Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Piąty Żywioł

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Mekis

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Mekis » 23 sierpnia 2015, 18:47

Na razie przeczytałam tylko pierwsze fragmenty ale muszę przyznać mimo że początek troszkę ciężka się czyta (przynajmniej mi) to i tak ci wyszedł kawał dobrego Fantasy, bogate uniwersum, wiele wątków.
Tak trzymać.
Pisz dalej bo dobrze ci idzie.

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 25 sierpnia 2015, 14:05

Nie wiem, czy nie za szybko wstawiam, ale wstawiam.
XXIV Merien nie miał pojęcia, jak się zachować, kiedy doniesiono mu o przedziwnym zachowaniu Enyi. Podobnie jak wszyscy bał się cokolwiek robić. Widywał już u niej podobne stany, ale nigdy nie tak straszne. Wydawała się po prostu gasnąć, snuła się po pokoikach ciasnego mieszkania wynajętego do czasu odbudowy jej dawnego domostwa. Już wcześniej, bodajże nawet od miesięcy, była z niezrozumiałego powodu w złym stanie, ale pogorszenia nie można było nazwać gwałtownym, lecz należało nazwać je zwyczajnie tragicznym.
Gdy znalazł się w ciemnym, niewietrzonym od wielu dni wnętrzu, niemal od razu wyznała mu, że nie ma już absolutnie nic, na czym by jej jeszcze zależało. Jej dom spłonął wraz z majątkiem i zapiskami badań. Jej ukochany uczeń popełnił samobójstwo. Rodzina nie żyła od stuleci. Wspomniała też coś, że nie może już ufać ludziom, których lojalność od zawsze uważała za pewnik, choć nie miał pewności, czy w jej umyśle nie zaczynają się właśnie jakieś urojenia.
Szaleństwo – tego chyba bał się najbardziej. A ona była tego wręcz uosobieniem. Wyglądała jak obłąkana, mówiła jak obłąkana, zachowywała się jak obłąkana. Dla jej dobra Mistrzyni Vinara prosiła o odsunięcie jej od śledztwa do czasu „uspokojenia się niebezpiecznych objawów szoku”, co niemal wszyscy przyjęli z radością, będąc pewni, ze spokój ją uszczęśliwi. Enya zaś była wściekła i zażądała natychmiastowej możliwości składania zeznań. Kiedy odmówiono, wpadła w szał. Połowa mebli skończyła jako dymiące szczątki, ale w ogóle się tym nie przejęła.
Próbował ją prosić, błagać, przywoływać do porządku, a nawet przekupić paroma obietnicami, ale bez rezultatu. Żałował, że nie ma przy sobie kogoś innego, kto znałby ją lepiej i nie był związany z nią przykrymi doświadczeniami z przeszłości. Wszystkich jednak zdążyła już do siebie zniechęcić swoim zachowaniem, a niektórzy, słysząc o jej wyczynach, obawiali się również o swoje życie i zdrowie. Jeśli faktycznie z jej umysłem działo się coś niedobrego, każdy wolał pozostać jak najdalej. Merien pozostał sam na placu boju.
Tak więc przez kilka dni towarzyszył Enyi niemal cały czas, modląc się do Avarena, by nie doszło do żadnej katastrofy. Jej nastrój w ułamku sekund potrafił przejść od gwałtownej wściekłości do głębokiej melancholii, więc na dodatek z tyłu głowy czaiła mu się jeszcze obawa, że postanowi podążyć śladami swojego ucznia i zrobi sobie krzywdę.
Bardzo długo zwlekał z tym, co być może już dawno powinien uczynić ktoś mądrzejszy i wyżej postawiony w hierarchii od niego. Naprawdę nie chciał robić kobiecie, z którą niegdyś gotów był spędzić całe życie czegoś takiego, ale nie miał już wyjścia. Nie polepszało się, lecz z każdym dniem było coraz gorzej. Napisał bardzo oficjalny list zaadresowany do Szanownej Arcymistrzyni Sztuk Zaklinania Ingret, w którym to uprzejmie informował o wyjątkowo złym stanie zdrowia psychicznego jednej z podległych jej Mistrzyń i prosił o podjęcie kroków mogących zapobiec ewentualnym groźnym konsekwencjom tego stanu rzeczy.
Tak też się stało. Już następnego dnia przybyli mistrzowie z Rayere, gdzie mieścił się znany w całym Anivr szpital będący w rzeczywistości domem dla umysłowo chorych magów z całego Zakonu. Początkowo stawiała opór, ale szybko dała sobie spokój i pełna rezygnacji, pod nadzorem opuściła miasto.
Od tamtego czasu Merien modlił się tylko o trzy rzeczy: by nic sobie nie zrobiła, by wyzdrowiała i by kiedyś mu jednak wybaczyła. Modlił się do Kalijeny – córki Avarena, Pani Ciemności. Ta ciemność na wieki przykrywać miała grzechy i nieporozumienia. Ukrywała je przed prawdą i sprawiedliwością. Zsyłała sen na tych, którym sumienie nie pozwalało zasnąć. Ale była też silna, bo ukrywała swoją potęgę w mroku. Być może właśnie jej siły mu brakowało.
Może to właśnie ciemność była ostatnim z żywiołów. Może właśnie dlatego nikt nie potrafił go zobaczyć. Co może być potężniejsze od ciemności, skoro tylko ona znajduje siłę, aby wybaczać?

Członkowie Wielkiej Rady Zakonu Avarena byli przedziwnym gatunkiem zamieszkującym Ravel znanym z tego, że nikt ich nie zna, a sami mają problem z przypomnieniem sobie własnej daty urodzenia. Nikt też nie potrafił powiedzieć, czym większość z nich zajmuje się na co dzień, jak gdyby istnieli tylko w obrębie budynku Rady, a ich jedynym celem była długa dyskusja na ważne tematy i kłótnie. Gatunek ten nie był uważany w Anivr za szczególnie interesujący. Ludzi nie lubili go, bo on sam siebie nie lubił i próbował okazywać to na każdym kroku.
Nieco bardziej interesującym gatunkiem byli członkowie Małej Rady Zakonu Avarena. Ludzie nie przepadali za nią, bo to ona w końcu jest winna wszelkiemu złu na świecie i w kraju, ale szanowali, bo widzieli chociaż, że faktycznie coś robi. Wprawdzie nikt nadal nie miał pojęcia co, ale w ich słowach i zachowaniu nieodmiennie widoczny był tak wielki pośpiech i zaangażowanie w sprawę, że lepiej im nie przeszkadzać niepotrzebnymi pytaniami. Warto wspomnieć, iż Mała Rada to część Wielkiej Rady, więc jej członkowie na równych prawach uczestniczyli w spotkaniach, choć wciąż widać było ich znudzenie sprawami, którymi tamci wiecznie się emocjonowali.
Wyżej jeszcze od członków Małej Rady stali semijor i anadalin – prawdziwe bóstwa anivrskiej elity politycznej. Prawdopodobnie sami nie wiedzieli, czym tak właściwie się zajmują, bo to aż tak tajne, ale podobno potrafili rozwiązać każdy problem jednym podpisem, spojrzeniem wywoływać atak serca u przeciwników politycznych, a nawet powstrzymać Wielkiego Mistrza od upijania się w obecności zagranicznych ambasadorów. Przyjęło się nazywać semijora prawą, a anadalina lewą ręka Wielkiego Mistrza. Złośliwi twierdzili, że prawą się wita, a lewą trzyma schowany za plecami nóż.
No i wreszcie nad tą całą masą pospolitych umysłów czuwał prawdziwy wybraniec boga i ludu, który nie tylko potrafił rozwiązać każdy problem jednym podpisem, ale nawet udowodnić Małej Radzie, że są banda idiotów nie potrafiącą pracować bez jego udziału choćby przez pięć minut. Tak, on – Wielki Mistrz Zakonu Avarena, Arcymistrz Sztuk Magii Feniksa, Przewodniczący Białej Unii oraz posiadacz jeszcze innych pięćdziesięciu paru tytułów, które ciągle przypominać mu musiał Mistrz Tradycji - Thomas Veverleyn we własnej osobie.
Fakt, że od pół godziny spóźniał się na zebranie Małej Rady wcale nie umniejszał jego sławy i chwały. Miał akurat na głowie sprawy, które nie śniły się tej bandzie idiotów nie potrafiących pracować bez jego udziału choćby pięć minut. Pozostawienie ich na aż trzydzieści było ryzykowne, ale miało dać mu przewagę.
Nawet Vinara była już na swoim miejscu, choć do tej pory wzięła sobie za punkt honoru przychodzić równo trzy i pół minuty po rozpoczęciu. Siedziała zamyślona na zdecydowanie zbyt dużym krześle u szczytu stołu, lecz jednocześnie jako jedyna wyglądała na spokojną. Reszta była przerażona.
I znacznie przerzedzona.
Aż dziewięcioro siedziało akurat w pałacowym lochu pod strażą wielkomistrzowskiej gwardii, skąd nawet Strefa nie potrafiłaby nikogo wyciągnąć. Aresztowano nawet Hariez Rianom – najbogatszą kobietę Tarunu i bliską przyjaciółkę Thomasa.
Wszyscy, prócz semijora i anadalina, z niepokojem i zniecierpliwieniem oczekiwali wyjaśnień Wielkiego Mistrza, więc na jego widok jednomyślnie i z zapałem większym niż kiedykolwiek powitali go powstaniem oraz ukłonami. Nie usłyszał nawet słowa skargi, co go dziwnie zirytowało. Jednocześnie chciał pomiatać Radą i nie chciał mieć Rady, którą można było pomiatać. Postanowił dalej testować ich wytrzymałość. Kiedy zajął swoje miejsce, zamiast dać zwyczajowy sygnał by uczynili to samo, udawał, iż przegląda leżącą przed nim korespondencję. W rzeczywistości sprawdzał za pomocą niemal zapomnianej sztuki Ryen przetaczające się przez nich emocje. Moc szarpiąca się w ciałach magów w różny sposób zależnie od uczuć nieustannie ich zdradzała. Z łatwością mógł wyczuć strach, niepokój, zdenerwowanie, poczucie winy, dającą wiele do myślenia pogardę oraz... Smutek? Tak, wielki, bezbrzeżny smutek bijący od semijora Merwinda Mojoko.
Spojrzał w jego kierunku, nareszcie dając Radzie znak do zajęcia miejsc. Faktycznie, nie było możliwości pomyłki. Zdziwił się, bo Merwind był jego bardzo bliskim współpracownikiem i do tej pory mniemał, że niemożliwym jest, by nie wiedział o jego tak wielkim zmartwieniu.
- Coś się stało, Mistrzu Merwindzie? - spytał.
Wszyscy momentalnie zwrócili się w kierunku semijora. Niektórzy wyglądali na zdziwionych pytaniem i Thomas odniósł wrażenie, iż przegapił jakiś istotny szczegół. Pocieszało go, że większość również nie wiedziała, o co chodzi.
- Przepraszam, opłakuję śmierć mojego bratanka Lodeja.
- Nie słyszał Mistrz o tej strasznej tragedii? - wtrącił Mistrz Lijon, Opiekun Nad Administracją Zakonu, czyli najbardziej pozbawiony ludzkich odruchów człowiek, jakiego Thomas znał.
- Ach, słyszałem, ale nie miałem pojęcia, że jest on krewnym Mistrza Merwinda.
Poczuł jak przez co najmniej dwie dusze przebiega poczucie winy. Nie musiał zastanawiać się dlaczego. Doskonale zdawał sobie sprawę, że siedzą przy tym stole aż trzy osoby odpowiedzialne za tą śmierć – jedna, która ją w to wszystko wciągnęła i jedna, która ją zadała. I jeszcze on, który cały czas udawał, iż z tą drugą osobą nie ma wcale nic wspólnego. Wyrzucał sobie, że zupełnie zapomniał o fakcie posiadania przez Merwinda bratanka i nie zwrócił uwagi na małą popularność tego nazwiska w Anivr. Niedopatrzenie było tak wielkie, że aż nie potrafił go pojąć.
Być może to właśnie sprawiło, iż zupełnie zapomniał o stosowności wytłumaczenia Radzie sytuacji aresztowanych mistrzów i przeszedł od razu do listu pełnego niezgrabnych prób wyjaśnień składanych przez Naczelnego Maga Miasta Anivr. Gdy wreszcie sobie o tym przypomniał, ostatecznie stracił szacunek do Małej Rady i miał ochotę od razu aresztować wszystkich.
- Właśnie! Zdaję się, że miałem udzielić szanownym mistrzom informacji o naszych współpracownikach, których na skutek zaistniałej sytuacji zmuszony byłem aresztować. Wydaję mi się, że byłem o to proszony. Nie mylę się?
Nikt nie był na tyle odważny, by potwierdzić bądź zaprzeczyć, bo faktem było, iż Wielki Mistrz wcale nie został o to poproszony. Tylko Vinara całkowicie nieporuszona całym zamieszaniem – bądź co bądź sama była jednym z głównych organizatorów zajścia – postanowiła zepsuć mu całą zabawę i odezwała się:
- Tak, w istocie. Sądzę, iż wszyscy są bardzo zainteresowani tą sprawą. - Jej głos zdradzał tylko niewyobrażalne znudzenie.
- Dobrze więc. Nie uszło mojej uwadze, że ostatnimi czasy Zakon znalazł się w groźnym położeniu prowadzącym, przy dalszym ignorowaniu niepokojących symptomów, do nieuniknionej katastrofy. - Obserwował ich zdziwione spojrzenia. Nikt nie spodziewał się takiego stwierdzenia ze strony samego Wielkiego Mistrza. Najpewniej wszyscy mieli nadzieję, że Thomas w ogóle nie zdaje sobie z niczego sprawy, co większości z nich bez wątpienia byłoby na rękę. Z jakiegoś powodu zawsze lekceważyli jego zdolności postrzegania i analizowania faktów. - Sądzę, iż tragedia, która dotknęła Veverleńską Szkołę Magów jest tylko jednym z mniej istotnych objawów choroby przeżerającej naszą zakonną społeczność oraz cały kraj. Nie da się bowiem ukryć, że tym razem zagrożenie przychodzi nie z zewnątrz, lecz cały czas ukrywa się we wnętrzu. Śmiem nawet twierdzić, że znaczna część i mam nadzieję, że nie większość sług Avarena zupełnie zapomniała o swoich obowiązkach. Wszędzie dostrzec można mistrzów, którzy zupełnie zapomnieli, iż nie po to kształciliśmy ich przez lata i nie po to wstąpili do Zakonu, by teraz siedzieć w stolicy i zajmować się przyjemnościami bądź pomnażaniem majątku. Nie uważam, że powinni oni żyć w ascezie, bo nie to nakazał nam Avaren, lecz ich zachowanie przekracza już wszelkie dopuszczalne normy. Problem sięga nawet dalej, bo już od samego początku, od dnia wstąpienia w szeregi sług Avarena i złożenia przysięgi dostrzega się niekiedy, iż kierują nimi niewłaściwe intencje. Przychodzą do nas nie po to, by służyć mądrości, naszemu bogu i pracować w celu osiągnięcia wszelkich naszych ideałów, ale po to by wydrzeć zza naszych murów wiedzę o magii, a potem resztę życia pod naszą ochroną przeżyć z przyjemnością. Starsi mistrzowie zaś, zupełnie nie rozumiem czemu, tolerują ten stan graniczący z jawnym przeciwstawieniem się avareńskim ideałom. Wiele rzeczy jest ostatnio w Zakonie tolerowanych, choć nikt nie powinien nawet do nich dopuścić. Można choćby wspomnieć o Magu Teneazyrze, który absolutnie otwarcie, bez najmniejszego skrępowania odważa się postulować zmiany zasad ustanowionych przez Avarena oraz Oświeconeą Wielką Mistrzynię Heltję na rzecz surowych wierzeń ludów, które od wieków uważamy za swoich wrogów właśnie z tego powodu, że ich bogowie sprzeciwiają się prawdzie niesionej przez opiekunów wiedzy i mądrości, a nawet wypowiadają im za pomocą swych dogmatów otwartą wojnę. Nasi zakonnicy zdają się jedno głosić, a zupełnie inne czynić. Jak z żalem stwierdzam, nawet do tej pory uważani za najszacowniejsze sługi Avarena mistrzowie nie wyparli się pokus, dwulicowości oraz skłonności do naginania zasad wiary kierowani własną korzyścią a nawet bez wyraźnego powodu, kierowani nagłym impulsem lub nawet właśnie wpływem innych, wrogich nam filozofii. Członkowie Małej Rady, którzy aresztowani zostali dnia wczorajszego są oskarżeni o działania sprzeczne z wiarą, sprzeczne z prawem zakonnym, sprzeczne z prawem państwowym, sprzeczne z interesem ludu oraz sprzeczne z moim, jako Wielkiego Mistrza, rozkazem. Przez lata tolerowałem liczne uchybienia, lecz nigdy nie sądziłem i nie byłem nawet w stanie podejrzewać, że urosły one do aż takich rozmiarów. Teraz zamierzam już nie unikać więcej konfrontacji, nawet nieprzyjemnej konfrontacji z Wielką ani z Małą Radą, by usunąć absolutnie wszelkie przejawy rozprężenia wśród sług Najświętszego Zakonu Avarena. - Przerwał na chwilę zmęczony mówieniem. Liczył też na jakieś uwagi, ale nie doczekał się. - Niestety nie mogę na chwilę obecną sprecyzować szanownym mistrzom win, o jakie posądzeni są nieobecni, bowiem są one nie tylko tak liczne, że aż w całości jeszcze niezbadane, ale prawdopodobnie będziemy też zmuszeni postawić przed sądem innych mistrzów, również zamieszanych w te straszne incydenty, którzy nie mogą zacząć przypuszczać, iż śledztwo w ich sprawie także niedługo się rozpocznie, bo to zaprzepaściłoby nasze szanse na postawienie ich przed sądem. Naturalnie, nie mam żadnych wątpliwości co do czystości intencji tutaj zgromadzonych. - W te słowa prawdopodobnie nie uwierzył nikt. - Muszę po prostu podjąć wszelkie środki ostrożności i mam nadzieję, że szacowni mistrzowie nie żywią do mnie z tego względu urazy.
Był pod wrażeniem wpływu własnej przemowy na zachowanie Radnych. Nikt mu nie przerwał ani nikt nawet nie zasnął z nudów, jak to miało miejsce przy większości takich okazji. Wszyscy słuchali go uważnie, a nawet w napięciu. Zewsząd dochodziło go poczucie winy. Widzieli niemal wszystko to samo co on i większość z nich pragnęła poprawy. Oczywiście z Vinarą jak zwykle było inaczej. Czuł mieszankę złości z irytacją. Może zdziwiłby się, gdyby jej nie znał i gdyby wciąż nie wysłuchiwał jej skarg. Wbrew pozorom należała do ludzi wyjątkowo oddanych avareńskiej sprawie. Od lat dochodziły go narzekania na temat przyjmowanych do Zakonu ludzi, w których potem nie tylko musiała próbować rozbudzić entuzjazm do służby, ale ponoć musiała im nawet tłumaczyć podstawowe dogmaty. Wszelkie pozostałe zło, czyli te niewynikające z ułomności umysłów starych radnych zajmujących się przyjmowaniem uczniów, przypisywała konkurencyjnej Anivrskiej Szkole Magów.
Nie spodziewał się od niej skruchy, bo przynajmniej wedle jej mniemania, nie miała sobie nic do zarzucenia. On sam znalazłby coś takiego, choć faktycznie tylko w ostatnim, wyjątkowo trudnym dla Vinary czasie.
Po tych wszystkich ceremoniałach i płomiennej mowie przyszedł wreszcie czas na omówienie bieżących tematów. W wielu przypadkach okazało się to trudne z powodu niepełnego składu, lecz nie niemożliwe. Jedyną istotną sprawą była kwestia konieczności odwołania Naczelnego Maga Anivr. No, przynajmniej jedyną istotną sprawą, którą chciał z nimi omawiać. Miał coraz większe wrażenie - w zasadzie rosnące już od lat – że zdecydowanie lepiej poradziłby sobie sam niż z taką Małą Radą, jaką miał teraz. Potrzebował zmiany i to bardzo prędkiej. Szczególnie na stanowisku Opiekuna Nad Wojskiem Zakonu zajmowanego przez Rylvira Magre nieustająco utrzymującego zbyt bliskie kontakty z pewną elfią idiotką, której akurat przez przypadek przypadał chyba jakiś tytuł królewski. Zdążyła ona już swoją postawą zaszczepić w niektórych ideę likwidacji Syvatyjskiej monarchii. W Vinarze chyba nawet ideę krwawej likwidacji. Thomas też już był temu bliski.
Kiedy nareszcie obrady zostały zakończone, anadalin nie miała już ochoty na dyskusję i wręcz w pośpiechu próbowała opuścić salę. Musiał ją jednak zatrzymać.
- Proszę pozostać tu jeszcze, Mistrzyni Vinaro – rzucił nieco zbyt oficjalnie. - Muszę zamienić parę słów z szanowną mistrzynią.
Stanęło przy drzwiach z niezadowoloną miną, w pozycji niemal bojowej. Najwyraźniej spodziewała się ataku na swoje niedawne dzieło zniszczenia.
- Najbardziej ze wszystkich spraw ostatniego tygodnia nurtuję mnie sprawa Sadrina - zaczął. - Wiele rzeczy jest w niej tak niewytłumaczalnych, że aż wartych wspomnienia. Jak ci zapewne wiadomo, los Sadrina nigdy nie był mi obojętny. Wręcz przeciwnie.
- Rozmawialiśmy już o tym. - Splotła ręce na piersi.
- Bardzo powierzchownie, a na dodatek mam wrażenie, że tylko korespondencyjnie. Widzimy się codziennie. Nie musisz słać mi listów. Masz tak piękny głos, że aż miło słuchać. - Wyciągnął się na fotelu, oddalając wszelkie pozory formalności.
- Masz na myśli fakt, że go do tego zmusiliśmy?
- W pewnym sensie, choć nie do końca.
- Powiesz mi, czy mam się domyślać? Wyobraź sobie, że mam coś do roboty i, że to coś może być dla ciebie ważne.
- Pamiętasz ten dzień, kiedy widzieliśmy Sadrina po raz pierwszy? Wtedy w Anivr, podczas pierwszych ćwiczeń w rzucaniu zaklęć?
- Pamiętam.
- I?
- Dobrze mu szło.
- Tylko dobrze?
- Genialnie, ale przecież wiesz dlaczego.
- To coś zmienia?
- Nie wiem. Do czego zmierzasz?
- Do użytej przez ciebie liczby mnogiej - „zmusiliśmy”. To nie ty chciałaś śmierci Sadrina, prawda?
Milczała przez chwilę. Wyglądała jakby faktycznie próbowała odnaleźć odpowiedź, a nie jakby zastanawiała się nad taką, która go zadowoli.
- To była trudna decyzja i jestem pewna, że gdybym miała działać sama, zaplanowałabym to inaczej. To wszystko?
- Tak – skłamał, uważnie obserwując jej zachowanie.
Była już jedną nogą za drzwiami, kiedy znów się odezwał.
- Vinaro, jeszcze jedno.
- Tak?
- Zawsze uważałem, że takim opiekuńczym kobietom jak ty brakuje tylko upośledzonego syna.
Otworzyła usta. Chciała coś powiedzieć, ale chyba zbyt ją zaskoczył. Przy odrobinie szczęścia narobił jej też nieco strachu.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 27 sierpnia 2015, 13:37

SpoilerShow
Bydzie komć na urodziny ;)
Przeczytałam zaraz po wrzutce, sorry, że musiałaś nieco czekać na odpowiedź.

No, budujesz to napięcie i budujesz, a co się właściwie stało z Sadrinem - nadal nie wiadomo XD Natomiast wyraźnie odwracasz strony i oto Vinara, z tej mrocznej i o niejasnych intencjach wyrasta teraz na tą, która jako jedna z nielicznych chciała dobrze i jest wierna starym ideałom. Podoba mi się. Podoba mi się, bo ja w ogóle ją lubię (rysunek powstaje!), uważam za jedną z Twoich najlepszych i najbardziej wyrazistych postaci. Cieszy mnie też, że przynajmniej na tę wstawkę skończył się maraton morderstw, bo blisko było przesolenia potrawy ;) No i cóż rzec, żal mi Enyi :C Coś tak czuję, że na stałe zdjęłaś ją z planszy, może dobrze, jeśli tak, to na pewno lepsze rozwiązanie, niż gdyby miała być kolejną ofiarą morderstwa, bo patrz uwaga wcześniejsza. Ale tak po ludzku żal, bo wszak wrażliwa babka. Gratulacje za przemowę Thomasa, bo długa była zaiste, ale nie tylko magowie nie przysnęli, ale ja również nie. No i dopiero teraz, na tym etapie, wyraźnie dostrzegam istnienie dwóch zakonów, wcześniej mi się troszkę to rozmywało (podobne nazwy, obie na "A", ech...), ale spoko, bo przecież dopiero teraz jest to na serio potrzebne.

No. Ogólnie to naprawdę się ciekawie i wciągająco zrobiło :D Po cichu liczę na to, że przestanie Cię ten tekst ostatecznie męczyć i złapiesz drugi oddech - przy długich projektach etapy zwątpienia i wypalenia są nieuniknione, ale jeśli historia łapie za trzewia, to potem już często nie puszcza aż do ostatniego zdania ;) Powodzenia i czekam na ciąg dalszy!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 06 września 2015, 11:56

Miałam wreszcie dać odpowiedź, co się stało z Sadrinem, ale niemal o tym zapomniałam. Do tego bonus w postaci kogoś na kogo można powywracać oczami, bo nie wiedziałam, co z nim zrobić.
Miłego wywracania! :3



XXV Na początku było tylko Nic, lecz Nic było już Czymś. Długo zmagało się z tą świadomością, nim wreszcie postanowiło przybrać określoną postać. I przybrało postać Stwórcy, który był nie tylko Niczym, ale również Wszystkim. Był każdą ideą i myślą, każdym stworzeniem, lecz jednocześnie był Niczym, bo niczego jeszcze nie było. Był największym mędrcem, a jednocześnie największym głupcem, ponieważ nie było jeszcze ani żadnej mądrości, ani nikogo z kim mądrość tą mógłby porównywać. Jego umysł był całym światem i w całym świecie był tylko jego umysł – czysta, niezapisana tablica. Minąć musiało wiele czasu nim powstała pierwsza myśl. Nikt nie wie, ile to trwało, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby ten czas policzyć, ale był to czas dłuższy od jakiegokolwiek innego.

Na początku była tylko pustka – ogromna biała przestrzeń w miejscu umysłu. Istniała gdzieś pomiędzy rzeczywistością a snem, wcale nie próbując stać się czymkolwiek więcej. Wszelkie dążenia do świadomości traktowała początkowo z lękiem, ale potem przypomniała sobie, że ma na imię Sadrin i dodała jej otuchy ta świadomość własnej osobowości. Zaraz przypomniała sobie też, że miała kiedyś całkiem materialną formę. Zastanowiła się. Powoli, z pewną ostrożnością wyciągała wnioski. Wywnioskowała, że nadal tę materialną formę posiada. Nieco słabą i skołowaną, ale zawsze.
Zastanawiał się, gdzie właściwie trafił. Bo przecież mógł trafić wszędzie, prawda? Pamiętał okrutny wyrok. Pamiętał gorzki smak trucizny. Jeśli to w istocie miały być zaświaty, były to zaświaty wyjątkowo dziwne – ciemne jak niebo nad Veverleyn, suche i miękkie jak świeża pościel. Powiewały delikatnym wiatrem, przynosiły ze sobą szczątki odległych rozmów, szumiały. Pachniały jak wiosenny deszcz w zaułku pełnym kwiatów.
Minąć musiało wiele czasu, nim wreszcie przyszło mu do głowy coś mądrego i było to być może najbardziej logiczne spostrzeżenie, jakie w życiu uczynił.
Tak, w życiu.
Spostrzeżenie dotyczyło bowiem znajdującej się przed nim Vinary Elburn, której w żadnych zaświatach być nie mogło. No chyba, że byłyby to najgłębsze otchłanie piekła.
Stała tyłem, opierając się o marmurowy parapet. Z rozkoszą wciągała świeże powietrze z otwartego na oścież okna. Nie miała na sobie zakonnego płaszcza, choć nie oznacza to jeszcze, że nie była ubrana na czarno. Widział tylko kawałek jej twarzy oświetlany przez blade światło księżyca. Wydawała się zupełnie nie przejmować szczęściem, jakie za jej plecami właśnie odczuwał uwolniony z objęć śmierci człowiek.
Nie rozumiał, skąd się tam wziął. Dlaczego leżał w ogromnym, stylizowanym na wystrój pałaców z ubiegłych wieków łożu, na miękkiej pościeli, skoro jeszcze przed momentem odbierał sobie życie? Poruszył się na próbę. Samo ogarnięcie umysłem tak złożonej czynności początkowo sprawiało mu trudność, lecz po kilku próbach stwierdził, że jego ciało działa w miarę prawidłowo. Niestety dobrze mu już znane poparzenia i siniaki wciąż dawały o sobie znać, ale spostrzegł, że ktoś opatrzył je starannie i leczył z wielką uwagą.
I wtedy nagle w pełni to do niego dotarło – żył. Żył! Oddychał, jego serce biło, poruszał się... Jakież to stwarza możliwości! Obiecał sobie, że nigdy więcej już z tego nie zrezygnuje. Jak można w ogóle zrezygnować z czegoś co ma zapach i smak, co wydaje dźwięki i koi dotykiem skórę?
- Eee – spróbował przekazać radość tę radość światu, lecz przeszkodziło mu wyschnięte gardło. Naraz też poczuł się niesamowicie głodny, choć nie było to aż tak dotkliwe.
Ta szklanka ustawiona przy jego łóżku musiała być wodą. To przecież logiczne, że będzie aż tak spragniony i ktoś w porę zatroszczył się o niego, prawda? Uniósł się gwałtownie, wyciągając rękę. Przecenił jednak swoje możliwości. Nie był w stanie utrzymać jej w drżącej dłoni. Cały płyn znalazł się na ubraniu i pościeli.
- Sadrinie... - Vinara wreszcie zwróciła się w jego stronę. - Co ty, chłopcze, wyrabiasz?
Nie odpowiedział. Opadł bezwładnie na łóżko. Szklanka wylądowała wciśnięta pomiędzy tułów a ramię. Kręciło mu się w głowie.

Pozbawione okien pomieszczenie oświetlane jest tylko przez blask magicznego ognika. W dusznym wnętrzu unosi się dziwaczny słodkawy zapach nieumiejętnie maskujący woń rozkładu. Nie ma tam nic prócz drewnianego stołu całego zajętego przez pakunek w płóciennym worku i opierającego się na meblu zakonnika ze znakiem mistrzów sztuk ciemnych na ramieniu. Sadrin rozpoznaje w nim Mistrza Erama.
Drzwi otwierają się ze skrzypnięciem i do wnętrza wkracza inny mężczyzna – o wiele mniej pewny, wręcz przerażony. Ma na sobie mundur straży miejskiej.
- Coś nie tak? - pyta. - Mówiłem, że tak będzie. Strasznie dziwnie mi od początku wyglądało to ciało. - Wskazał na worek. - Co z nim?
- Wydaję mi się... Wydaję mi się, że jest nieco zbyt żywe, by trafić do grobu.


Obudziła go dopiero woda. Chłodna ciecz była najwspanialszym lekarstwem. Nie tylko na piekące gardło. Na wszystko. Na wizje. Na smutek. Cóż jest bardziej życiodajne niźli woda? Spróbował wzrokiem przebić półmrok, lecz dosięgnął tylko kolejnej ciemności. Czarne włosy spływały po delikatnej sylwetce kobiety siedzącej obok, okalały bladą twarz zdobną w wielkie, fioletowe oczy. Tak właśnie. Nie żadne fiołkowe czy jakieś tam inne – po prostu fioletowe jak dwa ametysty, a nawet bardziej.
Co ty pleciesz, idioto? Ludzie nie mogą mieć fioletowych oczu.
Ale kobieta ani nie była do końca człowiekiem, ani też dziwnych oczu wcale nie zamierzała się pozbyć. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jaka rodzina szczyciła się tą właśnie niesamowitą barwą. Rianomowie – ogromny, śpiący na pieniądzach ród magów, na którego dworze w Rinom miał okazję mieszkać po przyjeździe do Anivr.
- Evryl? - spytał.
- Ja. - Uśmiechnęła się.
Pamiętasz, idioto, że zabiłeś jej przyrodniego brata, prawda?
Jakiego znowu przyrodniego brata? Evrana Rianoma?
Nie, Celisa Shy'ara. Nie pamiętasz, co mówiła ta szalona kobieta w domu Enyi? Oboje są dziećmi sławnej Haylyn.

Powróciły do niego wyrzuty sumienia i poczuł się jeszcze bardziej żywy. Nie umarł, więc nie pozbył się też żadnych problemów. Wszystko to czyhało na niego z każdej strony, czekając na fałszywy ruch. Pamięć nie chciała odpłynąć w pustkę, lecz wciąż podsuwała mu potworne obrazy i potworne myśli. Znów miał przed oczami zalaną łzami twarz elfa.
Nawet nie zauważył, kiedy sylwetka młodej Mistrzyni Feniksa rozpłynęła się w mroku. Dostrzegł za to Vinarę, która wciąż zajmowała miejsce przy oknie, choć teraz mógł dokładnie obejrzeć jej profil. Twarz zdradzała niepokój.
- Co się stało? – spytał.
- W tym roku to Arynak zdołał przekonać Guren, by odpuściła sobie swoje obowiązki. Jest cieplej. Spadł dziś deszcz zamiast śniegu. Świat budzi się do życia. Czujesz? - Usiadła na parapecie i wychyliła się, jakby nie potrafiła znieść powietrza wewnątrz budynku.
- Nie to miałem na myśli.
Na moment zwróciła twarz ku niemu. Była spokojna, ale nie w taki sposób jak zawsze. Tym razem była naprawdę spokojna. Widział, że nie zajmują ją żadne plany, nie zamierza żadnego gwałtownego ruchu. Rozkoszowała się nadejściem wiosny. Jasne włosy plątały się, powiewając swobodnie na wietrze, ale nie zważała na to. Na jej ustach zauważyć mógł nawet cień uśmiechu.
- Prosiłeś o łaskę, więc ją otrzymałeś. Miałeś do niej prawo.
Widzisz ten uśmiech, idioto? Pozory mylą. Knuje coś. Nigdy nie nadejdą czasy, kiedy Vinara postanowi komuś zwyczajnie odpuścić. Może zrobiła to wszystko po to, żeby cię nastraszyć?
Ale co zrobiła?

- Tak po prostu?
- Tak po prostu. - Znów wpatrywała się w przestrzeń za oknem.
- Czego ode mnie chcesz? - warknął, przewracając się na bok, by móc ją lepiej widzieć.
Nie obejrzała się. Nie poświęciła mu choćby jednego spojrzenia.
- Na razie tylko tego byś wreszcie wyzdrowiał w pełni. Zaniedbałeś te wszystkie rany. Cały się zaniedbałeś. Co jest z twoimi palcami? Możesz nimi jeszcze w ogóle ruszać? Mnie by się nie śniło.
Spróbował odruchowo. Bolało tylko trochę, ale wyglądało paskudnie. Przez chwilę myślał, że to Vinara opatrzyła go z taką dokładnością, ale zaraz stwierdził, iż jest to raczej zasługa Evryl, choć nie do końca rozumiał, jaka jest jej rola w tym wszystkim. W ogóle nic nie rozumiał. Błądził po omacku. Potrzebował oparcia w kimś, komu mógłby zaufać.
- Gdzie jest Enya?
- Enya jest całkowicie bezpieczna. Głównie przez przekonanie wszystkich, że od wczoraj leżysz w grobie.
- Co mam przez to rozumieć?
- To, że wczoraj odbył się twój pogrzeb.
- Słucham?
- Więc słuchaj uważniej. Nie możesz do niej wrócić. Wszyscy są przekonani, że nie żyjesz i lepiej, jeśli tak pozostanie. A poza tym Enyi nie ma w Veverleyn. Wyjechała.
- Dokąd?
- I tak mi nie uwierzysz, kiedy ci powiem.
- Dokąd?! - ryknął, zrywając się.
Spojrzała na niego tak, jak patrzy się na małe dzieci, które płaczem i krzykiem próbują zwrócić na siebie uwagę rodziców.
- Do Rayere. I nie było w tym najmniejszej mojej zasługi. Jedynie jej własna i jej przyjaciół.
Jesteś aż tak głupi, żeby w to uwierzyć, idioto?
Wyobraził sobie długie korytarze, małe i duszne pokoje, posępnych opiekunów dzierżących w rękach pęk kluczy – wszystko to, co o Rayere opowiadano. To miejsce nie było normalnym przytułkiem dla obłąkanych. Zamieszkiwali je tylko i wyłącznie mistrzowie z Zakonu, więc by uniknąć zagrożenia płynącego z ich niszczycielskiej magii, pilnowani byli z większą uwagą i surowością, niż to normalnie zdarzało się w Anivr.
Obiecał sobie, że ją znajdzie. Choćby miał uciec Vinarze, całej Strefie i wpław przepłynąć ocean. Musiał tylko zorientować się w sytuacji, zaczekać aż Vinara straci czujność. Wiedział, że...
Stop. Błąd. On przecież oficjalnie nie żył. Jak ma cokolwiek zrobić, skoro jest martwy? Jak ma spędzić resztę życia? Ile mu tego życia tak właściwie zostało? Nie byłby zaskoczony, gdyby łaska Vinary okazała się tylko czasowa.
- I co ja mam teraz zrobić twoim zdaniem? Wyzdrowieć i zakopać się na cmentarzu? - zaatakował ją znowu.
- Skąd te nerwy? - Spokój na jej twarzy zniknął zastąpiony przez irytację. Przypominała nastolatkę próbującą usprawiedliwić się przed czepialskimi rodzicami.
- Jestem martwy!
- Głośno krzyczysz jak na martwego.
- Ale mówię poważnie. Co kiedy wyzdrowieję?
- Mam dla ciebie pewne zadanie.
- Och, doprawdy? A mam je wykonać, dlatego że?
- Dlatego że jesteś martwy. I jak będziesz za głośno nie żył, to ktoś postara się, żebyś nie żył bardziej.
Wyszła. Ale nie z trzaśnięciem drzwiami, nie z groźbą na ustach – bezszelestnie niczym zjawa.
Jestem pełen podziwu, idioto. Nie wiedziałem, że potrafisz coś aż tak spierdolić.
Zamknij się.
Jestem tobą. Nie mogę się zamknąć.

Opadł na posłanie. Przewrócił się na bok, skulił. Za moment znów się przewrócił. Nadal nie miał dość sił, żeby wstać, a przy każdym obrocie ból w poranionych kończynach przybierał na sile. Miał wrażenie, że nigdy, nawet na początku nie dokuczały mu aż tak. Może i bolały, ale nie dokuczały. Teraz miał ochotę zwariować. Może by wtedy zobaczył Enyię i wszystko jej wytłumaczył, zamiast gnić w tym łóżku. Co to jest w ogóle za łóżko? Co to jest w ogóle za miejsce?
Mógłby choć na chwilę podejść do okna, mógłby choć na chwilę wyjrzeć na zewnątrz i przekonać się samodzielnie... Nie, nie mógłby. Nogi trzęsły mu się i nie chciały słuchać poleceń. Padł z powrotem na łóżko, uderzając udem o ramę. Zaklął.
I wtedy ten głos. Ten sam, ale inny.
- Brzydko, Sadrinie. - Słowa ociekały drwiną.
Marelin. Ten sam denerwujący Marelin, ale nie taki sam Marelin. Od kiedy Marelin kpi? Od kiedy chodzi w ten sposób? Od kiedy ma taką wykrzywioną złośliwością gębę? Wyglądał jakby od ostatniego spotkania zdążył przeżyć dwadzieścia lat w veverleńskich slumsach, które poznaczyły go okrucieństwem i cynizmem, a jednocześnie nadal przypominał chłopca dopiero stającego się mężczyzną.
- Co tu robisz?
- Odwiedzam grób zmarłego przyjaciela, nie wolno?
Nie patrzył na Sadrina. Nieco bezmyślnie, acz bez skrępowania, oglądał stojące na komodzie porcelanowe przedstawienia wielkich magów i herosów Anivr. Bardziej rękami niż oczami.
- Chciałbyś być taką figurką, Sadrinie?
- Gdzie jesteśmy?
- Myślę, że określenie „figurka” jest najwłaściwsze – zignorował go. - Bo ilu ludzi stoi za osiągnięciami bohatera, ilu ich chowa się w cieniu, by on mógł lśnić chwałą? Powiedziałbym, że też stoję w takim cieniu, ale nie muszę. Moi mocodawcy stoją obok mnie w anonimowym tłumie. I to jest moja odpowiedź na twoje pytanie.
- Gdzie jesteśmy? - powtórzył Sadrin z naciskiem.
- W Czarnej Wieży.
W Czarnej Wieży! W siedzibie Magów Feniksa i najwyższym budynku Veverleyn, jeśli nie w najwyższym budynku świata! Po prostu wspaniale! Wstęp do niej miało bardzo niewielu. Jedynie garstka przyjaciół tych tajemniczych magów. Nikt nie mógł tu tak po prostu wejść. A tym bardziej wątpił, żeby ktoś mógł stąd tak po prostu wyjść. Jeśli nie ulokowali go gdzieś na najniższych piętrach, nikt nie mógł go nawet usłyszeć. Jeśli na bardzo wysokim piętrze, nie mógłby wezwać nikogo nawet z pomocą magii. W wieży nie było żadnych strażników, podobno tylko pojedynczy służący mający dostęp do kilku pomieszczeń na parterze i pierwszych piętrach. Nawet gdyby trafił do najtajniejszego wiezienia Strefy, musiałoby wiedzieć o tym więcej osób! Nie było szans na jakikolwiek przeciek informacji o jego ciągłym istnieniu ani na ewentualną pomoc w ucieczce. Był w samym środku Veverleyn, niemal na Ravelu, parę kroków od Veverleńskiej Szkoły Magów, a tak jakby go wcale nie było.
Nie wiedzieć skąd w jego umyśle pojawiło się nietypowe spostrzeżenie. No, może bardziej pytanie. Było banalne, ale czul, że odpowiedź jest o wiele mniej banalna.
- Skoro wypełniasz tę swoja wielką misję od tajemnych mocodawców, którymi jest Vinara Elburn, to czemu tu siedzisz?
- Bo jestem skreślony, mój drogi przyjacielu. Uczyniłeś mnie elementem podejrzanym i nieprzydatnym. Cały czas za tobą chodziłem. Ludzie kojarzyli mnie z twoją osobą, uznali mnie za kogoś, kto może coś o tobie wiedzieć, więc też musiałem zginąć. Marelin Koyro popełnił samobójstwo z ogromnego żalu po śmierci i zdradzie przyjaciół. Teraz razem tobą czeka na reinkarnację.
- Marelin Koyro to nie twoje prawdziwe nazwisko?
- Najprawdziwsze na świecie. Gram w wielu maskach, lecz w tej najpiękniejszej tylko pod własnym nazwiskiem. A przynajmniej tak było kiedyś. Teraz muszę znaleźć sobie nowe. Podobnie jak ktoś, kogo niegdyś nazywali Sadrinem Atlemirem.
Przejęły go te słowa. Nie chciał wcale porzucać własnego miana. Było jego, jego własne, na wyłączność. Wedle prawdy obiektywnej na zawsze pozostanie tą samą osobą, lecz nie ma czegoś takiego jak prawda obiektywna. Wraz z nazwiskiem straci wszystko, na co pracował przez wszystkie lata życia - otoczenie, przyjaciół, mistrzynię, prawdopodobnie również magiczne wykształcenie, bo nikt przecież nie poświadczy, że jest faktycznie wyuczonym w Veverleyn magiem, a on nie da rady sam tego udowodnić. Na co komu w Anivr mag znikąd? Musiałby wyjechać, a już przywykł do życia w tej cywilizacji. Wszystko poza wydawało mu się tylko obcą dziczą pełną niewykształconych i nie znających najwspanialszych Anivrskich wynalazków ludzi rządzonych przez równie prymitywnych władców. Musiałby stać się jednym z hordy tępych, nie umiejących wyrecytować poprawnie choć jednego zaklęcia obcych magów, czarodziejów, czarowników i zwyczajnych oszustów. Albo musiałby zająć się czymś innym...
Czym, idioto? Wypasem bydła? Znasz się w ogóle na czymś? Nawet ojciec nie nauczył cię rzemiosła, bo cały czas leżałeś w łóżku.
Trochę nauczył.
I co? Zostaniesz kowalem? Z twoją niezwykłą siłą? Nie żartuj.

Przejęło go też, że nie zauważył maski nieustannie spoczywającej na twarzy Marelina i dopiero teraz dostrzegł jego inteligentne, przesiąknięte sarkazmem oblicze, które na dodatek wyglądało na ślepo spełniające rozkazy Vinary.
Albo to kolejna maska. Sam tak przecież powiedział.
- A masz jakąś twarz poza maskami? - spytał wiedziony impulsem.
- Nie mam. Wypaliły mi ją. Za każdym razem, gdy chcę je odrzucić, okazuje się, że pod nimi jest tylko pustka. Co można zrobić z nicością? Tylko stworzyć nowy świat.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie wiedział nawet, czy uwierzyć. To mogło być szczere zwierzenie lub po prostu kolejna gra. Może nawet Marelin próbował kłamać i w ten sposób powiedział prawdę, bo sam już się pogubił w tych wszystkich maskach, które zaczął zakładać jedna na drugą. Wiedział tylko, że mu współczuje. Nie chciałby udawać nikogo przez tyle czasu, przez ile on udawał uzależnionego od zadawania pytań przygłupa. Jaka jest zaleta bycia wspaniałym człowiekiem bez okazywania tego na zewnątrz? To jak być jałową wyspą ukrytą pośrodku oceanu, albo genialną myślą umierającą wraz ze swym twórcą. Czy wielki człowiek nieużywający wcale swej wielkości, lecz stale udający kogoś innego, nadal pozostaje wielki, czy jest tylko nieużytym potencjałem?
Na szczęście nie jesteś wielkim człowiekiem, idioto. Świat nic w ten sposób nie straci.
Ale jestem Sadrinem Atlemirem. Nikim innym. I chcę, by ludzie zapamiętali mnie jako Sadrina Atlemira, którym jestem naprawdę.
Ludzie zapamiętają cię jako Pierdołę Sadrina, któremu dobrze wychodziło tylko mdlenie i lądowanie w szpitalu.
Nie jestem pierdołą.
Kiedyś nie byłeś. Dziś już jesteś. Stwierdzam, iż jesteś rzekomo genialną myślą umierającą wraz z właścicielem, której rzekomy potencjał został zmarnowany. Trochę jak Geltan.
Nieprawda!
Prawda. Mówię ci to ja, a ja jestem tobą. Jeśli ja to wiem, wiesz to również ty. Nie próbuj się okłamywać.

- Znasz Deirę? – Marelin wyrwał go z rozmyślań. - Pewnie, że znasz. Nie patrz tak na mnie. Przecież wiem, muszę wiedzieć. Od miesięcy przeżywałem istną katorgę, musząc cię obserwować. Widziałem ją. Rozmawialiście. Z każdą nowo poznaną dziewczyną gadasz o takich rzeczach, czy to ona?
Zaczerwienił się. Miał nadzieję, że Marelin nie ma na myśli tego, czego się obawiał.
- Co z nią?
- Popełniła samobójstwo. Skoczyła z dachu szkoły. Niezła seria. Ciekawe, czy powstały już w Radzie jakieś teorie spiskowe, czy wszyscy udają, że nie widzą.
Poczuł się jak rażony obuchem.
„Strasznie by było, gdybym teraz wyszła na ulicę i na przykład przez przypadek spadłaby na mnie jakaś luźna cegła, zabijając mnie. Wyobrażasz sobie, że miałabym umrzeć, nie wiedząc jak to jest kogoś pocałować albo zostać pocałowanym?”
Mówiłem, żebyś nie całował takich wariatek, idioto.
Myślisz, że to moja wina? Ja wcale nie chciałem. Nie myślałem, że ta jej przemowa może mieć...

- Nie no, żartuję. Tylko próbowała. Powstrzymali ją w ostatniej chwili. Nie rób takiej miny, jakbyś się miał udusić z wrażenia.
Świetny dowcip. Tylko próbowała. Jeszcze lepszy, kurwa, dowcip.
Chciał to powiedzieć na głos, ale nie mógł. Faktycznie nie potrafił opanować oddechu. Wciągał powietrze krótkimi, nagłymi wdechami – niewystarczającymi do normalnego funkcjonowania. Dusił się. Potwornie go przeraziło ta świadomość, co spowodowało tylko, że mimo najszczerszych chęci, tylko pogorszył sytuację.
- Ej, no weź nie duś się, idioto. - Młodszy mag spoglądał na niego bezradnie.
Wdech. Wydech. Właśnie tak! A dookoła woń kwiatów. Wszystko jest w porządku. Wszystko można wyjaśnić, wszystko można naprawić.
- Żyję jeszcze – zapewnił, gdy już odetchnął na tyle, by być w stanie kontrolować głos.
Marelin przyjął ten fakt z umiarkowanym entuzjazmem. Wyglądał jakby zdążył już uciec myślami w jakieś nieprzyjemne rozważania. Długo panowało pełne napięcia milczenie, które wkrótce przerodziło się w złożoną z półsłówek pogawędkę o niczym. Sadrin musiał długo czekać, nim młodszy mag wykrztusił wreszcie to, co leżało mu na sercu.
- Jeśli chodzi o śmierć, to mam też pozytywną wiadomość. Ten skurwysyn, który podniósł rękę na Geltana aktualnie gryzie ziemię. Pochwalę się, że była to moja zasługa. To był Lodej, wiesz Sadrinku?
- Wiem – odpowiedział, choć wcale nie wiedział. Nagle po prostu dotarło do niego, że to oczywiste. - Nie martwi cię to?
- A wyglądam na zmartwionego?
- Tak, nawet bardzo.
Westchnął. Po jego minie stwierdzić można było, że maska tajemniczego intryganta skapitulowała.
- Widzisz, Sadrinie, nie tylko los Geltana wymaga wyjaśnienia. Celisa nadal nie ma. Martwi mnie to. Ostatnio trochę za dużo jest zniknięć i zdrad. Jeśli dowiem się, że kto mu zrobił krzywdę to... To zrobię temu komuś taką krzywdę, że nawet tysiąc lat po śmierci będzie tego żałował.
Długo mówił jeszcze o niesprawiedliwości świata ze smutkiem i zaangażowaniem jakich jeszcze przed paroma minutami by się po nim nie spodziewał. Nie słuchał go. Wciąż powtarzał w umyśle pierwsze zdania. Wciąż bolało. Wciąż paliło wnętrze, rozdzierało duszę.
Na dodatek bał się. Współpracował z ludźmi, którzy pragnęli jego głowy.
A potem zapadł w sen. Śnił mu się Lodej. Był wszędzie. Ukrywał coś przed nim. Obserwował go. Cały czas czuł, że zaraz zrobi coś strasznego i z przerażeniem wyczekiwał na tragiczny finał. Gdy nie wytrzymał tego wszystkiego i obudził się, ani Marelina, ani Evryl już przy nim nie było.
Płakał. Bardzo cicho. Łzy nie potrafiły ugasić bólu. Płakał, bo zdrada Lodeja wcale nie była taka oczywista. Płakał, bo zdrada Sadrina Atlemira też nie była wcale oczywista, a już na pewno nie była mu w żaden sposób potrzebna.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 06 września 2015, 12:30

Czytam, cały czas czytam, ale ostatnio nie mam siły na konstruktywne komentarze. Odcinek XXIII był taki energiczny -
SpoilerShow
ogólnie fajny myk z Marelinem, jego snucie się i głupawe pytania nabrały sensu
:) Odcinek XXIV był pełen polityki i przyznam szczerze przeleciałam trochę bezmyślnie nad nim, bo przemówienie Mistrza mnie znużyło - to mój osobisty problem z polityką. Na ogół po prostu mnie odrzuca. Zniknęłaś Enyę, ustawiłaś Vinarę na pozycji tej sprawiedliwej, taki przewrót w tekście :) Odcinek XXV niby wyjaśnia, co z Sadrinem, ale wcale nie wyjaśnia jak i w sumie to ja się czuję nieco oszukana. Fajny ten wstęp - zwłaszcza zdanie o byciu głupim i jednocześnie najmądrzejszym z braku konkurencji :)

Wciąż jestem ciekawa do czego to wszystko zmierza, kto czego chce. Ogromny materiał tu ogarniasz i naprawdę podziwiam, jak szczegółowo dopracowałaś kwestie religii, czy układów politycznych. Właśnie pomyślałam, że do takiego pełnego obrazu brakuje jeszcze gospodarki. Właściwie nie wiem, z czego się te państwa utrzymują. Mówię o tym dlatego, że o innych sprawach mówisz dużo i często - jest ogrom tła, ale tego aspektu brakuje.
Zastanawiam się, jak ten tekst wyglądałby dla czytelnika, który czyta go w całości - zresztą nie pierwszy raz się nad tym zastanawiam - pisanie w odcinkach jest specyficzne dość i czytanie tak samo. Przyznaję, iż mimo wszelkich chęci nie wydaje mi się bym pamiętała wszystkie szczegóły po tak długim czasie od rozpoczęcia czytania, choć jednocześnie myślę, że kamienie milowe opowieści pamiętam.

Czekam, co dalej. PISZ.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 09 września 2015, 15:44

Przeczytałam wczoraj, ale się zastanawiałam, co napisać w komciu, żeby tak nędznie nie wyglądał - i nie wymyśliłam ^^ Taki problem z komentowaniem długich tekstów, kiedy się jest na bieżąco i pisze coś po każdej wstawce.

To może tyle, że spodziewałam się innego rozwiązania, jakiegoś, ja wiem?, bardziej magicznego ;) A tu o, intryga ze sfingowaną śmiercią, jaka mogłaby się wydarzyć i w świecie całkiem pozbawionym magii. Ciekawe rozwiązanie, taka rezygnacja z fajerwerków, które musiały kusić ;) I Sadrin jakby trochę nową postacią się staje - może teraz wreszcie dojrzeje i jako osobowość, i jako bohater. Czekam :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 12 września 2015, 16:26

XXVI - … Na czym to ja? A tak! To były jeszcze czasy, kiedy Tarun pozostawał spowity wiecznym mrokiem. Nie było słońca ani gwiazd, które mogłyby odkryć przed młodymi rasami świat, w jakim się znalazły. Avaren w tych czasach zamieszkiwał ziemie śmiertelników, ponieważ bardzo mu się oni spodobali. Jako jeden z najstarszych bogów dysponował olbrzymią mocą, której nieraz używał, aby tchnąć w ludzkie umysły wspaniałe idee i uczynić ich życie prostszym. To właśnie wtedy wpadł na pomysł stworzenia magii. Yanirum twierdził, iż pod swoją najulubieńszą postacią feniksa zniósł olbrzymie jajo, z którego wykluć się miała wszelka moc, choć ja osobiście bym w to akurat nie wierzyła. Yanirum w ogóle wiele dziwnych rzeczy twierdził.
W każdym razie, pierwszą rasą, której Avaren powierzył nową umiejętność były krasnoludy. Wstąpił on między nie, na wyspę Gandar, bowiem ich niezwykłe odkrycia, żądza wiedzy oraz niezwykłe rzemiosło górowało nad wszystkimi innymi. Pozostawał tam przez wiele lat, a kiedy stwierdził, że dość się już nauczyli, odszedł, bo wiedział, że obowiązkiem bogów jest wskazywanie śmiertelnym celu, a nie prowadzenie ich za rękę.
Potem obserwował z góry swych przyjaciół. Cieszył się, że ciągle pragną wiedzieć więcej i więcej, lecz niestety sam nie mógł mieć jeszcze doświadczenia w sprawach magii i nie przewidział, że ta nieustanna pogoń prowadzi ku nieuchronnej katastrofie. Pewnego dnia magiczna eksplozja zniszczyła całą wyspę Gandar wraz z osiągnięciami jej mieszkańców. Tylko nieliczni magowie poza wyspą przetrwali, lecz ich wiedza nawet zebrana w całość okazała się niepełna.
Krasnoludy natychmiast zaczęły starania o skompletowanie jej na nowo, bo był to wówczas naród równie niezmordowany w poszukiwaniu wiedzy, jak dziś w drążeniu w ziemi, ale Avaren zniechęcił się do nich. Postępowali zbyt prędko i bez namysłu, więc postanowił poszukać jakiegoś spokojniejszego plemienia. Tak właśnie odnalazł elfy, które nade wszystko ceniły sobie spokój, tradycje i porządek. Nigdy nie miały pędu do konstruowania magicznych machin czy prowadzenia wojen, ale interesowało ich ulżenie własnej rasie w nieustannie dręczących ich epidemiach. Zaczął więc odkrywać przed nimi sekrety magii życia. Opowiadał im o roślinach, zwierzętach i sposobach leczenia. Nie doprowadziły one nigdy do żadnych eksplozji. Magia w ich rękach pozostawała nadzwyczaj łagodna.
Jedną z tych istot Avaren upodobał sobie szczególnie. Podania mówią, że była to kobieta wysokiego rodu imieniem Ilina i to właśnie z nią spłodził syna, któremu dał na imię Tyrin. Przez swoje nadzwyczajne cnoty został on bogiem sprawiedliwości, ładu i światła. To ostatnie kojarzone było w tych czasach pełnych ciemności z największym dobrem.
Złotowłosy, niezwykle piękny młodzieniec zaczął wprowadzać prawo i ład na całym Tarunie, a jego rodacy tak się nim zachwycili, że nawet nie spostrzegli zniknięcia Avarena, który błąkał się po świecie znudzony elfim rodem przez wieki całe potrafiącym trwać bez żadnej nowej idei, w wiecznym umiłowaniu przeszłości. Jako orędownik wiedzy i mądrości nie mógł patrzeć na wschodzące bez żadnego celu nowe pokolenia i słuchać wciąż pięknej acz donikąd nie prowadzącej dysputy.
Błąkał się po całym świecie w przebraniu, próbując znaleźć kolejne plemię, które godne by było przyjęcia daru. Przemierzył ziemie należące do smoków, lecz smoki posiadły już umiejętności znacznie cenniejsze niż magia. Przemierzył ponownie ziemie krasnoludów, lecz tam magia zdołała już powrócić w dawnej formie i znów zmierzała ku katastrofie. Dalej powędrował na ziemie niziołków, którym wcale nie zamierzał przekazać żadnej wiedzy o magii, lecz, jak głosi legenda, jeden z nich zakradał się co dzień do jego sypialni i skradł mu sekret magii, nasłuchując jak mówi do siebie przez sen. Potem wtajemniczył w to całą swoją liczną rodzinę, a na dodatek odsprzedał jeszcze tajemnicę plemieniu niezmiernie rzadko dzisiaj spotykanych amrandów. Niektórzy złośliwcy twierdzą, że miał na nazwisko Elburn, ale ja bym takim plotkom nie wierzyła.
Amrandowie zaczęli z magią eksperymentować jeszcze intensywniej niż krasnoludy. (Być może z tym właśnie należy łączyć fakt, że są one obecnie zagrożone wymarciem.) A niska rasa, jak to się nas czasem zwie, miła ją wedle podań wykorzystać w celu obrony przed większymi rasami, które zachęcone mizernymi wymiarami jej przedstawicieli, wciąż usiłowały zagarnąć należące do niej terytorium.
Avaren nie miał jednak o tym pojęcia, bo przez długą nieobecność w świecie bogów jego umiejętności znacznie osłabły. Nie wiadomo przez jakie jeszcze krainy wędrował dalej, jakie wymarłe dawno rasy spotkał i jaką wiedzę im przekazał, lecz wiadomo na pewno, że wreszcie dotarł do ziem ludzi. Wcale nie planował zatrzymywać się tam na dłużej ani tym bardziej przekazywać im swej wiedzy, ponieważ okropnie przygnębiały go istoty, których życie było jeszcze krótsze niż żywot wszystkich poprzednich. Nie przewidywał wcale, że zakocha się w jednej z tych kruchych istot i pozostanie wśród nich, umożliwiając im przetrwanie w zawierusze dziejów, gdy silniejsze plemiona odchodziły w niepamięć.
Nikt nie wie z całą pewnością, kim była ta kobieta. Na pewno nie była ani tak piękna, ani tak wysoko urodzona jak Ilina, lecz musiała zrobić na nim znacznie większe wrażenie niż elfka, bo wiele wieków później wyznać miał ponoć Wielkiej Mistrzyni Heltji, iż wówczas zrozumiał, że miłość to rzecz zupełnie inna niż zachwyt urodą, dobrym sercem i talentami. Nie wiadomo również, co stało się z nią później, ale wiadomo, że z tego związku narodziła się córka – Kalijena.
Inni bogowie nie spostrzegli w niej żadnych cech szczególnych i przez pochodzenie na wpół ludzkie uznali za kogoś pośledniejszego od siebie, więc nie przyjęli jej we własne szeregi. Zezłościła się tym. Chodziła nieustannie za swym bratem Tyrinem i na przekór wszystkim innym uznała go za boga nadzwyczaj okrutnego, bowiem nigdy nie miał litości dla przestępców, nikomu nie był gotowy dać drugiej szansy, a przede wszystkim nie podobało jej się, że nauczony doświadczeniami ojca zaczął tępić używanie najpotężniejszych rodzajów magii. Jednocześnie uważnie słuchała lekcji udzielanych przez Avarena.
W skutek tego oraz swojego pochodzenia, które wcale nie było takie poślednie, miała dość sił, aby nie raz i nie dwa ukrywać zbrodniarzy przed wzrokiem brata i obdarzać ich łaską, jakiej nigdy by od niego nie doznali. Z radością też wspierała działania mające doprowadzić do kontroli nad mniej posłuszną, lecz potężniejszą i kryjącą się wszędzie wokół mocą ciemności.
Kiedy Tyrin nareszcie zauważył jej działania, ogarnęła go wściekłość. Począł ścigać Kalijenę, aby wymierzyć surową karę za sprzeciwianie się bogom. Uciekała przez długi czas, ale w końcu nadszedł moment, kiedy dłużej już nie potrafiła. Postanowiła stanąć do walki.
W tym celu oderwała od dziedzin pozostałych bóstw całą zalegającą w świecie ciemność i przywołała ją do siebie. Nagle w całym Tarunie i poza nim zapanowała jasność, a ona dysponowała mocą większą niż wszyscy inni bogowie, prócz Avarena. To właśnie on przybył do swej umiłowanej córki, aby wybłagać od niej powrót do starego porządku. Po długich negocjacjach zgodziła się, lecz nie bez zastrzeżeń. Podzieliła ciemność na cztery części. Jedną z nich oddała światu, drugą zmieniła w słońce i gwiazdy, by stanowiły dla pierwszej przeciwwagę, trzecią część zatrzymała przy sobie, a czwartą potajemnie ukryła, wciąż obawiając się zemsty Tyrina.
Słuszne były jej przewidywania. Brat napadł na nią, odbierając pozostałą przy niej ciemność. Połowę niemal udało jej się wyrwać, lecz w szamotaninie wymknęła się, upadając pomiędzy sfery i powiększając niegdyś słabe otchłanie. Drugiej połowy Tyrin wcale nie chciał zachować. Postanowił skupić ją w pięciu klejnotach, a klejnoty te zamknął w amulecie, tworząc najpotężniejszy artefakt, jaki kiedykolwiek istniał w Tarunie – Gwiazdę Kalijską.
Kiedy Avaren dowiedział się o tym, co zaszło, uwięził oboje w wieży własnego pałacu, ale to co działo się z nimi potem to długa historia, a miałam przecież przyspieszyć.
Wróćmy do Gwiazdy. Avaren postanowił ją skonfiskować, lecz Tyrin stworzył ją przedmiotem świata śmiertelnych, licząc, że pomoże ona jego wyznawcom w walce ze złem, więc nie sposób ją było zabrać do dziedziny Avarena. Dlatego oddzielił od siebie amulet i pięć kamieni, rozdając je sześciu szlachetnym mężom zamieszkałym w sześciu stronach świata.
Odtąd wielu magów próbowało złożyć ją w całość, by posiąść ogromną moc. Upowszechniło się twierdzenie, że służy ona do odwracania czasu, przez co pragnął Tyrin cofnąć całe uczynione zło, ale ja bym w to nie wierzyła. Najważniejsze jest dla mnie, że posiada ogromną moc i najwyraźniej większość kamieni na przestrzeni wieków dostała się w posiadanie magów z Zakonu. Trafiały do państwa zakonnego nawet kilka razy. Legenda głosi, że Yanirum pewnego dnia zgromadził je wszystkie, ale nie zdołał ich połączyć, gdyż jeden ma naturę taką, że potrafi wymknąć się właścicielowi, choć ja bym w to nie wierzyła. Ktoś go pewnie po prostu skradł, a Yanirum nie zamierzał przejść do historii jako człowiek nieodpowiedzialny.
W każdym razie, Yanirum nazwał kamienie bardzo optymistycznie Przeznaczeniem, Śmiercią, Nadzieją, Życiem i Mądrością. Jesteśmy w posiadaniu Śmierci i Życia. Przeznaczenie posiada wróg. Nadzieja i Mądrość gdzieś zniknęły. Z dużym prawdopodobieństwem pozostają za granicą. Oprawa zostały przywieziona do Veverleyn ostatnio, wśród łupów z podboju Kalisty, ale wątpię, by była nam potrzebna.
- I oto tak wszyscy walczycie? Poprzednio, o ile dobrze pamiętam, był klejnot Mistrza Kevrana, którego nawet nie udało się użyć, a teraz legendarny artefakt stworzony ponoć przez samych bogów z przedwiecznej ciemności. To za to giną teraz ludzie?
- Między innymi za to, Sadrinie. Nie patrz z takim niedowierzaniem. Mamy w Zakonie rozłam i pragnienie przewrotu. Nikt z intrygantów nie ma jednak takiej mocy, by narzucić swoją wolę reszcie, więc imają się nawet legend. Robimy tylko to co konieczne, aby chronić Zakon.
- Oczywiście! Kayryna też zamordowałaś po to, żeby chronić Zakon!
Vinara spojrzała na niego z nienawiścią. Nienawiść ta nie była wcale wywołana jego oskarżeniami. Nienawiść ta widoczna była w jej ruchach już od rana. Czasem zmieniała się wprawdzie w cierpliwą nauczycielkę, ale tej roli również nienawidziła. Zniknęła chłodna równowaga. Miał niejasne, być może złudne wrażenie, że Vinara przegrywa, że szamocze się w ucieczce i nawet teraz, we własnym domu, na własnym terenie czuje konieczność walki. I choć siedzi spokojnie, na miękkiej sofie, pośród całego tego kiczowatego przepychu pełnego obrazów bitew sprzed wieków, niemodnych arrasów i dziwnie powykręcanych w karykaturalnych pozach bohaterów z porcelany, to w rzeczywistości kwiczy w ciemnym lochu, z każdym szarpnięciem coraz mocniej oplatając się łańcuchem. Nie ma drogi ucieczki.
Nie wiedział, przed kim ani dlaczego ucieka, ale uśmiechał się. Nie ważne, że krzyczała. Nie ważne są nawet wykrzykiwane przez niego oskarżenia. Ważne, że ona przegra.
- Kayryn zginął wedle praw głoszących, iż każdy morderca ponieść musi karę. I te prawo stoi wyżej i zanegować nie jest go w stanie żadne prawo ziemskie.
Zabrzmiało pewnie, bez śladów tej wszechobecnej furii. Zabrzmiało jakby już od dawna miała tę kwestię przygotowaną, jakby powtarzała ją sobie przed zaśnięciem i budząc się co rano.
- Na twoim miejscu, Sadrinie, nie byłbym aż takim ignorantem – wtrącił się siedzący obok Marelin. Miał rację wczorajszego dnia – jego maski szybko się zmieniały. Dziś tchnął absolutnym spokojem. Przypominał wyniosłego irdińskiego wielmoża będącego we własnym mniemaniu ponad wszystkim innym. Nie zmieniło się tylko jego dziwne zainteresowanie porcelaną. Nie dotykał jej tym razem, a oglądał z miną badacza.
- Słucham? - zainteresował się tonem równie sztucznym i na dodatek zabarwionym kpinom. - Cóż aż tak istotnego mi umknęło? Czyżby Kayryn okazał się wysłannikiem samego cesarstwa darishów ze...
Nie dokończył. Zamarł z chwilą, gdy na szklany stolik upadły dwa klejnoty. Znał je dobrze. Jeden z nich podarował mu Folian, a drugi pozostawił dla siebie, by umożliwić wzajemną komunikację. A teraz oba leżały tutaj. Mogły się znaleźć w posiadaniu Vinary na wiele różnych sposobów, ale jedne były bardziej prawdopodobne od innych.
Minęło kilka pełnych zdezorientowania chwil, nim zrozumiał w pełni, co Vinara pragnie mu przekazać.
Dopadła Foliana. Być może zabiła. Być może dopadła też Rinę. Nie mógł być pewien, jak dokładnie potoczyły się ich losy, ale mógł być pewien, że na pewno wiedziała o jego zdradzie wszystko, a nie znała tylko garść faktów, jak dotąd sądził. I że jest skończony. Ratunek nie przybędzie. Nikt nie kontynuuje walki. Vinara przed niczym nie ucieka. Wciąż jest silna, a Sadrin jest słaby i samotny. Nie może należeć do żadnego ruchu oporu, bo ten ruch nie istnieje. Znalazł się w szponach bestii, której nawet nie może próbować obłaskawić, bo straciła doń wszelkie zaufanie.
Czas przestać się łudzić, że masz jakiekolwiek szanse, Sadrinie – mówić zdawała się jej twarz i poza.
Nie miał nic więcej do dodania. Poczuł się w jakiś sposób upokorzony. Zupełnie jakby wywlekła wszystkie jego grzechy i ułomności na widok publiczny. A wiedział, że jest znacznie gorzej – że jeszcze wiele wie i wiele jeszcze jest do wywleczenia.
- To, skoro już sobie tak wiele rzeczy wyjaśniliśmy, wróćmy wreszcie do twojego zadania. Doskonale nam wiadomo o twoich przebłyskach, Sadrinie.
- O czym?
- O wizjach, o obrazach rzeczy, które działy się w przeszłości.
Przytaknął, czując się dziwnie. Nie pamiętał, aby ktokolwiek kiedykolwiek mówił o tym w tak beznamiętny, stwierdzający oczywiste fakty sposób. Do tej pory nie miał przecież nawet pewności, iż nie jest to jedynie wytwór jego chorego umysłu. A już na pewno nie pamiętał sytuacji, w której Vinara mogłaby poznać prawdę.
A może tylko mu się tak wydawało?
- W ten sposób moglibyśmy zobaczyć, co stało się z pozostałymi częściami Gwiazdy Kalijskiej.
Tylko tyle?
Aż tyle?
Tak niewiele wie o jego słabościach?
Tak niewiele wie o jego potędze?
- To tak nie działa – wyrzucił niemal bez zastanowienia. - Nie mogę tak po prostu spojrzeć w przeszłość i zobaczyć to, co chcę. To jest zupełnie... przypadkowe. Nie dam rady nawet, jeśli mnie zmusisz.
- W takim razie będziesz musiał się nauczyć.
Tym razem to on prychnął. Poczuł ironię w tym wszystkim. Kiedy tylko człowiek zaczynał myśleć, że o to jest wśród nich wszystkich ktoś, kto wie co czyni, zaraz okazywało się to złudzeniem.
- W jaki sposób?
- W jaki sposób jeszcze nie wiem, ale wiem od czego zaczniesz.
Siedział, czekając na wyjaśnienia, które nie nadchodziły. Vinara zamyśliła się. Na jej ustach zatańczył złośliwy uśmiech. Spojrzała na równie kiczowaty jak wszystko wokół, ogromny zegar. Stał w kącie, jakby ktoś wepchnął go tam w chwili złości.
- Lepiej zacznij się szykować, bo dziś wieczór idziesz w gości i to w dość znamienitych.
Po tych słowach wyszła, znów nie dając mu ani słowa wyjaśnienia. Mógłby pójść za nią, lecz niechybnie, nawet gdyby jego słabe zdrowie pozwoliło mu się podnieść, znów zabłądziłby w labiryncie pokoi i pomieszczeń. Nigdy nie widział, jak opuszcza Czarną Wieżę. Nigdy też nie widział schodów ani któregokolwiek z mieszkańców. Każdorazowo pozostawiała go zamkniętego w tym miniaturowym, pełnym niegustownego przepychu pałacu, na po prostu jednym z wielu pięter tej skomplikowanej budowli.
Nie widział też, żeby kiedykolwiek robił to Marelin, choć w jego przypadku miał po prostu rosnące wrażenie, że wcale tego nie robi. Zdawał się wraz z nim być odciętym od świata więźniem, choć zachowywał się jakby było inaczej. Sadrin obserwował go teraz szukając jakiejkolwiek reakcji na słowa i zachowanie Vinary, by móc zdefiniować jego faktyczną rolę w całej sprawie, ale wciąż widział tę pretensjonalną maskę wytrwałego badacza porcelany.
- Mógłbym ci jakoś pomóc? - spytał, widząc jego zainteresowanie.
- Nie, nic.
A potem przyszło mu do głowy pewne pytanie.
- Co miałeś na myśli, nazywając mnie ignorantem?
- Gdybym był na twoim miejscu, już dawno znalazłbym osobę zdolną odpowiedzieć na pytanie, czemu Vinara tak nie znosiła Kayryna, że podarowała mu tak okropną śmierć.
- Słyszałem coś o tym, że jej się sprzeciwiał.
Marelin spojrzał na niego z politowaniem.
- To fakt, ale mnóstwo osób sprzeciwia się Vinarze, wielu też jest mordercami, ale z pewnością żadnej z tych osób nie zdarzyło się zabić jej syna. Gdyby mnie pytać, stwierdziłbym nawet, że zrobił to z czystej złośliwości w sposób uniemożliwiający poniesienie jakiejkolwiek kary. Sprytne. Musisz przyznać, że taka okazja należy do nadzwyczajnych i nie można spodziewać się po niej jakiegokolwiek poczucia winy.
Musiał.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 16 września 2015, 14:45

Znów trochę myślałam, co napisać, bo trochę krótkie te wstawki ;) Trudno je skomentować, jeśli tak naprawdę niewiele posuwamy się naprzód. Więc prośba o nieco dłuższe odcinki. Tak ze dwa razy dłuższe. No bo cóż... ekspozycja, trudno coś napisać o ekspozycji. Czekam na więcej po prostu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 20 września 2015, 17:15

Prosiła Kruff, żeby tym razem wstawka była dłuższa. Nasz czytelnik, nasz pan. Miłej lektury!

XXVII Nie pamiętał, jak się tam znalazł. Najpierw go tam nie było, a potem nagle był. Wszelkie wcześniejsze wydarzenia skrywała mgła niepamięci. Czuł chłód. Zimno wyzierało z marmurowych ścian i podłóg. Nie było Vinary. Nie było Marelina. Zostali za mgłą. Nie miał pojęcia, kiedy ich zostawił. Pamiętał tylko, że popędził w tą otchłań za zapachem kwiatów. Wdychał go, zatracał się w nim. Kwiaty nie pytały o cel i sens. Kwiaty nie pytały, kto ma rację – czy Vinara miała jakiekolwiek prawo do mordu, czy jest pozbawioną sumienia kobietą? Kwiaty porastały ruiny rozumu. Zdziczałe i piękne.
Odbierało mu pozostały rozsądek. Szukał czegoś w tym marmurowym labiryncie. Szukał tego wesołego głosu spoza groźnego świata, ale słyszał tylko łkanie i szloch. Echo dobiegało go z każdej strony. Raz za razem dawał się ponieść przeczuciu i błądził coraz bardziej. Nie potrafił wrócić.
Usiadł.
Oparł plecy o lodowatą ścianę. Widział już kiedyś podobną. Nie, nie w korytarzach szkoły. Gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie marmur lśnić mógł własnym blaskiem.
Oparł również głowę. Przymknął powieki. Łkanie wciąż dochodziło jego uszu. Być może zasnąłby, gdyby tak boleśnie nie wbijało się w mózg. Słuchał i wciąż miał pewność, że to właśnie ona – Deira. Rozpaczała. Chciał ją znaleźć i pocieszyć. To w końcu ona podarowała mu woń kwiatów.
Teraz kwiaty więdły.
Przysnął.
Ze snu przebudził go jednostajny rytm. Kroki. Tak mu się wydawało. Otworzył oczy i spostrzegł, że otacza go ciemność. Zniknęły marmurowe korytarze. Zniknęła woń kwiatów. Została zastąpiona przez inną, delikatniejszą. Mógłby przysiąc, że to zapach ciemności – lekki, niosący orzeźwienie.
A wraz z ciemnością nadeszła Ona. Nie musiał jej pytać o imię. Po prostu wiedział. Nikt w całym świecie nie mógłby pomylić jej z jakąkolwiek inną kobietą. Nikt nie śmiał. Szła ubrana w cień i blask księżyca. Boso. Czarna suknia szeleściła, srebro dźwięczało nieziemską muzyką. Splecione z nocy włosy opadały aż do ziemi. Blade oblicze należeć musiało albo do najpiękniejszej bogini, albo do najbardziej zwodniczego demona.
Do Kalijeny. Do Pani Ciemności.
Opadł na kolana, pochylając głowę. Wbijał oczy w posadzkę przykrytą najciemniejszym i najdelikatniejszym jmateriałem na świecie. Nie miał odwagi na nią spojrzeć. Nie potrafił pojąć jej obecności. Rzadko słyszał o ludziach, którym przyszło spotkać się z bogami, a co dopiero z Kalijeną - samą umiłowaną córką Avarena.
- Wołałeś mnie, Sadrinie – stwierdziła głosem wiatru poruszającego liście w gęstwinie lasu. - Teraz boisz się spojrzeć w ciemność, choć nie ma w niej nic strasznego. Straszne jest tylko to, co wyobrażasz sobie w jej miejscu. Spójrz na mnie i powiedz, czy w istocie jestem taka straszna.
Jej głos był kołysanką śpiewaną dzieciom do snu i pieśnią fal rozbrzmiewającą, gdy ustanie dzienny gwar. Musiał posłuchać i spojrzeć w hipnotyzujące bladobłękitne oczy.
- Nie jesteś, Pani – odpowiedział. - Nie chciałem cię urazić.
- A przecież wiesz, jakich sił strzegę, prawda?
- Jesteś, Pani, władczynią ciemnych sztuk, boginią potęgi, wojen i zwycięstw, magią powołaną, aby siać zniszczenie.
- Tylko?
- Nie, nie tylko. Ty też, Pani, obdarzasz łaską, bo ciemność kryje nie tylko siłę, ale też tych, którzy zbłądzili. Koi umysły niepotrafiące znaleźć właściwej ścieżki, sprowadza spokój na obłąkanych i potępionych. Złe wspomnienia i dawne życie okrywa mgłą niepamięci.
Recytował niczym natchniony. Jakby od zawsze wiedział, co powie, kiedy ją spotka.
- Pięknie mówisz, Sadrinie.
Uśmiechnęła się.
- Dziękuję, Pani.
- Kalijeno. Mów mi Kalijeno.
- Kalijeno – powtórzył. Słowo smakowało wieczornym powietrzem po upalnym dniu. - Czym sobie zasłużyłem na twoją obecność... Kalijeno.
- To ty mnie wezwałeś, Sadrinie. Nie na odwrót.
- Nie.
- Tak, Sadrinie. Mój ojciec posłyszał twój krzyk i wezwał mnie, abym przybyła. Błagałeś o litość, a ja jestem litością. Jestem tą, którą na pomoc wzywają mistrzowie na tyle odważni, by zagłębić się w mrok ciemnej magii. Wzywają mnie ci, którym ta magia odbiera zmysły. Wzywają mnie ci, którzy na sumieniu mają zbrodnię i pragną od niej uwolnienia. Wzywają mnie ci, który nie powinni być skazani na śmierć. Wzywają mnie ci, którzy pragną zemsty. Więc wzywasz mnie i ty. Nie oczekuję, byś wypowiadał moje imię. Zbyt wielu wyklina ciemność, bym mogła słuchać tylko jego.
- To ty odebrałaś mnie śmierci.
Zaśmiała się blaskiem tysięcy gwiazd na granatowym niebie.
- Nie, tym razem to nie ja. Śmierć nawet nie zdążyła cię dopaść. Na każdy jad istnieje lekarstwo. I istnieją serca tak pełne skruchy, by odważyć się na jego użycie. Podziękuj im za to.
- Nie rozumiem.
- Nic tu nie ma do rozumienia. W ciemności rozum nie jest w stanie odczytać wskazówek. Można tylko iść za odgłosem bijącego serca i ciepłem oddechu, Sadrinie.
- Co się teraz stanie?
Uśmiech zniknął.
- Prosiłeś o pomoc, więc otrzymać ją możesz. Ale nie zwyczajnie. Takich darów nie otrzymuje się za nic. Takie dary otrzymuję się tylko wówczas, kiedy rozumie się powód ich otrzymania. Możesz wybrać jeden z nich i tylko jeden będzie właściwy. Inne gotowe cię strącić jeszcze głębiej w otchłań. Masz tyle odwagi, synu mądrości?
Myślał. Targały nim wątpliwości. Mógł spaść w otchłań, lecz i tak w nią wpadał. Czym jest ryzyko, że stoczy się głębiej wobec szansy, że kiedykolwiek jeszcze ujrzy błękit nieba? Chciał wierzyć, że zna odpowiedź i wierzył.
- Jestem gotowy – szepnął, patrząc jej w oczy.
Ujęła jego twarz dłońmi.
- Uważnie słuchaj, Sadrinie. Mogę wyrwać twoją duszę z objęć cieni. Mogę wyrwać twoją pamięć z mroku dawnych dni. Mogę odebrać twój rozsądek duchom przeszłości. Mogę krew z twych rąk splątać w innych dziejów nici. Mogę zanieść się gniewem, aby zgnieść tych, którzy zadają śmierć. Mogę dać ci klucz do kajdan, którymi cię związano.
Wybrał. Wyszeptał swoją prośbę z zamkniętymi oczami, nie chcąc zobaczyć na jej twarzy rozwiązania zagadki.
Objęła go.
A szept księżyca ukołysał go do snu.

Nie powrócił do Czarnej Wieży. Zbudził się na podłodze marmurowego labiryntu. Nie było Kalijeny. Nie było nawet zapachu kwiatów ani szlochu. Tylko biała, zimna pustynia. I on. I obolałe od leżenia na kamieniu ciało. Choć już nie poparzone. Znów zdrowe ciało zdrowego człowieka. Jakby sen był w stanie uleczyć każdą ranę.
Wstał. Ziewnął. Przeciągnął się. Ten dzień był lepszy. Nikt go już nie wołał. Za niczym nie musiał gnać. Nie miał już wrażenia, że utknął we wnętrzu wizji. Labirynt po prostu był – materialny, najprawdziwszy, choć kiedy w nim tkwił, nie odczuwał głodu i pragnienia.
Szedł pustymi korytarzami. Długo. Bardzo długo. Właściwie nieskończoną ilość czasu, bo wiedział, że w labiryncie czas płynie inaczej. Zresztą czas się nie liczył. Po prostu szedł gdzieś bez celu i wierzył, że ten cel sam do niego przybędzie.
Przynajmniej przez pewien czas.
Potem poczuł pustkę. Ciągły ruch nie przynosił ukojenia, nie mógł być celem. Był tylko mechaniczną, bezduszną czynnością jak ruch wskazówek zegara. Sadrin miał nieskończoną ilość czasu, który przeznaczony był tylko na pustkę, na rozpłynięcie się w białej nieświadomości.
Aż w końcu posłyszał wołanie.
- Sadrin! - Okrzyk, w przeciwieństwie do szlochu, nie dochodził zewsząd. Wydobywał się z gardła jednej, ściśle określonej w przestrzeni istoty. Brzmiał znajomo, choć nie był to niestety okrzyk Deiry. To był głos męski. Głos człowieka pewnego siebie i przyzwyczajonego do publicznego przemawiania.
Poszedł w jego kierunku. Nie było daleko. Niemal za rogiem spotkał wysokiego mężczyznę w czarno-złotych szatach Wielkiego Mistrza Zakonu Avarena – Thomasa Veverleyna. Wyglądał na mniej zmartwionego niż ostatnim razem, ale jednocześnie na poważniejszego, surowszego. Być może marmurowy labirynt nie był miejscem, w którym mógł się tak po prostu spoufalać.
Na wszelki wypadek Sadrin pokłonił się. Sztywno. Głęboko. Niezgrabnie. Tak jak każdy, kto posiada jedynie teoretyczną wiedzę o dworskiej etykiecie.
- Spokojnie, Sadrinie. Jesteśmy tu sami – powiedział.
Wyprostował się posłusznie.
- Tu? Gdzie jest „tu”?
- Gdybym związał ci oczy i wysłał na sam środek ogromnej pustyni i kazał ci nazwać miejsce, w którym się znajdujesz, jakbyś odpowiedział?
- Że jestem na pustyni.
- Więc mówię ci, że jesteś w sferze niematerialnej, innej niż niemal wszystkie opisywane przez dzisiejszych znawców magii. Rzadko kto zajmuje się jeszcze tą dziedziną. Jest trudna, niemal niemożliwa do uprawiania bez wrodzonego talentu, a młodzi, którzy próbują z nią wygrać samodzielnie narażeni są na błądzenie po takich labiryntach jak ten.
Poczuł dreszcz. Świadomość tego była trochę jak lodowaty oddech śmierci na karku. Albo uścisk kościstej ręki na ramieniu.
- Nie chciałem się tu znaleźć.
- Nawet my sami nie znamy w pełni naszych pragnień. Może po prostu szukasz zrozumienia dla daru, który posiadasz, a labirynt zwodzi cię i mami obietnicami. Twoja zdolność należy do ciemnych sztuk, ukazuje ci chwile które umarły, minęły i odeszły w ciemność. A ciemne moce są zwodnicze z natury.
Kolejny dreszcz. Lodowate szpony ściskające serce. Puste, hipnotyzujące oczodoły, w których ginie umysł.
- Słyszałem Deirę.
- Wiem, też ją słyszałem.
- Czy to oznacza, że ona również ma taki talent?
- Taki jak ty? Nie. Podobny. Wywodzący się z podobnych sztuk, ale nikt nie posiada dokładnie takich samych umiejętności. Nie mogą być takie same, tak jak nie może być dwóch identycznych ludzi. Po prostu jej dar również wiąże się z dostępem do sfer niematerialnych. Wielu jest teraz takich młodych magów. To widocznie taki czas.
- A jaki jest twój dar, Mistrzu?
- Zawsze potrafiłem zobaczyć nie tylko to, co ludzie pragną okazać, lecz również to, co czują naprawdę. To prosta sztuka. Teraz potrafię więcej. Miałem tysiące lat na naukę, choć nadal błądzę we mgle.
- Więc czemu tu jesteś?
Wielki Mistrz uśmiechnął się, kładąc mu ręce na ramionach w opiekuńczym, niemal ojcowskim geście.
- Żeby cię stąd zabrać. Nie powinieneś przebywać tu tak długo. Minęło wiele godzin. Nikt nie potrafi pojąć, co się z tobą stało.
Poczuł żal po białej pustce. Była przerażająca, ale niosła ukojenie prawie tak wielkie jak ciemność Kalijeny. Nie rzucała oskarżeń. Nie wymagała niemożliwego.
- Nie chcę wracać.
Zaniepokoił i zasmucił go tymi słowami. Wielki Mistrz usiadł na marmurowej posadzce i gestem wskazał Sadrinowi, by usiadł naprzeciwko. Wyglądał na kogoś bardzo zmęczonego albo na ojca, który wytłumaczyć musi dzieciom, że życie nie jest wcale tak dobre i uczciwe jak do tej pory próbowali im wmówić wszyscy wokół.
- To nie jest właściwa droga, Sadrinie. Dlaczego chcesz zostać?
- Vinara chce, abym użył dla niej swoich wizji, lecz ja nie potrafię tego zrobić. Boję się. Nawet gdybym potrafił na zawołanie zajrzeć w przeszłość, nie zrobiłbym tego. To straszne. Czasem nie wiem już, co jest prawdą, a co jedynie wizją. Powiedziała, że zna kogoś, kto jest gotów mnie uczyć, ale jego obawiam się jeszcze mocniej.
Rozśmieszyły go te słowa. Śmiał się przyjemnie, szczerze.
- To ja miałem być tym człowiekiem – wyjaśnił. - Spotkalibyśmy się nawet, gdybyś nie trafił do labiryntu.
- Więc nauczysz mnie, Mistrzu?
- Oczywiście. Jeśli tylko zrozumiesz, jak poruszać się po labiryncie, zrozumiesz, jak poruszać się po przeszłości. Zresztą to magia jak każda inna. Nic trudnego.
Wstał, a Sadrin poszedł w jego ślady.
- Sfera, w której jesteśmy jest sferą wewnętrzną. Nie znajduje się poza Tarunem, lecz jest po prostu jego częścią, zbiorowiskiem tysięcy dusz i umysłów, wspomnień i pragnień, świadomości i snów. Labirynt jest pomiędzy tym wszystkim, spaja tę rzeczywistość tak, że możesz się w niej poruszać. Wiesz od czego zależy treść twoich wizji?
- Od tego co robię i co myślę?
- Tak. To trop, hasło, reguła do odczytania szyfru. Chwyć jakąś myśl i tchnij w nią tę magię, a pomoże ci znaleźć drogę. Nie idealną, ale nie można bez wysiłku podróżować po nieludzkich sferach. To nie jest naturalne miejsce dla ciebie. Ja od dawna nie należę już do świata śmiertelnych, więc przychodzi mi to łatwiej.
Ale Sadrin nic z tego nie rozumiał. Wgłębi umysłu już zaczynał panikować, obawiając się, że nigdy nie pojmie tej sztuki, że Mistrz straci cierpliwość i pozostawi go na wieki usiłującego znaleźć wyjście.
- Jakiej magii mam użyć?
- Nie czujesz żadnej mocy, gdy nadchodzą wizje? Być może tak ci się wydaje, bo nikt nigdy ci jej nie wskazał, nie wyczulił na nią. Skup się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz w życiu pokazano ci moc. Musiałeś ją najpierw znaleźć, pamiętasz? Twój mistrz ci pomagał, ale sam musiałeś odnaleźć prawdziwą drogę.
Skupił się. Wprowadził swój umysł w stan półmedytacji, którego uczono go od pierwszych dni w Zakonie. Na początku był nieco zdezorientowany, bo zamiast ogromnej plątaniny wszelkiego rodzaju magii, wokół czuł tylko pustkę. Marmurowy labirynt wydał się całkowicie jałowy, pozbawiony jakiejkolwiek energii. Tylko od Wielkiego Mistrza mógł wyczuć lekką, starannie skrywaną aurę.
Zorientowanie się w mocy zgromadzonej we własnym ciele nie zajęło mu długo – była nawet mizerniejsza niż zwykle. Rany i zmęczenie odcisnęły swoje piętno. Chwile tylko zajęło mu zgromadzenie całości w jednym miejscu, tak aby w razie czego mógł jej natychmiast użyć.
Zamarł.
Gdzie podziała się magia, o której mówił Wielki Mistrz? Wcale nie potrafił przypomnieć sobie tego uczucia. Podczas wizji nie myślał o mocy wokół. Jego umysł zalewała fala obrazów i dźwięków niepozwalająca na cokolwiek innego.
Nie usprawiedliwiaj się, idioto. Wszyscy wiemy, że zwyczajnie kiepski z ciebie mag. Tak kiepski, że nawet Wielki Mistrz nie przewidział jak bardzo.
Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem idiotą.
Ja mam cię tak nie nazywać? Ja jestem tobą! To ty, a nawet my nazywamy siebie idiotą. Nawet dla własnych myśli szukasz usprawiedliwienia. To nie świat tobą pomiata, idioto! To ty sobie nie radzisz! Nikt nie jest temu wszystkiemu winny. Ani Vinara, ani Lodej, ani nikt. Tylko ty i jeszcze raz ty! Jesteś kupą niesamodzielności i umysłowego lenistwa!

Wściekł się. Na siebie. Na swój zwodniczy umysł. Na wszystko. Magia znów rozlała się bezładnie po jego ciele. Wściekłość wszystko utrudniała. Dawała motywację, ale uniemożliwiała skupienie. Przelewała się przez ciało i umysł, wywołując ból niepotrafiący znaleźć ujścia. Z każdą chwilą było tylko gorzej i gorzej.
- Spokojnie, Sadrinie. - Słowa wyrwały go z pełnego jadu i goryczy zamyślenia, ale też ostatecznie pozbawiły koncentracji. Rozsypały się ostatnie resztki magii, jakie potrafił utrzymać.
- Nie potrafię! Nie wiem, jakie to było uczucie! Skąd mam wiedzieć?! - krzyczał z pretensją w głosie, jakby to Wielki Mistrz był wszystkiemu winien.
Na szczęście mężczyzna okazał się całkowicie nieczuły na podobne wybuchy. Nie wyglądał nawet na zaskoczonego. Usiadł z powrotem na zimnej podłodze labiryntu.
- Sadrinie, ty po prostu w ogóle nie panujesz nad swoją mocą. Rozumiem, że miałeś pewne problemy na samym początku, ale chyba Enya ćwiczyła to z tobą.
Tak, owszem. Ćwiczyła. Szkoda tylko, że zazwyczaj te ćwiczenia wcale się Sadrinowi nie udawały. A nawet kiedy już je opanował, to i tak nigdy nie pamiętał, jak stosować przyswojone zasady w praktyce. Zapominał, że w ogóle powinien. Doszło do tego, czego wszyscy się obawiali – zbyt był już przyzwyczajony do błędnych zachowań.
Wybąkał parę słów marnego usprawiedliwienia.
- Ty nie używasz magii. Ty się z nią szarpiesz. Magia jest trochę jak nieposłuszny pies. Nie posłucha cię, kiedy będziesz ją nakłaniał, ale posłucha, kiedy jej rozkażesz.
- Dobrze.
- I nie spiesz się tak. Spokojnie. Mamy czas.
Tak więc zaczął od narzucenia swej woli własnej mocy niczym jakiś dzieciak, który dopiero zaczął naukę. Długo musiał się przyzwyczajać do tej odmiennej formy, a potem, gdy już zapanował nad mocą, i tak wszystko szło mu nadzwyczaj opornie. Magia wymykała mu się równie często jak wcześniej.

Słońce wypala z ulic Veverleyn wszelkie życie. Zero cienia. Zero wiatru. Tylko zastygłe nieruchomo powietrze. Miasta zamarło. Sadrin ma wrażenie, że tylko on i Enya są jeszcze w stanie się poruszać. Przed upałem chronią ich grube mury Kręgu, ale wbrew rozsądkowi wybrali fizyczną aktywność. Ćwiczą. Idzie im słabo, choć bardzo się starają. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Jeszcze nie potrafią w pełni sobie zaufać.
A czasu jest coraz mniej.
Gdy oni zalewają się potem, większość uczniów jest daleko stąd. Niektórzy nawet za oceanem w swych odległych ojczyznach. Trwa przerwa letnia. Tylko Sadrin...


Ocknął się, choć wizja nadal trwała. Widział ją równie wyraźnie jak białe ściany labiryntu przed sobą. Magię wciąż trzymał w ryzach, choć zupełnie zapomniał, że to robi. Czuł energię tchnącą w jego umysł wizje. Była dziwna. Skrajnie różna od tego, do czego się przyzwyczaił. Teraz rozumiał. Teraz widział. Marmurowy labirynt nie był pozbawiony magii. On był magią. Po prostu wcześniej jej nie zauważył. Była dla niego równie obca, co dla irdińskiego chłopa, który nigdy nie miał żadnego kontaktu z choćby najpośledniejszym czarownikiem.
Jestem pod wrażeniem.
Pff! Chcesz powiedzieć, że wygrałem.
Tak.

Teraz mógł zwyczajnie po nią sięgnąć. Miał jej w sobie mnóstwo. Więcej niż jakiejkolwiek innej. Doskonale rozumiał, dlaczego tak go prześladowała. Jego ciało zwyczajnie nie potrafiło już utrzymać jej wewnątrz. Przed chwilą jeszcze tracił nad nią kontrolę, a teraz mógł użyć jej, aby ożywić dowolną myśl!
Nie wiedział tylko jaką.
Jaka myśl może wyprowadzić go na zewnątrz?
Zadał to pytanie głośno.
- A dokąd chciałbyś dojść, Sadrinie?
- Z powrotem do Czarnej Wieży?
Wielki Mistrz uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Obserwował go w taki sposób, że Sadrin podejrzewał, że to niewłaściwa odpowiedź, ale mimo to spróbował.
Zadziałało. Widział nie tylko własne wspomnienia na jej temat. Widział setki lat jej istnienia. Słyszał setki rozmów, witały go setki twarzy. Nie zwracał na nie uwagi. Nie obserwował określonej chwili. Skoncentrował się na labiryncie. Magia płynęła w jego kierunku z prawej strony. Poszedł za nią, a Wielki Mistrz za nim.
Labirynt wił się i zakręcał we wszystkie strony, ale Sadrin ani przez chwilę nie miał wątpliwości, w którym kierunku powinien iść. Szedł tak długo, aż dotarł do gładkiej ściany, z której pochodziła wizja.
Dotknął jej.
Nic.
Marmurowa powierzchnia pozostawała zimna i gładka. Nieubłaganie oddzielała go od Czarnej Wieży. Próbował zaklęć, lecz bez skutku. Równie dobrze mógłby porywać się z kamieniem w ręku na samego Avarena. Labirynt był równie stary jak czas i z pewnością równie nieubłagany.
Gdzieś w jego rozumowaniu tkwił błąd.
Obejrzał się na Wielkiego Mistrza stojącego parę kroków z tyłu. Wciąż obserwował go z uśmiechem.
- Niematerialna dusza nie może przeniknąć do materialnego świata – powiedział, kiedy ich spojrzenia się spotkały. - Musiałaby mieć olbrzymią moc, którą dysponują zazwyczaj tylko najbieglejsi w swej sztuce mistrzowie sztuk ciemnych.
- Więc, co teraz?
- Skup się, Sadrinie. - Uśmiech zniknął. - Do czego pragniesz wrócić?
- Do... - Zastanowił się. - Do bycia Sadrinem?
Ciepły, przyjemny śmiech odbił się echem od ścian labiryntu.
- W istocie.
Sadrin, Sadrin... Gdzież jest Sadrin? Czy nie w nieskończenie wielkim labiryncie poza czasem i przestrzenią? Jak można odnaleźć samego siebie, skoro niemożliwym jest siebie samego zgubić? A może on wcale nie szuka Sadrina? Przecież on sam jest Sadrinem! Może on szuka jego słabej, cielesnej powłoki, która leży teraz gdzieś nieprzytomna, skazana na łaskę i niełaskę ludzi, których nienawidził?
Tak, tak - właśnie tak. Musi znaleźć to swoje obolałe, pełne niedoskonałości ciało. Tylko gdzie? Jakie wspomnienie ma przywołać, skoro każde wiązać się musi z nim samym?
Ból.
Tak, ból – niezastąpione świadectwo życia. Nie może boleć to, co niematerialne.
Spróbował. Poszedł za tym tropem, ale nie zaszedł daleko. Znalazł go kilka kroków od wspomnienia pokojów Czarnej Wieży. Biała ściana była równie gładka i niedostępna.
Sadrin! Szukaj Sadrina! Nie jego bólu! Sadrin składa się z czegoś więcej! Tylko nikt nie potrafi powiedzieć z czego. No, prócz tego, że Sadrin składa się z Sadrina. Ale to chyba oczywiste, prawda? Z czego innego miałby się składać? Może chodzi o...
Nie! Przecież Sadrin nie jest wspomnieniem! Sadrin jest człowiekiem stojącym w przedwiecznym białym labiryncie! Jest teraz! Jest teraźniejszością! Nie potrzeba mu żadnych wspomnień!
Tchnął w zgromadzoną moc czystą, niemożliwą do wypowiedzenia chęć znalezienia samego siebie.
I znalazł.
XXVIII Otaczała go ciemność. Swojska, przyjazna ciemność rzezywistego świata zapadająca, gdy słońce chowa się za horyzontem. Chłodne powietrze znów pachniało deszczem i nadchodzącą wiosną. Leżał. Los pchnął go z powrotem do przedziwnej sypialni pełnej porcelanowych figur. Obok zwinął się rudy kot, nic sobie nie robiąc z obcego człowieka. Sierść wchodziła Sadrinowi do nosa. Kichnął.
Kot poruszył się niespokojnie. Wstał, przeciągając się. Obrzucił Sadrina niezadowolonym spojrzeniem i parsknął, uciekając przed próbującą go pogłaskać ręką. Nie znaczy to w żadnym razie, że po prostu odszedł obrażony i dał wyczerpanemu człowiekowi spać dalej. W żadnym razie. Usadowił się przy drzwiach, miaucząc przeraźliwie. Sadrinowi przez kilka minut wystarczyła naciągnięta na twarz kołdra, ale w końcu musiał skapitulować.
Wstał, próbując przebić wzrokiem ciemność. Z niemałym zdziwieniem spostrzegł śpiącego na lawendowym, obszytym koronką i równie kiczowatym jak wszystko wokół fotelu Marelina. Na kolanach miał warstwę rudego futra. Najwyraźniej podła bestia wybierała, kogo należy uśpić, a czyj czas na sen już się zakończył. Zadziwiał go tylko fakt, iż młody mag potrafił spać przy takich piskach.
Wstał. Otworzył drzwi rozwydrzonemu kotu, ale to też nie zadowoliło tego upierdliwego stworzenia. Siedział i dalej miauczał, spoglądając na Sadrina z niemą prośbą.
- Jesteś głodny, kotku? - spytał nieśmiało Sadrin.
Kotek wciąż wbijał w niego spojrzenie, wcale nie zamierzając silić się na odpowiedź. No chyba, że odpowiedzią miał być kolejny przeciągły miauk.
Ugiął się i choć był zmęczony, obolały i zdezorientowany, poszedł za zwierzęciem, które prowadziło go coraz dalej i dalej. Przemierzali dobrze znany Sadrinowi labirynt pełnych przepychu pomieszczeń. Spodziewał się, że ponownie zbłądzi i w niewytłumaczalny sposób dojdzie z powrotem do przydzielonej dla niego sypialni, lecz tak się nie stało. Kot zaczął prowadzić go do pomieszczeń, których wcale nie znał. Pomieszczeń zupełnie pustych, skrywających tylko kurz i pajęczyny, jakby opuszczono je dawno temu. W kurzu widoczne były liczne ślady niewielkich stóp. Wcale nie kocich.
Kiedy przystanął, żeby się przyjrzeć, zwierzę natychmiast go ponagliło. Szli teraz szybciej i choć z poczuciem kierunku u Sadrina z każdą chwilą było coraz gorzej, kot wciąż zdawał się doskonale znać drogę. Wyglądał na szczęśliwego, że może ją komuś pokazać.
Przemierzali kolejne puste pomieszczenia, aż doszli do solidnych drzwi zamykanych na zamek i zasuwę. Wyglądały jak drzwi od domu, choć Sadrin wielokrotnie wyglądał przez okna i miał pewność, ze nie znajdują się na parterze, lecz mniej więcej w połowie wysokości wieży.
Nacisnął na klamkę.
Zamknięte. I to zamknięte również za pomocą magii.
- I co teraz? - spytał, patrząc bezradnie na trwające w oczekiwaniu stworzenie.
Kot tym razem również nie odpowiedział. Przeciągnął się i otarł o nogi Sadrina. Wzruszony takim okazywaniem względów, znów próbował go pogłaskać i znów trafił w pustkę. Kot wyraźnie czegoś od niego chciał i był absolutnie przekonany, że Sadrin może mu to dać. Nie mogło chodzić o drzwi, bo kot wcale nie próbował na nie wskazać. Jego przedmiotem zainteresowania był tylko i wyłącznie młody mag.
Długi czas stali tak we wzajemnym niezrozumieniu, gdy Sadrinowi przyszedł do głowy pewien pomysł.
Głupi pomysł.
A nawet bardzo głupi pomysł. Ale czy najgłupszy pomysł świata nie jest lepszy od wpatrzonych w człowieka kocich oczu?
Ukucnął, wyciągając rękę.
- Wiesz, jak to otworzyć, kocie? - spytał, cicho.
Kocie spojrzenie mówiło: „Głupi jesteś jak but.”
Mimo to odpowiedział.
Dotknął swoim maleńkim noskiem wyciągniętych palców Sadrina. Mag poczuł napływającą do niego falę wizji. Setki. Tysiące. Wszystkie dotyczące tego samego przedmiotu. Niewielkiego klejnotu od wieków przekazywanego z rąk do rąk, z kraju do kraju. Niektórzy właściciele w pełni świadomi byli jego mocy i pragnęli wykorzystać go w wielkich celach, a inni sądzili, że to tylko kolejna, lekkomagiczna błyskotka.
Dokładnie tak jak Sadrin właśnie.
Sięgnął do kieszeni i odnalazł go natychmiast. Ten sam kamień, który podarował mu Folian. Artefakt o olbrzymiej mocy trafił do niego bez jego i jego poprzedniego właściciela świadomości. Nie mógł w to uwierzyć. Jaka jest szansa, żeby stało się coś takiego?
„Yanirum nazwał je bardzo optymistycznie Przeznaczeniem, Śmiercią, Nadzieją, Życiem i Mądrością. Jesteśmy w posiadaniu Śmierci i Życia. Przeznaczenie posiada wróg.”
Przeznaczenie. Ono od zawsze wędrowało wśród ludzi najszybciej, bo nikt nie mógł utrzymać go przy sobie. Zawsze oddawał je zupełnie nieświadomie, bo to Przeznaczenie rządzi losem ludzkim, a nie na odwrót. Zawsze wędruje tam, gdzie chce i do kogo chce. Tym razem postanowiło przyjść do Sadrina niczym Piąty Żywioł, o którym nikt nic nie wie, a który potrafi na zawsze zmienić losy świata.
Użył go. Albo Przeznaczenie użyło jego. Nie miało najmniejszego problemu, by otworzyć zamknięte magią Vinary drzwi. Vinara była znamienitym czaroznawcą i potrafiła tworzyć z zaklęć ogromne, zawiłe konstrukcję - tak zagmatwane, że człowiek nawet nie potrafił odnaleźć ich początku, ale pradawna moc ciemności zburzyła ją jednym uderzeniem niczym taran, nie zaprzątając sobie głowy ostrożnością włamywacza.
Ustąpiły z cichym skrzypnięciem.
Kot zapiszczał radośnie, a oczom Sadrina ukazały się olbrzymie, prowadzące do nieskończoności w górę i do nieskończoności w dół schody. Tysiące stopni przecinały liczący sobie dziesiątki a może nawet setki pięter hol, prowadząc do setek drzwi i tysięcy pomieszczeń. Jakiś męczennik zdołał niegdyś przykryć elegancki kamień równie eleganckim, niebieskim dywanem oraz wykonać tysiące lśniących magicznym blaskiem lamp, które oświetlały tę niesamowitą konstrukcję. I najwyraźniej wciąż o to wszystko dbał, bo niewidoczny był choćby najmniejszy ślad starości czy zwyczajnego brudu.
Na dodatek Sadrin nie miał pojęcia, kto gotów pokonywać jest te tysiące stopni. Z wyjątkiem kota oczywiście, bo ten właśnie na nich siedział, sugerując Sadrinowi, że powinien udać się wraz z nim do góry. Młody mag jednak zdecydowanie wolałby zbiec na dół, raz na zawsze opuszczając tę przeklętą wieżę. Nie myślał wprawdzie nad tym, jakim cudem mógłby uciec Vinarze, która być może czekała właśnie gdzieś tam, na niższych piętrach i która nigdy by na to nie pozwoliła.
Ale usłuchał kociego błagania, nie chcąc by jego rozchodzące się echem miauczenie zwróciło na niego niepotrzebną uwagę.
Pokonał całe trzy stopnie.
Potem chciał odpuścić, ale... Ale stało się coś potwornie dziwnego. Coś czego nigdy by się nie spodziewał.
Najpierw było ciche skrzypnięcie. Potem głuche uderzenie. Łoskot. Przez chwilę ziemia zdała się trząść, ale zaraz zrozumiał, że to nie ziemia. To schody. Powoli wraz z nimi wspinał się w górę. Teraz przypominał sobie, że słyszał już wcześniej o tej przedziwnej magii. Po prostu nigdy nie wierzył w te opowieści.
Kot nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej na znudzonego. Oglądał swoją łapę. Po chwili zastanowienia stwierdził, że jest brudna i reszta drogi minęła mu na dokładnym myciu. Reszta drogi do... Dokąd właściwie? Koty mają w zwyczaju prowadzić ludzi w kierunku jedzenia, ale Sadrin wątpił, że dotyczy to także kotów, które potrafią porozumiewać się z człowiekiem za pomocą magii.
Sam większość drogi spędził na siedzeniu i rozmyślaniu nad swoim smutnym życiem. Być może został podstępnie zmanipulowany przez zwyczajnego kota i na końcu tejże drogi czeka go potworna śmierć. A być może nawet został uprowadzony przez kota posługującego się magią. To byłby dopiero los godny bohatera.
Przed twarzą coś zamachało mu swoim czarnym ogonkiem.
Oho, nawet uprowadzony przez parę kotów.
Kot był idealnie czarny i taki jakiś... nie koci. Zbyt czarny, wbijający w Sadrina spojrzenie zbyt złotych oczu. Poruszał się z gracją, ale nie z kocią gracją. Jakby dopiero przyswajał sobie zasady kociego języka. Nawet patrzył inaczej niż koty. One wbijają wzrok, a ten przyglądał mu się uważnie, lustrował go spojrzeniem. Oceniał.
Sadrin w przypadku pierwszego kota miał podejrzenie, że nie jest zwyczajnym zwierzęciem, a teraz miał niemal pewność, iż drugi kot wcale kotem nie jest. Pewność zmieniła się w pewność absolutną, kiedy poczuł od niego delikatną magiczną aurę. Właściwie wcale nie delikatną. Po prostu nietypową. Jeszcze bardziej nietypową, niż to czego doświadczył w marmurowym labiryncie. Pewnie nawet nie poczułby jej, gdyby tak mocno się wówczas nie wyczulił.
Ptak. Kot mógłby zmienić się w ptaka i odlecieć. Podobno niektóre zaczarowane koty tak właśnie miały w zwyczaju.
Ale dlaczego, u diabła, zmienił się w list?
Na schodach leżała elegancka, biała koperta zaadresowana równie eleganckim pismem do „Mistrza Sadrina Atlemira”.
Otworzył ją. Przeczytał. Zamarł.

Nie mów Vinarze o rozmowie z Wielkim Mistrzem, dobrze?

Słyszał te słowa we własnym umyśle, jakby znów wypowiadał je młody elf stojący w jego pokoju w domu Mistrzyni Enyi. W tym samym pokoju, w którym przyszło mu zakończyć swoje krótkie życie.
Co mogła oznaczać ta wiadomość? Co mogła oznaczać taka forma? Czyżby miał do czynienia z groźbą? Czyżby ktoś dowiedział się wszystkiego i teraz próbował przestraszyć go znajomością tych słów, których wypowiedzieć nie mogła żadna inna osoba?
- Ale skąd on właściwie mógł znać te słowa? - spytał rudego kota zajętego myciem sobie łapy.
Kot, tym razem zgodnie ze swym zwyczajem, nie odpowiedział. Łapa okazała się wyjątkowo brudna, a jej właściwe wyczyszczenie niezmiernie ważne. Dla kota, który potrafi zsyłać ludziom wizje, przychodzące pod postacią zwierząt listy zawierające słowa martwych osób musiały być sprawą naprawdę niewielkiego znaczenia.
A potem nagle bez ostrzeżenia wiadomość zaczęła płonąć. Sadrin nie puszczał listu. Nie potrafił. Już, już ogień miał dosięgnąć jego dłoni, gdy płomień stał się czarny i przybrał kształt ptaka.
Ptak odleciał.
Właśnie tym momencie Sadrin postanowił się już niczemu więcej nie dziwić.
W szkole uczono go o różnych sprawach. Pierwszą rzeczą, jaką im powiedziano, było to, że nigdy nie zobaczą magii, o jakiej opowiadają legendy, a on w ciągu godziny zdążył wydostać się z dwóch magicznych labiryntów, porozmawiać z kotem za pomocą wizji, użyć legendarnego artefaktu Pani Ciemności, natknąć się na zaklęte schody i otrzymać wiadomość, która zmieniała się w kota i ptaka.
Albo to może kot zmieniał się w wiadomość i ptaka.
Albo jeszcze inaczej.
Jakie to ma znaczenie? Miał po prostu dość.
O właśnie! Nie zapomnijmy, że jeszcze rozmawiałem z Kalijeną.
Może magia nie jest wcale taka nudna, jak się tym wszystkim tępym mistrzom zdaje, idioto? Może ty po prostu znów próbujesz używać magii, wciąż poruszając się w świecie materialnym? A przecież obiecałeś, że nie zrobisz tego więcej. Pamiętasz?

Tak, teraz pamiętał, kto zaszczepił w nim te ideę. Pamiętał ten zimny dzień w ukrytej pracowni Mistrza Renira. To był jedyny raz, kiedy wszedł tam bez pozwolenia. Wyciągnął starą księgę, nad której zrozumieniem od lat męczył się jego mistrz. Do niego po prostu przemówił duch jej twórcy. Wyraźnie pamiętał ten głos. To ten głos powiedział mu, jak wykonać rytuał, którego echo wyczuwał w nim Meszar. To za ten rytuał skazać go mogła Strefa. Nie za żadne bestialskie głupstwa Renira!
Ale czemu go odprawił? Czemu go szukał? Czemu dał się w tym celu zwieść podszeptom nieżyjącego nekromanty? Dlaczego tego nie pamięta? Przecież takie rzeczy zawsze się pamięta!
Może tacy idioci nie pamiętają?
Milcz! Przecież kazałem ci milczeć!
Nie możesz tak po prostu sprawić, że zniknę. Jestem częścią ciebie. Częścią, której nie potrafisz się pozbyć.
Potrafię! Przecież mogę... Mogę...
Co takiego?
Mogę sprawdzić, co zrobiłem. Przecież teraz potrafię.

Aż się przeraził, gdy uświadomił sobie, że rzeczywiście potrafi i nie okłamuje sam siebie. Mógłby wreszcie zrozumieć wydarzenie, które zniszczyło mu życie, ale nie miał odwagi. Przecież ten rytuał miał związek z istotą z niższych sfer, z demonem. Choć nie pamiętał imienia tej istoty, myśl o niej napawała go przerażeniem. Pamiętał tylko, że była zła. I pamiętał, że nie potrafił sam się przed nią obronić. Ktoś mu pomógł.
Ale kto?
Tok jego myśli przerwało zirytowane miauknięcie. Schody stanęły. To piętro wyglądało dokładnie tak samo jak wszystkie pozostałe. Nie było to nawet najwyższe piętro – nad nim można było zauważyć jeszcze dwa kolejne.
Mimo to kot nalegał, aby Sadrin podążył za nim do identycznych jak wszystkie widziane po drodze i te prowadzące do labiryntu drzwi. Z tym, że te miały tabliczkę z napisem „Veverleyn”. Dopiero, gdy ją zauważył, wszystkie wydarzenia nabrały nieco sensu. Niektóre aż za dużo.
„Nie mów Vinarze o rozmowie z Wielkim Mistrzem, dobrze?”
Dobrze, ty pieprzony, zbzikowany heroldo-wróżbito, który najwyraźniej lepiej wie, kiedy zamierzam spotkać się z Wielkim Mistrzem niż ja sam!

Albo może wcale nie mam wolnej woli. Może to przez te cholerne Przeznaczenie.
Zapukał, ale niepotrzebnie. Wystarczyło, że kot tylko drapnął w ciemno drewno i natychmiast stanęły otworem. Bez wątpienia brała w tym udział magia, bo nikogo za drzwiami nie było. Znalazł się w kolejnym holu – mniejszym, ale i tak wedle wszelkiej logiki, podobnie jak labirynt Vinary, niemożliwym do zmieszczenia w Czarnej Wieży, lecz zawzięcie tę logikę ignorujący. Podobnie jak zaczarowane koty i zamieniające się w zwierzęta listy.
Być może pomieszczeniu daleko było to tego, co widywał wcześniej w domu Rianomów, ale miało w sobie pewien niesamowity urok. Ściany w całości przykryte zostały obrazami. Wykonującego je artystę cechowała najwyraźniej słabość do światłocienia i niepokojących krajobrazów, choć nie brakowało również licznych portretów. Wiele z nich przedstawiało władców oraz sławnych magów z różnych epok.
Dopiero po chwili do Sadrina dotarło, iż najprawdopodobniej Wielki Mistrz znał ich wszystkich osobiście.
Właśnie, Wielki Mistrz – niczego nie brakowało tam tak mocno jak jego. Na szczęście młody mag miał jeszcze nieustraszonego kota, który bez wahania, choć z pewnym ociąganiem poprowadził go korytarzem w lewo. Dopiero tam Sadrin ujrzał wysoką, ubraną w czerń sylwetkę, niemal identyczną jak ta w marmurowym labiryncie. Zabrakło tylko tradycyjnego zakonnego płaszcza.
Siedział na fotelu, nieco bezmyślnie kartkując opasłe tomiszcze. Mógłby uchodzić za zamyślonego żaka. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na przyjście Sadrina.
- Mistrzu? - próbował zwrócić jego uwagę. - To ty, Mistrzu... Posłałeś po mnie?
- Tak, ja. - Drgnął i wreszcie spojrzał na chłopaka. - Usiądź proszę. - Wskazał mu miejsce naprzeciw siebie i Sadrin z miłym zaskoczeniem odnotował, iż siedzenia w domu Wielkiego Mistrza nie są tak niewygodnie miękkie jak te, do których zdążył już przywyknąć na niższych piętrach. - To na czym skończyliśmy naszą rozmowę? – spytał, najwyraźniej nie uważając spotkania w zbudowanym z magii labiryncie za coś niecodziennego.
- Na sposobach wyjścia z labiryntu?
Wielki Mistrz pokiwał głową z miną: „Tego się właśnie spodziewałem.”
- Jak poszło?
Sadrin przez chwilę musiał zastanawiać się, czy to podchwytliwe pytanie.
- No... Jestem tu, Mistrzu.
- Widzę. To znakomicie, ale chciałbym wiedzieć, czy nie wystąpiły żadne skutki uboczne lub inne niepokojące wydarzenia.
A co mogło się stać?
Nazwanie tego, co poczuł Sadrin dyskomfortem miało szanse na dołączenie do największych eufemizmów w dziejach.
A może on ma na myśli koty zmieniające się w listy?
- Widziałem kota.
- Wiem. Sam go o to prosiłem.
Obydwoje spojrzeli na rude stworzenie z zapałem gramolące się na kolana starego maga.
- Widziałem czarnego kota, który był listem i zmienił się w ptaka.
Sadrin nie wiedział, co za diabelskie bóstwa pomylenia wzięły właśnie w posiadanie jego język, ale w tamtej chwili nie potrafił ująć tej historii w żadne inne słowa.
Wielki Mistrz wydał się nieco zaskoczony, ale nie wyglądał, jakby miał zamknąć Sadrina razem z jego mistrzynią.
- To zastanawiające – stwierdził.
Nawet bardzo.
Nie pozostało już nic innego prócz natychmiastowej zmiany tematu.
- Kiedy będę mógł stąd wyjść? Kiedy będę mógł odejść?
- Dobrze, że od tego zaczynamy. Rozmawiałem z Vinarą. Dość długo i była to dyskusja nad wyraz burzliwa, lecz w rezultacie zdołaliśmy uzgodnić, że gdy tylko zakończysz swe zadanie, Vinara da ci wreszcie... swobodę działań, że tak to ujmę. Wiem, że jest trudną kobietą, ale nie ma w zwyczaju łamać swoich obietnic. Na pewno nie tych składanych mi.
- Ale ja jestem martwy!
Wielkiemu Mistrzowi zrozumienie tej żarliwej deklaracji zajęło parę wyjątkowo długich sekund.
- To jest pewien problem, ale żadna urzędnicza pomyłka nie jest barierą niemożliwą do pokonania.
- Po prostu wejdę i ogłoszę, że jednak się nie zabiłem?
- A myślisz, że ci nie uwierzą?
Być może Sadrin nie potrafił znaleźć odpowiedniego kontrargumentu, ale nigdy wcześniej nie był tak przekonany do nieprawidłowości w jakimkolwiek toku myślenia.
- To chyba nie jest takie proste.
- Po prostu uwierz, że jest takie proste, to nie będziesz sobie robił dodatkowych problemów. To, że żyjesz jest faktem. O ile się orientuję, nie zostawiłeś nikomu majątku, więc nikt nie będzie miał interesu, by podważać jego autentyczność.
- A co z Enyą?
- Enya jest chora.
- Tak chora, jak ja martwy.
- Niewielu ludzi o tym wie, ale chorowała już wcześniej, dawno temu. Nawet bardzo dawno temu, bo pamiętam, że mieszkała jeszcze z Vinarą w Czarnej Wieży. Mieliśmy nadzieję, że to już nie wróci, ale wróciło, mimo naszych starań. Oczywiście, nie ma paranoi, jak twierdzi większość. Obaj dobrze wiemy, jakie rzeczy działy się ostatnio. Reszta objawów jest jednak prawdziwa.
Sadrin nawet nie chciał pytać, o jakie objawy chodzi. I tak miał problem z przyjęciem tego wszystkiego do wiadomości. Przyszło mu do głowy, że od dawna zachowywała się nieco dziwnie i być może przez wiele tygodni mieszkał pod jednym dachem z zupełnie nieobliczalną kobietą. Wprawdzie nie miał pojęcia, jak wygląda obłęd, ale wiele sobie wyobrażał.
Na początku myślał, że to nieprzyjemne uczucie w środku, to strach przed tym, co mogło się wydarzyć, ale zaraz zrozumiał, że to tego rodzaju wściekłość, która powstaje jako gorący płomień, by zmienić się w wieczną zmarzlinę. Mógł przecież zauważyć wcześniej. Mógł przecież być teraz przy niej i jakoś pomóc.
Mógł, czy tylko mu się zdawało, że mógłby?
Wielki Mistrz najwyraźniej wyczuł tę falę emocji przelewającą się przez duszę młodego maga, ale jedyne, co mógł zrobić, to wyrzec parę pocieszających słów, których Sadrin nawet nie dosłyszał. Wizje dobijały się do jego umysłu ze wszystkich stron i choć z łatwością mógł je wszystkie odepchnąć, miał ochotę w nich utonąć.
Na powierzchni utrzymywał go chłodny zapach ciemności.
- Mógłbym się z nią spotkać?
- To raczej mało możliwe. - Minęła najdłuższa ze wszystkich najdłuższych chwil pełnych zakłopotania. - Jesteś pewien, że chciałbyś?
- Nie. Tak naprawdę, to chyba nie – odpowiedział po namyśle. Czuł, że źle odpowiada, ale bał się. Nie ma koszmaru gorszego, niż koszmar widziany na własne oczy. - Może później. Kiedy skończę.
- Co jeszcze chciałbyś wiedzieć, zanim zaczniecie? - Głośne westchnięcie zupełnie jawnie wydobyło się z ust Wielkiego Mistrza. - Niewiele cię jeszcze mogę nauczyć, ponieważ nigdy nie używałem magii, którą się posługujesz. Najlepiej powiedz, jaką różnicę odczułeś, po powrocie do Tarunu. Tego właściwego.
- Żadną. Nawet nie próbowałem.
- Twój błąd. Będziesz miał niemiłą niespodziankę w przyszłości. Łatwo jest używać mocy, która otacza cię ze wszystkich stron. Wygląda na to, że Vinara będzie musiała uzbroić się w duży zapas cierpliwości, jeśli chce skorzystać z twojej pomocy.
- A nie mogę zwyczajnie do niego wrócić?
- Możesz, ale wątpię, by tym razem wypuścił cię z taką łatwością. To jedna z tych sfer, która uwielbia więzić magów, uwielbia na stałe wiązać ich umysły ze sobą. Właściwie... Wątpię nawet, czy byś potrafił z powrotem do niego wejść. Nie licz, że wskażę ci drogę. Mieć zdrowie twojego umysłu na sumieniu, to ostatnie, czego potrzebuję.
Sadrin od dawna wstrzymywał się z pytaniem, które właśnie miał zadać, ale takie pytania nie powinny być odkładane w czasie.
- Tak naprawdę, dlaczego mi pomagasz, Mistrzu? Dlaczego chronisz mnie przed gniewem Vinary? Co może obchodzić najwyższego przełożonego Zakonu ktoś taki jak ja?
Mierzył się spojrzeniem ze starszym magiem, zupełnie niepomny na konwenanse i należny szacunek. Na ustach Thomasa Veverleyna zatańczył uśmiech wcale nie pasujący do wizerunku światłego męża. Raczej do gracza grającego w Grę, o której wie, że już dawno wygrał i nigdy nie miał choćby najmniejszych szans na przegraną. Był trochę jak Vinara. Albo to Vinara była trochę jak on. Według wszelkiej logiki wydawało się to nawet bardziej prawdopodobne. Wielki Mistrz zapewne pływał w szambie ukrytych motywów i półsłówek dłużej niż ta kobieta żyła. Po prostu sprawiał dobre wrażenie.
- Czego mogą jeszcze chcieć ludzie tacy jak ja i jakie im jeszcze wartości pozostały? Niepotrzebna mi władza, bo mam władzę. Niepotrzebne mi złoto, bo mam nieskończoną ilość złota. Niepotrzebna mi moc, bo niewielu jest tych, którzy mogliby się ze mną równać. Może jestem dobrym sługom Avarena i tylko mądrości siać pragnę ziarno, a może już mnie zwycięstwa owionęły szałem, co więcej nieustannie zdobywać karze. Może prawda leży gdzieś pośrodku, a może nie ma jej wcale.
- Zaiste, bardzo wyczerpująca temat odpowiedź – odburknął Sadrin. Znów poczuł się okrętem wydanym na pastwę bezlitosnych demonów morza, mimo że wiedział już, jak odnaleźć drogę.
Wielki Mistrz tylko szerzej się uśmiechnął.
- Niewdzięczny jesteś, Sadrinie. Oby życie nigdy ci nie pokazało, jaki to paskudny grzech. Masz jeszcze jakieś pytania, czy już mnie w spokoju ostawisz?
To była trudna decyzja.
- Dlaczego, Vinara posłała Kayryna na śmierć?
Uśmiech zniknął.
- Marelin powiedział ci prawdę.
- Nie słyszałem nigdy, żeby Vinara miała syna. Nawet nie wyobrażam sobie tego.
- Bo nie miała. Miała mieć. Żadna magia istot śmiertelnych nie jest w stanie uśmiercić Maga Feniksa, lecz istnieje magia potrafiąca z łatwością uśmiercić ich nienarodzone dzieci. Dla niektórych myśl o kolejnym niziołku posiadającym moce Vinary wydała się wyjątkowo niebezpieczna. Zresztą to było dawno. Bardzo dawno. Nikt już o tym nie pamięta.
Sadrin aż zadrżał na tak jawne oddzielenie istot śmiertelnych od Magów Feniksa. Nigdy wcześniej nie słyszał, aby ktoś pozwolił sobie na tak śmiałe określenie.
Inna rzecz nie dawała mu jednak spokoju.
- Więc dlaczego teraz? Dlaczego nie zrobiła tego dawno temu? Dlaczego w takim razie współpracowała z nim przez tyle lat?
- Nie wiem. Może akurat przestał jej być potrzebny. Może taki wyrok boski. Może taki był plan Vinary. A może Piąty Żywioł. Niektórzy twierdzą, że Piąty Żywioł to przeznaczenie. Może tak miało być, albowiem taki plan Stwórcy, co doprowadzić nas może tam, gdzie wcale nie spodziewaliśmy się dojść. Tak, przeznaczenie byłoby najbardziej okrutnym żywiołem ze wszystkich.
Wzdrygnął się.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Shady
Posty: 49
Rejestracja: 12 lutego 2015, 14:26

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Shady » 03 października 2015, 11:01

No przede wszystkim gratuluję wytrwałości, mało komu się chce pisać tak długie i rozbudowane teksty.
Tak trzymać.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 18 października 2015, 15:48

Jeśli komuś jeszcze nie udało się o tym usłyszeć, informuję, że skończyłam pisać "Piąty Żywioł" i została mi już tylko korekta. Dlatego teraz proszę o szczególną uwagę na niewyjaśnione i zagubione po drodze watki, bo to już jest ostatnia chwila, żeby to wszystko w miarę do kupy poskładać.
Jak zawsze życzę miłej lektury. :)
XXIX Dni płynęły - dokładnie tak bezbarwne jak woda. Mnóstwo twarzy przewinęło się przed oczami Sadrina, ale tak jakby ich wcale nie było. Albo to Sadrina nie było. Przebywał gdzieś indziej – w przeszłości, w świecie pełnym wizji. Tylko na nie patrzył, tylko ich słuchał. Wszystko pozostałe napawało go wstrętem. Rzeczywistość okazywała się zbyt twarda i zbyt nieprzystępna, a labirynt wizji przyjemnie go otulał. Nie potrafił pojąć, jak mógł wcześniej wzbraniać się przed tym wspaniałym uczuciem.
Po rozmowie z Wielkim Mistrzem ponownie zaprowadzono go do poprzedniego więzienia. Rozpoznawał pokoje, w których spędził ostatnie dni, ale już nie układały się w labirynt. Potrafił znaleźć wyjście, choć nie opuszczał już tych komnat. Najpierw nie chciał, żeby ktoś odkrył Przeznaczenie w jego rękach, a potem nie widział powodu. Vinara dała mu przecież zadanie. Bardzo dobre zadanie.
Miał znaleźć Mądrość. Śmiesznie to brzmiało, ale tak właśnie powiedziała. „Znajdź Mądrość. Potem znajdziemy Nadzieję.” Tylko jak można szukać mądrości, kiedy nie ma nadziei? - przyszło mu pewnego razu na myśl, gdy jak co dzień leżał na twardej podłodze zatopiony w wizjach. Strasznie go to wtedy rozśmieszyło.
Za to pilnująca go Evryl i Marelin wyglądali na przerażonych. Czasem przyprowadzali dziwnych ludzi, chyba też Magów Feniksa, którzy pytali, czy mogą jakoś pomóc. Przynosili też przedmioty, o które prosił, a których obecność pomagała znaleźć punkt zaczepienia mogący skierować go do odpowiedniego momentu w przeszłości. Byli nawet tak mili, że pytali uprzejmie, czy nie mogą mu chociaż przynieść jakiś poduszek na tę podłogę, ale odmawiał.
Tak było lepiej. Gdy znajdował się na miękkiej powierzchni umysł pragnął wrócić i odpocząć, a on wcale nie chciał wracać. Przeszłość była mniej męcząca, bo już raz się wydarzyła i nie trzeba jej było ponownie tworzyć. Tylko czasem musiał ją opuszczać, kiedy moc zaczynała słabnąć. Zasypiał wtedy twardym, pozbawionym marzeń snem. Ale już coraz rzadziej. Coraz większa była jego odporność na te moce i coraz więcej mógł jej zagarnąć, więc odpoczywał coraz rzadziej.
Tak, wbrew przestrogom ponownie odnalazł marmurowy labirynt i to mu pomogło. Mógł teraz bez przeszkód odkrywać zamierzchłe czasy. Mógł oglądać bitwy pomiędzy bogami oraz patrzeć na niesamowite czary mistrzów, którym Avaren powierzył opiekę nad kamieniami. Mógł przemierzać wraz z nimi dawno zapomniane krainy, wąchać je i dotykać, rozumieć genialne myśli genialnych ludzi i żyć po tysiąckroć dłużej, niż żył w rzeczywistości. Wcale się nie spieszył z odnalezieniem właściwej drogi. Boczne ścieżki były zbyt fascynujące, by po prostu przejść nad nimi obojętnie. Jeśli zgubił drogę, zawsze mógł wyciągnąć z kieszeni Przeznaczenie. Ono zawsze pamiętało, którędy szli, kiedy jeszcze zmierzali we właściwym kierunku.
Większym problemem był szloch odbijający się echem od marmurowych ścian. To znów była Deira. Dużo bliżej niż poprzednim razem. Któregoś dnia – bądź nocy – Sadrin prawie ją zobaczył. Już słyszał jej oddech. Wystarczył zakręt lub dwa.
- Deira! - zawołał.
- Sadrin? - spytała głosem drżącym od płaczu. - Przyjdziesz tu, Sadrinie? Chodź, proszę!
Zrobił kilka kroków w kierunku, z którego wedle jego uszu dobiegały słowa, ale po jednym rozwidleniu natychmiast następowało kolejne.
- Gdzie jesteś? - zawołał raz jeszcze.
Nigdy nie dosłyszał odpowiedzi. Gwałtowne szarpnięcie wyrwało jego zmysły z objęć labiryntu. Nad sobą zobaczył bladą z niepokoju twarz Evryl. Wyglądała na przed chwilą wyrwaną ze snu. Ubranie miała pogniecione, włosy potargane – w niczym nie przypominała już mistrzyni z bogatego rodu. Była po prostu zwyczajną, młodą dziewczyną z w połowie elfia krwią. Co ona mogła wiedzieć i rozumieć? Mówiła coś, ale nie słyszał. Miał problemy z powrotem do rzeczywistości i kiedy w końcu mu się udało, tylko ją ofuknął, że ma więcej nie robić czegoś takiego. No gorszego momentu po prostu nie mogła wybrać!
- Sadrinie, ocknij się, dziecko! Z kim ty rozmawiałeś?
- Czego chcesz? Co tu w ogóle robisz? Miałaś mi pomagać, a nie przeszkadzać.
Paskudny grymas gniewu zdradzał, że Evryl w przyszłości przebije w robieniu okropnych min nawet własną mistrzynię. Świadczyć mógł również, że pobije ją również pod względem parszywego charakteru, ale to jeszcze wówczas nie przyszło zatopionemu w magii Sadrinowi do głowy.
- Nie odzywaj się do mnie w ten sposób. - Być może głos Vinary zmieniał się w lód, ale smagającego skały lodowatego wiatru mogła jej pozazdrościć. - Przyszłam, bo miałeś coś zjeść. Martwy Sadrin nie jest nam tu w żaden sposób potrzebny. Czy raczej martwy Sear Tayore, bo Sadrin był zbyt nieostrożny, żeby przeżyć.
Sear Tayore – takie właśnie nowe miano mu nadali. Był przekonany, że gorszego już nie mogli wymyślić, ale za to brzmiało bardziej miejscowo, bardziej po anivrsku. Zawierało nawet to upierdliwe, anivrskie „y”. Kazano mu się do niego przyzwyczaić, ale szło mu równie opornie jak Evryl.
Kiedy ostatnio coś jadł? Być może miała trochę racji, bo nie potrafił sobie przypomnieć. Najpierw musiałby sobie uświadomić, który dziś rok, a dopiero potem byłby gotów do myślenia o podobnych bzdurach. Wcale nie odczuwał głodu. Nawet pragnienie nękało go tylko z rzadka. Czasem budziło go w nocy. Ledwie pamiętał te nagłe zrywy i gorączkowe szukanie wody. Wiedział tylko, że to były bardzo nieprzyjemne chwile. Gardło paliło wówczas żywym ogniem, jakby ktoś wsypał mu tam suchego żwiru. Do tego dochodził ból kości i mięśni odzwyczajonych już od ruchu.
Ale nie martwiło go to. Dlaczego miałoby? W każdej chwili mógł przecież wrócić do marmurowego labiryntu, a tam nie istniał ani głód, ani pragnienie, ani nawet zmęczenie. Zmęczenie było tylko wtedy, kiedy zabrakło mu mocy – prawie tak nieprzyjemne uczucie jak te nagłe ataki pragnienia. Czuł się trochę jak pływak, któremu już brakuje powietrza, ale musi jeszcze chwilę wytrzymać, bo przecież nie można przerwać zaklęcia, kiedy jeszcze trwa. Nawet marmurowy labirynt bywał czasem niebezpieczny.
Posłusznie dał się podnieść z podłogi i zaprowadzić do stołu. Z każdym krokiem odczuwał ból, ale na szczęście jego umysł po części wciąż przebywał w marmurowym labiryncie, więc nie czuł tego aż tak bardzo. Posadziła go na zabytkowym, bogato zdobionym, ale też potwornie twardym krześle i podała talerz z czymś, co prawdopodobnie Sadrin uznałby za wyjątkowo smaczną zupę, gdyby nie to, że czuł tylko marmurowy smak i zapach labiryntu.
Podnosił łyżkę do usta zupełnie mechanicznie. Ciesz była dlań równie bezsmakowa jak bezbarwne były ostatnie dni. Żołądek miał ochotę odmówić posłuszeństwa, choć nie wydawał się mieć ku temu żadnych powodów. Sadrin jadł dalej, nie zwracając na niego uwagi, bo już zupełnie zapomniał, że je. Jego ciało wciąż wykonywało powierzone zadanie, choć umysł znajdował się bardzo daleko.
Kiedy skończył, zagubiona myśl powróciła do jego świadomości i stwierdził, że określenie, jaka jest właśnie pora dnia i roku nie jest wcale takie głupie. Przyzwyczajenia, które karzą człowiekowi do wszystkiego szukać punktu odniesienia zwyciężyły. Oparł się dokładnie na tym samym parapecie, gdzie w bliskiej lub dalekiej przeszłości stała Vinara Elburn i wyjrzał przez okno.
Był ranek wczesnowiosennego dnia. Choć veverleńczycy nadal nie mogli się wyzbyć ciepłych ubiorów, śnieg już stopniał. Świat wracał do życia. W powietrzu unosił się oszałamiający zapach kwiatów, mimo że Sadrin miał świadomość, iż wcale nie powinien.
Jeszcze za wcześnie, lecz w opuszczonym zaułku kwiaty kwitną i pachną cały rok. Deira znów o nie dba. Usłyszała mnie, więc znów ma nadzieję.
Nadzieja? Gdzie jest Nadzieja? Jak znajdzie Mądrość, skoro nie ma nadziei? Co idzie krok w krok z Mądrością?
Śmierć.
Tak! To śmierć przez lata przechowywana była wraz z Mądrością w skarbcu królewskim na Canadii! A przecież nic tak dobrze nie wskazuje drogi do przedmiotu jak przedmiot, który jest z nim związany. Musi tylko poprosić Vinarę o Śmierć. Prosić Vinarę o śmierć...
Czy nie da mu jej nawet bez próśb? Śmierć. Ktoś już kiedyś chciał jego śmierci, jego bólu. Ktoś go uderzał, wyzywał, poniżał. Aż musiał o tym zapomnieć. Aż musiał go zabić. A gdy już to zrobił, musiał się usprawiedliwić. Musiał dorobić do swoich czynów dobrą legendę, powiedzieć, że zawiniły złe uczynki tamtego, choć tak naprawdę wylana krew nie miał znaczenia. Znaczenie miał Sadrin i świat bólu, w którym się zamknął. Teraz sobie przypominał, że ten świat czekał na niego gdzieś w marmurowym labiryncie. Tak, śmierć. Pamiętał, jak chciał wywołać śmierć.
Tak, teraz sobie przypomniał. Śmierć mu przypomniała. Rozbiła białą ścianę marmurowego labiryntu i zalała go falą wspomnień. Pamiętał, jak znalazł się w tej sytuacji. Pamiętał, że chciał połączyć siły z demonem i już pamiętał w jakim celu. Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Chciał wtedy pozbyć się Renira. I tego drugiego, którego sobie nawet nie przypominał albo jego imię również wypchnął z pamięci. Chciał tylko ich śmierci. Zaślepiony rozpaczą wezwał na pomoc siły, których nie rozumiał, a one zamiast go zniszczyć, pomogły mu. Kalijena czuwała nad nim, jak czuwała nad każdym, kto rządza zemsty. Ten drugi zginął jeszcze tego samego wieczoru. Problemem było, że Vinara dowiedziała się o odprawionym rytuale. Opowiedział jej o grzechach Renira, które wcale go nie obchodziły. Nic go już nie obchodziło. Istniał wtedy tylko świat bólu i poniżenia.
Pamiętał długie godziny ćwiczeń w rzucaniu zaklęć. Pamiętał uderzenie, jakie nadchodziło z każdą porażką. Wolał wcale nie próbować. Szarpał się z mocą, jakby dopiero zaczynał naukę. Pamiętał, jak dużo czasu potrzebował, by uwierzyć, że Enya nie zrobi mu krzywdy. Nigdy w pełni jej nie zaufał i wstydził się tego, bo ona zaufała mu o wiele bardziej, niż na to zasługiwał.
I w tych dawnych czasach chciał tylko śmierci. I zadawał śmierć. I tyle razy prawie zginął. I tylu ludzi zabił.
A gdy nagle wreszcie przestał jej pragnąć, ona przychodziła pod jego drzwi. Kiedy już jej umykał, atakowała ponownie. Tak w kółko.
Uderzenie chłodu.
Wylał sobie na twarz zawartość szklanki stojącej przy łóżku. Musiał się obudzić. Musiał wrócić do przyszłości zamiast siedzieć w przeszłości. Stawić czoła realnemu światu, realnym problemom niemającym realnych rozwiązań. A jego umysł zwodził go, prowadził do marmurowego labiryntu, przywoływał wspomnienia, które go paraliżowały. A on potrzebował po prostu prosić Vinarę o Śmierć.
I nie umrzeć.

Gdy rozwiał się zapach kwiatów, jego umysł znów powrócił do marmurowego labiryntu, ale to tylko pomogło. Dzięki niemu mógł jej wszystko wytłumaczyć. Mimo pełnego obaw i nieufności spojrzenia, jakim obdarzyła go na samym początku, zdołał ją przekonać. Sam nie mógł nadziwić się własnym słowom i wspaniałym argumentom. Zupełnie jakby nie były jego. On je tylko wypowiadał, choć głos też miał dziwnie obcy. Schrypnięty. Stary.
Nawet, kiedy spojrzał w lustro, zobaczył w nim kogoś innego. Może nawet zobaczył Seara Tayore, który był starszy, poważniejszy i potwornie zmęczony. Wychudzony i blady - wyglądał jakby właśnie wyczołgał się z grobu albo przeżył ciężką chorobę. Jego ubrania przypominały łachmany, a włosy sierść zaszczutego zwierzęcia.
Usiadł na podłodze, wciąż obawiając się miękkich powierzchni i ściskając Śmierć w drżących rękach. Była lodowata i nieprzyjemna, a jednocześnie kusiła obłąkany umysł pięknem pustki. Niemal ją upuścił. W tamtej chwili obserwująca go Vinara i Marelin wstrzymali oddechy, co było bez sensu. Czy oni nie wiedzieli, że klejnotów Gwiazdy Kalijskiej nie da się stłuc?
Nie zwracał na nich dłużej uwagi i ściskając w rękach Śmierć, na powrót zanurzył się w marmurowe korytarze. Odrzucił chęć powrotu do świata pełnego bólu i żądzy mordu. Cierpliwie nakłonił kamień do prowadzenia go w stronę Mądrości. Własna przeszłość przecież wcale go nie interesowała. W przeszłości nie zauważył wartości marmurowego labiryntu i nieograniczonych możliwości, które daje.
Z pewnością uporałby się z zadaniem znacznie szybciej, gdyby tak go nie przejęła moc otrzymanego przedmiotu i gdyby nie podążał znów bocznymi ścieżkami. Dopiero kiedy natknął się niespodziewanie na wspomnienie bólu, który kiedyś zadała mu Vinara i połączyło się ono z innymi, starszymi, ponownie podążył znacznie szybszą główną ścieżką.
Nie trzeba było wiele wysiłku, by zobaczyć, że Mądrość również akurat znajduje się w rękach wroga. Niektórzy zauważyli to już znacznie wcześniej. Być może wróg nie panował jeszcze nad życiem i śmiercią, ale to on doprowadzał ludzi do obłędu, a nie sam w niego popadał.

XXX Po tamtym brzemiennym w skutki poranku, nastał czas pełnych niespokojnego oczekiwania przygotowań. Wszystko zdawało zbliżać się do końca, problemy były rozwiązywane lub po prostu pomijane siłą, jaką daje śmierć za życia. Jeszcze czekało mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale miał wrażenie, że widzi kres. I choć nie miał pojęcia, co za sobą przynosi, wydawał się fascynujący przez swoją inność. Wszystko ma być inne, świat Sadrina Atlemira ma runąć w otchłań niepamięci, z której wynurzy się Sear Tayore. Była to rzecz straszna, lecz w swej straszności fascynująca i choć nigdy by nie przyznał tego przed samym sobą, był ciekawskim człowiekiem, a jego niespokojna dusza już teraz pragnęła eksperymentować na czekającym go bólu i szczęściu.
Tylko te przygotowania, ta nieskończona ilość mniejszych celów, które należy wcześniej osiągnąć, a które wymagają wysiłku mogącego przerosnąć wolę i umiejętności napawała go wstrętem.
Co gorsza - śmierć również mogła stanąć na jego drodze.
Vinara nie ufała Sadrinowi tak bardzo, jak nie ufała prawie wszystkim ludziom na świecie i niemal tak bardzo, jak on nie ufał jej. Przy tym pokładała niepodpartą żadnymi dobrymi powodami wiarę w jego umiejętności. Oświadczyła, iż pośle swoich ludzi we wskazane przez niego miejsce, tym samym znacznie przybliżając dzień jego wolności, tylko pod warunkiem, że będzie im towarzyszył i wspomagał ich swoją mocą. Sadrin nie rozumiał, jak mógłby pomóc swoimi wizjami w piekle, które bez wątpienia się rozpęta ani gdzie indziej Vinara miałaby w takim razie szukać. Czemu właściwie zadawała sobie tyle trudu, by przekonać go do udziału, skoro mogła go po prostu zmusić siłą?
Posiłkując się nawet nie połową swojego doświadczenia życiowego i rozumu, doszedł do wniosku, że jest to po prostu odruchowa manipulacja. Wykładając swoje postanowienie przy wszystkich zainteresowanych, przerzuciła na niego odpowiedzialność w razie niepowodzenia. Miał wiedzieć, że musi się postarać, bo w przypadku, kiedy coś pójdzie źle, czeka go mało przyjemny koniec.
A wiele rzeczy mogło pójść źle. Wedle wiedzy zdobytej w marmurowym labiryncie, Mądrość powinna się znajdować w domu Valtuna Fenyora – syna Riny Ovenveld. Sadrin, przez pobyt na dworze Rianomów, doskonale znał nazwisko Fenyorów i miał wszelkie powody przypuszczać, że to nie z powodu braku oficjalnych więzów i małej zażyłości z matką Valtun nie nosi nosi jej nazwiska. To stara anivrska tradycja nakazywała, aby mag biorący za żonę bądź męża innego maga pochodzącego ze sławnego i zasłużonego magicznego rodu, przyjmował jego nazwisko za własne, niezależnie od płci. Istniała wprawdzie jeszcze możliwość, że Valtun jest po prostu nieślubnym dzieckiem z ojca Fenyora, ale takiej możliwości Sadrin wolał nawet nie brać pod uwagę. W takim wypadku Fenyorowie nigdy by im tego nie darowali, choćby z samej dumy a niekoniecznie z sympatii do Valtuna. I tak już zamierzali ich rozzłościć.
Na szczęście Vinara kilkakrotnie upewniła go, że taka sytuacja na pewno nie zaistniała. Nawet jej najzacieklejszy wrogowie musieli przyznać, że nikt nie wie o wpływowych ludziach Veverleyn tak wiele jak ona. Niektórzy gotowi nawet po jej śmierci wyświęcić ją na bóstwo wścibstwa i szpiegostwa.
To były jednak tylko możliwe konsekwencje, a w tamtej chwili znacznie istotniejsze miały być przeszkody, na jakie natrafić mogli w trakcie - niezaprzeczalne pokrewieństwo Valtuna z Riną Ovenveld. Jeśli powierzyła mu taki skarb, to znak, że mu ufa. Jeśli mu ufa, to prawdopodobnie też go kocha. Jeśli go kocha, to nie chciałaby, aby stała mu się krzywda. Jeśli nie chciałaby, żeby stała mu się krzywda, zapewne oddelegowała do niego ludzi w takiej ilości, żeby nie tylko ochronić artefakt, ale prawdopodobnie zaryzykowała nietajność sprawy we własnych szeregach, by oddelegować więcej ludzi do ochrony samej jego osoby. A nie należało zapominać, że Rina Ovenveld była nikim innym jak dowódcą oddziałów Strefy z prowincji Everessy - drugiej z największych na Veanie, blisko położonej od Veverleyn i posiadającej nawet własną, choć świeżo założoną, Everesską Szkołę Magów, co pociągało za sobą posiadanie dodatkowej ilości podkomendnych przez Rinę.
Ponadto, Mistrzyni Oveneveld utrzymywała bliskie kontakty z Agjesem Prossem – dowódcą oddziałów z południa starej stolicy. Choć Anivr leżało za oceanem, liczniejsze były tylko odziały wschodnioveverleńskie. To właśnie te ostatnie mieli do dyspozycji razem z Odziałem Szarym zajmującym się szeroko pojętą ochroną członków Wielkiej Rady Zakonu. Te jednostki jednak, jak nie omieszkała uświadomić go Vinara, należały również do najbardziej zapracowanych i narażonych na ewentualną dywersję dwóch pozostałych stacjonujących w Veverleyn – południowoveverleńskiego i północnoveverleńskiego.
Długo rozmawiali o wszystkich możliwych niebezpieczeństwach takiego układu.
- Trudno mi przewidzieć, jak ich dowódcy zareagują na te sytuację. Eyra Viviresco – nazwisko to Sadrin słyszał nie po raz pierwszy, bo wedle wszelkich dostępnych źródeł to właśnie ta tajemnicza postać została naczelnym dowódcą Strefy po niedawnej tragicznej śmierci legendarnego Kahlera Czarnego - powiedziała mi tylko, że została zapewniona o ich lojalności, ale nawet ona nie jest w stanie przewidzieć faktycznego biegu wypadku.
Ta rozmowa miała akurat miejsce pewnego leniwego popołudnia, kiedy Sadrin znudzony już dryfowaniem w bocznej i trudnej w nawigowaniu odnodze marmurowego labiryntu, wstał wreszcie na kolejny posiłek wciskany mu przez coraz to kolejnych ludzi oddelegowanych do opieki nad nim, którzy bez słowa zastąpili Evryl i Marelina, a których Sadrin wcale nie miał ochoty pytać o imię. Rozmowy z niemal zmaterializowaną w powietrzu Vinarą nawet nie musiał zaczynać. Sama jakoś się zaczęła, jakby z przyzwyczajenia.
- A dowódca oddziałów wschodnioveverleńskich? Skąd pewność, że nas nie zdradzi?
Te słowa wyraźnie ją zaskoczyły, jakby nigdy wcześniej taka ewentualność nie przeszła jej przez myśl. Jakby była absolutną niedorzecznością lub złamaniem najważniejszego avareńskiego dogmatu.
- Bardziej nawet bałabym się zdrady Evryl i Marelina, których intencji jestem absolutnie pewna, niż zdrady wschodnioveverleńskiego dowódcy. Ba! Bardziej nawet obawiałabym się zdrady samego Wielkiego Mistrza!
- A kimże takim jest ów człowiek?
- Tożsamość Riny i Agjesa podałam ci tylko dlatego, że są oni zdrajcami. Nie spodziewaj się, że zdradzę ci nazwiska osób stojących na czele Strefy. W ogóle za wiele się nie spodziewaj, dziecino.
Oho...
- Mógłbym to sprawdzić, wiesz o tym?
Uniosła brwi w pełnym drwiny grymasie.
- Doprawdy? Nie sądzę.
Uznała temat za skończony i odeszła.
Sadrin sprawdził później jej słowa. Faktycznie. Ktoś postawił na jego drodze niemożliwy do obejścia mur. Nie potrafił oszacować wielkości tego, co kryło się za barierą, ale potrafił natychmiast sprawdzić, że został odgrodzony również od całej przeszłości samej Vinary. Dziwnie go to przejęło, choć to był przecież tylko mały skrawek. Do tamtej pory po prostu uwielbiał myśl o swojej nieograniczonej mocy.

Drzwi trzasnęły, wyrywając Sadrina z objęć marmurowego labiryntu. Przez chwilę zdawać by się mogło, że wieżę nawiedza burza wdzierająca się do budynku przy akompaniamencie niewyszukanych przekleństw. Zaraz jednak do sypialni z impetem wpadła Vinara Elburn, niemal potykając się o jego rozciągnięte w bezładzie na podłodze ciało, które właśnie dopiero na powrót uświadamiało sobie swój fizyczny kształt.
- Oddziały wschodnioveverleńskie nam nie pomogą – oświadczyła, nawet nie próbując ukrywać związanych z tym emocji. - Oddział Szary też już nie. Co najmniej jest już w rękach Tegrana. Pff! Weźmiemy Czarną Straż. W sumie słusznie. Wolałabym dziesięcioro ludzi z Czarnej Straży, niż nawet pięć tuzinów wschodnioveverleńskich i tyle samo Oddziału Szarego.
Jej dumna postawa mogłaby sugerować, że co najmniej sama tę jednostkę wyszkoliła, wyposażyła i już gotową osobiście zaprowadziła do Eyry Viviresco.
- Czym jest Czarna Straż? - spytał Sadrin półprzytomnie, rozmasowując obolałe kości i jednocześnie próbując sięgnąć po stojącą na stoliku szklankę. Nazwa kojarzyła mu się tylko z okrytą złą sławą Czarną Gwardią, która według nieprzychylnych Wielkiemu Mistrzowi ludzi miała z pomocą siły zagwarantować mu przed wiekami wybór na to stanowisko. O ile się orientował, dawno już nie istniała.
- To nieoficjalna nazwa. Podobno mają też jakąś oficjalną, ale nie wiem, czy sami ją znają. Ważne, że rozgromią ludzi Riny, jakby byli bandą pijanych Sadrinów Atlemirów. Lepiej ich nie rozzłość, bo coś mi mówi, że nie przypadniecie sobie do gustu.
- Nie powinienem tam być. Nie przydam ci cię.
Z niezadowoleniem zauważył, iż zdobyczna szklanka jest już pusta. Musiał się podnieść i niemal wpadł przy tym na Vinarę. Ciemniało mu przed oczami.
- Ty, owszem, na pewno mi się nie przydasz, ale twoje wizję już tak. Zresztą nie mnie, tylko Yanirumowi. Muszę być obecna na zebraniu Małej Rady – skłamała. Fakt, że Mała Rada z reguły nie zbiera się w środku nocy był powszechnie znany.
- Czy Yanirum to nie ten mag, który jeszcze przed powstaniem Anivr opisał Gwiazdę Kalijską?
- Chwilowy pseudonim. Artystyczny. Może dobrze zrobię, jeśli wyprawię z tobą Marelina, żeby cię pilnował.
Sadrin niemal zachłysnął się z trudem zdobytą wodą, gdy jego umysł odruchowo wybiegł na poszukiwanie krętych ścieżek uczęszczanych przez tego chłopaka. Znów musiał stłumić w sobie zrodzoną w tajemniczy sposób i absurdalną myśl o tym, że mógłby z pomocą magii opanować jego umysł i wydrzeć resztę tajemnic. Marmurowy labirynt lubił znać prawdę.
- Czego się dowiedziałeś? - dodała po chwili.
Przez jego ciało przebiegły iskierki gniewu. Przez chwilę wszystkie jego mięśnie spięły się gotowe do skoku. I puściły, pozostawiając nieprzyjemne uczucie zimna. Przez chwilę pragnienie nowego życia i uczucie niepokoju siłowały się w jego wnętrzu. Nie lubił zdradzać innym tajemnic marmurowego labiryntu. Czasem bał się, że ze słów mogą odkryć jego istnienia. Zwłaszcza Vinara. Ona ma najbystrzejszy umysł i największą wiedzę. Mogłaby poznać prawdę i wykorzystać ją do własnych celów. Jak zawsze. Jak dawno temu w Anivr. Jak wszyscy ludzie, którzy poszli tą drogą, odkąd wola Stwórcy umożliwiła istnienie marmurowych korytarzy.
- Dobrze się przygotowali – zaczął ostrożnie. - Choć są tam od niedawna. Trudno powiedzieć, gdzie Mądrość była wcześniej... Tamto miejsce jest takie...
- Nie zatrzymałam cię przy życiu, żeby słuchać ogólników.
-... puste. Jakby wcale go nie było albo było bardzo daleko. Tak daleko, że nikt w Tarunie nie może oddalić się od czegokolwiek na taką odległość. Z labiryntu korzeni i cierni, które mogły urosnąć, ale zmarniały. Ktoś zabrał ją stamtąd i został okradziony. Teraz kuli się w korytarzu i płacze, bo Mądrość jest potrzebna każdemu, a najbardziej temu, kto popełnił wielkie głupstwo. Mogłaś go powstrzymać, ale znów chodzisz z zawiązanymi oczami. Znów chcesz rzeczy niematerialne porządkować w materialny sposób. Jak naukę, a nie jak magię. Piątego Żywiołu nawet wszystkie pozostałe nie są w stanie przywołać do porządku.
- Słucham? - Zdębiała.
Ocknął się. Słowa, które przed chwilą wypowiedział blakły wciągu sekund. Zaraz znowu dryfował po marmurowym labiryncie z niewielkim tylko kolcem niepokoju w sercu.
- Na czym skończyłem?
Nie odpowiedziała. Nawet nie drgnęła. Westchnęła tylko, ale nie poruszając się przy tym nawet o milimetr.
- Budynek jest stary, od wieków pod władzą Fenyorów. W środku spora część jest drewniana, gotowa się spalić przy najlżejszym uderzeniu. Oddali go Valtunowi do dyspozycji, bo tylko płacą za niego podatki, choć od wieków stoi pusty. Wszystko ciągle płonie, zauważyłaś? Nawet meble zabrali. Wszystko przez żywioły. Przywieźli tam mnóstwo ziół. Prześladują ostatnio to miasto, a najbardziej piąty z nich. Ale nie dlatego, że Valtun jest alchemikiem. Pamiętasz tę powódź, te sprzed czterech lat? Te zioła są inne, dziwne. Stałaś tam i przypomniało ci się zniszczenie Mintere, kiedy ulice spłynęły krwią. Dopiero potem ściągnęli tam Strefę. Dosłownie. To przez tego dupka rojącego sobie odbudowę syantijskiego imperium. Albo lodowaty wiatr, który dął tamtej zimy ulicami Brevis. Z nim zawsze było coś nie tak. Boli, prawda? To zdrajca. Wszyscy dążą tylko do zdrady. Dokładnie jak ty. Nawet ja odczułem zdradę. Yyy... Przepraszam. Gubię się. Miałem powiedzieć, że...
- Wszystko w porządku, Sadrinie? – przerwała mu.
Wyglądała na co najmniej skonsternowaną.
- Mniej więcej tak. Nie. Nigdy.
Zdecydowanie wolałby wciąż przebywać w marmurowym labiryncie, niż rozmawiać z Vinarą. Zachowywała się nieco dziwnie i najwyraźniej akurat dziś postanowiła nie uświadamiać go, jaki to z niego nieużytek i co znowu robi nie tak.
A może potrzebował po prostu więcej skupienia, żeby pojąć znaczenie delikatnie dawanych sygnałów? Wycofał resztki umysłu z marmurowego labiryntu. Uderzenie w rzeczywistość zdawało się boleć porównywalnie z uderzeniem zaklęcia Vinary, ale wytrzymał.
Musiał wytrzymać.
Przecież mogłaby się dowiedzieć.
- Tylko trochę zamyślony jestem. Trochę długo... Nad tym myślałem i nie zauważam, kiedy zbaczam z tematu.
- Chcesz odpocząć?
- Nie, kontynuujmy.
Opowieść pobiegła dalej, a Sadrin nie mógł się powstrzymać i pobiegł wraz z nią wśród nieczułych marmurowych ścian.

Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Shady
Posty: 49
Rejestracja: 12 lutego 2015, 14:26

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Shady » 22 października 2015, 16:05

Swoją drogą, Krin, ile zajmuje ci napisanie takiego jednego fragmentu? Tak z ciekawości pytam.

ODPOWIEDZ