Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Szklanka[18+]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Szklanka[18+]

Post autor: gantzerek » 13 listopada 2013, 20:22

Wrzucam tekst z instanta, odrobinkę przerobiony i z małym twistem ;)
Komentarze bardzo mile widziane.
Miłej lektury :)

Szklanka Mdławo-słodki, znajomy zapach wiercił Lucy w nosie. Nie mogła zorientować się, skąd ta woń dochodzi, i czy w ogóle istnieje. Była zawieszona między snem a jawą, nie mogąc ani się obudzić, ani zanurzyć z powrotem w ciepłych objęciach Morfeusza.
Powoli wracała jej świadomość ciała, przynosząc ze sobą ból i odrętwienie po zimnej nocy.
Nagle Lucy poczuła jakby ścisk na piersi. I kolejny. Wciąż nie była pewna, po której stronie jest. Znowu ścisk. Do tego cały czas ten śmieszny, łaskoczący ją w nos zapach. Zupełnie, jakby ktoś obok palił Pustynne Ziele.
Kolejne ściśnięcia ustały; po krótkiej chwili zamiast nich przebiegły wąż wślizgnął jej się znienacka pod sweter i koszulkę, zostawiając na skórze ciepły, suchy ślad. Wił się nieporadnie przez chwilę pod ubraniem, by w końcu capnąć lewą pierś i poszarpać się ze zdobyczą.
Lucy drgnęła i otworzyła powoli oczy. Nachylony nad nią opalony chłopaczek w płóciennych spodenkach szczerzył się szelmowsko; między wargami trzymał kopcący się skręt. Jej skręt.
Ich spojrzenia spotkały się. Chłopak nie przejął się tym zbytnio; nie przerwał wcale łapczywego ściskania jej piersi, wciąż patrząc jej przy tym prosto w oczy.
— Ty gówniarzu! — Dziewczyna zerwała się z miejsca i rzuciła na niego ale chłopaczek gładko wymsknął się z jej rąk. Lucy nieprzytomnie skoczyła za nim, ale po drodze potknęła się o przywiązane do pokładu toboły i wpadła na burtę. Z rozpędu przechyliła się przez nią, tracąc grunt pod stopami. Nagłe szarpnięcie zatrzymało ją w powietrzu. Zawisła nad żółtopomarańczową taflą piasku, rozpościerającą się kilka metrów niżej.
Chłopaczek w ostatniej chwili chwycił ją za kaptur długiej, brudno-białej peleryny. Zdecydowanym szarpnięciem wciągnął, a właściwie wrzucił dziewczynę z powrotem na pokład. Nie miał z tym problemu, biorąc pod uwagę jej niski wzrost i filigranową budowę. Dopiero po chwili wracająca świadomość przypomniała jej o tym, że podróżuje żaglówką, a wypadnięcie skończyłoby się bardzo boleśnie.
— Te, dupa, nie rwij się tak do skakania — rzucił z przekąsem czarnowłosy chłopak wysokim, przechodzącym mutację głosem.
— Ale ci się szykuje łomot, Młody — burknęła Lucy. — Przypalę ci jęzor za tę „dupę”.
— Nie ma za co! — parsknął chłopaczek, kłaniając się teatralnie. — Ratowanie głupich dup — zaakcentował — z opresji to moja specjalność. W ogóle, nie wiem, o co się tak spinasz, cycków wcale takich fajnych nie masz. Lepsze widziałem — zełgał.
Lucy sprężyła się i kopnęła go w piszczel obutą w wojskowy traper nogą. Chłopak upadł na pokład i zwinął się w bólu. Dziewczyna wstała i wyjęła mu z ust zmaltretowanego skręta.
— Fee — skrzywiła się na obślinioną końcówkę. — Cały mokry.
— Auu, ty… Ty… — Młodemu wyraźnie zabrakło wystarczająco obelżywego słowa w repertuarze. — Ty wredna…
Lucy parsknęła śmiechem, rozbebeszyła skręta, wsypała Pustynne Ziele z powrotem do podrapanego, metalowego pudełeczka, po czym wzięła zeń grubą szczyptę i nabiła sobie do cybucha wydrążonej w drewnie fajeczki. Zapaliła, odgarnęła za ucho przyklejone do spotniałej twarzy czerwone włosy i popatrzyła w dal. Słońce powoli wyciągało swoją świetlistą tarczę nad horyzont rozciągającej się wokół pustyni, rozgrzewając zmarznięty piach. Dziewczyna wypuszczała z płuc puszyste kłęby szaro-mlecznego dymu, oddając się przyjemnemu skamienieniu, które ogarniało jej ciało.
*** Młody wisiał na maszcie, uczepiony liny, którą sterował bocznymi płetwami żaglówki. Robił to z niezwykłą wprawą; statek gładko szybował tuż ponad ziemią, tylko od czasu do czasu ślizgając się płozami po piasku. Lucy podziwiała zwinność i gibkość młodego żeglarza. Jego umięśnione, opalone na brązowo ciało, ubrane w krótkie płócienne spodenki zdawało się być w harmonii z wysłużoną łodzią. Jego ruchy miały w sobie sporo z tańca; energiczne i precyzyjne, a zarazem oszczędne i wykonywane z niezwykłą gracją. Trzynastoletni na oko chłopiec żeglował zapewne od najmłodszych lat. W końcu to właśnie jego z szóstki dzieci ojciec wybrał jako sternika dla Lucy.
Opłaciła jej się wędrówka do żeglarskiej osadki na skraju pustyni. Barter wypadł wyjątkowo korzystnie; pozbyła się ciężkich i niepotrzebnych jej fantów w postaci starych ogniw paliwowych, w zamian otrzymując bilet na komfortową i szybką podróż, o niebo lepszą od tułania się tygodniami po pustkowiach.
— Ej, dupa, chciałaś zobaczyć Szklankę, nie? — Krzyk chłopaka wytrącił Lucy z zamyślenia. Już chciała mu się kąśliwie odegrać, ale nie miała nic dobrego na podorędziu.
— Noo i?! — odkrzyknęła. —Gdzie ta cała Szklanka?
— Zaraz! Trzym się czegoś, bo wyfruniesz!
Zapierając się całym ciałem Młody pociągnął za liny, zmieniając ułożenie bocznych płetw. Złapali potężny wiatr, płócienne żagle aż zatrzeszczały; statkiem szarpnęło i zaczął gwałtownie nabierać prędkości.
Muskając płozami piasek, sunęli pod górę rysującej horyzont wielkiej wydmy, która wkrótce skończyła się i wystrzelili w powietrze jak z rampy. Żaglówka delikatnie osiadła na prądzie powietrznym i ślizgała się kilkanaście metrów nad powierzchnią ziemi. Młody chwycił Lucy za ramię i szerokim gestem drugiej ręki przedstawił jej krajobraz.
— Oto Szklanka — rzekł, nie bez dumy. Lucy oniemiała z wrażenia.
Przed dziewczyną rozpościerał się, szeroki na co najmniej kilkadziesiąt kilometrów i głęboki na dwa, krater. Szklanką ludzie nazywali ogromne leje powstałe po eksplozjach bomb termociśnieniowych. Powierzchnia wgłębienia była niczym wypolerowane na błysk szkło, idealnie gładka i śliska, o jasnozłotym kolorze, gdzieniegdzie butelkowo zielona.
Lucy czytała kiedyś o Szklance, że jest to w rzeczywistości superwytrzymała forma tektytu o bardzo trwałej strukturze krystalicznej, która wytworzyła się w wyniku ogromnych sił, oddziałujących na krzem w ziemi podczas eksplozji. Po dziesięcioleciach od krótkiego konfliktu zbrojnego, który przeobraził tysiące kilometrów lądu (od Morza Śródziemnego po Himalaje) w krzemową ślizgawkę, pomimo tumanów piachu wzburzanych przez silny wiatr, Szklanka wciąż prawie nie zdradzała oznak erozji.
Obudziło to w dziewczynie strzępki zakopanych głęboko wspomnień starego życia, tak bardzo innego i odległego. Uczenie się o historii Ziemi było wtedy dla Lucy tak absurdalne i bezsensowne; przez myśl by jej nie przeszło, że zmuszona będzie żyć na planecie nazywanej potocznie Gnojem przez obywateli Marsa i miast orbitalnych.
— Młody, ile mamy jeszcze do szlaku? — Spytała Lucy.
— Bydzie jeszcze ze trzy Szklanki. — Chłopak podrapał się po głowie, żując leniwie suche jaszczurcze mięso. — Na wieczór nas dowieje; w nocy rabować można, bo w dzień z daleka wypatrzą statek.
— Jakie rabować?! — obruszyła się dziewczyna. — Nie, nie będziemy rabować, nie bawimy się w piratów. Weź dorośnij.
— Dupa, przestań. — Zgasił ją teatralnym gestem Młody. — Kto normalny żegluje na Szklankę, żeby na szlak kupiecki wlecieć? Interesy ubijać? Pamiętaj, dzielimy się pół na pół.
— Pff, niczym się nie będziemy dzielić. Muszę tylko pogadać z kimś z karawany. Zresztą, na cholerę ja ci się w ogóle tłumaczę? — Prychnęła na niego.
— Taa. Będziesz gadać tą wielką metalową armatą, co ją przy dupie ciągle nosisz? Czy tylko se nią robisz dobrze?
— Wyszczekanyś, kundelku. — Lucy mimo wszystko odruchowo złapała się za ukrytą pod peleryną kaburę z rewolwerem myśliwskim. Nie umknęło to uwadze chłopca. — Zobaczymy jak wesoło będziesz kwiczał opiekany nad ogniem — powiedziała spokojnym, bardzo chłodnym głosem i przeszyła go świdrującym spojrzeniem jasnozielonych oczu. Ta nagła zmiana skonfundowała chłopca.
— Skup się. — Dziewczyna nie spuszczała z niego wzroku. — Akcja jest prosta. Podwozisz mnie pod karawanę. Potem na mój sygnał mnie stamtąd zabierasz i lecimy na zachód do pierwszego lepszego miasta. Tyle.
— I żyjemy długo i szczęśliwie? — skontrował młody i ostentacyjnie wydmuchał nos w palce. — Dobra, dupko, ochajtamy się i cały łup dla nas. Narobię ci furę dzieciaków, ot co!
— Nie będzie żadnego łupu… Co?! — Dziewczyna momentalnie straciła rezon i dała się wciągnąć. — Jakie chajtanie? Z tobą?!
— No widzę, że na mnie lecisz. Nie wstydź się, dupko. — Chłopaczek stanął w rozkroku i wyprężył mężnie pierś do przodu. — Zrobię ci lepiej, niż ta twoja zimna armata. — Mówiąc to uczynił parę niedwuznacznych ruchów biodrami.
Lucy zająknęła się wpół słowa i ukryła twarz w dłoniach. Była zdruzgotana.
Miała być silna, groźna, straszna i piekielna. Obiecała sobie, że ludzie będą się jej bać, schodzić z drogi. Tymczasem nawet trzynastoletnie dziecko robiło sobie z niej jaja. Lucy nie była jednak oderwana od rzeczywistości; wiedziała, że z chuderlawą sylwetką, podkrążonymi oczami i swoim marnym, ledwo półtorametrowym wzrostem nie prezentowała się szczególnie zastraszająco, nie bardziej niż wybrakowany strach na wróble. „Najlepiej udawać nieobliczalnego wariata”, pomyślała. Na Pustkowiach wszyscy, jak się zdawało, byli zdrowo szurnięci, więc niekoniecznie będzie odstawać. Pozostawało jeszcze pytanie, kiedy udawana rola przestanie być tylko rolą.
*** Dzień zleciał im na podróży nadspodziewanie szybko, monotonia zdawała się zaginać pojęcie czasu. Późnym popołudniem wpłynęli gładko na największą Szklankę, tę, na której mieli spotkać karawanę. Krajobraz ogromnego krateru w większości przesłonięty był przez piaskowe kurzawy szalejące na gorącej jak patelnia tektytowej powierzchni; żar piekł niemiłosiernie. Wysoko na niebie nie było widać nawet najmniejszej chmurki.
Lucy myślała o zleceniu, które miała wykonać. Przez trzy miesiące, które spędziła już na Ziemi i jakimś cudem przeżyła, udało jej się zaszyć na Pustkowiach i znaleźć zajęcie łowcy głów dla Gildii. Zajęcie nie należało do szczególnie skomplikowanych i najczęściej sprowadzało się do prostego: wytropić, zlikwidować, wrócić z dowodem, odebrać nagrodę. Takich jak ona najemnych psów, gotowych za ochłapy zrobić wszystko, przewijało się przez Gildię całe mnóstwo. Innych w miarę przyzwoitych alternatyw nie było. Grasujący wszędzie bandyci, kanibale i łowcy niewolników takie jak Lucy mieli na przystawkę. Dziewczyna przyzwyczajała się powoli do nowej, brutalnej rzeczywistości, w której jedyną zasadą było proste „ja albo oni”.
Na wspomnienie wydarzeń z ostatnich dwóch lat, które od czasu do czasu doganiały ją znienacka, łapał ją zawsze oślizgły, paniczny strach, ściskający wnętrzności i wpychający w gardło wielką gulę. Z czasem nauczyła się jako tako radzić sobie ze swoimi demonami.
Drżącymi dłońmi wyjęła fajkę i dopaliła resztę Pustynnego Ziela, wciąż nabitego do cybucha. Poczuła, jakby w jej ciało i umysł ktoś powoli wlewał ciepły, kojący miód. Po chwili uspokoiła swój płytki, urywany oddech i z ulgą wypuściła powietrze z płuc. Gdyby nie Ziele, dawno by już zwariowała.
— Dupa, co ty widzisz w tym kurzeniu? — zagadnął ją Młody, czując charakterystyczny zapach. — Nic to nie daje.
— Nie na wszystkich działa za pierwszym razem — odpowiedziała mu ochrypłym głosem Lucy. — Na niektórych nie działa wcale, hehe. Za młody jesteś, Młody — dodała sentencjonalnie i uśmiechnęła się do siebie.
— Gadasz jak wszyscy. Zawiodłem się na tobie, dupo. — Chłopaczek założył ręce i pokręcił głową z teatralną dezaprobatą. — Ze ślubu nici. Ale nie płacz, pozwolę ci zaruchać, jak ładnie poprosisz.
Lucy roześmiała się tylko i odwróciła głowę. Postanowiła ignorować chłopięce zaczepki, jakkolwiek by się jej teraz nie wydawały urocze. Obserwowała ogromne kłęby piasku, przesuwające się daleko od żaglówki, za lewą burtą. Co rusz wyłaniały się z nich pionowe, smukłe sznury tornad, które żyły tylko przez kilkanaście sekund, by na powrót rozsupłać się i rozwiać we wszystkie strony.
Z kurzawy niespodziewanie wyłonił się mały, czarny i przemieszczający się przy ziemi punkt. Dziewczyna wstała i trąciła Młodego łokciem.
— Ej, widzisz to? — Wskazała w kierunku ciemnej plamy. — Co to jest?
Chłopiec zmrużył oczy, patrzył przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.
— Nie wiadomo, może statek jaki, albo jeździk? Na pewno nie karawana.
— Podleć bliżej nich — rzuciła.
— Co jest? Przecież ja jestem kapita… — obruszył się Młody, ale w połowie zdania urwał i zaczął zupełnie innym tonem. — Aha! To jednak rabujemy! Dobrze, dupko, wreszcie jakieś konkrety! Podoba mnie się to!
— Ależ ci się pali — wtrąciła z przekąsem czerwonowłosa dziewczyna, poprawiając brudnobiały kaptur na głowie. Jak tylko mogła, starała się unikać słońca; przez to, że z ziemskiej warstwy ozonowej niewiele pozostało, wystawienie się przez kilkadziesiąt minut na działanie światła słonecznego kończyło się dla niej bolesnymi poparzeniami. Nie była przyzwyczajona do takich warunków; na Marsie dorastała w mieście chronionym przez wielką kopułę, filtrującą szkodliwe promieniowanie.
Chłopiec pociągnął linami i żaglówka zanurkowała na niższy pułap, nabierając przy tym pędu. Lucy nauczyła się już, że parę metrów nad Szklanką prądy powietrzne są najsilniejsze. Płócienne płetwy boczne furczały przeciągle; robiły to zawsze, gdy statek dryfował i był mocno pchany przez wiatr.
W miarę jak się zbliżali, punkt stawał się coraz większy. W pewnym momencie dziewczyna dała znak Młodemu, by podciągnął żaglówkę wyżej. Gdy wyrwali się kilkanaście metrów w górę, Lucy wyjęła z kabury zapiaszczony i sfatygowany rewolwer o długiej lufie, z zamontowanym nań celownikiem od karabinu myśliwskiego, wycelowała i spojrzała przez niego.
Czarnym punktem faktycznie był jeździk, silnikowy pojazd na ropę z kołami żywcem wymontowanymi z kolejki szynowej. Nie miał dachu, siedziała w nim piątka ubranych w łachmany ludzi. Obity był metalowymi płytami i wyposażony w kolczasty taran z przodu. Z przymocowanego z tyłu wąskiego, pionowego komina wydobywały się czarne kłęby spalin. Pasażerowie musieli znosić potworny żar promieniujący od powierzchni.
— Tysiąc osiemset metrów — mruknęła do siebie Lucy. Obserwowała uważnie osoby znajdujące się w środku. Na pierwszy rzut oka wyglądali jak bandyci, ale w zasadzie prawie każdy na Pustkowiach prezentował się podobnie. Spojrzała w dal. Karawany nie dało się znikąd dostrzec. Miała wrażenie, jakby na całej ogromnej powierzchni Szklanki był tylko ten jeździk, ich żaglówka i szalejąca w tle kurzawa.
Znienacka powietrze przeszył ostry dźwięk zderzających się metali przy akompaniamencie pogłosu huku, który dało się usłyszeć minimalnie później. Lucy kątem oka spostrzegła króciutki błysk światła, dochodzący od strony jeździka. Spojrzała tam jeszcze raz przez celownik i spotkała się wzrokiem z jedną z jadących w pojeździe osób, która również do niej mierzyła, w tym wypadku z długiego karabinu snajperskiego. Krew odpłynęła Lucy z twarzy.
— O kurw... — Jej przekleństwo zostało stłumione przez kolejny huk. Tym razem pocisk przeszył płótno żagla, zostawiając po sobie okrągłą dziurę, kilkanaście centymetrów od jej głowy. Dziewczyna przywarła do pokładu, chowając się za niewysoką burtą.
— Młody, kryj się, kurwa, bo cię ustrzelą! — krzyknęła do chłopca, zajętego walką z silnym wiatrem. Popatrzył się na nią zdziwiony.
— Co ty, dupa, się tak po ziemi tarzasz? — spytał, mocując się z linami.
— Na ziemię, kurwa! — wycedziła przez zęby Lucy. Widząc, że nie reaguje, podpełzła w jego kierunku i ściągnęła go siłą na pokład. — Ja pierdolę, życie ci niemiłe? Walą do nas jak do kaczek, a ty sobie stoisz, jakby nigdy nic! — wykrzyczała mu w twarz.
Młody chciał swoim zwyczajem zagrać jej na nosie, lecz zobaczył ją, wystraszoną nie na żarty i po chwili sam spoważniał. Leżeli przytuleni do ciepłej blachy; dziewczyna wciąż trzymała go za rękę, patrząc mu w oczy, spojrzenie miała dzikie i odległe. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Lucy uciszyła go, zanim się odezwał.
Dziewczyna myślała teraz bardzo intensywnie. Ktoś strzelający tak celnie z odległości ponad półtora kilometra, w takich warunkach i przy takim wietrze nie mógł być byle młokosem. To był ktoś z piekielną wprawą, doświadczeniem i talentem, na dodatek dysponujący potężną bronią. Jej rewolwer, mimo, że bardzo celny, na taką odległość był praktycznie bezużyteczny.
Kolejny huk rozdarł powietrze. Pocisk trafił w metalową burtę blisko nich, przebijając się na wylot. Za chwilę kolejne strzały wybiły kolejne trzy dziury w żaglówce. „Chce nas wypłoszyć z ukrycia”, pomyślała, gryząc paznokieć. Miała ochotę uciekać, ale dokąd? Spojrzała bezradnie w brązowe oczy chłopca. Opalona twarz rozmyła się jej przed oczyma.
— Musimy podlecieć bliżej, Młody. Z tej odległości nikogo nie zdejmę — powiedziała Lucy spokojnym, cichym głosem, zanim jeszcze zdążyła zrozumieć sens swoich słów.
Podświadomie czuła, że jest to ich jedyna szansa, jedyny możliwy scenariusz, który od samego początku był już przesądzony. Czuła, że musi podnieść rękawicę, rzuconą przez nieznajomego z karabinem i wziąć udział w tym szalonym pojedynku snajperów. To było oczywiste już od chwili, gdy mierzyli do siebie i spotkali się spojrzeniem, z tym że, w przeciwieństwie do niej, tamten strzelec od razu pojął sytuację.
Lucy wiedziała, że jest o niebo bardziej doświadczony od niej. Nie była pewna, czy jej karta autowa cokolwiek da.
— Coraz bardziej mi się podoba to rabowanie — powiedział do niej chłopaczek, szczerząc zęby i wymuszając uśmiech na twarzy. Sam był nie mniej przestraszony od niej, ale za wszelką cenę starał się to ukryć zgrywem. Lucy przez krótką chwilę zastanawiała się, dlaczego tak dobrze starał się wypaść w jej oczach. Nie czuła, że zasługuje na to. — Lepiej, żebyś dobrze strzelała, dupko.
— Trzymaj się jak najdalej od lewej burty — rzuciła.
Młody rzucił się do lin i mocno nachylił żaglówkę tak, by pokład mógł ochronić ich od ostrzału. Lucy wykorzystała moment, by rzucić okiem na sytuację. Wychyliła sam czubek głowy i zerknęła szybko przez przymocowany do rewolweru celownik. Byli tysiąc czterysta metrów od nich i szybko się oddalali. Żaglówka wyraźnie traciła na szybkości.
— Młody! — wrzasnęła na niego z rozpaczą w głosie. — Zwalniamy! Zrób coś!
— Bo lecimy skosem! Tak wiatru nie złap... — Jego słowa zagłuszył kolejny huk. W najgrubszym miejscu pokładu nagle pojawił się okrągły, poszarpany otwór, przez który przesączała się smuga światła słonecznego.
Dziewczyna krzyknęła przerażona. Pociski wystrzeliwane w ich kierunku były praktycznie nie do zatrzymania; przebijały się przez cienką, blaszaną konstrukcję żaglówki jak przez masło.
— Młody, szybciej! — krzyknęła.
— Nie dam rady szybciej bez nurkowania!
— To nurkuj, kurwa! Teraz albo nigdy!
— Sama tego chciałaś! Trzym się, dupo! — Chłopak szarpnął z impetem liny i żaglówka zaczęła się nachylać, nabierając prędkości. Lucy zaparła się nogami o zaczepy na dziobie statku i oparła plecami o pokład. Przechył łódki utrzymał ją chwilę w bezwładności, po czym gwałtownie pociągnął dziewczynę w dół. Pęd powietrza rozwiał jej włosy. Chwyciła oburącz ciężki rewolwer i zagryzając do bólu wargi, wymierzyła w jadący po Szklance pojazd. Odczyt wskazywał tysiąc dwieście metrów. Serce waliło jej jak oszalałe, zimny pot ściekał po plecach. Strzał z tej odległości mógł trafić co najwyżej dzikim fartem, ale musiała spróbować.
Cyfrowa wszczepka w mózgu i nerwie wzrokowym wspomogła ją, kalkulując na bieżąco trajektorię lotu pocisku i korygując położenie broni. Lucy wydawało się, jakby cudze dłonie poprawiały ułożenie jej własnych. Snajper bezlitośnie mierzył prosto w nią. Nacisnęli spust niemal jednocześnie.
Ostra eksplozja bólu po lewej stronie głowy wstrząsnęła ciałem dziewczyny; przestała słyszeć na jedno ucho. Zamroczyło ją. Po krótkiej chwili odzyskała jednak świadomość, wszystko dzięki wszczepce, która wymuszała na jej mózgu ignorowanie intensywnych bodźców i pełne skupienie na strzelaniu.
Wciąż uporczywie patrzyła przez celownik. Jej strzał chybił.
Odległość dzieląca jeździk od żaglówki powoli malała. Byli teraz niespełna kilometr od siebie. Lucy wypuściła powietrze z płuc i nacisnęła spust; potem kolejny i kolejny raz. Jeden z pocisków dosięgnął którąś z jadących pojazdem osób.
Podświadomie czuła, że snajper teraz strzeli; jej ciało drgnęło i skurczyło się w oczekiwaniu na uderzenie. Była absolutnie pewna, że ją trafi. I słusznie.
Trafiłby ją, gdyby miał chociaż jeden nabój więcej w magazynku.
Siedemset metrów. Dziewczyna, wspomagana przez augmentację, wymierzyła i machinalnie nacisnęła spust.
Odciągnięty kurek spadł ciężko na nabój. Uderzona spłonka zdetonowała proch; pocisk wystrzelił z lufy z ogromną prędkością i w czasie krótszym niż oddech wbił się prosto w czoło snajpera.
Lucy ostatnim nabojem w bębenku zastrzeliła kierowcę. Jeździk wpadł w poślizg i przewrócił się na bok, rozsypując jadących w nim ludzi po Szklance, o tej porze dnia gorącej jak patelnia. Tych, którzy jeszcze żyli, czekało upieczenie się na gorejącej powierzchni.
Żaglówka powoli wyrównywała lot. Dziewczyna opuściła rewolwer, dopiero teraz czując, że odrzut prawie wybił jej lewy bark ze stawu. Z trudem schowała broń do kabury zgrabiałymi od przykurczu, drżącymi dłońmi. Macając się po uchu, na które nadal nic nie słyszała, natrafiła na wbite weń dwa małe kawałki pokładowej blachy. Musiały rozorać małżowinę, bo czuła ciepły, lepki strumień krwi, przelewającej się przez palce.
Wstała i zatoczyła się, niezdarnie obejmując metalowy maszt. Wtedy właśnie zauważyła Młodego. Siedział oparty o burtę ze zwieszoną głową, trzymając kurczowo liny sterujące bocznymi płetwami żaglówki. Wokół niego rosła kałuża krwi, metodycznie wypełniając wgłębienia i nierówności powierzchni pokładu.
Lucy podeszła do niego. Jakaś niewidzialna siła przyspawała ją w miejscu. Chciała objąć go ręką, zatamować krwawienie, zrobić cokolwiek, ale nie była w stanie nawet drgnąć. Patrzyła niemo na ogromną dziurę w klatce piersiowej chłopca.
— Hej, Młody — powiedziała cicho, spuszczając wzrok. — Hej. To nie moja wina. To nie moja wina.
Zmiękły jej nogi i uklękła, a właściwie upadła przy nim na kolana. Chciała, żeby na nią spojrzał.
— To nie moja wina — powtarzała jak mantrę. — To nie moja wina, prawda? Hej. Młody!
W odpowiedzi różowy bąbel spienionej w kąciku chłopięcych ust krwi pękł bezgłośnie. Młody na krótką chwilę zogniskował na niej wzrok, lecz szybko jego spojrzenie umknęło gdzieś w bok.
— Hej, popatrz na mnie — szepnęła cicho Lucy, zaciskając dłonie w pięści. — Hej. To nie moja wina.
Chłopiec już jej nie słyszał.
*** Noc była piękna i bezchmurna. Księżyc w pełni rzucał trupią poświatę, która odbijała się od Szklanki. Zrobiło się bardzo chłodno; o dziwo tektytowa powierzchnia zdążyła już niemal zupełnie ostygnąć. Lucy chuchała w skostniałe dłonie. Nie była jeszcze w stanie wyprostować do końca zgrabiałych palców.
Wciąż nie odzyskała słuchu w lewym uchu; wydawało jej się, że prowizoryczny opatrunek, który owinęła sobie wokół głowy, w miarę powstrzymał krwawienie rozszarpanej małżowiny.
Udało jej się osiąść na piaszczystej wydmie i jakimś cudem nie rozbić przy tym żaglówki. Miała stąd już tylko parę kilometrów do szlaku. Na pokładzie leżało zawinięte w jej pelerynę ciało chłopca; jasna tkanina kompletnie przesiąkła skrzepłą już krwią. Lucy nie miała pojęcia co z nim zrobić, a nie chciała go zostawiać na pastwę losu.
Dziewczyna, ubrana w ciemnozielony rozciągnięty sweter, solidne wojskowe buty i czarne bojówki przemykała cicho przez Szklankę, niosąc na plecach nieduży tobołek. W oddali rysował się czarny, podłużny kształt karawany, która najwyraźniej miała tu postój. Wszystkich, leniwie patrolujących okolicę strażników była w stanie policzyć na palcach jednej ręki. Podeszła więc bliżej, starając się poruszać jak najciszej i w miarę możliwości nie rzucać w oczy.
Karawana składała się z kilkunastu sporych pojazdów i okrętów z imponującymi żaglami, ustawionych gęsiego jeden za drugim. Roztaczały wokół siebie senną, spokojną atmosferę.
Perspektywa przeszukania wszystkich, by znaleźć jedną osobę nie wydawała się Lucy ani atrakcyjna, ani bezpieczna. Postanowiła więc zacząć od poszukania listy pasażerów, albo jakichkolwiek innych wskazówek, mogących naprowadzić ją na cel. Stojący na czele karawany, najokazalszy ze statków wydał jej się doskonały na start.
Przemknęła bezgłośnie obok siedzącego na małym zydelku, pochrapującego strażnika, opatulonego w ciepły koc i bezproblemowo dostała się na pokład. Nocny ziąb dawał jej w kość, starała się nie szczękać za bardzo zębami, żeby nie zdradzić swojej obecności.
Gdy szła wzdłuż kwater, jej uwagę szczególnie przykuły jedne drzwi. Były delikatnie uchylone, a przez szparę uciekał wąski pas pomarańczowego, migotliwego światła. Wsunęła przez szczelinę kawałek lusterka, żeby podejrzeć, co jest w środku. Zauważyła w odbiciu wnętrze ciasnej kajuty i mężczyznę siedzącego przy małym stoliku, trzymającego w ręce szklankę. Uwagę dziewczyny przykuły jego tatuaże na rękach.
Według informacji podanych przez Gildię cel miał na szyi wytatuowane charakterystyczne trzy przenikające się trójkąty przebite sztyletem. Nie miała jak tego sprawdzić, bo owinięty był szaroczarną arafatką. Koło jego ucha zauważyła jednak coś, co mogło kształtem przypominać zwieńczenie rękojeści.
Mężczyzna zwrócił twarz w kierunku drzwi, spojrzał z obojętnością i z powrotem wrócił do analizowania zawartości szklanki.
— Wejdź, co tak będziesz stać na zewnątrz i marznąć. — Mężczyzna niespodziewanie odezwał się, nie odwracając wzroku. Lucy aż podskoczyła.
— No nie wstydź się, nie gryzę — powiedział niskim, miękkim głosem.
Dziewczyna wiele nie myśląc, wyjęła rewolwer z kabury i wśliznęła się do środka. Mężczyzny nie było już na krześle, w mgnieniu oka pojawił się za to tuż za Lucy, jedną ręką łapiąc jej rewolwer, drugą przystawiając nóż do gardła. Ostrze naciskało boleśnie na skórę. Przywarł do jej pleców całym ciałem i zamknął cicho drzwi kajuty.
Czuła, że jest dużo wyższy i silniejszy od niej. Użyła augmentacji, jej lewa ręka samoistnie wymanewrowała się z uścisku, wyginając pod niemożliwym kątem i przystawiła lufę rewolweru do skroni mężczyzny. Ból nadciąganych stawów wstrząsnął jej ciałem; syknęła cicho.
— Niezłe ruchy, jak na pieska Gildii — powiedział z przekąsem mężczyzna. Lucy poczuła silną woń alkoholu dochodzącą z jego ust.
— Ty jesteś Borsuk? — spytała, bardziej ze strachem niż groźbą w głosie.
— We własnej osobie. — Borsuk sprawił na Lucy wrażenie, że gdyby nie trzymał teraz noża na jej gardle, to z pewnością ukłoniłby się dwornie i ucałował ją w rączkę. — I co teraz, moja damo? — dodał z rozbawieniem w głosie. — Będziemy tak stać? A może wypijesz ze mną szklaneczkę burbona? Tak na skruszenie lodów?
Mężczyzna powoli odciągnął nóż od jej gardła. Lucy odwróciła się, wciąż trzymając go na muszce. Serce waliło jej z taką siłą, jakby lada chwila miało wyrwać się z klatki piersiowej.
— Opuść tę armatę, dziecinko. Dobrze wiemy, że twój czas na naciśnięcie spustu już minął. Poza tym, ogłuchłabyś od strzału w takim pomieszczeniu.
Lucy zadrżała ręka. Wpatrywała się w mężczyznę dzikim wzrokiem; w głowie miała kompletny mętlik. Zmęczenie, ból i głód robiły swoje.
Mężczyzna bez mrugnięcia okiem złapał jej rewolwer i zanim zdążyła cokolwiek zrobić, wytrącił broń z ręki i schował ją dziewczynie z powrotem do kabury.
— Dlaczego — spytała słabym głosem Lucy. — Dlaczego to robisz? Wiesz, że mam cię zabić, prawda?
— Musisz tylko przynieść satysfakcjonujący dowód. W moim wypadku będzie to zapewne oko, mam kilka drażliwych dla Gildii informacji zapisanych na nim — odrzekł spokojnie Borsuk i dopił zawartość szklanki.
— Skąd wiesz? — Lucy utkwiła wzrok w swoich butach.
— Bo sam pracuję dla Gildii. — Mężczyzna zaczął rozglądać się za czymś, co mogłoby posłużyć jako druga szklanka, ale po chwili zrezygnował, nalewając do swojej i przesuwając po blacie w kierunku dziewczyny, samemu pociągając spory łyk prosto z butelki. — Mało tego, jestem właśnie w trakcie realizacji pewnego zlecenia. I jako stary wyjadacz coś ci powiem. — Nachylił się w krześle i spojrzał jej prosto w oczy. — Trzymaj się od nich z daleka! Gildia to największe gówno! Popierdolą ci w głowie!
— Skoro tak, to czemu sam siedzisz w tym, jak sam powiedziałeś, gównie już tyle czasu, że nazywasz siebie starym wyjadaczem? — spytała bezbarwnym głosem, patrząc na szklankę wypełnioną Bourbonem, lewą ręką bardzo powoli zmierzając w kierunku kabury.
— Bo jestem kretynem — przyznał Borsuk i z pijacką obojętnością wzruszył ramionami, pociągając przy tym kilka solidnych łyków z butelki. — Mogłem spierdalać jak najdalej od razu, jak zobaczyłem, że coś jest nie tak z Gildią, a mi się zachciało w detektywa zabawić, na dwa fronty robić. — Popatrzył mętnym wzrokiem na dziewczynę. — Dobra, nie będę zanudzał damy. Weź pij, nie krępuj się.
Lucy po chwili wahania wzięła szklankę i pociągnęła mały łyk. Mężczyzna zamyślił się, patrząc przez niewielkie okienko kajuty. Skrzywiła się; alkohol był mocny, piekł w ustach i gardle. Centymetry dzieliły jej dłoń od rękojeści rewolweru.
— Naprawdę? Tak bardzo chcesz skończyć swoją przygodę na środku jakiegoś zadupia, tak daleko od domu? — powiedział spokojnym, łagodnym głosem Borsuk, nawet nie odwracając się w jej stronę. Dziewczyna skamieniała. — Bo myślę, że zanim wyjmiesz tę spluwę, ja wyjmę swój nóż z twojej małej, ślicznej główki. Chcesz spróbować szczęścia, dziecinko?
Lucy nawet jakby chciała, to nie byłaby w stanie nic zrobić, niewidzialna siła sparaliżowała ją zupełnie. Zmiękły jej kolana.
— W ogóle, dziewczyna z Marsa... — urwał Borsuk, odwracając się do Lucy z maślanym rozmarzeniem wymalowanym na twarzy. — Musisz mieć pewnie do opowiedzenia parę niezłych historii, skoro los przywiał cię aż na Pustkowia... No, ale to nie czas na wspominki. — Odchrząknął. — Mamy w końcu wspólny interes do ubicia, prawda? — Puścił do niej oczko.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Podniosła tylko szklankę do ust i zaczęła sączyć alkohol, patrząc się uważnie na mężczyznę. Borsuk zamyślił się przez chwilę i podrapał po tygodniowym, siwiejącym zaroście. Następnie przytknął butelkę do ust i opróżnił ją jednym ciągiem, po czym stłumił czknięcie wierzchem dłoni.
— No dobra, zróbmy to po mojemu. — Wyjął błyskawicznie sztylet, złapał za swoją gałkę oczną, wyciągnął ją i precyzyjnie odciął od twarzy, nawet się przy tym specjalnie nie krzywiąc. Dziewczyna wzdrygnęła się i cofnęła w przerażeniu. Borsuk położył zakrwawione oko na stole i zatkał pusty oczodół szmatką leżącą nieopodal.
— Z całym szacunkiem dziecinko. — Uśmiechnął się serdecznie. — Nie zasługujesz na to, żeby pozbawić mnie życia, młokos jesteś. Dlatego sam to zrobię. Planowałem to już od dłuższego czasu. Zrobiłem już zbyt wiele rzeczy nie do odkręcenia i to najlepsze wyjście dla mnie. No i tak się dobrze składa, że ty też na tym skorzystasz.
— Jak? Co…? — Lucy była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co powiedzieć.
— Powiem ci tylko tyle, że mam w walizce bombę, która jest w stanie zniszczyć całkiem spore miasto. Tego też chciała ode mnie Gildia. Chciała, żebym podłożył ładunek w karawanie i zdetonował go, jak dotrze do celu. — Szmatka w jego oczodole zaczęła przeciekać; strużka krwi popłynęła Borsukowi po policzku. Wstał, podniósł stojącą w rogu walizkę i minął Lucy.
— Uważaj na Gildię, dziecinko — rzucił przez plecy, naciskając na klamkę. — Możesz sobie siedzieć w tej kajucie aż do samego miasta, nikt ci nie powinien przeszkadzać.
— Borsuk, mógłbyś zrobić dla mnie jedną rzecz? — Dziewczyna wypiła zawartość szklanki na jeden haust; wzdrygnęło nią. Wiedziała, że na pusty żołądek taka ilość za chwilę zwali ją z nóg.
— Nie wiedziałem, że jestem ci coś winien. — Mężczyzna z przekąsem odpowiedział do metalowych drzwi.
— Nie jesteś. Ale jak masz się wysadzić, to weź moją żaglówkę. Siedzi na wydmie, dwa kilometry na południe stąd. — Lucy zacisnęła bezwiednie pięści. — Jest tam ktoś, kogo chciałam pochować, ale nie mam jak.
Borsuk odwrócił się i spojrzał na nią.
— W porządku — mruknął. — Żegnaj.
Zamknął za sobą drzwi. Lucy patrzyła się tępo w podłogę. Cholerne łzy nie chciały płynąć.
*** Lucy leżała na podłodze, ślina sączyła jej się z półotwartych ust.
— Tego się nie spodziewałem. — Stojący nad nią mężczyzna, opatulony szarą, wełnianą peleryną, próbował wyczytać coś z zagadkowego spojrzenia kobiety o czarnych, rozwichrzonych włosach, która siedziała na łóżku Borsuka, z nogą założoną na nogę.
— Jak myślisz, co to może oznaczać? — odparła po dłuższej chwili milczenia kobieta, również okryta szarą peleryną.
— Nie mam pojęcia — mężczyzna podrapał się po brodzie — ale powinniśmy uważnie obserwować rozwój wypadków. To może być ten trop.
Nachylił się nad nieprzytomną Lucy i wziął ją na ręce.
— Posuń się — powiedział do czarnowłosej.
— Nie ingeruj...! — syknęła cicho kobieta, ale usunęła się z miejsca.
— Myślisz, że będzie pamiętać? — parsknął mężczyzna w pelerynie i położył delikatnie czerwonowłosą dziewczynę na łóżku, układając jej głowę tak, żeby nie zachłysnęła się wymiocinami przez sen.
— Myślę, że musimy uważać. — Kobieta skubała skraj jego peleryny. — Może się okazać, że jak będziemy się chcieli tutaj cofnąć, to trafimy na zupełnie inne continuum. To może być nasza jedyna szansa.
— Tak. — Mężczyzna pogładził ją po policzku, uśmiechając się słabo. — Zróbmy to dobrze.
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Szklanka[18+]

Post autor: wołszebnik » 14 listopada 2013, 11:47

Paweł, cieszy mnie bardzo, że wreszcie zamieściłeś ten tekst. Powoli przestawałam wierzyć, że to zrobisz, łobuzie. A byłoby szkoda.
Co jest tutaj najlepsze? Hmm, chyba to, że tak świetnie operujesz nastrojem, przez większość prowadzonej opowieści zabawiając odbiorcę, by w strategicznych momentach obracać ten nastrój o 180 stopni. Tym bardziej wówczas pozwalasz się wzruszyć. Jednocześnie mimo komizmu pojedynczych scen, całość tworzy duszną, posępną wizję. Jakby z białych elementów ułożono czarny obrazek.
Co jeszcze?
Podoba mi się relacja, którą zarysowałeś między Młodym a Lucy, która niby dąży do sprośności, a zarazem pozostaje zupełnie niewinna. Tkwi w niej coś cholernie autentycznego, przyprawiającego o pobłażliwy dla niej uśmiech.
Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo widać po tym tekście, że się rozwijasz, że pokonałeś większość tego, co wytykałam Ci kiedyś. Trzymasz właściwe perspektywy, nie gubisz się w narracji, nie rozpraszasz niepotrzebnie (weź sobie sam porównaj ten tekst z historią o zombie, a zobaczysz), do tego piszesz tempem szybkostrzelnego karabinu: akcja gna że miło. Chce się więcej takich tekstów.
Podoba mi się. Wszystko. Zgaduję, że to dopiero wstęp do szerszej historii, no... tak wnoszę po zakończeniu, które błaga się o kontynuację. Więc, wiesz, sadzaj zad do biurka i pisaj! Tu i z łaski swej "Kolaps".

Zostawiam spoiler... zanim zajrzysz... to że jest długi wynika raczej z objętości tekstu, to tylko złudzenie ;)




SpoilerShow
Była zawieszona między snem, a jawą,
Była zawieszona między snem a jawą,
Ściskanie odeszło na krótką chwilę,
dokąd? "odchodzić" to chyba nie jest najwłaściwszy czasownik tutaj...
Lucy nieprzytomnie skoczyła za nim ale po drodze potknęła się o przywiązane do pokładu toboły i wpadła na burtę.
Lucy nieprzytomnie skoczyła za nim, ale po drodze potknęła się o przywiązane do pokładu toboły i wpadła na burtę.
Dziewczyna wypuszczała z płuc puszyste kłęby szaro-mlecznego dymu, oddając się przyjemnemu skamienieniu, które ogarniało jej ciało.
skamienieniu...
Obrazek
może zamienisz jednak na "odrętwienie"? hmm? ;)

Muskając płozami piasek sunęli pod górę rysującej horyzont wielkiej wydmy,
Muskając płozami piasek, sunęli pod górę rysującej horyzont wielkiej wydmy,
Młody chwycił Lucy za ramię i szerokim gestem ręki przedstawił jej krajobraz.
chyba byłoby dobrze przeredagować tak, by było jasne, że jedną ręką chwycił za ramię, a zamaszystym gestem drugiej wskazał ową panoramę.
Lucy czytała kiedyś o Szklance, że jest to w rzeczywistości superwytrzymała forma tektytu o bardzo trwałej strukturze krystalicznej, która wytworzyła się w wyniku ogromnych sił oddziałujących na krzem w ziemi podczas eksplozji.
Lucy czytała kiedyś o Szklance, że jest to w rzeczywistości superwytrzymała forma tektytu o bardzo trwałej strukturze krystalicznej, która wytworzyła się w wyniku ogromnych sił, oddziałujących na krzem w ziemi podczas eksplozji.
— I żyjemy długo i szczęśliwie? —Skontrował młody i ostentacyjnie wydmuchał nos w palce.
poza tym zapisałabym komentarz rozpoczynając małą literą. Pytajnik tutaj nie jest zakończeniem konstrukcji zdania, a występuje w funkcji emocjonalnej, zdradza tylko jak wypowiedź została uczyniona (że w formie pytającej właśnie)
Lucy zająknęła się wpół słowa i ukryła twarz w dłoniach.
nie bardziej bardziej niż
O.o łot?
nie bardziej bardziej niż wybrakowany strach na wróble. „Najlepiej udawać nieobliczalnego wariata”, pomyślała. Na Pustkowiach wszyscy, jak się zdawało, byli zdrowo szurnięci, więc niekoniecznie będzie bardzo odstawać.
powtórzenie
Spojrzała bezradnie w brązowe oczy chłopca. Wzrok zaszedł jej mgłą.
Sugerowałabym raczej, że przed oczyma rozmazał jej się widziany obraz świata, że ów obraz zaszedł mgłą. Piszesz z jej perspektywy, więc ona nie może widzieć swojego wzroku zachodzącego mgłą, nie?
Czuła, że musi podnieść rękawicę rzuconą przez nieznajomego z karabinem i wziąć udział w tym szalonym pojedynku snajperów.
Czuła, że musi podnieść rękawicę, rzuconą przez nieznajomego z karabinem i wziąć udział w tym szalonym pojedynku snajperów.
Sam był nie mniej przestraszony od niej, ale za wszelką cenę starał się to ukryć pod zgrywem
jeśli już potocyzm, to "ukryć zgrywem", "ukryć zgrywaniem"
— Sama tego chciałaś! Trzym się, dupo! —chłopak szarpnął z impetem liny i żaglówka zaczęła się nachylać, nabierając prędkości.
spacja
Lucy wypuściła powietrze z płuc i nacisnęła na spust;
i machinalnie nacisnęła na spust.
naciska się coś, nie na coś
Patrzyła się niemo na ogromną dziurę w klatce piersiowej chłopca.
Nie była jeszcze w stanie wyprostować do końca zgarbionych palców.
zgrabiałych?
jasna tkanina kompletnie przesiąknęła skrzepłą już krwią.
przesiąkła - bo to rzecz:
bomba - wybuchła
kobieta - wybuchnęła
Dziewczyna, ubrana w ciemnozielony wyciągnięty sweter
rozciągnięty
Nocny ziąb dawał jej bardzo w kość, starała się nie szczękać za bardzo zębami, żeby nie zdradzić swojej obecności.
Idąc wzdłuż kwater, jedne drzwi szczególnie przykuły jej uwagę.
te drzwi, idąc wzdłuż kwater, przykuły jej uwagę?
—We własnej osobie.
spacja

— Skoro tak, to czemu sam siedzisz w tym, jak sam powiedziałeś, gównie już tyle czasu, że nazywasz siebie starym wyjadaczem? — spytała bezbarwnym głosem dziewczyna, patrząc na szklankę wypełnioną Bourbonem, lewą ręką bardzo powoli zmierzając w kierunku kabury.
z kontekstu widać kto wypowiada kwestię, a jeśli skreślisz, unikniesz powtórzenia chwilę dalej.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
czarownica

Re: Szklanka[18+]

Post autor: czarownica » 14 listopada 2013, 23:31

No to powiem tyle, Gantzu: świetny kawałek tekstu! Naprawdę! Jakże ja kocham komentować teksty, które mi się podobają! A Twój wyjątkowo przypadł mi do gustu. Sama fabuła jest bardzo interesująca, nie pozwala oderwać się od ekranu. I wykonanie też niewiele pozostawia do życzenia. Poza tymi niedociągnięciami, które wypisała Wołsza w spoilerze, niczego błędnego nie znalazłam. Pięknie prowadzisz akcję, aż momentami zatyka dech w piersiach. Powiedziałabym, że jesteś mistrzem akcji. Po prawdzie to pierwszy tekst Twojego autorstwa, z którym zetknęłam się na Literce. I bardzo żałuję, bo, jeśli inne są podobnej klasy, to dużo straciłam.
Pozdrawiam Cię serdecznie i oczekuję na dalszy ciąg, bo w ostatnim fragmencie zarzuciłeś na mnie haczyk i muszę dowiedzieć się, kim są ci ludzie, którzy odwiedzili Lucy.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Szklanka[18+]

Post autor: Joa » 15 listopada 2013, 16:23

Jak mnie denerwują i smucą teksty, w których umierają moje ulubione postacie! Ten chłopak nieźle ją określał, był naprawdę fajny. Heh, Prosiaku, tłumacz się dlaczego to zrobiłeś. Bohaterka mnie ani za serce nie ujęła, ani nie chcę jej zabić, jest dla mnie neutralna. Nie wiem co o niej myślę, próbuję się zastanowi, ale nic nie przychodzi mi do głowy.
Cały tekst był naprawdę dobry i wiesz, chętnie przeczytałabym kolejny kawałek osadzony w tym uniwersum, nawet z tą bohaterką. Zaciekawiłeś mnie na tyle, bym chciała pójść dalej. Prosiaku, zrób coś z tym, pisz dalej!
Masz jakąś taką lekkość stylu, taką, która mnie ujmuje. Dzięki temu byłam w stanie sobie wszystko wyobrazić, każdy szczegół i bardzo mi się podobało.
Ale tego, że zabiłeś tego chłopaka, nie wybaczę Ci nigdy >.<.
Gantz, rozkazuję Ci pisać dalej!

*zgubiłeś gdzieś przecinek przed "ale"!*
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
ZERAchin

Re: Szklanka[18+]

Post autor: ZERAchin » 30 listopada 2013, 19:54

z uwag technicznych, odnoszących się bardziej do stylu niż warsztatu:
- w wyniku osobistej awersji do zwrotu "objęcia Morfeusza", muszę uznać jego użycie za nietrafione - jest strasznie oklepane, poza tym wydaje się być ozdobnikiem stosowanym po linii najmniejszego oporu;
- "rubinowe włosy", epitet według mnie niezbyt trafiony, ze względu na konotacje z kamieniem szlachetnym (wyobraziłem sobie twarde, kryształowe owłosienie :roll:) oraz pewnej przesady (nie lepiej brzmi zwykły "czerwony"?) - ale to tylko moja perspektywa : );
- "Pozostawało jeszcze pytanie, kiedy udawana rola przestanie być tylko rolą." - raczej "odgrywana rola", rola sama w sobie jest już udawana;
- "zgarbione palce" - zgrabiałe,
- Bourbon - obecnie pisze się burbon.

prowadzisz historię w taki sposób, że ma się wrażenie, iż ktoś ją opowiada, zapewne, chodzi o pewną nonszalancję, lekkość i wręcz słowną niedbałość i, o dziwo, to wszystko sprawia, że Twój tekst czyta się lekko (nawet pomimo drobnych zgrzytów). zdecydowanym atutem Twojej prozy jest umiejętność prowadzenia akcji - opis pojedynku snajperów był bardzo dynamiczny, wręcz filmowy. moim ulubionym fragmentem był jednak opis tytułowej Szklanki (aczkolwiek, teraz zastanawiam się, czy tytuł odnosił się do krateru, czy niejako pojednawczej szklanki wychylonej przez Lucy i Borsuka), bardzo lubię "naukowe sformułowania" wplatane w wyobrażenia krajobrazu. jeśli chodzi o bohaterów, moją sympatię zdobyła Lucy, myślę, że udało Ci się wykreować dość ciekawą postać kobiecą, wydaje się profesjonalna i, co bardzo ważne, inteligenta, przy okazji nie traci cech ludzkich (lęk, niepewność, świadomość własnych braków). podobała mi się scena śmierci Młodego i rozpaczliwe powtarzanie "to nie moja wina" - zdecydowanie najbardziej emocjonalny fragment całego tekstu, dodatkowo - nie popadający w patos.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Szklanka[18+]

Post autor: Kruffachi » 17 grudnia 2013, 20:05

No to przeczytałam. Przyda się łyżka dziegciu w tej beczce miodu ;)

Po pierwsze, zgodzę się z uwagami stylistycznymi ZERAchina. Co więcej, listę tę można by znacznie rozszerzyć, ale widzę, że te poprawki nie zostały jeszcze skomentowane i wprowadzone, więc się powstrzymam. W czym jest problem - dostrzegam naturalny dryg, tak, może talent, ale wciąż brakuje Ci zwyczajnego, przyziemnego warsztatu (przynajmniej takie wrażenie odnoszę po przeczytaniu "Szklanki", choć też z ręką na sercu przyznaję, że to uogólnienie, bo niczego więcej nie znam). Umiejętności wyłapywania niezręczności, wyrażeń drewnianych, sztampowych, słów redundantnych. Sprawia to, że choć tekst ładnie płynie, jeśli chodzi o rytm i kadencję, zgrzyta na takich szlifach.

Druga sprawa dotyczy bohaterów. Borsuk i Młody - w porządku, są w tle, są wyraziści i charakterystyczni. Ok. Gorzej z Lucy, do której, siłą rzeczy, podchodzisz bliżej. Zaczęła mi się bardzo szybko rozpadać. Niby jest fajnie: ot, taka niestandardowa bohaterka, chuderlawa, dość sympatyczna, potraktowana z wyraźną, przyjemną w odbiorze ironią. A jednak narzędzie. Nadal narzędzie i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie potrafię zrozumieć jej zachowania, nie widzę tego. Sama scena zmacania cycków już prosi się o ostrzejszą reakcję, a tymczasem Lucy tu i wiele razy później snuje się przez tekst, jakby to wszystko nie miało znaczenia. Nie tyle nawet za mało w tym emocji, co zostały źle podane.

Dalej jest sytuacja z Młodym. Od początku wiedziałam, do czego zmierzasz i czego się spodziewać w ramach zakończenia, nazwijmy to umownie, "pierwszej części". Stary chwyt. Bardzo czytelny. I, żeby nie było, nie mam niczego do wykorzystywania takich chwytów i do dobrze rozumianej klasyki, ale potrzeba odpowiedniego środowiska, by nadal działały. Nie było źle, natomiast było do bólu przewidywalnie.

I jeszcze trzy małe czepki:
- Borsuk - fajna ksywa, naprawdę (i wcale nie piszę tego, bo sama niedawno z niej skorzystałam ;) ). Lubię nazwy odzwierzęce spoza, powiedzmy, kanonicznego kręgu. Ale skąd borsuki na pustyni? No, chyba że on z innych rejonów. Albo słówko zdeleksykalizowane. Zgrzytnęło mi w każdym razie,
- Mars - to działało dawno temu, w czasach Burroughsa, teraz już wieje naiwnością,
- Szklanka - pomysł fajny, wizja fajna, ale czy na pewno tak powinien brzmieć tytuł? Przeczuwam tu pozostałość po instancie i sugerowałabym przemyślenie kwestii.

Podsumowując zatem - widzę potencjał, nie widzę wykonania, choć oczywiście zdarzało mi się czytać teksty znacznie słabsze.

Chyba tyle :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Szklanka[18+]

Post autor: Siemomysła » 20 grudnia 2013, 20:30

Jak i moja przedmówczyni nie łapałam spraw literówkowych i tym podobnych, bo tym się porządnie zajęła wołszebnik, więc będzie o samym odbiorze tekstu.

Może najpierw o tym co mnie kupiło.
Kupiła mnie żaglówka. Żeglująca w powietrzu żaglówka kupiła mnie podwójnie. Nic nie poradzę jestem łasa na takie rzeczy... Podniebni piraci i te sprawy ;)
Bardzo mi się podobało jak opisywałeś manewry, ślizgi, nurkowania, przyśpieszania. Po prostu czytając, zobaczyłam to i wyglądało fajnie :D

Gorzej już było z bohaterami, nie żeby mnie totalnie nie kupili, ale nie dałam się im przekonać.
Znaczy tak: Młody kupił mnie nieco przez to, że w końcu był kapitanem żaglówki i trochę dlatego, że mi się zrobiło go żal, że dzieciak, a bawi się w dorosłego. Może musi? Jego zachowanie i odzywki wzbudzały we mnie zażenowanie. Może nieco za dużo tej "dupki"? Choć oczywiście pojmuję, że taki był cel i nawet wierzę, że nastolatki w tym wieku mogą takie być - przesadzające we wszystkim. I myślałam, że może to wszystko jednak do czegoś prowadzi, ten jego charakter i teksty albo że on się okaże inny w jakiejś konkretnej sytuacji
SpoilerShow
i nagle bach: Młodego nie ma. I czemu go nie ma? Żeby Lucy mogła się poumartwiać? Powiedzieć: to nie moja wina? Jasne, że nie jej. W końcu go wynajęła, taka robota z tego co zrozumiałam. Rwał się do piracenia, tak? I znów: żal mi dziecka, które udawało dorosłego. A ponadto nie wyczuwam napięcia związanego z jego śmiercią, chyba zwyczajnie za krótki tekst na taki chwyt. Ja go dopiero poznawałam i póki co nie zdążyłam się przywiązać.
Większy problem sprawił mi Borsuk. I tu myślałam dwa dni nad czym czemu coś mi nie pasuje. I już wiem. Człowiek podejmuje właśnie bardzo poważną decyzję. W pewnym sensie wykorzystuje przypadkową dziewczynę, by tę decyzję wprowadzić w życie,
SpoilerShow
a może w śmierć
, a ja nie widzę dlaczego. Same słowa to za mało. Nie kupuje mnie to, że on jej w paru zdaniach mówi, że Gildia jest zła. Nie i już. Chciałabym przykładów, pokazanych, nie opowiedzianych czynów i Borsuka i Gildii. Może problemem jest tu zatem zwyczajnie objętość? Zabrakło miejsca, by bohaterów lepiej przedstawić?

Co do Lucy, to nie wiem. Podobał mi się jej rewolwer i to, że miała świadomość jego ograniczeń i swoich zresztą też. Podobało mi się, że była niepozorna, ale też za mało o niej wiem, by ją zobaczyć, polubić bądź nie. Po prostu była, trochę mało jak na główną bohaterkę. To troszkę było tak, jakby sprawy działy się poza nią. Całkowicie. No, oprócz oczywiście pojedynku, acz i tu narrator stwierdza, iż gdyby nie to, że tamtemu wcześniej skończyły się kule, to byłoby po niej. Jakby autor za wszelką cenę nie chciał tworzyć merysójki. Tylko, że chyba zbrakło równowagi i Lucy jest li i jedynie goniona wiatrem zdarzeń. Oczywiście: może być, że taki właśnie był Twój zamiar i szanuję to.

Co do wydarzeń, czyli fabuły. To jest wycinek, tak? To sugerują osoby ratujące Lucy przed efektami nadużycia, no i to, że zdecydowanie brak mi szerszego obrazu świata, a więc warunków, w których to konkretne wydarzenie zaistniało, przyczyn, które je spowodowały, ale to już pisałam przy okazji postaci Borsuka. Po prostu mi mało i wszystko zdaje się pędzić. A może ja chcę zwyczajnie więcej o żeglujących nad ziemią żaglówkach? ;)

Jeśli zaś chodzi o styl, to poza pewnymi lekko zgrzytliwymi momentami, czytało mi się po prostu dobrze. To, o czym pisałeś zwyczajnie pokazywało się w mojej głowie, a to chyba najważniejsze, prawda?

Pozdrawiam i chętnie zerknę na inne Twoje teksty.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Szklanka[18+]

Post autor: Kanterial » 23 grudnia 2013, 12:44

SpoilerShow
"Chłopak (zbędny) nie przejął się tym zbytnio; nie przerwał wcale łapczywego ściskania jej piersi, wciąż patrząc jej przy tym prosto w oczy."

"Robił to z niezwykłą wprawą; statek przez większośćczasu szybował tuż ponad ziemią, tylko od czasu do czasu ślizgając się płozami po piasku."

"Przed dziewczyną rozpościerał się (,) szeroki na co najmniej kilkadziesiąt kilometrów i głęboki na dwa(,) krater. "

"Uczenie się o historii Ziemi było wtedy dla Lucy tak absurdalne i bezsensowne; przez myśl by jej wtedy nie przeszło(...)"

"— I żyjemy długo i szczęśliwie? — spacja + mała litera (s)kontrował młody"

"nie prezentowała się szczególnie zastraszająco, nie bardziej bardziej niż wybrakowany strach na wróble."

" Gdyby nie Ziele, to dawno by już zwariowała."

"— Dupa, co ty widzisz w tym kurzeniu? — (z)agadnął ją Młody"

"Lucy krew odpłynęła z twarzy." >>>> "Krew odpłynęła Lucy z twarzy"

"— Sama tego chciałaś! Trzym się, dupo! — spacja + wielka litera (C)hłopak szarpnął z impetem "

"Idąc wzdłuż kwater, jedne drzwi szczególnie przykuły jej uwagę."
zgubiłeś podmiot, wygląda, jakby drzwi szły wzdłuż kwater. "Idąc">>>"Gdy szła"

"— Niezłe ruchy, jak na pieska Gildii(zbędna kropka) — powiedział z przekąsem mężczyzna."

"—spacjaWe własnej osobie. — Borsuk sprawił na Lucy wrażenie, że gdyby nie trzymał teraz noża na jej gardle, to z pewnością ukłoniłby się dwornie i ucałował ją w rączkę. — I co teraz, moja damo? — dodał z rozbawieniem w głosie. — Będziemy tak stać? A może napijesz się wypijesz ((ze względu na odmianę słowa szklaneczka)) ze mną szklaneczkę Bourbona?"

"chcesz skończyć swoją przygodę na środku jakiegoś zadupia, tak daleko od domu? — (p)owiedział spokojnym, łagodnym głosem Borsuk"
No to jestem.
Pamiętałam tekst całkiem dobrze, choć, muszę przyznać, po raz kolejny odczułam to samo, czyli:
- cholernie mnie wkurzał młody, irytował nieziemsko i jego śmierć nie ruszyła mnie ani trochę, jednak sama scena jest potężna, wyłącznie dzięki Lucy, dzięki temu upartemu "hej, to nie moja wina", które wwierca się w mózg z niespodziewaną mocą. Nie żal mi było dzieciaka, bo mnie bardzo złościł, ale reakcja dziewczyny nadała scenie wymaganego dramatyzmu, więc nie mam się co czepić, było git
- Borsuk Mistrz, kocham, wrażenie jest, prawie na 100% zgodne z tym, które chciałeś uzyskać, pisząc. Charyzma najemnika naprawdę daje się czuć i nie jest tandetna jak w wielu książkach, gdzie autorzy myślą, ze wystarczy napisać "był wielki i wszystkich gasił i tak świetnie zabijał że sam już nie wiedział kiedy i jak to robi". Naprawdę Borsuk wzbudza ogromne pokłady sympatii i przede wszystkim, u mnie, jak autora (powiedzmy) wznieca taki przyjazny podziw dla Ciebie, cichą chęć uniesienia w górę kciuka - ta postać się udała.
- Lucy mnie głównie zastanawia - to, że jest taka niska, boże (no półtora metra, to mnie aż wprawia w lekkie oszołomienie) ja rzadko w ogóle widzę takich ludzi, dodajesz też, że była filigranowa, drobna. I jak tu uważać taką dziewczynkę za najemnika, który wykonuje zlecenia? Niedorzeczność! Ale równoważysz to choć trochę, dodając jej przeszłość, umiejętności, które mam okazję zobaczyć, no i wiadomo - augumentacja jest chyba głównie tym, co dało jej szansę zaistnienia w Gildii.

Podoba mi się ten tekst, sama końcówka wyraźnie wskazuje na kontynuację i tak mi jakoś... no, ponuro, Gantz, z myślą, że jej najpewniej nie zobaczę. Ale kto wie? Może mnie zaskoczysz i kiedyś to dopiszesz? Wątpię, byś pragnął/wymagał bycia motywowanym i namawianym do działania, ale wiedz, że ja bym dalszą część przeczytała. Pewnie wątpisz, bo tak długo zwlekałam ze skomentowaniem szklanki - ale ja po prostu zaczynałam i stwierdzałam, że już czytałam. Prawda, to był instant i jakoś nie pozostawiłam po sobie śladu w postaci komentarza, ale tak jakoś... No, dziś w każdym razie ponownie się wciągnęłam (ALEŻ MNIE TEN MŁODY WKURZYŁ.) i jestem szczęśliwa, że przeczytałam. Przypomniały mi się Twoje rysunki przez to xD jak czytałam to pierwszy raz, od razu je skojarzyłam z postacią Lucy.

Jeszcze coś - powtarzasz często określenie mówiącego i, choć nie zawsze, momentami jest to bardzo widoczne. Tu był "chłopak/chłopaczek" na początku, tak często, że zaczynało to zgrzytać, później "mężczyzna" przez moment, gdy Lucy gadała z Borsukiem... Ale to wszystko. I wydaje mi się, że to kwestia czasu, pewnie jak po przerwie usiadłbyś do tego, poczułbyś przymus zredagowania tekstu i pousuwał kilka tych wyrazów. Ale musiałbyś po drodze pisać. I żywię nadzieję, że będziesz, bo szkoda by było marnować potencjał
Blah
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Szklanka[18+]

Post autor: R. Bates » 25 grudnia 2013, 19:38

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
- „— Dziewczyna zerwała się z miejsca i rzuciła na niego ale chłopaczek gładko wymsknął się z jej rąk.” - w takich sytuacjach przed 'ale' zawsze stawiamy przecinek.
- „Lucy nieprzytomnie skoczyła za nim ale po drodze potknęła się o przywiązane do pokładu toboły i wpadła na burtę.” - tutaj to samo.
- „...biorąc pod uwagę jej niski wzrost i filigranową budowę.” - 'filigranowa budowa' oznacza między innymi niski wzrost, więc tutaj trochę masło maślane.
- „— Nie ma za co! — Parsknął chłopaczek, kłaniając się teatralnie” - 'parsknął' małą literą, gdyż jest to dokończenie zdania z wypowiedzią.
- „...— krzyk chłopaka wytrącił Lucy z zamyślenia.” - tutaj z kolei 'krzyk' powinien być dużą literą, gdyż jest to już nowe zdanie. Gdyby było: '- krzyknął chłopak i wytrącił Lucy...', to wtedy z małej.
- O, więc akcja dzieje się na Ziemi. Ciekawe, czy wyjaśnisz zasadę działania latającego statku?
- Mars, miasta orbitalne - lubię takie klimaty ;).
- „—Skontrował młody i ostentacyjnie wydmuchał nos w palce.” - tutaj z kolei słowo 'skontrował' powinno być małą literą, bo to dokończenie zdania. Widzę, że masz trochę problemów z zapisem dialogów.
- Niezłe opisy. Niewielkim nakładem sił opisujesz zarówno otoczenie, jak i przeszłość Lucy.
- „...— Zagadnął ją Młody, czując charakterystyczny zapach” - 'zagadnął' małą literą.
- Dialogi też dobre. Szczególnie Młody daję radę ;).
- „— Młody! — Wrzasnęła na niego z rozpaczą w głosie.” - no tutaj 'wrzasnęła' też małą literą.
- „... Trzym się, dupo! —chłopak szarpnął z impetem liny i żaglówka...” - tutaj 'Chłopak' dużą literą, bo jest to już nowe zdanie.
- Akcja ze strzelaniną pełna napięcia i zaskakująca. Podobała mi się.

PODSUMOWANIE:
Podobało mi się. Naprawdę kawałek dobrego tekstu, z wartką, ciekawą akcją. Najmocniejszy element to dialogi (choć nie jeśli chodzi o ich zapis). Są bardzo naturalne, pełne emocji i indywidualnego rysu mówiących bohaterów. Szczególnie kwestie Młodego mnie rozbawiły. Mógłbyś trochę popracować nad prawidłowym zapisem dialogów, bo widać, że tego nie masz jeszcze ogarniętego – wtedy nie będzie się do czego przyczepić. Podoba mi się też to, że mimo niewielkiej ilości opisów potrafisz dobrze opisać nie tylko otoczenie, ale i nakreślić sytuację w skolonizowanym Układzie Słonecznym, pokazać historię regionu i kawałek przeszłości głównej bohaterki. Ten fragment tekstu zachęca do dalszego czytania Nie wiem, czy planujesz kontynuację, ale myślę, że warto, bo póki co tekst jest bardzo krótki. Jeśli chodzi o minusy, to zupełnie nie rozumiem zasady na jakiej działają powietrzne statki. Nie zostało to w żaden sposób wyjaśnione, a ciężko mi uwierzyć, że żaglówka mogłaby wykorzystać siłę wiatru i siłę nośną, aby się wraz z załogą utrzymywać w powietrzu.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

ODPOWIEDZ