romansu między swoim nosem a przeciwległą ścianą. Ogarnąłwszy się nieco i wyjrzawszy przez okno, zobaczyła woźnicę. A raczej połowę woźnicy ściskaną przez olbrzymie, czarne szpony. Druga połowa leżała kilka metrów dalej, rozciągnięta na śniegu.

***

Drzwi z hukiem uderzyły o ścianę i do komnaty lorda Quin Hana wpadła zdyszana kobieta. Była czerwona ze wściekłości, czerwona na włosach, umazana krwią i błotem, rozczochrana, zaciskała pięści i miała, hm, niezwykle malowniczo rozdartą suknię. Zaraz za kobietą wpadł gwardzista. Także zdyszany, ale raczej przerażony niż zły.
– Żądam wyjaśnień! – wrzasnęła kobieta, oskarżycielsko celując palcem w niezmiernie zdziwioną i zaintrygowaną pierś lorda. – I możecie być pewni, że upomnę się o odszkodowanie!
Pytająco spojrzał na strażnika.
– Wybacz, panie, ale ona…
– Zapeniono mnie, że przynajmniej ta jedna, cholerna droga jest bezpieczna!
– …powaliła Boberka jednym ciosem…
– Okłamano mnie, jak się okazuje, a ja nie lubię, kiedy się mnie okłamuje!
– …Albiego kopnęła w czułe miejsce i…
– Pytam po raz ostatni: co to ma znaczyć! – kobieta zamaszystym ruchem rzuciła coś pod nogi lorda Quin Hana. Coś było stosunkowo ciężkie i okrągłe. Coś śmierdziało jak bardzo nieświeża bielizna. Coś było głową.
– Cóż – lord przyjrzał się jej uważniej. – Wygląda na głowę.
– Wiem, że to głowa! – zdawało się, że kobieta zaraz eksploduje. – Nie wiem tylko, co na bezpiecznym podobno szlaku mogłoby mieć taką głowę!
– Wiwern? – zasugerował nieśmiało strażnik.
Poczuł na sobie lodowate spojrzenie dwóch par oczu. Co wydało mu się dziwne, gdyż leżąca na podłodze głowa bezsprzecznie należała do wierna. I tak też śmierdziała.
– Zapewniono mnie, że z dotarciem do Uttihar nie będę miała żadnych problemów! – gorączkowała się dalej płomiennowłosa niewiasta. – A tym czasem to coś – potrąciła nogą ściero – na moich oczach rozerwało na pół woźnicę i przerobiło podobno najlepszych w branży smokobójców na kotlet siekany!
Lord Quin Han uważniej przyjrzał się gościowi.
– Mam może przyjemność z lady Serafine Agravillą? – spytał, przekrzywiając brwi.
– W rzeczy samej – odparła diuszesa, prostując się dumnie i potrzącając rudą grzywą. – Wysłano mnie tu z Basharai w celu prowadzenia jakichś negocjacji. Lord Quin Han, jak mniemam? Tym lepiej, będę wiedziała, gdzie posłać rachunek!
Władca Uttihar, nie do końca wiedząc, o czym mowa, skłonił się nisko, po czym sięgnął po dzwonek i za jego pomocą przywołał służbę. W progu stanęło trzech wychudzonych podrostków, prezentujących wyżyny sztuki fryzjerskiej, jakie można osiągnąć za pomocą tępych nożyczek i odpowiednio dużej miski.
– Myślę, że nim przejdziemy do konkretów – zwrócił się Quin Han do diuszesy – powinna pani zrelaksować się po przebytym stresie. Służba zadba o ciepłą kąpiel i wygodne łóżko.
Lady Agravilla raz jeszcze spojrzała z wyrzutem na głowę wiwerna, prychnęła z niezadowoleniem, ale ostatecznie podążyła za służbą.
– Mówisz, że powaliła Boberka jednym ciosem? – zwrócił się Quin Han do strażnika, kiedy odgłosy kroków na korytarzu rozpłynęły się w ogólnej ciszy.
– Tak, panie.
– I pozbawiła wiwerna głowy?
– Na to wygląda.
– Nie mając żadnej broni, prócz, prawdopodobnie, spinek do włosów?
– Cóż…
Lord potarł podbródek w zamyśleniu.
– Sprowadź tu Tirrę – rzekł.
Strażnik nie odważył się sprzeciwić. Ale na dźwięk tego imienia wyraźnie zbladł i przełknął ślinę. Nikt nie lubił sprowadzać Tirry. Choćby dlatego, że Tirra bardzo nie lubił, kiedy się go sprowadzało.

***

Kiedy lady Agravilla usłyszała o ciepłej kąpieli, szczerze się ucieszyła, choć – rzecz jasna – zgodnie ze starym obyczajem oburzonych arystokratów, nie dała tego po sobie poznać. Gdy jednak zobaczyła, jak ma ta kapiel wyglądać, zaczęła poważnie rozważać opcję ucieczki.
Z każdą kolejną minutą Serafine coraz bardziej tęskniła za swoją przytulną, stuczterdziestopokojową willą w Basharai.
To, co jej zaoferowano, nie miało niczego wspólnego z najprawdziwszą metalową wanną, bąbelkami i olejkami, jakie miała do dyspozycji w swojej posiadłości. Do drewnianej i nie budzącej zaufania balii lała się woda, która co prawda sprawiała wrażenie ciepłej, ale dlatego, że ciągnięto ją wprost z gorących źródeł, a to z kolei pociągało za sobą inne konsekwencje. Miała dziwny kolor i pływały w niej różnego rodzaju nieczystości, pozostawione przez najady, kelpie i inne stworzenia zamieszkujące zazwyczaj podobne okolice. Oczywiście nie pachniała zachęcająco.
– Wy… naprawdę się w tym kąpiecie? – spytała grubą, przysadzistą kobietę, którą wyznaczono na jej osobistą służącą. Jej własny orszak padł po drodze ofiarą wiwerna i leżał gdzieś w śniegu razem z przepołowionym woźnicą, łowcami smoków oraz całą bezcenną garderobą.
Kobieta podrapała się po czerwonym karku, wyraźnie zakłopotana.
– Jakby to powiedzieć… – zaczęła.
Serafine dyskretnie pociągnęła nosem. Tak, w powietrzu dało się wyczuć pewien specyficzny aromat.
– Nie kąpiecie się wcale? – zgadła, krzywiąc się z dezaprobatą. – Barbarzyńcy… – mruknęła jeszcze, ściągając ciepłe, zimowe buty. Potem zrzuciła suknię. Przymknęła oczy, starając się zapomnieć o wątpliwej jakości wody, i z rozkoszą zanurzyła w niej stopy. Wiedziała, że prawdopodobnie jeszcze dziś wieczorem czeka ją ciężka i przykra rozmowa z lordem Uttihar. Postanowiła więc zrelaksować się bez względu na okoliczności.

***

Mały Ion nie miał szczęścia. A przynajmniej nie miał takiego szczęścia, o jakie podejrzewał się jeszcze godzinę temu. Kiedy patrzył, jak Boberek pada bez czucia na podłogę, a Albi wije się, ściskając kurczowo swoją męskość, poczuł ogromną ulgę, że to nie on próbował zatrzymać kobietę, która nagle wtargnęła do zamku i zarządała widzenia z lordem Quin Hanem.
Teraz jednak stał przed drzwiami domu Tirrii Wyrwiflaka – niewielkiej chałupie ulokowanej na samych obrzeżach wioski, otoczonej czymś, jakby martwą sferą. Nawet śnieg zdawał się padać tam jakby bez przekonania.
Strażnik przełknął głośno ślinę i zastukał. Zrobił to na tyle delikatnie, by nikt z domowników tego nie usłyszał i by mógł z czystym sumieniem powiedzieć lordowi, że nikt mu nie otworzył, więc najwyraźniej nie było nikogo w domu. Miał jednak pecha. Chwilowo ten pech przybrał postać niskiego człowieka o żółtym, niekompletnym uzębieniu.
– Hego? – zapytał, walcząc z językiem, który wsuwał mu się w imponującą szparę między dolnymi jedynkami.
– Yyy… – Mały Ion zawahał się – Czy szanowny pan Tirra jest w domu?
Człowiek, który z pewnością zapewniłby dowolnemu dentyście dostatnią starość, obrzucił strażnika przelotnym spojrzeniem i na chwilę zniknął w głębi domu.
– Fff… ejśdź – mruknął, kiedy znów się pojawił.
Mały Ion wsunął się przez szparę w dzwiach. Znalazł się w domu, który, jak szybko stwierdził drogą eksperymentu, odznaczał się niezadowalającą odległością między sufitem a podłogą. Mały Ion, wbrew temu, czego możnaby się spodziewać, wcale nie był mały. Żeby nie wyklepać sobie czaszki, musiał zgiąć się niemal wpół.
– Fzzff… ędy – służący Tirrii wskazał strażnikowi drzwi, które budziły nieprzyjemne skojarzenie z drzwiczkami od pieca.
Mały Ion, niemal dotykając czołem brudnej podłogi, wślizgnął się do środka. Ledwie to zrobił, coś świsnęło nieprzyjemnie i wbiło się w ścianę tuż obok jego ucha. Bez wątpienia była to strzałka. Wnioskując z krwistoczerwonej lotki – zatruta.
– Przepraszam – roześmiał się gardłowo siedzący na stosie poduszek karzeł. – Nie mogłem się powstrzymać. Jesteś gwardzistą Quin Hana? – Tirria zmarszczył brwi – Dobrze kojarzę?
– Tak – odparł Mały Ion.
– Nie lubię go.
Gwardzista nie odpowiedział. Głośno przełknął ślinę, nie odwracając wzroku od drugiej strzałki, która pojawiła się w dłoniach karła.
– Mało płaci. Naprawdę nie wie, że to stwarza realne zagrożenie, że ktoś zapłaci więcej? Czego chce tym razem?
– Chce się spotkać – wyjaśnił posłusznie Ion.
– A ile płaci?
Mały Ion nie odpowiedział. Głównie dlatego, że nie wiedział, co miałby odpowiedzieć.
– Rozumiem – westchnął smętnie Tirria. – Znów robota charytatywna? Nie jestem matką miłosierdzia. A spotkanie z nim nie sprawi mi aż takiem przyjemności, żebym poszedł na nie za darmo.
– Tam... – gwardzista był bardzo zdesperowany – Tam przybyła kobieta...
– I co z tego?
– Ona jest, no... bardzo ładna – Mały Ion wykonał stosowny gest w okolicach swej niezbyt imponującej klatki piersiowej.
– A co ja jestem! – oburzył się Tirria – Zbreźny dziadek z bajek Sapkova, żebym chędożył wszystko, co się rusza?! Choć z drugiej strony... – karzeł w zamyśleniu pogładził brodę – jeśli Quin Han ma gościa, to znaczy, że... Zresztą nieważne. Przekaż mu, że przybędę.

***

Mały Ion wrócił do pałacu pełen ulgi. Nie wiedział jeszcze wówczas, że najgorsze dopiero na niego czeka.
A dokładniej człapie tym samym korytarzem, w przeciwnym kierunku. Kiedy Mały Ion je spostrzegł, myślał początkowo, że to jakiś żołnierz, który po prostu źle spał i w związku z tym chodzi zgęty wpół i dziwnie powyginany. Kiedy zorientował się, że z mężczyzną jest coś nie tak, było już za późno.

***

– Oj – powiedział Albi.
– Oj – potwierdził Boberek.
A obaj patrzyli na dziwny kształt. Dziwny kształt leżał na podłodze w kałuży kisielowatej substancji w nieapetycznym, szarawym kolorze. Reszta dziwnego kształtu została rozprasowana na przeciwległej ścianie.
– Myślisz, że to Mały Ion? – spytał Boberek.
– Tak… Te… buty sugerują Małego Iona – odparł drugi ze strażników, wskazując strzępki czegoś czerwonego i bardzo znoszonego.
– Oj.
– Oj.

***

Serafine zanurzyła się po szyję w gorącej zupie z kelpiowego gnoju, przymknęła oczy i bardzo się napracowała, by odwrócić uwagę od duszącego smrodu. Zaczynała się relaksować…
…i wtedy usłyszała kroki.
To nie był odgłos, który mógłby wydać ktokolwiek w Uttihar. Serafine zdążyła zauważyć już, że mimo całej dzikości Narrevaldu, niebezpieczeństwa, na jakie można było się tu natknąć miały charakter naturalny. To, co zbliżało się do łaźni…
Bez względu na to, jakie było, właśnie otworzyło drzwi i weszło do środka.
– Jak minęła podróż? – Spytała Serafine beznamiętnie, nie odwracając się ku przybyszowi.
Odpowiedział jej chrapliwy pomruk i przeciągły syk.
– Rozumiem, że się dłużyła? Cóż, Jidii, myślałam, że okolica ci się spodoba.
Syk powtórzył się. Bez wątpienia był gniewny. Serafine wstała, prezentując całą swoją kobiecość. Odwróciła głowę, odrzucając rudą grzywę i uśmiechnęła się krzywo.
– Och, niepotrzebnie się irytujesz – stwierdziła – Wiesz przecież, że do nocy jeszcze kilka godzin. Nie ucieknę ci, nie mam jak. Co dziś dla mnie przygotowałeś? Osinowe kołki? Nie lubię ich. Łaskoczą.
Jidii, który z pozoru niczym nie różnił się od przeciętnego mężczyzny, mruknął coś pod nosem. W jego ręku zalśnił długi sztylet.
– Srebro? – Zdziwiła się lady Agravilla – Nie próbowaliśmy już tego?
Opętane przez dybbuka ciało przecząco pokręciło głową.
Serafine westchnęła zrezygnowana.
– A czego cię uczyli w tym twoim klasztorze, Jidii? – Mruknęła – Z czym kojarzy ci się hasło „bruxa”?
Jidii nie odpowiedział. Za to rzucił się do przodu z bardzo sugestywnie wystawionym ostrzem...

***

Mały Ion wszedł do komnaty lorda Quin Hana.
A właściwie... "wszedł" to nie jest dobre słowo. On raczej... wniknął do komnaty lorda Quin Hana. A dokładniej chciał grzecznie zapukać, ale ku swojemu i świata zdziwieniu nie napotkał żadnego oporu. Z rozpędu pochylił się do przodu i... zostawił drzwi za sobą. Po prostu. A teraz stał zmieszany, zastanawiając się, co powiedzieć. Dziwne, bo jeszcze kilka minut temu był przekonany, że doskonale wie, co powinien usłyszeć lord. Oto on – dzielny i wierny gwardzista – przekonał Tirrię Wyrwiflaka, by przybył do pałacu. A przecież nie było to ani łatwe ani przyjemne. Jednak widok bladego jak ściana władcy, drżącego i wyraźnie rozglądającego się za wsparciem, trochę zbił go z tropu.
– Eee... Panie?
– Wynidź stąd, zjawo nieczysta!!! – Zawył Quin Han, zajmując bezpieczną w jego mniemaniu pozycję za krzesłem.
– Zjawo nieczysta? – Oburzył się Mały Ion – Myłem się niecałe trzy miesiące temu! Jestem czysty jak łza!
W tym momencie drzwi komnaty otworzyły się i w progu staną Tirria. Przeszedł przez Małego Iona i ukłonił się lordowi.
– Chciałeś mnie widzieć, panie – rzekł.
– Mmmm... Ja... – Quin Han wciąż parzył nieufnie na przestrzeń ponad głową karła – Tak, chciałem cię widzieć, Tirrio, tylko widzisz... Mam taki problem...
– Tak?
– Ten problem... stoi za tobą.
Tirra odwrócił się i przyjrzał się krytycznie zjawie, przez którą przed chwilą przeszedł. A potem uśmiechnął się bardzo, bardzo nieprzyjemnie.
– Ach… to? – Spytał – To… żaden problem, obawiam się. Pospolita zjawa. Nic nadzwyczajnego.
– Mógłbyś się jej pozbyć? – Lord chyba nie do końca dał się przekonać. Nadal był blady jak ściana, a wszelkie próby zapanowania nad własnymi kolanami kończył porażką.
– Ja? Nie, niestety nie. Ona co najwyżej sama może się siebie pozbyć.
– Ekhm… – wtrącił nieśmiało Mały Ion.
– Tak? – Tirra spojrzał na niego, unosząc brew.
– Bo… ta sprawa tak jakby dotyczy bardziej mnie i tak bardziej to ja nie bardzo rozumiem, co to niby znaczy, że ja się mogę sam siebie pozbyć… ogólnie.
– Cóż – karzeł nonszalancko oparł się o biurko – Zazwyczaj zjawy zostają na ziemi ze względu na jakąś niedokończoną sprawę. Rozumiesz, nieślubne dziecko, zaległe alimenty, niepomszczony ojciec zamęczony przez jakiegoś dupka… Takie tam drobiazgi. Załatwisz co trzeba i odlecisz do krainy wiecznych rokoszy.
– Ale ja nie chcę nigdzie odlatywać! Lubię to miejsce!
– Doprawdy? – Zdziwił się Tirra.
– Uhm… – Mały Ion pociągnął nosem.
– Ale tam jest fajnie. To… wiesz, kraina wiecznych rozkoszy. Zresztą, pogadamy o tym później. Zaczekaj na korytarzu. Mam ważną sprawę do załatwienia z lordem. I wytrzyj nos. Ektoplazma jest trudna do usunięcia, jeśli upadnie na podłogę.

***

Wszystko kotłowało się razem: szarawa piana, fragmenty balii, mydło, ręce, nogi, srebrny nóż i kilka niecenzuralnych wyzwisk. Po chwili w krajobrazie pojawiła się krew. Trudno powiedzieć czyja. Zresztą nie miało to większego znaczenia. Nie w tym przypadku. W tym przypadku znaczenie miał jedynie fakt samego pojawienia się.
Głównie dlatego, że nagle i diametralnie zmienił sytuację.
Chrapki lady Agravilli poruszyły się niespokojnie. Drobny języczek wysunął się między wargi, przesunął po nich z nieukrywaną rozkoszą, a z gardła dobył się cichy, ale bardzo drapieżny pomruk. Jidii głośno przełknął ślinę i zaczął się powoli wycofywać. Chwilowo miał przewagę, ale wiedział, że teraz prawdopodobnie straci ją w ułamku sekundy. Wzrok Serafine utkwiony nieruchomo w jego tętnicy szyjnej był co najmniej niepokojący…
Bruxa raz jeszcze oblizała wargi. A potem z dzikim, bardziej ptasim niż ludzkim wrzaskiem, rzuciła się na ofiarę. Jidii, popchnięty przez drobne dłonie, w które wstąpiła nagle niesamowita siła, uderzył plecami o drzwi. A potem wszystko potoczyło się szybko… Zbyt szybko.
Słodki zapach krwi…
…dotyk skóry…
…paznokcie wbijające się w mięso…
I krzyk. Wibrujący, rozpaczliwy krzyk ciała, które wiedziało, że czeka je śmierć…

***

– Widzisz, drogi Tirro… – Quin Han położył swoje wielkie, kwadratowe dłonie na brzuchu – Wygląda na to, że sprawa jest poważna. Ta dupcia załatwiła wiwernę gołymi rękami, a przypuszczam, że nawet ty byś tego nie potrafił. Zastanawiam się, kogo mi tu przysłali… Byłbym wdzięczny, gdybyś się tego dla mnie dowiedział. Będziesz jej towarzyszył w drodze do Mallamat i Zan Thalar. Będziesz obserwował, w jaki sposób załatwia moje sprawy i, mam nadzieję, ostrzeżesz mnie, gdyby się okazało, że ktoś tu brzydko gra…
– A masz pewność, drogi lordzie, że ona jest z Basharii? – Tirra pytająco uniósł brew.
– Ma maniery wschodniej arystokratki.
– Maniery można wyćwiczyć.
– Też prawda…
Tirra chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkł nagle. Wyprostował się. Gestem dłoni wskazał lordowi, by ten mu nie przeszkadzał. Wreszcie Quin Han też usłyszał. Ktoś krzyczał. Z dołu dochodził do nich makabryczny, rozdzierający skowyt.
Tirra wybiegł z gabinetu, w pędzie dobywając zakrzywionego, długiego noża. Rzucił się schodami w dół. Potem prosto, wzdłuż korytarza. Jego słuch zlokalizował źródło krzyku, a teraz wiódł go tam, niczym nieszczęśliwa mężatka bogatego młokosa z jędrną pupą. Zakręt. Drzwi. I…
Piana?
Pierwszym, co zobaczył Tirra były olbrzymie ilości szarawej, nieapetycznej piany. Dopiero po chwili spostrzegł, że z mydlanych kłębów wystaje drgająca konwulsyjnie noga. Wyglądała na taką, której niewiele już może pomóc…
– Ekhm…
Tirra podniósł wzrok. Jego oczom ukazała się scena niczym z obrazów Botikkeliego: bogini miłości rodząca się z piany… Metr siedemdziesiąt chodzącej namiętności, rozpaczliwie skrywanej pod dwoma smukłymi dłońmi. Alabastrowa skóra, płomiennorude włosy i… ciężkie sapanie dochodzące zza pleców.
– Już jestem!… – wycharczał Quin Han, wtaczając się do łaźni – Och, lady Serafine! A cóż tu się stało?
– Hm… cóż, taki drobny… incydent – lady Agravilla sięgnęła po ręcznik, widząc, że żaden z panów nie jest na tyle dobroduszny, by zaoferować jej choćby część odzienia. Żeby nie musieć rezygnować z odsłaniania któregoś ze swoich wdzięków, obróciła się wtedy tyłem, udowadniając tym samym, że jej awers jest równie kuszący co rewers – Ktoś chciał mnie zabić, obawiam się.
– Uch… – lord teraz dopiero zauważył leżące na podłodze ciało mężczyzny – To… przykre.
– Też tak sądzę.
Tirra milczał. Patrzył na zwłoki. Patrzył uważnie i bardzo nie podobało mu się to, co widzi… Ale milczał nadal. Uznał, że tak będzie lepiej, przynajmniej na razie.

***

Kiedy Serafine dokończyła toaletę i ubrała się, zaprowadzono ją do gabinetu Quin Hana. Lord siedział za stołem. Nie był to taki stół, jakiego można by się spodziewać. Zapewne został sprowadzony ze wschodu, być może nawet z Basharai, podobnie jak arrasy, które – choć cenne – zostały źle dobrane i tworzyły dość dziwne barwne kuriozum. W zamku bardziej przypominającym szopę niż jakakolwiek szopa, jedno i drugie wyglądało dość dziwnie.
Pojawienie się lady Agravilli wywołało u lorda spazmatyczną kaskadę wszystkich możliwych zachowań dobrze wychowanego kawalera względem damy. Najwyraźniej usiłował zatrzeć złe wrażenie z przedpołudnia. Nie wyszło.
Wreszcie Serafine, uczczona i uwielbiona do granic wytrzymałości, z uczuciem głębokiej ulgi usiadła na krześle. A raczej na krzywo wyciosanym pieńku. Najwyraźniej władcy Uttihar zabrakło funduszy na sprowadzenie całego kompletu mebli. Sam Quin Han migotał i błyszczał jak odpustowy stragan. Dosłownie. Wprawne i – nie ukrywajmy – dość chciwe oko lady Agravilli bez trudu dostrzegło wśród zwisających z lorda klejnotów szklane falsyfikaty. Była ciekawa, czy zdawał sobie sprawę, że przepuścił majątek na bezwartościowe koraliki. Szeroki, głupawy uśmiech, jakim obdarzał wszelkie stworzenie sugerował raczej ignorancję w tym temacie. Ale możliwe także, że była to rozpaczliwa reakcja jego biochemii na ogólną beznadzieję położenia.
– E… hm… – uśmiech Quin Hana stał się jeszcze szerszy. Serafine pomyślała, że lord ma wielkie szczęście, że posiada uszu. Prawdopodobnie, gdyby ich nie posiadał, uśmiechnąłby się teraz dookoła głowy, a to mogłoby mieć fatalne skutki dla wystroju wnętrza – Cieszę się z tego niewątpliwego zaszczytu, jakim jest twoja wizyta w moich skromnych progach, pani.
– Cóż – diuszesa brzydko wykrzywiła usta. – Przyznam szczerze, że kiedy Onmad, miłościwie nam panujący kalif Basharai, powierzył mi tę misję, nie byłam szczególnie szczęśliwa, a podróż, jaką musiałam przebyć bynajmniej nie poprawiła mojego nastroju. Jestem zła i zmęczona. Dlatego byłabym wdzięczna za skrócenie tej rozmowy do absolutnego minimum. Chcę dowiedzieć się, na czym będzie polegało moje zadanie i iść spać.
– Tak… – lord nerwowo podrapał się po karku. – Kalif Onmad wspominał w listach, że jest pani niezwykle zręcznym dyplomatą, zdolnym do podejmowania najtrudniejszych wyzwań…
– Do rzeczy.
– Racja… Do rzeczy… Chodzi o Zan Thalar. I o to, by przyjęli moje warunki.
Serafine głośno wciągnęła powietrze.
– Psiakrew… – syknęła – Zan Thalar to ci z północy, tak?
– Tak.
– Ci, którzy każą swoim dzieciom biegać boso po śniegu przez dziesiątki kilometrów, a intruzów bez ostrzeżenia wbijają na pal?
– Cóż… Zastanawiałbym się, jakim cudem robią to bez ostrzeżenia, ale tak, to ci sami.
– I ja mam z nimi negocjować?
– Nie tylko z nimi. W planach jest też wizyta w Mallamat.
– Wampiry – mruknęła Serafine.
– W rzeczy samej. Szczegółowe instrukcje dostanie pani na piśmie. Oczywiście, zrozumiem, jeśli pójdzie pani w swoich negocjacjach na pewne ustępstwa… tylko proszę nie przesadzać.
– Postaram się. Mam nadzieję, że nie będę podróżować sama?
– Rzecz jasna, nie odważyłbym się wysłać tak pięknej kobiety samej w ten dziki kraj – Quin Han uśmiechnął się szeroko. Znacząco, jak się przez chwilę zdawało.

***

– Wood!
– Fak, pfanie?
– Przynieś coś do picia.
Sługa posłusznie poczłapał do piwnicy. Po chwili wrócił z gąsiorkiem i glinianym kubkiem. Postawił je na stole tuż obok bezwładnie zwisającej ręki trupa. Potem wyszedł, nie przypuszczał, by mógł być teraz pomocny, a miał swoje sprawy.
Tirra chwycił gąsiorek i nalał płynu do kubka. Był to jeden z tych trunków, po których skosztowaniu człowiek ze zdziwieniem stwierdza ciemny tunel ze światełkiem w oddali, ale karzeł właśnie czegoś takiego teraz potrzebował.
Kiedy Serafine i lord wyszli z łaźni, on zajął się zwłokami, a dokładniej zaciągnął je do swojego mieszkania. Teraz leżały na stole, na którym Tirra jadł zazwyczaj obiady, całe we krwi, powykrzywiane, z zaschniętą pianą na ubraniu. Prawdopodobnie to właśnie one były odpowiedzią na wszelkie pytania o tożsamość lady Agravilli.
Tirra pociągnął z kubka. Poczuł, jak paląca, gęsta ciecz spływa do jego żołądka, a stamtąd jakimś cudem dostaje się do mózgu.
Szyja... To ona była najbardziej niepokojąca. Precyzyjne ciosy czegoś małego, prawdopodobnie paznokci, wymierzone wprost w tętnicę. Uszkodzona krtań. Tirra przypomniał sobie, że krzyk, który usłyszał, zamilkł nagle, choć jego czuły słuch nadal rejestrował odgłosy walki. Najwyraźniej Serafine znała się na anatomii i wiedziała, jak skutecznie uciszyć przeciwnika. To jeszcze można było wytłumaczyć, przecież pochodziła z Basharii. Odebrała pewnie staranne wykształcenie...
Drugi łyk. Tirra poczuł, że jego umysł zwiększa obroty.
...ale tych plam wokół ran nie da się już wytłumaczyć wykształceniem. Krew została rozmazana co najmniej dziwnie. Jakby... Jakby ktoś próbował ją zlizać. Zatem wampir? Nie, na skórze trupa Tirra nie dostrzegł żadnych śladów kłów.
I jeszcze te siniaki... Wyglądało na to, ze Serafine potrafi chwycić na tyle mocno, by zmiażdżyć naczynia krwionośne, a to, co zobaczył Tirra, gdy wszedł do łaźni bynajmniej na to nie wskazywało. Lady Agravilla nie sprawiała wrażenia przesadnie umięśnionej. Była najbardziej kobiecą kobietą, jaką można sobie wyobrazić.
Wraz z trzecim łykiem, umysł Tirrii osiągnął rejestry niedostępne zwykłym śmiertelnikom. To znaczy... doszedł do tego magicznego punktu, w którym większość ludzi kończy swoją marną egzystencję. Karzeł opadł czołem na blat stołu. Po chwili doszedł do wniosku, że nie jest to zbyt wygodna pozycja i wsunął rękę między mebel a swoją głowę. Pomyślał, że prawdziwa tożsamość diuszesy, to nie jedyna zagadka, jaką powinien rozwiązać. Równie interesująca wydawała się odpowiedź na pytanie: kim jest ofiara? Mężczyzna nie wyglądał na tutejszego. Miał smagłą cerę i ubranie, które nie pasowało bynajmniej do klimatu Narrevaldu. Poza tym nosiło znamiona długiej wędrówki.
To było zastanawiające... Bardzo zastanawiające... Jak ktoś mógł wytrzymać tu jedynie w cienkiej koszuli i portach, których więcej nie było niż było? Jak ktoś mógł w takim stroju przebyć tak długą drogę, by dotrzeć do Narrevaldu z cieplejszych rejonów kontynentu?
Poza tym to, co stało się z ciałem później...
Tirra, z racji swojej profesji, widział już w życiu wiele. Do tej pory wydawało mu się jednak, że ludzkie stawy mają ograniczoną ruchomość. Został w tej kwestii brutalnie sprowadzony na ziemię. Tuż po tym, jak przywlókł zwłoki do swojego mieszkania i rzucił je na podłogę przedsionka, zaczęły się wić. Mięśnie, mimo stężenia śmiertelnego, wyginały się w niewiarygodnie silnych skurczach, ciągnąc za sobą kości i robiąc z nimi straszne rzeczy... Trwało to może kilka minut, po czym ustało nagle, wraz z czymś, co przypominało głębokie westchnienie, jakby zgon przyszedł po raz drugi. Tirra mógłby nawet pomyśleć, że przyciągnął nie ciało, lecz nieprzytomnego, gdyby nie plamy opadowe, które zaczęły pojawiać się już na skórze.
Co to zatem było? Co tu się działo? Czy lordowi naprawdę coś groziło? Lady Agravilla była ich wrogiem, czy przyjacielem?
Tirra przeczesał palcami rzadkie włosy. Ciężko podniósł się ze stołka i zataczając się lekko dopadł zakurzonej półki, a dokładniej pewnej księgi, na której grzbiecie widniał dumny napis: "Żywoty sławnych Wężów".

***

Mały Ion lewitował kilka centymetrów nad podłogą kwatery strażników. Każda próba zwykłego, ludzkiego usiądzenia kończyła się przelatywaniem przez podłogę, wprost do sypialni lorda Quin Hana, a to było na dłuższą metę ryzykowne. Duch westchnął ciężko (a duchy potrafią wzdychać bardzo sugestywnie) i podparł brodę na ręce. Nie miał innego domu, więc przyszedł tutaj, do małego, cuchnącego potem pomieszczenia, w którym sypiał od dwudziestu lat, czyli od chwili, w której Duży Ion stwierdził, że najmłodszy z jego synów nie potrafi nawet wydoić krowy, nie rozumiejąc, że jeśli krowa ma tylko jedno wymię, niekoniecznie będzie dawała mleko, a koszty jego utrzymania znacznie przekraczają ewentualne przychody z ukochanej przez chłopaka korzenioplastyki. Oddał go więc na służbę do straży, mając nadzieję, że ciężka praca wybije pętakowi z głowy dziwne upodobanie do produkcji drewnianych koziołków. Nie wybiła. Jeden z kątów kwatery wypełniały efekty artystycznych szałów.
Obok Małego Iona siedział Boberek. On także miał niezbyt szczęśliwą minę, a to za sprawą rozkazów, jakie dostał od lorda Quin Hana. Władca polecił mu się spakować. Strażnik miał towarzyszyć lady Serafine i Tirrii w podróży do Mallamat i Zan Thalar.
– Szlag by to trafił! – mruknął – Człowiek się stara, haruje, a w rezultacie i tak wysyłają go na jakieś zadupie, żeby zdechł!
– Ja wiem?... – Mały Ion wzruszył półprzeźroczystymi ramionami – Ja bym się cieszył. Zwiedzisz kawał świata na cudzy koszt.
– Powiedziałbym raczej, że zwiedzę żołądek wiwerny albo strzygi. Zanim dotrzemy gdziekolwiek, będę wyglądał jak ty. Bez urazy. A nawet, jeśli nam się uda, wypompują nas wampiry z Mallamat lub nabiją nas na pal ci z północy. Doprawdy, przemiła perspektywa.
– Zan Thalar to ci, którzy nabijają na pal bez ostrzeżenia? – zainteresował się Mały Ion.
– Ci sami.
– Zawsze zastanawiałem się, jak robią to bez ostrzeżenia...
– Ja też – przyznał Boberek – Chyba każdy się kiedyś zastanawiał.
– Intrygujące...
– Istotnie.
– Boberek?
– Hm? – strażnik dźwignął się z ziemi, z zamiarem spakowania swoich rzeczy.
– Jestem martwy, tak?
– Cóż... Nie obraź się, ale na to wygląda.
Mały Ion podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
– Czyli przysięga, jaką składałem do śmierci już mnie nie obowiązuje? – drążył.
– Raczej nie – Boberek przyjrzał się krytycznie parze olbrzymich gaci, po czym wcisnął je do podróżnego worka.
– Czyli, jeśli nie wypełnię rozkazu, nic się nie stanie?
– Ion, do czego ty zmierzasz? – gwardzista zaniepokojony przerwał pakowanie i spojrzał na ducha kątem szarego oka.
– Kiedy ostatni raz spadłem do sypialni, lord kazał mi tu siedzieć i nie wychodzić. Zabronił mi też kategorycznie przenikania przez ściany, podłogi i sufity.
– Biedaczek.
– Ale jeśli nie obowiązuje mnie przysięga, mogę polecieć, gdzie mi się podoba, na przykład z wami.
– Słucham?! – Boberek spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem – Oszalałeś?!
– Nie. Ja tylko myślę, że... – Mały Ion spuścił głowę – że to dobra okazja, żeby przemyśleć sprawę.
– Jaką sprawę?!
– Tą, która mnie tu trzyma.
– Wiesz już, co to? – zdziwił się Boberek.
– Nie – przyznał Mały Ion ze smutkiem – Ale jeśli spojrzę na swoje życie z dystansu, to może się dowiem.
Strażnik spojrzał na ducha podejrzliwie.
– Wszystko z tobą w porządku? – spytał – Jakoś tak mądrze gadasz...
Mały Ion nie odpowiedział. Westchnął tylko tak ciężko i sugestywnie, jak jeszcze nigdy przedtem. Tak, że zdawało się, że całe zaświaty wzdychają razem z nim.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Irbis [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 04 czerwca 2017, 12:05

Ku rozrywce wrzucony, więc podeszłam sobie do czytania bez spiny, tak bardziej z ciekawości i na rozluźnienie w chwilach nic-nie-robienia-na-forum. I tak też skomentuję bez wnikania :zaslonka:

Faktycznie trochu sztywno na początku XD ale z zaskoczeniem przyjęłam twój styl z tamtego czasu, bo on właściwie jest... bardzo podobny do teraźniejszego, a spodziewałam się jednak rozstrzału, czy coś. I nie mówię tu o poziomie, bo wiadomo, że to poszło mocno do przodu, ale ten smaczek w zdaniach i ten humor (teraz już wiem, eghe, że umiesz się zaśmiać, eghhe egh) są do wyłapania. Na pewno poznałabym autora, gdyby tekst zawisł anonimowo (z dopiskiem, że stary! XD).

Tak ogólnie to wiadomo, bez kosmicznych wymagań podeszłam do tematu, ale jednak spodziewałam się chyba czegoś innego. Chyba czegoś z głównym bohaterem :bag: którego bym mogła pokochać albo pożałować, albo przy którym robiłabym fejspalmy co zdanie. A tu bum, jebnęło postaciami, żadnej właściwie tak do końca nie ogarniam jeszcze, nie rozumiem i... i to chyba największy minus jaki jestem w stanie znaleźć. To, że nie identyfikuję się z postaciami, bo wiadomo, taki tam humorystyczny tekst, ironia i te spawy, wszyscy bohaterowie mają jakieś swoje cechy do wyśmiania, wszystkich trochę obnażasz (a to takie twoje, co, tak mi nasunęło w sumie ten tekst o arystokracji...) i nie unikasz negatywnych wrażeń, które pojawiają się u czytelnika przy odbiorze. To fajne, ale to też dystansujące (dla mnie) niekiedy, więc chwilowo... yy tak:

Lady Agravilla -
SpoilerShow
co za wkurwiająca szmata, serio, na dodatek jest OP
Quin Han -
SpoilerShow
czuję żałość, gdy o nim czytam, takie "stary, proszę...", trochę mi go żal, trochę wyczuwam IQ 7,
trochę mnie bawi
Albi i Boberek -
SpoilerShow
dobra, są świetni, typowe przegrywy XD lubię. Szkoda, że mało ich oczami
Mały Ion -
SpoilerShow
jedyna postać którą naprawdę mogłabym polubić, rozczulił mnie, sympatia milion, i te figurki XD i te rozkminy
Tirria -
SpoilerShow
nie przepadam za zuchwałymi i zarozumiałymi skrytobójcami-geniuszami, ale nie skreślam go, zwłaszcza że jako jedyny zdaje się myśleć logicznie
Przyznaję, że ma nieogar w kwestii tożsamości i zamiarów bruxy, nie czaję też wątku Jidii'ego (Jidiiego?) i w ogóle stało się tak dużo, i tak nie do końca wiedziałam, czy się skupiać na fabule i szukać wskazówek i zachować czujność, czy próbować się dobrze bawić. A tak co do śmieszności - jest śmiesznie, ale o poziom za nisko momentami dla mnie (co zresztą sama dałaś w podtytule) jednak to w żadnym razie nie jest męczące. Ten niski humor działa (u mnie mocno) ale ma jeden minus - trzeba lubić bohatera, żeby działał. Więc czekam. Cierpliwie i na luzie. Bo Duplolas i tak dalej, i chyba będzie mnie tu trzymał Mały Ion.

Jedno, co mnie bawi niezmiennie i totalnie, to absurd wszystkich realiów, które opisałaś i polityki i państwa XDD AŁA.

dobrze, że wrzuciłaś
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Irbis [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 26 lipca 2017, 08:55

Kruffo!
Jakże dobrze było sobie towarzystwo przypomnieć! <3 Tak bardzo dobrze się z nimi bawiłam i właściwie taką Cię poznałam... od Łosia i Irbisa. A potem dopiero była Magnolia. W przeciwieństwie do Kan lubię Serafine ;) Ma dobre wejście. Doskonałe. I ta maleńka zwiecha Quin Hana w temacie wiwerny i Mały Ion ze swoją prostolinijnością <3
Pragnę byś wrzucała dalej, a jak wrzucisz, to obiecuję, że dostaniesz spoila z serduszkami i chichotami :D
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Irbis [kontynuowane]

Post autor: Ag. » 13 sierpnia 2017, 21:52

Ponieważ tekst jest stary i wrzucony ku rozrywce, powiedziałam sobie, że nie będę robić łapanki... ale kogo ja próbuję oszukać, ha, ha. Także wypisałam ci na końcu posta literówki, bo inaczej mnie palce świerzbią :bag:

Natomiast co do samego tekstu, to owszem, czyta się go dosyć rozrywkowo, mimo że nie jest to mój typ humoru (ale ostatnio mam wrażenie, że moje poczucie humoru wzięło i zdechło i nic mnie już nie bawi...), ale sprawia, że tekst jest dosyć lekki i z dystansem do samego siebie.

Co zaś do postaci, to również dołączam do wielbicieli Małego Iona. Raz, że ta jego niewinność jest dosyć urocza, a dwa, że koncept jest ciekawy – bohater umiera zaraz na początku opowieści, ale nie przeszkadza mu to wyruszyć na przygodę i być może nawet dowiedzieć się czegoś o sensie swojego utraconego życia. Plus ciekawi mnie, czy duch będzie mieć jakieś znaczenie bojowe w potyczkach z wampirami i ludźmi śniegu. Tu więc mnie masz :)

Pozostałe postaci to dla mnie na razie mocne meh. Quin Han niby a jakieś ciekawe rysy, jak to kupowanie świecidełek, choć nie na tym nie zna, bo chce należeć do jakieś nawet przez niego nie do końca rozumianej "cywilizacji" czy "elity". Ale zachowuje się w jakiś taki niepoważny sposób, np. chowając się za krzesłem. I też poddani niespecjalnie okazują mu szacunek, jak choćby Mały Ion, gdy wpada do sali za lady Agravillą. Bohaterowie brzmią w tej scenie, jakby byli kolegami, a nie jeden władcą, a drugi jego sługą.

Zaś sama lady Agravilla... trochę mam z nią problem. Bo na początku zgrywa taką delikatną, marudzi, że jej zimno, że nie ma się gdzie umyć, ale też wynajmuje smokobójców, jakby się bała ataku i potrzebowała pomocy. Po czym wszyscy giną, a ona sama ubija stwora. I potem w ogóle zachowuje się w sposób, który zupełnie mi nie pasuje do jej wprowadzenia z początku.

Też jakoś w okolicy śmierci Małego Iona i ataku Jidii się pogubiłam. Kto jest kto? Co zabiło Iona? Co to za gość ten Jidii i o czym on z lady gada? Po prostu jakiś chaos dla mnie w tej części panuje. Ale poza tym chyba najbardziej mnie to w tym tekście zainteresowało, właśnie ta część że ją tak nazwę kryminalna. I jak Tirria jako taki niespecjalnie mi się na razie podoba, to chcę wiedzieć, co też wykombinuje i czego się o Jidii i lady dowie.

Łapanka:
do garnic możliwości niestabilny sysem,
granic, system
Zapeniono mnie
zapewniono
należała do wierna
Wiwerna. Zapewne atak autokorekty.
potrąciła nogą ściero
ścierwo
niewielkiej chałupie ulokowanej na samych obrzeżach wioski, otoczonej czymś, jakby martwą sferą. Nawet śnieg zdawał się padać tam jakby bez przekonania.
Powtórzone jakby. I chyba przecinek przed pierwszym zbędny. A to ostatnie zdanie to jakbym ja napisała, to przesadne unikanie jednoznaczności.
takiem
takiej
szarawej, nieapetycznej piany.
Dobrze, że wygląda nieapetycznie, bo jakby ktoś miał ochotę ją zjeść to by się dopiero zdziwił :D
posiada uszu
uszy
Teraz leżały na stole, na którym Tirra jadł zazwyczaj obiady, całe we krwi, powykrzywiane, z zaschniętą pianą na ubraniu.
To brzmi, jakby te obiady były całe we krwi. :D
Miał smagłą cerę
Aż musiałam sobie wyguglać, bo nigdy nie spotkałam się z takim określeniem, zawsze używałam "śniady". Ale zaiste, istnieje. Dzięki, czegoś mnie nauczyłaś!
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

ODPOWIEDZ