TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1462
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 03 marca 2019, 23:30

Naprawdę wielka wdzęczność, że mam ten motywator od ciebie i poprawiam, dopisuję, coś zmieniam. Ogromnie bym chciała skończyć ten tekst i myślę, że go skończę przez te wszystkie komentarze, które zawiesiłaś. Brak słów, szacun za wytrwałość, jestem mega szczęśliwa. I jest progres, zamknę wreszcie ten tekst. Może pierwszy dłuższy tekst ever tym samym
<3 :kawa: :la: :fire: :fire:
Dimitriy Sorokin

To nie była radość. To nie było wzruszenie. Sorokin patrzył na znajome buty i zapisywał w pamięci niemożliwie niepodrabialny chód Dichtiarowa, jakby go wcale nie pamiętał we wszystkich możliwych wcześniejszych wydaniach, butach, spodniach, ulicach, warunkach atmosferycznych i dźwiękach.
Ivan ważył dobre dwadzieścia kilogramów więcej, niż powinien, a zabłocony śnieg brudził mu płaszcz i nogawki. I nadal wyglądał poważnie. Szedł z klasą. Z tym spokojem, z mądrością. Wszystko robił cierpliwie, nawet kroki stawiał cierpliwie. I patrzył jeszcze cierpliwiej, jeszcze mądrzej, jakby mało mu było tej cholernej aury wokoło.
Sorokin skrzywił się rozzłoszczony, zerknął ku znajomej twarzy i momentalnie zrezygnował z grania dostojnego starszego pana reprezentującego władzę dziekańską uczelni. Wepchnął laskę pod pachę i obrócił się bokiem, szukając po kieszeniach krótkich bletek. Tytoń wymacał na piersi i zły, roztrzęsionymi dłońmi, zabrał się za skręcanie papierosa, klnąc na wietrze gorzej niż studenci.
— …durny dziad — skończył po minucie i upuścił gotowego skręta.
— Szkodliwe nawyki — skomentował Dichtiarow, w idealnym momencie przekraczając barierę hałasu. — Ale się zestarzałeś.
Sorokin zrezygnował z pochylania się nad chodnikiem wyłącznie ze względów wizerunkowych. Przygryzł wnętrza policzków ósemkami i spojrzał w górę, żując w ustach przekleństwo. Mróz kąsał go w twarz, piekł boleśnie wzmagany mokrym śniegiem.
Smukłe budynki strzelające w niebo rosły wokoło jak wieże strażnicze czuwające nad porządkiem centrum miejskiego B-23. Jak obojętni właściciele niezyskownego, nieistotnego podwórka RANu. Zwykłej przykrywki. Stajni z zasobami.
Dziekan wyrzucił z głowy wspomnienie głównego holu instytucji, do której (dzięki Bogu) zawitał tylko nieoficjalnie i tylko raz.
— Miło cię znowu zobaczyć. Ulga mimo wszystko — wyznał wściekły, że nie kłamie.
— Ciebie też — odparł Dichtiarow bez zawahania. — W telewizji to nie to samo. Na zdjęciach zbyt depresyjnie. Powinniśmy chodzić na koniak.
— Bzdura.
— Wiem.
— Spasłeś się. Paskudnie. I cuchnie od ciebie tym RANem. Jak… — Sorokin zmarszczył nos. — Jak dentystą…
— Ty za to zawsze w formie. Tylko stary. I głupi. Luda nie ma cię dość?
— Luda ma spokój od dawna.
— Rozwód?
— Guz mózgu.
— Ach tak.
Sterczeli przy przejściu na pomost i ludzie mijali ich jak dwa kolejne słupy parkingowe dzielące jezdnię od placu. Któreś z rzędu zielone światło skończyło migać nad szosą, informując o nadciągającej fali M-busów.
Ośnieżone miasto wyglądało niepokojąco; pierwszy raz od lat pokryte warstwą puszystej bieli nie cieszyło oka, a jedynie straszyło wizją nadciągających zmian. Zmian, zgodnie z przeczuciami Sorokina, wyłącznie na gorsze. Gęsty tłum ludzi pędzących po wyznaczonych ścieżkach komunikacji mieszał się jakoś i rozmywał, na jego oczach przeobrażając w paskudną, jednolitą i niezakorzenioną w historii masę.
— A pamiętasz, miałeś takie spodnie w prążki. — Dichtiarow rzucił tematem tak dalekim od myśli kompana, że ten aż wyprostował się w reakcji, przeszukując mózg pod kątem wszystkich możliwych spodni i prążków. Zaraz potem przypomniał sobie, że to stary chwyt i stara metoda, najwyraźniej skuteczna i po dwudziestu latach przerwy. Ivan po prostu znał go od podszewki; szykował grunt pod cięższe pytania, bo wiedział doskonale, że możliwości jednoczesnego wściekania się i używania pamięci Sorokin najzwyczajniej w świecie nie posiada.
— Mam w pralni — odpowiedział dziekan z rezygnacją. — Już się nie złoszczę — dodał. — I bombardować mnie nie musisz tekstami z odbytu.
— To bardziej jak z maszyny losującej. Mam dużą pulę po latach — zaoponował Dichtiarow. — A pamiętasz, miałeś…
— Nie pytaj o psa.
Ivan odchrząknął.
— Jak wyrwałeś się z uczelni?
— Powiedziałem, że wychodzę, i wyszedłem. — Sorokin machnął ręką w geście obrazującym trywialność, jednocześnie rozglądając za studentami.
— Na Boga, Mitya, jesteś dziekanem…
— Bez komentarzy. Odwróciłem ich uwagę, to tylko nudny wykład. Nieważne. Centrum naukowe odrzuć na wstępie, jeśli mnie miałeś do niego zapraszać. Nie chcę się natknąć na magisterkę. I tak wstyd z tobą gdziekolwiek…
— Jest taki bar na rogu. Serwują wódkę, parówki i bigos.
Sorokin rozciągnął usta w prostej linii i zacisnął wargi do bólu, po czym zastygł, gapiąc się w szybę galerii.
— Długo nad tym myślałeś? — spytał.
Zza szyby gapili się wszyscy studenci, którym oznajmił, że wykład odwołał, bo w galerii jest promocja na UPSy.
Nie było promocji na UPSy.
— Nad bigosem? Tak. A ty?
— Nad promocją? Też.
— Szanuję.
— DrinkBar dla programistów.
— Ale tam piją moi programiści.
— W poniedziałek o czternastej? — zirytował się dziekan. Ruszył bez zapowiedzi i po kilku metrach rozpiął kołnierz białego płaszcza. Podwyższone od niedawna tętno zniwelowało chłód, który wcześniej bardzo mu przeszkadzał. Próbował je uspokoić, tnąc chodnik środkiem i laską torując drogę wśród ludzi.
— Tak — rzucił Dichtiarow gdzieś za nim. — Chociaż może nie? Już nie mam tych Niemców pod sobą, oni tam pili non-stop. I grali w karty.
— Ci Niemcy?
— Tak.
— Ci-CI Niemcy?
— Tak.
— Zwolniłeś ich?
— Jakby.
— Jakby! — Sorokin parsknął pogardliwie, zbiegając po stopniach opustoszałego podziemnego przejścia opatrzonego tablicą „NIE KORZYSTAĆ - GROZI ZAWALENIEM”. — Von Jakby Hassel! Już go widzę, jak się jakby godzi na jakby Transfer z całą resztą!
Na te słowa Dichtiarow zareagował przekleństwem, bo nic go tak nie wyprowadzało z równowagi, jak wymienianie na głos nazwisk RANowców.
— Ucisz się, durny — syknął, sprawdzając, czy w przejściu nikt się nie czai. — Ty nie masz o tym pojęcia…
Składało się tak, że Sorokin miał pojęcie, bo na Hassela, Sigela i pozostałą część pracowników czternastego piętra natknął się bardzo nieprzyjemnie, w rozpaczliwym zrywie próbując wyciągnąć z RANu kilkunastu studentów. Młodych magistrów w większości przydzielono do sekcji programistycznej, pod Nikina i Azarowa, a to, przynajmniej według Sigela, „powinno satysfakcjonować osobę przesłuchiwaną, chyba że osoba ta pragnie ingerować w sprawy RANu, sugerując tym samym sprzeczne z jego interesami dążenia”. Dwóch ludzi odesłano do laboratoriów, a trzech przydzielono hakerom, co sam von Hassel uznawał za swego rodzaju wyróżnienie, „bowiem sekcję hakerów prowadził z wielkim zamiłowaniem, zanim go przydzielono do sekcji spraw technicznych Transferu”.
Wystarczyło wspomnienie jego spokojnej twarzy i dobrych dziewięćdziesięciu kilogramów agresji i bezwzględności ukrytych pod świetnie skrojonym garniturem, by Sorokina wyprowadzić z równowagi na resztę dnia. Nie dawał się zwykle zastraszyć ludziom młodszym. W ogóle nie należał do osób podatnych na podobne zagrania, a z Hasselem widział się może przez dwie minuty. Wszystko to jednak nie miało znaczenia, gdy usiadł za biurkiem, Niemiec usiadł naprzeciw niego i spojrzeli sobie w oczy.
Sorokin był przez moment tylko małym bezbronnym człowieczkiem pośrodku Arktyki, na który właśnie pędził lodołamacz z napędem jądrowym, i to było, jak sądził często, najmniej przyjemne kilkanaście sekund jego życia.
Po pięciozdaniowej rozmowie z Niemcem studentów zostawił ostatecznie na pastwę RANu, bo wiedział, że nie będzie już w stanie im pomóc.
— Bez sensu teraz wracać do tego, Mitya, uwierz, że…
— Z tobą wszystko bez sensu! Studia bez sensu, ludzie bez sensu, ja, moje życie - bez sensu! — wybuchnął Sorokin na samym środku nieczynnego peronu. Echo poniosło się po ciemnym tunelu metra i wygasło, a Dichtiarow nie odpowiedział. Przestał się wreszcie rozglądać na boki, uznając najwyraźniej, że nikt ich nie podsłuchuje. Najpewniej też słusznie przewidział, że dowolnym słowem może sobie aktualnie zaszkodzić. Poprawił kapelusz.
— Ja tobie nigdy nie wybaczę, Ivan! Nigdy! — eksplodował ignorowany Sorokin. — Dwadzieścia lat, a ja i tak ci nie wybaczę!
— Wiem.
Dziekan chwycił za końce laski i podjął nieudaną próbę złamania jej na kolanie, po czym zaczął nią metodycznie tłuc o krawędź podestu i ostatecznie rzucił na tory.
— Nie i nie — powtórzył żałośnie, unosząc dłonie. — Nie.
Przy zdemolowanej tablicy z rozkładem, nieaktualnym od półtorej roku, sterczała samotnie ostatnia drewniana ławka, i na tej ławce usiadł, od razu sięgając po tytoń. Kruszył i skręcał w ciszy. Brudne kaflowe płyty pokrywające półokrągły sufit peronu mruczały co pewien czas pod drżeniami przejeżdżających na powierzchni tramwajów, a nieliczne źródła światła zdradzające umiejscowienie wyjść i szybów sączyły z daleka szarą, mokrą jasność. Z ujścia wentylacji sypały się brudy chodników.
Ciche kaszlnięcie Dichtiarowa, idealny sygnał zaczepny, wbiło się w monotonny szum. Szef miejskiego oddziału RANu zrobił jeden, drugi i trzeci ostrożny krok, zanim stwierdził, że może do Sorokina bezpiecznie podejść. Splótł palce.
— Nie przewidziałem, że się tak znów rozjuszysz na mój widok — oznajmił wreszcie pojednawczo. Ociężale usiadł obok. — A może się tylko łudziłem, że nie wybuchniesz przez pierwsze pięć minut.
Sorokin poczuł, że wzrusza ramionami, i nie oderwał wzroku od ściany pełnej zacieków. Odpalił tytoń.
Tytoń nie smakował.
— Przyszedłem, po prawdzie, zawrzeć pełny pokój — podjął Ivan ostrożnie.
— Ze mną czy z uczelnią?
— Z tobą, słyszę, nie da się chyba.
— Więc co oferujesz wydziałowi Informatyki Progresywnej? — Dziekan strząsnął popiół i trafił nim idealnie w czubek własnego buta. — Pomożesz mi złapać hakera? To będzie piąty haker z kolei. Ja się już prawie przyzwyczaiłem, zresztą grożą mi, nie studentom, a ja jestem w stanie przełknąć groźby za cenę honoru. Bo uczelnia, to mogę obiecać, niczego dla ciebie nie zrobi, Ivan.
— Przecież ja — zatchnął się Dichtiarow, ale nie skończył uciszony.
— Nie przeczę, że mnie ten Ronwe wyprowadził z równowagi. Och, niemożliwie. Młody diabeł. I ta jego pętla, pewnie twoja zresztą, nieistotne — gadał Sorokin jednostajnie — nie potrzebuję nikogo, żeby swojemu własnemu systemowi operacyjnemu zaimplementować świadomość. Ja to zrobiłem przypadkiem, lata temu, i tego kodu nie mam zamiaru używać ponownie. A że go oddałem do badań, do uczelni — znów wzruszył ramionami — i tak przecież nie wiedzą, jaki z niego użytek. Paix się budzi i zasypia. To jest za mała dla niego moc obliczeniowa, czy byś go włączył w jądrze uczelnianym, czy całą uczelnię przerobił na serwer, jemu i tak będzie za mało. I nie wiem już czasem, po co tych chłystków do mnie posyłasz. Co oni robią? Na co ci dane z mojej centrali? Myślisz, że Paix się u ciebie włączy? W RANie?
— Tak myślałem na początku — przyznał Dichtiarow niechętnie.
— Dureń.
— Tylko na początku. Teraz już mi nie trzeba tego, co napisałeś.
Sorokin uśmiechnął się krzywo i cisnął kiepem w bliżej nieokreślonym kierunku.
— Czyli jednak — zrozumiał ostatecznie, a ciężar świadomości problemu nie zmienił się ani o krztę. — Ty tylko werbujesz ich u mnie.
Dichtiarow siedział obok i skupiony, z namysłem, przesuwał palcami po skraju ławki.
— Co ci będę tłumaczył, wiesz, czym się zajmują ludzie z wysokich pięter. Nie masz teraz hakerów jak za naszych czasów, bo byś tak musiał nazwać połowę studentów w Europie — uruchomił się w końcu. — Dobry morderca na zlecenie to teraz, równoznacznie, dobry haker, i na odwrót, bo jedno bez drugiego już nie funkcjonuje, jak to się działo w czasach Unixa.
— Ale dlaczego moi absolwenci? — jęknął Sorokin. — I dlaczego z przymusu? Ten Ronwe sobie upatrzy najlepszych i będzie ich potem męczył? A Worskiego, myślisz, nikt nie męczył? Nikt mu nie kazał dla ciebie pracować? Nikt mu nie powiedział, że się obudzi w przedstrefie bez rodziny, jak nie podpisze kontraktu?
— Worski sam przyszedł — uciął Dichtiarow stanowczo. — Wielu przychodzi. I Ronwe przyszedł chwilę przed Worskim. Sam.
— Nie obchodzi mnie, nie gadaj — stęknął dziekan ze złością. — I tak będą następni, czego nie ustalimy, czego nie zmienimy, będziesz mi zawsze przysyłał taką wtykę, kanalię, mojego własnego studenta, jak go już przerobisz na mordercę, i będzie mnie odwiedzał, i będzie u mnie siedział, i będzie ci mówił, co na wydziale, co u dziekana, jakie projekty, jakie programy…
— Dimitriy.
— …a potem mnie weźmie na promotora i się przyklei do tych najlepszych, a ci najlepsi pójdą do RANu i znów będę czekał, aż do mnie wrócą, a czasem jakiegoś poślę do więzienia, a on z więzienia nie wyjdzie, mój student, jak mój Worski…
— Dimitriy.
— Co.
— Oni i tak do mnie przyjdą. Mogę nie nasyłać hakerów. Nie będę nasyłał hakerów. Tylko daj mi się pozbyć chłopaka.
Sorokin pokiwał głową, zmarszczył brwi, znów pokiwał głową i uznał, że tylko paląc zachowa resztki rozsądku, więc sięgnął do kieszeni i okazało się, że zdążył skręcić dwa papierosy machinalnie.
— Ronwego. Ronwego chcesz się pozbyć. Mojego doktoranta — wymamrotał, odpalając. — On też pewnie z mojego wydziału. Twarz mu zmieniłeś? Nazwisko? Znam go? Teraz nawet wzrost zmienisz. Teraz z białego zrobisz murzyna. Pewnie to mój ulubiony Heike. Heike miał akcent.
— To żaden Heike. To psychopata i trzeba go zdjąć — naświetlił Dichtiarow dosadnie. Na to dziekan zaśmiał się w głos, a śmiech miał tak dźwięczny, że wypełnił całe podziemne przejście.
— Takiego na mnie posłałeś? Dziękuję!
— Nie, ja nie sądziłem…
— Powiedz mi, Vanya, ale powiedz prawdę: czy ty mnie wykorzystujesz? Czy ja jestem od sprzątania niewygodnych twoich śmieci?
— Skąd, nie!
— On mi wpakuje kulkę, jak wyjdzie, nie tobie. Worski też. Mi. Nie tobie. Jeden mi zatłukł ostatnio psa. Za Worskiego w odwecie.
Dichtiarow odchylił się zaskoczony i spojrzał z niedowierzaniem.
— Żartujesz. Kiedy?
— W ten piątek. — Sorokin zaciągnął się. — Przed wykładem, wieczorem.
— Są kamery pod wydziałem — przypomniał Dichtiarow, posyłając mu znaczące spojrzenie. Wyraźnie przy tym skupił się i wyprostował. — Głupoty gadasz, już paranoi dostajesz na starość…
Dziekan odkaszlnął.
— On wiedział, gdzie kamery łapią. Za pergolą tam, w przejściu, na zaułek jak szliśmy palić. Do rozdzielni tam.
— Wiem gdzie.
— Tam mi Gagarina skatował. Pysk mu taśmą do obwodów skleił, żeby nie szczekał. Łeb tak wytłukł, że kości pokruszył. Łapy jak patyki połamane. I leżał pies. I dychał. Dwanaście godzin, aż go w krzakach znaleźli. Pod żebro wbity srebropis.
— To wcale nie znaczy, że…
— Worskiego srebropis z numerem indeksu.
Zapadła na długo paskudna cisza. Ta, która zapada w rozmowie raz, i w trakcie której traci się tylko nadzieję na dalsze pomysły i słowa. Wreszcie Dichtiarow nabrał powietrza; chwilę kręcił młynka palcami, ale nie znalazł ostatecznie żadnego argumentu, zgodnie zresztą z przewidywaniami Sorokina.
— Ja się za późno zorientowałem, Dimitriy — przyznał niechętnie. — Jeśli to był Ronwe, tym bardziej: teraz się trzeba go pozbyć. Na już zlikwidować. To jest bardzo niebezpieczny człowiek.
— Miło, że ci jest przykro, Ivan. Ale nie przejmuj się, to był tylko mój pies.
— Bardzo mi przy…
— To było tylko zwierzę. Nic takiego. Nie był nawet w kosmosie.
— Już, no! Przepraszam. Nie proszę cię o przysługę, tylko o współpracę. Chłopaka sam skasuję. Bylebyś mi go aresztował na uczelni, to ważne.
— A skąd ja mam wiedzieć, czy to on? — spytał dziekan rozbawiony. — A może to nie psychopata, tylko dobry chłopak? Może ci się zbuntował, a ta pętla, którą mi dał, to jest powód, dla którego nie potrzebujesz już mojej sztucznej inteligencji? Och, jakbym się uśmiał, że ten niby konektom… Tak, konektom… Oooooo — zapowietrzył się i zaciągnął na pełne płuca. — Ooo, uważaj, Ivan. Uważaj.
— Jaki konektom? Jak to wygląda?
— Ciekawie, ot i co. Jakbyś już miał biologiczny komputer.
Dichtiarow zamrugał. Trochę go tylko zdradziła sztywna postawa.
— Nie bądź głupi, Mitya, bo sobie bardzo, bardzo zaszkodzisz — poprosił półgłosem. Sięgnął do ucha i ku zaskoczeniu Sorokina wstał z ławki, by już kilka sekund później znaleźć się przy torach. Przez mikronadajnik zajadle zwyzywał pierwszego rozmówcę, zanim go przełączono dalej i wyterkotał serię rozkazów w europejskim angielskim. „Zamknąć przejście pod placem Neumanna” wyłapał dziekan, coraz większym rozbawieniem tłumiąc coraz większy strach „nie, czterech, wyczyścić” „metro, nieczynne, chcę moich hakerów” „żadnych zapisów, powiedziałem: żadnych”.




DA V.1

/* I run my hands across my face
failing to feel the moments weight
Is this all life is offering?
Well, what the hell is wrong with me? */

— Wróciłem — oznajmił na głos, rozsznurowując buty i szukając dla nich odpowiedniego miejsca w czteropoziomowej szafce wypełnionej wszelkimi modelami brogsów, oficerek i amortyzowanych Salomonów. Tuż obok zejścia na dolne piętro zawiesił torbę z uczelni.
Spotkanie z Piotrem kusiło go na tyle, że ku wzmacnianym drzwiom ruszył od razu, nie zaglądając do części mieszkalnej. Zawahał się jednak i w połowie schodów zatrzymał. Potem stał, kontemplując znajome, odurzające uczucie ekscytacji, ciekawości połączonej z napięciem i osiadającej w dolnej części brzucha. Na pewno czuł się tak za życia, nieraz zresztą, przed zrobieniem rzeczy strasznej i pociągającej zarazem. Teraz… Teraz odbierał wszystko jeszcze wyraźniej, jeszcze mocniej, przez filtr cyfryzacji i szereg danych.
Dlaczego, zadał sobie pytanie.
Dlaczego miał tak, gdy zabijał Ronit, gdy wielokrotnie łamał prawo chroniony immunitetem RANu i przebudowywał martwe ciała? Gdy wbrew logice zjeżdżał windą CMD, narażając się na publiczne zdemaskowanie po każdym ruchu przekraczającym ludzką prędkość i dokładność?
Te rzeczy łączyły się, tworząc całość, ale rozmowa z Piotrem Mińskim nie pasowała do nich nijak. Ronwe nie chciał męczyć go, prowokować do walki ani zmuszać (przynajmniej na razie) do ćwiczeń na siłowni, by podciągnąć wydajność.
Chciał zapytać o postępy i samopoczucie.
Zaproponować herbatę, bo kupił herbatę, taką, jaką Miński pił w akademiku.
Zmrużył oczy, spojrzał na swoje dłonie i powoli zaczął zginać i prostować palce, badając dla uspokojenia, czy siła każdego z osobnych mięśni wciąż mieści się w sporządzonej tabeli. Gdy przeliczył ostatni palec prawej dłoni, obrócił się i wszedł z powrotem na górne piętro z mocnym postanowieniem wyrzucenia stu gramów Dongzhai Snow Dragon do kubła na odpady biologiczne.
Przepakował torbę, nastawił pranie, sprawdził wszystkie pokoje i sypialnię, odnotowując krytyczny poziom zakurzenia większości sprzętów, po czym zmartwiony, pełen rozterek usiadł samotnie na jedynym krześle w kamienno-stalowej kuchni.
Wynajmując apartament nie martwił się zbytnio tym, że będzie musiał go sprzątać - wolał wybrać najładniejszą i najmłodszą dziewczynę o odpowiedniej szerokości bioder, której mógłby za to płacić. Nie dość, że w każdy wtorek i piątek wracał do lśniącego mieszkania, to miał pełne i niepodważalne prawo do oglądania nagrań z tych dni, o czym wspomniał w umowie, wyrażając uzasadniony strach o możliwość kradzieży, zniszczenia nieziemsko drogich urządzeń elektronicznych, czy najzwyklejszą w świecie niedokładność.
To był poważny, opłacony rytuał: kupowanie najdroższego zestawu inari-sushi, parzenie wzmocnionej kawy z C-bean i ustawianie narzędzi chirurgicznych w równym rzędzie, tuż obok strzykawki z anestetykiem lokalnym X-RAN-o3. Rozkładanie folii operacyjnej w salonie, włączanie ekranu ściennego i trójwymiarowy stream wtorkowych i piątkowych zapisów z czterdziestu sześciu kamer śledzących ruch w apartamencie.
Ronwe nie wyobrażał sobie zakończenia miesiąca bez podobnego procesu. Bez rozkrajania lewego ramienia przez środek mięśnia dwugłowego i mozolnej, czterogodzinnej regulacji rozproszonego układu krwionośnego przy całkowitym niemal odcięciu od świadomości. Głównie dla utrzymania idealnych wyników ciśnienia i dotlenienia w organizmie, ale nie tylko.
Regulator przytwierdzony do kości wymagał ogromnej precyzji i doświadczenia, oferując w zamian nieskończony wachlarz imitowanych reakcji i odczuć fizycznych żywego człowieka. Jedzenie, picie i skupianie uwagi na streamie podczas kręcenia takim regulatorem (Ronwe opanował z czasem dochodzenie do poziomu przed-zerowego i maksymalnego) było praktyką karygodną, niebezpieczną i najzwyczajniej w świecie debilną, więc doskonale sprawdzało się jako nałóg. Miało niewiele skutków ubocznych - haker zanotował wyłącznie skokowy wzrost zainteresowania swoją sprzątaczką na żywo oraz podświadome dążenie do spotkania jej w mieszkaniu wbrew ustaleniom umowy - i kończyło się zawsze zwiększeniem ogólnej wydajności. Bardzo Ronwemu odpowiadało.
Ostatnimi czasy przestawał jednak nad sobą panować, a powroty do domu traktował jak grę z losem (ten nieszczęsny zamek w drzwiach, myślał często, kilka tysięcy w gotówce, i za co to, nawet jej nie tknął palcem, bo nie zdążył), więc rozważał przerwę. A może nawet zmianę. Zmianę sprzątaczki, nie nałogu.
Gdyby był żywy, przerzuciłby się na neo-speeda, alkohol i PornCenter podczas regulowania rozrusznika serca, ale uważał to za opcję mało elegancką i w ogóle, można by rzec, nieodpowiednią dla człowieka z klasą.
Pojawianie się Piotra na dolnym piętrze było kolejnym argumentem przekonującym go do dłuższej przerwy. Nie miał zamiaru wpuszczać nikogo do mieszkania, bo możliwość kontaktu Mińskiego z osobą trzecią oznaczała poważne kłopoty. Ronwe kłopotów miał pod dostatkiem. Planował unikać kolejnych. Mógł przecież, ostatecznie, regulować się przy filmach o programowaniu, a później brać drugą dawkę anestetyku i chodzić na dziwki.
Genialne.
Szkoda tylko, że nienawidził nieporządku i kurzu. I nie przepadał za myciem podłóg.
Może, kto wie, może gdyby nie zamykał Piotra na cztery spusty i trochę zainwestował w zabezpieczenie mieszkania (jakieś zamki na linie papilarne, jakieś dźwiękoszczelne szyby?), a sprzęt do sprzątania przeniósł w widoczne miejsce, to w Polaku obudziłyby się instynkty doskonałej pani domu, które sugerował w ankiecie i co do istnienia których Ronwe nie miał najmniejszej wątpliwości…
Może gdyby kuchnia była dostępna przez cały dzień, a lodówka zapełniona po brzegi, Miński zrobiłby czasem jakiś dobry obiad, albo deser, albo te swoje dziwne grzybowe pierożki z barszczem…?
Haker przeszedł boso przez mieszkanie i zamyślony przebrał się w swoim pokoju, zanim zbiegł po schodach na niższe piętro.


//

Doprawdy, jakie znów „Daj mi spokój”? Ronwe gotował się pod przeszkleniem siłowni i z założonymi rękami obserwował obrażonego Mińskiego, ostentacyjnie teraz ustawionego tyłem (wraz z krzesłem obrotowym).
— Cały dzień miałeś spokój! — wybuchnął. — Byłeś sam, nie musiałeś ze mną gadać. Masz tu jebane osiemdziesiąt metrów kwadratowych spokoju, swój komputer, swoje rzeczy…
— …nie mam swoich rzeczy — wtrącił Miński podwyższonym głosem.
— …swoje biurko i swój zeszycik i jedno, powtarzam, jedno zadanie, nie widzę powodów, by na coś narzekać!
— Ty w ogóle mało co widzisz, Dietrich — zauważył Miński zjadliwie, napinając przy tym mięśnie karku (haker uruchomił w przesłonach filtr termowizyjny i wykrywanie mowy ciała, by się z nim lepiej porozumieć). — Przetłumaczyłem dwadzieścia kartek.
— O. Można? Jak chcesz, to potrafisz.
— Tak, a teraz wypierdalaj. Ja jestem zajęty. Nie będę z tobą rozmawiał. Tłumaczenie przesłałem na chmurę — wyrecytował Piotrek, po czym założył nogę na nogę i tętno skoczyło mu o kolejne dziesięć procent.
Ronwe uznał to za symptom zachowania konfliktowego i zaklasyfikował jako prowokację bądź wstęp do dalszej wymiany informacji. Pokonał pięć metrów, wyminął biurko i zaszedł Mińskiego od przodu, by z nim nawiązać kontakt wzrokowy. Oparł się biodrem o szafę serwera.
— Jest coś konkretnie, o co się obrażasz? — zapytał poważnie, skupiając pełną uwagę.
Piotr rozciągnął usta w prostej, poziomej linii i zaprezentował mu coś na kształt anty-uśmiechu, znacząco przy tym mrugając.
— Tak, no, poza porwaniem — uściślił haker zdenerwowany — i zamknięciem w piwnicy. I Transferem Ronit.
— Nie, poza tym, to nie — odparł Miński z przerysowaną swobodą. Wydął dolną wargę, wzruszył ramionami. — Tak to wszystko super, zajebiście się bawię.
— No to…
— Nic nie jadłem cały dzień, też spoko.
— W takim razie — zaczął Ronwe na skraju wybuchu — proponuję…
— Leki mi się kończą, też bez problemu.
— P o s ł u c h aj — wycedził haker przez zęby — mo…
— A w zeszycie Dichtiarowa jest moje nazwisko i podkreślone pytanie do sprawdzenia, czemu jeszcze pracuję i kto odpowiada za mój odroczony Transfer, doprawdy, coś o tym wiesz, Didi, czy to tylko jakieś bzdety, geh’ scheißen, mam się tym nie przejmować i mogę tłumaczyć dalej? — zbombardował go laborant, momentalnie łamiąc barierę bezpieczeństwa i doprowadzając do punktu krytycznego. Ronwe zatkał nos w panicznym odruchu chronienia serwera i odskoczył od sieci przedłużaczy.
Potrzebował regulacji.
Jak nigdy potrzebował regulacji, bo łatwość, z którą wszyscy wokoło wyprowadzali go z równowagi, musiała wynikać z rażących błędów i niedopatrzeń po ostatnim zabiegu.
Co chwilę, ciągle: dziekan, Snarc, obcy ludzie, Piotr Miński. Ronwe zapętlił się w liczeniu wydajności dziennej własnego procesora i ledwie odnotował fakt, że laborant patrzy na niego z mściwą satysfakcją.
Kilka minut ciszy ciągnęło się w nieskończoność, podbijane brzęczeniem generatora i wentylacji.
— Piotrze — wykrztusił haker, próbując przełknąć nadmiar krwi spływającej z zatok — wyjaśnię ci sprawę Transferu. Za siedem — urwał i przeliczył estymatory raz jeszcze — za osiem godzin wrócę.
— Ta? Myślałem, że się przekręcisz — zdradził Miński nieco mniej agresywnym tonem, w którym pobrzmiewał odległy niepokój.
— Wrócę z lekami, z jedzeniem, z twoimi rzeczami…
— Ej, wyglądasz jak trup — spanikował laborant do reszty.
— …i twoją umową o pracę w RANie.




Hubert Puszek

B-23 bryzgało wysoko różowo-fioletową łuną wieczornych neonów. Strzelało tysiącami zimnych rozbłysków siatki filtrującej, zawieszonej nad najwyższymi wieżowcami na wzór mokrej, ciężkiej pajęczyny, przebijało się światłem zza mętnych oparów i gorącym oddechem rdzeni rozganiało sypiący od wielu godzin śnieg. Rozległymi mackami przedmiejskich osiedli obejmowało gigantyczne centrum, pozwalając ciemnościom osiąść na ulicach. Coraz senniej dryfowało w rozmąconym dymie.
Hubert spojrzał raz, obracając twarz ku dalekim kolorom, zanim zbiegł po schodach domu numer trzysta czternaście. Sześć słów wypisanych żółtym sprayem na garażu po drugiej stronie ulicy przeczytał jak zawsze wolno i uważnie.
Prawda, pomyślał, zakładając kaptur.
Śnieg kotłował się dookoła i białymi tumanami atakował osiedle, zbyt sypki i zmarznięty, by osiąść gdziekolwiek spokojną dwudziestocentymetrową warstwą. Zagęszczał powietrze. Zerując widoczność pchał się Puszkowi do oczu i nosa, gdy ten zmierzał w kierunku przedstrefy. Od dwóch godzin świeciły wszystkie osiedlowe latarnie - Hubert nie był pewny, czy to w ogóle w czymkolwiek pomaga - a ulice przypominały czasoprzestrzenne tunele wydrążone w białym chaosie, pełne powielonych lustrzanych świateł.
Hubert nie miałby niczego przeciwko podróżom w czasie. Myśl ta przemknęła mu ledwie przez głowę, ciężka i dołująca, odrzucona pośpiesznie. Teraz jest najgorzej, wiedział. Już nie może być gorzej. Nie był gotowy, nie wyobrażał sobie.
Z tą świadomością przeszedł przez ósmą przecznicę i wsadziwszy dłonie w kieszenie bojówek stanął pośrodku skrzyżowania. Mimo woli wbił wzrok w odległe szyby zajezdni M-busów, gdzie czerwonymi pasami gasły i zapalały się wolno kolejne tablice rozkładów jazdy.
Smutne mruganie pustej pętli zawołało go znowu.
Złym pomysłem było uleganie przeczuciom, bo przeczucia sprawdzały się zawsze i pogłębiały tylko starą paranoję. Uległ im jednak bezwolnie i jak po sznurze dowlókł się do przystanku. Zajezdnia była duża. Między granatowymi podwyższeniami chodników sterczało dziesięć M-boxów, zasobniki paliwa i inteligentne aktywatory kart przejazdowych. Samotne siedzenia z metalowej kraty czekały na wracających z miasta ludzi. Nikt nie wracał. Nikt prawie z polsko-szwedzkiego osiedla nie zapuszczał się do tej strasznej, głośnej dżungli pełnej nieprzyjaznych wieżowców i bogatych informatyków. Tu było wszystko. Praca, markety, przedszkole, szkoła, holo-park i arena wirtualnych gier rankingowych. I przedstrefa. Za murem, za bramą, za kilometrami betonowych płyt i strażniczych wieżyczek, czekała jakaś nienazwana i zapewne fałszywa wolność, namiastka bezkarności, wielka, pusta, czarna plama na mapie, gdzie nie sięgały już ani sieci, ani kable, ani kamery i skanery bezzałogowców RANu.
Puszek z namysłem oblizał wargi, szykując się na rozmowę. Nie umiał zbyt dobrze planować tego, co nadchodziło zwiastowane intuicją. Dlatego nie wyszedł myślami poza kilka pierwszych zdań, jakie zamierzał do Eskila skierować, i zrezygnowany oparł się bokiem o szybę przystanku. Sięgnął po nabój w kieszeni na udzie, uznał, że i tak nie zdąży się nim pobawić dla odmóżdżenia, sam na siebie przewrócił oczami i wtedy oślepiły go reflektory nadjeżdżającego M-busa wieczornej linii 7K84.
Maszyna jęknęła, osiadła nad jezdnią i niechętnie, w akompaniamencie pełnego wyrzutów syku, wypuściła ze środka jedynego pasażera. Eskil wysiadł z uśmiechem numer jeden (zarezerwowanym dla ludzi z sąsiedztwa). Wystarczyła chwila, by się go pozbył i zmienił pociągłą, szczupłą twarz w kamienny odlew twarzy Gerdy, świdrując Huberta czujnym wzrokiem. Między jednym a drugim oddechem wyprostował plecy, cofnął barki, rozluźnił palce. Brakowało mu tylko długiego płaszcza i trupiej sztywności ruchów, bo cała reszta, według Puszka, była już idealnie fałszywa i nieludzka.
Mierzyli się wzrokiem. Śnieg padał, tablice migały. M-bus odjechał.
— Szheś — spalił Eskil z doświadczeniem.
— „Cześć” — poprawił Hubert automatycznie.
— Nieważne. — Ogromna dłoń znalazła się nagle tuż przed jego torsem, nim Szwed specjalnie obniżył ją do wymiany uścisku. Subtelnie zmiażdżył Puszkowi śródręcze i psychikę, dodatkowo potrząsając serdecznie, niezrażony w żaden sposób grymasem obrzydzenia.
— A, przepraszam — zreflektował się potem. — Złamany nadgarstek.
— Tak, on — skłamał Hubert.
— Przykra sprawa.
— Rzeczywiście.
Uśmiech Ulfssona był przezroczysty jak cienki lód i tak samo jak on zdradliwy.
— Dawno cię nie widziałem, Hubert. Chorujesz?
— Nie.
— Schudłeś?
— Nie.
— Ja schudłem, możesz to na głos powiedzieć. — Eskil rozłożył ręce wysoko, oczekująco, i trochę tym Puszka zbił z tropu, bo mu uświadomił ewidentny nietakt. Trudno jednak było nie gapić się na Szweda nachalnie i z niedowierzaniem, próbując jakoś zapełnić w mózgu tę pustą przestrzeń po kilkunastu kilogramach. Nie było śladu po imponującej masie mięśniowej, całkowicie przecież definiującej Eskila we wszystkich niemal wspomnieniach Huberta.
Nie widzieli się może pół roku.
Kilka godzin temu Puszek prześledził co prawda bardzo dokładnie pewien ciekawy wyścig transmitowany z toru Cyber Monkey Death Palace, ale to nie było to samo. Ogromna, nienazwana różnica między zobaczyć a zobaczyć.
— Nie no, wiesz — mruknął niechętnie. — Tak na ciebie patrzę i naprawdę…
— Już, miejmy to za sobą: jesteś cieniasem, jesteś żałosny, pewnie się nie podciągniesz na drążku, tchórz, pizda — popędził Szwed, agresywnym ruchem rozpinając plecak — bla, bla, spierdalaj chybistrzale, przynosisz wstyd ojcu, kurwa, kurwa, jestem Hubert, jestem najlepszy, bla, bla, bla — kontynuował, aż znalazł czapkę w ostatniej przegrodzie. Plecak miał pełen netbrystolu i izotoników. — To był, dasz wiarę, dobry dzień, zanim wysiadłem, więc…
— Naprawdę dorosłeś, chciałem powiedzieć — przełamał się Hubert. Pożałował zaraz, widząc nieufną reakcję dwudziestolatka. Eskil wyraźnie trudził się, próbując odnaleźć w usłyszanych słowach poniżający atak na swoją osobę. Wstał, naciągnął wyszywaną w trolle i walkirie czapkę z pomponem na sterczący blond-chaos, i oświetlony czerwienią spojrzał Puszkowi prosto w oczy.
Zza okrągłej, równej i niewrażliwej na światło czerni rozszerzonych źrenic ledwo przebijały się jego jasne tęczówki. Hubert na wszelki wypadek zachował tę obserwację dla siebie.
— Tak Olaf mówił, więc weryfikuję — uściślił oschle.
— Po co tu przyszedłeś? — zaatakował Eskil prawie natychmiast.
To było dobre pytanie. Puszek zmarszczył nos i zniesmaczony wpatrzył się w swoje buty.
— Jesteś pijany — zarzucił mu Szwed, obchodząc szerokim łukiem. — Jesteś w łachach do czyszczenia. Śmierdzisz.
Hubert uniósł brwi i pokiwał głową, sygnalizując, że słucha.
Musiał istnieć powód spotkania. Musiał być cel za przeczuciem, jakaś sprawa, jakiś szczegół, jakaś odpowiedź albo wskazówka. Przecież po coś się tu znalazł, on, Hubert Puszek, nie Olaf, nie Gerda, tylko właśnie on, choć powinien był mijać już bramę przedstrefy, żeby się nie spóźnić na naradę, którą sam wcześniej zwołał.
Z Eskilem chciał porozmawiać o wielu rzeczach. Nie tylko o Jörgu, nie tylko o RANie. Nie tylko o sytuacji w mieście, powodach odcięcia się od osiedla… Wizytach w domu Hanny…
Coś z całą pewnością było ważniejsze, kluczowe, coś…
— Masz sprawę? Chcesz mnie zastraszyć? Chcesz mi się zaśmiać w twarz? Pożyczyć na piwo? — podpowiadał Eskil, oddalając się od przystanku. — O, wiem! Chciałeś spytać, czy mi jest teraz ciężko! — Obrócił się i chwilę szedł tyłem, celując w Puszka wskazującymi palcami. — Tak, Hubert, jest mi ciężko! Przybij sobie piątkę! Wspaniale!
Puszek odchrząknął i mechanicznie poprawił kołnierz, próbując zignorować rosnącą złość. Coraz rozpaczliwiej walczył z odmawiającym współpracy umysłem. Zatchnął się nawet, nabrał powietrza, ale dziura w myślach tylko się poszerzyła.
Proszenie Ulfssona o cierpliwość było zbyt uwłaczające. Huberta wystarczająco poniżał fakt, że ewidentnie na Szweda czekał.
— MEN DET VA DÅ FAN! — ryknął Eskil z końca ulicy. Po minucie jego wąskie plecy zniknęły za ścianą szalejącego śniegu.
Przed zajezdnią zgasły dzienne bramki kasujące, co niechybnie oznaczało nadejście godziny siedemnastej. Pięciodźwiękowa melodyjka przetoczyła się po asfalcie, głosem syntezatora ogłosiła dzienną sumę skasowanych biletów (dwa), po czym życzyła wszystkim miłego wieczoru w imieniu Zarządu Komunikacji Podmiejskiej B-23.
Hubert usiadł na metalowym krzesełku i zamyślony wyciągnął z kieszeni swój odmóżdżający pocisk.
Eskil był mu potrzebny. Z Eskilem należało porozmawiać.
Była cała pierdolona lista pytań, na które powinien niezwłocznie odpowiedzieć, ale…
…ale Hubert zapomniał?
Analizował. Rozważał. Przetrząsał własną pamięć i możliwe, że spędziłby tak kolejne kilka godzin, gdyby nie nagły i głośny dźwięk skrobania, który go wyrwał ze spirali domniemywań.
Puszek zerwał się, odruchowo cofając dłoń nad biodro. Doskoczył do najbliższego M-boxa. Zdjął blaszkę ochronną zabezpieczającą zawiasy i choć prawie nie czuł palców, nożem starannie podważył krawędź obudowy. Spłoszone tuptanie przemieściło się na drugi koniec skrzynki.
Niemożliwe.
Hubert nie myślał o tym, że wygląda jak chuligan demolujący zajezdnię, gdy kopał metalowy prostopadłościan i wydzierał jego przednią część z zawiasów. Wreszcie wyrwał blachę i ściskając ją kurczowo jak tarczę kucnął przed wnętrzem M-boxa.
— Nie wierzę — rzekł na głos. Jeż patrzył na niego, dysząc płytko, skryty między przewodami. Zaplątany w złącze i fragment osłony zapasowego agregatora wydawał się nie móc ruszyć w obawie o własne życie. Hubert zrozumiał, że bezskuteczne próby ucieczki zapewniły zwierzęciu kontakt z gołym metalem przewodzącym, narażając na usmażenie kilkoma tysiącami woltów.
Powoli sięgnął po sypki śnieg z chodnika, zacisnął palce i ostrożnie przeniósł pięść nad zdyszaną kolczastą kulę.
Śnieg topniał opornie.
— Ej.
Woda kapała niemożliwie wolno.
— Ej. Hubert.
Puszek spojrzał w bok, na przetarte na udach bojówki Eskila, i zmulił się mocno nad swoją sytuacją.
— Ten jeż — zaczął, przerywając niezręczną ciszę. Uniósł wolną dłoń w geście ułatwiającym tłumaczenie „co ten jeż”, żeby Szwed na pewno zrozumiał — to przez jeża wszystko. Zapomniałem - przez jeża. Nie myślałem - przez jeża. Chciałem zapytać o…
— Chodź.
— Gdzie?
— Do mnie. Zjesz coś.
— Ale — Puszek zawahał się, zadrżała mu ręka cieknąca wodą i zrozumiał, że jest dla kogoś tylko żałosnym, zapitym świrem — to nie tak, rozumiesz?
— Nie jak? Nie odbiło ci jeszcze?
Hubert poczuł, że powinien być wściekły, wulgarny i agresywny, a to, że nie był, przeraziło go nagle do głębi. Zerknął na jeża.
Nie jestem głodny, nie jestem odcięty, nie potrzebuję pomocy.
— Spierdalaj, chybistrzale — wykrztusił roztrzęsiony.
— Chodź. Sam jestem. Pogadamy.
Cztery palce zacisnęły mu się na ramieniu i odciągnęły od skrzynki, a później odebrały tarczę z blachy. Hubert chciał zaprotestować, ale z jakiegoś powodu ani trochę mu nie wyszło. Zacisnął zęby. Poczekał, aż Eskil zabije jeża ciężkim wojskowym butem i aż odetchnął na głos po ostatnim kopniaku. Ten widok przywrócił mu namiastkę spokoju ducha.
— Lepiej — rzucił Szwed lakonicznie, ni to pytając, ni to oznajmując.
Było lepiej. O niebo lepiej. Puszek zderzył się z własną złością, zachłysnął niezadanymi pytaniami na temat Zvajdera i wszystko to odczuł niemal fizycznie, jakby go z góry oblano zimną wodą.
— Kurwa, co za popierdolona akcja — wściekł się, zamiast Eskilowi podziękować.
— Jeże są popierdolone. Słuchaj — Szwed odchrząknął — zjebałem na tym przystanku. Mam dzisiaj nerwa. Zwykle jesteś chamski, więc…
— Dobra, jasne — uciął Hubert, konsekwentnie odmawiając sobie przyjemności rzucenia hasłem „neo-speed”. Przeszli przez ciemną ulicę i wyszli po drugiej stronie osiedla, kierując kroki do domu Ulfssonów.
— Żebym tylko zdążył, chłopaki będą czekać.
— Zdążysz. Zjesz coś i pójdziemy razem — zdecydował Eskil. — Skąd wiedziałeś, którą linią wrócę?
— Nie wiedziałem.
— Nie czekałeś na mnie?
Hubert strapił się nieco i zacisnął pięści w kieszeniach, nie do końca pewny, co zrobić z narastającym od kilku minut wstydem.
— Czułeś kiedyś takie… wezwanie, na które — urwał, bo doszedł do wniosku, że i tak Szwedowi nie wytłumaczy całego mechanizmu rzekomo wolnych wyborów z intuicji. — Tam miałem być i tam byłem. W tym miejscu, o tej godzinie — skrócił zły. — Nikt mi nie kazał.
Eskil poprawił pompon i w zadumie pokiwał głową, wymijając ostatnią latarnię przed swoim domem. Sprawnym ruchem otworzył Hubertowi bramkę.
— Rozumiem — rzucił. — Nikt mnie jeszcze nigdy nie odebrał z tego przystanku. Całą drogę dziś marzyłem, żeby ktoś tam wreszcie stał — dodał po chwili zupełnie innym tonem. Ton zawierał informację „szkoda, że to byłeś ty” oraz „dziękuję”.
Byś nie jeździł na jebane studia, to byś nie marzył - pomyślał Hubert, zmuszając się jednocześnie do skwaszonego uśmiechu. Zostawili buty przed domem, tam, gdzie Gerda wyznaczyła miejsce (Eskil opanował do perfekcji upominające chrząknięcie Olafa) i weszli do przedpokoju pachnącego olejem czyszczącym i oksydami.
— Proponuję rosół i wafel z masłem — oznajmił Szwed gościnnie. — I herbatę z cukrem. Albo bez cukru.
— Wow — palnął Hubert zszokowany, przechodząc za nim do korytarza. Uświadomił sobie nagle, że od trzydziestu ponad godzin nie zjadł niczego poza szarlotką, a jego siostra po raz pierwszy od dawna nie przyrządziła żadnego obiadu.
Przez Jörga?
A czy Jörg w ogóle jadał obiady?
Na pewno. Musiał. Bo co miał niby żreć, baterie?
— Chyba że wolisz kawę z izotonikiem.
— Wolę. — Hubert otrząsnął się z zamyślenia. — Lata nie piłem dobrego izo.
— Kupiłem dziś całą zgrzewkę spod rdzeni.
— To zrobisz mi z podwójnym?
Eskil uśmiechnął się dziwnie, jak gdyby mimowolnie, i próbując ten fakt ukryć, zajął się majstrowaniem przy szafie z bronią. Jak można szafę z bronią (rozsuwaną, dwumetrową) postawić między kuchnią a jadalnią, tego Hubert po czterech latach nie miał już nadziei zrozumieć.
— Zrobię, znaj gest. — Szwed przeciągnął się, wyłamał palce i sięgnął po słynny karabin o numerze rejestracyjnym 13-7308-2, którego od dwóch lat brakowało w przedstrefie. Zrobił to z bardzo ostrożną i właściwą sobie czcią; Hubert przyłapał się na sprawdzaniu koloru jego skarpetek, nie pierwszy raz odczuwając krótkotrwały dyskomfort. — Zgaduję, że chciałeś porozmawiać o Zvajderze.
— Właściwie, to — wahanie Huberta odmierzało czas, gdy oscylował między szczerością a manipulacją — chciałem ci powiedzieć, że zamontowali potrójne bloczki wspinaczkowe na poligonie i wiem, jak je robić w trzy sekundy.
Eskil obrócił się wolno, wytrzeszczając oczy, w akompaniamencie głośnego grzechotu pasa na amunicję uciekającego spomiędzy rozgiętych palców.
— I porozmawiać o Zvajderze — zaznaczył Puszek pośpiesznie.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1866
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 10 marca 2019, 09:43

Pierwsza rzecz, jaką chciałabym Ci napisać, zanim zapomnę, to taka, że podczas czytania tej wstawki naszła mnie taka myśl (i odnoszę wrażenie, że naszła mnie nie po raz pierwszy), że Jeże to jeden z nielicznych tekstów, które chciałabym naprawdę mieć na papierze - tak, żeby móc brać do ręki, otwierać na losowej stronie i po prostu czytać na wyrywki, na co wzrok padnie, albo wręcz szukać ulubionych fraz i fragmentów. Dlatego będę Cię pięknie prosiła, żebyś mi wysłała plik z całością, żebym sobie mogła zrobić z niego chociaż PDF-a i wrzucić na telefon, żeby sobie właśnie podczytywać w chwilach potrzeby (a takie, przyznaję, mam głównie podczas jazdy pociągiem). Gdyby istniała taka możliwość, skisłabym ze szczęścia.

Na SB wspominałaś, że coś Ci nie grało z melodią w tych fragmentach. Trudno jest mi się do tego odnieść - może gdybym czytała ciągiem, tobym jakąś zmianę zauważyła, ale tak nie odniosłam wrażenia, że coś nie bangla. Trochę inaczej brzmią stare Ruski, ale dla mnie to miało bardzo dużo sensu, bo w końcu oni mówią z inną, wschodnią składnią, a ich dialog jest rwany i pełen niedopowiedzeń, i takich ślepych zaułków. Więc trudno mi sobie wyobrazić, żeby to miało płynąć i nawet jeśli były jakieś synkopy, to one zwyczajnie pasują do treści. Dialog między nimi świetny swoją drogą, nieodmiennie podziwiam to, jak imitujesz rosyjski, pisząc po polsku. Ja wiem, że byś chciała bardziej i dokładniej, ale sądzę, że to jest właśnie optimum. W końcu to stylizacja - kiedy się stylizuje na satropol, to też się nie pisze staropolem (chociaż jak byłam kurczakiem, to uważałam, że się powinno), bo nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zrozumiał. A ten poziom, o który Ty zadbałaś, jest już daleko ponad to, o co dba większość autorów i nawet - jeśli mam być szczera - sądzę, że łatwo byłoby Ci trafić na potencjalnego redaktora, który by tego nie załapał i próbował rozjechać spychaczem. Bo to pakiet pro+ i duże ukłony za to, bo chciałam (marzyło mi się raczej) zrobić coś takiego z chłopakami, ale poległam. Brakuje mi tego wyczucia.

Scena z Didim i Mińskim też pełna napięcia i emocji, doskonały jest ten moment, w którym Didi próbuje Mińskiemu przerwać, aż ten dochodzi do pytania o własną transformację. To jest jednocześnie pięknie filmowy i książkowy fragment - bo scena pozornie jest filmowa przez swoją dynamikę, ale jednak trudno mi sobie wyobrazić sposób jej nakręcenia tak, by oddała to, co udało się oddać słowem. Na mnie ten moment zrobił duże wrażenie, bo nie wiem, z jakiegoś powodu wydawało mi się, że Piotruś jest trochę poza - to znaczy, że akurat to mu nie groziło, że nie jest jak inni przeznaczeni do programu. Ale potem zaczęłam się zastanawiać.W opisie kalibracji Didim znów - jak często w jego przypadku - grasz groteską i surową fizjologicznością, i to jest jednocześnie odstręczające i cudowne (za to właśnie między innymi uwielbiam Palahniuka, o ile nie idzie w gore, on to potrafi, Ty to potrafisz, ja bym chciała się nauczyć). Podoba mi się, jak przez dystans do tej postaci, jak przez jej dziwność jednocześnie jestem w wątek angażowana i wciągana. Trudno mi to opisać słowami, to tu akurat chyba działają czyste emocje.

No i Hubercik :la: :bag: Bardzo fajne to zagranie z odsłanianiem kart dotyczących jego stanu, miażdżący opis otoczenia - jeden z tych momentów, w których zobaczyłam scenografię NAPRAWDĘ dokładnie i w szczegółach, a ja zwykle nie przywiązuję uwagi do otoczenia. Interakcja z Eskilem również mnie zgniotła (wiesz już, że chcę taką czapkę!), ta początkowa obrona przez atak w wykonaniu Eskila, a potem zrozumienie i przejęcie kontroli nad sytuacją. Mocno, mocno utkwił mi w pamięci moment z zabijaniem jeża - no bo to jest jednak mega mocne. Wiesz, nie zabija się zwierząt w tekstach. Wymorduj bohaterowi rodzinę i przyjaciół, ale psa nie ruszaj - te sprawy. A tu zwierzę (sympatyczne przecież) zabija postać, która jawiła się przez większość czasu jako ten łagodny, dobry olbrzym, choć wizerunek Eskila jest już od jakiegoś czasu łamany. No to to - to był ten punkt przełomowy, ten, który naprawdę przygotował na szafę z bronią i który sprawił, że naprawdę zaczęłam się zastanawiać, kim jest Eskil, i jak daleko zdołał uciec, a jak bardzo jednak nie.Bosz, nie masz pojęcia, jak kocham i przeżywam ten tekst :bag:

Żeby nie było tak słodko:

Obrazek
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1462
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 10 kwietnia 2019, 13:00

Jakoś tak wyszło trudno do podziału, bo jak zaznaczyłam klasycznie trzy rozdziały, to było 8k :facepalm: więc leci niecałe 6. Dziękuję. Już niewiele zostało. Jaram się jak pochodnia.
DA V.1

/* I'm not satisfied
It's all or nothing
There's no peace of mind
for me
And even though I try
My greedy heart is hungry
I'm not satisfied
You see*/

Pod warstwą skóry i pierwszych dwóch centymetrów włókien mięśniowych pulsowała spowolnionym przepływem żyła odłokciowa, którą Ronwe starannie okroił, sunąc skalpelem wzdłuż zgrubienia blizny. Końcówką srebrnego ostrza odchylił nacięty płat, odsłaniając widok na wzmocnioną tętnicę ramienną. Nerw pośrodkowy oplatał ją, na przesłonach hakera zaznaczony wyraźnie błękitną barwą. Rozgałęziony u nasady dłoni zbiegał ku górze, w zgięciu łokcia plącząc z sobą dwa korzenie.
Dzięki kilkunastu filtrom operacyjnym zainstalowanym w soczewkach, Ronwe coraz mniej bał się samodzielnej ingerencji we własne ciało. Choć czasem, w chwilach kryzysu, miewał jeszcze resztki wątpliwości.
— Głośniej — polecił pustym komunikatem, aktywując minimalny procent wyrobienia strun głosowych Dietricha Akermanna, by urządzenie mogło go rozpoznać. Sześć głośników wzmocniło synchronicznie nastawy potencjometrów, aż bas ostatniego albumu Centhrona wszedł w drgania z kondygnacją.
To z pewnością wystarczyło, by odciąć Mińskiego od dźwięków z górnego piętra, ale Ronwe nadal czekał nieruchomo, ze skalpelem nad tętnicą. Nie czuł się pewnie. Nawet nie haczył o poziom spokoju, który można byłoby nazwać zadowalającym. Wypuścił powietrze przez nos, przesunął wzrokiem po ścianach sypialni i postanowił: JETZT.
A ręka ani drgnęła.
— Willst du mich verarschen?! — wściekł się na głos z niedowierzania. Od kości dzieliło go dosłownie kilka cięć. Raz, drugi i trzeci próbował, irytując się, ale system auto-bezpieczeństwa napędzany sztucznym echem ludzkiego strachu nie pozwalał mu ruszyć skalpelem choćby o milimetr.
— Głośniej — polecił więc, licząc, że hałas pozwoli mu zapomnieć o obecności Polaka w apartamencie. Nieznośne łupanie, generujące drżenia sprzętów, nie poprawiło sytuacji w żaden sposób. Haker odchylił głowę, zamknął oczy rażony zimnym światłem billboardów i zrozpaczony zastygł tak, siedząc nago pośrodku ogromnego pokoju pełnego szkła i metalu.
Przecież był tu sam. Prawie sam.
Przecież anestetyk nie puszczał nigdy. Prawie nigdy.
Przecież Miński nie miał szans usłyszeć jego wycia i jęków, ani dyszenia przy skrajnym wysiłku, jakim dla organizmu było wytrzymanie nastaw górnej skali regulatora. Prawie na pewno.
— Puść mi stream z… — Urwał, gdy przypomniał sobie, że wszystkie nagrania usunął po regulacji i nie dysponuje nawet pojedynczym kadrem z zeszłego piątku. — Puść mi „Poradnik Paix R2, wydawnictwo wydziału Informatyki Progresywnej” — zaryzykował. — Nie, puść mi „Tajemnice mikrokontrolerów” — sprostował z bólem po pierwszych dwudziestu sekundach. — Puść „Życie w układzie scalonym”! „Jak to jest zapętlone?”, „Moja pierwsza płytka” — wymieniał cierpiąc, a dłoń kamieniała mu na dobre, zabezpieczeniem unieruchamiając coraz więcej mięśni i stawów — „NASA - Live Earth From Space Stream”, „Dziewczyna hakera 3 - powrót Windowsa”!
Nie, to się nie dzieje - pomyślał i niemal przegryzł sobie język z bezradności.
— „Sarah Star, przygoda w windzie” — stęknął.
Sarah Star w czarnej skórze i białym bikini uśmiechnęła się trójwymiarowo, machając z hologramu. Ronwe skrzywił się na widok jej sylwetki, odwrócił wzrok, nieszczęśliwie natrafił nim na kolejne sześć propozycji PornCenter i jedną komendą zgasił wszystkie odtwarzacze w pomieszczeniu.
Cisza wbiła mu się w mózg jak jakiś wielki, tępy gwóźdź do drewna i na dobre kilka minut odebrała zdolność podejmowania decyzji. Skalpel, wiszący centymetr nad rozkrojonym bicepsem i skierowany idealnie między nerw a tętnicę, błyszczał, bezczelnie drażniąc wzrok.
Stuprocentowe powodzenie operacji po zgaszeniu systemu auto-bezpieczeństwa graniczyło z cudem. System ten zapobiegał wszelkim błędom manualnym, blokując je autonomicznie. Teraz najwyraźniej uznał, że cały zabieg stanowi błąd i nie pozwalał Ronwemu ruszać prawą ręką. Blokada sięgała łopatki i mostka, parokrotnie zwiększona walką z zamiarami cyborga.
Wystarczyło ją zgasić - banalne rozwiązanie za cenę gwarantowanego braku uszkodzeń grożących częściowym paraliżem dłoni.
Ronwe wbił zęby w dolną wargę i ostrożnie, z pełnym skupieniem, dezaktywował system na dwie sekundy.
To był błąd.
Mięśnie rozluźniły się, staw łokciowy odblokował, a skalpel drgnął o widowiskowy centymetr i trafił czubkiem w najgorsze z możliwych miejsc. Krew trysnęła hakerowi między oczy.
System aktywował się ponownie i wysłał spóźniony komunikat o niezamierzonych uszkodzeniach ciała. Ronwe odświeżył bufor procesora i zrezygnowany odłożył skalpel na stół. Odczekał pół minuty, by sięgnąć po czekający w stalowej skrzynce zszywacz chirurgiczny.
Nie będzie regulacji - postanowił, oddychając gniewnie przez rozszerzone nozdrza podczas starannego zszywania ramienia. - Będzie serwis u Dichtiarowa. Ostatni.
Krew stygła mu na grzbiecie nosa i rozgałęzieniem ciekła przez twarz, by zaschnąć ostatecznie w okolicach krtani. Starł nadmiar z dłoni i przedramienia, papierowym ręcznikiem otarł łydki i ostrożnie, nadal siedząc ze skrzyżowanymi nogami, wychylił się po kolejną strzykawkę, tym razem wypełnioną zielonkawą substancją przyśpieszającą odnowę komórek. Trzy czwarte wstrzyknął w mięsień i zawahał się z palcem na tłoku. W przeszkleniu regału naprzeciw siebie ocenił wygląd rany na piersi.
Zmniejszyła się, zasklepiła nową tkanką bliznowatą. Wcześniej dało się przez nią patrzeć na żebro i generator przy odpowiednim kącie i oświetleniu (efekt zdawał się potęgować, gdy Ronwe brał pełny wdech lub napinał mięsień piersiowy), co stanowiło spory problem estetyczny. Teraz okrągły ślad pasmami przechodził w gładką skórę, a poprzedni, idealnie kwadratowy zarys płytki programowalnej, wyznaczał wokół niego symetryczną ramę.
Ronwe spojrzał w przebudowane oczy i ze smutkiem pokręcił głową, jakby to martwemu ciału cokolwiek zmieniało. Wtłoczył w mięsień resztę substancji, zebrał się z podłogi i trzymając mocno bezwładną lewą rękę skierował kroki do łazienki.
Dwugodzinna celebracja, jaką od dawna stanowiła dla niego wieczorna toaleta i kąpiel, okazała się nagle możliwa do zrealizowania w kwadrans. Zupełnie jak na studiach, kiedy uważał, że opłukanie się wodą i zużycie dziesięciu mililitrów żelu 3w1 to wszystko, czego potrzeba do zachowania higieny. Nie tknął odżywek, pasów, masek, aktywatorów, okładów chłodzących dla elektroniki wbudowanej w kręgi szyjne, obręczy monitorujących działanie systemu, ani (tu się naprawdę sam zaskoczył) kapsułek czyszczących zatoki. Nie zabezpieczył membran usznych i mikro-nadajnika wbudowanego w kość skroniową przed działaniem wilgoci.
Tak dawno nie był w stanie pominąć tych szczegółów, że spod prysznica wyszedł równie podekscytowany, co przestraszony, a na widok własnego ciała w lustrze aż wyprostował się i zastygł.
— Po co się śpieszysz? — zapytał, nie intonując.
Ciemne kafle i bordowe przeszklenia sięgające sufitu, na tle których jego skóra wyglądała jeszcze jaśniej niż zwykle, wydały mu się nagle dziwnie obce. Podobnie zresztą jak większość sprzętów wokoło. Czarny szlafrok i oszroniona szyba chłodzonej szafki z alkoholem nieco równoważyły efekt; ich widok przynosił spokój, tak samo jak uchylone drzwi kriokomory.
Haker zmrużył oczy, analizując. Podejrzliwie spojrzał w lustro.
Pozwolił ścieżkom konektomu na kilkanaście sekund niekontrolowanego działania, czując prawie, jak impulsy elektryczne płyną przez stare gałęzie neuronów i skaczą między wymierającymi synapsami. Dietrich Akermann odchylił się w tył. Przesunął dłonią od mostka do podbrzusza, badając docięte krawędzie, szukając wypukłości blizn po szwach. Oparł palce o żuchwę, po czym obejrzał ją z dwóch stron i od spodu, siłą obracając głowę, sprawdzając jak gdyby dokładność golenia. Wymacał ślady po operacji zmiany rysów. System auto-bezpieczeństwa powstrzymał go w międzyczasie przed zmiażdżeniem sobie szczęk zwiększonym o trzysta procent naciskiem palców cyborga.
Piotr czeka. Nie ma leków. Nie ma swoich rzeczy. Nic nie jadł od rana.
Ronwe zirytował się fantomowym poczuciem winy i postanowił, że w wolnej chwili zerwie szczątkowe połączenia neuronowe po najbardziej pizdowatej części Akermanna.
— Das ist mir doch scheißegal — oznajmił głośno. Przygotował golarkę, trymer, grzebień, żel i całą paczkę ulubionych pianek o zapachu kokosa, po czym wysuszył włosy głową do dołu i wyszedł, nie sprawdzając, jak cholernie i pionowo sterczy mu czarny bezład nad czołem i siwe pasmo nad skronią.
Anestetyk puszczał wyjątkowo opornie, więc większość czasu, który haker miał zamiar przeznaczyć na wybór odpowiedniej koszuli (w szafie zostało ich tylko trzydzieści sześć, bo nikt nie zrobił prania), została zmarnowana na bandażowanie i usztywnianie lewej ręki od nadgarstka aż po bark. Na domiar złego ręka ta uniemożliwiała założenie dopasowanego ubrania. Ronwe z bólem otworzył awaryjną szufladę i cierpiąc jak mało kiedy założył swój informatyczny sweter.
Brak guzików dobił go zupełnie, gdy machinalnie wygładzał czarne prążki na piersi. Chinosy nie pasowały odcieniem, paska nie było sensu zakładać.
Czy dało się wyglądać gorzej?
Zanim choćby pomyślał, przemknął przez piętro i jednym skokiem pokonał szesnaście stopni zejścia do poziomu minus pierwszego.
— Piotrze, jak ja wyglądam? — pytał już sekundę później, stojąc w drzwiach i ignorując fakt, że przestraszony Miński prawie przez niego upadł. Laborant wytrzeszczył oczy i wydał serię dźwięków zwiastujących zapowietrzenie, dociskając do piersi swój nowy ręcznik (Ronwe wybrał mu największy i najbardziej kolorowy ręcznik, ten z Ferrari).
— Hyg… No… Yht, dobrze — wykrztusił nieprzekonująco.
— Ten sweter — naświetlił haker. Wskazał na swój tors. — On.
— Masz włosy jak na egzaminach wstępnych — dodał Miński zszokowany.
— Buty sportowe do niego? I jeansy?
— Zajebiście jest, Didi. Idź tak.
— Ale jeansy?
— Nie — zaoponował laborant pewniejszym głosem. Odkaszlnął, uniósł dłoń i kategorycznie powstrzymał Ronwego gestem. — Gołe kostki. Tak zawsze z Worskim nosiłeś do swetra. Na kluby. Sweter, kawa, izotonik: technik, kurwa, elektronik.
— Szmal, alkohol, dragi, szmaty: haker, kurwa, informatyk — dokończył Ronwe bez zawahania, po czym dla pewności zapytał: — Tak?
— No a nie? — oburzenie Mińskiego było jak odtworzone po latach nagranie, jak deja vu, co w praktyce oznaczało, że system cyborga jest na wyczerpaniu i dopuszcza na generator niepotrzebne sprzężenia zwrotne. — Przecież pamiętam! Aaaa, poza tym nadal jestem obrażony. Może pójdę z tobą, żebyś wiedział, co zabrać?
— Wykluczone. Wiem, co zabrać.
— Хуеплёт.
— Nie uduś się, jak mnie nie będzie.
— Kup mi jakiś alkohol.
— To ja idę — oznajmił haker i trzasnął drzwiami.
— To ja czekam — padło zza warstwy metalu.



//


Kampus RANu był wspaniały. Rozplanowany optymalnie i intuicyjnie, jakby go ktoś doświadczony nadrukował na gigantyczną płytkę opatrzoną paskudną etykietą B-23. Tak zresztą zapewne było - Ronwe, po latach pracy w głównym gmachu, nie wątpił, że RAN powstał z polecenia najbardziej wpływowych ludzi z całej Europy, którzy mimo pozornego zatarcia granic między państwami i oddania władzy w ręce Zjednoczonego Kręgu (jak zaczęto nazywać ostateczną radę Unii Europejskiej) chcieli mieć wpływ na dalsze losy kontynentu.
Zjednoczenie rządziło i ustalało, kazało i zabraniało, a RAN od trzydziestu lat stał w jego cieniu i jak pobłażliwy starszy brat kiwał głową, uśmiechał się, klaskał albo ziewał, gdy nikt nie patrzył. Kontynent zdemilitaryzowano - więc RAN przejął środki, dokumenty i programy badawcze, po czym scentralizował uśpiony przemysł militarny. Kontynent oczyszczono z nielegalnych wytwórni leków i wprowadzono zasadę jednorodności, by uniknąć masowej produkcji zamienników - więc RAN zgromadził i wykupił wszelkie konkurencyjne dla monopolu firmy, by móc wpuszczać ich produkty na nielegalny rynek i napędzać podziemie medyczne. Kontynent zamknięto przed swobodną wymianą handlową z Ameryką i wprowadzono pełny nadzór przepływu towarów, co tak drastycznie wpłynęło na cennik narkotykowy czarnego rynku, że ten wrócił do obiegu wewnętrznego i RAN zyskał kolejny niezachwiany finansowo filar, by utrzymać się na powierzchni Europy.
Zjednoczonej, Nowej Europy.
Jebanego zakłamanego bagna i mitu stworzonego przez ludzi bez kręgosłupów dla ludzi bez kręgosłupów i mózgów.
Ronwe kręgosłup miał, i miał go w sobie na tyle, by uznać sprzeciw wobec Zjednoczenia za pewnego rodzaju obowiązek, a Europę za wartą prób uratowania. Europa bez broni nie miała kręgosłupa. Bez wojska i porażającej potęgi militarnej była jak mieszkające w niej społeczeństwo - mdła, rozlazła, żałośnie bezbronna i debilnie dumna z bzdurnych osiągnięć cywilizacyjno-humanitarnych. Pełna wiedzy, miłości, tolerancji i zrozumienia. Wciągnięta, rzekomo, na wyższy poziom człowieczeństwa, gdzie nie było na wojnę miejsca i czasu. I żadnej, według filozofii Zjednoczenia, potrzeby.
Niepojęty ogrom przestępstw i kuriozalny wręcz opozycyjno-rewolucyjny sabotaż realizowany przez RAN był w tym wszystkim dziwnie zakorzeniony i niezbędny. Rósł jak grzyb na wilgotnej ścianie, w cieple i cieniu planując kolejne kroki. Doskonale zorientowany, całkowicie legalny, bez wysiłku obchodzący kolejne zaostrzenia, stał się przez swą gigantyczność prawie niewidoczny. Dla przeciętnego człowieka, wszechobecny i wszechmogący, był po prostu częścią istniejącej rzeczywistości, której na wzór porządku świata kwestionować zwyczajnie nie należało.
Haker odwykł od rozważań na ten temat dawno temu, w dniu, w którym wszedł do RANu i przy jądrze obliczeniowym Paixa prawie stracił życie przez własną nieuwagę. Wtedy nie był jeszcze pewny, czy w RANie spędzi więcej czasu, niż uzna za stosowne dla realizacji własnych zamierzeń. Wtedy oburzały go jeszcze wszechobecne hasła wbijające ludziom do głów, że patriotyzm jest faszyzmem, a przynależność ograniczeniem. Wtedy nie znał jeszcze Niemców z czternastego piętra i nie sądził, że ludzie tacy jak on - tęskniący za własnym krajem, za własnym językiem i odrębnością - będą lgnęli do RANu zwabieni zakłamanymi ideami sprzeciwu, by pod otoczką bohaterskiego ruchu oporu dać się przemielić maszynie terroru i śmierci.
Czym RAN był - tego nie wiedział już nawet Dichtiarow, a Ronwe nie miał zamiaru się dowiadywać. Fabryka zła, przyszła kasta rządząca planująca obalić Zjednoczenie, przykrywka dla neo-faszystów pokroju Hassela, a może po prostu materializacja Dark Netu - hakerowi stało się to obojętne w chwili, gdy jako twórca poczuł pełne i niepodważalne prawo oraz powołanie do przejęcia i zredefiniowania RANu w sposób absolutny.
Ale, pamiętał i powtarzał sobie często, wszystko w swoim czasie.
Wszystko po kolei.
Materiału ludzkiego było pod dostatkiem, chemia testowana na laborantach zaczynała zdawać egzamin, Transfer czyszczono samowolnie, niewygodni Niemcy dawno gryźli piach, z Sorokinem, Rosjanami i Węgrami dało się negocjować, a Dichtiarowa wystarczyło usunąć po załatwieniu kilku istotnych spraw i odzyskaniu Rudolfa. Przeszkody natomiast…
…przeszkody musiały się zdarzać, bo tak działał świat, ale doprawdy, nie było przecież przeszkód nie do pokonania, racja?
Ronwe uśmiechnął się delikatnie, zamaszystym ruchem zatrzaskując drzwi czarnego notchbacka, choć tak naprawdę, po raz pierwszy od dawna, myślenie o wielkich planach wcale go nie uspokoiło. Zadumany przemierzył najdalszy sektor kampusu i stanął przy tablicy wejściowej budynku G.
Piotr Miński” — wybrał z listy. — „ID 398927752
Bez zastanowienia wklepał kod dostępu i po otwarciu bramy aktywował drzwi kartą Polaka. Na klatce rozbłysła jaskrawo tablica informacyjna chwaląca go za sprawne przejście przez podwórko (Łączny wynik uśredniony - siedemdziesiąt jeden sekund, czas analizy - trzy lata, dwa miesiące, dziewiętnaście dni), co niezmiernie ucieszyło zarząd RANu i zwiększyło (pod warunkiem spełnienia norm Ak-B1-13/4/5 i GhK8 b.3) szansę na premię miesięczną w wysokości 5% od bazowego stanu zarobków.
Mieszkanie pachniało dokładnie tak samo jak poprzednio. O dziwo, bo przecież nie było w nim ani Ronit, ani Piotra. Ronwe wszedł do środka i w korytarzu węszył przez dłuższy czas tak, jak go kiedyś nauczył Mainhard; wolno, zwężając krtań i krótkimi interwałami zmuszając powietrze do płynięcia przy górnej powierzchni jamy nosowej i gardła. Po analizie wyników uznał, że mimo pozornego podobieństwa skład zapachu różni się diametralnie ilością feromonów. Fakt ten zmartwił go mocno, bo oznaczał, że coś jednak między Mińskim a Farkas było, albo mogło być, albo zaczynało być w momencie, w którym to brutalnie przerwał.
Zmartwiony nie tyle zrujnowanym romansem, co stanem psychicznym i wydajnością Piotra, przeszedł do kuchni i zaparzył sobie nostalgiczną kawę z izotonikiem. Nostalgicznie przejrzał też szafkę Ronit, jej leki hormonalne, jej węgierskie przyprawy, jej filiżanki z podobiznami zwierząt i poskładane równo serwetki w ręcznie haftowane wzory. Pod serwetkami znalazł ciastka maślane z naklejoną kartką „Nie wpierdalaj, Cycata, weź mój karnet na siłownię”, cokolwiek to mogło znaczyć po polsku.
— Ach du Scheiße… — zaklął, gdy okazało się, że łączna ilość ciastek pozostałych w paczce wynosi pół.
Pół ciastka z kawą to był doprawdy szczyt nostalgii.
Wiedziony przeczuciem zajrzał do lodówki, gdzie spodziewał się znaleźć zapasy alkoholu. Nie było alkoholu. Przeszukał więc wszystkie półki w aneksie, ale te również zawiodły go wypełnione wyłącznie zdrową żywnością i dziesiątkami herbat. Dopisał w myślach konieczność zakupu kilku butelek i przeszedł do klasyfikacji rzeczy, które należało Mińskiemu przywieźć.
To się okazało trudniejsze, niż podejrzewał. Próbował myśleć logicznie, praktycznie w sposób właściwy dla dwudziestoośmioletniego samotnego mężczyzny, co zaowocowało zebraniem kosmetyków i recept Piotra, wybraniem najczęściej pranych ubrań i pobieżną segregacją rzeczy codziennego użytku. Tych rzeczy momentalnie nazbierała się cała sterta i w pewnej chwili haker zdenerwował się, bo tak naprawdę najłatwiej byłoby wynieść wszystko: cały pokój Mińskiego zapakować w pudła i przetransportować do siebie. Polak miał kolekcję książek, kostek programistycznych, słuchawek, odtwarzaczy, wzmacniaczy, tabletów i siatek, całą półkę netbrystoli, klaserów, segregatorów i pudeł z płytkami. Miał też gitarę i dwie kaczki do debugowania, w tym jedną, z którą spał, i drugą, z którą się kąpał.
Ronwe nie zauważył nawet, kiedy zaczął kląć, a własną wściekłość i bezradność odkrył w momencie, gdy przypadkiem złamał w palcach znaleziony wcześniej srebropis.
To nie był byle srebropis. To był srebropis z numerem indeksu Mińskiego. Unikalny prezent od dziekana darowany w dniu ukończenia studiów.
Haker chwycił się za nasadę nosa i zamrugał, próbując odzyskać opanowanie. Bezmyślnie wyniósł pustą butelkę po wódce i dwie szklanki stojące przed drzwiami balkonu, umył je dokładnie, tak samo jak resztę naczyń w zlewie (doprawdy, nie mogła chociaż zalać tego garnka po gulaszu, zanim jej skleił ręce taśmą?) i przeszedł z powrotem do pokoju Polaka.
I wtedy, dopiero wtedy, zobaczył to pudełko. To, na które patrzył już kilkanaście razy, przeszukując szafę. Na poziomej powierzchni płaskiego drewna, pośrodku kwadratowego kształtu bez kurzu (pasującego wymiarami do zabranego w piątek kartonu z rzeczami hakera) leżał samotnie czarny, podłużny prostopadłościan ze srebrnym pasem ozdobnych liter.
Zdrętwiałymi palcami lewej ręki, w której dopiero co puścił anestetyk, Ronwe sięgnął po swój osiemnastkowy prezent pozostawiony lata temu pod łóżkiem w akademiku. Zdjął pokrywkę. Kartonowy prostokąt zapisany był rozchwianym jak u starca i niewprawnym jak u dziecka pismem matki:

Kochamy cię, Didi.
~Rodzice


Pod spodem czekał złoty, analogowy zegarek o okrągłej kopercie, perłowej tarczy i szerokim, segmentowym pasku. Haker wyjął go z kamienną twarzą. Machinalnie obrócił urządzenie w palcach i wsłuchany w ciche tykanie odczytał z dekla ręczny grawerunek.


Zieh’ dich immer warm an

Co za pomysł, by na prezencie z okazji pełnoletności pisać podobne bzdury, pomyślał. Dobrze, że darowali sobie „Noś czapkę” albo „Ubierz kapcie”. Albo „Uważaj na ulicy”. Albo „Nie siedź po nocach przy komputerze”. Parsknął przez nos, blokując w myślach obrazy ze szpitala, znienawidzone objawy CCHS i brzmienie głosu, którego nie musiał pamiętać.
Zegarek zapiął na nadgarstku, bo nie miał zamiaru zostawiać swojej własności ludziom opróżniającym mieszkania po laborantach. Spojrzał na stos rzeczy pośrodku pokoju i nagle stwierdził, że doskonale wie, co z niego zabrać. Z ulgą rozpiął torbę.
Wybrał zardzewiałą tabliczkę z nazwiskiem MIŃSKI (zdemontowaną z drzwi rodzinnego domu Piotra w Polsce), dwie bluzki z długim rękawem (jedną szarą i dziurawą, drugą z naszytym samolotem), najstarszą kostkę programowalną (z pracą semestralną sprzed pięciu lat), oraz znalezioną w ostatniej szufladzie biurka zniszczoną książkę w ciemnoczerwonej oprawie, z której prawie starł się już złoty napis „Как закалялась сталь”.





Eskil Ulfsson

— Pierdolisz — zgadł Hubert, charakterystycznie podbijając bezdźwięczne głoski europejskiego angielskiego. W mroźnych ciemnościach szedł obok Eskila na swój niepodrabialny, niepokojący sposób: bezgłośnie, ostrożnie, zwalniając oddech tak, że ten prawie nie parował w zetknięciu z ujemną temperaturą. Eskil zdołał zapomnieć, jak bardzo tego nie lubi. Jak źle się czuje sam ze sobą, widząc Puszka kątem oka i próbując usilnie skupić uwagę na innych niebezpieczeństwach.
Śnieżyca ustała chwilę wcześniej, diametralnie zwiększając widoczność i odkrywając przed gośćmi przedstrefy obraz zmrożonej, zastygłej krainy pełnej stali i betonu. Szkieletu miasta pokrytego śniegiem. Oblodzone kable kołysały się jeszcze nad pustymi bezdrożami, gdy Eskil mijał je z Puszkiem, przeskakując po fragmentach stalowych krat.
— Mówię poważnie. Nikt nigdy nie widział Zvajdera.
— Ja widziałem Zvajdera — warknął Hubert natychmiast, akcentując pierwsze słowo.
— Dobrze, ty i Hanna. Nikt poza wami. — Ulfsson zachwiał się lekko, wciąż z trudem ćwicząc wyczucie, które kiedyś po prostu miał, bez problemu, bez wahania, bez zastanowienia biegając po najbardziej nawet niedostępnych częściach przedstrefy. Zdradliwe ścieżki bawiły się nim teraz, zmuszając do planowania każdego kroku.
— To jest całkiem…
— …bez sensu, wiem. Ale nie pytaj chłopaków. Jeden coś zmyśli, reszta powtórzy. Ja sam mam w głowie tylko świadomość, że powinienem go dobrze pamiętać — tłumaczył ostrożnie. Skomplikowany wywód Jörga odnośnie do natury jego towarzysza przerósłby, w pierwszej chwili, każdego. Ulfsson miał tę świadomość i specjalnie przygotowywał Puszka na szok. Nagrania z kamer osiedlowych, spod bramy przedstrefy i dowolnych innych miejsc miały być tylko dowodem ostatecznym.
Student przymierzał się do tej rozmowy od miesięcy, od momentu, gdy wypytał cyborga o szczegóły. Wypytał ze strachu. Wypytał, bo nigdy nie widział Zvajdera, a brat i ojciec twierdzili, że miał ze Zvajderem bardzo dobry kontakt.
Panika i nieporozumienie, które w grupie zaniepokojonych Szwedów i Polaków mogła teraz wywołać informacja o treści „Zvajder był tu przez trzy lata, a wy nie wiecie, czym jest i jak wygląda” były uzasadnione.
„Zvajder był tu przez trzy lata. Gadaliście z nim, patrzyliście na niego, mijał wasze domy, stał tuż obok was. Wasze rodziny nie wiedzą, że istnieje. Na nagraniach z kamer go nie widać.” - to była wersja robocza. Nieco gorsza. Przeładowana.
„Zvajder jest zbiorową halucynacją.” - też niezłe. Dosadne. Pewnie ktoś by się zaśmiał.
Hubert się zaśmiał w ciemności, jakby czytał w myślach, i to było tak okropne, że Eskil potknął się przez niego o połamany betonowy blok.
„Zvajder zmienia rzeczywistość i nagina ja w sposób trwały. Kasuje się z waszych wspomnień już w trakcie ich zapisywania. Oszukuje kamery podczas rejestracji klatek” - to z kolei była wersja Jörga, okrojona oczywiście z serii danych, specjalistycznych pojęć i cyfr, przetłumaczona na język potoczny. Obrazowa, prosta. Straszna jak pozostałe, ale chwilowo najlepsza. Eskil przebierał w słowach, chcąc ułożyć dla mężczyzn z osiedla wywód zrozumiały i nie generujący chaosu. Samo myślenie o Zvajderze owocowało jednak chaosem i tak naprawdę im dłużej Ulfssona frasowało, tym bardziej zaczynało niszczyć mu psychikę. Czuł sprzeciw i strach. Długotrwały niepokój. Ciągłą niepewność.
I nie sądził, jeszcze kilka godzin temu, że istnieje gorsza od wszystkich poprzednich wersja „Tajemnicy Zvajdera” autorstwa Huberta Puszka i że Hubert Puszek przedstawi mu ją ze szczegółami. Że, mimo niewiedzy o naturze problemu, okaże się zdolny do odtworzenia tylu detali. To oczywiście było wytłumaczalne - Hanna i Hubert zajmowali specjalne miejsce w życiu Jörga, a ten wiedział przecież, że Zvajder tworzy dziury w ludzkich mózgach. Może nie chciał mu na to pozwolić przynajmniej w tych dwóch przypadkach. Takie sprawiał wrażenie. Milczał zły, gdy Eskil haczył o temat.
Sam Eskil natomiast cieszył się, że niewiele pamięta; tak było ostatecznie zdrowiej i łatwiej. Zvajdera wyobrażał sobie trochę jak psa. Takiego psa, który…
Jakby…
Albo raczej małpę? Która jakby…
A może on był człowiekiem, tylko jakby…
I tu myśli odmawiały współpracy. Setny, tysięczny raz. Na tym samym torze. Po tych samych skojarzeniach. I cały mózg tężał zmrożony strachem zamknięcia w pętli czasowej.
Eskil sapnął głośno, szybkim strumieniem wypuszczając powietrze przez nos. Dość, pomyślał. Nie można. Nie teraz…
…fan.
— Fan, kurwa — wyrwało mu się i stanął jak wryty. Śnieg zawiał, obsypując wojskowe buty białymi igłami. Wszystko w przedstrefie zafalowało, gdy wiatr przeciskał się między garażami i jęczał, poruszając mechanizmy opuszczonego lunaparku. — Hubert.
— Co? Już się zesrałeś? — rzucił Puszek, nawiązując do swoich wcześniejszych wypowiedzi, w których twierdził, że dwa lata to za długo, by tu wracać ot tak, i że Eskil wymięknie po pierwszych pięciu minutach.
— Nie. Ale kiedy tu wchodziłem, ty mówiłeś o Zvajderze — wyszeptał Szwed w szoku. Nie mrugał, oczy zaczęły piec go od mrozu. Osłonił twarz przed śnieżną zawieją. — Mówiłeś…
— Mówiłem, jak wygląda — potwierdził Polak od niechcenia. Poprawił kołnierz i ostentacyjnie zmienił pozę, okazując zniecierpliwienie. — Idziemy?
— Ja nie pamiętam, co powiedziałeś — wyszeptał Eskil głucho. — Ani słowa.
Puszek otworzył usta, a potem je zamknął. Uniósł palec. Zatchnął się.
I nie skomentował. Splunął pod nogi, wpychając ręce w kieszenie. Wiatr omiatał go zmrożonym pyłem, szarpał czarną kurtkę i wył rozpaczliwie przejmującym dźwiękiem zastanych metalowych konstrukcji.
— To jest bardziej, niż myślałem. Głębiej, niż myślałem, że może być — wydusił Ulfsson w akcie bezradności. Czuł, jak niemoc oblepia go wraz z zimnem, wolno, sukcesywnie, od kiedy przekroczył czterometrową bramę w murze.
— Więc wam go narysuję. Chodź.
— Nie wiem, czy chcę to widzieć.
— Nie chcesz, kurwa mać, bo nie zaśniesz — mruknął Hubert i wzdrygnął się dziwnie, jakby samo wspomnienie spinało mu mięśnie w odruchu. — Jebany koszmar na jawie. Gorszy niż horror w VR.
Eskil oblizał wargi i ruszył za nim w gęstą ciemność.
Szli równo i cicho, aż dotarli do granicy setek blaszanych garaży. Większość z nich była pusta. Część, według pogłosek, zajmował sprzęt RANu i chemia z węgierskiego oddziału w B-24. Szwed odbił się od ziemi i wyuczonym ruchem podciągnął na wysokość dwóch i pół metra. Zarzucił nogę na dach, wspiął się. Wyciągnął do Huberta dłoń.
Udał, że nie widzi przebłysku obrzydzenia na wycieńczonej twarzy. Udał, że nie czuje drgnięcia wstrętu w mięśniach, gdy zaciskał palce na mocnym przedramieniu, umożliwiając Polakowi wejście na dach bez zbędnego wysiłku.
Skakali z jednego garażu na drugi, zbliżając się do wiecznie jaskrawych świateł lunaparku. Eskil czuł swoje równe tętno, po wielu godzinach nadal podwyższone przez echo narkotyków. Wciąż rozglądał się czujnie na boki. Wciąż napinał mięśnie i czekał. Na krzyki, na strzały, na adrenalinę. Na laborantów RANu.
Jakby zaraz miało się rozpętać piekło.
Lecz było cicho. Spokojnie. Pusto, zimno i czarno.
— Kark skręcisz — westchnął Puszek.
— Hm?
— Po chuj się rozglądasz? A jak któregoś zobaczysz? Nie rozglądaj się.
Eskil zamrugał i obrócił głowę niepewny, czy Polak żartuje.
— Co? — syknął, poprawiając chwyt na karabinie. Chłodny metal za nic nie chciał rozgrzać się w jego dłoniach.
— Co. RAN. Pół-żywi ludzie z RANu. Żywe ciała. Warzywa. Odpady. Zapomniałeś, co tu mieszka? Nie wiesz, gdzie jesteś?
— Ale — zaczął Eskil głupio i natychmiast zorientował się, że nie może okazać strachu ani wahania przed jedyną osobą znającą jego sekrety. — Oni są w kontenerach. Oni… Są w blokach. W mieszkaniach. W blokach.
— Nie. Oni są wszędzie, zakuty łbie. Tatuś ci nie powiedział?
— Nie — syknął Szwed, jednocześnie obracając się za odległym dźwiękiem skrzypienia stali, pogłosem otwieranych włazów. Bezzałogowce RANu startowały seriami, hukiem tnąc mroźne powietrze i rodzierając je trójkątnymi sylwetkami latających skrzydeł. Nad kampusem dziesiątki kilometrów dalej rozbłysły ich poczwórne ogniste ślady. Rozgrzane pędem silniki odrzutowe. — Nie rozmawiam o tym w domu.
Hubert parsknął i spojrzał na niego z pełnym litości rozbawieniem.
— Wiem — rzucił przesłodzonym głosem.
Eskil zacisnął zęby i pogodził się z faktem, że im bliżej spotkania z resztą osiedla, tym mniej zostanie z nikłej iluzji porozumienia, które nawiązał z Puszkiem przed przekroczeniem muru. To, że chwilę pogadali, że jeden się zaśmiał, a drugi uśmiechnął, i nawet padł tam gdzieś jakiś komplement, nie miało już znaczenia. Hubert dbał o to, jak widzieli go inni. Z całą pewnością nie zamierzał odsłaniać się przed nimi tak, jak się przypadkiem odsłonił przed Eskilem. Nie zamierzał okazywać sympatii osobie, którą oficjalnie gardził i na poniżaniu której wyrobił sobie renomę. Więc teraz wracali do źródła. Do wzajemnej niechęci. Do dosrywania sobie ukradkiem i ciągłej rywalizacji nie prowadzącej ku niczemu nowemu.
— Zawsze jakiś został. Jakiś się schował przed Waflem. Nie biegasz tu od dwóch lat, to nie wiesz. Niby warzywa z tych laborantów — szeptał Hubert nisko, patrząc pod nogi — ale jakoś się umie jeden z drugim skumać. Trzeszczą do siebie. Wyją po nocach. Już nie czekają w mieszkaniach, aż ich rozwali cyborg. Rozłażą się. Alarmują nawzajem. A RAN nie mówi, kiedy przyśle nowych. Jest zlecenie i nie wiesz - rozłożył ręce w sugestywnym geście (Eskil uchylił się, żeby nie oberwać lufą) - ile to już na ciebie czeka. Czy od godziny tam są. Czy od tygodnia. Czy się nie rozkurwili po całej przedstrefie. Czy na ciebie nie patrzą zza tamtego drzewa i jeden drugiemu nie mówi „Idą po nas” w tym całym pierdolonym trzasku…
— Wiem, że kłamiesz — oznajmił Eskil głośno i to była jedna z tych chwil, gdy sądził, że mówi ktoś inny, a potem poznawał swój głos. Wyprostował plecy i spojrzał na Puszka z góry. Polak uśmiechał się płasko i dziwnie, tak pogardliwie, jak tylko on umiał, ledwo ruszając mięśniami twarzy i całe wrażenie tworząc spojrzeniem.
— To się rozglądaj — powiedział.
— To będę, żebyś wiedział! — odszczeknął Ulfsson zajadle. — HEJ, KURWY! BLADE DUPY RANNE! — wydarł się z całą mocą i podskoczył parokrotnie, uderzając butami o blaszany dach. Niemożliwy hałas pustego echa rozniósł się we wszystkie strony, odbijając od garaży i drżeniem przechodząc na kolejne rusztowania. — CHODŹCIE TU, PIZDY, WYRUCHAM WAS OSTRO! WSZYSTKICH! A! HUBERT! NIE! WYRUCHA! NIC! BO SIĘ, KURWA, NIE ROZGLĄDA!
Puszek początkowo wytrzeszczał oczy i zbulwersowany odsłaniał górne zęby, ale najwyraźniej miał w sobie zalążek prawdziwego męskiego poczucia humoru, bo pod koniec wybuchnął głośnym śmiechem.
— Ha! — stęknął — Dobre!
— MACIE DARMOWE KARNETY NA RŻNIĘCIE! KARDIO Z MOIM MAGAZYNKIEM!
— DOKŁADAM PAKIET W SUPER PLUSIE!
— KARTĘ STAŁEGO KLIENTA!
— RUCHANIE W DUPĘ VIP!
— HAHA! — rozpłakał się Eskil.
— HAHAHAHAHA! — zarechotał Puszek.
— Hehe — zaśmiał się ktoś pod garażem i wtedy Ulfssonowi stanęło prawie serce. Odskoczył od krawędzi i wyrżnął o wystający drut. Stracił kontakt z podłożem. Z łomotem zwalił się z dachu i w pędzie obróciło go o połowę, nim przygrzał w ścianę sąsiedniego blaszaka. To wszystko był chaos i urywki, setne sekund - rozmyty widok świateł, panika, powietrze uciekające z płuc. Tak bazowe zwierzęce odruchy, że kontrola nad nimi nie istniała.
Huk. Dwa strzały. Blade ciało padające na ziemię i wzbijające śnieg. Przekleństwo Huberta. Buty Huberta. Głos Huberta.
Twarda jak metal dłoń Huberta i cztery knykcie orające policzek płaskim ciosem na odlew.
Eskil odzyskał władzę nad ciałem po trzecim liściu z rzędu. Żałośnie zasłonił się przed czwartym. Twarz palił mu ogień, z przegryzionego języka ciekła krew.
Przerażony zakrztusił się nią i spojrzał w daleki, ginący w ciemnościach korytarz blaszanych bram za sylwetką Polaka. Po czasie odnalazł wzrokiem zwłoki. Mężczyzna leżał dwadzieścia metrów dalej, twarzą do ziemi. Miał na sobie zwykłe, biurowe ubrania. Podarte, ale nowe.
Jak ze sklepu.
— …wię do ciebie, dzieciaku — dotarł znikąd rozwścieczony głos Huberta. Eskil spojrzał zdziczały i szarpnął się. I znów oberwał w twarz, aż mu ją obróciło do ziemi.
— Czemu jestem tak daleko? — zapytał nieswojo, przez włosy, gryząc śnieg. O ile to on zapytał.
Puszek zmrużył szare oczy i przez usta przemknął mu grymas złości.
— Bredzisz — syknął.
— Byłem metr od niego. Teraz jestem tutaj. Dlaczego jestem tutaj?
— Bo uciekałeś?
— Ja?
— Tak?
— Ja uciekałem?
— Na czworakach, z mordą w śniegu? — uściślił Hubert nieco wolniej. Z pogardą. Z gniewem kryjącym ulgę. — Tak, to na pewno byłeś ty. Poznałem cię po dupie. Od tyłu.
— Haha — wymówił Eskil i dopiero wtedy poczuł, że ma stopy i dłonie. Złapał pełny oddech. Wypełnił nim płuca, usiłując zapanować nad wnętrzem głowy.
Błąd.
To był błąd.
Mógł odmówić Olafowi.
Mógł teraz robić notatki z optymalizacji.
Mógł tu nigdy nie wracać. Ale był zły i głupi. I zakłamany. I chciał postrzelać do ludzi.
Odepchnął Huberta, podciągnął się wyżej i po kilkunastu sekundach był w stanie uspokoić się na tyle, by zamknąć oczy i policzyć do dziesięciu. Potem wstał (nogi drżały mu jak nigdy), sprawdził blokadę karabinu, wytrzepał śnieg z włosów i kaszlnął, zapluwając się krwistą śliną.
— Zwykle nas nie atakują. Są neutralni. Lubią patrzeć i słuchać. I tyle — rzucił Hubert, obserwując go z zaciekawieniem. — Chcesz wrócić do domu?
— Nie — odparł Eskil, wbijając wzrok w ziemię.
Nie mogło być gorzej. Nie mógł widoczniej ustawić się pod ścianą, pozwalając Puszkowi na szydzenie z siebie przez następny tydzień. Przez następny miesiąc. Rok.
Wstyd zalał go od środka i wypełnił wrzącą lawą żalu, co przynajmniej trochę pomogło zwalczyć otępienie po zajściu sprzed dwóch minut. Eskil zacisnął zęby, zerknął na taflę zegarka i zanim dał Hubertowi sygnał, że mogą iść dalej, podszedł jeszcze do martwego laboranta.
Popatrzył w milczeniu na przestrzeloną czaszkę i kolano.
To były szybkie i celne dwa strzały, pomyślał.
— To były szybkie i celne dwa strzały — powiedział głucho minutę później, w ciemnościach wlokąc się za Hubertem.
— Wiem — odparł Hubert. — Nie rozglądaj się więcej.
I Eskil nie rozglądał się więcej.
I patrzył już tylko pod nogi, choć wszyscy ludzie z osiedla, czekający pod lunaparkiem, zaczęli na jego widok klaskać.
I stał tak długo, milczący i zasępiony, skinąwszy głową ojcu i bratu, zacierając granice między jawą a odrealnionym transem, w który przedstrefa wpychała go za każdym razem, niezmiennie, od kiedy skończył piętnaście lat. Gdzieś obok Hubert wypruwał się na temat tego, że miał rację - jak zawsze - i był czas na działanie w sprawie von Wafla. A teraz nie ma już czasu, nie ma waszego cyber-wikinga, paniusie w warkoczach, już go nigdy nikt nie znajdzie i nie zapyta, co tu w ogóle robił. Czy jest takich więcej. Kurwa mać, mówiłem, ja pierdolę, mówiłem, ja, Hubert Puszek, ja to wiedziałem, ja wszystko wiem. Coś oczywiście po Jörgu zostało, eh, co, mnie nie pytaj, co, sam się domyśl, co, nieważne, zacznij się rozglądać, matole. Nie, o co ci chodzi, Olaf? Ja niczego nie ukrywam, może ty coś ukrywasz?
…tato, daj spokój. A ty się wyśpij, Polaczku. A ty nie stój z boku, Esko, autyzm masz, że się tak gapisz w jedno miejsce? A lufę wyczyściłeś? A broń nasmarowałeś? A poza tym…
…że Zvajder jest kosmitą. Sam jesteś kosmitą, fan, masz coś do kosmitów, jebany rasisto? Kosmita ma takie prawa jak ty, ty patrioto, ty faszysto. Mi raz Zvajder pomógł wyjść z potrzasku, jak rozjebało ścianę…
…jak Puszek rozjebał ścianę, dla ścisłości, to on rozjebał ścianę, zamknij ryj, Puszek, byłeś pijany jak sam skurwysyn, o, przepraszam, dziś to samo, ej, daj łyka…
…W LEWO RAZ DWA TRZY CZTERY! MASZERUJĄ BULDOŻERY…
…poważna sprawa, zakute łby, niczego nie rozumiecie? On tu był na próbę, na przeszpiegi, jak wywiad, wszystkich nas skanował i liczył, a teraz w RANie jakiś zjeb ogląda z nami filmy, tak, Nils, jest film, jak popuściłeś w gacie…
…DU HAR POLARVARGENS ÖGON, DU HAR HUNGER LIKT EN JÄRV! FRUKTAN FÖR DIG TRÄNGER SIG IN!
…mówię, że będzie armia cyborgów i wiecie, kogo przerobią? Nas! My im jesteśmy niepotrzebni żywi, Puszek już teraz wygląda jak trup, spierdalajmy…
…oho, odjebało korbę. A kto ci dawał chrupki, jak byłeś mały, ty jebana polska…
…tak, zjebie! Miał ponad dwa metry, mordę wyciągniętą tak, jakbyś w połowie zatrzymał film z transformacji wilkołaka w pełni, ale zmutowanego z Obcym i pawianem, miał głowę szerszą niż twoja dwa razy, mięśnie jak tur, dwa rzędy zębów, trzy pary kłów i były dłuższe niż twój ding-dong, owszem, a ważył z trzysta kilo na luzie, i chodził jak człowiek, i miał pięć palców, zesrałbyś się na jego widok…
…jesteś dla mnie kurwą, Ulfsson. Jak cię nie ma w legendzie, to cię nie ma wcale…
…patrz. Wesołe miasteczko.
Eskil zamknął i otworzył oczy. Podniósł głowę, wdychając lodowaty zapach fałszywej, martwej zimy. Światła lunaparku tańczyły nad nim upiornie wolne, kreśląc w czerni jaskrawe smugi.
…więc jebać to! Spotkajmy się z nimi, powiedzmy o Jörgu! Niech się tłumaczą, albo sami czyszczą ten pierdolony syf…
…jeden laborant mi nawet pomachał…
…jeż ci, kurwa, pomachał?
…tak, Hubert?
…nie, Olaf.
…gdzie hakerzy z RANu? Jak się dostać do RANu? Kto z nimi będzie rozmawiał?
Śnieg topniał na rzęsach i rozmywał widok. Eskil wypuszczał powietrze nozdrzami, przez chmurę ciepła oglądając mechanizmy neonowych konstrukcji.
— Ja wiem, co Jörg tu robił — powiedział i nagle zrobiło się cicho. — Ja wiem, kto Jörga zabił i przebudował. Ja wiem, co to jest Zvajder.
— Ze studiów wiesz?
— Z miasta?
— I powiesz nam?
— Powiem — potwierdził. — A potem się dowiem: jakie mają plany. Ile jest cyborgów. Ilu laborantów. Czy tu zostać. Czy uciekać. Czy Jörg wróci. Dajcie mi miesiąc.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

ODPOWIEDZ