Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

La Petite Reine

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

La Petite Reine

Post autor: Kruffachi » 22 stycznia 2017, 13:01

La Petite Reine

W kosmosie najpiękniejsza jest cisza.
Kiedy zamiera wszystko, cała ta maszyneria i głos ze słuchawki, nie pozostaje nic. Nie ma szumu tła. Wiatru. Samochodów. Drących się na podwórku dzieci. Szczekającego psa.
Zostaje się sam na sam z własną głową. Ze wszystkimi myślami, które dotąd udawało się zagłuszyć. Wyją pod kopułą czaszki, dławią, zapychają kapilary klejem i zaciskają lepkie palce po wewnętrznej stronie gardła. Mikroudar za mikroudarem. Śmierć za śmiercią. Coraz niżej, coraz mocniej, coraz bardziej nieodwracalnie. Kolejne neurony umierają z wrzaskiem przerażenia.
W kosmosie najstraszniejsza jest cisza.
Więc zaczynasz mówić do siebie. Cokolwiek, byleby brzęczało w uszach i pozwalało wypłynąć na powierzchnię po oddech. Aż pewnego dnia ktoś ci odpowiada.
Mówią na niego żartobliwie Ósmy Pasażer, chociaż oczywiście liczebność załogi zmienia się w zależności od misji. Jeśli się pojawia, to znaczy, że jest już źle i najprawdopodobniej od dwóch tygodni fałszujesz dane na temat swojego zdrowia, kondycji i poczytalności. Na stacjach jakoś nigdy się nie orientują. Albo tak naprawdę mają w nosie, co się dzieje, byleby misja została wykonana.
Tym razem było ich tylko troje – mała wyprawa kontrolno-ratunkowa. Nikt nie wierzył, że ma sens większy niż tylko odhaczenie kolejnego punktu na liście rzeczy, które przynajmniej wypada zrobić, zanim zamknie się kuriozalną sprawę i wepchnie akta na półkę.
Tym razem było ich tylko troje, a ostatecznie został sam.
W ciszy.

Cztery lata wcześniej
Spodoba ci się ta praca. Jest spokojnie. Siedzisz, gapisz się w ekran, łoisz kawę i wpierdzielasz budlę. Potem wycierasz paluchy w serwetkę i dalej się gapisz. Cały czas absolutnie nic się nie dzieje, może kumpel podeśle ci ofertę powiększania penisa na służbowego maila (zresztą nie licz na inną formę romansu, wszyscy są zbyt zblazowani i przyrośnięci do foteli), aż pewnego dnia okazuje się, że szczęśliwie dożyłeś emerytury. Bierzesz swoje graty z szafki, oddajesz klucze i już jesteś na Bermudach. Zwłaszcza na twoim stanowisku, bo co, ja pierdolę, biofizyka trzymają tu chyba tylko ze względu na jakąś durną dyrektywę.
Tak mówili.
Pech chciał, że coś jednak zaczęło się dziać i to dokładnie trzy miesiące po tym, gdy świeżo upieczony doktor Gavril Manzow ukończył wreszcie polegający na dolewaniu rzeczonej kawy staż i podpisał wymarzoną umowę z ESA.
Nie miał zarabiać wiele – jakieś marne grosze ledwie pozwalające się utrzymać i nie umrzeć z głodu wobec zawyżonych względem powierzchniowych cen; wiadomo, że transport kosztuje, a do konkurencyjnego osiedlowego nikt sobie w przerwie nie wyskoczy. Nie planował też nigdy opuścić stacji orbitalnej. Niby kontrakt zawierał odpowiednią klauzulę i niby w programie dnia umieszczono mające utrzymać go w gotowości do natychmiastowego lotu ćwiczenia, a do papierów dołączono wszelkie wymagane opinie lekarskie, ale dla nikogo nie stanowiło tajemnicy, że większość pracowników Agencji najdłuższą podróż w przestworza odbywa do toalety na siódmym poziomie, jeśli te bliżej są chwilowo zapchane, bo ktoś znowu pomylił papier ZZ z toaletowym.
Tak naprawdę zresztą nie chodziło ani o kasę, ani o przestrzeń kosmiczną. Chodziło o spokojne życie i pracę, w której czułby się kompetentny. Lubił czuć się kompetentny, a w życiu codziennym na powierzchni zdarzało mu się to niezwykle rzadko, w dużej mierze za sprawą paskudnego zapalenia ucha. Powikłania w postaci lekkiego porażenia nerwów twarzowych nieomal pozbawiły go mimiki, a to – najogólniej rzecz ujmując – nie ułatwiało kontaktów międzyludzkich.
Tu nikt nie miał wymagać od niego okazywania emocji, tylko wykonywania zadań. Sprawy zaczęły się jednak dość szybko komplikować.
To od początku było dość dziwne.
– Stan osobowy się zgadza – zapewniała raz po raz należąca do jego zespołu Irina Mandić, zwykle, chyba bardziej dla efektu niż z faktycznej potrzeby, przeglądając przy tym dane. – Na stację wyruszyło siedem lat temu dokładnie tylu członków załogi, ilu z niej przed miesiącem powróciło. Zidentyfikowaliśmy wszystkich i tożsamość żadnego z nich nie ulega wątpliwości.
A jednak ktoś regularnie wysyłał sygnał S. O. S.
Oczywiście rozważono błąd systemu, ale to nie wyglądało jak glitch, a świadome i intencjonalne działanie. Wszelkie inne opcje zostały wykluczone przez specjalistów na stacji, a żeby podważać ich ekspertyzy, akurat kompetencji nie miał. Zresztą wszelkie wieści docierały do niego raczej w formie plotek, bo – po raz kolejny – na co komu biofizyk, kiedy ewidentnie doszło do cudownego rozmnożenia.
– Wezwą cię, jak się okaże, że to jednak ufok – żartowali z niego – i trzeba go kopnąć prądem.
Jedna tura przesłuchań, druga, trzecia – członkowie misji Exterior II wciąż powtarzali to samo i, co ważniejsze, nie przeczyli sobie nawzajem. Nie, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, nikt nie chorował, nie ma opcji, żeby ktoś się zagubił w systemie, fragmentacja plechy raczej też nie wchodzi w grę.
Aż wreszcie coś wyciekło do mediów i ESA została przyparta do muru przez opinię publiczną. Rozpoczęła przygotowywanie kolejnej misji, którą tylko oficjalnie nazywano ratunkową. W istocie chodziło jedynie o to, żeby nikt nie mógł zarzucić nikomu, że nie zrobiono wszystkiego.
Nawet jeśli to „wszystko” było tak cholernie kosztowne.
Manzow żadnej mantry nie słyszał na stacji częściej, jak tej o pieniądzach wyrzucanych w błoto. Do załogi go oczywiście i na szczęście nie wzięto, wciąż miał bowiem status żółtodzioba i ostatniego ogniwa w łańcuchu pokarmowym, ale został członkiem zespołu wspierającego misję. Z orbity.
W kosmos wysłano Gavrila dwa lata później.


*
Ludzie na nagraniach byli szczęśliwi. Uśmiechnięci, zadowoleni, skorzy do żartów. Wobec tego sińce pod ich oczyma i podejrzanie zapadnięte policzki można było złożyć na karb oświetlenia.
Można było.
Do czasu, aż jeden z nich, Aapo Tivonen, nie przestał się na rzeczonych nagraniach pojawiać.
Koordynatorzy próbowali oczywiście pytać, co się z nim stało, gdzie przebywa i czy nie potrzebuje pomocy, ale nigdy nie uzyskali spójnej i wyczerpującej odpowiedzi. Przeanalizowano więc nagrania z monitoringu całej stacji, ale nieszczęsny Fin jakby z nich wyparował – jakby go w ogóle nigdy tam nie było, co stwierdzono po odtworzeniu nagrań archiwalnych.
Co gorsze, załoganci nie potrafili też przedstawić raportu w sprawie, w której w ogóle ich na Exterior wysłano. Nie tylko nie ustalili źródła sygnału S. O. S., ale nawet nie wykluczyli, że jest nim człowiek. Miały tygodnie, miesiące od dokowania, na nagraniach zaczęło brakować Rosamund Creswell, a odpowiedzi się nie pojawiły. Dowództwo zażądało więc natychmiastowego przerwania misji i powrotu załogi na orbitę Ziemi.
Wtedy Exterior odcięła się od komunikacji. Dwie doby później dotarła lakoniczna wiadomość o odmowie wykonania rozkazu sygnowana podpisem Aapo Tivonena.
Tym razem decyzja o wysłaniu kolejnej misji zapadła znacznie szybciej.
– Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma i po nas też szybko przylecą – rzucił dowodzący eskapadą Estevo Aranda chyba dla żartu, ale nikt się nie roześmiał.
W ten sposób Gavril opuścił orbitę. Jako członek ekipy ratowniczej dla ekipy ratowniczej, czego urok z pewnością łatwiej byłoby mu dostrzec, gdyby nie okoliczności towarzyszące, w tym fakt, że nie miał ochoty nigdzie się wybierać. Polubił swój fotel, swoje biurko i nawet spam na służbowej poczcie, a na ćwiczenia od początku chodził tylko z musu. Matka Natura złośliwie obdarzyła go jednak doskonałymi warunkami fizycznymi i figurował na liście potencjalnych kandydatów do wystrzelenia w kosmos wysoko – wraz ze zdobywanym doświadczeniem coraz wyżej.
Ze swoich pierwszych wrażeń pamiętał głównie potworny huk, a potem niespodziewaną ciszę. Sądził początkowo, że zwyczajnie popękały mu bębenki i wróci ze swojej pierwszej misji jako kaleka. Pamiętał też zimną falę paniki, jaka go wówczas oblała.
Na Exterior również było cicho. Od pierwszego dnia, kiedy jeszcze wszystko wydawało się kiepskim żartem. Nie dało się słyszeć tych chichotów i beztroskich żartów z nagrań. Nikt nawet nie wyszedł, by przywitać członków misji, choć kody dostępu ku pewnemu zaskoczeniu zadziałały doskonale – najwyraźniej nawet nie próbowano ich zmieniać, co jakoś nie współgrało z kategoryczną odmową powrotu na orbitę Ziemi. Ktokolwiek wysłał wiadomość – Tivonen czy nie – musiał spodziewać się, że wywoła ona reakcję ze strony ESA.
– To pułapka – powiedziała na głos Åse to, co prawdopodobnie przemknęło przez myśl wszystkim.
Choć, patrząc na sprawę racjonalnie, przygotowywanie pułapki nie miało żadnego celu.
Dokowanie przebiegło bez przeszkód, kolejne śluzy i grodzie otwierały się gładko i nieomal zapraszająco, posłuszne kodom i komendom. Towarzyszył im standardowy komunikat, brzęczący w tle jak stado komarów, huczący w głowie Gavrila także wiele dni później:
Witam na Exterior II, stacji badawczej Europejskiej Agencji Kosmicznej. Mamy nadzieję, że państwa pobyt będzie udany.
Dla własnego komfortu i bezpieczeństwa proszę zapoznać się z procedurami obowiązującymi na stacji, a w razie wątpliwości, udać się do paneli informacyjnych oznaczonych zieloną ramką.

Rozległ się potworny trzask.
Będę tam czekać do państwa usług.

Zeznanie #4/3
Przesłuchiwana: Ursula Van Der Meulen
Nie, naprawdę nie, nic. Lot przebiegał spokojnie, wie pan, znaczy bez… no, Lazare miał mały wypadek. Jakieś spięcie. Poszło na słuchawki. Zdaje się, że potem trochę gorzej słyszał. Ale szło się dogadać, to wie pan…

– Halo! – nie wytrzymał Estevo. Bardzo starał się to ukryć, ale od dłuższego czasu drżał na całym ciele. – Jest tu ktoś?! To przestało być śmieszne!
– Nie drzyj się tak – syknęła Åse, mechanik, obecnie wciąż zajęta majstrowaniem przy zatrzaśniętej grodzi prowadzącej z powrotem do doków. Nie chciała odpuścić, chociaż wszyscy na orbicie wiedzieli, że jeśli Norweżka zajmuje się czymś dłużej niż pięć minut, prawdopodobnie jest niemożliwe do naprawienia dla zwykłego śmiertelnika i przynajmniej części bogów.
– Wiesz, bardziej komfortowo czułbym się, mogąc stąd po ludzku wyjść – warknął Hiszpan, pakując ręce w kieszenie luźnych spodni.
– Jak każdy z nas.
Obiad podano. Ciepły posiłek czeka na państwa w mesie.
– Zabawne.
Jedzenie jest ważne, aby utrzymywać ciało i umysł w dobrej kondycji.
– Pierdol się!
Witam i proszę się zrelaksować.
Nagle wszystko zgasło, co z jakiegoś powodu wydało się Gavrilowi bardzo śmieszne. Sam lekko zażenowany własną reakcją zaczął chichotać jak nastolatka – trzęsły się jego ramiona, łaskotało w klatce piersiowej. Przyłożył dłoń do ust, ale na niewiele się to zdało.
Absolutna ciemność trwała może dwie, trzy sekundy, a potem rozproszył ją mdły pomarańcz oświetlenia awaryjnego.
Prowadził ich w głąb.

Zeznanie #6
Przesłuchiwany: Bàthair Boyle
Stacja działała bez zarzutu, wszystkie układy, nie mam zastrzeżeń. Niektórzy mieli problemy, żeby się przyzwyczaić, że wszystko leci na automacie, ale nie ja, ja nie. Mi się to podoba. Tak jest OK.


Natknęli się na nią w drodze.
– Nie żyje…? – spytała Åse. Szeptem, jakby nie chciała budzić umarłej, ale już chwilę potem wybuchnęła stłumionym śmiechem. – O, kurwa, naprawdę nie żyje! Na śmierć nie żyje!
Estevo tylko skinął głową, a z jego ust nie schodził grymas beztroskiej radości. Wydawał się całkowicie odprężony, kiedy, kolebiąc się lekko na boki, stał nad zwłokami kobiety, która musiała być Rosamund Creswell, zgubioną na późniejszych nagraniach lekarz z poprzedniego zespołu. Leżała na plecach, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, z rudymi włosami rozrzuconymi wokół jej głowy na kształt ognistej aureoli. Powolny rozkład zmieniał jej twarz w woskową maskę bez wyrazu i indywidualnych rysów.
Wyglądała, jakby z jakiegoś powodu zasnęła na korytarzu i umarła we śnie.
– Ty, patrz, Gavril, ryj prawie jak twój! – wybuchnął śmiechem Hiszpan, klepnął Chorwata w łopatkę, aż zadudniło i z rozbawienia zatoczył się na ścianę, a po chwili dołączyła do niego Åse.
Rżeli nieskrępowanie oboje, klepiąc się po placach i ściskając, aż po ich policzkach zaczęły toczyć się łzy. Z gardła Manzowa też wydobyło się parę chrapliwych dźwięków, ale porażone usta nie były zdolne do uśmiechu.
Obiad podano – przypomniał automatyczny komunikat.
Śmiejąc się dalej, poszli więc za światłem awaryjnym dalej, beztrosko zostawiając ciało Rosamund za sobą, wprost do mesy, gdzie na długim stole czekało dokładnie dwanaście styropianowych pojemników.
– Ktoś tu nie umie liczyć do pięciu – stwierdziła Åse, wycierając o koszulkę wciąż nieco ubrudzoną smarem dłoń.
– W pierwszej ekipie było dwunastu członków. Może nikt nie zmienił ustawień – podsunął Estevo, siadając na krześle.
Wyciągnął ręce po najbliższy pojemnik, ale ledwie go chwycił, znów wybuchnął śmiechem.
– Co jest? – burknął Gavril, sadowiąc się obok.
Hiszpan otworzył wieko.
– Tak jak myślałem – parsknął. – Puste!
Manzow sięgnął po inny pojemnik, ale w nim także nie znalazł zawartości. I jeszcze jeden, żeby się upewnić.
– Dziwne.
– Wszystkie puste.
– Nie będzie obiadu.
– Nie no, to są jakieś jaja. Gdzie tu się trzyma żarcie?
Szafkę z jedzeniem znaleźli oczywiście bez problemu. Estevo przy okazji zlustrował jej zawartość, obliczając szybko w głowie, na ile wystarczy zapasów, gdyby niczego nie dało się zrobić z grodzią i naprawdę musieli tu zostać. Jedyna nadzieja leżała zatem w tym, że ktoś na stacji zorientuje się, w czym rzecz, i szybko wyśle czwartą już ekipę.
– Dwa miesiące – zawyrokował. – Trzy, jeśli ograniczymy się rozsądnie, cztery, jeśli ograniczymy się bardzo, a…
Przerwał mu jęk Åse.
Jego wzrok zatrzymał się na ostatniej z półek, z której patrzyły na niego szeroko otwarte oczy pod oszronionymi brwiami.

Zeznanie #9/1
Przesłuchiwany: Lazare Benoit
Co? Słucham? Przepraszam, nie dosłyszałem, mógłby pan… Dziękuję. Nie, nie, nie jest tak źle, nie jestem całkiem głuchy. No dobra, czasem bardziej, ale to, ale w niczym to nie przeszkadza, naprawdę. Zresztą wie pan, ja jestem techniczny. Mnie zamykają w maszynowni i naprawdę nie muszę… Co? A, dobrze. To znaczy, tak, uważam system Exterior II za udany. Nawet bardzo. I tak, wydałem pozytywną opinię w sprawie budowy Exterior III.

Oba ciała poszybowały w kosmiczną przestrzeń cicho, nieomal miękko, jakby upadały na puszysty koc. Gavril z trudem oderwał wzrok od tego nadspodziewanie hipnotyzującego widoku.
– Rodziny będą oburzone, że nie ma pogrzebu na Ziemi – powiedział, co przyszło mu nagle na myśl.
– Jakoś się wytłumaczymy – stwierdził rzeczowo Estevo za jego plecami. – Przecież nie będę trzymał trupów w lodówce.
Manzow obrócił się i zobaczył co prawda lekko ściągnięte brwi Hiszpana, ale poza tym jego twarz nie wyglądała na szczególnie zmartwioną.
– Musimy tylko możliwie wcześnie wysłać raport – zauważyła Åse.
– Niby jak? – prychnął Estevo. – Otwórz tę przeklętą gródź, to pogadamy.
– Sam mógłbyś się lepiej zająć systemem na stacji – odwarknęła Norweżka i niedbałym, roztargnionym gestem przetarła zapuchnięte od niewyspania oczy. Nie zmrużyła ich od dobrych trzech dób, odkąd znaleźli drugiego trupa.

Zeznanie #9/4
Przesłuchiwany: Lazare Benoit
Ale że… Nie no, to jest trochę wnerwiające, jak się trzeba ciągle dopytywać, to ja nie mówię, że nie. Jakbyś pan musiał ciągle prosić o powtarzanie, to też byś się pan zrobił nerwowy. Ja się po prostu nie przyzwyczaiłem jeszcze. Ale się przyzwyczaję.
A wracając do systemu… Patent z czytaniem mimiki twarzy, tak, to jest coś. Jeszcze można dopracować, jasne, przesłałem opinię, ale ogólny kierunek uważam za przełomowy. Wiem, że niektórych to drażniło, ta Ursula na przykład. Ciągle powtarzała, że ma dwie sprawne ręce i żarcie może sobie nałożyć sama, nie potrzebuje śliniaczka, talerza pod nos i te sprawy. Ale to ja nie wiem, może kwestia psychiki. Ja się na tym nie znam.


Pustych pojemników nadal było dwanaście.
Ale za stołem zasiadło ich teraz dwóch. Åse powiedziała, że nie wyjdzie z kajuty, dopóki nie zostanie nawiązana łączność z orbitą, bo ma już dość trupów i nie przyleciała tu zwiedzać kostnicy. Estevo próbował z nią rozmawiać, ale wykopała go za drzwi, a potem zamknęła się od środka.
I tak już zostało.
Nie jesteś zadowolony?
Gavril zamarł wpół ruchu, z połową twarzy pokrytą pianką do golenia. Oczywiście odwrócił się odruchowo, choć słowa popłynęły z awaryjnego interkomu.
Nie uśmiechasz się. Kiedy ludzie są zadowoleni, uśmiechają się.
Spojrzał na niewielki głośnik i dłuższą chwilę gapił się na niego jak głupek, niepewny, czy powinien odpowiadać.
– Z kim rozmawiam? – spytał, bo nie rozpoznawał głosu żadnego ze swoich towarzyszy. Do głowy wpadła mu nieco przerażająca myśl, że to może ktoś z poprzedniej ekipy.
Ze mną.
– Wspaniale – prychnął.
Wszyscy się uśmiechają, a ty jeden nie.
Zignorował rozbrzmiewające między wersami pytanie. Nie zamierzał opowiadać o swoich drobnych defektach nikomu, a już na pewno nie komuś, kto nie raczył się nawet przedstawić.
– Z której wyprawy jesteś? – spróbował inaczej.
Błędna komenda. Prosimy stosować się do wskazówek protokołu.
Gavril westchnął i przetarł twarz ręcznikiem.
Powinieneś się uśmiechać. Oddychasz szczęściem.

Zeznanie #9/8
Przesłuchiwany: Lazare Benoit
Nie, nie wypieram się. Wiem, że widać na nagraniach.
Zacząłem z nią rozmawiać, bo wie pan, czasem trzeba z kimś rozmawiać, a ja czasem… No dobra, czasem słyszę gorzej niż źle i niech pan próbuje pogadać z rybkami. Po pięciu minutach człowiek ma ochotę im przywalić w te mordy. No i ze mną było tak samo. Ja się tak czułem. Jak w akwarium. I jeszcze mieli pretensje, że się niby drę. A ja zawsze mówiłem cicho, tylko teraz… Więc siedziałem w maszynowni i mówiłem do niej, bo co?


– Słyszałeś?
– Co? – Estevo urwał wpół zdania i podrapał się od zapuszczanej od tygodnia na znak szczeniackiego protestu brodzie.
– Coś zachrobotało w szafie.
Gavril nie czekał na odpowiedź Hiszpana, po prostu dopadł do metalowego mebla i szarpnął za drzwiczki. Ustąpiły, ale ze szpary wychynęła chuda, blada dłoń i chwyciła ich krawędź, próbując przyciągnąć je z powrotem.
– Nie! – z wnętrza dobiegł ochrypły, rozpaczliwy wrzask. – Nie wpuszczaj jej!
– Kogo? – spytał Manzow, marszcząc brwi.
– Jej…! – wycharczał wychudzony niemal do kości człowiek z wnętrza szafki. – Królowej.
– Boże… – sapnął Estevo, lustrując bladą twarz z wytrzeszczonymi w przerażeniu oczyma. – Wygląda, jakby nie wychodził od miesięcy…
Co mogło być prawdą – wokół mężczyzny piętrzył się stos papierków po batonikach energetycznych, a jego ciało wydzielało paskudną woń brudu i ekskrementów.
– Pan musi wyjść, słyszy mnie pan?
– Nie! – zaskowyczał chudzielec, asekuracyjnie zapierając się nogami. Przypominające martwe patyki palce nieomal wgniotły się w metal, a oczy strzelały pełnym obłędu spojrzeniem po ich twarzach. – Jesteście z Nią! Nie możecie mnie zmusić…!
Spojrzeli po sobie.
– Zwariował… – syknął Gustav.
Po czym obaj pochylili się i wyciągnęli ramiona ku skulonej postaci. Nieznajomy drapał i gryzł, próbował się szarpać, a od wrzasków aż stracił oddech, ale osłabione ciało okazało się w oczywisty sposób bezsilne wobec dwóch sprawnych i dobrze zbudowanych mężczyzn.
– Nie możecie! Nie wolno wam! Zostawcie… mnie… Kurwa, zostawcie!
Prowadzeni przez światło zawlekli go do ambulatorium, ułożyli na kozetce.
– Przydałaby się Åse – sapnął Estevo. – Utrzymasz go przez chwilę?
Gavril skinął głową, mocniej dociskając mężczyznę do stołu badań. Robił to z drżącym sercem. Wydawało się, jakby nieznajomy wszystkie kości miał ze szkła i jakby zaraz miały rozsypać się na tysiące odłamków.
Nieznajomy.
„Ralf Zimmermann” – przeczytał Manzow na przyczepionej do klapy plakietce.
Estevo ustawił parametry sprzętu i głowice do badań ustawiły się na pozycjach.
– Nieee…! Błagam! Nie chcę do Królowej! Ona mnie tu widzi!!! Wiiidziii!!!
Pacjent miotał się na kozetce jak opętany, ale obręcze już zatrzasnęły się wokół jego nadgarstków i kostek, uniemożliwiając ucieczkę. Błysnęły sondy, zamigotały monitory z odczytami.
– Nie!!! NIEEE!!!
A potem nagle zawył alarm.
Pacjent zmarł – oświadczył system. – Stwierdzono atak serca.

Zeznanie #9/9
Przesłuchiwany: Lazare Benoit
A o różnych rzeczach jej opowiadałem. O Ziemi. I o tym, że jest syf w Europie. I o tym, jak bym to naprawił, gdybym mógł oczywiście. Że ludzie są nieszczęśliwi. Że się nie uśmiechają. Nic dobrego w sumie.
Nazywałem ją moją małą Królową. Nie wiem dlaczego tak. Może dlatego, że jest naprawdę ładna. To naprawdę ładny kod. Czysty. Logiczny. Taki… subtelny taki. Gdyby była człowiekiem, byłaby dobrym człowiekiem o dobrych intencjach. Lepszym niż my.


Oddali kosmosowi trzecie ciało.
Estevo zaczął się obawiać, że jeśli Åse w najbliższym czasie nie opuści kajuty, być może trzeba będzie wysłać także czwartą trumnę. Stał właśnie pod jej drzwiami i dobijał się już dobry kwadrans, ale nie odpowiadała. Nie słyszał nawet żadnych szmerów dochodzących z wewnątrz, które mogłyby świadczyć o jakimś ruchu.
Usłyszał za to głos Gavrila.
Było to o tyle dziwne, że Chorwat w ogóle niewiele mówił, a już raczej na pewno nie zwykł gadać do siebie. Zaniepokojony Hiszpan ruszył korytarzem, choć akurat ta jego część tonęła w mroku. W słabym poblasku dochodzącym z innej gałęzi zobaczył jednak potężną sylwetkę Manzowa.
– Z kim rozmawiałeś? – spytał.
– Z interkomem – usłyszał niechętne burknięcie.
– To znaczy?
– Z interkomem. Po prostu.
Estevo uniósł brwi.
– Kiedy ostatnio spałeś?
Spojrzenie, którym został obrzucony, autentycznie zmroziło go do kości. W półmroku oczy Gavrila błysnęły złowrogo jak oczy drapieżnika na moment przed zatopieniem kłów w szyi ofiary.
– Nie twoja sprawa.
– Właśnie moja. – Hiszpan stłumił dreszcz. – Nie chcę, żebyś mi sfiksował, jak Åse. Marsz do łóżka i śpij. To rozkaz.
Manzow burknął coś pod nosem, ale Estevo nie był w stanie rozróżnić słów.

Zeznanie #9/9
Przesłuchiwany: Lazare Benoit
Tak, o tym myku z podtlenkiem azotu też wiem. Nie było tego w specyfikacji, którą dostałem przed misją, ale się domyśliłem.


Śpij.
Tak łatwo to powiedzieć.
To ja. Ja potrzebuję pomocy. Ja wysyłam sygnał S. O. S. Tu jestem. Tęskniłam.
Może Estevo miał rację. Może już powariowali wszyscy. W końcu ile można tak żyć? Bez łączności z bazą, bez pewności, co przyniesie jutro, pod kontrolą sztucznej inteligencji i z realną szansą na to, że po otwarciu losowej szafki wysypią się z niej trupy.
Nadal się nie uśmiechasz. Chodź. Sprawię, że się uśmiechniesz.
– Nie sprawisz – prychnął, obracając się na drugi bok.
Światło w jego kajucie rozbłysło pełną mocą. Próbował zaciskać powieki, ale przesączało się przez nie i tak.
– Odpierdol się wreszcie ode mnie! – wrzasnął.
Chcę, żebyś się uśmiechał.
Przetarł dłonią spoconą twarz i usiadł na brzegu pryczy.
– Nie mogę – odparł ze złością. – Nie jestem do tego fizycznie zdolny, nie kumasz?
Nadal czuł się jak idiota, gadając z programem obsługi stacji.
Chodź.
Westchnął.
– Ale potem pozwolisz mi wreszcie zasnąć. Nawet, jak ci się nie uda.
Tak.
Podążył więc za światłami. Wiedział, że coś jest nie tak z jego reakcjami, że powinien czuć się zaniepokojony i z pewnością zachowywać większą ostrożność, ale świadomość ta pozostawała jakby na boku działań, odłożona w kąt. Szedł, a obraz przed jego oczyma zdawał się lekko pulsować.
Za późno zorientował się, że zaprowadziła go do ambulatorium.
– O, nie – warknął – to już przesada!
Chciał się wycofać, ale wówczas zatrzasnęła się gródź. Obrócił się i zobaczył zmierzające ku niemu ramiona medycznego robota.

Zeznanie #4/3
Przesłuchiwana: Ursula Van Der Meulen
OK, dobra, przyznaję, kurwicy dostawałam. Jak mnie ta głupia cipa, ta cała, tfu, Królowa Benoita, te durne kilka linijek kodu prowadzało po stacji za rączkę. To jedz, a tego nie jedz, tu idź, a tu ci zgaszę światło, żebyś nie polazła. Teraz sraj, a teraz nie sraj. Jak ja w ogóle miałam pracować w takich warunkach? Zresztą tak w ogóle to ta cała mgławica to jakiś żart. Nic ciekawego, nie wiem, po co mnie tam wysła… Nie, zaraz… O, kurwa…


Estevo obudził się nagle, w pierwszej chwili nie potrafiąc odpowiedzieć sobie nawet na pytanie, co dokładnie przerwało jego sen.
Potem uświadomił sobie, że to wrzask przerażenia i bólu.
Zerwał się, chwycił w biegu bluzę. Ze spodniami nawet się nie kłopotał.
Stacja tonęła w ciemności.
– Gavril? Gavril! Do cholery, gdzie jesteś?!
I w ciszy.
Nikt już nie krzyczał. Nikt nie wołał pomocy.
Estevo brnął w mroku, przyklejony do ściany, wsłuchany w łomot własnego serca. Nogi wydawały się wykute z kamienia, nagle chwycone skurczem strachu.
– Gavril! – próbował jeszcze, ale nadaremno.
Może powinien był zostać w kajucie. A może wcale nie. Tu działo się coś dziwnego i Hiszpanowi trudno było wyobrazić sobie miejsce, w którym mógłby czuć się bezpieczny. Za kolejnym zakrętem kompletnie stracił orientację w terenie, ale niespodziewanie zaczął wypełniać go spokój, a mięśnie jakby się rozluźniły. Czuł, że mógłby się nawet roześmiać.
Jak nad ciałem Rosamund Creswell. Jak nad pozostałymi trumnami odsyłanymi w kosmiczną przestrzeń.
Bądź szczęśliwy. Uśmiechaj się.
Wtedy światło znów zapłonęło – jak zwykle, tylko w jednej odnodze korytarza, sugerując właściwą drogę. Estevo podążył nią jak w transie. Teraz, kiedy widział, co go otacza, szybko zorientował się, że zmierza w stronę ambulatorium.
Otworzyło się przed nim, a kiedy spojrzał do wnętrza segmentu, upadł na kolana z krzykiem.
Patrz. Jest szczęśliwy. Zrobiłam to.
Gavril zwisał z ramion medycznego robota, skrwawiony, z głową nabitą na jakieś narzędzie, a dwa chwytaki rozciągały jego usta w okrutnej parodii uśmiechu.

Zeznanie #4/4
Przesłuchiwana: Ursula Van Der Meulen
Nie jestem żadnym pierdolonym szczurem, żeby na mnie eksperymentować, jasne?!


Pustych pojemników nadal było dwanaście.
A on nadal przychodził do mesy na kolejną ostatnią wieczerzę jak na autopilocie, prowadzony światłami awaryjnymi.
Przychodził sam.
Słuchał ciszy, która wciskała mu się do uszu gęstą mazią, albo swojego własnego głosu, choć bał się tego, co ten ostatni ma mu do powiedzenia. Próbował wyobrażać sobie inne odgłosy, ale stanowiły wspomnienie zbyt odległe, zagubione wraz z innym życiem. Nawet własne imię przypominał sobie z plakietki na piersi.
Wiedział już – znalazł to w danych, do których nie miał dostępu na orbicie – że wysłano go tu nie ze względu na umiejętności, a braki. Jego i wszystkich pozostałych.
Nadal mogła to wykorzystać, więc zaczął się przed nią chować.
Najpierw po prostu usiłował jej nie słuchać, mylić drogę, podążać w innym kierunku, niż tego chciała, zasłaniać usta, gdy znów pompowała podtlenek azotu, ale zawsze była krok przed nim.
Głos w jego głowie, Ósmy Pasażer, znalazł już rozwiązanie.
I nic, mimo wysiłków, nie mogło go zagłuszyć.
Więc zaczął gromadzić zapasy na dnie szafki. Zaniósł tam też poduszki i pojemniki na ekskrementy.
W dniu, w którym uznał, że jest już gotów, i zamknął za sobą drzwi, stacja znów rozbłysła pełnią światła.
Witam na Exterior II, stacji badawczej Europejskiej Agencji Kosmicznej.

koniec
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: La Petite Reine

Post autor: Joa » 22 stycznia 2017, 14:25

Och, kurczę, Kruffachi. Podobało mi się.

Uwaga, mogę spoilować!

Niby w jakiś sposób oklepany temat, bo to już chyba było - kosmos, sztuczna inteligencja... Tak, mam wrażenie, że to dość częsty motyw, ale słabo jestem rozeznana w sf by mówić z całą pewnością.
Ale.
Ale podobało mi się. Jesteś na tyle oszczędna w takich typowych dla sf słowach, że ja czułam się komfortowo, nie atakowały mnie rzeczy, których mogłabym nie zrozumieć, a to dość częste, gdy czytam coś z tego gatunku. Oszczędna, ale wystarczająca, czyli ta oszczędność była dla mnie z każdej strony pozytywna i pozwalała mi się skupić na historii, klimacie, bohaterach.
I, heh, jest to, w Twoim tekście, co lubię najbardziej. Postacie, które lubię. Gavrila polubiłam bardzo i zdziwiłam się okropnie, że to on, a nie jak początkowo stawiałam, Hiszpan stanie się ofiarą Małej Królowej. Byłam pewna na osiemdziesiąt procent, że Chorwat się uchowa, a Estevo umrze, bo wydawał się być słabszy. I tu mnie masz, ten element zaskoczenia(nie wiem, czy zamierzony, czy nie) Ci zaliczam i jestem zadowolona, że Ci się udało. Z tego względu, że zapałałam miłością do Gavril, zabolało, gdy go uśmierciłaś. Tak się nie robi!
Nie przeszkadzało mi to, że to sf lub że taka Åse trochę zginęła w cieniu dwóch chłopaków, bo nadrobiłaś klimatem, zaskoczeniem i postaciami.
Lubię moment, gdy interkom przekonuje Gavrila, by wyszedł. To takie "Chodź", nochodź, chodź, chodź, Gavril. Wyjdź. Sprawię, że się uśmiechniesz. Im dłużej o tym myślę, tym jakoś bardziej się nakręcam i wpadam w lekki strach.
I te zeznania. Świetne posunięcie. W punkt.

Naprawdę mi się podobało. Podchodziłam jak do jeża, ale opłacało się podejść.
Dzięki!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: La Petite Reine

Post autor: Kanterial » 22 stycznia 2017, 15:08

Czekałam na ten tekst.
[kursywa?]Obiad podano[/kursywa?] – przypomniał automatyczny komunikat.
Śmiejąc się dalej, poszli więc za światłem awaryjnym dalej,
Ok, zaczynam od pewnej niejasności. Bardzo możliwe - tak, to ja, proszę nie wstawać z miejsc - że tylko mój doskonały mózg uznał to za niejasność i żaden inny czytelnik nie będzie miał problemu, ale... Ale. Prz pierwszym czytaniu, zrozumiałam, że:
wysłano ekipę na stację, X osób > wróciła ekipa ze stacji, nadal X osób > problem: przez cały ich pobyt ktoś wysyłał sygnał SOS, ale przesłuchania po powrocie nie pozwoliły ustalić, kto to był.

Drugie czytanie i ta sama nieścisłość. Wreszcie doszłam po raz trzeci do fragmentu
– Stan osobowy się zgadza – zapewniała raz po raz należąca do jego zespołu Irina Mandić, zwykle, chyba bardziej dla efektu niż z faktycznej potrzeby, przeglądając przy tym dane. – Na stację wyruszyło siedem lat temu dokładnie tylu członków załogi, ilu z niej przed miesiącem powróciło. Zidentyfikowaliśmy wszystkich i tożsamość żadnego z nich nie ulega wątpliwości.
A jednak ktoś regularnie wysyłał sygnał S. O. S.
i doznałam olśnienia. Kili, nie wiem. Może to mój tryb [czas przeszły]. Może to po prostu złośliwość umysłu, ale ja przestawiam się na początku tego cytatu powyżej na myślenie "ok, wyruszyło ich tylu, wróciło tylu, hm, ktoś regularnie wysyłał sygnał SOS...". Rozumiesz?
Mi zabrakło, jak krowie na rowie (bez urazy), takiego banalnego jebnięcia:
A jednak ktoś regularnie wysyłał sygnał S. O. S OD KIEDY OPUŚCILI STACJĘ.
to by mi oszczędziło trudu z brakiem logiki. Szczęście, że się zorientowałam, zanim zaczęłam pisać komentarz.

Co do samej twojej pracy. Kojarzę przez mgłę, jak wspominasz na SB, że uważasz to za nieudaną próbę (c'nie?).
Potwierdzam, jest nieudana. Nieudana w znaczeniu, że miała straszyć (prawda?), coś tam było, że horror czy thriller.
W tym aspekcie (jak dla mnie) faktycznie tekst poległ. Tak poza tym, jest napisany dobrze, odpowiednio krótki, odpowiednio pocięty, ładnie wyważony dozowaniem informacji - 9/10. Poza tym jednak, że to kolejny przykład z serii "Kili umie pisać", co już (stety lub niestety) wiem, nie zadziałało nic.
Ty technicznie masz full skill, ale tu, w tym dziale, w tym tekście, nie o samą warstwę techniczną przecież chodzi. Z góry wybacz te uwagi, które ci wypiszę, a które spowodowane były jakimiś wytycznymi, pod które pisałaś. Nie pamiętam już niestety za dobrze tematu konkursu, nie wiem też, czy mocno redagowałaś tekst później. Więc jak coś, krzycz.
1) Groza. Widzę, że nie uczyniłaś z braku mimiki Gavrila niczego wyeksponowanego, to raczej poboczny wątek, smaczek, dobre dobrana i pasująca wstawka, która wnosi "to coś" w całość, i tłumaczy, i oddziałuje na wyobraźnię, i jest taka, no, nietypowa(?), ok, spoko rzecz. Ale to nie jest wcale element, na którym budowałaś grozę. Podejrzewam (czuję) że chciałaś bazować głównie na absurdalności. Mówię tu o scenach z udziałem podtlenku azotu. Że tę grozę, ten niepokój we mnie-czytelniku, miało wywołać takie, hm, poczucie jakiegoś oderwania, właśnie absurdu, braku możliwości "wczucia się" w bohaterów, no bo cholera jasna - wchodzą na stację, leży trup, a oni się zaczynają śmiać. Później nadal obecne są te stępione reakcje, takie przykryte kloszem człowieczeństwo. I przy znalezieniu trupa w lodówce, i przy dialogach, w sumie każdy z zarysowanych przez ciebie kadrów z udziałem ekipy numer 3.
Btw - 12 osób miała wyprawa nieratunkowa numer 1 czy wyprawa ratunkowa numer 2?
Ta groza jednak nie zadziałała. We mnie reakcje nastąpiły wręcz odwrotne. Tekst jest krótki, przez co z założenia nie liczyłam na pełną interakcję ja-bohater. Wtedy pozostaje już tylko opcja ja-moja wyobraźnia(czyli obrazowość twoich słów). Ty dodatkowo pozbawiasz mnie tej drugiej opcji, sceny w kosmosie serwując "zza szyby" znieczulicy podtlenkowo-azotowej - opisy krótkie, zdawkowe, motywowane brakiem reakcji załogi. Więc nie dość, że nie czuję przerażenia bohaterów, nie czuję też przerażenia tu, u siebie, we własnej głowie.
Samo założenie absurdu (o ile faktycznie chciałaś tak to zrobić i słusznie przeczuwam) sprawdziłoby się gdyby choć trochę więcej było widać, gdyby na tym znieczuleniu pokusić się o zdania bezwstydne (to o gnijącej twarzy Rosamund było niemal ok, choć jednak trochu poetyckie), wprost mówiące o rozkładzie, ciele, ohydztwie, ciele w skafandrze.

2)Atmosfera. Zabrakło, Kili. Znów, wiem - krótki tekst i postawiłaś w nim na informacje, ale naprawdę - miejsca takie jak stacje kosmiczne, ogólnie zbudowane przez ludzi stacje badawcze, wąskie korytarze, śluzy, technologia... My o wszystko znamy już, z gier, z filmów, chciałoby się widzieć i czuć, by jakiekolwiek emocje wykrzesać, a u ciebie jest z opisami skąpo - no bo przyznaj, czy widać w tym tekście Exterior? Ja widzę parę jasnych pokoi, korytarz, stół z pustymi pojemnikami.
Twój mocny opis ładujący w kosmos (początek i koniec) wisi w próżni i nic go nie okala, żadna ciasnota stacji badawczej, poczucie zamknięcia, braku ucieczki. A kosmos działa przecież na zasadzie przeciwieństw, jego ogrom nas przeraża, bo jesteśmy mali, jego cisza mieli mózg, bo stacja jednak jakieś dźwięki czasem wydaje. Albo i nie? Jestem mocno subiektywna bo czekałam, aż to wrzucisz, bo lubię, bo horror w kosmosie to mój wymarzony do napisania tekst.

3) Motyw sztucznej inteligencji. Wiesz, znów zagadką jest dla mnie, czy taki był wymóg, czy nie, ale no... wiemy wszyscy, temat przemielony, przewałkowany i przeżuty na wszelkie możliwe sposoby, na dodatek cholernie modny w naszych czasach. Cóż mogę powiedzieć? Nie udało się złamać bariery wtórności (wątpię, by ktokolwiek tego dokonał, choć kuźwa czekam i sama czasem próbuję wymyślić cokolwiek innowacyjnego). Mimo to jest dobrze, nie dajesz programowi zbyt wielu ludzkich cech, co łatwo obrócić w porażkę (choć, no - heheh - tęskniła, nie?), jej motywacje są niepojęte, jej chęci ani dobre, ani złe, to po prostu nie jest człowiek. Kłamie niby, z drugiej strony może w swoim rozumowaniu nie kłamie (ostatni dialog z Gavrilem). Dobrze, że to widać do końca - cholerny kod źródłowy, nie byt.

4) Intryga. Wiesz - to powinno ruszyć mnie mocniej. To, że oni byli wysłani ze względu na swoją nieużyteczność, że szczury eksperymentalne, że zwyczajny materiał ludzki, ot tak wysłany w kosmos, bo można, więc wyślijmy. Myślę, że efekt wewnętrznego sprzeciwu zabiła mocna (niestety) przewidywalność tego motywu.

Na zakończenie powiem (bo aż mi głupio że tak negatywnie), że właśnie koniec udał się najmocniej. I to ci robi tekst, jeśli jest jakaś mocna część, coś naprawdę udanego tak, że rusza, to właśnie decyzja Estevo i chwila, gdy zamyka się w pieprzonej szafce, a nowi wchodzą na pokład stacji badawczej. To jest potworne, to jest straszne, to działa.

Pierwsze pytanie - czy grałaś w grę SOMA? Gdyby choć cień jej grafiki pojawił się u ciebie, tekst mógłby (dla mnie) być o wiele mocniejszy. Oczywiście, no, mogłoby to być bardziej... czyste, nowe.
Drugie pytanie - czy grałaś w Portal 2? Zgaduję, że tak (pewnie już pytałam, esz...) swoją drogą miałam mocną wspominajkę portalową, czytając w Odpadzie cytat o robieniu lemoniady z pomarańczy.

Królowa to dla mnie 100% Glados. Nie, że plagiat ogłaszam, ale moje własne skojarzenia. Mocno.

Dziękuję, że wrzuciłaś
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: La Petite Reine

Post autor: Gorgiasz » 22 stycznia 2017, 17:02

Przeczytałem z przyjemnością. Piękne, świetnie skomponowany wstęp – nastrajał odpowiednio. A dalej było coraz ciekawiej. Tylko od środka można się trochę pogubić kto jest kim i jaką pełni rolę, ale nie jest to decydujące. Końcówka jakby trochę przyspieszyła kosztem formy i nastroju.
Można by zrobić z tego znacznie dłuższe opowiadanie.
Mi się to podoba.
Formalnie „Mnie” (początek zdania).

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: La Petite Reine

Post autor: Kruffachi » 23 stycznia 2017, 13:17

Dziękuję ślicznie za komentarze - i te zadowolone, i te mniej zadowolone <3 Miło widzieć, że coś się w tej katorżniczej jednak pracy nad tym tekstem udało (tak, zaskoczenie wynikające z tego, kto przeżywa, było planowane ^^), a co do tego, co się nie udało...

W moim odczuciu ten tekst ma dwa problemy. Jeden z nich polega na tym, że jest za krótki. To akurat zrobił mi konkursowy limit znaków. Potem próbowałam do niego wracać, ale za każdym razem okazywało się, że to dla mnie zamknięty rozdział i nie potrafię. Może przez wspomnienie tego, jak się męczyłam. Zabrakło więc miejsca na budujące nastrój opisy, które zresztą - i tu drugi problem - nie byłyby prawdopodobnie udane, a to z tego względu, że nieodmiennie mam potężne problemy z wyobraźnią przestrzenną. To, że czasem coś wspomnę o jakimś wnętrzu, to tylko efekt tego, że się pilnuję i staram się o tej ułomności pamiętać. Ale operowanie przestrzenią jako narzędziem mnie nadal przerasta. Nie widzę wnętrz. Nie widzę układu pomieszczeń i korytarzy, nie czuję, żeby na mnie oddziaływały, a w życiu realnym gubię się na prostej drodze. Tutaj to wyszło.

Jeszcze jeden aspekt, taki pomniejszy, dotyczy faktu, że uzyskać grozę w narracji trzecioosobowej jest cholernie trudno, a ja na tym polu jestem przedszkolakiem i brakuje mi doświadczenia. Niemniej próbowałam, bo to opowiadanie nie dałoby się napisać pierwszoosobówką, a koncept gdzieś tam mi się podobał. Znaczy głównie brak mimiki u Gavrila i podtlenek azotu. Tak czy inaczej chciałam te pomysły wykorzystać. Natomiast nie, kompletnie nie stawiałam tu na sztuczną inteligencję, bo lubię ten motyw, ale nie łudzę się, żebym kiedykolwiek coś do niego wniosła. Nie wiem, czy na tym etapie wałkowania materiału nie trzeba być po prostu programistą, żeby na coś ciekawego wpaść. Więc jakby Królowa nie była dla mnie nigdy tematem, a tylko kołem napędowym.

Więc tak, wiedziałam, że na polu grozy poległam - wiedziałam to faktycznie już w chwili pisania. Stąd też wrzuciłam tekst bez żadnych komentarzy i do sf, a nie - brońcie mnie, bogowie - do tekstów z dreszczykiem. Chciałam go od tej nieudanej grozy oderwać.

W sumie chyba tyle ^^ Raz jeszcze pięknie dziękuję <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: La Petite Reine

Post autor: RebelMac » 23 stycznia 2017, 20:15

Niezłe, naprawdę niezłe to opowiadanie. Dialogi i zeznania świetne, styl też, może czasami jakiś pomniejszy zgrzyt podczas czytania ale, ale, to ma poziom druku. :) Tak jest, doszlifować i można publikować bez skrępowania. Takie s-f to ja lubię. Brawo, brawo! :)

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: La Petite Reine

Post autor: MononokeGirl » 28 stycznia 2017, 05:06

Ja nie powinnam czytywać s-fów. Za wielką rozkminę, wtedy łapię :P A przy czytaniu tego tekstu rozkminę miałam już od pierwszych linijek. Są one bardzo nastrojowe, nie powiem. Po pierwszej wyobrazić sobie można czarny, bezmiar kosmosu. Wiatr nie wieje, nie ma nic w odległości setek tysięcy kilometrów. A potem następuje drugie zdanie i moja podświadomość cichym głosem spytała: czyli główny bohater umarł? Zwłaszcza, że potwierdzają to kolejne... Aż do następnego akapitu i miałam już mętlik całkowity. Zrozumiałam, co chciałaś osiągnąć po przeczytaniu całego tekstu (budowanie nastroju), ale nie mogłam się powstrzymać od wyobrażenia sobie takiej codzienności na statku kosmicznym i ta niby straszna cisza wcale do mnie nie przemawiała. Po pierwsze: filtr i klimatyzator, które muszą działać tam bez przerwy, aby ludki nie zamarzły i się nie udusiły. To daje 24h na dobę jednostajnego, wk***cego szumu. Później pomyślałam o tym, że muszą być jakieś kontrolery tego powietrza i miliona innych pierdół, które co jakiś czas alarmują, żeby sprawdzić to czy tamto, ale ich rolę przejęła chyba Królowa (chociaż gdybym była człowiekiem, który leci w kosmos to raczej nie powierzyłabym wszystkiego maszynom, bo cóż... i maszyny, i ludzie bywają wadliwi, więc jedni powinni sprawdzać pracę drugich). Po trzecie: załoga miała siebie nawzajem, ale z niewiadomych mi przyczyn większość postanowiła zachowywać się jak obrażeni licealiści (zwłaszcza pani mechanik O.o), a nie dorośli ludzie po szkoleniach i się odseparowała. Gdyby to Królowa ich pozamykała w różnych pokojach i zmuszała do rozmów z nią to możnaby dostać bzika, ale tak... Do ich zachowania zaraz wrócę. Po trzecie: mogłabym być kosmonautką, ale i tak zabrałabym ze sobą np mp3, tablet z filmami i książkami itp :P Po czwarte: odnośnie pierwszej załogi, której członek zagadywał do Królowej - nie mieli internetu? Kosmos i te sprawy, ale skoro astronauci co wiszą nad Ziemią mają neta to ci co lecieliby w kosmos też by nie mieli? Chyba facet miał jakieś zainteresownia i znajomych zanim utknął w statku - grałby w gry albo coś. Ale on nie - zagaduje sztuczną inteligencję, bo jest samotny. Gdybyś dodała, że to był szalony prawiczek-infromatyk i tam dopisywał kody AI, żby mu laskę... udawała to bym zrozumiała, że coś popsuł i wyszło jak wyszło, ale tak xD
Co do zachowania postaci... a dokładniej "ekipy ratowniczej". Niby opisujesz, że te szkolenia były na odwal się robione, ale mimo wszystko, kto posyłałby w kosmos bandę losowo zebranych idiotów? Bez zrobienia im testów, przygotowania psychicznego itp?
Nie planował też nigdy opuścić stacji orbitalnej.
A skoro takie normalne (bo brzmi jakby to było nic takiego) jest dostawanie się na stację orbitalną, która jakby nie było też już jest w kosmosie to lot też nie powinien zrobić im tak szybko sieczki z mózgu. Obecnie każdy kto leci musi przejść kontrolę stanu psychicznego, bo co innego być zamkniętym w pudle na Ziemi, a co innego w kosmosie. I robi się to aby uniknąć np. paniki, kiedy ktoś sobie uświadomi, że nie może wyjść i nagle bardzo tego potrzebuje (słyszałam o przypadku, co się w samolocie zdarzył - panią trzeba było przemocą unieruchomić, bo się zaparła, że ona musi otworzyć drzwi). Zatem takie nonszalanckie podejście w ESA jest dla mnie całkiem nieprawdopodobne, bo brzmi jakby im było wszystko jedno, kto i po co leci, a akurat tych mieli pod ręką, więc ich hop w rakietę. O ile z pierwszą ekipą to by mi przeszło to z drugą już nie... Za drugim razem wysłałabym żołnierzy. Tak na wszelki wypadek, gdyby był to ukryty najazd kosmitów :P

Potem ekipa wchodząca na Exterior... Działo się tam coś dziwnego, ich poprzednicy oszaleli, albo stała im się krzywda, a oni wchodzą na statek jak wycieczka? Bez zabezpieczeń? Ja w takiej sytuacji zostawiłabym kogoś na statku. Pt. "Zostań i czekaj, a jak my też przepadniemy to wzywasz od razu wsparcie. Albo bierzesz piłę metalową, czy jakieś kosmiczne laserowe urządzenie i otwierasz nam drogę powrotu." Tylko, że gdyby się zabezpieczyli to historia skończyłaby się za szybko... Bo uzasadnienie, że "stawianie pułapki nie miało sensu" nie jest żadnym. Działo się coś hipotetycznie groźnego i każdy w miarę rozsądny człowiek by się zabezpieczył przed nieprzewidzianymi okolicznościami. A już na pewno każdy kto widział jakikolwiek film o ataku obcych :P
Jako członek ekipy ratowniczej dla ekipy ratowniczej, czego urok z pewnością łatwiej byłoby mu dostrzec, gdyby nie okoliczności towarzyszące, w tym fakt, że nie miał ochoty nigdzie się wybierać. <-- XD
Ze swoich pierwszych wrażeń pamiętał głównie potworny huk, a potem niespodziewaną ciszę. Sądził początkowo, że zwyczajnie popękały mu bębenki i wróci ze swojej pierwszej misji jako kaleka. Pamiętał też zimną falę paniki, jaka go wówczas oblała. Na Exterior również było cicho. Od pierwszego dnia, kiedy jeszcze wszystko wydawało się kiepskim żartem.
powt.
Nie chciała odpuścić, chociaż wszyscy na orbicie wiedzieli, że jeśli Norweżka zajmuje się czymś dłużej niż pięć minut, prawdopodobnie jest niemożliwe do naprawienia dla zwykłego śmiertelnika i przynajmniej części bogów.
xDDD

Kolejnym elementem, na jaki zwróciłam uwagę był w chwili odnalezienia trupa. Brakowało mi zapachu. Trup, zwłaszcza w zamkniętym pomieszczeniu powinien śmierdzieć i to z daleka. Wchodzą i czują smród, a dopiero potem idą i ojej, za zakrętem siedzi sobie mumia. Tak samo jak w wypadku tego Ralfa Zimmermana. Srał pod siebie i go nie wyczuli?! To akurat jest dla mnie bardziej nieprawdopodobne, niż zua sztuczna inteligencja, która wodzi ludzi za nosy i matkuje im jak stara kwoka :P
Estevo zaczął się obawiać, że jeśli Åse w najbliższym czasie nie opuści kajuty, być może trzeba będzie wysłać także czwartą trumnę.
Czy lecąc ktokolwiek przygotowywałby się na możliwość śmierci pasażerów i brał tak na wszelki wypadek w kosmos trumny? O.o Chyba raczej worek, albo tekturowe pudło...

Jeśli chodzi o samą historię to dopóki nie zaczęłam jej rozkładać na elementy pierwsze to wszystko brzmiało tak logicznie i prawdopodobnie (zwłaszcza ten urywek o wyrzucaniu pieniędzy w błoto pod naporem opini publicznej - tak bardzo nasza rzeczywistość!). Na szczęście rozkminy włączam dopiero po czytaniu całości, więc mogłam czerpać przyjemność z oglądania tego "horroru" :) Tak jak ktoś wcześniej chyba wspomniał - jest absurdalnie przez reakcje bohaterów powodowane podtlenkiem azotu, jednak brak trochę opisów zachowań (np przy znalezieniu tego trupa - śmieją się, ale chwilę później ktoś wymiotuje - to by było bardziej prawdopodobne; zwłaszcza jeśli uwzględnić ten zapach, o którym wcześniej wspomniałam...), bo oni się nie boją i na mnie też to wpływa. Z wyglądem statku nie miałam problemu. To przyszło mi łatwo. Najlepszą sceną była ta z "douśmiechaniem" Gavrila przez Królową. Podobały mi się też wstawki zeznań, używanie podtlenku azotu (trochę sobie o nim poczytałam :P pomysł genialny). Także mimom mojego marudzenia na początku niech nie będzie, że się nie podobało, bo podobało. Nie chwytam za kosmitów, nai statki kosmiczne, bo jakoś mnie to nie pociąga i to że czytam do końca coś o takiej tematyce to już jakieś osiągnięcie. Tak, że tekst pod względem łatwości w odbiorze ma najwyższą notę :)
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: La Petite Reine

Post autor: Krin » 03 kwietnia 2017, 14:18

Tekst przeczytałam już jakiś czas temu, więc nie pamiętam go doskonale, toteż nie będzie to długi komentarz. Po prostu zbieram się od dawna, by wyrzucić z siebie prostą myśl.

Zacznijmy od tego, że tekst jest dobry, wciągający i pewnie jeszcze wiele pochlebnych opinii na jego temat padło, skoro wygrał głosowanie. Mam z nim tylko dwa problemy:

1) Zaczynasz wszystko z perspektywy Gavrila, sugerując nam, że to on będzie głównym bohaterem, wprowadzasz nas w jego przeszłość, pokazujesz charakter. A potem go zabijasz i w kluczowym momencie głównym bohaterem staje się obcy dla nas Estevo, którego działania poruszają nas znacznie mniej, skoro nic o nim nie wiemy. A Gavril, tak jak go przedstawiłaś, bardzo by pasował do roli tego zamykającego się w szafce. On tam jest tak przez przypadek, żaden z niego wielki naukowiec ani odważny kosmiczny podróżnik, który by się prosił o takie kłopoty.

2) Nie bardzo rozumiem tok rozumowania sztucznej inteligencji. Rozumiem, dlaczego chce ich rozweselić, ale nie bardzo rozumiem to znikanie i zabijanie. Czuję się trochę nieprzekonana. Może coś mi umknęło, ale tak rozumiem pół na pół.

Swoją drogą, skojarzyło mi się z "Solaris" Lema. Stacja kosmiczna, szaleństwo, znikanie, zamykanie się z dala od reszty załogi...
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 108
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: La Petite Reine

Post autor: Ag. » 09 sierpnia 2017, 16:09

Bardzo chciałam, żeby ten tekst mi się podobał, bo kosmos, stacja, SI... no ale jednak za bardzo mnie irytował. Co prawda napisałaś, że to zamknięty rozdział i nie będziesz pewnie tego poprawiać, ale i tak parę uwag od siebie dorzucę, skoro już przeczytałam. (A konkursy i limity znaków są głupie.)

Sam początek mi się podobał i właśnie przez niego spodziewałam się, że to będzie tekst dla mnie, bo to:
W kosmosie najpiękniejsza jest cisza.

W kosmosie najstraszniejsza jest cisza.
Takiś jest ach, och! klimatyczne.

Potem jest gorzej, głównie chyba przez postaci. Jest ich zbyt wiele, robią dziwne rzeczy i zachowują się, co by być dosadnym, jak debile. Rozumiem, że część ich dziwnych zachowań, jak choćby śmianie się nad trupem to efekt podtlenku azotu, ale dla mnie i brakuje jakiegoś wyraźnego zaznaczenia, że ten śmiech nie jest normalny, jakiegoś wyraźniejszego kontrastu między tym, co byłoby w ich przypadku normalną reakcją, a co czyni ją nienaturalną. Ot, pierwszy trup z brzegu i wszyscy wpadają w chichot... to po prostu z miejsca odrzuca od bohaterów.

Po drugie zaś, z mniej radosnymi reakcjami też mam problem. Widać to doskonale na tym przykładzie:
Åse powiedziała, że nie wyjdzie z kajuty, dopóki nie zostanie nawiązana łączność z orbitą, bo ma już dość trupów i nie przyleciała tu zwiedzać kostnicy.
Przecież ci ludzie nie trafili tam przez przypadek. Zostali wysłani jako misja RATUNKOWA. Czego się spodziewali, powitania chlebem i solą? To chyba logiczne, że mogą znaleźć nieprzyjemne rzeczy – trupy, rannych, uszkodzenia. Po prostu nie rozumiem ani jednej decyzji, którą bohaterowie podejmują. Niby na koniec piszesz:
Wiedział już – znalazł to w danych, do których nie miał dostępu na orbicie – że wysłano go tu nie ze względu na umiejętności, a braki. Jego i wszystkich pozostałych.
Ale mnie w tym momencie tylko szlag trafia, bo TO WIDAĆ. Może to, że wysyła się kolejne ekipy, by zobaczyć, jak będą wchodzić w interakcję z SI, miało być wielkim plot-twistem, ale mnie to tylko irytuje. Bo ci ludzie nawet niczego nie próbują, nie zachowują się w najmniejszym stopniu profesjonalnie. Sprawiają wrażenie całkowicie nieprzygotowanych do misji, którą mają wykonać. To równie dobrze można było na tę stację losowych ludzi z łapanki wysłać. efekt byłby taki sam. A skoro wysyła się ekipę ratunkową, to spodziewam się od niej gotowości na nietypowe sytuacje.

I tu przechodzę do następnego rozczarowania, czyli wątku Gavrila. Chyba spodziewałam się, że horrorowa konwencja zostanie na chwilę odłożona na bok i dostaniemy bardziej próbę poznania/przechytrzenia/dogadania się z Królową. Bo fizyczna niezdolność do ułożenia twarzy w uśmiech mogłaby być ciekawym punktem wyjścia do "nauczenia" czegoś SI. Wyjaśnienia jej pewnych rzeczy, próby zmiany jej kodu – w końcu każda SI powinna mieć zdolność uczenia się. Spodziewałam się też, że Królowa spróbuje zoperować mu twarz, a nie po prostu przypadkiem zabić. Chciałabym, żeby ta SI była bardziej skomplikowana, złożona.

Ale ostatecznie wyszedł z tego typowy slasher. Może tak miało być. Trochę pewnie niesprawiedliwie czepiać się tekstu za to, że mógłby być czymś innym :/

Mam też problem z tym:
– Z kim rozmawiam? – spytał, bo nie rozpoznawał głosu żadnego ze swoich towarzyszy. Do głowy wpadła mu nieco przerażająca myśl, że to może ktoś z poprzedniej ekipy.
Ze mną.
Trochę tego nie rozumiem. Przecież wcześniej SI do nich mówiła, zapraszała ich na jedzenie, więc powinien wiedzieć, że coś takiego działa. Nie wiem też, czemu system nie przedstawia się w bardziej oficjalny sposób. Podanie jakiejś nazwy, numeru byłoby bardziej naturalne dla sztucznej inteligencji. A bohater też popada mu w moją najmniej ulubioną manierę, czyli "nie będę niczego tłumaczył, nie będę niczego drążył, bo jeszcze dowiedziałbym się czegoś, dzięki czemu później nie zginę".

Trzecia rzecz to konstrukcja. Widziałam, że przedmówcy ją chwalili, ale do mnie jakoś nie przemawia. Głównie chodzi mi o zeznania, mianowicie o to, że jak dla mnie kompletnie psują klimat, zbyt wcześnie odsłaniając tajemnicę. W mojej opinii w tym miejscu:
– Nieee…! Błagam! Nie chcę do Królowej! Ona mnie tu widzi!!! Wiiidziii!!!
Czytelnik powinien dopiero powoli zacząć zgadywać, co się dzieje. Tymczasem od Zeznanie #9/4 już w zasadzie doskonale wiadomo, o co chodzi, więc reszta tekstu to tylko formalność. No, może fakt, że to SI wysyłała S.O.S. jest ciekawy, ale przyznam, że umknął mi jakoś zupełnie przez chaotyczny opis ile ludzi i kiedy było wysyłanych/wracało. Ktoś wyżej w komentarzu o tym pisał i to popieram.

Z łapanki:
Miały tygodnie
Mijały
eskapadą
Nie wiem, czy to jest najlepiej dobrane słowo. Bo to jednak była zaplanowana, oficjalna misja a nie "wyprawa lekkomyślna i niebezpieczna".
Ktokolwiek wysłał wiadomość – Tivonen czy nie


trochę to chyba dziwnie brzmi, nie lepiej „Tivoven albo ktoś inny”?

Generalnie widać, że tekst cierpi przez limit. Brakuje mu "mięsa", zatrzymania się na chwilę, by zarówno tekst jak i czytelnik złapali oddech. Żeby jakiś klimat się pojawił, żeby tak nie skakać ze sceny na scenę. Limity są głupie. Konkursy z limitami są głupie. Aghgrhaah (puściła pianę z ust myśląc o opku z limitem, które ma do napisania).
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

ODPOWIEDZ