Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

The Antecedents - Czwarta Biblioteka

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Draco_Veil
Posty: 31
Rejestracja: 07 lipca 2013, 10:28
Lokalizacja: Tarnowskie Góry
Kontaktowanie:

The Antecedents - Czwarta Biblioteka

Post autor: Draco_Veil » 17 maja 2016, 21:21

Witam, po kosmicznie długiej przerwie. Wracam tu do was z nowym tekstem, collabem pisanym razem z moim dobrym kolegą . Mam nadzieję, że moje bazgranie nie zardzewiało za bardzo przez tą przerwę. Miłego czytania i komentowania. Krytyka się zawsze przydaje, najlepiej taka w dużych ilościach. :P

Alexa obudziło dosyć głośne stukanie, które dobiegało z korytarza. Wstał, ziewnął i rozprostował kości. Jego współlokatorzy Tony i Phil siedzieli przy stole i pili herbatę.
– Ty to nawet w nowym miejscu śpisz jak zabity.
– My w nocy nawet oka nie zmrużyliśmy.
– Od tego nadmiaru wrażeń padłem jak kłoda.
Cała trójka dzień wcześniej zameldowała się w swoim pokoju i już niebawem mieli rozpocząć swoją naukę.
Pomieszczenie, w którym ich ulokowano było dosyć duże. Zaraz po lewej stronie od wejścia stała przestronna szafa a po prawej znajdowało się wejście do toalety, zajmującej jeden róg pokoju. Na przeciw wejścia, zaraz pod oknem stały dwa łóżka przedzielone biurkiem. Trzecie z legowisk upchnięto pod ścianką łazienki. Po obu stronach lokum stały jeszcze dwa dodatkowe pulpity.
Kiedy Alex dojadł swoje śniadanie i ogarnął się wizualnie, zabrali swoje tablety i mieli zamiar udać się na uroczystą inaugurację w wielkiej auli.
Tony zdążył się w porę zatrzymać w drzwiach, unikając zderzenia z pędzącym przez korytarz stalowym golemem. Istota mierzyła około metra wysokości i niosła naręcze oprawionych w skórę ksiąg. Rezydent pokoju obok nie miał tyle szczęścia co chłopcy i doprowadził do kolizji.
– O ty mały skur...
Mężczyzna przerwał gdy zobaczył, że nie jest sam. Odwrócił się na pięcie i jakby nigdy nic poszedł korytarzem przed siebie.
– Dziwny facet. – skwitował Phil.
٭
Inauguracja miała się odbyć w przeciwległym skrzydle akademii. Chłopcy zdążyli już rozejrzeć się po przeogromnym budynku i zapamiętać kilka ważnych miejsc.
– Wiecie co? – zagadał Alex – Tak na wszelki wypadek, ściągnąłem mapę całej akademii na swój tablet. To jest tak wielkie, że na sto procent kiedyś się tu zgubimy. Nie ma bata.
– W sumie nie głupi pomysł. A tak na marginesie to która jest godzina?
– Mamy jeszcze piętnaście minut. Kupa czasu.
– Ja bym się tam tak nie ekscytował głupią inauguracją. – rzucił Phil
Cała trójka zdążyła zdążyć do auli jeszcze przed czasem. Rozsiedli się wygodnie w czwartym rzędzie i czekając na rozpoczęcie, gawędzili o różnych przyziemnych rzeczach.
Powoli sala wypełniła się ludźmi, a Tony naliczył ich prawie dwieście. W końcu pojawiło się też grono pedagogiczne, które zajęło miejsca profesorskie. Starszy mężczyzna z drewnianym kosturem i starym wysłużonym kapeluszem zasiadł na miejscu rektorskim. Po jego prawej, na nieco mniejszym stołku usiadł człowiek nieco młodszy od niego, również dzierżący laskę, a po lewej staruszek ubrany w coś co przypominało płaszcz laboratoryjny. W usadowieniu belfrów dało się wyraźnie zauważyć podział na magów, po prawej stronie rektora i alchemików, po jego lewej. Oprócz tego różnili się też ubiorem i wyposażeniem. Magowie uzbrojeni byli w kostury, a alchemicy nosili przy pasach szable.
Chłopcy wpadli w konsternację. Jednym z ludzi tam siedzących był mężczyzna, który wpadł wcześniej na golema.
– Kto to jest? – zapytał kogoś Alex
– To jest profesor Vincent Wayre. Ten w okularach z golem przy boku, to jego brat Drake.
Rozmówca okazał się bardzo gadatliwy, przerwał mu dopiero wykładowca, który skierował swoje kroki ku mównicy. Belfer mijając golema radośnie machającego ramionami, uraczył go wzrokiem mordercy. Stanął przed mikrofonem i spojrzał wymownie na nowych studentów. Ku swojej uciesze nie musiał nikogo uciszać, gdyż wszyscy ucichli w oczekiwaniu na to aż zacznie wykład, a może bardziej aż go wreszcie skończy.
– Witam wszystkich adeptów na inauguracji pierwszego roku w Akademii Magii i Alchemii. Ja jestem Vincent Wayre, wasz profesor od podstaw Magii. Chciałbym wam serdecznie pogratulować wyboru, tej jakże prestiżowej szkoły. – W jego głosie dało się wyczuć nutę sarkazmu. – Teraz chciałbym oddać głos rektorowi, profesorowi Albertowi Lemarte.
Sędziwy mężczyzna podszedł do mównicy i rozpoczął swoje długie monotonne przemówienie, które wygłaszał już pewnie nie jeden raz. Kiedy wreszcie skończył z powrotem przekazał głos swojemu młodszemu koledze.
Profesor Wayre omówił jeszcze kilka ważnych spraw organizacyjnych oraz to, dlaczego mieszka w tym samym skrzydle co uczniowie. Czwórka nauczycieli, wyznaczona przez rektora, odpowiedzialna za sprawy uczniowskie była opiekunami poszczególnych grup studentów. Właśnie dlatego, by łatwiej można do nich dotrzeć, ich pokoje znajdowały się w części mieszkalnej akademii.
Po zakończonym wprowadzeniu przyszedł czas na przydział grupy. Alex i spółka mieli na tyle szczęścia, że wszyscy trzej trafili do tej samej grupy – "Chara", której wychowawcą okazał się prowadzący wykład belfer.
– A teraz nastąpi oczekiwany przez was z utęsknieniem koniec. Przy wyjściu każdy z was odbierze swój Thaumonomicon. Tak, wiem, że to brzmi skomplikowanie, ale ja tego nie wymyślałem. Jak ktoś nie wie o czym mówię, to jest to wasz notatnik, w którym będziecie zapisywać wszystkie swoje eksperymenty magiczne, bądź alchemiczne. Macie się o ten plik papieru troszczyć, jak o własne klejnoty rodzinne. Jak go zniszczycie albo zgubicie, to nowego nie dostaniecie. I ostatnia rzecz. Każdy wychowawca poinformuje was jeszcze o tym, kiedy będzie najbliższa lekcja organizacyjna.
Nauczyciel skończył przekazywać informacje studentom.
– A teraz idźcie już i uważajcie, żeby golem przy drzwiach nie podstawił wam nogi.
Część zgromadzonych na sali zaśmiała się, jednak prowadzący był śmiertelnie poważny. Zorientowali się, że mówi serio dopiero wtedy, gdy ktoś przy wychodzeniu prasnął na twarz.
Mały stwór rozdawał księgi wychodzącym studentom. Philowi podał ją tak zamaszyście, że musiał podskoczyć, aby ją złapać. Ktoś inny znowu oberwał nią w głowę, a następny musiał po nią biegnąć na drugi koniec sali.
– Profesor miał rację. To ustrojstwo chyba nie patrzy co robi. – westchnął Alex
– A może jest aż tak głupie albo wredne. – Tony wzruszył ramionami.
–Thaumono... coś tam. Jak ja mam to zapamiętać. Nie można na to gadać inaczej?
– Nie wiem. Może „Book of Fails”.
– A niby czemu tak?
– Bo zanim zdążymy coś opanować, to połowa tego co tam nabazgrasz będzie twoimi nieudanymi eksperymentami. – Cała trójka roześmiała się głośno.
Około godziny dziesiątej byli z powrotem w swoim pokoju. Oczekiwanie na informację, o której odbędzie się lekcja wychowawcza, umilili sobie wspólną grą w piramidy. Wyśmienitą zabawę przerwał im głośny huk z sąsiedniego pomieszczenia.
– Ciekaw jestem co ten profesorek tam wyczynia?
– Może już wywiesił informację? Chodźcie, zobaczymy.
Chłopcy wyszli na korytarz. Nikogo tam jednak nie zastali. Dopiero po chwili drzwi od mieszkania Vincenta Wayre otworzyły się i wyszedł przez nie ubabrany na czarno belfer.
– Nie wszystko zawsze wychodzi tak jak tego chcemy. – zwrócił się do studentów – Czasem coś po prostu wypier... znaczy się, wybuchnie.
Później wyciągnął umazaną smołą kartkę, przypiął ją do korkowej tablicy wiszącej obok obrazu jakiegoś pałacu i wrócił do swojego pokoju.
– Naprawdę dziwny z niego facet. – powtórzył się Phil.
– Spotkanie grupy mamy po obiedzie w sali "M 115". Tak tu napisał. Tylko kiedy jest obiad?
– Nie mam granatowego pojęcia. Może ktoś inny będzie wiedział.
Alex rzucił pytaniem w stronę zebranego pod tablicą tłumu.
– Nie wiecie może o której jest ten obiad?
– Pora obiadowa jest od trzynastej dwadzieścia do trzynastej pięćdziesiąt. – dostał swoją odpowiedź
– Ale nie liczył bym na to, że odbędzie się to prędzej niż o czternastej. – rzucił ktoś inny.
– No to mamy jeszcze od cholery czasu.
٭

Ktoś, kto wcześniej powiedział, że zajęcia odbędą się nie prędzej niż o drugiej po południu, nie pomylił się wcale. Chłopcy zjedli posiłek i przysiedli na sofie ustawionej w okolicy sali M 115. Studenci z ich grupy zbierali się powoli, aż w końcu o właściwym czasie zjawił się profesor.
Vincent Wayre, średniego wzrostu mężczyzna, o krótkich blond włosach i niebieskich oczach. Na jego nosie spoczywały okulary z prostokątnymi soczewkami. Ubrany nieco inaczej niż wtedy, gdy wpadli na niego na korytarzu. Nosił czarne adidasy, granatowe jeansy zapięte na pleciony pasek i wymięty t–shirt, na który założył białą koszulę. Zapach, który dało się od niego czuć wskazywał na to, że po nieudanym eksperymencie w swoim pokoju, spędził sporo czasu pod prysznicem usuwając efekty swojego niepowodzenia z własnego ciała. W lewej ręce trzymał księgę oprawioną w skórę i metalowe okucia, zabezpieczoną klamrą z zamkiem znajdującym się na frontowej okładce, a na tylnej wkomponowano błękitny kryształ.
Belfer otwarł drzwi i wpuścił uczniów do klasy. Okazało się, iż jest to dosyć duże pomieszczenie, z dwoma szerokimi oknami. Prawie przy każdej ścianie stały półki z rożnego rodzaju przyrządami, kryształami i innymi materiałami. Podłogę wyłożono kamiennymi płytami, a blat każdego z stołów wykonano z białego marmuru.
– Witam wszystkich w mojej skromnej sali. Zanim się wygodnie rozsiądziecie, podzielcie się na trzyosobowe zespoły. I pamiętajcie, że jak się podzielicie, tak będziecie pracować do końca tych studiów.
W grupie "Chara" znajdowały się dwadzieścia cztery osoby, co po podziale dało osiem zespołów. Alex, Tony i Phil, nie musieli się tym przejmować, i razem usiedli przy jednym stoliku.
– Jak już będziecie gotowi, to mamy kilka ważnych spraw do omówienia.
Profesor przysiadł na szerokim parapecie.
– A więc po pierwsze i najważniejsze, wasz plan zajęć. Pierwsze półrocze zostało ustalone z założeniem, że jesteście zieloni jak trawa i nie wiecie nic. I rzeczywiście tak jest. Z resztą przekonacie się na własnej skórze. Dlatego będziecie mieli tylko cztery przedmioty praktyczne, żebyście sobie palców nie pourywali.
Na twarzach poniektórych wymalowały się zawiedzione miny.
– Podstawy Magii, Podstawy Alchemii, Krystalografię i Botanikę. Oprócz tego, będziecie mieli dodatkową godzinę na zajęcia badawcze, podczas których będziecie przygotowywać się do swoich projektów. Reszta to jest już sama teoria. Nie chce mi się tego wszystkiego gadać, dlatego wywieszę wasz grafik na tablicy ogłoszeń. Jeszcze zanim zapomnę, muszę wam powiedzieć, żebyście zaopatrzyli się w podstawowe materiały. Zwoje, pieczęcie, fiolki i inne duperele. Pani Blairee będzie wiedziała co wam dać. – skwitował krótko. – Czy ktoś ma jakieś ważne pytania do mnie?
– Panie profesorze. – Alex zdecydował się na zadanie jednego – Czy mogę zapisywać przebieg moich badań na moim tablecie, a dopiero później przepisać to wszystko do Thaumonomiconu? Tak, żeby wyglądał bardziej estetycznie.
– Mnie to nie przeszkadza. Byle tylko wszystko było przepisane przed cotygodniową weryfikacją waszych postępów.
Studenci zadawali jeszcze sporo pytań, dotyczących prawie wszystkiego co związane było z ich nauką w Akademii. Kiedy nauczycielowi znudziło się wysłuchiwanie kolejnych głupich pytań, rzucił:
– Dobra, koniec na dziś. Idźcie już sobie stąd, pozawracajcie dupę komu innemu, a jutro zobaczymy się na waszych pierwszych zajęciach praktycznych.
٭

– Początek zapowiada się strasznie wesoło. – Tony dokładnie przyglądał się planowi zajęć – Na dzień dobry mamy wykład z podstaw Alchemii, potem kolejny z Dziejów Magicznych i dwie godziny z Techniki Magicznej. Kto przy zdrowych zmysłach wymyśla takie nazwy? Przynajmniej po obiedzie jest już ciekawiej, bo widzę tu Podstawy Magii i Krystalografię.
– Mam nadzieję, że nie zasypią nas całą masą teorii. – westchnął Alex.
– I tak lepsze to, niż ślęczenie nad książkami, które cię wcale nie interesują. Przecież zapisaliśmy się tu po to, żeby uniknąć przedmiotów typowo humanistycznych.
– Co racja to racja.
– I co teraz?
– Przydało by się ogarnąć to, co kazał nam szalony profesorek.
– A wiesz, gdzie mamy w ogóle iść?
– Nie. Ale od czego jest mapa w telefonie.
Poszukiwanie sklepiku pani Blaire bez mapy w telefonie zajęło by im sporo czasu, tym bardziej, że lokal ten nie wyróżniał się prawie niczym od pozostałych pomieszczeń akademii i nawet najlepszy obserwator mógł go z łatwością przegapić.
Przybytek jawił się jako utrzymany w ładzie i porządku. Wszystkie rzeczy pedantycznie spoczywały na półkach. Fiolki, drewniane skrzyneczki i inne utensylia poukładano według typu, wysokości i objętości.
Trio młodych magików spodziewało się, że sprzedawczyni będzie jakąś gburowatą, władczą matroną. Jednak bardzo, ale to bardzo się pomylili. Pani Blairee okazała się być bardzo miłą, starszą panią w okularach z grubymi oprawkami.
– Witam, witam chłopcy. Czego to ode mnie dzisiaj potrzebujecie? – zapytała wesoło.
– Chcieliśmy dostać jakieś podstawowe wyposażenie.
– Tak, tak. Już wiem. Zestaw małego czarodzieja dla każdego z was?
– Czy tak to się nazywa? – zdziwił się Phil.
– Ależ nie kochany. Stary rektor miał w zwyczaju tak na to mówić.
Sprzedawczyni postawiła przed chłopakami trzy malutkie dębowe skrzynki.
– Tak mało?
– A nie macie się co przejmować. Starczy wam na jakiś czas, a jak braknie, to zawsze możecie przyjść po więcej.
– To mi trochę ulżyło. – odetchnął Tony.
Chłopcy ukłonili się pani Blaire i zabrali swoje nowe nabytki, zanim jednak wyszli Alex przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym.
– Nie wie pani, czy można tu gdzieś dostać albo kupić kostur, bo jakoś nam to zupełnie wyleciało. – wtrącił Alex.
– Tak, tak. Mój stary, dziadyga jeden, razem z naszym zięciem się tym zajmują. Kostury, szable i inne duperele. Tam, dwie sale dalej mają magazyn.
– Strasznie pani dziękujemy i do zobaczenia.
– Do widzenia chłopcy, do widzenia. Wpadnijcie znowu.
– Holender! Całkowicie zapomnieliśmy o tych kosturach, co nie? Ale kanał. – rzucił Phil, kiedy znaleźli się na korytarzu.
– Na tyle szczęśliwie dla nas, że je tu sprzedają. – odparł Tony.
– Myśleliście o jakichś konkretnych? – zapytał Alex. – Ja chciałem coś bardziej nowoczesnego.
– A masz na to kasę? – rzucił Tony. – Ja tam wolę nie przesadzać z nowoczesnością. A ty Phil?
– Ja nic nie muszę kupować. Dostałem kostur od dziadka. Bardzo elegancki, klasyk z drzewa żelaznego. A jeśli o kasę chodzi, to w głównym hallu jest terminal, tylko módlcie się, żeby prowizja nie była kosmiczna, bo się zrujnujecie.
– Burżuazja. – zaśmiał się Alex.
Chłopcy zaopatrzyli się w dosyć pokaźną sumę gotówki, żeby na sto procent starczyło im na ich wymarzone kostury.
Pomieszczenie, w którym prowadził interes mąż pani Blaire, wyglądało mniej schludnie i na usta cisnęło się jedno słowo – bałagan. Wszędzie nastawiano kartonów, drewnianych skrzynek i innych opakowań. Na jednej ze ścian wisiały uchwyty z zamocowanymi na nich szablami. Prezentowały się wyśmienicie. Lśniące, ozdabiane różnego rodzaju kamieniami, grawerowane w rozmaite zawiłe wzory i wykonane z wielu odmiennych materiałów. Do wyboru, do koloru.
Pod nimi ustawiono stojaki, w które wetknięto laski magów. Klasyczne dębowe, mahoniowe albo hebanowe. Były też te bardziej techno–magiczne, wykonane głównie z żelaza, aluminium albo włókna węglowego. Każdy z kosturów wyposażono w katalizatory, w postaci kryształów, o różnych kształtach i kolorach.
Oprócz tego, sklep oferował multum akcesoriów, dodatków i innych przedmiotów, mniej lub więcej do życia potrzebnych
Za ladą stało dwóch mężczyzn. Jeden o siwych włosach, w okularach z okrągłymi oprawkami na nosie, polerował stalową szablę. Był to pan Blaire, lekko przygarbiony staruszek, w swetrze robionym na drutach. Dziadek z pewnością przeżył już nie jedno pokolenie studentów i wiele już widział.
Drugi, młodszy, w kwiecie wieku. Dobrze zbudowany o blond włosach, ubrany w jeansy i t–shirt. Współpracownik starego wygi, a za razem jego zięć, grzebał coś przy techno–magicznym kosturze.
Obydwaj odwrócili się, gdy chłopcy weszli do ich sklepiku.
– O! Nową krew widzę do nas przywiało. – rzucił Broen, bo takie było imię młodszego mężczyzny.
Pan Elliot poprawił okulary na nosie i zaczął się uważnie przyglądać przybyszom.
– No, no. Trzech magików, pierwszoroczniaków. Ładnie. – Zgarbił się jeszcze bardziej i wyciągnął szyję do przodu. – Dwóch chce coś kupić.
– Czy ty tak zawsze musisz wszystko analizować ojciec? – zaripostował jego zięć.
Staruszek tylko na niego krzywo popatrzył.
– Pan jest chyba jasnowidzem! – zachwycił się Phil.
– E tam. Jak się tak dugo robi, to się człek naumi widzieć. Jeden z tyłu stoi, znaczy niy kupi nic abo jeszcze niy wi, że kupi, a reszta się do przodku ciśnie, to by chcieli wszystko na roz.
– Ojciec pracuje tu już ponad czterdzieści lat. Nie dziwota, że tak dobrze się zna. Tylko do nowoczesnych rzeczy się nie potrafi przekonać. – rzucił Broen.
– A bo wto to widzioł, co by szable z papyndekla kupowali abo te cudaczne laski magiczne. Pałasz to ze stali, a niy ze złota. Przeca tym to nawet sznity niy użniesz. A te kostury, to nawet niy godom.
– Ojciec, ojciec. Z duchem czasu trzeba iść, a nie narzekać.
Dziadek tylko machnął ręką.
– My tu gadu, gadu, a chłopaki przecież po coś tu przyszli. W czym możemy pomóc?
– Ja z kolegą – Alex wskazał na Tonego – potrzebujemy kosturów.
Młodszy sprzedawca skrzyżował ręce.
– Macie coś konkretnego na oku?
– Ja chciałem coś nowoczesnego, a Tony coś bardziej tradycyjnego.
– Z tradycyjnymi to do Ojca, a my ogarniemy razem coś techno–magicznego.
Chłopcy jakiś czas spędzili ze sprzedawcami, dobierając coś w sam raz dla siebie. W końcu Tony zdecydował się na wzór dębowy z błękitnym kryształem, a Alex wydał wszystko co miał i kupił czerwony kostur z włókna, wyposażony w kryształ o tym samym kolorze, z funkcją gromadzenia i przechowywania nadmiaru energii zużywanej przy rzucaniu zaklęć.
Wolną resztę dnia spędzili na zwiedzaniu szkoły i jej okolicy, a wieczorem padnięci po natłoku wrażeń zasnęli jak kamienie.
Następny dzień szykował dla nich już multum nauki, tym bardziej że zaczynał się wykładem z ich wychowawcą, nieco szalonym profesorem Wayre.
٭

Sion wpatrywała się daleko za okno, znajdujące się na przeciw jej łóżka, gdzie aktualnie leżała przykryta ciepłą kołdrą, z głową opartą na poduszce. Na zewnątrz panowała już mrok, a na niebie nie dało się odnaleźć ani jednej gwiazdy, aby rozjaśniła, ową ponurą atmosferę, która sprzyjała uprawianiu czarnej magii lub zakazanej alchemii. Na ten moment jednak, młoda dziewczyna nie była nimi zainteresowana. Pierwszy dzień w murach zamku, względem którego miała takie oczekiwania, zniszczył całkowicie wyidealizowany obraz, stworzony przed przybyciem tutaj.
Pokój Sion znajdował się na parterze, tak jak pozostałe pomieszczenia osób z jej grupy. Wyróżniała go wielkość, a raczej jej brak, czego winowajcą był architekt i jego błędne obliczenia, jak duże powinno być przejście do podziemi. Ostatecznie wejście do lochów, zdecydowano się zachować zgodnie z oryginalnym projektem, kosztem pomieszczenia znajdującego się najbliżej niego, obecnie spełniającego rolę, własnego kąta na świecie, jednej młodej dziewczyny.
Pomijając łóżko, znajdowało się tam jedynie biurko, wraz ze stosem książek, przylegające do okna. Obok stał regał, zawierający kolekcję podręczników od botaniki na magii zakazanej kończąc. Do tej kolekcji przylegała szafa na ubrania oraz oparty o nią miecz, na którego rękojeści zwisała torbą. Co prawda na jednej ze ścian zostało przewidziane specjalne miejsce na zawieszenie broni - wizytówki każdego alchemika, lecz Sion nie kłopotała się każdorazowym, wieszaniem ostrza na ścianie. Stanowiło ono wszakże jakąś wartość, tylko w przypadku, gdy się korzystało z siły jaką oferował. Podobnie ma się do samego jego wyglądu i ilości ozdób, jeżeli pełnił funkcję ozdobną, znaczyło to, nie mniej nie więcej, że taka osoba, nie powinna nigdy wejść w jego posiadanie, gdyż przynosiła jedynie hańbę.
Po pierwszym dniu spędzonym w tej szkole, wniosek był prosty - niemalże nikt z Uczniów, nie powinien mieć prawa noszenia go, przy swoim pasie. Niektórzy Nauczyciele, dając „piękny” przykład młodszemu pokoleniu, wyciągali swe miecze z pochwy na środku korytarza, aby to zaprezentować, a czasem udowodnić, jak wspaniałym jest się alchemikiem. Niejednokrotnie oczom wszystkich, ukazywało się ostrze ze złota najwyższej próby, a każdy przecież wie, jak bardzo słaby jest ten kruszec, a upadek, takiego skarbu lub jego uszczerbek, wiązałby się ze sporymi kosztami. Nie ma co wspominać o walce, do której się w ogóle nie nadaje. Jeżeli jednak ostałaby podjęta, wówczas porażka jest gwarantowana, tak jak złamanie ostrza i hańba, swoją drogą zasłużona.
Sion zrezygnowała z dalszej analizy, bitwy pomiędzy dwoma bogaczami. Na takich kretynów szkoda marnować czasu, a co dopiero zastanawiać się nad ich postępowaniem, które groziło zarażeniem się ich głupotą. Pomyśleć jeszcze, że większość nauczycieli, dzierży złote miecze, jako symbol ich siły, mądrości i zdolności.
– Od kogo się niby mamy uczyć, skoro jeden cios najtańszym ostrzem, zakończyłby taki pojedynek?! – powiedziała pod nosem. – Jeśli sama nie wezmę się do nauki, to od tych kretynów, jedynie głupota na mnie przejdzie.
Wstała z łóżka i otworzyła szafę z ubraniami, z której to wyciągnęła zwykły zeszyt. Następnie, sięgnęła po tradycyjne wieczne pióro, znajdujące się na biurku i ponownie się kładąc, otwarła zeszyt. Chwilę się zastanowiła ,cóż powinna napisać na stronie tytułowej, lecz stanęło na tym, źe błękitny atrament uwiecznił na niej słowo „Nikki”, czyli pamiętnik.

Dzień 1

„Najlepsza Szkoła Magii i Alchemii, z wieloletnią tradycją oraz kadrą Nauczycieli składającą się z wielkich osobistości obecnych czasów” - Lekcja numer 1, nie wierz we wszystko co mówią ludzie i co uznaje ogół społeczeństwa.
Udało mi się prześlizgnąć do owej z początku wręcz wymarzonej szkoły, gdzie według owej „Elity”, żadna dziewczęca stopa, nie powinna postawić stopy, a przynajmniej w części dla alchemików.
„Wyższość” mężczyzn, jak i ich inteligencję oraz mądrość, tylko potwierdza fakt iż podczas pierwszego dnia, który właśnie ma się ku końcowi, żaden z nich nie poddał w wątpliwość, że jestem chłopakiem. Ba, nikomu nawet do głowy nie przyszło, chociażby w żartach rzucić tekstem w stylu: „ale masz dziewczęce rysy twarzy” albo „czemu nie zdejmiesz swej czapki w sali jak wszyscy”. Również, żaden mężczyzna nie poddaje w wątpliwość, tego co zostało napisane. Mimo, że oficjalnie w regulaminie nie ma informacji, że dziewczynom wstęp wzbroniony, jednakże nikomu nawet do głowy by nie przyszło by jakakolwiek reprezentantka płci pięknej, zgłębiała tajniki wiedzy alchemików w tej szkole. Innymi słowy mam do czynienia z bandą snobów oraz skostniałych nauczycieli. To już magicy, pod tym względem, wydaje się, że są na wyższym poziomie. Podczas uroczystości rozpoczęcia roku akademickiego, sprawili wrażenie dostojnych, lecz przy tym wyluzowanych i otwartych na wszystko co nowe. Gdyby tylko nie, te ich zaślepienie technologią i ciągłym ulepszaniem tego, co powinni zostawić już dawno w spokoju, jak np. kosturów, do których dodają coraz to nowe ulepszenia, w postaci jakiś przycisków, dotykowych ekranów i temu podobnych, kiedy przecież laska ma służyć do czarów, a nie stać się nową formą telefonu komórkowego, który już i tak, w zasadzie nie służy do dzwonienia.
Co do samej samego wyglądu szkoły, trudno o jednoznaczną opinię, czy nawet opis. W zależności od perspektywy z jakiej się na nią spojrzy, jest bardzo nowoczesna albo starodawna. Oceny nie ułatwiają także, wszechobecne zwierzęta oraz dawne rzeźby, obrazy, podczas gdy, równocześnie, co dosłownie parę kroków, mijamy latającego drona z przesyłką. Podobna sytuacja jest w przypadku drzwi do sal, które są z wyglądu staroświeckie, zaś aby je otworzyć potrzebny jest odpowiedni identyfikator. Warto przy tym zaznaczyć, że w większości z materiału odpornego na magię.
Odnośnie samych zajęć. Cóż, prowadzone są przez tych samych kretynów, którzy uważają złote miecze za broń, to wiedzy na wysokim poziomie nie można od nich oczekiwać. W dodatku patrząc na pan zajęć na cały rok, obawiam się, że nic z tej szkoły dobrego nie wyniosę, jeżeli nie wezmę nauki we własne ręce. Pozostaje mi tylko przetrzymać do rytuału inicjacji, żeby zdobyć dostęp do biblioteki i przedmiotów, które oferuje szkoła, potem mogę rozpocząć prawdziwą naukę, robiąc kolejny krok do celu.
Nic mi więcej nie potrzeba.


Zamknęła swój notes i jeszcze raz spojrzała przez okno w otaczającą ją przestrzeń, tym razem bardziej rozluźniona, dzięki uświadomieniu sobie tego, że nauczyciele nie są jej do szczęścia potrzebni. Sama jest najlepszą przewodniczką, w tej sytuacji, nie może przy tym sobie pozwolić, przynajmniej na razie, aby odkryto jej żeńską postać. Nawet gdyby zdecydowali się ją pozostawić w akademii, co graniczyłoby w zasadzie z cudem, to nie mogłaby już dłużej pozostać w cieniu, gdyż stałaby się w pewnym stopniu gwiazdą, jako pierwsza alchemiczka tej szkoły. Jednakże w tym momencie, nie pozostało nic innego, jak oddalić się do krainy snów.
Zajęcia rozpoczynały się o godzinie 8:00, śniadanie natomiast pół godziny wcześniej, Sion wstała o 6:30, tak by zdążyć wystylizować się na chłopaka i odpowiednio ukryć swoje oryginalnie sięgające za ramiona włosy. Przed tym wszystkim jednakże, rozpoczynała dzień od wymachiwania mieczem. Uznawała bowiem za swoją wizytówkę, to jak wysoko stoją jej umiejętności w tej dziedzinie. Oprócz tego, aby zachować formę, wykonywała standardowe ćwiczenia, takie jak pompki czy brzuszki, ograniczała się jednak z ich ilością, nie chcąc upodobnić się do mężczyzn, o czym również świadczy fakt, że nie ścięła swoich długich włosów. Na szczęście oprócz miecza, w skład ubioru wchodziła czapka, bardziej przypominająca beret, wraz z trzema ptasimi piórkami. W przypadku Sion, należały one do gołębia, kaczki oraz sowy, które miały reprezentować cechy danej osoby.
Każdy z alchemików otrzymał je podczas ceremonii rozpoczęcia, swoją drogą wyglądającej dosyć komicznie. Po jednej stronie magicy sprawiający wrażenie, jakby ich to w ogóle nie obchodziło, wraz z błagalnym wzrokiem mówiącym: „skończ już wreszcie gadać”. Z drugiej strony śmiertelnie poważni alchemicy, lecz nie sprawiający wrażenia surowych, a jedynie dostojnych. Dało się jednak, odczytać z twarzy najmłodszego z nich, o kruczoczarnych włosach: „ciekawe czy skończy gadać przed tym, jak mój eliksir pierdyknie, wysadzając przy tym pół skrzydła”.
Mimo, że zwróciła tym na siebie uwagę maga siedzącego na przeciwko, nie mogła się powstrzymać od cichego ale jednak parsknięcia śmiechem i cieszyła się, że stworzyła zeszyty, z kilkoma symbolami, w tym jeden umożliwiający, czytanie w myślach.
Zabrała swój miecz, przerzuciła torbę przez ramię i udała się w stronę jadalni. Po drodze mijając pozostałych uczniów. Z ich rozmów dało się wyłapać, podekscytowanie przybyciem do szkoły. Wielu z nich również po drodze, nie omieszkała się przechwalać swoimi umiejętnościami oraz, co bardzo zdziwiło Sion, również nie przygotowaniem do zajęć zarówno alchemii jak i magii. Na dodatek, nie były to pojedyncze wyjątki, lecz znaczna grupa osób, ze stale rosnącą ilością członków. Co chwila można było usłyszeć: „ha, ha, ja też”. Oprócz tego prowadzona była burzliwa dyskusja nad tym, jaki zestaw najlepiej wziąć z tutejszego sklepiku. Nie trwało to długo, aby niemal jednomyślnie zgodzić się, że najlepiej wziąć ten słabszy jakościowo, lecz oferujący nowy dodatek na pochwę od miecza, mający oznaczać, ponadprzeciętną siłę jego posiadacza.
Starała się przez chwilę zrozumieć logikę facetów, po chwili jednak zrezygnowała z tego, na rzecz poszukiwań wolnego miejsca w ogromnej ale również zatłoczonej jadalni. Dopatrzyła się jednego miejsca względnie na uboczu, obok chłopaka, który zwrócił uwagę na jej śmiech podczas inauguracji. Nie miała szczególnej pamięci do twarzy ale zapamiętała go, ze względu na dwa elementy: Po pierwsze, jego długość włosów. Posiadał je zauważalnie krótsze, niż u większości chłopaków, co zazwyczaj oznaczało to, że stosunkowo późno zdecydował się na zostanie magiem, gdyż stanem pożądanym dla nich, są długie, z czasem siwe, włosy świadczące o jego stażu, a co za tym idzie, również doświadczeniu. Po drugie, może ważniejsze, kostur, który znacząco wyróżniał się swoim nowoczesnym wyglądem od pozostałych widocznych na sali. Prawdę powiedziawszy bardziej przypominał urządzenie wielofunkcyjne zamknięte w formie laski i zapewne nie pomyliła się bardzo w tym określeniu.
Usiadła niedaleko i przez chwilę starała się słuchać, o czym to rozmawiają ale dyskusje na temat walk magów i najnowszych wyników, w jakiejś grze na tablecie ją przerosły i szybko wyłączyła się ze słuchania, skupiając całą uwagę na jedzeniu. Smak zasługiwał na pochwałę, dawno czegoś tak dobrego nie jadła i to jest chyba pierwszy pozytywny akcent, przybycia do tej szkoły. Po posiłku, udała się wraz z klasą na pierwszą lekcję – Historię Alchemii.
Usiadła w pierwszej ławce, aczkolwiek najdalej oddalonej z tego rzędu od biurka. Nauczyciel wstał, wyglądał na osobę już w podeszłym wieku z siwymi włosami oraz zapuszczoną bujną brodą. Stanął na środku i wolnym, a przy tym donośnym tonem, rozpoczął zajęcia.
– Witajcie młodzi adepci. Nazywam się Franz i będę wam opowiadać o historii i trudach jakie musieli przejść przodkowie, abyście wy mogli się tutaj znaleźć i poznać tajemnice, które odkryto wieki przed wami.
Zaczął przechadzać się pomału po całej sali, równocześnie opowiadając.
– Wszystko zaczęło się od dwóch drzew. Pierwsze z nich: Drzewo wiedzy, na którym oparli się magowie oraz drugie: Drzewo poznania, dające początek alchemii. Są to najwspanialsze dzieła, tworzące fundamenty dzisiejszej cywilizacji. Na tych zajęciach będziemy po nich schodzić, chcąc dostać się do ich korzeni. W pierwszej kolejności jednak, czeka was rytuał, mający na celu sprawienie, że stanie się niejako jednością z jednym z drzew. Podczas ceremonii, nabędziecie zdolność korzystania z alchemii, a także dostaniecie pierścienie, dzięki którym, dostaniecie się do kilku pomieszczeń w akademii oraz podstawowych sal badawczych, które nie raz odwiedzicie. Oprócz tego, zdawanie przedmiotów na wysokim poziomie, zapewni Wam bonusy, w postaci dodatkowych uprawnień do innych sal. Najlepsi z Was, z mojego przedmiotu, będą mogli korzystać z wypożyczalni, filmów najwyżej jakości i z limitowanych edycji, niedostępne w internecie.
Sion w tym momencie wyłączyła się ze słuchania, usłyszawszy o takiej dennej nagrodzie, która jednakże u reszty klasy, wywołała niezłe poruszenie i deklaracje w stylu: „muszę dostać tę nagrodę, nawet kosztem pozostałych przedmiotów”. Dziewczyna sięgnęła do swojej torby i otworzyła specjalny zeszyt, użyty przez nią już na inauguracji i otwarła na jednej ze stron. Złączyła swoje dłonie, po czym prawą z nich położyła na kartce. Zapanowała cisza, a Sion wzięła książkę. Obiecała ją rozpocząć czytać, dopiero po dostaniu się do szkoły, autorstwa jej ojca, którego tak naprawdę nigdy nie poznała.
Nie chciało jej się dłużej słuchać szczegółów o rytuale, nie będący do niczego jej potrzebny. W przeciwnym razie dotknięcie symbolu, nie wywołałoby żadnego efektu. Aktualnie panująca cisza, przynajmniej dla niej, jedynie potwierdzała ten pogląd.

Witaj córeczko,
już w pierwszym zdaniu chciałbym Cię szczerze przeprosić. Trudno abym tytułował się Twoim ojcem, skoro zapewne nie wiesz nawet jak wyglądam. Pomimo jednak tego, wiesz że jestem bliżej Ciebie niż myślisz, co już niech będzie wskazówką jeżeli chcesz mnie poznać.
Gratuluję dostania się do akademii! Chciałbym, przy tym abyś wiedziała, że na samym początku nauki, będzie Cię czekał rytuał. Dostaniesz do wyboru, rzekomy owoc drzewa poznania lub drzewa wiadomości. Zaprawdę powiadam Ci, owoc z drzewa poznania przybliży jedynie do śmierci, drzewo wiedzy natomiast nie jest drzewem życia.
Pomijając to, jeżeli przeczytałaś pozostałe moje książki, pewnie już zdążyłaś się przekonać, że żaden rytuał nie jest konieczny.
Na chwilę obecną tyle z mojej strony.
Trzymaj się prawdy i to do niej staraj się dotrzeć, zbliżając się przy tym do mnie.

Chciała przewrócić stronę, lecz nie potrafiła. Zastanawiała się, jakie warunki muszą być spełnione, by odwrócić stronę, czy po prostu może czytać tylko jedną stronę dziennie. Dalsze rozważania, w dniu dzisiejszym, mijały się z celem. Liczyło się to, że mogła, w pewien sposób poznać ojca, po raz pierwszy oraz dał jej wskazówkę, jak powinna dalej postąpić.
Sion ponownie złączyła dłonie, a następnie zamknęła swój zeszycik oraz schowała książkę. Profesor natomiast nadal kontynuował wykład, zachwalając zalety idące za zgłębianiem wiedzy alchemicznej, ponad magiczną. Pomimo, że misją akademii jest zniszczenie murów, dzielących te dwie nacie oraz zmiana wzajemnego nastawienie do siebie, na bardziej przyjazne, to trudno wyplenić poglądy wpajane przez setki czy tysiące lat.
Po zakończonych zajęciach postanowiła nieco pozwiedzać akademię, w poszukiwaniu biblioteki. Dowiedziała się, że są przynajmniej trzy na terenie całej szkoły: Po jednej dla magów i alchemików, po odbyciu rytuału oraz jedna wspólna, do której dostęp mają jedynie Nauczyciele oraz najlepsze osoby z ostatniego roku.
Powszechna jest pogłoska, o istnieniu jeszcze jednej, chociaż w zasadzie to legenda, która miała potwierdzać, że budynek jest symetryczny.
Szkoła posiada cztery skrzydła, podczas gdy są tylko trzy biblioteki. Tak właśnie powstał ów mit, mówiący także o księgach zakazanych w niej umieszczonych i tajemnych artefaktach.
Po "wycieczce", zakończonej porażką jeżeli chodzi o wypożyczenie książek, Sion wróciła do swojego pokoju, ściągnąć miecz przy jej pasie oraz czapeczkę, uwalniając tym swe długie czarne włosy. Położyła się na łóżko wraz z książką od ojca, zastanawiając się jak może przeczytać kolejną stronę. Od czasu do czasu, wędrując wzrokiem w kierunku rogu ściany, graniczącej z niedostępnymi dla uczniów przejściem do lochów, o których nikt nic nie wiedział, a co tylko wzbudziło jej zainteresowanie tą kwestią.
٭

– Tego jeszcze tylko brakowało, żebyśmy się spóźnili na pierwsze zajęcia praktyczne w roku. – Alex prawie spanikował.
– Mówi ten, który prawie godzinę żarł obiad.
– Weźcie nie spinajcie. – uspokoił ich Phil. – Jeszcze kupa czasu.
Zajęcia rozpoczynały się dziesięć minut przed drugą, we wschodnim skrzydle, w sali profesora Wayre. Podstawy magii i podstawy alchemii, prowadzono dla dwóch połączonych grup z różnych kierunków, co stanowiło jedyny wyjątek od reguły.
Uczeni obu dziedzin nie pałali do siebie wielką miłością i każda grupa posiadała swoje odrębne metody nauczania. Tylko dlatego, że sfery te często się przenikają, postanowiono wyłączyć te dwa przedmioty z reguły.
Klasa wypełniła się uczniami już na jakieś dziesięć minut przed czasem, a gdy wskazówki wskazały punkt właściwą godzinę, drzwi otwarły się szeroko i do sali wszedł nauczyciel. W jednej ręce trzymał swoją księgę, a w drugiej plik kartek. Rzucił je na biurko tak bezładnie, że mało nie pospadały na podłogę.
– Widać, że o ciszę nie muszę prosić. Jeden problem z głowy. – Podniósł jedną z kartek. – Dlatego, że nie mieliśmy jeszcze ani jednego wykładu, na dzisiaj przygotowałem dla was trochę teorii. Zanim mi zaczniecie marudzić, to są tylko jak na razie podstawy podstaw. Dużo też tego nie będzie, bo jak widzę to jeszcze niczego na temat nie powiedziałem, a już prawie połowa klasy ma mnie w dupie.
W tym momencie, jak jeden mąż, wszyscy skupili się na belfrze.
– Na dzień dobry powiem wam, że ani magia ani alchemia, nie są od siebie lepsze. Jedna i druga bez siebie nie mogą istnieć. To co chrzanią niektórzy z profesorów, to jest tylko to, co mówi ich własne ego. I nie chcę, żebyście wy też ulegli tym głupim stereotypom i przyłączyli się do tej hołoty.
Nauczyciel złapał się za twarz i pokiwał głową uświadamiając sobie, z jaką bandą spróchniałych dziadów musi współpracować, jakby sami uczniowie byli za małym wyzwaniem. Przeczesał włosy dłonią, poprawił okulary i zaczął mówić dalej.
– To tak... Najpierw może, co jest potrzebne do rzucania zaklęć. Katalizator, który ma zazwyczaj formę kryształu i prawie każdy mag ma go w swojej lasce.
Któryś z uczniów podniósł rękę by zadać pytanie. Wayre dał mu głos.
– W takim razie, dlaczego pan nie ma katalizatora, a mimo tego rzucał zaklęcia?
– Powtórzę się, ale tylko ten jeden raz. Prawie każdy mag ma go w swojej lasce. – powiedział to z naciskiem na "prawie", podnosząc swoją księgę zwróconą tyłem do studentów, ukazując im niebieski kryształ.
– Kontynuując. Później potrzebna jest formuła zaklęcia, zapisana na kartce, tablecie, w głowie, na ręce i bogowie wiedzą, gdzie jeszcze. No i jeszcze odpowiedni gest. Czasem wymagany jest jakiś materiał dodatkowy, ale to już wyższa magia. No i to wszystko. Nic więcej, nic mniej. Te wszystkie inne badziewia są nie potrzebne. Świece, stroje, kadzidła, to tylko tradycja – nauczyciel zrobił gest cudzysłowu – kultywowana przez staruszków, nie potrafiących iść z nurtem. – Vincent przeszedł na drugi koniec sali.
– Żeby lepiej wam to weszło do głowy, to zaprezentuję wam to w praktyce. – profesor otwarł szeroko jedno z okien.
Podniósł księgę na wysokość ramienia, zamek zazgrzytał i tom otworzył się. Kartki wewnątrz zaczęły przewracać w zawrotnym tempie, aż zatrzymały się na jednej ze stron. Profesor wyciągnął przed siebie prawą rękę, wypowiedział inkantację, rysując w powietrzu symbol i cisnął błękitnym pociskiem energii przez otwarte okno.
Przelatujący gołąb nie miał szczęścia. Oberwał zaklęciem i usmażył się żywcem. Upieczony ptak spadł na trawę i od razu porwał go wygłodniały lis.
– Wcale nie trudne. Prawda? – rzucił nonszalancko. – Podczas inkantacji wykreśliłem w powietrzu odpowiedni pentagram i wykonałem gest odepchnięcia. Wszystkich magicznych kręgów, gestów i podstawowych inkantacji, będziecie się uczyć na następnych zajęciach. Tyczy to też alchemików. Ja wiem, że może was to nie interesować, ale przydaje się. Przynajmniej będziecie znać podstawy i wyrobicie sobie odpowiednie reakcje na rzucane zaklęcia. – Profesor poprawił okulary na nosie. – Już kilka razy zdarzyło mi się, że ignoranci alchemicy oberwali zaklęciem. Nie było to dla nich przyjemne doświadczenie.
Wayre zamknął okno, gdy wiatr zaczął mocno wdzierać się do pomieszczenia.
– Myślę, że jeszcze o czymś mógłbym dzisiaj wspomnieć. – Podrapał się po głowie. – Magia ma dwa rodzaje. Czarną i Białą. Oprócz tego dzielona jest jeszcze na szkoły albo dziedziny, jak kto woli to nazywać. Mamy osiem takich szkół. Iluzje, Nekromancja, Oczarowanie, Odrzucanie, Poznanie, Przemiany, Przywoływanie i Wywoływanie. Z czego nekromancja jest magią zakazaną, a uroków nie można rzucać na innych ludzi.
Belfer usiadł na blacie biurka. Spojrzał na stos rozwalonych kartek i poprawił zgarnął je na jeden stosik.
– Ważna rzecz. Nie ma możliwości stworzenia nowych zaklęć. Wszystko możliwości już dawno zostały wyczerpane. Nam pozostaje doskonalenie tego, co już mamy. Eksperymentowanie z istniejącymi zaklęciami tak, żeby były jeszcze lepsze. – Nauczyciel spojrzał na zegarek. – Myślę, że to już wszystko.
Chwycił swoją księgę i ponownie ją otwarł. Tym razem jednak strzelił tylko palcami, z których poleciały iskry. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna średniego wzrostu, schludnie ubrany o czarnych włosach z zakolami, sugerującymi postępujące łysienie. Jego wyraz twarzy był tak poważny, że wydawało się, iż wrócił właśnie z jakiegoś pogrzebu.
– Dzisiaj kończymy wcześniej, dlatego że czeka was rytuał inicjacyjny. Profesor Kessler – wskazał na nowo przybyłego – zabierze swoich alchemików, żeby ich przygotować, a ja zajmę się moimi magami.
Połowa klasy podążyła posłusznie za swoim wychowawcą.
– No to migiem po wasze kostury i widzimy się pod salą "W 303". Na trzecim piętrze, zaraz obok wielkiej sali wykładowej, jak by ktoś nie wiedział.

٭

Profesor Wayre czekał już na nich pod salą. W pierwszym momencie prawie go nie poznali, bo ubiór w jakim tam stał, wyraźnie różnił się od tego, który nosił na co dzień. Miał na sobie tunikę do kostek, na jego ramiona nałożone były tabardy, kończące się poniżej bioder, a całość trzymała się w miejscu owinięta obi i spięta skórzanym pasem. Szata w czarnym kolorze sprawiała niesamowite wrażenie.
– No jazda panie i panowie! Ja wiem, że wyglądam powalająco, ale czas nas goni. – rzucił uśmiechając się szyderczo.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli, przygotowano już do rytuału inicjacji. Wewnątrz panował półmrok, na ścianach zawieszono płócienne transparenty z wymalowanymi symbolami magicznymi, a w centralnym punkcie na podłodze, czerwoną farbą wymalowano pentagram.
– To tak. Jako, że jest to ważna uroczystość, to każdy z was otrzymał swoją własną szatę. Czekają na was tam pod ścianą, opisane nazwiskami. Oprócz tego macie jeszcze kartkę z inkantacjami, które będą użyte przy rytuale. To musicie wykuć na pamięć, zanim się wszystko zacznie.
Cała grupa jak jeden mąż zaczęła panikować.
– Ale jak to tak? – rzucił ktoś.
– Nie możliwe! Za mało czasu. – krzyknął kto inny.
– O to się nie martwcie. – Belfer uspokoił klasę. – Nie jestem złośliwy. Jak bym chciał być wredny, to nie byli byście tu pół godziny za wcześnie, tylko ciągnąłbym dalej swój wykład. – Niektórzy studenci odetchnęli z ulgą. – Świadkiem tego całego przedstawienia będzie pan wicerektor, który wręczy wam później pierścienie. Oprócz tego, że wyglądają całkiem nieźle, to dodatkowo służą do otwierania niektórych pomieszczeń z restrykcjami. Postarajcie się nie wygłupić przy rytuale, bo to pójdzie na moje konto.
Szaty studentów okazały się bardzo podobne do tych, noszonych przez belfra, z tym że tunika była tylko do kolan a do tego dołożono czarne spodnie i oficerki tego samego koloru.
Profesorowie prowadzący mieli duży wpływ na oficjalny ubiór swoich podopiecznych. Każda grupa wyróżniała się innym krojem albo stylem, głównie po to, by dało się poznać kto jest ich mistrzem, ale był to też element rywalizacji pomiędzy nauczycielami magii.
Chłopcy prezentowali się w swoich strojach niesamowicie. Alex, smukły, średniego wzrostu blondyn podpierał się na swoim techno–magicznym kosturze. Przystrzyżony schludnie na krótko, z oczami zielonymi jak szmaragd. Tony, nieco wyższy od swojego kolegi i lepiej zbudowany, miał długie kasztanowe włosy spięte w kucyk i tęczówką piwnego koloru. Chłopak polerował jeszcze kryształ w swojej dębowej lasce. Ostatni z trójki, Phil, był najwyższy z nich i najbardziej wyluzowany. Jego czarne loki, opadały mu w nieładzie na ramiona. Na jego nosie spoczywały okulary połówki, za którymi kryły się brązowe oczy, a w ręku ściskał kij z żelaznego drzewa.
Kiedy nadszedł czas rytuału, wszyscy ustawili się wewnątrz kręgu. Po nietęgich minach niektórych osób, dało się wywnioskować, że nie byli zbyt pewni swojej gotowości. Profesor Wayre poinstruował wszystkich co do przebiegu ceremonii i sam stanął wewnątrz pierścienia utworzonego przez uczniów.
Do sali wszedł wicerektor w towarzystwie dwóch innych profesorów, po czym usiadł na miejscu specjalnie dla siebie przygotowanym i gestem nakazał rozpoczęcie.
Studenci zwróceni ku swojemu wychowawcy, trzymali kostury w obu rękach. Każdy po trzy razy uderzył w ziemię.
– O wy, którzy tu przybywacie, czego pragniecie? Czego wymagacie? – zapytał Vincent.
Uczniowie rozpoczęli inkantację.

Na wszystko, co jest mi święte, przysięgam odważnie dążyć ścieżką przez siebie wybraną, poprzez pragnienie, do wiedzy. Związany dziś paktem ze swoim mistrzem, obiecuję przestrzegać zasad i czynami zasłużyć się bractwu. Mocą swoją posłużyć ludzkości jako przewodnik, nauczyciel, by jej przez sztukę pokazać prawdę. Niech magia będzie moją drogą. Scientia potentia est.

Znów po trzykroć zadudniła podłoga.
– Udowodniliście mi swoją godność. Ja, Vincent Wayre przyjmuję was Akolitów pod swoje skrzydła. – Profesor wypowiedział coś pod nosem i z pod szaty wyciągnął sztylet. Przeciął swoją dłoń i upuścił krew na podłogę. – Sanguinem Erit ligatum et. – Pentakl rozjarzył się czerwonym magicznym płomieniem.
Języki ognia otoczyły belfra i jego studentów. Alex poczuł uścisk w sercu i na moment stracił oddech. Mocno zaparł się na swoim kosturze. Inni nie wyglądali lepiej od niego. Płomień zawirował i rozpłynął się w powietrzu.
– Związani przez rytuał krwi zostaliście moimi uczniami, a ja waszym mistrzem. Prowadzić was będę przez arkany magii, aż do momentu gdy więź tą zerwiecie. Scientia potentia est.
Wayre skinął głową, adepci magii opuścili krąg i ustawili się rzędem do wicerektora. Ten odbierał pierścienie od jednego ze swoich towarzyszy i wręczał im je wraz z gratulacjami. Później pokusił się jeszcze o małe przemówienie, w którym starał się pokazać życie maga przez różowe okulary i za wszelką cenę antagonizować alchemików. Kiedy już mu się znudziło, pożegnał się i wyszedł.
– Teraz możecie odetchnąć. – rzucił wychowawca, zawijając rozciętą rękę kawałkiem bandaża.
– To była dopiero katorga. – westchnął Tony.
– A to jest dopiero początek, mój drogi. – Vincent klepnął go w plecy. – Rytuał inicjacji jest dla nowych zawsze męczący. Radzę wam iść się zdrzemnąć, albo coś, bo zajęć już dzisiaj więcej nie macie.
Wymęczeni studenci powlekli się do swoich pokojów, żeby zaznać upragnionego odpoczynku.

٭

Wieczorem chłopcy postanowili sprawdzić, do jakich pomieszczeń, oprócz tych, które wymienił profesor, dostali dostęp. Trochę się zawiedli, bo oprócz skrytki z kilkoma wiadrami i miotłami, nic się przed nimi nie otwarło.
Postanowili więc, tak jak ostatnio, rozdzielić się i pójść w swoje strony. Alex zdecydował się na odwiedzenie biblioteki i wypożyczenie jakiejś księgi z podstawami magii. Wolał być na bieżąco z materiałem i jednocześnie dowiedzieć się ciekawostek, jakich na lekcjach prawdopodobnie nie pozna.
W akademii znajdowały się cztery biblioteki, z czego dwie główne znajdowały się w frontowych wieżach i rozciągały się aż pod sam dach. Im wyżej w hierarchii się znajdowałeś, tym wyżej mogłeś wejść. Nowi uczniowie mieli dostęp tylko do części na parterze.
Sięgając po księgę wdzięcznie zatytułowaną "Magica Stupendis", kątem oka zauważył chłopaka z grupy alchemicznej, który nigdy nie rozstawał się ze swoim beretem ozdobionym piórami. Był niższy i drobniejszy od większości swoich kolegów, a jego ubiór na tyle luźny, iż wydawało się że nosi ciuchy o numer za duże. Teraz szedł do jednego ze stolików, niosąc naręcze kołyszących się na boki woluminów.
– I aż trudno uwierzyć, że większość magów nazywa ich leniami i obibokami. – powiedział do siebie Alex. – Profesor Wayre ma rację. Nie należy brać do siebie wszystkiego co mówią, bo to tylko sterta stereotypów.

Awatar użytkownika
Draco_Veil
Posty: 31
Rejestracja: 07 lipca 2013, 10:28
Lokalizacja: Tarnowskie Góry
Kontaktowanie:

Re: The Antecedents

Post autor: Draco_Veil » 17 maja 2016, 21:22

Sion padła na łóżko. Rzucając uprzednio obok biurka stos książek z biblioteki, do której w końcu udało jej się dostać.
– I pomyśleć, że brakującym ogniwem okazał się głupi pierścionek i to jeszcze daje dostęp tylko do dwóch bibliotek. Przecież tych książek nawet na tydzień nie wystarczy, skoro za jednym razem, wypożyczyłam wszystkie mające jakąś wartość.
Usiadła na łóżku krzyżując nogi, wyciągając wcześniej z bocznej kieszeni mundurka mały, prostokątny, zawinięty w srebrną folię, pakunek . Jednakże, mimo szczerych chęci, nie mogła teraz się zająć nowo nabytym przedmiotem, odkładając go na nocną szafkę, dodatkowo zakrywając go beretem, który właśnie ściągnęła, ku radości swoich włosów, odsłaniając również, jej szyję, na której obecnie wisiał złoty pierścionek, z czerwonym kamieniem w jego centrum.
Wstała z łóżka i po przebraniu się w luźniejsze ciuchy, rozpoczęła swój rytuał od wyciągnięcia swojego miecza, wraz z którym niestrudzenie spędziła kolejne pół godziny, aby później położyć się ponownie, biorąc tym razem do ręki pióro oraz Nikki, w którym odwróciła kolejną stronę:

Dzień 2

„Wielka ceremonia rytuału przyjęcia Uczniów do jednego z dwóch obozów i przysięga wierności dokonanemu wyborowi”, czyli kolejny absurd już na mną. Wielkie przysięgi, lejąca się krew, okrzyki zachwytu, łzy wzruszenia z dołączenia do jakiejś społeczności... Chrońcie mnie od tej bandy debili. Jedyny plus to ten pierścionek, chociaż wybrakowany bo otwiera zaledwie dwie biblioteki: jedną przeznaczoną dla alchemików oraz drugą ogólną, dla obu grup. Lepsze to jednak niż nic, a z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że pierścionek od magów będzie w stanie otworzyć drzwi przeznaczonej dla ich biblioteki, dzięki czemu pakunek, który udało mi się zdobyć w jednym ze sklepów, zacznie spełniać swoją rolę.
Wracając do rytuału, zgodnie z tym co przeczytałam wczoraj w książce od ojca, nie wybrałam żadnej z grup, przysięgę przemilczałam, a pierścionek trafił na łańcuszek, korzystając z luki w regulaminie, w której nigdzie nie jest napisane, gdzie musi się znajdować. Myślałam, że dzięki takiemu działaniu uda mi się przeczytać kolejną stronę, ale próba odwrócenia kartki spełzła na niczym.
Z wartych zaznaczenia rzeczy, pozostaje mi wspomnieć, że biblioteka faktycznie jest ogromna, lecz cóż z tego jeśli w środku jest pusta z książkami tak naprawdę przeznaczonymi dla laików i kilkoma księgami zakazanymi, które jako jedyne wypożyczyłam. Po samych jednak ich tytułach obawiam się, że zbyt wiele mi nie rozjaśnią, ale nie ma co oceniać książki przed jej przeczytaniem od deski do deski.
Na zakończenie, mile zaskoczył mnie profesor z dzisiejszych zajęć ogólnych dla alchemików i magików , który przełamał schemat wprowadzając swój katalizator do książki. Co w ogólnym efekcie niezwykle przypominało mój zeszyt z podręcznymi symbolami. Przez co spoglądam teraz na magię nieco inaczej i co mnie zainspirowało do spróbowania jednej rzeczy. Niestety do czasu zdobycia własnego katalizatora muszę wstrzymać się z tym pomysłem, bo te „katalizatory” udostępnione dla alchemików, nie nadają się do niczego więcej jak robienia za ozdobę.


Następnego dnia, zajęcia rozpoczynały się dopiero po południu. Chociaż Sion powiedziałaby, że "już popołudniu", gdyż dobre parę godzin po wschodzie Słońca uzmysłowiła sobie, że wypada się nieco przespać przed nadchodzącymi zajęciami. Zasnęła z poczuciem satysfakcji i dobrze wykonanego postanowionego sobie celu. Połowę ze stosu wypożyczonych książek mogła już oddać, a których efekty zapisała w swoim notatniku, w postaci kilku zakazanych i paru zapomnianych symboli alchemicznych.
Jedna z historii szczególnie zwróciła jej uwagę. Przedstawiała ona dzieje alchemii, z perspektywy szkód jakie wyrządziła, a także ofiar jakie zebrała konieczność przeprowadzania eksperymentów trwających po dzień dzisiejszy. W przeciwieństwie do magii, która została, przynajmniej w opinii profesorów, w całości odkryta, alchemia jest nadal żywa, a jej główny cel nie jest nawet bliski osiągnięcia.
Przed pójściem spać, Sion standardowo wykonała swój własny, można by rzec rytuał, władania mieczem. Co szybko okazało się nie tyle chybionym, o ile problematycznym pomysłem. W sytuacji, gdy osłabiony niedoborem snu organizm został zmuszony do kolejnego wysiłku, nie pozostaje nic innego niż dać swojemu właścicielowi do zrozumienia, że tak każdy ma jakieś "uczucia”. Czego skutkiem było chociażby zmniejszenie siły w rękach, przez co miecz stał się w odczuciu Sion dwukrotnie cięższy niż zazwyczaj. Nie poddała się jednak swemu ciału i po standardowym trzydziestominutowym treningu, mimo iż może mniej efektywnym, to niewątpliwie zakończonym sukcesem, wróciła do łóżka z nieodpartą satysfakcją, dzięki przezwyciężeniu słabości i efektywnemu wykorzystaniu czasu.
Radość ta jednak nie trwała zbyt długo, a prysnęła w momencie otworzenia oczu, i spojrzeniu na zegar wskazujący już porę obiadową. Nie znaczyło to jednak dla niej nic, ponad konieczność wstania i odpuszczenia sobie dzisiejszego posiłku, zamiast którego zaczęła przygotowywać się do wyjścia oraz rozpoczęcia operacji zdobycia pierścionka jakiegoś maga. Nie zapowiadało się jednak, żeby szybko i łatwo udało jej się zakończyć misję powodzeniem, tym bardziej, że prawdopodobnie ona jedyna nie nosiła pierścionka na palcu. Ogarniało ją przy tym poczucie pewności siebie i wręcz ekscytacji, że w końcu jest okazja do wykorzystania wiedzy w praktyce.
Zajęcia tego dnia rozpoczynała z wychowawcą grupy, do której została przydzielona podczas rytuału. Profesor nie przykładał jednak wagi do tej ceremonii. Nie polała się krew, a wypowiedzenie przysięgi sprowadzało się do przeczytania jej na głos z kartki. Podobnie jak nikt nie zwrócił uwagi, że w owym chórze jednego głosu brakuje. Samemu ich mentorowi najwyraźniej przydzielono tą rolę wbrew jego woli i nie zważając na ilość czasu przeżytego na świecie czy braku przekonania do obecnego systemu szkolnictwa, którego nie miał siły próbować zmienić.
Jego podopieczni nosili białe szaty, stanowiące opozycję do czarnego ubioru grupy magów, których wychowawcą został młody profesor pełen jeszcze zapału do pracy, co jeszcze bardziej uwydatniało kontrast pomiędzy dwiema nacjami.
Sam strój prezentował się dostojnie, pomimo jego prostoty. Składał się z białych spodni i koszuli bez kołnierza, zapinanej złotymi guzikami, których kolor został użyty także dla dwóch pionowych pasków, pociągniętych w linii piersi. Wygląd paska pozostawiono w gestii uczniów, przyjęło się jednak, że zależał on od wybranej specjalizacji. Jako forma nagrody dla najlepszych z poszczególnych grup, czekała suknia wykonana na podobiznę strojów noszonych przez wychowawców. Wyłonienie najlepszych miało nastąpić poprzez egzamin w ostatnim dniu miesiąca, kiedy wszyscy zdążą się poznać w grupach. Zwycięzcy obejmowali również stanowisko przewodniczących swoich grup.
Sion nie przejawiała zainteresowana objęciem tej funkcji lub tytułem najlepszej, natomiast możliwość noszenia bardziej dziewczęcego stroju kusiła, tym bardziej, że trudno o lepszy moment na ujawnienie swojej tożsamości, niż w momencie wygranej nad mężczyznami, którzy przez tyle wieków mieli sztukę alchemii na wyłączność. Również perspektywa wyrzucenia jej z akademii zniknęłaby bezpowrotnie, a przy odrobinie szczęścia tak jak w przypadków magów, nastąpiłby przełom w postrzeganiu kobiet przez alchemików.
Owa wizja wypełniała ją ekscytacją, lecz przy tym pewnym smutkiem, że coś w życiu musi udowadniać, zamiast się cieszyć jego pełnią bez konieczności akceptacji ze strony innych. O ile jej się to nawet udało, to kosztem upodobnienia się do księżyca w połowie cyklu, ukrywającego swoje pełne oblicze, które niestety w chwili obecnej nie może zostać ujawnione.
Po przebraniu się w swój nowy biały strój, udała się na lekcję z profesorem Jisanem, prowadzącym wykład z podstaw alchemii. W przeciwieństwie do widowiskowej prezentacji profesora Wayre, staruszek rozpoczął swoje zajęcia od wyciągnięcia miecza, przy pomocy którego narysował okrąg na podłodze sukcesywnie dorysowując kolejne symbole. Na sali panowała w tym czasie absolutna cisza, a po chwili nikt nie ośmielił się nawet myśleć na temat profesora, kiedy nagle obdarzył on jednego z magów zabójczym spojrzeniem, gdy na twarzy ucznia malował się delikatny śmiech myśląc zapewne, że stary dziad zwariował i szkoła powinna zostać przekształcona w akademię jedynie dla magów.
Po skończeniu symboli podniósł swój miecz w kierunku ucznia, którego wcześniej obdarzył zabójczym wzrokiem
– Panie Tony, jeżeli uważa pan, że magowie są tacy wspaniali i potężni, to proszę spróbować wyrzucić mnie z tego okręgu, na którym obecnie stoję. Może pan użyć magii czy czymkolwiek jeszcze pan dysponuje. – Odezwał się spokojnym głosem, w którym dało się wyczuć nutkę pogardy w stosunku do osoby w którą wymierzał mieczem.
Tony jedynie spojrzał po swoich kolegach, chcąc uzyskać w nich jakieś wsparcie, lecz poza wymianą zdziwionych spojrzeń, nie odważyli się wstawić w jego sprawie.
– Śmiało, to proste zadanie, wyrzucić z okręgu jednego starca. – Powiedział z lekkim uśmiechem, lecz nie opuszczając swojego miecza.
Chłopak wstał i podniósł swój kostur, na którym katalizator zaświecił się jasno niebieskim światłem, a po chwili promień energii, z całym impetem uderzył w kierunku starszej osoby, która nawet nie mrugnęła powiekami, podczas gdy zaklęcie jak szybko się pojawiło, tak szybko znikło nie pozostawiając nawet śladu po tym, że kiedykolwiek zostało rzucone.
– Muszę pana pochwalić, przynajmniej wiem, że uważał pan na zajęciach z Podstaw Magii i prezentacja, która zdążyła stać się już tradycją profesora Wayre, wywarła na panu wrażenie na tyle, żeby spróbować zrobić ze mnie to, co pozostało z biednego wolnego ptaka. – zwrócił się teraz do całej klasy. – Chciałem zrobić wykład, ale zacznijmy od razu od ćwiczeń, bo to dzięki nim faktycznie mogą się państwo czegoś nauczyć. Dodatkowo zapadają w pamięci w przeciwieństwie do umożliwiających wyspanie się wykładów. Zadanie brzmi: proszę spróbować mnie wyrzucić z tego okręgu.
Reszta klasy, a przynajmniej znaczna część grupy alchemików, jedynie czekała na te słowa chcąc udowodnić, że to oni są lepsi, a narysowany znak niweluje tylko działanie magii.
Rozpoczęło się szybkie rysowanie symboli i wypowiadanie inkantacji, kilka ampułek z wcześniej przygotowanymi eliksirami również powędrowało w kierunku starszej osoby, nie robiąc na nim najmniejszego wrażenia, a jedynie tworząc na sali niemały bałagan.
Kiedy klasa zniechęciła się do dalszych prób, widząc że nie odnoszą one skutku i na sali ponownie zapanowała cisza, jakby z prośbą by w końcu profesor wyjawił tajemnice tego symbolu i czemu ich starania poszły na marne, wstała Sion. Udała się w milczeniu na środek sali i stanęła naprzeciw Jisana w odległości około dwóch merów. Właśnie na taką okazję, sprawdzenia swoich umiejętności fechtunku, czekała. Lekko się skłoniła, a następnie wyciągnęła swój miecz.
Profesor, nie kryjąc zaskoczenia wydał z siebie odgłos wręcz podziwu. Również się ukłonił i zwrócił miecz w jej kierunku, dając tym samym zielone światło do rozpoczęcia pojedynku.
Sion ruszyła, rozpoczynając od frontowego dźgnięcia skierowanego prosto w serce Jisana. W odpowiedzi sam zwrócił swoje ostrze w dół, aby stanąć na drodze wymierzonego ataku. Nastąpiła szybka wymiana kilku ciosów, zakończona odskoczeniem przez Sion na odległość metra, tylko po to by zdobyć potrzebną przestrzeń do wybicia się w powietrze i uderzenia od góry, z takim impetem, że profesor musiał cofnąć nogę w tył aby sparować atak, wychodząc nią tym samym nieco poza okrąg. Żadne z nich nie przywiązało do tego najmniejszej wagi, a walka trwała jeszcze dobre kilka minut, aż jej obszar obejmował już całą salę.
Zakończyła się ona w momencie, kiedy Jisan wziął w drugą rękę swoją pochwę wymierzając nią atak z prawej strony, jednocześnie w momencie jego zablokowania przez Sion, zaatakował mieczem, wytrącając tym samym jej ostrze z ręki.
– Na dziś wystarczy. – Rzekł, zwracając się w stronę swojej przeciwniczki i przez chwilę wpatrywali się wzajemnie na siebie. Profesor po chwili wytrzeszczał oczy i zaśmiał się cicho, zwracając się następnie w kierunku klasy, jak gdyby nigdy nic kontynuując zajęcia, nie okazując nawet odrobiny zmęczenia.
– Pierwsza lekcja alchemii. Nie polegajcie jedynie na niej, ale korzystajcie również z własnej siły. Stworzenie okręgu lub mikstury trwa, a przeciwnik nie musi wam dać wcale czasu na przygotowanie. Mam nadzieję, że właśnie z tego powodu nosicie miecze u swoich boków i pamiętajcie, że prawdziwa siła tkwi w was samych.
– Profesorze, można liczyć na rewanż? – Przerwała mu Sion łamiącym głosem, starając się złapać oddech po walce.
– Dziękuję za przypomnienie. Z racji tego, że jesteście nowi, wiedzcie iż w szkole prowadzone są zajęcia pozalekcyjne, obowiązkowo przez każdego profesora w okolicach godziny osiemnastej. Wyjątkiem są jedynie zajęcia z Astronomii, zaczynające się znacznie później, a także lekcje opieki nad zwierzętami rozpoczynające się o świcie. Oczywiście z racji tego, że profesorowie są zobowiązani do prowadzenia tych zajęć dodatkowych istnieje tradycja, aby każdy z członków naszej akademii uczestniczył w zajęciach prowadzonych przez jednego z nas. Sam prowadzę zajęcia z fechtunku. Tak więc jeśli chcecie, żeby ciężar który nosicie u swoich boków spełniał inną opcję niż ozdobną, wasz wybór jest chyba oczywisty. Pytania?
Usiadł przy swoim biurku w oczekiwaniu na pytania, a może na nadejście upragnionego dzwonka, do którego pozostały już tylko sekundy. Na zakończenie zajęć tylko rzucił:
– Magowie, wy również czujcie się zaproszeni.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: The Antecedents - Czwarta Biblioteka

Post autor: Prophet » 29 maja 2016, 20:18

Muszę na początku powiedzieć, że zabierałam się do tekstu trochę jak ten pies do jeża, ale wreszcie zgarnęłam nieco motywacji... i efekty są jakie są :bag:

Co mogę powiedzieć - jako zwykły czytelnik stwierdzam, że na razie jest trochę... nie wiem. Na razie dostałam wprowadzenie do tematu, podstawowe fakty i jestem ciekawa do czego to posłuży. Gdzieś mi mignął rozjazd z bibliotekami. Raz stwierdzono, że są trzy i czwarta jest jakąś szkolną legendą, raz że jest ich po prostu cztery.

Postaci - są, jeszcze nie wiem dlaczego słucham o trzech kumplach, ale pewnie w dalszej części będzie to wyjaśnione. Jest pierwsza dziewczyna-alchemik, pierwsza chyba z ukazaną historią (urywkiem prawdzie, ale coś jest!). I tu muszę też wspomnieć o Vincencie, który już zawojował me serce swoim podejściem do życia <3

Co jeszcze...
A. W spojlerze pierwszym trochę zgubionych/nadprogramowych spacji, przecinków i kropek (a przynajmniej te, które wydały mi się nie na miejscu).
W drugim kilka uwag i wyłapanych literówek, przy czym od razu zaznaczam, że mogę się mylić :bag:
SpoilerShow
Czerwone to nadprogramowe, zielone to brakujące.
Pani Blairee będzie wiedziała co wam dać. – skwitował krótko.
– Panie profesorze. – Alex zdecydował się na zadanie jednego. – Czy mogę zapisywać przebieg moich badań na moim tablecie(...)
– Początek zapowiada się strasznie wesoło. – Tony dokładnie przyglądał się planowi zajęć. – Na dzień dobry mamy wykład z podstaw Alchemii
– Mam nadzieję, że nie zasypią nas całą masą teorii. – westchnął Alex.
– To mi trochę ulżyło. – odetchnął Tony.
– Nie wie pani, czy można tu gdzieś dostać albo kupić kostur, bo jakoś nam to zupełnie wyleciało. – wtrącił Alex.
– Holender! Całkowicie zapomnieliśmy o tych kosturach, co nie? Ale kanał. – rzucił Phil, kiedy znaleźli się na korytarzu.
– Na tyle szczęśliwie dla nas, że je tu sprzedają. – odparł Tony.
– O! Nową krew widzę do nas przywiało. – rzucił Broen, bo takie było imię młodszego mężczyzny.
Po pierwszym dniu spędzonym w tej szkole, wniosek był prosty - niemalże nikt z Uczniów, nie powinien mieć prawa noszenia go, przy swoim pasie. Niektórzy Nauczyciele, dając „piękny” przykład młodszemu pokoleniu, wyciągali swe miecze z pochwy na środku korytarza, aby to zaprezentować, a czasem udowodnić, jak wspaniałym jest się alchemikiem. Niejednokrotnie oczom wszystkich, ukazywało się ostrze ze złota najwyższej próby, a każdy przecież wie, jak bardzo słaby jest ten kruszec, a upadek, takiego skarbu lub jego uszczerbek, wiązałby się ze sporymi kosztami. Nie ma co wspominać o walce, do której się w ogóle nie nadaje. Jeżeli jednak ostałaby podjęta, wówczas porażka jest gwarantowana, tak jak złamanie ostrza i hańba, swoją drogą zasłużona.
Sion zrezygnowała z dalszej analizy, bitwy pomiędzy dwoma bogaczami. Na takich kretynów szkoda marnować czasu, a co dopiero zastanawiać się nad ich postępowaniem, które groziło zarażeniem się ich głupotą. Pomyśleć jeszcze, że większość nauczycieli, dzierży złote miecze, jako symbol ich siły, mądrości i zdolności.
W całym tym akapicie coś mi nie bardzo z przecinkami. Może się mylę, ale radziłabym jeszcze raz przejrzeć.
Zajęcia rozpoczynały się o godzinie 8:00, śniadanie natomiast pół godziny wcześniej, Sion wstała o 6:30, tak by zdążyć wystylizować się na chłopaka i odpowiednio ukryć swoje oryginalnie sięgające za ramiona włosy.
Hm... może zamiast przecinka przed "Sion" dać kropkę? Albo inaczej to złożyć, bo wydaje mi się trochę kalekie...
Zabrała swój miecz, przerzuciła torbę przez ramię i udała się w stronę jadalni. Po drodze mijając pozostałych uczniów.
Tu odwrotnie, zamiast kropki przecinek. Albo przerobić to drugie zdanie.
– Weźcie nie spinajcie. – uspokoił ich Phil. – Jeszcze kupa czasu.
– Na dzień dobry powiem wam, że ani magia ani alchemia, nie są od siebie lepsze.
– Powtórzę się, ale tylko ten jeden raz. Prawie każdy mag ma go w swojej lasce. – powiedział to z naciskiem na "prawie", podnosząc swoją księgę zwróconą tyłem do studentów, ukazując im niebieski kryształ.
– Żeby lepiej wam to weszło do głowy, to zaprezentuję wam to w praktyce. – profesor otwarł szeroko jedno z okien.
– No jazda panie i panowie! Ja wiem, że wyglądam powalająco, ale czas nas goni. – rzucił uśmiechając się szyderczo.
– Nie możliwe! Za mało czasu. – krzyknął kto inny.
– Teraz możecie odetchnąć. – rzucił wychowawca, zawijając rozciętą rękę kawałkiem bandaża.
– To była dopiero katorga. – westchnął Tony.
– I aż trudno uwierzyć, że większość magów nazywa ich leniami i obibokami. – powiedział do siebie Alex.
Sion padła na łóżko. Rzucając uprzednio obok biurka stos książek z biblioteki, do której w końcu udało jej się dostać.
I znowu. Wywal ten przecinek albo przerób to :)
Usiadła na łóżku krzyżując nogi, wyciągając wcześniej z bocznej kieszeni mundurka mały, prostokątny, zawinięty w srebrną folię, pakunek.
spacja :)
– Śmiało, to proste zadanie, wyrzucić z okręgu jednego starca. – Powiedział z lekkim uśmiechem, lecz nie opuszczając swojego miecza.
– Muszę pana pochwalić, przynajmniej wiem, że uważał pan na zajęciach z Podstaw Magii i prezentacja, która zdążyła stać się już tradycją profesora Wayre, wywarła na panu wrażenie na tyle, żeby spróbować zrobić ze mnie to, co pozostało z biednego wolnego ptaka. – zwrócił się teraz do całej klasy.
– Na dziś wystarczy. – Rzekł, zwracając się w stronę swojej przeciwniczki
SpoilerShow
Na zewnątrz panowała już mrok
panował
Do tej kolekcji przylegała szafa na ubrania oraz oparty o nią miecz, na którego rękojeści zwisała torbą.
Zwisała czym?
otwarła zeszyt. Chwilę się zastanowiła ,cóż powinna napisać na stronie tytułowej, lecz stanęło na tym, źe błękitny atrament uwiecznił na niej słowo „Nikki”, czyli pamiętnik.
Słowo "otwarła" mnie razi. Wiem, wedle słowników jest poprawne, ale... no nie potrafię nad tym przejść ^^"
W dodatku patrząc na pan zajęć na cały rok
plan
Pomimo, że misją akademii jest zniszczenie murów, dzielących te dwie nacie oraz zmiana wzajemnego nastawienie do siebie, na bardziej przyjazne, to trudno wyplenić poglądy wpajane przez setki czy tysiące lat.
nastawienia
– Żeby lepiej wam to weszło do głowy, to zaprezentuję wam to w praktyce. – profesor otwarł szeroko jedno z okien.
Otwarł... nie mogę.
Belfer usiadł na blacie biurka. Spojrzał na stos rozwalonych kartek i poprawił zgarnął je na jeden stosik.
Coś tu zostało po edycji.
Wszystko możliwości już dawno zostały wyczerpane.
Wszystkie
Chwycił swoją księgę i ponownie ją otwarł.
otworzył (zlituj się ;_;)
Nie możliwe! Za mało czasu. – krzyknął kto inny.
Niemożliwe
Tony, nieco wyższy od swojego kolegi i lepiej zbudowany, miał długie kasztanowe włosy spięte w kucyk i tęczówką piwnego koloru.
Z tego zrozumiałam, że ma włosy spięte tęczówką... :bag:
Trochę się zawiedli, bo oprócz skrytki z kilkoma wiadrami i miotłami, nic się przed nimi nie otwarło.
... (;_;)
Połowę ze stosu wypożyczonych książek mogła już oddać, a których efekty zapisała w swoim notatniku, w postaci kilku zakazanych i paru zapomnianych symboli alchemicznych.
Coś tu się zgubiło albo coś... W każdym razie, dla mnie to zdanie jest troszkę niezrozumiałe.
Chłopak wstał i podniósł swój kostur, na którym katalizator zaświecił się jasno niebieskim światłem
jasnoniebieskim
Ogólne wrażenia - czytało się dobrze i czekam na więcej, bo to bardzo moje klimaty i jestem naprawdę ciekawa jak to się rozwinie :D
*tsa, nie umiem w komentarze*
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Draco_Veil
Posty: 31
Rejestracja: 07 lipca 2013, 10:28
Lokalizacja: Tarnowskie Góry
Kontaktowanie:

Re: The Antecedents - Czwarta Biblioteka

Post autor: Draco_Veil » 30 maja 2016, 17:21

Dzięki za komentarz, już się biorę za poprawianie.
Normalnie padłem, że też takie kwiatki mi się ominęło, to mi się nie chce wierzyć.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: The Antecedents - Czwarta Biblioteka

Post autor: Siemomysła » 07 czerwca 2016, 06:32

Hej!
Chyba najbardziej interesuje mnie Vincent oraz jego brat (pokazywali jego brata na tej inauguracji i co z nim?) i Golem ;) Sion jest tak bardzo przebrana, że mnie bawi ;) z jakiegoś powodu mam wrażenie, że wszyscy nauczyciele wiedzą, że ona jest dziewczyną. W końcu chodząc cały czas w czapce zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, no ale to dopiero początek początku roku szkolnego/akademickiego (właśnie - mam problem, żeby sobie wyobrazić, w jakim oni są wieku. Raz mówisz uczniowie, innym razem studenci, a to jednak różnica) i tak naprawdę dopiero przyszłość pokaże, co z tego wyjdzie. Przydałoby się coś, co trochę utrze jej nosa, bo przekonanie o własnej nieomylności i hiperzajefajności może być szybką drogą do porażki - człowiek traci ostrożność. Ogólnie nie wierzę, żeby nikt poza nią nie był bystry w tej szkole, ale akceptuję fakt, że ona tak myśli z pogardą zaiste godną zbuntowanej nastolatki.
Biblioteki faktycznie raz są trzy, a czwarta legendarna - w wersji Sion, innym razem pojawia się stwierdzenie, że cztery w wersji chłopców. No i ich przeznaczenie też jest pomieszane, bo przy Sion jest że jedna magiczna, jedna alchemiczna a jedna mieszana - dla nauczycieli (a legendarna z zakazanymi książkami miała być), a potem jest mowa, że bez problemu z mieszanej książki można wziąć i do tego zakazane. Jeśli tak miało być, ta kompletna dezinformacja biblioteczna to ciekawam, co z tego wyniknie.
Trochę to wszystko, póki co płynne, jeszcze nie do końca czuć spójną formę, pojawiają się fakty, które sprawiają wrażenie, jakbyś je musiał potem pochytać ;)
Ach! I doceniam wykorzystanie gwary ;) A staruszkowi to chyba zmieniłeś nazwisko, bo chyba powinien się nazywać, jak jego żona. A! I trzeci chłopak nie kupił kostura, a potem go miał. Czemu?
To tyle pytań i uwag.
Pozdrowienia!
:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Draco_Veil
Posty: 31
Rejestracja: 07 lipca 2013, 10:28
Lokalizacja: Tarnowskie Góry
Kontaktowanie:

Re: The Antecedents - Czwarta Biblioteka

Post autor: Draco_Veil » 10 czerwca 2016, 23:23

Co do nazwiska, to widzę tylko, że mi jedno "e" za dużo się pojawia i to na pewno pójdzie do poprawki. A Elliot, to imię pana Blaire. Może trochę nie jasno wyszło.
Co do kostura cytuję
– Ja nic nie muszę kupować. Dostałem kostur od dziadka. Bardzo elegancki, klasyk z drzewa żelaznego. A jeśli o kasę chodzi, to w głównym hallu jest terminal, tylko módlcie się, żeby prowizja nie była kosmiczna, bo się zrujnujecie.
Rozjazdów trochę może być i muszę to trochę przemaglować. Taki urok pisania w dwóch :D

A co do ich wieku... Ja też na razie nie wiem :P

ODPOWIEDZ