Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Podróżny [16+]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 04 maja 2017, 10:47

Gerardzie

Już jestem w drodze. Jak tylko dotrę do Gremdge porozmawiam z Muab. Oby na dobre wyszła strata Twojego czasu. Nadrabiam uczynkiem dla obu stron i za obie trzymam kciuki. Opowiem się wkrótce.

Otto Łapienny
6 – ego Zmroźnego

●Rozdział 4

{langockie zapiski pracy wywiadowczej przy Bielanym Wąwozie pozyskane dzięki Fibuli,Ozdobna zapinka a przechwycone po wojnie i przetłumaczone na robdański}

- Kocham cię – wymruczał Zygfryd całując swoją żonę.
Leżeli razem na posłaniu ze skór niedźwiedzich, widać było gwiazdy przez otwarty szczyt rycerskiego namiotu.
- Kocham cię – powtarzał głównodowodzący pogranicznym garnizonem i Przydziałem Celników – kocham twoje pachy.
- Kocham twoje piersi. I sutki – czuło gryzł ciało wybranki serca.
- I pęciny - wyliczał dalej, liżąc srebrny kolczyk wkłuty w pępek. Gładził kolana i uda.
- Pęciny? Jak do konia, mój drogi. Wyobraź sobie, że ja mam pęcinki! Zapamiętaj to sobie wreszcie – droczyła się Daria, małżonka Prefekta Pogranicza dowodzącego I Chorągwią.
- Pęciny czy pęcinki, śliczne bez dwóch zdań.
W końcu zadała pytanie z uśmiechem, oczekując uczciwej odpowiedzi.
- Co zrobisz jak cię zdradzę, mój miły?
- Nigdy mnie nie zdradzisz. Wiem to. Miałaś ku temu wiele okazji, nadal wchodząc do namiotu nie muszę się schylać.
- Ja bym obcięła ci kuśkę. Odgryzła. Podczas uciech cielesnych.
Wzdrygnął się mąż, na okrutną tak karę nie był gotów.
- Nigdy tego nie uczynisz. Po pierwsze za bardzo kochasz mojego kutasa. Po drugie zawsze będę ci wierny.
- Wiem, mój miły. Może czas na kolejne dziecko? Teraz, kochaj mnie. Długo i ostro. Teraz.
Zrobili to z nadzieją na cud życia, który się zrodzi. Losy się odmienią, już poczynania wprowadzono w obrót, już plan się wypełniał.



Pobudkę zgotowały dzieci, w chłodny, zimowy ranek. Domagały się uciech, znudzone ciągłą szermierką. Gustaw jako młodzik jeszcze, z dziesiątką wiosen, na słowa starszego brata zważał: „Langota - hołota, trza z daleka ubić - rąk robdańskich nie brudzić”.
- Natychmiast hartować się śniegiem! - Zygfryd zdrowo chował swoje pociechy – Dziś urodziny waszej mamy!
- Wiemy! - chórem wykrzyczało rodzeństwo.
- Migiem na zewnątrz! I wetrzeć pastę w zęby!
Wybiegła dziatwa na figle, małżeństwo mogło się ubrać. Daria z domu Leszczyńska, założyła obcisłe skórzane spodnie, buty z czubkiem i wywiniętymi cholewami. Piersi przepasała jedwabną chustą, przez głowę przełożyła lśniący i pręgowany kubrak. Kasztanowe włosy związała w kucyk, uszy przyozdobiła kolczykami z szafirem. Przywiązała kordzik i założyła futro.
Wierny mąż już stał w tunice, z wyszytym herbem. Na nogach miał ciężkie buty, miecz przy pasie mu zwisał. Na ramiona zarzucił korzno Rodzaj krótkiego płaszczaobszyte kożuchem, a spięte naszą Fibulą. Postawę miał zacną, chód mocny i wzrokiem kłuł niczym orzeł. Rycerskie życie nadało sylwetce rzeźbę, druhny małżonki wciąż były zazdrosne.
Domyśliłaś się, jaki mam dla ciebie prezent? – spytał dowódca, objął żonę barczystym ramieniem, chwycił za pośladek.
- Tak. W końcu razem postrzelamy!
- Zgadłaś! – roześmiał się Zygfryd - szykuję mojej rodzinie turniej!
Całując się jeszcze, wyszli przed namiot. Trwała zabawa śnieżkami, bracia byli cali czerwoni na twarzy. Zmieniano ranne warty, kolejni celnicy szykowali się do pracy. W powietrzu czuć było zapach smażonej szynki, śpiewano piosenki i grano w karty. Przy Bielanym Wąwozie obozowała I Chorągiew Zygfryda, szlachcica z rodu Walecznych.
- Do mnie! Dzisiaj nie ćwiczymy miecza. Mam prezent dla waszej matki, zawsze chciała zobaczyć mnie z kuszą. Robię to dla niej, drogie maluchy – sprawił ojciec radość rodzeństwu.
- Proszę – wyjął jabłko z dumą młodszy brat – cienko obrałem.
- Dla ciebie, mamo – uśmiechnął się starszy – w prezencie. A ode mnie pudełko pudru. Z pieniędzy co dałaś na targ w Zabrzeżu, na słodkie bułki, lizaki i lukrowane rurki. Nie gniewaj się, musiałem coś ci kupić.
Daria przyklękła, objęła synów i wyszeptała im do ucha – Dziękuję moi mali rycerze. Wstając dodała głośno – Kto mnie dzisiaj pokona w strzelaniu?
- Ja! - roześmiał się Gustaw.
- I ja! - dodał Konrad.

Rodzina szła środkiem obozu. Knechci pozdrawiali Zygfryda lekkim ukłonem, słychać było stuk młota o kowadło. Oddział strzelniczy już stał w szyku, w rozstawionych tarczach tkwiły bełty.
Na bok kapitana wziął prefekt, palcem wskazał słomiany stojak.
- Wyciągnąć strzały. Farbą cel poprawić. Broń nam przynieście, wiadro z zapasem, najlepszego żołnierza przyprowadzić. I ćwiczyć dalej. Ćwiczyć!
Wykonano rozkaz, pojawił się kubeł, wymalowano nowy stojak. Naciągało rodzeństwo samostrzałyInaczej kusze, pomagał im doborowy żołdak.
Rozpromieniona Daria wciąż trzymała ogryzek, nie chciała się pozbyć podarunku. Cieszyła się bardzo.
Spróbował szybko Waleczny, chcąc mieć to za sobą, zmrużył lewe oko i położył palec na spuście. Pocisk poszybował w powietrze, nie trafił w tarczę, wylądował w śniegu.
- Chyba ostatnie miejsce zajmę, to nie broń dla rycerstwa. Dla nas koń, miecz i zbroja. Toczyć pojedynki, kopią z siodła wysadzić.
- A ja uważam inaczej, mój drogi mężu. Gdybyście kusze mieli bądź łuki, i przeciwnika z odległości ubijali, to i z okiem przebitym śmierć byłaby szybsza. Zbroję byście po przeciwniku całe mieli, mniej byście się utrudzili. Mniej zawziętości, zwady i porachunku.
- Głupiaś. Ty rycerzem nie jesteś. I do tego kobietą. Ty takich spraw nie rozumiesz. Tu chodzi o honor. I waleczność. I męstwo. Ty moje nazwisko nosisz, teraz z Walecznych jesteś.
Strzelił Konrad i trafił w czerwone koło, w sam środek. Po nim Gustaw, a kusza mu ciążyła, na kolano przykląkł i wycelował. Bełt przeleciał wysoko, odbił od celu, koziołkiem spadł w biały puch.
- Za ciężkie to dla mnie mamo, i celować trudno. Ale w tarczę ojcze trafiłem.
Przygotowała się Daria i stojąc w rozkroku, puściła strzałę. Grot wbił się przy krawędzi. Następnie Zygfryd broń w górę podniósł, pofrunął pocisk, zawadził o obręcz. Serię kolejną wykonały smyki, ze skutkiem tym samym. A na końcu Daria w dziesiątkę trafiła.
- To jak wojowanie dzieci drogie, pamiętajcie że Langota sam sztywno w polu stać nie będzie – pouczyła ich matka.
Nie odzywał się prefekt, długo wpatrywał przed siebie. W końcu podniósł samostrzał, bez celowania pofrunął bełt. Słomiany stojak przewrócił się. Kusznicy przerwali ćwiczenia, przydzielony im strzelec podniósł cel, postawił z powrotem.
- Chyba już mamy zwycięzce – przeczuwał Waleczny schyłek rycerstwa.
Oczy miał niczym stal zimne. W końcu się uśmiechnął, oddał broń.
- Konrad! W nagrodę sedżański sztylet. Ja idę się przespać, w góry wyruszam po obiedzie.
Turniej zakończył się.

Zwiadowcy z prefektem szykowali się na wypad, zabrano liny i czekany. Gdy wyruszono, słońce było w zenicie, oślepiał śnieg.
Łagodne podejście zamieniło się w kamienisty szlak, doszli do stromej grani. Wąwóz po lewej był niewidoczny, zaczął się trud wspinaczki. Pomocne były wkute łańcuchy, zdobyli szczyt, w czwórkę położyli na odgarniętym śniegu, przy samej brzozie. Odezwał się zwiadowca Waruch, tropiciel i przepatrywacz.
- Po staremu panie Prefekcie. Sami kupcy i ochrona. Aż się błyszczy od tych szpad. Szykowni skurwiele.
- Nie klnijcie przy mnie Waruch, tylko przed siebie patrzcie - upomniał Waleczny.
- Pusto. Ale...Ale...
- Kurwa, Waruch! Czkawkę macie?! Jąkałą na starość zostaliście?!
- Z daleka ledwie widoczna, szła awangarda żołnierzy.
- Mówcie co widzicie!
- Armia langocka.
- Już widzicie, że Langoci? Nie najemna? Nie sojusznicy? Nie Wielki Mór?
- To nie Zwid Wielki, żadne duchy, mary i omamy – odezwał się spokojnie Joachim, wypluł tytoń – Langoci.
- No to chyba panie rycerzu idziemy się przywitać? - spytał Fabian, najmłodszy z całej trójki zwiadowców – gołowąs, bardzo wyrywny i śmiały. W rękach trzymał wisiorek od matki, kurczowo go ściskał w ręku. Śmiałością do szlachcica tłumił uczucie strachu, przeczuwał nieuchronną wojnę.
- Nie tym tonem, Fabian. Dzisiaj całą noc na warcie jesteś. Schodzimy na dół – dokończył rozkazem Zygfryd Waleczny.

Straż przepuściła tropicieli przez wąwóz, pozdrawiano dowódcę na granicy. Cała czwórka szła drogą w stronę Langocji. Mijali skrzynie z wódką i worki z tytoniem, celnicy szukali kontrabandy.
Środkiem ścieżki nadjeżdżała konno postać. To z kolumny przybyłego wojska wyjechał dowódca VII Armii Królewskiej, generał Fryderic de Quverte. Pogładził krótką, równo przystrzyżoną brodę, śliną podwinął wąsa i dumał tak zapewne: {tego nie tłumaczymy, to domysły - dop. Karol Praska} „Quivre banda boccus.”Zjawiła się banda obszarptusów Okrążał całą czwórkę na rumaku, a pewnie i myślał dalej: „eX y qot. eX. eX. eX frau Lang. Langoue. Nay jutte. Ne gyeg. Langoue. Dovodca Chorongyev. Valecny”. Ten z hakiem to chłop. Ten drugi też. I trzeci. Ten ma herb. Szlachcic. Bez konia. Bez tarczy. Szlachcic rodowy. Dowódca Chorągwi. WalecznyPrefekt stanął, poczekał na jeźdźca i przedstawił się:
- Zygfryd Waleczny, Dowódca I Chorągwi.
- W polu czerwonym na czarnym rosochaczu trzy róże barwy pierwszej, żabi pysk stalowy, otwarty i w prawo zwrócony. Zwieńczony labrami, żółto-niebieskim zawojem. Cymer, Wywerna szara pospolita. Dewiza: „Walcz, Nigdy o Miłość” – widząc herb na piersi zblazonował Przedstawienie herbu wykonywane np. przez herolda lub giermkade Quverte – Porozmawiamy.
- Nie mamy tu armii, harcowniku. Pokój jest przecież. Granicą dowodzę i chorągwią, mam celników na służbie.
- Nie jestem harcownikiem. Ano jeszcze pokój. Bez honoru i tak jesteście. Z chłopami ramię w ramię stoicie – zauważył Fryderic.
- Rycerski honor mam. To ludzie w pieczy mojej, nie bratam się z nimi.
- Pospólstwo. Odpraw ich. Jestem Atege Generał po langockuFryderic de Quverte – przedstawił się w końcu oficer – Prowadź do obozu.
Dojechały straże z przełęczy, wierzchowca dostał prefekt. Dowódca VII Armii Królewskiej spiął rumaka i ruszył z Zygfrydem.

Daria Leszczyńska czekała na męża, dzieci zaciskały pięści. Tępo patrzyły na ordery z Cempe Vangocya8. Zygfyd machnął ręką, bez słowa odprawił rodzinę.
Z konia zsiądźcie mości Frydericu, zapraszam.
Zeskoczył jenerał i wszedł do namiotu, od razu usiadł na zydlu. Zapalił papierosa z langockiej mieszanki, zaciągając dymem.
- Śnieg jeszcze leży. Zmroźny dopiero, w zimie wojen nie toczymy – przypomniał rycerz.
- Tytoń. Wpuścicie kupców. Tytoń. Dobry tytoń.
Wstając z taboretu Zygfryd uśmiechnął się. Wszystko zrozumiał. Podszedł do ściany z tkaniny, bawił się sznurowanym pętlami.
- Pojąłem panie generale. Powiedźcie mi czy macie żonę?
- Nie.
- A dzieci?
- Nie.
Waleczny odwrócił się, przyjrzał postaci siedzącej przy stole. Ten nadal palił, z lekkim uśmiechem patrzył jak żarzy się tutka i dopala filtr.
- Przekażcie moje słowa – Langota dwoma palcami zgasił papierosa. Wstał, pogładził wąs, na konia zawołał wychodząc. Bez pożegnania ruszył w stronę VII Armii Królewskiej, odprowadzał go wzrok prefekta.


Straż odchyliła zakosy materiału. Wszedł nowy hetman królewski, Albrecht herbu Górka i wręczył Walecznemu pismo.
- Czytajcie.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 26 czerwca 2017, 11:06

Na początek znowu inwersja, a później trubadurski zaśpiew. Napiszę tak, zasady stawiania przecinków są mi znane od czasów podstawówki. Powiedzmy, że sobie radzę. W tekście ich nadmiar (właściwie każde zdanie ma dwa) zastosowałem specjalnie. Tak samo jak "I" oraz "A" na początku zdań, wykrzykniki na końcu. Dzięki temu zabiegowi całość ma rytm, do tego czytelnik musi się przyzwyczaić, "przestawić" na "rap-fantasy". Szczerze zastanawiałem się nad zapisem nutowym, to ma być "tatata-tatata, (przecinek) "tatata-tatata", (przecinek) "tatata-tatata-tata" :D

Gerardzie

Czas straciliśmy ale dzięki temu skrytą potyczkę wygrać możemy. I taki plan Błazen Królewski obmyślił, coby na korzyść naszą wszystko obrócić. Kontrakt znamy, działania nasze ułatwi. Pilnuj Baby dobrze, z Chłopem szans możesz nie mieć.

Marco da Frost
7 – ego Zmrożnego

● Rozdział 5

{z pamiętnika Gerdy Wuht}

- Znam go! - co wiem już po latach, wierutnie Marzanna skłamała.
Przybysz na ławie się rozsiadł, stół bliżej siebie przesuwając, a ja podniosłam lutnię głęboki oddech wziąwszy. Uspokoili się wszyscy, mąż mój również Czarnik rozpoznał, Podróżny miecz schował do pochwy.
Talię kart z torby nieznajomy wyciągnął, brązowymi oczyma po izbie wodził. A czarownica przysiadłszy się do niego, fifkę z tytoniem już paliła.
Nie wysoki był gość, w kubraku szarym i butach brudnych, bez broni. Twarz miał zwyczajną i pogodną, uśmiechał się ciągle, sympatię swoją nam okazując.
- Gramy. Jaka stawka? - od razu do rzeczy przechodząc, równo monety na stole ustawiał.
- Dziesięć talarów – mieszek z pieniędzmi wyciągając i grosz rękawem przetarłszy, na środek stołu monety wiedźma przesunęła.
- Zaczynaj – usłyszała baba czarowna, zdziwiona propozycją.
Karty przetasowała, pięć w ręku zostawiając, to rozdanie pierwsze. Wyłożyła [Dzika – Trzy żołędzie].
- Zwierzę. Przeczuwam, że Łowy blisko – i wróżyć zaczęła.
Wypiszę teraz imię, co poznałam niedawno, imię gracza co z Przedmiotem przyszedł. Gerard się zwał i na stół wyłożył [Króla – Cztery fajansy].
- Mój – o stronie w tej skrytych rozgrywce przypomniał, o stronie, za którą się opowiedział – dokładam [Łowy – Bór Królewski]. Wtasuj – palcem na kartę Marzanny wskazał.
Czarownica z krzesłem się przesunęła, zrobiła Podróżnemu miejsce.
- Tasuj za mnie Nolan. Zgadzasz się? - przeciwnika spytała, innej odpowiedzi jednak oczekując.
- Na to zawsze się zgodzę. Kochacie się? Jeśli tak to ja karty rozłożę.
Drgnęły Marzannie powieki, zawahała się.
- Tak. I przełóż.
Profesję znam już, to Najemny być musiał, talię tasował, na dwie kupki przekładał. Szelmowsko oko do Podróżnego puścił, uśmiechnął się, zakaszlał.
Lufkę paląc, kartę strzyga ponownie wystawiła. [Czerwona zasłona].
- Twój król się nas boi? Graj dalej. Wywróżę ci wszystko.
- Nie boi się niczego. Na pewno nie ciebie. Ani was – na mnie i Wilhelma wskazał.
Z hukiem śpiewnik podnosząc zamknęłam, najemnik kartę rewersem obrócił.
Wyłożył [Kwiat Polny – Dwa liście paproci]
- Dociągam – karty dwie z wierzchu stosu zabrał, od razu zagrywając. [Mortuas] – oznajmił, na stole i [Miecz – Cztery wiązki] się pojawił.
Dołożyła [Czarnik – Pięć monet]. Przetarła podbite stawką reszki złote.
A po niej najemnik [Krzesło – Trzy drewniane nogi] z dwoma kartami swymi, brzegi złączył. Podróżny wstał, krwią splunął i z oberży wyszedł.
Marzanna ponownie się wahając [Kamień – Trzy mchy] wybrała - Wróżę sabat. Wróżę czarostwo, krew i zdradę.
- Nie ma znaczenia. U mnie [Armia – Trzy Pułki]. Wygrywam i zabieram twoje Talary.
- Nie tak prędko, mam jeszcze dwie karty, mogę zagrać i dobrać. Patrz – szybko wyłożyła [Rycerza – Dwie Tarcze] a obok [Herolda – Dwie Trąby]. Dociągam kartę.
Oddech wstrzymałam, na szczęście liczyć trza było...[Serce – Dwie Kanie]!

Wstał Gerard Przedmiot z szyi zdejmując i do czarownicy podszedł. Całusa w policzek dostał i szept w uchu usłyszał. A od Marzanny wiem teraz, że tak znajomość skończyć chciała – O to graliśmy, prawda?
- Tak. Komu w drogę temu czas – ze smutkiem Najemny oberżę opuścił.

Podróżny pluł krwią.


{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

W południe zbudzeni, Marzanna z Podróżnym, przygotowali śniadanie. Posiłek kończąc, pakować zaczęli, do drogi zabierając. I wyruszyli, żegnając z Wilhelmem, wierzchem na jednym koniu. W futra ubrani, ciało przy ciele, w drzemkę zapadła wiedźma.
Do skrzyżowania, wnet dojechali, i szybko skręcili w lewo. Na wprost awangardy, ciężkiej piechoty i maszerującej armii.
Zjechali z drogi i zatrzymali, zbudziła się czarownica.
Szła pierwsza Żelazna Piechota. A z nią w rytm kroków, reszta żołnierzy w milczeniu mijała podróżnych. Jechały drużyny, rycerskie z giermkami, heroldzi, trębacze na przedzie. I zwykła piechota i strzelcy z kuszami, aż tabor wyjechał powoli. To wozy przeróżne, wpierw proste, żołnierskie, a później już kuchnia polowa. Dalej z powozu zabrane do armii, kupcom z całego Robdanu.
Przyglądał się długo, Nolanem zwany, I Robdanskiej Armii.


Podróż ich trwała, głaz spory minęli, w przesiekę kolczastą wjechali.
- W lewo! - Głośno gwizdnęła i zawołała, wiedźma do swego kochanka.
Wybrali rozstaj, na prawo i zachód, pieszo już wędrowali. Długie godziny, wędrówka ta trwała, zupełnie już byli zmęczeni. Powinni już dotrzeć i być już u celu, a wyszli znów koło kamienia.
- W prawo! I ani słowa Horst!
Konia prowadząc, wciąż się schylali, pod gałęziami ciężkimi. A śnieg z drzew wciąż spadał, to Las ostrzegał, nie każdy wizytę mógł złożyć. Na nic się zdało to maszerowanie, na drogę wyszli ponownie.
- Horst, teraz nie ma znaczenia gdzie pójdziemy, w którą stronę. Kosodrzew nas zaprasza. Mów teraz do mnie Nolan, mów. Stęskniłam się za twoim głosem.
- Dawno u niego nie byłem Marzanno.

Przy zamarzniętej, małej sadzawce, na Wole siedział druid. Żaba plamista, rechocząc kicała, i wypuszczała powietrze:
- Jam już taaaaka jak ty. Nadęta Wole.
- Nie – opas odchrząknął, ogonem machnął i zesrał się wprost na ropuchę.
- Nabrzęęęęękła!
- Nie.
- Z zaaazdrości pękam!
Pan Lasu Kosodrzew, odezwał się pierwszy, z wierzchowca dziwnego zsiadając.
- Witajcie przyjaciele. My niczym skryci przedstawiciele pospołu, a tam Król – Wół i błazeńska Żaba.
- Mam inicjał, mam łupiny. Leżały. Wyterpisz? - Marzanna spytała, z kieszeni wyjmując chusteczkę.
- Wyterpi – odezwał się się Konik, polny, zielony, wychodząc z kieszeni druida– cyk, cyk.
Do prawej kieszeni, wskakując krzyknął, do mieszkającej tam Mrówki.
- Cyk, cyk, bym zjadł sąsiadko.
- Cykałeś, nie zbierałeś, wyterpiaj sąsiedzie.
Wiedźma podała, wnet zawiniątko, a owad skakał i skakał. I hycał i cykał, aż wszystko rozsypał, a ziarna i tak nie znalazł. To słonecznika pestki przeżute, smakołyk zabójcy zapewne. Hyc! - skoczył – hyc! - skoczył – hyc! - skoczył ten Konik, wskazując drogę powrotną.
Ogonem futrzanym, o nogi Wołu, pocierał rudy Lis.
- Mrówka chce jeść. Konik chce jeść. Żaba chce jeść. Ty chcesz jeść. Kosodrzew chce jeść. Czarownica chce jeść. Podróżny chce jeść. No i ja, naturalnie chcę jeść.
- Zapomniałeś o Kogucie – Kruk odpowiedział, a z dzioba wypuścił, wangocką ćwiartkę wędzoną.
- Podzielę się z kurem co na ramieniu druida siedzi – mięso Lis trzymał i proponował, chytry i bardzo przebiegły.
- Ależ proszę bardzo – odparł tak nielot - z nimi też się podziel. Z Chartami co ich ujadanie słyszę.
I tyle po rudym, a drobiu dziś nie zje, Marzanna drynżując spytała: „Zostajesz? Boję się o ciebie Kosodrzewie, nie idź tam”.
„Już postanowione” - pomyślał pan Lasu, na Woła wsiadając, włosy na brodzie poprawił.
- I wyterpione! - krzyknęła wiedźma, za rękę go wzięła, Nolana z nazwiska Horsta – wracamy.
A krakał Kruk, i ruszył Wół, i rechotała Żaba.

Zerwał się wiatr, śnieg zaczął padać, przy zamarzniętym bajorze. Nie falowała, wysoka Trzcina a nadchodził Wiatr. Nie jedno Drzewo, dziś w Lesie się ugnie, zacinał drobny Grad. W uszach szumiało, Marzanna z Podróżnym, wróciła z powrotem na drogę. Wyszło zza chmur, słońce okrągłe i jakby się przejaśniło. Wsiedli na koń i zakręcili, jechali znów w stronę oberży. Minęli znak i skrzyżowanie, po prawej nam znaną gospodę.

Odblask w śniegu, Podróżny dostrzegł, obrócił się, konia przyspieszył!
Świst!
Wbiła się w udo Horstowi strzała, cała w czerwonych płomieniach!
Futra zajęły się ogniem!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 19 lipca 2017, 14:29

Może być chaotycznie, bo mnie naszło, żeby jednak jakieś tam babolki pozaznaczać.

Rozdział 3
W pokoju stanicy trzech Langotów – agentów Szpicy,
a potem:
Połowa Szpicy wyrusza do posiadłości Rytgrafa.

Połowa z trzech? Czy jednak było ich tam więcej, a wizja jest niepełna? Bo rozumiem, że to wizja Śniącego, zanotowana, nie musi być idealna?
Rytgraf kończy posiłek, podchodzi do pułki z książkami i naciska obwolutę – atrapę

Bardzo dużo słów na bardzo mało treści. Przeczytałam Twoje streszczenie rozdziału pod komentarzem Kruff i generalnie dokładnie tyle zrozumiałam - idą na akcję, coś jest nie do końca OK, ale próbują mimo wszystko, bo chyba nie mają innego wyjścia, a to, co się dzieje na końcu jest dla mnie niesatysfakcjonujące. W takim sensie, że ja-czytelnik nie mam pewności, czy w następnym rozdziale zaraz na wstępie dostanę info, czy akcja się powiodła, czy nie. Przyznam, że tych pętli wchodzenia w śnienie, czy nieśnienie, nie czytałam dokładnie poza pierwszą - ot przemknęłam wzrokiem, zakładając, że już wiem o co chodzi, wyszukując tylko różnice. Bohaterów nie odróżniam. Ale w sumie - na wstępie Chowaniec mówi, że ich twarze są trudne do zapamiętania. I to współgra z tym, że dla mnie oni też są trudni do zapamiętania. Jeśli to specjalny efekt - to duży szacun.

Chciałam też dać znać, że komentuję specjalnie po rozdziałach, tak jakbym czytała, gdybym zaglądała regularnie i powiem Ci, że w tej chwili jestem pewna, że chciałabym to czytać w komplecie - od początku do końca, bo tylko wtedy umiałabym docenić/ocenić. Teraz, przyznam, że nie pamiętam historii Rytgrafa, choć to chyba on był bohaterem sztuki teatralnej, tak? W ogóle - ten moment, gdy agent mówi do spożywającego posiłek widma - fajny. Wprowadza taką zmyłkę sympatyczną, że oni przyszli właśnie widmo przepytać. A to po prostu z agenta wyszła ludzka natura, gada niejako do siebie, może by uspokoić nerwy, może by zabić czas oczekiwania.

Forma, którą przyjąłeś - langocki tłumaczony natychmiast "na nasze" może być ciężkostrawna. Na pewno jest w jakiś sposób odważna i nietuzinkowa, ale wciąż chciałabym wiedzieć jak zagra w całości tekstu, a nie we fragmentach. Fascynuje mnie to.


Rozdział 4
- Kocham twoje piersi. I sutki – czuło gryzł ciało wybranki serca.
Rzekłabym, że czule.
Zrobili to z nadzieją na cud życia, który się zrodzi.
Podoba mi się to. Znaczy to zestawienie mocnych, nawet wulgarnych słów, jakie między nimi padają i powodu uprawiania miłości.
Domyśliłaś się, jaki mam dla ciebie prezent? – spytał dowódca, objął żonę barczystym ramieniem, chwycił za pośladek.
Brakuje kreseczki na początku dialogu ;) no i barczyste ramię? brzmi cokolwiek dziwnie - barki i ramiona to dość to samo. Mężczyzna może być barczysty, czyli szeroki w ramionach. Tak mi się zdaje.
- Z daleka ledwie widoczna, szła awangarda żołnierzy.
Niepotrzebna kreseczka ;) pewnie tamta, co jej brakowało w dialogu.
Z konia zsiądźcie mości Frydericu, zapraszam.
Znów brak znacznika dialogowego.
- Śnieg jeszcze leży. Zmroźny dopiero, w zimie wojen nie toczymy – przypomniał rycerz.
- Tytoń. Wpuścicie kupców. Tytoń. Dobry tytoń.
Wstając z taboretu Zygfryd uśmiechnął się. Wszystko zrozumiał. Podszedł do ściany z tkaniny, bawił się sznurowanym pętlami.
- Pojąłem panie generale. Powiedźcie mi czy macie żonę?
- Nie.
- A dzieci?
- Nie.
Waleczny odwrócił się, przyjrzał postaci siedzącej przy stole. Ten nadal palił, z lekkim uśmiechem patrzył jak żarzy się tutka i dopala filtr.
- Przekażcie moje słowa – Langota dwoma palcami zgasił papierosa. Wstał, pogładził wąs, na konia zawołał wychodząc. Bez pożegnania ruszył w stronę VII Armii Królewskiej, odprowadzał go wzrok prefekta.
Za diabła nie wiem, na co oni się dogadali. Mam wrażenie, że oglądam pojedyncze puzzle i bardzo daleko im do ułożenia się w cały obrazek. Ale to chyba dobrze, nie? Znaczy – jak wspominałam, może być irytujące, że każdy rozdział kończy się brakiem wyjaśnienia, a jedynie mnoży – bohaterów, wątki itp. Ja na razie nie czuję się zirytowana. Wciąż jeszcze Ci ufam i czekam aż się poskłada. Wszak jestem badaczem, jak Praska, który jakoś tam bada sprawę? Czy to przynajmniej dobrze pojęłam? Czy jednak nie?


Ostatni rozdział przeczytam w domu. I wtedy też może być strzelę podsumowanie. Tyle zdążyłam w przerwie w pracy ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 20 lipca 2017, 13:36

W domu nie zdążyłam ;)

Rozdział 5.

Na szybko: grę przeleciałam pobieżnie, nie bardzo mnie ciekawiło, jakie karty, jak się nazywają i tak dalej. I tak to na tyle obce i zakręcone, że nie zapamiętam, więc mózg po prostu nie przyjął. Być może mówili do siebie więcej bez słów, ale nie znam świata, nie wiem tak naprawdę kim są grający, więc uznałam, że i tak nie zrozumiem. Ogarnęłam tyle, że Marzanna „wygrała” Czarnik. Ale tak naprawdę nie wygrała, tylko jej go jakby podrzucono, tak? W tę stronę idę, bo Gerard jest z tych szyfrowanych listów przed rozdziałami. Tak czy nie?
Fragment ze zwierzakami w lesie – tu pomyślałam: „niezły odlot, autorze, co Ty bierzesz?”, powiązania z resztą i sensu nie wyłapałam.
Natomiast wyruszenie w drogę i potem atak, strzała w nodze Nolana itd. – no wreszcie coś się dzieje i ciach ucięte. Rytm śpiewny jest, człowiek się na nim kołysze czytając. Ale!
jeśli ma być tak:
"tatata-tatata, (przecinek) "tatata-tatata", (przecinek) "tatata-tatata-tata"
to środkowe „tata” ma za mało sylab ;) znaczy we wzorze jest sześć, a piszesz na pięć. No i nie jesteś z tymi przecinkami konsekwentny.
Wbiła się w udo Horstowi strzała, cała w czerwonych płomieniach!
Tu go na przykład brakuje między udem a Horstem.
W ogóle ten Horst pojawia się tak totalnie nagle, żeby nie powiedzieć z d***, jakbyś nagle doszedł do tego, że Nolana jest trudno w ten Twój rytm wpakować ;)

Ogólnie to serio podziwiam rzeźbienie, jakiemu poddajesz ten tekst, jako eksperyment – spoko, ale pika mnie myśl – ilu czytelników walnie nim w kąt ze względu na przyjętą przez Ciebie formę. Zwłaszcza, że ona nie jest jednolita. Kombinujesz na różne sposoby. To dodatkowe utrudnienie. Wątków wygląda, że jest dużo. Bohaterów jest dużo. A ja-czytelnik nie mam czasu zwracać na nie i na nich uwagi, bo cała para idzie w przyswojenie formy.
Ciężka sprawa.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 22 lipca 2017, 10:26

@Siemomysła

Ad. Rozdział 3 - połowa Szpicy bo Terenowy i Sprzątacz, Czujka jest już w środku w kuchni. Los zostaje w "Wykolu". Czyli dwóch z czterech. Co nie zmienia faktu, że Śnią - dalsze losy w rozdziale 7.

Zauważ, że to taka przeplatanka. Rozdział pierwszy to Podróżny i Marzanna, drugi to czwórka skrytych w Gremdge, następnie przygody Szpicy langockiej i czwarty rozdział to Zygfryd Waleczny z Darią. To takie 4 -4 -4 ale później w powieści jest jeszcze inaczej, dochodzą nowi bohaterowie. Każdy rozdział ma się kończyć "cliffhangerem". No i ważne są listy gdzie min. poznajemy postać Gerarda - Najemnego.

Tak, Rytgraf to bohater sztuki i pieśni na końcu rozdziału pierwszego.

Ad. Rozdział 4 - Hmm. Dogadali, nie dogadali. Zygfryd nic nie wie jeszcze o dekrecie zabraniającym wwóz tytoniu. Domyśla się tego, langocki generał jest pewny siebie i chce by wpuszczono kupców.

Ad. Rozdział 5 - Marzanna wygrała Czarnik - Przedmiot w grze w Talary. Zauważ, że w pewnym momencie podbija stawkę i daje do puli złote Talary. I duża litera na początku "Talarów" wskazuje, że też dołożyła Czarnik, ale Najemny przegrał. Do tego sprytna strzyga przy okazji gry wróżyła przyszłość.

Co do zwierząt w Lesie to wszystko wzorowane na bajkach La Fountaine'a - przeczytaj sobie i porównaj. ;)

Co do formy to "we will see" - za niedługo rozdział 6 czyli znowu przygody Praski i Karoliny.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 22 lipca 2017, 10:42

Pozwól, że sama siebie zacytuję:
Wątków wygląda, że jest dużo. Bohaterów jest dużo. A ja-czytelnik nie mam czasu zwracać na nie i na nich uwagi, bo cała para idzie w przyswojenie formy.
Zauważ, że Ty musisz wyjaśniać czytelnikowi, co tam się działo. Nie mam pojęcia, jakie są zasady gry, w którą grali. Gadali coś, coś jeszcze się działo. Nie wiem, co, bo nie dałam rady tego wyłuskać - przesłoniła mi to forma. Jeśli to jest ważne dla opowieści, to może warto jednak napisać to tak, żeby mieć pewność, że czytelnik zrozumie albo chociaż ma szansę zrozumieć. Bo jak niczego nie będzie rozumiał, to się zniechęci prędzej czy później. Tak mi się wydaje.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 22 lipca 2017, 10:53

Marco da Frost

Również chcę wiedzieć jak losy w czas się obrócą. Rozmowie to nie podlega. Kontraktu dopełniam bez żadnych przeszkód.

Gerard
7 – ego Zmroźnego

•Rozdział 6

{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

Stal zimną Praska poczuł. Ukłuło go w pępek, stępione ostrze, przewrócił się, udał zmarłego. Bił brawo król, bili aktorzy i biła cała widownia.
Przerwa nastała, Karol ubrany, oddał szpadę monarsze. Ukłonił wszystkim, usiadł na miejsce, Bargasza szept wychwycił:
- Trzeci rząd, typek średniego wzrostu, to skryty jest. Dostał paczkę od aktora, właśnie wychodzi, idę za nim. Spotkamy się w Przedstawicielstwie.
- Idź.
Kraweczek wstał, kroku przyśpieszył i wyszedł na zewnątrz pałacu. Powóz z człowiekiem, co niósł pakunek, ruszył drogą przed siebie. Alchemik dobiegł, do kilku stangretów, palących papierosy. Krzyknął – Mój za mną! Za tą dorożką! - na kozła z pieniędzmi rzucił trzos, wgramolił się do środka.
Woźnica ruszył, Mistrz Mikstur w karocy, rękami zapierał o ściany. Ziębił go przeciąg i kołysało, firankę miał ciągle na głowie. Okna trzaskały, targane podmuchem, waliły okiennice. Prawe już zamknął, z lewego wychylił, stracił futrzaną czapkę. Wyciągnął rurkę i splunął strzałką, w stronę gonionej bryczki. W konia nie trafił, nabił ponownie, wozy skręciły zwalniając.
Na drugą stronę, przeskoczył szybko, otworzył bok karety. Przytrzymał nogą, drzwi już uchylone, chwycił się za futrynę. Teraz celował, językiem czuł pocisk, wziął oddech i strzelił znowu. Nie trafił.
Do wnętrza się cofnął i zamknął w środku, szczelnie zasunął kotary. Z zimna zacierał zdrętwiałe ręce, chuchał w kułaki z zimna.
- Konie się zmęczą, gdzieś dojedziemy – powiedział do siebie, z pochwy wyjmując, sztylet o prostej głowni. A mróz ozdabiał szyby zmrożone, w białe, kwieciste wzory.

I pościg trwał.
Bargasz już wiedział, którędy ta droga, zmierzają w stronę stolicy.
Wóz przed nim zwalniał, aż uciekinier, zatrzymał się całkowicie.
Mistrz Mikstur wyskoczył, z karety stojącej, dwie lotki miał między palcami. Lądując pobiegł, plujkę wciąż trzymał, uważał by noża nie zgubić. Przytrzymał wpust rurki, doskoczył do wozu co ścigał już prawie godzinę. Drzwi szybko otworzył i splunął przed siebie! I trafił w przeciwne, zamknięte. Na bark się przewrócił i załadował, raz jeszcze splunął pod dyszlem!
Strzałka utkwiła, w cholewie buta, przebiła skórę, skarpetę. I uwalniała truciznę.
Poczuł na sobie, zwaliste ciało, sztyletem nie przebił płuca. Ostrze niestety na żebrach stanęło, napastnik zgryzł zęba i chuchnął.
Paraliż!
Już przyszła drętwota i nie czuł już zimna, nie czuł niczego w ogóle. Jedynie powieki, jeszcze mrugały, oślinił brodę i usta.
- No i co panie Kraweczek? - podnosząc się spytał, człowiek z przedstawienia – Teraz sobie z panem porozmawiam. Albo nie, teraz odwołam pana powóz. Chociaż nie, najpierw wypiję lek na gorączkę.
Grot wyjął z buta, wyrzucił skarpetkę i wypluł resztki zęba. Ozdobny rzemień, rozwiązał przy pasie, i wyjął buteleczkę. Pijąc miksturę, palcem pokazał, drogę w stronę pałacu. Woźnica zrozumiał, zawrócił bryczką, drugi spokojnie czekał.
- A teraz sobie pogawędzimy panie Kraweczek. Albo i nie, najpierw trzeba coś zrobić z tą raną – sam mówiąc do siebie, podszedł do swojej karety.
Wziął torbę z powozu, zdjął kaftan, koszulę, i rzucił ubranie na ziemię. Bandażem krew tamował.
- W końcu porozmawiamy panie Kraweczek. Chociaż chwila, chwila. Poczekajcie, poczekajcie, trucizna już działa, mam parę chwil to wypiję odtrutkę.
Odsupłał kolejny, sznurek przy pasie, już trzymał w dłoni płyn. Odkręcił zakrętkę i haustem łyknął, zawartość małej flaszeczki.
- Orzeźwia. No to czas na nocną wymianę zdań panie Kraweczek, choć przecież cały czas rozmawiamy, tylko pan nic nie mówi, panie Kraweczek. Więcej śmiałości. Przeszukamy pana i pana dobra panie Kraweczek.
- Plujka, strzałki, trucizna – wyliczał czas cały, Bargasza przeszukując – sztylet, dymionka, amulet, papier, inkaust i pióro. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia pięć talarów. Grzebień, maści niewiadome, mikstury niewiadome panie Kraweczek. I torba panie Kraweczek, nie zapominajmy o torbie, prawie wszystko w torbie było, panie Kraweczek – powtarzał się ciągle, krwi krople plamiły śnieg.
- Nadal nic pan nie mówisz, panie Kraweczek? Wodzisz oczyma – spodnie otrzepał i w końcu przedstawił – Lui Da Frost jestem.
Z powrotem ubranie, na siebie założył, przykucnął przy głowie Bargasza.
- Mam przy sobie dwie butle, butelki, buteleczki, panie Kraweczek. Rozmawiajmy spokojnie bo pan się już domyślił, że w pana stanie tylko mrugnąć okiem lewym to odpowiedź na tak, a prawym na nie. Mrugnij obiema na „nie wiem”. Ale mocno – żebym widział, że się dogadujemy. A co to za płyny? Po jednym to chyba minie paraliż. To moja recepta, działa zawsze. Drugą flaszeczkę wziąłem od pana, panie Kraweczek. Co robi? Tylko pan raczy wiedzieć, panie Kraweczek. Współpracujmy mości skryty. Pierwsze pytanie – czy Przedmiot działał?
Lewym i prawym, okiem zamrugał, alchemik w paraliżu.
- Działa?
Odpowiedź ta sama, ściśnięte powieki, dał znać, że nie wie o sprawie.
- A będzie działał? Nie, to chyba pytanie pomińmy, zważając na okoliczności. Pomińmy je. Czy w zamku Rytgrafa jest Przedmiot, panie Kraweczek?
Bargasz zapłakał, odpowiedź ta sama, kaleką pewnie zostanie. I oczy otwarte, już ich nie zamykał, a łzy ciekły mu po policzkach.
- A Kamień u was w domu był? Jest?
Wyraźne prawym, okiem mrugniecie, to pewne zaprzeczenie.
I wstając Da Frost, z uśmiechem paskudnym, swą obietnicę złamał – czyli mówicie, że nie? A ja myślę, że kłamiecie. Dlatego ja też skłamałem. Co prawda waszej buteleczki do gardła wam nie wleję, bo co by to się działo panie Kraweczek jakbym na ten przykład wlał panu kwas? A sumienie mam. Ale do paraliżu to już chyba musicie się przyzwyczaić – dokończył swój wywód, obie mikstury, na ziemię wylewając.
Wsiadł do powozu, zatrzasnął drzwi, przez okno się wychylił – Nie wstawajcie panie Kraweczek! Leżcie i odpoczywajcie. Stangret! Jedziemy!
Bryczka ruszyła, Da Frost chuchnął w dłonie, i dodał do siebie szeptem – Komu w drogę temu czas, panie Kraweczek.
Zleciały się wrony, zleciały się kruki, Mistrz Mikstur rzewnie płakał.


Żar z pieca buchał. Lui Da Frost, z zydla się podniósł, wrzucił przez drzwiczki sztylet. Był to stępiony, rekwizyt z teatru, z Pałacu Myśliwskiego. Rozżarzył się Czarnik na biało, i zwęglił, uwolnił sporo dymu! Cierpiętny Zwidnik się zjawił!
- Człowiek cierpieć będzie!
- Tak mości Zwidzie, będzie cały czas.
- Duszę oddasz w zamian człecze?
- Oddam. Wpierw jednak od niego wziąć spróbuj. U Langosse!

Już po przedstawieniu, żyrandol zapłonął, wstał Lagrange wraz z małżonką. Wstali widzowie, zniknęli aktorzy, podniosła się skrytych śmietanka.
I zaciążyły, Prasce ramiona, duchowa emanacja. To Zwid już działał, zmysły mu mamił, życie mu uprzykrzając.
„Karol! Praska!!! Siedź!” - w myślach te słowa, usłyszał głośne, wykrzywił twarz w grymasie. Chwycił kolana, zgarbił i usiadł, jak szewc przeklinał pod nosem.
- Coś ci jest Karol? - Karolina spytała, zmartwiona jego niemocą.
- Kurwa, nie mogę wstać, pomóż mi Karola – za rękę chwytając poprosił Horzenną, swoją oblubienicę.
Podnieśli się razem. Hugo popatrzył, mu w oczy przeciągle, był bardzo wkurzony, jak dyeble – Coś jest nie tak, trzeba przeprosić parę królewską i wynosić się stąd. Mam nosa, czuję obecność, trzeba skontaktować się z Bargaszem.
„Karol! Praska!!! Zostań!”
- Nie wychodzimy... Zostajemy... - laską się podparł, i zrobił pięć kroków, skryty z Gremdge Przedstawiciel.
- Weź go za ramiona i hajda stąd – rozkazał Hugo, z rodziny Korona, martwił się coraz bardziej – pożegnam się w waszym imieniu. Bierz dorożkę i do Przedstawicielstwa.

Ciałem Praski, wstrząsały dreszcze, dostał wysokiej gorączki. I poczuł zimną, dłoń swojej wybranki, nie mógł się wyprostować. A serce mu biło, a nad nim Zwidnik, kładł mu się na ramionach. Skryty chciał rzygać, rozbolał go brzuch, czuł się po prostu fatalnie.
„Karol! Praska!!! Zginiesz człecze!!!”
Sekretarz z trudem, powóz zajęła, krzyknęła do woźnicy – Do Gremdge na ulicę Stawową! - adres podała zupełnie inny, niż adres Przedstawicielstwa – z rozkazu króla Lagrange'a! Wrócisz na plac nim skończy się przedstawienie. Ruszaj! Ruszaj albo twoja głowa jutro wyląduje na pieńku katowskim!
Pocałowała, Karola skryta, w policzek nieprzytomnego. Nie wyczuwała, Zwidu w ogóle, martwiła się bardzo o przyszłość. Nie wzięła płaszczy, i bez rękawiczek, w chłodzie i mrozie jechała. Objęła Karola, i przytuliła, usiadła mu na kolanach.
Kołysząc na boki, dorożka pędziła, a Praska miał przykry sen.

Cierpiętny Zwidnik, przybierał formę, członków rodziny Praski. W marze skrytego, dźgał wielkim nożem, krew toczył z rany czerwoną.
W Horzenną się zmienił, z brokatem na twarzy i pudrem na policzkach.
Nagi tak siedział, Karol na krześle, za parawanem ukryty. Na drugim meblu, sekretarz-Zwidnik, ściskała go w swoich ramionach. I ciągle całowała.
„Praska! Jam Karolina! Krzycz!!! U Langosse!”
- U Langosse... - słyszalnie ledwo, i bardzo powoli, wyszeptał Przedstawiciel.
- Czyń swoją powinność, mości Langoto. Zdradziłeś Robdan, tyś już nasz. Zabij! - król Lagrange krzyczał, rzucając mu swoją szpadę.
„Karol! Oddasz duszę! U Langosse!”
I tak skryty czując, jej wargi gorące, oręż po jelec zatopił.
- Oddam! Za Langocję! - wykrzyczał głośno, w tym śnie okrutnym, gdzie zdradził kraj, Karolinę.
A Cała sala, brawo już biła, ciesząc się z tego morderstwa.


Pod Przedstawicielstwo zajechał powóz, Hugo Korona wyskoczył. Biegiem zaś minął, straże gwardyjskie, co stały na posterunku. Szukał przyjaciół, kierował się w górę, do apartamentów sypialnych.
- Karol?! Karolina?! - na schodach wołał, poręcz ściskając, skrytych pobudził wszystkich.
Już wiedział, ich nie ma, zapewne nie było, myślał gdzie mogli się udać.
Wyjrzał przez okno, dorożka przybyła, z dużym herbem Langocji. Gwiazdowidząca, wysiadła z powozu, straże ją przepuściły.
Zszedł szybko na dół, do pustej recepcji, zastał tam Ivę Giselle.
- Krol wybaca. Gzie moszci Praska? - spytała w robdańskim, na krześle siadając, trzeźwa już, nie pijana. To alchemiczny, kradziony specyfik, wypłukał alkohol z krwiobiegu.
- Kiepski robdanski – oznajmił Hugo, w fotelu zasiadł i wyjął papierośnicę.
Miał dwie cygaretki, jedną zapalił, ostatnią podsunął częstując. Zabrała go wróżka i skręt się już żarzył, wbrew powiedzeniu o kurwie.
- Praska chory. Zimowe przeziębienie – skryty wyjaśnił, zapałkę odpalił i podał ogień Ivie – coś czuję się dzisiaj jak Langota. To chyba pochwała dla ciebie. Ostrą grę zaczęliście.
- Ne vyem o czym movicze. Krol vydaje teatr, a vy konczyce stosunki. Vasza armya idże w Bielany Vonvoz. Szykuyecze sze do voyny – neh vas Mortuas! Voyny chcecze?!
- Spokojnie Iva. Wydajemy zakaz wpuszczania waszych kupców z tytoniem. Robimy to z musu. Wasza VII Armia już rozstawiła pewnie namioty. My tylko wysyłamy wojsko w przełęcz by bronić naszych granic. I tak do wojny nie dojdzie. Zima. Śnieg głęboki nadal leży. Wojskiem nas po prostu straszycie. Tytoniu u nas nie sprzedacie, jutro wasz król się dowie, że ani w Robdanie, ani w Dolmacji, ani nawet w Sedżi, papierosków langockich nikt sobie nie zapali. O! „Zapominajek” - Hugo wyjął, zza ucha tutkę, dogasił poprzednią gilzę. Dym puścił w stronę, langockiej skrytej, kółko się utworzyło.
- Zapomniałem że mam, a teraz sobie jaram – zrymował Hugo, puszczając oko, do wściekłej Ivy Giselle.
Nie dopalając, papierosa gasząc, splunęła do spluwaczki.
- Do vyosny. Mortuas. Mortuas z vas Robdanye.
I opuściła, Przedstawicielstwo, a powóz zawrócił na drodze.
Wtedy z zaułku, dość szybkim krokiem, wyszła samotna postać. Przeszła po bruku do drzwi frontowych, w kapturze, bardzo wysoka. To nieznajomy przyszedł z nowiną, odnalazł się Karol Praska.
- Podano hasło pani Horzennej. Jest na Stawowej 16 – strażnik przekazał, co służbę pełnił, na warcie w barwach Robdanu.
- Odprawić, pieniądz dać. Podziękować – Korona się ubrał, to w kubrak wskoczył i wyszedł na ulicę.


W drodze powrotnej, Iva Giselle, wypatrywała Bargasza. Wino znów piła, wciąż rozgrzewając, nahajką wymachiwała. Nuciła starą, pieśń o zwycięstwie, z czasów wojny w Wangocji. Śnieg już nie sypał, dostrzegła postać, leżącą na poboczu.
- Ve mille!Bierzemy! - krzyknęła gromko, z powozu wyszła, z woźnicą podniosła Kraweczka. Razem go wnieśli i drzwi zamknęli, wyjęła jedwabną chusteczkę.
- A teras alkemiku do domu. Tego co go wynaymujesz. Od nas, narodu langockiego, nyevdżeczny sukynsyn – I tak uśmiechając, skrytemu wytarła, ślinę i łzy ronione.

A na ulicy, Stawową zwanej, mieszkała Deva zielarka. Z zawodu aptekarz, pomoc tu niosła, kobieta o wielu talentach. I dobrą kuchnią, też wszystkich raczyła, kobieta po trzydziestce. Skrycie służyła, koronie Robdanu, Horzennej to przyjaciółka.
Pod kamienicę, powóz zajechał, sekretarz wysiadła z Karolem. Dorożka wróciła, a Karolina przeciągle i głośno gwizdnęła.
Otwarło się okno, i przez zasłony, znachorka wyjrzała na zewnątrz. Na parapecie, biust zafalował, obfity, krągły i kształtny. Dało się widzieć, twarz bardzo śliczną, ufną i bez makijażu. Kręcone włosy, czarne, w nieładzie, ramiona przyozdabiały.
- Karola! Greg już idzie. Trzymaj się dziewczyno. Greg, szybciej, łajzo! - na duchu podeprzeć, słowami chciała, bębniąc paznokciami.
Oddany Serwant, lekarskiej rodzinie, służył od pokoleń. Wziął Praskę pod pachę, Horzenną za rękę, wprowadził do przedpokoju. Wycięte w tapecie, wejście apteczne, było już dawno zamknięte. Zjawiła się Deva, w szlafroku, pantoflach, dziewczyny się pocałowały.
I przeszli dalej, do poczekalni, usiedli na fotelach. A Karol już leżał na łóżku.
- Hugo mówił, że czuje obecność – tak wstępnie zaczęła, sekretarz Horzenna, swą sprawę szybko wyjaśniać.
- Ani chybi Zwidnik. Mam sposoby. Pierwsze musi ustać gorączka i ból ciała. Duchem czy Zwidem zajmę się później. Uważaj Karola, twój mężczyzna śni teraz okropne rzeczy, nie będzie taki sam po przebudzeniu. Już nigdy.
Kawę już parzył oddany Greg, a Deva wcierała już maści. Myśli złowrogie, u Karoliny, co będzie dalej, co będzie?
A Karol Praska, skryty Robdanu śnił znowu koszmarny sen.


Zaczął się Taniec, w Bielanym Wąwozie, grała złowieszcza muzyka. Wiedźmy do walca prosiły żołnierzy, prosiły Żelazną Piechotę. Mortuas działał, przekrwione oczy, nie wyrażały już uczuć. Tańczył Król – Wół, tańczył i Kogut, tańczył i rudy Lis. Mrówka i Konik, także tańczyły przy ciele spalonym druida. Tańczyły Drzewa, tańczyła Trzcina, falując na boki i szumiąc. Tańczył i Karol wraz z Karoliną, objęci razem, na trupach. Przygrywał błazen, z nieba deszcz padał i było bardzo zimno.
„Praska! Karol!!! Tańcz!!! Tańcz na pożodze człecze bez duszy!


Sennie swe oczy, otworzył ospale, robdański Przedstawiciel. Na łóżku leżał, przykryty cały, pościelą w niebieskie kwiaty. Był w samej bieliźnie, wracały mu zmysły, nie miał już wcale gorączki. Na kołdrze z bawełny, swobodnie siedziała, zupełnie naga Deva. A przyszła żona, pani sekretarz, w fotelu naprzeciwko. W samym szlafroku, z binoklem na nosie, czytała langocką gazetę. Spojrzała na niego, i się uśmiechnęła, i przywitała zdaniem:
Kocham cię, Karol. Teraz jesteś leczony przez Devę. Pokonasz Zwid.
„Karol! Praska!!! Uderz Devę!!! Uderz tę kobietę!!!”
I nie chciał, lecz musiał, wziął zamach szeroki, z mlaśnięciem spoliczkował.
- Spokojnie, Karolina – zielarka z uśmiechem, gestem wskazała, sekretarz z powrotem usiadła – zaraz go przywiążemy, to normalna rzecz, Zwid nim kieruje. Kiedy dostałam z pięści w nos podczas Veberte2, chirurgicznie musiałam nastawiać.
Przez okno Greg patrzył, zasunął firankę, i podszedł powoli do łóżka. Karola chwycił i unieruchomił, sznurem związał mu ręce.
A Deva leczenie, ducha zaczęła, smagała twarz Praski włosami. Powieki lizała, ramiona masując, a moc Zwida ciągle słabła.
Razem z językiem, pięknej znachorki, szły w ruch i długie paznokcie. I dotykanie, sutkami ciała, widmowy ciężar ustawał.
W zasłony stronę obrócił się Greg, i krzyknął, coś przeczuwając.
Zatrzęsło łożem, pojawił się Zwidnik, po prostu wszedł w ciało skrytego!
Horzenna skoczyła, z fotela zerwała, a szlafrok na ziemię upadł! Pasek od niego, do ręki chwyciła, nadgarstek owijając!
Błysk!
Huk!

Okno wyleciało razem z futryną, rozsypały się drzazgi!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 25 lipca 2017, 13:10

Ho ho! Akcja nabiera tempa!
Chyba ten kawałek o Karolu nieco bardziej zrozumiały, choć czytanie tego tekstu w takich odstępach czasu to jednak słabe jest - nie pamiętam kto to Bargasz. Ba! Nie pamiętam nawet gdzie jesteśmy... Musiałabym chyba wrócić i od nowa czytać. A to właśnie z powodu formy - ciężko czytać i ja nie zapamiętuję faktów w ogóle. Owszem, Karola i Karolinę jako parę w teatrze pamiętam. I że na Karola jakieś zagrożenie szło - bo taki był clifhanger, choć niestraszny bo wcześniej pisałeś o jego długim życiu. Natomiast szczegóły - intryga i tak dalej, czyli proste o co tu komu chodzi - to umyka, ulatnia się bardzo szybko. W ogóle nie pamiętam Ivy. Czy ona była? czy dopiero teraz się pojawiła?
I wiesz - nie chodzi mi o to, żebyś mi odpowiadał, ja to powinnam wiedzieć, czytając. Może lepiej będę łapać, jak odstępy między wstawkami będą mniejsze.

:)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 29 lipca 2017, 11:39

Kontynuacja trzeciego rozdziału czyli przygody Szpicy. Miłego czytania!

Gerardzie

Z gry wyłączamy Przedstawicielstwo. Leśny na korzyść czas obrócił, stracą też zdolność Przemiany. Kontrakt jest zgodny z planem, nowy hetman to podły szuja i skurwysyn ale zdolny dowódca. W ruchu jest pewna rzecz, Tobie przykra zapewne, do zemsty się szykuj.

Marco da Frost
8 – ego Zmroźnego

•Rozdział 7

{wyciąg z tkanki mózgowej Chowańca Królewskiego pozyskany chirurgicznie i alchemicznie}

W skrzyni nic nie ma.

Terenowy zamyka wieko i myśli: „Qippe. Nay frou.Los. Nie ma
Nie słyszy odpowiedzi, ktoś puka w sekretne przejście. Zauważa klamkę, szarpaną w górę i w dół.
Skryty szybko pcha ścianę, chce otworzyć. W uszach mu szumi, nie może się ruszyć, nastaje ciemność. Zwid Rytgrafa wyciąga ze skrzyni Przedmiot.
Czuję ogromny strach.
Rozlega się krzyk.

Terenowy Śnił.

Lunatyka. Lunatyka. „Lunnase...”Lunatyka - Lunatykuje Sprzątacz.
Przypominam sobie. Na szkoleniu wszyscy agenci trenowali Budzenie i poruszanie we Śnie. Dopiero po ostatnim, czwartym semestrze wybrano Sprzątacza, bezwzględnego w zamiarach i odważnego by odebrać życie sobie i innym.
Przy naborze do Szpicy była prawie setka kandydatów, zarówno studentów Wojskowej Akademii Królewskiej jak i dworzan. Co rok wskazywano jedną osobę. Czujka, Terenowy, Los, Sprzątacz. Łączy ich wspólna misja oraz całkowite oddanie krajowi. Uczeni w szermierce, sztuce Mortuas. Lunatyce.
Lunatyka. Lunatyka. „Lunnase...” „Tre!”Trójka! - szczęśliwa liczba w Langocji. Skryty zapada w głęboki Sen.
Przechodzi korytarzami, wzdłuż ścian, wie że musi zejść niżej. Omija straże, ze wszystkich drzwi słychać pukanie, dwukrotnie sprawdza okna na piętrze. Zamknięte.
Schodami w dół, cały czas zakręca, poręcz tworzy spiralę. Jest w pustej kuchni. „Surette In'cole ou Fit? Nay. Qippe Lunna. Je'gretegge „Wykol”.Szukać Terenowego i Czujki? Nie. Los też Śni. Najpierw tam. „Wykol”
Dociera do dziedzińca i przekracza bramę, mija Zwidy Gizeldy i Liliana. Zza chmur wychodzi księżyc. Nogi Sprzątacza grzęzną w czarnym śniegu, czy to w lewo czy w prawo, wraca pod zamek. Przypomina sobie o biciu serca, słyszy rytm. „Xeve!”Przyśpiesz! Zamyka powieki i zaczyna biec.
Adrenalina!
Wybudza się.

Otwiera oczy w ostatniej chwili, zawadza ciałem o wóz. „To on”.
„Sec?”Kto? - myśli Los.
„Sec?! Sec?!” - krzyczy Terenowy.
„Sec'on?”Kto to?!] - dopytuje Czujka.
Przed Sprzątaczem stoi zajazd górski. Nie zważa na odgłos pukania, po schodach wbiega na piętro, otwiera drzwi. W pokoju nie ma mebli, cztery Odtrutki stoją na podłodze. Jedną wypija haustem, bez zastanowienia.

Sprzątacz Obudził się.

Też się Budzę. Widzę dwa piętrowe łóżka, szafę, stół i cztery krzesła. Trójka agentów Śpi, przykryci brudną pościelą. Dowódcy wlano już Odtrutkę.

Los Obudził się.

Dowódca przeciera oczy i chwieje się. Jest mokry od potu, zaspany, zmęczony. Kołdrę zrzuca na podłogę, wylewa na nią wodę z miednicy.

Czujka Obudził się.
Terenowy Obudził się.

Los wyciera ciało mokrym kocem, wskazuje palcem na sufit i ściany.
- Ve robdyansky.Przechodzimy na robdański I cisza, skurwiele – rozkazuje.
Zrywa kotary i firanki, zauważa mnie i otwiera okno. Przytyka palec do ust i rzuca mokre poduszki skrytym. Wycierają się nimi, to orzeźwia i wybudza. Mroźne powietrze ich chłodzi. W milczeniu wyciągają plecaki z szafy, w czystych i suchych ubraniach siadają przy stole. Los chowa mapę, są już gotowi do drogi. Notuję w pamięci.

Przechodzą przez bar i salę bawialną na parterze. Udają się do stajni, zamykają za mną drzwi.
Nie ma parobka, w całym obejściu panuje cisza. W szopie stoją wiadra z wodą, paszy jest pod dostatkiem. Parsknięciem witają mnie konie Szpicy. Więcej wierzchowców nie ma, w ruch idzie szczotka i zgrzebło.
Trzymając klacze za wodze zatrzymują się przy wozie handlarza, dziwnie na siebie patrzą. Notuję w pamięci. Ruszają szlakiem. Fruwam nad nimi, widzę główny trakt. Skręcają w stronę Bielanego Wąwozu. Wracamy do Langocji.

Los poprawia sprzączkę plecaka, sprawdza przytroczone latarnie. Czy nie przemokły zapałki. Jedzie konno pierwszy, drogą wzdłuż śladów w śniegu, powoli, uważa na grudy. Zaczyna rozmowę.
- Skupcie się. Śniliśmy w schronisku, nigdy nie byliśmy w zamku, nie wiemy czy jest tam Przedmiot. Ktoś nas załatwił na cacy Płynem i zostawił cztery Odtrutki. Przemyślenia Czujka??
- Okazało się, że wszystko to Sen. Co jeśli Przedmiot nadal jest w warowni?
- Nie wiem. Terenowy?
- Koszmarnie Śniłem. Wracajmy do kraju, Przedmiot może mieć truciciel. Spytamy w pierwszym zajeździe, jaką mamy datę. Popytamy, dogonimy.
- Sprzątacz?
- Lunatykowałem i Obudziłem Szpicę, nie pamiętam nic. Nie było co „sprzątać”, nie było w ogóle akcji.
- Rozkazy – przekazuje Los – Szukamy w drodze naszego gagatka. Wracamy do Gremdge i czekamy w lokalu. Pytania?
- Za Langocję!
- Za Langocję!
- Za Langocję!
Notuję w pamięci.

Jadą już całą noc, w ciemnościach latarnie oświetlają im drogę. Nie męczę się, latam. Rankiem skręcają do oberży, szyld zaprasza do „Czerwonego Kura”.
Do stajni wprowadzają konie, a plecaki rzucają w kąt. Gaszą latarnie.
Ląduję na ramieniu Losu i wchodzimy do karczmy. Rynsztunek skryci rzucają na stół, na dębowej ławie mieszczą się wszyscy, siadają w czwórkę.
Karczmarka wychodzi zza szynkwasu, zakłada fartuch i podchodzi do nas.
- Co podać mościom?
- Śniadanie dla czterech proszę. Niewybredni jesteśmy, byle syte było - zamawia Los.
- I wina dużo. Wino lubię – dodaje Sprzątacz, wargi oblizuje – najlepiej w takich fikuśnych drewnianych kuflach. Albo takich ceramicznych bądź szklanych, co to je podajecie gdy dwór zawita. My prawie jak dwór – kończy śmiechem.
- Jak dwór? To osobistości z was ważne i zacne pewnie. Tak jak my. Wilhelm! Podróżni!
Oberżysta z nożem w ręce prawej, w lewej niesie łeb świński i wychodzi z kuchni. Wykrawacz i surowe mięso rzuca na stół, a tłuste ręce wyciera o spodnie i siada. Na mnie krzywo patrzy.
- W tych czasach miło powitać znamienitych gości. Prawie jak dwór? A słyszałem, słyszałem. Choć słuch ponoć nie ten, bo jak rąbie na obiad udziec, skrzydło i łopatkę, to między każdym rąb!, i bez znaczenia czy skrzydło wołowe czy też łopatka drobiowa, to przy każdym rąb!, słyszę: rąb Langotę! - zaczyna rozmowę gospodarz.
- My nie Langoci – Los z prawdą się mija – my Robdanie.
- To widzę. Ale, ale, jeśli wy tu, to drogi tylko dwie. Albo do przełęczy, albo do Zabrzeża. Więc skąd, dokąd?
- Za bardzo się dopytujecie mości gospodarzu – Czujka okruszki ze stołu mi podaje – my koroną i ważnymi dla Ojczyzny sprawami przejęci. Do Bielanego Wąwozu jedziemy, a tam? Tam mamy przyjaciół wielu i to wysoko postawionych, oby do wojny nie doszło.
- Tak, tak. Pewnie z misją? I to podwójnie ważną. Bo i ważna to rzecz misja, a i misja ważna zapewne. Śniadanie na mój koszt mości podróżni. Ależ powiedzcie mi jedno, jak was przepuszczą?
- To rzecz tajna i wyważona, nie dla waszych uszu panie, panie...
- Wilhelm. Dla przyjaciół Wuht. Dla was Wilhelm Wuht, oberżysta „Czerwonego Kura” co zawsze wam służył będzie pomocą i ugości wasze figury. Proszę o jedno.
- Słuchamy – pod boki zapiera się Terenowy.
- Jeśli z was osoby wzniosłe co mają posłuch, to radę dajcie i pewien podszept, by od wojny kraje zażegnać. Bo jak dobrze wiemy, Langoci to skurwysyny co tylko czyhają byśmy ich podły tytoń palili. Paliliście kiedyś langocki tytoń? Machorka podłego gatunku. A wasi przyjaciele w wąwozie to Langoci czy Robdanie?
- Langoci, niestety... – prawdę wyrzekł Czujka.
- Tak myślałem. Bądźcie ostrożni i pamiętajcie, czas ucieka a czas goni czas.
- Ale, ale panie Wilhelm! Jakże to mówiliście że skrzydło wołowe a łopatka to z kury?
- Przejęzyczyłem się. Gerda! Z nieba nam spadli! Dzięki nim wojny nie będzie, a jeśli do niej dojdzie to Langocja przegra!
Czekamy w milczeniu na posiłek. Notuję w pamięci.

Jem okruchy bułki i chłepcę wino.

Zajazd opuszczamy, polecenie od Losu dostaję.
- Pogranicze. Wypatruj czarownic. I z powrotem do nas chowańcu.

Oblatuję obóz celników, nie widząc jednak wiedźm. Przybyła już armia robdańska, powiewa proporzec nowego hetmana. Sfruwam i przeczę główką. Notuję w pamięci.

Zatrzymuje nas straż na przełęczy, trzech konno żołnierzy. A Sierżant woła:
- Stać! Hasło!
- Obecnych nie znamy. Znamy stare. I odzew.
- Przeszukać i zabrać! Ludzi liczycie? Armię naszą sprawdzacie? Związać sukinsynów!
Wnet Langocki lansjer z naprzeciwka podjeżdża i krzyczy – To dyplomaczy. Daycze papyeri.
Los kopertę wyciąga i wącha – Świerze, ładnie pachnie. Na pieczęć patrz, królewska – pismo żołdakowi z Robdanu wręcza.
- Zapewne fałszywe. Nie mnie oceniać. Filip, pędź do obozu, to za gruba sprawa. Prefektowi pokaż. Poczekamy.

Kwadrans czekam latając, aż przyjeżdża posłaniec z powrotem.
– Pisma w porządku, rozkaz by puścić na stronę langocką. Szychy widać jakieś. Przechodźcie.
- Komu w drogę, temu czas! - rozległ się gromki śmiech.
Notuję w pamięci.

Sfruwam do obozu VII Armii. Pozyskany alchemik, przemienia żywą substancję w jeszcze żywszą, czyli żaby łowione z dna stawu, w białe, puszyste króliki. Dar to widzę dla dam z obozowego burdelu. Piki piechoty rozstawione przy ogniskach co rusz się rozjeżdżają, a na nich potykają się dowódcy, potykają się gwardziści, łucznicy i konnica. Piją i kraj chwalą.
Szpicę wita salutując szpadą kapitan Besscat, tego znam. Zaufany gwardzista króla, łącznik i posłaniec, wtajemniczony dowódca skrytych.
Mości agenci - zaczyna rozmowę – tędy, do mojego zwierzchnika w armii. Czasami sam się gubię, kto komu doradza, kto komu wydaje polecenia. Weźcie na ten przykład bitwę. Oczywista rzecz, przyjmuję rozkazy. Ale już kiedy przylatuje gołąb, to w obecności Fryderica wiadomość czytam ja. Zaopatrzeniem i alchemikiem sam się zajmuję. A sprawy przeznaczone dla was? Mnie król powierzył, rozlicza mnie z nich, i na mnie spoczywa dobro kraju, obecne i przyszłe. Zważcie panowie, że wiem o was dużo i osobiście doradzałem przy wyborze do Szpicy.
Rozbrzmiewa hymn Langocji, to śpiewają pijani żołnierze. Besscat broń chowa i do namiotu pierwszy wchodzi.
Wewnątrz, zawsze był wielki porządek, a teraz widzę porozrzucane kartki, koperty i bele papieru. Jenerał armijny kicha przeciągle, pali wykresy, mapy i atlasy gwiazd widocznych nocą na niebie.
Widzę skrzynię z tabaką, ulubiona to używka kobiety o obyczajach nagannych. Siedzi w kącie Alissa Succo, kiedyś burdelmama, dziś dworka i dama. Wyciąga długą szpilkę z koka blond włosów, ostrym jej końcem nabiera z kolan brunatnego proszku. Drugą ręką odkłada łyżeczkę, wstaje z taboretu podciągając haftowaną suknię. Nieostrożnie przydeptuje woskowaną Pieczęć Królewską stopą odzianą w kapeć. I podchodzi, widać, do adoratora swego – Fryderica de Quverte. Całusa mu daje i kichają razem. Z powrotem siada na stołek, zamienia pęk białych róż z wazonu na ubrudzoną szpilę. Kwiaty wącha i znowu kicha, prosto w płatki bukietu.
Rozglądam się uważnie i dziwną prawidłowość widzę. To rzeczy obok siebie rozstawione, jedne smukłe, drugie wypukłe. Flaszka gruba obok strzelistego kufla, szafka prosta oraz inkrustowany kufer. Leży przezroczysta wróżbiarska kula, leży pudełko zapałek. Wieszaki z garderobą i stożkowata kadzielnica. Stół z rozłożonym śniadaniem i obła beczka z wodą gazowaną. Chudy de Quverte i gruba panna Succo.
Alissa nie zważając na nic, zaczyna czytać erotyczny pamflet.
Uczucie to u ludzi znam, Terenowy chyba się zakochał.
Generał armii nie obraca się od ognia, chrząka tylko.
- Sess...Panie... - zaczyna gwardzista Besscat, już w langockim, nie kończy jednak, odsuwają się straże. Żołnierze wnoszą wielką lunetę.
- O J'accu acyavannW dupie mam gwiazdy - odzywa się pierwszy Fryderic – buo gif' gappa. Je fucco ermye. Duc atte, hçyu!, Tye Besscat fulya. D'yarrange. Vit je odrette. Tye'. Ouss'. Je'. Ous'ale luneta się przyda. Pooglądam wojsko. Pewnie skryci, apsik!, z tobą Besscat przybyli. Zdadzą relację. Jeśli wygramy wojnę to medal. Dla ciebie. Dla nich. Dla mnie. Dla niej– wylicza na głos - Ve opollouon Vangocya. Gif' frouss. Rezze syus Armya Robdanska. Avou vyedgmy. Tye vyedgmy dur?Odzyskamy Wangocję. Lunetę zabrać. Ustawić na ogląd armii robdańskiej. Wypatrywać wiedźm. O wiedźmach co wiecie?
- Je Qippe. Vyedgmy ney frou oulgravoun. Ve nay frou Grot, eteprya rut fassou in casse cassu, Ve Lunne. Sa cubre oprevye Lom mus dehtye. Ve traveye s'aye.Jestem Los. Wiedźm nie ma w obozie. Przedmiotu nie mamy, może być nadal w zamkowym kufrze, Śniliśmy. Jakiś handlarz co z wozu sprzedaje nas Płynem spoił. Jedziemy za nim
- Qvertz o'pommu Ve zervyess, gu Grot nay frau. S'treche in foccu, plouse avenye. Fu mye codde su, Je preste cu sessounCzas już zadziałał na naszą korzyść, stąd armia w wąwozie. Roztopy nastały. Pode mnie podlegacie teraz, ja rozkazy wam wydam – odzywa się Besscat.
- FuyoZgoda
- Sitto in Gremdge. Ve gyu' hucce cubre, Ve lolre regalitye'.Kontakt w Gremdge. Znamy chyba tego handlarza, gołębia będziemy słać
- Hçyu! - kicha Fryderic de Quverte.
- Hçyu! – przytakuje panna Alissa Succot.
Notuję w pamieci.

Ruszamy do Gremdge.

Rozprawa w temacie:
„Fortel co głowy mąci w dwójnasób wykorzystany”.

{Szybko topniał śnieg w Langocji, zaległy na wierzchołkach drzew i płaskich dachach. Płytka breja błota leżała na drogach i polnych dróżkach. Agenci Szpicy mijali wsie i miasteczka: Fuyo, Grenolle, Issę i Lemevic. Cieszyli się słysząc wszędzie język ojczysty. Spali w zagrodach chłopskich, oberżach i wynajętych stancjach, wszędzie nie szczędząc grosza. Mogli się w końcu najeść przednią kuchnią, martwili się jednak o przyszłe losy własnego kraju i nadchodzącą wojnę. Zima się skończyła, tylko patrzeć jak do bitwy dojdzie.
Robdański w słowie szkolili zagadkami.

{Bastangya}
{Do miasta przyjechali wieczorem. Los drzemał w siodle, Czujka kiełbasą i salcesonem dokarmiał bezpańskie kundle pod bramą, a Sprzątacz pod nosem nucił takty marsza. Terenowy był zakochany. Przejechali przez dzielnicę praczek, czując krochmal magla. Minęli straże miejskie z latarniami. Konie przestąpiły przez rynnę ściekową, ich kopyta stukając o kostkę brukową, zatrzymały się pod drzwiami biura burmistrza.
Pouczony by udzielić gościny i wszelkiej pomocy czwórce skrytych, zarządca Bastangyi wprowadził Szpicę do pokoju sypialnego i otworzył okno na oścież, by wpuścić w zaduch świeżego powietrza. Wyglądając przez parapet, panoramę miasta wyróżniały na tle innych grodów trzy wysokie obserwacyjne wieże z kurantem i czubkiem – kogutem, z kopułami skręconymi nienaturalnie. To trójka dyebluv, przegrawszy zakład o duszę z burmistrzem, ukręciła z piaskowca budowle. W jednej z nich u podstawy, brama otwarta podróżnych zapraszała dalej w głąb Langocji, z Bastangyi wprost Drogą Królewską do skrzyżowania, a tam już przed siebie nie skręcając ni w lewo, ni w prawo: do Luvo. Z parapetu widać było oświetlone ławki w Parku Miejskim, gdzie pary schodziły się całkiem otwarcie a koty miauczały bez ustanku. Samo miasto zabudową swoją przejęło wpływy wangockie, ciasne kamienice i wystawne domy z ogrodem, już naruszone zrębem czasu i nigdy nie odnawiane, duchem przypominały langockie Mortuas. Ale złoty kruszec nadal dostarczano z Gór Wydmowych dla jubilerów w Dzielnicy Kravtu. Pieniądz pozyskany ze sprzedaży biżuterii skarbiec korony napełniał. Inkrustowane naszyjniki, kolie i pierścionki, na sztaby z powrotem właśnie przerobiono by opłacić zaciąg wojska. Bo szlachta z woli wojuje, lecz mieszczanom płacić żołd trzeba. Felerem była zbyt bliska granica z Robdanem, który łatwo sztabki złote ze skarbca bankowego mógł zagrabić nie naruszając samej instytucji, bo leżały w skarbcu filyi Zabrzeżańskiego Banku przynosząc największe zyski.
I z tej placówki Los i jego podwładni dostali przykaz by zabrać do stolicy złoto – w liście co otrzymał Terenowy od Alissy Succo, początkowo ciesząc się, że to notka miłosna, lub wieść o wygranej bitwie, a myśląc po przeczytaniu jak to panna z nudów w skrytego się bawi. Pergamin brzmiał tymi prostymi słowy: „Cały depozyt wywieźć do Gremdge.”.
O północy Szpicę zmorzył sen. Z wydarzeń minionych, sen o Śnieniu.

Zabrzeżański Bank w Bastangyi oczywiście był już nieczynny, zamknięty i pieniędzy nie wydawał. Poradzono sobie z tym w prosty sposób, nie używając żadnej siły, a przedstawiając sfałszowany kwit. Los wysłał do Zabrzeża list z pytaniem do zarządu: „Czy pięćset talarów na czeku jest częścią równoważącą z ekwiwalentem w złocie?” Odpowiedź przyszła na tak. Obudzono zarządcę banku i sprowadzono. Wydać on jednak nadal złota nie chciał. Tedy Los wyjaśnił, że kwit ma również na dodatkowe sto talarów i może oddać w prezencie. Co prawda cennego kruszcu już w sejfie zabraknie, ale po wojnie bogatym człowiekiem zostać można i odebrać pieniądze z talonu. I tak chciwość ludzka i zdrada Losowi sprzyjała. Zapakowano złoto do skrzynki, o asystę prosząc ochronę skarbca. Depozyt pozostał na wozie krytym, dowódca Szpicy się śmiał:
- Równo waży!

Podróży do Luvo, kolejnego miasta na drodze do stolicy, nie zakłócił żaden brygand czy rabiter. Zaczęło znowu padać, z nieba lał się rzęsisty deszcz. Powóz był przykryty szczelnie plandeką, na koźle siedział Czujka i cmokał z zachwytu. To urodziwe chłopskie panny zmierzały do licznych gospód na zabawy kończące tydzień. Przejechała Szpica przez wieś Ducat, Lyemye i Gastan, zostawiając ładunek obok stajni, na widoku wszystkich, i wychodząc ze słusznego założenia, że nikt niepilnowanego nie ukradnie. Sznurki szczelnie przylegały do obręczy, złota nie było widać, poszli więc na hulanki i tańce. Zamyślony Terenowy, nieobecny zupełnie, deptał swoje partnerki i mylił kroki.
Wstali w południe, nie szczędząc wody gazowanej, a umyli przede wszystkim włosy. Wszy z karczmy kryły się w fryzurach, pluskwy pokąsały łydki.
I w dalszą drogę do Hrev i Cuqen, mijając wsie i osady bez nazw, zatrzymując się dopiero w mieście.}

{Luvo}
{Wystawiano targ. Powiewały nad nim płachty w barwach Langocji, chroniące przed deszczem. Aby nie wpuszczać chłopstwa do miasta, inwentarz żywy, marynaty i kwaszone specjały, sprzedawano mieszczanom i szlachcie pod murami, tuż obok fosy. Nowym nadaniem, jednego Guldena Królewskiego dodawano do ceny kupna, który zwracano miasta budżetowi.
Przekupnie krzyczeli, przekupki plotkowały. Mieszczanie przebierali wybrednie mało co kupując, przebierali wybrednie wysoko urodzeni, acz kupując dużo. Sprzedawano przede wszystkim, sadło i oliwę , robiąc zapasy w przypadku wojny. Grano w Hunye i Talary.
Los wypatrywał już handlarza, człowieka, którego ścigali.
Przyśnił się ów adwersarz poprzedniej nocy, Szpica już mogła opisać całą postać , zapewne zwiększona dawka Płynu, poczyniła na Zwidy i czarostwo wrażliwość.
Nie było na targu gonionego, nie było go w Luvo.}

{Gremdge}
{Do stolicy dotarli w nocy. Terenowy z kozła nie przeoczył nikogo: „Wiemy jaką ma twarz, złapiemy drania”.
Przy Bramie Wjazdowej poznając wóz, straż nie chciała papierów.
- Przejeżdżajcie!
Ładunek pod akademię wczoraj zajechał, złota pilnował będę ja.

Przechodząc na ten tryb narratorski muszę wykazać się talentem, co by ocena była wyższa, a i rozprawa miała koniec.

- Czy to sala wykładów Geografyi I Topgrafyi? - wita się hasłem Los.
- Nie, to wykłady z robdańskiego, abituryenty rozprawę próbną piszą – brzmi odzew Profesora.

Los siada w pierwszym rzędzie, zgniata pluskwę? Wszę? I milczy.
Wstaję.
- Czy kończyć można? Rozprawę w robdańskim ukończoną mam na zadany temat: „Fortel co głowy mąci, w dwójnasób wykorzystany”.

Składajcie podpis i złóżcie papier.}


{Skryba Królewski}
{Czwartak Absztyfikant Królewskiej Akademii Wojskowej}
{Marco da Frost}


{wyciąg z tkanki mózgowej Chowańca Królewskiego pozyskany chirurgicznie i alchemicznie}

Skończyłem z uczniakiem wymieniać myśli. Profesor bierze kartę i zaczyna czytać. Los wychodzi i wstaje. Wyfruwam z sali wykładów. Notuję w pamięci.

{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

Zbudziła się z drzemki, Iva Giselle, do domu dojechała. Kraweczka to miejsce, do spania było, pracownię tam również otworzył. Zabezpieczenia, przed złodziejami, ustawił wszystkie na dachu. Wejściowe drzwi zablokował. Nie wiedział jednak, przejeżdżać będzie, przez wrota ogrodowe. Sprytne pułapki nie zadziałają, obecność Bargasza wyczują. A pchała go wróżka na łóżku szpitalnym, przenośnym i polowym. To cztery koła, dwie ramy i płachta, tworzyły ten niski wózek.
Żywopłot minęła, do środka wjechała i rozglądnęła wokoło. Plany już znała, tej posiadłości, udała się do piwnicy. Koła stukały, na schodach krętych, dotarła do laboratorium. I pierwszą rzeczą, co pomyślała, gdzie Kamień, gdzie Kamień ukryty? Sprawdzała półki, sprawdzała szafki, składniki przerzucała. Aż sejf znalazła, na ścianie, w obrazie, i ręce zatarła z radości. Klucza nie miała, szyfru żadnego, kwasem zamek polała. I wtedy właśnie, nie mając dostępu, strażnika obudziła. Wielki żelazny i pusty w środku, dzwon spadł na Ivę Giselle! Z pokoju obok, rurami z miedzi, mechanizm wypchnął króliki. Włochate, białe, i doświadczalne, w kopule się znalazły. To zasilanie było GOLEMA, prądem raziło zwierzęta. Raziło również nadworną wróżkę, zamkniętą razem z nimi. I dodatkowo, te błyskawice, krew wysysały wszelką. Płynęła ona kanalikami, to zasilanie z alchemii. Stanął więc wolno, ŻELAZNY GOLEM i wydał z siebie dźwięki.
STRZEC STWÓRCĘ!

{wyciąg tkanki mózgowej Chowańca Królewskiego pozyskany chirurgicznie i alchemicznie}

Przy kawiarnianym stoliku, w parterze murowanej kamienicy, na dowódcę Szpicy czeka Muab. Przypominam sobie. Mieszkanka stolicy, z krwi ojca Sedźanka, z matki Langotka. Mulatka nosi się luźno, krótko strzyże kręcone włosy. Zapachami zamorskimi psika, nie szczędzi sobie złota na szyi i nadgarstkach. Wiem, że darzy ją zaufaniem król, darzy Błazen Królewski i nadworna wróżka.
Drobi mi okruszki rogalika.
Przysiada się Los, zamawia kawę bez cukru i zaczyna rozmowę.
- Je'ftaymyon. Jis ou alla, vyerette, Muab.[supWitam ponownie. Krótko i zwięźle, przejdź do rzeczy, Muab][/sup]
- Giselle nua groumma Kamyen Umylovanya Mondryoscyi. Sye' oublatyeze. Affous vu.Giselle miała pozyskać Kamień Umiłowania Mądrości. Słuch po nie zaginął. Tydzień mija]
Najadłem się. Kurant bije pełną godzinę, stygnie niedopity napój.
- Nuasse freme a Kamyen.Wieczorem ruszajcie po Kamień – przekazuje nowe wytyczne Muab.
- U Langosse!
- U Langosse!
Notuję w pamięci.

Fruwam nad domem alchemika. Szpica szykuje się do kradzieży, czekam aż wyjdą z łupem. Latam i obserwuję okolicę.

{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

Gdy noc zapadła, trzy czwarte Szpicy, wypiło Płyn w lokalu. Los znowu został, tym razem nie Śnili, do akcji się szykowali.
Skryci ruszyli, do domu Bargasza, dwa wejścia chcieli spróbować. Czujka szedł frontem, a dachem szedł agent, co zwał się Terenowy. A na ulicy, w ciemnym zaułku, na skrytych czekał Sprzątacz.
Rozmawiali w myślach, krótkimi zdaniami, wytrychem już drzwi próbowano. Wejście otwarte, już próg przestępuje, pierwszy złodziej ze Szpicy. Wie gdzie się kierować, Los plany przedstawia, po schodach w dół trzeba ostrożnie. I nagle zapadnia, się szybko otwiera, lecz Czujka skacze do góry! Zapiera rękami, o płytki na ścianach, lecz na nic ta zręczność ćwiczona! Bo płytki gorące, jak z pieca wyjęte, poparzył się Czujka okrutnie! I zleciał już na dół, tunelem mosiężnym, do dzwona gdzie Iva też była. A kontakt się urwał, czy akcje już przerwać, Los daje nowe rozkazy. Niech próbę wykona, pracownię niech złupi, to kolej na Terenowego.
Z dachu więc schodzi, już jest w budynku, śladami przyjaciela. Zapadnia z powrotem podniosła się z hukiem, a skryty ją przeskakuje. W laboratorium, już agent buszuje, i widzi że sejf otwarty. Dowódcy oznajmia, że Bargasz tu leży, a ręką po Kamień sięga. Kamień Umiłowania Mądrości.
STRZEC STWÓRCĘ!
To ŻELAZNY GOLEM, wychodzi z ukrycia, z zamiarem zabicia zuchwalca. Szans żadnych nie ma, z gigantem z metalu, uciec chce Terenowy! I pięścią dostaje, i zęby wnet gubi, na ziemię pada bez czucia. A stopa do krtani, się zbliża powoli, i krzyczy kolos donośnie!
MIAŻDŻYĆ!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 10 sierpnia 2017, 10:11

Melduję posłusznie, że przeczytałam.

Wolę, jak oni czytają z tkanki mózgowej Chowańca Królewskiego :bag: Ptaszysko notuje po ludzku i jest zrozumiale. Ale w intrydze pogubiłam się dokumentnie. Znaczy wiem, że idzie o Kamień Mądrości, to tak. I że nad tym terenem wisi wojna, że jest teren sporny, taka jakby Alzacja czy inna Lotaryngia. Ale jak połączyć te wszystkie osoby i porozstawiać w dwóch walczących obozach nie wiem do końca, przyznaję z całą świadomością. Owszem, robi się odrobinę jaśniej, jakby dym nieco się rozwiewał, ale ja po prostu nie wiem, czy to nie za późno, czy do tego momentu będziesz jeszcze miał uwagę czytelnika. Zwłaszcza ważne jest, byś miał uwagę tych pierwszych czytelników w wydawnictwie, tych, którzy opiniują, czy warto tekst wydawać, oni naprawdę nie są zobowiązani do przeczytania całości, jeśli nie chwyci na początku, ciąg dalszy może nie dostać szansy. Wiesz, mnie się ciągle wydaje, że próbujesz tu chwycić dwie sroki za ogon - na raz uderzasz w czytelnika niezwykłością formy i tworzysz intrygę, która sprawia wrażenie mocno skomplikowanej i którą prezentujesz z perspektywy wielu bohaterów. Może właśnie dlatego zdaje się skomplikowana, bo muszę łuskać fakty z różnych źródeł.

O co w ogóle chodzi z tym, że ktoś pisze rozprawę? To się w końcu dzieje, czy nie dzieje? Czy to przeszłość? Czy imaginowana przyszłość? Czy co? Jak to Chowaniec wymienia myśli z uczniakiem? Jakim uczniakiem? Marco da Frost jest kim? AAAAA! W ogóle "absztyfikant" wedle Słownika Języka Polskiego PWN to "wielbiciel, konkurent"; totalnie mi nie pasuje jako tytuł człowieka w akademii wojskowej.

Kurczę, uświadamiam sobie, że ja lekturę "Podróżnego" traktuję jak ćwiczenie umysłowe. Taką rozbudowaną szaradę - mam ochotę zacząć od początku i notować sobie różne rzeczy. Fakty - nazwy, imiona, czas akcji nawet. Tylko wiesz - nie na tym polega czytanie. Czytanie to poznawanie historii, uczestnictwo w niej. To ma być przyjemność, a nie walka z poczuciem, że się jest głupim, bo się nie rozumie.

Z innej - podoba mi się idea golema napędzanego króliczkami (choć króliczków żal!) W ogóle ten wtręt o Alchemiku w obozie - w połączeniu z golemem to jest fajne. Tam tworzy te swoje króliczki do zabawy, ale równie dobrze mogą służyć czemu innemu xD
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1803
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2017, 10:59

Właściwie mogłabym powtórzyć za Siemomysłą i to, co napisałam jakiś czas temu na SB, ale uznałam, że może najuczciwiej będzie w poście w odpowiednim temacie. Ja po prostu wymiękłam. Czytałam na początku regularnie, dawałam dużą szansę, mówiłam sobie, że to dopiero początek, może opanujesz, ale było tylko gorzej. Są tu bardzo fajne wizje, ale to pojedyncze fragmenty nieskładające się na fabułę. Nie sztuka w tym, żeby pogubić czytelnika w intrydze. Czytelnik tego nie lubi. Jak mówi Michał Cholewa - i to są bardzo trafne słowa - sztuka w tym, żeby przekonać czytelnika, że wie, o co chodzi, a potem mu to wszystko wywrócić do góry nogami. Tymczasem gdzie mi do akcji, skoro ja nawet o bohaterach i świecie potrafię powiedzieć niewiele? Nie mam pojęcia, jaki jest czas akcji poszczególnych fragmentów, nie wiem, kto tu jest protagonistą, kto antagonistą. A to już nie jest początek, to już całkiem mięsko.

Do tego dochodzi forma. Wybrałeś taką, która wymaga kunsztu wyśrubowanego w kosmosy i nie może być w niej błędów, zagubionych czy dodanych sylab, wpadek z rytmem, pisania "na ucho". Więc moja rada brzmiałaby brutalnie - olej formę, zajmij się treścią. Na formę przyjdzie czas.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 13 sierpnia 2017, 13:36

@Kruffachi i SIemomysła

Dzięki za komentarze, rzeczywiście jeśli przeczytać jednym ciągiem, to więcej można wyciągnąć z "Podróżnego", forma formą, już się na taką zdecydowałem, wszelkie uwagi przyjmuję do wiadomości. :) Teraz tylko szybko dokończyć tę powieść i poprawić. Może ktoś jeszcze, kto nie czytał, "walnie" za jednym zamachem 7 rozdziałów i da też jakieś konstruktywne przemyślenia.

Powodzenia we własnym pisaniu i serdecznie pozdrawiam.

ODPOWIEDZ