Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

C9H13NO3*

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 09 czerwca 2014, 09:04

Zamieszanie "kto jest kim" zanotowałam sobie do poprawiania jak już będę miała to całe. Niekonsekwencje tyż. Starałam się trzymać jednej pisowni, ale to była ta druga niż ta używana w pracy i... no chyba już w pewnym momencie sama mogłam zapomnieć co robię :/ Będę poprawiać w tym co mam i zwracać pilniejszą uwagę w tym, co piszę.
Że z Javim się udało, to się cieszę, bo to był taki strzał w ciemno, czy uderzenie czymś takim na początku tekstu, gdy mało o bohaterach wiadomo się sprawdzi, czy nie. :D I bardzo dziękuję za komcia :heart:



[ He ] [2/2]
Odwzajemnił natarczywe spojrzenie z uporem, który rzadko kiedy przysparzał mu sojuszników. Jeśli Vahter chciał tak grać, to tu i teraz, dla tych informacji, gotów był wejść w to i dać z siebie wszystko, a to nie zdarzało się często. Założył ręce na piersi, przekrzywił głowę i zmrużył oczy. Uśmiechnął się i spróbował całym sobą dać do zrozumienia, że ma czas. Całą masę czasu, czyli jakieś dwa lub trzy tygodnie do momentu, gdy w końcu zejdą z orbity Widma i obiorą kurs na dom. Ten prawdziwy, gdzie jeden gie zapewnia niemal sześć jottakilogramów lawy i skał, światło w dzień ma ponad pięć tysięcy kelwinów dlatego, że pochodzi z żółtego karła nie zaś z fikuśnej żarówki, a wychodząc się przejść nie spotyka się non stop tych samych pięciu twarzy.
– Błąd ludzki.
– Słucham?
– Ogólny werdykt jak na razie, to błąd ludzki. W obu przypadkach.
– Znaczy co? Nasz naukowy dream team najpierw spierniczył programowanie łazika i wysłał go na jakąś paskudną równinkę, bo równiną tego czegoś nazwać się nie da, i niemalże załatwił swój cenny sprzęt na amen?
– Dokładnie. Vivian ma z nimi rozstrzygnąć jak do tego doszło.
– Może już zaczęła… Helen chodzi nabuzowana od kilku dni. Z Javierem skrytym za barykadą w postaci Hugh, to pewnie na nią spłynął gniew Vivian. Bo Caroline raczej się do tego nie miesza, to nie do końca jej działka badawcza nawet jeśli w tym i owym pomaga. A tlen?
– Tak samo. Ktoś nie napełnił. Javier nie sprawdził.
– Ktoś?
– Luka w procedurze.
Przewrócił oczami. Mnożyły się te dziury w ostatnich dniach jak króliczki lub grzyby po deszczu. Przeszkolenie personelu w obsłudze Lotki, przejęcie zdalnej kontroli, kontrola wprowadzanych danych, uzupełnianie tlenu w butlach – nie chciał wiedzieć, co będzie kolejne i patrząc na Meelisa był pewien, że on również. W swym czarnowidztwie musiał zauważyć ten nagły wysyp i już trzy razy go sobie przemyśleć – taka natura kogoś, kto na co dzień szuka potencjalnych dziur w całym, by przypadkiem nie stały się jak najbardziej realnym problemem.
– Czyste wyjaśnienie – stwierdził i dał upust swojemu zwątpieniu. – Trzy dni nad tym siedzieliście?
– Były inne opcje, ale nie przeszły próby.
– Rozwiń. Meel, czy ja muszę z ciebie wszystko wyciągać? Jakbyś próbował zachować równowagę nie wiem jaką z Helen. Ona mnie dziś napastowała swoim słowotokiem, z którego mało zrozumiałem, może poza tym, że jest na ciebie wściekła… nie to złe słowo, ale zdecydowanie nie darzy cię sympatią, co w sumie jest zastanawiające, bo jeszcze kilka dni temu tak nie było.
Vahter wzruszył ramionami. Po tych wszystkich miesiącach życia na ograniczonej przestrzeni Kociołka zaskakująco mało wiedzieli o tym, co kto zostawił za sobą. Plotki, zgadywanki, przypuszczenia – niewiele więcej, nic pewnego. Zupełnie jakby tajność wyników badań, tajność całej ekspedycji, rzuciła cień na ich życie i odcięła każdego od tego, co ziemskie. Przeszłość mieli jedynie naukowo–zawodową. Doskonale wiedział ile doktoratów ma Helen, z czego profesurę ma Vivian i na jakich stacjach pracował Javier. Nie miał za to pojęcia, czy ta pierwsza ma narzeczonego, czy może pierścionek, który nosi, jest pamiątka rodzinną? Czy Vivian jest starą panną, rozwódką czy wdową – choć tu istniały wypowiadane półszeptem teorie rozpowszechniane choćby przez Caroline. Czy Meelis kogoś tam ma i dlatego odnosi się raczej chłodno do Helen i Caroline, czy po prostu to taki typ? A bez historii proste gesty były o wiele trudniejsze do zinterpretowania.
– Normalne. Wada konstrukcyjna sprzętu, glitch oprogramowania, celowe ingerencja, pa–
– Sabotaż?
– Nie powiedziałem tego.
– Powiedziałeś „celowa ingerencja”. Dla mnie to brzmi jak sabotaż.
– Sabotaż, to celowa ingerencja obliczona na to by zaszkodzić.
– Meel…
Vahter patrzył na niego, czy go widział było już rzeczą dyskusyjną i Lankocz obstawiał, że nie. Może próbował tego triku ze spoglądaniem o kilka centymetrów obok głowy ofiary?
– Taka odwrotna podpadałaby pod błąd ludzki – dodał. – Jeśli to rozróżniliście, to musiało chodzić o sabotaż.
– To po prostu pozycja z tabelki.
– I?
– I nic. Odrzucona wcześnie, bo kto by na tym zyskał? Utrata łazika nikomu nic by nie dała, więc sabotaż, to nie wyjaśnienie. Błąd ludzki, owszem. Wprowadzono złe dane. Prawdopodobnie Helen wprowadziła. Jakie? Nie wiem. Nie mam dostępu, ale Vivian ma sprawdzić.
Lankocz roześmiał się rechotliwie, do ostatniej chwili próbując pozostać poważnym, ale przegrał z kretesem. Zabrzmiał jak rozdeptywana żaba i nawet się tym nie przejął. Odchylił głowę. Chłód metalowych drzwi przegryzał mu się przez krótkie włosy i sięgał czaszki. Mózg był kolejny. Odepchnął się i w czterech długich krokach znalazł przy łóżku – nieprzesadnie szerokiej jedynce wpasowanej w kąt kajuty. Opadł na nie dramatycznie i schował twarz w dłoniach. Śmiech nie chciał dać się stłamsić. Podchodził do gardła. Wspomnienie przejmowania kontroli nad Lotką paliło pamięć jaskrawymi kolorami. To było chore. Tajne łamane przez poufne do potęgi entej. Gdyby nie odczuwał tego na własnej skórze, to wyśmiałby w ogóle taki pomysł. Kto to zatwierdził? Kto był takim paranoikiem, żeby stworzyć załogę, w której nie ma ani jednej osoby mającej prawdziwą kontrolę! Vivian niby pozostawała panią kapitan, ale doklejone do tego naukowy, oznaczało, że w kwestiach podróży miała mało do powiedzenia. Wszystko tak naprawdę zależało od niego. On wytyczał kurs, programował autopilota, on decydował czy dana orbita jest bezpieczna, on ją zmieniał i jego słowo w tych kwestiach było najpierwsze. Polemika? Argumenty? Dyskusja? Owszem! Proszę bardzo – nie wzbraniał się, dawał się przekonać i nie stawał okoniem, ale miał tę władzę ostatniego słowa. Vivian miała swoją. Meelis miał swoją. Hugh swoją. Byli niczym bóg w czterech osobach i świadomość tego nagle przedarła się do niego z przerażająca klarownością. Niby od dawna wiedział, że tak właśnie jest. Tak wyglądał cały lot do Widma i wtedy się nad tym nie zastanawiał, a teraz? Bach. Vivian ma sprawdzić. Owszem, Vivian, bo Meelis nie ma de facto uprawnień, aby grzebać w danych, które wprowadzono i porównywać ich. Jasne jak słońce! Ciarki przeszły mu po plecach, a w gardle pojawiła się gula, jakby wciśnięto mu tam stare skarpetki.
– A jeśli to jeszcze z Ziemi? – wyrzucił z siebie pierwsze, co mu przyszło do głowy, wymsknęło się z pamięci i zadźwięczało głosem Helen.
Meelis popatrzył na niego zmęczonym spojrzeniem kogoś, kto po trzech dniach nieustannego szukania ostatecznej przyczyny ma już szczerze dość tematu i najchętniej porozmawiałby o czymś bardzo głupim byle tylko niezwiązanym z łazikiem, Widmem i może nawet całą ich misją. Maksym nie był głupi, umiał to wyczytać w półprzymkniętych oczach i uniesionej brwi, ale jego własne myśli pchały go ku sprawie Javiera. Czuł się jak jeden z tych małych księżyców, które są skazane na to żeby koniec końców rozbić się o powierzchnie swojej planety i nic ani nikt nie może zmienić ich losu. Uśmiechnął się przepraszająco, ale nie odpuścił.
– Wiesz jaka jest Helen… double, tripple check i tak dalej, a to ona wrzucała dane, sądząc po jej zachowaniu? Więc, tak na logikę i rozsądek, ona by się nie pomyliła. Javi może, ale pomyśl ile razy każde z nich już to robiło i nigdy nie doszło do pomyłki, a siedzimy tu już czwarty miesiąc, za dwa czy trzy tygodnie odpalamy główne silniki i ruszamy do domu. Tyle czasu i było ok., więc może coś jest na rzeczy? Może coś przekłamało dane?
– Dopiero teraz?
To było dobre pytanie. Nie mógł się z nim kłócić, ale szukać wyjaśnienia już owszem. Bo…
– Może właśnie dlatego, że jesteśmy już tak blisko końca i mamy już większość badań za sobą. Po coś w końcu niemal wszystko jest tu tajne. Po coś nie mamy kontaktu z Ziemią, nie mogliśmy nikomu powiedzieć, dokąd w zasadzie lecimy i tak dalej. Gra toczy się o duże zyski w przyszłości i na pewno wielu chciałoby się do tego tu dobrać, więc – zawiesił głos i spojrzał na Meelisa, ale ten nie wyglądał na ani trochę bardziej zainteresowanego niż wcześniej. Nie wykluczał, że słusznie, bo po prawdzie wirus panoszący się po programach związanych z łazikiem niewiele mógł zrobić. To był zupełnie osobny system, niepowiązany z systemami statku – tajne, wszystko tajne i pozabezpieczane. Zatem owszem, uderzanie tam nie miało sensu i żeby w nie uwierzyć należało chcieć szukać związków i uprawiać gdybologię stosowaną; coś w czym Maksym czuł się nieźle. Lata praktyki w uważnym wpatrywaniu się w ciemność procentowały na różne sposoby. Cichy głos na dnie świadomości gadający bez przerwy, komentujący, żartujący i snujący teorie, by zabić monotonię i ciszę był tylko jednym ze skutków i to tym z puli „całkiem fajne”. Teraz zaś rozpędzał się on w snuciu teorii bazującej na jednym wypowiedzianym słowie, które rzuciła osoba nie mająca bladego pojęcia co mówi. I co z tego? Bo wirus, bo może opóźnienie, bo może nie miał uderzyć w łazik, ale w czasie lotu tyle programów zostało nieznacznie przepisanych przez Vahtera, że nawet wirus mógł dostać hopla i… Odetchnął. Pomasował skronie i spojrzał na Vahtera mrużąc oczy.
– No dobra, to głupi pomysł – stwierdził. – Helen rzuciła to i jakoś mi się w głowie zafiksowało. Zatem błąd ludzki, zmęczenie, rutyna i tak dalej? Nudy na pudy i jeszcze gorzej, ale nuda to fajna rzecz. Jak zaczyna robić się ciekawie, to znaczy, że pora srać po gaciach.
Vahter wzruszył ramionami.
– Dwa głupie błędy ludzkie, bo koniec już na horyzoncie i robimy się nieostrożni. Znaczy oni robią się nieostrożni, bo ja to dopiero na półmetku mojej roboty. Muszę wasze zadki dowieźć do domu, co nie? – zaśmiał się. – Nie pierwszy raz w sumie coś takiego widzę, ale przy tych wszystkich obwarowaniach tu, to… No w każdym razie różne idiotyzmy robi się z rutyny i…
Zamilkł i wpatrzył się w Vahtera niepewnie.
No kurwa, panie Lankocz, bycie radośnie bezczelnym a świnią, to dwie bajki. Właśnie żeś został warchlakiem.
– A do tu i teraz wracając, to na twoim m miejscu unikałbym Helen, bo chyba coś jej w tobie nie podpasowało, jakbyś nie zauważył. Może stres ją zżera. Pamiętasz jak na początku, tym wielkim początku, kiedy Układ Słoneczny został nam za rufą i wszystko tak naprawdę się zaczęło, a nie na tym początku, kiedy przeciskaliśmy się przez solarny syf, licytowaliśmy się na doświadczenie? Helen wtedy wspominała, że tak daleko jeszcze nie leciała, ale zrobiła to tak na opak.
Bredził. Wiedział co chce powiedzieć, ale słowa umykały mu, plątały się i nie mógł przekazać swoich myśli w jakikolwiek w miarę zrozumiały sposób i wręcz czuł jak pogrąża się w bagnie już nie po kostki, a co najmniej po kolana.
Nie cierpiał bagien.
Wychował się w pobliżu wiecznie wilgotnego lasu, który po każdym deszczu stawał się jeszcze bardziej wilgotny, grząski, rozbzyczany żarłocznymi owadami i pod każdym względem paskudny, a on musiał raz za razem przechodzić prowadzącą przez niego drogą bo to, bo tamto – rodzina zawsze znalazła powód, aby mu tym dopiec.
Metaforycznych bagien też nie cierpiał.
– Powiedziała, że spędziła sumarycznie mniej więcej siedem lat na misjach pozaziemskich, a ma mniej niż trzydzieści lat. – Vahter go poratował. – Ale to były głównie misje w stałych, dużych bazach, a nie małe orbitalne.
– Właśnie! – przytaknął i zorientował się, że już nie wie do czego zmierzał. Przywołanie doświadczeń Helen miało coś zrównoważyć, miało głębszy sens i cel, ale oba odparowały mu z głowy w chwili myślowego zaplątania. Szlag by to!
Spojrzał na Vahtera, ale ten nie wyglądał na zainteresowanego kontynuacją. Wpatrywał się w narożnik miedzy ścianą i sufitem i oddychał powoli, spokojnie, trochę tak, jakby go w ogóle obecność Maksyma nie interesowała i gdyby nie dobre dwa lata życia w zamkniętej puszce, to by się Lankocz za to obraził. Kiedyś to zrobił. Wiele razy. Z przytupem i melodyjką. Potem zobojętniał, a potem…
– Zimowa Panienko, tu pokład, wszystko clear?
Vahter przewrócił oczami.
– Rozumiem zatem, że Vivian wyczerpała twój limit słów na najbliższe kilka dni i nie mam jednak co liczyć na odrobinę rozmowy nie podszytej naukowym dreszczykiem mineralnych niesamowitości z dołu lub astrofizycznych niemożliwości skądkolwiek, Caroline nie jest wybredna. Twoje wzruszenia ramionami są dość enigmatyczne, wiesz? Jeśli powstał gdzieś bryk z ich interpretacji, to podziel się sznurkiem do niego… wróć, szlag. Na co mi sznurek jak nie mamy łączności z bazami danych hen daleko w Układzie? Nie masz tego gdzieś lokalnie?
– Nie powstał, a przynajmniej nic o nim nie wiem. Możesz sam napisać.
– I oszczędzić innym cierpień i katuszy związanych z komunikowaniem się z tobą? Czy ja wyglądam na takiego altruistę?!
Vahter zmierzył go wzrokiem przytomniejszym niż ten, którym badał ścianę. Uniósł brew, odgarnął z czoła przydługą grzywkę i przez moment Lankocz gotów był się założyć, że się z niego podśmiewa wyraźnie.
– Nie – odparł w końcu. – Ale mogliby ci za to zapłacić.
Prychnął równie oburzony, co rozbawiony. O tak, to był niezły argument!
– Bój się zatem – zagroził, ale Vahter już stracił zainteresowanie tematem i osunął się w stan odrętwienia; znów patrzył na ścianę. – A idź ty! Spadaj do siebie! – prychnął z podszytą rozbawieniem wrogością w głosie. – Ja tu liczyłem na męską wymianę zdroworozsądkowych plotek, a ty mi tu zasypiasz na siedząco! Nie ma cię. Spać!
Wypchnął go niemal na zewnątrz i nakierował na odpowiednie drzwi, a chichot coraz bardziej drapał go w gardło.
Normalnie powinienem dostać lizaka od Hugh – pomyślał ledwo życzył Vahterowi dobrej nocy i został na korytarzu sam na sam z ciszą. Wzdrygnął się. Nadal miał ochotę pobiegać.

Odechciało mu się ledwie przekroczył próg siłowni i obecność Caroline była tu małym pocieszeniem. Uśmiechnął się do niej. Przestrzeń na statkach zawsze była cenna. Gdy wymyślono łodzie podwodne zdawało się, że ciaśniej już być nie może i Lankocz nie wykluczał, że ci co tak twierdzili mieli rację. Stanowczo nawet tu mieli więcej miejsca (nie musieli spać na torpedach, nie tylko dlatego, że ich nie mieli), ani zamieniać się łóżkami w rytmie wacht (bo wachty były bardzo iluzorycznym tworem, gdy załoga w sumie nie przewidywała dublowania kwalifikacji i każdy był niezastępowalny, a zatem potrzebny dwadzieścia cztery na siedem), nie uderzali głowami w rury i zawory oraz mieli własne łazienki, ale i tak stosunek przestrzeni dla ludzi do tej dla maszyn był przytłaczająco–przygnębiający. Królestwo Vahtera zajmowało cztery do pięciu razy więcej miejsca niż jeden mały pokład mieszkalny razem ze znajdującym się nad nim mostkiem i rozciągającym się pod nim głównym hangarem. Dlatego też siłownia i ambulatorium były małe. Wpasowane w znajdującą się centralnie wyspę, dookoła której przycupnęły kwatery mieszkalne, mesa i laboratorium, stanowiły oś statku. Klaustrofobiczną, ciemną, bo pozbawioną okienka na jeszcze ciemniejszą próżnię, a także najbardziej aromatyczną. W rankingu Lankocza walczyły o palmę pierwszeństwa w kategorii „smród roku”. Zapach medykamentów i sterylności przyprawiał go o dreszcz i budził najpaskudniejsze wspomnienia z dzieciństwa, z kolei siłownia sprawiała niekiedy, że utrata formy nie jawiła się jako taka straszna opcja. Wystarczyło, że jedna osoba poćwiczyła tam dłużej, a wentylacja przestawała dawać radę. Więcej niż dwie na raz stanowiło zagrożenie biologiczne.
Stan aktualny ocenił na sześć w dziesięciopunktowej skali i dzielnie przekroczył próg, pozwalając, aby pozbawione przeszklenia drzwi zamknęły się za jego plecami i uwięziły go w tym bunkrze.
– Co tam?
Pytanie wyskoczyło mu z gardła samo z siebie i napędzane siłą odruchu podobnie jak uśmiech chwilę wcześniej. Caroline nie zwalniając biegu wzruszyła ramionami.
– Praca – roześmiała się. – Teraz przerwa, bo komputer mieli mi dane, a przynajmniej te, co może. Tęsknię za Ziemią, za komputerami tam, bo tu to połowy rzeczy nawet nie próbuję przeliczać. Nie te moce obliczeniowe – stwierdziła po raz enty w czasie tej podróży, a on pokiwał głowa z takim samym co zwykle współczuciem.
– To już wiesz skąd się to na dole urwało?
– Może – odparła z przekąsem. – A może nie.
– Tajne przez poufne?
– I musiałabym cię zabić, gdybym ci powiedziała.
Wzdrygnął się teatralnie i zajął bieżnię obok. Zajechane rolki poczęły się mozolnie obracać, taśma ruszyła i drugi zestaw uderzeń wypełnił małe pomieszczenie. Bach, bach, bach w rytmie którego skrzypiały plastiki.
– W takim razie będę żył w niewiedzy, bo jak mnie zabijesz, to kto dowiezie wasze naukowe, zgrabne zadki do domu, nie rozbijając ich o jakąś zbłąkana asteroidę, włóczącą się po bezmiarze kosmosu?
– Byle do Układu, a tam to już jak trzeba, to nas za rączkę zdalnie poprowadzą. A między nami a Układem, to głównie jest próżnia o tak znikomej gęstości, że w zasadzie większość powiedziałaby, że nie ma w niej niczego wartego uwagi.
– Jestem zatem niepotrzebny? A kto by ci tu dotrzymywał towarzystwa?
– Elen? – odparowała zupełnie niespeszona.
Pływali w bajorze swojskości, w milionowej iteracji tego samego rodzaju rozmowy – niezobowiązującego gadania o dupie Maryni i wzajemnego poprawiania sobie humoru.
– Ostatnio jest jak osa.
Caroline nie odpowiedziała. Biegła wpatrzona w przeciwległą ścianę i zupełnie nie zwróciła uwagi, że on sam nieco zwolnił i zapatrzył się na nią. Na oczy pod ściągniętymi brwiami, na twarz zaczerwienioną od potu, na głęboki dekolt koszulki i wyglądającą ponad nim koronkę stanika – znajomą, zawsze w nim ćwiczyła – na dłonie o palcach zwiniętych w luźne pięści.
– Znaczy od trzech dni – odezwał się by zabić milczenie. – Nie wiesz, czy coś Vivian jej mówiła?
Oczywistym było jakie coś ma na myśli, ale tajne przez poufne związało mu gardło, bo w sumie nie wiedział kto już zna wyrok w sprawie, a komu dopiero zostanie on przekazany. Jeśli w ogóle zostanie. Zamyślił się.
Raczej zostanie. Zatajanie wydawało się bez sensu.
Wiele rzeczy było bez sensu.
Przyspieszył.
– Coś ostatecznego… nie. Ale Elen jest trochę… nieswoja po całym zajściu. – Caroline ostrożnie dobierała słowa. Wahała się i rytm biegu, zmęczenie nim, nie był w stanie tego zamaskować. – Pierwszy raz znalazła się w sytuacji, gdy śmierć zaglądała w oczy. Nawet nie jej, ale blisko i nieważne, dlaczego do tego doszło…
Czytanie niedopowiedzeń nie było jego mocną stroną, ale patrzenie na wskroś blefów i nieudolnie przekłamywanej mowy ciała stanowiło inną bajkę. Gadać o bzdurach ponad stołem mógł każdy, ale wyrugować te wszystkie drobne odruchy towarzyszące dobrej lub złej karcie nie było tak łatwo. Zawsze rozchodziło się o drobiazgi. Tylko amatorzy myśleli, że w hałasie własnych słów cokolwiek ukryją. Nie miał zatem pojęcia czego konkretnie Caroline nie mówi, ale domyślał się tego czy owego. Prawdopodobnie nie wiedziała o wyroku „błąd ludzki”, który połowicznie bódł w Helen. To jak na moment jej twarz zastygła w skupieniu, gdy próbowała powiedzieć jaka Elen jest trochę, dawało podstawy, by uważał, że początkowo miało znaleźć się tam inne słowo. Jakie? Miał kilka typów. Od roztrzęsionej po nielogiczną i niestabilną; wszystkie kwalifikowały ją do odwiedzenia Hugh – poza nieswoją. Nieswojość była neutralna i zrozumiała.
– Długo się uchowała – odparł, starając się pozostać równie neutralny. – W ogóle my długo się uchowaliśmy bez poważniejszego wypadku.
Truizm. Fakt oczywisty. Nie tak zwykle rozmawiał z Caroline, ale coś się przed chwila zmieniło. Wywróciło do góry nogami zwykły porządek rzeczy. Nie śmiała się, nie docinała mu i nie krytykowała otwarcie jego głupich pomysłów, jak to miała w zwyczaju od momentu, gdy jasnym się stało, że na romans między nimi nie ma szans, ale zaprzyjaźnić się mogą – to było gdzieś w okolicy tego kawałka orbity Sedny, który wyznaczała jej półoś wielka i nie miał pojęcia czemu tak dobrze to pamięta.
To nie Cara jest problemem, a ty – stwierdził nagle.
Ot myśl uderzyła go z liścia w twarz, aż niemal potknął się na pasie.
– Byłoby miło, jakby jej minęło niebawem, albo posiłki staną się nie do zniesienia – mruknął. – Chyba że Meel zacznie jeść na dole, co nie będzie jakąś tam znowu nowością, ale będę się czuł osaczony przez wasze oświecone grono i mam niejasne wrażenie, że jak go zabraknie, to na mnie skupi się jej uwaga i–
– Na tobie? Czemu?
– Jestem kolejny i zarazem ostatni na liście personelu pomocniczego? – rzucił niepewnie, wciąż wyraźnie pamiętając wcześniejszy wybuch Helen.
Caroline zatrzymała bieżnię i spojrzała na niego pierw zaskoczona, potem z powątpiewaniem aż w końcu roześmiała się krótko i zupełnie niewesoło.
– To ty nie wiesz? – Nie kryła zdziwienia. – Na jakim świecie ty żyjesz? To chyba już nawet Vivian zauważyła o co chodzi! Elen uważa, że to, co spotkało Javiera, to wina Meelisa jako odpowiedzialnego za techniczne sprawy, to raz. Dwa, podejrzewa nawet, że on to sobie wszystko zaplanował i to, że jest technicznym a nie naukowym członkiem załogi nie ma nic do rzeczy. I nie rób takiej zdziwionej miny. Tłumaczyła mi to, choć pewnych rzeczy nie złapałam, bo nie byłam na mostku i nie widziałam, co tam się działo. Generalnie jest przekonana, że Meelisowi zależy tylko na sprzęcie, co w sumie nie jest jakieś bezpodstawne, przyznasz? Uważa, że gotów jest nas wszystkich posłać do diabła, jeśli to zagwarantowałoby, że wszystkie elementy z listy inwentarzowej statku wrócą do domu. To i sam fakt, że na moment zrobiło się groźnie, sprawiło że Elen chyba nieco się zagubiła, więc dobrze by było, jakby Vivian szybko ogłosiła wyniki pseudo–dochodzenia i tyle.
Sprzeczność uderzyła go w twarz z zaskakująco wyrazistą siłą. A i B gryzły się ze sobą jak kundle jego kuzynki nim jeden w wreszcie wykończył drugiego w jakąś burzową noc. Jakie tyle? To w końcu przyczyny miały znaczenie czy nie?
Ale nie zapytał o to. Nie zdążył.
Caroline zaszła z bieżni, zabrała ręcznik i machając mu na pożegnanie wyszła.
Super, po prostu super, panie Lankocz. To stanowczo nie jest pana dzień.
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: C9H13NO3*

Post autor: Kanterial » 19 czerwca 2014, 19:52

SpoilerShow
że na co dzień zwykle mówił
trochę maślane masło, choć może i nad-czepialstwo z mojej strony
Ale ,jak widzisz, jestem tutaj
spacja skacząca
za stary, aby mógł, go mieć w ciężkim poważaniu
zbędny drugi?
odpowiedział w myślach i zapatrzył w wielkie okno
się zapatrzył
Nie panie Lankocz, nie będzie pan wchodził w ten konflikt, bo jeszcze dostanie pan rykoszetem po mordzie i już zupełnie nie będzie pan miał do kogo pyska otworzyć.
1) przecinek przed zwrotem imiennym, po pierwszym "nie" mi się widzi
2) Cholernie udana sentencja, podbiła moje serce
a przynajmniej do takiego wniosku doszedł Maksym widząc skupienie na jego twarzy.
przed "widząc"
Ciche kroki Vivian przemierzającej pomieszczenie w tę i na zad nie stanowiły wielkiego urozmaicenia i Maksym nawet na nie patrzył
co jest nie tak z tym "na"?
–Maks, powiedz mu coś!
spacja zjedzona
krzyknął odpędzając wrażenie deja vu.
po "krzyknął"
Dobra tych ci tu nie brakuje, ale teraz zatruwam ci życie i nie daję pracować, więc?
po "dobra"
to tu i teraz, dla tych informacji, gotów był wejść w to i dać z siebie wszystko, a to nie zdarzało się często.
rzucił mi się w oczy natłok "to" obok siebie
nie to złe słowo, ale zdecydowanie nie darzy cię sympatią
po "nie"
Wada konstrukcyjna sprzętu, glitch oprogramowania, celowe ingerencja, pa–
celowa
– Rozumiem zatem, że Vivian wyczerpała twój limit słów na najbliższe kilka dni i nie mam jednak co liczyć na odrobinę rozmowy nie podszytej naukowym dreszczykiem mineralnych niesamowitości z dołu lub astrofizycznych niemożliwości skądkolwiek, Caroline nie jest wybredna.
SB wczorajsze ;)
Nie te moce obliczeniowe – stwierdziła po raz enty w czasie tej podróży, a on pokiwał głowa z takim samym co zwykle współczuciem.
1) głową
2) znów - Maksym moim mistrzem, podoba mi się to zdanie

Gryzłam się z tym trochę, myślałam, że napiszę jeszcze wczoraj ten komentarz, ale najpierw nie umiałam w ogóle sama ze sobą ustalić, co myślę, a później zrobiła się trzecia dziesięć. Ogólnie, Marso, to jestem na tak.
Z garści takich (nieinteresujących Cię pewnie =.=) luźnych rzeczy, to czuję potrzebę by napisać, że tekst zmusił mnie do wyszukania Star Treka w google grafika, później zobaczyłam tytuł "Into darkness" przypadkiem i wszystko stało się jasne. Zupełnie się tym nie interesuję, ja właściwie ledwo wiem, co to Star Trek, ale zobaczyłam Karla Urbana i postanowiłam, że obejrzę film na dniach. Także - Twoja zasługa, dzięki, mam co robić, zaciekawił mnie Star Trek. Cały czas latają mi w głowie skojarzenia z Lemem. Z tym opowiadaniem o Pirxie, pewnie pamiętasz, gdzie przydzielono mu załogę i nie wiedział, kto jest człowiekiem, kto robotem. Atmosfera podobna. Napięta, pełna podejrzeń. Ogólnie wprowadziłaś mnie niby w tory, które lubię i do których mnie ciągnie - jestem zdecydowanie powkręcana w kosmos, statki i stacje kosmiczne, misje, technologiczny bełkot, wiadomo, czyste sc-fic którym się mogę jak Lemem i Strugackimi napawać. OK, do rzeczy więc:
chciałam czytać. Bardzo. Ale szło mi jak po gruzie. Zwłaszcza początek, zanim się okazało, że tekst będzie o tym, co lubię. Te pierwsze akapity, opis stanowiska pracy Meelisa, opis awarii... Marso, nie będę ukrywać, że jeśli to byś nie była Ty, jeśli to by nie było forum Literka, to zamknęłabym książkę. Nawet nie chodziło o temat, temat ok, pasują mi takie ciągnące się, nostalgiczne i znudzone myśli, taka rutyna, którą tam opisujesz, wplatając pomiędzy kable i diody. Podoba mi się opis życia bohatera poprzez tę sytuację. Ale te zdania... nie wiem, co drugie mnie tak męczyło - technicznie - że musiałam czytać po dwa razy. Jezu, jakie one były długie, gubiłam się, gubił mi się sens wypowiedzi, w ogóle nie wiem co czytałam momentami, ten moment przykładowo, gdzie wymieniane są mechanizmy chłodzące, później oleje takie, oleje śmakie - ledwo dotarłam do końca tego zdania i miałam wrażenie jakby ciągnęło się na 3 linijki. Naprawdę długie zdania. Wiesz, one są niby dobre, ale nawet graficznie mnie odrzuciły. Ja nie byłam w stanie przetworzyć zawartych tam informacji tak, by cokolwiek przyjemnego przy tym poczuć. Innymi słowy, te zdania były za długie. Przeładowane przekazem którego mój procesor nie zdzierżył. Ale to ja - i moje ułomności. Jednak sygnalizuję. Do wejścia Maksyma - dla mnie - to był mały, personalny koszmar i zmaganie się z własnym mózgiem.

Później był lekki mindfuck, to, co w ostatnim Twoim tekście, który czytałam. Zmiana głównego bohatera. Znaczy dla mnie zmiana, Ty pewnie wiedziałaś, że to będzie Maksym. Ale ja znów nie trafiłam. Ja byłam przekonana, że mój pryzmat, moja narracja to będzie pan Vahter. Tak, namierzyłam go i wybrałam. On, on jest bohaterem, tego się trzymam. I nagle JEB, jednak Maksym. W drugiej wstawce się okazało. Ja się w ogóle z opóźnieniem zorientowałam, warto zaznaczyć. Poważnie, dla mnie narrację prowadził Vahter, ok, druga wstawka, czytam, czytam, co jest nagle nie tak(?!). Co ta Marsa? Znów mi to zrobiłaś, dlaczego? Maksym Lankocz, dobra, niech będzie Lankocz.
Obrazek W miarę jak tekst się rozkręca, coraz bardziej mi się podoba. Niestety ciągle zdarzają się w nim zdania, które dosłownie zabijają mój mózg. Nie przez techniczne zwroty, znam je, lubię (nawet jeśli jednak nie znam) i uważam za fajne. Ale zdania w których dodałabym po 6 przecinków, tylko po to, by sobie jakoś wytłumaczyć, o czym są, to dla mnie przeszkoda nie do przeskoczenia. Dlatego długo mi zajęło rozpędzenie się. Rozpędziłam się dopiero, gdy wysłali człowieka na powierzchnię planety. I uważam, że to najlepszy moment w tekście - ten ociekający napięciem, ten skondensowany, atmosfera, jak sama to ujęłaś, taka, że można ciąć nożem. Naprawdę się wtedy wkręciłam w tekst i tak bardzo chciałam wiedzieć, co dalej, tak mnie intrygowało, co się wydarzy, że trudno mi to opisać. Naprawdę udany moment. Tylko że znów muszę przyznać, było ciężko utrzymać tempo czytania, bo co najmniej kilka razy nie byłam pewna, kto mówi. Wypowiedzi są samotnie, pod spodem opisy od akapitu, które nie dają mi pewności, kto się w ogóle wypowiedział. Dobra, może to znowu ja, ale irytował mnie to, że nie zawsze wiem, kto gada. Taki przykład, żebyś wiedziała, o czym mówię, choć z późniejszej wstawki:
– Hugh już cię spuścił ze smyczy? – zapytał, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Tak. Mam mu powiedzieć, jeśli tylko będę czuł, że coś jest nie tak, miał stany lękowe i inne z dość długiej listy dolegliwości, którą mi przedstawił.
– Stany lękowe?
Helen cicho powtórzyła jego słowa.
ja nie wiem, czy to Maks pyta "stany lękowe?" a Helen za nim jeszcze powtarza (na to wskazuje zapis) czy to tylko jeden raz pada zdanie "stany lękowe?" i jest wypowiadane przez Helen, która je powtarza nie po Maksie, tylko po Javim (ale wtedy skąd byłby akapit, wtedy dopisek "Helen cicho powtórzyła" powinien się znajdować za wypowiedzią bezpośrednio). No, takie rzeczy, pewnie Cię to zastanawia albo bawi, ale ja naprawdę stopowałam na tym.

Tekst nie jest podczas czytania 100% przyjemnością dla mnie, trę się i marszczę brwi, powtarzam akapity. Zbyt mało wiem o ludziach, by mieć pewność, co myśleć i jak interpretować, od razu dostaję wszystkie imiona, trochę mi się mylą, trochę nie ogarniam tytułów naukowych i funkcji pełnionych przez osoby na statku. Mimo to wciąga mnie historia i miłuję takie creepy klimaciki. Jara mnie myśl o sabotażu, jarają własne podejrzenia. Wkręcam się w teorie spiskowe i kminię sobie po cichu, o co może w całej sprawie chodzić. Trochę "od razu" jestem wrzucona w sam wir wydarzeń i, jak mówiłam, zupełnie nie kojarzę bohaterów. Nie mam też do nich stosunku. Paradoksalnie nie wiem co myśleć o samym Maksymie. Obojętnie mi, jaki się okaże. Lubię Meelisa. Intryguje mnie on, chciałabym w głębi serca, żeby jednak wrócił na stanowisko narratora, czekam na momenty z nim i to on głównie mnie trzyma w napięciu, przyprawia o mocniejsze bicie serca podczas czytania. Podoba mi się cały pomysł na niego, ta jednofunkcyjność pozorna - skupia się na konsolach, to konsole, na konkretnym zajęciu, to zajęcie, na sprzęcie, to sprzęt, na rozmowie, to rozmówca (dokładnie tak samo jak na tych diodach, moim zdaniem, poświęcił główny strumie uwagi Maksymowi, gdy z nim gadał, nawet to spojrzenie prosto w oczy). Choć trochę irytująco się zachowuje, nagle tracąc zainteresowanie i nagle odjeżdżając sobie, gapiąc się w bok.

Cholernie fajna sprawa z całym tym napiętym stosunkiem między nimi, dobrze to opisałaś - niby można się dotrzeć, niby wybadali grunt, ale stanęło na tym, że każdy jest tam osobno, sam dla siebie, nie krzyżują ze sobą dróg, grupa egoistycznie nastawionych jednostek, świadoma zupełnie, że tak właśnie to funkcjonuje. Właściwie wyłapałam coś potencjalnie niebezpiecznego dla załogi - zachowanie samego Maksyma. To on jest tym niepokojącym, to on mnie wprawia w stan permanentnej podejrzliwości. On - niby wyśmiewający te pytania doktora o to, czy czuje się panem i władcą sytuacji, ale z drugiej strony coraz częściej dający reszcie do zrozumienia, że "to on tu jest tym, który ich tyłki ma dowieźć do domu, od niego tu wszystko zależy, on dopiero połowę pracy ma za sobą". Tak, niby taki trybik w mechanizmie, niby taki kretyn, nikt go nie poważa, a jednak kiełkuje w nim to przekonanie o tym, jak wiele znaczy. Każdy dla siebie, każdy królem na swoim poletku. To buduje napięcie.

Pisałabym jeszcze wiele (fajny motyw z Hugh, że niby zainteresował się sprawą nie dlatego, że martwił się o człowieka, tylko dlatego, że ciekawiły go skutki zetknięcia z planetą... choć to znów były te chore podejrzenia Maksyma, które roi wobec wszystkich). Maksym w ogóle mnie tak rozzłościł, wtedy, gdy się zaśmiał podczas rozmowy z Meelisem. Taki snob z niego wyszedł przez moment. Wiesz, w sumie średnio go trawię z charakteru, ale jednocześnie jakoś mnie to w nim ciągnie. Cholernie ciekawa postać. Aż bym go narysowała, no, bardzo bym go narysowała. Dobra, kończę bełkot - Marso, obyś dokończyła z fascynującymi zwrotami akcji i intrygą nieziemską, i obyś nie zabiła mnie kilometrowymi zdaniami po drodze. Sobie i Tobie tego życzę.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 24 czerwca 2014, 17:11

Notatki porobiłam. Wezmę się za redakcję początku, to będę to krok po kroku implementować. Na razie próbuję to i owo wdrożyć na bieżąco w to, co już jest dalej napisane i teraz to sprawdzam, znaczy próbuje zapanować nad długością zdań tu i ówdzie, a zarazem w końcu to skończyć >.>

I mam dzięki tobie nową tapetę, wiesz? Na razie w domu, ale sobie to mailem wyślę do pracy (bo w pracy blokuje mi ten serwer i obrazka nie widzę cosik) i tam też ustawię :D I mam gdzieś co powie szef jak będzie koło mnie stał i mi się przełączy na pulpit :D Kujam, kujam, kujam! :*tuuuuula*
I w ogóle serio wydaje się, że we wstępniaku narrator siedzi na ramieniu Vahtera? O___o absolutnie tego nie planowałam, miał wisieć gdzieś pomiędzy chłopakami xD

[ N2 ] Wykrakał. Jak Boga kochał, tak wykrakał. I to nawet nie była jakaś podziwu godna przepowiednia wybiegająca daleko w przyszłość, a małe proroctwo na pojutrze. Jedynym pozytywem w tym wszystkim zdawał się fakt, że wszystkie znaki świadczyły, że Varterowi zwisa opinia innych i ich stosunek do niego. Co za tym szło, nastrój nie pogorszył się aż tak bardzo, jednak było to dla Maksyma marnym pocieszeniem. Poza tym Vahter nie był ślepy ani nie miał masochistycznych zapędów, aby spędzać czas w towarzystwie Helen. Mijał się z nią w tak idealnym tańcu, że Lankocz nie śmiał nawet w myślach nazywać go przypadkowym. Statek był monitorowany. Nagrania były zbierane na bieżąco. Dostanie się do nich nie wymagało wiele zachodu, a jedynie uprawnień. Vahter je miał. Koniec problemu. Jeśli mechanik chciał, to mógł wiedzieć gdzie przebywa Helen i mógł to miejsce ominąć.
Proste jak konstrukcja cepa.
Irytujące jak stado rozwrzeszczanych dzieci w przedszkolu.
W dodatku chyba tylko jemu jednemu naprawdę to przeszkadzało, reszta bowiem pochłonięta była pracą. Z opuszczeniem orbity zaplanowanym na plus sto sześćdziesiąt osiem godzin dobowy rytm uległ pierw zakłóceniu a potem zupełnie przestał istnieć. Niepewność wkradła się w rutynę. I to nie ta z nią nierozerwalnie związana odruchowość, która, odpowiadała za pomyłkę Helen przy konfigurowaniu łazika, ale ta nerwowa, wywołująca konflikty i generująca niebezpieczny pośpiech. Pierwsze ostrzegawcze wystrzały padły rano przy śniadaniu. Atmosfera była gęsta i to bez obecności Vahtera, który przepadł jak śliwka w kompot gdzieś na niższych pokładach i inaczej jak przez komłącze się z nim skomunikować nie dało. Komputer zaparł się i milczał w kwestii gdzie też się mechanik podziewa, co nie było naturalne, ale w ogólnym pośpiechu nikogo specjalnie nie zainteresowało. Lankocza tylko odrobinę, ale to nie był ani taki pierwszy, ani ostatni raz, więc zamiast wszczynać alarm skupił się na schodzeniu z drogi zaaferowanym naukowcom. Obserwował. Przyglądał się jak pozory kontroli powoli znikają, głosy stają się coraz głośniejsze, a ruchy bardziej zdecydowane. Odliczał, choć nie wiedział do czego.
Mostek stanowił enklawę spokoju. Wciąż ciemny, wciąż z wygaszoną większością paneli, z zimnymi manetkami – na w pół martwy. Komputer automatycznie uzupełniał logi, wpisywał nieznaczne korekty orbity w rubryczki, podając ciąg, wektor, godzinę i Lankocz nawet tego nie sprawdzał. Te dane większe miały znaczenie dla Caroline niż dla niego i gdyby go zapytano po co w ogóle zapisywać to wszystko, to odparłby, że po to tylko, by wyglądało, że coś się dzieje nawet tutaj.
Rozsiadł się w fotelu i przeciągnął.
Jego też dopadała nerwówka, ale inna. Nie latał jak kot z pęcherzem, nie wściekał się, nie sprawdzał potysiąckroć czy wszystkie próbki na pewno są, czy o niczym nie zapomniano. Zamiast tego siedział tu i czuł jak w żołądku coś skręca mu się zniecierpliwione, jak dłonie drżą i rwą się ku panelom, jak siatka nakorowa budzi się do życia, zaczyna powoli, zgodnie z planem, sprzęgać go z głównym komputerem, jak na nowo budują się rozpuszczone przez miesiące nieużywania zdublowane linie papilarne przekaźników. Świat wokół niego zmieniał się, rozwijał niczym kwiat i tylko to broniło go przed popadnięciem w ten sam chaotyczny szał jaki ogarnął innych.
– Maks?
– Hym?
Nie odwrócił się w stronę Caroline i wciąż patrzył w ciemność. Oswajał się z nią.
– Obiad.
– To my jeszcze mamy tu jakiś planowy rozkład posiłków? – zaśmiał się i spojrzał przez ramię na astrofizyczkę stojącą w drzwiach.
– Próbujemy – odparła równie rozbawiona. – Przegrywamy, ale próbujemy. Nastrojowy obiad we troje, bo Elen i Vivian podjadają w laboratorium. – Skrzywiła się. Nie pozostało nawet wspomnienie po jej wierze, że ogłoszenie raportu z wypadku z łazikiem pozwoli rzeczom wrócić do normy. – Meelisa nie mogłam znaleźć i w sumie już pytałam Hugh czy nie znalazłby na niego jakiegoś paragrafu, ale nie. Czy raczej tak, ale nie do zastosowania, bo akurat Hugh co najmniej raz dziennie z Meelisem rozmawia i wie. Jak wie, to… – Uniosła dłonie w geście kapitulacji i wzruszyła ramionami. – Za to udało mi się wyrwać Javiera ze szponów laboratorium. W zasadzie Helen wręcz go wypchnęła z zaleceniami Hugh na ustach.
Nie zaskoczyło go to w najmniejszym stopniu ani nie rozbawiło.
Już nie.
– Trójkącik?
– Chciałabyś – parsknęła. – Ruszaj się, jeszcze się w tym fotelu nasiedzisz. Nim dolecimy do Układu, będziesz klął, że niewygodnie, że nudno, że żadna zabawa z lecenia przez próżnię i raz jeszcze, że ci nudno.
Miała rację. Dokładnie tak to wyglądało w przeciwną stronę, choć kłóciłby się, że upraszcza i nie wie co mu naprawdę chodziło po głowie, ale wstrzymał się. W zasadzie nie spieszno mu było wylewać z siebie wszystkie cienie i półcienie, lęgnące się w mózgu, gdy za długo wgapiał się w nicość. Wyszczerzył się zatem i, walcząc z zastałymi mięśniami, poszedł za Caroline do mesy.
Stanowili skrajnie niedopasowane tematycznie towarzystwo, ale to tylko działało na plus. Nie mogąc rozmawiać o pracy, bo jak, gdy każde było z innej beczki i szybko przestawało rozumieć co to drugie ma na myśli, musieli szukać innych tematów. Te zaś szybko staczały się ku współzałogantom, bo ci stanowili jedyną zmienną i jedyny wspólny mianownik. Książki, filmy – to wszystko istniało, ale z rzadka budziło emocje, stłamszone świadomością, że jest stare i starsze, i koszmarnie stare, i tam daleko w Układzie pewnikiem jest już tyle nowego, że nie sposób będzie nadrobić zaległości. Entuzjazm gasł od takich myśli, więc temat omijano już niemal odruchowo i z „to nie obgadywanie a wymiana informacji” na ustach pogrążano się w dyskusjach o nieobecnych.
– Naprawdę nie wiem – przyznał cicho, ale z wyraźnym zainteresowaniem, Javier. – Słyszałem przezwisko, ale historii nie.
Lankocz zmierzył go uważnym spojrzeniem od czubka zwieńczonej czarnym mopem nierozczesanych włosów głowy, po okolice pasa, dalej zasłaniał mu stół, i zrobił zdziwioną minę. Caroline mogła o tym nie słyszeć. W zasadzie wszyscy mogli o tym nie słyszeć za wyjątkiem Javiera właśnie. To było kosmiczne urban legend, które sprawiło, że zobaczywszy Vahtera na liście załogi poczuł dreszcz pełznący mu po plecach.
– Ale jak ty się uchowałeś? Jak?
– Nie pytałem–
Speszone zaciekawienie zaczęło z technika odparowywać. Ścichł. Nie skulił się – nie fizycznie.
– Mniejsza jak – Caroline weszła mu w słowo bez wahania. – Po prostu opowiedz, bo ja nie słyszałam w ogóle. Kilka razy tu na pokładzie nazwałeś go tak, ale myślałam, że to twój sposób irytowania go, a nie jakaś większa historia. Jestem ciekawa.
Odchyliła się na krześle i spojrzała na niego wyzywająco. Wyglądała ślicznie i jej uwaga skupiona na nim schlebiała mu, nawet jeśli w rzeczywistości chodziło przecież o historię i to historię nie Maksyma Lankocza, a Meelisa Vahtera.
– Ale ostrzegam, to legenda zbudowana na plotkach, bo nikt dokładnie nie wie, co się tam stało… poza Meelem i Jostem Holzingerem. Są oczywiście raporty, ale rozmawiałem z jednym takim, co miał do nich wgląd i nie potwierdził ani nie zaprzeczył plotkom, powiedział jednak, że on tam wątpi, aby to było wszystko. Że w zapisach są czarne dziury, których nie umieją załatać i trzeba się z ich istnieniem pogodzić. Zatem plotki. Nazwa Letycja 3 coś wam mówi?
Zdania były podzielone. Coś, mało, może, trochę w sumie.
– Baza na jednym z księżyców planetki obiegającej gwiazdkę z ciągu głównego o nieromantycznej nazwie NHX–3–DDA042. Gwiazdka jest nieciekawa i niedługo, w waszej wielkiej skali – uśmiechnął się do Caroline – zejdzie z ciągu i stanie się czerwonym nadolbrzymem i tak dalej. Planetka za to stanowi inną bajkę. Jeden dwadzieścia sześć masy Ziemi, stabilne nachylenie osi, odległość od żółtego karła jakieś jeden trzy jednostki astronomicznej… brzmi fajnie, co nie?
Po ich twarzach widział, że cyfry i jednostki budzą w ich głowach odpowiednie skojarzenia. Powołują do życia planetę podobną do Ziemi i słusznie, bo taka właśnie była. Nieco większa i nieco dalej, ale w zasadzie dość podobna.
– Atmosfera tlen, azot, dwutlenek węgla w stosunku osiemnaście, sześćdziesiąt coś i dopełnienie do stu procent, minus jakieś tam gówna niemalże pomijalne. Wysłali na nią sondę. W sumie to pięć, ale cztery w ogóle przepadły jak kamień w wodę po kilku tygodniach wiszenia na orbicie nim zorientowano się, że tam są pierścienie. Rzadkie, ale dostatecznie rozległe, aby wykańczać sondy raz na jakiś czas. W końcu więc wzięto się na sposób, podleciano od bieguna i wtedy dopiero się zaczęło. Planetka zdawała się zdatna do zamieszkania, a wręcz zamieszkana w przeszłości. Nie widziałem tych zdjęć, są tajne przez poufne, ale ponoć było na nich niezłe post apo. Wieżowce zarośnięte zielskiem, opuszczone miasta, drogi. Posłano więc ludzi. NHX–3–DDA042 leży jakieś osiem, dziesięć lat świetlnych od granicy Zielonej Strefy, czyli daleko, ale teraz jesteśmy ciut dalej. Poleciało chyba z dwadzieścioro, a na pewno więcej jak piętnaście. Wróciło, de facto, dwoje.
Zamilkł. Czekał na pytania, na przejaw zaciekawienia i to nie tylko z próżnej potrzeby bycia docenionym w roli opowiadacza, a z ostrożności. Siedząc na orbicie zapomnianej przez Boga planetki niekoniecznie miało się ochotę słuchać o tym, co ponoć przytrafiło się kilkunastu osobom w pozornie bardziej przyjaznych warunkach.
– I? – Caroline odezwała się pierwsza.
Wydawało się, że niczego dłuższego by z siebie nie wydusiła, a i ta jedna litera przyszła jej z trudem. Ciekawość minimalnie brała górę nad strachem.
Javier jedynie skinął głową. Bardzo powoli i bardzo ostrożnie.
– Ustanowiono dwie placówki. Jedną na lodowym księżycu sąsiedniej planety w celu obserwacji układu, drugą, małą i pomocniczą, na orbicie planetki. Księżyc to Letycja 3 właśnie. Zero dwadzieścia osiem gie, powidoki atmosfery, pod dostatkiem wody do wszelkich celów, czyli ideał, nie to co tutaj. Ekipa badawcza tak sobie kursowała między jednym a drugim radośnie i wszystko było pięknie, do momentu, gdy przestało. I tu zaczynają się dziury. Pierw ponoć stacja na orbicie przestała odpowiadać. Potem wróciła z niej tylko jedna osoba, ale niewiele mogła wyjaśnić zupełnie postradawszy zmysły. Wysłano tam kolejnych, nie wrócili. Trzecia ekipa nie poleciała. Zaczęli zbierać manatki, ale byli po złej stronie układu by mieć czysty start i musieli poczekać kilka miesięcy. Tu się zaczyna tajne przez poufne, ale ponoć nim wystartowali ponad połowa oryginalnej załogi była zamknięta w swoich kajutach pod okiem komputera pokładowego. – Nie dopowiedział, że większość brakującego grona była martwa. – Lot powrotny trwał niemal rok, to była starsza generacja silników, i o własnych siłach statek opuściły tylko dwie osoby. Holzinger i Meel. A określenie statek jest bardzo na wyrost, bo to nie była taka konstrukcja jak nasz, że jedna osoba mogła utrzymać go na chodzie. Wrócili na jedynie niezbędnych podzespołach… dobra, to nie jest ważne. Miało być o przezwisku głównie. No to ponoć Holzinger i Meel na tym księżycu pod koniec siedzieli we dwójkę i we dwójkę wrócili i ktoś kiedyś usłyszał jak Holzu nazywa Meela Zimową Panienką, co miało mieć swoje źródło w tym, że gdy wszyscy po kolei dostawali pierdolca na tym lodowisku, bo nie mieli zajęcia za to mieli w pamięci nieco odchodzących od zmysłów kolegów oraz masę lodu w około, to Meel miał się ok. Dokręcał swoje śrubki i generalnie robił swoje i nawet więcej, bo brakowało rąk do pracy. Zupełnie jakby mu tam dobrze było na odludziu, w zimnicy przy nawalającym podtrzymaniu życia i tak dalej. A że Meel nie jest przesadnie drobnej postury, a już na pewno nie kobiecej, to przezwisko przylgnęło.
Zakończył szybko, nieładnie i wpatrzony w stół, byle tylko zignorować obecność Helen. Nie zauważył, kiedy weszła, brawo Zimowa Panienko za utrzymanie statku w tym cichutkim stanie, i pojęcia nie miał ile słyszała, ale instynkt mówił mu, że im mniej, tym lepiej. Rozmowa z Caroline na siłowni jeszcze nie zdążyła zupełnie wyblaknąć w jego pamięci i, pochwyciwszy kątem oka jak Helen zatrzymuje się dłużej przy czajniku i patrzy na nich, poczuł, że nie powinien dolewać oliwy do ognia. To była bajka. Legenda prawdopodobnie nieco podkoloryzowana nawet w swojej najbardziej realistycznej wersji. Gdyby wszystko było tak, jak to opowiadano w co bardziej fantastycznych scenariuszach, to Vahtera nie wypuszczonoby samego na tę misję. Latałby, jeśli w ogóle, na dużych i tłocznych liniowcach, a nawet w to Lankocz wątpił, bo opowiadano tak różnie i pozbawione sensu rzeczy, ze zahaczały już o metafizykę. Zdecydowanie Helen nie musiała znać tych co bardziej twórczych bzdur. Wystarczyły fakty. Wrócił i tyle – według Maksyma była to całkiem dobra moneta.
– Zaś historia je rozpowszechniła, a ja je podłapałem. W sumie masz trochę racji, że próbuję go tym zirytować – zakłopotał się i roześmiał krótko. – Tyle.
Z drugiej strony hazardzistów cierpiących na niedobory adrenaliny i przegrywających trzy czwarte wypłaty też niechętnie witano w szeregach, nawet jeśli mieli pakt z kosmosem i nie raz nie dwa udowodnili, że za sterami doskonale wiedzą co robią.
Spojrzał na Javiera. Ten też nie był aniołem.
Gdyby się nad tym zastanowić, to aniołów tu zbyt wielu nie było. A te, co były, mogły się okazać jedynie zjawami, bo nie każdy afiszował się ze swoimi problemami i nieciekawą przeszłością.
Helen wyszła.
Bez słowa, bez nawet najcichszego mruknięcia pod nosem i Lankocz nie był pewien czy to pogarda dla ich mało wysublimowanego sposobu spędzania tak cennego czasu, czy dla historii. Wewnętrzny tchórz radośnie wyśpiewał, że o to pogrążył kolegę. Caroline westchnęła i po chwili już jej nie było. Javier patrzył w ślad za nimi, a Maksym czuł, że chyba najwyższy czas wziąć przykład z Meelisa i zaszyć się w cichym kącie statku – zabarykadować na mostku i pozwolić sobie w spokoju przywykać do rewolucji, jaka toczyła się w jego organizmie.
A gówno.
Wstał i uśmiechając się od ucha do ucha jak osiedlowy głupek, wyszedł z mesy stanowczo zbyt długimi krokami, a chwilę później zanurkował w trzewia statku, bo kuźwa należało trzymać się ze swoimi…
A gówno.
Znów skończył w swoim królestwie. Wygasił niepotrzebne światła, wybudził główny ekran z uśpienia i spojrzał w ciemność. Kamery statku spoglądały na Widmo, ale w widzialnym zakresie promieniowania oznaczało to, że były ślepe. Gdyby patrzyły gdzie indziej, to widziałby gwiazdy. Odległe jasne punkty na tle czerni, ale na ekranie nie było ani jednego takiego. Wiedział, że gdyby przesunął się w górę lub w dół na skali, to zobaczyłby inny świat. Widmo wbrew pozorom nie było idealnie zimne. Choć jego jądro – małe, nieforemne i będące źródłem długich debat nad stołem w mesie przed kilkoma tygodniami – zastygło w bezruchu przed tysiącami lat, a wokół nie było gwiazdy, która by ogrzała powierzchnię, to w podczerwieni planetka nie jawiła się jako idealnie gładka. Tu i ówdzie plamy ciepła odcinały się od lodowatego tła jaskrawą czerwienią, która okłamywała podświadomość złudzeniem gorąca. Tak naprawdę w tych punktach było jedynie zimno a nie cholernie zimno, a to wszystko i tak w Widmowej skali pojedynczych stopni ponad niecałe trzy kelwiny Wszechświata. Ten widok zresztą był niczym przy radarowej mapie sporządzonej zaraz po wejściu na orbitę.
Przesunął dłonią po panelu i ostrożnie zalogował się do systemu. Hugh by tego nie poparł. Siatka nakorowa jeszcze nie uformowała się do końca; może sześćdziesiąt osiem procent oceniał po własnym zmęczeniu i refleksie. Logowanie się przy takim wskaźniku było już dopuszczalne, ale istniało ryzyko szoku. Małe, ale niepomijalne i nie raz, nie dwa ogłaszane przyczyną opóźnień różnych misji. Funkcjonujące w umysłach ludzkości, jako synonim czegoś katastrofalnego, a tak naprawdę będące tylko kroplą w morzu kosmicznych niebezpieczeństw. Maksym kilkakrotnie miał nieprzyjemność poznać ten szok na własnej skórze, czy to przez własną głupotę, niedoświadczenie, czy przez upór przełożonych, do których nie docierało, że wie lepiej. Wrażenie zawsze było takie samo – dwa lub trzy dni kaca i rzygania jak kociak. Teraz miał ponad pięć dni nudy przed sobą. Równie dobrze mógł je spędzić w koi z miską pod bokiem.
Dreszcz prześlizgnął mu się wzdłuż kręgosłupa i zagnieździł w podstawie czaszki. Łaskotał wibracją jeden do jeden z cicho pracującym generatorem statku i potrzeba było jedynie kilku minut, by Maksym przestał zwracać na niego uwagę. Nie po to się logował. Sięgnął ku systemom optycznym, pozwolił, aby ekran rozmył się do postaci ciemnej plamy, by zgasły nieliczne kontrolki o zapadł się w ciemność. Patrzył oczami statku. Widział gwiazdy, widział maleńkiego satelitę, który na zawsze miał pozostać na widmowej orbicie, widział samo Widmo, gdy jedną myślą wyszedł poza ograniczenia ludzkiego oka. Nienazwane kaniony i góry – Vivian upierała się przy numerach, definicjach z siatki kartograficznej. Tu było pole A35, tam GT26 – sucho i precyzyjnie, bez romantycznych ochów i achów, historii malowanych poetyckimi imionami na powierzchni martwego świata. Uśmiechnął się. Patrzył więc na DY65, w sam środek ciepłego oka, i łowił detale, podnosił kontrast, by z czerni na czerni wyciągnąć szczegóły wydłużonego krateru o gładkim dnie i poszarpanych krawędziach. Caroline uważała, że jest młody, że powstał gdzieś w bezmiarze kosmosu długo po tym, jak Widmo wyrwało się z grawitacyjnej klatki swojej macierzystej gwiazdy. Jak to zrobiło? Nie wiedzieli. Jak przeszło przez obłok Oorta na tyle bezpiecznie, że jego powierzchni nie zdominowały kratery – nie wiedzieli. Jak dokładnie powstały kaniony – zgadywali. Skąd wzięły się te plamy ciepła – tego jednego chyba próbowali się dowiedzieć, mnożąc teorie, które raz dzieliły a raz łączyły Caroline, Vivian i Helen. Sięgnął do banków pamięci, prześlizgnął się po utajnionych tysiącami haseł plikach i zanurkował w te ogólnodostępne. Siły pływowe, potężna grawitacja, nieznane procesy geologiczne w młodości – połykał informacje i wypluwał je pospiesznie, nie pozwalając im na dobre zagnieździć się w jego własnej, organicznej, pamięci. Nie musiał znać tego, nie musiał w ogóle mieć o tym pojęcia; chwilowa ciekawość i nic więcej. Najlepiej byłoby gdyby nic nie wiedział. Jakby tak się dało, to na pewno odcięto by i jego, i Vahtera, a pewnikiem również Mayora od informacji o celu podróży, o celu badań, utajnionoby wyjaśnienie co też takiego jest na Widmie, że wysyłają ich tam w pośpiechu i skrytości. Ale nie można było. Z wielu powodów, a głównym była ludzka psychika – tak przynajmniej twierdził Hugh. Tajemnice, mała przestrzeń, niewiele osób – to nie wróżyło dobrze, więc tu i ówdzie trzeba było się ugiąć, a i tak, jego zdaniem, uczyniono to w niedostatecznie wielu miejscach. Lankocz nie wnikał w to. Zresztą „potencjalne ogromne złoża GGH256698KIL” nie stanowiły zbyt rozwiniętego wyjaśnienia, nawet jeśli budziły dostatecznie dużo skojarzeń, by rozumiał, że chodzi o wielkie pieniądze.
Chłodna dłoń na przedramieniu rozjarzyła się w jego świadomości nienazywalnym uczuciem. Przez chwilę prosty sygnał układu nerwowego stanowił ciało obce i organizm chciał się go pozbyć. Zmarginalizować, odrzucić i zamknąć się na ten dziwny rodzaj bólu. Przez długie sekundy nie pojmował, że to właśnie jest reakcja jego własnych zmysłów, to jest człowiek, a wszystko inne to statek.
Zakrztusił się. Ze świata tysiąca kamer i nieskończonej wiedzy wpadał do małego ciała i pięciu, jakże ograniczonych, zmysłów. Brakujące trzydzieści dwa procent przerzuciły go z jednego stanu w drugi bez ostrzeżenia. Albo jedno, albo drugie – bez szarości – póki co wiedział, że tak będzie i walcząc o oddech klął w myślach na własną głupotę.
Brawo, panie Lankocz.
A jednak nie żałował.
– Oddychaj.
Łatwo ci mówić – chciał odfuknąć, ale do tego potrzebował tlenu, a jego mu brakowało
Javier trzymał mu dłoń na plecach, co wcale nie pomagało, ale nie był w stanie mu tego powiedzieć. Wzdrygnął się. Dreszcze wstrząsały nim i mrowienie powracającego czucia ogarnęło całe ciało. Gęsia skórka, pot na skroniach – nic niespodziewanego. Szarpnął się i osunął na podłogę.
– Taki duży, a głupi.
Spróbował się odezwać. Sarknąć na Hugh i kazać mu iść do diabła, ale z ust wydobył mu się jedynie niezrozumiały bełkot; przynajmniej oddychał. Płytko, szybko, ale jednak.
– Piloci. Zawsze wam się wydaje, że wiecie lepiej, a potem w wieku czterdziestu siedmiu lat połowa z was ląduje w domach starców z przepalonymi mózgami. Wiecznie wydaje się wam, że jesteście niezniszczalni, a przeciążenie sensoryczne, to jakiś wymysł jajogłowych w kitlach i was nie dotyczy. Kilka razy ujdziecie przepaleniu, wykpicie się kacem i już za nic macie procedury.
Zacisnął zęby i skupił się na samym głosie lekarza, a nie na słowach. Te znał. Niekiedy miał wrażenie, że lekarze pokładowi uczą się ich na pamięć z jakiegoś podręcznika i na egzaminie końcowym obowiązkowo pada pytanie o moralizującą gadkę dla pilotów.
– Zaskoczę cię. Nie wymyśliliśmy sobie tego, niestety. I naprawdę nie musicie nam tak często udowadniać, że mamy rację. Wiemy, że ją mamy i bez tego, więc naprawdę… Poza tym straszycie bogu ducha winny personel pomocniczy, rzygając jakbyście chcieli się pozbyć swoich organów, słaniając się na nogach i zachowując jak ryba wyjęta z wody.
Zaśmiał się. To był bardzo głupi pomysł, ale nie zdołał go stłumić nim było za późno.
Personel pomocniczy jego mać. Helen by się uśmiała – myślał jednocześnie ponownie walcząc o oddech.
– Javier już zbladł i chyba wierzy, że zaraz wyzioniesz tu duch. A gdybyś siebie widział, to…
Chciał warknąć, że rozśmieszenie go nie jest najlepszą pomocą, ale nie był w stanie. A jednak zbladł w stosunku do śniadego Javiera po prostu nie pasowało.
– Pięknie nie wyglądasz. W kategorii blady jak ściana mógłbyś iść w szranki z Meelisem, z tą tylko różnicą, że u niego to jest normalna pigmentacja skóry, a u ciebie nie. Jeśli ci twoja obecna nie odpowiada, to naprawdę są lepsze sposoby, aby ją zmienić. Może niekoniecznie mam do nich dostęp tutaj, ale po powrocie do Układu możemy się tym zająć i–
– Wystarczy – wychrypiał. – Zachowałem się jak debil… ‘k.
Usiadł. Pod powiekami wciąż miał mroczki, ale już było lepiej. Już wiedział gdzie jest góra, a gdzie dół, oczy przestały go piec, a skóra palić. Wszystko wracało do normy, a to oznaczało, że nie doznał szoku, miał rację oceniając swoje możliwości i gdyby go nie wystraszyli, to w swoim czasie sam spokojnie wróciłby do siebie. Nie omieszkał tego wymruczeć gniewnie.
– Oczywiście. Pytanie kiedy? Wiesz ile siedziałeś w systemie?
Kwadrans, może pół godziny – zgadywał, ale wzruszył tylko ramionami w odpowiedzi.
– Siedem godzin.
Wzdrygnął się.
– Ominęła cię kolacja, ale to się nadrobi, zwłaszcza, że w tym akurat nie jesteś osamotniony. Jak dzieci.
Uśmiechnął się głupkowato, zadzierając głowę. W zasadzie było całkiem wykonalne by był dzieckiem Mayora, gdyby ten kiedykolwiek się jakiegoś dorobił, a wieść mówiła, że się to nie zdarzyło. Niemniej dzielące ich cirka trzydzieści lat nie wykluczało takiej matematycznej możliwości. Nieraz z tego żartował, ale teraz nawet nie przyszło mu to do głowy.
Siedem godzin?
Niedowierzał.
Odruchowo sięgnął do własnych logów. Zmysły może znów były jego i tylko jego, niedoskonałe oraz ograniczone, ale nie zerwał połączenia całkowicie. Na peryferiach świadomości tkwiły już wirtualne porty gotowe w każdej chwili zassać potrzebną wiedzę z banków danych. Log in, czas pokładowy – zaklął pod nosem.
– Nie miałbym powodu cię okłamywać. – Mayor zdawał się czytać mu w myślach. – Javier, pomóż mu wstać i doprowadź do mesy. Zaraz do was dołączę, tylko wyciągnę panią kapitan z jej laboratorium.
Szykowała się wręcz cudowna kolacja i chciał zaprotestować. Mógł zjeść u siebie w kajucie, ale Mayor nie czekał na jego uwagi, a Javier nie ociągał się z wykonaniem lekarskiego polecenia.
Wstanie nie było trudne, utrzymanie równowagi też nie, choć bywało lepiej i zwykle nie zaciskał dłoni na poręczy aż tak mocno. Naprawdę uważał, że przygoda zakończyła się całkiem nieźle. Javier asekurował go i jedynie dwa razy musiał podtrzymać za ramię, gdy stopnie postanowiły okazać się nieco wyższe, niż Lankocz założył. Na krzesło w mesie opadł z gracją worka ziemniaków i bez wahania ukrył twarz w poduszce z przedramion. Zamknął oczy i oddychał głęboko, w końcu, wsłuchując się w cichy szum wentylatorów, w oddech Javiera, który najwyraźniej nie był pewien czy może go zostawić samego, czy raczej powinien poczekać aż Mayor wróci. Taka troska powinna była Lankocza rozbawić, ale zamiast tego poczuł się gorzej. Jak małe dziecko, którego nie można zostawić samego.
Spieprzyłeś, Lankocz.
Spróbował usiąść normalnie, ale światło nagle wydało mu się zbyt ostre i na powrót niemal położył się na blacie, byle tylko granat jego własnej bluzy uspokoił pulsowanie w skroniach.
Drzwi rozsunęły się, usłyszał kroki, cichutki świst towarzyszący zamykaniu, szurnięcie krzesła – w całym procesie słuch zwykle cierpiał najmniej, bo w próżni statek nie miał dla niego żadnej alternatywy. Nie potrzebował go.
Mayor krytykował Vivian. Z zacięciem i nutą oburzenia mówił coś, co Lankocz mimowolnie skrócił do stara, ale głupia, a dalej wysnuł wniosek, że misja wyciągnięcia pani kapitan naukowy z laboratorium zakończyła się fiaskiem. Bo przecież nie ma nic przyjemniejszego niż jedzenie kolacji ponad pulpitem lub cennymi próbkami.
– Podepnij ją pod kroplówkę – wymamrotał i ostrożnie spróbował ponownie ogarnąć wzrokiem mesę. – Myślę, że nawet będzie ci wdzięczna.
– Wdzięczne. Siebie są warte, z tą tylko różnicą, że młoda ma dość rozsądku, aby sobie sama to jedzenie przynieść, czego nie można powiedzieć o Viv. Przeżyła piętnaście dalekich misji, to myśli, że jest niezniszczalna!
– Mam deja vu – roześmiał się słabo.
Mayor prychnął i mówił dalej z tym samym oburzeniem, jakby pani kapitan naukowy swoim zachowaniem obrażała jego samego, jego stanowisko i pewnie jeszcze kilka innych, typowo lekarskich rzeczy, których Lankocz najzwyczajniej w świecie nie znał i znać nie chciał.
– Zejdziemy z orbity, zanurkujemy w próżnię i będzie po zamieszaniu – mruknął, ale Mayor nie wydawał się być przekonany.
Co prawda nie spróbował udowodnić Lankoczowi jak bardzo się myli, co stanowiło miłą niespodziankę, ale w odpowiedzi prychnął tak wymownie, że lepiej było nie ciągnąć tematu i w skupieniu jeść co kazali, a potem pójść spać i tak na zmianę jak instrukcja zalecała.

Nie żeby to cokolwiek zmieniało w ogólnym obrazie, bo poranek – jakkolwiek brzmiało to komicznie w kosmicznej ciemności – przyniósł tylko więcej jazgotu. Jak Mayor tego dokonał, tego Lankocz nawet nie próbował dochodzić, ale faktycznie przy stole na śniadaniu zebrali się wszyscy. Zupełnie jak w tych dniach misji, kiedy śniadania stanowiły też odprawę i Vivian rozdzielała zadania, notowała kto co zrobić musi, a kto co zrobić by chciał wykorzystując brak innych pilnych spraw. Ale tylko liczba osób się zgadzała, nastrój już nie. Ciężka, kleista, dławiąca – mnożył w głowie określenia na nią. Sięgał odruchowo do banków pamięci statku i nurzał się w pseudo definicjach, w ich wymyślności i nieprecyzyjności, wszystko byle tylko nie skupiać się za bardzo na tu i teraz, po czym orientował się co robi i panicznie wycofywał, spoglądając uważnie na Hugh. Wolał na nim, na jego krytycznych uwagach, na wypowiadanej oburzonym tonem krytyce ich zachowań niż na niesympatycznych spojrzeniach Helen, na nieprzyjemnie zgrzytającym głosie Vivian po raz setny powtarzającej ile to jeszcze mają pracy, na ćwierkaniu Caroline, że zdążą, na ciężkiej, milczącej obecności Javiera, który nie odzywał się, ale na swój sposób brał udział w dyskusji. Kiwał głową, był adresatem niektórych wypowiedzi, czasami krzywił się i w ten sposób wyrażał swoje powątpiewanie. Przy nim Meelis stanowił woskową figurę. Jadł, spozierał krzywo na Hugh i nic więcej. Nie odezwał się od samego rana, a nawet dalej. Przynajmniej nie tak, aby go Maksym usłyszał, co w sumie niczego konkretnego nie oznaczało.
Odetchnął.
Utonął w naukowym bełkocie, z którego nie rozumiał połowy spraw, tak nerwowo omawianych przez Vivian i Helen z nierzadkimi wtrąceniami od Javiera. Spektrometryczne analizy, chederesterg, katalogi na trzech stopniach, anomalia północna, plan trzydzieści jeden kreska sześć na ósmym poziomie; cisza.
– Idź spać.
– Co?
– Nie co, tylko idź spać – Hugh powtórzył tonem znudzonym i tylko nieco zniecierpliwionym, więc chyba nie mówił tego po raz dziesiąty, a najwyżej trzeci.
– Meel już się zmył?
– Owszem. Ponad kwadrans temu.
– Kurde, a chciałem z nim pogadać, a teraz szukaj wiatru w polu – westchnął i potarł oczy wierzchem dłoni.
Szukanie Vahtera w stanie takiego zaspania nie jawiło się jako najlepszy sposób na spędzenie czasu, ale…
– Nie próbuj.
– Co?
– Nie próbuj szukać go przez monitoring statku.
– Nie próbowałem – oburzył się, ale bez przekonania, bo faktycznie był o krok od zalogowania się w system i zanurkowania w aktualne logi. Nie robił tego od wielu miesięcy, normalnie nie miał uprawnień, ale z siatką wszystko wyglądało inaczej. Zmarszczył brwi i spojrzał na Hugh skonsternowany. – Serio…
– Jeśli wydaje ci się, że nie widać, kiedy się sprzęgasz, to się mylisz. – W tonie Mayora pobrzmiewała pobłażliwa kpina. Mały, głupi i naiwny Maksym, próbujący robić coś, czego nie powinien. Bo owszem: nie powinien. Jeszcze nie teraz. Istniały przecież dokładne wytyczne jak często może się łączyć, jakie ilości danych przetwarzać na każdym etapie postępującej synchronizacji i odbudowy. Jego wyskok poprzedniego dnia stanowił poważne odchylenie od proceduralnych wymogów.
Co teraz? Sam nie wiedział. Ziewnął.
– Takie tam duperele – mruknął. – Słownikowe zagwozdki – dodał nie kwapiąc się wyjaśniać więcej. – Już będę grzeczny. I tak, idę spać.

ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1766
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: Kruffachi » 09 lipca 2014, 16:44

Odnoszę takie wrażenie, że tekst się wyrównał, zaczął układać i przez to jest znacznie przyjemniejszy w czytaniu niż poprzednie wstawki. Mniej chaosu w zdaniach, mniej chaosu między akapitami, łatwiej przyswajalne informacje, bezboleśnie przeprowadzona ekspozycja. Podobał mi się ten fragment zdecydowanie najbardziej z dotychczasowych :D Właściwie poza brakującymi tu i ówdzie przecinkami nie potrafię się przyczepić. Opis z Maksiem patrzącym oczyma statku - miodny. Właśnie takie opisy lubię. To jeden z tych, które mogłabym czytać po parę razy. Opowieść o Zimowej Panience bardzo klimatyczna. Postaci też mi się zaczynają w głowie układać i zgaduję, że w sposób, jaki został przez Ciebie zamierzony, to znaczy do każdego imienia wyskakuje mi etykietka z konkretną reakcją stresową. Potwierdza się trafność wyboru Maksia jako tego, na którego ramieniu będzie siedział narrator - ten jego sposób bycia, to wycofanie połączone z parciem na to, by po prostu wiedzieć i rozumieć sprawdza się doskonale. Jednocześnie nie wyłączasz go z samej akcji i kanwy - oto zaczyna robić głupie rzeczy. Widać też upływ czasu, to jak wszystko zmieniło się po wypadku, jak postępuje degeneracja.

Bardzo tak.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 09 lipca 2014, 22:06

Ja chyba rozumiem na czym główny problem z początkiem tu polega. Ja wchodzę w absolutny środek i w tym środku bohater tkwi - tak miało być, to jest celowe - więc z jednej strony narrator powoli wyjaśniający kto jest kto i w ogóle tu nie grał, bo przecież Maks wie, z drugiej... no jest mętnie dla czytelnika, który ma pełne prawo się zagubić, nawet jeśli ludzi jest niewiele. Będę dumać przy poprawianiu całości jak to zrównoważyć, może kogoś wykopię na początku bardziej w tło, bo będzie kawałek dalej wyłaził lepiej. Będę dumać dalej, bo to póki co jedyne co mi się wydumać udało.
Kujam :heart:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: R. Bates » 18 lipca 2014, 15:45

Widzę, że i w tym temacie pojawiły się nowe rozdziały. To fajnie, idę czytać.

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
CZĘŚĆ 3.
- „Caroline była dobrej drodze do zastania wzorowym teoretykiem…” - ‘na dobrej drodze”.
- „Surowy, pod każdym możliwym względem fachowy i godny podziwu, głos pani kapitan naukowy dźwięczał mu w uszach.” - ‘głos pani kapitan naukowej’ – wiem, że to dyskusyjne i związane z translacją stanowisk z krajów anglosaskich, ale w tym przypadku tak bym to odmienił :P.
- Wiem, że lubisz rozbudowywać ostro zdania i choć zwykle są niezłe, to czasem zdarza Ci się przeholować. Powinnaś uważać z rozbudowanymi zdaniami we fragmentach tekstu opisujących większą grupę ludzi – łatwo się pogubić, kto, co, komu mówi lub robi.
- Wracając do tekstu po jakimś czasie muszę przyznać, że nie wyłapuję żadnych opisów wyglądu bohaterów. Nie pamiętam też czy robiłaś to wcześniej. Rzucane są same imiona i nazwiska, i choć opisywanie ich rutyny i zachowania idzie Ci bardzo dobrze, to jednak są oni dla mnie tylko imionami lub stanowiskami, które pełnią.
- No i proszę – zaczynamy zabawę z planetką od opisu grawitacji i porównania jej do innych ciał niebieskich. Brawo, w końcu odpowiednie wartościowanie opisów – taka informacja to dla „każdego” czytelnika s-f podstawa. Teraz wiem, z czym mam do czynienia. To tak, jak przedstawiając człowieka zaczynasz od jego imienia, tak przedstawiając planetę zaczynasz od grawitacji :D.
- „upomniała go pani kapitan naukowy i miała rację.” - na przykład tutaj pasuje tak, jak napisałaś. Komicznie brzmiałoby pani kapitan naukowa.
- Fajnie, że znasz zabawne angielskie slangowe zwroty typu „bullshit”, „k” czy „crap”, ale trochę dziwnie mi się je czyta wtrącone, gdy w wyobrażeniu mam fakt, iż prawdopodobnie językiem wspólnym dla wszystkich uczestników misji jest po prostu angielski. Tym samym niejako tłumaczysz tylko niektóre słowa (czy myśli) bohaterów – oczywiście te, które w Twoim mniemaniu są najbardziej cool. Dla mnie to błąd.
- Z kolei bardzo mi się spodobało porównanie związków do układów podwójnych gwiazd :D.

PODSUMOWANIE:
Zacznę od plusów.
Dobrze się czyta, bo masz wyrobiony styl, bogaty język i potrafisz pisać, w ten sposób ratujesz większość mankamentów – tym, że można przepłynąć przez tekst bez większych zgrzytów. Serwowane przez Ciebie opisy zachowania i procedur bohaterów są wiarygodne. Tekst jest też bardzo spójny fabularnie – stanowi ciąg przyczynowo zdarzeniowy, który rozwija się w odpowiednim tempie i pewnie z kolejnymi rozdziałami będę widział coraz większy i ciekawszy zarys całości.
Minusy.
Brak malowniczości tekstu. Choć to nie jest zarzut dużego kalibru, bo wiem, że koncentrujesz się tu na technobełkocie, ale jednak brakowało mi opisów. Opisów otoczenia; nie mówię o konsolach, padach, diodach, skafandrach – bo tego jest akurat pełno; opisów kosmicznej natury – planety, jakieś próby choćby liźnięcia tego kosmosu w nieco bardziej plastyczny, poetycki sposób. Kolorów i kształtów tych wszystkich gadżetów, które używają postacie. Opisu bohaterów – szczegółów ich wyglądu.
Nie podobały mi się też angielskie wstawki – to taka trochę komercja dla młodzieżowego targetu :D.
Co do fabuły to mam jeden zarzut. Nie wiem, kurczę, co oni właściwie robią, jaki jest w końcu cel i sens ich misji i działań. Jaka jest większa idea i istota tego wszystkiego. Pisałaś wcześniej, że koncentrujesz się przede wszystkim na obyczajowości grupy, a nie na samej ich misji – rozumiem to, jednak zawsze lepiej się czyta, wiedząc, że ludziska próbują ratować świat przed zagładą albo coś tędy. Ale ok, nie będę wyprzedzał faktów, bo przecież to może być preludium do czegoś większego.
W następnym komciu ogarnę rozdział 4.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: R. Bates » 23 lipca 2014, 10:53

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
Część 4.
- Dobry opis Helen na początku.
- „...to nie Helen krzyczała zauważywszy jego odpłynięcie myślami.” - przecinek przed 'zauważywszy.
- W tej części jakby mniej błędów mi się rzuca w oczy, jest jakby solidniejsza. Niestety mało się dzieję, w sumie póki co tylko gadanie i rozmyślenia, więc lekkie dołki dekoncentracyjne zaliczam :D.
- „– krzyknął odpędzając wrażenie deja vu. „ - przecinek przed 'odpędzając'.
- „... co z stoczni na orbicie Księżyca do Orcusa” - 'ze stoczni'.
- Całkiem fajny opis rdzenia statku (kociołka).
- „... wskazał na wielorazowa butelkę...” - 'wielorazową'?
- „– oznajmił wciąż stojąc tuż przy drzwiach.” - przecinek przed 'wciąż'.

PODSUMOWANIE:
Przyznam się bez bicia, ze wynudziłem się trochę na tej części, bo nie wiele się tu działo. Mimo to uważam, że pod kątem obyczajowym jest to całkiem niezły fragment. Napisany zacnie, z zachowaniem dobrej równowagi między ilością opisów, dialogów i rozmyśleń. Brakuje akcji, ale wiadomo, że nie w każdej części będą kosmiczne katastrofy czy inne fajerwerki. Trochę błędów interpunkcyjnych wyłapałem i kilka literówek, co zaznaczyłem w ccs'ie. Mam też ciągle problem z bohaterami – z ich identyfikacją, a tym samym z utożsamieniem się z kimkolwiek. Na razie nie mam żadnych faworytów i antyfaworytów. Doceniam za to umieszczenie akcji w realnym (Ziemskim) uniwersum. To trudne i godne podkreślenia.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 27 lipca 2014, 11:51

Musiałam się przestawić na ten tekst, by cokolwiek odpowiedzieć, bo mi mózg pracował na zupełnie innych falach >.> Czas, czas, czas.

o mi opisów. Opisów otoczenia; nie mówię o konsolach, padach, diodach, skafandrach – bo tego jest akurat pełno; opisów kosmicznej natury – planety, jakieś próby choćby liźnięcia tego kosmosu w nieco bardziej plastyczny, poetycki sposób. Kolorów i kształtów tych wszystkich gadżetów, które używają postacie. Opisu bohaterów – szczegółów ich wyglądu. Z wyglądem, to u mnie zawsze jest kiepsko. Znaczy jako czytelnikowi wystarczają mi względne informacje - niższy, wyższy i takie tam. Cała reszta, o ile nie liczy się dla fabuły mi zwisa. Może to odpowiedź na to, czemu generalnie nie rozpoznaję ludzi na ulicy. Albo też skutek tego.

Co do opisu kosmosów, to hymmm... żeby wejść w to głębiej musiałabym chyba założyć, ze narrator widzi w szerszym spektrum (jak się to Lankoczowi zdarzyło gdzies po drodze). Bo piękne kosmosy wokoło bohaterów wyglądają cirka tak:
Obrazek
Wersja gdy planeta zasłania widok i wersja jak tego nie robi. I tak to mniej więcej wygląda z każdej strony. Tu w sumie nawet planeta za bardzo odcina się od tła, ale rzecz sklejona na szybciocha :P W każdym razie bez uciekania w jakieś inne miejsca, to ja nie wiem nad czym by się tu opisowo rozwodzić. Wszechświat w okolicy jest cholernie zimny, ciemny i stanowi doskonały dowód na to, że kosmos jest jednym z najmniej przyjaznych ludziom środowisk, w pewnym sensie. :)

"Pisałaś wcześniej, że koncentrujesz się przede wszystkim na obyczajowości grupy, a nie na samej ich misji – rozumiem to, jednak zawsze lepiej się czyta, wiedząc, że ludziska próbują ratować świat przed zagładą albo coś tędy. Ale ok, nie będę wyprzedzał faktów, bo przecież to może być preludium do czegoś większego."
Pisałam tyż że robią badania geologiczne i okołotakowe no i:
" Najlepiej byłoby gdyby nic nie wiedział. Jakby tak się dało, to na pewno odcięto by i jego, i Vahtera, a pewnikiem również Mayora od informacji o celu podróży, o celu badań, utajnionoby wyjaśnienie co też takiego jest na Widmie, że wysyłają ich tam w pośpiechu i skrytości. Ale nie można było. Z wielu powodów, a głównym była ludzka psychika – tak przynajmniej twierdził Hugh. Tajemnice, mała przestrzeń, niewiele osób – to nie wróżyło dobrze, więc tu i ówdzie trzeba było się ugiąć, a i tak, jego zdaniem, uczyniono to w niedostatecznie wielu miejscach. Lankocz nie wnikał w to. Zresztą „potencjalne ogromne złoża GGH256698KIL” nie stanowiły zbyt rozwiniętego wyjaśnienia, nawet jeśli budziły dostatecznie dużo skojarzeń, by rozumiał, że chodzi o wielkie pieniądze."

:D Ale w sumie odpisuję na piwreszy komentarz, a to jest w kolejnej wstawce, więc hymmm chyba się dograliśmy? Fakt, wyprawa analogiczna do "chłopaki idą przez kontynent i szukają ropy jedząc fasolę z puszek" nie stanowi czegoś na miarę przygód statku Enterprise, ale cóż... ktoś musi odwalać czarną robotę xD


"- Fajnie, że znasz zabawne angielskie slangowe zwroty typu „bullshit”, „k” czy „crap”, ale trochę dziwnie mi się je czyta wtrącone, gdy w wyobrażeniu mam fakt, iż prawdopodobnie językiem wspólnym dla wszystkich uczestników misji jest po prostu angielski"
Kluczem niech będzie prawdopodobnie, bo wcale a wcale nie jestem tego taka pewna. :P Zwłaszcza gdy rzecz jest w myślach, bo Lankocz na przykład na pewno po angielsku nie myśli. Generalnie muszę skontrolować, gdzie to dałam i czy dałam gdzieś poza myślami Lankocza lub jego rozmowami z Vahterem, bo jeśli tak, to faktycznie może to być problem i może powinnam wyklarować po jakiemu oni tam gadają. Jeśli nie, to mieści się w założeniach :) oblookam.


Przecinki itd. połowię n a pliku pierw i potem poprzerzucam. Jak tylko dorwę się z powrotem do tego tekstu, bo chwilowo co innego mi siadło na czasie. :/

Kujam i pozdrawiam.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: R. Bates » 15 sierpnia 2014, 10:08

Witam ponownie ;).

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
- "... światło w dzień ma ponad pięć tysięcy kelwinów dlatego..." - kelwin nie jest jednostką światła czy też jego natężenia, tylko temperatury. Proponował bym luxy czy kandele czy co tam.
- Właśnie się zorientowałem, że Ty praktycznie w ogóle nie stosujesz didaskaliów w dialogach opisujących kto się wypowiada. Może dlatego ja mam taki problem z identyfikacją ludziów? O.o
- "...i spojrzał na Vahtera mrużąc oczy." - przecinek przed 'mrużąc'.
- "...pomyślał ledwo życzył Vahterowi dobrej nocy..." - tutaj chyba brak kropki między 'pomyślał' i 'ledwo'.

PODSUMOWANIE:
Nuda, nuda i jeszcze raz nuda, Marszo. To jest moje pierwsze odczucie po przeczytaniu kolejnego fragmentu i mając w pamięci wcześniejszy, który czytałem. Mało istotne dialogi, jeszcze mniej interesujące przemyślenia; opisy nudnych, codziennych czynności i pomieszczeń w statku kosmicznym, w którym się nic nie dzieje. Gdyby to jeszcze było pokazane wszystko w jakiś nowatorski sposób (jak u Wattsa w Ślepowidzeniu, gdzie był podobny klimat) to bym chłonął z ciekawością. Ale tutaj wszystko jest takie typowe i nudne. Ani tu kosmicznych przygód, ani nowych technologii. Tylko opisy w stylu spotkania dwóch osób na siłce i rozkminek jaki to się smród robi, gdy na się we dwoje ćwiczy. Opisy i rozkminy powinny imho dotyczyć jakiejś fascynującej osi fabularnej. Tak jak u Wattsa. On też pokazywał każdą postać w swoich tam codziennych czynnościach i w niby zwykłych dialogach z innymi, ale wszystko dotyczyło pracy nad cholernie ważną dla fabuły i całej ludzkości kwestią obcych. Ewentualnie retrospekcji i rokmin, które autor umieszczał, aby czytelnik mógł się dowiedzieć dlaczego ktoś jest taki a nie inny. Sam statek też był genialny - pożerał antymaterię z kosmosu i mógł produkować całe półki żołnierzy i maszyn. Poza tym u niego wśród bohaterów był neo-wampir, pół-zombie, weteranka wojny z terroryzmem i osoba, w której ciele siedziało kilka innych osób - nie sposób było więc się nie fascynować każdym z nich, jego historią i obyczajowością. A u Ciebie jest po prostu grupa najzwyklejszych w świecie nudziarzy. Natomiast cała wielka rozkmina dotyczy powodów zepsucia się łazika księżycowego O.o. Równie dobrze mogłoby się to dziać w zakładach mięsnych pod Węgorzewem :P .
Jedynymi słowami i nadzieją pośród tego całego nudnego mętliku były "sabotaż" i "zyski w przyszłości" - wtedy moja uwaga jakoś tam została przykuta, bo to rzeczywiście może wskazywać na jakąś tam poważniejszą intrygę związaną z jakimiś tam kosmicznymi surowcami czy coś. I ja zdaję sobie sprawę z tego, że Ty masz w głowie obraz jakichś tam emocji i ciekawych wydarzeń. Ale co mi z tego skoro ja chcę emocji, burzy mózgów i akcji tu i teraz, a nie w szesnastym rozdziale.
Przepraszam, musiałem to z siebie wykrzyczeć :D.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 05 czerwca 2015, 10:38

Czym do prostytutki biedy są neo-wampiry o.O

chociaż może nie chce wiedzieć. Chiropterologia zaawansowana jakoś nigdy mnie nie ciągnęła ;) i, Bates, uprzedzę, tu nie będą strzelać, szaleć i tak dalej. z założenia większość rzeczy będzie im tu siedzieć w głowach, roić się i powolutku ewoluować do nieuniknionego.


i w sumie zapomniałam, że mam tego coś dalej napisane. jakoś się rozmyło, rozeszło i zaskleroziło.

[ Pb ] -130h Obudził się zlany potem, ale nie roztrzęsiony jak po koszmarnym śnie. W pierwszym odruchu sklął siatkę nakorową i to jak rozstrajała organizm, w drugim stwierdził, że jak rzadko niczemu nie jest winna. Nie rozregulowała mu wewnętrznego termostatu z sobie tylko znanych powodów – lista potencjalnych skutków ubocznych była długa i nie bez przyczyny po miesiącach świętego spokoju znowu znalazł się w centrum zainteresowania Hugh – ani przez sen nie wbił się w system i sam sobie nie przestawił termostatu w kajucie.
Było gorąco, pod grubym kocem wręcz koszmarnie gorąco, a z panelu przy drzwiach patrzyła na niego czerwona kontrolka, której znaczenia nie pamiętał tylko przez sekundę.
AA5543-1/C7 – indykator stanu AC, trzy pozycje: online, offline, H-directed. Sięgnął głębiej i wiedział, a w chwili, gdy to do niego dotarło momentalnie wycofał się i zaklął kwieciście. Naprawdę mógł się tego dowiedzieć podchodząc do panelu i czytając podpisy, nie musiał sięgać w bazę, nie powinien był, ale lenistwo i znajoma odruchowość wzięły nad nim górę.
– Jakby nie to, że siedzisz tu sam, panie Lankocz, to by ci Hugh taki wykład zrobił, że byś się do Układu nie pozbierał – mruknął szczerze na siebie zły i, ziewając, wyszedł na korytarz.
Tu również panowały tropiki, co kłóciło mu się z ideą statku zawieszonego w lodowatej kosmicznej próżni. Gdy pierwszy raz leciał naprawdę daleko, a wciąż bliżej niż teraz, miał koszmary już na kilka tygodni przed startem. Widział w nich siebie zamarzającego na statku, z którego powoli życiodajny tlen umykał w nicość, a wraz z nim umykało też ciepło. Wszędzie panowała cisza, od której piszczało w uszach, ale zaschnięte gardło nie pozwalało krzyczeć; zresztą jaki byłby sens krzyku?
Że będzie ociekał potem od samego przechadzania się po statku, tego nie przewidział. I nie chodziło o to, że się to nie zdarzało, a kosmos miał oznaczać tylko zimno. Po prostu maksymowa intuicja mówiła takiej wizji stanowcze nie.
Zerknął ku laboratoriom, w których na pewno znalazłby żywą duszę, mogącą mu wyjaśnić, co się w zasadzie stało, ale skręcił w przeciwną stronę. Żywa i doinformowana dusza niekoniecznie musiała być skłonna do rozmowy, zaś instynkt podpowiadał, że raczej spotka się z pofukiwaniem, zirytowaniem i innym atrakcjami, na które nie miał ochoty. Vahter wydawał się dobrym pomysłem. Wręcz genialnym, tylko jeden problem pozostawał niezmienny.
– Osiemnaście godzin, nieźle.
Lankocz przewrócił oczami i spojrzał przez ramię na Hugh.
– Godzin tylko? A już myślałem, że lat czy miliardów lat i po drodze Wszechświat zaczął kolapsować czy zwiodło nas pod jakąś gwiazdę – mruknął. – Dużą, opuchniętą helem gwiazdę, która za cel postawiła sobie spalić nas nim w końcu wybuchnie i zakończy swój żywot.
– To tylko awaria systemu.
Ani przez chwilę Mayor nie wyglądał na rozbawionego sytuacją. Nie wyglądał również na przesadnie cierpiącego z jej powodu, choć owszem zdjął nieśmiertelną wręcz rozpinaną bluzę i paradował w koszulce z krótkim rękawem – chyba pierwszy raz w całej historii lotu. Za to długie spodnie i ciasno zasznurowane buty wciąż były obecne. Spojrzenie nadal miał bystre, nieprzyjemnie świdrujące, jakby cały czas wypatrywał w rozmówcy objawów sobie tylko znanych chorób i psychoz, twarz bladą i niepokrytą potem. Lankocz czuł się przy nimi jakby dopiero co w bólach i mękach przebiegł maraton.
– Już trwają naprawy.
Co oznaczało tylko tyle, że jednak Vahtera nie znajdzie, a nawet jeśli, to nie porozmawia. Westchnął ciężko i oparł się plecami o ścianę, która nie była w połowie tak chłodna, jak na to liczył.
– Tymczasem zalecam niewykonywanie zbyt meczących czynności i picie dużych ilości wody.
– Jakbym miał cokolwiek do roboty – roześmiał się, ale pierwszy raz od dłuższego czasu naprawdę cieszył się, że żaden wymyślny grafik zdań nie wisi mu nad karkiem, nie pogania i nie wyznacza terminów, których nie można przesunąć. Znikąd wykwitło w nim współczucie dla Helen, Vivian i Javiera, którzy nie mogli pozwolić sobie na siedzenie na tyłku i podziwianie sufitu. – Ale tak, będę grzeczny – dodał i ziewnął. – Cały statek jest takim kociołkiem?
– Owszem. Cały – odezwała się Helen, czego Lankocz zupełnie się nie spodziewał, bo chwilę wcześniej w ogóle nie było jej na korytarzu.
Wyglądała lepiej niż on, ale gorzej niż Hugh. Długie włosy spięła wysoko, ładna bluzka bez rękawków dodawała jej uroku, czym usilnie próbowała zbalansować wyraz niezadowolenia na twarzy swej właścicielki. Biały, laboratoryjny kitel gdzieś się zawieruszył, coś co w każdej innej sytuacji wywołałoby radosny uśmiech Lankocza teraz spotkało się jedynie z radosną myślą.
– Ile to jeszcze potrwa?
Uniósł ręce w geście poddania się, bo skąd miałby wiedzieć. Mógłby poszukać i przeszło mu to przez myśl, ale Mayor zachował się jakby miał jakiś siódmy zmysł i, nim Lankocz na dobre rozważył opcję sprawdzenia logów i wyciągnięcia z nich jakiś wniosków, zdzielił pilota przez łeb otwartą dłonią. Nie mocno, ale dostatecznie by zabolało i sprawiło, że stracił na moment równowagę.
– Spokój, nieprzemęczanie się i woda – stwierdził w odpowiedzi na pełne wyrzutu spojrzenie i, nie dodając nic więcej, odszedł.
Powiedli za nim spojrzeniami w zgodnym milczeniu, lecz już nie zgodnym nastroju. Helen stała spięta, gotowa do skoku. Usta zacisnęła w cienką linie, coś co Lankocz zauważył chwilę po tym, jak Hugh zniknął w czeluściach ambulatorium i odgrodził się od nich drzwiami. Spoglądała na nie spod zmarszczonych brwi, a dłonie miała zaciśnięte w pięści. Odsunął się. Najzwyczajniej w świecie, powodowany niewytłumaczalnym pozornie odruchem, odsunął się o dwa kroki, omiótł ją spojrzeniem i uniósł pytająco brew. Spróbował się uśmiechnąć, ale nic mu z tego nie wyszło dobrego. Raczej jakiś nieokreślony grymas, na który nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby patrzeć. On sam również. Z chciejstw jedyne co miał teraz w głowie, to wodę. Mayor mógłby być z niego dumny. – Czuję się jak uczniak – mruknął.
– Bo on tak nas traktuje – prychnęła. – Od samego początku jesteśmy dla niego szczurami laboratoryjnymi w gorsze dni, dzieciakami w lepsze. Nie lubię tego typu ludzi – odparła.
Zdusił w zarodku chęć stwierdzenia, że sama chwilami taka jest, z tą tylko różnicą, że milej mu być traktowanym jak dziecko przez nią niż przez Mayora, bo ona jest milszym dla oka widokiem. Powiedzenie tego równałoby się samobójstwu, a do niego było mu niespieszno. Do uciekania również.
– A kto lubi? – odparł więc, filozoficznym tonem stwierdzając oczywistą oczywistość, po czym odkleił się od ściany i obrał kurs na mesę, miał wszak być grzeczny i słuchać lekarskich zaleceń.
Helen poszła za nim, a doszła przed nim, stawiając długie, zdecydowane kroki, na które jego nie było stać.
– A jak praca?
Nie odpowiedziała od razu. W milczeniu nalała wody do butelki i sięgnęła po kubek. Jego również napełniła niemal po samą krawędź. Maksym w ciszy przyglądał się jej plecom. Upięte włosy odkrywały kark i plecy; nisko wykrojona koszulka nie wydawała się regulaminową ani w ogóle potrzebną częścią garderoby na statku kosmicznym w misji naukowej, ale rzeczywistość właśnie udowadniała, że zabranie krótkich spodenek czy nawet stroju kąpielowego nie byłoby takim głupim pomysłem.
– Dobrze. Wyprzedzamy nawet nieco plan, ale jeśli ta sauna potrwa dłużej, to zapewne stracimy to i tyle. Już zmodyfikowałyśmy grafik, aby niektóre analizy wykonać w czasie lotu do domu, teraz skupiamy się na zabezpieczeniu próbek i wykonaniu ostatnich orbitalnych pomiarów. Wszystkiego tego, czego nie zdołamy zrobić, kiedy zejdziemy z orbity.
– Czyli nie będzie wielkiego naukowego przełomu przed odlotem? – roześmiał się, ale zamilkł szybko.
Helen patrzyła na niego surowym spojrzeniem zmrużonych oczu.
Oczywiście, tajne przez poufne. On nawet nie wiedział, czego szukają tam na dole. Cennych minerałów niespotykanych w Układzie Słonecznym? Tak wynikało mu z tego, co mu powiedziano, ale lista takowych była zbyt długa, aby śmiał zgadywać, których dokładnie, a nazwa techniczna nic mu nie mówiła. Równie dobrze mogła oznaczać cały związek jak i zestawienie pojedynczych. A może śladów działań obcych cywilizacji? W to wątpił, ale w sumie... – uśmiechnął się do swoich myśli, powidoków podekscytowania z początku misji, gdy jeszcze łudził się, że w zimnej głuszy kosmosu dowie się jednak o co tu chodzi.
Naiwnyś, panie Lankocz, naiwny jak dziecko we mgle czy jakoś tak.
– Żartuję tylko – zaśmiał się wymijająco. – Tak se bredzę w tym ukropie i–
– Helen!
Stojący w drzwiach Javier z miejsca sprawił, że Lankocz stracił całe zainteresowanie, jakim obdarzała go pani doktor.
– Jesteś potrzebna. Hugh odesłał Vivian do kajuty po tym jak na chwilę straciła przytomność, a ja potrzebuję drugiej pary rąk.
Niedługo dane mu było nudzić się i gotować w samotności. Caroline z padem w dłoni dołączyła do niego uśmiechając się smętnie. Nawet cała armia spinek nie była w stanie upiąć jej ni to długich ni krótkich włosów na tyle wysoko, aby nie grzały ją w kark. Wyraźnie jej to dokuczało, bo raz za razem próbowała je po prawić. Krótko sprawiała wrażenie skupionej na pracy i nie musiał nawet nieśmiało zagadywać, aby odłożyła pada i przeniosła z krzesła na podłogę.
– Się porobiło – roześmiała się.
– Jesteśmy na kosmicznym wygwizdowie i umieramy z gorąca?
– To też. Elen chyba na wątrobę siadła ta twoja opowieść, wiesz?
Skrzywił się. Nie żeby taka opcja nie przeszła mu przez myśl, choć łudził się, że może załapała się na absolutną końcówkę opowiastki. Pluł sobie w brodę, że w ogóle dał się ponieść nadzwyczajnej wręcz odmianie nastrojów i zaczął gadać.
To było bardzo mądre, panie Lankocz. Po prostu klękajcie narody.
Był też zły na siebie, że jeszcze nie porozmawiał o tym z Vahterem. Wyrzuty sumienia wgryzały mu się w jelita i wykręcały je nieprzyjemnie. Już nie raz i nie dwa zastanawiał się nad tym, jaka spotka go kara za powtarzanie plotek, bo było nie było tak naprawdę, na bank i na sto procent, to nie wiedział nic. Mówiło się – ci i owi mówili – powtarzało się i się wierzyło, bo wszak bajka była o jednym mechaniku pokładowym spośród tysięcy takich, więc się zapamiętywało i przekazywało dalej kosmiczną legendę miejską i tak naprawdę nigdy nie zastanowił się jak się podmiot tej legendy z nią czuje. Z jednej strony używał tego nieszczęsnego przezwiska niemal od samego początku i Meelis nigdy, ale to nigdy nie zająknął się o tym, by zachował bajkę „a jak to się zaczęło” dla siebie. A przecież nie mógł optymistycznie zakładać, że Maksym zna tylko przezwisko, a historii nie. To stanowiłoby zaprzeczenie meelisowego podejścia do życia, tego wiecznego szukania problemów nim zdążyły się one wydarzyć. A już zupełnie przy okazji, to byłoby dziwnym, jakby Maksym pchany kocią, durną ciekawością nie poznał nigdy skąd się „zimowa panienka” wzięła. Z drugiej strony mógł się łudzić, albo po prostu liczyć na to, że zważywszy na sytuację nie będzie gadał więcej niż trzeba. Bo owszem, teraz nie miał już wątpliwości, że w całej opowieści więcej było minusów niż plusów. Ten drugi był jeden, na samym końcu i przesłonił mu wszystko inne. Słusznie kiedyś całkiem miła dziewczyna oskarżyła go o brak wyczucia. Myśl – powtarzała matka z babką, a on myślał acz chyba jakoś opacznie i bardzo kreatywnie, bo dochodził często gęsto do niewłaściwych wniosków.
– Legenda – mruknął, a Caroline roześmiała się jakoś niewesoło, choć nie zrozumiał dlaczego w ogóle i dlaczego tak. Intuicja hazardzisty zawodziła go w takiej skali, czy może zawodziła ogólnie, skoro popadł w hazardowe długi, ale tej myśli nie lubił do siebie dopuszczać. Ot miał pecha. Nic więcej. Przeszłość i tyle. – Jakby wierzyć we wszystko co gadają – westchnął filozoficznie i spojrzał na Caroline.
Nie wyglądała na przekonaną, a on nawet nie wiedział, do czego chciałby ja przekonać. „Minie jej” cisnęło mu się na usta, ale miał świadomość, że byłaby to deklaracja bez pokrycia. Jeśli nie minęło do tej pory, a wręcz się zaostrzyło, to potrzebowali raczej małego cudu. Pokładowe tropiki, jakkolwiek niespodziewane, się nie kwalifikowały i wiedział o tym. Jeśli on wiedział, to Caroline też wiedziała i mogli albo o tym nie rozmawiać, albo szukać rozwiązani. To drugie wydawało się nieosiągalne.
– Wiesz, jeśli…
Nie dokończył. Słowa mu uciekły i tylko roześmiał się.
– Coś mi się skojarzyło, taka anegdotka z mojego poprzedniego zaokrętowania – oznajmił między atakami chichotu.
Musiał brzmieć całkiem przekonująco, bo tylko spojrzała na niego zaciekawiona, zamiast prychnąć. Tak, to było coś, tylko że nie miał niczego do opowiedzenia. Do sprawienia by śmiech stał się prawdziwy. Zerknął ku drzwiom, jakby za nimi mogło czaić się wybawienie. Caroline westchnęła i potarła oczy wierzchem dłoni.
– Jeśli ma jakiś pośredni związek z tym, co mamy teraz tutaj, to może faktycznie nie wypowiadaj. Elen lub Javi mogą wrócić akurat w najgorszym momencie – mówiąc rzuciła ku drzwiom konspiracyjne spojrzenie.
– Javier? – Skrzywił się, a ona przeniosła wzrok na niego i zmarszczyła brwi.
Całą sobą wypominała mu, że nie wie o co chodzi.
– Czasami mam wrażenie, że żyjesz w innym świecie – stwierdziła z wyrzutem. – I to od wyjścia z Układu, tylko wtedy mówiłam sobie, ze to przez pilotowanie. Siedzisz jedną nogą w komputerze i może faktycznie nie wydajemy się tacy ciekawi.
– Ej, no?! Bez przesady, integrowałem się jak mogłem, a potem żeście się rzucili do swych badań, ledwie Widmo znalazło się w zasięgu którychkolwiek czujników. – Rozłożył bezradnie ramiona i wzniósł oczy ku sufitowi, a mimo tego ją widział. Byli w mesie, monitoring działał i chcąc nie chcąc gdzieś z peryferii jego samego docierały do niego myśli, że właśnie przewróciła oczami. – Javierowi też siadła na wątrobie moja opowiastka? Bo naprawdę, to dziwne, że o tym wcześniej nie słyszał – zaśmiał się. – To jak być dzieckiem i nie słyszeć o świętym Mikołaju. No może to zły przykład, ale coś z tej bajki. Żeglarze słyszeli o Latającym Holendrze, a zapuszczający się na obrzeża strefy znają bajkę o Letycji 3. No dobra, o Letycji, niekoniecznie o Zimowej Panience i tak dalej, ale serio… mówi się o tym, przypija za to, aby nie wylądować w takim miejscu i żeby mieć fart, gdy już się tam wyląduje, bo przecież zwiad lata w ciemno. Albo to ja się obracam w takim środowisku…
Roześmiała się.
– Może przesadzam – stwierdziła. Przeczesała dłonią włosy i przeciągnęła się. – Ten ukrop robi dziwne rzeczy z ludźmi.
Jakby na poparcie swych słów spróbowała upiąć niesforne włosy w koka za pomocą długopisu. Przyglądał się temu z zainteresowaniem, ciekaw czy jej się uda, choć wzrok raz po raz umykał mu ku kropelkom potu spływającym po jej szyi. Tak, ukrop doskwierał im wszystkim. Nieruchome powietrze kleiło się do skóry oraz zatykało gardło niczym rozlazła, ciepła klucha i nie było gdzie się przed nim ukryć.
– Ale serio Javier? – wrócił do tematu, nie mogąc znaleźć niczego lepszego, a mając dość ciszy.
– No, trochę. Zrobił się taki milczący od tamtej pory…
Zabrzmiała, jakby minął co najmniej tydzień a nie niepełne dwie doby, ale tego nie skomentował.
– Nigdy nie był przesadnie rozmowny.
– Był. Był bardziej, o tak. Martwię się, ale Hugh ma go na cenzurowanym, więc gdyby coś było nie tak to pewnikiem by o tym wiedział. Nie oczekuję, że po takim doświadczeniu nic mu nie będzie, że spłynie to po nim jak po kaczce, ale… Czasami tak dziwnie patrzy. Spode łba.
– Od początku tak patrzy przez większość czasu.
– Ale teraz jakoś bardziej. Maks, czy ja ci muszę takie rzeczy tłumaczyć, Nie zauważyłeś tego jak opowiadałeś legendę? Wtedy też tak patrzył. Jak…
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: Siemomysła » 13 czerwca 2015, 09:09

Czuję się oszukana :C Ja to już czytałam i nawet dalej czytałam. Przez to, że czytałam na boku nie kontrolowałam zupełnie procesu wrzucania tutaj. Ale jedno co mnie cieszy, to fakt, że odpaliłaś chemiczny plik :D
To ja sobie poczekam, że jednak dalej będzie dalej!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: R. Bates » 16 lipca 2015, 22:26

Kuchnia, wcięło mi całego ccs'a, bo komp się zaczął restartować i powyłączał wszystko, a miałem wyłapanych trochę przecinków i kilka literówek :P. Napiszę tylko podsumowanie.

PODSUMOWANIE:
Ogólnie to nie spodziewałem się, że znajdziesz chęć żeby dalej wklejać tę mydlaną kosmiczną operę, no ale skoro wcześniej czytałem i komentowałem to i tu napiszę kila słów.
Ogólnie jest wciąż sprawdzony schemat: mesa, laboratorium itp - miejsca, gdzie chcąc nie chcąc bohaterowie muszą się spotykać i wtedy autor może trochę ich pokazać. Ok. Tylko równowaga zachwiana jest, bo tekst w 90% dotyczy bohaterów i ich charakterów i wewnętrznych rozterek, a powinno być więcej o ich zadaniu i problemach z misją. O czymś, co ich rozpierdziela psychicznie i spędza sen z powiek. Coś powinno ciągle chcieć ich zabić, załatwić. Brakuje mi tu tego s-f'owego lęku. Ogólnie sci-fi stał się mainstreamowym gatunkiem w powieści i filmie, bo ludziska czują strach przed tym, co nadejdzie - przed przyszłością. I autorzy nauczyli się manipulować tym lękiem. Podsycać go u czytających - u ciebie trochę tego brakuje - oni tak beztrosko sobie tam funkcjonują, gdybając o tym, że fajnie byłoby mieć krótkie spodenki albo stroje kąpielowe, bo jest upał. Sami bohaterowie są ok - to znaczy nie są jacyś wyjątkowi, ale są rozbudowani emocjonalnie i stanowią dobry materiał żeby zrobić jakąś popisową rzeźnię :D. Przynajmniej jakiś perwers, seks - niech ktoś komuś chociaż obije mordę - to już będzie ciekawiej. Nie muszą ich od razu gonić obcy po korytarzach, ale np. jakby z tego gorąca i kosmicznego stresu wszyscy zaczęli się rozbierać i ganiać się po pokładach, to już by się coś działo :).
Wiesz, ja nie szukam nowatorstwa pisarskiego, super stylu, jakiego nikt wcześniej nie używał czy coś. Tekst dla mnie może być podobny do setek innych. Ale niechże rośnie napięcie.
Patrz pierwsze dwa akapity są najlepsze:

"Obudził się zlany potem, ale nie roztrzęsiony jak po koszmarnym śnie. W pierwszym odruchu sklął siatkę nakorową i to jak rozstrajała organizm, w drugim stwierdził, że jak rzadko niczemu nie jest winna. Nie rozregulowała mu wewnętrznego termostatu z sobie tylko znanych powodów – lista potencjalnych skutków ubocznych była długa i nie bez przyczyny po miesiącach świętego spokoju znowu znalazł się w centrum zainteresowania Hugh – ani przez sen nie wbił się w system i sam sobie nie przestawił termostatu w kajucie.
Było gorąco, pod grubym kocem wręcz koszmarnie gorąco, a z panelu przy drzwiach patrzyła na niego czerwona kontrolka, której znaczenia nie pamiętał tylko przez sekundę."


Zaczęłaś fajnym szorstkim akcentem i nawet niezłym stylem (takim technologicznym bełkotem), który nakręcił mnie, że bohater zaraz będzie miał jeszcze bardziej przerąbane. (Trochę mi to problem z pośladkami Willa Cyrusa przypomniało). A ty z każdym kolejnym akapitem coraz bardziej lajtowałaś napięcie i rozwadniałaś akcję. A powinno być na odwrót. Powinno robić się coraz bardziej przerąbane ;).

Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

ODPOWIEDZ