TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Taitai

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 202
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Taitai

Post autor: Kimchee » 12 kwietnia 2019, 21:55

SpoilerShow
Tekst, jak podkreślałam, pisany dla funu, ale to nie znaczy, że nie można nad nim popracować. Ostrzegam tylko, że to romans, roman i jeszcze raz romans, więc trzeba się przygotować na duża dawkę emowania i sparklenia.


Taitai
Część I


Rozdział I
Przybycie Swatki

Do obchodów sześćdziesiątych urodzin babci pozostał dokładnie jeden dzień. Xiurong zamierzała wykorzystać ten czas, żeby zjeść po kryjomu jak najwięcej słodyczy. Wiedziała, że jutro – kiedy będzie ją obserwować kilkadziesiąt par oczu – nie będzie mogła skosztować tyle, na ile ma ochotę. Młoda dziewczyna na wydaniu, która objada się przy ludziach, mogłaby zostać uznana za łakomą i samolubną. Aż strach pomyśleć, co powiedziałaby na to pierwsza matka. Wprawdzie Shijun Chen nigdy nie zwróciła publicznie uwagi nikomu z członków swojej rodziny, ale nie powstrzymało jej to przez karceniem ich wzrokiem.
Wtedy nawet czwarta kuzynka traciła apetyt.
Dlatego Xiurong miała zamiar zażyć nieco przyjemności, zanim będzie musiała oglądać, jak przeznaczone na ucztę pyszności, zjada ktoś inny.
– Zostaniesz tu i zaalarmujesz mnie bez zwracania na siebie uwagi, gdyby ktoś się zjawił – poleciała swojej służącej.
Urodzona w roku owcy Dongmei nie miała natury awanturnicy. Zareagowała dokładnie tak jak zwykle, kiedy jej pani wpadała na kolejny szalony pomysł.
– A co będzie, jeśli furen nas przyłapie? – Na znak przerażenia zakryła sobie dłonią usta i dalej mówiła już nie do końca zrozumiale. – Jeszcze zamknie xiaojie w pokoju i nie pozwoli ci uczestniczyć w urodzinach.
Wtedy Xiurong nie mogłaby spotkać Yaozu, a to faktycznie byłaby większa tragedia niż odmówienie sobie kilku ciastek ryżowych. Dziewczyna przez chwilę intensywnie zastanawiała się nad obiema alternatywami.
– To się na pewno nie stanie – Zdecydowała wreszcie. – Bo pierwsza matka na pewno nas nie złapie.
Nadzieja przez chwilę obecna na ładnej, dziecinnej twarzy służącej zamieniła się w strach.
– Tylko się pośpiesz, xiaojie – szepnęła, chociaż były zupełnie same.
Właściwie Xiurong wcale nie musiała fatygować się osobiście. Mogłaby posłać do kuchni Dongmei i po prostu czekać, ale zdobywanie ciastek było niemal tak samo przyjemne jak ich jedzenie. A dreszcz emocji, jaki przy tym czuła, urozmaicał codzienną rutynę życia w rezydencji.

Kiedyś, dawno temu, posiadłości Ao’Dai miewały tylko jeden dziedziniec, na którym znajdowały się wszystkie budynki, ale potem zdobywcy zaczęli przejmować coraz więcej z mentalności ludzi Hu wraz z odzwierciedlającą ją architekturą. Rezydencja Shijun miała zatem kilka dziedzińców, a kobiety mieszkały w głębi domu, chociaż nie były skazane na swoje podwórce jak ich odpowiedniczki z podbitego narodu.
Xiurong miała wprawę w skradaniu się i szybkim pokonywaniu przestrzeni między pawilonami. Zostawiła Dongmei przy bramie, sama pobiegła do kuchni, trzymając w dłoniach materiał obfitej spódnicy. Zanim weszła do budynku, dwa razy sprawdziła, czy pierwszej żony ani żadnej z ciotek nie ma w pobliżu. W kuchni zastała tylko kilka pracujących tam dziewcząt. Jedna właśnie wyjmowała z pieca ryżowe ciasteczka. Wszystkie nosiły długie do ud błękitne kaftany zapinane na lewej stronie i różowe spódnice; do tego splatały włosy w dwa koki jak Dongmei. Na widok drugiej panienki zaczęły się kłaniać. Pochodziły z rodów Hu, były rumianymi stworzeniami o pulchnych policzkach. Panienka Shijun podejrzewała, że praca w kuchni musi być czasem nieprzyjemna, ale te dziewczyny wyglądały na zadowolone. Na szczęście nie było tu kucharza, który miał długi język i cokolwiek robił, próbował przypodobać się pierwszej żonie pana domu.
– Czego sobie życzysz xiaojie? – zapytała jedna ze służących.
Druga panienka była ulubienicą służby. Nie zamęczała nikogo tysiącami niedorzecznych poleceń jak piąta kuzynka ani nie krzyczała jak druga, dlatego zawsze mogła liczyć na to, że kuchenne dziewczęta zostawią dla niej któryś ze smakołyków.
Już teraz czuła się przyjemnie odurzona zapachem ryżowych ciastek.
Ryż uprawiano tylko na krańcach dwóch południowych prowincji cesarstwa, pozostałe tereny były zbyt chłodne i suche. Nawadniana wysiłkami geomantów żółta lessowa ziemia nie chciała rodzić niż innego niż pszenica i proso. Każde ciastko mogło kosztować nawet miesiąc pracy biednego chłopa Hu, ale to czyniło je jeszcze smaczniejszymi.
Chwilę później druga panienka schodziła po kuchennych schodach z policzkami wypchanymi smakołykami. W ręku niosła jeszcze jedno ciastko – dla Dongmei.
Służąca warowała na posterunku. Przejścia na głównym dziedzińcu i w ogrodzie nie były zamknięte. Poszczególne człony domostwa oddzielały od siebie otwarte bramy, dla ochrony przed demonami wycięte w kształt koła. Stanowiły przez to dokonały punkt obserwacyjny. Xiurong od razu zauważyła, że Dongmei jest czymś bardzo poruszona. Bardzo mało prawdopodobne by przyczyną stanu dziewczyny okazał się jakiś duch.
To mogła być tylko jedna osoba – pierwsza matka.
Xiurong znieruchomiała na wyłożonej kamiennymi chodnikami ścieżce, wpół drogi z kuchni do przejścia łączącego dziedzińce. Groziło jej przyłapanie na gorącym uczynku. Dowód winy miała w ustach – drugi w dłoni. Próbowała pozbyć się przynajmniej tego pierwszego, ale równie dobrze mogłaby próbować połknąć kamień.
– Xiaojie! – Na domiar złego służąca zaczęła wołać do niej, energicznie wymachując przy tym rękami. – Xiaojie!
Nie mogłaby bardziej zwracać na siebie uwagi nawet gdyby chciała.
Xiurong praktycznie już mogła pożegnać się z myślą o uczestnictwie w jutrzejszym przyjęciu, a tym samym ze spotkaniem z Yaozu. A skoro tak…
Szybko połknęła ciastko, po czym wepchnęła do ust drugie (Dongmei i tak dostanie się za nie upilnowanie panienki, zjedzenia ciastka dla gości to doprawdy byłoby zbyt wiele), chociaż zakazana przyjemność całkiem straciła swoją słodycz. Skoro Xiurong i tak miała zostać ukarania, to niech chociaż będzie za co.
– Xiaojie, nie uwierzysz! – służąca bynajmniej nie umilkła, kiedy panienka nareszcie znalazła się przy niej.
Xiurong wciąż jeszcze przeżuwała słodycz, jednocześnie rozglądając się uważnie. Mała służąca wzięła jaj milczenie za zachętę.
– Przed chwilą widziałam panią Moluhzen – powiedziała, wyraźnie oczekując pochwały.
Panienka przełknęła ostatni kęs ryżowego ciastka. Pociągnęła Dongmei na trawnik, gdzie piętrzył się labirynt kamieni i krzew. Tam mniej ryzykowały, że zobaczy je ktoś, kto akurat będzie przechodził sąsiednim dziedzińcem.
– Jesteś pewna? – Xiurong oblizała wargi; gdy minęło niebezpieczeństwo zaczęła żałować, że spałaszowała wszystko tak szybko. Następnym razem ukryję coś w rękawie sukni, pomyślała.
– Widziałam ją na własne oczy! – uniosła się Dongmei. – Szła z jedną ze służących taitai. Przysięgam na moich przodków!
Była to najmocniejsza z przysiąg i Xiurong nie zamierzała kwestionować prawdomówności swojej służącej.
Panią Moluzhen, swatkę, znała każda dziewczyna, nawet jeśli nie dorosła jeszcze do małżeństwa. A ona jakimś sposobem wiedziała o nich wszystko. Chociaż wielkie rody coraz częściej same uzgadniały między sobą sprawy małżeństw, ze względu na tradycję wciąż oficjalnie korzystano z usług swatek. Pani Moluhzen wydawała się nie przeszkadzać marginalna rola, tak długo jak w każdej rezydencji otrzymywała darmowy posiłek i mogła wypowiedzieć kilka cennych maksym na temat urody i zachowania należnego kobiecie. Pod tym względem zachowywała się, jakby skojarzenia pary młodych ludzi nadal było w całości wyłącznie jej zasługą. Szczyciła się tym, że na jej usługi mogą pozwolić sobie tylko najbardziej zamożne rodziny. Podróżowała po mieście czerwonym powozem zaprzężonym w dwa silne muły, które mogły udźwignąć jej ciężar. Z powodu gościnności mocno roztyła się w ostatnich latach, mimo że wysoki jak na kobietę wzrost nieco tuszował prawdziwe rozmiary konsekwencji jej obżarstwa.
Tak, pani Moluhzen nie dało się nikim pomylić.
Xiurong przez chwilę rozważała możliwie następstwa jej wizyty, a Dongmei swoim zwyczajem paplała w najlepsze.
– Xiaojie, myślisz, że taitai wezwała swatkę dla pierwszej panienki?
Potem zaczęła wymyślać najróżniejszych kandydatów. Nie omieszkała na umieścić na tej liście także kilku książąt. Xiurong słuchała tej przemowy tylko jednym uchem. Myślała o najważniejszym – mianowicie, co wizyta swatki oznacza dla niej. Nie wypadało jej wyjść za mąż póki nie zrobiła tego starsza siostra, a teraz być może…
Taitai zawsze trzymała swoje plany w najgłębszej tajemnicy, inni – zwłaszcza matka Xiurong, dowiadywali się o nich z opóźnieniem. Dziewczyna najchętniej poszłaby i podsłuchała, o czym rozmawia ze swatką pierwsza matka. Ale żadnej młodej panienki z domu Shijun nigdy nie przyłapano na podsłuchiwaniu, a ona nie zamierzała być pierwszą. Wizyty w kuchni i podjadanie ciastek w czasie, kiedy powinna haftować albo poświęcać się innym odpowiedniejszym zajęciom to co innego. Pierwsza matka miała wszędzie swoje oczy i uszy w postaci służących, a Xiurong wolała się nie dowiadywać czy ma więcej sprytu i szczęścia od nich wszystkich razem wziętych. W dodatku, gdyby taitai skarciła ją w obecności pani Moluhzen, to byłaby już prawdziwa katastrofa – rzecz, która nie mogłaby pozostać tajemniczą wewnętrznych dziedzińców.
– Wracamy – zdecydowała Xiurong. Dongmei nawet nie popróbowała ukrywać radości z tej decyzji.
Zanim ktokolwiek je spostrzegł, były już z powrotem na swoim dziedzińcu.
Druga panienka ostrożnie wślizgnęła się do komnaty matki.
Shijun Jiayi siedziała na platformie pośrodku komnaty i krzywiła twarz do lustra z wypolerowanego brązu. Przed nią, na niskim prostokątnym stoliku, leżały kosmetyki i błyskotki do upinania włosów. Mimo później pory druga dama domu Shijun wciąż nie była w pełni gotowa.
Ledwo zwróciła uwagę na córkę, kiedy ta usiadła naprzeciw. Xiurong zaczęła bawić się szpilkami i grzebieniami. Kiedy była jeszcze mała, niezmiernie fascynowało ją wszystko, co ładne i błyszczące. Uwielbiała, gdy matka pozwalała jej dotykać swojej biżuterii. Zawsze robiła to z zastrzeżeniem, że precjoza taitai są ładniejsze i bardziej kosztowne niż to, co ona musi nosić.
– Muqin, Pierwsza Matka wezwała do siebie swatkę – Xiurong nie mogła się doczekać, by podzielić się dobrą wiadomością. – Dongmei ją dziś widziała.
Stojąca za swoją panienką służąca energicznie potakiwała.
Druga Dama westchnęła boleściwie.
– A skąd mam to wiedzieć, Ting’er? – Spojrzała na córkę z urazą. Tingting było dziecięcym imieniem Xiurong. Teraz tylko trzy osoby zwracały się do niej w ten sposób.
– Jestem w tym domu tylko drugą żoną i nikt nigdy mi niczego nie mówi. – Zawodziła dalej druga dama. We wszystkim umiała odnaleźć analogię do własnej nieszczęśliwej sytuacji.
– Popatrz – Odłożyła lustro na stolik. – Kolejna zmarszczka.
Xiurong udawała, że dokładne przegląda się jasnej cerze kobiety. Kochała swoją matkę, ale nie była w tym uczuciu całkowicie bezkrytyczna. Wśród młodych dziewcząt funkcjonowała taka klątwa: „Obyś została drugą żoną”. Rozmawiając z Jiayi, można było odnieść wrażenie, że to faktycznie najgorsza rzecz, jaka może spotkać kobietę. Tymczasem w całym cesarstwie musiało być z dziesięć tysięcy kobiet, które chętnie zostałby chociażby konkubinami kogoś takiego jak Shijun Tongfei. Trzeba jednak oddać matce sprawiedliwość; przy ludziach zachowywała się zawsze jak na damę domu Shijun przystało. Dopiero na własnym dziedzińcu zmieniała się w nieszczęsne stworzenie, z którym córka nieraz musiała postępować jak z dzieckiem.
– Kiedy byłam młoda i piękna, byłam ulubienicą twojego ojca – Matka uśmiechała się nie do córki, a do własnych wspomnień. – Ale w tym domu moje pączki szybko straciły świeżość i jak każdy mężczyzna się mną znudził.
To nie była prawda, przynajmniej nie cała. Xiurong podejrzewała, że niebagatelną rolę odgrywał tu charakter matki. Kolejny dowód stanowiła młodsza siostra Xiurong, zaledwie dziesięcioletnia Xiuling. Ale matka w to wierzyła… Gdy wpadała w szczególnie płaczliwy stan, córka zawsze była gotowa jej wysłuchać – ze współczuciem, ale też cichą ulgą. Ona nigdy nie podzieli jej losu. Wyjdzie za mąż za Yaozu i zostanie taitai – pierwszą żoną najstarszego syna w pokoleniu.
Wtedy będzie jej brakować matki, a nawet jej narzekań.
– Muqin – zniżyła głos do szeptu – wczoraj widziałam, że pierwsza matka ma w tym miejscu o trzy więcej niż ty zmarszczki.
Czekała, aż matka przyswoi sobie pocieszającą nowinę. Wzięła do ręki szpilkę z ozdobą w kształcie motyla i zaczęła obracać w dłoniach. Czekała.
Matka znów chwyciła lustro, tylko po to, żeby jeszcze raz przyjrzeć się swojej twarzy i uszczypnąć się w policzek. Zaróżowiona skóra nadawała jej młodzieńczego wyglądu.
Xiurong zauważyła zmianę nastroju, więc odważyła się spytać:
– Mulin, myślisz, że jiejie wkrótce wyjdzie za mąż?
– A skąd ja mam to wiedzieć?! – obruszyła się Druga Dama.
Przynajmniej tym razem nie płakała.
Pierwsze wyraźne wspomnienie Xiurong z dzieciństwa wiązało się właśnie z Jiayi. Przybiegła do matki, chcąc pokazać jej brzoskwinię, która dojrzała tego dnia, a zastała ją zalaną łzami. Ponieważ kobieta w żaden sposób nie reagowała na piękny i soczysty owoc, Xiurong odważyła się zapytać, dlaczego płacze. „Bo jestem tylko drugą żoną”, usłyszała w odpowiedzi. Potem matka wzięła dziewczynkę na kolana, co się Xiurong już bardzo podobało (jako dziecko bardzo pragnęła uwagi matki i była gotowa skorzystać z każdej okazji, gdy ta była jej ofiarowana). Potem Jiayi długo tuliła córkę i kazała Xiurong przysięgać, że zrobi wszystko, by uniknąć jej losu. Xiurong przysięgłaby zresztą cokolwiek, byleby matka znów się do niej uśmiechnęła.
Panienka wiedziała, że więcej już się nie dowie. Pozostawało jej jedynie czekać, aż rodzina pana młodego przyśle zaręczynowe prezenty albo liczyć na plotki służby.
Przynajmniej oblicze Jiayi trochę się rozpogodziło.
– Naprawdę trzy zmarszczki? – zapytała z większym niż przed chwilą optymizmem w głosie.
– Niedługo to już będą cztery, furen – wtrąciła jak zawsze nieoceniona Dongmei.
Służąca zasłużyła na przynajmniej jedno ciastko, szkoda że panienka w przypływie bohaterstwa zjadła wszystkie sama.
Xiurong usiadła obok matki. Spinkę, którą przestała się bawić chwilę temu, wspięła w niedokończony kok, wieńcząc dzieł.
– Powinnaś częściej się tak czesać – powiedziała.
Włosy były jednym z niewielu elementów dawnej legendarnej urody, którą druga dama codziennie opłakiwała, jaki został jej do dziś. Wciąż miała gęstą, kaskadę czarnych fal, podczas gdy taitai coraz częściej wspomagała się sztucznymi.
Xiurong pocałowała matkę w policzek, faktycznie mniej jędrny niż kiedy dotykały go dziecięce usta. Ale na ten temat milczała.
– Jakie to szczęście, że nie skończysz tak jak ja – usłyszała.


*


Rodziny Shijun i Muyu od wieków łączyły bliskie więzy. Ich przodkowie wspólnie z innymi wojownikami Ao’Dai podbijali resztki Smoczego Cesarstwa. Można by stwierdzić, że między tymi rodami panuje przyjaźń, ale – jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach – była to przyjaźń zawierająca element rywalizacji. O względy cesarzy, o prestiż, o to kto wyda więcej geomantów i zdolnych żołnierzy, wreszcie – która rodzina może pochwalić się większą i bardziej okazałą siedzibą. Chwilowo górą w tej rywalizacji byli Muyu.
Sześćdziesiąte urodziny uchodziły za jedne z najważniejszych wydarzeń w życiu człowieka. Stanowiły okazję do spotkań z rodziną i przyjaciółmi, ale również zaprezentowania bogactwa. Sala recepcyjna w rezydencji Shijun była jedną z najokazalszych wśród arystokracji, ustępując swoim rozmiarem i splendorem tylko pałacom członków cesarskiego rodu. Wolna przestrzeń wypełniała luki pomiędzy sześcioma podwójnymi rzędami kolumn podtrzymujących dach. Wszystkie pomalowano na czerwono i zielono, w dodatku ozdobiono motywami mającymi przynosić pomyślność, a także odpędzać złe duchy. Tego dnia pomieszczenie przystrojono świeżymi kwiatami, a świece w przypominających rozłożyste drzewa i krzewy świecznikach stwarzały miłą atmosferę.
A wszystko z powodu niskiej, pulchnej kobiety o twarzy tak starej, że zaczynała przypominać twarz dziecka, która siedziała po prawicy pana domu. Shijun Mingzhu mimo swej płci była dziś najważniejszą osobą.
Początek obchodów zwiastował jednak co innego. Na boku pan Muyu zebrał niemal tyle samo życzeń i gratulacji co seniorka rodu Shijun. Xiurong widziała, że ojciec i matki nie patrzą dobrze na to, ale oficjalnie nie stracili twarzy i przyłączyli się do pozostałych pochlebców. Oczywiście, wszyscy woleliby, żeby to ktoś z domu Shijun pojmał księcia Mo’Dai i tym samym znacznie zwiększył szanse cesarstwa na ujarzmienie najnowszej fali barbarzyńców z północy. Ale ta zasługa przypadła drugiemu młodemu paniczowi domu Muyu i nic nie dało się na to poradzić, a gospodarze mogli jedynie starać się by atrakcje wieczoru przyćmiły splendor, jaki padł na rodzinę przyjaciół.
Pan Muyu, trzeba mu to przyznać, nie starał się wykorzystać chwilowej popularności bardziej niż mu wypadało i na każdym kroku przypominał, kto jest prawdziwym bohaterem tego wieczoru. Był wysokim, postawnym mężczyzną, który Xiurong wydawał się bardziej surowy i okazalszy niż jej własny ojciec. Zgadywała, że to po nim Yaozu odziedziczył swoją dostojność.
Xiurong posadzono w otoczeniu sióstr i kuzynek, w rzędzie za ciotkami. Ze swojego miejsca widziała Yaozu (przez większość czasu częściowo zasłoniętego przez przystrojone fioletowy brokat ramię trzeciej ciotki, która wciąż się wierciła), i to na nim skupiała się przez większość czasu.
Tego dnia wydawał się poważniejszy niż zwykle. Kiedy Xiurong udawało się już pochwycić wzrok ukochanego, nie umiał długo go na niej skupić i szybko odwracał twarz, jakby nie cieszył się z dzisiejszego spotkania równie co dziewczyna. Od dziecka cechowała go niezwykła powaga i dostojność, które łatwo było pomylić z wyniosłością. Bycie najstarszym synem w pokoleniu oznaczało nie tylko przywileje, lecz przede wszystkim obowiązki. Oczekiwania innych oraz powinności względem przodków mogły człowieka zdruzgotać. Nie każdy umiał wytrzymać presję. Xiurong wszelako nie przeszkadzało, że Yaozu zachowuje się równie poważnie jak jej ojciec. Zawsze umiała go rozśmieszyć i sprawić, by chociaż część tej powagi zmieniła się w beztroskę.
Druga panienka pragnęła znaleźć się bliżej mężczyzny i wyczekiwała tej chwili, by móc podzielić się z nim wiadomością o wizycie swatki, na razie jednak musiała przetrwać niekończący się korowód z podarkami dla jubilatki. Zazwyczaj lubiła widok prezentów, nawet gdy obdarowywano nimi kogoś innego. Właśnie wnoszono długi zwój czerwonego jedwabiu wyszyty symbolami pięciu żywiołów i znaków szczęśliwości. Xiulan poświęciła na jego wykonanie ostatnich kilka miesięcy Efekt finalny naprawdę robił wrażenie, co widzieli wszyscy poza chyba autorką, która siedziała obok Xiurong ze skromnie opuszczoną głową. Druga panienka nigdy nie rywalizowała ze starszą siostrą. Rywalizacja zakładałaby, że ma przynajmniej teoretyczne szanse na zwycięztwo. Xiulan celowała we wszystkich typowo kobiecych pracach, które Xiurong albo nudziły albo nie były jej mocną stroną.
– Prawdziwe dzieło sztuki – odezwała się dama, w której Xiurong dotychczas nie słuchająca rozmów, rozpoznała madame Muyu, matkę Yaozu. – Furen, mając taki prezent, naprawdę będziesz żyć dziesięć tysięcy lat.
Pomarszczona twarz babki rozpłynęła się w szczerym uśmiechu.
Komentarz pobudził kolejne, wszystkie w podobnym tonie i coraz śmielsze. Po każdym Xiulan zdawała się zapadać w sobie coraz bardziej.
Były siostrami, dzieliły połowę krwi, mimo to Xiurong nie czuła się szczególnie mocno związana ze swoją jiejie. W dzieciństwie częściej bawiła się z kuzynkami i to im powierzała swoje pierwsze dziewczęce tajemnice. Xiulan jako najstarsza córka domu od dziecka miała więcej obowiązków niż inne młode panienki. Była z natury cicha i uległa, w dodatku bez szemrania wykonywała wszystkie obowiązki. Pierwsza matka miała zamiar dobrze wydać za mąż swoją jedyną prawdziwą córkę i Xiurong nawet na przyjęciu urodzinowym nie przestawała dociekać, z kim postanowiono zaręczyć Xiulan. Siostry nawet nie pytała, to pewne, że cicha i uległa jiejie nic jej nie powie. Kuzynki, z którymi druga panienka gruntownie przedyskutowała sprawę, miały swoje pomysły. Każda twardo broniła swojego. W tej sytuacji dojście do porozumienia, a tym bardziej wybór jednego pewnego i akceptowanego przez wszystkie panienki kandydata był niemożliwy.
– Mężczyzna, który poślubi twoją córkę Shijun furen będzie miał szczęście – Pierwsza Dama Muyu uśmiechała się do znajomej przez szerokość sali.
Xiurong liczyła, że dowie się na ten temat coś więcej. Nawet zaciekawiona czwarta kuzynka przerwała na moment jedzenie. Nie tylko one wydawały się łaknąc informacji o ożenku pierwszej panienki, jedynie Yaozu milczał, dziwnie zamyślony. Temat urwał się jednak samoistnie, kiedy madame Muyu zdecydowała się wznieść toast na cześć Xiulan.
Wobec Xiurong kobieta była zawsze powściągliwa i surowa – nie niechętna. A dziewczyna nie przejmowała się tym tak bardzo jak nieraz robiły inne dziewczęta. Rozumiała, że to naturalna rzecz w przypadku teściowych. Jednak teraz nagły entuzjazm kobiety wobec jiejie Xiurong nieco zdumiał dziewczynę.
Yaozu popatrzył w stronę, gdzie siedziała Xiurong, ale ta miała wrażenie, że to nie na nią spogląda. Ujęła pałeczki i włożyła do ust trochę makaronu długowieczności – zrobionego specjalnie na cześć babki. Chociaż myślami błądziła zupełnie gdzie indziej, nie zapomniała o naukach pierwszej matki i wkładała do ust tylko małe porcje, a potem długo je żuła. Już poleciła Dongmei, żeby po przyjęciu przyniosła coś się da z tego, co zostanie do jej pokoju. W przeciwieństwie do niej czwarta kuzynka bezwstydnie opychała się ucztą bez umiarkowania. Jej stolik był już zupełnie pusty, a w miseczkach i na półmiskach nie pozostał nawet ślad pysznej uczty. Pierwsza matka od lat walczyła z nadwagą dziewczyny i strofowała drugą ciotkę, ale łakomstwo jak dotąd wygrywało. Nie pomogły nawet groźby. Czwarta kuzynka zaczęła jeść jeszcze więcej, gdy taitai zagroziła, że jeśli nikt nie będzie chciał jej poślubić, sprzeda dziewczynę za żonę rzeźnikowi. Xiurong współczuła oczywiście kuzynce, ale po cichu także się niej śmiała. Gdyby czwarta kuzynka myślała czasem o czymś prócz tego, co zje na kolejny posiłek, domyśliłaby się, że Pierwsza Dama nigdy nie poniży Domu Shijun koligaceniem się z przedstawicielem nieczystego zawodu.
Kiedy oficjalna część bankietu nareszcie dobiegła końca i wszyscy zgromadzeni mogli wstać od stołu, Xiurong – chociaż wyrywała się do Yaozu – podbiegła do babki.
– Nainai, jeszcze mój prezent! – Ujęła staruszkę pod ramię, a ta z uśmiechem pozwoliła prowadzić się do wyjścia.
Xiurong szczerze kochała babkę, która była wesołą i wyrozumiałą kobietą. Aż trudno było uwierzyć, że sama były kiedyś żoną najstarszego syna i taitai, która musiała zarządzać rodziną i służbą, bo w niczym nie przypominała Pierwszej Damy – kobiety dumnej i surowej.
Gdy znalazły się na zewnątrz, powitała ich szarość zmierzchu. O tej porze roku ciemności zapadały dość szybko, ale w tym wypadku okazało się to atutem.
Druga panienka przywołała do siebie Dongmei.
– Każ im zaczynać – szepnęła.
Służąca ukłoniła się bardziej z szacunku dla starszej damy.
– Tak, xiaojie.
Pobiegła przed siebie.
– Co wymyśliłaś, Ting’er? – chciała wiedzieć staruszka.
Dziewczyna szukała w tłumie gości Yaozu, ale nigdzie go nie widziała. Na babkę spojrzała dopiero, kiedy ta szturchnęła ją lekko łokciem.
– Jeśli ci powiem, to przestanie być niespodzianka!
Wokół przerzuconego nad sztucznym jeziorem mostka zebrał się już spory tłum, niemniej każdy rozstępował się na drodze starej kobiety prowadzonej przez wnuczkę. Wodą już płynęły migocące lampiony w kształcie kwiatów piwonii.
Xiurong uznała, że efekt przeszedł jej oczekiwania, a sądząc po reakcjach gości, nie myliła się.
– Ting’er, to twoje dzieło? – W zachwyconych oczach babki odbijały się rozedrgane płomienie lampek.
Xiurong wiedziała, że nie jest w stanie przyćmić żadnego z dzieł starszej siostry, dlatego postanowiła podarować babce coś innego. Z pomocą Dongmei stworzyła lampiony, które teraz okupowały niemal całą przestrzeń jeziora. Sama natura dopomogła przedstawieniu. Wiał lekki, ożywczy wiatr, który sam niósł lampiony, także pomoc geomantów okazała się zbędna. Zaskoczone nefrytowe karpie, którymi Syn Nieba obdarował rodzinę kilka pokoleń wstecz, umykały przez niespodziewanymi przeszkodami, a ich ciemne zwinne kształty były doskonale widoczne pod powierzchnią rozświetlonej lampionami wody.
Nawet poważna pierwsza dama Muyu patrzyła przychylnie na ten spektakl.
– Podoba ci się, Nainai?
Starsza kobieta przytuliła wnuczkę, a gdy się odsunęła po jej twarzy przemknął cień smutku, którego źródła Xiurong nie potrafiła odgadnąć.
– To najpiękniejszy prezent, jaki dostałam, Ting’er – szepnęła, już uśmiechnięta. – Ale nie mów o tym nikomu…


*


Pływające lampiony nie były główną atrakcją wieczoru. Panu Shijun ostatecznie udało się przyćmić sukcesy rywali pokazem ogni.
Większość geomantów dysponujących mocą ujarzmiania śmiercionośnego żywiołu trafiała do armii. Tylko tym posiadającym wyjątkowy talent plastyczny i wyobraźnię pozwalano kształcić się jedynie w kierunku sztuk wizualnych. Jedno i drugie czyniło usługi zaklinaczy ognia bardzo kosztownymi. Z takim wydatkiem musiał się liczyć nawet pan Shijun. Efekt wart był jednak swojej ceny pod każdym możliwym względem.
Z rozstawionych na dziedzińcu mis z ogniem płomienie rozwijały się w smoki, feniksy i tygrysy swobodnie szybujące po niebie. Niekiedy szybowały aż do gwiazd, a za chwilę ostro pikowały w dół, wprost na zdumionych widzów, prowokując pełne strachu piski dziewcząt i oklaski chwilę po nich. Wszystko przy akompaniamencie bębnów i piszczałek typowych dla nomadycznej kultury Ao’Dai. Nie licząc okazyjnych westchnień pełnych zachwytów i oklasków, goście przyglądali się spektaklowi w zupełnym milczeniu. Nawet powściągliwa Xiulan, która zazwyczaj ukrywała swoje uczucia, patrzyła na podniebny taniec ognia z niemym zachwytem na twarzy i roziskrzonymi oczami.
Xiurong myślała o pokazie od wielu tygodni, ale teraz nie potrafiła się na nim skupić. Myślała tylko o tym jak znaleźć się blisko Yaozu. W ogólnym zamieszaniu uwolnienie się od towarzystwa matek, ciotek i kuzynek okazało się łatwiejsze niż wyniesienie z kuchni ciastka. Kiedy czwarta kuzynka zajęta była pożeraniem kolejnego smakołyku, który ukryła w rękawie jeszcze w sali recepcyjnej, druga panienka po cichu się wycofywała.
Odszukała w tłumie Yaozu i stanęła za nim. Przez chwilę przyglądała się szczupłej i wysokiej sylwetce mężczyzny, zanim wspięła się na palce by dłońmi zasłonić jego oczy. Mimo że przedtem wydawał się całkowicie zaabsorbowany pokazem, dziewczyna natychmiast poczuła, że się odwraca.
– Ting’er – powitał ją z udawaną przyganą, a markowana surowość szybko przerodziła się szczery uśmiech. Nie wydawał się jednak zaskoczony.
Pierwszy raz Xiurong zaskoczyła Yaozu w ten sposób, gdy sama nie miała jeszcze dziesięciu lat, zaś on dopiero niedawno przekroczył tę barierę. Pewnego dnia, kiedy wraz z matkami i rodzeństwem odwiedzała świątynię, zwróciła uwagę na wysokiego poważnego chłopca. Wtedy była bardziej beztroska i postanowiła zrobić coś, co wstrząśnie tym idealnie ułożonym obcym młody paniczem. Xiulan, z którą podzieliła się pomysłem o mało nie umarła ze strachu, lecz jej nie wydawała. Pod tym względem zawsze można było polegać na starszej siostrze.
Xiurong zrealizowała wtedy swój zamiar, ale nieco przeliczyła się co do efektu. Spodziewała się, że obcy chłopiec wpadnie w szał, a może nawet zacznie płakać, tymczasem po chwili dezorientacji roześmiał się życzliwie. W domu dziewczynka bawiła się z braćmi i kuzynami, ale ogólnie rzecz biorąc, uważała wszystkich chłopców za niewiarygodnie irytujących, ale ten miał najmilszy uśmiech na świecie. Po latach nic się pod tym względem nie zmieniło.
I może dlatego, że znała Yaozu tak dobrze, od razu zorientowała się, że coś go trapi.
W przerwie między dwoma uderzeniami serca przez głowę Xiurong przegalopowało tysiące złych myśli: od przypuszczenia, że Yaozu jest na niezły za nietaktowne zachowanie, po podejrzenie choroby ukochanego.
– Gege, gniewasz się za mnie? – zapytała zaniepokojona.
Yaozu rozejrzał się, czy nikt na nich nie patrzy (wszyscy zajęci byli podziwianiem pokazu), po czym złapał Xiurong za rękę i odciągnął od reszty. Znaleźli na skraju dziedzińca, niemal zupełnie sami. Nie było w tym niczego niestosownego – kobietom Ao’Dai pozwalano swobodnie rozmawiać z mężczyznami, niemniej takie szeptanie po kątach mogło obudzić czyjeś domyły.
Yaozu zajrzał głęboko w oczy dziewczyny. Uśmiechał się na swój powściągliwy, ale bardzo miły sposób.
– Ting’er, jak mógłbym się na ciebie gniewać? – Życzliwie słowa sprawiły, że Xiurong częściowo zapomniała o swoim strachu. Ostatecznie pierwszy młody panicz domu Muyu miał na głowie tak wiele spraw. Na pewno chodziło o którąś z nich.
Rozległ się huk i dziewczyna przywarła do swojego towarzysza. Zespół odgrywał teraz sceny zdobywania reszek Smoczego Cesarstwa przez wojowników Ao’Dai. Po niebie, przy wtórze głośnych petard, galopowali północni jeźdźcy na ognistych rumakach. Wśród wszystkich scen, jakie mieli w swoim repertuarze zaklinacze ognia, to właśnie bitewne cieszyły się największą estymą. Xiurong przeczekała ostatnią część pokazu przytulona do boku Yaozu, chociaż po tym pierwszym wystrzale, który ją zaskoczył, wcale się nie bała. Jej towarzyszowi także nie było to niemiłe.
Kiedy wrzawa opadła na chwilę i na moment otoczyła ich cisza, Xiurong zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę. Wiedziała, że pokaz zaraz się skończy, a wraz z nim ukradziona chwila sam na sam. Panicz Muyu także był świadom bliskości rozstania.
– Dawno nas nie odwiedziłeś – jej stwierdzenie zabrzmiało jak wyrzut. Cóż, było wyrzutem. Xiurong tęskniła i miała nadzieję, że jest tego świadom.
Słowa Yaozu zagłuszyły bębny, ale wyczytała z jego warg, że był zajęty. Często bywał zajęty. Z biegiem lat coraz bardziej, dlatego z utęsknieniem wyczekiwała chwili, gdy zamieszkają w jednym domu jako mąż i żona.
Przez chwilę milczał
– Wiesz, kto nas wczoraj u nas był? – zapytała zaczepnie.
Nie wiedział.
– Pani Moluzhen.
W napięciu przyglądała się twarzy Yaozu, mając nadzieję, że w ten zrozumie prawdziwe znaczenie tej informacji. I chyba faktycznie coś do niego dotarło. Zmieszał się jeszcze bardziej. Mężczyźni bywali czasem tacy dziwni.
– Xiulan ma niedługo wyjść za mąż – ciągnęła dalej niezrażona Xiurong, czuła się szczęśliwa i chciała podzielić się tą radością z najbliższą osobą.
Yaozu jednak milczał.
– Nie jesteś przypadkiem chory? – zaniepokoiła się znowu.
– Nie, wszystko ze mną w porządku. – Mężczyzna uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Czy to nie wspaniałe, że jiejie wreszcie wyjdzie za mąż? – rozmarzyła się Xiurong. Nie śmiała jednak powiedzieć na głos wszystkiego, co miała w sercu. Nie rozmawiali przecież jeszcze oficjalnie o małżeństwie.
Ostatni wystrzał petardy oznajmił zakończenie pokazu. Z głową tuż przy bijącym sercu ukochanego, druga panienka Domu Shijun nie słyszała jak Yaozu cicho powiedział:
– Tak, wspaniale.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Taitai

Post autor: Kruffachi » 10 maja 2019, 21:15

Jak wiesz, przeczytałam już jakiś czas temu, tylko nie mogłam się zebrać do pisania komcia. Po raz kolejny muszę Ci podziękować za zabranie w całkiem egzotyczne rejony, bo lubię te Twoje historyczne inspiracje, często dotykające tematów, po które sama jakoś nigdy nie sięgałam. Tu co prawda kanwa podobna do tej z "Ognistego konia" (tak, jak wiem, inne dynastie i tak dalej, ale ja jestem laikiem, nie rozróżniam), ale jednak inna perspektywa i znów parę ciekawych, egzotycznych motywów. Podoba mi się w tych Twoich inspiracjach zwłaszcza to, że Twoje postaci autentycznie żyją w swoich światach. Wiesz, że nie oceniają ich z naszej kulturowej perspektywy, nie ferują współczesnych, europejskich wyroków. Nie mam wrażenia, że czytam reportaż z odległego czasu i miejsca - a to jest bardzo częste i jeszcze zwykle połączone z zupełnie bezsensowną i europocentryczną krytyką. To zapewne efekt Twojego autentycznego zainteresowania i chęci odtworzenia konkretnej mentalności, a nie tylko szukania ciekawych kostiumów dla kolejnej kopii tego samego w gruncie rzeczy pseudo-europejskiego uniwersum. To jest wielka, wielka wartość Twojego pisania i na pewno pewien oryginalny walor, któremu warto poświęcać wysiłek. Ja tam kibicuję.

To, z czym zwykle mam problem - ale o tym wiesz - to z kolei prawidła powieści historycznych i sag, które hołubisz. Ale to jeż jest Twój sznyt i wcale nie namawiam do rozstawania się z tym. Byłoby to niesprawiedliwe. Niemniej jako Twój czytelnik wyrażam opinię, a jest ona taka, że i w "Taitai" przeszkadza mi nieco to, że postaci są w dużej mierze dość łatwymi do zdefiniowania i rozpoznania figurami, że im trochę brakuje kolorytu i psychologicznej głębi. Nie będę się nad tym rozwodzić, po prostu daję sygnał, że ten cień w moim odbiorze nadal jest i że pewnie będzie miał jakiś tam wpływ na moje czytanie. Pewnie taki, że trudno mi będzie mocno się związać z bohaterami.

Cała ta wstawka pokazuje pewną Twoją szczególną siłę, a jest nią zdolność do budowania fabuł od rzeczy małych - ot, kradzież ciasteczek, pokazy lampionów, było nie było po prostu urodzinowa biba. Nie ma tu (na razie przynajmniej) walki o władzę czy świat, a mimo to za pomocą takich skromnych narzędzi jesteś w stanie już bardzo dużo powiedzieć i pokazać główne cechy bohaterów - nawet jeśli są to cechy, które odbieram jako dość typowe dla funkcji, jakie postaci pełnią na planszy. Trochę tego zazdroszczę, bo ja tam od razu potrzebuję wielkiej dramy XD A tymczasem to jest dobre wprowadzenie do świata i do historii. I wiem, że wielu czytelników za czymś takim właśnie tęskni, bo są zmęczeni ciągłym dokręcaniem śruby. No, zobaczymy, dokąd to jeszcze doprowadzi.

Nie wiem natomiast, co jeszcze mogłabym Ci poradzić w kwestii poprawiania tekstu. Wiem, że je drukujesz, wiem, że czytasz od końca i podejrzewam, że bardzo, bardzo dużo potknięć na różnych etapach wyłapujesz. Nie myśl, że nie doceniam wysiłku, jaki w to wkładasz, bo go doceniam i widzę. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal błędów jest bardzo dużo i są różnej natury - od literówek, przez przecinki, aż po ewidentne pozostałości po przerabianiu zdań. Tylko że już nie mam za bardzo pomysłu. Próbowałaś zmieniać czcionkę? Nośnik? Czasem przerzucenie z Worda na Docsy czyni cuda. Albo przeskoczenie z TR na Calibri. Wszelkie sztuczki, które sprawią, że tekst zacznie wyglądać "obco".

Słowem podsumowania - to była odprężająca lektura. Nie zaangażowała jakoś bardzo ani mojego intelektu, ani moich emocji, ale sprawiła mi przyjemność i odprężyła. Myślę, że w przypadku tekstu pisanego głównie dla własnej przyjemności i z potrzeby serca to optymalny wynik. Z chęcią będę śledzić kolejne wstawki, tylko nie zostawiaj mnie w zawieszeniu tak jak z "Rokiem Ognistego Konia" ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ