Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: pierdoła saska » 14 lipca 2017, 08:02

W zasadzie mam z tym tekstem jeden problem: czuję się jak po przeczytaniu fragmentu książki historycznej. Znaczy niby były dialogi i postacie z krwi i kości, ale bardziej je łapałam jako portrety na drzewach genologicznych niż jako ludzi. To jest głównie uwaga do pierwszego rozdziału. Uwaga, którą wg moich kopii roboczych postów zapisałam 25 maja, bo tak, przeczytałam ten pierwszy rozdział dawno temu, sęk w tym, że poza wypełnieniem mojej głowy faktami nie bardzo osiągnął jakiś większy cel. W pewnym sensie zastanawiałam się czy to już koniec i to była taka wprawka, czy będzie ciąg dalszy (zresztą ćwirzy mi się, że w mailu pośrednio pytałam, czy będzie coś dalej). A że miło być więcej, to czekałam sobie, aby skomentować, jak ugryzę większy kawałek.

Generalnie się to czekanie opłaciło, bohaterowie i wydarzenia zaczęli wypełniać kontury i wszystko stało się jakieś bliższe i poczułam się nieco mniej jakbym patrzyła na wszystko przez szybę. Duża w tym zasługa zakończenia rozdziału, które wiele obiecuje i robi smaka na więcej. Zwłaszcza w kontekście retrospekcji z rozdziału pierwszego - dobrze zarzuciłaś sieci. :) Sporo też dołożył ojciec Waleriusz i trochę sceny między Childerykiem a Radegundą. Żadne w sposób przełomowy, ale małymi kawałkami dokładają się do coraz smaczniejszej całości.

Tak mi się ten tekst kojarzy z tańcem. Bohaterowie tańczą i kolejne figury dopasowują się do poprzednich i całość sprawia bardzo miłe dla oka wrażenie. Czyta się szybko, lekko, ot raz dwa i koniec rozdziału.
Czasami chyba jednak dopasowują się za bardzo. Mam taką fabularną zagwozdkę ze śmiercią służącej. No bo ona ginie, pochowają ją udając, że to Teodelinda, oszukają lud i dawaj. Jest tylko jeden problem. Radegunda zabija ją nie mając kwadratowego pojęcia, gdzie się Teodelina podziewa. Przyszła zabić księżniczkę, znalazła w jej łożu podstawioną służącą i zamiast się zastanowić, czy gdzieś się nie czają jacyś zaufani księżniczki i ona sama, gotowi ledwie ostrze opadnie oskarżyć ją o chęć popełnienie mordu i w ogóle, to ona zabija. Coś, co miałoby sens li wyłączanie wtedy, gdyby miała cień gwarancji, że Teodelindy nie ma już w pobliżu.
TL;DR: ta śmierć ma sens w kontekście fabuły, kolejnych wydarzeń, i wiedzy narratora, ale z punktu widzenia kogoś wewnątrz świata przedstawionego jest cokolwiek głupim posunięciem.
A Radegunda nie sprawia wrażenia kogoś, kto po prostu robi głupie rzeczy,

Ale sieci zostały zarzucone dobrze, jak wspominałam. zakończenie rozdziału bardzo, bardzo intryguje i czekam na ciąg dalszy :3

► Pokaż Spoiler
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kruffachi » 02 sierpnia 2017, 16:49

Dopsz, to wreszcie moja kolej. Bo się zabierałam i zabierałam, i ciągle podchodziłam do drugiej wstawki, i coś mnie rozpraszało. Ale już jestem. Raportuję.

Znam Twoje podejście do fantasy - chcesz, żeby to były powieści historyczne osadzone w innych światach - więc nie czynię zarzutu z samego faktu, że jest to jak powieść historyczna napisane. Bo taki był Twój cel. Niemniej ma to swoje daleko idące konsekwencje i tu nie jestem pewna, czy wszystkie skalkulowałaś, więc postaram się je wyłuszczyć. To dodatkowo da odpowiedź, dlaczego tyle czasu zajęło mi wzięcie się za drugą wstawkę. Mi akurat, która lubi rzeczy dobrze zriserczowane, historię jako inspirację i klimaty średniowiecza, choć może nieco późniejszego.

I właśnie, pierwsza rzecz to podejście do historii jako źródła inspiracji. I do powieści historycznej jako wzoru, bo to przecież dwie różne sprawy i nie należy ich ze sobą łączyć, zwłaszcza ja nie powinnam tego robić podczas analizy tego typu tekstu. Więc najpierw historia. Wydaje mi się, że jest pewna zasadnicza różnica między inspirowaniem się historią a jej dość wiernym odwzorowaniem. Ty - w moim odczuciu niestety - zrobiłaś to drugie. Nie wyciągnęłaś wniosków, nie próbowałaś się przyjrzeć mechanizmom, a wrzuciłaś swoich bohaterów niemalże w stan faktyczny możliwy do wskazania dla konkretnego - realnego - obszaru geograficznego i okresu. Co z tego, że nazwy są inne? Co z tego, że jakieś tam szczegóły, skoro de facto ja to wszystko znam, jeśli nie z podręczników, to z własnych lektur. Dołożyłaś do tego wilkołaki - zgadza się. Ale to stanowczo za mało, żeby mnie ten świat intrygował i żebym chciała go poznać, a to słabo, bo wyraźnie kładziesz nacisk na osadzoną w realiach fabułę. Gdyby to była faktycznie powieść historyczna, czytałabym ją dla szczegółów, dla tego, co znam z wydawnictw naukowych, ale osadzonego w żywym świecie przywołanym z martwych. U Ciebie tego efektu nie ma. A przy tym, mam wrażenie, rozleniwia Cię w kwestii opisywania tego świata, no bo przecież czytelnik sobie to przez analogię może łatwo zwizualizować. I w warstwie światotwórczej robi się po prostu nudno. Z jednej strony wiem, że włożyłaś ogromny wysiłek w risercz i bynajmniej tego nie bagatelizuję, a z drugiej jest wrażenie, że poszłaś po linii najmniejszego oporu, że - chociaż to fantastyka - nie dołożyłaś niczego, ani w rzeczywistości, ani w podstawach, ani nawet w historii świata, co by Ci nadmiernie skomplikowało obraz. Bo przecież nie zrobią tego wilkołaki - element w pewien sposób zewnętrzny. I nie zżymałabym się nad tym tak bardzo, gdyby nie fakt, że większość Twoich tekstów, jakie czytałam, korzysta z tego właśnie chwytu i schematu. Ot, choćby w "Szmaragdowej Wyspie" była to owa wyspa, zewnętrzna, odległa, napędzająca fabułę, owszem, ale jednak stanowiąca element fantastyczny trzymany w bezpiecznej odległości - ot, żeby za bardzo nie wpływał na przeszczepioną sytuację historyczną, a co najwyżej uzasadnił możliwość korzystania z dwóch niewspółistniejących. Dla mnie granica między tym, co piszesz, a historią alternatywną jest tak cienka, że zastanawiam się, dlaczego nie ten kierunek. Nie byłoby udawania, że to coś nowego, skoro nie jest nic nowego, a jednocześnie kierowałabyś reflektory na to, co faktycznie do rzeczywistości dokładasz. No bo właśnie - dokładasz, a nie znacząco modyfikujesz, na historii się ucząc, a nie ją kalkując. Podczas gdy piszesz tak, jakbyś modyfikowała.

Druga sprawa to inspiracja powieściami historycznymi, a to z kolei oznacza przeszczepienie pewnych schematów i - co zwłaszcza widoczne po tych początkowych wstawkach - archetypicznych postaci. Nie zgodzę się niestety z przedmówcami, że to bohaterowie z krwi i kości. Ja widzę właśnie, choćbym nie wiem, jak się starała, archetypy barbarzyńskiego króla, wiernych milczących przydupasów, słabego księcia i silnego księcia, zdesperowanej matki (o, to zwłaszcza) oraz doświadczonego, mądrego kapłana, które prezentują pewne konkretne, ograne w gatunku motywacje i sposoby działania. Oglądam przedstawienie teatralne ze starannie napisanymi rolami zmierzającymi przynajmniej w paru przypadkach do dość wąskiego zakresu możliwych zakończeń, nie potyczki i bolączki prawdziwych ludzi. Ich problemy są tak odległe, że moje "lubię, nie lubię" nie ma żadnego znaczenia przy odbiorze. Chociaż, co podkreślam, jest to konsekwencja wybranego sztafażu, nie zarzut, bo widać wyraźnie, że na coś innego kładziesz nacisk. No ale tak po prostu ich odbieram, więc nie będę się na ich temat wypowiadała - nie widzę sensu, mogłabym napisać dokładnie to samo co o dowolnej innej analogicznej postaci.

ALE! ALE! Jak pisałam, widać - a przynajmniej tak mi się wydaje - że na co innego kładziesz nacisk i jest to historia (już w innym sensie), którą opowiadasz. O tym, że to ona jest najważniejsza, świadczy chociażby fakt, że dajesz czytelnikowi wgląd w głowę każdego niemal z bohaterów już na starcie, więc nie ma tajemnic i sekretów. I one nie są potrzebne, żeby na poziomie fabularnym było ciekawie. Bo jest ciekawie. Wspomniałam, że widzę już teraz potencjalne rozwinięcia niektórych wątków (choćby Radegundy, bo przecież musi ją spotkać kara, takie prawo opowieści), dość łatwo jest wyznaczyć granicę między dobrem a złem, ale to nie przeszkadzało mi wkręcić się w sam tok zdarzeń i się nim cieszyć. To było fajne. To było naprawdę fajne i mogę sobie jojczeć do woli nad powyższymi punktami, ale jednocześnie przyznaję, że po prostu jestem ciekawa, co dalej. Bywa różnie - czasem chcę czytać dalej dla bohaterów, czasem dla samego sposobu pisania, a u Ciebie ewidentnie załatwiają to kolejne zdarzenia i trzymane na wysokim poziomie tempo akcji.

Nom. *dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

Post autor: Kimchee » 20 lutego 2018, 21:29

Podziekowania za komcie spóźnione, ale zapewniam, że szczere. Miałam przez te kilka miesięcy duzo czasu, żeby się nad nimi zastanowić.

@ Kruffachi, zgadzam się ze wszystkim co napisałaś i wszystko to zrobiłam z pełną premedytacją. Bo tak wolę. Prawdopodobnie, gdybym miała pisać historię alternatywną, to bym skończyła po 2 akapitach, bo zamiast pisać to bym nieustannie się głowiła, czy nie popełniam gafy historycznej. A ja chciałam po prostu popisać sobie o wilkołakach w scenerii, którą lubię.

@ pierdoła saska - po prostu założyłam, że po tylu latach planowania zemsty Radegunda zna swojego przeciwnika i wie, jak się on zachowa w określonych warunkach.

Ok, a teraz jakiś cudem skończony 3 rozdział. Będzie dużo ekspozycji :bag:
____________________________________________________ III.


Zaczynał się trzeci dzień z tych, których tak rozpaczliwie wyglądał, a nie doczekał Merowiusz.
Wulfram przybył do Ilycjum nawet szybciej, niż spodziewał się go Reginar. Musiał, chociaż odbyło się to kosztem snu i odpoczynku.
Raz tylko po drodze wstrzymał na dłużej konia. O świcie jakieś pięć, może siedem mil od stolicy. Jedna tylko rzecz miała dla niego moc zaklęcia zdolnego opóźnić spełnienie obowiązku – wilki. Już samo usłyszane z oddali wycie sprawiło, że przyciągnął do siebie wodze, nieomal prowokując konia, by stanął dęba. Przez chwilę rozglądał się czujnie, nasłuchując. Wycie istotnie powtórzyło się, ale słabsze – w oddali. Potem zapadła cisza; bardzo przytłaczająca.
Mimo to syn Lotara jeszcze przez chwilę trwał nieruchomo, świadom pytającego spojrzenia, jakie rzuca mu zza pleców Vincelin, jego najbliższy druh, zanim potrząsnął z rezygnacją głową. Nie dziś, innym razem, powiedział sobie i pogalopował dalej.
Od trzynastu lat Wulfram zachodził w głowę, co stało się w dniu śmierci Teodoryka. Prawdy nie odsłoniły mu także sny – koszmary śnione przez kolejne miesiące, pełne krwi i bestii: większych, jeszcze bardziej przerażających niż tamte były naprawdę. Nie przyznał tego nikomu (nawet ojcu ani Vincelinowi), ale od tamtego czasu bał się wilków. Lecz nie tak zwyczajnie. Strach zatruł go, zmieniając się w nienawiść. Jednak Wulfram nie uciekał przed wilkami. Zabijał każdego napotkanego.
Fakt, że teraz zignorował wycie, stanowił jakby zdradę pamięci Teodoryka oraz obietnic złożonych samemu sobie.
Ale Wulfram złożył wiele obietnic; żywym i umarłym, ale to ci pierwsi mieli pierwszeństwo, niezależnie od tego jak bardzo mężczyzna nienawidził bestii. Irytacja jeszcze przez jakiś czas nie chciała go opuścić. W końcu jednak zaczął myśleć o czymś innym. O swojej przyszłej żonie. Od kilku lat nie widział Teodelindy twarzą w twarz, nie przeczytał żadnego listu od niej ani sam nie napisał. Pamiętał dziecko – krnąbrne i przekorne, ale i pełne życia. Pamiętał zabawę, w której księżniczka niefortunnie upadła – zresztą z jego winy – i rozbiła głowę. Pamiętał jej twarz i własny wstyd, że do niego doprowadził. Medycy mówili, że blizna zostanie na całe życie...
Na jaką kobietę wyrosła, tego mógł się tylko domyślać. Nie kochał tej młodej dziewczyny, bo nie można kochać kogoś, kogo się nie poznało, ale miała zostać jego żoną i Wulfram potrafił to uszanować. Nie tylko jako nakaz króla i ojca, ale swój własny obowiązek. Miał zamiar ją chronić.
Niestety, to znaczyło także, że prawdopodobnie będzie musiał zostać królem. Nie pragnął takiego zaszczytu (dobrze czuł się wśród dzikich lasów na północy) i przez jakiś czas łudził się, że na tarczy podniosą jednak Childeryka. Na to miał, niestety, jednak coraz mniej nadziei.
Dalej jechali już bez postoju. Wkrótce wyrosły przed nimi mury Ilicjum. Stolicę otaczał gęsto obronny pierścień z ciosanego kamienia wysoki na prawie trzydzieści stóp. Do środka dostali się przez jedną z czterech bram.
Mało prawdopodobne, by ktoś z ulicy rozpoznał syna Lotara. Wulfram wyglądał i nosił się jak setki potomków Hrytutów ze znaczących rodzin. Włosy zbierał wysoko na czubku głowy w kitę, by, opadając swobodnie, odsłaniały mocny kark. Wzorem dziadów i pradziadów farbował je też miksturą sporządzoną na bazie popiołu bukowego, która nadawała im rudy odcień. Policzki (tych akurat nie kroił nigdy ostrzem, jak niektórzy chcący imponować światu męstwem) i mocną kwadratową szczękę porastała bujna broda w kolorze ciemniejszym niż włosy. Brązowa tunika z krótkimi rękawami odsłaniała silne, opalone przedramiona i mocne uda odziane w wąskie spodnie. W talii ścisnął ją paskiem, do którego umocował nieodzowny, ulubiony topór. Na wierzch, ponieważ nie było mu szczególnie zimno, narzucił jedynie kwadratowy płaszcz – sagum, spięty na lewym ramieniu złotą fibulą wyobrażającą orła, z czerwonymi rubinami w miejscu oczu.
Po tygodniach spędzonych pośród lasów i otwartej przestrzeni, stolica nieco przytłaczała i onieśmielała syna Lotara. Owszem, wychował się i mieszkał przecież w miejscu, które było jakby miniaturką tego, ale... właśnie... j a k b y. To nie miało takiej tradycji ani znaczenia, wreszcie o wiele mniej zabytków, które można było zniszczyć podczas najazdów. Więcej tam było nowego niż starego, więcej hrutyckiego.
Ilicjum nie było miastem starożytnym.
Nie było też nowym.
Było czymś pomiędzy.
Chociaż Imperium Anticyjskie już nie istniało, to skupisko drewna i kamieni nie zerwało do końca ze spuścizną bezpowrotnie minionego czasu. Nie potrafiło bądź nie mogło. Wszystko miało charakter doraźny. Zburzone w wyniku plądrowania i pożarów chałupy odbudowano na tyle na ile Hrutyci budować potrafili. Każdą niemal ulicę brzydziły ruiny will i budynków użyteczności publicznej, których barbarzyńcy nie potrzebowali. Gruz uprzątnięto dawno, ale nikomu nie śpieszyło się do rozebrania resztek. W tym, co zostało z najsłynniejszych term, gdzie kąpieli zażywali członkowie senatu, bawiły się dzieci. Niektóre baseny przerobiono na poidła dla zwierząt. Szczątki posągów tego czy innego Wiecznego Augusta – teraz kaleki bez rąk albo głowy – zostały, zdawałoby się, jako przestroga. Tam gdzie dawnej pyszniły się ogrody, ludzie hodowali warzywa.
Po obu stronach ulic wznosiły się piętrowe domy, z do których Hrutyci – przyzwyczajeni do swoich niskich chat – z początku podchodzili z wielką nieufnością (Wulfram w dużej mierze podzielał ten pogląd). Ich konstrukcja była tak słaba, że podczas posiłku podłoga mogła pęknąć człowiekowi pod nogami, a biesiadnik lądował na parterze wśród ruin wieczerzy.
Miasto zmieniło się jednak od ostatniej bytności Wulframa. Przybyło świątyń. Drewnianych w miejscach, które zamieszkiwał plebs. Im bliżej centrum, tym więcej kamiennych, a każdy coraz większy.
Jednak zgromadzeni w cieniu owych świątyń przekupnie krzyczeli, zachwalając swoje towary jak kiedyś, na ulicach po dawnemu zalegały słoma, obornik oraz inne nieczystości, za to odpowiedzialni za nieporządek ludzie coraz bardziej upodabniali się do siebie pod względem wyglądu. Anticyjczycy, szczególnie ci z rodzin nie patrycjuszowskich, zaczęli przejmować bardziej wygodny i praktyczny strój barbarzyński. Niektóre kobiety Hrututów zaadaptowały wyrafinowane garderoby żon zamożnych anticyjczyków, wzbogacając go jednak o krzykliwe ozdoby, w których tak bardzo wszystkie się kochały.
Odróżnić najłatwiej było ich po mowie i Wulfram przez krótki czas zabawiał się zgadywaniem, kto jest kto.
Tymi ludźmi (i innymi) miał Wulfram rządzić. Zdawał sobie sprawę, że Merowiusz nie brałby go nawet pod uwagę, gdyby Childeryk nie rozczarował stryja swoją postawą. Syn Lotara słabo pamiętał królewskiego bratanka. Spotkali się raz jako dzieci i nie bardzo przypadli sobie do gustu. Może była to wina Wulframa, który z góry założył sobie, że ten obcy chłopiec nigdy nie zajmie miejsca Teodoryka, z którym znał się krótko, ale od razu polubił. Poza tym już wtedy jego najlepszym przyjacielem był Vincelin.
O dorosłym Childeryku syn Lotara słyszał dużo – mało pozytywnego. Musiała istnieć jakaś przyczyna niechęci zarówno króla jak i Reginara do tego człowieka. Wulfram szanował obu na tyle, by wierzyć, że powód był słuszny. Chciał jednak spotkać Childeryka twarzą w twarz, chociaż miał pewność, że w tej sytuacji spotkają się jako rywale. Szkoda, bo w ten sposób tracił szansę, by przekonać się, czy byliby w stanie porozumieć się w innych okolicznościach.
W oddali wyrastał wielki drewniany cyrk, który kazał pobudować ojciec Merowiusza i Chlotara. Wulfram nadal na wpół świadomie łowił rozmowy mijanych ludzi – było ich nadspodziewanie dużo. Raz po raz, ktoś umykał w ostatniej chwili spod końskich kopyt. Jego ucho wychwyciło znajome imię. Potem zamarł.
Dowiedział się, że Merowiusz oddał ducha przodkom trzy dni temu.
A więc spóźnił się.
Stracił natychmiast ochotę do podsłuchiwania. Spiął konia, nie uprzedzając nawet Vincelina.
Teraz już szybko dotarli w pobliże najbardziej okazałej świątyni Kamiennego Boga i stojącego jakby w cieniu pałacu Augustów, który zajmowali Hrutyccy królowie. Tutaj przykupów było mniej – większość pewnie przepędzono ze względu na żałobę, ale gapie nadal zagradzali drogę.
To dało synowi Lotara chwilę do namysłu, co robić dalej.
Najprostsze i najsłuszniejsze wydawało się natychmiastowe odszukanie Reginara. Jako bliski Merowiuszowi człowiek, zarazem wtajemniczony w plany króla, wydawał się oczywistym źródłem informacji.
W którymś momencie Wulfram będzie też musiał spotkać się z przyszłą żoną. Ten moment pragnął odwieść jak najdłużej. Prawdę mówiąc, Wulfram nie miał pojęcia jak przyjmie go Teodelinda. Dla niego sprawa była prosta – ich ojcowie chcieli, żeby wzięli ślub, on nie miał nic przeciw temu. Nie kochał żadnej kobiety; te kilka które miał w życiu były właściwie niczym, niemal ich nie pamiętał. Przyszła żona nie mogła mieć mu tego za złe, ale była w żałobie. Z pewnością była zrozpaczona. Podejmowanie tematów ślubu, tronu mogło urazić jej niewieście uczucia. Reginar co prawda zapewniał Wulframa, że to rozumna panna (zabawne, wówczas syn Lotara pierwszy raz słyszał z jego ust opinię na temat jakiejkolwiek kobiety), ale wtedy jej ojciec był zaledwie chory, teraz nie żył. Może należało zasięgnąć wpierw rady ojca Waleriusza. Z pewnością znał Teodelindę lepiej niż Reginar. Wulfram zaś nie miał nic przeciw kapłanom. Jego ojciec nie przepadał za nimi, bo wielokrotnie przeszkadzali mu podczas sądów, lecz jego syn był nieco bardziej wyrozumiały. O ile słudzy Kamiennego boga byli rozsądni.
Oto wiele dni po opuszczeniu domu, był u celu. Zsiadł z konia, po czym oddał wodze pierwszemu napotkanemu pachołkowi.
Reginar nie należał do mężczyzn, których łatwo przeoczyć, nawet w tłumie rosłych, dobrze zbudowanych Hrutytów. Wulfram nigdzie go nie wypatrzył.
– Mam iść o niego rozpytać? – zaproponował Vincelin.
Przyjaciel odprawił go skinieniem głowy. Cokolwiek należało zrobić, należało to także zrobić po cichu.
Syn Lotara jeszcze przez chwilę spoglądał na oddalającą się sylwetkę przyjaciela. Został sam w obcym otoczeniu. Obejrzał się.
Ku niemu zmierzał graf Audomar. Spotykali się przy różnych okazjach, więc Wulfram go znał, chociaż nie mógł powiedzieć, że lubi. Niemniej teraz powitał starszego mężczyznę w uprzejmy sposób. Zauważył przy tym, że na brodzie Audomara przybyło siwych włosów. Prawda, miał tyle samo lat co Merowiusz. Śmierć króla musiała podziałać na niego dziwnie. Ubrany w żałobny, ciemny strój wydawał się blady i jakby jeszcze starszy.
– Nie spodziewałem się ciebie tutaj. – Zmęczone oczy patrzyły na syna Lotara z autentycznym zaciekawieniem.
– Ojciec od dawna planował wizytę – odparł wymijająco młodszy mężczyzna. Nie ufał Audomerowi.
– Szukasz kogoś?
Wulfram zawahał się. Pytania były dokładnie takie, na jakie wolał nie odpowiadać. Zwłoka z odpowiedzią oznaczała kolejne. Wybrał więc – jego zdaniem – najbezpieczniejsze.
– Wydawało mi się, że widziałem Reginara – powiedział z udawanym spokojem.
Po twarzy grafa przemknął pośpieszny grymas. Udał, że się zastanawia.
– Naprawdę? A wiesz, że nie widziałem go, od kiedy tu jestem. Jak teraz się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się to dziwne.
Wulfram też się nad tym zastanowił. Niestety, doszedł do tych samych wniosków. Szczęściem miał dość rozumu, by nie pytać z miejsca o ojca Waleriusza.
A i bez tego dowiedział się o nim więcej niż by sobie życzył, chociaż, zajęty w myślach Reginarem, z początku nawet nie słuchał.
– Przyjechałeś w sam raz na pogrzeby.
Wulfram drgnął. Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. Miewał takie od czasu do czasu i... nauczył się im ufać. Nie przeczucia – myśli, obawy. Ponurą świadomość, że wszystko ułoży się za chwilę w całość co prawda dość logiczną, ale też najgorszą z możliwych.
– Trup króla zsiniał kilka godzin po śmierci – usłyszał następnie. – Wtedy do pani Radegundy przyszła jedna ze służących i opowiedziała jak to słyszała, że ojciec Waleriusz mówi jednemu z młodych kapłanów: potomkowi Wenancjuszów, że ma się przygotować, że po śmierci Merowiusza zostanie królem.
Wulfram mógłby się teraz roześmiać. Mógłby, gdyby nie był tak bardzo zszokowany. Ojciec Waleriusz – człowiek, którego Wulfram co prawda nie znał osobiście, lecz miał o nim dobre mniemanie, na czele spisku? Spisku zdaniem młodego Hrutyty całkiem nierealnego, bo gdyby miał się powieść, otruć trzeba by nie tylko króla, ale też wystąpić zbrojnie, a tego nie spodziewał się po Anticyjczykach. Waleriusza zaś uważał za zbyt mądrego, by mógł nawet brać coś podobnego pod rozwagę. Ale nie powiedział tego głośno. Coś zdarzyło się zanim tu przyjechał...
Audomar mówił dalej:
– Wenancjusz uciekł, ale wątpię by był w stanie ukrywać się długo, skoro całe życie spędził w przyjemnych murach klasztoru.
– A Waleriusz?
– W celi, ma być przesłuchiwany, żeby wydać wspólników.
Syn Lotara coś sobie przypomniał.
– Pogrzeby? – powtórzył głucho.
Graf przyjrzał mu się uważnie.
– Księżniczka pchnęła się sztyletem po śmierci ojca. Chociaż może to też robota Waleriusza i Wenancjusza – wyrzucił z siebie jednym tonem.
Audomar nie wydawał się szczególnie zrozpaczony ostatnimi wydarzeniami. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że opowiadanie wszystkiego Wulframowi sprawia mu jakąś mściwą przyjemność. Trudno mu się nawet dziwić. Nie było między nimi przyjaźni. W przeszłości Audomar miał wiele zatargów z Lotarem.
Cokolwiek oczekiwał to tej rozmowie, jedno mu się udało – Wulfram przez chwilę był całkowicie ogłuszony.
Spóźnił się podwójnie.
Jechał na swój ślub.
Przyjechał na pogrzeb.
Dwa pogrzeby.

*

Johannes Wenancjusz zniknął. Nie można go było znaleźć ani w skryptorium, gdzie spędzał większość czasu, ani w izbie sypialnej. Łatwo zniknąć komuś, kto nie rzucał się w oczy bo – trzeba powiedzieć szczerze – wygląd miał zupełnie nijaki. Radegunda z oczywistego powodu obserwowała go od lat; zawsze kręcił się w pobliżu ojca Waleriusza, podsycając w równym stopniu jej ból co nienawiść. Pamiętała, że był wysoki, szczupły, trudno było nazwać przystojnym, lecz gdy próbowała przywołać w myślach jego twarz – nie umiała. Jakie to dziwne!
Kiedy minęła pierwsza fala gniewu wywołana świadomością, że coś poszło nie tak jak sobie założyła, i Radegunda mogła rozważyć wszystko na spokojnie (tak jak lubiła), doszła do wniosku, że ucieczka młodego kapłana działa tylko na jej korzyść. Gdyby Wenancjusz nie miał niczego na sumieniu, po co miałby uciekać, czego się obawiać?
Dzień jednak zaczął się dobrze. Mimo komplikacji.
Wkrótce trzeba będzie pójść do świątyni, czuwać przy zwłokach króla. Wystawionych w trumnie, lecz okrytych całunem, by zmieniona przez truciznę twarz nie była ostatnim wspomnieniem, jakie zostawi po sobie Merowiusz – król. Lecz plotki żyły własnym życiem. Już niemal każdy wiedział, że potężny wódz Hrutytów zginął powalony trucizną w wyniku spisku uknutego przez anticyjskich kapłanów – słabych ludzi chcących podstępem osiągnąć to czego nie umieli orężem. O to właśnie chodziło.
Radegunda – już ubrana i uczesana – spoczywała w swobodnej pozie na okrytej miękkimi kapami ławie. Jej komnata sypialna była komnatą Hrutyki, ale dość skromnie urządzoną; jedyne ozdoby stanowiły makatki. Podłogę – ładną, mozaikową, ale zimną, przesłoniła dywanem, najpotrzebniejsze rzeczy trzymała w wielkiej, kutej żelazem skrzyni ustawionej po oknem. Podobnie oszczędny był strój królowej: stonowana suknia, welon na głowie, pod nim kunsztownie upięte szpilkami loki. Jeden – tylko jeden! – pierścień na palcu.
W ręku trzymała kielich inkrustowany złotem. Naczynie było puste, ale nie spieszyła się, by napełnić je z dzbana stojącego na przenośnym stoliku Obracała od niechcenia, patrząc jak mieni się złoto, gdy padną na niego promienie słońca. Kielich był bez wątpienia zdobyczny. Stanowił część skarbów zrabowanych podczas najazdów. Być może kiedyś pijała z niego jakaś Wieczna Augusta. Radegunda mimowolnie uśmiechnęła się na tę myśl, ale zaraz spoważniała, bo jedna ze strzegących drzwi służebnych zawołała cichym, miłym głosem, że Grimald chciałby z nią mówić.
– Niech wejdzie – odezwała się królowa głosem, z którego znikło całe rozbawienie.
Odstawiła kielich i zaczęła się podnosić.
Może było to dziwne, ale lubiła przyjmować niektórych mężczyzn – zwłaszcza Grimalda, siedząc. Co innego anticyjscy kapłani, ich właściwie za mężczyzn nie uważała. Ale Grimald był mężczyzną w każdym rozumieniu tego słowa. Nawet stojąc przy nim czuła się Radegunda mała, a cóż dopiero siedząc!
Gdy wszedł, jak zwykle szybkim i zdecydowanym krokiem, już stała, gotowa – przyobleczona w aurę królewskości.
Grimald zatrzymał się w stosownej odległości, po czym ukłonił sztywno. Z niewidocznym rozbawieniem zauważyła u niego pewną nieporadność. Bywało, że nocami, w ciemności, brał ją władczo, z zapamiętaniem i brutalną siłą, której się nie opierała, wyobrażając sobie, że całują ją inne wargi, oplatają inne ramiona. Ale teraz byli panią i poddanym.
– Mów – nakazała surowo.
Od razu wiedziała, że przynosi niewesołe wieści.
– Nie znaleźliśmy go – padła prosta odpowiedź.
Radegunda poczuła, że jej pogodny humor ulatuje jak dym. Księżniczka nadal żyła –gdzieś. Wenancjusz też się ukrywał – gdzieś.
– Czy ty w ogóle potrafisz coś załatwić? Księżniczkę też przysiągłeś znaleźć, a nadal nic – syknęła i pożałowała pytania jeszcze zanim zdołała je wypowiedzieć. I na chwilę stała się po prostu rozwścieczoną kobietą.
Oczy mężczyzny na moment zapłonęły. Wystarczyło, żeby Radegunda to dostrzegła.
– Szukają go moi najlepsi ludzie – odpowiedział głosem jeszcze niższym, bardziej ochrypniętym.
Radegunda dobrze wiedziała, że w ten sposób Grimald maskuje gniew, a ostatnie, czego potrzebowała, to kłótnia. Rozmyślnie skróciła dzielący ich dystans.
– Sugeruję, żebyś w takim razie sam poszukał – powiedziała, uśmiechając się; i żeby załagodzić cios dodała. – Tobie ufam najbardziej.
Uśmiechnęła się, widząc, że Grimald dał się złapać na komplement.
– Teodelindy czy Wenancjusza?
Przez moment rozważała tę kwestię.
Zginąć musieli oboje, chociaż z różnych powodów.
– Jeśli do południa nie znajdziesz Wenancjusza, dołączysz do swoich ludzi szukających księżniczki.
To mogło zając mu dzień, dwa, ale mogło też zmarnować tygodnie.
Nie odsyłała go z lekkim sercem. Na Grimalda naprawdę można było liczyć. Gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego – była pewna – na nim mogła polegać najbardziej, zapracowała na to.
– Tak, pani – Grimald ukłonił się. Włosy zasłoniły jego twarz, a tym samym i wymalowany na niej zawód.
Pozwoliła pocałować się nie tylko w rękę, ale i usta. Pozwoliła nawet na więcej, ale tak, by nie zburzyć kunsztownej fryzury ani potargać welonu.
– Jeszcze jedno – rzuciła przez ramię, gdy mężczyzna zbliżył się już do drzwi - dowiedz się, czy służebna Teodelindy (wiesz, która) miała jakąś rodzinę. A jeśli tak, to jak mogłabym pomóc jej siostrom?

*
Zapoznawszy Wulframa z ponurymi nowinami, graf Audomar nie został, by napawać się widokiem zdruzgotanego syna nieprzyjaciela. Odszedł, mówiąc, że ma do załatwienia „naglące sprawy”.
Wulfram został sam i nawet tego nie zauważył. Podobnie jak brzydkiego, na wpół kpiącego uśmieszku, z jakim go żegnano. Świat wokół mógłby stanąć w płomieniach albo w ogóle przestać istnieć, a prawdopodobnie nic by go to nie obeszło. Tak się czuł.
Chociaż... właściwie to nie wiedział, jak się czuje.
Nie padł zrozpaczony na kolana ani nie zapłakał, bo to nie leżało w jego naturze. Jednak coś go trapiło.
Z pewnością nie był to ten sam ból, który dręczył go po śmierci matki i najmłodszego z braci. Był... inny. Dziwne uczucie, że czegoś brakuje, ale kiedy się nad tym zastanawiał, nie był w stanie określić c z e g o.
Zachodził w głowę dlaczego. Nie wierzył, że Teodelinda odebrała sobie życie. Nie chciał. Lepiej było myśleć, że ktoś ją do tego zmusił albo nawet zabił podstępnie. Ale kto? Waleriusz i ten jakiś tam Wenancjusz? Nie, to nie mógł być on. Więc Childeryk? Łatwo byłoby sądzić kogoś, kogo się nie znało a komu przypadła rola rywala. Nikt inny jednak nie przychodził Wulframowi do głowy. Pretendenci do korony woleliby raczej poślubić księżniczkę, by chociaż przez powinowactwo zbliżyć się do krwi Merowiusza. Wprawdzie królewską krew dziedziczyło się jedynie w linii męskiej, ale czy zmarły król nie miał właśnie takiego sposobu na intronizację Wulframa? A Teodelinda chociaż niewiasta była jednak potomkinią Klodona. Dla Childeryka zaś stanowiła jedynie zawadę. Niebezpieczeństwo.
Ale to były tylko domysły, których nie miał jak potwierdzić. Reginar przepadł, ojciec Waleriusz siedział w celi, niechybnie czekając na śmierć, a ona... Ona już nie żyła.
Czyjaś ciężka dłoń spoczęła na ramieniu Wulframa. Odwrócił się, by spojrzeć wprost w szczere, zatroskane oczy Vincelina. A więc i on już wiedział.
Wulfram ze smutkiem zaczerpnął tchu.
– Chodźmy do świątyni – zdecydował syn Lotara.
Nie nawiązał ani słowem do tego, czego się przed chwilą dowiedzieli, a Vincelin o nic nie pytał. Przyzwyczaił się już, że Wulfram dusi w sobie wszelkie troski i zmartwienia. Za to patrzył. Wulfram nie mógł znieść nawet tego wzroku – smutnego, współczującego. Strząsnął z ramienia pocieszającą dłoń. Ruszył w stronę świątyni, nie patrząc za siebie.
Syn Lotara nie pamiętał największego przybytku Kamiennego Boga ze swojej ostatniej bytności w stolicy. Prawdopodobnie wcale go nie odwiedził. Mówiąc szczerze, chociaż wychowano go w nowej wierze, starzy bogowie nadal wydawali mu się bliżsi. Przed każdą zbliżającą się walką składał ofiarę Ranvanowi – staremu hrutyckiemu bogu wojny. Jego ojciec wiedział o tym i... popierał. Nawet przed wyjazdem do stolicy Wulfram modlił się w pogańskim chramie. Akceptował i szanował istnienie Kamiennego Boga, ale jakoś nigdy nie czuł się z nim związany. Miał nadzieję, że bóstwo nie ma mu tego za złe.
Wewnątrz posępnych murów na nowo dopadły go wątpliwości. Gdy martwe ciało księżniczki znajdowało się tak blisko, trudniej było wmawiać sobie, że Teodelinda padła ofiarą spisku.
Zebrał się spory tłum żałobników, mających – zgodnie z nakazami wiary – czuwać przez pięć siedem, aż ciało – ciała – zostaną pochowane. Wszystkie najlepsze miejsca już dawno zajęto. Vincelin zatrzymał się przy drzwiach, Wulfram poszedł nieco dalej. Mógł zobaczyć, choć z pewnej odległości, dwa katafalki. Wokół nich płonęło mrowie świec. Syn Lotara poczuł nagle, że dalej iść nie da rady. Uważał się za odważnego (a przynajmniej nie za tchórza); nigdy nie uciekał przed walką, nawet jeśli przeciwnik wydawał się silniejszy. Ale teraz pragnął uciec.
Wulfram nie miał pojęcia, czy jego niedoszła żona dochowywała wiary starym bogom, czy może nauki kapłanów uczyniły ją jedną z tych pobożnych cór nowej wiary, które spotykał niekiedy. Niewiele o niej wiedział, bo, mówiąc szczerze, nigdy nie zadał sobie takiego trudu. Teraz tego żałował. Być może, gdyby myślała, że narzeczony, który wiecznie przebywał gdzieś daleko nie jest jej niechętny, nie zrobiłaby tego, co zrobiła. Nie leżałaby teraz w ciemnej, chłodnej i pachnącej zgnilizną świątyni, wśród surowych kamieni.
Padł na kolana, wbijając wzrok w kamienną podłogę; od posadzki wiało chłodem. Długo nie podnosił głowy. Właśnie tutaj uwierzył naprawdę, że córka Merowiusza: jego narzeczona, nie żyje. A on nie wiedział dlaczego. Nie wymagała tego ani stara, ani nowa wiara czy dawne obyczaje, a już na pewno nie wymagał tego od córki ojciec. Chyba że ona sama chciała...
Czy ojciec Waleriusz mógł zwieść wszystkich? Nie tylko Wulframa, ale jego ojca, Reginara, a nawet samego króla?
Wulfram próbował się modlić, ale trudno było otwierać serce i szukać własnych win przed tym obcym bogiem.
Minęło trochę czasu, nie wiedział ile. Ktoś trącił go lekko, klękając obok. Najpierw Wulfram myślał, że to Vincelin, dopiero potem zauważył kątem oka, że obcy ma na głowie kaptur. Gdy pochylił głowę, materiał skrywał górną połowę twarzy. Syn Lotara widział tylko trójkątny, gładki podbródek i orli nos podobny do tych jakie widywało się na starych monetach. Nie rozpoznał żadnego szczegółu. Uznał, że nieznajomy jest kapłanem Kamiennego Boga i wrócił do własnych niewesołych rozważań. Na chwilę...
Drgnął, gdy usłyszał obcy głos.
– Nie upadaj na duchu.
Kapłan mówił melodyjnie, ale cicho. Gdyby nie panujący w świątyni spokój, Wulfram pewnie by go nie dosłyszał.
Zaskoczony odwrócił głowę. Wydawało mu się, że obcy rozmyślnie opuścił jeszcze niżej.
– Ojciec Waleriusz został oskarżony niesłusznie. Reginar zdołał wywieźć księżniczkę. Idź do świątyni Cudownego Guido, a wszystkiego się dowiesz.
Zanim Wulfram w jakikolwiek sposób zareagował. Kapłan sprężystym ruchem podniósł się z posadzki, a potem oddalił się spokojnym krokiem, zgarbiony. Syn Lotara nie zdołał nawet zawołać do Vincelina, żeby go zatrzymał. Nie zrobił absolutnie nic. Mimo swej niedoskonałej wiary był ostatnią osobą, która ośmieliłaby się zakłócać spokój świątyni w takim dniu. Po drugie – usłyszawszy w krótkim czasie dwie sprzeczne, równie nieprawdopodobne nowiny, nie wiedział już sam, w którą ma wierzyć.
Rozsądek, którym zawsze starał się kierować, nakazywał zaczekać na ojca. Lotar powinien przybyć do stolicy za dwa, może trzy dni (Wulfram nie był już pewien, o ile dokładnie wyprzedził grupę). Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego. Ale może też stać się tak, że kiedy graf dotrze do Ilycjum, będzie już po pogrzebie. A ktokolwiek czekał na niego w świątyni, mógł nie chcieć czekać tak długo. I skąd Wulfram miał wiedzieć, że nieznajomy kapłan mówił prawdę? Cały dwór, wszyscy ci zgromadzeni w świątyni ludzie byli przekonani, że Teodelinda leży martwa obok ojca.
Jak Wulfram mógł potwierdzić...
A jednak... mógł.
Wulfram zwykł denerwować się tylko w chwilach namysłu. Kiedy już coś postanowił, spokojnie dążył do celu, jakikolwiek by on nie był, lecz tak długo jak nie powziął decyzji, bał się, że nie dość dobrze osądził przesłanki. Powstał całkowicie spokojny; z mocnym postanowieniem, na które jeszcze przed chwilą by się nie powarzył. Nie oglądając się na Vincelina ruszył spokojnie w kierunku ołtarza Kamiennego Boga, a tym samym katafalków.
Zatrzymał się dopiero przy martwym ciele rzekomej księżniczki.
Martwe ciało Teodelindy spoczywało na marach, przybrane w białą szatę wyszywaną złotą nicią. Kto wie, może szykowała ten strój jako swoją ślubną suknię. Materia ściśle opinała ciało, jakby ledwie je mieściła. Śmierć zmieniała wszystko tak bardzo. Spod półprzezroczystego zwoju materiału, który zakrywał jej twarz wzdłuż całej postaci spływały wyszczotkowane. Tam, gdzie padały na nie promienie słońca – dzień wstał bowiem jakby na przekór, jasny i pogodny – mieniły się niczym złoto.
Powoli, zupełnie bezgłośnie, chociaż leżącej tutaj dziewczynie już nic nie mogło zakłócić spokoju Wulfram zbliżył się do katafalku. Wyciągnął rękę – z zaskoczeniem zauważył, że lekko zadrżała – i niemal dotknął połyskliwej zasłony, ale mu przeszkodzono.
– Co to ma znaczyć!?
Kobieta, bo głos należał do niewiasty, w dodatku takiej, która zna swoją wartość i miejsce, stała tuż za nim.
To musiała być wdowa po bracie króla – Radegunda. Ukłonił się sztywno.
– Ja... – zamilkł na moment, bo to, co zamierzał powiedzieć, nie chciało przejść przez gardło.
– Ciału księżniczki należy się szacunek – z tymi słowami królowa-wdowa podeszła bliżej; Wulfram zauważyła natychmiast, że jak na kobietę jest bardzo wysoka. Jednakże to nie jej wzrost tak go onieśmielał. – Jesteśmy w świątyni.
– Chciałem ją tylko zobaczyć...
Czuł się dziwne zawstydzony, prawdopodobnie pierwszy raz od dzieciństwa. Nie zdobył się nawet na to, by nazwać Teodelindę narzeczoną.
– W żadnym wypadku – usłyszał głos jeszcze surowszy niż jej mina. – Miałeś dość czasu, żeby ją oglądać, a jakoś nie kwapiłeś. Teraz uszanuj chociaż jej martwe ciało.
Obrzuciła mężczyznę takim wzrokiem, że Wulfram z miejsca poczuł się nie tylko jak największy bezbożnik, którego kiedykolwiek nosiła ziemia, ale też tak jakby sam wbił sztylet w pierś Teodelindy. Królowa myślała prawdopodobnie, że to oskarżenie ostudzi jego zapał, ale – paradoksalnie – właśnie dzięki tej reprymendzie Wulfram zdecydował, że musi zobaczyć twarz księżniczki. Być może gdyby królowa wytłumaczyłaby mu delikatnie, dlaczego nie powinien oglądać oblicza martwej narzeczonej, usłuchałby. Prawie na pewno tak by się stało, w końcu zawsze robił to, co należało. Jednak w jej twarzy prócz złości było coś jeszcze, czego nie zobaczył od razu, ale im dłużej trwał cichy pojedynek na spojrzenia, tym widział wyraźniej – STRACH.
Już nad niczym się nie zastanawiał. Jednym ruchem zerwał z martwej twarzy zasłonę. Chciał coś powiedzieć, jego wargi uformowały się odpowiednio, ale słowo zamarło na ustach.
Teodelinda nie była pięknością, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Owszem, jakieś miało – nie oczywiście, by mieć wpływ na poślubienie jej, ale dla jego wspomnień już tak. Martwa księżniczka miała szeroką twarz, wysokie czoło, małe usta i lekko garbaty nos. Zamknięte powieki na wieczność skrył przed mężczyzną tajemnice koloru oczu – Wulfram nie mógł sobie przypomnieć ten fakt z ich ostatniego spotkania, ale mając trzynaście lat nie zwracał uwagi na takie rzeczy.
Leżąca przed nim dziewczyna mimo wszystkich mankamentów urody, czoło miała jasne i gładkie. Bez żadnej skazy.
Wulfram poczuł, że ktoś szarpie go za ramię. Królowa Radegunda stanęła tuż obok, z twarzą pałającą świętym oburzeniem. W ręki ściskała kurczowo migocący materiał, który (zorientował się ze zdziwieniem) musiał upuścić.
– Myślę, że już dość się napatrzyłeś...
W tej sytuacji Wulfram mógł jedynie przepraszająco skinąć głową. Nie odważył się podzielić z królową zamętem nabrzmiewającym w jego głowie.
W drzwiach zaczepił Vincelina.
– Idziemy stąd – szepnął. Jesteśmy potrzebni gdzie indziej.
Przyjaciel zrobił dziwną minę, ale nic nie powiedział. Natychmiast wymaszerował za synem Lotara. Ufał mu, nawet gdy uważał, że Wulfram zachowuje się co najmniej dziwnie.
Na zewnątrz Wulframa oślepiło jasne słońce. Odruchowo przesłonił górną cześć twarzy dłonią. Tylko na chwilę; zaraz opuścił rękę i, mrożąc oczy, rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu człowieka o orlim nosie. Nie znalazł i – prawdę mówiąc – nie był tym zdziwiony.
Po raz pierwszy od rozmowy z grafem Audomarem odetchnął pełną piersią, bez nieprzyjemnego uczucia, że coś boleśnie ściska mu serce. Teodelinda żyła. Była – jeśli bogowie (którykolwiek z nich) pozwolą – bezpieczna.
Wulfram mógłby porwać w ramiona i uściskać Vincelina, który gapił się na niego coraz mniej dyskretnie z niemym pytaniem na ustach. Prawdopodobnie myślał, że jego druh zwariował.
Ruszyli w poszukiwaniu koni. Milcząc. Wulfram rozmyślał nad najbliższymi poczynaniami. Vincelin mu w tym nie przeszkadzał. Czekał, aż przyjaciel sam się do niego odezwie (zazwyczaj tak bywało: po krótszym lub dłuższym czasie), chociaż wyraźnie coraz bardziej korciło go, by zacząć zadawać pytania.
Zaiste, Wulfram wiele miał do przemyślenia. Znał swój cel, lecz był to cel odległy, abstrakcyjny. Nieznany mnich wyjawił mu nazwę świątyni, ale w swej ostrożności zapomniał jednak wytłumaczyć, jak się tam dostać. Wulfram nie znał dobrze stolicy, jego skromna wiedza na pewno nie obejmowała położenia obiektów sakralnych. Mógłby po prostu zapytać pierwszego napotkanego pachołka (chociaż wątpił, czy każdy mieszkaniec Ilycjum zna położenie wszystkich świątyń), ale pytanie o pomniejszą w sytuacji, gdy w największej trwało czuwanie za duszę króla i jego córki, musiałoby obudzić podejrzliwość każdego, kto posiada choć odrobinę rozumu. M ó g ł b y też wysłać samego Vincelina, ale ten wcale nie orientował się w labiryncie ulic stolicy lepiej od syna Lotara. Poza tym tu liczyła się szybkość. Znaleźć Teodelindę i w jak najkrótszym czasie połączyć się z ojcem i jego ludźmi. Taki był plan.
I Wulfram chyba właśnie wymyślił jak zrealizować pierwszy krok.
Przy królewskich stajniach kręciło się wiele osób. Wciąż wyprowadzano albo wprowadzano konie do budynków. Większość zachowywała się niespokojnie, toteż pachołkowie mieli z nimi dwa razy więcej roboty. Wulfram na chwilę stracił przyjaciela z oczu, czym się nie bardzo przejął.
Nie od razu zauważył rudowłosą dziewczynę. Szukał wzrokiem Vincelina – trafił na nią. I jakoś nie potrafił oderwać wzroku. Jego myśli mogła zajmować tylko jedna niewiasta, niemniej zachowanie idącej wydawało mu się co najmniej dziwne. Nawet nie zwracał uwagi na jej urodę (choć zauważył). Obejrzał i ocenił strój – suknia była skromna, żałobna, ale jak to u Hrutytek, nie pozbawiona błyszczących ozdób. Córka pomniejszego pana, bardziej możliwe, że służebna jakiejś nadobnej matrony, zgadywał. Szła... nie potrafił ocenić. Ni to szybko, ni wolno, ale z dziwną gracją, która przypominała skradanie się. Na twarzy o wysokich kościach policzkowych i ostrym podbródku malowały się jednocześnie obawa i determinacja.
Odsunęła się od karego konia, który rzucał łbem na prawo i lewo, tocząc przy tym z pyska pianę. Ktoś nieźle zagonił go po drogach, jednak zwierzę wciąż miało w sobie dość siły, by mocować się z przytrzymującym je sługą. Przed następnym koniem już nie umknęła. Kasztanowy olbrzym, godny chyba samego króla, wyrwał się stajennemu. Rozwierając dziko nozdrza, stanął dęba. Kopyta na moment zawisły groźnie nad głową dziewczyny.
Wulfram drgnął, ale było już za późno.
Koń opadł z powrotem na cztery nogi. Kopyta z impetem całego ciężaru dotknęły podłoża. Hrytutka przyglądała się temu z szeroko otwartymi oczyma. Bezpieczna, odciągnięta w ostatniej chwili przez Vincelina. Spojrzała teraz na swojego wybawcę zarumieniona, chociaż chyba już nie ze strachu, zaraz jednak spuściła skromnie głowę. Vincelin puścił ją wreszcie (i tak trzymał za długo). Odeszła natychmiast, wyrzucając z siebie ciche słowa. Mężczyzna jeszcze przez chwilę spoglądał w ślad za odchodzącą z zachwytem bijącym z twarzy.
Wreszcie dołączył do Wulframa, który powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy.
Vincelin był tym chyba lekko rozczarowany.
– No dobrze – pytanie poprzedziło westchnienie – co teraz?

*
Czcigodny ojciec Teodozjusz zacisnął pomarszczoną, usianą niebieskimi żyłami oraz starczymi plamami dłoń na lasce. Pasowały do siebie jak ulał. Skojarzenia między starczym, wychudłym i kanciastym ciałem najwyższego kapłana Kamiennego Boga a usychającym drzewem nasuwały się same.
Nie tylko laska czcigodnego prezentowała się skromnie. podobnie strój: biała szata, co prawda pozbawiona ozdób, ale uszyta na podobieństwo dawnej togi. Hrytytom lubiącym broń oraz błyszczący przepych taki strój, choć dostojny, wydawał się skromny. Otoczenie, prawdę mówiąc też. Najwyższy Kapłan zajmował dawny pałac Wenancjuszów (zarekwirowany podczas powstawania), uznawany powszechnie za najświetniejszą obok pałacu cesarskiego budowlę w całym Imperium. Teodozjusz był anticyjczykiem z krwi i kości, a to znaczyło, że jego gust rządził się umiarem, ale też wysmakowaniem. Przyjął Radegundę w tablinum, gdzie zwykł pracować. Pomieszczenie to oddziałała zaledwie zasłona od atrium – ozdobnego ogrodu, serca każdego anticyjskiego domu. Przez półprzezroczystą zasłonę Radegunda widziała ozdobny ogród, a także – jakże zaskakująco – posągi. Zdziwiła się, sądziła raczej, że Teodozjusz każe usunąć wszelkie ślady pogańskich kultów. W samym tablinum megli znajdowało się zaskakująco mało sprzętów. Poza duża skrzynią, tylko kilka mebli: skromnych, ale wykonanych z najprzedniejszych materiałów; biurko słynne anticyksjue łoże, na którym można – zależało do przeznaczenia – jeść, wypoczywać albo pisać. Teodozjusz już od dawna nie czytał ani pisał samodzielnie. Jego oczami i prawą dłonią był młody kapłan, za którym przed chwilą zamknęły się drzwi.
To, z czym przyszła królowa-wdowa zdecydowanie nie nadawało się dla uszu osób postronnych.
Królowej-wdowie przypadło miejsce na stołku, naprzeciw biurka. Siedziała na nim niczym rzeźba przedstawiająca ucieleśnienie niewieściej skromności i godności.
– To absolutnie niemożliwie! – czcigodny ojciec Teodozjusz podniósł głos niemal do krzyku.
Radegunda zdziwiła się, że starcze ciało stać jeszcze na taki zryw.
Wytrzymała go spokojnie. Zresztą po tym wybuchu ciałem Teodozjusza wstrząsnął dreszcz, który uciszył go na chwilę.
Trzeba będzie pomyśleć nad wyborem następcy, pomyślała Radegunda.
Spokojnie, z pokornym wyrazem twarzy, poczekała, aż starzec nabierze nieco sił.
– Czuwanie przy ciele zmarłych powinno trwać trzy dni – powiedział tylko.
Radegunda westchnęła w duchu. Jej także zależało na tym, by ceremonia odbyła się z zgodnie z tradycją w jak najdrobniejszych szczegółach. Pośpiech zbytnia opieszałość w niektórych aspektach a zbyt wielka pedantyczność w innych mogłyby obudzić domysły – niebezpieczne domysły. Zależało jej, ależ tak! Zależało, aż do chwili, gdy w całą sprawę wmieszał się Wulfram. Przeklęty! Jego bliskie przybycie zawadzało Radegundzie głównie ze względu na Childeryka, ale teraz syn Lotara zaczął zwyczajnie jej zagrażać. Nie mogła mu przeszkodzić w ujrzeniu twarzy domniemanej księżniczki. Ostatnie czego potrzebowała, to awantura w świątyni i zwrócenie uwagi zbyt wielu osób. Na szczęście oboje zasłonili potencjalnym świadkom widok martwej twarzy dziewczyny.
On wiedział!
Radegunda zobaczyła to jasno i wyraźnie, gdy tylko spojrzała w oczy młodego człowieka. Zgadł jakoś lub – co bardziej prawdopodobne – doniesiono mu (Waleriusz miał sporo lojalnych ludzi, niepodobna pozbyć się ich wszystkich), że to nie jego narzeczona leży na marach. Tym samym podpisał na siebie wyrok śmierci. Radegunda naprawdę nie lubiła bezsensownego rozlewu krwi. Jej decyzja nie miała nic wspólnego z niechęcią do syna Lotara. Stanowiła całkowicie pragmatyczny wybór. Nie o to tyle lat planowała i tkała swoją zemstę. Nie mogła pozwolić, by wszystkie jej wysiłki zniszczył jeden krnąbrny mężczyzna.
Ojciec Teodozjusz sięgnął po kielich z winem dla przepłukania gardła. Pił je małymi łyczkami (jak wszyscy anticyjczycy pewnie rozcieńczał wodą).
Był chyba gotów do dalszej rozmowy.
– Nie prosiłabym o takie odstępstwo, gdyby nie chodziło o zachowanie pokoju – odezwała się znów, najpokorniejszym głosem, jaki przez lata zdążyła wyćwiczyć. – Brat mojego męża, król, nie żyje. Został otruty. Ojciec Waleriusz, mimo nalegań, milczy, a przecież to oczywiste, że musiał mieć wspólników...
Dobrze, że poczekała aż ojciec Teodozjusz odłożył kielich. Na pierwszą wzmiankę o wiarołomnym Waleriuszu, stracił na chwilę oddech. Ciągle się z tym nie pogodził.
– Nie pojmuję, dlaczego... – odezwał się cichym, drżącym głosem.
– To Wenancjusz – przypomniała.
Wszyscy zdawali się o tym zapomnieć, a ona przeciwnie – chciała żeby pamiętali. Tak jak ona pamiętała.
Mętne oczy wpatrywały się w nią przez chwilę. Przez ten krótki moment Radegunda miała wrażenie, że widz w nich jakąś iskierkę – może wspomnienie, ale szybko zgasła.
– Waleriusz wyrzekł się swojej rodziny prawie ćwierć wieku temu, kiedy ogolił głowę i przywdział habit. Znałem go cały ten czas i nigdy bym nie pomyślał, że w jego sercu może się zagnieździć zdrada.
Na twarzy królowej odmalował się smutek, którego bynajmniej nie czuła.
– Zwiódł nas wszystkich. Więzy krwi i rodowa duma okazały się jednak silniejsze, skoro postanowił osadzić na tronie własnego bratanka.
To właśnie Waleriusz wybłagał u Merowiusza łaskę dla ostatniego pozostałego przy życiu pomiotu rodu Wenanjuszów. I król zgodził się. Za cenę ogolenia głowy i wyrzeczenia się na zawsze miana mężczyzny pozwolił Johannesowi żyć, a Waleriusz miał nad nim czuwać. Okazał łaskę, chociaż to Wenancjusze knuli przeciw niemu spisek. Przez nich Radegunda straciła najpierw męża, a potem na wiele lat syna. Kilka zwycięskich potyczek ośmieliło Chlotara (jej ukochany mąż oczywiście wyprawił się wspomóc brata) do marzeń o odebraniu cesarstwu kilku północnych prowincji. Plany były śmiałe i miały w sobie rozmach (za jedno i drugie Radegunda go kochała), ale nie niemożliwie. Powiodłyby się, gdyby Chlotar mógł liczyć na pomoc swojego brata. Ale Merowiusz po śmierci Todoryka przestał być sobą, nie tylko nie wsparł Chlotara w potrzebie. Po jego śmierci nie uchronił także Childeryka – pozwolił odesłać go na południe jako gwaranta pokoju. Jednocześnie darował życie Johannesowi Wenancjuszowi. Miał więcej miłosierdzia dla chłopca o twarzy, w której nie na niczego godnego zapamiętania, niż do własnej krwi!
Mimo upływu lat Radegunda wciąż nie mogła myśleć o tym spokojnie ani wybaczyć. Za każdym razem, kiedy powracała myślami do przeszłości jej ostudzony, zahartowany gniew wybuchał nowym płomieniem. Miała nadzieję, że nie drży z wściekłości.
Odezwała się znowu:
– Ojciec Waleriusz może być wiarołomny, ale na pewno nie jest głupi. Nie robiłby tego, gdyby nie miał widoków na powodzenie oraz wspólników.
Tym razem Czcigodny najwyższy kapłan nie protestował.
– Jeśli tron zbyt długo będzie stał pusty, możni zaczną wadzić się o władzę. Graf Lotar nie będzie zadowolony, że korona wymknęła się jego synowi z rąk. Może próbować narzucić swoją wolę.
Ojciec Wulframa nie był ulubieńcem duchowieństwa, wręcz przeciwnie. Teodozjusz miał o nim mniej więcej takie samo zdanie jak kapłani, którzy mieli nieprzyjemność stykania się z upartym Hrutytą podczas wydawania sądów. Skrzywił się na samo wspomnienie jego imienia. Dlatego właśnie Radegunda podniosła ten argument. Od dawna wiedziała, że większość sług Kamiennego Boga wolałaby na tronie kogoś bardziej... pobożnego. Teraz zamierzała zaproponować kuszącą alternatywę.
– Przed chwilą Wulfram wywołał zgorszenie w świątyni.
Była lekko rozczarowana, że jej nowina nie wywołała spodziewanego efektu. Ktoś już musiał donieść Czcigodnemu o tym jak syn Lotara zdarł welon z twarzy niedoszłej oblubienicy. Najwyższy kapłan przez chwilę pomamrotał coś pełnym wzburzenia szeptem, ale właściwie to było wszystko.
– Zanim Lotar przybędzie ze swoimi stronnikami wciąż jest jeszcze szansa ukoronowania prawowitego następcy. Następcy wychowanego zgodnie z naukami Kamiennego Boga, na cywilizowanym i prawowiernym tronie basileusa.
Widziała, że jej słowa dały staremu człowiekowi wiele do namysłu. Wiedziała przy tym, że w głębi serca Teodozjusz podziela jej zdanie. Nie zamierzała jednak jeszcze składać broni, nawet jeśli kolejny krok był bardzo ryzykowny.
– Żałoba powinna trwać pełne siedem dni – przypomniał Teodozjusz z nagle nieugiętą miną.
– Za każdy dzień zwłoki książę Childeryk jest gotowy ufundować nową świątynię, bądź dokonać naprawy w dowolnych dwóch innych.
Czcigodny Najwyższy kapłan Kamiennego Boga uniósł głowę.
Ich spojrzenia spotkały się.

*

Gisela czekała na swoją panią pod drzwiami.
Ruszyły, milcząc. Dopiero po opuszczeniu pałacu, królowa przerwała ciszę.
– Przekazałaś wiadomości? – Radegunda mówiła bardzo cicho.
Jedną dla jednego z ludzi Grimalda, żeby śledził Wulframa. Drugą dla samego Grimalda, brzmiała: „Zostaw Wenancjusza, zabij syna Lotara”.
Służebna skinęła głową. Wciąż była blada. Radegunda wiedziała jak bardzo dziewczyna boi się koni; w dzieciństwie jeden omal jej nie zabił, zrzucając. Tego rodzaju wiadomości mogła jednak powierzyć tylko komuś zaufanemu. A Giseli ufała.
– Kiedy wrócimy do moich apartamentów wybierzesz sobie jakiś pierścień z mojej szkatuły.
Twarz dziewczyny nieco się zaróżowiła.
– Dziękuje, wasza wysokość.
Radegunda wyprostowała się z godnością. Czekało ją teraz czuwanie i modlitwy. Na szczęście nie będą trwały długo. Przed zachodem słońca Hrutyci podniosą na tarczy nowego króla.
Co zaś się tyczy Wulframa, to dla Childeryka naprawdę będzie najlepiej, jeśli syn Lotara po prostu zniknie.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

Post autor: Kruffachi » 01 marca 2018, 17:14

Na pewno dobrym wyborem i zagraniem było to, że ten rozdział poświęciłaś w sumie tylko dwóm bohaterom. Tego brakowało, bo na początku wrzuciłaś ich multum - i dobrze, tego wymaga rozmach świata, tego wymaga opowieść o ludziach u władzy, konieczność nakreślenia tła i rozstawienia wstępnego pionków, żeby potem nikt nie miał pretensji, że biorą się znikąd i wyciągasz ich z pudełka, kiedy są potrzebni. Ale fajnie, że nastąpiła ta swego rodzaju chwila oddechu, bo dzięki temu jestem sobie w stanie lepiej główne figury usystematyzować i - co najważniejsze chyba w fantasy igrającym z polityką - przyswoić i zapamiętać imiona, żeby potem nie latać jak kot z pęcherzem i móc w pełni docenić skrojoną przez Ciebie intrygę. To pozwala też nieco lepiej ich poznać już nie tylko jako hasła, ale też osobowości, które tworzysz na pewnej kulturowej bazie. No i tak, zarówno Wulfram, jak i Radegunda są dosyć archetypiczni - nie wiem w sumie, czy w ogóle zamierzasz pogłębiać ich portrety, bo chyba nie to jest Twoim zamiarem - ale obojgu dostaje się pewien zestaw fajnych szczegółów. Ta nienawiść do wilków Wulframa np. albo skontrastowanie go z ojcem, zaznaczenie, że chociaż wielki, dziki Huryta, to jednak łagodniejszy i bardziej otwarty - no bo też już z innego pokolenia po zderzeniu cywilizacji, prawda? To mi się podoba. Otoczka Radegundy może jara mnie ciut mniej, bo dostaje tych klasycznych pomagierów - przestraszoną dwórkę i wojownika-kochanka i oczywiście lubi być brana gwałtownie i brutalnie, no ale to ja, ja lubię przełamania archetypów, Ty już wyraźnie dałaś znać, że nie to jest Twoim celem i że będziesz się do klasycznych zagrań powieści historycznych odwoływać z całą mocą, co szanuję i co ma oczywiście wartość.

Tak że duży szacun za poukładanie planszy i za rozszerzenie tła, bo tak niby mimochodem przemycasz kolejne informacje, jak choćby tę o Wenancjuszach, co jest w sumie dość zaskakujące i zagęszcza i tak już dość napiętą atmosferę. O, i ładny jest ten motyw, to stwierdzenie Wulframa, że jechał na ślub, a przyjechał na pogrzeby. To zadziałało, taką dało emocję w tym jednak przez sztafaż odrobinę dla mnie zdystansowanym, teatralnym tekście (ale to po prostu jest tak, że ja powieści historycznych nigdy nie przeżywałam - poza dość szczególnymi Królami Przeklętymi, co nie znaczy wcale, że ich nie lubię).

Trochę było literówek, jakieś zagubione słowo - przyznaję, znowu nie łapałam.

Z zarzutów mam głównie ten, że trochę wydarzenia i świat zdają się iść na rękę bohaterom. Jakoś tak wychodzi, ze zawsze w okolicy znajdzie się ktoś ważny do interakcji, ktoś coś posłyszy (Wulfram na początku informację o pogrzebach), kogoś zobaczy (znów Wulfram dwórkę), ktoś do kogoś podejdzie, się zorientuje i tak dalej. Tu bym się chyba na przyszłość - może nie w tym tekście, może w innych, nie wiem - pokusiła o próbę mylenia tropów. Bo to jest taka specyfika tego tekstu, że dajesz wgląd w głowę wszystkich ważnych postaci pełen, że nie starasz się na siłę robić tajemnic z tego, czego można się domyślać - za co chwała - ale wydaje mi się, że wydarzenia aż za łatwo wskakują na swoje miejsca i trochę Ci przez warstwę fabularną przebija plan powieści.

No, dziękuję za uwagę ^^
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

Post autor: Kanterial » 25 marca 2018, 17:03

Ja bym się mogła nad tym tekstem rozpływać i na pewno wszyscy już o tym wiedzą :facepalm: więc postaram się wykrzesać cokolwiek przydatnego dla ciebie, ale raczej będą ochy i achy, bo nie dość, że - nie ukrywam - totalnie nie jestem obeznana ani w schematach, ani w historii (a czerpiesz z nich właśnie), to jeszcze nie umiem spojrzeć naprawdę krytycznie na coś, co mnie tak rozbraja.

Więc może najpierw garść bełkotliwych przemyśleń i wrażeń: jeju, nie spodziewałam się tej nienawiści Wulframa do wilków. Naprawdę, jakoś... sama nie wiem, wszystko wskazywało, że to będzie jakiś łącznik w kierunku "wilkołaki" (bo wiesz, jednak na to czekam!), a tu nagle okazuje się, że syn Lotara jest taki wcale nie wilczy (OMG JAK JA KOCHAM TO, ŻE ON JE ZABIJA ZE STRACHU, TO JEST TAK ŚWIETNY MOTYW) i wręcz cywilizowany. I to mi się tak cholernie podoba, że to nie dzikus i nie prostak, że jest połączeniem tej barbarzyńskiej krwi z wychowaniem w "podwójnej" wierze. Cała w ogóle wstawka o tym, że Wulfram zachowywał starą wiarę i wolał pogańskie zwyczaje, ale jednocześnie szanował nową religię <3 rozbroiło mnie. I najbardziej rozbroił moment, gdy padło, że "miał nadzieję, że nie będą mieli mu za złe" czy coś, pewnie przeinaczyłam. Ale no, to jest tak fajne, jak on w ogóle traktuje bogów...
Pewnie podniecam się oczywistymi rzeczami, bo jestem totalnym laikiem i każda rzecz mnie urzeka, nawet gdy wspominasz o takich szczegółach jak skrzynie przy łóżkach, czy o tym, że Hrytutom zostały te ciągoty do ozdób i bogactwa (serio, widzę to tak wyraźnie, te kontrasty skromnych strojów i brak umiaru niekiedy).
Co jeszcze, ach, oczywiście, Johannes *fangirl mode* ekhe, chciałabym coś merytorycznie, ale...
...alejohannes
Pamiętam, że jak mi wysłałaś ten trzeci rozdział, to taka mnie zszokował cały wątek z rodziną Wenancjusza, że nie mogłam dojść do siebie. No ale czułam od początku, że to nie jest jakiś zwykły chłopak i sprawdziło się! I znów, jak mnie rusza ta historia, że ojciec Waleriusz (omg, więzy krwi, bratanek!) go uratował i że za cenę takż Johannes może żyć... W ogóle, to wyzbycie się miana mężczyzny jest tak poniżające jakoś, gdy się spojrzy z perspektywy postaci pokroju Wulframa właśnie, ale może plotę od rzeczy.
Strasznie kibicuję Johannesowi, a więc i księżniczce (ta akcja ze zrywaniem całunu z twarzy *______*) i Wulframowi. Zarówno jego pojawienie się w mieście, jak i starcie z nieprzychylnymi bohaterami i totalny mętlik od natłoku informacji, podobały mi się szalenie.
Tu też może zaznaczę, że faktycznie widać mocno jakie masz zamiary i choć perspektywy postaci zmieniają się, to główny wątek nikomu nie umyka. Wulfram łatwo przejrzał "te nieprawdziwe" informacje, łatwo dostrzegł strach na obliczu królowej-wdowy i nie dał się zwieść oskarżeniami wysuwanymi wobec Waleriusza... Co znaczyłoby, że sporo ludzi również nie uwierzy w spisek Radegundy. Choć kto wie.

Sama Radegunda jara mnie strasznie, jest klasyczna ale przekonująca. Jej spotkanie z duchownym <333 i ta DELIKATNA sugestia pod koniec XD Naprawdę mnie rozbraja, a jej zimna kalkulacja i te wtrącenia, że w sumie to niczego do Wulframa nie ma i nie lubi zbędnego rozlewu krwi, ale niestety, cóż, stało się, chłopak musi zginąć... no jestem fanką, naprawdę. I też podobało mi się, choć oczywiste, zagranie z rudą służką. To było ładne, ta scena z przyjacielem Wulframa i nią, a potem szybki rzut kamery z innej sceny i już wiem, że dziewczyna ma związek z tajemnicami Radegundy.

To wszystko jest jasne i tak naprawdę nic zbyt długo nie trzyma w napięciu - bohaterowie podążają zaplanowanymi ścieżkami. Mnie osobiście jara historia, której jeszcze nie znam i naprawdę czekam na wilkołaki. No i Johannes, ok, Johannes, mogłabym czytać tylko dla niego. Więc mówię wprost - nie przeszkadza mi widoczny zamysł, przezierający spod tekstu, ani to, że postacie wypełniają po prostu swoje role, szybko orientując się w fabularnych zawiłościach. Lubię to u ciebie. Kocham ten język i choć naprawdę dużo w tej wstawce literówek i błędów (Kimchee, naprawdę... naprawdę XD) i zjedzonych liter, to... no uwielbiam i już. Czytałam kilka razy.
Wikingów mam już wydrukowanych i czekają na spokojny czas, gdy znów będę czytać do snu.

No i nie wyszło merytoryczne komentowanie :facepalm:
za bardzo mnie ten tekst urzeka swoim tempem i tak naprawdę choć miałabym normalnie zarzuty (choćby o narrację, która czasem dziwnie łamie czwartą ścianę) to nie mam ich, bo wszystkie znikają natychmiast. Postaram się następnym razem wypowiedzieć mniej fankowsko i bardziej pomocnie.
No i jeśli chcesz, to chętnie wyłapię ci te miejsca z błędami i literówkami, choć pewnie takie rzeczy będziesz robić po skończeniu całości.

Czekam. Proszę, pisz i wrzucaj
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

ODPOWIEDZ