Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Księżniczka i Żerca

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1807
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Księżniczka i Żerca

Post autor: Kruffachi » 30 sierpnia 2016, 19:52

Chciałam poprawić, ale nie umiem >.>

Księżniczka i Żerca

– Całkowita kontrola to w istocie najłatwiejszy sposób sprawowania władzy. Oni, kimkolwiek są dokładnie „oni”, po prostu to wiedzą i w konsekwencji wynajęli Szczurołapów – opowiadał dalej Opiekun Valter, prowadząc gościa plątaniną krętych korytarzy klasztornych lochów. Były wąskie, ale szczęśliwie dobrze osuszone, bo służące w dużej mierze za spiżarnię. – Fakt, że znaleźli na jej uzyskanie dość elegancki sposób. Kto by pomyślał: parę dźwięków, prosta piosenka i bach! – klasnął – robisz z ludźmi, co ci się podoba. Żadnego zastraszania, podsłuchów, tortur. Ręce czyściutkie jak u niemowlaka. – Valter wyciągnął przed siebie własne dłonie, istotnie wyszorowane do białości, z równo przyciętymi paznokciami, choć noszące też ślady spracowania. Znak uczciwego, niestroniącego od wysiłku człowieka.
Wysocy takich cenili. Dawni bogowie Szarego Półwyspu najwyraźniej również, bo Opiekun, mimo niemal sześćdziesięciu lat, cieszył się dobrym zdrowiem i wciąż sprawnym ciałem. Dzięki temu nadal był w stanie z powodzeniem prowadzić przytułek dla odrzuconych.
– Prymitywne zaklęcie hipnotyczne – mruknął sunący za nim, owinięty burymi szmatami jak bezkształtnym kokonem cień.
– Może. Magia nie leży w sferze moich zainteresowań. – Valter z powrotem schował dłonie w szerokie rękawy habitu Dziewiątego Oddziału Zakonu Orrestera, tego, który ignoranci uważali za najmniej znaczący, jako że zajmował się odrzuconymi, brudnymi, chorymi i obłąkanymi. – Ale, przyzna pan, panie Żerco, że skuteczne. Uwaga, stopień. Zresztą prymitywne czy nie, rozwikłanie tej sprawy zajęło sporo czasu, a legislatura stawała na rzęsach, żeby sformułować odpowiednie zarzuty. Nie było nawet do końca wiadomo, kogo oskarżać. Dalej jest dość ślisko. Znaczy… na podłodze. Na podłodze jest ślisko. Ale w sprawie też. Do Szczurołapów przecież żadne z sześciu księstw się nie przyzna, a oni sami powtarzają tylko uparcie, że służą większej sprawie. Jak na mnie to większej sakiewce co najwyżej, ale to już nie nasz kłopot. My… ciągle mamy… te… inne problemy. Różne. Mniejsze i większe. Ten jest akurat dość spory. To znaczy… raczej niewielki, ale ze sporym ciężarem politycznym, że tak to ujmę.
Kokon skinął głową, ostrożnie pokonując nierówność terenu. Trudno było ukryć, że nie porusza się z gracją. Przypominał zachowaniem raczej starca, a przecież pod szmatami powinien kryć się dość młody jeszcze człowiek, jakoś przed trzydziestą wiosną. Tak przynajmniej wynikało z referencji, które dotarły do Przybytku, wyprzedzając go zgodnie ze zwyczajem o trzy dni. Valter przeczytał wszystko bardzo dokładnie i nie jeden raz, nim zdecydował się wpuścić Żercę za mury, a potem sprowadzić tu – do podziemi skrywających chwilowo niechcianą i bardzo kłopotliwą tajemnicę.
– Zobaczę, co da się zrobić – obiecał przybysz, sprawiając wrażenie nieporuszonego wyraźnie nerwowym słowotokiem przewodnika – ale najpierw muszę zobaczyć ofiarę.
Valter skrzywił się z niesmakiem.
– W pana ustach brzmi to tak…
– Dokładnie tak, jak powinno, Opiekunie. Każdy z nas stanowi w gruncie rzeczy ofiarę.
– Wasza teologia jest trudna. Szanuję ją, ale nie potrafię pojąć, doprawdy. Tylko błagam, niech pan będzie delikatny, panie Żerco. To naprawdę cenne dziecko – burknął Opiekun, po czym wyjął pęk kluczy i umieścił jeden z nich w zamku kutych żelaznych drzwi do celi.
Zaiste, prośba ta brzmiała zgoła ironicznie wobec tego, co ukazało się oczom przybysza. Dziewczynka mogła mieć góra osiem lat, ale do ściany przypięto ją z pieczołowitością, jaka należała się seryjnemu mordercy opętanemu co najmniej przez Trzecią. Brudna, zziębnięta i wyraźnie chora, zdradzała też pierwsze oznaki Przenicowania. Podchodząc bliżej, mimo ostrzeżeń Valtera, Żerca stwierdził opuchnięte stawy i niekompletne zęby. Te ostatnie, szczęśliwie mleczne, miały jeszcze szansę odrosnąć i nie szpecić w przyszłości młodej damy, bo przecież nie mogła być to zwyczajna chłopka.
O ile dziąsła jej nie zgniją.
– Tu nie wystarczy cielę i pierwsze płody rolne. Macie tego oczywiście świadomość.
– Mamy, panie Żerco – przytaknął Valter, tłumiąc dreszcze i niechętnie myśląc o tym, co te słowa w istocie oznaczają. – Ale ta sprawa… naprawdę jest delikatna. Warta każdej ceny.
– W rzeczy samej, delikatna. – Mężczyzna w burych szmatach wyciągnął rękę i dotknął spuchniętej twarzy dziecka. Odgarnął z policzka ciemne włosy, przyjrzał się żółtemu siniakowi pokrywającemu okolice lewego ucha. Nie mógł przeoczyć, że wyraźnie widać tam odciśnięte cztery palce. – Dlatego panienka będzie musiała sama powiedzieć mi, czego chce w zamian za swoją wolność.
Opiekun, już wcześniej niepewny, zawstydzony całą sytuacją i nieco wystraszony, zbladł i cofnął się o krok.
– Chyba nie ma pan na myśli…
– Tak, mam. Chcę ją obudzić.

*

– Jeśli ją obudzi, dowie się, z kim ma przyjemność – zauważył komendant Juhan Lõhmus, szef wywiadu Jego Książęcej Mości Hendrika Joosepa.
– Tak, do tego właśnie zmierzam. – Valter skinął głową i splótł krótkie palce na brzuchu. Od dłuższej chwili patrzył za okno na pochylonych nad grządkami braciszków i siostrzyczki z szerokimi wiklinowymi koszami. Te ostatnie powoli zapełniały się chwastami. Jedni i drudzy, pokraczni, upośledzeni, poza murami Przybytku Opieki skazani tylko na szyderstwa i odrzucenie, tutaj znajdowali ukojenie w prostej pracy ku chwale powoli odchodzącego w zapomnienie na rzecz Wysokich Świetlistego Orrstera. – Co oznacza, że stracimy gwarancję, że nie dowie się nikt inny. Ale on twierdzi, że to konieczne, że dziewczynka sama musi mu powiedzieć, czego chce, inaczej żertwa się nie uda. A to w końcu specjalista, ma doskonałe referencje. – Mężczyzna westchnął ciężko, potarł okrągłe czoło. – Jeśli tak mówi, to pewnie tak jest. Nie mam podstaw, by podejrzewać o kłamstwo kogoś z jego opinią. Zresztą sprawia wrażenie niegłupiego, przy odrobinie szczęścia i wiedzy ogólnej domyśli się i bez budzenia księżniczki.
– Czyli negocjacji nie będzie.
– Nie.
– Nie lubię nie mieć pola manewru i możliwości wyboru – skrzywił się Lõhmus. – Chyba że, hm… – Zmarszczył czoło w głębokim zamyśleniu, potarł je szeroką dłonią. – Chyba że po prostu usunę Żercę, kiedy zrobi, co do niego należy. Wilk syty i owca cała, tajemnica na zawsze pozostanie bezpieczna w mojej, twojej i książęcej głowie.
Opiekun aż na chwilę wstrzymał oddech, zdążył nawet lekko posinieć.
– Ależ…!
– Tak? – Juhan uniósł płową brew i spojrzał na niego z ukosa.
– Żartujesz, prawda? – w głosie Valtera dało się usłyszeć nieomal błaganie o potwierdzenie.
– Niestety nie tym razem – pokręcił głową komendant. – Żarty się skończyły, kiedy Szczurołapi zaczęli wyprowadzać dzieciaki w góry. Już i tak wszystko wisi na włosku. Książęta oskarżają się wzajemnie, zaraz sobie wydłubią oczy. A dowodów nikt nie ma.
– To się nie godzi! – sapnął Opiekun, bardziej wystraszony niż oburzony. Nie był tchórzem, nie w potocznym rozumieniu tego słowa, ale łatwo było go przyprawić o lękowe palpitacje. – Przecież to Żerca! Umiłowany przez Wysokich!
Lõhmus prychnął z pogardą i wywrócił oczyma.
– Przesądy.
– Zważywszy na to, co zrobili Szczurołapi… Nie, nie powiedziałbym – mruknął Valter ponuro, znów odwracając się ku oknu, by ukryć wciąż wystraszony wyraz twarzy.
– Szczurołapi to magia. A Żerca to importowany pajac z importowanej religii. Powiedz mi, Valter… – komendant rozsiadł się na fotelu, założył nogę na nogę i zaczął kołysać trzymanym niedbale, a niemal już pustym kielichem. – Tak po starej znajomości. Jaki on właściwie jest?
Opiekun wzruszył ramionami obojętnie.
– Cichy – odparł. – Nijaki. Gdyby nie te szmaty i zapach maści, to bym nie wierzył, że para się żertwą.
– Tacy są najgorsi – stwierdził Lõhmus, krzywiąc blade usta. – Zwykle trzymają nóż w rękawie. Oczywiście nie wykluczam też opcji, że w ogóle podesłano nam fałszywego Żercę. Tym bardziej nie podoba mi się pomysł z budzeniem księżniczki.
Valter znał komendanta od wielu lat, przyjaźnili się, gdy był jeszcze pomocnikiem nadwornego kapelana, widział niejedno i nigdy, przenigdy nie odważyłby się kłócić z intuicją tego człowieka o postawie dębu i prostym obliczu, ale umyśle żmii – szczęśliwie żmii do reszty lojalnej wobec Jego Książęcej Mości. Niemniej sama idea przelania krwi za murami Przybytku Opieki napawała go głęboką odrazą oraz mroziła krew w żyłach. Już fakt, że zgodził się ukryć tu Annę po tym, jak wyrwano ją najwyraźniej nieświadomym jej ceny Szczurołapom, wydawał się pogwałceniem praw bogów. Nie powinien był mieszać się do polityki, zwłaszcza tak brudnej. Jego rola polegała na bezstronności i pomaganiu tym, którym nikt inny pomóc nie chciał.
Czy mała księżniczka zaklęta przez Szczurołapów się do nich zaliczała? Wówczas, gdy Juhan Lõhmus ją przyprowadził, skutą, zamkniętą w żelaznej skrzyni, zasmarkaną po same uszy i wrzeszczącą opętańczo ze strachu i bólu, wydawało mu się, że tak, owszem, a stara przyjaźń z komendantem wystarczy, by usprawiedliwić nagięcie pewnych i tak niepisanych zasad.
Valter potrząsnął głową. Teraz to i tak nie miało już znaczenia. Tego błędu naprawić nie mógł.
– Juhan, proszę cię, potraktuj tę opcję jako ostateczność… – wyszeptał.
– Którą?
– Zamordowanie Żercy.
Komendant nie odpowiedział. Wciąż kołysząc kielichem, wpatrywał się w Opiekuna z uwagą, która wydawała się wręcz fizycznym dotykiem.
Wszystko byłoby stokroć łatwiejsze, gdyby Jego Książęca Mość nie spanikował. Kiedy okazało się, że Anna należy do zaklętych dzieci i odeszła za dźwiękiem fletu, kazał sprowadzić na dwór podobną dziewczynkę i to ją wydać za mąż za ledwie rok starszego Rodryga, dziedzica sąsiedniego Lerhess, które zawsze uważał po prostu za własną, choć nieco krnąbrną prowincję. Gdyby szarada wyszła na jaw, oznaczałoby to nie tylko unieważnienie układów między księstwami. Oznaczałoby to wojnę wywołaną zniewagą. Krwawą, nieomal domową wojnę bez zwycięzcy. Kolejną na półwyspie.
Oczywiście zimna logika podpowiadała najłatwiejsze rozwiązanie i zabicie prawdziwej Anny, ale książę, co wydawało się po ludzku zrozumiałe, chciał najpierw wyczerpać wszystkie sposoby na ocalenie córki. Dlatego też od tygodnia mała księżniczka siedziała tu, w podziemiach Przybytku Opieki, spętana łańcuchami i zaklęciami, o jakich Valter nigdy nie słyszał i nie chciał usłyszeć.
Juhan Lõhmus westchnął i pokręcił głową z pobłażaniem.
– Niech każdy z nas robi to, co do niego należy – powiedział. – Ty się módl, a ja będę obserwował. Masz moje słowo, że nie zamierzam działać pochopnie.
Valter skinął głową, tylko odrobinę uspokojony.

*

Żercą nigdy nie zostawało się przypadkiem. I nigdy nie zostawało się nim z własnej woli. Przewidzieć, kogo akurat upatrzą sobie Wysocy, graniczyło z cudem, kryteria ich wyborów pozostawały całkowicie nieznane śmiertelnikom, a to sprawiało, że nie sposób było uniknąć przenikliwego wzroku boskich istot i uciec przed bezgraniczną miłością zezwalającą łaskawie na składanie żertwy. Tajemnicą pozostawało także, dlaczego ci, których Wysocy rzekomo tak kochają, cierpią przez nich piekielne katusze. Ogień ofiarnych stosów palił bowiem nie tylko dary, ale także ciała i dusze składających je. O tym, jak wyglądają ciała Żerców pod owijającymi ich na kształt bandaży szatami, krążyły rozmaite legendy.
A żadna nawet nie zbliżała się do prawdy.
Jednak dobry Żerca, a Rain bez wątpienia był dobrym Żercą, nie buntował się wobec takiego stanu rzeczy. Dobry Żerca miłował Wysokich tak jak oni jego i rozumiał, że nie cierpi nadaremno. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na taki los sam, ale skoro wola Wysokich tak wskazała, należało za nią po prostu podążyć bez pytania i umiłować swoją niełatwą posługę – dzień w dzień zdejmować opatrunki i przemywać ropiejące rany, dzień w dzień nanosić na nie maści, dzień w dzień zmagać się z nieustającym bólem. Aż wreszcie, u kresu drogi, powitać śmierć jak najlepszą przyjaciółkę.
Rain pełnił posługę od siedmiu lat. Ludziom wydawało się, że to krótko i wciąż jest jeszcze bardzo młodym i niedoświadczonym kapłanem. Ale w istocie widział wiele. Więcej niż ci, którzy go oceniali, zdołaliby znieść. Więcej niż on sam zniósłby, zanim Wysocy go powołali.
Ot, choćby własne ciało, teraz spalone miejscami nieomal do kości, trzymane przy życiu jedynie miłością, modlitwą i maściami. Budziłoby w nim obrzydzenie i mdłości, gdyby nie wiedział, co w istocie je przepala. Dusza zresztą – choć niewidoczna dla przeciętnych wiernych – prezentowała się niewiele lepiej. Nosiła na sobie wiele śladów Przenicowania, drgała obcymi jej barwami, zbyt wiele razy dotknięta niemożliwą do zniesienia dla śmiertelnika siłą Łaski.
Rain poprawił ułożenie szaty, upewniając się, że nigdzie nie odkrywa ona ran, po czym udał się do refektarza, gdzie miano podać kolację.
Opiekun Valter już czekał, jego upośledzeni podopieczni także. Wszyscy zgromadzili się wokół długiego stołu z potrawami przygotowanymi ich własnymi rękoma z produktów ich własnej pracy. W Przybytku jedzono zatem skromnie, ale przynajmniej z gwarancją, że nic nie zostało skażone Przenicowaniem.
Po prawej stronie Żerca dostrzegł postać zupełnie do tego miejsca spokoju i prostoty niepasującą. Postawny blondyn o krótko przystrzyżonej, ale bujnej brodzie przyglądał mu się z nieskrywanym zainteresowaniem, może nawet podejrzliwością. Rain nigdy nie widział jego szerokiej twarzy, a jeśli widział, to zwyczajnie nie utrwaliła mu się w pamięci, niemniej strój i pierścienie na palcach wskazywały raczej kogoś znacznego. Może wysłannika samego księcia, skoro – jak zaznaczył Opiekun – sprawa przetrzymywanej w podziemiach dziewczynki miała niebagatelny ciężar polityczny.
– Dzieci najukochańsze – odezwał się Valter, wyciągając ramiona, jakby chciał objąć wszystkich swoich podopiecznych. – Tego wieczora podczas kolacji będzie towarzyszył nam Żerca wybrany przez Wysokich. Niechaj to on poprowadzi modlitwę i pobłogosławi naszą strawę.
Rain poczuł na sobie dodatkowy tuzin spojrzeń, niektóre z nich bardzo już zamglone umysłowym otępieniem. Nie uśmiechnął się, bo twarz i tak miał zakrytą, a uśmiech bolał z każdym dniem bardziej. Ograniczył się jedynie do lekkiego skinienia głową i zaintonował modlitwę. Ochryple i potwornie fałszując.
Był niemal pewien, że kiedy skończył, wielki blondyn w bogatych szatach odetchnął z ulgą. Zresztą on sam ledwie tego nie zrobił. Wysocy zabrali mu już wiele, niegdyś podobno nawet niezły głos także.
Usiadł ostrożnie, usiłując podrażnić jak najmniej ran.
– Panie Żerco… – zaczął blondyn, sięgając po pieczywo, wyraźnie rad, że modły się skończyły wreszcie może to zrobić. – Och, przepraszam, nie przedstawiłem się, komendant Juhan Lõhmus. No więc, panie Żerco, bo mnie tak ciekawi – urwał wielkimi dłońmi kawałek chleba – mówicie, że jak to, że wasi bogowie handlują z wami jak przekupki?
Valter głośno wciągnął powietrze i zamarł. Rain złowił spojrzenie komendanta – buńczuczne, harde, zdradzające, że słowa miały wywołać gwałtowną reakcję. Ale jej nie wywołały. Boski ogień spalał nie tylko ciało, ale też grzech, w tym grzech złości.
– To nie takie proste – odpowiedział spokojnie. – Żertwa to coś więcej niż handel. To bardziej symbol gotowości na poświęcenie. Wysocy w istocie nie potrzebują naszych zwierząt i owoców, ale potrzebują gestów powodowanych szczerą wiarą i miłością.
Komendant uniósł brew i kącik ust.
– Potrzebują do czego? – drążył ku zgrozie Opiekuna.
– Do tego, by móc zsyłać Łaskę – wyjaśnił spokojnie Rain. – Miłość i wiara są mostem pomiędzy rzeczywistościami.
– Pan wybaczy, panie Żerco, ale to naciągane.
– Juhan! – zirytował się Valter.
– Nie szkodzi – Rain zwrócił się do niego. – Nie zawsze spotykam się ze zrozumieniem i dobrym przyjęciem. Ludzie boją się ponosić ofiarę. Często o tym mówią, niejednokrotnie składają deklaracje, ale kiedy stają twarzą w twarz z koniecznością poświęcenia, odczuwają strach.
Komendant roześmiał się ponuro, w sposób, który wywołał niepokój także wśród podopiecznych Valtera. Nie powiedział już jednak ani słowa aż do chwili, w której wszyscy trzej zeszli do podziemi.
– Będę ci patrzył na ręce, klecho – syknął wówczas wprost do ucha Żercy.
Rain przymknął na moment oczy i zmówił krótką modlitwę. Otworzyły się drzwi i jego oczom ponownie ukazała się przypięta do ściany ciemnowłosa dziewczynka, a umysł ponownie szarpnął się w niepokoju, próbując zanegować istnienie tego obrazu.
Może miałem kiedyś siostrę, pomyślał.
– Znasz zaklęcie, którym ją uśpiono? – odezwał się znów komendant.
– Tak.
– Skąd? – nawet nie próbował ukryć podejrzliwości. Cóż, zapewne na tym właśnie polegała jego rola.
– Nie wiem – odparł Żerca szczerze.
– Ach, nie wiesz! – Juhan Lõhmus wziął się pod boki.
– Nie wiem – powtórzył Rain. – Magia przepala nas wraz z Łaską. Zostawia coś jak… blizny. Wspomnienia.
– To pokrętne tłumaczenie.
– To jedyne tłumaczenie, jakie mam, panie komendancie.
Żerca wyciągnął przed siebie dłonie. Rękawy osunęły się nieco, pozwalając dostrzec skrawek poparzonego ciała. Na ten widok żaden z nich – ani komendant, ani Opiekun – nie zdołali powstrzymać dreszczy.
– Szaleństwo… – mruknął do siebie Juhan, obserwując gromadzącą się wokół Anny moc.

*

– Za… śpiewaj mi koły… sankę… tatusiu…
Takie były jej pierwsze słowa po przebudzeniu. Wypowiedziane bardzo cicho, rozedrganymi, spierzchniętymi ustami, zanim jeszcze podniosła wzrok i do końca odzyskała przytomność.
– Nie jestem twoim ojcem – powiedział łagodnie, ale stanowczo, bo jako Żerca, musiał zachować czystość słowa.
– Zaśpiewaj mi… kołysankę… – powtórzyła już ostrzej i jej głos zadrżał lekko od magii, którą wcisnęli jej do gardła Szczurołapi.
Nie wystawiał jej cierpliwości na próbę i po prostu zaczął nucić pierwszą dziecięcą piosenkę, jaką zdołał wyłowić z odmętów pamięci.
Uniosła głowę i ich oczy się spotkały. Wciąż miała spojrzenie zwyczajnego dziecka. Jasne, chociaż zamglone zmęczeniem i błyszczące od gorączki trawiącej ciało. To był widok trudny do zniesienia, trudny do zrozumienia, choć prawdopodobnie nikt nie potraktowałby tak dziewczynki, gdyby go do tego nie zmusiła. Nie tu, za murami Przytułku, gdzie godność ludzką stawiano wyżej niż gdziekolwiek.
Wykonała dziwny ruch, jakby chciała oprzeć głowę o jego ramię, ale nie mogła sięgnąć. Nie przysunął się. Pomijając fakt, że każdy dotyk na swym ciele odczuwał jak okrutną kaźń, wiedział, że nie powinien się do niej zbliżać.
Urok, jaki na nią nałożono, został zakazany po raz pierwszy wieki temu. Z czasem na pierwotnym edykcie narosło jeszcze sto innych, wszystkie jednoznaczne w ocenie tej praktyki. Ktokolwiek zdecydował się po nią sięgnąć, musiał rozumieć, jak olbrzymie ryzyko podejmuje.
Oraz – jak nieludzką rzecz czyni swoim ofiarom. I nie chodziło nawet o samą kontrolę, bo tę, czego dzieci Szczurołapów najlepszym dowodem, można było zdjąć. Chodziło o konsekwencje używania prostej w gruncie rzeczy, ale skażonej magii.
Przenicowanie najłatwiej porównać było do hordy wygłodniałych psów. Wlekły się za ofiarą krok w krok, wypatrując momentów, gdy z jakiegoś powodu opuści gardę i pozwoli się ukąsić. Kiedy stawała się wystarczająco słaba, rzucały się na nią całą watahą i rozrywały na strzępy. Jedyna różnica polegała na tym, że rany pojawiały się nie na ciele, a na duszy.
Rain był Żercą, a zatem wierzył, że zjawisko ma pochodzenie boskie i zachodzi wówczas, gdy śmiertelnik nazbyt zbliży się do tego, czego oglądać nie powinien. Przy czym nie stanowiło wyniku złej woli Wysokich. Po prostu… Po prostu to było za dużo dla istot niższych. Musiały zapłacić tę cenę.
– Okropnie śpiewasz… – wyszeptała dziewczynka, przypatrując mu się z rosnącym zainteresowaniem. Wyglądało na to, że urok tępi także ból, bo zdawała się coraz przytomniejsza.
Powoli przeniosła spojrzenie na dwóch pozostałych mężczyzn, zmarszczyła lekko brwi.
– Gdzie tatuś? – zapytała w końcu.
– Nie ma tu twojego tatusia – odparł łagodnie Valter.
Dziewczynka zmarszczyła brwi, jej oczy błysnęły dziko i twarz w jednej chwili zamieniła się z niewinnego oblicza w demoniczną maskę.
– Nie znam cię! – syknęła Anna nieswoim, rozwarstwionym głosem. – Odejdź!
Opiekun zamarł. Juhan pchnął go lekko w stronę drzwi i asekuracyjnie zasłonił własnym ciałem.
– Tatuś niedługo przyjedzie – powiedział.
Zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważnie.
– A ciebie znam – oświadczyła po pełnej napięcia chwili. – Ty jesteś człowiekiem noża i trucizny.

*

Książę chciał wiedzieć. Natychmiast. Wszystko. Bez zatajania szczegółów i bez uogólnień.
Jak zawsze zresztą. I – jak zawsze – Juhan nie stosował się do tych zaleceń podczas pisania raportu. Nie chodziło bynajmniej o to, że miał Ernesta za człowieka miernego rozumu, wręcz przeciwnie, mógł nawet założyć, że władca wystaje odrobinę ponad przeciętną, ale zwyczajnie powinien zajmować się innymi sprawami. Po ojcu i starszym o parę chwil bracie odziedziczył niełatwy kawałek chleba – księstwo bogate, ale wciśnięte między silniejszych od siebie, wiecznie balansujące na ostrzu dyplomacji. Wydawało się zatem uzasadnione, by w innych aspektach nieco go odciążać.
Zwłaszcza że Juhan nie miał dobrych wieści.
Ustalenie, że wyrwana Szczurołapom dziewczynka to w istocie Anna, stanowiło dopiero początek kłopotów. Jak wytłumaczyć zatroskanemu ojcu, że nie może natychmiast zobaczyć się z córką, bo ta wyrwałaby mu płuca przez gardło razem z sercem i duszą? Oczywiście fakt, że trzeba było skuć ją łańcuchami w podziemiach również nie pozostawał bez znaczenia. Próbowali inaczej, naprawdę. Próbowali po prostu zamykać pokój albo chociaż zostawić dziewczynce minimum swobody, ale piosenka działała za dobrze, nieodmiennie zostawiając za sobą krwawy szlak, po którym potem Juhan raz za razem tropił zauroczone dziecko, gdy temu udawało się wymknąć.
Komendant nie wierzył w Wysokich. Osobiście był zdania, że importowana z południa religia to takie samo narzędzie polityczne jak niby niezależna lichwa czy małżeństwa między możnymi i ktoś za jej pomocą próbuje zrobić to, co nie udało się Szczurołapom – rozpocząć proces jednoczenia półwyspu. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że ta cała żertwa działa, jakakolwiek magia by się za nią w istocie nie kryła. Może więc Valter naprawdę miał rację i wreszcie znaleźli rozwiązanie także na to, by uspokoić Jego Książęcą Mość.
Jeśli Wysocy nie istnieli, nie mogli też księżniczki skrzywdzić.
Niemniej Juhan obserwował. I myślał. Stał w progu celi, przysłuchując się kolejnym rozmowom księżniczki i Żercy, a jednocześnie lustrował jego plecy, jakby już wybierał miejsce, w które wbije sztylet. Nie chciał myśleć o tym inaczej – nawet nie próbował. Jego rola zawsze miała określony charakter i wymagała określonego sposobu patrzenia na sytuację. Mianowano go cieniem, który uderza pierwszy.
I nie zadaje zbędnych pytań – ani innym, ani, przede wszystkim, sobie.
– To ilu jest tych Wysokich? – dopytywała tymczasem Anna, z jakiegoś powodu upodobawszy sobie właśnie tematy teologiczne. Może czuła, że ze swym gościem na inne raczej nie pogada, a może coś ją po prostu w tym fascynowało. Wszak wciąż była tylko dzieckiem.
– Nie mają stałej liczby, bo są ponad nią – Żerca odpowiadał na jej pytania z podziwu godną cierpliwością, ale jednak obnażając brak talentu kaznodziejskiego, zwłaszcza w zderzeniu z ośmiolatką.
– To bez sensu – oburzyła się księżniczka. – Ja bym się im kazała policzyć.
– Z pewnością – przerwał Juhan – ale czy nie jesteś już zmęczona?
Zmarszczyła czoło, jakby się nad tym faktem zastanawiając. Buzię miała już czystą, a włosy rozczesane, nie trzeba też było karmić jej za pomocą kija – po którejś sesji z Żercą pozwoliła mu się do siebie zbliżyć, a potem dotknąć. Ostatecznie zaufała mu na tyle, by także pętający jej duszę urok pozwolił na założenie, że mężczyzna nie niesie ze sobą zagrożenia, a jego działania mogą pomóc.
– Nie. Nie jestem.
– Ale pewnie pan Żerca jest. – Lõhmus odkleił plecy od ściany i podszedł bliżej. Nie podobało mu się to wszystko. Nie podobało mu się z każdym dniem coraz bardziej. Podejrzliwość rosła na jego karku jak guz i nagle poczuł głęboką potrzebę, by własnym ciałem oddzielić księżniczkę od budzącego wątpliwości kapłana.
To był błąd.
Wrzasnął ochryple, kiedy brzęknęły łańcuchy i dziecięca dłoń zacisnęła się na jego łokciu z siłą imadła. Czuł, jak pod drobnymi palcami pęka kość, a tkanki zamieniają się w miazgę. Żerca odskoczył przerażony, potrzebując dłuższej chwili, by zdobyć się na reakcję.
– Nie tkniesz go – syknęła przykuta do ściany dziewczynka. – Wiem, o czym myślisz, ale go nie tkniesz.

*

Valter zamknął za sobą drzwi bardzo cicho, na wypadek, gdyby Juhan nadal spał. Ledwie jednak przekroczył próg, poczuł na sobie wzrok przyjaciela.
– Nie zdołasz jej uratować, prawda? – spytał cicho.
Opiekun przygryzł wargę i pokręcił głową.
– Nie – przyznał, nie widząc celu w okłamywaniu komendanta.
Ten westchnął ciężko i wbił oczy w belki podtrzymujące sufit.
– Witaj, starości – burknął do siebie, czego Valter nie skomentował.
– Nie mam ani sprzętu, ani przeszkolenia – powiedział. – Jeszcze dziś będą tu ludzie księcia, zabiorą cię do człowieka, który odetnie rękę jak należy.
Juhan parsknął ponurym śmiechem.
– Cieszy cię to, prawda?
– Co? – Opiekun uniósł brwi w zdziwieniu.
– Nie będzie mnie tu. Nikt nie przeleje krwi Żercy.
Valter westchnął ciężko, pokręcił głową i podszedł do łóżka, na którym leżał obolały Lõhmus. Przysiadł na brzegu, odgarnąwszy koce.
– Nie – powiedział. – Nigdy nie będzie mnie cieszyć cierpienie przyjaciela. Ale masz rację, że odczuwam ulgę. Nie chcę drażnić bogów, nieważne, czy starych, czy nowych.

*

Ludzie księcia zjawili się dopiero następnego dnia, zatrzymani przez ulewę i rozmokłą, nieutwardzoną drogą prowadzącą do Przybytku od ostatniej osady. Juhan gorączkował całą noc, a Valter nie zmrużył oka, dzieląc czas między codzienne obowiązki związane z opieką nad upośledzonymi, a czuwaniem przy łóżku przyjaciela.
Wszystko to napawało go coraz większym strachem. Nienaturalna, demoniczna moc zauroczonej dziewczynki, tajemnica, która już parokrotnie nieomal wyszła na jaw, a nawet sam Żerca, czy może raczej to, co reprezentował. Sam bowiem okazywał się z każdym dniem na nowo człowiekiem szczerego serca i silnej wiary, która w Valterze budziła echo wyrzutów sumienia. Był kapłanem starych bogów, doświadczonym sługą i człowiekiem patrzącym w przeszłość raczej bez wstydu, ale przy tym zniszczonym Łaską młodzieńcu trudno było unikać pewnych pytań i Opiekun nie raz zastanawiał się, czy gdyby jemu przypadł w udziale podobny los, zdołałby go udźwignąć.
On, którego tak wiele razy wbrew jego woli stawiano za wzór. Jeden jedyny wiedział, że właśnie to – właśnie rozdźwięk między tym, kogo chciano w nim widzieć, a kłębowiskiem słabości i chwil zwątpienia – doprowadziło do tego, że zrezygnował z przejęcia funkcji nadwornego kapelana i poświęcił się cichej pracy w Dziewiątym Oddziale, za murami Przybytku Opieki, nazywanego powszechnie Przybytkiem Głupoli.
Pytania powróciły z tym większą mocą, gdy schodził wraz z Żercą do podziemi. Odkąd księżniczka go wyprosiła, nie przekraczał progu celi, ale zwykle czuł potrzebę, by przebywać w pobliżu, a niekiedy przysłuchiwał się rozmowom dziewczynki i młodzieńca, wyciągając z nich nauki dla siebie.
– Jak czuje się komendant? – spytał niespodziewanie Rein.
Valter nieco nerwowo oblizał usta – zdziwiło go, jak są spierzchnięte.
– Źle – odparł bez ogródek. – Ale to silny mężczyzna i mam nadzieję, że bogowie pozwolą mu z tego wyjść. Nawet jeśli w nich nie wierzy.
– Wierzy w rozum i podstęp.
Opiekun westchnął.
– Wiem, że to zabrzmi niestosownie – powiedział cicho – ale proszę nie mieć mu tego za złe. Wykonuje swoją posługę, tak jak i my. Z tym, że jego ręce spływają krwią, aby nasze nie musiały. Tak na to patrzę.
– Nie mam mu niczego za złe – wyjaśnił Rein. – Czekam na śmierć.
Valter nie zdołał stłumić dreszczy.
– Wyobrażam sobie…

*

– Wiem… – wyszeptała.
– Tak? – Podniósł na nią wzrok.
– Wiem już, czego chcę jako żertwy.
– Powiedz mi – zachęcił łagodnie, choć po tym, co przydarzyło się komendantowi, kosztowało go to znacznie więcej nerwów, niż powinno. Wciąż miał przed oczami widok dziecięcej dłoni masakrującej potężne ramię dorosłego mężczyzny, a w uszach trzask pękającej kości. – Powiedz mi, czego chcesz, a otrzymasz to w imię Wysokich.
– Chcę twojej wiary.
Zadrżał. Dreszcz wstrząsnął nim jak lodowata woda, wszystkie rany odezwały się bólem. Wiedział jednak, że nie może odmówić. O, tak, spodziewał się, że cena okaże się wysoka, po cichu liczył nawet na to, że Anna zechce jego życia, ale nigdy, przenigdy nie przyszło mu przez myśl, że puste miejsca po Przenicowaniu połakomią się na jego skromną, zwyczajną wiarę. Po co ona komu.
Tylko on, tylko on jeden jej potrzebował.
Wyciągnął rękę. Pozwolił, by złapała obolałe palce zębami. Tyle wystarczyło. Chodziło po prostu o jakikolwiek fizyczny kontakt. Ogień ześlą Wysocy.
I rzeczywiście – po chwili zapłonął między nimi stos Łaski, wyrywając obojgu po kawałku duszy. Rein rozpoczął modlitwę, początkowo jeszcze dość równym tonem, potem zacinając się na poszczególnych słowach, zaciskając zęby i charcząc, aż wreszcie zmieniając ich fragmenty w skowyt.
Nigdy w życiu nie składał podobnej żertwy.
I wiedział, że nigdy już nie złoży.
Uwolniona z kajdan, dziewczynka bezwładnie opadła wprost w ramiona Valtera. Który wpadł do celi, słysząc wrzaski. Wybuchnęła płaczem, próbowała się wyszarpnąć, ale przytrzymał ją stanowczo, choć z łagodnością ojca – miał wprawę. Niejednokrotnie wszak robił to ze swoimi podopiecznymi. Znad jej ramienia spojrzał na Żercę. Mężczyzna milczał, siedząc ze spuszczoną głową, oczywiście zmęczony, ale też dziwnie nawet jak na siebie nieobecny i przygasły.
– Uwolnił ją pan, panie Żerco – powiedział Valter, żeby jakoś przerwać kłopotliwą ciszę, ale nie uzyskał odpowiedzi. – Bogom, którymkolwiek to zawdzięczam, niech będą dzięki.
Poprawił chwyt i dźwignął małą Annę, by wynieść ją z lochu. Czym prędzej powinna wydostać się na zewnątrz, zobaczyć matkę, ojca i słońce. Była jeszcze taka młoda, może więc istniała szansa, że zapomni.
Coś jednak zatrzymało Opiekuna w progu.
Milczenie.
Skulona postać pod ścianą, która powoli opuściła głowę i oparła czoło na ręce.
– Już po wszystkim – odezwał się niepewnie. – Powinniśmy stąd wyjść.
Kokon ze szmat drgnął, jakby zbudzony ze snu.
– Panie Żerco… Potrzeba pomocy…?
Pokręcił przecząco głową. Nikt nie mógł mu już pomóc.
Utracił wiarę.
Był Żercą, który nie wierzył. A to oznaczało, że nic nie ma już sensu, że nie ma go cierpienie, ból i spalone ciało. Nie ma go poświęcona młodość i siedem lat wyniszczającej posługi.

***
– Jej Książęca Mość Anna, pani Orsenu i Lerhess! Wybrana przez Wysokich i umiłowana po tysiąckroć!
Weszła do sali, jak zawsze w nabożnej ciszy. Wysoka, postawna, ubrana w przepiękną, ale skromnie zakrywającą całe ciało suknię. Nawet dłonie chowała w rękawiczkach. Szeptano czasem nieśmiało, że to dlatego, iż sama parę razy złożyła żertwę i że dary zostały przyjęte. Jak było naprawdę – nikt nie wiedział, jako że od dziesięciu lat, odkąd książę Rodryg spadł z konia, paskudnie rozbijając głowę, była wdową i nie miał nawet kto żalić się na jej rzekome blizny.
Jeśli jednak nawet skromny strój ukrywał poparzenia, twarz pozostała nienaruszona – poważna i posągowa, obdarzona bystrym spojrzeniem zielonych oczu.
O księżnej zresztą rzadko mówiono jako o kobiecie. Częściej jawiła się jako reformatorka religijna i silny przywódca polityczny, udzielny władca doskonale radzący sobie w męskim świecie miecza i zdrady. Jak poważnie ją traktowano, dowodził fakt, że choć miała niespełna dziewiętnaście lat, przeżyła już cztery zamachy na swoje życie, wszystkie szczęśliwie udaremnione przez jednorękiego komendanta Juhana Lõhmusa, najwierniejszego z jej ludzi.
Powiadano także, że Annę dotknęli sami bogowie. Nie pamiętała swojego dzieciństwa, jakby jakaś litościwa ręka zasłaniała jej oczy przed wspomnieniami okrutnych lat działalności Szczurołapów, których ofiarą padło tak wielu jej rówieśników. Ledwie potrafiła odtworzyć twarz ojca, czasem wydawało się jej, że miała siostrę, choć wszystkie dokumenty zdawały się temu przeczyć.
I tylko czasami, gdy kładła się spać po kolejnym dniu ciężkiej pracy i żarliwej modlitwy, miała wrażenie, że jakiś okropny, fałszujący, ale też dobry głos z natury śpiewa jej do ucha cichą kołysankę.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Bel » 31 sierpnia 2016, 21:56

To nie pierwszy Twój tekst, który mnie wciągnął. Jednocześnie jest to jeden z nielicznych tekstów, szczególnie w tej tematyce, który mnie wciągnął. Nawet nie wiem, co więcej mogę napisać, poza tym że zassałam od pierwszej litery do ostatniej. Strasznie mi się spodobał motyw Żercy, zaś zakończenie w ogóle zrzuca z krzesła.
Najbardziej mi się podoba:
1. Rozmowy wysoko postawionych nie nużą mnie, a są ciekawe. Poprowadzone w przyjemny sposób, dialogi przerywane działaniem postaciami. Widać, że niejedno opko już za Tobą.
2. Strasznie spodobało mi się podkreślenie oddania i niejako inteligencji, poukładanego umysłu Żercy, które widzę we fragmencie: "[Wysocy]potrzebują gestów powodowanych szczerą wiarą i miłością.", a następnie tłumaczenie. Trafia to do mnie bardzo. W przyjemny sposób.

Ogółem mam bardzo pozytywny odbiór i przypuszczam, że jutro rano jeszcze raz sobie poczytam, ale bardziej w celu naukowym niż rozrywkowym. Przypomina mi się pewne opowiadanie dodatkowo dodatkowe na rozszerzonym rozszerzeniu z polskiego x lat temu, jeszcze kiedy się przygotowywałam do matury. Było tam coś o trędowatych i o wieży, nie pomnę jednak nazwiska autora. Mam nadzieję, że niedługo mi się przypomni. W każdym razie skojarzyło mi się z dziełem jednego z wybitniejszych pisarzy i spodobało mi się równie, o ile nie bardziej dzięki większej ilości postaci i możliwości dokładniejszej analizy psychologii postaci. Dzięki reakcjom i barwnym opisom. Choć wolę prosty, mccarthy'owski styl, odkąd właśnie- jeju, ależ ja pierdzielę.
Podoba mi się. :)

Jedyne, co mnie zastanawia, to: "tak, jak". Kiedyś przeczytałam w jakimś internetowym słowniku, że przy wykorzystaniu "jak" do porównań nie daje się przecinka. Można by rzec "dawno i nieprawda", ale koniecznie posprawdzam. Dzięki za ćwiczenie mojej dedukcji i wyszukiwania informacji z dziedziny języka polskiego, jutro przewertuję podręczniki.


Kawał dobrej lektury do poduchy. Jestem zadowolona i w nastroju nieco refleksyjnym. Dzięki!

Pozdrówka! :c[]:

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Joa » 12 września 2016, 14:26

SpoilerShow
Rain zmienia się w Reina - tyle mam uwag co do całego tekstu, jeśli chodzi o te pierdółki, które u Ciebie rzadko można znaleźć.
Wiedziałam od razu, że to Twój tekst, tak samo jak w przypadku Siemomysły i Kanterial. I tak samo jak w przypadku Siem, dopiero za drugim razem przeczytałam na spokojnie. Nie wiem dlaczego, ale instant wymuszona we mnie jakąś nieuwagę w czytaniu. Tak jakby nick przy tekście kazał mi się starać :bag:
W każdym razie, co do tekstu. Dopiero dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, co mi się dokładnie podobało, a podobało mi się całkiem sporo. Wciąż mnie powala, jak Ty estetycznie piszesz i jak konstrukcyjnie to wszystko jest przemyślane - niemiecki ordnung niemalże. Żarciki żarcikami, ale to naprawdę zasługuje na podziw za każdym razem i za każdy razem ten podziw u mnie jest. Niezmiennie. Nie ma przypadku nigdzie - ani w R.I.P.ie, ani w Smutnej, ani tu. Każda scena coś znaczy, wygląda na przemyślaną. Lubię to.
Ale - widzę podobieństwa między Twoimi tekstami. Choćby do Gautiera. Budujesz historię, ale używasz terminów, które mnie trochę przytłaczają. Terminów zarezerwowanych tylko dla danego tekstu, więc z każdą nową historią muszę uważać i chwytać się tych słów. Co mam dokładnie na myśli - w przypadku Żercy nakreślasz nam świat poprzez Wysokich, Szczurołapów... Jest też Szary Półwysep, Dziewiąty Oddział Zakonu Orrestera. Gdy teraz to wypisałam, zauważyłam, że nie ma tego dużo. Ale gdy czytałam pierwszy raz nie połapałam się i w pewnym momencie ważne informacje zaczęły mi uciekać. Mam tak przy Twoich tekstach zawsze (poza Smutną, bo to obyczaj). Niektóre dane mnie przytłaczają i dopiero przy którymś czytaniu jestem w stanie zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Po początkowej lekturze zupełnie pominęłam informację o tym, że Valter opiekuje się upośledzonymi. I dopiero teraz mogłam to docenić. I Valtera przeogromnie polubiłam. Za to, co robi i za stosunek do Juhana. No halo, mega postać, chciałabym żeby było go więcej. Kupił mnie.
Żerca też mnie kupił za drugim razem (choć nie tak jak Valter). Jego poświęcenie, rany, które przyjął, wiara, brak "grzesznych" reakcji. Dobre to było, Kilikson.
Najmniej sympatii poczułam do Księżniczki i do Juhana (jestem żałosna, dopiero za drugim razem ogarnęłam, że stracił rękę, brawo Joa :facepalm:), ale nie że nienawiść albo obojętność. Może Księżniczka była mi obojętna. Juhan jednak nie ma ręki i jest mężczyzną. Trzeba go lubić.
Sama historia jest naprawdę solidnie stworzona, a smaczki - utrata ręki, wiara jako żertwa, Valter i jego opieka nad upośledzonymi - tylko mnie cieszą.

Fajny tekst, cieszę się, że go przeczytałam drugi raz, Kruffachi.
(czytałabym o Valterze)
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1807
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Kruffachi » 12 września 2016, 14:51

Bel - to aż zawstydzające, czytać takie słowa o własnym tekście :D Cieszę się, że mimo rozmijania się z Twoim gustem, sprawiam Ci tekstami przyjemność. To ogromnie budujące.

Z przecinkiem - mój błąd...

Rolfie - a ja bym o Valterze pisała :bag: Nie, tak serio, kiedyś wspominałam o jednym takim projekcie tekstowym, tak się nie mogę zabrać za niego od paru lat, ale kiedy pisałam sobie o Żercy, to z taką myślą, że może byłby to jakby prolog - bo tam mi brakowało w planach strony "metafizycznej", a tu ją sobie naszkicowałam. Więc niewykluczone, że do niego wrócę.

Z tym przytłaczaniem informacjami... Nie wiem, czy to dobra taktyka, pewnie nie zawsze, pewnie powinnam to lepiej wyważyć albo stosować rzadziej, natomiast założenie jest takie, żeby stworzyć wrażenie, że świat, z którego widzi się tylko wycinek, gdzieś tam żyje poza ramą opowiadania. No i właśnie staram się, żeby większość z tych rzucanych rzeczy nie miała aż takiego wpływu na rozumienie samej fabułki, co najwyżej właśnie mogła ją rozszerzać, jeśli komuś się chce analizować tekst uważniej. Ale tak, powinnam wypracować też inne rozwiązania.

Cieszy mnie reakcja na postaci :D Księżniczką się nie martwię, bo właściwie jest tu bardziej katalizatorem zdarzeń niż bohaterką, ale co do pozostałych jestem ucieszona. Chciałam napisać tekst o dobrych ludziach i dobrych intencjach, nawet jeśli - jak Juhan - czasem wybierają przemoc. Chyba mogę założyć, że się udało.

Ślicznie dziękuję za dwukrotną lekturę i komentarz :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Plastikowy Jezus » 15 września 2016, 15:42

Lubię, gdy da się wyczuć, że opowiedziana w tekście historia to jedynie wierzchołek góry, a gdzieś tam kryje się jeszcze mnóstwo fajnej przeszłości. Przeszłość Szczurołapów, Żerców, półwyspu. Dawnych bogów i nowych. Wszystko to chciałbym poznać, więc gdyby tego tekstu było więcej, gdyby zamiast kilku stron, było kilkaset, czytałbym i czytał. To spory komplement. Łatwo upchać w tekst różne głupoty, łatwo wymyślić króla, kilku bogów i jeszcze paru mniszków, którzy kłaniają im się rano i wieczorem. Trzeba natomiast talentu i doświadczenia, a przede wszystkim inteligencji, by te wszystkie elementy przeplatały się, tworzyły intrygującą całość. Tutaj tworzą, boś bystra, utalentowana i doświadczona. Podoba mi się wątek metafizyczny, podoba mi się Żerca.

Przeczytałem dwa razy. Głównie dlatego, by sprawdzić, jak fajnie to wszystko rysujesz, jak serwujesz szczegóły. Tekst nie wciągnął mnie od razu, nie wyłapałem wszystkiego przy pierwszym rzucie. Z czasem coś drgnęło, pomyślałem 'hej, to fajna historia'. I musiałem wrócić, jeszcze raz przelecieć wzrokiem po akapitach.To pewnie przez brak koncentracji z mojej strony, taki o jezus, rozkojarzony. Przyglądając się początkowi, nie widzę błędów we wprowadzaniu czytelnika w opowieść. Pierwsze zdania są w porządku, a dialogi zwinne. Nom, zwinne. Tak właśnie o nich myślę.

Jestem na tak. Polecam, Plastikowy Jezus ;)

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Krin » 06 października 2016, 18:27

Jak ty to robisz Kruff, że potrafisz wymyślić coś takiego, a potem opisać to w taki sposób. Serio, dla mnie to jeden z lepszych twoich tekstów. Tym razem też, w przeciwieństwie do Rolfa, nie pogubiłam się w żadnym miejscu. Cała fabuła i cały świat były dla mnie zrozumiałe. I też czułam tam głębię.
Oczywiście najbardziej podobała mi się postać Żercy. Pewnie dlatego, że była najbardziej niepokojąca. Tylko jedno mi się nie zgadza - czy do złożenia żertwy nie miały być potrzebne płomienie? Więc gdzie się podziały w scenie odczarowania księżniczki. Brakowało mi też jakiegokolwiek wspomnienia o dalszym losie Żercy.
Przerażająca jest również Anna i jej los. Właściwie los całego kraju. Wyobraziłam sobie państwo pełne surowych kapłanów i płonących stosów...

I chyba tyle. Wiem, że krótko i chaotycznie, ale najlepsze teksty zawsze są komentowane krótko. ;)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: MononokeGirl » 16 stycznia 2017, 14:33

Mój pierwszy komentarz :P Mam nadzieję, że będzie pomocny. Czytałam tekst tak, jakbym czytała swój własny i większość sugesti jest moimi subiektywnymi przemyśleniami, więc można je zignorować, jeśli się z nimi nie zgadzasz :)

Także po pierwsze: bardzo wciągające! Zaczęłam czytać ze względu na słowo żerca w tytule, bo kojarzy mi się głównie ze słowiańskimi klimatami, które lubię, ale nie żałuję, że trafiłam do całkiem oryginalnego świata :) Jeśli to prolog do czegoś dłuższego to chętnie będę czytać dalej! Pomysł na Żercę i Przenicowanie bardzo ciekawy, tak samo użycie Szczurołapów. Chciałabym się dowiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy starymi bogami, a Wysokimi? Czym lub kim jest Trzecia? Uwielbiam wszelakie mitologie i demonologie, a zwłaszcza te tworzone całkiem od początku, bo nigdy nie wiadomo, czego się można spodziewać. Chociaż z drugiej strony dostaliśmy bardzo szczątkowe informacje i trochę trudno ułożyć sobie z nich obraz świata. Chętnie poczytałabym też o polityce itp, skoro już zahaczyłaś o ten temat, dzięki księżnej Annie czy komendancie Juhanie.

Postacie mimo że tekst jest krótki przedstawione tak, że zapadły mi w pamięć i nie ma szans, abym kogokolwiek pomyliła. Bardzo charakterystyczne. Valter budzi sympatię. Żerca głównie współczucie, ale jest też tak tajemniczy, że chciałabym poznać go bardziej. Juhan i księżniczka najmniej się wybili.
SpoilerShow
Na poczatku Juhan trochę wchodzi w rolę czarnego charakteru, ale po tym jak stracił rękę natychmiast mój stosunek się do niego zmienił. Wcześniej postrzegałam go jako osobę obowiązkową, która robi to co musi. Po tym nabrał trochę tragizmu, bo pomimo bycia silnym człowiekiem został zraniony w "najgłupszy" możliwy sposób.
Bardzo podoba mi się też sposób w jaki zakończyłaś całość, bo daje wiele pola do dalszych manewrów, a nam - pobudza wyobraźnię.
SpoilerShow
Zadaję sobie pytanie, czy Anna dziewiętnastoletnia to ta sama, która została uzdrowiona, czy uzurpatorka? Kim jest jej siostra? Czemu straciła pamięć? Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam odpowiedzi w kolejnym opowiadaniu ^^
I kilka fragmentów, które zwróciły moją uwagę:
SpoilerShow
" i bach! – klasnął. – Robisz z ludźmi," Zapisałabym to raczej w ten sposób.

"Valter z powrotem schował dłonie w szerokie rękawy habitu Dziewiątego Oddziału Zakonu Orrestera, tego, który ignoranci uważali za najmniej znaczący, jako że zajmował się odrzuconymi, brudnymi, chorymi i obłąkanymi." Wykreśliłabym "brudnymi". Chyba mamy do czynienia z czasami, jakby średniowiecznymi? Wtedy raczej więcej, niż mniej osób można było określić tym przymiotnikiem i gdyby zajmowali się każdym brudnym to miejsca by im nie starczyło :P

"Kokon skinął głową" Brzmi dziwnie, a skoro wiemy, że to żerca to można spokojnie użyć innego słowa.

"Od dłuższej chwili patrzył za okno na pochylonych nad grządkami braciszków i siostrzyczki z szerokimi wiklinowymi koszami. Te ostatnie powoli zapełniały się chwastami. Jedni i drudzy, pokraczni, upośledzeni, poza murami Przybytku Opieki skazani tylko na szyderstwa i odrzucenie, " Całe zestawienie trochę mi nie pasuje i zmieniłabym kolejność na: "Od dłuższej chwili patrzył za okno na braciszków i siostrzyczki pochylonych nad grządkami z szerokimi wiklinowymi koszami." Też to "Jedni i drudzy", czyli kto? Braciszkowie i siostrzyczki? To chyba drugie? Czy o brać zakonną i chwasty?

"Valter znał komendanta od wielu lat, przyjaźnili się, gdy był jeszcze pomocnikiem nadwornego kapelana, widział niejedno i nigdy, przenigdy nie odważyłby się kłócić z intuicją tego człowieka o postawie dębu i prostym obliczu, ale umyśle żmii – szczęśliwie żmii do reszty lojalnej wobec Jego Książęcej Mości." Bardzo długie zdanie i zawartych w nim jest mnóstwo informacji. W dodatku ważnych dla postaci i Valtera, i Juhana. Rozbiłabym to i rozwinęła (ale to może dlatego, że w tym urywku zaciekawił mnie Juhan o "umyśle żmii" ;)

"Komendant nie odpowiedział. Wciąż kołysząc kielichem, wpatrywał się w Opiekuna z uwagą, która wydawała się wręcz fizycznym dotykiem." Ten "wręcz fizyczny dotyk" mnie zastanawia i ujęłabym to inaczej, bo brzmi mi trochę nie na miejscu (od razu w głowie pojawia mi się wizja Komendant x Opiekun, a chyba nie o to chodziło xD głowa spaczona yaoi i GoT, przepraszam ^^) Bardziej użyłabym określenia np. "mógł odczuć ciężar spojrzenia".

"wydać za mąż za ledwie rok starszego Rodryga," - zaledwie

"Gdyby szarada wyszła na jaw, oznaczałoby to nie tylko unieważnienie układów między księstwami. Oznaczałoby to wojnę wywołaną zniewagą. " - powt. "oznaczałoby" (często używasz powtórzeń, ale w niektórych miejscach to wzmacnia przekaz i tamtych nie ruszałam, ale tu można napisać to inaczej)

"Żercą nigdy nie zostawało się przypadkiem. I nigdy nie zostawało się nim z własnej woli." powt. "nigdy nie zostawało" (wykreśliłabym "zostawało się nim" w drugim zdaniu)

"Przewidzieć, kogo akurat upatrzą sobie Wysocy, graniczyło z cudem, kryteria ich wyborów pozostawały całkowicie nieznane śmiertelnikom, a to sprawiało, że nie sposób było uniknąć przenikliwego wzroku boskich istot i uciec przed bezgraniczną miłością zezwalającą łaskawie na składanie żertwy." Bardzo długie zdanie i to w dodatku bardzo ważne. Nic nie wiemy o żertwach i Wysokich. Przydałoby się to rozbić i wytłumaczyć bardziej łopatologicznie.

"Jednak dobry Żerca, a Rain bez wątpienia był dobrym Żercą, " powt. zamiast drugi raz "był dobrym Żercą" napisałabym "takowym był"

"Wszyscy zgromadzili się wokół długiego stołu z potrawami przygotowanymi ich własnymi rękoma z produktów ich własnej pracy. " powt. "ich"

"Rain nigdy nie widział jego szerokiej twarzy, a jeśli widział, to zwyczajnie nie utrwaliła mu się w pamięci, niemniej strój i pierścienie na palcach wskazywały raczej kogoś znacznego." Trochę takie masło maślane wyszło na początku... Powinni się znać?

"podczas kolacji będzie towarzyszył nam Żerca wybrany przez Wysokich" A Żercą może być ktoś nie wybrany przez Wysokich? Bo skoro tylko Wysocy wybierają Żerców to chyba równie dobrze Opikun by to pominął (bo wszyscy to chyba wiedzą?)

"– Potrzebują do czego? – drążył " przecinek przed do czego

"Jak zawsze zresztą. I – jak zawsze – Juhan nie stosował się do tych zaleceń podczas pisania raportu. Nie chodziło bynajmniej o to, że miał Ernesta za człowieka miernego rozumu, wręcz przeciwnie, mógł nawet założyć, że władca wystaje odrobinę ponad przeciętną, ale zwyczajnie powinien zajmować się innymi sprawami." Trochę zastanawia mnie relacja Juhan - król, bo widać, że jako podwładny pozwala sobie na bardzo dużo.

"wiecznie balansujące na ostrzu dyplomacji" Ciekawa metafora, ale brzmi dość zastanawiająco. Może: dyplomacja (stosunki dyplomatyczne?) wiecznie balansująca, niczym na ostrzu miecza?
Jak zwykle się rozpisałam... To chyba nieuleczalne =.=
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Ewoile
Posty: 30
Rejestracja: 19 stycznia 2017, 17:51

Re: Księżniczka i Żerca

Post autor: Ewoile » 22 stycznia 2017, 15:02

Okej. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę dużym wrażeniem. Tekst jest na wysokim poziomie pod chyba każdym możliwym aspektem. Początkowo zastanawiałam się czy nie jest to przypadkiem jakaś kontynuacja, ale ostatecznie stwierdziłam, że raczej nie. Bardzo podobają mi się Twoje opisy - są lekkie i niewymuszone, czytelnik płynie przez nie z łatwością i przyjemnością, przenosząc się w miejsce rozgrywanej akcji. Nie są ani za długie (nie nudzą) ani za krótkie (nie ma niedosytu).

Dość oryginalne jest wykorzystanie legendy szczurołapów - niby proste, a niebanalne. Lubię powroty do baśń, pieśni, podań ludowych i wykorzystywania ich w prozie.
Obraz dziecka zakutego w kajdany i inne cuda niewidy na kiju, kupił mnie i, nie wiedzieć czemu, coś we mnie ruszył. Ciężko mi to wyjaśnić, porównałabym to do takiego pyknięcia wędki, kiedy jest się na rybach xd
Postać Valtera, co nie jest niespodzianką, zaskarbiła sobie moją sympatię. Jak tu nie lubić poczciwych starców o dobrych sercach? XD Postać komendanta natomiast została dobrze stworzona (przy czym nie mówię, że reszta źle), ale myśląc o nim mam wrażenie, że został zrobiony od deski do deski. Anna natomiast skradła moje serce. Klątwa (chyba mogę to tak nazwać) ciążąca na dziewczynce intryguje mnie coraz bardziej i bardziej, a jej skutki są interesujące. Podobał mi się fragment, w którym księżniczka powiedziała komendantowi, że ten nie tknie Żercy. Urocze ^^

Przyznam, że trochę przeszkadzały mi niektóre obce pojęcia i nieopisanie drażnił mnie fakt, że z tego powodu momentami nie mogłam w pełni zrozumieć o co chodzi. Mały przykład - "Przenicowanie" - niby znam znaczenie tego słowa, ale nie wiem jak odbierać je w Twoim tekście, a szczególnie gdy jest pisane z dużej litery.
rad, że modły się skończyły wreszcie może to zrobić.
- tutaj albo zabrakło "i", albo ucięło fragment zdania.

W dialogu miałaś:
Jeszcze dziś będą tu ludzie księcia, zabiorą cię do człowieka,
, a niedługo po tym:
Ludzie księcia zjawili się dopiero następnego dnia
Niby jest kilka linijek odstępu, ale czytając, słychać powtórzenie.
wprost w ramiona Valtera. Który wpadł do celi, słysząc wrzaski.
- wydaje mi się, że powinno być "Valtera, który..."

Sądzę, że w poniższych fragmentach po myślnikach powinny być duże litery. Tak przynajmniej ja bym to zapisała, bo - z tego co wiem - zapis, który zastosowałaś jest poprawny w momencie, gdy po myślniku występuje czasownik oznaczający mówienie (i wszystkie inne powiedział, krzyknął, szepnął, rzucił, mruknął itp), a w każdym innym przypadku jest już duża litera, ale ręki sobie uciąć nie dam.
– Żartujesz, prawda? – w głosie Valtera dało się usłyszeć nieomal błaganie o potwierdzenie.
– Niestety nie tym razem – pokręcił głową komendant.
Powiedz mi, Valter… – komendant rozsiadł się na fotelu
bo mnie tak ciekawi – urwał wielkimi dłońmi kawałek
– Skąd? – nawet nie próbował ukryć podejrzliwości.
Tekst jest krótki w swej długości, jakkolwiek by to nie brzmiało. Chcę powiedzieć, że pomimo faktu, iż przygoda z Żercą była krótka, dotknął mnie ciężar odebrania mu wiary. Odczułam powagę sytuacji. (Brawo). Mała księżniczka zabrała mu jedyny cel, utrzymujący nieszczęśnika przy życiu... A skoro już jesteśmy w temacie Żercy - on sam, jako Rein, nie zdobył mojej sympatii. To taki trochę paradoks, że główny bohater miał dla mnie mniej wyrazu niż reszta bohaterów, nawet tych drugoplanowych. Ale podejrzewam, że mógł być to też zamysł autora.

Opowiadanie było naprawdę niezłe, czułam się jakbym czytała fragment książki z empikowej półki. Szczerze liczyłam, że coś się jeszcze wydarzy, brakowało mi tu akcji, jakiejś dynamicznej wstawki, no ale nie można mieć wszystkiego ;)
Jednak zastanawia mnie jedna rzecz - skoro początkowo tak bardzo ukrywali Annę w podziemiach, między innymi, ze względu na sojusznicze królestwo, które wywołałoby wojnę, gdyby się dowiedziało, że podrzucono mu sobowtóra, jakim cudem Anna jest władczynią? W sensie - obeszło się to bez echa? Nie wydaje mi się żebym coś przeoczyła i w tekście nie ma chyba o tym żadnej wzmianki. Ujmuje to troszeczkę na wiarygodności.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Chyba nic, bo nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Jeszcze raz wyrażam słowa uznania.
Pozdrawiam ;)
Obrazek

ODPOWIEDZ