Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Zapłata

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Zapłata

Post autor: Krin » 15 lipca 2015, 19:35

Pomysł na to opowiadanie wyewoluował z idei anty-wiedźmina, z którą się ostatecznie raczej minął, choć posiada po niej wiele śladów.
Całość składa się z trzech już skończonych na tę chwilę rozdziałów z czego pierwszy jest najdłuższy.

Miłej lektury! :)

(Pozwoliłam sobie na przeróbkę opowiadania ze względu na nowsze teksty o Kruczarzu. Starałam się nie wprowadzać zmian fabularnych, ale jakbym palnęła coś, co się przez to zupełnie nie zgadza, to krzyczcie.)
I Człowieka tego powleczono do Lamre pierwszego dnia zimy. Był inny od zwyczajnych włóczęgów. Żaden złodziej ani opijus. Wieść niosła, że czarownik. Przeprawiała się przez lasy, przepływała rzeki, dopadała podróżnych, aż trafiała do miast wywołując epidemie. Na nic się zdały wysiłki kapłanów. Wieść zakradła się również pełnymi nędzy uliczkami Lamre i tam czekała na właściwy moment.
Kiedy lamrejczycy ujrzeli, jak żołnierze prowadzą ze sobą wysoką, odzianą w czerń postać, ogarnął ich przedziwny stan. Faktycznie porównać by go można z chorobą. A dokładniej z obłędem. Niby to pochowali się w domach, niby to zabarykadowali drzwi i nakreślili znaki chroniące przed urokami, ale przez szpary w okiennicach obserwowali przybysza pełni chorej fascynacji.
Bez sprzeciwu dał się prowadzić ku warownym umocnieniom. Nie zwracał uwagi ani na odór, ani na popadające w ruinę domostwa, ani nawet na zapatrzonych w niego mieszczan. Z ust jego nie wydobyło się ani jedno słowo. Żadnym gestem nie potwierdził, że trudni się sztuką czarnoksięską. Tylko coś w jego twarzy, jakiś szczegół niemożliwy do ogarnięcia rozumem nie pozwalał mieć wątpliwości. Nie wierzyć mogły tylko uczone, przyzwyczajone do zbyt długiej i zawiłej analizy umysły.
Fascynacja czarownikiem wcale nie zmniejszyła się, gdy minął żelazną bramę i zniknął za murami szlacheckiej posiadłości. Zaciekawiona gawiedź zaległa pod nią, niecierpliwie oczekując wyroku hrabiego. Jedni złorzeczyli przybyszowi, żądając dlań jedynej rzeczy dla czarowników dobrej – stosu. Inni zaś, głównie starsi, przytaczali historie o miastach, które tak właśnie uczyniły, ściągając na siebie zgubę.
Pamiętano także o dobrodziejstwach doznanych, kiedy z honorem ugoszczono niecodziennego gościa. Ot, raz dla przykładu – jak przekonywał siwy kupiec w jaskrawoczerwonej czapce, wyraźnie nietutejszy – jeden z czarowników uciekł z więzienia, przemieniwszy się w ptaka, a po tygodniu całe miasto zmiecione zostało z powierzchni ziemi z taką dokładnością, że nie ostał się nawet kamień. Ten sam czarownik w innym mieście miał przemienić każdy metal w najszczersze złoto, wyłączając tylko żołnierski oręż. (Po kilku upomnieniach.)
Na przyjęcie z honorami było już być może za późno. Zbrojni prowadzili domniemanego czarownika pełni nerwów, próbując głębiej wcisnąć się w hełmy i mocniej zawinąć w futra. Nie pocieszał ich widok rozpadających się murów – czy raczej tego, co z nich zostało. Nawet gdyby nie stały tyko dzięki podparciu przez drewnianą konstrukcję, nie uchroniłyby ich przed magicznym atakiem.
Na szczęście nieznajomy nie próbował walki. Zsunął z głowy obszerny kaptur, odsłaniając młode acz blade i wymęczone oblicze o rysach ostrzejszych oraz bardziej szlacheckich, niż mógłby się nimi pochwalić sam dziedzic Lamre. Nie wyglądał na przybłędę mającego stanąć przed obliczem władzy. To on prowadził strażników, a nie oni jego.
Hrabiego Renwarda – pana Lemre i dwóch jeszcze okolicznych wsi, zastali przy posiłku w ponurej, zdobnej w pojedyncze trofea łowieckiej sali jadalnej. Wysoka i obszerna kiedyś musiała być chlubą tutejszych władców goszczącą dostojnych mężów i eleganckie damy. Teraz jednak siedział tam tylko samotny szlachcic, który swym obliczem idealnie odzwierciedlał niedostatek i ponurość owej mieściny. Brodę miał długą, lecz zupełnie zaniedbaną, mięśnie zwiotczałe, włosy przyprószone pierwszą siwizną, a spojrzenie rozbiegane i niezdrowe.
Strażnicy przedstawili mu sprawę.
– Jak was zwą? – spytał włóczęgę, nie odrywając wzroku od talerza.
Nieznajomy milczał, póki Renward nie zwrócił ku niemu spojrzenia. A milczeć potrafił naprawdę wymownie.
– Mówią na mnie Kruczarz, ale na imię mi Nean z Czarnej Wody.
Hrabia zlustrował go od stóp do głów.
– Miejsce urodzenia adekwatne do ubioru i obyczajów – mruknął. – Czemu Kruczarz?
– Niech Szlachetny Pan spyta tych, którzy mnie tak nazywają. – Włóczęga uśmiechnął się uśmiechem człowieka, który próbuje coś sprzedać. – Przypuszczam, że ma to jakiś związek z dwójką moich przyjaciół. – Wskazał dwa czarne kształty na swoim ramieniu i dopiero wówczas szlachcic zauważył siedzące tam nieruchomo dwa ptaszyska, najwyraźniej kruki. Prawie idealnie zlewały się z czernią płaszcza.
– Do czego wam te ptaki?
– Ach, normalni ludzie rzadko rozumieją. Moi przyjaciele służą mi towarzystwem i dobrą radą. Dobrą jak na ptaki ma się rozumieć. Zwę je Bezmyślność i Zapomnienie. - Uśmiechnął się raz jeszcze, co zaczęło już drażnić Renwarda. Czuł, że obcy kpi sobie z niego.
„Normalni ludzie”? A jakim człowiekiem był Kruczarz? Hrabia postanowił pozbyć się świadków, nim uzyska odpowiedź.
– Urocze imiona i urocza miłość do zwierząt, ale usiądźcie już. – Wskazał mu drewnianą ławę po drugiej stronie stołu. – A wy znajdźcie sobie lepsze zajęcie niż stanie i gapienie się – polecił żołnierzom. – Nie wierzę w czary i inne zabobony. Pan Kruczarz wygląda na porządnego. Ciekawej gawiedzi powiedzcie, żeby się do roboty wzięła, a nie sensacji szuka.
Strażnicy raz jeszcze spojrzeli ku obcemu, który, ich zdaniem, nie wyglądał wcale na porządnego i wyszli.
Renward zaproponował gościowi poczęstunek, który ten z wdzięcznością przyjął. Nie wyglądał na cierpiącego od nadmiaru jedzenia i wygód. Włóczęga, dziwny czy nie dziwny, to jednak włóczęga.
– To czym się zajmujecie, panie Kruczarz? Tak oprócz straszenia ludzi – spytał, gdy jego rozmówca zaspokoił pierwszy głód.
– Nie wierzy Szacowny Gospodarz w czary?
– To w co ja wierzę i co słyszałem to mniej istotne niż to, co zagnało takiego dziwaka w taką dziurę jak Lamre. Najpierw pomyślałem, że chcesz biednych ludzi na wydanie oszczędności życia naciągać. Mieliśmy już takie przypadki. Więc tak czekam i czekam, a ty się wcale nie zjawiasz, tylko po cmentarzu włóczysz. Wysłałem po ciebie ludzi, bo mieliśmy też problemy z porywaczami ciał, ale na porywacza ciał też mi nie wyglądasz. – Przypomniawszy sobie w porę zasady gościnności, podsunął mu przyjaźnie pełny kufel. – To czym się zajmujecie?
– Czarami? - Kruczarz uśmiechnął się, choć spojrzenie miał całkowicie poważne.
– Czarami, powiadasz? Obiło mi się o uszy, że za takie rzeczy ludzi palą. Zwłaszcza jeśli nie mają takowi zaświadczeń z Syvante lub od Jego Królewskiej Mości. Głupio by było wybierać sobie taki zawód w tych stronach. Bardzo głupio.
– Nie twierdziliście przypadkiem przed momentem, że nie ma czegoś takiego jak czary? – zauważył Kruczarz.
Ale hrabiego nie obchodziło takie czepianie się słówek.
– Tym gorzej dla was. O losach ludzi, którzy podają się za przedstawicieli nieistniejących profesji słyszałem tak straszne rzeczy, że strach powtarzać.
Mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie piwnych oczu Renwarda tonęło w hipnotyzującej zieleni. Nie był zdolny się odwrócić. Zdało mu się, że widzi otchłań w umyśle szaleńca, która przyciąga właśnie kolejną ofiarę.
– A mnie obiło się o uszy, że był tu kiedyś czarodziej, który nałożył klątwę na szlachcica – przybysz zniżył głos do szeptu. Czar zielonej otchłani prysł.
Renward nachylił się.
– A wy klątwy odczyniacie? – spytał. W sercu kołatała mu się rozpaczliwa nadzieja.
– Nie, my klątwy nakładamy.
– Bogowie miłosierni! - Szlachcic uderzył pięścią w stół. - Dość! Mówcie w czym rzecz, bo w zagadki się będziemy bawić do jutra!
Czarownik oparł się z powrotem na ławie i namyślał z uśmiechem. Najwyraźniej oceniał Renwarda.
– Prawda to w ogóle z tą klątwą? – zagadnął.
– Prawda. Jesteście w stanie ją zdjąć czy nie?!
Czarownika te krzyki wcale nie przejęły. Wciąż badał hrabiego wzrokiem, od czasu do czasu pomrukując coś w niezrozumiałym języku. Prawdopodobnie nie tylko dla Renwarda był on niezrozumiały. Prawdopodobnie sam jeden Kruczarz wiedział tylko, o czym mówi. Takie odniósł wrażenie.
– Ktoś wcześniej próbował odczynić klątwę?
– Ano próbował, ale nie dalej jak po tygodniu wróciła, więc kazałem powiesić szarlatana. Łaziliście przy kaplicy cmentarnej, więc musieliście widzieć jego kości. Może i jestem surowy, ale niczego bardziej nie znoszę niż fałszywej nadziei.
Czarownik skrzywił się.
– Klątwa prawdopodobnie wróciła, dlatego że to nie klątwa jest problemem, a ten kto ją rzuca. Po każdym odczynieniu, człowiek ten znów ją nakłada. Znaczy, że to ktoś z okolicy, prawda?
Szlachcic przytaknął, dolewając sobie piwa, jakby na trzeźwo nie był w stanie udźwignąć tej opowieści.
– Czarodziej z wieży na Kurzej Skale. Wysyłałem tam żołnierzy, ale ktokolwiek się zbliży zaraz go TRACH!, ogień i nie ma. – Westchnął. – Szkoda w sumie co mówicie, bo niepotrzebnie żem tamtego wieszał. Porządny był chłop, chyba ze szkoły na Syvante. Wy też stamtąd?
– Częściowo. - Czarownik znów się skrzywił. – Jedyna wasza nadzieja w tym, że czarodzieja zgładzicie – zrobił efektowną pauzę – albo pozwolicie abym ja się tym zajął. Nie darmo ma się rozumieć.
– Ha! Oddam wszystkie oszczędności, a jak nie starczy, najadę Flave i oddam wam też oszczędności flaveńczyków! To kwestia bezsporna. Mówcie, ile chcecie.
Kruczarz roześmiał się. Podniósł kufel, opróżnił go jednym haustem i ustawił do góry dnem. Zaczął palcami wygrywać na nim jakąś przedziwną melodię, która choć kufel był drewniany, brzmiała jak uderzenia o metal.
– Moje usługi nie kosztują w złocie – oświadczył.
– A w czym? – Szlachcic poczuł się niepewnie. Nie potrafił sobie wyobrazić, żeby taki oberwany przybłęda nie chciał jego złota.
– Nie mogę wam teraz powiedzieć. Musicie tylko rzec, że zgadzacie się na każdą zapłatę. Oraz obiecać, że udzielicie mi wszystkich niezbędnych informacji.
Hrabia zaniemówił na moment. Nic nie rozumiał.
– Yyy... Oczywiście, skoro tak mówicie, to tak może być, choć wolałbym naturalnie znać warunki umowy, bo to nieco trudna sytuacja. A informacji ma się rozumieć udzielę. Przecie mi zależy, żeby wam się udało.
– Znakomicie. – Kruczarz przyklasnął. – Za co was ów czarodziej przeklął? Tak naprawdę. Żadnych kłamstw proszę.
– A to potrzebne do zgładzenia czarownika?
– Może dać mi pojęcie, jakimi zdolnościami dysponuje.
Hrabia nalał sobie jeszcze piwa. Więcej niż poprzednio.
– Ja... Yyy... Tego. To jest nieco skomplikowana sytuacja, panie czarowniku, bo zaczęło się od tego, że czarodziej miał córkę. Frilla się nazywała. Bardzo ładna dziewczyna. Miała takie długie jasne loki... I to było jeszcze w czasach, kiedy mojej miłej Dagry jeszcze nie było, no to widzicie. Poszedłem do niej no i jej powiedziałem, że ona baba nie byle jaka a ja nieżonaty i niegłupio by było, gdybyśmy... No tego... Ślub wzięli. – Rozłożył ręce w bezradnym geście. – A wy wiecie, co ona powiedziała, mości czarowniku? Nic! Wyśmiała mnie! No potem dopiero powiedziała, że będzie się uczyć ojcowskiego zawodu i też czarodziejem zostanie. Czarodziejem! Wyobrażacie to sobie, panie czarowniku?! Kobieta czarodziejem! Czy „czarodziejką” jak ona to ujęła. Też mi coś! Wiedźmą chyba! Możliwe to to w ogóle jest?
Czarownik z namysłem znów zagrał na dnie kufla. Szlachcic głowy by nie dał, ale zdało mu się, że przeskoczyła pomiędzy nim a naczyniem jakaś iskra. I jakoś ciemniej się robiło w sali, odkąd zaczęli rozmawiać. Liche świece dawały jeszcze mniej światła niż zwykle, a wypalały się dziwnie szybko.
– Czytałem kiedyś, że podobne praktyki miały miejsce w Dollohein, na Morzu Żywym. Temu zawdzięcza ono nazwę. Tamtejsze wyspy zamieszkiwała niegdyś grupa uczonych kobiet, które wrzucały do morza martwe dzieci mające ożywać po takiej kąpieli. Nie ma pewności, co to była za magia ani czym było w istocie to ożywienie. Jest kilka wersji. – Jego mina dawała do zrozumienia, że nie było to takie ożywienie, jakiego chciałyby matki owych dzieci. – Wszystkie spisano w jednej księdze stojącej w starej, drewnianej gablocie, od której dziesiątki lat temu zgubiono klucz, w bibliotece sławetnego Uniwersytetu Magicznego w Syvante. Nigdzie indziej nie natknąłem się na podobne wzmianki.
Po tych słowach zadumał się na chwilę. Renwardowi nie przyszło wówczas na myśl, aby spytać skąd wiedział, że księga jest w gablocie, skoro do gabloty tej dziesiątki lat temu zgubiono klucz.
– Co było dalej? – Czarownik ocknął się równie nagle, jak się zamyślił. – Domyślam się, że nie za propozycję małżeństwa Tagridur zesłał na was klątwę.
– Znacie jego imię?
– Oczywiście, że znam. Na tym mój fach polega.
– Trudnicie się stale polowaniami na czarodziejów? Nie wie...
– Nie! – przerwał mu. – Nie do końca. Mówcie lepiej, w czym rzecz. Nie ja mam odpowiadać na wasze pytania, tylko wy na moje.
– Przecież mówię! Proszę się nie czuć, jak u siebie w domu! Mój to dwór, moje zasady.
– Dwór? – Czarownik uśmiechnął się kpiąco. Zęby miał bielsze niż cokolwiek na świecie. Renwarda aż ciarki przeszły i tylko dlatego nie uniósł się gniewem i nie wyrzucił gościa.
Tak sobie przynajmniej mówił.
– No ja się wtedy zdenerwowałem – podjął dalej opowieść pod złośliwym spojrzeniem przybysza. A żeby go zaraza! – Tak bardzo, bardzo zdenerwowałem i jak to w gniewie zawołałem do swoich zbrojnych, żeby ją uwiązali... A potem rzuciłem hasło „Na stos z wiedźmą!” i tak się od tego czasu nie bardzo lubimy. - Im bardziej hrabia zbliżał się do końca opowieści, tym bardziej czerwieniał, aż na sam koniec jego twarz przypominała buraka. Każde słowo było też szybsze i cichsze. – Ja ogólnie nieco gwałtowny bywam...
Kruczarz uniósł brew. Najwidoczniej spodziewał się innego, bardziej oczywistego finału. Renward w duchu przyznał, że istotniej byłby to jeszcze mniej godny mężczyzny sposób, ale przynajmniej miałby jakiś sens.
– Nawet bardzo. Nie dziwię się, iż reakcja Tagridura była równie... gwałtowna.
– A to jest cham i prostak! Nie wyobrażajcie sobie, panie czarowniku, że on jest równy chłop a ja diabeł wcielony! Jakby mądrzejszy był, to by mądrzej córkę wychował! – Poderwał się z siedziska, gestykulując gwałtownie. – Będziecie może gadać, że mi się słusznie należy?! Co?! To może ja wam powiem...
Czarownik przerwał mu gestem ręki. Szlachcic zamilkł niczym pod wpływem zaklęcia, choć wcale nie nakazała mu tego żadna siła. Co najwyżej siła spokoju rozmówcy.
– Nie musicie nic mówić. Nie przybywam tu, aby rozstrzygać spory czy karać winnych. Jestem tu po zapłatę. – Wstał, odwracając się tyłem do Renwarda i zaplatając z tyłu ręce.
– Właśnie... Do tej zapłaty mieliśmy wrócić...
– Do niczego nie mieliśmy wracać.
– Ale...
– Przy zabijaniu potężnych czarodziejów nie ma „ale”. Jeśli chcecie znać cenę, dokonajcie rachunku w głowie, czego można za taką usługę zażądać w zamian. A jeśli teraz nie wiecie, wkrótce będziecie wiedzieć.
– No dobrze...
– Nawet bardzo dobrze. – Kruczarz znów odwrócił się ku niemu. – Zostały nam jeszcze tylko dwie rzeczy, nim wezmę się do pracy. Po pierwsze, chciałbym zobaczyć hmm... efekt klątwy.
– Efekt? – Hrabia speszył się.
– A nie można?
– Można, można... – mruknął Renward, rozpinając guziki kolorowej, całkiem ładnej jak na standardy Lamre koszuli. Palce trzęsły mu się i pociły, przez co zajęło sporo czasu, nim odkrył znienawidzone oblicze. Tam, gdzie inni ludzie zwykli mieć najzwyklejszą skórę brzucha, hrabia posiadał drugą twarz, znacznie szpetniejszą niż ta właściwa a nawet szpetniejszą niż jakakolwiek twarz ludzka. Skórę miała zmarszczoną i wysuszoną, oczy czarne i wyłupiaste, policzki zapadnięte, nos zmiażdżony, a zza czarnych, skrzywionych warg wystawały pożółkłe zęby. Spomiędzy zębów wyciekał cuchnący, zielonkawy płyn. Ciało wokół oblicza wyglądało na poparzone.
Czarownik ukucnął i dotknął tego obrzydlistwa. Nie spanikował jak inni ludzie, nie zdziwił się, nie uciekł z krzykiem. Z uwagą wodził palcami między poczerniałym nosem a głęboką blizną pomiędzy oczami.
– Misterna robota – powiedział do siebie, nie zważając, iż uraził swego pracodawcę. – Robi coś oprócz plucia jadem? – spytał.
– Coś? Czego to nie robi? Śmiechem wybucha, oszczerstwami rzuca, gryzie, krzyczy, sekrety ujawnia! Ale to nawet nic! Zaklęcia rzuca czarci owoc!
– Zaklęcia? Doprawdy?
– Ano zaklęcia! Posłańców szczuje, burze sprowadza, tornada i inne klęski też! Ale to nawet nic! Budynki podpala, ludzi w dziwaczne rzeczy zamienia. Raz zamieniła służącego w szczura, a innym razem szczura zamieniła w kandelabr! To akurat było dobre bo kandelabr droga rzecz, ale nawet mojego syna zamieniła! Wiecie w co? Powiedzieli wam? W konia, panie czarowniku! W konia się czuję zrobiony! I ten koń poleciał gdzieś w las i więcej swego syna nie widziałem, a dziesięć lat już prawie mija! Dziesięć lat!
– Tak długo to wszystko trwa?
– Tak długo!
– Niedorzeczne – skwitował. – Teraz zostało jedno. – Wskazał na wciąż leżący dnem do góry kufel, który już nie tylko po uderzeniu brzmiał jak metal, ale był najprawdziwszym metalem. – Musimy zawrzeć umowę. Właściwie pakt.
– Jak? – Renwardowi nie podobał się ten ton. Nie brzmiało to, jakby umowa miała być pisemna.
Kruczarz potwierdził jego obawy.
– Krwią.
– Jak krwią? - Hrabia nakreślił w powietrzu znak mający odpędzać złe moce.
W odpowiedzi czarownik podsunął mu metalowe naczynie.
– Do przypieczętowania umowy potrzebuję waszej krwi. Musicie też przysiąc, że za zabicie Tagridura dacie mi taką zapłatę, jakiejkolwiek sobie zażyczę.
– I jak ja mam sobie upuścić tej krwi? – Renward spojrzał na Kruczarza z taką nadzieją, jakby liczył, że sama w magiczny sposób znajdzie się w naczyniu.
Miast tego czarownik z uśmiechem podał mu niewielkie ostrze, mimo że strażnicy sprawdzili przy aresztowaniu, czy posiada jakąkolwiek broń. Na dodatek nie było to takie ostrze, którego spodziewać się można po obdartym włóczędze, nawet czarowniku. Klinga była prawie czarna, jakby nie została stworzona ze stali, lecz jakiegoś nieznanego metalu. Renwardowi przyszło na myśl, że czarownik utkał ostrze z ciemności, jak to nie raz bywało w legendach, ale zaraz odrzucił ten pomysł – a przynajmniej próbował odrzucić – jako bzdurny. Równie niepokojąca była rękojeść. Jej biel kontrastowała mocno z czernią ostrza. Wyglądała na wykonaną z kości – wrażenie potęgowała wyrzeźbiona w niej ludzka czaszka. Mimo wszystko Renward miał nadzieje, że to kość słoniowa. Na samą myśl robiło mu się niedobrze.
Jakiej zapłaty mógł zażądać człowiek tego gatunku?
Nie przyjął sztyletu.
Kruczarz sam musiał ująć dłoń drżącego ze strachu szlachcica i przeciąć skórę. Ciemnoczerwone krople uderzyły o dno kufla, wydając niemożliwie głośny, metaliczny dźwięk. Po chwili naczynie zmieniło się w butelkę, a Kruczarz odszedł. Wyszedł za próg i wtopił się w ciemność. Nikt nie widział, jak wychodzi z warowni. Nikt nie słyszał pożegnania. Oszołomiony szlachcic jeszcze długo po jego wyjściu klęczał na podłodze, wpatrując się w skaleczoną dłoń. Posłano po medyka. Wkrótce Renward zdołał przekonać sam siebie, że rozmowa z Kruczarzem była tylko upiornym snem.
Niestety nie było to ich ostatnie spotkanie.
Umowa to umowa.

Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zapłata

Post autor: Coffee » 16 lipca 2015, 18:52

ale zza szpar w okiennicach spoglądali na czarnoksiężnika z chorą fascynacją
Nie jestem pewna, czy ta "chora" jest tu dobrym określeniem: dla mnie w pierwszej kolejności kojarzy się z długotrwałą obsesją i raczej opisem pojedynczej osoby niż tłumu, ale być może znowu mam jakieś regionalne naleciałości w skojarzeniach, więc tu inni musieliby skontrować.
Nie wierzyć w to mogły tylko uczone, przyzwyczajone do zbyt długiej i zawiłej analizy umysły.
A to mi z kolei brzmi jak skrót myślowy: jestem w stanie zrozumieć, skąd to zdanie na koniec akapitu, jaki jest ciąg logiczny, ale jednak nie przechodzi się do tego płynnie. I "analiza" źle brzmi przy tej lekkiej stylizacji, którą stosujesz. Ale z drugiej strony, jeśli to jest polemika z Sapkowskim, to jest jak najbardziej na miejscu :D
Hrabiego Renwarda – pana Lemre i dwóch jeszcze okolicznych wsi,
Hrabia to bardzo wypasiony tytuł szlachecki. Hrabiowie generalnie mieli pod sobą krainy, nie pojedyncze miasta.
nierozsądnie zielonej otchłani
OK, mam nadzieję, że to ironiczny opis. Jeśli nie, to generalna zasada jest taka: kolor oczu wbrew pozorom nie ma wielkiego znaczenia. Zasada wynikająca z tej generalnej jest taka, że stanowcza większość "poetyckich" opisów koloru oczu brzmi źle. Otchłań jeszcze by uszła, ale na pewno nie nierozsądna.
Czarownika wcale te krzyki nie zmusiły, aby przyspieszył.
"Przyspieszył" nie pasuje tu w kontekście. Mówił szybciej albo odpowiedział, to bardziej.
Oczywiście! Oddam wszystkie oszczędności, a jak nie starczy, najadę Flave i oddam wam też oszczędności flaveńczyków!
xDDD Po pierwsze: świetna strategia finansowa. Po drugie, beznadziejny z niego negocjator.
Proszę się tu nie czuć, jak u siebie w domu!
Ech, trochę za późno na takie zaznaczanie własnego terenu po tym, jak pozwoliłeś gościowi praktycznie nasikać ci do kominka.
Czarownik uśmiechnął się kpiąco.
A tak, to brzmi jak Geralt ;)
To akurat było dobre bo kandelabr droga rzecz,
Hehehehe :D

No dobra, mniejsza z przystawkami, lecimy z mięsem. Najważniejsze, co widać w tej wstawce, to stylizacja, o której wspomniałam wyżej. Próbujesz nadać tutaj pewne specyficzne brzmienie - mniejsza o to, po co - i momentami to może nawet się udaje, ale niestety tylko momentami. Stosujesz praktycznie jedną sztuczkę (inwersję), a w rezultacie ja po przeczytaniu czuję się raczej zmęczona niż rozbawiona czy zezłoszczona. To zmęczenie wynika z nadmiernie skomplikowanych zdań, konstrukcji, które po prostu są nienaturalne. Kilka długich zdań nie jest problemem, ale tu praktycznie każdy opis na to cierpi. To widać zresztą, gdy rzucasz tę manierę i po prostu skupiasz się na tym, co masz do przekazania: widać na przykład przy opisie drugiej twarzy, bo jest to zdecydowanie najfajniejszy fragment.

Trochę zlasowałaś mi mózg tą zapowiedzią, że to się wzięło z antywiedźmaka i w ogóle dyskutować z Sapkiem, bo teraz patrzę na poszczególne elementy i nie wiem, które są zamierzone i do czegoś prowadzą, choćby do parodii, a które nie. Więc może po prostu poczekam na zapowiadany ciąg dalszy i wtedy będę zgadywać :D
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Krin » 17 lipca 2015, 20:40

Jestem tym komentarzem zdumiona, załamana, ucieszona, przerażona i w ogóle wiele sprzecznych emocji we mnie wywołał, bo jednocześnie trochę podłamałam się na myśl, że coś w co włożyłam wyjątkowo dużo pracy i serca okazało się totalną klapą, ale też jestem wdzięczna za świeże spojrzenie na moją grafomanię (bo nie da się ukryć, że cię tu dawno nie było) oraz wyleczenie ze złudzeń. ;)
Język taki wyszedł, bo wyszedł. Jestem człowiekiem, któremu w życiu codziennym ni stąd ni zowąd zdarza się używać naprawdę dziwnych konstrukcji. Trochę za bardzo dałam się ponieść twórczej fali i tak wyszło byle jak. Stylizacji nie robię, bo zwyczajnie nie umiem.
A najbardziej mnie zadziwiło w twoim komentarzu, że spodziewałaś się polemiki z Sapkowskim albo parodii. Ja pod pojęciem anty-wiedźmina początkowo miałam na myśli kogoś, kto potwory tworzy zamiast je zabijać i nic ponadto. Wspomniałam o fakcie, że właśnie z tej idei wyewoluował ten pomysł, ponieważ wspominałam kiedyś o tym na forumowym czacie i liczyłam, że jest jakaś minimalna szansa, iż ktoś skojarzy moje wojowania, bo Kassandra została nawet matką chrzestną mojego bohatera. Przepraszam, jeśli wprowadziłam cię tą zapowiedzią w błąd.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zapłata

Post autor: Coffee » 19 lipca 2015, 15:40

Łooooł, łoł, łoł, Krin, spokojnie :eek: Ten komć nie miał brzmieć tak ostro: odniosłam się po prostu do tego, co rzuciło mi się w oczy - do strony technicznej - bo też po pierwszej wstawce nie ma co komentować fabuły ani bohaterów. Na to czekam dalej i jestem ciekawa, co tam będzie, po prostu, bo to też nie jest Twój pierwszy tekst, jaki widziałam, i poprzednio zwyczajnie mi się podobało (nie pamiętam tytułu, ale był to jeden z niewielu skomcianych tekstów tutaj, także tego).
I chętnie zobaczę dalej nawet bez polemiki z Sapkiem, ale to nawet lepiej, bo przestanę się spinać w stresie, że mnie ominie oczywiste nawiązanie ;)

Także no: nie załamuj się i nie przerażaj, nie chciałam gryźć, ja tylko tak groźnie patrzę :3
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Siemomysła » 20 lipca 2015, 09:18

- Jak was zwą? - spytał włóczęgę, nie odrywając nawet wzroku od przeżuwanego kawałka sarniny.
Możesz to uznać, za czepa, bo może przesadzam, ale miałam taką myśl, że nie da się patrzeć na przeżuwany kawałek, bo się go ma w ustach i trudno do nich zajrzeć :bag:
Spojrzenie piwnych oczu Renwarda tonęło w nierozsądnie zielonej otchłani. Chciał odwrócić wzrok, ale nie był do tego zdolny. Zdało mu się, że widzi otchłań w umyśle szaleńca, że przyciąga go ona, by dopaść kolejną ofiarę.
Tu Ci się ta otchłań powtarza, Coff wspominała coś o tym fragmencie z nierozsądną zielenią, może to znak, że warto nad tą pierwszą otchłanią pomyśleć? "Nierozsądny kolor" to w ogóle jakoś dziwnie brzmi.
- Moje usługi nie będą Szlachetnego Pana kosztować w złocie – oświadczył.
Nie jestem przekonana, czy te wielkie litery są poprawne. Używasz ich też przy "Gospodarzu" i tak dalej, ale to moim zdaniem niedobry zapis.
I to było jeszcze w czasach, kiedy mojej miłej Dagry jeszcze nie było, no to widzicie.
Wniosek po przeczytaniu całości: wow, podziwiam kobitę, że chce mieć z nim i jego klątwą cokolwiek wspólnego o.o To musi być prawdziwa miłość, bo na małżeństwo dla pieniędzy to nie wygląda.
Kobiety te wrzucały do morza martwe dzieci, które po takiej kąpieli miały ożywiać, ale czym to ożywienie było w istocie jest kilka wersji.
ożywać
Nigdzie indziej nie napomknąłem się na takie wzmianki.
natknąłem się
Renwarda aż ciarki przeszły i tylko dlatego nie zaniósł się gniewem i nie wyrzucił gościa.
uniósł
Czarownik z namysłem znów zagrał na dnie kufla. Szlachcic głowy by nie dał, ale zdało mu się, że przeskoczyła pomiędzy nim a naczyniem jakaś iskra. I jakoś ciemniej się robiło w sali, odkąd zaczęli rozmawiać. Liche świece dawały jeszcze mniej światła niż zwykle, a wypalały się dziwnie szybko.
Jest klimat <3

W ogóle ten powtarzający się motyw bębnienia w dno kufla stanowi dla mnie taki ciekawy refren, tworzy atmosferę, zagęszcza ją. Wyobrażam sobie Renwarda - musi go to irytować, a może przerażać. Jest "creepy".

Znów prezentujesz nam inną Krin, choć wciąż krążysz wokół motywu czarnoksięstwa. Tekst zaiste przypomina nieco Wiedźmina, czy to stylizacją - bo czy z premedytacją, czy na wyczucie, to jednak stylizujesz ten tekst, Krin. Naprawdę. Stąd moje wrażenie, że to kolejna odsłona Twego pisania - bo jest pisany innym stylem. A wracając - czy to stylizacją, czy nawet motywem klątwy - bo mi się przypomniała strzyga z Wyzimy i nic nie mogę na to poradzić. Oczywiście Sapek nie ma monopolu na motyw klątwy, ale sama wstępem pokierowałaś skojarzeniami czytelników ;)

Przyjemna lektura i czekam na ciąg dalszy. Pisz, bo ciągle się rozwijasz i ciągle pokazujesz coś nowego.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Krin » 22 lipca 2015, 12:31

Przepraszam, Coffe, za moją pierwszą reakcję, ale jakby przeanalizować twoją wypowiedź, można wywnioskować, że w tekście jest tylko błąd na błędzie.

Zrobiłam niepotrzebnie długą przerwę, bo nie chciałam tutaj zaśmiecać całego forum swoją "tfurczością".
Miłej lektury życzę i dziękuję za dotychczasowy odzew.

II Poranek zastał czarodzieja w nadzwyczaj dobrym humorze. Tagridur wstał wcześnie, napawając się rześkim zimowym powietrzem. Wyjątkowo nawet nie budząc sług, sam przygotował sobie śniadanie – ze świeżego chleba podarowanego mu w podzięce za pomoc i własnoręcznie zrobionych konfitur. Lubił konfitury. Przypominały mu żonę, która przygotowywała je, gdy on siedział zamknięty w pracowni, nie bacząc, że pozostawia ją samą sobie. Przypominały mu też zajadającą się nimi Frillę. Zawsze musiała wysmarować sobie nim całą twarz, czym okropnie denerwowała matkę. Bronił jej, tłumacząc to młodym wiekiem. Nawet wówczas gdy miała już piętnaście lat.
Zima! Ta jej piękna, idealna biel! (A przynajmniej idealna od czasu, jak psy starego Fangorga padły uderzone błyskawicą.) Brakowało mu jedynie śpiewu ptaków. W pobliżu krążyły tylko dwa kruki. Straszne ptaszyska. Musiał zacząć sobie podśpiewywać, żeby zagłuszyć wydawane przez nie odgłosy.
Przy tym akompaniamencie zajął się lekturą niewielkiej, oprawionej w zielony materiał księgi. Okładka głosiła: „Sposoby na choroby, co ich się można jeżdżąc tyłkiem po diablim piachu nabawić.” Nie była mu ta wiedza bezwzględnie potrzebna, ale czytał ze względu na autora – swego brata. Jak inaczej miałby skrytykować tego głupca i nieudacznika?
Spokój poranka zakłócił On – przybysz w czerni. Słudzy ostrzegli Tagridura, gdy tylko zjawił się u podnóża Kurzej Skały. Mówili, że podąża pieszo, bez jakiejkolwiek asysty czy choćby bagażu, a ubranie ma brudne i poszarpane jak najgorszy włóczęga. Pomyślał sobie, że coś mogłoby trafić takiego łajdaka – na przykład błyskawica – bo wiadomo, że taki człowiek musi mieć coś nieczystego na sumieniu, ale w porę wyczuł od niego nieśmiałą, nieco rozmytą magiczną aurę.
Tagridur westchnął. Przyjęcie takiego gościa wymagało pewnych przygotowań. Był to wprawdzie tylko jakiś ubogi czarownik, którego doświadczony czarodziej nie powinien się obawiać, ale obawiać się go powinien majątek czarodzieja. Pochował naprędce wszystkie wartościowe przedmioty, szczególnie księgi kradzione przez niemających dostępu do wiedzy desperatów.
Gdy skończył, niespodziewany gość był już na szczycie.
Dziwny człek – pomyślał. – Oby nie kolejny kandydat do terminu, bo jak usiądzie w salonie, będzie trzeba dezynfekować krzesło.
– Witajcie, czarowniku! – zawołał. – Przybyliście na ziemię czarodzieja Tagridura z Kurzej Skały, syna Rachelesa. Przedstawcie..
Zawahał się, kiedy przybysz zwrócił twarz w jego stronę. Skądś znał to chude i blade acz szlachetne oblicze, te czarne włosy przypominające krucze skrzydła, bystrą zieleń oczu i uśmiech człowieka prezentującego swój najlepszy towar, który jest w istocie kupą gówna.
Nie wiedział tylko skąd.
Wydało mu się, że z Syvante albo z Glagor, ale nie pasowało mu to oblicze ani do poważnych, uczonych sztukmistrzów z Syvante ani do bywalca, który mógłby udać się w daleką podróż do Glagor.
– … Przedstawcie się, abyśmy mogli pozostać w pokoju – skończył oficjalną formułę.
– Witajcie! - Przybysz skłonił się dwornie niczym u króla na zamku, a nawet z większą gracją. – Zwą mnie Neanem z Czarnej Wody.
Imię nic czarodziejowi nie mówiło, ale miejsce pochodzenia już tak. W tamtych okolicach mieszkała jego teściowa – stara, zgorzkniała zielarka i chcąc nie chcąc musiał udać się tam parę razy.
– Nie przypominacie mieszkańców Bagnisk. Macie za ciemne włosy, jakbyście pochodzili z dalekiego południa, choć też o wiele za bladą twarz jak na południowca. Nie wiem na kogo mi wyglądacie, ale na nikogo z Czarnej Wody.
Mężczyzna zwany Neanem zaśmiał się, mocniej jeszcze przypominając kupca zachwalającego towar.
– Ciało skądinąd, ale serce tylko z Czarnej Wody. – Skłonił się ponownie, równie dworsko.
– Nie lubię takiego chrzanienia – mruknął gospodarz, gestem zapraszając gościa do środka.
Puścił Neana przodem, bo słyszał nieraz, jak to sędziwi czarodzieje przez podstępny atak młodzików bywali pozbawiani stanowisk, ziem i majątków. Serce zabiło mu szybciej, gdy przez nieuwagę potknął się na stopniu. Czarownik natychmiast odwrócił się, ratując go przed upadkiem. Zrobił to z gracją tancerza, a nie wędrownego czarownika.
Coraz dziwniej mi to wygląda – pomyślał Tagridur.
Zanim jednak zdążył choćby zaproponować gościowi poczęstunek, przez niedomknięte drzwi wleciały dwa kruki, które tego ranka psuły mu nastrój.
– Co to? – zdziwił się.
– Moi dwaj przyjaciele: Bezmyślność i Zapomnienie. Przydatni w podróży kompani. Oni wskazali mi wasze domostwo. Pomyślałem, że miło będzie odwiedzić przedstawiciela pokrewnego fachu w tak dalekich stronach. Czarownicy niewiele czarodziejom ustępują.
– Zaiste – przyznał z ociąganiem Tagridur. – A my się nie znamy przypadkiem? Kojarzę was z twarzy.
Oblicze wędrownego czarownika rozjaśniło się. Jego uśmiech w jednej chwili stracił kupiecką sztuczność, stając się szczerym, a nawet wesołym. Nean już bez skrępowania rozsiadł się w wygodnym fotelu, w ręku ściskając ofiarowany przez gospodarza napój.
– Niewykluczone, że spotkaliśmy się w Syvante. Ludzie czasem zwą mnie Kruczarzem.
Kruczarz! Oczywiście! Człowiek-legenda, postrach zarówno studentów jak i profesorów. Dla jednych bóg, dla innych diabeł. Tagridur zapamiętał go jako ekstrawaganckiego eleganta, który choć stronił od kobiet, alkoholu i dobrej zabawy, nigdy nie pojawiłby się publicznie w takich łachmanach. Co on tu robił? Nie był pewien, ale zdało mu się, że został wyrzucony z uniwersytetu za swe śmiałe tezy i próby posługiwania się czarną magia. I teraz ten człowiek-legend siedział w jego domu. Zaprawdę dziwny dzień.
– Trudno was nie kojarzyć, jeśli choć raz w ciągu ostatnich lat było się w Syvante. Jesteście czarodziejem, nie czarownikiem.
– Jeśli słyszeliście o mnie cokolwiek, na pewno słyszeliście też, że odebrano mi tytuł czarodzieja. Wy, czarodzieje z zazdrością strzeżecie swoich przywilejów.
– Bzdura! Tytuł jedno, umiejętności drugie! Mądrusie z Syvante wcale życia nie znają!
– Odważnie prawicie, gospodarzu.
– Normalnie, jak człowiek z rozumem.
– I normalnie też stosujecie, jeśli dobrze słyszałem, zakazaną magię. Na hrabiach na przykład. - Kruczarz wypił resztkę płynu i ustawił z brzękiem kubek na stole. Do góry dnem.
Tagridur zaczynał rozumieć. Spojrzał na kubek, nerwowo oblizując wargi i zastanawiając się, jak mógłby umknąć przed atakiem tak znanego ze swej biegłości czarodzieja jak Nean z Czarnej Wody.
– Proponujesz mi umowę, nekromanto? – Próbował udawać niewzruszonego.
– Proponuję. – Na twarzy Kruczarza pojawił się ten sam nieprzyjemny uśmiech, którym niegdyś terroryzował syvantyjczyków.
Czarodziej uderzył pięścią w stół.
– Hrabia cię na mnie nasłał! Tak myślałem, że nie mogłeś trafić tu przypadkiem. Chcesz ze mną wojny? Ty sobie w ogóle zdajesz sprawę, z tego co ten cham mi zrobił? W życiu dla nikogo innego takiej magii nie zastosowałem!
– Wiem, Tagridurze. Wiem, co zrobił i dlatego proponuję ci umowę.
– Ale nie dostaniesz umowy, a dostaniesz wojnę, jak się stąd nie wyniesiesz! - Czarodziej zerwał się z miejsca, wbijając w Kruczarza wściekłe spojrzenie.
„Nekromanta” prychnął.
– Użycie słowa „wojna” jest tu całkowicie niepoprawne, bo sugeruje ono, że obie strony mogą wygrać w tym konflikcie. Prawidłowe będzie raczej określenie „masakra”. – Zabębnił palcami o kubek, który był już metalowy. – Może jednak się skusisz?
– Z tobą? Nigdy.
Kruczarz wzruszył ramionami, jakby wcale go to nie obchodziło.
– Nie zmuszę cię przecież.
– Owszem, nie zmusisz.
Karty zostały odkryte, ale Nean wcale nie wyglądał, jakby miał zamiar odejść. Wręcz przeciwnie. Założył nogę na nogę i ją obracać trzymany kubek w dłoniach, jednocześnie wygrywając na nim dziwną melodię. Tagridur zamarł, oczekując, że gość spróbuje w ten sposób rzucić jakieś zaklęcie. Nic się jednak nie stało. Melodia przyspieszała, irytując go. Zaproponował więcej wina, licząc że Kruczarz przestanie.
Przeliczył się.
– Nazwałeś mnie nekromantą – powiedział czarownik z zadumą.
– Owszem. Czyżbym się mylił?
Kruczarz machnął ręką.
– Stare zainteresowania. Jestem znawcą magii, który korzysta z niej w sposób dla siebie możliwie najwygodniejszy, nie dbając o cudzą opinię. To znacznie ułatwia życie.
– I co ktoś o tak ułatwionym życiu robi w tej zapadłej dziurze, gdzie życie ma to do siebie, że bywa trudne? Nie przyjechałeś, żeby zdjąć klątwę. Ludzie o tak ułatwionym życiu znajdują znacznie większy zarobek w znacznie cieplejszych miejscach.
Czarodziej z powrotem zajął swoje miejsce. Ani na moment nie pozwolił sobie jednak na spuszczenie wzroku z gościa. Gdy ręka czarownika na chwilę podążyła ku oparciu krzesła, wzrok Tagridura podążył wraz z nią. Gdy czarownik próbował ziewnąć ukradkiem, Tagridur zdążył policzyć wszystkie zęby.
– Doskonale, że pytasz. Zamierzam się tu osiedlić. Jestem pewien, że kiedy już skończymy, Renward nie będzie miał żadnych obiekcji.
Mina Tagridura wymownie świadczyła, co sądzi o posiadaniu podobnego sąsiada. Bardzo wymownie. Tak wymownie, że jego rozmówca nie potrafił powstrzymać śmiechu.
– Lamre to stanowczo za małe miasto dla dwojga magów. Czemu tak daleka północ? Czy to ma jakiś związek z inkwizycją na południu?
– Poniekąd. – Czarownik przestał się śmiać. – Bywają przewrażliwieni. Ktoś tak biegle posługujący się klątwami powinien rozumieć mój problem.
– Nie posługuje się biegle klątwami. Już powiedziałem, że to było jednorazowe.
– Ja słyszałem o dwóch takich wypadkach.
– Doprawdy?
– O niedawnej egzekucji czarownika też słyszałem.
– I powinieneś czerpać z tego naukę. Nie wiem, po co tu przyjechałeś, ale nie zamierzam ci tego ułatwiać ani tym bardziej wybaczać Renwardowi. Nie mam więcej dzieci. Gdy umrę, wszystko co tu widzisz zostanie przepite przez mojego brata. Kilkusetletni dorobek mojego rodu obróci się w proch.
– I co? Przekazałbyś to Frilli? Zrobiłbyś z niej czarodzieja?
Tagridur spojrzał na niego z politowaniem.
– Córki mają to do siebie, że mogą mieć synów – zauważył.
– Trzeba było ją wydać za Renwarda! – Czarownika niezwykle rozbawiła własna uwaga.
Czarodzieja wcale.
– Przybyłeś tu, żeby się ze mnie naśmiewać, chamie?
– Nie, przyszedłem zawrzeć umowę, która mogłaby ci pomóc.
– Zwróci mi córkę? Powiedziałem już, co sądzę o układach z nekromantami.
– Popełniasz błąd.
– Błąd to popełniła twoja matka, rodząc cię.
Czarownik wykrzywił się.
– Doprawdy niskie i prostackie.
– Idź stąd, to nie będziesz musiał słuchać.
– Tak właśnie zamierzam uczynić – oświadczył Nean, wstając. – Nic po mnie w wieży czarodzieja, który nie potrafi docenić wyciągniętej na zgodę ręki. Wszystkich głupców z Syvante prowadzi do zguby duma. Duma i głupota!
Trzasnęły drzwi. Spieszył się, nim Tagridurowi przyjdzie do głowy go śledzić. Popędził po stromej ścieżce, nieomal upadając przez lód i zbyt długi do biegu płaszcz. Kamienie kaleczyły mu stopy przez cienką podeszwę, ale przyzwyczaił się już. Bardziej martwiło go, że Tagridur nie chciał zawrzeć umowy, ale też nie specjalnie mocno. Mało było takich zdesperowanych głupców jak Renward. Jeszcze ciekawiej by się zrobiło, gdyby czarodziej dał sobie wytłumaczyć, o jaką umowę chodzi. Może lepiej, że do tego nie dotarli. Jeszcze – nie dajcie siły tajemne – domyśliłby się, co go czeka.
Wybrał drogę przez las, przez zacieniony parów i gęste poszycie, które latem zachwycały zielenią,lecz w zimne, zamglone popołudnie zmieniało się w upiorny labirynt czarnych gałęzi rwących ubranie i kaleczących skórę. Tylko w ten sposób mógł mieć pewność, że słudzy Tagridura nie podążą za nim. Na wszelki wypadek posłał również Bezmyślność, by wypatrywała zagrożenia oraz Zapomnienie, by wskazywało mu drogę.
Gdy dotarł nareszcie do swej kryjówki w opuszczonej kaplicy cmentarnej na skraju lasu i upewnił się, że nic nie ubyło z pozostawionego dobytku, pora była jeszcze bardzo wczesna. Ułożył się na posłaniu z liści i ubrań, by odpocząć, nim nadejdzie noc.
Dla niektórych czarów noc jest bowiem porą najodpowiedniejszą.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zapłata

Post autor: Coffee » 24 lipca 2015, 20:55

Bo też błędy łatwiej zauważyć i opisać, są konkretniejsze i zazwyczaj widoczne z miejsca. Pozytywy nieraz budują się na przestrzeni kilku wstawek, bo albo bohater jest dobry, albo intryga, ale zwrot fabularny, albo kto wie co jeszcze ;) Też się przyzwyczaiłam już do komciania gotowych, długich tekstów, też się na powrót uczę systemu "wstawka za wstawką".
No ale jest druga, to lecem.

Było kilka dziwnych konstrukcji, które z łatwością dałoby się poprawić. Mam na myśli rzeczy typu:
bo wiadomo wszak, że porządni ludzie na takie sposoby nie łażą
Niby znałam kontekst, ale i tak się zwiesiłam na moment. W pierwszej kolejności skojarzyło mi się Ministerstwo Głupich Kroków i sposób chodu raczej niż ubiór.
- Nie wyglądacie na kogoś, kto mógłby z okolic Bagnisk pochodzić. Za czarne macie włosy, jakbyście z południa pochodzili,
Powtórzenie "pochodzić".

Z drugiej strony, podobają mi się fragmenty tego typu:
- Ciało moje może i nie z Czarnej Wody, ale serce moje tylko stamtąd i z żadnego innego miejsca. - Pokłonił się ponownie, równie dworsko.
- Nie lubię takiego chrzanienia – mruknął gospodarz, gestem zapraszając gościa do środka.
Tego w tekście trochę jest: kontrast między egzaltacją a przyziemnością, i zawsze na korzyść przyziemności. Fajnie wybija z rytmu, przy tej całej manieryczności daje nieco bliższy wgląd w bohaterów. Tak samo przy wspomnieniu o bracie-autorze książki: ta sama zasada.

Jeśli chodzi o dyskutowaną wyżej stylizację, to mam wrażenie, że tu jest jej mniej. Mówisz, że świadomie nie próbujesz jej robić: nie neguję, często dużo rzeczy się robi intuicyjnie, na dobre i na złe. Niemniej to jest tekst, język tak czy inaczej nadaje mu pewien ton. Stosowane przez Ciebie inwersje, tak jak pisałam wyżej, kojarzą mi się z pozą, manierycznością, właśnie - egzaltacją. W opisie jest tego teraz dużo mniej i świetnie, czyta się płynniej i łatwiej przyswaja informację. W dialogach jest bardziej obecne i to ma sens, bo panowie też tak do siebie podchodzą. OK. Mogę to kupić. Biorąc to pod uwagę...
Szkoda w sumie co powiadacie, bo niepotrzebnie żem tamtego wieszał.
"Żem" jest tutaj kluczowe, bo na ogół nie kojarzy się z ludźmi edukowanymi, a tacy z reguły są magowie - jeśli w Twoim settingu zasady są inne, to zabrakło mi tej informacji. Tak, nie używa się tego też zazwyczaj na co dzień u nas; nie oznacza to, że pasuje do każdego innego kontekstu.

Ogólnie mam wrażenie, że próbujesz nadać temu tekstowi pewien ton, ale - jak mówisz - robisz to nie do końca celowo. Intuicja jest OK, ale polecam wzięcie jej w karby i świadome przyjrzenie się temu, co robisz, bo niektóre tropy są dobre, niektóre nie do końca. Widziałam wcześniej przy którymś tekście, jakie są wyniki, gdy robisz coś świadomie ;)
Tak się produkuję na ten temat, bo to naprawdę rzutuje na wszystko inne. Z jednej strony - ciężej mi przyswoić informacje, gdy czytam, i mam wrażenie, że bardzo dużo z ekspozycji w tej wstawce po prostu nie zapamiętałam. Z drugiej - dzięki temu jest możliwy taki kontrast jak dwa cytaty wyżej, a to naprawdę fajne smaczki.

Teraz, jak Siem zwróciła na to uwagę, to muszę przyznać, że faktycznie - motyw z bębnieniem w kubek ładnie się wyróżnia w tym wszystkim. I to, że nie można stwierdzić, czy to naprawdę jest tik nerwowy, czy może jakieś zaklęcie, też dobrze gra. Lubię.

Ogólnie, jak dla mnie: próbuj, eksperymentuj, kombinuj. W końcu jak nie spróbujesz, to nie będziesz wiedziała, jak to działa ;)
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Krin » 27 lipca 2015, 11:02

I jeszcze tylko zakończenie. Ma dzisiaj wątpliwości, czy dobrze zrobiłam dzieląc to na tak małe części, ale już nie jestem w stanie tego cofnąć. Zostaje mi znów życzyć miłej lektury.


III Wstał wcześniej, niż początkowo zamierzał, co pozwoliło mu rozejrzeć się po okolicy. Cmentarz wyglądał normalnie – szare kamienie powoli, z cierpliwością wieczności oplatane i zdobywane przez roślinność. Mieszkańcy Lamre nie wypowiedzieli przyrodzie wojny, nie dbali o groby. Nawet jeśli coś zostało zrobione, to w sposób dziki i nieokrzesany, jakby nie ręką ludzką.
Jakaś tajemnica zdawała się spowijać okolicę. Tylko ona znała własne imię, którego znaczenie zapomniano. Kolejne pokolenia przekazywały sobie ją jako pamiątkę dawno minionych dni – piękny i budzący grozę acz bezwartościowy bibelot. Nikt nie miał pojęcia, że w istocie chroni przed wzrokiem postronnych coś znajdującego się głębiej, pod warstwą ziemi, śniegu i roślinności. Tak głęboko, że mogło należeć do innych, przybyłych przed ludzkimi plemion.
Nean minął kaplicę, obok której walały się kości pechowego czarownika i z trudem zagłębił się w zarośla. Łamał pozbawione liści gałązki, deptał groby i ukryte pod warstwą śniegu krzewy. Roślinność trwała martwa i nieprzystępna niczym sami umarli, choć wiosną zapewne próbowałaby go uwieść i uwięzić niby czarnoksięska pułapka. Znał podobne miejsca. Znał szał, który potrafiły wzniecić w ludzkich sercach. O tej porze roku ich siły były nikłe, ale nawet teraz wyczuwał uśpioną moc.
Gdyby nie znaki lata temu wyryte przez kogoś, kto podobnie jak on znał rytuały starych bóstw, ciężko byłoby mu odnaleźć drogę. Być może zatraciłby się w mozolnym marszu, by opaść z sił i dołączyć do tysięcy mieszkańców cmentarza. A tak nie musiał ich nawet widzieć – wystarczył dotyk, bowiem każde kolejne oznaczenie znajdowało się nie dalej niż na wyciągnięcie ręki od poprzedniego. Stworzono je dla ludzi przedkładających ciemność ponad światło.
Minęła godzina, nim natrafił na nieśmiało wystający spod białej okrywy gładki, czarny kamień. Stał na skraju, pozbawiony jakichkolwiek oznaczeń. Nean mógł się domyślać, że kapłani innej, bardziej współczesnej religii usunęli rzeźby i kamienne tablice nieświadomi, że pomijają najważniejszą część starej świątyni – ołtarz.
Na środku miał okrągłe zagłębienie, niemal błagające, by je wypełnić, lecz Nean wiedział, że to tylko kolejna sztuczka. Rzucił swoją niewielką torbę w krzaki i zaczął powoli acz systematycznie oczyszczać teren. Zaczął od wykopania ołtarza spod śniegu. Dalej pozbył się utrudniających poruszanie gałęzi, rzucając je na kupę daleko od uświęconego miejsca. Wziął się nawet za usuwanie całych drzew. Z pomocą języka Opiekunów Lasu – poznanego niegdyś zupełnie bezprawnie – przekonał je, że lepiej będzie, jeśli odejdą kawałek.
W ten sposób utworzył krąg.
Wypalił resztki gnijącej trawy i liści. W ruch poszło krzesiwo, pozostawiając czarne koło wokół czarnego głazu. Musiał tylko zaczekać, aż świat wokół również przybierze czarną barwę, ukrywając wszelkie tajemnice.
Miał problem z cierpliwością.
Zima, owszem, już się rozpoczęła, lecz dni nie były jeszcze tak krótkie, a noce tak długie, jakby sobie życzył. Oczekiwał zmierzchu, marznąc na zimnym kamieniu, bez żadnego ognia czy choćby grubszego okrycia. Ostatni posiłek spożył jeszcze w domu hrabiego, co teraz dawało mu się we znaki, choć na ogół potrafił ignorować dolegliwości ciała, siedząc nieruchomo niczym marmurowy posąg.
Gdy nadszedł czas, wyjął z kieszeni płaszcza dwie świece, zapalając je po obu stronach zagłębienia. Paliły się jasno, rozchylając poły nocy, ale też oślepiając Neana i uniemożliwiając mu widzenie czegokolwiek poza niewielką enklawą. Czuł się jak pod kopułą. Albo w ciemnym pudle. Reszta świata nie istniała. Był tylko on ze swoim zadaniem i żadna prośba ani groźba nie mogła zmienić losów Lamre. Decyzja została podjęta.
Zaczął głośną, melodyjną pieśń w języku, którego w większości nawet nie rozumiał. Znał tylko wydźwięk pieśni. Nie opowiadała o śmierci i chwale bitewnej, ale o śmierci zadanej przez nienawiść, o potępieniu, o wszelkim dobru i wszelkim złu oraz wojnie jaką ze sobą toczą, o winie niemożliwej do zmazania przez karę i pokutę, o chorobie i cierpieniu nie znajdujących ratunku, o niespełnionym przeznaczeniu i niepotrzebnym poświęceniu. Przez chwilę wydawało mu się, że rozumie i widzi wszystko. Melodia coraz głębiej wgryzała się w umysł i duszę, wzbudzając coraz większy żal. Aż w końcu doszła do opowieści o zapomnianej bogini Aliele, która przez trzysta lat i trzysta dni błąkała się po pustkowiach, za towarzystwo mając tylko gwiazdy obnażające swym blaskiem wszystkie grzechy, jakich się dopuściła. A gdy minęło te trzysta lat i trzysta dni, ujrzała twarz ludzką całkowicie niepodobną do jej zdziczałego oblicza, więc z żalu połknęła gwiazdy, a te złączyły się w jedno słońce i wypaliły drogę na zewnątrz, zabijając Aliele. Nawet potem nie zostało jej przebaczone. Po koniec wieczności jej cień błąka się po pustkowiach, rozpaczliwym wyciem błagając o litość.
A potem pieśń urwała się gwałtownie, zostawiając w sercu wypaloną przez żal i smutek dziurę. Umilkło wszystko oprócz niespokojnego oddechu czarownika usiłującego walczyć z ogarniającym go strachem i wzruszeniem. Widział tylko czarną ścianę nocy. Nie było nawet gwiazd, jakby wciąż kryły się w żołądku bogini.
Nadeszła pora.
– Hej, demonie! – zakrzyknął w ciemność. – Nocna maro skryta przed oczami ludzi! Ciemny panie żywiący się strachem i krwią! Władco i opiekunie tego cmentarza!
Przerwał, oczekując reakcji. Przez parę sekund nic się nie działo, aż usłyszał cichy szept dobiegający od strony ołtarza. Ledwie rozumiał syczący język, ale wziął słowa za dobrą monetę.
– Nie wiem, jak brzmi twe imię, Panie, ale chciałbym złożyć na twym ołtarzu ofiarę z krwi i prosić, abyś swoją mocą dopełnił tego, co tej krwi zostało przeznaczone.
Odpowiedział mu nieco głośniejszy szept.
– Ygranor.
Nean zrozumiał, że to imię ducha. Wyjął metalową butelkę. Odkręcił ją i wylał krew hrabiego do wgłębienia w ołtarzu.
– Ygranorze, oto krew tego, co zgodził się na każdą zapłatę. A z krwią jest strach. A ze strachem jest zbrodnia. A ze zbrodnią jest kara. A za karą stoi zemsta. Niech się przerwie nić, co wiąże zbrodniarza i mściciela. Niech twoi słudzy zabiorą czarodzieja Tagridura do swego królestwa, a hrabiego Renwarda mnie pozostaw, abym zawsze miał już nad nim pieczę. – Przerwał do chwili, gdy naczynie stało się puste. – Racz przyjąć to, co tobie składam.
Patrzył jak krew wsiąka w litą skałę, jak pogasłe świece zapalają się na nowo czerwonym blaskiem, jak gwiazdy powracają na swe miejsca. Jakaś nieskromna część jego chełpiła się, iż ponownie dał radę wprawić w ruch dawno zapomniane siły. Niestety nie mógł być pewien, że wszystko poszło zgodnie z planem. Ygranor mógł równie dobrze spełnić prośbę, jak pokarać śmiałka. Mijały minuty. Nie miał odwagi się poruszyć. Czekał. W sercu rosła mu niewiara we własny rozsądek i możliwości. Nie powiedział przecież, o którego Tagridura chodziło i złośliwy demon mógł uśmiercić kogoś innego. O co tak właściwie prosił? Nie potrafił sobie przypomnieć własnych słów.
W porę nadeszło poruszenie ziemi – ten nieprzyjemny, budzący niepokój dźwięk pogrzebanej przeszłości. Uderzenia kości o kamień rozbrzmiewały niczym kilofy w kopalniach. Musiał się odsunąć, aby nie wpaść do jednej z właśnie opuszczanych mogił. Zbielałe szkielety uparcie zrzucały z siebie kamienne nagrobki, zrzucały z siebie kajdany korzeni, zrzucały z siebie piętno śmierci i lat rozkładu, by raz jeszcze odegrać swą rolę w postarzałym, zepsutym od zła, lecz wciąż tętniącym życiem teatrze świata. Widownia pędziła na scenę, by ukarać aktorów.
Było ich więcej niż grobów. Spod warstwy jednego pokolenia, wyczołgiwało się następne, zapomniane, zastąpione skrycie przez potomnych bądź najeźdźców. Ogromna masa w mig zajęła całą powierzchnię cmentarza. Nie zawsze były kompletne. Niektóre resztki swych kończyn musiały trzymać w zębach. Bywały również takie, które unosiły ze sobą szczątki innych – bliskich, którym niedane było przetrwać próby czasu.
Patrzyły na Neana pustymi oczodołami. Mógł mieć pewność, że go widzą, lecz nie ruszały na niego. Czekały. Część z nudów lub zachwytu powrotem do życia badała swoje nieumarłe ciała, często łamiąc kruche żebra, by potem spoglądać z zaskoczeniem i fascynacją na urwane kości.
Nekromanta uciszył rosnąca dumę. Nie zachwycał się, nie przyglądał się nieumarłym, nic nie mówił. Tylko patrzył – tak jak uczeń patrzy na dzieło, które co prawda wyszło spod jego rąk, lecz z pomocą mistrza. Chłonął i zapamiętywał, obiecując sobie, że kiedyś nie będzie potrzebował pomocy z zewnątrz.
Ale nieumarli otrzymali w końcu polecenie i, w przeciwieństwie do niego, przestali trwonić siły na próżną ciekawość. Powietrze przeszył dźwięk zaklętego rogu. Odbity został po dwakroć, najpierw od gór na południu i zaraz od gór na północy, a gdy ucichł rozległ się jeszcze przedziwniejszy dźwięk. Postronni zapewne myśleli początkowo, iż to tylko wytwór wyobraźni będący zwielokrotnieniem szelestu wzburzonych wiatrem gałęzi albo buszującego w śniegu zwierza.
Ale wszystkie drzewa i zwierzęta zamilkły w grozie.
Ruszyły zastępy lamrejskich przodków. Tarły o siebie kruszejącymi kośćmi i wpadały na sąsiadów, rozpadając się z potwornym gruchotem. Potem powstawały na nowo, nie potrafiąc odnaleźć poprzedniej formy i przybierając dziwne, najzupełniej niepraktyczne kształty. Długo zajęło nim z bezładnej, grzechoczącej masy przeobraziły się w zwarty szereg wybijający krokiem równy rytm. Niedługo po tym Nean usłyszał krzyki – upiorna armia dotarła do bram Lamre.
Nie musiała ich sobie otwierać ani omijać grodu. Z łatwością przysługującą jedynie istotom pozbawionym mięśni i żyjących już tylko z pomocą magii wspięła się po murach i wkroczyła do miasta, nic sobie nie robiąc z biegających w panice ludzi. Nie zważała też na klątwy i egzorcyzmy, na uświęcone amulety ani nawet na przybyłych im na spotkanie zbrojnych wyglądających marniej niż sami zmarli.
Przemaszerowała przez miasteczko prawie nie czyniąc szkody. Jedynie popłoch ludzki zdołał spowodować dwa pożary i tuzin pomniejszych wypadków. Na widok działania sił nieczystych mieszczanie zupełnie tracili rozsądek. Nie obchodziło ich, że nikomu nie dzieje się krzywda. Biegali we wszystkie strony, wrzeszcząc jak potępieńcy i opóźniając tylko odejście nieproszonych gości.
Kiedy zmarli, mimo oporu żywych, dotarli do kolejnej bramy, już nawet nie zajmowali sobie głowy wspinaczką. Wyważyli ją swą masą. Niektórzy przez nieuwagę pozostawili upiorne pamiątki – spomiędzy desek wystawały kawałki ułamanych kości.
Nean obserwował wszystko oczami Bezmyślności i Zapomnienia. Z góry wyglądało to jak biała rzeka, wbrew prawom natury wpływająca po szarych kamieniach na Kurzą Skałę, wywarzająca ciężkie wrota i płynąca dalej po schodach wieży. Na nic się zdały krzyki Tagridura, na nic szarpanina, na nic błagania, prośby i groźby. Zarówno Nean i Ygranor słyszeli je, ale Tagridur nie miał nic, czego sami by sobie nie mogli wziąć po jego śmierci. Niczym też nie można zastraszyć ani demona, ani tym bardziej nekromanty nieczułego na moc boską i egzorcyzmy.
Na nic się zdały zaklęcia. Żadna magia czarodzieja nie mogła zaszkodzić temu, co już było martwe i podlegało władzy sił piekielnych. Na nic się zdały płomienie, wiatry i błyskawice, na nic przekleństwa, na nic wypędzenia. Rzeka porwała go, popłynął z prądem po zboczu góry, po pełnym odpadłych kości gościńcu, po oszalałym z przerażenia Lamre i wpłynął przez dawno już niepełniącą swojej funkcji bramę cmentarza. Słudzy Ygranora wciągnęli go do swojego królestwa i zamknęli za sobą wejście – szare płyty nagrobne opadły na miejsca. W mig okryły się plątaniną korzeni i białego śniegu. Tylko porzucone kości oraz odległe krzyki lamrejczyków świadczyć mogły, że ta noc nie była najzwyklejszą z najzwyklejszych nocy. Nawet czarny ołtarz skrył się na powrót pod zimową osłoną.
Nean wrócił do starej kaplicy i zapadł w sen równie twardy jak płyty kamiennych nagrobków.

Nazajutrz mieszkańcy Lamre powoli dochodzili do siebie po niespokojnej nocy, mając nadzieję, że już nigdy nie przyjdzie im oglądać przybysza w czerni.
Rozczarowali się.
Nadszedł o zachodzie słońca – ciemna plama skąpana w aureoli z promieni słonecznych. Ubrany był dostojniej niż wówczas, gdy widzieli go po raz pierwszy prowadzonego przez żołnierzy niczym zwykły włóczęga. Czerń płaszcza była bez skazy – dziury i łaty zniknęły. Kroczył z jeszcze większą pewnością siebie, jeszcze groźniejszy się zdawał.
Na powitanie wyszedł mu sam hrabia. Mieszczanie podążyli za nim – w zbitej kupie, w oddaleniu kilkunastu kroków. Nie zabrakło nikogo. Nieważne czy stary czy młody – każdy na przekór rozsądkowi i świętym prawom chciał mieć kontakt z czarnoksiężnikiem. Skoro już raz bogowie ochronili Lamre przed armią nieumarłych, nie podobna, by nie obronili go przed jednym tylko nekromantą.
Renward nie czekał aż Kruczarz zbliży się nadto i gdy tylko był wystarczająco blisko, aby miał pewność, iż go usłyszy, zakrzyknął:
– Czego chcecie, demonie? Lamre dziękuję wam, ale to miasto wolne od sztuk czarnomagicznych! Mówcie, czego chcecie i idźcie!
A czarownik odpowiedział na to słowami najstraszliwszymi ze wszystkich możliwych.
– Tego czego demony zawsze pragną najbardziej i najwięcej są w stanie poświęcić, by to zdobyć.
I zabrał Kruczarz duszę hrabiego Renwarda. Jedni mówią, że schował ją w przedziwnej, metalowej butli, inni że nosił ją jako umocowany w pierścieniu klejnot. Nieznany był też nikomu użytek, jaki z niej robił. Pewne było tylko, że władca Lamre padł tamtego wieczoru bez tchu na gościniec, a czarnoksiężnik nie posłuchał jego rady i nie odjechał, lecz na stałe osiadł w wieży czarodzieja Tagridura.
Choć pewnie każdy szanujący się przedstawiciel stanu kapłańskiego w tym niecierpiącym ciemnych sztuk świecie zganiłaby nas za takie słowa i szepnął parę słów inkwizycji z południa, trzeba nam przyznać, że w rzeczywistości pomyślny był to obrót spraw dla lamrejczyków. Ustały porwania organizowane przez lubującego się w magicznych tworach czarodzieja i żadne lamrejskie dziecko pod zaczarowaną postacią nie służyło mu więcej na Kurzej Skale. Kruczarzowi nawet niekiedy zdarzyło się pomagać okolicznej ludności w czasach wojen i głodu.
Władza też okazała się lepsza. Wrócił cudownie odczarowany z końskiej postaci dziedzic. Mimo że miał umysł zupełnie otępiały, miłością do wszelakiej zieleni pałający, świetnie szło mu słuchanie rad lamrejskich możnych, którzy tak doskonale poradzili sobie z urządzaniem miasta, że choć nadal biedne, bogatsze było niż kiedykolwiek. Choć, między nami mówiąc, więcej niż złota przybyło mu niedorzecznych opowieści.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Kimchee » 28 lipca 2015, 11:17

Na wstępie uprzedzam, że „Wiedźmina” nie czytałam ;)

Wiele słyszałam o tym tekście, wypada mi skomentować. Dobrze, że od razu mogłam przeczytać całość.
To chyba twój najlepszy tekst, który czytałam. Chwali ci się, że próbujesz nowych rzeczy, bo to wychodzi na dobre.
Pierwsze, co mi się rzuca w oczy, to niekonsekwencja w stylizacji. W pierwszym rozdziale jest (osobiście nie jestem jej zwolenniczką), potem znika i pojawia się raz po raz. Moim zdaniem powinnaś się zdecydować – albo tak, albo tak. To chyba najpoważniejszy zarzut, reszta mi się podoba.
Świat, mimo że ledwo zarysowany, budzi zainteresowanie. Jest baśniowo-magiczny, lubię takie. Podobnie jak sama historia, chociaż można się domyślać zakończenia.
Klątwa okazała się ciekawa. Też zwróciłam uwagę na bębnienie w kubek.
Podobali mi się hrabia i czarownik – naprawdę. Nie wiem, czy to zamierzone, ale zostali tak przedstawieni, że do obu poczułam sympatię. Widziałam, że każdy miał jakąś tam rację w tym ich sporze. Trochę gorzej jest z bohaterem głównym – Kruczarzem.
Podoba mi się jego image. Cały czas miałam przed oczami Sandmana.

Obrazek

I kruki (swoją drogą już samo towarzystwo kruków sprawia, że ja bym się z nim na nic nie umawiała ;) ). Nieźle "wykorzystałaś" Hugina i Muniana.
Sam Kruczarz, jest... ciekawy. Trochę stereotypowy, widać wyraźnie, że coś tak ukrywa i będzie próbował realizować własny interes. Cóż, to nie jest jednak postać, która należy do panteonu moich ulubionych

Acha i gdzieś tam Lamre zmieniło się na Lemre ;)

Sam tekst jest ciekawy i wskazuje, że się rozwijasz. Oby tak dalej.
Przepraszam za bardzo chaotyczny komentarz, ale chciałam go napisać zanim mi wszystko wywietrzeje z głowy ;)

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Siemomysła » 02 sierpnia 2015, 19:12

Zacznę od spoilera. Jakaś ostatnio niekonsekwentna jestem w graficznej stronie komciów!
SpoilerShow
Zawsze miała całą brudną buzię, czym okropnie denerwowała mamę
W tym zdaniu coś mi nie pasuje stylistycznie, ale nie potrafię uchwycić, co dokładnie. Po prostu zostawiam sygnał.
Okładka głosiła: „Sposoby na choroby, co ich się można jeżdżąc tyłkiem po diablim piachu nabawić.” Nie była mu ta wiedza bezwzględnie potrzebna, ale czytał ze względu na autora – swego brata. Jak inaczej miałby skrytykować tego głupca i nieudacznika?
Śmiechłam na tytuł, a do tego ten urok maga - w pewnym sensie autor kierunkuje tutaj sympatie przedstawiając go w ten sposób.
Tagridur pochował naprędce wszystkie wartościowe przedmioty, szczególnie księgi często kradzione przez niemających dostępu do innych źródeł wiedzy desperatów.
Wyobrażam sobie jak wynoszą dyskretnie woluminy :D Mam wizję, że księgi muszą być potężne, a z drugiej strony, pewno można je ukryć magicznie, niekoniecznie po prostu chować za pazuchę, nie?
Skądś znał to chude i blade acz szlachetne oblicze, te czarne włosy przypominające krucze skrzydła, bystrą zieleń oczu i uśmiech człowieka prezentującego swój najlepszy towar, który jest w istocie kupą gówna.
Uśmiech <3 ale bystra zieleń oczu to uczłowieczanie koloru ;)
- Nie lubię takiego chrzanienia – mruknął gospodarz, gestem zapraszając gościa do środka.
W tym zdaje mi się być podobnym do swego oponenta - hrabiego.
Jego uśmiech w jednej chwili z stracił znaczną ilość kupieckiej sztuczności, a stał się szczery a nawet wesoły.
Zaplątało się niepotrzebne :)
Nie wykluczone, że spotkaliśmy się w Syvante.
Razem.
- Trudno nie kojarzyć waszego imienia, jeśli się było, choć raz wciągu kilku ostatnich lat w Syvante.
Osobno.
- Użycie słowa „wojna” jest tu całkowicie niepoprawne, bo sugeruje ono, że obie strony mogą wygrać w tym konflikcie, a to wcale nie prawda.
Razem oraz: fajna definicja wojny :)
- Lamre to dość mały teren dla dwojga magów. Czy mam rozumieć, iż ma to jakiś związek z ostatnio popularną na południu inkwizycją?
Dla dwóch? Dla dwójki? No i tu bardzo ładnie, po całym tym przydługim wstępie rozmowy widać, iż Kruczarz przychodzi w konkretnym celu, a układ z hrabią to jedynie świetny pretekst <3
Popędził po stromej, kamienistej ścieżce nieomal upadając przez lód i zbyt długi do biegu płaszcz.
Tu jak w pierwszym zdaniu - coś mi nie gra stylistycznie, to "przez".
Na wszelki wypadek posłał Bezmyślność, by obserwowała otoczenie Kurzej Skały. Zapomnienie w tym czasie wskazywało mu kierunek, który nie trudno było zgubić w takim otoczeniu.
Tutaj - przychodzi mi do głowy, że ja bym traktowała jednak obydwa Kruki męskoosobowo. Ale to tylko ja i uwaga, którą niekoniecznie trzeba się przejmować.

Ogólne wnioski po tej środkowej wstawce są takie, że choć mag na początku wydawał się bardzo mocny i pewny siebie, jakby wszystko przemyślał, wszytko ułożył i właściwie nie mogło być mowy o jego porażce, to jednak nie do końca tak jest. Może to jego pierwsza większa akcja, a może to, że się jednak Tagridura obawia świadczy o jego zdrowym podejściu do własnych możliwości, a tak pięknie się maskował przedstawiając swą definicję wojny <3 W sumie to dobrze, że bierze pod uwagę możliwość, iż nie wszystko pójdzie po jego myśli.

I spoiler numer dwa - do części trzeciej:
SpoilerShow
Roślinność obumarła, stając się nieprzystępna niczym sami umarli, choć wiosną z pewnością uwodziła by go i próbowała uwięzić niby czarnoksięska pieśń.
Razem.
Jarzyły się jasnym płomieniem, nie tylko rozchylając poły nocy w obrębie kręgu, ale też oślepiając Neanowi oczy i uniemożliwiając widzenie czegokolwiek poza tą niewielką enklawą.
Wydaje mi się, że lepiej będzie po prostu - "oślepiając Neana".
Więcej ich było niż grobów. Spod warstwy jednego pokolenia, wyczołgiwało się następne, zapomniane, zastąpione skrycie przez potomnych bądź najeźdźców.
Bardzo mi się podoba to zdanie.
Ludzie, niewidzący tego co Nean, zapewne myśleli początkowo, iż to tylko wytwór wyobraźni będący zwielokrotnieniem szelestu wzburzonych wiatrem gałęzi albo buszującego w śniegu zwierza.
Tu zdaje się powinien być przecinek.
Mieszczanie zupełnie tracili rozsądek na widok działania sił nieczystych. Nie zważali wcale na fakt, że najmniejsza krzywda nie stała się żadnemu z nich i biegali we wszystkie strony jakby pod wpływem jakiegoś uroku, opóźniając tylko odejście nieproszonych gości.
Świetne! Po prostu świetne! I jak to urośnie w opowiadaniach tych mieszczan, gdy już wszystko się skończy, uspokoi i będzie można snuć opowieści <3
Nie znany był też nikomu użytek, jaki z niej robił.
Razem.

Chciałam powiedzieć, że to fajna opowieść na takie właśnie krótkie opowiadanie. Ogromnie mi się podobają ramki pisane w stylu bajędy. Podoba mi się to zakończenie i fakt, że Nean okazał się dobrym i opiekuńczym sąsiadem - jest w tym pewna przewrotność. Żałuję tylko trochę, że gdzieś po drodze zgubiłaś stylizację - myślę, że całość tekstu można jakoś wyrównać, pójść w jedną bądź drugą stronę, choć z drugiej strony wcale nie jestem pewna, czy to konieczne. Gdy patrzę na całość mam takie filmowe skojarzenie: oto początek - pojawia się księga z baśniami, otwiera się, a narrator zaczyna opowieść, po czym wszystko płynnie przechodzi w film właściwy. Po czym następuje zakończenie, kamera oddala się i widać, iż wszystko to ilustracje w księdze, która zamyka się, a narrator mówi i to wszystko, co w ostatnim akapicie :)

Twórz dalej, Krin!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Ag. » 05 sierpnia 2015, 18:20

Spodobało mi się pierwsze zdanie, bo od razu nadało tekstowi klimat – szkoda, że nie udało się go utrzymać. Stylizacja może rzeczywiście sprawia, że momentami ciężko się czytało, ale jednak najbardziej ze wszystkich rozdziałów podobał mi się ten pierwszy, bo wydawał się najbardziej stylistycznie dopracowany, choć po prostu było w tym języku, co budowało klimat. Tak samo wprowadzenie postaci i ich rozmowa szczerze mnie zainteresowały, dodatkowa twarz na brzuchu nie była czymś, czego się spodziewałam. Powracający motyw kubka, jak już inni zauważyli, świetnie zrobiony.

Choć ja bym powiedziała, że bardziej mi się z Narrenturm kojarzy niż z Wiedźminem, może dlatego, że czytałam niedawno.

Natomiast drugi fragment mniej mi się podoba – przede wszystkim Tagridur wydaje się niespecjalnie ciekawy. Zaczynasz od opisu, jak je śniadanie, tu pada coś o żonie, córce, teściowej… wszystko to takie zbyt urocze jak na mój gust. Tzn. spalili mu córkę, a tu wstawka o nosku ubrudzonym konfiturą i zero do tego przemyśleń, że za nią tęskni, czy że konfitura właśnie źle mu się kojarzy. Szczerze mówiąc straciłam pewność w tym momencie, czy ona żyje czy nie i czy Tagridur mieszka sam. Nie spodobał mi się też ten dialog:
SpoilerShow
- Błąd to popełniła twoja matka, rodząc cię.
Czarownik wykrzywił się.
- Doprawdy niskie i prostackie.
Właśnie brzmi to jak taka gimbusiarska odzywka niegodna czarodzieja. Znaczy – brzmi dobrze, jeśli efekt miał być niski i prostacki, ale świadczy za dobrze o postaci.
Trzecia część też nie ma już tego klimatu co pierwsza, ale
SpoilerShow
ma umarłych przemaszerowujących przez miasto i pradawne, zapomniane moce, co jest zawsze dobre :) Nie jestem tylko przekonana, czy ten demon powinien się tak z imienia przedstawiać, to trochę dziwne i w moim odczuciu odbiera mu powagi. Bo przychodzi śmiertelnik i stwierdza, że nie wie, kogo przywołuje, ale ma interes do zrobienia, a ten demon zamiast huknąć, że co mu tu ludź szacunku nie okazuje, to się uprzejmie przedstawia. Ale to tylko moje odczucie :)

Ten fragment taki piękny! :D
Mimo że miał umysł zupełnie otępiały, miłością do wszelakiej zieleni tylko pałający, świetnie szło mu słuchanie rad lamrejskich możnych,
Dołączę się też do grupy negacjonistów rozbudowanych opisów oczu:
Spojrzenie piwnych oczu Renwarda tonęło w nierozsądnie zielonej otchłani.
To zawsze brzmi jakoś przesadnie poważnie i nadęcie, poza tym różne zabawne wizualizacje mam :D
Ale muszę powiedzieć, że całość bardzo mi się spodobała. Ma spójną fabułę, wszystko trzyma się kupy, może klasyczny, ale przyjemny pomysł, sam główny bohater też jest ciekawy, bo taki balansujący na granicy dobra i zła. Jestem na tak! ;)
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zapłata

Post autor: Kruffachi » 10 lipca 2016, 11:52

No to zaczynam przygodę z Krucarzem ;)

Hej, podobało mi się :) Oczywiście nawiązań do Wiedźmina widać multum - i w stylizacji (do tego wrócę), i w konstrukcji opowieści (kilka opowiadań zdaje się tu splatać w jedno), i w sposobie portretowania bohaterów, a nawet ich charakterach, bo przecież trudno chociażby nie zobaczyć w hrabii Flotesta, a we Frilli typowej krnąbrnej kobiecej bohaterki Sapkowskiego z tła, ot dowolnej czarodziejki na przykład. Po cichu liczę na to, że w następnych opowiadaniach tych nawiązań nie będzie i pokażesz prawdziwą Krin, ale maskę przybrałaś umiejętnie. Łącznie z tym, że powtórzyłaś błędy Sapkowskiego... (tu zapowiedziany powrót do wątku stylizacji, ale widzę, że pisała już o tym Coff).

Niezwykle rzadko to robię, ale przyczepię się tytułu. A to dlatego, że stanowi swego rodzaju spoiler. Zdradza, w jakim kierunku opowieść się potoczy, a przecież tego rodzaju zapłata pojawia się tu i tam i z pewnością nie może czytelnikiem wstrząsnąć, ani go zaskoczyć. Więc przez to, że rzucasz tym słowem w tytule, wiem już praktycznie wszystko, co odbiera czytaniu napięcie. Ale z drugiej strony, jak o tym myślę, może zrobiłaś to celowo. Może to ze względu na to, że masz świadomość, jak klasyczną historię z klasycznym zakończeniem serwujesz i nie zamierzasz w związku z tym budować fałszywego napięcia. A jednak przy włożeniu w tekst sporej dozy wysiłku udałoby się zapewne zmylić tropy. Trudno mi powiedzieć, jak bym go wówczas odebrała.

Natomiast ta oczywistość i klasyczność nie odbierają Twojemu opowiadaniu barwności. Podobała mi się narracja, to, jak zmieniała się wraz z perspektywą, jak się nią bawiłaś i jak Ci to lekko wychodziło. Dało się wyczuć, że piszesz z dystansem i to nie wymuszonym, a całkowicie naturalnym. Że traktujesz to wszystko z przymrużeniem oka. Udało Ci się też parę barwnych opisów. Dodatkowej twarzy hrabiego choćby czy armii widm maszerującej przez miasto (ten zwłaszcza mi się podobał). Ogólnie to Krin w naprawdę dobrej formie :D Ja Ci, dziewczyno, wróżę świetlaną przyszłość z piórem, co tu kryć.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ