TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 195
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Coffee » 19 września 2018, 20:18

Historia tego tekstu jest taka: taki tytuł nosiło moje NaNo z roku 2016. Losy tego tekstu uczciwie opisuje jedynie angielskie określenie "crashed and burned", wszystko mi się tam rozjechało po jakichś 10k, jeśli nie wcześniej, i nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Minęło półtora roku, pomyślałam, że trochę żal mi tytułu, pomysłu na protagonistkę i dokładnie jednej (j e d n e j) (1) sceny, więc może bym coś z tym zrobiła.
Nie jestem pewna, co z tego wyjdzie, bo poza tą wstawką mam może 3/4 kolejnej, ale w sumie dawno nie pisałam niczego z bieżącym wrzucaniem na forum, więc spróbujmy.
Trochę uprzedzająco zapowiadam, że to jest tekst MOCNO ćwiczebny, bo miałam olbrzymią przerwę w regularnym pisaniu i pewnie będę popełniać dużo błędów (a przede wszystkim dublować swoje własne pomysły i zagrania). Także proszę o wyrozumiałość xD


Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo


ROZDZIAŁ I

Wchodzę do tramwaju i staję od razu z tyłu wagonu, przy szybie, twarzą do uciekającego miasta. Na zewnątrz pada, nie jakoś intensywnie, ale uporczywie. Jestem cała mokra i spocona, ale nie zapłakana.
Chyba wywaliło mi bezpieczniki.
Światło w tramwaju migocze, a pomiędzy jednym i drugim mrugnięciem z wagonu znikają pasażerowie. Znika babcia z ciężko obładowaną torbokółką, znika skacowany student i kobieta trzymająca za rękę grubo opatulone dziecko. Nie wiem, czy znikają naprawdę, ale brudna szyba już ich nie odbija.
Wyrazy najszczerszego współczucia, Serafino.
- Wypiździaj!
Słyszą mnie wszyscy, od motorniczego po ludzi czekających na przystanku, ale kultura w środkach komunikacji miejskiej nakazuje wariatkę ignorować, dopóki sama nie spadnie ze schodków. Wciskam kciuki w uszy, palce w oczy, miażdżę własną czaszkę, jakbym chciała ją wyżąć z szyderczych głosów.
Niezależnie od naszych różnic, nasza społeczność będzie bez niego dużo uboższa. Twoja strata musi być niewyobrażalna.
Pomogłyby amulety, ale te zostawiłam w domu. Pomogłyby proste zaklęcia, ale ręce mi zbyt drżą, a wizja rozkleja się na dwie. Opieram czoło o szybę i próbuję zaszlochać. Jęknąć. Cokolwiek. Ale twarz i gardło mam jak z kamienia, przeciągnięte szokiem i rozpaczą.
Nie powinnaś być przy zwłokach?
Powinnam, racji głosom odmówić nie mogę. Jestem jedyną żyjącą członkinią rodziny, a zatem spadkobierczynią wszystkiego, co Maksim za sobą zostawił.
Nawet nie wiem, jak umarł.
Nie mogę o tym myśleć. Czuję się, jakbym trzymała nad głową ogromny popękany wazon, z którego wycieka wrzątek. Parzy mi palce, ale muszę go trzymać i działać, póki jeszcze nie trzasnął. Jeden nieostrożny ruch i zaleje mnie ukrop, i stracę jakąkolwiek możliwość myślenia. Więc dźwigam to wszystko i staram się nie zadzierać głowy. Patrzę w ziemię, liczę kroki, nie nachodzę na krawędzie płyt w chodniku.
Dowiedziałam się o śmierci Maksima rano, dokładnie o piątej dwadzieścia jeden, kiedy mój sen został rozdarty na cztery części i po środku tego, co zostało, stanął znajomy onejromanta. Wyglądał jak postać wycięta z innego komiksu, jakby nie miał czasu dostosowywać się do snu, w którym mnie znalazł.
- Musisz uciekać – to było jedyne, co powiedział, a ja odzyskałam przytomność już wisząc nad umywalką ze szczoteczką do zębów w dłoniach.
A zatem uciekałam, a przynajmniej chciałam to zrobić, ale miasto okazało się zapieczętowane. Straciłam kilka godzin błąkając się po dworcach, zawsze w ostatniej chwili spóźniając na pociągi, które mogłyby mnie wywieźć w bezpieczne miejsce, albo czekając na taksówki, które nie nadjeżdżały. Gdy dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie, przewegetowałam kilka godzin w kącie przydworcowego baru. Nikt tam nie zwracał na mnie uwagi, więc mogłam ulec lekkiemu atakowi paniki.
Czaszkę wypełniała mi wata.
Normalni ludzie pewnie w pierwszej kolejności zwróciliby się do swojej rodziny – którą właśnie tego dnia straciłam – lub przyjaciół – z którymi nie chciałam rozmawiać. Nie zniosłabym ich, tego ich „wszystko będzie dobrze”, „jak się czujesz”, „i co teraz”. Nie potrafiłabym współpracować; nigdy nie nauczyłam się tej roli. Próbowaliby mnie pocieszać, dobry Boże, a ja dla świętego spokoju musiałabym udawać, że to faktycznie mi pomaga, i oczywiście skończyłoby się na tym, że to ja dbam o ich dobre samopoczucie.
Nawet przez moment, aż do teraz, nie przyszło mi do głowy pytanie, przed czym właściwie kazał mi uciekać onejromanta.
Nie jest jakoś strasznie późno, ale zła pogoda w listopadzie oznacza mrok już koło szesnastej. Znad grubej warstwy odrętwienia powoli zaczynają wyłaniać się potrzeby bardziej pierwotne niż żałoba – głód, pragnienie, ciśnienie w pęcherzu. Zaczynam śmierdzieć.
Maksim, dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie mogę stawić czoła temu, co po sobie pozostawił. Rozpieczętowany dom, ograbione półki, no i on sam, bezwładny i cichy, w jakimkolwiek stanie by nie był po śmierci. Ktoś powinien zamknąć mu oczy, posprzątać w kuchni, uporządkować biurko.
Miał sojuszników, którzy nadają się do tego o wiele bardziej jak ja.
Wysiadam z tramwaju i idę bez celu ulicami dzielnicy fabrycznej i gdzieś pojawia mi się myśl o znalezieniu jakiegoś pokoju – albo i miejsca w pokoju – na tę noc. Jakiegoś anonimowego zakątka, podobnego temu na dworcu.
I co dalej, pyta ta część mojego mózgu, która nie uległa panice i próbuje operować dużym, nieposłusznym, i coraz bardziej rozregulowanym ciałem. Nigdy już nie wrócisz do domu? Ani do swojego mieszkania?
Może więc i lepiej, że ci, przed którymi miałam uciekać, w końcu mnie znajdują.
- Stój – mówi ktoś, więc przyśpieszam. Nie odważam się biec, ale lawiruję pod prąd w rzece robotników wracających z drugiej zmiany. Przeklinają mnie, całkiem zresztą słusznie. – Serafino!
Wal się.
Głos jest męski i go nie rozpoznaję. Szukam po kieszeniach jakichś podręcznych kamieni – jeśli byłyby naładowane, mogłabym coś z nich wyczarować, ale nawet puste sprawdziłyby się po prostu jako pociski.
A potem zastawiają mi drogę i wpadam prosto na nich, odbijając się wręcz od mężczyzny, który ogólną posturą i niewzruszeniem przypomina szafę. To brzmi zabawnie, ale w rzeczywistości wcale takie nie jest; boli mnie lewa strona twarz i nos, z trudem utrzymują równowagę. Zanim zorientuję się, że mężczyzna ma na sobie mundur milicjanta, ktoś łapie moje ręce i tyle, po zabawie.
- Serafino Hrałecka – mówi ten sam głos, który wołał mnie na ulicy. – Jesteś wezwana do przesłuchania w związku ze śmiercią Maksima Truszaka. Nie stawiaj oporu.
Chyba czuję ulgę.

*

Nie mówią mi, jak umarł. Bardzo starają się omijać ten temat, zresztą może zakładają, że ja wiem. Nie jestem o nic podejrzana, zapewniają, po czym zamykają drzwi na klucz. Jesteśmy w relatywnie nowej kamienicy, ale okna są zalepione czarnymi arkuszami, a wewnątrz pachnie paloną kawą i cukrem. Gdzieś w budynku coś dudni. Nie mam pojęcia, co to mogłoby być.
- Proszę przyjąć wyrazu najszczerszego współczucia – mówi Krzysztof Szawiłło, czyli właściciel głosu wołającego mnie w dzielnicy robotniczej. Ma faktycznie smutny wyraz twarzy i stara się być uprzejmy, ale co z tego. – Wszyscy wiemy, kim był dla panienki Maksim.
Maksim Bohater. Maksim Obrońca. Maksim, który jednym klaśnięciem obronił rubież przed zalewem dzikiej hordy. Legendarny Polesiak, który z wzajemnością adoptował to miasto.
Szukam własnego głosu i zmuszam się, żeby go użyć.
- Co się stało?
- Mieliśmy nadzieję, że panienka nam powie.
- Ja nie wiem… - Gardło mnie zdradza, muszę na chwilę przerwać. Szawiłło podsuwa mi chusteczkę, ale ignoruję jego wyciągniętą dłoń. – Skąd…
- Kiedy była panienka u niego ostatni raz?
- W niedzielę.
Wrócił właśnie z podróży i planował kolejną, na północ. Odpytywał, jak idą mi studia i przy przywiezionej z Bałkanów śliwowicy opowiadał anegdotki z podróży. Dostałam w prezencie – zawsze mi coś przywoził – osmański czajniczek do parzenia kawy.
- I kiedy mieliście się spotkać ponownie?
- W następną niedzielę.
Po mszy, na które on chodził, a ja nie, bo nigdy nie udało mu się skutecznie we mnie zaszczepić tego zwyczaju. W cerkwi nudziłam się, wierciłam, mimo upomnień i posykiwań biegałam między nogami. Głośno protestowałam przy każdej niedzielnej pobudce, dopinając swego w wieku dziesięciu lat, gdy Maksim ostatecznie się poddał i zostawił mój religijny rozwój w spokoju. Mój triumf trwał krótko, bo szybko okazało się, że w swojej cudownie odzyskanej godzinie i tak nie miałam się z kim bawić – moi rówieśnicy w tym czasie nudzili się, wiercili i biegali pod nogami innych ludzi w innej świątyni.
Głos Szawiłły jest cichy, ale stanowczy i skupiony. Każde pytanie ma zadanie wydobyć konkretną informację. Lawiruje wśród mojego własnego zamglenia.
- Czy wspominał o innych planach w ciągu tygodnia? Spotkaniach, może obowiązkach?
Próbuję się skupić. Nie, żeby sobie przypomnieć – raczej żeby ocenić, czy powinnam zdradzać temu nieznajomemu jakiekolwiek szczegóły. Tallinn, Helsinki, a potem prosto na północ, aż na Svalbard; sama nie wiedziałam, czego tam szukał, ale ludzie pokroju Szawiłły lubią sami dopisywać motywy ludziom.
Te msze – te, od których uwolniłam się jako dziecko – to przez nie zaczęłam z nudów w niedziele zakradać się do warsztatu Maksima i eksperymentować ze wszystkim, co tam znalazłam. Kuć talizmany i zamykać uroki, kisić zaklęcia, destylować klątwy. To były zabawy, niepoparte absolutnie żadną wiedzą. Gdyby Maksim przez przypadek kiedykolwiek użył któregoś z moich tworów, niechybnie skończyłoby się w ofiarach śmiertelnych, ale na szczęście do tego nie doszło.
- Panienko. Panienko?
- Nie – mówię. – Rozmawialiśmy o Bałkanach.
Ale to też ich interesuje; z kim się tam widział, po co jechał, jak długo go nie było? Czy znam jego plan podróży? Czy wiem, gdzie się zatrzymywał? Ktoś za plecami Szawiłły szepce „Zagrzeb”, unoszone są brwi, otwierane notatniki.
Nikt już nie mówi w mojej głowie. Wrogowie Maksima zamilkli? Przysłuchują się? A może po prostu jestem w izolowanym budynku, bezpiecznie ukryta przed kimkolwiek, kto chciałby mnie szukać.
Przed czymkolwiek, co miałoby mnie ścigać.
- Nie wiem nic więcej – mówię i sama jestem zaskoczona, jak dobrze mi wychodzi udawanie zirytowanej. Nie czuję tego, w ogóle nic nie czuję oprócz kapcia w ustach i pieczenia w oczach. – Chcę wrócić do domu.
Szawiłło chyba miał nadzieję, że te słowa nie padną. Kręci dookoła spojrzeniem, stuka długopisem w kartkę. Odchrząkuje.
- To póki co nie będzie możliwe.
- Dlaczego?
- Proszę się postawić w naszym miejscu – mówi łagodnie i to mnie kompletnie zbija z pantałyku. – Musimy wyjaśnić jak najwięcej jak najszybciej. Pani jest najbliższą dla zmarłego osobą. Bez pani nie ruszymy z miejsca.
- Zaraz. – Prostuję się w krześle, zaciskam dłonie na blacie. – Próbujecie mi powiedzieć, że jestem podejrzana?
- Nie…
- Nie jestem podejrzana?
Szawiłło jakby się lekko mobilizuje.
- Póki co nie.
- A zatem nie możecie mnie tu przetrzymywać.
- Możemy spróbować.
- Tak – warczę i nagle stoję, nie wiem kiedy to się stało. – Spróbować możecie.
Za plecami mam okno, przed sobą ze cztery umundurowane osoby, które blokują mi drzwi. To, co teraz robię, nie spodobałoby się Maksimowi – o tym staram się nie pamiętać.
- To może zrobimy tak – odzywa się nagle jakaś młoda, drobna kobieta z kapralskimi insygniami na ramieniu. – Potrzebujemy panny Hrałeckiej na Lwowskiej. Jedźmy tam teraz, a potem w ramach podziękowań odwieziemy pannę, gdziekolwiek sobie zażyczy.
Nie mam ochoty jechać na Lwowską. To ostatnie miejsce, w którym chcę się teraz znaleźć – może to właśnie przed nim uciekałam cały dzień. Zamykam oczy i jakoś udaje mi się nie rozpłakać.
Mam wrażenie, że wrzątek zaczyna kapać mi na twarz.
- Dobrze – wyduszam z siebie, bo nie mam wyboru; bo to mądrzejsze niż rozpoczynanie bójki z milicją. – Jedźmy na Lwowską.
Do domu.
Do tego domu, w którym mieszkałam z Maksimem aż do zeszłego roku.

*

W aucie Szawiłło próbuje niezdarnie rozpoczynać pogawędkę, ale daje sobie spokój po czwartej próbie. Rozpłaszczam myśli, rozmieniam je na drobne: wszystko jest ważniejsze od komendanta i jego sunącego przez miasto auta, od udających uprzejme pytań i groźby aresztowania wiszącej w powietrzu. Uparcie patrzę na własne spocone ręce; z paznokci złazi mi lakier, a przy lewym kciuku zrobiła mi się nie wiedzieć kiedy zadra.
Trudno wyjaśnić, kim jest, kim był dla mnie Maksim. Nie wiem nawet, od czego zacząć. On pewnie nazwałby mnie po prostu „podopieczną”, bo to słowo bezpieczne, okrągłe i obejmujące wiele sytuacji. Może oznaczać siostrę, może córkę, może uczennicę – ja nie byłam w gruncie rzeczy żadną z nich.
Byłam tykającą bombą, którą rozbroił. Czymś w rodzaju oswojonego trojańskiego konia. Kolejną zagładą, której zapobiegł – a przynajmniej tak mówią.
- Panno Hrałecka?
Drzwi po mojej stronie są otwarte i młoda kapralka, która zaproponowała przywiezienie mnie na miejsce, wyciąga ku mnie pomocną dłoń. Chwytam ją i gramolę się z samochodu, wzdrygając od ciężkich, zimnych kropel deszczu, bo oczywiście zdążyło się rozpadać. Coś zimnego, być może woda, a może wcale nie, pełznie mi po karku, bo na całej Lwowskiej jest tłum. Wręcz roi się od ludzi. Kręcą się dookoła, gaszą tanie pety w skalniku Maksima, świecą latarkami po oknach. I kiedy wysiadam, czuję jak przez ten tłum wieść o mnie rozchodzi się niczym zmarszczka po wodzie.
Chyba zaraz zwymiotuję.
Kapralka ściska pocieszająco moje ramię. Albo pilnuje, żebym nie dała teraz drapaka.
- Ile osób jest w środku?
- Minimum.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Jego śmierć wpłynie na nas wszystkich.
To nie jest odpowiedź, ale nie drążę, bo zaczynają szczękać mi zęby. Dom Maksima to typowy budynek stylu powojennego – to znaczy, wygląda jak klocek, ale przylega do niego spory ogród, a w piwnicach dałoby się urządzić mieszkanie dla całej rodziny. Do głównego wejścia wchodzi się po schodach, na których teraz siedzi dwóch zmęczonych funkcjonariuszy. Zahaczam o jednego nogą po drodze.
Drzwi są uchylone, jak w barze albo kinie. Wchodzę, coś dudni mi w uszach, ręce bolą od zaciskania. Dom pachnie tak jak dom pachnieć powinien, znajomo, trochę kurzem, trochę kawą, trochę mokrą cegłą, a jednocześnie wszystko jest nie tak. Wszystkie drzwi są pootwierane, światła pozapalane. Idę dalej i ledwo dostrzegam twarze, które się ku mnie odwracają. Ktoś stoi w kuchni, chyba słyszę gotującą się wodę; ktoś inny przegląda książki z półek w salonie; na podłodze i dywanie jest mnóstwo błota.
Zatrzymuję się i nie mogę iść dalej.
Chciałabym mieć tyle siły, żeby ich wszystkich stąd wyrzucić – zamiast tego mam ochotę się rozpłakać. Gdzieś nad moją głową pada ciche polecenie, by wszyscy obecni wyszli na przymusową przerwę na dymka. Nikt nie protestuje, kilka głów się za mną odwraca.
- Czego ode mnie chcecie? – pytam, gdy zostajemy już tylko we dwie. – Nie wiem, jak umarł.
- My też nie – słyszę cichą odpowiedź.
Odwracam się, ale zanim cokolwiek powiem, do pokoju wchodzi Szawiłło. Chyba nie słyszał naszej rozmowy.
- To co? – mówi tonem, który bardzo źle maskuje napięcie. Twarz błyszczy mu od potu albo deszczu. – Na górę?
Nie mam wyboru, idę na górę, jeden krzywy krok za drugim. Podłoga jest miękka, ściany elastyczne. Prowadzę; mogłabym tę trasę przejść we śnie. Wiem, które stopnie skrzypią i gdzie w poręczy jest niebezpieczna drzazga.
Idę do gabinetu Maksima i staję przed zamkniętymi drzwiami.
Zapieczętowanymi drzwiami.
Moc, z którymi je zatrzaśnięto, aż odbija mi się czkawką. Wysychają mi gardło, oczy i włosy, wilgoć paruje z wełnianego trencza. Niemal słyszę pomruk energii, niczym z linii wysokiego napięcia.
A potem zrozumienie spada mi całym ciężarem na kark.
- Boże.
Nie wiedzą, jak umarł, bo nie mogli się tam dostać.
- Pieczęć nałożono od środka.
Rozlega się ryk, a potem huk – to ja, nie rozumiem, coś się przelało, wywaliły w końcu bezpieczniki i walę w drzwi zaciśniętą pięścią, nie bacząc na to, że przypala mi to włoski na palcach, że czuć w powietrzu swąd. Pieczęć atakuje mnie natychmiast, czuję jej sploty wgniatające się między żebra, jej pływ kołysze mi krwią. Wchodzę w nią cała, wsadzam rękę prosto w rozgrzebane, sypiące iskrami gniazdo.
Ciągłe słyszę swój własny krzyk, ale prę dalej.
Znika cichy szum, który słyszałam od rana, znika osłabienie, wizja się wyostrza; pobielałe palce wsuwam w drewno aż po knykcie, przesuwam glify i przekleństwa, jedna warstwa za drugą, nawet te podlaskie, nawet te starożytne. To litery Maksima; nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Nie śmiem dokończyć tej myśli – zuchwałej, bezczelnej – tej, że w wypadku kogoś takiego jak Maksim śmierć łatwo pomylić z czymś innym.
Zamykam usta jakbym ściągała do siebie dwa kolejowe tabory. Prostuję plecy i niemal słyszę trzask łamanych kości. Ale pieczęć ustępuje: powoli, słowo po słowie usuwam jej żądła, uspokajam, zabieram znaczenie.
Kiedy kończę, sosnowe drzwi są jedynie kilkoma spróchniałymi deskami. Nie oglądając się za siebie, wykopuję sobie w nich przejście.
- Maksim? Maks…
Widzę go.
Siedzi przy swoim szerokim, sprowadzanym z Norwegii biurku. Jest biały jak śnieg, patrzy donikąd matowymi, wytrzeszczonymi oczami, z grymasem bólu wpisanym już na stałe w przystojne rysy. Zacieki krwi prowadzą z jego ust, uszu i nosa; dawno już zdążyły okrzepnąć. W gabinecie okropnie cuchnie trupem.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1857
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Leż, gdzie padłeś i patrz w niebo

Post autor: Kruffachi » 22 września 2018, 11:15

Zanim przejdę do komentarza - drobiazg taki. Masz błąd interpunkcyjny w tytule. Przed "i" powinien znaleźć się przecinek, bo "gdzie" rozpoczyna wtrącone zdanie podrzędne. No.



Ależ to dobre było, jeżyku. Jak mi Twojego pisania brakowało. To znaczy, jasne, jest Zachód, ale Zachód już znam i wracam do niego z sentymentu. Nie odczuwam jednak w pełni napięcia, jakie kreujesz, i nie mam tej radości, którą mi zawsze Twoje teksty sprawiają w kwestii powolnej rekonstrukcji świata, w który wrzucasz zwykle bez litości, od razu na głęboką wodę (a ja to lubię) i odkrywania nowych postaci, kiedy jeszcze nie wiem, czego się po nich spodziewać. No i wiem przecież, jak potrafisz zakręcić fabułą, więc szalenie mnie cieszy, że wkraczam na nieznany teren i wszystko to dostanę jeszcze raz.

Początek jest naprawdę, naprawdę dobry. Jestem zachwycona. To znaczy ja wiem, sięgasz po motywy, które w takiej czy innej mierze gdzieś już wykorzystywałaś, ale dla mnie to gra tu bardzo dobrze, bo czuć taką absolutną pewność w ręce, która trzyma dłuto. Nie pierwszy raz widzę, jak operujesz splataniem magii i przestrzeni miejskiej i to znowu wychodzi znakomicie. Zdania o zapieczętowanym mieście mnie trafiły bardzo mocno, tak jak to, jak się owo zapieczętowanie objawia - w taki zwyczajny, zdawałoby się, sposób, ale jednak ogromnie frustrujący i w dalszej perspektywie - przerażający. Masz zdolność do operowania takimi "zwyczajnymi" motywami w niezwyczajny sposób i nie potrzebujesz nie wiadomo jakich fajerwerków, żeby odmalować grozę. Nie pierwszy raz też spotykam się z tak plastycznymi opisami magii w Twoim wykonaniu i je też bardzo lubię. Te porównania, te wrażenia zmysłowe - to skupienie się na doświadczającym magii, a nie na jej efektach.

O samej Serafinie trudno cokolwiek konstruktywnego powiedzieć, bo jednak poznajemy ją w sytuacji bardzo skrajnej, ale jest prawdziwa. To znaczy nie wiem, na ile mogę wyciągać wnioski na temat jej charakteru na podstawie obecnego złamanego zachowania, ale z pewnością wiem, że w żadnym momencie nie miałam wrażenia, że tak nie mogłoby być. Ten obraz jest spójny i jest przekonujący.

Punkt wyjścia dla historii też bardzo Twój, bo nie ma łagodnego wprowadzenia, od razu pewien punkt przełomowy. I ja to też lubię, i wiem, że na wyjaśnienia przyjdzie czas, zresztą już zaczęłaś ich trochę umieszczać tam, gdzie tekst potrzebował ciut oddechu - wszystkie akapity o chodzeniu i nie chodzeniu do cerkwi chociażby.

Serio, jestem pod wrażeniem, tęskniłam za tym i było mi bardzo dobrze podczas czytania. Wszystko też dość wyraźnie widziałam - począwszy od tramwaju, a na gabinecie Maksima skończywszy. Zapach domu, tułaczka po dworcu. To jest wszystko bardzo ładne. I jeszcze jedna charakterystyczna dla Ciebie rzecz, którą miło było znów zobaczyć - to ubieranie stanów emocjonalnych w metafory i sięganie do nich potem jednym celnym zdaniem. Tu mi oczywiście chodzi o ten motyw trzymania wrzątku nad głową i - parę(naście) akapitów dalej - zdanie o tym, że wrzątek zaczął kapać na twarz. To jeden z tych chwytów, które mi się zawsze u Ciebie bardzo podobały. I ja wiem, że masz pewne parcie na walkę z ulubionymi chwytami, ale to jest fajny śrubokręt. Tak zaznaczam, gdyby Ci przyszło do głowy go wywalać.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Horehronie
Posty: 15
Rejestracja: 18 września 2018, 11:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Horehronie » 25 września 2018, 13:26

SpoilerShow
Coffee pisze:
19 września 2018, 20:18
Historia tego tekstu jest taka: taki tytuł nosiło moje NaNo z roku 2016. Losy tego tekstu uczciwie opisuje jedynie angielskie określenie "crashed and burned", wszystko mi się tam rozjechało po jakichś 10k, jeśli nie wcześniej, i nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Minęło półtora roku, pomyślałam, że trochę żal mi tytułu, pomysłu na protagonistkę i dokładnie jednej (j e d n e j) (1) sceny, więc może bym coś z tym zrobiła.
Nie jestem pewna, co z tego wyjdzie, bo poza tą wstawką mam może 3/4 kolejnej, ale w sumie dawno nie pisałam niczego z bieżącym wrzucaniem na forum, więc spróbujmy.
Trochę uprzedzająco zapowiadam, że to jest tekst MOCNO ćwiczebny, bo miałam olbrzymią przerwę w regularnym pisaniu i pewnie będę popełniać dużo błędów (a przede wszystkim dublować swoje własne pomysły i zagrania). Także proszę o wyrozumiałość xD


Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo


ROZDZIAŁ I

Wchodzę do tramwaju i staję od razu z tyłu wagonu, przy szybie, twarzą do uciekającego miasta. Na zewnątrz pada, nie jakoś intensywnie, ale uporczywie. Jestem cała mokra i spocona, ale nie zapłakana.
Chyba wywaliło mi bezpieczniki.
Światło w tramwaju migocze, a pomiędzy jednym i drugim mrugnięciem z wagonu znikają pasażerowie. Znika babcia z ciężko obładowaną torbokółką, znika skacowany student i kobieta trzymająca za rękę grubo opatulone dziecko. Nie wiem, czy znikają naprawdę, ale brudna szyba już ich nie odbija.
Wyrazy najszczerszego współczucia, Serafino.
- Wypiździaj!
Słyszą mnie wszyscy, od motorniczego po ludzi czekających na przystanku, ale kultura w środkach komunikacji miejskiej nakazuje wariatkę ignorować, dopóki sama nie spadnie ze schodków. Wciskam kciuki w uszy, palce w oczy, miażdżę własną czaszkę, jakbym chciała ją wyżąć z szyderczych głosów.
Niezależnie od naszych różnic, nasza społeczność będzie bez niego dużo uboższa. Twoja strata musi być niewyobrażalna.
Pomogłyby amulety, ale te zostawiłam w domu. Pomogłyby proste zaklęcia, ale ręce mi zbyt drżą, a wizja rozkleja się na dwie. Opieram czoło o szybę i próbuję zaszlochać. Jęknąć. Cokolwiek. Ale twarz i gardło mam jak z kamienia, przeciągnięte szokiem i rozpaczą.
Nie powinnaś być przy zwłokach?
Powinnam, racji głosom odmówić nie mogę. Jestem jedyną żyjącą członkinią rodziny, a zatem spadkobierczynią wszystkiego, co Maksim za sobą zostawił.
Nawet nie wiem, jak umarł.
Nie mogę o tym myśleć. Czuję się, jakbym trzymała nad głową ogromny popękany wazon, z którego wycieka wrzątek. Parzy mi palce, ale muszę go trzymać i działać, póki jeszcze nie trzasnął. Jeden nieostrożny ruch i zaleje mnie ukrop, i stracę jakąkolwiek możliwość myślenia. Więc dźwigam to wszystko i staram się nie zadzierać głowy. Patrzę w ziemię, liczę kroki, nie nachodzę na krawędzie płyt w chodniku.
Dowiedziałam się o śmierci Maksima rano, dokładnie o piątej dwadzieścia jeden, kiedy mój sen został rozdarty na cztery części i po środku tego, co zostało, stanął znajomy onejromanta. Wyglądał jak postać wycięta z innego komiksu, jakby nie miał czasu dostosowywać się do snu, w którym mnie znalazł.
- Musisz uciekać – to było jedyne, co powiedział, a ja odzyskałam przytomność już wisząc nad umywalką ze szczoteczką do zębów w dłoniach.
A zatem uciekałam, a przynajmniej chciałam to zrobić, ale miasto okazało się zapieczętowane. Straciłam kilka godzin błąkając się po dworcach, zawsze w ostatniej chwili spóźniając na pociągi, które mogłyby mnie wywieźć w bezpieczne miejsce, albo czekając na taksówki, które nie nadjeżdżały. Gdy dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie, przewegetowałam kilka godzin w kącie przydworcowego baru. Nikt tam nie zwracał na mnie uwagi, więc mogłam ulec lekkiemu atakowi paniki.
Czaszkę wypełniała mi wata.
Normalni ludzie pewnie w pierwszej kolejności zwróciliby się do swojej rodziny – którą właśnie tego dnia straciłam – lub przyjaciół – z którymi nie chciałam rozmawiać. Nie zniosłabym ich, tego ich „wszystko będzie dobrze”, „jak się czujesz”, „i co teraz”. Nie potrafiłabym współpracować; nigdy nie nauczyłam się tej roli. Próbowaliby mnie pocieszać, dobry Boże, a ja dla świętego spokoju musiałabym udawać, że to faktycznie mi pomaga, i oczywiście skończyłoby się na tym, że to ja dbam o ich dobre samopoczucie.
Nawet przez moment, aż do teraz, nie przyszło mi do głowy pytanie, przed czym właściwie kazał mi uciekać onejromanta.
Nie jest jakoś strasznie późno, ale zła pogoda w listopadzie oznacza mrok już koło szesnastej. Znad grubej warstwy odrętwienia powoli zaczynają wyłaniać się potrzeby bardziej pierwotne niż żałoba – głód, pragnienie, ciśnienie w pęcherzu. Zaczynam śmierdzieć.
Maksim, dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie mogę stawić czoła temu, co po sobie pozostawił. Rozpieczętowany dom, ograbione półki, no i on sam, bezwładny i cichy, w jakimkolwiek stanie by nie był po śmierci. Ktoś powinien zamknąć mu oczy, posprzątać w kuchni, uporządkować biurko.
Miał sojuszników, którzy nadają się do tego o wiele bardziej jak ja.
Wysiadam z tramwaju i idę bez celu ulicami dzielnicy fabrycznej i gdzieś pojawia mi się myśl o znalezieniu jakiegoś pokoju – albo i miejsca w pokoju – na tę noc. Jakiegoś anonimowego zakątka, podobnego temu na dworcu.
I co dalej, pyta ta część mojego mózgu, która nie uległa panice i próbuje operować dużym, nieposłusznym, i coraz bardziej rozregulowanym ciałem. Nigdy już nie wrócisz do domu? Ani do swojego mieszkania?
Może więc i lepiej, że ci, przed którymi miałam uciekać, w końcu mnie znajdują.
- Stój – mówi ktoś, więc przyśpieszam. Nie odważam się biec, ale lawiruję pod prąd w rzece robotników wracających z drugiej zmiany. Przeklinają mnie, całkiem zresztą słusznie. – Serafino!
Wal się.
Głos jest męski i go nie rozpoznaję. Szukam po kieszeniach jakichś podręcznych kamieni – jeśli byłyby naładowane, mogłabym coś z nich wyczarować, ale nawet puste sprawdziłyby się po prostu jako pociski.
A potem zastawiają mi drogę i wpadam prosto na nich, odbijając się wręcz od mężczyzny, który ogólną posturą i niewzruszeniem przypomina szafę. To brzmi zabawnie, ale w rzeczywistości wcale takie nie jest; boli mnie lewa strona twarz i nos, z trudem utrzymują równowagę. Zanim zorientuję się, że mężczyzna ma na sobie mundur milicjanta, ktoś łapie moje ręce i tyle, po zabawie.
- Serafino Hrałecka – mówi ten sam głos, który wołał mnie na ulicy. – Jesteś wezwana do przesłuchania w związku ze śmiercią Maksima Truszaka. Nie stawiaj oporu.
Chyba czuję ulgę.

*

Nie mówią mi, jak umarł. Bardzo starają się omijać ten temat, zresztą może zakładają, że ja wiem. Nie jestem o nic podejrzana, zapewniają, po czym zamykają drzwi na klucz. Jesteśmy w relatywnie nowej kamienicy, ale okna są zalepione czarnymi arkuszami, a wewnątrz pachnie paloną kawą i cukrem. Gdzieś w budynku coś dudni. Nie mam pojęcia, co to mogłoby być.
- Proszę przyjąć wyrazu najszczerszego współczucia – mówi Krzysztof Szawiłło, czyli właściciel głosu wołającego mnie w dzielnicy robotniczej. Ma faktycznie smutny wyraz twarzy i stara się być uprzejmy, ale co z tego. – Wszyscy wiemy, kim był dla panienki Maksim.
Maksim Bohater. Maksim Obrońca. Maksim, który jednym klaśnięciem obronił rubież przed zalewem dzikiej hordy. Legendarny Polesiak, który z wzajemnością adoptował to miasto.
Szukam własnego głosu i zmuszam się, żeby go użyć.
- Co się stało?
- Mieliśmy nadzieję, że panienka nam powie.
- Ja nie wiem… - Gardło mnie zdradza, muszę na chwilę przerwać. Szawiłło podsuwa mi chusteczkę, ale ignoruję jego wyciągniętą dłoń. – Skąd…
- Kiedy była panienka u niego ostatni raz?
- W niedzielę.
Wrócił właśnie z podróży i planował kolejną, na północ. Odpytywał, jak idą mi studia i przy przywiezionej z Bałkanów śliwowicy opowiadał anegdotki z podróży. Dostałam w prezencie – zawsze mi coś przywoził – osmański czajniczek do parzenia kawy.
- I kiedy mieliście się spotkać ponownie?
- W następną niedzielę.
Po mszy, na które on chodził, a ja nie, bo nigdy nie udało mu się skutecznie we mnie zaszczepić tego zwyczaju. W cerkwi nudziłam się, wierciłam, mimo upomnień i posykiwań biegałam między nogami. Głośno protestowałam przy każdej niedzielnej pobudce, dopinając swego w wieku dziesięciu lat, gdy Maksim ostatecznie się poddał i zostawił mój religijny rozwój w spokoju. Mój triumf trwał krótko, bo szybko okazało się, że w swojej cudownie odzyskanej godzinie i tak nie miałam się z kim bawić – moi rówieśnicy w tym czasie nudzili się, wiercili i biegali pod nogami innych ludzi w innej świątyni.
Głos Szawiłły jest cichy, ale stanowczy i skupiony. Każde pytanie ma zadanie wydobyć konkretną informację. Lawiruje wśród mojego własnego zamglenia.
- Czy wspominał o innych planach w ciągu tygodnia? Spotkaniach, może obowiązkach?
Próbuję się skupić. Nie, żeby sobie przypomnieć – raczej żeby ocenić, czy powinnam zdradzać temu nieznajomemu jakiekolwiek szczegóły. Tallinn, Helsinki, a potem prosto na północ, aż na Svalbard; sama nie wiedziałam, czego tam szukał, ale ludzie pokroju Szawiłły lubią sami dopisywać motywy ludziom.
Te msze – te, od których uwolniłam się jako dziecko – to przez nie zaczęłam z nudów w niedziele zakradać się do warsztatu Maksima i eksperymentować ze wszystkim, co tam znalazłam. Kuć talizmany i zamykać uroki, kisić zaklęcia, destylować klątwy. To były zabawy, niepoparte absolutnie żadną wiedzą. Gdyby Maksim przez przypadek kiedykolwiek użył któregoś z moich tworów, niechybnie skończyłoby się w ofiarach śmiertelnych, ale na szczęście do tego nie doszło.
- Panienko. Panienko?
- Nie – mówię. – Rozmawialiśmy o Bałkanach.
Ale to też ich interesuje; z kim się tam widział, po co jechał, jak długo go nie było? Czy znam jego plan podróży? Czy wiem, gdzie się zatrzymywał? Ktoś za plecami Szawiłły szepce „Zagrzeb”, unoszone są brwi, otwierane notatniki.
Nikt już nie mówi w mojej głowie. Wrogowie Maksima zamilkli? Przysłuchują się? A może po prostu jestem w izolowanym budynku, bezpiecznie ukryta przed kimkolwiek, kto chciałby mnie szukać.
Przed czymkolwiek, co miałoby mnie ścigać.
- Nie wiem nic więcej – mówię i sama jestem zaskoczona, jak dobrze mi wychodzi udawanie zirytowanej. Nie czuję tego, w ogóle nic nie czuję oprócz kapcia w ustach i pieczenia w oczach. – Chcę wrócić do domu.
Szawiłło chyba miał nadzieję, że te słowa nie padną. Kręci dookoła spojrzeniem, stuka długopisem w kartkę. Odchrząkuje.
- To póki co nie będzie możliwe.
- Dlaczego?
- Proszę się postawić w naszym miejscu – mówi łagodnie i to mnie kompletnie zbija z pantałyku. – Musimy wyjaśnić jak najwięcej jak najszybciej. Pani jest najbliższą dla zmarłego osobą. Bez pani nie ruszymy z miejsca.
- Zaraz. – Prostuję się w krześle, zaciskam dłonie na blacie. – Próbujecie mi powiedzieć, że jestem podejrzana?
- Nie…
- Nie jestem podejrzana?
Szawiłło jakby się lekko mobilizuje.
- Póki co nie.
- A zatem nie możecie mnie tu przetrzymywać.
- Możemy spróbować.
- Tak – warczę i nagle stoję, nie wiem kiedy to się stało. – Spróbować możecie.
Za plecami mam okno, przed sobą ze cztery umundurowane osoby, które blokują mi drzwi. To, co teraz robię, nie spodobałoby się Maksimowi – o tym staram się nie pamiętać.
- To może zrobimy tak – odzywa się nagle jakaś młoda, drobna kobieta z kapralskimi insygniami na ramieniu. – Potrzebujemy panny Hrałeckiej na Lwowskiej. Jedźmy tam teraz, a potem w ramach podziękowań odwieziemy pannę, gdziekolwiek sobie zażyczy.
Nie mam ochoty jechać na Lwowską. To ostatnie miejsce, w którym chcę się teraz znaleźć – może to właśnie przed nim uciekałam cały dzień. Zamykam oczy i jakoś udaje mi się nie rozpłakać.
Mam wrażenie, że wrzątek zaczyna kapać mi na twarz.
- Dobrze – wyduszam z siebie, bo nie mam wyboru; bo to mądrzejsze niż rozpoczynanie bójki z milicją. – Jedźmy na Lwowską.
Do domu.
Do tego domu, w którym mieszkałam z Maksimem aż do zeszłego roku.

*

W aucie Szawiłło próbuje niezdarnie rozpoczynać pogawędkę, ale daje sobie spokój po czwartej próbie. Rozpłaszczam myśli, rozmieniam je na drobne: wszystko jest ważniejsze od komendanta i jego sunącego przez miasto auta, od udających uprzejme pytań i groźby aresztowania wiszącej w powietrzu. Uparcie patrzę na własne spocone ręce; z paznokci złazi mi lakier, a przy lewym kciuku zrobiła mi się nie wiedzieć kiedy zadra.
Trudno wyjaśnić, kim jest, kim był dla mnie Maksim. Nie wiem nawet, od czego zacząć. On pewnie nazwałby mnie po prostu „podopieczną”, bo to słowo bezpieczne, okrągłe i obejmujące wiele sytuacji. Może oznaczać siostrę, może córkę, może uczennicę – ja nie byłam w gruncie rzeczy żadną z nich.
Byłam tykającą bombą, którą rozbroił. Czymś w rodzaju oswojonego trojańskiego konia. Kolejną zagładą, której zapobiegł – a przynajmniej tak mówią.
- Panno Hrałecka?
Drzwi po mojej stronie są otwarte i młoda kapralka, która zaproponowała przywiezienie mnie na miejsce, wyciąga ku mnie pomocną dłoń. Chwytam ją i gramolę się z samochodu, wzdrygając od ciężkich, zimnych kropel deszczu, bo oczywiście zdążyło się rozpadać. Coś zimnego, być może woda, a może wcale nie, pełznie mi po karku, bo na całej Lwowskiej jest tłum. Wręcz roi się od ludzi. Kręcą się dookoła, gaszą tanie pety w skalniku Maksima, świecą latarkami po oknach. I kiedy wysiadam, czuję jak przez ten tłum wieść o mnie rozchodzi się niczym zmarszczka po wodzie.
Chyba zaraz zwymiotuję.
Kapralka ściska pocieszająco moje ramię. Albo pilnuje, żebym nie dała teraz drapaka.
- Ile osób jest w środku?
- Minimum.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Jego śmierć wpłynie na nas wszystkich.
To nie jest odpowiedź, ale nie drążę, bo zaczynają szczękać mi zęby. Dom Maksima to typowy budynek stylu powojennego – to znaczy, wygląda jak klocek, ale przylega do niego spory ogród, a w piwnicach dałoby się urządzić mieszkanie dla całej rodziny. Do głównego wejścia wchodzi się po schodach, na których teraz siedzi dwóch zmęczonych funkcjonariuszy. Zahaczam o jednego nogą po drodze.
Drzwi są uchylone, jak w barze albo kinie. Wchodzę, coś dudni mi w uszach, ręce bolą od zaciskania. Dom pachnie tak jak dom pachnieć powinien, znajomo, trochę kurzem, trochę kawą, trochę mokrą cegłą, a jednocześnie wszystko jest nie tak. Wszystkie drzwi są pootwierane, światła pozapalane. Idę dalej i ledwo dostrzegam twarze, które się ku mnie odwracają. Ktoś stoi w kuchni, chyba słyszę gotującą się wodę; ktoś inny przegląda książki z półek w salonie; na podłodze i dywanie jest mnóstwo błota.
Zatrzymuję się i nie mogę iść dalej.
Chciałabym mieć tyle siły, żeby ich wszystkich stąd wyrzucić – zamiast tego mam ochotę się rozpłakać. Gdzieś nad moją głową pada ciche polecenie, by wszyscy obecni wyszli na przymusową przerwę na dymka. Nikt nie protestuje, kilka głów się za mną odwraca.
- Czego ode mnie chcecie? – pytam, gdy zostajemy już tylko we dwie. – Nie wiem, jak umarł.
- My też nie – słyszę cichą odpowiedź.
Odwracam się, ale zanim cokolwiek powiem, do pokoju wchodzi Szawiłło. Chyba nie słyszał naszej rozmowy.
- To co? – mówi tonem, który bardzo źle maskuje napięcie. Twarz błyszczy mu od potu albo deszczu. – Na górę?
Nie mam wyboru, idę na górę, jeden krzywy krok za drugim. Podłoga jest miękka, ściany elastyczne. Prowadzę; mogłabym tę trasę przejść we śnie. Wiem, które stopnie skrzypią i gdzie w poręczy jest niebezpieczna drzazga.
Idę do gabinetu Maksima i staję przed zamkniętymi drzwiami.
Zapieczętowanymi drzwiami.
Moc, z którymi je zatrzaśnięto, aż odbija mi się czkawką. Wysychają mi gardło, oczy i włosy, wilgoć paruje z wełnianego trencza. Niemal słyszę pomruk energii, niczym z linii wysokiego napięcia.
A potem zrozumienie spada mi całym ciężarem na kark.
- Boże.
Nie wiedzą, jak umarł, bo nie mogli się tam dostać.
- Pieczęć nałożono od środka.
Rozlega się ryk, a potem huk – to ja, nie rozumiem, coś się przelało, wywaliły w końcu bezpieczniki i walę w drzwi zaciśniętą pięścią, nie bacząc na to, że przypala mi to włoski na palcach, że czuć w powietrzu swąd. Pieczęć atakuje mnie natychmiast, czuję jej sploty wgniatające się między żebra, jej pływ kołysze mi krwią. Wchodzę w nią cała, wsadzam rękę prosto w rozgrzebane, sypiące iskrami gniazdo.
Ciągłe słyszę swój własny krzyk, ale prę dalej.
Znika cichy szum, który słyszałam od rana, znika osłabienie, wizja się wyostrza; pobielałe palce wsuwam w drewno aż po knykcie, przesuwam glify i przekleństwa, jedna warstwa za drugą, nawet te podlaskie, nawet te starożytne. To litery Maksima; nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Nie śmiem dokończyć tej myśli – zuchwałej, bezczelnej – tej, że w wypadku kogoś takiego jak Maksim śmierć łatwo pomylić z czymś innym.
Zamykam usta jakbym ściągała do siebie dwa kolejowe tabory. Prostuję plecy i niemal słyszę trzask łamanych kości. Ale pieczęć ustępuje: powoli, słowo po słowie usuwam jej żądła, uspokajam, zabieram znaczenie.
Kiedy kończę, sosnowe drzwi są jedynie kilkoma spróchniałymi deskami. Nie oglądając się za siebie, wykopuję sobie w nich przejście.
- Maksim? Maks…
Widzę go.
Siedzi przy swoim szerokim, sprowadzanym z Norwegii biurku. Jest biały jak śnieg, patrzy donikąd matowymi, wytrzeszczonymi oczami, z grymasem bólu wpisanym już na stałe w przystojne rysy. Zacieki krwi prowadzą z jego ust, uszu i nosa; dawno już zdążyły okrzepnąć. W gabinecie okropnie cuchnie trupem.
szkoda że to już, że koniec nastąpił tuż ja się nawet popłakałam tuż , męk czytając za bardzo nie cierpiałam, Momentami są i błędy , ale na pisarza możesz mieć zapędy. najlepszy fragment to tez z donikąd , choć trup w gabinecie to kryminałów kąt. A jak wsadzasz ręce w prąd nie przesz dalej ale czuć palonej skóry swąd Palców nie wsadzisz w drewno i to nie jest wszystko jedno chyba że masz tam dziury lub palce jak piła wbić w drewno palce mogą kury albo Twoja wielka siła. Po wodzie nie rozchodzi się zmarszczka a kropla lub kółka i to nie są nowe bukłaczki tylko małe hopla i ściółka.
Ostatnio zmieniony 25 września 2018, 13:55 przez Kruffachi, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Brak estetyki

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1857
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Kruffachi » 25 września 2018, 13:56

Off Topic
Uprzejmie proszę nie rozpychać sztucznie postów cytowaniem całego fragmentu utworu. Admin
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Horehronie
Posty: 15
Rejestracja: 18 września 2018, 11:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Horehronie » 26 września 2018, 09:48

nie rozpycham specjalnie postu bo przecież nie buduję mostu
jeśli masz takie uczucie to złe to przeczucie
będę zatem tylko komentowała
lub poprawkami będę za LALES rapowała.

Prośba Twa Kruffaichi będzie spełniona
Bo napisałeś ładnie tak jest właśnie .
Rozumiem że muszę dychę skomentować
i wszelkie inne ciosy kulturalnie parować ?

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 195
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Coffee » 06 stycznia 2019, 14:10

@Kruff - ogromnie dziękuję za komentarz :heart: :heart: :heart: Nie wiem, na ile będę chciała w tym tekście odchodzić od znanych mi motywów, a na ile właśnie potaplać się w tym, co lubię bez wielkich wyzwań, zobaczę po drodze :D Ogromną frajdą jest dla mnie wrzucanie rozdziałów na bieżąco (no, prawie na bieżąco, ten poniżej kisił się u mnie w zasadzie od października), bo to też zupełnie inny proces twórczy i zupełnie inne pisanie niż chociażby NaNo. Fakt, o Serafinę boję się najbardziej, w wersji oryginalnej to chyba głównie ona rozjechała mi całość. I niby ten tekst nie ma z tamtym wiele wspólnego, no ale jednak.
Wielkie dzięki <3

ROZDZIAŁ II

Dni są krótkie i ciemne, noce przesypiane bez żadnych snów. Budzi mnie zazwyczaj telefon, kolejny naglący telefon od Szawiłły, prawników, a w jednym pamiętnym wypadku wiceministra obrony. Staram się z nimi rozmawiać spójnie, zachowywać tak, jakbym wcale nie miała zaprószonych oczu, włosów przetłuszczonych, a piżamy zbyt długo niezmienianej.
Moja współlokatorka robi, co może, żeby pomóc – jestem jej za to bardzo wdzięczna i może kiedyś nawet znajdę sposób, żeby to powiedzieć. Próbuję wypijać herbaty, które stawia na mojej szafce i kilka razy umyłam kilka kubków czekających w zlewie, zanim całkowicie opadłam z sił.
Głosy, które ścigały mnie w dzień śmierci Maksima, nie odzywają się w ogóle. To dlatego, że postawiono wokół miasta kosztowne ochronne bariery i przynajmniej na jakiś czas żaden wróg nie przekroczy jego granic. Nikt nie wie, jak długo wytrzyma takie rozwiązanie. Gdzieś za grubą warstwą waty, w którą zmienił się mój mózg, krąży pytanie, jak to możliwe, że nikt nie był przygotowany na taki scenariusz? Czy naprawdę myśleli, że Maksim będzie żył wiecznie, chroniąc miasto samą swoją obecnością?
To w tej sprawie dzwonił do mnie wiceminister obrony. Chyba mnie potrzebują – mnie albo mojej wiedzy – ale nie wiedzą jak podejść do sprawy. Gdy się przedstawiał, zaświtało mi w głowie, że mogą wezwać mnie na konsultacje równie dobrze jak wygnać z miasta. Dopiero gdy odłożyłam słuchawkę, dotarło do mnie, co naprawdę oznacza śmierć Maksima. Nie na moją osobistą, drobną skalę, ale tę ważniejszą, szerszą, europejską.
To było jakoś ponad tydzień po pogrzebie. Masowym zgromadzeniu, z którego zapamiętałam tylko huk salw honorowych, miliony uścisków dłoni, które jakoś zawsze mnie omijały, i łoskot trumny, która wysunęła się z lin i zderzyła ze zmarzniętą ziemią. Miejsce spoczynku Maksima było wśród królów i najwybitniejszych marszałków. Niektórzy mieli chyba nadzieję, że jeszcze wstanie z grobu, ale ja wiedziałam, byłam pewna, że to się nie stanie.
Umarł w zamkniętym od wewnątrz gabinecie, ledwo przekroczywszy czterdziestkę. Nikt poza mną nie otworzyłby tych drzwi, a przynajmniej nie bez kilku tygodni czasu i specjalistycznych narzędzi. One były napisane dla mnie, a to oznacza, że chciał, bym jako pierwsza stanęła przy jego ciele. Staram się o tym nie myśleć – umysł jeszcze nie wygoił mi się wystarczająco – ale w środku wiem, że nie zrobił tego bezcelowo. Może miałam znaleźć coś przed innymi, może coś ukryć, a może po prostu zadbać, by jego zwłoki nie wyglądały tak makabrycznie.
Chyba mnie przecenił.
Nie podano do publicznej wiadomości, jak umarł. Ani tego, że nad ustaleniem wszystkich szczegółów pracuje specjalnie powołany zespół śledczy. Ani tego, że wciąż nie wykluczono działania sił trzecich.
Pukanie do drzwi. Urszula.
- Skarbie – mówi, uchylając nieco drzwi. – Musisz potwierdzić odebranie przesyłki. Próbowałam podpisać za ciebie, ale niestety, służbista.
Wciągam na siebie sweter i wstaję jak ożywieniec, ciągnąc jedną nogę za drugą. Ku mojemu zaskoczeniu Urszula nie jest sama: w kuchni przy pokrytym ceratą stoliczku siedzi jej znajomy i pali papierosa. Znam tę twarz i on też mi macha, jakbyśmy już kiedyś rozmawiali, ale nie mogę sobie przypomnieć imienia.
- Moje kondolencje – mówi listonosz w drzwiach i podaje mi niewielką, złotą kopertę. Podpisuję kwit i chcę się wycofać do mojej bezpiecznej nory, bo obecność dwóch obcych osób sprawia, że zaczynam czuć własny smród i ssącą pustkę w żołądku. Ale Ula nie wypuści już raz upolowanej zwierzyny z rąk.
- Robię ci omlet na śniadanie, bo trzeba wykorzystać jajka – mówi. – I kupiłam twój szampon, widziałam, że ci się kończy.
Wie, że przy ludziach z zewnątrz przynajmniej będę udawała cywilizowaną osobę, więc mamroczę podziękowania i idę do łazienki, gdzie gorący prysznic prawie zdziera ze mnie skórę. Razem z brudem odpada ze mnie coś jeszcze i po ubraniu czynię nawet jakieś próby rozczesania masy mokrych kołtunów, w którą zmieniły się moje włosy.
- Co to? – pyta przyjaciel Urszuli, wskazując kopertę. To jej chłopak? Musiało mnie coś ominąć. – Wygląda bardzo elegancko.
Nie mam wyboru, rozrywam papier i wyciągam mały, sztywny kartonik. Jest na nim moje imię, nazwisko, a także data i godzina.
- To bilet – podpowiada Urszula, jakby martwiła się, że nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego i dlatego bezradnie obracam prezent w palcach.
- Na „Toskę”. Nie wiedziałam, że wystawiają. – Dalej szukam jakiejś notki albo adresu zwrotnego, głupich inicjałów; czegokolwiek, co podpowiedziałoby mi tożsamość nadawcy. – Nie znoszę opery.
Siadam naprzeciwko naszego gościa, przede mną ląduje talerz z omletem, a Urszula bez słowa zaczyna rozczesywać mi włosy. To niełatwe zadanie po tym, jak je ostatnio traktowałam. Przez chwilę siedzimy w milczeniu, każde skupione na czymś innym – ja na jedzeniu, Ula na moich kołtunach, a jej przyjaciel na dopalaniu fajki do końca.
- No nic – mówi, gasząc peta w przepełnionej popielniczce na parapecie. – Lecę na zajęcia. Daj znać, jakbym jeszcze był potrzebny. – To było do Uli. A to do mnie: - Trzymaj się, Malina.
I nagle zaskakuje: przed oczami staje mi twarz pucołowata twarz chłopca dużo ode mnie większego, z którym biegałam po gruzowiskach i wyszczerbionych lejami ulicach kilkanaście lat temu. Ostatni raz widziałam go w ostatniej klasie szkoły podstawowej, więc nic dziwnego, że tak długo nie mogłam skojarzyć, z kim mam do czynienia.
- Skąd znasz Huberta? – pytam, gdy wychodzi, w sumie trochę zainteresowana, ale przede wszystkim wdzięczna za możliwość zmiany tematu. – Był moim sąsiadem. Chodziliśmy razem do szkoły.
- Wiem – odpowiada. – Ściągnął na siebie jakieś kłopoty i potrzebował pomocy wiedźmy, trafił do Felicji, ale nie miał czym zapłacić, więc odpłaca w naturze.
Unoszę brwi.
- Naprawił nam kran i uszczelnił okna – wyjaśnia. – Ma się jeszcze zająć zamkiem w piwnicy, bojlerem i drzwiami w klatce.
- Ale…
Rezygnuję z pytania, bo zainteresowanie tematem opada we mnie nagle jak fala na morzu. Felicja to siostra Urszuli i pomaga jej w miarę potrzeby. Takie małe układy wzajemnej samopomocy już się zdarzały przez ten rok wspólnego mieszkania, a przecież w mieście nie mieszka znowu tak wielu ludzi, by w końcu nie trafić na znajomego. Hubert to nic więcej jak pojedyncza anomalia; w gruncie rzeczy nic dziwnego.
- Gdzie idziesz, siedź, jeszcze nie skończyłam.
Wygląda na to, że nie mam prawa głosu; Urszula trzyma moje włosy i wiem, że nie zawaha się pociągnąć, gdybym próbowała mimo wszystko uciec do swojej bezpiecznej kryjówki pod kołdrą. Gdy w końcu odkłada szczotkę, niemal natychmiast odbiega, by odciągnąć w moim pokoju zasłony, otworzyć okno i zabrać całą pościel – rzekomo do prania. Stoję bezsilnie w maleńkim przedsionku i łypię na nią jak kot na psa. Trochę chcę syczeć.
- W Archiwum zaczynają już o ciebie pytać – mówi Urszula przytłumionym przed pierze głosem. – Póki co są uprzejmi, no ale na pewno nie zaszkodzi, żebyś poszła im powiedzieć, czy zamierzasz wracać.
Nie ma więc rady, idę do Archiwum. Miejsca, w którym przed śmiercią Maksima spędzałam po dziewięć, dziesięć godzin dziennie, bo był – jest nadal – miejscem mojej nauki oraz pracy.
To też, jak większość rzeczy w moim życiu, był pomysł Maksima. „Nie ma nikogo tak specjalnego jak ty, o kim wiedzielibyśmy równie mało” – powiedział, gdy miałam trzynaście lat. – „Jeśli odpowiedzi w ogóle istnieją, znajdziesz je w Archiwum”.
Niczego tam nie znalazłam, oczywiście, może poza regularnymi oparzeniami, miejscowymi klątwami i przyśpieszonym kursem dwóch zapomnianych języków. Nauka była ciężka i często bolesna, ale praca satysfakcjonująca: potrafiłam wziąć na siebie rzeczy, na które inni pracownicy okazywali się za słabi i w naturalny sposób podnosiłam ochronę Archiwum o kilka poziomów.
Albo dalej podnoszę. Nie wiem, muszę zdecydować, i mam na to pięć i pół kilometrów spaceru, które dzielą mnie od głównego gmachu Archiwum. Urszula tak jakby zasugerowała, że mnie tam dalej chcą, ale przecież miałoby sens wywalenie mnie stamtąd na zbity pysk. Wiem, że w oczach ich wszystkich Maksim był gwarantem, że niczego nie zmaluję. Bez niego zamieniam się w ryzyko na granicy opłacalności.
Łzy znowu napływają mi do oczu, ale nie mogę się przecież rozryczeć tak po prostu na ulicy, gdy ludzie patrzą. Przełykam gęstą ślinę, liczę wydechy i mozolnie odprowadzam myśli na inny tor.
Mimo wszystko czuję się trochę inaczej, gdy w końcu docieram na próg Archiwum. Tu czekają konkretne rzeczy, na których mogę się skupić. Jedna z nich patrzy na mnie srogo zza okrągłych drucianych okularów.
- Panie dyrektorze – bełkoczę.
- Ani słowa, Hrałecka – dudni dyrektor. Umiejętność ludzkiej mowy to w zasadzie jedyna cecha, która odróżnia go od morsa. – Za mną.
Macha serdelkowatą ręką, a glify przepuszczają mnie z oporem nie większym niż koralikowa zasłonka. Idę za nim do głównej windy, gdzie ku mojemu zaskoczeniu każe windziarzowi wybrać nie dwudzieste czwarte piętro, ale poziom minus ósmy.
- Co się…
- Ani słowa – powtarza.
Nie odzywam się więc, dopóki nie zjedziemy do piwnic. Chyba nie czeka tam na mnie jednak wypowiedzenie umowy, ale z drugiej strony – może zamierzają zwabić mnie do klatki i pozbawić mocy, w końcu na minus siódmym i szóstym trzymaliśmy swojego czasu niebezpieczne stworzenia.
- Musimy porozmawiać – mówi dyrektor Aronson, a jego pędzlowate wąsy unoszą się w rytm wypowiadanych słów. – Ale to później.
- A co najpierw?
Przechodzimy przez kolejne zasieki i ochronne bariery, aż do sanktuarium, stalowego boksu trzy na trzy na trzy, który zajmuje samotnie centrum wielkiej pustej sali. Przez chwilę się waham – naprawdę myślę, że może mnie tam po prostu zamknąć – ale nie wiem, jak powiedzieć to na głos i w końcu wchodzę za Aronsonem.
Na podłodze boksu leżą… leżą śmieci. Roztrzaskane radio, książka z porwanymi stronami, wystrzępiony ręcznik, który od razu poznaję, bo używałam go i prałam przez całe lata. Resztki rozbitej żarówki, połamane krzesło, porysowany kran z resztką tynku wokół uszczelek. To przecież moje – Maksima – nasze. Zwykłe przedmioty użytku domowego.
Aronson łapie moją rękę, gdy sięgam do najbliższej rzeczy.
- Jak myślicie, Hrałecka – cedzi – dlaczego przenieśliśmy to wszystko do zabezpieczonego sanktuarium?
Patrzę to na niego, to na stertę bezużytecznych śmieci, które kiedyś stanowiły część mojego domu.
- Są niebezpieczne?
- Są przeklęte. A to tylko część, chłodziarka i inne cięższe sprzęty są na innych poziomach. Nie chcieliśmy trzymać tego w jednej kupie, Hrałecka, pewnie się domyślacie, ile sprzężeń mogłoby to spowodować.
Ręka mi cierpnie, a ja patrzę po kolei na wszystkie rzeczy po kolei. Lodówka… Kran…
Jedzenie, które jadł, woda, którą się mył, dźwięki, których słuchał, światło, przy którym czytał. W śmieciach nie ma ani jednej rzeczy, którą tak po prostu można kupić w sklepie i zużyć tego samego dnia, nic tymczasowego. Ale to wszystko stało w moim domu od lat, tego nie można było tak po prostu wnieść czy podmienić, ani, ani, ani zakląć – nie przy wszystkich zabezpieczeniach, które Maksim wprowadził do własnego domu…
Aronson dalej ściska moją rękę – ściska i wykręca do tyłu, aż przechylam się na jedną stronę, gdy zatrzaskują się drzwi sanktuarium.
- Wejście na miejsce zbrodni było zapieczętowane pod was, Hrałecka.
Coś zimnego obejmuje moją szyję i w tej samej chwili kształty zaczynają się rozmazywać, kolory rozrzedzają do starej sepii. Nie odpowiadam, bo charczę. Aronson to stary człowiek, ale jestem w sercu jego imperium i bez problemu sprowadza mnie do parteru – wygina mnie do tyłu, aż nie klęknę.
- Zabiłaś go?
Myśli tak milicja, myśli tak Archiwum, pewnie myślą tak wszyscy w całym tym mieście; wszyscy, którzy na wieść o śmierci Maksima poczuli przynajmniej dreszcz niepokoju. To się przecież samo nasuwa, wystarczy pamiętać, jak wielu ostrzegało go przed konsekwencjami, gdy przygarniał sierotę z koszmarów.
Przy podłodze trzyma mnie moc dyrektora, trzyma mnie ciężar niemal pięćdziesięciu betonowych kondygnacji, gotowych zawalić się na moją głowę, ale prawda jest taka, że nawet nie próbuję wstać. Że nie pamiętam jak.
- Zabiłaś go, Serafino?!
Patrzę na wystrzępiony, poszarzały ręcznik, na kran – po prawej stronie jest rysa po tym, jak kiedyś spadł mi na niego śrubokręt – Maksim instalował półkę nad wanną, a ja mu przeszkadzałam tak, jak tylko skora do pomocy dziewięciolatka potrafi. Czy już wtedy umierał? Zabijało go cudem przemycone przekleństwo?
Nie mogę sobie nawet rękawem wytrzeć smarków spod nosa.
- Wyzywam cię, pomiocie, zabiłaś go?!
A potem Aronson sapie ciężko, porusza ręką, którą mnie trzymał, jakby mu ścierpła i spaceruje dwa tam i z powrotem po drugiej stronie hałdy przeklętych śmieci. Ja dalej siedzę rozwalona na podłodze, próbując mruganiem pozbyć się łez z oczu.
- Rozumiecie, Hrałecka, że to było potrzebne – burczy dyrektor. – Cieszę się, że nie potwierdziliście. Naprawdę. No już, na nogi, nie ma sensu tu siedzieć.
To, czego nie mówi, to „nie zaprzeczyliście, Hrałecka”.
To, czego brakuje, to „to nie twoja wina”.
Nie dostaję jednak przeprosin, tylko kubek gorzkiej kawy po turecku i plik dokumentów. Jesteśmy już w biurze Aronsona, na wysokich piętrach Archiwum.
- To testament Maksima.
- Testament?
Mój głos brzmi obrzydliwie normalnie. Ciemne oczka dyrektora wpatrują się we mnie z zaciekawieniem.
- Nie wiedzieliście, że spisał testament.
- Nie.
Odchrząkuje.
- Ściśle rzecz biorąc, to nie jest sam dokument, bo ten, jak sobie wyobrażasz, pozostaje w dyspozycji notariusza. Ale zdobyłem… zdobyliśmy kopię.
Mimo szoku, mimo wszystkiego, przez co przewlókł mnie przed chwilą dyrektor Aronson, coś w mojej głowie zaczyna w końcu działać. Szef jedynie na mnie patrzy; powiedziałabym, że życzliwie, gdyby był do tego zdolny. Czeka cierpliwie, zerka w zamyśleniu za okno na imponującą panoramę miasta, popija swoją okropną kawę.
- Od pogrzebu minęły prawie dwa tygodnie – mówię w końcu. – Nie dostałam żadnego wezwania, żadnego… Nie ma mnie? Nie zostawił mi niczego?
Nie odpowiada, sięgam więc po testament, a gdy Aronson nie protestuje, otwieram tekturową teczkę i czytam. Pierwsza w oczy rzuca się data – Maksim rozpisał swój spadek nieco ponad rok temu, tuż przed tym, jak się wyprowadziłam. To zastanawiające, ale nie dziwaczne; kategoryzuję to jako zagadkę na kiedy indziej. Kawa stygnie, a fusy toną w miarę jak przebijam się przez bełkotliwy prawniczy żargon. Aronson nie pogania, nie odchrząkuje znacząco, a po kilku minutach zaczyna przeglądać jakieś papiery na biurku. Gdy w końcu kończę, on rozpala tytoń w świeżo nabitej fajce.
- Kim jest – zerkam raz jeszcze w maszynopis – Anatol Szałapow?
- Nie wiedzą – odpowiada Aronson, a słodki fajczany dym rozsnuwa się po gabinecie. – Nie wie tego nikt, kogo odważyli się zapytać. – Mnie się nie odważyli, nieupilnowana myśl przemyka mi przez głowę jak szczur. – Myślę, że powinniście poszukać odpowiedzi na to pytanie, Hrałecka.
Uświadamiam sobie, że stukam stopą w nogę biurka i że obracam pierścieniem na ręce, i że oskubuję zeschniętą skórę na wargach.
- To na pewno autentyk?
- Pięcioro świadków spisania testamentu potwierdza jego autentyczność, podobnie jak biuro notarialne i czary, których nie złamano od momentu złożeniu podpisu przez Maksima.
Kolejne pytanie przychodzi samo.
- Czy istnieją wcześniejsze wersje testamentu i jeśli tak, to czy załatwisz mi do nich dostęp?
Wąsy morsa unoszą się w czymś, co, jak sobie uświadamiam, zapewne jest uśmiechem.
- Możemy spróbować, Hrałecka. Archiwum ma swoje zasoby. – Kiwa fajką w moją stronę. – A tę kopię zabierzcie ze sobą. Bądźcie ostrożni, córko.

*

Potrzebuję tego spaceru. Listopadowy wiatr wywiewa mi z głowy dym i cienie. Z każdym kolejnym krokiem myślę jaśniej. Żałoba nie znika – nie zniknie chyba nigdy – ale już mnie nie paraliżuje, odsuwa się na bok i łypie na mnie z boku.
Maksim w pojedynkę starł z powierzchni ziemi nadciągającą armię. Nikt nie wygrałby z nim w pojedynczym pojedynku, to oczywiste – gdyby zamiast ochraniać chciał podbijać kolejne ziemie, w gruncie rzeczy nic nie mogłoby go powstrzymać. Sama jego obecność stanowiła lepsze zabezpieczenie dla miasta i przez to całej wschodniej rubieży niż bataliony czarnoksiężników.
Zatem jeśli ktoś chciał go zabić, podstęp był jedynym wyjściem.
Ale jak?
Przecież Maksim by to zauważył. Wyczuł. Odczarował.
Przecież ja bym to wyczuła.
Zmuszam się, żeby się nie zatrzymywać i nie zacząć znowu płakać. Ohydna kawa Aronsona wypaliła mi gardło, jego papiery ciążą mi w torbie, palce drżą od kofeiny. Nie powinnam przesadzać z symulantami; nie powinnam też tracić nad sobą kontroli. Maksim nie uczył mnie na próżno – czepiam się tej myśli i jakoś przedzieram dalej.
Jeśli zawiodłam, jeśli to z mojej winy Maksim leżał martwy w gabinecie – a to moja była pieczęć na drzwiach i to ja ją musiałam złamać – to teraz muszę za to zapłacić. Wyrównać rachunki.
Wyrównam rachunki.
Stoję przed komendą główną milicji. Szłam tu nie do końca świadomie, ale teraz, gdy już tu jestem, wiem, po co przyszłam.
- Szukam zespołu majora Szawiłły.
Mają osobne biuro i na szczęście samego Szawiłły nie ma w zasięgu wzroku. Na powitanie wychodzi młoda kapralka, którą ostatnio widziałam w moim dziecięcym domu na planie mojego najgorszego koszmaru. To, co robię, nie jest może rozsądne, ale „rozsądek” to teraz jedynie jakiś mglisty koncept, zależny od zbyt wielu czynników, bym miała się nim przejmować. Oczy milicjantki otwierają się szeroko na mój widok, ale gdy mówi, w jej głosie słyszę przede wszystkim troskę, a nie zmartwienie:
- Panno Hrałecka? Coś się stało?
- Pani władzo.
Nie mam pojęcia, jak się nazywa. Brawo, Hrałecka.
- Czy możemy porozmawiać gdzieś na osobności?
W jej oczach coś błyska, ale odwraca konspiracyjnie głowę, zanim zdążę rozpoznać, co konkretnie.
- Tędy – syczy i prowadzi mnie korytarzami komendy. Obraca się za nami kilka głów i myślę, że pewnie wylądujemy w pokoju przesłuchań, ale nie: gdy zamykają się za nami ostatnie drzwi, otaczają nas stosy pociemniałych, wygniecionych kartonów z wyblakłymi datami na każdym z nich. Sty-czer 1950, czer-gru 1950, sty-czer 1951, i tak do końca dekady.
- Nie powinna była panna tu przychodzić.
Mimo wszystko nie mogę odeprzeć zaskoczenia. Rozmawiam z milicjantką, powinna posadzić mnie przy biurku i spisać cokolwiek miałam do powiedzenia, może od czasu do czasu wzdychać znacząco i dawać mi do zrozumienia, że jest milion innych rzeczy, które mogłaby robić w tym czasie.
- Co? – wyrywa mi się. Ta rozmowa, to miejsce nie wygląda tak, jak się tego spodziewałam. – Dlaczego?
Kapralka kręci głową.
- Połowa komendy pragnie widzieć pannę w areszcie. Myślałam, że to oczywiste.
- Nie dla mnie!
Ale powinno. Mam dobrą pamięć, a to, co zrobił mi Aronson zdarzyło się dosłownie godzinę wcześniej.
- Ja nie – zapewnia żarliwie. – Panna jest niewinna; nikt, kto był tam w tamtym… w gabinecie pana Maksima i widział panny… twoją twarz, nie mógłby twierdzić inaczej. Pan major też tak twierdzi, a póki co to on na szczęście decyduje. Ale teraz tu przyszłaś i naciski się jeszcze zwiększą.
Nie pyta mnie, co sobie myślałam, ale to jest w jej ściągniętych brwiach, zmarszczonym czole i ręce zaciśniętej na moim ramieniu.
Drugą ręką, tą, która nie tkwi w zaskakująco mocnym uścisku, sięgam do kieszeni płaszcza i wyjmuję mały kartonik.
- To bilet – mówi kapralka nieufnie.
- Wiem, do ch… Przepraszam. Tak, to bilet, przysłany mi dzisiaj anonimowo bez żadnej notatki ani listu. Nie przepadam za operą. Nikt mi znany nie przepada za operą.
Nie zamierzam mówić jej o Anatolu Szałapowie ani zdublowanym testamencie, ani podejrzeniach, które naturalnie z tego wszystkiego wynikają. Z jej strony – ze strony milicji – potrzebuję tylko jednej rzeczy, tej, którą rzekomo milicja ma zapewniać wszystkim obywatelom – to znaczy ochrony. By mi to zaoferować, choćby nieoficjalnie, nie mogą wiedzieć wszystkiego.
- Myślisz, że to podstęp?
- Myślę, że tak. Przez kilka ostatnich dni byłam dość… wycofana – przyznaję i coś w jej mowie ciała, ten całkowity brak zaskoczenia i spokojny wyraz twarzy, sugeruje mi, że o tym wiedziała. – Nie jestem na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje w mieście, ale nie jestem głupia. To nie jest zbieg okoliczności.
Kapralka ostrożnie bierze bilet w ręce i ogląda go z każdej strony.
- Przyszło ci do głowy, że to może być próba wyeliminowania cię z gry?
- Przyszło – mówię cicho. – Ale nie wiem, co to za gra. Nikt mi nie wyjaśnił zasad.
- To nie ma znaczenia. Doradzam spalenie biletu i zapomnienie o całej sprawie.
Unoszę brwi.
- Słucham?
- Nie chcesz się chyba świadomie pakować w pułapkę?
Kiedy ujmuje to w ten sposób, oczywiście czuję się jak idiotka, ale jednocześnie przecież nie mówi o sytuacji wszystkiego. Po pierwsze, nie jestem bezbronna. Po drugie, nie wiem, z czym mam do czynienia i to jest najszybszy sposób, żeby się dowiedzieć. Mam powody, by w to wejść, a cała ta wizyta na komendzie przecież miała służyć temu, żeby przechylić szale na moją korzyść.
To sobie powtarzam.
- Jeśli to ma pomóc mi dowiedzieć się, kto zabił Maksima, to przykro mi, ale tak, będę musiała.
- Mogę ci to uniemożliwić.
- Może pani – przyznaję.
Zagryza wargę, ale wiem, wiem przecież doskonale, że tego nie zrobi, chociaż dlaczego – nie potrafię rozgryźć. Może jest jeszcze za młoda, żeby dać się przeżreć milicyjnym regulaminom, może to jest dla niej jakiś pokrętny sposób na zyskanie awansu, a może po prostu lubi, jak coś się dzieje.
To ostatnie mogę jej obiecać.
- Zobaczę, co da się zrobić – mówi w końcu i oddaje mi kartonik. – Może uda mi przekonać szefa, żebyśmy oddelegowali kilka osób. Mimo wszystko… dobrze zrobiłaś, mówiąc nam o tym.
- Mówiąc o tym pani.
- Tak.
Patrzymy na siebie przez moment.
- Zobaczymy.

*

Muszę się przygotować.
Nie wiedzą, z kim zadarli.
Całkiem dosłownie – nie wiedzą. Nikt tego nie wie. Ja sama nie jestem pewna, na co naprawdę mnie stać. Maksim, jeśli kiedykolwiek się domyślał, z nikim nie podzielił się swoją wiedzą. Znaleziono mnie po ostatniej bitwie zwycięskiej wojny, zakrwawioną i płaczącą w środku wypalonego, sczerniałego krateru na lewym brzegu Wisły. Mówiłam językami, których nikt nie rozpoznawał i zakrzywiałam wokół siebie moc, pacząc zaklęcia, którymi miotały obie armie. Według najlepszego osądu, powinni byli mnie zabić, ale Maksim zabronił.
A Maksim w tamtych dniach mógł zażądać tronu świata – i by go otrzymał.
Maksim spojrzał na małą, pełzającą dziewczynkę i mimo że pod żadnym względem nie przypominałam człowieka – on właśnie to we mnie zobaczył. Przygarnął. Nauczył. I wychował.
To dlatego pół komendy głównej chce mojego aresztu. To dlatego mój własny szef w pierwszej kolejności podejrzewał właśnie mnie. To dlatego czekam, cały czas czekam, aż władzom miasta puszczą nerwy i spróbują mnie wygnać.
W ich oczach jestem tykającą bombą, z której ktoś wyjął bezpiecznik.
Muszę się przygotować.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Starucha
Posty: 26
Rejestracja: 18 sierpnia 2015, 16:09

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Starucha » 07 stycznia 2019, 14:09

No i kaboom! Klifhanger. Kiedy wincej?
A teraz mały komentarz, żeby nie było że tylko jedno zdanie.
Cóż za ciężka atmosfera! Czytałam i czytałam i było mi ciężko i nie miałam siły na nic. I czułam się jakby wszystko było takie w slo-mo, albo gdyby ziemska grawitacja naglę się zwiększyła.
Jesteś pewna, że ona tylko zakrzywia moc? Może ona zakrzywia też czasoprzestrzeń czytelnika.


A gdy słowa nie potrafią opisać uczuć, to zawsze pomaga John Murphy:

https://www.youtube.com/watch?v=ST2H8FWDvEA

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 101
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Xanttis » 12 stycznia 2019, 12:33

To nie będzie zbyt długi i elokwentny komentarz.

Generalnie to *______*
Podoba mi się to co na razie tu wrzuciłaś. Historia, poszlaki rzucane raz po raz, wątki, tajemnica, Twój styl. Jestem na tak :). Czekam na rozwinięcie, bo w sumie nie ma na razie zbyt wiele, to dopiero wstęp, wprowadzenie do historii, które jest ciekawe, stawia poprzeczkę wysoko co do oczekiwań i myślę, że tak też będzie :D więc trzymam kciuki i czekam na dalszy rozwój wydarzeń :c[]:.
https://pl.pinterest.com/xanttis/
https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1857
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Kruffachi » 12 stycznia 2019, 12:50

Właściwie główną rzecz, jaką miałam do napisania, powiedziałam Ci wczoraj XD Ale powtórzę, żeby nie zginęło - mam taką myśl, że Serafina jest mocno nie Twoją postacią w tym sensie, że przynajmniej na razie to świat rządzi nią, a nie ona światem. Myślałam, że chodzi tylko o moment, w którym startuje i wyraźny ciężki epizod depresyjny albo przynajmniej załamanie nerwowe, ale potem doszłam do wniosku, że sprawa jest nieco głębsza i na taki mój odbiór może też wpływać dobór faktów z jej przeszłości, które na razie przywołałaś - to, że została adoptowana, ocalona, w jakiś sposób okiełznana, zaopiekowana i tak dalej. Coś robiono z nią, a nie ona coś robiła z kimś. Natomiast bardziej charakterystyczne wydaje mi się to nagłe pęknięcie bańki, którą była otoczona - tu, tak, faktycznie mam skojarzenia z Valentine, chociaż Serafina w tych swoich postanowieniach przejęcia inicjatywy wydaje mi się ciut mniej wiarygodna (jako osoba, nie postać, to znaczy że po osobie z takim charakterem spodziewałabym się raczej deklaracji bez pokrycia na tym etapie) i bardziej histeryczna.

Szalenie mi się podoba postać Urszuli i tu po raz kolejny prezentujesz umiejętność, której Ci bardzo zazdroszczę i którą staram się od dawna podpatrywać, ale łatwo nie jest - to znaczy nie pada ani słowo na temat jej charakteru, ale ja od samego początku doskonale wiem, z kim mam do czynienia, i że jest to osoba, do której czuję olbrzymią sympatię. To jest w jej zachowaniu, jest w sposobie mówienia, jest w całej sytuacji, w której wchodzi na scenę. Nawet Hubert, chociaż tylko siedzi w kuchni i pali papierosa, wydaje mi się po prostu dobrze opisany i ja go widziałam w szczegółach. Nie potrzebujesz kilosłów opisów, rozkmin wewnętrznych i dyskusji bohaterów o bohaterach, żeby to wszystko pokazać. Nieodmienny szacunek.

Jeśli miałabym dodać łyżkę dziegciu, to dotyczyłaby ona powtórzeń, których mogłoby być mniej, i sceny w podziemiach Archiwum, choć - dziwna sprawa - nie do końca potrafię określić, co mi w niej nie pasowało. Może po prostu była za krótka, a może trochę zbyt dziwna i w jakiś sposób światotwórczo agresywna względem tego, co sobie do tej pory wyobrażałam. Nie mogę przy tym powiedzieć, że mi się kompletnie nie podobała, bo sama treść była super i opisy sprzętów były super. Więc zgaduję, że chodzi właśnie o jej (nie)długość.

Wrzucaj więcej, czekam :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 195
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Coffee » 29 października 2019, 16:33

Ale ja żyję, żyję! xD
Po takim czasie aż mi głupio odpisywać na komentarze, ale naprawdę naprawdę bardzo Wam za nie dziękuję <3


ROZDZIAŁ III

Chyba oszalałam.
Na łóżku, które w trakcie mojej nieobecności zaczęło pachnieć krochmalem, leży sukienka. Mgliście rozpoznaję ją jako swoją własną, ubraną zdaje się raz w życiu kilka lat temu podczas czyichś imienin w Archiwum. Gdzieś za ścianą Hubert głośno walczy z bojlerem. Od jego wysiłków zależy, czy w kranie będziemy mieć wodę w jakimkolwiek stanie pośrednim pomiędzy „lodowata” i „wrząca”, ale nie potrafię się tym przejąć. Wolałabym chyba, żeby zapadła cisza. Żebym mogła się skupić i przemyśleć, czy na pewno, naprawdę chcę iść na ten spektakl. Ale słyszę tylko stłumione przekleństwa i jakieś stukanie zamiast własnych myśli.
Ula musiała wygrzebać tę kieckę z samego dna szafy. A później zadbała o jej wyczyszczenie, bo wiedziała, że ja tego nie zrobię. Zwyczajna czarna sukienka, a ja się zastanawiam, czy nie będzie mi za bardzo krępować ruchów, gdybym musiała biec.
Czcze rozważania.
- Może to jednak będzie tylko spotkanie towarzyskie – mówi Ula piętnaście minut później, litościwie zabrawszy mi wcześniej z rąk puder i kazawszy usiąść w kuchni w dobrym świetle. – Spektakl w operze to dobra okazja, by niepostrzeżenie porozmawiać.
- Przygotowałam się na coś więcej.
- Dobrze, tylko…
Zadzieram głowę i wpatruję się w ciemne pajęczyny na suficie, żeby Ula mogła mi odpowiednio podkręcić rzęsy.
- Tylko co?
- Hej – woła Hubert z łazienki – możecie odkręcić kran?
Ula odwraca się, w naszej małej kuchni nie musi nawet podchodzić do zlewu, wystarczy, że obróci się w miejscu. Słyszę szum wody.
- Ciągle zimna.
- Widzę, nie grzeje… A niech to jasny gwint! Przepraszam.
- Tylko co, Ula? – upieram się.
W jej spojrzeniu jest troska, oczywiście – obecna tak samo jak drzewa są obecne w lesie – ale gdzieś pod spodem czai się coś jeszcze. Gdy dociera do mnie, że to złość, dreszcz przebiega mi po plecach.
- Przecież musisz zdawać sobie sprawę z tego, że jesteś na cenzurowanym – mówi, delikatnie przyciskając mi puszek do twarzy. – Zrobisz jeden zły krok, coś ci się nie uda i koniec. Czekają na twoje potknięcie, Sera, przecież wiesz.
Ma rację, oczywiście. Próbuję zbyć jej troskę jakimś twardym bon-motem, ale gestem zakazuje mi się odzywać, bo robi coś ważnego i wymagającego precyzji przy moim oku. Nie mogę się ruszać.
Jestem na cenzurowanym, tak. Milicjantka powiedziała mi przecież wprost, że połowa komendy aresztowałaby mnie prewencyjnie. Moja obecność musi boleć kogoś na górze; bo z jednej strony przecież jestem ryzykiem i niewiadomą, mogłam zabić Maksima, mogę szkodzić barierze, mogę szpiegować dla drugiej strony – a z drugiej przecież wychował mnie bohater, mogę go zastąpić, mogę mieć w rękach klucz do ocalenia i nawet o tym nie wiedzieć.
Na razie mogę pójść do opery.
Idę więc. Udaje mi się zachować równowagę na obcasach, sukienka wbrew obawom nie pije mimo lekkiej ciasnoty w ramionach, a ostatnie spojrzenie w lustro w łazience potwierdza, że Ula wykonała swoje zadanie doskonale (a zdumiony wzrok Huberta w odbiciu odprowadza mnie aż do drzwi).
Patrzę przez chwilę na nadciągający tramwaj, a potem pozwalam mu odjechać. Pójdę pieszo, mimo że moje stopy już zaczynają protestować.
Budynek opery przetrwał wojnę i lata żmudnej odbudowy, które odcisnęły swoje piętno również na jego fasadzie. Ciągle widać ślady prowizorki, braku materiałów i tych kilku lat, kiedy zamiast widzów przychodzili tu studenci, a w salach zamiast spektakli odbywały się wykłady. Sztuka wróciła tutaj, dopiero gdy do końca przesiedlono uniwersytet warszawski, a jego nowe gmachy przestały grozić zawaleniem. Maksim oczywiście uczestniczył w uroczystym otwarciu opery – widziałam zdjęcia. Garstka starszych, wychudzonych ludzi poubieranych w powyżerane przez mole, przedpotopowe garnitury i suknie, ściskająca sobie nawzajem dłonie. Orkiestra, w której jedna trzecia krzeseł pozostawała pusta. Widownia, która zdołała zapełnić jedynie pierwsze rzędy i nawet staranne dobieranie kadru nie potrafiło tego ukryć. Regularne spektakle powróciły do miasta jednak szybciej niż stabilne linie zaopatrzenia. Bywały momenty, że powojennym sierotom łatwiej było zdobyć bilet na „Carmen” niż kurę na rosół.
Ale rozgaduję się o przeszłości. Popełniam ten sam błąd, co wielu. Tak naprawdę niewiele z tego ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie.
Gdy wchodzę do holu, zalewają mnie światło i przepych – nie wnętrz, ale ludzi, którzy między aperitifem i lekturą kartonowego programu wymieniają uśmiechy, żarty i znaczące spojrzenia. Kilka tych ostatnich zaczepia się też na mnie – ale nie wiem, czy chodzi o moją twarz, czy o suknię wygrzebaną z dna szafy i makijaż nakładany przez przyjaciółkę pod powoli przepalającą się żarówką. Powinno mi na tym, oczywiście, zależeć – mam się dać zauważyć. Ktokolwiek chciał mnie tutaj, musi mieć okazję mnie zobaczyć.
Mój plan nie ma kolejnych punktów.
Sama też gapię się na migoczących gości, może gdzieś przemknie twarz kojarzona z komendy albo przesłuchania u Szawiłły. Ale w końcu to nie ja znajduję milicję – to milicja znajduje mnie, zachodząc niespodziewanie z flanki i sztywno skłaniając głowę.
- Panno Hrałecka.
- Panie ministrze – dukam. Nie podaje mi dłoni, ale nie ma w tym nic dziwnego; prawie nikt nie podaje mi dłoni, a już na pewno nie państwowi oficjele.
- Bardzo mi przykro z powodu śmierci pani mentora. Proszę mi wierzyć, pani strata jest stratą dla nas wszystkich.
Jestem prawie pewna, że był na pogrzebie. Mgliście pamiętam tę kwadratową twarz, ten sam zaskakująco miękki głos z twardym zachodnim akcentem, te same kondolencje. Ale na pogrzeb Maksima przyszły tłumy i każdy, kto uważał się za kogoś ważnego, podchodził, by złożyć wyrazy współczucia ostatniej pozostałej rodzinie Maksima.
Czy to możliwe, żeby to on wysłał – ale nie, ludzie o takim statusie nie muszą uciekać się do szpiegowskich sztuczek i tajemniczych liścików, nawet gdy chcą spotkać się z kimś w tajemnicy. Minister spraw wewnętrznych i bezpieczeństwa narodowego z pewnością ma lepsze rzeczy do roboty niż zabawa w chowanego z kimś takim jak ja.
Ale jednak tutaj, teraz nie ma nic ważniejszego niż rozmowa ze mną?
- Dziękuję – mówię. – Bardzo ciężko się przyzwyczaić do życia bez Maksima.
Minister (panicznie próbują sobie przypomnieć jego nazwisko, przecież nawet gdybym była lepiej zorientowana w polityce, to oni wszyscy wyglądają tak samo) delikatnie wskazuje drogę i prowadzi mnie przez hol. W jego rękach znikąd pojawiają się dwa wypełnione szampanem kieliszki – podaje mi jeden. Nie ma w tym geście nic z szarmanckości, ale potrafię docenić gałązkę oliwną.
- Sama prawda. Przedwczesne odejście pani… mentora zaburzyło spokojny sen wielu ludziom, mnie również. Wiele naszych operacji otworzyliśmy z myślą o nim i przy jego pełnym wsparciu. Wiele naszych planów zależało od niego… I gdy mówię „naszych”, pani rozumie, że nie mam na myśli jedynie biura przy Mokrej.
Najwidoczniej przy Mokrej stoi siedziba Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nawigacja w tej rozmowie byłaby o niebo łatwiejsza, gdyby Maksim naprawdę mnie włączał w jakiekolwiek swoje tajne operacje.
Zastanawiam się, jak odpowiedzieć, żeby nie dać po sobie poznać ignorancji, ale najwidoczniej w ogóle nie jest to ode mnie oczekiwane. Minister ma do wysłania komunikat i niewiele go obchodzi moja odpowiedź.
- Pewnie zdaje sobie pani sprawę z tego, że toczy się teraz wiele burzliwych dyskusji na temat tego, jak… ach, jak przyzwyczaić się do życia bez pana Truszaka.
- Wyobrażam sobie.
- Pani osoba również przewija się w tych dyskusjach.
Szampan zamraża mi przełyk, zimno podnosi włoski na skórze.
- Niektórzy widzą w pani następcę pani mentora. Inni zdrajczynię. Wielu widzi zagrożenie, ale póki co o wiele więcej – po prostu niewiadomą.
Niby to wszystko wiem, niby zdawałam sobie sprawę z tego wszystkiego już wcześniej, ale usłyszeć to z ust kogoś, kto miał władzę wyrzucić mnie z kraju pstryknięciem palców – to jednak coś innego.
- I wybaczy pani szczerość, ale w naszej sytuacji nie ma miejsca na niedopowiedzenia… Ja osobiście staram się nie wyrzucać potencjalnych zasobów, dopóki nie mam jednoznacznych dowodów na to, że się nie przydadzą.
Słyszę dzwonek. To chyba sygnał, że niedługo zacznie się seans. To mi przypomina, po co tu przyszłam – oraz że w ogóle jestem w operze.
- Jak się pani może przydać, pani pyta. Doskonałe pytanie. Proszę dobrze pomyśleć nad odpowiedzią. Jestem przekonany, że uda nam się dogadać. A teraz chyba musimy się rozstać, to zdaje się drugi dzwonek. Do zobaczenia zatem, panno Hrałecka.
Rzuca mi na pożegnanie kwaśny uśmiech i znika gdzieś w tłumie.
Szmaglewski. Tak się nazywa.
Nogi niosą mnie razem z nurtem do wielkiej sali; na szczęście bileter sam sprawdza moje miejsce na karnecie i prowadzi mnie w odpowiednią stronę. Siadam i czekam.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić.
Co jakiś czas wstaję, by przepuścić ludzi. Rzędy wokół stopniowo się zapełniają i dopiero gdy rozbrzmiewa trzeci i ostatni dzwonek, dociera do mnie, że obok mnie pozostaje pojedyncze puste miejsce.
Aha.
No to zaczynamy.
Czekam, aż widownię spowiją ciemności i ostrożnie macam pusty fotel. Szukam – czegokolwiek, tak naprawdę. Listu przyklejonego do oparcia, wizytówki wciśniętej w dziurę w obiciu, czegoś, co by podpowiedziało mi, czego się spodziewać, ale nic z tego. Ludzie dookoła biją brawo – na scenie lub pod sceną chyba coś się dzieje, ale w końcu nie przyszłam tu dla doznań artystycznych. Zaczyna się rzępolenie, a zatem zaraz nadejdzie skowyt.
Nie, nie rozumiem opery. Nie, nie lubię jej. Jestem tutaj z obowiązku. Powoli jednak kończą mi się pomysły, co jeszcze mogłabym zrobić poza czekaniem. Kobieta siedząca obok chyba zauważa moje zaaferowanie i wyraża dezaprobatę cichym syknięciem, więc daję sobie spokój, zanim powiadomi obsługę, że należy wyprowadzić wariatkę.
Może mój tajemniczy kontakt zobaczył przedstawicieli rządu i skapitulował.
Ja bym skapitulowała.
Siadam więc spokojnie i udaję, że oglądam operę. Czekam. Na kolejny – po Aronsonie, Szałapowie i Szmaglewskim – element, z którym nie będę wiedziała, co zrobić. W najgorszym wypadku przesiedzę po prostu spektakl i wrócę do domu.
Wystarczy chwila, żeby zeszło napięcie. W tym półmroku i cieple, na miękkich fotelach – głowa zaczyna mi się uginać, podpieram ją ręką, powieki same się przymykają. Nie przeszkadza mi nawet wycie na scenie – to w końcu tylko bajka, stara bajka z początku wieku, prostszych czasów. Niech sobie śpiewają, a zgromadzeni niech udają, że rozumieją chociaż słowo.
Chociaż słowo.
Słowo.
To nie włoski słyszę. Ani nie polski. Ani żaden inny ze znanych mi języków.
Zmuszam się, żeby otworzyć oczy i wyprostować głowę, ale urok zdążył zapuścić już korzenie – walczę z nim o własne ciało. Ledwo mogę ruszyć językiem, a co dopiero sformułować przeciwzaklęcie, więc jedynie o nim myślę; myślenie też pomaga.
- Bardzo dobrze – szepcze mi jakiś głos tuż obok głowy, kobiecy głos z wyraźnym wschodnim zaciąganiem. – Już myślałam, że się poddasz.
Nie mam czasu zastanawiać się, skąd się wziął ten głos, ile czasu minęło, kto mówi – senność jest podstępna, bo tak mi bliska, tyle przecież dni spędziłam ostatnio w łóżku. Muszę sobie przypomnieć inne rzeczy – ciosy Aronsona, pieczęć na drzwiach gabinetu Maksima, strach i złość, cokolwiek, co nie jest słodką rezygnacją.
Wstaję z fotela, jakbym podnosiła się wbrew nurtowi rwącej rzeki, ale stoję, nogi mnie trzymają w górze – i widzę. Cały balkon śpiących ludzi; strużki ślin kapiące na sztywne białe koszule i piękne suknie; staranne upięcia gniecione pod ciężarem głów wspartych o cudze ramiona.
Jaki język mógł tak szybko i tak mocno uczynić takie spustoszenie?
Próbuję jednocześnie wsłuchiwać się w śpiew uroku i nie słyszeć go w ogóle, żeby nie poddać się zapaści, ale format i tonacja operowych arii nie sprzyjają ani jednemu, ani drugiemu.
- Udał im się atak z zaskoczenia – słyszę i przypominam sobie o pustym miejscu, które, oczywiście, nie jest już puste. Zajmuje je kobieta pasująca do opery jeszcze mniej niż ja: z długimi siwymi włosami splecionymi w długi warkocz, w drelichowych spodniach, z twarzą pomarszczoną i ogorzałą. Nie patrzy na mnie, ale na scenę i zdaje się, że urok w ogóle na nią nie działa.
- Co to za język?
Mogłabym ją spytać o inne rzeczy – kim jest, co tu robi, czy to ona wysłała mi bilet – ale nie mam czasu.
- Nie rozpoznajesz?
- Nie mam ucha do muzyki.
Ale zaczynam rozumieć, dlaczego opera: muzyka spłaszcza akcenty, neutralizuje naleciałości. Melodia kasuje intonacje i zastępuje je swoją własną, nieraz zmienia się cała fonetyka. Do tego muzyka jest językiem samym w sobie – i to uniwersalnym. Każdy ją słyszy i na jakimś poziomie rozumie, niezależnie od swoich biegłości językowych. Jest pierwotna, a zatem rezonuje z naszymi instynktami; sama nie udźwignie żadnych skomplikowanych uroków, ale co jest skomplikowanego we śnie? Dlatego mogli nam wyśpiewać urok w obcym języku, a on zadziałał, jakbyśmy rozumieli przynajmniej co trzecie słowo.
Teraz, gdy kobieta, zwróciła mi uwagę, oczywiście, tak, rozpoznaję pojedyncze słowa.
- To dialekt ruskiego – mówię. Tamta kiwa głową.
- Myślałam, że Maksim cię go nauczył?
- Rozumiesz go?
- Większość, tak. Widzisz przecież, że jestem ciągle przytomna.
- Nie możesz zatrzymać uroku?
- Och, ależ wtedy będą wiedzieli, że się wyślizgnęłyśmy z sieci. A chcemy ich przecież złapać. Albo przynajmniej poznać.
Stąd zapewne miejsca na balkonie, ukryte w ciemności, ledwo widoczne z jaskrawo oświetlonej sceny. No dobrze. Jakoś to wszystko zaczyna się ze sobą łączyć – chociaż dalej nie wiem, co się dzieje na scenie i czego stałam się bezwiedną częścią.
To nie to samo, co porządny talizman, ale mamroczę pod nosem proste kontruroki po rosyjsku; ukraiński byłby lepszy, ale nie znam go tak dobrze, żeby improwizować zaklęcia, przepychając się między rozlanymi w fotelach ciałami. Dotarcie do końca mojego rzędu zajmuje mi wystarczająco dużo czasu, by poważnie przemyśleć kwestię butów – nikt rozsądny nie będzie uprawiał rekreacyjnych pościgów na obcasach. Zdejmuję je więc, porzucam na środku przejścia i boso zakradam w stronę schodów. Prawie potykam się o drzemiącego na podłodze biletera, ale pozostaję ukryta w mroku i z tej perspektywy w końcu wyraźnie widzę scenę.
Kręcą się po niej cztery osoby, z czego dwie w absurdalnych, teatralnych kostiumach. To ta dwójka śpiewa, stojąc blisko skraju sceny. Dwie noszą się z o wiele większą celowością, ale z tej odległości nie jestem w stanie zrozumieć, co próbują zrobić.
Schodzę po schodach.
Myślałam, że Maksim cię go nauczył?
Oczywiste pytanie – Kim ty jesteś, by mieć opinię o naukach od Maksima? – celowo spycham na drugi plan. Później, później; na razie chcemy ich przecież złapać. Albo przynajmniej poznać.
Pozostaję niezauważona chyba głównie dlatego, że nie spodziewają się kontrataku. Uwijają się jak w ukropie – coś dzieje się za sceną, widzę falującą kurtynę, ale jednocześnie ktoś coś przenosi i ustawia. Mają na wyciągnięcie ręki co najmniej kilkoro z najważniejszych ludzi w tym kraju, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zakraść się do śpiących ministrów, filantropów, profesorów i hrabiów, i poderżnąć im gardła. Zamiast tego mam przed oczami przygotowania do skomplikowanego rytuału.
Ciężkie, palące przeczucie zakrada mi się do żołądka.
Na widowni jest miejsc na – ile? – tysiąc, pewnie ponad tysiąc osób. Nawet jeśli nie wszystkie są zajęte, to napastnicy ciągle mają do dyspozycji prawdziwy tłum gotowych do złożenia w ofierze serc i głów. Cokolwiek planują – jakąkolwiek klątwę szykują – taka ilość ofiar zapewni im potężną moc.
No i przy okazji skasują kilku ministrów.
Opadają mi powieki, ciężar z żołądka przechodzi na ramiona i muszę na nowo skupić całą uwagę, by od nowa szeptać przeciwzaklęcia. Dobry Boże – skąd oni się tu wzięli? Czego chcą? Jakim cudem zdołali się przedostać? Cała ta operacja śmierdzi desperacją, jej rozmiar, jej bezczelność, jej brak zabezpieczeń.
Myślę o drobnej jasnowłosej kapralce, która zapewne zachowała dla siebie moje dzisiejsze plany. O milicji, która nie ma szans zareagować na czas – a gdyby nawet zdążyła, prawdopodobnie nie dysponuje wystarczającymi środkami, by podjąć jakiekolwiek działania.
Dialekt ruskiego. Język Poleszuków – mowa puszczy i bagien, torfowisk i kamieniołomów. Dzikich terenów, których największym osiągnięciem było wydanie na świat Maksima. Zapomniany, martwy język, zachowany tak, jak się zachowuje pamiątki.
Mogłabym wpleść w przeciwzaklęcia pojedyncze poleskie słowa – ale nie robię tego, rezonans mógłby zwrócić na mnie uwagę napastników. Zostaję przy moim słabiutkim rosyjskim i pełznę do przodu, trzymając się cienia. Widzę już wyraźnie twarze osób na scenie, widzę, jak przesuwają się, by nie nadepnąć wyrysowywanego na podłodze kręgu.
Gdybym tylko zobaczyła, co na nim jest…
Nie lubię magii kręgów, tych bzdur z kredą, woskiem i świecami. To czary statyczne o bardzo określonych właściwościach, na dodatek wymagające niebagatelnych umiejętności i nakładu czasu, wrażliwe na najdrobniejsze błędy w sztuce. Samo przygotowanie wzoru potrafi zająć cały tydzień, jego rozpisanie nawet dobę – a do tego trzeba po wszystkim zdrapać jeszcze wosk z parkietu.
Ale jeśli ktoś miał czas, by się przygotować, nie spodziewa się przeszkód i do tego ma ograniczony dostęp do materiałów, krąg może być odpowiednim rozwiązaniem.
Rozważam przez chwilę podjęcie pojedynku. Mogłabym to zrobić, wiem nawet jak. Spowodować rezonans z urokiem, skorzystać z chwili konsternacji i zaatakować. Jestem potworem, znoszę ataki lepiej niż ludzie, tego pewnie też się nie spodziewają. Gdyby siwowłosa kobieta mnie wsparła – miałybyśmy realną szansę przerwać urok snu na wystarczająco długi czas, by pobudzili się ludzie na scenie i wszczęli alarm. To mogłoby zadziałać. Do przodu, przed siebie, na rympał, im szybciej, tym lepiej.
A potem Szmaglewski i inni obudzą się, zorientują, że zostali wciągnięci w pułapkę i w sennym amoku to właśnie mnie zobaczą przytomną na scenie. Nie.
Wycofuję się. Docieram do drzwi i wychodzę na korytarz najciszej, jak się da. Serce wali mi jak młot – to absurdalne, ale mam wrażenie, jakbym uciekała. Nie wiem, czy nie zostawiam swojej tajemniczej sojuszniczki na pastwę losu – ale trudno. Zanim cokolwiek zrobię, chcę wiedzieć, w co się pakuję.
Na korytarzu syreni śpiew uroku znacznie traci na mocy – z głowy wyparowują mi ostatnie mgły, do mięśni wraca zapomniana energia. Biegnę boso po wytartym dywanie, szukam jakiegoś przejścia za kulisy – na pewno nie uda mi się wejść na scenę, ale wcale nie muszę tego robić. Znajduję schody, a dwa poziomy wyżej – drzwi oznaczone jako „wstęp wzbroniony”. Za nimi jest ciemność, zapach kurzu i znowu urok, osłabiony przez odległość i kierunek.
Powinni byli obstawić wejścia. Zabrakło im ludzi?
Jestem w czymś w rodzaju pomieszczenia technicznego – tyle że jedna ściana otwiera się na otchłań sceny, a całą podłogę pokrywają szyny i ciężkie kable. W ciemności prawie nic nie widzę, więc stąpam ostrożnie, powstrzymując syknięcia, gdy nadepnę na coś ostrego. Moje rajstopy są już tylko wspomnieniem, chyba też krwawi mi prawa pięta. Nie ma to znaczenia – klękam na skraju przepaści i patrzę w dół, na głowy napastników i ogromny, rozrysowany na deskach sceny krąg.
Jest ogromny.
Jest skomplikowany.
I nigdy nie widziałam niczego podobnego.
Muszę się wychylić bardziej, prawie położyć na kablach i szynach, zmieścić pomiędzy scenicznymi reflektorami, zaciągnąć kurzem, ale dziesięć lat nauki w Archiwum robi swoje, i bełkot wypisany na wzorach kręgu powoli zaczyna mieć sens. Próba odczytania pisanej kursywą cyrylicy z wysokości piętnastu metrów nie jest łatwa, ale napięcie wyostrza mi wzrok. Widzę słowa o mieście, o ukryciu, o – i tutaj upewniam się dwa, trzy razy – Warszawie, o rzece. Jest coś o poziomach, czego nie mogę zrozumieć. Wypisane wzory to typowe równanie, przepuszczenie czegoś z jednej strony w drugą; krąg pełni funkcję katalizatora.
Wiem już, skąd chcą czerpać moc z jednej strony – setek najważniejszych osób uśpionych na widowni. I nagle, jakby ktoś zapalił mi lampkę w głowie, zaczynam rozumieć, dokąd chcą ją skierować. I dlaczego nie rozumiem trzech czwartych pozostałych zapisów w kręgu – w całym mieście jest może garstka osób, które byłyby w stanie je rozpisać.
Ochronne bariery, które wzniesiono nad miastem w momencie śmierci Maksima, te same, które powstrzymały mnie przed paniczną ucieczką w pierwszych godzinach po jego śmierci, to środki bezpieczeństwa kosztowne, trudne w utrzymaniu – i bezwzględnie konieczne. Przez ostatnie dwadzieścia lat zdążyliśmy o tym zapomnieć, ale jesteśmy blisko, tak blisko rubieży i wojen, które tam ropieją. Dwadzieścia lat to całe moje życie, ale dla większości mieszkańców okres za krótki, by pozbyć się akcentów i zapomnieć o ziemiach, z których ich wygnano. A zatem śmierć Maksima jest nie tylko tragedią – może być też przegraną bitwą. Stąd ochronny klosz, który zamknął nas w dusznej, wyizolowanej bańce.
Klosz, który oni chcą rozerwać od środka.
Wycofuję się znad otchłani i siadam na ciężkich kablach. W głowie mi szumi, w żołądku faluje. Nie wiem, co robić – co mogłabym zrobić. Że nie mogę pozwolić na dokończenie rytuału, nie ulega wątpliwościom, ale jak? To nie jest żywa magia, w którą mogę po prostu wejść z butami i na miejscu zobaczyć, co i jak. To równanie, starannie obliczone i rozpisane zawczasu.
Mogę zmienić wartości.
Myśl zmraża mi kręgosłup, ale jest za duża, żeby tak po prostu zniknąć, żebym udawała, że nigdy jej nie było.
To równanie. Mogę zmienić wartości. Zepsuć wynik. Upewnić się, że krąg zawiera błędy – wtedy nie ruszy nawet pierwsza sekwencja, zablokuje się sam.
To głupie. Nie – to szaleństwo. Nie dam rady. Nie jestem w stanie. Maksim by mógł – tak, Maksim byłby w stanie to zrobić, oczywiście, ale nawet on nie byłby do tego zdolny ot, tak, bez przymiarek i instrukcji.
Tyle że ja mam instrukcję. Jest wypisana w kręgu piętnaście metrów pode mną. Wszystkie informacje, których powinno pilnować biuro na Mokrej, wszystkie tajemne zaklęcia i glify chroniące miasto prezentują się jak na dłoni – wystarczy, że się wychylę.
Nie ma wiele czasu.
Nikt inny nic nie zrobi.
To nie powinna być moja decyzja, ale nikt inny jej za mnie nie podejmie. Próbuję sobie wyobrazić, co zrobiłby Maksim – ale to czcze rozważania, bo Maksim nigdy nie dopuściłby do takiej sytuacji. Tym niemniej myślę – chcę myśleć – że dałby mi swoje błogosławieństwo.
Niemal słyszę jego głos w swojej głowie.
Podnoszę się z podłogi i wracam na korytarz. Próbuję myśleć. W głowie mi płonie. Powinnam pamiętać, że mam sojuszniczkę – chyba – kimkolwiek by nie była. I mogę ją zostawić samą w operze, mogę ją ostrzec, mogę też poprosić ją o pomoc.
Muszę poprosić ją o pomoc. Sama nie dam rady.
Dziesięć minut.
Jestem o krok od powrotu na widownię – sięgam do drzwi, znowu słyszę urok sączący się ze sceny – kiedy dostrzegam ją nadciągającą korytarzem, pobladłą, wściekłą. Dopiero w jasnym świetle widzę wszystkie zmarszczki i przebarwienia – i tylko część z nich wynikła z wieku. Mimo to rusza się szybko i płynnie, i już po chwili jest obok mnie.
- Co robisz, dziewczyno – syczy. – Krwawisz, całe miasto może cię wyczuć.
- Pomóż mi – syczę w odpowiedzi i ciągnę ją przez korytarz, skradamy się w przestrzeni, która skradanie uniemożliwia.
Ma rację, krwawię, to ta rozbabrana rana na pięcie. Zostawiam za sobą ślady w więcej niż jednym znaczeniu tego słowa. Pewnie można prześledzić moją trasę w te i we w te po schodach, ale teraz nie mogę się tym przejmować. Ukrycie się już nie jest priorytetem.
Ile zostało? Siedem, pięć minut?
- Tutaj.
Zamykam za nami drzwi łazienki.
- Masz chustki? Szal? Cokolwiek? – pytam, ale nic z tego, wszystkie szpargały, płaszcze i torebki zostały w szatni, a czas mija. Ściągam więc rajstopy, rozrywam na dwa, zatykam odpływy dwóch z trzech kranów, odkręcam kurki do oporu.
- Co robisz, Serafino?
- Widziałam krąg na scenie – mamroczę. Skończyły mi się rzeczy do zrobienia, teraz muszę już tylko czekać, aż woda się przeleje, a to oznacza, że w końcu dogania mnie myśl o tym, co chcę zrobić, czego spróbować. – Tamci na scenie chcą zawalić bariery wokół miasta.
Dodanie dwa do dwóch nie zajmuje jej dłużej niż trzy sekundy, zrozumienie w widoczny sposób wyostrza jej rysy.
- Zabijając całą widownię.
- Tak.
- A woda?
Zaczyna wylewać się z umywalek, spływać kaskadą na nasze nogi. Krew z mojej odartej pięty unosi się różową wstążką w brudnej wodzie.
- Chcę spróbować… Chcę zaburzyć równanie. Podłączyć się do sieci ochronnej, dodać swoją siłę do systemu. To powinno wzmocnić… albo osłabić… bariery tak, żeby krąg nie zadziałał. Tylko najpierw… muszę się jakoś do nich dostać, przedrzeć się do nich samych, sięgnąć, a jesteśmy w centrum miasta. Najłatwiej i najszybciej wykorzystać gotową sieć, a wodociągi to pierwsze, co mi przyszło do głowy.
Nie odpowiada. Boję się, że mnie zaatakuje; to głupi, niebezpieczny pomysł, a ja jestem przecież potworem, potencjalną morderczynią, która może wykorzystywać sytuację, by samodzielnie zaatakować ochronne mury miasta.
- Będę cię asekurować – mówi. Czuje na ramieniu chłodną, spokojną dłoń i dopiero ten dotyk uświadamia mi, że cała się trzęsę.
- Potrzebuję twojego imienia.
- Możesz mi mówić Jewa. Zadziała.
Mam nadzieję.
- Wchodzę.
To język, którego nie znam zbyt dobrze – język architektów i urbanistów, precyzyjne instrukcje rozpisane na szkicach, rzutach i papierze technicznym, megatony informacji, których nie mam jak przetworzyć. Na swoim najbardziej fizycznym poziomie miasto jest dla mnie nie do odczytania; nie porozmawiam z nim, nie wpuści mnie do siebie tak łatwo.
Całe stopy mam już zanurzone w wodzie, rana na pięcie piecze, tracę czucie w dłoniach wsadzonych prosto pod strumienie lodowatej wody.
Ale na innych poziomach miasto znam dobrze. Mówimy tym samym językiem – rozmów ze sklepikarzami, brzdęku butelek mleka dostarczanych pod drzwi, dzwonów odmierzających czas i gwizdów kończących zmiany w fabrykach. Czym jest miasto, jak nie życiem; czyim językiem mówię, jeśli nie jego. A do tego mam instrukcje, opisy i zaklęcia wypalone po ciemnej stronie powiek, te same, które właśnie zamykają się w kredowym kręgu na operowej scenie. Prowadzą mnie przez wodę, tak – i głębiej, w ściany, w podłogi, w rury. Czuję na sobie nacisk ziemi, mrok, wilgoć i smród, to mało, ciągle za mało, nie chcę jednego źródła, chcę całego systemu. Idę, napieram, płynę pod ulicami, które tak dobrze znam, leję się z dziesiątek tysięcy poobtłukiwanych kranów, zmywam brud, makijaż i krew, ciągle za mało. Widzę urywki, nie całość – chcę całości. Wszystko, co zamknięto w ochronnym kloszu – każdy budynek, każdą ulicę, każdego człowieka. Chcę być wszędzie i powoli, stopniowo zaczynam wszędzie być. To nie wzrok; to nie czucie; to nawet nie świadomość, tak jak będąc człowiekiem nie jestem świadoma każdej komórki w swoim ciele.
Wchodzę pomiędzy miasto i wytoczone dookoła bariery i zamykam obwód. Staję się częścią systemu, spoiwem, widzę wszystko, wciskam się w każdy zakamarek. Wypełniam je jak woda i jak woda nie mogę się z własnej woli zatrzymać.
Gdzieś w tle wystarczy mi jeszcze samoświadomości – wystarczy mi jeszcze siebie – by wiedzieć, że to nie tak powinno wyglądać. To powinno być trudne. Powinno być niemożliwe. Ale przejście jest równie łatwe jak zapadnięcie w sen; niemal przyjemne.
Ale muszę o tym zapomnieć, bo jest jeszcze inna myśl, na której powinnam skupić się w całości, nie pozwolić jej oddryfować – że to nie koniec. I że powinnam się śpieszyć. Że woda była tylko środkiem – nie celem samym w sobie.
Linie ochronnej miejskiej pieczęci architekci oparli na kilku kluczowych punktach w mieście – przynajmniej do części z nich mogę dotrzeć od razu, bez namysłu. Kotłuję i zbieram się, ja Serafina, koncentruję całą swoją siłę i napieram, przebijam się, szukam miejsca, przez które mogłabym wejść.
W dzielnicy robotniczej martwa od lat studnia zaczyna kipieć.
Na Targowym z hydranta wylatuje szpunt, a w ślad za nim strumień lodowatej wody.
Na ręce zaskoczonego Huberta w moim mieszkaniu zaczyna płynąć wrzątek. Jasnoróżowy od krwi.
- Wystarczy!
Rosnę, przybieram, a ze mną pieczęć kołysze się i pęcznieje. Daję jej siłę – tyle mocy, że zaczyna kondensować się w powietrzu. Jest wspaniała, jest prawdziwym cudem – zdaje się niemożliwym, by wypisała ją i uruchomiła ludzka ręka. A teraz jesteśmy we dwie, uzupełniamy się tak, jak dłoń uzupełnia rękawiczkę.
- Dość, Serafino!
Jak mogłam się tego bać?
Pieczęci nad miastem już teraz nic nie złamie – nie ze mną wzmacniającą ją u samych podstaw. Razem będziemy niepokonane.
- No dobrze, skoro nie słuchasz…
I nagle, jak za przełączeniem wtyczki, coś w mojej głowie się przesterowuje, słowa wykrzykiwane mi przez Jewę do ucha zaczynają mieć sens, słowa znaczenie, a ja ciało i ramię, na którym niemal do krwi zaciska się sina, starcza dłoń.
Siły starcza mi jeszcze na tyle, by spróbować się odwrócić, by otworzyć usta, spróbować się wesprzeć o przelewającą się umywalkę – a potem nogi odmawiają mi posłuszeństwa, padam z mało przystojnym plaskiem na mokrą łazienkową posadzkę i światło gaśnie.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ