Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Piąty Żywioł

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 25 października 2015, 15:34

Takiego jak ten ostatni? Długo. Nieco za długo pewnie. Może ok. ośmiu godzin. Może dłużej. Może krócej. Na pewno nie mniej niż sześć. Oczywiście liczę razem ze wszystkimi późniejszymi poprawkami, a te mogą być bardzo różne. Stąd te rozbieżności. Zresztą szczęśliwi czasu nie liczą. :D
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 05 grudnia 2015, 17:33

No to jestem. Nie wiem, czy wniosę coś mądrego tym komentarzem. Z góry przepraszam za jego małą objętość.

Rozdział XXVI – nie wiem kto z kim rozmawia, a właściwie kto mówi ten cały monolog, tę opowieść. Nie wiem. Do tego stopnia było to dziwne, z tym początkiem sugerującym, że coś było wcześniej, że zwątpiłam, czy ja aby na pewno przeczytałam rozdział XXV, a przecież jak najbardziej przeczytałam. Sam monolog w tym miejscu, w sensie jego treść, wydaje mi się – za późno. Pojawia się Bogini, o której nie było mowy wcześniej, żeby czytelnik wiedział, kto się śni Sadrinowi, jakbyś to dopiero teraz wymyśliła. Na to miejsce moim zdaniem jest wcześniej.

Ogólnie wrażenie moje jest takie, że do co najmniej kilku rzeczy wprowadzenie przydałoby się od początku. Ja zupełnie nie ogarniam o co chodzi ze spiskiem (???) Vinary. Nie wiem do czego jest jej potrzebny Sadrin. Sadrin z ciamajdy wyrasta na badassa w magii, który lepiej ją ogarnia od uznanej mistrzyni. Taki mam wniosek po tych pięciu rozdziałach. Rozumiem to tak, że on patrzy na magię inaczej – instynktownie, jak na coś, co nie da się ogarnąć umysłem i trzeba czuć i to jest jego przewaga. Ten zamysł mi się podoba. Natomiast nie umiem się cały czas oprzeć wrażeniu, że wstęp był do tego wszystkiego długi, że tak naprawdę ciągle dostaję ogromną ilość ekspozycji, co jest zwyczajnie męczące i fajnie byłoby dostać dialogi (ale nie monologi ;) ), akcję i takie tam.

Ten moment, gdy pojawiły się nazwy jakiś armii? W każdym razie grup wojsk – kolejne nazwiska, co do których wygląda na to, że Sadrin je zna, a czytelnik – choć dostał już kilkadziesiąt tysięcy słów (jeśli nie sto) – nie. To mnie zirytowało przyznam. Gdyby cokolwiek pojawiło się wcześniej byłoby lepiej, albo nie wiem – może gdyby Sadrin jakoś dał znać, że jego to wszystko też zaskakuje, może wtedy byłoby lepiej.

Czy Sadrin jest synem Vervelyna? Taka myśl też mi przyszła do głowy.

W ogóle miałam myśli, że całe poszukiwania kamieni (w ogóle – to też dla mnie nowość i nie wiem, czy przegapiłam coś, czy zapomniałam, czy też naprawdę kamienie pojawiły się teraz? Skoro są takie ważne, to mogłyby się pojawić wcześniej, jakieś wzmianki o nich, cokolwiek). Wracając – przyszło mi do głowy, że te całe poszukiwania kamieni to jakaś przenośnia, skoro do znalezienia Mądrości potrzebna jest Śmierć, to czy mam rozumieć, że prawdziwą mądrość Sadrin osiągnie dopiero, gdy umrze? W myśl powiedzenia, że człowiek głupi się rodzi i głupi umiera?

Całościowo mam takie wrażenie, że za każdym razem wpadam w coś nowego w Twoim tekście. Trochę jak w nowy tekst po prostu.

Schody ruchome w wieży – bardzo mi się podobały ;)

Zaznaczałam sobie na kindlu literówki, ale w tej chwili naprawdę brakuje mi czasu, by je punktować – zrobię to w pliku worda i podeślę Ci mailem, czy przez PW, OK.?

No i jak zwykle: PISZ!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 05 grudnia 2015, 21:51

Rozdział XXVI – nie wiem kto z kim rozmawia, a właściwie kto mówi ten cały monolog, tę opowieść.
Myślę, że gdyby ktoś czytał to jednym cięgiem byłoby to bardziej zrozumiałe, bo jeśli ktoś coś komuś tłumaczy, to najprawdopodobniej Sadrinowi, jak to Sadrinowi... W dodatku jest to kobieta, a poprzedni rozdział zostawia go w taki miejscu, że jedyną kobietą, która mogłaby to uczynić jest Vinara.
Sam monolog w tym miejscu, w sensie jego treść, wydaje mi się – za późno. Pojawia się Bogini, o której nie było mowy wcześniej, żeby czytelnik wiedział, kto się śni Sadrinowi, jakbyś to dopiero teraz wymyśliła. Na to miejsce moim zdaniem jest wcześniej.
W tym miejscu zapewne masz w pewnym stopniu rację, bo w trakcie pisania zmieniłam plan tak chyba z dziesięć razy i faktycznie w tej kolejnej wersji, którą mam zamiar napisać gdzieś w odległej przyszłości zamierzam wiele rzeczy umieścić w stosownych miejscach. Taki to już problem z pisaniem w kawałkach. Dlatego zastanawiałam się już parokrotnie nad porzuceniem tej wersji, ale nie ulega wątpliwości, że zepsułam jeszcze mnóstwo rzeczy w dalszych rozdziałach, więc skutek może być taki, że napiszę dobry początek prowadzący do złego zakończenia.
Nie rozumiem tylko, jakie sny masz na myśli. Teraz się boję, bo nie wiem, czy napisałam coś, o czym w ogóle nie pamiętam. O.o
Sadrin z ciamajdy wyrasta na badassa w magii, który lepiej ją ogarnia od uznanej mistrzyni. Taki mam wniosek po tych pięciu rozdziałach. Rozumiem to tak, że on patrzy na magię inaczej – instynktownie, jak na coś, co nie da się ogarnąć umysłem i trzeba czuć i to jest jego przewaga.

Ej, teraz naprawdę mam wątpliwości, czy moje mroczne alter ego nie dopisało tu jakiś dziwnych rzeczy. Sadrin wyrasta na badassa w magii? Zapewne masz na myśli to co on wyprawiał z labiryntem, ale to moc wrodzona, której wykorzystywanie wskazuje mu na dodatek Wielki Mistrz. Nie wiem też co takiego Sadrin lepiej ogarnia od uznanej mistrzyni, czyli Vinary jeśli dobrze rozumuję. Wdzięczna byłabym za uściślenie, bo bardzo mnie martwi twój odbiór.
W każdym razie grup wojsk – kolejne nazwiska, co do których wygląda na to, że Sadrin je zna, a czytelnik – choć dostał już kilkadziesiąt tysięcy słów (jeśli nie sto) – nie.

Niektóre nazwiska na pewno już się pojawiły. Reszty Sadrin nie znał na pewno, bo dziwne by było, gdyby znał nazwiska dowódców jednostek, których istnienie jest tajne. Nie do końca rozumiem, skąd takie wrażenie, ale przyjrzę się temu.

Dzięki ci wielkie za komentarz, bo już moje serce krwawiło niemal. Będę wrzucać ciąg dalszy, choć nie wiem, czy powinnam się tak znęcać nad tobą i innymi użytkownikami. Właściwie to już dawno powinnam mieć ogarnięte wszystkie rozdziały, ale nie mam, bo też nie miałam serca od października. Kocham Sadrina, ale jednak czasem mógł by umrzeć z łaski swojej. Zostało rozdziałów dziewięć, plus epilog. Dużo i mało jednocześnie, bo faktycznie rozkręcam tu trochę nową historię, a z drugiej strony miałam się zamknąć w 20 tys. słów... Może lepiej nie wspomnę, że nie pamiętam już o tych wszystkich rzeczach, które miałam doszlifować przy poprawce. :bag:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 06 grudnia 2015, 12:49

Rozdział XXVI – nie wiem kto z kim rozmawia, a właściwie kto mówi ten cały monolog, tę opowieść.
Myślę, że gdyby ktoś czytał to jednym cięgiem byłoby to bardziej zrozumiałe, bo jeśli ktoś coś komuś tłumaczy, to najprawdopodobniej Sadrinowi, jak to Sadrinowi... W dodatku jest to kobieta, a poprzedni rozdział zostawia go w taki miejscu, że jedyną kobietą, która mogłaby to uczynić jest Vinara.

Nie wydaje mi się, żeby to było tak bardzo oczywiste. Bo ja oczywiście, jak się cofnęłam do XXV to domyśliłam się, że to Vinara i Sadrin. Ale jednak lepiej byłoby, gdyby czytelnik to po prostu wiedział. To jakby nie jest miejsce na zabawy z "domyśl się" - tak mi się wydaje, nie myśl, że cokolwiek narzucam, czy będę się bić. Po prostu wrażenie.
Nie rozumiem tylko, jakie sny masz na myśli. Teraz się boję, bo nie wiem, czy napisałam coś, o czym w ogóle nie pamiętam. O.o

Mówiąc o śnie miałam na myśli tę Sadrina rozmowę z Kalijeną. Może to nie sen, a wizja, a ja źle to nazwałam.
Nie wiem też co takiego Sadrin lepiej ogarnia od uznanej mistrzyni, czyli Vinary jeśli dobrze rozumuję. Wdzięczna byłabym za uściślenie, bo bardzo mnie martwi twój odbiór
O tym mówię właśnie - on ma wrodzoną moc. Wrodzone moce zwykle są mocniejsze niż te wyuczone. Gdzieś tam pada hasło o tym, że Vinara chciałaby wszystko naukowo opisać. Ten kawałek właśnie nasunął mi myśl, że on niechcący całkiem ma nad nią przewagę.
Niektóre nazwiska na pewno już się pojawiły. Reszty Sadrin nie znał na pewno, bo dziwne by było, gdyby znał nazwiska dowódców jednostek, których istnienie jest tajne. Nie do końca rozumiem, skąd takie wrażenie, ale przyjrzę się temu.
Ale nagle w tym wszystkim uczestniczy - wciąż nie do końca wiem, po co on Vinarze - i mówi jedynie o tych, których zna. Niech się może poczuje zagubiony w tym spisku, jak czytelnik? Bo ja się czuję bardzo zagubiona i myślę, że nie od rzeczy byłoby dawać znać, że coś się dzieje w tym temacie od samego początku.
Może lepiej nie wspomnę, że nie pamiętam już o tych wszystkich rzeczach, które miałam doszlifować przy poprawce. :bag:

Hej, hej. Jak zaczniesz czytać od początku to myślę, że spłynie na Ciebie przypomnienie ;)

I ogólnie to zawsze się staram służyć pomocą. Czasem mam lagi, bo na przykład w ogóle nie mogę patrzeć na słowo pisane. Nie martw się tym, że upominasz się o rzeczy, które są dla Ciebie ważne.

PISZ, wrzucaj i kop leniwych komentatorów.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 12 grudnia 2015, 14:09

XXXI Wczesną wiosną noce bywają zimne. Kiedy człowiek od pięciu godzin bez ruchu klęczy wśród leśnego poszycia, bywają nawet bardzo zimne. Tę noc, którą Sadrin spędził ukryty w pobliżu rezydencji Fenyorów, można by zaliczyć do najzimniejszych. Być może znalazłby przyjazną, równie marznącą duszę, którą mógłby objąć i skraść jej nieco ciepła, lecz otaczały go tylko bezosobowe sylwetki magów Strefy. Wśród liści ledwie dostrzegał zieleń ich płaszczy. Materiał przysłaniał im twarze. Równie dobrze mógłby siedzieć w tym lesie sam.
Wśród tych bezosobowych cieni był również Marelin i choć formalnie nie należał on do szeregów Strefy, mogliby go tam przyjąć bez żadnego przygotowania. Te same gesty, te same ruchy, ten sam kamienny wyraz twarzy. Nie ufał mu. Już nawet nie z powodu sieci kłamstw, jakie wokół siebie roztaczał, ale z zasady. Na dodatek Vinara powiedziała, że ma opiekować się Sadrinem. Słyszał doskonale. Też coś! Będzie go uczył jakiś chłopczyk! Młody mag poczuł jak coś irytująco drażni jego serce i z zaskoczeniem odkrył, że to duma. Czuł się słaby, ale nie aż tak.
Był też marmurowy labirynt. Parę godzin wcześniej Sadrin z jego pomocą próbował jeszcze raz upewnić się, że nic im nie grozi. Bliskość miejsca i ludzi naprowadzała go na właściwy trop. O każdej zauważonej zmianie natychmiast informował Yaniruma przyczajonego parę kroków dalej i nieustannie szeptem wydającego rozkazy. Podziękował uprzejmie, a młody mag, podniesiony tymi sukcesami na duchu, zapędzał się coraz głębiej.
I wtedy Marelin go obudził. Brutalnie wyrwał Sadrina z samego środka marmurowego labiryntu. I jeszcze ośmielił się pytać, czy wszystko w porządku, kiedy nic nie było w porządku. Warknął na niego i znów próbował wrócić do labiryntu, ale sytuacja natychmiast się powtórzyła.
- Musisz być teraz całkowicie przytomny. Nie zostało wiele czasu – upomniał go.
- Czemu mam brać udział w szturmie? - zajęczał pechowy mag po raz nie wiadomo który.
- Taki rozkaz. Przydasz się.
- Nie lepiej gdybym tu został i się skoncentrował?
- Nie. Taki jest rozkaz Vinary.
Koniec dyskusji.
Vinara po prostu chce, żeby ktoś mnie zabił. W czym problem?

Sadrin czuł się źle, jak każdy o znakomitym wzroku, kto pewnego dnia wstaje i odkrywa, że jest całkiem ślepy. Próbował szukać bez pomocy labiryntu, ale wtedy wizje stawały się niemal równie chaotyczne, jak w odległych dniach, kiedy nic jeszcze nie rozumiał i niczego jeszcze nie wiedział. Błądził we mgle. Nie potrafił utrzymać przeszłości w porządku bez pomocy marmurowej konstrukcji. Męczyło go to. Wszystko go męczyło.
Trawa. Krzaki. Drzewa.
Czarny ptak wzbijający się w powietrze spośród drzew.
Ludzie.
Niemal jak nieludzie, ale wciąż ludzie. Czemu byli tak irytujący? Te ich oddechy. To ich życie. Umysły nieświadome złożoności rzeczy. Umysły stworzone do słuchania rozkazów. Do zabijania. Nie czuł wcale chęci, żeby im pomagać. To przecież tacy jak oni winni byli jego krzywd. Albo nawet ci sami. Skąd mógł mieć pewność?
Klęczał na trawie, próbując zapomnieć o zimnie. Nie wiedział, dlaczego przybiera właśnie taką pozycję, ale taki był rozkaz. Wszyscy wokół tak postępowali i wcale nie wyglądali, jakby znosili to z równym wysiłkiem.
Drugi czarny ptak wzbił się w powietrze spośród drzew.
Zadrżał. Przyszło mu na myśl, że zimno nie wzięło się z zewnątrz. Że przyszło z jego widocznych kości, nieprzespanych nocy, niezjedzonych posiłków i duszy pełnej zimnych, bezdusznych, marmurowych korytarzy.
Przyszło, ale tylko na chwilę.
Trzeci czarny ptak wzbił się w niebo spośród drzew. W gęstwinie zaszumiało. Niby w sposób naturalny, ale zbyt natarczywy w swym zasięgu i sile. Baczny obserwator mógłby dostrzec cienie odrywające się od ciemności i zmierzające w stronę budynku - bez dyscypliny armii, lecz w rytmie szumiących liści. Uważnemu słuchaczowi nie umknęłoby pohukiwanie sowy i trzepot skrzydeł czwartego ptaka wzbijającego się w niebo.
Ale takich nie było, bo według rozkazu miało ich tam nie być. Według rozkazu sprzed zaledwie czternastu dni i dwóch godzin – jak ustalił Sadrin. Opuszczono ten odcinek, bo przecież Strefa to część cywilizowanego świata kryjąca się pośród ciemnych zaułków i gwarnego tłumu. Nie przychodzi z lasu.
Ale przyszła.
Czterdzieści par ciężkich skórzanych butów, z których istnienia Sadrin nie zdawał sobie do tej pory sprawy przebiegło bezszelestnie gęstwinę, bez wysiłku przekroczyło płytki parów, wspięło się na mur i bez ostrzeżenia przypuściło szturm na uśpione domostwo.
Niestety nie do końca uśpione.
Czuwali. Daleko, ale czuwali. Nasłuchiwali okrzyków i zawołań. Hałasu. Ognia i magii. Jakiegoś znaku będącego niewątpliwą oznaką ataku. Ale to się zaczęło w ciszy. Strefa zalewała dom, pomieszczenie po pomieszczeniu. Powoli i szybko zarazem. Ze spokojem. Konsekwentnie. Gdy pokonywał parów, dawno po pozostałych, słyszał dopiero pierwsze odgłosy zamieszania od frontu. Wtedy poczuł, że coś jest nie w porządku. Coś, czego nie przewidziano, zmierzało w jego stronę.
Mądrość sprzyjała obrońcom.
A Mądrość wymaga straty i poświęcenia.
Sadrin nie rozumiał, co się dzieje. Nie od razu. To coś nie wydawało dźwięku ani nie posiadało materialnej formy.
Palce puściły trawę. Ciało zsunęło się po pochyłości. Łokcie zaryły o kamienie. Twarz dotknęła gleby. Dłonie złożyły się w znak. W samą porę. To coś przetoczyło się przez okolicę niczym niewidzialny grom. Nie musiało palić, nie musiało ranić. To po prostu krzywdziło. Ściskało duszę. Zamieniało umysł w ognisko tępego bólu. Nikt nie mógł uciec. Ani obrońcy, ani napastnicy. Siła gniotła ich umysły, skręcała w palcach przestrzeń, rozdzielając ją na setki innych niepodobnych do niczego strumieni. Miał ochotę wydrapać własny mózg, wyłupić oczy.
Szczęście mu jednak sprzyjało. Leżał daleko od źródła. W parowie, na wilgotnej glebie, przy drugim skulonym i ciepłym ciele. Ręce i nogi odczuwały ból po upadku. To było prawdziwe. Ból i krew zawsze są prawdziwsze od wszystkiego innego. Otrzeźwiały na tyle, by szukać rozwiązania, by szalony umysł znalazł drogę ucieczki, nim przepadnie.
Odszukał ją. Tę sama drogę, którą kroczył już tak długo. Upadł kolanami na marmurową podłogę labiryntu. Zerwał się i pobiegł. Byle dalej. Byle szybciej. W najgłębszy mrok, tam gdzie nie sięga światło rzeczywistości, a gdzie przechowana jest wiedza o szaleństwie. Tam gdzie nie dociera rozum. Nie dociera ból - nie obcy. Tylko ten znany, tylko ten własny, pielęgnowany od dawna.
Znów upadł. Upadek zawsze boli, a gdy upada się w labiryncie pełnym marmuru, jest też wyjątkowo zimny. A ból i zimo to dwie najrealniejsze rzeczy na świecie.
Tak, przecież wszędzie wokół jest strasznie zimno. Od leżenia nocą na mokrej trawie można się łatwo przeziębić. Przeziębienie to choroba. Choroba to śmierć. Co jest bardziej rzeczywiste niźli śmierć? Tak, teraz sobie przypomniał.
Śmierć! Przecież prosił Vinarę o Śmierć!
Trawa była mokra. Zaraz miała być też czerwona.
Dłonie zacisnęły się na wystającej gałęzi. Za nimi podążyły ręce. Potem reszta. Metr. Pięć, dziesięć i więcej. Uderzenie o kamień – szorstki jak samo życie, a nie jak biały marmur. Sadrin nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek musiał się na coś wspinać. Może kiedyś, może dawno. Jak wspiął się na mur rezydencji Fenyorów też miał nigdy nie zapamiętać.
Zapamiętał tylko ból. Kolejne uderzenie kolan o ziemię. Trzask. Może kości, może gałęzi. Może walącego się marmurowego labiryntu, który dłużej nie był w stanie wytrzymać naporu. To on chronił umysł. Sadrin musiał tylko biec. Do wieży, do drzwi... Zamknięte. Ktoś wił się w środku zabytkowej budowli i nie zamierzał wpuścić go do środka. Stary kamień graniczył z nowym, marmurowym gmachem. Sadrin nie mógł go zobaczyć, kryjąc się za zasłoną wizji, ale wyczuć marmur na dotyk potrafiłby zawsze.
Ktoś szedł za nim. Słyszał kroki. Nierówne, stawiane z trudem. Inny mag brnął ku niemu, na przekór sile bijącej ze środka budowli. Ku większemu bólowi, ku większemu szaleństwu.
Szarpnął go za ramię. Sadrin przez mgłę ujrzał człowieka, którego maska właśnie się rozpadła zastąpiona przez strach. Marelin coś krzyczał. Nie. Nie krzyczał. Próbował krzyczeć. Sadrin słuch miał jeszcze doskonały. Potrafił nawet dosłyszeć wrzask właśnie odbijający się echem od ścian labiryntu.
Wyszarpnął się.
- Mam ze sobą Śmierć – wykrzyczał na własne usprawiedliwienie i Marelin szybko znikł mu z oczu.
Przy głównym wejściu znowu na kogoś wpadł. Ten ktoś leżał na ziemi. Sadrin potknął się, upadł, a jego ręce poślizgnęły się na kałuży. Uderzył twarzą w drewno. Ręce znów stały się czerwone - kałuża była z krwi.
Nie wstał. Pełzał na czworakach. Inaczej wciąż wpadałby na bezwładne ciała, a musiał znaleźć to jedno, które wcale nie było bezwładne.
Podpowiedział mu słuch. Spokojny, regularny oddech odbijał się echem od ścian marmurowego korytarza. Musiał tylko trafić. Wyjął z kieszeni Śmierć i Przeznaczenie. Wolałby zabrać ze sobą Życie, ale zabrał Śmierć, skoro już raz Vinara zgodziła mu się ją ofiarować.
Więc czemu nie znowu? Tak umrzeć? Tak zabić?
Zmyj tę krew z rąk moich – poprosił Kalijenę.
Ale dlaczego nie?
To znów przetoczyło się przez okolicę. W drugą stronę. Niczym fala odpływu zabierało ze sobą tych, którzy zgubili swoje dusze w pustce. A przetoczyła się zaraz po tym, gdy dusza opuściła ciało człowieka, który sądził, że Mądrość potrafi pokonać Śmierć.
I wszystko wróciło do normy.
Prawie.
Umysł Sadrina wrócił na swoje właściwe miejsce – do głowy Sadrina. Nieco brutalnie, nieco niekompletny, ale wrócił. Barwy i przestrzeń wróciły na swoje miejsce przed oczami. Śmierć wróciła do kieszeni Sadrina. Ręka Marelina znów znalazła się na jego ramieniu. Ludzie Strefy w większości wrócili do pozycji pionowych. Niektórzy zabrani przez tajemniczą siłę, bez śladu oddechu, wciąż wpatrywali się z przerażeniem w zrujnowaną rzeczywistość.
Mądrość nie wróciła na swoje miejsce, lecz znalazła bezpieczną pozycję pośród Przeznaczenia i Śmierci.
Wlepione weń spojrzenia też były stanowczo nie na miejscu.
Odwrócił wzrok. Jak na komendę wywiązała się walka. Szarpanina bardziej. Walczono niemal na oślep, obawiając się powietrza ciężkiego od magii. W ruch poszły noże, szable i miecze. Wszystko szybko. Bez zbędnych emocji, gróźb i krzyków. Dopiero teraz, w świetle mógł się zorientować, że nie wszystkie oddziały Strefy są umundurowane jednolicie. Jedna z grup – ta mniejsza, w ciemniejszych mundurach i z czarnym odznaczeniem na ramieniu zyskiwała przewagę. Sadrin mógł mieć tylko nadzieję, że to właśnie Czarna Straż.
Do niego nikt się nie zbliżył. Nikt nawet o tym nie pomyślał.
Ludzie posiadający mądrość wiedzą, że przesądy to głupota. Ludzie bardzo mądrzy wiedzą, że lekceważenie czegoś, co może przynieść pecha to głupota. A dla Sadrina w tamtej chwili obie grupy mogłyby nie istnieć. Ktoś w marmurowym labiryncie wrzeszczał. Ktoś go o coś błagał.
Śmierć.
Znowu śmierć.
Kiedy znów podniósł głowę, został już tylko jeden. Ubrany po cywilnemu, w tradycyjną granatową rinomkę. Miał ciemne włosy, szerokie ramiona i twarz, która bardzo mu kogoś przypominała.
Valtun Fenyor – syn Riny Ovenveld.
Z półmroku wyłoniła się nieumundurowana kobieta, której wcześniej nie zauważył. Szła lekkim, pełnym gracji krokiem, niczym na przyjęciu – Evryl Rianom. Jej delikatne oblicze wydawało się zupełnie nieporuszone otaczającą ją masakrą. Mogłaby uchodzić za rozbawioną.
Przejrzał ją właśnie przez to rozbawienie. Grała zamiast się skupić, a skoro musiała grać, była również słaba.
- Mistrzu Yanirum, mogę prosić? - spytała.
- Naturalnie – skinął głową.
Strefa natychmiast rozpoczęła działanie. Większość wyruszyła w poszukiwaniu ciał towarzyszy i niedobitków wroga. Reszta pozostała na straży, z ukrycia wypatrując ewentualnego nieprzyjaciela. W ciasnym, pozbawionym mebli i ozdób holu z zabitymi oknami pozostało ich sześcioro, włączając człowieka przedstawiającego się jako Mistrz Yanirum oraz dwójkę anonimowych magów Strefy.
Valtun został bezceremonialnie skrępowany i posadzony na drewnianej podłodze. Nie odezwał się choćby słowem. Wodził tylko oczami od Yanirum do Evryl i z powrotem.
- Wygląda na to, że musimy porozmawiać, Panie Fenyor – Evryl z lubością wymówiła słowo „panie”, którego użycie w stosunku do drugiego zakonnika uznawano za obraźliwe.
Kiedy nie zareagował, stanęła przed nim, krzyżując ramiona na piersi i z pomocą magii, bez żadnego poruszenia nakreśliła krąg złożony z nieznanych Sadrinowi symboli.
Valtun odruchowo spróbował ucieczki, ale po jego bokach wciąż czuwała dwójka magów Strefy. Za jego plecami miejsce znalazł sobie Marelin, który nie wiedzieć kiedy, wyzwolił Sadrina z uścisku.
- Zawsze możemy spróbować innych metod niż rozmowa – wtrącił młody mag głosem człowieka na co dzień proponującego stos jako łagodniejszą formę kary.
Valtun, który wcześniej zdążył posłusznie powrócić do siadu, nie drgnął nawet, ale Sadrin był niemal pewny, że w jego umyśle trwa właśnie nerwowa gonitwa myśli. Nie wiedział, czy powinien wytrwać do samego końca, czy uznać sprawę za straconą i spróbować oszczędzić sobie cierpienia.
Sadrina coraz bardziej dręczyła myśl, że słowa Marelina nie są tylko próbą zastraszenia. W jego umysł uderzyły wspomnienia - krótki ciąg obrazów, taki jak kiedyś, prosty i nie ziejący w umysł zimnem marmurowego labiryntu. Były w nich ból i strach, których wolał sobie nie przypominać. Były godziny upokorzeń. Nie w ciemnych lochach - w korytarzu z drzwiami na końcu, w samym środku wielkiej cywilizacji.
Przecież nie mogą tak po prostu... Nie tutaj... Prawda?
Wrzask odbił się echem od ścian marmurowego labiryntu.
- Czego chcecie? - spytał Valtun. Wciąż był pełen obaw, lecz jego nadzieja zdała się powoli odżywać.
- Gdzie jest kamień? Gdzie Mądrość?
Sadrin już chciał ją powstrzymać i wyznać prawdę, gdy ogarnęły go wątpliwości. Czy powinien oddać Mądrość Vinarze? Miał ze sobą trzy z klejnotów. Vinara wiedziała tylko o jednym. Dwa kamienie z gwiazdy Kalijeńskiej to ogromna moc. Nawet jeden, więc choć Przeznaczenie mogło w każdej chwili uciec, nadal posiadałby niezwykłą siłę. Gdyby dał radę je zrozumieć, bez problemu sam wydostałby się ze szponów Vinary i Strefy, nie oczekując niczyjego przyzwolenia ani łaski.
Pan samego siebie – kuszące.
Vinara dysponująca mocą Gwiazdy Kalijskiej – przerażające.
Nie odezwał się.
- Oddałem ją Mistrzowi Tolie, dowódcy tego... oddziału?
- Któremu?
Wzruszył ramionami.
Otaczała ich masa owiniętych w zieleń ciał. Wszystkie identyczne, bez choćby najmniejszego oznaczenia wskazującego na zajmowane stanowisko. W innych pomieszczeniach z pewnością znaleźliby jeszcze kilkadziesiąt takich. Noc już niemal dobiegała końca, a w świetle dnia ślady walki stać się miały widoczne z daleka. Nie byli wprawdzie w ciasno zabudowanym Veverleyn, ale trakt przechodzący obok wiódł w jego stronę setki, jeśli nie tysiące, osób dziennie.
A najgorsze miało się dopiero okazać.
- Strefa nie lubuje się w tytułach i nazwiskach. Nigdy nie zdjął nawet tej swojej przeklętej maski. Potrafię go poznać, ale po głosie, a nie...
- Słucham?!
Sadrin wyraźnie usłyszał odgłos uderzenia, kiedy ręka Evryl zetknęła się z twarzą Valtuna, mimo że jego myśli były w zupełnie innym miejscu. Wyczuł właśnie, że nie są już w rezydencji Fenyorów sami, ale milczał.
- Chcesz mi powiedzieć, że mam tu siedzieć do jutra i grzebać się we flakach, bo ty nie wiesz, który to był? Żartujesz sobie? Za idiotkę mnie masz? Marelin!
Dwaj żołnierze Strefy niczym na kolejny niesłyszalny rozkaz uwiązali więźnia do poręczy schodów. Ręce po jednej stronie. Nogi po drugiej. W rękach Marelina pojawił się niepokojąco duży i z całą pewnością bardzo ostry nóż. Sadrin nie miał wątpliwości, że to na razie tylko próba wywołania strachu.
Ale już coraz mniej.
- Mówili na niego Biały Idrian! Chyba, chyba miał…
- Wiesz czy nie?
- Wiem! To pewnie ten! - Wskazał na trupa, o którego Sadrin potknął się, wchodząc. - Albo tamten! - Tym razem wskazał prawidłowo, choć prawdopodobnie nie zdawał sobie z tego sprawy.
Przeszukano obu, ale nie można było tam znaleźć czegoś, co Sadrin wciąż ukrywał w kieszeni płaszcza.
Milczał. Czuł nienawiść. Odrzucali go ludzie potrafiący pastwić się nad innymi. I tu nie chodziło o niczyje racje, martwych synów, czy klejnoty. Chodziło o zasady. Renir też taki był. Nawet dokładnie taki. Na pewno nikt tak mocno jak Sadrin nie zwrócił uwagi na pewną rzuconą mimochodem wzmiankę podczas procesu. To Strefa stworzyła Renira i całe jego zło. Strefa również zapłaci temu, co się właśnie zbliżało.
- Sadrinie – drgnął na dźwięk własnego imienia – mógłbyś to sprawdzić?
Bardzo powoli poruszył głową. W lewo. I w prawo.
Już tu byli.
Troje drzwi otworzyło się jednocześnie. Nie słychać było odgłosów walki. Czarna Straż już nie istniała. Do pomieszczenia wpadło na oko trzy tuziny ludzi, a na zewnątrz mogło czekać dwa razy więcej. Przeciwko sobie mieli tylko troje magów Strefy, młodą Mistrzynię Feniksa i dwójkę uczniów.
Bez szans. Kilka sekund zajęło im, nim zrozumieli sytuację. Za późno. Tylne pomieszczenia forsowane były właśnie przez kolejnych.
Stłoczyli się wszyscy w jednym miejscu. Drżące ręce kreśliły ochronne znaki. Tylko Sadrin stał nieporuszony, moc bez kontroli przelewała się przez jego ciało. Z trzema kalijeńskimi klejnotami czy bez – cokolwiek miało się stać, stać się miało niezależnie od działań, które podjąć mógł on bądź jego towarzysze.
Zasłużyli.
I on też zasłużył.
Znowu śmierć.
Bariera padła natychmiast. Rozdarły ją setki identycznych zaklęć. Ciemnozielony szereg poruszał się jak jedno ciało. Marelin upadł pierwszy. Nie zginął. Zemdlał. Czarna Straż stała jeszcze chwile bardzo pewnie. Wydawało się, że mogą stawić czoła atakującym. Troje przeciw czterdziestu. Ale zachwiali się, precyzyjne zaklęcia zaczęły słabnąć. Odbicie, przebicie, kontrzaklęcie. Przeciwieństwo i zaprzeczenie. To wszystko może w sprzyjających warunkach działać bardzo długo, ale nic nie może działać przeciwko takiej przewadze. Jeszcze jeden wybuch, jeszcze jedna eksplozja. Cała trójka podzieliła los sowich towarzyszy.
Została Evryl. Mówią, że nie da się zgładzić Maga Feniksa. Tę opowieść potwierdził grymas irytacji i brak strachu. Odeszła z miną jakby miała wstać z grobu i wywrzeć zemstę. Jej ciało zniknęło w ogniu fioletowych płomieni.
Sadrin nie mógł już tego zobaczyć.
Marmurowy labirynt chroni przed szaleństwem, ale nie przed ciosem w potylicę.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 01 stycznia 2016, 12:47

Kiedy człowiek od pięciu godzin bez ruchu klęczy wśród leśnego poszycia, bywają nawet bardzo zimne.
Szacun dla niego!
]Zadrżał. Przyszło mu na myśl, że zimno nie wzięło się z zewnątrz. Że przyszło z jego widocznych kości, nieprzespanych nocy, niezjedzonych posiłków i duszy pełnej zimnych, bezdusznych, marmurowych korytarzy.
Przyszło, ale tylko na chwilę.
Ładne - takie refleksyjne, takie bardzo pasujące do sytuacji napięcia i oczekiwania, kiedy myśli uciekają do zupełnie innych spraw.
Przy okazji - fajne jest też to zagranie motywem ptaków :)
Gdy pokonywał parów, dawno po pozostałych, słyszał dopiero pierwsze odgłosy zamieszania od frontu.
A nie "długo po pozostałych" raczej? Bo dawno odnosi się do przeszłości, nie? Jakoś mi tu nie pasuje.
Ból i krew zawsze są prawdziwsze od wszystkiego innego. Otrzeźwiały na tyle, by szukać rozwiązania, by szalony umysł znalazł drogę ucieczki, nim przepadnie.
Też ładne. W ogóle w tym fragmencie sporo takich fraz ładnych, miękkich do czytania.
Dłonie zacisnęły się na wystającej gałęzi. Za nimi podążyły ręce.
Dłonie to moim zdaniem część rąk. Ta, która jest zdolna do zaciskania się. Nie bardzo wiem, jak ręce mogły podążyć za dłońmi. Jedyne takie miejsce w tym fragmencie, które bym na Twoim miejscu na sto procent przemyślała i poprawiła.
Sadrin potknął się, upadł, a jego ręce poślizgnęły się na kałuży. Uderzył twarzą w drewno. Ręce znów stały się czerwone - kałuża była z krwi.
Z krwi? Może po prostu - to była kałuża krwi? Bo chyba nie mówi się "kałuża z wody" tylko "kałuża wody". No i może nie trzeba tak dokładnie mówić? Niedopowiedzenie miałoby swoją moc. Że czerwone to jest już sugestia, a gdyby dodać "i lepkie" to już byłoby dość oczywiste, że to krwawa kałuża, a bez dosłowności.
Milczał. Czuł nienawiść. Odrzucali go ludzie potrafiący pastwić się nad innymi. I tu nie chodziło o niczyje racje, martwych synów, czy klejnoty. Chodziło o zasady.
Chyba byłoby dobrze podkreślić, że on naprawdę uważa, że lepiej by nie miała tego kamienia Vinara. Chodzi mi o to, że gdy tu mówi, że odrzucają go tacy ludzie, to jednocześnie stoi i patrzy jak się biorą do tortur. Nieco więcej wewnętrznej walki i przekonywania samego siebie, że wybiera słusznie mniejsze zło, byłoby całkiem fajne moim zdaniem.

A ogólniej: podoba mi się ten fragment. Opis ataku, przygotowań, tego czajenia się - bardzo fajnie wyszedł, opis samej akcji - wiadomo o co chodzi, jest krótko, walka opisana płynnie i jakby z oddali, ale pasuje to do całości.
Oczywiście gubię się w imionach :bag: Oczywista jest dla mnie tylko Vinara i Sadrin. No i Marelin. Kolory - zielony i ciemnozielony też mi nie ułatwiają i przyznam, że na końcu nie umiałam ogarnąć, kto kogo atakuje. Ale ostatnie zdanie MIODZIO <3
No i tym, że nie ogarniam, bym się na Twoim miejscu nie przejmowała, Krin. Już wielokrotnie mówiłam, że czytanie na raty rodzi dla mnie problem. Ja mam tak, że kiedy czytam całość tekstu na raz to pamiętam kto, z kim i dlaczego. Ale jeśli między czytaniami występują miesiące, to niestety nie trzyma się mnie to tak bardzo. Kiedyś skończysz tę opowieść, a wtedy poproszę Cię o plik z całością. Teraz, tak naprawdę komentuję poszczególne cząstki. Gdy będziesz miała całość, będę w stanie całość skomentować.

PISZ i proszę - nie wahaj się nawet wysłać mi PW z kopem, że wstawiłaś ciąg dalszy. Daję słowo, że fakt pojawienia się rozdziału XXXI do mnie nie dotarł :C
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 11 stycznia 2016, 23:26

Myślę, Siem, że metoda komentowania, którą przyjęłaś jest w tym wypadku najsłuszniejsza. Doskonale zdaję sobie sprawę, że tu się miejscami nic kupy nie trzyma. Mam tylko nadzieję, że kiedyś naprawdę napiszę to na nowo - tak, żeby miało jakiś sens, bo wierzę, że da się to zrobić, a poza tym moja nienawiść do Sadrina przerodziła się w miłość. Zresztą daleko do końca nie brakuje.
XXXII Na początku nie było tak źle. Wprawdzie związali go, zakneblowali i zawiązali mu oczy, a potem wrzucili do wozu – takiego, w którym przewozi się więźniów na egzekucje – ale wcale nie było jeszcze tak źle.
Środki bezpieczeństwa nie miały znaczenia. Nie mogąc utrzymać równowagi w rozpędzonym powozie, pozwolił sobie na obijanie się o ścianki i odpłynięcie w kierunku Marmurowego Labiryntu. Dzięki temu doskonale zdawał sobie sprawę, że zamknęli go w podziemiach pod Veverleyn, wcale nie daleko od miejsca, gdzie na rozkaz Vinary niemal popełnił samobójstwo.
Ale tym razem miało być nie tylko zimniej i wilgotniej niż w jakimkolwiek wcześniej odwiedzonym przez niego więzieniu. Wszystko miało być gorzej.
Ale zacznijmy od początku. Bo przecież na początku wcale nie miało być tak źle, prawda?
Zaprowadzono go do pustego pomieszczenia i przeszukano tak bezceremonialnie, jak to potrafiła tylko Strefa. Praktycznie ściągnęli z niego ubranie, od razu odnajdując Przeznaczenie, Mądrość i Śmierć. Zaskoczył ich. Spoglądali po sobie, nie wiedząc, jak zareagować. Marelin rzucił mu pełne wściekłości spojrzenie i szarpnął się gwałtownie we więzach za co otrzymał cios od strażnika, ale Sadrin nie miał głowy, żeby się tym martwić.
Większy problem miał z samym sobą. Co popchnęło go do tak biernego zachowania? Wiedział, że nadchodzą. Mógł ich ostrzec. Przecież nic co Vinara mogła zrobić z kamieniami, nie było tak straszne jak to, co ci ludzie mogą zrobić z nim. Jaki mieli pożytek z zachowania go przy życiu? Stare zło jest lepsze od nowego. Zwłaszcza, kiedy wie ono, że nawet ktoś taki jak Sadrin jest chwilami potrzebny.
Co jest z tobą nie tak, idioto?
Nie wiem.
Wiesz. Tylko się oszukujesz, idioto.

Rozdzielili ich. Marelin zniknął w tunelu prowadzącym wgłąb podziemi. Potykał się w ciemności, nie mając przed sobą żadnego źródła. Sadrina powlekli w przeciwną stronę – do drzwi na końcu korytarza.
Wzdrygnął się.
Posadzono go na stołku, w pomieszczeniu o gołych ścianach, gdzie jedynym źródłem światła była płonąca z pomocą magii świeca. Przy wąskim biurku siedział niski, chudy mężczyzna. Siwe włosy dodawały mu powagi, ale znudzona poza wskazywała na arogancje. Nie traktował więźnia poważnie. Patrzył gdzieś indziej – nie w okno, ponieważ pomieszczenie było ich pozbawione, ale w pustkę. Prawą ręką postukiwał w blat, a drugą nieustannie poprawiał okulary.
Sadrinowi przypominał maga, który przyjął go w szeregi Zakonu. Brakował mu tylko staroświeckiej brody, regałów wypełnionych księgami i herbaty, którą nikogo nie częstował. Nie interesował go los chłopaka, choć miał za zadanie oddzielić ludzi godnych miana sług Avarena od tych, którym nawet bóg mądrości pomóc nie mógł w przejrzeniu na oczy, ewentualnie nie spełniali kryteriów dotyczących magicznego talentu, choć ci byli zazwyczaj odrzucani znacznie wcześniej. W każdym razie tamten człowiek nie powinien przyjmować byle kogo ani byle jak się z nim obchodzić. Mimo to, ignorując ostrzeżenia, przydzielił Renirowi opiekę nad Sadrinem. I jeszcze go przyjął! Jego! Sadrina!
Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, byłby teraz strasznie nieszczęśliwym człowiekiem harującym za marne grosze, ale przynajmniej byłby człowiekiem żywym.
Robisz się gorszy niż ja, idioto. Co to za życie, jeśli nie rzucisz wyzwania Piątemu Żywiołowi?
Spokojne.
Nie czas, idioto, na kryzys wiary, kiedy potrzebni nam bogowie. No chyba, że faktycznie jesteś tak genialny, jak twierdziłeś.
Nic nie twierdziłem!
To zacznij.

– Ciekawe nosisz ze sobą błyskotki, młodzieńcze. – Mężczyzna nareszcie zwrócił na niego uwagę. – Mogę spytać o miano?
Sadrin Atlemir - chciał odpowiedzieć odruchowo. Ale Sadrin Atlemir popełnił samobójstwo. Czy ci ludzie w to wierzyli? Mogli przecież tylko sprawdzać jego szczerość.
Marmurowy labirynt. Mógłbym znaleźć odpowiedź w marmurowym labiryncie.
Nie ufasz nam już, idioto?

– Sprawy miana są niekiedy bardziej zawiłe, niż można przypuszczać – wypalił.
Trafił. Mężczyzna wyraźnie nie znał odpowiedzi i wyglądał na zaintrygowanego jego pewnością siebie. Bez przesady oczywiście. Jako oznakę zainteresowania Sadrin interpretował koniec wygrywanej palcami melodii.
– Dlaczego?
– Ja nie żyję.
Mężczyzna zastanowił się.
– Długo?
– A który dziś dzień?
Dokąd my zmierzamy?
Pytał szczerze. Zbyt wiele czasu spędził w marmurowym labiryncie. Wiedział tylko, że zima się skończyła, ale noce wciąż są bardzo chłodne.
– Jutro bogini Vylrin znów wybiegnie na swe łąki.
Długo. Cały Lymen minął, choć było na to za zimno. Szykował się paskudny rok.
– To więcej czy mniej, niż się spodziewałeś, panie tajemniczy?
– Trudno powiedzieć.
– Wyglądasz na młodego, a nawet bardzo młodego. Zapewne nie skończyłeś szkoły i nie możesz do niej wrócić. Nie masz swojego miejsca w świecie, wiec współpracujesz z Mistrzynią Elburn. Dałbym ci jakieś... dwadzieścia cztery lata? Bardzo trudne dwadzieścia cztery lata, ale i tak nie rozumiem, dlaczego Vinara miałaby powierzać komuś takiemu kamienie z Gwiazdy Kalijeńskiej. Chyba zacznę wierzyć w Piąty Żywioł.
Sadrin schował dumę i nie odzywał się, choć miał ochotę wyprowadzić mężczyznę z błędu. Musiał wymyślić szybko, jak go przekonać, że jest kimś, kogo nie należy zabijać.
– Czy te pytania mają jakiś cel? – Przybrał maskę absolutnej pewności siebie i brną w tę farsę dalej.
– Mają ustalić, czy nie jesteś przypadkiem całkowicie zbędnym odpadem całkowicie zbędnych machinacji całkowicie zbędnej kobiety. Wiesz, co kazałem zrobić z twoim przyjacielem?
– Zapewne zabić, co nie należało do szczególnie roztropnych. – Przypomniał sobie nauki Wielkiego Mistrza i zanurkował tuż pod powierzchnię oceanu przeszłości. Na szczęście wystarczająco głęboko. – Nie, kazałeś zamknąć go w celi piątej, gdzie czeka, aż przesłuchasz go zaraz po mnie.
Zainteresowanie mężczyzny nie było już tylko powierzchowne. Uważnie lustrował Sadrina spojrzeniem.
– Pomyślałbym, że to ty jesteś ten cały Celis Shy'ar czy jakoś tam – wyraz ledwie przeszedł mu przez gardło – ale nazwisko nieco zbyt elfie jak na ciebie i za cholerę nie przypominasz Haylyn.
– W istocie.
Przyjrzał się jeszcze uważniej.
– Masz na imię Sadrin, prawda? Sadrin Atlemir. Byłeś uczniem Renira. Zawsze się zastanawiałem, czy z ciebie też wyrośnie wariat i wyrósł.
Sadrin milczał. Czar odwagi prysł. W zapadłej ciszy słyszał własny oddech.
Odbijał się echem od ścian marmurowego labiryntu.
– Jesteś funta kłaków wart, Panie Sadrin, razem ze swoimi pokręconymi tajemnicami. Pozdrów ode mnie Vinarę w piekle, dobrze?

Na początku nie było aż tak źle. Może wyglądało nieciekawie, może i cela cuchnęła, jedzenie dawali raz dziennie i przeziębił się po kilku godzinach, ale to były tylko objawy zupełnego braku zainteresowania, które co prawda grozić mogły powolną śmiercią w głodzie i zimnie, lecz jednocześnie dawały nadzieję, że koniec nie znajduje się jeszcze blisko, że jeszcze jest czas i jeśli nawet nie na ratunek, to chociaż na pogodzenie się z samym sobą.
Marmurowy labirynt wywoływał u Sadrina koszmary. Budził się i oglądał swoje brudne, wychudłe palce. Nie schudł tak przecież i nie osłabł w więzieniu. To trwało od dawna.
Sprzeczne myśli nie pozwalały zasnąć, sprowadzając jeszcze większe zmęczenie i niemożność skupienia uwagi. Jedne szeptały o niszczejącym ciele. Inne o poświęceniu, jakiego wymaga prawdziwa moc.
Długo myślał nad potęgą, którą mógłby posiąść. Przewracał się na twardym kamieniu, za okrycie mając tylko wysłużony płaszcz, który pożyczył od Marelina, a umysł podsuwał mu wizje mocy, bogactwa i wpływów.
Mógłbym zostać jednym z nich. Wystarczyło tylko słowo, by wyjaśnić staremu magowi zagadkę i zyskać szansę na jakąkolwiek przyszłość.
Dlaczego tego nie zrobił? Inne było myślenie o tym, gdy siedział wygodnie przy biurku, a inne w ciemnej celi. Tu nie liczyły się moralne dylematy, obietnice i ludzie, do których choć nie chciał, odczuwał sympatię. Teraz Sadrin zrobiłby wszystko, by wrócić do tamtej chwili i powstrzymać ich przed odesłaniem go. Ta świadomość powodowała wewnętrzny sprzeciw, ale miał się już przecież dłużej nie oszukiwać.
W celi niepodzielnie panowało zimno, a on nie chciał w tym zimnie spędzić reszty życia – cała filozofia.
Ale nie było jeszcze tak źle. Przeżył gorsze rzeczy, doznał gorszych upokorzeń. Kiedy już nie dawał sobie rady, zawsze mógł uciec do marmurowego labiryntu. Bał się go, ale w marmurowym labiryncie nie istniał głód i pragnienie. Nie było też pustych, pełnych strachu dni. Biel pochłaniała zwątpienie.
Nie wiedział, czy to złudzenie, ale wydało mu się, że minęła wieczność, nim sobie o nim przypomniano. Z półsnu wyrwało go kopnięcie. Krzyczeli, żeby wstał, ale nie miał siły, więc powlekli go niczym worek. Znalazł się w kolejnym pomieszczeniu o gołych ścianach, choć zdecydowanie jaśniej oświetlonym, cieplejszym i mniej cuchnącym. Stało tam kilku umundurowanych strażników.
Przez moment chciał udawać niezłomnego, ale natychmiast doszedł do wniosku, że nikt, kto by na niego spojrzał, nie nabrałby się na tę sztuczkę.
Jęknął, gdy rozpoznał twarz więźnia klęczącego naprzeciwko.
Marelin miał o wiele mniej szczęścia. Sadrin pewnie nie odnalazłby twarzy przyjaciela pośród licznych ran, gdyby nie rozpoznał strzępek ubrań uporczywie trzymających się ciała. Młodszy mag wiedział znacznie więcej i drogo za to zapłacił.
Sadrin po raz pierwszy mógł zobaczyć prawdę. Maska zniknęła. Na twarzy Marelina pozostał tylko żal i beznadzieja. Zrozumiał, że ten żal jest dla niego. Dla przyjaciela, który jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, co nadchodzi, lecz już nic nie może na to poradzić.
Ostry ton oficera przerwał wymianę spojrzeń. Marelina wyprowadzono z pomieszczenia. Sadrin, mimo bólu, odprowadził go wzrokiem tak daleko, jak tylko potrafił. Kto mógł mu zagwarantować, że jeszcze go zobaczy?
To moja wina. Idiota ze mnie.
Wtedy zaczęły się pytania. Wiedzieli o jego roli. Marelin dużo im powiedział, może nawet wszystko. Długo płacił krwią za milczenie, ale przecież w ostatecznym rozrachunku to się sprowadza tylko do bólu, głodu i zimna – ich po prostu czasem nie można pokonać.
Strach wykręcał Sadrinowi wnętrzności. Nie zamierzał przecież wcale wkradać się w ich łaski. Już nie. Nie po tym, co widział w marmurowym labiryncie.
O wizjach Marelin też im powiedział, o tym jak dzięki nim odnalazł Mądrość. Zachwyciło ich to. Jakżeby inaczej? W ich tępych, fałszywych mordach już widział, co zamierzają zrobić. Wściekł się. Nie odpowiadał na pytania. Obiecał sobie, że nie podda się tak łatwo. Przecież się nie boi, przecież nie jest tchórzem, cokolwiek ktokolwiek o nim sądził.
Te myśli mieszały się z innymi – gorzkimi i pełnymi realizmu. Był tylko Sadrinem i jeśli udało im się złamać kogoś takiego jak Marelin, nie miał z nimi szans. Ale przecież nie mógł tak po prostu wszystkiego zdradzić i okryć się hańbą, prawda? Co by pomyślał o nim Wielki Mistrz? Wierzył w niego przecież. I Kalijena też wierzyła, a była opiekunką ludzi zdradzonych i tych, którzy umierają w milczeniu.
A co by pomyślała o nim Enya? Znów by ją zawiódł. Zawsze zawodził.
Zadawali pytania o Vinarę. Chcieli wiedzieć wszystko – co, gdzie, kiedy i z kim robi. Zadawali pytania o Wielkiego Mistrza i o ludzi, których Sadrin kojarzył jedynie z nazwiska, bo sprawowali w Zakonie ważne funkcje. Pytali o Evryl i jej zniknięcie.
Ignorował krzyki i groźby. Raz już przecież przeżył coś takiego, a nawet gorszego, bo tym razem był przynajmniej przygotowany.
Po wielu godzinach wrócił do cuchnącej celi. Zapadł w sen od razu po tym, jak jego bezwładne ciało zderzyło się z twardą podłogą, ale nie pozwolili mu na dłuższy odpoczynek. Marmurowy labirynt mówił mu, że minęły nieco ponad dwie godziny i choć Sadrin nie ufał mu tak jak kiedyś, skłonny był w to uwierzyć. Protestowały zarówno jego ciało i umysł. Ledwie rozumiał zadawane bez końca pytania. Chyba nawet się odezwał, ale nie mogło to być szczególnie mądre spostrzeżenie, skoro oberwał za nie w twarz. Trochę bolało, ale przecież zawsze mogło być gorzej. Tyle był w stanie wytrzymać. Jest, do cholery, magiem z najświętszego Zakonu Avarena, sługą boga mądrości i wszelkiej wiedzy! Nie można go tak po prostu złamać! Może jutro, ale nie dziś. Kiedyś na pewno się podda, ale wytrzyma jeszcze trochę.
Dopóki co? - odpychał od siebie to pytanie.
Następny dni były takie same. A raczej cykle był takie same, bo budzono go o najrozmaitszych porach dnia i nocy, nie zwracając uwagi na takie rzeczy jak posiłki czy sen. Sadrin jakoś wytrzymywał to wszystko i oni też wytrzymywali jego uparte milczenie.
Aż pewnego dnia zabrali go w zupełnie inne miejsce, gdzie bito go dopóty, dopóki nie tracił przytomności. Wtedy czekano tylko chwilę, a potem cucono go lodowatą wodą. Nawet nie zauważył, kiedy z powrotem znalazł się w celi. Pojął to dopiero, kiedy go stamtąd wyciągnięto, by zadawać kolejne nieskończenie długie serie pytań.
Nie dał rady stać ani klęczeć, więc usadzono go na stołku – mniej jeszcze wygodnym od podłogi, choć odrobinę cieplejszym. Bolało go niemal wszystko. Otworzyły się stare rany. Brakowało również jednego z górnych zębów, ale w głowie zbyt mu szumiało, żeby potrafił odróżnić, którego.
Ale wytrzymał. Jeszcze potrafił wytrzymać trochę. Dlaczego nie? Przecież nie był słaby, przecież nie był tchórzem.
Po tym znów wrzucili go do celi. Czuł się zbyt słaby, żeby chociaż unieść głowę, zmienić pozycję, czy zajrzeć do marmurowego labiryntu. Wsłuchiwał się we własny oddech. Liczył. Za każdym razem obiecywał sobie, że kiedy skończy, wreszcie odwróci się na plecy, by przyjąć wygodniejszą pozycję, lecz nie kończył. Wciąż liczył od nowa.
To tylko jeden ruch. O co ci chodzi, idioto?
Czasem tracił świadomość, lecz kiedy zjawili się po raz kolejny, odliczanie nadal trwało. Podczas drogi nie szarpnął się ani razu. Szarpnięcia tylko wzmagały ból, który tego dnia z uczucia przeobraził się w stan – gdy wiele godzin później znów leżał twarzą na posadzce i liczył oddechy, nie potrafił wskazać już konkretnych miejsc na swoim ciele. Była tylko świadomość bólu, jakby był kolejnym narządem albo nawet kolejnym zmysłem.
Na następną serię pytań nie musiał długo czekać. Choć nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ból zelżał nieznacznie i dlatego potrafił sobie wmówić, że wcale nie jest jeszcze tak źle. Jeszcze nie czas na poddawanie się. Po co kapitulować od razu? Przecież nie boi się bólu, przecież nie jest słaby ani tchórzliwy.
Przecież jest w stanie wytrzymać jeszcze trochę.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 17 stycznia 2016, 09:55

Krin pisze:Mam tylko nadzieję, że kiedyś naprawdę napiszę to na nowo - tak, żeby miało jakiś sens, bo wierzę, że da się to zrobić, a poza tym moja nienawiść do Sadrina przerodziła się w miłość.
No ja myślę, że napiszesz! Tyle historii, tyle pracy, to się domaga finalnego opracowania.

Miałam dwie myśli po przeczytaniu tego rozdziału - że nie bardzo wiem, co się z Sadrinem działo i z tego powodu trudno mi mocno wejść w jego emocje, w jego cierpienie. Chodzi mi konkretnie o brak opisów szczegółowych tego śledztwa. Było to wszystko daleko ode mnie, jakbym tylko z daleka podsłuchiwała. Ale w pewnym momencie dotarło do mnie (to ta druga myśl), że ta niewiedza daje pole mojej wyobraźni, a sam Sadrin skupia się na tym, co jest w stanie czuć. A przecież chce też tego nie czuć, chce to odsunąć, tak? Co mnie bardzo ujęło, to sposób w jaki sobie radzi - dzieli czas na małe fragmenty - to "dasz radę wytrzymać jeszcze tylko chwilę dłużej", "głupio się poddać od razu". I te małe granice, małe zwycięstwa przeciągają się w coraz dłuższe trwanie i wytrzymywanie. I to dobrze, że nie jest tchórzem i nie jest słaby i że sobie to powtarza i w to wierzy.
Ale zacznijmy od początku. Bo przecież na początku wcale nie miało być tak źle, prawda?
Dobrze to brzmi, daje fajną zapowiedź, nie jestem tylko pewna, czy pasuje do całości, ale to już będziesz musiała ocenić składając wszystko do kupy.
Marelin rzucił mu pełne wściekłości spojrzenie i szarpnął się gwałtownie we więzach za co otrzymał cios od strażnika, ale Sadrin nie miał głowy, żeby się tym martwić.
Wydaje mi się, że jednak "w więzach".
Posadzono go na stołku, w pomieszczeniu o gołych ścianach, gdzie jedynym źródłem światła była płonąca z pomocą magii świeca.
Dlaczego musiała płonąć z pomocą magii? Nie mogła sobie płonąć jak normalna przyzwoita świeca?
Brakował mu tylko staroświeckiej brody, regałów wypełnionych księgami i herbaty, którą nikogo nie częstował.
Bardzo dobre zdanie.
– Czy te pytania mają jakiś cel? – Przybrał maskę absolutnej pewności siebie i brną w tę farsę dalej.
– Mają ustalić, czy nie jesteś przypadkiem całkowicie zbędnym odpadem całkowicie zbędnych machinacji całkowicie zbędnej kobiety. Wiesz, co kazałem zrobić z twoim przyjacielem?
– Zapewne zabić, co nie należało do szczególnie roztropnych. – Przypomniał sobie nauki Wielkiego Mistrza i zanurkował tuż pod powierzchnię oceanu przeszłości. Na szczęście wystarczająco głęboko. – Nie, kazałeś zamknąć go w celi piątej, gdzie czeka, aż przesłuchasz go zaraz po mnie.
Słowa tego przesłuchującego - brrr. Takie dobijające i moim zdaniem powiedziane tylko po to, by wystraszyć Sadrina. I dlatego ogromnie mi się podoba, jak on odbił piłeczkę.
– Jesteś funta kłaków wart, Panie Sadrin,
Lepiej choć tyle, niż gdyby nawet ich nie był wart ;)
Sadrin pewnie nie odnalazłby twarzy przyjaciela pośród licznych ran, gdyby nie rozpoznał strzępek ubrań uporczywie trzymających się ciała.
Strzępków?
Następny dni były takie same. A raczej cykle był takie same, bo budzono go o najrozmaitszych porach dnia i nocy, nie zwracając uwagi na takie rzeczy jak posiłki czy sen.
Sadrin jakoś wytrzymywał to wszystko i oni też wytrzymywali jego uparte milczenie.
Bardzo mi się podoba to zdanie.
Była tylko świadomość bólu, jakby był kolejnym narządem albo nawet kolejnym zmysłem.
:CCC


Wiem, że tym razem krótko, ale to był krótki rozdział, skoncentrowany na jednym. W sumie to ja się zastanawiam mocno, skąd Sadrin wie, czyją stronę trzymać. W końcu jest mocno skołowany tymi wszystkimi ludźmi, którzy czegoś od niego chcą, prawda? A jednak jakąś stronę wybrał i jak widać nie jest to łatwa strona. Ciekawam, co mu jeszcze zafundujesz.

PISZ!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 03 lutego 2016, 20:18

XXXIII Ból. Nieskończona spirala uczuć, która nie nadaje się do pieśni i hymnów. Musiałyby to być pieśni o krwi, o cuchnących moczem i pleśnią podziemiach, o brudzie klejącym się do ciała, o wymiotach, potach i konwulsjach. Każdy rym i każde poetyckie słowo okazałoby się puste. Nie można wyrazić w słowach powolnego odchodzenia od zmysłów. Szaleństwo jest niewiarygodne samo w sobie.
Sadrin nie leżał na brudnym kamieniu, przeżywając cierpienia i poniżenie. Dryfował, unosząc się w rzece nieświadomości czasem tylko zaśmiecanej samotną myślą. Mnóstwo nieprzyjaznych twarzy oczekiwało od niego odpowiedzi na pytania, a on odpowiadał – językiem ludzi, którzy zapomnieli, czym jest światło dnia. Za każdym razem odpowiedź wiązała się z kolejnym bólem, ale jeśli już zaczął odpowiadać, musiał mówić dalej, choć głęboko przyczajony rozsądek podpowiadał, że to bez sensu.
Mógł się skoncentrować i zacząć mówić jak człowiek, ale wcale nie chciał. Dlaczego miałby? Czego oczekują od niego ludzie pastwiący się nad jego ciałem, które tak wiele ostatnio przecierpiało? Wytrzymał to wszystko, ich też wytrzyma. Zaśmieje im się w twarz. Mają swojego Sadrina! Swój nic nie warty balast! Niech pytają! Niech się dręczą brakiem odpowiedzi! Niech wizja nieskończonej wiedzy i potęgi dręczy ich umysły, siejąc w sercach niepokój.
On przecież jeszcze trochę wytrzyma. Jeszcze za wcześnie, żeby się poddawać. Nie wiedział, ile czasu minęło, ale czuł, że nie nadszedł jeszcze właściwy moment. To dopiero początek. Kim jest ten, kto poddaje się na samym początku?
Czekał na coś – na spektakularny koniec monotonnych, wypełnionych bólem dni. Rozsądek podpowiadał mu, że nic takiego nie nadejdzie, ale czekał mimo to. Czekał tak, jak przez całe swoje dotychczasowe życie. Liczył chwile znacznie dłuższe od oddechów. Po nich miał się wreszcie odwrócić, zmieniając sposób patrzenia na świat. Już nie tylko bród kamienia – ciemność, zbawcza ciemność.
Ale nie odwracał się.
Monotonia miała równie lecznicze działanie. Zniknął marmurowy labirynt ubierający świat w złudzenia. Nic Sadrina nie obchodziło i mógł jeszcze pobyć w tej obojętności, mógł jeszcze wytrzymać, choć ledwie sobie przypominał twarze ludzi, dla których to robił. Nie pamiętał nawet, dlaczego zaczął. Miał cel. Cel wiązał się z oczekiwaniem, więc czekał.
Ledwie zauważył, kiedy się zjawiła.
Na początku pomyślał, że to kolejna kobieta ze Strefy, lecz czerń szaty wcale na to nie wskazywała. Dopiero, gdy wciągnął powietrze nosem, zauważył, że odór od dawna wypełniający każdą chwilę zniknął.
Zastąpił go zapach ciepłej wiosennej nocy.
Kalijena.
- Sadrinie – szepnęła. - Zbudź się.
Posłusznie odwrócił się na plecy. Poczuł wstrząs, jak każdy kto po takim czasie został nagle wyrwany z okowów bólu. Każdy oddech był przyjemnością.
- Pani...
Położyła mu palec na ustach.
- Dlaczego mnie nie zawołałeś? Zapomniałeś imienia swej bogini?
- Jak mógłbym śmieć?
Przez chwilę sprawiała wrażenie obrażonej.
- Zarzucasz mi pychę czy lenistwo, Sadrinie? Jak mogłabym być spokojna i nieskora do walki, kiedy ciemność znajduje się we władzy głupców?
Nie odpowiedział. Podziwiał twarz skrojoną z uroku gwiazd i dzikości pustkowi spowitych mrokiem nocy.
- Mają moją ciemność. Nie powinni mieć. Możesz mi coś obiecać, Mistrzu Sadrinie?
- Oczywiście, Pani.
- Obiecaj, że zwrócisz mi moją Gwiazdę. Zbyt długo pozwalałam światu ją zatrzymać. Ciemność przegrywa niszczona przez światło wypalające wzrok. Blask wypala grzech, zostawiając szaleństwo płomieni. Obiecaj mi to, Sadrinie.
- Obiecuję.
- Nie obiecuj mi czegokolwiek. Obiecaj, że przyniesiesz mi moją Gwiazdę, Sadrinie. Zawsze czekam na ciebie w zaułku pełnym kwiatów.
- Obiecuję, że oddam ci twoją gwiazdę, Kalijeno. - Gardło odmawiało mu posłuszeństwa.
Pogłaskała go czule. Zupełnie tak jak kiedyś Enya, a potem Deira.
- Dziękuję, Sadrinie. I jeszcze jedno, mój chłopcze. Dobrze?
- Nie mógłbym odmówić, Pani.
- Nie ufaj marmurowemu labiryntowi. Mąci twój umysł. Nie pozwolił ci zwrócić Mądrości Vinarze, ponieważ sam pragnie jej siły. Nie rozumiesz mocy, z którymi się mierzysz. Obiecaj mi, że nie dasz mu się omotać, ale nie obiecuj mi z poczucia obowiązku. Obiecaj mi to z serca.
Spojrzał w ciemność splatającą się we włosy bogini. Spojrzał w to, co kryło się za nieskazitelnie piękną powłoką i obiecał.
Ucałowała go delikatnie w czoło – w to czoło pokryte krwią, brudem i potem. Poczuł się, jakby całował go księżyc.
- Muszę już odejść, Sadrinie.
- Zaczekaj, Pani.
- Tak?
- Czy ta prośba...? Czy ja źle wybrałem?
- A jaki wybór był dla ciebie słuszny, Sadrinie? Nie chciałeś mieć krwi na rękach. Czy uważasz, że twoja prośba była słuszna? Czy tego pragnie ten, kto chce powrócić w łaski Avarena?
Podniósł się do pozycji siedzącej. Wokół była tylko ciemność, ale nie istnieje lepsze oparcie dla chorego ciała. To ona dodaje sił zgnębionym.
- Nie wiem.
- Czyja krew aż tak brudzi twoje ręce, że musisz się jej pozbyć?
- Mojego przyjaciela. - Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. - Celisa Shy'ara. Zabiłem go, bo się bałem.
- I czy chciałbyś, aby powstał z ziemi i popiołu, by mógł opowiedzieć o twoim grzechu i hańbie, którą okryłeś się podnosząc rękę na drugiego sługę Avarena, na chłopca, który ci ufał i który osądzał pochopnie, jak chłopcom przystało? Odpowiedz szczerze.
Odpowiedź była nieubłagana.
- Nie, myślę, że bym nie chciał.
- Więc czy postąpiłeś słusznie, prosząc mnie o to? Czy mogłabym spełnić prośbę, którą wypowiedziałeś wbrew sobie i wbrew niepokojom targającym twoją duszę?
- Nie wiem. Nie, Pani. Prawda?
- To ty mnie zadajesz pytania, sługo mądrości i wiedzy? Czyś niegotowy sam postrzegać i sam rozumieć?
Próbował ją zatrzymać, lecz nie zdołał. Odeszła, zabierając ze sobą cudowny zapach ciepłej wiosennej nocy. Ból wrócił. Ciemność patrzyła na niego z wyrzutem. Zadawała pytania, kim jest ten młody człowiek, którego skrywa. Gdyby tylko potrafili odnaleźć wspólny język, z pewnością zastanawialiby się nad tym razem.
Doszedł do wniosku, że ponowne spotkanie z boginią było pewnego rodzaju karą. Gdy już raz został wyciągnięty z otchłani, ponowny upadek spowodował kolejny wstrząs. Jego myśli znów pracowały sprawnie, więc znów bez problemu odczuwał ból i strach. Nie widział celu dalszej walki, prócz takiego, że wytrzymał już nieprawdopodobną ilość czasu. Czemu miałby teraz odpuścić? Na co były w takim razie te wszystkie godziny bólu? Czy nie lepiej było od razu dać im to, czego chcą i pozwolić, by cisnęli jego ciało w chłodny uścisk bezimiennego grobu? Albo trzymali latami uwięzionego w klatce, by zadawać mu nieskończone pytania? Być może żyłby i być może nie doznawałby tyle cierpień, ale musiałby powrócić do marmurowego labiryntu. Zawrzeć z nim sojusz, stając się pozbawionym wolnej woli narzędziem. Musiałby stać się czymś, co wcale nie jest Sadrinem Atlemirem.
Po co takie życie, które nie ma jednego właściciela, lecz tylko żądających uległości panów?
Tak, gdyby nie otrzeźwiał, wszystko byłoby lepsze, pozbawione obaw i wątpliwości. A tak każdego dnia musiał walczyć ze sobą. Szept zza marmurowych bram mówił, że życie w pustce jest lepsze niż w ciemnej celi. Wewnętrzny upór mówił, że lepsza jest jedna własna myśl wśród tysiąca okrzyków bólu niż tysiąc cudzych myśli. Rozsądek podpowiadał, że oba rozwiązania są równie złe.
A dusza wyła. Słaba. Niepewna. Podzielona.
Znów.
Wspomnienia, które dotąd wydawały się odległe powracały równie bliskie i równie straszne. Nie rozumiał, jak mógł tak żyć, jak żył. Jak to wszystko mogło się wydarzyć? To go w pewien sposób uratowało. Obiecał sobie, że przeżyje i ucieknie, choćby miał powtórnie przywędrować do Tarunu z piekła i sprawi, że ktoś mu za to zapłaci. Ktoś za to...
W zapomnianym przez boga sprawiedliwości lochu rozległ się jęk. Leżące na podłodze resztki człowieka zaszlochały. Ich twarz zalała się łzami.
Na co czekał? Poruszały się wskazówki zegara w pracowni sztuk wróżbiarskich – w innej przestrzeni i czasie, lecz wciąż ogłaszające światu tę samą godzinę.
Potok wizji przesunął się przed jego oczami. Wreszcie ujrzał twarz kobiety stojącej tyłem do tego zegara. Stała sztywno wyprostowana, najmniejszym grymasem nie zdradzając uczuć. Myślałby, że nie ma litości, gdyby nie łzy płynące jej po twarzy.
Ujrzał też inną kobietę. W miejscu, którego nie znał, z twarzą, którą znał. Miejsce wyglądało na przyjazne i spokojne, ale twarz wyglądała na wściekłą, w oczach płonęła nienawiść i żądza zemsty.
Nie, Sadrin nie będzie się mścił. Świat nie potrzebuje zemsty. Jest na to zbyt szalony. Przemierza go Piąty Żywioł i bez opamiętania plącze słowa i myśli, tak by ludzie nie mogli się już więcej porozumieć. By w niezgodzie i zawiści nie potrafili już razem wystąpić wspólną siłą przeciwko Stwórcy chcącemu, aby historia toczyła się wedle jego zamysłu.
Sadrin zaczeka. Piąty Żywioł mu nie przeszkodzi. Zaczeka w bólu, na dnie ciemnej celi. Upokorzony, złamany i zły, a kiedy już umrze wszystko ludzkie, co w nim zostało, powstanie znowu. Trochę jak feniks. Przecież nie tylko Yanirum pisał, że Avaren zamienia się w feniksa. Za każdym razem, gdy pochłaniają go płomienie, rodzi się nowy i wspanialszy.
Sadrin zaczeka. Wytrzyma. Dlaczego nie miałby?
Kolejny ból, kolejna seria pytań, kolejne nagłe przebudzenie. Woda zdająca się zalewać płuca. Wnętrzności płoną z braku powietrza. Ale wytrzyma. Przecież nie jest tchórzem. Przecież nie jest słaby. Gdy człowieka przeszywa ból, kiedy go głodzą i upokarzają wyzna wszystko i zdradzi każdego. Ale jeszcze nie dziś. Nie w tym czasie. Nie w tym miejscu. Jeszcze wiele potrzeba, żeby złamać Sadrina. Plącze się język, plączą się nogi i palce, ale nie plącze się umysł. Nie może, bo jest obłąkany. Zaparł się w sobie i nie zamierza zdradzić tajemnicy z czystej złośliwości.
Wypalają go żelazem. Szczują. Krew tryska tam, gdzie niegdyś była kość. Zabierają po kawałku. Coraz mniej go zostaje. Wciąż trwa, choć już nie powinien.
Przecież teraz się nie podda. Nie po tym wszystkim.
Znów upada. Znów zasypia zanim jeszcze jego głowa styka się z kamieniem. Ktoś zostawił wodę i coś co mogło by być jedzeniem, ale jest tylko papką w kolorze zgnilizny. Już go nie obchodzi, bo nie jest w stanie go uratować. Jeszcze jeden dzień, jeszcze jedno uderzenie i jeszcze jedno pytanie upiornego głosu, a padnie bez życia. Nigdy nie wyda swojej tajemnicy.
Śpi i przez sen zdaje sobie z tego sprawę. Nie chce, ale wytrzyma. Przecież nie jest tchórzem. Przecież nie jest słaby. Przecież nawet po tym wszystkim jest jeszcze coś wart, prawda?
Z zaschnięta na kamieniu krwią mieszają się łzy. Słychać cichy oddech. Nikt go już nie liczy.
Budzi go okrzyk. Szuranie. Kroki. Ktoś gdzieś biegnie. Słychać wydany pewnym głosem rozkaz. Sadrinowi przychodzi na myśl, że szykują się do egzekucji. Widzi to wszystko oczami wyobraźni. Marmurowy labirynt ukazał mu takich masę. Do tej pory żadna go nie poruszyła. Nie zawierała w sobie emocji człowieka mającego zagrać główną rolę w tym ponurym przedstawieniu. Przez chwilę tli się w nim zła, pełna jadu nadzieja, że to nie dla niego. Może to dla Marelina. Potem dociera do niego, że przyjaciel prawdopodobnie został stracony dawno temu.
Wyobraża sobie, jak on sam godnie kroczy w kierunku nieuchronnego przeznaczenia, choć wie, że jego nóg nie stać na podobny wyczyn. Nie umiałby tak umrzeć, więc lepiej nie umierać wcale. Wmawia sobie, że wszystko jest lepsze od śmierci, tarzając się we własnych wymiocinach.
Jednocześnie płonie w nim iskierka rozbawienia, kiedy przypomina sobie słowa Deiry. Straszna byłaby śmierć, gdyby go nigdy nie pocałowała. Zupełnie jakby przewidziała ten dzień. Zazwyczaj tyle rzeczy przytrafia się człowiekowi w ciągu całego życia. Musiał przyspieszyć, żeby poznać choć garstkę z nich.
W końcu wmawia sobie, że jest gotowy na śmierć. Może powloką go w górę. Może tam odbywają się egzekucje, w słońcu, pod jasnym czystym niebem albo pod ciemnym i chmurnym. Może jeszcze zobaczy światło. Ciemność jest piękna, ale nie można zanurzyć się w niej na całe życie.
Czeka z zamkniętymi oczami.
Nikt nie nadchodzi.
Dźwięki oddalają się. Cichną, choć nadal słychać bieganinę. W końcu Sadrin musi otworzyć oczy. Siada. Raczej z pomocą woli niż mięśni. Czuje się nieco lepiej. Tym razem pozwolono mu odpocząć dłużej. Wokół nie ma już całkowitej ciemności. Zaledwie półmrok. Spod drzwi sączy się słabe światło.
Na ziemi leży coś, co lśni urzekająco nawet w tak marnym oświetleniu, nawet w takim miejscu, nawet w oczach człowieka skazanego na śmierć. Coś, co według ludzkich wierzeń, może pokonać wszystkie żywioły, wszystkie żywe istoty, a nawet wszystkich bogów zjednoczonych w jedną armię.
Doskonale znajomy kształt i dotyk.
Przeznaczenie.
Jak zwykle przyszło tam, gdzie chciało. Początkowo nie chce go z powrotem. Zbyt wiele siły wymaga ten prosty ruch, ale z Przeznaczeniem nie da się wygrać. Czule przesuwa palcami po gładkim kamieniu. Przyciska go do serca. Przeznaczenie nigdy nie działa bez konkretnej przyczyny.
Jeszcze tylko chwila.
Doczekał się. Wreszcie się doczekał.
Bo nie jest słaby. Bo nie jest tchórzem.
Słyszy krzyki i zaklęcia. Chaos. Wycie rannych i konających. Obca armia naciera wgłąb plątaniny korytarzy. O ściany uderza moc. Pod ziemią, pośród ton skał niepodlegających żadnemu z żywiołów gromadzi się szybciej, nie może uciec i niedługo jest jej tyle, że każda iskra doprowadzi do zapłonu.
Ale kogo to obchodzi?
Walka trwa.
Umysł Sadrina potrzebuje zdradzieckich sekund i minut, by zacząć działać. Musi się wydostać. Ktoś szturmuje korytarze i morduje więżących go ludzi, ale nie może być pewien, że to przyjaciel. Trzeba biec. Trzeba natychmiast wydostać się z labiryntu. Zamki to już nie problem. Przeznaczenie otworzy je wszystkie.
Wstaje. Dłonie drżą. Nie czuje niektórych palców. Klejnot niemal się wyślizguje, ale spełnia swoją powinność. Jeden krok. Dwa. Dlaczego to jest takie trudne? Dlaczego tak boli?
Opiera się o drzwi. Wygląda na korytarz. Nikogo. Droga w górę czysta. Może popędzić wprost do wolności. Gdzie dalej? O tym pomyśli później. Jeden krok. Dwa kroki. Jeszcze trochę wytrzyma. Przecież nie może się teraz poddać!
Stop!
Przeznaczenie niemal uderza w jego umysł. Przypomina o dwóch przedmiotach, które w żadnym wypadku nie powinny wpaść w ręce wroga. Kimkolwiek był.
Niech to piekło pochłonie!
Wyczuwa obecność kamieni, wie nawet jak do nich dotrzeć, ale nie wyobraża sobie, jak miałby przekraść się tam niezauważony. To za daleko dla kogoś, kto ledwie chodzi, a za blisko dla tych, którzy właśnie mordowali ludzi Strefy.
Kto w ogóle ma tyle odwagi i siły, by atakować Strefę?
Pewnie Strefa.
Ta od Vinary?
A jakie to ma znaczenie? Myślisz, że przywita cię ze łzami w oczach, wycałuje i przytuli? Chciałeś zostać wielkim człowiekiem, ale ani razu nie pomyślałeś, że wielcy ludzie nie raz ginęli z ręki tych, których ocalili.
Myślę, że mnie tak po prostu nie zabije.
Może nie tak po prostu, idioto, ale to nic nie zmienia w tej chwili. Dowiesz się, kiedy już cię dopadną.

Budzi się marmurowy labirynt. Echo niesie ze sobą wrzaski. Błaga go, by się odwrócił, by nie marnował szansy, skoro jest tak blisko.
Sadrin stoi, nie mogąc podjąć decyzji, a bitwa szaleje coraz bliżej. Magia wokół gęstnieje. Konstrukcja zaczyna pękać. Może niedługo wszystko przykryją gruzy.
Jak mógłby marnować taką szansę, skoro jest tak blisko? Przecież obiecał. Obiecał Kalijenie. Kalijena to jego pani, chroni go, jest szansą na ocalenie.
Zawraca. Kręci mu się w głowie. Słabnie. Skołowany umysł ma trudności, by połączyć to uczucie z rosnącą kałużą krwi. Któraś z ran musiała otworzyć się na nowo.
Magia.
Przydałaby mu się magia.
Ale magia została splątana. Wystarczy tylko szybki rzut doświadczonego oka na symbole ujawniające się na skórze maga, by wiedział, jak ją związać. Wystarczyła tylko obręcz z odpowiednio wyrytymi runami. Przeciwieństwa i zaprzeczenia nigdy nie były jego mocną stroną. Pewnie doświadczony mag nie miałby żadnego problemu z pokonaniem podobnej bariery. Sadrin widział takich w marmurowym labiryncie.
W marmurowym labiryncie...
Tak. Mógłby tam iść. Sprawdzić, jak należy zrobić coś takiego. Już jego myśli biegną w tamtą stronę, już dotykają marmurowych bram, nim w porę udaje mu się je powstrzymać.
Nie wolno mu wchodzić do marmurowego labiryntu. Nie teraz, kiedy jest taki słaby. Nigdy. To labirynt uczynił go słabym i ślepym. Ale słaba jest tylko dusza. Przecież umysł nie jest słaby. Wcale nie potrzebuje do niczego marmurowego labiryntu. Sam sobie poradzi.
Wciąż mógłby spróbować oprzeć się na zwyczajnych wizjach, ale czuje, że nie potrafi. Nie ćwiczył. Nie potrafi się skupić, jednocześnie zmierzając w kierunku źródła mocy. Jeden krok. Nieznośny ból. Dwa kroki. Nieznośny ból. Tak w kółko. Jeszcze niewyobrażalna odległość przed nim. Chciałby usiąść i zapłakać, ale popycha go strach.
- Co robić? - mamrocze, żeby dodać sobie otuchy własnym głosem. Właściwie próbuje mamrotać, bo z jego ust wydobywa się tylko niezrozumiały skrzek.
„To ty mnie zadajesz pytania, sługo mądrości i wiedzy? Czyś niegotowy sam postrzegać i sam rozumieć?”
Czekaj. Stop, Sadrinie. Nie jesteśmy przecież tacy głupi, jak sobie wzajemnie próbujemy udowodnić. To tylko wymówka. Jesteś słaby. Dlaczego jesteś taki słaby, Sadrinie.
Jestem ranny. I krwawię.
Nie możesz się wykrwawić. Przecież powinieneś znać się na opatrywaniu. Uczono cię wszystkiego, co może przydać się w czasie walki. Jesteś przecież sługą Avarena i obrońcą jego Zakonu. Ogarnij się, żołnierzu!
Nie mam czasu! Nie widzisz, że idę?
Jeśli padniesz, nigdzie nie dojdziesz.

Zatrzymał się. Trudno mu było stwierdzić, co go boli i skąd krwawi. Wrażenia nakładały się na siebie i zmieniały w niezrozumiały szum.
Spokój, żołnierzu. Trzy oddechy. Nie panikuj.
Dobrze, dobrze. Znajduje ranę. Tę największą. Wydaje mu się, że w każdej sekundzie ubywa więcej krwi niż ma jej w środku. Nie potrafi sobie przypomnieć żadnych nauk Mistrza Norriena z wyjątkiem tych o zakażeniach, gangrenie i gorączce. Pamięta wszystkie środki potrzebne, by temu zapobiec i z trwogą uświadamia sobie, że żadnego nie posiada.
Już widzi straszliwe skutki. Odgłosy walki staja się nieco odleglejsze, ale cóż z tego, skoro...
Spokój, żołnierzu. Przecież się nie boisz. Przecież nie jesteś słaby. Nie jesteś też głupi. Nie jesteś w Zakonie przez przypadek. Jesteś tu, bo kiedyś zawsze starałeś się bardziej niż inni. Przypomnij sobie o tym wreszcie!
Zrzuca z siebie resztki płaszcza. Zrywa parę postrzępionych pasów i tamuje krew. Mniej więcej. Godziny ćwiczeń opłaciły się, ale nie były to godziny spędzone w ciemności, ze śmiercią na karku.
Opiera się o ścianę. Nie ma siły iść dalej. Musi trochę odpocząć. Odetchnąć. Oczy same mu się zamykają. Przecież ma jeszcze chwilę. Przecież zmęczony nigdzie nie dojdzie...
Błysk. Wycie. Kula energii uderza w odległości ramienia. Sadrin pada na ziemię. Zetknięcie z magią boli. Zewsząd dobiegają odgłosy szamotaniny, stali i zaklęć. Niemal obok. Może w sąsiednim korytarzu. Ktoś przyszedł. Ktoś go zobaczył. Ktoś go zabije.
Raz. Dwa. Trzy. Nic nie słychać. Odtacza się w bok. Przez coś mokrego i lepkiego. Raz. Dwa. Trzy. Nikogo, ale ręce i stopy nadal w niesamowitym tempie przemierzają posadzkę. Nie ma dość odwagi, żeby się podnieść.
Musi zakręcić. Znów się zatrzymuje, tracąc bezcenny czas. I tak będzie gnał na ślepo, ale musi wyjrzeć, co go czeka.
Jeden. Drugi. Trzeci. Ludzki oddech słychać zaledwie parę kroków od niego. Nie tylko on zatrzymał się na zakręcie. Zna ten oddech. Słuchał go godzinami. Zna tę sylwetkę. Wpatrywał się w nią godzinami, szukając śladu litości.
I już o niczym nie myśli.
Zemsta, Sadrinie! Zemsta!
Skok. Sekunda, w której powraca przerażony rozsądek. Dotyk grubego płaszcza. Uderzenie o ziemię. Zduszony okrzyk. Przerwane w połowie zaklęcie. Ręce zaciskające się na szyi. Raz. Dwa. Trzy. Te ręce są niekompletne i doskonale pamiętają przez kogo. Raz. Dwa. Trzy. Ciało wije się i charczy, nie potrafiąc myśleć o magii. Ostatnie ruchy. Zaraz straci przytomność. Zaraz Sadrin straci siły i nie dokończy dzieła.
Zemsta, Sadrinie! Zemsta! Kalijena jest boginią zemsty!
Raz. Dwa. Trzy. Jeszcze trochę. Już tylko moment. Ciało jeszcze przez chwilę stawia opór i wiotczeje. Raz. Dwa. Trzy. Ostatnie tchnienie.
Sadrin klęczy sam w ciemności. Ściska martwe ciało. Przez chwilę nie wierzy. Przypomina sobie każdy poprzedni raz, ale już się nie boi. Już go to nie przeraża. Czuje triumf. Bo przecież nie jest słaby. Przecież nie jest tchórzem. Czuję szczęście, o którym wie, że jest naganne.
Nareszcie zrozumiałeś, Sadrinie.
Wstaje, zapominając o bólu. Zwycięstwo oszałamia. Korytarz przecież wcale nie jest długi. Nigdy nie był. To tylko złudzenie. Za moment będzie na miejscu. Jeden krok. Dwa kroki. Trzy kroki. I już gotowe. I już otwiera drzwi.
Dopiero potem przychodzi do niego refleksja, że ktoś powinien był zostać i strzec takiego skarbu, ale szczęście mu dopisuje. Spóźnił się na rozegraną tu bitwę. Na ziemi leżą dwa ciała. W jednym z nich Sadrin rozpoznaje starszego mężczyznę, z którym rozmawiał po przybyciu – dawno temu, w innej rzeczywistości.
Wyciąga z szuflady dwa kamienie – Mądrość i Śmierć. Mądrość jest zdecydowanie ładniejsza, ale zabiera oba. Wie, że musi je ukryć. Na wszelki wypadek. Strefa może przecież wpaść w każdej chwili i zaprzepaścić cały wysiłek.
Gdzie żaden wróg nie będzie mógł mu ich odebrać?
W marmurowym labiryncie.
O jakiej skrytce nikt nie wie?
O marmurowym labiryncie.
Tak, marmurowy labirynt pragnie kamieni jak każdej magii. Zostawienie ich tam nie sprawiłoby kłopotu.
Jak mam tam wejść i znów nie postradać rozumu?
Masz Mądrość, Sadrinie. Kiedy ją trzymasz, nie może ci zaszkodzić.
A jak po nią wrócę?
Jeśli jej nie schowasz, być może nie zobaczysz jej już nigdy. Zresztą przecież nie chodzi o potęgę! Skąd nagle w tobie takie pragnienia? Oni jej nie mogą dostać!

Przewraca się, gdy opada z niego napięcie i gdy labirynt znów zasnuwa jego myśli. Zostawia Mądrość i Śmierć na ziemi – gdzieś między wspomnieniem zapachu kwiatów i objęć Deiry. One go obronią.
Kiedy się budzi, wie już, że ledwo zdążył.
Za ramiona trzyma go obcy.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 09 lutego 2016, 08:01

:) Jestem!
Tym razem będzie krótko. Bez cytowania i tak dalej, bo raz, że jakoś nadmiar literówek mi się nie rzucił w oczy przy czytaniu, dwa, że przyznam wpadłam w okres bezsiły. Mam nadzieję, że wyjdę z niego przed Twą kolejną wrzutką i stanę zwarta i gotowa na posterunku.

Co by tu powiedzieć? Ten rozdział jest bardzo mocno związany z poprzednim, mam właściwie wrażenie, że przez sporą część swej objętości jest po prostu rozciągnięciem, wydłużeniem poprzedniego. Nie wiem, czy nie za długo powtarzasz to, co było w poprzednim rozdziale fajne. W sensie to, że nie jest słaby i tak dalej. Dobry jest moment, gdy sobie uświadamia, że tak naprawdę długo wytrzymał i zmienia swoją mantrę na to, że skoro aż tak długo, to najwyraźniej da radę jeszcze trochę. Jednak tak czy siak, zastanawiam się, czy pracując nad całość nie byłoby warto tego wszystkiego tutaj przyciąć. Skondensować. Może dać choć jeden konkretny obrazek tortury? Bo wciąż pozostawiasz czytelnika na etapie domysłów i ewentualnego opisu efektów, a potem Sadrin daje radę wyjść z celi, walczy, zabija. Jest bardzo mocny, to siła woli ogromna, czy tortury nie były takie straszne? I głód? Nie wiemy ile to trwało tak naprawdę.

No i fajnie byłoby faktycznie wiedzieć czyją stroną jest Sadrin, czego chce, o co walczy i po co? Wiesz, jemu by się jednak przydała nawet najprostsza motywacja pt. "chcę żyć i będę o to walczył". Ja po prostu bardzo bym chciała wiedzieć o co mu chodzi.

A w końcówce robisz znów to zawieszenie - charakterystyczne dla powieści w odcinkach. Czytelniku - czekaj jak na szpilkach na to co się wydarzy ;) No i nie mogę się oprzeć skojarzeniu:
http://streemo.pl/Image/749836.jpg
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 13 lutego 2016, 09:32

Nie doczytałam jeszcze wszystkiego, ale nadrobiłam już kilka rozdziałów, więc postanowiłam szybko dać znać, że czytam i co na ten moment.

Po pierwsze i najważniejsze - jestem w stanie czytać! To znaczy, że mimo przerwy, pamiętam właśnie to, co jest mi potrzebne, żeby śledzić historię. Pewnie sporo szczegółów z tła wyparowało, ale nic, co uniemożliwiłoby mi zrozumienie, co się dzieje. Historia sobie płynie, a ja sobie ją swobodnie śledzę.

Po drugie, podoba mi się magia Sadrina :) To wcale nie jest taki oczywisty pomysł, żeby obdarzyć kogoś zdolnością patrzenia wstecz. Wieszczenie jest znacznie popularniejsze i mocniej eksploatowane, a Ty udowadniasz, że ten drugi kierunek również może sprzyjać ciekawej intrydze i budowaniu napięcia. Gratulacje za pomysł i wykonanie :) No bo wszak w Twoim świecie znajomość przeszłości również jest strasznie obciążająca.

Także ten, lubię to, co czytam :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 19 lutego 2016, 20:59

Doczytałam!

Tak z perspektywy widać, że to opowieść, która powstawała, rozwijała się i zmieniała wraz z Tobą. Widać to, bo do wprowadzenia punktu kulminacyjnego i rozwiązania intrygi używasz narzędzi i wątków wprowadzonych stosunkowo niedawno. To absolutnie nie jest zarzut, to specyfika takiego sposobu pisania. W czasie redakcji jest czas, żeby to wyrównać, wprowadzić foreshadowing, rzucić hintami i rozciągnąć motywy wstecz. Więc to w sumie taka uwaga na marginesie, bardziej ogólna obserwacja.

Podoba mi się to, co zrobiłaś z Sadrinem. Jego przemiana również wymaga redakcyjnego poukładania, ale kierunek jest bardzo dobry i efekt dynamiczny. Znaczy, hm, przemiana... Ja to trochę widzę bardziej jako wyzwolenie z tego, co mu zawsze o nim samym mówiono i w co zdążył mocno uwierzyć. Taka konfrontacja z faktami w skrajnych warunkach.

Nie jestem przekonana co do wykorzystania czasu teraźniejszego, trudno mi tu odtworzyć Twoją intencję. Dynamizacji to nie sprzyja, wydaje mi się, że fragment brzmiałby lepiej, gdybyś konsekwentnie używała czasu przeszłego. Po prostu nie widzę uzasadnienia dla takiego udziwnienia - ten fragment czytało mi się dość ciężko.

Pokazujesz też zwłaszcza w tych ostatnich fragmentach bardzo ciekawą stronę swojej wyobraźni. Masz niebanalne, oryginalne skojarzenia. Sposób, w jaki nimi grasz, ładnie kontrastuje z pseudo-dokumentalnym sznytem poprzedniej części, w której wiele było faktów - nieomal namacalnych. Teraz zrobiło się bardziej abstrakcyjnie, jednocześnie ciężej w nastroju, ale też lżej, jeśli chodzi o dane. Ładnie to zrównoważyłaś.

Wspaniale, bo czytam te ostatnie fragmenty, myślę o pierwszych i sądzę, że gdybyś pisała je teraz, wyglądałyby zupełnie inaczej. Ogromnie mnie cieszy, jak się rozwijasz i poszerzasz zasób środków, którymi operujesz z coraz większą łatwością i coraz efektywniej :D Pozostaje czekać na dalsze rozdziały.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ