Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Ziarno prawdy [kontynuowane]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 06 lipca 2016, 11:47

NaNoWriMo 2012. Niektórzy już czytali, inni nie.
Wrzucam bo:
a) chciałabym pokazać tym, co jeszcze nie widzieli, a twierdzą, że mają ochotę,
b) mam zaburzone postrzeganie tego tekstu i bez pomocy zapewne nigdy nie ruszę z pracą nad nim. Jest to NaNo i zapewne aż się roi od nanowych (i nie tylko) grzechów, których sama nie jestem w stanie wyłapać, mimo że redaguję przed wrzuceniem. Za dużo z tym tekstem przeszłam, żeby patrzeć na niego obiektywnie, więc nie ukrywam, że liczę na Was :3
ZIARNO PRAWDY Rozdział I
Czasami w życiu bywa tak, że człowiek budzi się rano w zupełnie obcym miejscu i za diabła nie jest w stanie przypomnieć sobie, jakim cudem się tam znalazł. Sytuacje takie nie są niczym nadzwyczajnym Dla samych zainteresowanych mogą być nieco szokujące, ale zdarzają się powszechnie i w zdecydowanej większości przypadków związane są z nadużyciem poprzedniego wieczora rozmaitych substancji wyskokowych. Danowi tego rodzaju przebudzenie przydarzyło się już kilka razy, więc doskonale wiedział, na czym to polega.
Teraz – dokładnie tak samo, jak w poprzednich przypadkach – rozglądał się dookoła, próbując ustalić, gdzie właściwie jest i jak się tu znalazł. Różnica była taka, że teraz – zupełnie odwrotnie, niż w poprzednich przypadkach – doskonale pamiętał, co robił wczorajszego wieczora i mógł przysiąc na wszystko, co mu drogie (choć prawdę mówiąc nie było tego wiele), że z całą pewnością niczego nie nadużywał, bo najzwyczajniej w świecie nie miał z kim.
Minęły już względnie beztroskie czasy studiów, a wraz z opuszczeniem jakże szacownych murów uniwersytetu zawarte tam przyjaźnie pozrywały się niemal natychmiast. Nikt jakoś nie zabiegał o podtrzymanie kontaktu i nikt do nikogo nie miał o to żalu, jakby tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że to nie może skończyć się inaczej. Dan już od dwóch lat nie rozmawiał z nikim ze studiów, nie licząc kilku kulawych dialogów przy okazji przypadkowych spotkań. Nie, zaprawienie się podłym alkoholem, jak za starych dobrych czasów, nie wchodziło w grę.
Przez półtora roku w pracy także nie dorobił się żadnych przyjaciół. Był jednym z lepszych projektantów awatarów w swojej firmie, jednak jako kolega najwyraźniej się nie sprawdzał. Jego współpracownicy, próbujący z lepszym, lub gorszym skutkiem uchodzić za ludzi oryginalnych i interesujących, uważali go po prostu za beznadziejnego nudziarza. Nie sposób było nie przyznać im odrobiny racji. W świecie, w którym ludzie, z desperacją godną w równym stopniu podziwu i współczucia, robili co się dało, by zadać kłam twierdzeniu, że wszystko już było, Dan wydawał się osobą doszczętne pozbawioną ambicji. Ani myślał średnio pięć razy do roku zmieniać wizerunek na bardziej szokujący, nie uprawiał żadnej formy sztuki, co samo w sobie dyskwalifikowało go, jako osobę atrakcyjną towarzysko, prowadził spokojne życie urzędnika z poprzedniej epoki, a jego aktywność w Sieci ograniczała się jedynie do wypełniania służbowych obowiązków. Obiektywnie patrząc nie było nic niezwykłego w tym, że jego koledzy z pracy nie chcieli upijać się w tak podłym towarzystwie. Resztki godności powstrzymywały Dana przed piciem do lusterka i takim sposobem przez dwa lata niemal zupełnie odzwyczaił się zarówno od alkoholu, jak i od innych używek.
Tym dziwniejszy był więc fakt, że obudził się w miejscu innym, niż jego własne łóżko i w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć jak i kiedy tutaj dotarł. Nie wspominając już o tym, że nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się owo „tutaj” znajdowało i czym było.
Uniósł głowę i spróbował usiąść, poczuł jednak dojmujący chłód i natychmiast opadł z powrotem na posłanie. Bo to, na czym leżał zdecydowanie nie przypominało łóżka, a raczej wyściełane skórami legowisko, on sam zaś przykryty był grubym futrem. Podciągnął je wysoko pod brodę i ograniczył się do dyskretnego zerkania na boki.
Wyglądało na to, że jakimś niepojętym sposobem znalazł się w... lodowej jaskini! Zamknął oczy i policzył powoli do dziecięciu, jednak w niczym mu to nie pomogło.
Lodowa jaskinia! Albo to był świetnie przygotowany dowcip, albo też on sam oszalał już dokumentnie.
Pierwszą opcję należało raczej wykluczyć. Nawet jeśli jego współpracownicy faktycznie byliby zdolni do zakpienia sobie z niego, to zapewne wymyśliliby prostszy sposób i zrobili mu jedno z tych drobnych, aczkolwiek niespodziewanie wrednych, biurowych świństw. Nie potrafił wyobrazić sobie tych ludzi spiskujących miesiącami, jak tu niepostrzeżenie wywieźć go za miasto. I to daleko za miasto, bowiem w mieście ani w jego obrębie, lodowych jaskiń nie było. Nie było nawet zwykłego śniegu, chyba że śniegiem nazwie się burą breję zalegającą na chodnikach w okresach tak zwanej zimy.
Tutaj otaczały go bloki najprawdziwszego, czystego lodu o lekko błękitnawym odcieniu. Dan nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Lód widywał, owszem, ale tylko w postaci kostek w szklance z drinkiem, albo rachitycznych sopli zwisających z dachu, podczas którejś z kolei „zimy stulecia”, kiedy to mróz przypominał sobie, że wypadałoby może chwycić chociaż na chwilę.
Nie, w warunkach miejskich takiego efektu nie dałoby się osiągnąć żadnym sposobem. Jeśli jednak faktycznie wywieziono go daleko za miasto, pozostawało pytanie: jakim cudem? Miał raczej lekki sen i powinien obudzić się, gdyby ktokolwiek próbował wynieść go z łóżka. Powinien obudzić się w trakcie podróży, choćby odbywała się w najbardziej komfortowych warunkach, z tego prostego powodu, że zawsze, absolutnie zawsze budził się w nocy.
Ktoś podał mi środek nasenny, pomyślał z przestrachem. Tylko kiedy?! Szybko przypomniał sobie, co robił poprzedniego dnia. Nic szczególnego. Naprawdę nic szczególnego.
Wstał rano, powlókł się do pracy, wcześniej wypił kawę... Kawa! Niee... Chyba nie była nafaszerowana niczym usypiającym, bo w robocie oczy kleiły mu się dokładnie tak, jak zwykle i ani odrobinę bardziej. W pracy natomiast pił tylko wodę. Automat wypluwał porządne, fabrycznie zakręcane butelki, on zaś niezwłocznie je opróżniał. Nie było kiedy dosypać tam czegokolwiek.
Po pracy poszedł poszukać prezentu dla siostrzenicy na jej jedenaste urodziny, które miały się odbyć następnego dnia. Czyli dzisiaj, pomyślał w przelocie, jednak szybko skierował swoje rozważania na poprzedni tor. Najpierw musi się dowiedzieć, co właściwie zaszło. Urodzinami będzie martwił się potem. Zatem prezent... W dziwnym sklepie ze starociami udało mu się dostać prześliczną książkę z baśniami. Najprawdziwszą papierową książkę! Wydał na nią prawie wszystkie swoje oszczędności. Nie pamiętał, kiedy ostatnio trzymał w ręku tradycyjną książkę. I to w dodatku z obrazkami! No owszem, dokonanie takiego zakupu było faktycznie wydarzeniem niecodziennym i zakłóciło – choć w niezbyt wielkim stopniu – jego życiową monotonię. No ale do cholery, przecież książka go nie uśpiła! Pogawędził trochę ze sprzedawcą staroci – miłym, choć nieco ekscentrycznym mężczyzną, znacznie młodszym, niż mógłby na to wskazywać wykonywany przez niego zawód. Dan wchodząc do sklepu spodziewał się ujrzeć zasuszonego staruszka, pamiętającego czasy Kolonizacji, zdumiał się zatem, gdy za ladą (tak, za najzwyklejszą, niezautomatyzowaną ladą!) ujrzał niewiele od siebie starszego człowieka o półdługich, ciemnych włosach i bardzo jasnej cerze. Facet najwyraźniej nie miewał zbyt wielu klientów, bowiem niezwykle ucieszył się na widok Dana, a po udanej transakcji zaproponował herbatę i chwilę rozmowy.
W tej herbacie teoretycznie mogło coś być, pomyślał Dan bez przekonania. Z jednej strony pasowało jak ulał – złamanie rytmu dnia, tajemniczy sklep, sprzedawca dziwak i herbata z nieznajomym. Ale przecież to nie trzymało się kupy. Skąd sprzedawca staroci mógł wiedzieć, kim w ogóle jest Dan? Jakim sposobem mógł przewidzieć, że odwiedzi akurat jego sklep, skoro sam Dan tego nie wiedział, tylko po prostu zajrzał spontanicznie, wiedziony impulsem? Dlaczego w końcu miałby podawać mu środek usypiający? Zresztą Dan obserwował uważnie cały proces parzenia herbaty. Pamiętał że przyglądał się bardzo dokładnie, gdyż młody sprzedawca przygotowywał napar niemal zapomnianym już tradycyjnym sposobem, przypominającym raczej przedstawienie teatralne, niż zwykłe parzenie napoju. Widział więc wszystko – od zdejmowania z półki ozdobnych filiżanek, przez nalewanie do imbryka wody (na obie herbaty tej samej, więc raczej nie była zatruta), sporządzanie mieszanki suszonych liści, parzenie, aż do momentu, w którym napar był gotowy do picia. Jego rozmówca również pił. Dan był świadkiem, że wysączył wszystko do końca i nie wykazywał żadnych dziwnych objawów.
Zresztą nie wykazywał ich też sam Dan. Wrócił do domu, czując się całkowicie normalnie, podgrzał sobie jakieś gotowe danie kupione wczoraj w automarkecie i zjadł obiadokolację. Popracował trochę, potem próbował zagłębić się w świat interaktywnego serialu kryminalnego, ale nie potrafił skupić się na intrydze i raz po raz naprowadzał detektywa na fałszywe tropy, szybko więc zrezygnował. Wziął kąpiel, zaparzył sobie relaksującą mieszankę ziołową i wlazł pod kołdrę z zamiarem przejrzenia nabytej książki.
Zioła. W ziołach owszem, mógł być środek nasenny, jednak by go tam podrzucić, ktoś musiałby włamać się Danowi do domu, co nie było proste. Dan miał bzika, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Nie żeby trzymał w mieszkaniu jakieś wyjątkowo cenne rzeczy. Nie trzymał ich ani w mieszkaniu, ani nigdzie indziej, bowiem wyjątkowo cennych rzeczy jako takich po prostu nie posiadał. Posiadał za to umiarkowaną paranoję, która pchnęła go do wymiany drzwi na antywłamaniowe i zainstalowania monitoringu, oraz najnowocześniejszych alarmów. Nie słuchał rad siostry, która próbowała wytłumaczyć mu, że takie środki ostrożności sugerują nie wiadomo jakie bogactwa ukryte w środku i stanowią dla złodziei zachętę oraz wyzwanie. Miała rację, do Dana próbowano się włamać już kilka razy, co z pewnością nie zdarzyłoby się, gdyby nie ta wzmożona ochrona. Systemy bezpieczeństwa jednak okazały się niezawodne i Dan był zachwycony. Biorąc to pod uwagę, włamanie należało zatem wykluczyć. A skoro włamania nie było, to środka nasennego w ziołach, czy innych produktach spożywczych oraz chemicznych także być nie mogło.
Wypił napar, przekartkował książkę, zachwycając się jakością papieru, drukiem i wspaniałymi ilustracjami, po czym wyłączył lampę i zasnął szybko, jednakże nie na tyle szybko, by mogło się to wydać podejrzane. Zasnął. I obudził się tutaj.
Nie używał substancji wyskokowych, prawdopodobnie też nie został niczym odurzony. Nic nie wskazywało na uprowadzenie, nie był też w wirtualnej rzeczywistości – to sprawdził na samym początku, a jako specjalista od tworzenia awatarów znal się na VR na tyle, by nie mogło być mowy o pomyłce. Był w świecie rzeczywistym, daleko od domu i w dodatku w piżamie!
Spróbował coś powiedzieć, wezwać kogoś, zawołać pomocy, jednak głos odmówił mu posłuszeństwa. Z jego gardła wyrwał się jedynie żałosny ochrypły skrzek. W głębi jaskini coś się poruszyło, nie mógł jednak dostrzec, co to takiego. Było zbyt zimno, by wstać i rozejrzeć się. Było zbyt zimno, by choćby unieść okrycie. Mróz kąsał bezlitośnie przez każdą szczelinę.
To coś w głębi jaskini poruszyło się znowu.
Może to tylko podmuch wiatru, nieudolnie pocieszał się Dan. No bo przecież to na pewno nie jest żadne dzikie zwierzę. Oczywiście, że nie wychynie stamtąd zaraz z płonącymi ślepiami i wyszczerzonymi zębami i nie zeżre mnie na śniadanie!
Poczuł, że ogarnia go panika. Mało brakowało, a ignorując panujące dookoła lodowate zimno i własne niezbyt stosowne na taką pogodę odzienie, zerwałby się z posłania i pobiegł przez siebie, jednak zreflektował się w ostatniej chwili. Ostatecznie leżał przecież na względnie wygodnym legowisku, przykryty porządnym futrem, a to oznaczało, że ktoś to zajął się nim i zadbał, by nie zamarzł na śmierć. Chyba nie zrobił tego po to, by chwilę później rzucić go na pożarcie dzikim zwierzętom?
- Halo! - zawołał cicho, odzyskując wreszcie panowanie nad głosem w stopniu pozwalającym na w miarę wyraźne artykułowanie słów. - Jest tu ktoś?! Gdzie ja jestem?!
- Och – dobiegł go głos z głębi jaskini. - Obudziłeś się.
- Dobrą chwile temu – mruknął, ale głos nie skomentował. - Chciałbym się dowiedzieć, co tu się dzieje!
- Ja też bym chciał.
Forma gramatyczna użyta przez nieznajomego wskazywała, że Dan miał do czynieni z mężczyzną, jednak gdyby wnioskował z samego tylko brzmienia głosu – zgrzytliwego i świszczącego, nie zdziwiłby się, gdyby jego właścicielką okazała się na przykład stara kobieta.
- Ja też chciałbym się tego dowiedzieć, nie wiem, czy nie bardziej, niż ty – kontynuował głos. - Nie mogę powiedzieć, bym się ciebie spodziewał. A jeszcze dokładniej mówiąc, nie mam pojęcia, kim jesteś oraz jakim sposobem i w jakim celu znalazłeś się w świątyni.
- W jakiej znowu świątyni?! - jęknął Dan zrozpaczony.
Owszem, w mieście było kilka świątyń Kościoła Wielkiego Zjednoczenia, gdyby ktoś potrzebował dać upust uczuciom religijnym, jednak na pewno żadna z nich tak nie wyglądała! Nie podejrzewał też, by Kościół Wielkiego Zjednoczenia wznosił takie przybytki w innych miastach...
- W świątyni Lodu – odparł spokojnie jego rozmówca i podszedł bliżej.
Ciekawość okazała się silniejsza, niż strach przed zimnem i Dan usiadł na posłaniu, by lepiej przyjrzeć się nieznajomemu.
To, co zobaczył sprawiło, że przetarł oczy ze zdumienia, a kiedy to nie pomogło, kilka razy zamrugał intensywnie. Mgliście zdawał sobie sprawę, jak bardzo głupi ma w tej chwili wyraz twarzy, jednak szok zagnał dobre wychowanie w kąt jego jaźni i nie pozwolił dopuścić do głosu myśli, że gapienie się na nieznajomych z wytrzeszczonymi oczami i otwartą japą jest, delikatnie mówiąc, nieuprzejme.
Stojący przed nim... Nie, słowo „człowiek” zupełnie tu nie pasowało. Stojący przed nim stwór był co prawda w przybliżeniu człekokształtny. Miał dwie ręce, dwie nogi i głowę, był jednak niespotykanie wysoki, a jego długie, chude kończyny wydawały się posiadać po kilka nadprogramowych stawów. Pod całkowicie białą skórą wyraźnie odznaczały się niebieskie... chyba żyły, aczkolwiek, o ile Dan się orientował, ich rozmieszczenie nie pokrywało się z budową ludzkiego układu krwionośnego. Niebieskie były też sięgające ramion włosy dziwoląga, wąskie wargi miały natomiast odcień jasnego błękitu. Najdziwniejsze jednak w tej twarzy były oczy – całkowicie czarne, bez białek i tęczówek. Stwór wydawał się także nic sobie nie robić z panującego w jaskini zimna, bowiem za cały strój wystarczało mu coś, co przypominało upięte na ramionach błękitne prześcieradło.
Dan widział w życiu już różnych dziwolągów. W mieście coraz to dziwniejsze subkultury pleniły się w zastraszającym tempie, a ich przedstawiciele prześcigali się w oszpecaniu własnego ciała, jednak z czymś takim nie zetknął się jeszcze nigdy. Jak wielu skomplikowanym operacjom musiał poddać się ten tutaj, by osiągnąć taki efekt?!
- Czym ty... Kim...? - zająknął się.
- Jestem Ilhar, główny kapłan Świątyni Lodu.
- Co to jest Świątynia Lodu? - zapytał Dan, próbując ignorować szokującą powierzchowność swojego rozmówcy.
Ilhar, czy jak mu tam, wysławiał się może nieco dziwnie, wyglądał jeszcze dziwniej, jednak wszystko wskazywało na to, że można się z nim dogadać. Dan postanowił to wykorzystać i zebrać jak najwięcej informacji, zamiast tylko siedzieć z głupią miną. Nie wiadomo, czy kolejna osoba, którą tu spotka, będzie tak samo kontaktowa. Nie wiadomo, czy jeszcze kogokolwiek dane mu będzie spotkać...
- Świątynia Lodu, to Świątynia Lodu – wygłosił odkrywczą myśl kapłan. - Nie wiem, jak inaczej miałbym ci to wytłumaczyć.
Dan nigdy nie słyszał o czymś takim, a tymczasem Ilhar zachowywał się, jakby wiedza na temat Świątyni Lodu była rzeczą najzupełniej naturalną. Nazwa „świątynia” wskazywała na miejsce kultu, aczkolwiek sama idea takiego przybytku kłóciła się z doktryną Kościoła Wielkiego Zjednoczenia. Jeśli rzeczywiście – choć już samo to było nie do pomyślenia – istniała gdzieś w podziemiu odrębna wspólnota religijna, jej członkowie nie powinni mówić o niej w taki sposób.
Zniechęcony idiotyczną odpowiedzią Dan opadł z powrotem na posłanie i otulił się futrem. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo zmarzł przez tę chwilę, w której siedział wyprostowany. Ilhar najwidoczniej zauważył wreszcie, jak bardzo zziębnięty jest jego nieproszony gość, bowiem odwróciwszy się w stronę jednej z wnęk jaskini, zawołał donośnie:
- Ayaka, przynieś, proszę, kombinezon! Najcieplejszy, jaki znajdziesz!
Wyglądało na to, że w lodowej ścianie wydrążony jest korytarz. Z tego właśnie korytarza dobiegł ponury pomruk, mogący równie dobrze oznaczać zgodę, jak i odmowę. Jako że Ilhar pomruku nie skomentował, nie okazał irytacji, ani nie powtórzył prośby, najprawdopodobniej była to jednak zgoda.
- Wygląda na to, że nie masz żadnych właściwości. - Kapłan zwrócił się do Dana, przyglądając mu się uważnie.
- Wypraszam sobie! Może nie jestem szczególnie charakterystyczny, ale to nie jest powód, żeby od razu...
- Nie masz właściwości – przerwał Ilhar, jakby w ogóle nie usłyszał protestu. - Nie wiesz nawet, czym one są, ani czym jest Świątynia Lodu... muszę przyznać, że stanowisz nie lada zagadkę!
- Czyli że ty naprawdę nie wiesz, o co chodzi i co ja tutaj robię? - upewnił się Dan, tracąc powoli resztki rozpaczliwej nadziei, że może to wszystko jest jednak głupim żartem.
- Zapewniam cię, że nie mam najmniejszego pojęcia - mruknął zamyślony kapłan. - Mówisz nieznanym u nas językiem...
- Jak to nieznanym?! - wykrzyknął Dan kompletnie ogłupiały. - Jak to nieznanym, skoro mnie rozumiesz i odpowiadasz?!
Ilhar zbył go machnięciem ręki i odwrócił się w stronę lodowego korytarza.
- Ayaka! - zawołał. - Co z tym kombinezonem?
- Idę już, idę. - Głos był zrzędliwy, naburmuszony i prawdopodobnie należał do kobiety. - Ale żebyś wiedział, że nie podoba mi się to wszystko!
- Wiem. Wspomniałaś. - Ilhar najwyraźniej nie bardzo się przejął.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - naciskała wciąż niewidoczna Ayaka.
- Co masz na myśli mówiąc: „z tym”?! - wtrącił się oburzony Dan, jednak został całkowicie zignorowany.
- Nie wiem jeszcze – powiedział Ilhar. - Najpierw muszę ustalić, co się właściwie stało. Słyszałem już kiedyś o istotach takich, jak on, ale nie sądziłem, by mogły faktycznie istnieć. Jeszcze dzisiaj przewertuję stare zapiski, potem porozmawiam z naszym gościem, może uda nam się coś ustalić- ...
- Jakich znów istotach?! - wrzasnął Dan, zupełnie już nie panując nad sobą. - Nie jestem żadną... istotą! Dlaczego niby nie miałbym faktycznie istnieć?! To ty jesteś dziwolągiem! Nie widzisz, jak wyglądasz?! Powinieneś być w zakładzie dla wariatów! Dajcie mi jakieś ubranie i wypuśćcie mnie stąd! Boję się przebywać z niezrównoważonymi!
Ilhar nieporuszony patrzył w przestrzeń. Nic nie odpowiedział. Zachowywał się, jakby słowa Dana w ogóle do niego nie dotarły. Zareagowała za to Ayaka.
- Jakby to ode mnie zależało, – odezwała się z korytarza – tak bym właśnie zrobiła! Na twoje szczęście to ode mnie nie zależy.
Wychynęła z wnęki i natychmiast, zanim Dan zdążył jej się przyjrzeć, cisnęła w niego dużą paczką. Złapał niezręcznie i zajął się rozwiązywaniem sznurka. Najwyraźniej nikt od dawna nie używał tego kombinezonu, bowiem tobołek wyraźnie śmierdział stęchlizną. Dan nie mógł pozbyć się podejrzenia, że wrogo do niego nastawiona Ayaka wybrała taki specjalnie. Mocował się z nieprawdopodobnie skomplikowanym węzłem, ona tymczasem gderała dalej.
- My cię tu nie zapraszaliśmy – powiedziała. - Dla nas to kłopot, że tu jesteś, ale jak widzisz nie pozwoliliśmy ci zamarznąć , więc może okazałbyś trochę wdzięczności, zamiast się wydzierać!
Ilhar wciąż wyglądał na pogrążonego w myślach i nie zwracał uwagi na tę kłótnię. Dan porzucił na chwilę zmagania z węzłem i podniósł wściekły wzrok na Ayakę.
Tyrada jednak zamarła mu na ustach, gdy spojrzał na stojącą pod lodową ścianą dziewczynę. Chociaż w jej przypadku trudno było mówić o staniu... Już po raz drugi tego dnia gapił się bezczelnie na obcą osobę, tym razem jednak nie odczuł nawet cienia wyrzutów sumienia. Kultura osobista każdego człowieka ma granice i on właśnie do swoich dotarł. Spodziewał się, że towarzyszka stworzenia tak dziwacznego, jak Ilhar nie będzie wyglądała zwyczajnie, ale na coś takiego nie był przygotowany...
- Yyy - y – y... - jęknął mimowolnie, przerażony i zszokowany.
- No i czego?
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że jej skóra miała odcień bladozielony. Brązowe włosy do połowy pleców, mały, kartoflowaty nos, skośne oczy...to były szczegóły, które w tej chwili nawet do niego nie docierały. Nie dziwiło go, że pomimo zimna ubrana była tylko w odsłaniającą pępek zieloną bluzkę bez rękawów. To wszystko było nieważne. W tej chwili próbował zrozumieć tylko jedno – jak to możliwe, że dolną partię ciała dziewczyny stanowił długi, gruby wężowy ogon.

Rozdział II
Miya Stein nie była człowiekiem. Oczywiście identyfikatory miała w najlepszym porządku, pod względem formalnym nie dało się jej niczego zarzucić. Identyfikatory wydawano na podstawie wnikliwego badania lekarskiego, wyglądało więc na to, że i biologicznie wszystko było na swoim miejscu. Te dowody, skądinąd niezbite i niepodważalne, nie były jednak w stanie przekonać Elizy. Według niej Miya Stein nie była człowiekiem i już.
Pracowały razem od kilkunastu miesięcy, jednak nic nie wskazywało na to, by miała się między nimi nawiązać, tak rozsławiona przez opowieści kryminalne, partnerska więź. Stein była chłodna, niedostępna i z wszech miar antypatyczna. Obsesyjnie trzymała się procedur, nie komentowała nawet najdurniejszych rozkazów i nie pozwalała tego robić Elizie. Bez słowa sprzeciwu dawała sobie również wcisnąć najbardziej niewdzięczne sprawy.
Dokładnie tak jak teraz.
- Przestań się gorączkować. - Stein nawet nie podniosła wzroku znad terminala.
- No naprawdę, co by się stało, gdyby chociaż raz ktoś inny wziął najnudniejszą sprawę w sezonie?! Czy od tego ucierpiałaby twoja miłość własna?! Do cholery, jeśli chcesz zostać męczennicą, to nie moim kosztem!
- Przestań się gorączkować. - Wygasiła terminal i wstała. - Chodźmy.
- Nigdy w życiu nie doczekam się przeniesienia do cyberkryminalnych! - kontynuowała Eliza, gdy szły korytarzem w stronę gabinetu naczelnika. - Do emerytury będę tylko Elizą od histeryczek, strażnikiem szczebla niższego średniego, wyspecjalizowanym w fałszywych alarmach, oraz kompresem na zbitą dupę przełożonych, którym nie uśmiecha się reagowanie na bezsensowne wezwania, ale nie mają wyboru! W takich wypadkach wkraczamy my. Dzięki nam nie muszą odrywać od pracy normalnych funkcjonariuszy, zajmujących się poważnymi sprawami!
- Zamknęłaś biuro?
- Stein, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Jeśli nie jesteś pewna, to wróć i sprawdź.
- Zamknęłam pieprzone biuro!
- Nie wyrażaj się.
- Nie wytrzymam! Właśnie próbuje ci uświadomić, że rozpieprzasz mi karierę! Dociera do ciebie w ogóle to, co mówię?!
- Dociera. - Stein maszerowała długimi, równymi krokami, wpatrzona przed siebie i nic najwyraźniej nie robiła sobie z wrzasków partnerki. - Ale te sprawy, których tak nie lubisz, również muszą zostać zbadane.
- To niech zostaną, nie mam nic przeciwko, ale czy koniecznie przez nas?!
- Rozkaz naczelnika.
Eliza przeczuwała już, jak działał mały, acz nadspodziewanie złośliwy móżdżek ich przełożonego. Ten buc, świadomy włazidupstwa Miyi, zwracał się z rozkazami wyłącznie do niej i usłyszawszy swoje upragnione „tak jest!” mógł być rozkosznie spokojny o powodzenie kolejnej idiotycznej „misji”.
Przeczucie to było nader trafne. Naczelnik faktycznie z pełną premedytacją unikał Elizy, która zapewne wykłócałaby się przy każdej możliwej okazji, podtykając mu pod nos obszerne ustępy rozmaitych ustaw, mówiące o prawie do rozwoju i awansu. Wspomniałaby coś o celowym blokowaniu jej kariery, a on ugiąłby się w końcu, bo przecież dziewczyna miała całkowitą rację.
Może i naczelnik bywał czasem chamem i gburem, ale posiadał jeszcze resztkę sumienia i przyparty do muru nie umiałby odmówić. W końcu skierowałby Miyę i Elizę do poważniejszych spraw, tylko że wtedy nie miałby kto zająć się codziennymi zawiadomieniami niskiej i średniej wagi. Nie oszukiwał się. Wiedział, że wśród swoich podwładnych wzbudza respekt – mówiąc łagodnie – raczej umiarkowany, toteż prośbą, groźbą, wrzaskiem i zgoła torturami musiałby nakłaniać za każdym razem inny zespół do łapania wagarowiczów i sprawców drobnych kradzieży materialnych, czy intelektualnych, do szukania zaginionych identyfikatorów oraz odprowadzania do domu dzieci, które zabłądziły w drodze ze szkoły, co w tym mieście zdarzało się wcale często. Dlatego też korzystał skwapliwie z posłuszeństwa Miyi Stein, a Elizę starał się widywać tak rzadko, jak to tylko było możliwe.
- No i po co? - dopytywała Eliza, chociaż nie liczyła, że Stein będzie łaskawa udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, nie mówiąc już o odpowiedzi sensownej. - No i po co, pytam, w ogóle rozpoczynać śledztwo? Jakiś facet nie przyszedł do roboty! No naprawdę, jak Bogów Zjednoczonych kocham, toż to dopiero powód do wszczynania alarmu! Zabalował, to nie przyszedł, bywa. Niech mu pojadą po premii i po sprawie! Gdyby chociaż go ktoś zabił! Byłoby przynajmniej wreszcie coś ciekawego...
- Uważasz zabójstwo za coś ciekawego? - spytała Miya. - Tu chodzi o ludzkie życie. Czy ty w ogóle nie masz wyobraźni?
W jej głosie nie było śladu wzburzenia, czy irytacji. Tylko chłód, może odrobinę większy, niż zwykle.
- Z pewnością ja mam więcej wyobraźni, niż ty poczucia humoru!
- Być może – zgodziła się obojętnie.
Dotarły wreszcie do gabinetu naczelnika i weszły – Miya krokiem dobrze naoliwionego robota, Eliza natomiast w nastroju iście bojowym, gotowa wygarnąć przełożonemu to i owo.
Nie dane jej było jednak przejść do natarcia, naczelnik bowiem nie był sam. Prócz niego w małym, nijakim pokoiku znajdowały się jeszcze cztery osoby, zatem gdy Myia i Eliza weszły do środka, można już było mówić o tłumie.
Strażniczki rozejrzały się po zgromadzonych. Eliza mogłaby przysiąc, że nikogo z tych ludzi nie widziała wcześniej na oczy. Co do Miyi natomiast, ta - według Elizy - widywała na co dzień jedynie czubek własnego nosa.
- Dzień dobry – przywitał je naczelnik uprzejmie. - Cieszę się, że już jesteście. Tak jak wspomniałem Miyi, chciałbym prosić was, żebyście zajęły się sprawą pewnego zaginięcia...
Zrobił efektowną pauzę na użytek Elizy, ta jednak spojrzała na niego tak, by nie pozostawić mu najmniejszej nadziei, że dała się nabrać. Słowo „zaginiecie” nie sugerowało ciekawej sprawy na miarę jej kompetencji, tylko – i to w najlepszym przypadku – ustalenie, gdzie zamelinował się dany delikwent po nocnej popijawie.
- Mężczyzna, lat dwadzieścia siedem, kawaler mieszkający samotnie, z zawodu grafik, wyszedł wczoraj z pracy cały i zdrowy, a dziś się w niej nie pojawił i słuch o nim zaginał. Mamy tutaj... – kontynuował, podniósłszy nieco głos, ponieważ Eliza już szykowała się do wygłoszenia swojej teorii. - Mamy tu czworo świadków, utrzymujących, że w ostatnich dniach w pobliżu zaginionego widzieli jakąś podejrzaną osobę. Chciałbym...
- No przecież oni tylko szukają sensacji! - nie wytrzymała Eliza. - Po czym niby mogli stwierdzić, czy osoba była, czy nie była podejrzana? Nikt z nas nie żyje w przezroczystej bańce, wokół każdego kręcą się ludzie, a w tym mieście podejrzanie wygląda chyba każdy!
- Nie – zaprotestowała spokojnie Stein. - Ja nie wyglądam podejrzanie.
- Wyglądasz – mruknęła Eliza na tyle cicho, by naczelnik nie usłyszał. - Wyglądasz podejrzanie z tym twoim wyrazem twarzy, jakbyś miała wieczne zatwardzenie!
- Zatwardzenie nie jest podejrzane – odpowiedziała Stein, nie troszcząc się dla odmiany o zniżenie głosu, toteż wszyscy spojrzeli na nią z nieukrywanym zdumieniem. - To po prostu schorzenie, które wymaga pomocy specjalisty.
Eliza zrobiła się czerwona ze wstydu, co przy jej jasnej cerze i niemal białych włosach dało taki efekt, jakby ktoś zanurzył ją we wrzątku. Usiłowała udawać, że słowa Miyi nie były skierowane do niej, a jednocześnie w myśli lżyła partnerkę najplugawszymi słowami, jakie przyszły jej do głowy. No naprawdę, jaką idiotką trzeba być...!
- Nie ma powodu, by nie wierzyć świadkom – odezwał się naczelnik, ignorując incydent.
Pobieżnie zdawał sobie sprawę z napiętych stosunków między swymi dwiema podwładnymi i kiedy tylko mógł, starał się łagodzić konflikt. Nie przyszło mu do głowy, że zarzewiem owego konfliktu jest w istocie on sam i jego upór w kwestii przydzielania dziewczynom takich, a nie innych spraw.
- Weźmiemy zatem pod uwagę zeznania obecnych tu państwa – kontynuował spokojnie. Jednak wątpliwości zgłoszone przez Elizę są jak najbardziej na miejscu. Spieszę zapewnić, że oczywiście istnieje sposób ustalenia, jak wyglądała tajemnicza osoba i czy wszyscy faktycznie widzieli tego samego człowieka. Świadków poproszę o pozostawienie danych kontaktowych. Każdy otrzyma wezwanie na osobne przesłuchanie, na którym będzie obecny specjalista od sporządzania portretów pamięciowych.
- Czy to jest doprawdy konieczne? - zapytała Eliza, jednak już bez zwykłego zacietrzewienia, jedynie z rezygnacją. - Przecież ten cały zaginiony sam się za chwilę znajdzie!
Naczelnik standardowo zgromił ją wzrokiem, za to Miya wyglądała, jakby zamierzała się uśmiechnąć. Nie zrobiła tego rzecz jasna. Eliza nie od dziś podejrzewała, że jej cyborgowata partnerka jest całkowicie niezdolna do okazywania wesołości, zakładając optymistycznie, że jest w ogóle zdolna do jej odczuwania.
- Portret pamięciowy! - prychnęła Eliza, gdy poinstruowane jeszcze w kwestiach proceduralnych, wyszły z gabinetu. - On jest naprawdę żałosny. Wcisnął nam... tobie! Tobie wcisnął kolejne gówno, a próbuje robić wrażenie, jakby to miała być sprawa stulecia! Przepuśćmy te ich zeznania przez program do tworzenia portretów i tyle!
- Radziłabym raczej poszukać dobrego specjalisty – zaoponowała Stein, jak zwykle bez emocji, ale wciąż sprawiała wrażenie na swój sposób rozbawionej. - I dobrze by było znaleźć go szybko.
- U nas w jednostce nie ma specjalistów od portretów. Chcesz mi powiedzieć, że mamy go ściągać z innej jednostki? Przecież zanim dostanie wszystkie bezsensowne pozwolenia na współpracę, ta zaginiona oferma ze trzy razy zdąży się znaleźć! Co cię tak cieszy, jeśli można wiedzieć?!
Ktoś, kto nie znałby Miyi Stein, nie wpadłby zapewne na to, że w tej właśnie chwili Miya się cieszy. Jednak Eliza pracowała z nią na tyle długo, by wiedzieć, że ponura mina jest u niej stanem permanentnym, a rzadko okazywane emocje odbijają się jedynie w oczach. W tej chwili oczy Miyi lśniły dziwnym blaskiem, wyrażając prawdopodobnie radosne podekscytowanie.
- Ty o tej sprawie wiesz coś więcej! - orzekła Eliza, gdy weszły do swojego biura.
Miya nie odpowiedziała. Natychmiast zaczęła szykować się do wyjścia.
- Co ty robisz?! - Eliza była wściekła. - Czy mi się to podoba, czy nie, prowadzimy sprawę razem, więc powiedz mi, do cholery, o co chodzi!
- Chodź. - Miya chwyciła swoją torbę, po brzegi wypchaną rzeczami niezbędnymi, jej zdaniem, w pracy strażnika miejskiego. - Wszystko powiem ci po drodze.
- Nie mogłaś od razu?! - warczała Eliza, zbierając w pośpiechu swój, znacznie skromniejszy, ekwipunek. - W tej sprawie jest coś więcej, tak? Wreszcie coś ciekawego, tak? A ty z naczelnikiem postanowiliście mi o tym nie mówić, żeby popatrzeć sobie, jak się wkurwiam i rżeć ze mnie w duchu!
- Mniej więcej. - Miya wyjęła z torby odtwarzacz holograficzny i rozwinęła w powietrzu obraz. - Spójrz – powiedziała, zanim Eliza zdążyła się obruszyć. - To jest nagranie z kamer przy wejściu do domu tego zaginionego.
Odtworzyła film w przyspieszonym tempie. Widać było na nim, mężczyznę wkraczającego do budynku mieszkalnego. Data i godzina wyświetlone na ekranie wskazywały na wczorajsze popołudnie. Dalej nie działo się absolutnie nic. Eliza wpatrywała się w ekran tak intensywnie, że zupełnie przestała zwracać uwagę na to, jak idzie i spadłaby ze schodów, prowadzących do wyjścia z posterunku. Najważniejszy był tej chwili unoszący się przed nią holograficzny ekran. Coś ciekawego. Wreszcie wydarzyło się coś ciekawego!
Nagranie jednak okazało się mało szokujące. To był zwykły zapis z taniej kamerki, oferującej możliwość holograficznego odtwarzania w najniższej jakości. Ot, fragment ulicy i to chyba jakiejś odludnej, bo przechodniów prawie w ogóle nie było.
- Kamera przez cały czas filmuje wejście do domu mężczyzny, którego poszukujemy - odezwała się Stein. - Nie, nie jest śledzony. Sam ją tam zamontował, podobnie, jak te przy oknach i przy wejściu do garażu. Ta jego koleżanka z pracy, co przyniosła kamerę, wspomniała, że miał obsesję na punkcie włamywaczy. Nie da się dostać do tego mieszkania niepostrzeżenie, ani wyjść stamtąd tak, by nie zostać zarejestrowanym. Kiedy poszukiwany nie pojawił się dziś w pracy i nie odpowiadał na próby kontaktu, wysłano do niego koleżankę, która akurat miała tego dnia niewiele roboty. Kobieta nie zastała go w domu, spostrzegła za to kamerę i postanowiła upewnić- się, że wczoraj wrócił cały i zdrowy. Wyświetliła nagranie w przyspieszonym tempie na podręcznym odtwarzaczu i zobaczyła to, co ty przed chwilą.
- Czyli nic szczególnego...
- Faktycznie powinnyśmy się czasami upomnieć o jakąś bardziej wymagającą robotę, bo idiociejesz – powiedziała Stein bez złośliwości. - Wczoraj po południu on tam wszedł, tak?
- Na to wygląda.
- I do dzisiaj nie wyszedł!
- I to jest ta wasza sensacja? - Eliza poczuła się rozczarowana i oszukana. - No, tym razem to żeście mnie faktycznie pięknie zrobili w chuja! I teraz idziemy do niego, tak?
Stein kiwnęła głową.
- Świetnie – kontynuowała Eliza. - Rozwiążmy tę tajemniczą sprawę! Idźmy tam tylko po to, żeby zastać w domu gościa na ciężkim kacu, który po prostu chciał mieć dzisiaj trochę świętego spokoju!
- Zobaczymy, jak to będzie.
Zaginiony mieszkał na środkowym poziomie, w cichej i niespodziewanie spokojnej dzielnicy, w wygodnym, kilkurodzinnym budynku, który był zbyt luksusowy, jak na zwykły blok mieszkalny i zbyt skromny, jak na apartamentowiec. Klatka schodowa była dobrze utrzymana i do obrzydzenia nijaka.
Miya i Eliza przez kilkanaście minut dobijały się do wskazanego mieszkania na trzecim piętrze, jednak bez skutku. Wywrzaskiwały głośno, że są ze Straży, żądały natychmiastowego otwarcia drzwi, groziły ich wyłamaniem – wszystko na nic.
- Mówię ci, on po prostu dzisiaj potrzebuje spokoju i tyle – obstawała przy swoim zdegustowana Eliza.
- W takim razie powinien otworzyć. Wtedy przestaniemy krzyczeć i niewątpliwie zrobi się spokojniej.
Zanim przystąpiły do dewastowania drzwi, postanowiły porozmawiać z sąsiadami, ale niczego istotnego się nie dowiedziały.
- Nie obserwuję go przecież – powiedziała trzydziestoparoletnia kobieta, mieszkająca z zaginionym przez ścianę. - Co ja mogę o nim powiedzieć? Prowadzi regularny tryb życia. Wychodzi do pracy z samego rana, wraca przed popołudniowym dzwonem...
- Wczoraj wrócił później – zauważyła Miya. - A dziś prawdopodobnie w ogóle nie wyszedł.
- A cóż mnie to obchodzi? - Sąsiadka wyglądała na wyraźnie zdegustowaną. - Proszę pani, ja mam czworo dzieci, niewdzięczną pracę, koszmarne długi, męża nieroba, grzyba na ścianie i złośliwą teściową. Mam naprawdę wystarczająco dużo własnych problemów i podglądanie sąsiadów jest ostatnią rzeczą na którą mam czas i ochotę.
- Nikt nie mówi o podglądaniu – tłumaczył Eliza, podczas gdy Miya obserwowała ją uważnie.
Eliza znała to spojrzenie i irytowało ją ono niewymownie. Partnerka patrzyła na nią tak, jakby obserwowała pod mikroskopem jakieś obrzydliwe acz interesujące stworzenie słabo znane nauce. Postanowiła to ignorować, co wcale nie było zadaniem prostym.
- Nie chodzi o podglądanie – przekonywała. - Po prostu jak się mieszka z kimś przez ścianę, można czasami przypadkiem zauważyć coś niecodziennego, w takich sprawach tego rodzaju obserwacje bardzo pomagają.
- Naprawdę nic nie wiem. - Kobieta jakby złagodniała. - Wczoraj chyba był w domu. U mnie jest zazwyczaj strasznie głośno, więc raczej nie słyszę dobiegających z jego mieszkania dźwięków, ale wydaje mi się, że wczoraj był. Krzątał się późnym wieczorem, chyba coś robił w kuchni... Dzisiaj nic nie słyszałam. On wychodzi do pracy w tych godzinach, kiedy wyprawiam dzieciaki do szkoły, więc nie ma szans, żebym coś usłyszała. Mogli się tam do niego włamać, mogli go mordować, a ja bym pewnie nie zwróciła uwagi...
- No nic, dziękuję za pomoc – mruknęła rozczarowana Eliza. - To co? Wchodzimy? - zwróciła się do partnerki, zerkając z ciekawością na nijakie drzwi, które chciała wyważyć jak najszybciej i nawet nie próbowała tego ukrywać.
- Chyba nie mamy wyboru – Miya wzruszyła ramionami.
- A jak znajdziemy tam trupa?
- To dopełnimy zalecanej procedury.
Eliza przez całą służbę marzyła, żeby zrobić coś podobnego - wzięła krótki rozbieg i z bojowym okrzykiem kopnęła z całej siły w drzwi. Nic się nie stało, jedynie przeraźliwy huk wywabił z mieszkań wszystkich chyba sąsiadów.
- Bandyciiii! - zawyła jakaś staruszka, wyraźnie niezorientowana w sytuacji. - Ratuuunkuuu! Wezwać straż!
- Spokojnie – warknęła Eliza tonem bynajmniej nie uspokajającym. - My właśnie jesteśmy ze straży.
- Coś takiego! - oburzyła się kobieta. - I zamiast pilnować porządku, burdy urządzacie?! Ja powiadomię waszych przełożonych! Ja pójdę na skargę!
- A idź nawet do Głównego Oligarchy! W dupie to mam!
- Eliza! - zawołała ostrzegawczo Stein.
Postanowiła interweniować, bowiem o ile próba wyważenia drzwi mogła bez większego trudu ujść im na sucho, o tyle już obrażanie przypadkowych osób pociągnęłoby za sobą konsekwencje.
- Czego? - Eliza skrzywiła się z bólu, bowiem choć jej popisowy kopniak nie zaszkodził drzwiom, to z całą pewnością zaszkodził nodze.
- Nie wolno ci w ten sposób zwracać się do...
Eliza ani myślała tego słuchać. Kulejąc podeszła do drzwi i obejrzała zamek. No tak, nic dziwnego, że nie wyleciały...
Przy bliższych oględzinach pancerne wierzeje okazały się zupełnie inne do pozostałych drzwi na klatce. Były tej samej wielkości, pomalowane tą samą jasnoszarą farbą. Nie miały jednak zwykłego zamka, który otwierał się po zweryfikowaniu klucza, ale skomplikowaną instalację identyfikacyjno-alarmową, w której skład wchodził nawet dobrze zakamuflowany, zminiaturyzowany skaner siatkówki. Prawdopodobnie odsuwały się automatycznie, jeśli weryfikacja przebiegła prawidłowo.
- O nie – warczała pod nosem Eliza, całkowicie wyprowadzona z równowagi. - Tak to nie będzie, jasna cholera!
Usiadła na podłodze, oparła się wygodnie o ścianę i weszła do Sieci.
No i pięknie! Ustawiła swój ulubiony, przestrzenny widok połączeń sieciowych w VR. Z brył odzwierciedlających poszczególne lokalizacje wychodziły świecące kolorowo nici różnych połączeń, niekiedy wyraźnie widoczne, znacznie częściej jednak słabo fosforyzujące i trudne do zauważenia. Nieważne. Ważny był kolor samego odblasku.
Ustawiła widok z góry i bez trudu zlokalizowała budynek, w którym właśnie się znajdowały. Obniżyła swoją pozycję i przeniknęła przez ścianę. Jako normalny użytkownik, musiałaby wejść prostokątem, oznaczającym drzwi. O ile oczywiście w ogóle umiałaby się tu swobodnie poruszać. Niewiele osób wiedziało o istnieniu ustawień, z których korzystała Eliza. Ci, którzy wiedzieli, w większości nigdy ich nie używali. Z tych, którzy używali, takich, co mogli sobie przeniknąć przez ścianę, w całym mieście było może kilkoro.
Odblask, wskazujący połączenie z centralą był bladozielony i ledwie widoczny. Znaczyło to, że kody dostępu są dobrze zabezpieczone i nie wystarczy pociągnąć za kolorową linkę, by je uzyskać. Trzeba będzie pofatygować się tam, gdzie są przechowywane. Pewnie do sześcianu producenta... Znów spojrzała z góry i zlokalizowała słabo widoczną, zieloną nitkę. Kilkakrotnie zmieniła perspektywę, aż w końcu ustaliła, dokąd prowadzi.
Opadła łagodnie na samą górę upatrzonego bloku informacyjnego, a potem, niemal bez zatrzymania, wniknęła do środka. Przeniknęła dwie pionowe strefy, unikając filtrów i wylądowała dokładnie tam, gdzie chciała. Sam fakt, że jej się to udało był już nie lada wyczynem. To prawda, że ludzi umiejących przenikać przez ściany bloków informacyjnych było w mieście ledwie kilkoro. Ludzi zdolnych zabrać coś z sześcianu, omijając wszelkie zabezpieczenia również było może kilkoro. Na całej planecie.
Mały, zielony kluczyk z zielonej półki z numerem mieszkania... Niewątpliwie zabezpieczenia mają tu świetne, myślała Eliza, błyskawicznie wykonując kopię kluczyka i jednocześnie czyniąc za pośrednictwem awatara nadludzkie wysiłki, by nie stanąć na drodze czerwonym kropkom, przemierzającym czarną halę z różnokolorowymi, odblaskowymi półkami.
- Jebane filtry – mruczała pod nosem, wiedząc doskonale, że mówi to również w świecie rzeczywistym i nie starając się zneutralizować tego efektu.
Tak, filtry były niezłe. Kropki przemieszczały się bez żadnej ustalonej częstotliwości, nieregularnie i piekielnie szybko.
Znakomite zabezpieczenia, przyznawała w duchu Eliza. Ale dizajn do dupy. Półka i to jeszcze z numerem mieszkania! I kluczyk! Doprawdy, nic bardziej oczywistego nie dało się już wymyślić! Możliwe, że zmienią projekty, gdy odkryją dzisiejsze włamanie, nawet, jeśli straż miejska wystosuje odpowiednie wyjaśnienie. Ostatecznie ukrycie zakodowanej informacji w jakimś niecodziennym zapisie graficznym też mogło być dobrą ochroną przed hakerami. Jak dobrze, że jeszcze na to nie wpadli!
Zakończyła kopiowanie kodów i ulotniła się przez ścianę, wywijając dzikie piruety w obawie, przez filtrami. Nie musiała już patrzeć z góry na miasto informacyjne, zapamiętała drogę. Wpadła jak bomba do sześcianu będącego w rzeczywistości budynkiem mieszkalnym, odnalazła właściwe drzwi i natychmiast wpasowała do systemu kody otwierające.
Alarm rozwył się natychmiast, a wraz z nim staruszka.
- Bandyciii! - wrzeszczała znowu. - Napad!
Eliza nie zwracała na nią uwagi. Spodziewała się usłyszeć alarm. W końcu nie dokonała prawidłowej weryfikacji. Zadziałała inwazyjnie, więc była przygotowana na to, że urządzenie zareaguje. Jednak mimo tego drzwi powinny się otworzyć.
Czekała, wstrzymując oddech, aż wreszcie drgnęły i dokładnie tak, jak się podziewała, zaczęły się bardzo powoli przesuwać. Odetchnęła z ulgą i wreszcie mogła skupić się na hałasie. Małe urządzenie tuż przy drzwiach wydawało z siebie przeraźliwe dźwięki, baba na półpiętrze chyba jeszcze gorsze. Eliza dyskretnie pomasowała uszkodzoną chwilę temu nogę i uznała, że jeszcze wystarczy jej siły na zrealizowanie tego jednego, małego marzenia.
Tym razem nie wzięła rozbiegu. Kopnęła z miejsca, solidnie i celnie. Urządzenie trafił natychmiastowy i definitywny szlag. Dziewczyna zastanowiła się, czy nie zastosować tej złotej metody także względem baby, ta bowiem, zamiast zamknąć się bodaj na chwile, rozwrzeszczała się jeszcze bardziej.
Miya jednak znalazła inny sposób. Podeszła do upierdliwej kobiety i coś jej cicho powiedziała. Eliza nie mogła słyszeć co, wystarczyło jednak, że spojrzała na wyraz twarzy partnerki i nawet nie zdziwiła się, że babsko zamilkło, najprawdopodobniej w obawie o własne życie.
- Wchodzimy! - zawołała Eliza i wyjęła broń.
Nie bardzo wiedziała, w jakim włąściwie celu miałaby jej użyć, po prostu choć raz chciała się poczuć jak na prawdziwej akcji.
- Skontaktowałam się z firmą ochroniarską – powiedziała Stein, podchodząc bliżej. - Już wiedzą, że to zamieszanie to nasza sprawka. Jadą tu, wściekli jak diabli i wcale się im nie dziwię. Zachowałaś się skandalicznie i będę musiała to zgłosić naczelnikowi. O ile sama firma nie wniesie wcześniej oskarżenia, albo nie zainteresują się tobą cyberkryminalni. Od dawna mają cię na oku, znowu się będziesz tłumaczyć.
- Że co? Że rozwaliłam urządzenie alarmowe? Wielkie rzeczy!
- Wiesz, że nie o tym mówię. Cyberkryminalni nie zajmują się wandalizmem i nieuzasadnionymi zniszczeniami podczas akcji. Mówię o włamaniu do bazy.
- Gdybym ja tego nie zrobiła, zrobiłby to informatyk z jednostki dwa dni później i dziesięć razy wolniej!
- Istnieją jakieś procedury - wyrecytowała Stein z niezachwianą pewnością wojskowego robota. - Najpierw zwrócono by się do firmy o udostępnienie hasła, w razie odmowy zostałby firmie wytoczony proces o utrudnianie śledztwa, a zdobyciem hasła zająłby się nasz informatyk...
- A tu by się okazało, że facet, który nas interesuje, leżał w domu ciężko ranny i wyciągnął kopyta w tym czasie!
- W takich przypadkach również jest procedura...
- Tak, nazywa się sporządzenie świadectwa zgonu.
Stein spojrzała na Elize z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- Rusz się – powiedziała tylko. - Zobaczymy, czy przyjdzie nam tym razem jakieś sporządzić.
Nie przyszło. W niedużym, jasnym, przyzwoicie urządzonym mieszkaniu nie było żadnych zwłok. Żywych ludzi też nie. Meble i sprzęty były proste i dobrze utrzymane, Na ścianach żadnych ozdób, na półce tylko kilka starych nagrań o grafice i programowaniu. Czysta kuchnia - trochę naczyń, mała, nowoczesna łazienka... Nudziarz i pedant, pomyślała Eliza. Stein prawdopodobnie dogadałaby się z nim idealnie.
Strażniczki rozejrzały się bardzo dokładnie, ale nie znalazły najmniejszej nawet wskazówki, gdzie mógł podziać się rezydent zadziwiająco anonimowego lokalu.
- Nic tu nie ma – mruknęła zdziwiona Eliza.
Miya wyglądała, jakby zastanawiała się nad czymś intensywnie.
- Zejdźmy jeszcze do garażu – powiedziała. - Chociaż nie spodziewam się, żebyśmy coś znalazły.
Jej przewidywania okazały się trafne. Faktycznie, nic nie znalazły. Garaż był porządnie wysprzątany, pojazd – niewielki, funkcjonalny autolot – stał na miejscu, brama wjazdowa była zamknięta.
- To się naprawdę zaczyna robić dziwne – powiedziała Eliza, gdy szły z powrotem na górę. - Żadnych śladów walki, komplety ciuchów równo ułożone w szafie, walizki w schowku... Nikt go nie porwał, nie wyjechał...
- I na pewno nie wyszedł stąd drzwiami. - Stein podeszła do okna, otworzyła je i znalazła kamerę, filmującą okolice domu. Potem zrobiła to samo przy drugim oknie. Odczepiła wszystkie kamery, wyszła nawet na zewnątrz i przyniosła tę znad garażowej bramy.
- Myślisz, że wyszedł oknem? - zainteresowała się Eliza.
- Nie wiem, co myślę. Okna były zamknięte. Mógłby, owszem, otworzyć je i wyjść, ale nie dałby rady zamknąć ich z zewnątrz. Tak, czy inaczej te nagrania trzeba obejrzeć . Może coś niecodziennego wydarzyło się tu ostatnio, albo któraś z kamer uchwyciła tajemniczego osobnika, o którym mówią świadkowie...
- No, to dawaj! - ucieszyła się Eliza, wyjmując czytnik hologramów.
- Oszalałaś? - Stein spojrzała na nią z dezaprobatą. - To trzeba dać technikom, niech oni obejrzą...
- Technikom się zawsze zdąży dać – rzekła Eliza lekceważąco. - Przecież nie zepsujemy!
Wzięła pierwszą kamerę i szybko przetransferowała film do czytnika. Miya obserwowała ją uważnie, ale nie próbowała powstrzymać.
- No i czego się gapisz? - warknęła Eliza. - Co, to też będziesz musiała zgłosić?!
- Nie wiem – odparła Miya z zupełnie do niej niepasującym rozkojarzeniem. - Nie wiem, może. Nie powinnyśmy tego robić.
- Daj spokój! Prowadzimy śledztwo, potrzebny jest pospiech!
Miya pogrzebała w swojej absurdalnie wielkiej torbie i wyjęła służbowy rejestrator. Ustawiła tryb fotograficzny.
- Trzymaj się procedury – powiedziała surowo, wracając najwyraźniej do równowagi.
Eliza westchnęła ciężko i zrezygnowana pokręciła głową. Już miała nadzieje, że jej partnerka w obliczu tak niecodziennej sytuacji ujawni wreszcie jakieś ludzkie uczucia. Cóż, najwyraźniej po prostu takowych nie posiadała.
- Zrób dokumentację fotograficzną miejsca. - Miya wręczyła Elizie rejestrator.
- Sama zrób!
O dziwo Miya nie wykłócała się. Wzięła rejestrator i zabrała się do pracy. Prawdopodobnie uważała, że osobiście zrobi to lepiej.
Elizie taki obrót sprawy jednak całkowicie odpowiadał i kiedy tylko partnerka skierowała się do kuchni, wróciła do transferowania. Miya skończyła wreszcie i wróciła do salonu. Zastała Elizę przy przewijaniu na podglądzie przedostatniego hologramu.
- Nic... niic... cigle nic...
- Eliza! Będę musiała...
- To zgłosić. Wiem.
- Nie możemy pozwalać sobie...
- Stein, nie wkurwiaj mnie! - Eliza załadowała ostatni hologram. - Myślisz, że nie wiem, po co poszłaś robić dokumentację? Wiedziałaś, że ja to obejrzę i że przekażę ci, co tam jest. Śledztwo nie utknie, ale ty będziesz mogła przysięgać, że nie masz nic wspólnego z łamaniem procedury!
- Przeceniłaś mnie. To mi nie przyszło do głowy.
- Na tych nagraniach nic nie ma. - Eliza zmieniła temat, choć ewidentne nie uwierzyła partnerce. - Przejrzałam wszystko w przyspieszeniu i nic. Okna były cały czas zamknięte, nikt przez nie nie wychodził i nie wchodził. Niczego podejrzanego w pobliżu domu też nie zauważyłam. Może coś się znajdzie, jak będzie się to oglądać w normalnym tempie. Damy to technikom do obejrzenia. Jak coś wyłapią, to nam potem pokażą. My w tym czasie skołujemy specjalistę od portretów pamięciowych.
- Co to znaczy: „skołujemy”?
- To znaczy, co znaczy – odparła niechętnie Eliza. - Nie będę czekać dwa tygodnie, aż nam przyślą z centrali. Zaginął człowiek i wszystko wskazuje na to, że rozpłynął się w powietrzu. Taka sytuacja wymaga chyba zdecydowanych działań!
- I co? Sama narysujesz portret pamięciowy? - w głosie Miyi nie było ironii, ona pytała całkiem poważnie.
- Tu, o, tu się puknij! - warknęła Eliza, rysując palcem kółko na czole. - Nie będę niczego rysować. Jest jedna dziewczyna... Ona już współpracowała ze strażą w kilku sprawach. To artystka, współlokatorka Clasha. W aktach po cichu zrobiliśmy z niej konsultantkę. Przeszła nawet u nas jakieś szkolenie. W zasadzie trudno się do niej formalnie doczepić. Wszystko się pięknie udało dostroić i mamy specjalistkę od nagłych przypadków. My z nią osobiście nigdy nie pracowałyśmy, więc pewnie nie wiesz, o kogo chodzi, ale ja miałam niezły kontakt z Clashem swojego czasu, jak jeszcze pracował w straży. To on wszystko załatwiał z naczelnikiem. Teraz się z nim skontaktujemy i poprosimy, żeby nam umożliwił rozmowę z tą dziewczyną.
- Trzeba powiadomić naczelnika, że uciekamy się do tego ekstrawaganckiego sposobu – powiedziała Miya.
Wyglądała na wewnętrznie rozdartą. Z jednej strony miała swoją ukochaną, nienaruszalną i słuszną procedurę, z drugiej zaś informację, że tę właśnie jedyną świętość naruszał sam naczelnik!
- Później się go powiadomi – uspokoiła ją Eliza. - Na razie chcemy tylko porozmawiać. Rozmawianie, na całe szczęście, nie jest pogwałceniem procedury. Przynajmniej na razie.
Eliza nie uznała zwykłej prośby o spotkanie za ważną na tyle, by przekazać ją za pośrednictwem bezpiecznych kanałów w jednostce. Miya oczywiście niemal wyszła z siebie, uświadomiwszy sobie jej nieostrożność.
- Kiedyś będziemy miały przez to kłopoty – burczała. - Wysyłanie służbowych wiadomości przez zwykły sieciowy komunikator...
- Nie odpowiada – zdziwiła się Eliza ignorując słowa partnerki. - Ciekawe...
Podjęła kolejną próbę uzyskania połączenia. Jej avatar dobijał się do wirtualnych drzwi z numerem Clasha, jednak te były zamknięte na głucho. W końcu zwróciła uwagę na skrzynkę głosową. Nie widząc innego wyjścia, ryknęła za pomocą awatara:
- Clash, odbierz to cholerne połączenie! To ja, Eliza! Wiem, że możesz rozmawiać! Jesteś bezrobotnym, śmierdzącym leniem i o tej godzinie leżysz w wyrze jajami do góry! Nie bój się, nie zamierzam cię zagnać do roboty, więc możesz spokojnie odebrać. Nic mnie nie obchodzi twoja nieustająca depresja! Daj mi tylko porozmawiać z tą małą od obrazków, a potem to się nawet powieś! Skontaktuj się ze mną jak najszybciej!
Clash nie odezwał się. Strażniczki doszły z powrotem do jednostki, przekazały nagrania osobom, które miały zająć się obejrzeniem ich w całości, a od niego wciąż nie było ani słowa.
- Kolejne tajemnicze zniknięcie? - Eliza uśmiechnęła się krzywo.
- Daruj sobie. Twoje poczucie humoru jest spaczone. Mnie nie bawią tajemnicze zniknięcia.
- Stein, ciebie nic nie bawi!
Siedziały znów u siebie w gabinecie i usiłowały – teraz już bezpiecznymi kanałami – skontaktować się z Clashem, jednak wciąż bez skutku.
- Sram na niego! - Eliza wstała z krzesła tak gwałtownie, że przewróciło się z hukiem.
- Uważaj.
- Sram serdecznie! Idę do naczelnika, niech mi da jakiś kontakt do tej dziewczyny, numer jakiegokolwiek komunikatora, czy chociażby adres...
- Mówiłaś, że ona jest współlokatorką tego całego Clasha. - Miya raczyła okazać śladowe zainteresowanie.
- Mówiłam. Tylko że ja nie wiem, gdzie mieszka Clash – przyznała Eliza. - Ale pójdę do naczelnika i zaraz się dowiem! O ile się zgodzi powiedzieć...
- Nie musisz. Ja wiem.
Eliza spojrzała na partnerkę, jakby ta nagle postradała zmysły.
- Ty? Ty przecież nawet nie kojarzysz, który to! Skąd możesz wiedzieć?
- Wiem, po prostu.
c.d.n.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 07 lipca 2016, 11:49

Hej, podoba mi się! :D Na samym początku trochę widać, że to NaNo - to znaczy otwierająca wyliczanka w pewnym momencie staje się nieco za długa, to taki ewidentny kawałek na nabranie tempa i nastukanie pierwszych słów, ale potem leci sobie gładko i swobodnie, z takim luzem, który przelewa się na czytelnika. Jest ciekawie, jest lekko w taki fajny, nie głupkowaty sposób, który może w każdym momencie przywalić piąchą poważniejszego tonu. Nie wiem, co Ci na razie więcej napisać, to bardziej komć informacyjno-motywacyjny (czytam, jaram się i czekam) niż cokolwiek innego. Może potem będę w stanie coś konstruktywnego z siebie wykrzesać.

Stein. Stein rządzi.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: R. Bates » 07 lipca 2016, 13:17

Ja przeczytałem na razie pierwszy rozdział i mam podobne odczucia co Kruff, z tą różnicą, że stylowo jest raczej pospolicie (solidnie, ale pospolicie) i rzeczywiście czuć nanowy klimat; tzn. coś w stylu 'a piszmy sobie historyjkę, jak się uda to super, a jak nie to trudno, w końcu to tylko nano' . No ale zobaczymy jak będzie dalej.
Pozdro.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: Joa » 07 lipca 2016, 18:00

Boże, Wiosno, zjadłabym Cię tak bardzo ze złości za to, że nie zadbałaś o szczegóły - przecinki, ogonki, powtórzenia. Męczyłam się z tym przez cały tekst, wszystkiego nie wypisałam, bo zwyczajnie zabrakło mi siły, a nie chciałam, by jej brak odebrał mi przyjemność z czytania. Więc tylko rzucające się w oczy momenty wsadzę w spoiler, z krótkim komentarzem - i błagam, popraw to, znajdź czas, żeby samej też poszukać błędów, powtórzeń. Ilość nagromadzonych imion w jednym akapicie, linijka po linijce przechodziła ludzkie pojęcie. Nie piszę tego po to, by sprawić Ci przykrość, nie wiem, dźgnąć, mam nadzieję, że rozumiesz. Chcę, żeby czytało się dobrze, bez tych wpadających w oko technikaliów, które można przecież tak łatwo wyłapać (ctrl+f i imiona lub cokolwiek innego). Najgorzej było z tymi powtarzającymi się słowami. Ja wiem, że istnieje taka niepisana zasada, że trzy razy wpisanie pod rząd tego samego wyrazu, to nie błąd, a raczej celowy zabieg, ale sprawdza się on dla mnie wtedy, gdy jest używany rozsądnie, z rozwagą. Zresztą spójrz, proszę, na to:
SpoilerShow
Teraz – dokładnie tak samo, jak w poprzednich przypadkach – rozglądał się dookoła, próbując ustalić, gdzie właściwie jest i jak się tu znalazł. Różnica była taka, że teraz – zupełnie odwrotnie, niż w poprzednich przypadkach – doskonale pamiętał, co robił wczorajszego wieczora i mógł przysiąc na wszystko, co mu drogie (choć prawdę mówiąc nie było tego wiele), że z całą pewnością niczego nie nadużywał, bo najzwyczajniej w świecie nie miał z kim.
lub tu
SpoilerShow
Nikt jakoś nie zabiegał o podtrzymanie kontaktu i nikt do nikogo nie miał o to żalu, jakby tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że to nie może skończyć się inaczej. Dan już od dwóch lat nie rozmawiał z nikim ze studiów,
SpoilerShow
Nie potrafił wyobrazić sobie tych ludzi spiskujących miesiącami, jak tu niepostrzeżenie wywieźć go za miasto. I to daleko za miasto, bowiem w mieście ani w jego obrębie, lodowych jaskiń nie było. Nie było nawet zwykłego śniegu, chyba że śniegiem nazwie się burą breję zalegającą na chodnikach w okresach tak zwanej zimy. 
SpoilerShow
Miał raczej lekki sen i powinien obudzić się, gdyby ktokolwiek próbował wynieść go z łóżka. Powinien obudzić się w trakcie podróży, choćby odbywała się w najbardziej komfortowych warunkach, z tego prostego powodu, że zawsze, absolutnie zawsze budził się w nocy.
SpoilerShow
Było zbyt zimno, by wstać i rozejrzeć się. Było zbyt zimno,
SpoilerShow
rysując palcem kółko na czole. - Nie będę niczego rysować.
Było tego więcej. Ale myślę, że ja mogę wskazać tylko problem, zasygnalizować, że się pojawia, jest nadmiernie coś używane, ale nie mogę wypisać wszystkiego. Wiem, że wiesz.
SpoilerShow
są niczym nadzwyczajnym Dla
Kropka.
mróz przypominał sobie, że wypadałoby może chwycić chociaż na chwilę.
Nie brzmi to dobrze.
podgrzał sobie jakieś gotowe danie kupione wczoraj w automarkecie i zjadł obiadokolację.
Z tym wczoraj mam ten problem, że nie wiem, o które wczoraj chodzi. Opisujesz jego poprzedni dzień, ale mówisz o tym, że kupił je wczoraj, ale z perspektywy jego obecności w jaskini, to mogło być przedwczoraj, więc...
pobiegł przez siebie, 
że ktoś to zajął się nim i zadbał, by nie zamarzł na śmierć.
obrą chwile temu 
Stojący przed nim stwór był co prawda w przybliżeniu człekokształtny. Miał 
Myślę, że to zdanie wymaga nie kropki, ale łącznika "ale".
W świątyni Lodu 
kapłan Świątyni Lodu
Niekonsekwencja.
 uda nam się coś ustalić- ...
 słuch o nim zagin
 postanowiła upewnić- się,
daniu – tłumaczył Eliza,
zamknąć się bodaj na chwile,
Już miała nadzieje, że 
ic... niic... cigle nic...
SpoilerShow
Jego współpracownicy, próbujący z lepszym, lub gorszym skutkiem uchodzić za ludzi oryginalnych i interesujących, uważali go po prostu za beznadziejnego nudziarza.
co samo w sobie dyskwalifikowało go, jako osobę atrakcyjną towarzysko,
Obiektywnie patrząc, nie było nic niezwykłego w tym, że
 takim sposobem przez dwa lata niemal zupełnie odzwyczaił się zarówno od alkoholu, jak i od innych używek.
 że obudził się w miejscu innym, niż jego własne łóżko
zainstalowania monitoringu, oraz najnowocześniejszych alarmów.
czy nie bardziej, niż ty
okazała się silniejsza, niż strach przed zimnem
istotach takich, jak on, 
ale jak widzisz, nie pozwoliliśmy ci zamarznąć 
w fałszywych alarmach, oraz kompresem na zbitą dupę przełożonych, 
 Tylko chłód, może odrobinę większy, niż zwykle.
ja mam więcej wyobraźni, niż ty poczucia humoru!
podglądanie sąsiadów jest ostatnią rzeczą, na którą mam czas i ochotę.
nawet, jeśli straż miejska wystosuje odpowiednie wyjaśnienie
przez ścianę, wywijając dzikie piruety w obawie, przez filtrami. 
Czerwone przecinki, to dla mnie zbędne przecinki, zielone - dodane przeze mnie.
SpoilerShow
Świątynia Lodu, to Świątynia Lodu – wygłosił odkrywczą myśl kapłan. - Nie wiem, jak inaczej miałbym ci to wytłumaczyć.
Bardzo mi się spodobało!

Problem jest taki, że ja nie byłam w stanie w efekcie się skupić na akcji, na historii, na bohaterach. Błędy mnie wytrąciły z trybu "czytelnik" i stałam się bardziej sfrustrowanym komentatorem. Wątpię, żeby inni mieli odmienne uczucia. To największy mankament tego tekstu, wiesz? Teraz będę lecieć z górki, nie będzie tak wielkiej bury, jak za te przecinkipowtórzeniaiinne.
Ale zacznę też od niepodobamisię. Postacie. Niby początek i niby wszystko może się rozkręcić, ale póki co nie zaskarbiły mojej sympatii. Może tylko ta wyważona, spokojna Miya. Gdy się pojawia, to się cieszę, bo rozwrzeszczanej, wkurzającej Elizy nie jestem w stanie zdzierżyć. Nie wiem, czy nie powinnaś jednak trochę przystopować z rozwojem jej wybuchowego charakteru, utemperować, choćby poprzez ograniczenie ilości wykrzykników w jej wypowiedziach. Niestety wypada słabo, dosyć sztampowo, karykaturalnie. Niemalże identycznie wygląda Dan, który zachowuje się, jakby miał żal do tych tubylców. Z pewnością by się z Elizą dogadali.
Sama historia jest całkiem ciekawa, nie mam co do niej zastrzeżeń. Trochę mnie nią zainteresowałaś, dlatego najpewniej przeczytam dalej. Czyta się dosyć płynnie ze względu na przyjemny język, który z uwagi na elementy komiczne dużo zyskuje.
Ktoś, a może i Kruffachi i Bates napomknęli, że tekst ma charakter nanowy. Możliwe że mają rację, za mało nano czytałam, by mieć ogląd, ale wiem, że to nie jest dokończona rzecz, na pewno. I JA MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ ZA TEN TEKST WEŹMIESZ, BO GO SZKODA.
Także. Mistrz Pomocy w Niczym Oddala się, czeka na poprawki i rozwój wydarzeń (no bo halo, nie od ląduje się w jaskini, prawda?).
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 07 lipca 2016, 21:51

na fioletowo powtórzenia, na czerwono uwagi, na zielono zalecane przecinki...
moje ociekające mądrością i głębią komentarze dałam w pogrubienie...
także...
SpoilerShow
doskonale pamiętał, co robił wczorajszego wieczora i mógł przysiąc na wszystko, co mu drogie (choć(,) prawdę mówiąc(,) nie było tego wiele), że z całą pewnością niczego nie nadużywał, bo najzwyczajniej w świecie nie miał z kim.
Minęły już względnie beztroskie czasy studiów, a wraz z opuszczeniem jakże szacownych murów uniwersytetu zawarte tam przyjaźnie pozrywały się niemal natychmiast. Nikt jakoś nie zabiegał o podtrzymanie kontaktu i nikt do nikogo nie miał o to żalu, jakby tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że to nie może skończyć się inaczej. Dan już od dwóch lat nie rozmawiał z nikim ze studiów, nie licząc kilku kulawych dialogów przy okazji przypadkowych spotkań. Nie, zaprawienie się podłym alkoholem, jak za starych dobrych czasów, nie wchodziło w grę.
Przez półtora roku w pracy także nie dorobił się żadnych przyjaciół. Był jednym z lepszych projektantów awatarów w swojej firmie, jednak jako kolega najwyraźniej się nie sprawdzał. Jego współpracownicy, próbujący z lepszym, lub gorszym skutkiem uchodzić za ludzi oryginalnych i interesujących, uważali go po prostu za beznadziejnego nudziarza. Nie sposób było nie przyznać im odrobiny racji. W świecie, w którym ludzie, z desperacją godną w równym stopniu podziwu i współczucia, robili co się dało, by zadać kłam twierdzeniu, że wszystko już było, Dan wydawał się osobą doszczętne pozbawioną ambicji.
świetne zdanie
Ani myślał średnio pięć razy do roku zmieniać wizerunek na bardziej szokujący, nie uprawiał żadnej formy sztuki, co samo w sobie dyskwalifikowało go, jako osobę atrakcyjną towarzysko, prowadził spokojne życie urzędnika z poprzedniej epoki, a jego aktywność w Sieci ograniczała się jedynie do wypełniania służbowych obowiązków. Obiektywnie patrząc nie było nic niezwykłego w tym, że jego koledzy z pracy wiesz co, wycięłabym wszystko poza "kolegami" bo całość wygląda jak naprawdę zbędne info, powtórzone niepotrzebnie nie chcieli upijać się w tak podłym towarzystwie. Resztki godności powstrzymywały Dana przed piciem do lusterka i takim sposobem przez dwa lata niemal zupełnie odzwyczaił się zarówno od alkoholu, jak i od zbędne, gubi rytm innych używek.
Tym dziwniejszy był więc fakt, że obudził się w miejscu innym, niż jego własne łóżko i w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć jak i kiedy tutaj dotarł. Nie wspominając już o tym, że nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się owo „tutaj” znajdowało i czym było.
Uniósł głowę i spróbował usiąść, poczuł jednak dojmujący chłód i natychmiast opadł z powrotem na posłanie. Bo to, na czym leżał(,) zdecydowanie nie przypominało łóżka, a raczej wyściełane skórami legowisko, on sam zaś przykryty był grubym futrem. Podciągnął je wysoko pod brodę i ograniczył się do dyskretnego zerkania na boki.
Wyglądało na to, że jakimś niepojętym sposobem znalazł się w... lodowej jaskini!
Obrazek
Zamknął oczy i policzył powoli do dziecięciu, jednak w niczym mu to nie pomogło.
Lodowa jaskinia! Albo to był świetnie przygotowany dowcip, albo też on sam oszalał już dokumentnie.
Pierwszą opcję należało raczej wykluczyć. Nawet jeśli jego współpracownicy faktycznie byliby zdolni do zakpienia sobie z niego, to zapewne wymyśliliby prostszy sposób i zrobili mu jedno z tych drobnych, aczkolwiek niespodziewanie wrednych, biurowych świństw. Nie potrafił wyobrazić sobie tych ludzi spiskujących miesiącami, jak tu niepostrzeżenie wywieźć go za miasto. I to daleko za miasto, bowiem w mieście(,) ani w jego obrębie, lodowych jaskiń nie było. Nie było nawet zwykłego śniegu, chyba że śniegiem nazwie się burą breję zalegającą na chodnikach w okresach tak zwanej zimy.
Tutaj otaczały go bloki najprawdziwszego, czystego lodu o lekko błękitnawym odcieniu. Dan nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Lód widywał, owszem, ale tylko w postaci kostek w szklance z drinkiem, albo rachitycznych sopli zwisających z dachu, podczas którejś z kolei „zimy stulecia”, kiedy to mróz przypominał sobie, że wypadałoby może chwycić chociaż na chwilę.
Nie, w warunkach miejskich takiego efektu nie dałoby się osiągnąć żadnym sposobem. Jeśli jednak faktycznie wywieziono go daleko za miasto, pozostawało pytanie: jakim cudem? Miał raczej lekki sen i powinien obudzić się, gdyby ktokolwiek próbował wynieść go z łóżka. Powinien obudzić się w trakcie podróży, choćby odbywała się w najbardziej komfortowych warunkach, z tego prostego powodu, że zawsze, absolutnie zawsze budził się w nocy.
Ktoś podał mi środek nasenny, pomyślał z przestrachem. Tylko kiedy?! Szybko przypomniał sobie, co robił poprzedniego dnia. Nic szczególnego. Naprawdę nic szczególnego.
Wstał rano, powlókł się do pracy, wcześniej wypił kawę... Kawa! Niee... Chyba nie była nafaszerowana niczym usypiającym, bo w robocie oczy kleiły mu się dokładnie tak, jak zwykle i ani odrobinę bardziej. W pracy natomiast pił tylko wodę. Automat wypluwał porządne, fabrycznie zakręcane butelki, on zaś niezwłocznie je opróżniał. Nie było kiedy dosypać tam czegokolwiek.
Po pracy poszedł poszukać prezentu dla siostrzenicy na jej jedenaste urodziny, które miały się odbyć następnego dnia. Czyli dzisiaj, pomyślał w przelocie, jednak szybko skierował swoje rozważania na poprzedni tor. Najpierw musi się dowiedzieć, co właściwie zaszło. Urodzinami będzie martwił się potem. Zatem prezent... W dziwnym sklepie ze starociami udało mu się dostać prześliczną książkę z baśniami. Najprawdziwszą papierową książkę! Wydał na nią prawie wszystkie swoje oszczędności. Nie pamiętał, kiedy ostatnio trzymał w ręku tradycyjną książkę. I to w dodatku z obrazkami! No owszem, dokonanie takiego zakupu było faktycznie owszem i faktycznie dają ten sam efekt, jedno do wywalenia wydarzeniem niecodziennym i zakłóciło – choć w niezbyt wielkim stopniu – jego życiową monotonię. No ale do cholery, przecież książka go nie uśpiła! Pogawędził trochę ze sprzedawcą staroci – miłym, choć nieco ekscentrycznym mężczyzną, znacznie młodszym, niż mógłby na to wskazywać wykonywany przez niego zawód. Dan(,) wchodząc do sklepu(,) spodziewał się ujrzeć zasuszonego staruszka, pamiętającego czasy Kolonizacji, zdumiał się zatem, gdy za ladą (tak, za najzwyklejszą, niezautomatyzowaną ladą!) ujrzał niewiele od siebie starszego człowieka o półdługich, ciemnych włosach i bardzo jasnej cerze. Facet najwyraźniej nie miewał zbyt wielu klientów, bowiem niezwykle ucieszył się na widok Dana, a po udanej transakcji zaproponował herbatę i chwilę rozmowy.
W tej herbacie teoretycznie mogło coś być, pomyślał Dan bez przekonania. Z jednej strony pasowało jak ulał – złamanie rytmu dnia, tajemniczy sklep, sprzedawca dziwak i herbata z nieznajomym. zachodzi efekt, jakby sprzedawca i nieznajomy byli dwiema rożnymi osobami Ale przecież to nie trzymało się kupy. Skąd sprzedawca staroci mógł wiedzieć, kim w ogóle jest Dan? Jakim sposobem mógł przewidzieć, że odwiedzi akurat jego sklep, skoro sam Dan tego nie wiedział, tylko po prostu zajrzał spontanicznie, wiedziony impulsem? Dlaczego w końcu miałby podawać mu środek usypiający? Zresztą Dan obserwował uważnie cały proces parzenia herbaty. Pamiętał(,) że przyglądał się bardzo dokładnie, gdyż młody sprzedawca przygotowywał napar niemal zapomnianym już(,) tradycyjnym sposobem, przypominającym raczej przedstawienie teatralne, niż zwykłe parzenie napoju. Widział więc wszystko – od zdejmowania z półki ozdobnych filiżanek, przez nalewanie do imbryka wody (na obie herbaty tej samej, więc raczej nie była zatruta), sporządzanie mieszanki suszonych liści, parzenie, aż do momentu, w którym napar był gotowy do picia. Jego rozmówca również pił. Dan był świadkiem, że wysączył wszystko do końca i nie wykazywał żadnych dziwnych objawów.
Zresztą nie wykazywał ich też sam Dan. Wrócił do domu, czując się całkowicie normalnie, podgrzał sobie jakieś gotowe danie kupione wczoraj w automarkecie i zjadł obiadokolację. Popracował trochę, potem próbował zagłębić się w świat interaktywnego serialu kryminalnego, ale nie potrafił skupić się na intrydze i raz po raz naprowadzał detektywa na fałszywe tropy, szybko więc zrezygnował. Wziął kąpiel, zaparzył sobie relaksującą mieszankę ziołową i wlazł pod kołdrę z zamiarem przejrzenia nabytej książki.
Zioła. W ziołach owszem, mógł być środek nasenny, jednak by go tam podrzucić, ktoś musiałby włamać się Danowi do domu, co nie było proste. Dan miał bzika, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Nie żeby trzymał w mieszkaniu jakieś wyjątkowo cenne rzeczy. Nie trzymał ich ani w mieszkaniu, ani nigdzie indziej, bowiem wyjątkowo cennych rzeczy jako takich po prostu nie posiadał. Posiadał za to umiarkowaną paranoję, która pchnęła go do wymiany drzwi na antywłamaniowe i zainstalowania monitoringu, oraz najnowocześniejszych alarmów. Nie słuchał rad siostry, która próbowała wytłumaczyć mu, że takie środki ostrożności sugerują nie wiadomo jakie bogactwa ukryte w środku i stanowią dla złodziei zachętę oraz wyzwanie. Miała rację, do Dana próbowano się włamać już kilka razy, co z pewnością nie zdarzyłoby się, gdyby nie ta wzmożona ochrona. Systemy bezpieczeństwa jednak okazały się niezawodne i Dan był zachwycony. Biorąc to pod uwagę, włamanie należało zatem wykluczyć. A skoro włamania nie było, to środka nasennego w ziołach, czy innych produktach spożywczych oraz chemicznych także być nie mogło.
Wypił napar, przekartkował książkę, zachwycając się jakością papieru, drukiem i wspaniałymi ilustracjami, po czym wyłączył lampę i zasnął szybko, jednakże nie na tyle szybko, by mogło się to wydać podejrzane. Zasnął. I obudził się tutaj.
Nie używał substancji wyskokowych, prawdopodobnie też nie został niczym odurzony. Nic nie wskazywało na uprowadzenie, nie był też w wirtualnej rzeczywistości – to sprawdził na samym początku, a jako specjalista od tworzenia awatarów znal się na VR na tyle, by nie mogło być mowy o pomyłce. Był w świecie rzeczywistym, daleko od domu i w dodatku w piżamie!
Spróbował coś powiedzieć, wezwać kogoś, zawołać pomocy, jednak głos odmówił mu posłuszeństwa. Z jego gardła wyrwał się jedynie żałosny ochrypły skrzek. W głębi jaskini coś się poruszyło, nie mógł jednak dostrzec, co to takiego. Było zbyt zimno, by wstać i rozejrzeć się. Było zbyt zimno, by choćby unieść okrycie. Mróz kąsał bezlitośnie przez każdą szczelinę.
To coś w głębi jaskini poruszyło się znowu.
Może to tylko podmuch wiatru, nieudolnie pocieszał się Dan. No bo przecież to na pewno nie jest żadne dzikie zwierzę. Oczywiście, że nie wychynie stamtąd zaraz z płonącymi ślepiami i wyszczerzonymi zębami i nie zeżre mnie na śniadanie!
Poczuł, że ogarnia go panika. Mało brakowało, a ignorując panujące dookoła lodowate zimno i własne niezbyt stosowne na taką pogodę odzienie, zerwałby się z posłania i pobiegł przez siebie, jednak zreflektował się w ostatniej chwili. Ostatecznie leżał przecież na względnie wygodnym legowisku, przykryty porządnym futrem, a to oznaczało, że ktoś to zajął się nim i zadbał, by nie zamarzł na śmierć. Chyba nie zrobił tego po to, by chwilę później rzucić go na pożarcie dzikim zwierzętom?
- Halo! - zawołał cicho, odzyskując wreszcie panowanie nad głosem w stopniu pozwalającym na w miarę wyraźne artykułowanie słów. - Jest tu ktoś?! Gdzie ja jestem?!
- Och – dobiegł go głos z głębi jaskini. - Obudziłeś się.
- Dobrą chwile temu – mruknął, ale głos nie skomentował. - Chciałbym się dowiedzieć, co tu się dzieje!
- Ja też bym chciał.
Forma gramatyczna użyta przez nieznajomego wskazywała, że Dan miał do czynieni z mężczyzną, jednak gdyby wnioskował z samego tylko brzmienia głosu – zgrzytliwego i świszczącego, nie zdziwiłby się, gdyby jego właścicielką okazała się na przykład stara kobieta.
- Ja też chciałbym się tego dowiedzieć, nie wiem, czy nie bardziej(zbędny) niż ty – kontynuował głos. - Nie mogę powiedzieć, bym się ciebie spodziewał. A jeszcze dokładniej mówiąc, nie mam pojęcia, kim jesteś oraz jakim sposobem i w jakim celu znalazłeś się w świątyni.
- W jakiej znowu świątyni?! - jęknął Dan zrozpaczony.
Owszem, w mieście było kilka świątyń Kościoła Wielkiego Zjednoczenia, gdyby ktoś potrzebował dać upust uczuciom religijnym, jednak na pewno żadna z nich tak nie wyglądała! Nie podejrzewał też, by Kościół Wielkiego Zjednoczenia wznosił takie przybytki w innych miastach...
- W świątyni Lodu – odparł spokojnie jego rozmówca i podszedł bliżej.
Ciekawość okazała się silniejsza(zbędny) niż strach przed zimnem i Dan usiadł na posłaniu, by lepiej przyjrzeć się nieznajomemu.
To, co zobaczył(,) sprawiło, że przetarł oczy ze zdumienia, a kiedy to nie pomogło, kilka razy zamrugał intensywnie.
(...)
Zniechęcony idiotyczną odpowiedzią Dan opadł z powrotem na posłanie i otulił się futrem. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo zmarzł przez tę chwilę, w której siedział wyprostowany. Ilhar najwidoczniej zauważył wreszcie, jak bardzo zziębnięty jest jego nieproszony gość, bowiem odwróciwszy się w stronę jednej z wnęk jaskini, zawołał donośnie:
(...)
- Jakby to ode mnie zależało(zbędny) – odezwała się z korytarza – tak bym właśnie zrobiła! Na twoje szczęście to ode mnie nie zależy.
Wychynęła z wnęki i natychmiast, zanim Dan zdążył jej się przyjrzeć, cisnęła w niego dużą paczką. Złapał niezręcznie i zajął się rozwiązywaniem sznurka. Najwyraźniej nikt od dawna nie używał tego kombinezonu, bowiem tobołek wyraźnie śmierdział stęchlizną. Dan nie mógł pozbyć się podejrzenia, że wrogo do niego nastawiona Ayaka wybrała taki specjalnie. Mocował się z nieprawdopodobnie skomplikowanym węzłem, ona tymczasem gderała dalej.
- My cię tu nie zapraszaliśmy – powiedziała. - Dla nas to kłopot, że tu jesteś, ale jak widzisz nie pozwoliliśmy ci zamarznąć , więc może okazałbyś trochę wdzięczności, zamiast się wydzierać!
Ilhar wciąż wyglądał na pogrążonego w myślach i nie zwracał uwagi na tę kłótnię. Dan porzucił na chwilę zmagania z węzłem i podniósł wściekły wzrok na Ayakę.
Tyrada jednak zamarła mu na ustach, gdy spojrzał na stojącą pod lodową ścianą dziewczynę. Chociaż w jej przypadku trudno było mówić o staniu... Już po raz drugi tego dnia gapił się bezczelnie na obcą osobę, tym razem jednak nie odczuł nawet cienia wyrzutów sumienia. Kultura osobista każdego człowieka ma granice i on właśnie do swoich dotarł. Spodziewał się, że towarzyszka stworzenia tak dziwacznego, jak Ilhar nie będzie wyglądała zwyczajnie, ale na coś takiego nie był przygotowany...
- Yyy - y – y... - jęknął mimowolnie, przerażony i zszokowany.
- No i czego?
Nawet nie zwrócił uwagi na to, że jej skóra miała odcień bladozielony. Brązowe włosy do połowy pleców, mały, kartoflowaty nos, skośne oczy...(spacja)to były szczegóły, które w tej chwili nawet do niego nie docierały. Nie dziwiło go, że pomimo zimna ubrana była tylko w odsłaniającą pępek zieloną bluzkę bez rękawów. To wszystko było nieważne. W tej chwili próbował zrozumieć tylko jedno – jak to możliwe, że dolną partię ciała dziewczyny stanowił długi, gruby wężowy ogon.

(...)
- Nie wytrzymam! Właśnie próbuĘ ci uświadomić, że rozpieprzasz mi karierę! Dociera do ciebie w ogóle to, co mówię?!
(...)
W jej głosie nie było śladu wzburzenia, czy irytacji. Tylko chłód, może odrobinę większy(zbędny) niż zwykle.
- Z pewnością ja mam więcej wyobraźni, niż ty poczucia humoru!
- Być może – zgodziła się obojętnie.
Dotarły wreszcie do gabinetu naczelnika i weszły – Miya krokiem dobrze naoliwionego robota, Eliza natomiast w nastroju iście bojowym, gotowa wygarnąć przełożonemu to i owo.
Nie dane jej było jednak przejść do natarcia, naczelnik bowiem nie był sam. Prócz niego w małym, nijakim pokoiku znajdowały się jeszcze cztery osoby, zatem gdy Myia i Eliza weszły do środka, można już było mówić o tłumie.
Strażniczki rozejrzały się po zgromadzonych. Eliza mogłaby przysiąc, że nikogo z tych ludzi nie widziała wcześniej na oczy. Co do Miyi natomiast, ta - według Elizy - widywała na co dzień jedynie czubek własnego nosa.
- Dzień dobry – przywitał je naczelnik uprzejmie szyk. - Cieszę się, że już jesteście. Tak jak wspomniałem Miyi, chciałbym prosić was, żebyście zajęły się sprawą pewnego zaginięcia...
Zrobił efektowną pauzę na użytek Elizy, ta jednak spojrzała na niego tak, by nie pozostawić mu najmniejszej nadziei, że dała się nabrać. Słowo „zaginiecie” nie sugerowało ciekawej sprawy na miarę jej kompetencji, tylko – i to w najlepszym przypadku – ustalenie, gdzie zamelinował się dany delikwent po nocnej popijawie.
- Mężczyzna, lat dwadzieścia siedem, kawaler mieszkający samotnie, z zawodu grafik, wyszedł wczoraj z pracy cały i zdrowy, a dziś się w niej nie pojawił i słuch o nim zaginał. Mamy tutaj... – kontynuował, podniósłszy nieco głos, ponieważ Eliza już szykowała się do wygłoszenia swojej teorii. - Mamy tu czworo świadków, utrzymujących, że w ostatnich dniach w pobliżu zaginionego widzieli jakąś podejrzaną osobę. Chciałbym...
- No przecież oni tylko szukają sensacji! - nie wytrzymała Eliza. - Po czym niby mogli stwierdzić, czy osoba była, czy nie była podejrzana? Nikt z nas nie żyje w przezroczystej bańce, wokół każdego kręcą się ludzie, a w tym mieście podejrzanie wygląda chyba każdy!
- Nie – zaprotestowała spokojnie Stein. - Ja nie wyglądam podejrzanie.
zajebiste.

- Wyglądasz – mruknęła Eliza na tyle cicho, by naczelnik nie usłyszał. - Wyglądasz podejrzanie z tym twoim wyrazem twarzy, jakbyś miała wieczne zatwardzenie!
- Zatwardzenie nie jest podejrzane – odpowiedziała Stein, nie troszcząc się dla odmiany o zniżenie głosu, toteż wszyscy spojrzeli na nią z nieukrywanym zdumieniem. - To po prostu schorzenie, które wymaga pomocy specjalisty.
Eliza zrobiła się czerwona ze wstydu, co przy jej jasnej cerze i niemal białych włosach dało taki efekt, jakby ktoś zanurzył we wrzątku. Usiłowała udawać, że słowa Miyi nie były skierowane do niej, a jednocześnie w myśli lżyła partnerkę najplugawszymi słowami, jakie przyszły jej do głowy. No naprawdę, jaką idiotką trzeba być...!
- Nie ma powodu, by nie wierzyć świadkom – odezwał się naczelnik, ignorując incydent.
Pobieżnie zdawał sobie sprawę z napiętych stosunków między swymi dwiema podwładnymi i kiedy tylko mógł, starał się łagodzić konflikt. Nie przyszło mu do głowy, że zarzewiem owego konfliktu jest w istocie on sam i jego upór w kwestii przydzielania dziewczynom takich, a nie innych spraw.
- Weźmiemy zatem pod uwagę zeznania obecnych tu państwa – kontynuował spokojnie. Jednak wątpliwości zgłoszone przez Elizę są jak najbardziej na miejscu. Spieszę zapewnić, że oczywiście istnieje sposób ustalenia, jak wyglądała tajemnicza osoba i czy wszyscy faktycznie widzieli tego samego człowieka. Świadków poproszę o pozostawienie danych kontaktowych. Każdy otrzyma wezwanie na osobne przesłuchanie, na którym będzie obecny specjalista od sporządzania portretów pamięciowych.
- Czy to jest doprawdy konieczne? - zapytała Eliza, jednak już bez zwykłego zacietrzewienia, jedynie z rezygnacją. - Przecież ten cały zaginiony sam się za chwilę znajdzie!
Naczelnik standardowo zgromił ją wzrokiem, za to Miya wyglądała, jakby zamierzała się uśmiechnąć. Nie zrobiła tego rzecz jasna. Eliza nie od dziś podejrzewała, że jej cyborgowata partnerka jest całkowicie niezdolna do okazywania wesołości, zakładając optymistycznie, że jest w ogóle zdolna do jej odczuwania.
- Portret pamięciowy! - prychnęła Eliza, gdy poinstruowane jeszcze w kwestiach proceduralnych, wyszły z gabinetu. - On jest naprawdę żałosny. Wcisnął nam... tobie! Tobie wcisnął kolejne gówno, a próbuje robić wrażenie, jakby to miała być sprawa stulecia! Przepuśćmy te ich zeznania przez program do tworzenia portretów i tyle!
- Radziłabym raczej poszukać dobrego specjalisty – zaoponowała Stein, jak zwykle bez emocji, ale wciąż sprawiała wrażenie na swój sposób rozbawionej. - I dobrze by było znaleźć go szybko.
- U nas w jednostce nie ma specjalistów od portretów. Chcesz mi powiedzieć, że mamy go ściągać z innej jednostki? Przecież zanim dostanie wszystkie bezsensowne pozwolenia na współpracę, ta zaginiona oferma ze trzy razy zdąży się znaleźć! Co cię tak cieszy, jeśli można wiedzieć?!
(...)
- Nikt nie mówi o podglądaniu – tłumaczył(a) Eliza, podczas gdy Miya obserwowała ją uważnie.
Eliza znała to spojrzenie i irytowało ją ono niewymownie. Partnerka patrzyła na nią tak, jakby obserwowała pod mikroskopem jakieś obrzydliwe acz interesujące stworzenie słabo znane nauce. Postanowiła to ignorować, co wcale nie było zadaniem prostym. zgubiony podmiot, nadal jest nim "partnerka" zamiast z powrotem "Eliza"
- Nie chodzi o podglądanie – przekonywała. - Po prostu jak się mieszka z kimś przez ścianę, można czasami przypadkiem zauważyć coś niecodziennego, w takich sprawach tego rodzaju obserwacje bardzo pomagają.
- Naprawdę nic nie wiem. - Kobieta jakby złagodniała. - Wczoraj chyba był w domu. U mnie jest zazwyczaj strasznie głośno, więc raczej nie słyszę dobiegających z jego mieszkania dźwięków, ale wydaje mi się, że wczoraj był. Krzątał się późnym wieczorem, chyba coś robił w kuchni... Dzisiaj nic nie słyszałam. On wychodzi do pracy w tych godzinach, kiedy wyprawiam dzieciaki do szkoły, więc nie ma szans, żebym coś usłyszała. Mogli się tam do niego włamać, mogli go mordować, a ja bym pewnie nie zwróciła uwagi...
- No nic, dziękuję za pomoc – mruknęła rozczarowana Eliza. - To co? Wchodzimy? - zwróciła się do partnerki, zerkając z ciekawością na nijakie drzwi, które chciała wyważyć jak najszybciej i nawet nie próbowała tego ukrywać.
- Chyba nie mamy wyboru – Miya wzruszyła ramionami.
- A jak znajdziemy tam trupa?
- To dopełnimy zalecanej procedury.
Eliza przez całą służbę marzyła, żeby zrobić coś podobnego - wzięła krótki rozbieg i z bojowym okrzykiem kopnęła z całej siły w drzwi. szyk Nic się nie stało, jedynie przeraźliwy huk wywabił z mieszkań wszystkich chyba sąsiadów.
- Bandyciiii! - zawyła jakaś staruszka, wyraźnie niezorientowana w sytuacji. - Ratuuunkuuu! Wezwać straż!
- Spokojnie – warknęła Eliza tonem bynajmniej nie uspokajającym. - My właśnie jesteśmy ze straży.
- Coś takiego! - oburzyła się kobieta. - I zamiast pilnować porządku, burdy urządzacie?! Ja powiadomię waszych przełożonych! Ja pójdę na skargę!
- A idź nawet do Głównego Oligarchy! W dupie to mam!
- Eliza! - zawołała ostrzegawczo Stein.
Postanowiła interweniować, bowiem o ile próba wyważenia drzwi mogła bez większego trudu ujść im na sucho, o tyle już obrażanie przypadkowych osób pociągnęłoby za sobą konsekwencje.
- Czego? - Eliza skrzywiła się z bólu, bowiem choć jej popisowy kopniak nie zaszkodził drzwiom, to z całą pewnością zaszkodził nodze.
- Nie wolno ci w ten sposób zwracać się do...
Eliza ani myślała tego słuchać. Kulejąc podeszła do drzwi i obejrzała zamek. No tak, nic dziwnego, że nie wyleciały...

żadne drzwi nie wylecą kopnięte raz przez kobietę, zapewniam, wyważałam drzwi dwa razy w życiu :facepalm:

(...)
Odblask, wskazujący połączenie z centralą(,) był bladozielony i ledwie widoczny. Znaczyło to, że kody dostępu są dobrze zabezpieczone i nie wystarczy pociągnąć za kolorową linkę, by je uzyskać. Trzeba będzie pofatygować się tam, gdzie są przechowywane. Pewnie do sześcianu producenta... Znów spojrzała z góry i zlokalizowała słabo widoczną, zieloną nitkę. Kilkakrotnie zmieniła perspektywę, aż w końcu ustaliła, dokąd prowadzi.
Opadła łagodnie na samą górę upatrzonego bloku informacyjnego, a potem, niemal bez zatrzymania, wniknęła do środka. Przeniknęła dwie pionowe strefy, unikając filtrów i wylądowała dokładnie tam, gdzie chciała. Sam fakt, że jej się to udało był już nie lada wyczynem. To prawda, że ludzi umiejących przenikać przez ściany bloków informacyjnych było w mieście ledwie kilkoro. Ludzi zdolnych zabrać coś z sześcianu, omijając wszelkie zabezpieczenia również było może kilkoro. Na całej planecie.
Mały, zielony kluczyk z zielonej półki z numerem mieszkania... Niewątpliwie zabezpieczenia mają tu świetne, myślała Eliza, błyskawicznie wykonując kopię kluczyka i jednocześnie czyniąc za pośrednictwem awatara nadludzkie wysiłki, by nie stanąć na drodze czerwonym kropkom, przemierzającym czarną halę z różnokolorowymi, odblaskowymi półkami.
- Jebane filtry – mruczała pod nosem, wiedząc doskonale, że mówi to również w świecie rzeczywistym i nie starając się zneutralizować tego efektu.
Tak, filtry były niezłe. Kropki przemieszczały się bez żadnej ustalonej częstotliwości, nieregularnie i piekielnie szybko.
Znakomite zabezpieczenia, przyznawała w duchu Eliza. Ale dizajn do dupy. Półka i to jeszcze z numerem mieszkania! I kluczyk! Doprawdy, nic bardziej oczywistego nie dało się już wymyślić! Możliwe, że zmienią projekty, gdy odkryją dzisiejsze włamanie, nawet, jeśli straż miejska wystosuje odpowiednie wyjaśnienie. Ostatecznie ukrycie zakodowanej informacji w jakimś niecodziennym zapisie graficznym też mogło być dobrą ochroną przed hakerami. Jak dobrze, że jeszcze na to nie wpadli!
Zakończyła kopiowanie kodów i ulotniła się przez ścianę, wywijając dzikie piruety w obawie(zbędny) przez filtrami. Nie musiała już patrzeć z góry na miasto informacyjne, zapamiętała drogę. Wpadła jak bomba do sześcianu będącego w rzeczywistości budynkiem mieszkalnym, odnalazła właściwe drzwi i natychmiast wpasowała do systemu kody otwierające.
Alarm rozwył się natychmiast, a wraz z nim staruszka.
jprdl durne to takie :facepalm: uwielbiam ją
- Bandyciii! - wrzeszczała znowu. - Napad!
Eliza nie zwracała na nią uwagi. Spodziewała się usłyszeć alarm. W końcu nie dokonała prawidłowej weryfikacji. Zadziałała inwazyjnie, więc była przygotowana na to, że urządzenie zareaguje. Jednak mimo tego drzwi powinny się otworzyć.
Czekała, wstrzymując oddech, aż wreszcie drgnęły i dokładnie tak, jak się podziewała, zaczęły się bardzo powoli przesuwać. Odetchnęła z ulgą i wreszcie mogła skupić się na hałasie. Małe urządzenie tuż przy drzwiach wydawało z siebie przeraźliwe dźwięki, baba na półpiętrze chyba jeszcze gorsze. Eliza dyskretnie pomasowała uszkodzoną chwilę temu nogę i uznała, że jeszcze wystarczy jej siły na zrealizowanie tego jednego, małego marzenia.
Tym razem nie wzięła rozbiegu. Kopnęła z miejsca, solidnie i celnie. Urządzenie trafił natychmiastowy i definitywny szlag. Dziewczyna zastanowiła się, czy nie zastosować tej złotej metody także względem baby, ta bowiem, zamiast zamknąć się bodaj na chwile, rozwrzeszczała się jeszcze bardziej.
Miya jednak znalazła inny sposób. Podeszła do upierdliwej kobiety i coś jej cicho powiedziała. Eliza nie mogła słyszeć co, wystarczyło jednak, że spojrzała na wyraz twarzy partnerki i nawet nie zdziwiła się, że babsko zamilkło, najprawdopodobniej w obawie o własne życie.
- Wchodzimy! - zawołała Eliza i wyjęła broń.
Nie bardzo wiedziała, w jakim włąściwie celu miałaby jej użyć, po prostu choć raz chciała się poczuć jak na prawdziwej akcji.
:facepalm:

(...)
- Daj spokój! Prowadzimy śledztwo, potrzebny jest poŚpiech!
Miya pogrzebała w swojej absurdalnie wielkiej torbie i wyjęła służbowy rejestrator. Ustawiła tryb fotograficzny.
- Trzymaj się procedury – powiedziała surowo, wracając najwyraźniej do równowagi.
Eliza westchnęła ciężko i zrezygnowana pokręciła głową. Już miała nadzieje, że jej partnerka w obliczu tak niecodziennej sytuacji ujawni wreszcie jakieś ludzkie uczucia. Cóż, najwyraźniej po prostu takowych nie posiadała.
- Zrób dokumentację fotograficzną miejsca. - Miya wręczyła Elizie rejestrator.
- Sama zrób!
O dziwo Miya nie wykłócała się. Wzięła rejestrator i zabrała się do pracy. Prawdopodobnie uważała, że osobiście zrobi to lepiej.
Elizie taki obrót sprawy jednak całkowicie odpowiadał i kiedy tylko partnerka skierowała się do kuchni, wróciła do transferowania. Miya skończyła wreszcie i wróciła do salonu. Zastała Elizę przy przewijaniu na podglądzie przedostatniego hologramu.
- Nic... niic... ciĄgle nic...
- Eliza! Będę musiała...
- To zgłosić. Wiem.
- Nie możemy pozwalać sobie...
- Stein, nie wkurwiaj mnie! - Eliza załadowała ostatni hologram. - Myślisz, że nie wiem, po co poszłaś robić dokumentację? Wiedziałaś, że ja to obejrzę i że przekażę ci, co tam jest. Śledztwo nie utknie, ale ty będziesz mogła przysięgać, że nie masz nic wspólnego z łamaniem procedury!
- Przeceniłaś mnie. To mi nie przyszło do głowy.
kur** KOCHAM TĘ LASKĘ XDDDDDDDDD STEIN RZĄDZI
Serio, miałam zamiar cię przeprosić na początku komentarza, ale no cholera jasna - nie będę przepraszać wszystkich forumowiczów, c'nie? No właśnie.
Także brnij przez to, btw dzięki za lekturę, dobrze, że wrzuciłaś po tej rozmowie na SB. Eghe:

Na boga Wiosno było naprawdę ciężko :facepalm:
Wiem, wspomniałaś, że to tak naprawdę "początek" pisania i żeby być wyrozumiałym. No i tak też podchodzę, ale jednak - może tak to ujmę - między tym a tekstem który czytałam twojego autorstwa kilka dni temu, zieje wielka czarna przestrzeń nieskończonego kosmosu. Streszczę się (jeśli będziesz kiedyś w tekście dłubać i poprawiać lub pisać od nowa, to to może być przydatne):
- dialogi. Nierealne, sztuczne. Emocje odmalowane za pomocą dopisków "powiedział zniesmaczony/zły/zszokowany/smutny", bo po samych słowach średnio to widać momentami. Zwłaszcza u Dana. Dan to po prostu martwa kłoda w tym tekście (jeśli idzie o emocjonalność i jakieś ludzkie reakcje). Choć na przyklad wypowiedzi Elizy to już inna bajka, aż ociekają wymownością. No więc DIALOGI, ogólnie.
- trzymanie czytelnika na smyczy. To też widać mocno w dialogach. Wszystko wyłożone wprost, napisane, wytłumaczone. Jeśli Dan mija kamień, to mówi "mijam kamień", mimo że czytelnik wie, że on mija ten kamień. Potem jeszcze tłumaczysz skąd kamień wziął się na drodze. Kurde, nie, za ostro, nie chcę być chamska tylko obrazowa. W ogóle nie bierz do siebie, że będę w tym komentarzu truć dupę - ok? :facepalm:
Wiesz chyba, o co mi chodzi - w tym tekście to, co mówią bohaterowie, jest dokładnie "powtórzeniem" i sprecyzowaniem oczywistości wynikających z fabuły. Rozmowa w jaskini zwłaszcza. Widać czynności, widać akcję, a te wypowiedzi, które wkładasz w usta bohaterom, wszystko jakby spłycają. Stopują, obniżają poziom. Są tak, nie wiem, tak banalne i samo-przez-się-rozumiane, nawet nie że przewidywalne, tylko wręcz boleśnie wymuszone. Jakbyś musiała. Jakby stwór ze świątyni musiał głośno i dobitnie oznajmić że "nie wie skąd Dan wziął się w świątyni, w której nagle się nie wiadomo skąd wziął". A Dan musi, oczywiście, rzucić, że "Nie wie, skąd wziął się w tej jaskini.". Jedno zdanie opisu by to załatwiło. Prostsze dla ciebie i czytającego, takie zwykłe "był zaskoczony, podobnie jak stwór". Sama już nie wiem, czy piszę składnie. Trochę się aż uniosłam, a w sumie niepotrzebnie, bo oto komentuję tekst sprzed 4 lat wiedząc doskonale, że nie robisz już takich błędów w teraźniejszości...
- opisy. Opisy mają jedną wadę w tym tekście. Jest ich za dużo. Są o wszystkim, są przez to mylące. Tak naprawdę Dan po prostu budzi się w jaskini, ale po drodze - od momentu jak on otwiera oczy do momentu jak się podnosi - dowiadujemy się praktycznie jaki jest sens wszechświata XD [wiem, ogarnięty przez ciebie]. Wiemy o życiu Dana, o siostrzenicy, urodzinach siostrzenicy, o książce, o sprzedawcy sprzedającym książkę, o herbacie u sprzedawcy sprzedającego książkę, o fusach w tej herbacie, o... no nie, Wiosno, mówię wprost - tekst jest albo do pocięcia albo do edycji z naciskiem na przenoszenie całych akapitów w inne miejsca. One są na dłuższą metę zbędne. Ten wywód o możliwości dosypania czegoś na sen! To, ten moment! On uświadomił mi, co mnie najmocniej w tekście meczy. No właśnie ilość, natłok, nie wierzę, że ktokolwiek będzie zainteresowany czytając tak wiele zdań zastanawiającego się Dana, czy aby przypadkiem w każdej minucie jego zwyczajnego dnia nie darzył się cień szansy na wypicie środków nasennych...
I niby wiem, że po prostu usiadłaś i pisałaś - bo tak pewnie wygląda nano - ale jak już piszę ten komentarz, to niestety będę szczera. Bo liczę, że kiedyś siądziesz i poprawisz (może wręcz przepiszesz?) coś, z czym masz emocjonalny związek. Ten tekst pewnie niesie wiele wspomnień, szkoda, żeby został taki, no, "przedczteroletni". Bo teraz piszesz o niebo lepiej.
Cały czas kiedy ci klepię ten komentarz, waham się, bo jestem przyzwyczajona do tekstów "teraz" na forum, nieczęsto ktoś wrzuca starą pracę taką typowo "napisane pod wpływem chwili". W sumie nie wiem jak było i czy ten tekst jest skończony. Dobra, najwyżej połowa komentarza będzie zbędna.
Do poprawy jest więc, moim zdaniem, sposób podania informacji. Tak, to zawiera w sobie wszystko, o czym wspomniałam wcześniej. Dialogi, opisy, szelki bezpieczeństwa i fotelik dla czytelnika. To wszystko cierpi przez ilość i jakość informacji, którymi nasączyłaś swoją twórczość. Teraz, po latach, wiesz, co jest ważne, a co zbędne, czas zainwestować w akcję i trochę wyplewić ogródek.
ksiądz ogrodnik, hehe
Jest wielka różnica między tymi rozdziałami. Część pierwsza otrzymuje ode mnie 4/10, za do druga - co najmniej 6/10. Bo Stein i Eliza. Tu już coś się dzieje, są emocje, charakter (którego ewidentnie brak Danowi). Zwłaszcza kobieta cyborg mnie urzeka, no, na boga, uśmiałam się kilka razy. Te jej teksty i w ogóle zachowanie XD najlepiej skrojona, niby najsztywniejsza a tak naprawdę najswobodniej prowadzona postać, jaką wyłapałam. Komiczność jej reakcji i, wiadomo, tego, jak postrzega ją Eliza, jest dla mnie bombowym pomysłem - i za niego cię chwalę. Sama Eliza wypada odrobinkę słabiej, bo przed tą swoją narowistość i dziecinną buńczuczność bywa czasem irytująca. W takim literackim sensie. Takim trochę - no już daj spokój, kobieto, przestańże tyle krzyczeć.
Widać, w całości, takie momenty, gdzie podajesz info z życia. Takie małe ciekawostki wplatane między wiersze, ciekawe poglądy, przyuważone zachowania, własne doświadczenia i anegdotki i prawdy życiowe. Podoba mi się to. Lubię bardzo, to na plus. Odmalowane szczegóły w kilku słowach, szczypta prawdziwości - tu drąca się baba, tu info od sąsiadki, że w sumie ma w dupie, choć przez ścianę, tu trochę biurowości w osobie naczelnika...
Btw - scena w gabinecie naczelnika. Jest źle.
Zwłaszcza razi po oczach ten moment, jeśli chodzi o "spontaniczność" twojego pisania. Jakbyś nie do końca się naszykowała, nie miała pomysłu na niektóre sceny, musiała trochę się asekurować. Więc właśnie. Jest nowa sprawa. Eliza i cyborg idą do naczelnika Nie wiedzą niemal nic. Wchodzą i słyszą "świadkowie twierdzą że cośtam". I nagle ta Eliza z ryjem (MIMO ŻE NADAL NIE WIE, O JAKIEJ PODEJRZANEJ OSOBIE MÓWILI, CO MÓWILI, IL W TYM PRAWDY, JAK TO BRZMI, NO CHOLERA ONA NIE MA POJĘCIA O ANI JEDNYM SŁOWIE WYPOWIEDZIANYM PRZEZ TYCH LUDZI) i ona z ryjem do naczelnika, że to bez znaczenia? Że oni tylko szukają sensacji? Że w życiu jest milion podejrzanych osób i każdy wygląda podejrzanie?
Całkowicie nielogiczna scena, reakcja. A co, gdyby się okazało, że tych czworo ludzi mówiło zgodnym głosem "widzieliśmy metr od Dana czerwonego ufoludka!"?
Ała, nadal boli. Jest kilka takich miejsc, gdzie z miliona informacji zawężasz nagle spektrum i jakby uciekasz, bojąc się riserczu, posiedzenia, przemyśleń. Znów, wiem. To typowe, jeśli po prostu siadasz i zaczynasz pisać coś, co ma mieć 50 tysięcy słów, masz wolną rękę... jasne, kto wtedy siedzi i myśli zawzięcie, jakby tu opisać rozmowę w biurze, żeby na pewno była wiarygodna, KIEDY PRZECIEŻ MOŻNA CIĄGNĄĆ FABUŁĘ BO JEST POMYSŁ! Tak to odbieram.
Raz jeszcze powtórzę - nie bierz do siebie, jeśli coś cię uraża. Ja zwykle się emocjonuję, pisząc komentarze.
Także no... co by tu więcej. Nie umiem na razie powiedzieć, czy całość trzyma sie kupy XD wiadomo, więc no, doczytam kolejne wrzutki. Ciekawi mnie, jak to zaplączesz. Ja Dan się przeniósł, czemu i po co, oraz czy naprawdę zamieszka ze Stein <3 którą pokocha za bycie idealnym robotem w swoim codziennym, mało wyskokowym, nudnym życiu. Żarcik taki.
Tekst męczył mnie technicznie, ale jeśli chodzi o całą resztę, był przyjazny. Zwłaszcza dziewczyny, o nich łatwiej się czytało. Mam nadzieję, że rozpędzasz się później na tyle, by dać coś komuś poczuć wobec Dana. Bo chwilowo to on jest dość... bezbarwny w odbiorze jednak.
Dużo określeń sadzisz - "takie, to, tam" - słowa nagminne, często niepotrzebne. Ok.
No to jest... "porządny" komentarz, jak to Kili nieopacznie palnęła na SB. Mam nadzieję, że potraktujesz go na luzie, Mopsie :D

A, i jeszcze. Raz jest "Awatary" a raz "Avatary" chyba. Jeśli mnie wzrok nie mylił
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ziarno prawdy [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 09 lipca 2016, 20:38

Zatem i ja przeczytałam.
Przyznam, że najbardziej mnie interesuje w tej chwili, jak w tej przyszłej przyszłości parzy się herbatę, że to, co zrobił gość w antykwariacie było takie inne. A potem Dan sobie zaparzył ziółka w domu i nie dałaś nam szans zobaczyć, jak to się robi po nowemu.
Kobieta z wężowym ogonem brzmi tak bardzo NaNo dla mnie, w ogóle sam pomysł na lodową jaskinię akurat mnie się zarąbiście podoba, podobnie jak to, że jak się chłopak obudził to na tyle zakręciłaś mnie wstępem (tym długim ogromnie rozkminianiem, kto z nim - Danem - pije, a kto nie), że totalnie mnie zaskoczyło to futro. W ogóle Dan - gość ma interesujący sposób reakcji na sytuację mocno odchyloną od normy. Znaczy ta racjonalizacja, on nie bierze do bani, że trafił do historii z ksiunżki, on widzi gościa po modyfikacjach.
Kanteriale mówią Stein! i ja się z tym godzę. Co za babka! Ten spokój. W ogóle ten moment, gdy ona prezentuje ten filmik na samym początku - prezentuje go Elizie i ta jej postawa zwycięzcy <3

W ogóle to tak, chcę wiedzieć do czego to prowadzi, nauczyłaś mnie już, że u Ciebie prowadzi i wiem, że teraz też tak będzie. Działaj. Piszaj.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ