Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

к.я.υ.к [16+]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 20 stycznia 2017, 16:07

Witam wszystkich, którzy pofatygowali się i zajrzeli do tego wątku. W gwoli ścisłości - akcja opowiadania rozgrywa się w świecie wiedźmina, a dokładnie na terenie Królestw Północy. Występują w nim bohaterowie zarówno zmyśleni jak i ci stworzeni przez Sapkowskiego czy ekipę CD Project Red. Wydaje mi się, że odpowiednio oddałam realia tego świata, nie zapominając o geografii krainy czy charakterystycznych roślinach, jednak, jak wiadomo, nie ma ludzi ani tworów doskonałych ;)
Chciałabym również zaznaczyć, że początkowe rozdziały są sprzed (co najmniej) roku, więc można w nich dostrzec trochę... niedociągnięć. Dziękuję za wyrozumiałość i zapraszam do lektury :oops:

Prolog Słońce wisiało wysoko na bezchmurnym niebie, zalewając las świetlistą falą promieni. Lekki wietrzyk szarpiący listowiem owiał przyjemnie twarz Zarreda, siedzącego w zaroślach. Odgarnął pasmo długich, czarnych jak smoła włosów za szpiczaste ucho, wzdychając po raz kolejny. Wieści od komanda miały zjawić się wraz z posłańcem o świcie, w okolicach ruin zapomnianej przez świat, ludzkiej świątyni, wśród Scoia'tael noszącej nazwę Aed Carraigh – Zapomniany Okruch. Nazwa, choć piękna, zupełnie nie pasowała do obskurnych, porośniętych mchem murów, jakie przez setki lat rozsypały się na podobieństwo domku z kart, bardziej przywodząc na myśl kamieniołomy, aniżeli dawne miejsce kultu. Mimo swej obskurności był to jednak dobry punkt orientacyjny i strategiczny, żaden człowiek bowiem nie zapuszczał się w te okolice – obawa i strach przed śmiercią niesioną przez niechybiające celu, elfie strzały skutecznie gasiły wszelką ciekawość bądź chwilowe przejawy heroizmu, zdaniem Zarreda, dość głupiego zresztą. Ludzie zawładnęli światem, przejęli władzę nad wodą i lądem, zarazili planetę swą plugawą rasą, zmuszając nieludzi do ucieczki – do ciągłego życia w ukryciu bądź całkowitego podporządkowania. Zarred nie miał zamiaru wybierać – żadna z tych dróg nie przemawiała do niego dostatecznie, by się dostosować... "Dostosować", co to miało w ogóle znaczyć? Nie był psem jakiego bezkarnie można było lać drewnianą pałą, nazywając to "tresurą". Nie chciał nawet słyszeć o gettach czy slamsach w dużych miastach, gdzie miałby znaczenie nie większe niż zwykły pasożyt, niewart zdeptania podeszwą usmarowaną w gównie. Nie tak wyobrażał sobie swoją przyszłość, nie taki był świat o jakim śnił... Dlatego walczył – od wczesnej młodości walczył, przelewając ludzką krew. Wyżynając zbrojne oddziały, paląc wsie wraz z zamieszkującymi je donosicielami, siejąc zamęt na granicach – mordując. Nie widział dla siebie innej drogi, wszelkie rozmowy i tłumaczenia, cała ta zasrana dyplomacja była guzik warta. Zarred przekonał się o tym nie raz, nie na swojej skórze oczywiście, wystarczająco jednak naoglądał się stosów z płonącymi nań wielbicielami pokoju, a także zbyt wiele słyszał o pogromach nieludzi, masowo zarzynanych na ulicach ludzkich miast. Poza tym... walczył nie tylko dla sprawy, Scoia'tael czy Starszych Ras, walczył... walczył dla siebie.
Poderwał głowę, instynktownie wyostrzając zmysły. Coś zbliżało się ku niemu powoli... zbyt powoli.
Chwycił swój potężny łuk; niedźwiedzią osiemdziesięcio pięcio funtówkę, będącą zabójczą hybrydą, przerabianą własnoręcznie z ukradzionego zerrikańskiemu kupcowi Zefhara, po czym ukląkł na jedno kolano, w błyskawicznym tempie zakładając strzałę i dociągając cięciwę do kącika ust. Zamarł.
Cokolwiek zmierzało w jego kierunku, nie miało szans na przeżycie, gdyby tylko elf wypuścił strzałę. Pomijając już fakt, że skracana odległość działała na niekorzyść intruza, a w pięknie szlifowanych ramionach kryła się przerażająca wręcz potęga gotowa z dwustu kroków powalić ciężkozbrojnego, miażdżącą przewagą okazywał się sam grot, który wbiwszy się w ciało ofiary, rozpryskiwał się, tworząc z wnętrzności bardzo nieestetyczną mozaikę. W innym wypadku przeszywał cel na wylot, raniąc dotkliwie narządy swymi specjalnie szlifowanymi krańcami.
Oddychał powoli i rytmicznie, wpasowując się w ciężkie kroki zbliżające się z każdą sekundą. Nagle pękła pobliska gałązka, a liście bujnych zarośli zaszeleściły. Zmarszczył brwi, słysząc cichy, nieludzki kwik. Zaraz potem jego wściekle zielonym oczom ukazał się zwieszony, koński łeb. Kobyła skąpana była w jusze, jakiej nie dawał więcej niż godzinę – mieniła się w słonecznych promieniach, nie zdążywszy porządnie zakrzepnąć. Po aksamitnej szyi, rozoranej w kilku miejscach, spływały karminowe strugi, mieszające się z krwią jeźdźca, którego Zarred dostrzegł dopiero po chwili. Zacisnął zęby, z trudem rozpoznając Dhorrę. Wstał powoli, nie tracąc czujności; nie wykluczał, iż mogła być to zasadzka.
Zdjął strzałę z cięciwy i wprawnym ruchem wsunął ją do kołczanu zawieszonego przez plecy. Dobył swego zbójeckiego noża o zakrzywionym ostrzu, po czym ostrożnie podszedł do zwierzęcia, które padło na klepisko z ubytku krwi i wycieńczenia. Dhorra zwaliła się wraz z nim. Nim elf wyciągnął choćby rękę w stronę trupa, dostrzegł coś na co wcześniej nie zwrócił uwagi. Bez zwłoki rozpruł przesiąkniętą koszulinę, odsłaniając plecy dawnej towarzyszki. Siną skórę zdobiły wycięte tępym narzędziem ryciny głoszące "śmierć nieludzkim ścierwom". Zarred zaklął paskudnie pod nosem.
Wyprostował się niczym struna i gwizdnął głośno, wsuwając nóż do niewielkiej pochwy zawieszonej u pasa. Po chwili rozległ się donośny tętent kopyt, a zza krzaków białego mirtu i belladonny wyskoczył potężny ogier, czarny jak sama noc. Zarred wskoczył na wierzchowca jednym susem, po czym z dzikim rykiem wbił pięty w boki zwierzęcia. D'yaebl, najwierniejszy przyjaciel ciemnowłosego, pognał przed siebie posłusznie, z rozwianą grzywą manewrując pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami i zostawiając za sobą jedynie wirujące szaleńczo, obumarłe listowie.

Rozdział 1 Wpadł do obozu siłą rozpędu, nie próbując nawet wstrzymywać rozochoconego dzikim pędem wierzchowca. Koń zatańczył jeszcze pośrodku polany, nim wreszcie targnął potężnym łbem i stanął w miejscu. Dookoła panowała głucha cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem Diabła, przyspieszonym oddechem samego Zarreda i krakaniem krążących mu nad głową kruków. Spóźniłem się, pomyślał z goryczą, rozglądając po leśnym pobojowisku. Gdzie okiem nie sięgnąć rozpościerały się sterty poranionych ciał – od opancerzonych trupów w złoto-czarnych barwach Kaedwen, po ciemnozielone, brązowe bądź bure kaftany, skutecznie maskujące Scoia'tael wśród gęstwiny. W wysokich trawach leżały bezczynnie splamione klingi i połamane łuki, noże i obuchy, zaś na jednej z niższych gałęzi pobliskiego jesionu powiewał rozdarty proporzec z czarnym jednorożcem w złotym polu.
– Cerbin... Esseath...
Zarred zeskoczył z konia, wyłapując ledwo słyszalny szept, łudząco przypominający powiew letniego wiatru. Nie pamiętał kiedy ostatnio nazwany został Krukiem w swej ojczystej mowie... Dopadł do elfa, przygwożdżonego włócznią do szerokiego konaru rozłożystego klonu.
– Ceadmil... przyjacielu...
– Co tu się stało? Gadaj! – warknął ciemnowłosy, chwytając rannego za ramiona. – Co z zasadzką? Mówże!
– Kaedweński wywiad... o-oni wiedzą, on przechytrzył nas...
– On? Jaki on?!
– Wyciek... b-był wyciek...
– Ale kto? Kto zdradził?!
– Coinneach Dá Reo... ratuj jego komando, jeszcze nie jest za późno, Cerbin... W tobie ostatnia na-nadzieja...
Elf mówił coraz wolniej i ciszej, a błysk świadomości gasł powoli w migdałowych oczach.
– Nie pieprz mi tu o nadziei! Mów kto zdradził!
– Va...va fail, Cerbin.
– Nie umieraj, powiedz mi kto jest winny! Słyszysz?
Angus Berlie, istotnie, nie słyszał już nic prócz melancholijnego szumu drzew po drugiej stronie lasu.
Czarnowłosy odwrócił wzrok, usiłując stłumić gniew rozsadzający go od środka. Był wściekły na martwego elfa, na Kaedweński wywiad, na nieczujnych wartowników, strzegących obozu, na Dhorrę, na cały pieprzony świat! Na siebie... Spóźnienie posłańca od razu powinno zmusić go do działania – powinien wrócić do obozu, zawiadomić dowódcę, odebrać kolejne rozkazy i ruszać w drogę. Wtedy wszyscy by żyli, a sam Zarred wiedziałby na czym stoi, miałby zadanie do wykonania, cel do którego by dążył za wszelką cenę z poczuciem, że nie siedzi bezczynnie, że walczy z tym przeklętym gatunkiem... a teraz? A teraz tkwił pośrodku polany usłanej trupami wrogów i przyjaciół, zagubiony i zupełnie bezradny.
Spojrzał ostatni raz na włócznię tkwiącą w ramieniu martwego Scoia'tael, po czym wstał sprężyście.
Coineach Da Reo, pomyślał, wdrapując się na grzbiet Diabła, parskającego przejmująco. Rozjuszony zapachem krwi i ciężkim smrodem trupa, targał potężnym łbem, odpędzając gromadzące się w okolicy muchy.
Wysoki, jasnowłosy elf o przenikliwych, mądrych oczach o barwie jadeitu, przewodził jednym z najsłynniejszych komand Scoia'tael. Choć wyglądał dość młodo, a urody z pewnością nie można było mu odmówić, miał on na karku już z dobrych kilka setek lat. Był jednym z bardziej doświadczonych przywódców, który w swym długim, splamionym ludzką krwią życiu, wymordował więcej istnień niż całego jego komando razem wzięte. Był bardzo cenionym wojownikiem i muzykiem, znanym z bardzo mylnego spokojnego usposobienia, a także tęsknych pieśni, roztapiających nawet najbardziej zlodowaciałe serca. Zarred miał kiedyś okazję wysłuchać ballady o Samotnym Księżycu w wykonaniu jasnowłosego i choć na muzyce znał się jak wieśniak na czarach, zadumał się wtedy niesłychanie, niesiony smutną, pełną emocji melodią, szarpiącą jego uczuciami niczym zdziczały pies kawałkiem mięsiwa.
Ciemniało. Choć godzina wydawała się wczesna, ponure, ciemno-granatowe chmurzyska odcięły las od słonecznych promieni, stłumiły wszelką jasność, resztki tlącego się w elfie optymizmu. Był sam, zupełnie sam, nie licząc D'yaebla, który pędził opustoszałym gościńcem, ryjąc grunt potężnymi kopytami i wzniecając za sobą kłęby kurzu, nieznośne zalepiającego gardło. Dawno nie widział w tych stronach choćby żywego ducha – ani człowieka, ani niziołka, krasnoluda czy nawet elfa, głupiej sarny chociażby. Był sam.
I tą bolesną, piekącą serce samotność przerwał nagle donośny huk, płoszący ptaki z pobliskich drzew. Droga tuż przed nim zapłonęła nagle szeroką i wysoką na metr ścianą ognia, zapędzając bruneta w ślepy zaułek. Orientując się w lot w całej sytuacji, ściągnął lejce gwałtownie, ryknąwszy na zdezorientowanego wierzchowca. Za długo już tkwił w szeregach Scoia'tael, by nie zdawać sobie sprawy jak wyglądała przydrożna zasadzka. Sam brał czynny udział w tysiącach tego typu napaści, lecz nigdy z użyciem magii, a uśmiechający się szyderczo słup płomieni z pewnością nie był wytworzony naturalnie. Żaden spirytus nie mógł wywołać takiego efektu, nawet krasnoludzki.
Zawrócił konia w nadziei, że jeszcze zdoła umknąć napastnikom, jednak i tam ogień wzniósł się pod same niebosa, odcinając mężczyźnie drogę ucieczki. Z obu stron, spomiędzy drzew, wylała się fala żółto-czarnego żołdactwa, okrążając elfa coraz ciaśniejszym kołem.
Zaklął paskudnie, nie widząc najmniejszej choćby luki w blaszano-płomiennym pierścieniu. Sięgnął więc po łuk, błyskawicznie napinając i równie szybko puszczając cięciwę. Długa strzała o szaropiórych lotkach przecięła powietrze, z trzaskiem wbijając się idealnie w szparę pomiędzy hełmem a pancerzem pobliskiego żołnierza, wywołując jednie głośne charknięcie ostatkiem sił. Trup zwalił się na ziemię, rozpraszając uwagę zbrojnych, nie będących w stanie przypomnieć sobie momentu, w którym elf w ogóle sięgnął po łuk. Zarred tymczasem nie zastanawiał się ani chwili, szył tylko z zastraszającą wręcz skutecznością, dziurawiąc kolejnych napastników niczym dojrzały ser.
– Z konia! – wydarł się, któryś, najprawdopodobniej dowódca. – Spieprzyć go z konia! Słyszycie?!
D'yaebl też widocznie słyszał, bo jak na zawołanie podskoczył do góry, o mało nie zrzucając z grzbietu własnego jeźdźca i trzasnął tylnymi kopytami intruza, zbliżającego się od tyłu, prosto w szczękę. Nieszczęśnik z głośnym okrzykiem bólu i przestrachu odleciał w tył, z impetem taranując dwóch towarzyszy.
– Dorwać go, siermięgi! Żywo! – darł się głównodowodzący, machając energicznie rękoma i naiwnie licząc, że w tym zgiełku i chaosie usłyszy go ktokolwiek prócz jego własnego osoby.
Po karku elfa spłynęły zimne kropelki potu. Wiedział, że długo się nie utrzyma, że koń zaraz zrzuci go z kulbaki, w szaleńczej próbie trącenia kopytem jeszcze kilku kaedweńczyków, a któryś z żołdaków sięgnie wreszcie po rozum do głowy i doznając olśnienia, użyje włóczni... W końcu zdecydował się wyskoczyć z siodła. Wylądował miękko na klepisku z iście kocią gracją, po czym sięgnął po swój zbójecki nóż, oczekując na atak. Wodził wściekle zielonymi oczyma od zbroi do zbroi, od miecza do miecza, na jakich klindze odbił się nagle zygzak rozświetlającej niebo błyskawicy. Zerwał się wiatr. Drzewa zaszumiały gniewnie, szarpane przez silne podmuchy, ciągnące za sobą mrok nadchodzącej burzy. Magiczne ściany, odcinające mężczyźnie jedyną drogę ucieczki, płonęły.
Zdławił okrzyk bólu i wściekłości, gdy ludzka strzała o przytępionym grocie, wbiła się w odsłonięte ramię z impetem, zmuszającym elfa do mimowolnego cofnięcia się. W chwilę potem kasztanowy kaftan przesiąknął krwią, zdobiąc materiał rozbryzgiem karminowego kwiatu.
Cała ta sytuacja była naprawdę frustrująca – mogli zorganizować na niego pułapkę, zaatakować ze zdecydowaną przewagą liczebną, ba – użyć magii nawet, ale zdradziecka strzała z kuszy podczas tak nierównej walki była wręcz oburzająca.
– Ranny jest! Łapcie nieludzia póki omamiony!
W ułamku sekundy odnalazł wzrokiem kmiecia dzierżącego kuszę, zupełnie ignorując krzyki żołnierzy szykujących się do ataku. Musiał mieć z nią do czynienia po raz pierwszy, bo nieudolność z jaką trzymał broń oraz sposób nabijania z pewnością wywołałby u Zarreda parsknięcie pełne litości i rozbawienia, gdyby nie fakt, że był w tym momencie cholernie zły i nie marzył o niczym innym niż o wypruciu strzelcowi flaków. Tak na dobrą sprawę miał duże szczęście, że postrzelił go narwany idiota – gdyby kuszę przejął zawodowiec, elf leżałby już rozłożony na trawie, ze strzałą wbitą miedzy oczy.
Krew zabuzowała mu w żyłach, adrenalina uderzyła w skronie, neutralizując ból. Wyrwał nagle do przodu, jednym wprawnym ruchem podrzynając gardło stojącego mu na drodze oprycha. Krew fontanną buchnęła z rozciętych tętnic, zniekształcając krzyk żołnierza w niewyraźny bulgot.
Kusznik zbladł jak papier, widząc rozwścieczonego Scoia'tael, biegnącego w jego kierunku z pełnym nienawiści grymasem na upstrzonej karminowymi plamkami upiornej twarzy demona. Chwycił kuszę mocniej w drżących dłoniach, a następnie z roztargnieniem wycelował w elfa. Zarred nie zwolnił ani odrobinę, przyspieszył nawet, rozdrażniony śmiałością ludzkiego śmiecia. Kaedweńczyk strzelił na oślep, zamykając przy tym oczy. Zarred nie widział chyba jeszcze w swoim długim, pełnym niespodzianek i absurdu życiu takiej siermięgi. Aż żal mu było tępić noża...
Trup zwalił się na ziemię, wzbijając w powietrze oschłe listowie. Nim ostatni z nich opadł na leśne runo, elf ruszył już w kierunku wierzchowca, tratującego kopytami rannych Kaedweńczyków.
Drobne, białe zęby pozbawione kłów, błysnęły w pełnym triumfu uśmiechu, gdy do D'yaebla zostało mu zaledwie kilka stóp. Już czuł tą euforię, to szczęście i satysfakcję – umknął! Umknął im! Całemu oddziałowi zbrojnych! Sam jeden wyrwał się z obławy!
Zatrzymał się nagle, a mina mu stężała. Patrzył z niedowierzaniem na własne nogi, które niespodziewanie odmówiły mu posłuszeństwa, iście wrastając w ziemię. Usiłował ruszyć do ucieczki, ratować się za wszelką cenę, jednak bez względu na wysiłek, nie był wstanie drgnąć choćby o milimetr.
– Bloede Arse! – warknął wściekle, zauważając nadbiegających żołdaków. Co to za pieprzona magia, myślał gorączkowo, usiłując wydostać się spod jarzma zaklęcia. Choć czar trzymał go silnie, nie wyczuwał w pobliżu potężnej magii. Nie raz miał już do czynienia z czarodziejami, a jak wiadomo elfy od początku istnienia tego świata miały wrodzony talent do magii, teraz jednak nie czuł zupełnie nic.
– Daremny twój trud.
Uniósł głowę, słysząc zimny, nieco kpiący głos. Spomiędzy drzew wychynęła wysoka postać, odziana w ciemną opończę i głęboki kaptur skrywający twarz. Z palców obcego sfrunęło figlarnie kilka iskier.
– Nie wyrwiesz się, Kruku – zaczął spokojnie, choć w jego głosie dało się wyczuć niezdrową zapalczywość. – "Kruku"? A jaki tam z ciebie kruk! Zwykły wróbel zamknięty w klatce o żelaznych prętach, ot co!
Zarred milczał, obserwując intruza. Coś dziwnego było w tym człowieku, coś czego nie potrafił określić, a co drażniło nieopisanie jego wewnętrzne "ja".
Nim zdążył choćby otworzyć usta, kątem oka dostrzegł lecący w jego stronę obuch. Nie był w stanie się nawet odwrócić. Całe niebo zwaliło mu się boleśnie na głowę, a wkrótce potem nastała ciemność.


Słownik Starszej Mowy:
► Pokaż Spoiler
Obrazek

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Kruffachi » 21 stycznia 2017, 15:39

Nie znamy się jeszcze, nie wiem, jak piszesz, jak prezentuje się ten tekst na tle innych i Twoich ogólnych umiejętności, więc może się okazać, że część z moich uwag uznasz za wydumane, czepialskie albo w ogóle do niczego, ale postaram się pomóc, jak potrafię ;) Ale głasie też będą! Obiecuję!

No to jedziemy.

Po pierwsze, zastanawia mnie, dlaczego prolog jest prologiem, poza tym, że - jak powszechnie wiadomo - każda powieść fantasy (a czasem nawet opowiadanie...) powinno mieć prolog? Bo nic o tej "prologowatości" nie świadczy. Wydarzeń z niego i rozdziału pierwszego nie dzielą ani duże wartości czasowe, ani nawet przestrzenne. Wręcz przeciwnie - pojawiają się dokładnie ci sami bohaterowie, a sekwencja zdarzeń następuje w chronologicznym i właściwie nieprzerwanym ciągu. Nie widzę więc przeszkód, żeby scena ta stanowiła po prostu pierwszą scenę rozdziału I. Nie dajmy się zwariować tym prologom ;)

A skoro już o początku mowa, zaczynasz statycznym opisem (na szczęście niezbyt długim), rzucasz nazwami, sugerujesz jakieś znaczenie, po czym dochodzimy do miejsca, w którym okazuje się, że to właściwie sterta kamieni, takie nic, ale dobrze widać okolicę. Tu też dostrzegłam pewne powidoki takiej dość powszechnej w fantasy maniery sugerowania czasów przeszłych i dawnej magii, która ma prawdopodobnie podszyć tekst tajemnicą i nostalgią (no, to elfy, elfy muszą być nostalgiczne, wiadomka ;) ), ale wydaje mi się, że słabo już na czytelników działa. Na mnie na przykład w ogóle. Przeczytałam tego za dużo, przedawkowałam i serdecznie namawiam do poszukiwania własnych ścieżek.

To, co zauważyłam w języku i stylu, to lekkie niezdecydowanie. Cały czas operujesz perspektywą jednego bohatera, więc zakładam, że to nie kwestia zmian punktu widzenia, ale odnoszę wrażenie, że raz chciałabyś brzmieć lirycznie (bo elfy) i baśniowo (bo fantasy), a zaraz potem przypomina Ci się, że heloł, to świat Wiedźmina, więc przydałoby się coś wulgarnego nie tylko w wypowiedziach postaci, ale też właśnie narracji. I te elementy ze sobą nie współgrają. Nie zakładam, że nie mogą współgrać - może znajdziesz sposób na ich połączenie - ale w tym momencie dość wyraźnie widać miejsca, w których się przełączasz z jednego trybu na drugi.

O samej akcji i bohaterze na razie niewiele mogę powiedzieć, bo Zarred nie dał się poznać. Nie potrafię go określić i czekam na coś, co pozwoli mi powiedzieć o nim więcej. W tej chwili sympatii nie zdobył, bo właściwie jedyna scena, w której robi nie to, co akurat musi, to rozmowa z drugim umierającym elfem, gdzie zachowuje się raczej gruboskórnie. No ale poczekam, nie mam w zwyczaju określać swoich upodobań tak szybko. A ponieważ bohater nie wzbudził emocji, to też akcja nie przyszpiliła, no ale takie prawa początków, więc to nie zarzut, a jedynie czytelniczy sygnał. Być może to punkt wyjścia do wrzucenia Zarreda w coś, co mi go wreszcie pokaże i do niego przywiąże. Poczekam, poczytam, zobaczę.

Bez wątpienia natomiast widać, że siedzisz w świecie Wiedźmina i kochasz go całą sobą :D Ciekawa jestem, jak będzie odbierała Twoje pisanie osoba nieznająca kanonów, z których czerpiesz, natomiast ja na tym polu bawiłam się dobrze. Chwała Ci też za to, że nie próbujesz naśladować stylu Sapkowskiego, na czym wielu autorów już poległo, a szukasz własnego języka dla opisu świata, zwłaszcza że jest to świat nie powieści, a rozszerzony o elementy z gier. Zatem czekam na to, co mi jeszcze w tej materii pokażesz :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 21 stycznia 2017, 18:53

Hmm, powiem Ci, że faktycznie co do poniektórych zarzutów ciężko mi się odnieść, jako że tekst ten nie jest "aktualny". Mimo wszystko wszelkie rady staram się zawsze brać do serca i analizować wszystko co ktoś mi wytknie, dlatego czas poświęcony na ten komentarz na pewno nie został zmarnowany. Przynajmniej dla mnie xd

W tym prologu jest więcej objaśnień niż akcji, przedstawione są pewne prawa rządzące światem, sytuacja "społeczna", że tak to nazwę, co ma pomóc trochę w nakreśleniu sytuacji dla ludzi nieznających uniwersum. Chociaż na dobrą sprawę, tak jak mówisz, mogłabym to wcisnąć w pierwszy rozdział. Poza tym układ; prolog -> rozdział 1 -> rozdział 2[...] odpowiada mojemu wewnętrznemu poczuciu estetyki, drażniłoby mnie, gdyby tak od razu z buta był pierwszy rozdział, ale to już moja fanaberia ^^'
rzucasz nazwami, sugerujesz jakieś znaczenie, po czym dochodzimy do miejsca, w którym okazuje się, że to właściwie sterta kamieni, takie nic, ale dobrze widać okolicę.
sterta kamieni, prawda, ale nie zupełnie bezwartościowych. Nie wiem jak bardzo zaznajomiona jesteś z wiedźminowskim światem, jednak elfy bardzo przywiązane są do przeszłości i cenią sobie bardzo taką architekturę chociażby. Dla nich przykładowe ruiny nie są, jak to nazwałaś, tylko stertą kamieni, a miejscem wspomnień, żywą historią, która tli się w ich sercach. Biorąc pod uwagę nieszczęśliwe losy ich rasy, takie rzeczy mają duże znaczenie, a fakt, że głównym bohaterem jest przedstawiciel tejże rasy właśnie, pozwoliłam sobie na dwa/trzy zdania obrazujące to przywiązanie do tego, co w oczach człowieka byłoby nieistotnym szczegółem, tylko... tylko stertą kamieni.

Co do tych punktów widzenia - nie wiedziałam, że jest to aż tak odczuwalne. Być może zmiana "zabarwienia" narracji, że tak to ujmę, wynika z faktu, że choć jest ona trzecioosobowa, raz jest po prostu opisem narratora, innym razem opisem narratora, ale bardziej z perspektywy danego bohatera (na razie jest tylko Zarred, może potem lepiej uda mi się to przedstawić).

Rozumiem i w pełni się zgadzam. Jeden rozdział to zdecydowanie za mało by stwierdzić czy się postać lubi czy nie. Ja czytając książkę czy oglądając serial potrafię stwierdzić czy pałam do kogoś sympatią dopiero w połowie bądź pod sam koniec :lol:

Bardzo mnie cieszy, że tekst nie jest kalką Sapkowskiego. Nigdy do tego nie dążyłam i nigdy nie chciałabym, aby ktoś mi coś takiego zarzucił. Można iść po czyichś śladach, lecz do czasu, uważam, że ostatecznie każdy powinien iść własną ścieżką - o, takie małe, lekko filozoficzne zakończonko ^^ Bardzo Ci dziękuję, Kruffachi, za odwiedziny, poświęcony mojemu tekstowi czas oraz obszerny komentarz. Mam nadzieję, że wkrótce czytanie Kruka zacznie sprawiać Ci przyjemność, a w najbliższym czasie postaram się dodać coś aktualnego, abyś mogła ocenić, tu zacytuję, "jak prezentuje się ten tekst na tle innych i (moich) ogólnych umiejętności". :D
Obrazek

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Kanterial » 21 stycznia 2017, 19:49

Z technicznych rzeczy, błędy, czepialstwo:

- interpunkcja - alarmuję mocno. Wspomniałaś, że tekst pisany jakiś czas temu, ale warto przysiąść i poprawić przed wrzuceniem na forum. My często na Literce rezygnujemy z wypisywania błędów interpunkcyjnych (chyba że ktoś sobie życzy) jednak zaznaczam, że są - spowalniały mnie, były widoczne, poniżej przykład:
Lekki wietrzyk szarpiący listowiem, owiał przyjemnie twarz Zarreda(...)
oddzieliłaś tym przecinkiem orzeczenie od jego podmiotu - nie wiem, czy chodziło o wtrącenie (wtedy konieczny byłby jeszcze jeden przecinek przed "szarpiący"), ale raczej nie ma racji bytu, więc przecinek zwyczajnie zbędny.

- lekki problem z gubieniem podmiotu. Lekki, bo trudno mi znaleźć dobre określenie... Nie było co prawda sytuacji, gdzie dwa podmioty (postacie) by się ze sobą zlały, na przykład w dialogu, ale pewna nieczytelność, gdy domyślny podmiotem pozostawał Zarred, wskazywała momentami na jego konia, wiatr, itd.
Zwykły wróbel zamknięty w klatce o żelaznych prętach,od co!
ot co

Sam tekst jak dla mnie siedzi - co prawda średnio lubię Sapkowskiego, tym bardziej jego cykl o wiedźminie (w sumie z czasem coraz bardziej nie lubię :facepalm: ) ale cokolwiek cię motywuje do pisania i nakręca, niech będzie, bo pisać zawsze warto. Grę uważam za świetnie zrealizowaną, mam słabość do "Dzikiego Gonu." Całe szczęście zdążyłam zapomnieć, jak Sapkowski brzmiał i w twojej narracji nie czułam problemu "wtórności". No, może te słowa, wiadomo, mięsiwo, siermięga, nieludź... oraz wszystkie nazwy własne, hm... Ale nie, zdecydowanie nie wadziło mi to podczas czytania. Na ile chciałaś brzmieć podobnie, a na ile oryginalnie - nie wiem - jednak mówię szczerze, że nie czułam się wcale jak podczas czytania sagi. [ dla mnie to plus XD]

Do fabuły ciężko mi się będzie odnieść, wiadomo, skrawek tekstu mały. Widzę jednak mocno subiektywną narrację trzecioosobową (co lubię) zdecydowanie nastawioną na punkt widzenia jednego bohatera. To trudny materiał, tak przynajmniej uważam. Pisałam kiedyś powieść fantasy w takiej narracji. Jest dobra, gdy masz wielu bohaterów - wtedy ta "nieobiektywność" i emanujące ze zdań przekonania mają szansę konfrontacji z innymi. Wiesz, dla przykładu, gdyby w twoim tekście miał si kiedyś pojawić człowiek (?) to pewnie o elfach i krasnoludach myślałby źle i miałby je za równie denne, fatalne i (kto wie?) prymitywne, co ludzie w oczach Zarreda.
Nie będę więc jeszcze oceniać narracji (choć przyznam, że razi mnie przedstawianie ludzi jako takich... kukieł bez mózgu? serio, ten oddział robiący "zasadzkę" na elfa był żałosny, no cholera, faktycznie jak z gry komputerowej i to na poziomie turbo-easy XD) właśnie ze względu na krótkość tekstu i brak odniesienia. Nie wiem, czy planujesz przedstawiać te opowieść również oczami innych osób, ale zdecydowanie to polecam.
Inna rzecz (trudność?) wynikająca z mocno spersonalizowanej narracji, to pewna... Hm, umniejszona wiarygodność. Ciężko jest połączyć subiektywne odczucia bohatera (którego na dobrą sprawę jeszcze nie znamy!) z jakimś wiarygodnym, pełnym i niezakłamanym obrazem świata. Dlatego kłują w oczy wszelkie opisy samego Zarreda. Przez to, że zamieszczasz je w trakcie swojej trzecioosobówki w trybie [elf], średnio podchodzą mi określenia takie jak "jego wściekle zielone oczy", "doskonale ramiona" i tak dalej, ogólnie szczegóły wyglądu, które, nie kryjmy, zdecydowanie bliskie są ideałowi. Można łatwo przegiąć z kreacją bohatera, gdy się z niego robi pięknego, utalentowanego, śmiercionośnego i tak dalej BEZ UŻYCIA DO TEGO OSÓB TRZECICH. Osoby trzecie urzeczywistniają obraz. Gdyby to ktoś inny opisał Zarreda w tak epicki sposób, przeszłoby gładko. Gdy ten opis jest w trakcie jego narracji, odczuwam mocną niechęć.

Stąd - przechodząc do oceny bohatera - moje negatywne nastawienie. Ja tego elfa nie lubię. Nie przemawia do mnie ani jego nienawistne, wyniosłe myślenie (takie wzbudza wrażenie, nie tylko tym, jakie ma zdanie o ludziach, ale i reakcją na swoich zabitych przyjaciół i dość... nietypowo niedelikatną rozmową z umierającym Scoia'tael), ani zachowanie. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo kocham fantasy i miło byłoby czytać jakiś przyjemy, wielowstawkowy tekst.

Za co mogę cię pochwalić: obrazowość. Bardzo ładnie ci to idzie i można momentami naprawdę zobaczyć otoczenie, jest bogate słownictwo (choć może ten "karmin" w odniesieniu do krwi za którymś razem był przesadny XD) i dobrze operujesz opisami. Przyroda - 10/10, elementy stałe, kolory, kadry.
Trochę gorzej przy scenach dynamicznych, gdzie brakuje przyśpieszenia - ta scena zasadzki na drodze jest, z jednej strony, widoczna dla mnie jako czytelnika, z drugiej jednak mocno... no, stateczna. Niby coś się dzieje, ale jak w slowmotion. Zarred z taką łatwością pokonuje wrogów, oni jak gdyby w ogóle nie ruszali się z miejsc. Zrobili kółko, niby podchodzą, ale on zdążył (zanim faktycznie podeszli) zeskoczyć z konia, zabić któregoś, wydostać się z kółka, zabić kusznika, pomyśleć, dać się trafić zaklęciem. No, i wtedy go dopadli bronią obuchową. Może to wynikało z ich rozkazów - pewnie mieli go wziąć żywego - ale jednak scena powinna być w moim odczuciu napisana dynamiczniej.

Kończąc - są braki w warsztacie, ale jest i potencjał. Jak na pierwszy tekst na forum (innych w końcu twoich nie czytałam) zupełnie przyzwoicie, i graficznie, i technicznie i jeśli chodzi o przekaz. Czekam na jakieś rozwinięcie i obym się myliła co do Zarreda.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 22 stycznia 2017, 13:47

Na początku chciałabym podziękować za długi i rzeczowy komentarz. Aż miło poczytać ;)

Jeśli o interpunkcję chodzi... tak, to zdecydowanie nie jest moja mocna strona, staram się jak mogę, ale przecinki często mnie przerastają, pomimo ciągłych zmagań ^^' Stawiając je czuję się niekiedy jak daltonista, mający przed sobą kolorowankę, jednym słowem - kiepsko.

Tak, Dziki Gon zdecydowanie jest jedną z niewielu rzeczy, z których Polacy mogą być dumni. Gra jest dopieszczona chyba pod każdym względem, a grafika - TA GRAFIKA! Cudo! Przyjemność sprawiało samo jeżdżenie po mapie ^^'
Co do "nieludzia" się zgodzę, siłą rzeczy jest zapożyczone od Sapkowskiego, w końcu akcja rozgrywa się w jego świecie, jednak mięsiwo czy siermięga to zwykłe archaizmy - słowa, które można spotkać w wielu filmach, grach czy powieściach z tego gatunku. Tak jak pisałam wcześniej, nie chcę kalkować żadnego z pisarzy, starałam się zachować własny styl, a przy okazji utrzymać klimat wiedźminowskiego świata.
Wiesz, dla przykładu, gdyby w twoim tekście miał si kiedyś pojawić człowiek (?) to pewnie o elfach i krasnoludach myślałby źle i miałby je za równie denne, fatalne i (kto wie?) prymitywne, co ludzie w oczach Zarreda.
Nie wiem skąd takie założenie, ale od razu wyprowadzę Cię z błędu. To nie tak, że piszę elfem to wszyscy ludzie be, człowieka to patykiem nie tknę, a każdy człowiek, który się pojawi będzie miał mózg wielkości orzeszka. Pojawi się wiele innych, znaczących postaci i część z nich będzie właśnie ludźmi, zdarzą się i krasnoludy i, wierz mi, nie będą mieli z góry narzuconego takiego samego schematu myślenia. Nie dajmy się zwariować ^^
ten oddział robiący "zasadzkę" na elfa był żałosny, no cholera, faktycznie jak z gry komputerowej i to na poziomie turbo-easy XD
...okej, coś w tym jest, może trochę przesadziłam XD Ale rację masz z tym, że to przez grę nabrałam maniery robienia z części żołdactwa idiotów... Chociaż myślę, że nie mija się to jakoś bardzo z prawdą xd Od razu zaznaczam, że nie wszyscy tacy będą! XD
Gdyby to ktoś inny opisał Zarreda w tak epicki sposób, przeszłoby gładko.
Będą jeszcze takie sceny, mam na myśli opisywanie go przez osoby trzecie, ale uwaga jest trafna. Nie myślałam o tym wcześniej w ten sposób, postaram się na drugi raz tego unikać.

Przechodząc do części pod tytułem
Ja tego elfa nie lubię.
od razu mówię, że nie będę go usprawiedliwiać (choć jako autor z chęcią bym nieco przybliżyła motywy, sposób myślenia postaci itd, ale przecież tu nie o to chodzi). Wydaje mi się (i taką mam nadzieję), że z czasem przekonasz się do głównego bohatera, bo będzie jeszcze kilka okazji, w którym, być może, zyska w Twoich oczach. Od siebie w tym temacie dodam tylko tyle, że... on nie jest taki zły na jakiego wygląda! (mamusia nie mogła się powstrzymać XD) :tul:

Co do kwestii dynamiki i sceny zasadzki - jak tak teraz to czytam to faktycznie jest w tym trochę racji. Osobiście uważam, że sceny walk są najtrudniejsze do zobrazowania w sytuacji, gdy do czynienia mamy nie z pojedynkiem, a kilku/kilkunastoma/kilkudziesięcioma postaciami. Mimo wszystko postaram się na przyszłość nie popełniać tych samych błędów. Ps, tak mieli go wziąć żywego xd

Raz jeszcze dziękuję za same odwiedziny, obszerny komentarz i słowa zarówno pochlebne jak i te mniej, które są dla mnie równie ważne. Wyciągnęłam z twojego postu kilka istotnych informacji, które być może pomogą mi w niwelowaniu niektórych błędów, choć to też wymaga czasu. Haha, tak, obyś się co do niego myliła ^^
Obrazek

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: RebelMac » 22 stycznia 2017, 14:31

Ewoile pisze:
Mimo swej obskurności był to jednak dobry punkt orientacyjny i strategiczny, żaden człowiek bowiem nie zapuszczał się w te okolice – obawa i strach przed śmiercią niesioną przez niechybiające celu, elfie strzały skutecznie gasiły wszelką ciekawość bądź chwilowe przejawy heroizmu, zdaniem Zarreda, dość głupiego zresztą.
W domyśle chyba chodziło o "głupi heroizm" - ale z tekstu wynika, że Zarred jest głupi.
Ewoile pisze:Ludzie zawładnęli światem, przejęli władzę nad wodą i lądem, zarazili planetę
Planetę? Lepiej by było "krainę", czy "świat"
Ewoile pisze: zostawiając za sobą jedynie wirujące szaleńczo, obumarłe listowie.

Czemu listowie jest obumarłe?
Ewoile pisze: Cała ta sytuacja była naprawdę frustrująca – mogli zorganizować na niego pułapkę, zaatakować ze zdecydowaną przewagą liczebną, ba – użyć magii nawet, ale zdradziecka strzała z kuszy podczas tak nierównej walki była wręcz oburzająca.
Tego nie rozumiem. Po pierwsze magii i tak użyli później a po drugie elf nie powinien się dziwić, że strzelają do niego z kuszy. Chcą go zabić, nie widzę w tym nic oburzającego. Sam Zarred wystrzelał pół oddziału.


Ewoile pisze: ]W ułamku sekundy odnalazł wzrokiem ciecia dzierżącego kuszę,
Cieć to inaczej dozorca, tutaj chyba powinno być kmieć.
Ewoile pisze: ]Kusznik zbladł jak papier, widząc rozwścieczonego Scoia'tael, biegnącego w jego kierunku z pełnym nienawiści grymasem na upstrzonej karminowymi plamkami upiornej twarzy demona.
Zarred jest demonem?

Szczerze mówiąc główny bohater nie wzbudził we mnie sympatii, wręcz przeciwnie. Trudno się z nim identyfikować, właściwie nie zależy mi na tym czy go porwą czy zabiją. Cały ten fragment niestety niezbyt mi się podoba. Po prostu "nie me gusta" - powieść musi mnie zaciekawić od samego początku.

Serdecznie pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 22 stycznia 2017, 16:34

Planetę? Lepiej by było "krainę", czy "świat"
świat jest użyty kilka słów wcześniej, więc stworzyłabym powtórzenie, a kraina byłaby niezgodna z prawdą - kraina jest określonym terenem - mniejszym bądź większym skrawkiem ziemi, a ludzie opanowali caluteńki możliwy obszar, a więc całą planetę/świat.
Czemu listowie jest obumarłe?
bo odpadło od drzewka i schnie bądź gnije.
Tego nie rozumiem. Po pierwsze magii i tak użyli później a po drugie elf nie powinien się dziwić, że strzelają do niego z kuszy. Chcą go zabić, nie widzę w tym nic oburzającego. Sam Zarred wystrzelał pół oddziału.
no właśnie nie do końca, atak zaczęto magią - mowa o wyczarowanych ścianach ognia, które odcięły bohaterowi drogę ucieczki. No i kolejny błąd, bo wcale nie chcą go zabić. Gdyby tak było wystarczyłaby skrytobójcza strzała w plecy, gdy ten jechał gościńcem. Nie uważasz, że byłoby to logicznym i zdecydowanie lepszym wyjściem? Szybko, prosto, zero strat. Sęk w tym, że chcieli wziąć go żywcem. Moim zdaniem taka sytuacja jest oburzająca, ale to już od człowieka i pola widzenia zależy.
Cieć to inaczej dozorca, tutaj chyba powinno być kmieć.
nie jest to błędem, cieć to również obraźliwe określenie na człowieka wolno myślącego i nie tylko. Mimo to zmienię na "kmiecia", będzie bardziej "klimatyczny".
Zarred jest demonem?
nie, gdyby Ci umknęło przypomnę, że jest elfem x) Jestem lekko zdziwiona, że nie spotkałeś się z podobnymi określeniami, w powieściach fantastycznych (i nie tylko) takie zabiegi nie są rzadkością.

Szkoda, że swoje stanowisko ostateczne odnośnie bohatera zająłeś już po pierwszym rozdziale, ale cóż, mówi się trudno. Dzięki za odwiedziny i poświęcony mi czas, mam nadzieję, że wkrótce znajdziesz opowiadanie, które będzie odpowiadać Twoim gustom. Pozdrawiam niemniej serdecznie.
Obrazek

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Siemomysła » 22 stycznia 2017, 17:08

No i przeczytałam.

Podobnie jak Kruff zdziwił mnie ten prolog. Nie wiem, dlaczego zdecydowałaś się w tym a nie jakimkolwiek innym miejscu uciąć i dalej wrzucać już w rozdział pierwszy ;) Po prostu zwykle prologi służą czemuś więcej niż zaspokojeniu potrzeby estetycznej autora ;)

Warto popracować nad podmiotami, bo faktycznie uciekają.
Ot choćby tu, na samym początku:
Lekki wietrzyk szarpiący listowiem, owiał przyjemnie twarz Zarreda, siedzącego w zaroślach. Odgarnął pasmo długich, czarnych jak smoła włosów[...]
Tu wyraźnie wietrzyk odgarnia włosy.

A co do przecinków widzę, że możemy sobie podać dłonie, choć ja po wielu latach pracy nade mną już nie oddzielam nimi podmiotów od orzeczeń. Jest to niewątpliwy znak, że i dla Ciebie jest jeszcze szansa ;)

Co mi przeszkadzało w tekście to rozbudowane opisy w trakcie akcji - na przykład szczegółowy opis strzały i jej właściwości i tego, co robi z ciałem, w które się wbija, wtrącony w chwili, gdy Zarred reaguje na nagłe niebezpieczeństwo.

Zaskakuje mnie też nazywanie konia raz ludzką, raz elfią wersją imienia, podobnie jak zaskoczyła mnie sytuacja, gdy Zarred wpada do obozu i umierający elf mówi do niego jego "Cerbin", a Zarred stwierdza, że nie pamięta już kiedy został nazwany tak w swoim ojczystym języku. Tu miałam zwiechę, bo nagle mi się wydało, jakby on nie był u siebie. Dopiero potem potem pomyślałam, że może to nie jest imię, którym się do niego zwracają inne elfy i że TO NA PEWNO COŚ ZNACZY ;) Ot, opóźnienie czytelnicze.

Zarred sympatii mojej nie wzbudził. Może jeszcze wzbudzi. Na razie nie. Nie lubię go w scenie z umierającym, nie lubię go potem w scenie wpadania w pułapkę. (Z innej beczki - czy kuszę się nabija? nie pasuje mi to tak samo jak nie pasowałoby "nabijanie łuku"). Sama pułapka też zastanawiająca - skoro mają wziąć go żywcem to czemu czarodziej od razu go nie unieruchomił? Po co zbędne ryzyko, że właśnie ktoś nieobyty i wystraszony wystrzeli z kuszy i będzie to strzał celny? No i chyba jeszcze nie lubię go przez te wejścia z "ubrudzonym gównem butem" itp. Owszem, to się mocno kojarzy z brudnym światem Sapkowskiego, ale to jest to, co mnie zawsze wzdrygało nawet u niego, choć on potrafił jakoś tak to wszystko napisać, że nie świeciło jak alarmowa lampka na tle reszty.

I takie pytanie na koniec - w jakim znaczeniu używasz słowa "siermięga"? bo ja znam tylko to jedno - "wierzchnie ubranie używane przez chłopów w dawnej Polsce" oraz słowa "cieć"? bo ono to mi już wybitnie nie pasowało w miejscu, w którym było.

Ogólnie wciąż za mało wiem, żeby mówić szerzej. Z pewnością jestem ciekawa, czego też ludzie chcą od elfa. Do przeczytania zatem.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 23 stycznia 2017, 14:40

Warto popracować nad podmiotami, bo faktycznie uciekają.
wydaje mi się, że w niektórych przypadkach podmiot jest zwyczajnie logiczny, w sensie: w przykładzie, który podałaś raczej logiczne jest, że to nie wiatr ma czarne włosy, ale skoro już niejedna osoba zwróciła na to uwagę wychodzi na to, że chyba faktycznie trzeba pisać wprost. Z tymże wtedy pojawia się problem powtórzeń, który przez taki a nie inny zapis staram się niwelować.
A co do przecinków widzę, że możemy sobie podać dłonie
w takim razie odwzajemniam uścisk, haha. Tak, niewątpliwie Twoje słowa dają mi nadzieję, że kiedyś jeszcze wyjdę z tej przecinkofobii :lol:
Zaskakuje mnie też nazywanie konia raz ludzką, raz elfią wersją imienia
nie jest to błąd, a pozwala unikać powtórzeń. Poza tym skoro mamy do czynienia z bohaterem, który posługuje się dwoma językami, nie powinien być to problem, biorąc pod uwagę, że słowo to zostało wyjaśnione nieco niżej, w utworzonym specjalnie słowniczku, gdzie objaśniłam wszystkie użyte w Starszej Mowie słowa. Co do Cerbina wydaje mi się, że wszystko zostało wyjaśnione przez fragment "[...] nazwany został Krukiem w swej ojczystej mowie". Jak wiadomo - Kruk to przydomek głównego bohatera, na co wskazuje również tytuł opowiadania. Cieszę się jednak, że pomimo początkowych niejasności udało Ci się dotrzeć do właściwych wniosków :)
czy kuszę się nabija?
spotkałam się z tym określeniem w kilku filmach, chociaż prawdą jest, że słowo "ładuje" jest bardziej... poprawne. Łuk akurat to inna para kaloszy, jest on zdecydowanie prostszy i choć działa na podobnej zasadzie, korzysta się z niego inaczej - strzałę się nakłada na cięciwę, naciąga cięciwę i wypuszcza, w kuszy bełt porównałabym raczej do pocisku w broni palnej niż strzały, choć wyglądają podobnie.
koro mają wziąć go żywcem to czemu czarodziej od razu go nie unieruchomił?
na to pytanie będzie mi ciężko odpowiedzieć przez fakt, że nie chcę zdradzić szczegółów, "spoilerować". Mamy do czynienia z oddziałem zbrojnym i czarodziejem - połączenie dość... niespotykane. Z przyczyn, których teraz nie mogę przybliżyć, czarodziej pomaga w polowaniu na bohatera (a nie robi tego sam). Stworzył idealną zasadzkę, po czym zadowolony z siebie odszedł na bok, wykonawszy już swoją robotę. Wiadomo, że czarodzieje bardzo często mają dość narcystyczne natury i nie lubią się przemęczać (a ten na pewno XD), dlatego resztę - samą śmietankę - pozostawił żołdactwu. Niestety sprawy nabrały złego obrotu i nie mając innego wyjścia wyszedł z cienia, by wkroczyć do akcji. Gdybym sam miał wszystko zrobić byłby... sam. Ale jak już mówiłam, wstrzymam się od wprowadzania w szczegóły, co będzie miało być objaśnione, zostanie objaśnione w późniejszym czasie i rozwieje ewentualne wątpliwości ;)
w jakim znaczeniu używasz słowa "siermięga [...] oraz słowa "cieć"
jest jeszcze jedno znaczenie tego słowa, które jest, hmm, "niepisane", że tak to ujmę. W niektórych rejonach czy też może poszczególnych rodach/rodzinach funkcjonuje/funkcjonowało ono jako synonim słowa ciapa, niedojda, niedołęga, niedorajda itp. W mojej rodzinie, dla przykładu, nadal ono funkcjonuje i znam rodziny, w których także znaczenie to nie jest obce. Co do ciecia - objaśniłam w powyższym komentarzu i zaznaczyłam, że przeprawiam na "kmiecia", aby było bardziej... "klimatycznie", ale już pędzę z wyjaśnieniem - jest to obraźliwie człowiek wolno myślący.

Mam nadzieję, że wkrótce przekonasz się do głównego bohatera, a jak nie - będą inni, którzy być może zaskarbią sobie Twoją sympatię ;) Bardzo dziękuję za obszerny komentarz i poświęcony mi czas. Do następnego :)
Obrazek

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Siemomysła » 23 stycznia 2017, 15:13

Ewoile pisze:Ale jak już mówiłam, wstrzymam się od wprowadzania w szczegóły, co będzie miało być objaśnione, zostanie objaśnione w późniejszym czasie i rozwieje ewentualne wątpliwości ;)
To właśnie zasadniczy problem tekstów czytanych w kawałkach i komentowanych na bieżąco, że część uwag może być zupełnie od czapy. Dlatego ja zwykle wolę mieć całość na raz, a jednocześnie trudno mi się powstrzymać od czytania w miarę wrzucania *wzdych* Wybory, wszędzie wybory! ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Ewoile » 24 stycznia 2017, 13:38

Siemomysło, to prawda i zdecydowanie rozumiem co masz na myśli. Ja sama zawsze mam ten sam problem - nie mogę wytrzymać i czytam/oglądam, gdy tylko coś wyjdzie, a potem siedzę wściekła z drażniącym uczuciem niedosytu i świadomością, że teraz dopiero to sobie poczekam ://

Rozdział 2 Wieś Moczywory tętniła życiem. Słońce przebijało się nieśmiało przez coraz rzadsze chmury, zalewając słomiane strzechy swym promiennym blaskiem. Wiatr ustał, zaś błotnistą drogę biegnącą pośrodku osady upstrzyło obficie mętnymi okami kałuż. Zza rogu chaty należącej do wójta Biezwuja wybiegły dzieci. Cała gromadka, nie przejmując się niezadowolonymi pomrukami dorosłych, wleciała na drogę, przeganiając taplającą się w błocie świnię.
– Irenka! Jasiek! Spójrzcie wy na siebie! – Mysiowłosa kobieta, stojąca na kaganku jednego z domostw, załamała ręce. – Przecie ja tego za bogi nie odpiorę!
– Spokój, kobieto. – Miech, miejscowy kowal, położył wielką, kosmatą dłoń na wątłym ramieniu żony i pogładził swą długą, czarną brodę, w której nadal można było dojrzeć opiłki żelaza. Jego dzieciaki nosiły w sobie jego geny, były silne – gdy sam był smarkiem pierwszy biegał po kałużach i rzucał się błotem jak nikt w okolicy, nie wyobrażał sobie by z powodu kilku i tak brudnych już szmat, miał odmówić swoim pociechom zabawy.
– Zostaw ich, Milenko - dodał łagodniej, uśmiechając się do własnych wspomnień. – Niech się bawią, niech czerpią radość z życia póki jeszcze jest takie beztroskie.
Gdzieś w pobliżu rozszczekały się psy. Miech nie zwrócił większej uwagi na ujadanie burków, kundle reagowały w ten sposób na widok głupiego zająca czy nawet sąsiada wracającego z wychodka. Odwrócił się więc, kierując kroki w stronę chaty. Był już zmęczony, od bladego świtu wykuwał podkowy dla bojowych wierzchowców, grasujących w pobliżu Scoia'tael. Nie, nie był rasistą, elfy i krasnoludy nie grosze były dla niego od ludzi, szczególnie, gdy mieli czym płacić. We wsi nie znalazłby kupca na miecze, dzidy ani groty, co najwyżej grabie, łopaty i motyki, a w ten sposób czteroosobowej rodziny by nie utrzymał, choćby stanął na głowie.
Nim zdążył przekroczyć próg, zatrzymał się, złapany za ramię drżącymi, kobiecymi dłońmi. Spojrzał na żonę, która wydała mu się nienaturalnie blada. W tym właśnie momencie rozległy się krzyki matek nawołujących swe dzieci; część z nich wbiegła na obłoconą drogę, ciągnąc za ręce swe pociechy z powrotem do chałup. Huknęły drzwi domostw, trzasnęły okiennice.
Do osady wjeżdżali zbrojni.
Irenka i Jaś wskoczyli na ganek, by schować się zaraz za wielkim jak góra ojcem.
– Do domu – warknął, dostrzegając ciało przerzucone przez grzbiet jednego z koni. Scoia'tael.
Ukłucie strachu przeszyło boleśnie serce kowala. Dobrze wiedział, że jeśli elf pisnął choćby słowo o kontaktach jakie utrzymywało z nim pobliskie komando, jego rodzinie groził stryczek. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić jaka rozpacz ogarnęłaby jego duszę, gdyby skazał swą rodzinę na śmierć.
Znaczącym ruchem głowy nakazał żonie wejść do środka, a po dłuższej chwili ruszył w ślad za nią. Drzwi zamknęły się w akompaniamencie żałobnego jęku przerdzewiałych zawiasów.
Wieś zamarła. Wszystko stanęło w miejscu, znieruchomiało, ucichło. Przestraszeni mieszkańcy, zarówno starzy jak i młodzi, pierzchnęli z dala od zimnych, surowych oczu kaedweńczyków. Nie było słychać plotkujących przy studni kobiet, memłań dziadków, lubiących narzekać na wszystko bez wyjątku, ani nawet śmiechu dzieci, których w okolicy było dość sporo. Jedynie kilka bezpańskich burków snuło się po podwórzu, zerkając na zbliżających się jeźdźców z niepokojem w dzikich, pustych ślepiach.
– Gdzie wszystkich wywiało? – spytał jeden z żołdaków; tłusty grubas przypominający nieogolonego wieprza, szturchając kompana łokciem.
– Jak to gdzie? – Obruszył się tamten, przewracając ironicznie oczyma. – Pomrzeli wszyscy pewnikiem, wyrżnęło ich coś albo zaraza chyłkiem dopadła.
– Zaraza? – Kaedweńczyk przełknął głośno ślinę, zakrywając usta śmierdzącą rękawicą.
– Ano zaraza. – Powtórzył, prostując się zaraz w siodle, gdy trzeci jeździec zrównał się z nimi.
– Zaraza, zaraza; gówno, nie zaraza! – warknął wąsaty Wizmir z Ban Ard, łypiąc groźnie na swoich podwładnych. – Rozejrzyjcie się, matoły. Na błocie są ślady stóp, na ganku stoi miska z mokrym praniem, a na tamtej beczce widać garnek dymiącej jeszcze kaszy... założę się, że nawet w połowie nie opróżnionej.
– J-jak to? – zająknął się ten mniej rozgarnięty. – To nie było zarazy?
– Zaraza z tobą, barani łbie – westchnął wąsacz, kręcąc głową z politowaniem. Za co bogowie go pokarali, że też przyszło mu dowodzić taką bandą idiotów? Gdyby dostał szkolonych w stolicy specjalistów z pewnością cała akcja przebiegłaby zgoła inaczej, ale biorąc pod uwagę, że przydzielono mu resztki z prowincji, nie mógł za wiele oczekiwać. Oglądnął się za siebie na orszak liczący dziewięciu jeźdźców i jednego, nieprzytomnego jeńca, przewieszonego przez koński grzbiet.
Pieprzony skurwysyn, pomyślał, przypominając sobie krwawą jatkę, którą urządził im elf w trakcie zasadzki. Owszem, słyszał nie raz o Kruku z kaedweńskich lasów, o masakrach w jakich brał udział, o bestialstwach jakich się dopuszczał, jednak nie spodziewał się takiego oporu. Stracił siedmiu chłopa – siedmiu uzbrojonych po zęby żołnierzy!
Podążył wzrokiem ku postaci zamykającej pochód. Typ okryty ciemną opończą budził liczne wątpliwości Wizmira. Znał wielu czarodziejów, a przydzielony mu jegomość ani trochę ich nie przypominał – odzianych w drogie szaty i przystrojonych niczym drzewka na Jul, zachowujących się jak gdyby cały świat jadł im z ręki, z samymi królami na czele. On zaś... on był inny. Zamknięty w sobie, cichy, wycofany, a do tego o obliczu wiecznie skrytym pod głębokim kapturem. Nie ufał mu – Wizmir mało komu ufał, jednak ludzi nie ukazujący swych twarzy trzymał najkrócej. Żeby było śmieszniej, dziwak kazał tytułować się "Coram'em" - "Lewem" w Strasznej Mowie, o ile dobrze pamiętał. Dręczył go fakt, że prócz kilku szczątkowych informacji, jakie niezbędne były do współpracy między osobnikiem a keadweńskim oddziałem, nie wiedział o nim zupełnie nic. To jak kot w worku, przemknęło wąsaczowi przez myśl. W worku? Tfu! Kapturze znaczy.
Zmrużył oczy przed oślepiającym słońcem, lecz zaraz przybrał na powrót surową, groźną minę, czując na sobie wzrok przestraszonych, lecz jednocześnie zaciekawionych wieśniaków, wyglądających zza brudnych szyb swych domostw. Tak, tak, pomyślał, unosząc dumnie głowę. To ja, Wizmir z Ban Ard, dowódca Północnego Oddziału Granicznego Kaedwen. Ten, który schwytał jednego z największych zwyrodnialców, poszukiwanego ośmioma listami gończymi na terenach wszystkich Królestw Północy. Bohater. Dzielny mąż. Niezlękniony wojownik, wybawi...
Zachwiał się w siodle, gdy potężny siwek targnął wielkim łbem, wystraszony ujadaniem burka, który doskoczył do smukłych pęcin.
– Stul pysk! – warknął, a widząc, że kundel reaguje z jeszcze większą zapalczywością, schylił się i sprzedał psu silnego kopniaka. Zwierzę zaskamlało żałośnie i rzuciło się między domy, podkuliwszy ogon.
– A żebyś sczezł, pchlarzu. – Splunął siarczyście, popędzając zaraz konia.
Orszak sunął stępa poprzez wieś względnie cicho i spokojnie. Żołnierze byli jacyś tacy pochmurni i zamyśleni. Bez wątpienia nadal ciężko było im uwierzyć, że w przeciągu kilku minut stracili wielu towarzyszy, z którymi jeszcze parę godzin wcześniej pili piwo w przydrożnej oberży.
Najmłodszy kaedweńczyk o rudej czuprynie, jadący blisko więźnia, ocknął się z lekkiego półsnu. Z niemym przestrachem rozglądnął się na boki, a dostrzegłszy dowódcę na samym czele orszaku, odetchnął z ulgą. Chyba nie zauważył.
Zamarł, słysząc ciche stękanie, a następnie zerknął ostrożnie na osobnika przewieszonego przez grzbiet kasztanowego ogiera. Elf budził się właśnie. Widać było jak unosi z wysiłkiem głowę, próbując dostrzec cokolwiek, jak bezskutecznie usiłuje zorientować się w sytuacji. Cóż, nie było to najprostsze, gdyż zarówno nogi jak i ręce jeńca skrępowane były grubym sznurem, wrzynającym się boleśnie w skórę. Młodzik patrzył. Patrzył na długie, czarne, skołtunione włosy opadające wzdłuż końskiego grzbietu, sięgające niemal ubłoconego podłoża. Na bladą, skurczoną z wysiłku twarz, upstrzoną bordowymi plamami zaschniętej już krwi. Na zaciśnięte w nieprzyjemnym grymasie, nieludzko drobne zęby pozbawione kłów... Kruk z kaedweńakich lasów, postrach tutejszych wsi, zło wcielone, o którym krążą legendy... Demon o wściekle zielonych oczach żmii...
– Nie dotykaj go!
Żołnierz podskoczył wystraszony, błyskawicznie cofając rękę. Zakapturzony osobnik podjechał do niego stępa, zrównując się z chłopakiem dokładnie po drugiej stronie wierzchowca wiozącego więźnia.
– Jest jak pijawka. – Rozbrzmiało spod ciemnego kaptura. - Wyssie z ciebie całe życie nim zdążysz kiwnąć palcem.
Młodzik wybałuszył oczy, nie będąc w stanie ukryć zaskoczenia. Patrząc tępo w grzywę swej klaczy, zwolnił, rychło zostając w tyle. Niezależnie czy mag mówił prawdę, nie zamierzał już więcej zbliżać się do przeklętego elfa. Nigdy.
– Kim jesteś? – zagadnął Zarred, usiłując zaglądnąć pod fałdy grubego materiału. Niestety, prócz ciemności nie dostrzegł zupełnie nic. – Słyszysz, ty...?
– Milcz, psie! – Zakrzyknął nagle czarodziej, wstrzymując równocześnie cały korowód. W jednej chwili oczy wszystkich zwróciły się na nich. – Długouchu parszywy! Wrzodzie tego świata!
Elf zmarszczył brwi, krzywiąc się z odrazą. Czemu miał nieodparte wrażenie, że tajemniczy jegomość był ludzkim kapłanem lub kimś związanym, z którymś z religijnych kultów? W ciągu swego długiego życia doszedł do wniosku, że ludzie tego pokroju mieli dziwną i dość irytującą manierę patrzenia z góry na wszystko i wszystkich oraz mędrkowania, przenosząc kwestie boskie na każdą możliwą płaszczyznę życia. Nawet polityczną.
– Zakało! Skazo plamiąca wszechobecną doskonałość!
– Skończ już, świątobliwy, uszy więdną od tego pieprzenia – westchnął elf, przewracając oczami. Jeśli przez resztę podróży miał słuchać biadolenia tego starca, chyba powinien już zacząć błagać o stryczek. Z dwojga złego wolał już żołnierzy, którzy od czasu do czasu dali po pysku, niż naburmuszonego heretyka, wygłaszającego swe gówno warte mądrości. Nie było czegoś takiego jak bogowie, jedynym co uznawał była Śmierć.
– Co się tam dzieje? – zawołał wąsaty dowódca, podjeżdżając kłusem ku mężczyznom.
– Ten parszywiec śmie ze mnie drwić! Ja już wybije mu z głowy hardość, a chociażby i nahajem! Tłuc będę, aż nie zobaczę jego brudnych myśli wypływających z rozbitego łba...!
– Nic nie będzie wypływać, a wyście, szanowny magiku, nie będziecie niczego tłuc. Chyba że muchy.
– Błąd popełniasz...
– Rzekłem! – szczeknął zirytowany Wizmir, mrużąc groźnie ciemne oczy. – I pókim ja temu oddziałowi dowodzę, tak właśnie będzie.
Zarred, co prawda, nie widział twarzy czarodzieja, przysiąc mógł jednak, że ten zaciska wściekle wargi, a czoło przecina mu pozioma zmarszczka. Elf uśmiechnął się pod nosem, szczerze zaskoczony zachowaniem mężczyzny. Gdyby poznali się w nieco innych okolicznościach istniała szansa, że całkiem nieźle by się dogadali.
Więzień westchnął, powracając myślami do kwestii istotnych. Nie był do końca pewien czego powinien się spodziewać na końcu tej wędrówki, zgadywał jednak, iż chodzić mogło o publiczną egzekucję bądź przesłuchanie, a co za tym szło – i tortury. Już on doskonale znał sposoby śledczych na wyciąganie z jeńców informacji. Choć Scoia'tael uchodzili za nieznających litości barbarzyńców i morderców, w żadnym stopniu nie mogli się równać z członkami tajnych wywiadów i ich budzącymi grozę zabawkami, rozwiązującymi usta nawet najwytrzymalszym śmiałkom.
Zacisnął zęby z bólu, kiedy rana po postrzale odezwała się niespodziewanie. Prawie by zapomniał. Kątem oka dostrzegł skrawek brudnego bandaża jakim niedbale owinięto mu ramię.
– To nie było moje ostatnie słowo, plugawcze – warknął jadowicie czarodziej, wyrywając elfa z zadumy, a następnie wstrzymał konia, ziejącą pustką obserwując oddalającego się Zarreda.
Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym wypuścił powietrze przez nos, gdy zniknął wreszcie z pola widzenia dziwnego mężczyzny. Sam do końca nie wiedział dlaczego, jednak gdy mag był w pobliżu, Kruk czuł drażniący niepokój. Na spokojne przeanalizował ciąg ostatnich wydarzeń – śmierć posłańca, odnalezienie miejsca masakry, zasadzka na jego osobę... Stop. Skąd kaedweńczycy wiedzieli, że będzie tamtędy przejeżdżał? Jakim cudem wiedzieli, że brał udział w akcji? To wszystko było zbyt poplątane i wydawało się zwyczajnie niemożliwe... Chociaż... Wrócił myślami do rozmowy z elfem przybitym do drzewa. Mówił coś o wycieku, o zdrajcy w komandzie... Jak sięgał pamięcią nie przyjmowali nikogo nowego do szeregów od ponad czterdziestu lat, każdego ze Scoia'tael darzono jednakowym zaufaniem, dlaczego więc ktokolwiek miałby zdradzać? I jaki miałby w tym interes? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi, przeszło mu przez myśl. Jakby jednak nie wyglądała prawda, wiedział jedno – nie mógł pozwolić, aby dowieźli go na przesłuchanie. Musiał ratować Coinneacha i jego wojowników nim będzie za późno.
Rozglądnął się raz jeszcze w poszukiwaniu swego Zefhara, kołczanu oraz zbójeckiego noża, które odebrano mu w trakcie pojmania. Jakaż była jego wściekłość, gdy dostrzegł swój cudnej roboty nóż przypięty do pasa młodego rudzielca. W chwilę potem dojrzał również Zefhara przytroczonego do konia smarkacza i więcej już elf nie potrzebował. W tym momencie nie mógł zrobić zupełnie nic, lecz wiedział, że prędzej czy później nadarzy się okazja. Wystarczyło tylko poczekać. * * * Miech wszedł na podwórze szybkim, nerwowym krokiem. Zignorował sąsiada, który ruszył w jego kierunku z flaszką w ręku, nie mając czasu ani ochoty na picie. Od przejazdu wojskowych przez wioskę minęły dwa dni. Początkowo ludzie bali się wychodzić z domów i nie przekraczali swych obejść w obawie, że soldateska powróci, by skorzystać z przymusowej gościnności mieszkańców. Nikt nie miał złudzeń co do żołdactwa, które miast bronić ode złego i pomagać uciśnionym, niejednokrotnie grabiło, mordowało i gwałciło kobiety, gdzie to ostatnie miłowali w szczególności. Na całe szczęście po orszaku nie zostało nawet śladu i wszystko zdążyło wrócić do normy.
Minął bez słowa bawiące się w piasku dzieci, po czym ruszył za dom, w kierunku swojego warsztatu. Wpadł do kuźni z prędkością wiatru, a następnie trzasnął wściekle drzwiami.
Nie wierzył własnym oczom, po prostu nie mógł dać wiary temu co zobaczył w lesie, gdy tak jak co tydzień równo o świcie, wyszedł z chaty na spotkanie ze Scoia'tael. Nigdy nie się nie spóźniali, za to zawsze wywiązywali się z umów i płacili dokładnie tyle ile obiecywali, lecz tym razem nikt nie stawił się pod Dużym Dębem. Czekał i czekał aż słońce nie wzeszło nad rozłożyste korony drzew. Dopiero wtedy postanowił, że poplącze się po okolicy, z nadzieją, że natknie się na miejscowy zwiad. I owszem – znalazł ich. Tak jak się spodziewał byli w obozie, jednak miast ostrzeżeń w śpiewnym, obcym mu języku, usłyszał jedynie krakanie wron i kruków, jakie zerwały się do lotu, gdy tylko Miech wychynął z zarośli. Wszedł ostrożnie pomiędzy szkielety namiotów, na których powiewały smętnie resztki burych materiałów. Dookoła, gdzie okiem nie sięgnąć, leżały trupy. Wśród poległych widział zarówno Scoia'tael jak i kaedweńskich żołnierzy. Przez cały ten czas łudził się, że to nie to komando, że Vadrin wyjechał i grasuje ze swoimi wojownikami gdzie indziej... lecz zaraz dostrzegł i jego. Przełknął z trudem ślinę, przyglądając się ośmiu bełtom sterczącym z piersi dowódcy. Nie był pewien ile z nich wbiło się w ciało elfa kiedy ten jeszcze żył, pewien był jednak, że walczył zażarcie do samego końca.
Zaklnął paskudnie pod nosem, siadając ciężko na brzozowym pieńku. Co miał teraz niby zrobić? Komando będące jego głównym środkiem utrzymania już nie istniało – zostało rozgromione, a jedynym śladem po jego istnieniu były ciała, porozrzucane po polanie. Odtąd musiał wyżyć z naprawiania łopat oraz końcówek do motyk i grabi ubogim wieśniakom, których nie stać było nawet na zakupienie nowego sprzętu, choć ich własny rozsypywał się w rękach. Jak miał w ten sposób utrzymać rodzinę? Dom? Warsztat?
Uniósł głowę, słysząc ciche miauknięcie. Czarny kot wyszedł zza pieca, przeciągając się intensywnie. Podszedł do załamanego rzemieślnika, by zaraz otrzeć się o nogę swego pana.
– Oj, Smolusku – westchnął mężczyzna, pogłaskawszy kota po grzbiecie. – Nawet nie wiesz w jakich kłopotach jestem.
Zwierzę spojrzało na Miecha zielonymi oczyma i ziewnęło leniwie.
– No tak – podjął, nie przejmując się, że prowadzi monolog z miejscowym łowcą gryzoni. – Tobie myszy nie zbraknie, a nam? Chleba już za wiele nie mamy, a spiżarnia pusta. Worek kartofli, może dwa, trochę suszonych owoców na zimę i tyle. Co ja mojej Milence powiem? A dzieciaki? Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Smolusku, z powagi sytuacji.
Kowal zacisnął potężne dłonie w pięści. Wstał. Co by się nie działo, musiał dbać o rodzinę. Sam mógł wiele nie jeść, odstąpić od gorzałki i rzadziej palić w piecu, ale jego żona i dzieci nie mogły tak żyć – w nędzy i ubóstwie, w głodzie. Nie wybaczyłby sobie.
Wyszedł z warsztatu powoli i ospale. Nie trzaskał, złość odeszła już w zapomnienie, zostawiając po sobie jedynie skręcony z nerwów żołądek i strach o bliskich.
Obrazek

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: к.я.υ.к [16+]

Post autor: Joa » 24 stycznia 2017, 22:16

Pierwsze, co mnie poważnie wytrącało w trakcie czytania, to ilość kwiecistych, ale niepotrzebnych epitetów i opisów. Na przykład tutaj:
Dopadł do ledwo żywego elfa, przygwożdżonego włócznią do szerokiego konaru rozłożystego klonu.
Brzmi to dobrze, ale jest tego zdecydowanie za dużo. Ledwo żywy, przygwożdżony, szeroki, rozłożysty... Wszystko jest nam potrzebne? Nie wydaje mi się i mnie, jako czytelnika, w pewnym momencie denerwuje ilość informacji, które próbujesz przemycić. Wbrew pozorom nie buduje to klimatu, większość informacji "ucieka".
Tu również:
Długa strzała o szaropiórych lotkach przecięła bezgłośnie powietrze, z trzaskiem wbijając się idealnie w szparę pomiędzy hełmem a pancerzem pobliskiego żołnierza, wywołując jednie głośne charknięcie ostatkiem sił.
Kolejna rzecz, związana ze zbędnymi słowami. Zaimki i powtórzenia. Tu np.:
Choć wyglądał dość młodo, a urody z pewnością nie można było mu odmówić, miał on na karku już z dobrych kilka setek lat.
Choć wyglądał dość młodo, a urody z pewnością nie można było mu odmówić, miał on na karku już z dobrych kilka setek lat. Był jednym z bardziej doświadczonych przywódców, który w swym długim, splamionym ludzką krwią życiu, wymordował więcej istnień niż całego jego komando razem wzięte. Był
Ale czytałam w którymś komentarzu, że starasz się unikać powtórzeń. Niemniej jednak chcę Cię przestrzec przed używaniem "brunetów", "blondynów" jak tutaj:
na metr ścianą ognia, zapędzając bruneta w ślepy zaułek
Nie jestem fanką takich określeń. Unikasz dzięki temu powtórzeń i niepotrzebnych zaimków, ale "zielonooki", "szatyn" brzmią sztucznie.
Na co chcę zwrócić Ci jeszcze uwagę - na skakanie z narracji w drugim rozdziale. Zaczynasz z perspektywy dowódcy, później przenosisz się nagle na chłopaka, aż nagle na elfa. Było to dla mnie bardzo niekomfortowe, zgrzytnęło i zatrzymało.
Kilka razy również pomyliłaś się w zapisie dialogu, np. tu:
– Ano zaraza. – Powtórzył, prostując się zaraz w siodle, gdy trzeci jeździec zrównał się z nimi.
"Ano zaraz - powiedział". Jeśli masz z tym problem, odsyłam Cię do naprawdę dobrego poradnika, dotyczącego zapisu dialogów; kiedy, gdzie i dlaczego stawiamy kropkę, i jakiej wielkości literę.

Tyle z technicznych, wymagających szerszego omówienia. Co do samej fabuły - póki co jest dość schematycznie. Główny bohater znajduje się w niebezpiecznej sytuacji, zostaje schwytany, choć wydaje się, że już im ucieka, jednak coś mi mówi, że mu się uda. Z małą pomocą lub nie. Zarred nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Ciężko oczywiście mówić o tym, że to się nie zmieni, ale póki co odrzuca mnie jego gniew, mrok, pycha (? sama nie wiem, wydaje się być zbyt pewny siebie, a przy tym bardzo wywyższający się). Sytuacja, w którą go pakujesz, nie pomaga. Rozmowa z umierającym (niedelikatny ten Twój bohater :bag:), późniejsze śmieszkowanie na koniu... Nie wiem. Czekam na jakąś jego słabość, jakąś ułomność, coś, co sprawi, że dla mnie stanie się bliższy.
Do innych postaci podchodzę ambiwalentnie. Są. Jedni od czasu do czasu irytują, inni są. Chciałabym, żeby kowal okazał się kimś dobrym.

Hmm, ciężko mi cokolwiek jeszcze powiedzieć. Będę obserwować.
Czuję ten specyficzny klimat fantasy, który odchodzi od wiedźminowskiego świata, ale brakuje mi jeszcze w tym tekście cech Twojej narracji. Zmierzam do tego, że nie wiem, jak piszesz. Czasami ma się wrażenie (niekiedy po przeczytaniu zaledwie jednego tekstu danego autora), że się rozpozna człowieka od razu, po kilkunastu zdaniach.

Na pewno będę tu wpadać, komentować, bo wbrew pozorom, na takie odstresowanie się, lubię czytać takie opowieści fantasy.
Łap kufel, hops :c[]:
SpoilerShow
– Co tu się stało? Gadaj! – warknął ciemnowłosy, chwytając rannego za ramiona. – Co z zasadzką? Mówże!
Ale on delikatny :bag:
SpoilerShow
– Ceadmil... przyjacielu...
– Co tu się stało? Gadaj! – warknął ciemnowłosy, chwytając rannego za ramiona. – Co z zasadzką? Mówże!
– Kaedweński wywiad... o-oni wiedzą, on przechytrzył nas...
– On? Jaki on?!
– Wyciek... b-był wyciek...
– Ale kto? Kto zdradził?!
– Coinneach Dá Reo... ratuj jego komando, jeszcze nie jest za późno, Cerbin... W tobie ostatnia na-nadzieja...
Bezuczuciowy ten dialog. Cała scena śmierci jest strasznie nienaturalna, a ten dialog właśnie, filmowy. Popracowałabym nad nim, bo jest dla mnie pozbawiony emocji, a umierający elf przypomina mi aktora, a nie postać literacką.
Słyszysz?
Angus Berlie, istotnie, nie słyszał już nic prócz melancholijnego szumu drzew po drugiej stronie lasu.
? Nie powinien w takim razie powiedzieć "Nie słyszysz?"
wymordował więcej istnień niż całego jego komando razem wzięte
załapany za ramię drżącymi, kobiecymi dłońmi.
Przełkną z trudem ślinę,
Zaklną paskudnie pod nosem,
Choć godzina wydawała się wczesna, ponure, ciemno-granatowe chmurzyska odcięły las od słonecznych promieni, stłumiły wszelką jasność, (proponowałabym zamiast przecinka "i") resztki tlącego się w elfie optymizmu.
ryjąc grunt potężnymi kopytami i wzniecając za sobą kłęby kurzu, nieznośne zalepiającego gardło.
I bolesną, piekącą serce samotność
Tę.
Uniósł głowę, słysząc zimny, nieco kpiący głos. Spomiędzy drzew wychynęła wysoka postać, odziana w ciemną opończę i głęboki kaptur skrywający twarz.
A to już czepialstwo. Bardzo to stereotypowe. Kaptur, wysoka postać, ciemny strój, twarz w cieniu... Uważałabym na to, bo im częściej czytam w fantasy o groźnych ludziach ubranych w takie fatałaszki, tym częściej łapię się na tym, że to irytuje. Wiem, że nie tylko mnie.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ