Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Piąty Żywioł

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 20 lutego 2016, 19:01

Mam nadzieję, że was nie zemdli :bag:
XXXIV Szczęście się do niego uśmiechnęło. Przez łzy, ale Sadrin nie należał do ludzi wybrednych. Jednym słowem – przeżył. Trafił do kolejnej celi, ale przeżył. Nigdy wcześniej nie myślał o celach pod względem jakościowym, lecz tym razem musiał przyznać, że jest o niebo lepiej.
Nie do końca pamiętał, jak się tam znalazł i wcale go to nie obchodziło. Spał noce i dnie zupełnie pozbawiony sił. Tym razem miał chociaż na czym. Drewniana, wcale nie czysta prycza po wieczności spędzonej na kamieniu była spełnieniem jego marzeń. Ktoś się nawet postarał i go opatrzył. Znowu. Sadrin nie był pewien, czy w ogóle posiada jeszcze kawałki skóry niezaliczające się do kategorii ran.
Wszystko wydawało się lepsze. Żywność i woda również. Najwyraźniej ktoś stwierdził, że skoro już poświęcili tyle czasu i trudu, by jednak przeżył, to lepiej, żeby nie zdechł z głodu. Ba! Tu nawet powietrze zdawało się lepsze. Nadal cuchnęło, ale był to zupełnie inny poziom cuchnięcia. Właściwie, przeszkadzała Sadrinowi jedynie obecność innych więźniów. Nie w jego celi – za ścianą. Nawet nie przypuszczał, że ludzie mogą tak przeszkadzać, siedząc za ścianą. Byli okropni. Coś mówili. Hałasowali. Chyba nawet oddychali jemu na złość. W ogóle jakoś istnieli za bardzo! Bywało, że nie mógł spać zdenerwowany ich obecnością.
Komu zawdzięczał ten połowiczy ratunek? Zapewne nigdy, by się nie domyślił, gdyby nie Vinara. Dzięki niej znał niektóre oznaczenia na mundurach Strefy i mógł z pewną dozą pewności stwierdzić, że został schwytany przez oddziały wschodnio-veverleńskie – te same, które wycofały się przed atakiem na rezydencję Fenyorów. Nie bardzo wiedział, czego oczekiwać z ich strony. Z dużym prawdopodobieństwem wiedzieli coś o jego umiejętnościach i Sadrin doszedł do wniosku, że lepiej zgodzić się, jeśli zapragną współpracy. Nie traktowali go tak paskudnie teraz, to może później też nie będą. Czekając na kolejny ratunek, prędzej trafi gorzej, niż lepiej.
Na razie oczywiście zaczeka. Będzie ostrożniejszy, niż poprzednio.
Tutaj również wyrwano go ze snu, ale trudno było tego uniknąć, skoro spał na okrągło. Nadal nie mógł chodzić, lecz przynajmniej tym razem nie powleczono go jak worek ziemniaków. Wykazano się w dostarczaniu go na miejsce większą delikatnością, choć wciąż nie mógł nazwać takiego traktowania uprzejmym.
Może mu się wydawało, że jest lepiej, bo miał myśleć pozytywnie? Tak sobie obiecał, choć nie rozumiał, dlaczego coś takiego przyszło mu wówczas do głowy. Chyba nawet jego pesymizm stracił dawną żywotność, pozostawiając otępiającą wiarę, że wszystko będzie dobrze. Przecież nawet najbardziej pechowego ucznia Veverleńskiej Szkoły Magów może czasem spotkać coś dobrego.
Chyba.
Kiedy posadzono go przed biurkiem w pomieszczeniu o gołych ścianach, przeraził się, czy aby na pewno jego umysł nie powędrował znowu w otchłanie marmurowego labiryntu, lecz oprzytomniał, że przecież nadal ma do czynienia ze Strefą, czyli powinien spodziewać się podobnej „procedury”.
Różnice były. Na przykład strażnicy wyszli natychmiast po odprowadzeniu więźnia. Sadrin został sam na sam z chudym mężczyzną o jasnych włosach ubranym w czarny zakonny płaszcz. Na pierwszy rzut oka wydał się całkiem uprzejmy, lecz nie mógł nie zauważyć wcale nie dyskretnego błysku rozbawienia w jasnych oczach i drgnięć w kąciku ust.
Czerń?
Czerń nosili tylko Mistrzowie Feniksa, tacy jak Vinara, a mężczyzna przed nim żadnego nawet nie przypominał. Bodajże nie było wśród Mistrzów Feniksa żadnego blondyna poza starym Mistrzem Aqualienem, ale tego bez wątpienia by rozpoznał. Ponadto jego strój też wcale nie był typowym dla tej grupy ubiorem. Czarny, ale z białymi symbolami. Z drugiej strony krój miał na pewno zakonny.
I jeszcze ta dziwna towarzysząca mu magia...
Sadrin niemal spadł ze stołka, kiedy sobie przypomniał.
- Witaj, Sadrinie – wcale nie zabrzmiało uprzejmie. - Miło mi cię widzieć po tak długiej przerwie, choć za pierwszym razem niedane mi było się przedstawić. - Ukłonił się, o ile można powiedzieć tak o człowieku, który nie rusza tyłka z siedzenia. - Olir Mandes me miano.
- Mag Cienia.
To stwierdzenie nie zaskoczyło mężczyzny. Skinął głową. Jeśli kiedykolwiek Sadrin sądził, że ktoś mógłby być krewnym Vinary, to ten tu musiał być jej bratem bliźniakiem. Mówił takim samym tonem, siedział w taki sam sposób, identycznie przechylał głowę i mrużył oczy. Oddychał tak samo. Cholera, on nawet tak samo patrzył! A spojrzenie Mistrzyni Elburn nie należało do przyjemnych.
- W istocie.
Mistrzowie Cienia – według podań i legend jedyni magowie mogący uśmiercić Mistrzów Feniksa. Gdyby się dobrze zastanowić Mistrzowie Feniksa przy Magach Cienia mogli uchodzić za mało tajemniczych. Po prostu Magów Feniksa można było jeszcze czasem zobaczyć. Vinarę, Wielkiego Mistrza, braci Berger... A Magów Cienia? Kilka razy widział ich przy oficjalnych uroczystościach, ale resztę czasu równie dobrze mogliby spędzić w niebycie. Nikt nie wiedział, gdzie mieszkają. Niby znano ich nazwiska, ale nikt nie potrafił ich przyporządkować do konkretnej osoby. Miewano nawet kłopoty z policzeniem tych mistrzów.
Nikt nie miał też wątpliwości, dlaczego tak się dzieje – sami tego pragnęli.
Magowie Cienia, jak sama nazwa wskazuje, byli odzwierciedleniem każdego przedmiotu i każdej istoty. Z pomocą magii potrafili przyjąć ich postać, niezależnie od wielkości, a ponadto nie sprawiało im problemu przybranie kilku form naraz. Na szczęście wciąż pozostawali tylko cieniami – nie mogli przybrać identycznej formy, raczej wzorowali się na istniejących.
Sadrin nie wątpił, że potrafią również przyjąć formę kota, listu i ptaka.
Nie rozumiał tylko, po co i który z nich odważyłby się na dokonanie czegoś podobnego w Czarnej Wieży. Jak wieść niosła, obie grupy nie przepadały za sobą od tysiącleci. Od tysiącleci zabijali się o wpływy i ze zwyczajnego strachu przed własną siłą. Zazwyczaj zwyciężali Mistrzowie Feniksa.
Skąd ta nagła obecność? Czyżby spisek? Przeciwko Vinarze?
Po plecach przebiegł mu dreszcz.
Zabić Vinarę Elburn?
- Nie do końca rozumiem, jak mam interpretować tamtą wiadomość. Śmiem wątpić, by Vinara mała coś przeciwko mojej rozmowie z Wielkim Mistrzem. Gotowy jestem nawet wątpić w życzliwość człowieka, który udziela mi rad w tak zagadkowej formie.
Wytrzymał oceniające spojrzenie. Nie było to takie zainteresowanie jak te starca na usługach Riny Ovenveld. Wydało się żywsze, prawdziwsze. Ten człowiek nie był urzędnikiem. Jego myśli wiły się, tworząc skomplikowane plany. Wykorzystywał dostępne możliwości, by na wszelki wypadek zdobyć jeszcze więcej możliwości. Rozgrywał ludzi jak pionki. Nić jego losów wyglądała znajomo, bo niejednokrotnie przecinała się z pozostałymi oglądanymi przez Sadrin, jednocześnie pozostając w ukryciu.
- Przyznam, że sam miałbym pewne trudności – uśmiechnął się w sposób jednakowo czarujący i budzący niepokój. W sposób, który Sadrin znał aż za dobrze. - Ta wiadomość nie była bowiem wiadomością ode mnie. Ten ktoś o kim mowa bardzo chce się z tobą zobaczyć i to między innymi dlatego jeszcze żyjesz.
Ziewnął. Cóż było istotnego w tym, czy Sadrin Atlemir przeżyje?
- Na co więc cyrk z wiadomością?
- Ten ktoś był ciekaw twojej reakcji.
Sadrin przypomniał sobie swoją reakcję, by zakwalifikować ją do kategorii nudnych i żałosnych.
- Mam nadzieje, że mu się podobała. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem. Nazwałbym to raczej wypadkiem i strasznie mi żal, i swego czasu zalewałem się łzami z tego powodu, ale to nie znaczy, że mam zamiar ukorzyć się przed czyimkolwiek sądem. Powiedz mi tylko, że to nie Marelin, który chce mojej głowy. Ani nie jego mistrz. Celisa, nie Marelina.
Ostatnie słowa dodał po chwili zastanowienia i wypowiadając je, nie miał wątpliwości, że to właśnie o nim mowa. Lodej w imię zemsty za śmierć Kayryna przelał krew Geltana i gotowy był przelać również krew Sadrina.
A Celis wart był więcej. Znacznie więcej.
Gdyby sam nie doprowadził do jego śmierci, ścigałby mordercę na drugi koniec świata, do najgłębszej otchłani i z powrotem. Ale teraz nie chciał zginąć.
- Mogę już zaprosić mojego gościa?
- Nie.
Olir roześmiał się.
- Dlaczegóż to?
- Czy Mandes to nie jest stare niziołskie nazwisko? Starosalijskie.
Trafił.
Magia otaczająca mężczyznę zgęstniała. Kształt jego ciała zaczął się rozmywać, aż zmienił się w czarną, bezkształtną masę i zmniejszył o połowę. Zaraz znów zaczął nabierać humanoidalnych kształtów, zmieniając zarówno rysy twarzy i przynależność rasową.
Przed nim siedział niziołek o zielonych oczach i rudych włosach. Przy czym rude to raczej mało adekwatne określenie – nie jeden lis czy wiewiórka mogliby mu pozazdrościć. Wzrost miał już odpowiedni, ale nawet gdyby Sadrin bardzo chciał, nigdy nie wziąłby go za krewnego Vinary. O tyle go to zdziwiło, że zawsze uważał wszystkich przedstawicieli tej rasy za niemal identycznych. Zresztą słyszał kto kiedyś o rudowłosym niziołku?
A postać musiała być prawdziwa. Czuł, że magia zniknęła.
- Zadowolony?
Pytanie przywołało Sadrina do porządku. Odczepił nachalne spojrzenie od Olira. Wbił wzrok w kogoś, kto właśnie stanął w drzwiach najwyraźniej zniecierpliwiony ich przydługą pogawędką.
Sadrin przestał oddychać. Świat stanął, nie rozumiejąc, co ma zrobić z zaistniałą sytuacją. Nogi, które dotąd znajdowały się zupełnie poza jego władzą, wykonały dziwny manewr zakończony upadkiem kolanami na kamienną podłogę. Pociemniało mu w oczach. Nie wiedział czy kręci mu się w głowie od uderzenia, czy to jego umysł doszczętnie zwariował.
Nic lepszego się po prostu nie mogło wydarzyć.
Nie był to żądny zemsty mistrz Celisa. Nie była to Enya wściekła podwójnie, że jej dom został spalony przy okazji morderstwa. Nie był to cudownie ocalały Marelin pragnący wypruć z niego wnętrzności. Nie była to Vinara nade wszystko nie znosząca, kiedy Sadrin coś przed nią ukrywa. Nie był to Meszar gotowy wydać wszystkie jego sekrety przy najmniejszym potknięciu.
To był Celis.
Długie jasne włosy, błękitne oczy, dziecięca twarz i sylwetka. Tylko minę miał niedziecięcą. O to przybył ten, kto miał wymierzyć nań sprawiedliwość i opowiedzieć światu o niegodnym postępku.
Sadrin zerwał się i porwał go w ramiona.
Ot, tak na wszelki wypadek, gdyby miał nie zdążyć przed tym, jak wykrzyczy mu w twarz jakiekolwiek oskarżenie. Co mogło być lepsze niż obejmowanie przyjaciela, którego samemu się zabiło? Tak jak kiedyś – w dziwnej, pięknej rzeczywistości, kiedy wszystko dopiero zaczynało być trudne i skomplikowane. Nie wstrzymał łez. Nie potrzebował żadnego daru. Krew, której żałował nigdy nie znalazła się na jego rękach. Istniała litość nawet dla Sadrina Atlemira.
Celis zamarł na chwilę zaskoczony, lecz do czego jak do czego, ale do wylewnego okazywania uczuć nie trzeba było go długo przekonywać. Wprawdzie wolał robić to z zaskoczenia i pod przymusem, ale skoro Sadrin już znalazł się pod ręką...
- Przepraszam, Sadrinie – wyszeptał mu do ucha.
- Ty przepraszasz? Za co?
- Za to, że ci nie zaufałem. Teraz już wiem.
- To ja ciebie powinienem przepraszać. Nie powinienem był nigdy...
- Nic się przecież nie stało. Gdybym nie był taki gwałtowny... - Zaśmiał się przez łzy. - Obaj jesteśmy siebie warci.
- Ale mogło się stać. Jak ty właściwie...
- Po to Avaren dał nam moc, Sadrinie.
- Dlaczego milczałeś? Myślałem, że nie żyjesz, że cię zabiłem. Czy ty mnie chciałeś do szaleństwa doprowadzić?
Sadrin uniósł się tym rodzajem złości, jaką można żywić do malutkiego kota, który przez nieuwagę stłukł filiżankę.
I tym razem to nie jemu zrobiło się mdło od nadmiaru czułości. Nie, Sadrin mógłby zająć tym resztę życia i nadal nie byłaby to dość wysoka rekompensata za czas spędzony w celi.
To Olir westchnął przeciągle, ziewnął ostentacyjnie i położył się w poprzek na dwa razy za dużym fotelu. Kiedy Sadrin nareszcie oderwał się od przyjaciela na tyle, by móc spojrzeć w stronę niziołka, nie miał wątpliwości, że oczekiwał on czegoś innego niż czułe powitania i teraz był zawiedziony.
- Skończyliście już? - spytał.
Jednak młody mag wciąż trzymał młodego elfa za ramiona i wcale nie wyglądał, jakby miał puścić.
- Nie.
- Nie moglibyśmy przejść dalej, skoro już ustaliliśmy, że obaj żyjecie, czy chcecie jeszcze poprzysiąc sobie wieczną miłość i oddanie? Ale ostrzegam – nie jestem dzisiaj przygotowany do udzielania ślubów.
- Masz jakiś problem, Olirze? - spytał Celis.
Jak zwykle elf nie odczuwał potrzeby przestrzegania jakichkolwiek konwenansów, co chyba wcale nie spodobało się niziołkowi. Dopiero po dłuższej chwili poprosił Sadrina, żeby go puścił i zajął miejsce przy biurko naprzeciw mężczyzny.
Była to dokładnie ta sama chwila, kiedy ciało Sadrina przypomniało sobie o bólu. Nogi ugięły się pod nim i upadł. Wrzasnął. Miał wrażenie, że coś połamał.
- Wszystko w porządku? - Przyjaciel natychmiast znalazł się u jego boku. Nawet Olir wstał na moment i wyciągnął szyję, sprawdzając, czy aby na pewno Sadrin nie zamierza wyzionąć ducha.
Z pewną ulgą doszli do wniosku, że pożyje jeszcze jakiś czas.
- Pomóc ci wstać? – zaoferował się elf.
- Nie, chyba sobie posiedzę. Nie macie nawet wolnego krzesła.
Wypowiedź zabrzmiała tak żałośnie, że u obu magów wywołała napad wesołości. Rumieniec, który podstępnie pojawił się na twarzy Sadrina tylko pogorszył sprawę. Olir porzucił wszelkie pozory surowości.
- Nie chciałbym cię męczyć, ale mamy jeszcze parę spraw do omówienia. Istnieje zagrożenie, że w przeciwnym wypadku pewna kobieta urwie mi głowę.
Chcąc nie chcąc, musieli podnieść Sadrina z ziemi przy akompaniamencie jęków i narzekań. W tym celu mag cienia z powrotem przybrał postać człowieka o jasnych włosach i to on przyjął na siebie większość ciężaru chłopaka. Celis wydawał się przy nim dziwnie słaby i kruchy, ale dzielnie sprostał wyzwaniu polegającemu na dopilnowaniu, żeby Sadrin nie opuścił przez przypadek raz osiągniętego pułapu.
- Nie żywię wobec ciebie, Sadrinie, żadnych negatywnych uczuć, ale musisz wiedzieć też, że te uczucia nie są proste – mówił Olir, kiedy przywrócono pozory oficjalnego spotkania. – Nie da się ukryć pewnych zaszłości pomiędzy tobą a Strefą. Strefą właściwą oczywiście, a nie pojedynczymi grupami buntowników na usługach, co głupszych i próżniejszych Radnych. Nie da się również ukryć faktu, że to w twoich rękach pozostawała Śmierć, nim wpadła w ręce wroga. Stawia cię to raczej w złym świetle, choć wierzę, że absolutnie nie czyni cię to jednostką bezwartościowa. Wszak dowiodłeś swoich umiejętności, znacząc ziemie Fenyorów krwią jej strażników. A tamto... - Machnął lekceważąco ręką. - To był tylko drobny wypadek przy pracy, którego nie dało się przewidzieć. Nikt nie oczekuje od ciebie, że będziesz tak genialny jak my, nieprawdaż?
Sadrin nie rozumiał o jakich „nas” chodzi i czy ma traktować ostatnie zdanie jako żart, ale skinął głową. Miał pewne podejrzenia, więc równie dobrze mógł pozwolić uznać Olirowi, że naprawdę jest dobrze zorientowany. Albo przynajmniej szybko kojarzy fakty.
Zresztą przecież naprawdę szybko kojarzę fakty.
Ta?

- Dziękuję za taką opinię, co nie oznacza, że mnie ona nie dziwi.
- Och! Mógłbyś chociaż raz uwierzyć w czyjeś dobre słowo. – Westchnął teatralnie. – Zapewne już przeczuwasz, że zmierzam do tej mniej przyjemnej części, prawda? Otóż, nie mogę przejść swobodnie również nad faktem twojego uwięzienia przez naszych... byłych braci. – Jego głos stał się nagle zupełnie poważny. - Muszę wiedzieć, o czym z nimi rozmawiałeś, co im powiedziałeś, czego chcieli. Tego nie można tak po prostu pominąć. Rozumiesz mnie?
Sadrin spojrzał na kamienną twarz Celisa, zastanawiając się, jaką on odgrywa w tym wszystkim rolę.
- Tak.
Zabrzmiało prawie jak pisk.
Bo przecież nic nie powiedział.
I nikt nigdy mu w to nie uwierzy.
Pierdoła Sadrin i milczenie? Nie! Ten mały robak nie zniósłby najmniejszego bólu. Siłę woli ma słabą jak prowadzone na rzeź jagnię. To tchórz jakich mało. On chce tylko ucieczki, ucieka wciąż przed własnym cieniem i własny ogon goni. Jest jak wściekły pies, który pogryzie każdego, byle by go nie pogryźli.
Milczał. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, co Olir wywnioskował na tej podstawie, biorąc pod uwagę niezadowolenie, jakie przemknęło po jego twarzy i fakt, że postanowił mu pomóc.
Tak, trzeba pomóc zdrajcy wyznać grzechy.
- Zacznij od tego, co stało się ze Śmiercią i Mądrością. Zakładam, że nie wiesz kto i gdzie je zabrał.
- Nie, zabrali je od razu, kiedy tylko mnie znaleźli. Nawet nie wiem kiedy – skłamał jak z nut.
Tak, na byciu zupełnie nieporadną życiowo pierdołą się znał. Ćwiczył to od maleńkości i nie będzie miał problemu z udawaniem.
- Tak myślałem. O co pytali? Chcieli cię nakłonić do współpracy?
- Tak, chcieli.
- I?
- Jak widać. - Wskazał na swoją owiniętą bandażem rękę, którą opierał o krawędź biurka.
Kątem oka zauważył zdenerwowanie Celisa. Tuż przed tym, jak wbił spojrzenie w blat biurka, jego usta ścisnęły się w wąską linię. Ręce zacisnął na oparciu krzesła. Co jakiś czas zarzucał nerwowo głową, jakby próbował strząsnąć z siebie jakieś nieprzyjemne rozważania.
Jest inny. Źle się z nim obeszliśmy.
My też jesteśmy inni. Ty jesteś inny. Śmierć nigdy nie obchodzi się łagodnie ze swoimi ofiarami.
Jeszcze nie umarliśmy.
Człowiek umiera przez całe życie. Czasem po prostu umiera bardziej niż zazwyczaj.

- Rozumiem. - Niziołek najwyraźniej nie był równie wzruszony tą historią. - A co chcieli wiedzieć?
W umyśle zaszumiał nieustający ciąg pytań. Oddech. Pytanie. Ból. Wizje znów zaczaiły się na krawędzi myśli, pchając się i próbując być zauważone jak za starych dobrych czasów przed odkryciem marmurowego labiryntu.
- Mam wymienić wszystkie?
- Możesz zacząć od tych, na które odpowiedziałeś.
I co teraz?
- Z sensem czy bez sensu? – próbował zyskać nieco czasu, choć wiedział, że zaraz przeciągnie strunę i Olir zacznie zachowywać się bardziej konkretnie.
- Z sensem.
Ach to znudzenie w jego oczach. I to najbardziej okazałe z wszystkich dotychczasowych ziewnięć... Zapewne ludzie trudniący się w Strefie przesłuchaniami słyszeli już wszystkie wymówki na świecie.
- To mogę zacząć od tych, na które nie odpowiedziałem?
Ocean spokoju falował coraz mocniej.
- Nie, Sadrinie.
- Bo to jest skomplikowana sprawa...
- To zawsze jest skomplikowana sprawa. Jestem w stanie to zrozumieć. Nie zajmuję się tym od wczoraj. Strefa to mój dom, a jej metody przesłuchań to dla mnie meble, które mogę odnaleźć nawet w ciemności.
Zrzuć winę na marmurowy labirynt.
Co? Zwariowałeś?
Powiedz, że nie możesz wiedzieć.

- Prawdę mówiąc, nie byłem wtedy do końca przytomny.
Na chwilę zadziałało.

- Wiesz co, Vinaro? Dziwny jest ten twój chłopak – mówił Olir przeglądając stertę z nieprzeczytaną korespondencją. - Vinaro? Vinaro, słuchasz mnie w ogóle?
- Mhm – dobiegło go z tyłu, z poziomu gruntu. Klęczała, grzebiąc w jego szafce, co do której miał pewność, że nie pozwolił jej tego robić. Nie spytała. Normalnie by nie miał jej tego za złe, bo w końcu Vinara to Vinara, ale ostatnio zachowywała się nieco dziwnie.
- Cały czas coś kręci, cały czas mówi dziwne rzeczy. Łatwo go do siebie przekonałem. Wystarczył Celis i mały spektakl, ale jednocześnie mam wrażenie, że nie do końca potrafię go rozszyfrować. Ukrywa coś, ale robi to w sposób... - Paroma nieokreślonymi wymachami ramion próbował określić w jaki sposób, ale nie zdołał. - No dziwny jest. Zastanawiam się, czy on na coś nie choruje, bo Enya przecież... Vinaro, dlaczego mnie wąchasz?
Olir próbował odwrócić się w kierunku kobiety dosłownie dyszącej mu na kark, ale powstrzymała go mocnym uściskiem.
- Nie, nic. Tak tylko sprawdzam.
- Czy się umyłem?
Prychnęła.
- Nie. Jestem absolutnie pewna, że tego akurat nie zrobiłeś. Kontynuuj – ponagliła.
- Czy oni się tam czasem czegoś nie nawdychali? Diable siedlisko w domu? Widziałem już takie sytuacje. Wprawdzie Sadrin nie wygląda na opętanego, ale to jeszcze nie znaczy... Te listy nie są zaadresowane do Vinary Elburn. Sprawdziłem. Na dodatek jest to korespondencja całkowicie prywatna. - Na ostatnie słowo położył szczególny nacisk.
Jedyną odpowiedzią było zimne spojrzenie zielonych oczu.
To znakomicie – mówiło – tak się składa, że ja też przeglądam twoją korespondencję jako osoba całkowicie prywatna.
- I myślę... - Wodził wzrokiem za kolejnymi bezczelnie obdzieranymi z kopert wiadomościami. - Że on jest całkiem inteligentny. I to nie jest tak, że on kręci tak po prostu. On kłamie na dwóch poziomach. - Wziął dla zilustrowania dwa leżące na blacie tomiki pełne modlitw i religijnych pieśni. - Nawet to kłamstwo, które on mówi, jest jednocześnie prawdą, ale taką półprawdą. Półprawdą i półkłamstwem zarazem. Wiem, że to, co mówię, brzmi zapewne nieco niezrozumiale, ale... Vinaro, nie słuchasz mnie, prawda?
- Trzeba było iść ze mną na Fenyorów, to byśmy nie dopuścili do takiej sytuacji.
Nawet na niego nie spojrzała.
- Ile mam ci powtarzać, że nie mogłem, nie mam ludzi, nie jestem w stanie. Jaki to ma właściwie związek ze sprawą? Było, minęło i nie daje odpowiedzi na postawione przeze mnie pytanie.
- Sadrin jest, a przynajmniej był inteligentny, kiedy się postarał. Ludzie Riny przerobili mu mózg na papkę. Dlatego tak bełkocze. Oni wszyscy wydają się być zdrowi i w porządku, ale są złamani. To zwyczajny młody człowiek. Nie twórz wokół niego skomplikowanych teorii na temat złożoności natury ludzkiej.
Odciągnął ją delikatnie od strzępek listów. Zamknął jej nadgarstki w uścisku, a ona niby to nie mogła się wydostać, lecz wiedział, że w rzeczywistości uważa to za zbędny wysiłek. Inaczej nie byłaby taka spokojna.
- Wyczuwam w twoim głosie jakieś żale. Krzywdę ci jakąś wyrządził ten Sadrin, czy co?
- Nic nie mam do Sadrina. Sadrin to Sadrin. Przyda się, ale nie szaleję na jego punkcie aż tak, by mówić o nim cały dzień.
- To w końcu ufasz jego słowom, czy nie?
- A gdzie go zakwaterowałeś?
- Nie zmieniaj...
- To ważne.
Wyrwała się nareszcie i popędziła w kierunku wyjścia. Wyglądała jakby nagle uświadomiła sobie coś niezwykle ważnego.
Tym razem okazał się szybszy. Zastąpił jej przejście.
- Razem z Celisem. Najpierw słuchaj, potem pędź. Czuję się ignorowany.
- A Marelin?
- Biega za nim z nożem i chce wypruć flaki.
- Bądź poważny! Zawsze mnie musisz denerwować w takich chwilach? Nie słuchasz wcale! W ogóle cię nie obchodzi, czy ja coś mówię, czy ja czegoś chcę, czy ja jeszcze żyję!
- Nawet się nie obudził. Ty masz w głowie Sadrina czy żale dotyczące moich grzechów i niedopatrzeń?
Milczała. Udawała, że myśli.
- Co się stało? - ponaglił.
- Nic.
Swoim „Nic” Vinara mogłaby pokroić ciszę. Na wszelki wypadek zamknął drzwi na zamek i odsunął ją o krok przy akompaniamencie złożonym z prychnięć, gniewnych mamrotów i pełnego skargi spojrzenia.
- Vin - szepnął. - Piłaś coś dzisiaj?
- Co? Ja? Nie. Nic! Dlaczego? Czy ja wyglądam jakbym...
- Nie.
Wiedział, że kompletnie ją zdezorientuje tym pytaniem. W takich chwilach zawsze traciła rozum i potrafił ją przejrzeć niczym pięciolatkę. Ha! Żeby ktoś tylko kiedykolwiek zobaczył, jak cichym szeptem pokonuje sławną Vinarę Elburn!
W głębi serca nie chciał tego jednak. Wolał, by umiejętność ta pozostała jego słodką tajemnicą.
- Myślę, że Sadrin tak naprawdę nie powinien uczestniczyć w naszych dalszych działaniach. - Zmieniła temat z wyraźnym pośpiechem. - Zaginęło mi co najmniej kilkunastu ludzi. W ostatnich tygodniach nieustannie ktoś deptał nam po piętach. Nie mam wątpliwości, że to on informował ich o wszystkim.
- Był torturowany.
- Jak każdy.
- Jest zmaltretowany. Wyobrażasz sobie kogoś, kto zeznaje tygodniami, wiedząc że i tak po każdym kolejnym wyznaniu czeka go tylko ból? Ludzie wierzą w różne dziwne rzeczy, ale bez przesady. Właściwie, zeznania zarówno jego jak i Marelina brzmią bez sensu. - Wyciągnął z biurka parę kartek. - Przynajmniej we wzajemnym zestawieniu. Marelin opowiedział mi wszystko, o co pytali i wspominał, że...
- Znasz Tamirę Sadyere? - spytała. Wodziła wzrokiem po pomieszczeniu. Obojętność w głosie była ciut przesadzona. Za dobrze ją znał.
Serce na chwilę w nim zamarło.
Mówiła o młodej, ciemnowłosej i bladolicej piękności, która od niedawna ze zdecydowanie zbyt dużym uporem próbowała narzucić mu własne towarzystwo. Poczuł, że wkracza na bardzo śliski grunt.
- Znam. Jest jakąś przyjaciółką siostry Famara, a co?
- Nic. Tak. Tylko. Pytam.
To „Nic” gotowe było zamrażać światy.
- Czy masz wobec niej jakieś zastrzeżenia?
Momentalnie znalazła się obok. Mógł tylko spekulować, czy pozwoli mu mówić dalej, czy żywcem wydrapie krtań.
- Tak. Zdecydowane.
- Więc chyba lepiej ulegnę twoim radą i nie będę dłużej podtrzymywać tej znajomości. W istocie bywa ona niekiedy nieco niezręczna.
Tak. Z tej odległości zabijanie zajmowało jej średnio pół sekundy. Człowiek to miał jeszcze jakieś szanse, ale niziołek... Wiedział, że nie powinien o to pytać. Wiedział, że to bardzo zły moment, ale spytał.
- Jesteś zazdrosna? - wypalił.
Wydała z siebie dźwięk pomiędzy śmiechem a okrzykiem bojowym.
- Ja? Zazdrosna? O taką dziwkę? Nigdy.

Uczucie było dziwne. Siedział razem z Celisem w pokoju przydzielonym im przez Strefę. Wcześniej próbował zagadywać przyjaciela, lecz ten odpowiadał półsłówkami, wczytując się w słowa nabazgrane na niechlujnej kartce papieru. Sadrinowi wydawało się, że to list, ale nie zdołał wydusić z elfa żadnych informacji. Teraz chłopak leżał, chrapiąc donośnie i Sadrina korciło, by odebrać mu tajemniczą wiadomość, lecz powstrzymywał się całym wysiłkiem woli. Czuł, że byłoby to wybitnie niewłaściwe.
W ogóle wszystko było niewłaściwe, choć też wszystko było na swoim miejscu. Na dawnym miejscu. Życie poszło do przodu, a on się cofnął. Nic nie myślał. Myślenie o czymkolwiek okazywało się kolejno zbyt abstrakcyjne i zbyt bolesne. Jego świat został ograniczony do paru ciemnych korytarzy, Celisa i żadnego celu mogącego dawać mu siłę.
Czuł jak znowu opada na niego przygnębienie. Ktoś mu kiedyś powiedział, że poczucie bezsilności wynika z niewłaściwego rozumowania. Może Vinara? Ktokolwiek to był, potwornie go irytował swoim stwierdzeniem.
Przecież mogłeś mu powiedzieć prawdę? Czemu nie powiedziałeś?
Nie uwierzyłby. Skąd nagle pomysł, że mógłby, że JA bym mógł?
Na początku tak właśnie pomyślałeś.
To była głupia myśl.
Co może ci zrobić Olir, gdyby nie uwierzył?
Dziwne jest takie nagłe zmienianie zdania, nie sądzisz? „A nie! Jednak mi się przypomniało, że nikogo nie wydałem!” Olir nie jest taki zły. Smutno by było, gdyby umarł ze śmiechu.
A nawet jak będzie się śmiał, to co?
Dobrze, jutro mu powiem. Tylko się zamknij. To już jest nękanie.

Wyrzucił z głowy natrętne myśli i poszedł w ślady przyjaciela. Pościeli daleko było od tego, do czego przywykł w domu Enyi, ale znacząco górowała nad drewnianą pryczą czy zimnym kamieniem.
Mimo to zmiana okazała się wyjątkowo trudna do zniesienia. Chrapanie elfa, kroki na korytarzu, zapach pościeli, światło – wszystko było dla niego dziwnie obce. Denerwujące wręcz. Dopiero po czasie dał radę osiągnąć coś na kształt spokoju.
Spokój ten nie trwał długo.
Dlaczego jutro? Dlaczego nie teraz?
Nie powinienem stąd wychodzić.
Bo co?
To przecież nadal więzienie, choć nikt tego nie powiedział. Nie chcą, żebym się pałętał. Olir to bez wątpienia ktoś ważny. Nie powinienem mu przeszkadzać.
Bo co? Pozwolisz, żeby zamknęli cię w wiezieniu z domysłów i skuli niepisanym prawem? Tego nie wolno, a tamtego się nie powinno. Wiesz czego naprawdę się nie powinno? Nie powinno się umierać. Co ci mogą zrobić? Żyjesz, ale twojego życia już nie ma. Mogą cię jeszcze zabić, ale gdyby chcieli, już by to zrobili.
Nie sądziłem, że kiedykolwiek to przyznam, ale chyba masz rację... My mamy rację. Ja mam rację. Nie chyba - na pewno.
Podenerwujmy ich trochę, Sadrinie.

Uśmiechnął się.
Dobrze, Sadrinie.

Właśnie byli przy roztrząsaniu skomplikowanych kwestii rodzinnych.
- Twoja matka tak powiedziała? Naprawdę? Myślałem, że przestałaś jej słuchać po ukończeniu trzeciego roku życia. Raczej...
- Nic mi nie powiedziała! Czemuś się tak czepił tej myśli? Wiesz, że jej rady są gówno warte. Ona tylko chodzi i twierdzi, że jestem w ciąży.
To go zestresowało.
- A jesteś?
- Nie! Dlaczego wszyscy tak myślą?! Po prostu się denerwuję!
- Czym?
- Nie wiem! Wszystkim! Tym wszystkim. - Wskazała na świat i Strefę jako całość.
Jednak ten gest jej nie wystarczył i wazon z błękitnej porcelany z hukiem zakończył swój żywot. Podziałało, ale tylko na chwilę. Natychmiast zaczęła rozglądać się za kolejnym przedmiotem, na którym mogłaby wyładować złość.
- W takim razie, czemu właściwie powiedziałaś, że się zastanowisz? Zastanawiasz się już od ponad sześciuset lat? Milczysz, zamiast się zgodzić! Jak możesz mnie tak traktować? To wszystko jest... – Zabrakło mu słów. Wodził tylko wzrokiem jak oszalały, mają nadzieję, że nie przyjdzie mu zapłacić za to zbyt słono. - To jest chore.
Opadła bezsilnie na krzesło. Skuliła się, obejmując głowę rękoma.
- Ja po prostu martwię się o ciebie. Nie rozumiesz, co ci grozi?
W tym właśnie momencie drzwi otworzyły się gwałtownie, popychając go. Wylądował na podłodze, nie potrafiąc nadziwić się przybyszowi.

Słyszał ich głosy z daleka i choć nie rozumiał śmiesznego języka niziołków, od razu rozpoznał, że to kłótnia. Doskonale. Tak właśnie sądził, że raczej za sobą nie przepadają. Zastanawiało go tylko, czemu Vinara zjawiła się osobiście. Czyżby aż tak mierziła ją sprawa Sadrina?
Wpadł niczym burza. Może i potknął się o niziołka, ale trzeba przyznać, że wejście było mimo wszystko efektowne. Nie czekał na przyzwolenie – od razu wyłożył sprawę. Słowami kierowała jakaś nadnaturalna siła. Gniew i duma splatały się w zdania, o których nigdy nawet by nie pomyślał, a oni patrzyli tylko z szeroko otwartymi oczami, porażeni jego śmiałością.
- Piłeś coś, Sadrinie? - Pierwsza doszła do siebie Vinara. Tak ją to zaskoczyło, że aż zapomniała prychnąć.
- Mówiłem ci przecież – przypomniał Olir, który nie zdążył jeszcze wstać. Jedynie podniósł się do klęku.
Zapadła cisza. Sadrin spodziewał się żywszej reakcji na jego słowa. Nie wiedział dokładnie jakiej – dobrej lub złej, ale zdecydowanie jakiejś. Tymczasem obaj niziołkowie spoglądali na siebie w sposób mogący uchodzić za pewien rodzaj komunikacji, bo nie pozbawiony był westchnięć, wzruszeń ramion i znaczących grymasów.
- Zrozumiałem, Sadrinie – odezwał się w końcu Olir. - Czy możemy porozmawiać, kiedy już zaplanujemy dalsze posunięcia?
Teraz młody mag wiedział już, co robić.
- Nie.
Olir z Vinarą znów popatrzyli na siebie skonfundowani.
- Zapewne będziemy próbować odzyskać to, co tak beztrosko utraciłeś. Poza tym została jeszcze Nadzieja i Przeznaczenie. Lepiej przygotuj się na zdwojony wysiłek. - Opanowanie powróciło. Znów mogłaby zamrażać głosem.
- Vinaro, przecież wiesz, że on...
- Tym razem to nie będzie takie proste.
W rzeczywistości zdawał sobie sprawę, że to prawie niemożliwe. Nie mógł wejść do marmurowego labiryntu, więc nie mógł ani zabrać pozostawionej tam Mądrości i Śmierci, ani posłużyć się nimi, by odnaleźć Nadzieję. Nie zamierzał ryzykować szaleństwa. Mógł co najwyżej spróbować odnaleźć klejnoty prymitywniejszymi sposobami.
- Można wiedzieć dlaczego?
- Zacznę od Nadziei.
- To zaprawdę jest odpowiedź na moje pytanie.
- Z Nadzieją będzie łatwiej – skłamał i był absolutnie pewny, że niczym się nie zdradził.
- Olirze, rada bym była, gdyby twoi ludzie lepiej uważali na Pana Atlemira. - Z radością obserwowała płonące od tej zniewagi oczy Sadrina. - Czy raczej Pana Tayore.
– Jeśli sprawi ci to przyjemność – mag wyglądał, jakby spotkała go wyjątkowa nieprzyjemność.
Nikt nie przeszkadzał Sadrinowi w opuszczeniu pomieszczenia. Wrócił do swojego pokoju pełen mieszanych uczuć. Dopiero wówczas poczuł zmęczenie. Nie takie zwyczajne fizyczne zmęczenie jak przed spotkaniem z Olirem. Wielkie, ogromne zmęczenie człowieka, którego męczą od lat i nigdy nie dają odpocząć.

– Mówiłeś o jakichś problemach z chodzeniem?
- Dlaczego go znowu obraziłaś? - Mina cierpiętnika zniknęła, kiedy tylko Sadrin opuścił pomieszczenie. - Widziałaś, jaki z niego diabeł? Dziś jest niegroźny, ale lepiej, żeby cię nie znienawidził na przyszłość.
Długo wstrzymywane prychnięcie w końcu wydostało się na zewnątrz.
- Wkurzył mnie. Co on właściwie pieprzy? Nie odpowiada na pytania, odmawia wykonania rozkazu. Co mi za pożytek z kogoś takiego? Na dodatek knuje i myśli, że nie wiem, że knuje!
Wykorzystał jej dekoncentrację, by wstać i zbliżyć się niepostrzeżenie. Stał teraz za plecami kobiety, nerwowo ściskając w dłoniach oparcie krzesła. Wiedział, że zmiana tematu jest tylko czasowa. Kwestia sprzed lat powróci. Zawsze wracała. Za rok albo stulecie.
- Czy ty kiedykolwiek słuchałaś tego, co rozkazał ci Thomas?
Wiedział, że to kolejne niewłaściwe pytanie, lecz jak zwykle zbyt późno przypomniał sobie o tej wiedzy.
- Zazwyczaj słucham Thomasa – żachnęła się. - Ciągle muszę słuchać tej jego gadaniny! Mam nadzieję, że gadanie od rzeczy nie jest cechą właściwą dla wielkich mistrzów, bo będziemy mieli Wielkiego Mistrza Sadrina.
Aż się wzdrygnęła na te myśl.
A potem obydwoje wybuchnęli śmiechem.
- Nie wyobrażam sobie tego.
- I lepiej tego nie rób. Po prostu spójrz na Sadrina mogącego przynieść ewentualne korzyści w przyszłości.
- Chcesz bym w tej przyszłości znalazła dla Sadrina miejsce w szeregach Strefy? W tych bardziej istotnych szeregach, biorąc pod uwagę jego umiejętności. Wiesz, czym ja się najbardziej różnię od Sadrina? Ja doskonale wiem, co robię, a on nie wie nic. Jest szalony! Wcześniej też było z nim coś nie tak. Kto leży całymi dniami na podłodze, szepcząc i wpatrując się w pustkę? Teraz jest gorzej i będzie jeszcze gorzej.
- Vin, ty się nigdy nie mylisz. Nie w takich sprawach. Wiele ryzykowałaś, żeby ocalić mu życie i nie bez powodu. Czułaś, że powinnaś. Dlaczego teraz masz wątpliwości? Co się z tobą stało?
- Nie wiem. To chyba przez ciemność, krew i zimny kamień.
Przytulił ją. Poczuł jak odpuszcza, jak opada z niej całe napięcie i to tak typowe dla niej ostatnio oczekiwanie na cios. Był zły na siebie, że tak na nią naciskał. Łatwo było zapomnieć i nie zauważyć kryjącego się pod maską rozdrażnienia strachu. Minęło zaledwie kilka miesięcy, od chwili kiedy już myślał, że to koniec, że Vinara przegrała nieustanną grę, od której była uzależniona. Mistrzyni feniksa czy nie, każdego dogania ostateczność, a dla niektórych zawsze będzie to zbyt szybko. Bo ile jest grobów tych rzekomo nieśmiertelnych magów? Czy którykolwiek z nich miał w sobie tyle pychy, by uwierzyć we wieczność? Przeznaczenie uznało, że pora to zakończyć. Vinara Elburn miała wystarczająco dużo czasu, by żyć i po stokroć.
Ale ona jak zwykle musiała zrobić na złość. Cała Vin.
Pocałował ją. Ust nie miała wcale zimnych, szyderczych ani jadowitych. Takie zwyczajne usta tylko czasem wypowiadające niezwyczajne słowa zrodzone w niezwyczajnym umyśle.
- Wiesz co, Olirze? – spytała szeptem.
- Hmm?
- Tak.
- Co tak?
- Wyjdę za ciebie.
Nie sposób opisać uczuć mężczyzny, który doczekał się odpowiedzi po sześciu wiekach.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 02 marca 2016, 13:32

Nić jego losów wyglądała znajomo, bo niejednokrotnie przecinała się z pozostałymi oglądanymi przez Sadrin, jednocześnie pozostając w ukryciu.
Przy czym rude to raczej mało adekwatne określenie – nie jeden lis czy wiewiórka mogliby mu pozazdrościć.
Sadrin przestał oddychać. Świat stanął, nie rozumiejąc, co ma zrobić z zaistniałą sytuacją. Nogi, które dotąd znajdowały się zupełnie poza jego władzą, wykonały dziwny manewr zakończony upadkiem kolanami na kamienną podłogę.
A on nie siedział? Bo jeśli siedział, to lepiej opisz co takiego zrobił dokładnie, bo ten opis niczego nie wyjaśnia, a mocno wyrywa z sytuacji. Tu chyba nie bardzo gra wciąganie czytelnika w tak silnie empatyczne odczuwanie tego, co Sadrin.
Tylko minę miał niedziecięcą. O to przybył ten, kto miał wymierzyć nań sprawiedliwość i opowiedzieć światu o niegodnym postępku.
Nie jestem przekonana co do pisowni łącznej „niedziecięcą”. Po prostu dziwnie wygląda. Co do „nań” – chyba jednak „mu”.
Nie wstrzymał łez. Nie potrzebował żadnego daru.
Nie ogarnęłam za bardzo tego. Czy coś nie popaprało się w czasach?
Dopiero po dłuższej chwili poprosił Sadrina, żeby go puścił i zajął miejsce przy biurko naprzeciw mężczyzny.
W tym celu mag cienia z powrotem przybrał postać człowieka o jasnych włosach i to on przyjął na siebie większość ciężaru chłopaka.
Twoi magowie nie muszą się jak widzę przejmować prawem zachowania masy, co? ;)
Stawia cię to raczej w złym świetle, choć wierzę, że absolutnie nie czyni cię to jednostką bezwartościowa.
- Nie, nic. Tak tylko sprawdzam.
- Czy się umyłem?
Prychnęła.
- Nie. Jestem absolutnie pewna, że tego akurat nie zrobiłeś. Kontynuuj – ponagliła.
XDDDDD
Odciągnął ją delikatnie od strzępek listów.
Strzępków?
- Więc chyba lepiej ulegnę twoim radą i nie będę dłużej podtrzymywać tej znajomości. W istocie bywa ona niekiedy nieco niezręczna.
Wpadł niczym burza. Może i potknął się o niziołka, ale trzeba przyznać, że wejście było mimo wszystko efektowne.
XDDDDDDD bogowie, czemu ja nie umiem rysować? Taki fanart bym Ci zrobiła!
Czy którykolwiek z nich miał w sobie tyle pychy, by uwierzyć we wieczność?
Takie zwyczajne usta tylko czasem wypowiadające niezwyczajne słowa zrodzone w niezwyczajnym umyśle.
Bardzo <3 <3

Ogólnie – końcówka jest po prostu urocza. No. Tak zwyczajnie ładna. Natomiast Sadrina nie ogarniam ani trochę znów XDDD Nie wiem – on za dużo myśli, on choć raz zrobiłby coś od razu… Nieco mnie zmieszało to mieszanie prywaty – jakaś baba, o która Vinara jest zazdrosna – z walką o kamienie. Mam na myśli rozmowę Vinary i Olira. Bo wiesz, znów się zaczęłam zastanawiać, co to za nowa postać. Nie wiem też w sumie, jak zareagowałam na Caelisa. Chyba bez większych emocji. Ani mnie to nie zaskoczyło, ani nie wzruszyło. Nie wiem, jaką ma jeszcze rolę do odegrania, ale miło, że Sadrin może nie myśleć o sobie jak o mordercy, choć chyba i tak powinien, w końcu zrobił, co zrobił.
W sumie o co chodzi Vinarze z Sadrinem, po co on jest jej potrzebny też nie wiem. I w sumie fakt, że ona mówi, iż Sadrin nie wie, co robi idealnie oddaje moją konsternację – ja też nie wiem, ani nie wiem do jakiego celu zmierzamy. Natomiast znów Ci to powiem – piszesz coraz lepiej technicznie.
I niech oni wreszcie znajdą te kamienie wszystkie do kupy, co? ;)

No i dawaj dalej!
:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 05 marca 2016, 14:31

Rozdział trzydziesty piąty, wiec zostały jeszcze cztery. Niesamowitość.
XXXV Powietrze w maleńkim pokoiku było gęste od słów i niedomówień. Siedzieli tam we trzech: Sadrin, Celis i Marelin. Ten ostatni dołączył do nich zaledwie parę chwil wcześniej, podobnie jak Sadrin cały w bandażach i ledwo żywy, ale nie zamierzał udzielać jakichkolwiek wyjaśnień. Jako że jedyną powierzchnią nadającą się do siedzenia były dwa łóżka, najpierw próbował ściągnąć z posłania Sadrina, który zdziwiony, ale zupełnie nieprzejęty zmartwychwstaniem dawnego towarzysza broni, ofukał go i nie podniósł się choćby do siadu. Podziałało za to na Celisa nieświadomego dotąd prawdziwej natury przyjaciela. Elf skulił się w kącie łózka, nogi podciągając pod brodę.
Badali się wzrokiem – z niechęcią, podejrzliwością, a nawet z pogardą. Wymieniane nerwowo uwagi dotyczyły w większości ostatnich miesięcy. Słowa cięły powietrze, balansując na granicy obelg.
Zmienili się. Dorośli. Dostali za swoje. Do rozpoznania byli, ale coś w nich było nierozpoznawalnego. Marelina tak rozsadzały emocje, że ledwie potrafił usiedzieć. Na każdy dźwięk reagował drgnięciem, jakby tylko szukał pretekstu do ruchu, a jednocześnie nie mógł sobie nań pozwolić, więc męczył się okrutnie, bo choć rany, których zdrowienie wspomagano magią goiły się szybko, ale nie tak szybko, by był już w pełni sił.
Do Sadrina, kiedy już ochłonął po wrażeniach poprzedniego dnia, wróciło zmęczenie – wszystko go bolało, wszystko go irytowało i choć jakaś część jego umysłu miała jeszcze ochotę buntować się i zadawać masę głupich pytań, była to część obca, nieprzyjemna i nieustannie przezeń odpychana.
Nie lepiej z Celisem, choć przez miesiące spokoju zdążył już w miarę dojść do siebie. Jeszcze w nim została jakaś radość, ale pozbawiona spontaniczności, pozbawiona tego niepohamowanego pędu w nieznane, w szał, w taniec, w śmiech obłąkańca. W duszy nadal opłakiwał Geltana i dawne, niepoznaczone zdradą życie.
Sadrinowi przyszło wysłuchiwać prześmiewczego monologu Marelina. Miał ochotę go uderzyć – tak żeby nigdy nie wstał i nie otworzył pełnej oszczerstw gęby. Dawny przyjaciel miał do niego żal. Być może słuszny, być może Sadrin nie powinien się dziwić, ale nie mógł znieść tej paplaniny i nieustającej parodii. Sam nie rozumiał własnych decyzji podyktowanych przez zdradziecką siłę marmurowego labiryntu i sam był wściekły, że nie potrafił jej się przeciwstawić. Dlaczego musiał mu o tym przypominać?! Mimo braku sił, jego język pluł jadem z nadzwyczajną sprawnością.
– Co ci się stało z palcami? – Celis swoim cichym i zadręczonym głosem przerwał gniewny wywód Marelina.
Sadrin spojrzał na swoje ręce. U prawej ręki brakowało dwóch palców i połowy trzeciego. W pamięci zamajaczyła mu ta nierealna chwila, kiedy odcinali je, nieustannie zadając te same pytania. Nie pamiętał bólu. Pamiętał tylko ten głupi strach, że nigdy już nie będzie mógł pisać tą ręką, będzie musiał nauczyć się lewą, a zaklęć już do końca życia nie da rady rzucać poprawnie. Teraz miał tego świadomość, ale jeszcze nie docierało to do niego w pełni.
– Tak jakoś – wymamrotał.
Nastała niezręczna cisza. Marelin rzucał się z rosnącą irytacją. Celis spoglądał na Sadrina ze współczuciem, a Sadrin czul się z tym współczuciem zupełnie nie na miejscu. Bo jak ktokolwiek może współczuć swemu niedoszłemu zabójcy? Niegodny był wszelkiego współczucia. Miał ochotę uciec do labiryntu. Byłby szalony, ale wolny.
Kto jest wolny, będąc niewolnikiem własnego szaleństwa?
Tylko ta wątpliwość go powstrzymywała.
A Marelin miał zaraz niemal przelać czarę goryczy swoim bezczelnym ozorem.
- Nie patrz tak na niego, Celisie. To zdrajca. Nie wiem, czemu Vnara tego nie rozumie. Ukrył przed nią Przeznaczenie, wyobrażasz sobie? Wyciągnął je od Foliana nie wiadomo jak, tuż pod jej nosem i nawet nie pisnął.
Czy on o tym powiedział Vinarze?
Elf popatrzył na niego ze spokojem.
- Oczywiście, że je ma – mówił nieprzytomnie. – Wykrzywia jego los, jak czyniło od wieków. Nie przejmowałbym się, bo i tak was powieszą. Wszystkie linie prowadzą w jedną stronę. Wszystkie decyzje zostały podjęte. Możecie tańczyć, ale plączecie się w sieć.
Skulił się i załkał. Milczeli, nie wiedząc, jak zareagować. Dopiero po chwili do Marelina dotarł w pełni sens wypowiedzi elfa. Nie tylko ten dotyczący śmierci.
Zerwał się.
- Ty je nadal masz, zdrajco!
- Nie!
Tym razem nie potrafił jednak ukryć kłamstwa.
Niech cię cholera weźmie, Celisie!
Za chwilę musiał wyszarpywać się z uścisku Marelina – być może równie zmaltretowanego, ale wciąż młodszego i niższego. Odepchnął go tak mocno, aż poleciał na elfa.
- Nie dotykaj mnie - warknął.
Daremnie. Marelin zerwał się, więc zerwać się musiał także Sadrin, który natychmiast posłał go z powrotem w dół. Tym razem na ziemię – na twardy, zimny kamień. Młodszy mag wrzasnął i ledwie łapiąc oddech, wykrztusił zaklęcie. Nim skończył, Sadrin wypowiadał już słowa odbicia. Błysk zderzających się zaklęć oślepił go. Zaklął. Odpowiedział mu elfii pisk. Celis błagał, by przestali.
Sadrin posłuchał. W przybliżeniu. Wybiegł z pomieszczenia, nim Marelin zdążył wstać. Wiedział, że nie powinien go lekceważyć. Ktoś nauczył tego chłopaka walczyć znacznie lepiej niż Sadrina. Miał wprawdzie jeszcze Przeznaczenie, ale przecież Marelin czekał na taki dowód.
Stanął gwałtownie w rozwidleniu korytarza. Istny labirynt identycznych kamieni, drzwi i plam światła. Skoczył w prawo, by przypaść do chłodnej ściany. Odetchnął głęboko. Jego gniewa powoli stygł. Miał nadzieje, że Marelin zaniecha pościgu i za kilka godzin będzie mógł przemówić mu do rozsądku. Na ten czas znajdzie sobie schronienie w tym labiryncie. Na pewno istniał gdzieś nieużywany składzik, gdzie nikt nie zaglądał. Ludzie ze Strefy, to nadal ludzie.
A doświadczony Sadrin to zawsze Sadrin. Naiwny Sadrin.
Marelin również zatrzymał się na rozwidleniu, zaledwie metr albo dwa od niego. Wyglądał tak źle, że mógłby paść bez sił, a mimo to pognał w pościg, dysząc i przeklinając dawnego przyjaciela na wszystkie żywioły i całą ciemność świata.
Ale Sadrinowi ciemność sprzyjała.
Już czekał.
Wypadł na niego, z przygotowanym zawczasu zaklęciem ogłuszającym. Marelin nie miał szans na obronę. Nie miał szans nawet zauważyć przyczajonego za murem cienia. Zaklęcie uderzyło w niego z całą siłą, a potem rozeszło się po runach chroniących kryjówkę Strefy. Zapanowało poruszenie. Usłyszał głosy i komendy. Strefa poderwała się do działania wystraszona perspektywą ataku. Miała przybyć za kilka chwil gotowa urządzić Sadrinowi szkołę życia za ten popis. Na domiar złego Marelin już wstawał i chęć na rzucanie oskarżeń wcale mu nie przeszła.
Do tego wrzeszczący elf, który wypadł zza zakrętu, wymachując rękoma...
Już po nas, Sadrinie.
Rzucił się w labirynt korytarzy. Były znajome. Może kłamać pamięć ludzka. Mogą kłamać oczy mylone przez setki identycznych tuneli. Nigdy nie kłamie za to marmurowy labirynt. Był tu kiedyś. Szedł tędy z dwoma magami Strefy – dawno, dawno temu, w poprzednim życiu, które skończyło się wypiciem trucizny. Zrozumiał, że biegnie tuż pod powierzchnią.
Tak! Tak! Tak! – podpowiedział marmurowy labirynt. – Na powierzchnię! Tam Marelin go nie dopadnie! Jeszcze jeden zakręt, drugi, trzeci... Gdzie to było dokładnie? Nie nadążał za wizją. Wpadł na nieznany teren, choć nadal był dostatecznie blisko.
Do góry, do góry, do góry! Zawsze do góry! Coraz więcej było schodów. Coraz więcej było dźwięków. Znajome dźwięki przesuwanych krzeseł.
Cały czas tak blisko dawnego życia!
Z dołu też dobiegało go mnóstwo znajomych dźwięków. Okrzyki. Tupot stóp. Opętańcze wycie Celisa. Oddech Marelina. Pędził tuż za nim. Nie mógł zawrócić, bo każda chwila wahania oznaczałby wpadnięcie w jego ręce. Powiedziałby Vinarze prawdę, a jeśli powiedziałby Vinarze prawdę, Sadrin byłby skończony. Jego misja byłaby skończona. Ciemność nigdy nie wróci do swej pani. A przecież obiecał!
Przecież jest bożym sługą. Przecież nie jest słaby.
Nie aż tak.
Trafił w ścianę. Spanikował. Wpadł na niego Marelin. Dyszał, pluł i warczał. Drapał i szarpał. Sadrin uderzył go, ale nie pomogło. Nie miał siły. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że wejścia tak właśnie wyglądają – jak ściana.
Pośród walczących wpadł jeszcze Celis.
- Co robicie? To był mój błąd! Nie możecie...
Sadrin nie dosłyszał, czego nie mogą, bo krzyki elfa zagłuszył dźwięk formowanego przezeń zaklęcia.
Jeszcze tylko moment, a on nie znał hasła otwierającego przejście.
Jeszcze raz udało mu się odepchnąć przyjaciela. Sięgnął do kieszeni po Przeznaczenie.
Przejście otworzyło się.
Wypadli na zewnątrz. Na dziedziniec szkoły. Na dziedziniec zapełniony dziesiątkami uczniów oczekujących rozpoczęcia porannego zgromadzenia.
Wszyscy na nich patrzyli.
Dobrze, że nie ma Vinary.
Ale to była mało pocieszająca myśl, biorąc pod uwagę skalę problemu.
Oto przed uczniami veverleńskiej szkoły magów stał samobójca Sadrin Atlemir oskarżony o morderstwo swojego przyjaciela Geltana wraz z nie mniej sławnym samobójcą Marelinem Koyro oraz zaginionym przed miesiącami i uznanym za zmarłego Celisem Shy'arem.
Tego się po prostu nie dało wytłumaczyć.

Dni w Rayere, kiedy akurat nie są szalone i straszne bywają potwornie nudne. Nieustannie ten sam skromny, choć wygodny pokój, ci sami ludzie, te same korytarze. Tylko ogród się czasem zmieniał przez nieubłagane nastawanie po sobie pór roku. Zmieniało się też szaleństwo – nie nasilało się, lecz coraz mocniej wgryzało w duszę. W modlitwach więcej było łez i żalu do świata, a coraz mniej wspomnień dotyczących najukochańszych twarzy.
Sadrin był jedną z nich. Pojawił się nagle w jej życiu z tym swoim wiecznie przerażonym spojrzeniem i smutkiem wyrytym w duszy. Wiedziała, że potrafi być straszny. Słyszała słowa, które wypowiadał przez sen, czuła krążące wokół niego wizje przeszłości. Wiedziała, że błądzi, że zwodzi go pamięć i sam siebie okłamuje. Wiedziała, że ją też okłamuje, że potrafi być podły i naprawdę nieprzyjemny. Ale jak można nie kochać Sadrina? Jak można nie pokochać najgorszego ze wszystkich uczniów Veverleyn, a jednocześnie najpotężniejszego z nich?
Miał w sobie siłę. Czuła jego opanowanie, jego upór i naturę, która sprawiała, że czasem poruszał się w świecie magii, lepiej od starych, zasuszonych mistrzów z Rady, którzy dawno już zapomnieli, czym jest ten ogień ekscytacji żarzący się w sercu i umyśle, gdy kształtują one pierwsze zaklęcia, nie znając jeszcze ich natury.
Zresztą na co to komu! Jak można nie kochać tego chłopca za nic? Za jego głos i jego obecność! Czemu mu o tym nie powiedziała? Czemu pozwoliła mu odejść? Nie potrafiła uwierzyć, że sam odebrał sobie życie. Może czasem. Wolała wyrzucać sobie, że mogła go obronić. Gdyby tylko widziała. Gdyby tylko wiedziała.
Halucynacje i omamy zniknęły bardzo szybko. Zakon od lat musiał walczyć z szaleństwem tak często wiążącym się z pracą magów. Z pomocą magii i ziół potrafili przywrócić myślom właściwy bieg. Czasem lepiej, czasem gorzej. Dla Enyii wystarczyło.
Mogliby ją wypuścić, zabrać z powrotem do pustego domu. Do pustego życia. Do pustych regałów, które wypełniała kiedyś jej praca. Ale nie chciała tam wracać, więc z nikim nie rozmawiała o swoim zdrowiu. Nic ją nie obchodził spalony dom. Można naprawić budynek, ale nie dom. Nie obchodziło ją nawet, że to Sadrin był winien podpalenia. Nie mogła się na niego wściekać. Nie za mocno. Nie za długo. Wedle prawa Zakonu więź między uczniem a jego mistrzem była równie święta jak więzy krwi, a może nawet świętsza – z wypadkami wliczonymi w ryzyko.
Nie rozumiała ludzi zdolnych wyrzec się przysięgi i porzucić młodego maga, choć widywała takich na co dzień. Prawdziwy Mistrz Zakonu Avarena bronił swoich uczniów, póki nie wydał ostatniego tchnienia. Tak samo uczeń bronił swego mistrza. Niekoniecznie tego, któremu to przysiągł. To nie była tak formalna kwestia, jak się większości wydawało. Niektórzy uznawali innych magów za swoich uczniów i na odwrót, nawet jeśli nie była to prawda. Tego się nie wiedziało, to się czuło. A Enya czuła to jak nigdy w życiu.
Vinara też potrafiła kiedyś przyjąć do serca każdego ucznia Veverleńskiej Szkoły Magów. Czemu nie zrobiła tego z Sadrinem?
Enya miała również innych uczniów. Czasem ją teraz odwiedzali, jeśli byli w stanie. Próbowali pocieszać. Ale to byli uczniowie wzorowi, spokojni i ułożeni. Nigdy nie wypłakiwali się na jej ramieniu. Nie była zmuszona czuwać przy ich łóżkach. Nie siedziała z nimi do późnej nocy, rozmawiając o życiu. Nie musiała bronić ich przed całym światem. Nie zastępowała im rodziny i wszystkich przyjaciół. Nie mierzyła się z ich halucynacjami i omamami tak podobnymi do jej własnych.
No i nikt z nich nie bronił jej podczas ataku zbuntowanych oddziałów Strefy.
I nikt nie spalił jej domu.
Aż się roześmiała.
Spojrzała na trzymane w dłoni ostrze. Już umarła. Żyć tyle wieków, to umrzeć zdecydowanie zbyt dużo razy. Najwyższy czas. Przecież nie wyjdzie za mąż, nie założy rodziny, nie spotka drugiego takiego ucznia jak Sadrin, nie będzie miała tyle siły, by kontynuować swoją pracę.
Już czas.
Ostrze delikatnie wbija się w skórę. Czerwona strużka spływa bo bladej, trzęsącej się dłoni.
Ciekawe, czy czuł to samo co ja teraz, kiedy umierał – pustkę, której nie sposób zapełnić.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Zdążę, nim postanowi wejść.
Czerwona strużka zmienia się w smugę.
Boli.
Boli jak nic nigdy.
Drzwi się otwierają.
– Aresztowano Sadrina! – wykrzykuje jej gość. – Żywego Sadrina!
Mija nieskończenie długa chwila, nim mężczyzna uświadamia sobie, co ma przed sobą. Blednie. Widać to nawet w panującej ciemności.
Na szczęście ciemność czuwa.
Nie zdążyła.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 07 marca 2016, 18:50

Na każdy dźwięk reagował drgnięciem, jakby tylko szukał pretekstu do ruchu, a jednocześnie nie mógł sobie nań pozwolić, więc męczył się okrutnie, bo choć rany, których zdrowienie wspomagano magią goiły się szybko, ale nie tak szybko, by był już w pełni sił.
"choć" nie pasuje mi do "ale".
]- Nie patrz tak na niego, Celisie. To zdrajca. Nie wiem, czemu Vnara tego nie rozumie.
Za chwilę musiał wyszarpywać się z uścisku Marelina – być może równie zmaltretowanego, ale wciąż młodszego i niższego.
To po "ale" nie łączy się ze zmaltretowaniem. Nie wynikają z siebie, trudno też mówić o opozycji, którą sugeruje "ale".
Odepchnął go tak mocno, aż poleciał na elfa.
Kto? Wbrew pozorom to nie jest jasne, bo w pierwszej części zdania masz podmiot domyślny i jest nim Sadrin, a potem przeskakujesz na Marelina.
Odpowiedział mu elfii pisk. Celis błagał, by przestali.
Skoczył w prawo, by przypaść do chłodnej ściany. Odetchnął głęboko. Jego gniewa powoli stygł. Miał nadzieje, że Marelin zaniecha pościgu i za kilka godzin będzie mógł przemówić mu do rozsądku.
Wiedziała, że ją też okłamuje, że potrafi być podły i naprawdę nieprzyjemny. Ale jak można nie kochać Sadrina? Jak można nie pokochać najgorszego ze wszystkich uczniów Veverleyn, a jednocześnie najpotężniejszego z nich?
o.O Znaczy serio? Jak można nie kochać? No zwyczajnie... ;)
Tak samo uczeń bronił swego mistrza. Niekoniecznie tego, któremu to przysiągł.
To chyba rodzi bałagan...

AAAAAAAAAAAAA!!!!! Miałam zapisane, jako kopię roboczą i nie ogarniam jak one działają i mi zeżarło połowę T__T

A pisałam, że się dzieje, że akcja taka! Że czuć, że akcja zmierza ku końcowi. No i jeszcze pisałam, że prawie zapomniałam, że Sadrin wszak dla wszystkich jest martwy, że w ogóle martwy zestaw z tych chłopaków, co siedzieli razem w pokoju i patrzyli na siebie wilkiem. Nieco mi się zdają za bardzo żwawi po tym, co przeżyli, przyjmę, że Magia ;) No i jeszcze zaskoczyła mnie Enya, że aż tak dużo Sadrin dla niej znaczył, choć z drugiej strony to już zaznaczałaś. Natomiast to, co dotyczy więzi między Mistrzem a Uczniem to wszystko wydaje mi się nowe, myślę, że to kolejny punkt, którzy warto się zająć w redakcji. Z drugiej strony znów mogę po prostu nie pamiętać szczegółów.
Ciekawam, jak to skończysz, bardzo ciekawam.

PISZ!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 07 marca 2016, 19:38

Natomiast to, co dotyczy więzi między Mistrzem a Uczniem to wszystko wydaje mi się nowe, myślę, że to kolejny punkt, którzy warto się zająć w redakcji.
Dziwne. Miałam nawet wrażenie, że się powtarzam. Było w końcu mnóstwo okazji - zemsta Lodeja za śmierć Kayryna, relacje Celisa z jego mistrzem (Dobra, będę uczciwa - czy ktoś ma pojęcie, jak ja go mogłam nazwać? XD), współpraca Vinary i Thomasa, konflikt Sadrina i Renira, wspomnienia różnych osób na temat Vinary i jej zaangażowania w nauczanie, współpraca Vinary z Evryl, nawet tłumaczenia Foliana, że Enya broni Vinary właśnie z tego powodu, że była jej uczennicą. Dałaś mi do myślenia. Na serio muszę pomyśleć nad mocniejszym zaznaczeniem związków pomiędzy bohaterami. Zapewne logika ciągu przyczynowo-skutkowego również na tym traci. :bag:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 27 marca 2016, 21:56

Oprócz tej wstawki zostały jeszcze trzy. Tylko trzy i aż trzy. Wolno mi idzie, bo nadzwyczaj często zapominam o istnieniu tej powieści, a najbardziej o tym, że nikt jej nigdy nie przeczytał. Mam nadzieję, że jeśli już przeczyta, to przynajmniej nie będzie to dla niego trudne. ;)
XXXVI – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś, idioto? - płakała Enya, ściskając Sadrina tak mocno, że musiał wstrzymywać jęki bólu.
Nie czuł się dobrze. Na domiar złego znów trafił do celi, a z niej droga wiodła prosto przed najwyższy sąd Zakonu – Wielkie Zgromadzenie. Jedyną zaletą tej sytuacji była obecność mistrzyni, którą na potrzeby procesu przywieziono z Rayere. Chwilowa zaleta. Jeszcze nie zdążyła się oswoić z wieścią, że jej niedorobiony uczeń jakimś cudem przeżył własne samobójstwo. Obejmowała go, powtarzając, jak bardzo jest szczęśliwa. Jeszcze się nie wściekała, jeszcze nie zadawała trudnych pytań, ale czuł, że to tylko kwestia czasu.
Wady mógłby wymieniać całymi godzinami. Przede wszystkim został oficjalnie oskarżony o morderstwo i groziła mu egzekucja. Nie miał pojęcia, jak mógłby udowodnić swoją niewinność. Nie istniały dowody na winę Lodeja, a niemal wszyscy Radni gotowi byli twierdzić coś odwrotnego, licząc, że postanowi zdradzić Vinarę (Bo przecież Vinara musiała być zamieszana. Nawet oni to wiedzieli.) i wytłumaczyć zawiłą historię. Nie mogli wiedzieć o szantażu Mistrzyni Elburn mogącym przypieczętować jego marny los.
Wyjątkiem był Arcymistrz Meszar, który nijak nie uwierzyłby, że kolejny uczeń veverleńskiej szkoły zdołał opanować magię sidharów. Sadrin sam by nie uwierzył. A przecież Meszar miał jeszcze asystenta i zastępce – Erama Wilne'a mogącego poświadczyć, że na własne oczy widział Sadrina z księgą zawierającą zapiski potrzebne do odprawienia rytuału.
Nawet gdyby wszyscy świadkowie postanowili zeznawać na jego korzyść, nie byłby w stanie się o tym dowiedzieć, bowiem nie poczynili żadnych ustaleń. Kto w ogóle miał zamiar zeznawać? Nikt o niczym go nie poinformował. Nawet jeśli Vinara miała jakikolwiek plan działania, nie skontaktowała się z nim. Być może uznała, że ktoś kto pozwala się ująć w taki sposób nie jest wart uwagi. Gdy o tym myślał, miał ochotę ją wydać. On pocierpi tylko parę chwil, a ona może cierpieć przez setki lat.
Przerażało go też, że zeznawać miał przed całą Wielką Radą, masą być może nie najwybitniejszych, ale na pewno najbardziej wpływowych ludzi w Anivr. Nie da się poprosić kilkuset zgromadzonych, by zapomnieli o sprawie. Tylko jeśli ma się na nazwisko Elburn, jest to teoretycznie, z pewnym wysiłkiem możliwe.
A Sadrin akurat miał na nazwisko inaczej.
W ostateczności pozostawał jeszcze Wielki Mistrz. Mógł okazać Sadrinowi łaskę, gdyby jego los okazał mu się nieobojętny. Może w razie czego powiesiliby go, zamiast spalić? Teoretycznie młody mag posiadał informacje mogące rzucić cień podejrzeń również na niego. Wątpił jednak, by ktoś w nie uwierzył.
Spokój. Najważniejszy był spokój. Odetchnął głęboko. Objął Enyę nieco mocniej, napinając mięśnie, co pomogło mu ukryć drżenie. Żałował, że nie może spotkać się z Deirą. Ta dziewczyna dużo wiedziała – o nim i o jego mocach. Gdzie mogła się teraz znajdować? U boku swej mistrzyni czy tam, gdzie w snach widział ją Sadrin – wśród lodowatych macek marmurowego labiryntu?
Wszystko będzie dobrze, Sadrinie.
Jak niby?
Nie wiem, ale musi być dobrze. Mamy zadanie do wypełnienia. Kalijena cię prosiła, pamiętasz? Módl się do niej jako opiekunki zbrodniarzy. Zna twoje winy, a powierzyła ci swoją ciemność. Czy to nic nie znaczy?
A jeśli źle wybrałem?
Celis żyje. Nie było krwi na twoich rękach. Nigdy.
Więc co właściwie zrobiła?
Nic. Nie rozumiesz? Jest opiekunką zbrodniarzy, co nie znaczy, że pragnie zbrodni. Pragnie tylko żalu. Kogo innego może skryć ciemność poza gotowymi ponieść karę?
Są ludzie, których zabiłem naprawdę.
Ale to nie dla nich prosiłeś o łaskę. Nie żal ci ich.
Zasługuję na karę.
Nie warci są niej.
Nie według prawa.
Wszystko będzie dobrze, Sadrinie.

– Wszystko będzie dobrze, Sadrinie – szepnęła mu do ucha Enya.
Strażnik nerwowo przechadzał się po pomieszczeniu. Nie był zadowolony z przedłużającego się widzenia, ale jednocześnie wyglądał jakby brakowało mu odwagi, żeby ją wyprosić. Czy ktoś czuwał nad tym, by mieli okazję porozmawiać?
– Tak? - Ocknął się z zamyślenia.
– Wszystko się wyjaśni.
– Oby.
Podniosła głowę, patrząc mu w oczy.
– A jest coś, co mogłoby się nie wyjaśnić?
– Wiele rzeczy.
– Nie zbywaj mnie. Nie było cię tak długo... Wyglądasz, jak nie ty. Jak upiór. I tak mówisz. Co oni z tobą zrobili?
Westchnął. Przytulił ją jeszcze mocniej. Czuł jej łzy na swoim ramieniu.
– Chyba sobie zasłużyłem, Enyo.
– Nie mów tak! – mówiła to, z niedowierzaniem dotykając miejsc, gdzie wcześniej znajdowały się jego palce.
Załkała. Na próżno szukał po kieszeniach czegoś do otarcia łez. Miał w nich już tylko Przeznaczenie.
– Została mi nadzieja, nie sprawiedliwość.
– Nadzieja?
Uśmiechnęła się, jakby to słowo o czymś jej przypomniało.
– Co?
– Znasz opowieść o Gwieździe Kalijskiej? W Gwieździe były kawałki ciemności: Nadzieja, Mądrość...
– Tak, znam. Znam bardzo dobrze. Za dobrze!
– A opowiadałam ci kiedyś o moim ojcu?
Wszyscy opowiadali mu kiedyś o Tandurze Veyonie – mocno zakurzonej legendzie, z wyjątkiem samej Enyi. Nie odziedziczyła po nim skłonności do szalonych podróży i politycznych intryg. Wolała pokazywać mu portret, gdzie siedziała na jego kolanach ściskając białego misia albo wyciągać stare listy.
– Służył Wielkiemu Mistrzowi, prawda?
– Tak. Kiedyś wysłali go do Maga Gainikora, do Kanodiru. Powszechnie opowiadano, że to właśnie Gainikor przechowywał fragment ciemności zwany Nadzieją, a Zakon żywo się w tamtym czasie interesował podobnymi wieściami. Rozumiesz, odnowa avareńskiej wiary po zjednoczeniu Anivr i inne wielkie rzeczy. Ojciec pojechał tam, licząc, że przekona go, by oddał własność Kalijeny jej sługom. I wiesz co?
Sadrina przeszył dreszcz na myśl, że to nikt inny a właśnie Tandur Vanyon starał się ją odzyskać. Przeznaczenie?
– Co?
– Gainikor wyszedł mu na spotkanie w łachmanach, trzymając w ręku najzwyczajniejszą drewnianą szkatułę, bardziej nawet pudełko. Wręczył ją ojcu, a ten zajrzał do środka i okaząło się, że jest tam mnóstwo zielonych klejnotów pasujących do opisu Yaniriuma. Spytał, co to ma znaczyć i czy stary mag chciał go urazić. Gainikor zaśmiał się i odpowiedział, że Nadziei trzeba szukać, a nie można otrzymać za darmo. Nadzieja bierze się z wiary, że możemy ją odnaleźć. Ojciec chciał wypytywać go dalej, ale Gainikor uciekł do wieży, którą niemal natychmiast spowiły płomienie i pożarły wraz z samym magiem. Ojciec zabrał szkatułkę do Veverleyn, ale najwyraźniej nasi zakonnicy byli małej wiary, bo nie znaleziono tam Nadziei. Mam jeszcze tę szkatułę i czasem się zastanawiam, czy może to sztuczka Gainikora i ona naprawdę tam czeka, czy może chciał dać nam do zrozumienia jakąś większą mądrość. Może to nieistotne, czy mam jedną prawdziwą nadzieję, czy masę fałszywych? - Roześmiała się. - Szukam jej czasem, ale już coraz rzadziej. Chyba z tego wyrosłam.
Wypowiedź zakończyła głębokim westchnięciem.
- Nie zagubiła się w czasie pożaru? - spytał, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.
- Nie, jest cała.
Wspomnienie pożaru nie było przyjemne dla żadnego z nich. Zapadło niezręczne milczenie przerwane przez strażnika, któremu skończyła się cierpliwość. Enya szybko rozszyfrowała jego gniewny warkot i wyszła, raz jeszcze wycałowując Sadrina.
Został sam. Ze zniszczonym i obolałym ciałem.
I z nadzieją.

Istnieją ludzie, którzy nie mogą mieć nadziei. Muszą mieć plan na wszelką okazję i polegają tylko na sprawdzonych informacjach, a nie na przypuszczeniach czy modlitwach. Do takich właśnie ludzi należała Vinara. Olir z fascynacją obserwował jak krąży po pomieszczeniu, wyrzucając z siebie potok słów. Nie oczekiwała odpowiedzi. Co najwyżej pytań pomocniczych.
Absolutny spokój i absolutny chaos – tylko te dwie rzeczy potrafiły wyciągnąć te kobietę z marazmu. Tym razem trafiło na to drugie. Postawiona pod ścianą mobilizowała wszystkie siły ponad wszelkimi przeszkodami.
Tym razem pułapka była tak paskudna, że mimo wszystko powoli zaczynał ogarniać go niepokój.
– Co z Sadrinem? – przerwał jej wywód na temat więźniów, którzy wedle źródeł pisanych powinni nie żyć od pięciu lat, a mimo to poprzedniego dnia zeznawali przed Radą bez najmniejszej pomocy nekromanckich sztuczek.
- Co? Z Sadrinem? Jakim Sadrinem? - Przez chwilę jej wytrącony ze skomplikowanych analiz umysł nie mógł przywołać do pamięci właściwej osoby. - Rozmawiałam z Thomasem i marnie to widzę.
– Wszystko im powie.
– I skażą go na śmierć.
– Zdradzi cię, próbując uniknąć kary.
– A wtedy ja opowiem im o nim nieco i skażą go na śmierć.
– A nie pomyślałaś, że woli umrzeć i cię zdradzić, niż umrzeć i cię nie zdradzić?
– Sam prosiłeś, żebym go nie zabijała. Teraz faktycznie mamy problem. Wiedziałam, że tak będzie.
– Jego postępowanie było dość nagłe i nieroztropne. Nie sposób przewidzieć czegoś takiego, a nawet gdybym przewidział, nadal uważałbym, że zabijanie go to zły pomysł.
– Jego postępowanie było nagłe i nieroztropne, bo on cały jest nagły i nieroztropny. Do przewidzenia było, że jego zachowanie będzie niemożliwe do przewidzenia.
Wzięła długi wdech, najwyraźniej szykując się do wznowienia monologu.
– To co teraz?
– Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że stanie się coś, czego nie przewidzieliśmy i nas uratuje. Innej opcji nie widzę, ale przysięgam, że jeśli już będę musiała, zabiorę na stos wszystkie gnidy tego miasta.
– Nie byłabyś tak spokojna, gdybyś nie miała planu.
– Pozabijam całą Radę. Może być?
– Optymistyczne. Mnie też?
– Nie, ciebie nie.
Pochyliła się, całując go. Czuł, jak wielki niepokój ukrywa za pozorem pewności siebie. Jej dusza wciąż pozostawała nieuleczona.
– Rozmawiałam z Thomasem, skoro już musisz wiedzieć, ale on nic przecież nie wie o mojej umowie z Sadrinem, a czuję, że nie będzie zachwycony, jeśli się teraz przyznam.
– Zrób to – powiedział może nieco nazbyt ostro. – Będzie wściekły i nie obejdzie się bez problemów, ale...
– I co? I ludzie o nim zapomną? Jest jeszcze Marelin. Nawet Celisa aresztowano. Mam aż tak ściemniać? Brała w tym udział nie tylko ta trójca idiotów! Nie wiem, kto jest po czyjej stronie i kto może na nas donieść. Wszystko się wali. – Mimo wypowiadanych słów nie wyglądała na załamaną. Tylko ruchy miała nerwowe. Chodziła w kółko, na przemian siadała i wstawała z krzesła. Olirowi zaczynało kręcić się w głowie od tego widoku. - Zastanawiam się tylko... - Zawahała się. - To może zabrzmieć nieco dziwnie, ale...
– Nie ufasz mi? – Wstał i objął ją, gdy akurat była na nogach.
– Zastanawiam się, czego chce Thomas. Chce coś osiągnąć, ja nie rozumiem co, a on najwidoczniej nie zamierza mi powiedzieć.
Zadrżał. Od czasu do czasu podobne wątpliwości wkradały mu się do serca, ale nigdy nie traktował ich poważnie. Chyba tylko w zdradę Vinary uwierzyłby z większymi oporami.
– Nie ufasz mu? To twój Mistrz i przyjaciel, brat mocy, jak to mówicie. Myślisz, że mógłby cię zdradzić? Nie jest przecież dla Mistrzów Feniksa władcą absolutnym. Nie pozwoliliby mu. - Uspokajał zarówno ją i siebie.
– Nie wiem, co myślę. Pójdę się modlić. To ostatnia rzecz do zrobienia.

Celis myślał wiele i to głównie złe rzeczy. Zamknęli go w celi, mimo wszystko traktując dość łagodnie, bardziej jako świadka, niż podejrzanego. Nieodmiennie dziwiła wszystkich jego niechęć. Nie zdołał się nawet powstrzymać przy własnym mistrzu, który siedział teraz po drugiej stronie więziennej pryczy, spoglądając na młodego elfa niczym na szaleńca i nie mogąc otrząsnąć się po jego gwałtownej reakcji.
Jak oni mogli tego wszystkiego nie widzieć? Jak mogli tego nie rozumieć? Wszystko zmierzało do śmierci. Nie tylko Marelina i Sadrina, jak wcześniej podejrzewał. Również do śmierci Vinary i dziesiątek jej ludzi, a może nawet do śmierci samego Celisa.
Nie miał pojęcia, co mogłoby zabić mistrza feniksa i wolał sobie tego czegoś nie wyobrażać. Pozostawała mu nadzieja, że istnieje coś, co zupełnie przeoczył, a co mogłoby popchnąć ich losy na zupełnie inny tor. Nie miał jednak pojęcia, co by to mogło być.
Chyba tylko Piąty Żywioł.

Rrina Ovenveld zawsze wierzyła, że Piątym Żywiołem jest przeznaczenie. Stwórca zgładził pierwsze plemię, gdy uświadomił sobie, że to jemu, nie śmiertelnikom, przeznaczono kreację świata.
Na przykład przeznaczeniem Vinary Elburn było umrzeć w przeciągu tygodnia, by zrobić miejsce tym, którym przeznaczone jest żyć w spokoju i dostatku. Wszędzie się pchała, wszystko wiedziała, na każdego miała swoje sposoby. Jako anadalin Wielkiego Mistrza dowodziła Strefą i każde działanie, które nie zyskało jej akceptacji pozostawało nielegalne. Zapewne w razie śmierci Wielkiego Mistrza miała zamiar objąć władzę najwyższą, a sam Wielki Mistrz zdawał się popierać tę ewentualną kandydaturę. Nikt nie spodziewał się rychłej śmierci Wielkiego Mistrza, ale lepiej być przygotowanym bez potrzeby, niż nieprzygotowanym, gdy potrzeba zajdzie.
Później pozostawało tylko usunąć zwolenników tej szalonej kobiety i na kilka następnych stuleci mogli mieć spokój, jakiego nie zaznali od czasów zjednoczenia Anivr.
Człowiek, którego zaprosiła mógł pomóc jej z wyeliminowaniem pierwszej trójki – młodej i niedoświadczonej, ale stare anivrskie przysłowie nie bez powodu głosiło, że do największych mistrzów dociera się poprzez ich uczniów, czyli jakby nie patrzeć, najsłabszych ogniw łańcucha.
Po raz ostatni skontrolowała swój wygląd w lustrze. Uczesanie, ubiór – odpowiednie. Przyjazny uśmiech – mniej więcej, może się nie zorientuje, w co tak naprawdę gra. Jeszcze tylko zawoła na służącą, żeby przyniosła coś do picia. Wino na przykład. Wino, ciepły wieczór w ogrodzie, przystojny mężczyzna i dyskusje na temat wielkiej polityki – znakomicie.
– Miło mi was powitać, Mistrzu Eramie – przywitała nekromantę w progu. – Piękną wiosnę mamy tego roku, nieprawdaż?
Mistrz sztuk ciemnych nie zwrócił uwagi na jej starania. Na nic uroki i flirty. Minę miał wręcz skwaśniałą.
- Prawdaż. Dziękuję za zaproszenie, Mistrzyni Rino, ale nie mogę pozostać długo. Ludzi mojej profesji noc wzywa do obowiązków, nie do przyjemności.
A szkoda. Mógłby zostać, do kiedy by chciał. Wprawdzie żonaty, ale kogo to obchodzi? Co to w ogóle za nekromanta, skoro jest żonaty? Bez sensu.
Poprowadziła go do altany. Była na tyle zakryta, by nikt nie mógł ich zobaczyć z zewnątrz i na tyle oddalona od pozostałych zabudowań, by nie dało się usłyszeć, o czym rozmawiają bez wychodzenia na otwartą przestrzeń.
Przez chwilę delektowali się winem i wymieniali uwagi na nieistotne tematy.
– Zapewne pamięta Mistrz, czemu zaprosiłam go do siebie.
– Sadrin Atlemir. – Odstawił kieliszek na stół. Rina zwróciła uwagę, że wypił tylko kilka łyków. – Istotnie, to na podstawie moich zeznań oskarżony został o zabójstwo Mistrza Geltana. Zanim zacznę o tym opowiadać, chciałbym coś bardzo wyraźnie zaznaczyć.
Ostry ton jego wypowiedzi zdziwił ją lekko, ale mężczyzna podobał jej się coraz bardziej. Taki uroczy, taki zdecydowany i pewny siebie... I jeszcze ze znajomością ciemnych sztuk. Wiele by mogli razem osiągnąć. Do tego ten głos – taki ciepły, mimo tkwiącego w nim lodu.
– Proszę mówić.
– Zdaję sobie sprawę przeciwko komu skierowane są prowadzone przez Mistrzynię działania. Vinara Elburn jest moją przyjaciółką. W pewnym sensie również przełożoną. Zamierzam zeznawać przeciwko Sadrinowi Atlemirowi tylko z chęci zadośćuczynienia sprawiedliwości, do czego czuję się zobowiązany. Proszę nie oczekiwać, że będę zeznawać jedynie na niekorzyść jego i na korzyść Mistrzyni.
Zgodziła się, więc przyszło im stoczyć jeszcze długą rozmowę.
Żałowała, że nie dłuższą.

Brak możliwości rozmówienia się z Eramem Wilne'em niezwykle irytował Arcymistrza Meszara. Nie tylko nie widział go od kilku dni – przez ostatnie tygodnie, a nawet miesiące mieli ze sobą niewiele kontaktu. To młodszego i po tysiąckroć mnie doświadczonego nekromantę, którego Meszar ze względu na jego mizerny poziom wiedzy nekromantą nawet nazywać nie chciał, wyznaczono do śledztwa w sprawie aktów czarnej magii, z których pozostałościami nagminnie stykano się ostatnimi czasy w Veverleyn. Arcymistrz Sztuk Ciemnych patrzył na działania swojego ucznia przegapiającego oczywiste ślady z politowaniem, ale nie mógł za to winić ani jego, ani siebie. Winne było prawo. Czego mógł go nauczyć? Niczego, ponieważ czarna magia jest zła. Dlaczego? Zapewne dlatego, że jest czarną magią.
Westchnął ciężko, kiedy kolejna księga pełna zakazanej wiedzy uderzyła o ziemię. Za bardzo był rozproszony. Czemu właściwie robił to na oczach swojego najbliższego przyjaciela, któremu kilka wieków wcześniej obiecał, że pozbędzie się tego wszystkiego? Ich zakazanych ksiąg przerażała nawet jego, lecz nie zamierzał ich niszczyć. Musiał je ukryć.
Kto wie? Może już został zdemaskowany i dlatego wolano polegać na pracy Erama?
Szczęście w nieszczęściu, Arcymistrz Sztuk Uzdrowicielskich Norrien Saymare po przebytej ciężkiej – uprzednio sądzono, że śmiertelnej choroby – nie miał jeszcze dość sił, by pozwolić sobie na wstanie z miejsca i przyglądanie się pracy nekromanty.
– Znasz Sadrina Atlemira? – spytał znienacka.
– Znam. Twierdziłeś, że go opętało.
Sadrin – ten właśnie temat z chęcią poruszyłby w rozmowie z Eramem. Rozmawiali o nim po śmierci Geltana, ale krótko. Powinien mu wyznać prawdę i przedyskutować sprawę, jak nekromanta z nekromantą, ale przecież Eram nie był nekromantą. Kazał się nazywać mistrzem sztuk ciemnych – po nowoczesnemu. Może jego prawość odwiodłaby nieszczęsnego Meszara od szalonego pomysłu, który narodził się w jego głowie, ale zawsze istniało ryzyko, że nieco w tej prawości przesadzi.
Powinienem porozmawiać z Norrienem. Od wieków przesiaduje ze mną w tej piwnicy, więc zna się lepiej niż Eram. I mnie nie wyda.
– Tak się teraz zastanawiam – kontynuował – czy jesteś absolutnie pewien, że z nim wszystko w porządku?
– Z nim nic nie jest w porządku. Mówiłem ci. Ostatnio pomyślałem, że to może faktycznie opętanie. Sam do końca nie wiedział, co się wydarzyło, a na pewno coś dziwnego. Może nie dziwnego, ale niespotykanego od lat.
– Będziesz jutro zeznawał?
– Będę.
– Chyba też powinienem.
– Jedyne, co powinieneś, to odpoczywać.

Sędzia Wielkiego Zgromadzenia Taldun Agyer żałował, że nikt nie może mu powiedzieć, co powinien zrobić. Od paru godzin przewracał się z boku na bok, nie potrafiąc zasnąć.
Przed oczami miał pięknie rzeźbione łoże i jedwabie. W banku trzymał góry senów. W szafie czekała podkreślająca jego wysokie stanowisko szata. Po co mu było to wszystko, kiedy nie potrafi spać?
Grożono mu. Żeby raz! Pogróżki w większości były ze sobą sprzeczne, co tworzyło w jego głowie dodatkowy mętlik. Chciał zadośćuczynić sprawiedliwości i wywiązać się ze swojego szlachetnego zadania, ale nie chciał zginąć. Nie łatwo być ostatnim sprawiedliwym i miał wrażenie, że tym razem zmuszony będzie się poddać.
Tylko komu?

Jeśli się poddawać, to tylko przed obliczem boga – zadecydował Thomas. Bycie Wielkim Mistrzem wymagało od niego decyzji, kiedy należy realizować własne plany i sprzyjać działaniom przyjaciół, a kiedy bezlitośnie egzekwować prawo. Walczył, choć przecież mógł poddać się losowi. Ale czy poddanie się losowi nie było jak oczekiwanie, czy okręt zatonie, czy zostanie zdobyty przez wroga?
Wyjrzał przez okno w swoim gabinecie, z którego widok rozciągał się na cały Ravel i miasto poniżej. Na dziedzińcu Veverleńskiej Szkoły Magów ujrzał znajomą sylwetkę w czerni. Rozmawiała z dwojgiem uczniów, gestykulując gwałtownie. Poczuł wzruszenie na ten widok. Jakie byłoby Veverleyn, gdyby nie ta kobieta?
Odwrócił się, opierając ręce na biurku. Wiedział, że nie pozwoliłby jej skrzywdzić nawet, gdyby wymagało tego dobro kraju. Wierzył, że nigdy do tego nie dojdzie. A jeśli nawet, niechaj przepadnie kraj, przeciw któremu obrócili się jego najzacniejsi mistrzowie.
Co jednak z Sadrinem – wielkim talentem, który we właściwych okolicznościach mógł bardzo przysłużyć się Avarenowi? Zbrodniarza należy ukarać, ale czy Mistrz Atlemir zasługiwał na to miano? Prawo jest ślepe, lecz bogowie mają oczy i widzą nawet poprzez ciemność umysłu szaleńca. Jednak nie ma wśród bogów Zakonu żadnego bóstwa ryzyka, prawdopodobieństwa ani losu, a młody mag pozostawał niewiadomą.
Wiedziony impulsem chwycił leżący na wierzchu list. Zanim go otworzył i odczytał, niespodziewanie przyszło nań olśnienie. Nie przeczytawszy wiadomości wrzucił ją do ostatniej szuflady.
Miał już plan.
– Muszę się spotkać z pewną młodą damą – powiedział do swojego sekretarza, który wrócił właśnie z poszukiwań potrzebnych mu dokumentów.
Bogowie również mieli swoje plany.

Enya zamknęła Księgę Nocy, zastanawiając się nad boskimi zamysłami. Oczywistym było, że bogowie mieli swoje plany, ale nikt nie mógł z całą pewnością stwierdzić, do jakiego celu zmierzały. Księga Nocy zamiast dać jej ukojenie, spowodowała jedynie natłok myśli.
Z trudem wróciła do przygotowań. Siedziała na podłodze w sypialni niezniszczonej przez pożar. Z dna najniższej szuflady biurka wyciągała pojedyncze kartki. To czego potrzebowała zazwyczaj notowała w pośpiechu na tym, co pierwsze wpadło jej w ręce i po tylu miesiącach miała problem z odnalezieniem wszystkich fragmentów, a tym bardziej w połapaniu się w nich. Zbyt długo czekała. Zbyt długo bała się konsekwencji. Nadszedł czas prawdy i tylko prawda mogła ją uratować.

Prawda, którą od lat podporządkowywał sobie Marelin nie mogła go ocalić. Była kłamcą i mordercą, a najbardziej na świecie lubiła fałsz. Samego siebie nią oszukał, będąc pewnym, że nie istnieje żadna prawdziwa twarz Marelina Koyro. Prawda okazała się kłamstwem w więzieniu Strefy, kiedy nie zniósł tortur zdzierających z niego maski razem ze skórą. Nie dosyć, że straszny był człowiek, którego pod nimi ujrzał, bez maski nie potrafił grać, a nie potrafił też uciec z własnego teatru.
Przygotowywał się do roli życia. Ostatniej i najpiękniejszej. Nie bał się niczego. Niczego nie oczekiwał. Przez chwilę znów miał być aktorem – zmienić się z Marelina Koyro w postać ze świata sztuk, a postacie ze świata sztuki nie odczuwały strachu, bólu i żalu. Tylko naśladowały.

Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 28 marca 2016, 17:16

Dzień dobry, oto ja nadchodzę z ekspresowym pęczkiem uwag ;) Dziś totalna mieszkanka wrażeń z czytania:
, licząc, że postanowi zdradzić Vinarę (Bo przecież Vinara musiała być zamieszana. Nawet oni to wiedzieli.) i wytłumaczyć zawiłą historię.
Tu by się przydało jakoś inaczej to wszystko zapisać, bo ta kropka w nawiasie a po nim mała litera jakoś źle wyglądają i chyba nie są poprawne.

Nie pamiętam kim są sidharowie :bag: Kojarzą mi się w tej chwili najbardziej z Władcą Pierścieni.
A przecież Meszar miał jeszcze asystenta i zastępce – Erama Wilne'a mogącego poświadczyć, że na własne oczy widział Sadrina z księgą zawierającą zapiski potrzebne do odprawienia rytuału.
ę
Być może uznała, że ktoś kto pozwala się ująć w taki sposób nie jest wart uwagi.
Zdaje mi się, że jestem pewna, że między ktoś, a kto powinien być przecinek!
Może w razie czego powiesiliby go, zamiast spalić?
O matko! Są aż tak niecywilizowani? o.O
Nic. Nie rozumiesz? Jest opiekunką zbrodniarzy, co nie znaczy, że pragnie zbrodni. Pragnie tylko żalu. Kogo innego może skryć ciemność poza gotowymi ponieść karę?
Bardzo mi się to podoba <3 Kalijena zdaje się być taka dwuznaczna, w pierwszym odruchu kojarzy się ją z bóstwem uważanym obiektywnie za złe. A tu wyraźnie widać, że chodzi o zdolność wybaczania. Przynajmniej ja widzę.
Ojciec zabrał szkatułkę do Veverleyn, ale najwyraźniej nasi zakonnicy byli małej wiary, bo nie znaleziono tam Nadziei
Dobre. Po prostu dobre.
Enya szybko rozszyfrowała jego gniewny warkot i wyszła, raz jeszcze wycałowując Sadrina.
Chyba lepiej po prostu "całując".
Nie oczekiwała odpowiedzi. Co najwyżej pytań pomocniczych.
<3
– I co? I ludzie o nim zapomną? Jest jeszcze Marelin. Nawet Celisa aresztowano. Mam aż tak ściemniać? Brała w tym udział nie tylko ta trójca idiotów! Nie wiem, kto jest po czyjej stronie i kto może na nas donieść. Wszystko się wali.
W tym momencie najbardziej męczy mnie to, że ja nie wiem (zapewne nie pamiętam :bag:) po jakiej stronie ona jest. Znaczy - o co ona walczy.
Nie miał pojęcia, co mogłoby zabić mistrza feniksa i wolał sobie tego czegoś nie wyobrażać.
Chwilę wcześniej piszesz to wielkimi.
Rrina Ovenveld zawsze wierzyła, że Piątym Żywiołem jest przeznaczenie.
Miało być podwójne "rr"? a tak w ogóle - hu is dis łomen?
Co to w ogóle za nekromanta, skoro jest żonaty? Bez sensu.
xDDD czy to pogląd bohaterki, czy autorki? :P
Ostry ton jego wypowiedzi zdziwił ją lekko, ale mężczyzna podobał jej się coraz bardziej. Taki uroczy, taki zdecydowany i pewny siebie... I jeszcze ze znajomością ciemnych sztuk. Wiele by mogli razem osiągnąć. Do tego ten głos – taki ciepły, mimo tkwiącego w nim lodu.
Leci na niego ostrym szwungiem o.O ciepły lód - karkołomne, ale mam wrażenie, że wiem o jaki głos Ci chodzi :D

Kto to jest Eram też nie pamiętam :bag: Ale to wiesz - Ty musisz wiedzieć w tym momencie, że to moja wina i mojej dziurawej pamięci, na pewno już o nim mówiłaś, nie?
To młodszego i po tysiąckroć mnie doświadczonego nekromantę, którego Meszar ze względu na jego mizerny poziom wiedzy nekromantą nawet nazywać nie chciał,
j
Czemu właściwie robił to na oczach swojego najbliższego przyjaciela, któremu kilka wieków wcześniej obiecał, że pozbędzie się tego wszystkiego?
Eee... a to ktoś z nim tam jest? Trochę tego nie wiadomo i potem myślałam, że to Eram tam jest, ale przecież to niemożliwe.
Ich zakazanych ksiąg przerażała nawet jego, lecz nie zamierzał ich niszczyć. Musiał je ukryć.
Ilość?
nie miał jeszcze dość sił, by pozwolić sobie na wstanie z miejsca i przyglądanie się pracy nekromanty.
A, to on był w środku, ale jak daleko niby był, że nie widział, co ten robi?
Nie łatwo być ostatnim sprawiedliwym i miał wrażenie, że tym razem zmuszony będzie się poddać.
Tylko komu?
Razem, a całe zdanie z tą końcówką w nowym akapicie fajne. W sumie czuję się podobnie do niego oszołomiona xD
Ale czy poddanie się losowi nie było jak oczekiwanie, czy okręt zatonie, czy zostanie zdobyty przez wroga?
Fajne!
Przez chwilę znów miał być aktorem – zmienić się z Marelina Koyro w postać ze świata sztuk, a postacie ze świata sztuki nie odczuwały strachu, bólu i żalu. Tylko naśladowały.
Mocne zakończenie. Co on zrobi?

Ogólnie - ładnie tu grasz formą, tymi przeskokami przez kolejne zaangażowane osoby, które mają teraz odegrać jakąś rolę i zadecydować o losie Sadrina. Fajne jest i to, jak łączysz ich fragmenty i to jak robią się coraz krótsze, co sugeruje przyspieszenie. Włącza się pośpiech, może odrobina chaosu, a Sadrin wydaje się być bezwolny, on oczekuje na działania innych. A może po prostu my jeszcze nie widzimy jego decyzji, które mogą plan każdego z pozostałych zwyczajnie zniszczyć.

Nadal nie wiem o co oni walczą xDD O władzę? O wpływy? O jakiś przyjęty, a uznany przez nich za najlepszy obraz świata? Ale na pewno walczą, każdy ciągnie w swoją stronę, mamy też stare przeciwko nowemu (Meszar kontra Eram), mamy tych, co próbują po prostu być praworządni (Eram), mamy silne układy (Vinara - Thomas). Ten rozdział podnosi napięcie. I myślę, że to właśnie zasługa przyjętej formy.

PISZ ;) :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 19 maja 2016, 18:23

Czy ktoś pamięta jeszcze wyjątkowo pierdołowatego maga imieniem Sadrin? Wątpię, ale wiedzcie, że jeszcze z nim nie skończyłam, choć ciężko było. Wywaliłam jedną piątą tekstu, kasując pojedyncze zdania i akapity, a w międzyczasie dopisywałam.
Miłej lektury!
XXXVII Istniały zbrodnie tak zawiłe i niepowszednie, że nie sposób byłoby je rozpatrzyć przed zwyczajnym Anivrskim sądem. Dlatego Sadrin stanąć miał przed Wielkim Zgromadzeniem. Wielkie Zgromadzenie nosiło swoją nazwę z dwóch powodów. Po pierwsze, było po prostu zebraniem Wielkiej Rady zamiast pod przewodnictwem Wielkiego Mistrza zbierającego się pod wodzą Sędziego Zgromadzenia. Po drugie, niektórzy obywatele Veverleyn nieustannie potrzebowali zaspokojenia swojej manii wielkości, mimo że mieli już Wielkiego Mistrza, Wielką Radę, Wielką Bibliotekę Veverleńską i jeszcze parę wielkich rzeczy. Pokrzywdzeni zostali jedynie „sędziowie mniejsi” zasiadający po obu stronach Sędziego Zgromadzenia tak samo, jak Mała Rada miała w zwyczaju otaczać Wielkiego Mistrza, który na czas posiedzenia musiał znaleźć sobie inne miejsce.
Czemu postanowiono postawić Sadrina przed tak zacnym zgromadzeniem, skoro on sam szczególnie zacny nie był? Zacny czy nie zacny, pozostawał mistrzem Zakonu Avarena i to w dodatku mistrzem, który sporo namieszał. Nie wystarczyło osądzić jego udziału w zabójstwie Geltana. Temu młodemu człowiekowi przyjrzeć się należało znacznie wyraźniej, zgłębić sprawy dawno już uznane za zgłębione i sprawdzić czy ten młody mag zna swoje powinności jako strażnika świętej avareńskiej wiary. Jaki sąd posiadał podobne uprawnienia? Prócz boskiego.
Zgromadzenie zasiadało w półkolistej sali, wyjątkowo mieszając się przez zmianę wymuszoną koniecznością usadzenia Sędziego Zgromadzenia na miejscu Wielkiego Mistrza. Nikt z Małej Rady nie wiedział, gdzie na co dzień zasiadają sędziowie mniejsi, a jeśli nawet, nie chciano rozpraszać się po całej sali. Jednogłośnie postanowiono wziąć w posiadanie miejsca należące do przedstawicieli mistrzów sztuk jasnych i mistrzów sztuk onirycznych, więc ci z kolei rozsiedli się na miejscach Mistrzów Ostatniej Gwiazdy, którzy pomieszali się z Mistrzami Cienia, którzy następnie niemal wepchnęli się na miejsca Mistrzów Feniksa, ale Vinara zaczęła im dowodzić, że koniecznie musi usiąść w drugim rzędzie, zaraz za plecami oskarżonych, więc odeszli, szukając innej ofiary na tyłach.
Tylko Rada Starszych zajęła miejsca bez przeszkód. Jak zawsze siedziała w odosobnieniu, po prawo od Sędziego Zgromadzenia i naprzeciwko wejścia. Zmiana miejsc nie była w ich przypadku możliwa, jeśli nie chciano wprowadzać absolutnego chaosu, bowiem tylko oni oprócz Wielkiego Mistrza mogli zakwestionować wyrok – pod warunkiem, że byli jednomyślni. Lepiej, by nie ustalali tej jednomyślności krzycząc do siebie z drugiego końca sali.
Niepokojąca i podnosząca na duchu zarazem okazała się bliskość Vinary Elburn, która dyszała mu na kark z drugiego rzędu.
No dobrze, nie na kark. Trochę niżej.
Pewnie zaśmiałby się na tę myśl, gdyby nie powstrzymało go pełne smutku spojrzenie Enyi. Ściskała go za rękę z coraz większą siłą. Cienie pod oczami zdradzały nieprzespaną noc. Miał wątpliwości, cz się choćby uczesała.
Odczytano akt oskarżenia, posądzając Sadrina o zabójstwo Geltana oraz, ku zaskoczeniu większości zgromadzonych, o zabójstwo Lodeja, a także domagano się wyjaśnienia kwestii jego samobójstwa i pogrzebu, na którym kilkudziesięciu mistrzów obserwowało, jak ciało młodego maga złożono do grobu. Celisa i Marelina przedstawiano raczej jako jego wspólników i wykonawców poleceń.
Następnie Celisowi kazano pozostać w sali, a Sadrina i Marelina wyprowadzono. Na swoją kolej czekać musieli w niewielkiej sali pod czujnym okiem wielkomistrzowskiej gwardii. Nie wolno im było rozmawiać. Sadrin tępym wzrokiem patrzył na białą ścianę ozdobioną złotym symbolem Avarena. Nie potrafił myśleć o procesie, do głowy nie przychodził mu żaden sposób, który mógłby wyciągnąć go z kłopotów. Całą swoją uwagę przelał w powolne wystukiwanie na blacie melodii pieśni pochwalnej dla Avarena. Nie miał dobrego poczucia rytmu, więc zajęcie pochłonęło go całkowicie.
Nie minęło więcej niż pół godziny, gdy wyprowadzono Marelina i został sam na sam ze strażnikami o kamiennych twarzach. Zaschło mu w gardle, więc spytał, czy wolno mu prosić o szklankę wody. Okazało się, że owszem – wolno mu. Ledwie wziął ostatni łyk, gdy zjawił się posłaniec z wieścią, że o to nadeszła jego kolej.
Powolny marsz korytarzem trwał wieczność. Otaczał go marmur przywołujący wspomnienie labiryntu. Anivrczycy zawsze go używali. W Veverleyn, zwłaszcza na Ravelu marmur był wszędzie. Może labirynt był marmurowy w jego umyśle, a w rzeczywistości nie miał jednego, określonego kształtu? Może to czego dotykał, także nie było marmurem? Może labirynt został stworzony z czegoś, co tylko przypominało marmur, ale miał być po prostu białą, zimną pustynią? Bez potrzeb, bez marzeń, bez myśli.
Zastanawiał się, czy o tym też będzie musiał opowiadać i czy ktoś mu uwierzy. Czuł, że idzie na spotkanie z przeznaczeniem. Marmurowe korytarze otaczały go pełną powagi ciszą. A może lekceważenia? Ile już widziały ludzi podobnych jemu? Setki? Tysiące? Ilu z nich powróciło zwycięsko? Przeznaczenie... Z ulgą zacisnął palce na zimnym kamieniu, mimo że to zimno wzbudzało w nim niepokój. Czy Przeznaczenie gasło, chcąc opuścić tego, któremu już nic więcej nie zostało przeznaczone?
Gdy wszedł, Zgromadzenie milczało. Nie wyglądało na poruszone. Niektórzy nawet tłumili ziewnięcia. Celis wyglądał na opanowanego. Marelinem targał niepokój. Enya patrzyła na niego z nadzieją. Vinara zachowała kamienny wyraz twarzy, nie dając po sobie poznać, że zauważyła jego wejście do sali. Meszar wyglądał, jakby usilnie próbował przypomnieć sobie coś ważnego. Rina Ovenveld w zdenerwowaniu przygryzała wargę.
I tylko Wielki Mistrz się uśmiechał. Nie zajął miejsca, lecz stał na samym szczycie, spoglądając na zgromadzonych z góry.
Mogło być gorzej. Mogli wyglądać na żądnych twojej krwi.
Sadrinowi kazano stanąć przodem do Sędziego Zgromadzenia i nie mógł już obserwować tłumu.
– Klęknij, Mistrzu Sadrinie – nakazał Sędzia Taldun.
Młody mag posłusznie wykonał polecenie.
– Czy powierzasz swój los Avarenowi i czy stając przed zgromadzeniem jego sług, przyrzekasz mówić jedynie prawdę?
Nie mógł odpowiedzieć. Miał wrażenie, że drętwieją mu wargi. Nie mógł się poruszyć. Nie mógł nawet mrugnąć i świat przed nim zmienił się w mozaikę barwnych plan. Zaczęły dobiegać go szepty. Nie wiedziano, co ma oznaczać to milczenie. Jeśli oskarżony nie złożył przysięgi, Zgromadzenie powinno go bez żadnych wyjaśnień skazać.
Sędzia chciał ponowić pytanie, gdy przez szmery przebił się głośny syk. Tak krótki, że nikt nie potrafił dosłyszeć jego źródła, ale Sadrin bez trudu rozpoznał Vinarę. Jego głowa drgnęła w jej kierunku. Odrętwienie zniknęło.
– Powierzam swój los memu panu Avarenowi i stając przed zgromadzeniem jego sług, przyrzekam mówić jedynie prawdę.
Powszechnie odetchnięto z ulgą. A najgłośniej chyba odetchnęła Enya.
– Możesz powstać.
Znów dobrą chwilę zajęło mu, nim zmusił swoje mięśnie do współpracy. Trząsł się. Był niemal pewny, że widać to nawet w najdalszym rzędzie.
– Mistrzu Sadrinie, uczniu Enyi, czy przyznajesz się jakobyś pozbawił życia Mistrza Geltana, Mistrza Lodeja oraz Mistrza Kayryna, o których śmierć oskarża cię Mistrzyni Rina?
- Nie, nie przyznaję się. Jestem niewinny.
Przez salę przebiegła fala szeptów.
– Czy znasz więc tych, którzy dopuścili się tego czynu?
– Znam, Mistrzu.
Tego, co przeszło przez salę nie dało się już nazwać szeptami. Sadrin odwrócił się w stronę Zgromadzenia. Celis szeroko otwierał oczy. Marelin oglądał czubki swoich butów. Enya zamarła w oczekiwaniu. Nie zwracał uwagi na żadne z nich. Spoglądał w parę nienaturalnie zielonych oczu.
– Mam wszelkie powody, by twierdzić, że zabójstwa Mistrza Geltana dokonał Mistrz Lodej, nim pozbawiono go życia. – Ostatnie słowa niemal zagłuszyła wybuchła wrzawa. Semijor Merwind wykrzykiwał coś gniewnie. Enya wyglądała na oszołomioną. Podobnie Mistrz Geltana – Ligdar. Vinara uśmiechała się. Wielkiego Mistrza już nie widział.
– Proszę o spokój. – Głos Sędziego Talduna nie zdradzał najmniejszych oznak podniecenia. – Czy masz, Mistrzu Sadrinie, jakiekolwiek dowody na swoje twierdzenie?
To było trudne. Nie mógł przecież ogłosić, że sprawdził wszystko w marmurowym labiryncie niedługo po tym, kiedy Marelin przyznał mu się do swojej zemsty na Lodeju. Zbyt wiele prawdy należało ominąć, a nie chciał kłamać, skoro złożył przysięgę Avarenowi. Iść na stracenie w życiu to jedno, ale iść na stracenie po śmierci, to już zupełnie co innego.
– Tak usłyszałem od tych, którzy zbadali tę sprawę najdokładniej i nie mam powodu wątpić w ich szczerość. Inna wersja zdarzeń nie jest możliwa.
Zgodnie z oczekiwaniami odpowiedź ta nikogo nie przekonała, lecz tylko wzmogła panujące wzburzenie. Mistrz Merwind zerwał się ze swojego miejsca.
– Dlaczego miałbym uwierzyć, że mój bratanek zamordował swojego przyjaciela przy użyciu ciemnych sztuk?! – wykrzyknął. – Wysłuchaliśmy zeznania Mistrza Erama i to ciebie wskazuje on jako tego, kto mógł mieć dostęp do zakazanej wiedzy. Jak to wytłumaczysz?
Sędzia Taldun powtórnie prosił o spokój.
– Mistrz Merwind, pomimo niewątpliwego braku obiektywnego spojrzenia na sprawę, zadał słuszne pytanie. Skąd twoim zdaniem Lodej miał dostęp do zakazanej sztuki?
– Ze zbiorów swego mistrza, Kayryna.
Rozległo się parę oburzonych okrzyków.
– No tego już za wiele!
– Więc oskarżasz nieżyjącego Mistrza Kayryna z Tahole, ucznia Mistrza Rydawira z Malgen o bezprawne posiadanie dostępu do zakazanej magii. Na jakiej podstawie?
Na podstawie, kurwa, marmurowego labiryntu.
– Odpowiedź na pytanie Mistrza Sędziego jest dla mnie trudna, bowiem wiele aspektów tej sprawy jest dla mnie równie niejasnych, jak dla szanownego Zgromadzenia. Potrzebowałbym możliwości opowiedzenia...
– Kłamstwo nigdy nie jest proste! – przerwał mu ktoś z sali.
– Proszę o spokój, Mistrzyni Jarine. – Sędzia wyglądał na zmęczonego. Sadrin nie chciał wiedzieć, co zdążył przeżyć przed jego przybyciem.
– Dlaczego mam uwierzyć, że Geltan został zamordowany przez Lodeja? Niby czemu?
Sadrin nie poczekał na przyzwolenie.
– Z zemsty.
– Za co? – wyrwało się Mistrzowi Ligdarowi.
– Za śmierć Kayryna.
Każdy Radny, który do tej pory nie zdążył poczuć się zdezorientowany, właśnie się poczuł. Sędzia Zgromadzenia już ich nawet nie uciszał. Po prostu czekał aż gwałtowne emocje opadną.
– Czy mam rozumieć, że oskarżacie Mistrza Geltana o zabójstwo Mistrza Kayryna?
– Nie. Lodej pomylił go ze mną.
Wiedział jak to brzmi, ale nie oparł się pokusie, by wywołać jeszcze większe zamieszanie. Tym razem zdumiona była nawet Vinara. Enya zbladła i przez chwilę bał się, że zemdleje.
– Mistrzu Sadrinie, czy przyznajesz się do zabójstwa Mistrza Kayryna?
– Nie, choć nie mogę zaprzeczyć, że byłem obecny przy jego śmierci i wielu wzięło mnie za współwinnego. Mistrz Folian celowo podsunął Lodejowi ten właśnie trop.
Znów dostrzegł Wielkiego Mistrza. Zdał się zaaferowany.
– To bzdury, Sędzio! Proszę, Mistrzu, pozwól mi opowiedzieć historię tych trzech okrutnych mordów! Mistrz Atlemir bezczelnie kpi sobie z nas, opowiadając bajki i nawet nie próbuje dowieść ich prawdziwości.
Krzykacz okazał się nikim innym jak Riną Ovenveld.
Sędzia westchnął.
– Być może słuszne jest wasze żądanie, Mistrzyni. Widzę, że w nasze zgromadzenie zaczyna powoli wkradać się chaos. Opowiedz nam swoją wersję, aby Mistrz Sadrin mógł złożyć wyjaśnienie.
Na wspomnienie o chaosie kilka osób parsknęło śmiechem. Sadrin również nie nazwałby tego tępa powolnym, ale dźwięk, który z siebie wydobył bardziej przypominał charczenie duszonego.
– Szanowne Zgromadzenie, zapewne doskonale wiadomo wam o specyfice mojej pracy. – Sadrinowi nic nie było wiadomo, ale nikt nie zaprotestował. – Dokładnie przyjrzałam się rozsądzanej dzisiaj sprawie. Dzięki temu wiem, jak ścisła współpraca wiązała Mistrza Atlemira z Mistrzem Folianem. Wprawdzie Mistrz Folian nie został ujęty i zabrał swoje tajemnice do grobu, lecz przesłuchaliśmy szereg świadków, którzy potwierdzić mogą, z jak wielką częstotliwością Mistrz Sadrin zjawiał się w jego progach. Nieprawych intencji Foliana nie muszę chyba nikomu udowadniać. Najprawdopodobniej, jako najbardziej zaufany uczeń Mistrza Kayryna, mniemał, że to właśnie jemu przypadnie majątek mistrza. Być może sam Mistrz Kayryn mu to obiecał, lecz nie przypuszczając swojej rychłej śmierci, nie umieścił w testamencie podobnego zapisu. Folian został z niczym, ale zbrodnia już się dokonała. Potrzebował więc innego źródła pieniędzy, by sfinalizować swoje cele. Jak wiadomo, był jednym z niewielu mistrzów Zakonu, którzy zdawali sobie sprawę z prawdziwego pochodzenia Mistrza Geltana, czyli Filiasa Fandemora. Zaproponował Grindom, że się go pozbędzie, na co mamy pisemne dowody w postaci listów. Do tego postanowił ponownie wykorzystać Sadrina, któremu Geltan ufał i uważał za przyjaciela. Żaden ze świadków nie widział Sadrina w chwili popełnienia tego straszliwego czynu, ale dwie osoby zeznały otwarcie przeciwko niemu – Mistrz Celis i Mistrz Lodej. O zeznaniu Mistrza Celisa nie mógł się dowiedzieć, bo nastąpiło tuż przed pożarem w domu Mistrzyni Enyi. Wiedział jednak doskonale o Mistrzu Lodeju. Upozorował własne samobójstwo, by uniknąć kary, ale nie zapomniał, komu zawdzięcza ten kłopotliwy stan i zaledwie parę dni później pozbawił życia również Mistrza Lodeja. Jeśli Szanowne Zgromadzenie, poprosi, mogę natychmiast przedstawić konieczne dowody rzeczowe. Nie można również pominąć innych znanych nam z jego przeszłości wydarzeń...
Cierpliwość Zgromadzenia jednak znów uległa wyczerpaniu. Przekrzykiwano się. Celis próbował protestować przed wymienianiem go jako świadka. Mistrz Eram prosił o głos. Nawet Vinara chciała się wypowiedzieć. Cieszyła się powszechnym szacunkiem, lub co najmniej respektem, więc na moment uciszyła tłum, ale zaraz Rina krzyknęła coś, czego Sadrin nie usłyszał, a co ponownie wprowadziło zamęt.
Kiedy myślę, że niegdyś jej ufałem...
Nad wszystkie głosy uniósł się jeden – głos doświadczonego mówcy. Albo głos aktora. Marelinowi udało się przekrzyczeć wrzawę.
– Szanowne Zgromadzenie, pragnę ogłosić i przyznać otwarcie przed wami wszystkimi, że to ja jestem winny śmierci Mistrza Lodeja. – Wrzawa niemal rozgorzała na nowo, ale uciszył ją gestem. Sala zamarła w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia. – To ja tamtego dnia, udając strach i troskę podążyłem do domu Mistrza Oryena i to ja uśmierciłem Lodeja podstępem. Następnie, używając jego krwi wymalowałem na ziemi znaki i ja też, udając przerażenie, wezwałem pomoc.
Nikt się nie poruszał. Nikt nie oddychał.
– Przyznajesz się, Mistrzu Marelinie, do morderstwa Mistrza Lodeja przed swym panem Avarenem i przed wszystkimi tu zgromadzonymi? – spytał Sędzia Taldun.
– Tak, przyznaję się.
– Czy jesteś zdolny wytłumaczyć czymś swoje czyny?
– Tak. Uważam, że Lodej Moyoko zasługiwał na śmierć, ponieważ dopuścił się morderstwa mojego przyjaciela Mistrza Geltana, zrzucając jednocześnie winę na Sadrina. Mistrza Celis mówił, że o posiadaniu przez Sadrina księgi dzień przed zdarzeniem dowiedziały się cztery osoby: ja, Mistrz Celis, Mistrz Geltan oraz właśnie Mistrz Lodej. Mistrz Geltan i Mistrz Celis nie rozumieli jej treści, w przeciwieństwie do mnie i Mistrza Lodeja.
Ten jeden raz Sędziemu Zgromadzenia udało się odpowiednio szybko opanować sytuację.
– Czy Mistrz Celis może potwierdzić to zeznanie?
– Tak, Mistrzu.
– To jego wspólnik! Przecież to jasne! – zakrzyknął ktoś z tłumu.
– Dlaczego tak sądzicie, Mistrzu Warinie? – spytał Sędzia.
– Jak Mistrz Celis potrafi wytłumaczyć swoje zniknięcie? Gdzie się ukrywał i czemu odnaleziono go razem z Mistrzem Sadrinem?
– Ja... - Celis zmieszał się. – Zostałem ranny.
– Ciekawe gdzie!
– Proszę o spokój. Pańskie zachowanie to już prawie obraza Zgromadzenia. Proszę nam opowiedzieć o swoim wypadku, Mistrzu Celisie.
– Ja... Ja zostałem zraniony w pożarze domu Mistrzyni Enyi.
– Słucham? – wyrwało się właścicielce zniszczonego dobytku.
Tym razem Zgromadzenie nie pokazało kolejnych oznak zaskoczenia. Już chyba przyzwyczaiło się do ciągłych rewelacji.
– Ja od razu pomyślałem o Sadrinie i księdze, byłem wściekły i... I to przeze mnie zaczęła się walka. I dostałem nożem. I przy tym wszystkim budynek zajął się ogniem. Sadrin wydostał się przez okno, ale mnie pchnęło w głąb budynku. Myślałem, że spłonę... Ale nie spłonąłem, bo pomógł mi jeden z mistrzów. Ja nie pamiętam, jak on się nazywał, ale obudziłem się potem gdzieś indziej i... I musiałem...
– Przerwij, Mistrzu Celisie – prosił sędzia. – Czy ja dobrze rozumiem, że zaatakowałeś Mistrza Sadrina, który w odpowiedzi pchnął cię nożem, a gdy podpaliliście dom, odepchnął cię w płomienie? Chcieliście się obaj pozabijać?
– Chyba tak, Sędzio.
– Chyba?
– Na pewno. Bez żadnych wątpliwości.
Sędzia Taldun przez moment trawił tę informację w milczeniu. Sadrin stał bokiem do Enyi i bał się spojrzeć jej w oczy. Ale spojrzał. Nie było w nich wściekłości. Jedynie wielkie zagubienie.
– Czy mogłabym dokończyć to, co miałam zamiar powiedzieć, zanim mi Szanowne Zgromadzenie tak nieelegancko przerwało? – Znów głos zabrała Rina.
– Oczywiście.
– Naturalnie, zeznania Mistrza Marelina uważam za rzecz absolutnie śmieszną i nie rozumiem tej nagłej potrzeby poświęcenia się. Prócz tego, o czym wspomniałam, istnieją poważniejsze dowody, a nawet coś, co mogło by być osobnym oskarżeniem, a nawet kilkoma oskarżeniami. Otóż te morderstwa z użyciem zakazanej sztuki nie są jedynymi takimi przypadkami w przeszłości Mistrza Sadrina. Nie wiem, czy całemu Szanownemu Zgromadzeniu wiadomo, ale zanim Sadrin Atlemir trafił do terminu u Mistrzyni Enyi, był uczniem skazanego za używanie właśnie ciemnych sztuk Mistrza Renira. Sadrin został wprawdzie uniewinniony, ale mam wszelkie dowody na to, iż niesłusznie.
– Wasze oskarżenia są nadzwyczaj śmiałe, Mistrzyni Ovenveld. – Rozległ się głos Vinary. Napięcie gwałtownie wzrosło, ale nie w sposób, który prowadzi do wybuchu. Zazwyczaj kiedy Vinara Elburn stwierdza, że twoje oskarżenia są nadzwyczaj śmiałe, najmądrzejszym wyjściem jest zmiana albo wycofanie tychże oskarżeń. – Osobiście zajmowałam się śledztwem w sprawie Mistrz Renira.
– Właśnie dlatego obawiam się, że śledztwo to nie zostało przeprowadzone właściwie. Nie tylko Mistrzowi Folianowi ostatnimi czasy często towarzyszył Sadrin. Na tej sali siedzi człowiek, który nie tylko widział wspomnianą księgę w rękach Sadrina, ale już wcześniej dostrzegł w nim ślady wykonywanych wcześniej ciemnych rytuałów. Mam oczywiście na myśli Mistrza Sztuk Ciemnych Erama Wilne'a.
Zaraz odezwie się Meszar. Przed fałszywymi oskarżeniami mógłbym bronić się w nieskończoność, ale nie przed prawdą. Nawet Vinara wycofa się z obrony.
Jęknął cicho. Chciał zniknąć. Prawda bolała. Była nieznośna. Nie mógł jej słuchać. To było takie uczucie, że równie dobrze mógł stanąć przed Zgromadzeniem nagi. Czuł wstyd.
– Czy to prawda, Mistrzu Eramie?
– Tak. – Mistrz nie zwrócił uwagi na wściekłe spojrzenie zielonych oczu, choć nie dało się go też zaliczyć do najpogodniejszych ludzi świata.
– W jaki sposób Mistrz jest w stanie udowodnić, że Mistrz Sadrin aktywnie uczestniczył w... działaniach Mistrza Renira?
Tu nastąpił długi opis wpływu mocy ciemnych na aurę posługujących się nią osób, parę ledwie zrozumiałych dla Sadrina wzmianek na temat czegoś, czego nazwy nie potrafił wymówić, na koniec okraszone dodatkowo paroma cytatami z zapisów o zakazie stosowania tychże. Nie tylko młody mag miał problemy ze zrozumieniem. Dla Sędziego nie było to aż tak skomplikowane – nie mogli wszak wybrać na to miejsce kogoś, kto nie miał pojęcia o specyfice zbrodni – ale i tak poprosił o dodatkowe wyjaśnienia.
– Mistrzyni Vinaro, czy może Mistrzyn wyjaśnić to niedopatrzenie, czy też może, jak sugeruje Mistrzyni Rina, wyjaśnić swoje postępowanie?
– Oczywiście. – Nie potrzebowała ani chwili na zastanowienie. – Nie umknęły mojej uwadze wspomniane przez Mistrz Erama zmiany. Wprost przeciwnie. Ten temat został przez nas wyjątkowo uważnie zbadany. Nie ulega wątpliwości, że Mistrz Sadrin wiedział, o działaniach Mistrza Renira, czego nigdy nie próbował ukrywać. Aresztowano go w sytuacji niepozostawiającej złudzeń. Mam nadzieję, że Szanowne Zgromadzenie nie zamierza zaprzeczać, że miało świadomość tego stanu rzeczy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że Mistrz Sadrin miał pewien znikomy aktywny udział w rytuałach odprawianych przez mistrza Renira, lecz, jak się zarzeka, nie dobrowolny i jako doświadczona mistrzyni sztuk ciemnych oraz mistrzyni czaroznawstwa jestem gotowa podważyć twierdzenie, iż był to udział tak duży, jak przypuszcza Mistrz Eram.
– Dlaczego Mistrzyni nie poinformowała nikogo o tym fakcie? Zapewne doskonale zdaje sobie Mistrzyni sprawę z tego, że w takich sytuacjach postępowanie w przypadku Mistrza Sadrina powinno wyglądać zupełnie inaczej, niż to miało miejsce.
Młody mag zadrżał. Doskonale wiedział, jak to postępowanie powinno wyglądać. Nawet gdyby został całkowicie oczyszczony z zarzutów, nikt nie ryzykowałby, że tak młody i słaby psychicznie mag posiadł tak dużą wiedzę na temat sztuk ciemnych. W najlepszym wypadku przebywałby pod stałym nadzorem. W bardziej prawdopodobnym poddany zostałby tak zwanemu niszczeniu wspomnień. Rzadko udawało się pozbyć jedynie tych szkodliwych. Czasem można było również skończyć jako śliniący się przygłup.
Żeby ona tylko się nie zawahała... Wymyśl coś, kobieto. Błagam.
Nie zawahała się. Nawet się nie zająknęła przy najniebezpieczniejszym z możliwych kłamstw.
– Omawiałam ten temat z Wielkim Mistrzem Thomasem. Wspólnie stwierdziliśmy, że takie rozwiązanie, z wiadomych względów, byłoby niestosowne.
– Przepraszam, ale chyba nie bardzo rozumiem te wiadome względy – wtrąciła się Rina Ovenveld.
– Czy mógłbym prosić o możliwość zabrania głosu? – zabrzmiał głos spod ziemi. Prawie spod ziemi. Dziś akurat Arcymistrz Sztuk Ciemnych Meszar Auovon zdecydował się na wyjście ze swej ciemnej piwnicy.
Wszyscy skierowali wzrok ku niemu. Bardzo rzadko się zdarzało, żeby przemawiał publicznie.
– Oczywiście, Mistrzu Meszarze. To wręcz wskazane.
– Dziękuję. – Słowa zdawały się uderzać o rzeczywistość. – Jestem absolutnie pewien, że Mistrzyni Vinara oraz Mistrz Thomas podjęli swoją decyzję w dobrej wierze, ale boję się, że nie byli świadomi prawdziwego przebiegu wydarzeń. Badałem tę sprawę na długo przed Mistrzem Eramem. Być może źle zrobiłem, zwlekając i rezygnując, kiedy Mistrz Sadrin nieoczekiwanie zniknął.
Zamilkł, najwidoczniej zbierając myśli. Wszyscy w napięciu oczekiwali dalszych słów i tylko Sadrin miał ochotę zemdleć. Wszystko się miało okazać. Wszystko się miało wyjaśnić. Sadrin Atlemir był zbrodniarzem i to była najprawdziwsza prawda, przed którą nie można uciec.
Czy czujesz się zbrodniarzem, Sadrinie?
Nie.
Co to oznacza? Nie. Nie odpowiadaj, bo ja sam nie mam pojęcia, co to oznacza... Może inne pytanie. Czy ty wiesz, że jesteś zbrodniarzem?
Nie. Wiem, że nie jestem zbrodniarzem. To, co zrobiłem było złe, ale słuszne. Musiałem. I wiesz co? Powiem im to. Wszystko im opowiem. Nie ma sensu kłamać, a bogowie patrzą.

– Sadrin sam opowiedział mi całą historię i przyznał, że nie powiedział Mistrzyni Vinarze całej prawdy. Przyznał mi, że początkowo Renir zmusił go do uczestnictwa w kilku-kilkunastu rytuałach. Potem sytuacja zmieniła się. Sadrin przyznał, iż sam, bez pomocy Renira wykonał ich jeszcze ponad dwa razy tyle. To on również podstępem uwięził dwójkę synów Mistrza Renira, których, jak wiemy, wykorzystał on później w próbie wzmocnienia swojej magii. Wiele czarów przygotowanych przez Mistrza Renira nie udało się, a większość tych, na których skuteczność mamy potwierdzenie, można przypisywać właśnie Sadrinowi. Na dodatek Mistrz Sadrin podczas tej opowieści zachowywał się niezwykle dziwnie, lecz mogę stwierdzić, że opowieść ta przynajmniej w większości zgadza się z prawdą. A rozmawiałem z Sadrinem nie bez powodu. Przysłał go do mnie Mistrz Norrien, któremu Sadrin przyznał się z kolei do halucynacji. Mistrz Norrien odrzucił możliwość wystąpienia obłędu i prosił mnie bym sprawdził, czy nie mamy do czynienia z opętaniem. Odrzuciłem ten pomysł. Dziś mam wątpliwości, czy kwestia zdrowia umysłowego i czystości od działania ciemnej magii Mistrza Sadrina nie powinna być lepiej zbadana. Wydaję mi się całkiem prawdopodobne, że Mistrz Sadrin jest nie do końca świadomy swoich czynów.
Nikt nie kwapił się do komentarza. Wszyscy albo w zamyśleniu analizowali sytuację, albo próbowali dyskretnie sprawdzić, czy młody mag w swej nieobliczalności nie spróbuje ich zaraz pozabijać.
– Mistrzu Sadrinie, czy to, co opowiedział nam Arcymistrz Meszar jest prawdą? – spytał sędzia Taldun.
– Mogę siedzieć?
– Tak.
W ostatniej chwili. Nikt nie zauważył, że nogi po prostu zapadły się pod nim. Na szczęście trafił na miejsce koło Enyi. Musiała być zszokowana, jak nigdy w życiu, więc opanował chęć złapania jej za rękę. Mogłaby ją odtrącić, a tego by nie zniósł.
– Szanowne Zgromadzenie, nie mogę zaprzeczyć temu, jako że opowiedziałem taką właśnie historię Mistrzyni Elburn i taką właśnie historię Mistrzowi Auvonowi. Muszę jednak przyznać, że pominąłem znaczną część z tego, a wiele faktów, których nie pominąłem, zostało najwyraźniej źle zrozumianych.
Bariery zniknęły. Opowiedział im jak Renir znęcał się nad nim przez długie miesiące, jak go upokarzał i karał, jak obojętni wobec tej sytuacji pozostawali jego dwaj synowie. Opowiedział o tym, jak Renir zaczął zmuszać go do współudziału w swych zbrodniczych praktykach aż pewnego dnia nie wytrzymał. Sam zakradł się do jego pracowni i zabrał jedną z ksiąg, w których jego mistrz szukał dróg do wzmocnienia swojej mocy. Nie rozumiał ich, więc wykorzystał inne księgi, by przyzwać ducha starego nekromanty, autora zaklęcia. Nekromanta pomógł mu, nie prosząc o nic, lecz wpłynął na jego umysł, co później, tuż po opuszczeniu starej stolicy, wywołało problem z przywidzeniami. Sadrin powtórzył nawet Zgromadzeniu mądrość o tym, by używając magii przestać poruszać się w świecie materialnym.
Nekromanta ostrzegł go też, że Mistrz Renir jest mimo wszystko zbyt potężny, więc Sadrin wzmocnił się zawczasu na dwóch synach maga, których obwiniał za swoje położenie. Sam ich ogłuszył i sam przeprowadził rytuał. To nie wystarczyło. W ślad za synami poszła sprzątaczka Renira, która akurat znalazła się w pobliżu. Na koniec przyjaciel Renira, którego imienia Sadrin nie poznał – najpewniej był to zaginiony Taeumus Gayt. Nie zdążył jednak wcielić swojego planu zgładzenia samego mistrza w życie. Został uprzedzony przez aresztowanie, śledztwo i egzekucję Renira.
Gdy Sadrin skończył swoją opowieść, Sędzia nie zadawał pytań. Wrócił do sprawy właściwej, ponownie przesłuchując Celisa w sprawie śmierci Geltana. Sadrin nie słuchał. W tej sprawie i tak wszystkie dowody wskazywały na niego. Jedynym sposobem na uniknięcie kary byłaby opowieść o współpracy ze Strefą – wydanie Vinary, Riny, Marelina i całej reszty. Zrezygnował. To już nie miało znaczenia. Już w czasie zeznań Meszara wiedział, że nie ma szans. Dlatego niespecjalnie zdziwiła go podjęta przez Sędziego Talduna decyzja.
– W imieniu Wielkiej i Małej Rady Zakonu, całego państwa anivrskiego, Wielkiego Mistrza Thomasa Veverleyna oraz całego Zakonu Avarena, któremu rozkazano w Tarunie spełniać wolę swego Pana, uniewinniam Mistrza Sadrina w sprawie zabójstwa Mistrza Kayryna oraz w sprawie zabójstwa Mistrza Lodeja, lecz uznaję za winnego morderstwa Mistrza Geltana, a także nakładam na niego karę z racji poczwórnego morderstwa, do którego Mistrz Sadrin przyznał się w trakcie Zgromadzenia. Wedle wszelkich praw dawnych i wszelkich prawd dzisiejszych, skazać powinienem Mistrza Sadrina na śmierć przez spalenie na stosie, lecz z uwagi na młody wiek wyznaczam mu karę łagodniejszą, czyli śmierć przez powieszenie.
Poczuł, jak Enya zaciska palce na jego dłoni i wysłuchał, jak Sędzia Taldun skazuje na śmierć również Marelina. W ten sam sposób.
Forma wykonania wyroku ucieszyła go. Zawsze najgorzej radził sobie z żywiołami.
Nie tylko z ogniem.

Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 25 maja 2016, 11:43

Już przedostatni.
XXXVIII Czekał. Bo co miał robić? Co jakiś czas próbował odciągnąć się od rozmyślań z pomocą mocno sfatygowanego egzemplarza „Pieśni feinirskich”. Ktoś wcisnął mu go do ręki, gdy wyprowadzano go z budynku Rady. Nie widział kto. Zewsząd napierała ludzka masa, której straż nie potrafiła utrzymać z dala od młodego maga. Trudno poradzić coś przeciw grupie kilkuset magów przekonanych o własnej ważności, kiedy wszyscy naraz postanowili wyjść jednymi drzwiami. Zwłaszcza, gdy co drugi postanowi zatrzymać się i wygłosić opinię na temat słuszności lub niesłuszności wyroku albo utrzymuje, że musi koniecznie porozmawiać ze skazańcem.
Ta dodatkowa eskorta odprowadziła go aż na Plac Centralny, gdzie ponownie odczytano wyrok. Trzy dni – tyle mu zostało. Dostrzegał w tłumie znajome twarze. Odczytywano zarzuty przeciw niemu, a jego przyjaciele patrzyli i słuchali, ale nie potrafili uwierzyć. On sam nie potrafił. Co mu strzeliło do głowy? To musiał być sen. To musiała być historia kogoś innego. To nie on miał skończyć na szubienicy. Wiedział, że tak właśnie się stanie, ale pojęcie było zbyt abstrakcyjne, by ogarnąć je rozumem.
Bogowie, Celis zobaczy mnie, kiedy będę... Kiedy będę... Nie powinien. Poproszę go oto, jeśli będę miał okazję.
„Pieśni feinirskie” – nieprzypadkowy wybór. Ta jedna z wielu świętych ksiąg Tarunu zawierała modlitwy do niemal wszystkich bogów śmierci. Czytał je po kolei, nie pomijając nawet tych poświęconych bóstwom wrogim Avarenowi. Potępienie, ból, wieczna ciemność – oto przyszłość pisana grzesznikom. Jedynie Kalijena była jednocześnie boginią przebaczenia. Modlitwę do niej przeczytał kilkadziesiąt razy, a gdy miał dość brzmienia w kółko powtarzanych fraz, sięgał pamięcią do innych, zarówno do tych znanych w całości jak i tych pamiętanych tylko we fragmentach. Później darował sobie nawet to. Nie potrzebne mu były piękne słowa, by wyrazić swoją prośbę.
Nad ranem dnia egzekucji śpiewał zdartym od mówienia głosem. Nie spał tej nocy. Nie chciał marnować czasu, jaki mu pozostał, kiedy nie widział powodu. Jego ciało nie potrzebowało już siły do życia.

– Czemu go nie wypuści? Zależało mu! Gdy okazuje się, że chłopak ma jednak nieciekawą przeszłość, od razu ucieka. Wzór wszelkich cnót... Pff! Najpierw niech przestanie tyle pić! Czemu on może, a ja nie?
Spodek od filiżanki przeleciał przez pomieszczenie, uderzając o ścianę i zrzucając wiszący tam pejzaż przedstawiający Veverleyn z czasów, kiedy miasto było dwa razy mniejsze. Kawałki porcelany zaścieliły podłogę. Olirowi nie chciało się ani tego zbierać, ani napominać o to Vinarę. Udał, że wyjmuje coś z dolnej szuflady biurka.
Miała powody, by się wściekać. Na jaw wyszła nie tylko jej niewiedza, ale również fakt, że została oszukana. Na domiar złego obiecała chronić Sadrina i on sam obronił ją przed ewentualnymi zarzutami. Wbrew temu, co mówiono, Vinara miała swoją własną, bardzo specyficzną odmianę honoru, który teraz kazał jej za ratunek odwdzięczyć się ratunkiem bez względu na to, czy została przez Sadrina oszukana czy nie. Niewiedza była przecież jej winą, a nie człowieka rozpaczliwie usiłującego uniknąć kary.
Jednak pozostawała bezsilna.
Nie pamiętała by kiedykolwiek wcześniej Thomas okazał się tak nieubłagany wobec jej próśb. Między dwojgiem najpotężniejszych ludzi w Zakonie zdawała rodzić się nieufność, a to zwiastowało koniec pewnej epoki w historii Zakonu. Niestety bardzo dobrej epoki. Epoki kiedy nikt nie był w stanie zagrozić ich interesom i planom.
– Wściekł się. Nie ostrzegłaś, że będziesz próbowała zasłonić się jego autorytetem.
– Nie wściekł się. Thomas nie wścieka się o takie pierdoły. Myślisz, że to pierwszy raz?
– Może wściekł się właśnie dlatego, że to nie jest pierwszy raz?
– Bez przesady.
– A może to zwyczajne poczucie sprawiedliwości? Sadrin jest mordercą. Bardzo miłym i potykającym się o własne nogi, ale jednak mordercą.
– Powinni mu dać miejsce w Radzie.
Parsknął.
– Na honorowym miejscu.
– Ostatnio doszłam do wniosku, że przydałby się nam ktoś taki. Oczywiście normalniejszy.
– Tu? W Strefie?
Wstał, z ulgą prostując zgarbione od wielu godzin plecy. Skończył pracę na dziś, przynajmniej tę jej część, która wymagała siedzenia przy biurku. Mógł wreszcie podejść i wziąć ją w ramiona.
– Tak ogólnie.
– A nam przydałby się wolny tydzień. Prawię cię nie widzę ostatnio.
– Mhm. Ja chyba już wiem, do czego Thomas zmierza. To on.
– Jaki on? Thomas?
– Nie, Sadrin. Cały czas wiedział o naszym planie. To znaczy, że sam ma plan. Jak może skorzystać, jeśli nam się nie uda?
– Nijak. Stoimy po tej samej stronie.
– Gdybyśmy stali po tej samej stronie, wypuściłby go.
– Vin, wyrok zapadł. Zostaw te rozmyślania i chodź wreszcie.
Dała mu wziąć się pod ramię i zaprowadzić do domu. Nie rozmawiali o tym więcej. Vinara była gotowa wziąć szturmem wiele twierdz, by uwolnić towarzyszy broni, ale Pałac Wielkiego Mistrza do nich nie należał. Byli uczennicą i mistrzem, przyjaciółmi i sojusznikami. Razem byli jak Piąty Żywioł – tajemny układ dwóch sił czuwających nad Veverleyn.

Nie był to słoneczny, ciepły dzień z rodzaju tych, które do ostatniej chwili podtrzymują w ludziach optymizm. Nad Veverleyn zawisła mgła. Raz na kilka godzin spadało parę kropel deszczu. Przyjemnie byłoby zawinąć się szczelniej płaszczem i postawić mur między myślami, a szarą rzeczywistością, ale odrzucił ten pomysł. Przeziębienie już mu nie groziło, a taki gest mógłby zostać wzięty za objaw strachu. Życie zabiorą – zostanie pamięć i wolał, by nie była to pamięć o tchórzliwym zbrodniarzu bojącym się stawić czoła karze. Przy drżącym ze strachu Marelinie i odprowadzającej ich pobladłej Enyi wyglądał wręcz mężnie. Ten raz.
Lepiej późno niż wcale.
Wilgoć i chłodny wiatr nie powstrzymały rzeszy ludzi przybyłych, by zobaczyć egzekucję. W Veverleyn, inaczej niż w sąsiednich krajach, należały do rzadkości, a egzekucja maga, na dodatek bardzo młodego maga, który przyznał się do zabijania z pomocą zakazanej magii zakrawała na sensację. W tym przypadku nawet na podwójną sensację.
Niektórzy przyszli tylko po to, by ogłosić stracenie mężczyzn tak młodych, że chłopców niemal całkowicie nieludzkim. W szczególności Marelina nie mającego więcej niż szesnaście lat.
Spora część przybyłych, przynajmniej tych najbliższych miejsca kaźni, znała obu magów i przygnana została nie tyle poczuciem obowiązku, ale chorą ciekawością. Sadrin powinien być inny. Odmieniony i zepsuty. Nie mogli skazać na śmierć tego uprzejmego chłopca, którego pamiętali.
Teraz większość z nich wyglądała, jakby chciała uciec, ale ściśnięty na placu tłum zamykał im odwrót. Zanim zdążyliby się oddalić, dawno byłoby już po wszystkim. Pozostały minuty – przez tę świadomość nogi Sadrina robiły się giętkie i mimo wysiłków ledwie łapał równowagę. Tak jak przypuszczał, najgorsza okazała się obecność Celisa. Przyszedł sam i stojąc wśród tłumu obcych ludzi śledził go swoimi wielkimi elfimii oczami. Jego twarz przybrała barwę zakonnych płaszczy.
Vinara też tam była. Stała dumnie wyprostowana, bez lęku spoglądając w stronę idących na śmierć chłopców. Na jej twarzy malował się zaledwie lekki grymas niezadowolenia. Oczywiście zajęła miejsce tuż obok Wielkiego Mistrza Thomasa, który nawet nie spoglądał w jego stronę. Olira nie dostrzegł albo raczej nie rozpoznał go pod maską, za którą się skrył.
Stopnie prowadzące na szafot skrzypnęły nieprzyjemnie. Musiał oprzeć się na ramieniu strażnika, by nie stracić równowagi. Nogi nie chciały usłuchać. Za jego plecami Marelin wpadł w histerię i został wciągnięty siłą. Sadrin też miał ochotę usiąść, zapłakać i zyskać choć jedną chwilę więcej na uporządkowanie myśli. Ale myśli burzyły się pod czaszką, a mijający czas niczego nie ułatwiał.
Kiedy stanął na górze, ze wzrokiem utkwionym w wieży miejskiego ratusza, by nie musieć oglądać wlepionych w niego spojrzeń, pozwolono Enyi wejść za nim, pożegnać się i odejść. Nie zwracała uwagi na ponaglenia. Ścisnęła go z całych sił, w przerwach między atakami płaczu, szepcząc nieskładne zdania. Mówiła mu o nim to wszystko, co powinien usłyszeć za wiele lat, gdy oddalą się od siebie i będą mogli porozmawiać bez niepotrzebnych spięć.
Musiała się spieszyć – oddać mu zabrany czas.
Marelinowi nie dana została podobna okazja. Jego Mistrz aresztowany został kilka tygodni wcześniej i nie pozwolono mu przybyć, co dodatkowo rozsierdziło obrońców młodego życia. Sadrin miał egoistyczną nadzieję, że wykonanie wyroku nie zostanie z tego powodu odłożone w czasie. Na niewiele mogli liczyć w tej sytuacji, a dłuższego oczekiwania by nie zniósł.
Enya zeszła na dół, a on wreszcie odważył się zmierzyć ze zgromadzonym ludem. Widział ich mnóstwo, a końca nie dostrzegł. Czy całe Veverleyn przyszło tu, by zobaczyć jego ostatnią chwilę? I ten olbrzymi tłum, nieskończona liczba żywotów ludzkich umilkł, gdy zrozumiał, że na niego patrzy. Wśród dziesiątek tysięcy ludzi zaległa cisza.
– Sadrin! – Nagły kobiecy krzyk ściągnął uwagę wszystkich.
Próbował dojrzeć wołającą, ale nie potrafił wyłowić jej spośród morza twarzy. Zwłaszcza, że nastało zamieszanie i obracano się na wszystkie strony, by na własne oczy ujrzeć desperatkę.
– Dajcie się dziewczynie pożegnać! – zawołał ktoś z tłumu. – Zbrodniarz też człowiek! Też kocha!
Natychmiast paru obrońców życia poparło ten pomysł i natychmiast też odezwał się ktoś, że tak przecież nie można i zbrodniarz wcale nie człowiek, tylko zwykła świnia. Wybuchła awantura na kilkadziesiąt tysięcy, jeśli nie kilkaset tysięcy osób, bo nieustannie dołączali do zbiegowiska kolejni ludzie. Zdezorientowany kat spojrzał w kierunku Wielkiego Mistrza, ale ten rozmawiał z żoną i zdawał się zupełnie nie zauważać ogromnego poruszenia.
Vinara skinęła głową.
Jeden ze strażników wyciągnął do kobiety rękę, by pomóc jej wejść bez konieczności przepychania się do schodów. Sadrin szukał jej dotąd w złym miejscu. Stała za jego plecami, tuż przy szafocie.
To była Deira.
Owionął go zapach kwiatów.
Czemu inni go nie czują?
Rzuciła mu się na szyję. Zanim zdążył zareagować, stanęła na czubkach palców i pocałowała go. Tłum natychmiast zareagował. Sadrin usłyszał zbiorowe westchnięcie, ale nie skupiał się na tym dłużej – w tej chwili zajmowała go Deira. Najpewniej rozważano już zamianę tej wzruszającej historii na sensacyjną plotkę, a dalej na piękną legendę, w której młoda dziewczyna ratuje kochanka przed szubienicą. Bo w tej legendzie byłby właśnie wieloletnim kochankiem, a nie przypadkowym chorym, który był akurat w pobliżu, kiedy wymarzyła sobie całowanie się.
Czy pocałowanie skazanego na śmierć mordercy też było jedną z rzeczy, które pragnęła zrobić przed śmiercią? Przypomniał sobie, jak słyszał, że chciała popełnić samobójstwo, skacząc z dachu. To było po jego otruciu. Czy tym razem planowała to samo? Widział jej rude włosy włosy splamione krwią, białe kości rozbitej czaszki i okropną trupią bladość. Zadrżał.
W tej samej chwili poczuł dotyk zimnego kamienia, który wcisnęła mu do ręki. Nie musiała mu tłumaczyć, z czym ma do czynienia.
Nadzieja – ją mógł zabrać nawet tutaj.
– Z nią znajdziesz drogę równie łatwo jak z Mądrością – szepnęła, odrywając usta. – Zabierz Śmierć, zabierz Mądrość i biegnij. Nie zatrzymuj się ani nie oglądaj za siebie. Rozumiesz?
Musiano odrywać ją od niego siłą. Szarpała się, krzycząc, że prawda jeszcze zwycięży, bo prawda w przeciwieństwie do kłamstwa jest niezmienna. Krzyczała, że prawdą jest, iż Sadrin jest dobrym człowiekiem, dobrym magiem i sługą bogów. A dobro nie zależy od zła. Spopiela przeszłość swoją mocą. Odczytano wyrok, ale Sadrin już nie słuchał. Wciąż stał gotowy na śmierć, ale jego umysł pędził przez marmurową równinę.
Nie było tak łatwo. Mądrość nie kazała człowiekowi, by gnał jak oszalały. Nie walczyła z bólem od zmęczonego ciała. Pozwalała stanąć. Pozwalała się zastanowić. I nie słabła tak szybko. Nie zmieniała się w otępiający strach! Pędził przez tysiące zakrętów. Ślizgał się, wpadał na ściany i uderzał głową o lodowaty marmur. Za każdym razem musiał wstać i biec. Nie istniało zmęczenie, ale istniał zdradziecki szept rozsądku. Zatrzymaj się. Mag nie działa na oślep.
Niech zaklinają oszalałą magię! Jaki głupiec stawia rozum przeciwko Nadziei?
Mądrość i Śmierć odnalazł wśród zapachu kwiatów w zaułku. Deira stała obok. Chwyciła go za rękę.
Mógł biec w nieskończoność.
Dokądkolwiek.
Nie widział końca labiryntu. Czy mógł w ogóle istnieć? Zapach kwiatów prowadził go przez wszystkie miejsca i czasy naraz. Strach. Gniew. Samotność. Uczucia wszystkich istot świata przelewały się przez jego duszę. Potem ulga. Radość. Miłość. Innych punktów orientacyjnych nie było. Była biel i coraz cudowniejsze wspomnienia. Czyste i jasne, jakby pochodziły z raju.
Ale nie zatrzymywał się.
Biegł.
Dokądkolwiek.
Dalej niż potrafił sobie wyobrazić.
Aż do chwili, kiedy runął w ciemność.
A ciemność pachniała niczym kwiaty.

– To było dziwne – stwierdziła Vinara wśród powszechnego niedowierzania i szoku. Świadomość, że Sadrin zniknął na sekundę wcześniej, nim pętla zacisnęła się na jego szyi w żaden sposób nie odbiła się na jej zamarłej w wyrazie niezadowolenia twarzy. Przyglądała się konającemu Marelinowi. Prócz niej nie miał żadnej publiczności.
– Szczęście nowicjusza – dodała, kiedy było już pewne, że były aktor w przeciwieństwie do swojego towarzysza bez przeszkód zakończył żywot.
Spojrzeli po sobie z Olirem. Byli oazą spokoju pośród oszalałego tłumu. Biegano, nawoływano, snuto teorie i rzucano pierwsze oskarżenia. Modlono się. Niektórzy czuli potrzebę opisania zdarzenia na głos. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś cudem nie zauważył jeszcze, co się stało.
– Niepojęte – powiedział Merien, nim zdał sobie sprawę, że mówi w pustkę. Enya, którą obiecał pilnować gdzieś zniknęła.
– Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o Vinarę – powtórzył stare veverleńskie powiedzenie Sędzia Taldun, ale Vinara stała tylko z lekko zaskoczoną miną i nie wyglądała na taką, o którą chodzi, a nawet na taką, która wie, o co chodzi.
Szybko skojarzono, że istnieje jeszcze szansa na bardzo ładną legendę o dwojgu kochanków. Wszczęto raban i w nie cały kwadrans później całe Veverleyn, największe miasto świata szukało już tajemniczej dziewczyny.
Ale Deira zniknęła.

Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 27 maja 2016, 20:49

Bry, Krinu! Oczywiście z poślizgiem, ale za to hurtem ;) Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o samych wydarzeniach. Technicznie zaś jesteś moim zdaniem coraz sprawniejszą młodą adeptką pisarstwa :D Będzie zatem ciut wrażeń i kilka literówek jedynie.

XXXVII
Zacny czy nie zacny, pozostawał mistrzem Zakonu Avarena i to w dodatku mistrzem, który sporo namieszał.
To zabrzmi strasznie, ale zaskoczyło mnie to, że Sadrin jest mistrzem. W sensie cały czas myślę, że jest uczniem i jakieś pasowanie na mistrza dopiero przed nim.
Jak zawsze siedziała w odosobnieniu, po prawo od Sędziego Zgromadzenia i naprzeciwko wejścia.
Na prawo, bym rzekła.
Lepiej, by nie ustalali tej jednomyślności krzycząc do siebie z drugiego końca sali.
XDDDD
Niepokojąca i podnosząca na duchu zarazem okazała się bliskość Vinary Elburn, która dyszała mu na kark z drugiego rzędu.
I dopiero tu widać, że to wszystko obserwacje Sadrina. Może jednak zamiast mu imię? Czy to znów kwestia ciągłości z poprzednim rozdziałem?
Miał wątpliwości, cz się choćby uczesała.
sali, a Sadrina i Marelina wyprowadzono. Na swoją kolej czekać musieli w niewielkiej sali
Powtórzona sala.
Mogło być gorzej. Mogli wyglądać na żądnych twojej krwi.
Prawda.
Nie mógł odpowiedzieć. Miał wrażenie, że drętwieją mu wargi. Nie mógł się poruszyć. Nie mógł nawet mrugnąć i świat przed nim zmienił się w mozaikę barwnych plan.
Och. Kłopoty… i „plam” na końcu zdania.
Iść na stracenie w życiu to jedno, ale iść na stracenie po śmierci, to już zupełnie co innego.
Mądry chłopiec.
Na podstawie, kurwa, marmurowego labiryntu.
– Odpowiedź na pytanie Mistrza Sędziego jest dla mnie trudna, bowiem wiele aspektów tej sprawy jest dla mnie równie niejasnych, jak dla szanownego Zgromadzenia.
<3 XDD ten kontrast! Panuje chłopak nad sobą jednak :D
Sadrin również nie nazwałby tego tępa powolnym, ale dźwięk, który z siebie wydobył bardziej przypominał charczenie duszonego.
Tempa.
Mistrz Kayryn mu to obiecał, lecz nie przypuszczając swojej rychłej śmierci, nie umieścił w testamencie podobnego zapisu.
Podejrzewając?

– Wasze oskarżenia są nadzwyczaj śmiałe, Mistrzyni Ovenveld. – Rozległ się głos Vinary.– Osobiście zajmowałam się śledztwem w sprawie Mistrz Renira.
– Właśnie dlatego obawiam się, że śledztwo to nie zostało przeprowadzone właściwie.
Jaki pojazd <3 W ogóle to posiedzenie przemieniło się w niezłą awanturkę :D
– Mistrzyni Vinaro, czy może Mistrzyn wyjaśnić to niedopatrzenie, czy też może, jak sugeruje Mistrzyni Rina, wyjaśnić swoje postępowanie?
Nie. Wiem, że nie jestem zbrodniarzem. To, co zrobiłem było złe, ale słuszne. Musiałem. I wiesz co? Powiem im to. Wszystko im opowiem. Nie ma sensu kłamać, a bogowie patrzą.
Czyli, że co? Że on coś tam wie od początku? Że coś chował? I nic mi do tej pory nie pisnął? O__O
Sadrin przyznał, iż sam, bez pomocy Renira wykonał ich jeszcze ponad dwa razy tyle. To on również podstępem uwięził dwójkę synów Mistrza Renira, których, jak wiemy, wykorzystał on później w próbie wzmocnienia swojej magii.
WUUUUUUUT?
Nekromanta ostrzegł go też, że Mistrz Renir jest mimo wszystko zbyt potężny, więc Sadrin wzmocnił się zawczasu na dwóch synach maga, których obwiniał za swoje położenie. Sam ich ogłuszył i sam przeprowadził rytuał. To nie wystarczyło. W ślad za synami poszła sprzątaczka Renira, która akurat znalazła się w pobliżu. Na koniec przyjaciel Renira, którego imienia Sadrin nie poznał – najpewniej był to zaginiony Taeumus Gayt. Nie zdążył jednak wcielić swojego planu zgładzenia samego mistrza w życie. Został uprzedzony przez aresztowanie, śledztwo i egzekucję Renira.
OK. Jestem wciąż ociupinkę zdziwiona.
Forma wykonania wyroku ucieszyła go. Zawsze najgorzej radził sobie z żywiołami.
Nie tylko z ogniem.
O__O

XXXVIII
Bogowie, Celis zobaczy mnie, kiedy będę... Kiedy będę... Nie powinien. Poproszę go oto, jeśli będę miał okazję.
Urocza myśl w sumie :C
Nie potrzebne mu były piękne słowa, by wyrazić swoją prośbę.
Razem.
Niewiedza była przecież jej winą, a nie człowieka rozpaczliwie usiłującego uniknąć kary.
Szacun za ten pogląd, Vinaro.
wyglądał wręcz mężnie. Ten raz.
Lepiej późno niż wcale.
Był już mężny!
Przyszedł sam i stojąc wśród tłumu obcych ludzi śledził go swoimi wielkimi elfimii oczami.
– Dajcie się dziewczynie pożegnać! – zawołał ktoś z tłumu. – Zbrodniarz też człowiek! Też kocha!
To mi się osobiście nie podoba, pacnęłabym tego krzykacza za przaśność :bag:
Wybuchła awantura na kilkadziesiąt tysięcy, jeśli nie kilkaset tysięcy osób, bo nieustannie dołączali do zbiegowiska kolejni ludzie.
Chyba nie bardzo jest opcja fizyczna zrobić zbiegowisko na kilkaset (czy nawet kilkadziesiąt) tysięcy osób ;)
Widział jej rude włosy włosy splamione krwią, białe kości rozbitej czaszki i okropną trupią bladość.
– Z nią znajdziesz drogę równie łatwo jak z Mądrością – szepnęła, odrywając usta. – Zabierz Śmierć, zabierz Mądrość i biegnij. Nie zatrzymuj się ani nie oglądaj za siebie. Rozumiesz?
Hmm…
Nie walczyła z bólem od zmęczonego ciała.
Bez „od”.
Ale nie zatrzymywał się.
Biegł.
Dokądkolwiek.
Dalej niż potrafił sobie wyobrazić.
Aż do chwili, kiedy runął w ciemność.
A ciemność pachniała niczym kwiaty.
Co tu się dzieje?
– To było dziwne – stwierdziła Vinara
Siem zgadza się ;)
Ale Deira zniknęła.

Dum dum dum.

No to ten. Już koniec, końcówka, a Ty wciąż wyciągasz nowe fakty z kapelusza ;) Właściwie to mam do powiedzenia głównie tyle, że weź dawaj ten ostatni rozdział, a potem ogarniaj całość, bo ja nic konstruktywnego powiedzieć teraz nie umiem :bag:

Więc ten: PISZ! :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 29 czerwca 2016, 14:01

Wróciłam! I doczytałam do końca (znaczy do końca tego, co wrzuciłaś)! Naczekałaś się, przepraszam najmocniej za tę przerwę, powody leżą tylko po mojej stronie i mam nadzieję, że nie wyobrażałaś sobie inaczej, nie wiem, że się zniechęciłam, znudziłam, cokolwiek, bo to bzdury, po prostu... tak wyszło i raz jeszcze przepraszam.

Ale! Fakt, że na jeden raz łyknęłam większą partię tekstu ma też swoje zalety, bo mam nieco szerszy ogląd na to, jak się różne rzeczy układają. I też, jak każdej długiej, epickiej opowieści, takie łykanie większymi partiami raczej służy, bo łatwiej jest odsiewać szczegóły i wyłapywać to, co istotne. Także ten. Nie będę się rozdrabniać, kończę ten przydługi wstęp i napiszę, jak było.

Czytało mi się gładko - to przede wszystkim. Miałam do nadrobienia sporo, zaczęłam wczoraj, skończyłam dziś, oczywiście z przerwami na różnie bardziej i mniej stosowne rzeczy, w tym sen. Ale nie musiałam się zmuszać, ręka jakoś tak sama przełączała zakładki, wzrok sam znajdował odpowiednie miejsce. Nie należy zwracać przy tym uwagi na mój rzekomy brak zaangażowania, fakt, że nie siedziałam z nosem przy ekranie bez przerwy, bo odbiorca ze mnie trudny i chłodny, o czym już chyba wiadomo. Trudno mnie do tego stopnia wciągnąć, prawdziwe światowe perły nie są w stanie mnie przytrzymać w miejscu. Fakt, że do czegoś wracam z własnej i nieprzymuszonej woli, bo sprawia mi przyjemność, to już naprawdę sporo. Dałaś mi nieco wytchnienia. A tak się jeszcze składa, że równocześnie czytam "Drogę Królów" Sandersona i wylądowałaś w dość podobnym sobie gatunkowo sąsiedztwie czytelniczym. Wypadasz w nim naprawdę dobrze. Owszem, nadal są do przećwiczenia pewne sprawy związane z ogólną konstrukcją powieści, ze strukturą długiej formy, panowaniem nad materiałem nie tylko we własnej głowie, ale także na papierze, ale - bądźmy szczere - jesteś bardzo młodą autorką, a porównuję Cię teraz, chcąc czy nie, do wyjadacza, który na swoich książkach zarabia już krocie. To pewnie nie będzie rok, pewnie też nie dwa, myślę, że z Twoim sposobem rozumowania struktura w ogóle będzie stanowić wyzwanie (mnie też przytłacza i dobija, możemy sobie przybić piątkę...), bo bardzo żyjesz swoimi światami i głównymi (zwłaszcza) bohaterami, dużo w twoim pisaniu intuicji, niemniej po raz kolejny powtórzę, że jest na czym rozwijać warsztat i chociaż teoretyczne podchodzenie do pisania wydaje się na początku zimne i bezduszne, a także nudne, zachęcam.

Podoba mi się to, co widzę w stylu. Potrafisz pisać ładnie i przejrzyście, kiedy jest to potrzebne, potrafisz też bawić się słowami i możliwościami języka, kiedy jest to możliwe. Budujesz piórem i światy, i bohaterów i klimat ze swobodą, której można pozazdrościć. Co więcej, płynnie przechodzisz z jednego sposobu pisania do drugiego, nie wywołując przy tym wrażenia, że wszystko jest tylko pstrokatą patchworkową narzutą.

To, co bym poprawiła, to zawartość narratora w narratorze. Cały czas oddajesz głos postaciom i owszem, masz do tego prawo, ale jednak to jest epicka opowieść, czasem więc aż prosi się o epickie opowiadanie. Tymczasem narrator auktorialny wchodzi u Ciebie tylko wówczas, gdy masz do przekazania suche fakty na temat świata. A może by tak odmalował wygląd wnętrz? Może by w nieinwazyjny sposób opisał drobne przyzwyczajenia postaci, które uczyniłyby je żywszymi i bardziej charakterystycznymi? Może zaczarowałby jakimś opisem? Może by po prostu pogawędził odrobinę. Tymczasem narracji jest u Ciebie w ogóle niewiele, także tej spersonalizowanej. Właściwie jedyne jej większe partie to wewnętrzne monologi Sadrina, przez co pojawia się wrażenie, jakby było ich za dużo, a przecież wcale nie jest, zwłaszcza ostatnio - wszystkie mają znaczenie i są ważne dla jego portretu.

Tyleż?
Czekam za finał tej historii! :jupi:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 10 lipca 2016, 17:21

Kruff, miło mi, czytając takie słowa, choć nie jestem pewna, czy na nie zasłużyłam.

Tak o to po chyba półtora roku pracy, łez, napadów szału, obietnic rychłego samobójstwa i innych takich całość "Piątego Żywiołu" ujrzała światło dzienne. Dotąd wiedziałam, że napisanie powieści jest trudne, ale nigdy nie spodziewałam się, że aż tak. Dlatego ta powieść jest słaba, stanowi zaledwie wstęp do wstępu zrozumienia przeze mnie, jak pisze się powieść przynajmniej w porządku, co z kolei stanowi wstęp do zrozumienia, jak napisać dobrą powieść. Może zabrzmi to wzniośle, ale od czasu rozpoczęcia "Piątego Żywiołu" nauczyłam się mnóstwa rzeczy nie tylko związanych z pisaniem. Przede wszystkim nauczyłam się, że jeśli się coś uwielbia, to zawsze znajdzie się na to czas, nawet wtedy gdy jesteśmy przekonani, że to coś próbuje nas zabić. :D (Z rozpaczy oczywiście.)
Dlatego dziękuję wszystkim, którzy choćby w najmniejszym stopniu przyczynili się do uczynienia tego tekstu nieco lepszym, a przede wszystkim dziękuję Siem i Kruff. :tul: Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na taką cierpliwość z waszej strony, kiedy zaczynałam zadawać pytania.

Zamierzam jeszcze kiedyś wrócić do tej powieści, by dać Sadrinowi takie zakończenie, na jakie zasługuje. Od ukończenia "Piątego Żywiołu" zdążyłam napisać jeszcze jedną powieść, ale moje relacje z główną bohaterką nie były nawet w jednej trzeciej tak gorące (ta gorące, że aż podpalają) jak z Sadrinem. Sadrin to w końcu mistrz nad mistrzami. Zwłaszcza, kiedy trzeba coś podpalić...

Miłej lektury!
XXXIX Nawet ci, którzy potrafią podróżować pomiędzy sferami nie mogą uciec daleko od realnego świata. Dotąd poznał tę prawdę tylko jeden dawno zmarły mag i to tylko na dziesięć sekund, nim jego dusza rozpadła się na kawałki, a ciało na resztę życia pogrążyło się w śpiączce. Dusza Sadrina również nie powinna oddalić się na tyle daleko od ciała, by uciekł w światy dalsze od marmurowego labiryntu.
Ale Sadrin miał nie tylko szczęście – miał także moc marmurowego labiryntu po swojej stronie. Marmurowy labirynt potrzebował Sadrina i nie mógł mu pozwolić na unicestwienie. Otworzył swoje bramy również dla ciała młodego maga, pozwalając mu uciekać przez wiele sfer. Teraz stanęło pośród nierzeczywistości, wystawione na działanie sił, z którymi żadna materia nie powinna się zetknąć, ale jego dusza...
Duszę owionął słodki zapach zaułka pełnego kwiatów. W nierealnym świecie wiecznej wiosny mógł wreszcie w pełni doświadczyć jego działania. Łodygi kwiatów rozpychały szpary w bruku, na jego oczach tworząc mozaikę kolorów nienazywalnych w języku ludzi. Kwiaty powoli owijały także jego stopy, nogi, tułów... Miał wrażenie, że staje się częścią tego niezwykłego krajobrazu. Róże, orchidee, tulipany... Je potrafił rozróżnić i nazwać. Lecz jakie imiona noszą kwiaty lśniące niby klejnot, kwiaty w wielkości domów i te o zapachu wiosennego deszczu? Pod ich plątaniną ledwie dostrzegł drzwi na końcu zaułka, gdzie niegdyś żegnał Deirę.
Ona też tam była. Rzeczywistość już nie krępowała ideału – miała na sobie suknię z kwiatów i słońca. Szli ramię przy ramieniu, a każdy ruch sprowadzał euforię. Miał ochotę śpiewać, niczym odurzony nie lękający się opinii otoczenia. Nie było grzechów ani kary. Było szczęście.
Przez chwilę dłuższą od wieczności.
Czar prysł, kiedy spostrzegł łzy sączące się spod jej powiek. Nie uśmiechała się. Jej suknia z kwiatów i promieni słońca zniknęła zastąpiona zakonnym płaszczem – brudnym i wygniecionym.
Objął ją, choć nagle wydała mu się obca.
– Co się stało? – spytał szeptem niemal zagłuszonym przez zimny wiatr rwący liście i płatki.
– To nie raj, Sadrinie. To więzienie. Tam – wskazała na drzwi – ukrywa się koszmar.
– Nie rozumiem.
– Celis potrafi dostrzec przyszłość. Ty przeszłość. Ja widzę oba, takie, które nie nadejdą. – Zaszlochała. – Widzę światy, które zostały utracone. Widzę szczęście, które nigdy nie nadeszło. Widzę ludzi, którzy umarli, choć nie powinni. A przede wszystkim widzę nas, ciebie i mnie, takimi, jakimi nigdy nie będziemy. Widzę to każdego dnia i każdej nocy. W snach patrzę jak każde marzenie rozpada się w popiół. To moje przekleństwo.
Wtedy ujrzał również przyczajony za drzwiami cień. Miał kształt ludzkiej sylwetki i Sadrin wiedział, że to sylwetka kobieca, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Cień nie patrzył w jego stronę. Miał ochotę iść tam, chwycić niematerialną głowę, odwrócić ją ku sobie i spojrzeć w pełne tajemnicy oczy. Powstrzymywał go tylko uścisk przerażonej Deiry.
– Kto cię przeklął?
Kołysali się lekko, jak dzieci próbujące się uspokoić. Działało. Kolejny napad płaczu Deiry zajął ledwie chwilkę.
– Byłam młoda i głupia. Już było wiadomo, że mam moc, ale ja chciałam mieć moc potężniejszą od wszystkich innych. Chciałam być wyjątkowa. Modliłam się o to do Fanlili – irdińskiej bogini magii. Powtarzali mi, że to złośliwa bogini, ale byłam naiwna. Sądziłam, że mnie potraktuje inaczej. I potraktowała. Mam moc przemieszczania się pomiędzy sferami, dostrzegam prawdy, o jakich nie śniło się najpotężniejszym magom, ale w zamian ściągają do mnie wizje tego, czego najbardziej się wówczas obawiałam – upadku i bólu.
Chciał ją pocieszyć, chciał powiedzieć cokolwiek, co mogłoby sprawić, że jej uśmiech powróci choć na chwilę, ale nie znajdował odpowiednich słów. Wszystkie wydawały się zbyt proste wobec kary zesłanej przez bogów. Milczeli godzinami, może dniami – w Zaułku Pełnym Kwiatów czas płynął inaczej.
– Czemu mnie tu przywiodłaś? – spytał, gdy pojął, że nie jest w stanie pomóc.
– Lubię cię, Sadrinie. Nie chcę żebyś zginął bez względu na to, co zrobiłeś. – Zawstydzona wbiła spojrzenie w czubek swoich butów.
– Słusznie, wracanie do przeszłości szkodzi.
Roześmiali się oboje. Wymuszenie.
– Jest coś jeszcze.
– Hmm?
– Kalijena. Musisz zwrócić jej ciemność. Ciemność koi nerwy i zakrywa blask próżności. Kalijena powinna zwyciężyć w tej wojnie.
– Wojnie?
– Bogowie zawsze toczą wojnę.
– Nie mam ciemności. Życie wciąż znajduje się w rękach Vinary, a ja nie jestem w stanie jej go odebrać. – Potrząsnął głową. – Zawiodłem.
– Nie zawiodłeś. – Jej wargi zadrżały lekko. – Zawiedziesz, kiedy dasz się omamić księgom, zamiast posłuchać Piątego Żywiołu. Blask Avarena może zblednąć, ale nie może zgasnąć. Po prostu w to uwierz.
Obiecał sobie, że kiedyś uwierzy. Może nawet zrozumie.

Doigrała się.
Nieśmiertelność to cudowny dar, lecz wyjątkowo kruchy, kiedy opiera się na kłamstwie. Mistrzowie Feniksa mieli pełno własnych cmentarzy, a mimo to wciąż uchodzili za nieśmiertelnych. Oczywiście wszystko można wytłumaczyć. Thanorus
opisał przed wiekami trzy pewne sposoby na ich uśmiercenie. Wszystkie trzy niedostępne dla śmiertelnego człowieka.
Ale śmierć była niczym wobec dziesiątek sposobów na wieczne uwięzienie. Ale śmierć była niczym wobec wiecznych męczarni. Śmierć była niczym wobec wiecznego oczekiwania na ratunek.
Vinara wolałaby, żeby bogowie zaplanowali to nieco inaczej. Na przykład tak, że nie musiałaby leżeć teraz na zimnej posadzce, wstrzymując oddech i modląc się w myślach o ratunek. Nie mogła dostrzec bestii w ciemnościach, ale wyczuwała jej zapach – gryzącą woń otchłani. Widziała już kiedyś coś podobnego i wiedziała, że może raz na zawsze odesłać ją ze świata żywych. Miało to zaskakująco dużo wspólnego z byciem martwym.
Vinara się bała.
Potwornie.
Dobrze, że nikt nie mógł usłyszeć jej szczękających ze strachu zębów. Nie mogła ich zagryźć. Nie mogła się uspokoić. Zbyt dawno wypchnęła z głowy myśl o śmierci. Śmierć zdarzała się wszystkim, ale nie Vinarze Elburn.
Musiała wygrać to starcie. Tak jak normalni ludzie mają w zwyczaju oddychać. Tak już po prostu jest. Musiała sobie wreszcie przypomnieć, że jest genialna, że nie ma w Veverleyn lepszego czaroznawcy od niej. Jest Vinarą Elburn, do jasnej cholery! Zawsze jest i zawsze była. Każdy veverleńczyk wie, że nie można jej pokonać. Kiedy już wygra, znów będzie chodzić, gdzie zechce i robić, co zechce, promieniując przy tym blaskiem wspaniałości.
Tak, była już prawie spokojna.
Genjin – o ile pamiętała, tak się nazywało to gówno. Debilny demon, który przychodził do niej w koszmarach. Jego jedynym celem życiowym było pochłanianie mocy zamkniętej w magicznych przedmiotach. To dawało mu siłę, by istniał. Nic więcej.
Był tylko jeden szkopuł – runy na ciałach magów także uznawał za przedmioty magiczne. Oczywiście zbyt słabe, by za nimi gonić. Oczywiście z wyjątkiem jednego, potężniejszego od innych, który zdolny był odrodzić maga z popiołów.
Tak, skretyniały demon, zamiast zapolować na Życie, postanowił gonić Vinarę, jakby była cholernym zaczarowanym kamyczkiem.
Oto znalazła prosty sposób na pozbycie się Mistrza Feniksa – Thomas umarłby ze śmiechu.
Nikt nie mógł wiedzieć, że genjin zareaguje w taki sposób, a mimo to ktoś się dowiedział. Nikt nie powinien wiedzieć, że genjin rozwścieczony odpowiednio może zbyt mocno nacisnąć i zniszczyć runę nadającą jej moc, a mimo to ktoś się dowiedział.
Trzeba będzie zabić tego kogoś.

– Jak mam wrócić? – spytał Sadrin. – Moje ciało zostało w marmurowym labiryncie. Stamtąd nie ma przejścia.
– Oczywiście, że jest przejście. Marmurowy labirynt został stworzony w taki sposób, by nikt nie mógł przedostać się do wnętrza, lecz rzadko kiedy ktoś próbuje się z niego wydostać. Veverleyn wybudowano w miejscu ruin twierdzy Mistrza Ravelina. Pod miastem i pod korytarzami Strefy ostały się jego laboratoria. Tam gdzie magia jest najsilniejsza i najtrudniejsza do opanowania, Ravelin wybudował bramę, by móc czerpać moce z marmurowego labiryntu. Tamtędy możesz przejść.
– A co potem?
– Potem musimy tylko przeżyć w ciemnej i niezbadanej plątaninie korytarzy. Dobrze, że masz doświadczenie z labiryntami.

Czas działać – zrozumiała, gdy jej uszu dotarło nieśmiałe skrzypnięcie na piętrze niżej. Więcej nic. Niziołki nie miały dobrego słuchu, ale całkiem dobry węch. Czuła zapach strachu. Osaczyli ją, ale wciąż się bali. Doskonale. Teraz musiała im wydać bitwę w miejscu, gdzie będzie mogła wykorzystać tę przewagę, jednocześnie nie wpadając w łapy genjina.
Podniosła się ostrożnie. Niestety nie dostatecznie. Genjin zawarczał cicho za cienką ścianą. Usłyszała szept. Ktoś z nim był, tylko wcześniej maskował go ostry zapach stwora. Klamką szarpnęło. Zamknięte, ale i tak zaklęła w duchu. Wyciągnęła rękę, wahając się, czy użyć magii. Nie. Nie mogła – nie tak blisko genjina, który pochłonie ją, by się wzmocnić. Najpierw musiała zniszczyć go z pomocą białej magii, a to nie dało by jej czasu na obronę przed magami.
Czas wprowadzić zamęt.
Wzięła rozpęd, lekko wskakując na biurko pod oknem w chwili, kiedy rozległy się pierwsze uderzenia o drzwi. Otworzyła okiennice. To było trzecie piętro – pestka dla niziołka, ale nie mogła wypaść prosto na zatłoczoną ulicę. Spojrzała w górę i od razu się zdecydowała. Skoczyła. Jej ręce ledwie pochwyciły framugę piętro wyżej. Podciągnęła się bez trudu. Pod nią wyglądała już głowa przeciwnika. Miała kilka sekund.
Przebiegła przez pokój, na ślepo przeskakując przewrócone krzesło i stając na palcach, by dosięgnąć klamki. Musiała podskoczyć, co wprowadziło niepotrzebny hałas. Przestali się kryć. Dotarły ją okrzyki pogoni. Na tym piętrze też już byli. Pierwsza dwójka za drzwiami. Chcieli ją zaskoczyć, atakując w chwili, kiedy będzie wychodzić, ale trafili ze dwadzieścia centymetrów za wysoko. Zaklęcie przeszło przez pomieszczenie, wyrzucając przewrócone krzesło za okno.
Pierwszemu wbiła nóż w brzuch, drugą ręką układając zaklęcie na jego towarzysza. Odbił je i wróciło, więc też je odbiła. Tak mu się przynajmniej zdawało, gdy w natłoku bodźców nie zauważył, że Vinara oprócz wykonania przebicia nadającego podwójną prędkość, zmieniła część zaklęcia tak, by poprzednie odbicie było dla niego nieskuteczne. Mag poleciał do tyłu. Jednocześnie temu ranionemu w brzuch minęło oszołomienie. Stracił równowagę, lecąc do przodu, prosto na nią. Poczuła jego ciepłą krew spływającą po szyję. Był co najmniej trzy razy cięższy od niej.
Odepchnęła go od siebie magią. Siła odrzutu wcisnęła ją w ziemię, sprawiając, że podłoga pod nią pękła. Spadła na podłogę piętro niżej, w ostatniej chwili amortyzując upadek przewrotem. Zaskoczony mag przed nią nie miał czasu, by się odwrócić i powstrzymać błyskawicę lecącą w jego stronę.
Musiała na chwilę opaść z powrotem na ziemię, przymykając oczy. Robiło jej się słabo od tych akrobacji. Zwymiotowała. Szczęście, że wróg szukał ją akurat na piętrze wyżej. Nikt nie odważył się skoczyć przez wciąż dymiący i zalany krwią otwór.
Pobiegła do schodów. Zbiegała z nich pokonując nawet po trzy stopnie naraz. Nie zatrzymała się na parterze, lecz popędziła aż do piwnicy. Przebiegła przez pełne kurzu i pajęczyn korytarze, z trudem unikając potknięcia o rzesze przerażonych szczurów. Dopadła do kamiennej ściany, po omacku szukając runy otwierającej przejście. Znalazła w tej samej chwili, kiedy oni dopiero dotarli do drzwi piwnicy.
Ściana obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, pozwalając Vinarze stanąć w tunelach Strefy. Jej przeciwnicy także musieli znać te przejścia, ale z pewnością nie tak szczegółowo jak ona. Zanim je znajdą minie... zero minut. Czekali na nią z drugiej strony.
Jej kręgosłup niemal pękł, gdy uderzyła o gruby mur. Oszołomiło ją. Przed oczami miała tylko rozmazane cienie. Nogi się pod nią ugięły. Ktoś trzymał ją za głowę, przypatrując się znakowi na jej czole. Próbował uderzać w niego magią. Bolało jak cholera, ale nic więcej nie osiągnął.
Kopnęła go w brzuch. Zatoczył się, puszczając ją, ale podtrzymali go towarzysze. Kolejny mag już trzymał ją za ramiona i szykował się, żeby związać jej ręce tak, by runy stykały się odpowiednio, uniemożliwiając jej rzucanie zaklęć.
Po moim trupie.
Nie była amatorem. Nie potrzebowała rąk do rzucania zaklęć.
Powietrze zawrzało. Nie od razu zrozumieli, że to ściana za ich plecami zaczyna się topić. Użyła do tej sztuczki całej niewykorzystanej jeszcze mocy żywiołów, modląc się w duchu, żeby pozostałe ściany utrzymały ciężar nad sobą.
Zresztą nieważne – i tak nie lubiła tej części miasta.
Temperatura wokół niej była nie do zniesienia dla zwykłych śmiertelników. Vinara miała ochotę wyć, ale moc Mistrzów Feniksa skutecznie powstrzymywała ją od spalenia. Wsłuchiwała się w opętańcze krzyki ludzi wokół. Pot zalewał jej oczy i dodatkowo ranił czerwoną od żaru skórę. Na domiar złego wiedziała, że to jej ostatnia taka sztuczka na dziś. Jeśli jeszcze raz postawią ją w sytuacji bez wyjścia, nie będzie miała już mocy, by uratować się w podobny sposób.
Zatrzymała zaklęcie, kiedy zamilkł ostatni z mężczyzn. Nie miała siły stać i tym razem naprawdę zawyła, kiedy jej dłonie dotknęły czerwonego od żaru kamienia. Idiotka! Musiała wykorzystać resztę swojej mocy, by uleczyć skórę. Inaczej każde kolejne zaklęcie, stałoby się torturą.
Znów dobiegły ją dogłosy pogoni. Przejść w okolicy było więcej, więc musieli zabezpieczyć je wszystkie. Jej magia wskazywała im drogę jak ognisko w najciemniejszą noc.
Pognała tunelem, kierując się bardziej wyczuciem, niż faktyczną wiedzą. Nie miała tyle czasu, żeby myśleć. Zakręt w lewo. Zakręt w prawo. Przez podziemia winnicy i przez tajny skład przemytników. Potem znowu ta sama sekwencja aż do Uniwersytetu Veverleńskiego. Przebiegła pomiędzy rzędem ławek do profesorskiego biurka. Odsunęła je, by otworzyć właz pod nim. Tam były inne, nieco płytsze i starsze tunele, ale prowadziły wgłąb.
Zakręt. Kolejny zakręt. Ciemność. Zawał. Zmuszona była nadłożyć drogi, idąc przez opuszczoną pralnię. Stamtąd zeszła przez kolejny właz do jeszcze innych tuneli. Śmierdziało w nich niesamowicie. To były kanały, do których spływały nieczystości z całego centrum.
Dobrze, że nie miała już czym wymiotować.
Kurwa mać! Tam też już byli! Usłyszała ryk bestii, która właśnie znalazła trop. To byli ci sami, co w pałacu. Nadszedł czas na bardziej radykalne środki.
Wyciągnęła z kieszeni Życie. Na szczęście nie miała na nazwisko Atlemir i potrafiła go używać. Życie idealnie nadaje się do ratowania życia. Wystarczyła maleńka iskra mocy, by przenieść ją kilka metrów w prawo, do równoległego korytarza. Miała najwyraźniej dużo szczęścia tego dnia, skoro nie trafiła pod kilkadziesiąt metrów ziemi.
To jeszcze nie był koniec. Wzywał ją głęboki labirynt pełen zdradzieckich dziur, trujących oparów i nie znających światła dnia dzieł Ravelina. Odepchnęła od siebie głos rozsądku, czując wzbierającą pod ziemią moc. Ciemność. Ciemność mogłaby ją ocalić, jak gotowa jest ocalić każdego, kto został zdradzony. Jak każdego kto potrzebuje odkupienia.
Zbiegła po stopniach. Już na nią czekali. Złościło ją to, bo wiedziała, że powinna być szybsza. Zbyt często prześcigali ją młodsi. I głupsi. Jak Stwórcę, kiedy pierwsze plemię podważyło jego prawa.
Może czas na Piąty Żywioł?

Ta sfera była inna od poprzednich. Nie kusiła. Nie próbowała zawładnąć umysłem. Po prostu była. Istniała ze swoją magią i swoimi mieszkańcami. Byli jednością – istoty złożone z magii. Cienie. Albo blask.
Przystanął, mając ochotę zbadać, czym są naprawdę. Jedna z nich krążyła w pobliżu, więc wyciągnął rękę, próbując jej dotknąć, ale Deira powstrzymała go.
– Nie wolno ci przebywać tak długo z dala od Tarunu. Nie pasujemy tutaj.
– Jesteśmy sługami Avarena. Nie odgradzamy się od niewiedzy. Budujemy mosty.
– Jeszcze nie czas. Najpierw musimy zwrócić ciemność.
Słowa sprowadziły nań przygnębienie. Chęć badania istot zniknęła. Na co to? Zaspokoi swoją ciekawość, lecz co zrobi z uzyskaną wiedzą? Nie, nie zapamięta jej. Miał zwrócić Kalijenie ciemność – cel tak jasny, jak latarnia na horyzoncie pośród nocy. Ale latarnia nie wskazywała bezpiecznego portu.
Mimo wszystko miał nadzieję. Może nie potrzebował dotrzeć do brzegu zamorskich krain? Tyle przetrwał. Teraz pokaże, że nie na darmo – spadnie na rzeczywistość, by ją odmienić. Nikt się go nie spodziewa, jak nikt nie spodziewał się Piątego Żywiołu.

Ze spowitego w mroku korytarza pierwsza wyłoniła się bestia. Spojrzała w jej twarz o kolorze nocnego nieba, granatowego lecz pełnego skaz, o rysach nadanych przez dym i światło. Mierzyli się wzrokiem – mysz i wąż. Bała się, że tym razem to ona jest myszą. Strach mieszał się z żalem. Nie za zbrodnie, choć chciałaby mieć na tyle dobre serce, by w ostatnich chwilach wspominać grzechy. Czuła żal, że koniec przychodzi zbyt szybko. Setki lat minęły jak mrugnięcie okiem. Dzień za dniem, większość nieznośnie do siebie podobna. Dni spędzone na ratowaniu świata oraz dni bezczynnego siedzenia. Dokąd zmierzała przez cały czas? Do lochu pełnego kurzu i pajęczyn?
Czuła gorycz.
Oto koniec Vinary Elburn. Do tego zmierzała w swoim szale, w pokrętnych myślach, w pomieszanych zmysłach. Być może takie było jej przeznaczenie – wyrosnąć do gwiazd i zgnić od wewnątrz. Być może Yanirum napisał prawdę – to właśnie przeznaczenie jest Piątym Żywiołem od zarania dziejów kształtującym życie ludzkie.
Dziś jej wrogowie byli słabi – tak samo jak ona. Legenda się wypaliła. Gwiazdy zblakły. Lepiej było odejść, nim ostatecznie zgasną. Lepiej by pamiętano gwiazdy, a nie kompletną ciemność.
Czas utopić ich we krwi.
Ostatni raz.
Nie było ich jeszcze, kiedy dotarła do wielkiej sali ze sklepieniem przedstawiającym podstawowe schematy tworzenia zaklęć, jakich używano w dawnych czasach, ale doskonale słyszała, jak zbliżają się do niej każdym z ośmiu korytarzy. To był najdalej położony od powierzchni punkt podziemi, głębiej już nie można było biec, nie można było dalej uciekać, jak nie można było dłużej uciekać w ciemność z nadzieją, że nas obroni.
Czekała na nich, krążąc wokół okrągłego postumentu na środku komnaty. Cieknącą z palców krwią malowała runy na szarym kamieniu. Nie lśniły, jak powinny, bo też nie zostały stworzone z pomocą magii.
Stwór przypatrywał się jej w bezruchu. Nie mogła z nim walczyć, nie pod ziemią, gdzie przewyższał ją pod każdym względem. Uciekła aż tutaj, licząc, że nie znajdzie jej aż tutaj, ale najwyraźniej został poprowadzony. Nigdy nie słyszała o takiej sztuczce, inaczej wiedziałaby wcześniej, że to paskudnie zły pomysł. Powinna była zaryzykować życie mieszczan i popędzić ulicą gdzieś, gdzie mogłaby otrzymać wsparcie.
Cóż, upadki zaczynają się potknięciem.
Kiedy przybyli, to wszyscy naraz. Była prawie dumna, widząc jak ustawiają się równym okręgiem, według metody, którą sama obmyśliła dla pierwszych żołnierzy Strefy. Każdy z nich przydzielony został uprzednio do jednej z pięcioosobowych grup, w której mieli za zadanie podtrzymywać określoną część zaklęcia.
Usta wygięły jej się w obrzydliwym uśmiechu.
Strefa i czaroznawstwo – jej dwie specjalności.
Zaczęła od usuwania tych odpowiedzialnych za podstawy. Cztery dymiące ciała padły na ziemię, nim zorientowali się, co robi. Natychmiast zmienili układ, a Vinara tylko prychnęła. Jeśli chcieli pokazać jej coś, czego nie widziała, musieli wymyślić zupełnie nową strategię. Nie musieli odkrywać twarzy, by wiedzieć, że ani ona, ani jej uczniowie nie mieli nic wspólnego z ich szkoleniem.
Kiedy zabiła w ten sposób prawie połowę, szyk stał się na tyle luźny, że nie mogli już rozdzielać zadań między siebie. To pogorszyło jej sytuację. Ataki były słabsze, ale za to częstsze i bardziej zróżnicowane. Za każdym zaklęciem pojawiało się kolejne. Niektóre zderzały się ze sobą, tworząc nieobliczalne kule mocy. Czasem musiała rzucać dwa zaklęcia naraz, nawet jeśli wymagały użycia obu rąk naprzemiennie. Palce bolały ją od ciągłych kombinacji. Kolana raz za razem uderzały o podłogę, gdy musiała odskoczyć przed atakiem i nie złapała równowagi. Kiedy tylko zaczynała myśleć o tym, co robi, traciła koncentracje i zaklęcia wypadały jej z rąk.
Ale skomplikowane zaklęcia rzucane z jedną ręką pod kolanem to także jej specjalność. Nigdy nie była silna, ale zawsze była szybka. Zawsze była dokładna. Zawsze potrafiła opanować drżenie rąk. Nawet teraz, kiedy czuła jak jej magia słabnie.
Aż w końcu ustąpiła.
Kolejne uderzenie rzuciło ją na podłogę. Przeturlała się w bok. Zaraz po tym w tamto miejsce uderzyła kula płomieni, topiąc wierzch skały. Na kolejny raz szczęścia zabrakło. Zaklęcie uderzyło ją w rękę, spopielając skórę i łamiąc kości. Otworzyła usta, ale nie wydała z siebie dźwięku. Nie czuła ręki. Czuła tylko zmęczenie i ochotę, by odpłynąć w ciemność.
Nie ruszała się przez kolejne pięć minut. Dopiero wówczas odważyli się zbliżyć.
Jeden z nich odwinął chustę z twarzy. Miał ciemną skórę i czarne włosy obcięte na krótko. Na jego policzku widać było świeżą ranę lekko lśniącą błękitnym blaskiem – musiał oberwać odpryskiem jednego z zaklęć. Podszedł do Vinary, chwytając jej głowę i obracając w swoją stronę.
– Nie oddycha – zawyrokował, kiedy pozostali w zniecierpliwieniu tłoczyli się za jego plecami. – Przyprowadźcie tu... to coś.
Dwóch najniższych, najpewniej też niziołków albo krasnoludów, odeszło w kierunku wciąż przyczajonego w kącie genjina.
– Na mój rozkaz zaczynacie.
Ale rozkaz nie padł, bo nie mógł paść z przebitej nożem krtani dowódcy.
Jeśli zdążyli wydać okrzyki zaskoczenia, zagłuszył je grzmot. Zielone błyskawice popędziły na spotkanie z wrogiem. Nie mieli czasu na reakcję. A już przede wszystkim nie mieli pojęcia, jak obronić się przed magią, która wypłynęła z wymalowanych krwią run.
Takie były ujemne skutki zwalczania ciemnych sztuk – nikt już nie potrafił się przed nimi bronić.
Podniosła się do siadu. Wiedziała, że może wygodniej jej będzie klękając, ale czuła się źle z myślą o umieraniu na kolanach. Nie wątpiła, że przybędą kolejni. Nie mogli zmieścić się tu wszyscy, nie mogli ryzykować starcia w ciasnej przestrzeni tunelów, gdzie łatwo o wybuch, ale na pewno czekali w pogotowiu. Genjin już uciekł w ich stronę. Nie miała siły go ścigać. Nie miała siły wstać. Resztki mocy spożytkowała na pozbycie się bólu w martwej kończynie. Była pewna, że przez jakiś czas poradzi sobie, korzystając z manipulowania magią atakujących. Nie była tylko pewna, czy z jedną ręką.
Mimo wszystko uśmiechnęła się na myśl o ich minach, kiedy tu wejdą i zobaczą zwały trupów wokół samotnej, drobnej kobiety.
Ostatni raz. Niech to zapamiętają.

Powrót do Tarunu przypominał przechodzenie przez dziurkę od klucza. Sadrin czuł, jak jego mięśnie bez kontroli kurczą się i rozluźniają. Jego ciało wyginało się pod dziwnymi kątami i rozciągało w sposób, który nie powinien być możliwy. Przerażało go, że te ruchy wydają się nie mieć żadnego ograniczenia. Zachowywał się niczym ciecz.
Gdy uderzył o skałę służącą za podłogę olbrzymiej okrągłej sali, na której sklepieniu wymalowano na czerwono nieznane mu symbole, uczucie rzeczywistości zaczęło go przytłaczać. Miał trudność z przypomnieniem sobie życia, a gdy już zaczął sobie przypominać, próbował je od siebie odepchnąć. Rzeczywistość witała go pragnieniem, głodem i wyczerpaniem.
Dlaczego czuł zapach spalonego mięsa?
Przewrócił się na prawy bok, by tuż przed twarzą ujrzeć puste oczodoły zwęglonego trupa noszącego mundur Strefy.
– Vinaro? – usłyszał głos Deiry.
– Co wy tu robicie? – spytała kobieta zmęczonym głosem bez śladu gniewu. Wydała się... słaba.
Wstał, wciąż nie czując się do końca materialny. Okazało się, że leżał na samym krańcu sali, podczas gdy Deira wylądowała na środku, niemal obok Mistrzyni Elburn. Sama Vinara wyglądała marnie. Twarz miała pobladłą i spuchniętą z jednej strony, po lewej brakowało jej zęba, skórę na jednej z rąk była zupełnie czerwona. Podobnie ubranie – podarte i nadpalone. Od razu zauważył, że coś nie zgadza mu się w tym obrazie, ale dopiero po minucie tępego wpatrywania się w Mistrzynię zrozumiał co.
– Co z twoją ręką Vinaro? – spytał, nie mogąc ukryć niedowierzania.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Ręką to bym się akurat nie martwiła. – Niemal jednocześnie wyciągnęła przed sibie zdrową dłoń. Zielona błyskawica uderzyła mężczyznę próbującego obserwować ją z wylotu korytarza. – Zaraz dostaną wsparcie. – Wskazała na trupy.
– Ale, co zrobisz bez ręki? – Deira nadal nie mogła oderwać wzroku od zwęglonego kikuta. – Nie boli cię? Mogę jakoś pomóc?
– Możesz mi pomóc z tamtymi idiotami. Rękę skombinuję sobie, jak przeżyję.
– A wytłumaczysz nam...
Sadrin nie zdążył dokończyć pytanie, nim do pomieszczenia wpadła szóstka magów w ciemnozielonych mundurach Strefy. Na widok masakry zatrzymali się zbici z tropu. Zanim Sadrin zdążył się odwrócić, a Vinara wyjrzeć zza jego pleców – czy raczej nóg – rozsypali się po pomieszczeniu, by nie pozwolić zaatakować się w ścisku.
Mistrzyni syknęła ze złości, z kieszeni wyciągając kamień jaśniejący błękitnym blaskiem.
Życie.
Sadrin wyciągnął Śmierć – czarną i lodowatą.
Vinara posłała salwę, powalając pierwszego, który nieostrożnie nie stworzył tarczy, zakładając, że jest dość szybki, by odbijać zaklęcia kobiety. Niedoczekanie. Po tym wyczynie musiała przejść do ofensywy i Sadrin widział, jak blask Życia z każdą chwilą staje się coraz słabszy. Deira musiała wspomóc ją, utrzymując tarczę nad całą trójką. On sam próbował zmusić Śmierć do współpracy, ale na próżno.
Sięgnął do płaszcza, wyciągając z niego pozostałe klejnoty. Sprawdzał każdy z nich, nie bacząc na gniewne okrzyki Vinary, ale żaden nie działał. Z Przeznaczeniem nawet nie próbował – zachowało piękną fioletową barwę, ale blask zniknął.
Wrzucił je z powrotem do kieszeni, wyciągają przed siebie ręce, by przygotować się do walki. Brak palców dawał o sobie znać. Skomplikowane Odbicia wymykały mu się z rąk. Szybko zaczął obrywać. Jego szansą były odskoki, ale miał za wolny refleks. Zaklęcie odpychające posłało go na okrągły postument, niemal łamiąc mu kręgosłup o ostrą krawędź.
– Atakuj, idioto! – krzyknęła Vinara, kiedy zbierał się z podłogi. – Obronię cię!
Atakować? Jak? Wiedział, że powinien mieć strategię, wiedział, że powinien przemyśleć każde posunięcie. Tylko wszystko wyleciało mu z głowy.
– Walcz!
Z jego dłoni popłynął ogień. Zaskoczył ich na tyle, że dwójka zaczęła płonąć. Jeden zgasł szybko, ale już się nie podniósł. Zostało trzech. Szybko osłonili się z pomocą zawieszonej w powietrzu tafli wody i więcej nie zwracali na niego uwagi. Znów atakowali Vinare, która nie mogła już omijać pomniejszych zaklęć, lecz musiała każde odepchnąć, co tylko pogarszało sytuację. Czasem udawało jej się przejąć kontrolę nad wrogim czarem, ale za rzadko, by mogło to przynieść trwałą przewagę.
Deira wrzasnęła, gdy trafiło ją jedno z zaklęć. Bariera zniknęła. Dziewczyna padła na ziemię nieprzytomna. Resztką magii osłonił zarówno ją i Vinarę, która jeszcze stała, ale już nie rzucała zaklęć.
Nie wytrzymasz długo.
To co mam robić?
Skorzystać ze swej najpotężniejszej broni.
Co?
Jesteś w pracowni Ravelina. Te ściany jeszcze go pamiętają.

Nie przypomniał sobie żadnej legendy związanej z tym sławnym magiem. Poczuł kurz starych ksiąg, zapach tuszu, dym kadzideł. Widział rzędy ksiąg, runy wypisane na stole z pomocą magii, zdeformowane kształty ludzi i zwierząt. Potem jeden wielki wybuch pośród bieli marmurowego labiryntu. Usłyszał słowa wypowiadanego zaklęcia.
I powtórzył je.
Zdmuchnęło ich, niczym liście wiatr. Sadrina odrzuciło w drugą stronę. W uszach miał huk i wiązankę przekleństw Vinary. Powietrze wypełniło się pyłem i dymem. Zakaszlał. Ktoś zakaszlał obok niego. Światło zniknąłe, ale wyciągnął rękę, czując że to Deira. Objął ją, przyciskając do piersi, choć nadal byli przyklejeni do ściany przez niewidzialną siłę. Zaraz potem poczuł, jak coś łapie go za nogę. Spojrzał w dół. Pod sobą miał jasne włosy Vinary – rzuciło ją nieco niżej.
Wszystko minęło tak nagle, jak się zaczęło. Bez oparcia polecieli w dół. Mistrzyni wylądowała z kolanem Sadrina wbitym w brzuch, czego nie omieszkała skomentować kolejną wiązanką. Potem zamilkła dziwnie. Musieli odgarniać jej włosy z twarzy, żeby upewnić się, że żyje.
Potem dopiero spojrzał ku przeciwnikom. Nie dało się odróżnić ich od poprzedników. Wszystkie ciała poleciały na przeciwległa ścianę, gdzie siła ścisnęła ich, tworząc masę, w której ledwie dało się odróżnić pojedynczych ludzi. Sadrin aż sam się zdziwił, że nie ma już ochoty wymiotować na taki widok. Co innego Deira, która opróżniała żołądek oparta o ścianę.
– Co tu robicie? – spytała Vinara raz jeszcze. Mówiła jak przez sen.
– Chodźmy stąd lepiej – zaproponował. Choć mógłby jej teraz bez problemu odebrać Życie, wydało mu się to niewłaściwe. – Wytłumaczę ci na górze.
Zaśmiała się w odpowiedzi.
– Myślisz, że takiego wsparcia się obawiałam? – Spytała, krztusząc się. Z ust ciekła jej krew. – Przyjdą tu jeszcze.
– I zabiją nas – dodała szeptem po chwili milczenia.
Sadrin wstał. Niepewnym krokiem podszedł do trzęsącej się pod czarną szatą kobiety. Nawet na niego nie spojrzała.
– Daj mi teraz spokój, dziecko – ubiegła go. – Muszę odpocząć, zanim tu będą.
Patrzył na nią i wątpił, by była jeszcze zdolna sprostać komukolwiek. Nawet gdyby miała odpoczywać miesiąc.
– Potrzebuję Życia – oznajmił bez zbędnych wstępów.
Początkowo myślał, że go nie usłyszała, bo też nie uczyniła najmniejszego ruchu. Zastanawiał się, czy umarła. Chciał dotknąć jej i sprawdzić, lecz gdy wyciągnął rękę, powstrzymała go. Podniosła głowę, darząc go zmęczonym spojrzeniem nienaturalnie zielonych oczu.
– Przyprowadziło cię tu Przeznaczenie? – spytała.
Nie odpowiedział.
– Pokaż mi je – poprosiła, wyciągając rękę.
Podał jej je po chwili wahania, mimo wiedzy, że Przeznaczenia nie da się ukraść. Dziwnie zachowywało się w jej ręku. Najpierw znów zabłysło, potem zgasło na moment, stając się czarne, aż w końcu rozbłysło zielonym blaskiem, identycznym z kolorem jej oczu.
– Dlaczego miałabym ci je oddać? Bo masz pozostałe klejnoty? Bo takie jest Przeznaczenie?
– Tak, myślę, że takie jest przeznaczenie.
Roześmiała się. Śmiech przeszedł w kaszel, a z jej ust znów pociekła krew.
– Myślisz, ale nie rozumiesz. Czujesz cztery żywioły, nie myśląc o piątym. Przeznaczenie... – Prychnęła. – Niech tak będzie. Przeznaczenie w zamian za Życie.
– Przeznaczenie w zamian za Życie – powtórzył w chwili, kiedy na jego dłoni wylądował błękitny kamień. Wstał, odwracając się do niej plecami i podając rękę Deirze, która wciąż wpatrywała się w mistrzynię szeroko rozwartymi oczami.
– Zostawisz mnie tu?
– Uważasz, że to niesprawiedliwe odwrócić się plecami do kobiety, która uczyniła to samo?
– Ludzie odwracają się plecami z wielu powodów. Nie tylko złych.
– Właśnie, nie tylko złych.
Zostawili ją tam. Nie próbowali jej bronić, nie poszli po pomoc. Zniknęli w drzwiach utkanych z ciemności i światła.

W zaułku pełnym kwiatów trwała noc nadająca mu tajemniczego uroku. W ciemności nie widać było przebijających zza łodyg i liści ceglanych murów, więc gąszcz sprawiał wrażenie nieskończonego. W pierwszej chwili Sadrin nawet nie zorientował się, że powrócili w znajome miejsce. Sądził, że stworzone przez Deirę drzwi przeniosły ich do lasu. Jak inaczej wytłumaczyć szelest wśród zarośli w miejscu, gdzie nie było wiatru?
Czekała na nich. W czerni, lśniąca księżycowym blaskiem siedziała na schodkach prowadzących do tajemniczego budynku, a jej suknia spływała po stopniach, marszcząc się na wzór oceanu. Oczy też jej zalśniły, kiedy uśmiechnęła się na ich widok. Wstała z gracją.
– Witaj, Sadrinie – powitała go, kiedy przed nią uklęknął. – Miło widzieć człowieka, który nawet oślepiony potrafi sprostać temu, czemu nie sprostali inni, choć prowadził ich blask.
– Oślepiony?
– Oślepiony przez ciemność.
Zmarszczył brwi, lecz nie wypytywał dalej. Czuł się speszony w obecności bogini.
– Ciebie również witam, Deiro – zwróciła się w stronę dziewczyny. – Dobrze widzieć tą, która nawet ranna nie boi rzucić się w płomienie.
Deira skinęła głową z uśmiechem. Zdawała się doskonale rozumieć słowa Kalijeny.
– Dziękuję, pani.
– Powstańcie.
Bez słowa wykonali polecenie.
– Muszę was prosić o jeszcze jedną, ostatnią przysługę.
– Oczywiście, pani. – Sadrin skłonił się.
– Kalijeno – poprawiła go.
– Oczywiście, Kalijeno – imię bogini z trudem przeszło mu przez gardło.
– Nie mogę zabrać ciemności, póki należy do świata śmiertelnych. Powiedz, że przekazujesz ją w moje ręce, w ręce matki. Wówczas przerwiesz więź.
Wyciągnęła ręce. Na jej dłoniach wylądowały cztery kamienie – Śmierć czarna jak niebo w czasie burzy, Nadzieja zielona jak liście niesione przez wiatr, Mądrość o barwie płomieni i Życie błękitne niczym ocean.
Piątego kamienia nie było.
– Oddaje ci Śmierć, Nadzieję, Mądrość i Życie, Kalijeno, matko ciemności.
Słowa zdawały się nieść ze sobą magię. Poczuł jak coś przetacza się przez Tarun. W jednej chwili cały świat oblała olbrzymia fala mocy, by niczym deszcz wsiąknąć w ziemię i stać się jego częścią. Wszyscy musieli to poczuć. Fala niosła ze sobą zarówno dobro i zło, a on czuł, że obydwa są słuszne. Świat wracał do naturalnego stanu, kiedy ciemność i światło pozostają w równowadze. Odetchnął, a wraz z nim, gdzieś bardzo daleko i bardzo blisko zarazem, odetchnął Stwórca. Odetchnął Avaren. Odetchnęły bóstwa ciemności i bóstwa światła. Odetchnęła magia.
Jednocześnie wszystko to zamarło w zaskoczeniu na parę chwil. Czekali na to całe ery. Dlaczego akurat dziś?
Piąty Żywioł?
– Dziękuję, Sadrinie. – Głos Kalijeny był równie piękny, lecz jakby silniejszy. Potrafił kruszyć góry, by na ich miejsce wezwać oceany. – Powinnam cię także przeprosić. Ofiarując ci niewinność, którą już posiadałeś, nie dotrzymałam przyrzeczenia. Teraz mam podwójny dług wobec ciebie.
Sadrin pragnął wielu rzeczy, lecz każde życzenie, jakie był w stanie wypowiedzieć wydało mu się nieodpowiednie. Każde było zbyt przyziemne, zbyt zabrudzone przez codzienność.
– Nie mogę prosić o nic w zamian u stóp kobiety, której przysięgałem służyć. Jestem zakonnikiem waszego ojca. To był mój obowiązek.
– Nie, Sadrinie. Proś mnie o dwie rzeczy, bym mogła zachować uczciwość. Kiedyś pragnąłeś, abym naprawiła wszelkie zło, jakie ci uczyniono. Mój brat stworzył Gwiazdę, wierząc, że cofnie wszelkie krzywdy, jakich doznała ludzkość. – Pokręciła smutno głową. – Nie ma tyle mocy, ale wciąż ma dostatecznie wiele mocy dla ciebie. Pragniesz tego nadal? Zapomnisz nasze spotkanie, lecz zniknie także ból.
Odpowiedział.
A świat nadal oczekiwał wyjaśnienia, nie mogąc pojąć zmiany.

Nie czekała długo. Przybyli, a ona wiedziała tylko, że jest ich wielu. Oczy zalewała jej krew z czoła rozciętego, kiedy próbowała wstać i upadła. Czuła, że nie chce jej się nawet ruszyć ręką i ją wytrzeć. Nie chciało jej się wstać i biec. Chciała tylko, żeby zostawili ją w spokoju. Na zawsze.
Wiedziała jednak, że nie wolno jej skonać bez pożegnania.
Wiedziała, że musi utopić ich we krwi.
Podniosła się do klęku i wtedy ujrzała ich twarze, na widok których przeszedł ją dreszcz. Przybyła zaledwie piątka magów, lecz wszyscy potężniejsi od zwyczajnych zakonników. Każdego rozpoznawała. Każdy z nich niedawno jeszcze życzył jej zdrowia. Była wśród nich Rina Ovenveld oraz Rylvir Magre – Opiekun Nad Wojskiem Zakonu, członek Małej Rady. Zdrajcy. Znów pozostawała na łasce zdrajców, wiedząc jednocześnie, że powinna była ich zabić dawno temu. Wierzyła, że nie są w stanie jej skrzywdzić i do dziś nie byli.
Zdrada jak zawsze była gorzka, ale nie pozbawiona słodyczy, kiedy widziała ich czujne i niepewne twarze. Bali się. Klęczała w kałuży własnej krwi, a oni się jej bali.
Wstała. Strach w ich oczach dodawał jej sił. Nie mogła klękać przed ludźmi, którzy się jej bali. Jednocześnie obiecała sobie, że nie będzie krzyczeć, choć w głębi duszy czuła, że oszukuje samą siebie. Jeśli będą chcieli, żeby umierała długo, to będzie umierać długo, wrzeszcząc jak mała dziewczynka. Może tylko nie będzie błagać o litość. Nie mogli się nad nią zlitować, jeśli chcieli przeżyć.
Genjin ruszył pierwszy. Wiedzieli, że nie mogą jej zabić, kiedy wciąż posiada moc Mistrzów Feniksa. Ona zaś wiedziała, że to będzie najgorsze uczucie na świecie. Coś gorszego niż śmierć. Niewiarygodny ból, a potem niewiarygodna pustka. Może przed śmiercią zdąży popaść w obłęd.
Czy można być obłąkanym duchem?
Nie zamierzała jednak bez oporu poddać się mocy genjina. Rozum podpowiadał, że tak będzie lepiej, że być może z zaoszczędzoną mocą będzie mogła pokonać piątkę zdrajców. I może tak właśnie by zrobiła, gdyby jej koszmarów nie nawiedzało potępieńcze wycie tych, którzy tak właśnie postąpili.
Przyzwała do siebie moce krzykiem zachrypniętego gardła. Rozpoczęła pieśń. Wielu magów miało problem z pieśniami, ale nie Vinara Elburn, która śpiewała o krwi i zniszczeniu głosem słodszym niż zawodowe śpiewaczki. Maleńka kobieta o jasnych włosach oraz delikatnej twarzy pokrytej krwią i brudem... Pieśń wzbogacona magią działała niczym diabelski urok. Genjin przystanął.
Uderzyła w niego ciemność i w tej samej chwili, kiedy wypłynęła ona z rąk Vinary, poczuła, że ta ciemność się zdziwiła. Ciemność, która od wieków zdała się płynąć we krwi Elburnów była teraz inna, czystsza, potężniejsza. Była tym szalonym żywiołem, o którym opowiadały pieśni.
Wycie demona poniosła się echem przez korytarze. Genjin słabł, lecz dzikość z jaką reagowała ciemna magia przerażała ją. Parzyła ręce, ledwie słuchając rozkazów. Potem mknęła zniekształcona przez jej zachrypnięte gardło i zmęczone palce, z furią uderzając w piątkę magów. Jeden z nich upadł, wrzeszcząc.
Uśmiechnęła się. Uwielbiała, kiedy ich bolało.
Nie ryzykowali dłuższego starcia, które pozwoliłoby im oszczędzić siły. Magia uderzyła w nią ze wszystkich stron, przerywając rzucane zaklęcie. Rozprysło się w jej rękach, oślepiając i raniąc. Zachwiała się, ale ustała.
Nie miała już mocy. Ani odrobinę.
Rina zbliżała się w jej stronę, unosząc obie dłonie, jakby chciała ją uspokoić.
– Nie rób głupstw, Vinaro, bo będzie bolało.
Głupstw? Wyszarpnęła nóż, rzucając się na Rinę. Kobieta bez trudu uniknęła ciosu w brzuch, jedynie delikatnie kalecząc się przym ty w rękę. Uderzenie było praktycznie pozbawione siły. Pojedyncza stróżka krwi popłynęła po ostrzu.
Krew.
Świeża krew spłynęła na dłoń Vinary.
Wypływająca wraz z nią magia sprowadzała szał. Magia krwi wzywała. Najgorsza i najbardziej zakazana ze sztuk. Rozkazano jej zniszczyć wszystkie pozostałe zapisy na ten temat, ale ona jak zawsze nie posłuchała. Magia to magia, a teraz jej ciało pragnęło mocy.
Pozostała trójka, zamiast się bronić, cofnęła się widząc jak Rina blednie, a runy na jej ciele pękają i zostają wchłonięte przez magię Vinary. Puściła kobietę, a ta padła – jej ciało było przezroczyste. Krew zalewała Vinarze oczy, ale zapach strachu wskazywał jej drogę. Nóż znów przeciął powietrze i polała się kolejna krew. Przeturlała się po omacku w jej stronę, niemal ją chłepcząc niczym spragnione zwierzę.
Ktoś tam na nią czekał. Chwycił Vinarę za ręce i zatkał usta, mając nadzieję, że to powstrzyma ją chociaż na chwilę, ale dotyk tylko ułatwił sprawę. Przeszyła go fala mocy, miażdżąc wnętrzności.
Zatrzymała się. Zaledwie na parę sekund, gdy jej serce zalał strach. Posługiwała się zakazaną magią, której oddziaływanie mogło ściągnąć tu połowę Veverleyn. A krew nadal będzie ją wołać. Albo ulegnie pragnieniu, albo zginie.
Choć może lepiej, żeby przyszli. Będą wiedzieli jak przerwać to szaleństwo.
Miała szansę.
Przez tę jedną chwilę, aż kolejne uderzenie pozbawiło ją oddechu.
Przed oczami miała ciemność. Z dala dochodziły szepty. Czuła jak genjin się do niej zbliża, jak powoli przejmuje władzę nad jej mocą, jak ją do siebie przyciąga. Nie mogła uciec. Oto nadeszło to, czego przez całe życie obawiała się najbardziej. Czekała na koniec. Była już zbyt słaba, by przeżyć, kiedy zabierze jej moc. Tylko ona trzymała ją przy życiu.
Świat odpływał powoli. Niedokończone plany boleśnie wbijały się w duszę. Wściekłość paliła. Zastanawiała się, co zrobi Olir, kiedy się dowie. Tyle czasu wzbraniała się przed małżeństwem, nie chcąc, by ktoś skrzywdził go ze względu na nią, tak jak skrzywdzili ich nienarodzonego syna. Może teraz będzie bezpieczny.
Osunęła się w ciemność.
I ktoś z tej ciemności przerażonym głosem wykrzykiwał jej imię. Krzyczał, że ją kocha.
Naprawdę... Kto jest takim głupcem?
– Vinaro! Proszę... – głos był coraz cichszy.
Vinaro, wróć.
Głos odezwał się wewnątrz jej czaszki i mógłby być wezwaniem boga, ale wiedziała, że nie jest. Znów przywoływał ją do porządku. Tak jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy leciała przez tą bezimienną pustkę pomiędzy życiem, a śmiercią. Tak się właśnie umierało – spadając. Tylko nieliczni mogli się zatrzymać i powrócić na powierzchnię.
Ona mogła, ale nie chciała.
Wokół była cisza.
Spokój.
Ciemność.
Nie miała dostatecznie dużo silnej woli. Ale ktoś na nią naciskał. Czuła się, jakby znowu była na wojnie budzona w środku nocy przez swojego dowódcę. Atakują. Potrzebujemy cię, Vin. Ten irytujący głos był znajomy, a przez to podwójnie irytujący. Dlaczego nie może wreszcie dać jej spokoju?
Delikatnie uchyliła powieki. Nad sobą miała czerń. Czarny jedwab przetykany złotem. Zakonny płaszcz na ramionach olbrzyma. Thomas patrzył na nią z góry, jego twarz zdradzała niepokój. To on wzywał ją do powrotu, ale nie był pewny, czy zdążył. Nie dała mu żadnego znaku, że żyje. Nie oddychała nawet – nie musiała, kiedy jej ciało żyło, opierając się na magii.
Ale to nie on krzyczał, że ją kocha. To Olir. Klęczał obok, histeryzując niczym pięciolatka. Zupełnie, jakby to był pierwszy raz.
– Nie śpieszyliście się – powiedziała, chrypiąc. W zasadzie nie powinno być to możliwe. W ustach miała tyle krwi, że normalny człowiek mógłby się utopić.
Słyszała, jak oboje odetchnęli z ulgą.
– Vin, leż spokojnie i nie rób nic głupiego. Pójdę po Shav. – To był Thomas. Słyszała, jak wstaje. Jego szaty szorowały po ziemi. Musiał wypaść z oficjalnego spotkania.
Gdy tylko jego kroki ucichły, natychmiast poderwała się do pozycji siedzącej. Olir krzyknął ostrzegawczo i pobladły patrzył, jak wymiotuje krwią. Vinary to nie zdziwiło. Zawsze, kiedy umierała, do jej żołądka jakimś cudem dostawała się masa krwi. Za kilka minut miał także pojawić się ból, przez który będzie wyć przez kilka kolejnych tygodni. I nie będzie nic jeść ani pić, bo jej żołądek będzie natychmiast zwracał. Płuca i przełyk będą ją palić żywym ogniem. Mięśnie nie będą słuchać jej rozkazów i nawet gdyby chciała skończyć ten koszmar, to i tak nie da rady wyskoczyć z okna Czarnej Wieży. Na wszelki wypadek przywiążą ją do łóżka i będą pilnować, przysłuchując się jak traci rozum.
Ale tego jeszcze nie czuła, więc wstała, ledwie zachowując równowagę. Jedna z jej rąk wydawała się dziwnie obca i blada. Ledwie mogła nią poruszać. Wszystko w jej ciele było dziwnie obce. Czuła się jak intruz. A jednocześnie czuła, że może wszystko.
Znów wygrała.
Nie sama – ale wygrała, przeżywając.
Zaczęła się śmiać. Tym razem naprawdę nie mogła tego opanować, choć bolały ją żebra, a płuca paliły nie mogąc odzyskać oddechu. Olir podtrzymywał ją, jednocześnie próbując usadzić ją z powrotem na ziemi. Najwyraźniej uznał śmiech za objaw szoku i pewnie miał rację.
Śmiała się nawet wówczas, gdy Przeznaczenie w jej dłoni pękło na tysiąc kawałków. Wtedy zaczęła śmiać się głośniej.
Każdy kto znał oryginalną, nietłumaczoną przez Yaniruma opowieść o Gwieździe Kalijskiej wiedział, że wspomina ona tylko o czterech klejnotach: Mądrości, Nadziei, Życiu i Śmierci.
Tylko Yanirum pisał o Przeznaczeniu.
Przeznaczenie było fałszywe.
Mag u kresu swego życia kazał stworzyć piąty kamień, którego jedyną mocą było przyciąganie do siebie pozostałych klejnotów.
Przez cały czas wiedziała, że Sadrin ma go w swoim posiadaniu, sądząc, że może użyć jego mocy przeciwko niej. Ale nie użył, bo nie było żadnej mocy. Jeśli istniał gdzieś na świecie wspierający go Piąty Żywioł, na pewno nie było nim przeznaczenie.
Sadrinem w ogóle łatwo było manipulować.
Być może każde miejsce na świecie miało swój własny Piąty Żywioł, którego nikt się nie spodziewa, a którego wpływ na ludzkie życie pozostaje potężny acz niezbadany. Veverleyn również i to nawet trudniejszy do pojęcia niż zazwyczaj. Trójka magów właśnie nad nim stała i za nic nie potrafiła pojąć, czemu się śmieje.

Epilog Wiesz co, Vinaro? Nie mam pojęcia, w której stronie świata jesteś teraz ani nie wiem dokąd zmierzasz, ale życzę ci powodzenia. Zrozumiałem, ze nosisz maskę, której nie potrafiłem zobaczyć. Gdzieś w głębi twojego serca wciąż widzę blask. Czarny? Biały? Nie wiem. Wbrew temu, co sądzą żywi, nie potrafię ujrzeć przyszłości. Nie chcę cię też oceniać. Chciałbym tylko odkryć twój sekret. Bo ty masz sekret, Vinaro. I nie ważne po której stronie świata jesteś, nie ważne pod kogo się podszywasz, nie ważne, ku któremu z bogów wznosisz modły, ale twoje serce jest niezmienne. Ta prawda daje ci siłę, nawet kiedy żyjesz w kłamstwie.
Kocham cię i nienawidzę, Vinaro Elburn. Nienawidzę cię, ponieważ jesteś wszystkim tym, przeciw czemu walczyłem i kocham cię, bo pokazałaś mi, że nie ma znaczenia w jaką grę gramy. Prawda trwa.
Oby ten żar, który nosisz w sobie także nigdy nie zgasł.


Nekropolia pod Białym Pałacem jak zawsze była ciemna i cicha. I zimna. Sadrin szczelnie owinął się zakonnym płaszczem, rozkoszując się znajomym ciężarem na ramionach. Uwielbiał jego gruby, sztywny materiał, po którym rozpoznawał go w ciemności, a przede wszystkim uwielbiał wyszyte na nim symbole.
Sadrin Atlemir – Mistrz Zakonu Avarena.
Uśmiechnął się, choć po bieli na jego twarzy płynęły łzy. Uważał tylko, by nie rozpłynęły się znaki, które węglem wymalował na policzkach. Lyen i salin – szacunek i przebaczenie. Ocierał je jedną ręką, tą którą nie niósł mar razem z Celisem, Merienem i Olirem, który na tę okazję przybrał postać człowieka. Zamiast niego chciał iść z nimi sam Thomas Veverleyn, ale Wielkiemu Mistrzowi nie wypadało przyjść na pogrzeb skazańca.

Tu spoczywa
Marelin Koyro
skazany zgodnie z prawem Zakonu Avarena
w 723 roku 200 ery
który żył z nami i którego kochaliśmy
choć nigdy nie znaliśmy o nim prawdy
Wiedział, że powinien uważać, by okryte całunem ciało nie zsunęło się przy składaniu do grobu, lecz nie mógł oderwać wzroku od napisu. Przed oczami wciąż miał twarz Marelina jako nieco zagubionego w świecie chłopca. Bo Marelin był chłopcem – myślał – lecz takim, którego ktoś oddarł z tego, co właściwe chłopcom.
Obejrzał się za siebie. Szła tam, jedna z trzech kobiet idących za marami, jedna z zaledwie siedmiu żałobników. Sam nie wiedział, czy woli interpretować to, jako skruchę czy bezczelność. Nie wyglądała na pyszną, choć zapewne trudno wyglądać pysznie, kiedy ledwie się chodzi. Na twarzy wymalowała rinon i laen – nadzieję i modlitwę. Mogła przez to wyrazić wszystko.
– Dajesz sobie radę? – Enya idąca obok wyrwała go z zamyślenia, patrząc z niepokojem na jego brakujące palce.
Skinął głową. Na początku było to dla niego straszne i nie potrafił się przyzwyczaić, ale ostatecznie okazało się, że nie jest tak źle. Odkąd tajemniczy mag, którego nigdy wcześniej nie widział przedstawił Sędziemu Taldunowi niemożliwe do zaistnienia alibi, umożliwiając mu tym samym powrót do domu, do Enyi, nic już nie było złe.
Blady uśmiech nie zniknął z jego ust nawet wówczas, kiedy Celis odprawił boleśnie krótkie pożegnanie, takie na jakie zasługiwał człowiek skazany na śmierć. Deira pochwyciła jego spojrzenie. Też się uśmiechnęła, piękniej i smutniej niż kiedykolwiek. Uśmiechała się, bo nareszcie mogła wspominać zmarłych w spokoju, bez nieustannego towarzystwa wizji.
Celis rozpłakał się, kiedy skończył. Deira objęła go, usiłując pocieszyć. Merien przytulił Enyę – dzień wcześniej mistrzyni powiedziała Sadrinowi, że planują ślub. Olir zdawał się delikatnie przesuwać w stronę Vinary, która nie zwracając uwagi na pozostałych, zawiesiła wzrok w pustej przestrzeni.
Stali, milcząc. Żadne z nich nie chciało odejść jako pierwsze, aż w końcu padło na Olira. I słusznie – oni się przecież prawie nie znali. Potem była Vinara, Merien, Enya... Kiedy odchodził, przy grobie stali tylko Celis z Deirą. Wciąż w uścisku. Sadrin wbrew sobie czuł zazdrość.
Nie skierował się do wyjścia. Dotarł do głównego, bardziej reprezentacyjnego tunelu o marmurowej posadzce i ścianach na stałe oświetlonych magicznym blaskiem. Stąd skręcił w aleje, gdzie znajdowały się tylko najbardziej reprezentacyjne grobowce, zazwyczaj dla najbardziej zasłużonych mistrzów. Dotarł do najświeższego z nich, gdzie za dnia nieustannie przychodzili ludzie, lecz teraz, wieczorem, stał tam zupełnie sam.

Tu spoczywa
Mistrz Geltan Zorton
urodzony jako Filias Fandemore
ostatni książę Raddiru, któremu przemocą odebrano władzę
i który zginął zbyt młodo, by doczekać się potomka.
Niech pamięć o nim i jego przodkach nie przepadnie
a my pamiętajmy dni, kiedy żył z nami, wypełniając dzieło Avarena
zawsze dobry, zawsze szlachetny, zawsze pełen mądrości.
Oby przeklęty był ten, który odebrał mu życie
posługując się najokrutniejszą ze sztuk.
Wyznawcy Avarena niewiele mieli modlitw dla umarłych, ale też Sadrin nie potrzebował gotowej modlitwy. Słowa płynęły, odbijając się echem w opustoszałych korytarzach. Jednak wraz ze słowami nie potrafił wyrzucić z siebie bólu. Jak to możliwe, że gdzieś na świecie istnieje grób z imieniem i nazwiskiem Geltana Zortona?
Słyszał, kiedy się zbliżała, ale miał nadzieję, że minie grób i pójdzie dalej. Nie poszła. Zatrzymała się zaledwie krok od niego. Aż spiął się ze złości.
– Wiesz co, Vinaro? – spytał, nie oglądając się. – Nareszcie zrozumiałem, że on nie leży tu zamiast mnie. On tu spoczywa zamiast ciebie. To ty powinnaś przyjąć na siebie konsekwencję. On był chłopcem, ty jesteś mistrzynią i ty powinnaś wziąć odpowiedzialność, a nie używać nas jako pionków w swojej beznadziejnej grze.
Zbliżyła się o krok, tak że stali teraz w jednej linii i mógł zobaczyć ją kątem oka. Zdążyła zmyć z twarzy biel. Minę miała poważną, taką jak zawsze – kiedy odpowiadała na pytania uczniów i kiedy wydawała rozkazy.
– Słusznie, Geltan nie leży tu zamiast ciebie, ale nie leży tu też zamiast mnie. Zginął zabity przez Lodeja zmanipulowanego przez Foliana. A Folian z kolei zepsuty został przez Kayryna. To nie Lodej się mścił. To ja miałam prawo do zemsty, a Geltan padł ofiarą przypadku, mylnej interpretacji dawnego przyjaciela. Wiem, że powinnam była was chronić, lecz to jeszcze nie czyni mnie winną za jego śmierć. Wszystkich winnych dotknęła najwyższa kara. Są przeszłością, której już nie zmienisz. I dobrze ci radzę, Sadrinie, zaakceptuj to, bo lament nie wróci im życia.
Widział, że jest zła. Nie patrzyła mu w oczy. Poczucie winy – zobaczyłby je, gdyby odwróciła się w jego stronę, ale to jeszcze nie oznaczało, że gotów jej był wybaczyć.
– Zaakceptowałem to, Vinaro. Gdyby teraz nawet jakiś potwornie litościwy bóg zaoferował się, że może cofnąć mnie do tamtego dnia, kiedy zostałem uczniem Renira i przeciąć okrutny ciąg zdarzeń, który doprowadził mnie do tego miejsca, odrzuciłbym tę propozycję. Nie mógłby obronić mnie przed wszystkim, a gdyby chciał, wtedy dopiero zaczęłoby istnieć coś takiego jak przeznaczenie. Wiesz, co jest strasznego w wierze w przeznaczenie?
Pokręciła przecząco głową.
– Przeznaczenie zwalnia ludzi z odpowiedzialności. Przeznaczenie sprawiłoby, że nie miałbym prawa dzielić ludzi na dobrych i złych. Nie miałbym prawa kochać i nienawidzić. Nie byłbym nawet tym człowiekiem, którym jestem teraz. Gdybym cofnął się w czasie do przeszłości, umarłbym. W przeszłości nie istniał człowiek, którym jestem teraz.
– Teraz jesteś silny, Sadrinie. – Położyła mu dłoń na ramieniu. Pozwalała jej na to wysokość nagrobka, na którym stanęła. – Dziś Renir nie mógłby cię skrzywdzić.
Strząsnął jej dłoń.
– A ty? Nienawidzę cię, Vinaro Elburn, bo jesteś wszystkim tym, co mnie przeraża. Nie wiem, dokąd zmierzasz ani jakie masz plany. Wpływasz na mnie, a ja nie wiem, jaki to wpływ. Grasz w grę, której zasad nie znam. I zawsze wygrywasz.
Usiadł na kamieniu, starając się zająć miejsce jak najdalej od niej. Miał ochotę krzyczeć na nią, żeby go zostawiła, a jednocześnie pragnął, by mówiła dalej. Pragnął, by jeszcze raz przyznała się do błędu. Pragnął dotknąć tego, czego nie potrafił pojąć.
– Dzieli nas nienawiść, ale może połączyć nas miłość do tej samej rzeczy – stwierdziła cicho.
– Jakiej rzeczy?
– Kalijena nie tylko zaproponowała ci zmianę twego losu. Proponowała ci, że możesz pozbyć się swoich wizji, tak jak Deira pozbyła się swoich, ale ty odmówiłeś. Wiesz dlaczego?
– Skąd o tym wiesz?
– Ja wszystko wiem, Sadrinie. Ale czy ty wiesz, dlaczego nie wyrzekłeś się swoich mocy?
Chciał odpowiedzieć, ale natychmiast znalazła się obok niego, kładąc mu palec na ustach.
– Bo jesteś jednym z nas, Sadrinie. Jednym z ludzi, którzy grają w grę, choć ich ona przeraża. Jednym z ludzi, którzy boją się wiedzieć i pragną wiedzieć. Jednym z ludzi, którzy brną w ciemność, bo wierzą, że nie zagubią się, lecz dadzą radę żyć pośród niej. Marmurowy labirynt fascynuje cię, tak jak wcześniej fascynowała cię zakazana magia. Tak jak nas fascynowała perspektywa zdobycia Gwiazdy Kalijskiej. Zabijamy, kłamiemy i zakładamy maski, ale zawsze pozostajemy zakonnikami Avarena – boga, który nie obawia się dać ludziom wiedzy i mocy niezależnie od tego, jak groźna się zdaje. Boga, który wieży, że mamy w sobie dość siły. Potykamy się, popełniamy błędy, ale nigdy nie upadamy.
Widział płonący w jej oczach zapał, ale wciąż nie potrafił go przyjąć.
– Nie, Vinaro Elburn. Nienawidzę cię i nigdy nie będę jednym z was.
Oczekiwał, że będzie go namawiać, może nawet się zezłości i nazwie go głupcem, ale ona tylko się uśmiechnęła.
– Kiedyś zmienisz zdanie, Mistrzu Sadrinie.
Chciał znowu zaprzeczyć, lecz natychmiast uciszyła go niedbałym gestem. Potem sięgnęła do kieszeni, wyjmując z niej klejnot o znajomym kształcie i barwie.
– Weź to. Niech będzie ona moją odpłatą za twoją służbę i symbolem obietnicy. Obiecuję ci, Mistrzu Sadrinie Atlemirze, Strażniku Marmurowego Labiryntu, że gdziekolwiek zaprowadzi cię los i cokolwiek by ci groziło, zawsze możesz liczyć na moją pomoc.
Mimowolnie pozwolił wcisnąć sobie kamień w dłoń.
– To Przeznaczenie? – Teraz nie był już pewien. Moc wewnątrz wydawała się inna. – Przeznaczeniem nie można się odpłacić.
– Przeznaczenie zawsze było fałszywe.
– Więc jak mam go nazywać?
– Jeśli musisz mieć dla niego jakieś imię, możesz nazywać go Siłą.
I odeszła, pozostawiając go z kamieniem stworzonym z okruchów innego.

KONIEC

Zdaje się, że komuś obiecałam jeszcze alternatywne zakończenie, ale nie pamiętam komu. Może je kiedyś wrzucę ;)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ