Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Kolaps [+18]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Kolaps [+18]

Post autor: gantzerek » 26 sierpnia 2012, 22:41

Trochę długawy prolog do historii, która kotłowała mi się od jakiegoś czasu w głowie, szukając ujścia. Napisałem go podczas wakacji, gdy nie miałem dostępu do komputera. Przyznam, że zmierzenie się z tą tematyką wymagało odrobinę rozkminiania. Tak dawno nie pisałem niczego na papierze... :P

Cóż, pozostaje mi życzyć miłej lektury! Krytyka i komentarze bardzo mile widziane ;)

Spis treści
-Prolog-
-Rozdział pierwszy-
PROLOG Nad małą wioseczką, położoną na skraju ciemnej i gęstej kniei, unosił się wesoły gwar targujących się ludzi. Po okresie zbiorów i sianokosów przyszedł dzień handlowy. Chłopi przekrzykiwali jeden drugiego. Zachwalano tłuste, dorodne, świńskie maciory, płodne kurki, puszyste owce i silne osły. Śmierdziało solonymi rybami, wszędzie dumnie piętrzyły się stosy warzyw, kosze jabłek i worki zboża na sprzedaż. Każdy zaopatrywał się na zimę jak tylko umiał najlepiej. Było ciepłe, słoneczne, jesienne popołudnie.
W kierunku wioski, miarowym krokiem zmierzał wysoki, postawny mężczyzna ubrany w kasztanowy habit kapucyna; przewiązany był w pasie białym sznurem, twarz zaś ukrytą miał w cieniu kaptura. Na próżno starał się omijać głębokie kałuże w porytej koleinami, błotnistej drodze. Habit miał utytłany w błocie niemal do kolan, i nawet nie zadawał już sobie trudu, by zakasać go do marszu.
Doszedł do pierwszej chaty, stanął na wyślizganym, drewnianym progu i zastukał do drzwi.
— Wchodzić, wchodzić! — Zza drzwi rozległ się melodyjny, kobiecy głos. Mężczyzna wszedł, kłaniając się od progu, z racji niskiej futryny.
— Niech będzie pochwalony! — rzucił w kierunku wyłaniającej się z mroku izby osobie.
— Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szczękę, wykrojone usta ukryte były pod grubym wąsem, wykrzywione w grymasie uśmiechu. Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych, na wpół przymkniętych, głęboko osadzonych oczu. Całości dopełniała zaś ogolona na łyso, gładka głowa, odbijająca refleksy światła.
— Witaj dobrodziejko — powiedział, ujmując jej drobne dłonie w swoje i całując delikatnie. — Znalazłaby się dla biednego włóczęgi jaka sucha skórka i łyczek wody?
Dziewczyna uwolniła dłonie z uścisku, dygnęła niezdarnie i oblała się rumieńcem; nie umknęło to uwadze mnicha. Chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej nagle słów i tylko pokiwała skwapliwie głową. Za burzą niesfornie kręcących się, płowych włosów ukryta była jej drobna, delikatna twarz; prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.
*** Złotowłosa, oparta o krawędź stołu, patrzyła na mnicha, gdy ów jadł był w milczeniu kaszę z omastą, popijając jabłkowym cydrem.
— Bóg ci zapłać, za tak zacną strawę — podziękował z pełnymi ustami. — Od dni dwóch już o samej modlitwie jestem. Jak ci, dziecko, na imię?
— A..Adela — skinęła dziewczyna, mnąc w dłoniach skraj spódnicy.
„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. Mężczyzna bardzo jej się podobał, grzeszne myśli kołatały się po głowie. Skończył jeść, dopił zawartość drewnianego kubka i czknął lekko. Spojrzał na złotowłosą.
— Jeszcze raz, wspaniała strawa, Adelo. — Skinął głową i podjął: — Szukam innego Brata Mniejszego, nazywa się Abelard, wygląda trochę jak beczka piwa. — Pogładził dłonią po łysej głowie. — Twoja chałupa stoi na wjeździe do wioski. Nie widziałaś aby kogoś nietutejszego?
Dziewczyna szukała w pamięci, bezwiednie zagryzając dolną wargę.
— Braciszków tom ja nie widziała żadnych. — Adela zabrała drewnianą miskę, kubek i łyżkę i wrzuciła je do pustego cebrzyka. Coś się jej jednak przypomniało, bo drgnęła i odwróciła się ku mężczyźnie. — Ale zawinął wczoraj do wioski taki jeden. Dziwnie ubrany, pewno Turek jaki, ale bogaty, tako gadają po wsi. Pono kamykami świecącymi płaci. U oberżysty całe piętro zamówił był dla siebie jeno, niby jak szlachciur jaki!
Mnich drgnął niespokojnie.
— Mhm — mruknął, jakby w zamyśleniu, wpatrzony w jeden punkt drewnianej ławy.
— Oberża koło kowala stoi, traficie niechybnie — dodała pośpiesznie złotowłosa, chichocząc nerwowo.
— Mhm. Nic to, czas już na mnie. — Mnich wstał, chrupnęło mu w kolanach. Sposobił się do wyjścia.
— Zaczekajcie, panie braciszku, a może… — zająknęła się dziewczyna, zaplatając dłonie — może by tak uprać wam habit? Taki ubłocony macie. Słońce jeszcze wysoko, w trymiga się wysuszy.
Mężczyzna spojrzał na nią i po krótkiej chwili uśmiechnął się, błyskając rzędem równych, białych zębów. Dziewczyna znowu oblała się rumieńcem i zaczęła się bawić kosmykiem swoich włosów.
— Czemu by nie? Bóg ci zapłać, dobrodziejko.
*** Mężczyzna siedział na trawie, ubrany w szerokie konopne spodnie gospodarza, gryząc leniwie źdźbło trawy i obserwując, jak złotowłosa wiesza mokry habit na gałęzi drzewa. Podeszła potem do niego, nachylając się z zaplecionymi dłońmi. Poczuł delikatnie rumiankową woń jej włosów. Spojrzał na nią. Biała, wiązana z przodu koszula opinała się na jej kształtnych piersiach. Usiadła koło niego, w cieniu chaty. Słońce malowało pejzaż w słodkich, miodowych barwach. Jak na jesienne popołudnie było wyjątkowo ciepło. Mnich obserwował kroplę potu, ściekającą leniwie po policzku złotowłosej. Ta nagle zachwiała się i niby przypadkiem jej ręka wylądowała na jego udzie. Ich spojrzenia spotkały się na moment; powietrze zastygło w pełnym napięcia bezruchu.
Po przedłużającej się chwili mężczyzna, jakby od niechcenia, chwycił troczek od jej koszuli i rozsupłał wiązanie jednym pociągnięciem. Rozchełstał szybko jej koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc twardniejące sutki. Dziewczyna, z początku zawstydzona i speszona, po chwili jednak pojechała dłonią w górę jego uda, chciwie poszukując. Drugą wczepiła się w jego tors.
Był dobrze zbudowany, nie to, co ten jej opój z wielkim kałdunem.
Nachyliła się ku niemu, ich usta spoiły się; mężczyzna wepchnął język w jej usta, wczepiając palce w płowe włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął dziewczynie spódnicę i wsunął dwa palce w ciepłe i wilgotne już miejsce. Adela upadła na niego, zakotłowali się i poturlali w trawie. Mężczyzna znalazł się na górze. Wyprężył się i nachylił nad nią, po czym wszedł w nią mocno i zdecydowanie, szepcząc jej do ucha „Pax et Bonum!”.
***
Po zmysłowych igraszkach, nadzy i spleceni w jedność, zapadli w słodki letarg, zagrzebawszy się uprzednio w sianie. Nagle, po dłuższej chwili jakby półsnu, dziewczynie jakiś nieokreślony dreszcz zjeżył skórę na całym ciele, mimo tego, że było wciąż ciepło na polu. Poczuła, że mężczyznę również przeszył dreszcz, bo napiął na moment wszystkie mięśnie.
Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej czerwieni tonącego za horyzontem słońca. Drzewa oblane jesiennymi kolorami cicho kołysały się na wietrze, gubiąc liście. Spojrzała na mnicha. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt na niebie, po czym wykonał kilka chaotycznych ruchów gałkami ocznymi. Szybko jednak rozluźnił się i skupił wzrok na niej, uśmiechając się zagadkowo.
Dziewczyna była wniebowzięta. Nikt, a zwłaszcza ten jej moczymorda nigdy nie kochał się z nią w tak nietypowy, ale jakże intensywny i namiętny sposób. Na samą myśl o grzesznych rozkoszach minionej chwili zrobiło się jej ciepło; wprost rozpływała się z przyjemności. Widać, braciszek nic a nic nie robi sobie z celibatu, pomyślała. Zrobiło jej się trochę wstyd.
Zatopiona w myślach, nie dostrzegła, że mężczyzna wstał był już ze stogu siana. Podszedł do niej, ubrany.
— Habit suchy już — powiedział, wygładzając rękawy. — Bóg ci zapłać za całą gościnę.
— Ale… — zaczęła dziewczyna, ale mnich uciszył ją podniesioną dłonią.
— Czas już na mnie, popytać jeszcze muszę za bratem Abelardem. — Spojrzał na nią. — Nałóż coś na siebie, moje dziecko, bo się zaziębisz.
— Ale chociaż powiedzcie, jak wam na imię! — rzuciła za odchodzącym mężczyzną Adela, lecz ten już się nie odwrócił.
— Bywaj z Bogiem! Pax et Bonum! — odkrzyknął tylko, zakładając kaptur i kierując się ku centrum wioski. Adela została sama, naga w stogu siana. Wszędzie wokół świerszcze dawały koncert.
***
Mnich zaszedł do karczmy akurat wtedy, gdy chłopi opijali byli kończący się powoli rok i udane, obfite zbiory. Tu i ówdzie na ławach stały gliniane oraz drewniane dzbany i pękate butelki wypełnione gorzałką. Gospodarz nie poskąpił też solonych ryb na przegryzkę. Gdy postrzegli mężczyznę w habicie, rozległo się chóralne „Pochwalony!”. Ów skinął głową, uczynił znak krzyża i odparł „Pokój z wami!”. Kątem oka widział jednak, że jest i kilku, którzy patrzeli na niego wilkiem. Na Prusach niby spokój, ale w reszcie Europy straszna zawierucha z protestantami, wieści szybko się roznoszą, pomyślał. Takie czasy.
Podszedł do oberżysty.
— Pochwalony. Wiecie może, gdzie mogę spotkać pana Turka?
Karczmarz rzucił na niego mętnym spojrzeniem, głosy nieco przycichły, chłopi nadstawili uszu.
— Turek? Macie na myśli szlachetnego pana Zygfryda? — Zapytał podejrzliwie.
— Ano o przyjezdnego pana mi się rozchodzi — odparł pojednawczym tonem mężczyzna w habicie. W powietrzu czuł powoli narastającą do niego niechęć.
— A na cóż waści on?
Mnich zdjął kaptur i spojrzał z zatroskaną miną.
— Ać szukam ja braciszka Abelarda z mojego zakonu, zaginął ci on bez śladu. A słuchy chodzą, że ów pan Zygfryd podróżnikiem jest i może co słyszał o zbłąkanym mnichu?
Oberżysta podrapał się po łysiejącej głowie.
— Myśmy tu żadnych klechów nie widzieli — popatrzył po chłopach siedzących przy lepkiej, drewnianej ławie, wszyscy pokręcili przecząco głowami. Nastała cisza, przerywana tylko świszczącym sapaniem starego, siedzącego w kącie psa. — Hmmm… Może — podjął oberżysta — może i dobry pan Zygfryd w istocie go zna. — Tu twarz mu nieco pokraśniała. — Złoty człek, toć my wszyscy za jego kamyki pijem! — Skwapliwe przytaknięcie chłopów. — Rzucił je na stół i woła na nas „bawcie się!”, toć i my się bawim! Pipek, polej no braciszkowi!
— Ach nie trzeba! — Mnich się wzbraniał, ale Pipek nalał mu już gorzałki do drewnianego kubka i wcisnął w ręce. — Śluby ubóstwa żem składał. —Popatrzył się w kubek, i po chwili jednak wzniósł go w górę. — Ale przy takiej kompanii to grzech, nie napić się, jak polewają. Bogu i na zdrowie! — krzyknął jowialnie, przytknął naczynie do ust i opróżnił jednym haustem. Wzdrygnęło nim. Parę kropel pociekło po brodzie, ale wytarł je rękawem habitu. Chłopi też wypili i karczma ożywiła się na nowo. Niby zakonnik, klecha, w sukience chodzi, ale wypić wypił. Swój chłop. Nawet Pipek, łysy olbrzym o wyrazie twarzy kretyna zamachał szerokimi jak dwa drzewa łapami i zaśmiał się gardłowo. Wyglądał na kowala.
— To gdzie znajdę zacnego pana Zygfryda? — zapytał i stłumił beknięcie.
— Ać polazł na powietrze, siknąć gdzie pod drzewkiem. Mówili my mu, żeby nie odchodził za daleko, bo ciemna knieja blisko i pobłądzi.
Mnich miał właśnie coś odpowiedzieć, ale nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi, bo Pipek wytaszczył właśnie swój samogon i zaczął rozlewać do kubków, ku uciesze gawiedzi. Rozległ się silny i podły zapach siwuchy. Mężczyzna w habicie wymknął się niepostrzeżenie z oberży.
Szybko się ściemniło, wieczór był cichy i spokojny, na bezchmurnym niebie błyszczały roje gwiazd. „Obraz przeszłości”, pomyślał mężczyzna w habicie i westchnął cicho. Zapach przekwitłej lawendy przyjemnie kołysał zmysły.
***
O pień potężnego, rozłożystego dębu oparty był człowiek. Mnich przystanął dwa kroki od niego.
— Zygfryd? — zapytał. Tamten, kurczowo trzymając się oburącz pnia i chwiejąc na wszystkie strony, bezradnie próbował zogniskować wzrok na nieznajomym.
— Ssssssooo…? — zaczął bełkotać po angielsku. — Sa mossne, kurfa, uby macie… — Nie widział mnicha w ciemności, mnich natomiast widział go doskonale. Podszedł i złapał go pod ramię.
— Ne! Ne piję juszzzz. Sssss.. stop! — próbował protestować Zygfryd. Mnich delikatnie wyczuł twardy, podłużny i nieco znajomy kształt przedmiotu, ukrytego pod oliwkową kamizelką mężczyzny. Nie miał już żadnych wątpliwości.
Poprowadził go w głąb kniei, w miejsce, gdzie było już zupełnie ciemno, blask gwiazd niknął w gęstym listowiu, a światła dochodzące z chałup schowały się za grubymi pniami drzew.
Gdy doszli wystarczająco daleko, mężczyzna w habicie podłożył Zygfrydowi nogę i błyskawicznie przygwoździł go do ziemi, twarzą w dół. Założył mu chwyt na prawe ramię i z chirurgiczną precyzją wysadził mu bark ze stawu, zrywając przy okazji ścięgna. Zygfryd, mimo szumiącego w głowie alkoholu, wrzasnął z bólu. Jego krzyk skutecznie jednak stłumiła gęsta, leśna ściółka. W odpowiedzi mnich niezbyt mocno uderzył go w tył głowy i Zygfryd odpłynął w nicość.
***
Zupełne szaleństwo zmysłów. Najpierw spadanie z samego nieba w dół, coraz szybciej, coraz mocniej. Potem uderzenie jakby w taflę oceanu i szybkie opadanie na samo dno, głębiej i głębiej. Narastające dudnienie w uszach. Coraz ciemniej. Nagle oślepiający na moment błysk bólu, i zaraz kolejny.
Zygfryd gwałtownie ocknął się z wściekłej kakofonii bodźców, atakujących jego ciało. Przed nim płonęła wbita w ziemię pochodnia. Próbował się ruszyć, ale wszystkie jego ruchy były brutalnie krępowane.
Stał w środku ciemnego lasu, nagi i przywiązany grubą liną do drzewa, z dłońmi spętanymi po drugiej stronie pnia. Słabe, migoczące światło pochodni sprawiało, że nawet małe źdźbła trawy rzucały ogromne, głębokie cienie. Przed chwilą wylano na niego kubeł zimnej wody.
Jego prawe ramię wciąż boleśnie przypomniało o sobie. Przed oczami ukazała mu się postać łysego mężczyzny z brodą, ubranego w kasztanowy habit. Chciał krzyknąć, ale mężczyzna był szybszy. Posłał mu krótki, prosty cios pięścią prosto w żołądek, a następnie cofnął się o dwa kroki i podniósł pochodnię z ziemi. Zygfryd skulił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i zwymiotował przed siebie. Kwas zaczął drażnić mu gardło i wnętrze ust. Otrzeźwiło go to nieco. Zanim jednak zdążył krzyknąć, albo nawet wydać jakikolwiek dźwięk, gruby knebel całkowicie odebrał mu głos. Patrzył na zakonnika wytrzeszczonymi z przerażenia oczami.
— Oj Zygfryd, Zygfryd… — Mnich zaczął chodzić tam i z powrotem, nie spuszczając z niego wzroku. Wyjął z rękawa habitu małą, plastikową plakietkę. — Kiepskie sobie wybrałeś imię. Nie lepiej przedstawiać się swoim własnym? „Nathaniel” brzmi tak... — zrobił nieco teatralną pauzę, szukając słowa — dostojnie, wdzięcznie. Nathaniel Broys. — Przeczytał z plakietki. Przewijał treść dowodu osobistego jeżdżąc po niej palcem. Grafenowy wyświetlacz był gładki w dotyku. — Co my tu mamy. Urodzony w 2020. Cóż za okrągła data — spokojnie ciągnął kpiarskim tonem. — Narodowość: Europejczyk, od 2055 obywatel Marsa. Fenotyp kaukaski. — Mnich rzucił na niego okiem. — Troszkę się tu opaliłeś, co? Lecimy dalej. No proszę, co my tu mamy. — zacmokał z uznaniem, czytając dane z dowodu — adiunkt na Nowoberlińskim, katedra metaheurystyk matematycznych. Uczony człek. No ale sam się nie przedstawiłem, gdzież moje maniery? Tyle ci jestem winien, przyjacielu.
Nazywam się Egon Hoerzt. Pewnie o mnie nie słyszałeś, ale ciężko, żebyś słyszał. W końcu jestem od ciebie młodszy o jakieś sto lat.
Mężczyzna w habicie wykonał przesadnie dworski ukłon. Następnie złapał przywiązanego do drzewa Zygfryda za twarz.
— Zagramy w pewną grę, Nathanielu. Zasady są bardzo proste. — Mnich podniósł z ziemi coś, co wyglądało jak duże obcęgi i służyło kowalowi do wyciągania z ognia rozgrzanych sztab metalu. — Będę ci zadawał pytania. Za każdą złą odpowiedź, lub odpowiedź nie na temat, zmiażdżę ci tymi obcęgami jeden palec. Ale nie martw się, jak będziesz grał według zasad, to obcęgi nie będą mi potrzebne. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Przywiązany do drzewa Nathaniel oblał się zimnym potem. Trząsł się wyraźnie, mimo ciasnych, całkowicie krępujących go więzów.
Egon odchrząknął.
— W takim razie zacznijmy od pytania kontrolnego, które sprawdzi, czy dobrze zrozumiałeś zasady. Który mamy dzisiaj rok? Uważaj bo krzyki traktowane są jako zła odpowiedź.
Mnich poluzował knebel.
— Co? Co do kurwy… nędzy — wołał roztrzęsionym głosem Nathaniel.
— No! — Egon rozwarł szczypce, tamten zająknął się wpół słowa i zaczął dukać trzęsącym się z przerażenia głosem.
— Yy… Yyy… Dwa… Dwa tysiące…
— Źle! — przerwał mu mężczyzna w habicie. Zakneblował Nathaniela z powrotem, podszedł do przeciwnej strony drzewa, złapał szczypcami jego mały palec i ścisnął energicznie. Rozległo się donośne chrupnięcie pękających knykci.
Spętany zawył niemo z bólu, po policzkach popłynęły gorące łzy. Mnich dał mu czas na wykrzyczenie się. Oparł się o rosnące nieopodal drzewo i spokojnie czekał.
Gdy po dłuższej chwili wrzask zza knebla ucichł, Egon poluzował go. Nataniel już tylko cicho łkał.
— Błąd. Mamy rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty czwarty. Dokładnie to dwudziesty dziewiąty września. Niedługo będzie trzydziesty — odpowiedział życzliwie mnich. I zaraz dodał: — Musisz wiedzieć jeszcze jedną rzecz, Nathanielu, a mianowicie to, że nie lubię zadawać ludziom niepotrzebnego bólu i tych, którzy lubią uważam za odrażających. Wiedz, że czynię to wyłącznie ze służbowego obowiązku. No ale wróćmy do gry. Pytanie drugie. Z którego roku przybywasz? — odwiązał knebel.
— Z… Z dwu tysięcznego… sześćdziesiątego p..pierwszego — odpowiedział cicho Nathaniel rwącym i się i ochrypłym głosem.
— Mhm… — mruknął Egon. — I nie uważasz, że coś jest nie tak? Że się trochę nie zgadzają daty? — Patrzył na przywiązanego do drzewa. — Zresztą mniejsza. — Machnął ręką. — Jedziemy dalej. Pytanie trzecie. Jak się tu dostałeś, Nathanielu?
— Ma… maaa… Maszyną — wyjąkał Broys.
— Jaką maszyną? Kombajnem? Tosterem? Lokomotywą? — sarkastycznie docinał mu Egon.
— Maszyną czasu!
— No tak, tyle to i ja wiem. — Mnich rozsiadł się wygodnie na trawie. Przez krótką chwilę ruszał bezładnie gałkami ocznymi.
— Co.. O co tak.. wł.. właściwie — Nathaniel cichym głosem próbował skleić pytanie, ale mnich przerwał mu wpół słowa.
— W naszej grze to ja pytam, a ty odpowiadasz, nie na odwrót. — Zaklekotał parę razy szczypcami. Zygfryd wzdrygnął się.
— Inaczej — podjął po chwili Egon. — Możesz mnie zaprowadzić do tej maszyny?
— N-nie. — Mnich wstał. Nathaniel westchnął z przerażenia i zaraz szybko dodał: — Bbb..bo jej tu nie ma!
— „Tu”? — Egon zatrzymał się wpół kroku.
— No t-tak. Nie ma tu maszyny. Z… zostałem przysłany..
— Maszyną, z przyszłości? — dokończył za niego mnich.
— Tak. Tak! Z przyszłości! — Nathaniel potakiwał skwapliwie.
— Mhm. Kto cię tu przysłał i dlaczego? — Egon zbliżył się do jego twarzy, na odległość oddechu. — Już prawie, Nathanielu. Jesteś już blisko! — dodał z przerysowanym entuzjazmem.
Nathanielowi Broysowi drgała dolna warga, ale nic nie powiedział.
— Kto?! — warknął mnich, zbliżając twarz jeszcze bardziej do twarzy Zygfryda.
— K..kaza, kazała n-nic nie mówić. — wyjąkał tamten. Mnich gwałtownie wstał bez słowa. — Nie, nie, proszę, wszystko powie.. — nie dokończył, bo knebel zdławił go wpół słowa.
Tym razem chrupnęły knykcie serdecznego palca. Nathaniel wrzasnął głucho i stracił przytomność.
Obudził go któryś z silnych policzków, które raz za razem odmierzał mu Egon Hoerzt.
— Imię, Broys! — rzucił mu prosto w twarz. — Im szybciej, tym lepiej. Inaczej będziemy tu tkwić do usranej śmierci, a ty stracisz władzę nie tylko w palcach.
—N-n…
—N-n.. n co? — naciskał mnich.
— Nora. Nazywała się Nora. — powiedział ze zrezygnowaniem Zygfryd i spuścił wzrok. — Ch..chyba Nora Crowne.
Potem zaczął opowiadać…
***
Po niezbyt długim przesłuchaniu nastała cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem Nathaniela Broysa i cykaniem świerszczy. Zerwał się delikatny wiatr, szumiąc ukrytym w mroku listowiem. Mnich gładził swoją brodę w milczeniu. Światło pochodni zaczęło rwać się coraz bardziej, zrobiło się wyraźnie ciemniej.
— No dobrze, wystarczy — powiedział w końcu Egon i wstał z trawy. W oczach Zygfryda zaświtał płomyk nadziei.
— Czy.. Czy to znaczy, że.. — nieśmiało, z niejaką desperacją w głosie próbował złożyć zdanie. Umilkł, zobaczywszy poważną minę mnicha, który stanął przed nim i zaczął oficjalnym głosem:
— Zgodnie z rozporządzeniem o doktrynie czasu Federacji Ziemskiej z roku 2099 i nadaniu mi uprawnień z mocy paragrafu dwa, podpunkt trzy, informuję ciebie, Nathanielu Broys, że pogwałciłeś bezpośrednio paragraf pierwszy zakazujący podróży w czasie i pośrednio aksjomat o prawnej ochronie STC od momentu T0. Zostanie na ciebie nałożona kara w trybie natychmiastowym.
Zanim Nathaniel zdążył cokolwiek powiedzieć, Egon Hoerzt złapał go za głowę i jednym silnym szarpnięciem błyskawicznie złamał mu kark; chrupnęło. Następnie odwiązał ciało od drzewa i przewiesił sobie przez ramię. Przeszedł w głąb kniei, stanął na skraju uroczyska i rzucił ciało w przepaść. Odbiło się parę razy od skał i z cichym pluskiem wpadło do ciemnej i śmierdzącej toni rozciągającego się na dnie parowu bajora. Zebrał wszystkie rzeczy Nathaniela i dokładnie obejrzał. Następnie wrócił do wioski.
Zajrzał do karczmy. Wszyscy zdążyli popić się do nieprzytomności. Cuchnęło potem, stęchlizną i przetrawionym alkoholem. Ostrożnie przemknął obok śpiących chłopów i wszedł na pierwsze piętro. Dokładnie przeszukał wszystkie wynajęte przez Nathaniela izby, nigdzie nie było jednak żadnych należących do niego rzeczy. Wychodząc spostrzegł starego, zwiniętego w kłębek psa, który również na niego patrzył, nic jednak sobie z niego nie robiąc. Po krótkiej chwili kłapnął pyskiem i położył się spać.
Egon chyłkiem wszedł do kuźni. Wyjął z torby karabinek impulsowy, który Nathaniel miał przewiązany pod pachą, obejrzał dokładnie, a następnie kilkunastoma precyzyjnymi ruchami rozebrał go na części pierwsze. Kompozytowe łożyska, lufę, kompresor, spust i prowadnicę wrzucił do gorejącego jeszcze pieca i dla pewności nacisnął parę razy na dmuchawę, która rychło roznieciła ogień. Poczuł gwałtowny podmuch gorąca.
Później poszedł daleko za wioskę na rozciągające się szeroko łąki, teraz skąpane w ciemności, oświetlanej jedynie słabym blaskiem gwiazd. Ułożył pozostałości broni i resztę rzeczy Nahtaniela Broysa w kupkę. Następnie rozkręcił naboje impulsowe i obsypał tą kupkę znajdującym się w nich jasnoniebieskim, lekko fosforyzującym, ciężkim proszkiem. Zasłonił oczy i podpalił proszek tlącą się pochodnią. Rozległ się bezgłośny wybuch, oślepiająca kula białego światła na ułamek sekundy rozświetliła wszystko wokół, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła.
W miejscu kupki został tylko skrawek gołej, wyschniętej i dymiącej ziemi. Rozniósł się zapach ozonu.
***
Świtało. Egon Hoerzt podszedł nieco mechanicznym krokiem na szczyt najbliższego pagórka w okolicy i stanął wyprężony na baczność, trzymając ręce możliwie blisko ciała. Poczuł znajomy dreszcz, który zjeżył mu skórę na plecach. Oklapnięte źdźbła żółknącej trawy wokół niego podniosły się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na melancholijny, jesienny krajobraz budzącego się powoli świata, wziął głęboki wdech i… zniknął, a wraz z nim liść klonu, który osiadł mu na barku. ***
Dwa dni później pogoda wyjątkowo się popsuła. Od samego rana lało jak z cebra.
Adela z obojętnością patrzyła na swojego, starszego od niej o dwadzieścia lat męża, który leżał na ziemi we własnych wymiocinach, tuż obok łóżka.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Kto to mógł być? Rzadko miewali gości.
Wzdrygnął nią nagły impuls, rzuciła się otworzyć.
— Panie bracisz… — wykrzyknęła i urwała równie szybko jak zaczęła. Przed drzwiami stały dwie zmoknięte postacie, szczelnie owinięte w szare, wełniane peleryny, z głębokimi kapturami nałożonymi na głowy. Niższa z nich okazała się być kobietą o kruczoczarnych, rozwichrzonych włosach. Wyższa postać trzymała twarz w ukryciu. Kobieta podeszła do Adeli.
— Czyli był już u ciebie pewien mnich? — spytała złotowłosą lekko zachrypniętym głosem i odwróciła spojrzenie w kierunku towarzyszącej jej osoby. Spojrzenie pełne zmęczenia i rezygnacji.



*- Pax et bonum: Pokój i dobro
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: Plastikowy Jezus » 27 sierpnia 2012, 09:29

Początkowo zupełnie zapomniałem, że jestem w dziale science fiction. Wciągnąłem się w te dawne czasy i przeżywałem wielkie WTF, gdy mnich zaczął mówić o podróżach w czasie. Oczywiście, szybko się ogarnąłem... Tutaj rzucam Ci pierwsze ciacho za dobrze oddany klimat. Drugie dostaniesz za styl. Napisałeś ten tekst w taki sposób, że czytało się go łatwo i z zaciekawieniem. Nie dopuściłeś do tego, by czytelnik choć na chwilę odbiegł myślami w jakieś inne miejsce. Cały czas coś się dzieje. Mnich momentami trochę grzeszy, co jest dodatkowym smaczkiem. Okazał się też sprawnym mordercą. Ciekawa postać i trochę tajemnicza. Należy ci się za niego następne ciastko - tym razem z nadzieniem. Prolog spełnił swoje zadanie - wciągnął w akcję, pozostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Kim jest Nora i po cholerę wysyła ludzi w inne czasy? Kim są postaci, które odwiedzają dom cycatej Adeli? Jaką organizację reprezentuje mnich Egon? Albo, czy w ogóle działa na kogoś zlecenie? Chociaż obecnie najważniejszą zagwozdką jest to, kiedy wrzucisz następny fragment.

Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: gantzerek » 27 sierpnia 2012, 17:01

@Jezus
Bardzo mi miło, że przypadło Ci do gustu. Co do następnego fragmentu (w zasadzie pierwszego rozdziału), to zaczynam sobie wszystko fabularnie składać do kupy i wkrótce (mam nadzieję) zabiorę się za przelewanie tego na papier.

Dziękuję bardzo za ciastka i ogólnie za feedback :D
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 421
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Kolaps [+18]

Post autor: Kompot » 28 sierpnia 2012, 00:03

Bardzo bardzo dobre. W tekście jest parę perełek, którymi mnie zdobyłeś, a już same podróże w czasie sic! Za Jezusem z plastiku WTF! Bardzo ambitnie moim zdaniem. Praca z dwoma nieznanymi ci z autopsji "czasami" rewelacyjnie trudne. Będę śledzić. Jeszcze jedno uwielbiam psychologie postaci i po skręcaniu loków przez dziewczynę zadawałam sobie pytanie pykną się czy nie!
Obrazek

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: wołszebnik » 29 sierpnia 2012, 14:05

Spoiler pierwszy - interpunkcja. Ogólnie, masz tendencję do niedomykania wtrąceń drugim przecinkiem, choć odgraniczasz wtrącenia początek. Trochę nie przykładasz się do poprawności zapisu dialogów, mam wrażenie, że doskonale byś wiedział, gdzie kropeczki mają być, gdybyś uważniej przeczytał ;)
SpoilerShow
Nad małą wioseczką, położoną na skraju ciemnej i gęstej kniei, unosił się wesoły gwar targujących się ludzi. Po okresie zbiorów i sianokosów przyszedł dzień handlowy. Chłopi przekrzykiwali jeden drugiego. Zachwalano tłuste, dorodne, świńskie maciory, płodne kurki, puszyste owce i silne osły. Śmierdziało solonymi rybami, wszędzie dumnie piętrzyły się stosy warzyw, kosze jabłek i worki zboża na sprzedaż. Każdy zaopatrywał się na zimę jak tylko umiał najlepiej. Było ciepłe, słoneczne, jesienne popołudnie.
W kierunku wioski, miarowym krokiem zmierzał wysoki, postawny mężczyzna ubrany w kasztanowy habit kapucyna; przewiązany był w pasie białym sznurem, twarz zaś ukrytą miał w cieniu kaptura. Na próżno starał się omijać głębokie kałuże w porytej koleinami, błotnistej drodze. Habit miał utytłany w błocie niemal do kolan, i nawet nie zadawał już sobie trudu, by zakasać go do marszu.
Doszedł do pierwszej chaty, stanął na wyślizganym, drewnianym progu i zastukał do drzwi.
— Wchodzić, wchodzić! — Zza drzwi rozległ się melodyjny, kobiecy głos. Mężczyzna wszedł, kłaniając się od progu, z racji niskiej futryny.
— Niech będzie pochwalony! — rzucił w kierunku wyłaniającej się z mroku izby osobie.
— Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szeroką szczękę, wykrojone usta ukryte były pod grubym wąsem, wykrzywione w grymasie uśmiechu; gdzieś przemknął subtelny błysk białych zębów. Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych, na wpół przymkniętych, głęboko osadzonych oczu. Całości dopełniała zaś ogolona na łyso, gładka głowa, odbijająca refleksy światła.
— Witaj dobrodziejko — powiedział, ujmując jej drobne dłonie w swoje i całując delikatnie. — Znalazłaby się dla biednego włóczęgi jaka sucha skórka i łyczek wody?
Dziewczyna uwolniła dłonie z uścisku, dygnęła niezdarnie i oblała się rumieńcem; nie umknęło to uwadze mnicha. Chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej nagle słów i tylko pokiwała skwapliwie głową. Zza niesfornie kręcących się, płowych włosów spoglądała drobna, delikatna twarz; prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.[/align]
*** Złotowłosa, oparta o krawędź stołu, patrzyła na mnicha, gdy ów jadł był w milczeniu michę kaszy z omastą, popijając jabłkowym cydrem.
— Bóg ci zapłać, za tak zacną strawę — podziękował z pełnymi ustami. — Od dni dwóch już o samej modlitwie jestem. Jak ci, dziecko, na imię?
— A..Adela — skinęła dziewczyna, mnąc w dłoniach skraj spódnicy.
„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. Mężczyzna bardzo jej się podobał, grzeszne myśli kołatały się po głowie. Skończył jeść, dopił zawartość drewnianego kubka i czknął lekko. Spojrzał na złotowłosą.
— Jeszcze raz, wspaniała strawa, Adelo. — Skinął głową i podjął: — Szukam innego Brata Mniejszego, nazywa się Abelard, wygląda trochę jak beczka piwa. — Pogładził dłonią po łysej głowie. — Twoja chałupa stoi na wjeździe do wioski. Nie widziałaś aby kogoś nietutejszego?
Dziewczyna sięgnęła do pamięci, bezwiednie zagryzając dolną wargę.
— Braciszków tom ja nie widziała żadnych. — Adela zabrała drewnianą miskę, kubek i łyżkę i wrzuciła je do pustego cebrzyka. Coś się jej jednak przypomniało, bo drgnęła i odwróciła się ku niemu. — Ale zawinął wczoraj do wioski taki jeden. Dziwnie ubrany, pewno Turek jaki, ale bogaty, tako gadają po wsi. Pono kamykami świecącymi płaci. U oberżysty całe piętro zamówił był dla siebie jeno, niby jak szlachciur jaki!
Mnich drgnął niespokojnie.
— Mhm — mruknął, jakby w zamyśleniu, wpatrzony w jeden punkt drewnianej ławy.
— Oberża koło kowala stoi, traficie niechybnie — dodała pośpiesznie złotowłosa, chichocząc nerwowo.
— Mhm. Nic to, czas już na mnie. — mnich wstał, chrupnęło mu w kolanach. Sposobił się do wyjścia.
— Zaczekajcie, panie braciszku, a może… — zająknęła się dziewczyna, zaplatając dłonie — może by tak uprać wam habit? Taki ubłocony macie. Słońce jeszcze wysoko, w trymiga się wysuszy.
Mężczyzna spojrzał na nią i po krótkiej chwili uśmiechnął się, błyskając rzędem równych, białych zębów [skoro tu znów używasz błyskania zębami, to może zrezygnować z tego zwrotu wyżej i odciążyć ten wcześniejszy fragment?]. Dziewczyna znowu oblała się rumieńcem i zaczęła się bawić kosmykiem swoich włosów.
— Czemu by nie? Bóg ci zapłać, dobrodziejko.
*** Mężczyzna siedział na trawie, ubrany w szerokie, konopne spodnie gospodarza, gryząc leniwie źdźbło trawy i obserwując, jak złotowłosa wiesza mokry habit na gałęzi drzewa. Podeszła potem do niego, nachylając się z zaplecionymi dłońmi. Poczuł delikatnie rumiankową woń jej włosów. Spojrzał na nią. Biała, wiązana z przodu koszula opinała się na jej kształtnych piersiach. Usiadła koło niego, w cieniu chaty. Słońce malowało pejzaż w słodkich, miodowych barwach. Jak na jesienne popołudnie było wyjątkowo ciepło. Mnich obserwował kroplę potu, ściekającą leniwie po policzku złotowłosej. Ta nagle zachwiała się i niby przypadkiem jej ręka wylądowała na jego udzie. Ich spojrzenia spotkały się na moment; powietrze zastygło w pełnym napięcia bezruchu.
Po przedłużającej się chwili mężczyzna, jakby od niechcenia, chwycił troczek od jej koszuli i rozsupłał wiązanie jednym pociągnięciem. Rozchełstał jej szybko koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc jej twardniejące sutki. Dziewczyna, z początku zawstydzona i speszona, po chwili jednak pojechała dłonią w górę jego uda, chciwie poszukując. Drugą wczepiła się w jego tors.
Był dobrze zbudowany, nie to, co ten jej opój z wielkim kałdunem.
Nachyliła się ku niemu, ich usta spoiły się; mężczyzna wepchnął język w jej usta, wczepiając palce w jej włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął jej spódnicę i wsunął dwa palce w ciepłe i wilgotne już miejsce. Adela upadła na niego, zakotłowali się i poturlali w trawie. Mężczyzna znalazł się na górze. Wyprężył się i nachylił nad nią, po czym wszedł w nią mocno i zdecydowanie, szepcząc jej do ucha „Pax et Bonum!”.
*** Po zmysłowych igraszkach, nadzy i spleceni w jedność, zapadli w słodki letarg, zagrzebawszy się uprzednio w sianie. Nagle, po dłuższej chwili jakby półsnu, dziewczynie jakiś nieokreślony dreszcz zjeżył skórę na całym ciele, mimo tego, że było wciąż ciepło na polu. Poczuła, że mężczyznę również przeszył dreszcz, bo napiął na moment wszystkie mięśnie.
Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej czerwieni tonącego za horyzontem słońca. Drzewa oblane jesiennymi kolorami cicho kołysały się na wietrze, gubiąc liście. Spojrzała na mnicha. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt na niebie, po czym wykonał kilka chaotycznych ruchów gałkami ocznymi. Szybko jednak rozluźnił się i skupił wzrok na niej, uśmiechając się zagadkowo.
Dziewczyna była wniebowzięta. Nikt, a zwłaszcza ten jej moczymorda nigdy nie kochał się z nią w tak nietypowy, ale jakże intensywny i namiętny sposób. Na samą myśl o grzesznych rozkoszach minionej chwili zrobiło się jej ciepło; wprost rozpływała się z przyjemności. Widać, braciszek nic a nic nie robi sobie z celibatu, pomyślała. Zrobiło jej się trochę wstyd.
Zatopiona w myślach, nie dostrzegła, że mężczyzna wstał był już ze stogu siana. Podszedł do niej, ubrany.
— Habit suchy już — powiedział, wygładzając rękawy. — Bóg ci zapłać za całą gościnę.
— Ale… — zaczęła dziewczyna, ale mnich uciszył ją podniesioną dłonią.
— Czas już na mnie, popytać jeszcze muszę za bratem Abelardem. — Rzucił na nią okiem. — Nałóż coś na siebie, moje dziecko, bo się zaziębisz.
— Ale chociaż powiedzcie, jak wam na imię! — rzuciła za odchodzącym mężczyzną Adela, lecz ten już się nie odwrócił.
— Bywaj z Bogiem! Pax et Bonum! — odkrzyknął tylko, zakładając kaptur i kierując się ku centrum wioski. Adela została sama, naga w stogu siana. Wszędzie wokół świerszcze dawały koncert.
*** Mnich zaszedł do karczmy akurat wtedy, gdy chłopi opijali byli kończący się powoli rok i udane, obfite zbiory. Tu i ówdzie na ławach stały gliniane oraz drewniane dzbany i pękate butelki wypełnione gorzałką. Gospodarz nie poskąpił też solonych ryb na przegryzkę. Gdy go postrzegli, rozległo się chóralne „Pochwalony!”. Mężczyzna skinął głową, uczynił znak krzyża i odparł „Pokój z wami!”. Kątem oka widział jednak, że jest i kilku, którzy patrzeli na niego wilkiem. Na Prusach niby spokój, ale w reszcie Europy straszna zawierucha z protestantami, wieści szybko się roznoszą, pomyślał. Takie czasy.
Podszedł do oberżysty.
— Pochwalony. Wiecie może, gdzie mogę spotkać pana Turka?
Karczmarz rzucił na niego mętnym spojrzeniem, głosy nieco przycichły, chłopi nadstawili uszu.
— Turek? Macie na myśli szlachetnego pana Zygfryda? — Zapytał podejrzliwie.
— Ano o przyjezdnego pana mi się rozchodzi — odparł pojednawczym tonem mężczyzna w habicie. W powietrzu czuł powoli tężejącą do niego niechęć.
— A na cóż waści on?
Mnich zdjął kaptur i spojrzał z zatroskaną miną.
— Ać szukam ja braciszka Abelarda z mojego zakonu, zaginął ci on bez śladu. A słuchy chodzą, że ów pan Zygfryd podróżnikiem jest i może co słyszał o zbłąkanym mnichu?
Oberżysta podrapał się po łysiejącej głowie.
— Myśmy tu żadnych klechów nie widzieli — popatrzył po chłopach siedzących przy lepkiej, drewnianej ławie, wszyscy pokręcili przecząco głowami. Nastała cisza, przerywana tylko świszczącym sapaniem starego, siedzącego w kącie psa. — Hmmm… Może — podjął oberżysta — może i dobry pan Zygfryd w istocie go zna. — Tu twarz mu nieco pokraśniała. — Złoty człek, toć my wszyscy za jego kamyki pijem! — Skwapliwe przytaknięcie chłopów. — Rzucił je na stół i woła na nas „bawcie się!”, toć i my się bawim! Pipek, polej no braciszkowi!
— Ach nie trzeba! — Mnich się wzbraniał, ale Pipek nalał mu już gorzałki do drewnianego kubka i wcisnął w ręce. — Śluby ubóstwa żem składał. —Popatrzył się w kubek, i po chwili jednak wzniósł go w górę. — Ale przy takiej kompanii to grzech, nie napić się, jak polewają. Bogu i na zdrowie! — krzyknął jowialnie, przytknął naczynie do ust i opróżnił jednym haustem. Wzdrygnęło nim. Parę kropel pociekło po brodzie, ale wytarł je rękawem habitu. Chłopi też wypili i karczma ożywiła się na nowo. Niby zakonnik, klecha, w sukience chodzi, ale wypić wypił. Swój chłop. Nawet Pipek, łysy olbrzym o wyrazie twarzy kretyna zamachał szerokimi jak dwa drzewa łapami i zaśmiał się gardłowo. Wyglądał na kowala.
— To gdzie znajdę zacnego pana Zygfryda? — zapytał i stłumił beknięcie.
— Ać polazł na powietrze, siknąć gdzie pod drzewkiem. Mówili my mu, żeby nie odchodził za daleko, bo ciemna knieja blisko i pobłądzi.
Mnich miał właśnie coś odpowiedzieć, ale nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi, bo Pipek wytaszczył właśnie swój samogon i zaczął rozlewać do kubków, ku uciesze gawiedzi. Rozległ się silny i podły zapach siwuchy. Mężczyzna w habicie wymknął się niepostrzeżenie z oberży.
Szybko się ściemniło, wieczór był cichy i spokojny, na bezchmurnym niebie błyszczały roje gwiazd. „Obraz przeszłości”, pomyślał mężczyzna w habicie i westchnął cicho. Zapach przekwitłej lawendy przyjemnie kołysał zmysły.
*** Opierając się o pień potężnego, rozłożystego dębu stał człowiek. Mnich przystanął dwa kroki od niego.
— Zygfryd? — zapytał. Tamten, kurczowo trzymając się oburącz pnia i chwiejąc na wszystkie strony, bezradnie próbował zogniskować wzrok na nieznajomym.
— Ssssssooo…? — zaczął bełkotać po angielsku. — Sa mossne, kurfa, uby macie… — Nie widział mnicha w ciemności, mnich natomiast widział go doskonale. Podszedł i złapał go pod ramię.
— Ne! Ne piję juszzzz. Sssss.. stop! — próbował protestować Zygfryd. Mnich delikatnie wyczuł twardy, podłużny i nieco znajomy kształt pod jego pachą, ukryty pod kamizelką koloru oliwki. Nie miał już żadnych wątpliwości.
Poprowadził go w głąb kniei, w miejsce, gdzie było już zupełnie ciemno, blask gwiazd niknął w gęstym listowiu, a światła dochodzące z chałup schowały się za grubymi pniami drzew.
Gdy doszli wystarczająco daleko, mężczyzna w habicie podłożył Zygfrydowi nogę i błyskawicznie przygwoździł go do ziemi, twarzą w dół. Założył mu chwyt na prawe ramię i z chirurgiczną precyzją wysadził mu bark ze stawu, zrywając przy okazji ścięgna. Zygfryd, mimo szumiącego w głowie alkoholu, wrzasnął z bólu. Jego krzyk skutecznie jednak stłumiła gęsta, leśna ściółka. W odpowiedzi mnich niezbyt mocno uderzył go w tył głowy i Zygfryd odpłynął w nicość.
*** Zupełne szaleństwo zmysłów. Najpierw spadanie z samego nieba w dół, coraz szybciej, coraz mocniej. Potem uderzenie jakby w taflę oceanu i szybkie opadanie na samo dno, głębiej i głębiej. Narastające dudnienie w uszach. Coraz ciemniej. Nagle oślepiający na moment błysk bólu, i zaraz kolejny.
Zygfryd gwałtownie ocknął się z wściekłej kakofonii bodźców, atakujących jego ciało. Przed nim płonęła wbita w ziemię pochodnia. Stał na ziemi, coś jednak było nie tak. Próbował się ruszyć, ale wszystkie jego ruchy były brutalnie krępowane.
Stał w środku ciemnego lasu, nagi i przywiązany grubą liną do drzewa, z dłońmi spętanymi po drugiej stronie pnia. Słabe, migoczące światło pochodni sprawiało, że nawet małe źdźbła trawy rzucały ogromne, głębokie cienie. Przed chwilą wylano na niego kubeł zimnej wody.
Nagle jego prawe ramię przypomniało o sobie. Przeszył go paraliżujący ból. Przed oczami ukazała mu się postać łysego mężczyzny z brodą, ubranego w kasztanowy habit. Chciał krzyknąć, ale mężczyzna był szybszy. Posłał mu krótki, prosty cios pięścią prosto w żołądek, a następnie cofnął się o dwa kroki i podniósł pochodnię z ziemi. Zygfryd skulił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i zwymiotował przed siebie. Kwas zaczął drażnić mu gardło i wnętrze ust. Otrzeźwiło go to nieco. Zanim jednak zdążył krzyknąć, albo nawet wydać jakikolwiek dźwięk, gruby knebel całkowicie odebrał mu głos. Patrzył na zakonnika wytrzeszczonymi z przerażenia oczami.
— Oj Zygfryd, Zygfryd… — Mnich zaczął chodzić tam i z powrotem, nie spuszczając z niego wzroku. Wyjął z rękawa habitu małą, plastikową plakietkę. — Kiepskie sobie wybrałeś imię. Nie lepiej przedstawiać się swoim własnym? „Nathaniel” brzmi tak... — zrobił nieco teatralną pauzę, szukając słowa — dostojnie, wdzięcznie. Nathaniel Broys. — Przeczytał z plakietki. Przewijał treść dowodu osobistego jeżdżąc po niej palcem. Grafenowy wyświetlacz był gładki w dotyku. — Co my tu mamy. Urodzony w 2020. Cóż za okrągła data — spokojnie ciągnął kpiarskim tonem. — Narodowość: Europejczyk, od 2055 obywatel Marsa. Fenotyp kaukaski. — Mnich rzucił na niego okiem. — Troszkę się tu opaliłeś, co? Lecimy dalej. No proszę, co my tu mamy. — zacmokał z uznaniem, czytając dane z dowodu — adiunkt na Nowoberlińskim, katedra metaheurystyk matematycznych. Uczony człek. No ale sam się nie przedstawiłem, gdzież moje maniery? Tyle ci jestem winien, przyjacielu.
Nazywam się Egon Hoerzt. Pewnie o mnie nie słyszałeś, ale ciężko, żebyś słyszał. W końcu jestem od ciebie młodszy o jakieś sto lat.
Mężczyzna w habicie wykonał przesadnie dworski ukłon. Następnie złapał przywiązanego do drzewa Zygfryda za twarz.
— Zagramy w pewną grę, Nathanielu. Zasady są bardzo proste. — Mnich podniósł z ziemi coś, co wyglądało jak duże obcęgi i służyło kowalowi do wyciągania z ognia rozgrzanych sztab metalu. — Będę ci zadawał pytania. Za każdą złą odpowiedź, lub odpowiedź nie na temat, zmiażdżę ci tymi obcęgami jeden palec. Ale nie martw się, jak będziesz grał według zasad, to obcęgi nie będą mi potrzebne. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Przywiązany do drzewa Nathaniel oblał się zimnym potem. Trząsł się wyraźnie, mimo ciasnych, całkowicie krępujących jego ruchy więzów.
Egon odchrząknął.
— W takim razie zacznijmy od pytania kontrolnego, które sprawdzi, czy dobrze zrozumiałeś zasady. Który mamy dzisiaj rok? Uważaj bo krzyki traktowane są jako zła odpowiedź.
Mnich poluzował knebel.
— Co? Co do kurwy… nędzy — wołał roztrzęsionym głosem Nathaniel.
— No! — Egon rozwarł szczypce, tamten zająknął się wpół słowa i zaczął dukać trzęsącym się z przerażenia głosem.
— Yy… Yyy… Dwa… Dwa tysiące…
— Źle! — przerwał mu mężczyzna w habicie. Zakneblował Nathaniela z powrotem, podszedł do przeciwnej strony drzewa, złapał szczypcami jego mały palec i ścisnął energicznie. Rozległo się donośne chrupnięcie pękających knykci.
Spętany zawył niemo z bólu, po policzkach popłynęły gorące łzy. Mnich dał mu czas na wykrzyczenie się. Oparł się o rosnące nieopodal drzewo i spokojnie czekał.
Gdy po dłuższej chwili wrzask zza knebla ucichł, Egon poluzował go. Nataniel już tylko cicho łkał.
— Błąd. Mamy rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty czwarty. Dokładnie to dwudziesty dziewiąty września. Niedługo będzie trzydziesty. — odpowiedział życzliwie mnich. I zaraz dodał: — Musisz wiedzieć jeszcze jedną rzecz, Nathanielu, a mianowicie to, że nie lubię zadawać ludziom niepotrzebnego bólu i tych, którzy lubią uważam za odrażających. Wiedz, że czynię to wyłącznie ze służbowego obowiązku. No ale wróćmy do gry. Pytanie drugie. Z którego roku przybywasz? — odwiązał knebel.
— Z… Z dwu tysięcznego… sześćdziesiątego p..pierwszego — odpowiedział cicho Nathaniel rwącym i się i ochrypłym głosem.
— Mhm… — mruknął Egon. — I nie uważasz, że coś jest nie tak? Że się trochę nie zgadzają daty? — Patrzył na przywiązanego do drzewa. — Zresztą mniejsza. — Machnął ręką. — Jedziemy dalej. Pytanie trzecie. Jak się tu dostałeś, Nathanielu?
— Ma… maaa… Maszyną — wyjąkał Broys.
— Jaką maszyną? Kombajnem? Tosterem? Lokomotywą? — sarkastycznie docinał mu Egon.
— Maszyną czasu!
— No tak, tyle to i ja wiem. — Mnich rozsiadł się wygodnie na trawie. Przez krótką chwilę ruszał bezładnie gałkami ocznymi.
— Co.. O co tak.. wł.. właściwie — Nathaniel cichym głosem próbował skleić pytanie, ale mnich przerwał mu wpół słowa.
— W naszej grze to ja pytam, a ty odpowiadasz, nie na odwrót. — Zaklekotał parę razy szczypcami. Zygfryd wzdrygnął się.
— Inaczej — podjął po chwili Egon. — Możesz mnie zaprowadzić do tej maszyny?
— N-nie. — Mnich wstał. Nathaniel westchnął z przerażenia i zaraz szybko dodał: — Bbb..bo jej tu nie ma!
— „Tu”? — Egon zatrzymał się wpół kroku.
— No t-tak. Nie ma tu maszyny. Z… zostałem przysłany..
— Maszyną, z przyszłości? — dokończył za niego mnich.
— Tak. Tak! Z przyszłości! — Nathaniel potakiwał skwapliwie.
— Mhm. Kto cię tu przysłał i dlaczego? — Egon zbliżył się do jego twarzy, na odległość oddechu. — Już prawie, Nathanielu. Jesteś już blisko! — dodał z przerysowanym entuzjazmem.
Nathanielowi Broysowi drgała dolna warga, ale nic nie powiedział.
— Kto?! — warknął mnich, zbliżając twarz jeszcze bardziej do twarzy Zygfryda.
— K..kaza, kazała n-nic nie mówić. — wyjąkał tamten. Mnich gwałtownie wstał bez słowa. — Nie, nie, proszę, wszystko powie.. — nie dokończył, bo knebel zdławił go wpół słowa.
Tym razem chrupnęły knykcie serdecznego palca. Nathaniel wrzasnął głucho i stracił przytomność.
Obudził go któryś z silnych policzków, które raz zarazem odmierzał mu Egon Hoerzt.
— Imię, Broys! — rzucił mu prosto w twarz. — Im szybciej, tym lepiej. Inaczej będziemy tu tkwić do usranej śmierci, a ty stracisz władzę nie tylko w palcach.
—N-n…
—N-n.. n co? — naciskał mnich.
— Nora. Nazywała się Nora. — powiedział ze zrezygnowaniem Zygfryd i spuścił wzrok. — Ch..chyba Nora Crowne.
Potem zaczął opowiadać…
*** Po niezbyt długim przesłuchaniu nastała cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem Nathaniela Broysa i cykaniem świerszczy. Zerwał się delikatny wiatr, szumiąc ukrytym w mroku listowiem. Mnich gładził swoją brodę w milczeniu. Światło pochodni zaczęło rwać się coraz bardziej, zrobiło się wyraźnie ciemniej.
— No dobrze, wystarczy — powiedział w końcu Egon i wstał z trawy. W oczach Zygfryda zaświtał płomyk nadziei.
— Czy.. Czy to znaczy, że.. — nieśmiało, z niejaką desperacją w głosie próbował złożyć zdanie. Umilkł, zobaczywszy poważną minę mnicha, który stanął przed nim i zaczął oficjalnym głosem:
— Zgodnie z rozporządzeniem o doktrynie czasu Federacji Ziemskiej z roku 2099 i nadaniu mi uprawnień z mocy paragrafu dwa, podpunkt trzy, informuję ciebie, Nathanielu Broys, że pogwałciłeś bezpośrednio paragraf pierwszy zakazujący podróży w czasie i pośrednio aksjomat o prawnej ochronie STC od momentu T0. Zostanie na ciebie nałożona kara w trybie natychmiastowym.
Zanim Nathaniel zdążył cokolwiek powiedzieć, Egon Hoerzt złapał go za głowę i jednym silnym szarpnięciem błyskawicznie złamał mu kark; chrupnęło. Następnie odwiązał ciało od drzewa i przewiesił sobie przez ramię. Przeszedł w głąb kniei, stanął na skraju uroczyska i rzucił ciało w przepaść. Odbiło się parę razy od skał i z cichym pluskiem wpadło do ciemnej i śmierdzącej toni rozciągającego się na dnie parowu bajora. Zebrał wszystkie rzeczy Nathaniela i dokładnie obejrzał. Następnie wrócił do wioski.
Zajrzał do karczmy. Wszyscy zdążyli popić się do nieprzytomności. Cuchnęło potem, stęchlizną i przetrawionym alkoholem. Ostrożnie przemknął obok śpiących chłopów i wszedł na pierwsze piętro. Dokładnie przeszukał wszystkie wynajęte przez Nathaniela izby, nigdzie nie było jednak żadnych należących do niego rzeczy. Wychodząc spostrzegł starego, zwiniętego w kłębek psa, który również na niego patrzył, nic jednak sobie z niego nie robiąc. Po krótkiej chwili kłapnął pyskiem i położył się spać.
Egon chyłkiem wszedł do kuźni. Wyjął z torby karabinek impulsowy, który Nathaniel miał przewiązany pod pachą, obejrzał dokładnie, a następnie kilkunastoma precyzyjnymi ruchami rozebrał go na części pierwsze. Kompozytowe łożyska, lufę, kompresor, spust i prowadnicę wrzucił do gorejącego jeszcze pieca i dla pewności nacisnął parę razy na dmuchawę, która rychło roznieciła ogień. Poczuł gwałtowny podmuch gorąca.
Później poszedł daleko za wioskę na rozciągające się szeroko łąki, teraz skąpane w ciemności, oświetlanej jedynie słabym blaskiem gwiazd. Ułożył pozostałości broni i resztę rzeczy Nahtaniela Broysa w kupkę. Następnie rozkręcił naboje impulsowe i obsypał tą kupkę znajdującym się w nich jasnoniebieskim, lekko fosforyzującym, ciężkim proszkiem. Zasłonił oczy i podpalił proszek tlącą się pochodnią. Rozległ się bezgłośny wybuch, oślepiająca kula białego światła na ułamek sekundy rozświetliła wszystko wokół, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła.
W miejscu kupki został tylko skrawek gołej, wyschniętej i dymiącej ziemi. Rozniósł się zapach ozonu.
*** Świtało. Egon Hoerzt podszedł nieco mechanicznym krokiem na szczyt najbliższego pagórka w okolicy i stanął wyprężony na baczność, trzymając ręce możliwie blisko ciała. Poczuł znajomy dreszcz, który zjeżył mu skórę na plecach. Oklapnięte źdźbła żółknącej trawy wokół niego podniosły się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na melancholijny, jesienny krajobraz budzącego się powoli świata, wziął głęboki wdech i… zniknął, a wraz z nim liść klonu, który osiadł mu na barku. *** Dwa dni później pogoda wyjątkowo się popsuła. Od samego rana lało jak z cebra.
Adela z pogardą patrzyła na swojego męża, leżącego na ziemi we własnych wymiocinach, przed samym łożem. Nie bardzo wiedziała co ma z nim zrobić. Matka nigdy jej tego nie nauczyła. Tak samo nie powiedziała jej słowa o gospodarzeniu, gdy wydawała ją za mąż w zamian za jałówkę, tuzin owiec i kilkadziesiąt morgów ziemi. Z czasem upłynniła majątek i wyjechała z wioski. Zniknęła z jej życia podobnie jak ojciec. Adela została sama, ze starszym od niej o ponad dwadzieścia lat mężem-pijakiem, na którym nie można było polegać i ziemią, którą nie umiała zarządzać.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
Ze studni myśli wyrwało ją pukanie do drzwi. Kto to mógł być? Rzadko miewali gości. Wzdrygnął nią nagły impuls, rzuciła się otworzyć.
— Panie bracisz… — wykrzyknęła i urwała równie szybko jak zaczęła. Przed drzwiami stały dwie zmoknięte postacie, szczelnie owinięte w szare, wełniane peleryny, z głębokimi kapturami nałożonymi na głowy. Niższa z nich okazała się być kobietą o kruczoczarnych, rozwichrzonych włosach. Wyższa postać trzymała twarz w ukryciu. Kobieta podeszła do Adeli.
— Czyli był już u ciebie pewien mnich? — spytała złotowłosą lekko zachrypniętym głosem i odwróciła spojrzenie w kierunku towarzyszącej jej osoby. Spojrzenie przepełnione zmęczeniem i rezygnacją.

Spoiler drugi - rzeczy sporne. Byłoby tego więcej, lubię podyskutować, ale nadal nie odzyskałam pełnej wiary w to, że tego sobie życzysz.


SpoilerShow
gdzieś przemknął subtelny błysk białych zębów. Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych,
ot, powtórzenie.
Zastanawiam się, czy nie przekombinowałeś tego opisu (całości). To twoja decyzja, ale nie za wiele jak na wstępne przedstawienie bohatera? Przy tej ilości informacji i szczegółów, po kolejnym akapicie czytelnik niczego już nie zapamięta.
jadł był w milczeniu michę kaszy
nooo miski raczej nie zjadł, jeno zawartość ;)
Dziewczyna sięgnęła do pamięci,
trrrrrrr... pamięć nie jest czymś fizycznym, do czego można sięgnąć. W mowie to ujdzie, w piśmie... no to jest błąd leksykalny.
ubrany w szerokie, konopne spodnie gospodarza,
Tego przecinka między szerokimi, a konopnymi wcale nie musi być. Te przymiotniki nie są współrzędne składniowo, a tylko takie nakazuje rozdzielać gramatyka. "Szeroki" określa nie tylko "spodnie", ale "konopne spodnie", "spodnie, które są z konopi". Po prostu ten pierwszy przymiotnik określa całe drugie wyrażenie.
Rozchełstał jej szybko koszulę
Szyk nie ten. Szybko rozchełstał jej koszulę. Rozchełstał szybko jej koszulę.
Rozchełstał jej szybko koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc jej twardniejące sutki.
jej, jej, jej, jej... zaimkologia się rozszalała :D
mężczyzna wepchnął język w jej usta, wczepiając palce w jej włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął jej spódnicę
j.w.

Opierając się o pień potężnego, rozłożystego dębu stał człowiek.
No... szyk tego zdania jest... nie jest. I logika też nie jest. Jeśli człowiek ów opierał się o dąb, to raczej stał, a nie tańczył, w maratonie też nie biegł.
Ze studni myśli wyrwało ją
Zgodziłabym się na otchłań, odmęty, głębiny takie tam. Na coś tak fizycznego jak studnia, niekoniecznie.
Fabuła z potencjałem. Fajnie że masz odwagę poruszać kwestie, które większość młodych autorów napawają niepotrzebnym poczuciem wstydu. Fajnie, że nie boisz się pisać z rozmachem, popuszczasz wodzy wyobraźni.
Sugerowałabym popracowanie nad osobowością Adeli z końcówki. To nie jest myślenie siedemnastowiecznej wieśniaczki, jest zbyt praktyczne, przypomina raczej nam współczesnych.

Dziękuję za lekturę.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
AmberGold

Re: Kolaps [+18]

Post autor: AmberGold » 06 września 2012, 10:33

SpoilerShow
gantzerek pisze: — Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szeroką szczękę, wykrojone usta (wiem że wszystko poprawnie, ale coś mi ten fragment nie trafia do duszy) Zza niesfornie kręcących się, płowych włosów spoglądała drobna, delikatna twarz; prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.[/align]
i to mnie już ujęło ;)

„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. no bomba ;) będzie dmuchanko :D


Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej niestety nie znam odcienia...czerwieni tonącego za horyzontem słońca
Kurna mać... Miałem poprawiać a tu takie rzeczy. Powiem ci WOOOOOOOOOW! Wypas!
szczególnie to:
Sa mossne, kurfa, uby macie…
Trzy razy ten dialog czytałem, i za każdym razem rechot! (edytuję posta swego, w końcu skumałem co on gada... za piątym razem! hahahahaha) To lubię! Z jajem pisane... Parę niedociągnięć widziałem, ale kwestią sporną niech zostaną, powtórzenia (ta nieszczęsna szczęka na ten przykład.) Cholibka tak się zaczytałem, że muszę do tekstu wrócić jeszcze raz! Oby tak dalej... Mój styl, choć nie mój gatunek :)

Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: gantzerek » 08 września 2012, 12:11

Aww, dzięki, Kompociku :)
Jeszcze jedno uwielbiam psychologie postaci i po skręcaniu loków przez dziewczynę zadawałam sobie pytanie pykną się czy nie!
Haha, starałem się wprowadzić jakieś małe "spięcie" między nimi, żeby późniejszy fragment nie był jakimś totalnym zaskoczeniem :P

Dzięki Black za przejrzenie tekstu i poprawki, mam do Ciebie wielki szacunek, że Ci się chciało :D Starałem się sam wszystko poprawić, no ale przegapiłem parę rzeczy. Przyznam szczerze, że nawet w spoilerze nie od razu wyłapałem wszystkie czerwone kropki.

Co do drugiego spoileru, to nie musisz się mnie obawiać, nie gryzę, a sam podyskutować lubię. Jeśli już krytykować, to wszystko ;)
trrrrrrr... pamięć nie jest czymś fizycznym, do czego można sięgnąć. W mowie to ujdzie, w piśmie... no to jest błąd leksykalny.
Cóż, zawodowa naleciałość. Jako informatyk nie uważam pamięci za coś abstrakcyjnego, no ale w języku literackim zapewne to nie przejdzie, a Adela nie jest robotem i nie ma zamiast mózgu procesora, który pobiera dane z pamięci operacyjnej więc... racja. Podobnie ze studnią myśli, ale to akurat faktycznie przekombinowałem.

Co do Adeli, to wydaje mi się, że właśnie praktyczne myślenie cechowało chłopów. Może nie powinna być aż tak hmm "refleksyjna", no ale różni ludzie się trafiają, nieprawdaż? ;)

Dzięki za przeczytanie!

Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej niestety nie znam odcienia...czerwieni tonącego za horyzontem słońca
Cóż, chodziło mi o kolor późnego zachodu słońca, mieszanki czerwieni z fioletem, jakoś tak mi się złożyła burgundowa czerwień :P

Fajnie, że się Wam podobało! Postaram się za niedługo wrzucić pierwszy rozdział (muszę go najpierw napisać) :P

PS. A propos pewnego podejścia, mogę zdradzić że Egon Hoerzt nie jest mnichem-kapucynem (starałem się to uwypuklić w tekście i mam też nadzieję, że częste określanie go "mnichem" przeze mnie w narracji nie namieszało Wam za bardzo w głowach :P
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: wołszebnik » 08 września 2012, 13:03

gantzerek pisze:
Co do Adeli, to wydaje mi się, że właśnie praktyczne myślenie cechowało chłopów. Może nie powinna być aż tak hmm "refleksyjna", no ale różni ludzie się trafiają, nieprawdaż? ;)
Obrazek Osobą z "najstarszą duszą" jaką było dane mi poznać, była moja babcia (czy raczej dziadkowie w ogóle, ale akurat postać babki natchnęła mnie do tej uwagi). Urodziła się w latach dwudziestych ubiegłego wieku na wsi tak zabitej dechami, że w czasach, gdy ja tam jeździłam na wakacje (już w latach dziewięćdziesiątych) gospodarstwa tam nadal nie były uzbrojone. Wychodki, stodoły i obory stanowiły tam powszechność. Moi dziadkowie używali jeszcze wówczas lamp naftowych i radia na baterie. Zamiast lodówki mieli komórkę z piwniczką na ziemniaki, a drzwi domu zamykano na skobel, bramę zresztą też... choć tu nie jestem pewna, czy na ten mechanizm obowiązywała ta sama nazwa. Moja matka opowiadała, że mając dziesięć, czy dwanaście lat, pierwszy raz zobaczyła na oczy człowieka jadącego na rowerze, a ludzie ze wsi mówili, że to dzieło diabła, bo na dwóch kołach nie da się utrzymać. Na widok samochodu (karetki, która miała zabrać babcię do szpitala), matka i jej siostra uciekły do lasu.
Ale do czego zmierzam... moja babka miała trochę w życiu... przerąbane, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Wydano ją za mąż może nawet nie tyle wbrew jej woli, co za upatrzonego przez rodzinę faceta. W posagu dostała pole i ziemię pod budowę domu. Mój dziadek nie wniósł w to małżeństwo żadnego majątku. Jego ślub ustawił. W każdym razie niedługo po ślubie (wiem, że mówiono mi dokładnie kiedy to się wydarzyło, ale po prostu nie pamiętam, jakoś w dwa lata po ślubie? No po prostu nie mam pewności) dziadek udał się do właściwego Urzędu Powiatowego i bez obecności oraz zgody małżonki, która była de facto właścicielem ich dóbr, przepisał wszystko na siebie. Babcia nie musiała być przy tym obecna, była tylko kobietą.
Dziadek był kawałem... no tu sobie dopisz epitet. Lał babkę, znęcał się nad nią i dziećmi, wykorzystywał do najcięższych prac w polu i gospodarstwie. Sam znikał na tygodnie, kiedy w domu gościł największy głód.

Ot, tak, tytułem wstępu. Do dziadków jeździłam na wakacje co roku, jakoś tak przez piętnaście lat. Choć z babką ciężko się rozmawiało (była niemal głucha, ciekawe od czego... ), to można było liczyć na opowieści ze starych lat, o niej, o jej rodzinie, wsi itd. Wiesz, chociaż babka opowiadała (czysto zdając relację) jak wyglądało jej życie, to właśnie było w taki sposób: wydarzyło się A, potem B, C, D itd. Suche fakty. Nigdy, przenigdy nie usłyszałam z ust mojej babki nie tylko skargi, ale nawet refleksji na temat jej własnego losu. To były po prostu prawidła, jej przeznaczenie (ona nigdy nie użyłaby tego słowa), wola boża. Babce nigdy nie przyszło na myśl, że mogłaby się sprzeciwić, że mogłaby wieść inne życie, wziąć los w swoje ręce. Moja babka stanowi przykład skrajny, ale kobiety z tamtej wioski, odciętej od nowoczesnej cywilizacji, takie właśnie były. Nie chodzi o samą praktyczność, bo tego im odmówić nie można, radziły sobie, unosiły ciężar prowadzenia gospodarstw, były praktyczne, że hej. Tylko one po prostu to czyniły, od najmłodszych lat, nie myślały o tym.
Mówię o kobiecie z wieku XX, którą poznałam i o której, gdy padł fragment:
Adela z pogardą patrzyła na swojego męża, leżącego na ziemi we własnych wymiocinach, przed samym łożem. Nie bardzo wiedziała co ma z nim zrobić. Matka nigdy jej tego nie nauczyła. Tak samo nie powiedziała jej słowa o gospodarzeniu, gdy wydawała ją za mąż w zamian za jałówkę, tuzin owiec i kilkadziesiąt morgów ziemi. Z czasem upłynniła majątek i wyjechała z wioski. Zniknęła z jej życia podobnie jak ojciec. Adela została sama, ze starszym od niej o ponad dwadzieścia lat mężem-pijakiem i ziemią, którą nie umiała zarządzać.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
myślałam sobie: noż kurka, no way! Na takich wsiach nikt nikogo gospodarzyć nie uczy. Od dzieciństwa pomagasz, robisz ile dajesz radę, a w zasadzie więcej, jeśli nie chcesz trzonem kosy w łeb dostać. Uczysz się przez uczestnictwo. I nikt nie pyta czy chcesz. Sam siebie nie pytasz. To jest po prostu kwestia kolei rzeczy.
To było w wieku XX, choć w wiosce rzeczywiście uchowanej na obrzeżach cywilizacji. Ty napisałeś o siedemnastowiecznej bodaj (wybacz, nie sprawdzam, nie szukam, z pamięci strzelam). Dla mnie to nie ten typ mentalności.
Nie oczekuję, że koniecznie to uznasz.

Za to, to, co najczęściej mnie irytuje w tekstach osadzonych w realiach historycznych to właśnie nie odwzorowanie osobowości postaci. Pięknie, zrobiłeś research, odrysowałeś świat... a ludzie nadal dwudziesto..., dwudziesto-pierwszowieczni (uwaga ogólna do tworów współczesnej kultury).
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Kolaps [+18]

Post autor: Kandara » 08 listopada 2012, 21:52

SpoilerShow
PROLOG

Nad małą wioseczką, położoną na skraju ciemnej i gęstej kniei, unosił się wesoły gwar targujących się ludzi. (jakieś nieodokreślone mi się to wydaje) Po okresie zbiorów i sianokosów przyszedł dzień handlowy. Chłopi przekrzykiwali jeden drugiego. Zachwalano tłuste, dorodne, świńskie maciory, płodne kurki, puszyste owce i silne osły. Śmierdziało solonymi rybami, wszędzie dumnie piętrzyły się stosy warzyw, kosze jabłek i worki zboża na sprzedaż. Każdy zaopatrywał się na zimę jak tylko umiał najlepiej. Było ciepłe, słoneczne, jesienne popołudnie.
W kierunku wioski, miarowym krokiem zmierzał wysoki, postawny mężczyzna ubrany w kasztanowy habit kapucyna; przewiązany był (wywal) )( w sumie ogólnie skonstruowałabym to jakoś inaczej) w pasie białym sznurem, twarz zaś ukrytą miał w cieniu kaptura. Na próżno starał się omijać głębokie kałuże w porytej koleinami, błotnistej drodze. Habit (widzisz, prawda?) miał utytłany w błocie niemal do kolan, i nawet nie zadawał już sobie trudu, by zakasać go do marszu.
Doszedł do pierwszej chaty, stanął na wyślizganym, drewnianym progu i zastukał do drzwi.
— Wchodzić, wchodzić! — Zza drzwi rozległ się melodyjny, kobiecy głos. Mężczyzna wszedł, kłaniając się od progu, z racji niskiej futryny. (i dlatego kłaniać się tu nie pasuje)
— Niech będzie pochwalony! — rzucił w kierunku wyłaniającej się z mroku izby osobie.(szyk)
— Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. (no proszę...) Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. (znowu no proszę...) Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szczękę, wykrojone usta ukryte były pod grubym wąsem, wykrzywione w grymasie uśmiechu. (po co opisujesz coś, czego nie widać?) Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych, na wpół przymkniętych, głęboko osadzonych oczu. Całości dopełniała zaś ogolona na łyso, gładka głowa, (wiesz, że dwa razy powiedziałeś to samo?) odbijająca refleksy światła.
— Witaj dobrodziejko — powiedział, ujmując jej drobne dłonie w swoje i całując delikatnie. — Znalazłaby się dla biednego włóczęgi jaka sucha skórka i łyczek wody?
Dziewczyna uwolniła dłonie z uścisku, dygnęła niezdarnie i oblała się rumieńcem; nie umknęło to uwadze mnicha. Chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej nagle słów i tylko pokiwała skwapliwie głową. Zza niesfornie kręcących się, płowych włosów spoglądała drobna, delikatna twarz; (spoglądająca twarz nie jest dobra, przynajmniej tutaj nie jest) prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.

***

Złotowłosa, oparta o krawędź stołu, patrzyła na mnicha, gdy ów jadł był w milczeniu kaszę z omastą, popijając jabłkowym cydrem.
— Bóg ci zapłać, za tak zacną strawę — podziękował z pełnymi ustami. — Od dni dwóch już o samej modlitwie jestem. Jak ci, dziecko, na imię?
— A..Adela — skinęła dziewczyna, mnąc w dłoniach skraj spódnicy.
„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. Mężczyzna bardzo jej się podobał, grzeszne myśli kołatały się po głowie. Skończył jeść, dopił zawartość drewnianego kubka i czknął lekko. Spojrzał na złotowłosą.
— Jeszcze raz, wspaniała strawa, Adelo. — Skinął głową i podjął: — Szukam innego Brata Mniejszego nazywa się Abelard, wygląda trochę jak beczka piwa. — Pogładził dłonią po łysej głowie. — Twoja chałupa stoi na wjeździe do wioski. Nie widziałaś aby kogoś nietutejszego?
Dziewczyna szukała w pamięci, bezwiednie zagryzając dolną wargę.
— Braciszków tom ja nie widziała żadnych. — Adela zabrała drewnianą miskę, kubek i łyżkę (a wystarczyło powiedzieć naczynia) i wrzuciła je do pustego cebrzyka. Coś się jej jednak przypomniało, bo drgnęła i odwróciła się ku niemu. (ku cebrzykowi? O.o) — Ale zawinął wczoraj do wioski taki jeden. Dziwnie ubrany, pewno Turek jaki, ale bogaty, tako gadają po wsi. Pono kamykami świecącymi płaci. U oberżysty całe piętro zamówił był dla siebie jeno, niby jak szlachciur jaki!
Mnich drgnął niespokojnie.
— Mhm — mruknął, jakby w zamyśleniu, wpatrzony w jeden punkt drewnianej ławy.
— Oberża koło kowala stoi, traficie niechybnie — dodała pośpiesznie złotowłosa, chichocząc nerwowo. (jak, dlaczego? nie widzę powodu)
— Mhm. Nic to, czas już na mnie. — Mnich wstał, chrupnęło mu w kolanach. Sposobił się do wyjścia.
— Zaczekajcie, panie braciszku, a może… — zająknęła się dziewczyna, zaplatając dłonie — może by tak uprać wam habit? Taki ubłocony macie. Słońce jeszcze wysoko, w trymiga się wysuszy.
Mężczyzna spojrzał na nią i po krótkiej chwili uśmiechnął się, błyskając rzędem równych, białych zębów. Dziewczyna znowu oblała się rumieńcem i zaczęła się bawić kosmykiem swoich włosów.
— Czemu by nie? Bóg ci zapłać, dobrodziejko.

***

Mężczyzna siedział na trawie, ubrany w szerokie konopne spodnie gospodarza, gryząc leniwie źdźbło trawy i obserwując, jak złotowłosa wiesza mokry habit na gałęzi drzewa. Podeszła potem do niego, nachylając się z zaplecionymi dłońmi. Poczuł delikatnie rumiankową woń jej włosów. Spojrzał na nią. Biała, wiązana z przodu koszula opinała się na jej kształtnych piersiach. Usiadła koło niego, (no bo nie ładnie to wygląda tak blisko siebie) w cieniu chaty. Słońce malowało pejzaż w słodkich, (słodkie...) miodowych (miodowe) barwach. Jak na jesienne popołudnie było wyjątkowo ciepło. Mnich obserwował kroplę potu, ściekającą leniwie po policzku złotowłosej. Ta nagle zachwiała się i niby przypadkiem jej ręka wylądowała na jego udzie. Ich spojrzenia spotkały się na moment; powietrze zastygło w pełnym napięcia bezruchu. (eeekem... to nie jest fajne)
Po przedłużającej się chwili mężczyzna, jakby od niechcenia, chwycił troczek od jej koszuli i rozsupłał wiązanie jednym pociągnięciem. Rozchełstał szybko jej koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc twardniejące sutki. (z tego wynika, że twardniały jeszcze zanim ich doknął...) Dziewczyna, z początku zawstydzona i speszona, po chwili jednak pojechała dłonią w górę jego uda, chciwie poszukując. (ale przecież to ona zaczęła, a i zdanie wygląda na urwane) Drugą wczepiła się w jego tors.
Był dobrze zbudowany, nie to, co ten jej opój z wielkim kałdunem.
Nachyliła się ku niemu, ich usta spoiły się; mężczyzna wepchnął język w jej usta, (to nikt im nie powiedział, że przygodnego seksu nie należy łączyć z całowaniem w usta?) wczepiając palce w płowe włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął dziewczynie spódnicę i wsunął dwa palce w ciepłe i wilgotne już miejsce. Adela upadła na niego, zakotłowali się i poturlali w trawie. Mężczyzna znalazł się na górze. Wyprężył się i nachylił nad nią, po czym wszedł w nią mocno i zdecydowanie, szepcząc jej do ucha „Pax et Bonum!”.

***

Po zmysłowych igraszkach, nadzy i spleceni w jedność, zapadli w słodki letarg, zagrzebawszy się uprzednio w sianie. (nie, nie, nie... za dużo uwznoślania...) Nagle, po dłuższej chwili jakby półsnu, dziewczynie jakiś nieokreślony dreszcz zjeżył skórę na całym ciele, mimo tego, że było wciąż ciepło na polu. (ale to tak jakby regionalizm... nie radzę mieszać) Poczuła, że mężczyznę również przeszył dreszcz, bo napiął na moment wszystkie mięśnie.
Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej (w jakiej?) czerwieni tonącego za horyzontem słońca. Drzewa oblane jesiennymi kolorami cicho kołysały się na wietrze, gubiąc liście. Spojrzała na mnicha. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt na niebie, po czym wykonał kilka chaotycznych ruchów gałkami ocznymi. Szybko jednak rozluźnił się i skupił wzrok na niej, uśmiechając się zagadkowo.
Dziewczyna była wniebowzięta. Nikt, a zwłaszcza ten jej moczymorda nigdy nie kochał się z nią w tak nietypowy, ale jakże intensywny i namiętny sposób. Na samą myśl o grzesznych rozkoszach minionej chwili zrobiło się jej ciepło; wprost rozpływała się z przyjemności. Widać, braciszek nic a nic nie robi sobie z celibatu, pomyślała. Zrobiło jej się trochę wstyd.
Zatopiona w myślach, nie dostrzegła, że mężczyzna wstał był już ze stogu siana. Podszedł do niej, ubrany.
— Habit suchy już — powiedział, wygładzając rękawy. — Bóg ci zapłać za całą gościnę.
— Ale… — zaczęła dziewczyna, ale mnich uciszył ją podniesioną dłonią.
— Czas już na mnie, popytać jeszcze muszę za bratem Abelardem. — Rzucił na nią okiem. (w tym kontekście nie pasuje) — Nałóż coś na siebie, moje dziecko, bo się zaziębisz.
— Ale chociaż powiedzcie, jak wam na imię! — rzuciła za odchodzącym mężczyzną Adela, lecz ten już się nie odwrócił.
— Bywaj z Bogiem! Pax et Bonum! — odkrzyknął tylko, zakładając kaptur i kierując się ku centrum wioski. Adela została sama, naga w stogu siana. Wszędzie (wywal) wokół świerszcze dawały koncert.

***

Mnich zaszedł do karczmy akurat wtedy, gdy chłopi opijali byli (e? czas zaprzeszły, czy jak?) kończący się powoli rok i udane, obfite zbiory. Tu i ówdzie na ławach stały gliniane oraz drewniane dzbany i pękate butelki wypełnione gorzałką. Gospodarz nie poskąpił też solonych ryb na przegryzkę. Gdy go postrzegli, rozległo się chóralne „Pochwalony!”. (kogo?) Mężczyzna skinął głową, uczynił znak krzyża i odparł „Pokój z wami!”. Kątem oka widział jednak, że jest i kilku, którzy patrzeli na niego wilkiem. Na Prusach niby spokój, ale w reszcie Europy straszna zawierucha z protestantami, wieści szybko się roznoszą, pomyślał. Takie czasy.
Podszedł do oberżysty.
— Pochwalony. Wiecie może, gdzie mogę spotkać pana Turka?
Karczmarz rzucił na niego mętnym spojrzeniem, głosy nieco przycichły, chłopi nadstawili uszu.
— Turek? Macie na myśli szlachetnego pana Zygfryda? — Zapytał podejrzliwie.
— Ano o przyjezdnego pana mi się rozchodzi — odparł pojednawczym tonem mężczyzna w habicie. W powietrzu czuł powoli tężejącą do niego niechęć. (odwrotnie jak już, a w sumie nie za ładne to jest)
— A na cóż waści on?
Mnich zdjął kaptur i spojrzał z zatroskaną miną.
— Ać szukam ja braciszka Abelarda z mojego zakonu, zaginął ci on bez śladu. A słuchy chodzą, że ów pan Zygfryd podróżnikiem jest i może co słyszał o zbłąkanym mnichu?
Oberżysta podrapał się po łysiejącej głowie.
— Myśmy tu żadnych klechów nie widzieli — popatrzył po chłopach siedzących przy lepkiej, drewnianej ławie, wszyscy pokręcili przecząco głowami. Nastała cisza, przerywana tylko świszczącym sapaniem starego, siedzącego w kącie psa. — Hmmm… Może — podjął oberżysta — może i dobry pan Zygfryd w istocie go zna. — Tu twarz mu nieco pokraśniała. — Złoty człek, toć my wszyscy za jego kamyki pijem! — Skwapliwe przytaknięcie chłopów. — Rzucił je na stół i woła na nas „bawcie się!”, toć i my się bawim! Pipek, polej no braciszkowi!
— Ach nie trzeba! — Mnich się wzbraniał, ale Pipek nalał mu już gorzałki do drewnianego kubka i wcisnął w ręce. — Śluby ubóstwa żem składał. —Popatrzył się w kubek, i po chwili jednak wzniósł go w górę. — Ale przy takiej kompanii to grzech, nie napić się, jak polewają. Bogu i na zdrowie! — krzyknął jowialnie, przytknął naczynie do ust i opróżnił jednym haustem. Wzdrygnęło nim. Parę kropel pociekło po brodzie, ale wytarł je rękawem habitu. Chłopi też wypili i karczma ożywiła się na nowo. Niby zakonnik, klecha, w sukience chodzi, ale wypić wypił. Swój chłop. Nawet Pipek, łysy olbrzym o wyrazie twarzy kretyna zamachał szerokimi jak dwa drzewa łapami i zaśmiał się gardłowo. Wyglądał na kowala.
— To gdzie znajdę zacnego pana Zygfryda? — zapytał i stłumił beknięcie.
— Ać polazł na powietrze, siknąć gdzie pod drzewkiem. Mówili my mu, żeby nie odchodził za daleko, bo ciemna knieja blisko i pobłądzi.
Mnich miał właśnie coś odpowiedzieć, ale nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi, bo Pipek wytaszczył właśnie swój samogon i zaczął rozlewać do kubków, ku uciesze gawiedzi. Rozległ się silny i podły zapach siwuchy. Mężczyzna w habicie wymknął się niepostrzeżenie z oberży.
Szybko się ściemniło, wieczór był cichy i spokojny, na bezchmurnym niebie błyszczały roje gwiazd. „Obraz przeszłości”, pomyślał mężczyzna w habicie i westchnął cicho. Zapach przekwitłej lawendy przyjemnie kołysał zmysły.

***

O pień potężnego, rozłożystego dębu oparty był człowiek. Mnich przystanął dwa kroki od niego.
— Zygfryd? — zapytał. Tamten, kurczowo trzymając się oburącz pnia i chwiejąc na wszystkie strony, bezradnie próbował zogniskować wzrok na nieznajomym. (bo nie wiem kto tu jest podmiotem)
— Ssssssooo…? — zaczął bełkotać po angielsku. — Sa mossne, kurfa, uby macie… — Nie widział mnicha w ciemności, mnich natomiast widział go doskonale. Podszedł i złapał go pod ramię.
— Ne! Ne piję juszzzz. Sssss.. stop! — próbował protestować Zygfryd. Mnich delikatnie wyczuł twardy, podłużny i nieco znajomy kształt pod jego pachą, ukryty pod kamizelką koloru oliwki. (to jest masakryczne) Nie miał już żadnych wątpliwości.
Poprowadził go w głąb kniei, w miejsce, gdzie było już zupełnie ciemno, blask gwiazd niknął w gęstym listowiu, a światła dochodzące z chałup schowały się za grubymi pniami drzew.
Gdy doszli wystarczająco daleko, mężczyzna w habicie podłożył Zygfrydowi nogę i błyskawicznie przygwoździł go do ziemi, twarzą w dół. Założył mu chwyt na prawe ramię i z chirurgiczną precyzją wysadził mu bark ze stawu, zrywając przy okazji ścięgna. Zygfryd, mimo szumiącego w głowie alkoholu, wrzasnął z bólu. Jego krzyk skutecznie jednak stłumiła gęsta, leśna ściółka. W odpowiedzi mnich niezbyt mocno uderzył go w tył głowy i Zygfryd odpłynął w nicość.

***

Zupełne szaleństwo zmysłów. Najpierw spadanie z samego nieba w dół, coraz szybciej, coraz mocniej. Potem uderzenie jakby w taflę oceanu i szybkie opadanie na samo dno, głębiej i głębiej. Narastające dudnienie w uszach. Coraz ciemniej. Nagle oślepiający na moment błysk bólu, i zaraz kolejny.
Zygfryd gwałtownie ocknął się z wściekłej kakofonii bodźców, atakujących jego ciało. Przed nim płonęła wbita w ziemię pochodnia. Stał na ziemi, coś jednak było nie tak. Próbował się ruszyć, ale wszystkie jego ruchy były brutalnie krępowane.
Stał w środku ciemnego lasu, nagi i przywiązany grubą liną do drzewa, z dłońmi spętanymi po drugiej stronie pnia. Słabe, migoczące światło pochodni sprawiało, że nawet małe źdźbła trawy rzucały ogromne, głębokie cienie. Przed chwilą wylano na niego kubeł zimnej wody.
Nagle jego prawe ramię przypomniało o sobie. (ej to ja, tu jestem XD) Przeszył go paraliżujący ból. Przed oczami ukazała mu się postać łysego mężczyzny z brodą, ubranego w kasztanowy habit. Chciał krzyknąć, ale mężczyzna był szybszy. Posłał mu krótki, prosty cios pięścią prosto w żołądek, a następnie cofnął się o dwa kroki i podniósł pochodnię z ziemi. Zygfryd skulił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i zwymiotował przed siebie. Kwas zaczął drażnić mu gardło i wnętrze ust. Otrzeźwiło go to nieco. Zanim jednak zdążył krzyknąć, albo nawet wydać jakikolwiek dźwięk, gruby knebel całkowicie odebrał mu głos. Patrzył na zakonnika wytrzeszczonymi z przerażenia oczami.
— Oj Zygfryd, Zygfryd… — Mnich zaczął chodzić tam i z powrotem, nie spuszczając z niego wzroku. Wyjął z rękawa habitu małą, plastikową plakietkę. — Kiepskie sobie wybrałeś imię. Nie lepiej przedstawiać się swoim własnym? „Nathaniel” brzmi tak... — zrobił nieco teatralną pauzę, szukając słowa — dostojnie, wdzięcznie. Nathaniel Broys. — Przeczytał z plakietki. Przewijał treść dowodu osobistego jeżdżąc po niej palcem. Grafenowy wyświetlacz był gładki w dotyku. — Co my tu mamy. Urodzony w 2020. Cóż za okrągła data — spokojnie ciągnął kpiarskim tonem. — Narodowość: Europejczyk, od 2055 obywatel Marsa. Fenotyp kaukaski. — Mnich rzucił na niego okiem. — Troszkę się tu opaliłeś, co? Lecimy dalej. No proszę, co my tu mamy. — zacmokał z uznaniem, czytając dane z dowodu — adiunkt na Nowoberlińskim, katedra metaheurystyk matematycznych. Uczony człek. No ale sam się nie przedstawiłem, gdzież moje maniery? Tyle ci jestem winien, przyjacielu.
Nazywam się Egon Hoerzt. Pewnie o mnie nie słyszałeś, ale ciężko, żebyś słyszał. W końcu jestem od ciebie młodszy o jakieś sto lat.
Mężczyzna w habicie wykonał przesadnie dworski ukłon. Następnie złapał przywiązanego do drzewa Zygfryda za twarz.
Zagramy w pewną grę, Nathanielu. (Piła?) Zasady są bardzo proste. — Mnich podniósł z ziemi coś, co wyglądało jak duże obcęgi i służyło kowalowi do wyciągania z ognia rozgrzanych sztab metalu. — Będę ci zadawał pytania. Za każdą złą odpowiedź, lub odpowiedź nie na temat, zmiażdżę ci tymi obcęgami jeden palec. Ale nie martw się, jak będziesz grał według zasad, to obcęgi nie będą mi potrzebne. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Przywiązany do drzewa Nathaniel oblał się zimnym potem. Trząsł się wyraźnie, mimo ciasnych, całkowicie krępujących jego ruchy (go) więzów.
Egon odchrząknął.
— W takim razie zacznijmy od pytania kontrolnego, które sprawdzi, czy dobrze zrozumiałeś zasady. Który mamy dzisiaj rok? Uważaj bo krzyki traktowane są jako zła odpowiedź.
Mnich poluzował knebel.
— Co? Co do kurwy… nędzy — wołał roztrzęsionym głosem Nathaniel.
— No! — Egon rozwarł szczypce, tamten zająknął się wpół słowa i zaczął dukać trzęsącym się z przerażenia głosem.
— Yy… Yyy… Dwa… Dwa tysiące…
— Źle! — przerwał mu mężczyzna w habicie. Zakneblował Nathaniela z powrotem, podszedł do przeciwnej strony drzewa, złapał szczypcami jego mały palec i ścisnął energicznie. Rozległo się donośne chrupnięcie pękających knykci.
Spętany zawył niemo z bólu, po policzkach popłynęły gorące łzy. Mnich dał mu czas na wykrzyczenie się. Oparł się o rosnące nieopodal drzewo i spokojnie czekał.
Gdy po dłuższej chwili wrzask zza knebla ucichł, Egon poluzował go. Nataniel już tylko cicho łkał.
— Błąd. Mamy rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty czwarty. Dokładnie to dwudziesty dziewiąty września. Niedługo będzie trzydziesty — odpowiedział życzliwie mnich. I zaraz dodał: — Musisz wiedzieć jeszcze jedną rzecz, Nathanielu, a mianowicie to, że nie lubię zadawać ludziom niepotrzebnego bólu i tych, którzy lubią uważam za odrażających. Wiedz, że czynię to wyłącznie ze służbowego obowiązku. No ale wróćmy do gry. Pytanie drugie. Z którego roku przybywasz? — odwiązał knebel.
— Z… Z dwu tysięcznego… sześćdziesiątego p..pierwszego — odpowiedział cicho Nathaniel rwącym i się i ochrypłym głosem.
— Mhm… — mruknął Egon. — I nie uważasz, że coś jest nie tak? Że się trochę nie zgadzają daty? — Patrzył na przywiązanego do drzewa. — Zresztą mniejsza. — Machnął ręką. — Jedziemy dalej. Pytanie trzecie. Jak się tu dostałeś, Nathanielu?
— Ma… maaa… Maszyną — wyjąkał Broys.
— Jaką maszyną? Kombajnem? Tosterem? Lokomotywą? — sarkastycznie docinał mu Egon.
— Maszyną czasu!
— No tak, tyle to i ja wiem. — Mnich rozsiadł się wygodnie na trawie. Przez krótką chwilę ruszał bezładnie gałkami ocznymi.
— Co.. O co tak.. wł.. właściwie — Nathaniel cichym głosem próbował skleić pytanie, ale mnich przerwał mu wpół słowa.
— W naszej grze to ja pytam, a ty odpowiadasz, nie na odwrót. — Zaklekotał parę razy szczypcami. Zygfryd wzdrygnął się.
— Inaczej — podjął po chwili Egon. — Możesz mnie zaprowadzić do tej maszyny?
— N-nie. — Mnich wstał. Nathaniel westchnął z przerażenia i zaraz szybko dodał: — Bbb..bo jej tu nie ma!
— „Tu”? — Egon zatrzymał się wpół kroku.
— No t-tak. Nie ma tu maszyny. Z… zostałem przysłany..
— Maszyną, z przyszłości? — dokończył za niego mnich.
— Tak. Tak! Z przyszłości! — Nathaniel potakiwał skwapliwie.
— Mhm. Kto cię tu przysłał i dlaczego? — Egon zbliżył się do jego twarzy, na odległość oddechu. — Już prawie, Nathanielu. Jesteś już blisko! — dodał z przerysowanym entuzjazmem.
Nathanielowi Broysowi drgała dolna warga, ale nic nie powiedział.
— Kto?! — warknął mnich, zbliżając twarz jeszcze bardziej do twarzy Zygfryda.
— K..kaza, kazała n-nic nie mówić. — wyjąkał tamten. Mnich gwałtownie wstał bez słowa. — Nie, nie, proszę, wszystko powie.. — nie dokończył, bo knebel zdławił go wpół słowa.
Tym razem chrupnęły knykcie serdecznego palca. Nathaniel wrzasnął głucho i stracił przytomność.
Obudził go któryś z silnych policzków, które raz za razem odmierzał mu Egon Hoerzt.
— Imię, Broys! — rzucił mu prosto w twarz. — Im szybciej, tym lepiej. Inaczej będziemy tu tkwić do usranej śmierci, a ty stracisz władzę nie tylko w palcach.
—N-n…
—N-n.. n co? — naciskał mnich.
— Nora. Nazywała się Nora. — powiedział ze zrezygnowaniem Zygfryd i spuścił wzrok. — Ch..chyba Nora Crowne.
Potem zaczął opowiadać…

***

Po niezbyt długim przesłuchaniu nastała cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem Nathaniela Broysa i cykaniem świerszczy. Zerwał się delikatny wiatr, szumiąc ukrytym w mroku listowiem. Mnich gładził swoją brodę w milczeniu. Światło pochodni zaczęło rwać się coraz bardziej, zrobiło się wyraźnie ciemniej.
— No dobrze, wystarczy — powiedział w końcu Egon i wstał z trawy. W oczach Zygfryda zaświtał płomyk nadziei.
— Czy.. Czy to znaczy, że.. — nieśmiało, z niejaką desperacją w głosie próbował złożyć zdanie. Umilkł, zobaczywszy poważną minę mnicha, który stanął przed nim i zaczął oficjalnym głosem:
— Zgodnie z rozporządzeniem o doktrynie czasu Federacji Ziemskiej z roku 2099 i nadaniu mi uprawnień z mocy paragrafu dwa, podpunkt trzy, informuję ciebie, Nathanielu Broys, że pogwałciłeś bezpośrednio paragraf pierwszy zakazujący podróży w czasie i pośrednio aksjomat o prawnej ochronie STC od momentu T0. Zostanie na ciebie nałożona kara w trybie natychmiastowym.
Zanim Nathaniel zdążył cokolwiek powiedzieć, Egon Hoerzt złapał go za głowę i jednym silnym szarpnięciem błyskawicznie złamał mu kark; chrupnęło. Następnie odwiązał ciało od drzewa i przewiesił sobie przez ramię. Przeszedł w głąb kniei, stanął na skraju uroczyska i rzucił ciało w przepaść. Odbiło się parę razy od skał i z cichym pluskiem wpadło do ciemnej i śmierdzącej toni rozciągającego się na dnie parowu bajora. Zebrał wszystkie rzeczy Nathaniela i dokładnie obejrzał. Następnie wrócił do wioski.
Zajrzał do karczmy. Wszyscy zdążyli popić się do nieprzytomności. Cuchnęło potem, stęchlizną i przetrawionym alkoholem. Ostrożnie przemknął obok śpiących chłopów i wszedł na pierwsze piętro. Dokładnie przeszukał wszystkie wynajęte przez Nathaniela izby, nigdzie nie było jednak żadnych należących do niego rzeczy. Wychodząc spostrzegł starego, zwiniętego w kłębek psa, który również na niego patrzył, nic jednak sobie z niego nie robiąc. Po krótkiej chwili kłapnął pyskiem i położył się spać.
Egon chyłkiem wszedł do kuźni. Wyjął z torby karabinek impulsowy, który Nathaniel miał przewiązany pod pachą, obejrzał dokładnie, a następnie kilkunastoma precyzyjnymi ruchami rozebrał go na części pierwsze. Kompozytowe łożyska, lufę, kompresor, spust i prowadnicę wrzucił do gorejącego jeszcze pieca i dla pewności nacisnął parę razy na dmuchawę, która rychło roznieciła ogień. Poczuł gwałtowny podmuch gorąca.
Później poszedł daleko za wioskę na rozciągające się szeroko łąki, teraz skąpane w ciemności, oświetlanej jedynie słabym blaskiem gwiazd. Ułożył pozostałości broni i resztę rzeczy Nahtaniela Broysa w kupkę. Następnie rozkręcił naboje impulsowe i obsypał tą kupkę znajdującym się w nich jasnoniebieskim, lekko fosforyzującym, ciężkim proszkiem. Zasłonił oczy i podpalił proszek tlącą się pochodnią. Rozległ się bezgłośny wybuch, oślepiająca kula białego światła na ułamek sekundy rozświetliła wszystko wokół, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła.
W miejscu kupki został tylko skrawek gołej, wyschniętej i dymiącej ziemi. Rozniósł się zapach ozonu.

***

Świtało. Egon Hoerzt podszedł nieco mechanicznym krokiem na szczyt najbliższego pagórka w okolicy i stanął wyprężony na baczność, trzymając ręce możliwie blisko ciała. Poczuł znajomy dreszcz, który zjeżył mu skórę na plecach. Oklapnięte źdźbła żółknącej trawy wokół niego podniosły się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na melancholijny, jesienny krajobraz budzącego się powoli świata, wziął głęboki wdech i… zniknął, a wraz z nim liść klonu, który osiadł mu na barku.

***

Dwa dni później pogoda wyjątkowo się popsuła. Od samego rana lało jak z cebra.
Adela z pogardą patrzyła na swojego męża, leżącego na ziemi we własnych wymiocinach, przed samym łożem. (jak dla mnie łoże to raczej określenie rodzaju łóżka, które nijak nie pasuje do wiejskiej chaty) Nie bardzo wiedziała co ma z nim zrobić. Matka nigdy jej tego nie nauczyła. Tak samo nie powiedziała jej słowa o gospodarzeniu, gdy wydawała ją za mąż w zamian za jałówkę, tuzin owiec i kilkadziesiąt morgów ziemi. Z czasem upłynniła majątek i wyjechała z wioski. (bo znowu się pogubiłam) Zniknęła z jej życia podobnie jak ojciec. Adela została sama, ze starszym od niej o ponad dwadzieścia lat mężem-pijakiem i ziemią, którą nie umiała zarządzać.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Kto to mógł być? Rzadko miewali gości.
Wzdrygnął nią nagły impuls, rzuciła się otworzyć.
— Panie bracisz… — wykrzyknęła i urwała równie szybko jak zaczęła. Przed drzwiami stały dwie zmoknięte postacie, szczelnie owinięte w szare, wełniane peleryny, z głębokimi kapturami nałożonymi na głowy. Niższa z nich okazała się być kobietą o kruczoczarnych, rozwichrzonych włosach. Wyższa postać trzymała twarz w ukryciu. Kobieta podeszła do Adeli.
— Czyli był już u ciebie pewien mnich? — spytała złotowłosą lekko zachrypniętym głosem i odwróciła spojrzenie w kierunku towarzyszącej jej osoby. Spojrzenie przepełnione zmęczeniem i rezygnacją. (coś mi tu nie bardzo gra)


No i mam z tym problem. Nie wiem, nie wiem co mam myśleć, nie wiem czy mi się podobało, ale wiem, że mi się nie nie podobało... ekem... znaczy, że chyba jestem do tego neutralnie nastawiona póki co. W tym opowiadaniu króluje chaos, na początku zupełnie nie wiadomo co o chodzi, a człowiek zastanawia się dlaczego ten mnich lata do punktu a, do punktu b, a potem jeszcze do punktu c... A następnie pojawia się wątek podróży w czasie, który w zasadzie nic jeszcze nie wyjaśnia, generuje tylko dalsze pytania. Tak, że dalej nie wiadomo co w tym wszystkim chodzi. O postaciach w sumie też niczego powiedzieć nie mogę, ale w sumie to jest początek, wiec nie ma się czego czepiać, no może tylko tego, że tamten facet zginął, zanim zapałam do niego jakimkolwiek uczuciem.
I tak sumie chce wiedzieć jak się to rozwinie.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: gantzerek » 17 listopada 2012, 15:17

Na wstępie, dziękuję bardzo za komentarze :)

Wołszu, trochę mi zajęło przetrawienie twojej opinii i historii twoich dziadków. Oczywiście masz rację. Obdarzanie Adeli buntowniczymi, "świeżymi" i nie-zaściankowymi przemyśleniami, nawet jeśli dałyby się wytłumaczyć tym, że co rusz rodzi się ktoś, kto nie pasuje do swojej epoki, kłóciłyby się z postawą akceptacji swojego losu, którą to postawę Adela wykazała przy tłumaczeniu i być może "racjonalizowaniu" zachowania męża, który nie omieszkał jej przywalić, "bo zupa była za słona".
Myślałem długo jak z tego wybrnąć i uwarunkować jej postawę, ale w końcu doszedłem do tego, że nie ma takiej potrzeby. Myślę, że nie będzie spoilerem, jeśli powiem, że Adela dużej roli w całej historii nie odegrała, a przynajmniej nie tak dużej, żeby pogłębiać jej postać i przybliżać czytelnikowi jej myśli. Prawdę powiedziawszy, dodałem ten ostatni fragment trochę "na szybko", żeby dać czytelnikowi bardzo wstępne wprowadzenie "tamtej dwójki" w szarych pelerynach.
Dlatego też ostatecznie postanowiłem wywalić cały ten naciągany opis jej myśli, bo nie odgrywa on praktycznie żadnej roli w całej fabule.
Dziękuję, że poświęciłaś (niewątpliwie dużo) czasu na rozwinięcie swojej myśli :)
Kandaro, dzięki za drobiazgową analizę mojego tekstu. Poprawiłem część wskazanych przez Ciebie rzeczy, natomiast te, z którymi się nie zgadzam, zostawiłem bez zmian. Mam problem z niektórymi twoimi wskazówkami, których nie mogę rozszyfrować, bo jesteś zbyt lakoniczna. Jestem prostym człowiekiem i do mnie trzeba wprost, bez ogródek i upiększaczy, walić prosto między oczy ;) Poniżej trochę mojej polemiki na twoją polemikę :P
SpoilerShow
Kandara pisze:
Nad małą wioseczką, położoną na skraju ciemnej i gęstej kniei, unosił się wesoły gwar targujących się ludzi. (jakieś nieodokreślone mi się to wydaje) Po okresie zbiorów i sianokosów przyszedł dzień handlowy. Chłopi przekrzykiwali jeden drugiego. Zachwalano tłuste, dorodne, świńskie maciory, płodne kurki, puszyste owce i silne osły. Śmierdziało solonymi rybami, wszędzie dumnie piętrzyły się stosy warzyw, kosze jabłek i worki zboża na sprzedaż. Każdy zaopatrywał się na zimę jak tylko umiał najlepiej. Było ciepłe, słoneczne, jesienne popołudnie.
W kierunku wioski, miarowym krokiem zmierzał wysoki, postawny mężczyzna ubrany w kasztanowy habit kapucyna; przewiązany był (wywal) )<zostawię ;)>( w sumie ogólnie skonstruowałabym to jakoś inaczej) w pasie białym sznurem, twarz zaś ukrytą miał w cieniu kaptura. Na próżno starał się omijać głębokie kałuże w porytej koleinami, błotnistej drodze. Habit (widzisz, prawda?)<nie widzę O.o > miał utytłany w błocie niemal do kolan, i nawet nie zadawał już sobie trudu, by zakasać go do marszu.
Doszedł do pierwszej chaty, stanął na wyślizganym, drewnianym progu i zastukał do drzwi.
— Wchodzić, wchodzić! — Zza drzwi rozległ się melodyjny, kobiecy głos. Mężczyzna wszedł, kłaniając się od progu, z racji niskiej futryny. (i dlatego kłaniać się tu nie pasuje) <w zasadzie to dlaczego nie pasuje? mógłbym dać "pochylając się", ale kłaniając po prostu brzmi... ładniej w moim odczuciu :P>
— Niech będzie pochwalony! — rzucił w kierunku wyłaniającej się z mroku izby osobie.(szyk) <co z szykiem?>
— Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. (no proszę...) <?>Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. (znowu no proszę...)<???> Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szczękę, wykrojone usta ukryte były pod grubym wąsem, wykrzywione w grymasie uśmiechu. (po co opisujesz coś, czego nie widać?) <żeby pobudzić wyobraźnię czytelnika? bo Egon się uśmiechał?>Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych, na wpół przymkniętych, głęboko osadzonych oczu. Całości dopełniała zaś ogolona na łyso, gładka głowa, (wiesz, że dwa razy powiedziałeś to samo?) <nieprawda, ogolona na łyso głowa wcale nie musi być gładka. Łysy to nieostre pojęcie, bo włosy długie na 1-2mm też raczej będziemy skłonni nazwać łysiną. Gładkość głowy miała iść tu w parze z jej zdolnością do odbijania światła ;)> odbijająca refleksy światła.
— Witaj dobrodziejko — powiedział, ujmując jej drobne dłonie w swoje i całując delikatnie. — Znalazłaby się dla biednego włóczęgi jaka sucha skórka i łyczek wody?
Dziewczyna uwolniła dłonie z uścisku, dygnęła niezdarnie i oblała się rumieńcem; nie umknęło to uwadze mnicha. Chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej nagle słów i tylko pokiwała skwapliwie głową. Zza niesfornie kręcących się, płowych włosów spoglądała drobna, delikatna twarz; (spoglądająca twarz nie jest dobra, przynajmniej tutaj nie jest)<poprawiłem> prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.

***

Złotowłosa, oparta o krawędź stołu, patrzyła na mnicha, gdy ów jadł był w milczeniu kaszę z omastą, popijając jabłkowym cydrem.
— Bóg ci zapłać, za tak zacną strawę — podziękował z pełnymi ustami. — Od dni dwóch już o samej modlitwie jestem. Jak ci, dziecko, na imię?
— A..Adela — skinęła dziewczyna, mnąc w dłoniach skraj spódnicy.
„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. Mężczyzna bardzo jej się podobał, grzeszne myśli kołatały się po głowie. Skończył jeść, dopił zawartość drewnianego kubka i czknął lekko. Spojrzał na złotowłosą.
— Jeszcze raz, wspaniała strawa, Adelo. — Skinął głową i podjął: — Szukam innego Brata Mniejszego nazywa się Abelard, wygląda trochę jak beczka piwa. — Pogładził dłonią po łysej głowie. — Twoja chałupa stoi na wjeździe do wioski. Nie widziałaś aby kogoś nietutejszego?
Dziewczyna szukała w pamięci, bezwiednie zagryzając dolną wargę.
— Braciszków tom ja nie widziała żadnych. — Adela zabrała drewnianą miskę, kubek i łyżkę (a wystarczyło powiedzieć naczynia)<Obrazek> i wrzuciła je do pustego cebrzyka. Coś się jej jednak przypomniało, bo drgnęła i odwróciła się ku niemu. (ku cebrzykowi? O.o)<poprawiłem> — Ale zawinął wczoraj do wioski taki jeden. Dziwnie ubrany, pewno Turek jaki, ale bogaty, tako gadają po wsi. Pono kamykami świecącymi płaci. U oberżysty całe piętro zamówił był dla siebie jeno, niby jak szlachciur jaki!
Mnich drgnął niespokojnie.
— Mhm — mruknął, jakby w zamyśleniu, wpatrzony w jeden punkt drewnianej ławy.
— Oberża koło kowala stoi, traficie niechybnie — dodała pośpiesznie złotowłosa, chichocząc nerwowo. (jak, dlaczego? nie widzę powodu) <może jej się podobał?>
— Mhm. Nic to, czas już na mnie. — Mnich wstał, chrupnęło mu w kolanach. Sposobił się do wyjścia.
— Zaczekajcie, panie braciszku, a może… — zająknęła się dziewczyna, zaplatając dłonie — może by tak uprać wam habit? Taki ubłocony macie. Słońce jeszcze wysoko, w trymiga się wysuszy.
Mężczyzna spojrzał na nią i po krótkiej chwili uśmiechnął się, błyskając rzędem równych, białych zębów. Dziewczyna znowu oblała się rumieńcem i zaczęła się bawić kosmykiem swoich włosów.
— Czemu by nie? Bóg ci zapłać, dobrodziejko.

***

Mężczyzna siedział na trawie, ubrany w szerokie konopne spodnie gospodarza, gryząc leniwie źdźbło trawy i obserwując, jak złotowłosa wiesza mokry habit na gałęzi drzewa. Podeszła potem do niego, nachylając się z zaplecionymi dłońmi. Poczuł delikatnie rumiankową woń jej włosów. Spojrzał na nią. Biała, wiązana z przodu koszula opinała się na jej kształtnych piersiach. Usiadła koło niego, (no bo nie ładnie to wygląda tak blisko siebie)<poprawiłem> w cieniu chaty. Słońce malowało pejzaż w słodkich, (słodkie...) miodowych (miodowe) barwach.<co jest nie tak w słodkich i miodowych barwach?> Jak na jesienne popołudnie było wyjątkowo ciepło. Mnich obserwował kroplę potu, ściekającą leniwie po policzku złotowłosej. Ta nagle zachwiała się i niby przypadkiem jej ręka wylądowała na jego udzie. Ich spojrzenia spotkały się na moment; powietrze zastygło w pełnym napięcia bezruchu. (eeekem... to nie jest fajne)< :( >
Po przedłużającej się chwili mężczyzna, jakby od niechcenia, chwycił troczek od jej koszuli i rozsupłał wiązanie jednym pociągnięciem. Rozchełstał szybko jej koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc twardniejące sutki. (z tego wynika, że twardniały jeszcze zanim ich doknął...)<zgadza się> Dziewczyna, z początku zawstydzona i speszona, po chwili jednak pojechała dłonią w górę jego uda, chciwie poszukując. (ale przecież to ona zaczęła, a i zdanie wygląda na urwane) <jakie ma tu znaczenie to, kto zaczął? zdanie nie jest urwane, czytelnik dobrze wie, czego Adela szukała między nogami Egona. Napisanie "chciwie poszukując jego nabrzmiałego, stojącego na baczność prącia, gotowego do akcji" odebrałoby uroku temu niedopowiedzeniu.> Drugą wczepiła się w jego tors.
Był dobrze zbudowany, nie to, co ten jej opój z wielkim kałdunem.
Nachyliła się ku niemu, ich usta spoiły się; mężczyzna wepchnął język w jej usta, (to nikt im nie powiedział, że przygodnego seksu nie należy łączyć z całowaniem w usta?) <może Egon, który jak wiemy urodził się dobre 400-500 lat po owej wieśniaczce, miał trochę odmienne zdanie na ten temat :P> wczepiając palce w płowe włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął dziewczynie spódnicę i wsunął dwa palce w ciepłe i wilgotne już miejsce. Adela upadła na niego, zakotłowali się i poturlali w trawie. Mężczyzna znalazł się na górze. Wyprężył się i nachylił nad nią, po czym wszedł w nią mocno i zdecydowanie, szepcząc jej do ucha „Pax et Bonum!”.

***

Po zmysłowych igraszkach, nadzy i spleceni w jedność, zapadli w słodki letarg, zagrzebawszy się uprzednio w sianie. (nie, nie, nie... za dużo uwznoślania...)<dlaczego?> Nagle, po dłuższej chwili jakby półsnu, dziewczynie jakiś nieokreślony dreszcz zjeżył skórę na całym ciele, mimo tego, że było wciąż ciepło na polu. (ale to tak jakby regionalizm... nie radzę mieszać)<Ha! Złapałaś mnie na mojej krakowszczyźnie :P Gdyby się jednak zastanowić, to "na dwór" brzmi nieadekwatnie, gdyż akcja działa się na wsi... koło pola, "na zewnątrz" zaś jest trochę zbyt suche. Zostawię to "pole", zwłaszcza, że raczej nie będę mieszał regionalizmów, więc to chyba nie aż taki problem... > Poczuła, że mężczyznę również przeszył dreszcz, bo napiął na moment wszystkie mięśnie.
Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej (w jakiej?) <burgundowej... Wiem, że taki kolor nie istnieje, mimo to chciałbym zostawić to w obecnej postaci. (chodziło mi o nieco fioletowy odcień czerwieni, który możemy oglądać przy zachodzie słońca)>czerwieni tonącego za horyzontem słońca. Drzewa oblane jesiennymi kolorami cicho kołysały się na wietrze, gubiąc liście. Spojrzała na mnicha. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt na niebie, po czym wykonał kilka chaotycznych ruchów gałkami ocznymi. Szybko jednak rozluźnił się i skupił wzrok na niej, uśmiechając się zagadkowo.
Dziewczyna była wniebowzięta. Nikt, a zwłaszcza ten jej moczymorda nigdy nie kochał się z nią w tak nietypowy, ale jakże intensywny i namiętny sposób. Na samą myśl o grzesznych rozkoszach minionej chwili zrobiło się jej ciepło; wprost rozpływała się z przyjemności. Widać, braciszek nic a nic nie robi sobie z celibatu, pomyślała. Zrobiło jej się trochę wstyd.
Zatopiona w myślach, nie dostrzegła, że mężczyzna wstał był już ze stogu siana. Podszedł do niej, ubrany.
— Habit suchy już — powiedział, wygładzając rękawy. — Bóg ci zapłać za całą gościnę.
— Ale… — zaczęła dziewczyna, ale mnich uciszył ją podniesioną dłonią.
— Czas już na mnie, popytać jeszcze muszę za bratem Abelardem. — Rzucił na nią okiem. (w tym kontekście nie pasuje) <poprawiłem ;)>— Nałóż coś na siebie, moje dziecko, bo się zaziębisz.
— Ale chociaż powiedzcie, jak wam na imię! — rzuciła za odchodzącym mężczyzną Adela, lecz ten już się nie odwrócił.
— Bywaj z Bogiem! Pax et Bonum! — odkrzyknął tylko, zakładając kaptur i kierując się ku centrum wioski. Adela została sama, naga w stogu siana. Wszędzie (wywal) <zostawię ;)> wokół świerszcze dawały koncert.

***

Mnich zaszedł do karczmy akurat wtedy, gdy chłopi opijali byli (e? czas zaprzeszły, czy jak?)<tak, pojawiał się już wcześniej w tekście, więc dziwi mnie, że akurat tutaj o nim wspominasz :P > kończący się powoli rok i udane, obfite zbiory. Tu i ówdzie na ławach stały gliniane oraz drewniane dzbany i pękate butelki wypełnione gorzałką. Gospodarz nie poskąpił też solonych ryb na przegryzkę. Gdy go postrzegli, rozległo się chóralne „Pochwalony!”. <poprawiłem> (kogo?) Mężczyzna skinął głową, uczynił znak krzyża i odparł „Pokój z wami!”. Kątem oka widział jednak, że jest i kilku, którzy patrzeli na niego wilkiem. Na Prusach niby spokój, ale w reszcie Europy straszna zawierucha z protestantami, wieści szybko się roznoszą, pomyślał. Takie czasy.
Podszedł do oberżysty.
— Pochwalony. Wiecie może, gdzie mogę spotkać pana Turka?
Karczmarz rzucił na niego mętnym spojrzeniem, głosy nieco przycichły, chłopi nadstawili uszu.
— Turek? Macie na myśli szlachetnego pana Zygfryda? — Zapytał podejrzliwie.
— Ano o przyjezdnego pana mi się rozchodzi — odparł pojednawczym tonem mężczyzna w habicie. W powietrzu czuł powoli tężejącą do niego niechęć. (odwrotnie jak już, a w sumie nie za ładne to jest) <ciut zmieniłem>
— A na cóż waści on?
Mnich zdjął kaptur i spojrzał z zatroskaną miną.
— Ać szukam ja braciszka Abelarda z mojego zakonu, zaginął ci on bez śladu. A słuchy chodzą, że ów pan Zygfryd podróżnikiem jest i może co słyszał o zbłąkanym mnichu?
Oberżysta podrapał się po łysiejącej głowie.
— Myśmy tu żadnych klechów nie widzieli — popatrzył po chłopach siedzących przy lepkiej, drewnianej ławie, wszyscy pokręcili przecząco głowami. Nastała cisza, przerywana tylko świszczącym sapaniem starego, siedzącego w kącie psa. — Hmmm… Może — podjął oberżysta — może i dobry pan Zygfryd w istocie go zna. — Tu twarz mu nieco pokraśniała. — Złoty człek, toć my wszyscy za jego kamyki pijem! — Skwapliwe przytaknięcie chłopów. — Rzucił je na stół i woła na nas „bawcie się!”, toć i my się bawim! Pipek, polej no braciszkowi!
— Ach nie trzeba! — Mnich się wzbraniał, ale Pipek nalał mu już gorzałki do drewnianego kubka i wcisnął w ręce. — Śluby ubóstwa żem składał. —Popatrzył się w kubek, i po chwili jednak wzniósł go w górę. — Ale przy takiej kompanii to grzech, nie napić się, jak polewają. Bogu i na zdrowie! — krzyknął jowialnie, przytknął naczynie do ust i opróżnił jednym haustem. Wzdrygnęło nim. Parę kropel pociekło po brodzie, ale wytarł je rękawem habitu. Chłopi też wypili i karczma ożywiła się na nowo. Niby zakonnik, klecha, w sukience chodzi, ale wypić wypił. Swój chłop. Nawet Pipek, łysy olbrzym o wyrazie twarzy kretyna zamachał szerokimi jak dwa drzewa łapami i zaśmiał się gardłowo. Wyglądał na kowala.
— To gdzie znajdę zacnego pana Zygfryda? — zapytał i stłumił beknięcie.
— Ać polazł na powietrze, siknąć gdzie pod drzewkiem. Mówili my mu, żeby nie odchodził za daleko, bo ciemna knieja blisko i pobłądzi.
Mnich miał właśnie coś odpowiedzieć, ale nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi, bo Pipek wytaszczył właśnie swój samogon i zaczął rozlewać do kubków, ku uciesze gawiedzi. Rozległ się silny i podły zapach siwuchy. Mężczyzna w habicie wymknął się niepostrzeżenie z oberży.
Szybko się ściemniło, wieczór był cichy i spokojny, na bezchmurnym niebie błyszczały roje gwiazd. „Obraz przeszłości”, pomyślał mężczyzna w habicie i westchnął cicho. Zapach przekwitłej lawendy przyjemnie kołysał zmysły.

***

O pień potężnego, rozłożystego dębu oparty był człowiek. Mnich przystanął dwa kroki od niego.
— Zygfryd? — zapytał. Tamten, kurczowo trzymając się oburącz pnia i chwiejąc na wszystkie strony, bezradnie próbował zogniskować wzrok na nieznajomym. (bo nie wiem kto tu jest podmiotem) <Zygfryd? To zdanie wyrwane z kontekstu faktycznie nie ma zbyt wiele sensu, jego bo podmiot tego zdania jest w zasadzie określony wcześniej (come on, przecież tu są tylko dwie osoby) >
— Ssssssooo…? — zaczął bełkotać po angielsku. — Sa mossne, kurfa, uby macie… — Nie widział mnicha w ciemności, mnich natomiast widział go doskonale. Podszedł i złapał go pod ramię.
— Ne! Ne piję juszzzz. Sssss.. stop! — próbował protestować Zygfryd. Mnich delikatnie wyczuł twardy, podłużny i nieco znajomy kształt pod jego pachą, ukryty pod kamizelką koloru oliwki. (to jest masakryczne) <przeredagowałem. Mam prośbę, byłoby super gdybyś ciut konkretniej określała o co dokładnie Ci biega, bo samo "masakryczne" dużo mi nie mówi... :P Nie miał już żadnych wątpliwości.
Poprowadził go w głąb kniei, w miejsce, gdzie było już zupełnie ciemno, blask gwiazd niknął w gęstym listowiu, a światła dochodzące z chałup schowały się za grubymi pniami drzew.
Gdy doszli wystarczająco daleko, mężczyzna w habicie podłożył Zygfrydowi nogę i błyskawicznie przygwoździł go do ziemi, twarzą w dół. Założył mu chwyt na prawe ramię i z chirurgiczną precyzją wysadził mu bark ze stawu, zrywając przy okazji ścięgna. Zygfryd, mimo szumiącego w głowie alkoholu, wrzasnął z bólu. Jego krzyk skutecznie jednak stłumiła gęsta, leśna ściółka. W odpowiedzi mnich niezbyt mocno uderzył go w tył głowy i Zygfryd odpłynął w nicość.

***

Zupełne szaleństwo zmysłów. Najpierw spadanie z samego nieba w dół, coraz szybciej, coraz mocniej. Potem uderzenie jakby w taflę oceanu i szybkie opadanie na samo dno, głębiej i głębiej. Narastające dudnienie w uszach. Coraz ciemniej. Nagle oślepiający na moment błysk bólu, i zaraz kolejny.
Zygfryd gwałtownie ocknął się z wściekłej kakofonii bodźców, atakujących jego ciało. Przed nim płonęła wbita w ziemię pochodnia. Stał na ziemi, <poprawiłem>coś jednak było nie tak. Próbował się ruszyć, ale wszystkie jego ruchy były brutalnie krępowane.
Stał w środku ciemnego lasu, nagi i przywiązany grubą liną do drzewa, z dłońmi spętanymi po drugiej stronie pnia. Słabe, migoczące światło pochodni sprawiało, że nawet małe źdźbła trawy rzucały ogromne, głębokie cienie. Przed chwilą wylano na niego kubeł zimnej wody.
Nagle jego prawe ramię przypomniało o sobie. (ej to ja, tu jestem XD)<poprawiłem :D > Przeszył go paraliżujący ból. Przed oczami ukazała mu się postać łysego mężczyzny z brodą, ubranego w kasztanowy habit. Chciał krzyknąć, ale mężczyzna był szybszy. Posłał mu krótki, prosty cios pięścią prosto w żołądek, a następnie cofnął się o dwa kroki i podniósł pochodnię z ziemi. Zygfryd skulił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i zwymiotował przed siebie. Kwas zaczął drażnić mu gardło i wnętrze ust. Otrzeźwiło go to nieco. Zanim jednak zdążył krzyknąć, albo nawet wydać jakikolwiek dźwięk, gruby knebel całkowicie odebrał mu głos. Patrzył na zakonnika wytrzeszczonymi z przerażenia oczami.
— Oj Zygfryd, Zygfryd… — Mnich zaczął chodzić tam i z powrotem, nie spuszczając z niego wzroku. Wyjął z rękawa habitu małą, plastikową plakietkę. — Kiepskie sobie wybrałeś imię. Nie lepiej przedstawiać się swoim własnym? „Nathaniel” brzmi tak... — zrobił nieco teatralną pauzę, szukając słowa — dostojnie, wdzięcznie. Nathaniel Broys. — Przeczytał z plakietki. Przewijał treść dowodu osobistego jeżdżąc po niej palcem. Grafenowy wyświetlacz był gładki w dotyku. — Co my tu mamy. Urodzony w 2020. Cóż za okrągła data — spokojnie ciągnął kpiarskim tonem. — Narodowość: Europejczyk, od 2055 obywatel Marsa. Fenotyp kaukaski. — Mnich rzucił na niego okiem. — Troszkę się tu opaliłeś, co? Lecimy dalej. No proszę, co my tu mamy. — zacmokał z uznaniem, czytając dane z dowodu — adiunkt na Nowoberlińskim, katedra metaheurystyk matematycznych. Uczony człek. No ale sam się nie przedstawiłem, gdzież moje maniery? Tyle ci jestem winien, przyjacielu.
Nazywam się Egon Hoerzt. Pewnie o mnie nie słyszałeś, ale ciężko, żebyś słyszał. W końcu jestem od ciebie młodszy o jakieś sto lat.
Mężczyzna w habicie wykonał przesadnie dworski ukłon. Następnie złapał przywiązanego do drzewa Zygfryda za twarz.
Zagramy w pewną grę, Nathanielu. (Piła?) <Nigdy nie widziałem "Piły" na oczy, ale wiem do czego pijesz :P >Zasady są bardzo proste. — Mnich podniósł z ziemi coś, co wyglądało jak duże obcęgi i służyło kowalowi do wyciągania z ognia rozgrzanych sztab metalu. — Będę ci zadawał pytania. Za każdą złą odpowiedź, lub odpowiedź nie na temat, zmiażdżę ci tymi obcęgami jeden palec. Ale nie martw się, jak będziesz grał według zasad, to obcęgi nie będą mi potrzebne. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Przywiązany do drzewa Nathaniel oblał się zimnym potem. Trząsł się wyraźnie, mimo ciasnych, całkowicie krępujących jego ruchy (go) więzów.<poprawiłem>
Egon odchrząknął.
— W takim razie zacznijmy od pytania kontrolnego, które sprawdzi, czy dobrze zrozumiałeś zasady. Który mamy dzisiaj rok? Uważaj bo krzyki traktowane są jako zła odpowiedź.
Mnich poluzował knebel.
— Co? Co do kurwy… nędzy — wołał roztrzęsionym głosem Nathaniel.
— No! — Egon rozwarł szczypce, tamten zająknął się wpół słowa i zaczął dukać trzęsącym się z przerażenia głosem.
— Yy… Yyy… Dwa… Dwa tysiące…
— Źle! — przerwał mu mężczyzna w habicie. Zakneblował Nathaniela z powrotem, podszedł do przeciwnej strony drzewa, złapał szczypcami jego mały palec i ścisnął energicznie. Rozległo się donośne chrupnięcie pękających knykci.
Spętany zawył niemo z bólu, po policzkach popłynęły gorące łzy. Mnich dał mu czas na wykrzyczenie się. Oparł się o rosnące nieopodal drzewo i spokojnie czekał.
Gdy po dłuższej chwili wrzask zza knebla ucichł, Egon poluzował go. Nataniel już tylko cicho łkał.
— Błąd. Mamy rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty czwarty. Dokładnie to dwudziesty dziewiąty września. Niedługo będzie trzydziesty — odpowiedział życzliwie mnich. I zaraz dodał: — Musisz wiedzieć jeszcze jedną rzecz, Nathanielu, a mianowicie to, że nie lubię zadawać ludziom niepotrzebnego bólu i tych, którzy lubią uważam za odrażających. Wiedz, że czynię to wyłącznie ze służbowego obowiązku. No ale wróćmy do gry. Pytanie drugie. Z którego roku przybywasz? — odwiązał knebel.
— Z… Z dwu tysięcznego… sześćdziesiątego p..pierwszego — odpowiedział cicho Nathaniel rwącym i się i ochrypłym głosem.
— Mhm… — mruknął Egon. — I nie uważasz, że coś jest nie tak? Że się trochę nie zgadzają daty? — Patrzył na przywiązanego do drzewa. — Zresztą mniejsza. — Machnął ręką. — Jedziemy dalej. Pytanie trzecie. Jak się tu dostałeś, Nathanielu?
— Ma… maaa… Maszyną — wyjąkał Broys.
— Jaką maszyną? Kombajnem? Tosterem? Lokomotywą? — sarkastycznie docinał mu Egon.
— Maszyną czasu!
— No tak, tyle to i ja wiem. — Mnich rozsiadł się wygodnie na trawie. Przez krótką chwilę ruszał bezładnie gałkami ocznymi.
— Co.. O co tak.. wł.. właściwie — Nathaniel cichym głosem próbował skleić pytanie, ale mnich przerwał mu wpół słowa.
— W naszej grze to ja pytam, a ty odpowiadasz, nie na odwrót. — Zaklekotał parę razy szczypcami. Zygfryd wzdrygnął się.
— Inaczej — podjął po chwili Egon. — Możesz mnie zaprowadzić do tej maszyny?
— N-nie. — Mnich wstał. Nathaniel westchnął z przerażenia i zaraz szybko dodał: — Bbb..bo jej tu nie ma!
— „Tu”? — Egon zatrzymał się wpół kroku.
— No t-tak. Nie ma tu maszyny. Z… zostałem przysłany..
— Maszyną, z przyszłości? — dokończył za niego mnich.
— Tak. Tak! Z przyszłości! — Nathaniel potakiwał skwapliwie.
— Mhm. Kto cię tu przysłał i dlaczego? — Egon zbliżył się do jego twarzy, na odległość oddechu. — Już prawie, Nathanielu. Jesteś już blisko! — dodał z przerysowanym entuzjazmem.
Nathanielowi Broysowi drgała dolna warga, ale nic nie powiedział.
— Kto?! — warknął mnich, zbliżając twarz jeszcze bardziej do twarzy Zygfryda.
— K..kaza, kazała n-nic nie mówić. — wyjąkał tamten. Mnich gwałtownie wstał bez słowa. — Nie, nie, proszę, wszystko powie.. — nie dokończył, bo knebel zdławił go wpół słowa.
Tym razem chrupnęły knykcie serdecznego palca. Nathaniel wrzasnął głucho i stracił przytomność.
Obudził go któryś z silnych policzków, które raz za razem odmierzał mu Egon Hoerzt.
— Imię, Broys! — rzucił mu prosto w twarz. — Im szybciej, tym lepiej. Inaczej będziemy tu tkwić do usranej śmierci, a ty stracisz władzę nie tylko w palcach.
—N-n…
—N-n.. n co? — naciskał mnich.
— Nora. Nazywała się Nora. — powiedział ze zrezygnowaniem Zygfryd i spuścił wzrok. — Ch..chyba Nora Crowne.
Potem zaczął opowiadać…

***

Po niezbyt długim przesłuchaniu nastała cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem Nathaniela Broysa i cykaniem świerszczy. Zerwał się delikatny wiatr, szumiąc ukrytym w mroku listowiem. Mnich gładził swoją brodę w milczeniu. Światło pochodni zaczęło rwać się coraz bardziej, zrobiło się wyraźnie ciemniej.
— No dobrze, wystarczy — powiedział w końcu Egon i wstał z trawy. W oczach Zygfryda zaświtał płomyk nadziei.
— Czy.. Czy to znaczy, że.. — nieśmiało, z niejaką desperacją w głosie próbował złożyć zdanie. Umilkł, zobaczywszy poważną minę mnicha, który stanął przed nim i zaczął oficjalnym głosem:
— Zgodnie z rozporządzeniem o doktrynie czasu Federacji Ziemskiej z roku 2099 i nadaniu mi uprawnień z mocy paragrafu dwa, podpunkt trzy, informuję ciebie, Nathanielu Broys, że pogwałciłeś bezpośrednio paragraf pierwszy zakazujący podróży w czasie i pośrednio aksjomat o prawnej ochronie STC od momentu T0. Zostanie na ciebie nałożona kara w trybie natychmiastowym.
Zanim Nathaniel zdążył cokolwiek powiedzieć, Egon Hoerzt złapał go za głowę i jednym silnym szarpnięciem błyskawicznie złamał mu kark; chrupnęło. Następnie odwiązał ciało od drzewa i przewiesił sobie przez ramię. Przeszedł w głąb kniei, stanął na skraju uroczyska i rzucił ciało w przepaść. Odbiło się parę razy od skał i z cichym pluskiem wpadło do ciemnej i śmierdzącej toni rozciągającego się na dnie parowu bajora. Zebrał wszystkie rzeczy Nathaniela i dokładnie obejrzał. Następnie wrócił do wioski.
Zajrzał do karczmy. Wszyscy zdążyli popić się do nieprzytomności. Cuchnęło potem, stęchlizną i przetrawionym alkoholem. Ostrożnie przemknął obok śpiących chłopów i wszedł na pierwsze piętro. Dokładnie przeszukał wszystkie wynajęte przez Nathaniela izby, nigdzie nie było jednak żadnych należących do niego rzeczy. Wychodząc spostrzegł starego, zwiniętego w kłębek psa, który również na niego patrzył, nic jednak sobie z niego nie robiąc. Po krótkiej chwili kłapnął pyskiem i położył się spać.
Egon chyłkiem wszedł do kuźni. Wyjął z torby karabinek impulsowy, który Nathaniel miał przewiązany pod pachą, obejrzał dokładnie, a następnie kilkunastoma precyzyjnymi ruchami rozebrał go na części pierwsze. Kompozytowe łożyska, lufę, kompresor, spust i prowadnicę wrzucił do gorejącego jeszcze pieca i dla pewności nacisnął parę razy na dmuchawę, która rychło roznieciła ogień. Poczuł gwałtowny podmuch gorąca.
Później poszedł daleko za wioskę na rozciągające się szeroko łąki, teraz skąpane w ciemności, oświetlanej jedynie słabym blaskiem gwiazd. Ułożył pozostałości broni i resztę rzeczy Nahtaniela Broysa w kupkę. Następnie rozkręcił naboje impulsowe i obsypał tą kupkę znajdującym się w nich jasnoniebieskim, lekko fosforyzującym, ciężkim proszkiem. Zasłonił oczy i podpalił proszek tlącą się pochodnią. Rozległ się bezgłośny wybuch, oślepiająca kula białego światła na ułamek sekundy rozświetliła wszystko wokół, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła.
W miejscu kupki został tylko skrawek gołej, wyschniętej i dymiącej ziemi. Rozniósł się zapach ozonu.

***

Świtało. Egon Hoerzt podszedł nieco mechanicznym krokiem na szczyt najbliższego pagórka w okolicy i stanął wyprężony na baczność, trzymając ręce możliwie blisko ciała. Poczuł znajomy dreszcz, który zjeżył mu skórę na plecach. Oklapnięte źdźbła żółknącej trawy wokół niego podniosły się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na melancholijny, jesienny krajobraz budzącego się powoli świata, wziął głęboki wdech i… zniknął, a wraz z nim liść klonu, który osiadł mu na barku.

***

Dwa dni później pogoda wyjątkowo się popsuła. Od samego rana lało jak z cebra.
Adela z pogardą patrzyła na swojego męża, leżącego na ziemi we własnych wymiocinach, przed samym łożem. <nie wiem za bardzo jak się "fachowo" nazywa, więc poprawiłem na "łóżko". >(jak dla mnie łoże to raczej określenie rodzaju łóżka, które nijak nie pasuje do wiejskiej chaty) Nie bardzo wiedziała co ma z nim zrobić. Matka nigdy jej tego nie nauczyła. Tak samo nie powiedziała jej słowa o gospodarzeniu, gdy wydawała ją za mąż w zamian za jałówkę, tuzin owiec i kilkadziesiąt morgów ziemi. Z czasem upłynniła majątek i wyjechała z wioski. (bo znowu się pogubiłam)<tego już nie ma :P> Zniknęła z jej życia podobnie jak ojciec. Adela została sama, ze starszym od niej o ponad dwadzieścia lat mężem-pijakiem i ziemią, którą nie umiała zarządzać.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Kto to mógł być? Rzadko miewali gości.
Wzdrygnął nią nagły impuls, rzuciła się otworzyć.
— Panie bracisz… — wykrzyknęła i urwała równie szybko jak zaczęła. Przed drzwiami stały dwie zmoknięte postacie, szczelnie owinięte w szare, wełniane peleryny, z głębokimi kapturami nałożonymi na głowy. Niższa z nich okazała się być kobietą o kruczoczarnych, rozwichrzonych włosach. Wyższa postać trzymała twarz w ukryciu. Kobieta podeszła do Adeli.
— Czyli był już u ciebie pewien mnich? — spytała złotowłosą lekko zachrypniętym głosem i odwróciła spojrzenie w kierunku towarzyszącej jej osoby. Spojrzenie przepełnione zmęczeniem i rezygnacją. (coś mi tu nie bardzo gra) <delikatnie przeredagowałem>

No i mam z tym problem. Nie wiem, nie wiem co mam myśleć, nie wiem czy mi się podobało, ale wiem, że mi się nie nie podobało... < :heart2: >ekem... znaczy, że chyba jestem do tego neutralnie nastawiona póki co. W tym opowiadaniu króluje chaos, na początku zupełnie nie wiadomo co o chodzi, a człowiek zastanawia się dlaczego ten mnich lata do punktu a, do punktu b, a potem jeszcze do punktu c... <cóż, wiele książek można sprowadzić do opisu "bohater przemieszczał się z punktu a do b. > A następnie pojawia się wątek podróży w czasie, który w zasadzie nic jeszcze nie wyjaśnia, generuje tylko dalsze pytania. Tak, że dalej nie wiadomo co w tym wszystkim chodzi. <nie wiem czy kiedykolwiek będzie do końca wiadomo, bo nie zamierzam wszystkiego podać jak na talerzu. (najlepiej w najbardziej sztampowej postaci, czyli monologu jakiegoś naukowca tłumaczącego podróże w czasie) > O postaciach w sumie też niczego powiedzieć nie mogę, ale w sumie to jest początek, wiec nie ma się czego czepiać, no może tylko tego, że tamten facet zginął, zanim zapałam do niego jakimkolwiek uczuciem. <Ja też nie. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą :( >
I tak sumie chce wiedzieć jak się to rozwinie. <Dziękuję. Cieszę się, że wiążesz z tym jakieś nadzieje :D >

Pozdro!
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Kolaps [+18]

Post autor: Kandara » 17 listopada 2012, 17:31

gantzerek pisze:N
Kandaro, dzięki za drobiazgową analizę mojego tekstu. Poprawiłem część wskazanych przez Ciebie rzeczy, natomiast te, z którymi się nie zgadzam, zostawiłem bez zmian. Mam problem z niektórymi twoimi wskazówkami, których nie mogę rozszyfrować, bo jesteś zbyt lakoniczna. Jestem prostym człowiekiem i do mnie trzeba wprost, bez ogródek i upiększaczy, walić prosto między oczy ;) Poniżej trochę mojej polemiki na twoją polemikę :P
Jak to mówią, decyzja należy do ciebie :P, zwłaszcza, że cześć tych uwag należy traktować jako subiektywne... No może więc nie powinnam ich przetaczać, ale liczę na to, że czasem mogą się komuś przydać.
SpoilerShow
SpoilerShow
Kandara pisze:

Nad małą wioseczką, położoną na skraju ciemnej i gęstej kniei, unosił się wesoły gwar targujących się ludzi. (jakieś nieodokreślone mi się to wydaje) Po okresie zbiorów i sianokosów przyszedł dzień handlowy. Chłopi przekrzykiwali jeden drugiego. Zachwalano tłuste, dorodne, świńskie maciory, płodne kurki, puszyste owce i silne osły. Śmierdziało solonymi rybami, wszędzie dumnie piętrzyły się stosy warzyw, kosze jabłek i worki zboża na sprzedaż. Każdy zaopatrywał się na zimę jak tylko umiał najlepiej. Było ciepłe, słoneczne, jesienne popołudnie.
W kierunku wioski, miarowym krokiem zmierzał wysoki, postawny mężczyzna ubrany w kasztanowy habit kapucyna; przewiązany był (wywal) )<zostawię ;)> (A widzisz tam powtórzenie było i był? Nie mówiąc o tym, że w danym kontekście to drugie "być" jest zbędne. Wystarczy tak: ... habit kapucyna przewiązany...) A i ogólnie czasownik być, to coś, czego lepiej unikać jak tylko jest taka możliwość)( w sumie ogólnie skonstruowałabym to jakoś inaczej) w pasie białym sznurem, twarz zaś ukrytą miał w cieniu kaptura. Na próżno starał się omijać głębokie kałuże w porytej koleinami, błotnistej drodze. Habit (widzisz, prawda?)<nie widzę O.o >(Powtórzenie "habit") miał utytłany w błocie niemal do kolan, i nawet nie zadawał już sobie trudu, by zakasać go do marszu.
Doszedł do pierwszej chaty, stanął na wyślizganym, drewnianym progu i zastukał do drzwi.
— Wchodzić, wchodzić! — Zza drzwi rozległ się melodyjny, kobiecy głos. Mężczyzna wszedł, kłaniając się od progu, z racji niskiej futryny. (i dlatego kłaniać się tu nie pasuje) <w zasadzie to dlaczego nie pasuje? mógłbym dać "pochylając się", ale kłaniając po prostu brzmi... ładniej w moim odczuciu :P>(Bo kłaniać można się komuś, czemuś. Kłanianie się to wyrażenie szacunku, a nie schylenie głowy, aby nie walną nią w futrynę... Chodzi o wydźwięk i nacechowanie emocjonalne. Zwykłe schylanie się, to nie kłanianie)
— Niech będzie pochwalony! — rzucił w kierunku wyłaniającej się z mroku izby osobie.(szyk) <co z szykiem?>(W sumie odrobinę zbiłam się z tropy, ale Ku osobie wyłaniającej się z mroku izby)
— Na wieki wieków! — W zakurzoną smugę światła weszła młoda dziewczyna, pokazując się mnichowi. (no proszę...) <?> (To było randomowe skojarzenie, chyba.)Ten zdjął kaptur, ukazując swoją szeroką, toporną twarz, wciąż schowaną w półcieniu. (znowu no proszę...)<???> (Jak dla mnie sprzeczność logiczna, pokaz twarz, ona nadal była skryta... no jedno przeczy drugiemu) a;e Gęsty, czarny zarost szczelnie obrastał jego szczękę, wykrojone usta ukryte były pod grubym wąsem, wykrzywione w grymasie uśmiechu. (po co opisujesz coś, czego nie widać?) <żeby pobudzić wyobraźnię czytelnika? bo Egon się uśmiechał?> (Jak wolisz, ale według mnie to nie ma większego sensu... no bo to tak dziwnie, jakby pokazywać coś, czego zobaczyć w danej chwili nie można) Miał długi, prosty nos i wydatne, lekko krzaczaste brwi. Z cienia dochodził błysk przenikliwego spojrzenia jego szarych, na wpół przymkniętych, głęboko osadzonych oczu. Całości dopełniała zaś ogolona na łyso, gładka głowa, (wiesz, że dwa razy powiedziałeś to samo?) <nieprawda, ogolona na łyso głowa wcale nie musi być gładka. Łysy to nieostre pojęcie, bo włosy długie na 1-2mm też raczej będziemy skłonni nazwać łysiną. Gładkość głowy miała iść tu w parze z jej zdolnością do odbijania światła ;)> odbijająca refleksy światła.
— Witaj dobrodziejko — powiedział, ujmując jej drobne dłonie w swoje i całując delikatnie. — Znalazłaby się dla biednego włóczęgi jaka sucha skórka i łyczek wody?
Dziewczyna uwolniła dłonie z uścisku, dygnęła niezdarnie i oblała się rumieńcem; nie umknęło to uwadze mnicha. Chciała coś odpowiedzieć, ale zabrakło jej nagle słów i tylko pokiwała skwapliwie głową. Zza niesfornie kręcących się, płowych włosów spoglądała drobna, delikatna twarz; (spoglądająca twarz nie jest dobra, przynajmniej tutaj nie jest)<poprawiłem> prawe oko przyozdobione było fioletowym sińcem, zaś łuk brwiowy znaczyło świeżo zasklepione rozcięcie. Nie mogła mieć więcej jak siedemnaście lat. Mnich popatrzył współczująco.
— Ach, wiecie jak to jest… — speszyła się dziewczyna, uciekając wzrokiem gdzieś w sufit. — Golnął se chłop zdrowo, ręka zaświerzbiała… Poszedł tera na targ obaczyć ceny. Późnym wieczorem pewno wróci.

***

Złotowłosa, oparta o krawędź stołu, patrzyła na mnicha, gdy ów jadł był w milczeniu kaszę z omastą, popijając jabłkowym cydrem.
— Bóg ci zapłać, za tak zacną strawę — podziękował z pełnymi ustami. — Od dni dwóch już o samej modlitwie jestem. Jak ci, dziecko, na imię?
— A..Adela — skinęła dziewczyna, mnąc w dłoniach skraj spódnicy.
„Ma czym oddychać” — pomyślał mnich, patrząc na jej zgrabne piersi, unoszące się i opadające w rytm oddechu. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i zarumieniła się znowu, uciekając pośpiesznie wzrokiem. Mężczyzna bardzo jej się podobał, grzeszne myśli kołatały się po głowie. Skończył jeść, dopił zawartość drewnianego kubka i czknął lekko. Spojrzał na złotowłosą.
— Jeszcze raz, wspaniała strawa, Adelo. — Skinął głową i podjął: — Szukam innego Brata Mniejszego nazywa się Abelard, wygląda trochę jak beczka piwa. — Pogładził dłonią po łysej głowie. — Twoja chałupa stoi na wjeździe do wioski. Nie widziałaś aby kogoś nietutejszego?
Dziewczyna szukała w pamięci, bezwiednie zagryzając dolną wargę.
— Braciszków tom ja nie widziała żadnych. — Adela zabrała drewnianą miskę, kubek i łyżkę (a wystarczyło powiedzieć naczynia)<Obrazek> i wrzuciła je do pustego cebrzyka. Coś się jej jednak przypomniało, bo drgnęła i odwróciła się ku niemu. (ku cebrzykowi? O.o)<poprawiłem> — Ale zawinął wczoraj do wioski taki jeden. Dziwnie ubrany, pewno Turek jaki, ale bogaty, tako gadają po wsi. Pono kamykami świecącymi płaci. U oberżysty całe piętro zamówił był dla siebie jeno, niby jak szlachciur jaki!
Mnich drgnął niespokojnie.
— Mhm — mruknął, jakby w zamyśleniu, wpatrzony w jeden punkt drewnianej ławy.
— Oberża koło kowala stoi, traficie niechybnie — dodała pośpiesznie złotowłosa, chichocząc nerwowo. (jak, dlaczego? nie widzę powodu) <może jej się podobał?>(Może, może, ale ja tego nie wiem... jeszcze XD)
— Mhm. Nic to, czas już na mnie. — Mnich wstał, chrupnęło mu w kolanach. Sposobił się do wyjścia.
— Zaczekajcie, panie braciszku, a może… — zająknęła się dziewczyna, zaplatając dłonie — może by tak uprać wam habit? Taki ubłocony macie. Słońce jeszcze wysoko, w trymiga się wysuszy.
Mężczyzna spojrzał na nią i po krótkiej chwili uśmiechnął się, błyskając rzędem równych, białych zębów. Dziewczyna znowu oblała się rumieńcem i zaczęła się bawić kosmykiem swoich włosów.
— Czemu by nie? Bóg ci zapłać, dobrodziejko.

***

Mężczyzna siedział na trawie, ubrany w szerokie konopne spodnie gospodarza, gryząc leniwie źdźbło trawy i obserwując, jak złotowłosa wiesza mokry habit na gałęzi drzewa. Podeszła potem do niego, nachylając się z zaplecionymi dłońmi. Poczuł delikatnie rumiankową woń jej włosów. Spojrzał na nią. Biała, wiązana z przodu koszula opinała się na jej kształtnych piersiach. Usiadła koło niego, (no bo nie ładnie to wygląda tak blisko siebie)<poprawiłem> w cieniu chaty. Słońce malowało pejzaż w słodkich, (słodkie...) miodowych (miodowe) barwach.<co jest nie tak w słodkich i miodowych barwach?>(Zły przypadek? Tak mi się wydaje. Przepraszam jeśli się mylę. No i kurcze nie umiem wyjaśnić, ale czuję, że to nie pasuje, że w pytanie brzmi nie w jakich barwach? tylko w jakie barwy?)Jak na jesienne popołudnie było wyjątkowo ciepło. Mnich obserwował kroplę potu, ściekającą leniwie po policzku złotowłosej. Ta nagle zachwiała się i niby przypadkiem jej ręka wylądowała na jego udzie. Ich spojrzenia spotkały się na moment; powietrze zastygło w pełnym napięcia bezruchu. (eeekem... to nie jest fajne)< :( > (Pełen napięcie bezruch dalej nie jest fajny XD Jest troszkę naiwny)
Po przedłużającej się chwili mężczyzna, jakby od niechcenia, chwycił troczek od jej koszuli i rozsupłał wiązanie jednym pociągnięciem. Rozchełstał szybko jej koszulę i ujął w ręce jej jędrne, ciepłe piersi, drażniąc twardniejące sutki. (z tego wynika, że twardniały jeszcze zanim ich doknął...)<zgadza się> (Ha! była napalona XD)Dziewczyna, z początku zawstydzona i speszona, po chwili jednak pojechała dłonią w górę jego uda, chciwie poszukując. (ale przecież to ona zaczęła, a i zdanie wygląda na urwane) <jakie ma tu znaczenie to, kto zaczął? zdanie nie jest urwane, czytelnik dobrze wie, czego Adela szukała między nogami Egona. Napisanie "chciwie poszukując jego nabrzmiałego, stojącego na baczność prącia, gotowego do akcji" odebrałoby uroku temu niedopowiedzeniu.>(Najpierw chce. potem, się wstydzi, potem znowu chce... ech kobiety, kto za nimi nadąży. :P a mi chodziło o to, że skoro sama zaczęła to nie powinna być speszona.) Drugą wczepiła się w jego tors.
Był dobrze zbudowany, nie to, co ten jej opój z wielkim kałdunem.
Nachyliła się ku niemu, ich usta spoiły się; mężczyzna wepchnął język w jej usta, (to nikt im nie powiedział, że przygodnego seksu nie należy łączyć z całowaniem w usta?) <może Egon, który jak wiemy urodził się dobre 400-500 lat po owej wieśniaczce, miał trochę odmienne zdanie na ten temat :P>(Wiesz, jest taki jeden babski film, nosi tytuł Pretty Women XD)wczepiając palce w płowe włosy, po czym jednym sprawnym ruchem podciągnął dziewczynie spódnicę i wsunął dwa palce w ciepłe i wilgotne już miejsce. Adela upadła na niego, zakotłowali się i poturlali w trawie. Mężczyzna znalazł się na górze. Wyprężył się i nachylił nad nią, po czym wszedł w nią mocno i zdecydowanie, szepcząc jej do ucha „Pax et Bonum!”.

***

Po zmysłowych igraszkach, nadzy i spleceni w jedność, zapadli w słodki letarg, zagrzebawszy się uprzednio w sianie. (nie, nie, nie... za dużo uwznoślania...)<dlaczego?>(spleceni w jedność, słodki letarg... to poemat erotyczny, czy proza niepoetycka? XD. Pakowanie obu tych określeń do jednego zdania to jak dwa grzybki w burszu, za dużo) Nagle, po dłuższej chwili jakby półsnu, dziewczynie jakiś nieokreślony dreszcz zjeżył skórę na całym ciele, mimo tego, że było wciąż ciepło na polu. (ale to tak jakby regionalizm... nie radzę mieszać)<Ha! Złapałaś mnie na mojej krakowszczyźnie :P Gdyby się jednak zastanowić, to "na dwór" brzmi nieadekwatnie, gdyż akcja działa się na wsi... koło pola, "na zewnątrz" zaś jest trochę zbyt suche. Zostawię to "pole", zwłaszcza, że raczej nie będę mieszał regionalizmów, więc to chyba nie aż taki problem... >(Ej, ja też jestem z historycznej Małopolski, znaczy teraz to się Podkarpacie nazywana, nie bardzo wiadomo dlaczego XD, ale dalej jestem za nie mieszaniem... no po prostu, ale rób jak chcesz) Poczuła, że mężczyznę również przeszył dreszcz, bo napiął na moment wszystkie mięśnie.
Otworzyła oczy. Krajobraz skąpany był już w burgundowej (w jakiej?) <burgundowej... Wiem, że taki kolor nie istnieje, mimo to chciałbym zostawić to w obecnej postaci. (chodziło mi o nieco fioletowy odcień czerwieni, który możemy oglądać przy zachodzie słońca)> (wiesz ja częściej widuje malinowy róż... :D)czerwieni tonącego za horyzontem słońca. Drzewa oblane jesiennymi kolorami cicho kołysały się na wietrze, gubiąc liście. Spojrzała na mnicha. Patrzył się w jakiś nieokreślony punkt na niebie, po czym wykonał kilka chaotycznych ruchów gałkami ocznymi. Szybko jednak rozluźnił się i skupił wzrok na niej, uśmiechając się zagadkowo.
Dziewczyna była wniebowzięta. Nikt, a zwłaszcza ten jej moczymorda nigdy nie kochał się z nią w tak nietypowy, ale jakże intensywny i namiętny sposób. Na samą myśl o grzesznych rozkoszach minionej chwili zrobiło się jej ciepło; wprost rozpływała się z przyjemności. Widać, braciszek nic a nic nie robi sobie z celibatu, pomyślała. Zrobiło jej się trochę wstyd.
Zatopiona w myślach, nie dostrzegła, że mężczyzna wstał był już ze stogu siana. Podszedł do niej, ubrany.
— Habit suchy już — powiedział, wygładzając rękawy. — Bóg ci zapłać za całą gościnę.
— Ale… — zaczęła dziewczyna, ale mnich uciszył ją podniesioną dłonią.
— Czas już na mnie, popytać jeszcze muszę za bratem Abelardem. — Rzucił na nią okiem. (w tym kontekście nie pasuje) <poprawiłem ;)>— Nałóż coś na siebie, moje dziecko, bo się zaziębisz.
— Ale chociaż powiedzcie, jak wam na imię! — rzuciła za odchodzącym mężczyzną Adela, lecz ten już się nie odwrócił.
— Bywaj z Bogiem! Pax et Bonum! — odkrzyknął tylko, zakładając kaptur i kierując się ku centrum wioski. Adela została sama, naga w stogu siana. Wszędzie (wywal) <zostawię ;)> wokół świerszcze dawały koncert. (wszędzie wokół... pleonazm znaczy mało maślane XD)

***

Mnich zaszedł do karczmy akurat wtedy, gdy chłopi opijali byli (e? czas zaprzeszły, czy jak?)<tak, pojawiał się już wcześniej w tekście, więc dziwi mnie, że akurat tutaj o nim wspominasz :P > (Bo się go raczej nie używa?:P I zdaje się wyrażał czyność popełnioną przed inną czynnością przeszłą... czyli zaprzeszłą XD)kończący się powoli rok i udane, obfite zbiory. Tu i ówdzie na ławach stały gliniane oraz drewniane dzbany i pękate butelki wypełnione gorzałką. Gospodarz nie poskąpił też solonych ryb na przegryzkę. Gdy go postrzegli, rozległo się chóralne „Pochwalony!”. <poprawiłem> (kogo?) Mężczyzna skinął głową, uczynił znak krzyża i odparł „Pokój z wami!”. Kątem oka widział jednak, że jest i kilku, którzy patrzeli na niego wilkiem. Na Prusach niby spokój, ale w reszcie Europy straszna zawierucha z protestantami, wieści szybko się roznoszą, pomyślał. Takie czasy.
Podszedł do oberżysty.
— Pochwalony. Wiecie może, gdzie mogę spotkać pana Turka?
Karczmarz rzucił na niego mętnym spojrzeniem, głosy nieco przycichły, chłopi nadstawili uszu.
— Turek? Macie na myśli szlachetnego pana Zygfryda? — Zapytał podejrzliwie.
— Ano o przyjezdnego pana mi się rozchodzi — odparł pojednawczym tonem mężczyzna w habicie. W powietrzu czuł powoli tężejącą do niego niechęć. (odwrotnie jak już, a w sumie nie za ładne to jest) <ciut zmieniłem>
— A na cóż waści on?
Mnich zdjął kaptur i spojrzał z zatroskaną miną.
— Ać szukam ja braciszka Abelarda z mojego zakonu, zaginął ci on bez śladu. A słuchy chodzą, że ów pan Zygfryd podróżnikiem jest i może co słyszał o zbłąkanym mnichu?
Oberżysta podrapał się po łysiejącej głowie.
— Myśmy tu żadnych klechów nie widzieli — popatrzył po chłopach siedzących przy lepkiej, drewnianej ławie, wszyscy pokręcili przecząco głowami. Nastała cisza, przerywana tylko świszczącym sapaniem starego, siedzącego w kącie psa. — Hmmm… Może — podjął oberżysta — może i dobry pan Zygfryd w istocie go zna. — Tu twarz mu nieco pokraśniała. — Złoty człek, toć my wszyscy za jego kamyki pijem! — Skwapliwe przytaknięcie chłopów. — Rzucił je na stół i woła na nas „bawcie się!”, toć i my się bawim! Pipek, polej no braciszkowi!
— Ach nie trzeba! — Mnich się wzbraniał, ale Pipek nalał mu już gorzałki do drewnianego kubka i wcisnął w ręce. — Śluby ubóstwa żem składał. —Popatrzył się w kubek, i po chwili jednak wzniósł go w górę. — Ale przy takiej kompanii to grzech, nie napić się, jak polewają. Bogu i na zdrowie! — krzyknął jowialnie, przytknął naczynie do ust i opróżnił jednym haustem. Wzdrygnęło nim. Parę kropel pociekło po brodzie, ale wytarł je rękawem habitu. Chłopi też wypili i karczma ożywiła się na nowo. Niby zakonnik, klecha, w sukience chodzi, ale wypić wypił. Swój chłop. Nawet Pipek, łysy olbrzym o wyrazie twarzy kretyna zamachał szerokimi jak dwa drzewa łapami i zaśmiał się gardłowo. Wyglądał na kowala.
— To gdzie znajdę zacnego pana Zygfryda? — zapytał i stłumił beknięcie.
— Ać polazł na powietrze, siknąć gdzie pod drzewkiem. Mówili my mu, żeby nie odchodził za daleko, bo ciemna knieja blisko i pobłądzi.
Mnich miał właśnie coś odpowiedzieć, ale nagle nikt już nie zwracał na niego uwagi, bo Pipek wytaszczył właśnie swój samogon i zaczął rozlewać do kubków, ku uciesze gawiedzi. Rozległ się silny i podły zapach siwuchy. Mężczyzna w habicie wymknął się niepostrzeżenie z oberży.
Szybko się ściemniło, wieczór był cichy i spokojny, na bezchmurnym niebie błyszczały roje gwiazd. „Obraz przeszłości”, pomyślał mężczyzna w habicie i westchnął cicho. Zapach przekwitłej lawendy przyjemnie kołysał zmysły.

***

O pień potężnego, rozłożystego dębu oparty był człowiek. Mnich przystanął dwa kroki od niego.
— Zygfryd? — zapytał. Tamten, kurczowo trzymając się oburącz pnia i chwiejąc na wszystkie strony, bezradnie próbował zogniskować wzrok na nieznajomym. (bo nie wiem kto tu jest podmiotem) <Zygfryd? To zdanie wyrwane z kontekstu faktycznie nie ma zbyt wiele sensu, jego bo podmiot tego zdania jest w zasadzie określony wcześniej (come on, przecież tu są tylko dwie osoby) >(Powinno to być wiadome i bez tego. A określenie "tamten pasuje równie dobrze do Zygfryda, jak i tego co do niego mówił...)
— Ssssssooo…? — zaczął bełkotać po angielsku. — Sa mossne, kurfa, uby macie… — Nie widział mnicha w ciemności, mnich natomiast widział go doskonale. Podszedł i złapał go pod ramię.
— Ne! Ne piję juszzzz. Sssss.. stop! — próbował protestować Zygfryd. Mnich delikatnie wyczuł twardy, podłużny i nieco znajomy kształt pod jego pachą, ukryty pod kamizelką koloru oliwki. (to jest masakryczne) <przeredagowałem. Mam prośbę, byłoby super gdybyś ciut konkretniej określała o co dokładnie Ci biega, bo samo "masakryczne" dużo mi nie mówi... :P (Tak dokładnie to nie wiem, wiem tylko, że to zdanie przeczytane na głos brzmi potwornie... czuję, że coś z nim nie tak i już. Może to nieco? Jak może być nieco znajomy? Jest znajomy, albo nie. Może to, że w końcu nie wiem o czują pachę chodziło? Może to powtórzenie pod? a może to, że najpierw piszesz, że to jest pod pachą, potem, że też pod kamizelką? należałoby te informacje rozmieścić jakoś inaczej, tak, żeby czytelnik jednocześnie zobaczył, że to coś jest pod pachą i pod kamizelką. A może wszystko razem?) )Nie miał już żadnych wątpliwości.
Poprowadził go w głąb kniei, w miejsce, gdzie było już zupełnie ciemno, blask gwiazd niknął w gęstym listowiu, a światła dochodzące z chałup schowały się za grubymi pniami drzew.
Gdy doszli wystarczająco daleko, mężczyzna w habicie podłożył Zygfrydowi nogę i błyskawicznie przygwoździł go do ziemi, twarzą w dół. Założył mu chwyt na prawe ramię i z chirurgiczną precyzją wysadził mu bark ze stawu, zrywając przy okazji ścięgna. Zygfryd, mimo szumiącego w głowie alkoholu, wrzasnął z bólu. Jego krzyk skutecznie jednak stłumiła gęsta, leśna ściółka. W odpowiedzi mnich niezbyt mocno uderzył go w tył głowy i Zygfryd odpłynął w nicość.

***

Zupełne szaleństwo zmysłów. Najpierw spadanie z samego nieba w dół, coraz szybciej, coraz mocniej. Potem uderzenie jakby w taflę oceanu i szybkie opadanie na samo dno, głębiej i głębiej. Narastające dudnienie w uszach. Coraz ciemniej. Nagle oślepiający na moment błysk bólu, i zaraz kolejny.
Zygfryd gwałtownie ocknął się z wściekłej kakofonii bodźców, atakujących jego ciało. Przed nim płonęła wbita w ziemię pochodnia. Stał na ziemi, <poprawiłem>coś jednak było nie tak. Próbował się ruszyć, ale wszystkie jego ruchy były brutalnie krępowane.
Stał w środku ciemnego lasu, nagi i przywiązany grubą liną do drzewa, z dłońmi spętanymi po drugiej stronie pnia. Słabe, migoczące światło pochodni sprawiało, że nawet małe źdźbła trawy rzucały ogromne, głębokie cienie. Przed chwilą wylano na niego kubeł zimnej wody.
Nagle jego prawe ramię przypomniało o sobie. (ej to ja, tu jestem XD)<poprawiłem :D > Przeszył go paraliżujący ból. Przed oczami ukazała mu się postać łysego mężczyzny z brodą, ubranego w kasztanowy habit. Chciał krzyknąć, ale mężczyzna był szybszy. Posłał mu krótki, prosty cios pięścią prosto w żołądek, a następnie cofnął się o dwa kroki i podniósł pochodnię z ziemi. Zygfryd skulił się na tyle, na ile pozwalały mu więzy i zwymiotował przed siebie. Kwas zaczął drażnić mu gardło i wnętrze ust. Otrzeźwiło go to nieco. Zanim jednak zdążył krzyknąć, albo nawet wydać jakikolwiek dźwięk, gruby knebel całkowicie odebrał mu głos. Patrzył na zakonnika wytrzeszczonymi z przerażenia oczami.
— Oj Zygfryd, Zygfryd… — Mnich zaczął chodzić tam i z powrotem, nie spuszczając z niego wzroku. Wyjął z rękawa habitu małą, plastikową plakietkę. — Kiepskie sobie wybrałeś imię. Nie lepiej przedstawiać się swoim własnym? „Nathaniel” brzmi tak... — zrobił nieco teatralną pauzę, szukając słowa — dostojnie, wdzięcznie. Nathaniel Broys. — Przeczytał z plakietki. Przewijał treść dowodu osobistego jeżdżąc po niej palcem. Grafenowy wyświetlacz był gładki w dotyku. — Co my tu mamy. Urodzony w 2020. Cóż za okrągła data — spokojnie ciągnął kpiarskim tonem. — Narodowość: Europejczyk, od 2055 obywatel Marsa. Fenotyp kaukaski. — Mnich rzucił na niego okiem. — Troszkę się tu opaliłeś, co? Lecimy dalej. No proszę, co my tu mamy. — zacmokał z uznaniem, czytając dane z dowodu — adiunkt na Nowoberlińskim, katedra metaheurystyk matematycznych. Uczony człek. No ale sam się nie przedstawiłem, gdzież moje maniery? Tyle ci jestem winien, przyjacielu.
Nazywam się Egon Hoerzt. Pewnie o mnie nie słyszałeś, ale ciężko, żebyś słyszał. W końcu jestem od ciebie młodszy o jakieś sto lat.
Mężczyzna w habicie wykonał przesadnie dworski ukłon. Następnie złapał przywiązanego do drzewa Zygfryda za twarz.
Zagramy w pewną grę, Nathanielu. (Piła?) <Nigdy nie widziałem "Piły" na oczy, ale wiem do czego pijesz :P > (Ja też nie, ale internet to potęga XD)Zasady są bardzo proste. — Mnich podniósł z ziemi coś, co wyglądało jak duże obcęgi i służyło kowalowi do wyciągania z ognia rozgrzanych sztab metalu. — Będę ci zadawał pytania. Za każdą złą odpowiedź, lub odpowiedź nie na temat, zmiażdżę ci tymi obcęgami jeden palec. Ale nie martw się, jak będziesz grał według zasad, to obcęgi nie będą mi potrzebne. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Przywiązany do drzewa Nathaniel oblał się zimnym potem. Trząsł się wyraźnie, mimo ciasnych, całkowicie krępujących jego ruchy (go) więzów.<poprawiłem>
Egon odchrząknął.
— W takim razie zacznijmy od pytania kontrolnego, które sprawdzi, czy dobrze zrozumiałeś zasady. Który mamy dzisiaj rok? Uważaj bo krzyki traktowane są jako zła odpowiedź.
Mnich poluzował knebel.
— Co? Co do kurwy… nędzy — wołał roztrzęsionym głosem Nathaniel.
— No! — Egon rozwarł szczypce, tamten zająknął się wpół słowa i zaczął dukać trzęsącym się z przerażenia głosem.
— Yy… Yyy… Dwa… Dwa tysiące…
— Źle! — przerwał mu mężczyzna w habicie. Zakneblował Nathaniela z powrotem, podszedł do przeciwnej strony drzewa, złapał szczypcami jego mały palec i ścisnął energicznie. Rozległo się donośne chrupnięcie pękających knykci.
Spętany zawył niemo z bólu, po policzkach popłynęły gorące łzy. Mnich dał mu czas na wykrzyczenie się. Oparł się o rosnące nieopodal drzewo i spokojnie czekał.
Gdy po dłuższej chwili wrzask zza knebla ucichł, Egon poluzował go. Nataniel już tylko cicho łkał.
— Błąd. Mamy rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty czwarty. Dokładnie to dwudziesty dziewiąty września. Niedługo będzie trzydziesty — odpowiedział życzliwie mnich. I zaraz dodał: — Musisz wiedzieć jeszcze jedną rzecz, Nathanielu, a mianowicie to, że nie lubię zadawać ludziom niepotrzebnego bólu i tych, którzy lubią uważam za odrażających. Wiedz, że czynię to wyłącznie ze służbowego obowiązku. No ale wróćmy do gry. Pytanie drugie. Z którego roku przybywasz? — odwiązał knebel.
— Z… Z dwu tysięcznego… sześćdziesiątego p..pierwszego — odpowiedział cicho Nathaniel rwącym i się i ochrypłym głosem.
— Mhm… — mruknął Egon. — I nie uważasz, że coś jest nie tak? Że się trochę nie zgadzają daty? — Patrzył na przywiązanego do drzewa. — Zresztą mniejsza. — Machnął ręką. — Jedziemy dalej. Pytanie trzecie. Jak się tu dostałeś, Nathanielu?
— Ma… maaa… Maszyną — wyjąkał Broys.
— Jaką maszyną? Kombajnem? Tosterem? Lokomotywą? — sarkastycznie docinał mu Egon.
— Maszyną czasu!
— No tak, tyle to i ja wiem. — Mnich rozsiadł się wygodnie na trawie. Przez krótką chwilę ruszał bezładnie gałkami ocznymi.
— Co.. O co tak.. wł.. właściwie — Nathaniel cichym głosem próbował skleić pytanie, ale mnich przerwał mu wpół słowa.
— W naszej grze to ja pytam, a ty odpowiadasz, nie na odwrót. — Zaklekotał parę razy szczypcami. Zygfryd wzdrygnął się.
— Inaczej — podjął po chwili Egon. — Możesz mnie zaprowadzić do tej maszyny?
— N-nie. — Mnich wstał. Nathaniel westchnął z przerażenia i zaraz szybko dodał: — Bbb..bo jej tu nie ma!
— „Tu”? — Egon zatrzymał się wpół kroku.
— No t-tak. Nie ma tu maszyny. Z… zostałem przysłany..
— Maszyną, z przyszłości? — dokończył za niego mnich.
— Tak. Tak! Z przyszłości! — Nathaniel potakiwał skwapliwie.
— Mhm. Kto cię tu przysłał i dlaczego? — Egon zbliżył się do jego twarzy, na odległość oddechu. — Już prawie, Nathanielu. Jesteś już blisko! — dodał z przerysowanym entuzjazmem.
Nathanielowi Broysowi drgała dolna warga, ale nic nie powiedział.
— Kto?! — warknął mnich, zbliżając twarz jeszcze bardziej do twarzy Zygfryda.
— K..kaza, kazała n-nic nie mówić. — wyjąkał tamten. Mnich gwałtownie wstał bez słowa. — Nie, nie, proszę, wszystko powie.. — nie dokończył, bo knebel zdławił go wpół słowa.
Tym razem chrupnęły knykcie serdecznego palca. Nathaniel wrzasnął głucho i stracił przytomność.
Obudził go któryś z silnych policzków, które raz za razem odmierzał mu Egon Hoerzt.
— Imię, Broys! — rzucił mu prosto w twarz. — Im szybciej, tym lepiej. Inaczej będziemy tu tkwić do usranej śmierci, a ty stracisz władzę nie tylko w palcach.
—N-n…
—N-n.. n co? — naciskał mnich.
— Nora. Nazywała się Nora. — powiedział ze zrezygnowaniem Zygfryd i spuścił wzrok. — Ch..chyba Nora Crowne.
Potem zaczął opowiadać…

***

Po niezbyt długim przesłuchaniu nastała cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem Nathaniela Broysa i cykaniem świerszczy. Zerwał się delikatny wiatr, szumiąc ukrytym w mroku listowiem. Mnich gładził swoją brodę w milczeniu. Światło pochodni zaczęło rwać się coraz bardziej, zrobiło się wyraźnie ciemniej.
— No dobrze, wystarczy — powiedział w końcu Egon i wstał z trawy. W oczach Zygfryda zaświtał płomyk nadziei.
— Czy.. Czy to znaczy, że.. — nieśmiało, z niejaką desperacją w głosie próbował złożyć zdanie. Umilkł, zobaczywszy poważną minę mnicha, który stanął przed nim i zaczął oficjalnym głosem:
— Zgodnie z rozporządzeniem o doktrynie czasu Federacji Ziemskiej z roku 2099 i nadaniu mi uprawnień z mocy paragrafu dwa, podpunkt trzy, informuję ciebie, Nathanielu Broys, że pogwałciłeś bezpośrednio paragraf pierwszy zakazujący podróży w czasie i pośrednio aksjomat o prawnej ochronie STC od momentu T0. Zostanie na ciebie nałożona kara w trybie natychmiastowym.
Zanim Nathaniel zdążył cokolwiek powiedzieć, Egon Hoerzt złapał go za głowę i jednym silnym szarpnięciem błyskawicznie złamał mu kark; chrupnęło. Następnie odwiązał ciało od drzewa i przewiesił sobie przez ramię. Przeszedł w głąb kniei, stanął na skraju uroczyska i rzucił ciało w przepaść. Odbiło się parę razy od skał i z cichym pluskiem wpadło do ciemnej i śmierdzącej toni rozciągającego się na dnie parowu bajora. Zebrał wszystkie rzeczy Nathaniela i dokładnie obejrzał. Następnie wrócił do wioski.
Zajrzał do karczmy. Wszyscy zdążyli popić się do nieprzytomności. Cuchnęło potem, stęchlizną i przetrawionym alkoholem. Ostrożnie przemknął obok śpiących chłopów i wszedł na pierwsze piętro. Dokładnie przeszukał wszystkie wynajęte przez Nathaniela izby, nigdzie nie było jednak żadnych należących do niego rzeczy. Wychodząc spostrzegł starego, zwiniętego w kłębek psa, który również na niego patrzył, nic jednak sobie z niego nie robiąc. Po krótkiej chwili kłapnął pyskiem i położył się spać.
Egon chyłkiem wszedł do kuźni. Wyjął z torby karabinek impulsowy, który Nathaniel miał przewiązany pod pachą, obejrzał dokładnie, a następnie kilkunastoma precyzyjnymi ruchami rozebrał go na części pierwsze. Kompozytowe łożyska, lufę, kompresor, spust i prowadnicę wrzucił do gorejącego jeszcze pieca i dla pewności nacisnął parę razy na dmuchawę, która rychło roznieciła ogień. Poczuł gwałtowny podmuch gorąca.
Później poszedł daleko za wioskę na rozciągające się szeroko łąki, teraz skąpane w ciemności, oświetlanej jedynie słabym blaskiem gwiazd. Ułożył pozostałości broni i resztę rzeczy Nahtaniela Broysa w kupkę. Następnie rozkręcił naboje impulsowe i obsypał tą kupkę znajdującym się w nich jasnoniebieskim, lekko fosforyzującym, ciężkim proszkiem. Zasłonił oczy i podpalił proszek tlącą się pochodnią. Rozległ się bezgłośny wybuch, oślepiająca kula białego światła na ułamek sekundy rozświetliła wszystko wokół, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła.
W miejscu kupki został tylko skrawek gołej, wyschniętej i dymiącej ziemi. Rozniósł się zapach ozonu.

***

Świtało. Egon Hoerzt podszedł nieco mechanicznym krokiem na szczyt najbliższego pagórka w okolicy i stanął wyprężony na baczność, trzymając ręce możliwie blisko ciała. Poczuł znajomy dreszcz, który zjeżył mu skórę na plecach. Oklapnięte źdźbła żółknącej trawy wokół niego podniosły się do pionu. Rzucił jeszcze okiem na melancholijny, jesienny krajobraz budzącego się powoli świata, wziął głęboki wdech i… zniknął, a wraz z nim liść klonu, który osiadł mu na barku.

***

Dwa dni później pogoda wyjątkowo się popsuła. Od samego rana lało jak z cebra.
Adela z pogardą patrzyła na swojego męża, leżącego na ziemi we własnych wymiocinach, przed samym łożem. <nie wiem za bardzo jak się "fachowo" nazywa, więc poprawiłem na "łóżko". >(jak dla mnie łoże to raczej określenie rodzaju łóżka, które nijak nie pasuje do wiejskiej chaty) Nie bardzo wiedziała co ma z nim zrobić. Matka nigdy jej tego nie nauczyła. Tak samo nie powiedziała jej słowa o gospodarzeniu, gdy wydawała ją za mąż w zamian za jałówkę, tuzin owiec i kilkadziesiąt morgów ziemi. Z czasem upłynniła majątek i wyjechała z wioski. (bo znowu się pogubiłam)<tego już nie ma :P> Zniknęła z jej życia podobnie jak ojciec. Adela została sama, ze starszym od niej o ponad dwadzieścia lat mężem-pijakiem i ziemią, którą nie umiała zarządzać.
Nie przestawała myśleć o tamtym mnichu. Targał nią naprzemiennie wstyd i żal, że tamtego wieczoru nie poszła za nim.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Kto to mógł być? Rzadko miewali gości.
Wzdrygnął nią nagły impuls, rzuciła się otworzyć.
— Panie bracisz… — wykrzyknęła i urwała równie szybko jak zaczęła. Przed drzwiami stały dwie zmoknięte postacie, szczelnie owinięte w szare, wełniane peleryny, z głębokimi kapturami nałożonymi na głowy. Niższa z nich okazała się być kobietą o kruczoczarnych, rozwichrzonych włosach. Wyższa postać trzymała twarz w ukryciu. Kobieta podeszła do Adeli.
— Czyli był już u ciebie pewien mnich? — spytała złotowłosą lekko zachrypniętym głosem i odwróciła spojrzenie w kierunku towarzyszącej jej osoby. Spojrzenie przepełnione zmęczeniem i rezygnacją. (coś mi tu nie bardzo gra) <delikatnie przeredagowałem>
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
gantzerek
Posty: 77
Rejestracja: 19 marca 2012, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Kontaktowanie:

Re: Kolaps [+18]

Post autor: gantzerek » 05 stycznia 2013, 18:20

ROZDZIAŁ PIERWSZY Pomieszczenie było nieduże i idealnie okrągłe, o gładkich, srebrzystoszarych ścianach. Na środku wyrastała dwu i pół metrowa szklana tuba. Z wieńczącego ją, metalowego kapitelu wylewały się grube trzewia rur i okablowania, wijące się i znikające w suficie. Jedynym źródłem światła w pomieszczeniu był okalający je wąski okrąg w podłodze, emanujący słabą, błękitną poświatą.
W szklanej tubie powietrze błyskawicznie zgęstniało. Wszystko zaczęło wibrować, rozbrzmiewając niskim, dudniącym basem. W jednej chwili dźwięk ucichł, jakby odcięty nożem. W tubie pojawił się ogolony na łyso, brodaty mężczyzna w kasztanowym habicie kapucyna. Jego ciało bezwładnie oparło się o szkło. Nagle szarpnęły nim gwałtowne konwulsje. Wygiął się niczym kot, łapiąc ogromne hausty powietrza. Szklana tuba zaczęła opadać i po chwili zniknęła w podłodze. Mężczyzna upadł na kolana i zwymiotował.
Ze wszystkich aspektów swojej służby, Egon Hoerzt najbardziej nienawidził samej podróży. Cierpiał na chorobę czasową. Dopadała go za każdym razem.
Leżał teraz na ziemi w pozycji embrionalnej, usiłując przeczekać najgorszy okres. Błędnik wariował, a organy wewnętrzne zdawały się być zupełnie wymieszane. Nawet nie próbował przywoływać Interfejsu, bo i tak by się pewnie teraz nie włączył. Dudniło mu w głowie. Usłyszał, jakby z oddali, krótki, urwany krzyk. Męski głos wydawał mu się znajomy.
Dopiero po chwili poczuł gorejący ból w nodze. Przemógł się i otworzył oczy. Świat wściekle wirował we wszystkich kierunkach. Zobaczył, że skraj jego habitu palił się błękitnym płomieniem. Zmełł przekleństwo w ustach i wciąż leżąc na ziemi próbował niezdarnie zdusić ogień ręką, ale tylko rozniecił go bardziej, parząc sobie przy tym dłoń.
Czym prędzej zdjął palący się habit i cisnął jak najdalej od siebie. Okrągły pas światła w podłodze dopiero wtedy zmienił barwę z błękitnej na żółtą. Powietrze przy ziemi stało się nagle ciężkie i lepkie, a posadzka lodowata; Egon z trudem wstał, starając się mieć jak najmniejszy z nią kontakt; przenikliwe zimno wręcz parzyło go w gołe stopy. Płomień zatańczył jeszcze krótko i zgasł; pas światła zmienił barwę z powrotem na niebieską.
Wciąż walcząc z konwulsjami, które wzbierającymi falami atakowały jego ciało, Egon rozejrzał się dookoła i nagle skamieniał. Włosy zjeżyły mu się na karku.
— O kurwa… — wymamrotał. Zamknął oczy, potarł i otworzył ponownie.
Nic się nie zmieniło.
Przeciwny skraj pomieszczenia, odległy od niego o nie dalej, niż cztery metry, widział jak przez pękniętą szybę, której fragmenty zawisły nieruchomo w powietrzu. Obraz załamywał się wzdłuż misternie utkanej sieci linii i kontynuował w zupełnie innym miejscu. Kątem oka, na jednym z takich kawałków „szkła” zobaczył siebie. Jego „odbicie” w tym fragmencie wciąż leżało na ziemi, wciąż jeszcze ubrane w habit. Na innym z kolei zobaczył innego siebie, dopiero co pojawiającego się w szklanej tubie. Przywarł plecami do ściany.
— Eeeej! — krzyknął bełkotliwie, walcząc z kolejną falą mdłości. — Technik! Coś nie tak z ST! Eeeeeeej!! — Nie usłyszał nawet echa swojego głosu, które rozeszło się po różnych zakamarkach pofragmentowanej czasoprzestrzeni, zostało uwięzione w którejś z nieskończonych chwili czasu. Egon poczuł się jak zaszczute w pułapce zwierzę.
Usiłował zebrać myśli. Dotarło do niego, że darcie się wniebogłosy nie miało najmniejszego sensu, choćby dlatego, że MTTM została obudowana grubą ścianą z ołowiu, wielokrotnie ekranowaną i zbrojoną nanowęglowymi siatkami. Maszyna fizycznie była zupełnie odcięta od świata zewnętrznego, nawet od obsługi technicznej.
Kątem oka spostrzegł, że tuż koło niego bezgłośnie pojawiło się szerokie pęknięcie. Serce zaczęło walić mu jak oszalałe, oblał się zimnym potem. Był nagi i zmarznięty. Szukał w pamięci jakiejś wskazówki, procedury, czegokolwiek.
Ostrożnie przykucnął i uderzył trzy razy pięścią w podłogę. To była absolutna podstawa, rdzeń każdego autonomicznego systemu, uwzględniającego czynnik ludzki. Na posadzce wyświetlił się monochromatyczny panel sterowania. Ostatnia deska ratunku. Wcisnął palcem w powietrze, w miejscu gdzie znajdywał się odpowiedni wirtualny guzik. Pas światła w podłodze błyskawicznie zmienił barwę na krwistą czerwień, tak bardzo teraz zbawienną dla Egona. W wielu kawałkach załamań czasu, zawieszonych w powietrzu, pas światła wciąż był błękitny albo żółty. Zupełnie jak w kalejdoskopie.
Zamknął oczy, wstrzymał oddech i czekał, mając nadzieję, że Balthasar upora się obliczeniem poprawek STC, zanim w miejscu, gdzie siedział, spontanicznie pęknie czasoprzestrzeń i wyśle go w kawałkach w różne momenty przeszłości. O ile w ogóle coś takiego da się naprawić. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność.

*** Egon nawet nie zauważył momentu, kiedy pas światła oblał pomieszczenie jaskrawą zielenią. Z transu wyrwał go dopiero syk otwierającej się ściany. Bez chwili namysłu wstał i wszedł wąskim gardłem w korytarz; zarzuciło nim szeroko. Obejrzał się za siebie i odetchnął z ulgą. Komora wyglądała najzupełniej normalnie, anomalie zniknęły.
Przeszedł, wciąż jeszcze chwiejnym krokiem, przez wszystkie trzy śluzy próżniowe, klaszcząc bosymi stopami po posadzce. Na końcu korytarza znajdowało się dwufazowe pomieszczenie dekontaminacyjne.
Na początek potężny strumień suchego powietrza wywiał go na wszystkie strony, uderzając z taką siłą, że Egon musiał kurczowo trzymać się specjalnych uchwytów, żeby nie stracić gruntu pod nogami. Następnie komora po sam sufit wypełniła się na kilkanaście sekund lekko mętnym płynem. Wtedy boleśnie odezwały się jego poparzona noga i dłoń. Zacisnął zęby.
Ostatnim krokiem był restart jego Interfejsu. Usłyszał krótkie „pyk”. Spolaryzowany impuls elektromagnetyczny wniknął w jego ciało, wybudzając z letargu nanoboty krążące we krwi i te tworzące nieorganiczną nadbudówkę na mózgu. W prawym dolnym rogu w polu widzenia Egona pojawiło się migające, żółte kółeczko, oznaczające reset systemu.
Opierając się o ścianę, wyszedł z komory dekontaminacyjnej, mokry jak pies, zziębnięty i otępiały. Noga i dłoń bolały jak cholera. Na zewnątrz, w przeraźliwie ciasnym i zagraconym holu czekał na niego robot medyczny. Duszne i zadymione powietrze przesiąknięte było zapachem palonego tytoniu. Usiadł na ustawionych obok noszach i rozejrzał się niemrawo wokół. Wszędzie piętrzyły się dziwne urządzenia i aparatura pomiarowa, spięte ze sobą grubą plątaniną wijących się wszędzie kabli światłowodowych. Ktoś tu musi być, pomyślał, widząc unoszące się w powietrzu bezpańskie holo-interfejsy.
Istotnie, zza urządzeń wyłoniła się znienacka rozczochrana kobieta ubrana w pomięty biały kitel i czarny golf. Spostrzegłszy mężczyznę, szybko wyprostowała się i gestem dłoni w powietrzu zgarnęła w jedno miejsce rozpanoszone po całym pomieszczeniu okienka, po czym dopiero skupiła na nim wzrok.
— Egon Hoerzt! — wykrzyknęła, trochę jednak za głośno. Nuta fałszywej serdeczności tylko go poirytowała. Dziewczyna speszyła się lekko. — Nie znamy się jeszcze. Jestem Nicola Frantz, fizyk. No, doktorantka. — Podeszła bliżej, wytarła spotniałą dłoń o kitel i wyciągnęła rękę, ale mężczyzna jej nie uścisnął; mierzył ją tylko kamiennym wzrokiem. Dziewczyna nerwowym gestem wygładziła rozwichrzoną blond grzywkę z czarnymi odrostami, które same w sobie były wyjątkowo osobliwe. Mało kto się teraz farbował, wystarczyło przecież przeprogramować sobie quasi-hormonami cebulki włosów, by rosły w dowolnym kolorze, w dowolny sposób.
Egon wpatrywał się w kolejne komunikaty Interfejsu, który zdążył się już wstępnie zsynchronizować z hubem informacyjnym na stacji MTTM. Spojrzał na datę: był 11 grudnia 2156 roku Pańskiego lub 122 roku Ery Kosmicznej. Choć w XVII-wiecznych Prusach spędził prawie dwa tygodnie, to we współczesności ściągnięto go z powrotem po zaledwie trzech dniach.
Czekał teraz z niecierpliwością na wynik wstępnej diagnostyki medycznej. Dziewczyna podała mu termo-koc, mężczyzna bez słowa owinął się w przyjemnie grzejącą tkaninę.
W lewym dolnym rogu jego pola widzenia wyświetlił się prosty krzyżyk. Ból poparzonej nogi i ręki zniknął niemal błyskawicznie, a nudności ustały. Świat przestał wirować mu przed oczami. Interfejs działał skuteczniej niż jakikolwiek narkotyczny środek przeciwbólowy.
Mężczyzna wypuścił powietrze z ulgą. Skupił uwagę na dziewczynie w kitlu.
— Co to w ogóle, kurwa, miało być? — zapytał złym głosem. — Nie macie żadnych czujników? Federacja pompuje w was tyle kasy, a wy się tak opierdalacie? Prawie mnie tam poszatkowało! Gdzie w ogóle cała obsługa, technicy?
— Yyy… E… Jak to poszatkowało? — Nicola zająknęła się i zaczerwieniła. — Nno.. Ja jestem całą obsługą — odpowiedziała w zasadzie tylko na ostatnie i jedyne pytanie, które zdołała zapamiętać. Egon zdębiał.
— Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, że mój skok prawie rozjebał cały ten burdel? — Omiótł ręką ciasne pomieszczenie, w którym się znajdywali.
— No, było jakieś zakłócenie na wykresach ST, ale niewielkie. — Nicola machnęła nerwowo ręką, drugą zaś skubiąc klapę kitla. — Nic nadzwyczajnego.
— Chyba sobie jaja robisz. Nie wierzę. Nie wierzę, że ktoś mógł zostawić na stacji tylko jedną zagubioną pierdołę.
— Nie no, kilka dni temu zmienialiśmy oprogramowanie, maszyna musi się jeszcze skalibrować, jeszcze jeden, dwa skoki i… — Dziewczyna raczej nie zrozumiała i tak już mało wyrafinowanej aluzji.
Egon nie mógł już z siebie wydobyć ani słowa. Bezwiednie zacisnął pięści. Czuł, że zaraz zrobi jej krzywdę. Interfejs w porę go jednak powstrzymał, administrując mu środek uspokajający.
— Czujniki ognia i dymu też się muszą skalibrować? — wycedził jadowicie, wchodząc jej w słowo. — Potrzeba im palonego mięska? A może je trzeba popieścić, wsadzić paluszek, gdzie trzeba, żeby zechciały zareagować w porę? — Nicola wyglądała na zupełnie zahukaną. — Co za fuszera.
— Nie, nie trzeba im, ale eee... żaden system nie jest chyba idealny.. — Doktorantka schowała ręce do kieszeni kitla, przestępując z nogi na nogę. — Prze.. przepraszam.
Robot zsynchronizował się z aplikacją medyczną Interfejsu Egona, podjechał do niego i naniósł na oparzenia grubą warstwę medycznego biożelu.
— Do dupy z taką zabawą — burknął, obserwując jak robot zadziwiająco miękkimi i precyzyjnymi ruchami bandażował mu rany. Dziewczyna sztywnym gestem podała Egonowi świeże ubranie. Mężczyzna wziął je bez słowa, odpakował i zaczął się ubierać, nic nie robiąc sobie z jej obecności. Był zbyt głodny i zmęczony, żeby się czymś takim teraz przejmować.
*** Popielny kurhan, który oderwał się od papierosa Nicoli, wytrącił Egona z zamyślenia. Siedział przy maleńkim stoliku razem z doktorantką, przed nimi stały puste naczynia po posiłkach instant; obydwoje wpatrywali się w milczeniu w jedyny na stacji iluminator. Przezeń widać było kawałek kosmicznej otchłani i fragment Ziemi, akurat szczelnie opatulony brunatnymi chmurami. Maleńka stacja, w której się znajdywali, orbitowała na wysokości kilkuset kilometrów, co jakiś czas delikatnie korygując lot.
Jedzenie poprawiło Egonowi humor i pozwoliło, przynajmniej częściowo, zrekompensować mu żebraczą dietę mnicha. Spojrzał na Nicolę, na jej zastygłe oblicze; wyglądała, jakby ją ktoś wyłączył. Przeszło mu przez myśl, że może jest Syntetyczną, androidem posiadającym nieorganiczny mózg i autonomiczną sztuczną inteligencję.
— Hej, wyobraź sobie — zaczął znienacka — że znajdujesz butelkę z dżinem spełniającym jedno dowolne życzenie. Otwierasz ją i życzysz sobie, żeby dżin twojego życzenia nie spełnił.
Chciał zobaczyć, jak dziewczyna zareaguje na paradoks, najstarszą sztuczkę na AI. Po Syntetycznej spodziewałby się nienaturalnie szybkiej, gwałtownej reakcji obronnej programu na oczywisty absurd, czy może nawet zawieszenia się całego systemu.
— Coooo… — Nicola w zamyśleniu nawet nie zdobyła się na nic więcej, odpowiedziała z opóźnieniem, na tyle jednak krótkim, że Egon miał wątpliwości raczej co do tego, czy jego słowa w ogóle do niej dotarły. Raczej nie była Syntetyczną, a jeśli już, to bardzo starym albo bardzo nowym modelem. Jej odpowiedź ogóle nie rozwiała jego wątpliwości. Może była człowiekiem, może nie. Coś jednak blokowało Egona w spytaniu się jej wprost. To byłoby zbyt łatwe.
Ciszę przerwał dźwięk wyskakującego okienka, wywołanego przez Interfejs Nicoli. Żółty, półprzezroczysty prostokąt zawisnął w powietrzu. „Ciekawe jak długo siedzi sama na tej stacji, że nawet nie przejmuje się ukrywaniem swoich aplikacji?”, pomyślał Egon, patrząc się w jej nieduży, acz zgrabny biust.
— Twój.. yy.. — Doktorantka zająknęła się i poprawiła. — Pana transport zaraz zacumuje. Wysunę rękaw.
Egon wzdrygnął się, słysząc ten obrzydliwie oficjalny ton, jakim nagle obdarzyła go dziewczyna.
Nicola kliknęła w powietrzu na kilka guzików, po czym w powietrzu pojawił się błękitny, siatkowy model stacji. Mogli obserwować, jak z jej boku wysuwa się metalowy szkielet i pokrywa samo dopasowującymi się do siebie kompozytowymi płytami. W pełni zautomatyzowany system w ciągu kilku chwil zbudował kładkę, którą człowiek swobodnie i bez skafandra mógł przedostać się na drugi statek. Wszystkie te mechanizmy wyrosły z budownictwa kolonialnego i orbitalnego, w których liczyła się przede wszystkim modularność konstrukcji.
Pani fizyk wyjęła z paczki kolejnego papierosa i okręcała go przez chwilę w palcach, po czym włożyła do ust. Krzesiwo zapalniczki prysnęło snopem iskier, które dały początek małemu płomyczkowi. Nicola odpaliła papierosa, zaciągnęła się głęboko i wypuściła z płuc spory kłąb dymu, jeszcze bardziej zagęszczając duszną już atmosferę. Egon nie mógł przypomnieć sobie nikogo ze współczesnych, kto używałby takich przestarzałych zapalniczek, ba!, kto jeszcze w tych czasach palił nikotynowce?
— Zastanawia mnie — przerwał milczenie — jakim cudem nie zauważyłaś że coś się dzieje? Że leci transmisja stanu alarmowego do Balthasara? Przecież włączyłem alarm z konsoli. One mają najwyższy priorytet.
Doktorantka popatrzyła na niego i zmarszczyła brwi, usiłując wyczytać cokolwiek z jego twarzy, znaleźć jakąś wskazówkę.
— Ee.. Yyy.. To jakiś test? Gdzie jest haczyk? — spytała zmieszanym głosem. — Żadnego alarmu nie było. Nic nie poszło do Balthasara.
Egon poczuł nieprzyjemne ukłucie w boku. Albo miała go za kompletnego idiotę, albo coś się tu bardzo nie zgadzało.
— Nic? To co? STC samo się z dupy naprawiło?
— Przepraszam, a było zepsute?
— Zepsute? — parsknął. — Było kompletnie rozpieprzone! Jakbym patrzył przez rozbitą szybę. W każdym fragmencie co innego. Inna chwila. Jakby inny czas. — Kącik ust pani fizyk drgnął nieznacznie, Egon to dostrzegł. — Nie wierzysz mi?
— Tak. Nie.. M.. Może.. — zająknęła się, dało się słyszeć nutę niepewności jej w głosie. — Może to tylko efekty uboczne samej podróży? To ogromne obciążenie dla umysłu. Nie można wykluczyć omamów wzrokowych.
Egon już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknął je z powrotem i znacząco wypuścił powietrze z nosa.
— Omamów? To skąd ogień? Oparzenia? — Podstawił jej swoją zabandażowaną dłoń. — To też sobie wymyśliłem?
— Ogień czasami się zdarza, t..to normalne. — Nicola czuła jego wiercące spojrzenie na sobie. — Czujniki też chyba mogły zawieść — dodała po dłuższej chwili.
Nicola Frantz mówiła prawdę. Aplikacja wywiadu wojskowego jego Interfejsu wykluczała kłamstwo czy jakąkolwiek próbę zaciemniania informacji, a Egon nie miał powodów, by wątpić w skuteczność programu. Nie był jednak ani trochę z tego faktu zadowolony, bo nic się nie wyjaśniło; w jego głowie mnożyły się tylko kolejne pytania.
— Mhm.. — mruknął, bardziej do siebie, niż do niej.
Nagle drzwi za jego plecami otworzyły się, odsłaniając wnętrze rękawa; poczuł niewielki przeciąg. Nie zauważył nawet momentu, w którym statek zacumował.
Dostał na skrzynkę Interfejsu wiadomość od dowództwa. Ruch jego gałek ocznych zdradzał, że właśnie ją czytał. Pogładził swoją gęstą brodę w zamyśleniu, rzucając szarym spojrzeniem na dziewczynę w kitlu.
Po krótkiej chwili wstał bez słowa i skierował się ku wyjściu. Nicola dopaliła papierosa i zgasiła w popielniczce, powiększając tym samym i tak już pokaźnego, petowego jeża. Również wstała, chociaż w zasadzie sama nie bardzo wiedziała po co.
— D.. Do widzenia. — wydukała niepewnie, siląc się na uśmiech.
Egon Hoerzt nic nie odpowiedział, nie odwrócił się nawet w jej kierunku. Machnął jej tylko ręką na pożegnanie, po czym wszedł do rękawa. Brak sztucznej grawitacji na kładce trochę go z początku zaskoczył, ale mimo to bezproblemowo prześliznął się na drugą stronę; uchwyty z wmontowanymi LEDami oświetlały mu drogę. Wsunął się gładko do jednoosobowego transportera, zatopił w fotelu, zapiął pasy i dał sygnał gotowości do odlotu. Autopilot uszczelnił kabinę, ostrożnie wymanewrował i obrał kurs powrotny na statek-matkę.

mały glosariusz:
► Pokaż Spoiler


To pierwszy fragment pierwszego rozdziału. Dzięki za poświęcony czas :)
"Life is not a problem to be solved, nor a question to be answered, life is a mystery to be experienced." - Alan Watts
Moje wypociny:

ODPOWIEDZ