Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

к.я.υ.к [16+]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 25 stycznia 2017, 13:48

Ech... tak, gdzieś głęboko w środku czułam, że znajdzie się wreszcie ktoś kto zarzuci mi zbytnią kwiecistość opisów. Borykam się z tym od dłuższego czasu i naprawdę staram się nie przesadzać z kwiatkami. Jak widać nie zawsze mi to wychodzi. Powiem Ci, że w zacytowanych przez Ciebie fragmentach nie widziałam nic złego dopóki mi nie wskazałaś tych namnożonych epitetów, za co jestem wdzięczna. Będę się musiała mieć na baczności bardziej niż dotychczas ;/
Niemniej jednak chcę Cię przestrzec przed używaniem "brunetów", "blondynów"
Czytając powinnaś zauważyć, że tego typu określeń w tekście jest naprawdę mało. Ja sama za nimi nie przypadam i też brzmią dla mnie dość sztucznie, ale czasem, gdy jestem przyparta do muru, bo wykorzystałam wszystkie możliwe określenia na daną postać, niechętnie sięgam po takie wyrażenia właśnie. Nie widzę wtedy innej opcji :(
na skakanie z narracji w drugim rozdziale
Hmm, robię tak dość często i nigdy nie spotkałam się z sytuacją, w której komuś by to przeszkadzało. Wydawało mi się do tej pory, że możliwość zmiany perspektyw i wejście w umysły różnych postaci jest przywilejem, który gwarantuje narracja trzecioosobowa. Dałabym sobie rękę uciąć, że spotkałam się z takimi zabiegami w niejednej powieści... >.<
Jeśli masz z tym problem, odsyłam Cię do naprawdę dobrego poradnika
Zasady znam i potrafię je stosować, a czemu zdarzają mi się takie gafy? Nie mam pojęcia. Czy to przez gapiostwo, czy rozkojarzenie? :wall:
choć wydaje się, że już im ucieka, jednak coś mi mówi, że mu się uda.
Wstrzymam się od komentarza XDDD Chociaż, żeby fabuła poszła dalej jest to... dosyć... niezbędne :bag: Dalej nie będzie tak przewidywalnie! XD
Czekam na jakąś jego słabość, jakąś ułomność, coś, co sprawi, że dla mnie stanie się bliższy
Może nie w najbliższych dwóch rozdziałach, ale zostaną ukazane jego słabości, bohater zostanie wystawiony na próby, będzie zmuszony walczyć z samym sobą - ze swoją naturą, przekonaniami i rozsądkiem. Ale dalej nie mówię już nic :calm:
Zmierzam do tego, że nie wiem, jak piszesz
Wydaje mi się, że ciężko będzie to określić po tym opowiadaniu, gdyż nie jest w 100% autorskie. Mam na myśli, że świat - kwestie polityczne, geograficzne, religijne, społeczne są jakby narzucone. Myślę, że ostatecznie wątpliwości rozwiać by mógł tekst osadzony w moim własnym świecie, w którym w żaden sposób nie miałabym narzuconych ograniczeń i nie musiałabym się oglądać za siebie czy przypadkiem nie naruszyłam praw uniwersum.
Na pewno będę tu wpadać, komentować, bo wbrew pozorom, na takie odstresowanie się, lubię czytać takie opowieści fantasy.
Bardzo mnie to cieszy, naprawdę. Doceniam wszystkie rady i spostrzeżenia jakimi się ze mną dzielisz i czytelnicy tacy jak Ty, Siemomysła, Kanterial czy Kruffachi to dla autora chyba największa motywacja :nano:

Chciałam bardzo, ale to bardzo podziękować za odwiedziny, czas poświęcony Krukowi, ale przede wszystkim ten wspaniały, iście wzorcowy komentarz. Jestem wdzięczna, zadowolona i zmotywowana. Mam tylko nadzieję, że wkrótce bohater da się poznać od tej lepszej strony, bo jak na razie to stał się wrogiem publicznym numer jeden :bag: XD
► Pokaż Spoiler
I dziękuję za kufelek :c[]: :lol:
Obrazek

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: pierdoła saska » 25 stycznia 2017, 19:40

Przyłączam się do pytań o to czemu prolog jest prologiem skoro akcja z niego płynnie przechodzi w rozdział pierwszy. Nie stanowi on niczego, co działo się dużo wcześniej, nie jest wróżbą, nie ma innego narratora… generalnie nie ma w nim nic, co sprawiałoby, ze nie mógłby być rozdziałem pierwszym. A przynajmniej ja tego nie dostrzegłam.

Do tekstu jednak.

Dużo tu było sygnalizowania świata – nazwy, dużo nazw – i lekkiego wyjaśniania go, ale za mało, abym mogła cokolwiek o nim powiedzieć (a odniesień do twórczości Sapkowskiego nie wyłapałabym, jakby mnie nimi przez łeb zdzielili, bo czytałam go mało i dawno to było). Jednak po takim kawałku tekstu po prostu na razie wierzę, że wiesz co robisz i tyle.
O bohaterze – znaczy tej postaci, która współdzieli imię z tytułem całości – też wiele nie powiem na tym etapie. Jak na razie zdołał mnie on rozczulić i jestem ciekawa czy wynikało to tylko z jego przekonań, czy jest cechą całej jego rasy. Chodzi mi o kawałek, gdy jest wielce wzburzony tym, że go ktoś – nie do końca z ukrycia nawet – dziabnął kuszą. Bo z jednej strony tylu on już zabił, taki waleczny i pożądający krwi swych wrogów jest, a z drugiej ta kusza go tak oburzyła… Albo to honor bitewny jego samego lub całej jego rasy się w nim odezwał, że jak dziabać wroga, to tylko ostrzem między żebra i najlepiej patrząc mu w oczy, albo… albo po prostu on jest taki rozczulający. Trochę skojarzył mi się z dzieckiem, kiedy mu lód z rożka wypadnie, jakkolwiek to nienajlepsze porównanie w sytuacji, gdy chodzi o przelewanie krwi ^_^ Ale wcześniej czaił się z łukiem na coś co nadchodziło i nie wydawało się, że będzie miał problemy dziabnąć coś w plecy, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Zresztą w sumie logistyka jednej sceny kładzie mi się cieniem na tej podawanej przez narratora charakterystyce Zarreda. Znaczy się narrator wciska mi jaki to Zarred jest krwiożerczy, mściwy i ilu nie zabił. A potem jest scena napaści w lesie i on robi coś, co dla mnie nie zabrzmiało jak działanie doświadczonego mordercy.
Konkretnie chodzi o to, że okrążony postanowił zeskoczyć z wierzgającego konia. Mam takie wrażenie, że jednak próba zapanowania nad zwierzęciem byłaby rozsądniejsza niż zeskakiwanie na ziemię i narażanie się, że się oberwie kopytem przez łeb. No chyba że ciasność kręgu, jakim otaczali go napastnicy, została wcześniej nieco przesadzona. Z drugiej strony to się dzieje na leśnej drodze, tam wiele miejsca być nie mogło :/ I nie wiem sama. Czytałam i niby wiele się działo, choć niekoniecznie dynamicznie, bo sporo miejsca znalazł narrator na snucie opisów strzał i innych rzeczy, na które pochłonięty bronieniem się człowiek nie zwróciłby uwagi. A na tym wszystkim cieniem kładło mi się to zeskakiwanie, bo nie wiedziałam czy ja czegoś nie czaję, czy bohater jednak trochę nieogarnięty jest ^^” A! i jeszcze to jak po opowiedzeniu czytelnikowi jakie to metody tortur mają ludzie, on się dziwił, że go nie dobili na miejscu i przez piękny, czarnowłosy łeb mu nie przeszło, że mogą mieć pierw kilka pytań do niego. Totalnie nie wiedziałam co mam myśleć o jego ogarnianiu rzeczywistości wtedy.
Koniec końców Zarred widzi mi się jako nieco nieogarniający życia, ale zarazem taki, co go się lepiej bać.
Mich póki co wzbudza moją sympatię, choć nie czaję kawałka jego historii (takiej nie opowiedzianej, ale istniejącej). Jeśli obóz Scoia'tael znajdował się w tym miejscu od lat, to brzmi to jak kiepska strategia dla kogoś, kto zdaje się nie mieć w terenie żadnych praw – na logikę taka grupa starałaby się często zmieniać obozowisko, aby przeciwnik nie był w stanie przygotować mocnego uderzenia.
Jeśli był to obóz tymczasowy (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne), to czym zarabiał na życie Miech, zanim pojawili się Scoia'tael w okolicy? To pytanie w sumie można rozbić na dwa kolejne, bo nieco inaczej ma się sprawa jeśli on jest tutejszy, a inaczej, jeśli przyjechał i się osiedlił.
Jeśli jest przyjezdny lub jest pierwszym pokoleniem, które tu podjęło się tego zawodu (czytaj: papa robił inne rzeczy), to czemu założył kuźnie w miejscu, gdzie nikogo nie było stać na jego wyroby i musiał robić byle co poniżej swoich umiejętności, aby w ogóle mieć jakieś warte wspomnienia pieniądze? Zwłaszcza, ze założenie kuźni to nie tak hop siup – inwestycja jakowaś i w ogóle, więc raczej powinien wybrać miejsce z głową. Jest opcja, że założył kuźnię aby zaopatrywać Scoia'tael (jeśli faktycznie kręcili się w tym rejonie od dłuższego czasu), ale w takim razie wychodzi z niego niezły ryzykant, bo oznaczało to, że wierzy, że mogą tak w nieskończoność być w okolicy.
Jeśli jednak papa Miecha był z tych stron i też był kowalem, to mam tu biznesowo-historyczny problem.
Oczywiście to wszystko można wyjaśnić jakąś zmianą sytuacji politycznej w regionie i na przykład porzuceniem szlaku handlowego, który szedł przez wieś i sprawiał, że prosperowała a Miech miał zajęcie, ale że nie jest to w tekście (póki co? …bo może to miało być dalej, a ja wybiegam przed szereg) wspominanie, to zaczęłam się zastanawiać. :)
Ostatnim wartym wspomnienia jest Wizmir, którego było niewiele, ale nawet mnie zaciekawił.

Jeszcze do jednego wydarzenia chciałabym się odnieść, tak już bez odniesienia do konkretnej postaci. Ale jak do diabła oni Zarreda przerzuciki przez konia, jak go wieźli? Bo jasno w tekście stoi, że: „Zamarł, słysząc ciche stękanie, a następnie zerknął ostrożnie na osobnika przewieszonego przez grzbiet kasztanowego ogiera.” Więc wynikałoby że bez pół go wzięli i rzycią wypiętą ku niebu. Ale! „Młodzik patrzył. […] Na bladą, skurczoną z wysiłku twarz, upstrzoną bordowymi plamami zaschniętej już krwi. Na zaciśnięte w nieprzyjemnym grymasie, nieludzko drobne zęby pozbawione kłów...” I teraz ja się zastanawiam, jak młodziak mógł to widzieć (zwłaszcza ten brak kłów), jak Zarred wisiał tak, że mógłby tymi zębami sierść gryźć. Tak, mógł spróbować jakoś podnieść głowę i jakby szyję wygiął dobrze, to może nawet miałby twarz równolegle do ziemi, ale to młodziakowi by nie pomogło, bo „Patrzył na długie, czarne, skołtunione włosy opadające wzdłuż końskiego grzbietu, sięgające niemal ubłoconego podłoża.” – i mu te włosy powinny jak kurtyna widok zasłaniać.
Takie to zastanawiające było.

Fabule póki co daję kredyt zaufania, bo tak naprawdę niewiele wiem. Jakaś wojna podjazdowa w pewnym świecie – z tego punktu można pójść w tak wiele dróg, że wolę grzecznie poczekać na ciąg dalszy niż uprawiać gdybologię. :) Zwłaszcza, że bardzo podobał mi się nastrój, jaki towarzyszył zakończeniu drugiego rozdziału.

Poniżej jest garść cytatów. Kilka literówek, głównie jednak ogólne rozkminy nad tym i owym, bo czasami coś dziwnego działo się ze zdaniami. Generalnie widać, że zasób słownictwa masz zacny i czoła chylę, ale nie raz i nie dwa miałam wrażenie, że użyte słowo jest na wyrost i nijak nie pasuje do mniej rozpoetyzowanej narracji w danym kawałku.
SpoilerShow
„Słońce wisiało wysoko na bezchmurnym niebie, zalewając las świetlistą falą promieni.”
Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie zalewania lasu światłem. Z falą światła spadającą na las także, bo w sumie why not, nieco dziennie to brzmi, ale to może dlatego, że przy takim sformułowaniu, to ta fala kojarzy mi się już naukowo. Ale zalewanie lasu świetlistą falą promieni wywołało u mnie skojarzenia z wysypywaniem nieugotowanego spaghetti na las :bag: Jak dla mnie to jest przekombinowane, ale nie wykluczam, że tylko dla mnie. 

„Lekki wietrzyk szarpiący listowiem owiał przyjemnie twarz Zarreda, siedzącego w zaroślach. Odgarnął pasmo długich, czarnych jak smoła włosów za szpiczaste ucho, wzdychając po raz kolejny.”
Moment, moment, kto odgarnął. Podmioty się tu pogubiły, bo wyszło, że wietrzyk odgarnął.

„Nazwa, choć piękna, zupełnie nie pasowała do obskurnych, porośniętych mchem murów, jakie przez setki lat rozsypały się na podobieństwo domku z kart, bardziej przywodząc na myśl kamieniołomy, aniżeli dawne miejsce kultu.”
Aż klepnęłam w wujka gogle hasło kamieniołom, na zasadzie, że te kamieniołomy, co je widziałam, to mogą nie być miarodajne. Ale chyba jednak są i nie bardzo wiem jak zawalona budowla może którykolwiek z nich przypominać. Bardziej jakiś kurhan czy coś.
Plus zupełnie nie jestem pewna tego „jakie” tam.

„Poza tym... walczył nie tylko dla sprawy, Scoia'tael czy Starszych Ras, walczył... walczył dla siebie.”
Jakkolwiek rozumiem skąd te wielokropki przywędrowały, tak to de facto jest tekst narratora i jak w narracji dwa takie zawieszenia występują, które miały w zamiarze chyba dodać dramatyzmu wypowiedzi, to mnie one nieco bawią. Bo to nie tak, że czytając nie widzę słowa zaraz po wielokropku, więc cały dramatyzm diabli bierze.

„Pomijając już fakt, że skracana odległość działała na niekorzyść intruza,”
Zgrzyta ta skracana odległość w sensie zmniejszającego się dystansu :/

„Po chwili rozległ się donośny tętent kopyt, a zza krzaków białego mirtu i belladonny wyskoczył potężny ogier, czarny jak sama noc. Zarred wskoczył na wierzchowca jednym susem, po czym z dzikim rykiem wbił pięty w boki zwierzęcia.”

„Coineach Da Reo, pomyślał, wdrapując się na grzbiet Diabła, parskającego przejmująco.”
To Coineach czy Coinneach? :)

„Był bardzo cenionym wojownikiem i muzykiem, znanym z bardzo mylnego spokojnego usposobienia, a także tęsknych pieśni, roztapiających nawet najbardziej zlodowaciałe serca.”
Ja nie wiem, co tu było mylne. Czy on był mylnie znany ze spokojnego usposobienia (bo tak na serio był nerwowy jak osa). Czy był znany z mylącego (w sensie pozornego) spokoju, bo byłjak osa, ale dobrze udawał jak trzeba było?

„Zarred miał kiedyś okazję wysłuchać ballady o Samotnym Księżycu w wykonaniu jasnowłosego i choć na muzyce znał się jak wieśniak na czarach, zadumał się wtedy niesłychanie, niesiony smutną, pełną emocji melodią, szarpiącą jego uczuciami niczym zdziczały pies kawałkiem mięsiwa.”
I romantyzm diabli wzięli. Ale ja tu wierzę, że to tak specjalnie i to jest takie, bo to coś mówi o romantyzmie Kruka :3 Lubię.

„I tą bolesną, piekącą serce samotność przerwał nagle donośny huk, płoszący ptaki z pobliskich drzew.”
I tak, z jednej strony ptaki samotności nie zmieniają, z drugiej wcześniej narrator wymienił sarnę i teraz nie wiem, czy on sarny jakoś szczególnie wynosi ponad inne zwierzęta i że z sarną to mniej samotnie niż z dzikiem, a już nie daj bóg ptakiem, czy miało być pusto i głucho, ale ptaki pasowały do klimatu i się zrobiła sprzeczność?

„Tuż przed nim zapłonęła nagle szeroką i wysoką na metr ścianą ognia, zapędzając bruneta w ślepy zaułek.”
Na ile zrozumiałam, to ściana pojawiła się przed nim na drodze. Nie goniła go, więc nie mogła go nigdzie zapędzić. Co najwyżej, ze względu na magiczne okoliczności mogła stworzyć zaułek i ta druga go w nim uwięziła, ale to dość karkołomny sposób przedstawienia tego tak, aby słowo zaułek miało sens.

„Długa strzała o szaropiórych lotkach przecięła bezgłośnie powietrze, z trzaskiem wbijając się idealnie w szparę pomiędzy hełmem a pancerzem pobliskiego żołnierza, wywołując jednie głośne charknięcie ostatkiem sił.”
Jedynie

„D'yaebl też widocznie słyszał, bo jak na zawołanie podskoczył do góry, o mało nie zrzucając z grzbietu własnego jeźdźca i trzasnął tylnymi kopytami intruza, zbliżającego się od tyłu, prosto w szczękę.”
Too much. Jeden: to on skoczył tak no… cztery kopytka w górę? Czy na przykład stanął dęba, albo wierzgnął. Dwa, jak trzasnął tylnymi kopytami, to wiadomo, że atakujący szedł z tyłu... chyba, że ten koń także salta robi ;)

„Wodził wściekle zielonymi oczyma od zbroi do zbroi, od miecza do miecza, na jakich klindze odbił się nagle zygzak rozświetlającej niebo błyskawicy.”
Mieczy a mieczy, klinga jedna… nie, ja się tu zgubiłam.

„W chwilę potem kasztanowy kaftan przesiąknął krwią, zdobiąc materiał rozbryzgiem karminowego kwiatu.”
Znaczy kaftan sam przesiąknął i potem ozdobił materiał, znaczy sam się kwiatem...? E? Nope. Narrator tu przekombinował.

„Tak na dobrą sprawę miał duże szczęście, że postrzelił go narwany idiota – gdyby kuszę przejął zawodowiec, elf leżałby już rozłożony na trawie, ze strzałą wbitą miedzy oczy.”
Między

„Chwycił kuszę mocniej w drżących dłoniach, a następnie z roztargnieniem wycelował w elfa. Zarred nie zwolnił ani odrobinę, przyspieszył nawet, rozdrażniony śmiałością ludzkiego śmiecia. Kaedweńczyk strzelił na oślep, zamykając przy tym oczy.”
Coś z tym chwytaniem jest nie tak. Nie gra mi, ale nie umiem powiedzieć dlaczego dokładnie. Co innego mnie zastanowiło. Najpierw nasz kusznik celuje z roztargnieniem a potem strzela na oślep, czyli nie celując. Że zamkną oczy w chwili zwalniania cięciwy, to jest ok., to mi się podoba. Widziałam to czytając, ale z tym celowaniem, to ja nie wiem. Czy on najpierw uniósł kuszę przymierzając się do strzału, a potem strzelił jak stał, bez celowania? W sumie problemem tu może jest to zdanie o Zarredzie w środku. Ono sprawia wrażenie, że od jednej do drugiej czynności kusznika minęło więcej niż mgnienie i całość przestaje grać. To jest coś, o czym widziałam, ze Rolf pisał.

„Trup zwalił się na ziemię, wzbijając w powietrze oschłe listowie.”
Uschnięty i oschły to jednak dwa różne słowa o różnym znaczeniu :/

„Drobne, białe zęby pozbawione kłów, błysnęły w pełnym triumfu uśmiechu, gdy do D'yaebla zostało mu zaledwie kilka stóp. Już czuł tą euforię, to szczęście i satysfakcję – umknął! Umknął im! Całemu oddziałowi zbrojnych! Sam jeden wyrwał się z obławy!”
Tu wszystko jest OK., poza faktem, że przy słowie „satysfakcję” wiedziałam, że mu zrobią kuku i mu się nie uda ^^” Nie wiem czy tak być powinno.

(rozdział 2)

„Nim zdążył przekroczyć próg, zatrzymał się, załapany za ramię drżącymi, kobiecymi dłońmi.”
Złapany

„Drzwi zamknęły się cicho w akompaniamencie żałobnego jęku przerdzewiałych zawiasów.”
To cicho czy skrzypiąc?

„To jak kot w worku, przemknęło wąsaczowi przez myśl. W worku? Tfu! Kapturze znaczy.”
:heart:

„Dziwne, pomyślał, marszcząc w zamyśleniu brwi. Jeśli i tak planowali go zabić, po co został opatrzony? Dlaczego za wszelką cenę starali się utrzymać go przy życiu?”
To trochę wyrwane z kontekstu, ale chwilę wcześniej tekst rozwodził się o metodach tortur, a teraz bohater dziwi się, że go nie dobili na miejscu. Serio?

„Początkowo ludzie bali się wychodzić z domów i nie przekraczali swych obejść w obawie, że soldateska powróci, by skorzystać z przymusowej gościnności mieszkańców.”
Wyszło mi że gościnność była przymusem i wojacy się jej bali, a nie, że przymusowo trzeba było ich ugościć. Ale może to ja.

„Minął bez słowa bawiące się w piasku dzieci, po czym ruszył za dom, w kierunku swojego warsztatu. Wpadł do kuźni z prędkością wiatru, a następnie trzasnął wściekle drzwiami.”
Strasznie ukierunkowany ten tekst momentami. Tak się zastanawiam, skoro on wszedł do kuźni, to nie mógł iść do warsztatu? Tam wcześniej sąsiad miał swoje ukierunkowanie jakoś bardziej zasadne. Ten tu już mniej

„Nie wierzył własnym oczom, po prostu nie mógł dać wiary temu co zobaczył w lesie, gdy tak jak co tydzień równo o świcie, wyszedł z chaty na spotkanie ze Scoia'tael. Nigdy nie spóźniali się na miejsce spotkań, za to zawsze”

„Przełkną z trudem ślinę, przyglądając się ośmiu bełtom sterczącym z piersi dowódcy.”
Przełknął

„Zaklną paskudnie pod nosem, siadając ciężko na brzozowym pieńku.”
Zaklął
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Kruffachi » 28 stycznia 2017, 11:25

Tak sobie pomyślałam, że najchętniej poczekałabym z komentarzem do następnej wstawki, ale z drugiej strony - wczuwając się w autora, dla którego odbiór jest przecież bardzo ważny - mam wrażenie, że byłoby to w jakiś sposób nie fair. Stąd ten komentarz też pewnie będzie taki wyrywkowy, może się do niego odniosę następnym razem i coś będę prostować albo rozwijać, albo się wycofam. Po prostu bardzo trudno mi się operuje na tak krótkich - i pod względem ilości słów, i pod względem treści fabularnej - wycinkach tekstu. Prócz czepiania się szczegółów, nie mam zbyt wiele do powiedzenia.

Ad komć Maršy - sądzę, że to, znaczy wątek utrzymywania rodziny z handlu z komandem, jest jeszcze logicznie do uratowania, jeśli dodać jakieś szersze ekonomiczne tło i informację, że dzieje się to od niedawna. Nie wiem, ceny spadły, dotychczasowych zleceniodawców szlag jasny trafił, coś w tę mańkę. Acz trudno mi uwierzyć, że taki wioskowy kowal nie ma co robić. Że nikt nie przychodzi naprawić pługa albo wyrwać zęba. Chyba że to naprawdę maleńka wioska, ale co wtedy robi w niej kowal, który zajmuje się tylko kowalstwem? W ogóle jestem ciekawa, jak tam wygląda ekonomia, no bo przecież świat Sapkowskiego nie był światem ekonomii średniowiecznej.

Natomiast, no, silny i zdrowy kowal to taki mit fantasy trochę. Opiłki żelaza, gorąco, zatrucia, rozwalone płuca, ciężka fizyczna praca... To się odbija na kondycji ;)

Druga rzecz, jakiej się czepię, to stylizacja, bo niestety jestem nerdem. I jakkolwiek dawno wyrosłam już z przekonania, że każdy twórca fantasy, który próbuje stylizować, powinien najpierw wykuć na pamięć co najmniej Rosponda i siedzieć ze Słownikiem Staropolskim na kolanach, to jednak nadal sądzę, że jeśli się brać za stylizację, to przynajmniej konsekwentnie. U Ciebie się to niestety miesza. W archaizowane wypowiedzi wkradają się elementy współczesne, w dodatku postaci z tej samej warstwy społecznej i środowiska (kowal i jego żona) mówią w zupełnie różny pod tym względem sposób.

I trzecia rzecz to ten oddział. Od razu przypomniała mi się dedykacja otwierająca cykl o straży Pratchetta. To właśnie ten typ, taka banda głupków, którzy będą atakowali głównych bohaterów pojedynczo, żeby mógł ich efektownie szlachtować, pozbawieni rozumu, niesympatyczni i z gruntu skazani na porażkę. Ten ich dialog sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, skąd ich właściwie wzięto i ile w życiu widzieli. Z kolei poziom intelektu ich dowódcy - również niezbyt wysoki - trochę skacze, jakby w zależności od potrzeby chwili. Wydaje mi się, że ta scena z wjazdem do wioski była najsłabszą w obu wstawkach na ten moment. Jest klasyką fantasy, ale niestety tą złą klasyką.

O samym Kruku nadal nie mam niczego dobrego do powiedzenia, no ale nie wątpię, że jeśli jest głównym i tytułowym bohaterem, to trzymasz w zanadrzu coś specjalnego i prędzej czy później to pokażesz :) Fundujesz mu dość trudne z punktu widzenia czytelniczej sympatii wejście, ale to niekiedy procentuje, także czekam cierpliwie. Co do Miecha, wydaje się bardziej sympatyczny, tak, taki poczciwiec z niego wychodzi, raczej prosty człowiek z jasno ustalonym priorytetem, którym są najbliżsi. To mnie może przekonać, nawet w pakiecie z tą bardzo lokalną moralnością, bo jest to coś, co mnie w postaciach chwyta. Zobaczymy :)

No to czekam na kolejne rozdziały w nadziei, że będę mogła napisać jakiś bardziej wartościowy, a nie taki tylko czepialski komentarz :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Siemomysła » 28 stycznia 2017, 18:29

Mam trochę podobny problem jak Kruffachi - w sensie bardzo mały kąsek fabuły znam. Nie jestem w stanie się o niej nijak wypowiedzieć. Jedyne co mogę, to pogadać trochę z Twoimi bohaterami, co też czynię w spoilerze.
SpoilerShow
Nie ufał mu – Wizmir mało komu ufał, jednak ludzi nie ukazujący swych twarzy trzymał najkrócej.
Trzymał najkrócej w sensie dyscypliny? Czy w sensie, że jak nie ufał to się go pozbywał z oddziału?
– Stul pysk! – warknął, a widząc, że kundel reaguje z jeszcze większą zapalczywością, schylił się i sprzedał psu silnego kopniaka.
Niski ten konik to moje pierwsze wrażenie – jednak od strzemion, czy tam stóp jest daleko do ziemi, a więc i to psa. No i pochylanie nic by mu nie dało, przecież nie nogi się pochylają. Czy miał strzemiona – tu prędzej wyjęcie nogi ze strzemienia niż pochylanie się mogłoby zobrazować tę scenę
Elf budził się właśnie. Widać było jak unosi z wysiłkiem głowę, próbując dostrzec cokolwiek, jak bezskutecznie usiłuje zorientować się w sytuacji. Cóż, nie było to najprostsze, gdyż zarówno nogi jak i ręce jeńca skrępowane były grubym sznurem, wrzynającym się boleśnie w skórę. Młodzik patrzył. Patrzył na długie, czarne, skołtunione włosy opadające wzdłuż końskiego grzbietu, sięgające niemal ubłoconego podłoża.
Czyli jak on wisiał? Te włosy powinny raczej zwisać gdzieś obok brzucha. Przewieszony przez grzbiet dla mnie oznacza człowieka, który wisi nogami po jednej, głową po drugiej stronie. Twarz na brzuchu/boku konia, więc włosy po grzbiecie nie spływają.
Na bladą, skurczoną z wysiłku twarz, upstrzoną bordowymi plamami zaschniętej już krwi. Na zaciśnięte w nieprzyjemnym grymasie, nieludzko drobne zęby pozbawione kłów...
Obowiązkowo obnażone/wyszczerzone w tym momencie ;) no i czy on na plecach na tym grzbiecie leżał? Trudno dostrzec nawet twarz kogoś kto zwisa z końskiego grzbietu. Przyznam, że poszczególne elementy opisu związanego elfa wiezionego na końskim grzbiecie nie składały mi się w obrazek.
Elf zmarszczył brwi, krzywiąc się z odrazą. Czemu miał nieodparte wrażenie, że tajemniczy jegomość był ludzkim kapłanem lub kimś związanym, z którymś z religijnych kultów? W ciągu swego długiego życia doszedł do wniosku, że ludzie tego pokroju mieli dziwną i dość irytującą manierę patrzenia z góry na wszystko i wszystkich oraz mędrkowania, przenosząc kwestie boskie na każdą możliwą płaszczyznę życia. Nawet polityczną.
Dość dziwny moment na takie rozważania moim zdaniem panie elfie ;) Ogólnie mam wrażenie, że ktoś wieziony w ten sposób ze zdrętwiałymi rękami, krwią napływającą do twarzy naprawdę nie ma siły na marszczenie czegokolwiek. Rozumiem jednak, że to swoiste prawa obranego gatunku.
– Ten parszywiec śmie ze mnie drwić! Ja już wybije mu z głowy hardość, a chociażby i nahajem! Tłuc będę, aż nie zobaczę jego brudnych myśli wypływających z rozbitego łba...!
– Nic nie będzie wypływać, a wyście, szanowny magiku, nie będziecie niczego tłuc. Chyba że muchy.
– Błąd popełniasz...
– Rzekłem! – szczeknął zirytowany Wizmir, mrużąc groźnie ciemne oczy. – I pókim ja temu oddziałowi dowodzę, tak właśnie będzie.
Tu bardzo Sapkowski przebija :D
Jeśli i tak planowali go zabić, po co został opatrzony? Dlaczego za wszelką cenę starali się utrzymać go przy życiu?
A toć przecież jużeście sobie sami, panie elfie, chwilę wcześniej odpowiedzieli, kombinując, że pewnie was przesłuchiwać będą, po co mielibyście zemrzeć za wcześnie?
– To nie było moje ostatnie słowo, plugawcze – warknął jadowicie czarodziej, wyrywając elfa z zadumy, a następnie wstrzymał konia, ziejącą pustką obserwując oddalającego się Zarreda.
Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym wypuścił powietrze przez nos, gdy zniknął wreszcie z pola widzenia dziwnego mężczyzny.
Kto tu obserwuje, kto znika, o co chodzi z ziejącą pustką?
Rozglądnął się raz jeszcze w poszukiwaniu swego Zefhara, kołczanu oraz zbójeckiego noża, które odebrano mu w trakcie pojmania. Jakaż była jego wściekłość, gdy dostrzegł swój cudnej roboty nóż przypięty do pasa młodego rudzielca.
A co, lepiej by było, gdyby wyrzucili, albo gdyby wziął ktoś bardziej ogarnięty, komu trudniej będzie zabrać? ;)
Miech wszedł na podwórze szybkim, nerwowym krokiem. Zignorował sąsiada, który ruszył w jego kierunku z flaszką w ręku, nie mając czasu ani ochoty na picie. Od przejazdu wojskowych przez wioskę minęły dwa dni. Początkowo ludzie bali się wychodzić z domów i nie przekraczali swych obejść w obawie, że soldateska powróci, by skorzystać z przymusowej gościnności mieszkańców. Nikt nie miał złudzeń co do żołdactwa, które miast bronić ode złego i pomagać uciśnionym, niejednokrotnie grabiło, mordowało i gwałciło kobiety, gdzie to ostatnie miłowali w szczególności. Na całe szczęście po orszaku nie zostało nawet śladu i wszystko zdążyło wrócić do normy.
Minął bez słowa bawiące się w piasku dzieci, po czym ruszył za dom, w kierunku swojego warsztatu. Wpadł do kuźni z prędkością wiatru, a następnie trzasnął wściekle drzwiami.
Piszesz o szybkim nerwowym kroku, potem o wpadania z prędkością wiatru, a między tym dajesz odległe przemyślenie o naturze wojska jako takiej i wszystko to, co pomiędzy tymi zdaniami zwalnia tę scenę. Gdy pojawia się informacja o wpadaniu jak wiatr, ja mam zwiechę, bo dla mnie on szedł i szedł i myślał i szedł.
Wszedł ostrożnie pomiędzy szkielety namiotów, na których powiewały smętnie resztki burych materiałów
Po spaleniu? Czy czemu wiszą resztki? Bo to krótki czas, nie? Dymu z wioski nie było widać?
Zaklną paskudnie pod nosem, siadając ciężko na brzozowym pieńku.

Nie trzaskał, złość odeszła już w zapomnienie, zostawiając po sobie jedynie skręcony z nerwów żołądek i strach o bliskich.
W sensie że drzwiami?

Spokojnie możesz to uznać za zbędne czepialstwo, po prostu zaznaczałam miejsca, gdzie moim zdaniem przydałoby się przeredagowanie, ponowne przemyślenie, co chcesz powiedzieć i tak dalej - bo dla mnie te miejsca były albo dziwne, albo nie do końca zrozumiałe.

Natomiast przyznam, że tknęła mnie nazwa wioski - Moczywory. Przez nią przyszło mi do głowy że całość tego tekstu to taka trochę jakby satyra? Przyszło mi na myśl "Sherwood" Tomasza Pacyńskiego. Bardzo mocno - w moim odczuciu - akcentujesz tu pewne schematy - jak na przykład właśnie ten pyskujący więzień ze swoistą przewagą nad oprawcami. Dla mnie ten akcent jest ciut za mocny, by być łatwy do przełknięcia przy traktowaniu całości tekstu śmiertelnie poważnie. Stąd taki koncept odbiorczy.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 01 lutego 2017, 16:59

Na początek chcę przeprosić za zwłokę, miałam małą internetową awarię, a mój malutki pakiecik na telefonie nie spełniał moich zapotrzebowań XD

:flower: Marso, cieszy mnie bardzo Twoja wizyta ^^
Dużo tu było sygnalizowania świata – nazwy, dużo nazw – i lekkiego wyjaśniania go, ale za mało, abym mogła cokolwiek o nim powiedzieć
Raczej kiepskim pomysłem byłoby zalewanie czytelnika miliardem informacji, dlatego rozkładam to na rozdziały. Rzucę garstką info to tu, to tam, żebym człowieka nie zasypać.
taki waleczny i pożądający krwi swych wrogów jest, a z drugiej ta kusza go tak oburzyła

Nie wiem czy można tu mówić o honorze, ale zdaniem bohatera (moim w sumie też) było to przegięcie. Mieli znaczną przewagę liczebną, otoczyli go, do tego używali magii - okej, dzień jak co dzień (XD), ale użycie kuszy... w takiej sytuacji to już lekkie przegięcie, taki desperacki chwyt zdecydowanie poniżej pasa - żałosne, jednym słowem. No, ale to już zależy jak kto na co patrzy, mnie by to obruszyło, ale to może ja jestem dziwna - w końcu każdy myśli inaczej :calm:
Ale wcześniej czaił się z łukiem na coś co nadchodziło i nie wydawało się, że będzie miał problemy dziabnąć coś w plecy, jeśli zajdzie taka potrzeba.

No i tutaj właśnie to o czym mówiłam powyżej - wszystko zależy od sytuacji. W tamtym momencie był sam i nie miał pojęcia z czym przyjdzie mu się zmierzyć - może zbrojny? A może jakiś potwór? W końcu to wiedźminowski świat. Gdyby miał miecz, stanąłby w gotowości z uniesionym mieczem jak każdy rozsądny człowiek (albo przedstawiciel innej rasy) gotów walczyć o przeżycie, a że posługiwał się łukiem, zrobił to samo tylko, że naciągając strzałkę. W końcu nie wypuścił jej - czekał by zobaczyć z czym ma do czynienia, a tam? Był ich cały oddział i tak dalej.
Znaczy się narrator wciska mi jaki to Zarred jest krwiożerczy, mściwy i ilu nie zabił.
Gdzie masz takie zdanie O.o Wszelkie wzmianki tego typu miały na celu podkreślić, że jest wojownikiem, a liczne walki i itd świadczą o jego doświadczeniu w tej... "dziedzinie", o ile mogę to w ogóle tak nazwać. Miały również uzmysłowić jak wyglądały działa podejmowane przez bohatera w szeregach Scoia'tael przeciwko rasie ludzkiej.
okrążony postanowił zeskoczyć z wierzgającego konia
No właśnie to, moim zdaniem, było logicznym posunięciem. Wyjaśnienie zacytuję "Wiedział, że długo się nie utrzyma, że koń zaraz zrzuci go z kulbaki, w szaleńczej próbie trącenia kopytem jeszcze kilku kaedweńczyków, a któryś z żołdaków sięgnie wreszcie po rozum do głowy i doznając olśnienia, użyje włóczni". Nie za bardzo rozumiem co jest w tym nierozsądnego? Przecież gdyby został w siodle byłby łatwiejszym celem (nie miałby pola manewru, nie mógłby odskoczyć, zrobić uniku - nic) albo by się spierniczył. A nawet, gdyby zapanował nad zwierzęciem nie dałoby mu to nic - był w pułapce, nie wydostałby się.
Z drugiej strony to się dzieje na leśnej drodze, tam wiele miejsca być nie mogło
Wyobrażałam sobie coś podobnego do gościńca na poniższym obrazku, nawet trochę szersze.
► Pokaż Spoiler
sporo miejsca znalazł narrator na snucie opisów strzał i innych rzeczy, na które pochłonięty bronieniem się człowiek nie zwróciłby uwagi
Przypominam, że narrator nie bierze udziału w wydarzeniach, a więc nie jest "pochłoniętym bronieniem się człowiekiem" - on obserwuje wszystko; nie tylko otoczenie, krajobrazy, bohaterów, wydarzenia, ale i takie szczegóły jak ten, o którym napomknęłaś.
Totalnie nie wiedziałam co mam myśleć o jego ogarnianiu rzeczywistości wtedy.
Może za mocno go wtedy pieprznęli xd
Miech póki co wzbudza moją sympatię, choć nie czaję kawałka jego historii (takiej nie opowiedzianej, ale istniejącej).
Sapkowski robił dokładnie to samo, dość sporo było takich scen jak chociażby, gdy Szczury wjeżdżały do jakieś tam wioski. Scena zaczęta i zakończona była z perspektywy jednego z wieśniaków, poniżej krótki fragment:
► Pokaż Spoiler
Potem Tuzik wrócił na swoje podwórze i zobaczywszy, że jego kochana córka, Milenka, "przebrała" się za Falkę, Szczyrzycę, sprał ją, potem chyba powiedział, że ją kocha czy coś tam. W każdym razie Tuzik zniknął równie szybko jak się pojawił, był wykorzystany na jednorazową wstawkę tak jak wielu inny podobnych mu bohaterów.

Co do obozu i kwestii ekonomicznych na razie wstrzymam się od komentarza, będzie wyjaśnione co wyjaśnione być musi.
Ale jak do diabła oni Zarreda przerzuciki przez konia, jak go wieźli?
Tu się zgodzę. Tak, jest przewieszony, a młodzik miał zerkać tak z ukosa jakby - nie jechać na równi, tylko być trochę bardziej z tyłu/przodu, żeby dostrzec, ale faktycznie tak średnio to wiarygodne. W wolnej chwili wrócę do tego i to naprawię jakoś xd
Generalnie widać, że zasób słownictwa masz zacny i czoła chylę
Bardzo dziękuję, niezmiernie miło mi to słyszeć :oops:
Fabule póki co daję kredyt zaufania,
Fabuły jeszcze trochę widać nie będzie, wszystko zacznie się kształtować i układać po spotkaniu pewnego pana w okularach...
Poniżej jest garść cytatów
Idzie weekend, jeśli nigdzie nie wyjadę, zajmę się tym i pomyślę, żeby połatać co trzeba.

Ogólnie bardzo dziękuję za wspaniały komentarz :heart2:


:flower: Kruffachi,
czuwając się w autora, dla którego odbiór jest przecież bardzo ważny
To prawda, chociaż nie miałabym Ci za złe gdybyś napisała komentarz dopiero przy kolejnym rozdziale. Mimo wszystko doceniam i dziękuję :oops:
wątek utrzymywania rodziny z handlu z komandem
Co do tego będzie jeszcze wzmianka, która mam nadzieję usatysfakcjonuje wszystkich i zamknie temat :calm:
wkradają się elementy współczesne
Mogłabym prosić o jakieś przykłady? Bo ja tego nie widzę, dlatego wdzięczna bym była za wskazanie palcem.
postaci z tej samej warstwy społecznej i środowiska (kowal i jego żona) mówią w zupełnie różny pod tym względem sposób.
Tutaj akurat nie wysnuwałabym wniosków za szybko. Żona kowala powiedziała tylko jedno zdanie, dość ciężko więc oceniać sposób jej wysławiania się. Kowal początkowo powiedział "Spokój, kobieta" - po tym jednym zdaniu moglibyśmy więc założyć, że jest chamem, prostakiem i burkiem, co jak wiemy, nie jest prawdą.
Natomiast, no, silny i zdrowy kowal to taki mit fantasy trochę.
Mit fantasy? Kowal musi być silny i mieć krzepę, żeby móc wykonywać swój zawód - tym się kierowałam przy kreowaniu tego bohatera. Poza tym nigdzie nie napisałam, że był zdrowy xd
zaczęłam się zastanawiać, skąd ich właściwie wzięto i ile w życiu widzieli.
Pozwól, że odpowiem cytatem:
"Za co bogowie go (Wizmira) pokarali, że też przyszło mu dowodzić taką bandą idiotów? Gdyby dostał szkolonych w stolicy specjalistów z pewnością cała akcja przebiegłaby zgoła inaczej, ale biorąc pod uwagę, że przydzielono mu resztki z prowincji, nie mógł za wiele oczekiwać." A więc chłopki roztropki z poboru z jakiś wioch, mówiąc brzydko.
Z kolei poziom intelektu ich dowódcy - również niezbyt wysoki - trochę skacze
Naprawdę masz takie odczucie? Może jest trochę nieporadny, ale nie porównałabym go do reszty. Moim zdaniem ma w sobie zalążek inteligencji.
jest głównym i tytułowym bohaterem, to trzymasz w zanadrzu coś specjalnego i prędzej czy później to pokażesz
Raczej później niż prędzej (chociaż jest już coraz bliżej), ale zapewniam, że pokażę ;)
czekam w nadziei, że będę mogła napisać jakiś bardziej wartościowy, a nie taki tylko czepialski komentarz
Też mam taką nadzieję! :lol:

Mimo wszystko dziękuję za komentarz i do następnego! :)


:flower: Siemomysło,
Niski ten konik to moje pierwsze wrażenie
Nie, to po prostu piesek był wysoki XD
Trzymał najkrócej w sensie dyscypliny?
To związek frazeologiczny, który, jak sądziłam do niedawna, jest powszechnie znany. Chodzi ogólnie, inaczej mówiąc - trzymał na dystans.
naprawdę nie ma siły na marszczenie czegokolwiek.
Pewnych gestów, ruchów nie da się kontrolować, siła wyższa, pierwotny instynkt - zwał jak zwał ^^
A toć przecież jużeście sobie sami, panie elfie, chwilę wcześniej odpowiedzieli
...fakt XD

"warknął jadowicie czarodziej, wyrywając elfa z zadumy, a następnie wstrzymał konia, ziejącą pustką obserwując oddalającego się Zarreda.
Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym wypuścił powietrze przez nos, gdy zniknął wreszcie z pola widzenia dziwnego mężczyzny."
W pierwszej linijce jest mowa o czarodzieju, wstrzymuj swojego konia, a więc Zarred który z logicznych powodów wstrzymać konia nie może, jedzie dalej, przez co czarodziej sprawia wrażenie oddalającego się. Potem mamy opis od nowej linijki co wskazuje, że nie mówimy już o czarodzieju. Jest taka regułka, pozwolę sobie skopiować z pewnego poradnika: Wypowiedź dialogową jednej osoby wraz z narracją należy składać w ciągu. Nie ma znaczenia jej długość. Jednak gdy pojawia się przerywająca wypowiedź narracja, która odnosi się do zachowania innej osoby niż mówiąca, to każdy z elementów, czyli narrację i dalszą wypowiedź, należy składać od nowego akapitu.
co, lepiej by było, gdyby wyrzucili, albo gdyby wziął ktoś bardziej ogarnięty, komu trudniej będzie zabrać?
W takiej sytuacji nie ważne kto by miał jego własność - ta osoba i tak byłaby jako pierwsza nominowana do wyprucia flaków XD
Piszesz o szybkim nerwowym kroku, potem o wpadania z prędkością wiatru, a między tym dajesz odległe przemyślenie o naturze wojska jako takiej i wszystko to, co pomiędzy tymi zdaniami zwalnia tę scenę. Gdy pojawia się informacja o wpadaniu jak wiatr, ja mam zwiechę, bo dla mnie on szedł i szedł i myślał i szedł.
To nie są przemyślenia kowala, a raczej narratora. Narrator przybliża sytuację podczas, gdy kowal zmierza ku swojej kuźni.
Po spaleniu? Czy czemu wiszą resztki? Bo to krótki czas, nie? Dymu z wioski nie było widać?
Nigdzie nie było mowy o podpaleniu. Na pewno widziałaś filmy w średniowiecznych klimatach i musiałaś zauważyć jak wygląda walka na dziesiątki chłopa - to jeden wielki chaos. "szkielety namiotów, na których powiewały smętnie resztki burych materiałów." obóz został doszczętnie zniszczony (zdemolowany po wszystkim), a materiał wcześniej został podziurawiony przez strzały, dzidy i bełty, pocięty przez miecze w trakcie całego zamieszania. Nikt nie byłby tak łupi żeby puścić z dymem obozowisko pośrodku lasu - nawet ci konkretni zbrojni xd
W sensie że drzwiami?

Skoro wychodził z kuźni to raczej logiczne, że drzwiami. Nie zawsze trzeba pisać wszystko dosadnie, czytelnicy nie są idiotami, swój rozum mają, prawda? :calm:
Spokojnie możesz to uznać za zbędne czepialstwo
Jedno czepialskie, inne słuszne - jakby nie było żalu nie mam ani nic, także spokojna głowa ;)
Natomiast przyznam, że tknęła mnie nazwa wioski - Moczywory. Przez nią przyszło mi do głowy że całość tego tekstu to taka trochę jakby satyra?

Nie wiem skąd taki wniosek. A nazwa? Jak każda inna. U Sapkowskiego do czynienia mieliśmy z nazwami typu: Assengard, Attre, Ban Gleán, Belhaven, Roggeveen, Tridam itp, ale także z nazwami bardziej... swojskimi, takimi jak: Chociebuż, Goworożec, Kaczan, Lisie Doły, Mały Łęg, Nowa Kuźnica, Hołopole, Szarogłazy, Rdestowa Łąka czy Wrońce. W takim zestawieniu Moczywory są jak najbardziej odpowiadające klimatowi.
ten pyskujący więzień ze swoistą przewagą nad oprawcami.
A w czym miał tą "swoistą przewagę"? Bohater należy do tych dumnych i pewnych siebie, może to źle zinterpretowałaś? Bo w tamtym momencie o jego przewadze nie mogło być mowy.

Bardzo dziękuję za komentarz i przeczytania! :oops:


Edit do wszystkich: znalazłam grafikę, na której postać wygląda dokładnie tak jak mój główny bohater - myślicie, że wstawienie jej w pierwszym poście byłoby złym pomysłem? Jako taki mały bajer xd
Obrazek

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: pierdoła saska » 02 lutego 2017, 10:44

Gdzie by tu… o, od narracji, bo o tym nie tylko ja pisałam, więc będzie jakoś ogólniej. Napisałaś, że “przypominasz” (nie wiem czemu, ale ok), że narrator nie bierze udziału w wydarzeniach i tak, masz oczywiście rację. Narrator jest tam po to, aby objaśnić nam świat i całą resztę. jasne, że nie jest emocjonalnie zaangażowany w akcję. Problem, że ja, jako czytelnik powinnam być, tymczasem moje zaangażowanie jest rozcieńczane opisami narratora. Finalnie tempo akcji jest dla mnie mniej więcej takie (przy czym należy wyciszyć dźwięk(!), bo mimo wszystko on tu pomaga się “wczuć”, a jak czytam, to tego nie mam):
https://youtu.be/Xz5z1hBxejg
ta szarpiąca nerwy dynamika, prędkość, poczucie zagrożenia… ;)
Generalnie twój narrator funduje mi oglądanie fabuły w slow motion, why?


Tak kończąc w temacie ścieżki, to ciasna ona jak koń się w poprzek ustawi. :) Rozsądne było zapanować nad koniem, a nie ustawiać się w dobrej pozycji, aby cię własny koń zabił. To było takie: może wskutek walki utną mi rękę, więc utnę ja sobie sam pierwszy. I nie kupuje o polu manweru, bo on na dole go nie ma, chyba, że ta ścieżka była szersza, ale wtedy… Sorry, będę obstawała, że to było z jego strony głupie, ale bohater wcale nie musi być mądry - nie zawsze, więc cobacze co dalej pokaże. ;)

Co do Sapkowskiego i cytowania go to jest różnica między: “wprowadzam postać epizodyczną, której istnienie w tym miejscu jest logicznie uzasadnione” a “wprowadzam postać epizodyczną, której istnienie w tym miejscu rodzi wątpliwości”. Postacie epizodyczne są spoko, ale to nie zwalnia ich z sensowności w kontekście całego świata przedstawionego. :) Miech, na chwilę obecną, tego warunku nie spełnia, może spełniać zacznie :)




Jeśli natomiast chodzi o grafikę… dynda mi to i powiewa na wietrze, nie muszę z fotograficzna dokładnościa wiedzieć jak kjauk wygląda :), acz są tacy co to lubią. Inna rzecz, że jest cały temat fancastowy na forum, o tu http://forum.literka.info/viewtopic.php?f=134&t=4566 :D
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Kanterial » 02 lutego 2017, 13:05

Gorąco apeluję, Ewoile, żebyś korzystała z opcji edycji posta również w tekście! Sporo osób na forum tego nie praktykuje, czego nie znoszę, ale może chociaż ciebie uda mi się przekonać - to nie jest fair, żeby któryś czytelnik z rzędu czytał tekst z literówkami, które już zostały wytknięte. Jasne, z czym się nie zgadzasz, tego nie ruszaj, ale takie stricte błędy jak ci Rolf Stojke wypisał (zaklą, przeklą przykładowo) można by było usunąć. Znaczy wiesz, ja po prostu tracę czas, bo robię łapankę z przyzwyczajenia, a potem muszę kasować spoiler, bo i na co ci trzeci raz wypisane babole? Jestem na nie. A przyznaję też, że nie lubię błędów tak zupełnie ignorować, bo mnie zwyczajnie spowalniają, gdy czytam. Proszę.

Odnośnie drugiej wstawki:
z góry zaznaczam, że nie czytałam innych komentarzy jeszcze :bag: więc mogę się z kimś dublować. Spróbuję być chociaż trochę rzeczowa tym razem. A więc, co mi nie gra?

- narracja trzecioosobowa jest świetna, ale naprawdę zyskuje pełen blask, gdy się ją prowadzi konsekwentnie. Jasne, narrator może być wszechwiedzący (i u ciebie ewidentnie jest), znać myśli WSZYSTKICH bohaterów, zdradzać uczucia każdej opisanej postaci. Ale to jakoś... Nie wiem jak innych, mnie wybija z rytmu. Ja uważam, że jak masz trzecioosobówkę, to jedziesz na zmianę, tu rozdział z perspektywy Zarreda, tu kogoś innego, dla realizmu, dla wiarygodności, dla zderzenia poglądów. U ciebie jest skakanie co akapit, raz dowódca, raz elf, raz wieśniak, ja tego nie kupuję. Jasne, że mówię subiektywnie, ale jestem pewna, że wyszłoby twojemu tekstowi na lepsze, gdybyś go kiedyś trochę poukładała narracyjnie.

- wspominałam o wiarygodności opisów Zarreda, pamiętasz? Cóż, średnio zdały u mnie egzamin te wstawki (na przykład u rudego żołdaka) w typie "ach, to on, legenda!". Bez przeciwwagi, bez takiej choćby śladowej ilości nieprzesadnego jarania się Zarredem, to nadal wgląda mało przekonująco. Znaczy wiesz, powiem tak: nie czepiam się tekstu, nie czepiam się tego, jak ludzie widzą twojego bohatera. Dociera do mnie i zakodowałam, że maja go za legendę i kogoś ohohoh, bestialskiego i niesamowitego, co to rozwala wrogów jak chce, istny demon. OK. Tylko że dla mnie, dla czytelnika, wiedzieć, co ktoś myśli, a myśleć tak samo, to dwie różne rzeczy. Ja nadal Zarreda nie kupuję, żadną z cech które mu przypisują raczej się nie wykazał. Czekam, aż dasz mi go poznać.

- postać kowala zaintrygowała mnie, ale zabrakło pewnego haczyka. Wiesz, czegoś, co by mi podszepnęło "ej, ziomek jest ważny w fabule, coś tu się kroi". Wątek jego dla mnie mógłby być skończony, no bo cóż, elfy wybite, teraz będzie ciężko, tyle. Ale widzę, że nie taki twój zamiar. Znam imiona całej rodziny, ba, nawet kota... I ewidentnie jest to postać, której można współczuć. Ja czuję do niego sympatię (jako pierwszej postaci w tym tekście) i w sumie chętnie czytałabym o jego losach. Tylko gdzie mój haczyk?! T~T Liczę, że ta postać nie była tylko chwilowa.

- opisy nadal obrazowe, choć takie słowa jak "upstrzone" trochę często ci wpadają (takie różne słowa dość podniosłe, hm, trudno to nazwać) jakbyś opisywała naprawdę ważne chwile, majestatyczne rzeczy. Tymczasem u ciebie leci akcja, ot, wieś, żołdacy, porwany elf. Te opisy trochę nad wyraz momentami. Momentami, zaznaczam. przy czym są dobre według mnie, nawet, gdy przesadzone. W końcu chodzi o to, żeby czytelnik widział, nie? A ja widzę.


Chyba tyle ode mnie. Czekam, moja droga, aż coś mnie tu ruszy, wciągnie, zaciekawi tak na poważnie. Nie mówię, że twój tekst ubogi jest w wydarzenia, bo przeciwnie... ale tego haka, tego głównego "problemu" fabularnego nadal nie zarysowałaś i niedługo skończy się limit, który można tak ciągnąć. Nie wiemy, kto i po co Zarreda chciał porwać, nie wiemy, komu kibicować (w końcu twój elf jest tak naprawdę, hm, poniekąd złą postacią, nie wszyscy lubią krwiożerczych morderców), nie wiemy tak naprawdę, czego chcemy i na co liczymy i na co mamy nadzieję. Ja nie wiem. A żeby nie było tak szorstko, powtórzę (bo chyba już pisałam?) że piszesz dobrze, że jest warsztat do ulepszania i jest potencjał, a gdyby tych rzeczy nie było, nie uważałabym, że warto się czepiać. No to czepiam się, żeby było jeszcze lepiej i żeby się czytało jeszcze lepiej.
Czekam.
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Kruffachi » 03 lutego 2017, 14:22

Ależ w tym, co napisałam, absolutnie nie odnoszę się do tego, że ktoś sprawia wrażenie gbura, a ktoś nie. Chodzi mi właśnie o wybór zasobu słownikowego, co wiąże się także z drugą kwestią, czyli nierównomierną stylizacją.
Irenka! Jasiek! Spójrzcie wy na siebie! (...) Przecie ja tego za bogi nie odpiorę!
Zostaw ich, Milenko (...) Niech się bawią, niech czerpią radość z życia póki jeszcze jest takie beztroskie.
To są dwie wypowiedzi bohaterów z tej samej lokalnej społeczności. Pierwsza stylizowana (dodatkowy zaimek wy, przecie, za bogi, archaiczna forma odeprać), druga zupełnie współczesna, o skomplikowanej stosunkowo składni, w dodatku z całkiem współczesnym spojrzeniem. Właściwie to porównanie wyczerpuje wszystko. Żołnierze mówią nierówno w podobny sposób.
– Gdzie wszystkich wywiało? (...)
– Jak to gdzie? (...) Pomrzeli wszyscy pewnikiem, wyrżnęło ich coś albo zaraza chyłkiem dopadła.
Współczesne "wywiało" obok wypowiedzi stylizowanej.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 03 lutego 2017, 19:39

Odpisy na komentarze w poniższym spoilerze :)
► Pokaż Spoiler
Rozdział 3 Słońce skryło się za rozłożystymi koronami drzew, muskając leśny szlak ostatnimi promieniami. Powoli zapadał zmrok, a ku rozdrażnieniu elfa nic nie zapowiadało się na dłuższy popas. Od wioski dzieliły ich całe dwa dni drogi, a prócz krótkich przerw na napojenie koni i ulżenie pęcherzom, nie zarządzono ani jednego postoju. Choć przez cały ten czas niezłomnie usiłował zachować trzeźwość umysłu i podsłuchiwać rozmowy zbrojnych, by wyłapać jakiekolwiek przydatne informacje, jego starania nie przyniosły żadnych efektów. Nadal nie miał pojęcia dokąd go wieźli, a co za tym szło – nie był w stanie przewidzieć ile czasu zostało mu na zorganizowanie ucieczki. Wiedział jedynie, że każda godzina, każda minuta, a nawet sekunda zbliżała go nieubłaganie do śmierci. Oczywistym było, że nie zamierzał dać się zabić na podobieństwo owcy wiezionej na rzeź. Wolał zginąć podczas próby ucieczki – w ten sposób odszedłby ze świadomością, że próbował, że do ostatniego tchu walczył jak przystało na Scoia'tael.
Jęknął dość już mając robienia za worek kartofli. Wszystko bolało go jak cholera, nie czuł już szyi, karku, rąk ani nóg, nie wspominając nawet o pulsującym nieznośnie ramieniu. Miał wrażenie, że jeszcze chwila a rozpadnie się na kawałki, co w tym momencie wydawało mu się wręcz wybawieniem od kurewsko rwących mięśni.
Zatęsknił za Diabłem, swoim kochanym wierzchowcem, który przepadł gdzieś bez śladu od czasu leśnej zasadzki. Nie widział go w sznurze końskich łbów, więc myśląc logicznie pozostawały tylko dwie możliwości – albo go zarżnęli, albo uciekł w knieję. Osobiście liczył na tą drugą opcję. Wbrew pozorom jego szlachetny wygląd i rączość nie były jedynymi zaletami, Zarred podróżował z nim od lat i doskonale wiedział jak wierną i cwaną bestią było zwierze w rzeczywistości. Gdyby faktycznie plan ucieczki się powiódł, nie wykluczone, że bystre stworzenie za jakiś czas odnalazłoby swego pana. Oj, zasypałbym cię workiem marchwi i dorodnych jabłek, D'yaebl , pomyślał.
Nadstawił uszu, gdy całkiem przypadkiem wyłapał z rozmowy jadących przed nim żołdaków słowo "odpoczynek". Początkowo wyszedł z założenia, że dostał pomieszania zmysłów i zwyczajnie słyszy to co chciałby usłyszeć, lecz najwyraźniej nie było z nim tak źle jak do tej pory sądził, bo wkrótce dowódca oddziału faktycznie zarządził nieoczekiwany postój.
Zboczyli z gościńca, wjeżdżając pomiędzy gęsto rosnące drzewa. Ku zaskoczeniu elfa zatrzymali się dopiero w odległości niespełna trzystu kroków od traktu. Zarreda szczerze zdziwił fakt, że kaedweńczycy wolą wkroczyć głębiej w lasy niż zostać dostrzeżonymi przez ewentualnych podróżnych, których nie zwykli spotykać nawet za dnia. Postanowił jednak nie wnikać w szczegóły, gdyż dla niego oznaczało to tylko lepsze warunki do zaplanowania ucieczki. Żaden koń prócz szkolonych wierzchowców Scoia'tael nie był w stanie choćby kłusować przy takim zagęszczeniu sosen i świerków, a sami żołnierze nie dogoniliby go nawet, gdyby pozbyli się ciężkich jak cholera zbroi, krępujących ruchy.
Tak jak oczekiwał, przywiązali go do drzewa na skraju obozowiska, nieopodal pochrapujących ze zmęczenia koni, sami zaś rozłożyli się na niewielkiej polance, rozpalając po środku małe ognisko. Wszyscy łącznie z Zarredem byli wykończeni, więc po krótkiej krzątaninie i dość skromnym posiłku – kawałku suchej kiełbasy i pajdzie chleba na głowę, wszyscy położyli się spać... wszyscy prócz Zarreda i wąsatego dowódcy, pełniącego pierwszą wartę. Wizmir z Ban Ard klapnął ciężko przy ognisku, naprzeciwko jeńca, dzięki czemu bez problemu mógł obserwować obóz, konie i przede wszystkim samego Scoia'tael. Zdjął nieśpiesznie rękawice, aby ogrzać dłonie w cieple płomieni. Noce wciąż były chłodne.
Zarred wiedział, że dopóki ten człowiek pełnił wartę, mógł dwoić się i troić, ale uciec nie udałoby mu się nawet na pół stajania. Oparł się więc wygodniej o sosnowy pień, po czym przymknął powieki. Taki manewr dawał dwie korzyści; wprowadzał wroga w błąd, gdyż ten po pewnym czasie wychodził z założenia, iż jeniec śpi, a także pozwalał skupić się na dokładnym obmyślaniu planu, nie rozpraszając przy tym elfa wszystkim dookoła. Przeciw sobie miał siedmiu zbrojnych, dowódcę, który znał się na rzeczy i denerwującego maga, któremu z chęcią urwałby jajca i wsadził do gardła... Łącznie dziewięciu ludzi. Każdy z nich miał wierzchowca, do tego dochodził jeden luzak. W tej gęstwinie na niewiele im się zdadzą,, pomyślał, przygryzając wewnętrzną stronę wargi. Choć lepiej by było gdyby jednak wszystkie rozpierzchły się po okolicy...
Uśmiechnął się leciutko po nosem, gdy olśniło go nagle, a w umyśle wykiełkował koncept. Zaraz przybrał na powrót obojętny wyraz twarzy. Pozostawały trzy kwestie – więzy, broń i czarodziej. Z tym pierwszym nie powinien mieć kłopotów, o ile trafi na nieuważnego wartownika, najlepiej takiego co lubiłby przysnąć w trakcie zmiany. Za pasem, od wewnętrznej strony portek, umocowane miał sprytnie niewielkie ostrze, gdyby jednak okazało się, że je również mu odebrano, zostawało jeszcze to skryte pod podeszwą lewego buta. Jeśli o broń chodziło, łuk i kołczan wisiał u siodła jednego z koni, które zresztą stały nieopodal, gorzej wyglądała sytuacja z jego zbójeckim nożem, będącym obecnie w posiadaniu jednego z żołnierzy. A niech to zaraza, mówi się trudno, pomyślał z goryczą, postanawiając, że póki co zostawi wspaniałej roboty broń na własności rudego smarka. Jeszcze go odzyskam, obiecywał sobie.
Największym problemem pozostawał czarodziej, który zniknął gdzieś w zaroślach, podczas gdy reszta rozbijała obóz. Jak widać zdarzyło się to nie po raz pierwszy, bo nikt o niego nie dopytywał ani nie wydawał się zaniepokojony jego nieobecnością. Zarred widział, w którą stronę poszedł mag, jednak skąd mógł mieć pewność, że ten nie zawinął rogala, aby zmylić tych, którzy zaciekawieni, zechcieliby go śledzić? To wszystko było takie skomplikowane...
Czas płynął mozolnie, a w obozowisku nadal nie działo się nic, co pozwolić by mogło elfowi na działanie. Gdyby tylko w pobliżu żerowało stado wilków, przy odrobinie szczęścia, napatoczyłoby się na obozowisko i wybuchnąłby chaos... chaos, w którym nikt nie zwracałby uwagi na przywiązanego do drzewa osobnika.
Uniósł nieco powiekę, słysząc szczęk zbroi i ciche szepty. Zmiana wartownika!, ucieszył się.
Tym razem padło na tłustego jak prosię grubasa, który bardziej niż żołnierza przypominał beczkę kiszonych ogórków. W bezruchu odczekał aż wąsacz położy się spać i dopóki jego chrapanie nie włączyło się do chóru niskich pomruków, więzień nie drgnął nawet o milimetr. Dopiero zyskawszy pewność, otworzył oczy. To co zobaczył rozbawiło go tak, że o mało nie wybuchnął perlistym śmiechem. Beczka ogórów miast siedzieć na tłustym tyłku i obserwować okolicę, zabrała się za grzebanie w workach z zapasami. Zarred podobnie do grubasa, nie zamierzał marnować okazji i od razu zabrał się do działania. Związanymi dłońmi bez trudu zerwał wiszące na pobliskim krzewie owoce balissy, po czym zacmokał cichutko. Najbliższy z koni uniósł łeb, strzygąc bystro uszami. Mężczyzna rzucił w stronę zwierzęcia kilka sztuk, a następnie cierpliwie odczekał aż koń odnajdzie podarek wśród zarośli. Z satysfakcją i dziwnym napięciem obserwował jak ten zwraca ku niemu czarne niczym smoła ślepia. Rzucił więc jeszcze parę nieco większych od jagód owoców, lecz zdecydowanie bliżej, a wierzchowiec, zgodnie z oczekiwaniami Zarreda, podszedł o kilka kroków, aż w końcu znalazł się tuż przy drzewie, do którego przywiązany był jeniec. Brunet zerwał resztę owoców na ile pozwalały mu więzy, po czym z niemałym trudem rozgniótł je na sznurze, obwiązanym wokół sosny. Modlił się w duchu by rumak zaczął skubać sznur i po kilku rozpaczliwych próbach wreszcie udało mu się przekonać potężnego siwka do działania.
Z bijącym sercem wpatrywał się w plecy tłustego kaedweńczyka, licząc, że ten szykował sobie jeszcze coś na deser. Czas zatrzymał się jakby, na krótką chwilę odbierając Zarredowi zdolność oddychania. Sekundy trwały minuty, a minuty godziny, aż wreszcie uśmiechnął się triumfalnie, odsłaniając drobne zęby, gdy lina z cichym szelestem opadła na ziemię. Pogłaskał zwierzę po masywnej szyi, wpychając do końskiego pyska jeszcze kilka owoców, po czym sięgnął za pas z ulgą odnajdując tam niewielkie ostrze. Nie mitrężąc zabrał się do piłowania sznura i wkrótce jego kostki również były wolne.
Wstał sprężyście i ruszył ku wierzchowcom, uważając by nie stanąć przypadkiem na zdradliwej gałązce, jaka z czystej złośliwości mogłaby pęknąć, budząc przy tym pół oddziału. Gładził po szyjach wszystkie mijane rumaki, próbując zachować spokój wśród zaniepokojonych zwierząt. Odpiął ostrożnie swego potężnego Zefhara, kołczan natomiast przewiesił przez plecy. Oprócz tego znalazł w jukach krzesiwo, względnie czysty bandaż i niewielki nożyk, w mniemaniu Scoia'tael, mogący posłużyć co najwyżej do otwierania listów. Nie zamierzał jednak wybrzydzać, w końcu kosiorek był nieco większy od ukrytego w portkach ostrza, choć nie oznaczało to, że akceptował stratę zbójeckiego oręża. Ot, taka tymczasowa podmiana.
Najszybciej jak potrafił poodwiązywał konie, jakie w ciszy powróciły do skubania trawy, elf zaś ruszył na południe, ku gracy Aedirn. Dopiero gdy skryły go wyższe krzewy, odwrócił się, nakładając strzałę na cięciwę i wycelowawszy w zad białego ogiera, który zresztą ze względu na swą maść był jedyną rzeczą, którą dostrzegał w oddali, raz jeszcze pozwolił zaświszczeć szaropiórym lotkom. Zerwał się do szaleńczej szarży w momencie, gdy rozległ się upiorny zwierzęcy kwik. Rumak stanął dęba, rżąc przejmująco, a reszta wystraszonych wierzchowców rzuciła się przed siebie na oślep, tratując zdezorientowanych i zaspanych jeszcze żołnierzy.
Nie był w stanie opisać euforii jaka ogarnęła go, kiedy gnał tak na złamanie karku, przeskakując konary zwalonych drzew, kępy wysokich traw czy niewielkie głazy, stojące mu na drodze. Czarnymi nićmi włosów szarpał wiatr, owiewał twarz elfa rześkością wolności. I choć nie była to jego pierwsza ucieczka, miał ochotę krzyczeć z radości i satysfakcji - udało mu się, dokonał niemożliwego!
Wrył nagle pięty w ściółkę, o mało nie pośliznąwszy się na kępie mchów i przywarł plecami do pobliskiego świerku, gdyż kątem oka dostrzegł ciemny kształt. Założył strzałę, po czym wyglądnął ostrożnie zza drzewa, celując w postać stojącą nieruchomo jakieś trzydzieści kroków dalej. Czarna opończa czarodzieja łopotała na wietrze, zaś sam mag zdawał się nie zauważać intruza. Zarred nie zamierzał ryzykować. Wypuścił delikatnie strzałę z palców, a ta pomknęła idealnie po prostej linii, zatapiając się bezgłośnie w ciele przeciwnika. Trup zwalił się na zielony dywan piłorytki.
Uciekinier trwał tak nieruchomo jeszcze przez dłuższą chwilę, wpatrując się w szaropiórą strzałę sterczącą z pleców czarodzieja. Łatwość z jaką powalił niebezpiecznego osobnika wydawała mu się podejrzana i wręcz niemożliwa, tym bardziej, że nie miał do czynienia z byle oprychem. Oprzytomniał zaraz i przemógłszy chęć oglądnięcia ciała i zajrzenia pod głęboki kaptur, rzucił się do dalszej ucieczki na południe, ku odległym granicom Aedirn. Nie miał czasu, słyszał już za plecami coraz głośniejsze krzyki zbrojnych. Musiał uciekać. Zarred liczył w duchu, iż za kresami Kaedwen ci zaprzestaną pościgu. Gdy już dotrze do portu, wymyśli sposób jakim dostanie się Pontarem do Flotsam. Jeśli chciał odnaleźć Coinneacha na czas, musiał wpierw spotkać się z Iorwethem, który, z tego co było elfowi wiadomo, nadal koczował ze swym komandem w tamtejszych lasach. Nie znał zbyt wielu szczegółów na temat obecnego celu Lisa Puszczy, lecz wiedział, że tylko on mógł w tym momencie pomóc w odnalezieniu da Reo.
Przeskoczył malutki strumyczek, w którym odbijała się okrągła tarcza księżyca oraz drobne pyłki gwiazd, oświetlające zbiegowi drogę przez resztę nocy. * * * Wizmir siedział na zwalonym dębie będąc w iście podłym nastroju. Nie odzywał się do nikogo, a żaden z podwładnych jakoś nie kwapił się by włazić dowódcy w oczy. Jeszcze dzień temu miał na swojej łasce Kruka – parszywego Scoia'tael, którego miano widniało na listach gończych wszystkich królestw północy. Szpiega, mordercę, złodzieja, a teraz? Teraz miał jedynie pretensję do samego siebie, do cholernego elfa i pieprzonego wartownika, który przełożył dobro własnego, rozdętego żołądka nad obowiązek. Z jednej strony zdawał sobie sprawę, że nie powinien na warcie z tak niebezpiecznym więźniem pozostawiać patentowanego idioty, ale z drugiej – porządni żołnierze musieli mieć czas by wypocząć i następnego dnia być w pełnej gotowości do działania. Nie mógł niańczyć każdego z osobna i uważać by przypadkiem, któryś z jego ludzi nie ufajdał sobie kalesonów.
Ujął w palce końcówkę czarnego wąsa, po czym skręcił go nerwowo. Jak mógł być tak nieostrożny? Powinien połamać jeńcowi obie nogi i przywiązać calutkiego do pnia, tak aby nie mógł kiwnąć nawet palcem...
Splunął siarczyście, unosząc oczy na grubasa dyndającego na gałęzi. Sznur wżynał się głęboko w skórę na tłustej szyi, nadając pulchnej twarzy barwę popiołu. Ciężko znosił błędy swoich podwładnych, a niesubordynacja na taką skalę mogła zostać ukarana w tylko jeden sposób -– śmiercią. Już nie chodziło o to, że był wówczas wściekły jak osa i najchętniej wyprułby tej marnej imitacji żołnierza flaki, ale jako dowódca musiał powiesić imbecyla ku przestrodze dla reszty oddziału. Dawno już nie zasiał ziarna grozy w szeregach, nadeszła pora by odzyskać poważanie i szacunek.
Bekę udało im się powiesić dopiero za czwartym razem – wszystkie gałęzie, na których usiłowano wieszać winnego łamały się niemalże od razu pod ciężarem tłustego cielska. Sporo im zajęło nim znaleźli wreszcie odpowiednio gruby konar, Wizmir myślał wówczas, że nie wytrzyma i sam pozarzyna cały oddział. Na szczęście tłuścioch wkrótce zawisnął i mogli wreszcie kontynuować poszukiwania.
– Panie!
Wizmir uniósł ciemne oczy na podkomendnego, który zasalutował przed nim sztywno.
– Czego? – warknął, krzywiąc się z niezadowoleniem.
– Złapaliśmy pięć wierzchowców, resztę licho poniosło, a... a po czarodzieju i elfie nie ma śladu. Przeczesaliśmy całą okolicę aż do traktu. Zniknęli jakby ich szlag trafił...
– Szukacie ich od wczoraj i nie znaleźliście żadnego?! – wrzasnął wąsacz, poderwawszy się z pniaka.
– Panie – odparł niepewnie żołnierz, spuszczając wzrok. – Toć robimy co w naszej mocy, a czarodziej mógł się przecie teleportować do jednej ze swych ciemnych nor, albo może... może uprowadził elfa?
– Co wy mi tu chcecie zainsynuować?
– Między szeregami krążą plotki – wyszeptał, rozejrzawszy się uprzednio – że czarodziej zdradził.
Wizmir z Ban Ard zmarszczył brwi. Nie wierzył jakoby Coram nie wywiązał się z umowy. Przysięgał przed królem, dawał słowo. Z drugiej jednak strony nie ufał całym tym czarodziejom i ich złudnym obietnicom, a w szczególności tym magikom co nie zdejmowali z głów kapturów i wymykali się na odludzia przy każdym postoju. Z tego co było mu wiadomo, magowi bardzo zależało na więźniu, dlatego też pomógł w jego schwytaniu. Lecz umowa była taka, że Kruk dotrzeć miał do Mansfelda – margrabiego z Ard Carraigh, szefa tajnego wywiadu Kaedwen, który planował go dokładnie przesłuchać, a po licznych torturach pustą skorupę bez ducha i nadziei oddać Coramowi na dokładnie dwa dni. Potem Mansfeld chciał publicznie stracić Scoia'tael ku przestrodze dla nieludzi zamieszkujących stolicę. Coby się nie rozpanoszyli zbytnio. Czyżby Lew ośmielił się zatopić kły w sarnie nie należącej do niego?
– Za dziesięć minut wymarsz – zakomenderował, odrywając wzrok od wytrzeszczonych oczu wisielca. – Ruszamy do Ban Glean, musimy zawiadomić Burą Chorągiew. Niech wyznaczą patrole poza murami. Zbiegowie nie mogą być daleko.
Obrazek

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Siemomysła » 04 lutego 2017, 13:19

Przyznam, że nie przeczytałam jeszcze kolejnego rozdziału. Na razie więc jedynie garść odpowiedzi:
Nie ufał mu – Wizmir mało komu ufał, jednak ludzi nie ukazujący swych twarzy trzymał najkrócej.
Trzymał najkrócej w sensie dyscypliny? Czy w sensie, że jak nie ufał to się go pozbywał z oddziału?
To związek frazeologiczny, który, jak sądziłam do niedawna, jest powszechnie znany. Chodzi ogólnie, inaczej mówiąc - trzymał na dystans.
Powszechnie znane są dwa związki frazeologiczne - "trzymać krótko" i "trzymać na dystans". Każdy z nich ma swoje znaczenie. Powinnaś się zdecydować, którego z nich chcesz użyć. Moim zdaniem użyłaś pierwszego w znaczeniu drugiego stąd pytanie.
"warknął jadowicie czarodziej, wyrywając elfa z zadumy, a następnie wstrzymał konia, ziejącą pustką obserwując oddalającego się Zarreda.
Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym wypuścił powietrze przez nos, gdy zniknął wreszcie z pola widzenia dziwnego mężczyzny."
W pierwszej linijce jest mowa o czarodzieju, wstrzymuj swojego konia, a więc Zarred który z logicznych powodów wstrzymać konia nie może, jedzie dalej, przez co czarodziej sprawia wrażenie oddalającego się. Potem mamy opis od nowej linijki co wskazuje, że nie mówimy już o czarodzieju. Jest taka regułka, pozwolę sobie skopiować z pewnego poradnika: Wypowiedź dialogową jednej osoby wraz z narracją należy składać w ciągu. Nie ma znaczenia jej długość. Jednak gdy pojawia się przerywająca wypowiedź narracja, która odnosi się do zachowania innej osoby niż mówiąca, to każdy z elementów, czyli narrację i dalszą wypowiedź, należy składać od nowego akapitu.
Twoje wyjaśnienie jest mi niepotrzebne. Nie dostałabym go, gdybym wzięła tę książkę z biblioteki, czy kupiła, prawda? Po prostu zaznaczam Ci, że tu się pogubiłam. Czy uznasz to za mój nieogar, czy pomyślisz, że może warto coś poprawić, porzucając cytowany przez Ciebie poradnik - to Twoja sprawa ;)

Moim zdaniem to jest Twój największy problem - narrator. Nie panujesz nad nim, przez co on rozwala Ci historię. Nieważne, że przeskoczysz do nowego akapitu, to wcale nie MUSI oznaczać, że teraz będzie mowa o innej osobie. I dziesięć kolejnych akapitów może należeć do tego samego bohatera. Twój poradnik mówi Ci tylko, że jeśli przeskakujesz do kogoś innego powinnaś dać akapit. Ale akapity nie zależą tylko od tego.

Piszesz o szybkim nerwowym kroku, potem o wpadania z prędkością wiatru, a między tym dajesz odległe przemyślenie o naturze wojska jako takiej i wszystko to, co pomiędzy tymi zdaniami zwalnia tę scenę. Gdy pojawia się informacja o wpadaniu jak wiatr, ja mam zwiechę, bo dla mnie on szedł i szedł i myślał i szedł.
To nie są przemyślenia kowala, a raczej narratora. Narrator przybliża sytuację podczas, gdy kowal zmierza ku swojej kuźni.
Tu właśnie jest przykład tego, jak narrator psuje robotę. Nieważne czyje to są przemyślenia. Ważne że w tym momencie moje myśli błądzą po manowcach i razem z nimi zwalnia kowal. Forma wpływa na odbiór treści.
Po spaleniu? Czy czemu wiszą resztki? Bo to krótki czas, nie? Dymu z wioski nie było widać?
Nigdzie nie było mowy o podpaleniu. Na pewno widziałaś filmy w średniowiecznych klimatach i musiałaś zauważyć jak wygląda walka na dziesiątki chłopa - to jeden wielki chaos. "szkielety namiotów, na których powiewały smętnie resztki burych materiałów." obóz został doszczętnie zniszczony (zdemolowany po wszystkim), a materiał wcześniej został podziurawiony przez strzały, dzidy i bełty, pocięty przez miecze w trakcie całego zamieszania. Nikt nie byłby tak łupi żeby puścić z dymem obozowisko pośrodku lasu - nawet ci konkretni zbrojni xd
A jeśli nie widziałam takich filmów? ;) Moje skojarzenie po prostu poszło w tę stronę. Może miał na to wpływ fakt, że byłam już w tym obozie - wcześniej razem z Krukiem i nie zobaczyłam takich rzeczy, bo zupełnie w tamtym miejscu pominęłaś opis. Prawdę mówiąc, ja sobie ten obóz na początku wyobraziłam jako coś bardzo tymczasowego - bez namiotów nawet ;) Tak to już jest z czytelnikiem, że bierze Twoje słowa i buduje z nich własne obrazki.
W sensie że drzwiami?

Skoro wychodził z kuźni to raczej logiczne, że drzwiami. Nie zawsze trzeba pisać wszystko dosadnie, czytelnicy nie są idiotami, swój rozum mają, prawda? :calm:
Być może. Choć to nie takie proste w tym przypadku - czytelnicy mają rozum, a język zasady. W tym zdaniu moim zdaniem po prostu brakuje dopełnienia.
ten pyskujący więzień ze swoistą przewagą nad oprawcami.
A w czym miał tą "swoistą przewagę"? Bohater należy do tych dumnych i pewnych siebie, może to źle zinterpretowałaś? Bo w tamtym momencie o jego przewadze nie mogło być mowy.
Nie mówię o przewadze fizycznej. Mówię o bijącej z całej jego postawy przewagi, nazwijmy to, moralnej. Dla mnie jego uśmieszki, przewracanie oczami i tym podobne pogardliwe reakcje świadczą o tym, że uważa się za lepszego od nich. To miałam na myśli.


Mam nadzieję, że te wyjaśnienia przydadzą Ci się na coś. Z doświadczenia wiem, że w opanowaniu narratora pomaga posadzenie go na początek na ramieniu jednej konkretnej osoby, tak by patrzył na wszystko tylko z jej punktu widzenia - nie zmienianie tych punktów widzenia w trakcie scen.

To tyle ode mnie i powodzenia!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: pierdoła saska » 08 lutego 2017, 19:50

Przepraszam za dosadność, ale ten rozdział był zły.
Nie przez język, bo w tej kwestii utrzymujesz poziom. Nie przez przecinki, literówki itd. Nie. Nie dlatego.
Poprzednie rozdziały miały klimat, miały historię, miały Miecha, który ciągnął je w górę. Tymczasem rozdział trzeci ma Imperatyw Fabularny i ten imperatyw próbuje mi wmówić, że bohater jest sprytny i och i ach, tylko że nie, bo jak siłą imperatywu wszystko gra na korzyść bohatera, a on sam nie wykazuje się własnym pomyślunkiem, tylko bazuje na tym, że będzie miał szczęście (czyli że Imperatyw Fabularny mu pomoże) to rezultat dla czytelnika nie jest pełną napięcia sceną ucieczki.

A teraz spróbuję wyjaśnić czemu pierwsze zdanie tego komentarza brzmi w ten a nie inny sposób.

Zaczyna się zmierzchem i już coś nie gra...
“Powoli zapadał zmrok, a ku rozdrażnieniu elfa nic nie zapowiadało się na dłuższy popas. Od wioski dzieliły ich całe dwa dni drogi, a prócz krótkich przerw na napojenie koni i ulżenie pęcherzom, nie zarządzono ani jednego postoju.”
bo konie, to nie samochody, że zalejesz do pełna i jazda, też się męczą i sama woda to za mało. Mniejsza jednak o konie, bo bohater nadal nie wie jaki los go czeka
“Nadal nie miał pojęcia dokąd go wieźli, a co za tym szło – nie był w stanie przewidzieć ile czasu zostało mu na zorganizowanie ucieczki.”
I tak człowieka nachodzi pytanie czy on w ogóle spróbował zapytać. Znaczy może by mu nie odpowiedzieli, kazali stulić pysk i w ogóle... ale może nie. Pytanie to pozostaje na wieki bez odpowiedzi. Co wiem, to że wiozą go jak ten worek kartofli od dwóch dni. OK. I aż tu nagle postój (wcześniej jeszcze było o koniu, ale ten fragment fabularnie jest bez znaczenia; pomijając to, że wygląda na przyciężki foreshadowing) i dysonans poznawczy, bo z jednej strony oddział wchodzi tak głęboko w las, że narrator aż podkreślił, że zatrzymali się po jakiś 250 metrach, a z drugiej wychodzi na to, że po prostu doszli do pierwszej polany (co mam sens, który nijak nie wiąże się z ukrywaniem się, bo primo, spanie przy skraju drogi to jednak nie najbezpieczniejsza rzecz; secundo rozpalenie ogniska i zorganizowanie jako takiego obozu na nos w absolutnej gęstwinie, to też tak średnio; ale do tego wrócę przy cytatach). Więc jest nasz elf przywiązany do drzewa (nie do końca wiadomo jak, no chłopski rozum powinien pod nim siedzieć, rączki za pleckami, ewentualnie z przodu, cały przysznurowany do drzewa tak, że się w porywie po nosie podrapie, ale... no zobaczymy), są wojskowi, a raczej jest ich dowódca, bo reszta poszła w kimę. Siedzi dowódca i patrzy na elfa wskroś ognia (...dobra, w cytatach), elf zamyka oczy i udaje że śpi. Dowódca i więzień. Myśliwy i jego zwierzyna. Zwycięzca i pokonany. I...
...i nic.
Absolutnie nic z tego nie wynika, poza tym, że elf udaje że śpi i czeka, bo stwierdza w myślach, że temu człowiekowi to nijak nie ucieknie.
W końcu następuje zmiana warty i za pilnowanie zabiera się żołnierz opisany jako "beczka ogórów", który oczywiście jest otyły i tylko chce się najeść i wcale nie pilnuje więźnia... ha ha ha... nie. To nie było zabawne.
W prawdziwym życiu powiedzielibyśmy: szczęście! Zarred ma szczęście, że w oddale jest taka ciamajda, która nie usłyszy ani poruszającego się konia, ani szelestu liści, bo będzie żreć – bo to takie zabawne, ze będzie żreć jak świnia, a nie zaśnie na wachcie ze zmęczenia, zamyśli się nad tym co u mamusi słychać czy po prostu pójdzie na chwilę odlać się, żeby kolegom nie szczać pod nosami. Ale to nie jest prawdziwe życie. To jest powieść. Gdyby jeszcze wcześniej ten otyły żołnierz miał swoje pięć minut czegokolwiek, to jakoś by się to zazębiało. Ale on pojawia się tutaj w zasadzie tylko po to, żeby:
"Beczka ogórów miast siedzieć na tłustym tyłku i obserwować okolicę, zabrała się za grzebanie w workach z zapasami."
Oczywiście to na jego wachcie umyka Zarred. Jak już napisałam, mamy tu do czynienia ze szczęściem = Imperatywem Fabularnym. Świat idzie na rękę bohaterowi, żeby ten nie musiał wykazać się pomyślunkiem, żeby jakoś poradzić sobie ze strażnikiem.
Strażnik (poniekąd) wyeliminowany z listy przeszkód na drodze do wolności. Zostały więzy, brak broni i czarownik. And where should I start...
Można by się pokusić o stwierdzenie, że przy próbie oswobodzenia się z więzów wykazał się pomyślunkiem. Akcja: zerwę owoce, które konie lubią, rzucę w stronę koni, koń podejdzie, ja rozsmaruję owoc po linie i on ją przegryzie brzmi jak coś, co wymaga kojarzenia faktów i w ogóle. Wymaga też, aby:
1. "przypadkiem" przywiązano go do drzewa koło odpowiedniego krzewu
2. "przypadkiem" koło tego drzewa i krzewu były też konie, bo jest związany i małymi owocami na trzydzieści metrów raczej nie dorzuci
3. "przypadkiem" koń nie rozczaruje się smakiem sznurka i nie zacznie jeść prosto z krzaka, skoro on jest tuż obok
4. "przypadkiem" nasz strażnik tak będzie zaaferowany jedzeniem, że nie zauważy po co koń podłazi bliżej (co przy okazji sugeruje, że jest nie tylko głodny ale i głupi, bo wziąłby kiełbachę i wrócił do obserwowania, ale nie, on ani chybi żre jak wiewiórka i ma zeza zbieżnego, bo... no siedziałam na wachtach w nocy i tak, zdarzyło mi się wpierniczać jakieś WW czy Prince Polo na nich i choć miałam wtedy 10-12 lat, to jedzenie nie upośledzało mi wzroku i słuchu...)
6. "przypadkiem" koń nie zeżre mu najpierw palców
7. "przypadkiem" nie podejdą inne konie
8. "przypadkiem" koń nie narobi hałasu i nie obudzi kogoś innego
Nie ma co. Plan taki, że mucha nie siada.
Gdyby "przypadków" były 2 czy 3 to można by to uznać za fart nawet w powieści, bo tak, bohater powieści ma prawo mieć farta. Oczywiście.
Ale przy ośmiu punktach - dziurach - których nawet nie musiałam szukać, bo rzuciły się na mnie ze swoją oczywistością w czasie czytania, to mam tylko dwa słowa do powiedzenia: Imperatyw Fabularny – wszystko zagrała tak, aby bohaterowi się udało, a jedyne, co on musiał zrobić, to nie kichnąć.
To teraz broń – to było łatwe, de facto musiał nie kichnąć.
No i mag. Ten straszny mag, co go ugotował wcześniej.
Największym problemem pozostawał czarodziej, który zniknął gdzieś w zaroślach, podczas gdy reszta rozbijała obóz. [...] Zarred widział, w którą stronę poszedł mag, jednak skąd mógł mieć pewność, że ten nie zawinął rogala, aby zmylić tych, którzy zaciekawieni, zechcieliby go śledzić? To wszystko było takie skomplikowane...
Pozwoliłam sobie pogrubić najbardziej zdumiewające zdanie tego rozdziału. Czarodziej mógł pójść prosto nosa albo skręcić, może okrążyć obóz – to jest niepewne, problematyczne, ale nie mam pojęcia z której strony to było skomplikowane, natomiast bardzo podkreśliło to jak bardzo bohater nie ogarnia i uwypukliło działanie Imperatywu Fabularnego.
Ale OK. Strażnik żre, więzy weg, broń częściowo odzyskana - w drogę. Czy spotka czarodzieja? A jeśli tak, to co to będzie za potyczka?! Z całęj tej bandy czarodziej jako jedyny przedstawiał realne zagrożenie dla Zarreda, więc jeśli zetrą się ze sobą, to będzie coś. Nawet jeśli nie będą waczyć, to może się czegoś dowiemy *-* i
Wrył nagle pięty w ściółkę, o mało nie pośliznąwszy się na kępie mchów i przywarł plecami do pobliskiego świerku, gdyż kątem oka dostrzegł ciemny kształt. Założył strzałę, po czym wyglądnął ostrożnie zza drzewa, celując w postać stojącą nieruchomo jakieś trzydzieści kroków dalej. .Czarna opończa czarodzieja łopotała na wietrze, zaś sam mag zdawał się nie zauważać intruza Zarred nie zamierzał ryzykować. Wypuścił delikatnie strzałę z palców, a ta pomknęła idealnie po prostej linii, zatapiając się bezgłośnie w ciele przeciwnika. Trup zwalił się na zielony dywan piłorytki.
Uciekinier trwał tak nieruchomo jeszcze przez dłuższą chwilę, wpatrując się w szaropiórą strzałę sterczącą z pleców czarodzieja.
Aha...
Ta da da dam. Zarred umyka w siną dal. Jest zdolnym szpiegiem i złodziejem więc wydostał się i uciekł oprawcom dzięki... szczęściu = Imperatywowi Fabularnemu.

A czytelnik?

Co jest ciekawe w czytaniu scen ucieczki, to poznawanie jak bohater pokonuje trudności, jak przechytrza swoich przeciwników – tego tu nie było. Jeśli udaje mu się to fartem, to chociaż można z nich wyciągnąć coś o nim samym, o świecie, o intrydze - tego też tu nie było, nie w scenie związanej z ucieczką.

A tutaj Marsza gapiła się w ekran nie rozumiejąc po co były te dwa tysiące słów z hakiem? Bohater nie pokazał mi się w nich od nowej strony, nie udowodnił żadnego ze swych póki co tylko zasygnalizowanych talentów, nie poznałam więcej świata; poza samą końcówką z dowódcą, ale to taka wiedza wsteczna, gdyby te wyjaśnienia padły gdzieś wcześniej, w rozmowie, gdziekolwiek, to może zdołałby one uzasadnić całą scenę, ale nie. Są na szarym końcu i są bardziej dla czytelnika niż bohatera.
I dlatego uważam, że ten rozdział był zły.
Prolog wprowadzał w nowy świat. Rozdział pierwszy rozwijał całą tą partyzantkę; wartość dodana: większa wiedza o stosunkach między rasami, jakieś tło bohatera. Rozdział drugi to Miech i samo pojmanie, wartość dodana, to postać maga, konflikt. Rozdział trzeci... Jakby to było anime, to bym powiedziała, że to był filler.

Bonus w kwestii tego, czego się z tego rozdziału dowiedziałam, czyli cała prawda o wojakach Wizmira:
– Złapaliśmy pięć wierzchowców, resztę licho poniosło, a... a po czarodzieju i elfie nie ma śladu. Przeczesaliśmy całą okolicę aż do traktu. Zniknęli jakby ich szlag trafił...
– Szukacie ich od wczoraj i nie znaleźliście żadnego?! – wrzasnął wąsacz, poderwawszy się z pniaka.
Do traktu było 300 kroków. to jest ~240 - 450 metrów. Załóżmy, że pół kilometra. Trakt raczej nie okrążał ich kółeczkiem, więc przez ponad dobę dzielni wojacy przeszukali fragment okręgu o promieniu cirka 500-set metrów.
A.k.a. tak się mści nadmiar precyzji ;)

Refleksja po przeczytaniu jest taka: kolejny rozdział po proszę, bo tego mogłoby nie być, a wyszłoby na to samo :( A szkoda.


Tyle prześcieradła. Cytaty. Kilka literówek, ale dosłownie kilka, pod tym względem było OK.
SpoilerShow
"Zarred podróżował z nim od lat i doskonale wiedział jak wierną i cwaną bestią było zwierze w rzeczywistości."
zwierzę

"Wszyscy łącznie z Zarredem byli wykończeni, więc po krótkiej krzątaninie i dość skromnym posiłku – kawałku suchej kiełbasy i pajdzie chleba na głowę, wszyscy położyli się spać... wszyscy prócz Zarreda i wąsatego dowódcy, pełniącego pierwszą wartę."

"Zarred wiedział, że dopóki ten człowiek pełnił wartę, mógł dwoić się i troić, ale uciec nie udałoby mu się nawet na pół stajania."
staji jeśli odmieniać jak tutaj http://sjp.pwn.pl/zasady/50-14-1-Rzeczo ... -ua;629362

"W tej gęstwinie na niewiele im się zdadzą,, pomyślał, przygryzając wewnętrzną stronę wargi."
podwójny przecinek

„Najszybciej jak potrafił poodwiązywał konie, jakie w ciszy powróciły do skubania trawy, elf zaś ruszył na południe, ku gracy Aedirn.”
- które w ciszy…?
- granicy

„Uciekinier trwał tak nieruchomo jeszcze przez dłuższą chwilę, wpatrując się w szaropiórą strzałę sterczącą z pleców czarodzieja.”
Tak czyli jak? wywaliłąbym to „tak”

"Przeskoczył malutki strumyczek , w którym odbijała się okrągła tarcza księżyca oraz drobne pyłki gwiazd, oświetlające zbiegowi drogę przez resztę nocy."
Jeśli "strumyczek" to wiadomo, że był mały, a nie wielki. A skoro tak, to nie ma powodu, aby dopisywać "malutki"
I cała reszta wątpliwych kawałków.

SpoilerShow
„Od wioski dzieliły ich całe dwa dni drogi, a prócz krótkich przerw na napojenie koni i ulżenie pęcherzom, nie zarządzono ani jednego postoju. ”
- co mi tu nie gra, to że przecież konie też się męczą i nie wystarczy dawać im wody, aby jechały dalej non stop przez dwa dni. Znaczy, nie znam się na koniach, ale wiem, że można je zajechać. :/

„Wiedział jedynie, że każda godzina, każda minuta, a nawet sekunda zbliżała go nieubłaganie do śmierci. ”
- rozumiem chęć podkreślenia dramatyzmu sytuacji, ale w sumie, o ile ktoś nie jest nieśmiertelny albo nie jest kontramontem, to każda sekunda przybliża go do śmierci ^^”

„Oczywistym było, że nie zamierzał dać się zabić na podobieństwo owcy wiezionej na rzeź. Wolał zginąć podczas próby ucieczki – w ten sposób odszedłby ze świadomością, że próbował, że do ostatniego tchu walczył jak przystało na Scoia'tael. ”
Tu są trzy rzeczy.
Pierwsza ”oczywistym było”. Może dla niego, ale czy dla wszystkich, a to sugeruje taka forma? …rozważyłabym jednak pójście w stronę → oczywiście nie zamierzał.
Druga, to że owca wieziona na rzeź jest jeszcze żywa. Inaczej nie byłoby zarzynania później. Tak więc nasz Kruk aktualnie może być jak ta owca wieziona na rzeź (tu się zgadzam), ale jeśli mówimy o jego planach, to on raczej → nie zamierzał dać się zabić jak owca w rzeźni.

„Zatęsknił za Diabłem, swoim kochanym wierzchowcem, który przepadł gdzieś bez śladu od czasu leśnej zasadzki. Nie widział go w sznurze końskich łbów, więc myśląc logicznie pozostawały tylko dwie możliwości – albo go zarżnęli, albo uciekł w knieję .”
To drugie zdanie de facto powtarza wiadomość z poprzedniego, w dodatku robi to niedokładnie. Poprzednie sugeruje, że koń gdzieś zaginą, pobiegł i tyle go widzieli. Teraz nagle zaczynają się rozważania czy go ubili czy uciekł, co się żre z tamtym zdaniem.
Swoją droga zabijać konia, straszne marnotrawstwo. No chyba że się słuchać nie chce, a ludzie głodni... choć konina ponoć niesmaczna.

„Osobiście liczył na tą drugą opcję. Wbrew pozorom jego szlachetny wygląd i rączość nie były jedynymi zaletami, Zarred podróżował z nim od lat i doskonale wiedział jak wierną i cwaną bestią było zwierze w rzeczywistości .”
Bo na niby, to wydawało się głupie jak but z lewej nogi? Nie widzę powodu dodania tego „w rzeczywistości”. To po prostu był mądry, cwany niekiedy, koń.

„ Oj, zasypałbym cię workiem marchwi i dorodnych jabłek, D'yaebl , pomyślał. ”
swoja drogą mały ten koń, jak do jego zasypania starczy jeden worek.
...
Albo mają tam duże worki ;)

„Nadstawił uszu, gdy całkiem przypadkiem wyłapał z rozmowy jadących przed nim żołdaków słowo "odpoczynek". Początkowo wyszedł z założenia, że dostał pomieszania zmysłów i zwyczajnie słyszy to co chciałby usłyszeć, lecz najwyraźniej nie było z nim tak źle jak do tej pory sądził, bo wkrótce dowódca oddziału faktycznie zarządził nieoczekiwany postój. ”
Znaczy on słyszy to co chciałby usłyszeć, jeśli ze słowa "odpoczynek" wywnioskował sobie możliwy postój. Równie dobrze mogli narzekać na brak odpoczynku. W zasadzie powinni to robić non stop.
Plus, skoro rozmawiano o odpoczynku, to nie wiem czy postój był taki niespodziewany.
Plus numer dwa: to tu brzmi jak streszczenie. :/

„Żaden koń prócz szkolonych wierzchowców Scoia'tael nie był w stanie choćby kłusować przy takim zagęszczeniu sosen i świerków, a sami żołnierze nie dogoniliby go nawet, gdyby pozbyli się ciężkich jak cholera zbroi, krępujących ruchy. ”
To nie jest błąd, ale w kontekście zasypywania (a nie obsypywania) marchewkami ciśnie mi się na klawiaturę, że to, czy koń jest w stanie biec przez gesty las nie tylko zależy od treningu, ale głównie od tego, jak jest on duży/masywny, a co za tym idzie jak bardzo zwrotny jest.

„Wizmir z Ban Ard klapnął ciężko przy ognisku, naprzeciwko jeńca, dzięki czemu bez problemu mógł obserwować obóz, konie i przede wszystkim samego Scoia'tael.”
próbuje to sobie wyobrazić i wychodzi mi, że Zarreda widział po drugiej stronie płomieni. Znaczy dobrze, że go widział, ale bardzo beznadziejnie ze strategicznego punktu widzenia.

Taki manewr dawał dwie korzyści; wprowadzał wroga w błąd, gdyż ten po pewnym czasie wychodził z założenia, iż jeniec śpi, a także pozwalał skupić się na dokładnym obmyślaniu planu, nie rozpraszając przy tym elfa wszystkim dookoła ”
ten manwer go nie rozpraszał? bo tak wynika z tego zdania

„Czas płynął mozolnie , a w obozowisku nadal nie działo się nic, co pozwolić by mogło elfowi na działanie.”
Pierwsza sprawa
mozolny «wymagający wysiłku, czasu i cierpliwości»
czas płynął wymagając czasu...
w zasadzie to jest logiczne

„Nie mitrężąc zabrał się do piłowania sznura i wkrótce jego kostki również były wolne”
Nie mitrężąc czego?

„Nie zamierzał jednak wybrzydzać, w końcu kosiorek był nieco większy od ukrytego w portkach ostrza, choć nie oznaczało to, że akceptował stratę zbójeckiego oręża.”
Obrazek
+
Obrazek

Znaczy pogrzebacz (choć kusi mnie siec rybacka) był tylko nieco większy od jego noża.

„Zerwał się do szaleńczej szarży w momencie, gdy rozległ się upiorny zwierzęcy kwik .”
To jest kawałek o Zarredzie. Mam wątpliwości:
1. «ostre natarcie kawalerii»
2. «przesadzanie w czymś, zwłaszcza stosowanie zbyt jaskrawych środków wyrazu w grze aktorskiej»
3. «stopień w hierachii wojskowej; też: osoba mająca określony stopień wojskowy»

„Czarnymi nićmi włosów szarpał wiatr, o wiewał twarz elfa rześkością wolności.”
Te nici jakoś mi nie leżą, ale może to kwestia przyzwyczajeń.

„Czarna opończa czarodzieja łopotała na wietrze, zaś sam mag zdawał się nie zauważać intruza Zarred nie zamierzał ryzykować.”
wiatr dostatecznie silny, aby łopotała od niego opończa w gęstym lesie...?

„Wypuścił delikatnie strzałę z palców, a ta pomknęła idealnie po prostej linii, zatapiając się bezgłośnie w ciele przeciwnika.”
I tak w kontekście, że ktoś go ustrzelił z kuszy i to go tak oburzyło, to fakt, że teraz sam zabija z ukrycia brzmi emmm… znaczy OK., bohater może być hipokrytą, oczywiście, tylko że wydaje mi się, że to nie jest cecha charakteru, którą chciałaś go obdarować…

„Wizmir siedział na zwalonym dębie będąc w iście podłym nastroju.”
emmmmm momencik.
chwileczkę. To był las iglasty kiedy ostatni raz sprawdzałam. "przy takim zagęszczeniu sosen i świerków"

„– Co wy mi tu chcecie zainsynuować? ”
Jak dopiero chcą, to w czym problem? → „co wy mi tu insynuujecie”
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ