TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 90
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Xanttis » 01 marca 2018, 13:08

Obiecany komentarz. Pisałem trochę na bieżąco, a potem dopisałem coś w ogólnym ujęciu.

"Straciłam kiedyś człowieka tylko dlatego, że nie zapiął pasów. Co za wstyd."
złoto :facepalm:

Ciekawe wyjaśnienie kryptonimów operacyjnych, kiedy Bai o tym mówił.

Trochę mnie zastanawia jak oni się poruszali po tym Pavo, skoro jego wnętrze jest przestrzennie skromne, bo miałem wrażenie, jakby nie sprawiało im to problemu. Pierwszy opis mi go zmaterializował, ale później zarówno przy leżącym jak i później w trasie trochę mi się rozmyło... może to tylko ja :facepalm: ?


Całość trzyma w napięciu i jest takie niepokojące, nawet jak oni tylko jadą. Niby nic się nie wydarzyło (jeszcze), ale aura nie jest sielanką, prawie nic nie widać, i dla mnie to jest właśnie najlepsze, wielka niewiadoma. Bo przecież nie mogą ich obserwować.
Lubię napawać się napięciem, kiedy chcę się skupić jeszcze bardziej na tekście, by nic mi nie umknęło. Pilnuję swojego wzroku, żebym tylko kątem oka nie zobaczył czegoś co jest dwa zdania dalej. Lubię te momenty.

Co do mnie trafia jakoś w tym wszystkim, to sposób w jaki prowadzisz tą narrację, o czym już wspomniałem wcześniej. Poza tym... to jest postapo <3 na dodatek geogeniczne (bo radiacja nie były przyczyną, tylko dopełnieniem zniszczenia) <3 <3 <3 . Bardzo fajny koncept.

Ten motyw z pobudką i ogarnianiem życia jest taki ludzki, choć dookoła mało ludzkich rzeczy... . To tak naturalnie zostało przekazane, że utwierdza mnie to w poczuciu, że bohaterka opowiada mi tą historię w zadymionym lokalu. To trochę była chwila słabości, bo przecież nie jest się na pikniku, kompanów dookoła nie ma, a ona nawet przez chwilę nie pomyślała, że coś nie gra. Ale to też pokazuje, że jesteśmy ludźmi, i akurat ja nie piętnuję Zoe, słucham co ma do powiedzenia i przetwarzam powoli. Największą tajemnicą jest dla mnie hrabina, wytatuowane ciało coś oznacza (swoją drogą mam wrażenie, że za jakiś niedługi czas czytelnik nie dostrzeże w tym nic nadzwyczajnego, bo to za bardzo się spopularyzowało :facepalm: )

A to co się stało z Detroit. Hm. Nie wiem na ile prawdopodobny byłby taki scenariusz, gdyby się rozegrał, ale ta wizja była na tyle ciekawa, że nawet moje geologiczne jazdy mi nie przeszkadzały w akceptacji tego co oczyma wyobraźni widziałem :D.

Od technicznej strony zarzutów nie mam, ale ja tu jestem tylko uczniem :D . Wielość narzędzi do budowania fabuły, umiejętne ich dawkowanie, całość naprawdę czyta się dobrze. Od strony czytelniczej wyczułem w jednym miejscu jakąś dziurę, "nierówność terenu" - przy dialogu, gdzie jest rozkmina o Cyrusie. Nie wiem, jakaś taka dziwna była ta rozmowa dla mnie. Sens mogę uchwycić w tym, że drogą dedukcji chcieli coś wyjaśnić, coś wychwycić, ale zabrakło mi trochę iskier, bo ta rozmowa wg mnie mogłaby przebiec w duchu wzajemnego niezrozumienia się. Na przykład. Tak myślę...

Dziś rano po wczorajszym przeczytaniu myślałem o tych postaciach i historii. I niech to będzie moje podsumowanie :D
:fire: https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis :fire:

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1461
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kanterial » 03 marca 2018, 03:56

Trochę mało, żeby się rozpędzić w komentarzu, ale tekst rzeczowy, więc ja też spróbuję być.
//co do Baia - no dla mnie to oś do zmiany Zoe (jak w układzie współrzędnych, odbicie) która umożliwia to, co wcześniej blokował jej charakter. Znaczy no: Bai umożliwia Zoe pokazanie się z innej strony niż jest cały czas i uznałam, że ona przejdzie przemianę w pewnym sensie (jakąś) ze względu na jego postawę/śmierć. I też z jakiegoś powodu czułam że czytelnik musi poznać wnętrze/słabość/kobiecą część Zoe więcbang, Bai, bo przed Heleną się przecież specjalistka od nietracenia ludzi nie otworzy. I że... no dużo takich :facepalm: takich tam, a Bai albo zdradzi albo poświęcenie 100%

Zdecydowanie jestem turbo zakochana w całym fragmencie opartym o myśl "Rodzeństwo".Te powtórzenia są piękne, a myśli Zoe idealnie przeplecione z jej działaniem i to taki mega rozrzut: tak łamiące wspomnienie, w sumie najlepsza i najbardziej poruszająca retrospekcja od początku tekstu, coś, co trwale zmieniło samą bohaterkę, a tu jeb, ledwo ta myśl i historia przemkneły jej przez głowę, już je od siebie odsuwa. Już rozmawia z Heleną i Baiem. Jakby w takiej naturalnej kolejce rzeczy, dziejących się w głowie, u Zoe brakowało etapu o nazwie "refleksja". Jasne, czuć, że to było dla niej mocne, że wtedy czuła te wszystkie rzeczy, ale w niej nie ma sentymentów, nie ma żalu i współczucia, ja-czytelnik już się przejmuję Alanem i Carlosem, a ona opowiada o nich ale zero... no jakby tylko ona i jej los są ważne. Inni to nakreślają i robią tło, ale ona. Ona. I nie umiem w niej znaleźć empatii i żalu że ci bracia zginęli. Tak samo jak info o bracie Heleny jakoś tak smignęło i już, i Zoe woli swoje własne problemy i rozkminy niż choćby grzecznościowe zainteresowanie uczuciami czy historią innych. To zapewne moja niechęć do niej, ale im mocniej mnie kopią jej myśli/wspominki (raz jeszcze szacun za historię o braciach)tym bardziej ona wydaje się być egoistyczna i pusta w środku. Jak robot. Ja, moja praca, moje życie, moje doświadczenie, moja wiedza, moje decyzje.

W sumie oceniam emocjonalnie i to źle, ale to znaczy, że tekst mi wybucha mózg i cholernie działa na emocje.
Nie wiem, ile bym musiała zachwalać fragment o tych mężczyznach, żeby się wysłowić. Wszystko, nawet ten opis Alana, ten chód (od razu widzę) i głos wcześniej jego brata, to tak mi robi sieczkę z mózgu

A w ogóle to przestraszyłaś mnie.
Dawno nie bałam się, czytając.
To było krótkie i szybkie, ta myśl, że nie chcę tam być, że co za okropność i jak potworne to wszystko, te miejsca, ten strach, skafandry, błędy, zawodne urządzenia, ryzyko. Totalna beznadzieja na kilka sekund, gdy do mnie dotarło, jak oni się czuli idąc przez mgłę i martwe bagno.

Brat Heleny od razu pcha skojarzenia w stronę Cyrusa, ale podejrzewam że niesłusznie. Jestem zafascynowana tym, że Zoe podjęła samobójczą misję i z jakiegoś powodu pcha się równo i dziarsko w paszczę lwa, zamiast zrobić wielki i oficjalny odwrót celem ratowania życia (i nietracenia ludzi!). To jest wytłumaczone co prawda, ale i tak. I tak wciąż szok i to się tak cholernie z nią kłóci

Nie umiem ocenić, co myślę o sprawie z Trudie i jej ekipą. W sensie ta pułapka i prowokacja, no czy to nie jest transparentne, że ktoś prowadzi naszą trójkę po sznurku? A może Trudie przeszła na stronę tych, którzy ją rzekomo porwali? Mam tyle wersji w głowie

Uwielbiam ten tekst, również za to, że się z nim nie zgadzam i że zdanie po zdaniu szokuje mnie. Opowiada o ludziach z drugiego bieguna charakteru, takich, że nigdy nie będę w stanie ich zrozumieć. Nie rozumiem i nie akceptuje zwłaszcza Zoe, co jeszcze mocniej mnie nakręca. Wrzuć więcej. Czekam.


I nadal Helena ftw. Fankuję całym sercem.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 186
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 15 kwietnia 2018, 11:59

O HAI, PLOTKI O MOJEJ ŚMIERCI BYŁY MOCNO PRZESADZONE, JEDNAK ŻYJĘ
Wiecie, że na początku miałam plan robić krótkie wrzutki co tydzień? Czasem jestem taka zabawna.

@Kruff - mam wrażenie, że już to pisałam, może przed przeniesieniem forum (?) a może tylko sobie wyobrażałam, ale generalnie miałam taki koncept jeszcze w 2013 roku, żeby każde moje nano miało w osi (temacie, motywach, itd) któryś z żywiołów. Super jestem zadowolona teraz, że w retrospekcji przynajmniej część planu się udała, chociaż jak zwykle, jak to u mnie, po łebkach i tylko w części.

@Xanttis - OMG, jakbym wiedziała, że to będzie czytał geolog, to nie wiem, czy kiedykolwiek bym się zdecydowała na wrzucenie :D Pamiętam robienie riserczu, pamiętam aplikowanie go do tekstu, zwłaszcza w redakcji, ale to było tak dawno temu, że teraz w ogóle nie wiedziałabym, w którym miejscu to było. Także oczywiście z pokorą przyjmę wszystkie merytoryczne poprawki. Dziękuję za komentarz i za miłe słowa <3

@Kan - Oesu, ależ ja Ci tu dużo chcę napisać w odpowiedzi, ale nie wiem jak, żeby nie spoilować. Trochę o Bai'u, dużo więcej o Zoe, ale może jednak się powstrzymam... Twoje obserwacje bardzo dużo dla mnie znaczą i szczerze mówiąc to zaczynam się stresować, czy dalszy ciąg odpowie w satysfakcjonujący sposób na oczekiwania.

Zbiorowo dziękuję za czytanie. Coś mi powrót do tekstu po latach zmienia w mózgu, mam nadzieję, że na lepsze.
Dzisiejsza wstawka urywa się w dziwnym miejscu, ale miałam to wyboru to albo wrzucić tu 8k, więc wybrałam urwanie. Obiecuję, że ciąg dalszy pojawi się szybciej niż po dwóch miesiącach.


Rozdział III

To nie było trzęsienie ziemi. To nie była powódź, tornado, grad meteorytów ani nawet, co wydawało się dość ironiczne, erupcja wulkanu.
Yellowstone to był koniec świata.
Oczywiście, trudno o bardziej wyświechtane hasło. Każda klęska, każda katastrofa zawsze w jakiś sposób zapowiadała apokalipsę. Śmierć, ostateczne rozliczenie i całe to silent disco ze wstawaniem z grobów. Pompeje, Tambora i Santa Maria wszystkie wieszczyły koniec świata. Galveston, Katrina i Pauline miały przecież zetrzeć ludzkość z powierzchni ziemi. Czarnobyl, Fukushima i Gijang to boska kara za ludzkie występki. Czarna Śmierć, Hiszpanka i Dusseldorfska Zaraza to preludium archanielskich trąb. Po każdej z tych rzeczy świat miał się skończyć; zapewne sturlać w czarną dziurę, wybuchnąć, rozsypać w proch.
Bzdura.
To była rozgrzewka przed Yellowstone. Szansa na zaprawę.
Dla śpiącego pod Wyoming superwulkanu nie istniało rozróżnienie między klęskami żywiołowymi. Oferował pełny serwis, od klasycznych potoków lawy, przez stylowe przefasonowanie krajobrazu, po kryzysy radiologiczne na wschodnim wybrzeżu, czyli tam, gdzie już nie chciało mu się otwierać żadnych nowych kraterów. Ci nieliczni imigranci, którzy zdążyli dopaść panamskich przełęczy, pozapadali na choroby, z którymi nie radziły sobie przepełnione szpitale. Ludzie umierali jak muchy, jak pchły: przygnieceni zawalonymi budynkami albo zalani falami tsunami na drugim końcu świata. Dopóki nie wprowadzono kwarantanny, cały świat odczuwał konsekwencje. Nigdy nie zdołano oszacować pełnej liczby ofiar, głównie dlatego, że całymi tysiącami umierali jeszcze dekady po aktywizacji. Zabijały ich powikłania, zabijały ich choroby popromienne. Zabijały ich przeludnienie, brak infrastruktury dla uchodźców, bieda i światowa gospodarka, której Yellowstone złamało kręgosłup.
Minęły całe lata, zanim to wszystko się ustabilizowało. Musiały nadejść nowe pokolenia, wciąż jeszcze zdolne do wiary, że istnieje jakaś przyszłość.
Mojego dziadka zabił rak płuc, bo gdy był dzieckiem, jego miasteczko na północno-zachodnim wybrzeżu Ekwadoru spowiły dymy Yellowstone. Bóg zabijał go powoli, spazmami, chronicznym bólem i najgorszą ze wszystkiego bezradnością. Nigdy go nie zobaczyłam; minęliśmy się o jakieś jedenaście miesięcy i podobno, gdybym była chłopcem, nosiłabym jego imię.
Z mojego ojca był sentymentalny gość.
Nie byłam moim dziadkiem. Nie byłam kolejną milionową kaleką z bielmem na oczach i powykręcanymi stawami. I nie zamierzałam dać się dobrowolnie złożyć w ofierze Yellowstone, bez- czy pośrednio, teraz czy za sześćdziesiąt lat. Detroit pokazało mi dawno temu, co potrafi się czaić na obrzeżach i to było ostrzeżenie, które dobrze, naprawdę dobrze sobie zapamiętałam.
– W Louisville będzie mgła dużo cięższa od tej, którą do tej pory widzieliście – zapowiedziałam, jedną ręką grzebiąc przy kontrolkach własnego hełmu, a drugą trzymając widelec z proteinową papką, która po latach degustacji nawet zaczynała mi smakować. – Specjalne podziękowania dla Ohio River i niegdyś przepięknych wodospadów, specjalnej atrakcji turystycznej Bramy Południa.
– Bramy Południa?
W wozie panowała ogólna atmosfera rozprężenia, charakterystyczna dla niedziel i leniwych poranków. Bo faktycznie, niedawno wzeszło słońce, a my po trzech dniach w miarę spokojnego przebijania się przez pustkowia Północnej w końcu dotarliśmy na obrzeża Louisville.
– Oraz domu Kentucky Fried Chicken.
– Jaja sobie robisz.
– Nie. Miliardy ludzi zginęły, ale pieprzony kurczakowy fast-food musiał się uchować.
– Pieniądze nie mają ojczyzny.
– Nie narzekajcie – ucięła hrabina głosem o wiele za ostrym jak na leniwe pogaduszki o niezdrowej żywności. – Nie masz pojęcia, ile gospodarka zawdzięcza firmom, które przeżyły Północną.
– Tak? A ile z nich przejęła twoja rodzina?
– Także, Zoë – szybko wtrącił Bai – czego możemy jeszcze oczekiwać?
– W mieście właściwie nie da się poruszać transporterem, nawet łazikiem. Czołg może dałby radę. Idziemy na piechotę. Byłam w Louisville i najwidoczniej ekipa Trudie też tam zawitała. W dodatku w miejsca, z których dało się rozpoznać, gdzie są, a tych nie pozostało wiele. Poszukamy ich śladów, zobaczymy, co znajdziemy.
– Pójdziemy w trójkę – zakomunikowała hrabina beznamiętnym głosem.
– To naprawdę...
– Wiem, co zamierzasz powiedzieć i naprawdę możesz sobie oszczędzić. Jak wy to ujmujecie, jestem literką A – mój Boże, w jej ustach to brzmiało naprawdę fatalnie – więc ostateczna decyzja należy do mnie. Tak, tak, wiem, ryzyko, że gangi Cyrusa zwiną nam wóz, kiedy nie będzemy patrzeć. Przyznaję, akceptowalne ryzyko. Zwracam uwagę, że moja obecność absolutnie niczego pod tym względem nie zmieni, a jedynie oddzieli nas od siebie. W drabinie priorytetów pozostanie w jednym składzie przedkładam ponad, ekhem, dobra materialne.
Bai zarechotał cicho. Zignorowałam go.
– W kupie siła – dodała hrabina z miną, jakby podejrzewała, że nie zrozumiałam jej wypowiedzi.
Przeszukałam mózg w poszukiwaniu argumentów, które przebiłyby to, co rzuciła w pierwszym podejściu. Nie znalazłam nic przydatnego.
– Dobra – burknęłam w końcu, agresywnym kliknięciem zatwierdzając ustawienia wizjera. – Ale przygotujcie się na ciężką wędrówkę i zjedzcie solidne śniadanie. I przez ciężką wędrówkę mam na myśli przedzieranie się przez hałdy śmieci, skakanie po gruzie i gimnastykę, której normalnie się nie oczekuje ani na polu bitwy, ani w biurze korporacji. Mam mniej więcej plan trasy, bo tak naprawdę jest jedynie parę punktów, po których ta cała profesor Benitez mogła rozpoznać to miasto. Tyle że ciągle musimy tam dojść.
– Nie zostanę w tyle, Bravo – oświadczyła spokojnie hrabina. – Bez obaw.
– Obawy to część mojej pracy. Paranoja w tym miejscu jedynie podnosi wydajność.
Nie komentowała już więcej, tylko wzięła się za swoje śniadanie. Kątem oka obserwowałam, jak niechętnie ładuje łyżkę za łyżką ciemnobrązowej papki i nie wiedzieć dlaczego na myśl przyszła mi pieczona świnia z bankietu, na którym się spotkałyśmy. Prawdziwe, niesyntetyzowane mięso. Pycha. To były chwile, dla których warto było wracać na Południową.
Może Bai myślał, że nie zauważę, jak wymyka się z Pavo, może stwierdził, że zignoruję jego nieobecność, zbyt zajęta przygotowywaniem wyprawy. Znikał tak co rano, na co najmniej piętnaście minut i wracał, jak gdyby nigdy nic. Pavo było zaopatrzone w kąt sanitarny, a okolica tak jakby nie sprzyjała porannym joggingom.
Wyślizgnęłam się za nim, ignorując pytające spojrzenie hrabiny.
Tu popiół był już inny, cięższy i bardziej zbity, przemieszany z żużlowymi drobinami, betonowym pyłem i zwykłymi śmieciami, które w przeciągu dekad doturlały się na przedmieścia Louisville po jego zagładzie. Okolica, w której nocowaliśmy, była kiedyś dzielnicą fabryczną – to dało się wywnioskować po potężnych, płaskich przestrzeniach, luźno kontrapunktowanych przez jedną czy dwie pozostałe stojące ściany. Zatrzymaliśmy się koło jednej z nich, powodowani nie do końca irracjonalnym urojeniem, że w razie czego wrogi skaner uzna nas za kupę gruzu.
Bai nie był zwiadowcą, zresztą, cokolwiek zamierzał, najwidoczniej wymagało pośpiechu – może z obawy, żeby żadna z nas nie robiła tego, co ja właśnie zrobiłam. Tak czy inaczej, nie trudził się o maskowanie śladów, widocznych w pyle jak na świeżym śniegu.
Wyglądało na to, że wyskoczył z Pavo i ruszył prosto przed siebie. Tak po prostu, we mgłę.
Alan, pomyślałam. Carlos.
Ja.
Starałam się ignorować pierwsze krople wody skraplające się na wizjerze i poszłam za śladami. Bez planu, bez pomysłu na konfrontację, jak pies, który zrywa się nagle w pogoń podczas zwykłego spaceru w parku. Nie mogliśmy sobie pozwolić na tajemnice; ja się zgodziłam, hrabina się zgodziła, a Bai stał z boku i milczał.
Może powinnam była wcześniej zwrócić na to uwagę.
Nie mógł przecież odejść daleko, prawda? Bo szedł, nie biegł, tego byłam pewna, ślady były jednoznaczne. Teraz byłam pewna, że nie wyszedł tak po prostu się odlać, bo do tego wystarczyłaby mu druga strona ściany.
Czułam, jak się pocę.
Kurwa mać, Bai. Musiałeś się okazać sympatycznym facetem z poczuciem humoru? Nie mogłeś być standardowym milczącym ochroniarzem bogatych snobów?
– Zoë?
Nie podskoczyłam tylko dlatego, że zdążyłam spędzić na tej pieprzonej pustyni piętnaście lat i nigdy by mi się to nie udało, gdybym skakała przy każdej niespodziewanej wiadomości w komunikatorze. Drgnęłam, może, po czym odwróciłam się, żeby stanąć twarzą w twarz z Baiem.
No, wizjerem w wizjer.
Jakim cudem nigdy wcześniej nie zauważyłam, że jesteśmy jednego wzrostu? Wydawało mi się, że jest wyższy.
– Co tu robisz?
Prawie się roześmiałam. Prawie. Powstrzymałam się, nawet mimo faktu, że ciągle nadawaliśmy na prywatnym kanale.
– Co TY tutaj robisz? – odparłam, celując dłonią w okolice jego mostka. Nie zareagował w żaden sposób na ten gest, nawet nie próbował odepchnąć mojej ręki, co byłoby normalnym odruchem większości ludzi. – Gdzie się tak wymykasz? Co rano?
Nauczyłam się czytać ludzi po mowie ciała. Wszyscy zwiadowcy to potrafią, bo ton głosu to trochę mało, żeby wyczuć, czy delikwent powoli nie wariuje od toksycznych oparów i nie wypadałoby go zamknąć dla własnego bezpieczeństwa w kabinie sypialnej. Podniesienie ręki czy przekrzywienie głowy to w danym kontekście potężna dawka informacji, a my przecież żyliśmy dla informacji, cały ten nasz klub uzależnionych od adrenaliny samobójców.
Bai właściwie zastygł bez ruchu, mistrz cholernego survivalu.
– To tylko spacer – stwierdził głosem tak niewinnym, że aż ociekającym wstydem. – Zabezpieczenie przez efektem kabinowym.
– Efektem kabinowym.
– To taki...
– Wiem, co to efekt kabinowy!
– Krzyczysz na mnie.
– Nie lubię, kiedy moi ludzie bez zapowiedzi odchodzą od obozu. Robię się, jakbyś to ujął, trochę nerwowa!
– Przepraszam – powiedział, zanim jeszcze mój krzyk przebrzmiał w głośniczkach. – Serio, przepraszam, powinienem był ci powiedzieć.
– Teraz ze mnie kpisz.
– Nie! – Z zaskoczeniem odnotowałam w jego głosie prawdziwe, nieudawane oburzenie i całkiem nagle zrobiło mi się głupio. Tak po ludzku głupio, a to było uczucie, które raczej kojarzyłam z Paramaribo, Rio de Janeiro, Bogotą i wszystkimi innymi miastami, które nie leżały w ruinach. – Wracajmy już, dobrze?
Parsknęłam – ale co jeszcze mogłam zrobić, tak naprawdę – więc zawróciłam. Szliśmy ramię w ramię, wycelowani prosto w stłumione, czerwone światełka czekającego Pavo.
– Zoë, poważnie – mruknął, a przez komunikator miałam wrażenie, że mruczy mi prosto do ucha. – Uwierz mi, ok? Naprawdę nie chcę cię antagonizować. O, wiem, powiem ci jakiś miły komplement. Komplement zadziała?
Milczałam.
– Jesteś najlepszym grzejnikiem w tym wozie i sto razy bardziej wolę spać obok ciebie niż obok Heleny. Lepiej? Nie gniewasz się już?
Gardło mnie zdradziło niekontrolowanym chrząknięciem, ale szybko je ściszyłam.
– Co? Mam lecieć dalej? Nie potrafię, jestem cholernym żołnierzem. Mogę ci oddać jedną gumę do żucia.
– Masz ze sobą gumę do żucia?
– Tak. To mały grzech, który łatwo przemycić.
– Ale fakt jej istnienia nie pomaga twojej sytuacji!
– Moja sytuacja jest taka, że spaceruję o poranku z bardzo inteligentną młodą kobietą, która porusza się w pełnym przeciwradiacyjnym kombinezonie, jakby się w nim urodziła. Moja sytuacja nie jest taka zła.
Poddałam się.
– No dobra – ustąpiłam, gdy przez mgłę zaczęły być widoczne szczegóły naszego łazika. – Proponuję w takim razie w końcu się zebrać i sprawdzić, jak bardzo nasza sytuacja się pogorszy, gdy już w końcu przeprowadzimy abordaż Louisville.
– Na piechotę.
– Na piechotę.
– Prowadź, Bravo.
#
Wkroczyliśmy w trzeci krąg piekła spięci, milczący i zdeterminowani, zostawiając za sobą trzykrotny szlak wyraźnie odbitych w popielatym szlamie śladów. Szłam na szpicy, brodząc po kostki w dziewiczym, nienaruszonym pyle, ostrożnie wybierając miejsca na postawienie stopy, pilnując, żeby Helena i Bai nie weszli w żadną pułapkę. Im głębiej wchodziliśmy, tym częściej zza mgły wyłaniały się olbrzymie, ciężkie kształty – wizje obalonych budynków, obnażone kości martwego miasta. Stalowe rusztowania sterczały ku górze i niknęły w mlecznej zasłonie jak żebra giganta. Gruzowiska szarzały nad naszymi głowami jak rozgotowane mięso. Rozpadliny otwierały przed moimi stopami nagle i bez ostrzeżenia ostre, wciąż ostre zęby. Z każdym przebytym krokiem mgła przerzedzała się, jakby celowo wodząc nas na pokuszenie coraz to dalej i dalej między połamane budynki. Przed naszymi oczami wyrastały ruiny. Spiętrzone wzgórza starego asfaltu.
I ciała.
Na wpół zagrzebane, na wpół wystawione na widok każdego, kto mógłby tu zawitać. Nie zostało z nich wiele, jedynie kości, kawałki skór, strzępy ubrań. Woda, popiół i czas odcisnęły swoje piętno; mieszkańcy Louisville stali się scenografią.
Komunikator milczał. Nie słyszałam niczego: słów ani przyśpieszonych oddechów. Co jakiś czas oglądałam się za siebie; dwie czarno odziane postaci szły praktycznie ramię w ramię, niby blisko mnie, ale wciąż daleko, za mgłami, po terenie, który ja już zabezpieczyłam.
Poczułam się strasznie samotna.
Oczywiście, to było całkowicie irracjonalne. Nawet komisyjne patrole z innymi zwiadowcami w większej części polegały na samotnych spacerach. Cisza radiowa, odgłos własnego oddechu i zamazane wizje innych gdzieś na peryferiach widzenia; kontakt jedynie w razie konieczności; powolna obława pustego terenu. Rysowanie map wzrokiem, skanowanie terenu własnymi stopami.
– Jesteśmy jakieś pięćset metrów od pierwszego punktu – powiedziałam, bo cisza wpełzała mi do uszu i gardła.
Coś na linii zaszumiało, ale zanim zdążyłam na dobre przestraszyć się, że szlag trafił sprzęt, usłyszałam głos hrabiny, jak zawsze skupiony i opanowany:
– ...tak, jesteśmy gotowi, Zoë.
Rozmawiają ze sobą, uświadomiłam sobie nagle. Na prywatnym kanale, za moimi plecami, podczas gdy ja kluczę i sprawdzam każdą ścieżkę, każde możliwe dojście dla ich zmęczonych, nieprzyzwyczajonych nóg.
I niby...
Ja i Bai to przecież było co innego, zupełnie co innego: misja przy tamtym obalonym Pavo czy prywatne rozmowy dzisiejszego poranka. Co innego! To był nasz wolny czas, nasza rozrywka, zwyczajne prywatne pogaduchy. Nie coś takiego. Nie wyłączaliśmy hrabiny podczas wspólnych wypadów, nie izolowaliśmy jej, gdy nastawiała za nas karku.
Złość – irracjonalna, bezsilna złość – zacisnęła mi dłonie w pięści, zabarwiła wizjer w czerwone powidoki.
– Pójdę przodem – warknęłam. – Puszczę racę, jeśli teren będzie czysty, wtedy ciśniecie do przodu, zrozumiano? Bai na szpicy.
– Zoë, czy...
– Zarządzam ciszę radiową, zostajemy na wizualnej. Potwierdź.
– Ale to... Ok. Dobra. Potwierdzam.
Ruszyłam dalej. Nie oglądałam się za siebie.
Była w tym wolność, ale złudna, byłam tego świadoma: w tym osamotnieniu, braku zależności, indywidualnym, skrojonym na miarę zadaniu. Ryzyko automatycznie malało, bo przecież nie mogłam nikogo zgubić, jeśli nikt ze mną nie szedł. Nie musiałam się martwić o wydolność uczestników, o działające kombinezony. Mogłam w końcu dostosować się do własnego tempa. Pracować na własną rękę. Wszystko, co robiłam, spadało na mnie.
Wolność.
Tyle że fałszywa.
Nie wytrzymałabym sama na tym pustkowiu dłużej niż dwie doby. Nigdy nie wytrzymywałam.
Ścieżka pojawiała się pod moimi stopami. Bezpieczny, w miarę stabilny szlak. Szukałam drogi między rumowiskami. Między ruchomymi stertami gruzu, które groziły zawaleniem. Między bagniskami ukrytymi pod zdradziecko nieruchomymi warstwami pływających śmieci.
Za dużo wyczytałam w przyjaznym zachowaniu Baia. Przecież to było nic. Zaledwie parę dni i dwie prywatne rozmowy, tłumaczyłam sobie, wspinając się po szkieletach starych budynków. W dodatku warty były tak ustawione, że zawsze zasypiałam i budziłam się ostatnia. Mieli mnóstwo czasu, żeby rozmawiać za moimi plecami. Nie wiem, z czego wywnioskowałam, że nawiązuje się między nami jakaś nić porozumienia; tak rzadko widziałam jego twarz, że wyobraziłam sobie te porozumiewawcze spojrzenia nad głową hrabiny.
Nawet jeśli chciałam mieć w nim sojusznika, nawet jeśli wiedziałam, że prędzej czy później będę potrzebować jego wsparcia przeciw niej, nie oznaczało, że Bai w ogóle widział w nas strony. Był na to za prosty.
Wspinałam się. Nawiew na bieżąco usuwał wilgotne ślady mojego oddechu z wewnętrznej strony wizjera.
Z tej wysokości byli niewidoczni, nieobecni. Mogli nie istnieć.
Jakie to wszystko byłoby proste.
Przede wszystkim nie musiałabym błądzić po pieprzonym Louisville, szukając jednej z jego niewielu wciąż rozpoznawalnych ikon.
Kiedyś to była duma tego miasta. Zabytek obejmujący całą dzielnicę i jak wszystkie zabytki Stanów Zjednoczonych, za życia przypominał atrapę. Kamienice i szeregowe domki. Szerokie, ceglane fasady, pyszniące się wiktoriańskimi zdobieniami. Zielone skwery, białe schody, przestrzenne aleje. Kolumny, ciemnoczerwone dachówki, filigranowe wieżyczki. Stare Louisville; dzielnica-oczko w głowie całego miasta.
Niektóre z tych pięknych fasad wciąż były rozpoznawalne. Resztę osiedla wstrząsy zrównały z ziemią i teraz z góry patrzyłam na wysypisko. Ciche, nieruchome i zazwyczaj śmiertelnie niebezpieczne, ale w tej konkretnej chwili – całkowicie opuszczone.
Odpaliłam racę i znaleźli się przy mnie niecałe dziesięć minut później, hrabina zdyszana, Bai zaintrygowany, ale oboje nietknięci dzięki ścieżce, którą pozostawiłam za sobą. Nawet bez komunikatora słyszałam, jak Helena gwałtownie wciąga powietrze, najwidoczniej porażona widokiem – pierwszą prawdziwą panoramą, którą dane nam było zobaczyć. I chociaż szczegóły ginęły we mgle, chociaż cała nasza trójka wydawała się drobna, nieważna i zwyczajnie mała, to jednak gdzieś za tym wszystkim czaiło się coś innego. Myśl, a może jedynie uczucie – że chociaż śmiertelni i wrażliwi, byliśmy też żywi. Jedyni żywi nie tylko w polu widzenia, ale pewnie też w całym Louisville.
– Robi wrażenie – stwierdził w końcu Bai, ale nawet spod jego lekkiego tonu przebijało coś więcej. To nie był widok, który się szybko zapomina. – Ale, wybaczcie, że to wywlokę na wierzch, naprawdę nie mogę tego zignorować, jest tu też bardzo, bardzo pusto.
– Przecież nie zakładaliśmy, że ludzie Trudie będą tu gdzieś obozować – odparła hrabina.
– Nie, nie zakładaliśmy. Chodźcie, przyjrzymy się z bliska.
Tak naprawdę od początku nie spodziewałam się zbyt wiele; Old Louisville leżało za bardzo w centrum, zbyt było odgrodzone od reszty świata, żeby profesor Benitez mogła je ot, tak rozpoznać. Prawdziwy cel naszej wyprawy leżał jakieś osiem, dziesięć kilometrów dalej, wzdłuż wyschniętego koryta Ohio River. Póki co wszystko się zgadzało: olbrzymie gruzowisko, w które zamieniła się ta dzielnica, nie nosiło żadnych śladów ludzkiej obecności, żadnych kolein po zagubionych wozach, żadnych śmieci, niczego. Ten trop był fałszywy.
W końcu byłoby tak pięknie, pomyślałam, patrząc na opuszczone ramiona hrabiny, trafić za pierwszym razem.
Nie mogli zobaczyć miasta z lotu ptaka, nie rozpoznali go po przedmieściach. Próbowali orientacji według terenu, a rzeka była jedynym głównym elementem topografii, który pozostał z grubsza niezmieniony. Wstrząsy mogły przerwać jej bieg, zmiana klimatu – pozbawić koryto wody, ale długa, przez wieki ślimacząca się przez sześć stanów rzeka ciągle oznaczała mniej więcej bezpieczny szlak.
Och, z pewnością tu trafili.
I znaleźli Big Four Bridge. Bodaj jedyną konstrukcję, która mogła rdzewieć zarwana na dnie kanionu i wciąż pozostawać rozpoznawalna.
– Przed nami jakieś dziewięć kilometrów marszu – zakomunikowałam i bańka prysnęła. Bai odchrząknął, hrabina wyprostowała plecy jak przywołana do porządku harcerka. – Lepiej ruszajmy, bo nie chcemy się przedzierać z powrotem po ciemku.
– Amen.
– Utrzymujemy formację.
– Charlie się zgadza.
– Przysięgam, jeśli zaczniesz mówić o sobie w trzeciej osobie, w ogóle przestanę się do ciebie odzywać.
– Szkoda. Zawsze chciałem wyjść z siebie i stanąć obok.
– To się ciągle da zorganizować – wtrąciła lekkim tonem Helena, co wystarczyło, żebym natychmiast się zamknęła.
Czy ona naprawdę przyjechała tu po siostrę? Zachowywała się zbyt lekko, zbyt nonszalancko, zbyt pilnie dotrzymywała kroku naszym żarcikom.
Tyle że, pomyślałam, ostrożnie wybierając przed siebie drogę, cały czas myślałam o hrabinie w kontekście tego, jaka powinna być. Czego się po niej spodziewałam; co po sobie zapowiedziała wtedy, na tamtym bankiecie wśród aromatu pieczonego prosiaka.
Powinna nie znosić konserw.
Powinna nie móc zasnąć w spartańskich warunkach sypialni Pavo.
Powinna narzekać, jęczeć i płakać skrycie w kącie.
Powinna dawno pożegnać się ze swoimi iluzjami bohaterskiej szarży i z całą, absolutną pewnością nie powinna używać wykształcenia korporacyjnego bossa, żeby analizować Cyrusa.
– Heleno – odezwałam się na prywatnym kanale, starając się zapanować nad głosem. Właściwie nic nie stało na przeszkodzie, żebym włączyła do rozmowy Baia, ale ustawienie prywatnej częstotliwości dało mi jakąś taką dziką, wstydliwą satysfakcję.
– Tak, Zoë?
– To może trochę nie na miejscu, ale... Twoje tatuaże. Ciągle mnie zastanawiają.
– Chcesz wiedzieć, skąd je mam, tak?
– No... tak, w zasadzie tak.
– A skąd masz swoją bliznę?
Całkowicie wytrąciła mnie tym pytaniem z równowagi.
– Tę na twarzy? O, nic ważnego, bójka w barze. Dwie flaszki Ballentine'sa, brudna szklanka i jedna bardzo głośna marine, która zaczepiała wszystkich w barze. Nudna historia. Siedem szwów.
– Była nas trójka, jak wspominałam któregoś dnia. Taki bardzo klasyczny podział. Trudie była ta inteligentna, Kasper utalentowany, a ja sprawiałam kłopoty.
Prawie obejrzałam się za siebie. Próba nałożenia tych dwóch – trzech – obrazów Heleny na siebie nie miała szans powodzenia. Rozjeżdżały się całkowicie: czarny antyradiacyjny kombinezon, jedwabne garnitury Prady i buntownicza Helena-nastolatka.
Bez jaj.
– Bez jaj.
– Nie, naprawdę. Miałam pieniądze, mnóstwo wolnego czasu i w praktyce zupełną bezkarność. To pułapka, w którą wpada wielu ludzi na, ekhm, poziomie życia, eee, mojej rodziny. Próbowałam wszystkiego. Potrafiłam polecieć do Kapsztadu po nowe dragi, które jeszcze nie dotarły do Rio. Swoją drogą, przerażające miasto, nigdy tam nie jedź. Do tej pory się cieszę, że tatuaże z błędami ortograficznymi są w miejscach, których zazwyczaj nie odsłaniam przed ludźmi. A jeśli już – dodała po chwili tonem, w którym z osłupieniem rozpoznałam nuty kokieterii – to z reguły i tak jest ciemno.
Nie przychodził mi do głowy żaden sensowny komentarz.
– A potem, co, tak po prostu ci przeszło i objęłaś dowodzenie multimiliardową korpo?
– Och, nie od razu. Moi rodzice... Byli cierpliwymi ludźmi aż do momentu, kiedy nie byli, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
Nie wiedziałam, ale mogłam się domyślić.
Zwolniliśmy, kiedy drogę zagrodziła nam kolejna rozpadlina: szerokie, zdradziecko ukryte za barykadą z połamanych mebli zagłębienie ciągnęło się na dobre kilkadziesiąt metrów i musiałam szukać drogi dookoła, między śmieciami i rumowiskiem.
No dobrze, to było kilka następnych "powinnam", które mogłam wykreślić z listy. Myślenie o Helenie Schwerin było trudne, ciężkie i to nie tylko z uwagi na to, jak bardzo mijała się z oczekiwaniami. Jej zachowanie nie wpisywało się w żaden schemat, nie dawało podporządkować się jednemu systemowi. To powinno być oczywiste; w końcu przybyła tu po swoją siostrę, inteligentną Trudie. Ja i Bai stanowiliśmy jej jedyną szansę na powodzenie misji. Logika nakazywała dzielić się z nami wszystkimi informacjami.
Nie znała drogi. Byłam jej jedynym przewodnikiem po tym labiryncie. Powinna mi ufać. Powinna mi wierzyć.
Ukrywała podejrzenia o porwaniu. Ukrywała plan pójścia za Cyrusem. Wciąż nie opowiedziała nam o zadaniu Trudie i przyczynie, dla której cała ich drużyna pchała się tak głęboko w ląd.
A Bai znikał każdego poranka i nie potrafił wyjaśnić dokąd.
– Zoë, orient! Cholera, co ty robisz?!
Krzyk Baia zatrzymał mnie właściwie na skraju kolejnej rozpadliny, wąskiej i ciemnej, idealnej, by skręcić w niej nogę. Wstrząsy rozciągnęły ten teren jak przeżutą gumę.
Zimny pot spływał mi wzdłuż kręgosłupa i wsiąkał w elastanową koszulkę. Chyba wysiadały mi filtry; powietrze wydawało się gęste i gorzkie. Chyba wysiadały mi czujniki; teraz każda hałda kryła pułapkę.
Wgryzaliśmy się w głąb Louisville, w głąb spalonej ziemi, w głąb Północnej, a ludzie, z którymi podróżowałam, ludzie, którzy chcieli, bym powiodła ich prosto do bazy Cyrusa, rozmawiali za moimi plecami i robili rzeczy, których w żaden sposób nie potrafili umotywować. Były kapitan i była ćpunka. Fałszywa sympatia i fałszywe opanowanie.
Rozmawiali za moimi plecami.
O czym?
Czy robiłam coś, czego przed nimi nie umotywowałam? Coś niejasnego? Obgadywali moje wady, rozdmuchiwali któreś z moich słów, jakieś niefortunne uwagi, dopóki nie urosły do rozmiarów prawdziwych problemów? Już mi nie ufali?
Efekt kabinowy.
Dlatego nie wyrusza się takimi małymi grupami. Dlatego wszyscy zwiadowcy się znają.
Dlatego samotność to jedynie pozorna ulga. Tutaj, w tym miejscu – na całym tym przeklętym kontynencie – izolacja zabija równie pewnie jak pył, jak radiacja, jak skręcona noga albo brak zapasów. Gdy idzie się przez ciemność – przez mgłę – przez wirujący pył – gdy widoczność ogranicza się jedynie do własnej wyciągniętej ręki, jedyne, co ratuje człowieka przed całkowitym szaleństwem, to plecy drugiej osoby. Wiara, że one nadają jakiś kierunek. Tu nie było stron świata, tu wariowały kompasy, a słońce nie oferowało żadnej porady. Jedyną pewność stanowili inni ludzie. Ich doświadczenie. Ich wiedza. Ich przekonanie, gdy wskazywali drogę, którą należało podążać.
Wulkan polował na słabych i opuszczonych. Wulkan połykał ich w całości.
Jedynym ratunkiem była wiara.
Bai był silniejszy ode mnie, a hrabina, cóż, do hrabiny należała ta misja. Mogła wrócić z Północnej z Trudie lub bez niej, ale powrót jej samej nie był kwestią dyskusyjną.
Przyszedł czas spojrzeć prawdzie prosto w oczy, i gdy przedzierałam się przez lukrowane popiołem śmietnisko Louisville, miałam wrażenie, że faktycznie to robię: że patrzę prosto w znajome ciemne oczy odbite w szkle wizjera.
W tej chwili, w tym układzie byłam na najsłabszej pozycji.
Tu nie chodziło o władzę: tu chodziło o kontrolę. Żadne z nich nie wiedziało o tym kontynencie tyle, co ja. Zwyczajnie nie mogłam sobie pozwolić na posłuszne kiwanie głową do rytmu ich poleceń.
Jak mówiłam. Nikt tu nie umierał bez mojego pozwolenia.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 90
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Xanttis » 16 kwietnia 2018, 14:56

Naprawdę, rzadko potrafię do tekstu po prostu usiąść i wpaść w niego od razu. Tutaj tak mam. Usiadłem wczoraj i przeczytałem od razu cały fragment. Zatem dziś, na chłodno przejdę do omówienia :D

"Pieniądze nie mają ojczyzny" aka "kapitał nie ma narodowości". Lubię jak autor od czasu do czasu ma coś do przekazania ustami bohaterów :D.
Utrzymujesz napięcie i poczucie niepewności. Widać jak to odbija się na psychice każdego, szczególnie Zoe, bo to jej słuchamy. Widać jej różne stany, jak ciągle w głowie tam się dzieje. Schizuje na parę spraw, a później karci się za to. Straciła jednak w jednym momencie czujność, mając do siebie wyrzuty i bijąc się z myślami. I czuję, że to błąd, który ją będzie kosztował. Bai kręci, jestem pewien na 80%. A Hrabina dopiero pokaże rogi i Bai będzie nimi pokuty coś czuję. Swoje przeżyła i widziała - trop z tatuażem okazał się celny ^^. Kryje się za nimi historia buntowniczki, ale bardziej hardcorowa niż myślałem. Lecieć pół świata po dragi? Kto bogatemu zabroni!

Nie mogłem jakoś wyobrazić sobie tego widoku w Louisville i rzeki Ohio w przerzedzonej mgle. Znaczy mogłem, sceny z Falloutów tych nowych i te sprawy, ale chwilę wcześniej szli we mgle, a potem pejzaż na rozległe pustkowia. Nawet jeśli "szczegóły ginęły we mgle" to trochę mi się to gryzło, ale w sumie może i tak mogłoby być, nie wiem.

Właśnie, rzeka. Co prawda nie wiadomo na razie co z nią, ale pozwolę sobie tutaj tak dla ciekawości. Moment...
*launching geolog.exe*
Trzęsienia ziemi mogłyby spowodować powstanie np. uskoków widocznych także na powierzchni i rzeka płynęłaby tym uskokiem jakiś fragment. Mogłyby powstać wyrwy na trasie jej biegu i powstałoby zagłębienie terenu, które szybko wypełniłoby się wodą i powstałoby swego rodzaju jezioro przepływowe. Generalnie rzeki - i jeziora też - utrzymują się w regionalnych zagłębieniach i zasilane są z warstw wodonośnych spod powierzchni terenu. Gdyby koryto rzeki było wyschnięte oznaczałoby to, że zwierciadło wód podziemnych opadło z jakiegoś powodu niżej niż dno rzeki (albo jeziora), co także oznaczałoby, że w ogóle ilość wód w gruncie uległa zmniejszeniu. Wpływ człowieka wykluczamy, no chyba, że w pobliżu ktoś prowadzi wydobycie i odwodnił teren tak, że wysuszył lokalnie koryto rzeki, ale raczej w tak zrujnowanym terenie to nie ;D. Zatem z przyczyn naturalnych by musiało, więc musiałby być trwale zakłócony regionalny obieg wody w przyrodzie, np. musiałoby w ogóle nie być opadów atmosferycznych przez określoną ilość czasu, albo popiół stałby się warstwą słabo lub w ogóle nieprzepuszczalną i w sumie tutaj to nie wiem, nie powiem Ci, czy to możliwe.
*closing geolog.exe*

Podsumowując - kolejny przyjemnie spędzony czas. Główka pracuje jak to czytam, czyli jest tak jak lubię. Jest intrygująco, autentycznie, klimatycznie. Czekam na obiecaną szybką wrzutkę :heart:
:fire: https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis :fire:

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 21 kwietnia 2018, 11:25

Taka mnie naszła myśl podczas lektury tej wstawki, której chyba nie miałam wcześniej - że to już trochę za dużo. To znaczy opisy tego, jak wygląda Ameryka Północna po katastrofie i samej katastrofy są bardzo klimatyczne, ładne i zwyczajnie fajne, ale opierają się na podobnym zestawie chwytów. Jest bardzo dużo powtórzeń rytmizujących tekst, bardzo dużo odwołań do popkultury i kultury szerzej i bardzo dużo tego takiego "ha, myśleli, że są gotowi na wszystko, ale Yellowstone dopiero im pokazało". Sądzę, że gdybym czytała ciągiem, to mimo całej sympatii dla stylu już bym zaczęła rozważać przemykanie kolejnych opisów na skos. Wydaje mi się, że masz już czytelnika na tyle urobionego, że wystarczyłyby tylko hasła i sam odnajdywałby ścieżkę skojarzeń, którą wypracowałaś wcześniej. Ja to przywołanie Carlosa i Alana z tym zapalającym czerwoną lampkę "ja". To Ci robi za setki słów i tyle samo pozwala usunąć. W sumie nie powinno mnie to dziwić, bo to NaNo, i nie dziwi w żadnym razie, ale w ramach ewentualnej ostrzejszej redakcji bym pomyślała nad tą kwestią - i może w perspektywie kolejnych tekstów. I ja też nie jestem jakimś wielkim orędownikiem usuwania każdego zbędnego zdania aż do planu wydarzeń, wręcz przeciwnie, lubię, kiedy tekst jest też ładny, ale daję znać, że tu chodzi o ogólną treść całych akapitów.

Podobne wrażenie powtarzalności miałam w wypadku przemyśleń Zoe. Kreślisz jej paranoję bardzo wyraźnie, ale jednak te ostatnie akapity o Baiu, prócz tego, że wnoszą nowe spostrzeżenia (że jest zbyt prosty na konflikt między nią i Heleną np.), właściwie powielają to, co pojawiło się nawet w tej samej wstawce, czyli na przestrzeni kilku tysięcy słów.

To tyle z czepialstwa. Po prostu wydaje mi się, że zostały ślady po długich rozbiegach, kiedy wbijałaś się w klimat, albo po tych momentach, gdy trzeba było nabić normę i częściej patrzyło się na licznik. Odchudzenie tego dobrze by też zrobiło na tempo, bo w sumie to taka wstawka, w której za dużo się nie działo. Choć, z drugiej strony, dostaję teraz tekst w kawałkach, więc trudno się wypowiadać o tempie całości, bo zostało w pewien sposób sztucznie zinterwałowane.

Co poza tym? Poza tym to naprawdę lubię te Twoje dialogi, bo stanowią fajny przykład zrównoważenia między podszytym humorem luzem, naturalnością a przekazywaniem informacji o bohaterach i kreśleniem ich portretów. Są dynamiczne, są takie, że można je z miejsca usłyszeć i w nie uwierzyć. I lubię to, w jaki sposób Zoe mnie dalej wkurza tym swoim kijem w dupie i tą paranoją. Lubię ten moment, w którym sobie uświadamia, że przesadziła i próbując wyprzedzić towarzyszy o krok, wpadła w pułapkę własnych wyobrażeń. To jest naprawdę, naprawdę udany moment. I ta jej niemal dziecięca, a jednak taka dorosła zawiść, kiedy orientuje się, że nie ma dostępu do wszystkich rozmów między Baiem i Heleną - to może nie podbija sympatii do bohaterki, ale jest bardzo ludzkie i z pewnością ją uwiarygadnia. Tego mi często brakuje w badassach, takich zwyczajnych odruchów w tę czy w inną stronę, takiej małostkowości. Chwała Ci za to, że masz odwagę ją pokazywać i dobrze wiesz, że wcale w ten sposób nie zmniejszysz rangi bohaterki, że sobie w tym względzie ufasz. Wychodzi to bardzo zacnie i w sumie na Literce jesteś chyba jedną z dwóch osób, które czytam i które robią to z taką swobodą.

I jeszcze daję sygnał, że mimo faktu znajomości tekstu, Zoe nadal wywołuje we mnie ten sam dziwny stan identyfikacji bez identyfikacji. Podejrzewam, że to megasugestywna narracja, bo, jeżyku, tak mi do niej daleko, jak to możliwe, obserwuję ją raczej jako ciekawy przypadek nieznanego gatunku, ale jednak cała ta jej nerwowość, cała ta tłumiona agresja są w stanie nieźle spiąć mi mięśnie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 119
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Ag. » 24 maja 2018, 13:32

Trochę nie wiem, jak się za ten komentarz zabrać, bo nie czytałam na bieżąco, tylko wszystkie te fragmenty naraz, a do każdego chciałabym się odnieść, a pewnie lepiej byob zbiorczo, a w ogóle tekst jest dosyć stary... postaram się napisać coś z sensem.

Tak ogólem bardzo mi się podoba świat przedstawiony (do pewnego momentu, ale o tym za chwilę) – te opisy Północnej są takie plastyczne, piękne, czuć tę duchotę od wiecznego pyłu i mgły. Niby jest monotonnie, ale ja tego nie odczuwałam, bo się fragmenty o Północnej przeplatają z retrospekcjami, rozmowami... zdecydowanie odpowiada mi rytm tego tekstu.I dla tego klimatu, tej północnej, tego tempa narracji chętnie bym czytała dalej i czytała, więc wrzucaj więcej :D

To, z czym mam problem, to trochę generyczne "my biedni z wypadającymi zębami kontra oni bogaci z niedorzecznymi luksusami". Ta scena przyjęcia wyszła aż karykaturalnie, cały ten kontrast jest zbyt płaski. Brakuje mi jakichś półcieni, bardzo topornie te różnice wyciosałaś.

Kolejna sprawa, Cyrus – z początku jest dobrze poprowadzony, bo pojawiają się tylko jakieś wspominki zagęszczające fabułę, łapiesz zainteresowanie czytelnika, który chce wiedzieć, kto to i co robi. A duuuużo, duuużo później dajesz fragment o tym, że Cyrus może być tylko legendą. Jak dla mnie zdecydowanie za późno. I z punktu widzenia czytelnika, i bohaterów, bo ci wcześniej powinni przedyskutować fakt, że może chodzić o jedną osobę, grupę osób, kilka niepowiązanych ze sobą osób... nie rozumiem, czemu tak długo sami między sobą budują iluzję, że chodzi o jakiegoś konkretnego człowieka. To było dla mnie dziwne.

Mam też problem z zespołem ratunkowym z opowieści o Carlosie i Alanie. Bo wszystkie wcześniejsze informacje sugerują, że do Północnej nie da się tak łatwo raz dwa dostać, że taka pomoc w ogóle nie powinna być możliwa. Także jakkolwiek ten fragment jest świetnie napisany, tak trochę zaskakuje to "i ich uratowali" na końcu. Jakby to w ogóle nie był problem.

A teraz może spróbuję postaciami:

Bai: w pierwszym fragmencie jakoś niespecjalnie zwróciłam na niego wagę, za to totalnie kupił mnie w drugim – świetnie go przedstawiłaś, aż po plastry na palcach. W ogóle Bai jest sympatyczny, w tym sensie, że niby do wszystkiego tak podchodzi z humorem i dystansem, a jednak jest w nim jakiś... czy ja wiem, strach albo ból. Jakby był pogodzony, że wykonuje taką a nie inną robotę. Zresztą nie wiem, co on tam dalej kombinuje, trochę się boję, że się zepsuje.

Zoe: Wolę, gdy Zoe myśli niż jak mówi. Bo tok jej myśli wydaje mi się zawsze lepiej uporządkowany, poważny, czasem nostalgiczny jakby... natomiast gdy otwiera usta, no cóż. Wytrąca mnie z rytmu jest sposób wypowiadania się, zbyt potoczny, zbyt rozlazły. Zwłaszcza przeszkadzała mi w scenie na przyjęciu, męczyła mnie mowa potoczna, te wszystkie wtrącenia o tyłkach i tym podobne. Wydaje mi się, że to ma być taki zabieg celowy, ta twarda, wulgarna, przyziemna bohaterka kontra ludzie pławiący się w bogactwie, ale dla mnie to po prostu zgrzyta, rozbija rytm tekstu, który wcześniej przecież chwaliłam. I wcale nie czyni jej to twardą.

Wolę więc, gdy w myślach narzeka na innych, gdy wspomina, gdy z wyższością opowiada o własnych zdolnościach. Wtedy ją lubię, tą wewnętrzną Zoe.

Natomiast trochę mam problem z jej relacją z Baiem, no bo najpierw masz takie coś:
Musiałeś się okazać sympatycznym facetem z poczuciem humoru?
I to mi nijak nie pasuje ani do bohaterki, ani do tego, jak się do tej pory traktowali. Wcześniej nic nie wskazywało, by mogła tak go postrzegać. Nie wiem za bardzo skąd w niej nagle taki przypływ sympatii do kogokolwiek, zwłaszcza gościa, z którym się siłuje od początku na autorytety.

Ale kawałek dalej masz to:
Wgryzaliśmy się w głąb Louisville, w głąb spalonej ziemi, w głąb Północnej, a ludzie, z którymi podróżowałam, ludzie, którzy chcieli, bym powiodła ich prosto do bazy Cyrusa, rozmawiali za moimi plecami i robili rzeczy, których w żaden sposób nie potrafili umotywować. Były kapitan i była ćpunka. Fałszywa sympatia i fałszywe opanowanie.
I to jest właśnie ta "wewnętrzna Zoe", którą lubię i rozumiem. Ten fragment jest milion razy lepszy niż jej wcześniejsze bardzo emocjonalne podejście, że jej się wydawało, że między nią a Baiem nawiązuje się porozumienie, dużo bardziej pasuje do jej charakteru.

Hrabina – jest dla mnie tajemnicą, bo w zasadzie widzimy ją tylko oczami Zoe, a nie taką, jaką jest. Bai jakoś się z tej narracji Zoe wymyka, buduje sam swoją charakterystykę, ale hrabina jest dla mnie niewidoczna. Z kolei to, jak pokazuje ją Zoe, od samego początku jest przerysowane, prawie karykaturalne. To ciągłe powtarzanie, jaka jest bogata i uprzywilejowana, rozpuszczona, nie zna prawdziwego życia ani wyzwań… Zoe nie widzi w hrabinie człowieka. A sama hrabina sama siebie niewiele poza tym odsłania.
Zresztą w późniejszym fragmencie Zoe sama zdaje sobie z tego sprawę, że widzi hrabinę na taką, jaką ona jest, a taką, jakiej się Zoe spodziewa.

Nie mówię, że to źle, po prostu takie są moje odczucia.

PS. Przypomniało mi się w trakcie czytania tego tekstu, że miałam kiedyś wykorzystać wybuch tego wulkanu w opku, ale kompletnie o tym zapomniałam :D Zresztą po tym, jak ty to zrobiłaś, to ja już chyba moge sobie darować.

Uwagi pomniejsze:
zdołała się nie rozpłakać na stanem
zdołała się nie rozpłakać nad stanem

Kod: Zaznacz cały

Inżynierowie Pavo mieli wiele teorii.
Bardzo mnie to rozbawiło :D
Piętnaście minut wyrównywania strat.
Cały ten fragment o wstawaniu szalenie mi się podoba, bo się z nim utożsamiam ;)
z inną ekipę,
ekipą
– Tylko jeśli bardzo mnie wkurzą.
Co z człowiekiem, który nie zapiął pasów, Zoe, ty kłamczucho?!
Równie dobrze to mogą być kosmici, bo czasem porywają przejezdnych. Albo zabijają, wychodzi na to samo, ciężko stwierdzić.
Szczerze nie potrafię powiedzieć, czy to ironia, czy to na poważnie i w świecie przedstawionym występują także kosmici.
Do tej pory się cieszę, że tatuaże z błędami ortograficznymi są w miejscach, których zazwyczaj nie odsłaniam przed ludźmi.
Tyle ma kasy, a nie zrobi sobie lasera albo covera???
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 186
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 27 maja 2018, 15:15

Hej ho!

@Xanttis, ogromne dzięki za regularne czytanie i komentowanie, chociaż dalej drżę o to, co będzie dalej w tekście, bo jako geolog z pewnością mi to wszystko wypunktujesz xD Twoje słowa o "łatwości wpadania w tekst" też dużo dla mnie znaczą, bo zawsze chciałam właśnie tak pisać - w sposób łatwy dla czytelnika, a skądinąd mam świadomość, że to jest dość monotonny i ciężki tekst (no bo jadą i jest mgła, i pył, i dalej jadą).
No i tak, dokładnie, kto bogatemu zabroni...

@Kruff, tak, pewnie masz rację z tą powtarzalnością, co wynika z kilku rzeczy. Wspomnianego formatu (jadą, pył, mgła, jadą, Zoe nikogo nie lubi, dalej jadą), tego, że tekst był pisany pod nano (jakoś trzeba wyrobić te 2k dziennie ;) ), ale też mojego lenistwa przy redakcji, bo nigdy nie zrobiłam takiej dogłębnej. No i jesteś jedyną obecnie czytelniczką, która wie, co się stanie dalej, więc Twoje spostrzeżenia odnośnie bohaterów są dla mnie bardzo, bardzo ciekawe :D

@Aga, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Przyjęcie mogło wyjść karykaturalnie, ale proszę o uwzględnienie faktu, że to narracja Zoe, a Zoe ma bardzo spolaryzowaną wizję świata i tylko jedną scenę w takim środowisku, żeby się do niego odnieść ;) To też oczywiście próbuję pokazać w jej postrzeganiu hrabiny. Jeśli chodzi o odratowanie zespołu Carlosa i Alana, to totalnie masz rację, to po prostu dziura fabularna, której nigdy sobie nie uświadomiłam - więc jeszcze raz dzięki, bo w sumie żeby ją załatać wystarczy dodatkowy akapit ekspozycji.
W moim zamierzeniu (oczywiście niekoniecznie w efekcie) Bai się z nikim nie miał siłować na autorytety, ta walka zawsze miała się toczyć między hrabiną i Zoe.

Bardzo mi się podobają te różne reakcje na to, co i jak Zoe mówi :D
Ogromnie Wam wszystkim dziękuję <3 <3 <3

***
Ruiny przerzedzały się, widoczność znowu spadała, ale nie miałam wątpliwości, że idziemy w dobrym kierunku, nawet mimo wielokrotnego okrążania problematycznych miejsc. Potężne, betonowe słupy, których nawet pęknięcie ziemi nie było w stanie zmieść z powierzchni, wyłaniały się z mgły jeden po drugim, nieomylnie znacząc trasę starej estakady. Sama droga pozapadała się w wielkich, kanciastych płatach, jak ponura satyra dziecięcej układanki. Fragment pozostał: niedługa, ciemna smuga zawieszona wśród gęstych oparów. Wyglądała, jakby mogła ją załamać byle bryza. Cud, że przy tych wszystkich klimatycznych cudach wciąż tu wisiała.
Podobno istniało jakieś przejście na drugą stronę kanionu; to znaczy inne niż mozolna wędrówka w dół koryta i ponowna wspinaczka po drugiej stronie. Osobiście nigdy nie chciało mi się go szukać.
– Jesteśmy blisko – zadyszałam do komunikatora. Zimne wstęgi strachu oplotły mi gardło; skąd to zmęczenie, nie powinnam przecież się zmęczyć po takim marszu.
– To co, powtarzamy procedurę? Raca i...
– Nie. Po prostu... Po prostu chodźmy tam wszyscy razem.
– No dobra, to wiek przed urodą.
Nie uśmiechnęłam się, nie odpowiedziałam. Ruszyłam po starej, poszarpanej ulicy, nogami rozgarniając wilgotny pył. Byłam utytłana tym błotem już do ud. Tego się po prostu nie dało uniknąć.
Resztki niegdyś białej, betonowej barierki sterczały na szczycie zbocza jak popsute zęby. Właściwie nieświadomie podeszłam bliżej, spojrzałam w dół – prawie dało się dostrzec dno. Próbowałam podstawić sobie pod to inny obraz, tak jak chciałam zobaczyć w Helenie rozemocjonowaną nastolatkę z czarnymi paznokciami – próbowałam zobaczyć rzekę i normalne niebo. Szmaragdowe wody i czysty błękit na górze, a w tle otwartą estakadę, po której śmigają starożytne auta.
Nie potrafiłam.
Istniało tylko tu i teraz, a to było szare, monotonne i zabójcze.
– Tam, z przodu – zagrzmiał mi w uchu pełen ostrożnej nadziei głos hrabiny, gdy przechodziliśmy pod powyginanym, ale wciąż pionowym rusztowaniem, na którym kiedyś wisiały drogowskazy. Obejrzałam się z jakąś durną nadzieją, ale nie, tablice zniknęły już dawno, pewnie zagrzebane pod popiołem albo połamane na dnie Ohio River. – Widzę coś... Na brzegach, chyba...
– Tak, pozostałości po mostach.
– Myślisz, że rozpoznali miasto po mostach?
– Czemu nie? Jestem prawie pewna, że jechali wzdłuż koryta. Pomyślcie, to ma sens, gdy się nie zna drogi. Ten drugi most, ten dalszy, ciągle można podziwiać, bo leży w czterech bardzo poskręcanych częściach na dnie wąwozu. I jestem prawie pewna, że byli na tym brzegu.
– Prawie?
– Wystarczająco pewna.
– To się zaraz okaże, prawda?
Co było w tym tonie? Protekcjonalność? Czy obawa?
Czy już całkowicie wysiadały mi nerwy?
Nie mi. Nie po paru dniach od zrzutu. Nawet jeśli czułam, że tracę kontrolę. Nie mogłam sobie na to pozwolić.
Marsz stawał się coraz trudniejszy. Właśnie dlatego podróż po starych szosach to beznadziejny pomysł: spiętrzone, rozerwane i ponownie złożone warstwy asfaltu blokowały nam drogę, rozpadliny ziały głębiej niż gdziekolwiek, a do tego dochodziła przepaść. Koryto rzeki pożarło wszystkie mosty Louisville, tysiące samochodów i niemożliwą do oszacowania liczbę mieszkańców. A wystarczył jeden zły krok, jedno potknięcie albo zbyt entuzjastyczny bieg.
I to do mnie należało pilnowanie, by żadne z nich nie postawiło źle stopy.
Wiedziałam, że jechali tym brzegiem.
Charakterystyczne łuki mostu Big Four wyłoniły się z kłębów wirującej na dnie wąwozu mgły: potężne, czarne, wciąż rozpoznawalne mimo faktu, że przeżyły upadek z tak dużej wysokości. Czułam, jak pod ciężkimi rękawicami potnieją mi dłonie. Siłą powstrzymywałam się od przecierania wizjera; tę lekcję przyswoiłam już dawno i póki co trzymałam brudne ręce z daleka od oczu.
A potem zobaczyłam to, czego tak intensywnie szukałam, i nagle oddychanie stało się łatwiejsze.
– Są! – syknęłam, z miejsca przyśpieszając.
– Zoë...?
– Na pierwszej, jakieś czterdzieści metrów.
– Widzę.
– Nie biegnijcie!
Nie biegli, tyle przynajmniej udało mi się osiągnąć, chociaż Helenie musiałam jeszcze przypomnieć, żeby mnie nie wyprzedzała, jeśli chce zachować całe stawy. Zgodziła się i wycofała.
Do jakiegoś pół kroku za mną.
Aż w końcu dotarliśmy i naprawdę musiałam się skupić.
– Idealne miejsce na postój, jeśli komuś nie przeszkadza, no wiecie, otchłań gapiąca się na niego podczas snu – mówiłam, opadając na kolana przy niemożliwych do pomylenia, umiarkowanie świeżych śladach gąsienic. – Założę się, że dalej na wschód droga wygląda lepiej i dlatego tędy jechali, w końcu Pavo ma jakąś tam wertykalną mobilność i poradzi sobie z umiarkowaną ilością gruzu. Dalej nie ruszyli, natknęlibyśmy się na ślady.
– Czyli co? Jechali, jechali, nadziali się na, cóż, na Louisville i zawrócili?
– Na to wygląda.
– Wydaje mi się... – powiedziała powoli Helena, odwracając ku nam głowę. – Wydaje mi się, że w notatkach było coś o zawracaniu.
– Tak, było. Jeśli Cyrus nie zwinął nam Pavo, gdy nie patrzyliśmy, będę mogła wyekstrapolować ich trasę z tego punktu.
Tego, co stało się po moich słowach, w ogóle się nie spodziewałam. Hrabina wydała z siebie dźwięk – coś pomiędzy załkaniem i rzewnym westchnieniem – wyprostowała głowę, opuściła ramiona, podeszła w trzech sztywnych, równo odmierzonych krokach, po czym zamknęła mnie w ciasnym, ciepłym i przede wszystkim absolutnie niechcianym uścisku.
Więc tak wygląda szok anafilaktyczny.
Poklepałam ją po plecach. Gdy nie puszczała, poklepałam ją trochę bardziej zdecydowanie.
Powinnam chyba czuć ulgę. Jakąkolwiek pozytywną odpowiedź na pozytywne emocje. Powinnam się cieszyć albo może nawet wzruszyć. Powinnam tyle rzeczy. Tak wiele, że mogłabym sobie zrobić z nich listę i skreślać jedno po drugim.
– To nić, której potrzebujemy – stwierdziła z mocą hrabina, puszczając mnie w końcu, chociaż tylko częściowo, bo jej ręce dalej zaciskały się na moich ramionach. Miałam wielką ochotę je strącić, ale zdawałam sobie sprawę, jak zły byłby to pomysł. – Po niej dojdziemy do całego kłębka. Nikt tu nie chodzi na piechotę, nie na dalekie odległości. Skoro możemy podążać za ich śladami, tak zrobimy. I dotrzemy do miejsca, w którym ten skurwysyn ich znalazł, i stamtąd wyśledzimy jego. Już się nie schowa!
To był moment, w którym powinien się odezwać Bai, ale on, jak sobie uświadomiłam po chwili przedłużającego się, niezręcznego milczenia, siedział cicho właściwie od początku. Żadnych żartów, żadnych sprytnych bon-mot.
Odszukałam go wzrokiem. Stał odwrócony do nas plecami i wpatrywał się intensywnie w kierunek, z którego przyszliśmy.
– Ej, Gao – rzuciłam na próbę. – Jakiś tekst rozładowujący napięcie raz poproszę.
– Nie jesteśmy tu sami.
– Rozładowujący napięcie, Bai, nie podnoszący ciśnienie.
– Mówię poważnie. Nie jesteśmy tu sami.
Strząsnęłam z siebie ręce hrabiny, odruchowo stanęłam przed nią, tak jak Bai zasłaniał mnie, gdy szliśmy zbadać opuszczone Pavo.
– Co? O czym ty mówisz, człowieku?
– O cieniu, który idzie za nami. Jest dobry, bardzo dobry, a my w końcu nie rozglądamy się dookoła i cały czas patrzymy pod nogi, więc śledzenie nas, praktycznie rzecz biorąc, nie jest taką wielką sztuką.
Serce waliło mi gdzieś w przełyku. Pot spływał wzdłuż tętnic, zbierał się w obojczykach i wsiąkał w elastan koszuli.
– Jesteś pewien?
– Nie.
– To może być złudzenie.
– Ale może nie. Staram się w tej chwili opracować najlepszy plan działania.
– Czy najlepszy plan działania obejmuje sterczenie na czujce jak surykatka i wgapianie w miejsce, gdzie ten koleś jest, dając mu do zrozumienia, że wiesz o jego obecności?
Nie odpowiedział i znowu, w natrętny, nieokreślony sposób znowu skojarzył mi się z kotem. Spiętym, czujnym, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko, w przestrzeni dla nas już właściwie niezauważalnej.
Literka C. Bariera między nami i czymkolwiek, co mogło nam zagrozić.
– I co teraz? – przerwałam w końcu milczenie. – Zawracamy, bo to najwidoczniej dobre miejsce do zawracania? Wejdziemy prosto w niego.
– To – zamruczał Bai, a ja musiałam się upewnić, że nie ma ogona, który chodziłby teraz nerwowo – nie jest zły plan dla nas, tylko dla niego.
– O ile nie przyprowadził kolegów – odcięłam. – Bai, daj spokój. Bai, nie. Prrr, Bai, zły Bai!
– Zoë ma rację. – Hrabina mówiła tonem rodzica, który zwlókł się w końcu z kanapy by rozdzielić bijące się nad zabawką dzieci. – Nie możemy zawrócić, nie możemy sobie pozwolić na konfrontację. Z drugiej strony, już znaleźliśmy to, czego szukaliśmy. Jeśli chcieli urządzić zasadzkę, zrobiliby to tutaj, teraz.
– Chyba że właśnie nas otaczają.
Helena nie dała mu podjąć tematu.
– Dość tego! Bai, wracaj tu. Zoë, szukaj powrotnej trasy. Okrężnej. Innej niż ta, którą przyszliśmy. Udajemy, że nic się nie stało, Bai, uznałeś, że to złudzenie. Odsłaniamy plecy i mamy oczy dookoła głowy.
– Ale jeśli...
– Wykonać.
Przełknęłam resztę zdania w ostatniej chwili.
No dobra.
Okrężna trasa.
Możemy i tak.
Louisville, myślałam. Rzeka, dwa mosty, ulice krojone według ekierki. Co widziałam po drodze? Jak iść, żeby się nie zgubić? Przyszliśmy z południowego zachodu, wąwóz otaczał centrum ruin szerokim łukiem, Pavo stało przed ścianą gruzu. Trasa, tak – bardziej azymut i modlitwa o szczęście. Bo w końcu mogliśmy trafić na wszystko. Ukryte pod zbitym popiołem wykroty, spowite mgłą bariery nie do przejścia, gotowe do zawalenia tunele pod rumowiskami starych domów.
Możemy i tak.
Jak rzadko – bo przecież miałam tyle czasu, żeby przyzwyczaić się do ciemnych wizjerów, które przysłaniały twarze moich towarzyszy – nabrałam ochoty, by spojrzeć na Baia, nawiązać jakikolwiek kontakt, upewnić się, że to, co podejrzewałam, miało jakiekolwiek uzasadnienie. Myślałam o jego spacerze tego ranka, myślałam o tym, że nie chciał mnie antagonizować.
Myślałam o człowieku idącym za nami.
Myślałam o hrabinie i jej siostrze, która wierzyła, że jej misja w tym przeklętym kraju wyrzutków nikomu nie zaszkodzi.
– I jak? Bai?
– Ciężko mi ocenić, nie mogę się odwracać. Chyba idzie za nami.
– Zoë, zwolnij, nie zwiększajmy dystansu między nami.
Krok za krokiem. Oczy dookoła głowy. Szukałam – próbowałam dostrzec, bo przecież byłam zwiadowcą – ruchu, cieni w miejscach, gdzie nie powinno ich być. Nic z tego. Mgła była ostatecznym kamuflażem, idealną zasłoną. Marzenie snajpera.
Jakim cudem Bai wypatrzył, że mamy ogon?
Helena dobrze go wybrała, a na pewno poznała się na jego kompetencjach o wiele lepiej niż ja. Jednoosobowy oddział do zadań specjalnych.
Wciąż nie rozumiałam, co skłoniło ją do zabrania tylko jednego człowieka zamiast całego oddziału, ale z całą pewnością wybrała odpowiedniego kandydata.
Iść na południowy zachód. Do Pavo zostawionego na pustych przedpolach.
Wilgoć zlepiała pył. Błoto zaskorupiało mi się na nogawkach i oblepiało ręce, gdy kluczyłam między kolejnymi hałdami, omijałam stłuczone szkła i lawirowałam między przeżartymi rdzą samochodami, które wyglądały jak rozrzucone w ataku złości zabawki. Torowałam przejścia pod złamanymi na pół rusztowaniami, przeciskałam się po ścieżkach, które mogły okazać się ślepymi zaułkami. Szukałam drogi w mlecznosinej mgle, która gubiła lepszych ode mnie. Która pożarła Carlosa, pożarła Alana i Trudie.
– Kurwa.
Głos Baia był jak ostry policzek; wyrwał mnie z transu, postawił w stan gotowości. Otrzeźwił.
– Nie ma go.
– Jesteś...
– Absolutnie pewny.
– Musimy przyśpieszyć – wydyszałam w komunikator, mrużąc oczy, jakby miało mi to pomóc w pozbyciu się strumieni wody spływających po zewnętrznej stronie hełmu.
– Prowadź.
Prowadziłam. Brodziłam przez śmieci, a oni szli za mną, coraz szybciej, bo i ja wiedziałam już, czego się spodziewać. Rozpoznawałam okolicę w taki sposób, w jaki odnajdują się zagubieni himalaiści – orientowałam się według wzgórz ruin i łańcuchów górskich starego betonu. Został nam jeden łuk, jedna hałda do przejścia, jedyne siedem metrów wypiętrzonego gruzu. Chciałam coś powiedzieć, zapewnić, że już niedaleko i zaraz znikniemy niebezpieczeństwu z oczu – kiedy Bai bez słowa, bez najmniejszego ostrzeżenia zerwał się i ruszył przed siebie sprintem, sadząc długie, sprężyste susy prosto w mgłę.
– Bai!
– Widzę go! Idzie do wozu!
Zapomniałam o wszystkim, zapomniałam o Helenie, o rozpadlinach, pyle i wilgoci. Biegłam tam, gdzie znikał Bai, gdzie czekało na nas bezbronne Pavo, zakręcając ostrym łukiem, omijając hałdę gruzu i wiedząc, wiedząc gdzieś głęboko, za urywanym oddechem, pod ściśniętym gardłem i rozkołysanym sercem, że nie zdążę – ale nie mogłam, po prostu nie mogłam zostać w tyle i czekać.
Widziałam szerokie plecy Baia i z kolejnym zakrętem zobaczyłam również naszą zwierzynę: burą, małą postać. Daleko.
Bliżej czerwonych awaryjnych świateł Pavo niż nas.
Nie słyszałam tego – za wyraźnie huczał mi w uszach własny oddech – widziałam jedynie chmurę pyłu podniesioną przez staczające się z hałdy śmieci, i cień zmiatający uciekiniera z nóg.
Dopadliśmy ich trzy sekundy później, ale było już po kotłowaninie: Helena klęczała na intruzie, kolanem dociskając mu nerki, a rozcapierzoną dłonią głowę, mocnym, nieustępliwym chwytem.
– Nie nauczyłaś się tego w korpo – stwierdziłam z nieukrywanym szacunkiem, wyhamowując, podczas gdy Bai bez słowa przejął jeńca od hrabiny. – Matko, było blisko.
– Trzymasz ją, Bai?
– ...Ją?
– Tak, trzymam.
Bo to była ona: mała, drobna, idealna, by śledzić nas między cieniami i mgłą. Bez kombinezonu, bez hełmu, odziana od stóp do głów w rzeczy, która można było wziąć jedynie za szmaty. Gogle chroniły jej oczy, kaptur – krótkie, jakby ścięte nożem włosy, a z szyi zwisała zerwana chusta. Cała była utytłana w tej miękkiej, śliskiej mazi z wilgotnego popiołu. Nogi jej się rozjeżdżały, głowa opadała do przodu i gdyby nie bezlitosny chwyt Baia, z pewnością by upadła. Nie wiedziałam, z jaką mocą staranowała ją Helena – ani jakim cudem to zrobiła – ale wystarczyło, by zerwać dziewczynie kontakt z rzeczywistością.
– Musimy ją ocucić – stwierdziła zimno Schwerin, już w drodze do czekającego łazika. Szła długimi, energicznymi krokami osoby zdecydowanej rozszarpywać gardła, a właz otworzyła walnięciem pięścią w przełącznik. – Wypytać, co wie.
– Powinienem sprawdzić teren.
Zrozumiałam i przejęłam omdlewającą dziewczynę; nie była dużo niższa ode mnie, ale wydawała się lżejsza, mniejsza i właściwie nie miałam problemu z utrzymaniem bezwładnej postaci w ramionach. Obejmowałam ją w pasie i szyi, żadnym z tych efektownych, sprytnych komandoskich chwytów, ale w prosty sposób. Jakbyśmy upiły się razem w barze.
Zanim zawlokłam ją do włazu, zdążyła odzyskać trochę władzy nad sobą; zacharczała, zapluła, zatoczyła się, napierając gardłem na moje przedramię.
Nie puszczałam.
Nie puszczałam też, gdy próbowała się wyrwać słabymi, ale bardzo celowymi ruchami. Gdy wołała coś do nas na granicy bełkotu, po prostu uderzyłam jej głową o karoserię, a gogle osunęły się jej na szyję. Wtedy się poddała i po prostu się na mnie wsparła.
– Potrzebujemy jej przytomnej!
– Nie podoba mi się ten pomysł – wydyszałam, kątem oka rejestrując wracającego z obchodu Baia. – To niebezpieczne, wpuszczać ją do środka!
– Ja to ocenię, Bravo. Bilans plusów i minusów dyktuje jedno rozwiązanie. Jest słaba i pozbawiona broni. Mamy pełną kontrolę.
Kontrola, tak.
Puściłam jeńca; dziewczyna zwaliła się na kratowaną podłogę bez sił ani inicjatywy, nawet nie próbując oprzeć się o ścianę. Zamknęliśmy właz, odcinając pojedyncze pasma mgły i w końcu mogłam zdjąć ten przeklęty, mokry od mgły i potu hełm. Dziewczyna odwróciła się na plecy; widziałam jej zaciśnięte, blade usta i spojrzenie zielonych oczu, którym wodziła ode mnie do Baia i hrabiny, i znowu do mnie.
Tylko ja odsłoniłam twarz.
– Jesteś od Cyrusa, prawda? – spytałam, kucając blisko, tuż obok niej, z jedną ręką gotową, by sięgnąć po broń i drugą wyciągniętą w jej stronę, mimo że już nie starała się na mnie oprzeć.
Przez moment trwała w bezruchu. A potem skinęła głową.
– Ja się tym zajmę, Zoë – oświadczyła hrabina sucho. Wciąż nie odpinała zatrzasków hełmu, jedynie przełączyła fonię na zewnętrzny port. – Ilu jest was w Louisville?
Kręcenie głową. Przeczenie. Jej prawa dłoń jak blady pająk wędrowała w stronę lewego ramienia; wyczuwałam napięcie Baia, ale brudne palce jedynie zacisnęły się na skórze. Nerwowy odruch, nic więcej.
– Jak się nazywasz?
Bezruch.
– Możesz mówić?
Bezruch.
– To szok – stwierdziłam, zerkając z ukosa na ciemne, bezosobowe oblicza Heleny i Baia.
– Nie – odparła hrabina, nie ruszając się nawet o centymetr. – Odpowiedziała na pierwsze pytanie. Idzie w zaparte. Lojalność. Dobra cecha i dużo mówi o Cyrusie.
Bezruch. I tylko to spojrzenie wielkich zielonych oczu krążące między naszą trójką, jakby szukała słabego ogniwa.
Oblizałam wargi. Serce biło mi jak oszalałe.
– Ma rację? – zapytałam, a głowa dziewczyny jak na sznurku powędrowała w moją stronę. – Nie chcesz mówić przez lojalność wobec Cyrusa?
Potwierdzenie.
– Boisz się kary?
Przeczenie.
– Skoro nie strach, to coś innego – powiedziałam powoli. Właściwie nie wiedziałam, dlaczego wciąż trzymam wyciągniętą rękę. Nie sięgała po nią. W ogóle się nie ruszała. – Co? Miłość? Wiara?
Odpowiedź nie nadeszła. Gdzieś z tyłu usłyszałam westchnienie i wiedziałam, że to koniec.
– Nazywam się Helena Schwerin. Niektórzy nazywają mnie "hrabiną". Moja siostra, Trudie, zaginęła na tej pustyni jakiś czas temu. Chcę ją odnaleźć i doprowadzić do domu. Tyle mi wystarczy. Nie muszę wiedzieć, co leży w głębi pustyni, co tam chowacie, ile was jest ani nic z tych rzeczy. Chcę odzyskać swoją siostrę i ta misja zostanie spełniona. Jeśli żyje, to wy o tym wiecie. Jeśli żyje, to wy będziecie w stanie mnie do niej doprowadzić. To, co proponuję, to brak wojny, jeśli nie sojusz. Czy możesz zanieść tę wiadomość swojemu szefowi?
Brunatne od błota palce wciskały się w brudną bluzę z siłą, która na dłuższą metę mogła odciąć dopływ krwi. To było jedyne, po czym dało się poznać panikę dziewczyny. Żadnych szybkich oddechów, żadnego strzelania spojrzeń po kątach łazika. Tylko to i nieustępująca przekładanka – ja, Helena, Bai, ja, Helena, Bai.
Pokręciła głową.
– Nie chcę w tej chwili odpowiedzi – wyjaśniła cierpliwie Helena. – Jedynie potwierdzenie, że zaniesiesz tę wiadomość.
Znów pokręciła głową, tym razem bardziej stanowczo.
– Nic ci nie zrobimy.
Uśmiech, i to taki, który zazwyczaj widywałam na twarzach podpitych punków w podrzędnych barach.
– Natomiast jeśli nie zaniesiesz tej wiadomości, możemy ci zrobić bardzo wiele.
To była dobra uwaga, wypowiedziana odpowiednim tonem, i Helena powinna się na tym oprzeć. Zamiast tego potrząsnęła gwałtownie głową, jakby chciała wymazać słowa Baia z rzeczywistości.
– Możemy...
Nie dokończyła, bo dziewczyna zerwała się z podłogi z prędkością, której nie spodziewałam się po kimś tak osłabionym. Skoczyła prosto na hrabinę, wczepiając palce w zaczepy przy jej szyi. Minęła sekunda i znowu leżała na podłodze, tym razem przygnieciona przez Baia, który wykręcał jej ramiona.
– Możemy ją zabić – warknął.
– Nie! – sprzeciwiła się Schwerin i po raz pierwszy od początku naszej znajomości usłyszałam w jej głosie coś w rodzaju paniki. – Ona tylko...
– Planowała porwać Pavo, nie ma szans, żeby powiedziała nam cokolwiek, przed chwilą cię zaatakowała! Trzeba się jej pozbyć, Alpha! Jest zagrożeniem!
Pierś Heleny unosiła się gwałtownie w górę i dół, zaciśnięte w pięści dłonie zaczynały drżeć. Ja – mnie wysychało gardło, po plecach pełzł mi długi dreszcz.
– Zgadzam się z Baiem – usłyszałam własny głos, wbijając niewidzący wzrok w tył głowy niemej dziewczyny. – Musimy się jej pozbyć.
– Jesteście...
– Rozsądni – przerwał jej Bai lodowato. Mięśnie mu nie drżały, mimo że trzymał zielonooką już od dłuższej chwili.
– To nie jest cywilizacja. To Północna.
– Nawet jeżeli ta dziewczyna ma później wrócić i rzucić się na mnie we śnie, nie dopuszczę do tego!
– Ona nie wróci później, hrabino! – ryknęłam, sama siebie zaskakując. – Ona będzie szła za nami krok w krok albo sprowadzi kolegów, albo chuj wie co jeszcze! Oni tu są całkowicie szaleni, rozumiesz?! Dziewczyna ginie teraz, albo później giniemy my, to proste, to koniec, tak to wygląda!
– Nie zgadzam się!
– Nie musisz. – Bai szarpnięciem podniósł dziewczynę do pionu. – Ja odpowiadam za bezpieczeństwo misji. Decyzja należy do mnie. Zoë, pomóż mi.
Bez słowa z powrotem nałożyłam hełm, chwyciłam broń z bocznego luku i wyskoczyłam za nim w mgłę i chmury popiołu. Plac przed Pavo by pokreślony śladami naszych stóp. Bai szedł wzdłuż jednej z wybrużdżonych ścieżek: energicznym, zdecydowanym krokiem, którego tak bardzo mu w tej chwili zazdrościłam. Miałam wrażenie, że spada temperatura. Miałam wrażenie, że miękną mi kolana.
Zatrzymał się, dopiero gdy Pavo całkowicie zniknął nam z oczu i jedynie czerwona poświata słabo sugerowała, dokąd mamy wracać. Dziewczyna nie wyrywała się; tkwiła jedynie zesztywniała w uścisku Baia.
Zwierzyna.
Wyciągnął rękę po broń, a ja mu ją posłusznie podałam. Wiedziałam, co robimy, wiedziałam, że to, co miało się stać, było w naszym najlepszym interesie, ale to nie wystarczyło. Byłam zwiadowcą.
Ale Bai był żołnierzem.
Odepchnął dziewczynę mocno, aż ta poleciała, i wtedy wystrzelił – raz w tułów, a potem, gdy ciało opadło na rozgrzebane błoto, drugi raz, dla pewności, prosto w głowę. Bez marudzenia, bez ostatnich słów, bez niczego, co dałoby dziewczynie drugą szansę.
A potem obserwowałam, jak opadają mu ramiona, a głowa ciąży ku ziemi.
Przez chwilę szukałam odpowiednich słów.
– Kiedy powiedziałam, że nisko się cenisz – zaczęłam ostrożnie, cicho – odpowiedziałeś, że nie o to chodzi. Wtedy, przy tamtym wraku.
Skinął głową i odwrócił się w kierunku, z którego przyszliśmy.
– Jestem żołnierzem – powiedział i to zabrzmiało jak mantra. – Jako człowiek, tak, wiem jedną czy dwie rzeczy, jako jednostka natomiast nie liczę się w ogóle. Znam skalę. Wiem to wszystko. Jak bardzo moje akcje nie będą miały żadnych efektów. Jestem niczym więcej jak pęknięciem w całej tej wielkiej maszynie. Jedyne, co mogę robić, to niczego nie zepsuć po drodze.
Weszliśmy do Pavo. Helena zamknęła się w kabinie sypialnej i nie wychodziła aż do rana.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 02 czerwca 2018, 16:43

Bardzo dziwną rzecz zaobserwowałam dzisiaj podczas czytania. Otóż chociaż wiem, co będzie dalej, to zaczęłam odczuwać narastające napięcie - co jest oczywiście plusem na Twoją korzyść :D Jakby ciężar emocjonalny i gatunkowy przyszłych wydarzeń już zaczął mnie nakręcać. Coraz więcej konkretnych obrazków mam w głowie, już nie tylko ogóły i wrażenia "z lotu ptaka". Nie chcę za dużo pisać, żeby ktoś się przypadkiem nie nadział, ale w głowie zmieniła mi się główna sceneria.

Z oczywistych względów teraz dopiero naprawdę doceniłam scenę z "ogonem". I szalenie mi się w niej Gao podoba, bo to scena, w której nie tylko jest najbardziej żołnierzem, ale też najbardziej Azjatą, czy, ściślej, Chińczykiem - o ile oczywiście zrozumiałam cokolwiek z tego, co riserczowałam i próbowałam zrozumieć. Nie pamiętam, czy podczas poprzedniego czytania zrobiła na mnie wrażenie, ale po to właśnie wraca się do tekstów, żeby takie rzeczy dostrzegać.

Podobnie miałam z Heleną, z tym jej uściskiem. I teraz jakby cały ten fragment postrzegam trochę jako kluczowe przeciągnięcie liny. Wcześniej Zoe obawiała się komitywy między Heleną i Baiem, teraz oni oboje stają przeciwko jej ludzkim odruchom (z którymi też pewnie będzie się utożsamiał niejeden czytelnik, zwłaszcza po sposobie, w jaki przedstawiasz milczącą dziewczynę). W końcu nie trzeba mieć doktora z psychologii, żeby wiedzieć, że dla hrabiny to będzie musiało stanowić swego rodzaju kamień milowy i że jej postrzeganie towarzyszy (bardziej Gao) musi się zmienić. Nie potrafię do końca ocenić, czy nie nadinterpretuję jej zachowania, ale pewne przesłanki temu sprzyjają i ktoś, kto tak bardzo dąży do zachowania kontroli, pewnie by takie sprawy ogarniał. Zwłaszcza że, cóż...

Sporo też ta scena wnosi do budowanego mozolnie portretu Cyrusa i przygotowuje mu wejście na scenę w odpowiednim oświetleniu. Tak mi się coś wydaje, że to był ten moment podczas czytania, kiedy postać, której de facto ciągle nie ma, zaczęła u mnie mocno podbijać w rankingu. No bo skoro ludzie są tak lojalni i to nie przez wzgląd na karę, coś grubego musi się za tym kryć. Ktoś z osobowością i dobrymi argumentami, a na pewno na tyle silną motywacją, żeby był w stanie zaszczepić ją innym.

Ach, rozważania Zoe o Baiu po raz kolejny.

W ogóle też wcześniej nie do końca docierał do mnie ten aspekt, że złożyłaś trio nie tylko o skrajnych charakterach i motywacjach, ale też kompletnie dla siebie nieogarnialne, co wychodzi konsekwentnie w kolejnych scenach.

Wiem, że się powtarzam, ale dobrze wrócić na Zachód :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 119
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Ag. » 25 czerwca 2018, 20:55

Ja tak może z innej beczki, ale największe napięcie we mnie wzrosło, jak Bai i Zoe wyprowadzali dziewczynę, bo się bałam, że hrabina pójdzie za nimi z bronią i ich powstrzyma albo coś innego wykombinuje. Przepraszam za brak ludzkich odruchów, ale irytują mnie niepomiernie takie pierdołowate akcje. To jest Północna, tu się morduje. Lubię jak chociaż jeden bohater ma dość oleju w głowie, żeby przełożyć rozsądek nad litość.

Z łapanki:
Więc tak wygląda szok anafilaktyczny.
Nie rozumiem tego zdania w tym momencie.
żadnych sprytnych bon-mot.
Niby można nie odmieniać, ale jednak większość słowników sugeruje odmianę: bon-motów.
Ja – mnie wysychało gardło, po plecach pełzł mi długi dreszcz.
Po co to „Ja” na początku?
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 186
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 29 lipca 2018, 14:41

Chciałabym odpisać jakoś konkretniej na komcie, ale w tym upale nie przychodzi mi nic rzeczowego do głowy, więc tylko zapewniam, że czytam, myślę nad nimi i bardzo, bardzo, bardzo doceniam <3 <3 <3

Dzisiaj duża wrzuta.

Rozdział IV

Nie rozmawialiśmy o tym wiele. Mało w ogóle wspominaliśmy o Louisville, mimo że przecież było tak wielkim kamieniem milowym. Jedynie parę razy poruszyliśmy temat tego, co dalej: ja mówiłam o mozolnym składaniu odręcznych notatek Trudie z punktu nad wąwozem Louisville, a odpowiedzi były lakoniczne i zimne.
Nie rozmawialiśmy o Cyrusie.
Nie rozmawialiśmy o tym, że jesteśmy śledzeni ani o tym, że przecież wszystko to, logi i notatki, były zaserwowane nam przez jego ludzi.
Z całą pewnością nie rozmawialiśmy o zielonookim szpiegu ani o jej porzuconym bez żadnego pochówku ciele.
Wiedziałam, jak mgła wpływa na ciała. Jak wilgoć rozdyma je niczym surrealistyczne, członowane balony nawet bez pomocy zwykłych gnilnych procesów. Jak po krótkim, tak krótkim czasie już w ogóle nie będzie przypominała siebie.
Zanim odjechaliśmy, chwilę stałam nad jej ciałem.
Nie rozmawialiśmy tak przez długi, długi czas i swędziało mnie to coraz bardziej, bo było kilka kwestii, które naprawdę należało poruszyć i zamierzałam się do nich dostać, nawet jeśli miałam iść okrężną drogą.
– Gdzie się tego nauczyłaś? – spytałam w końcu, zdaje się trzeciego dnia po Louisville, kiedy poruszaliśmy się z maksymalną prędkością czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę. Pył na zewnątrz robił się coraz grubszy i pług zaczynał wymagać wsparcia. Ciągle jechaliśmy na zachód, chociaż bynajmniej nie w linii prostej.
– Słucham?
Brzmiało to grzecznie, wręcz uprzejmie. Skończyło się podwijanie nóg pod siebie i przypadkowa ekspozycja tatuaży, skończyły się pogaduszki o rodzinie. Zachowywała się, jakby chciała, żebyśmy zapomnieli o tej przyjaznej odsłonie, o ludzkiej, ukradkiem pomarszczonej twarzy. Raz puściła farbę i najwidoczniej nie zamierzała pozwolić sobie na drugi raz.
– Pomyślałaś o tym, żeby pójść na skos, przez tamtą hałdę. Szybciej ode mnie i Baia – przypomniałam, przełażąc z ławy do tyłu, gdzie siedziała. To było ledwo dostrzegalne, ale obecne: sztywność, z którą nagle wyprostowała plecy i głowę. – I wiedziałaś, jak ją położyć.
Kątem oka zobaczyłam, jak Bai mocniej zaciska ręce na kierownicy. Mógł mnie powstrzymać; bo przecież robił to wcześniej, wchodził między nas, jeśli tylko pojawiało się ryzyko za ostrych słów albo zbyt bolesnych kwestii. Teraz milczał. Nawet nie odwrócił głowy.
– Tak – odpowiedziała w końcu głosem mniej więcej tak ciepłym jak wybrzeża Antarktydy. – Wiem, jak sprowadzić człowieka do parteru na parę różnych sposobów.
– To się chwali. I skąd to wiesz?
– Nauczyli mnie lepsi ode mnie.
Uświadomiłam sobie, że nie mrugam; nie mrugam i nie odrywam wzroku od białej, zaciętej twarzy, na której coraz widoczniejsze były żyłki i przebarwienia.
– Wynajęci nauczyciele? Prywatne sesje w twojej osobistej siłowni?
Nie chciałam, przysięgam, nie chciałam wchodzić na ten ton, nie poszłam do niej po to, by rozpoczynać wojnę. Wręcz przeciwnie. Tyle że sam widok jej wąskiego, zadartego nosa, zaciśniętych ust i pełnego wyższości spojrzenia budził coś wewnątrz mnie.
Patrzyłam na nią i widziałam cień we mgle, który bez namysłu rzucał się na uciekającego szpiega. Widziałam nadzieję, gdy wywnioskowała, że Cyrus istnieje.
Widziałam pogardę i odrazę, i nieukrywany żal, wszystkie te emocje, które bezlitośnie ją odsłaniały.
– Nie – zawarczała. – Inni więźniowie.
Parsknęłam śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać, a Bai wciąż nie ingerował, w milczeniu prowadząc łazik przez zwały popiołu.
Próbowałam przestać się śmiać, ale nie mogłam, po prostu nie mogłam.
– Nie mam najmniejszego zamiaru ci niczego tłumaczyć. Ostatecznie – dodała jakby w ostatniej chwili, a jej samokontrola na moment puściła w szwach – pozostajesz głucha nawet na głos podstawowego uczucia moralności.
– Moralności?! Ktoś o nazwisku Schwerin będzie mi mówił o moralności? – Pavo zakołysało się nagle, ale nie zdołało mnie to wybić z rytmu. Jedną ręką mocno trzymałam się uchwytu na suficie i nagle poczułam się duża, za duża na ciasne wnętrze Pavo. – Hej, a może opowiesz nam bajkę, hrabino? Bajkę o swojej fortunie? Skąd się wzięła? W ogóle, skąd TY się wzięłaś w Argentynie, arystokratko z niemieckim nazwiskiem?
Może chciała odpowiedzieć – widziałam, jak otwierają się pobladłe usta i jak ściągają się brwi – ale nagłe hamowanie wypchnęło jej dech z piersi, a mnie posłało na oparcie ławy. Żelazny kant wbił mi się prosto w mostek.
– Spokojnie! – krzyknął Bai, szarpnięciem odpinając pasy. – To nic z zewnątrz!
Pozbierałam siebie z ławy, a resztki godności z podłogi. Sprawdziłam; wszystkie zęby były na miejscu, ale nie miałam tej samej pewności co do żeber.
– No to?!
– Wewnętrzna awaria.
– Pył.
Kurwa, jak to zabolało.
– Co?
– Pył – powtórzyłam ponuro. – Założę się o cały ten wóz, że wysiadły filtry.
– No cóż, istnieje tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. Wskakuj w mundurek.
Dziesięć minut później razem z Baiem obchodziliśmy Pavo dookoła, brnąc przez zalegające już do pół łydki pokłady popiołu. Za nami ciągnął się wyżłobiony w szarej brei szlak, już nie tak prosty jak w Virginii, ale łukowaty, błądzący między resztkami szos, powykręcanymi szkieletami drzew i ruinami budynków. Dawno już zostawiliśmy za sobą proste, ugładzone tereny, które jeszcze nawet trochę przypominały cywilizację. To, co mieliśmy teraz dookoła, przywodziło raczej na myśl obcą planetę. Jeśli po drodze mijaliśmy jakiś znak czasów sprzed końca świata – logo nieistniejącej sieci fast-foodów albo billboardy reklamujące upadłe firmy – to potrzebowaliśmy czasu, żeby w ogóle je zidentyfikować. Taco Bell, pośrednictwo w nieruchomościach i sieci komórkowe. Hasła pozbawione znaczeń.
Zagadki, które zajmowały umysł, kiedy Pavo przedzierało się przez gruzy.
– To jest to – syczałam, wodząc dłonią po płatach pancerza. – Załatwia ludzi, załatwia sprzęt. Mniejsza o chmury, radioaktywność, toksyczne mgły czy ten cholerny żwir. To pył zabił ten kontynent. Dostaje się wszędzie. Matko droga, po pierwszej misji nie mogłam doczyścić paznokci, miałam to gówno między zębami. Potworne.
Bai nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. Kucnął przy boku łazika i ostrożnie odpiął kratę osłonową.
– I ludzie – dodał.
– Co?
– Mniejsza o ludzi. Nie wymieniłaś Cyrusa wśród zagrożeń.
Wzruszyłam ramionami i sama klęknęłam przy przednich gąsienicach, żeby sprawdzić systemy. Obolałe żebra zaprotestowały, ale je zignorowałam.
– Tamta dziewczyna nie miała nawet maski ochronnej, tylko jakąś chustę i gogle. W tej konkretnej chwili nie wydaje mi się, żeby Cyrus faktycznie był zagrożeniem.
Znowu milczenie. Zerknęłam w jego kierunku; właściwie wtulał się w brudną ścianę Pavo, zanurzając ramię gdzieś głęboko w mechaniczne wnętrzności.
– Tak, to filtry. A już podejrzewałem, że to tylko twoja obsesja.
– Moja... Słucham cię przepraszam bardzo co?
– Twoja obsesja. – Wyciągnął ręce, skrupulatnie obejrzał utytłane w czarnej mazi dłonie i westchnął słyszalnie nawet bez komunikatora. – Pierwsze, czego nas nauczyłaś o tej ziemi, to pył. Wspominasz o nim w każdej wolnej chwili. To najlepszy sposób, żeby poznać, co komu nie daje spać: o czym człowiek zaczyna mówić, gdy chce przerwać milczenie. I jak jedziemy, ha, powinnaś sama siebie usłyszeć. Oceniasz teren nie po okolicy, nie po miastach czy jakichkolwiek punktach charakterystycznych, tylko po pyle. Jaki jest gruby. Jak się rozkłada. Cholera, nawet słowa nie słyszałem od ciebie o bocznych kraterach, a przecież wiem, że zbliżamy się do jednego. Nigdy się nie zająknęłaś o, nie wiem, o historii Północnej, czy Stanach, a wątpię, żebyś nic na ten temat nie wiedziała. Nie ma przeszłości. Dla ciebie jest tylko ten pył.
Otworzyłam usta.
Zamknęłam usta.
Czy powinnam czuć strach? Czy w jego słowach było cokolwiek, czego powinnam się bać, czy to już tylko paranoja?
Bai wstał, przeciągnął się, machinalnie wytarł ręce o uda.
– Chodź.
– Co? Bai, co ty robisz?
Nie odpowiedział. Zamiast tego sam do mnie podszedł i mocnym, nieustępliwym gestem złapał moją rękę.
– No, chodź.
Pociągnął mnie w stronę otwartego pola, za zebrane przez pług hałdy, a ja – ku własnemu zdumieniu – dałam sobą kierować.
– Po prostu pozwól mi prowadzić, ok?
– Eee...
– Tak, wiem, to ci nie przychodzi naturalnie, ale spróbuj.
– Ale dokąd... O, nie.
Stanął blisko – wydawało mi się, że był wyższy, a tymczasem tak blisko jego oczy były na poziomie moich, nawet jeśli ukryte za ciemną szybą wizjera – położył sobie moją lewą dłoń na ramieniu, prawą złapał stanowczo i wyciągnął przed siebie, ustawiając mnie w jakiejś kretyńskiej pozie. A potem przez zasłonę przerażenia i gruby materiał kombinezonu poczułam szeroką dłoń na swojej talii i Bai ruszył do przodu, ze mną u boku. Nie widziałam, dokąd idę, nie widziałam, gdzie stawiam stopy, widziałam tylko bezosobowe oblicze hełmu. Zniknęło Pavo, zniknęły mgły i faktycznie zniknęły też popioły, po których sunęliśmy. Każdy ruch Baia wzbijał w górę puchate obłoki, każdy jego – i mój, bo przecież go nie puszczałam, dlaczego go nie puszczałam? – krok wzburzał sinoszare chmury. Pył opadał nam na głowy, na wyciągnięte ramiona, na wizjery i filtry. Wystarczyła chwila – zaledwie kilka wydłużonych, płynnych ruchów doświadczonego tancerza – i nawet Bai zniknął mi z oczu, obecny już jedynie w powidokach wizjera. W termicznym szumie kombinezonu. W uścisku jego dłoni na mojej.
Tańczyliśmy, a wokół nas wirował pył.

#

To były filtry, a ich wymiana uziemiła nas w tym odsłoniętym, kompletnie pozbawionym strategicznych zalet miejscu – na przedpolach płaskiego, wygolonego terenu, który po krótkiej inspekcji okazał się starym, niewielkim lotniskiem. Naprawą usterek zajęłam się sama, bo właściwie dodatkowa para rąk służyłaby jedynie do podawania mi narzędzi, a lepiej było, żeby Bai trzymał wartę. Więc okopałam się u boku Pavo i zostałam sama z własnymi myślami, smarem i zlepionymi, burymi grudami popiołu, które blokowały przepusty. I jak zwykle przy mechanicznych, powtarzalnych czynnościach, gdy wzrok nie może się skupić na niczym szczególnym, myśli same mi oddryfowały. Zaczepiły się o pył i błoto w Detroit, o radioaktywną mgłę i plecy znikające w oddali. O wspinanie się na hałdy gruzu i zbieganie w dół bez względu na własne bezpieczeństwo.
O gotowość do poświęceń, tych bliższych i najwidoczniej również dalszych, byle tylko wypełnić misję.
Powiedziała, że jest gotowa pójść z Cyrusem na układ. Że zależy jej tylko na siostrze.
Jej siostrze, która miała tu misję, misję tak ważną, że wjeżdżali głęboko w zepsuty ląd.
Misja naukowców.
Z geniuszem, dla którego jedna z najpotężniejszych osób Ameryki Południowej nurkowała prosto w piekło.
Jak wiele oznaczałby sojusz kogoś takiego jak Helena z kimś takim jak Cyrus? I czy naprawdę planowała dotrzymać słowa? Była święcie przekonana, że to on jest odpowiedzialny za porwanie, wcześniej obiecywała wywrzeć na nim osobiście krwawą zemstę. Byłaby w stanie to zrobić?
Powstrzymać się od zemsty?
Naprawdę planowała dotrzymać słowa? Zabrać stąd Trudie i uciekać?
Czy może, skoro raz podjęła ryzyko i przysłała tu siostrę, to wszystko była zasłona dymna i tak naprawdę próbowała doprowadzić do końca tamtą misję?
Od początku ukrywała przed nami rzeczy. Planowała na wyrost, nie dzieląc się z nami żadną głębszą refleksją, jedynie przypominając, kto tu dowodzi. I może właśnie dlatego tak bardzo poruszyła nią śmierć zielonookiej dziewczyny: nie przez brutalność jej egzekucji, tylko dlatego, że to nie ona wydała wyrok.
Bai to zrobił. Mój nauczyciel terapeutycznego tańca.
Bai, który znikał każdego ranka i wciąż nie wiedziałam dlaczego.
– Logi Trudie mówiły o sabotażu – odezwał się komunikator, a ja tylko cudem utrzymałam w ręce śrubokręt. Rozejrzałam się dookoła, ale Heleny nigdzie nie było; mówiła do mnie z oddali, może z sypialni. Może nie chciała, żeby Bai wiedział o tej rozmowie.
– Mówiły.
– Mogą próbować tego samego z nami.
– To pytanie?
– Materiał do przemyśleń.
– Logi nie mówiły, jak tamten sabotaż wyglądał.
– Nie chodzi o szczegóły, tylko ogólne narzędzia, którymi się posługują.
– To nie wygląda na sabotaż – ucięłam. – To po prostu filtry, które wysiadły. To się zdarza.
– Dlaczego nigdy nie wspominałaś, że to się może stać?
– Co?
– Mówiłaś o wielu zagrożeniach. Nigdy o awarii sprzętu. A to przecież wydaje się oczywiste. I zastanawia mnie, jak nas znaleźli. Skąd znali naszą dokładną trasę i czas, w którym należało wysłać za nami szpiega w Louisville.
Słyszałam dudnienie własnego serca, równe, mocne uderzenia, która odbijały mi się echem aż po skroniach. Szok i niedowierzanie przejęły dowodzenie – zwyczajnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Próbowałam skupić myśli, ale jedyne, co przychodziło mi do głowy, to ślady Baia ciągnące się w mgłę aż od wejścia Pavo.
– Co ty właściwie sugerujesz?
– Jeszcze nic. Póki co oceniam fakty.
– Helena?
Nie było odpowiedzi; w ogóle zniknęła z linii, pewnie zdjęła hełm.
Klęczałam przy nieruchomej maszynie, za plecami miałam ciemniejącą, brunatną przestrzeń wypełnioną toksyczną mgłą. Nieruchome chmury wisiały nad nami, nieruchome popioły zalegały pod naszymi stopami, niedługo mieliśmy wjechać w radioaktywne strefy, gdzieś pod tym wszystkim drzemał superwulkan o mocy zdolnej zniszczyć całe życie na Ziemi.
Jaką szansę na przeżycie miałabym tutaj sama?
Efekt kabinowy.
Zamykałam oczy, a pod powiekami migotał mi wygrawerowany obraz Carlosa rozpartego na stertach ubłoconego gruzu. Król wzgórza przed rytualnym samobójstwem.
Cholera jasna! Zaufanie było kluczem! Dla mnie, tak, ale też i dla nich! Co niby miała zrobić hrabina, jeśli mi nie ufała? Co mogłaby tu zrobić beze mnie, w którym kierunku pójść? Może umiała szybko myśleć, może potrafiła analizować na bieżąco i wyciągać odpowiednie wnioski, ale to nie zastąpi wszystkiego. Na pewno nie doświadczenia. Nie umiejętności nawigowania pod zakrytym niebem. Nie jasnego umysłu w obliczu wroga i zimnej krwi, gdy należy usunąć przeciwnika.
Zaufanie było kluczem, ale wyglądało na to, że to tylko kolejny zasób, który właśnie straciliśmy.

#

Awaria filtrów zmusiła nas do pozostania w jednym miejscu przez dużo dłuższy czas niż wcześniej zakładałam. Nie tylko z uwagi na bezpośrednią przyczynę, bo tę dało się usunąć w miarę szybko. Bai słusznie zwrócił uwagę, że skoro pył załatwił nam jeden system, równie dobrze mogliśmy zadbać o konserwację – pomyśleć strategicznie, na dłuższą metę – jeszcze przed wjechaniem w te najgorsze sektory Północnej. Helena nie skomentowała, ale gdzieś na jej beznamiętnej twarzy tląca się do tej pory podejrzliwość buchnęła prawdziwym płomieniem. Nie kłóciła się, bo też tak naprawdę nie mogła; nie wiedziała nic o tym pojeździe i zwyczajnie nie miała skąd wziąć kontrargumentów.
Przeparkowaliśmy kilkaset metrów dalej, w miejsce, które Baiowi było łatwiej pilnować. Nie, żeby to było wyjście doskonałe, bo przecież nijak nie mogliśmy zamaskować za sobą śladów rozciągniętych za nami przez długie kilometry.
Właściwie to nieznalezienie nas byłoby sztuką. Obawy Heleny były naprawdę skrojone na wyrost.
Unikaliśmy się nawzajem. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy robiłam obchód, całkiem niezależnie od obchodu Baia, po okręgu o wiele szerszym niż poprzedniego wieczora. Podejrzewałam, że Helena próbowała go wypytywać tak jak mnie, w końcu niemożliwe – niemożliwe, prawda? – żeby nie znalazła w jego zachowaniu niczego złego, skoro kwestionowała moje umiejętności. A Bai nie zachowywał się przecież jak ktoś, kto nigdy wcześniej nie wchodził na taką pustynię. Wciąż był opanowany. Wciąż pogodny, nawet jeśli o wiele bardziej milkliwy. Wciąż profesjonalny aż do kości.
Rozmowy na prywatnych kanałach i obchodzenie się szerokim łukiem. Zdepersonalizowane wizjery hełmów i ciągle ten sam krajobraz. Niezmienne widoki. Chociaż dla nich to oznaczało połamane betonowe płyty pasa startowego, ja przede wszystkim wgapiałam się we flaki rozmaitych podsystemów Pavo, które wymagały wyczyszczenia.
Superzwiadowca. Najpierw uczyłam się na pamięć obliczeń Trudie, teraz z pańskiej łaski wkuwałam układy nośne łazika.
I nieważne, czym właściwie się zajmowałam: elektroniką pokładową, silnikiem, wentylacją czy systemem uzdatniania wody. Moje myśli ciągle odbijały się od zakurzonej karoserii Pavo i gnały w kierunku propozycji hrabiny. Układ. Umowa.
Właściwie co stało w sprzeczności z tą obietnicą?
Jej bezwarunkowa nienawiść do Cyrusa, na przykład.
Tak, ale przecież była królową korporacji, ręce pewnie miała po łokcie unurzane w gównianych interesach, które uwłaczały jej godności i zabierały spokojny sen. Nie skrzywdziłaby tą umową swojego och-jakże-wysokiego poczucia moralności.
Tyle że za wszystkim, co mówiła do tej pory, stało coś więcej. Udało mi się ją rozszyfrować na samym początku.
Dlaczego nie mogłam skupić się teraz?
Układ. Umowa Schwerin-Cyrus. Z jej inicjatywy. Boże.
Skojarzenia zakręciły ostro, strawersowały zboczem kolejnej kwestii.
Zaczęliśmy zużywać leki przeciwradiacyjne, bo wskaźniki w kokpicie Pavo nie mogły się zdecydować, czy to już czas, czy jeszcze nie. To nie były przyjemne zastrzyki, ale na szczęście mogliśmy serwować je sobie sami, bo nie wiem, czy zaufałabym teraz obcej osobie z igłą przy mojej skórze.
Nawet jeśli Bai miał w sobie tyle pogody ducha, by tańczyć ze mną wśród pól popiołu.
Kopnęłam ze złością bok wozu. Odpadł kawałek pancerza.
A nawet jak będziemy gotowi do drogi, to co dalej? Co ona właściwie tak naprawdę zamierzała? Jaką to wizję zgotowała sobie w tym specjalnie hodowanym europejskim móżdżku? Bo przecież nie szturm do bazy Cyrusa. Zwłaszcza skoro zaproponowała mu rozejm przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Kłamała?
Nie kłamała?
Pot zalewał mi plecy na samą myśl, ale coś gorszego, zakorzenionego o wiele głębiej, wypłynęło na wierzch, ponad niedowierzanie i strach. Gorycz wypełniła zaciśnięte usta – i to gorycz zamknęła mi pięści. Chciałam wrzeszczeć, chciałam kopać, chciałam wyżyć się na tej biednej, zmaltretowanej maszynie przede mną. Bez sensu trudziłam się nad tą popieprzoną konserwacją, bez sensu zużywaliśmy zapasy, całkowicie bez sensu siedzieliśmy tutaj na widoku, skoro nikt tak naprawdę nie zdecydował, dokąd zmierzamy.
Na zachód, tak. Zawsze na zachód.
Potrzebowałam czegoś konkretniejszego, żeby działać.
Oczywiście istniała luka za tym wszystkim, ciemna, ziejąca otchłań za hrabiną i jej wypacykowanymi oczkami. Kwestia, której nie poruszała: zadanie jej siostry. Parametry naukowej misji. Jej obliczenia i analizy tak doskonale się zgadzały, jeśli nie brała tej jednej kluczowej rzeczy pod uwagę: co właściwie robiła Trudie w tym kraju? Po co przysłali tu zespół naukowców? I dlaczego zmierzali w kierunku Wyoming, do samego serca potwora?
Patrzyłam na rozgrzebane kable niewidzącym wzrokiem.
Pył przysłaniał mi wizjer, ale już się do niego przyzwyczaiłam.

#

– Chyba oszalałeś.
Bai wzruszył ramionami. Była w jego ruchach jakaś powolność, której się nie spodziewałam. Ospałość. Może rezygnacja.
– Siedzimy tu kolejny dzień, a przez tę mgłę i tak się nic nie przebije, gwarantuję. Dwadzieścia metrów od wozu i ledwo rozpoznaję kierunki świata. Zresztą samo Pavo jest tak projektowane, żeby było je widać z daleka, więc mniejsza o ogień.
– Tak, ale – zaczęłam, żeby zagrać na czas, bo tak właściwie nie wiedziałam, co powinno paść po tych dwóch słowach – nigdy czegoś takiego nie robiliśmy.
– No jasne, że nie. W końcu nigdy mnie tu nie było. A ja nie zniosę kolejnego wieczora w tej puszce, poważnie.
– No cóż, wybacz, że praca nad szalenie skomplikowanym systemem odpornego na wszystkie te zjebane warunki transportera zajmuje nieco dłużej niż przewidywałeś, Bai.
– A czy ja coś mówię? Po prostu chcę zrobić coś innego niż gapienie się w te same parę drzew. Już zaczynam widzieć w nich twarze. Wiesz, jak trudno jest zobaczyć twarze na drzewach, które nie mają gałęzi? A na piątkowy koncert nie ma co liczyć, chyba że Helena nam coś zaśpiewa.
To był żart, ale zamiast śmiechu miałam w gardle zimną gulę. Przechadzaliśmy się razem po trasie patrolowej, którą opracował Gao, tym razem poprawnie, wysoko podnosząc nogi.
– A propos Heleny.
– Mhm?
– Czy ona... Przepytywała cię o coś?
Nie odnotowałam w jego postawie żadnej zmiany, żadnego zesztywnienia, nic, czym mógłby się zdradzić, zupełnie jak wtedy, gdy skonfrontowałam się z nim a propos porannych wycieczek.
– Możliwe.
– Możliwe, że mnie też. Wydaje mi się, że ona... chyba... zaczyna się robić paranoiczna. Tak naprawdę paranoiczna, Bai. Możliwe, że niebezpiecznie paranoiczna.
Minęła dłuższa chwila, zanim odpowiedział. Schodziliśmy w dół zbocza, a z każdym naszym ruchem osypywały się kolejne warstwy pyłu i wysuszonej, sinej gleby pod spodem. Wystawiłam w bok rękę i muskałam odbarwione, martwe kikuty drzew.
– Może tak być – zaczął, gdy stanęliśmy u stóp wzniesienia – ponieważ to ja zwróciłem jej uwagę, jak bardzo nienaturalna jest ta sytuacja.
Dał mi chwilę na odpowiedź. Nie skorzystałam.
– Zauważyłem, że... oni... nie mieli problemów ze znalezieniem nas na starcie. Nie mieli problemów z śledzeniem nas w mieście. A teraz nie robią nic, mimo że zabiliśmy ich człowieka i siedzimy tutaj, wystawieni jak kaczki na odstrzelenie. Prawdę mówiąc, sam się robię paranoiczny. Co mnie dziwi natomiast, to fakt, że ty nie.
Jeśli mnie tutaj zaatakuje, myślałam, myślała ta część mnie, która bez chwili wahania uwierzyła w to, co właśnie usłyszała, nie mam żadnych szans. Jest silniejszy i nieporównanie bardziej doświadczony. Jeśli też dał się porwać paranoi, jeśli gdzieś za moimi plecami stworzył się front, którego nie rozumiałam...
Nie atakował mnie. Szliśmy krok w krok w sposób, którego go nauczyłam, przez las, który byłby piękny i zielony, gdyby nie fakt, że był martwy i zasypany popiołem.
– Miałem nadzieję, że zareagujesz oburzeniem, Zoë – stwierdził, zanim zdołałam zebrać myśli. – Że w ogóle jakkolwiek zareagujesz. W sposób, który nie sugerowałby bezbronności. Tego rodzaju bezbronności, który powstaje, gdy się komuś wytrąci broń z ręki.
– Bai – zachrypiałam – chyba naprawdę nie...
– Nie co, Zoë?
– Nie wierzysz hrabinie! – ryknęłam, aż komunikator skontrował ostrym piskiem. – Cokolwiek ona... – Kolejna myśl zabłysła mi pod czaszką i zgasła jak wypalony fajerwerk, zostawiając po sobie jedynie powidoki i zapach dymu. – Wy chyba nie...
– A co to ma do rzeczy? – zdziwił się w ten sam autentyczny sposób, który przypominał mi o naszej pierwszej rozmowie i późniejszej wyprawie na obalone Pavo. – Ma znaczenie, co które z nas robi, a nie to, co ja na ten temat myślę.
Z tymi słowami odszedł, a ja obserwowałam jego plecy, dopóki nie zniknął we mgle.

#

Zrobiliśmy to mimo to.
Znaczy ognisko.
To był pomysł tak bezsensowny, tak oderwany od wszystkiego, co nas otaczało, że równie dobrze mogliśmy go wprowadzić w życie. Zebraliśmy drewno – tutaj nie próchniało, bo do tego trzeba ustabilizowanej flory i fauny, a Yellowstone zabiło nawet korniki. Razem z kornikami zginęły wiewiórki czerwone, susły i niedźwiedzie grizzly. Ludzie przeżyli. Karaluchy też, zgodnie z najlepszymi oczekiwaniami.
Małe, twarde sukinsyny.
Ognisko wśród popiołów i wulkanicznych pyłów, a klasyczny kamienny krąg bezpieczeństwa – żeby, cha cha, żeby drzewa się nie zajęły – usypany z czarnych, żużlowych śladów po wulkanicznej supererupcji. Bo czemu nie.
Zabraliśmy się do tego jak do każdego innego zadania. Z tym samym analitycznym podejściem i pełną powagą, Bai w pełnym trybie komandosa. Hrabina nie odzywała się do mnie; chyba w ogóle niewiele mówiła. I tak czułam na plecach jej wzrok, śliski i zimny jak ślimak.
Ale zebrała swój przydział drewna. Harcerką pewnie też kiedyś była, tuż przed tym jak się zaćpała i trafiła do pierdla.
Ta.
Rozpaliliśmy ogień i nawet udało nam się zmontować ruszt z resztek jakichś instalacji, których musiałam szukać w porzuconej awionetce sześćset metrów od naszego obozu. Mogliśmy podgrzewać na ogniu najwyżej konserwy, ale prawdę mówiąc nawet ciepło nie mogło im już dużo bardziej zaszkodzić. Przygotowaliśmy sobie miejsca wokół paleniska – tak po prostu, bez siedzisk, za całe poduszki mając nasze chronione kombinezonami tyłki, bo szkoda dla kaprysu panierować materac w popiele. Zatęskniłam za pozostawionymi w Copper Barley spadochronami; jak rzadko w ogóle zatęskniłam za wybrzeżem, gdzie cywilizacja wciąż była tak blisko, by przypominać ludziom, kim są.
Zrobiło się ciemno. Usiedliśmy. Helena ostrożnie nabiła swoją konserwę na ruszt.
– Co ty robisz, Zoë?
– Siedzę przy prawdziwym ogniu. Nie zamierzam go zmarnować – burknęłam, potrząsając świeżo uwolnioną od hełmu głową. – Jasne, ma trochę dziwny kolor, ale przeżyję.
– Jesteśmy już w strefie ryzyka radiologicznego.
Jej głos był suchy i trzeszczał zupełnie jak płonące gałęzie przede mną.
– To tylko elektrownie. Prawdziwa korrida jest na zachodzie, tam gdzie były silosy. Cholera, wozimy ze sobą więcej leków niż konwój medyczny. Równie dobrze chociaż raz mogę zasłużyć na swoją dawkę.
Czułam żar na twarzy. Prawdziwe, zewnętrzne ciepło, migające mi pomarańczowymi refleksami po twarzy. Przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się lekko, gdy zza trzeszczenia płomieni dobiegł mnie odgłos odpinanych zatrzasków.
– Fakt – stwierdził Bai. Chciałam wierzyć, że uśmiech, który widziałam na jego twarzy, nie był jedynie pustym życzeniem i iluzją rzucaną przez płomienie, ale wcale nie byłam taka pewna. – To warte podwójnej dawki leków rano.
Helena nie odpowiedziała, ale też odsłoniła twarz. I znowu nie wiedziałam, czy to tylko moja wyobraźnia, czy faktycznie wyglądała gorzej. Starzej i mniej pewnie niż w ostrym świetle halogenowych lamp Pavo.
Przetarłam twarz dłońmi, wpiłam palce w odrastające włosy. Znowu muszę je przyciąć, przemknęło mi przez myśl sennie, bezsensownie i nie na miejscu.
– W tej chwili niczego nie wozimy – stwierdziła Helena. Poderwałam głowę; głupi odruch wyczulonego na każdy dźwięk zwiadowcy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że odnosiła się do mojej wcześniejszej uwagi o lekach. I zaraz zrozumiałam, do czego zmierza. – W tej chwili w ogóle nigdzie nie jedziemy.
Musiała zaczynać właśnie teraz? Nie mogła chociaż poczekać, aż się zagrzejemy, po raz pierwszy naprawdę zagrzejemy, aż nawdychamy się prawdziwego dymu i zapamiętamy, jak to jest, mieć rozżarzone policzki? Chciałam z nią walczyć, pewnie, od samego początku byłyśmy stworzone do trykania się łbami, ale nie w tej chwili. Nie przy prawdziwym ogniu.
W Surinamie już właściwie wszędzie były przepisy o nierozpalaniu ognia bez licencji. Za dużo pożarów lasów.
– Nie – wycedziłam, a coś z płomieni przeszło i do mnie, prosto do żołądka. – W tej chwili siedzimy przy ognisku, Heleno.
– Wiesz, o co mi chodzi.
– Nie – warknęłam, czując, jak wszystkie te gromadzone przez ostatnie dni pytania w końcu wrą i przelewają się przez krawędź. – Właściwie to nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi. Myślałam, że o twoją siostrę, potem byłam przekonana, że jest coś jeszcze, potem znów, że faktycznie ruszyłaś swój arystokratyczny tyłek tylko dla niej. A teraz znowu nie jestem pewna.
– Bardzo wzruszają mnie twoje wewnętrzne przeżycia – odparła nieporuszona, naprawdę nieporuszona, bo wydawała się zastygła na tle jednolicie czarnej nocy. Cienie wokół niej tańczyły, ale nie ona, jej nie potrafiłam sobie wyobrazić tańczącej. – Jednak nie odpowiadają na moje pytanie.
– To pytanie, którego nie zadałaś?
– Ile nam zajmie ruszenie z miejsca, Zoë?
– A co za różnica? – wybuchłam. Bai się nie odzywał i wiedziałam, że będzie milczał, bo ostatnio tak właśnie działał; zachowywał dla siebie wygodny kąt, z którego mógł nas obserwować i nie wtrącał się, dopóki naprawdę nie musiał. Ring był dla mnie i dla niej, nikogo więcej. – Nie masz przecież pojęcia, dokąd jechać.
– Oczywiście, że nie. Nie ja tu jestem odpowiedzialna za drogę. Nie dzięki mnie stoimy.
– I nie dzięki tobie jedziemy. Jaki jest cel, Heleno, co? Jaki jest prawdziwy cel, dokąd tak naprawdę nas zabierasz?
Dopiero po gorącu na twarzy uświadomiłam sobie, że z każdym słowem pochylam się coraz niżej, coraz mocniej napinam mięśnie, coraz silniej drży mi szczęka.
– Bo przecież sektor siedemnasty to była jedynie początkowa podpucha. Baza Cyrusa to co najwyżej marzenie. Wiesz, dokąd doprowadzą nas wyliczenia z logów. A co potem? Będziemy krążyć w kółko? Powiedz mi, dokąd zmierzamy, a może uda mi się nas tam zabrać!
Pot ściekał mi po twarzy, spalona konserwa wkręcała się w nozdrza obrzydliwym smrodem, przełyk i płuca zaczynały drapać, sama nie wiedziałam, od dymu czy mgły. Być może miałam to później opłacić bólem głowy, może wymiotami – ale tu i teraz, przy sypiącym iskry ogniu, twarzą w twarz z wrogiem, nic z tego nie miało znaczenia.
– Chciałabyś to wiedzieć, co? – szepnęła Helena po chwili wypełnionej szumem w moich uszach. – Chciałabyś wiedzieć to wszystko, od początku chciałaś. Zapomniałaś spytać tylko o jedno, szmato.
Zamrugałam.
– Zapomniałaś o misji Trudie. Zastanawiałam się, dlaczego i teraz już wiem. Bo doskonale wiesz, po co tu przybyła. I doskonale wiesz, gdzie teraz jest.
– Oszalałaś – stwierdziłam zdumionym głosem, nagle trzeźwiejąc z całej tej nagromadzonej agresji. – Rany boskie, naprawdę oszalałaś. Trudie w ogóle istnieje?
– Musieli nas jakoś znaleźć, musieli wiedzieć, że nadejdziemy, a przecież nie są w stanie obserwować zrzutów Komisji – mówiła hrabina, jakby mnie nie słyszała, wciąż nieruchoma, wciąż nieporuszona. Chciałam zerknąć na Baia, upewnić się, że ciągle tam jest, ale nie mogłam pozwolić sobie na spuszczenie jej z oczu. – Ktoś ich ostrzegł, ale kto? Najprostsza odpowiedź, brzytwa Ockhama: ty albo Bai. Ale oni znali naszą trasę, a to przecież twój obszar odpowiedzialności.
– Brednie! WSZYSTKIE PATROLE RUSZAJĄ NA ZACHÓD TĄ SAMĄ TRASĄ, SŁUCHAŁAŚ MNIE W OGÓLE?!
– A potem było Louisville. Prowadziłaś nas tak pewnie, tak sprawnie, ale nie pomyślałaś o najskuteczniej trasie przez tamto rumowisko? Bai mógł tego nie wymyślić, Bai jest żołnierzem, ale ty... wiesz, jak się tu poruszać. Więc może po prostu nie chciałaś łapać tamtej dziewczyny. Dziewczyny, którą z zimną krwią zastrzeliłaś.
– JA zastrzeliłam?! – Powinnam wstać, wstać i potrząsnąć mocno nią za te słowa i Baiem za brak reakcji, ale mięśnie mi kamieniały. – To Bai strzelił! On podjął decyzję, kojarzysz jeszcze?! I on strzelił! Dlaczego nie pytasz jego?! – pękłam, wskazując komandosa. – To on się wymyka co rano poza zasięg Pavo, to on prowadził, gdy tu stanęliśmy!
– Nawet tego nie próbuj.
To przeważyło, przelało wszystko; spięłam mięśnie, gotowa, sama nie wiem, do ataku albo ucieczki, jakiegokolwiek ruchu, który nie byłby siedzeniem przy ognisku jak gdyby nigdy nic, ale nie zdążyłam się podnieść. Bai doskoczył lekko, płynnie jak kot, i zanim zrozumiałam, co się dzieje, przygważdżał mnie do ziemi całym swoim ciężarem. Zamierzył się w moją twarz – wyłapałam wolną ręką – w obłędnym, instynktownym odruchu sięgnęłam mu do oczu – zmiażdżył mi dłoń w potężnym uścisku, aż zawyłam jak potrącony pies. Chciałam odpełznąć, chciałam się wyrwać, więc gryzłam, plułam, szarpałam, ale nic to nie dawało, bo Bai był na górze i trzymał mnie z całą siłą wytrenowanego komandosa.
– Jesteś pewna?! – warknął, aż poczułam jego ciepły oddech na twarzy. – Musisz być pewna, Schwerin! To idzie na ciebie, tylko na ciebie, rozumiesz?!
– Absolutnie – powiedziała gdzieś blisko, o wiele bliżej i dopiero po padających cieniach uświadomiłam sobie, że stoi teraz nad nami, zimna, opanowana suka z martwej Europy. – Bez niej wszystkie nasze problemy magicznie się skończą, zapewniam.
– To obłęd! – zawyłam, ale urwałam gwałtownie, gdy celnie wymierzony kopniak odebrał mi dech. Nawet nie mogłam zwinąć się w kłębek, rozkrzyżowana we wprawnych rękach Baia.
Oddech.
W jedną i w drugą.
Powietrze.
Razem z pyłem i popiołem, razem z grudkami ziemi i wiórami suchego drewna. Prosto do gardła i w dół, ku udręczonym płucom.
To nie Bai mnie kopnął, zrozumiałam między jaskrawymi fontannami bólu. To ona.
Chciałam coś powiedzieć. Zamiast tego ślina polała mi się na rozbite usta. Bolało.
– Jeśli jesteś pewna, jeśli naprawdę, naprawdę jesteś pewna... Że ona... Że Zoë... Że jest jedną z nich, to powinna zginąć.
– Wykluczone!
– Ciągle nie rozumiesz! – krzyknął i to był pierwszy raz, kiedy słyszałam, jak krzyczy. – To nie jest, kurwa, to nie jest gra, to nie jest kraina, w której można sobie pozwolić na litość!
– Tu nie chodzi o litość, tylko... Tylko...
– Tylko co?
Chyba się zsikałam.
Za to oddech wrócił. Wystarczająco, bym się nie udusiła, ale zdecydowanie zbyt płytki, żebym cokolwiek powiedziała.
– Jak myślisz, co się stanie z Trudie, jeśli zabijemy wtyczkę Cyrusa?!
Nie jestem wtyczką, chciałam wrzeszczeć, ale jedyne, co z siebie wydałam, to cichy jęk.
Cisza. Chwila ciszy i trzaskanie płomieni.
– Idź do Pavo, Heleno.
– Nie! Wiem, co...
– Nie zabiję jej. Rozumiem, o co ci chodzi. Idź do Pavo.
Silny chwyt uniósł mnie ku górze, pociągnął w mrok i zimno. Wszystko pulsowało mi bólem, ale mimo to próbowałam stawiać nogę za nogą, znaleźć jakieś oparcie, dowolne oparcie, w tym pokrytym miękką kołdrą świecie. Zza zasłony łez widziałam tylko światła: długie, pomarańczowe światła, w których nasze postacie wycinały długie cienie.
– B-bai...
Trzymał mnie w górze jak wściekłego szczeniaka, ściskał moją dłoń jakbyśmy byli na tanecznej gali, podawał mi rękę, gdy wspinałam się w górę Pavo porzuconego na naszej drodze, podawał mi rękę w knajpie w Paramaribo. Wlókł mnie za sobą i jednocześnie biegliśmy ramię w ramię za uciekającą dziewczyną o ściętych nożem włosach.
Włosy. Powinnam znowu przyciąć włosy.
Może gdybym była przytomniejsza, zrozumiałabym, co właściwie robi z moim ramieniem, bo wiedziałam przecież doskonale, jak wygląda dźwignia. Zamiast tego otrzeźwiło mnie dopiero trzaśnięcie – brutalny, mokry chrupot pękającej kości i wrzask, wysoki, świdrujący wrzask.
Mój własny.
Ból paraliżował mnie całą, rozłupywał czaszkę na wskroś, ale Bai nie skończył. Nawet nie wiem, gdzie padło kolejne uderzenie – gdzieś w nerki albo krzyż, bo następne, co pamiętam, to próby odpełznięcia gdzieś w mrok i pojedyncza ocalała spójna myśl, żeby tylko nie upaść na złamaną ręką.
Potem był kopniak w żebra, który odwrócił mnie na plecy.
Potem kolejny w twarz, precyzyjny i metodyczny.
A potem stanął na mojej kostce, całym ciężarem dobrze odżywionego, atletycznego mężczyzny, aż powietrze przeciął kolejny brzydki trzask. Jeśli coś mówił przy tym wszystkim, jakieś tłumaczenia czy wyrzuty, to tego nie zapamiętałam, walcząc o każdy oddech i każdą kolejną sekundę świadomości.
A jeszcze później odszedł, a ja zostałam sama w pustym, martwym lesie, który wyglądał jak zasypany śniegiem.

#

Nie.
To nie była przytomność. To były obrazy, właściwie jeden obraz: przesieczony przez bezlistne gałęzie widok pofałdowanych chmur nad moją głową. Ciemny, potem z każdym przebłyskiem świadomości coraz jaśniejszy.
Nie.
Te same fałdy. Te same wybrzuszenia. Ta sama ołowiana barwa.
Nie.
Potem były kolejne obrazy jak pourywane stopklatki. Rozdrapana ziemia. Grudy zlepionego czymś ciemnym popiołu. Korzenie, a potem pień drzewa, wszystko w nostalgicznej czerni i bieli. Ciemna dłoń na szarym pyle. Mgła. Plamy na rozścielonym popiele.
Nie umrę tu.
Świadomość wracała falami jak przypływ, a każdy kolejny przebłysk zastawał mnie gdzie indziej. Pełznącą na kolanach przez wąwozy popiołu. Uczepioną kruchej gałęzi. Skuloną w kucki w wykrocie, kwilącą cicho nad własnym zgruchotanym ramieniem.
Nie tu. Nie tak.
Gdy w końcu obudziłam się naprawdę, gdy w końcu w pełni zrozumiałam, gdzie jestem i co właściwie się stało – dlaczego kuleję, dlaczego mam drzazgi powbijane pod wszystkie paznokcie, gdzie są moje rękawice – czołgałam się przed siebie, ślepo przed siebie z prawą ręką dziecięco podwiniętą przy żebrach. Ból był potworny i obejmował właściwie całe moje ciało, całkowicie sparaliżował mi ramię i kostkę, i to przez niego odpłynęłam na tak długo.
Nie zamierzałam pozwolić na kolejną stratę świadomości.
Nie umrę tu.
Nikt tu nie umiera bez mojego pozwolenia.
Z każdym ruchem, każdym podparciem na łokciu, każdym zachłyśnięciem popiołem, każdym jękiem bólu – czułam wściekłość. Nie mogłam się skupić, nie byłam w stanie naprawdę otrzeźwieć, myśli rozbiegały mi się jak stado ciem, ale ta wściekłość, prawdziwa, rozjarzona furia skupiała je wszystkie w jedno miejsce.
Dźwignia na moim ramieniu i trzask łamanej kości.
Pół kroku do przodu.
Cień hrabiny na mojej twarzy i jej pełen świętoszkowatego przekonania ton.
Zacisnąć palce, podciągnąć się, rozluźnić chwyt.
Moja twarz wciśnięta w szary pył jak głowa zielonookiej dziewczyny.
Nie.
Widziałam to wszystko, czułam zapach oddechu Baia, echo słów hrabiny wracało do mnie z każdym chrzęstem żwiru i mimowolnym syknięciem bólu. I gdzieś to wszystko – głęboko, za żołądkiem, pod sercem, tam, gdzie nie dotarł żaden kopniak i żaden cios – gdzieś to wszystko spopielało się, rozgrzewało do bieli i zaczynało sypać iskrami, które przysłaniały mi wzrok. Wściekłość zaciskała mi dłonie w pięści, a gardło w ciasną obręcz, wściekłość zsyłała ból na dalszy plan i rozgrzewała od środka. To był mój napęd, moja ostateczna rezerwa.
Nie zgadzam się, kurwa.
Yellowstone patrzył. Yellowstone obserwował. Czekał, aż się zatrzymam. Zostaliśmy tylko we dwoje, ja i on, nic między nami. Gdy zamykałam oczy, mogłam wyczuć jego odległe drżenia. Gdy wstrzymywałam oddech, jego ciepło owiewało mi twarz.
Nie zgadzam się na nic. Na ich wygraną. Na ból. Na podłe sczeźnięcie właśnie tu, w kupie popiołu.
Zawsze wiedziałam, że tu zginę. Że Północna mnie wykończy. Że umrę dla wulkanu jak złożona ofiara. Że pewnego dnia bóg po prostu tego zażąda.
Ale nie tu, nie teraz, nie w taki gówniany sposób.
Nie!
Znowu leżałam. Wpół leżałam, właściwie, oparta o odrapaną, ceglaną ścianę, i wpatrywałam się niewidzącym spojrzeniem gdzieś w przestrzeń. Mgła była coraz gęstsza.
Wiedziałam, bo zaczynała mi zasłaniać wzrok.
Ramię bolało, ale to był już znośny, oswojony ból, obniżony do poziomu, który nie paraliżował całego ciała. Czułam, jak puchnie mi noga i gdzieś w oderwanych, strzępowatych wizjach to skojarzenie zmieniło się w balon, chmurę kolorowych balonów uciekających prosto w niebo. Katarynkowa muzyka, labirynty luster, strzelanie do puszek. Imprezy, zabawa, taniec.
Taniec wśród obłoków wzburzonego pyłu.
Silny, bezkompromisowy policzek trzasnął mi obolałą głową o ścianę, natychmiast przywołał do rzeczywistości. Zamrugałam i to, co przed chwilą było jedynie szarą plamą, zogniskowało się w postać z chustką przykrywającą dolną część twarzy i goglami zawieszonymi na szyi.
– Wygląda na to, że nie wszystko poszło zgodnie z twoją myślą – mruknął stojący przede mną człowiek – szefie.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 90
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Xanttis » 04 sierpnia 2018, 17:22

Powiem tak: :la: :la: :la: :fire: :fire: :fire: !
Nie wiem co mam tutaj napisać, ale czytam i podoba mi się to co czytam. Bałdzo. I jest tajemnica. I teraz mam nie lada zagwozdkę o co tu chodzi i chcę czytać i wiedzieć więcej :la: .

Taniec, rozmowy, paranoja, ognisko... Pragnę kolejnych wrzutek :fire: :la: :fire:
:fire: https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis :fire:

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1863
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018]

Post autor: Kruffachi » 28 sierpnia 2018, 12:11

Mam tak mało do napisania, że aż żal wstawiać takiego bida komcia, ale daję znać, że jestem na bieżąco nadal i że zacieram łapki, bo to już teraz i wgl :3 I będą RZECZY, które najbardziej w Zachodzie lubię. Jestem też szalenie ciekawa reakcji czytelników, wcale nie ukrywam. Co ja w ogóle mogę napisać...? Że pamiętałam atmosferę tej sceny ogniskowej, nie pamiętałam, że jest aż tak brutalna, ale nadal podoba mi się w tym wszystkim to, że masz zestawienie trzech postaci, które nie są przecież z natury delikatne i o złotych sercach i z premedytacją to wykorzystujesz. Znaczy nie wpadają sobie w ramiona, tylko - kiedy przychodzi co do czego - traktują z całym arsenałem i bez sentymentów. To trzeba umieć, Ty to umiesz i w tej całej otoczce nie ma wrażenia bezsensownej przemocy, o którą tak łatwo przecież.

Obrazek
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ