Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Punkt widzenia

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Punkt widzenia

Post autor: Krin » 11 sierpnia 2014, 17:05

Miało być lepiej niż poprzednio, ale nie wiem czy tak jest. Starałam się wyeliminować poprzednie błędy, ale mam wrażeni, że wyrzuciłam też wszystkie mocne strony. Cóż, trudno. Do odważnych świat należy.
Będzie też male rzygnięcie tęczą, czy jak to tam nazwiecie. :belt: Nie martwcie się tym no chyba, że naprawdę dostaniecie tęczowej biegunki. Jak coś to to pierwsza z dwóch wstawek.
Miłego czytania życzę. :)


Był wczesny wieczór. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Tysiące zmęczonych ludzi pięło się w górę po kamiennych stopniach, by nocą móc odpocząć w wyższych, cieplejszych warstwach wydrążonego w klifie miasta.
Erii trudno było się przez niego przedzierać. Ludzie popychali ją i kopali, wrzeszcząc jednocześnie. Umorusani we wszelkich możliwych śmieciach robotnicy ocierali się o jej równie brudną suknię, napawając ją obrzydzeniem. Bose stopy co parę kroków rozcinane były przez ostre kamienie lub trafiały w cuchnące moczem i zgnilizną kałuże. Nierzadko na drodze znajdowane były również ciała zmarłych z wyczerpania ludzi. Upadali, lecz nikt nie miał siły ich podnosić.
Nie spoglądała w dół. Nie chciała widzieć tego wszystkiego. Nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Czuła, że nie wolno się jej do tego przyzwyczaić. Była już w Nexeris od wielu długich miesięcy, ale przyzwyczajenie się byłoby jak pogodzenie się z losem; przyznanie, że nie może być inaczej; przegrana. To co działo się teraz na świecie nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie powinna się tutaj znaleźć. Ludzie nie powinni byli posuwać się tak daleko.
Napór nagle ustąpił, gdy dotarli na górę, do dzielnic mieszkalnych. Ludzie skręcali w boczne uliczki. Pojedynczy szczęśliwcy kierowali się do swoich domostw, lecz większość oddalała się w kierunku ciemnych, dusznych grot wykutych na obrzeżach dla uchodźców. Były to ogromne sale, ale nawet one nie mogły pomieścić wszystkich. Całe Nexeris nie mogło.
Właśnie dlatego Eria nie skręcała w ich stronę. Nienawidziła ich. Miała dosyć tych pachnących śmiercią grobowców pełnych głodnych i schorowanych ludzi. Pełnych bandziorów. Niebezpiecznych i cuchnących. Ludzie tam nie mieszkali. Oni tam gnili we własnym brudzie. Byli nie do zniesienia. Patrzenie na kłębiący się tam tłum napawało ją obrzydzeniem. Nie dołączy do nich. Nie! Ona nie należała do jakiegoś tam plebsu! Była mieszczanką od pokoleń, córką kupca z prawdziwego zdarzenia. Jej życie nie mogło już dłużej wyglądać w ten sposób!
Zatrzymała się na chwilę, zanosząc się kaszlem, gdy wiatr powiał obłok gęstego dymu z domów poniżej wprost na nią. Klucząc wąskimi tunelami i wspinając się po chwiejnych drabinach, ruszyła w stronę morza. Potrzebowała świeżego powietrza.
Widok spienionych fal i dalekiego horyzontu jak zawsze ją uspokoił. Pozwalał jej odzyskać wiarę w to, że poza tym miastem istnieje jeszcze jakiś świat; że kiedyś oprócz Ostatniego Miasta istniało coś więcej. Gdy tylko ogarniały ją wątpliwości, wpatrywała się w miasteczko na widocznej w oddali wyspie. Nawet stąd widziała jego opustoszałe ulice. Było takie spokojne, a jednocześnie prawie zwyczajne. Prawie normalne. Zdawało się jej, że może tam wrócić, że może po prostu wziąć łódź i popłynąć do niego. I nic jej się nie stanie. Nic nie zrobi jej krzywdy.
Westchnęła. Tęskniła za dawnymi dniami...
Z zamyślenia wyrwał ją nagły dźwięk – trzask zamykanej okiennicy. Za nim nadszedł tupot odzianych w ciężkie buty stóp. Wielu stóp. Jakaś duża grupa ludzi zbliżała się w jej stronę.
Przez chwilę stała w miejscu niepewna, czy powinna usunąć się z drogi, czy nie zwracać na to uwagi. Kto mógłby poruszać się tak dużą grupą o tej godzinie? Strażnicy? Gorzej jeśli to żołnierze... Oni zawsze na ludzi wrzeszczeli i czasem coś konfiskowali. Głównie wiecznie brakującą żywność. Ale przecież ludzie nie zabierali jej na ulicę...
Trzask zamykanej okiennicy powtórzył się. A za nim był kolejny. I kolejny. Kroki były coraz głośniejsze. Ktoś krzyknął. Wokół zapanowało poruszenie. Słychać było jak ludzie pospiesznie barykadują się w pobliskich domach. Gwałtowna fala strachu i milczenia przelewała się przez Ostatnie Miasto. Do dźwięków wydawanych przez ciężkie obuwie dołączyły inne. Szybsze. Ludzie biegali, krzycząc. Z każdą chwilą hałas narastał. Centrum zamieszania zdawało się być coraz bliżej.
Zawahała się. Z miejsca, w którym stała nie było widać nic nadzwyczajnego. Jedynie morze w dole, opustoszała uliczka, szeleszczące na wietrze śmieci. Nawet ptaki gdzieś zniknęły. A przecież żadne niebezpieczeństwo nie może grozić mieszkańcom Nexeris, prawda?
Wtedy ich zobaczyła. Wypadli nagle z jednej z bocznych uliczek. Było ich może dwudziestu. Każdy wielkości dwóch mężczyzn. Wszyscy brudni i obdarci z ogromnymi mięśniami doskonale widocznymi pod skąpym ubraniem. Trzymali w rękach kamienie, łopaty, kilofy – wszystko w mieście, co mogłoby posłużyć za broń. Miny mieli tak zadowolone, że Eria od pierwszej sekundy była pewna, iż nie mogą być do końca trzeźwi. Pewnym siebie krokiem ruszyli przed siebie. Prosto na nią.
Stała na środku drogi, patrząc wprost na ich tępe, kanciaste twarze. Nie mogła zrobić kroku. Wszystkie mięśnie napięły się do skoku, by zastygnąć w nagłej, pełnej przerażenia pozie. Serce biło z ogromną prędkością, czekając na skok, który nie następował. Któryś krzyknął w jej kierunku. Na twarzach bandziorów zagościło rozbawienie. Eria nie potrafiłaby powtórzyć jego słów, ale ich sens był dla niej oczywisty. Wiedziała, że powinna rzucić się do ucieczki, lecz stała tylko z szeroko rozwartymi oczami. Osłupiała. Nie zdolna do niczego.
Podeszli do niej powolnym krokiem, jakby wybrali się po prostu na przechadzkę. Poczuła szarpnięcie. Dwoje z nich chwyciło ją za ramiona i poczęło wlec drogą niczym szmacianą lalkę. Próbowała poruszyć się, stawić opór, krzyknąć. Na próżno. Kiedy tylko udało jej się odrobinę poruszyć mięśniami, poczuła uderzenie. Gdzie? Nie potrafiłaby odpowiedzieć. Przerażone myśli wirowały w jej głowie, blokując wszystko inne. Poczuła tylko ból. Po policzkach spłynęły jej łzy.
Ta chwila ciągnęła się przez wieczność. Każdy element otoczenia widziała oddzielnie. Każdy dom. Każde pęknięcie. Każdą narośl na ścianach jaskini. Każdy przesuwający się po niebie obłok. Wszystko. Te obrazy wyryły jej się w mózgu. Dźwięki docierały do niej jakby zza grubej ściany. Nie rozumiała żadnego ze słów wypowiadanych przez swoich oprawców. Zwyczajne dźwięki miasta nagle wydały jej się obce. Wsłuchiwała się w nie dokładnie, nie potrafiąc się powstrzymać. To było silniejsze od niej.
Zamknęła oczy, nie mogąc znieść tych wszystkich szczegółów, lecz czas nadal płynął nieznośnie wolno. Wzrok zastępowały inne zmysły, bombardując mózg falami informacji. Zaczęła krzyczeć, prawie nie zdając sobie z tego sprawy. Posypały się kolejne ciosy, ale nie przestawała. Nie zdawała sobie sprawy z tego co robi...
Nagły huk przebił się do jej świadomości. W jednej chwili świat gwałtownie przyspieszył. Błysk zaślepił oczy. Wycie powietrza ogłuszało. Potężna fala uderzeniowa zwaliła mężczyzn z nóg, a dużo lżejszą Erię cisnęła w dół uliczki, na chwilę pozbawiając oddechu. Ostre niczym brzytwa odłamki raniły skórę. Krzyki wwiercały się do mózgu. Próbowała wstać, ale coś ciężkiego przygwoździło ją do ziemi. Zaraz potem fala płomieni przetoczyła się tuż nad nią. Nie zawyła, gdy poczuła na skórze jej gorąco. Zaniosła się histerycznym śmiechem. Nie wiedziała, co się dzieję. Nie wiedziała nawet, gdzie jest góra a gdzie dół. Wiedziała tylko, że świat wokół płonie. Swąd spalonych ciał drażnił nos, powodując nudności. Wszystko wirowało, uniemożliwiając jej złapanie równowagi. Potem były jeszcze te zdające się palić płuca opary. Eria nie była pewna czy trzęsie się ziemia, czy wstrząsa nią kaszel. Dusiła się.
Powietrze. Gdzie jest powietrze?
Ataki kaszlu paraliżowały ją. Już i tak mocno roztrzęsiona i zdezorientowana po zetknięciu się z bandą, nie wiedziała, co robić. Wydawało jej się, że to się nigdy nie skończy.
Ale skończyło się. Prawie.
Ogień zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił. Gdy wybuchy ustały, na ulicy zakotłowało się. W ruch poszły pałki, kamyki, a nawet sznury i szmaty. Ludzie rzucili się na siebie w nagłym, zupełnie bezmyślnym ataku furii. Chaos ogarnął okolice. Nie dało się rozróżnić stron konfliktu. Bicie, deptanie, drapanie gryzienie, wrzeszczenie, wiązanie – wszystko to zdawało się odbywać bez różnienia na swoich i wrogów. Tłum walczył. Tłum płonął żądzą krwi. Czyjej i dlaczego? Tego Eria nie potrafiła dostrzec w gęstym dymie. I wcale jej to nie obchodziło. Zaczęła czołgać się, jak najdalej od centrum zamieszania. Niedawne odrętwienie ustąpiło. Ucieczka z tego piekła była jedyną rzeczą na jakiej skupił się jej mózg.
Szybciej!
Poderwała się w górę jednym skokiem. Pobiegła bez zastanowienia, instynktownie uchylając się przed ciosami. Bez skutku próbowali ją dorwać. Bezbłędnie unikała ich wielkich łap. Pędziła na oślep, na nic nie zwracając uwagi.
Nagłe uderzenie wytrąciło ją z równowagi. Upadła, rozcinając skórę na rękach. Z nadludzką prędkością uniknęła kolejnego ciosu. Przeciwnik nie ustępował. Chwycił ją i zaraz po tym poczuła kolejne uderzenie. Pociemniało jej przed oczami, lecz desperacko próbowała wyszarpać się z duszącego ją ucisku. Im bardziej próbowała, tym było gorzej.
Rozdzieliła ich kolejna eksplozja. Gorący podmuch wyrzucił ją do przodu na kilka metrów. Uderzyła głową w twardą powierzchnię. A może kogoś twardego? Przez kilka sekund stała oszołomiona, nie wiedząc, w którą stronę biec.
Decyduj się do cholery!
Kierunek wybrała na oślep. Chyba nawet trafnie, ale i tak więcej się nad tym nie zastanawiała. Po prostu rzuciła się w tamtą stronę, nie myśląc. Uciekała tak, jak można uciekać tylko przed śmiercią. Czuła, że nie ma już siły, lecz biegła dalej w szaleńczym pędzie, nie mogąc nawet zwolnić.
Szybciej. Szybciej. Szybciej.
Zanim przyjdzie ich więcej. Za nim tłum zagęści się, oplatając ją i dusząc w swoim uścisku. Jeszcze tylko parę metrów. Parę kroków. Zaraz będzie wolna. Zaraz...
Wpadła prosto w czyjeś otwarte ramiona. Szarpała się, krzyczała i gryzła, lecz nacisk nie zmniejszał się ani trochę. Napastnik unosił ją w tylko sobie znanym kierunku, nie pozwalając jej nawet na dotknięcie stopami ziemi. Napięła wszystkie mięśnie... Próbowała napiąć. Jej ciało nie drgnęło nawet. Głos w gardle zamarł. Była jak sparaliżowana, lecz nie czuła tego samego, co wtedy, kiedy ciągnięto ją po ziemi. Coś z zewnątrz krępowało jej wszelkie ruchy. Na chwilę zaprzestała oporu, by samymi tylko oczami rozejrzeć się po okolicy. Widziała tylko nagle opustoszałe miasto i tułów nieznajomego. Szarpnęła się raz jeszcze...
… i poleciała do tyłu wprost na... ławkę? Z wrażenia aż wypuściła powietrze.
Obcy wybuchnął szczerym, niepohamowanym śmiechem.
- Nic ci się nie stało dziewczyno? - próbował mówić mimo to.
Chwilę się uspokajał. Potem przyjrzał się jej uważnie. Rozbawienie na jego twarzy zastąpił niepokój.
- Mhm, nie wygląda to za dobrze – mruknął cicho sam do siebie.
Nie miała pojęcia, jak zareagować, więc tylko wpatrzyła się w niego, próbując pojąć wszystkie fakty. Przychodziło jej to z trudem, ale była zbyt oszołomiona, by uciekać.
Tymczasem mężczyzna po kolei przyglądał się każdemu z jej urazów, mamrotał coś i czasem nawet opatrywał ranę z pomocą dziwnej, zielonej maści i kawałków pachnącego czymś jeszcze dziwniejszym bandaża. Przyglądała się temu bez słowa sprzeciwu.
Mężczyzna nagle zdenerwował się. Złapał się za głowę i zamarł na kilka sekund, po czym nagle krzyknął.
- Dziewczyno! Ty masz złamaną rękę! Czemu ty nic nie mówisz?! - Chwycił ją za uszkodzoną kończynę i nastawił bez ostrzeżenia.
Zawyła.
- Co pan robi?! Kim pan w ogóle jest?! - zaczęła wrzeszczeć, próbując wyrwać rękę z jego twardego uścisku, gdy ją usztywniał. Wróciła do niej cała energia.
- Kim ja jestem? - Uśmiechnął się czarująco. - Twoim nowym przyjacielem. Możesz mówić mi Telin – mówił zupełnie swobodnie.
I wtedy przyjrzała mu się uważniej. Ubrany był w nietypowy, skórzany płaszcz z mnóstwem kieszeni, a przy pasie nosił jeszcze przypięte przeróżne, mniejsze lub większe sakiewki oraz – ku zdziwieniu Erii – miecz, lecz nie to najmocniej przykuło jej uwagę.
Zza długich do pasa, kruczoczarnych włosów wyglądała idealna, niczym wykuta w marmurze rzeźba, twarz bez najmniejszych śladów niedoskonałości o niesamowitych, przypominających dwa bursztyny oczach i wąskich ustach ułożonych w zapierający dech w piersiach uśmiech.
O mamusiu...
Odwzajemniła uśmiech, czerwieniąc się i spuściła wzrok na swoje gołe stopy. Zaśmiał się w niesamowicie przyjemny dla ucha sposób. Zaczerwieniła się jeszcze mocniej.
- A tobie jak na imię? – spytał, uśmiechając się w sposób w jednej chwili wymazujący wszystkich pozostałych mężczyzn świata z kręgu zainteresowań Erii.
Patrzyła na niego, jak zaczarowana. Pytanie dosłyszała dopiero za drugim razem.
- Eria – wykrztusiła. Jej twarz osiągnęła odcień czerwieni w teorii nieosiągalny dla nikogo.
Biednej dziewczynie zdawało się to niemożliwe, ale uśmiechnął się w sposób jeszcze wspanialszy.
O mamusiu... Co to jest za człowiek?
- Jesteś jednym z uchodźców, prawda? - zapytał.
Potwierdziła skinieniem głowy. Czemu miałaby kłamać? To przecież oczywiste.
- Mieszkasz w tych jaskiniach stworzonych przez władze?
Ponownie potwierdziła. Wyglądał na zasmuconego.
- Słyszałem, że to straszne miejsce.
Skinęła głową raz jeszcze, doskonale wiedząc jakie padnie kolejne pytanie i – o zgrozo - nie mając nic przeciwko. Zdawała się już zupełnie zapomnieć o przygodzie sprzed kilkudziesięciu minut.
O mamusiu...
- To może dasz mi się ugościć? - Zniewalający uśmiech w jednej chwili powrócił na jego nieskazitelną twarz.
- Mhm. - Więcej nie potrafiła wykrztusić. Nie wtedy, kiedy się tak uśmiechał.
Wziął ją pod rękę i spokojnym, spacerowym krokiem ruszyli przez pogrążone w nocnej ciszy miasto. Dość wolno, by nie stanowiło to dla rannej dziewczyny problemu. Nie rozmawiali. Eria bała się odzywać. Co jeśli powie coś nie tak i będzie musiała się rozstać z tym uosobieniem piękna? I nigdy więcej już go nie ujrzy? Wpatrywała się w niego jak zaklęta. Jakby oczekiwała, że zaraz rozwieje się niczym sen. Oderwała od niego wzrok dopiero, gdy doszli do ulicy, na której doszło do eksplozji i walk.
Zatrzymała się, wstrzymując oddech. Nie było tam już ludzi. Przynajmniej nie tych żywych. Zwłoki leżały tak, jak pozostawione zostały przez swoich oprawców. Wokół leżały gruzy powstałe w czasie wybuchu, nadpalone kawałki desek, popiół... Nie wyglądało, żeby ktokolwiek zamierzał to wszystko uprzątnąć. Wokół panowała martwa cisza.
- Myślisz, że co się tu stało? – spytała. - To było takie dziwne. Najpierw te uderzenie i płomienie, a potem ci wszyscy ludzie zaczęli...
- Myślę, że miałaś dziś niesamowite szczęście. - Uśmiechnął się, ale nie tak jak przedtem. To był tajemniczy uśmiech. - Chodźmy lepiej. Zimno się robi.
Objął ją ramieniem. (Serce prawie wyskoczyło jej przez gardło.) Mimo ran Erii, szli teraz bardzo szybko co i rusz przechodząc z jednego piętra miasta na drugie, aż dotarli do ogromnych kamiennych schodów w samym centrum. Od tamtej chwili pieli się coraz wyżej. Eria nie przypominała sobie, by kiedykolwiek od czasu przyjazdu przed kilku laty znajdowała się tak wysoko. Te piętra zamieszkiwali tylko ludzie bogaci i wpływowi.
Westchnęła, kiedy zobaczyła nad sobą od gwiazdy. Byli na poziomie reszty otaczającego miasto świata. Piętro to nazywano „parterem”. Mieszkały tu najstarsze z nexeriańskich rodów. Wszystko, co znajdowało się pod nim i nad nim nawet nie mogło być do niego porównywane. To po prostu wyglądało na miasto. Było nim, a nie jego namiastką. Ceglane i kamienne domy stały to w równych rzędach przy elegancko wybrukowanej drodze.
I to powietrze...
Szli główną ulicą miasta. Telin zwolnił z powrotem do spacerowego kroku, podobnie jak ona, rozkoszując się mijanymi widokami. To było chyba jedyne normalne miejsce na całym świecie. Jedyne, które nie uległo przemianie. Wszystko inne zmieniło się na skutek kataklizmu lub po to, by przystosować się do niego. Ten skrawek świata pozostał reliktem przeszłości.
Droga była bardzo długa. Erii co chwile wydawało się, że zaraz dojdą na kraniec miasta, lecz to nie następowało. Zdawało jej się, że idą już od dwóch godzin albo i dłużej, kiedy stanęli przed... czymś.
Początkowo, nie mogła rozpoznać w ciemności sporych rozmiarów drewnianej, stojącej na drodze konstrukcji. Prawdopodobnie dlatego, że nigdy by się tego nie spodziewała. Po zagładzie pozostałych miast rzadko się je spotykało.
To co znajdowało się przed nią było wozem. Nie takim zwykłym wozem. Był to pojazd sporych rozmiarów, zbudowany w taki sposób, by mógł służyć zarówno jako środek transportu jak i dom. Wykonana z ogromnych kawałków drewna i żelaznych prętów konstrukcja pomalowana została na zielono, lecz nie jednolicie a w plamy o różnych odcieniach tego koloru; miejscami również na brązowo. Jej nadzwyczaj duże koła to nie był zwykły kołodziejski wyrób. Choć Erii wydawało się to dotąd niemożliwe, prawie na pewno wykonane zostały z jakiegoś metalu. A ciągnięta była mimo swej wielkości przez tylko dwa nieco dziwne, rogate stworzenia przypominające bydło, lecz o drobniejszej posturze, które wcale nie wyglądały na wyczerpane z tego powodu.
Niegdyś różnie się takie wozy zwało w poszczególnych miastach, lecz teraz, gdy normalny człowiek nigdzie daleko nie mógł się już udać, przylgnęła do nich nazwa roltr. Pochodziła od jedynej grupy ludzi jaka się nimi jeszcze posługiwała – Rolitarów. Ta grupa czarodziejów po prostu nie zaakceptowała tego, co szumnie zwykło się nazywać Upadkiem lub nie przejęła się nim i nadal zamieszkiwała niebezpieczne tereny poza Nexeris, przemieszczając się po opuszczonych przed laty drogach roltrami właśnie.
O mamusiu...
Znaczenie wszystkich zdarzeń tego dnia zaczęło do Erii powoli docierać. Na razie nie odzywała się jednak i obserwowała, jak Telin kłócił się z niskim, brodatym mężczyzną, który najwyraźniej zajmował się pilnowaniem dobytku pod jego nieobecność. Nie rozumiała słów. Brodacz musiał być obcokrajowcem. Przynajmniej wtedy, kiedy było to jeszcze możliwe.
- Prostak – rzucił za nim mag, gdy odszedł. Jego twarz w ogóle nie przypominała tej sprzed paru minut. Oczy przestały przypominać dwa okazałe bursztyny. Wydawały się ślepiami jakiegoś drapieżnego zwierzęcia.
- Coś się stało? - spytała łagodnie.
Parsknął.
- Oczywiście, że tak – warknął gniewnie. - Nie widać?
Wpatrywali się w sobie w oczy przez kilkanaście sekund. On z gniewem, a ona z wyraźnym zaskoczeniem. Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji.
Pierwszy odpuścił Telin. Spuścił wzrok i przerwał ciszę.
- Przepraszam. - Na jego twarz znów powrócił uśmiech. Tym razem jakby odrobinę zawstydzony, lecz nadal tak samo urokliwy.
Nie potrafiła się gniewać na kogoś, kto uśmiechał się w taki sposób.
- Czasem bywam nieco zbyt gwałtowny. Mam nadzieję, że cię nie przestraszyłem. - Wskazał ręką na drzwi. - Wejdźmy lepiej do środka. Zimno się robi.
Wnętrze wozu wyglądało dokładnie tak jak można by się tego spodziewać po domu samotnego maga. I tak już ciasna powierzchnia dodatkowo tarasowana była przez wszelkiego rodzaju skrzynie, worki i wszystko, co tylko mogło służyć za rodzaj pojemnika. Nie załatwiało to jednak problemu walających się wszędzie rozmaitych przedmiotów począwszy od kolorowych szmat do zakonserwowanych w słoikach stworzeń.
Tak przynajmniej rysowała się sytuacja w pierwszym z pomieszczeń. Dwoje drzwi na przeciwległej ścianie prowadzić musiało do pozostałych. Pewnikiem jeszcze mniejszych.
Wskazał jej miejsce na krześle przy okrągłym stole wetkniętym w sam środek panującego wokół chaosu. Usiadła posłusznie, czekając jak wyjmie z jednej z szafek dwa drewniane kubki oraz ciemną butelkę, której zawartości nie potrafiła odgadnąć.
- Napij się. - Napełnił i podał jej jeden z kubków.
Upiła łyk, czując na języku znajomy, przypominający dawne czasy smak.
Wino? Ktoś je jeszcze posiada? Gdzie można teraz znaleźć winogrona?
Potem nie odzywała się przez dłuższy czas, więc próbował za wszelką cenę zmusić ją do wypowiedzenia choć paru słów dla podtrzymania rozmowy. Wiedziała, że bardzo go to denerwuje - nadzwyczaj wręcz – ale nie reagowała. Zastanawiała się nad niedawnymi wydarzeniami.
Kiedy Telin zdawał się już tracić wszelką nadzieję, odezwała się nagle:
- Jesteś czarodziejem? - spytała bez zbędnych wstępów.
To nagłe pytanie zaskoczyło go. Milczał przez kilka sekund.
- Tak. Oczywiście. - Odpowiedź wydała się wręcz mechaniczna.
Ledwie skończył mówić, gdy padło kolejne pytanie:
- To ty spowodowałeś te wybuchy? Wtedy, gdy się spotkaliśmy. - Chciał odpowiedzieć, lecz powstrzymała go władczym ruchem ręki. - I to ty sprawiłeś, że ci ludzie rzucili się na siebie? - rzuciła oskarżycielskim tonem.
Zamarł zaskoczony nagłym wybuchem, spoglądając na nią szeroko otwartymi oczami. Jego usta przez chwilę poruszały się bezgłośnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale przeszkadzały mu w tym emocje.
- Posłuchaj, dziewczyno, ja...
- O czym mam posłuchać?! - wykrzyknęła, zrywając się gwałtownie z siedzenia i uderzając dłonią w stół. - O tym jak zginęli przez ciebie ludzie?!
Również się podniósł. Powoli. Bardzo powoli. Jego oczy znów stały się oczami dzikiego zwierzęcia. Przyszło jej namyśl, że nie powinna była krzyczeć na Rolitara. Jeździł po zniszczonym świecie, radząc sobie ze stworzonymi z pomocą magii bestiami. Co mógł zrobić z nią?
- Więc uważasz, że ot tak sobie przyjechałem do miasta i pozabijałem ludzi – wysyczał. - Pozwól, że przedstawię ci jak to wyglądało z mojego punktu widzenia. - Usiadł na powrót. - Otóż, przyjechałem do miasta, gdzie musiałem ratować jakąś błąkającą się samotnie po mieście idiotkę i przez to właśnie zginęli ludzie.
Milczała zawstydzona. Nie pomyślała o tym. Faktycznie, przed chwilą widziała to trochę inaczej. Nie dostrzegła tej oczywistości.
Również usiadła, wpatrując się w swoje nagie stopy. Wypiła wino duszkiem. Dawno nie czuła się aż tak głupio.
- Nie przejmuj się – usłyszała po chwili. - Nie możemy pozwolić, by taka głupia sprzeczka zatruła nam ten piękny wieczór, czyż nie? - Gdyby jego głos był materialny, byłby aksamitem.
Podniosła wzrok i skinęła głową. Na jego usta znów wrócił uśmiech, któremu nie potrafiła odmówić. Nalał jej jeszcze jeden kubek.
- Pytałaś mnie, czy jestem czarodziejem. Rolitarem. W istocie. Trudno nie zgadnąć, czyż nie? Zamieszkuje ziemie poza Nexeris. - Zamilkł na chwilę, oczekując reakcji.
Gdy ta nie nadeszła, spytał:
- A ty co robisz?
- Pracuję jaskiniach pod miastem. Robię trochę tego, trochę tamtego. Jak większość uchodźców. To wszystko. - Wzruszyła ramionami.
- A wcześniej? - Wydawał się zainteresowany.
- Mój ojciec był kupcem w Artinole za Bardieńską Puszczą. Pomagałam mu, ale chciał wysłać mnie do szkoły Pieśniarek, bo nie stać go była na posag dla mnie. Miałam dwie siostry.
Zdziwił się.
- Pieśniarek? - Prychnął, nalewając jej kolejny kubek wina. - Do tych starych wiedźm?
Potwierdziła niechętnym skinieniem głowy. Te starsze kobiety zawsze wzbudzały w niej szacunek.
- Hmm... To i tak lepsze niż siedzenie tutaj w Nexeris – stwierdził. - Wielka szkoda, że zginęły. - Wyglądał na zmartwionego. - Co masz zamiar teraz zrobić?
- Nic. Co miałabym zrobić?
Znowu milczeli. Jeszcze dłużej niż wcześniej. Nalał jej kolejny kubek wina. Znów wiedziała jakie padnie kolejne pytanie. Po prostu musiało paść.
- Nie chciałabyś jechać ze mną? - spytał. Jego uśmiech mógłby powalić nawet najbardziej odporne kobiety. - Właśnie zwolniło się miejsce po mojej poprzedniej uczennicy.
Wcale nie była zaskoczona, lecz jej serce zabiło nagle ze zdwojoną siłą. Jaka była szansa na to, że przydarzy jej się coś takiego? Ludzie różne rzeczy gadają na ten temat, ale to się raczej nie zdarza, prawda?
O mamusiu...
Potem jednak zastanowiła się. Czy naprawdę ma zamiar dać się wywieźć zupełnie obcemu facetowi o gwałtownym temperamencie w nieznany jej, niebezpieczny świat pełen potworów? Na dodatek czarodziejowi.
Zastanowiła się raz jeszcze.
Może patrzy na to ze złej strony, punktu widzenia kogoś, kim już nie jest? Co będzie tutaj robić? Harować w dusznych podziemiach przez resztę życia i mieszkać na ulicy? Gnić tu powoli?
No i ten jego uśmiech... On nie może wyjechać. Co ja zrobię, jak wyjedzie?
Tak. To właśnie zamierza zrobić.
- Mogłabym pojechać. - Odwzajemniła uśmiech.
- To świetnie. – Uśmiechnął się szerzej. - Miło będzie mieć kompana w drodze. Czas nie będzie się dłużył.
I tyle. Życiowa decyzja podjęta w ciągu paru sekund.
Potem siedzieli jeszcze długo, pijąc i rozmawiając. Musiał aż wyjąć drugą butelkę, która i tak w końcu się skończyła. Dopiero wówczas uznali zgodnie, że należałoby się położyć. Gdy nastanie świt będą musieli przygotować się do ciężkiej drogi przez zrujnowany świat.
Wskazał jej jeden z pokoi. Eria do tej pory nie przypuszczała, iż może istnieć pomieszczenie równie niewielkie. Całą jego szerokość zajmowało łóżko, nad którym umocowana została szafka. Nie posiadała żadnych rzeczy, by móc je tam schować. W środku znalazła tylko chustę. Kolorową w kwiaty. Raczej nie należała do Telina. Wydawał się być tym znaleziskiem nieco wytrącony z równowagi. Gdy spytała go o nią, odpowiedział:
- Musiała należeć do mojej poprzedniej uczennicy. Ona... - Nie dokończył. Wyszedł zakłopotany.
A ona nie pytała. Rzuciła się na twarde łóżko, które po codziennym sypianiu na ulicy lub w jaskini, zdawało jej się teraz miękkie niczym łoże królewskie. Zasnęła natychmiast. Chyba trochę zbyt dużo wypiła tego dnia.
cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Kruffachi » 12 sierpnia 2014, 23:16

Najpierw chcę napisać, że początek mnie mocno zaskoczył i pozytywnie wybił z rytmu :D Niby już w pierwszym zdaniu pojawia się zmęczenie, ale przez połączenie z klifem i zachodzącym słońcem przyszło mi na myśl takie błogie zmęczenie, a tu bam! :D Podobało mię się to, zaskoczyło mnie.

Potem już było różnie. To dopiero pierwsza połowa, więc wstrzymuję się z ferowaniem ostatecznych wyroków, ale sygnalizuję, że na razie mi się ta historia wydaje nieco nieprawdopodobna. To nagłe ocalenie i nagłe wybranie przez maga, który całkowitym przypadkiem jest w dodatku przystojny, tajemniczy, z mało popularnej rasy, porywczy i w ogóle spełniający wszystkie wymogi tróloffa. Gdyby to było zakończenie, to zdecydowanie bym tego nie kupiła – tak, czekam na coś, co jednak będzie sprzeczne z moimi przyzwyczajeniami czytelniczymi.

Podobało mi się natomiast sposób, w jaki budujesz tu klimat. Znaczy w pierwszej połowie – zobaczyłam oczyma wyobraźni i miasto w klifie, i ten brud, i ubóstwo, miało to swoje kolory i faktury. Potem obraz mi się rozmazał, ale nadal znajdywałam punkty, na których mogłam oprzeć wyobrażenie i tym razem nie miałam wrażenia przesytu w tej materii.

Wiem, że komć mógłby być dłuższy, lepszy, ale jestem bardzo zmęczona i obolała :/ Przy następnej wstawce. Więc czekam na ciąg dalszy :)

Takie sprawy warsztatowe:
Właśnie dlatego Eria nie skręcała w ich stronę. Nienawidziła ich. Miała dosyć tych pachnących śmiercią grobowców pełnych głodnych i schorowanych ludzi.Pełnych bandziorów. Niebezpiecznych i cuchnących.Ludzie tam nie mieszkali. Oni tam gnili we własnym brudzie. Byli nie do zniesienia. Patrzenie na kłębiący się tam tłum napawało ją obrzydzeniem. Nie dołączy do nich.
Pokolorowałam tekst, żeby spróbować wytłumaczyć, o co mi chodzi. Tak układają się tematy w tym akapicie - czerwony to informacja o tym, że Eria nie poszła do izb mieszkalnych, niebieski - dlaczego, a zielony - opis warunków tam i ludzi. Jak widzisz, zrobił się mały bałagan. Niektóre informacje powtarzają się i wracają nieco niespodziewanie ;)
Niegdyś różnie się takie wozy zwało w poszczególnych miastach, lecz teraz, gdy normalny człowiek nigdzie daleko nie mógł się już udać, przylgnęła do nich nazwa roltr. Pochodziła od jedynej grupy ludzi jaka się nimi jeszcze posługiwała – Rolitarów. Ta grupa czarodziejów po prostu nie zaakceptowała tego, co szumnie zwykło się nazywać Upadkiem lub nie przejęła się nim i nadal zamieszkiwała niebezpieczne tereny poza Nexeris, przemieszczając się po opuszczonych przed laty drogach roltrami właśnie.
Taki trochę encyklopedyczny fragment ekspozycji ;) Ot, jakieś informacje są potrzebne, więc je wyciągasz i podajesz na tacy, a można ciekawiej. Chwała Ci za to, że nie ma tego aż tak wiele.
- Pieśniarek? - Prychnął nalewając jej kolejny kubek wina. - Chodzi o te stare wiedźmy siedzące na wielkiej górze o jakiejś długiej, skomplikowanej nazwie i rzekomo leczących ludzi z nieuleczalnych chorób?
No i to też nie jest najlepszy sposób ekspozycji ;) Nigdy nie wychodzi naturalnie.

I łapanka (nie gwarantuję, że wszystko, nie jestem w formie):
SpoilerShow
Nie wiedziała co się dzieję.
Przecinek przed "co" i dzieje, nie dzieję ;)
Eria nie była pewna czy trzęsie się ziemia czy wstrząsa nią kaszel.
W tym znaczeniu przed "czy" również powinny się znaleźć przecinki.
W ruch poszły pałki, kamyki a nawet sznury i szmaty.
Tu też zabrakło przecinka przed "a".
Ludzie rzucili się na siebie w nagłym, jakby bezmyślnym ataku furii.
Przemyślałabym to "jakby", bo czyż furia może być przemyślana? ;)
Była jak sparaliżowana, lecz nie czuła tego samego co wtedy, kiedy ciągnięto ją po ziemi.
Przecinek przed "co".
- Nic ci się nie stało dziewczyno? - Próbował mówić mimo tego.
Tu, w "Próbował" będzie mała litera, ponieważ dopowiedzenie jest bezpośrednio odnosi się do kwestii dialogowej. Nie ma też czegoś takiego jak "mimo tego". Tylko "mimo to".
Nie wtedy kiedy się tak uśmiechał.
Tu też przecinek się zgubił przed "kiedy".
Mimo ran Erii, szli teraz bardzo szybko co i rusz przechodząc z jednego piętra miasta na drugie aż dotarli do ogromnych kamiennych schodów w samym centrum.
I przed "aż".
Telin zwolnił z powrotem do spacerowego kroku, podobnie jak ona rozkoszując się mijanymi widokami.
I przed "rozkoszując".
Początkowo, nie mogła rozpoznać w ciemności sporych rozmiarów kształtu drewnianej, stojącej na drodze konstrukcji.
Co tu robi to "kształtu"? O.o
Był to pojazd sporych rozmiarów, zbudowany w taki sposób, by mógł służyć zarówno jako środek transportu jak i dom.
Przed "jak i" również stawiamy przecinek.
Wykonana z ogromnych kawałków drewna
"ogromne kawałki" oprotestuję, bo końcówka -ek sygnalizuje zdrobnienie, coś mniejszego. Więc przydawka tu z pewnością się nie składa. Zamieniłabym te kawałki na coś, co może być ogromne.
lecz nie jednolicie a w plamy o różnych odcieniach tego koloru
Przecinek przed "a" i "tego koloru" jest zbędne, skoro mówimy o odcieniach.
Przynajmniej wtedy kiedy było to jeszcze możliwe.
Przecinek przed "kiedy".
On z gniewem a ona z wyraźnym zaskoczeniem.
I przed "a".
Nie potrafiła się gniewać na kogoś kto uśmiechał się w taki sposób.
I przed "kto".
I tak już ciasna powierzchnia dodatkowo tarasowana była przez wszelkiego rodzaju skrzynie, worki i wszystko co tylko mogło służyć za rodzaj pojemnika.
I przed "co".
Dwoje drzwi na przeciwległej ścianie prowadzić musiało do pozostałych dwóch.
Powtórzenie rdzenia słowotwórczego.
Potem nie odzywała się przez dłuższy czas, więc próbował za wszelką cenę zmusić ją do wypowiedzenia choć paru słów na podtrzymanie rozmowy.
Dla podtrzymania rozmowy.
Wtedy gdy się spotkaliśmy.
Przecinek przed "gdy".
Jego usta przez chwilę poruszały się bezgłośnie jakby chciał coś powiedzieć, ale przeszkadzały mu w tym emocje.
I przed "jakby".
- Więc uważasz, że ot tak sobie przyjechałem do miasta i pozabijałem ludzi – wysyczał. !!! - Pozwól, że przedstawię ci jak to wyglądało z mojego punktu widzenia.
Wkradł Ci się niepotrzebny odstęp.
Pytałaś mnie czy jestem czarodziejem.
Przecinek przed „czy”.
- Posłuchaj dziewczyno ja...
„dziewczyno” powinno być oddzielone przecinkami.
Zamilkł na chwilę oczekują reakcji.
„oczekując”, jak mniemam ;) I przed tym oczekując przecinek.
Znów wiedziała jakie padnie kolejne pytanie.
Przecinek przed „jakie”.
Może patrzy na to ze złej strony, punktu widzenia kogoś kim już nie jest?
I przed „kim”.
Co ja zrobię jak wyjedzie?
I przed „jak”.
- Musiała należeć do mojej poprzedniej uczennicy. Ona... - Nie dokończył. Wyszedł zakłopotany.
A ona nie pytała.
Trochę to niezgrabnie wyszło.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Punkt widzenia

Post autor: Coffee » 13 sierpnia 2014, 22:58

O, rany, mam nadzieję, że facet rzucił na nią jakiś urok, bo nie kupię tego romansu w żaden inny sposób. I to nawet nie chodzi o mój wysoki próg odporności na wątki romantyczne: mam alergię na chodzące ideały.

Do rzeczy. Kruffa wspomniała, że dobrze budujesz klimat, a ja się z tym zgodzę i myśl rozwinę. Pierwsze akapity są, owszem, ciężkie i brudne, lepkie - czuć to. Za to plus. Drugi plus, jak dla mnie dużo większy, wchodzi za opis napadu/zamieszek. To opis dynamiczny, z definicji trudny, ale Tobie udało się z nim wygrać. Skoncentrowałaś się na opisie odczuć bohaterki. To ważne, bo wiele autorów idzie w drugą mańkę i stara się opisać wszystko z zewnątrz, a w rezultacie wychodzi im coś na kształt układu choreograficznego (Napastnik przeskoczył pod ścianę, Protagonista wykonał piękny obrót i krew jaskrawa polała się szeroką strugą na bruk. W tym czasie miniony złego odtańczyły makarenę, a sidekick protagonisty rozrysował układ kredą na kamieniach. O czym to ja... A tak, dynamika.) Tymczasem walka, ucieczka i cały chaos starcia odbierany zmysłami Erii działa. Po prostu działa. Fakt, że jeszcze zdarzają się tam zdania, które wybijają z rytmu i spowalniają akcję, ale to pomniejsze poprawki. Jesteś na dobrym tropie i zwyczajnie masz do tego dryg.
Więc jest fajnie. Podoba mi się.
I nagle atmosfera skręca o 180 stopni, pojawia się jakiś idealny facet, wyciąga główną z opresji, wszystkie schematy wracają na miejsce... Co. Tam. Się. Stało. Nie powiem, odczułam pewien zawód, bo wydało mi się, że ta akcja z początku to tylko pretekst, żeby wprowadzić Telina. Nie kupuję też zachwytu Erii nad nim z prostej przyczyny - laskę dopiero co poturbowali, ma złamaną rękę, całe miasto odtańczyło na jej plecach Harlem Shake'a. Dlatego obstawiam, że to urok. Dlatego nie przekonam się do jej reakcji, jeśli to będzie cokolwiek innego niż urok.

Aa, mam też uwagi do opisu statycznego. O ile przy dynamicznym ewidentnie czujesz bazę i wiesz, jak przekazać odpowiednie wrażenia, o tyle ten kawałek:
Wykonana z ogromnych kawałków drewna i żelaznych prętów konstrukcja pomalowana została na zielono, lecz nie jednolicie a w plamy o różnych odcieniach tego koloru; miejscami również na brązowo.
jest zwyczajnie niezgrabny. Podajesz garść technicznych informacji (materiał, kolor) w dość chaotyczny sposób; po czytelniku to spływa.

No, to tyle ode mnie :D
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Siemomysła » 14 sierpnia 2014, 08:57

No to spróbuję parę słów od siebie o poranku przed zwiedzaniem Braniewa i Fromborka :)
Tym razem będzie krótko - ledwie ogólne wrażenia. Wiedząc, że Kruff bierze się za łapankę, nie zwracałam uwagi na sprawy techniczne w taki sposób, bo raz, że po niej nie ma co poprawiać :3 , dwa to takie wakacyjne czytanie ;) Przeczytałam wczoraj rano, miałam dobę na przemyślenie i oto co widzę: bardzo podobał mi się początek, ta dziwna wędrówka na nocleg, ten kontrast: elegancka, choć zniszczona suknia i groty jak u ludzi pierwotnych, widać, że coś się stało i to coś wielkiego. Generalnie podobało mi się też to, jak ten fragment napisałaś.

Potem jest spokój, nieco nostalgii, czytelnik dzięki myślom bohaterki dowiaduje się co nieco o sytuacji. To jest dobre, że opowieść ma tło. Jednocześnie pamiętam, że zostało mi takie niejasne wrażenie zdziwienia, że w ogóle w tej sytuacji jest jakaś praca dla ludzi, bo żeby była praca, musi być na nią zbyt, na to, co wytwarzają, a u schyłku świata, bo tak to wygląda właśnie, pewno byłby z tym problem. Ale to takie luźne dywagacje, do rozmyślań ogólnych, jak to sama sobie nazywam.

Potem była akcja. Widać bardzo dobrze, że próbowałaś ją ugryźć inaczej niż w "Drapieżniku", poszłaś w chaos, kompletne ogłupienie dziewczyny, a moje wrażenie było takie, jakbym w tym momencie jako czytelnik oślepła. Nagle wszystko było jak za mgłą, nie miałam pojęcia co się dzieje. Zapewne tak samo właśnie jak Eria. Jeśli taki efekt chciałaś osiągnąć - gratulacje!

Potem przeskok na Telina. Na moment, gdy chwyta Erię. On też na początku jest jakby niewidzialny, jest tylko jego głos i dotyk. Natomiast, co już wydało mi się dziwne, znika też miasto. Taka jakby nienaturalna cisza w ułamek czasu po tym jak trwała regularna wojna. Czy to efekt magii?

Sam Telin, cóż... taki nieco psychopatyczny się zdaje. Naprawdę, by ją ratować musiał wywołać małą wojnę? Uważam, że przesadził, a jeszcze zwalać potem winę na Erię - i jak ona od razu poczuła się winna! Niucham tu dziwny, nieco chory związek. Jeśli będzie z tego związek, a Telin nie złoży jej gdzieś w ofierze, bo na takiego mi wygląda.

Zwróciłam uwagę na jeszcze jedno - Eria była zupełnie oszołomiona, a jednak bardzo szybko poukładała fakty i wiedziała, że to Telin wywołał zamieszki. To znak, że potrafi kojarzyć, że nawet podświadomie ogarnia co się dzieje, mimo strachu, a jednak tak łatwo przyjmuje na siebie poczucie winy za śmierć na ulicach.

Nie powiem Ci póki co nic więcej. Ciekawa jestem do czego poprowadzisz to, co do tej pory napisałaś. Gdy zakończysz historię dostaniesz ode mnie obszerniejszego komcia. Czekam zatem na Twój powrót z wakacji i ciąg dalszy.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Krin » 14 sierpnia 2014, 11:29

Widzę, że słusznie ostrzegłam was przed moja tęczą, bo nie wiem, co by się tutaj działo. :D Żałuje, że akurat tak mi wypadł termin wakacji, bo nie musiałabym dawać takiego spojlera ani trzymać was w tak długiej niepewności. Niestety nie mam chyba żadnego urządzenia, by móc na nim pisać w wolnych chwilach na wyjeździe. (A będę lecieć samolotem i jeździć autokarami.) :(

Kruff,
wiem, że czasem mieszam w tekście. Mnie też to czasem denerwuje, ale często nie potrafię z tego wybrnąć. Twój komentarz natchnął mnie, by spróbować nowej metody na pozbycie się tego. Oby się udało.

Thorin,
co do wspomnianych wybić z rytmu to chętnie usłyszę choć jeden przykład. Nie sądziłam do niedawna, że będę ludzi tak ciągle prosić o wytykanie mi błędów. :D

Teraz się boję, że poprawa była chwilowa i kolejny fragment wyjdzie mi gorzej niż ten. Jeśli chodzi o dynamikę to nie czuje się w tym zbyt pewnie i obawiam się, że będzie mi wychodzić raz trochę lepiej, a raz trochę gorzej. To samo tyczy się opisów i podawania faktów. Szczególnie, że będę musiała teraz rzucić trochę światła na to, co stało się z tym światem.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Punkt widzenia

Post autor: Coffee » 14 sierpnia 2014, 14:00

OK, weźmy ten fragment:
Ogień zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił. Gdy wybuchy ustały, na ulicy zakotłowało się. W ruch poszły pałki, kamyki, a nawet sznury i szmaty. Ludzie rzucili się na siebie w nagłym, zupełnie bezmyślnym ataku furii. Chaos ogarnął okolice. Nie dało się rozróżnić stron konfliktu. Bicie, deptanie, drapanie gryzienie, wrzeszczenie, wiązanie – wszystko to zdawało się odbywać bez różnienia na swoich i wrogów. Tłum walczył. Tłum płonął żądzą krwi. Czyjej i dlaczego? Tego Eria nie potrafiła dostrzec w gęstym dymie. I wcale jej to nie obchodziło. Zaczęła czołgać się, jak najdalej od centrum zamieszania. Niedawne odrętwienie ustąpiło. Ucieczka z tego piekła była jedyną rzeczą na jakiej skupił się jej mózg.
Jak mówiłam we wcześniejszym komciu, generalnie cały dynamiczny opis jest dobry, więc to są kosmetyczne poprawki, ale sama prosiłaś ;) Przyjrzyj się zdaniom, które zaznaczyłam, najlepiej przeczytaj je na głos: jak na szybką akcję są długie, wytrącają czytelnika z rytmu (tak, nawet to "czyjej i dlaczego?", bo jest nierozerwalne z odpowiedzią). Czasem problemem ("problemem") nie jest nawet całe zdanie, ale jego część, na przykład w ostatnim, gdzie o wiele dobitniej zadziałałoby określenie "na jakiej się skupiła".
Blaa, mam dzisiaj problemy komunikacyjne, mam nadzieję, że mniej więcej widać, o co mi chodzi.
Jeśli chodzi o dynamikę to nie czuje się w tym zbyt pewnie i obawiam się, że będzie mi wychodzić raz trochę lepiej, a raz trochę gorzej.
Nah, to jest definicja uczenia się ;) Ja Ci mówię, że masz do tego dryg i myślę, że niedługo Ci zajmie opracowanie własnych chwytów.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: pierdoła saska » 20 sierpnia 2014, 19:08

Bardzo spodobał mi się sam początek. Miał świetny klimat, a potem utrzymał tempo. To co umykało w Drapieżniku tu wyszło – powtarzam nieco to, co już wyżej napisano, ale szacuj :) Narrator patrzący przez postać i opisujący pęd i chaos z jej ramienia i myśli sprawił, że wszystko dzieje się szybciej i bardziej na mnie działało, gdy czytałam. Co prawda… w pewnym momencie poczułam się chyba bardziej przytłoczona tym chaosem niż bohaterka. Mam wrażenie, że za dużo rzeczy się zaczęło powtarzać i mózg mi się zaczął wieszać, ale to było pod koniec kawałku z pędem, więc w sumie dobrze wymierzone, o :)

Przyłączam się też do spozierania z pełnym obawy dystansem na romans. W pewnym sensie to, jak opisujesz reakcje Erii – te o mamusiu – sprawia, że węszę tu autorski podstęp, że gdzieś odwrócisz kota ogonem i zagrasz tym obawom na nosie, bo to jest takie… No to przeidealizowanie wyglądu, zachwyty i ochy oraz achy stanowią wielgachny kontrast do sceny z początku. Z drugiej strony gdzieś tli się myśl, że może nie, może myk polega na tym, że ja mam wierzyć, że tu zaraz po autorsku obśmiejesz moje przypuszczenia i zrobisz to, co ja w swych czytelniczych podejrzeniach wykluczyłam.
Zatem siedzę i dumam. Drapieżnika połknęłam jak był na forum cały, tu się połasiłam na fragment i teraz będę się zżymać – co dla tekstu jest w sumie komplementem, co nie?

I naprawdę jestem pełna podziwu nad tym jak scena ucieczki tu różni się wykonaniem od bibliotecznych poszukiwań Samen. :heart:

Podoba mi się też to, że widać tu świat. To już było w Drapieżniku. Tam mi udowodniłaś, że umiesz ten stworzony w głowie świat tak nienachlanie przemycać do tekstu. Tu jest tak samo. Ot takimi wspomnieniami o tym czy owym, czy przedstawianiem sytuacji bohaterki, wrzucaniem pewnych uwag w kontekście wydarzeń sprawiłaś, że chcę ten świat poznać lepiej. Co się tam stało, że jest tylko to jedno przeludnione miasto, że opuszczono inne, jak choćby to na wyspie. :heart:

Czekam na drugą część :D

► Pokaż Spoiler
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Kimchee » 26 sierpnia 2014, 19:24

Po pierwsze, miodny wstęp:
Był wczesny wieczór. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Tysiące zmęczonych ludzi pięło się w górę po kamiennych stopniach, by nocą móc odpocząć w wyższych, cieplejszych warstwach wydrążonego w klifie miasta.
Miasto, klif - wyobraźnia pracuje. Byłam od początku bardzo ciekawa tego skupiska ludzi, jako że jestem fanką wszelkich eksperymentalnych rozwiązań.

Dalej, zauważyłam że masz pewne problemy z zaimkami, a konkretnie z ich nadmiarem:
Ludzie popychali i kopali, wrzeszcząc jednocześnie. Umorusani we wszelkich możliwych śmieciach robotnicy ocierali się o jej równie brudną suknię, napawając obrzydzeniem.
Podobało mi się, że skupiłaś się na uczuciach dziewczyny, jej zagubieniu, wyobcowaniu, niechęci do miejsca, w którym musi żyć, strachu... Erii póki co jest dobrze napisaną postacią.

Kolejny dobry moment, to pojawienie się nieznajomych. moja wyobraźnia znów zadziałała i zaczęłam zastanawiać się, czy to tylko tacy sobie chuligani, czy jakaś powszechna praktyka? Mam tylko jedną uwagę. Całość narracji prowadzona jest z perspektywy dziewczyny, więc nie wiem, czy do końca fortunne jest napisanie, że tych napastników było ze 20, ale to już kwestia gustu.

Przez całą pierwszą połowę był klimat, nie było błędów, a przynajmniej nie widziałam zbyt wielkich zgrzytów, czytało się dobrze. Problem pojawił się w momencie pojawiania się tajemniczego wybawiciela, bo wtedy poczułam się trochę oszukana. Całość zaczęła przypominać paranormal romance i radochy miałam trochę mniej. Poczekam jednak jak będzie rozwijać się akcja. W tle nadal znajdują się wydarzenia i elementy świata przedstawionego, które mnie ciekawią. Zobaczymy.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Krin » 08 września 2014, 18:50

Nie powiem, że jestem szczególnie przekonana do tego fragmentu (to już ostatni), ale ja zawsze po zakończeniu pisania, mówię sobie - "ja to napisałam? to bez sensu!". Mam nadzieje, że nie wyjdzie gorzej niż poprzednio bez względu na to, jak je oceniacie. Jestem otwarta na wszelkie propozycje zmian. Naturalnie, w granicach rozsądku.

Miłej lektury.


Eria zbudziła się późno. Nie była pewna, co wyrwało ją ze snu. Podniosła się powoli i ostrożnie rozejrzała po ciasnym wnętrzu swojego pokoiku. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wrócić do łóżka, ale poczuła, że nie powinna. Coś wisiało w powietrzu. Coś groźnego. Lekko drżącą ręką otworzyła drzwi.
Nic tam nie było.
Tylko jak zawsze równo ułożone przez nią pojemniki, unoszący się kurz, zniszczone meble. Zapukała do pokoju Telina. Zabrzmiało to dziwnie głośno. Przez chwilę nasłuchiwała. Cisza. Nieśmiało nacisnęła klamkę, spodziewając się kolejnego wybuchu złości maga.
Ale jego tam nie było.
A powóz stał w miejscu.
Zadrżała. Podróż po tych pustkowiach to nie żarty. Mimowolnie przed oczami ukazała jej się wizja przystojnego czarodzieja w zakrwawionym pysku jednego z tych okropnych stworzeń. Na przykład takiego, którego widzieli przed dwoma dniami – o czarnej, łuskowatej skórze i tych świdrujących, złotych oczach. Wrzeszczała wtedy, miotając się wokół, niczym spłoszone zwierzę. Telin potem nakrzyczał na nią i kazał...
A jak to go pożarło i teraz zasadza się na mnie?
Nerwowo, omiotła wzrokiem otoczenie. W ciemnym pomieszczeniu nie widziała zbyt wyraźnie. W cieniu mogło być wszystko. A ona nie mogła tego sprawdzić. Nie, nie, nie - mogła. Musiała tylko tam iść...
Usłyszała czyjś ciężki oddech. Albo czegoś ciężki oddech. Dyszenie właściwie. Było coraz głośniejsze. Nie mogła opanować rosnącej paniki. Serce kołatało jej jak szalone. Znów była bezsilna. Stała, nie mogąc zrobić kroku. Obcy musiał być tuż obok...
- O żesz kurrr... ! - wyraźnie dobiegł ją okrzyk maga.
A zaraz potem - uderzenie czegoś ciężkiego o ziemię.
Odetchnęła, uświadamiając sobie, że słyszy sama siebie. Sama siebie się boi. Oparła się plecami o drewnianą ściankę, ze zdenerwowania nie mając siły ustać. Nerwy zaczynały jej puszczać. Bała się wszystkiego. Cieszyła się, że Telin jej nie widział. Dopiero by się uśmiał.
Kiedy trochę ochłonęła, wyszła z wozu po stromych, drewnianych schodkach. Oniemiała na widok miejsca, w którym się znajdowali.
Patrzyła na miasto; na urocze, kolorowe kamieniczki z maleńkimi, okrągłymi okienkami. Na szerokie, wybrukowane uliczki; na fontanny z mieniącą się w słońcu wodą. Na legendarne miasto, stolicę świata.
Latria. Zawsze marzyła, by ją zobaczyć. Jednak...
Nie w takim stanie. Widać było, że nikt nie ostrzegł tych ludzi. Rozegrała się tu krwawa bitwa. Większość budynków została zdemolowana. Na ziemi walały się stłuczone szyby, cegły, drewno... i szczątki. Mnóstwo szczątków. Ciała ludzkie były rozszarpane, z powykręcanymi kończynami, pourywanymi głowami. Ciała Ludzkie... Czyje były pozostałe? Jak można nazwać coś takiego? Przyczyna śmierci pozostałych... istot była trudna do określenia. Te sylwetki nie wyglądały na człowiecze szczątki. Eria powiedziałaby, że były zdeformowane, gdyby wiedziała, co można zdeformować w taki sposób. U wielu trudno było rozpoznać poszczególne części ciała. Czasem posiadały też takie kończyny, których nic innego chyba nie posiadało.
Właśnie przy jednych z takich szczątków ujrzała Telina. Pochylał się nad nimi wielce skupiony i zdaję się, że grzebał w nich z pomocą długiego noża. Każde jego „grzebnięcie” powodowało nieprzyjemne mlaśnięcie.
Podeszła do niego, krzywiąc się. Mlask! Żołądek miał ochotę odmówić jej posłuszeństwa, ale nie odzywała się. On zdawał się jej w ogóle nie zauważać. Nie odwrócił się. Nawet nie drgnął. Mlask! Zastanawiała się, jak dyskretnie zwrócić na siebie jego uwagę, by nie wyprowadzić go znowu z równowagi. Nie znosił, gdy ktoś przeszkadzał mu podczas pracy.
Mlask! Gdy zaczął wyciągać z zagadkowych zwłok coś, co do złudzenia przypominało zlepione ze sobą ludzkie serca, nie wytrzymała:
- Po co ci to?
Znów brak reakcji. Mlask! Nadal w skupieniu usiłował wyciągnąć zdeformowany organ. Szarpał się z tym dłuższą chwilę, a kiedy mu się udało, schował go do niewielkiego, płóciennego worka. Mlask! Erii przed oczami stanęły porozrzucane w całym wozie, podobne woreczki. Sytuacja w jej żołądku zmieniła się w otwarty bunt.
- Będziesz tak nade mną stać? - spytał, podnosząc się nagle i wlepiając w nią nieprzyjemne spojrzenie.
Zdawał się być zirytowany jej obecnością.
Rozwścieczyło ją to. Poczuła jak wzrasta w niej nagły gniew. Przez cały ostatni tydzień wygłaszał podobne uwagi. Po atrakcji jaką zafundował jej przed paroma minutami, miała już dosyć tego wszystkiego. Mógł jej przecież powiedzieć, że wychodzi.
- A ty będziesz krzyczał na mnie cały czas?! - wrzasnęła gniewnie.
- Ja wcale nie krzyczę – wysyczał. - Mówię spokojnie...
Nie dała mu dokończyć.
- Spokojnie?! - Prychnęła. - Wiesz co? Nie powinnam była z tobą jechać! Co to w ogóle ma być? Wyciągasz jakieś gówno z jakiegoś gówna, mlaszczesz przy tym i tak w ogóle to to to nie wiem co. Mam dosyć!
Obróciła się na pięcie i pomaszerowała – jak jej się wydawało – w stronę Nexeris.
- Trochę ci zajmie dotarcie tam! - krzyczał za nią. - I nie wiem, czy uda ci się to przeżyć.
Niech go cholera weźmie...
Szła przed siebie pełna gniewu, nie zważając na nic. Nie obchodził ją głupi mag ani głupie zagrożenie. Nic ją nie obchodziło...
Nagle poczuła, że nie może zrobić kroku dalej. Poczuła się tak samo, jak wtedy, gdy widziała Telina po raz pierwszy. Jakaś zewnętrzna siła blokowała każdy jej ruch. Po chwili stało się coś jeszcze gorszego. Zamiast do przodu zaczęła powoli przesuwać się w tył. I to bez udziału jakiegokolwiek mięśnia. Wytężała całą swoją siłę woli. Bez skutku. Cholernego pięknisia wcale nie obchodziło jej zdanie... Warknęła aż. Niedługo po tym znalazła się w uścisku mocnych ramion. Czarodziej objął ją tak mocno, że ledwie mogła oddychać.
- Przepraszam – powiedział, tuląc ją.
Nadal rozwścieczona próbowała się wyrwać. Na próżno. Kiedy tylko uścisk zelżał, ujrzała jego twarz... i ten niebiański uśmiech.
O mamusiu...Czy on mnie właśnie obejmuje?
Te myśl sprawiła, że odwzajemniła uśmiech na swój zwyczajowy, wyjątkowo idiotyczny sposób i spłonęła rumieńcem. Silny gniew gdzieś wyparował.
- Powiem ci o, co chodzi – mówił swym cichym, dźwięcznym głosem – a ty nie będziesz już robić głupot, dobrze?
Pokiwała głową, nie myśląc nawet o sprzeciwie. Widząc to, uśmiechnął się szerzej. Przysiadł na leżącym w pobliżu fragmencie jednego z domostw, „dyskretnie” wytarł swoje ubrudzone krwią dłonie we własne spodnie (żołądek dziewczyny przekręcił się raz jeszcze) i począł mówić tonem, jakiego ludzie używają zazwyczaj wobec niezbyt inteligentnego dziecka:
- Widzisz, to nie jest tak, jak się wam pro... - Urwał na chwilę, szukając słowa, za które Eria nie zrobi mu kolejnej awantury. - … nieposługującym się magią ludziom wydaje. Czarodzieje nie potrafią zrobić czegoś z niczego. Potrzebują do tego pewnej energii...
- Wiem, każdy to wie. Niech ci się nie wydaje. Mówią o tym Pieśniarki. Wykorzystuje się energię księżyca, słońca...
Prychnął. Spojrzała na niego pytająco.
- Energia księżyca. - Prychnął raz jeszcze. - Wiesz co to jest energia księżyca? To jest właśnie to nic, o którym mówię. Z czego chcesz stworzyć zaklęcie? Ze światła? To żałosne sztuczki starych wiedźm! - Uniósł władczo dłoń, przerywając próbę sprzeciwu dziewczyny. - My, prawdziwi znawcy sztuk używamy energii zgromadzonych wokół istot i przedmiotów! To dopiero jest prawdziwa moc! - Uniósł obie ręce w nieco dramatycznym geście.
Przez chwilę stała, patrząc się na niego dziwnie. Aż się poruszył nerwowo pod tym spojrzeniem.
- I z tylu leżących tu przedmiotów wybrałeś akurat bebechy jakiegoś... - Przez chwilę szukała słowa. - Nie wiadomo czego?
Na dosłownie kilka setnych sekundy na jego twarzy zagościła ulga. Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, co przeoczyła, lecz zaraz ulga ustąpiła miejsca irytacji.
- W każdej. Rzeczy. Jest. Inny. Rodzaj. Energii. - Cedził każde słowo. Jego wzrok mógł zabijać. - W niektórych jest też więcej niż w innych – wytłumaczył, starając się nie stracić cierpliwości.
Zastanawiała się przez chwilę.
- Więc czego Karieńczycy użyli do stworzenia tych swoich... - Nerwowo oblizała usta. Nie chciała znów się ośmieszyć. - … Stworków?
Dokładnie sekundę po wypowiedzeniu ostatniego słowa zdała sobie sprawę, że to nie był trafny wybór. Brwi Telina gwałtownie powędrowały ku górze, a kąciki ust nie mogły zgodzić się między sobą, czy powinny uśmiechnąć się, czy załamać, ale nie skomentował. Zamiast tego wpatrzył się w horyzont w głębokim zastanowieniu.
- Nie wiesz? - Nie mogła wytrzymać.
- Wiem – odpowiedział bardzo powoli. - Twoje stworki stworzone zostały z ludzi.
Przez chwilę ta informacja próbowała dotrzeć do mózgu dziewczyny. Gdy jej się udało, wwierciła się z taką siłą, że aż zabolało. Zawartość żołądka raz jeszcze podeszła jej do gardła.
- A ty w tym grzebiesz?! - spytała z niedowierzaniem i oburzeniem jednocześnie.
Taka reakcja zaskoczyła go.
- Tak. - Odpowiedział zupełnie bez namysłu.
- To obrzydliwe! Jak możesz w tym grzebać? Jak ktoś mógł zrobić coś tak okropnego biednym, niewinnym ludziom?! To jest przecież...
- Nie biednym, niewinnym ludziom – przerwał jej. - Większość tych ludzi sama się zgłosiła. Początkowo Karieńczycy traktowali ich nawet po ludzku...
- Czemu się zgłosili?!
- Bo byli głupi. - Wzruszył ramionami.
- Kto chciałby, żeby zamienili go w coś takiego! - nie zwróciła na niego uwagi. - Do czego to komu było potrzebne? To wręcz bezbożne!
- To punkt widzenia pro... zwyczajnego człowieka. My, czarodzieje staramy się zgłębiać tajniki magii na wszelkie sposoby i nie zastanawiamy się, czy to bożne czy bezbożne. - Wycelował w nią palcem. - To niedługo będzie dotyczyć również ciebie.
- Uważasz, że to słuszne?! Że dobrze zrobili tworząc coś takiego?!
Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Stworzyli, co stworzyli. Szkoda tylko, że to wypuścili. Miałbym większą swobodę manewru. - Podniósł się ze swojego miejsca i ruszył w kierunku wozu.
Uniosła pytająco brwi, ale nie uściślił, co ma na myśli. Wtedy przyszło jej do głowy pewne istotne pytanie:
- Gdzie my tak właściwie jedziemy? - Szła prawie nadeptując mu na pięty.
- Przed siebie. A dokładniej to w kierunku hmm... mojego domu. Czegoś w tym rodzaju.

Przez kilka godzin przebijali się przez zrujnowane miasto. Siedzieli na koźle, rozmawiając. Telin raczył Erię opowieściami o swym rodzinnym mieście położonym daleko na północy. Wpatrywała się w niego jak w obraz. Znowu zawitał mu na twarzy ten niesamowity uśmiech, który tak kochała. Tylko czasem czarodziej musiał schodzić, by usunąć jakąś przeszkodę. Rozglądała się wtedy dookoła pełna niepokoju, nie będąc pewna, czy przedziwne stwory (lub mutanty, jak nazywał je mag) nie czyhają gdzieś w ruinach. Nic jednak ich nie zaatakowało. Miasto pogrążone było w ciszy przerywanej jedynie przez skrzypienie roltra i wydawało się całkowicie bezpieczne.
Z czasem okolica zaczęła się zmieniać. Najpierw porozrzucane wokół ciała zastąpione zostały przez sterty bielejących kości, a później całkowicie zniknęły. Z kolei mur stłoczonych ciasno kamieniczek ustąpił szerokim placom i okazałym, marmurowym pałacom. Zbliżali się do centrum.
W końcu stanęli przed ogromną, kamienną bryłą, która swą surowością wyraźnie odcinała się od reszty miasta. Zamek bez wątpienia wybudowany został w celach obronnych a nie reprezentacyjnych. Dla ludzi z pewnością był nie do zdobycia, ale Eria wątpiła, by Karieńczycy nie mieli nic, co mogłoby się tam wspiąć.
Telin otworzył masywną, żelazną bramę niedbałym machnięciem ręki i bez najmniejszego wahania ani swoich zwyczajowych przejawów ostrożności, wszedł przez nią na obszerny dziedziniec, przekroczył go i z taką samą łatwością dostał się do wnętrza budynku. Nieco zdezorientowana dziewczyna poczłapała za nim.
- Ondar! Wróciłem! - zakrzyknął czarodziej, a jego głos odbił się echem w całym zamku.
- Nie musisz się tak drzeć idioto – odburknął mu jakiś niski cień skulony po drugiej stronie pomieszczenia. - Co to za jedna? - Dłoń w brudnej, niegdyś czerwonej szmacie wskazała na Erię.
Telin przyjął pozę artysty, który pragnie zaprezentować swoje nowe dzieło.
Albo znalezisko...
- To jest Eria z Nexeris! Moja nowa uczennica. A właściwie przyszła uczennica – wykrzyknął pełnym przesadnego entuzjazmu głosem.
- Zawsze miałeś słabość do kobiet Telinardzie – skwitował tajemniczy mężczyzna i wychynął z cienia.
Tak jak zauważyła wcześniej był niskim człowiekiem, lecz zgarbionym bardziej niż skulonym, z długimi, siwymi włosami oraz tak samo długą brodą. Tak samo też zaniedbaną. Jego pomarszczona twarz była równie blada, jak Telina.
- Erio! - Tym razem wskazał na starca. - To Ondar, mój drogi przyjaciel i współpracownik. Nie przejmuj się jego powierzchownością. To dobry człowiek.
- Ja ci dam dobrego człowieka – pogroził mężczyzna, oddalając się znajdującym się naprzeciw nich korytarzem.
Czarodziej roześmiał się w mało przyjemny dla ucha, złośliwy sposób.
- Chodź Erio. Znajdziemy ci jakiś wolny pokój.
Poprowadził ją stromymi schodami w górę na najwyższą kondygnację, a zaraz potem zagłębili się w labirynt korytarzy. Pozbawione okien, kamienne ściany i posadzki wszędzie wyglądały nieomal identycznie. Tylko czasem trafiały się ślady pozostałe po poprzednich mieszkańcach – połamane meble, potłuczone naczynia, plamy krwi... Wszystkie odchodzące od korytarzy pomieszczenia były zamykane przez okute żelazem drzwi. Wszystkie identyczne. Czasem przez szpary pod nimi wylewało się żółte światło świec. Widać również było poruszające się tam cienie.
Ludzie?
Eria nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego, ale wcale nie spodobała jej się ta myśl. Wizja nagłego natknięcia się na kogoś obcego w tym tonącym w półmroku labiryncie, była niepokojąca.
Ich marsz zakończył się przy dokładnie takich samych drzwiach, jak wszystkie inne. Z tą różnicą, że te były otwarte. Całą przestrzeń tego niewielkiego pokoiku podzieliło między siebie olbrzymie łoże z baldachimem (prawdopodobnie wyrób sprzed wielu wieków) oraz równie wielka, wykonana z intarsjowanego drewna szafa. Oświetlało to wszystko blade światło sączące się z niesamowicie wąskiego okna zamykanego przez rozpadającą się, drewnianą okiennicę. Mimo ciepłej pory roku, ziąb był straszny.
- Nie ma tu jak widzisz luksusów - zaczął, widząc jej minę - ale mam nadzieję...
- Jest w porządku – uspokoiła go. - To wiele więcej niż miałam w Nexeris. Dziękuję.
Skinął głową.
- Zostawię cię teraz tutaj. Wrócę wieczorem. Gdybyś czegoś potrzebowała, wróć po prostu tą samą drogą – powiedział, wychodząc.
Ułożyła się wygodnie na łóżku. Było miękkie. Bardzo miękkie. Za miękkie. Przez ostatnie lata przyzwyczaiła się do sypiania na twardej ziemi. Przez chwilę próbowała się zdrzemnąć, lecz w końcu wstała, nie mogąc wytrzymać i wtedy uświadomiła sobie istotną rzecz – nie miała pojęcia, jak ma wrócić z powrotem. Po plecach przeszedł jej dreszcz.
I co teraz?
Próbowała się uspokajać, że wystarczy tylko, by wytrzymała te kilka godzin do wieczora, lecz jej wybujała wyobraźnia wcale nie chciała jej słuchać. W cichym, ciemnym zamku było coś złowróżbnego. Wiele rzeczy mogło czaić się w jego głębokich cieniach. Ten starzec na przykład. Wcale jej się nie podobał.
Czuwała przez kolejnych kilka minut. Nie musiała długo czekać na efekty.
Usłyszała cichy krzyk. Początkowo cichy. Z każdą chwilą wzmagał się. Dobiegał gdzieś z ciemnych czeluści zamku. Wibrował w pustych przestrzeniach starych murów. Włosy zjeżyły jej się na głowie. Ostrożnie uchyliła szerzej drzwi. Skrzypnęły nieprzyjemnie. Rozejrzała się wokół. Korytarz był pusty i cichy jak zawsze. Nic się nie działo. Co miałoby się dziać? Dlaczego teraz?
Ja po prostu dzisiaj wariuję.
Zamknęła drzwi i ledwo zdołała ujść krok, a do jej uszu doszedł głośny huk. Gdzieś bardzo blisko. Otworzyła drzwi, nawet się nie odwracając. Wcale nie chciała tam zaglądać. Przez chwilę musiała walczyć z tą niechęcią, ale jeszcze raz wyszła na korytarz. Serce zabiło jej mocniej. W pomieszczeniach, w których dotąd panowała ciemność, teraz pojawiło się światło. Zastygła na chwilę w przerażeniu. I wtedy znów coś usłyszała. Ktoś coś przesuwał. Coś ciężkiego. Jeszcze bliżej.
Bardzo powolnym krokiem przeszła korytarzem do pierwszych drzwi, za którymi paliło się światło. Drżącą ręką dotknęła zimnej klamki. Nasłuchiwała. Raz, dwa, trzy, cztery... Gdy już upewniła się, że nic się nie dzieje, pociągnęła. Serce podeszło jej do gardła. Oddech przyspieszył. Mięśnie napięły gotowe do skoku...
Zamknięte.
Odetchnęła z ulgą. Oparła czoło o chłodną ścianę, uspokajając się. Choć tam nic nie było. No chyba, że coś, co mogło...
Odrzuciła te myśl. Była niedorzeczna.
Zamiast tego szybko podeszła do następnych drzwi. Z duszą na ramieniu, lecz bardziej zdecydowanie niż wcześniej, pociągnęła. Również zamknięte. Tak samo kolejne. I kolejne. I jeszcze następne. Wszystkie wejścia w pobliżu zdawały się pozamykane. Nie sprawdziła jeszcze tylko jednych. Tych, w których nie paliło się światło.
Podeszła do nich spokojnym, lecz jakby pozbawionym zdecydowania krokiem. Krokiem skazańca. Ten skazaniec już wiedział, jaki będzie wyrok. Serce znów przyspieszyło. Oddech przyspieszył. Myśli przyspieszyły. Wszystko przyspieszyło. Tylko świat zwolnił. Drzwi gładko odchyliły się do wewnątrz. Nie pomyliła się.
W pomieszczeniu, na stole (jedynym meblu), w równym rządku stały butelki – małe i duże, kolorowe i zupełnie bezbarwne, we wszelkich kształtach. Wszystkie bez wyjątku wypełnione czerwoną cieczą. W umyśle Erii pojawiła się nieprzyjemna wizja... I wtedy poczuła to, czego najbardziej się obawiała. Czyiś oddech na ramieniu...
Czyjeś kościste ręce zacisnęły jej się wokół pasa.
Podskoczyła.
- Małą Erię łatwo przestraszyć. - Głos Telina trudno było pomylić z czymkolwiek innym. - Nie sądziłem, że to takie proste. - Zaśmiał się niemiło. Wręcz prześmiewczo.
Strach ustąpił nagle. Początkowo niewielki płomyk gniewu rósł szybko, podsycany wspomnieniami minionego dnia. Serce nadal waliło mocno - ze złości. Jego dotyk nie ekscytował. Już nie. Był nieprzyjemny. Chude palce zaciskały się zbyt mocno. Powodowały ból.
I były obce. Wrogie. Miała ich dosyć.
Niech sobie będzie najprzystojniejszym z cholernych magów, ale już ja go nauczę...
Nagłe szarpnięcie przerwało myśl. Przyciągnął ją bliżej. Za blisko.
Szarpnęła się.
Nie pomogło. Ręce zacisnęły się mocniej.
- Nie mów mi tylko, że z twojego punktu widzenia... - Poczuła jego coraz bardziej napastliwy dotyk. - Zostaw mnie ty...
Głos odmówił jej posłuszeństwa. Świat nie zwolnił i to było właśnie najstraszniejsze. Płynął normalnie - do bólu. Jakby nic się nie działo. Nic nadzwyczajnego. Nic wartego uwagi. A ten skurwiel wiedział o tym! Jego ruchy były powolne, dokładne. Delektował się tą chwilą. Wiedza o bezradności dziewczyny napawała go dumą.
Nie miała, gdzie się schować. Nie miała kogo zawołać. Na tym pustkowiu była zupełnie sama. Zdana na siebie i jego wolę. Stała bezradnie, gdy jego dłonie przemieszczały się dokładnie tam, gdzie chciały. Zadawały ból. Wywoływały łzy wstydu. Wciskały się pod kolejne warstwy ubrania. Coraz szybciej. Z coraz mniejszą cierpliwością. Drżała za każdym razem, gdy jej obnażona skóra stykała się z chłodem jego rąk.
I nic nie mogła zrobić. Nie było ani magii, ani silnych ramion.
Ale nic nie mogła zrobić.
Nie mogła uciec. Dokąd miała uciekać?
Początkowo próbowała unikać jego zdradzieckich ust – tych, których tak niedawno pragnęła. Nie wywoływały w niej jednak odrazy. Były na to za piękne. Za delikatne. Ale powodowały ból, strach i wstyd. Wdzierały się, gdzie chciały. Wyginała się, jak mogła. To jednak tylko go bawiło. I to było w nim najgorsze – pogarda. Widziała to od samego początku...
I dlatego musiała przestać uciekać. Nie mogła mu tak po prostu dać tej radości.
Trwało to wszystko długo. Bardzo długo. Przeciągał to. Wiedział, że ma dosyć.
Czyjeś ciężkie kroki zakłóciły ciszę.
Mimo, że kłóciło się to z wszelkimi poglądami Erii na temat szczęścia, to miała je nawet w tej beznadziejnej sytuacji.
Drzwi otworzyły się z taką mocą, jakby miała przezeń wkroczyć cała gwardia królewska. Nie wkroczyła jednak. Do komnaty wtoczył się zasuszony starzec – Ondar.
- Ile mam czekać? - skrzeczał. - Ja czekam, a ty się tu będziesz zabawiał!
Nie omieszkał w całym swoim pośpiechu dokładnie przyjrzeć się już obnażonym częściom ciała dziewczyny. Oczy zaświeciły mu się na ten widok. Były to złe oczy, ale nie tak złe jak Telina. Za oczami starca widać było całą prawdę. Oczy młodego maga pełne były fałszu.
Czarodziej cisnął ją na ziemię niczym lalkę, kolejną zabawkę. Kiedy próbowała wstać, uderzył ją. Z całej siły. Zawyła.
Nie wystarczyło mu to jednak. Kopnął ją w żebra. I wtedy zebrała się w nim jeszcze większa złość. Dostawała cios za ciosem. Miotała się, próbując ich unikać. Krzyczała. Błagała. Bez skutku. Jego dobrotliwą maskę już dawno zastąpiło okrucieństwo. Razy padały zewsząd. Wciąż szukał nowych miejsc. Nigdzie nie uderzał dwa razy. Robił to z precyzją. Wiła się, ścierając skórę o posadzkę. Ale on i tak trafiał tam, gdzie bolało najbardziej. Zawsze. Był przecież idealny...
- Idziesz, czy nie?! - Brodacz był już mocno zirytowany.
Dłuższą chwilę leżała bezruchu, niepewna czy jej koszmar na pewno już się skończył. Oczy miała całe we łzach. Zaczęła łkać.
Mamo?
Nic nie było tak jak powinno. Nic nie było tak, jak się spodziewała. Takich historii nie powtarza się z ust do ust. O takich rzeczach nie wspomina się w baśniach. W ogóle się nie mówi.
Wstała, chwiejąc się.
Skuliła się na stole pełnym szczątków szklanych butelek. Za maleńkim oknem widziała miasto – tak odległe, jak nie było nawet w Nexeris. Dachy we wszystkich możliwych odcieniach drewna, mieszające się z kolorowymi ścianami tworzyły piękną mozaikę. Kawałki rozbitego szkła migotały w jasnym świetle zachodzącego słońca. To był przepiękny zachód, najpiękniejszy jaki widziała w życiu, lecz w ogóle nie sprawiał jej radości.
Nie rozumiała tego wszystkiego. Nie potrafiła powiedzieć dlaczego dała się tak łatwo złapać w tą pułapkę. Przecież nie była głupia. Nigdy nie ulegała urokowi innych. Dlaczego zrobiła wyjątek?
Zamarła w pełnym strachu oczekiwaniu na jego powrót. Kiedyś przecież musiał wrócić i... dokończyć to, co zaczął.
Jej rozmyślanie przerwało uderzenie w tył głowy.
A potem była ciemność.
Kto potrafi powiedzieć, co było tam oprócz niej?

Telin ostrożnie sprawdził całą przygotowaną aparaturę. Probówki stały w równym rządku; idealnie naostrzone narzędzia ułożone były na drewnianej tacy w takiej kolejności, by nie musiał sprawdzać czy bierze właściwe; obiekt eksperymentu leżał już na stole. Jak zwykle wszystko było idealnie. Wszystko dokładnie zaplanował. Przecież nie po to męczył się z tą małą idiotką, żeby cokolwiek schrzanić. Nie było mu jej żal. Była żałosna. Być może inteligentniejsza od innych, ale nadal zbyt głupia, by uniknąć pułapki.
Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Był idealny. A dodana do tego szczypta zaklęć sprawiała, że prawie żadna nie potrafiła mu się oprzeć, mimo tego, iż tak często zsuwała mu się maska, nadal szły za nim niczym baranki. Aż trudno było w to uwierzyć. Zjawiał się, gdy były w niebezpieczeństwie niczym książę na białym koniu. I tyle wystarczało. Mógł robić z nimi, co chciał – wyśmiewać, straszyć z pomocą magii, narzucać im swój cyniczny punkt widzenia, bić, gwałcić... Żałował trochę, że Ondar przeszkodził mu w tym ostatnim. Cóż... Czego się nie poświęca dla nauki?
Najbardziej jednak w tym wszystkim fascynowało go to, iż nikt nawet przez moment nie próbował go powstrzymać. Wręcz przeciwnie – doszedł do porozumienia z naczelnikiem straży miejskiej Nexeris i bez żadnych problemów przedostawał się za pilnie strzeżone miejskie bariery. Jak wielu mu podobnych. Władzom miasta zależało, by pozbywać się ludzi i wcale nie obchodziło ich, co się z nimi stanie. A wiele się działo...
Rolitarzy również nie byli szczególnie chętni. Słyszał co prawda o przypadku, kiedy ich zamaskowana agentka podstępem schwytała jednego z jego kolegów po fachu w pułapkę. Przez chwilę nawet bał się, że Eria również może mieć z nimi związek. Wydawała się taka inteligentna...
Prychnął. Tylko wydawała się. Nie powinien się tak obawiać. Niewielu się tym interesowało. Właściwie tylko wtedy, gdy mogli mieć z tego jakąś korzyść.
Spojrzał na ułożoną na kamieniu dziewczynę. Była ledwie przytomna. Pot strumieniami spływał po jej nienaturalnie bladej skórze. Oddech miała nierówny.
Bardzo ciężko przeżyła wydarzenia tego dnia, ale to tylko chwilowa słabość. Już niedługo będzie najlepszym z jego dzieł. Stworzeniem – jak on sam – idealnym. Stworzeniem, które pozwoli mu zdobyć przewagę nad Karieńczykami. Zawsze byli mało finezyjni.
Jeszcze raz obejrzał wszystko dokładnie. Czuł rosnącą we własnym ciele ekscytację.
Tknęła go jednak pewna myśl. Delikatnie zamajaczyła na krawędzi umysłu.
Czasem przyjemnie było tak z nią rozmawiać całymi godzinami.
Tylko czasem.
Jej oczy były wtedy takie radosne.
Nie. To żałosna idiotka. Gorsza od nas – magów.
Taka zwyczajna. Dobra.
Piękna?
I głupiutka.
Czule pogłaskał ją po głowie.
Śpij kochanie. Obudzisz się lepsza.
Dużo lepsza.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Siemomysła » 12 września 2014, 08:24

Jak powiedziałam tak czynię. Jest poranny poranek, a ja po nocy ze snami o lewitujących, świecących zgniłym blaskiem bindowanych księgach próbuję poukładać myśli, które wywołał we mnie ten fragment i zakończenie historii.
Pierwsze moje wrażenie było takie, że Eria jakby zgłupiała. Naprawdę po pierwszym fragmencie widziałam w niej dziewczynę inteligentną, a w drugim już nie. W drugim są napady złości, histerii, fochy i wciąż piękny i "o mamusiu" Telin. W pierwszym ona była taka ogłupiała tylko przy nim, w drugim już prawie na stałe z małymi tylko wynurzeniami na powierzchnię właściwego jej w pierwszym fragmencie poziomu intelektualnego. Czy uważam, że to źle? To trudne pytanie i dochodzimy tu do tego, co powiedziałam wczoraj na szałcie: gdybym miała wybierać jedno słowo, z którym kojarzy mi się Twój tekst, to byłoby to słowo "szybko". Bo na przykład, zakładając, że Telin miał w sobie moc ogłupiania kobiet...
I tu pozwolę sobie na dygresję, by nie zapomnieć: w tym temacie mam jeszcze takie przemyślenie, że moim zdaniem lepiej dla historii, lepiej dla bohaterów, by była to moc magiczna, zaklęcie, czar, coś co splótł i czego używa z premedytacją, a nie talent wrodzony, albo co gorsza zwykły urok osobisty; lepiej dlatego, że to zbyt poważna sprawa moim zdaniem, zbyt wielkie zagrożenie, by jeszcze w obliczu pobicia, gwałtu i nieuchronnej okrutnej śmierci, czy przemianie w monstrum, dziewczyna myślała o tym, że jego usta są piękne; natomiast Ty piszesz na końcu z punktu widzenia Telina tak, jakby to było coś, co ma i już, po prostu głupieją na jego widok - owszem, może to być dobre na początek znajomości, ale nie na to, co wydarzyło się na końcu.
Wracając - bo na przykład jeśli Telin miał tą moc, znał zaklęcie, to to jest wiarygodne, że ona jakby powoli jest przez nie pochłaniana, że kiedy on jest dalej, to ona się jakby uwalnia, że jeszcze w obliczu ewidentnej prawdy o Telinie resztki zaklęcia każą jej widzieć jego piękne usta. Tylko, że wszystko odbyło się strasznie szybko. Ekspresowo z punktu widzenia mnie-czytelnika i ja jakby nie miałam czasu, by ten proces zobaczyć. Dostałam od Ciebie tylko kilka okrzyków dziewczyny i pomyłek słownych Telina. Dla mnie po prostu to mało. To aż się prosi o rozwinięcie, o dłuższy opis podróży, a przy okazji zmieściłoby się pewno więcej opisów świata.
Właśnie świat... Też wzbudził moje wątpliwości. Też można rzec dotyczące "szybkości". Z jednej strony mamy Erię, która mówi, że przez ostatnie kilka lat spała na twardej ziemi. Z drugiej zwłoki, w których Telin może grzebać z mlaszczącym odgłosem w mieście, które - jak napisałaś - zostało zaatakowane jako pierwsze. W pierwszym fragmencie dałaś świat z opustoszałymi miastami i ocalonymi zgromadzonymi w jednym miejscu. W drugim obraz, jak po niedawnej bitwie i stwierdzenie o tych paru latach na twardej ziemi. Wtedy ja poczułam się zagubiona, świat przedstawiony się dla mnie jakby rozpadł. No i o jakich strażnikach mówił Telin? Kogo przekupił?
Takie są moje wątpliwości. Natomiast - tak, owszem kupuję zakończenie w sensie tego, po co Telinowi była Eria, a nawet tego, że mu nieco żal, że gdzieś tam pośrodku tej czarnej, lepkiej duszy świra świta, że fajnie byłoby mieć przy sobie kogoś z kim można pogadać, na kim mogłoby mu zależeć.

Można zatem powiedzieć, że kupuję początek, kupuję koniec, podoba mi się zamysł, ale jak dla mnie za szybko go przeprowadziłaś. Doskonale rozumiem chęć dotarcia do mety, pęd do celu, ale moim zdaniem szybkość nie wyszła opowieści na dobre. Masz tam kawałki o tym, że dziewczyna spodziewała się kolejnego wybuchu złości, że coś było jak zwykle, zdarzyło się jej zapytać czy czarodziej znów będzie na nią krzyczał. Tymczasem tego nie ma. Nie widać tego jak on ją traktuje poza początkiem - gdy ją łowi i końcem - gdy już nie musi grać. Jest tylko ta jedna rozmowa, gdzie uparcie próbuje powiedzieć słówko "prostacy", czy coś równie uroczego, ale to mało. Zatem mogę rzec: cierpliwiej i wolniej. Taka porada ode mnie, która też ma tendencję do przyspieszania w swoich tekstach, co odbiera bohaterom wiarygodności.

A teraz jeszcze wspominane na szałcie ogonki ;) i parę uwag z gatunku “notowane na gorąco”
SpoilerShow
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do łóżka, ale poczuła, że nie powinna.
zastanawiała
- O rzesz kurrr... ! - wyraźnie dobiegł ją okrzyk maga.
żesz
Odetchnęła, uświadamiając sobie, że słyszy sama siebie. Sama siebie się boi.
Zgubiłam się tu - nie domyśliłam się o co chodzi, musiałam przeczytać jeszcze raz i dalej byłam zaskoczona, tu miałam pierwsze wrażenie, że to inna Eria.
Nie znosił, gdy ktoś przerywał mu podczas pracy.
Przeszkadzał? Lub przerywał pracę. Bo czasownik “przerywał” wymaga chyba by napisać co było przerywane.
Mlask! Nadal w skupieniu usiłował, wyciągnąć zdeformowany organ.
Bez przecinka w tym miejscu.
- A ty będziesz krzyczał na mnie cały czas?! - wrzasnęła gniewnie.
- Ja wcale nie krzyczę – wysyczał. - Mówię spokojnie...
Nie dała mu dokończyć.
- Spokojnie?! - Prychnęła. - Wiesz co? Nie powinnam była z tobą jechać! Co to w ogóle ma być? Wyciągasz jakieś gówno z jakiegoś gówna, mlaszczesz przy tym i tak w ogóle to to to nie wiem co. Mam dosyć!
Tu jest kilka myślników do ogarnięcia, bo są dywizy, a powinny być półpauzy raczej.
Szła przed siebie pełna gniewu, nie zważając na nic. Nie obchodził ją głupi mag ani głupie zagrożenie. Nic nie obchodziło…
Jej?
O mamusiu...Czy on mnie właśnie obejmuję?
obejmuje
Na te myśl odwzajemniła uśmiech na swój zwyczajowy, wyjątkowo idiotyczny sposób i spłonęła rumieńcem.
tę; a ponadto sugerowałabym dopracowanie tego zdania, bo jakoś przez te dw “na” obok siebie trochę kuleje.
- Wiem, każdy to wie. Niech ci się nie wydaję. Mówią o tym Pieśniarki. Wykorzystuje się energie księżyca, słońca…
wydaje // energię
Wpatrywała się w niego, jak w obraz.

Wydaje mi się, że bez tego przecinka.
Dla ludzi z pewnością był nie do zdobycia, ale Eria wątpiła, by Karieńczycy nie mieli nic, co mogłoby się tam wspiąć.
niczego?
Telin otworzył masywną, żelazną bramę niedbałym machnięciem ręki i bez najmniejszego wahania ani swoich zwyczajowych przejawów ostrożności, wkroczył przez nią na obszerny dziedziniec, przekroczył go i z taką samą łatwością dostał się do wnętrza budynku.

To, że najwyraźniej wcześniej był ostrożny wiem tylko od Ciebie i tylko dzięki temu zdaniu; nic wcześniej nie ma o jego ostrożności, nic nie wskazywało na to, by był ostrożny, myślę, że warto unikać takich sformułowań, jeśli nie są podparte faktami przedstawionymi w tekście. Druga uwaga do tego zdania: wkroczył i przekroczył tak blisko siebie są jak powtórzenie, warto je jakoś zmienić myślę.
- Zawsze miałeś słabość do kobiet Telinardzie – skwitował i wychynął z cienia.
Brakuje mi tu zaznaczenia kto skwitował, niby jest to oczywiste, a jednak brakuje.
Tak samo też zaniedbaną.
Myślę, że albo “tak samo”, albo “też”. To powtórzenie, a skoro wcześniejsze zdanie zaczynasz od “tak”, to może warto jedno usunąć. Mam też wątpliwości co do tego niskiego cienia - jakoś mi określenie “niski” nie pasuje do cienia, długi, krótki, mały, duży tak, ale niski, czy wysoki, jakoś nie. Nie potrafię chyba tego wyjaśnić “naukowo”, ale mi nie pasuje.
- Nie ma tu jak widzisz luksusów - zaczął widząc jej minę - ale mam nadzieję…
Przecinek.
Korytarz był pusty i cichy jak zawsze. Nic się nie działo. Co miałoby się dziać? Dlaczego teraz?
O, tu bardzo dobry przykład tego, że nie ogarniam czasu - piszesz o korytarzu, iż był cichy “jak zawsze”. Zawsze sugeruje, że ona tam jest co najmniej kilka dni, a przecież właśnie weszła do pokoju, tak? I została sama? Przynajmniej ja nie zauważyłam, by minęła choć chwila więcej. Jest tu od paru chwil, nie może wiedzieć, jak jest zawsze.
Otworzyła drzwi nawet nie odwracając się.
Szyk zdania bym sobie pozwoliła przestawić: Otworzyła drzwi, nawet się nie odwracając.
Wcale nie chciała tam zaglądać. Przez chwile musiała walczyć z tą niechęcią, ale jeszcze raz wyszła na korytarz.
chwilę
Gdy już upewniła się, że nic się nie dzieję, pociągnęła.
dzieje
Tych, w których nie paliło się światło.
Coś mi tu nie pasuje, rozumiem, że chodzi o drzwi, za którymi nie paliło się światło? Problemem jest chyba użyte przez Ciebie słowo “wejścia”. Bo wejścia są zamknięte drzwiami. Światło pali się w pokoju za drzwiami. Ona widzi drzwi i szparę pod nimi. Prawda? Dla mnie światło palące się w wejściu, to albo światło nad drzwiami - taka lampa przed wejściem do klatki schodowej, albo znak, że drzwi są otwarte i widać wnętrze mieszkania/pokoju. I chyba dlatego nie bardzo mi pasuje, to co napisałaś.
Ten skazaniec już wiedział, jaki będzie jego wyrok.
Niepotrzebne.
- Nie mów mi tylko, że z twoje punktu widzenia... - Poczuła jego coraz bardziej napastliwy dotyk. - Zostaw mnie ty…
twojego // myślniki za krótkie
Drżała za każdym razem, gdy jej obnażona skóra stykała się z chłodem jego rąk.
Tu jakoś stykanie się jej skóry z chłodem jego rąk wywołuje u mnie wrażenie, jakby ona prowokowała ten dotyk, była stroną aktywną. Może po prostu chodzi o kolejność? Bo to on i ciągle on ją dotykał przecież, a tu mam wrażenie, jakby ona się pod ten dotyk podstawiała.
I nic nie mogła zrobić. Nie było ani magii, ani silnych ramion.
Tu jak rozumiem sparaliżował ją strach i beznadzieja sytuacji, tak?
Nie omieszkał w całym swoim pośpiechu dokładnie przyjrzeć się już obnażonym częścią ciała dziewczyny.
częściom
Ale on i tak trafiał tam, gdzie bolało najbardziej. Zawsze. Był przecież idealny…
O! To mi się bardzo podoba. Bardzo. Robi wrażenie.
Wstała, chwiejąc się.
Skuliła się na stole pełnym szczątków szklanych butelek. Za maleńkim oknem widziała miasto – tak odległe, jak nie było nawet w Nexeris. Dachy we wszystkich możliwych odcieniach drewna, mieszające się z kolorowymi ścianami tworzyły piękną mozaikę. Kawałki rozbitego szkła migotały w jasnym świetle zachodzącego słońca. To był przepiękny zachód, najpiękniejszy jaki widziała w życiu, lecz w ogóle nie sprawiał jej radości.
Tu natomiast się zwiesiłam zupełnie… raz, że wstaje i jednocześnie kuli się na stole - ja ją widzę leżącą na nim, jeśli się kuli, dwa, że podczas tego leżenia wygląda przez okno. Trudno mi sobie po prostu wyobrazić tę scenę. Natomiast fakt, że w tym momencie w ogóle widzi piękno zachodu słońca… nie wiem, z jednej strony uderzyło mnie to - jest raczej oczywiste, że nie sprawiał jej radości w takiej sytuacji, jest wręcz dziwne, że to zauważyła - pobita, prawie zgwałcona i raczej pewna śmierci. Z drugiej strony - przypomina mi to Erię obserwującą świat z góry na początku pierwszego fragmentu. Coś jakby powrót do siebie samej, uważnej obserwatorki i przez to kojarzy mi się to z jej jakby zgodą na koniec, z w pełni świadomym poddaniem się.
Kto potrafi powiedzieć, co było tam oprócz niej?
Ciekawe pytanie i tu zrobiłam sobie chwilę przerwy w czytaniu, taką maleńką na oddech, by się przygotować na wyjaśnienie, na końcówkę; ogromna bowiem we mnie ciekawość JAK to wytłumaczysz.
Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Był idealny. Prawie żadna nie potrafiła mu się oprzeć. Aż trudno mu było uwierzyć, że mimo tego, iż tak często zsuwała mu się maska, nadal szły za nim niczym baranki. Zjawiał się, gdy były w niebezpieczeństwie niczym książę na białym koniu. I tyle wystarczało. Mógł robić z nimi, co chciał – wyśmiewać, straszyć z pomocą magii, narzucać im swój cyniczny punkt widzenia, bić, gwałcić…
Nie! Nie kupuję tego! Naprawdę. My - kobiety - nie jesteśmy AŻ TAK GŁUPIE. Nie PRAWIE wszystkie.
Wręcz przeciwnie – doszedł do porozumienia z naczelnikiem straży miejskiej i bez żadnych problemów przedostawał się za pilnie strzeżone miejskie bariery. Jak wielu mu podobnych. Władzom miasta zależało, by pozbywać się ludzi i wcale nie obchodziło ich, co się z nimi stanie. A wiele się działo…
Jakiej straży? W jakim mieście? Jak powstrzymać? Po prostu wypadły na mnie nagle fakty, za dużo faktów jak na ostatnią stronę tekstu. To jest miejsce na wyjaśnienia, nie na kolejne pytania. Tak uważam.
I tyle w spoilerze.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: Krin » 12 września 2014, 16:56

Dziękuję za komentarz. :heart: Poprawiłam już niektóre rzeczy, które były szczególnie bez sensu. Zwłaszcza o tych ciałach. Tak się kończy przerywanie pisania w środku sceny. :D

Tłumaczę twoje wątpliwości. Mam nadzieję, że się trochę wybronię. (Przygotowujesz mnie do obrony pracy magisterskiej? XD)
Pierwsze moje wrażenie było takie, że Eria jakby zgłupiała. Naprawdę po pierwszym fragmencie widziałam w niej dziewczynę inteligentną, a w drugim już nie.
To nie było przypadkowe. Eria podróżuje od kilku dni po niebezpiecznym pustkowiu, wspomina, że została zaatakowana. Zaczyna po prostu panikować, a pomaga jej w tym Telin, który (jak wspomniano na końcu) czasem wywoływał w niej strach za pomocą magii.
To aż się prosi o rozwinięcie, o dłuższy opis podróży, a przy okazji zmieściłoby się pewno więcej opisów świata.

Nie umieściłam opisu owej podróży, gdyż stwierdziłam, że się po prostu zanudzicie. Bałam się, że akcja ta wyda wam się zmierzać donikąd, bo przecież nie mogliście wiedzieć, o co chodzi. Takie opisania drogi zawsze wydają się zbędnymi zapychaczami. Pamiętasz stukniętą bibliotekarkę i jej łażenie albo nekromantę i jego poszukiwania?
Masz tam kawałki o tym, że dziewczyna spodziewała się kolejnego wybuchu złości, że coś było jak zwykle, zdarzyło się jej zapytać czy czarodziej znów będzie na nią krzyczał.

Było w tekście, że zachowywał się tak przez ostatni tydzień bodajże. Jak wspominałam - nie chciałam zbędnie przedłużać.
Tu jak rozumiem sparaliżował ją strach i beznadzieja sytuacji, tak?
Istotnie. Taka reakcja była również na początku, więc trochę dziwnie by było, gdyby tym razem zachowała się inaczej.
Natomiast fakt, że w tym momencie w ogóle widzi piękno zachodu słońca… nie wiem, z jednej strony uderzyło mnie to - jest raczej oczywiste, że nie sprawiał jej radości w takiej sytuacji, jest wręcz dziwne, że to zauważyła - pobita, prawie zgwałcona i raczej pewna śmierci
Miałam na myśli to, że chciała, by się tam znaleźć. Patrzy w to okno z tęsknotą, bo wie, że Teli już jej nie wypuści. Słusznie zauważyłaś - tak samo jak wcześniej. Znów pragnie znaleźć się na wolności, daleko od problemów.
Nie! Nie kupuję tego! Naprawdę. My - kobiety - nie jesteśmy AŻ TAK GŁUPIE. Nie PRAWIE wszystkie.
Wiem, że nie jesteśmy. :D To raczej zdanie Telina na ten temat. On z resztą próbował tego z określonym typem kobiet - młodymi marzycielkami, które nie mają nikogo, kto mógł by się nimi zaopiekować, więc pozostaje im "książę z bajki".
Jakiej straży? W jakim mieście?
Jeśli w całym świecie pozostało już tylko jedno, ostatnie miasto i tam właśnie mieszkała Eria to chyba logiczne, że w tym właśnie mieście. Ale słusznie - powinnam napisać, że w Nexeris.

To chyba wszystko. Jeszcze raz dziękuję.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Punkt widzenia

Post autor: pierdoła saska » 12 września 2014, 19:30

​Dobra, Krin. Gdzie by tu... gdzie by tu na przykład znaleźć mózg bohaterki. Miała go w poprzednim fragmencie, w tym to tak ogólnie chyba zagubiła go. Przynajmniej w pierwszej jego połowie. I nie chodzi mi nawet o to jak reaguje na Telina, ale tak ogólnie, jak choćby pretensje do ludzia, że nie powiedział jej o czymś, choć spała, więc bez budzenia jej to tak... W sumie może nawet i powiedział, ale ten tego: spała. Dalej zresztą nadal zachowuje się jakby miała przeciągający się PMS, co może i jest wyjaśnieniem tego jak inna od siebie z pierwszej części. Bo wydaje się. Może to skutek tego, że teraz nie jest skrajnie przemęczona, że nie jest w szarym mieście i w ogóle, ale... jest kontrast. Gdybym czytała to cięgiem na wydruku i nie wiedziała gdzie się jeden post kończy a drugi zaczyna, to bym zaliczyła leciuchny WTF.
Zresztą mądra czy głupia to w sumie małe piwo.
To raczej przejście z intrygującej do wkurzającej. :3
Jakby nie było, w chwili kiedy zrobiła zuruck i wpieriod kibicowałam wszystkim kreaturom tego świata, aby zrobiły sobie z niej obiad. I generalnie nie ma to większego znaczenia, o ile dziołszka nie miała wzbudzać sympatii. I tak nawiązując do istniejących już komentarzy i odpowiedzi, to może Eria nie miała być przesadnie rozgarnięta (choć w samym tekście stwierdzone jest, że niby inteligentna była, a przynajmniej taka się wydawała) - nieważne. Pojawia się jakaś niespójność, która może w twojej głowie nie występuje, bo znasz swoją bohaterkę i wiesz to wszystko, co w tekście jako takim się nie pojawiło. Podejrzewam, że napisany z głową i pomysłem opis podróży, takiej, gdzie dobrze byłoby widać interakcję Erin i Telina, mógłby tu zdziałać cuda.

To jak już męczę bohaterów, to Telin.
Och Telinie, Telinie. Zgaduję sobie tak, że sprawcą zamieszania w mieście był on i w ogóle show pełną gębą. Przy gębie zostając, ja tak tylko w połowie kupuję jego piękniastość. Znaczy rozumiem, że może taki śliczniasty był od dziecięctwa i cóż, rzecz wrodzona i magia temu niepotrzebna, choć zachwyty Erin sprawiają, że zaczyna mieć to wydźwięk komiczny... Trochę chłopakowi brakuje przeszłości, aby mnie do swego talentu przekonał. :/ Pozostaje w mojej głowie takim ślicznym sukinsynem.

No to jak wspomniałam show, to się odniosę nieco do miasta z poprzedniej części, bo ta coś wniosła do mojego zdania o jego mieszkańcach.
Smykałki do biznesu, to oni nie mają, albo są anielsko miłościwi i w ogóle.
Mają przeludnienie, głód, smród, ale żeby raz na jakiś czas zdobyć kobitkę do badań, to się Telin musiał dogadać ze strażnikiem, musi robić szopki itd. Mnie się tam wydaje, że w takich warunkach i z tą swoją piękną buźką, to mógłby zdecydowanie odpuścić sobie fajerwerki, a może w ogóle nie włazić do miasta, tylko za drobne przysługi wystawialiby mu delikwentki za bramę - zawsze jedna gęba do wykarmienia mniej.
Nie rozumiem ich.

No i do drugiego miasta skacząc...
Pierwsze, które zostało zniszczone(acz ciągle można rozpoznać, ze kamieniczki były kolorowe i miały okrągłe okienka), zrujnowane (acz instalacja wodno-kanalizacyjna dla fontann działa nadal), tak dawno (acz część zwłok całkiem świeża, chyba że w istocie jest świeża, na przykład kilka nieudanych telinowych eksperymentów zbiegło niedawno i to one)...

Ogólnie mam wrażenie, że w pierwszej części miałaś cierpliwość i delektowałaś się własną wizją, a w drugiej zaczęło ci się spieszyć i chciałaś czym prędzej wyjąć szydło z worka = pokazać jaki Telin jest fe. :/ I niestety to pozostawia taki kwaśny posmak, po czytaniu. Takie wrażenie, że jest dużo do opowiedzenia o bohaterach i świecie, ale opowiedziane nie będzie... A szkoda, bo po pierwszej części byłam baaardzo zachęcona.
Pośpiech jest fe :(

Eria powiedziałaby, że były zdeformowane, gdyby wiedziała, co można zdeformować w taki sposób.
Cosik połamane jest to zdanie.
Czasem posiadały też takie kończyny, których nic innego chyba nie posiadało.
to również.
Właśnie przy jednych z takich szczątków ujrzała Telina. Pochylał się nad nimi wielce skupiony i zdaję się, że grzebał w nich z pomocą długiego noża
W pierwszym zdaniu jest sugestia liczby pojedynczej, potem jest mnoga.
Właśnie przy jednych z takich szczątków ujrzała Telina. Pochylał się nad nimi wielce skupiony i zdaję się, że grzebał w nich z pomocą długiego noża. Każde jego „grzebnięcie” powodowało nieprzyjemne mlaśnięcie.
Podeszła do niego, krzywiąc się. Mlask! Żołądek miał ochotę odmówić jej posłuszeństwa, ale nie odzywała się. On zdawał się jej w ogóle nie zauważać. Nie odwrócił się. Nawet nie drgnął.
JKak grzebał, to raczej musiał się ruszać. Ciężko grzebać pozostając w bezruchu ^^"
Po atrakcji jaką zafundował jej przed paroma minutami, miała już dosyć tego wszystkiego. Mógł jej przecież powiedzieć, że wychodzi.
może powiedział. spała... tak, to jeden z tych momentów, gdy miałam ochotę walić głową w ścianę nad rozgarnięciem bohaterki. To i dalsza kłótnia, która jest jakby z sufitu. Znaczy może masz wizję ich dotychczasowej podróży i to do niej pasuje... ale ja tej wizji nie znam. Dla mnie to było takie: eeeee? potentegowało was?
Na te myśl odwzajemniła
Znowu zawitał mu na twarzy ten niesamowity uśmiech, który tak kochała. Tylko czasem czarodziej musiał schodzić, by usunąć jakąś przeszkodę.
Związek przyczynowo skutkowy między tymi zdaniami… no nie istnieje.
Miasto pogrążone było w ciszy przerywanej jedynie przez skrzypienie roltra i wydawało się całkowicie bezpieczne.
I tylko trupy leżały w około i waniały jak bratki?
- Ondar! Wróciłem! - zakrzyknął czarodziej, a jego głos odbił się echem w całym zamku.
- Nie musisz się tak drzeć idioto – odburknął mu jakiś niski cień skulony po drugiej stronie pomieszczenia. - Co to za jedna? - Dłoń w brudnej, niegdyś czerwonej szmacie wskazała na Erię.
Telin przyjął pozę artysty, który pragnie zaprezentować swoje nowe dzieło.
Albo znalezisko...
- To jest Eria z Nexeris! Moja nowa uczennica. A właściwie przyszła uczennica – wykrzyknął pełnym przesadnego entuzjazmu głosem.
Lubię. Wyobraziłam to sobie i mi się to wyobrażenie spodobało :)
Wszystkie odchodzące od korytarzy pomieszczenia były zamykane przez okute żelazem drzwi.
Nie gra mi tu coś w składni.
Czy on mnie właśnie obejmuję?
obejmuje
Czuwała przez kolejnych kilka minut. Nie musiała długo czekać na efekty.
Usłyszała cichy krzyk.
Bo efektem czuwania niezaprzeczalnie musi być krzyk. Eeeee? Nie czaję.
Przez chwile musiała walczyć z tą niechęcią
chwilę
- Nie mów mi tylko, że z twoje punktu widzenia...
twojego
Świat nie zwolnił i to było właśnie najstraszniejsze. Płynął normalnie - do bólu.
Świat czy czas?
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ