TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 24 lutego 2018, 19:39


Zvajder
To nie był Jörg. To nie mógł być Jörg.
Szlak pełen martwych jeży, dodatnio zjonizowanego powietrza i zdartego gdzieniegdzie asfaltu napawał Zvajdera coraz większym niezrozumieniem i popłochem. A serce Jörga nie biło. Przestało wzywać, ucichło i zniknęło z przestrzennej mapy w zvajderowym umyśle.
To sprawiło, że Zvajder poczuł się opuszczony i w swoich własnych procesach wyczuł silny strach. Strach samotności i wyparcia, który nie był nagły i nie wygenerował się w chwili próby. Ten strach od dawna czekał ukryty i gdy ujawnił się, uruchomiony brakiem wezwania, Zvajder prawie stracił nad sobą panowanie.
Przestał zwracać uwagę na zastrzelone i rozsmarowane jeże, przestał obracać się i sprawdzać teren, szukając winnego, a trzy minięte patrole Węgrów na rzece granicznej zostawił w tyle bez wahania, choć motorówki sunęły wolno i upiornie, a martwe ciała zwisały przewieszone przez ich burty.
Za najchłodniejszą częścią przedstrefy, gdzie lód pokrywał wszystkie wywiezione z RANu maszyny, a nieczynne stacje nadawcze sterczały samotnie nad poziomem garaży, Zvajder wypadł na główny szlak transportowy. Asfalt pod jego łapami przeszedł w wielkie, betonowe płyty. Powietrze trzeszczało zimnem i bliskimi przeładowaniami, rażące rozbryzgi iskier na linii dzielącej B-23 i B-24 skupiały całą niemal uwagę. Czarne niebo cięły ostro i ogłuszająco rozpędzone bezzałogowce RANU - ich błyszczące, śliskie podbrzusza widział Zvajder jak rozmyte prędkością pociski. Pluły zimnym światłem, gdy skanowały teren, przesyłając obraz z kamer do odległych siedzib w mieście.
Szukały. Śledziły. Wiedziały o martwych jeżach.
Zvajder przyśpieszył i czuł prawie, jak zrywa własne mięśnie, rozpaczliwymi ruchami czepiając się betonu. Palce przednich łap miał zdarte do mięsa, odzwyczajone już od poruszania się na czterech kończynach w pełnej prędkości, a bojówki Jörga ograniczały go, zjeżdżając coraz niżej pod zwężoną podczas biegu przeponą. Zvajder zdekodował je, tracąc cenne sekundy.
To nie mógł być Jörg.
Wszechobecne zniszczenie i śmierć, chłód, zdradliwe jony i uwolniony prąd to nie był Jörg. Zabijanie ludzi na rzece to też nie był Jörg.
Zvajder wiedział to, choć serce Hassela nie odpowiadało i nie potwierdzało. Wiedział też, że nikt poza Jörgiem, żaden zwykły człowiek, nie mógłby zrobić czegoś takiego, zwłaszcza że wszyscy źli ludzie dawno już siedzieli w swoich domach i za granicami przedstrefy poddawali się okropnościom śniących mózgów. Ta wiedza rozdzierała go prawie dosłownie i w przerażony umysł wbijała ciężki klin logiki.
I nie, to nie był Jörg. To nie Jörg pojawił się na zboczu szerokiego rzecznego koryta w miejscu, gdzie warstwa lodu od dawna pozwalała przejść na drugą stronę i gdzie Węgrzy przestali rozbijać taflę na kry.
Naturalny most pomiędzy sąsiadującymi ze sobą przedstrefami był strzeżony przez ludzi podobnych Puszkowi i Szwedom, ale pochodzących z B-24. Zvajder wiedział o ich obecności; był nawet świadkiem kilku w miarę pokojowych spotkań i ustaleń między nimi a mieszkańcami osiedla. Dokładnie tak samo pracowali w przedstrefie i dokładnie tak samo nie mieli kontaktu z własnym miastem, bo ich istnienie i działalność pozostawała nielegalna, podpięta pod organizacje, które działały w węgierskim B-24. Ci ludzie byli skazani na siebie i nikt nie przejmował się ich życiem ani śmiercią, dopóki wykonywali rozkazy.
Teraz leżeli martwi, a ciało Jörga mijało ich obojętne na łamane pod butami kości i pękające czaszki. Resztki ubrania i płaszcza płynęły w powietrzu porwane i sprute, za plecami cyborga plącząc sto dziesięć centymetrów jasnych włosów.
Zvajder wyrżnął prawie o słupy grodzące przedstrefy i zdruzgotany zsunął się po pochyłej płycie. Łapy rozstawił szeroko, dla wytracenia pędu wdzierając palce w lód.
[Jörg czeka] pomyślał rozpaczliwie, naraz chcąc dołączyć do Hassela i zniknąć mu z martwych oczu [Jörg stoi]
Nim zdążył skupić się na zgaszonym sercu i odczytać którykolwiek z procesów awaryjnej świadomości, cyborg namierzył go i wycelował wiązkę bezbarwnego lasera z prawej dłoni prosto w czaszkę, zawężając pole strzału.
Przed serią z działka maszynowego, o istnieniu którego Zvajder nie wiedział i które wyłoniło się z nadgarstka Jörga w pół sekundy, nie dało się uciec bez pomocy dekodera. Zvajder przesłonił się siatką dezaktywującą i część pocisków zdematerializował sam, w dzikim tańcu podskoków próbując uniknąć postrzału. Przeładowanie uratowało mu skórę, dając szansę zmiany pozycji. Nie miał gdzie cofnąć się i schować, więc ruszył ku zamarzniętej tafli i szarżując przygotował się do wejścia w wymiar kodu.
[Jörg nie Jörg] zagrzmiał na bitowym poziomie, by maszynowe komendy i najniższy język programów Hassela były w stanie odebrać wiadomość [focus_set: passive_JvH_V.2] [restart_main_process] próbował jeszcze, prując środkiem zamarzniętej rzeki [shutdown] [programmschluß] [00#1104#88]
Nic jednak nie odniosło skutku, Hassel umocnił pozycję przed strzałem i miażdżąc ciało jednego z Węgrów zaparł się, by stabilnie zmienić kaliber. Parując na mroźnym powietrzu pięć jego długich palców rozczłonkowało się na segmenty. Proces zerwał skórę słyszalnym, mokrym trzaskiem i z prawej dłoni wystrzeliło kolejno czternaście sterowanych pocisków.
Tego już Zvajder uniknąć nie był w stanie. W ostatniej chwili zdematerializował się i wszedł w wymiar, którego unikał od opuszczenia RANu. Zmienił kierunek.
Hassel natychmiast zerwał się do biegu i przełączył skanery. Uruchomił cyfrowy odczyt radaru, a jego pozbawiona palców dłoń przekręciła się i odpadła, odsłaniając potężną łuskę głowicy bojowej.
Dopiero wtedy Zvajder zrozumiał, w szoku sczytując trójwymiarowe siatki kodów, że cała niemal prawa połowa ciała Jörga stanowi żywy magazyn optymalnie rozmieszczonej broni; pocisków, rakiet, zbiorników pełnych sprężonego gazu, zapasowych głowic i przystosowanych do startu wyrzutni. Przedramię przebudowało się odpowiednio dla samosterowanej mini-torpedy, która na całej długości zastępowała Jörgowi kość promieniową.
Wzmocniona kość łokciowa utrzymywała aparat ruchu w stanie zbliżonym do ludzkiego, choć sama stanowiła magazynek skompresowanych czteromilimetrowych pocisków odłamkowych, które Jörg wykorzystał, próbując zabić Zvajdera piętnaście sekund wcześniej.
Przeładowania ucichły i Hassel zastygł gotowy tuż przy linii rzeki, z morderczą dokładnością filtrując obraz. Zvajder wiedział, że jeden uścisk jego żywej, lewej dłoni na niematerialnej czaszce wystarczy, by ponownie stworzyć organizm. Tak zresztą powstał dawniej - skompilowany wbrew swojej woli przez serce Hassela zastępujące główny procesor przed uruchomieniem.
Teraz serce nie biło i nie wzywało, a Zvajder po raz pierwszy od trzech lat nie czuł przymusu i więzi łączącej go z Jörgiem. Bał się. Bał się nie tylko starym strachem. W bezruchu stojąc pośrodku rzeki i czekając na rozkaz gnący procesy, zrozumiał, że kolejnej kompilacji da się uniknąć.
To było najgorsze i najstraszniejsze.
Jörg posiadał zdolność wpływania na niematerialny kod - co do tego Zvajder nie miał wątpliwości - i mógłby podporządkować Zvajdera własnej woli. Jednak Zvajder nie szedł nigdy za nim i jego wolą. Szedł wyłącznie za sercem.
Nie było już serca.
Serce nie biło.
Przesłony źrenic Jörga zwęziły się, gdy namierzył metaklasy Zvajdera nad powierzchnią lodowej tafli. Ruszył z wyciągniętą lewą ręką, w której brakowało serdecznego palca, zaplątany w resztki własnego ubrania. Posklejane krwią włosy oplatały mu ręce i pierś.
[Nie] kłapnął Zvajder rozdarty, niepogodzony z własną zdradą i niewiernością [Nie, sprzeciw, nie]
Z czerni za krawędzią słupów, sterczących nad korytem rzeki po stronie B-24, dobiegł wyjący sygnał syreny. Jörg obrócił się. Tuż obok niego, zaraz przy bucie, poruszyło się wtedy martwe ciało porzucone na pokruszonych bryłach rzecznej kry. Już sekundę później poderwane w powietrze uderzyło w Hassela z całą bezwładną siłą, a spod spodu (co Zvajdera wbiło w osłupienie hamujące procesy) zerwał się do ucieczki ktoś inny.
Ktoś równie martwy. Ktoś inny niż Jörg.
Szybszy, mniejszy, lżejszy i całkowicie nieuzbrojony. Z organizmem bez zabójczego metalu w środku. Biegł z prędkością przekraczającą niemal dwukrotnie możliwości Hassela.
Zvajder patrzył, jak Jörg z wściekłością odrzuca węgierskie zwłoki na odległość dziesięciu metrów, obraca korpus i błyskawicznym, niepełnym ruchem ugina kolana. Prawa ręka wyprostowała się wyciągnięta przed twarzą, lewa wystrzeliła za nią i cztery palce zamknęła na bicepsie dla stabilizacji, ramieniem przesłaniając oczy.
To trwało krócej niż powinno.
Krócej niż jakiekolwiek funkcje w ciele Hassela uruchomione przy Zvajderze.
W ułamku sekundy pocisk odpalił napęd, odrzutem wyrywając Jörgowi staw. Za pociskiem po rekordowo szybkiej przebudowie wystrzeliły dwa kolejne. Puste przedramię uderzyło o ziemię, a największa z głowic, zajmująca całą przestrzeń od łokcia do barku, z potwornym hałasem miażdżonych tkanek przekręciła się i wysunęła gotowa do użycia. Plując płomieniami i warcząc wyrwała się z ciała Jörga. Jej odrzut był tak silny, że dotarł aż do Zvajdera, przeładowując dodatnio jony lodowatego powietrza.
Po kilku sekundach świszczącego śmiercią lotu rakieta sięgnęła celu. Jasne światło eksplozji rozbłysło w przedstrefie B-23, huk przetoczył się z mocą po ziemi, towarzysząc szerokiemu słupowi dymu kwitnącemu nad garażami.
Wtedy Zvajder usłyszał znajomy dźwięk. Usłyszał pierwsze, drugie i trzecie uderzenie zastanego serca. Usłyszał resetowany sterownik głównej płyty pod warstwą kości chroniących mózg Hassela.
Spanikowany zrobił krok w tył i chciał się zerwać ze smyczy, by uciec, a jego kod w napięciu czekał, aż go skrępuje kaganiec wezwania.
Jörg uderzył plecami o oszroniony grunt, wzbijając obłok naelektryzowanych igieł. Uruchomione serce zbliżało się wolno do tempa czterdziestu dziewięciu uderzeń na minutę. Rozsyłało po zniszczonym ciele kolejne impulsy.
Wszystko wibrowało, wszystko trzęsło się wokół rozedrgane falami kompilacji. Z wyczerpania trząsł się sam Jörg, szarpany spięciami odsłoniętych mięśni.
Otworzył oczy i przesunął spojrzeniem po niebie pełnym dymu.
— Zvajder — wymówił, lewą dłonią drapiąc zamarzniętą ziemię — chodź do mnie.




JvH V.2
Nigdy nie czuł potrzeby bycia ze Zvajderem blisko.
Nigdy w ogóle Zvajder nie był mu naprawdę do niczego potrzebny, choć tak po prostu ze Zvajderem było lepiej niż bez niego.
Leżąc na pograniczu przedstref, między zwłokami ludzi zabitych przez lepszego cyborga, Jörg zrozumiał, że Zvajder nie jest tylko dodatkiem do życia po przebudowie.
Pomyślał, dwadzieścia procent mocy zużywając na ten proces, że brak Zvajdera oznacza koniec. Śmierć Jörga von Hassela i początek martwej maszyny bez imienia.
Ten początek następował wolno i nieubłaganie, bo władzę nad głównym programem Jörg tracił od kiedy pamiętał. Awaryjne tryby przejmowały kontrolę nad jego ciałem i umysłem, niemożliwe do zatrzymania i sygnowane nazwiskiem Akermanna.
A Zvajder był z Jörgiem mimo to.
Nawet teraz stał obok, choć bojowy tryb Jörga, po raz pierwszy aktywowany bez ingerencji i sprzężony z systemem odbezpieczającym broń, zmusił go do ucieczki w sieci kodu, uprzednio prawie pozbawiając życia. Tryb ten aktywował się chwilę po tym, jak Jörg wyłapał ogłoszenia alarmowe na niskich częstotliwościach i odnalazł większość zmasakrowanych Węgrów blisko mostu, na którym wcześniej formatował pamięć.
Najwyraźniej tryb bojowy nie był idealny, skoro poza konkretnym celem próbował zniszczyć wszystko, co stanowiło zagrożenie.
Teraz Jörg nie potrafił ocenić, czy to, co właśnie sączył mu filtr przeoranego zużyciem generatora, było żalem i smutkiem. Najprawdopodobniej nie miał przewidzianych tak zbędnych uczuć, bo tylko cień gniewu był dla niego czytelny: gniew dzielił się równo między nowego cyborga a samego Hassela.
Jörg uniósł rękę, wzywając Zvajdera ponownie.
[Nie Jörg] ciemność zafalowała, gdy niewidzialny kształt zbliżył się ostrożnie [Zvajder pyta]
— Nie — odpowiedział Hassel.
[Jörg zabił ludzi]
— Nie.
[Ludzie martwi]
— Nowy cyborg.
[Cyborg martwy]
— Nie wiem.
[Jörg martwy]
— Yk… — Hassel zastygł z dłonią w powietrzu i zawahał się.
[Jörg bez serca] ciągnął Zvajder, pochylając kark i ruszając przednimi łapami [Jörg bez serca specjalnie, żeby Zvajder nie znalazł, żeby Zvajder nie widział]
— Nie…
[Jörg kłamie, Zvajder nie wierzy, Jörg bez serca zabił ludzi, Jörg bez serca zabił cyborga, Jörg zabił jeże Zvajdera]
Hassel gapił się w niebo i nie mógł spojrzeć na obrażony kod obok, bo uniemożliwiał mu to komunikat o błędzie. Komunikat ten wyświetlił się po przepaleniu generatora, a generator przepalił się w reakcji na zarzut zabicia jeży.
— Chodź do mnie — poprosił bez intonacji. — Chodź tu. — Rozwarł palce.
[Jörg odpowie]
— Chodź — powtórzył identycznie — proszę.
[Zvajder wolny]
— Proszę.
[Jeże]
— Proszę.
[Jeże Zvajdera]
Jörg szarpnięciem poderwał się w górę i ledwo starczyło mu sił, by oderwać plecy od ziemi. Ku szyi Zvajdera sięgnął rozpaczliwym ruchem. Umierał. Miał być już tylko maszyną.
Bez serca i w wersji trzeciej.
Przytrzymał złapany fragment siatki danych, poczekał, aż Zvajder przestanie się wyrywać i przesunął chwyt wyżej, nad łuki oczodołów. Mocną krawędź niematerialnej czaszki zamknął między okrwawionymi palcami.
Po kilku sekundach rozluźnił uścisk i Zvajder oderwał głowę do wnętrza jego dłoni.
[Nie kompiluje] zrozumiał i wcisnął Jörgowi cały pysk pod pachę.
— Nie — potwierdził Jörg. Odciął generator od obwodów procesora. — To koniec.
[Jörg i Zvajder]
Hassel zamknął oczy i poddał się autoformatowaniu.
[Jörg spokojny]
[Do piwnicy]
[Do doktora]
[Jörg V.3]
[V.3]




Piotr Miński
— Co ty masz w głowie — szeptała Ronit prawie bezgłośnie, gdy Dietrich stawiał przed nią butelkę wódki. — Co ty masz w głowie — powtórzyła z tą samą miną i tym samym nieobecnie przerażonym spojrzeniem, gdy wychodził. Wytrzeszczyła oczy i znów załzawiła bez mrugania, mnożąc kapiące z brody krople. — Co on ma w głowie…
— Procesor — odparł Miński. Sięgnął po wódkę, zdarł z nakrętki pasek termiczny, odkręcił i polał sobie obok szklanki. Szklankę miał brudną i opalcowaną czerwienią, za co Didi kilka sekund wcześniej przeprosił go lakonicznie.
— Nie wierzę w to — usłyszał głos Ronit. — To się nie dzieje.
Sam był na tyle zdruzgotany sytuacją, że nawet nie chciał próbować myśleć. Po ataku szału, po zwierzęcym strachu, po walce i ostatnich zrywach logiki najzwyczajniej w świecie nie miał już sił, by analizować cokolwiek. By się w ogóle starać, stawiać Didiemu i dociekać.
Chyba zawarli umowę. Umowę o życie Ronit.
Chyba to był sukces.
— Nie wiem, co się dzieje. Czy to jest życie czy koszmar — powiedział pusto. — Poddaję się.
— Ja… Ja się nie zgadzam, nie rozumiem, nie chcę tak, to jego nie obchodzi, że inni ludzie są, że czegoś nie chcą? Jak on śmie w moim domu, w moim pokoju, jak on… Cyborg… grozi mi, krzywdzi mnie, dlaczego — Ronit nie mogła już płakać ze stresu i Miński widział jej chory wysiłek wkładany w tłumienie bólu — za co, jakim prawem? Czemu ja nie mogę wstać z podłogi, Piotrek — wykrztusiła i załamał jej się głos.
Miński nie był pewny, czy miała na myśli swój stan, czy jednak taśmę izolacyjną, którą Akermann unieruchomił jej kostki i kolana.
— Nie myśl, Ronit — poradził. We własnej głowie czuł wyłącznie pustkę i żałował, że nie może się nią podzielić. — Żadnych myśli. Żadnych uczuć. Daj szklankę.
— Co ja zrobię bez pracy i domu? — zapytała, ignorując jego żałosne rozwiązania. Podsunęła szkło, aż stuknęło o szklankę Mińskiego. Laborant nalał do pełna. — Co teraz będzie?
— Nie zastrzeli nas. To będzie. Zmiany. Będą.
— Zmiany? Piotr, spójrz na mnie. Popatrz na mnie.
Popatrzył.
Uznał, że więcej tego nie zrobi i zajął się piciem.
— Przepraszam — powiedział po osuszeniu szklanki. Ronit sączyła alkohol jakby to był sok, tuż obok garbiąc się i obejmując skrępowane nogi ramieniem. — To moja wina. Padło na ciebie, bo ze mną mieszkasz. Przepraszam.
— Dlaczego ty? — Chemiczka nie odniosła się nijak do jego wyznania i zignorowała nieudolną próbę złapania swojej dłoni. Szorując tyłkiem po podłodze przesunęła się ku światłu i w prędze jasnych promieni zastygła tuż przed przeszkleniem wysokich okien. — Od kiedy się znacie?
— Od lat. Od początku studiów.
— Tu, na wydziale? — dopytała, głową wskazując kierunek. — Programowanie?
— Tak. — Miński wbił zgasły wzrok w okrwawione nosorożce i postrzępioną krawędź piżamy na udzie chemiczki. Skupił uwagę w ten dziwaczny, ciężki do wyjaśnienia sposób, który człowieka zmusza do zainteresowania nieważnymi szczegółami w niespodziewanie okropnych chwilach. — Ja, Worski i on. Didi Akermann — wymienił zwieszony, obserwując cienkie włoski uniesione strachem i zimnem, oraz pokrytą drobnymi wypukłościami zaczerwienioną skórę. — Przepraszam — powtórzył po raz trzeci, bo Ronit poruszyła się niespokojnie, ale patrzeć nie przestał. Zamiast tego zaczął się przyglądać fascynującej budowie kolana.
Nad kolanem tworzyło się zgrubienie, bo taśma izolacyjna prawie dosłownie wbijała się Ronit w ciało.
— I co? Nie zorientowałeś się wcześniej? — spytała.
Miński zamrugał i odechciało mu się żyć. Sięgnął po wódkę, dolał, wychylił i podniósł się z podłogi.
— On taki nie był — powiedział, zmierzając ku regałom. — Był inny.
Ronit prychnęła w tyle, głośno odstawiając butelkę.
— Przyjaciele — skomentowała w szklankę.
— Tak. Całe lata. A potem zniknął. — Miński zatrzymał się przed zdewastowanymi drzwiczkami i ostrożnie uchylił lewe skrzydło. Zajrzał do środka. — Przed obroną tydzień zniknął. Jak kamień w wodę. Akademik pełen rzeczy. Matka w szpitalu. — Schylił się i spod zdezelowanej zgrywarki wyciągnął zapomniane pudło. Oddychał wolno, ścierając kurz z pokrywki. Palący wzrok Ronit czuł między łopatkami. — Ojciec się pod nasz kampus pofatygował, pół miasta na wózku sprzed dwóch dekad, panie Akermann, co panu do głowy strzeliło. A, bo gdzie jest Didi. Nie żebyśmy my wiedzieli. Nie żebym się czuł głupio, że niepełnosprawny dziadek został sam, a o żonie zapomniał, bo, tak między nami, miał coś nie tak z pomyślunkiem. Chuj z ciebie, Didi, myślałem. Twoi bracia, też chuje, daleko w C-18. Twoja matka pod respiratorem. Niczego sobie agentka. Raz obok niej leżałem, jak mnie zabrali spod wydziału tym ultra-szybkim ambulansem, bo mi Didi schował leki i nie oddał. Zawsze chował. Wszędzie chował. Zabawa taka, że niby i tak bym znalazł, ale wtedy zaś byłem na kacu i Didi się przeliczył. No to z tą jego matką na oddziale. Ja pod pompą, ona pod pompą, chodzą z tymi ankietami dla starych ludzi… Ona wzięła, tak czyta i czyta, i do mnie, czy podpisać, to ja na to, że tak, no to podpisała. Pół roku jej Didi z głowy wybijał potem tę eutanazję, a to wyczyn był, i biegaliśmy po całym B-23 odkręcać sprawę, bo organy Akermannowa zapisała dla szpitala przy granicy, dla biednych ludzi z przedstrefy.
— Nie wiem, czy chcę tego słuchać — wtrąciła Ronit — daruj, Piotrek.
Miński podrapał się po policzku i zupełnie nieobecny wrócił do niej, by wraz z pudłem usiąść znów na podłodze.
— Tak — rzucił i uchylił wieko. — Tak.
— Więc nie widzieliście się od twojej obrony — podsumowała Farkas. Coraz więcej rezygnacji było w jej szumiącym głosie i zaczynała łączyć głoski po węgiersku. Nie wyglądała, jakby miała w planach ogarnięcie się, przebranie, czy zrobienie czegokolwiek innego z rzeczy istotnych przed opuszczeniem domu.
Miński łagodnie posunął butelkę palcem, tak że pozostałe w niej trzysta mililitrów zakołysało się oświetlone bladym światłem znad szyldu RANu.
— Zabrałem te jego rzeczy. Tu są, widzisz. Czekały.
— Dobry uczynek. Karma wraca ewidentnie — skomentowała Ronit. — Pomóż mi usiąść.
Miński uniósł się i złapał za zimną, spoconą dłoń, by spętana taśmą Farkas dała radę wstać z podłogi. Wyraźnie ulżyło jej, gdy usiadła na skraju łóżka. Laborant bez namysłu rozłożył świeżo wyprany koc leżący obok i zarzucił dziewczynie na nagie ramiona. Wrócił na własne niewygodne miejsce i znów zaczął macać pudło.
— Zawsze mówiłam, że jesteś zbyt dobry, Piotrek.
— Przyjaźniliśmy się — wytłumaczył Miński na głos przed samym sobą — musiałem. Studenci to prawie jak bracia. Każdy by tak zrobił. Jedliśmy razem obiady. Pisaliśmy razem programy. Szukaliśmy razem żony.
— Co?
— Co — szepnął. — Program.
— Żona na dwóch? — spytała Ronit z cieniem zgrozy.
Miński usłyszał swój śmiech i ten śmiech był nerwowy, obcy i nieadekwatny.
— Nie, żona dla niego. Ja nie chciałem mieć żony.
— I co ten program? Szukał po portalach randkowych?
— Nie… Nie wiem, tam było dużo pytań, ale takie w skali od jeden do szesnaście, jak bardzo lubisz gotować, sprzątać, chodzić na zakupy. Wiesz. Ile razy w tygodniu chcesz robić pranie i uprawiać seks. Podaj obwód bioder…
Ronit nieznacznie zsunęła się z łóżka i koc zjechał jej z ramion, ale nie poprawiła pozycji zbyt zajęta słuchaniem. Jej zszokowana twarz wydłużała się sukcesywnie w trakcie wypowiedzi Mińskiego.
— I co — wypaliła po kilku sekundach ciszy, gdy skończył. — Ty ten program też czytałeś?
— No, na mnie go wypróbował — wyjaśnił laborant. — Pomogłem poprawić interfejs.
— I?
— I co?
— Nadawałeś się? Brzmi jak ty, przecież kochasz sprzątać i gotować. Twoje żywioły. Spełniasz wszystkie wymagania.
— Nie. Nie kwalifikowałem się.
— Jakim cudem?
— Nie wiem. Biodra podałem od koleżanki.
Ronit zamrugała.
— To może…
— Pranie i seks też lubię, zaznaczyłem trzy razy w tygodniu — uściślił Miński.
— Oho — bąknęła. — Aha.
— No — przytaknął laborant, zanim znów zaczęli gapić się w okno. Gapili się kilka minut, po czym Miński uzupełnił im szklanki wódką i znów zastygł z nieobecną miną.
— Aha — powtórzyła Ronit.
Wypili.
— Idziemy — oznajmił Akermann z zapałem, bez zapowiedzi pakując się do pokoju Mińskiego. Laborant obrócił się błyskawicznie i tętno skoczyło mu o połowę. — Czas na nikogo nie czeka.
Widok rozpromienionego Didiego w najnowszej bluzce z Animal Restoration nie był dobry. Był wręcz kosmicznie niedobry. Okropny i siejący w mózgu spustoszenie. Ronit nie zareagowała, choć Miński mógłby przysiąc, że usłyszał, jak jej zęby zaczynają trzeć o siebie z gniewu i nerwów.
— Spakowałem cię — rzucił Dietrich i gestem wezwał chemiczkę. Farkas zagapiła się na jego odsłonięte, wyżyłowane ramiona i zamiast wstać, zaczęła odsuwać się do ściany. Akermann uniósł brwi. — Piotrze, ty się pakował nie będziesz — zmienił target. — Po twoje rzeczy wrócę sam. Chciałbym zamknąć mieszkanie dokładniej niż na kartę.
Miński skinął głową i zebrał się z podłogi.
— Chodź, Ronit.
— Nie chcę.
— Ronit — Miński ostrożnie sięgnął w jej stronę — wiesz, że lepiej nie będzie. Nie stawiaj się. To zaraz się skończy. — Złapał za roztrzęsione dłonie. — Nie denerwuj go — wymówił bezgłośnie i Ronit znów zaczęła płakać. — Chcesz, zniosę cię na rękach.
— Najpierw ją w coś ubierz — poradził Dietrich z korytarza. — Przeziębi się w piżamie.
Miński spojrzał w oczy okrągłe jak spodki i podjął decyzję sam.
Pięć minut później zbiegał już z Didim po matowionych, wąskich schodach. Ronit, ubrana w męską bluzę i stare dresy ze sznurkiem, wtulała mu twarz w szyję. Oddychała spazmatycznie. Ból, który powodowała, wbijając swoje długie, pastelowe paznokcie w plecy Mińskiego, był nie do zniesienia. Laborant zaciskał zęby i równając oddech czekał, aż Akermann otworzy przed nim trzy pary drzwi.
Gdy wyszli na zewnątrz, oślepiło ich światło - słońce zalało kampus RANu zaskakująco ciepłym jak na październik filtrem i Miński w przebłysku normalności ucieszył się z ładnej pogody.
Chwilę później zobaczył czarną linię najnowszego modelu miejskich notchbacków i cała radość zniknęła bez śladu.
Pojazd łagodnie wtoczył się na parking i jaskrawym pomarańczem świateł powitał właściciela. Didi poprawił karton, który trzymał pod pachą (uparł się, że weźmie, zaintrygowany zawartością) i krótką komendą otworzył tylne drzwi.
Ronit zaczęła wierzgać i krzyczeć. To oczywiście zostało przez Akermanna przewidziane jeszcze na klatce, ale Miński zaoponował, nie chcąc skazywać Farkas na zaklejanie ust taśmą.
Czuł się prawie jak porywacz, na siłę pakując dziewczynę do auta i działając wbrew jej woli. To było okropne. Miński był okropny. Gdy wściekał się na siebie, zapinając Ronit pasy i grzęznąc w samoobrzydzeniu, naszła go nagle paraliżująca świadomość.
Nie tylko zachowywał się jak wspólnik Akermanna. Był jego wspólnikiem.
Załamany wcisnął się w siedzenie i stłumił wrzaski Ronit, w duchu błagając o karę.
Przez całą drogę modlił się i tłumaczył. W jego myślach czas ciągnął się podzielony na tysięczne części sekund, lepki, gęsty i ohydny. W czerni zaciśniętych powiek i przy głębokich pomrukach silnika laborant stracił poczucie samoświadomości.
Tak się starał odciąć od ciała, że w pewnej chwili przestał nawet czuć ból.
Ronit pogryzła mu ramię i pierś, wbiła paznokcie w policzki i szyję, do krwi zadrapała boki i parokrotnie zaatakowała poniżej pasa. Wyczerpana przestała walczyć dopiero pod domem hakera. Ten spokojnie nawrócił, zdalnie otworzył garaż i wycofał, w podziemiach aktywując czujniki fotokomórek. Zgasił silnik.
Minęło wtedy ponownie całe życie Piotra Mińskiego.
— Wysiadaj, Piotrek. — Akermann odezwał się i po czasie jego głos zabrzmiał z siłą kościelnego dzwonu.
— Ja… Ale, ale nie — laborant wyplątał się z pasów — nie, jedziemy z Ronit na Transfer, obiecałeś…
— Ja jadę z Ronit na Transfer — uściślił Didi napastliwie, obracając się ku pasażerom. Wyblakły feldgrau jego spojrzenia wbił Mińskiego w skórzany fotel. — Nie będę pilnował dwóch osób jednocześnie. Wysiadaj.
— Dietrich.
— Już.
Miński rozejrzał się załamany i bezradnie wymówił imię współlokatorki, a kiedy nawiązali kontakt wzrokowy, nie wiedział, co powiedzieć, więc otworzył drzwi i wysiadł.
Akermann ruszył na strzał z ręcznego i gdy tylko czarny tył pojazdu minął skanujące bramki, garaż zaczął się zamykać. Nawet jeśli Miński dopuszczał w myślach możliwość ucieczki, nie dałby rady zdążyć przed automatycznym systemem. Pomarańczowe światła oślepiły go na sekundę, rozbłysły i zadrżały w ciemnościach wraz z niknącym pomrukiem silnika.
Miński wyprostował się i przy dźwiękach zatrzaskiwanych zamków spojrzał na swoje ręce.
Dotknął twarzy. Przykleił palce do lepkich ran po paznokciach Ronit i pokiwał głową.
Wysmarował sobie krzyżyk na czole.
— Kończę z tym. W następny piątek wrócę trzeźwy. Tak trzymaj, Piotrek. Cieszę się, Piotrek. Dzięki, dzięki, dzięki. Pozdrów Maksa. Pozdrowię, panno Farkas. Aludj jól.




Ronit Farkas
— Wypierdalaj — wycedziła przez zęby tak, że jej własne ciało stało się nagle niezłomne. Jak ze stali.
Cyborg zastygł na siedzeniu obok i zmianą tempa oddechu zdradził zaskoczenie.
Ronit czuła, jakby rosła. Umocniona własnym honorem wyprostowała plecy. Była dumna. Była gotowa. Własną godność ceniła już wyżej niż życie, bo życie właśnie dobiegło końca.
— Nie zrobisz tego — wymówiła pewniej niż kiedykolwiek i we własnej głowie zwyciężyła ze wszystkim. Stała się wolą chroniącą ciało. Nawet nie drżał jej głos, gdy dodała: — Zabij mnie teraz.
Psychopata spuścił wzrok i pocierając trupio blade palce próbował powstrzymać radosne podniecenie. Walczył chwilę z nerwowym uśmiechem, zanim zacisnął wargi i na siłę rozmasował mięśnie w policzkach.
Nie pomogło, bo gdy zabrał się do mówienia, dalej brzmiał jak ucieszony nastolatek.
— Proponuję…
— Nie — warknęła Ronit. Zgięła napięte palce, by móc w sekundę przeorać paznokciami męską twarz. Instynkt okazał się słuszny. Cyborg przysunął się minimalnie, dosłownie o dziesięć centymetrów. Ronit zaatakowała i z całą wściekłością wyrwała do przodu (pasy rozpinała wcześniej przez minutę, chcąc to zrobić bezgłośnie i niezauważenie po zgaszeniu silnika), by mu przebić policzek i drugą ręką uderzyć w strefę oczy-nos.
Nie po to nawet, żeby później uciec. Nie miała zamiaru uciekać.
Miała zamiar umrzeć szybko.
— Ajjj — syknął Akermann przeciągle i Ronit poczuła, że jej nadgarstek wygina się złapany w locie. Zablokowany atak spalił ostatnią szansę i w niewygodnej pozycji zmusił do zatrzymania się. Farkas wiedziała, że szarpanina nie ma sensu. Z unieruchomionymi dłońmi podjęła próbę zwiększenia odstępu, ale cyborg trzymał mocno i nie pozwolił jej wrócić na siedzenie pod oknem. — A więc — wymówił z tłumioną euforią i Ronit obróciła głowę, żeby na niego nie patrzeć. — Proponuję wymianę. Twoje życie za twoje ciało. Uczciwa, dobra propozycja. Będziesz doskonała. Jesteś doskonała. Nadajesz się.
Ronit nie chciała płakać. Dyszała przez nos i odcinała się od myśli. Była wolą, tylko wolą. Powtarzała to uparcie, zagłuszając oddech cyborga.
Czarny notchback stał zaparkowany na granicy miasta, wewnątrz nieczynnego pawilonu postawionego w latach dwudziestych tuż przy rzece. Po zgaszeniu świateł pojazdu w budowli zapanowała zupełna ciemność i tylko szum wody przebijał się przez cienkie szyby, dręcząc uszy Ronit ciągłym widmem śmierci w zimnie.
— Daj spokój — wymówił Akermann z niemal przyjazną pretensją. Gdyby nie słyszalna w jego tonie radość, Ronit może dałaby się zwieść i zawahała nad decyzją. — Życie to tylko początek. Nic, co było, nie jest ważne. Nic, co mija, nie jest ważne. Bądź ważna. Ja dam ci wszystko, o czym śni ludzkość od zarania dziejów.
Ronit wciągnęła powietrze urwanym wdechem i choć cały wysiłek wkładała w zachowanie wyniosłej godności i milczenia, jej krtań ścisnęła się do jęku. Brzmiała jak piszczący pies i nienawidziła się za to, nienawidziła siebie bardziej niż cyborga, Piotra, losu, Boga i wszystkiego innego, co pozwalało na jej niezasłużoną śmierć.
Zaciskała powieki i dalej widziała kata, chory uśmiech niepasujący do twarzy, martwe ręce sine od żył, oczy ze sztuczną błoną odblaskową i spiralny mechanizm listków imitujących tęczówkę.
— Nie — wykrztusiła żałośnie. — Nie.
Cyborg zbliżył się poniżająco i kolanem docisnął jej nogi do fotela.
— Dotknij — polecił. Szarpnął dłonią Ronit i siłą rozgiął jej palce, zmuszając do oparcia o przestrzeloną pierś. Błagała, żeby przestał. — Poczuj.
Trzęsła się, kiedy podwijał materiał i drugą rękę wbijał jej w oparcie, uniemożliwiając ruch. Pod opuszkami lewej dłoni poczuła wreszcie zimne ciało i aż zawyła ze sprzeciwu. Uczucie było nienaturalne. Jak metal twarde pod fałszywą miękkością ludzkiej skóry.
— Czujesz. Wiem.
Nie chciała czuć.
Pod żebrami Akermanna nie biło serce i nie płynęło życie. Każdy wdech jak siła tchnięta w maszynę przetaczał się po obwodach. Ciało emanowało mocą i moc ta, silniejsza niż w elektrowniach przesyłowych RANu, odurzała spowolnieniem myśli. Wdarła się w żyły Ronit, paraliżując ją zupełnie. Kazała szeroko otworzyć oczy.
W szoku pękł zwierzęcy strach i Farkas sama wetknęła palec w ranę. Rozdygotana walczyła z obezwładniającą kontrolą, badając przestrzał. Ten dowód nadczłowieczeństwa, nieśmiertelności niemalże, zbyt łatwo zawładnął całym jej umysłem.
Próbowała zrozumieć, co jest tam, w środku, w miejscu, gdzie pusty korytarz pocisku powinien był napotkać serce, ale żadna odpowiedź nie wystarczała.
— Czy to jest życie — wyszeptała. — Czy to jest prawda?
— Czy Bóg jest twórcą?
Zamrugała i przegrała ze łzami.
— Ja jestem twórcą. Oddaj mi ciało.
— Proszę, zabij mnie.
— Odmawiasz.
Ronit straciła oddech i już nie chciała czuć. Przesunęła zimną rękę na swoje gardło, zacisnęła palce cyborga własnymi i straciła godność, niemo prosząc o śmierć.
— Doprawdy — westchnął, zanim zmiażdżył jej krtań. — Szkoda.




Hubert Puszek
— Uprzedzony — rzekł wyraźnie, przerywając ciszę panującą przy wschodnim brzegu rzeki dzielącej przedstrefy. Przez usta nabrał powietrza i zatrząsł się, powstrzymując okrzyk rosnący w płucach. — Uprzedzony. Ja. Jestem uprzedzony.
— Zamknij mordę, Puszek — wyszeptał Olaf w bezruchu. — Zamknij swój słuszny, nieomylny ryj.
Stali i patrzyli, a za nimi kryzysowy skład najbardziej doświadczonych Szwedów wymieniał między sobą stłumione, pełne zgrozy uwagi.
Konflikt z Węgrami od dawna wisiał nad B-23 cieniem zasadnego niepokoju, lecz teraz nawet on schodził na dalszy plan. Po trzech latach współpracy z trupem zmienionym w cyborga, zastany przy granicy obraz spustoszenia nikomu nie mieścił się w głowie. Nawet Hubert, mimo nienawiści i intuicji od dawna zwiastującej kłopoty, nie dał rady pozbierać się na tyle szybko, by przy rzece nie zmarnować bezczynnych dziesięciu minut.
— To musiał być jeden z awaryjnych trybów. — Nils wyrwał ojca z zamyślenia. Olaf poruszył się wreszcie, obok Puszka wyciągając dłonie z kieszeni. — Jörg mówił o nich dużo. Uprzedzał. Ostrzegał.
— Przejęliście się — skomentował Hubert, nie obracając głowy. Olaf zmierzył go z niechęcią i odszedł do swoich, zostawiając przy brzegu.
— Co, jeśli wróci?
— A ty byś wrócił?
— Ja nie jestem cyborgiem.
— Jörgiem-cyborgiem? Trupem też nie jesteś.
— Nie, kurwa.
— Ale zaraz możesz być.
— Kretyn.
— I co ze Zvajderem? Chcecie ich szukać?
— Co ze Zvajderem, kosmitą z RANu, który nas może programować jak jebane jeże? Nie wiem, niech pomyślę… Czy ja nie mówiłem, co ze Zvajderem, jakieś, moment, dwa lata temu? I co z Jörgiem? Bodaj trzy lata temu? Hm?
— Żebyś się nie zesrał swoją durną racją, Hubert, tak, miałeś rację! MIAŁEŚ RACJĘ! Wystarczy?!
Puszek wzruszył ramionami, gapiąc się na martwych Węgrów.
— Idziemy.
— To idźcie — odparł. — Moją siostrę odstawcie do domu.
— Tato, on nie może…
— Dość, Nils. Niech zostanie. Niech się napatrzy. Wreszcie postawił na swoim.





DA V.1

/* There's no religion
there's no god
Who'll fill this emptiness I've got
What good's belief when it is wrong?
Just gimme more
Just gimme more
Just gimme more
because I'm not */


W ciemnym garażu Ronwe znalazł Mińskiego skulonego pod bryłą generatora.
Laborant odsłaniał zęby w grymasie, nad kałużą rzadkiej śliny gadając do betonu.
— Rzygać mi się chce — wypluł w ojczystym języku, nienaturalnym zestawieniem dźwięków akcentując pierwsze słowo. Ronwe nie zrozumiał go, choć to konkretne zdanie pamiętał jeszcze ze studiów, wielokrotnie wymieniane między Polakami. — Rzygać, rzygać, rzygać — powtarzał Miński i płakał, drapiąc beton. — Rzygać.
Haker kucnął wolno i przyjrzał mu się w spokoju. Wyciągnął rękę ostrożnym ruchem i bez pośpiechu zbliżył do potarganych włosów. Palce oparł na potylicy tak, jak sam kiedyś lubił je czuć.
— Sei bereit. Betrinke dich nie.
Przekrwione oczy odbiły światła jarzeniówek, gdy Miński spojrzał na niego bokiem.
— Nie żałuj, Piotrze. Żałują tylko słabi ludzie.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 28 lutego 2018, 12:20

Uwielbiam tę koszmarową rozmowę z samego początku za dwie rzeczy. Po pierwsze mimochodem osadza wszystko w czasie. Bez dat, bez liczenia i wiemy już, że Sorokin i Dichtiarow to de facto nasze pokolenie, obecnych dwudziestoparo-, trzydziestoparolatków, którzy śmigali sobie przez wszystkie Windowsy i jeszcze w okolicach XP czy Visty martwili się głównie tym, czy gry pójdą. Tak to odbieram w każdym razie. A jednocześnie pokazujesz to przez pryzmat czegoś, co ich łączyło na platformie zainteresowań i tego, co w życiu ważne - na tyle ważne, by wpłynęło w jakiś sposób na wybór życiowej drogi. I OK, ja wiem, że to nie jest wprost retrospekcja, tylko jednak senne przetworzenie, więc mam to minimum patrzenia przez palce, ale jednak informacje cenne tak dla wątku, jak i całego świata.

A drugi powód jest taki, że oni niby po polsku (w zapisie), a jakby mówili po rosyjsku. Ładnie grasz składnią w ich wypowiedziach, ładnie Ci wychodzi to naśladowanie wschodniosłowiańskiej melodii. Szalenie mi się to podoba i zazdroszczę.

W ogóle jestem coraz bardziej ciekawa właściwych zamierzeń i intencji Snarca. Kiedy czytałam tę scenę po raz pierwszy, nie miałam wiedzy z późniejszych fragmentów i wydawał mi się tak niewinny, tak może nieświadomy tego, co się w ogóle odwala w okolicy. A teraz nie wiem. Ufam mu, bo to sympatyczna postać, ale ufanie postaciom tylko dlatego, że są sympatyczne, różnie się kończy.

I znów pojawia się ten motyw - wyraźna sugestia, że Zvajder i Miński są w jakiś sposób bardzo powiązani. To zdanie o tym, że Zvajder miał przy nim wrażenie przyzwyczajenia i rutyny, chociaż żył tylko 7 dni. I to tuż pod sceną z wężem z kodu, co mi kazało ukuć kolejną teorię i ona jest taka, że:
SpoilerShow
wyedytowawszy :gulp:
W ogóle dopiero po Twoim pytaniu odnośnie do Robcia dotarło do mnie, jak możesz niebawem wykorzystać dławicę Piotrusia... I trochę strach, a trochę zajar.

Na pewno Ci już pisałam, że wątek Zvajdera i Jorga mnie ogólnie wzrusza i że te sceny - właśnie te z martwymi jeżami, z osamotnionym Zvajderem, z tym bojowym uaktywnieniem się Jorga, to jest dla mnie totalna miazga i czytałam na olbrzymich emocjach. jesteś okrutna, przeplatając to ze scenami z Didim, Mińskim i Ronit, ale teraz też dopiero zauważyłam, że oba te ciągi zdarzeń mają w pewnym sensie wspólną pointę, która sięga do poszycia tekstu - do problemu cyborgów jako takich, ich "człowieczeństwa" i wyborów, także tych po stronie "materiału" (jestem fanką Ronit w tej ostatniej scenie tak bardzo, że natychmiast wybaczyłam jej całą tę huśtawkę, którą mi zafundowała wcześniej i ogólnie już jestem jej fanką). Ale ten moment, w którym Zvajder mówi, że jest wolny i odchodzi, wal chcę na ryj, Hassel, to było jak cios w żołądek i byłam bliska zaszklenia się, a po tak w sumie niewielkiej partii tekstu to jest olbrzymi sukces po Twojej stronie.

I ten palec Jorga, cały czas zachodzę, o co chodzi z tym palcem, co on dla Hanki znaczy i dlaczego go ze sobą wzięła. Mam takie wrażenie, że to klucz do niej.

Resztę rzeczy pisałam na pewno - jak kupuję scenę z Puszkami chociażby. Albo jak mi sieka mózg napięcie w scenach Didi-Miński.

Czekam już bardzo, bardzo, bo coraz bliżej kawałki, których jeszcze nie czytałam :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 03 marca 2018, 11:33

Dziękuję T~T za wszystkie dobre słowa i cieszę się, że tak odebrałaś rozmowę Sorokina z Dichtiarowem. Zależało mi na tym, więc radość życia i jaram się.
Oczywiście jaram się też wyedytowanym spoilerem, bo... bo to nie w 100% to, ale w 70% już tak, w pewnym sensie rozgryzłaś mechanizm i ogromnie mnie to zmotywowało, bo odzyskałam nadzieję, że tekst jest JEDNAK choć trochę zrozumiały. Wiem, że miałaś okazję męczyć go 3 razy, więc to na pewno wiele zmieniło, no i gadałaś ze mną, ale jednak uznam, że zostawiłam trochę śladów i da się po nich gdzieś dojść T~~T jestem przeszczęśliwa. Jak dostanę komcia to święto lasu i czytam go 10 razy.
Tego od Coff sobie wywyołuję z pamięci i też święto lasu.
I dziękuję za odzew.
W ogóle dziękuję czytającym. Bardzo. Najbardziej.


Eskil Ulfsson
— Myślisz, że tam będziesz siedział, aż wyjdę z domu? Zapomnij. Czekam na ciebie.
— Rozmawiałem z mamą — rzucił Eskil głośno, pochylając się nad umywalką i próbując chwycić skórę u nasady nosa tak, by przestała się rozchodzić. — Już z nią wszystko wyjaśniłem, zanim poszła do pracy.
— Z twoją matką się nie da niczego wyjaśnić. Jak ja z nią próbowałem wyjaśnić, kto…
— Ty. Już to ustaliliśmy, tato.
— Tak?
— Tak. — Eskil skrzywił się, gdy cienka warstwa opatrunku z sykiem zamknęła mu ranę, przywierając do pękniętej krawędzi. — Wiem, że jesteś dumny.
Po drugiej stronie zamkniętych drzwi łazienki Olaf Ulfsson westchnął i po szwedzku zwrócił się do Odyna. Eskil wiedział, jaką miał przy tym minę, bo w ogólności miał ich niewiele, a zamartwiał się zawsze z jedną i tą samą.
— Zdziwiłbyś się, Esko. Czasem jestem. Nawet jeśli celujesz do szyszek, a nie do tarczy, i zamiast położyć Polaka na poligonie wolisz własnemu bratu spuścić łomot na piętrze.
Student zastygł nad odkręconym kranem i ze wzrokiem wbitym w podłogę obrócił się nieznacznie.
— Chyba że Nils sam się uszkodził — dodał ojciec po minucie.
— Się potknął Nils.
— Cały Nils.
— Zapomniał, w czyim jest pokoju.
— Yhym.
— Pouczać mnie chciał.
— Dlatego się potknął.
— Tak. Wdał się w ciebie.
— Kto się wdał, ten się wdał. Nils się wypruwa na tych treningach, a i tak strzela gorzej niż ty trzy lata temu.
— Przynajmniej waży więcej — zauważył Eskil bezbarwnie, kończąc zaczesywać włosy w tył po czaszce; na wpół wilgotne skręcił je mocno i spiął nad karkiem, by jak najmniej przeszkadzały przez resztę dnia. Poskładane ubrania leżące na ręcznikach zdjął z wypranej sterty sztywne i uprasowane, w myślach dziękując matce za gest.
Była surową, bezwzględną kobietą i dziesięć minut wcześniej uderzyła go w twarz ceramicznym stojakiem na sztućce „za przynoszenie rodzinie wstydu przy ludziach”, ale Eskil kochał ją świadomą, zdystansowaną miłością i doceniał wszystko, co dla niego robiła, bez względu na okoliczności.
— Nie mam ci za złe, że nie jesz, Esko. To bez znaczenia. Są ludzie silni bez masy i ty bez niej nadal taki jesteś. Puszek waży mniej od ciebie, a sam widziałeś, że…
— Puszek to jest maszyna, tato — jęknął student i tym razem nie zdołał zamaskować goryczy. W połowie ubrany otworzył drzwi przed ojcem, nie mogąc znieść dłużej rozmowy z własnym odbiciem. — Na paliwo z alkoholu mógłby tę przedstrefę sam czyścić i do niczego mu nie jesteście potrzebni. On do Jörga jedno miał tylko od zawsze, tak samo jak do mnie. Nie lubi lepszych. Sam wiesz o tym. Na dwa strzały zabija, bo widziałem jak zabija, i nawet Jörg to robi bardziej po ludzku. I nie — podniósł głos, gdy Olaf zechciał mu przerwać — nie będę więcej czyścił, nie będę tam chodził, widzisz, zniszczyłem karabin, pozbyłem się mięśni, ubrania nie pachną mi krwią i nie muszę się widzieć z Hubertem. Dobrze mi tak. A twój starszy syn jest w końcu na swoim miejscu.
Olaf uniósł brwi i zaskoczony oparł się o ścianę. Zamrugał, zerknął niżej (Eskil postanowił jednak ubrać spodnie i właśnie strzepywał je zirytowany), po czym zapytał, czy rozbity nos to robota kobiety jego życia.
Eskil potwierdził, gniewnie mocując się z zamkiem.
— Dobrze, że mówisz, co ci w duszy gra, synu — usłyszał, gdy zapinał pasek. — Tak właściwie, to wiesz, źle zacząłem rozmowę. Miałem zjeść z tobą śniadanie, nie gadać o pracy. Miałem spytać, co na studiach. Bo mi tam już bez różnicy. Ja się poddałem, jak na ten wydział wreszcie poszedłeś. Tylko matka się nie może pozbierać, sam widzisz.
— Kręcisz, tato.
— No, Nils też by wolał, żebyś był tu z nami, a nie na uczelni. Chociaż może… nie, on chyba nie.
— Tato.
Olaf Ulfsson spiął się i dopiero wtedy do Eskila dotarło, że musi chodzić o coś naprawdę istotnego. Ojciec od dawna nie drążył tematu przedstrefy. Próbował raczej zachować minimum dobrego kontaktu z młodszym synem i bardziej wyrozumiale niż matka podchodził do planów Eskila na przyszłość. A jednak stał pod drzwiami łazienki i całkiem uparcie rzucał sugestie, zanim doszło do konfrontacji.
— Powiesz mi, o co chodzi?
— Powiem.
Razem przeszli do kuchni, gdzie na jasnym blacie, obok zaschniętej krwi (Gerda starła ją tylko ze stojaka), czekało nadal niedojedzone śniadanie i niedopita kawa. Eskil postanowił wyjaśnić sytuację i podjął:
— Przepraszam, że się uniosłem. Myślałem, że będziesz mnie znowu męczył o strzelanie do laborantów. Tak uznałem, bo z rana pogadanka od Nilsa, a potem mama się zdenerwowała, że wam przyniosłem wstyd przy Polakach i…
— Posłuchaj — przerwał mu Olaf. Myślał strapiony przez kilka sekund i poprawiał czarny golf, więc Eskil skorzystał z okazji i wepchnął do ust całą kanapkę, od razu zgarniając kubek z kawą. — Chodzi pośrednio o pracę. Nie do końca o twój powrót. Bardziej… Bardziej chyba o twoje odejście. Porozmawiać z tobą chciałem jak z dorosłym mężczyzną i byłym członkiem naszej grupy. Jak z resztą.
Eskil przestraszył się i serię spanikowanych dźwięków wydał przez filtr z chleba. Przeszło mu przez myśl, że ojciec choruje, albo że znowu planuje przeprowadzkę, bo go znaleźli ludzie, przed którymi uciekł.
— Wróciłeś po trzech dniach — ciągnął tymczasem papa Ulfsson. — Jak wyszedłeś w piątek, tak cię nie było do niedzieli wieczór, a teraz znów chcesz iść na zajęcia. Nie spytam, gdzie byłeś, gdzie spałeś i czemu tak się stało. Ale tu, Eskil, jesteś częścią naszego życia. Nie możesz mnie mijać bez pytań i zainteresowania.
— No powiedz to wreszcie — wykrztusił student z przerażeniem.
— Jörg uciekł. Najprawdopodobniej przełączył mu się tryb. Pamiętasz, mówił, jak go zaprogramowano.
W napiętej ciszy wszystkie kuchenne sprzęty zaczęły pracować dwa razy głośniej.
— Tak, mówił — wyszeptał Eskil. Szeroko otworzył oczy, gdy uświadomił sobie, jakie konsekwencje awaryjnego programu mogły zmusić Jörga do ucieczki.
O tym, że Jörg dał mu całą swoją specyfikację i podyktował niektóre procesy, tłumacząc kilkadziesiąt zagadnień informatycznych, nie wspomniał nigdy nikomu.
— Został pod lunaparkiem, żeby zrobić bilans, a po kilku godzinach zawiało go do B-24. Nie żyje połowa straży na rzece. Jeden wieżowiec z miejskiego osiedla jest wyczyszczony. Z takiego osiedla jak nasze. Rozumiesz. Cywilnego.
— To nie mógł być Jörg, tato.
— To był Jörg. Węgrzy go widzieli. Jest charakterystyczny.
Eskil ostrożnie oparł się o blat, żeby nie zdradzić zbytniego roztrzęsienia.
— Zvajder — rzucił z wysiłkiem.
— Zvajder też zniknął. Ale z B-24 nie miał nic wspólnego, w trzysta czternaście siedział z Hanną cały czas. Później dopiero wyrwał do Hassela.
— I… I co ja bym miał teraz… Chcesz, żebym za Jörga w twojej grupie pracował?
— Nie. Chciałbym, żebyś przemyślał dokładnie, co myślisz o cyborgach. O jednym cyborgu, bo jednego tu mieliśmy. Co też myślisz o Zvajderze. I o RANie. Bo Jörga stworzono w RANie, a RAN trzyma nas w garści. Mamy się spotkać wszyscy wieczorem. Puszek chyba chce coś zmienić.
— Puszek niechby sam się zmienił — wymamrotał Eskil i niepewnym krokiem podszedł do okna. Szok wolno rozlewał mu się po ciele, a informacje, równo podzielone na te, o których mógł ojcu powiedzieć, i te, które musiały pozostać tajemnicą, krążyły po głowie z prędkością łamiącą normy. — Przemyślę dokładnie sprawę Jörga i Zvajdera — obiecał. Za szybą pierwszy śnieg sypał od kilku godzin, pokrywając osiedle białym puchem. — Swoją też przemyślę. Wrócę z zajęć przed osiemnastą.
— Dziękuję, Eskil. Powodzenia.
— To ja dziękuję, tato.




DA V.1 /* I'm not satisfied
It's all or nothing
There's no peace of mind
for me
And even though I try
My greedy heart is hungry
I'm not satisfied
You see */


Status studenta w uczelnianym systemie zmienił się podczas weekendu i nad ranem w poniedziałek Ronwe z niemałym zaskoczeniem wyczytał pod swoim nazwiskiem jaskrawo-czerwone „WEZWANY W TRYBIE PILNYM”, które zastąpiło wcześniejsze „Wpisany/uprawniony”.
— Nie uwierzysz, Piotrek — zdumiał się — sam dziekan mnie wzywa!
Miński z wypracowaną flegmatycznością przemieszał syntetyczną laktozę w misce i wyłowił z niej pojedynczego, kakaowego chrupka w kształcie rakiety.
— Dobrze, że nie rektor — skomentował bez życia.
— Kończ to jedzenie. Szybko, szybko — popędził go haker. Sam zerwał się od stołu i nadal przeglądając wydziałowy profil na trójwymiarowej siatce holograficznej, przebiegł przez górne piętro mieszkania. W swojej garderobie, wypełnionej po brzegi, a jednak zaskakująco pustej (naprawdę czuł czasem, że nie ma w co się ubrać), znalazł nie bez trudu odpowiednią, granatową koszulę. Jako jedna z niewielu była wykonana z na tyle grubego materiału, by nie zdradzać prześwitem umiejscowienia rany postrzałowej. Tuż pod trzecim żebrem, obok linii wyznaczającej środek zszytego mostka, ciało Ronwego nadal nie zaczęło regenerować się samoistnie.
Niepokoił go ten fakt, bowiem w sobotę zużył dwie dawki przebadanej w RANie substancji, a zastrzyk zafundował sobie niemal bezpośrednio w miejsce, gdzie kiedyś zawadzało mu śródsierdzie.
Doprawdy, niepokojące. Niespodziewane.
Zupełnie jak wezwanie od szanownego dziekana Sorokina.
Zapinając guziki, Ronwe przypomniał sobie o skompilowanym w niedzielę programie sterującym dla procesora Rudolfa i zaaferowany przebiegł znów przez całe piętro, aż Mińskiemu zwiał ze stołu podkładkę i papierowe notatki.
Laborant chwycił część kartek w powietrzu, wychylając się wraz z krzesłem.
— Чёрт! — zawołał wściekły. — Przy innych też tak robisz?!
Przy innych rozpędzać się bardziej niż do dziesięciu metrów na sekundę? I to w skarpetkach nie pod kolor bokserek? Ronwe nie był szaleńcem.
Już miał Mińskiego obrazić w jakiś lotny i kąśliwy sposób, gdy uświadomił sobie, że nie było od dawna, a już na pewno od przebudowy, żadnych więcej „innych”.
Żadnych znajomych, żadnych gości, żadnych odwiedzin, spotkań i rozmów.
Była co prawda ta czesko-duńska dziewczyna, której płacił za sprzątanie głównej części apartamentu, ale z nią widział się na żywo dosłownie dwa razy; raz, gdy spisywali umowę o pracę, i drugi, gdy wrócił z RANu wcześniej niż zwykle. Tak się spłoszyła na jego widok, że przez następny miesiąc symulowała chorobę, a uspokoił ją dopiero obszerny komunikat głosowy, w którym Ronwe wyjaśnił, że był zły na siebie, nie na nią, poza tym z nosa krwawił wyłącznie przez niewyspanie i wcale nie chciał uszkodzić zamka w drzwiach, by jej uniemożliwić opuszczenie mieszkania.
Długo później bolał zarówno nad tym, że jednak zdołała mu uciec, jak i nad tym, że zamek wymagał wymiany.
Odkaszlnął taktycznie, kończąc zapinanie koszuli przed uruchamiającym się nieśpiesznie ekranem kompilatora.
— Przepraszam, Piotrze.
Miński wymamrotał coś w swoim trzeszczącym, zaszumionym języku i wrócił do grzebania w płatkach śniadaniowych. Przy niemrawych dźwiękach szurania łyżką po emalii, które emitował, Ronwe przesunął wzrokiem po sześciu tysiącach znaków pierwszego bloku komendy kompilacyjnej. I tym razem nie wykryto w niej żadnego błędu. Wyglądało na to, że wszelkie zmiany w procesorze Rudolfa byłyby niemal niemożliwe do zaimplementowania; na pewno nie dałby sobie z nimi rady człowiek pokroju Ivana Dichtiarowa.
Skoro więc Rudolf działał zgodnie z zaprogramowanym przez Ronwego trybem, dlaczego miałby zgodzić się na współpracę z Rosjaninem?
Co doktor mógł mu zaoferować? Czym przekonać?
A może Rudolf zachował cudem jakąś część tej śladowej niechęci, którą darzył Ronwego za życia? Niechęć zdecydowanie wzrosła w trakcie kilkumiesięcznego przetrzymywania i badań, ale Ronwe nie wierzył, że brat jest tak pamiętliwy, by nadal się o to gniewać po śmierci.
Poza tym nadzieja nie przepadła zupełnie. Nawet jeśli Rudolf okazał się niewypałem i wymagał skasowania, pozostawały inne możliwości. Pozostawał Adalwolf (choć on akurat nie spełniał wyśrubowanych wymagań zakładających, że sprawny cyborg może mieć maksymalnie metr osiemdziesiąt wzrostu) i Meinhard (który daleko w C-18 od lat ukrywał się przed rodziną, unikając odpowiedzialności i problemów związanych z niedołężnością rodziców). Całe szczęście Ronwe rozwiązał wszystkie problemy samodzielnie, nie informując o tym żadnego ze starszych braci.
Rudolfa musiał odzyskać z innych względów, względów bezpieczeństwa, i żałował teraz, że zdradzony przez własną niecierpliwość wgrał mu zestaw funkcji przygotowanych wyłącznie dla siebie. Poza technicznymi ulepszeniami i serią eksperymentalnych rozwiązań biologicznych, Rudolf Akermann posiadał zmysł twórcy, którego haker nie powinien był przekazywać żadnemu obiektowi testowemu. Zrobił to jednak, bo wiedział, że czasu po aktywacji zostanie bardzo niewiele, a Dichtiarow nie będzie chętny ani gotowy, by ulepszyć samego Volkharda O. Ronwego do dedykowanego poziomu V.2.
— Didi? — przeciągnął Miński z wyczuwalnym wahaniem. Od momentu, gdy Ronwe zmusił go do zamieszkania w swoim apartamencie, był głównie milczący, rozwścieczony lub skory do histerii, co mocno utrudniało owocną komunikację. — Czy ty masz jakieś…
Haker czekał cierpliwie i nieruchomo, aż Polak znajdzie słowo na drugim końcu zwoju mózgowego, ale moment ten nie nastąpił przez ponad dwadzieścia sekund, co zwiastowało falę powtórnych przemyśleń.
— Tak? — zachęcił więc, by Mińskiego powstrzymać przed zbędnym wysiłkiem. Cofnął się i wyjrzał zza rogu pokoju. — Piotrze? Czy mam co?
— Jakby… coś… żywego poza sobą tutaj?
— Zwierzątko tak zwane? — zgadł Ronwe, marszcząc brwi. — Mam akwarium, widziałeś.
— Masz szklany pojemnik na glony i martwą rybę w środku, widziałem, pytam o coś bardziej… Kurwa, pytam normalnie, to odpowiedz normalnie, tak?!
— Nic nie mam — burknął Ronwe urażony. — Żadnego żywego organizmu, który by oddychał powietrzem, jadł i wydalał, jeśli to miałeś na myśli.
— Tak, to miałem na myśli. — Miński głośno upuścił łyżkę i wstał od stołu. Trochę Ronwego irytował swoim rozchwianym, pretensjonalnym zachowaniem, ale haker wiedział, że niektóre urazy, w szczególności psychiczne, nie mijają szybko u normalnych ludzi. Przeciwnie, męczą, dręczą, mieszają w głowach i utrudniają życie z narastającą nierzadko częstotliwością.
Ronwe chciał oszczędzić Mińskiemu stresu i agresji co najmniej przez tydzień, by ten miał czas zapomnieć o Ronit i przyzwyczaić się do swojej roli w nowym, lepszym życiu.
To, że było lepsze, pozostawało chwilowo jasne wyłącznie dla hakera, bo zdradzenie laborantowi niektórych informacji w jego obecnym stanie zakrawało na skrajną głupotę. Ronwe dokładnie zaplanował wszystkie zadania, które zamierzał Mińskiemu przydzielić, oraz cenę, która mogła je wynagrodzić. Chwilowo poprosił o jak najczytelniejsze przetłumaczenie rosyjskiego dziennika, zalecając siedem godzin pracy dziennie i obszerne, niesłowiańskie przypisy tłumaczące gęste kolokwializmy i skróty myślowe doktora.
Miński czytał i mówił płynnie w czterech językach, rozumiejąc je w pełni tak książkowo jak i potocznie, a fakt ten fascynował Ronwego niezmiennie mimo upływu czasu.
Haker potarł dopiero co ogolony policzek, myślami wracając do tematu poruszonego przez laboranta. Nie spodziewał się u niego odczuć podobnych własnym.
Coś żywego w mieszkaniu, doprawdy…
— Dziwią mnie i ciekawią powody tego pytania. — Po raz trzeci przemierzył piętro, tym razem z zamiarem znalezienia odpowiednich chinosów w swojej pustej szafie. — A to dlatego, że sam czasem nie wiem. Co jakiś czas muszę się upewniać. Sprawdzać. Wiesz, co mam na myśli?
— Nie — odparł Miński krótko.
Dawno już Ronwe nie czuł potrzeby, by się zupełnie szczerze uśmiechnąć, więc uśmiech wyszedł mu raczej nikły, poza tym uruchamiający inne mięśnie, niż haker zdołał mozolnie wyćwiczyć na swojej nowej twarzy.
— Obracasz się czasem przez ramię, kiedy jesteś sam? — zapytał spokojnie, sięgając po czarny materiał. Milczenie Mińskiego uznał za twierdzące. — Choćbyś swój mały pokój znał lepiej niż kieszenie, nie rozglądasz się nigdy?
— Już rozumiem. — Padło z kuchni. — Dotarło.
— Od śmierci rozglądam się rzadziej, jeśli jesteś ciekaw.
— Nie jestem ciekaw. — Miński stonował głos do poziomu wątpliwej poufności. — Jestem zaniepokojony. W centrum uwagi, kiedy nie patrzysz. To nie do nazwania. W tych pokojach…
— Widmo obecności?
— Ani chybi.
— Polubisz to. Przyzwyczaisz się — zapewnił Ronwe, już ubrany szykując się do wyjścia i pakując Netbrystole. W korytarzu spojrzał na laboranta życzliwie, wkładając buty. — Ja się przyzwyczaiłem. Bardzo. Byłem bardzo samotny za życia.
Miński z klasą skupił wzrok na kaflach i nie odezwał się, prezentując tak mistrzowski poziom obojętności, że przez moment Ronwe czuł się jak oszust, rejestrując jego przyśpieszone tętno.
— No — rzucił, delikatnie acz stanowczo wskazując zejście na dolne piętro, które dawno zabezpieczył przed wszelkimi formami ucieczki. — Wracaj do swego królestwa.

//
— Wejść proszę. — Głos Sorokina zabrzmiał tak znajomo, że Ronwe odczekał kilka sekund przed zeskanowaniem swojej legitymacji. Zamek odskoczył łagodnie, odblokowując mechanizm. — Pan Volkhard Ronwe — wyczytał dziekan z wyświetlacza nad biurkiem. — Cóż za pośpiech. Niewielu studentów rozumie znaczenie słowa „pilne”.
Wszystko to haker usłyszał jeszcze zanim zdążył zamknąć drzwi. Omiótł gabinet wzrokiem, chcąc wyłapać na szybko wszelkie zmiany i ulepszenia, jednak półtorej sekundy, które na ten cel poświęcił, okazało się niewystarczające.
Uprzejmie skinął głową, przyjmując skromną i zesztywniałą w rzekomym stresie postawę. Przywołał z pamięci najnaturalniejszy odruch zawstydzenia i palce prawej dłoni zacisnął na lewym przedramieniu.
— Proszę usiąść, nie będę krzyczał do pana przez pokój — zniecierpliwił się Sorokin. — Od czegoś jest to krzesło, mam rację?
Ronwe stłumił odpowiedź, nim ją w ogóle sformułował w myślach, i posłusznie usiadł na wyznaczonym miejscu. W gabinecie czuł się źle, bowiem dziekan nie poszedł z duchem czasu i nawet najnowsze rozwiązania technologiczne maskował wyglądem urządzeń z początków trzeciego tysiąclecia. Przeszklone szafy, rzeźbione meble z drewna, ornamentowany dywan (prawdziwy dywan, tkany na węzłach, nie klejony) i wszechobecne papierowe książki zmuszały Ronwego do ciągłej kontroli myśli. Zaszczuty i osaczony wystrojem musiał skupiać się na odpędzaniu wspomnień o dzieciństwie, domu i rodzinie.
Dawno nie wymagał od siebie podobnego wysiłku i szybko zrozumiał, że dialog z Sorokinem będzie o wiele cięższy, niż go w swojej arogancji przewidział. Ściągnął brwi, koncentrując się nad prezencją i mimo palącej potrzeby przestał szukać kamer i czujników.
— Chodzi o pański projekt. — Sorokin bez zbędnych wstępów otworzył temat. Nie wyglądał na przejętego ani rozgniewanego; równie oderwany i zamyślony co zwykle przeczesywał siwy zarost palcami. — Na gest mi się zebrało, żeby was trochę ośmielić. Pan rozumie, magisteriat to nie zabawa. U nas na wydziale taki tytuł coś znaczy. Dyplom coś znaczy. — Urwał i wyciągnął z pierwszej szuflady plik spiętych klipsem Netbrystoli. Ronwe natychmiast poznał swoją okładkę. — „Projekt dla dziekana” brzmi całkiem nieźle. „Projekt semestru” też. Nie mogłem się zdecydować, stąd nieporozumienia w kwestii tytułów. — Sucha dłoń uniosła się, gdy Rosjanin machnął niedbałym gestem. — W każdym razie prac dotarło ponad dziesięć. To ogromnie dużo, panie Ronwe. To oznacza, że ponad jedna dziesiąta przyszłych magistrów miała odwagę pokazać mi jakiś genialny, w swoim mniemaniu rzecz jasna, pomysł! Budujące, prawda?
Ronwe uniósł wzrok i wbił go w blade tęczówki, zanim ponownie spojrzał na blat biurka.
— Co pan sądzi? — przycisnął go Sorokin.
Haker twierdząco skinął głową.
— Raz jeszcze, co pan uważa o tym wyniku? Nie dosłyszałem. Tak to jest ze starymi ludźmi, cóż począć! — Dziekan zaśmiał się z manierycznym rozrzewnieniem. — No więc?
— Czternaście projektów, jedenaście koma trzy procent z kierunku, więcej niż jedna dziesiąta, ogromnie sporo, ten wynik cieszy serce studenta.
Dziekan zawahał się, wpatrzony w Ronwego przerywając czesanie brody. Nabrał powietrza i po chwili zaniósł się szczerym, nieco życzliwszym niż wcześniej śmiechem. Kaszlnął nawet, próbując przestać, ale wybitnie niezamierzony humor hakera wyraźnie wytrącił go z równowagi.
Ronwe wygładził koszulę, skrępowany poprawiając się w krześle. Zerknął na dywan i z oporem odgonił wizje wgłębień po przednich kółkach wózka inwalidzkiego.
— Tak — westchnął tymczasem Sorokin. Wygodniej oparł się w fotelu i obniżając sylwetkę umożliwił światłu dziennemu rażenie Ronwego po wrażliwych oczach; była ledwie ósma rano, a przedzimowe wschody słońca coraz później budziły miasto. W tle wysokiego przeszklenia za plecami dziekana pierwsze transportowce mijały się właśnie między rdzeniami B-23. — Tak, tak. Lubię pana, Ronwe. Pański projekt to, jak rozumiem, nowatorska pętla transkrypcyjna?
Haker zdziwił się i zaraz pożałował uniesienia brwi. Zasłonił twarz przed słońcem.
Co za pytanie, doprawdy, czy pętla transkrypcyjna, a co niby innego, wąż z literek?
— Tak, panie dziekanie — wymówił skwaszony.
— Powiesz mi o niej coś więcej? Z całą pewnością jest najbardziej intrygująca ze wszystkich tych… tych cieszących serce projektów. No?
To zaczynało się robić podejrzane. Ronwe nie lubił półsłówek, nie lubił podtekstów, niejasnych komunikatów i kpin. Chyba że w swoim wykonaniu.
— Nie rozumiem…
— Czego pan nie rozumie? Projektu własnego? Proszę go opisać, zanim się zacznie pański wykład z optymalizacji. Co to za pętla?
Ronwe nie był pewny, czy dziekan żartuje z niego, pytając o banały, czy może oczekuje faktycznych wyjaśnień, bo na projekt zerknął wyłącznie przelotnie. Obie te możliwości wydawały się równie prawdopodobne i gdy haker estymował je, próbując bazować na doświadczeniach ze studiów pierwszego stopnia, jego bufor cierpliwości i opanowania niespodziewanie wyczerpał zasoby. Minęło może trzydzieści sekund.
— Nad czym pan się głowi, Ronwe? Projekt pisany tak dawno, że pan zapomniał, o czym jest? A może ktoś pomagał?
— Nie, skąd, ja…
— Pan się nie wyspał, czy udaje studenta uniwerku?
Haker wiedział, że mięśnie po bokach twarzy stygną mu spięte gniewem. Zechciał spojrzeć Sorokinowi w oczy i zanim zdążył zapanować nad organizmem, na przesłonach aktywowały mu się filtry UV400. Tą jedną potencjalnie widoczną funkcją, powodującą chwilowe mydriasis, mógł zaprzepaścić wszystko. Nie zdołał jednak spuścić wzroku.
— Pan tę pętlę czytał — wymówił, próbując intonować pytanie.
— Jakżeby inaczej, oczywiście, że czytałem — zapewnił Sorokin jowialnie.
— Więc pan zna jej przeznaczenie użytkowe. — Opanowanie hakera osiągnęło obszar krytyczny. Wystrój atakował go coraz nachalniej, ciśnienie rozrywałao cienkie naczynia krwionośne, a rosnąca furia, powodowana na równi zachowaniem Sorokina i własną niestabilnością, nie ułatwiała wcale prowadzenia dialogu.
— Chciałbym, żeby pan jednak ubrał to w słowa. — Nie ustępował dziekan, swoim fałszywym uśmiechem i politowaniem skutecznie prowokując rozmówcę. — Przywilej twórcy. Niechże pan czyni honory.
Ronwe poczuł, że razem z rozrzedzoną krwią grzeje mu się przód czaszki.
— Pański drogi, komercyjny system, używany przez trzy czwarte wiodących instytucji i połowę prywatnych użytkowników w Europie, ma tylko jedną wadę z założenia — wycedził — i rozwiązałem ją panu za darmo, nie zgłaszając patentu. Ta pętla buduje konektom dla Paixa.
Sorokin podrapał się za uchem i zastygł jak zamyślony posąg rosyjskiego naukowca.
Patrzył w stronę gabloty.
— Konektom — powtórzył.
Ronwe ustawił dłoń pod twarzą.
Milczeli, aż dźwięk kapania stał się nieznośny.
— Chusteczkę?
— Poproszę.



Hanna Puszek
Śnieg padał gęsto jak kiedyś. Jak w Karpaczu, w Polsce, gdzie Hanna spędziła wczesne dzieciństwo. Dawno nie wspominała już tego, co było, i co dwadzieścia lat temu wydawało się tak pewne i naturalne. Codzienności, rutyny, życia małego miasta.
Teraz tamten świat - świat pełen umowności, wolny od elektroniki, niespętany sieciami sygnałów i prądu - wyglądał jak utopijny i nierealny wymysł pisarskiej wyobraźni. Mass media z zaskakującą dbałością unikały propagowania zalet niedawnej przeszłości, pchając wszelkie formy rozrywki w wizjonerską przyszłość. Wielka dziura ziejąca w historii między drugą wojną światową a drugą połową dwudziestego pierwszego wieku zdawała się być skazana na zapomnienie.
Hanna nie była pewna, jak edukacja poradzi sobie z tym problemem i co następne pokolenie, pokolenie jej dzieci, będzie wiedziało o stu niemal latach niechlubnego zastoju przerwanego początkiem ery komputerów w latach osiemdziesiątych i wybuchem technologicznym w roku dwa tysiące dwudziestym. Z relacji Eskila wynikało, że blok humanistyczny w szkołach jest raczej symboliczną formą uzupełniania wiedzy matematycznej, informatycznej i biologicznej, a jedyne rozgałęzienia warte zainteresowania sprowadzają się tak naprawdę do wyboru przyszłej pracy w większości narzuconej przez pozycję społeczną.
Hanna nie chciała w to wierzyć.
Kiedyś Hubert lubił mówić jej, że cyfrowy świat ze szkła i metalu runie równie gwałtownie, jak został zbudowany, a ludzie opamiętają się, zanim technologiczna osobliwość pochłonie ziemię. Kiedyś skończyło się jednak blisko cztery lata temu i Hubert przestał prawić mądrości o przyszłych losach cywilizacji. Zaczął za to naświetlać Hannie najpotrzebniejsze swoim zdaniem zagadnienia związane z przetrwaniem i bezpieczeństwem.
Czasem, gdy rozpędzał się i w zmęczeniu zapominał o gigantycznej, rosnącej przepaści tematów tabu dzielącej ich od siebie, próbował tłumaczyć działanie i obsługę broni palnej w sposób co najmniej odrzucający. Dwa razy wszedł też w zagadnienie optymalnego jej użycia i polecił Hannie najszybsze drogi likwidacji celu, punkty strzałów wskazując na niej i na sobie. Do trzeciego razu nie doszło, bo Jörg poprawił go zza ściany i na minutę wszedł do kuchni, by wytłumaczyć rodzeństwu rolę rdzenia przedłużonego w ludzkim organizmie. Była to pierwsza i ostatnia chwila, w której Hanna poczuła się zagrożona towarzystwem własnego brata, ponieważ ten nadal trzymał ją za kark, słuchając Jörga.
Ostatecznie Jörg zamilkł po rozkazie zamknięcia mordy i honorowo nie uchylił się przed lecącym w jego stronę kubkiem (kubek pękł na wzmocnionej obręczy barkowej), Hanna odzyskała wolność z kilkoma tylko siniakami, a Hubert przeklął ich oboje, przysiągł nigdy nie wracać, wyszedł i przed domem został znokautowany przez rozwścieczonego Zvajdera.
Stało się to zupełnie niedawno, bo dokładnie pół roku temu.
Całe szczęście Hanna nie widziała walki swojego brata z dwumetrowym humanoidem; mimo całej ostrożności, z którą Zvajder traktował ludzi, widok taki mógł odbić się na jej psychice. O zajściu dowiedziała się przypadkiem następnego dnia, kiedy Jörg poprosił ją o najgrubszą z igieł i oznajmił, że idzie nabyć żyłkę wędkarską, drut i tytanowe zaciski zespalające, by Zvajderowi wzmocnić uszkodzony szew metopiczny.
Dziwnym zbiegiem okoliczności Zvajder zaczął go unikać.
Gdy już dał się zawlec do domu numer trzysta czternaście (Jörg wciągnął go za szyję, używając prawej, mechanicznej ręki), okazało się, że wszelkie urazy zniknęły, jakby Zvajder magicznie naprawił się sam. Dezorientacja i niedowierzanie Hanny były niemal tak wielkie jak poziom jego nadąsania, ale zdecydowanie mniejsze niż zawód Jörga, który ewidentnie miał potrzebę wypróbowania kupionych zacisków.
Hubert oczywiście obraził się na ponad miesiąc i nikomu nie powiedział o złamanym nadgarstku, bo na czaszce Zvajdera złamał go sobie sam. Według Szwedów strzelał później całkiem nieźle, choć wolniej, więc sprawą nikt się specjalnie nie przejął.
Nikt poza Hanną.
Jej brat był dokładnie taki sam jak Zvajder. Chociaż nikomu bardziej nie ufała, przy nikim nie czuła się bezpieczniejsza i nie sądziła, by ktokolwiek mógł mu zagrozić, pozostawał nieodpowiedzialny, narwany i zero-jedynkowy jak dziecko. Mimo skrywanej głębi myślał prostymi ścieżkami, które wyrobiły się w przedstrefie wyraźniej niż powinny. To nie była zapewne do końca jego wina - nic nie było jego winą, od kiedy skończył cztery lata i zaczęto go traktować lekami - ale Puszek wiedziała, że mógłby starać się bardziej.
Tęskniła za chwilami, gdy patrząc na brata widziała wciąż tamtego zbója z technikum, po treningach MMA potajemnie ćwiczącego pieczenie jabłecznika i babeczek. Od jakiegoś czasu Hubert był jednak wyłącznie wściekłą, wyczerpaną wersją siebie, jakby duszę mimo powrotów zostawiał w przedstrefie. Współpraca z Jörgiem odbiła się wyraźnie na najzupełniej fizycznych aspektach jego wyglądu i dlatego chyba, mimo starań, Hanna przestała kojarzyć jego rysy, ruchy i posturę z przeszłością.
A przecież z przeszłością od kilkunastu lat łączył ją niemal wyłącznie Hubert. I choć uśmiechał się, jakby ktoś raził go prądem, a mówiąc po polsku kurew używał jako przecinków, pozostawał najbardziej wzruszającym, najwspanialszym i najukochańszym starszym bratem, jakiego mogła sobie wyobrazić.
Teraz żałowała. Żałowała bycia siostrą Huberta, żałowała swojej roli w jego życiu i ciężaru, jaki stanowiła od śmierci rodziców. Czuła się podle, choć wiedziała, że to głupie. Nie mogła wspierać Huberta nijak i nie umiała już prawie rozmawiać z nim bez kłótni, a Jörg i Zvajder komplikowali to wszystko, czyniąc sprawę całkiem beznadziejną.
Cała trójka - narzeczony, brat i kosmita - ciągnęli Hannę w dół ku załamaniu i jak kamień u szyi skazywali na dno. Z miłości nie była w stanie uwolnić się od nich i wiedziała, że działa to w dwie strony. Cierpiała więc sama, raniona wiecznym konfliktem, a oni tak samo cierpieli przez nią.
Wieczna wojna. Wieczne sceny. Wiecznie napięta do granic, cienka linia dzieląca ich od wzajemnego pozabijania się na granicy przedstrefy.
Hanna miała dość i jak idiotka czepiała się pojedynczych szans na naprawienie sytuacji. Aż do teraz. Po tym wszystkim, po latach mozolnej pracy, po wyrzeczeniach, bólu i wciąż niezagojonych ranach, koszmar stał się rzeczywistością.
Jörg zniknął. Uciekł ze Zvajderem.
Zabił ponad dwustu Węgrów, jeśli to, co Gerda powiedziała przed wyrzuceniem Hanny z domu, było prawdą. Mężczyźni wrócili z przedstrefy zasępieni i milczący, a Olaf niemal od razu zaszył się na poligonie, skazując Hannę na twardą rękę swojej chorej żony.
Potem przeprosił - odwiedził Hannę w sobotę, tłumacząc nieobecność Huberta i próbując załagodzić żałosną, bezsilną histerię, w którą Puszek wpadła zamknięta we własnym domu. Został na kawę, którą zrobił sam, i nieudolnie pocieszał Hannę przez godzinę. Poczuła się jeszcze gorzej, skazując go na to upokorzenie. Skłamała, że sobie poradzi i podziękowała Ulfssonowi za gest (mimo rzeczowości nie zdradził jej szczegółów zbrodni, a Huberta nazwał „dobrym kolegą” zaangażowanym w sprawę i skupionym na bezpieczeństwie całego osiedla).
Przez cały weekend Puszek siedziała sama i jak niedojrzała dziewczyna na zmianę sprzątała czysty dom, chowała się pod kołdrą i parzyła herbatę dla dwóch osób. Wyobrażała sobie, że wieczorem odwiedza ją Hubert, marzyła o tym, że nocą otwiera drzwi Jörgowi, a w poniedziałek nad ranem zatęskniła nawet za groźnym, paraliżującym spojrzeniem Zvajdera, które mimo dzikości pełne było troski i zrozumienia.
Przez cały ten czas nie pogodziła się z zarzutem postawionym przed Jörgiem i wmawiała sobie, że to nie on. Pogarszała sytuację, grzęznąc we własnym wyparciu i zaprzeczeniu.
O piątej uznała, że pójdzie do Huberta. Że mu wygranie, nazwie chamem, a potem złamie się i przytuli do twardej klatki piersiowej, żeby zapomnieć o bólu. Za jedno „Kocham cię, Słońce” gotowa była oddać wszystko. Szybko jednak oprzytomniała, stwierdzając, że znów okaże się zbędna; przy boku brata roztrzęsiona i obca, niepasująca do Szwedów, nierozumiejąca sytuacji i zupełnie głupia. Wstyd, który czuła, siedząc w piątek przy twardej, surowej Gerdzie, dobił ją jak zwykle. Zazdrościła starszej kobiecie umięśnionych rąk, urody harpii, charyzmy roztaczanej bez wysiłku i wszystkiego tego, czego sama postanowiła nie mieć: obycia z bronią, regularnego strzelania, opanowanych podstaw walki wręcz.
Żałosna, bezużyteczna, płaczliwa i irytująca Hania Puszek - oto, czym była w oczach morderców, którzy ją otaczali.
Wplotła palce w niemyte od trzech dni włosy i oparła czoło o kamienny parapet. Obok, na przykurzonej marmurowej powierzchni, leżały nadal narzędzia Jörga. Zestaw dłut rzeźbiarskich pokryty był białym pyłem, pilniki zdarte na ostrych krawędziach, obcążki zamknięte wciąż na czterocentymetrowej kości, z której Puszek wycięła w miarę płaski fragment.
Zegar zawibrował w tle, ogłaszając wybicie godziny szóstej. Hanna płakała z nienawiści do siebie i żalu do Jörga, świadoma, że nie da rady pójść do pracy. Jej zmiana w przygranicznej fabryce zaczynała się równo o siódmej, a pracowników spóźnionych choćby o minutę nie wpuszczano na dwukilometrową halę produkcyjną.
Dzwonek do drzwi był ostatnim, co spodziewała się usłyszeć.
Poderwała głowę i otarła twarz pośpiesznym ruchem. W biegu poprawiła koc, którym owinęła się, by uniknąć zimna bijącego z nieszczelnego okna. Bosa dopadła do drzwi frontowych.
— Hubert, musimy po… — urwała, gdy w twarz uderzyła ją fala mroźnego powietrza i gęstego, skłębionego śniegu. Za roztańczoną bielą zobaczyła skórzaną, ciemną kurtkę. Kurtka wydawała się rozciągnięta. Hanna spojrzała wyżej, wyżej i jeszcze wyżej, aż wreszcie skrzyżowała wzrok z uderzająco jasnymi tęczówkami najmłodszego Ulfssona.
Eskil uśmiechnął się przepraszająco. Jego zakłopotanie było niemal chłopięce i zupełnie nie pasowało ani do porażającego wzrostu, ani do ostrych rysów w całości odziedziczonych po matce. Hanna zastygła w przejściu i nie odwzajemniła uśmiechu.
Milcząc obserwowała pociągłą twarz Szweda i poziomą, krwawą szramę pęknięcia na jego długim nosie.
— Mogę zająć pani dwie minuty? — spytał. Brwi i brodę miał niemal zupełnie białe; śnieg osiadł mu nawet na rzęsach, jak gdyby skóra nie emitowała żadnego ciepła.
Puszek cofnęła się zesztywniała i otworzyła drzwi szerzej. Gdzieś daleko z tyłu jej głowy rozbrzmiał głos prawdziwej Hanny Puszek, wściekłej, że ktokolwiek widzi ją w podobnym stanie, wyrzucającej sobie brak kąpieli, stanika i pomysłu na jakąkolwiek wypowiedź.
Eskil schylił się, by nie zahaczyć o framugę i spokojnie przekroczył próg. Kurtkę zdjął ostrożnie i na wyciągniętej ręce wytrzepał nad wycieraczką. Buty ustawił równo przy zewnętrznej ścianie domu, zanim zamknął drzwi. Nim drewno zasłoniło śnieżny krajobraz osiedla, Hanna uchwyciła wzrokiem gęstą łunę wiszącą nad miastem.
— Przepraszam, że nachodzę. Za chwilę mam M-busa. Wiem, że jest wcześnie. Miałem nadzieję pani nie budzić.
— Nie obudziłeś — rzuciła cicho. — Zaraz do pracy.
Eskil miał w zwyczaju patrzeć w oczy podczas rozmowy i najbardziej nieznośną rzeczą w jego jasnym spojrzeniu było bezkresne zrozumienie podbite życzliwością. Hanna zacisnęła wargi, bo szczere współczucie znosiła o wiele gorzej od kłamliwego. Szwed natychmiast skupił się na swoim plecaku i tak naturalnie zmienił przy tym minę, że nie sposób było zgadnąć, czy o czymś sobie przypomniał, czy może jednak czytał w myślach.
Cały był tym, czego w najśmielszych oczekiwaniach można się było po nim spodziewać, i tak doskonale poruszał się po torach wymagań Hanny, że ta nie potrafiła choćby pomyśleć o nim źle. Nawet gdy zaskakiwał ją jak teraz, bladym świtem, świadomy niesprzyjających okoliczności.
— Pani dom pachnie bakaliami — rzekł, kucając w przejściu. Długie nogi zgięły się z zaskakującą sprężystością niepasującą do chudej sylwetki. — Chciałbym, żeby mój dom tak pachniał.
— Gości przyjmuję w kuchni — przypomniała Hanna możliwie obojętnym tonem. Delikatna mściwość, każąca jej traktować syna Gerdy z dystansem i chłodem, dawała się we znaki niemal tak jak wszystko inne tego dnia. — Zdążysz napić się kawy?
— Zdążę. Dziękuję pani.
Puszek wskazała kierunek i poczekała, aż Eskil minie ją z uśmiechem. Bez pomysłu rozejrzała się po pustym, ciemnym korytarzu. Przeniosła wzrok na wąskie plecy Szweda i przez moment wyobrażała sobie, że to młodsza, żywa wersja Jörga pochyla się teraz z zainteresowaniem nad śpiącym obok szafek jeżem.
Odetchnęła i potarła oczy, żeby wziąć się w garść.
Eskil nie był winny niczemu i wystarczyło okazać minimum dobrej woli, by go zapytać o powód przybycia.
— Chcę mówić z panią o panu Hasselu.
Hanna bezgłośnie powtórzyła polską wiązankę Huberta.
Przeszła do kuchni i trzymając skrawek koca zajęła się nastawianiem wody. Z rozmysłem sięgnęła po ulubioną niegdyś porcelanę narzeczonego, chcąc zaparzyć kawę w czymś bardziej odświętnym niż grubo ciosane szklanki.
— Wie pani, że to nie on. — Głos Eskila w żadnym wypadku nie brzmiał pytająco, jednak (co Hannę zszokowało jak zawsze) nie dało się również wyłapać w nim pewności. Może była to kwestia szwedzkiego akcentu, może wypracowana przez lata umiejętność, a może bardzo wiele innych rzeczy, nad którymi Puszek nie miała siły myśleć. — Zagrożenie w rozumieniu pana Hassela nie obejmuje zwykłych ludzi. Nawet uzbrojonych ludzi. Węgrzy nie mogli sprowokować go do aktywacji pierwszego trybu bojowego.
Hanna skupiła wzrok na czajniku i stojąc tyłem do Eskila zignorowała jego wywód. Przemilczała czas na odpowiedź, nie chcąc podważać słów i poglądów Huberta w obecności znacznie młodszego mężczyzny. Delikatnie wzruszyła ramionami, bowiem Eskil czekał cierpliwie i nie zamierzał chyba kontynuować bez jej pozwolenia.
Zerknęła przez ramię, by go zobaczyć grzebiącego w plecaku i śmiesznie niewymiarowego przy za niskim stole. Stopy, mimo podkurczonych palców, wydawały się niemożliwie długie. Na wpół mokre spięte włosy już wysypywały się z wysokiego upięcia, zdradzając przyszłą fryzurę. Młody Ulfsson zwykle odwiedzał dom Hanny wieczorem i gdy przesiadywał z Jörgiem, notując jego informatyczne wykłady, na głowie prawie zawsze miał naelektryzowany, platynowy chaos.
Puszek uśmiechnęła się bezwiednie, wracając do obserwowania czajnika. Eskil akurat wydobył z plecaka zapisaną w całości kartkę.
— Znam tryby pana Hassela. Wiem, jak działa jego główny program i jakie systemy obsługuje procesor. Obiecałem, że w razie kłopotów skopiuję w miarę możliwości generator kodów sprzed siedmiu miesięcy. To dokładny zapis stanu oprogramowania, kopia na wszelki wypadek. — Eskil mówił rzeczowo, akcentując najważniejsze słowa. Nie chwalił się i nie straszył, informując Hannę o decyzjach jej narzeczonego. Tak ważnych, że porównywalnych do spisania testamentu. Puszek poczuła, że z twarzy odpływa jej krew. — To, co spisałem i to, co wiem, sprawia, że jestem pewny. O ile Węgrzy nie grozili panu Hasselowi bronią odrzutową albo zrzuceniem bomby na nasze osiedle… Nie byliby w stanie go sprowokować. Aktywowany tryb zużył części do ramienia włącznie, czyli więcej niż połowę broni, którą pan Hassel…
— Jak śmiesz — wyszeptała Hanna. W oczach zbierały jej się łzy. — Jak śmiesz wiedzieć o nim więcej, niż wiem ja.
Eskil zamilkł i wydawało się, że przestał również oddychać.
Puszek obejrzała się gwałtownie. Koc spadł jej z ramion, na co Ulfsson zerwał się z krzesła i taktownie obrócił tyłem, sztywnym ruchem prostując ręce.
— Skończ z tym! — wybuchnęła. — Matka was szkoli jak więźniów w obozie! Piżamy nie widziałeś?! Lubisz mieć śnieg w butach?!
— Przepraszam panią.
— Mów mi na ty, bo cię wyrzucę — zagroziła już płacząc. Zebrała koc z ziemi i otuliła się szczelnie, całą siłę woli wkładając w powstrzymanie ataku histerii. Ocierając twarz zabrała się za parzenie kawy.
— Pan Hassel wiedział, że pani źle to zniesie — wytłumaczył Eskil cicho. — Nie chciał tego. Pani stres jest dla niego najgorszy. Skraca czas.
— Mój czas?
— Państwa wspólny czas.
— Tak powiedział?
— Tak, proszę pani.
Hanna zadrżała, przegryzając wargę w skrajnym zdenerwowaniu.
— Uderzę cię, jak mi jeszcze raz powiesz przez pani — obiecała, rozlewając wrzątek po blacie. — Nie uchylisz się. Jesteś wyszkolony.
Kątem oka uchwyciła ruch, gdy Eskil przymierzył swoją stopę do śpiącego jeża.
— Jakoś wytrzymam. Już mnie dziś uderzono.
— Nie jestem ślepa — syknęła. — Wiem, kto cię uderzył. Jak… — Zmęła w ustach bezsensowne „nienawidzę” i powstrzymała się przed komentarzem.
W oczach mężczyzn matka powinna być świętością i znając życie Gerda była nią w naiwnie dobrych oczach Eskila. Fakt, że dwudziestoletni Szwed był do niej uderzająco podobny, tylko wszystko pogarszał.
Przez całe życie Hanna sądziła, że miłość matki do dziecka jest czymś oczywistym i koniecznym. Czymś, czego nie można złamać. Trzy lata znajomości z rodziną Ulfssonów skutecznie wyleczyły ją z tego poglądu. Zrozumiała też, że serce kobiety może przejrzeć tylko inna kobieta. Olaf, Nils i reszta nie mieli szans wyłapać różnic między codziennym chorobliwym rygorem a tym, jak Gerda traktuje Eskila.
Oczywiście był też Hubert, który z całą pewnością wyczuł wszystko szybciej i lepiej od Hanny, ale nie miał potrzeby dzielenia się tym z nikim.
— Jeśli to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć, dziękuję — podjęła Puszek. — Przyjęłam do wiadomości. Nie chcę argumentów i waszych przeklętych znaczków w liniach. Nie zniosę, jak mi wyczytasz choć jedną komendę kodu, bo Jörg… masz go na tej kartce i nie czujesz, że to jak zabrać duszę — wymówiła, siląc się na spokój. Eskil zgiął papier w palcach. — Coś więcej poza podejrzeniem, że jest niewinny?
— Nie, proszę pani.
— Kawę dostaniesz w termosie. I pójdziesz na tego M-busa.
— Dobrze. — Eskil spakował plecak i bez ociągania wycofał się do głównego holu. — Będę w mieście — rzucił niepewnie, wyjątkowo kalecząc język. — Kupuję dziś izotoniki spod rdzeni. Mogę przywieźć pani jeden przy okazji oddawania termosu? Przed osiemnastą wrócę.
— Nie trzeba — ucięła Hanna, zakręcając pokrywkę. Podeszła do już ubranego, podenerwowanego Szweda. — Nie musisz oddawać. Leży od zeszłych świąt. Hubert nigdy go nie użył.
Eskil spojrzał z góry; w chwilowym spięciu drgnęły mu mięśnie tuż nad ustami. Chwycił termos i Hanna poczuła jego pewny, szorstki dotyk na krawędzi naczynia. Gwałtownie puściła rozgrzany metal. W nagłym strachu zwiększyła odstęp, gapiąc się na męską dłoń.
Wyblakłą bliznę po swobodnym zamku, biegnącą przez palec wskazujący aż do nasady kciuka, dostrzegła na niej przypadkiem.
— Hubert celnie strzela, słyszała pani o tym. — Eskil nie zapytał i nie stwierdził. — Dziękuję za kawę. Raz jeszcze przepraszam za najście. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pan Hassel mógł wrócić do domu.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 03 marca 2018, 20:56

To może być nieco chaotyczny komć i bełkotliwy, bo, po pierwsze, przeziębienie, a po drugie, cała chodzę, że to już, już kawałki, których nie czytałam i czytam je szybko, na emocjach, i nie sądzę naprawdę, żebym miała się poprawić, więc poprawy nie obiecuję. Wiesz, jak to jest, kiedy głodujesz cały dzień, a potem wreszcie docierasz do mieszkania, dopadasz do lodówki i żresz, żresz i nawet nie czujesz, i dopiero po chwili dociera, że zaraz, chwila, może po prostu daj sobie dziesięć minut, to poczujesz, żeś najedzona. I ja tak mam z Jeżami, że kiedy już dostanę porcję, to pochłaniam nieomal bezmyślnie i dopiero po chwili się orientuję, co robię. Ale nie wiem, to może chociaż będę czytała po raz drugi przed napisaniem komcia albo co.

Tak mnie naszło ogólnie, kiedy myślę o całym tym świecie i o postaciach, jakie przedstawiasz, że wątek rodziny Ulffsonów jest najokropniejszy. No bo gdzie w takiej rzeczywistości szukać ostoi i schronienia, jeśli nie w rodzinie? Nawet Puszki to mają, chociaż na swój pokrzywiony sposób. Ale jednak. Ale jednak trzymają się względnie razem i to się czuje, że są dla siebie nawzajem gotowi na wiele, bo właśnie to - bo są rodziną. A tutaj tego nie ma. Tu jest Gerda i jej wojsko, bo nawet Olaf wydaje się sterroryzowany, choć nie opisujesz wprost żadnej jego interakcji z żoną. Ale w tym, jak o niej mówi, jak o niej myśli, są wskazówki. I są słowa Hanki, porażające, o Gerdzie, o tym, że nie kocha Eskila i że ona, jako druga kobieta, potrafi rozszyfrować ten układ, dostrzec te okropne wzory. Hanka w ogóle jest bardzo wzruszająca w tej scenie, widzę to jej rozchwianie, to załamanie i to, jak mimo własnego stanu wybucha taką gniewną empatią i oburzeniem. I tak mi się wydaje, że to jest właśnie ta Hanka, którą tak pokochałam od pierwszego wejrzenia - ta, która zwyczajnie nie potrafi znieść krzywdy, którą ta krzywda osobiście boli i wkurza, i która nie będzie się tylko rozckliwiać nad sobą, nie będzie się zamykać w bąblu, ale będzie szczerze i głęboko myśleć o innych. Jasne, niektóre jej zachowania noszą znamiona egoizmu, to nie Matka Teresa, to zwykła dziewczyna, która chciałaby spokoju i normalności, a jest zmuszona żyć wśród pojebów. Ale no, szacun, Haniu, tak po prostu.

A wracając do Gerdy - i jeszcze ta przemoc. Męska przemoc, ta podczas czyszczenia, tak, ale też ta kobieca. Temat w jakiejś mierze mi bliski, długo rozkminiany na potrzeby tekstów o Ryśku, co tu kryć, więc wchodzę w ten wątek z bagażem własnych przemyśleń. I się boję, i jest mi ciężko, bo z moim obserwacji wynika, że kobieca przemoc jest sto razy gorsza niż męska. Jest przemyślana. Konsekwentna. I rozłożona w czasie. I Eskil mnie tak niszczy całą tą wizją. To w ogóle mega - skaczę już w inną odnogę myśli - że zetknęłaś ich razem i w pewnym sensie robisz z nich jedną fabularną drużynę. O Eskilu i Hance myślę. Bo wiesz, co o nich sądzę, że to takie słoneczka (hehe) w tym ponurym świecie i wiele radości sprawiło mi oglądanie ich w jednej scenie. I to było takie... Tak bolało, jak Hanka już kazała mu wyjść, bo on przyszedł do niej jakby ze złego świata, gdzie został uderzony przez własną matkę stojakiem, i ona wyszła do niego jakby ze złego świata, z tej swojej zrozpaczonej pętli. I tak się spotkali wpół drogi i orzekli, że Jorg jest niewinny. Ja jako czytelnik to wiem i cieszę się, że jest też wśród postaci ktoś, kto wie, a jednocześnie cały ten konflikt szarpie mi bebechy. To jest po prostu bardzo dobry, emocjonalny i dobrze zbudowany konflikt, w którym nie ma stron bez racji i nie ma prostych podziałów, bo postaci związane ze sobą mogą znaleźć się po dwóch stronach barykady. To jest coś, co naprawdę lubię i co zmusza bohaterów do wyborów, jakie lubię. To przewartościowywania, wychodzenia ze stref komfortu, ważenia spraw niemożliwych do zważenia.

Przy tym scena z Didim i Mińskim, a także Didim i Sorokinem wypadają aż niepokojąco spokojnie, to takie dziwne, że przynoszą oddech po całym pełnym skrajnych emocji wątku Ronit. No, może Sorokin zaskakuje w tej roli nieco mniej, bo przed chwilą pojawił się w parze z Eskilem i to było takie łagodne i takie jakby trochę nie z tej bajki o mordujących się ludziach i cyborgach, ale jednak. Ale jednak jest to przewrotne i tę przewrotność lubię. W ogóle wychodzi taki zaskakujący efekt, bo przy jednoczesnym ukryciu szkieletu tak, że nie widzę pod tekstem planu, udaje Ci się całkiem czytelnie splatać i odbijać od siebie wątki. Dostrzegam to, o czym kiedyś wspominałaś, to znaczy, że postaci się ze sobą łączą, że wszystkie je splata swego rodzaju sieć, nawet jeśli nie są to więzy bezpośrednie, to jest to jakaś praprzyczyna, jakiś przedmiot, jakieś wspomnienie. To konsoliduje tekst, daje wrażenie, że nie rozbiega Ci się świat niekontrolowanie we wszystkich kierunkach. Cenię bardzo.

Będę musiała wymyślić coś, za co będę mogła zmyć Ci głowę, serio, bo te komcie zaczynają wyglądać nieszczerze. Ale nie mogę wiele poradzić na fakt, że nawet rzeczy, które może powinny mi przeszkadzać, jak brak tego tła, które Cię tak martwi, mi nie przeszkadzają, bo się wciągnęłam.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 16 marca 2018, 01:12

T~~~~~~~T dziękuję.


Dimitriy Sorokin
W skupieniu siedział i obracał cienką, szklaną lufkę między drżącymi palcami. Oddech zrównał do czterosekundowych wdechów i wydechów, niczego jednak nie osiągając w kwestii uspokojenia umysłu.
W każdym dźwięku, każdym szmerze i kliknięciu wewnątrz obwodów wszechobecnych urządzeń, słyszał wciąż echo drażniącego głosu.
Konektom — szeptały kable sieciowe.
Konektom — drżały szyby, rezonując po przelocie transportowca.
Konektom — mówiło odbicie w drzwiach gabloty, z nieruchomym wzrokiem i skrywanym gniewem zaostrzając europejski angielski.
Sorokin uderzył dłońmi o blat i z trzaskiem nagiął drewno, podnosząc się gwałtownie.
— Нет! — wycedził przez zaciśnięte zęby. Mięśnie twarzy i szyi zapiekły ściągnięte wściekłością. — Я отказываюсь! Nie!
Rozrzucił prace, dewastując biurko pojedynczym ruchem. Ledowa lampa runęła na podłogę, ultracienki wyświetlacz pękł pod ciężarem przewróconego zegara, a pełna popiołu popielniczka wyskoczyła w powietrze, obrotami siejąc chmurę ciężkiego pyłu. Dziekan z całej siły uderzył w miejsce, gdzie szkło zwężało się dla dyskretnie umieszczonej kamery i rozbił blat do reszty, raniąc knykcie odłamkami.
Wyprostował się, otrzepał rękę, poprawił złotą bransoletę luźno wiszącą na nadgarstku i stanął przodem do okna.
Konektom — zabrzęczała popielniczka, kończąc chybotliwy taniec na panelach.
— Tytoń — rozkazał Sorokin. Drzwiczki nad barkiem kliknęły łagodnie, a najwyższa szuflada posłusznie wysunęła denko z zamkniętym szczelnie, płaskim opakowaniem. Dziekan sięgnął po koniakowo-cynamonowy susz i dobył wysłużonej lufki z kieszeni na piersi.
Szkło pękło pod zakrwawionymi palcami.
Konektom — zachrzęściło, składając się pasmo po paśmie.
Sorokin przetrząsnął kieszenie kamizelki i wygrzebał awaryjny zapas ryżowych bletek.
Z wrzącym, szalejącym pod skórą rozjuszeniem skręcił estetycznie cienkiego papierosa. Skleił go równo, przeciągając po dolnej wardze. Koniec przytknął do żarowej zapalniczki odsłoniętej inteligentną blaszką z czujnikiem ruchu i w ciszy zaciągnął się bez przyjemności.
Na próżno szukał ulgi.
Nie w uldze i nie w spokoju radził sobie z Ivanem. Nie dzięki opanowaniu i sprytowi pokonywał go wielokrotnie, i nie on z ich dwójki był tym, który zwykł czekać i planować.
Ta świadomość od lat bolała go, napawając próżną dumą i wypełniając lękiem.
— Inteligentny system wyszukiwania studentów — wymówił, przez okno obserwując ruch i mgłę w gęstym centrum B-23. Gabinet wypełnił się mrokiem; cień kolejnego transportowca minął miejskie rdzenie i szerokim pasmem nakrył bryłę wydziału Informatyki Progresywnej. Sprzęty i przeszklenia zadrżały. W ciemnościach Sorokin zmrużył oczy i obejrzał swoją starą, pomarszczoną dłoń. Zakręcił papierosem i rozżarzony koniec przytknął do świeżej rany na środkowym knykciu. — Katalog aktualny. Szukaj. Numer indeksu: U2665.
Stopień drugi, semestr pierwszy, Ronwe Volkhard Ortwin.
— Czytaj.
Wpis: przyznano, uprawnienia: student: przyznano, kontynuacja: brak, uznanie dorobku: brak, egzamin wstępny: dopuszczono, wynik: procent: sto, stan: wezwany w trybie pilnym.
Sorokin przyspawał ranę, okrężnym ruchem gasząc tytoń.
Uniósł wzrok ku gładkiemu, lśniącemu na mrozie podbrzuszu transportowca.
— Tryb: odczyt-zapis. Aktywuj. Autoryzacja: Sorokin Dimitriy. Indeks U2665: edytuj. Stopień: trzeci. Nadpisz. Kontynuacja: tak. Nadpisz. Uznanie dorobku: uznano. Nadpisz. Stan: uprawniony… — Urwał. Za turbinami transportowca, na powrót odsłaniającego niebo, kłębiły się chmury ciemniejsze niż pamiętał z młodości. Olśnienie spłynęło nagle, zdejmując z twarzy Sorokina wszelki wyraz. W gęstej bieli, od rana pokrywającej przedstrefę i w zastraszającym tempie pełznącej ku miastu, rozpoznał najprawdziwszą śnieżną zamieć. Zgniótł skręta w palcach. — …nadpisz — dokończył.
Aktualizacja. Powrót do katalogu.
— Szukaj. Numer indeksu: U26A8. Edytuj. Stan: wezwany w trybie pilnym.




Ivan Dichtiarow
— Tak właśnie było, Rudi. Radziłem nie robić niczego pochopnie. Domyślasz się, że nie posłuchał. A tu? Tu mam zapisane najpiękniejsze złote myśli, jakie Dimitriy w całym swoim życiu wygłosił. Przyznam ci się, że oglądam wszystkie wywiady z nim, wszystkie rozdania nagród, nawet te urocze przemówienia dla studentów, które pisze co roku jak przystało na dziekana…
Rudolf Akermann uniósł brodę, zdradzając rosnące zainteresowanie. Nad ramieniem doktora wychylił się i ciekawsko zajrzał do starego zeszytu. Drugi zeszyt pożyczył tydzień wcześniej, by poczytać o pierwszych cyborgach i poznać historię eksperymentów.
— Tak — przyznał Dichtiarow rozbawiony, gdy szczupły, niemożliwie blady palec Austriaka postukał o papier, wskazując konkretny cytat. — Mi też się podoba.
Twarz Akermanna rozjaśniła się w łagodnej, przyjaznej radości i mimo skończonych trzydziestu dwóch lat cyborg wyglądał przez moment dokładnie tak, jak jego młodszy brat w dniu przybycia do RANu.
Dichtiarow aż za dobrze pamiętał tamten wzbudzający zaufanie uśmiech i ujmującą mądrość bijącą ze zbyt młodych oczu. Najdrobniejsze wspomnienie bolało. Zawsze tak samo, niewytłumaczalnie mocno, choć Dietrich nie zdążył przecież owinąć go sobie wokół palca i zaliczył widowiskowy strzał w stopę, zbyt szybko deklarując chęć pomocy przy eksperymencie V.
Doktor nie wątpił, że miesiąc wystarczyłby najmłodszemu Akermannowi na uwiedzenie starego człowieka. Dlatego dziękował Bogu, że oszołomiony wiedzą i niezaprzeczalnym urokiem osobistym pozwolił mu pokroić najcenniejszą, najdoskonalszą osobę przeznaczoną do przebudowy. Metamorfoza, której był świadkiem, po tym jak wręczył Dietrichowi skalpel i skazał Hassela na dwanaście godzin odczłowieczania i bezczeszczenia, na lewą stronę przewlekła wszystko to, czego o świecie był pewny. Bezlitośnie zrewidowała poglądy na temat stanu psychiki młodego pokolenia.
Sam doktor dość swobodnie traktował pojęcia takie jak moralność czy przyzwoitość. Jak każdy wielki człowiek naginał je do własnych potrzeb. Łudził się jednak, że nigdy nie przekroczył granic, za którymi fascynacja przeradzała się w sadyzm, pewność siebie w okrucieństwo, a ambicje w zaślepienie.
Obserwując i próbując zrozumieć to, co robił i czym był Dietrich Akermann, a także odkrywając jego niezaprzeczalnie jednoznaczne dążenia, Dichtiarow zaczął krytycznie patrzeć na samego siebie.
Przestraszył się. Po latach umiał to przyznać. Z dystansem ocenił własną wieloletnią pracę i zmiany, które w nim zasiała. Opamiętał się, taką przynajmniej miał nadzieję, i powrócił do zestawu wartości, które respektował jako trzydziestolatek i doktorant, kończąc współpracę z Sorokinem. Ich drogi rozeszły się w pełnym konflikcie, poznaczone nienawiścią, ale Dichtiarow nie wątpił, że obaj byli wtedy jeszcze tak po prostu, najzwyczajniej w świecie dobrymi ludźmi.
Niebezpiecznymi, tak. Zbyt śmiałymi, to też. Arogancja i egoizm to były ich drugie imiona, ale czyż nie takie imiona nosiła od zawsze młodość?
Dichtiarow przyłapał się na pełnym przygnębienia zamyśleniu i drgnął, odrywając wzrok od zapisanych gęsto stron zeszytu. Rudolf patrzył na niego bez skrępowania ale nienachalnie. Przy całej sympatyczności było to spojrzenie do bólu zwierzęce. Odczłowieczone i zbezczeszczone.
Austriak szturchnął doktora w ramię i znacząco zerknął na cytaty. Po kilku sekundach uniósł brwi i powtórzył proces, kryjąc entuzjazm pod maską spokoju.
— Na głos brzmi lepiej? — zgadł Dichtiarow. Potarł nos, szukając odpowiedniej linijki. Odchrząknął. — „Po co to testować, skoro masz przeczucie, że działa?” — wyczytał możliwie autentycznie, choć słowa Dimitriya miały już niemal czterdzieści lat. — „Ja tu nie widzę powodów do dumania, masz wtyczkę, to wtykasz”. „Twój dylemat na dwa słowa został właśnie rozwiązany, podpowiadam: tak”. „Jazda, jazda, jazda, techno, techno”. A, to chyba nie jego. Ale gdybyś słyszał, jak to krzyczy…
Rudolf zaśmiał się nieprzyjemnie i założył ręce za głową. Wygodniej oparł plecy o szeroki łuk ograniczający długą, luksusową kanapę obitą białą skórą. Rozłożył nogi w nieobyczajny sposób. Wcześniej Dichtiarow pozwolił mu wybrać i skompletować nowe ubrania (wypad na sklepy w najdroższej części centrum B-23 nigdy nie był równie ekscytujący), za które zapłacił z własnej kieszeni, więc aktualnie Akermann miał na sobie granatową hakamę i wyciętą bokserkę termoaktywną. Bardzo też spodobały mu się wszelkiego rodzaju łańcuszki, obroże i wisiorki dla dam, co z jakiegoś powodu wcale doktora nie zdziwiło. Poprosił ekspedienta o najprostszy wzór złożony z płaskich prostokątnych segmentów i pozwolił Rudiemu zapiąć go na bicepsie.
Po raz pierwszy cyborg wyglądał na zupełnie szczęśliwego.
Nawet to, że w bogatym, nowoczesnym salonie zaczął czuć się swobodnie i bezpiecznie, sprawiało Dichtiarowowi satysfakcję. Po miesiącu starań i spotkań doktor gotów był podjąć wreszcie ostateczną i nieodwracalną decyzję. Tak przynajmniej podpowiadało mu serce.
Wstał, by kluczowe kwestie przemyśleć w swojej pracowni, a Rudolf uniósł prawą powiekę i przeskanował pomieszczenie z właściwą sobie czujnością.
— Niedługo wrócę, Rudi. Bądź ostrożny, jeśli cię najdzie ochota na szukanie starych płyt. Są cenne.
Akermann skinął głową i zasalutował dla żartu.
Apartament Dichtiarowa był w całości rozciągnięty i wydłużony. Rosjanin nie lubił piętrowych domów, choć piętra były jedynym ratunkiem dla przeludnionych wielo-miast. Na szczęście mógł pozwolić sobie na ten mały kaprys i chętnie skorzystał z przywilejów najbogatszego naukowca RANu. Przemierzając oszklone korytarze, które inteligentnie rozświetlały kolejne obręcze i wyprzedzały go równo o krok, Dichtiarow rozmyślał ze zmarszczonymi brwiami.
Był tutaj. Daleko od laboratoriów i piwnic, daleko od władzy, wpływów i decyzji. Zaszył się, świadomie planując rozwiązanie problemów na uboczu.
Nie mógł dłużej unikać Dietricha.
Przymusowe odesłanie go na dwutygodniowy urlop, by się „przyzwyczaił na nowo do studiowania i odpoczął” było jak machanie czerwoną płachtą przed wyjątkowo rozjuszonym, mechanicznym bykiem. Doktor wiedział, że młodego na poważnie można oszukać tylko raz. Przez lata lawirował więc między słowami, chroniąc Hassela i zatajając inne informacje, jednak wprost nie okłamywał Dietricha nigdy. Również dlatego niespecjalnie krył się z odczuwaną wobec jego dysfunkcji dezaprobatą.
Ostatnimi czasy łamał te zasady nagminnie. Kiedy zrozumiał, że Rudolf Akermann to jedynie obiekt testowy umożliwiający wypróbowanie technologii przeznaczonych dla samego Dietricha, zadziałał pochopnie. Impulsywnie jak Dimitriy. Aktywował cyborga samodzielnie, ryzykując, po czym przeniósł do swojego schronienia tu, na granicy B-23 i B-24.
Bzdurna historia o samodzielnej aktywacji i trwających poszukiwaniach przeszła u Dietricha prawdopodobnie tylko dlatego, że Dichtiarow uśpił jego czujność wieloletnim staraniem.
Była to nieodwracalna w skutkach decyzja zakańczająca pokojową współpracę.
Rosjanin nakreślił serię kształtów na siatce holograficznej i wpisał ciąg czternastu znaków w cyfrową tablicę systemu zabezpieczeń. Drzwi odblokowały z sykiem wszystkie pięć zamków i rozsunęły się, umożliwiając przejście do gabinetu.
Miesiąc wystarczył. Dogłębne poznanie i przebadanie tego, co można było nazwać resztkami zwłok Rudolfa Akermanna, jedynie utwierdziło Dichtiarowa w ponurych domysłach.
Plany, które Dietrich próbował urzeczywistnić, zabijając i zużywając najbliższego członka rodziny, były tak dalece niezgodne z porządkiem świata, że nawet naukowiec z powołania (za którego doktor uważał się od zawsze) nie mógł patrzeć bezczynnie.
Rudolf był martwy, ożywiony i praktycznie nieśmiertelny. W sobotę wrócił z przedstrefy w trzech kawałkach, bez skóry i z ledwie odbudowanymi tkankami łącznymi, które zregenerował po drodze. Teraz siedział w salonie i nie pamiętał niczego, co działo się w trybie awaryjnym.
Jeśli Dietrich miał zamiar zafundować sobie podobne właściwości, a kolejne cyborgi produkować na wzór ulepszonego modelu Hassela (o ilości broni, którą był w stanie wpakować w ludzkie ciało, Dichtiarow dowiedział się przypadkiem, przeglądając projekty w poszukiwaniu odpowiedniego V.2 dla zdesperowanego Niemca), nie było nawet o czym rozmawiać. Doktor bez problemu dodał do siebie elementy równania, połączył z tęsknymi historiami o odbudowanym Bundesheer, uzupełnił rosnącym samozachwytem Dietricha i otrzymał wynik nieakceptowalny pod żadnym pozorem.
Co więcej, jeśli Dietrich naprawdę miał zamiar zająć się produkcją i dystrybucją żywej broni, musiałby najpierw przejąć stanowisko Dichtiarowa. Kontakty i uznanie wyżej zapewnił sobie z marszu, pierwszego dnia pracy stawiając najbardziej rozbudowaną wersję Paixa dla całego kampusu RANu w B-23.
Nie wypowiedział wojny, lecz szykował się do niej. Nie zdążył tylko sprawdzić, czy Rudolf był sukcesem. Doktor czuł, że gdyby nie odebrał mu tej możliwości, sam już dawno gniłby rozsmarowany w przedstrefie.
Dobrze zrobił, okazując młodemu Akermannowi podziw i wysyłając go na przeszpiegi do Dimitriya. Niestety krok ten wymagał poświęcenia Worskiego, by sztucznie zawyżyć poprzeczkę. Doktor z żalem wystawił Polaka na pastwę gniewu Sorokina, anonimowo przesyłając potrzebne dane. Dietrich zaś dał się złapać w pułapkę własnej pychy i teraz, właśnie teraz, tylko teraz, Dichtiarow miał szansę zniszczyć go raz na zawsze.
Między młotem a sierpem (za młot robił Sorokin) Akermann musiał dać się zabić i wyłącznie przeczucie, że już ulepszył się w tajemnicy, powstrzymywało Dichtiarowa przed natychmiastowym działaniem.
Miał plan. Dobry plan. Plan wymagał węgierskiej broni chemicznej tworzonej w konkurencyjnym dla RANu przedsiębiorstwie, Rudolfa Akermanna, który miał ją zdobyć, oraz Jörga von Hassela, który zdolny byłby użyć jej zgodnie z instrukcją. Dietrich zaś musiał być bezbronny, nieprzygotowany i jak najbardziej wyprowadzony z równowagi, a takiego właśnie Dichtiarow spodziewał się zastać go w gabinecie Sorokina na chwilę przed wzięciem do aresztu.
Spokojnie oparł plecy o taflę zgaszonego ekranu, przesunął wzrokiem po zaciemnionym gabinecie i gestem odwołał automatycznie aktywowane lampy nad ruchomym biurkiem. Za cienkimi witrażami krystalicznych nacięć, generujących ulepszony obraz terenu wokół domu, lśniła woda rzeki granicznej. Dichtiarow wczepił palce w rękawy jedwabnego szlafroka i zadumany podszedł do rozedrganego generatora zastępującego staromodne przeszklenia okien. Kryształy zafalowały łagodnie, zmieniając ostrość; białe dachy dalekiego osiedla i sypiący gęsto śnieg roztoczyły wokół doktora czarujące stonowanie kontrastu.
Posiadłość była stosunkowo niewielka, prywatny teren też, ale Dichtiarowowi udało się wytargować dostęp do zwężonej odnogi rzeki dzielącej miasta i przedstrefy. Kazał nawet postawić oświetlony, ażurowy most z metalu tuż nad wodą, bo patrzenie w spokojny nurt uszczęśliwiało go, przypominając dzieciństwo nad Wołgą.
Sięgnął kolistym ruchem i przywołał siatkę hologramu. Zapatrzony w trzymetrowe, leniwe koryto i sunące z rzadka kry, zaczął wpisywać adres sieciowy Sorokina.
Po tylu latach. Współpraca w słusznej sprawie.
Choć Dmitriy miał uznać ją jedynie za gest pomocy w likwidacji kolejnego hakera.
Impuls rozszedł się po sieci i Dichtiarow poczuł dojmującą, żelazną pewność, która go umocniła w duchu. Z palcem w powietrzu czekał na odpowiedź przyjaciela.
Twój sygnał dostarczono. Łącze aktywne. Kontakt offline. Wyświetlono.
Dichtiarow uśmiechnął się delikatnie. Na witrażu generatora taflę rzeki przecięła wydłużona kra. Za krą sunęło wolno na wpół zanurzone ludzkie ciało, ciągnąc pod powierzchnią roztańczoną czarną plamę długich włosów.
Kontakt online. Łącze aktywne. Sygnał ciągły. W celu odebrania przesuń fra…
Dichtiarow odebrał, zamrugał i stracił wątek.
— Jak miło, że dzwonisz, Vanya — rozbrzmiał przestrzennie głos Sorokina.
Dichtiarow zbliżył twarz do generatora obrazu i na swojej rzece obserwował tor płynących nieśpiesznie zwłok. U skraju wysypanego kamieniami placu, zastępującego niegdysiejszy trawnik, pojawiła się sylwetka Rudolfa Akermanna.
— Tak szybko rozchodzą się informacje, zaczynam czuć strach, że przestanę nadążać. Czy ty czujesz podobnie, kiedy się widzisz z tym młodym diabelstwem? Liczę, że tak. Powiedział ci, że od godziny jest doktorantem? Wiesz, że nie jestem tak głupi, by walczyć z życiową szansą? Ten chłopak nie wie co robi, Vanya — mówił Sorokin, jak zwykle wykorzystując szansę na monolog.
Dichtiarow gapił się na łopoczącą pod wiatrem hakamę i nieludzko zręczne ruchy skaczącego po krach Akermanna. Ciało ważące nieco ponad czterdzieści kilogramów łamało prawa fizyki, unikając kontaktu z wodą. Na wysokości mostu chwyciło się dolnych wzmocnień i zawisło głową w dół, by obiema rękami wyłowić topielca.
— Ta pętla nie może być dobra, znam ja twoje programowanie tak ostrożne, że nieoptymalne. Nie myśl, że mnie podpuścisz tanimi chwytami. A tak między nami, Vanya, nic ci po mojej sztucznej inteligencji. Ona jest wszędzie. Pod twoim nosem. Pętli nie użyję nigdy, mogłeś się tego domyślić. Na jej podstawie napiszę własną i kiedy skończę…
— Mitya — spróbował przerwać Dichtiarow, tak zdruzgotany widokiem cyborga niosącego mu ciało, że z trudem składał litery.
— …na jeden rozkaz przejmę cały RAN, więc jeśli sądzisz, że mnie ten diabeł przestraszył, mylisz się! Na wydziale go zamknę choćby siłą! Zniszczę jak Worskiego! A ty módl się, żebyś mnie miał czym przekonać, zanim Paix zyska świadomość!
— Успокойся…
— SAM SIĘ USPOKÓJ, JA JESTEM SPOKOJNY!
— Dimitriy, proszę — stęknął Dichtiarow i wytarł dłonie o szlafrok. — To nie tak jak myślisz. Daj wyjaśnić.
— A wyjaśniaj!
— Nic nie wiem o żadnej pętli. Mówiłem, że kończę nasyłać hakerów. Ten działa sam. Wykończ go ze mną.
Sorokin nabrał powietrza i zamilkł.
— Kpisz — ocenił po minucie.
— Nie kpię. Wykończ go ze mną tak jak Worskiego.





DA V.1

/* I'm not satisfied
I'm lost and empty
There's no reason why
You see
And I could live a thousand lives
And I know I won't be happy
I'm not satisfied
with me*/


Wykład z optymalizacji był nic nie wart z wielu powodów.
Po pierwsze: Volkhard Ortwin Ronwe jako świeżo mianowany doktorant wcale nie musiał na nim być.
Po drugie: Dietrich Akermann już pięć lat temu programował równie optymalnie, albo i optymalniej.
Po trzecie: wykładowca miał nieaktualne materiały sprzed maja tego roku.
Po czwarte zaś, do hakera długo nie dotarło ani jedno pełne zdanie, bo całą uwagę skupił na siedzącym rząd niżej Eskilu Ulfssonie. Nie chodziło nawet o uciążliwy wzrost Szweda. Fakt, że za jego plecami widać było mniej niż mało, Ronwe zrzucił na źle rozplanowaną budowę audytorium.
Chodziło o notatki, które jasnowłosy kretyn przyniósł ze sobą, a także o całkowity brak zainteresowania tematem optymalizacji (na co w żadnym wypadku nie miał prawa pozwolić sobie nikt poza Ronwym).
Snarc pisał i pisał, przekładał papierowe kartki, poprawiał, skreślał i głowił się niemożliwie, do tego stopnia zajęty rozwiązywaniem jakiegoś problemu informatycznego, że po godzinie Ronwe wyczuł zakłócenia we własnych przebiegach myślowych.
To mu się zdarzyło po raz pierwszy poza laboratorium Dichtiarowa.
Nikt inny nie był w stanie rozproszyć go na poziomie kodu, bo nikt inny nie zajmował się zagadnieniami pokroju sztucznych odwzorowań funkcji ludzkiego umysłu. Działało to dość zaskakująco i jeszcze miesiąc po przebudowie napawało Ronwego strachem, choć wynikało z jak najbardziej logicznych powodów. Ostatecznie fakt, że skupiony na programowaniu Dichtiarow był w stanie rozregulować spójność myśli stojącego obok cyborga, był podobny do trywialnego przykładu z życia, gdy osoba rzucająca przypadkowe liczby na głos uniemożliwia innym doliczenie się do tysiąca.
— Ty — syknął więc haker, gdy tylko wyłapał przesunięcia i błędy w najpłytszych kodach aktywnej świadomości. — Ej.
Snarc nawet nie podniósł głowy. Spiął Netbrystole, zakręcił srebrnym prętem i dopisał kolejne kilkadziesiąt znaków. Ronwe zwiesił się na sekundę, chcąc go szturchnąć butem w plecy, i tak się tym faktem przeraził, że wstał głośno i gwałtownie, hałasem składanego siedzenia przerywając wykład.
W nagłej ciszy pośrodku audytorium stał jak niewychowany palant, a siedemdziesiąt cztery osoby z magisterki IP gapiły się na niego zaskoczone i niechętne. Tylko Ulfsson pisał dalej, skrobiąc po Netbrystolu.
— Tak? — zapytał urażony profesor katedry optymalizacji.
Ronwe oparł dłoń o półkę wyższego rzędu i próbował się uspokoić, jednocześnie odtwarzając ostatnie dwadzieścia sekund zarejestrowanego monologu. Jasno oświetlone wnętrze półokrągłej auli i niezliczona ilość refleksów na powierzchniach lakierowanego drewna niemal przeciążyły mu odbiornik.
Zmusił się do dyskretnego kopnięcia Snarca pod ławką. Nie pomogło.
Poprawił mocniej, pozbawiając go tchu i wytrącając srebropis. Zakłócenia zniknęły.
— Ja… się nie zgadzam z pańskim poglądem na brak przydatności programowania hybrydowego podstruktur po wprowadzeniu implementacji Paix-R3 — ogłosił Ronwe z ulgą, zagłuszając pełne bólu jęknięcie Szweda. — Chciałem prosić o aktualizację materiałów, bo widzę komendy skracane jak przy implementacji R2. Dwudziestego maja tego roku wprowadzono ulepszenia. Dziekan potwierdzi.
— To znaczy: co pan sugeruje?
— Że pański wykład może wprowadzić studenta w błąd, bo ok kilku miesięcy jest nieaktualny — uściślił Ronwe, już żałując swojego usprawiedliwienia.
Wystarczyło zadać w miarę sensowne pytanie związane z omawianym tematem, by nie wyjść na skończonego idiotę. Szukanie nowych wrogów w katedrze mogło jeszcze poczekać.
Konflikty na uczelni w ogólności nie były najlepszym pomysłem, na jaki Ronwe mógł wpaść, planując rozpoczęcie doktoratu.
— I pan godzinę czekał, żeby mi o tym powiedzieć? — upewnił się wykładowca.
Haker zmusił się do zakłopotanego uśmiechu i ten uśmiech najprawdopodobniej nie wyszedł, bo po równo dwóch sekundach profesor zasugerował, że osoby niezainteresowane optymalizacją NIEAKTUALNYCH IMPLEMENTACJI mogą opuścić audytorium. Zachęcił też do dyskusji po wykładzie, obszernie tłumacząc czym jest nietakt i brak dobrego wychowania.
Nie pozostało więc Ronwemu nic innego, jak tylko zebrać swoje rzeczy i przy ogólnym poruszeniu wyjść z szemrzącej gniewnie auli.
— Pan też może opuścić mój wykład — usłyszał, gdy otwierały się przed nim drzwi — jeśli pan ma zamiar sporządzać notatki na inny temat i wydawać dziwne dźwięki.
— Bardzo, bardzo pana przepraszam — zasapał Snarc zbolałym tonem.
— Bardzo, bardzo wypraszam pana na zewnątrz.
— To naprawdę…
— Już. Drodzy państwo, wracając do omawianego przez nas algorytmu…
Ronwe wyszedł na korytarz.
Jak — głowił się, a odpowiedź nie nadchodziła — jak?
Potarł skronie i przytłoczony obcym roztrzęsieniem postanowił spędzić kilka minut przy oknach. Musiał odzyskać spokój, by trzeźwo ocenić sytuację. Należało podjąć jakieś kroki - to wiedział na pewno - ale zdruzgotany doświadczeniem braku kontroli nie czuł się na siłach, by je zaplanować z należytą ostrożnością.
Patrzenie na centrum B-23 z wysokości zawsze pomagało mu uporządkować myśli i ustalić priorytety.
Patrzenie na centrum B-23 było lepszym wyjściem niż czekanie na Snarca.
Haker czuł silną potrzebę zemszczenia się na nim, choć wiedział, że to głupie i bezsensowne. Nie miał uzasadnienia. Poza tym wrogo nastawiony Eskil Ulfsson nie wytłumaczyłby się z treści sporządzanych na wykładzie notatek.
Co pisał? Po co? Dla kogo?
Jaki kod mógł rozproszyć cyborga? Na ile zbieżny? Jak zaawansowany?
Zmartwiony Ronwe ruszył ku przeszkleniom na łączniku między piętrami największych budynków wydziału IP. Przyłożył czubki palców do czoła i przymknął oczy, szukając sposobu na wykluczenie paniki spomiędzy głównych przebiegów myśli. Skupił się przy tym na tyle, że zignorował dźwięk rozsuwanych drzwi auli, a resztę dźwięków, które Eskil wygenerował, goniąc go środkiem korytarza, uznał za sygnał alarmujący o sekundę za późno.
— …stopp, fan!
Gdzieś między wściekłą komendą a ciosem Ronwe zdążył zamknąć dłonie w pięści, ale jego sztuczny instynkt poległ w starciu ze szwedzkim butem.
Ostatni raz kopnięto go w dupę prawie pięć lat temu, a kopnął go wtedy nie kto inny jak Piotr Miński.
Wspomnienie było wyraźne. Jasne, dobre i obce.
Dietrich Akermann wzruszył się, zanim wyrżnął o posadzkę, a kiedy wyrżnął, był już tylko wściekłym cyborgiem.
— Z czym masz problem, co?! — Eskil stał dwa metry dalej i celował w niego plikiem Netbrystoli. — Chcesz, żebym ja cię zaczepił? Nie za mały jesteś?
Ronwemu jednocześnie aktywowały się inhibitory nadprodukcji adrenaliny i systemy szukające kamer, a że kamer i podsłuchów było na wydziałowym korytarzu od groma, atakowanie Snarca uznał za niebezpieczne. Cudem wstrzymał część reakcji i spiął mięśnie, hamując przełączanie trybu.
— Nie — wycedził z trudem i aż szarpnęło nim, kiedy wstawał, więc zrezygnował. Rzucając się na Eskila, zaprzepaściłby wszystko. Minuta walki i kilka sekund satysfakcji nie były warte marnowania lat starań. Stracenia życiowej szansy na sukces. — Nie chciałem…
— Co nie chciałeś, kopać mnie nie chciałeś?! Normalny jesteś?! Tłumacz się i przepraszaj!
Za plecami haker wbił pięść w podłogę i dociskał, aż drżenia nie obniżyły napięcia grożącego przeciążeniem stawów.
— Przepraszam — wysyczał przez zęby. Pękła mu wreszcie skóra na knykciach, gdy kości przebiły ją, miażdżąc tkanki. Zaalarmowany procesor niemal natychmiast wyrównał poziom agresji, chroniąc ciało przed dalszymi obrażeniami. — Profesor na ciebie patrzył. Nie słuchałeś wykładu.
— Dobra — ocenił Eskil, patrząc mściwie. — Możesz wstać.
— Wiem, że mogę.
— Wstawaj. Boli cię coś?
— Nie, kurwa.
— To wstań.
Haker policzył do dwudziestu, uspokajając oddech, i dopiero wtedy podniósł się płynnym ruchem. Zignorował wyciągniętą w geście pomocy, ogromną dłoń o palcach zakończonych płaskimi opuszkami.
— Dobra. Teraz ja też przepraszam — mruknął Eskil, zaskakując go niepomiernie. — Nie wolno tak od tyłu.
Wyglądał na zażenowanego faktem, że Ronwe krwawi. Szybko odpuścił agresywną postawę, a kiedy nie stał już na ugiętych nogach, gotowy do walki, wydał się hakerowi zdecydowanie mniej szeroki i masywny.
Właściwie był chudy. Bardzo chudy jak na dwumetrowego Szweda.
— Od tyłu to tylko tchórze i chamy — przyznał Ronwe jadowicie, ściskając uszkodzoną dłoń. Eskil zmieszał się jeszcze bardziej. Potem zmarszczył brwi i nabrał powietrza, jakby coś sobie przypomniał, więc haker postanowił go zagłuszyć: — Tu są kamery — oznajmił głośno. — Jeśli cię to interesuje. Trzeba być kretynem, żeby się bić w tym miejscu.
— Nie no, ja…
— Więc miałeś szczęście, że mnie nie poniosło.
Eskil przechylił głowę. Stał ledwie metr od Ronwego i zasłaniał dzienne światło padające z okna, a jego cień kładł się długą pręgą na całej szerokości korytarza. Napiął mięśnie w płaskich policzkach i parokrotnie uniósł lewy kącik ust, co haker uznał za reakcję nerwową i przyjął ze stoickim spokojem. Stoicki spokój poczuł głównie w okolicach kości sitowej.
To, że Snarc był kretynem, było jasne, oczywiste i niezaprzeczalne.
To zaś, że kopnięcie Ronwego oznaczało poważne konsekwencje, było jeszcze bardziej wiadome i musiał o tym wiedzieć każdy, kto dysponował choćby połową mózgu. W odpowiednim czasie i przy odpowiednich okolicznościach…
— Wytrzyj nos, Volk.
Haker zawiesił się, gapiąc w stronę okna.
— Volkhard — wymówił bezgłośnie. — Nie Volk.
— Jasne. Wybacz, Volk.
Kolejna gałąź naczyń krwionośnych między zatokami Ronwego pękła zerwana temperaturą, gdy przenosił wzrok na Szweda.
Nie warto — powtórzył w myślach trzy razy. — Lass dich nicht.
— Wyglądasz żałośnie. — Eskil wyciągnął z torby opakowanie chusteczek i Ronwe poczuł, że drży mu powieka. — Faktycznie dobrze, że cię nie poniosło.
Tryb przełączył się sam. Odciął hakera od dostępu do powłoki systemowej, pod komendą napiął mięśnie i podkręcił poziom tlenu o krytyczne dwa procenty.
Ronwe tak się zaparł, by ustać w miejscu i nie zrobić niczego pochopnie, że przez pięć sekund nie oddychał i nie mrugał, a po tych pięciu sekundach Eskil wetknął mu w nozdrza rozłożoną wcześniej chustkę.
— Masz. Pamiętaj o kamerach.

//
— Oddycha?!
— O kurwa.
— Co mu jest?
— Shhhht!
— Wezwałeś ambulans?
— Nie trzeba.
— Odpalaj siatkę, sieciowy pod…
— Mówię: nie trzeba. Zaraz się obudzi.
— Dzwoń. No dzwoń!
— Trzymaj mnie. Bo im zrobię krzywdę.
— Snarc…
— Pilnuj, niech go nikt nie rusza. Ty, gaś to! Oddawaj! ZABRONIŁEM WAM DZWONIĆ!
Powłoka tekstowa szalała. Procesor mielił dane na najwyższych obrotach i znaki tysiącami spływały po ulotnym rejestrze, przerażając Ronwego w sekundowych przebłyskach świadomości.
— DRA ÅT HELVETE, WON MI STĄD! JUŻ!
Miał wrażenie, że budził się ponad pięćdziesiąt razy, a każda próba skutkowała ponowną utratą połączenia z mózgiem i najzupełniej ludzkimi częściami skomplikowanego systemu. Tracił przytomność i znów ją odzyskiwał, bo żałośnie niedostosowany organizm postanowił bronić się przed wszczepioną i trwale już zespoloną z naturalnymi układami elektroniką. Procesor w całości odpowiadał za krwioobieg i funkcje oddechowe, więc fakt, że nie zgasł przy utracie świadomości, powinien był cieszyć resztę ciała Dietricha Akermanna.
Z jakiegoś powodu tak się nie działo.
— Jeszcze ktoś? Niech mi któryś podejdzie bliżej niż metr, to go tak wyjaśnię, że studia skończymy obydwaj dzisiaj!
— Snarc. Snarc, coś jest nie tak. To już trzy minuty.
— Atak miał przez półtorej. To krótko. Widzisz, że oddycha. Zaraz się obudzi.
— Nie, on…
— Puść.
— Ale…
— Puść, Nevena. Przestań go macać po uszach.
W okolicach setnej próby świadomość hakera utrzymała się chwiejnie w stanie zbliżonym do właściwego i nie zerwała jej szaleńcza gonitwa danych.
Fala strachu i dzikich, poplątanych skojarzeń zalała otępiały mózg.
W tej potwornej mieszaninie był duszący się Miński, dusząca się matka, uduszona dziewczyna na tylnym siedzeniu i spalona płytka z duszą, wżynająca się Ronwemu w miejsce, gdzie kiedyś miał serce, a teraz tunel po kuli. Był też wściekły Hans-Jörg von Hassel z czternastego piętra, jego podpis na liście ludzi segregowanych, jego pieczątka na CV Mińskiego i okropne, lustrzane sig-runy na tricepsach. Hassel funkcjonował i gdzieś głęboko w środku Ronwe bał się jego pośmiertnej zemsty. Paraliżujący głos rozpoznał przed przebudzeniem parokrotnie.
Ocknął się nagle, z szarpnięciem i przymusem otwarcia oczu, a oczy miał tak rozregulowane, że nieaktywne przesłony wpuściły mu przez źrenice całe światło z wydziałowego korytarza.
Syknął i zgiął się wpół, łapiąc za głowę. Swoje położenie zbudował wolniej niż powinien, łącząc kolejne fakty. Zrozumiał, że leży na podłodze obrócony bokiem, ustawiony w pozycji bezpiecznej, z rozpiętym kołnierzem, poluzowanym paskiem, zdrętwiałymi palcami i zaschniętą krwią na brodzie i policzkach.
Co za upokorzenie. Co za nieludzki strach.
Co za…
— Hände weg! — wściekł się, opędzając przed dotykiem. Na kamiennej podłodze kucał przy nim mężczyzna i klęczała kobieta, wnioskując po butach i rajstopach. Ronwe chciał podnieść się, ogarnąć i odsunąć, ale ani jedna z tych rzeczy mu nie wyszła.
— Nie rzucaj się, Volkhard. Miałeś atak padaczkowy. Jesteśmy w…
— Gdzie ten Niemiec — wydyszał Ronwe.
— Nie ma. Jesteśmy w centrum IP. Na wydziale. B-23. Jesteś bezpieczny.
— Nie jestem… Słyszałem, krzyczał… Idzie po mnie.
— Nikt nie idzie. Ja jestem Eskil Ulfsson, Snarc. Wyszliśmy razem z wykładu.
Haker uniósł wzrok i poznał szwedzką mordę. Docisnął policzek do podłogi. Wokół zbierali się ludzie; czuł to, słyszał i wnioskował z drgań kondygnacji.
Widzieli go.
Czy „atak padaczkowy” znaczyło tyle co „zdradziłeś się”?
— Kto to jest — zapytał Ronwe na granicy paniki. — Ona?
— Nevena. Chodzimy razem na zajęcia — przedstawiła się, choć zapytał Eskila. — Mam z tobą FGTpU i nanofotonikę.
— Ona wie? — drążył Ronwe, nieudolnie zbierając się z podłogi.
— O czym?
— Wie?
— O czym, Volkhard? Uspokój się. Bredzisz. Usiądź.
— Muszę iść — mamrotał haker, podciągając się na barierkach — uciekamy. Chodźmy stąd, Piotrek. Zabierz mnie stąd.
Ludzie tłoczyli się wkoło i pogarszali sprawę, gadając, gapiąc się, komentując i oceniając. Niektórzy proponowali odwiezienie Ronwego do domu, spora część twierdziła, że koniecznie trzeba go zabrać do szpitala, a kilka osób wymieniło nazwiska profesorów i Sorokina, strasząc hakera jeszcze bardziej.
— Dobra, koniec! — Ktoś wołał z tyłu, próbując uciszyć zamieszanie. — Nie dzwońcie po ten ambulans! Ktoś wie, gdzie on mieszka? Snarc, jaki plan, masz kontakt z rodziną?
— Wiem, gdzie mieszka, znamy się — odkrzyknął Eskil. — Fan, ludzie, won stąd! Zajęć nie macie?!
— Nie róbcie afery.
— Poradzisz?
— Na luzie, już z nim idę. Neveno, wspomnij na zajęciach, czemu mnie nie ma. Możesz?
Dziewczyna przestała w końcu ściskać Ronwego za nadgarstek i podniosła się, by coś ustalić z Eskilem. Haker tymczasem zbierał pogubione myśli i kolejno restartował funkcje rozchwianego systemu.
Pomagało.
Szło wolno, ale skutecznie. Poziom tlenu, szybkość impulsów i zgranie narządów z procesorem zbliżały się do wcześniejszej normy. Ostatnia w kolejności była niestety pełna świadomość i lista priorytetów, więc Ronwe wciąż nie do końca łączył ze światem. Powtarzał słowa Eskila i uspokajał się, uparcie odpychając myśli o Hasselu. Musiał komuś zaufać, przynajmniej teraz. I choć mało w tym było sensu, instynkt nakazywał ufać Szwedowi.
Paradoksalnie haker znał go lepiej niż kogokolwiek ze swojego kierunku, bo z nikim innym nie zamienił ani słowa od początku października.
Coś przesunęło się na tle okien, obraz stracił ostrość i przeskoczył po skali rozwarstwionych bodźców. Przestrzeń RGB automatycznie zjechała Ronwemu do szesnastu bitów, żeby go nie zemdliło do reszty. Dotyk Snarca był silny i stanowczy, różnica w gabarytach ogromna, więc haker nie zdążył nawet pomyśleć o sprzeciwie i już stał na nogach spionowany bez własnego udziału.
Echo gniewu i poniżenia było jednak odległe, a odzyskanie pełnej wydajności ważniejsze. Ronwe poddał się biernie, gdy tylko poczuł, że Szwed ma zamiar prowadzić go w jakimś kierunku.
— Chodź. Idź. Skup się. Kroki.
Skupiał się i szedł. I próbował zapiąć pasek, bo ktoś, kto mu go rozpiął, nie miał na tyle przyzwoitości, by z powrotem zamknąć mechanizm.
— Mogę cię znieść.
— Geh’ scheißen… Dreckstück…
— Co?
— Nie trzeba… Dzięki…
— Mogłeś uprzedzić. — Głos Eskila był ostry, napięty bardziej niż w chwili, gdy Ronwe odzyskał świadomość. — Mogłeś rzucić hasłem. Nie prowokowałbym cię.
Oczywiście, pomyślał haker w przerwie synchronizacji danych.
— Trzeba stąd zwiać. Już się bałem, że jakiś debil wezwie pierwszą klasę do szpitala. Nie martw się, zostali w tyle.
Ronwe nie spytał, czemu wzywanie ambulansu było według Eskila złym pomysłem. Bał się odpowiedzi. Czuł, że gdy tylko odzyska jasność umysłu, będzie musiał tę odpowiedź wymusić. A potem podjąć bardzo szybką decyzję.
— Lepiej ci?
— Tak — odparł zgodnie z prawdą. Siedemdziesiąt sześć procent rosnącej gwałtownie wydajności wydawało się całkiem stabilne. — Mów do mnie.
Eskil zwolnił wyczuwalnie i zasygnalizował szok chrząknięciem, ale Ronwe nie przejął się tym, bo sam był zszokowany i akurat przejmował się sobą.
Całe szczęście poczciwa część natury Snarca kazała mu spełnić prośbę i już po kilkunastu sekundach wpadł w spiralę jednostajnego, łagodnego monologu pełnego zbędnych słów.
Tę zdolność - zdolność do gadania nawet wtedy, gdy się nie chce niczego przekazać - Ronwe w mglistych wspomnieniach przypisywał głównie Polakom. Nie żeby nie podziwiał innych umiejętności, które posiadali, jak twierdził Worski, bez wyjątku i od wielu pokoleń. Znajomość z Jakubem i Piotrem uświadomiła Ronwemu setki, jeśli nie tysiące różnic w ludzkiej mentalności i kulturze. Kolejne odkrycia przez lata zmieniały świat w miejsce co najmniej niepokojące i jakimś cudem Ronwe w końcu uwierzył, że tak, owszem, wszystko da się naprawić drutem i taśmą PVC, na każdym sprawdzianie da się ściągać, każdą maszynę można przebudować i ze wszystkiego można zrobić alkohol, a wszystkie dziury są do załatania, jeżeli tylko urodziłeś się na terenie dawnej Rzeczypospolitej.
Dobrze, że zdążył o tym zapomnieć i po pierwszym dniu pracy w RANie skupił się na projektowaniu układu zastępującego szwankujące serce, zamiast je otaśmować i wzmocnić drutem.
Eskil tymczasem produkował się obok.
— …wykład z optymalizacji, szkoda w sumie. Chciałem posłuchać, właściwie słuchałem, ale fakt, jednym uchem — gadał, prowadząc Ronwego za ramię. — Jak on w ogóle się zorientował, że nie robię notatek? Pewnie za mało podnosiłem głowę. Pod koniec to już całkiem, tak się nad tym męczyłem, że może bym nawet przegapił zmianę wykładu, gdybyś mnie nie kopnął. Mam problem z czymś. Wiem, każdy ma problem, jak pisze, ale to coś gorszego, nie chodzi nawet o zwięzłość kodu, nie brakuje niczego i nie ma błędów, ale gdybyś to widział… To bardziej jakbym pisał więcej, niż rozumiem, i coś jest nie tak, coś jest…
Razem zbiegli po czterystu siedemdziesięciu stopniach i Ronwe słuchał otępiały, kończąc sprawdzanie postawionego na nowo systemu.
Udało się. Myślał. Znów był sobą. Miał co prawda małą wyrwę w rejestrze (nie pamiętał niczego od momentu, gdy został sprowadzony do parteru) i wahał się nieco nad przebiegiem i powodami ataku, ale Snarc był blisko i wystarczyło przycisnąć go, by uzyskać brakujące informacje.
Wiedział? Domyślał się, z czym miał do czynienia?
Musiał, skoro ochronił Ronwego przed interwencją lekarzy.
Haker starannie odgrodził się od paniki. Uznał, że najważniejsze jest zmycie krwi z twarzy i nawiązanie z Eskiem w miarę pokojowego stosunku. Pokojowy stosunek był konieczny, by móc wygodnie sterować jego położeniem, a położenie to niewątpliwie musiało zmienić się jak najszybciej. Oddalić od uczelni i tłumów, zbliżyć do apartamentu Ronwego i spoczywającego tam Glocka.
Nie, Glock nie wchodził w grę. Farkas zużyła naboje, magazynki czekały w RANie.
— …jakby algorytm nie był przyczyną, tylko wynikiem, jakby coś się działo niezależnie od kodu i jakbym pisał, chociaż napisze się samo, to jak coś, co chcesz kontrolować, ale nie możesz, mimo że jest tak logiczne, na zachłannych algorytmach…
Choć w sumie Glock był tylko do perswazji, był niepraktyczny, mało dyskretny, wymagał mopa i ścierki, do zabijania wystarczyły ręce, silne ręce, pewne ręce.
— …i potem nie mogłem już dalej zmieniać, nie mogłem nad tym zapanować, czułem coś dziwnego, bo to było chyba… — Eskil urwał i stanął jak wryty pod tablicą informacyjną. Wytrzeszczył oczy, puszczając rękaw Ronwego. — To było jak zabrać duszę.
A więc pokojowy stosunek i apartament.
A więc zaproszenie na kawę z izotonikiem.
— Co? — obudził się Ronwe.
— Nic.
— Kaczuszka?
— Nieważne. Musimy poważnie porozmawiać, ale nie tu. Zahaczysz o toaletę, doprowadzisz się do porządku i zabiorę cię na kawę z izotonikiem — zdecydował Szwed.
Zbulwersowany haker głośno nabrał powietrza i zdążył zerwać guzik w kołnierzu, zanim się zorientował, że nikt poza nim nie deklaruje w ten sposób morderstwa.
Zamknął oczy. Z nieskrywaną ulgą wygładził koszulę i odetchnął, a cały jasny, zmodernizowany parter wydziału wydawał się wzdychać wraz z nim. Zupełnie jakby czuł i rozumiał, wychwytując emocje wszechobecnymi instalacjami przywodzącymi na myśl wnętrza niegdysiejszych PC’tów.
Nic straconego, Ronwe — zdawał się szeptać. — Kawa w lokalu umożliwi rozmowę. Rozmowa będzie rozsądnym wyjściem. Rozsądniejszym niż likwidacja bez rozmowy.
— Dzięki, Snarc, to miłe, Snarc — wymruczał Eskil pod nosem. — Nie ma za co, Volkhard.
Haker zerknął na zbyt luźny czarny golf i założone w niezadowoleniu ręce. Pomyślał, że czas na bycie pokojowym właśnie nadszedł, zgodził się ze sobą i z wysiłkiem zaczął:
— Dzięki, Snarc, to mi…
— Jasne, tam masz toaletę.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 26 marca 2018, 11:36

Prawdopodobnie ten komentarz byłby lepszy, gdybym czytała nową wstawkę w lepszym stanie i pisała go w lepszym stanie. Ale przed czytaniem powstrzymać się nie mogłam, a napisać wolę teraz niż później, kiedy wrażenia bardziej się zatrą. Zwłaszcza że idzie mi w tempie doprawdy zabójczym, ale to głównie przez czas skupienia trzylatka. Przez to też nie jestem w stanie czytać tak, jak czytam zwykle.

Podejrzliwie patrzę na tę wstawkę. Podejrzliwie, bo wydaje mi się dziwnie spokojna, choć nie wykluczam, że to może być złudne wrażenie. Pewnie gdybym mniej wiedziała o Rudolfie, jego pojawienie się zrobiłoby większe wrażenie i pewnie określiłabym je jako gwóźdź programu. Tak już byłam mniej więcej przygotowana i w sumie miałam zdradzone to, co ukuło mnie najmocniej - to, że Rudolf jest niemy. Teraz dostałam to oczywiście w całej otoczce, z opisem i z tym stwierdzeniem o zezwierzęceniu, co faktycznie widać w takich niuansach, choć samo określenie wydaje się na pierwszy rzut oka nieadekwatne. To znaczy adekwatne w ustach Dichtiarowa, ale budzące protest we mnie-czytelniku. Bo mi się to raczej kojarzyło z niepełnosprawnością umysłową, jakimś regresem rozwojowym bardziej. Te błyskotki są zastanawiające, bo to faktycznie. Moje pierwsze skojarzenie też dotyczyło zamiłowania osób z niepełnosprawnością do widocznych, krzykliwych ozdób, a potem pomyślałam o zwierzętach kradnących to, co się błyszczy. Nie wiem, może to efekt tego, że nie ufam osądowi Dichtiarowa, nie ufam jego wnioskom, nawet jeśli sam w nie wierzy (czy chce wierzyć, za mało go jeszcze znam, żeby to ocenić). Może ta podejrzliwość co do skojarzeń jest na wyrost.

W każdym razie Rudolf wzbudził we mnie uczucia zupełnie niespodziewane jeszcze jakiś czas temu, kiedy po raz pierwszy mignął w opowieści. Wtedy myślałam, że to będzie naczelny ultradojebun chaosu w tym teście, naczelne zło, Mordor i w ogóle. Że jego głównym zadaniem będzie sianie postrachu i pokazywanie, czym grozi cała ta zabawa w cyborgi i broń, a tymczasem dostałam coś jak gorzkie współczucie pomieszane z lekkim pobłażaniem. W sumie powinnam się już spodziewać i po Tobie, i po Jeżach, że nie idziesz prostymi ścieżkami i łamiesz jednoznaczność komunikatów, że jakby mieszasz w decorum, ale jednak okazuje się, że odbiorcze schematy i przyzwyczajenia są we mnie na tyle silne, by nadal kłaść się cieniem pewnych przypuszczeń. W każdym razie Rudolf okazał się taką zadrą, takim dysonansem i już bym chciała wiedzieć o nim znacznie więcej, żeby móc to sobie jakoś poukładać i jakoś go wpasować w krajobraz.

Wolałabym też komentować ten fragment z perspektywy większej partii tekstu, bo wiesz, tak subiektywnie i osobiście jestem już do jakichś postaci przywiązana szczególnie i na ich dalsze losy czekam bardzo bardzo. I gdybym czytała Jeże jako całość, to taka przerwa od śledzenia ich losów byłaby oddechem - oddechem, do którego wróciłabym pewnie myślami z nowym nastawieniem po zaspokojeniu ciekawości. A tak odczuwam jakąś taką przedziwną pustkę XD Jakbyś mi nagle zaprezentowała nowy tekst, chociaż to przecież wcale nie tak. Zupełnie subiektywne odczucie wynikające wyłącznie z podziału tekstu, jak sądzę. Ale też zaostrzające apetyt na ciąg dalszy.

Zastanawiam się, czy ten topielec to Ronit, ale zapewne tak. I po raz kolejny mózg mi wybucha w kontekście Didiego i tego, że z jednej strony taki niby mistrz zła, a z drugiej wdaje się dziwnie nieporadny w przewidywaniu pewnych konsekwencji. Ktoś znajdzie trupa - co za problem? Ktoś rozpozna, skojarzy, dołoży element do układanki - to jakby zupełnie jest poza sferą rozważań. I się zastanawiam, czy to coś w samym Ronwem czy może w świecie raczej.

Widzę też, że powoli przesuwasz główną oś konfliktu, czy raczej przesuwasz wzrok czytelnika na nią, bo ona w poszyciu była od zarania tekstu. I chodzi oczywiście o konflikt na linii Dichtiarow-Sorokin, podczas gdy wcześniej pokazałaś wiele w skali całej intrygi konfliktów pomniejszych, jak choćby Jorg-Hubert czy jeszcze drobniejszy Ronwe-Ronit. To było potrzebne, bo tamte dla mnie jako czytelnika są znacznie bliższe emocjonalnie, ten uruchamia tkankę opowieści, fabularny silnik. Więc tak, sądzę, że to naturalna kolej rzeczy i dobrze, że to robisz, że windujesz wszystko na wyższy poziom, żeby było widać szerszą panoramę.

Nie wiem, co jeszcze napisać. Tyle płodziłam tego komcia, że pewnie spodziewałaś się elaboratu, przepraszam, że zawodzę - i jak zawsze oczywiście bardzo czekam na ciąg dalszy.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 26 marca 2018, 18:58

omg tak się ciszę z odbioru Rudiego, naprawdę... choć wydaje mi się że zniszczę ci obraz szybko :facepalm: ale jaram się bardzo, bo pewien efekt osiągnięty i będę czekać na inne. Wiem, że tak dzielony tekst na postacie to trochę ryzyko, bo właśnie - wstawki mają po 5,5k zwykle, więc są długie przerwy od spotkań z konkretnymi bohaterami. Myślałam nad tym, jak to jakoś racjonalnie podzielić no i mam nadzieję, że leci optymalnie. Tak po prawdzie to muszę ten tekst skończyć niedługo i obawiam się tego, jak to wyjdzie, bo mistrzem w dozowaniu i kumulowaniu napięcia nie jestem. W ogóle punkty kulminacyjne w tekstach mi się gubią i zaczynam się tym martwić, ale cóż, jak nie skończę to nie poprawię. Wiem, że ciągle zasłaniam twoje komcie, ale to ten rodzaj tekstu, do którego trzeba mi paliwa. Stanowisz je, i póki chce mi się pisać, będę spamowała. Przepraszam :bag:
I tak - ten konflikt na linii Sorokina i Dichtiarowa wyszedł późno, bo wiedziałam, że kto jak kto, oni raczej wielu fanów mieć nie będą XD mam nadzieję, że uda mi się zamknąć fabułę bez nudzenia czytelnika.
Co do trupa w rzece - zamieściłam kilka zdań wyjaśnień później i tak, raczej realia świata i rzeki granicznej, nie Ronwe, choć... no. Czasem Didi zaskakuje i mnie.
I nigdy nie zawodzisz mnie komentarzami. T~T


Zvajder
Jörg nie miał uczuć i prawej ręki. Rękę stracił dlatego, że był odważny i walczył ze złym cyborgiem, który zabił jeże Zvajdera. Uczucia stracił dlatego, że był niepoważny i po walce spalił swój własny generator, a bez generatora nie mógł czuć niczego poza bazowym stanem świadomości.
Palenie generatora było złym pomysłem i gdyby Jörg zastanowił się nad tym, z całą pewnością przyznałby Zvajderowi rację. Oczywiście było już za późno, bo Jörg zawsze wszystko wiedział lepiej od Zvajdera i nigdy nie zastanawiał się nad ważnymi rzeczami. Potem rzeczy działy się źle i inaczej niż chciał.
Jörg był gałganem, chociaż był cyborgiem.
Zvajder postanowił, że nadal będzie go chronił i kochał. Że będzie tarczą dla serca, choć serce nie wezwało go ponownie, a lewa dłoń nie skompilowała do materialności i nie związała z kodem.
Nie zdążył jednak powiedzieć o tym Hasselowi, bo ten postanowił sformatować się i przywrócić system do stanu początkowego. Całkowite autoformatowanie przy niedziałającym generatorze brzmiało jak samobójstwo, więc Zvajder (gdy tylko zrozumiał, że Jörg wygłupił się i znów potrzebuje pomocy) rozkazał jego procesom przestać.
Ale procesy nie posłuchały.
Kolejne przebiegi i ścieżki modyfikowały pamięć, rejestry i programy, i żaden z nich nie zatrzymał się, choć Zvajder próbował nawet najbardziej skomplikowanych komend. To było straszne i okropne, bo oznaczało, że Zvajder jest bezradny i nie może pomóc Jörgowi. Od zawsze był pewny, że w razie konieczności procesy Hassela posłuchają go. Przecież słuchało go wszystko i nad wszystkim miał pełną kontrolę. Nie tylko martwe przedmioty, ale i żywe organizmy podlegały rozkazom Zvajdera na poziomie kodu, i nie miało znaczenia, czy były proste jak jeże, czy nieskończenie trudne jak ludzie.
Zvajder przeraził się do głębi. Zrozumiał, patrząc z góry na ciało Jörga, że przez całe życie tkwił w błędzie. Sądził, że w hierarchii kodowego wymiaru zajmuje miejsce na samej górze, i że to miejsce zostało mu odebrane. Wtedy, kilka lat temu, gdy zszedł do piwnic i poddał się wezwaniu. Serce Hassela zapanowało nad nim i nadało materialną formę, podporządkowując. Teraz jednak Zvajder był wolny i nie miał niczego poza sobą samym z kodu. Nikomu nie podlegał. Podejmował autonomiczne decyzje w całości zależne od kaprysu.
Dlaczego więc nie był wyżej od Jörga?
Dlaczego nie mógł zmienić niczego, zoptymalizować kodu według uznania?
Panika przepełniła Zvajdera bezmyślnością i kazała mu chodzić w kółko, więc chodził, krążąc wokół umierającego Hassela. Kłapał zębami, machał głową, nie zgadzał się i protestował, a Jörg umierał dalej i obce znaki formatowały go, nie zwracając na Zvajdera uwagi.
Tak nie mogło być.
Zvajder to wiedział i czuł, że musi coś zrobić, że musi szukać pomocy poza sobą, ale nie był w stanie zdecydować, gdzie pójść i do kogo się zwrócić.
Doktor nie pomagał Hasselowi, tylko go ulepszał. Zvajder co prawda obiecał, że Jörg przejdzie w V.3, ale cień złych przeczuć podpowiadał mu, że piwnice grożą niebezpieczeństwem. Teraz. Bo co by było, gdyby doktor ulepszył Jörga i nie naprawił mu generatora? Albo gdyby dał mu nową rękę, ale w zamian zabrał serce?
Jörg V.2 lubił swoje serce, tak samo jak lubił swój kręgosłup i płuco i całą swoją żywą, lewą część u góry, choć nigdy nie mówił o tym głośno. Zvajder znał go dobrze. Na tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet utratę palca przeszedł potwornie ciężko. Oczywiście, jak to Jörg-gałgan, odciął go sobie sam, a dopiero potem żałował. Zvajderowi niczego nie wytłumaczył, a pytania zbył milczeniem, co tylko potwierdzało to, jak bardzo się przejął.
Był zbyt bezbronny i uszkodzony, by go oddawać doktorowi.
Nie mógł iść do piwnic.
Nie teraz.
Zvajder analizował. Liczył, porównywał, rozważał i nie decydował, bo bał się, że decyzja będzie zła. Zrozpaczony tym, że nikt nie zdecyduje za niego, zapętlił się w wątpliwościach, bo nie chciał być winny i odpowiedzialny. Wszystkie argumenty wykluczające przebudowę był w stanie zbić tymi, które jej wymagały, i tak kłócił się ze sobą, rozdrabniając szczegóły, aż Jörg umarł.
[Autoformatowanie zakończone sukcesem] oznajmił niski system. Wznawianie programów puściło Hasselowi przez kręgosłup impuls elektryczny, zmuszając zwłoki do sztucznego zrywu i nienaturalnie rozrzucając kończyny. Otwarte oczy wywróciło w głąb czaszki, gdy Jörg przewalił się bezwładnie i uderzył twarzą o lód. Zaraz potem napięcie mięśniowe wróciło, automatycznie dostosowując ustawienia gałek i kalibrując wizję.
Zvajder spojrzał w otwory źrenic i nie zobaczył swojego kodu ani na początku, ani po tym, jak tęczówki wróciły do normalnych rozmiarów. Cofnął się niepewny siebie.
A jeśli wcale nie istniał?
[Jörg]
A jeśli bez Jörga nie było już Zvajdera, tylko widmo po Zvajderze?
[Jörg]
Czemu nie był wszechmogący? Czemu wszystko, wszystko go słuchało poza jednym tylko Jörgiem?
[Jörg von Hassel]
Czyżby mieli ten sam proces nadrzędny, proces-matkę, który ich stawiał na równi w schemacie?
Zvajder obejrzał się w stronę RANu.
[JvH V.2(P) Jäger] zakomunikował system [#00#1104#88] [B-23/RAN/00-9]
Jörg podniósł się na lewej ręce, wyrywając garść przytrzaśniętych włosów. Włosy były za długie i bez potrójnego spięcia sprawiały same problemy. Teraz plątały się wokół korpusu, kleiły do lodu i haczyły Jörgowi o wystające fragmenty instalacji nad zużytym ramieniem. Cyborg wstał i utykając minął Zvajdera. Podartym płaszczem zasłonił mu widok na wieże laboratoriów.
Szedł do RANu bez wyjaśnień i w milczeniu, a Zvajder szedł za nim i szli tak przez kilka godzin, aż dotarli do podziemnych tuneli wyjazdowych wpuszczonych w przedstrefę.
Tam Jörg zatrzymał się i zapytał, czy Zvajder pomoże mu wejść do budynku.
Zvajder się zgodził.
Jörg spytał, czy Zvajder zabije ludzi, którzy będą utrudniali wejście do budynku.
Zvajder się nie zgodził.
To Jörga mocno zdenerwowało. Zdenerwował się płaską reakcją awaryjnego trybu i obciążył połowę układów, bo nieaktywny generator nie wyłapał i nie przetworzył żadnego z wysłanych w gniewie impulsów.
Zvajder przestraszył się, choć nie miał już ciała i nie mógł czuć bólu, gdyby Jörg zechciał go ukarać.
Zasugerował kompilację, okazując zupełne poświęcenie i tłumacząc, że w kodowym wymiarze pozostaje poniekąd bezsilny w kwestiach związanych z ludźmi. Jörg próbował złapać go za głowę, ale palce jak zwykły materiał przeszły przez kod i tylko rozwarstwiły go, dezorientując Zvajdera do reszty.
— Niepotrzebny program.
[Jörg żartuje] przeraził się Zvajder [Jörg nie śmieszny]
— Kompilacja niedozwolona. Bądź aktywny w kodzie. Przydaj mi się — rozkazał Jörg, więc Zvajder położył uszy płasko i obiecał, że się przyda. Wezwał wszystkie jeże z okolicy i załamany poczłapał za martwym Jörgiem ku dalekim bramom RANu.



Hanna Puszek
Puste ścieżki i myśli o śmierci zawiodły Hannę daleko poza granice znajomych ulic osiedla. Śnieżna burza przetoczyła się po nim godzinę wcześniej i między niewielkimi domami pozostawiła zastygłe zimno.
Ten śnieg nie był normalny. Przedstrefa wypluła go z siebie, skłębiła ciężką chmurą i zrzuciła na B-23 jak pierwszą falę ostrzegawczego ostrzału. Okruchy lodu, migotliwe płytki drobnego metalu i białe igły tylko z daleka tworzyły kłamliwą iluzję. Teraz jak kurz walały się po ulicach, sypkie i chrzęszczące jak deptane szkło.
To był śnieg RANu. Zimowy oddech zła. Hanna czuła, że pod butami ma coś więcej niż anomalię i zanieczyszczoną wilgoć ściętą ujemną temperaturą. Szła po martwych ludziach i deptała ich godność, biernie patrząc na rosnące w siłę gmachy laboratoriów.
Tu, na granicy miasta i przedstrefy, wszyscy wiedzieli o rzeczach okropnych i niemających prawa się dziać. Nikt niczego z tym nie robił, nikt nie reagował i nie wychodził przed szereg. Nikt nie igrał z RANem.
RAN był tu bogiem; sędzią, władcą i katem. Religią B-23.
Zrozumienie i świadomość wymagały czasu. Po latach snucia strachliwych podejrzeń i tworzenia ostrożnych teorii Puszek pojęła, że poznanie prawdy nie jest i nie powinno być celem samym w sobie. Prawda była dla odważnych. Dla tych, którzy mogli ją zmieniać. Hanna do takich nie należała. Otarła się o zakazaną wiedzę; odpowiednio blisko rozwiązań, potwierdzeń i dowodów poddała walkę, bo zdążyła przewartościować cenę i stawkę. Odwróciła wzrok, chyląc głowę przed RANem i bezprawiem.
Wyszła z domu Ulfssonów wtedy, przed czterema laty, i wiedziała, że Hubert nie wyjdzie. Wiedziała też, że nie jest winna i Hubert nigdy nie będzie winny, bez względu na to, jaką podejmie decyzję.
Życie obok prawdy było jedyną drogą pozwalającą zachować zdrowe zmysły, ale droga ta czekała na ludzi słabych. Brat Hanny nie mógł taki być, a skoro nie mógł, to nie był, i wszystko to było proste jak reszta rzeczy w jego biednej, złamanej głowie.
Jak miała zmusić go do rozmowy?
Teraz, gdy Jörga nie było, Hubert nie mógł już zasłaniać się sytuacją.
Możliwe, że sam planował wyjaśnić z Hanną wszystko, poruszyć wreszcie tematy, których unikali przez ostatnie trzy lata. Musiał w końcu otworzyć się przed nią, odpowiedzieć za to, jaki był, nawet jeśli miał rację i ostatecznie okazało się, że słusznie nie ufał Jörgowi od początku. W głębi serca Puszek wiedziała, że to bez sensu - że sama powinna przyznać bratu rację i przeprosić - ale nie umiała pogodzić się z tym, podobnie jak nie umiała wytrzymać ze świadomością, że Hubert będzie mógł wreszcie powiedzieć „wygrałem”. Przez trzy lata zmieniał życie w piekło, stawiając Hannę pod murem i każąc wybierać między sobą i Jörgiem. Trzy lata dręczył ją, traktując Jörga gorzej niż psa, znęcając się nad nim i stopniowo zwiększając dystans.
Nie mógł czuć się zwycięzcą. Nie teraz.
Rozmowa z Eskilem ostatecznie pomogła Hannie zrozumieć jej własne, pogubione wnętrze. Zmusiła do opuszczenia domu numer trzysta czternaście, przejścia się środkiem osiedla, ułożenia słów i podjęcia decyzji o rzuceniu Hubertowi wyzwania. Tylko konfrontacja i wymiana ognia mogły pogodzić ich ostatecznie. Puszek nie miała zamiaru milczeć. Cały żal, który zbierała latami, wszystkie pretensje i zarzuty czekały na ten dzień. Hubert miał usłyszeć je i podzielić się własnymi. Na to liczyła.
Na to i kilka innych rzeczy.
Skręciła w zaułek prowadzący między opuszczonymi garażami i oblodzoną ścieżką pokonała najbardziej ponure i odrzucające fragmenty opuszczonych przecznic. Wielorodzinne bloki sypały się przeżarte czasem, popękane w pionie i porośnięte w dziwaczny sposób kępami trawy, karłowatymi drzewami i wysuszonymi gałęziami kolczastych krzewów. Fałszywy śnieg szeleścił, osypując się z resztek balkonów i jak piasek ciekł pomiędzy rozbitymi szkłami okien.
Hubert lubił tu przesiadywać. Łazić po dachach, zwiedzać wnętrza nagich budynków i wyłamywać wszystkie zamknięte drzwi. Puszek nie wątpiła, że krył się przed wzrokiem i pomocą Szwedów, co pośrednio potwierdzał zmartwiony jego stanem Olaf. Z jakiegoś powodu jednak nie przejęła się bardziej niż zwykle. Hubert mógł pić, mógł myśleć samotnie i chodzić w przeróżne parszywe miejsca, bo żadne z tych miejsc i żadne z jego zajęć nie było tak parszywe jak przedstrefa. Jak praca dla RANu.
Z całą pewnością podobne okoliczności uspokajały go bardziej niż przebywanie w mieszkaniu. Ciepło, wygoda i komfort nie przynosiły ulgi, bo Hubert nie lubił oszukiwania siebie. Przy całym współczuciu Hanna musiała przyznać, że do szwendania się i koczowania w ruinach jej brat pasował lepiej niż do odpoczywania w fotelu, w czystym ubraniu i miękkim szlafroku.
Poza tym był taki od zawsze. To znaczy: od kiedy Puszek pamiętała.
Urodziła się kilka lat po nim i długo nie rozumiała problemów, które rzekomo stwarzał. Nie akceptowała separacji, podziału rodziny na ojca z synem i matkę z córką, wiecznych dylematów z wyborem szkół i przymusowego wysyłania Huberta wszędzie tam, gdzie młody mężczyzna z całą pewnością powinien być wysłany przed służbą wojskową.
Był tak męski, że aż do przesady. Od podstawówki twardy jak beton, wrażliwy jak beton i jak beton odporny na rozmowy. Pulę nastoletnich zainteresowań zamknął bez trudu w silnikach, broni palnej, mięśniach, przemocy, gołych paniach z redtube i innych rzeczach wybitnie samczych na pokaz, a szczerze i naprawdę dał się Hannie poznać dopiero jako siedemnastolatek z technikum. Dopiero wtedy zaczęli mieszkać pod jednym dachem.
Hubert był chłopcem, nastolatkiem i młodym mężczyzną rodem z opowieści o dorastających samcach alfa i gangsterach, a Hanna potrzebowała kilkunastu lat, żeby zrozumieć, że był taki, bo musiał taki być.
O całej sprawie szczerze rozmawiała tylko kilka razy i tylko z dziadkiem.
Nie przyjęła do wiadomości, że dziecko można trwale skrzywdzić i farmakologicznie nakierować, bo nie wpisuje się w schemat. Choć Huberta, podobno, od schematu dzieliła odległość bieguna, a żadna z terapii behawioralnych nie dała sobie rady z jego mentalną płcią.
Dziadek twierdził, że to było z troski i dla dobra samego Huberta, a nie z egoistycznego strachu, ale kłamał, a kłamstwo Hanna znała dobrze. Rodzicom planowała powiedzieć, że gardzi podjętą przez nich decyzją i że Hubert został przez nich skazany na wszystkie swoje społeczne zaburzenia. Że mógłby być kimś innym, kimś głębokim, gdyby nie był silnym i męskim nikim. Nie zdążyła jednak przemóc się przed tym, jak zginęli, i czasem, choć rzadko, myślała, że może dobrze się stało.
Babcia powtarzała, gdy latem spacerowały po Karpaczu, że Hubert zgarnął w genach pulę Hanny i że to źle, bo go zamęczy szósty zmysł. Puszek była zbyt mała, by to rozumieć inaczej niż wycelowaną w siebie krytykę. Teraz, dochodząc do granicy przedstrefy i grzęznąc we własnych słabościach, pomyślała, że babcia mogła mieć rację.
Czy Hubert myślał podobnie?
Co w ogóle myślał? Od lat, wieczorami, kryjąc się w ruinach i zamykając w mieszkaniu?
Co czuł? O czym marzył?
Czy mordercy marzą?
Jörg nie czuł i nie marzył. Może wtedy, na początku, gdy prawie błagał, by Hanna uciekła z nim do A-10. Później, odkąd został i zaczął zabijać dla RANu, odkąd się zgodził na wersję drugą…
— Czekałem na ciebie.
Puszek wciągnęła powietrze w płuca. Minimalnie obróciła głowę i wzrokiem złowiła sylwetkę brata; czerń kurtki odcinała się na tle drzew. Hubert opierał plecy o jedną z martwych, obdartych brzóz i bawił się łuską naboju. Metal błyskał mu między palcami.
— Myślałem o tobie — odezwał się znowu. — Wiesz?
— Wiem.
— Musiałem omijać twój dom. Wiesz?
— Wiem. — Hanna przeniosła spojrzenie na czterometrowy mur odgradzający skraj osiedla od betonowego cmentarzu RANu. — Wiem, Hubi.
— Więc nie gniewaj się, że byłaś sama. Ja zawsze jestem sam.
— Chcę z tobą porozmawiać jak kiedyś — oznajmiła w odpowiedzi zgodnie z planem i ostatnimi dziesięcioma próbami, które przećwiczyła po drodze. — I poprosić cię o coś, ale to mniej ważne. To może poczekać. Aż będziesz miał czas.
— Rozumiem. To twoje „jak kiedyś” — zastanowił się Hubert, przeciągając końcówki — to będzie: jak wtedy, kiedy Jörga nie było. Albo: zanim zacząłeś zabijać. Albo: zanim byłeś w wojsku. Albo…
— Wystarczy jak wtedy, kiedy mi ufałeś — przerwała Puszek gniewnie. Wyjęła dłonie z kieszeni i stanęła przodem do brata, gotowa na pojedynek spojrzeń. — Poza tym będę mówiła po polsku.
— Szlag. — Hubert pomylił palce i łuska wypadła mu z rąk. Odbiła się od wojskowego trapera, odskoczyła i z tępym szurnięciem wpadła w śnieg. — Poważna sprawa.
— Właśnie.
— Czy ja to przeżyję?
— Nie prowokuj mnie.
— No nie wiem, Słońce. A co, jak znów będziesz brzmieć gorzej niż babcia Stenia bez sztucznej szczęki? Wiesz, że dbam o swój polski.
Puszek wściekła się i w sekundę straciła wszystko, nad czym pracowała od kiedy opuściła dom. Brat jak nikt inny umiał wyprowadzić ją z równowagi, a teraz, gdy wiedział, że czas nie sprzyja żartom, wydawał się robić to specjalnie. Stał sobie nonszalancko, kpił i nie krył zadowolenia, choć wyglądał gorzej niż śmierć, a okoliczności powinny dołować go jak innych. Hanna nagle zrozumiała, że spędził w przedstrefie ostatnie czterdzieści godzin, samotnie świętując zniknięcie Jörga.
— Poprawisz mnie, jeśli będę kaleczyć — rzuciła. — Poza tym dużo ćwiczyłam.
— A, no chyba że. W takim razie zaczynaj. Jestem gotowy — oznajmił wyzywająco, opierając dłoń na biodrze i wsuwając dwa palce w kieszeń bojówek. Po kilku sekundach teatralnie potarł pierś rękawem, poprawił kołnierz i zastygł znów.
Hanna zebrała się w sobie, by sięgnąć po ojczysty język i nie wyglądać przy tym jak idiotka skupiona na szukaniu wyrazów. Przesunęła językiem po wargach i drżąc ze złości zaczęła:
— Pierdol się, Hubert, ty szlaufie. Ty betonowa ruro, ty chuju, nie mów mi, jak mam żyć.
— Wow — sapnął. Uniósł brwi i spojrzał na sąsiednią brzozę. — Słyszałaś? — Wskazał na Hannę kciukiem. — „Ty szlaufie.”
— Zamknij się! Nie wybaczam ci, nie zapomnę ci! Nie będziesz teraz mówił „a nie mówiłem” i nie będziesz mnie dręczył! Przeprosisz mnie za wszystko! Za Jörga!
— Ojej — skomentował Hubert do pnia. — Za Wafelka. Za Jörgusia-mężusia. Szkoda, że wam nie wyszło.
— Nam… Ja…
— Może chciałaś mieć z nim dzieci? Takie małe, na korbkę? Wujaszek Hubi kupowałby śrubki.
— Głupi kutasie!
— Kto jest głupi, Słońce? Kto jest głupi i ślepy?
— Ty! Ty, Hubert! Zazdrosny o maszynę!
— O każdego.
— Nie obchodzi mnie! Zakuta pało, ty chamie, miałeś mnie chronić i wspierać I NIE ZROBIŁEŚ TEGO! — Puszek wydarła się, zdzierając krtań. — NIE! ZROBIŁEŚ! TEGO!
— No, kurwa mać — ocenił Hubert z podziwem, gdy echo wygasło między budynkami, a wypłoszone szczury przestały hałasować na najniższych kondygnacjach bloku obok.
— TAK WŁAŚNIE, KURWA MAĆ!
Brat uśmiechnął się, jakby go wpięto do obwodu zmiennoprądowego i kazano robić za opornik, po czym specjalnie uderzył barkiem o pień i osypał na Hannę cały śnieg z gałęzi.
— NIE CIESZ SIĘ! Nie rób… Nie bądź… — Puszek zgubiła sens, tak wyprowadzona z równowagi, że nie wiedziała już, czy panowanie nad głosem traci przez wściekłość, czy rozpacz i poniżenie. — Nie masz prawa i jesteś… Okropny masz ryj — rozpłakała się żałośnie, zaciskając pięści jak bezsilne dziecko. — Najgorszy! Nie znoszę cię!
Jak na złość zaczęło wiać, nie normalnie, tylko mrozem z przedstrefy, i wszystkie włosy postanowiły przykleić się Hannie do twarzy, ograniczając widoczność. Przegrała dumę i zadrżała przy spazmatycznym wdechu. Docisnęła dłonie do oczu, wbijając końce zgiętych palców w powieki.
To nie mogła być najgorsza chwila w jej życiu - wiedziała dobrze - ale czuła całą sobą, że dawno już nie znalazła się tak blisko krawędzi.
Stała pod murem, pośrodku ruin i martwego brzozowego zagajnika, w miejscu, gdzie nie chodził już prawie nikt, a Hubert stał przy niej, ale znów był wrogiem. Szydercą bez duszy, nie bratem. To, jak bardzo Puszek tęskniła za nim i jak nienawidziła go w takich chwilach, nie mogło łączyć się w całość. W uczucia do jednego człowieka.
— Powiedziałaś mi kiedyś. Pamiętasz? — zapytał. Hanna ledwo usłyszała cokolwiek przez wiatr i własny zaburzony oddech. Śnieg RANu wciskał jej się w uszy, targając włosami i podrywając kaptur. Pokiwała głową.
— Że mam taką okropną mordę i żebym się więcej nie cieszył.
Pokiwała bardziej i osmarkała sobie włosy i obie dłonie.
— Pewnie kłamałam — zachrypiała. — Albo byłam głupia albo ślepa.
— Albo tak cię wkurwiłem, że chciałaś mnie zranić, ale nie wyszło, bo o tym wiedziałem. Bo zawsze wiem — zauważył Hubert. — Że przyszłaś do mnie, żeby się kłócić, też wiem. Że chciałaś dzisiaj pogrzebać w ranach. Mi i sobie.
— Przecież. Bo ja nie mam lepszych zajęć! Uwielbiam, kurwa, cierpieć! Nie rozumiesz nic, Hubert! — oskarżenia padały same i Puszek czuła, że w obecnym stanie mogłaby wymieniać je bez końca. Prawie nie myślała, rozpaczając: — Nie masz pojęcia, jak się czuję! Nie pomagasz mi! Wcale nie wiesz wszystkiego, nie jesteś Bogiem, ty i twoje magiczne przeczucia!
— Wiem tyle, ile muszę. Że nie warto rozmawiać. Lepiej wybaczyć i zapomnieć.
— Jasne. Pewnie. I na pewno mi teraz wybaczysz — lamentowała Hanna, bełkocząc niewyraźnie. Od dłuższego czasu trzęsły jej się kolana. — Nie będziesz mnie nienawidził. A ja ciebie. Zapomnę, co mi zrobiłeś.
— Tak.
— Tak?
— Tak. Tak będzie, Słońce.
Hanna zamilkła na dobre, bo uznała, że nie umie się odezwać i nie ma niczego więcej, co powinna powiedzieć. Skoro ktoś decydował i decyzja była prosta i dobra, sprzeciw nie miał sensu. Nic nie miało sensu od kilkunastu sekund i Puszek zaczęła modlić się, prosząc, by cokolwiek kiedykolwiek jeszcze go miało.
— Ten polski był wspaniały. Dobrze mówisz, kiedy jesteś zła. Nadal z akcentem, ale lepiej. Długo ćwiczyłaś?
— Od trzech lat codziennie — jęknęła w palce. — Przytul mnie, Hubert. Umieram.
Nie wahał się i po chwili zamknął ją w uścisku.
Hanna poczuła zimną dłoń na głowie, palce zaciśnięte z tyłu czaszki w martwym i źle ułożonym chwycie. Poczuła też, że nie może oddychać, bo coś miażdży jej żebra, wbijając się między łopatki i napierając bez wyczucia. Dotyk Huberta był jak groźba śmieci w metalowej klatce, pozbawiony czułości i zrozumienia.
Tylko oddech, który Hanna czuła na szyi, nosił znamiona ciepła. Specyficzne napięcie, które Jörgowi odebrał RAN, pulsowało w nim odlegle i desperacko.
— Pachniesz bakaliami.
— Ty nie.
— Upieczesz jabłecznik mamy? Na zgodę. Pomogę ci. Porozmawiamy jak ludzie.
— Jak… Hubert, powiedz…
— Mówię. Nie słyszysz?



Ivan Dichtiarow
Biegł zdenerwowany, ledwie sekundę wcześniej zerwawszy połączenie z Sorokinem. Przeklinał swój parterowy dom, rozległe łączniki na planie kwadratu i zakodowane dla bezpieczeństwa śluzy. Wreszcie dopadł do głównego przejścia i zdyszany zwolnił kroku, z daleka wyłapując dźwięk zamykanych automatycznie przesłon.
— Rudolf! — zawołał, gdy plecy cyborga zamajaczyły na drugim końcu korytarza.
Akermann nie obrócił się, przekraczając próg salonu. Przerzucił zwłoki na drugą rękę, jakby to był styropian, lekki i sztywny rekwizyt, nie człowiek. Woda ciekła z czarnych włosów kołyszących się nad podłogą i wsiąkała w termoaktywny materiał tam, gdzie długie strąki przylgnęły do dociętej sylwetki.
Cyborg sięgnął wolną ręką i uniósł metalowy stół. Wysoko w powietrzu przechylił go o trzydzieści stopni i szklane sprzęty zsunęły się na podłogę, wypełniając dom hałaśliwym trzaskiem. Upuszczony mebel runął na resztki krystalicznych odłamków, a Rudolf ułożył nagie ciało na blacie. Obrócił kobietę twarzą do dołu. Oparł dłoń o wygięty kręgosłup.
— Zostaw! — krzyknął Dichtiarow ostrzej.
Akermann spojrzał dziko. Mimiki nie miał zaprogramowanej sztucznie; była uwarunkowana, trwała w pamięci i prawdziwa, a przy tym tak gwałtowna, że nieprzystająca do ludzkiej. Gniew napiął skronie, uniósł uszy i pasmami poznaczył Rudolfowi linię żuchwy.
— Zostaw ją natychmiast, słyszysz? — rozkazał doktor na granicy wytrzymałości. Cyborg odstąpił od stołu i wyprostowany ruszył na niego pewnym krokiem.
Był straszny tylko w ruchu. Tylko w działaniu, gdy przestawał maskować go wzrost, postura i zwodniczy spokój wpisany w wizerunek.
Dichtiarow nie wątpił, że to w większości zasługa Dietricha, który przed przebudową stworzył w swojej chorej głowie model człowieka doskonałego. Dobry materiał - bo tak tylko wyrażał się o ludziach przeznaczonych do projektu - składa się z woli i wyrzeczeń. Dobry materiał to optymalna wersja ludzkiego ciała. O materiale decyduje twórca - gadał do znudzenia, dręcząc Dichtiarowa wytycznymi, rozpisując tabele, tłumacząc i wpadając w samozachwyt przemieszany z autoagresją, gdy odkrywał kolejną zasadę, której nie mógł już wypróbować na sobie, albo zawężał wyniki aż do poziomu, którego na własnym ciele osiągnąć nie zdołał lub nie zdążył. Doktor na pamięć znał parametry jego, Hassela, Sigela, Vischego, Kreuza i całej martwej, nieaktywnej reszty z czternastego piętra głównego oddziału RANu w B-23.
Rudolf był prawdopodobnie tym właśnie idealnym wyznacznikiem, od którego sam Dietrich stopniowo się oddalał. Pół roku „przygotowań” mogło oznaczać jedynie morderczy trening, dietę albo głodzenie, wstrzykiwanie nieprzebadanych substancji, traktowanie prądem i złożone fotoniczne pranie mózgu zakażonego uprzednio wszelkimi dostępnymi opsynami.
Ostatecznie Dichtiarow nie dowiedział się, jakie wyniki osiągnął Rudolf (którego Dietrich zabił we własnym domu jeszcze przed transportem), ale był prawie pewny, że trzydziestodwulatek miał te cholerne cztery procenty masy tłuszczowej przy niezdrowej proporcji mięśni przekraczającej osiem dziesiątych masy ciała, odpowiednio dużą ilość żył o zwiększonym przepływie (Dietrich uznał waskularyzację za kluczową przy optymalizacji zdecentralizowanego układu krwionośnego), równo trzy kilogramy kośćca i serię innych wyśrubowanych wskaźników rodem z austriackiego kosmosu.
Ludzkie ciało mogło przywodzić na myśl maszynę. Dietrich był pod tym względem zjawiskowy już jako dwudziestodwuletni inżynier-programista. Jednak to, co zrobił swojemu bratu, zerwało pewne granice w umyśle Ivana Dichtiarowa.
Rudolf szedł, jakby szło całe wojsko, jakby się zbliżał pocisk, detonowała bomba i rozpędzał czołg, i to nie było nic poza iluzją, ale zmiotło Rosjanina z nóg i wydarło mu z płuc wrzask ginącego człowieka.
Poznał strach nagłej śmierci i zwierzęco tępy sprzeciw, którego ze spaczonym instynktem zatartym w piwnicach nie spodziewał się doświadczyć nigdy.
Ilu ludzi z B-24 skazał na tę okropność?
Akermann zawrócił. Nadrobił trzy metry dzielące go od stołu i ponownie zajął się zwłokami, skazując Dichtiarowa na samotny wstyd. Poniżającego pokazu siły dokonał całkowicie świadomie, pod potrzebą chwili brutalnie hierarchizując układ.
— Boże — sapnął doktor i uderzył głową o podłogę. Zamknął oczy. — Boże. Mój Boże.
Sekundy mijały jak godziny. A życie było łaskawe. Życie było bezcenne.
Jak cudownie jest móc oddychać i czuć bijące serce, Ivan Dichtiarow docenił po siedemdziesięciu latach ignorancji. Rozmówił się z Bogiem i obrócił twarz ku salonowi.
Rudolf robił coś. Rozłożony w korytarzu doktor widział, jak białe ręce suną po zwłokach i badają kolejne fragmenty, mierząc odległość i oceniając stan. Po pewnym czasie Akermann rozprostował dłoń tuż za skołtunionymi włosami i nad potylicą kobiety wprawił własne palce w drgania. Wyglądało to wszystko jak plemienna magia i zabobonne rytuały, a zakończyło się w chwili, gdy do Dichtiarowa dotarła wyczuwalna i mdląca nasileniem fala termiczna. Cyborg wygenerował ją w drugiej ręce, celując trupowi w kręgosłup.
Doktor nie był pewny, czy to jedynie sposób na rozmrożenie tkanek, jak w pierwszej chwili podejrzewał. Chciał dobyć głosu, ale powietrze uciekło mu z krtani. Cały trząsł się, co odkrył z opóźnieniem, a wnętrza dłoni, zgięcia kolan i łokci miał mokre od zimnego potu. Ostrożnie wsparł się na rękach.
— Verloren.
Zamarł.
Głos Rudolfa słyszał po raz trzeci. Po raz trzeci zmierziło go odległe wspomnienie Dimitriya grającego w Postal i czuł prawie, jak mu się podnoszą włosy na przedramionach. Bezwiednie napiął kark i uniósł barki.
— Nie rozumiem — wymówił roztrzęsiony.
— Sie ist doch geeignet. — Rudolf wyciągnął rękę i nie patrząc w stronę korytarza wezwał Dichtiarowa gestem. Gest był nie na miejscu, bo składał się z parokrotnego zgięcia palców, sugestywnej imitacji ludzkiego chodu i wskazania podłogi obok stóp cyborga. — Na, sie war früher einmal.
Doktor postanowił podejść do stołu, ale jego ciało postanowiło inaczej. Półleżał, obserwując swój futurystyczny salon; ogromną przestrzeń pełną szkła i bieli, którą Rudolf, wraz ze swoją władczą charyzmą, zdawał się teraz zajmować w całości.
— Also? — Akermann spojrzał wreszcie i przez twarz przemknęło mu przyśpieszone zaskoczenie. Ustawił zwłoki inaczej, obracając na plecy i podsuwając wyżej (dźwięk skóry trącej o metal był koszmarnie znajomy), po czym zbliżył się do Dichtiarowa z wyraźnym zamiarem udzielenia pomocy. Tym razem szedł normalnie.
Rosjanin nie rozumiał, jak to w ogóle możliwe. Nie rozumiał też, jakim cudem Rudolf uspokoił go, łapiąc za rękę i wplatając martwe palce między jego palce.
Świat zwolnił na kilka sekund. Obcy chłód uładził myśli i wyrównał tętno, jakby się sączył przez bladą skórę.
— Nie rób tak więcej, Rudi — wykrztusił doktor ciągnięty w głąb salonu. — Nie strasz mnie, proszę. Możesz krzyknąć albo pokazać, ale nie udawaj, że atakujesz.
Rudolf ochoczo pokiwał głową i przez ramię posłał mu szeroki, szczery uśmiech załamujący linię odstających uszu. Strapiony Dichtiarow walczył przez sekundę, ale przegrał i ostatecznie dał się rozbroić.
Rozbrajany był od ponad miesiąca średnio trzy razy dziennie.
Nie umiał chować gniewu. Nie irytował się i nie niecierpliwił. Akermann wodził go za nos i rozczulał, tak jak małe urocze zwierzątka rozczulały większość społeczeństwa, i najgorszy w tym wszystkim był fakt, że najprawdopodobniej nie działał perfidnie.
To nie było normalne i Dichtiarow wiedział, że normalne nie są również jego własne reakcje. Do czynienia miał z bronią, nie z maskotką. Ze zmechanizowanym automatem do likwidacji ludzi. Ledwie chwilę wcześniej sądził, że zostanie przez Austriaka zabity.
Teraz trzymał go za rękę i…
— Wiesz, że średnio znam wasz język — rzucił. Przekroczył próg salonu i zmrużył oczy pod jasnym światłem. Białe meble, szkło i metal pasowały dziwnie do leżących w centrum pomieszczenia zwłok. Połączenie nienaturalnie zwiększało dystans.
— Wiem to — odpowiedział Rudolf, masakrując zmiękczenia. — Dalej ja nie.
— Możesz, jeśli ci łatwiej, po prostu nie zrozumiem… większości — wyjaśnił Dichtiarow doprowadzony do stołu i uwolniony z chłodnego uścisku. Poprawił szlafrok i zerknął przelotnie na martwą kobietę. Rudolf ustawił się między jej nogami i wrócił do inspekcji, choć w oczach miał o wiele mniej entuzjazmu. — Próbowałem to nadpisać jeszcze wczoraj. Nie da się. Cały kod w mieszanym stylu, musiałbym nad nim siedzieć ze słownikiem dialektu. Domyślasz się, że translacja Standarddeutsch nie dała rady. Poza tym nie jestem w stanie zmienić niczego trwale, bo kod masz chroniony lepiej niż system RANu. Twój brat jest bardzo ostrożny, Rudi — zaznaczył Dichtiarow z goryczą. — Bardzo przewidujący. Lubi się zabezpieczać.
— Na, sagen wir mal. Arme kleine Didi — zaśmiał się Rudolf. Ostatnim, spokojnym ruchem przesunął po szyi, piersiach i biodrach topielca. — Ich hatte die Gelegenheit, diese Seite von ihm kennen zu lernen.
Dichtiarow uśmiechnął się krzywo, bo nie wyłapał w wypowiedzi niczego poza zdrobnionym, najprawdopodobniej, imieniem młodszego Akermanna. Rudolf wygiął usta i dwoma palcami przeciągnął po linii warg, jakby je zamykał zamkiem. Znaczyło to, że nie odzewie się słowem do końca dnia albo tygodnia. Doktor doceniał jego próby (wypowiedzenie jakichkolwiek słów po angielsku było nie lada wyczynem przy założeniu, że bufor pamięci języka aktualizował się Akermannowi co godzinę zgodnie z wprowadzonym przez Dietricha mechanizmem), ale poczuł przez to ogromną ulgę.
Ostatecznie milczący Rudolf był lepszy niż Rudolf mówiący swoim głosem i w swoim języku.
— Myślisz… zabiła się?
Austriak uniósł brwi. Spojrzał znacząco, dociskając palce do kobiecych żeber.
— Fakt — mruknął Dichtiarow. — Mało kto robi to nago. Sam nie wiem, pierwsza myśl. Węgrzy lubią skakać z mostów. Nie śmiej się, ten wyżej na rzece wygląda jak Wolności… Co miesiąc spisują statystyki. — Urwał, bo rozbawiony Rudolf pokazał mu dowody zbrodni, odsłaniając zmiażdżoną szyję topielca. Sine ślady nie pozostawiały złudzeń. — Ach tak. Tak. Niedobrze. A niżej? Ktoś ją…?
Rudolf z pytającą miną poruszył biodrami, zanim pokręcił głową.
— To dobrze. Choć i tak będą kłopoty. Zdajesz sobie sprawę?
Reakcja cyborga ograniczyła się do założenia rąk za plecami i Dichtiarow uznał to za grzecznościowe „owszem”.
— Czemu ją przyniosłeś? — zapytał. Pytanie powinno było paść wcześniej. O wiele wcześniej. Rosjanin, mimo sztucznego spokoju, źle czuł się z myślą, że na blacie stołu, przy którym gości ludzi i spożywa posiłki, leży martwe ciało. — Dlaczego wyłowiłeś z rzeki?
Rudolf cofnął się nieco i złączył kobiecie nogi, jak nakazywała przyzwoitość. Zdjął też bokserkę i ułożył termoaktywny materiał na jej posiniaczonych biodrach, zasłaniając podbrzusze. Poczekał, aż doktor skupi uwagę. Wskazał na swoją pierś.
— Tak? — zachęcił Dichtiarow. Powietrze zaczynało pachnieć mułem, świeżym trupem i rozmrożonym mięsem, co niezbyt go cieszyło. Rudolf przesunął palcem wzdłuż mostka, kreśląc pionową linię. Tę samą linię zaznaczył na ciele kobiety.
— Do przebudowy? Ją? — Doktor zdumiał się, obserwując powagę i skupienie potakującego Austriaka. — Dlaczego? Aż tak ci się podoba?
Cyborg spojrzał w dół i uruchomił funkcję siatki holograficznej, którą miał wbudowaną w lewą gałkę oczną. Niebieskawy drżący kod sformatował się, by nad zwłokami wyświetlić schemat gotowych do wbudowania części. Rudolf szerzej rozchylił powieki i przesunął palcami w powietrzu, porządkując informacje. Skalibrował hologram, żeby się pokrył z kobiecym ciałem. Nad gotową graficzną instrukcją wymaganych zmian wyświetlił nazwę „OStWm V.1(P)”.
— Co to ma… Co — sapnął Dichtiarow, z niedowierzaniem gapiąc się na schematy. Tak dokładnych i czytelnych danych nie opisał i nie skompletował nigdy, nawet w ogólnej formie, a Rudolf nie dość, że dobrał je odpowiednio do materiału, to wydawał się mieć pojęcie o umiejscowieniu. Poziom, na który taka wiedza i możliwości wznosiły cały system przebudowy organizmu, nie mieścił się doktorowi w głowie.
— On ci to dał — szepnął. Zaczerpnął powietrza i oparł dłonie o metalową powierzchnię blatu. — Dietrich. Wgrał ci swoje projekty.
To było tak oczywiste.
Tak logiczne.
Tak proste do przewidzenia.
— A ja przez pół roku… przez pół roku szukałem ich w bazach. Ostatnie co widziałem, to Jäger V.2. Cały w europejskim kodzie. Ulepszyłem Hassela. I niczego więcej nie znalazłem, a twój brat to wszystko, wszystko w tajemnicy, nowe modele… w swoim języku, do swoich wielkich planów…
Rudolf zgasił hologram i czekał spokojnie, opierając dłonie o wycięte krawędzie nad biodrami. Dichtiarow patrzył chwilę na skośne linie mięśni pod brzuchem i okropne, wypukłe, symetryczne żyły, które ciągnęły się Akermannowi od łona aż po żebra.
— Ile? — zapytał.
Cyborg odszedł od stołu, jakby chciał zasygnalizować wahanie. Zaplótł przedramiona w pasywnej pozie i uniósł się w miejscu, parokrotnie stając na palcach. Czasem, kiedy myślał i kalkulował, przypominał doktorowi ośmioletnie dziecko.
— Ile, Rudolf? Powiedz mi. Muszę wiedzieć.
Odpowiedzi nie było. Milczący i skupiony Rudolf kiwał się na stopach, rozważając, a Dichtiarow trwał w napięciu i z maksymalnym natężeniem usiłował przejrzeć plany i zamiary Dietricha. Skoro młody wgrał Rudolfowi zestaw umożliwiający ocenę przydatności materiału i zaopatrzył go w dokładne instrukcje, musiał liczyć na aktywną pomoc.
Czy miał innych ludzi, których jak brata przeznaczył do własnego projektu? Czy tak jak brata trzymał ich pod kluczem?
Piętro czternaste wyczerpało zasoby RANu.
Ale przetrzymywanie ludzi nie miało sensu na dłuższą metę i Dietrich musiał o tym wiedzieć. Jak głęboko wszedł w aktywne działanie, ukrywając je przed doktorem? A może nie zaczął wcale?
Czyżby Rudolf był asystentem mającym za zadanie przebudować w przyszłości własnego twórcę? Dichtiarow dawno przestał wystarczać. Był „niekompetentny” i „zakochany w starociach”, a najwyższa wersja samego Dietricha Akermanna musiała przecież być szczytem genialnych i przełomowych informatycznych osiągnięć, co oznaczało, że…
Hologram pojawił się nagle, wyświetlony bez zapowiedzi.
Zawisł w powietrzu, zalewając salon niebieską poświatą; filtr osiadł na ciele martwej kobiety, zmieniając kolor jej bladej skóry.
Ogrom danych był przytłaczający. Uniemożliwiał skupienie się na szczegółach i dręczył mózg natłokiem możliwości. Doktor gorączkowo wodził wzrokiem od linii do linii, próbując ogarnąć przemieszczający się chaos. I ledwo informacje posegregowały się, tworząc metr kwadratowy osobnych i zatytułowanych zakładek, Rudolf postanowił zgasić obraz.
Jäger V.3, Aufklärer V.P, Pionier V.1 i kilka innych obcobrzmiących nazw rozmyło się przed twarzą Rosjanina, nim ten zdążył na dobre uchwycić je w pamięci. Zlepki liter tworzące skróty modeli końcowych (w tym proponowanego martwej kobiecie prototypu), całkowicie umknęły nieprzyzwyczajonym oczom.
Dichtiarow zaklął głośno i oderwał dłonie od stołu. Obszedł mebel świadomy, że musi spisać nawet tak szczątkowe wrażenia i choćby na papierze rozrysować graf możliwych rozwiązań.
Projektów było około dziesięciu. Ostatnie, najgrubsze foldery Rudolf wyświetlił najniżej; przygotowany na wojskową hierarchię Dichtiarow domyślał się, że były to jednostki dowodzące. Jeden z plików wisiał zupełnie osobno i tylko tyle doktor był w stanie o nim powiedzieć.
Żałował i złościł się, bo kilka sekund dostępu do drogocennych informacji niczego na dobrą sprawę nie rozjaśniło. Wyjął czysty notes z szuflady pełnej analogowych śmieci, znalazł byle jaki grafit i zanotował na szybko wszystkie słowa, które mu podsuwał rozogniony umysł.
— Masz to zablokowane — uznał oczywistość. — I on tam jest. Twój brat. Wyższa wersja dla twórcy.
Cyborg uśmiechnął się przyjaźnie i nie musiał robić niczego więcej, by potwierdzić te obawy.
— A ona? OSt-co? Co za skrót? — Doktor zawahał się, obserwując Akermanna. Postukał notesem o brodę i zagryzł wargę o krok od olśnienia. — Ktoś jak dowódca? Na pewno. Tak. Ktoś nad cyborgami niższego poziomu. Użytkowymi. — Pokiwał głową, sam siebie utwierdzając w domysłach. Obrócił grafit w palcach i zaaferowany zaczął chodzić wzdłuż ściany. — Dietrich chciał przebudować kobietę. Pamiętam. Sam sobie przeczył, bo tłuszcz w organizmie, bo złe hormony, ale złościł się o to. I żadnej mu nie oddałem, w sumie były tylko cztery — mamrotał, notując. Przestał zwracać uwagę na Rudolfa, skupiony na nowym tropie, i tylko przelotnie wyłapał jego ruch obok stołu. — Więc mężczyźni. Tak. Długo ich męczył. Hassela męczył, wtedy, dawno, jeszcze mi ufał, jeszcze wtedy tak. Że uwarunkowanie to podstawa, mówił, i faktycznie go mocno… na narzeczoną… oczywiście…
Chodził, gadał, myślał i notował, a Rudolf nie słuchał go i zajęty sobą ustawiał się na stole. Kobiecie wyłowionej z rzeki od samego początku nie odsłonił twarzy, choć ją oblepiały ze wszystkich stron kręcone, czarne włosy. Nie zrobił tego nawet po zajęciu miejsca obok.
— Wiem — oznajmił Rosjanin głośno, stając pośrodku salonu; pod kapciami zatrzeszczały potłuczone szklane modele. — Mój biedny Georgiy. Muszę go wezwać, muszę mu zajrzeć do serca!
— Gott, aus diesen Zügen spricht kein Herz…
— Rudolf, litości.
— Na ja.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 03 kwietnia 2018, 15:59

Już Ci pisałam kiedyś na SB, że to było nieomal nieprzyzwoite. Znaczy, z mojej strony nieprzyzwoite. Ten poziom przyjemności, jaki miałam, kiedy wróciły postaci, za jakimi tęskniłam i o których tak naprawdę mogłabym czytać w kółko, choćby - jak to mówi Marsza - siedziały i gapiły się, jak schnie farba na ścianie. To jest taki stan, który zwykle mam, kiedy czytam coś w zaciszu pokoju i potem wcale nie muszę się nikomu do tego przyznawać, bo ale w tym wypadku jestem Ci to winna, jako że kontakt na linii czytelnik-twórca jest inny i nie stoi między nami żaden pośrednik prócz nośnika. No. Więc. Czuję się trochę zażenowana tą reakcją, a z drugiej strony, tak bardzo przecież na nią czekałam i nie mogę powiedzieć, że żałuję. Po prostu chcę, żebyś wiedziała, że niezależnie od treści ryj mi się cieszył, kiedy znowu czytałam o Jorgu i Zvajderze, a potem o Hance i Hubercie, chociaż kawałki nie były to wcale radosne - jako i całe Jeże nie są. Zwłaszcza ten pierwszy.

W ogóle im bardziej mnie wątek Jorga i Zvajdera jara, tym bardziej boję się, do czego in zmierza. Albo może trochę na odwrót. Ale wydaje mi się, że dopiero ta wstawka w pełni uświadomiła mi, że dałam się na ich obu złapać i trochę mam syndrom Hanki. To znaczy, że ja ich w swojej głowie nieco krzywdzę poprzez uczłowieczanie i przykładanie do nich ludzkich kategorii. Ale chyba też trochę o taki efekt chodzi, może to nawet założyłaś. To znaczy, wiesz, np. Jorg jest już de facto martwy, ale jednak nie potrafię myśleć inaczej o tym, co się z nim teraz dzieje, jak o powolnym, stopniowym umieraniu. Jakby tracił coś, czego wcale nie ma. Albo i ma, bo dużo myślę podczas czytania Jeży o tym, skąd biorą się w cyborgach osobowości. Czy to tylko programy? Czy jakaś szczątkowa pamięć komórkowa? Czy to bardziej złudzenie, czy jakiś nieogarnialny aspekt, który nie chce wypuścić tych istnień z rąk. To, co zostało napisane o Jorgu, cała ta jego walka z automatyką, to wszystko wskazywałoby na to, że jest w nich jakieś konkretne "ja", ale czy to "ja" też nie jest tylko powidokiem? To są zawiłe pytania i wcale nie jestem przekonana, czy udzielisz mi na nie odpowiedzi (chociaż może udzielisz). Bo w sumie o nie trochę się cyberpunk rozbija, a przynajmniej tak mi się zawsze wydawało. W ogóle punki to raczej sianie zamętu i wątpliwości niż wykładanie odpowiedzi na stół, ale też nie wiem, co tam szykujesz. Gdybym miała wnioskować na podstawie tego, co już przeczytałam, dopiero zobaczę, co to znaczy "nieludzkie".

W każdym razie, wątek Jorga mnie nieustannie porusza i miałam takie wrażenie, że ta scenka była za krótka, że jakoś jej zabrakło konkluzji, a na ciąg dalszy znowu przyjdzie mi czekać. Nie wiem, czy to wynika z głodu, ale chyba nie, bo przy Puszkach, za którymi też przecież bardzo czekałam, takiego wrażenia nie miałam. Takie wiesz, że dostaję kawałek czegoś, tylko migawkę, przerywnik, bo dawno nie było. Z drugiej strony, wiem, jak to jest babrać się w pierdyrialdzie wątków i że czasem po prostu w którymś z nich nie ma niczego więcej do powiedzenia i można albo rozciągać na siłę, albo zostawić w tle i pozwolić wypłynąć w odpowiednim momencie. Zwykle to drugie rozwiązanie jest tysiąc razy lepsze, więc nie przejmuj się moimi tęsknotami i po prostu rób swoje <3

Scena z Puszkami za to doskonała i to doskonała w taki bardzo niewygodny sposób. Może nie powinnam się przyznawać, ale bardzo się z Hanką zidentyfikowałam, kiedy szła taka nastroszona i sobie układała zdania w głowie i też tak czułam, jak ona, że ktoś powinien Hubertowi po prostu wygarnąć, że powinien nim potrząsnąć i sprowokować do emocjonalnej, szczerej reakcji. I równie mocno poczułam to zderzenie z murem. Byłam wściekła, tak autentycznie wściekła, że gdyby Puszek stał przede mną, to by mogło dojść do jakiegoś żałosnego rękoczynu, którego by nie zauważył. A jednocześnie w tym fragmencie było wiele szczegółów poruszających, z tym że one wszystkie pływały właśnie w tym sosie z frustracji i poczucia, że nic się nie zmieniło, że to może faktycznie ostatnia szansa i została stracona, że teraz do czegoś dojdzie i dojdzie do tego bez prawdziwego porozumienia między Puszkami. Bo może ono nie jest już możliwe. A może potrzeba do niego czegoś więcej niż decyzji którejś ze stron. Ale chociażby ta uwaga o tym, że Hubert nie potrafi przytulać. Że nie ma zwyczajnie wyczucia w kontaktach intymnych. To było mocne, mocno mi utkwiło w pamięci i znów uzupełniło obraz postaci tuż przed tym, jak nastąpiło główne uderzenie. Bo wiesz, kiedy go sobie budowałam w głowie, to jednak podstawą jest jakaś tam ogólna średnia i dopiero z takimi szczegółami uświadamiam sobie, że postać leży jeszcze jeden rzut kamienia od normy dalej, że jeszcze na jeden aspekt jej osobowości takie czy inne wydarzenia mają wpływ. I to był taki moment, a po tym, jak wyszło, o co chodzi z tymi dziwnymi sugestiami dotyczącymi jego dzieciństwa, z tym leczeniem farmakologicznym i zmianą, to się wszystko złożyło w jedną przerażającą całość. No bo nawet pomijając to, jak wygląda świat i jakie prawa nim rządzą, Hubert został skazany na taką właśnie intymną samotność. Z dziecka, które - zgaduję, ale raczej z małą szansą na chybienie - miało potężną potrzebę czułości, przeradza się w dorosłego, dla którego w pewnym sensie ten aspekt nie istnieje. A to jest przecież wszystko system naczyń połączonych. Jest dorosły, więc bliskość fizyczną mógłby sobie zastąpić chociażby pozytywnymi komunikatami, ale gdzie tu te pozytywne komunikaty? Od kogo? Tu nabiera szczególnego sensu to, jak on bardzo potrzebuje być najlepszy. Jakby sam siebie głaskał, sam sobie wysyłał te komunikaty, bo to przecież nie jest tylko egoizm, nie na tym poziomie deficytu i deprywacji. To jest zwyczajna fizjologia i teraz już z całą pewnością i mocą mogę przyznać, że to jedna z najokrutniej skrzywdzonych postaci, o jakich czytałam.

Plus dochodzi cały ten wątek, który totalnie zlasował mi mózg na dobre parę minut. Zdaje się, że wstałam od biurka i rzuciłam do Aish, czy nie zrobić jej herbaty, bo oberwałam plot twistem i muszę pooddychać. To znaczy wiesz, co ja o nim sądziłam. Na pewno to pisałam i pewnie mówiłam też nad jakimś piwem, że w nim czuć tę ziejącą dziurę po wrażliwości. I teraz wiem dokładniej, skąd ta dziura i co mu tak naprawdę zabrano i że potężny kawał tożsamości i to sprawia, że on w jakimś sensie ląduje w jednej linii z cyborgami. Niby ma więcej swojego ciała niż oni, ale jednak to nie jest Hubert, którym się urodził i którym mógł być, choćby i miała być to ostatecznie Huberta. Został przeprogramowany, tyle że farmakologią i wychowaniem. Może stąd ten wybuch w scenie ze Zvajderem? Może stąd tamten nagły strach - a panika wydawała mi się taka wówczas niepuszkowa. Teraz osadziłabym ją właśnie w kontekście pewnych doświadczeń, z których może nie wszystkich jest Hubert świadomy, bo tak naprawdę ile się przeciętnie pamięta z dzieciństwa.

Ale to, co mówi o nim Hanka, że jest taki, bo musi, to, w jak nieludzkie zachowanie go to pcha, to zyskało nagle zupełnie nowy kontekst i myślę, że w żadnym tekście obyczajowym nie miałabyś szans uzyskać równie dobitnego efektu, poruszając problem płci. Ale też uderzyło mnie mocno, jak rykoszetem, jak musiało ją jako dziecko boleć, kiedy udowadniano jej, że jest mniej kobieca od własnego brata. Jakie to musiało być upokorzenie i jak szanuję ją za fakt, że go za to wtórnie nie znienawidziła, nawet jeśli nie zawsze było różowo i wcale różowo nie jest. Mam wielką, wielką ochotę na retrospekcje z nimi, na poczytanie o tym, jak się poznawali. Nie wiem, czy jest to potrzebne historii, bo nie wiem, jak historia będzie biegła, ale jako czytelnik zakochany w wątku po prostu #czytałabym.

A kiedy myślę o Ronit, nie mogę przestać też myśleć o tym, co mi zdradziłaś, w związku z jej wątkiem. I to mi się coraz bardziej podoba, im dłużej to w głowie obracam, ale też nie chce naciskać ani nic, bo możliwe, że masz w głowie jeszcze lepsze rozwiązania i mózg mi wybuchnie. Ta scena nad trupem też była taka... okropna w bardzo charakterystycznym stylu. A uderzyły mnie w niej zwłaszcza dwa szczegóły. No, trzy, biorąc pod uwagę to, że była naga, czyli jakby pojawia się pytanie, po co Didiemu jej ubranie. A dwa pozostałe to ta zasłonięta twarz. Bo przecież wcale nie jest ważna, nie? Nie liczy się tożsamość Ronit, a twarz to jakby taki symbol tożsamości. Nie liczy się, kim była, a tylko, jakie ma warunki fizyczne (tu znów powraca pytanie o tożsamość i osobowość cyborgów). I druga rzecz to to, że Dichtiarowa jednak w pewien sposób peszy możliwość gwałtu, chociaż kawał z niego uja, a Rudolf traktuje to jako po prostu jeszcze jedną okoliczność do sprawdzenia i nie sprawia wrażenia zażenowanego w najmniejszym stopniu. To właśnie było takie... nieludzkie. Bardziej nieludzkie niż wszystko, co napisałaś o nim wcześniej.

Trochę mi wywaliło bezpiecznik, że wcale nie jest niemy, tylko nie ma odpowiedniego pakietu językowego XD (Tak jak fakt, że Hanka nie mówi domyślnie po polsku i musi ćwiczyć). W sumie przyjemna rzecz, bo przypomina, że to nie kosmosy, gdzie wszyscy mówią jakimś ogólnogalaktycznym albo mają rybki babel. To, że ma wgrane plany, zaskoczyło już mniej albo w ogóle, bo zdaje się, że Didi wcześniej o tym wspominał. No ale fakt, że teraz dowiaduje się o tym Dichtiarow, na pewno ma olbrzymie znaczenie fabularne i spodziewam się teraz przyspieszenia.

Podsumowując, niezmiennie mi się podoba, choć zyskuje nowe barwy i nową kolorystykę i czasem zaczynam czuć się odrobinę obco, bo świat przedstawiony się rozrasta i rozrasta, a to, do czego zdążyłam się przyzwyczaić, okazuje się kpiną mojego własnego mózgu ustawionego na konkretny odbiór. To mi się kojarzy z tym zjawiskiem, kiedy mózg interpretuje różne odgłosy jako mowę, bo instynktownie szukamy słów dookoła siebie. I ja tak szukam ludzi, gdzie ich nie ma jakby. Chciałabym mieć już całość i lepiej rozumieć także swój własny odbiór.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 09 kwietnia 2018, 01:46

Omg T~T <3 tak bardzo mam ci tyle do powiedzenia, ale jakoś nie umiem zebrać tu słów. Mam nadzieję, że cię nie zanudzę, jak się zobaczymy na żywo i zacznę nawiązywać do rozkmin o Rudolfie i Hubercie( :la: :la: :la: ). To, jak głęboko weszłaś w psychikę postaci, totalnie mnie zmiotło - serio, dobrze ci idzie w tę psychologię najwyraźniej, albo zwyczajnie czytasz mi w myślach i jesteś uberczytelnikiem, bo wszystko wiesz, z rzeczy, które chciałam pokazać i zawrzeć w Puszku. I to, że odbierasz go jako dobrze i mocno skrzywdzonego, jest najcenniejszym (no, jednym z) info dla mnie chyba od początku. Naprawdę brak słów.
Nie wiem, czy w ogóle dało się zauważyć to, co chciałam przekazać sceną z Jorgiem i Zvajderem, ale mam nadzieję, że wyjdzie później w praniu. I tak, masz rację, ciężko tak zostawiać postacie z boku i lecieć z fabułą, mam ten strach twórcy piszącego dla innych, nie dla siebie. Liczę, że dam radę połączyć swoje zamiary ze znośnym podziałem tekstu na perspektywy.
Tym razem Eskil na pierwszym planie.
Dziękuję. Nie wiesz jak bardzo. Albo wiesz. Bardzo.

Eskil Ulfsson

Volk Ronwe należał do tej nielicznej, fascynującej grupy ludzi, których Eskil nie był w stanie wyczuć ani zrozumieć. Miał wiele cech, które zwracały uwagę już przy pierwszym spotkaniu (Eskila zdecydowanie najbardziej urzekły uszy przywodzące na myśl logo BMW Mini), ale im dłużej Ulfsson obserwował go, tym bardziej czuł, że umyka mu jakiś ważny, kluczowy szczegół.
Od początku października minął ledwie miesiąc. Tyle zwykle wystarczyło Eskilowi, by rozeznać się w sytuacji, wybadać grunt i przekonać do siebie interesujących ludzi. Ewentualnie się do nich zbliżyć. Wybrał niewielką grupę studentów, których uznał za potencjalnie pomocnych i umożliwiających rozwój, kilku uważał za zwyczajnie ciekawych, a grono prowadzących podzielił równo na wartych i niewartych starań. Najwięcej wysiłku wkładał w relację z dziekanem i to znacząco spowalniało jego sukcesy na polu studenckim.
Na szczęście prawie wszyscy z kierunku zdawali się lubić go - zgodnie z założeniami - choć wyróżniał się poziomem. Rozsyłał opracowania i notatki, bez większych oporów pisał za innych programy, a większość zasad i ocen gotów był negocjować z tymi wykładowcami, którzy złapali się na najprostsze metody zmiękczania i manipulacji.
Eskil organizował spotkania, pośredniczył w kontaktach z sekcją dydaktyczną i spajał całą kilkudziesięcioosobową grupę pierwszego semestru magisterki IP, ciesząc się ze starannie budowanej pozycji lidera. I tylko Volk ciągle trzymał się z boku, ignorując go całkowicie. Taki drobny, zakompleksiony chłopak ze stylówą z poprzedniej epoki - dało się wywnioskować z wypowiedzi znajomych - wygląda, jakby się martwił. Pewnie jest nerdem. Pewnie nie ma znajomych.
Oczywiście Eskil nie mógł patrzeć bezczynnie, dręczony litością i współczuciem. Czuł się w obowiązku pomóc Volkowi nawiązać jakikolwiek przyjazny kontakt z otoczeniem, ale od początku napotykał na wyjątkowo oporne mury niechęci. Nerd w koszuli na guziki zbywał go milczeniem, nie odwzajemniał uśmiechów, nie odmachiwał i szerokim łukiem mijał na korytarzu, jakby samo przebywanie w pobliżu Ulfssona i reszty rocznika stanowiło dlań swego rodzaju dyskomfort.
Eskil pewnie dałby sobie z nim spokój, gdyby nie projekt, który ledwie dwie doby temu zobaczył u dziekana Sorokina. Projekt tak zaawansowany, że niezrozumiały dla samego twórcy Paixa - implementowany undergroundową transkrypcją najnowszej generacji. Sam Snarc widział podobny zapis tylko raz, gdy Jörg skrócił nim ponad dwieście linii kodu i powiedział, że nie jest w stanie wyjaśnić. Wszystko, co cyborg pisał na własny użytek, wyglądało prawdopodobnie jak hodowla małych węży na Netbrystolu.
Eskil nie rozumiał nawet podstawowych założeń trans-pętlowego kodowania.
Dlatego Volk był jak objawienie. Jak przeznaczenie. Jak szansa, by dokopać się do prawdy i poznać kluczowe odpowiedzi. Eskil musiał przejrzeć język RANu, język broni, cyborgów i sztucznej samoświadomości, by móc jak najszybciej zrealizować własne zamiary. Nierealne cele graniczące z marzeniami okazały się nagle potencjalnie osiągalne.
Cały weekend spędził więc na szukaniu wszelkich dostępnych przez uczelniane źródła informacji. Bezowocnie. Volk nie istniał. Nie miał historii, osiągnięć i wpisów w żadnym z trzech systemów edukacyjnych, które Eskil przetrząsnął w trakcie dwudziestu niemal nielegalnych godzin spędzonych w archiwach uczelni. Dziekan Sorokin zgodził się na udzielenie mu dostępu zapewniony, że chodzi głównie o Worskiego.
Ulfsson nie musiał wgłębiać się w przeszłość Polaka, by rozpracować jego metody. Czuł się na tyle pewnie, że prędzej czy później zamierzał wyłapać potencjalnego kandydata na kolejnego hakera RANu. Gdyby Volk nim był, zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi, wszystko stałoby się jeszcze prostsze.
Nerd w każdym razie stał się głównym celem i choć Eskil nie miał pomysłu, jak rozbić jego aspołeczną skorupę, planował to zrobić bezzwłocznie.
Sprawa z Jörgiem pokrzyżowała te plany. Zszokowała i zabolała Eskila na tyle, że uznał zbiegłego von Hassela za niekwestionowany priorytet. Z trudem pozbierał się po rozmowie z ojcem, którą odbył nad ranem, a wizytę u Hanny Puszek przypłacił dwudziestoma minutami skrajnego załamania na przystanku pod zajezdnią M-busów. Niewiele brakowało, by pobiegł z powrotem do domu numer trzysta czternaście i wyznał Polce wszystko.
Przed sobą samym nie umiał jednak zdecydować, czy bardziej zły jest na Jörga, czy na siebie, a złość w obydwu przypadkach nie miała sensu. Po trzech latach Eskil nadal nie był pewny, czy von Hassel domyślił się czegokolwiek. Nie mógł mieć do niego pretensji. Nie sądził również, by Jörg był tym samym człowiekiem co przed przebudową. Choć nawet przed nią mógł nie wiedzieć o niczym.
Tylko Hubert znał prawdę. On i jego okropny wzrok, który pozbawiał Eskila wszystkich wcieleń i masek. On i jego przeklęte zmysły nadczłowieka, których Eskil bał się od początku. Umiał mówić bez słów, a Eskil umiał słuchać, i nie było potrzeby uściślania tych faktów, od kiedy spotkali się sami w przedstrefie.
Całe szczęście minął od tamtej pory kawał czasu.
Pełen zawiłości i sprzecznych uczuć początek poniedziałku skomplikował się jeszcze bardziej, i to akurat wtedy, gdy Eskil zmusił się do sensownego działania. Usiadł nad kodami Jörga i szczątkowe fragmenty generatora próbował przeanalizować tak, by wyłapać obecność i mechanikę uśpionych trybów bojowych, a całą tę misterną siatkę starań Volk rozwalił mu, sprzedając kopniaka w kręgosłup.
Snarc cudem uniknął rozkwaszenia i tak już obolałego nosa o ławkę. Żałował, że dał się ponieść i zareagował agresją (sam fakt, że sięgający mu do ramienia przegryw ośmielił się użyć przemocy, rozjuszył go niemożliwie) ale koniec końców wyszło interesująco.
Wyszło opłacalnie.
Idąc z Volkiem przez ścięty mrozem i zamglony uczelniany kampus, Eskil czuł szczerą ekscytację. I frustrację. Ale głównie to pierwsze.
Volk był naprawdę fascynującym i niepojętym małym dupkiem.
— Dawno już nie miałem problemu, programując — oznajmił wyniośle, utwierdzając Eskila w przekonaniu, że nie tylko nie przejmował się swoim ostrym akcentem, ale wręcz starał się, by było go słychać. — Dlatego ciężko mi zrozumieć, o czym mówisz. Że ci coś umyka, że czegoś nie potrafisz.
— Widzę, że szybko dochodzisz do siebie — ocenił Snarc z opanowaniem godnym prawdziwego wikinga. Ronwe zareagował parsknięciem. Ich odbicia przesuwały się po szybach i zniekształcone przemierzały rozległe tereny centrum naukowego.
— Dojdę do siebie po kawie z izotonikiem. Z podwójnym izotonikiem.
— Niech będzie, że z podwójnym.
— Stać mnie.
— Mnie też.
— Nie wątpię.
Eskil zerknął w bok i bezwiednie poprawił skórzaną kurtkę. Ciaśniej owinął szyję chustą i wsadził dłonie w kieszenie.
— Nie jest ci zimno — nie wytrzymał po kolejnych kilku minutach. Między wysokimi budynkami wydziału, w wąskich korytarzach szklanych przejść, wiatr dął ze zdwojoną siłą, zawiewając pierwszymi falami śniegu znad granic przedstrefy. Volkhard szedł wyprostowany, bez śladu spięcia czy dyskomfortu. Nie bronił się przed temperaturą. Sam widok jego odsłoniętych zgodnie z przeszłą modą kostek, rażących bielą nad eleganckimi, czarnymi butami, przyprawiał Eskila o drżenie mięśni. Podwinięte rękawy koszuli, cienki materiał spodni przylegających do ciała pod wiatrem i trójkątnie wygolone boki były jeszcze trudniejsze do zniesienia.
— Nigdy — rzucił Volk lakonicznie. Zaraz potem zmarszczył brwi i przesunął palcami po lewej stronie czaszki, gdzie pasmo ściętych tuż przy skórze włosów było najszersze. — Trochę. Czasami — dopowiedział, jakby wkładał w to wiele wysiłku. — Czasem mi zimno w uszy. Snarc.
Eskil nabrał powietrza i zawahał się. Każde potknięcie zmniejszało nikłe szanse na zdobycie zaufania, więc dla pewności wolał ukryć rozbawienie. Skrzyżowali spojrzenia, przechodząc pod gigantyczną pergolą ozdobioną nazwiskami profesorów i założycieli wydziału.
— Żart — wyjaśnił nerd szybko, odwracając wzrok i wygładzając koszulę.
Snarc zaklął w myślach.
— Tak myślałem.
— W kwestii humoru… W kwestii nerwów — Volk podjął domyślny temat, nadal przesuwając palcami po wąskim torsie — to są słabe.
— Domyśliłem się.
Wyszli na plac i skręcili ku skośnym przejściom podziemnym, maksymalnie skracając drogę. Ścisłe centrum już z daleka odstraszało hałaśliwym wyciem i nawet w pełnym słońcu biło nad dachami kolorową łuną neonowych reklam. Tłumy, mimo wczesnych godzin zapychające ulice, zlewały się w ponurą masę. Co drugi przechodzień i wszyscy pracownicy biurowi nosili te same czarne płaszcze bez rękawów.
— Uwzględnij to. Skoro idziemy na kawę — polecił Volk, odwracając uwagę Eskila od grupy ludzi z identyfikatorami RANu. — Łatwo się denerwuję.
— W porządku. Nie spinaj, Volkhard. Powinno być miło. No wiesz, tak na szybko. Między nami. Szczególiki.
— Szczególiki, doprawdy — westchnął nerd i zamilkł permanentnie, choć Eskil z przyzwyczajenia zaczepiał go i prowokował do dialogu.
Nawet się przy tym nie męczył, o dziwo.
Weszli do największej z sieciowych kawiarni Izo-C-Bean w B-23. Półokrągłe sklepienie budynku z drewnianymi i szklanymi segmentami wypełnione było labiryntem światłowodów; wyżłobienia w suficie mieniły się kolorami, gdy pakiety danych płynęły przez nie z zawrotną prędkością. Eskil zagapił się w górę, puszczając Ronwego przodem. Kątem oka śledził trójkątne plecy.
Kiedy przekroczyli próg głównej sali, w środku zrobiło się jakoś niezręcznie. Wrażenie to nie umknęło Snarcowi wyczulonemu na najmniejsze zmiany w ludzkim zachowaniu. Wyłapał prostujące się sylwetki, nasiloną intensywność cichszych dialogów, pokątne spojrzenia i stygnącą atmosferę. Ludzie za ladą byli nerwowi, bariści dziwnie skupieni. Dwuosobowy stolik, w stronę którego Volk ruszył bez namysłu, okazał się nagle całkiem wolny i dostępny.
Zagadani Słowianie minęli Snarca, dzierżąc rozchybotane szklanki z izotonikami i pełne kawy kubki.
— O. Zwolniło się — zauważył nerd, opierając dłonie na biodrach.
Eskil był pod wrażeniem jego nieistniejących możliwości aktorskich i pomyślał, że nawet pijany papa Olaf, wracający z przedstrefy w sobotę, lepiej odegrałby śladowe zaskoczenie uprzejmością przypadkowych osób.
Ronwe rozejrzał się po sąsiednich stolikach, omiótł wzrokiem przyjemne, drewniane przesłony segmentów i wskazał Snarcowi miejsce, jakby to on go zapraszał, nie odwrotnie. Do lady nie podszedł w ogóle, choć w lokalu obowiązywała samoobsługa. Usiadł skupiony, potarł blady policzek i wysoko w powietrzu skinął dwoma palcami, bezczelnie sygnalizując zamówienie.
— No wiesz — sapnął Eskil. Volk nie podniósł wzroku i dalej masował mięśnie nad żuchwą, w miejscu, gdzie ciemny zarost mimo gładkiego golenia wyznaczał linię sinej skóry. Dwie średnie czarne z podwójnym izotonikiem przyniesiono mu po niespełna trzech minutach.
— Zgaście, jeśli łaska — zwrócił się do pracownika kawiarni. — Ale wszystkie tym razem. Nadpiszę.
— Naprawdę myślisz, że C-Bean jest na podsłuchu — zakpił Eskil z wyczuciem, płytko sygnalizując niezadowolenie. Uśmiechnął się przepraszająco do spłoszonego chłopaka stawiającego przed nim szklankę.
— Ja to wiem, Snarc.
— Ciekawe. Często tu przychodzisz?
— Nie. — Volk splótł chude palce nad blatem i pochylił się, prowokując kontakt wzrokowy. W brudną zieleń jego oczu Eskil spojrzał z parosekundowym opóźnieniem, przerywając liczenie żył na rękach. Te ręce, wyraźnie i mocno umięśnione, kontrastowały niepokojąco z resztą drobnej sylwetki.
— To już? Szczególiki? — spytał z uśmiechem. — Mam mówić?
— Słucham cię uważnie — zapewnił nerd, potwierdzając nienaturalnie sugestywną mowę ciała. Panele ścienne zaszumiały i popłynęła z nich cicha muzyka.
— Widzisz — zaczął Eskil bez pośpiechu, za wszelką cenę próbując ukryć rosnącą dezorientację. — Myślę, że możemy dobić targu. Tak, coś za coś, uczciwie. Więc ja będę milczał, a ty mi pomożesz…
— Będziesz milczał — powtórzył Volk, jakby się zgadzał wyłącznie na tę część umowy.
— Właśnie to powiedziałem.
— Mów dalej.
Eskil przesunął językiem po zębach.
— To nie przerywaj mi, Volkhard — zasugerował. — Jeśli znów przerwiesz, odechce mi się rozmawiać.
Ronwe wyprostował się sztywno i sięgnął po kawę. Cień przeczuć podpowiedział Ulfssonowi, że to jedynie reakcja obronna. Lakoniczne skinienie głową uznał za wystarczający sygnał i po chrząknięciu kontynuował:
— Nie sądzę, żeby ktoś to wyłapał, oglądając nagrania z kamer. Wyglądało jak zwykły napad. Jak epilepsja — uściślił, zerkając w stronę ulicy. — Poza tym ludzie zbiegli się później. Nikt cię nie podejrzewa. Pozostaję tylko ja, co chyba ułatwia sprawę, więc… Tak? — dopytał zirytowany, bo Volk poruszył się niespokojnie i w ostatniej chwili zrezygnował z wypowiedzi.
— Ta dziewczyna.
— Co z nią?
— Ona wie.
— Nevena? Nie, nie wie. Bardzo się przejęła. Twoją chorobą rzecz jasna.
Elektroniczny utwór pulsował miarowo, wśród zgiełku odliczając sekundy basem. Głosy ludzi, młynków do mielenia i cienkich metalowych rurek, dzwoniących stale w szklankach z izotonikiem, stwarzały pozory bezpieczeństwa.
— Mhm — mruknął Volk i skupił się na kawie. Ostre krawędzie uszu wygięły się nieznacznie, kiedy marszczył brwi. — Mów dalej.
— Podobasz jej się.
— Mhm. Tak. Nie, co?
— Nic. Tylko cenna informacja — rzucił Eskil niewinnie, obserwując reakcję.
Reakcja ograniczyła się do zmrużenia oczu i rozszerzenia tęczówek z nienaturalnie odciętymi obwódkami.
— Wykorzystam ją.
— Świetnie.
— Mów dalej.
— O tym, czego od ciebie oczekuję? Błahostka zapewne, kiedy się nie ma problemów z niczym, wytłumaczysz mi tylko parę rzeczy w kodzie, a…
— O czym będziesz milczał, Snarc — przerwał nerd ponownie i tym razem Eskil wyczuł w jego głosie coś alarmującego. Alarmujące były też drżące nozdrza i dłoń zaciśnięta na krawędzi stolika.
A więc RAN.
— Denerwujesz się.
— Jestem zdenerwowany.
— Nie chcę cię oceniać…
— Powiedz mi, co wiesz, Snarc, bo zdenerwuję się bardziej.
Na czterdzieści procent RAN.
— To groźba? — parsknął Eskil szczerze ubawiony. — Żartujesz? Wiesz, chciałem być miły, taki miałem zamiar. Ale ty nie czujesz, gdzie są granice. Wkurwiasz mnie. Naprawdę mnie wkurwiasz, Volk. Nie boję się chłopców, którzy mi sięgają do łokcia. I radzę uważać. I może przestać ćpać tlen, bo najwyraźniej zaburza ci wizję siebie — wyrzucił i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo dał się wyprowadzić z równowagi.
— Ja. Tlen — wydukał Volk. Obejrzał się, jakby zarzut mógł dotyczyć kogoś innego, a bariści za jego plecami jak na komendę spuścili głowy.
— Umiem odróżnić padaczkę od zatrucia — wycedził Eskil znad kubka. — Znam ludzi, którzy pracują na dopalaczach. Drgawki tlenowe są… — Urwał, odpychając jaskrawe wspomnienia z przedstrefy. — Nieważne, wiem, że bierzesz.
— I będziesz milczał, że biorę — upewnił się nerd, ponownie skupiając na nim wzrok. — To są szczególiki?
Pięćdziesiąt procent.
— Tak. Coś niejasne?
— Tylko tyle?
— No… tak? A co? Mało?
Volk wypuścił powietrze z płuc. Rozpiął kolejny guzik pod kołnierzem i przytknął wierzch dłoni do nosa. Oddychał szybko i po czasie do Eskila dotarło, że jest rozbawiony; nieprzyjemny grymas, w którym odsłonił górne zęby, mógł być wyłącznie paskudnym uśmiechem.
— Przepraszam na momencik — stęknął i zostawił Ulfssona samego.
Ludzie obracali głowy, gdy mijał stoliki i trząsł się ze śmiechu.
Mimo całej swojej woli i długo ćwiczonej cierpliwości Eskil dał się wyprowadzić z równowagi. Teraz żałował, że nie przygotował się lepiej. Planował postawić Ronwego pod ścianą (przyjmując jednakowoż w rolę wybawcy, nie dręczyciela), tymczasem sprawy potoczyły się zupełnie inaczej i odebrały mu kontrolę nad sytuacją.
Volk czuł się pewnie. Zbyt pewnie. Miał być nerwowym, cichym chłopakiem z problemami i tak właśnie Eskil chciał go odbierać. Ale coś, czego nie odkrył, coś, czego nie widział, choć czuł od początku studiów, okazało się problemem. Dużym.
I ci ludzie. Obsługa. Goście.
Guziki w koszuli nie wystarczały, by wzbudzać aż tak wyraźną niechęć.
Choć były też chinosy. I buty.
I pasek z krokodylkiem Lacoste.
Kim mógł być Volk Ronwe? Kimś znaczącym w ciągłych starciach dilerów tlenowych neo-dopalaczy w B-23? Synem dystrybutora? Hakerem na czarno? RANowcem z wysokiego piętra?
Eskil rozejrzał się załamany i równie załamani ludzie za ladą barową posłali mu współczujące spojrzenia. Za oknami kawiarni padał już rzadki śnieg, miękki i duży, nie sypki jak w przedstrefie. B-23 od lat nie widziało prawdziwej zimy i mieszkańcy centrum wyraźnie panikowali w przerwach zachwycania się nietypowym zjawiskiem atmosferycznym.
— Jestem! — Volk wyminął stoliki slalomem i szczerząc zęby runął na swoje krzesło. Potargane włosy, uprzednio starannie zaczesane w tył, teraz opadały mu na czoło i w nieładzie sterczały wyżej, jakby je zmoczył wodą z kranu. — Doprawdy, Snarc, to świetna propozycja. Zgadzam się. Zgadzam na wszystko! — Uniósł ręce w pokojowym geście, a Eskil gapił się na niego i zszokowany zbierał rozrzucone myśli. — Rozwiążę ci każdy problem. W pięć minut. Nie, w minutę, możesz mi mierzyć czas. Chętnie zobaczę, co pisałeś na optymalizacji.
— Na wykładzie.
— O tak. Koniecznie. To musiało być dobre — gadał Volk z zapałem — bo było widać, że się męczysz. Coś zaawansowanego, prawda?
— Tak myślisz.
— Tak, czułem to. Cały wykład, zanim cię kopnąłem.
— Jesteś… — Ulfsson zająknął się i poddał po kilkunastu sekundach totalnego chaosu, który mu uniemożliwiał sklecenie pełnego zdania. — Fan, jesteś dziwny, Volk. Jesteś, kurwa, dziwny, mówił ci ktoś?
— Nie.
— A że masz dziwny uśmiech?
— Nie.
— A coś o koszuli?
— Też nie.
Eskil ukrył twarz w dłoniach.
— Chodź ze mną do CMD. Musimy się zaprzyjaźnić jak mężczyźni — usłyszał. Ostry akcent nie maskował podniecenia, które podniosło Volkowi głos o zmieniające barwę pół tonu. — Ja stawiam.
— Z TOBĄ?! — Wizja Volkharda w jakimkolwiek małpim gaju dosłownie zmiażdżyła Eskilowi wyobraźnię. Jeśli dało się wyglądać bardziej niesportowo i informatycznie (Ronwemu brakowało wyłącznie okularów i koszulki z logo Paix-R3) to z całą pewnością nie chciał się o tym przekonywać. Ludzie z programowaniem wypisanym na twarzy nie zabawiali się na morderczych torach przeszkód i strzelnicach. — Do Cyber Monkey Death Palace? Oszalałeś?
— Nie.
— Na czas?
— Tak.
— Ty i ja? Volk, my się nawet nie znamy, to jest…
— Boisz się, że będę szybszy?
Wszystko w Eskilu wrzeszczało z oburzenia przemieszanego z ekscytacją i szokiem.
Sam cień możliwości udania się do najbardziej prestiżowego gaju w centrum B-23 wykluczał racjonalną decyzję.
Ulfsson oblał się izotonikiem, rozważając, czy publiczna kompromitacja nerdowskiej ofiary losu bardziej go ucieszy czy zażenuje. Parokrotnie zacisnął zęby i uznał, że czas oddać los w ręce bogów.
Chociaż raz.
— Rzucasz mi wyzwanie — upewnił się jedynie. — Będziesz żałował. Przyjmuję.
— Więc chodźmy! — zarządził Volk i zerwał się natychmiast. Był chorym ćpunem i udowodnił to po mistrzowsku, błyskawicznie przechodząc między skrajnymi nastrojami.
— Teraz? Pojebało cię? Niedawno straciłeś przytomność, może za tydzień albo na weekend, wróćmy na laborki…
Ronwe westchnął ostentacyjnie, zniewieściałym gestem przeczesując ciemne włosy.
— Dwa metry Szweda, a tchórzą. Wstyd.
— Fy fan — wściekł się Eskil. Głośno odstawił szklankę. — Przegiąłeś.




Piotr Miński

— O czym czytasz, Piotrze Dorianie? O złych rzeczach. Strasznych rzeczach. Pół biedy, że czytasz. Piszesz o nich. Piszesz o złych rzeczach. Co mówił ojciec? Zostaw ten przeklęty język. Zostaw to przeklęte miasto. Nie ufaj Rosjanom. Na zachodzie znajdziesz więcej takich miejsc. Zrobisz karierę. Daleko od strefy B. Jedź do C, Piotrze. Jedź do dawnej Austrii. Jedź do dawnej Francji. Dalej nie, broń cię Panie Boże, dalej nie jest bezpiecznie. Hiszpania to koniec cywilizowanego świata. Są gorsi niż Rosjanie. Ale najgorsza jest strefa B. Tam wszystko się miesza, bogaci z biednymi, źli z dobrymi. Krew z metalem. Tam jest tylko szaro. Nie jedź, bo cię tam zeżre i przemieli nowa Europa bez granic i narodów. Zrobią z ciebie robota. A jak pojedziesz, to chociaż mów po polsku. Mów po polsku z Polakami i kiedy będziesz sam. Wracaj do nas, kiedy będziesz sam.
Miński oderwał wzrok od ekranu i zastygł z palcami nad klawiaturą. Obejrzał się przez ramię. Powoli, bez przeczucia, wsłuchany w ciszę zakłócaną jedynie szumem wentylatorów, przesunął spojrzeniem po ścianach.
— Jestem sam, tato. Czytam o złych rzeczach. Mój przyjaciel Dietrich… Ten dobry chłopak z mamą w szpitalu. Ten, co mógłby nosić czapkę. Niski głos, jakbyś nóż na szkle ostrzył. Dusza na ramieniu. Już po nim, tato. Zrobili z niego robota. Jest niewinny. Taki dobry chłopak. Nie ma serca, tylko sznyty na piersi. Widziałem go rano. Cały w bliznach. Cały w szwach. Cały taki, jakbyś z kabla zdjął osłonę i zostawił gołe druty, na wierzchu każdy szczegół, mięśnie, żyły, to wszystko jak martwe, okropne, twarz inna, obca, twarz tego… tego Ronwego…
Zamilkł. Zamknął oczy, opierając palce na skroniach.
Od wielu godzin mówił cicho, ale na głos, i wiedział, co to znaczy. Wiedział, że im dłużej człowiek trwa przepełniony paniką i bezsilnością, tak nieznośnie nastawiony na działanie, którego nie sposób podjąć, tym bardziej panika wrasta mu w skórę i przestaje być stanem wyjątkowym.
Zawsze mówił, gdy się bał. W stresie. Kiedy coś go przerastało, ale musiał dać sobie radę. Gadał od rzeczy, w kółko, bez sensu, powtarzając durne komunikaty.
„Jest dobrze”. „Już ok, Piotrek”. „Zaraz, dobrze, chwila”. „Wszystko pod kontrolą”.
Od tego zaczął zamknięty w ciemnym garażu, gdy zrozumiał, że Ronit nie jedzie na żaden Transfer, i wbrew sobie postanowił, że nigdy nie uwierzy w jej śmierć.
Mały Didi miałby ją wieźć na egzekucję? Bez powodu, za nic?
Taką piękną, dobrą dziewczynę. Taki wrażliwy, dobry chłopak.
W trakcie dwugodzinnego słowotoku opartego na słowach „żyje”, „dobrze” i „koniec”, Miński przeprogramował swój mózg w sposób, do którego nie podejrzewał, że w ogóle jest zdolny, a rzeczy takie jak śmierć, prawda, sprawiedliwość i kłamstwo obracał i redefiniował tak długo, aż nabrały zupełnie nowego znaczenia. Przez pół soboty był przekonany, że niczym nie zawinił i nikogo nie skrzywdził, a sam jest wyłącznie ofiarą. Przez pół niedzieli czuł, patrząc na programującego Akermanna, że cieszy się ze spotkania i kocha go jak brata. Przez pół poniedziałku mówił do siebie i teraz właśnie, po kolejnym oderwanym monologu, nabrał pewności, że to wcale nie jest mówienie, tylko najprawdziwsza rozmowa.
Rozmawiał z wieloma osobami. Z rodzicami, z Maksem, Kubą Worskim, promotorem, psem Tulupem i dziewczyną z czwartego piętra przeszklonej kamienicy. Po polsku, po rosyjsku, po angielsku i mieszając przypadkowe słowa z zasłyszanymi austriackimi przekleństwami.
Nie było dobrze.
— Nie — potwierdził. — Nie jest dobrze, Piotrek.
Odepchnął się od szklanego blatu i wstał, nie patrząc na efekty własnej pracy. Dziennik doktora Ivana Dichtiarowa leżał otwarty obok sterty płytek z programami Dietricha, nie pasując nijak do otaczającego go sprzętu. Zwyczajny, papierowy notes. Zeszyt na zszywki. Miński podejrzewał, że nigdzie by już takiego nie dostał, podobnie zresztą jak całej masy innych rzeczy, które pamiętał z młodości i rodzinnego domu. Obszedł biurko i po raz enty rozejrzał się po dolnym piętrze apartamentu.
Dzień wcześniej zdążył zwiedzić wszystkie zakamarki, w krótkotrwałym akcie rozpaczy szukając możliwości ucieczki. Oczywiście wiedział przy tym doskonale, że nie ma na nią najmniejszych szans. Poza rozległym biurem, w którym przesiadywał i pracował nad tłumaczeniem, na poziomie minus pierwszym znajdowały się cztery pomieszczenia. Gabinet Dietricha (zamykany na osobny kod i potrójny zamek), pokój mieszkalny (w którym Miński miał spać i trzymać swoje rzeczy), łazienka z toaletą i duża, w pełni przeszklona, profesjonalna sala treningowa z nowoczesnymi panelami pochłaniającymi wilgoć i dostosowującymi poziom temperatury do programu wysiłkowego. Gigantyczne lustro zajmowało ponad połowę powierzchni ścian. Przez szklaną taflę widać było wszystkie sprzęty; płyty hologramowe, ławki, worki podwieszone na suficie, zautomatyzowany model robota BGH do praktyki walki wręcz, atlas wielostanowiskowy z osobną suwnicą, obciążniki, sztangi i bieżnię. Obok znajdował się segment do badań i pomiarów. Ekrany wisiały w ciemnościach, mrugając leniwie czuwającymi diodami. Miński podejrzewał, że w trakcie używania siłowni wszystkie urządzenia monitorują funkcje organizmu i na bieżąco mierzą wszelkie możliwe wyniki użytkownika.
Kusiło go nawet, by wypróbować kilka urządzeń, ale ilekroć zbliżał się do rozsuwanych drzwi i dawał zeskanować łagodnym siatkom czujników, przeszywał go paskudny, lodowaty dreszcz. Ten sam dreszcz wspinał mu się po kręgosłupie, gdy przekraczał próg swojej nowej sypialni i zapalał światło w łazience. Narastało poczucie bycia obserwowanym, a widmo obecności, jak je trafnie nazwał Didi, stawało się niemal fizycznie wyczuwalne.
Miński szybko zrozumiał, że zajął czyjeś miejsce. Pobieżnie przejrzawszy notes Dichtiarowa wydedukował, że było to miejsce Rudolfa Akermanna.
Jeśli to, co czuł - to, co chodziło za nim i patrzyło na niego - było duchem Austriaka, pośmiertnym znakiem czy zbłąkaną duszą… to Miński z całą pewnością wolał udawać, że o tym nie wie.
Obejrzał się przez ramię, ku szklanej tafli dzielącej go od luster, i spojrzał w oczy przerażonemu zwierzęciu zamkniętemu w klatce.




Eskil Ulfsson

CMD było porażające i choć Eskil parokrotnie mijał fasadę, patrząc tęsknie ku bramie, nigdy nie odważył się przekroczyć progu. To był błąd. Gdyby Eskil go nie popełnił, zapewne nie skompromitowałby się przed nerdem swoją żałosną, zaściankową reakcją człowieka z osiedla granicznego.
Tak się zapowietrzył, oglądając gigantyczny, wielopiętrowy stadion pełen aren, że nawet głośne uwagi na swój temat, wygłaszane przez grupkę wymuskanych bogaczy, puścił mimo uszu.
Nie pasował do takich miejsc i jak zawsze przypomniał sobie o tym zbyt późno.
Dał się Volkowi odciągnąć od balkonu widokowego i zniósł jeszcze trochę zbulwersowanych spojrzeń (zakochani w sobie i zepsuci pieniędzmi burżuje mierzyli go, zadzierając głowy) zanim poczuł, że zaczyna się bać.
Dlaczego nikt nie przejmował się faktem, że Ronwe, w swojej niedorzecznej koszuli i spodniach z wysokim stanem, przemierza luksusowe korytarze?
Znali go.
Znali go tak samo jak ludzie z kawiarni. Tak samo spłoszeni usuwali się z drogi.
RAN na siedemdziesiąt procent.
Volk doskoczył do pierwszego ze stanowisk wejściowych i zrobił to szybciej niż szybko, zostawiając Snarca w tyle.
— Błagam — jęknął, gdy tylko oparł się o ladę i pomachał złotą kartą VIPa przed nosem zaskoczonej operatorki. — Dajcie mi go wprowadzić!
— Kogo?
— Jego! — Wskazał za plecy, na przerażonego Eskila, który akurat wyrżnął o schodek i przy wszystkich uderzył czołem o szybę, bo zagapił się na mijające go dziewczyny w lateksie.
— A — zawiesiła się operatorka. — Panie Ronwe, od tego są ludzie, pan wie…
— Co się gapisz? — warknął Eskil na obśmiewającego go klienta.
— Nie, ja muszę sam! Koniecznie, proszę, proszę uwzględnić mój wkład w rozwój torów 1v1 — nie poddawał się Volk. — Kolega jest w temacie, chcę z nim przetestować najnowszą arenę!
— Kolega jest po szkoleniu? — upewniła się dziewczyna. Snarc odchrząknął z klasą i próbował wyglądać jak osoba po co najmniej niejednym szkoleniu. Wyprostował plecy i prawie zahaczył głową o sufit. Volkhard obejrzał się i posłał mu zachwycone spojrzenie przez całą długość korytarza.
— Tak, oczywiście, po niejednym — zapewnił. — Szkolenia to jego domena. Wybrałem go specjalnie na ten tor. To ostatnie poprawki, proszę zaufać… Dopisałem wszystko zgodnie z wynikami sprzed tygodnia, teraz będzie doskonale!
Prawie podskakiwał, mówiąc. Wyraźnie zarysowane ścięgna piętowe co rusz napinały się za kostkami, kiedy stawał na palcach.
— Nie jestem pewna. — Operatorka wymieniła zaniepokojone spojrzenie z kasującym kolejnego klienta współpracownikiem. Ten wzruszył ramionami, wskazując pusty fotel na ekranie obok. Eskil podejrzewał, że ktoś, kto nadzoruje pracę kas, zwykle siedzi tam, połączony w swego rodzaju wideokonferencji z wyższym piętrem.
— Puść pana Volkharda, Chloe.
— Właśnie, Chloe — podchwycił Volk.
— To może chociaż asystent? Na dziesięć minut — stęknęła blondynka, krzywiąc pełne usta w zdenerwowanym grymasie. — Bardzo pana proszę. Ta strefa wymaga przygotowania ze strony klienta. Nie możemy naginać uprawnień. Względy bezpieczeństwa, regulamin…
— Och, dla mnie możecie — zapewnił Volk chłodniej i przestał się uśmiechać. Eskil podszedł wystarczając blisko, by go przyłapać na straszeniu operatorki konsekwencjami, spotkaniem sam na sam w mniej przyjemnych okolicznościach, a także dywanikiem u szefa, którego on, Volkhard Ortwin Ronwe, doskonale zna.
Po pięciu minutach zjeżdżali już windą z pakietem kart wstępu, smyczami na identyfikatory i chipami w dopasowanych obręczach zakładanych na przedramię. Eskil trzymał się najlepiej jak potrafił, ale po trzecim z rzędu szarpnięciu w żołądku, gdy winda przyśpieszała, spanikował całkowicie, a w chwili wyświetlenia na drzwiach jaskrawo-zielonego napisu „STREFA WOLNA OD ZASAD” wpadł w stan bliski histerii.
Miał czuć się doskonale, pewny zwycięstwa nad leszczem pokroju Ronwego we wszystkich możliwych konkurencjach.
Miał czuć, że jest silny, szybki i gotowy mimo odwyku od zabijania w przedstrefie, ale czuł się jak pieprzony dzieciak w klubie dla dorosłych i nie umiał zapanować nad własnym instynktem, który mu podpowiadał, że czas podkulić ogon i uciec, hańbiąc dobre imię rodziny.
Rozwój. Torów. 1v1.
Złota. Karta. VIPa.
Volkhard. Ortwin. Ronwe.
— Mein Gott, cały się trzęsę! — zakomunikował Volk falsetem, i to już było dla Snarca zbyt wiele. Szwed zacisnął pięści, walcząc z przyśpieszonym tętnem i oddechem. Pot wsiąkał mu bluzkę i kleił materiał do spiętych pleców. Wreszcie winda zatrzymała się z sykiem i ku zgrozie Ulfssona odsłoniła widok na pierdoloną dżunglę pod budynkiem Cyber Monkey Death Palace.
— VAD FAN ÄR DET HÄR?! — zawył Eskil i zanim opanował odruch, już wciskał się w kąt, próbując wymacać palcem pierwszy lepszy guzik z panelu nawigacji. — Kurwa!
— Pierwszy raz tu jesteś! — podniecał się Volk. — Wiedziałem! Wszystko ci pokażę!
— Wypierdalam stąd!
— Jest nieziemsko, zobaczysz, chodź! To jest CMD! Prawdziwy małpi gaj!
Koścista dłoń zacisnęła się na kurtce Eskila i z taką siłą pociągnęła w głąb potwornej jaskini, że choć zapierał się butami, nie zdołał uniknąć opuszczenia windy.
W podziemiach czekał tropikalny koszmar pełen roślin i zwierząt.
Eskil nie wiedział, co jest sztuczne, a co prawdziwe, które z gałęzi i grubych liści są ciepłe i pachną, a które stanowią fragmenty instalacji. Splątana zieleń przerażała go, do złudzenia żywa, doskonale odtworzona. Sieć korytarzy wiła się gęsto i wszędzie panował mokry, ciężki zaduch. We wspomnieniach Ulfssona podobny zapach łączył się z wizytami w ZOO, terrariami, klatkami wielkich gadów i wybiegami ptaków. Wszystko przypominało podmokłe lasy z pradawnych filmów przyrodniczych i kronik na lekcjach historii biologii.
Kto wpadł na pomysł tworzenia takich miejsc pod europejską metropolią?
Widok płowo-żółtych i zielonych węży, owiniętych wokół konarów i leżących nieruchomo w nadgniłych liściach między wielkimi paprociami, nieomal przyprawił Eskila o zawał. Nad bezbarwnymi siatkami, oddzielającymi wyższy poziom korytarza od ścieżek, latały i darły się barwne papugi. Gigantyczny podziemny segment CMD musiał być jeszcze rozleglejszy niż budynek, choć i ten zajmował niemal cały plac za centrum rekreacyjnym B-23. Ile pieniędzy pochłonęło budowanie czegoś tak niedorzecznego, tego Szwed wolał nie wiedzieć.
— Czujesz? — pytał Volk co zakręt. — Poczuj.
Wciąż ciągnął Eskila za sobą (może słusznie, bo sam z siebie Snarc nie zrobiły ani kroku) i dotykał wszystkiego. Rozsuwał liany, głaskał węże, brudził eleganckie buty nadgniłą korą i przechodził pod gałęziami. W szybę, która dzieliła korytarz od wybiegu małp (prawdziwych małp, co Eskil wywnioskował, gdy jeden z samców postanowił zaatakować go i z całą siłą odbił się od wzmacnianego szkła) stukał palcami lewej dłoni, jakby pisał na klawiaturze.
Pawiany zbiegły się i śledziły go jaskrawymi ślepiami, odsłaniając wielkie zęby.
— Lubisz? — szepnął, wskazując w ich kierunku. Eskil nie zdołał zmusić się do odpowiedzi, choć zlasowany strachem i niedowierzaniem mózg podsunął mu garść skojarzeń.
— Wszyscy tu ćpają, fan — wysyczał jedynie. — Za dużo pieniędzy, za dużo podniet i chorych atrakcji!
— Pewnie tak — zgodził się Volk. — Bez obaw, to po to tylko, żeby się wczuć. Dalej nie ma roślin. Nie ma zwierząt. Dalej są tory, sztuczne hologramy i atrapy. Dżungla musi zostać tu — postukał się w skroń. — I możesz czuć się dziki jak zwierzę.
— Zaraz zwymiotuję.
— Daj spokój…
— Nie ty. Ten zapach.
— Już.
— Dlaczego strefa „wolna od zasad”? — rzucił Eskil, kiedy już zdołał zapanować nad tętnem, bo go uspokoił widok metalowych drzwi. Ronwe otworzył je swoją kartą i zeskanował chip pod czerwonym laserem. Weszli do oświetlonego soczystą zielenią tunelu i okropny labirynt zostawili w tyle, żywy, ciepły, głośny i niepokojący.
— Bo nie kwalifikuję się na zwykłe tory — wytłumaczył nerd spokojnie. — Rozrusznik serca. Zatrzymałoby mnie na bramkach.
— A ja myślałem, że to przez twój jebany tlen — dosrał mu Eskil, nie mogąc się powstrzymać. — Gdy nie ma zasad, można oszukiwać. Mylę się?
— Cóż, właściwie… Tak, ludzie biegają tu na dopingu. Na różnych rzeczach — przyznał Volk ostrożnie, skręcając ku ponumerowanym bramkom. — Na tlenie też. Jak ja — dodał. — Ale nie martw się, szanse będą równe.
— Akurat.
Zatrzymali się w klimatyzowanej komorze przedstartowej.
— Chcesz wybrać muzykę? Poziom? Rundy? — Volkhard wymieniał kolejne opcje, wyświetlając je na ekranie holograficznym. Eskil raz po raz kręcił głową, bo nie planował się bardziej kompromitować. — To może chociaż typy zadań i przeszkód?
— Ty wybierz.
Volk spojrzał dziwnie, poruszając samymi gałkami ocznymi. Przesunął wzrokiem po twarzy Eskila.
— Jeśli tak, będziemy biegli w ciemnościach. Dostaniesz szkła kontaktowe. Z filtrem na ultrafiolet. Przeszkody są fosforescencyjne, twój strój też może być, jeśli chcesz go widzieć. W nagraniach będziesz widoczny tak czy inaczej, bo kamery odtwarzają ruch przez czujniki na skórze. I będziesz słyszał Centhron, jeśli ma być moja muzyka.
— Ten Centhron? Niemiecki Centhron? — wypalił Eskil, unosząc brwi. — A może być Asgard?
— Ten staroć…
— No to Allvater?
Twarz Ronwego zmieniła się diametralnie i mimo czegoś odrzucającego w układzie mięśni zaczęła wyrażać niemal szczerą sympatię.
— No tak. Wikingowie trzeciego tysiąclecia — wymówił, bez patrzenia wybierając playlistę. Pokój, w którym dostosowywano areny, był klaustrofobicznie mały w porównaniu do reszty pomieszczeń CMD. Eskil widział przez szyby dwie osobne łazienki i sale z lustrami, które wychodziły bezpośrednio na bloki startowe symetrycznych torów.
Mimo strachu ciążącego w żołądku zaczynał czuć zapomniane podniecenie, którego wstydził się w przedstrefie.
— Mój ojciec ich słucha — rzucił, by przerwać ciszę. — To dlatego.
— Naprawdę? Mój też słuchał, kiedy żył.
— Przykro mi.
— Mi nie. Ostatnie opcje, mmm… Strzelasz z krótkiej broni, taką nam wybiorę.
— Skąd pewność, że w ogóle strzelam?
— Palce ci idą nad biodro, Snarc — powiedział Volk tak swobodnie, jakby opowiadał dobry dowcip. — To odruch strachu. Popracuj nad nim, jeśli nie chcesz się zdradzać. Blizna blada, pewnie zniknie.
Eskil miał nadzieję, że zachował kamienną twarz.
Pękające fundamenty i nietknięta fasada - myślał, jakby znów miał do czynienia z Hubertem. - Lód i żelazo, odwaga i pewność.
Zaczynał się przyzwyczajać.
— Dobra. Wszystko gotowe. Teraz tylko wybierz nick i zaloguj się tym chipem. Identyfikator wsuniesz w czytnik po zatwierdzeniu. — Volk zatarł ręce i wskazał mu prawe wyjście. Sam skierował kroki w stronę lewego i na migi pokazał, że będą w kontakcie.
Ulfsson, gdy tylko został sam i w wąskim korytarzu poczuł się bezpiecznie, pozwolił sobie na atak paniki. Gadał po Szwedzku, zgięty wpół kucając przed tablicą logowania, i przepraszał przodków za własną zuchwałość. Prosił o siłę i opiekę, ściskając srebrny Valknut, który nosił zawieszony na łańcuszku u szyi.
Bogowie milczeli.
Snarc zalogował się i do sali pełnej luster wszedł gotowy na najcięższą walkę życia.
— Rozbierz się i daj zeskanować. Dobiorą ci strój. Biega się boso, to ważne. W gablocie masz farby do twarzy i włosów. Ta czarna dobrze maskuje na torze. Nie będą widzieli rysów, w razie, gdybyś był na kanale transmisji. Niebieska świeci, biała jest do włosów. Polecam użyć, żeby były sztywne, blisko czaszki. Im mniej cię rozprasza, tym lepiej. Masz długie, więc lepiej zwiąż, bo mogą cię zdyskwalifikować. — Głos Volkharda dobiegał z sufitu i brzmiał aż nazbyt przestrzennie. Snarc zaczął zdejmować ubrania. — Brodę też zwiąż, na sztywno. Nie można mieć niczego na sobie, więc zdejmij biżuterię i urządzenia, jeśli nosisz. Zegarek, kolczyki, co tam jeszcze masz. Tylko ten metal na przedramieniu ma zostać. Instrukcje dostaniesz na torze, będzie specjalny przebieg na rozgrzewkę, na końcu kalibrujesz broń. Biegniemy bez kabur, jest wygodniej. Jeśli chcesz ze mną mówić, siatka wisi pod lustrem. Będziesz zalogowany.
Eskil podszedł do gładkiej tafli i palcami rozsunął hologram, aktywując łączność. Rozległa, niemal metrowa przekątna obrazu w pierwszej chwili przeraziła go ostrością.
— No, szybciej — popędził Volk, szczerząc zęby z wyświetlacza. Hologram łapał go do pasa, już ubranego w dopasowany strój i wysmarowanego farbą. Niebieska pręga, ciągnąca się przez środek czarnej twarzy i rozwidlona na trzy ścieżki na wysokości brwi i pod ustami, przypominała unikodowe Yaz. Pobielałe włosy znaczyły czaszkę pasmami. Nickname: 2-D, ranking: 0003, głosiła tabliczka w rogu wyświetlacza. — Rozbieraj się! Pod skaner!
Eskil posłuchał, walcząc z własną dumą.
Gdy stanął przed lustrami w niemożliwie wygodnym i dopasowanym kostiumie (który przesłano mu kilkanaście sekund po zdjęciu miary), zdradzającym najdrobniejsze szczegóły sylwetki, Volkhard zachęcająco pokiwał głową.
— Chcesz pobiec na neo? — zapytał bez ogródek.
— Na speedzie? Nie.
— Jesteś pewny? Tu wolno. Szanse miały być równe. — To mówiąc Ronwe odchylił się, by przesłać mu pakiet. Prostokątny panel wysunął się ze ściany i Eskil zajrzał do środka.
Narkotyków była tam cała zgrzewka. W srebrnej folii, pakowane po cztery, kolorowe substancje leżały poukładane zgodnie z nazwami.
— Nie chcę, Volk.
— Doprawdy… A mówiłem, że biegniemy przez pięćdziesiąt dwie minuty? Tyle, ile trwa album. Przerwy tylko na strzelanie.
— Żartujesz.
— Nie.
Eskil wściekł się i z samego tylko strachu przed słabością sięgnął po zestaw błękitnych dopalaczy.
Dobrze, że był tu sam. Dobrze, że nikt na niego nie patrzył.
Dobrze, że matka o nic nie pytała, a Olaf na nic nie miał czasu.
— O nie! — zaśmiał się Ronwe, oglądając walkę z porannym upięciem, kiedy Eskil skończył otwierać neo-speedy zębami i zabrał się za rozczesywanie włosów. — O nie, aż takie są długie? Peeeee-dał — skomentował nisko.
Ulfsson zmrużył oczy, wcierając białą farbę w naelektryzowany chaos.
— Brzmisz jak Postal Dude.
— Czy mój głos cię wkurwia? Nie żałuję niczego. Myślałeś, że to dzień, w którym nie umrzesz? Niespodzianka! — zaintonował Volk, cytując na potwierdzenie. Eskil skończył zaplatać włosy, zaczernił krawędzie oczodołów i powieki, po czym wyrysował symbole na policzkach. Zmył farbę z rąk. Założył szkła kontaktowe.
Raz jeszcze przeprosił bogów, decydując się na ryzyko.
Nawet jeśli Volkhard nie pracował dla RANu, to…
— Mam pytanie, Volk.
— Pytaj! Ja nas ustawiam w kolejce.
— Mam ważne pytanie.
— Jasne, wal. Dwadzieścia sekund. Ubierz rękawice.
— Znasz Dietricha Akermanna?
Ronwe spojrzał w kamerę.
Patrzył tak, milcząc, martwo i nieruchomo, aż licznik za jego plecami rozbłysł krwistą czerwienią.
Willkommen in Cyber Monkey Death Palace, Zwei-D! Bereite dich vor, die Arena wartet auf dich!
Witaj w Cyber Monkey Death Palace, Evh! Przygotuj się, arena czeka na ciebie!
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 09 kwietnia 2018, 11:17

OMG! Jaka to była dobra wstawka! Szalenie żałowałam, że nie komentuję tego na docsach, bo bym dymkowała jak szalona przy co drugim zdaniu, pisząc, że piękne, wstawiając serduszka, nieśmiertelne XD i dyskutując z bohaterami. Naprawdę, naprawdę świetnie napisane fragmenty, tkwiłam w permanentnym zachwycie nad wykonaniem. A opis stroju Didiego to już mistrzostwo nad mistrzostwami. Ten krokodylek xD I to porównanie uszu do logo BMW mini XDDD Parskałam ludziom w pociągu o piątej rano - jesteś winna. I potem te pracujące ścięgna, kiedy się ekscytuje. Swoją drogą, jak to cudnie kontrastowało z jego opisem z perspektywy Piotrusia, z tymi bliznami i zmianami w mimice, i w ogóle. Majstersztyk, zobaczyłam Didiego raz jeszcze, znów wyraźniej i znów podbiła mi fala wstrętu przy jednoczesnym uwielbieniu dla postaci.

Eskil mnie trochę zaskoczył, ale pewnie się spodziewałaś, że dam się zaskoczyć. To znaczy, ja nie sądziłam, że on tak nad tą sympatią, którą wzbudza, panuje, że tak tym zarządza i czyni z tego narzędzie. Miałam go za bardziej niewinnego, chociaż może nie powinnam, bo wszak wiem o nim już więcej. Ale jednak wiem więcej z innego obszaru, bo to, że ktoś ma za sobą epizod z czyszczeniem, nie oznacza jeszcze, ze jest wprawnym manipulatorem. Plus rzuciłaś tę zanętę w postaci tajemnicy, którą Eskil ma, która go łączy z Jorgiem i którą rozpracował Hubert. Zgaduję, że ma to związek z palcem i zgaduję, że jest to to, czego nie chce wiedzieć Hanka. Ale ciągle jeszcze mi umyka. Jeśli powinnam się domyślać, to jestem łosiem. Jeśli nie, to czekam z napięciem ogromnym.

I, jeżyku Zvajdera, ile jest napięcia w tej ostatniej scenie! Jak tam jest gęsto i jak straszne rzeczy mogą się niebawem stać, to mi wykręca trzewia w niecierpliwym oczekiwaniu. Ale w ogóle odmalowanie atmosfery CMD było nieziemskie i tam też aż podskakiwałam z zachwytu, chociaż - może nie powinnam się przyznawać - odczuwam zwykle pewien szczególny rodzaj zażenowania, kiedy bohaterowie idą się bawić (nawet jeśli idą się zabijać). Nie mam pojęcia, skąd ono wynika, ale tu też się uruchomiło, a mimo to zdołałaś się wybić ponad to odczucie i serio wciągnęłam się w te sceny, choć oglądałam je z pewnego trudnego do wytłumaczenia dystansu. Zazdroszczę Ci tej futurystycznej wyobraźni. Sama teraz męczę się z tym nieziemsko, próbuję, ale czuję, że to nie moja estetyka do końca, że po prostu mój mózg nie operuje odpowiednimi kolorami i kształtami, a tobie wychodzi to tak, jakbyś tam była, jakbyś to wszystko znała i tylko wróciła opowiedzieć.

Jedna rzecz mnie niepokoi. Bo nie wiem, czy ja to dobrze odbieram, że tak naprawdę wszyscy wiedzą, że Ronwe jest cyborgiem. Czy może jednak ta odraza wynika z czegoś innego (i te VIP-y, i ten respekt), ale jeśli tak, to jeszcze nie złapałam. Bo jeśli chodziłoby o to, że Ronwe jest cyborgiem, to efekt byłby taki, że jest to oczywiste dla wszystkich, poza postaciami, których perspektywy się pojawiają. Więc czekam na rozwiązanie tej kwestii, bo mnie ciut w wątrobę gniecie. Bo może jest jeszcze coś na rzeczy i nie odsloniłaś jakiejś karty (w sumie to podejrzewam najmocniej).

I wstawka z Piotrusiem mocarna. To jest straszne, co się z nim stało, bo startował jako taka postać wesołkowata i w sumie założyłam trochę, że będzie pełnił funkcję takiego comic reliefa, a tymczasem zrobiłaś z niego bodaj najtragiczniejszą postać całego dramatu. To jest szalenie dobijające, że jako postać może w sposób nieco rozpaczliwy, może nachalny, ale jednak radosna na początku, z pewnością mocno niewinna i wrażliwa, oberwała tak mocno. Boję się, co będzie dalej, boję się tego, co zrobisz z jego chorobą i jednocześnie nie mogę od siebie odpędzić myśli, że to jeden z tych bohaterów, na którego śmierć czekam. Po prostu, żeby mu ulżyło. Oglądanie go teraz, kiedy się jeszcze zadręcza i szuka winy w sobie - winy, której obiektywnie, z punktu widzenia tekstu, wcale przecież nie ma, no bo jak miał się zachować - to, jak próbuje się oszukiwać, to jest naprawdę bardzo przykre.

Jednocześnie przeskok z duetu Eskil&Didi do Piotrka było jak takie hartowanie stali - z ognia w lodowatą wodę i z powrotem. Wspomniałam o kwestii opisu Ronwego, ale też o wiele innych rzeczy chodzi. Chociażby o konstrukcje, o to, że z żywych dialogów pełnych krótkich zdań i krążenia wokół siebie, zostałam wrzucona w splątane monologi Mińskiego. A potem znowu odwrotnie. I napięcie jest zupełnie inne. Raz taka durowa marszowa melodia, a potem znowu moll i to jakiś d-moll co najmniej, albo fis. Bosz, bredzę, ale bredzę, bo to trudne do opisania wrażenia, niemniej bardzo mocno wyczuwalne.

Więcej. Gdybyś nie wiedziała.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1469
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 17 grudnia 2018, 23:36

Hanna Puszek

Ukrywanie czegokolwiek przed Hubertem było równie żałosne, co bezsensowne, ale Hanna i tak wysłała go na zbędne zakupy, bombardując listą zmyślonych naprędce składników. Jabłek miała pełną skrzynkę, cynamonu wcale nie brakowało, a syntetyczny roślinny tłuszcz czekał jak zawsze na drzwiach lodówki.
Hubert z szerokim uśmiechem wysłuchał próśb, zajęty zbieraniem ze swojej rudery sprzętu do czyszczenia krótkiej broni i montowaniem wszystkich rozłożonych części.
Ile tych jabłek, zapytał. Ile chcesz czasu, popatrzył.
Hanna wymamrotała, że na oko, i że lepiej renety niż antonówki. Dla spokoju własnego sumienia wspomniała też o piwie.
Całe lata nie piła piwa. Od święta sączyła wino poza domem, bo Jörg nie chciał nawet słyszeć o alkoholu i z dziwną agresją reagował na wszelkie propozycje. Piwo z bratem brzmiało więc jak stary, dobry rytuał, do którego w końcu można było wrócić. Co prawda trzyprocentowy i rozwodniony browar tolerowany przez Szwedów nijak miał się do polskich porterów, które kupował nastoletni Hubert (Hanna zrywała się z lekcji w ósmej klasie, by z nim przesiadywać na garażach i pić pod kościołem), ale Puszek czuła, że i tak odzyska namiastkę przeszłości.
Pośpiesznie dotarła do domu, myśląc nad wszystkim, co przed bratem należało schować i zataić. Na liście znalazło się niespodziewanie wiele rzeczy poza kośćmi Jörga i bojową specyfikacją jego modelu, którą Eskil bezczelnie zatknął za szafkę z butami. Fakt ten wcale Hanny nie cieszył.
Dlaczego tak musiało być? Z czyjej winy narósł bezpieczny dystans, gruby kokon asekuracji i kłamstw?
Olśnienie było nagłe, durne i dopadło ją tuż przed gankiem.
Bez cyborga wszystko stanie się koszmarnie proste - zrozumiała - zwłaszcza pytanie, z kim miała być blisko i komu naprawdę ufać, jeśli nie własnemu bratu i ostatniemu żywemu członkowi rodziny.
Nikogo innego teraz nie było.
Przystanęła na schodach i spojrzała bezmyślnie na kwadratowe pseudo-trawniki wysypane kamieniami. Wbiła wzrok w oblodzone, gołe krzaki. Pod smukłą latarnią, w miejscu, gdzie chodnik łączył się z terenem posesji, warstwa śniegu czekała nienaruszona i gładka. Hanna wsparła dłonie o boki, pokiwała głową i postała tak jeszcze przez chwilę, zanim weszła do domu numer trzysta czternaście.
Jeden z kapci Jörga leżał tam, gdzie zawsze. Drugi magicznym sposobem przemieścił się w stronę kuchni i teraz najwyraźniej zaczął robić za punkt patrolowy. Jeż siedział w nim, zapadając się nieco, zwinięty połowicznie jak wyjątkowo gruby rogalik. Wszystkie cztery łapki sterczały żałośnie w powietrzu. Hanna spojrzała w chwili, gdy sarknął (dźwięk oscylował między ludzkim kichnięciem a syczeniem kota) i zapadł się do reszty.
— To tylko ja.
Kapeć chrumknął, jakby doskonale wiedział.
— Zamknę cię w pokoju. Poczekasz pod łóżkiem Jörga. Musisz być cicho — rzucała Hanna, przerzucając zakładki specyfikacji. Pismo Eskila było niepokojąco znajome i nienaturalnie wychylone w lewo. — Mój brat będzie cię szukał. Mój brat…
Wbiła wzrok w zakomentowany akapit, wspominając trzy pełne i mokre pięćdziesięciokilogramowe worki polipropylenowe, które minęła w opuszczonej piwnicy.
Odpady, powiedział. Odpady z osiedla.
Że też w ogóle spytała.
— Tryb uśpiony — wyczytała na głos. — Paix R2, init Akermann. New zombie, rewoke zombie. Sygnowany konektom. Wieczna pod-sieć. Mówi ci to coś? — Zerknęła na jeża. — Mi też nie. — Obróciła kolejne pliki Netbrystolu i dotarła do ostatniej strony, gdzie zebrane informacje i pytania Eskil dopisywał z kolejnymi datami, stopniowo analizując całość. Najnowszy, śmiesznie krótki wpis dodano ledwie miesiąc temu. Hanna zmrużyła oczy. — Root or God…
Jeż głośno zasygnalizował niezadowolenie. Wypadł z kapcia i sapiąc podreptał ku salonowi.
— Root, Bóg, co za różnica. — Puszek westchnęła i zatrzasnęła okładkę. — Masz rację.
Prowizoryczny schron anty-Hubertowy składał się z rozmaitych przedmiotów uniemożliwiających jeżowi wydostanie się spod łóżka. Kolczasta kula nie wyglądała na zadowoloną i nawet gdy Hanna przyniosła resztę suszonych owoców, dźwięki fukania nie ustały. Pod łóżkiem wylądowały więc prażone orzeszki ziemne Jörga i pokrojone w kostkę mięso.
Sprawdzanie domu zajęło nieco ponad piętnaście minut. Puszek przezornie wyniosła większość rzeczy na co dzień używanych przez cyborga, schowała broń, płytki i rozpisane programy. Dwie wyszlifowane elipsy z kości jego serdecznego palca oddzieliła od reszty i po krótkim namyśle wybrała mniejszą z nich. W wywiercony wcześniej otwór wetknęła swój złoty łańcuszek. Zapięła ozdobę na szyi i schowała pod materiałem bluzki.
Stłumiony dźwięk wyrwał ją z zamyślenia. Hubert rozkaszlał się uprzejmie, zanim przekręcił klucz w zamku.
— Jakieś takie te jabłka — rzucił z marszu w głąb domu — żal było płacić. Ale piwo mam. Przepraszam, Słońce. Widzisz, nawet z zakupami sobie radzę.
— Trudno, coś wymyślę — odpowiedziała, dbając, by nie usłyszał w jej głosie uśmiechu.
— Czyli się nie gniewasz?
— Czyli nie.
— I nie dostanę szlabanu na transmisję?
Hanna parsknęła ubawiona.
— Zobaczymy. Ale! Jeszcze jedno, Hubi — upomniała, gdy namierzyła go w kuchni. Przyjrzała się ubraniom, które na wyżętej sylwetce brata wyglądały jeszcze straszniej niż na Szwedach. Hubert akurat ustawiał butelki w lodówce. Obydwa boki czarnej bokserki miał wymazane skośnymi smugami, bo jak zawsze wycierał brudne dłonie o żebra. Był w tym nawyku zaskakująco wytrwały; Hanna nie umiała wyjść z podziwu nad faktem, że równie chętnie jak sos barbecue i tłuszcz z kurczaka wcierał w koszulkę smar i krew z przedstrefy.
— Żebym się umył i przebrał — zgadł, dzwoniąc szkłem. Wyjął z plecaka jeszcze jedną butelkę i Puszek zamrugała na widok etykiety swojego ulubionego Chardonnaya. — Wiem. Bo to rzeczy z pracy. Bo jak w nich jestem, to jestem w pracy.
— Bo śmierdzisz po prostu — skłamała.
Hubert zaśmiał się szczekliwie i oparł o lodówkę.
— Śmieszne, że czujesz, nie? Jak pachnie trupem — zażartował. Hannę zmroziło, lecz tylko na ułamek sekundy. — Myślałem, że się wtopię w klimat domu, czy coś.
— Chyba dużo ostatnio myślisz. I mało śpisz.
— Tak, uhm, chyba.
— Dlatego jesteś taki — wytłumaczyła bez zmiany w głosie.
— Tak. Przepraszam.
— W porządku. Nic nie poczułam.
Hubert spojrzał krótko i treściwie, na moment unosząc wewnętrzne końce brwi.
Coś zaskrobało za ścianą i obydwoje obrócili się czujnie jak zwierzęta. Hanna ze strachem, brat podejrzliwie.
— Pamiętaj, natrysk ścienny się psuje. Jak włączysz program masażu, to możesz oberwać w twarz — oznajmiła Puszek pośpiesznie.
— Czy tam jest…?
— Nie — ucięła. Była gotowa bronić jeża za wszelką cenę i nie zamierzała tłumaczyć się z powodów. Ostatnia szansa na kontakt ze Zvajderem kwiknęła głośno, psując pozory tajności.
— Jasne — mruknął Hubert. Przeszedł metr, nienawistnym spojrzeniem wiercąc dziurę w ścianie. Wycelował w źródło dźwięków palcem i wtedy dopiero Puszek dostrzegła, że palce miał pokłute i oklejone brudną taśmą. Ciemnoróżowy ślad ciągnął się przez pół dłoni, głębiej niż u Eskila wyryty tym samym zamkiem. — Wieczór po polsku. Świetnie. Choć nawet nie, przed osiemnastą wyjdę, mam się spotkać z chłopakami za murem.
— Tak?
— Tak. Rozmawiać będziemy. O czym, zgadnij. O kim.
Nie musiała zgadywać.
— Więc pilnuj lepiej, żebym po piwie nic nie palnął na nasłuchu — podjął Hubert — i żeby ten pokój był, kurwa, zamknięty.
— Bo?
— Bo mnie, Olafa i resztę też ktoś przerobi na mielone. Wiesz, jak wygląda mielonka z Węgrów? Nie zgadłabyś, czy to cyborg, czy maszynka.
— Ten jeż rozumie po polsku — szepnęła Puszek ze ściśniętym gardłem.
— Ten. Jeż — wysyczał brat napastliwie. — To nie jest jeż, Hanka. To jest kamera. To jest, kurwa, dyktafon. Jebany pilot, którym ktoś klika nie wiadomo skąd, żeby ci przepierdalać w mózgu kanały. Ktoś, coś, kosmici, RAN, Zvajder, obojętnie! Więc jak ty chcesz z tym spać i żyć, to chociaż trzymaj to z dala ode mnie! Proszę — dodał, by Hanna nie czekała w nieskończoność. Kopniakiem zamknął lodówkę.
— Ja też mam prośbę, Hubi.
— Słucham, kurwa.
— Wyjdź inny z tej łazienki. Pogodziliśmy się, pamiętasz. — Puszek wygładziła rękawy bluzki, z trudem odgrywając obojętność. — Wiem, że jest ci ciężko, że jesteś zmęczony i do wszystkich masz żal. Nikt nie przyznał ci racji, pewnie o to chodzi — zgadła. Hubert pociągnął nosem i zmienił pozę. — Ale zaczynam podejrzewać, że tęsknisz za Jörgiem nie mniej niż ja. Sam powiedz. Wcale nie chodzi o jeże. Nagle nie ma już kogo gnębić. Nie możesz obrażać i poniżać dla zabawy. Nie możesz krzywdzić. W tym domu pewnie aż cię skręca.
Brat zmrużył oczy w sposób, po którym rozpoznałaby go zawsze i wszędzie. Unosił wyłącznie dolne powieki i nie ruszał przy tym żadnym z mięśni mimicznych.
— Może — wymówił cicho.
— To by było strasznie głupie, gdybyś zaczął się wyżywać na mnie, prawda? — Hanna kontynuowała, próbując utrzymać kontakt wzrokowy. Musiała ścisnąć wisiorek z kości Jörga, by wytrwać dłużej niż dwie sekundy. — Tylko baby tak robią.
— Racja — rzekł Hubert, nie mrugając. Wypuścił powietrze nosem i rozejrzał się po kuchni, szukając miejsca. Po namyśle wybrał krzesło, na którym kilka godzin wcześniej siedział młody Ulfsson. — Racja.
— Jesteś wyczerpany — rzuciła Puszek i zajęła się przygotowywaniem składników, choć złość męczyła ją, wisząca w powietrzu i nienazwana, jak chmura gazu czekająca na iskrę. Cisza trwała kilka minut, przerywana wyłącznie dźwiękiem otwieranych szuflad, odkręcanej wody i wyciąganych naczyń.
Jak zawsze. Było jak zawsze. Od trzech lat siedzieli w tej kuchni razem, kłócąc się o wszystko i zacierając granice między wzajemnymi atakami a normalną rozmową. Chwila nieuwagi, kilka ostrych słów, przeprosiny, żart na rozluźnienie, następna chwila nieuwagi i następna wymiana ognia, aż oboje byli sobą tak zmęczeni, że unikali spotkań przez tydzień.
Brakowało tylko kaszlnięć Jörga z sypialni.
Albo Zvajdera. Zvajder lubił burczeć na nich z podwórka, gdy tylko podnosili głos.
Wreszcie Hanna spojrzała na brata.
— Widziałam dziś twoją bliznę — nie wytrzymała, siadając na krześle obok.
Hubert uśmiechnął się krótko i jego wychudła twarz wyglądała okropnie, zanim stonował reakcję do zaskoczonego rozbawienia. Pod cienką bokserką prawie zawsze drżał mu któryś z mięśni, co od dawna wprawiało Hannę w niepokój. Wstała, gdy tylko poziome pasma wybrzuszyły się po lewej stronie żeber, a Hubert przymknął oczy z bólu.
— Gdzie, Słońce — zapytał, uciskając przyczep mięśnia zębatego.
Puszek nie znalazła w szafce żadnego z preparatów witaminowych i podłamana sięgnęła po rozpuszczalne saszetki z magnezem.
— Chcesz z wodą czy z sokiem?
— Z sokiem. Gdzie ta blizna, gdzie widziałaś?
— Na dłoniach Jörga. Na lewej dłoni.
Hubert wstrzymał oddech i zastygł, prowokując gniewną ciszę w oczekiwaniu na kontakt wzrokowy. Między innymi dlatego Hanna postanowiła się nie obracać.
— Nie ma Jörga — usłyszała po minucie, mieszając proszek z aktywatorem. — Nie ma jego trupich rąk.
— Tak. Po prostu… — Zawahała się i dla pewności zerknęła ku górze. — Eskil ma takie ręce.
— Wiem! — wybuchnął Hubert wściekle. — Nie mów o nim! Nie wpuszczaj go do domu! Głupia! Nie wpuszczaj trupów, kosmitów i jeży! — krzyczał, tracąc opanowanie. — Do kurwy nędzy, zacznij mnie słuchać! MNIE! GDYBYŚ — urwał nienaturalnie, jakby mu zabrakło tlenu.
Od kilkudziesięciu lat, gdy przewidywał lub wyczuwał coś, o czym nikt inny nie mógł mieć pojęcia, zdradzał go ten sam niedokańczany gest. W najmniej oczekiwanych momentach stygł z dłonią przed czołem i zwieszał się jak stary pecet, co (przynajmniej według Hanny) było bardziej przerażające niż zabawne.
— Hubert?
Brat gapił się w kafle. Pokłute palce drżały blisko twarzy.
— Tak — oznajmił po kilkunastu sekundach.
— Co?
Cały pożar bezsensownej kłótni zgasł nagle i niewytłumaczalnie, pozostawiając w kuchni domu numer trzysta czternaście wyłącznie swąd zmarnowanych starań.
Jak zawsze.
— Co się dzieje?
— Nic. Przepraszam.
— Coś złego?
— Te bzdury — zakpił Hubert nieudolnie. — Nic ważnego. Widzisz, że mnie pojebało do reszty. Przepraszam. Kurwa, nie pamiętam, co mówiłem przed zawiechą. Coś mówiłem? Podniosłem głos? Przepraszam…
— Nic ważnego — powtórzyła półgłosem, bo przekleństwa i wyzwiska nie były ważne.
— Jak zwykle, prawda? Co miałem? Wykąpać się miałem, się wykąpię, idę.
Hanna spojrzała żałośnie, milcząc. Poczekała, aż brat zabierze plecak i rozepnie wszystkie swoje pasy, paski, szelki i kaburę, po czym wyjęła mu świeży ręcznik i do pakietu z żelem pod prysznic wręczyła pastę BHP.
Dwadzieścia minut spędziła przy oknie, słuchając szumu wody i myśląc nad własnymi uczuciami. Uczucia te wydawały się oszklone, dziwnie odległe i łatwe w kontroli, jakby nagle zyskała zdolność do wywoływania i gaszenia ich w razie potrzeby.
Czy nie taki był Jörg? Czy nie tak działał, odporny na ataki Huberta i histeryczne zrywy samej Hanny? Nic nie wyprowadzało go z równowagi. Nie zamartwiał się. Nie miewał rozterek.
Pewnie nawet nie kochał. Skoro nie nienawidził.
— Alarm! Nie mam w co się ubrać!
— Możesz być nago — odparła głośno, nadal patrząc w okno. — Też się rozbiorę.
— Ohyda, jesteśmy rodzeństwem…
— Ogoliłam nogi.
— Kurwa mać, ja nie.
Puszek przeszła do garderoby i z trudem wygrzebała termoaktywną bluzę, którą kiedyś pożyczyła od brata. Ku własnemu zaskoczeniu znalazła również sprane dresy.
Hubert wzruszył się, jakby mu nagle zwrócono dzieciństwo, gdy tylko chwycił szary materiał. Rozdmuchana i nieszczera radość lała się z niego, kiedy mijał ozdobne sodowe lampy w korytarzu.
— Lata ich szukałem — stęknął. — Pamiętają Karpacz!
— Żartujesz…
— Nie! Słońce, masz tę sukienkę w pioruny? Tę taką! Jakby burza, czy sztorm, ciemny granat i białe wyładowania, nad kolano — rozpędził się, skacząc na jednej nodze przy wciąganiu dresów. W tym samym miejscu Jörg zatrzymywał się i zaplatał brodę, ilekroć wychodził spod prysznica. Wyraźne wspomnienie jego nagich stóp odcięło Hannę na kilka sekund. Stopy Huberta były inne, mniejsze (o dobre cztery rozmiary), z grecką linią wąskich palców, tak niepodobnych do kwadratowych i płaskich palców cyborga. — Miałaś, jak mnie zwolnili ze sztabu!
Puszek zamrugała, wracając do rzeczywistości.
— Zdurniałeś, gdzie ja się teraz w to zapnę? To znaczy mam, ale przytyłam, więc jakby nie mam — uściśliła nerwowo. — Wiesz, co jest.
— Haniu, proszę. Spróbuj. Proszę.
— Jestem za stara. Za gruba.
— Masz dziewiętnaście lat. Ja mam dwadzieścia cztery.
— Nie, Hubert — zaprzeczyła twardo — nie jest tak.
— Jest. Dla mnie.
Nie znalazła sił na dyskusję. Zrezygnowana burknęła coś o debilnych pomysłach, odkapslowując piwo. Poddała się ostatecznie dopiero po kilku minutach, bo Hubert wciąż posyłał jej błagalne spojrzenia i nawet otrzymany zestaw prawdziwego mężczyzny (kufel i pilot) nie zajęły go wystarczająco.
W pokoju Jörga Puszek podjęła więc walkę z zakurzonym wnętrzem szafy, a później jeszcze jedną, z zamkiem i rozpychającymi materiał boczkami. Zapięcie suwaka graniczyło z cudem.
— Pytałam, czy przytyłam — mamrotała cicho do siebie albo do jeża, z niesmakiem patrząc w lustro. — Dwa lata. Nie widać. Nie, Hanno. Nie widzę, Hanno. Przeskanuję. Nie, raczej nie.
Oczywiście wolała zaufać niezawodnym skanerom Jörga, niż skorzystać z wagi.
— O NIE! — Hubert wydarł się przez pół domu, nieomal przyprawiając ją o zawał. — MOJA TRANSMISJA!
— To tylko… — zaczęła, ale zagłuszył ją sygnał powitalny uruchamianego odbiornika obrazu. Pogasły pomarańczowe światła, wdzierające się wcześniej przez szpary w drzwiach, a pakiet kanałów strefowych natychmiast zadudnił przejmującym dźwiękiem.
— To nie jest „tylko bieganie i strzelanie”, jasne?!
— Jasne — mruknęła. — Zapomnij o szarlotce, Hanno Puszek.
To durne bieganie i strzelanie było równie nudne, co irytujące.
— Zrobimy szarlotkę, jak będzie przerwa w połowie, dobra?!
Hanna wpatrzyła się w swoją starą, wyblakłą sukienkę opiętą nieprzyzwoicie na wszystkich niedoskonałościach sylwetki. Przez lustro zerknęła ku węszącemu jeżowi i ostatniej parze czerwonych skarpet, które Jörg z niewiadomych przyczyn trzymał pod łóżkiem.
Wyglądały durnie i nienawidziła ich za to, choć świadomość, że cyborg nie ruszał się w innych do przedstrefy, była o wiele lepszym powodem.
— Dobra — rzuciła martwo.
— Chodź, zobaczysz najlepszy tor!
— Znowu?
— Chodź, chodź! CHODŹ, JEST CZOŁÓWKA RANKINGU! Jest…
— Jest co? — Puszek wkroczyła do salonu i usiadła obok zszokowanego brata.
Nie zwrócił uwagi ani na sukienkę, ani na chrząknięcie, ani nawet na dłoń, którą położyła mu na kolanie. Zagapiony w holograficzny, trójwymiarowy wyświetlacz sczytywał dane o zawodnikach.
— Twój ulubiony — zgadła więc, próbując zwrócić na siebie uwagę. Po ścianach salonu przetaczały się neonowe kolory informacji, na sprzętach i w szkłach odbijały fragmenty obrazu. Jak co wieczór ułamkiem świadomości Puszek zarejestrowała fakt, że za oknem nie wiszą już żadne niebieskie lampki. — Ten mały. Dwa De.
— Zwei De — poprawił Hubert automatycznie. Dźgnął powietrze palcem, wskazując belki danych na niskich torach CMD. — Sto siedemdziesiąt jeden, sześćdziesiąt dwa, dziewięćdziesiąt dziewięć, siedemdziesiąt pięć, trzydzieści osiem. Jak Bruce Lee. Jest idealny, nie mały.
— Mówiłam, że mi się źle na niego patrzy?
— Że biega jak zwierzę.
— Na jedno wychodzi. Dobrze, że nie widać twarzy — szepnęła Puszek, krzywiąc się bezwiednie. Bliźniaczy tor wyścigowy zajęty przez nieklasyfikowanego zawodnika oglądało się znacznie przyjemniej. Hanna westchnęła, poszła po swoje wino, samotnie odkorkowała je w kuchni i z butelką w dłoni wróciła, by usadowić się przy nogach brata.
Przez pierwsze kilkadziesiąt sekund transmisja raziła ją po oczach intensywnością kontrastu (ulubiony tor Huberta podświetlał jedynie przeszkody pokryte ultrafioletem) lecz później białe, niebieskie i czerwone elementy odcinające się na tle czerni nabrały tego charakterystycznego, hipnotyzującego klimatu, któremu niechętnie ulegała.
— Znam muzykę — stwierdziła pół butelki później. — Znam ten album.
— Od Jörga — dodał Hubert, zagłuszając syk trzeciego podważanego kapsla.
— Tak.
Gapili się we dwójkę, pochłonięci wyścigiem i licznikami czasu.
I było jak zwykle, tylko trochę gorzej.
Parszywy śnieg za oknami latał i wzbijał się tak gęsto, że latarnie dziesięć metrów dalej przypominały tylko zamglone plamy metalu. Ciemnogranatowe niebo wisiało nisko postrzępionymi chmurami. Świat nie wyglądał wcale, jakby właśnie minęło południe, i Hanna co chwilę upewniała się, że jeszcze nie ma trzynastej. Po każdym zerknięciu ku tafli zegara wyobrażała sobie, jak przykryta ciemnością przedstrefa wypogadza się magicznie tuż przed spotkaniem Huberta i Szwedów. Po każdej myśli wybiegającej za czterometrowy mur czuła obok niespokojny ruch twardego jak metal ramienia. Brat spinał mięśnie i śledził projekcję z zaciętym, skupionym wyrazem na zmęczonej twarzy, a zimne światło makabrycznie uwydatniało wszystkie cienie i zapadniętą przestrzeń pod jego kością jarzmową, jeszcze niedawno całkiem wypukłą.
Gdzieś w tle zapiszczał uwięziony jeż.
— Ten drugi. Przyjrzyj się.
Hanna podniosła wzrok na hologram, w myślach wciąż widząc bramę przedstrefy.
— Duży — oceniła lakonicznie. — Ładnie biega.
— Haniu.
— Co?
— Przyjrzyj się.
Przyjrzała się i nic (poza wzdrygnięciem, gdy Zwei De na zbliżeniu wycelował broń prosto w kamerę) z tego nie wynikło.
— Ale o czym mówisz? Bo ja nie śledzę, ja się nie znam, ja tylko z tobą czasem…
Brat skrzywił się i podrapał za uchem, zniesmaczone spojrzenie posyłając podłodze.
— No — mruknął. — Nieważne. Ładnie biega. Jak żywy.
— Nie rozumiem.
— Pewnie.
— Mógłbyś czasem mówić wprost?
— Mógłbym. — Głos Huberta wybrzmiał sztucznie i obco, choć może była to wina niemieckiego aggrotechu towarzyszącego transmisji. Niezręczne milczenie ciągnęło się dłuższą chwilę. — Czasem czujesz takie obrzydzenie — oznajmił wreszcie starszy Puszek — takie całkiem od środka, do siebie. Przez to, co robisz, albo jaki jesteś. Ono jest takie totalne. I brniesz w coś dalej, robisz coś dalej i jest gorzej, jeszcze gorzej, ale ty myślisz, że przecież kiedyś już nie może być gorzej. Nie umiesz przestać, a jak się pogrążasz i nienawidzisz, to ci się wydaje, że to takie cierpienie i sam się karzesz. Że tak ma być, jak się męczysz, bo za coś płacisz bólem. Ale to nie jest prawda. Rozumiesz? — wtrącił innym tonem. — Wiesz, co ci mówię?
— Nie, Hubert.
Zabębnił palcami o szkło i zdenerwował się mocno, drugą ręką gasząc transmisję. Hałas muzyki i strzałów przeszedł gwałtownie w odrzucająco ludzkie wycie wiatru za oknami.
— Przyszedłem piec ciasto, nie być chujem.
— To słabo ci idzie — oceniła Hanna cicho. — Zdążyłeś mnie obrazić, nawrzeszczeć na mnie, kopnąć mój Electrolux i wypić trzy piwa, a…
— Właśnie o tym mówiłem.
— Super. Chcesz powiedzieć coś jeszcze?
— Że nie wiem, co robić. Że nie śpię, bo sny się sprawdzają.
— Czyli?
— Czyli jesteś wszystkim, co mam.
— Wow.
— I dzięki za sukienkę.
— Chyba naprawdę powinieneś się wy…
— Dokładnie. — Hubert zerwał się, trzy piwa zerwały się za nim, a równowaga dołączyła asynchronicznie. — Już obieram te jabłka.




Zvajder

Dwanaście osób widziało zniszczone ciało Jörga szturmujące bramy RANu. Zrozpaczony Zvajder zdekodował trzy ściany w podziemnych przejściach i zużył prawie cały zapas pamięci, chcąc na kilka sekund zdematerializować grubą, metalową śluzę, ale to nie wystarczyło, by ukryć cyborga przed oczami przypadkowych pracowników kręcących się na poziomach minus siódmym i ósmym. Wszystkie niskie piętra głównego gmachu RANu były ciemne, puste i dokładnie wygłuszone. Zvajder szybko docenił ten fakt. Docenił też ospałość nielicznych kamer i bezradność nieuzbrojonych ludzi.
Jörg celował im w kolana i mijał, gdy wrzeszczeli. Nie skręcił tłumika i mimo próśb Zvajdera nie wymienił magazynków w swoim ulubionym pistolecie, którym od lat zabijał laborantów. Strzelał z bliska, a kolana pękały jak orzechy, trzeszczały zrywanymi więzadłami i z chrzęstem uginały się pod właścicielami. Jörg mierzył niedbale i za każdym razem cofał lewą rękę do drugiego strzału, a Zvajder za każdym razem blokował pociski lecące ludziom w czoła.
Chciał kłócić się z cyborgiem, tłumaczyć swoje oburzenie i dyskutować, ale żadnej z tych rzeczy nie dało się zrobić, będąc ignorowanym. Pierwszy raz tak naprawdę Zvajder wściekł się do granic siebie. Pierwszy raz zakwestionował we własnej głowie wspieranie Jörga do samego końca, bez względu na cenę.
Był rozdarty. Zawiedziony. Obrzydzony nieswojo zwłokami, które wyglądały jak von Hassel, ale działały jak bezwzględnie napisana maszyna.
Nie chodziło tylko o krzywdzenie pracowników RANu. Nosili białe kitle, więc najpewniej byli źli, tak samo jak doktor i Akermann (których Zvajder pamiętał bardzo wyraźnie). Chodziło o sposób krzywdzenia. O okrucieństwo i brak szacunku, o jakieś złe, niezrozumiałe poniżanie bez celu. Jörg taki nie był. Taki był Hubert Puszek. Z wyboru marnujący naboje na zadawanie ludziom bólu, tak wyuczony ruchu nadgarstkiem, że kolana i potylice trafiał kolejno nawet gdy prewencyjnie poprawiał strzały po Szwedach. Zvajder nienawidził go za to.
Coraz mocniej chciał umieć nienawidzić Jörga.
Naprawił dwanaście kolan, dwanaście pamięci i dwanaście mózgów wraz z układami nerwowymi. Wyczyścił dwanaście krótkotrwałych historii procesów i odtworzył prawie czterysta gramów ludzkich tkanek, raz za razem tracąc rezerwy energii.
Ludzie budzili się po minucie z dziurą w systemie i Zvajder wiedział, że tak nie powinno być. Ukrywał jednak skrzętnie wszystkie pociski i łuski, a zniszczone ściany i brudną podłogę maskował przed wzrokiem kamer.
Jörg nie był Jörgiem, ale Zvajder był Zvajderem i cierpiał tak samo, jak cierpiałby widząc Jörga sprzed dwóch lat. Doprowadzenie go do celu okazało się prawdziwą męczarnią, nielogicznym wyścigiem pozbawionym współpracy, bo wszystko dosłownie, co Jörg postanowił po drodze zrobić, było jak machanie czerwoną chorągiewką przed elektronicznymi oczami monitoringu RANu.
Może o to właśnie chodziło i może Jörg chciał być zauważony. Albo potraktowany tak, jak na to zasługiwał. Zvajder przestał dociekać, co działo się w przepalonych obwodach jego martwego generatora i jakie cele, o ile jakieś w ogóle, jeszcze przed sobą miał.
Cudem dotarł tam, gdzie bał się dotrzeć od dawna. Panikował, pokonując ostatnie stopnie, sparaliżowany tym samym strachem co trzy lata wcześniej. Poziom minus dziewiąty nawiedzał go, jak koszmary nawiedzały śpiących ludzi z rozkazu ich okropnych mózgów. I choć Zvajder nie śnił, to domyślał się, że efekt jest podobny.
Kiedyś Zły Puszek powiedział, że Zvajder w ogóle nie ma mózgu (to było wtedy, kiedy Zvajder wsadził głowę do garnka z zupą, bo zupa go wezwała), a Zvajder uznał, że to komplement i przez chwilę nawet współczuł Puszkowi, że się w tym temacie tak dogłębnie różnią. Okazało się jednak, że mózg w Zvajderze jest całkiem podobny do mózgów w ludziach, tylko że dobry i niezłośliwy, czyli przeczący całej rasie. Sprawdzał się nieźle, więc Zvajder nie narzekał. Tylko czasem, rzadko, zdarzały się te momenty. Wspomnienia sprzed kompilacji. Obrazy z laboratorium. Strach. Tamto długie, brudnozielone spojrzenie i kod odbity w szerokich od cienia źrenicach.
— Nie mogę autoryzować. Otwórz — zarządził Jörg, gdy szli przez ostatni korytarz. Po surowych ścianach pokrytych instalacją nienaturalnie niósł się pogłos ciężkich kroków. Zvajder przezornie sprawdził, czy echo odpowiada również jemu, oczywiście cyfrowo, zanim zgodził się zdekodować drzwi. Stanął przed Jörgiem skupiony, dając do zrozumienia, że sprawa wymaga wielkiego wysiłku.
Cyborg zabezpieczył broń z głośnym kliknięciem. To mogło znaczyć wyłącznie "Nie martw się, Zvajder, nikogo nie ma w środku". Kiedyś mogło, kiedyś znaczyło, bo Zvajder nie był głupi i wcale się nie łudził. Metalowe drzwi ustąpiły przed kodami i echo przestało odpowiadać.
Wrócili.
[Piwnice] stwierdził Zvajder bezmyślnie. Sam chyba musiał przekonać siebie, że zgodził się zejść do tego koszmaru. I to bez ciała. Jak wtedy. Zupełnie jak wtedy [w piwnicach tak samo]
— Tak samo — potwierdziły zwłoki Jörga i był to pierwszy komunikat wypowiedziany nie tylko dla uzyskania korzyści od Zvajdera.
Weszli i wszystko wróciło do punktu wyjścia. Nic co prawda nie stało się tak dosłownie, żadna z maszyn nie zabrzęczała, a powietrze wciąż trwało w dusznym bezruchu, ale Zvajder zrozumiał, że oto zatoczył pętlę; że jest jakiś koniec, może całkiem nieprawdziwy, bo natychmiast zastąpiony początkiem, ale jednak jest. Że wszystko, co było i będzie, to wyłącznie iteracja. Głęboko pod ziemią, w ciemnych salach laboratoriów przypominających rzeźnię, podniósł się i stanął przy Jörgu wyprostowany.
Cyborg zmierzył go natychmiast, aktywując przesłony.
[Jörg oferma] stwierdziły nabyte algorytmy w pamięci Zvajdera, zanim ten zdążył je sformatować [Jörg kurdupel]
Od razu pożałował.
Całe szczęście Jörg postanowił zachować się po staremu i nie zareagował w swoim najlepszym stylu zepsutej maszyny. Tylko krótkie drżenie mięśni w lewej ręce zdradziło go jak zawsze, przez strach niezależne od reszty organizmu.
Zvajder nigdy nie spytał, czego boi się Jörg. Wiedział, że dobry cyborg nie boi się niczego, zwłaszcza śmierci, bo śmierć jest już za nim i traci na znaczeniu. Podejrzewał, że te nieliczne momenty, gdy Jörg zastyga i próbuje skorelować żywe ciało z elektroniką, wynikają raczej z obaw przed porażką - z przekonania, że każdy błąd i przejaw słabości są winą samego Jörga, a nie doktora czy Akermanna. Ten pogląd podsunęli Zvajderowi ludzie z przedstrefy, którzy po poznaniu von Hassela ciągle starali się mu dorównać. Byli żywi, mieli swoje ciała i mogli rozwijać je zgodnie z własną wolą, więc ćwiczyli, strzelali, uczyli się i nabierali doświadczenia. Jörg nie. Był optymalną według kogoś wersją siebie i w żaden sposób nie potrafił ulepszyć się sam. Jedynym, co czekało go w trakcie dwóch lat zabijania, była rosnąca liczba usterek i błędów. Zużywał się i starzał szybko jak komputery, a Zvajder patrzył z boku i wiedział, że kiedyś przyjdzie czas. Że kiedyś Jörg będzie go potrzebował.
Tak bardzo się mylił.
— Idziemy.
Kiedy mijali kolejne płyty, równie ponure i brudne co wtedy, Zvajder próbował na nie nie patrzeć. Najbardziej nie patrzył na tę jedną, która przyciągała wzrok i wzywała echem tętna, przy której stali kiedyś ludzie i na której leżał martwy von Hassel. Sam cyborg natomiast wydawał się niewzruszony, jak gdyby fakt, że przebywa w miejscu, gdzie go zabito i przebudowano, nic nie znaczył. Zatrzymał się i rozejrzał, oświetlając zgaszone interfejsy urządzeń.
Kompilatory i instalacje milczały na martwych przebiegach, pobierając minimalną ilość energii z sieci. Wyglądały jak śpiące w ciemnościach potwory.
— Nieuruchamiane od dawna — rzucił Jörg głucho. — Puste cykle.
Zvajder postanowił zareagować jak człowiek, więc pokiwał głową, a potem oparł łapy na wysokości pasa i jeszcze raz pokiwał głową. Jörg nie docenił jednak tego doskonale skopiowanego "No tak", od dwóch lat ćwiczonego nad rzeką i wzorowanego na Hannie Puszek (poza „No tak” w repertuarze Zvajdera było jeszcze „För helvete!” Olafa Ulfssona i „Jestem obrażony” Huberta). Cyborg kazał mu uważać i zajął się zdejmowaniem ubrań. Przypalone i podarte wisiały na nim upiornie, gdzieniegdzie zespawane wręcz z oparzoną powłoką z ludzkiej skóry i mięsa.
Zvajder nie chciał widzieć ran na bladym ciele, ani starych, ani nowych, ani tych najgorszych, powstałych przez zużytą broń, którą ktoś w jakimś celu zastąpił większość organów. Postanowił więc, że skupi się na czymś innym. Zostawił w tyle zniszczone zwłoki walczące z resztkami płaszcza i ocenił wygląd przeszklonej części holu, gdzie czekały sprzęty sugerujące programowalność.
W tyle dostrzegł stanowiska pracy. Blaty z zainstalowanymi ekranami, lampy, krzesła i elektroniczne ścianki sterujące ciągnęły się niemal przez całą długość wnęki. I tylko dwa biurka (maksymalnie od siebie oddalone) wyglądały na używane. Płytki co prawda walały się wszędzie, a cały czterometrowy panel był zawalony netbrystolem i wybitymi siatkami obliczeń, ale ludzie wyraźnie przesiadywali w stałych miejscach.
Po prawej stronie blat wyznaczał ostatnie biurko pracowni i tam właśnie, według Zvajdera, znajdowało się stanowisko Akermanna - brudne i pogrążone w chaosie. Stosy papierów, pręty, notatki, puste kubki, kryształowa butelka na alkohol i mnóstwo zaschniętych, brązowych plam, to nie było coś, co Zvajder uważał za właściwe w tak poważnym laboratorium, gdzie wskrzeszano ludzi. Szklany korek leżał na samym środku, porzucony niedbale, jakby ktoś o nim całkiem zapomniał, a wyświetlacz i generator kurzyły się pokryte odciskami palców. Zaschnięta krew wyznaczała miejsce, gdzie właściciel chaosu opierał dłoń, pisząc programy.
Po lewej stronie, dokładnie na drugim końcu sali, znajdowało się uporządkowane i czyste stanowisko doktora, w przeciwieństwie do reszty blatu niemal niezakurzone. Ułożone równo płytki i programowalne kostki błyszczały spokojnie, w ciemności odbijając mrugnięcia liczników. Zvajderowi bardzo podobał się fakt, że nawet pręty do netbrystoli są ułożone w równych odstępach, od najmniejszego do największego. I że wyświetlacz pokrywa ochronna tafla promieniująca.
Podszedł, chcąc zajrzeć do najnowszej pracy doktora (nie miał wątpliwości, że płytki będą opatrzone datami), ale tuż za progiem szklanego segmentu zainteresowało go coś innego. Obszedł biurko Akermanna i opadł na cztery łapy, by przyjrzeć się plamom krwi na podłodze.
To była świeża krew, która wylała się z kogoś maksymalnie kilka dni wcześniej. Zvajder ocenił, z jakiej wysokości kapała i przeskanował resztę pomieszczenia, szukając tropu. Gęste plamy po rozbitych kroplach doprowadziły go aż do windy na końcu laboratorium. Przed windą było ich więcej. Ktoś najwyraźniej czekał dłuższą chwilę i chodził w tę i z powrotem, zawracając co dwa metry. Zvajder zatuptał niezadowolony i obrócił się w stronę Jörga.
[Zvajder znalazł krew] kłapnął zaczepnie.
— Tu wszędzie jest krew — odparł głos Jörga z ciemności po drugiej stronie piwnicy.
[Zvajder znalazł krew Akermanna]
— Ile — spytał głos Jörga tak, jakby to Jörg pytał, i jakby pytanie było bardzo ważne — dużo?
Zvajder zasępił się, bo "dużo" znaczyło najprawdopodobniej "więcej niż litr", a zaschnięta czerwień na metalowo-szklanej podłodze sugerowała co najwyżej walkę Akermanna z własnym rozciętym palcem.
[Trochę tak] stwierdził więc sprytnie [a trochę nie]
Jörg zmilczał. Odległy hałas jego ciężkich butów upuszczonych z wysokości przetoczył się po instalacji.
[Zvajder znajdzie Akermanna] zaproponował Zvajder szybko, wyczuwając niezadowolenie towarzysza.
— Ja sam znajdę Akermanna.
[ I co Jörg wtedy]
— Zabiję wtedy.
[Ale doktor] zakłapał Zvajder przytomnie [doktor nie pozwoli]
— Doktora też zabiję — odparł Jörg — tylko mnie naprawi.
Zvajder poczuł, że traci cierpliwość, a wraz z nią resztki szacunku i sztucznie podtrzymywanego przywiązania.
[Wszystkich najlepiej Jörg zabije] zaproponował gniewnie [Zvajdera też i Hannę też i zostanie sam, i nikt go więcej nie przebuduje, nikt go nie naprawi]
[Aktualizacja oprogramowania wstrzymana|Rozruch generatora x_RAN: ponawianie]
Bez ciała nie dało się lepiej okazać emocji i Zvajder poczuł, że brakuje mu materialnej formy. Nie mógł być groźny i robić wrażenia, nie mógł nawet zniszczyć hałaśliwie losowego przedmiotu, żeby Jörgowi naświetlić, jak bardzo i nieodwracalnie nadszarpnął łączącą ich więź.
[Zvajder wraca do RANu na piętro] oznajmił, wskazując windę [tam jego miejsce, nie z martwym Hasselem bez serca]
Cyborg nie odpowiedział na groźbę. Po chwili Zvajder dostrzegł go w przejściu między metalowymi blatami; okaleczoną dłonią przesuwał po krawędziach, błądząc za czerwonym laserem celowniczym emitowanym z prawej gałki ocznej. Umięśnione plecy raziły prześwitami instalacji, po stronie serca odsłaniając wzmocnione włóknami węglowymi żebra. Hassel zacisnął palce na metalu i straszny czarny symbol na jego tricepsie stał się przez to jeszcze wyraźniejszy.
— Która to płyta — wymówił jak automat — która płyta, Zvajder?
Jakby się wcale nie przejął. Jakby w ogóle nie słuchał.
Zvajder szarpnął głową i rozjuszony obrócił się tak, żeby Jörga nie było, to znaczy żeby go nie widzieć, bo Jörg z całą pewnością nadal miał zamiar gdzieś sobie być.
Nie obchodziło Zvajdera, gdzie i po co.
To była najbardziej nieobchodząca go rzecz ze wszystkich i martwy Jörg musiał się z tym pogodzić, a gdyby się nie pogodził, to nawet to by Zvajdera nie obeszło. Nie miał zamiaru dłużej dawać się wykorzystywać.
Był wolny i uznał, że bezinteresowna wierność tym, którzy jej nie chcą i nie cenią, jest straszliwie bolesna. Żałował, że nie jest już ślepy jak wcześniej, kiedy Jörg był wszystkim i wszystko było dla Jörga.
[Płyta jak płyta] oznajmił i wstał ostentacyjnie [trup jak trup]
Założył łapy na klatce piersiowej, zrobił „Jestem obrażony” i udał, że poprawia kołnierz, zanim ruszył w stronę windy. Jörg nie próbował go powstrzymać.
Drzwi rozsunęły się pod rozkazem i Zvajder wszedł do klaustrofobicznej klatki pełnej przycisków z cyferkami. Obrócił głowę.
[Trup] powtórzył do trupa.
Trup nie odpowiedział. Poszarpany korpus kładący się na złej płycie zasłoniła gruba stal.
Wybierz piętro — rozkazał RANowy Paix głosem zmęczonego mężczyzny i Zvajder wybrał, żeby nie robić mu przykrości.
Piętro dziesiąte. Jazda w górę.




DA V.1



/* Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough!
Never enough, never enough! */


Dyszał podniecony, opierając dłonie o zgięte lekko kolana. Rozwodniona ślina o metalicznym posmaku zbierała mu się pod dolną wargą. Z zębów kapała na tor wyścigowy. Przed nagimi stopami wsiąkała w czarną bieżnię.
Szwed był daleko - zegar wybił mu metę na drugim końcu areny, zmuszając do przejścia przez stumetrowy tartanowy plac. „Łączny czas wyścigu: pięćdziesiąt jeden minut, czterdzieści pięć sekund!” głosiła wielka ruchoma tablica, białym światłem rażąc Ronwego do bólu. Pod nią belki poszczególnych wyników uzupełniały zapewne jego nieubłaganą, miażdżącą przewagę nad Eskilem (we wszystkich możliwych aspektach rywalizacji) o stosowne liczby i procenty.
Szkoda, że nie był w stanie ich odczytać.
Otarł ślinę ramieniem i tysięczny raz postanowił, że na następny przebieg założy te durne soczewki CMD. Wszystkie funkcje wizji w ciemnościach miał zainstalowane na stałe, we własnych siatkówkach, ale sztuczne emitery trójwymiaru w świetle były zbyt ostre, by mógł na nie patrzeć bez ochronnej warstwy filtrów.
Skrzywił się, kątem oka widząc nadchodzącego Szweda. Wiedział, że nie jest gotowy na rozmowę; alarmująco wysoki poziom kortyzolu atakował bufor seriami ostrzeżeń, na zmianę z informacjami o spalonej tkance mięśniowej uniemożliwiając mu zebranie myśli.
Wysiłek był dobry. Pozwalał się odciąć. Teraz zostało tylko wycieńczenie, a paraliżujące pytanie sprzed wyścigu dudniło w głowie uciążliwym echem.
Znasz Dietricha Akermanna?
— Ojciec mi kiedyś powiedział — rzucił, a raczej wysapał zbliżający się Eskil — że poznajemy ludzi w ciemnościach…
Ronwe wbił palce w uda. Przymknął oczy i cudem zmusił organizm do reakcji.
— Co — warknął przez ramię.
— Jacy jesteśmy, kiedy światła gasną. Kiedy nikt nie patrzy.
— Wszyscy patrzą, Ulfsson.
— Może tak. Może nie. — Eskil uśmiechnął się wyczerpanym uśmiechem i spojrzał wysoko, opierając niemożliwie długie palce o pas. Z przygryzionym językiem sczytał kilka linijek tablicy wyników. Ronwe syknął pogardliwie i zgięty wpół wrócił do uspokajania oddechu. Bezskuteczne próby wypełniały mu płuca lodowatą furią. Przy linii włosów i za uszami szalało znajome gorąco.
Znasz Dietricha Akermanna?
Kolejny oddech i zero kontroli.
Dwa oddechy. Zero kontroli.
Pięć oddechów i roztrzęsione dłonie, kataboliczny posmak w ustach, rosnąca panika, nienawiść, strach.
Jakim cudem? Po co Eskilowi zaginiony informatyk, skąd nazwisko, skąd pytanie?
Czy dwumetrowe zwłoki zmieszczą się w bagażniku notchbacka?
— O czym myślisz, Volk?
Dopóki biegł, nie myślał o zabijaniu. Myślał, czy mu się uda. Czy Rudolf się znajdzie, czy Dichtiarow coś podejrzewa, czy Piotrek nie zawisł na którymś z kabli i czy Hassel na pewno nie pragnie zemsty. Myślał, czy zna Dietricha Akermanna. Teraz…
— Jestem. Lekko. Zmęczony — wysyczał jadowicie i zgubił się w całkowaniu objętości tylnej części samochodu.
— Twój stary też pociskał ci takie mądrości? — kontynuował niezrażony Szwed. Niezwiązana z przebiegiem rozmowa była najwyraźniej jego reakcją obronną. Skoro wolał wygrzebywać głupoty i pieprzyć o rodzinnych wspomnieniach, niż nawiązać do niemal godzinnej rywalizacji na torze, porażka musiała naprawdę go zaboleć. Cyborg widział frustrację przy każdym chybionym strzale, obserwując sąsiedni ekran areny, i umiał stwierdzić, w którym momencie Eskil zaakceptował przegraną. Przeszkody co prawda pokonywał z zaskakującą pomysłowością, unikając zbędnego wysiłku; tylko potrójne bloki wspinaczkowe wyraźnie dawały mu się we znaki. Miał za słabe ręce i całkiem sporo do udźwignięcia przez swój niespotykany wzrost. Przynajmniej biegł wytrwale. Stałym tempem.
Zasłużył tym samym na namiastkę szacunku, którą Ronwe starannie utopił pod grubą warstwą pogardy.
— Mój mówił: są dwa typy ludzi, synku. Informatycy i ci, którzy ich nie rozumieją. A ciebie i tak nikt nie rozumie — opowiedział zwięźle o relacji z ojcem. — Poza tym był chory. Miał jakieś zaburzenia po misjach w wojsku. Paraliż od pasa w dół. Głównie zapominał, co robi i gdzie jest.
— Fan.
— I musiałem mu pchać wózek. Ten jebany… Gefickte, jebane — Ronwe odsłonił zęby, tępo gapiąc się w tor — jebane kółka…
— Przepraszam, Volkhard.
— Nie pieprz. Jak wrażenia?
Eskil pokręcił głową, unosząc dłonie w geście poddania.
— Niesamowite. Ta technologia, ulepszenia w trakcie. Przestraszyłem się kilka razy ruchomego celu, jest efekt, jakby na ciebie szarżował. No i broń, z takiej ja nigdy… Ja miałem coś gorszego w ręce — wymienił i urwał nagle, chrząkając. Dopasowany strój z gęstej, dwuwarstwowej fibro-siatki nadal stygł na nim, parując delikatnie.
Ronwe z opóźnieniem zauważył nieproporcjonalności w umięśnieniu górnych partii ciała Szweda i zmrużył oczy, próbując ocenić powody.
— Wiesz, miałem przerwę — wytłumaczył Eskil jak na zawołanie. — Długą przerwę.
— Od czego, można spytać?
— To zależy.
— Doprawdy? Od czego? — spytał cyborg podejrzliwie.
— Pytanie za pytanie, odpowiedź za odpowiedź — usłyszał zgodnie z przewidywaniami po kilku sekundach nieodgadnionego pojedynku na spojrzenia. Eskil uśmiechał się przyjaźnie.
— Czas na opuszczenie areny: trzy minuty, opuszczenie szatni: dziesięć minut!
Niecierpliwe kurwy z CMD jak zawsze skracały odliczanie.
Ronwe potarł skórę nad ustami, by się upewnić, że znów nie krwawi, zanim wskazał na symetryczne wyjścia torów. Bez słowa ruszyli obydwaj, zerkając ku sobie co kilka kroków.
— Wyniki starcia rankingowego dodano do tabeli!
— To jak, Volk? Odkupić ci kiedyś tę kawę w C-Bean? — nadało zadowolone szwedzkie M-209 tuż obok.
To jak, tchórzu, chcesz pogadać o swoich sekretach? — odszyfrowała wściekła i od niedawna bezmyślna austriacka bomba kryptologiczna.
— Daj mi pomy… odetchnąć — zaskrzypiał Ronwe na skraju wybuchu.
Wiele rzeczy przemawiało w jego głowie za pozwoleniem na kolejne spotkanie. Eskil, choć podejrzanie zorientowany w pewnych kwestiach i najwyraźniej skrywający własne tajemnice, był ostatecznie doskonałym źródłem informacji. Nie tylko związanych z uczelnią, ale i aktualnymi problemami Ronwego. Nieodgadniony kod pisany na wykładzie z optymalizacji musiał zostać wyjaśniony w trybie natychmiastowym. I choć Ronwe zgodził się zerknąć na niego „w ramach pomocy”, czuł tak naprawdę, że nie dostanie tej szansy, jeśli nie zaoferuje Eskilowi niczego w zamian. Zdradził się entuzjazmem, zbyt szybko przystając na warunki. Wiedział to. Wiedział, że w kawiarni dał się ponieść emocjom, a emocje te zostały przez Szweda doskonale przekalkulowane i zinterpretowane.
Dziwnie przyjazne i miłe nastawienie nie było u niego przypadkowe.
Ronwe zrozumiał to dopiero postawiony pod ścianą. A szło tak dobrze. Durne pomysły, oskarżenia o tlen. Doprawdy, że też wziął Eskila za takiego kretyna, na jakiego ten usilnie się kreował. Dziwne, że nie spytał o RAN wprost. Bo wiedział. Na pewno wiedział.
W przypływie goryczy haker wbił zęby w dolną wargę.
— Dobrze się bawiłeś w tej kawiarni, nie? — wygenerował, patrząc pod nogi.
— Nie. Było okropnie.
— Lubisz pogrywać, pogrywasz ze mną, nie?
— Nie rozumiem.
— Nie?
— Nie.
Oczywiście. Niczego nie rozumiał. Niczego nie wiedział. Niewinny, zawsze głupio uśmiechnięty Eskil Ulfsson, bożyszcze podstarzałych profesorów i samotnych pań z dziekanatu.
Skoro szukał konkretnej osoby, musiał mieć konkretny powód, a nic poza osiągnięciami Dietricha Akermanna w dziedzinie uczelnianych banałów nie należało do rzeczy legalnych. Zatarł ślady, zdjął prace semestralne z systemu, wyczyścił swoje biblioteki, a jedynym elementem mogącym naprowadzić na niego kogokolwiek był…
Tak. Dziekan Sorokin.
Dziekan Sorokin i jego papierowe segregatory z ery Unixa.
Obok Szwed zakaszlał i wyszczerzył zęby, nieudolnie mocując się z czytnikiem bramek.
Kutas, pomyślał Ronwe z wściekłością, aktywując własny chip. Był prawie pewny, że o Dietrichu Akermannie Eskil usłyszał od Sorokina. Czyżby dziekan chciał zakończyć sprawę Worskiego? Zamknąć również jego kumpli z uczelni, potencjalnych współpracowników? Na liście osób związanych z Polakiem nazwiska „Akermann” i „Miński” plasowały się bardzo wysoko.
Haker zdjął metalową obręcz z nadgarstka, planując wizytę w więzieniu, i zignorował debilny uśmiech machającego mu przez szybę Ulfssona.
Weszli do lustrzanych pomieszczeń. W trakcie zmywania farb gapili się na siebie przez cholerne ekrany kontaktowe. Napastliwie. Oceniająco. Eskil zaczął nawet zdejmować strój przy włączonej kamerze. To było wyzwanie, płytkie i samcze, a wyprowadzony z równowagi haker dał się na nie złapać jak małolat w szkolnej szatni.
Siedem lat różnicy między nim a Szwedem nie pomogło ani trochę.
Swoje ciało traktował z namaszczeniem (Dichtiarow złośliwie używał słowa „obsesja”) i twierdził, że doprowadził je do stanu idealnego. Zarówno wydolnościowo, jak i wizualnie. Był dumny z każdej zarysowanej linii, każdego mięśnia i wszystkich drobnych szczegółów, a jedynym, na co pozwalał sobie od lat, było noszenie dopasowanych ubrań. Ilość blizn po żałosnej, nieumiejętnej operacji doktora i własnych próbach naprawy chorego serca (które ostatecznie przerodziły się w próby usunięcia i zastąpienia) pozostawała bardzo niewygodnym i widocznym dowodem przebudowy.
Ronwe dotknął rany na piersi, chcąc ją zakryć w bezmyślnym odruchu, i zamiast śladu po spalonej płytce napotkał na postrzałową dziurę. Rozjuszony zgasił kamerę.
— Odkupisz tę kawę, Snarc — zdecydował jednocześnie. — Środa, szesnasta, pergola.


#


Nie wierzył w to, co się wydarzyło. Nie wierzył w cały ten powalony dzień, od niejasnej rozmowy z dziekanem, przez zaburzenia pracy procesora na wykładzie, atak tlenowy, oderwaną rozmowę z Eskilem i kretyński pomysł na zaproszenie go do CMD. Nie wierzył w wyścig i pytania, które na nim padły. Nie wierzył we własną bezmyślność, brak wyobraźni, zupełnie nielogiczne decyzje i posunięcia, na które nigdy nie pozwoliłby sobie w pełni świadomy i skupiony na rzeczach istotnych.
Wjechał windą na piętro główne. Przeszedł przez cały hol, zwracając uwagę zbulwersowanych ludzi, i bez słowa stanął przy ladzie z kasami. Wlepił wzrok w swoją złotą, grawerowaną kartę VIPa, z oślim uporem czytając obce dane.
Ronwe.
Niezłe. Ronwe. Kto to wymyślił?
Ach, on sam.
Volkhard Ortwin.
R o n w e.
Naprawdę niezłe.
V o l k h a r d t.
O r t w…
— Panie Ronwe. — Chloe wręczyła mu nano-wlepkę z wynikami starcia i szybko cofnęła dłoń.
— Tak, ja — odparł głupio, gapiąc się na literki.
— Rzeczywiście jestem panu winna przeprosiny. Konsultowałam się z ochroną toru i zawiadomiłam dyrekcję, jak widać niepotrzebnie — tłumaczyła się zestresowana blondynka. Mówiła cicho, a Ronwe nie słuchał. Cała wiązanka nieinteresujących go informacji była jak szum radia i reklam w miejscach publicznych — …jest graczem doświadczonym, jak pan mówił, po niejednym szkoleniu. Pan Ulfsson na torze poradził sobie świetnie, mimo że nie znalazłam go w bazie rozgrywkowej współpracujących z nami ośrodków, więc rejestracja na liście rankingowej była konieczna. Pańskie zwycięstwo jak zawsze wprawiło cały zarząd w…
— Do widzenia — rzucił haker, bo przypomniał sobie, że Eskil jest gdzieś na dole i zapewne (niestety) znajdzie kiedyś drogę do windy. Nie chciał widzieć go więcej tego dnia. Nie chciał widzieć go wcale.
Gdy wychodził z CMD, mijając znajome twarze i rozpoznając byłych rywali, nie czuł się pewnie. Nie wszyscy schodzili mu z drogi. Niepisana zasada małpiego gaju, pozwalająca uniknąć kompromitacji po odrzuceniu wyzwania lepszego gracza, przestała chronić go przed wrogością. Ludzie czuli się oszukani. Oburzeni wciągnięciem w zamknięte, elitarne kręgi kogoś całkowicie obcego. Wziętego z ulicy. Zamiast unikać Ronwego ze strachu przed wyzwaniem, przegraną i RANem, mierzyli go oskarżycielsko.
A on, zamiast patrzeć im w oczy i czuć się pewnie, czuł się jak Dietrich Akermann.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1850
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kruffachi » 31 grudnia 2018, 17:16

Nie wiem, czy wiesz, jak czytałam ostatnią wstawkę. Jeśli Ci się o oczy na SB nie obiło, to wiedz, że była jakaś druga w nocy, nie mogłam spać, zobaczyłam, że jest wstawka i tylko chciałam zajrzeć. No, zajrzałam. Tak zajrzałam, że z miejsca doczytałam do końca, bo taka byłam spragniona. Wiem, że masz wewnętrzne problemy z tym tekstem, wiem, że z wieloma rzeczami się gryziesz i że różne takie czynniki zewnętrzne też nie ułatwiają sprawy i w sumie nie wiem, czy tym, że po raz kolejny deklaruję przywiązanie do Jeży bardziej pomagam, czy może jednak raczej przeszkadzam. Zawsze mi to trudno wyczuć i nigdy nie wiem, czy mój entuzjazm nie jest przytłaczający, zwłaszcza jeśli nie ma w czym utonąć, a jak to jest z brakiem reakcji i komentarzy wiadomo - to się zawsze, ZAWSZE, niezależnie od całego wysiłku, od powtarzania sobie różnych rzeczy ostatecznie interpretuje tak samo. Więc wyobrażam sobie, że to może generować jeszcze dodatkowe wątki i jakieś interpretacje, bo ludzki mózg jest ujem nie od wczoraj (Zvajder ma rację, to źli kosmici).

No ale do rzeczy. Wiesz, że czekałam na scenę pieczenia szarlotki i się doczekałam - chociaż samego pieczenia nie było. Ale było wszystko to, za co tak Jeże lubię, ta gra emocji i napięć, te negatywne wibracje, z których ten czy ów (głównie Hanka, Piotrek i Eskil) próbuje upleść coś dobrego i wychodzi w sumie jeszcze gorzej. To, że w tym świecie nie ma nadziei, to jedno, tak, ale tak naprawdę nie to mnie w tej wizji pociąga, a to, dlaczego jej nie ma. Bo jakby posthumanizm jest tu naprawdę posthumanizmem - to znaczy nie tylko jest dolina niesamowitości (hehe, ostatnio sporo o niej czytałam, to się wypowiem, bo się znam XD), ale sami ludzie przestali być ludźmi. W książce wyhaczonej kiedyś u wiosny i przejrzanej do śniadania trafiłam na takie stwierdzenie, że psychopatia jako taka jest ewolucyjną korzyścią w świecie, w którym nie potrzebujemy już bliskich, plemiennych struktur społecznych. I tak sobie czasem patrzę na Jeże jako na taki portret atawizmów w świecie już mocno zmienionym, faktycznie innym, choć żeby tę inność dostrzec, trzeba się trochę z tym światem poznać. No, możesz mówić co chcesz, ale mnie to nie przestanie zachwycać - jak subtelnie o pewnych rzeczach piszesz pod przykrywką totalnego braku subtelności i brutalizmu.
Zaskoczył mnie totalnie motyw z transmitowaniem wyścigów na torze, poczułam wręcz takie zażenowanie, ale specyficzne. Chyba nie ma polskiego określenia, więc posłużę się angielskim - scecondhand embarrassment. Wiesz, jakbym to ja była taka odsłonięta albo oglądała kogoś, kogo znam. Dziwne wrażenie. Ale potem sobie pomyślałam sobie, że tu właśnie uwidacznia się mój współczesny punkt widzenia - człowieka żyjącego w świecie, w którym niby się odsłaniamy coraz bardziej, ale ciągle jeszcze społeczeństwo dzieli się na tych, dla których nie stanowi to problemu, i takich, których to właśnie w jakiś sposób żenuje i zawstydza, a przynajmniej żenuje i zawstydza w pewnych obszarach, nie zawsze oczywistych. No ale tendencja jest dosyć jasna i wydaje mi się, że Twój opis jest trafny. A jednocześnie podczas tej niemal zwierzęcej (nie, bardzo zwierzęcej) scenie po wyścigu, tej z gestami, ze schodzeniem z toru, dotarła do mnie jeszcze jedna okropna rzecz, która jest w Didim. To, jak łatwo go urazić. Pewnie już pisałam wcześniej o tym, że przeraża mnie, jak łatwo mu podpaść, ale to jakby sięga głębiej. Po prostu nie ma możliwości, żeby sobie w nim nie zrobić wroga i dlatego jest tak niebezpieczny.
Będę wypatrywać kolejnych wstawek i zawsze jestem otwarta na przegadanie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ