Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Drapieżnik

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Siemomysła » 27 maja 2014, 12:40

Na początek Czytelniczy Spontan:
SpoilerShow
Arcymistrz tej niecieszącej się w Veverleyn uznaniem profesji – Meszar Auovon, od wielu lat starał się na utrzymanie tego stanu rzeczy.
Dałabym jego imię i nazwisko na początek. Tak jak go wrzuciłaś jest niedobrze ze względu na zapis, bo albo dwa myślniki, albo dwa przecinki. No i “o”, zamiast “na”. Pewno pozostałość po jakichś przeróbkach tego zdania.
Nekromanci, czarnoksiężnicy oraz cała reszta korzystających z tej pracowni magów zwyczajnie nie lubiła gości.
Wydaje mi się, że powinno być lubili, bo nekromanci, czarnoksiężnicy i reszta, reszta nie dowodzi w tym zdaniu.
Lubił też swoją prace
ogonek
Powoli, z pewnym niepokojem, otworzył ciężkie, drewniane drzwi. Meszar stał zupełnie nieruchomo za swoim starym, zdewastowanym biurkiem. Zdawał się spokojny, lecz Eram wiedział, że jest zupełnie zaskoczony jego nagłym wtargnięciem.

Nagłe wtargnięcie a powoli i z niepokojem nieco się gryzie na pierwszy rzut oka, ale zaraz przychodzi refleksja, że może w takim miejscu, że może Meszar jest aż tak specyficzny i ta refleksja każe mi się zamknąć i czytać dalej.
Doskonale wiedział, że jego młodszy kolega nie zjawiał się w pracowni o tak późnej porze. O nic jednak nie pytał. Obserwował tylko wyraźnie czymś zdenerwowanego kolegę, a ten cieszył się z takiego obrotu sprawy.
Niepotrzebnie powtórzony kolega.
Można było używać tego rodzaju mocy na terenie państwa zakonnego, ale nie każdemu i nie w każdym celu.
Gdybyś napisała “wolno było” zamiast “moża było” to reszta nie kłóciłaby się z początkiem.
Mimo że oglądanie miejsc wykonania wszelakich krwawych rytuałów był dużo bardziej makabryczne niż praktyka u starego nekromanty, Eram wcale tego nie odczuwał. Być może dlatego, że sam dokonał w przeszłości paru podobnych rzeczy…
Tutaj z kolei nie bardzo rozumiem zastosowanie wielokropka. Ale to pewno dlatego, że ja w ogóle ich nie lubię, bardzo rzadko używam i aż dziwne, że mi ich tyle nawłaziło do ostatniego spłodzonego fragmentu ;) No i jeszcze to odczuwanie, czego on nie odczuwał? Tego, że w pracowni jest makabrycznie? A te miejsca wykonania też są troszkę toporne. Wydaje mi się, że byłoby fajnie, gdybyś jeszcze raz ogarnęła cały ten akapit.
Na dodatek jego życie osobiste także pozostawiało wiele do życzenia. Jego niedawno zawarte, długo oczekiwane małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać. Najgorsze było to, że zarówno on i jego żona niewiele mogli zrobić w tej sytuacji.
Drugie jego nie jest potrzebne, a jeśli zamiast trzeciego dodasz imię żony to i ono stanie się niepotrzebne.
Ani on ani Doria nie angażowali się w wojnę, odkąd wstąpili do Zakonu Avarena,
Usunęłabym tę.
Nikt nie powinien go oglądać w tym stanie. Zwłaszcza Meszar. Tego wieczoru – ku uldze byłego ucznia - wyjątkowo powstrzymywał się od złośliwych uwag. Najwyraźniej bardzo przejął się tym nagłym wtargnięciem.
To w sumie w dość dziwne miejsce przychodzi, by uciec od domowej atmosfery. Ja chyba wybrałabym jakiekolwiek inne, a nie takie, gdzie ktoś nie powinien mnie oglądać w tym stanie, zwłaszcza, jeśli wiem, że ten ktoś stale przesiaduje w pracowni, która już nie jest moją pracownią.
Z resztą i tak nie miało to znaczenia.
Razem?
Chciał już oddać się w objęcia snu, kiedy prowadzące na zewnątrz drzwi skrzypnęły nagle, a naprzeciw niemu stanęła znajoma postać.
niego
Naturalnie wielu już narzekało na nieporządek w pracowni, ale ten nieczuły nekromanta obawiał się tyko żony Erama. Była twardą, gwałtowną i wyjątkowo silną kobietą. Parę razy pokazała mu już, co potrafi w chwili złości. Nie chciał przekonywać się raz jeszcze.
Trochę nie rozumiem natury związku tej trójki. Najwyraźniej brakuje mi nieco tła. Jest trochę tak, że we wszystko muszę wierzyć Tobie - autorowi na słowo. Nie pokazujesz mi tylko opowiadasz.
Rozpoznali to po długiej, czarnej wstędze ze złoty symbolem tej profesji, przyszytej do jego szarej stroju maga.
szarego
Wiedział, że nie powinien, ale na ulicach Veverleyn czuł się zupełnie bezpiecznie. Uczucie niepokoju po chwili odeszło pomiędzy wspomnienia.
Bezpiecznie i niepokój. Trochę przeciwne uczucia, prawda?
- Ten mój syn to w ogóle jakiś dziwny jest. - Stary mag nawet nie myślał tak po prostu zakończyć rozmowy.
Zamiast “myślał”, może lepiej by było “próbował”? Bo w tej formie jak napisałaś, to coś mi nie gra: “ani myślał zakończyć rozmowę”? Tak bym to chyba widziała. Tak sobie w tym momencie myślę, że jeśli moje uwagi zdają Ci się zbyt inwazyjne, to pacnij mnie, a przestanę.
Jej długie, jasne włosy powiewały na wietrze w nieładzie, a ubranie podejrzanie przypominało koszule nocną.

Ogonek.
Szybko dopadła ich rozmówce, złapała za ramiona i zaczęła odciągać z dala od nich.
Ogonek.
- Ja przepraszam państwo bardzo. Opiekuje się nim. On jest chory.
“Ja” na początku nie jest potrzebne. Potem “państwa” i “opiekuję”.
Jak syn umarł to było jeszcze gorzej, więc się razem z matką moją zaopiekowałyśmy się sąsiadem.
Jedno do usunięcia. Co prawda ludzie nigdy nie mówią hiperpoprawnie i dlatego bardzo rzadko wtrącam się w dialogi ;) ale tutaj akurat słów jest za dużo, a mówiąc mamy tendencję do upraszczania i to podwójne “się” jest takie dość rzucające się w oczy, jako coś, co by nie wystąpiło w wypowiedzi spontanicznej raczej.
- Ano idę już. Miłego wieczoru życzę! - Odeszła w samą stronę, co staruszek.
Tę.
Miło było by usiąść z żoną wśród szumiących drzew
Odwróciłabym na początku na “Miło by było”. Jakoś tak lepiej brzmi. No i byłoby to raczej razem?
Mimo że nie było jeszcze bardzo groźnie, ludzie na wszelki wypadek zaczęli panikować.
W sumie palą się domy - to jest groźne, zwłaszcza jeśli jest tam więcej drewna w pobliżu. Ja bym tam nie dziwiła się tej ich panice ;) No i drugie zwłaszcza: że magowie, którzy wzięli się za gaszenie sobie nie radzą, co napisałaś wcześniej. Swoją drogą: jak można nie mieć porządnej straży pożarnej w mieście, gdzie jak widać istnieje magiczne zagrożenie pożarowe ;) Ale to taki czep-żart, nie przejmuj się nim jakoś szczególnie, ok?
Nie w porę uświadomił sobie brak małżonki.
Czemu nie w porę? Czy nie chodziło Ci raczej o coś jak: “dopiero po pewnym czasie”? “dopiero po chwili”? “nie od razu”?
W ciemnościach nie znajdzie, ani żony, ani rannych, ani ciał.
Ten pierwszy przecinek jest z całą pewnością zbędny.
Leżące przed nim ciało również było w pierzu. Na dodatek zmieszało się ono z krwią, tworząc obrzydliwą masę. Eram cieszył się z tego stanu rzeczy. To co mógł dojrzeć pod nim wskazywało na to, że mężczyzna zginął na skutek spalenia…
Po co wielokropek? to raz, dwa jeśli z powodu spalenia, to ta krew chyba niekoniecznie by się z niego lała? Jak bardzo spalenia? Świeże oparzeliny chyba nie krwawią w ten sposób. Nie jestem pewna, po prostu tak sobie wyobrażam. Na risercz na googlach nie mam ochoty, przyznam się szczerze.

A na koniec: sporo powtórzeń w tym tekście i całkiem sporo zbędnych zaimków, takich, które można najzwyczajniej w świecie pominąć, bez żalu i utraty sensu. Miałam też problem ze zmianą perspektywy zwłaszcza jeśli następowała na jedno zdanie - jak tu:
Musiał to jakoś przetrwać. Nie wiedział jednak jak długo.
- Coś się stało? - spytał z rzadko spotykanym u siebie niepokojem Meszar.
Eram uświadomił sobie, że od dłuższego czasu uderza głową o drzwiczki niewielkiej szafki
Generalnie sam początek wzbudza we mnie uczucia jakby bohater nie do końca wiedział o co mu chodzi. Rozumiem, szuka ucieczki z domu, ale po co idzie akurat tam, do miejsca, w którym czuje się równie źle i w którym na dodatek jest już - z racji rezygnacji z zawodu - jak najbardziej nie na miejscu? I jeszcze lezie przed oczy temu, kto “zwłaszcza” nie powinien go widzieć w takim stanie? Rozumiesz o co mi chodzi?
Poza tym jest dużo opisów i nie są one złe, tylko są jakby w niewłaściwym miejscu. Mam szczególnie na myśli ten rozbudowany opis miasta i struktur magicznych wstawiony w momencie, gdy Eram udaje się na spacer z żoną. Dygresja: skąd ona się właściwie tam wzięła? Sądząc po tym, jak Eram ją szybko zabrał, nie jest to zwykła sytuacja, żeby ktokolwiek tam wchodził? Skąd Meszar zna ją tak, że aż “boi się” jej ewentualnych awantur o bałagan? Meszar jest przedstawiony krótko, ale z tego opisu wynika, że raczej siedzi w swej norze i robi swoje eksperymenty, nie udziela się towarzysko, ponadto jest raczej niesympatyczny (tak go odebrałam) i raczej to on mógłby być niemiły dla Dorii, nie odwrotnie; po prostu mam problem żeby sobie poukładać te relacje i zgłaszam. A wracając do spaceru. Oni idą na spacer i teraz jest okazja by ich przedstawić w rozmowie, a Ty w tym momencie przerzucasz się na opis miasta, a o nich mówisz tylko, że rozmawiali. Troszkę tu opisy zaburzają, rozciągają i powodują znużenie i jakiś taki zawód. Nie dajesz mi-czytelnikowi poznać bohaterów, bo opisujesz rzeczy zewnętrzne.
I ja rozumiem, że istotą było to, by Eram i Doria znaleźli się na miejscu pożaru, żeby mogli znaleźć ciała, a wcześniej spotkać dziwnego człowieka z książką i martwym od dwudziestu lat synem i tak dalej. Tylko, że dałaś wcześniej przydługi i nie do końca logiczny powód ich wędrówki. Ja-czytelnik na tym się skupiałam. Myślę, że można ich po prostu wysłać na spacer: bez tej Eramowej dziwnej wędrówki do Meszara. Wysłać na spacer, bo chcą na przykład odetchnąć od teściów. Od atmosfery. Niech idą i rozmawiają. Będzie naturalniej. I znów... krzycz, jeśli się pcham za bardzo :bag:

No i na koniec-koniec: nie do końca też rozumiem jaki zamysł łączy pierwszy fragment z drugim. Znaczy tak: jest nazwisko Heydare, ale czy to znaczy, że zabita w bibliotece i zabita tutaj to ta sama osoba? Czy nie ta sama, a akcja po prostu działa się w jej mieszkaniu/gabinecie? Co ma do tego wychodzący mag? Miał książkę, a Samen ten ktoś wydał się podobny do czegoś co widziała na ilustracji. Ok. Ale nadal nie ogarniam intrygi. Może jeszcze jakieś wskazówki? Może mniej opisów zewnętrza, a więcej konkretów w sprawie samej fabuły? A może to po prostu JA nie ogarniam i nie należy się mną przejmować.

W każdym razie liczę, że jeszcze nie raz coś Twego przeczytam i bardzo, bardzo Cię zachęcam do czynienia dalszych prób.

Pozdrowienia!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 27 maja 2014, 13:56

Oj Smaugu dobrze, że mam ciebie. :) Faktycznie trochę kulawo opisałam te wszystkie relacje i takie tam. Pozwól, że się trochę wytłumaczę a potem obmyślę jak to zmienić. W punktach (bo łatwiej):
- To nie jest tak, że ta pracownia to jest coś jak dzisiejsza firma. To jakby "placówka" Zakonu. Tam spotykają się wszyscy nek... mistrzowie sztuk ciemnych(sama się mylę ). Tam trzymają swoje rzeczy, rozmawiają, konsultują się. (Eram też często nad czymś tam pracuję.) W całym Anivr (Anivr to kraj) jest ich ok. dziesięciu. Ogólnie panuje tam taka trochę rodzinna atmosfera. Z resztą nie tylko tam. Wszyscy zakonnicy są jakby jednością.
- Trochę pokręciłam też relacje Erama i Meszara, bo napisałam to tak trochę jak twierdzi Eram. Tak naprawdę lubią się wzajemnie, ale nie przyznają się do tego. A Meszar faktycznie bywa raczej niesympatyczny.
- Eram zabrał Dorię, bo wiedział, że będzie udawać twardą, dopóki nie zemdleję . Było tam w końcu jeszcze gorzej niż zwykle. (Największą tajemnicą Meszara było to, że późno w nocy, kiedy nikogo już nie było, trochę tam sprzątał , ale ciii...Nie mówcie nikomu :D.)
- Mag z książką to nie jest ten sam mag, który wydał się Samen podobny do ilustracji. To stary mag, którego spotyka na samym początku w dziale językoznawstwa. Nie może się on wtedy odczepić od lektury. Później jeszcze Samen słyszy jak śpiewa.
- Nie wiem czy powinnam to już mówić, ale istotnie bitwa trwała w domu bibliotekarki w tym samym czasie, kiedy tamta ganiała po bibliotece. (Myślałam, że to oczywiste.)
- Umieściłam początek akcji w pracowni po to, by przedstawić Erama jako "mistrza sztuk ciemnych", a nie jakiegoś gościa, który się nie dogaduje z tesciami. :D No i oczywiście patrz punkt 1.

Dziękuję za wszelkie cenne uwagi. Nie wiem jeszcze, co z nimi zrobię, ale postaram się zrobić to dobrze.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Siemomysła » 27 maja 2014, 17:46

*zaciesza, że się przydała*
:u:

Ha! Widzisz! To teraz jak masz to tak pięknie wypunktowane, to się nie śpiesz tylko wpleć to w tekst, niech będzie dłuższy, ale o tym mówi. Bo wyraźnie masz to wszystko rozpracowane, obmyślane i pełne. Tylko jakby trochę zabrakło tego w opowieści. Tak sobie myślę, że może się nieco pośpieszyłaś, jak ja z moją Kropelką... zadowolona, że udało Ci się wykombinować zakończenie, nieco odpuściłaś wstęp. I wiem, że może to zabrzmieć dziwnie - najpierw Cię namawiam do skrócenia, potem do rozbudowania. Chodzi mi o to, że musisz się zdecydować na którąś z opcji, żeby ten wycinek (mówię wycinek, bo mi się wydaje, że to zdecydowanie materiał na coś większego niż jedno opowiadanie) miał ręce i nogi.

Czekam na to co wymyślisz! :calm:

I jeszcze: ja pokojarzyłam raczej ilustrację z książki, którą niósł ten biedny dziwak, z tym, że Semen powiedziała, że coś co widzi jest jej znajome, jakby widziała to kiedyś na jakiejś ilustracji.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 13 czerwca 2014, 21:02

Postanowiłam dalej pisać to opowiadanie, choć gdy patrzę na poprzednie części uświadamiam sobie, że większość była mi niepotrzebna. Całkiem dużo się dowiedziałam na temat pisania opowiadań od momentu, gdy zaczęłam to pisać. Próbuje wcielić to w życie i mam nadzieję, że wychodzi.
Ten fragment był dla mnie wyjątkowo trudny, bo zawiera rodzaj scen jakich nigdy jeszcze nie pisałam. Mam nadzieję, że pamiętacie coś po tak długim czasie...
Miłej lektury życzę. :)




- Nie, nie, nie. Wasza Ekscelencja w ogóle mnie nie rozumie. Chciałem tylko... - Słowa saońskiego ambasadora ledwo docierały do świadomości Wielkiego Mistrza.
Thomas widział w swoim nienaturalnie długim życiu wielu zdesperowanych ambasadorów i większości naprawdę współczuł. Jego współczucie wcale jednak nie czyniło mężczyzny interesującym. Wiedział, że Saon kiedyś pożyczkę spłaci. Był cierpliwy. Cierpliwości brakowało niestety Radzie, więc zmuszony był nieustannie popędzać dłużników.
Oparł się wygodnie o oparcie swojego skórzanego fotela, przybierając lekceważącą pozę. Nie miał nic przeciwko ambasadorowi, ale musiał pokazać mu, gdzie leży miejsce krajów nie wywiązujących się ze zobowiązań finansowych. Takie były reguły gry.
Ruda, puszysta istotka otarła się o jego długą, czarną szatę, mrucząc przyjaźnie na powitanie. Pogłaskał ją odruchowo. Saończyk starannie nie zauważał bezczelności maga. Nie zareagował nawet wtedy, gdy kot zwinnie wskoczył na stół, przy którym rozmawiali i radośnie zabrał się za zrzucanie leżących na nim przedmiotów. Dostał u Thomasa dodatkowe punkty. Podziwiał on jego opanowanie. Postanowił sprawdzić wytrzymałość mężczyzny.
Wyszukał swoim umysłem prymitywny umysł zwierzęcia. Za jego delikatną namową kot powoli zanurzył łapę w kielichu z winem stojącym przed ambasadorem. Nic. Zero reakcji. Małe, rude łapki szybko znalazły się na kolanach dyplomaty, a za nimi reszta ciała. Ambasadorowi nie udało się przezwyciężyć odruchu pogłaskania go, ale jego twarz pozostała kamienna. Dostał dodatkowe punkty – za miłe obchodzenie się z kotami. Wielki Mistrz uśmiechnął się w duchu. Czas na kolejną próbę...
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pomieszczenia bezceremonialnie wkroczyła Vinara, obrzucając Saończyka spojrzeniem zarezerwowanym zazwyczaj dla zupełnie nieistotnych elementów krajobrazu. W pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza. Kobieta wytrzymała ją całe dziesięć sekund, prychnęła zniecierpliwiona i posłała dyplomacie rozkazujące spojrzenie nienaturalnie zielonych oczu. Wyszedł nim spostrzegł, co właściwie robi. Mistrzyni Elburn była znana również poza Anivr.
- Samen Heydare – oświadczyła z mocą.
Jej były mistrz przez chwilę wpatrywał się w nią zaskoczony.
- Co z nią? - spytał.
- Nie żyje.
Mężczyzna przez chwilę przyswajał ten fakt, kiwając głową. Doskonale pamiętał tę pełną zaangażowania w pracę bibliotekarkę. Mimowolnie zastanowił się kto teraz będzie go ścigać, by oddał wypożyczone książki.
- Jak to się stało? - W jego głosie nie było słychać szczególnego zainteresowania. Umieranie było czymś, co całkiem często zdarzało się zwykłym ludziom.
- Została zamordowana w nocy, w bibliotece, w obecności trzech magów i kilku uczniów. W tym mojej. Żadne z nas niczego nie zauważyło - mówiła z niewiarygodną prędkością. - W tym samym czasie w jej domu zginęła jej córka zwana Zairą Moyton, ścierając się w walce z innym magiem nieznanego pochodzenia oraz paroma jego pomocnikami bez uzdolnień magicznych. Troje z nich zginęło. Napastnicy przeszukali cały dom, ale cel ich poszukiwań jest nieznany. Nie wiadomo czy znaleźli to co chcieli, czy odeszli z pustymi rękoma. Ponadto...
- Stop! - wykrzyknął. - Po co tak pędzisz?!
Wbiła w niego zniecierpliwione spojrzenie.
- Mogę o coś spytać? – Postanowił ignorować jej niezadowolenie.
- Możesz – odparła z ociąganiem.
- Kim jest ta Zaira Moyton?
- To nieślubne dziecko Samen i jakiegoś nieznanego ojca. W wieku...
- Nieślubne dziecko? - Thomasowi wizja świata, w którym pani Heydare posiadała nieślubną córkę z nieznanym z imienia mężczyzną wydawała się zupełnie obca.
- Tak. - Kobieta-niziołek tylko wzruszyła ramionami. - Takie rzeczy przecież się zdarzają. Ważniejsza jest inna rzecz. Zaira była Magiem Smoka, jednym z naszych najbardziej utalentowanych twórców. - Usiadła na fotelu zwolnionym przez ambasadora, bezczelnie opierając nogi o stół. - Mag, który ją zabił to prawdopodobnie jeden z tych irdińskich szaleńców, próbujących wyjątkowo niedorzecznych sposobów na zwiększenie swojej mocy. - Przy wypowiadaniu ostatniego zdania w głosie magiczki słychać było pogardę.
- Dziwna sprawa – stwierdził.
- Dziwna. - Pokiwała w zadumie głową. Udawanej zadumie – jak zauważył Thomas.

Eram siedział w swoim gabinecie, w budynku należącym do Straży Miejskiej. Uważnie słuchał wszystkich słów swojej rozmówczyni – Dainy Heydare, córki Samen.
- Więc mówi pani, że ani pani matka, ani...siostra nie posiadały żadnych wyjątkowo cennych przedmiotów? – spytał, gdy kobieta skończyła tłumaczyć mu swoją skomplikowaną sytuację rodzinną.
- Nie. Na pewno nie. - Kobieta mówiła szybko, pełnym zdenerwowania głosem. Czuła się nieswojo w towarzystwie nek... mistrza sztuk ciemnych.
- Nie miała też żadnych wrogów? - upewniał się dalej.
- Nie, nie, nie. W każdym razie nie takich, co to mogą zabić. Wie pan jak to jest... - paplała bez sensu kobieta.
Pod żadnym względem nie przypominała swojej zawsze uważnej i skoncentrowanej rodzicielki. Mag był niemal pewien, że nie zauważyłaby, gdyby Samen trzymała w domu dwa ogromne, zaginione kolosy ze starożytnej Akarieny. Nienawidził takich ludzi. Każda chwila rozmowy z nimi sprawiała mu ból. Wziął do ręki niewielką spinkę z drobnym szafirem – jeden z przedmiotów należących do zmarłej Zairy Moyton. Podrzucał go nerwowo w rytm słów kobiety. Coś mu nie pasowało w tym wszystkim.

Imaron – imię mistrza Karmay Eram musiał z niego po prostu wydusić. W porównaniu z tym, co widział zeszłej nocy, stan starego maga zdawał się pogorszyć. Na początku przesłuchania bełkotał coś zupełnie niezrozumiale. Potem zupełnie zszedł z tematu. Mistrz sztuk ciemnych nie miał siły go wyrzucać. Słuchał go tylko połową swojego umysłu. Drugą wykorzystywał do analizy wcześniej usłyszanych faktów i ciągłego podrzucania spinki. Nie zaprzestał robienia tego, mimo uwag jednego ze strażników - Raquela, że nie powinien bawić się materiałem dowodowym. Szczególnie tym, który miała na sobie martwa osoba. Piękna, granatowa barwa nasuwała mu jednak ciągle jakieś skojarzenie, którego nie mógł do końca uchwycić. Wiedział tylko, że było istotne.
- Mój syn powiedział tylko, ze pójdzie do części zamkniętej. - Imaron nagle powrócił na właściwy tor. - No to zacząłem czytać tę jego księgę. Wtedy przyszła do mnie ta bibliotekarka. Wściekła jakaś była, ale nie powiedziała o co chodzi i poszła – rzekł, po czym wrócił do zgłębiania tematu swojego nieszczęsnego syna.
Eram nie wytrzymał. W ciągu kilku minut dużym nakładem siły woli i cierpliwości udało mu się wyprosić go z gabinetu.
Raquel zajrzał potem do pomieszczenia trochę niepewnie, jakby upewniając się czy na pewno nie ma tam rozgadanego maga. Musiał dać mu się we znaki, gdy czekał.
- Długo rozmawialiście – stwierdził tak jak to robią ludzie, kiedy chcą usprawiedliwić swoje zupełnie nieusprawiedliwione wtargnięcie. Chciał się po tym natychmiast ulotnić, ale Eram mu nie pozwolił.
- Kim był ten jego syn? – zapytał.
- Nie wiem do końca. - Wzruszył ramionami. - Ta jego sąsiadka mówiła tylko, że był magiem i zginął w katastrofie statku „Śpiew Mewy” – odpowiedział, po czym szybko wyszedł z pomieszczenia. Widocznie bał się, że gadulstwo starszego człowieka jest zaraźliwe, gdyż do tej pory mistrz Wilne prawie o nic go nie pytał.
- „Śpiew Mewy” – mruczał pod nosem Eram. - Nietypowa nazwa.
Na dodatek dziwnie znajoma.

- A więc nazywasz się Sadrin. W porządku. Co tak ważnego młody człowieku miałeś do załatwienia, że wymagało to twojej nocnej obecności w bibliotece? - Głos maga był już wyraźnie zmęczony.
- Wraz z Gelltanem Zorton, Celisem Shy'ar i Lodejem Moko robiliśmy pracę dla profesora Sammerina.
- Czego on uczy?
- Historii, mistrzu.
Poszukał nazwiska w pamięci. Zdarzało mu się nauczać sztuk ciemnych w Veverleńskiej Szkole Magów Zakonu Avarena i wydawało mu się, że zna wszystkich profesorów, ale ten wyraźnie mu umknął. Spróbował skupić się trochę mocniej. Podrzucana do tej pory spinka z brzękiem upadła na biurko. „Chyba jestem już zbyt przemęczony” - pomyślał.

Kiedy wrócił do domu, było już zupełnie ciemno. Za sobą miał długi dzień przesłuchań wszystkich znajomych, krewnych i współpracowników Samen. Wszyscy zgodnie twierdzili, że nie miała ani żadnych wrogów, ani niczego co mogło być potrzebne bandzie szalonych, irdińskich magów. Irdin był w końcu dziwną krainą ogarniętą niekończącą się wojną przeróżnych możnowładców. Nikt do końca nie mógł zrozumieć czego oni tak właściwie od siebie chcą. Na pewno nie pieniędzy, biorąc pod uwagę fakt, jak drogo kosztują ich te walki.
Świadkowie niczego nie widzieli. Nawet Vinara. Zdziwiło go to. Ją również. Choć starała się to ukrywać widział, że jest zaniepokojona. Niewiele osób znało ją dość dobrze, by to stwierdzić ,ale jako jej wychowanek, dostrzegał prawie niewidoczne oznaki zdenerwowania. Rzadko coś szło nie po jej myśli.
Mimo zmęczenia Eram nie poszedł spać. Siedział przy biurku w swojej sypialni i myślał nad wydarzeniami minionych dwóch dni. Jego wzrok padł na księgę otrzymaną od szalonego maga. Poprzedniego wieczora, po wyjściu z domu rodziny Heydare podniósł ją, przyniósł do domu i rzucił niedbale na biurko. Nie miał czasu się tym wtedy zajmować. Dopiero teraz postanowił uważnie przyjrzeć się dziennikowi.
Oprawiony został w czarną skórę, a jego krawędzie wzmocnione zostały posrebrzaną blachą z wprawionymi weń niewielkimi szafirami wyszlifowanymi w kaboszon. Kamienie nie miały dużej wartości. Ich niedoskonałości widoczne były gołym okiem, a barwa dość pospolita. Umiał to rozpoznać. (Jego matka kazała ozdabiać kamieniami szlachetnymi każdą powierzchnię znajdującą się w ich domu w Kaliście.) Ktoś najwidoczniej chciał ozdobić księgę niewielkim kosztem.
Manuskrypt nie był w dobrym stanie. Skóra była brudna i przetarta w niektórych miejscach. Brakowało też paru kamieni. Z pewnością on sam również miał w tym swój udział.
Otworzył go. W środku wyglądał na najzwyklejszy dziennik. Poszukał znaku kopisty. Nie było - dziennik musiał być oryginalny. Nie potrafił zrozumieć, co rękopis robił w bibliotece i to na dodatek w takiej oprawie. Musiała być przecież jeszcze jedna kopia, którą posiadał Gertien. Twierdził, że jest bezużyteczna. Więc po co komu kopia? Mistrzowi Imaronowi wydawało się, że kazał mu ją wziąć jego nieżyjący syn. Gdy ją czytał wyglądał na całkiem normalnego. Jego podświadomość musiała ją uznać za coś ważnego. Sprawa była jeśli nie podejrzana to co najmniej dziwna. „Będę musiał to sprawdzić, jak już skończę z Heydare – pomyślał.” Po chwili trochę głębszego namysłu zabrał się do lektury.

Następnego dnia nie udał się ani do pracowni nekromantów, ani do swojego biura w budynku straży miejskiej, ani do żadnego innego ze swoich miejsc pracy. Udał się do biblioteki wraz z księgą i wytłumaczył zaistniałą sytuację nowej głównej nadzorczyni. Okazała się znacznie bardziej wyrozumiałą osobą niż poprzedniczka, więc obyło się bez większych problemów.
Później też nie wrócił do zwykłych zajęć. Zamiast tego skręcił ku nabrzeżu. W końcu, mimo tego co twierdziło wielu ludzi, najłatwiej znaleźć drzewo w lesie, bo w miastach przecież nie rosną. Jeśli chcesz odszukać irdińskich szaleńców, idź tam gdzie występuje ich najwięcej i odszukaj tych, których potrzebujesz. Najwięcej irdińskich szaleńców występuję prawdopodobnie tam, gdzie spotkać można najwięcej obcokrajowców – w dzielnicach najbliżej portu.
Przez następne pół godziny przebijał się przez gęsty tłum. Mieszkał w największym i najludniejszym mieście świata, a to miało swoją cenę. Ścisk zelżał trochę, kiedy znalazł się poza centrum. Wykorzystał okazję, by odsapnąć nieco w niewielkiej kawiarni. Wyznawał zasadę, że przed walką z „mrocznymi irdińskimi magami” nawet najodważniejszy bohater powinien coś zjeść. Ze względu na teściów nie zrobił tego w domu.
Dopiero gdy usiadł przed dużą, szklaną szybą, mógł zauważyć ich dwóch. Widocznie chcieli wtopić się w tłum, ale zdjęcie śmiesznych, czarnych szat nie wystarczyło, by zmylić kogoś tak doświadczonego jak on. Cali obwieszeni byli przedziwnymi amuletami, które nie posiadały właściwie żadnych magicznych właściwości.
Mimo że kawiarnia znajdowała się w miejscu, gdzie przybytki tego typu ustępowały miejsca gospodom i tawernom, była zbyt elegancka, by mógł wejść do niej ktoś tak obdarty i brudny. Czekali więc kawałek dalej, myśląc, że nie zostaną zauważeni.
- Przynajmniej nie będę musiał daleko szukać – pomyślał jednocześnie z rozbawieniem i pogardą.
Nie spieszyło mu się. Radował go widok zniecierpliwionych, czekających w słońcu natrentów. Pozwolił sobie na wymianę wieści z kilkoma spotkanymi znajomymi, a nawet wdał się w krótką dyskusję filozoficzną.
Wyszedł z kawiarni pewnym siebie krokiem, patrząc wprost na obserwujących go mężczyzn. Normalnie wolał działać dyskretnie. Kiedy jednak ktoś traktował go tak, jakby znów był w Kaliście – podchodami i innymi takimi – budziła się w nim krew prawdziwych Wilne'ów.
- Czego chcecie? - zapytał, podchodząc do nich.
Zupełnie zbił ich z tropu. Nie byli przygotowani na tak otwartą konfrontację. „Pewnie nie są też przygotowani na jakiekolwiek myślenie” - pomyślał złośliwie nekromanta. Nie mylił się. Popatrzyli tępym wzrokiem najpierw na niego, a później na siebie nawzajem. Stali tak przez parę chwil i Erama zaczęła bawić zaistniała sytuacja, gdy w umyśle jednego z obcych na chwilę pojawił się niewielki przebłysk...
Mag oberwał tradycyjnym, jak komoda babci, uderzeniem pięści prosto w twarz. Poprawność wykonania ciosu sprawiła, że co prawda znieruchomiał na chwilę, ale raczej ze zdziwienia niż bólu. Chwila ta trwała jednak tylko kilka setnych sekundy. Zaraz po niej zupełnie bezmyślnie, niczym po długotrwałej, ale niezbyt inteligentnej tresurze oddał mu tym samym... Z dużo lepszym rezultatem. Nieznajomy osunął się na ziemię nieprzytomny. Drugi podzielił jego los kolejne kilka setnych sekundy później.
Ludzie wokół nagle przypomnieli sobie, że mają pilne sprawy w zupełnie innym miejscu. Niestety trochę inne typy przypomniały sobie o wysłanych na „przeszpiegi” dwóch półgłówkach. Jak z podziemi ze wszystkich stron wyrośli ludzie w śmiesznych, czarnych strojach. Było ich coś koło dwudziestu. Wyglądali na dużo mądrzejszych.
Eram pognał ulicą. Nie czekał, aż go okrążą. Magiczny pocisk przeleciał tuż nad jego ramieniem. Biegł, nie oglądając się. Wokół słyszał krzyki zaskoczonych ludzi. Większość napastników to były zwykłe zbiry, ale niektórzy potrafili zrobić z człowiekiem, co chcieli. A veverleńczycy instynktownie wiedzą takie rzeczy.
Parę kolejnych strumieni mocy. Ledwie się przed nimi uchylił. Czuł jak parzą mu skórę. Wypadł na jeden z placów targowych. Prawie natychmiast potknął się o leżącą na ziemi skrzynię. Pojedyncze iskry przepaliły mu płaszcz. Przekupnie natychmiast odsunęli mu spod nóg swoją własność. Zaraz potem jeszcze trzy uderzenia. Parę straganów zaczęło jarzyć się nienaturalnie jasnym płomieniem. Swoją niewielką moc przeznaczali tylko na duże ciosy. Jak najprędzej opuścił plac. Popędził dalej, starannie lawirując między spanikowanymi mieszczanami. Doganiali go. Ciosy były coraz bliższe i częstsze.
Rzucił się gwałtownie w bok, w boczną uliczkę. Kilka pocisków poleciało w ściany pobliskich domów. Jedna z nich rozprysła się. Krzyki - ktoś dostał.
Po zakręcie zatrzymał się. Wpadli prosto w jego zasadzkę. Nie marnował mocy na prymitywne pociski. Jego szybkie zaklęcia zrobiły dokładnie to, czego chciał. Trzech padło bez życia na ziemię. Raz spudłował. Pocisk z wyciem przeleciał nad głowami przechodniów.
Znowu wystartował do biegu. Za późno. Poczuł ból w plecach. Słaby. Chociaż jedna osoba oszczędzała siły. Przekoziołkował tylko i zaraz znowu ruszył biegiem. Jednak zanim to zrobił, poleciał następny pocisk. Odbił go w drugą stronę niewiarygodnie szybkim gestem. Nie trafił. Uderzenie mocy przebiło ścianę jednego z domostw. Ktoś znów został ranny. Vinara chyba go zabije...
Zrobił ten sam numer jeszcze dwa razy. Tylko za pierwszym się udało. Załatwił kolejnych trzech, a jeszcze jednemu połamał parę kości. Nie potrafił czarować szybciej.
Obcy nie byli jednak aż tak głupi, by nabrać się na tę sztuczkę po raz trzeci. Podeszli powoli. Jeden z nich rzucił czar – ten sam, który oszczędzał moc. Eram z trudem sparował go kontrzaklęciem. Powstała przy tym siła odrzuciła go w tył. Tylko to pozwoliło mu uniknąć kolejnego trafienia. Wokół było zupełnie pusto. Mógł teraz rozpocząć prawdziwą walkę, ale wolał uciekać dalej. Jeśli mieliby w zanadrzu coś jeszcze, nie miałby szans. Nie miał pojęcia, gdzie w tej chwili jest reszta magów Zakonu. Nigdy nie było ich wtedy, kiedy byli potrzebni.
Kolejny zakręt. Tym razem nie zatrzymał się. Oni tak. Nie chcieli dołączyć do towarzyszy. Miał dodatkowe kilka sekund. Znów rzucił się w bok. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Biegł dalej. Goniący go ludzie zostali w tyle. W oddali słyszał dźwięk ciężkich, żołnierskich butów noszonych przez słynnych ludzi Strefy. Oni wiedzą, co robić z takimi gośćmi.
Dopadł do starego, pokrytego bluszczem muru. Wypowiedział ciche słowa. Natychmiast znalazł się po drugiej stronie ukrytego przejścia, w ciemnym i chłodnym korytarzu. Oparł się o ścianę. Poczuł jak opada z niego adrenalina. Dopiero wówczas poczuł prawdziwą moc otrzymanych wcześniej obrażeń. Osunął się powoli po wilgotnej ścianie.

Dookoła widział tylko jasna plamę. Ktoś coś do niego mówił, ale nie bardzo potrafił zrozumieć. Obmacał chłodną powierzchnię wokół siebie. Serce zaczęło walić mu jak młotem. Wymacał płytkie rowki nekromanckiego stołu. Spanikował. Próbował wyszarpnąć się z obejmującego go uścisku. Bez skutku. Ciało nadal odmawiało mu posłuszeństwa. Obcy nie reagował. Trzymał go żelaznym chwytem. Strach ścisnął trzewia mężczyzny. Nie miał żadnych szans z nieznajomym oprawcą. „Pewnie nawet nie znajdą mojego ciała” pomyślał ze zgrozą. Uczyli go co robić takich sytuacjach, ale nie była to wiedza szczególnie przydatna…
- Człowieku! Spokojnie! - wykrzyczał znajomy głos. Nie zamierzam cię tu pokroić! - Meszar nie udostępnił mi nic innego – zaśmiał się.
Wzrok Erama przyzwyczaił się już do światła, więc rozpoznał znajomą twarz uzdrowiciela Norriena – chyba jedynego bliskiego przyjaciela arcymistrza sztuk ciemnych. Jakaś złośliwa część umysłu podpowiedziała mu, iż być może przyjaźnią się dlatego, że obydwaj nie widzą nic złego w takich rzeczach, jak kładzenie rannego na stole, gdzie na co dzień kroi się zwłoki. Nie chodziło mu o krew czy inne takie, bo stół był starannie czyszczony, ale o wrażenia... Niewiele osób potrafiło go tak przestraszyć. Podniósł się z trudem. Kręciło mu się w głowie.
- Nieźle się dałeś załatwić – mówił medyk. - Takie półgłówki cię dopadły. Kolejna wielka blizna do kolekcji. - Pokręcił głową. - Trzeba było nie bawić się z nimi w berka. Przeceniłeś ich. Teraz szuka cię całe miasto. Mog...
- Po co? - Eram przerwał mu. Jego umysł powoli przytomniał.
- Trochę namieszałeś. Parę osób zostało rannych. Jedna zginęła. No i jeszcze te zniszczone budynki. Masakra. - Umilkł na chwilę. - Niektórzy się też martwią – zasugerował dziwnym tonem.
- Ludzie ze Strefy ich dopadli? - Nekromantę nie obchodziły straty w cywilach. To nie była jego wina. Bronił się tylko.
Uzdrowiciel potwierdził skinieniem głowy. Przez chwilę w milczeniu grzebał w swojej torbie z lekami. Wyraźnie czymś się martwił.
- Ludziom ze Strefy nie spodoba się takie bieganie i zabijanie, co? - spytał mistrz sztuk ciemnych.
- O to bym się nie martwił. Vinara cię lubi. Z nią nawet oni nie zadrą.
Młodszy mag zamarł na chwilę. Wiele już słyszał o tej kobiecie, ale jeszcze żaden mag z Rady Zakonu nie powiedział mu otwarcie, że ma ona układy w Strefie. Nie wyobrażał sobie, żeby ktokolwiek takie posiadał. Tych gości nie mógł się obawiać tylko Wielki Mistrz a i to nie na pewno.
Wykorzystał szansę, żeby wstać, gdy Norrien się odwrócił. Skrzywił się. Znów lekkie zawroty głowy. A do tego ta ruszająca się podłoga.
- Gdzie?! - wrzasnął uzdrowiciel, że Eram aż podskoczył. - Leżeć mi tu! Nie czujesz bólu, ale gdybym cię nie wysmarował maścią z rozatryny, to byś mi tu leżał i jęczał.
Ranny położył się posłusznie, choć nie zgadzał się z tą decyzją. Wykonywał swoją pracę już z dużo gorszymi obrażeniami.
- Muszę załatwić jeszcze jedną sprawę – rozpaczliwie próbował zaprotestować.
- Tak, wiem. Sprawę morderstwa bibliotekarki, kiedy jedynymi osobami w pobliżu była Vinara i jeszcze jakiś szaleniec. Osobiście postawiłbym na szaleńca, bo nie wydaje mi się, żeby Vinny zaczęła bawić się w takie rzeczy. Wiesz dla...
- Byli jeszcze uczniowie robiący pracę dla profesora Sammerina – wtrącił nekromanta. Jego umysł robił się coraz bardziej zamglony.
Norrien umilkł. W ogóle nie przypominał sobie tego nazwiska.

Skradał się powoli. Prowadził go inny mag w ciemnozielonym mundurze anivrskiej armii. Ból w plecach jeszcze mocno mu dokuczał, więc pozostawał w odwodzie na wypadek, gdyby tym szaleńcom przyszło do głowy używanie ciemnych mocy. Uważał, że to zbędne. Nie potrafili używać mocy na tyle silnych, by jakikolwiek z magów Zakonu miał problem z ich powstrzymaniem.
Zajęli pozycję na jednym z pobliskich dachów i czekali. Pięć... Dziesięć... Piętnaście minut. Dopiero wtedy oddział wkroczył do akcji. Usłyszeli niewielki huk. Potem było parę błysków. Już po dziesięciu minutach wszyscy szaleńcy w śmiesznych, czarnych strojach związani stali przed budynkiem. Wszystko poszło gładko.
Dowództwo oddelegowało ich do eskortowania jednego z więźniów. Eram rozpoznał w nim tego samego mężczyznę, któremu zawdzięczał wielką bliznę na plecach. Zaczął snuć nieciekawe myśli na temat tego, co zrobi z jego ciałem, jeśli pozwolą mu go użyć. Wszystkie zwłoki znajdujące się w pracowni sztuk ciemnych należały do skazańców. Nic by się nie stało, gdyby te też do czegoś wykorzystać...
Z zamyślenia wyrwało go nagłe uderzenie gorąca. Błysk oślepił go. Poleciał do tyłu, pchany niewidzialną siłą. Zarył plecami o bruk. Krzyknął. Dodatkowo uszkodzona rana na plecach powodowała ogromny ból. W oczach mu pociemniało. Wokół słyszał odgłosy walki. Ludzie biegali i krzyczeli jak opętani. Powietrze było gorące od nadmiaru mocy. Strumienie energii, płomienie i błyskawice wyły w pędzie nad jego głową. Ktoś potknął się o niego. Ktoś znajomy.
Eram kątem oka zobaczył nogę w czarnym, skórzanym bucie z mistycznymi zdobieniami. Lata wojennych przyzwyczajeń zrobiły swoje. W ułamku sekundy dopadł niewidocznego przeciwnika. Przez ból na chwilę znów stracił panowanie nad ciałem, ale mag w czerni runął w dół, tracąc koncentrację. Nekromanta wykorzystał to natychmiast. Szybkie, wyuczone do perfekcji przez lata zaklęcie, poleciało w kierunku nieprzyjaciela. O sekundę za późno. Odbiło się od niewidocznej bariery. Obcy mag zerwał się na równe nogi. Natychmiast oddał cios. Zbyt słaby – Eram był już na niego przygotowany. Ominął go, turlając się. Ból prawie zupełnie uniemożliwiał mu skupienie. Wolał nie używać zaklęć, które mogły wyrwać się spod kontroli.
Przypomniał sobie słowa Vinary - „ Mag jest przewidywalny, jeśli korzysta tylko ze swojej mocy.” Wyciągnął nóż. Rzucił nim z półleżącej pozycji. Ledwie widział przeciwnika. Miał doświadczenie w takich nietypowych rozwiązaniach. To było jednak za mało. Ostrze trafiło na gruby materiał i płytko zagłębiło się w ramieniu Irdińczyka.
Walczących rozdzieliła kolejna fala panikującego tłumu. Ludzie nie wiedzieli nawet przed czym uciekają. Zakonnik poszukał wzrokiem towarzyszy. Na próżno. Rwący potok istot wszelkich ras porwał większość ze sobą. Pozostali próbowali spacyfikować resztę uciekających.
Podniósł się na kolana i uniósł dłonie. Żeby dopaść maga potrzebował czegoś więcej niż trenowane do znudzenia, krótkie formuły. Rozkazującym tonem, wymawiał frazy w dziwnych, śpiewnych językach. Odszukał umysłem osobę wrogiego maga. Musiał tylko zdążyć.
Tłum widząc rzucającego zaklęcie maga na moment się rozstąpił. W idealnym momencie. Zaklęcie miało prostą drogę. Kontrzaklęcie też. Widział jak się zderzają. Irdińczyk jednak przeliczył się trochę. Jego przeciwzaklęcie było zbyt słabe. Strumień energii rozprysnął się we wszystkie strony. Tym razem odepchnął ich obu. Plecy Erama ponownie uderzyły w ziemię. Poczuł, że dłużej już nie da rady. Na szczęście nie musiał.
Błyskawica w nienaturalnym, zielonym kolorze przeszyła powietrze powalając jego przeciwnika. Ogromna moc w parę sekund pozbawiła go życia. Wśród rozstępującego się tłumu stała niewielka postać w czarnej szacie. Przez chwilę wokół słychać było tylko przeklinanie dowódcy oddziału. Prawdopodobnie był to najgorszy dzień w jego karierze.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 15 czerwca 2014, 14:15

Przeczytałam obie wstawki, z którymi byłam do tyłu, więc komć będzie wspólny ;)

Nie poprawiałam błędów, bo chyba trochę na to jeszcze za wcześnie, ale nad jedną rzeczą przejść obojętnie nie mogę:
SpoilerShow
"ignorancja" to nie jest to samo, co ignorowanie... Ubodłaś mnie w czuły punkt... Tak boli...
Z uwag stylistycznych mam jedną bardzo ważną: widzę, że poszłaś za tą myślą, która głosi, że aby scena była dynamiczna, należy stosować krótkie, proste zdania. Wiem, że tak się mówi, chyba nawet w szkołach, ale to niestety bzdura :/ Takie zdania, jeśli występują tylko one, bez zmian tempa, bez innych środków stylistycznych, osuszają tekst, wypierają go z emocji i zmieniają w rąbankę. Spróbuj to przeczytać na głos - zobaczysz, że zamiast dramatycznej symfonii wychodzi słabe techno. Tu sporo pracy przed Tobą, ale trzymam kciuki, bo trudno nie docenić faktu, że jednak dbasz o dobór środków zależnie od sytuacji i jedynie należy nieco rozwinąć ich paletę :)

Z ogólnych cech stylu dostrzegam potrzebę dążenia do dystansu. Podoba mi się to, nie powiem, bo lubię zdystansowaną narrację :D Ale to też narracja, która wymaga dużej ostrożności w doborze środków. Łatwo nią sobie na przykład storpedować nastrój, napięcie albo wręcz bohaterów. Jeśli przekona się czytelnika, że nie dzieje się nic takiego, on będzie w to wierzył i ponowne wkręcenie go w opisywane wrażenia wymaga dużej uwagi i sporo wysiłku. Trzymam kciuki. Niemniej sygnalizuję, że sposób opowiadania historii mocno osłabia wagę wydarzeń - morderstw, pojedynków magów, itp. Na razie nie zrównoważyłaś niczym tego dystansu, przez co wyszło trochę tak, że ja też patrzę na to z przymrużeniem oka i nie dałam się wciągnąć w kryminalną zagadkę, a przez to w samą opowieść. Choć też nie jest tak, że jej czytanie sprawiało mi przykrość ;) Ot, po prostu się nie zaangażowałam.

Podoba mi się szerokie tło, jakie prezentujesz. Widać, że swoją wizję złożyłaś z dużej ilości klocków i że jest ona bardzo bogata. Ciekawi mnie ten świat, naprawdę. Ciekawi mnie też ten eklektyzm, który proponujesz (nooo, kawiarnia mnie zaskoczyła ;) ), wątki polityczne, nieczęste w tekstach tak młodych osób, wątek małżeński (jestem fanką wątków małżeńskich :D ), całkiem porządnie nakreśleni bohaterowie, struktury magów. Z tą ekspozycją jednak bywa różnie. Czasem wychodzi Ci to całkiem naturalnie, czasem popadasz w suche podawanie faktów. Czasem nieco przesadzasz z ilością szczegółów, których czytelnik nie może jeszcze w niczym osadzić, bo brakuje mu podstaw. To często buduje klimat - takie rzucanie faktami i nazwami zanim staną się jasne, ale to kolejny środek, z którym należy obchodzić się bardzo ostrożnie, bo w nadmiarze powoduje szum komunikacyjny i tylko utrudnia lekturę. To, czego mi na pewno zabrakło, to wglądu w głowy bohaterów - nie tylko chcę wiedzieć, jakie posiadają informacje i skąd się wzięli, ale też co czują i jak postrzegają otaczającą ich rzeczywistość. Wtedy łatwiej będzie mi się z nimi zżyć i przejąć ich losem.

Mam też trochę zastrzeżeń w kwestii prowadzenia przez Ciebie fabuły - to dotyczy zwłaszcza drugiego fragmentu. Trochę nienaturalnie wyszła ta wizyta Dorii i wygląda to tak, jakby była Ci potrzebna właśnie w tamtym miejscu, w tamtym czasie i w związku z tym po prostu wysłałaś ją do pracowni. Brakuje temu osadzenia, uprawdopodobnienia w jej charakterze może, w zwyczajach, w jakichś zewnętrznych czynnikach. Nie wypłynęło samo - zostało ewidentnie historii narzucone. Zgrzytało mi też mocno w drugim fragmencie to, co dotyczyło leczenia Erama. Ot, pojawił się uzdrowiciel, bo był potrzebny, ale też nie wydaje się głębiej osadzony w świecie i fabule.

Chyba tyle mam teraz do powiedzenia - niech się weni :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 18 czerwca 2014, 15:27

Dzięki Kili za przeczytanie. :) Przepraszam za ten cios. :D Jak go znajdę to poprawię.
Przede wszystkim to chciałabym spytać o te środki, o których wspominasz. Faktycznie, nigdy nikt nie wspominał mi nic na ten temat oprócz tego, że zdania powinny być raczej krótkie. Teraz nie mam pojęcia jak to zrobić. :(
Jeśli chodzi o eklektyzm to faktycznie... Ja po prostu nie wierzę w jednolite światy. :D My siedzimy w dobrze rozwiniętej Europie, ale w krajach trzeciego świata trwa dopiero rewolucja przemysłowa. Centru Veverleyn było w całym tym świecie najlepiej rozwinięte pod względem kulturalnym i gospodarczym miejscem. Uważam, że nie ma przeszkód, by znajdowała się tam kawiarnia. Z resztą nie stylizuje tego fantasy na średniowiecze. Nie pasuje mi ono do magów z zakonu boga mądrości. :)
Co do wizyty Dorii, chodziło mi o to, że (w domyśle) zareagowała tak, jak jej mąż - ulotniła się z domu, bo już nie wytrzymała. Coś wkurzyło ją tak bardzo, że poszła po Erama, żeby się jakoś uspokoić. A jeśli chodzi o Norriena to pomyliłaś się. :D Wiele opowiadań osadziłam (a właściwie próbowałam osadzić) w tym świecie i ta jest jedną z najczęściej się pojawiających, choć wiem, że nie było tego widać. Mogłam tam wsadzić kilka innych osób, ale wybrałam go, bo go lubię. :D
Niestety, jeśli chodzi o te wszystkie szczegóły to podałam ich dużo za dużo biorąc pod uwagę fakt, że tekst będzie bardzo krótki. Został już tylko prawdopodobnie jeden fragment. Następnym razem postaram się nie popełniać takiego błędu.
Dziękuję ci bardzo, że jako jedyna zarówno przeczytałaś jak i skomentowałaś. :)

Czy mi się wydaje, czy ten post był kolejny z serii chaotycznych?
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 24 czerwca 2014, 13:30

Ależ nie ma za co ;)

Odpowiadam na pytanie o dynamiczne sceny głównie :) Niestety, nie ma złotej zasady. Najlepiej chyba po prostu czytać i patrzeć, jak zrobili to inni w danej sytuacji, bo każdy kontekst uruchamia inne narzędzia i inne cele. Czasem dużo lepiej sprawdzą się długie zdania albo przeplatanie krótkich długimi - zależy, do czego dążysz. Może warto czytać sobie te fragmenty głośno? Wtedy z pewnością usłyszałabyś to, o czym wspominałam, czyli ten jednostajny rytm. Wydaje mi się też, że przy tego typu scenach niezwykle ważne są emocje - możesz bawić albo sprawiać, że czytelnik będzie drżał o swojego ulubionego bohatera. Ale to drugie oczywiście wymaga właśnie bohatera i ciężkiej pracy, zanim nastąpi sama scena akcji. Co ważne i chyba bardziej uniwersalne - dobrze sprawdzają się niedopowiedzenia. Wiesz, wchodzisz w skórę postaci i - lecąc na stół po ciosie w szczękę - nie wiesz, na co dokładnie upadasz, kto krzyczy, co się dzieje i co podano na obiad ;) Więcej wrażeń, mniej opisu. Tak bym radziła.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Joa » 25 czerwca 2014, 15:50

Jak na tak młodą osobę to Ty piszesz bardzo fajnie, muszę Ci powiedzieć. Lol, tak słabo, że ja w Twoim wieku tak nie pisałam, tak bym chciała, to by było super. Korzystaj z tego jak najwięcej - pisz, pisz, pisz! Jak najwięcej, nie ograniczaj się. Pisz, kiedy tylko możesz. Nie z parciem, by coś gdzieś wrzucić. Po prostu pisz do szuflady, lepsze kawałki wrzucaj na forum. Ucz się na błędach. Czytaj innych, pomagaj innym - to też świetna nauka! Patrz, jak inni rozwiązują rożne kwestie i słuchaj, co mają do powiedzenia. Za jakiś czas, jeśli pisanie Ci się nie znudzi, będziesz wymiatać, bo ja widzę, ze Ty umiesz już pisać. Że Ty umiesz i lubisz.
Dobra, dobra, koniec. Już przestaję. Do tekstu.
Więc tak: ja mało co pamiętam, przyznaję, ja zacznę kiedyś od początku, nadrobię te swoje braki w pamięci. Pamiętam podstawowe postacie, podstawowe wydarzenia. Nie zastanawiam się w sumie do czego to wszystko zmierza, ale czekam na dalszy rozwój wydarzeń.
Strasznie mnie to cieszy, że Ty tworzysz swój własny świat, Krin. Własne nazwy, bohaterów, imiona, kraje. Wymyślasz. Masz ogromną wyobraźnię. Hej, to skarb! Bardzo mi się to podoba, bo w miarę składnie i logicznie jest to ułożone. Ale ten ogrom nazw może przytłoczyć czytelnika. Szczególnie w krótkim tekście, bo jak zrozumiałam, to przedostatnia wstawka, tak? Musisz się jeszcze nauczyć, masz czas oczywiście i nie jest to konieczne, że mniej znaczy czasami więcej. Nie musisz w tekst wrzucać multum informacji, w których gubi się i czytelnik, i Ty kiedyś możesz. Trzeba znać umiar. Nawet kilkoma zdania, słowami możesz zarysować klimat, ująć coś idealnie. Nie potrzeba ich wielu, by wszystko w głowie czytelnika nabrało kształtów.
Wiem, że wiesz, o co chodzi.
Ucz się, Krin.
Weny i czekam na kolejną wstawkę. Przed nią przeczytam tekst od początku, nie martw się. Będę w stanie napisać jeszcze więcej w komentarzu.
Mam nadzieję, że nie oklapniesz, bo jest naprawdę, jak na tak młodą osobę, dobrze.
Pozdro!

SpoilerShow
Zdradzę Ci tajemnicę: najważniejsze żeby Ci pisanie sprawiało przyjemność.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 17 lipca 2014, 11:00

To już ostatni fragment. Jeśli znowu powiecie powiecie, że zakończenie niczego nie wyjaśnia to pójdę się powiesić na najbliższej gałęzi, ale myślę, że tak nie będzie. Mam nadzieję, że nie ma w nim żadnych zgrzytów, choć wiem, że rozwiązanie całej zagadki nie jest szczególnie udane.
Dziękuje za wszelką pomoc, którą mi ofiarowaliście. Szczególne podziękowania powinnam chyba przekazać gaiaphage, ale niestety on opuścił nas dawno temu. :( Mam wrażenie, ze sporo się nauczyłam o pisaniu opowiadań. Choć najbardziej zmieniło się moje nastawienie do ludzi piszących - podziwiam ich za wytrwałość. Czasem skończenie tego wydawało mi się niemożliwe.

Nikły płomień świecy tylko odrobinę rozjaśniał panujący w podziemnym pomieszczeniu mrok. Nie było tam wiele do oglądania. Tylko gołe ściany i ośmiokątny, kamienny stół. W powietrzu czuć było krew i jakiś dziwnie słodki zapach. Zalegające w kątach cienie zdawały się kierować ku gościom niemą groźbę.
Ten skromny pokoik w zupełności Eramowi wystarczał. Z niewielkiego zawiniątka wyjął wszystkie potrzebne przedmioty. Niektóre z nich zdałyby się przypadkowemu obserwatorowi zupełnie obce. Inne wyglądały raczej codziennie – w tym spinka z niewielkim szafirem i nóż o czarnej rękojeści.
Zaczął od niewielkiej, oprawionej w czarną skórę książki. Wypisane czerwona cieczą, złowrogie znaki mogłyby się niewprawnemu oku zdać dziełem szaleńca, ale mistrz sztuk ciemnych doskonale wiedział do czego służy. „Irixa” Genama Alde było dziełem, na którym wychowały się całe pokolenia nekromantów. Setki pokoleń. Nikt nigdy nie złapał mistrza Genema na najmniejszej pomyłce. Eram również nie zamierzał tego robić. Nie interesowały go dziś niebezpieczne eksperymenty. Nie było miejsca na błędy. Miał zadanie do wykonania.
Otworzył słoik z gęstą, niebieską cieczą; zanurzył w niej palce i szybko wykreślił parę znaków zgodnie z zawartym w „Irixie” rysunkiem. Potem połączył je gęstą siecią dużo mniejszych złotych symboli, które stworzył z pomocą magii i niezwykle giętkiego metalu. Jedynie w środku pozostawił mającą kształt okręgu pustą przestrzeń. Położył tam spinkę należącą do Zairy. Nie czuł się wcale w obowiązku oddawania jej rodzinie. Idealnie nadawała się do zabawy podczas długich, nocnych rozmyślań. Poza tym mimo szczerego ubolewania był Wilne'em – nie lubił rozstawać się z raz przywłaszczonymi przedmiotami. A szafir? Może i jest cenny, ale po co komu takie zbytki?
Z zadowoleniem przyjrzał się swojemu dziełu – podręcznikowo poprawne. Uniósł ręce, uwalniając jednocześnie zmagazynowaną w ciele energię. Z pomocą gestów i słów wypowiadanych w nieprzyjemnym, twardym języku, tworzył z niej skomplikowane struktury zaklęcia. Pełne mocy powietrze lśniło, ale nie jak wtedy, gdy walczył – to światło zdawało się nierzeczywiste i pełne wrogości; wysysało z otoczenia wszelkie ciepło. Głos i moc mistrzów sztuk ciemnych są niczym igła, pozwalająca delikatnym niciom magii splatać ze sobą dwie odmienne rzeczywistości – świat żywych i umarłych. Tą drogą wydostawało się to światło.
Jego umysł zalała fala ciemnej energii. Opuścił swoje ciało i w zawrotnym tempie spadał w otchłań niegościnnego wymiaru. Nie mógł oprzeć się ciągnącej go w dół sile. Przyzywała go, by został, by sięgnął po więcej, by zanurzył się w świecie zakazanej sztuki. Błagała go, żeby odkrył jej prawdziwe oblicze, pokazał potęgę ciemnych mocy. Próbowała wydostać się z okowów jego zaklęcia i przedostać do Tarunu. Przez chwilę wizja posiadania ogromnej, niepowstrzymanej energii wydała mu się kusząca. Widział siebie władającego tą potęgą, marzył o ogromnych pokładach niewykorzystanej czarnej magii.
Trwało to jednak tylko chwilę.
Gdy minął wstrząs, jakiego doświadczało się po rozłączeniu duszy i ciała, natychmiast się opanował. Nekromanci musieli być odporni na podobne namowy. To właśnie dlatego sztuki ciemne, mimo swej przewagi nad sztukami jasnymi, zostały przed wiekami wyklęte. Niewielu potrafiło opanować te nadzwyczajne siły. Tysiące magów z ich przyczyny popadło w szaleństwo i dokonało potwornych czynów.
Eram doskonale zdawał sobie sprawę, że jego również może to spotkać. Kiedyś być może popełni błąd, który kosztować go będzie bardzo drogo. Najstarsi, mający setki lat mistrzowie dawali się czasem wyprowadzić w pole przez zamieszkujące piekła i otchłanie istoty. A on dopiero niedawno skończył trzydzieści lat – w każdej chwili groziło mu niebezpieczeństwo. Dostąpił zaszczytu dołączenia do elitarnych szeregów Magów Smoka między innymi z powodu odwagi, by podjąć to ryzyko. Zawsze, gdy się zawahał, czuł, że nie może wycofać się i zawieść swego boga, który pokładał w nim nadzieję.
Z łatwością odnalazł w zaświatach to, czego szukał – maleńkiej, zagubionej duszy Zairy Moyton, a dokładniej jej wspomnień na chwilę przed śmiercią. Należący do niej przedmiot niewątpliwie bardzo mu pomógł.
Widział wszystko dokładnie – jej przyjście do matczynego domu; włamywaczy; walkę; czar, który ją zabił. Nie było w tym nic nadzwyczajnego.
„Pewnie nawet nie wiedziała dlaczego umiera. I ja też nie wiem” - pomyślał gorzko. Jedyną osobą znającą powód śmierci dwóch kobiet był Irdiński mag, tydzień wcześniej pozbawiony życia przez Vinarę. Eram czuł jednak, że ów powód był ważny.
Pokonany, powrócił do swojego ciała. Było odrętwiałe i jakby nieswoje. Kręciło mu się w głowie, umysł był trochę ociężały, a w oczy raziło go niewielkie, ale nadzwyczaj mocne światło...
Odwrócił się natychmiast, gdy tylko odkrył niezgadzający się element. Ktoś wszedł do pomieszczenia i zostawił w nim świecący magicznym światłem kryształ – rozbity. Nieproszony gość musiał zerwać się i upuścić go, kiedy tylko zauważył, że kończy rytuał.
Nekromanta chciał wybiec z pomieszczenie, lecz nagle stracił równowagę, chwycił się krawędzi stołu... i wywrócił go na siebie. Rozsądek podpowiadał mu, że to wina wielkiego wysiłku oraz niedawno odniesionych obrażeń, jednak jakaś złośliwa, pełna goryczy część jego umysłu podpowiedziała mu, iż to kolejny wypadek z prześladującej go fali nieszczęść. Wcześniej nie przydarzały mu się podobne sytuacje.
Podniósł się powoli, ustawił stół, dokładnie starł z siebie niebieską substancję, której użył do zaklęcia i dopiero wówczas opuścił pomieszczenie. Wiedział, że i tak już nikogo nie dogoni. Niestety, nie miał pojęcia kim był intruz.
Dla porządku sprawdził wszystkie pomieszczenia. Nikogo. Nawet Meszara. Nie potrafił sobie przypomnieć, by kiedykolwiek wcześniej był sam w pracowni. Czuł się dziwnie bez zawsze czujnego oka arcymistrza.
„To nie mógł być Meszar – myślał jednak. - Może tutaj wchodzić, gdzie mu się podoba, więc po co miałby uciekać?”
Postanowił wrócić do swoich zajęć. Rzadko zastanawiał się nad czymś, na co i tak nie miał już wpływu. Dawno się tego oduczył. Miał do przeprowadzenia jeszcze jeden, identyczny jak wcześniejszy, rytuał. Nie bał się tajemniczych szaleńców wpadających ot tak do jego pracowni. „To mógł być po prostu kolejny z tych rządnych sławy uczniów, którzy tylko popisują się przed dziewczynami” - przekonywał sam siebie, wbrew ogarniającemu go przeczuciu.
W pracowni sztuk ciemnych istniała zasada mówiąca, że magowie na wszelki wypadek nie powinni zamykać się podczas rzucania zaklęć lub przeprowadzania eksperymentów.
Przekręcił klucz w zamku.
Mimo, że to zaklęcie różniło się od poprzedniego tylko tym, że teraz we wnętrzu okręgu umieszczony był nóż o czarnej rękojeści, który znaleziono w ciele martwej bibliotekarki, przez swoją niezdarność musiał przygotowywać wszystko od początku. Klął przy tym i złorzeczył. Każdy kolejny znak musiał kreślić po dwa lub trzy razy. Żaden nie chciał wyjść za pierwszym. A gdy już wszystko było gotowe, rozlał zawartość słoika i po raz trzeci musiał zaczynać wszystko od początku. Zajęło mu to wszystko trzy razy więcej czasu niż normalnie, ale w końcu się udało.
Po uwolnieniu mocy, zadrżał gwałtownie, oblewając się zimnym potem. Jego ciało buntowało się przeciwko takiej ilości ciemnej energii. Na chwilę stracił nawet panowanie nad zaklęciem i omal nie skończyło się to katastrofą. Ledwo wytrzymał. Gwałtowność reakcji zaskoczyła go. Dopiero gdy umysł odłączył się od ciała, przestał odczuwać sprzeciw organizmu. „To tylko efekt zmęczenia” - pocieszał się.
Odszukał duszę Samen. Jej ostatnie chwilę przed śmiercią widział nawet dokładniej niż Zairy. Słyszał nawet, jak Vinara mówiła jej o uczniach robiących pracę dla profesora Sammerina. Czuł nawet strach bibliotekarki przed mistrzynią. Niestety, z jej nerwowej bieganiny trudno mu było wywnioskować, czy wiedziała, jakie czeka ją zagrożenie.
„Śmierć jednej to mógłby być pech. Śmierć obydwu musi mieć jakiś sens” - myślał coraz bardziej zdenerwowany. - „Możemy spróbować jeszcze czegoś...”
W przypadku martwej osoby mógł zrobić coś, co byłoby niemożliwe w kontakcie z żywym świadkiem zdarzenia – złamać opór jej ducha i wedrzeć się do umysłu. Skupił się. Musiał tylko lekko nagiąć wolę zmarłej. Do jego świadomości powoli zaczęły docierać urywki myśli i emocji...
Poczuł gwałtowne uderzenie obcej jaźni. Ktoś rozrywał jego umysł na strzępy. Mimo braku ciała czuł ból. Wszystko stało się niewyraźne. Przez kilkadziesiąt sekund z najwyższym trudem zbierał myśli, nim przypomniał sobie, iż powinien wycofać się ze świadomości kobiety. Obcy pomógł mu to zrobić, lecz nie zaprzestał ataku. Eram próbował wycofać się do ciała, ale wroga siła spychała jego duszę w otchłań. Wysilił wolę. Na próżno. Próbował krzyczeć, ale był to tylko krzyk umysłu, którego nikt nie mógł słyszeć. Mimo zagrożenia sięgnął nawet po magię, ale to również nie przyniosło rezultatu. Siła nie osłabła ani trochę. Tak potężny umysł nie mógł należeć do bibliotekarki. Nekromanta czuł, że zapada się w ciemność, ale w żaden sposób nic nie mógł na to poradzić. Ostatni skrawek jego myśli był tylko pełną przerażenia modlitwą.

Błękitna ciecz powoli przelewała się do szklanej kolby. Tam łączyła się z bezbarwnym proszkiem o ostrym zapachu, tworząc gęstą, lepką substancję. Wprawne ręce młodego maga wspomagały ten proces, intensywnie poruszając naczyniem. Pozostało jedynie powlec tą mieszaniną cały stworzony klejnot i wykorzystać w końcu przygotowywane godzinami zaklęcie. Potem będzie mógł trzasnąć drzwiami i popłynąć do słonecznej Tairy na spotkanie z tą długowłosą elfką o skrzących niczym srebro w blasku księżyca oczach. Cóż z tego, że nie chce go widzieć? To przecież jeszcze nie powód...
- Długo jeszcze? - Eram swym zniecierpliwionym głosem nieświadomie wyrwał młodszego kolegę z krainy marzeń.
Po licznych wypadkach, które zaszły wciągu paru poprzednich tygodni, czuł się fatalnie. Zaledwie przed paroma dniami szczęśliwym trafem będącej akurat w pobliżu Vinarze udało się wyrwać go z objęć ciemnej otchłani. Już drugi raz podczas prowadzenia tego śledztwa udało mu się ujść z życiem tylko dzięki pomocy dawnej opiekunki.
Jego sprawność, zarówno ciała i umysłu, pozostawiała wiele do życzenia. Na nic nie miał siły. Przy najmniejszym ruchu bolały go wszystkie części ciała. Mógłby przysiąc, że nawet te, których nie posiadał.
Myśli były powolne i chaotyczne. Czasem przez kilka godzin zdarzało mu się wpatrywać tępo w przestrzeń. Miewał też dziwne przebłyski, w czasie których wszystko zdawało mu się proste, jak gdyby ktoś podawał mu odpowiedzi. Podejrzewał, że może to być skutek nie do końca zerwanej więzi z zaświatami. Kiedy spytał o to Meszara, ten rzucił jakąś długą, mądrze brzmiącą nazwą, która nic mu nie mówiła. Dał sobie spokój z dalszym wypytywaniem.
Od momentu przebudzenia dręczyła go również obsesja na punkcie nierozwikłanej jeszcze zagadki. Nie miał pojęcia czy to również efekt tajemniczego ataku. W każdym razie to właśnie ona zaprowadziła go do pracowni Elesa Timre – dużo młodszego od nekromanty mistrza sztuk jasnowidzenia.
- Już prawie... - Młodszy mag z żalem porzucił rozmyślania o swej niespełnionej miłości i uważnie przyjrzał się swojemu zakonnemu bratu. - Wygląda na to, że wkradłeś się w łaski Vinary... - Zmienił temat, próbując, aby zabrzmiało to jak najbardziej naturalnie.
Eram rozpoznał jednak ten dziwny ton. Ostatnimi czasy wiele osób wypowiadało się w ten sposób o sławnej mistrzyni. Zdało mu się nawet, że gdy Norrien mówił o jej rzekomo licznych kontaktach w Strefie, w jego głosie brzmiała wręcz identyczna nuta.
Eles najwidoczniej nie zauważył zagubienia malującego się na jego twarzy, ponieważ kontynuował:
- Myślę, że fakt, że Vinara ciągle pojawia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, może świadczyć o jakimś jej związku ze sprawą. - Z każdym słowem mówił coraz głośniej. - Była w bibliotece, gdy zginęła Samen. Była w pobliżu, kiedy walczyłeś z tymi cholernymi Irdińczykami. Akurat zjawiła się w pracowni sztuk ciemnych, gdy zaatakowała cię ta siła. - Spojrzał nekromancie w oczy spojrzeniem tak poważnym, że przeszedł go dreszcz. - Nie wydaje ci się to dziwne? - Zniżył nagle głos do szeptu. - Myślę, że ta sprawa może mieć związek z...no przecież doskonale wiesz z czym.
Mistrz sztuk ciemnych nie miał pojęcia z czym mogła mieć związek. Eles najwyraźniej był przekonany, iż posiada on wiedzę na temat czegoś, o czym w istocie nie ma pojęcia. Nie dał rady jednak wyciągnąć z jasnowidza tej tajemnicy, bowiem w tej właśnie chwili wydał on z siebie triumfalny okrzyk, unosząc dumnie ukończone dzieło.
- Ten kamień pozwoli ci widzieć to, co działo się tuż przed śmiercią Samen - mówił, jednocześnie pakując w pośpiechu wszystkie potrzebne przedmioty. - Niestety nie będzie to tak dokładne jak nekromancja. Ale proszę cię, z tym też nie przesadzaj. - Położył mu ręce na ramionach i spojrzał głęboko w oczy. - Uważaj na siebie.
Wyszedł pospiesznie, pozostawiając Erama w lekkim osłupieniu. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na jego okrzyki. Im szybciej znajdzie się w pobliżu swojej ukochanej i im szybciej oddali się od sprawek Vinary, tym lepiej.

Nekromanta powoli obracał klejnot w dłoniach, siedząc w starym, mocno zniszczonym fotelu, w niewielkiej kamienicy tuż nad morzem. Jej wszystkie okiennice zostały przed laty zabite deskami, a meble okryto płótnem. W ciepłym i dusznym powietrzu unosił się kurz.
Wybrał do rozmyślań to spokojne - w porównaniu do jego domu - miejsce, lecz mimo to nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Zaklętą w kamieniu wizję oglądał już dziesiątki razy, ale była zbyt niedokładna, by mógł wywnioskować coś nowego. Nie zawierała ani dźwięków, ani myśli, ani też nie dało się z jej pomocą zbadać panującej w pomieszczeniu magicznej aury. Wszystko co mógł w nim zobaczyć, już wiedział dzięki rytuałowi. Na domiar złego, znowu zaczynał się ten jego dziwaczny stan półświadomości.
„Przecież nie muszę rozwiązywać już dalej tej sprawy” – przekonywał sam siebie. - ”Ci dziwni magowie w czarnych szatach zostali ukarani. Jaki to ma właściwie sens?” - Zamknął oczy, przywołując do siebie wspomnienie egzekucji. - „Te czarne... Czarne... Czarne?” - to jedno słowo wbiło mu się w umysł. - „Na pewno czarne?” - spytał na głos podejrzliwie.
Przeciągnął się rozleniwiony. Nie miał ochoty robić tego znowu, ale obejrzał wizję jeszcze raz. Istotnie, ubranie człowieka, który zamordował Samen na pewno było czarne. Był też wcześniej w galerii i też w cza...
„Czarnym czy tylko ciemnym?!” - Ta myśl była dla niego niczym uderzenie młota. Wyobrażenie spotkanego przez bibliotekarkę tajemniczego osobnika, który zniknął na chwilę i znów pojawił się, by ją zabić idealnie pasowała do horroru, ale w rzeczywistości nie miało to sensu. Tak mocno uczepił się tego obrazu, że przeoczył oczywisty fakt! Znajdowała się tam jeszcze jedna osoba, która mogła być jedynym żywym świadkiem. Na dodatek do galerii musiała wejść z zamkniętej części biblioteki, co znaczyło, że jest jednym z magów Zakonu.
Przyjrzał się temu człowiekowi jeszcze raz. Tym razem z wielką uwagą... Zamarł. To ubranie potrafiłby rozpoznać każdy mieszkaniec Anivr. Zawsze wywoływało zamieszanie. Jego widok mógł zwiastować zarówno rychłą śmierć lub pewne wybawienie. Właściwie to nie ubranie – to mundur. Charakterystyczny, ciemnozielony mundur ludzi Strefy. Podobny do zwykłego płaszcza zakonników, lecz znacznie krótszy i wykonany z bardziej wytrzymałego materiału.
Eram nie bał się ludzi Strefy. Przynajmniej większości z nich. Był mistrzem sztuk ciemnych i wiele razy już z nimi współpracował. W pamięci miał jednak dwa zdania, które wszystko zmieniały.
„Mój syn powiedział tylko, że pójdzie do części zamkniętej. No to zacząłem czytać tę jego księgę. Wtedy przyszła do mnie ta bibliotekarka.”
„Ta jego sąsiadka mówiła tylko, że był magiem i zginął w katastrofie statku „Śpiew Mewy””
Nazwa statku nie bez powodu wydawała mu się znajoma. Opowiadał mu o tej katastrofie inny mag, który razem z nim wykonywał zlecenia dla Strefy. Miała ona miejsce po naprawdę dużej aferze rozpracowanej przez najlepszych Anivrskich agentów. Ktoś wysoko postawiony, kto również miał swój udział w skandalu, zamierzał ujawnić ich nazwiska, lecz informacja o tym została przechwycona i urządzono wielką mistyfikację. „Śpiew Mewy” nigdy tak naprawdę nie zatonął. Imaron nie był aż tak szalony, jak się wszystkim wydawało.
Stawiało to wszystko przed Eramem kolejny problem – co jeden z najgroźniejszych ludzi tajnych Anivrskich służb robił tam w chwili popełnienia przestępstwa z dziennikiem mistrza Kevrena? Na dodatek, umundurowany. Czy przyszedł tam, by chronić to, co chcieli zdobyć Irdińczycy? Czy był to dziennik mistrza Kevrena? Jeśli tak to jaki związek ma z tym Samen? Czy to dlatego, że widziano go z tą książką został zaatakowany, a nie dlatego, że prowadził śledztwo?
Do chaosu panującego w jego umyśle dołączyły jeszcze wspomnienia słów Elesa. Czy Vinara jest w to wszystko zamieszana? Czy to ona zaatakowała go swoim umysłem?
Ogarnęła go wściekłość.
Wstał chwiejnie. Musiał iść do biblioteki. Musiał znaleźć księgę prawdopodobnie wartą więcej niż ludzkie życie. Musiał dowiedzieć się, co było prawdziwą przyczyną. Musiał dowiedzieć się czy kobieta, którą od lat uważał za przyjaciółkę i przewodniczkę w sprawach duchowych dopuściła się czynu niegodnego prawdziwego sługi Avarena. Musiał. Nie bał się. Jeśli mógł komuś podpaść, to i tak już to zrobił.
Wyszedł z budynku i ruszył w stronę centrum. Szybko się męczył i co kilka kroków syczał czując ból w całym ciele. Ciągle przystawał, zastanawiając się, czy nie lepiej było by gdyby poszedł tam innym razem lub poprosił o to kogoś będącego w pełni sił, lecz nie mógł oprzeć się zagadce, gdy był już tak blisko jej rozwiązania. Paru znajomych, których spotkał, widząc jego stan, oferowało mu pomoc. Odmówił. Jeśli sprawy istotnie miały się tak, jak myślał, to wolał ich nie komplikować, wciągając w to kolejne osoby.
Dotarcie do budynku zajęło mu dużo ponad dwie godziny. Było tam pusto i cicho, gdyż pora była już późna. Nowa nadzorczyni biblioteki siedziała za barykadą zbudowaną z ksiąg oraz wielkiego dębowego biurka. Hol biblioteki był jasno oświetlony – zupełnie inaczej niż miało to miejsce w dniu śmierci Samen, lecz mimo to Eram zadrżał na myśl o podobieństwach.
„Spokojnie. Tą starą, stukniętą bibliotekarkę zamordowano w tym miejscu, ale to jeszcze nie znaczy, że biblioteka to gniazdo potworów” - próbował się uspokajać. - „Muszę być po prostu ostrożny.”
Podszedł do siedzącej przy blacie starszej kobiety.
- Przepraszam, czy mógłbym dostać dziennik Kevrena Saivare? - spytał.
Obrzuciła go nieco zdziwionym spojrzeniem.
- Tak, tak. Ten, który ostatnio oddawałem – dodał nieco speszony. Z powodu nadzwyczajnej wartości dziennika, czuł się podwójnie głupio.
- Obawiam się, że to może okazać się niemożliwe. Ktoś przed chwilą o niego pytał. Jest w dziale trzynastym części zamkniętej. Może pan...
Nekromanta nie usłyszał dalszych słów. Zupełnie zapominając o zmęczeniu i bólu pobiegł w tamtą stronę. W którymś momencie potknął się i oparł o jeden z regałów, przewracając go, lecz bez zastanowienia pomknął dalej. I tak nie było już starej Heydare.
Wpadł rozpędzony do działu trzynastego, lecz zaraz zatrzymał się gwałtownie. Na samym środku pomieszczenia, na ledwo wystającym ponad porozrzucane księgi meblu, którego nie dało się zidentyfikować, siedział mag. Trzymał w rękach otwarty dziennik i spoglądał na Erama z lekkim zaciekawieniem. Jego twarz wydawała się znajoma.
- Po co ci ta książka? - spytał.
Nekromancie zdało się, że słyszy w jego głosie rozbawienie.
- Edel Karmay jak mniemam. – Udawał, że niedosłyszał pytania.
- Istotnie. - Skinął głową. - Rozumiem, że pan to Eram Wilne.
Mistrz sztuk ciemnych aż skrzywił się ze złości słysząc określenie „pan”. Etykieta panująca w Zakonie nakazywała, by w stosunku do młodszych członków używać formy „mag” lub „brat”, a najlepiej w ogóle pomijać wszelkie zbędne określenia i zwracać się po imieniu. Słowo „pan” było przeznaczone dla obcych. Użycie go w stosunku do innego zakonnika miało sugerować, że adresat jest osobą, która nie powinna znaleźć się w szeregach Zakonu.
- Tak mnie zwą – odpowiedział, sycząc prawie.
- Szukał PAN tej księgi. Ja jej szukałem. Irdińczycy też jej szukali. Wszyscy jej szukaliśmy, choć jej zawartość zdaje się bezużyteczna – mówił jakby ze smutkiem. - Teraz mogę PANU powiedzieć czego wszyscy szukają. W końcu ja jestem zakonnikiem, a PAN jest funkcjonariuszem Straży Miejskiej. Nie powinienem PANA okłamywać. - Wydawał się zmęczony całą sprawą. - Obawiam się jednak, że w tej chwili w niczym to PANU nie pomoże. Na pewno chce PAN to usłyszeć?
Nekromanta skinął tylko głową. Wolał nie pokazywać raz jeszcze, jak bardzo dotknęła go arogancja tego człowieka.
- A więc... Hmm... Uważa się Kevrena za geniusza w swojej dziedzinie. Mimo to jego szkice są dla nas bezużyteczne. Potrzebują do działania takiej mocy, jakiej nie posiada żaden ze znanych nam magicznych artefaktów. Dziwne prawda? Niewielu wie, że dla niego wcale nie były bezużyteczne. Stworzył bowiem pewien klejnot. - Nagle ogarnął go entuzjazm. - To było dzieło sztuki! Magazynował ogromną moc będąc jednocześnie niewykrywalnym. Widzisz, to tak jakby nosić ze sobą niewidzialną armię magów! Wyobraź to sobie! Coś wspaniałego! - Edel wyraźnie zapomniał, że miał Eramowi okazywać pogardę. - Niestety, wyszło to na jaw dopiero po jego śmierci. Nikt nie miał pojęcia, gdzie go ukrył. Pogłoska głosiła, że jest on ukryty pośród szafirów z okładki jego dziennika. Nie wiemy jednak czy to prawda, ponieważ niektóre z nich dawno już odpadły. Być może jeden z najpotężniejszych artefaktów świata leży teraz w rynsztoku lub tkwi w biżuterii jakiejś damy. - Ostatnie zdania wypowiadał z wyraźnym smutkiem.
- A co wspólnego ma z tym Samen Heydare i Zaira Moyton?
- Chciałeś chyba powiedzieć Zaira Saivare. To, o ile mi wiadomo, jedyne dziecko Kevrena. Irdińczycy wierzyli święcie, że to ona lub jej matka posiadają klejnot. Przeszukałem dokładnie rzeczy ich obu i nic nie znalazłem. Obawiam się, że przepadł na zawsze. To smutne. – Mag zachmurzył się, a jego wzrok powędrował gdzieś w przestrzeń.
Eram spróbował oddalić się najdyskretniej, jak tylko potrafił, ale nawet jego umiejętności nic nie mogły zdziałać wobec wyszkolonego człowieka Strefy.
- Vinara nic ci nie powiedziała, prawda?
Zamarł. Nie miał pojęcia, co powinien odpowiedzieć.
Starszy z magów zaśmiał się krótko i bez wesołości.
- Oczywiście, że nie. Lepiej uważaj. Stara Elburn gra w grę, której nie może wygrać. Nikt nie może. Jeśli posiadasz coś naprawdę cennego to lepiej uważaj gdzie i kiedy chodzisz, jeśli nie chcesz skończyć jak Samen albo ten Wilfgard, co go w zeszłym roku zasztyletowali.
Nekromanta przypomniał sobie wieści o wspomnianym zabójstwie, po czym szybko się oddalił, wcale już nie próbując robić tego dyskretnie. Nawet nie zauważył, kiedy zniknął ból i otępienie.

Siedział w swoim gabinecie w budynku Straży Miejskiej i rozmyślał, bawiąc się już dawno przywłaszczoną sobie spinką. Było już tak późno, że tak właściwie to zaczynało robić się wcześnie, a on doszedł do nielicznych wniosków.
„Po pierwsze – to co zaatakowało mnie podczas rytuału, chciało chronić albo Samen albo wiedzę o klejnocie...”
Skrzywił się, gdy dotarło do niego, że słowo „albo” oznacza spore niejasności w tej sprawie.
„Po drugie – informacje o kamieniu muszą być w pewnych kręgach dość powszechne skoro dotarły nawet do...”
Ukrył twarz w dłoniach.
„Boże! A teraz w pewnych kręgach , co?”
Chciał wyliczać dalej, ale drzwi otworzyły się gwałtownie.
- Co ty tu robisz o tej godzinie? - spytał Raquel wyraźnie poruszony jego widokiem.
- Ja? Siedzę i myślę, a ty? - odpowiedział zupełnie zdezorientowany mag.
Strażnik popukał się w głowę.
- Jest piąta rano! Zaczyna się moja zmiana! A ty z niewiadomych przyczyn siedzisz tu po ciemku i nie wiem co robisz! W nocy budynek przeznaczony jest tylko dla strażników! - wściekał się. - Na dodatek nadal nie oddałeś tej cholernej spinki!
Wymruczał coś o stukniętych nekromantach robiących podejrzane rzeczy i wyszedł trzaskając drzwiami. Eram nawet tego nie zauważył. Po raz kolejny dotarła do niego prawda oczywista.
„Edel mógł przeszukać wszystkie ich rzeczy z wyjątkiem tych, które zabrałem.”
Wpatrzył się w niewielki szafir na spince. A przynajmniej w to co wydawało mu się dotąd szafirem.

W gabinecie Wielkiego Mistrza siedział Eram, Wielki Mistrz oraz Vinara, która jak zwykle zjawiła się w odpowiednim momencie.
Mimo obecności kobiety, opowiedział całą historię i oddał klejnot Thomasowi. Pamiętał bowiem słowa mistrza Karmay. Nie chciał zostać uwikłany w sprawy, o których nie miał pojęcia.
- Dziwna historia – mówił Wielki Mistrz, obracając klejnot w palcach. - Słyszałem wcześniej o artefakcie stworzonym przez Kevrena, ale nigdy bym się nie domyślił, w czyich rękach się znalazł. Powinniśmy częściej zajmować się takimi sprawami – stwierdził ze smutkiem.
Siedzieli przez kilka chwil w milczeniu. Żadne z nich nie miało pojęcia, jak to skomentować. Trudno było im uwierzyć, że coś tak drobnego, przez cały czas znajdującego się na wyciągnięcie ręki, posiadało tak niewiarygodną moc.
Ciszę przerwał przybyły posłaniec.
- Mistrzu! Do Saońskiego Ambasadora przysłano pieniądze przeznaczone na spłacenie długów! - wykrzyknął wyraźnie poruszony. Wszyscy doskonale słyszeli o Saońskich długach. To był już prawie związek frazeologicznych.
Na młodej twarzy starego maga odmalowało się niedowierzanie. Zerwał się, by móc jak najszybciej osobiście sprawdzić prawdziwość wieści. Chciał iść, lecz zdał sobie sprawę, że nadal trzyma kamień w dłoni. Przez chwilę nie wiedział, co z nim zrobić, po czym rzucił go na biurko.
- Wynocha! - krzyknął do Vinary i Erama.
Gdy wyszli, starannie zamknął drzwi.
Po jego odejściu kobieta-niziołek i mistrz sztuk ciemnych jeszcze długo stali na marmurowym tarasie i wpatrywali w panoramę Veverleyn. Niewiele mówili.
- Moi uczniowie na mnie czekają. Muszę iść – stwierdziła w końcu Vinara.
- Czekaj chwilę! - Zatrzymał ją dopiero, gdy schodziła już z tarasu. - Czy to nie ci uczniowie, którzy robili wtedy pracę dla profesora Sammerina?
- Tak, to ci. - Bardzo powoli skinęła głową, przyglądając mu się uważnie.
- Sprawdzałem ostatnio listę zatrudnionych w twojej szkole nauczycieli. - Umilkł na chwilę. - Nie ma wśród nich żadnego Sammerina.
Odeszła, nie odpowiadając. Widział w gładkim marmurze odbicie jej pełnej smutku i niepokoju twarzy.

Ruda, puszysta istotka wychynęła gdzieś z kąta gabinetu Wielkiego Mistrza i jednym susem wdrapała się na biurko. Obserwowanie z wysoka pogrążonego w ciszy pomieszczenia szybko jej się znudziło. Na szczęście w porę zauważyła ładny, ciemnoniebieski kamyk, który fajnie toczył się, gdy ruszyło się go łapką, a jak spadł na podłogę to wydał bardzo śmieszny dźwięk. Nie rozumiała zupełnie rozpaczy swego właściciela, kiedy ten odkrył brak kamyka. Bawiła się nim jeszcze jakiś czas, póki nie zgubiła go w jakimś ciemnym kącie pałacu. Lubiła polować. Nie lubiła, gdy ludzie zabierali jej ofiarę.
Co ten kot mógł poradzić na swoje zachowanie? Był przecież drapieżnikiem.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 20 lipca 2014, 20:53

To wróciłam do swojej Norki. To przeczytałam. To wypadałoby coś powiedzieć.

Zacznę może od tego, że choć zamieszczone - i słusznie - w dziale z fantasy, Twoje opowiadanie ma sporo cech kryminału. I jakkolwiek broni się jako tekst fantasy, niekoniecznie jako kryminał. Ale kryminał jest trudny (nie oznacza, że za trudny dla Ciebie w ogólności, ale sama pisałaś, że to Twoje początki z małą fabułą, więc poprzeczka z pewnych względów bardzo wysoko), wymaga bardzo specyficznego podejścia do konstruowania opowieści, pewnych konkretnych umiejętności i sposobu myślenia. Szczegółowego planowania. Ja na przykład wiem, że ze swoim sposobem myślenia nigdy dobrego kryminału nie napiszę. Jak z Tobą - nie potrafię powiedzieć, ale prawda jest przecież taka, że dopiero zaczynasz kształtować tak warsztat, jak i swój pisarski umysł, więc niczego nie wiadomo. Lubisz pytać, lubisz drążyć - to wróży bardzo dobrze tak ogólnie, może też tym specyficznym umiejętnościom. Na razie jednak jest na tym polu taki problem, że dajesz zagadkę, ale nie dajesz czytelnikowi szans na jej rozwiązywanie wraz z bohaterami. Kolejne odpowiedzi pojawiają się na bieżąco, wraz z odpowiednimi komentarzami i rekwizytami. Nie ma poszlak, nie ma tropów, nie ma gry, a to powoduje, że wątek kryminalny odpada jako ten, który mógłby przywiązać czytelnika do tekstu. Co więcej, rozwiązanie jakie dostaję, zupełnie mnie nie satysfakcjonuje. Niby wszystko rozumiem, a nie rozumiem. Dostaję wyjaśnienie, ale w nie nie wierzę. Trochę grubymi nićmi szyte. Jakby układane z wizji, ale nie z logicznych wniosków.

Powyższa uwaga w żadnym razie nie dotyczy samego zakończenia i pointy - ta podobała mi się bardzo :D Uśmiechnęłam się, widząc, jak dystansujesz je względem całego tekstu i jak puszczasz oko do czytelnika. Bardzo ładne jest też wyjaśnienie tytułu w ostatnim zdaniu. Przyznam, że to była niezła zmyłka - zresztą dałam się wkręcić, jak tak patrzę na swój komentarz do pierwszej odsłony :D Także ten, brawo.

Drugim elementem, który mógłby pociągnąć tekst, jest główny bohater. Ale tu też troszkę sprawa kuleje. Żeby nie było, moim zdaniem Eram ma zadatki - jednak zdołał zdobyć sobie moją sympatię, choć - tak całkiem szczerze - nie do końca jestem pewna czym. Natomiast na pewno nie przywiązałam się do niego na tyle, by przejmować się jego losem. Tak po prawdzie to niespecjalnie mu współczułam z powodu kolejnych rewelacji, aż wreszcie zaczęły mnie one irytować, bo jakoś tak nic z nich nie wynikało i jakoś tak beznamiętnie napisane.

Właśnie - beznamiętność. To jest to słowo, którego szukałam i to słowo, które oddaje mój główny zarzut dotyczący Twojej narracji. Widać, że próbujesz się dystansować. Nie wiem, może obawiasz się trochę, żeby nie wyszło rzewnie, miałko i egzaltowanie? Tylko że jednak trochę emocji w narracji nie zaszkodzi ;) Na pewno pomogłoby mi się to przywiązać do postaci i przejąć wydarzeniami. Kiedy opowiadającemu jest wszystko jedno, mnie też zaczyna być - taka siła języka. Więc może podczas następnych prób pozwól sobie na więcej uczuć? Nawet gdybyś miała przegiąć, to przecież od tego są pisarskie próby, żeby lądować w rowach, otrzepywać kolana, wyciągać wnioski i iść dalej, nie?

Zdecydowanie najmocniejszą osią jest świat, ale tu rozumiem to, co pisałaś wcześniej o swoich utworach - że światy są za duże w stosunku do tekstów. I istotnie - są. Masa informacji, choć nawet ciekawych, okazała się w ostatecznym rozrachunku całkowicie zbędna. Pojawiały się postaci epizodyczne zupełnie nieosadzone w fabule. Bałagan się z tego zrobił. Lepiej byłoby, gdybyś ograniczyła liczbę wątków, jakie poruszasz, ale poprowadziła je od początku do końca, przygotowując im miejsce, nim wykorzystasz, i odpowiednio zamykając.

Z technicznych: zdarzało Ci się brzydko mieszać czasy. Tu akurat wyglądały niezręcznie zarówno teraźniejszy, jak i przyszły. No i ten... zawsze wydawało mi się, że Raquel to tylko męskie imię ^^

Straszny ten komć, nie? Takie mam wrażenie, że strasznie dużo złych rzeczy napisałam, chociaż przeczytałam szybko, chociaż zakończenie pozostawiło miłe wrażenie i chociaż nie zabierałam się jak pies do jeża, a przerwa między zamieszczeniem a skomentowaniem wynikała głównie z weekendu poza mieszkaniem. Wierzę jednak, że mogę sobie na to pozwolić. Natomiast Twoja główna obawa niechaj będzie rozwiana - zakończenie wyjaśnia wszystko ;) Więc się nie wieszaj ani nic.

No i ten, wielkie gratulacje za ukończenie!!! :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 22 lipca 2014, 13:17

Dobrze, że mam Kili, która pisze takie fajne, długie, mądre komentarze. :D Dziękuje. Zawsze miło mi kiedy ktoś jest w stanie przeczytać cały tekst i się nad nim zastanowić.

Zwróciłaś mi największą uwagę na średnio udany wątek kryminalny. Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia czemu oparłam na nim swoje opowiadanie. Nie jestem fanką kryminałów. Niewiele ich w życiu czytałam. Moja wena po prostu pobiegła w tą stronę, nie pytając mnie o zdanie. :D *Po zastanowieniu stwierdza, że w porównaniu do większości na tym forum to mało czytała.* Starałam się to ułożyć tak, by dało się domyślić zakończenia. Czasem aż za bardzo np. stwierdzeniami, że coś przypominało Eramowi coś co widział wcześniej jak np. szafir na spince albo próbując dać znak, że coś jest tu podejrzane jak np. profesor Sammerin czy nagłe pojawienie się dziennika. Tak mi to wyszło... jak wyszło.

Ciesze się, że zakończenie ci się podobało. Czy muszę mówić, że mam rudego kota, który baaaaardzo mi pomaga w codziennym życiu? :D Napisałam tak, ponieważ czułam, że nie mogę im tak po prostu dać wspaniałego klejnotu o niezwykłej mocy. To by było takie... rzygnięcie tęczą. Z resztą uwielbiam myśleć czasem jak takie głupie błędy potrafią wpływać na losy świata. :)

Jeśli chodzi o beznamiętność, to własnie nie wiem, o co chodzi. :( Nie rozumiem, co masz na myśli mówiąc, że narratorowi jest wszystko jedno. Nie wiem jak to zmienić, żeby było dobrze.

Ten nadmiar informacji to przyznaje nawet mi się w pewnym momencie rzucił w oczy. Na drugi raz postaram się go unikać, bo chyba wiem skąd się wziął. Wymyślanie tego świata to tak właściwie moje hobby. Potrafię to robić całymi dniami i wymyśliłam już masę postaci i różnych innych rzeczy. Czasami obecność niektórych z nich wydawała mi się po prostu oczywista np. obecność Norriena i Meszara, którzy są pierwszą rzeczą kojarzącą mi się z pracownią sztuk ciemnych. Następnym razem albo próbuje się nie rozpisywać tak na ich temat, albo umieszczę akcję w jakiejś innej rzeczywistości.

Nie rozumiem, o co chodzi z Raquelem. O.o

No i jeszcze raz dziękuję za komentarze. Bez nich chyba nie dałabym rady pisać, bo teraz zdaje mi się, że dużo lepiej wiem jak powinno wyglądać opowiadanie, a jak nie powinno. Miałam dużego stracha przed zarejestrowaniem się na forum. Na szczęście niesłusznie. Miałabym jeszcze do was tylko prośbę dotyczącą przeróżnych błędów. Nie chodzi mi o wypisywanie ich po kolei (bo już widzę jak się rwiecie do pracy :P) tylko chociaż napisanie jakie błędy się powtarzają często.

*Patrzy w górę.* Yyy... chyba nie powinnam się aż tak rozpisywać nad własnym tekstem.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 22 lipca 2014, 13:30

Ależ prosz, cieszę się, że mogę się przydać do czegoś rozwijającemu się talentowi ;)

Jeśli chodzi o beznamiętność - to oczywiście wrażenie subiektywne, ale postaram się jakoś ubrać je w konkrety. "Drapieżnik" opowiadaniem humorystycznym jednak nie jest, prawda? Nie jest też ciężkim, dołującym dramatem, ale jednak obfituje w kilka wydarzeń dość poważnych, a Eramowi fundujesz, było nie było, drogę przez mękę. Bardziej by mnie to ruszyło, gdyby narrator przejmował się tym, co się dzieje. Zwykle piszę, że za dużo słów ostatnio, ale tu, wydaje mi się, było ich nieco za mało. Sądzę, że komentarz by nie zaszkodził - podkreślenie na przykład, że śmierć młodej i niewinnej przecież dziewczyny to coś niesprawiedliwego i bolesnego. Nieco szerszy wgląd w to, co dzieje się w głowie Erama, podbudowanie mrocznej skądinąd atmosfery. Tymczasem jesteś bardzo zwięzła i rzeczowa, co powoduje wrażenie dystansu. Trochę bardziej relacjonowania wydarzeń niż ich opowiadania.

No a z Raquel - prosta sprawa. To żeńskie, autentyczne imię i trochę mnie tu zdziwiło, kiedy nazwałaś tak faceta ;) Ale możliwe też, że istnieje męska forma, nie będę się spierać. Niemniej chyba tworzyłaś swoje imiona.

I ja tam lubię, kiedy autor się rozpisuje w odpowiedziach ;) W sumie jestem do tego przyzwyczajona i trochę mi brakuje rozmów tego typu na L., więc dzięki za odpowiedź.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ