Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Poczta Czasowa

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Poczta Czasowa

Post autor: Plastikowy Jezus » 04 września 2012, 10:01

Kolejna opowieść o Hanku. Niektórzy poznali go już w nieszczęsnym "Zabawkarzu", którego nigdy nie udało mi się dokończyć, chociaż wielokrotnie to obiecywałem. Przy "Czarodzieju..." też pisałem o dalszym ciągu. Efekt był ten sam. Tak więc teraz już nic nie obiecuję.
Ktoś napisał mi niedawno, że zdoła przeczytać i skomentować tylko tekst o długości do dwóch stron. Cóż... poniższy fragment ma ich sześć, ale jeżeli odpowiednio zmniejszy się czcionkę, wyjdzie w sam raz xD
Czytajta więc.
POCZTA CZASOWA Zmierzał na ostatnie piętro potężnego wieżowca. Winda była pusta, metalowa i monotonna. Na panelu znajdowało się ponad pięćdziesiąt przycisków. Paul nie podejrzewał, że w tym budynku znajduje się tyle pięter. Poczuł wówczas lekki lęk, bowiem przypomniał sobie nagle słowa ojca, który do wind miał raczej sceptyczny stosunek. Zwykł nazywać je pudełkami na sznurku, w których na dodatek grała drażniąca melodyjka. Rzeczywiście, muzyka rozbrzmiewała tu cicho, lecz, zamiast relaksu, przyniosła Paulowi tylko zniecierpliwienie. Mężczyzna oczekiwał zupełnie innego dźwięku – zgrzytu i późniejszego trzasku liny, po którym jego pudełko runęłoby w dół szybu, by ostatecznie ugodzić w ziemię, zamieniając się w… sztukę nowoczesną. Paul zastanawiał się, czy możliwe byłoby przeżycie takiego upadku. Wrodzona naiwność wmawiała mu, że owszem.
Zanim jednak zdążył zawrócić windę, ta zatrzymała się, tak, że wcale tego nie poczuł. Drzwi pudełka rozsunęły się, ukazując nadzwyczaj długi korytarz. Na jego końcu znajdowały się ledwo dostrzegalne drzwi.
Paul zrobił krok bezpieczeństwa, by znaleźć się na trochę pewniejszej powierzchni. Winda podziękowała za przejażdżkę, zamknęła się i odjechała. Na ekranie rozpoczęło się powolne odliczanie od pięćdziesięciu w dół. Była już daleko.
– Witamy, panie Greenwald – rzekła kobieta, siedząca za biurkiem z logiem firmy Time Travel. Wcześniej Paul zdołał jakoś ją przeoczyć. – Pan Lightman czeka w swoim biurze. – Sekretarka była młoda i ładna. Gdy mówiła, jej oczy emanowały radością. – Proszę podążać za zielonymi liniami.
Po chwili Paul spostrzegł, że na idealnie białej podłodze pod nim pojawiła się świecąca zielonym światłem linia. Podobne zapaliły się również na ścianach. Wszystkie miały początek pod stopami mężczyzny, a kończyły się na drzwiach, które Paul zauważył prędzej u kresu korytarza. Gość spojrzał pytająco na sekretarkę. Ta uśmiechnęła się tylko i zajęła swoimi sprawami.
– Dziękuję – wymamrotał i ruszył wzdłuż linii. Zastanawiał się, po co tworzono tak długi korytarz. Być może chciano dać gościom czas, by pomyśleli nad tym, co powiedzieć, gdy Lightman powita ich w biurze. Skoro tak, może i on powinien przemyśleć swoją kwestię. Kiedy na to wpadł, zauważył ze zdziwieniem, że przeszedł już cały korytarz, a drzwi prezesa miał na wyciągnięcie ręki. Było to trochę niezwykłe, gdyż zrobił tylko kilka kroków. Dla upewnienia zerknął do tyłu przez ramię. Korytarz nadal pozostawał dziwnie długi, a Paul stał po przeciwnej stronie niż poprzednio.
Nie myślał długo o tym zjawisku. Jego umysł opanował strach przed spotkaniem z prezesem, lęk, który odczuwa większość młodych, niedoświadczonych ludzi zmuszonych do znalezienia sobie pracy. Wziął głęboki wdech i sięgnął ręką ku drzwiom. Nie zdążył do nich zapukać, gdyż te samoczynnie się otworzyły, jak w wejściu do hipermarketów.
– Wejdź, proszę – usłyszał Paul, zdając sobie nagle sprawę, że stoi i gapi się przez próg, niczym dziecko, upewniające się, czy może przeszkodzić rodzicom. Ogarnął się szybko i wszedł do środka.
Wystrój biura był zdecydowanie odmienny niż korytarza, czy reszty firmy. Ściany wyłożono tu drewnianymi panelami. Wisiały na nich obrazy, które Paul doskonale znał, ponieważ były to jedne z najpopularniejszych dzieł sztuki świata. Podłoga również była drewniana. Wypolerowano ją w tak staranny sposób, że świeciła prawie jak na reklamach środków do czyszczenia. W kącie stał kominek, z prawdziwym ogniem, drewnem i ciepłem, które wytwarzał. Za mosiężnym, brązowym biurkiem siedział opalony mężczyzna, z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. W ciszy pozwalał, by Paul podziwiał jego piękne biuro.
– Witam. Nazywam się Paul Greenwald. Byłem umówiony na spotkanie w sprawie…
– Wiem kim jesteś – odparł spokojnie Lightman i gestem ręki wskazał krzesło przed sobą. – Usiądź.
Paul usiadł. Lightman wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem przybrał rozluźnioną pozę. Nie wyglądał już jak szef, zastanawiający się ile osób zwolni dziś dla zabawy, by obejrzeć ich rozpacz i łzy. Wyglądał sympatycznie. Nawet się uśmiechał.

– Jak ci się u nas podoba, Paul?
– Firma jest wspaniała. Marzyłem, żeby tu pracować. – Wyciągnął teczkę, którą przyniósł ze sobą. – Mam tu swoje…
– Znamy twoją przeszłość, Paul – oznajmił nagle Lightman, nadal serdecznie.
– Tak, oczywiście. Przecież wysyłałem do państwa swoje CV.
Lightman zamilkł na chwilę. Na jego twarzy malował się pobłażliwy uśmiech.
– Chłopcze, nie czytamy żadnych CV. Kurierzy przynoszą je tutaj w wielkich pudłach. Poprosiłem sekretarkę, by oddawała wszystkie na makulaturę, bo przynajmniej tam do czegoś się przydadzą. Naszych nowych pracowników wybiera specjalny… system.
– Chyba nie losowo?
– Oczywiście, że nie. Posiadamy znacznie rozleglejszą wiedzę, niż może ci się to wydawać. Nasz komputer widzi wszystko, wie wszystko, prawdopodobnie nawet to co zjadłeś dziś na śniadanie i kiedy zrobiłeś swoją pierwszą kupę. Jeżeli bardziej się postaramy, wyślemy ci jej zdjęcie oraz analizę laboratoryjną. Rozumiesz, o czym mówię?
– T-tak, chyba tak.
– Zadzwoniliśmy do ciebie, bo nasz komputer tak chciał. Stwierdził, że jesteś odpowiednim kandydatem. Skończyłeś dobre uczelnie, posiadasz dużą wiedzę, ale w tym mieście można znaleźć setkę innych osób, które też ją posiadają. Może są nawet bardziej rozgarnięte. Jednak komputer wybrał właśnie ciebie i była to zdecydowanie najlepsza decyzja jaką mógł podjąć. Nie mówię tak dlatego, że mi się podobasz. Mówię to, ponieważ wiem, że komputer jest nieomylny.
Paul jęknął cicho. Był to odgłos wydobywający się z wnętrza jego duszy, duszy, która chciała uciec stamtąd jak najprędzej. Lightman stwierdził, że powiedział już dość. Wstał zza biurka i podszedł do barku. Wyciągnął z niego dwie szklanki i wodę w kanciastej butelce. Nalał im po równo i podał szklankę Paulowi.
– Złożę ci teraz ofertę, Paul – zaczął Lightman, zanurzając noc w naczyniu. – Jeżeli na nią przystaniesz, podpiszemy umowę. Wtedy zaczniesz nowe życie. Nie chodzi wcale o wysoką pensję, a taką oczywiście będziesz dostawał. Zobaczysz w tej firmie rzeczy, o których słyszałeś tylko pogłoski, a które większość ludzi uważa za bajki.
– Chodzi panu o podróże w czasie? Wiem, że zajmujecie się badaniami nad nimi. Czy one naprawdę są możliwe?
Lightman zignorował to pytanie.
– Zatrudnimy cię w branży… kurierskiej. Będziesz nadzorował dostarczanie przesyłek.
– Niech pan wybaczy, ale oczekiwałem czegoś innego – odparł Paul po krótkim zastanowieniu.
– Nie sądzę – rzekł Lightman. – Dokładnie na to liczyłeś. Twój sceptycyzm spowodowany jest faktem, że dalej nie rozumiesz co chcemy ci zaoferować. Nie mówiłem o zatrudnieniu w zwykłym dziale przesyłkowym. Gdyby tak było, nie zawracałbym sobie głowy przekonywaniem cię do podjęcia tej pracy. Oferta dotyczy czegoś bardziej ekscytującego. Czegoś, co nazywamy Pocztą Czasową.
Nastała cisza. Paul podejrzewał, co kryło się pod tą nazwą. Lightman musiał to zauważyć. Teraz wystarczyło, że poczeka, aż owa świadomość dojrzeje w umyśle jego młodego gościa, a ten eksploduje masą podniecenia.
– Poczta Czasowa? Przesyłki przenoszone w czasoprzestrzeni? O to panu chodzi?!
– Dokładnie.
– Niebywałe!
Zawsze było tak samo.


Paul wyfrunął od Lightmana na skrzydłach euforii. Kiedy drzwi biura otworzyły się, zielone linie na ścianach i podłodze ponownie się zapaliły, prowadząc tym razem do windy. Mężczyzna ruszył wzdłuż nich, a już po chwili znalazł się przy biurku uroczej sekretarki. Zapragnął przechadzać się tym korytarzem bez końca!
Nacisnął guzik przy windzie.
– Panie Greenwald – odezwała się wówczas sekretarka. – Oto pański banan – powiedziała, podając mu owoc. Paul cofnął się i odebrał prezent.
– Banan – potwierdził.
– Najprawdziwszy.
Postanowił nie pytać.
– Niech pan nie zapomni przynosić go do pracy – dodała kobieta, gdy pudełko na sznurku otworzyło swe wnętrze przed nowym pracownikiem Time Travel.


W zupełnie innym czasie, po przeciwnej stronie wszechświata pewien stary szaman ogłuchł od jęku swego boga. Wielki Konara umiera – pomyślał. Najwidoczniej zaszkodziła mu ofiara z ubiegłego dnia.
Mniejsi bogowie z innym światów przybyli opłakiwać koniec swego władcy. Znajdowali się daleko poza planetą szamana, a świadectwem ich obecności były jasne, okrągłe kształty, które pojawiły się na nocnym niebie i przysłoniły wszystkie gwiazdy.
– Prośmy o łaskę synów Konary! – krzyknął szaman do swojego ludu, lecz nikt go nie usłyszał. Wszyscy zgodnie potakiwali, chociaż każdy zrozumiał coś innego.
Szaman wzniósł pieśń, żywo gestykulując i podskakując, by bogowie go spostrzegli. Wówczas ci zesłali z nieba latające bestie o nieruchomych skrzydłach, Stwory jednak nie zaatakowały plemienia starego szamana. Poleciały dalej, w kierunku Wielkiego Muru. To pewnie tam, za granicą pomiędzy światem ludzi, a krainą wieczności, konał dobrotliwy Konara.
Szaman nie zastanawiał się długo. Musiał wybłagać pomyślność dla swojego ludu. Chwycił więc kij i ruszył w drogę.


Neof było małą, sztucznie stworzoną planetą. W większości pokrywała ją woda, lecz znajdował się tam też ląd, niezbyt rozległy, ale za to bardzo wyjątkowy. Mowa tu o wysepce, która skrywała najcenniejszy skarb w uniwersum (przynajmniej według biologów), tak wartościowy, że umieszczono go na specjalnie stworzonej do tego planecie, otoczono olbrzymim murem i zabezpieczono systemem, który widział wszystko i słyszał wszystko. Kiedy natomiast zauważał coś niepokojącego, wzywał armię okrętów bojowych, które – po otrzymaniu sygnału, którego nie sposób było nie usłyszeć – wnet okrążały całą planetę. Ich załoga rodziła się, wychowywała i umierała na tych statkach; szkoliła się tam w obsłudze broni, której nie nigdy potem nie używała, gdyż przez wieki nikt nawet nie odważył się przelecieć obok Neof.
Wszystko przez archiwum materiałów genetycznych, które tam wybudowano. Zawierało ono próbki DNA większości znanych istot we wszechświecie. Gromadzone przez całe stada naukowców, pozwalało na klonowanie wybranego gatunku fauny i flory, w dowolnej ilości i do dowolnych celów. W nieodpowiednich rękach, mogłoby posłużyć za broń biologiczną, gdyż zawierało też wirusy, które dawniej przynosiły śmierć setkom ras i na które nadal nie odnaleziono lekarstwa.
Dotychczas milczący system obronny, pewnej nocy zawył głośno, wzywając pomoc. Jednostki bojowe natychmiast otoczyły planetę, nie pozwalając, by ktokolwiek z niej wyleciał. Wysłały też specjalny oddział, który po kilkunastu minutach wylądował przed budynkiem archiwum. Żołnierze nie musieli się wysilać w szukaniu złodzieja, gdyż system automatycznie go zlokalizował i odciął mu drogę ucieczki.
– Kapitanie – powiedział niezbyt pewnie funkcjonariusz Straży Galaktycznej. – Udało się nam już jednego wydobyć.
– To doskonale. Zaprowadźcie go na statek i pilnujcie – odparł kapitan Smith.
– Ale mamy jeden prob… wątpliwość, kapitanie. – Młody mężczyzna cofnął się, wiedząc, że jednym z najbardziej znienawidzonych wyrażeń kapitana było „mamy problem”. – Procedury wymagają, by unieruchomić kończyny przestępcy kajdanami magnetycznymi.
– Przecież to jasne! Nie zawracajcie mi głowy takimi pierdołami!
– Sęk w tym, kapitanie, że ten złodziej… no… nie mamy jak go skuć. Chyba nie posiada kończyn. W ogóle jest dziwny. Jest jakby… włochatą kulką, kapitanie… I w ogóle się nie rusza.
– Robicie ze mnie durnia, funkcjonariuszu? – warknął zniecierpliwiony Smith. – Przestępca musi posiadać ręce i nogi. Takie jest pieprzone prawo! A teraz idźcie, bo jeszcze wam zwieje. Mam inne sprawy na głowie. Odesłałem do jednostki medycznej już trzech swoich ludzi, a cholerna małpa dalej nie chce wyjść z szybu!
– Może wywabić ją bananem, kapitanie?
– Zejdźcie mi z oczu. Natychmiast!
Kiedy młody strażnik oddalił się na bezpieczną odległość, Smith wrzasnął do komunikatora:
– Dajcie jej banana, debile!
– (szszsz…) Nasze wyposażenie nie zawiera bananów, sir. (szszsz…)
– Użyjcie materializatora!
– Tak jest, sir. (szszszsz…) Owoc w drodze, sir. (szszsz…)
– Boże, czy tylko ja potrafię tu myśleć? – rzekł do siebie. Ego przytaknęło.


Paul obudził się przed świtem. Przez większość nocy nie mógł zasnąć, był jednak wypoczęty i pierwszy raz od bardzo dawna z uśmiechem podniósł się z łóżka. W firmie miał stawić się o ósmej. Nie chciał spóźnić się pierwszego dnia, dlatego uznał, że odpowiednim posunięciem będzie wyjście półtora godziny wcześniej. Miał drugie tyle na przyszykowanie.
Wziął zimny prysznic, a gdy wyszedł z łazienki, czysty i orzeźwiony, zaparzył kawę i wstawił do piekarnika dwie zamrożone na kość zapiekanki. Śniadanie powinno być gotowe za kilkanaście minut. W sam raz, by Paul zdążył sprawdzić pocztę.
Włączył swój stary komputer, który pamiętał jeszcze ubiegły wiek, ale zupełnie wystarczył, by zalogować się do niektórych serwisów w sieci. Nikt już nie korzystał z takich technologicznych dinozaurów. Mało kto nawet wiedział, czym był komputer stacjonarny. Ludzie używali teraz cienkich jak kartka papieru, dotykowych urządzeń, na które Paula nigdy nie było stać.
Zalogował się do skrzynki elektronicznej, w której, oprócz spamu, niczego nowego nie znalazł. Otworzył więc edytor nowej wiadomości, a spośród listy kontaktów wybrał adres matki – poważnej pośredniczki w obrocie nieruchomościami. Włączył kamerkę i zaczął nagrywać wiadomość. Poinformował w niej, że znalazł świetną pracę i wreszcie będzie mógł sam płacić za bilety lotnicze, gdy postanowi odwiedzić rodziców. Spytał też o ojca, z którym nie rozmawiał już prawie pół roku. Gdyby stało się coś poważniejszego, matka na pewno by go o tym poinformowała. W odpowiedzi dostanie więc: „u taty wszystko gra” i kontakt znowu się urwie. Dlatego też wybrał jedyny sposób, by temu zaradzić – powiedział, że będzie zarabiał mnóstwo pieniędzy. Niewątpliwie, wkrótce dostanie zaproszenie na rodzinny obiad…
Zakończył nagrywanie i wysłał wiadomość.
Wówczas piekarnik poinformował go, że zapiekanki wydają się być gotowe, więc najlepiej będzie, jeżeli je wyjmie. Nie zamierzał kłócić się ze sprzętem kuchennym. Wyciągnął swoje śniadanie z elektrycznego pieca, polał ketchupem i wgryzł się w chrupiące ciasto.
Nim się obejrzał, musiał ruszać. W wyprasowanej koszuli, czarnym garniturze i butach, których nie wypastował, a jedynie przetarł wilgotną ścierką, wyszedł ze swojej kamienicy. Nie zapomniał też o podarunku od sekretarki. Podejrzewał, że ofiarowywanie bananów nowym pracownikom było tradycją tej firmy. Być może kryła się w niej jakaś egzystencjalna metafora.
Paul zmierzał w kierunku stacji metra, które, chociaż zatłoczone, powinno szybko podwieźć go w pobliże wieżowca TT. Przechodzący chodnikiem tłum ludzi porwał go niczym morska fala. Minie trochę czasu, nim się ich pozbędzie. Tymczasem musiał iść otoczony zewsząd nieznajomymi twarzami, które na szczęście były zbyt zajęte sobą, by zwrócić na niego uwagę. Mijał kolejne elektryczne samochody stojące w gigantycznym korku. Skorumpowani kierowcy trąbili na siebie nawzajem, jakby w nadziei, że dokona się cud i wyjadą stąd przed południem. Miasto wydawało się coraz bardziej zaludnione, zupełnie jakby wynaleziono lek na starzenie, o którym tylko Paul nic nie wiedział.
Po pewnym czasie mężczyzna wyłonił się z tłumu i przedarł się między samochodami na drugą stronę ulicy. Tam wszedł do podziemnego tunelu, również pełnego ludzi. Nigdy się od nich nie uwolnię – pomyślał gorzko. Po kilku minutach podjechało jego metro. Rozpoczął się wyścig szczurów, w którym każdy pasażer musiał uczestniczyć, by uchronić się przed niegodną śmiercią pod stopami zabieganych idiotów. Jeżeli ktoś stał za blisko wejścia, musiał się liczyć z tym, że zostanie wepchany do środka, nawet jeżeli zechciałby inaczej. Realia wielkomiejskiego życia były okrutne. Pojedynczy człowiek nic tu nie znaczył. Liczył się tłum.
Pasażerowie tej linii byli bardzo otwarci dla Paula. Bez oporu tulili się do niego, gdy cały przedział pękał w szwach. Mężczyzna był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, kiedy po godzinie metro zatrzymało się, a on wyrwał się ze ścisku na wolne powietrze. Wydobył wtedy z kieszeni komunikator holograficzny i zerknął na godzinę. Do ósmej brakowało tylko czternastu minut. Gdy wyszedł z podziemi, wieżowiec TT był już widoczny na końcu ulicy. Zdążę na pewno – uznał Paul. I rzeczywiście zdążył.
Przy wejściu powitała go sekretarka z pięćdziesiątego piętra. Jak zwykle, uśmiechała się serdecznie.
– Poproszono mnie, bym pana oprowadziła, panie Greenwald – powiedziała. – Mam na imię Sara – dodała, wyciągając ku niemu swą drobną dłoń. Mężczyzna uścisnął ją lekko, również wyjawiając swoje imię.
Potem wsiedli do windy. Zjechali do podziemi. Chyba bardzo nisko.

Sara cały czas wpatrywała się w Paula bez najmniejszego skrępowania. Ten natomiast krążył wzrokiem wszędzie wokół, byle tylko nie napotkać jej spojrzenia. Kiedy wreszcie winda się zatrzymała, znaleźli się w kamiennym tunelu, równie długim, co korytarz na pięćdziesiątym piętrze. Dudnił w nim dźwięk maszyn. W pewnej chwili przeszył go nawet potężny huk, na który Sara nawet nie zareagowała.
– Ten tunel prowadzi do działu, w którym będziesz pracował. Aby się tam dostać, należy ukazać specjalny identyfikator, który otrzymasz dopiero po zakończeniu szkolenia. Do tego czasu ktoś będzie cię tu odprowadzał – oznajmiła. Kiedy ruszyli, okazało się, że nie było tu już „niwelatora przestrzeni” – jak Paul zwykł nazywać w myślach technologię, której doświadczył ubiegłego dnia przed biurem Lightmana. Cały tunel musieli przejść normalnie. Sara tymczasem mówiła: – Kiedy zobaczysz już wszystko, co chcę ci pokazać, zostaniesz dołączony do jednej z grup inżynierów, którzy zajmą się twoim dalszym kształceniem. Dla mnie to czarna magia. – Zaśmiała się. Paul stwierdził, że był to najpiękniejszy chichot, jaki kiedykolwiek usłyszał. Z zauroczenia wyrwał go kolejny huk. Tunel zatrząsł się. Zdawało się, że zaraz runie. – Nie ma się czym przejmować – zapewniła kobieta, widząc przerażoną minę towarzysza. – Nasz… sprzęt trochę hałasuje. Przyzwyczaisz się. Jak my wszyscy.
Po chwili dotarli do końca tunelu. Sara wpisała w panelu na ścianie jakiś kod i włożyła identyfikator do czytnika. Wówczas drzwi przed nimi wsunęły się w sufit, ukazując olbrzymią halę, pełną inżynierów w bieli. Była to niezwykła odmiana dla Paula, który przyzwyczaił się już do spokoju, jaki panował na wyższych poziomach tej firmy.
Sara podarowała Paulowi jego fartuch. Sama pozostała w swoim biurowym stroju. Mężczyzna głupio się poczuł, stercząc tak w eleganckim garniturze, w czasie, gdy inni tutejsi pracownicy pod fartuchami kryli zupełnie domowe ciuchy, a niektórzy nawet – co spostrzegł z lekkim niesmakiem – paradowali w samej bieliźnie.
– Oto miejsce nadzorowania wszystkich przesyłek – kontynuowała Sara, wchodząc w głąb pomieszczenia. – Dzieli się on na kilka zasadniczych części, które z czasem zaczniesz pewnie rozróżniać. Te panie na przykład – rzekła, przechodząc obok biurek starszych kobiet ze słuchawkami stale przytwierdzonymi do uszu – zajmują się odbieraniem wszelkich zażaleń i reklamacji. Tutejsi nazywają je Trzema Wiedźmami, choć nie wiem dlaczego. Były tu już, gdy zaczynałam pracę u pana Lightmana. Zdarza się, że kurierom coś nie wyjdzie, a wtedy to one zajmują się rozczarowanymi klientami. Tam – wskazała na zgraję młodych kobiet i mężczyzn wpatrzonych w ekrany swoich komputerów – rozpatruje się wszystkie zlecenia i przydziela przesyłki poszczególnym kurierom. Nie będziesz miał zbytnio z nimi do czynienia, bo twoje miejsce jest tutaj. – Przystanęła nagle, wskazując najaktywniejszą grupę pracowników ze wszystkich. Inżynierowie biegali tu od panelu do panelu, krzycząc i wysyłając kolejne polecenia. Pozostali siedzieli na obrotowych krzesłach, stale mówiąc coś do mikrofonów zawieszonych za uszami. Ich pełne wykresów, liczb i przycisków ekrany rozstawione były wzdłuż całej bocznej ściany tej wielkiej hali.
– Przerażające, nie? – rzekła Sara. – Ale zanim do nich dołączysz, muszę ci pokazać coś, dzięki czemu to wszystko funkcjonuje. – Poszła dalej. Paul zagapił się na chwilę, lecz szybko ją dogonił. – Pan Lightman pewnie wspominał o systemie, z którego korzystamy, między innymi właśnie do doboru odpowiednich pracowników.
– Co nieco mi wytłumaczył.
– Cóż, moim zdaniem to coś więcej niż program – oznajmiła. W jej głosie brakowało już zdecydowania. – To zdanie podzielają również fachowcy, którzy całkiem hobbistycznie zajmują się jego analizą. Pan Lightman upiera się jednak, że to jedynie maszyna, a my musimy to powtarzać. Znajduje się tam, na końcu hali.
Mijali kolejnych pracowników. Większość zajęta była swoimi sprawami i nawet nie zwracała uwagi na nowego kolegę. Byli jednak i tacy, którzy go dostrzegli. Odprowadzali go wtedy ponurym spojrzeniem; nie uśmiechali się. Paul zaczął podejrzewać, że nie zostanie mile przyjęty przez ich grono.
W końcu dotarli przed domniemany system. Przerósł on wszelkie wyobrażenia Paula. Ów sprzęt okazał się bowiem olbrzymim, wbudowanym w ścianę, metalowym oczyskiem. Jego źrenica cały czas pozostawała w ruchu. Bezustannie obserwowała poczynania inżynierów, zwracając uwagę na każdy ich krok. Kiedy Paul wraz z Sarą stanęli przed jego obliczem, oko skoncentrowało się na nich. Jego źrenica powiększyła się machinalnie.
– Oto Oko Czasu – oznajmiła Sara. – Wspaniałe, prawda?
– Krępujące… – mruknął Paul, który od zawsze bał się wielkich rzeczy.
– Niektórzy twierdzą, że potrafi się porozumiewać, ale jak na razie ciągle milczy. Przesyła tylko odpowiednie dane panu Lightmanowi i innym.
– Skąd Lightman je wytrzasnął?
– Nie wiem – powiedziała, wzruszając ramionami. – Nikt nie wie.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: wołszebnik » 04 września 2012, 12:41

SpoilerShow
Czytajta więc. O.o kradziej! :devil:

;)
POCZTA CZASOWA Zmierzał na ostatnie piętro potężnego wieżowca. Winda była pusta, metalowa i monotonna. Na panelu znajdowało się ponad pięćdziesiąt przycisków. Paul nie podejrzewał, że w tym budynku znajduje się tyle pięter. Poczuł wówczas lekki lęk, bowiem przypomniał sobie nagle słowa ojca, który do wind miał raczej sceptyczny stosunek. Zwykł nazywać je pudełkami na sznurku, w których na dodatek grała drażniąca melodyjka. Rzeczywiście, muzyka rozbrzmiewała tu cicho, lecz, zamiast relaksu, przyniosła Paulowi tylko zniecierpliwienie. Mężczyzna oczekiwał zupełnie innego dźwięku – zgrzytu i późniejszego trzasku liny, po którym jego pudełko runęłoby w dół szybu, by ostatecznie ugodzić ['ugodzić' to wprawdzie synonim 'trafić', czy 'uderzyć', ale w innym znaczeniu, niż chciałbyś wyrazić. 'Ugodzić w coś', czyli uderzyć w coś, ale na tej zasadzie, że ugadzający trafia w ugadzane (jeszu, co za bełkot *wykręt gał*) czyli w tym przypadku Paul ugodził/zranił ziemię... no a raczej nie on zrobił krzywdę, tylko sobie nabił bubę, nie? O.o ]w ziemię, zamieniając się w… sztukę nowoczesną. Paul zastanawiał się, czy możliwe byłoby przeżycie takiego upadku. Wrodzona naiwność wmawiała mu, że owszem.
Zanim jednak zdążył zawrócić windę, ta zatrzymała się, tak, że wcale tego nie poczuł. Drzwi pudełka rozsunęły się, ukazując nadzwyczaj długi korytarz. Na jego końcu znajdowały się ledwo dostrzegalne drzwi. [mogę domyśleć się, że chodzi Ci o takie umiejscowienie tych drzwi, iż przed wzrokiem wchodzących wydawały się nieco zakamuflowane i niełatwo było tam trafić... mogę się tego domyśleć... tylko po co? Ledwo dostrzegalne byłyby, gdyby na przykład były półprzezroczyste, tudzież istniały na pół w innym wymiarze ;) A tak, to są tylko dobrze skryte]
Paul zrobił krok bezpieczeństwa[a co to takiego? O.o uwierz, że to jest błąd leksykalny], by znaleźć się na trochę pewniejszej powierzchni. Winda podziękowała za przejażdżkę[metaforyka też rządzi się pewnymi prawami, winda na pewno nie podziękowała, chyba że to jakieś ostro pochrzanione fantasy], zamknęła się i odjechała. Na ekranie rozpoczęło się powolne odliczanie od pięćdziesięciu w dół. Była już daleko.
– Witamy, panie Greenwald – rzekła kobieta, siedząca za biurkiem z logiem firmy Time Travel. Wcześniej Paul zdołał jakoś ją przeoczyć. – Pan Lightman czeka w swoim biurze. – Sekretarka była młoda i ładna. Gdy mówiła, jej oczy emanowały radością. – Proszę podążać za zielonymi liniami.
Po chwili Paul spostrzegł, że na idealnie białej podłodze pod nim pojawiła się świecąca zielonym światłem linia. Podobne zapaliły się również na ścianach i suficie. Wszystkie miały początek pod stopami mężczyzny, a kończyły się na drzwiach, które Paul zauważył prędzej u kresu korytarza[prędzej od czego? czy może od kogo? czyli, że najpierw zauważył te drzwi, a dopiero potem to, co napisałeś wcześniej?]. Gość spojrzał pytająco na sekretarkę. Ta uśmiechnęła się tylko i zajęła swoimi sprawami.
– Dziękuję – wymamrotał i ruszył wzdłuż linii. Zastanawiał się, [int] po co tworzono tak długi korytarz. Być może chciano dać gościom czas, by pomyśleli nad tym, co powiedzieć, gdy Lightman powita ich w biurze. Skoro tak, może i on powinien przemyśleć swoją kwestię. Kiedy na to wpadł, zauważył ze zdziwieniem, że przeszedł już cały korytarz, a drzwi prezesa miał na wyciągnięcie ręki. Było to trochę niezwykłe, gdyż zrobił tylko kilka kroków. Dla upewnienia zerknął do tyłu przez ramię. Korytarz nadal pozostawał dziwnie długi, a Paul stał po przeciwnej stronie niż poprzednio.
Nie myślał długo o tym zjawisku. Jego umysł opanował strach przed spotkaniem z prezesem, lęk, który odczuwa większość młodych, niedoświadczonych ludzi zmuszonych do znalezienia sobie pracy. Wziął głęboki wdech i sięgnąłręką ku drzwiom [brzytwa Okhama: co niepotrzebne - skreślić. Bez 'ręki' sytuacja nadal będzie czytelna, unikniesz powtórzenia i mówienia oczywistej oczywistości (niby czym innym miałby sięgnąć do klamki?]. Nie zdążył do nich zapukać, gdyż te samoczynnie się otworzyły, jak w wejściu do hipermarketów.
– Wejdź, proszę – usłyszał Paul, zdając sobie nagle sprawę, że stoi i gapi się przez próg, niczym dziecko, upewniające się, czy może przeszkodzić rodzicom. Ogarnął się szybko i wszedł do środka.
Wystrój biura był zdecydowanie odmienny niż korytarza, czy reszty firmy. Ściany wyłożono tu drewnianymi panelami. Wisiały na nich obrazy, które Paul doskonale znał, ponieważ były to jedne z najpopularniejszych dzieł sztuki świata. Podłoga również była drewniana. Wypolerowano ją w tak staranny sposób, że świeciła prawie jak na reklamach środków do czyszczenia. W kącie stał kominek, z prawdziwym ogniem, drewnem i ciepłem, które wytwarzał. Za mosiężnym, brązowym biurkiem siedział opalony mężczyzna, [int] z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. W ciszy pozwalał, by Paul podziwiał jego piękne biuro.
– Witam. Nazywam się Paul Greenwald. Byłem umówiony na spotkanie w sprawie…
– Wiem kim jesteś – odparł spokojnie Lightman i gestem ręki wskazał krzesło przed sobą. – Usiądź.
Paul usiadł. Lightman wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem przybrał rozluźnioną pozę. Nie wyglądał już jak szef, zastanawiający się ile osób zwolni dziś dla zabawy, by obejrzeć ich rozpacz i łzy [przepraszam, ale ten fragment zasługuje na zobrazowanie emotką, uwaga: Obrazek Myślę, że nie mogłeś ująć tego bardziej stereotypowo i to w sposób zazwyczaj mijający się mocno z obrazem rzeczywistym. Wierz mi, "szef" ma trochę więcej do roboty niż myślenie o zwalnianiu ludzi. Ten facet to jakiś psychol]. Wyglądał sympatycznie. Nawet się uśmiechał.

– Jak ci się u nas podoba, Paul?
– Firma jest wspaniała. Marzyłem, żeby tu pracować. – Wyciągnął teczkę, którą przyniósł ze sobą. – Mam tu swoje…
– Znamy twoją przeszłość, Paul – oznajmił nagle Lightman, nadal serdecznie.
– Tak, oczywiście. Przecież wysyłałem do państwa swoje CV.
Lightman zamilkł na chwilę. Na jego twarzy malował się pobłażliwy uśmiech.
– Chłopcze, nie czytamy żadnych CV. Kurierzy przynoszą je tutaj w wielkich pudłach. Poprosiłem sekretarkę, by oddawała wszystkie na makulaturę, bo przynajmniej tam do czegoś się przydadzą. Naszych nowych pracowników wybiera specjalny… system.
– Chyba nie losowo?
– Oczywiście, że nie. Posiadamy znacznie rozleglejszą wiedzę, niż może ci się to wydawać. Nasz komputer widzi wszystko, wie wszystko, prawdopodobnie nawet to, [int] co zjadłeś dziś na śniadanie i kiedy zrobiłeś swoją pierwszą kupę. Jeżeli bardziej się postaramy, wyślemy ci jej zdjęcie oraz analizę laboratoryjną. Rozumiesz,[o tu zawędrował, skreśl] o czym mówię?
– T-tak, chyba tak.
– Zadzwoniliśmy do ciebie, bo nasz komputer tak chciał. Stwierdził, że jesteś odpowiednim kandydatem. Skończyłeś dobre uczelnie, posiadasz dużą wiedzę, ale w tym mieście można znaleźć setkę innych osób, które też ją posiadają. Może są nawet bardziej rozgarnięte. Jednak komputer wybrał właśnie ciebie i była to zdecydowanie najlepsza decyzja jaką mógł podjąć. Nie mówię tak dlatego, że mi się podobasz. Mówię to, ponieważ wiem, że komputer jest nieomylny.
Paul jęknął cicho. Był to odgłos wydobywający się z wnętrza jego duszy, duszy, która chciała uciec stamtąd jak najprędzej. Lightman stwierdził, że powiedział już dość. Wstał zza biurka i podszedł do barku. Wyciągnął z niego dwie szklanki i wodę w kanciastej butelce. Nalał im po równo i podał szklankę Paulowi.
– Złożę ci teraz ofertę, Paul – zaczął Lightman, zanurzając noc w naczyniuObrazek :bag: . – Jeżeli na nią przystaniesz, podpiszemy umowę. Wtedy zaczniesz nowe życie. Nie chodzi wcale o wysoką pensję, a taką oczywiście będziesz dostawał. Zobaczysz w tej firmie rzeczy, o których słyszałeś tylko pogłoski, a które większość ludzi uważa za bajki.
– Chodzi panu o podróże w czasie? Wiem, że zajmujecie się badaniami nad nimi. Czy one naprawdę są możliwe?
Lightman zignorował to pytanie.
– Zatrudnimy cię w branży… kurierskiej. Będziesz nadzorował dostarczanie przesyłek.
– Niech pan wybaczy, ale oczekiwałem czegoś innego – odparł Paul po krótkim zastanowieniu.
– Nie sądzę – rzekł Lightman. – Dokładnie na to liczyłeś. Twój sceptycyzm spowodowany jest faktem, że dalej nie rozumiesz co chcemy ci zaoferować. Nie mówiłem o zatrudnieniu w zwykłym dziale przesyłkowym. Gdyby tak było, nie zawracałbym sobie głowy przekonywaniem cię do podjęcia tej pracy. Oferta dotyczy czegoś bardziej ekscytującego. Czegoś, co nazywamy Pocztą Czasową.
Nastała cisza. Paul podejrzewał, co kryło się pod tą nazwą. Lightman musiał to zauważyć. Teraz wystarczyło, że poczeka, aż owa świadomość dojrzeje w umyśle jego młodego gościa, a ten eksploduje masą podniecenia. [podmiotowość tego złożonego zdania jest koszmarna. Wiem, że chodzi Ci o to, że umysł ma eksplodować (raczej myśl, czy idea, ale nieważne), niemniej wychodzi na to, że to młody gość eksploduje podnieceniem... pozostaje się zarumienić ;) ]
– Poczta Czasowa? Przesyłki przenoszone w czasoprzestrzeni? O to panu chodzi?!
– Dokładnie.
– Niebywałe!
Zawsze było tak samo.


Paul wyfrunął od Lightmana na skrzydłach euforii. Kiedy drzwi biura otworzyły się, zielone linie na ścianach i podłodze ponownie się zapaliły, prowadząc tym razem do windy. Mężczyzna ruszył wzdłuż nich, a już po chwili znalazł się przy biurku uroczej sekretarki. Zapragnął przechadzać się tym korytarzem bez końca!
Nacisnął guzik przy windzie.
– Panie Greenwald – odezwała się wówczas sekretarka. – Oto pański banan – powiedziała, podając mu owoc. Paul cofnął się i odebrał prezent.
– Banan – potwierdził.
– Najprawdziwszy.
Postanowił nie pytać.
– Niech pan nie zapomni przynosić go do pracy – dodała kobieta, gdy pudełko na sznurku otworzyło swe wnętrze przed nowym pracownikiem Time Travel.


W zupełnie innym czasie, po przeciwnej stronie wszechświata pewien stary szaman ogłuchł od jęku swego boga. Wielki Konara umiera – pomyślał. Najwidoczniej zaszkodziła mu ofiara z ubiegłego dnia.
Mniejsi bogowie z innym światów przybyli opłakiwać koniec swego władcy. Znajdowali się daleko poza planetą szamana, a świadectwem ich obecności były jasne, okrągłe kształty, które pojawiły się na nocnym niebie i przysłoniły wszystkie gwiazdy.
– Prośmy o łaskę synów Konary! – krzyknął szaman do swojego ludu, lecz nikt go nie usłyszał. Wszyscy zgodnie potakiwali, chociaż każdy zrozumiał coś innego.
Szaman wzniósł pieśń, żywo gestykulując i podskakując, by bogowie go spostrzegli. Wówczas ci zesłali z nieba latające bestie o nieruchomych skrzydłach, Stwory jednak nie zaatakowały plemienia starego szamana. Poleciały dalej, w kierunku Wielkiego Muru. To pewnie tam, za granicą pomiędzy światem ludzi, a krainą wieczności, konał dobrotliwy Konara.
Szaman nie zastanawiał się długo. Musiał wybłagać pomyślność dla swojego ludu. Chwycił więc kij i ruszył w drogę.


Neof było małą, sztucznie stworzoną planetą. W większości pokrywała ją woda, lecz znajdował się tam też ląd, niezbyt rozległy, ale za to bardzo wyjątkowy [brzytwa Okhama]. Mowa tu o wysepce, która skrywała najcenniejszy skarb w uniwersum (przynajmniej według biologów), tak wartościowy, że umieszczono go na specjalnie stworzonej do tego planecie, otoczono olbrzymim murem i zabezpieczono systemem, który widział wszystko i słyszał wszystko. Kiedy natomiast zauważał coś niepokojącego, wzywał armię okrętów bojowych, które – po otrzymaniu sygnału, którego nie sposób było nie usłyszeć – wnet okrążały całą planetę [którowanie, fe!]. Ich załoga rodziła się, wychowywała i umierała na tych statkach; szkoliła się tam w obsłudze broni, której nie nigdy potem nie używała, gdyż przez wieki nikt nawet nie odważył się przelecieć obok Neof.
Wszystko przez archiwum materiałów genetycznych, które tam wybudowano. Zawierało ono próbki DNA większości znanych istot we wszechświecie. Gromadzone przez całe stada naukowców, pozwalało na klonowanie wybranego gatunku fauny i flory, [int] w dowolnej ilości i do dowolnych celów. W nieodpowiednich rękach, mogłoby posłużyć za broń biologiczną, gdyż zawierało też wirusy, które dawniej przynosiły śmierć setkom ras i na które nadal nie odnaleziono lekarstwa.
Dotychczas milczący system obronny, pewnej nocy zawył głośno, wzywając pomoc. Jednostki bojowe natychmiast otoczyły planetę, nie pozwalając, by ktokolwiek z niej wyleciał. Wysłały też specjalny oddział, który po kilkunastu minutach wylądował przed budynkiem archiwum. Żołnierze nie musieli się wysilać w szukaniu złodzieja, gdyż system automatycznie go zlokalizował i odciął mu drogę ucieczki.
– Kapitanie – powiedział niezbyt pewnie funkcjonariusz Straży Galaktycznej. – Udało się nam już jednego wydobyć.
– To doskonale. Zaprowadźcie go na statek i pilnujcie – odparł kapitan Smith.
– Ale mamy jeden prob… wątpliwość, kapitanie. – Młody mężczyzna cofnął się, wiedząc, że jednym z najbardziej znienawidzonych wyrażeń kapitana było „mamy problem”. – Procedury wymagają, by unieruchomić kończyny przestępcy kajdanami magnetycznymi.
– Przecież to jasne! Nie zawracajcie mi głowy takimi pierdołami!
– Sęk w tym, kapitanie, że ten złodziej… no… nie mamy jak go skuć. Chyba nie posiada kończyn. W ogóle jest dziwny. Jest jakby… włochatą kulką, kapitanie… I w ogóle się nie rusza.
– Robicie ze mnie durnia, funkcjonariuszu? – warknął zniecierpliwiony Smith. – Przestępca musi posiadać ręce i nogi. Takie jest pieprzone prawo! A teraz idźcie, bo jeszcze wam zwieje. Mam inne sprawy na głowie. Odesłałem do jednostki medycznej już trzech swoich ludzi, a cholerna małpa dalej nie chce wyjść z szybu!
– Może wywabić ją bananem, kapitanie?

– Zejdźcie mi z oczu. Natychmiast!
Kiedy młody strażnik oddalił się na bezpieczną odległość, Smith wrzasnął do komunikatora:
– Dajcie jej banana, debile!
– (szszsz…) Nasze wyposażenie nie zawiera bananów, sir. (szszsz…)
– Użyjcie materializatora!
– Tak jest, sir. (szszszsz…) Owoc w drodze, sir. (szszsz…)
– Boże, czy tylko ja potrafię tu myśleć? – rzekł do siebie. Ego przytaknęło.


Paul obudził się przed świtem [przed nastaniem świtu, zanim zaświtało, etc, ok. Tak jak jest teraz, można pomyśleć, że świt nadal pochrapuje w łóżku obok Paul'a]. Przez większość nocy nie mógł zasnąć, był jednak wypoczęty i pierwszy raz od bardzo dawna z uśmiechem podniósł się z łóżka. W firmie miał stawić się o ósmej. Nie chciał spóźnić się pierwszego dnia, dlatego uznał, że odpowiednim posunięciem będzie wyjście półtora [półtorej - tak odmienia się dla rzeczowników rodzaju żeńskiego, a 'godzina' jest żeńska] godziny wcześniej. Miał drugie tyle na przyszykowanie.
Wziął zimny prysznic, a gdy wyszedł z łazienki, czysty i orzeźwiony, zaparzył kawę i wstawił do piekarnika dwie zamrożone na kość zapiekanki. Śniadanie powinno być gotowe za kilkanaście minut. W sam raz, by Paul zdążył sprawdzić pocztę.
Włączył swój stary komputer, który pamiętał jeszcze ubiegły wiek, ale zupełnie wystarczył, by zalogować się do niektórych serwisów w sieci. Nikt już nie korzystał z takich technologicznych dinozaurów. Mało kto nawet wiedział, czym był komputer stacjonarny. Ludzie używali teraz cienkich jak kartka papieru, dotykowych urządzeń, na które Paula nigdy nie było stać.
Zalogował się do skrzynki elektronicznej, w której, oprócz spamu, niczego nowego nie znalazł. Otworzył więc edytor nowej wiadomości, a spośród listy kontaktów wybrał adres matki – poważnej pośredniczki w obrocie nieruchomościami. Włączył kamerkę i zaczął nagrywać wiadomość. Poinformował w niej, że znalazł świetną pracę i wreszcie będzie mógł sam płacić za bilety lotnicze, gdy postanowi odwiedzić rodziców. Spytał też o ojca, z którym nie rozmawiał już prawie pół roku. Gdyby stało się coś poważniejszego, matka na pewno by go o tym poinformowała. W odpowiedzi dostanie więc: „u taty wszystko gra” i kontakt znowu się urwie. Dlatego też wybrał jedyny sposób, by temu zaradzić – powiedział, że będzie zarabiał mnóstwo pieniędzy. Niewątpliwie, wkrótce dostanie zaproszenie na rodzinny obiad…
Zakończył nagrywanie i wysłał wiadomość.
Wówczas piekarnik poinformował go [sprytna bestyja], że zapiekanki wydają się być gotowe, więc najlepiej będzie, jeżeli je wyjmie. Nie zamierzał kłócić się ze sprzętem kuchennym. Wyciągnął swoje śniadanie z elektrycznego pieca, polał ketchupem i wgryzł się w chrupiące ciasto.
Nim się obejrzał, musiał ruszać. W wyprasowanej koszuli, czarnym garniturze i butach, których nie wypastował, a jedynie przetarł wilgotną ścierką, wyszedł ze swojej kamienicy. Nie zapomniał też o podarunku od sekretarki. Podejrzewał, że ofiarowywanie bananów nowym pracownikom było tradycją tej firmy. Być może kryła się w niej jakaś egzystencjalna metafora.
Paul zmierzał w kierunku stacji metra, które, chociaż zatłoczone, powinno szybko podwieźć go w pobliże wieżowca TT. Przechodzący chodnikiem tłum ludzi porwał go niczym morska fala. Minie trochę czasu, nim się ich pozbędzie. Tymczasem musiał iść otoczony zewsząd nieznajomymi twarzami, które na szczęście były zbyt zajęte sobą, by zwrócić na niego uwagę. Mijał kolejne elektryczne samochody stojące w gigantycznym korku. Skorumpowani kierowcy [eee, mam wątpliwość natury logicznej... da się skorumpować kierowcę? W jakim celu? Skorumpowany jedzie szybciej, czy uważniej? Czy może wyeliminuje konkurentów? To miał byś skorumpowany kierowca?] trąbili na siebie nawzajem, jakby w nadziei, że dokona się cud i wyjadą stąd przed południem. Miasto wydawało się coraz bardziej zaludnione, zupełnie jakby wynaleziono lek na starzenie, o którym tylko Paul nic nie wiedział.
Po pewnym czasie mężczyzna wyłonił się z tłumu i przedarł się między samochodami na drugą stronę ulicy. Tam wszedł do podziemnego tunelu, również pełnego ludzi. Nigdy się od nich nie uwolnię – pomyślał gorzko. Po kilku minutach podjechało jego metro [jego metro, czy pociąg metra?]. Rozpoczął się wyścig szczurów, w którym każdy pasażer musiał uczestniczyć, by uchronić się przed niegodną śmiercią pod stopami zabieganych idiotów. Jeżeli ktoś stał za blisko wejścia, musiał się liczyć z tym, że zostanie wepchany do środka, nawet jeżeli zechciałby inaczej [eee, ten... to jest moim zdaniem zbędne. To chyba oczywiste, że nikt nie chciałby zostać na siłę wepchnięty, nie? Czytelnik nie lubi oczywistych oczywistości ;) ]. Realia wielkomiejskiego życia były okrutne. Pojedynczy człowiek nic tu nie znaczył. Liczył się tłum.
Pasażerowie tej linii byli bardzo otwarci dla Paula. [ Obrazek ] Bez oporu tulili się do niego, gdy cały przedział pękał w szwach. Mężczyzna był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, kiedy po godzinie metro zatrzymało się :bag: , a on wyrwał się ze ścisku na wolne powietrze [ O.o Aaaa, ok... ale czy musiałam się wpierw zaczerwienić, żeby się okazało, że dobrze zrobiło mu powietrze, a nie współpasażerowie? :devil: ]. Wydobył wtedy z kieszeni komunikator holograficzny i zerknął na godzinę. Do ósmej brakowało tylko czternastu minut. Gdy wyszedł z podziemi, wieżowiec TT był już widoczny na końcu ulicy. Zdążę na pewno – uznał Paul. I rzeczywiście zdążył.
Przy wejściu powitała go sekretarka z pięćdziesiątego piętra. Jak zwykle [czy przypadkiem nie widzi jej po raz drugi w życiu? Nieco za wcześnie na formułowaniu sądów w stylu "jak zwykle" ;) ], uśmiechała się serdecznie.
– Poproszono mnie, bym pana oprowadziła, panie Greenwald – powiedziała. – Mam na imię Sara – dodała, wyciągając ku niemu swą drobną dłoń. Mężczyzna uścisnął ją lekko, również wyjawiając swoje imię.
Potem wsiedli do windy. Zjechali do podziemi. Chyba bardzo nisko.

Sara cały czas wpatrywała się w Paula bez najmniejszego skrępowania. Ten natomiast krążył wzrokiem wszędzie wokół, byle tylko nie napotkać jej spojrzenia. Kiedy wreszcie winda się zatrzymała, znaleźli się w kamiennym tunelu, równie długim, co korytarz na pięćdziesiątym piętrze. Dudnił w nim dźwięk maszyn [leksykalny]. W pewnej chwili przeszył go nawet potężny huk[replay], na który Sara nawet nie zareagowała.
– Ten tunel prowadzi do działu, w którym będziesz pracował. Aby się tam dostać, należy ukazać specjalny identyfikator, który otrzymasz dopiero po zakończeniu szkolenia. Do tego czasu ktoś będzie cię tu odprowadzał – oznajmiła. Kiedy ruszyli, okazało się, że nie było tu już „niwelatora przestrzeni” – jak Paul zwykł nazywać w myślach technologię, której doświadczył ubiegłego dnia przed biurem Lightmana. Cały tunel musieli przejść normalnie. Sara tymczasem mówiła: – Kiedy zobaczysz już wszystko, co chcę ci pokazać, zostaniesz dołączony do jednej z grup inżynierów, którzy zajmą się twoim dalszym kształceniem. Dla mnie to czarna magia. – Zaśmiała się. Paul stwierdził, że był to najpiękniejszy chichot, jaki kiedykolwiek usłyszał. Z zauroczenia [raczej z zamyślenia, zauroczenie trwa dłużej i nie tak łatwo z niego się wyrwać ;) ] wyrwał go kolejny huk. Tunel zatrząsł się. Zdawało się, że zaraz runie. – Nie ma się czym przejmować – zapewniła kobieta, widząc przerażoną minę towarzysza. – Nasz… sprzęt trochę hałasuje. Przyzwyczaisz się. Jak my wszyscy.
Po chwili dotarli do końca tunelu. Sara wpisała w panelu na ścianie jakiś kod i włożyła identyfikator do czytnika. Wówczas drzwi przed nimi wsunęły się w sufit, ukazując olbrzymią halę, pełną inżynierów w bieli. Była to niezwykła odmiana dla Paula, który przyzwyczaił się już do spokoju, jaki panował na wyższych poziomach tej firmy.
Sara podarowała Paulowi jego fartuch. Sama pozostała w swoim biurowym stroju. Mężczyzna głupio się poczuł, stercząc tak w eleganckim garniturze, w czasie, gdy inni tutejsi pracownicy pod fartuchami kryli zupełnie domowe ciuchy, a niektórzy nawet – co spostrzegł z lekkim niesmakiem – paradowali w samej bieliźnie.
– Oto miejsce nadzorowania wszystkich przesyłek – kontynuowała Sara, wchodząc w głąb pomieszczenia. – Dzieli się on na kilka zasadniczych części, które z czasem zaczniesz pewnie rozróżniać. Te panie na przykład – rzekła, przechodząc obok biurek starszych kobiet ze słuchawkami stale przytwierdzonymi do uszu – zajmują się odbieraniem wszelkich zażaleń i reklamacji. Tutejsi nazywają je Trzema Wiedźmami, choć nie wiem dlaczego. Były tu już, gdy zaczynałam pracę u pana Lightmana. Zdarza się, że kurierom coś nie wyjdzie, a wtedy to one zajmują się rozczarowanymi klientami. Tam – wskazała na zgraję młodych kobiet i mężczyzn wpatrzonych w ekrany swoich komputerów – rozpatruje się wszystkie zlecenia i przydziela przesyłki poszczególnym kurierom. Nie będziesz miał zbytnio z nimi do czynienia, bo twoje miejsce jest tutaj. – Przystanęła nagle, wskazując najaktywniejszą grupę pracowników ze wszystkich. Inżynierowie biegali tu od panelu do panelu, krzycząc i wysyłając kolejne polecenia. Pozostali siedzieli na obrotowych krzesłach, stale mówiąc coś do mikrofonów zawieszonych za uszami. Ich pełne wykresów, liczb i przycisków ekrany rozstawione były wzdłuż całej bocznej ściany tej wielkiej hali.
– Przerażające, nie? – rzekła Sara. – Ale zanim do nich dołączysz, muszę ci pokazać coś, dzięki czemu to wszystko funkcjonuje. – Poszła dalej. Paul zagapił się na chwilę, lecz szybko ją dogonił. – Pan Lightman pewnie wspominał o systemie, z którego korzystamy, między innymi właśnie do doboru odpowiednich pracowników.
– Co nieco mi wytłumaczył.
– Cóż, moim zdaniem to coś więcej niż program – oznajmiła. W jej głosie brakowało już zdecydowania. – To zdanie podzielają również fachowcy, którzy całkiem hobbistycznie zajmują się jego analizą. Pan Lightman upiera się jednak, że to jedynie maszyna, a my musimy to powtarzać. Znajduje się tam, na końcu hali.
Mijali kolejnych pracowników. Większość zajęta była swoimi sprawami i nawet nie zwracała uwagi na nowego kolegę. Byli jednak i tacy, którzy go dostrzegli. Odprowadzali go wtedy ponurym spojrzeniem; nie uśmiechali się. Paul zaczął podejrzewać, że nie zostanie mile przyjęty przez ich grono.
W końcu dotarli przed domniemany system. Przerósł on wszelkie wyobrażenia Paula. Ów sprzęt okazał się bowiem olbrzymim, wbudowanym w ścianę, metalowym oczyskiem. Jego źrenica cały czas pozostawała w ruchu. Bezustannie obserwowała poczynania inżynierów, zwracając uwagę na każdy ich ruch. Kiedy Paul wraz z Sarą stanęli przed jego obliczem, oko skoncentrowało się na nich. Jego źrenica powiększyła się machinalnie.
– Oto Oko Czasu – oznajmiła Sara. – Wspaniałe, prawda?
– Krępujące… – mruknął Paul, który od zawsze bał się wielkich rzeczy. [przepraszam, jestem już w skojarzeniowym trybie :bag: ]
– Niektórzy twierdzą, że potrafi się porozumiewać, ale jak na razie ciągle milczy. Przesyła tylko odpowiednie dane panu Lightmanowi i innym.
– Skąd Lightman je wytrzasnął?
– Nie wiem – powiedziała, wzruszając ramionami. – Nikt nie wie.
Ok. Skończyłam. Hmm, najpierw słabości. Masz skłonność do używania stereotypów i to z gatunku tych najmniej pokrywających się ze stanem rzeczywistości. Za rozmowę kwalifikacyjną Paul'a należą Ci się osobne baty za zmarnowanie potencjału. Spójrz na to tak: mamy kolesia, który dostaje się na interview (*zarzuca anglicyzmem, dumna, nosek w górę*), chłopak ma pewne oczekiwania, no ale tego, co zastał, nijak spodziewać się nie mógł, nie? Normalnie science-fiction. I tu mógł być najlepszy moment tej opowieści, skupienie się na Paul'u, jego obserwacjach, przemyśleniach, wątpliwościach - poprzez jego konsternację mogłeś pokazać nam trochę więcej tego świata, uświadomić, co w twoim uniwersum jest normą dla każdego obywatela, a co nawet w tak odległych czasowo dziejach (zgaduję, że odległe, bo tego też nie raczyłeś uściślić) nadal pozostaje sferą fantastyki i dostępne jest jedynie wybrańcom (bądź, jak u Ciebie, korporacjom).
Gubi Cię iście szalona metaforyka. Metafora to porównanie, musi być jasne co odwzorowuje (to zawsze odwzorowanie czegoś innego). Winda nie mówi (chyba, że jednak wprowadziłeś jakieś specyficzne uniwersum, ale i o tym musisz jakoś poinformować), nigdy, choć jej skrzypienia i zgrzyty mogą przywodzić na myśl mowę.

Co było dobre?
Wyobraźnia i odwaga podążania za nią. Z tym, że ja w tekście, o którym Ty mówisz, że zajmuje pięć stron maszynopisu, widzę potencjał co najmniej na pięćdziesiąt i tylko w takim formacie dostrzegam sens. To nie jest historia na tak krótkie opowiadanie, ma za wiele możliwych wątków, niuansów, komplikacji.
Także same próby metaforyzowania (tak, ok, słowopotworzę ;) ) piszę Ci na plus, z tym, że dużo na tym polu musisz się nauczyć. Ale sama odwaga, by poszukiwać nowych środków wyrażenia myśli już nie raz opisanych - nie ustawaj ;)
Generalnie dobrze prowadzisz narrację, potrafisz utrzymać zainteresowanie czytelnika, tempo opowieści.

Heh, podoba mi się koncept. Szkoda, że szybko rezygnujesz z dopracowywania projektów (uwaga czyniona także do wcześniejszej twórczości, której, jak się okazuje, nie zamierzasz kończyć ;) )
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: Plastikowy Jezus » 04 września 2012, 16:27

Wszędzie dopatrzycie się erotomaństwa. Wszędzie! xD
Muszę popracować nad trafnością metafor - to po pierwsze. Fragmenty o dziękującej windzie i piekarniku proszącym o wyjęcie zapiekanki wydawały mi się... zabawne. Ale takie jest życie ;/ I chyba spróbuję swoich sił w dłuższej formie. Materiału jest dużo. Zawsze mam ten problem i jeżeli dobrze pamiętam, ktoś mi to już wypominał. Przyjąłem wszystkie baty na twarz (teraz muszę skrywać ją pod torbą, o tak: :bag: ), ale było warto.

Jestem wdzięczny za komentarz i wytknięcie błędów.
Pozdrowionka.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: pierdoła saska » 20 listopada 2012, 11:32

Powiem tak, dialogi idą ci lepiej niż partie narracyjne. Wypowiedzi w rozmowie o pracę - fajne, rozmowa wojskowych na Noef - miodzio. Opis biurowca - no wiem o co ci chodziło, ale bywało topornie. Opis przygotowań do wyjścia z domu w pierwszym dniu pracy... dużo informacji o świecie, ale czytało się chyba najtoporniej z całości. Czyta się niepłynnie, chwilami trąci czyimś raportem na temat bohatera, a nie opowieścią o nim. Wymaga to moim zdaniem wygładzenia, no chyba że ten raportowy styl był zamierzony. Wtedy, no cóż, gusta są różne, w mój się to nie wpisuje.

Za to fabularnie. MNIAM. :heart: Lubię s-f, naprawdę lubię, a u ciebie ogólnie rzecz biorąc jest widoczny szeroki pomysł na świat i przeplatając ze sobą dwa wątki zrobiłeś mi smaka na to co będzie dalej. No i o co chodzi z BANANMI?! me chce wiedzieć, bo będzie smutne... jak banan.
Obrazek Bohater póki co nie wzbudził we mnie żadnych uczuć (za to dowódca wojska tak <3). Znaczy się takim przecietniaczkiem - szaraczkiem póki co wydaje i nie mnie ziębi, ni mnie grzeje, obaczymy co będzie dalej...
Fragmenty o dziękującej windzie i piekarniku proszącym o wyjęcie zapiekanki wydawały mi się... zabawne.
Dla mnie zabawne nie były, ale podobały mi się jako element stworzonej przez ciebie wizji przyszłości :) W sumie brakowało, by drzwi w metrze też dziękowały za skorzystanie z metra i zapraszały ponownie do skorzystania z jego usług, jako znakomitego środka transportu... co by było dość ironiczne zważywszy na tłok tam, ale ludzie programujący takie gadżety tak o tym nie myślą. Ma być miło.

Podsumowując: pomysł jest na plus, wizja na plus, wykonanie trochu kuleje i całość wymagałaby podszlifowania i pewnego rozwinięcia. Ale ogólnie, moim zdaniem, warto w pomysł zainwestować trochę czasu :)


A tu są różne takie różowe:
SpoilerShow
Zmierzał na ostatnie piętro potężnego wieżowca. Winda była pusta, metalowa i monotonna. Na panelu znajdowało się ponad pięćdziesiąt przycisków. Paul nie podejrzewał, że w tym budynku znajduje się tyle pięter. Poczuł wówczas lekki lęk, bowiem przypomniał sobie nagle słowa ojca, który do wind miał raczej sceptyczny stosunek. [coś mi tu nie gra. To „wówczas” tyczy się pobytu w windzie, czy nie podejrzewania, które na swój sposób nie wiąże się bezpośrednio z siedzeniem w rzeczonej windzie?] Zwykł nazywać je pudełkami na sznurku, w których na dodatek grała drażniąca melodyjka. Rzeczywiście, muzyka rozbrzmiewała tu cicho, lecz, zamiast relaksu, przyniosła Paulowi tylko zniecierpliwienie. Mężczyzna oczekiwał zupełnie innego dźwięku – zgrzytu i późniejszego trzasku liny, po którym jego pudełko runęłoby w dół szybu, by ostatecznie ugodzić [ O.o ] w ziemię, zamieniając się w… sztukę nowoczesną [podobuje mi się xD]. Paul zastanawiał się, czy możliwe byłoby przeżycie takiego upadku. Wrodzona naiwność wmawiała mu, że owszem.
Zanim jednak zdążył zawrócić windę, ta zatrzymała się, tak, że wcale tego nie poczuł. Drzwi pudełka rozsunęły się, ukazując nadzwyczaj długi korytarz. Na jego końcu znajdowały się ledwo dostrzegalne drzwi.
Paul zrobił krok bezpieczeństwa [ee? Co to oznacza?], by znaleźć się na trochę pewniejszej powierzchni. Winda podziękowała za przejażdżkę, zamknęła się i odjechała. Na ekranie rozpoczęło się powolne odliczanie od pięćdziesięciu w dół. Była już daleko.
– Witamy, panie Greenwald – rzekła kobieta, siedząca za biurkiem z logiem firmy Time Travel. Wcześniej Paul zdołał jakoś ją przeoczyć. – Pan Lightman czeka w swoim biurze. – Sekretarka była młoda i ładna. Gdy mówiła, jej oczy emanowały radością. – Proszę podążać za zielonymi liniami.
Po chwili Paul spostrzegł, że na idealnie białej podłodze pod nim pojawiła się świecąca zielonym światłem linia. Podobne zapaliły się również na ścianach. Wszystkie miały początek pod stopami mężczyzny, a kończyły się na drzwiach, które Paul zauważył prędzej u kresu korytarza. [wcześniej?] Gość spojrzał pytająco na sekretarkę. Ta uśmiechnęła się tylko i zajęła swoimi sprawami.
– Dziękuję – wymamrotał i ruszył wzdłuż linii. Zastanawiał się, po co tworzono tak długi korytarz. Być może chciano dać gościom czas, by pomyśleli nad tym, co powiedzieć, gdy Lightman powita ich w biurze. Skoro tak, może i on powinien przemyśleć swoją kwestię. Kiedy na to wpadł, zauważył ze zdziwieniem, że przeszedł już cały korytarz, a drzwi prezesa miał na wyciągnięcie ręki. Było to trochę niezwykłe, gdyż zrobił tylko kilka kroków. Dla upewnienia zerknął do tyłu przez ramię. Korytarz nadal pozostawał dziwnie długi, a Paul stał po przeciwnej stronie niż poprzednio.
Nie myślał długo o tym zjawisku. Jego umysł opanował strach przed spotkaniem z prezesem, lęk, który odczuwa większość młodych, niedoświadczonych ludzi zmuszonych do znalezienia sobie pracy. Wziął głęboki wdech i sięgnął ręką ku drzwiom. Nie zdążył do nich zapukać, gdyż te samoczynnie się otworzyły, jak w wejściu do hipermarketów.
– Wejdź, proszę – usłyszał Paul, zdając sobie nagle sprawę, że stoi i gapi się przez próg, niczym dziecko, upewniające się, czy może przeszkodzić rodzicom. Ogarnął się szybko i wszedł do środka.
Wystrój biura był zdecydowanie odmienny niż korytarza, czy reszty firmy. Ściany wyłożono tu drewnianymi panelami. Wisiały na nich obrazy, które Paul doskonale znał, ponieważ były to jedne z najpopularniejszych dzieł sztuki świata. Podłoga również była drewniana. Wypolerowano ją w tak staranny sposób, że świeciła prawie jak na reklamach środków do czyszczenia. W kącie stał kominek, z prawdziwym ogniem, drewnem i ciepłem [w zasadzie nie wiem, jak ciepło może być nieprawdziwe, a trochę wynika, że tu takie jest… ot tak zaintrygowało to mą energetyczną duszę], które wytwarzał. Za mosiężnym, brązowym biurkiem siedział opalony mężczyzna, z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. W ciszy pozwalał, by Paul podziwiał jego piękne biuro.
– Witam. Nazywam się Paul Greenwald. Byłem umówiony na spotkanie w sprawie…
– Wiem kim jesteś – odparł spokojnie Lightman i gestem ręki wskazał krzesło przed sobą. – Usiądź.
Paul usiadł. Lightman wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem przybrał rozluźnioną pozę. Nie wyglądał już jak szef, zastanawiający się ile osób zwolni dziś dla zabawy, by obejrzeć ich rozpacz i łzy. [sorry, ale to jest… takie... ani nie śmieszne, ani jakiekolwiek] Wyglądał sympatycznie. Nawet się uśmiechał.
– Jak ci się u nas podoba, Paul?
– Firma jest wspaniała. Marzyłem, żeby tu pracować. – Wyciągnął teczkę, którą przyniósł ze sobą. – Mam tu swoje…
– Znamy twoją przeszłość, Paul – oznajmił nagle Lightman, nadal serdecznie.
– Tak, oczywiście. Przecież wysyłałem do państwa swoje CV.
Lightman zamilkł na chwilę. Na jego twarzy malował się pobłażliwy uśmiech.
– Chłopcze, nie czytamy żadnych CV. Kurierzy przynoszą je tutaj w wielkich pudłach. Poprosiłem sekretarkę, by oddawała wszystkie na makulaturę, bo przynajmniej tam do czegoś się przydadzą. Naszych nowych pracowników wybiera specjalny… system.
– Chyba nie losowo?
– Oczywiście, że nie. Posiadamy znacznie rozleglejszą wiedzę, niż może ci się to wydawać. Nasz komputer widzi wszystko, wie wszystko, prawdopodobnie nawet to co zjadłeś dziś na śniadanie i kiedy zrobiłeś swoją pierwszą kupę. Jeżeli bardziej się postaramy, wyślemy ci jej zdjęcie oraz analizę laboratoryjną. Rozumiesz, o czym mówię?
– T-tak, chyba tak.
– Zadzwoniliśmy do ciebie, bo nasz komputer tak chciał. Stwierdził, że jesteś odpowiednim kandydatem. Skończyłeś dobre uczelnie, posiadasz dużą wiedzę, ale w tym mieście można znaleźć setkę innych osób, które też ją posiadają. Może są nawet bardziej rozgarnięte. Jednak komputer wybrał właśnie ciebie i była to zdecydowanie najlepsza decyzja jaką mógł podjąć. Nie mówię tak dlatego, że mi się podobasz. Mówię to, ponieważ wiem, że komputer jest nieomylny.
Paul jęknął cicho. Był to odgłos wydobywający się z wnętrza jego duszy, duszy, która chciała uciec stamtąd jak najprędzej. Lightman stwierdził, że powiedział już dość. Wstał zza biurka i podszedł do barku. Wyciągnął z niego dwie szklanki i wodę w kanciastej butelce. Nalał im po równo i podał szklankę Paulowi.
– Złożę ci teraz ofertę, Paul – zaczął Lightman, zanurzając noc w naczyniu [s-f jak s-f ale chyba nie o noc chodzio]. – Jeżeli na nią przystaniesz, podpiszemy umowę. Wtedy zaczniesz nowe życie. Nie chodzi wcale o wysoką pensję, a taką oczywiście będziesz dostawał. Zobaczysz w tej firmie rzeczy, o których słyszałeś tylko pogłoski, a które większość ludzi uważa za bajki.
– Chodzi panu o podróże w czasie? Wiem, że zajmujecie się badaniami nad nimi. Czy one naprawdę są możliwe?
Lightman zignorował to pytanie.
– Zatrudnimy cię w branży… kurierskiej. Będziesz nadzorował dostarczanie przesyłek.
– Niech pan wybaczy, ale oczekiwałem czegoś innego – odparł Paul po krótkim zastanowieniu.
– Nie sądzę – rzekł Lightman. – Dokładnie na to liczyłeś. Twój sceptycyzm spowodowany jest faktem, że dalej nie rozumiesz co chcemy ci zaoferować. Nie mówiłem o zatrudnieniu w zwykłym dziale przesyłkowym. Gdyby tak było, nie zawracałbym sobie głowy przekonywaniem cię do podjęcia tej pracy. Oferta dotyczy czegoś bardziej ekscytującego. Czegoś, co nazywamy Pocztą Czasową.
Nastała cisza. Paul podejrzewał, co kryło się pod tą nazwą. Lightman musiał to zauważyć. Teraz wystarczyło, że poczeka, aż owa świadomość dojrzeje w umyśle jego młodego gościa, a ten eksploduje masą podniecenia. [ ^^” ]
– Poczta Czasowa? Przesyłki przenoszone w czasoprzestrzeni? O to panu chodzi?!
– Dokładnie.
– Niebywałe!
[pardon moi, ale ja zaraz w czasoprzestrzeni przeniosę mój kubek do kuchni, zrobię kawę i w tej samej czasoprzestrzeni przemieszczę się na miejsce, z którego piszę; i nie ma w tym nic niezwykłego. Niezwykłe by było, jakbym to czyniła niezgodnie ze strzałką czasu (w przeszłość), albo z prędkością większą niż c (w przyszłość szybciej niż inni)… no sa jeszcze tunele itd. I rozumiem skrót myślowy, ale taki pasowałby do pogadanki przy piwie, ale w sytuacji biznesowej… nie gra mi to]
Zawsze było tak samo.


Paul wyfrunął od Lightmana na skrzydłach euforii. Kiedy drzwi biura otworzyły się, zielone linie na ścianach i podłodze ponownie się zapaliły, prowadząc tym razem do windy. Mężczyzna ruszył wzdłuż nich, a już po chwili znalazł się przy biurku uroczej sekretarki. Zapragnął przechadzać się tym korytarzem bez końca!
Nacisnął guzik przy windzie.
– Panie Greenwald – odezwała się wówczas sekretarka. – Oto pański banan – powiedziała, podając mu owoc. Paul cofnął się i odebrał prezent.
– Banan – potwierdził.
– Najprawdziwszy.
Postanowił nie pytać.
– Niech pan nie zapomni przynosić go do pracy – dodała kobieta, gdy pudełko na sznurku otworzyło swe wnętrze przed nowym pracownikiem Time Travel.


W zupełnie innym czasie, po przeciwnej stronie wszechświata pewien stary szaman ogłuchł od jęku swego boga. Wielki Konara umiera – pomyślał. Najwidoczniej zaszkodziła mu ofiara z ubiegłego dnia. [ <3 ]
Mniejsi bogowie z innym [z innych] światów przybyli opłakiwać koniec swego władcy. Znajdowali się daleko poza planetą szamana, a świadectwem ich obecności były jasne, okrągłe kształty, które pojawiły się na nocnym niebie i przysłoniły wszystkie gwiazdy.
– Prośmy o łaskę synów Konary! – krzyknął szaman do swojego ludu, lecz nikt go nie usłyszał. Wszyscy zgodnie potakiwali, chociaż każdy zrozumiał coś innego.
Szaman wzniósł pieśń, żywo gestykulując i podskakując, by bogowie go spostrzegli. Wówczas ci zesłali z nieba latające bestie o nieruchomych skrzydłach, Stwory jednak nie zaatakowały plemienia starego szamana. Poleciały dalej, w kierunku Wielkiego Muru. To pewnie tam, za granicą pomiędzy światem ludzi, a krainą wieczności, konał dobrotliwy Konara.
Szaman nie zastanawiał się długo. Musiał wybłagać pomyślność dla swojego ludu. Chwycił więc kij i ruszył w drogę.


Neof było małą, sztucznie stworzoną planetą. W większości pokrywała ją woda, lecz znajdował się tam też ląd, niezbyt rozległy, ale za to bardzo wyjątkowy. Mowa tu o wysepce, która skrywała najcenniejszy skarb w uniwersum (przynajmniej według biologów), tak wartościowy, że umieszczono go na specjalnie stworzonej do tego planecie, otoczono olbrzymim murem i zabezpieczono systemem, który widział wszystko i słyszał wszystko. Kiedy natomiast zauważał coś niepokojącego, wzywał armię okrętów bojowych, które – po otrzymaniu sygnału, którego nie sposób było nie usłyszeć – wnet okrążały całą planetę. Ich załoga rodziła się, wychowywała i umierała na tych statkach; szkoliła się tam w obsłudze broni, której nie nigdy potem nie używała, gdyż przez wieki nikt nawet nie odważył się przelecieć obok Neof.
Wszystko przez archiwum materiałów genetycznych, które tam wybudowano. Zawierało ono próbki DNA większości znanych istot we wszechświecie. Gromadzone przez całe stada naukowców, pozwalało na klonowanie wybranego gatunku fauny i flory, w dowolnej ilości i do dowolnych celów. W nieodpowiednich rękach, mogłoby posłużyć za broń biologiczną, gdyż zawierało też wirusy, które dawniej przynosiły śmierć setkom ras i na które nadal nie odnaleziono lekarstwa.
Dotychczas milczący system obronny, pewnej nocy zawył głośno, wzywając pomoc. Jednostki bojowe natychmiast otoczyły planetę, nie pozwalając, by ktokolwiek z niej wyleciał. Wysłały też specjalny oddział, który po kilkunastu minutach wylądował przed budynkiem archiwum. Żołnierze nie musieli się wysilać w szukaniu złodzieja, gdyż system automatycznie go zlokalizował i odciął mu drogę ucieczki.
– Kapitanie – powiedział niezbyt pewnie funkcjonariusz Straży Galaktycznej. – Udało się nam już jednego wydobyć.
– To doskonale. Zaprowadźcie go na statek i pilnujcie – odparł kapitan Smith.
– Ale mamy jeden prob… wątpliwość, kapitanie. – Młody mężczyzna cofnął się, wiedząc, że jednym z najbardziej znienawidzonych wyrażeń kapitana było „mamy problem”. – Procedury wymagają, by unieruchomić kończyny przestępcy kajdanami magnetycznymi.
– Przecież to jasne! Nie zawracajcie mi głowy takimi pierdołami!
– Sęk w tym, kapitanie, że ten złodziej… no… nie mamy jak go skuć. Chyba nie posiada kończyn. W ogóle jest dziwny. Jest jakby… włochatą kulką, kapitanie… I w ogóle się nie rusza.
– Robicie ze mnie durnia, funkcjonariuszu? – warknął zniecierpliwiony Smith. – Przestępca musi posiadać ręce i nogi. Takie jest pieprzone prawo! [kocham to <3] A teraz idźcie, bo jeszcze wam zwieje. Mam inne sprawy na głowie. Odesłałem do jednostki medycznej już trzech swoich ludzi, a cholerna małpa dalej nie chce wyjść z szybu!
– Może wywabić ją bananem, kapitanie?
– Zejdźcie mi z oczu. Natychmiast!
Kiedy młody strażnik oddalił się na bezpieczną odległość, Smith wrzasnął do komunikatora:
– Dajcie jej banana, debile!
– (szszsz…) Nasze wyposażenie nie zawiera bananów, sir. (szszsz…)
– Użyjcie materializatora!
– Tak jest, sir. (szszszsz…) Owoc w drodze, sir. (szszsz…)
– Boże, czy tylko ja potrafię tu myśleć? – rzekł do siebie. Ego przytaknęło.

Paul obudził się przed świtem. Przez większość nocy nie mógł zasnąć, był jednak wypoczęty i pierwszy raz od bardzo dawna z uśmiechem podniósł się z łóżka. W firmie miał stawić się o ósmej. Nie chciał spóźnić się pierwszego dnia, dlatego uznał, że odpowiednim posunięciem będzie wyjście półtora godziny wcześniej. Miał drugie tyle na przyszykowanie.
Wziął zimny prysznic, a gdy wyszedł z łazienki, czysty i orzeźwiony, zaparzył kawę i wstawił do piekarnika dwie zamrożone na kość zapiekanki. Śniadanie powinno być gotowe za kilkanaście minut. W sam raz, by Paul zdążył sprawdzić pocztę.
Włączył swój stary komputer, który pamiętał jeszcze ubiegły wiek, ale zupełnie wystarczył, by zalogować się do niektórych serwisów w sieci. Nikt już nie korzystał z takich technologicznych dinozaurów. Mało kto nawet wiedział, czym był komputer stacjonarny. Ludzie używali teraz cienkich jak kartka papieru, dotykowych urządzeń, na które Paula nigdy nie było stać.
Zalogował się do skrzynki elektronicznej, w której, oprócz spamu, niczego nowego nie znalazł. Otworzył więc edytor nowej wiadomości, a spośród listy kontaktów wybrał adres matki – poważnej pośredniczki w obrocie nieruchomościami. Włączył kamerkę i zaczął nagrywać wiadomość. Poinformował w niej, że znalazł świetną pracę i wreszcie będzie mógł sam płacić za bilety lotnicze, gdy postanowi odwiedzić rodziców. Spytał też o ojca, z którym nie rozmawiał już prawie pół roku. Gdyby stało się coś poważniejszego, matka na pewno by go o tym poinformowała. W odpowiedzi dostanie więc: „u taty wszystko gra” i kontakt znowu się urwie. Dlatego też wybrał jedyny sposób, by temu zaradzić – powiedział, że będzie zarabiał mnóstwo pieniędzy. Niewątpliwie, wkrótce dostanie zaproszenie na rodzinny obiad…
Zakończył nagrywanie i wysłał wiadomość.
Wówczas piekarnik poinformował go, że zapiekanki wydają się być gotowe, więc najlepiej będzie, jeżeli je wyjmie. Nie zamierzał kłócić się ze sprzętem kuchennym. Wyciągnął swoje śniadanie z elektrycznego pieca, polał ketchupem i wgryzł się w chrupiące ciasto.
Nim się obejrzał, musiał ruszać. W wyprasowanej koszuli, czarnym garniturze i butach, których nie wypastował, a jedynie przetarł wilgotną ścierką, wyszedł ze swojej kamienicy. Nie zapomniał też o podarunku od sekretarki. Podejrzewał, że ofiarowywanie bananów nowym pracownikom było tradycją tej firmy. Być może kryła się w niej jakaś egzystencjalna metafora.
Paul zmierzał w kierunku stacji metra, które, chociaż zatłoczone, powinno szybko podwieźć go w pobliże wieżowca TT. Przechodzący chodnikiem tłum ludzi porwał go niczym morska fala. Minie trochę czasu, nim się ich pozbędzie. Tymczasem musiał iść otoczony zewsząd nieznajomymi twarzami, które na szczęście były zbyt zajęte sobą, by zwrócić na niego uwagę. Mijał kolejne elektryczne samochody stojące w gigantycznym korku. Skorumpowani kierowcy trąbili na siebie nawzajem [ee czemu skorumpowani? Dano im łapówki by trabili?], jakby w nadziei, że dokona się cud i wyjadą stąd przed południem. Miasto wydawało się coraz bardziej zaludnione, zupełnie jakby wynaleziono lek na starzenie, o którym tylko Paul nic nie wiedział.
Po pewnym czasie mężczyzna wyłonił się z tłumu i przedarł się między samochodami na drugą stronę ulicy. Tam wszedł do podziemnego tunelu [wiem, że są tunele powietrzne, ale jakoś tutaj bym to „podziemnego” wywaliła], również pełnego ludzi. Nigdy się od nich nie uwolnię – pomyślał gorzko. Po kilku minutach podjechało jego metro. Rozpoczął się wyścig szczurów, w którym każdy pasażer musiał uczestniczyć, by uchronić się przed niegodną śmiercią pod stopami zabieganych idiotów. Jeżeli ktoś stał za blisko wejścia, musiał się liczyć z tym, że zostanie wepchany do środka, nawet jeżeli zechciałby inaczej. Realia wielkomiejskiego życia były okrutne. Pojedynczy człowiek nic tu nie znaczył. Liczył się tłum.
Pasażerowie tej linii byli bardzo otwarci dla Paula [?_? otwarci dla kogoś? Można być otwartym wobec kogoś, ale dla… no sklep dla klientów chyba]. Bez oporu tulili się do niego, gdy cały przedział pękał w szwach. Mężczyzna był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, kiedy po godzinie metro zatrzymało się, a on wyrwał się ze ścisku na wolne powietrze. Wydobył wtedy z kieszeni komunikator holograficzny i zerknął na godzinę. Do ósmej brakowało tylko czternastu minut. Gdy wyszedł z podziemi, wieżowiec TT był już widoczny na końcu ulicy. Zdążę na pewno – uznał Paul. I rzeczywiście zdążył.
Przy wejściu powitała go sekretarka z pięćdziesiątego piętra. Jak zwykle, uśmiechała się serdecznie.
– Poproszono mnie, bym pana oprowadziła, panie Greenwald – powiedziała. – Mam na imię Sara – dodała, wyciągając ku niemu swą drobną dłoń. Mężczyzna uścisnął ją lekko, również wyjawiając swoje imię.
Potem wsiedli do windy. Zjechali do podziemi. Chyba bardzo nisko. [nisko pasowałoby, jakby zjechali najdalej na parter, tu raczej bym się skłaniała ku głęboko]
Sara cały czas wpatrywała się w Paula bez najmniejszego skrępowania. Ten natomiast krążył wzrokiem wszędzie wokół, byle tylko nie napotkać jej spojrzenia. Kiedy wreszcie winda się zatrzymała, znaleźli się w kamiennym tunelu, równie długim, co korytarz na pięćdziesiątym piętrze. Dudnił w nim dźwięk maszyn. W pewnej chwili przeszył go nawet potężny huk, na który Sara nawet nie zareagowała.
– Ten tunel prowadzi do działu, w którym będziesz pracował. Aby się tam dostać, należy ukazać specjalny [okazać] identyfikator, który otrzymasz dopiero po zakończeniu szkolenia. Do tego czasu ktoś będzie cię tu odprowadzał – oznajmiła. Kiedy ruszyli, okazało się, że nie było tu już „niwelatora przestrzeni” – jak Paul zwykł nazywać w myślach technologię, której doświadczył ubiegłego dnia przed biurem Lightmana. Cały tunel musieli przejść normalnie. Sara tymczasem mówiła: – Kiedy zobaczysz już wszystko, co chcę ci pokazać, zostaniesz dołączony do jednej z grup inżynierów, którzy zajmą się twoim dalszym kształceniem. Dla mnie to czarna magia. – Zaśmiała się [magia - zaśmiała się]. Paul stwierdził, że był to najpiękniejszy chichot, jaki kiedykolwiek usłyszał. Z zauroczenia wyrwał go kolejny huk. Tunel zatrząsł się. Zdawało się, że zaraz runie. – Nie ma się czym przejmować – zapewniła kobieta, widząc przerażoną minę towarzysza. – Nasz… sprzęt trochę hałasuje. Przyzwyczaisz się. Jak my wszyscy.
Po chwili dotarli do końca tunelu. Sara wpisała w panelu na ścianie jakiś kod i włożyła identyfikator do czytnika. Wówczas drzwi przed nimi wsunęły się w sufit, ukazując olbrzymią halę, pełną inżynierów w bieli. Była to niezwykła odmiana dla Paula, który przyzwyczaił się już do spokoju, jaki panował na wyższych poziomach tej firmy.
Sara podarowała Paulowi jego fartuch. Sama pozostała w swoim biurowym stroju. Mężczyzna głupio się poczuł, stercząc tak w eleganckim garniturze, w czasie, gdy inni tutejsi pracownicy pod fartuchami kryli zupełnie domowe ciuchy, a niektórzy nawet – co spostrzegł z lekkim niesmakiem – paradowali w samej bieliźnie.
– Oto miejsce nadzorowania wszystkich przesyłek – kontynuowała Sara, wchodząc w głąb pomieszczenia. – Dzieli się on na kilka zasadniczych części, które z czasem zaczniesz pewnie rozróżniać. Te panie na przykład – rzekła, przechodząc obok biurek starszych kobiet ze słuchawkami stale przytwierdzonymi do uszu [z ciekawości miały je dospawane czy dośrubowane?] – zajmują się odbieraniem wszelkich zażaleń i reklamacji. Tutejsi nazywają je Trzema Wiedźmami, choć nie wiem dlaczego. Były tu już, gdy zaczynałam pracę u pana Lightmana. Zdarza się, że kurierom coś nie wyjdzie, a wtedy to one zajmują się rozczarowanymi klientami. Tam – wskazała na zgraję młodych kobiet i mężczyzn wpatrzonych w ekrany swoich komputerów – rozpatruje się wszystkie zlecenia i przydziela przesyłki poszczególnym kurierom. Nie będziesz miał zbytnio z nimi do czynienia, bo twoje miejsce jest tutaj. – Przystanęła nagle, wskazując najaktywniejszą grupę pracowników ze wszystkich. Inżynierowie biegali tu od panelu do panelu, krzycząc i wysyłając kolejne polecenia. Pozostali siedzieli na obrotowych krzesłach, stale mówiąc coś do mikrofonów zawieszonych za uszami. Ich pełne wykresów, liczb i przycisków ekrany rozstawione były wzdłuż całej bocznej ściany tej wielkiej hali.
– Przerażające, nie? – rzekła Sara. – Ale zanim do nich dołączysz, muszę ci pokazać coś, dzięki czemu to wszystko funkcjonuje. – Poszła dalej. Paul zagapił się na chwilę, lecz szybko ją dogonił. – Pan Lightman pewnie wspominał o systemie, z którego korzystamy, między innymi właśnie do doboru odpowiednich pracowników.
– Co nieco mi wytłumaczył.
– Cóż, moim zdaniem to coś więcej niż program – oznajmiła. W jej głosie brakowało już zdecydowania. – To zdanie podzielają również fachowcy, którzy całkiem hobbistycznie zajmują się jego analizą. Pan Lightman upiera się jednak, że to jedynie maszyna, a my musimy to powtarzać. Znajduje się tam, na końcu hali.
Mijali kolejnych pracowników. Większość zajęta była swoimi sprawami i nawet nie zwracała uwagi na nowego kolegę. Byli jednak i tacy, którzy go dostrzegli. Odprowadzali go wtedy ponurym spojrzeniem; nie uśmiechali się. Paul zaczął podejrzewać, że nie zostanie mile przyjęty przez ich grono.
W końcu dotarli przed domniemany system. Przerósł on wszelkie wyobrażenia Paula. Ów sprzęt okazał się bowiem olbrzymim, wbudowanym w ścianę, metalowym oczyskiem. Jego źrenica cały czas pozostawała w ruchu. Bezustannie obserwowała poczynania inżynierów, zwracając uwagę na każdy ich krok. Kiedy Paul wraz z Sarą stanęli przed jego obliczem, oko skoncentrowało się na nich. Jego źrenica powiększyła się machinalnie.
– Oto Oko Czasu – oznajmiła Sara. – Wspaniałe, prawda?
– Krępujące… – mruknął Paul, który od zawsze bał się wielkich rzeczy.
– Niektórzy twierdzą, że potrafi się porozumiewać, ale jak na razie ciągle milczy. Przesyła tylko odpowiednie dane panu Lightmanowi i innym.
– Skąd Lightman je wytrzasnął?
– Nie wiem – powiedziała, wzruszając ramionami. – Nikt nie wie.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
ouler

Re: Poczta Czasowa

Post autor: ouler » 19 stycznia 2013, 21:26

Opowiadanie bardzo ciekawe. Wciągnęło mnie tak, jak tylko niektóre książki potrafią. Motyw tajemnicy (banany) jest bardzo ciekawy i tajemniczy ;) . Mam nadzieję, że opowiadanie zostanie kontynuowane, wątki rozwinięte, a tajemnice wyjaśnione (ale nie muszą być wyjaśniane zbyt prędko ;) ). Generalnie jestem pod wrażeniem wyobraźni, pomysłu i ogólnie opowiadania. Pozdrawiam, Filip

Awatar użytkownika
Sadi

Re: Poczta Czasowa

Post autor: Sadi » 19 kwietnia 2013, 03:20

ja chyba przeczytalem za duzo ksiazek, bo w kazdym nowym opowiadaniu, powiesci itp znajduje cos z czym mi sie kojarzy juz, ale to mimo przyciezkawych momentow jest bardzo obiecujace :). nie zebym sam pisal lepiej, ale sadze, ze mogloby wyjsc z tego cos ciekawego.

Edit: Jako, ze niescisle sie wyrazilem, to dodam, ze sam klimat z niewiadome mi przyczyny kojarzy mi sie na przemian z "Adaptem" w Powrocie z Gwiazd Lema i z vanilla sky ;].Sama postac Greenwalda, strasznie kojarzy mi sie z postacia Gaala Dornicka w Fundacji Issaca Asimova, szczegolnie, ze zostal wybrany, sam nie wiedzac dlaczeo do pracy o ktorej marzyl (albo przynajmniej jej pragnal) i zostaje zaskoczony dzialaniem calosci (korporacji - greenwald, Fundacji Hariego "kruka" Seldona - gaal Dornick)
Jesli chodzi o przyciezkawe fragmenty, to musze przyznac, ze troszeczke wychamowalo akcje opisywanie zdarzen w mieszkaniu greenwalda i badz co badz zagadkowe, ale jednak odrobinke nuzace fragmenty z ładnie pachnącą sekretarka ;]. jesli o czym zapomnialem to prosze mnie poprawic :). ale jak wszyscy wiemy, to moja subiektywna ocena, i niekoniecznie musi byc sluszna ;]

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: wołszebnik » 19 kwietnia 2013, 07:31

Sadi pisze:ja chyba przeczytalem za duzo ksiazek, bo w kazdym nowym opowiadaniu, powiesci itp znajduje cos z czym mi sie kojarzy juz, ale to mimo przyciezkawych momentow jest bardzo obiecujace :). nie zebym sam pisal lepiej, ale sadze, ze mogloby wyjsc z tego cos ciekawego.
To może warto wskazać z czym? Autor będzie miał materiał do namysłu, ucieszy się, bądź niekoniecznie, bo chyba nie z każdym mamy ochotę być kojarzeni.
Można by też konkretniej określić, które fragmenty okazały się przyciężkawe. Może Jezus chce dalej nad opowiadaniem pracować? Może coś potrafiłby zmienić, tylko sam nie dostrzega, że tam tkwi błąd? Swoje teksty bardzo trudno oceniać, dlatego zamieszcza się je na forum, by łypnęli na nie ludzie nie żywiący względem utworu żadnych założeń, czy emocji.
Przypominam przy okazji o regulaminie i zapisie w nim o zobowiązaniu do choć minimalnej merytorycznej wartości posta pod utworem. Ta opinia mogłaby znaleźć się pod każdym zamieszczonym na forum tekście. Tak, także bez czytania ;)
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Szary Wilk
Posty: 23
Rejestracja: 15 grudnia 2012, 21:35

Re: Poczta Czasowa

Post autor: Szary Wilk » 06 września 2013, 22:49

Witam.

„Poczta czasowa” nie była edytowana od czasu jej umieszczenia na forum, więc ograniczę się tylko tego co nie zostało wspomniane przez innych użytkowników. Mam cicha nadzieje, ze ten post w jakiś sposób zachęci cię do kontynuacji, chociaż nie padła taka obietnica. Chętnie bym się dowiedział co dalej się działo z Hankiem i jak się tam dostał.

Chciałem zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

 
W większości pokrywała ją woda, lecz znajdował się tam też ląd, niezbyt rozległy, ale za to bardzo wyjątkowy.
Cóż, moje odczucie czysto subiektywne jest takie, że jeżeli planetę w większości pokrywała woda to w wydaje mi się logicznym, że mniejszość pokrywa ląd.
Kiedy natomiast zauważał coś niepokojącego, wzywał armię okrętów bojowych, które – po otrzymaniu sygnału, którego nie sposób było nie usłyszeć – wnet okrążały całą planetę.
Wtrącenie „którego nie sposób było nie usłyszeć” nie jest konieczne. Słowo armia jakoś tutaj nie leży, bardziej pasuje Np.: chmarę okrętów bojowych.
(...)której nie nigdy potem nie używała,(...)


Nadprogramowe nie.

Tak na marginesie. Z tekstu wynika, że DNA posiadają również wirusy co jest prawdą. Jednak mogą mieć także RNA jako swój materiał genetyczny.

„Jeżeli ktoś stał za blisko wejścia, musiał się liczyć z tym, że zostanie wepchany do środka, nawet jeżeli zechciałby inaczej.”

Wydaje mi się, że jak ktoś stoi blisko podjeżdżającego metra to raczej chce do niego wsiąść.
W końcu dotarli przed domniemany system.


Lepiej chyba, dotarli do miejsca gdzie znajdował się domniemany system.

Postaci są dobrze zarysowane. Główny bohater myślę, że na razie jest trochę przestraszony, bo poznaje nowe środowisko, ale myślę, że się jeszcze rozkręci. To też jest plus, kiedy wchodzimy w świat przedstawiony w ramię w ramię z bohaterem.
Ego przytaknęło.
Przytakujące ego świetnie sprawa :). To jedno zdanie wystarczy, by dobrze oddać charakter kapitana.

Pozdrawiam

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: R. Bates » 24 grudnia 2013, 22:51

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
- „Winda była pusta, metalowa i monotonna.” - przymiotnik 'monotonna' nie pasuje mi do windy. Melodia, opowieść, kolorystyka, to tak, ale winda?
- Niezłe opisy, wszystko jest bardzo wyraziście przedstawione.
- „...– zaczął Lightman, zanurzając noc w naczyniu.” - nos.
- Poczta czasowa. Zaczyna mnie wciągać ta opowieść ;).
- „... szkoliła się tam w obsłudze broni, której nie nigdy potem nie używała...” - tutaj pierwsze 'nie' zdaje się zbędne.
- Dialogi kapitana Smitha z oficerami z załogi trochę naiwne i oklepane. Zawsze tylko dowódca potrafi myśleć, a reszta to idioci.
- „Ludzie używali teraz cienkich jak kartka papieru, dotykowych urządzeń, na które Paula nigdy nie było stać.” - faceta, którego pożąda wielki, bogaty koncern czasopodróżowy nie było stać na sprzęt, który wyewoluował z tableta? Hmm.
- „Skorumpowani kierowcy trąbili na siebie nawzajem, jakby w nadziei, że dokona się cud i wyjadą stąd przed południem.” - przymiotnik 'skorumpowani' nie pasuje mi do kierowców. Bo niby co ma korupcja do stania w korku? Zmęczeni, znudzeni, poddenerwowani, to rozumiem, ale skorumpowani?
- „Po kilku minutach podjechało jego metro. Rozpoczął się wyścig szczurów, w którym każdy pasażer musiał uczestniczyć, by uchronić się przed niegodną śmiercią pod stopami zabieganych idiotów.” - no tutaj narrator się zaangażował emocjonalnie nazywając przechodniów 'idiotami'. Nie mówię, że to błąd, ale jakoś rzuciło mi się w oczy, bo wcześniej tego nie robił.
- W sumie póki co nic wielkiego się nie dzieje, ale akcja jest opisywana na tyle dynamicznie, że czyta mi się szybko i dobrze.
- 'Oko czasu' - dobre ;).

PODSUMOWANIE:
No wciągnęła mnie historia, chętnie przeczytałbym dalszy ciąg. Co do tekstu, to przede wszystkim nie popełniasz raczej błędów interpunkcyjnych i składniowych. Dzięki temu się fajnie czyta. Od czasu do czasu znajdzie się coś nielogicznego lub przymiotnik użyty niefortunnie. Operujesz wieloma oklepanymi patentami, ale sama historia zaciekawia, więc nie będę się czepiał. Szczególnie, że w sci-fi jest bardzo ciężko opisywać wynalazki czy zachowania, na które już ktoś nie wpadł. Główne postacie historii jak dla mnie póki co wiarygodne psychologicznie. Choć żeby o bohaterach i fabule powiedzieć coś więcej, potrzebuję przynajmniej kolejnych 3k słów. Ogólne wrażenia mam pozytywne.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: Plastikowy Jezus » 25 grudnia 2013, 12:31

O, czytają mnie fani Californication :c[]: Dzięki, panie Bates, za komentarz. Dziękuję też wszystkim innym osobom, które przeczytały "Pocztę..." i wyraziły swoją opinię. Miałem podziękować wcześniej (serio, serio!), ale zapomniałem. Z komentarzami oczywiście się zapoznałem, ale odpowiedzi już nie napisałem, bom leniwy jak cegła. Mam nadzieję, że się nie obraziliście, a jeżeli jednak, to przypominam, że dzięki mnie mogliście się wczoraj porządnie najeść. To jest argument, prawda? Wybaczcie mi. Na zdrowie.

A teraz prośba do pozostałych użytkowników, którzy wpadną na głupi pomysł, by przeczytać "Pocztę Czasową". Nie róbcie tego. Minęło sporo czasu od publikacji, a gdy teraz to czytam, robię tak, o:

Obrazek
Na Literce jest dużo innych, świetnych tekstów. Nie marnujcie życia na stare jezusowe gnioty. ;)

Dzięki jeszcze raz, Bates (i zmień ten awatar, bo rzygam xD). Kolejnych 3k słów już nie będzie, chyba, że kiedyś zdecyduję się popoprawiać te wszystkie opowiadania, żeby wstydu nie było...

Pozdrawiam

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Poczta Czasowa

Post autor: R. Bates » 25 grudnia 2013, 13:14

Nie kumam takiego rozumowania, że mówisz, aby nie wygrzebywać starszych tekstów i ich nie czytać. Że masz nowsze. To po co publikowałeś tu "Pocztę Czasową"? Dla żartu? Jak wydasz książkę, to po dwóch latach też będziesz apelował w gazetach i radiu do czytelników żeby jej nie kupowali i nie czytali, bo tobie już się nie podoba? Odrobinę zdrowego rozsądku, chłopie. Przecież wiadome, że człowiek się rozwija i na starsze rzeczy patrzy z perspektywy czasu i zdobytego doświadczenia. Chodzi o to, żeby na dany moment, pisząc, dać z siebie wszystko i tyle.
Awatary będę nosił takie, jakie mi się spodobają.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

ODPOWIEDZ