Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Jasność twoja wszystko zaćmi

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Martys » 18 września 2015, 15:27

Okey. Wow. Foch z przytupem, że tylko dwa rozdziały tego tu zamieściłaś. Czuję się zagubiona, ale nie w ten odpychający sposób, że dobra, niech autorka bazgra sobie dalej, tylko: autorko, piszże dalej i nie trzymaj ludzi w napięciu. Jako osoba wybitnie widzę niewprowadzona w temat przyznaję, że w paru miejscach po prostu nie wiem, o co chodzi, ale domyślam się, że będzie to wszystko pokazane, prędzej czy później. I czekam, aż zdecydujesz uchylić rąbka tajemnicy.

Za mało bym mogła pisać coś konkretniej. Świat jest interesujący, ciekawi mnie, co tam trzymasz w zanadrzu. Nie tyle "czemu tak jest" a "jak tam jest". Opis zaklęcia na początku - epicki. Ale tak naprawdę, łał. Aż poczułam tą moc nad okolicą. Dwa razy ten fragment czytałam, bo już kiedyś podchodziłam do przeczytania tego tekstu, ale się zniechęciłam, że niedokończone - za drugim razem nadal robi wrażenie. Pomysł z personifikacją miast i krajów przypomniał mi anime "Karas", ale to tyle jeśli chodzi o moje luźne skojarzenia.

Poza tym piszesz po prostu pięknie. Słowa płyną lekko, czytelnik po prostu daje się im ponieść (nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z samym procesem pisania ;)). Nawet jeśli moje zagubienie kazało mi się zatrzymać i parę razy przeczytać jakieś fragmenty by poskładać elementy do kupy, nie biorę tego na minus. To tyle jeśli chodzi o komentarz. Yup.
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
jouska
Posty: 7
Rejestracja: 14 sierpnia 2015, 15:49

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: jouska » 18 września 2015, 21:39

Okej, mój pierwszy komentarz pod tekstem na tym forum, dlatego Coffee, bądź proszę łaskawa :)

Odczucia mam generalnie takie, jak i moje przedmówczynie - bardzo mi się podoba język historii, bardzo plastyczne opisy. W ogóle widać, że opisy były przemyślane, nie na zasadzie - nawrzucam paręnaście pasujących przymiotników - tylko takie, żeby się ładnie łączyły w całość i rany, jaki klimat to robi.
W pierwszym fragmencie jednak imho o parę patetycznych zdań za dużo.
Los Filipa w pierwszym rozdziale był mi kompletnie obojętny, przykro mi :D Natomiast w drugiej części zapałałam do niego sympatią po zdaniu "Właściwie nikt nie lubi Filipa." :heart: Mam wrażenie, że oscylowałam gdzieś na granicy zrozumienia, kto, po co i dlaczego i drugi rozdział tylko trochę rozjaśnił sytuację. No i polubiłam zarówno Christine, jak i Marcellę :)
Ogromny plus za ciekawe miejsce umieszczenia akcji.


PS. Nie wiem, czy masz worda, ale błędy podkreślają mi się nawet w oknie komentarzy. Sprawdzenie tego pod kątem literówek zajęłoby ci kilka minut.
nie pozwolił, by rzucono go w świetło reflektorów.
Wodniste oczy Brukseli wpatrywaly się w przestrzeń
Manifestaje to tylko maski.
I jeszcze taki drobiazg, nazwiska:
Mogła minąć Gernaey’a
Nie znalazłam żadnych informacji na temat wymowy tego nazwiska, ale jeśli końcowe "y" wymawia się jako [j] to apostrof jest zbędny.
Szukam Filipa Gernaey
Spotkałaś Guillaume Veigy?
Nazwiska powinny być odmienione.


O rany, mam nadzieję, że nie czepiałam się za mocno? Jeśli tak, to przepraszam. Ledwo przyszłam i już się panoszę :bag: W każdym razie tekst mi się bardzo podobał i miło mi się go czytało :)
JOUSKA: a hypothetical conversation that you compulsively play out in your head.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 178
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Coffee » 23 września 2015, 21:32

Martysu - nie do końca wiem, jak Ci odpisać na ten komentarz, poza tym, że pomogłaś mi się nim wyrwać z pisaniowego hejtu. Mam nadzieję, że nie zepsuję nic dalej i bardzo, bardzo, BARDZO jara mnie fakt, że tak Ci się spodobał początek. Tym bardziej doceniam, że wiem, że nie lubisz czytać ledwo co rozpoczętych tekstów. Generalnie sparkle i tęcza <3

Jouska - Ale to ja powinnam prosić o łaskę :D Dziękuję bardzo za rzeczowy komentarz i wskazanie literówek. Mam Worda, ale Jasność akurat piszę w scrivenerze, który mi nie podkreśla baboli. Oczywiście sprawdzam tekst przed puszczeniem go na forum, ale to jednak stara sprawdzona prawidłowość, że swoje literówki naprawdę najtrudniej zauważyć. Bardzo mnie cieszy, że polubiłaś główną obsadę :3 To tekst, który w zamierzeniu wolno się rozkręca, no i nie będę infodumpować na starcie, więc takie stopniowe odkrywanie kart to, wydaje mi się, rozsądnie umiarkowane rozwiązanie.

Generalnie - postaram się nie zmarnować Waszego zaufania wobec tego tektu, no :D

III

Śpi. Nie mam zamiaru go budzić. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek przyszło mu do głowy, jak bardzo sen jest podobny do śmierci. Może gdyby to wiedział, nie spałby tyle. A może właśnie dlatego to robi.


William Wharton, Niezawinione śmierci



– Immunitet?! Dla niej?!
Gruby, pokryty odciskami paluch wisiał tuż przed jej nosem, śmierdzący oddech owiewał jej twarz, ale Marcelle nie ruszyła się nawet o centymetr. Stała niewzruszona, z tą samą uprzejmie niezainteresowaną miną i zmuszała się, by obserwować cyrk, jaki przed nią odstawiano. Nawet się nie zasłaniała, mimo że gwałtowne ruchy Generała co i rusz znosiły go na jej orbitę, blisko, niebezpiecznie blisko. Ręce splotła za plecami.
Dzięki temu nikt nie widział, jak drżały.
– Chcecie ją puścić do centrum, samą, z immunitetem?! Pani, masz dwór, masz tylu wiernych ludzi, a wybierasz ją?! JĄ?!
– Generale, naprawdę rozumiem wszystkie... – zaczęła bez większych nadziei. Wiedziała, że ktoś jej przerwie, najprawdopodobniej sam Generał.
Nie wiedziała tylko, że zrobi to, zaciskając wielką dłoń na pole jej marynarki i bezpardonowo przyciągając do siebie.
– Milcz! – zawarczał Generał schyliwszy swój okrągły, pokryty bliznami łeb. Był wyższy od niej o ponad głowę i gdy, pewnie nieświadomie, uniósł ramię z zawieszoną na jego końcu Hagemann, dał się słyszeć odgłos prutego materiału. Marcelle nie krzyczała. Zdołała jedynie odwrócić głowę, poszukać wzrokiem pomocy, jakiejkolwiek pomocy. – Ty podstępna małpo, ty, ty, ty śmieciu, ty nie masz prawa, żeby się odzywać, nie masz prawa...
Kątem oka Marcelle zobaczyła, jak znudzona Dame w końcu macha ręką, a w następnej chwili coś zmiotło Generała z nóg. Nic nie mogło złagodzić upadku Marcelle, uderzyła o marmurowe płyty całym ciężarem ciała, a fala bólu rozlała się po całym jej ciele i po chwili skoncentrowała w prawym biodrze.
– Już? Wykrzyczałeś się? – spytała Dame Bern, zduszając ziewnięcie. Siedziała na swoim bujanym fotelu tak nisko, że niewiele brakowało jej do całkowitego zsunięcia się z siedzenia.
Marcelle zdołała unieść się na łokciu – na tym, który miał szansę się pod nią nie załamać – i odwrócić głowę. Generała do ściany przygważdżał osobisty ochroniarz Dame Bern, w tej chwili w postaci olbrzymiego czarnego niedźwiedzia.
Pasują do siebie, pomyślała Marcelle, zanim na powrót skupiła się na tym, co ważne. Obaj kudłaci, wielcy i niebezpieczni.
– Chciałabym – westchnęła Dame, unosząc się nieco wyżej na fotelu; jej bose stopy na powrót stanęły na posadzce – żebyś był jedynym człowiekiem, którego tak wzburzyła moja decyzja. Ale wiem, że pół dworu niepotrzebnie ekscytuje się całą tą sprawą. Więc wyjaśniam i proszę, bądź tak uprzejmy przekazać to dalej. Nie mamy żadnego biznesu do ubicia w Brukseli. Żadnych interesów, kontrahentów, a nasi agenci na miejscu są co najwyżej mierni. Niemniej to, co się tam stanie, będzie ważne. Na tyle ważne, że każdy mój brat i każda moja siostra wysyła do Flandrii swojego obserwatora.
– Ale ona!... – wycharczał Generał mimo niedźwiedziej łapy na gardle. Łypnął przekrwionym okiem na Marcelle, która zdążyła się już podnieść na nogi i ściągnąć poszarpane zwłoki żakietu. – Ze wszystkich! Ona!...
Dame Bern przewróciła oczami.
– Mogłeś nie zauważyć, Generale, gdy gnuśniałeś bezczynnie przez wszystkie te lata, ale jesteśmy tu trochę odizolowani. Wstyd mi, przyznaję, ale nie mam tu wielu ludzi, którzy faktycznie wiedzą, co robić za naszymi górami. A Marcelle... Minęło dziesięć lat, Generale, ale rozumiem, że mogłeś tego nie zauważyć. Dla ludzi takich jak Marcelle dekada to długo. Spróbuj zrozumieć.
– Ale... immunitet...
– Tak rzadko jeździmy w odwiedziny – powiedziało Berno z cieniem uśmiechu na zmęczonej twarzy – że gdy już to robimy, to trzeba pokazać klasę.
Marcelle skinęła głową i na powrót stanęła tam, gdzie była przed atakiem Generała. Po lewej stronie Dame Bern.
Ręce splotła za plecami.

To było dwa tygodnie temu.
Marcelle wpatrywała się w złotą bransoletę na swoim przedramieniu, zapiętą tak ciasno, że byłaby ją w stanie zdjąć jedynie za pomocą mocnych nożyc. Immunitet ciągle płonął – czuła jego gorąco na własnej skórze – a zatem mimo wszystkiego, co stało się Brukseli i rozmachu, z jakim upadła Europa, Berno wciąż ją wspierało.
Immunitet. Odznaka, medal, glejt. Artefakt, relikwia.
Mówili, że miasto daje część siebie, by stworzyć immunitet. Że każdy pan, każda pani, każdy władca na swoim tronie musi wyrwać część siebie, musi ją odizolować, oswoić i zamknąć, żeby móc podarować taką ochronę, a potem już na zawsze są lżejsi o tę część siebie. Tylko tak mogli podróżować, ślepi, cisi i związani w kawałkach metalu czy kamienia, osłaniając wybrańca swoją aurą, niosąc w świat odrobinę swoich ulic, swojej pogody, swoich ludzi i jedzenia.
Mówili – wszechwiedzący “oni”. Różne plotki krążyły, a Marcelle podchodziła sceptycznie do każdej z nich. Faktem pozostawało, że nawet wiedźmy nie wiedziały, albo udawały, że nie wiedzą, jak powstają immunitety.
Wszystkie miasta szanowały tę ochronę, niezależnie od sytuacji i relacji z przybyłymi. Niemal wszyscy obserwatorzy, których poznała w Brukseli, mieli immunitety swoich miast, z tej prostej przyczyny, że ludzie Veigy’ego nie wpuszczali nikogo innego.
– Marcelle.
Pan Caviezel wyłonił się z cieni między jednym a drugim mrugnięciem; zagęścił powietrze, zamieszał i odkleił się od ciemności jak spłoszony nagłym poruszeniem kameleon. Marcelle nie zareagowała, a Christine na szczęście nie było. Za pierwszym razem zareagowała na sztuki pana Caviezela bardzo źle, blednąc i niemal omdlewając obok wciąż nieprzytomnego kuzyna. W porę wzięła się w garść, tyle dobrego, ale powidoki jej szoku uwidaczniały się na jej twarzy za każdym razem, gdy patrzyła na wampira.
Powietrze nie pomagało. W ich małym, wynajętym pokoju w opustoszałym na kwiecień gościńcu powietrze kleiło się do skóry, płuc, ubrań i tchawicy. Temperatura, mimo rześkiej aury na zraszanych morską wodą ulicach Llandudno, niebezpiecznie pięła się coraz wyżej słupka rtęci w stylizowanym termometrze, a włosy Marcelle były coraz cięższe i coraz mocniej pofalowane.
Poczuła, jak długie, zimne palce delikatnie zaciskają się na jej nadgarstku. Ulga była krótkotrwała, ale wystarczyła.
– Gdzie jest panna Gernaey? – spytał pan Caviezel, w ogóle nie dając po sobie poznać, czy rozgrzana bransoleta zrobiła na nim wrażenie.
– Mmm. Wyszła. Powinna zaraz wrócić.
– Będę musiał cię zawieść, dziecko.
Marcelle podniosła głowę. Nie musiała nic mówić; słowo “zawieść” generalnie nie padało między ich dwojgiem.
– Próbowałem sięgnąć umysłu tego chłopca – powiedział wampir, odwracając się i wracając do bezpiecznego cienia. Walijskie niebo było wiecznie zachmurzone, a ich chroniły na kolanie spętane glify, ale któraś śmierć pana Caviezela dokonała się w pełnym słońcu i musiał uważać. – Odbiłem się. Całkowicie. Nie mam żadnego dostępu. Onejromanta by nie miał. – Grymas niesmaku przebiegł po wychudzonej twarzy wampira. – Nekromanta również nie.
– Zasada zaproszenia? Nie możesz wejść bez zaproszenia, tak?
– To reguła, którą da się obejść. Próbowałem to zrobić... i nic. Przepraszam.
Skinęła głową i po raz kolejny spojrzała na bransoletę immunitetu. Na fragment Szwajcarii, który niosła ze sobą przez ziemie Europy. Na – jeśli wierzyć pogłoskom – fragment duszy Dame Bern zaklęty w metalu, opinający jej rękę i zdawałoby się na stałe wypalający bliznę w jej skórze.
– Rozumiem.
Nie fragment duszy. Na pewno nie fragment duszy.
Odchyliła się do tyłu, stara podłoga zaskrzypiała pod ciężką, perkalową pufą, a przyzdabiające salonik obrazki zakołysały się jednocześnie jak w tańcu, gdy uderzyła o ścianę głową.
Było jej tak gorąco. Tak duszno.
– Jednak będę tego potrzebować. Immunitetu.
Nie chciała tego mówić: nie chciała artykułować tego ciężkiego, gorzkiego przeczucia, które tężało jej gdzieś w podbrzuszu. Więc pan Caviezel zrobił to za nią.
– A Berno wiedziało o tym przed tobą.

Odgłos bosych stóp stawiających ostrożne kroki na wylanej betonem podłodze był jedynym dźwiękiem odbijającym się od pustych korytarzy. To nie były luksusowe sale wyższych pięter. Jeśli te brudne ściany kiedykolwiek widziały Magritte’a, Ensora czy Gauguina, to jedynie starannie zapakowanego do transportu. Woda nie szumiała w zawieszonych pod sufitem grubych rurach, nie trzaskały żadne drzwi. W ciemnych kątach leżały martwe muchy, a słabe żarówki migotały, gdy Ambiorix pod nimi przechodził. To była druga warstwa Muzeum; jego system limfatyczny, zarazem osłona i sieć łączności. I do tego układu należał niewielki magazyn, w tej chwili opróżniony i przekwalifikowany na celę.
– Zawsze ceniłeś sobie sztukę.
Zapach siarki wysypanej w ażurowe wzory na szorstkim betonie. Swąd przepalających się z wolna lamp. Wielkie białe arkusze rozwieszone dookoła kręgu.
Ambiorix, człowiek, który jednym atakiem powalił miasto na kolana, ostrożnie obszedł dookoła starannie wytyczony krąg, aż w końcu zatrzymał się między dwoma reflektorami — w jedynym miejscu, gdzie uwięziona wewnątrz klątwy Bruksela miała szansę spojrzeć mu w twarz i nie zostać natychmiast oślepiona.
– Hmm – zamruczał, rozcierając podbródek w zamyślonym geście. – Wyglądasz strasznie.
Monsieur siedział po turecku wewnątrz kręgu. Jego twarz lśniła od potu, a przekrwione oczy wodziły za Ambioriksem bez pojedynczego mrugnięcia. Szare włosy, splątane już po przegranej bitwie, teraz przywodziły na myśl kołtuny bezdomnych, którzy do niedawna rozgrzebywali worki śmieci powystawiane za drzwi kamienic na Etterbeek i Ixelles Elsene. Jeśli wciąż był przytomny, to jedynie ostatkiem sił; próbował unieść głowę, ale ta za każdym razem opadała.
Uważając, by nie naruszyć linii kręgu, Ambiorix powoli usiadł. Ostre światło reflektorów odbijało się od starannie wygolonej czaszki wojownika i wytatuowanych na niej zagadkowych wzorów.
– Rozpadasz się, chłopie – mruknął. Wydawało się, że jedynie takie dźwięki może wydawać; pomruki, burknięcia, wszystko z głębi trzewi, wszystko niskie i groźne. – Widziałem to już wcześniej. Zniszczenie awatara. Tyle że za każdym razem, gdy któreś z was sobie na to pozwalało, miało też pewność, że po sprawie będzie w stanie ułożyć nowy wizerunek. Herr Dresden. Herr Breslau. Juffrouw Ieper. To nie jest tymczasowa rzecz. A ty jesteś uwięziony. Jesteś pewien, że gra jest warta świeczki?
Odpowiedzią było mrugnięcie: powolne i zaspane jak u aligatora. Ambiorix westchnął i sięgnął żylastą dłonią do kieszeni sportowej bluzy.
Wyciągnął z niej paczkę najtańszych Winstonów.
– Chcesz?
Litościwie wystawił papierosa dokładnie nad siarczaną granicą, a po chwili brudne palce chwyciły filtr z drugiej strony. Nie zabrały prezentu, dopóki Ambiorix nie rozpalił tytoniu odrapaną zapalniczką.
Monsieur zaciągnął się słodkim dymem tak, jak spragniony rozbitek mógłby napić się wody.
– Nie możesz powiedzieć, że cię nie ostrzegałem – powiedział Ambiorix, gdy milczenie się przedłużało. Wciąż miał na sobie ten sam dres, w którym ruszył na swoją ostatnią szarżę. Na stopach wciąż wiły się atramentowe znaki, bo chociaż rozmazane, wciąż niosły ze sobą moc. W jego głosie nie dało się usłyszeć poczucia winy ani wstydu, ale równie dobrze mógł je maskować ten pierwotny, niski pomruk, który oblekał każde jego słowo. – Zawsze wiedziałeś, że jeśli przegniesz, przyjdę i skopię ci dupę. Monsieur. Miałeś utrzymywać równowagę, a nie napuszczać na siebie te biedne dzieci. Co ty myślałeś, że jesteś jak Paris, że możesz tańczyć i antagonizować dwie krainy przez wieki? Dałeś się zabić dla ziemi, nad którą można przerzucić martwego kota.
Smukła dłoń monsieur, trzymając rozpalonego papierosa, oparła się o spocone czoło, z pociemniałym od śliny filtrem tuż przy szpakowatej brwi. Wyglądało na to, że tytoń pomaga: gdziekolwiek był monsieur, po jakichkolwiek wspomnieniach i fantazjach krążył, palenie sprowadzało go do rzeczywistości i na powrót kotwiczyło w kręgu.
Obłoki gryzącego dymu krążyły wokół głowy Brukseli w leniwych zakolach. Do Ambioriksa nie docierał nawet zapach.
Bruksela przetarła twarz, raz, drugi, trzeci. Klepnęła się w policzek, odgarnęła włosy, odetchnęła, zakrztusiła, zajęczała. I w końcu – odezwała.
– Przyszedłeś ty.
– Przyszedłem, prawda – mruknął wojownik, rozcierając skroń.
– Po co? Już mnie pobiłeś. Ty i... Wszyscy inni...
– Nie będę przepraszać.
– Został ktokolwiek? Ktokolwiek lojalny? Czy wszyscyście zdrajcy i...
– Zdrajcy?! Uważaj na słowa, ja ci nigdy niczego nie obiecywałem! Postawiłeś wszystko na ostrzu noża, wszystko albo nic! Z odwiecznego przeciągania liny zrobiłeś nagle pojedynek na śmierć i życie, to co miałem robić?! Wiedziałeś, że nie pozwolę Flandrii zginąć, jestem ich pieprzonym bohaterem narodowym!
Gdy monsieur Bruxelles oddychał, poruszało się całego jego ciało. Żebra rozdymały i składały jak kowalskie miechy, strzecha srebrnych włosów drżała, dłonie dygotały. Palące światło reflektorów wydobywało każdy jego ruch, wyciągało każdy najmniejszy sekret na wierzch. Ambiorix czuł, jak jemu samemu pot leje się po skroniach i karku.
– Uczciwie. Tak.
Monsieur zamrugał, po czym obejrzał swoje dłonie, jakby widział je po raz pierwszy w życiu.
– Mademoiselle... Ani nikt inny... Nie przybył mi na odsiecz. Skreślili Brukselę. Skreślili...
– Zapewne. Więc moja rada... Zacznij rozmowy. Nic dobrego ci nie przyjdzie z czekania. Możesz tego nie przetrwać. Jeśli myślisz o wyłamaniu się z kręgu, to też ci się nie uda. Kto go wysypał?
– Spoza rejestrów. Człowiek bez imienia.
– No tak. Tym bardziej nie zdołasz uciec. Rozumiem, że krąg w parku był dziełem mniejszego talentu?
Monsieur zaciągnął się po raz ostatni – głęboko, gwałtownie. Pod rozchełstaną, przepoconą koszulą przebiegły dreszcze, chmura dymu wewnątrz kręgu zgęstniała na wzór mgły. Zgasił papierosa na wysypanej siarce, jakby była żwirem.
– Gernaey dostał, co mu się należało. Jego zdrada bolała. Dużo zniweczył.
– Gernaey zniknął.
Ręka z niedopałkiem zesztywniała.
– Co?
– Nikt nie wiedział, co mu zrobiłeś, więc przygotowali go do transportu, a on zniknął. Razem z tą swoją kuzynką od Guillaume’a, tą słodką blondyneczką. Miała się nim zająć i też przepadła.
Monsieur przerwał ciszę, dopiery gdy Ambiorix był pewien, że nie doczeka się już żadnej odpowiedzi.
– Będę rozmawiał z Guillaume. I nikim innym.

Sir Llandudno nie okazał się tym, na co przygotowała Marcelle subtelna, pajęcza polityka na kontynencie, prowadzona między jedną a drugą metropolią. W niczym nie przypominał arysokratycznego monsieur czy chociażby eleganckiej Frau Vaduz, chociaż coś w jego znudzonym, niebezpiecznie bezpośrednim stylu bycia przywodziło jej na myśl Dame Bern. Miał okrągłą, ogorzałą twarz wieśniaka, piwny brzuch i aureolę ciemnych, poskręcanych włosów, które u kogoś młodszego byłyby pociągające. Nie pasował nawet do swojego dworu, wysokiej murowanej kamienicy, której korytarze i pokoje ciągnęły się przez znacznie większą przestrzeń, niż sugerował wygląd z zewnątrz.
Wysłuchał ich, pozornie w ogóle nie zwracając na nich uwagi, podczas przechadzki między rzędami zapielonej ziemi pod domowej roboty szklarnią. Chociaż powietrze w tym przydomowym ogrodzie również było gęste i duszne, stanowiło nieporównywalnie lepszą alternatywę od tego, co czekało ich w improwizowanym bunkrze w wykupionym gościńcu. Najpierw mówiła Marcelle, przedstawiając siebie i immunitet; jego waga została z miejsca doceniona i zanotowana. Potem mówiła Christine, trochę chaotycznie, lecz z pasją, prosząc o pomoc w bardzo naiwny, ale też prosty sposób. Pan Caviezel niczego nie mówił, bo nie pozwolono mu wejść.
Stały więc we dwie, wystrojone tak mocno, na ile pozwalały na to warunki, i obserwowały, jak ogorzały walijski wieśniak pochyla się nad maleńkimi sadzonkami, a sadło wylewa mu się za krawędź spodni. Gdy skończyły swoją petycję, cisza trwała o wiele dłużej, niż powinna, ale Marcelle trochę tego spodziewała.
Przez immunitet musiał ich wysłuchać. Nie oznaczało to, że będzie je traktował z szacunkiem.
W końcu sir Llandudno odchrząknął, splunął i odezwał się.
– Musiałaś uciekać za wodę.
Christine spojrzała niepewnie na Marcelle, zapewne nie rozumiejąc, co dokładnie na myśli ma pan miasta.
– Mamy rannego. Woda chroni przed niemal każdym pościgiem.
– Mhm. Macie rannego. I nie zabraliście go do medyka.
– Nie, sir.
– Mhm. Słyszałem już twoje nazwisko, Hagemann. W kontekście, które wcale a wcale mi się nie podobało.
Coś zimnego ściekało Marcelle wzdłuż kręgosłupa — coś zimnego powlekało całą jej skórę, kontrapunktowane jedynie przez obręcz ognia na ręce i żar na policzkach. Miała wrażenie, że świat spowalnia, a ona sama przyspiesza. Wystarczająco, by przejąć kontrolę; by nie pozwolić na więcej strat. Otworzyła usta, ale cokolwiek chciała powiedzieć, utonęło w donośnym głosie sir Llandudno.
– Ale to już przeszłość, a ten młody człowiek przecież nie może ponosić konsekwencji za to, co mogłaś zrobić dekadę temu! – Llandudno z hukiem odstawił blaszaną konewkę i dłonią w ogrodowej rękawicy przeczesał kędzierzawą głowę. – Proszę za mną.

Guillaume Veigy, antwerpski rottweiler, legenda ruchu oporu i obecny negocjator z ramienia Flandrii, wkroczył do obskurnej piwnicy z entuzjazmem, który dokładnie przykrywał wszystkie jego lęki. Obaw miał sporo, a dotyczyły głównie faktu, że monsieur, łaskawie zgadzając się na rozmowy, nagle znowu znalazł się u sterów. Mieli go w kręgu, Bruksela leżała im u stóp, świat dalej wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na ich następny ruch — ale gdy tylko monsieur zagwizdał, Guillaume przybiegł.
Bo nie mieli innego wyjścia.
Był sam, bo tego sobie życzyła kreatura w siarkowej pułapce. Nikt ich nie obserwował, bo alternatywą było milczenie jeńca. Mogli czekać, aż umrze, odcięty, cóż, odcięty od Brukseli, mogli czekać, aż zniknie, a miasto samo jakoś się naprawi, ale nie po to walczyli.
Walczyli o wolność, niezależność.
Walczyli o kontrolę, a Guillaume zamierzał ją zdobyć, nawet jeśli miałby wyszarpać ją razem z sercem monsieur.
– Meneer.
Monsieur przymknął oczy. Guillaume widział kłęby dymu unoszące się nad jego głową jak bardzo stacjonarna chmura.
– A jednak to prawda — stwierdził Bruxelles. — Twój głos naprawdę brzmi inaczej. I nie wydajesz już się taki wysoki.
– Iluzja optyczna.
– Ale głos?
– Myślałem, że wiesz.
Monsieur otworzył oczy, a Guillaume w ostatniej chwili powstrzymał odruch cofnięcia się o krok.
– Zatem możemy rozmawiać bezpiecznie. Bariera działa w dwie strony. Was chroni przede mną. A mnie przed wami.
– Przecież mój głos i tak nie mógłby na ciebie wpłynąć.
– Teraz? W tym stanie?
Veigy nie skomentował. Nie zamierzał wypowiadać się na żaden temat choćby odlegle związany z obecnym stanem monsieur. Od zawsze wiedział — wiedział i pielęgnował w sobie tę świadomość — że oni wszyscy wyglądają dokładnie tak, jak chcą. Tak pięknie, jak postanowią, albo tak ludzko, jak postanowią. Mogą olśniewać, wzbudzać zaufanie, litość albo przerażenie. Nie wierzył, nie miał zamiaru chociażby rozważać tej możliwości, że ten pot, podkrążone oczy i splątane kłaki to coś więcej niż jedynie próba wyłudzenia łaski. Ostatnia, żałosna i desperacka próba, na dodatek.
Guillaume nie lubił skamlenia.
– Usiądź.
Usiadł na zimnej podłodze. Nogawki starannie zaprasowanych spodni podciągnęły się ku górze, odsłaniając wełniane skarpety i gładkie jak chrzan łydki. Była to prawdopodobnie najmniej dyplomatyczna pozycja, w jakiej kiedykolwiek się znajdował, ale też nigdy nie był dyplomatą, nie z natury.
– Cieszę się, że w końcu zrozumiałeś – zaczął Veigy. – I że możemy podejść do sprawy rozsąd...
Bruxelles przerwał mu machnięciem ręki.
– Nie mam... Nie mamy na to czasu, musimy... przejść do sedna, jak najszybciej.
– Na nic innego nie liczę.
– To dobrze. Dobrze, dobrze... Gdzie zgubiłeś narzeczoną, Guillaume?

Christine Gernaey zerkała na pana Caviezela ze swojego kąta, z którego miała się pod żadnym pozorem nie ruszać. Obie z Marcelle odmówiły wyjścia podczas operacji, chociaż z całkowicie różnych pobudek. Sir Llandudno zresztą również został, przyczajony niedaleko drzwi z miną zadowolonego kota. Wyglądało na to, że Filip będzie się budził do wtóru oklasków.
Kupiona immunitetem asysta okazała się być wiedźmą. Cicha, zgarbiona kobieta z permanentnie zmarszczonym czołem nie zadawała wielu pytań, całkowicie ignorowała obecność każdego poza panem Caviezelem, a Filipa traktowała tak, jak koroner mógłby traktować świeżo przywiezione zwłoki. Czy była na stałe zatrudniona na, tfu, dworze, czy też Llandudno specjalnie ściągał ją od sąsiadów, o to Marcelle nie zapytała. Ale jej ruchy były zdecydowane i wyraźnie wiedziała, co robić, a Szwajcarka ceniła sobie profesjonalizm wyżej niż niemal cokolwiek innego.
Znaki wylewała woskiem. Płynnie i sprawnie, każdy glif i każdą literkę kreśląc jedynie raz, bez żadnych poprawek. W całej sali pachniało miodem, tłuszczem i dymem. Chociaż bardzo nie chciała o tym myśleć, Marcelle wciąż rozważała, czym do jasnej anielki będzie można to potem usunąć z parkietu.
– Dobrze – powiedział w końcu pan Caviezel. Spojrzał po kolei na Llandudno, Marcelle i Christine, aż w końcu jego wzrok spoczął na bladej, zapadłej twarzy Filipa Gernaey. – Możemy zaczynać.
Wiedźma skinęła głową i światło zgasło.

– Tine? A co do tego wszystkiego ma... – Guillaume westchnął. – Filip.
Monsieur oblizał wyschnięte wargi. Jeśli chciał przypominać obłąkanego kloszarda, to świetnie mu szło, ale Guillaume nie mógł zrozumieć, co chciał tym osiągnąć.
– Zniknęli razem, prawda? – Monsieur jedynie zerknął na nieruchomą twarz Guillaume’a i skinął głową. – Może ktoś ich porwał. A może nie. Mała Tine, zawsze taka porywcza, taka gotowa do poświęceń... Sprowadź ich do domu.
Twarz Veigy’ego pozostawała nieruchoma.
– Interesujące.
– Proste – skorygował go monsieur ostrym tonem. – Filip musi wrócić do Brukseli. To wszystko. Całe moje żądanie. Niech Filip wróci, a dostaniecie wszystko. Niech Filip wróci, a ja się poddam bezwarunkowo. Niech Filip wróci, a Flandria znowu będzie cała i kompletna, bez walońskiego korytarza. Zniszczycie ich, Guillaume, wykąpiesz się w południowej krwi! Nie tego zawsze chciałeś?! Sam będę rzucał kwiaty na gruzy mojego miasta, gdy urządzisz na ruinach swoje wesele, proszę bardzo! Wszystkie twoje marzenia, Guillaume, proszę bardzo.
Guillaume patrzył. Patrzył nieruchomo. Na drżenie warg monsieur, na sklejone potem pęki stalowoszarych włosów. Na maniakalnie zaciskane i prostowane palce.
Ściągnął brwi.
– Nie.

Najpierw poczuła zapach. Mięta i chmiel wdarły się jej do zatok, mimo że siedziała przecież tak daleko od ułożonego na stole Filipa. Zioła drapnęły ją po gardle, zakręciły w głowie – nie zdążyły zrobić nic więcej, bo zaraz zastąpił je ciężki zapach dymu. W ciemnościach walijskiej izby Marcelle wdychała lepki, słodki aromat i myślała o kominku. O drewnianej podłodze i pensjonacie wśród alpejskich szczytów. Próbowała się skupić, ale zamiast tego dryfowała wśród wspomnień o dywanach z niedźwiedziej skóry, pikantnym fondue i słodkim poczuciu zapomnienia, które towarzyszyło jej wówczas przez całą zimę.
Całą zimę, kiedy ukrywała się przed światem.
Próbowała otrzeźwieć. Uszczypnęła się w ramię, przygryzła język, szarpnęła za włosy. Byle tylko nie zasnąć, nie odpłynąć na powidokach wiedźmiego uroku.
I dopiero gdy odzyskała kontrolę, dotarło do niej, że w tej niczym nie rozjaśnionej ciemności słyszy głosy.

– Nie będziemy tak rozmawiać. – Guillaume ze słyszalnym trzaskiem rozprostował dłonie i oparł je o kolana. – Mogę ściągnąć ci Filipa, zgoda. Ale poddajesz się tutaj i teraz, oddajesz Brukselę jej ludziom. Miasto musi się obudzić, meneer.
– To tak nie działa.
– Zatem sprawisz, by tak działało.
Bruxelles westchnął – świszcząco, rwanie, jakby trawiła go choroba.
– Zamknięty w tym kręgu niczego nie zrobię, choćbym chciał.
– Nie wyjdziesz z niego.
– Dostrzegasz tu może zasadniczy problem swoich żądań, Veigy?
– Nie. Widzę trzecią drogę.
– Słucham.
– Dasz mi swoje pełne wsparcie. Mianujesz mnie tymczasowym rządcą. Oddasz mi kontrolę teraz, a gdy sprowadzę Filipa, spełnimy resztę warunków.
Gdyby zginął jeszcze tego dnia – gdyby wyszedł z tego Muzeum i szlag go trafił – Guillaume w ostatniej chwili pławiłby się w satysfakcji, którą dał mu wyraz twarzy monsieur.
– Żądasz ode mnie... Teraz, w tej sytuacji... Chcesz...
– Pełnego immunitetu Brukseli. Tak. Daj mi władzę, choćby i tymczasową, a ściągnę ci twojego proroka od siedmiu boleści.

Na początku był to jedynie głos wiedźmy – pana Caviezela nie słyszała nawet przez moment, nawet w najlżejszych szeptach, mimo że tak bardzo chciała go usłyszeć. Nie wypowiadała słów, a przynajmniej żadnych słów, które Marcelle by zrozumiała – zwyczajnie paplała, bełkotała bez sensu, za to z rytmem, nadając ciemności jej własną melodię. I gdzieś pomiędzy jej słowami, w tych krótkich interwałach na nabranie oddechu, Marcelle słyszała inne rzeczy.
Trzaskanie ognia w kominku.
Wycie wiatru między graniami.
Perlisty śmiech.
Tym razem była przygotowana. Nie dała się zatracić. Zaciskała palce, wwiercała paznokcie w wewnętrzną stronę uda; wszystko, byle tylko się opamiętać i zachować trzeźwy umysł. Coś w ciemności lśniło: przez łzy bólu dostrzegała miotające się wewnątrz wylanych woskiem symboli kształty, a było ich więcej, o wiele więcej niż dwa. Cienie wewnątrz cieni; żadnych z nich się nie bała. Pan Caviezel potrafił ujarzmić ciemność.
Ledwie to pomyślała – wszystko się skończyło. Zamilkł śmiech z przeszłości, zniknęły wizje chaty w górach i wspomnienia dzielonego fondue. Żarówki w zawieszonym pod sufitem żyrandolu migotały nieudolnie, ale oświetlały cały pokój. Widziała wszystkich: pana Caviezela, bladą jak ściana Christine, Llandudno o trudnej do zdefiniowania minie, wiedźmę opartą ciężko o skraj stołu.
I Filipa Gernaey niezdarnie próbującego podeprzeć się na ramieniu. Kaszlał jak gruźlik, wyraźnie ciążyła mu własna głowa. Marcelle zerwała się na nogi, ale pan Caviezel gestem kazał zostać jej na miejscu. To chwilę trwało; długą, żałosną chwilę, gdy wygnany major starał się odzyskać władzę nad własnym ciałem. Aż w końcu chyba doszedł ze sobą do ładu i pomiędzy świszczeniem gwałtownie wciąganego powietrza i charkotem rozbrzmiało jedno słowo:
– Tine?

Mężczyzna, który czekał na zewnątrz przerobionego na celę magazynu – mężczyzna, którego palce wciąż cuchnęły siarką i który wiedział stanowczo za dużo o fotograficznym sprzęcie jak na kogoś, kto sam nigdy nie pojawiał się na fotografiach – poderwał się na nogi, gdy tylko usłyszał skrzypienie drzwi.
– Trochę wam to zajęło. Co, ogólnie jest dobrą opcją. Powiedzenie “spierdalaj” zazwyczaj jednak zajmuje dość krótko... I jak?
Guillaume zdjął okulary i przetarł oczy. Był blady i wyraźnie wykończony, a gdy się odezwał, jego głos nie brzmiał cicho.
Samo to zmroziło czekającego mężczyznę do kości.
– Bruksela powinna stanąć na nogi w przeciągu paru godzin.
– Czyli...
– Możesz mi mówić per “meneer”.

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Martys » 25 września 2015, 09:43

No to tak... cieszę się tak bardzo bardzo, że piszesz dalej! :D Wybacz chaotyczność tego komentarza, ale nie umiem inaczej...

Najpierw sparkle :D
Robi się coraz ciekawiej. Teraz to umieram w oczekiwaniu kiedy się wyjaśni co jest między panem Brukselą a Filipem oraz co skrywa Marcelle. Twoje dawkowanie tajemnic jak najbardziej mi odpowiada :3

Pomysł z awatarami miast i to w taki sposób jak je prezentujesz (iluzja) - no epickość. Jak już wspomniałam, już się spotkałam z pomysłem awatara miasta (Karas), ale to było coś zupełnie innego. Nie tak fajne. Nie tak powiązane z faktycznym miastem. I nie tak różnorodne jak u Ciebie - tu Bruksela, tam Brno, a tu ci wyskakuje Llandudno. Ryj to mi się tak uśmiechnął na opis tego pana, że dobrze że w domu byłam.

Dalej. Twój świat po prostu mnie zachwyca. Magia, awatary, potem kopcenie fajek przy magicznym kręgu (z sierki i reflektorów <3 albo wcześnie - glify bazgrane flamastrami <3<3<3), sportowe bluzy... Obraz, który mi w głowie powstaje po prostu wymusza uśmiech na ryju. Nie przepadam za fantasy i magią takimi klasycznymi - szaty, magowie i takie tam. Ale łysy wojownik w dresie i z petem - kupuję. Chociaż jego imię kojarzy mi się z wojowniczymi Galami, co jak gugle podpowiada - nie jest aż tak złym skojarzeniem...

To zdanie: " Zawsze wiedziałeś, że jeśli przegniesz, przyjdę i skopię ci dupę. Monsieur. Miałeś utrzymywać równowagę, a nie napuszczać na siebie te biedne dzieci. Co ty myślałeś, że jesteś jak Paris, że możesz tańczyć i antagonizować dwie krainy przez wieki? Dałeś się zabić dla ziemi, nad którą można przerzucić martwego kota." W ogóle rozmowa tych dwojga jest cudowna. Sposób mówienia Brukseli niepokoi, co odbieram na plus. Może już sobie dopowiadam, ale mam wrażenie, że faktycznie nie jest to człowiek. Znaczy wiem, że to nie człowiek, ale oddajesz to jeszcze w sposobie jego mówienia, więc tak bardzo mnie to cieszy :D

To zdanie: "Wiedziałeś, że nie pozwolę Flandrii zginąć, jestem ich pieprzonym bohaterem narodowym!" - i już uwielbiam Ambioriksa.

To zdanie: "Wyglądało na to, że Filip będzie się budził do wtóru oklasków." - wygrało internet.


A teraz bez sparkli ;) Bo mam też kilka małych zastrzeżeń.
"powiedziało Brno" - W dialogu, gdzie pojawia się Dame Bern. Wiem o co chodzi, ale tak ni z gruszki, ni z pietruszki mi tu nie pasuje. Może ta forma powinna być użyta wcześniej, w narracji, a nie w dialogu. Bo tak to spojrzałam na to trochę dziwnie.

"Smukła dłoń monsieur, trzymając rozpalonego papierosa, oparła się o spocone czoło, z pociemniałym od śliny filtrem tuż przy szpakowatej brwi." - um... Smukła dłoń monsieur, trzymająca rozpalonego papierosa z pociemniałym od śliny filtrem, oparła się o spocone czoło tuż przy szpakowatej brwi?

"Żebra rozdymały i składały jak kowalskie miechy" - się?

"Monsieur zamrugał, po czym obejrzał swoje dłonie, jakby widział je po raz pierwszy w życiu." - klisza, ale taka bezczelna ;)

"Czy była na stałe zatrudniona na, tfu, dworze, czy też Llandudno specjalnie ściągał ją od sąsiadów, o to Marcelle nie zapytała." - tfu mi tu nie pasuje
"czym do jasnej anielki będzie można to potem usunąć z parkietu" - "do jasnej anielki" takoż. Narrator jest tutaj w głowie Marcelle, ale mimo wszystko jasna anielka mi tu nie pasuje.

Ogólnie w tym fragmencie sceny są wg mnie za krótkie. Rozumiem, że chodzi o przedstawienie wydarzeń, które dzieją się równocześnie lub w przybliżonym czasie, ale jednak - nim jedna się rozwinie, już następuje druga. Jak podsłuchiwanie dwóch rozmów przy stole, po trochu z każdej. Gdyby były to trzy czy cztery sytuacje, może miałoby to więcej sensu, a tak... Chociaż nie, wtedy to by w ogóle drażniło.

No i na koniec - nie do końca ogarniam czym jest Europa u Ciebie. Awatarem, ideą, czymś innym? Chyba że na wyjaśnienie mam czekać, no to czekam prawie cierpliwie :3
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Krin » 27 września 2015, 14:20

Można powiedzieć, że coś chyba zaczynam ogarniać. (Pewną zasługę miało też przy tym obserwowanie twojej dyskusji z Martysem. ;) ) Pewnie zrobiłabym to szybciej, gdyby nie tak długie przerwy, bo początkowo czytanie tego rozdziału było dla mnie raczej meczące. Powoli sobie buduję obraz ukazanego przez ciebie świata, choć z drugiej strony nadal poruszam się we mgle. A z tej mgły wyłania się świat w szarości i czerni, świat zimny, wietrzny i wilgotny. Czasem oświetlany przez rażące oczy światła reflektorów i nieśmiało migoczące w ciemnościach ogniki. Nie wiem, skąd te ogniki, raczej nie są dosłowne, ale ogólnie chodzi o światło.
Pewnie już to mówiłam, ale na wszelki wypadek powtórzę jeszcze raz, że najbardziej to mi się podoba magia. Jest epicka i jest wszędzie. Świat jest nią przesiąknięty. Oddałabym duszę, by potrafić odmalować świat w tak sposób, w jaki ty to zrobiłaś. Coś wspaniałego. I jeszcze te zaklęcia czarownicy... Jeśli tylko coś zrozumiem, gotowa jestem zakochać się w tym tekście.
W sumie to napisze może, czego najbardziej nie rozumiem, bo nie wiem, czy mam to rozumieć, czy nie:
1. Kim był Filip? W sensie za nim stracił przytomność. O ile pojęłam, monsieur jakoś go przez krąg zaatakował, ale skąd Filip się tam w ogóle wziął? Tak wyskakuje jak Filip z konopi. XD
2. Po co im właściwie monsieur? Po co to całe zwieranie pokoju, jakby nie mogli im po prostu z butami wejść na dywan i się nie przejmować.
3.Oraz przede wszystkim: Po co Marcelle potrzebny jest Filip?

Uff... Przynajmniej teraz rozumiem, kim jest monsieur, bo to do tej pory było najtrudniejsze. Wrzucasz czytelnika na głęboką wodę.
Nekromanta również nie.

:3
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 178
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Coffee » 04 października 2015, 21:54

Nie wiem, czy nekromanta z tego tekstu Ci się spodoba, Krin ;)
Nowe postacie! Tego wszyscy chcieli, prawda? PRAWDA? :P


IV

Najczęstszy ludzki błąd – nie przewidzieć burzy w piękny czas.

Niccolo Machiavelli


Filip patrzył na swoje ręce. Na czerwone pręgi pęknięć, które wiły się wzdłuż dłoni i przedramion niczym zabarwienia w marmurze. Nie mógł zaciskać pięści, nie mógł nawet chwycić niczego cięższego niż kubek, bo palce wciąż go nie słuchały.
Wielka szkoda, bo miał ochotę coś uderzyć. Jak rzadko.
Wiedźma, której nie znał, na służbie lorda, o którym nigdy wcześniej nie słyszał, w kilku cichych i bardzo oszczędnych słowach powiedziała mu, jak ma pielęgnować rany, ale nikt nie był w stanie wytłumaczyć mu, co je spowodowało. Gdy zaciskał oczy, zamiast ciemności widział rozdeptaną siarkę, zieloną trawę Jubelparku i szerokie, rozpięte mankiety. Wiedział, do kogo należały.
Ciągle słyszał jego głos.
– Filip, nie bądź śmieszny.
Nie znał ani ciemnowłosej kobiety, która mówiła po francusku z miękkim akcentem, ani wampira, którego potworne palce wyciągnęły Filipa z otchłani. Nie poznawał dworu, miasta ani nawet morza, nad którym się znalazł. Wszystkie wyjaśnienia brzmiały jak echo: bezmyślne i zapętlone, oderwane i całkowicie bez sensu. Jedynym elementem, który wciąż pozostawał mu bliski, była Tine, ale nawet ona teraz wydawała się obca.
Nie mógł zaciskać pięści. Bolało go nawet ubranie koszuli.
– Przestań w końcu!
Podniósł wzrok, bo przecież zawsze zwracał uwagę na Tine, gdy tego potrzebowała, zawsze reagował, gdy wchodziła na ten wysoki, lekko histeryczny ton. Tyle że tym razem miał wrażenie, że widzi ją po raz pierwszy w życiu: twarz wiecznego dziecka, wypacykowane, błyszczące oczy, usta na granicy wygięcia w obrażoną podkówkę. Patrzył i myślał o tym, jak nigdy nie wychodziła na zdjęciach, o tym, że obiektyw po prostu jej nie lubił. Zawsze w złym momencie mrugała, śmiała się, samoistnie pojawiał jej się drugi podbródek, kąt był nie taki, światło było nie takie. Tine miała po prostu zbyt plastyczną twarz i ktoś, kto znał ją dobrze, kto znał ją od urodzenia, jak Filip, mógł czytać w niej jak w otwartej książce.
– Co twoim zdaniem miałam zrobić? Nie mogliśmy zostać!
Siedzieli na białej ławce, nadmorski wiatr szarpał ich ubraniami i chłostał po twarzach, okazjonalnie rozpryskując na nich słoną wodę. Chmury gęstniały nad horyzontem i szarymi skałami, które wystawały ze stalowoszarej topieli na podobieństwo zepsutych zębów. Wrzeszczały krążące mewy i opatulone w foliowe płaszcze dzieci, biegając po deskach ozdobnego mola.
– Musieliśmy zostać – powiedział, wracając spojrzeniem do własnych pokaleczonych rąk. – Taka była umowa, Tine.
– Nasza umowa nie zakładała tego, co zrobił ci monsieur!
– Nie rozumiesz, że dokładnie tego chciał Guillaume?! – Wrzeszczał. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz wrzeszczał. – Miałem mu otworzyć drogę i zniknąć, żeby przypadkiem nie przeszkadzać! Wiesz, co on zrobi z tym miastem?!
– TO TY NIE ROZUMIESZ GUILLAUME! – ryknęła Tine, aż kilkoro turystów odwróciło się w ich stronę. – Nie mów, nigdy mi nie mów, czego on chce! Bo nie masz o tym pojęcia!
Troje dzieci, dwóch chłopców i dziewczynka, bawi się na placu zabaw.
Nie teraz, jęknął w duchu Filip.
Oddech rozrywał mu w płuca, porwane wiatrem morskie kroply siekły w twarz, sklejały włosy, godziły w rozpaloną skórę. Miał wrażenie, że pęknięcia na jego skórze zaraz rozpołowią go całego.
- Miałem zostać w Brukseli! Miałem go pilnować! Tylko dlatego ludzie się na to zgodzili! Tylko dlatego dostałem taki dostęp! A teraz nikt nie zatrzyma Guillaume, ani ty, ani ja, bo dałaś nas wywieźć jakiejś szwajcarskiej pindzie, której nikt nie zna! Nie rozumiesz, że teraz Guillaume nie dopuści do tego, żebym wrócił?! Zamknie przede mną Brukselę na zawsze.
– Przestań. – Tine była blada i chyba zaczynała się trząść, ale z nerwów czy zimna, Filip nie potrafił ocenić. – Nie zostawi cię, wiesz o tym. I ja do tego nie dopuszczę.
– To TY dopuściłaś do tej sytuacji!
– Ale to TY pozwoliłeś monsieur się tak urządzić!
Zaczerpnął oddechu, żeby odpowiedzieć, znowu podnieść głos, przekrzyczeć zarówno wiatr, jak i mewy, jak i Tine – i złamał się w ostatniej chwili. Chude plecy wygięły się jak złamany nagle patyk, poranione ręce przycisnął do twarzy.
Tine zaraz siedziała obok niego, drobne ręce obejmowały mu kark, śliczna jasnowłosa głowa przyciskała się do jego własnej.
– Guillaume strasznie się bał – usłyszał jej szept i na moment głos kuzynki zagłuszył inne słowa w jego głowie. – I był przerażony tym, co zrobił ci monsieur. Nigdy tego nie przewidział, nie miał pojęcia, co z tym zrobić. Nie wierzysz jemu, uwierz mi. Znam go tak dobrze.
Troje dzieci, dwóch chłopców i dziewczynka, bawi się na placu zabaw. Dwoje z nich jest spokrewnionych i mają na sobie czyste, niedzielne ubranie, które zaraz padnie ofiarą piachu, ziemi i miażdżonej trawy. Trzeci chłopiec wygląda inaczej; ma za długie ręce, za chude nogi, za dużo piegów.
Uspokajał się powoli. Wybuch rozpaczy był krótki i bezsensowny; dawał uspokoić się Tine, walijskim wiatrom i szumowi morza. Patrzył tępo, jak kuzynka bierze jego dłoń, cierpliwie i ostrożnie rozwiera palce i wykłada na nie owiniętą w sreberko pralinkę.
Nie miał pojęcia, skąd ją wzięła ani co to właściwie miało oznaczać.
– Musimy wrócić, Tine.
– Wrócimy. – Pewność w jej głosie zaskoczyła go; to nie brzmiało jak obietnica ku pokrzepieniu zmęczonego człowieka, ale zapowiedź. – Marcelle nie traktuje mnie poważnie, a jej wampir miał wczoraj inne sprawy na głowie. Sprawdziłam i komunikacja w Brukseli wróciła.
Poderwał głowę i zaraz tego pożałował, bo coś w karku strzyknęło ostrzegawczo.
– Mówisz...
– Nie wiem, gdzie Hagemann chciała nas zabrać i jaki sprytny plan sobie uroiła, ale na pewno tam nie jedziemy i nie gramy według jej reguł. Wracamy do domu.

– Walia? Co ona tam do cholery robi?
Zapętlone nagranie z dworcowego monitoringu nie pozostawiało żadnych wątpliwości, nawet mimo niskiej jakości i braku dźwięku. Dwie osoby wysiadały z pociągu na stacji Llandudno niedługo po aferze w Brukseli: jasnowłosa nastolatka, która sprawiała wrażenie bardzo zagubionej, oraz poważna, skupiona i, jak zdawało się Salvatore, nieludzko zmęczona Marcelle Hagemann.
Na tym nagraniu ślad się urywał, ale wobec faktu, że absolutnie nikt ani w Zurychu, ani w Bernie nie dysponował lepszą informacją na temat obecnego miejsca pobytu Marcelle Hagemann, Salvatore i tak mógł być z siebie zadowolony.
Każdy pan i każda pani mieli swojego ukochanego wroga, a państwo Zurychu i Berna tak się właśnie traktowali. Salvatore, zaciągnięty na służbę Zurychu tylko i wyłącznie na złość Marcelle, stanowił oczywiście pierwszą instancję, gdy wszystko zaczęło śmierdzieć.
– Coś mówiłeś, szefie?!
Oczywiście, to mógł być blef. Albo podwójny blef. Albo coś jeszcze innego. Tak się lubili przekomarzać, miasto z miastem, dwór z dworem. Nikt normalny za tym nie nadążał.
Salvatore mgliście zdawał sobie sprawę z możliwych zagrywek między miastami, ale prawdę niewiele go to wszystko obchodziło. Uważał się za prostego człowieka, w takim sam sposób, w jaki szczur uważa się za czyste stworzenie.
– Hagemann! – krzyknął przez ramię w ogólnym kierunku swojej asystentki. – W Walii! Powinniśmy! Komuś! Powiedzieć!
Zero odpowiedzi. Salvatore trzasnął spację i obraz na ekranie zamarł: ziarnista, owalna twarz Hagemann zatrzymała się, gdy reprezentantka berneńskiego dworu oglądała się przez ramię.
Mówiła coś?
Przecież nie do stojącej po zupełnie innej stronie małolaty.
– Cooo?!
Salvatore dźwignął się z wysłużonego biurowego krzesła, zaklął cicho, przypomniał sobie, że Ayo i tak go nie słyszy, po czym zaklął głośno. To był dzień utykania – ostatnio zdarzały się coraz rzadziej, ale głównie dlatego, Salvatore musiał przyznać, że dnie spędzał siedząc, a w ten sposób łatwo zapomnieć o problemach zdrowotnych i rehabilitacji.
– Ayo, w mordę jeża, to ty asystujesz m n i e, z natury rzeczy ty powinnaś biegać, gdy cię wołam... Co ty robisz?! Ile razy mam ci powtarzać, one tu nie latają dla zabawy! Są mi potrzebne!
Ayo zrobiła skruszoną minę bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznej potrzeby odkupienia, ale poza tym nawet nie drgnęła. Ba, nawet nie spojrzała na przełożonego, w pełni skupiona na ostrożnym odklejaniu ćmich skrzydeł od dłoni. Szczątki pechowego owada tkwiły już na dnie brudnego zlewu w kilku, o ile nie kilkunastu kawałkach.
– Przepraszam, szefie.
– Taa, jasne – burknął, siadając na stołku w rogu laboratorium. Zerknął na klatkę pod przeciwległą ścianą, ale nawet gdyby chciała, Ayo nie byłaby w stanie wykończyć wszystkich egzemplarzy naraz. Zresztą złapanie zamiennika zajmowało jej mniej czasu niż zabicie oryginału. Znała sztuczki na wabienie zwierząt, nieważne, czy chodziło o borsuka w lesie, czy lisa w środku miasta. – Mniejsza o to. Co wiemy o Llandudno?
– Dziura.
No, tyle to sam wiedział.
– Coś więcej? Po co Hagemann miałaby tam lecieć?
Ayo wzruszyła ramionami. Czasem musiał sobie przypomnieć, że dla tej dziewczyny osoba Marcelle Hagemann to tylko anegdota, a nie żywe wspomnienia, jak dla Salvatore.
– Leży za wodą. To już coś.
– Tak, bieżąca woda, najlepsza osłona, ale przed czym ona mogła... – Ciąg skojarzeń w głowie Salvatore ruszył jak szereg kostek domina i kiedy ostatni element kliknął w jego głowie, parsknął zirytowany. – Wampir. Oczywiście, kamera nie złapała wampira i oczywiście, że będzie się wlókł za nią.
– To chyba dobrze dla ciebie?
Myślał. Przez jego biuro nieustannie sunęły informacje, dzięki sieci, szpiegom, papierom i snom. Wiadomości o każdym i każdego rodzaju, ważne i ważniejsze, nieraz kluczowe dla pana Zurychu. Przy tym wszystkim Salvatore, z czystej, ludzkiej zawiści, utrzymywał osobny kanał na śledzenie kroków Marcelle Hagemann. Wiedział więc o immunitecie, o misji dyplomatycznej w Brukseli i emocjach, które wzbudziła na dworze rywali.
Miał umysł, który potrafił łączyć różne, zazwyczaj odległe od siebie punkty.
Była w Brukseli podczas jej upadku... Zwiała, zanim do miasta wróciła komunikacja...
Zanim zdjęto bariery...
Zanim to było fizycznie możliwe...
– Pytanie za sto punktów: czy jej immunitet ciągle działa?
Ayo uniosła brwi.
– Hm? Nie, nie wiem. Nie mam jak sprawdzić.
– Nie mamy jak sprawdzić, a Dame Bern może w tej sprawie kłamać.
– Nie nadążam, szefie.
– Jeśli jej immunitet płonie, to Berno ją wspiera. Jeśli nie, to Marcelle działa sama.
– Ale jak działa? Czego ona chce? I po co jej do tego Bruksela?
Salvatore westchnął, przypomniał sobie, że – formalnie rzecz biorąc – przysięgał nauczać tę dziewczynę wszystkiego, co wie, po czym uzbroił się w cierpliwość.
– Musisz patrzeć szerzej. Zawsze szerzej i głębiej. Kto za kim stoi? Kto co reprezentuje? Patrz na mnie. Nie jestem tylko grubasem z kulawą nogą, jestem częścią zuryskiego dworu. Patrz na siebie: nie jesteś tylko młodą wiedźmą, ale praktykantką u nekromanty, a to cię automatycznie wiąże z wieloletnimi wojnami, które rozpoczęły się na długo przed tym, jak twój prapradziadek spotkał twoją praprababcię. I tak każdy krok dalej: zawsze jest kolejny zakręt, zawsze jest większy obraz.
Mina Ayo mówiła mu wyraźnie, że nie widzi, jak to się wiąże ze sprawą.
– Dlatego cała ta inwazja na Brukselę była taka ważna i dlatego dwory Pekinu i New York City obserwowały ją bardzo, bardzo starannie. Nie dlatego, że jedna zapyziała kraina napadła na drugą. Nie dlatego, że jedno miasto wielkości dużego cmentarza nienawidzi drugiego. Co stoi za Flandrią i Walonią, które tak malowniczo pogryzły się o Brukselę?
Jedna brew Ayo uniosła się do góry.
– Nie mam pojęcia? Kogo to w ogóle obchodzi?
– Każdego, kto żyje dłużej niż jedno pokolenie. Kto widzi trendy.
Po chwili Ayo chrząknęła.
– No to? Powiesz mi?
Salvatore wrócił z tej dalekiej krainy, po której wędrowały jego myśli.
– Po co, skoro możesz zobaczyć na żywo?

– Było absolutną przyjemnością gościć państwa u mnie na dworze. – Llandudno skłonił się tak głęboko, jak teatralnie i złożył pocałunek na bladej dłoni Marcelle. Miał zimne usta, ale Marcelle jakoś to nie zdziwiło. – Prowadzić interesy było jeszcze milej.
– Nawzajem, sir.
Puścił w końcu jej dłoń, palcami niby przypadkiem przebiegając jeszcze po złotej bransolecie immunitetu.
– Przestaję być za was odpowiedzialny, gdy tylko wyjdziecie za próg mojego dworu. Ktoś będzie czekał, tak?
– Ludzie z Berna. Tak. Szwajcaria jest neutralna. – Marcelle wbrew sobie zerknęła na Filipa Gernaey, który zachowywał się wyjątkowo apatycznie. Nie tego się spodziewała po największym zdrajcy Niskich Krajów.
– Nawiasem mówiąc, doradzam unikanie rozmów na drodze z miasta.
– Na drodze z wysp, chciał pan powiedzieć. Będziemy uważać.
Christine i pan Caviezel stali po obu stronach siedzącego Filipa jak królewska gwardia. Szwajcarka uśmiechnęła się słabo, zamykając za sobą drzwi. Zostało pół godziny. Czas przejściowy, kiedy odpowiedzialność za ich nieszczęsną czwórkę spływała z miasta na zewnętrzną delegację. Bransoleta parzyła wąski nadgarstek Marcelle coraz mocniej.
Maskowała ból.
Jeszcze tylko trzydzieści minut.
Trzydzieści minut, w ciągu których i tak nie zdoła porozmawiać z Gernaey’em w cztery oczy.
– Teraz nie będą mogli was ignorować – powiedziała Marcelle, byle tylko jakoś przerwać milczenie. Usiadła na ostatnim wolnym krześle, jakby zajmowała miejsce na panelu konferencji prasowej; wyprostowana, starannie prostując plisowaną spódnicę. – Już nikt was nie porzuci na bocznej stacji. Berno dam wa pozycję.
Obserwowała Filipa. Co okazywał? Strach, radość, ulgę?
Zmęczenie.
Pan Caviezel z kolei w ogóle na nią nie patrzył; wydawał się drzemać na stojąco, nieostrożnie wsparty o parapet.
Pokój był prawie pusty, bo na – Marcelle zerknęła na zegarek – dwadzieścia siedem minut miał stanowić ziemię niczyją. Neutralny teren, na który można było zrzucić niechciany towar i z którego druga strona mogła ten towar odebrać. Sam ładunek mógł się rozsiąść na całych dwóch krzesłach i spojrzeć za okno na gęstniejące od przedpołudnia chmury. Nic więcej. Żadnych stolików, żadnych obrazków na ścianach, jedynie pociemniały parkiet i mdląco zielona tapeta.
– Berno powinno wysłać kogoś, kogo znam – mówiła dalej Marcelle z samobójczej potrzeby odwrócenia własnej uwagi od immunitetu, który przepalał jej się przez skórę do żywej kości. – To logiczne.
Pot spływał jej po karku i wsiąkał w bawełnę śnieżnobiałej bluzki.
– Nie stresuj się, dziecko – mruknął pan Caviezel. Nagły podmuch wiatru uderzył w szyby i wszyscy, jak kierowani przez jednego sztukmistrza, spojrzeli w okno. – Wszystko będzie w porządku.
Powinna była zapytać, czy immunitet tak działa. Czy błogosławieństwo gospodarza i pokojowe rozwiązanie trudnego konfliktu okupowało się przenikliwym bólem i potrzebą zanurzenia ręki w wiadrze z lodem. Czy to normalne.
Czy powinna się bać.
Zerkała na Filipa, gdy tylko miała pewność, że Christine tego nie zauważy. Miał sympatyczną twarz; w ogóle nie wyobrażała go sobie w formalnym brukselskim stroju czy chociażby z gładko zaczesanymi włosami. Miał w sobie coś z psa. Patrzył w oczy, jakby rozmówca ferował wyrok na jego życie i całkowicie zamierał, gdy słuchał cudzej wypowiedzi. I cokolwiek robił, odwracał się w stronę kuzynki. Jeśli nie ciałem, to głową, jeśli nie mógł i tego – to chociaż podświadomie wyciągał rękę w jej kierunku.
Nigdy nie było szansy, uświadomiła sobie Marcelle, żeby Christine go zostawiła w obcych rękach. Żeby została z tyłu, tam, na zatłoczonym peronie opuszczonego dworca.
I gdzieś pod tym wszystkim – pod bólem immunitetu, pod zdenerwowaniem i zniecierpliwieniem – Marcelle poczuła zazdrość.
To był twój wybór, nie pamiętasz?, zasyczało jej coś przy potylicy, gdy twarz Filipa Gernaey zaczęła zamazywać się przed jej oczami. Wtedy, w Liechtensteinie. Stać się silna, na tyle silna, by nie czepiać się niczyjej ręki, nie dawać się ślepo prowadzić, by samej określać kierunek, tempo i przede wszystkim – cel.
By mieć kontrolę.
Za pierwszym podmuchem wiatru ruszyły kolejne i wkrótce szybę bombardowały drobne krople deszczu. Marcelle nie znała morza, nie miała pojęcia, jak wyglądają burze na nabrzeżu, czy sztormy w portach różnią się w jakikolwiek sposób od górskich. W błysku pierwszego pioruna zobaczyła twarz Filipa — zamyśloną, smutną, wpatrzoną w wichurę z oknem.
– Już czas – powiedział z rezygnacją i wstał.
Marcelle skinęła głową i wyszli na zewnątrz, cała czwórka, prosto pod ołowiane niebo i ostrzał zimnego deszczu. Wiatr niemal natychmiast zmroził ją do kości, przyniósł poparzonemu przedramieniu błogosławioną ulgę.
Czekało na nich sześciu mężczyzn, wielkich, niewzruszonych przez burzę wojowników ze znakami formacji wypalonymi na policzkach jak oznaczenie bydła.
Nie znała tych twarzy. Znała natomiast te oznaczenia.
Deszcz przenikał ją na wylot, rozpuszczał w miejscu.
– Zrozum, Marcelle Hagemann – powiedziała Christine, mijając ją w marszu ku brukselskim osiłkom. – Zaufanie to nie kredyt, to coś, co się zdobywa z czasem. A my się znamy krótko.
Nie, nie, nie. Nienienienie.
– Nie mogę na to pozwolić – odparła Szwajcarka, odparło coś wewnątrz niej, coś co zawsze było na warcie i trzymało wodze, nawet gdy ona sama zamierała w miejscu jak osaczona zwierzyna, zamrożona przez szok i strach. To było jak schodzenie po schodach i odkrycie, że następnego stopnia nie ma; jak nagła ciemność. I wzorem każdego ślepca po omacku sięgnęła po jedyną rzecz, której była pewna. – Panie Caviezel...
– Gotowy.
– To nie musi tak wyglądać – zastrzegła Tine, już bezpieczna w cieniu osiłków. Filip stanął niedaleko niej, ale jednak z boku, obserwując całą scenę ze zrezygnowaną miną. Kędzierzawe włosy stopniowo opadały na opuszczone ramiona, zakrywały bladą, wymizerowaną twarz. – My po prostu wrócimy do domu.
Tego się nie spodziewała.
To załatwiła za nią sama Bruksela.
Czy wszystko musiała im tłumaczyć?!
– Dom was nie chciał, nie pamiętasz? – krzyknęła, czując jak dreszcze biegają jej w górę i dół pleców. – Chciał się was pozbyć!
Christine w odpowiedzi jedynie się uśmiechnęła. Ten uśmiech miał się później śnić Marcelle po nocach.
– Powiedz słowo, dziecko – mruknął pan Caviezel. Wyprostowany pan Caviezel, dumny pan Caviezel, spokojny przed szeregiem milczących wojowników. Nabrzmiała od burzy ciemność wzbierała wyczuwalnie, drżała w cieniach i zakątkach, gotowa, by się przelać.
Wystarczyło słowo. Wampir czekał.
Deszcz chłostał Marcelle po twarzy, wichura szarpała jej starannie upięte włosy. Zimno ściekało jej wzdłuż kręgosłupa.
– Popełniacie błąd – spróbowała raz jeszcze, ostatni, jak sobie obiecała. Spojrzała na Filipa, wwierciła w niego spojrzenie; liczyła, że jest słabszy od kuzynki. – Ona nie była w stanie cię obudzić. Bruksela zostawiła cię na śmietniku.
Pokręcił głową. Wolno. Mechanicznie, jak lalka.
– To nie była ta sama Bruksela.
– Niech pan działa, panie Caviezel.
Błysnęło: wampir stał w miejscu, skupiony, sieczony wodą jak kamienny posąg. Zagrzmiało i wynurzył się z cienia za plecami brabanckich wojowników, wyższy, chudszy, ręką, która przypominała szpony, przygniatając wrogie karki do rozmiękłej ziemi. Coś mlasnęło, ktoś wrzasnął – Marcelle nie patrzyła, nie chciała go widzieć w tym stanie, zawsze odwracała wzrok. Zamiast tego sama rzuciła się w bok, wbrew zacinającemu deszczowi, ślizgając się po błocie w eleganckich lakierkach. Filip na nią nie patrzył; mrugał jedynie oszołomiony, odsłonięty, zupełnie niepomny na własne bezpieczeństwo.
To było ostatnie, co zobaczyła, zanim Christine złapała ją w pół i obie runęły na nabrzmiały wodą grunt.
– Nie! – usłyszała w uchu. Kolano Tine wwiercało się w okolice krzyża Marcelle, drobne, dziecięce dłonie przygniatały jej kark, wkręcały się w ciemne włosy, trzymały jej głowę nisko, tuż przy ziemi, aż Marcelle poczuła w gardle błoto. – Zostaw go!
Próbowała ją zrzucić, próbowała coś odkrzyknąć, próbowała zwrócić na siebie uwagę walczącego wampira – wszystko na próżno, ulewa zagłuszała je obie.
A potem coś się zmieniło.
Obie to poczuły, moc przeszła im po kościach i zębach, wytrząsnęła błoto spomiędzy powiek, ściągnęła skórę mimowolnym dreszczem. Filip zakaszlał i opadł na kolana, ściskając skronie, a żadna z nich już nie była w stanie pobiec mu na pomoc.
To też znam, pomyślała Marcelle, wygrywając walkę z paniką o jeden gwałtowny spazm, jeden głęboki oddech. Ale on...
Panem Caviezelem szarpnęło – przechylił się w łuk jak marionetka na sznurkach, jak parodia świętych męczenników zawieszona wśród ulewy. Marcelle widziała skurcze mięśni, widziała, jak szybko falują rozdęte, wyeksponowane żebra, ze wszystkimi szczegółami widziała nieludzką, podłużną, ptasią twarz wampira. Cienie wypełzły z kryjówki, splatały się z jego włosami, wkradały się w nozdrza, oplatały zaciśnięte zęby.
Nie miał żadnego znaczenia fakt, że na nogach nie pozostał już nikt, kto mógłby tę sytuację wykorzystać.
– Co to... – tchnęła w ucho Marcelle Tine, zdumiona i skamieniała. – To nie my...
Nie, nie oni.
– Puść mnie! – zawyła Marcelle. Wpiła palce w miękkie błoto, ale to nie wystarczyło; chciała przetoczyć się na bok, wyślizgnąć z chwytu Flamandki, ale nic z tego. – Puszczaj, ty...
Chwyty zelżały, ciężar przygniatający ją do ziemi zniknął. Wzięła oddech już zrywając się z ziemi; nie miała pojęcia, co zrobi, gdy dobiegnie do pana Caviezela, nie miała przecież żadnych zdolności, żadnych pozostałych amuletów czy talizmanów; nic prócz palącej płuca desperacji...
Uderzenie zwaliło ją na mokrą ziemię. Widziała jeszcze wyprężonego wampira – jednego, dwóch, czterech – a potem straciła przytomność.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Siemomysła » 05 października 2015, 07:57

Och jej...
Powiem krótko: to jest tekst, od którego nie sposób się oderwać, jak już człowiek zacznie czytać. Dlatego ja zawsze się długo zbieram, bo chcę wybrać najlepszy moment, a potem - jak dziś - urywam chwilę o świtaniu.Tak bardzo chciałabym go już mieć w rękach w całości! I te wszystkie zmiany, które wprowadzasz, to dokładanie kolorów, wypełnianie luk tak dobrze mu robi!
Wraca do mnie to uczucie z dzieciństwa, gdy na każdy odcinek serialu trzeba było czekać tydzień (bo teraz już nie oglądam seriali na bieżąco i nie muszę się martwić, że następnego odcinka jeszcze nie ma ^_^) i człowiek tak trwał między nimi niejako zawieszając pewne funkcje w oczekiwaniu. Tu jest o tyle gorzej, że nie wiadomo kiedy będzie następny odcinek.
Relacja Filip - Tine - Guillaume! Ona jest tak bardzo, bardzo interesująca. Podoba mi się to cofnięcie do dzieciństwa, zakorzenienie jej!
Tajemnica Marcelle, ta nienawiść, którą wzbudza. Dla tego nieszczęsnego generała zdaje się być jakimś najgorszym niczym, godnym tylko pogardy. Co ona takiego zrobiła?
To wszystko razem w połączeniu ze światem tak bogatym i innym, a spójnym i wiarygodnym robi mi to, że choć to przecież o polityce, to ja jestem dozgonną fanką.
Chcę wiedzieć więcej!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Martys » 05 października 2015, 15:18

Hmm... Nieludzko się cieszę, że dzielisz się z nami dobrocią w miarę regularnie, ale nie wiem - czy to kwestia sceny czy czego, ale klimat mam wrażenie trochę się... rozrzedził. Nie wiem jak to określić. Przy pierwszym fragmencie to był skok na głęboka wodę, patrzyłam dookoła i własnym oczom nie wierzyłam. Ten fragment - spacer po płytkiej wodzie. Dość dezorientujący, nadal kart wszystkich nie odkrywasz, ale zabrakło mi tego zachłyśnięcia się. To moje pierwsze i najbardziej ogólne skojarzenie po przeczytaniu tego fragmentu - wiem, wyszło mi jak wyszło...

Co nie oznacza, że nie podskakuję z radości.

Na początek, to co mnie odrywało od czytania, tak dla odwrócenia mojej zwykłej kolejności.
Wiem, piszesz chyba w Scrivenerze, ale wrzuć to czasem do Worda - najbardziej oczywiste literówki Ci podkreśli:
"Oddech rozrywał mu w płuca, porwane wiatrem morskie kroply siekły w twarz"
"Berno dam wa pozycję."

Dodatkowo:
"pęknięcia na jego skórze zaraz rozpołowią go całego" - rozpołowić można na dwa. Kłóci mi się ten obraz.
"Chude plecy wygięły się jak złamany nagle patyk, poranione ręce przycisnął do twarzy.
Tine zaraz siedziała obok niego, drobne ręce obejmowały mu kark, śliczna jasnowłosa głowa przyciskała się do jego własnej." - ok, Filip pęka, a Tine do niego przyskakuje. Myślałam, że oboje już siedzieli na tej ławce. Nie zauważyłam momentu, kiedy Tine mogła z niej wstać. I coś mi nie pasuje w tym drugim zdaniu. Wiem o co chodzi, ale coś jest nie halo wg mnie.
"miasto z miastem, dwór z dworem. Nikt normalny za tym nie nadążał.
Salvatore mgliście zdawał sobie sprawę z możliwych zagrywek między miastami" - tyyyyle miast. I jeszcze troszeczkę.
"nieostrożnie wsparty o parapet" - teraz mogę się czepiać, ale jak się opierasz nieostrożnie? Nieostrożnie - czyli możesz się przewrócić, albo przewrócić coś co stoi na tym parapecie, czy coś, ale wtedy nie pasuje mi to do pana C.
"Ten uśmiech miał się później śnić Marcelle po nocach." - klisza. Plus - wybieganie w przyszłość jakoś tu nie pasuje.

Aha. I nie ogarniam fenomenu Filipa. Stał się dla mnie imieniem, które sobie przerzucają Tine z Marcelle. Najpierw był badass, potem nieprzytomny, a teraz zblazowany. Ale to akurat komentarz neutralny, bo przecież tekst nieskończony i jeszcze wiele może się zdarzyć.

Wiem, czepiam się jak rzep. Na pytanie, czy umiem lepiej - oczywiście, że nie. Dlatego się wymądrzam.



No to teraz moje bardziej pozytywne reakcje na tekst.

Przede wszystkim: :jupi: Bo nie zostawiasz swoich czytelników na lodzie.
Tajemnica goni tajemnicę, dochodzą nowe postaci, na koniec nawet nie wiem co się stało - cliffhanger dość klasyczny, ale przekonuje mnie.
Historia Marcelle coraz bardziej mnie interesuje, bardziej nawet niż rola Filipa. A rozgrywki między miastami dla samego smaczku takiego pomysłu.
Ok, widzę, że objętościowo mój pozytywny komentarz jest mniejszy, ale nie znaczy że mniej się liczy. Po prostu nie będę wypisywać Ci tu fragmentów i moich reakcji do nich, bo może się okazać, że nie o taką reakcję Ci chodziło. Bo cóż ja poradzę, że skojarzenie z pralinami mam jedno? Ale za to pozytywne. Tak jakby.

Uh. Czekam dalej.
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1807
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Kruffachi » 05 października 2015, 15:58

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie finałowa scena tego fragmentu, kiedy czytałam ją po raz pierwszy, i jak zagryzałam potem paznokcie z nerwów w temacie mojego ulubieńca i - chociaż niby teraz wiem odrobinę więcej - to ogólne wrażenie się nie zmieniło. Takie mam skojarzenie z dzieckiem, które stoi na środku pokoju i patrzy na kłócących się rodziców. Nie do końca wie, o co chodzi, ale odczuwa napięcie i ma świadomość, że to coś złego.

Pisałam już, że w tej wersji bardziej mi się podoba wprowadzenie Marcelle, a teraz - choć mogę się mylić - wydaje mi się, że zadbałaś też lepiej o Guillaume, który wcześniej w mojej głowie trochę zbyt swobodnie fruwał. Ale to może też wynikać z faktu, że ten jeszcze fragment piszę ponownie.

Krótko, ale ten, ogólnie wiesz, co myślę o tym tekście, i to się ani o jotę nie zmienia <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Krin » 18 października 2015, 11:10

Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem, co się stało w tym fragmencie. Zrozumiałam tylko, że ktoś z kimś walczył, że Marcelle ma kłopoty, a Tiene coś knuła i... właściwie nie wiem, jak się to wszystko skończyło. Mówiąc szczerze, coraz mocniej mnie zaczyna odrzucać ten tekst. Niby się czyta przyjemnie, ale tak jakby się czytało o niczym, bo nic nie można zrozumieć. To już nawet nie jest na poziomie kto z kim i przeciw komu, ale ja czytam akapit i nie potrafię powiedzieć, co się w nim wydarzyło. Zdajesz się pomijać zdania niezbędne do zrozumienia sensu opisywanej historii. Jeśli już wiem, co się wydarzyło, to tylko z długich domysłów i komentarzy pod tekstem. Bardzo, bardzo męczące.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ