Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Ag. » 19 czerwca 2017, 18:27

Zaiste, smaży się banany ;)

Przeczytałam wszystkie rozdziały i przede wszystkim odczuwam wielki niedosyt, bo zdążyło się zacząć kilka wątków i bardzo mnie ciekawi, jak one się ze sobą połączą – bo tu mamy niedziałające duchy i Claya, tu Nyarai i jakiegoś podejrzanego gościa wykorzystującego nastolatki, a tu jakieś samobójstwa, morderstwa, zniknięcia... jak to się wszystko ze sobą łączy? Naprawdę chcę wiedzieć, bo ogólnie lubię taki zabieg, gdy jest kilka z pozoru odległych wątków, a potem one się zaczynają przecinać.

Co do Claya, to cóż, ciężko go lubić, natomiast świetnie przedstawiłaś jego fobię. Te problemy z wyglądem/zapachem innych ludzi, te reakcje na brud – wszystko jest naprawdę świetnie napisane, realistyczne. Wyraźnie widać, że to fobia i choć gość jest takim kozakiem, to wiadomo, że rzeczywiście nie kontroluje pewnych swoich reakcji i ma skrzywione spojrzenie na świat i na ludzi.

Tak samo ciekawy jest świat – w kwestii duchów niby zostało wyjaśnione jak to działa i po co, ale dalej jest ten element tajemnicy, czemu przestały działać. Czyli jest na początek powiedziane dokładnie tyle, żeby czytelnik orientował się, o co chodzi, ale wciąż był zaintrygowany. Zaś Johannesburg okazuje się miejscem parnym, brzydkim, na wpół zdziczałym. Podoba mi się, jak pokazujesz klimat tego miasta.

Natomiast z rzeczy, których bym się przyczepiła, to nie jestem pewna, czy otwieranie od sceny niechronologicznie ma jakiś specjalny sens. Zwłaszcza że normalnie ta scena wydarza się ledwo rozdział później. Nie wiem po prostu, co ten zabieg wprowadza. Poza tym dziwne jest trochę, jak dokładnie Clay opisuje Zolę, choć ledwo ją zna. Jego słowa sugerują znacznie dłuższą zażyłość.

Nie rozumiem też, czemu Clay, choć dokonał przestępstwa w Irlandii i tam został skazany, został przeniesiony do RPA. Czy to jest gdzieś wytłumaczone, a ja przegapiłam? Albo zostanie? Bo na razie to dla mnie wielki WTF. Nie widzę najmniejszego powodu, by coś takiego robić, zwłaszcza w przypadku osoby, która ma wyraźne problemy psychiczne (w ogóle podobno zostać skazanym na szpital psychiatryczny to milion razy gorzej niż na więzienie, niech więc się Clay cieszy, że gorszej diagnozy nie dostał).
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 04 sierpnia 2017, 13:40

III

Sung Ju
Centrum konferencyjne jest ogromne. Robi iście powalające wrażenie. Park Sung Ju do tej pory uważał się za nowoczesnego, wykształconego człowieka pozbawionego uprzedzeń i wolnego od stereotypów. Wizyta w Johannesburgu sprawiła, że został zmuszony do zrewidowania tej opinii.
Teoretycznie zdawał sobie sprawę, że państwa Afryki rozwijają się prężnie, zwłaszcza odkąd kontynent stał się centrum nowoczesnej energetyki, jednak gdzieś tam, na dnie jego umysłu pokutowało przeświadczenie o kulturowym i cywilizacyjnym zacofaniu mieszkańców tej części świata. Nie spodziewał się może, że konferencję zorganizowano w lepiance wioskowego szamana, ale to centrum... To centrum dosłownie zwaliło go z nóg.
Wielkie, zaprojektowane z rozmachem i futurystyczną wizją, oglądane z zewnątrz przywodzi na myśl jakiś niezidentyfikowany obiekt z innej planety. Myślałby kto, że wewnątrz można spodziewać się skomplikowanych mechanizmów, zdolnych sprawić, że gigantyczna, nieregularna, stalowo-szklana bryła uniesie się nad ziemię i poleci w kosmos, gdzie jej miejsce. Mechanizmów jednak wewnątrz nie ma. Są za to dzieła sztuki nowoczesnej na tych ścianach, które akurat nie są szklane, i lśniące automaty z kawą na korytarzach. Oraz dywan. Gruby miękki, granatowy dywan w bladożółty, delikatny wzór.
Tenże wzór Sung Ju ma okazję właśnie podziwiać. Z bardzo bliska.
- Panie Park, doprawdy...! - Profesor Katlego Manyisa wygląda, jakby nie mógł zdecydować, czy jest bardziej zirytowany, czy zakłopotany i czy wolałby nie przyznać się do fajtłapowatego asystenta, czy raczej pomóc mu jak najszybciej wstać ze środka korytarza i zakończyć tę żenującą scenę.
- P... przepraszam! Ja... potknąłem się! - Sung Ju wstaje niezdarnie, zaczerwieniony po same uszy.
- Trudno było nie zauważyć - sarka z przyganą profesor. - Na prostej drodze! Na oczach tych wszystkich... - urywa, bowiem tak się akurat składa, że na korytarzu prócz nich nie ma nikogo. - No, nieważne. Proszę na przyszłość bardziej uważać.
- Do... dobrze!
- I nie jąkać się, doprawdy! Niebawem broni pan rozprawę doktorską. Wypadałoby nabrać nieco powagi.
- Do... dobrze!
Profesor z rezygnacją kręci głową, ale nie odzywa się więcej.
Przechodzą do części hotelowej i znajdują swoje pokoje. Sung Ju spłoszonym wzrokiem zerka na otrzymaną od recepcjonisty kartę. Spodziewa się, że należy ją gdzieś przyłożyć, by otworzyć drzwi. Czuje uderzenie gorąca, sygnał nadchodzącego ataku paniki. Nie żeby nie miał do tej pory do czynienia z kartami magnetycznymi. Po prostu znalezienie się w nowym otoczeniu zawsze tak na niego działa.
„Niebawem broni pan rozprawę doktorską”, gdera w jego głowie głos profesora Manyisy. „Wypadałoby nabrać nieco powagi.” Oddycha głęboko i bierze się w garść. To tylko konferencja, taka, jak wszystkie konferencje, w jakich uczestniczył do tej pory. A to tylko karta magnetyczna, taka, jak wszystkie karty, którymi się wcześniej posługiwał.
- Nie wchodzi pan? - pyta profesor, stojąc już w progu swojego pokoju.
- Wchodzę – odpowiada Sung Ju i tylko on wie, ile wysiłku kosztuje go powstrzymanie się od zająknięcia.
Dostrzega miejsce, do którego musi przyłożyć kartę i wreszcie pokój staje przed nim otworem. Sung Ju wślizguje się pospiesznie do środka, zamyka za sobą drzwi. Zostawia walizkę na środku, po czym pada na na łózko.
Nareszcie sam!
Uspokaja oddech.
Naprawdę nie ma się przecież czym denerwować, tłumaczy sobie, jak zwykle bezskutecznie. Odkąd dowiedział się, że władze jego uczelni uznały go za osobę odpowiednią do udziału w międzynarodowej konferencji w Johannesburgu, dotyczącej nowoczesnych źródeł energii, dotarło do niego, że chyba jednak faktycznie ma problem ze stresem.
Rok poprzedzający wyjazd pamięta jak przez mgłę. Poproszono go, by w ramach programu międzynarodowej współpracy został asystentem południowoafrykańskiego profesora, którego nie spotkał nigdy wcześniej. Komunikując się wirtualnie wymienili dokumenty i wyniki badań, omówili najważniejsze aspekty projektu i opracowali treść wystąpienia.
Katlego Manyisa nie zrobił na młodym Koreańczyku najlepszego wrażenia i zdaje się, że vice versa. Sung Ju uważał profesora za zmanierowanego karierowicza, w dodatku opresyjnego. Profesor natomiast nieustannie krytykował bojaźliwość nowego asystenta, stresując go tym samym jeszcze bardziej. Takim sposobem koło się zamykało.
Wszystko to – wizja wyjazdu do dalekiego i egzotycznego kraju, współpraca z zupełnie obcym człowiekiem i wzajemny brak sympatii sprawiły, że Sung Ju od miesięcy był kłębkiem nerwów. Przez cały czas powtarzał sobie, że to dla niego wielka szansa, jednak teraz, po przybyciu do Johannesburga, nie ma już co do tego pewności.
- Pierdolę taką szansę! - mówi głośno do sufitu.
Nie od dzisiaj podejrzewa, że stary dziadyga przypisze sobie wszelkie zasługi. O ile w ogóle będzie można mówić o jakichkolwiek zasługach. Sung Ju od początku całe to wystąpienie uważał za jakąś farsę. „Korzyści płynące ze stosowania nowoczesnych źródeł energii”. Poważnie? Ktoś faktycznie zgodził się na coś takiego? On sam nie zatwierdziłby tego tematu nawet w ramach pracy zaliczeniowej na pierwszym roku. Odesłałby studenta z poleceniem, by wykazał się choć odrobiną kreatywności. Ale widocznie na międzynarodowej konferencji kreatywność nie jest konieczna. Patrząc na tytuły innych wystąpień, można by wręcz stwierdzić, że jest niepożądana.
Długie miesiące przygotowań, mnóstwo pieniędzy, kontrowersje, szum medialny i wszystko po to, by dojść do wniosku, że wspaniale jest nie zanieczyszczać środowiska.
Sung Ju doskonale wie, jak trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego o nowym źródle energii. Zdaje sobie sprawę, że rządy kilku państw afrykańskich trzymają łapę na tej technologii i wcale nie są chętne, by się dzielić swoimi sekretami. Jednocześnie, zamierzając wprowadzić to rozwiązanie na szerszą skalę, nie powinno się robić z tego tajemnicy. Ludzie chcą wiedzieć i o wiedzę prędzej czy później się upomną.
Johannesburg został wybrany miastem testowym. Mieszkańcy, godząc się na powszechne wprowadzenie „duchów”, zgodzili się w istocie na udział w eksperymencie. Przez jakiś czas mogło to funkcjonować w ten sposób, ale przecież kiedyś będzie trzeba podać jakieś informacje do powszechnej wiadomości. Już teraz wszak odzywają się – i to bynajmniej nie cicho – głosy na temat domniemanych zagrożeń, które niesie ze sobą tajemnicza innowacja. Należy jak najszybciej uspokoić ludzi albo udowadniając, że „duchy” są bezpieczne, albo ciskając w diabły związane z nimi eksperymenty. Przeciągnie niepewności nie mogło skończyć się inaczej, jak tylko zamieszkami. Albo i czymś gorszym.
Sung Ju odkąd tylko został przyjęty na uczelnię, starał się dociec natury „duchów”. Pisał podania o udostępnienie wyników badań, o dostęp do laboratoriów, czy jak tam inaczej zwać miejsca, w których tworzy się „duchy”. Odmawiano mu, co prawda, ale z czasem nawiązał cenne kontakty, sformułował hipotezy, nawet zaprojektował własne narzędzia badawcze, które miały mu pomóc w przyszłości uzyskać rodzaj energii zbliżonej do tego, co zwano „duchami”. W miarę swoich możliwości negocjował ujawnienie nowej technologii, pisał zaangażowane artykuły, a teraz nagle miał na międzynarodowym forum przyznać, że wszystko, co go interesuje, wszystko, o co walczył, to sprawy drugorzędne? Że liczy się tylko to, co widać na pierwszy rzut oka, czyli brak dymiących kominów?
Tuż po nawiązaniu znajomości z profesorem, zaproponował mu nawet kilka tematów, stary pierdziel uznał je jednak za nieprzystające do charakteru konferencji. Sung Ju niechętnie godził więc się z myślą, że jego „życiowa szansa” to w istocie uczestnictwo nie tyle w spotkaniu na szczycie, co w bankiecie organizowanym przez znajomych dla znajomych i znajomych znajomych. Oraz ich fajtłapowatych asystentów, zabieranych chyba tylko dla kamuflażu.
Wreszcie, nie bez trudu, odrywa się od ponurych myśli i wstaje z łóżka. Za pół godziny jest umówiony z profesorem w barze, dochodzi więc do rozsądnego wniosku, że warto byłoby się przed wyjściem odświeżyć. I zażyć coś na nerwy.

Bar umiejscowiony jest na najwyższym piętrze budynku. Rozciąga się stąd wspaniały widok na skąpane w słońcu miasto. Nocą musi to wyglądać jeszcze bardziej imponująco, myśli Sung Ju. Dostrzega profesora przy stoliku tuż koło szklanej ściany. Choć jego przymusowy mentor nie ma zbyt imponujących gabarytów, zajmuje całą kanapę. Wybrał miejsce przeznaczone dla większej liczby osób, mimo że ich jest przecież tylko dwóch. Cały Manyisa, wzdycha w duchu Sung Ju. Nieważne, że może jakaś grupa nie będzie miała gdzie usiąść. Ważne, że on wygodnie usadził tyłek.
- Panie Park, nareszcie! Już myślałem, że się pan zgubił. - Z tonu profesora trudno wywnioskować, czy mówi poważnie, czy się wyśmiewa, ale Sung Ju zna go już trochę i na dziewięćdziesiąt procent obstawia drugą opcję. Chętnie odpowiedziałby coś błyskotliwego. Ba, ma już nawet tę odpowiedź na końcu języka. I tam też ona pozostaje.
- Nie, na szczęście nie – odpowiada, jakby nigdy nic. - Droga jest prosta. Chociaż budynek faktycznie dość duży. Lepiej uważać.
Manyisa wybucha wymuszonym śmiechem i chce powiedzieć coś w swoim mniemaniu bardzo dowcipnego. Sung Ju nie ma ochoty tego słuchać.
- Do... dobrze, więc skoro jestem, to może zaczniemy... - odzywa się pospiesznie.
Rozkładają na stoliku wszystkie materiały, profesor wyjmuje laptop i, po raz tysięczny chyba, przeglądają prezentację. Sung Ju zna tekst wystąpienia na pamięć. I to nie tylko własne, nieliczne i boleśnie okrojone, fragmenty.
Manyisa deklamuje z emfazą, powtarza te swoje uwagi, które, nawet wygłoszone po raz pierwszy, nie były szczególnie odkrywcze, teraz natomiast sprawiają już tylko wrażenie bezmyślnie klepanych frazesów. „Ogromna szansa”, „milowy krok naprzód”, „rozwój, postęp”. Bla bla bla.
- Panie Park! Czy pan mnie w ogóle słucha?
- Ta... tak! Oczywiście.
Profesor piorunuje go wzrokiem.
- Podsumowując, rzec należy, iż nowoczesne technologie i upowszechnienie się nowych źródeł energii otwiera przed całą ludzkością szereg nowych...
- ... możliwości. Tak. Prze... przepraszam. Toaleta.
Sung Ju wstaje od stolika, czując nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej i jeszcze bardziej nieprzyjemne spojrzenie profesora na plecach. Powstrzymuje się przed zerknięciem przez ramię i posłaniem Manyisie przepraszającego uśmiechu. Przechodzi przez niemal pustą o tak wczesnej godzinie salę barową i kieruje się w stronę łazienki. Otwiera ciężkie drzwi, wchodzi do środka. W toalecie jest czysto, pachnie odświeżaczem powietrza i środkiem do mycia podłóg. Wszechobecna biel z nielicznymi kolorowymi akcentami koi skołatane nerwy Sung Ju. Mężczyzna opiera się o umywalkę. Bardzo stara się nie patrzeć w lustro. Odkręca wodę, płucze twarz.
Jest źle. Znacznie gorzej niż się spodziewał. Jeśli tak fatalnie reaguje teraz, co będzie podczas wystąpienia?
- Och. Dzień dobry – słyszy za sobą nagle. - Co pan tu robi? Radzę przyjść wieczorem, gdy bar się zapełni. Zrobi pan większe wrażenie
- W... wrażenie? - powtarza głupio i odwraca się. - Jakie wrażenie?
Niebrzydka blondynka, stojąca w drzwiach, prowadzących do toalet, uśmiecha się krzywo.
- Damska – mówi dobitnie. - To damska toaleta. Przepraszam, czy pan się dobrze czuje?
Sung Ju zaciska dłonie na umywalce. Jest blady, oddycha z trudem.
- Nie wiem – mówi zgodnie z prawdą.
Kobieta nie wydaje się przestraszona, ani zaaferowana, ale nie ma też chyba zamiaru odejść. Sung Ju wolałby, żeby go zostawiła, ale nie wie, jak jej to powiedzieć.
- Przepraszam – mamrocze tylko. - Pomyliłem drzwi.
- Źle pan wygląda. Jest pan chory?
- Nie wiem... Nie. To znaczy...
- Odprowadzę pana do Centrum Pomocy Medycznej – przerywa zdecydowanie blondynka i chwyta go pod ramię. - Nie byłoby dobrze, gdyby pan tutaj zemdlał. Czułabym się nieco zdeprymowana. Tak sądzę. Chociaż nie jestem pewna. Nikt nigdy przy mnie nie mdlał. Mógłby pan być pierwszy. Ale może lepiej nie.
Sung Ju nie ma siły, by protestować, gdy nieznajoma ciągnie go w stronę drzwi. Zresztą w duchu przyznaje jej rację. Może lepiej nie mdleć. Może lepiej nie...
Czuje, że zaczyna odpływać, jednak nagła myśl przywraca go do przytomności skuteczniej, niż mogłyby to zrobić jakiekolwiek sole trzeźwiące.
Profesor!
Przecież on tam czeka!
Do Sung Ju dociera wreszcie, jak w oczach starego będzie wyglądać cała sytuacja. Asystent przerwał rozmowę tak nagle, w pospiechu udał się do toalety, z której za chwilę wyjdzie w towarzystwie ładnej dziewczyny. Manyisa gotów sobie pomyśleć... coś. Coś nieodpowiedniego... Coś...
- Nie! - mówi Sung Ju i zatrzymuje się nagle. - Nie! To znaczy... Bardzo pani dziękuję, ale chyba czuję się już lepiej. Tak. Zdecydowanie.
- Proszę sobie nie żartować. Wygląda pan okropnie. Weźmie pan umrze i co ja zrobię?
Nie, to się nie dzieje naprawdę. To się nie może dziać naprawdę. Nikt nie powiedziałby czegoś podobnego. To halucynacje ze zdenerwowania. Nie ma innej możliwości.
- Dlaczego miałbym umrzeć? - pyta słabo.
- A bo ja wiem?
Wychodzą razem z łazienki. Sung Ju od razu dostrzega profesora. Siedzi rozparty chyba jeszcze bardziej, niż na początku, o ile to w ogóle możliwe, i nerwowo bębni palcami w stolik. Pojawiła się też przed nim filiżanka parującej kawy.
- Przepraszam panią – próbuje Koreańczyk raz jeszcze. - Przepraszam za kłopot. Nie chciałbym zabierać czasu. Naprawdę czuję się już lepiej. Mam tu spotkanie...
- Tak, wiem – przerywa nieznajoma. - Widziałam pana wcześniej.
- Więc rozumie pani, że muszę wracać...
- Nie, nie musi pan. Jest pan chory. Pański partner na pewno to zrozumie.
Sung Ju szczerze wątpi. Jednocześnie chwila odpoczynku w centrum pomocy medycznej to bardzo kusząca opcja. Może nawet coś na uspokojenie? Może coś mocniejszego, niż jego ziołowe tabletki, które od dawna już nie działają, zakładając, że działały kiedykolwiek?
Ostatecznie poddaje się.
- Dobrze – mówi i wzdycha ciężko. - Chyba ma pani rację.
- A pewnie, że mam – odpowiada nieznajoma obojętnie.
Manyisa faktycznie nie jest zachwycony, gdy jego asystent oznajmia mu, że poczuł się źle i potrzebuje chwili odpoczynku, ale przecież nie może zakazać mu skorzystania z pomocy medycznej. Aczkolwiek jego mina mówi wyraźnie, że gdyby mógł, na pewno by zakazał. Jednocześnie zezuje podejrzliwie na czekającą nieopodal blondynkę.
- To ona będzie pana... leczyć, panie Park? - pyta złośliwie.
- P... profesorze! Proszę bez takich... bez insynuacji! Ona mi tylko pomogła, gdy zasłabłem. A teraz przepraszam, muszę...
- Tak, tak, proszę iść – mówi kwaśno profesor. - Proszę się doprowadzić do porządku przed wieczorną inauguracją. Proszę się może wreszcie w ogóle doprowadzić do porządku, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. Dorosły człowiek, intelektualista... Ten świat to już naprawdę...
Dalszego ciągu tyrady Sung Ju nie słyszy. Odwraca się i odchodzi. Nieznajoma czeka na niego przy prowadzących na dół schodach.
- W porządku? - pyta odruchowo.
- Tak – Sung Ju czuje, że się czerwieni. Perspektywa spędzenia najbliższego czasu z dala od antypatycznego profesora przywraca mu zdolność jasnej oceny sytuacji. A sytuacja prezentuje się tak, że oto został sam na sam z naprawdę atrakcyjną obcą kobietą, która z niezrozumiałego powodu wykazuje nim jakiś rodzaj zainteresowania.
A to oznacza, że trzeba się ewakuować. Szybko. I daleko.
- Dziękuję – mamrocze. - Dziękuję za wszystko. Ja już... Dalej sobie poradzę. Dziękuję. Przepraszam. Ja...
Nieznajoma patrzy na niego wzrokiem, w którym ironia miesza się z pobłażliwością i czymś na kształt ostrożnego zaciekawienia.
- Trafi pan? - pyta takim tonem, jakby znała odpowiedź.
- Ta... Nie – przyznaje Sung Ju. Prawdopodobnie gdyby zajrzał w plan kompleksu i kilka razy spytał o drogę, w końcu by trafił, ale mogłoby to naprawdę długo potrwać.
Kobieta uśmiecha się.
- Zaprowadzę pana – mówi. - Jest pan w stanie iść? Tak? Świetnie. Proszę za mną.
Nieznajoma prowadzi pewnie, choć kompleks budynek jest rozległy, a sieć korytarzy skomplikowana. Nie wyjmuje podręcznej mapki, którą każdy z gości centrum konferencyjnego otrzymywał w recepcji, ani razu też nie zatrzymuje się w punkcie informacyjnym.
- Była tu pani już wcześniej? - pyta Sung Ju i natychmiast rumieni się od nowa, zaskoczony własną śmiałością.
Blondynka, nie zwalniając kroku, mierzy go uważnym spojrzeniem.
- Nie – odpowiada w końcu. - Nie byłam. Co miałabym tu robić?
- A dziś co pani tu robi?
- Nudzę się. Jak zwykle. Ale na szczęście na co dzień mogę się nudzić w mniej przytłaczającej scenerii.
Sung Ju nie odpowiada. Dla niego sceneria wcale nie wydaje się przytłaczająca. Imponująca, owszem, ale nie przytłaczająca. Wygoda i anonimowość to jego ulubione połączenie. W bankach, urzędach i poczekalniach prywatnych przychodni lekarskich czuje się zwykle lepiej i swobodniej, niż w mieszkaniach swoich przyjaciół. Ba, lepiej i swobodniej, niż w swoim własnym mieszkaniu, czy gabinecie na wydziale. W przestrzeni prywatnej, bądź naznaczonej osobistą aktywnością - cudzą, lub własną - jest mu jakoś nieswojo. Inaczej w miejscach, do których można po prostu wejść, nie tłumacząc się nikomu przejrzeć rozłożone na stolikach czasopisma, rozsiąść się w prostych, wygodnych fotelach, przeznaczonych dla wszystkich i dla nikogo, kupić kawę w automacie i cieszyć się anonimowością.
Nie sądzi, by potrafił wytłumaczyć to tej kobiecie.
Zresztą nie ma już czasu, bo oto dochodzą do dwuskrzydłowych drzwi, oznaczonych jako wejście do Centrum Pomocy Medycznej. Hall nie różni się zbytnio od korytarza, którym tu przyszli, ani w ogóle od wszystkich innych korytarzy w kompleksie. Za lśniącym kontuarem po prawej stronie siedzi dyspozytorka, zadbana Afrykanka w średnim wieku. Wita ich profesjonalnym uśmiechem.
Dziewczyna – Sung Ju orientuje się, że nie zapytał jej nawet o imię, nie mówiąc już o tym, że nie podał własnego – pokrótce przedstawia sprawę. Ten oto młody mężczyzna, który przyjechał na konferencję zasłabł nagle i...
Zaraz, chwila!
- Skąd pani wiedziała, że przyjechałem na konferencję? – pyta Koreańczyk, gdy pokierowani przez dyspozytorkę zmierzają do gabinetu lekarskiego. - Przecież o tym nie wspomniałem.
Kobieta patrzy na niego dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy zapytał, czy już tu kiedyś była.
- To centrum konferencyjne – odpowiada. - Na co miał pan przyjechać? Na ryby?
Sung Ju nie wie, co na to odpowiedzieć, nie odpowiada zatem nic. Na szczęście właśnie stają przed drzwiami wskazanego gabinetu, nie ma więc czasu na kontynuowanie tematu.
- No, to oddaję pana w dobre ręce. Mam nadzieję, że w dobre – mówi nieznajoma. - Proszę odpocząć, dojść do siebie i widzimy się później.
Nie czekając na reakcję odchodzi szybkim krokiem. Sung Ju wpatruje się w jej plecy i majtający na boki blond kucyk. Dziewczyna, jakby czując na sobie jego spojrzenie, unosi rękę, macha krótko, nie odwraca się jednak.
Widzimy się później.
Czyli ona też przyjechała na konferencję. W sumie... To centrum konferencyjne. Na co miałaby przyjechać?
To znaczy, że będzie jeszcze okazja, by zapytać ją o imię.
Sung Ju uśmiecha się pod nosem i znacznie energiczniej, niżby się tego po sobie spodziewał, puka do drzwi gabinetu.
Lekarz jest chudym, przygarbionym białym mężczyzną i wygląda, jak stereotypowy psychiatra – rzadka kozia broda, zmierzwione włosy i okulary w drucianej oprawce oraz nieskazitelnie biały, acz wyraźnie przyduży kitel. Taki wizerunek sprawia, że już od pierwszej chwili trudno traktować go poważnie.
- Dzień dobry - mamrocze medyk pod nosem. - Co sprowadza?
Sung Ju momentalnie zapomina, że jest w supernowoczesnym centrum konferencyjnym. Czuje się, jakby znowu miał dziewiętnaście lat i po raz pierwszy wizytował przychodnię studencką. W jednej chwili znika gdzieś cała ta otoczka, którą nieznajoma blondynka uznała za przytłaczającą. Stojący przed nim człowiek nie pasuje do tego miejsca tak bardzo, jak to tylko możliwe. Nie ma w nim cienia urzędowej, profesjonalnej, neutralnej uprzejmości, przejawianej przez wszystkich pracowników centrum, których Sung Ju do tej pory spotkał. Jest to bardziej, niż oczywiste, mimo że lekarz wypowiedział zaledwie kilka słów.
Sung Ju wcale nie jest z tego zadowolony. Nigdy nie widział nic złego w urzędowej, profesjonalnej, neutralnej uprzejmości.
- Dzień dobry – mówi niepewnie. - Park Sung Ju. - Pokazuje identyfikator, ale lekarz w ogóle na niego nie patrzy. - Ja... zasłabłem. Chyba. No, coś takiego.
- Proszę usiąść – lekarz wskazuje zwykłe, twarde krzesło, tak różne od wszechobecnych tu zapraszająco miękkich foteli.
Sung Ju siada.
- Chyba... chyba mam problemy ze stresem – mówi w końcu, gdy lekarz nie odzywa się przez dłuższą chwilę.
Uświadamia sobie, że dlatego właśnie nie lubi tego rodzaju ludzi. Z tymi, którzy wygłaszają uprzejme, urzędowe formułki jest prościej. Wiadomo, jak przebiegnie interakcja, wiadomo, czego się spodziewać. Ta przewidywalność go uspokaja. A z takimi... ekscentrykami nigdy nic nie wiadomo. Wysilają się, stosują swoje ekwilibrystyczne wybiegi i po co? Po co? Co chcą udowodnić i komu? Przecież on tu przyszedł tylko po prochy.
Jedna mała pigułka szczęścia i sobie pójdę, myśli. Nie kombinuj, człowieku. Oszczędzaj siły na kogoś, kogo bawią twoje psychologiczne gierki.
Lekarz patrzy na niego zmęczonym wzrokiem.
- Potrzebne mi coś na uspokojenie – mówi wprost Sung Ju. - Coś na... lepsze samopoczucie.
Medyk uśmiecha się smutno.
- To nowoczesna placówka – mówi sucho. - Nie karmimy psychotropami każdego młodego człowieka, którego zżerają nerwy przed publicznym wystąpieniem.
- Nie? - Sung Ju nawet nie ukrywa rozczarowania.
- Nie.
- Co w takim razie robicie? Z tym młodym człowiekiem, którego zżerają...
- Przydzielamy mu coacha.
- Co? Kołczan?
- Coacha. Osobistego trenera.
Sung Ju wzdycha ciężko, albowiem zdecydowanie wolałby kołczan.
- Ja się nie boję wystąpienia! - mówi zirytowany. - Ja się boję...
Milknie, bo naprawdę nie przychodzi mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć, a co nie zabrzmiałoby głupio.
Ludzi? Świata? Wszystkiego?
- Tak? - Doktor demonstracyjnie zmienia się w słuch. - Czego?
- A daj mi pan spokój! - wybucha Sung Ju, niespodziewanie nawet dla samego siebie. - Chciałem coś na nerwy, a wysłali mnie do psychiatry, jak jakiegoś...
- Nie jestem psychiatrą – mówi lekarz, jakby lekko urażony. - Jestem neurologiem. Pańska przyjaciółka wyjaśniła w recepcji, że zasłabł pan w wyniku stresu.
- Tak? - Sung Ju nie może sobie niczego takiego przypomnieć, ale faktem też jest, że nie słuchał zbyt uważnie.
- Tak – potwierdza lekarz. - Dlatego, owszem, zaraz wykonam wszystkie niezbędne badania, ale podejrzewam, że nie znajdę większych zmian somatycznych. Potrzebuje pan... może jeszcze nie terapii, ale już... pomocy. Dlatego przydzielimy panu...
- Kołczan.
- ... coacha – kończy spokojnie lekarz, jakby mu nie przerwano.
Sung Ju przysięga sobie w myśli, że jak spotka tę miłą i pomocną blondynkę, która go tu przyprowadziła, niezwłocznie ukręci jej łeb.
Badania przebiegają bez żadnych problemów. Sprzęt medyczny jest lśniący i nowoczesny, jak wszystko w tym centrum – z wyjątkiem lekarza. Komputery analizują dane i emanują radosnym optymizmem. Wszystko w porządku, panie Park! To nie rak, nie choroba wieńcowa, ani epilepsja. Nie gruźlica, dżuma, kiła, ani nawet trąd. Jest pan okazem zdrowia, panie Park! Komputery mrugają zielonymi lampkami. Tylko po prostu jest pan nienormalny! Ma pan problemy z głową i jest pan znerwicowanym, zestresowanym świrem, panie Park! Ale proszę się nie martwić, to się zdarza! I są na to sposoby! Zaraz pana naprostujemy, tylko proszę skorzystać z oczyszczającej rozmowy z osobistym trenerem! Tak pana wytrenuje, że sam pan siebie nie pozna, panie Park!
- Wygląda na to, że jest pan zdrowy – doktor podsumowuje odkrywczo radosne piski komputera. - Czyli to jedynie zwykły stres, który można opanować za pomocą...
- ... prania mózgu.
- ... współpracy z osobistym trenerem.
Chwilę później przychodzi jedna z asystentek i zabiera skołowanego doktoranta na umysłowe egzorcyzmy. Sung Ju podejrzewa, że cała ta irytująca procedura może być już częścią terapii - tak, tak, zmienię się, poprawię, nie będę się więcej stresował, tylko dajcie mi wreszcie święty spokój.
Po opuszczeniu gabinetu lekarskiego powraca wrażenie uspokajającej anonimowości i uprzejmego profesjonalizmu. Asystentka, która prowadzi go do trenera wygląda jak z okładki. Nic nie mówi, spogląda tylko na niego od czasu do czasu i posyła mu szeroki uśmiech. Korytarz skrzydła, w którym mieści się centrum pomocy medycznej jest pusty, ale przez przeszklone ściany daje się zauważyć, że po innych korytarzach kręci się znacznie więcej ludzi, niż rano, gdy z profesorem dotarli do centrum. No tak. Ostatecznie jest już dobrze po południu. Uczestnicy konferencji zaczynają się zjeżdżać.
Sung Ju ma nadzieję, że zdąży na inaugurację. Profesor chyba obdarłby go ze skóry, gdyby się spóźnił. Dzisiaj miał, co prawda, przemawiać jedynie organizator, a cała reszta imprezy zaplanowana była jako bankiet powitalny i Sung Ju darowałby go sobie bez żalu, ale Manyisa raczej by tego nie zrozumiał. I tak jest pewnie poważnie wściekły.
Doktorant wzdycha ciężko. Jakby na to nie patrzeć, wpadł z deszczu pod rynnę. Miał nadzieję na chwilę odpoczynku od denerwującego profesora, a oto zmierza na spotkanie z jakimś podejrzanym czarodziejem od mózgów. Naprawdę, już nie wiadomo, co gorsze.
Gabinet czarodzieja od mózgów okazuje się zwykłym pokojem, urządzonym bogato, ale ze smakiem. Sung Ju wchodzi do środka z asystentką.
- Proszę usiąść – mówi kobieta i znów się uśmiecha. - Coach za chwilę do pana przyjdzie. Życzy pan sobie kawy? Herbaty? Coś zimnego?
Pomarańczę? Ananasa?
- Nie, dziękuję.
Kobieta kiwa głową i wychodzi, a Sung Ju zostaje sam.
A gdyby tak również wyjść?, myśli nagle. Pójść sobie stąd, tak po prostu? Jest w końcu dorosłym człowiekiem w pełni władz umysłowych. Jeśli nie chce tu być, dlaczego ktokolwiek miałby go zatrzymać?
W końcu udaje mu się przekonać samego siebie. Wstaje z fotela. W tym momencie drzwi otwierają się gwałtownie i staje w nich czarnoskóry mężczyzna tryskający tak nienaturalnym entuzjazmem, że Sung Ju już wie: po pierwsze, że ma wreszcie do czynienia z coachem we własnej osobie, a po drugie – dlaczego nie dają tu pacjentom psychotropów. Po prostu zatrzymują je dla siebie. Niemożliwe, by roztaczać wokół taką aurę, nie będąc na solidnym haju.
Osobisty trener podchodzi sprężystym krokiem i wyciąga do Koreańczyka rękę. Przedstawia się jednym z tych niewymawialnych afrykańskich nazwisk i natychmiast rozpoczyna bełkotliwą przemowę, której sensu Sung Ju nie jest w stanie wychwycić, choć bardzo się stara. Od pewnego momentu jednak starać się przestaje, zaczyna za to liczyć, ile razy w monologu pada słowo „motywacja”.
Piętnaście.
Od momentu, w którym zaczął liczyć. Od początku pewne ze czterdzieści.
- Z moją motywacją jest wszystko w porządku – mówi cicho, ale zaskakująco pewnie, gdy koszmarny trener milknie, najwyraźniej oczekując na jakąś reakcję. Chce dodać, że właściwie niewiele zrozumiał z tej podniosłej przemowy, która miała uleczyć jego duszę, ale powstrzymuje się. A nuż ten czubek uzna za konieczne ją powtórzyć. - Tak naprawdę, to chciałbym już pójść. Dzisiaj niespodziewanie musiałem przerwać ważne spotkanie. Powinienem nadrobić stracony czas jak najszybciej.
Trener uradowany wykrzykuje coś o zarządzaniu czasem, cokolwiek to znaczy, ale Sung Ju już go nie słucha.
- Dziękuję za pomoc – mówi i otwiera drzwi. - Do widzenia.
Na korytarzu dociera do niego, że czuje się dziwnie. Coś jest inaczej. Coś się zmieniło.
Stres, zauważa w końcu.
Albo raczej jego brak.
Sung Ju czuje się pewnie i spokojnie. Tak pewnie i spokojnie nie czuł się już dawno. Jest jednak przekonany, że nie ma to nic wspólnego z odbytym przed chwilą terapeutycznym spotkaniem.
A może ma?
Ostatecznie znalazł siłę, by stamtąd wyjść, nie dać się zalać motywacyjną gadką i wciągnąć w psychologiczne sztuczki, których tak bardzo nienawidzi.
Mija dyspozytorkę. Kobieta znów uśmiecha się do niego tym uroczym uśmiechem, który nie oznacza zupełnie nic i popycha skrzydło drzwi.
W tej chwili ktoś wpada na niego w pełnym pędzie.
- O... ojej – wyrywa się dziewczynie, gdy próbuje złapać równowagę.
Sun Ju sprawdza odruchowo, czy nie rozkwasiła mu czołem nosa. Dopiero po chwili spogląda na nią.
To ona. Blondynka z łazienki.
Sun Ju przypomina sobie, że miał jej przecież ukręcić łeb. To chyba jednak będzie musiało poczekać.
Dziewczyna jest wyjątkowo zaaferowana. Oczy ma wytrzeszczone, dyszy ciężko, próbuje uspokoić się, złapać i zatrzymać w płucach ilość powietrza konieczną do wydobycia z siebie składnego zdania.
- Co się stało? - pyta zdumiony Koreańczyk. - Pani mnie szuka?
Blondynka kiwa głową. W końcu nieco dochodzi do siebie.
- Szukam – mówi z wysiłkiem.
- Ale... po co? Ze mną wszystko w porządku. Widzi pani, właśnie wychodzę...
Przerywa mu, machając ręką w uniwersalnym geście lekceważenia. Sung Ju czuje się nieco urażony. W końcu sama go tu przywlokła, a teraz...
- Musimy porozmawiać – mówi kobieta, niwecząc jego zamiar, by okazać święte oburzenie.
- Co? - pyta, zaskoczony jej poważnym tonem.
- To ważne.
- Ale...
- Nie tutaj. Chodźmy!
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Siemomysła » 07 sierpnia 2017, 19:33

Powiedziałam na SB, ale na ostatnim spotkaniu Sekty ŚKF dotarło do mnie, że powinno się zawsze zostawiać odzew, jak się coś przeczytało, nawet jak się ma do powiedzenia tylko OMG CHCĘ WIĘCEJ TO JEST ZAJEFAJNE to powinno się to powiedzieć. Więc ja właśnie chcę to powiedzieć :bag:
SpoilerShow
Centrum konferencyjne jest ogromne. Robi iście powalające wrażenie. Park Sung Ju do tej pory uważał się za nowoczesnego, wykształconego człowieka pozbawionego uprzedzeń i wolnego od stereotypów. Wizyta w Johannesburgu sprawiła, że został zmuszony do zrewidowania tej opinii.
Teoretycznie zdawał sobie sprawę, że państwa Afryki rozwijają się prężnie, zwłaszcza odkąd kontynent stał się centrum nowoczesnej energetyki, jednak gdzieś tam, na dnie jego umysłu pokutowało przeświadczenie o kulturowym i cywilizacyjnym zacofaniu mieszkańców tej części świata. Nie spodziewał się może, że konferencję zorganizowano w lepiance wioskowego szamana, ale to centrum... To centrum dosłownie zwaliło go z nóg.
Wielkie, zaprojektowane z rozmachem i futurystyczną wizją, oglądane z zewnątrz przywodzi na myśl jakiś niezidentyfikowany obiekt z innej planety. Myślałby kto, że wewnątrz można spodziewać się skomplikowanych mechanizmów, zdolnych sprawić, że gigantyczna, nieregularna, stalowo-szklana bryła uniesie się nad ziemię i poleci w kosmos, gdzie jej miejsce. Mechanizmów jednak wewnątrz nie ma. Są za to dzieła sztuki nowoczesnej na tych ścianach, które akurat nie są szklane, i lśniące automaty z kawą na korytarzach. Oraz dywan. Gruby miękki, granatowy dywan w bladożółty, delikatny wzór.
Tenże wzór Sung Ju ma okazję właśnie podziwiać. Z bardzo bliska.
- Panie Park, doprawdy...! - Profesor Katlego Manyisa wygląda, jakby nie mógł zdecydować, czy jest bardziej zirytowany, czy zakłopotany i czy wolałby nie przyznać się do fajtłapowatego asystenta, czy raczej pomóc mu jak najszybciej wstać ze środka korytarza i zakończyć tę żenującą scenę.
- P... przepraszam! Ja... potknąłem się! - Sung Ju wstaje niezdarnie, zaczerwieniony po same uszy.
Ten fragment jest genialny! To przejście od ogółu do szczegółu <3 mamy opis, BOSZ, JESTEŚ GENIALNA W EKSPOZYCJĘ. Tak. Wiosno. Naprawdę, robisz to dobrze. Wielbię.

Ogólnie - świetnie, wiem teraz o co kaman. Wiem, że duchy to tylko tu. Czuję, że sytuacja z psychoterapeutą jest creepy. Chcę wiedzieć więcej. Naprawdę, Wiosno, Ty po prostu pisz. No. Nie że masz pisać szybko i już. Ty pisz w swoim tempie, a ja poczekam, bo naprawdę warto czekać.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Ag. » 08 sierpnia 2017, 23:32

Nowe postaci! Nowe miejsca! Nowa perspektywa! Tyle radości! Naprawdę strasznie mnie ten tekst wciągnął, jeden z lepszych dla mnie na tym forum, tak stylem, jak i treścią (choć zastanawia mnie, czy wcześniejsze wstawki też były w czasie teraźniejszym... jeśli tak, do tej pory nie zwróciłam na to uwagi. Teraz zaś jakoś mnie to denerwuje, choć w sumie bez powodu :bag: )

Generalnie ciekawią mnie ci nowi bohaterowie – Jung Su jest mi zwyczajnie przykro, bo ten poziom social anxiety i stresu jest naprawdę bolesny, w zasadzie nie pozwala mu normalnie funkcjonować... jednocześnie jest tą postacią, której kibicuję, bo chce dowiedzieć się czegoś więcej o duchach, odsłonić ich sekrety, a to jest dokładnie to, co sama chcę wiedzieć, bo tam się jakieś interesujące tajemnice muszą kryć! Niech więc drąży i walczy ze swoją słabością!

Z kolei profesorek... temu bym łeb ukręciła.

Natomiast dziewczyna jakoś do mnie nie przemawia. Sprawia wrażenie, jakby istniała tylko po to, żeby rzucać śmieszne, dziwaczne teksty i żeby czytelnik miał z nich radochę. W ogóle cała ta scena w centrum medycznym jest dziwna i nie wiem zwyczajnie, co mam o tym wszystkim myśleć. Nie bardzo rozumiem, czemu ci lekarze tak się zachowują. Poza tym w tym centrum konferencyjnym mają praktycznie szpital? Mam wrażenie, że na tak kompleksowe badania to powinni Sung Ju jednak odesłać gdzieś indziej. Kto płaci za te badania i użyte maszyny? I to zalecenie coacha? Czy to jest po prostu element świata przedstawionego, którego nie rozumiem? Mam wrażenie, że pacjenta, który zemdlał powinno się jednak potraktować inaczej – nawet jeśli przyczyną omdlenia był stres, a nie choroba, to nie zmienia to faktu, że jego organizm jest osłabiony. Nie wiem, po prostu za bardzo odklejona od rzeczywistości jest dla mnie ta scena.

Teraz troszeczkę łapanki, bo ja zawsze muszę :bag:
Tenże wzór Sung Ju ma okazję właśnie podziwiać. Z bardzo bliska.
Trochę zdradzieckie te zdanie, bo jednak sugeruje jakiś ciekawy zwrot akcji, może ktoś go zaatakował, powalił, coś się dzieje. Bo na początku jest tak spokojnie, zwykły opis, a tu nagłe jebut! Bohater leży na ziemi. Tymczasem on się tylko przewrócił… rozczarowujące.
Wreszcce
Wreszcie.
choć kompleks budynek jest rozległy
Albo kompleks albo budynek.
Jung su przysięga sobie
Su.
Pomarańczę? Ananasa?
Czy to jest cytat z czegoś? Mam wrażenie, że to jest cytat z czegoś.

Naprawdę świetnie mi się ten tekst czyta i czekam na więcej. :)
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Kruffachi » 29 sierpnia 2017, 22:48

Długo się zbierałam do komentarza, chociaż wstawkę przeczytałam tuż po wrzuceniu, a powód jest banalny - podobało mi się i kompletnie nie wiem, co napisać ponad to XD Ale - mimo niesprzyjających okoliczności - spróbuję nieco rozwinąć wypowiedź.

Trochę taka inna ta wstawka i nie tylko przez narrację, ale także przez to, że tu to Twoje charakterystyczne zdystansowanie jakby bardziej leży. Może przez lekkość (przynajmniej pozorną) materiału. Tu nie ma przestępczego świata, morderstw i tym podobnych, chociaż nie byłabym sobą, gdybym nie węszyła w tym pułapki. Ale Sung Ju jakoś tak wszystko to łagodzi, oddala. Sądzę, że taka perspektywa - nawet jeśli to chwilowe - była w tym miejscu potrzebna, bo wcześniejsze rozdziały, a zawłaszcza poprzedni, niosły głównie napięcie, zabierały czytelnika w ciemne, duszne, brzydkie miejsca. Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak ogromne znaczenie ma w odbiorze lokacja, więc takie wygodne centrum kongresowe, nawet jeśli dla samego bohatera stanowi nieustające źródło stresu, to coś w pewien sposób odprężającego. Jest w mojej głowie jasno, jest czysto, jest przestrzeń. Może to sprawia dodatkowo, że problemy Sung Ju są przeze mnie odbierane bardziej komediowo - bo ja mam komfort, bo sobie obserwuję jego biedną głowę z wygodnego miejsca. Tak sądzę. W każdym razie, chichotałam wielokrotnie, a że czytałam w miejscu publicznym, masz na koncie kilka znaczących spojrzeń XD

Jedyne, co do czego mam w tym momencie wątpliwości (ale to też się może zmienić), to ta scena u coacha. Nie wiem po prostu, czy ona ma znaczenie fabularne, czy bardziej służyła ulaniu frustracji - czy raczej nie wiedziałabym tego po samej jej konstrukcji, gdybym nie znała już trochę Twojego pisania. No bo wiem, że u Ciebie nic nie bierze się z powietrza i nic nie prowadzi w próżnię. Wszystko prędzej czy później nabiera znaczenia. Zresztą wydaje mi się, że wskazówkę, co do tego znaczenia, dostajemy już pod koniec fragmentu, w nagłej zmianie samopoczucia Sung Ju. Tak sobie trochę snuję, ale może to ma związek z tymi duchami? Może te duchy to jakieś "kawałki" osobowości? Lęki? To, co ludziom przeszkadza, a taki coach to wyciągnął i przerobił albo przekazał dalej? Dumam sobie. Wątpliwości, o jakich pisałam, powoduje jedynie pewna karykaturalność tej sceny, nie tyle samo spotkanie, bo coaching jednak jest karykaturalny, co to, o czym pisała Ag. - że to pierwszy odruch blondyny. Ale, jeśli jest w tym biznes, to może tak to właśnie w tym świecie jest, że się takie sytuacje wykorzystuje. Zatem piszę, co wzbudziło moją czujność, ale wiedz, że Ci ufam, bo po prostu wiem już, że potrafisz prowadzić intrygi i nie zostawiasz nitek bez zakończeń.

No. Krótko. Dobre to było. O.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ