Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Zawsze na zachód

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 174
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 14 stycznia 2018, 15:03

Miałam zacząć coś wrzucać, więc niniejszym to czynię. Jak w końcu się pozbieram do kupy i wystarczy mi many na pisanie czegoś nowego (jeśli mam jakieś postanowienie noworoczne, to jest właśnie to), to też się spróbuję podzielić, a póki co - oto moje NaNo z roku 2014, które mam nadzieję jeszcze się trochę samo broni. Tekst jest już zamknięty, chociaż z okazji wrzucenia na forum każdą kolejną wstawkę z pewnością będę jeszcze doczyszczać ze śmieci, nieścisłości, powtórzeń i rzeczy, na które zwyczajnie mogłam nie zwracać uwagi dwa lata temu.
Przepraszam za całe rozczarowanie.

Forever West to maksyma amerykańskiego stanu Wyoming, jednego z najmniej zaludnionych rejonów w USA. Na jego terenie znajduje się zarówno przepiękny park narodowy Yellowstone, który co roku ściąga tysiące turystów, jak i jeden z trzech strategicznych magazynów broni nuklearnej.


Rozdział I

Powietrze świszczało wokół mnie, wewnętrzne oprogramowanie kombinezonu mamrotało analizy wprost do mojego ucha, a ziemia zbliżała się w zawrotnym tempie stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Oddychałam – głęboko i równo, w kontrolowany, wyuczony sposób. W zasadzie nic więcej nie musiałam robić, bo sprzęt przejął kontrolę – rozkrzyżowana między komputerem helikoptera, kombinezonu i stacji odbiorczej byłam tylko towarem, który należało dostarczyć na ziemię.
Bure wzgórza rosły w oczach.
Spadałam. Spadaliśmy. Trójka idiotów szturmująca spaloną ziemię. Desant powietrzny armii zbawienia. Misja ratunkowa pod dowództwem rozpieszczonej starej panny z nadmiarem pieniędzy. Beznadziejna wycieczka turystyczna między postnuklearnymi instalacjami.
Mogłam tak długo.
Całe pięćdziesiąt sekund swobodnego spadania i potem dwanaście minut lotu pod kolorową kopułą w barwach Komisji.
Dwanaście minut gapienia się w szarość pod nogami. Spadochron musiał otworzyć się na tyle wysoko, by nie unieść pyłu przy ziemi. Liczyliśmy się z lekkim poruszeniem, chwilową popielną mgłą, ale kluczowe było utrzymanie jakiejkolwiek widoczności. Lądowanie w obłokach sinego kurzu, który wciska się w każdy zakamarek kombinezonu i nie opada przez następne trzy godziny to przegrana sprawa. Zdarzyło mi się już dwa razy; o dwa za dużo.
To był chyba rekord, swoją drogą. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie straciłam człowieka tak szybko. W tej upiornej, sinej zasłonie jeden z członków misji badawczej wylądował za daleko i już nigdy go nie znaleźliśmy. Komunikatory nie działały, interferencje zabiły obliczenia z transportowca. Po ptakach. Kamień w wodę.
To, oczywiście nie miało prawa się powtórzyć. Było mnóstwo rzeczy, które mogły zabić człowieka w tym piekle, ale pomylenie prawa z lewem zwyczajnie uwłaczało ludzkiej godności.
Nikt tu nie będzie umierał bez mojej zgody.
Wyprostowałam nogi – zawsze przy lądowaniu czułam dreszcze ekscytacji i nic nie było w stanie tego zmienić, ani kody projektowane wprost na wizor hełmu, ani ciężar odpowiedzialności, ani strach przed uderzeniem w grunt – i zaryłam w miękką ziemię. Inercja lądowania pociągnęła mnie do przodu, zdradziecki pył uwięził mi obie nogi, ale wszystkie ochraniacze wytrzymały. Automatyczny skan rozbłysł przy uruchamianiu i zaraz rozświetlił się na zielono z boku mojego HUD, a ja odzyskałam pełną kontrolę nad kombinezonem.
– Bravo, wylądowałam. Alpha, Charlie, co z wami? – zadyszałam do komunikatora, na oślep odpinając ciężką konstrukcję spadochronu. Pył wirował wokół mnie, osiadał na filtrach, wizjerze i rękawicach, ale wiedziałam, że to wszystko uspokoi się w przeciągu paru, może parunastu minut. Wzorowe lądowanie.
– U mnie w porządku – rozległ się miękki, zastanawiająco spokojny głos hrabiny. – Panie Bai?
– Wszystko zgodnie z planem. Nie ruszajcie się, odnajdę was.
Chciałam zaprotestować, ale przypomniałam sobie, że towarzysz Charlie to podobno specjalista, i dałam spokój.
– Hej, wiecie, że to Chińczycy wymyślili spadochroniarstwo?
Specjalista, sarknęło coś wewnątrz mnie, ten sam głos, który powtarzał, żeby nie ryzykować, nie ustawiać na celowniku, nie pakować się w żadne przedsięwzięcie z kimkolwiek o nazwisku Schwerin; ten sam głos, który zawzięcie ignorowałam, bo ta decyzja już dawno została podjęta. "Charlie" mógł sobie znać cztery sztuki walki i może nawet faktycznie potrafił przez sen rozłożyć karabin na części, ale nigdy dotąd nie był w głębszych strefach Północnej. Na litość boską, ten człowiek chwalił się, ba! – przechwalał, że zaliczył dwie misje na Alasce.
Na Alasce. Tam jeszcze rosły drzewa. Prawdziwe drzewa, a nie skarlałe mutanty czy zmumifikowane pomniki zabitej przyrody.
Pył powoli opadał, widoczność poprawiała się – nie, żeby było na co patrzeć. Nawet przed końcem zachodniej cywilizacji ten zakątek Virginii był odludziem i dokładnie dlatego lądowaliśmy właśnie tu. Żadnych kikutów drzew, na które można się nadziać przy zrzucie, żadnych ruin, żadnych popękanych jak suchy naskórek szos. Po prostu placek jałowej ziemi, gdzie można w miarę bezpiecznie wylądować i tyle. Ostatni dostępny od strony Atlantyku posterunek, założony zresztą relatywnie niedawno. Do tej pory zakursowało tu może z osiem wypadów, z czego ja prowadziłam sześć.
To ja zaproponowałam to miejsce pod posterunek. Dobrze je znałam.
– Widzę was obie – zakomunikował towarzysz Charlie, to znaczy były kapitan CTA Bai Gao, przedzierając się dziarsko w moim kierunku. Hrabina wychynęła zza zaspy niemal w tym samym momencie, otrzepując rękawy kombinezonu jakby właśnie skończyła robótki w ogródku.
Bo ona pewnie miała ogródek. Jeśli kogokolwiek w całym Rio de Janeiro stać na ogródek i własnoręczne grzebanie przy rabatkach, to chyba właśnie ją.
– No dobrze, to wylądowaliśmy – stwierdziła rzeczowo, ignorując wyciągniętą w pomocnym geście rękę Baia. – Co dalej?
#
Spotkałyśmy się na przyjęciu, na którym miało mnie nie być, bo ja nie bywam na takich wydarzeniach. Jestem zbyt biedna, zbyt brudna, zbyt chora od leków osłonowych i pyłu; nawet moja reputacja najlepszej specjalistki od Północnej nie jest w stanie tego zmienić. Ktoś musiał ręcznie dopisać moje nazwisko do listy gości i chociaż z perspektywy czasu oczywiste wydawało się, że zrobiła to Schwerin, to wtedy jeszcze zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zadarłam niepotrzebnie z jakimś miliarderem, czy może to był jakiś biedamakiaweliczny ruch Komisji, która nie wiedziała, co ze mną zrobić.
Do końca nawet nie wiem, co to było – jakiś bal charytatywny czy inna zbiórka na rzecz z wolna buntujących się faveli, podczepiona pod konferencję o Północnej, na której ludzie, którzy nie znali się na rzeczy, głośno wykładali swoją ignorację. Organizatorzy wstrzelili się w pięć dni przerwy między moim zadokowaniem w Paramaribo a kolejnym zesłaniem na ziemię przeklętą. Siedziałam w motelowym pokoju, przeglądając pocztę na prehistorycznym terminalu, trujący deszcz bębnił o szyby. Szacowałam, na ile opłaca mi się przyjęcie zaproszenia. Zastanawiałam się, czy należy mi się dobre jedzenie, towarzystwo kulturalnych ludzi i odrobina blichtru, czy może powinnam jednak odpłynąć na Laarwijk, do swoich ulubionych obskurnych barów, gdzie rzeczywistość pozostawała prawdziwa i nikt nie próbował pudrować gówna złotem.
Odpowiedziałam na RSVP, używając jakiegoś pośpiesznie ściągniętego szablonu, bo podobno takie rzeczy są jak hasło i odzew, i nie należy zwyczajnie odpisywać "zajmijcie mi miejsce". Wypożyczyłam sukienkę – skomplikowane, błękitne monstrum, którego tren z niezrozumiałych przyczyn ciągnął się za mną jak złośliwa plotka – założyłam obcasy, wynajęłam wizażystkę, która zdołała się nie rozpłakać na stanem moich włosów. I poszłam, poniewczasie orientując się, że strategicznym błędem było niezabranie osoby towarzyszącej, która osłaniałaby mnie przed większością protekcjonalnych spojrzeń, rzucanych zresztą głównie przez obsługę, bo goście zdawali się w ogóle mnie nie zauważać.
Czekałam, aż coś się stanie. Coś musiało.
Uczestnicy bankietu w ogóle nie przypominali ludzi: byli zbyt idealni, zbyt zwiewni i gładcy. Przesuwali się po sali płynnie, rozmawiali, jakby wszyscy się znali. Obserwowałam ich spod ściany przez dobre czterdzieści minut, po czterdziestu pięciu uznając, że moja cierpliwość ma się ku wyczerpaniu. Ktokolwiek chciał ze mną porozmawiać, miał czas dopóki nie odejdę od bankietowego stołu.
Czułam się jak gość w zoo albo może ofiara pobicia identyfikująca podejrzanych za weneckim lustrem. Oni wszyscy – ci piękni, idealni ludzie – należeli do jednej szajki. Temat konferencji mógł mieć Północną w nazwie, myśli obecnych prawdopodobnie kierowały się ku rosnącemu problemowi imigrantów i większość gości doceniała zagrożenie, która czaiło się za Zatoką Meksykańską, ale to mniej więcej tyle. To byli ludzie Rio, Paramaribo i Buenos Aires. Mieszkańcy chmurnych megapolis, wychowani w słonecznych symulacjach, wykarmieni syntetycznym mięsem i soczystymi owocami, pilnowani, mierzeni, wychowani przez czujne oko wszechobecnej sieci. Dzieci krzemu, chmur, wyzwoleńcy technologii, elita, która przeżyła dwie apokalipsy. Zaszczepieni przeciwko złu, bezpieczni od tragedii. O ich zdrowie dbały implanty, o ich myśli dbały implanty, cała ich wiedza skumulowana była na serwerach. Gdy na siebie patrzyli, ciche głosiki szeptały im informacje o sobie nawzajem, pokazy zdjęć wyświetlały się nad głowami jak spersonalizowane upiory. Tak naprawdę nikt tu nie przyszedł anonimowy – nawet kelnerzy i importowany z dwudziestego wieku portier byli podpięci w tę sieć.
Poza mną.
Mogłam wystroić się jak na karnawał, ale i tak w pewien sposób pozostawałam niewidzialna. Wyglądałam jak oni, mówiłam jak oni, urodziłam się między nimi, ale na pewnym poziomie byłam jak ich przodkowie. Na wieki zatrzymana w poprzedniej epoce.
Chociaż tłum przy korycie już się znacznie przerzedził, tu i tam ciągle kręcili się spóźnieni, sępy i zwyczajne niedobitki. Pieczonego prosiaka – co za ekstrawagancja – od dwudziestu minut okupował wysoki i potwornie chudy mężczyzna z twarzą rozżalonego borsuka, którego na starcie postanowiłam omijać szerokim łukiem, bo miał tendencję do gapienia się laskom na tyłki przy jednoczesnej zabawie obrączką.
Zrezygnowałam z wieprzowiny.
Ruszyłam ku rybom.
I tam mnie złapała.
– Moja siostra jest geniuszem – powiedziała, zupełnie jakby wróciła do przerwanej rozmowy po wizycie w kiblu. Miała tendencję do niepatrzenia rozmówcy w twarz, więc w pierwszym odruchu odwróciłam się, żeby sprawdzić, między kogo weszłam, ale za mną nie było nikogo.
W tym świecie nie mogłam liczyć już nawet na pieprzonego śledzia.
– Przepraszam, chyba mnie z kimś pani...
– Bzdura. – Machnęła ręką, wprawnym ruchem złapała mnie pod ramię i chcąc nie chcąc zaczęłam z nią spacerować wokół rzęsiście oświetlonej sali. Dałam jej prowadzić; mimo woli byłam zaciekawiona. – Jak mówiłam, Trudie jest geniuszem. No, może nie oficjalnie, bo nie mam pojęcia, jak to wygląda i co jest potrzebne, żeby jakieś świry z Mensy czy innej organizacji uznały twój intelekt za ponadprzeciętny, ale ja wiem swoje. Trudie nie potrzebuje innych ludzi, żeby ratyfikowali jej możliwości. Obawiam się natomiast, że inni ludzie potrzebują Trudie.
Zatrzymałyśmy się gwałtownie, z dala od stołu, parkietu i wścibskich uszu, a z głosu nieznajomej nagle zniknęły lekkie nuty.
– Wiem, że ja jej potrzebuję.
Zrozumiałam, co się dzieje, ledwo padło to imię – Trudie – i dotyk nieznajomej zaczął parzyć mi skórę jak pokrzywa. Dopiero teraz miałam okazję przyjrzeć się tej kobiecie: rzeźbie jej żółtych loków, jej wyzywająco jaskrawemu makijażowi, który kpił z dyskretnej elegancji reszty gości i jej co najmniej dwudziestoletnim tatuażom, które pokrywały każdy skrawek jasnej, tak jasnej skóry od obojczyków aż po stopy. Jedynie dłonie i twarz pozostawiła puste i nienaruszone – albo pokryła grubą warstwą makijażu, co też było możliwe.
– Przykro mi – odparłam po dłuższej chwili wzajemnego mierzenia się wzrokiem. Ja obserwowałam jej tatuaże, ona bliznę na mojej twarzy i żadna z nas nie zadawała pytania, które cisnęły się jej na usta. – Wyruszam za trzy dni z patrolem. Potem...
– Pani Ibanez – przerwała mi, dopiero teraz rozwiewając resztki wątpliwości. – Pani nie jest przyzwyczajona do tego, jak operujemy, więc pozwolę sobie na udzielenie porady. Proszę przyjąć za punkt wyjścia, że nie ma żadnych ograniczeń. Że wszystkie umowy oraz zaplanowane misje mogą zostać zawieszone bez żadnych dotkliwych konsekwencji.
Patrzyłam w jasne oczy, a gdzieś na ich dnie, za warstwami implantowych zbrojeń, płonęła determinacja, z którą się nie dyskutowało.
– Rozumiem.
Misja ratunkowa dla genialnej siostry, połkniętej przez Północną w tajemniczym okolicznościach podczas wyprawy naukowej.
Oczywiście. Jakże mogłabym nie słyszeć – ja, najlepsza ze zwiadu, specjalistka od martwej ziemi.
– Schwerin – stwierdziłam w końcu i sama się zdziwiłam, gdy usłyszałam w tych słowach zaskoczenie. – Hrabina Schwerin.
Skrzywiła się wyraźnie i przez moment, krótki moment, zobaczyłam wszystkie zmarszczki, wszystkie niedoskonałości i zniszczenia, które powinny się znajdować na prawie pięćdziesięcioletniej skórze, a które znikały pod magicznym wpływem bajecznie drogich kosmetyków.
– Tylko nie "hrabina" – poprawiła. – Helena Schwerin z Olavarria Afeite.
To był moment, w którym jeszcze mogłam się wycofać.
– Zoë Ibanez, zwiadowca – odparłam odruchowo, wyciągając przed siebie dłoń. Uścisnęła ją z czarującym uśmiechem, który jakoś za bardzo kojarzył mi się ze spotkaniami biznesowymi w szklanych wieżowcach, bym się uspokoiła. – Ale oczywiście już to pani wie.
– Wystarczy "Helena". Tylko nie "hrabina", proszę.
Zaczynałam rozumieć i z każdym kolejnym skojarzonym elementem czułam się coraz pewniej. To była sytuacja, z którą potrafiłam sobie radzić: w końcu pracowałam już z różnymi, również takimi na szczeblu rodziny Schwerinów. Schemat zawsze pozostawał taki sam, cel tej rozmowy również nie różnił się od innych prawie pięćdziesięciu podobnych. Wiedziałam, na czym stoję. Czego się chwytać i o co pytać. Teraz mogłam dać się złowić i pociągnął w głębiny, bo przecież po to ona tutaj przyszła: żeby upolować zwiadowcę.
A ja zamierzałam jej na to pozwolić.
Ruszyłam z powrotem w kierunku zastawionych stołów. Hrabina podążyła za mną.
– Chyba kojarzę tę wyprawę. Zespół geologów, energetyków i jeszcze jakichś fachowców, specjalna paczka Komisji. Ruszyli w kwietniu, zgadza się? Tak, to musiał być kwiecień, bo... – Odchrząknęłam. – Nie prowadziłam ich. Komisja chciała mnie wynająć, ale siedziałam wtedy w środkowej Kanadzie i dowiedziałam się o wszystkim po fakcie. Zaczęli w tym nowym punkcie zrzutu w Virginii i parli na zachód. Do samego centrum. W kierunku Wyoming.
Virginia. Wyoming. A obok nich Washington, Nebraska, Idaho i cokolwiek tam jeszcze. Nazwy, które dla świata przestały oznaczać cokolwiek i liczyły się już tylko jako sektory, zabarwione różnymi odcieniami czerwieni na tajnych mapach Komisji.
– Do Yellowstone. Tak. Wszystko się zgadza. Mieli zbadać, jak bardzo mogą się zbliżyć. Gdzie leży faktyczna granica.
– I nie wrócili.
– Piętnaście osób.
– Ogromna wyprawa.
– I straciliśmy z nimi kontakt po sześciu dniach. Mieli problemy ze sprzętem i chyba... Nie jestem pewna, bo Trudie nie chciała o tym mówić wprost, ale... Podobno ktoś ich śledził. Albo mieli wrażenie, że ktoś ich śledzi. Że nie są tam sami. – Hrabina rzuciła mi uważne spojrzenie, jakby żądała ode mnie potwierdzenia tego, z czym nawet Komisja nie mogła do końca się pogodzić. – A potem komunikacja się urwała. Zniknęli.
– Gdzie?
Podeszłam do prosiaka. Gbur z obrączką rzucił mi spojrzenie, które ewidentnie miało być terytorialną pogróżką, ale wykrzywiłam bliznę i odpuścił.
– Missouri, sektor siedemnasty, a przynajmniej tak wynika z ekstrapolacji ich kursu.
– Nie zaszli daleko – powiedziałam, z trzaskiem odłamując jedno z żeber martwej świni.
– Stracili sprzęt dwa dni wcześniej... To wszystko jest w papierach, Zoë, do których dostaniesz pełny dostęp, jeśli przybijemy umowę.
Nie no, to wszystko jest piękne, jasne, myślałam, żując soczyste, różowe mięso i ignorując fakt, że chwiała mi się przy tym lewa dolna piątka. Bardzo szlachetna motywacja, tyle że Północna to nie jest miejsce, gdzie szlachetne motywacje ratują ludzi.
Patrzyłam na nią. Na hrabinę Helenę Schwerin, czterdziestoparolatkę o stiukowej twarzy kogoś dwa razy młodszego, dziedziczkę korporacyjnej fortuny, która w garści trzymała sektor kosmetyczny Ameryki Południowej. I myślałam, czy dać się jej złapać. Albo też: czy na pewno dobrze robię. Czy to się dobrze skończy.
Ale widziałam to wyryte na jej twarzy – nie zamierzała odpuszczać. Ze mną czy beze mnie, wyruszy w otchłań po siostrę z Komisją rotacyjnie całującą jej dupę. Mogłam być wewnątrz lub na zewnątrz, ale wyprawa działa się i tak. Trudie Schwerin nie należała do osób, które zostawia się na kompletnym pustkowiu. Miała za dużo zer na koncie.
No i dobrze.
Spojrzenie jasnych oczu przesuwało się po moim policzku, zakręcało wzdłuż niemal idealnego łuku starej blizny.
Rozpieszczona miliarderka. Dwie rozpieszczone miliarderki.
Komisja.
I ja między tym wszystkim.
– Jest jeszcze coś – powiedziała, gdy wciąż się nie odzywałam. W jej głosie było wahanie, owszem, ale na ile udawane, nie byłam w stanie ocenić. – Oni nie szli do krateru z czystego kaprysu, Zoë.
Świnia była miękka i aromatyczna, mięso właściwie rozpływało się w ustach. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio jadłam coś podobnego. Jeśli kiedykolwiek jadłam coś podobnego.
– Chodzi o badania. O potwierdzenie teorii. O hipotezy.
– O aktywizację.
– Boimy się, co tam się dzieje, gdy nikt nie patrzy.
– I czy stara technologia wytrzyma?
Skinęła głową. Złote loki nawet nie drgnęły. Jej powieki nawet nie drgnęły. Cała była nieruchoma i spięta, tak bardzo spięta, w oczekiwaniu na moją reakcję.
Przełknęłam.
– Niczego nie obiecuję – stwierdziłam. – Ale myślę, że powinnyśmy to omówić w jakichś spokojniejszych warunkach.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Siemomysła » 15 stycznia 2018, 09:45

Z ogromną przyjemnością wracam do tego tekstu <3
Otwarcie wciąż uważam za dobre. Zaczynasz od akcji, a jednocześnie nie trzymasz czytelnika przesadnie długo bez wyjaśnień. Pięknie przechodzisz od tu i teraz, do wcześniej, w tym jesteś świetna. Twoje pisanie jest dynamiczne, nawet jeśli fragment jest z tych spokojniejszych. Lubię to.

Z uwag:
Teraz mogłam dać się złowić i pociągnął w głębiny, bo przecież po to ona tutaj przyszła: żeby upolować zwiadowcę.
Patrzyłam na nią. Na hrabinę Helenę Schwerin, czterdziestoparolatkę o stiukowej twarzy kogoś dwa razy młodszego, dziedziczkę korporacyjnej fortuny, która w garści trzymała sektor kosmetyczny Ameryki Południowej. I myślałam, czy dać się jej złapać
a chwilę wcześniej masz:
Teraz mogłam dać się złowić i pociągnął w głębiny, bo przecież po to ona tutaj przyszła: żeby upolować zwiadowcę.
A ja zamierzałam jej na to pozwolić.
i nawet ten dodatek:
Albo też: czy na pewno dobrze robię. Czy to się dobrze skończy.
moim zdaniem nie ratuje sprawy.

Zastawiam się też, czy tam gdzie ona rozmyśla nad tym, że nie dostaje zaproszeń bo jest za brudna i za chora, nie byłoby dobrze wspomnieć o bliźnie. Bo potem ona wyskakuje nieco znienacka, przy tym wykrzywianiu na postrach. Albo tam, gdzie służba jej się przygląda. To w końcu coś, co przyciąga wzrok, a nie wydaje mi się, by Zoë wypierała, czy udawała, że nie ma blizny, zwłaszcza, że wyraźnie podkreśla różnicę między sobą a innymi, a do tego samą bliznę wykorzystuje w scenie z Ryśkiem świadomie, prawda?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kanterial » 17 stycznia 2018, 16:11

Bardzo (zastanawiająco bardzo) zastanawia mnie, ile rzeczy nie jest tu przeznaczonych dla mnie, o ilu się nie dowiem i ilu nie wyłapię. Ta myśl była za mną od kiedy wrzuciłaś i wyłapałam, że dziewczyny znają tekst. W sumie fajnie, bo tobie się przyda pewnie perspektywa kogoś na świeżo, a ja mogę czytać bez żadnego bagażu, ale... ale jednak potem był urzekający koleś z ryjem borsuka, który patrzy na tyłki <3 bawiąc się obrączką <3<3 i jest chudy <3<3<3 I WYSOKI, OK A POTEM W KOMENTARZU SIEM PADA IMIĘ RYSIEK I JA JUŻ MAM BÓL DUPY.
Nie no. Ok. Nie mam. Znaczy mam, ale nie aż taki. Trudno. Może kiedyś się dowiem o różnych smaczkach i tyle :bag: o ile to w ogóle ten Rysiek.
A może to nie było cameo i on jest postacią która jeszcze będzie?
Bo tak poza wszystkim, to jedne z najbardziej przykuwających uwagę akapitów i było tak w moim odczuciu jeszcze zanim dotarło skojarzenie.
Komentarz właściwy:
Ależ się podnieciłam tym tekstem. Postaram się pisać rzeczowo, ale raczej nie wyjdzie. Bo tak - jak ja coś czytam, to potrzebuję rozpędu. Bo początki są początkami i tam jest wprowadzanie, opisy, kreślenie świata, albo nie ma wartkiej akcji i no, człowiek tak czeka i czeka i jakoś nic go nie chwyta.
U ciebie rozpęd dostałam już pod koniec pierwszej sceny - tylko się oswoiłam z narratorką, dałam jej szansę, poznałam styl zdań i popłynęło. Ogromne plusy za to u mnie, to w tym momencie to jeden z niewielu tekstów które u mnie chwyciły po kilkunastu akapitach. I to w taki sposób, że żałuję, że nie ma dalej.

Zawsze jak piszę tego typu pochwały to mam wrażenie że nikt nie wierzy, ale serio, nieczęsto się jaram od razu.

No więc. Jedno takie bardziej mocniej, co wyłapałam:
żadna z nas nie zadawała pytania, które cisnęły się jej na usta
<-- pytania, które cisnęło, czy pytań, które cisnęły?

i to chyba tyle z zarzutów technicznych, bo jestem na tak. Z formą. Jest na wpół refleksyjna (literackie powtórzenia i porównania gdy narratorka się nieco zachłyśnie) a na wpół potoczna (te słowa jak: laski, tyłki, a także coś w samym stylu i brzmieniu zdań, gdy narratorka wchodzi w humor/sarkazm). To ciekawy efekt wywołało u mnie, bo niby rozumiem, w czym rzecz - niedystyngowany i taki "ludzki" język Zoe ma ją nieco wyodrębnić na tle wymuskanych ludzi na balu charytatywnym - ale jednak właśnie te okoliczności, idealni ludzie, elegancja, bogactwo, sprawiły, że przy każdym kolejnym "zdaniu na luzie" miałam zonka. I takie sekundowe wtf. I to z jakiegoś powodu było dobre. Podoba mi się w każdym razie to, jak te zmiany w wypowiedziach i brzmieniu (a więc i odbiorze moim) narratorki robią z tekstu istną sinusoidę.
Może dałoby się zrobić to nieco płynniej, by zatrzeć wyraźne granice, ale to takie raczej gdybanie z mojej strony, bo bohaterkę uważam za całkowicie spójną. W sensie no, nie rozdwaja się na tę liryczną i tę co idzie do koryta po pieprzonego śledzia XD

Nie miałam problemu z przyswajaniem informacji i mimo chwilowych niepokojów (np te pierwsze imiona i nazwiska, trochę okoliczności, działanie kombinezonów) wszystko zostawało wyjaśniane szybko. Więc tu szacuneczek, bo wchodzisz na pełnym gazie w opowieść i nie zwalniasz, a jednocześnie czytelnik nie czuje się zagubiony. Zazdro tego.
Lubię twoje opisy ludzi i ich cech. Działają na mnie bardziej niż opisy przyrody i świata, przynajmniej po tej krótkiej porcji tekstu. Jeśli on w całości jest taki, jak ja lubię (więcej grania postaciami niż scenerią i ogólnie mało o świecie a dużo o relacjach i działaniu) to będę chyba się podniecać aż do samego końca.

Jestem zaintrygowana, jestem na tak, jestem zaskoczona łatwością, z którą mi przychodzi czytanie, bo masz odważny styl (nie umiem nazwać tego inaczej), charakterystyczny i wyrazisty, a mnie często coś takiego odstrasza. Tu czuję się dobrze i za to masz skryty podziw.

Hop! Czekam na więcej, bo na razie za mało, bym się odniosła jakoś sensownie do postaci czy akcji :3 Czuję, że polubię hrabinę. Bardzo.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 18 stycznia 2018, 11:31

Przyznaję, że na początku miałam pewne drobne obawy przed rozpoczęciem czytania. Wiesz, niby to tylko cztery lata, ale jednak trochę jak wracanie do lektury z dzieciństwa, a jeśli nie z dzieciństwa, to jednak z trochę innej epoki. No i gdzieś tam został jakiś ogólny klimat, obrazy i wspomnienie niekłamanej przyjemności. Nie to, żebym nie wierzyła, że Zachód ponownie mi sprawi przyjemność, ale to jednak mogło być coś innego i w ogóle. Nieważne. Tym bardziej nieważne, że oczywiście okazało się bzdurą. Wystarczyło te kilka skromnych początkowych kafelków i przypomniałam sobie wszystko, czego nie pamiętałam. W dodatku teraz, kiedy znam fabułę i siłą rzeczy nie trzyma mnie ona w napięciu i nie zmusza do szybkiego czytania, byleby wiedzieć, co będzie dalej, mogę z czystym sumieniem więcej uwagi poświecić szczegółom.

Nieodmiennie lubię to, w jaki sposób malujesz światy. Nie wchodzisz w nie głębiej, niż to wskazane, nie rozdrabniasz się, nie czujesz potrzeby badania każdej bocznej drogi i potem opowiadania czytelnikowi, co tam znalazłaś. Ja to naprawdę bardzo lubię. Bo jest świat, który opiera się na dwóch mocnych filarach: jeden to korzenie w naszym, a drugim wybuch superwulkanu. A potem dokładasz do tego też w sumie znajome elementy w postaci społecznego rozwarstwienia. I dużo kontrastów. To w sumie chyba taka cecha dość charakterystyczna dla Twoich rzeczywistości, że zbudowane są na silnych kontrastach, a w Zachodzie jest to szczególnie widoczne. I mi to szalenie pasuje. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, żeby czuć się pewnie i móc budować wyższe piętra wyobrażeń.

Do niektórych fragmentów wróciłam jak do starych przyjaciół, chociaż nie miałam świadomości, że pamiętam je aż tak dobrze. Miałam to zwłaszcza z pierwszym wejściem Bao i jego opisem. Rozbawiła mnie na pewnym poziomie ta wyższość Zoe i ogólnie uwielbiam ten kawałek, tak jak uwielbiam Bao w ogólności.

Nie wiem, co Ci jeszcze napisać. Po prostu był to przyjemny powrót i cieszę się, że mogę ponownie czytać. No.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 174
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 21 stycznia 2018, 13:14

Bardzo Wam dziękuję za komcie <3 Wiem, że to jest jednak mega stary tekst (i to też w sumie jest ważne - nie mogę zmienić kierunku fabuły, choćby w połowie się okazało, że to jednak bardzo słabe jest).
Jeśli chodzi o cameo i mrugnięcia okiem, to są minimalne i zdaje się, że przy którejś redakcji wywaliłam wszystkie poza Ryśkiem (no bo on akurat pasował do sceny :bag:).
Bardzo mi Wasz odzew pomaga na życie ostatnio <3

A dzisiaj o Baiu.

# Wszystko jest kwestią rutyny. Tą jedyną piękną rzeczą w Północnej był fakt, że się nie zmieniała, nie tak naprawdę. To była ziemia bez horyzontu; widoczność psuła wieczna, bura mgła, która zostawiała na kombinezonach trudne do usunięcia zacieki. Ziemia bez nieba – mieliśmy jedynie nabrzmiałe, ciemne chmury.
Nigdy nie znikały. Puchły, wybrzuszały, czasem atakowały deszczem lub śniegiem, ale niebo nigdy się tu nie przeczyszczało.
Oprogramowanie wizjera robiło, co mogło, żeby polepszyć widoczność, ale już dawno nauczyłam się nie ufać jego prognozom. Za daleko byłiśmy od domu i zbyt łatwo dało się wprowadzić w błąd technologię. Co najmniej połowa ludzi, których nigdy nie udało mi się wyprowadzić z tej ziemi, wolała wierzyć narzędziom niż doświadczeniu, intuicji albo zwiadowcom. Zapominali o promieniowaniu, o interferencjach, o zdezaktualizowanych danych, o błędnych ekstrapolacjach, na których opierali się programiści. Przede wszystkim zapomnieli o odległości, która dzieliła ich od cywilizacji. Od tego bezpiecznego kokonu wiecznie żywych informacji, którym zawsze można było ufać, które spływały im przed oczy, ledwo zdążyli o tym pomyśleć.
Wierzyli narzędziom, liczbom, prognozom i przybliżeniom, a powinni byli wierzyć mnie.
Wyprowadziłabym ich bezpiecznie.
Zeszliśmy z lądowiska czymś, co przy odrobinie dobrej woli przypominało udeptaną ścieżkę. Zwinęliśmy swoje spadochrony; zarówno hrabina, jak i komandos uwinęli się z tym samodzielnie i szybko, o wiele sprawniej niż się spodziewałam.
Miałam wobec tego mieszane uczucia.
Zakładałam, że wszystkiego będę musiała ich nauczyć, włącznie z chodzeniem, bo na Północnej wszystko było inne, cięższe, gorsze i trudniejsze. Lądowisko ciągle było ziemią Komisji, ugładzoną, udeptaną i oswojoną, ale w głębszych sektorach cała ta iluzja podobieństwa miała rozwiać się razem wśród popielnych mgieł. Tam czekał na nas pył. Pył, kurz, gruzy i ziemia, i śmieci. Wszystko, co Yellowstone mógł z siebie wyrzygać, wszystko, co późniejsze huragany mogły podnieść w powietrze i ponieść dalej w świat – wszystko to zostało tutaj, pod naszymi stopami. Tyle zostało z różnorodnego krajobrazu Ameryki Północnej: wieczna wystawa materiałów piroklastycznych, które mijaliśmy po drodze. Im bliżej granic kontynentu, tym lżejszy był pył, tym łatwiej było podnieść śmiertelną, duszącą zasłonę. Im bliżej samego Yellowstone, tym bardziej ziemia przypominała powierzchnię obcej planety.
Zaraz po wybuchu ludzie, którzy później stworzyli Komisję, postanowili, że Ameryka Północna i tak jest stracona. Że to ziemia, którą należy skreślić, że z ofiarami i tak się już nic nie zrobi. Że miną dziesięciolecia, ba, stulecia, zanim ponownie będzie można przystosować wyjałowione pola pod ludzką obecność. I że należy ograniczyć straty. Nie pozwolić wiatrom roznieść śmieci. Nie pozwolić, żeby pył zadusił resztę świata.
W 1600 erupcja Huaynaputiny w Ameryce Południowej doprowadziła do klęski głodu w Rosji i ekonomicznego załamania we Francji.
W 1815 wybuch Tambory wywołał roczną zimę, która uniemożliwiła zbiory i w rezultacie zabiła ludzi po drugiej stronie kuli ziemskiej.
W 1883 eksplozja Krakatau obniżyła globalną temperaturę o ponad stopień Celsjusza i wytrąciła z równowagi pogodę na całym świecie na następne pięć lat.
A te wszystkie wulkany to jedynie dzieci przy Yellowstone. Halloweenowi przebierańcy w porównaniu do prawdziwego potwora ukrytego pod ziemią Wyoming, w samym sercu kontynentu.
Olbrzyma, który przeciągnął się w swoim legowisku i w rezultacie zabił kontynent.
Więc postanowili, że to absolutne maksimum, które stracą. Damage control. Dysponowaliśmy już wtedy technologią, która faktycznie mogła nam na to pozwolić i kwarantanna ponad szesnastu procent lądów na całej kuli ziemskiej stała się rzeczywistością. Nie od razu; to nie było proste. Na pewno nie było dokładne, bo nawet teraz, tyle lat po fakcie, cała infrastruktura – kable przesyłowe i na szybko ustawione pylony – wymagała bezustannych doglądów i konserwacji. Stawiali to wszystko pośpiesznie i w panice, owijali cały kontynent ochronnym bandażem. Byle powstrzymać najgorsze. Byle nie rozprzestrzenić zarazy. Musieli zneutralizować tlenek siarki, musieli wymyślić, jak regulować temperaturę, jak regulować wilgoć, wiatr, jak zalepić atmosferyczną dziurę.
Cały świat stanął. Na rok, mniej więcej – właściwie działali błyskawicznie.
Wymagało to potężnego nakładu sił i środków. Ludzie i tak umierali, bo zanim kwarantanna stanęła, przynajmniej niektóre śmieci Yellowstone zdążyły się wydostać na zewnątrz. Pozwoliliśmy popiołom pogrzebać Stany, Meksyk i Kanadę, pozwoliliśmy toksycznej chmurze rozwiesić się aż do oceanicznych brzegów. Skoncentrowaliśmy zniszczenia. Zamknęliśmy Północną pod kloszem. Jak muzealny eksponat.
I jak w muzeum pod szklaną witryną niewiele się tu zmieniało.
– Podnoście nogi – powiedziałam, odwracając się przez ramię. Za hrabiną i Baiem wznosiły się tumany kurzu. – Kolana wysoko.
– Ministerstwo Głupich Kroków poleca się na popołudnie.
Ruszyliśmy dalej. Nie oglądałam się już za siebie, ale przy uchu co jakiś czas rozbrzmiewały mi syntetyzowane chichoty.
Śmiejcie się, śmiejcie. Dopóki nie wysiadają kolana, wszystko jest zabawne.
Ścieżka prowadziła przez niewysokie wzgórze, prosto przez szczyt, między szarymi jak beton kikutami drzew. Szkielety pni wyłaniały się zza bladożółtej mgły jak wyśnione zjawy, zmumifikowane w popiele krzewy kryły się ledwo rozpoznawalne pod zaspami. Hrabina i jej komandos za moimi plecami umilkli gwałtownie, czy to w wyniku wspinaczki w niewygodnym kombinezonie, czy może pod wrażeniem widoku.
Bo widok robił wrażenie. Nieodmiennie.
Stanęłam na szczycie wzgórza i pozwoliłam się dogonić.
– Idziemy tam – wskazałam kierunek, który znałam jako południowy zachód, ale który właściwie nie różnił się od innych stron świata, w równej mierze burych i niewyraźnych, zwłaszcza że kompas w HUD już zaczynał szaleć. – To niedaleko. Posterunek Copper Barley.
– Posterunek?
– No, bardziej magazyn. Garaż, to chyba najlepsze określenie. Nie spodziewaj się tam wartowników.
– Dobrze. Nie będę.
– Zawsze mnie to zastanawiało – zagaiła hrabina. – Skoro kolejne wyprawy podejmują stąd sprzęt i albo nie wracają, albo meldują się z powrotem przez punkty odbioru, to w jaki sposób możemy tak przyjść na gotowe? Kto konserwuje infrastrukturę?
– To robota patroli – odparłam. – Jak tego, na który sama miałam wyruszyć, zanim spotkałyśmy się na bankiecie. Sprawdzamy obwód, sczytujemy dane z czujników, zwracamy sprzęt. To w zasadzie trzy czwarte mojej pracy.
– Myślałam, że kogoś z twoimi osiągnięciami angażuje się jedynie do najważniejszych misji.
– Jestem wolnym strzelcem. Angażuję się do tych prac, które sama wybiorę.
Co nie było łatwe do osiągnięcia. Większość zwiadowców z przymusu sprzedała dusze Komisji. Takich jak ja, wybrednych freelancerów, była garstka i znałam z imienia każdego z nich. Współpracowaliśmy z Komisją na innych warunkach niż reszta. Jeśli misja była zbyt ryzykowna, ale i tak trzeba ją było wykonać, jeśli jakieś odczyty musiały się zgubić po drodze, słowem – jeśli pojawiało się zadanie, które mogło obniżyć statystyki produktywności Komisji, dostawało je któreś z nas.
A ja faktycznie miałam osiągnięcia.
No, osiągnięcie.
Polegało na tym, że większość ludzi, która razem ze mną lądowała na tej pustyni popiołu, wychodziła z niej żywa.
– Wiedziałem, że znajdę kogoś, kto to zrozumie – ucieszył się Bai, mijając mnie lekkim krokiem człowieka, któremu przyswojenie nowych informacji zajmuje jakieś piętnaście sekund. Patrzyłam, jak przesuwa się w dół zbocza, krępa, postapokaliptyczna parodia Dźwięków muzyki. – Bycie freelancerem wymiata, tylko trzeba się samodzielnie użerać z papierami.
Hrabina Schwerin, CEO korporacji i spadkobierczyni fortuny, nie skomentowała.
– Zostań w zasięgu widzenia! – zawołałam.
– Dobrze, mamo.
Tak bardzo nie wiedziałam, co o nim myśleć.
#
Baia spotkałam w barze i tym razem to nie był przypadek. Umówiliśmy się jak ludzie, a właściwie to on umówił się ze mną, wysyłając do mnie maila z propozycją miejsca zaledwie dwie godziny po tym, jak zgodziłam się uczestniczyć w wyprawie hrabiny. Schwerin wspominała o sile rażenia, którą zamierzała ze sobą wziąć, a ja, przyzwyczajona do sposobu myślenia korporacyjnych donów, spodziewałam się całego batalionu podmutowanych byczków z kolektywnie przepranym mózgiem.
Czekał na mnie jeden człowiek. Bai Gao, były kapitan oddziałów specjalnych z ramienia Central Treaty Agreement, wygrzewał się w ciepłym blasku solarnych lamp podrzędnej knajpy daleko od rozrywkowego centrum Paramaribo. Rozciągnięty na wytartej skajowej kanapie przywodził na myśl kota – i jak kot spiął się w sobie, gdy, wyminąwszy melancholijnych graczy w bilarda, podeszłam bliżej i odkaszlnęłam.
– Zoë Ibanez – mruknęłam zamiast "dzień dobry", siadając naprzeciwko. Światło solarnej lampy trafiło mnie prosto w twarz. Mrugałam, spociłam się, w końcu trzepnęłam stojak i spłynął na nas cień. – Pisał pan do mnie.
Nie odpowiedział od razu. Podrapał się po ciemnym trzydniowym zaroście, łyknął piwa tak jasnego, że widziałam wnętrze jego dłoni, gdy chwytał szklankę. Był młodszy, niż się spodziewałam, młodszy nawet ode mnie – ile mógł mieć, pod trzydziestkę? Z Azjatami zawsze miałam ten problem. Szczęśliwa rasa ludzi, którzy w wieku osiemnastu lat wyglądają dokładnie tak samo, jak w wieku pięćdziesięciu ośmiu, i to niezależnie od płci. Uciekały mi szczegóły.
Odstawił szklankę i popukał we własny policzek.
– Od czego ta blizna?
– Wypadek na skrzyżowaniu – odparłam machinalnie, próbując złowić wzrok kelnerki. – Zawsze zapinaj pasy, Bai.
– Zapamiętam. – Odczekał, aż zamówię swoje piwo, po czym nachylił się nad rozgrzanym stolikiem. – Szybko przechodzisz z "pana" na imię.
– Robisz takie wrażenie.
– Osoby z imieniem?
– Człowieka, który jest tak daleko od "pana", jak to tylko możliwe.
Zaśmiał się właściwie bezgłośnie, jedynie wykrzywiając usta. Miał kości policzkowe, na których szło ostrzyć ołówki. Pewnie zapuszczał brodę, żeby go nie pomylili z nastolatkiem.
– Jestem żołnierzem.
– Nie jesteś żołnierzem. Jesteś komandosem.
– Kto ci to powiedział, Zoë? Bo to nie jest do końca prawda.
– Nikt. Sama tyle znalazłam.
Uniósł brwi. Szerokie, oklejone plastrami palce zatańczyły na zaparowanym szkle.
– Znalazłaś – powtórzył z zamyśleniem i nagle uświadomiłam sobie, że chyba go nie doceniłam. Za tymi mięśniami ukrywał się całkiem wydajny mózg, co zresztą powinnam była zrozumieć, gdy tylko odebrałam jego wiadomość. – Jesteś niepodłączona do serwerów, Zoë. Mam rację, prawda? Nie widzę powodów, dla których miałabyś się maskować. Nie masz ID, nic o tobie nie widzę. Nie ma cię w sieci.
– Nie ma.
– Brawo.
– Dziękuję.
– Ale to oznacza, że cokolwiek o mnie znalazłaś, jest gówno warte. Kiepska robota jak na zwiadowcę.
Może miałam się uśmiechnąć – on to zrobił – ale jakoś zabrakło mi animuszu.
Kelnerka zmaterializowała się przy naszym stoliku, postawiła na blacie szklankę, nie przeprosiła za rozlaną przy tym pianę, po czym zniknęła. Któryś z bilardzistów chyba dokonał jakiejś spektakularnej sztuczki, bo grupa przy stole ryknęła jednym głosem, po czym rozpoczęło się solidarne poklepywanie po plecach. Bar pachniał alkoholem, ludzkim potem, pleśniejącym tynkiem i muchami spalonymi przez lampy na skwarki, ale każdy z tych elementów podobał się tej części mnie, która pamiętała monotonne pustynie Północnej. To była ta sama część, która protestowała przeciwko igraniu ze Schwerin. Nauczyłam się ją ignorować.
Z tych dwóch opcji – prymitywna knajpa dla tłuszczy i wielka gala – zdecydowanie wolałam Baia i jego piwo. Piwo było proste i bezpretensjonalne. Nie wymagało powitalnych rytuałów przy barze.
– Co tu robimy, Bai? – zapytałam w końcu, ale mój głos przez zaciśnięte zęby brzmiał obco i szorstko. – Po co to spotkanie za plecami chlebodawcy?
– Lubię wiedzieć, z kim pracuję, zwłaszcza jeśli kogoś takiego nie da się znaleźć w sieci. Istnieją twoje profile w paru bazach danych, ale wprowadzone zewnętrznie. Będziesz nas prowadzić w paszczę lwa. Po prostu chciałem zobaczyć twoją twarz.
Akceptowalne.
– Co chcesz wiedzieć? – spytałam. – Mój znak zodiaku?
– Wyglądasz na skorpiona.
– Jestem b...
– Chcę wiedzieć, jak to robisz. Jak wychodzisz stamtąd cało. Przeskakujesz wszystkie średnie, sprawdziłem. Pod twoim nazwiskiem w sieci wisi lista ludzi, których wyciągnęłaś ze strefy właściwie na własnych rękach. Twoja najdłuższa rehabilitacja trwała zaledwie miesiąc. Jestem żołnierzem, wiem, co to jest ryczałt. Wiem, jak działa prawdopodobieństwo. Gdyby to była gra komputerowa, jedynym wyjaśnieniem byłyby kody, Zoë Zwiadowco.
Teraz się uśmiechnęłam. Ciemne spojrzenie Baia nie opuszczało mojej twarzy. Z tą pochyloną głową, z łokciami opartymi na stole, ze wzrokiem wbitym w jeden punkt – nie można było nie myśleć o kocie. Gdybym teraz zaświeciła laserowym wskaźnikiem po blacie, polałoby się piwo.
– Gra komputerowa?
Skinął głową. Milczał.
– Co mogę powiedzieć? – Wzruszyłam ramionami, sięgając po swoje piwo. – Po prostu nie lubię przegrywać.
#
Posterunek Copper Barley był prostą, żelbetonową, pozbawioną okien bryłą z pojedynczymi, za to ogromnymi drzwiami i dachem ze zbrojonego szkła. Składał się z dwóch pięter: małego poddasza i dwukrotnie większego parteru.
– Bai, z tyłu są generatory.
– Robi się.
Okolice posterunku były zamiecione do czysta; spod popielatej kołdry wyłaniała się gleba i na wiosnę nawet próbowały tu rosnąć jakieś chwasty, w tej chwili równie szare i uschnięte jak kikuty drzew na wzgórzach za nami. Hrabina nie bez wysiłku kucnęła i palcami rozgarnęła suchą ziemię. Przez moment mieliła piach, przesypywała go z dłoni na dłoń, jakby oceniając, czy jeszcze nadaje się do czegokolwiek.
Czekałam na komentarz. Nie doczekałam się.
Niemożliwy do pomylenia huk ruszających generatorów rozdarł powietrze, a Bai wyłonił się zza rogu posterunku. Pobieżnie przetarłam panel sterowania, otworzyłam klapkę i wstukałam kod, gdy tylko skończył się reset.
– Obiecałam, że podeślę bazie odczyty, zanim ruszymy – rzuciłam, podczas gdy potężna brama z trapezowanej blachy rozpoczęła swoją powolną wędrówkę pod sufit. – Po prostu tu zaczekajcie.
Bai wzruszył ramionami, a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, bo grube warstwy kombinezonu wiele potrafiły zamaskować. Hrabina nic nie powiedziała; prawdę mówiąc nie odzywała się od dłuższej chwili.
Oświadczyła, że sama również zamierza jechać tuż przed tym, jak podpisałam umowę i ta informacja niemal mnie skłoniła, żeby odłożyć długopis. Jej osobisty udział nigdy nie był w planach.
Wyruszanie na misję ratunkową na życzenie stukniętej miliarderki to jedno. Branie jej ze sobą to całkowicie osobna rzecz. Ta kobieta nic nie wiedziała o Północnej; mogła dyrygować giełdami na całym świecie, mogła całować w policzek na powitanie najgrubsze ryby tego świata, mogła jeździć na wakacje do miejsc, gdzie jeszcze świeciło słońce, ale nic z tego nie dawało jej prawa wchodzić mi w drogę. Nie była przeszkolona, nawet nie interesowała się Północną jak paru turystów, których eskortowałam. Branie jej ze sobą stanowiło niewyobrażalne ryzyko.
A potem dotarło do mnie, że to nieuniknione. Bo przecież zaginęła jej własna siostra – jak mogłaby zostawić to w cudzych rękach?
Jeśli Helena nic nie wiedziała, ja mogłam ją nauczyć.
Wejście w końcu odsłoniło się całkowicie, a zaraz po tym betonową ciemność posterunku rozświetliły luźno rozstawione dichroiczne reflektory. Nie miały za dużo do oświetlania: jedynie nas i dwa łaziki, z których jeden mieliśmy zabrać. W cieniu czaiły się betonowe schody i to do nich podeszłam, od razu przeskakując po dwa stopnie naraz. Gołe ściany odbijały echo moich kroków.
Urządzenia pomiarowe na poddaszu nie były zależne od generatorów, więc zawsze były na chodzie, zdaje się korzystając z wewnętrznych akumulatorów. Wszystkie tego typu stacje były w ten czy inny sposób podłączone do infrastruktury kwarantanny; oplatały światłowodową grzybnią wszystkie zewnętrzne sektory. Szybko podłączyłam port w kombinezonie i pozwoliłam danym przepływać, licząc na to, że tak blisko granicy i przy względnie niezłej pogodzie nad oceanem komunikacja jeszcze nie nawala. Sama rzuciłam okiem na wyniki jedynie pobieżnie; nie byłam naukowcem i nie zamierzałam udawać, że się znam, ale wiedziałam, które liczby przekładają się na lepsze czy gorsze warunki. I jak je zrozumieć.
Gdy zeszłam, Bai z entuzjazmem ściągał brezentową płachtę z jednego łazika.
Żartujesz. To musi być żart... To chyba nie ES-53 Pavo?
– We własnej osobie.
– O matko, wsadzili nas w to na Kamczatce. Sam potrafię zrobić mocniejszy transporter z kartonu. Pavo można przestrzelić na wylot kamieniem.
– Daj spokój – powiedziałam. – Przecież nikt nie będzie do nas strzelał.
Tak sobie staliśmy, ja spięta, oni wmurowani. Ja, hrabina, Bai, dwa łaziki i wielka, napuchnięta kwestia, której oboje tak strasznie się bali.
– Nie jestem głupia – warknęłam, podchodząc do Heleny Schwerin. Mogła milczeć, mogła udawać, że jej tu nie ma, mogła uważać, że jest turystką, którą ja i Bai będziemy wlec wskroś całego kontynentu tylko dlatego, że nam płaci, ale nic z tego nie zmieniało rzeczywistości. A rzeczywistość była zimna, ciemna i sina od popiołu. Rzeczywistość zabijała. Rzeczywistość pożerała komandosów, naukowców, zwiadowców i turystów, jeśli tylko popełniali błąd. Jeśli zbaczali ze ścieżki, jeśli mnie nie słuchali, jeśli kłamali. – Wiem, co podejrzewasz. Wiem, dokąd chcesz, żebym cię zabrała. Domyślam się nawet, czym chcesz mi zagrozić, gdybym się wahała.
W wizjerze jej hełmu odbijało się jaskrawe światło reflektorów. Nie cofała się. Nie kręciła. Nie odwracała głowy.
– Nie zamierzałam ci grozić – odpowiedziała w końcu. – Zamierzałam cię przekupić.
– Chodzi o Cyrusa. Myślisz, że Cyrus porwał twoją siostrę. Nie pytałaś o to wprost, żadne z was nie było w stanie mnie o to wprost zapytać, żebym przypadkiem nie uciekła przed podpisaniem kontraktu. Zamierzałaś poczekać, aż dotrzemy do sektora, w którym zaginęli, i dopiero potem poruszyć ten temat.
– Być może.
Podeszłam blisko, bardzo blisko; próbowałam sobie wyobrazić twarz za tym hełmem, jasną skórę, chirurgicznie idealny nos, błękitne oczy, zmarszczki poukrywane aż do pierwszego uśmiechu. I dalej – sploty kolorowych tatuaży na ramionach, wypielęgnowane paznokcie na palcach, które teraz nerwowo zaciskały się w pięści. Nałożyć obraz bogatej dziedziczki na kombinezon. Uwierzyć w osobę, nie informacje.
– To tak nie działa – zawarczałam, naprawdę zawarczałam, nisko, gardłowo, w sposób, którego właściwie nie kontrolowałam. – To nie jest biuro, tu nie działają żadne… Cholera, żadna polityka, żadne podstępy! Jeśli spróbujesz wodzić mnie za nos, ktoś zginie. Może ty, może Bai, może twoja siostra! Ten kontynent jest nieobliczalny, ale jest niczym, gwarantuję, absolutnie niczym przy mnie, jeśli spróbujesz czegoś takiego raz jeszcze.
Milczała.
– Rozumiemy się, hrabino?
– Zoë...
– Milcz, Bai. Rozumiemy się, Heleno?
Coś się zmieniło: rozluźniła pięści, przekrzywiła głowę. Niemal słyszałam jej ciężki oddech; niemal widziałam zaciśnięte usta.
Mogłam je sobie wyobrazić i to dużo zmieniało.
– Rozumiem, że to umowa wiążąca?
– Co?
– To proste pytanie, Zoë. Czy w zamian za szczerość jesteś w stanie odpłacić tym samym? Jeśli podzielę się z tobą tym, co podejrzewam, bo, jak muszę podkreślić, niczego nie wiem na pewno, czy wówczas powiesz mi, co wiesz?
– O Cyrusie?
– O czymkolwiek, co pomoże nam znaleźć Trudie.
Zdusiłam wściekłość. Musiałam.
– Zobowiązałam się jej szukać. Podpisałam umowę. Nie obrażaj mnie bardziej niż trzeba.
– W takim razie rozumiemy się wręcz doskonale, Zoë Ibanez. Proszę uruchomić nasz pojazd, panie Gao. Jak rozumiem, nasz dzisiejszy plan zakłada dotarcie dalej niż spacer do posterunku.
Wyjechaliśmy Pavo. Zgasiliśmy światło, zamknęliśmy za sobą bramę, wyłączyliśmy generatory. Racje, które któryś z patroli zostawił za sobą, wylądowały w tylnym luku, a spadochrony, które dotaszczyliśmy ze sobą, zostały w Copper Barley. Byliśmy gotowi: trójka idiotów szturmująca spaloną ziemię.
Ruszyliśmy na zachód.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 23 stycznia 2018, 11:21

Lubię Baia. Naprawdę lubię Baia. I nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedyś Ci o tym mówiłam albo pisałam i czy w ogóle miałam takie spostrzeżenia podczas pierwszego czytania, ale teraz wydaje mi się, że to on jest prawdziwą przeciwwagą dla Zoe, chociaż to między nią i Heleną jest napięcie - nazwijmy to - podejścia i interesów. Gao pozornie wydaje się jej bliższy, bo komandos i w ogóle, trochę jednak zna się na rzeczy, ale oni wzajemnie odbijają swoje skrajne cechy. Ze Schwerin to tak nie działa pewnie z tego względu, że z Zoe łączy ją determinacja i konsekwencja. Bao przy nich to taki... brakuje mi odpowiedniego słowa. Ale może kot właśnie. Tu se poleży, tam się pogapi, jak trzeba, to się ruszy i nagle się okazuje, że całkiem sprawny łowca, ale właściwie to rzeczy jakoś tak wokół niego się dzieją. Nie szarpie się z rzeczywistością, chociaż oczywiście całkiem jej też nie olewa, jednak chce wiedzieć, kto go poprowadzi. Dobra, ale ja w ogóle zawsze bardziej lubiłam skrzydła Zoe niż samą Zoe z tym jej kijem w tyłku XD I z tym "ja wiem lepiej", które niby jest uzasadnione - bardzo uzasadnione - ale tak po ludzku mnie drażni nie w samej postaci, ale w osobowości.
SpoilerShow
No dobra, czekam na scenę tańca :bag:
Jeśli miałabym się czegoś czepić, to opisu tego, co działo się po wybuchu superwulkanu. Wydaje mi się, że może lepszym wyjściem byłoby napisać to bardziej zwięźle i prościej, bez aż tylu retorycznych ozdobników, bo w którymś momencie zaczęłam odnosić niejasne wrażenie, jakbyś zataczała pętlę, jakby się trochę wyrażenia i informacje zaczynały powtarzać. Zwłaszcza że już powoli zaczyna wchodzić napięcie, ekipa wypływa na szerokie wody, zaraz zagrasz konfliktem na linii Zoe-Helena i jakoś tak. Co oczywiście może być efektem ponownego czytania albo tego, że za dobrze znam Twój styl i tę konkretną rytmikę zdań oraz dobór środków. Nie jestem w stanie określić ze stuprocentową pewnością.

I, kurde, Pavo, motyw z Pavo też pamiętam :D W ogóle bardzo lubię to, że się zahaczasz na takich elementach jak sprzęt chociażby, bo to nie jest jedyny raz w końcu.

Były jakieś drobne potknięcia językowe, ale czytałam na telefonie i sobie nie wynotowałam - przyznaję bez bicia.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 174
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 28 stycznia 2018, 13:59

#wktórym mają miejsce spacery

Rozdział II

Wnętrze Pavo było jedynie marginalnie większe od dworcowego kibla i pozwalało na niewiele więcej wygód. Przednia ława zajmowała jakieś pięćdziesiąt procent przestrzeni, a ktokolwiek wylądował z tyłu, musiał pogodzić się z posadzeniem tyłka na zimnej metalowej kracie albo garbieniem się pod zwisającymi z sufitu kablami – nie, żeby to robiło jakąkolwiek różnicę, bo miejsce kierowcy projektował sadysta. Teoretycznie z tyłu pojazdu znajdowała się druga kabina, bezpośrednio dostępna z przedniej, ale miała dokładnie cztery metry kwadratowe powierzchni i jakieś półtora metra wysokości, bo w teorii służyła jako sypialnia.
W teorii Pavo mieścił osiem osób.
Inżynierowie Pavo mieli wiele teorii.
To musiało jakoś wpłynąć na hrabinę. Rozpieszczoną białą starą pannę, wychuchaną przez fortunę, rodziców i służbę. Była przecież jedną z najbogatszych osób w całej Ameryce Południowej, o samej Argentynie nie mówiąc. To był ten moment, w którym jej wyobrażenie bohaterstwa zderzało się z twardymi realiami. Do tego wszystkiego trzeba się było przecież przyzwyczaić. Do ciężaru kombinezonu, do gorzkich proteinowych racji wydłubywanych z ochronnych pojemników, do brudu wżerającego się pod paznokcie, w linie papilarne i pod powieki, mimo że przecież – wydawałoby się – nigdy nie wystawialiśmy się na pył bez osłony. Do braku prywatności i wciąż tego samego widoku za przesłoną, ciągle tej samej szarości, która doprowadzała ludzi do szaleństwa.
Ale hrabina milczała. Może wyczuwała, że zerkam na nią nieco częściej niż było normalne, a może lata korporacyjnych wojen jednak wykształciły w niej jeden czy dwa potrzebne odruchy. Ale nie komentowała. Tylko gdy szła spać odwracała się twarzą do ściany i próbowała tłumić trzęsienie ramion.
– Eee, nie jest tak źle – mruknął Bai, wyciągając krzywe nogi na pulpit i splatając za głową ręce. – To Hilton w porównaniu do Kamczatki. Jak chcesz, to poprowadzę.
– Nie.
Wzruszył ramionami.
Jechaliśmy.
Zainstalowany z przodu pług rozgarniał wszystkie śmieci na bok, chociaż prawdę mówiąc póki co nie miał za bardzo z czym walczyć. Ciągle byliśmy w terenie już zbadanym; przesuwaliśmy się trasą już przez kogoś opracowaną. Znalezioną, wytyczoną, w miarę nawet oczyszczoną.
Póki co.
Jechaliśmy.
– Przydałoby się radio.
Zegar w kokpicie wskazywał osiemnastą szesnaście.
– Normalnie jakbym się przeniósł w czasie. Zawsze chciałem wyruszyć na prawdziwego roadtripa po Stanach. Oczywiście, szukanie najlepszego barbeque w południowych stanach raczej odpada, ale zawsze wolałem cieszyć się z, jak to mówią, wróbla w garści. Hej, może pojedziemy M-66?
Problemem rzecz jasna było tempo. Nie mogliśmy przyśpieszać, nawet jeśli Pavo posiadał odpowiednie silniki. Należało starannie wybierać trasę, lawirować wśród hałd śmieci, martwych drzew i zwyczajnych ruin. Skanery pokładowe pracowały na całego, analizując kształty poszczególnych zasp, a pług stanowił najmocniejszy element całego pojazdu, ale i tak musiałam uważać. Dawno temu – w innym czasie, z inną ekipę, zupełnie innych warunkach – spróbowaliśmy tego, co nakazywała logika – chcieliśmy wykorzystać starą infrastrukturę drogową.
Boże, co za masakra.
Nie chodziło nawet o to, że drogi w stanach z dostępem do morza były zapchane autami, gdy przyszły ostatnie erupcje Yellowstone i teraz upiorne wraki straszyły zaciśniętymi na starożytnych kierownicach białymi kośćmi; nie stanowiły niczego, z czym nie poradziłby sobie pług. Największym problemem okazało się to, w czym pokładaliśmy największą nadzieję: zamiast płaskiej, wygodnej powierzchni, napotkaliśmy spękane, poprzesuwane płyty, rozwarstwiony beton i uskoki szerokie jak strumienie. Rozsunięty wielokrotnymi wstrząsami tor przeszkód.
To dlatego potrzebowaliśmy łazika zamiast zwykłego transportera i dlatego najważniejszym układem w Pavo była amortyzacja.
Straciłam kiedyś człowieka tylko dlatego, że nie zapiął pasów. Co za wstyd.
– Wiecie, rozmowa ma to do siebie – stwierdził w końcu Bai, odpinając zatrzaski hełmu – że prowadzi ją więcej niż jedna osoba. Nigdy nie miałem zadatków na komika.
Przetarł twarz, zorientował się, że zrobił to dłońmi w brudnych rękawiczkach i burknął coś pod nosem w języku, którego nie znałam.
– To bezpieczne? – odezwała się z tyłu hrabina.
– Co?
– Ściąganie hełmu?
Bai uniósł brew i spojrzał na mnie. Mediator od siedmiu boleści.
– Tak – skapitulowałam. – Na pewno wewnątrz pojazdu, od tego są filtry. Tu będziemy jeść i spać, wszystko pod osłoną. Na zewnątrz... Zależy od miejsca. Wszędzie jest pył, to wiadomo, ale od pyłu można się odgrodzić, wystarczy kawałek materiału. – Ale to nie chroni oczu, pomyślałam. Nie ustrzeże przed zaczerwieniami i obrzękami. I kaszlem. – Prawdziwym problemem jest powietrze. Właściwie dlatego założono kwarantannę, żeby ten cały toksyczny syf nie wylał się na resztę świata. Co oznacza, że tutaj jest koncentracja wszystkich świństw, które wulkan mógł z siebie wypluć.
Gdzieś w tle usłyszałam kolejne zwalniane zapięcia, ale mówiłam dalej, bo jak już się rozkręciłam, to nie byłam w stanie przestać.
– Więc mamy truciznę, prawda, mamy ten cholerny, wszechobecny pył, i to już by wystarczyło, tyle że nie, oczywiście, że nie, bo pieprzone Stany Zjednoczone Ameryki musiały być nuklearnym supermocarstwem, więc do tego dochodzi nam radiacja. Byłam...
– Ale to chyba nie tu? – zdziwił się Bai, ściągając nogi z pulpitu. Wyglądał na autentycznie zaciekawionego, na ile mogłam ocenić po ściągniętych brwiach i pochylonej głowie. – Bo widzisz, tu jest taki mały wskaźnik i jestem prawie pewien, że by pipczał, gdyby...
– Ha, ha. Oczywiście, że nie tu, dziękuję za twój wkład w dyskusję. Nie, najgorzej jest w samym centrum kontynentu. Tam, gdzie nikogo nie ma.
Brew komandosa powędrowała jeszcze wyżej. Wskazał kciukiem szybę, pług i monotonną szarość, którą Pavo dzielił na dwie równe połowy.
– W przeciwieństwie do tych tłumów, przez które właśnie się przeciskamy?
– Oj, wiesz, o co mi chodzi.
– Nie, naprawdę nie wiem.
– Obrzeża są... No, nie powiem "bezpieczne", ale sprawdzone. Wiemy, czego się spodziewać, wiemy, jak działać, Komisja dysponuje mapami, są zbierane jakieś dane. To nie jest... całkiem... terra incognita.
– O, Zoë, jakie uczone słowo, nie spodziewałem się tego po tobie.
Chciałam pokazać mu język, ale ciągle miałam na głowie hełm.
– Centrum to piekło. Chaos. Radiacja jest potworna, a to tylko początek kłopotów, bo nikt nie wie, jak wygląda samo Yellowstone. Nikt nigdy tam nie wszedł. Nikt nie zrobił zdjęć, nie przeprowadził badań. Nie można zrobić zdjęć satelitarnych, bo chmury. Nie można przelecieć nad punktem zero, bo radiacja smaży wszystkie przyrządy, poza tym chmury, poza tym interferencje. Więc nawet jakby ktoś się zdecydował na zwiad powietrzem, jest mała szansa, że zdołałby wrócić, nie mówiąc o dowiezieniu przydatnych do czegokolwiek wyników.
Przyblokowałam kolanem kierownicę i jednym, płynnym ruchem ściągnęłam z głowy hełm. Całą szyję i podbródek miałam spocone. Dobrze, że zdążyłam przed wyprawą przyciąć włosy; wyglądało na to, że Helena nie wpadła na ten pomysł i zamierzała się męczyć z zaplataniem warkocza i wciskaniem go w ciasną przestrzeń pod paraaramidową wyściółką.
Proszę bardzo.
– Chcesz powiedzieć – odezwała się hrabina głosem nie tyle zdziwionym, co zamyślonym – że nikt nie wie, jak wygląda teraz Yellowstone?
– Och, wszyscy wiedzą, jak wygląda teraz Yellowstone. To taka wielka, wielka dziura w ziemi, która płynnie przechodzi w olbrzymią dziurę w ziemi. To tam, gdzie były silosy nuklearne. Serio, połączenie kilkuset głowic atomowych i superwulkanu to nie jest...
Zahamowałam ostro, z całej siły, aż po metalowych ścianach Pavo przeszły wibracje. Baiem i hrabiną zarzuciło, wszystkie trzy hełmy pospadały na ziemię, coś z brzdękiem odbiło się od podłogi.
– Co jest?!
– Tam – syknęłam, wskazując nie radar, na którym coś pikało, ale duży, ciemny kształt ukryty za brudnożółtą mgłą. – Widzisz?
– Widzę – potwierdził Gao, już przez komunikator. – Zaczekajcie tu.
– Sam nie wyjdziesz, idę z tobą, Charlie.
– Ty tu jesteś zwiadowcą, Bravo.
Wyskoczyliśmy w zapadający mrok, szarość i chłód, zostawiając hrabinę w łaziku. Światła czołowych latarek nie dawały dużo w tej mgle, nawet mimo faktu, że były projektowane z myślą właśnie o niej; zabarwiały opary na nieco jaskrawszy odcień i przez to miałam wrażenie, że idę przez mleko. Gruz chrupał pod naszymi stopami, gdy w milczeniu oddalaliśmy się od naszego Pavo.
Powietrze Północnej zawsze było inne. Miało masę, było namacalne. Osiadało na barkach. Garbiło sylwetkę.
– Myślisz, że to zasadzka? – usłyszałam w uchu głos, który brzmiał jak głos Baia, tyle że nie miał w sobie nawet nuty rozbawienia. Sprawdziłam częstotliwość to był prywatny kanał, hrabina w wozie niczego nie słyszała.
Zmierzch. Świetna pora, żeby się skradać, beznadziejna, żeby czegokolwiek wypatrywać.
– Nie tutaj. Nie tak blisko wybrzeża. To nie jest ich teren.
– Chyba że są tacy bezczelni.
– Nie są. Przynajmniej jeszcze nie.
– Stąd już nie widać naszego Pavo.
– Znajdę drogę powrotną – odparłam. Nie odpowiedział.
Wysuwał się o krok, dwa przede mnie, nie więcej, delikatnie zachodził mi drogę, zresztą chyba całkowicie nieświadomie. Darowałam sobie przypominanie o podnoszeniu pyłu; w tej chwili to naprawdę było nasze najmniejsze zmartwienie. Czarna bryła zbliżała się, nabierała wyraźniejszych rysów. Im bliżej podchodziliśmy, tym więcej szczegółów mogliśmy dostrzec: przeoraną glebę, prawdziwą, a nie tylko wierzchnią warstwę popiołu; trzy potężne trójkątne kształty gąsienic wiszące wysoko nad naszymi głowami jak skalne nawisy; odłamany i niedbale rzucony na bok właz.
Przed nami, jak przewrócona orka, leżał ES-53 Pavo, identyczny jak ten, który czekał na nas sto metrów dalej, mrugając przez mgłę kompletem awaryjnych czerwonych świateł.
Prawie już zapadła noc.
– Ma złamaną oś – powiedział w końcu Bai po chwili ciężkiego milczenia. Sprawdziłam; ciągle nadawał jedynie do mnie, jakby nie chciał niepokoić hrabiny. – Widzisz, o, tutaj?
– To nie wystarczy, żeby łazik przestał działać. Nie ma pługu, widzisz?
– Drzwi są otwarte. Wejdę do środka.
– Może...
– Zoë, słuchaj, ja to rozumiem, ok? – przerwał mi, odwracając się. – Jesteś zwiadowcą. Przewodzisz i zbierasz informacje. Dobra. Ale ja tu przyjechałem jako ochrona, chwytasz? Jestem dopiero trzeci w kolejce. Literka C. Jeśli pojawi się zagrożenie, ja mam być barierą między nim i wami.
Nie odpowiedziałam. Nie od razu. Poświeciłam na złamaną oś przewróconego wozu, na zniszczone zaczepy na masce, gdzie powinien znajdować się pług. Na zespoły gąsienicowe wiszące w powietrzu jak nogi bezradnego żółwia.
– Bardzo nisko się cenisz, Bai.
– To nie tak. A teraz chodź na górę.
Wdrapaliśmy się na przewrócony pojazd, opierając nogi o elementy odsłoniętego podwozia. Pavo wydawał się koszmarnie bezwładny. Bezbronny.
– Wygląda w porządku – stwierdził Bai, kucając na czymś, co kiedyś było karoserią łazika i przyglądając się ciemnemu wnętrzu kabiny. – Z całą pewnością pusto. Wchodzę.
– Wchodź.
Zsunął się ostrożnie, ale błyskawicznie. Z góry widziałam głównie migające światło jego latarki i refleksy odbijane od kokpitu i przedniej szyby, która jakimś cudem uchowała się cała.
– Pusto. Żadnych śladów walki. Żadnej krwi... Trochę rozrzuconych rzeczy. Chyba. Wszystko leży na podłodze, znaczy na ścianie, można się było spodziewać.
Oblizałam spierzchnięte wargi.
– Jakich rzeczy?
– Kubki, puste pojemniki po żarciu, jakieś ręcznie rysowane papiery, nie widzę, co to.
– Weź je.
– Zamierzam.
– Sprawdź dziennik w kokpicie.
– Pavo ma coś takiego?
– Wydawało mi się, że nim jeździłeś, panie Kamczatka.
– Byłem kapitanem, nie mechanikiem. No i mieliśmy ciągły kontakt z bazą, połowy bajerów tak naprawdę nigdy nie użyliśmy.
Dobrze, że jednak poszłam z nim.
– Sprawdź konsolę obok wskaźnika radiologicznego, tak, właśnie tę. Podłącz kombinezon, logi będą musiały pociągnąć trochę energii z twojego wewnętrznego akumulatora.
– To trochę obrzydliwe.
– Trochę.
– Zaskoczyło. Miałaś rację, coś tu jest. Zabieram. Dobra, obczaję jeszcze sypialnię, zaczekaj.
Czekałam. Gdy Bai przeciskał się przez rozbebeszone wnętrze Pavo, rozejrzałam się po ciemniejącym horyzoncie. Wiedziałam, gdzie stoi nasz wóz – ale w gęstniejącej nocy niczego już nie mogłam dostrzec, ani łazika, ani nawet naszych śladów.
– I jak?
– Cztery śpiwory. W kącie jest jeden hełm z pokruszonym wizjerem.
– Tylko jeden?
– Otóż to.
– Dobra, wyłaź stamtąd. To wszystko jest trochę upiorne.
– Łazik, identyczny jak ten, od którego zależy nasze życie, porzucony bez załogi dokładnie na trasie naszego pierwszego dnia? Nie wiem, co w tym upiornego.
Podciągnął się do góry z tą samą sprawnością, z jaką wcześniej zanurkował do kabiny.
– Praktycznie Disneyland – parsknął, gdy pomogłam mu odzyskać równowagę. – Chodź, sprawdzimy jeszcze luki, skoro już tu jesteśmy. Może zostawili tu coś ciekawego.
Inspekcja tylnej części wozu odkryła to, co wcześniej ukryła ciemność: cokolwiek unieszkodliwiło Pavo, przywaliło w tył. Wystarczająco mocno, by wgnieść karoserię, ale nie na tyle, by uszkodzić którąś z wewnętrznych kabin. Wszystkie luki były jednak całkowicie skasowane; nie mieliśmy szans się do nich dodłubać.
Ostatnią rzeczą, która mogła się na coś przydać Helenie, był numer seryjny modelu. Zanotowałam go skrzętnie i ruszyliśmy z powrotem, chyba jeszcze bardziej spięci niż na początku. Bai trzymał się blisko mnie, krok za krokiem, niemal szedł po moich śladach.
– Niczego nie widzę – powiedział po chwili. Światło latarek rozlewało się bezradnie na mgle, strzępiło w mleczne poświaty. Byliśmy my, otoczeni jasnością, i ciemność dookoła.
– Wiem.
– Gdzie jest Pavo? – zapytał i po raz pierwszy usłyszałam w jego głosie cień niepewności. – Kompas mi szaleje. Powinniśmy go widzieć. Czerwone światła.
– Znam drogę. Idź za mną.
Oprogramowanie kombinezonu nie miało nic do zaoferowania oprócz bełkotu, więc ignorowałam wyrzygiwane mi na wizjer informacje. I szłam, nogami rozgarniając zaspy starych śmieci, rozbijając zaspy żwiru, obchodząc niebezpieczne wykroty i pułapki. Bai nie protestował. Nie pytał. Po prostu podążał za mną.
Aż w końcu z gęstej ciemności wyłoniły się czerwone awaryjne światełka Pavo.
– No dobra. – Bai odchrząknął, jak gdyby nigdy nic. – Ten wrak. To on, tak? Jego sprawka?
– Być może.
– Daj spokój, jesteśmy tu sami. Mam was chronić, muszę wiedzieć, z czym będę miał do czynienia. To Cyrus, tak?
Zacisnęłam zęby, ciesząc się, że nie może tego zobaczyć. Po czym skinęłam głową, zapominając, że idziemy w ciemnościach.
– Nie widzę innej możliwości.
– To by potwierdzało teorię hrabiny. Że to Cyrus i jego gangi zabrały jej siostrę. A teraz nas ostrzega, że o nas wie, że sięga daleko i że może zrobić z nami to samo, co z tym tam.
– Wiesz, ta teoria od początku nie miała zbyt wielu alternatyw. Albo Trudie porwał Cyrus, albo zginęła. Ta druga opcja byłaby dla nas trochę łatwiejsza.
– Dla nas. Nie dla Heleny.
Która na nasze sprawozdanie zareagowała w sposób, którego zupełnie się nie spodziewałam. Wyobrażałam sobie strach, osłupienie, pewnie sporą dozę wątpliwości i zaprzeczania oczywistemu.
Dostałam wściekłość.
Jej i tak jasna skóra zbledła o dodatkowe dwa tony – wszystkie rysy jej twarzy się wyostrzyły, cienie pogłębiły, krew odpłynęła nawet z jej ust. Zaciskała odsłonięte pięści w milczeniu, kamiennym, siłą narzuconym milczeniu. Widziałam, jak zmusza się do równego oddechu, jak pokonuje wściekły ryk gdzieś w żołądku. O tak, to była wściekłość.
Potrafiłam ją rozpoznać. Potrafiłam ją uszanować i zrozumieć.
– Skurwysyn – wysyczała w końcu. Drżącą ręką przeczesała jasne włosy w ewidentnej próbie odzyskania kontroli nad sobą. – Powiedzieliście, że macie numer seryjny tamtego Pavo. Porównajcie z danymi, założę się, że to któryś z wozów wyprawy Trudie.
Nie myliła się.
Zapadła cisza, ten rodzaj ciszy, który przykrywa wrzącą, napiętą atmosferę. Myśli w mojej głowie pruły do przodu na wyścigi, gubiły się nawzajem, nie miały żadnego sensu. Myśli o Cyrusie, bliskości oceanu i załodze łazika wyciągniętej ze swojego wozu bez żadnej przemocy.
– Zoë – powiedziała w końcu hrabina głosem, który mógł giąć stal. – Czy możemy jechać nocą?
– Możemy. Nie powinniśmy.
– Zabierz nas daleko od tego gówna i wtedy dopiero się zatrzymamy.
– Zgoda.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 01 lutego 2018, 16:04

Bai absolutnym zwycięzcą odcinka - ale to Cię chyba nie zaskakuje XD Uwielbiam to, w jaki sposób odbija on się od Zoe i pisałam Ci o tej przeciwwadze poprzednim razem, ale tu widać to na przykładzie dialogów nieco lepiej. Widać też, w jaki subtelny sposób Gao jednak staje okoniem, kiedy Zoe chce go traktować jak wszystkich, których wyprowadziła ze skażonego terenu, a on uświadamia ją, jak inaczej to postrzega, mówi o literce C i funkcji ochroniarza. Uwielbiam ten moment (choć pamięć mnie zmyliła i wydawało mi się, że to pada później).

Drugie miejsce należy do Pavo :D Opis mistrzowski, kaustrofobiczny i ustawiający całą tę sytuację. Kocham wspomnienie człowieka, który nie zapiął pasów. I opowieść o tym, jak kiedyś próbowali skorzystać z drogi, wizję rozjechanej nawierzchni w kawałkach i rzędów samochodów ze szkieletami w środku - od razu zobaczyłam te wszystkie obowiązkowe ujęcia z filmów katastroficznych, kiedy to Amerykanie na siłę usiłują uciekać samochodami i grzęzną w korkach. Kocham, kocham, kocham.

Scena eksploatacji drugiego pojazdu jest świetna. I w ogóle nie przypominam sobie, żebym Ci kiedykolwiek o tym pisała, ale jest okazja - w Zachodzie urzekło mnie też to, że masz bardzo ograniczoną scenografię (chociaż ogólnie ciekawą, to jednak monotonną), bardzo ograniczoną pulę bohaterów i umówmy się, że do pewnego momentu obiektywnie niewiele się dzieje, bo właśnie - jadą. A jednak to wszystko działa i trzyma w napięciu, co świadczy po postu o doświadczeniu i umiejętności dobrania odpowiednich składników. I myślę, że sekret tkwi też częściowo w dobrze wykorzystanych szczegółach. Nie rozwlekasz się opisami krajobrazów czy technicznych szczegółów, a jednak ustami Zoe i za pomocą jej wspomnień cały czas nie pozwalasz zapomnieć czytelnikowi, gdzie wraz z bohaterami się znajduje, jak niebezpieczny jest to teren i - ogólniej - jaka jest jego specyfika. Że pył, że toksyny, że silosy nuklearne. To po prostu jest bardzo, bardzo atrakcyjne i nie przypomina podręcznika do świata przedstawionego, choć jednocześnie informacji jest dużo, są często dość szczegółowe i odpowiednio dozowane. Naprawdę - w tym tekście czuć Twoje doświadczenie i Twoją wiedzę o warsztatowych możliwościach, kompozycji i strukturze opowieści. Czytam świadomego autora, który nawet jeśli idzie na flow, ma dość narzędzi, żeby przynajmniej z większości problemów wyjść obronną ręką i doprowadzić sprawę do końca. Czytam autora, dla którego opowieść jest materią i jak dorosnę, też będę taka ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kanterial » 09 lutego 2018, 00:15

Ok, lawina myśli

Najbardziej podoba mi się w tym tekście to, jak jest napisany. Nie. Rozwlekasz. Go. Nie doświadczyłam tego w takim stopniu jak u ciebie chyba nigdy w ogóle online - na forum w sensie, bo tylko na Literce mam doświadczenia. Brakowało mi tego. Ludzie piszą obszernie, wchodzą w szczegóły, budują, jak to dziewczyny czasem mówią na sb "mięso" wokół szkieletu.
Ja jestem skrytą fanką tekstów-szkieletów. Ten taki jest. Jest minimum tego, co musi być, by wywołać w czytelniku jakiś uczuć albo na coś go nakierować, czymś zaciekawić. Naprawdę minimum. I nic więcej z rzeczy które wszędzie budują objętość, u 90% piszących. Nie do opisania jak jestem ci wdzięczna, że po prostu prujesz w fabułę jak ten pług na przodzie Pavo.
Marzeniem moim było tak pisać, ale dużo się nasłuchałam od ludzi - o tym, że szkielet to za mało - i poszłam w pracę nad zmianą tego stylu. Żałuję czasem, brakuje mi go. Brakuje mi najbardziej, gdy czytam, bo pisanie to pikuś. Moje ukochane sc-fic i najlepsze sceny w nich są zwięzłe i rozpędzone jak twój tekst.

Ok, to tyle z rozpływania się nad formą.
A w ogóle, to jeśli wszystkie twoje teksty są takie, to możliwe że aspirujesz mi gdzieś wysoko na listę ludzi z internetów, których mam zamiar czytać i prosić o teksty i męczyć o pisanie.

//słucham Vangelisa gdy czytam twój tekst, pisałam? Chyba nie. Mam zapętlone Friends of mr. Cairo. Od początku

Zdecydowanie nie lubię Baia. Irytuje mnie, wkurza w ten sposób, który nie jest w sumie związany z samą postacią (bo postać wydaje się być bardzo do polubienia, przy czym do polubienia przez postawę, nie obraz generowany) ale bardziej z rolą postaci.

Twój tekst w ogólności jest taki jak pisałam wyżej, można go porównać do pługu. I dla mnie to ma prawie same plusy. Minusów jest łącznie trzy (te, które znam z doświadczenia) i u ciebie chwilowo wyłapuję wyłącznie jeden. Już naświetlam: oszczędność twojego tekstu pozwala wyraźnie namierzyć momenty gdzie zapodawane info ma jakiś ważny cel. Nie zapodajesz info zbędnego i nie sypiesz opisami bez powodu, a to uniemożliwia maskowanie się. Więc opis Baia i wszystkie szczegóły które dostałam (bo nie było tak, że je dostrzegłam czy sama wywnioskowałam, one po prostu są podane) raczej budują u mnie dystans niż sympatię. To ciężka do wytłumaczenia kwestia, bo ani nie uważam, że Bai jest napisany źle, ani nie sugeruję, że powinnaś jakoś się kryć z tym, co chcesz osiągnąć budując tekst tak a nie inaczej. Jednak Bai jest na tyle mocny w fabule i na tyle wyraźnie zarysowany, że nie pozostawia miejsca na żadne niedomówienia. I mogę nie widzieć go (bo nie widzę) i nie znać, nie rozumieć do końca, ale to kim on jest w historii i jaką ma rolę i po co - to jest po prostu transparentne.
Oczywiście możliwe, że się mylę i wodzisz mnie za nos. Dlatego nie napiszę wprost o jakiej roli Baia myślę (bo on jako postać ma kilka zastosowań wg mnie) i jaki przewiduję koniec jego historii. Bo o ile nie wiem nawet kto to jest Cyrus i co się dzieje, to ta jedna rzecz wydaje się jakaś jasna. To, jak będzie działać relacja Bai-Zoe i jak się rozwinie i zakończy.

No ale jak pisałam, może to wszystko się rozsypać w drobny mak, bo może nie powinnam czuć się na tyle pewnie, by cokolwiek w tekście przewidywać

((Bardzo osobiście też pozwolę sobie napisać, że scena w barze i wizualny opis Baia to jest odwrotność tego co mogłoby mnie urzec (w sensie crushowania na męskie postacie) i porównania do kota zrobiły resztę, taki krater niechęci między mną a komandosem))

Zoe nie da się polubić za to, jak się zachowuje, ale da się poczuć do niej szacunek i to mi wystarcza. Jest cholernie mocny charakterem i tekst jest jej charakterem pisany. Może dlatego taki do rzeczy, szybki, bez pochylania się nad otoczeniem i niuansami. Szanuję to, szanuję więc i Zoe. Jednocześnie bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się to, że nie wiem tak naprawdę jaki sekret skrywa i to (o, właśnie) to jest chyba coś co mnie choć trochę zbliża do Baia. Niewiedza, podejrzliwość (mam nadzieję, że on jest podejrzliwy) w odpowiedzi na szóste i siódme zmysły głównej bohaterki, która faktycznie jak na hackach jest jakaś dziwnie nieprzegrywająca, ogarnięta, farciarska i wszechwyczuwająca na skażonym terenie.

Pamiętam, że coś przykuło moją uwagę w pierwszej wrzutce i to było coś ważnego związanego właśnie z dopiskiem "overpowered" przy bohaterce, ale trochę wyprało mi mózg ostatnio i nie jestem w stanie odgrzebać z pamięci. A jeśli tak, to może jeszcze sprawa się wyjaśni. Scena gdzie Zoe odnajduje nieodnajdywalny we mgle pojazd jest co najmniej creepy. Jest irytująca (w sensie stosunku do postaci, nie fabuły) i mocno mnie spięło to, że ja sama jej nie ufam, czegoś nie wiem, coś mi nie gra, coś jest na rzeczy.
Jeśli to jednak było jakoś uzasadnione na początku, to przepraszam, ale chyba tak całkiem nie było. Był chyba jakiś hint na balu

Muszę się przyznać - tajemnica przekokszenia Zoe w tym momencie jest u mnie motorem, jest największym znakiem zapytania. Nie historia siostry hrabiny i nie ciekawość wątku Cyrusa. Tylko to, że nie wiem, co ukrywa ta kobieta. Coś ukrywać musi.

Lubię Helenę. Bardzo. Bo tak. Bo z nią tylko jestem w stanie się utożsamić (może dlatego że milczy i jeszcze jej nie znam?) ale no strzał w serce i po prostu to, jak ona gra, jak nie daje się złamać i tylko ta twarz do ściany w nocy - kocham.


Wrzucaj, proszę. Uwielbiam to czytać. Jest tak lekkie. Tak nieprzeładowane.
//były ze dwa miejsca z technicznymi potknięciami - mam szukać takich rzeczy w tym tekście?
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 174
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Coffee » 11 lutego 2018, 11:26

Bardzo, BARDZO Wam dziękuję za komentarze <3 <3 <3
Jeśli chodzi o Bai'a, to ja chyba nigdy w życiu nie napisałam żadnej postaci tak, by miała się podobać (chociaż akurat Bai już po puszczeniu tekstu w świat bił rekordy popularności, idkw), a Twoja reakcja @Kan jara mnie niesamowicie. Zżera mnie ciekawość, jaką rolę dla niego przewidujesz i może mogłabyś mi wysłać przynajmniej na privie? Bardzo, bardzo byłabym wdzięczna. Większość swoich Nano (poza ostatnim) pisałam na totalnej improwizacji, więc Bai wchodził do fabuły z charakterem i może typem enneagramu, a dopiero potem się okazało, że taki z niego hehehehe śmieszek.
@Kruff - lejesz miód na moje serce, chociaż nie wiem, jak to z tą wiedzą i doświadczeniem jest, to tekst z 2014 roku, jakby nie patrzeć xD Ale jeśli podobało Ci się wtedy i podoba Ci się teraz, to przynajmniej mam świadomość, że kiedyś umiałam i może kiedyś naumię się znów. <3


Jest niedziela, jest odcinek, sponsorowany gościnnie przez błoto, skocznie narciarskie i to uczucie, kiedy jakiś kawałek spodoba Ci się tak bardzo, że puszczasz go w pętli przez cztery dni, a współlokatorzy w efekcie googlują przepisy na domowy chloroform.


#
Obudziły mnie przytłumione głosy, zimno i poczucie przestrzeni, rzecz bardzo niezwykła jak na wnętrze Pavo. Przez chwilę leżałam, mrugając spuchniętymi oczami w ciemności, zaciekawiona, czy zrozumiem choćby słowo zza metalowej przegrody, która dzieliła mnie od kabiny kierowcy. O tej porze jedynie Bai powinien trzymać wartę; wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi hrabina powinna chrapać obok mnie, zmęczona długim czuwaniem. Tymczasem miałam dla siebie cały sztywny piankowy materac.
Nienawidziłam pobudek. Tej rozlazłości, nieogarnięcia, potrzeby nadrobienia zaległości z poprzednich godzin. Cała twarz puchła mi od długiego kontaktu z Północnym powietrzem, oczy ropiały, na plecach wykwitały atopowe zmiany. W dodatku pył, ten cholerny, wszechobecny pył, wystarczająco drobny i lekki, by wcisnąć się w najmniejsze szpary w pancerzu Pavo: teraz czułam, jak oblepia mi język i drapie przestrzeń między palcami u stóp.
Musiałam się umyć. Musiałam coś zjeść. Ubrać się. Obudzić. Co najmniej kwadrans przechodzenia z wampirycznej bezużyteczności do względnej wydajności, podczas gdy inni już od dawna byli na nogach. Kwadrans nadrabiania dystansu. Piętnaście minut wyrównywania strat.
Głosy za przegrodą nie milkły, ale nie potrafiłam rozróżnić słów.
Włączyłam boczne światło i otworzyłam wyładowaną po wieko apteczkę. Przynajmniej raz była kompletna i przynajmniej raz mogłam się spodziewać, że każdy jej element się nam przyda, włącznie z fiolkami przeciwradiacyjnych stoperów.
Ale to jeszcze nie teraz.
Znalazłam w końcu odpowiednią półkę, odgrzebałam jednorazową strzykawkę i szybko zaaplikowałam swój witaminowo-kalcytriolowy koktajl.
Poza moją brakowało tylko jednej dawki, nie dwóch, co oznaczało, że ktoś nie zjadł dzisiaj śniadania.
– Hej, kto... – zaczęłam, na szczęście niezbyt głośno, i urwałam w połowie drogi przez próg, widząc zgarbione plecy hrabiny i w końcu pojmując, że głos, który słyszałam w sypialni, nie należał ani do niej, ani do Baia. Zatrzymałam się, niezdecydowana, w końcu rozróżniając, co dokładnie mówiła Trudie Schwerin, uwieczniona na taśmie z drugiego Pavo.
– ...sprzęt i teraz nawet jeśli dotrzemy do MO Mule, nic nam to nie da. Z logiem zakodowane są nasze obecne współrzędne, wyliczone przez doktora Mareu względem... – głos na nagraniu zająknął się – ...względem naszej ostatniej pozycji, również wyliczonej. Od sabotażu tak naprawdę nie mamy pewności, czy jedziemy w dobrym kierunku. Profesor Benitez próbuje nawigacji według punktów charakterystycznych i według niej nie jeździmy w kółko ani się nie cofamy. A to już coś. – Westchnięcie. - Już nigdy nie będę żartować z kulturoznawców. Stop.
Biała, nieurękawiczona dłoń hrabiny uniosła się mechanicznie i równie mechanicznie wcisnęła replay. Głośniki zaszumiały i zanim zdążyłam się zdecydować na odchrząknięcie, ten sam głos, chociaż nieco mniej zrezygnowany, wypełnił kabinę:
– Osiemnasty kwietnia, siódma rano, log dwudziesty trzeci, Trudie Schwerin. Pomimo sabotażu zdecydowaliśmy się utrzymać numerację. Postaramy się odtworzyć to, co nam ukradziono, ale nie jest to w tej chwili zadanie priorytetowe. W tej chwili wiemy, że ktoś nas śledzi i najwidoczniej chce przeciwdziałać naszej misji. – Pauza. – Nie rozumiem, dlaczego. Nie widzę żadnych możliwych wad tego projektu.
Hrabina wcisnęła stop. Siedziała na przedniej ławie z podwiniętymi pod siebie nogami, ciągle w podkoszulku, który odsłaniał większość tatuaży na jej skórze. Nie odwracała się.
– To był łazik Trudie.
Najwidoczniej moje wejście nie było tak dyskretne, jak myślałam.
– Słuchasz tego od rana?
– Oczywiście. To moja siostra, a oni ją zabrali. Wiedzą, że jej szukam, więc rzucili mi na drogę jej wóz, zostawili te nagrania. Nigdy... Nikt...
Urwała. Nie widziałam jej twarzy, więc ostrożnie przelazłam na miejsce pilota, mimochodem zastanawiając się, gdzie do diabła podział się Bai i czy nie mógłby uratować mnie z tej niezręcznej sytuacji, tak z łaski swojej.
– Ym...
– Wszystko, co tam znaleźliście, było wyreżyserowane. Te nagrania są niepełne. Informacje... starannie wyselekcjonowane. Jej... Jej głos. Informacja o sabotażu, na czymkolwiek polegał. To przyznanie się do winy. Wyzwanie. Mnie się nie rzuca wyzwań, Zoë.
– Postaram się zapamiętać – stwierdziłam tonem, miałam nadzieję, poważnym. – Może się przeliczyli? Może zostawili coś, czego będziemy w stanie użyć?
– Niewykluczone. Ale to miłe, Zoë, dziękuję.
– ...Co?
– Myślałam, że w obliczu tego... tego wszystkiego... tej prowokacji... będziesz nalegała, żeby się wycofać. Nie jesteś wojownikiem jak Bai i nie masz wobec tej misji emocjonalnego przywiązania jak ja. Z twojego punktu widzenia faktycznie najlogiczniejszym krokiem byłoby zawrócenie i całkowite przegrupowanie.
Patrzyłam na nią przez dłuższą chwilę, aż i ona w końcu spojrzała na mnie. Dużo nas różniło; matko droga, różniły nas całe społeczne oceany, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości, ale powoli zaczynałam sobie też uświadamiać, że na niektórych polach jest nam wcale blisko. Nawet nie była dużo starsza – bo ile? Dziesięć, dwanaście lat? Pustynia zostawiała na mnie te same wżery, które u niej odsłaniał wiek. Ja na co dzień oddychałam kurzem i trucizną, ona zapewne pilnowała każdej swojej kawy w biurze przed głodnym awansu pracownikiem.
– Zatrudniłaś mnie, bo mam najlepsze statystyki ze wszystkich żyjących zwiadowców – powiedziałam i to nie było pytanie. – Wiesz, jak się je wylicza? Co jest absolutną podstawą, ważniejszą niż osiągnięcie celu misji czy zachowanie sprzętu?
– Nie.
– Nietracenie ludzi. Jestem zwiadowcą, tak, dla Komisji, ale Komisja nigdy nie rusza swojej kolektywnej dupy tu, na boisko. Dla wszystkich pozostałych jestem przewodnikiem. Prowadzę ich przez to piekło i zanim zdoła pochłonąć kogokolwiek, musi najpierw przejść przeze mnie. – Oblizałam wargi. – Ja nie tracę ludzi. I jestem z tego całkiem dumna.
Przekrzywiła głowę.
– Nigdy?
– Tylko jeśli bardzo mnie wkurzą.
Czerwone, niewątpliwie wypełnione kolagenem usta wygięły się w słabym, bardzo słabym uśmiechu, jednak zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zapikały kontrolki włazu i do kabiny wpadł Bai, jeszcze w ruchu ściągając hełm.
– O, obudziłaś się, dobrze – skonstatował, otrzepując sobie ramiona. – Bo nie wiemy gdzie jechać. Widziałaś już mapy?
– Jakie... Te papiery, które znaleźliśmy? To mapy?
– A, tak. – Hrabina wyprostowała nogi i sięgnęła na jedną z półek. Gdy na moment podwinęła się jej nogawka, zauważyłam, że nogi również ma pokryte tatuażami. – Byłoby cudownie, gdyby to były mapy, ale to raczej świadectwo obliczeń, które prowadził zespół mojej siostry. Byli zgubieni, zresztą słyszałaś, i próbowali się wydostać. Może coś z tego wyciągniesz.
– Hm, dobra, dajcie to, ale najpierw coś zjem, a w międzyczasie... Kto zapomniał porannego zastrzyku?
Okazało się, że hrabina nie potrzebuje wspomagaczy, jak zresztą każdy burżuj, którego stać na rejsy w promieniach słońca i regularne badania lekarskie. Ustaliwszy to, już spokojnie zabrałam się za swoją porcję konserwy, rozkraczając się nad domorosłymi mapami.
– Oczywiście zdajecie sobie sprawę, że to może być podrzucona zmyłka?
– Nawet jeśli, to lepiej wiedzieć, na co próbują nas nadziać.
– Otóż to – potwierdził Bai, siadając na pulpicie w taki sposób, by ława nie zasłaniała mu widoku na moją pracę. – Od czego mamy najlepszego zwiadowcę na pokładzie, jeśli nie od tego, żeby odcedzał nam kłamstwa od prawdy?
– No dobrze, ale do czego dążymy? Ustaliliśmy już parę rzeczy. – Zerknęłam na Helenę, ona na mnie, i obie odwróciłyśmy wzrok z silnym postanowieniem niewspominania o tym, co stało się w Copper Barley. – Ale ciągle jesteśmy na początku drogi. Ja tu jestem tylko literką B – sparafrazowałam Baia – i nie mogę powiedzieć, dążymy tu czy tu. A "chcemy znaleźć Trudie" to trochę za prosta instrukcja.
Hrabina wyłoniła się z drugiej kabiny już w kombinezonie, ostrożnie przeszła nad rozesłanymi kartkami i zajęła miejsce na ławie obok Baia.
– Chcemy znaleźć bazę Cyrusa.
Parsknęłam. Jakoś tak zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać.
– Nie wiadomo nawet, czy Cyrus istnieje! To legenda, mit!
– Legenda nie zostawiła nam tamtego łazika na drodze.
– Nie, ale to nie musiał być też Cyrus. Słuchajcie, jedyne, co wiadomo na pewno, to to, że na pustyni ktoś jest. Słuchajcie mnie, ja wiem, spędziłam tu w zasadzie ostatnie piętnaście lat. – Odsunęłam pusty pojemnik w kąt kabiny i klapnęłam na zimną podłogę. – To raczej jest "ktoś" w liczbie mnogiej, ok. Tyle wywnioskowaliśmy, bo niemożliwe, żeby jedna osoba działała jednocześnie w północnych i południowych sektorach. Prawdopodobnie grupy, bo nikt tu nie przeżyje sam. No i tyle wiemy: są jakieś gangi. Jakieś. Nie wiadomo po co, skąd ani gdzie konkretnie, tyle tylko, że są. Równie dobrze to mogą być kosmici, bo czasem porywają przejezdnych. Albo zabijają, wychodzi na to samo, ciężko stwierdzić.
– No to skąd wziął się Cyrus?
– A bo ja wiem? Wasze media kochają takie historie, nie? A to dobry teren, żeby spekulować. Cyrus to świetna teoria spiskowa. Nie ma dowodów, że koleś nie istnieje, więc nie można jej obalić. To dobry pomysł. Bardzo mitologiczny. – Uśmiechałam się wbrew woli i bez radości. – Nawet imię ma takie klimatyczne.
Hrabina ściągnęła brwi, przekrzywiła głowę i wbiła spojrzenie w rozścielone arkusze.
– Nie – osądziła twardo. – To było zorganizowane. I wczorajsza akcja z Pavo, i porwanie mojej siostry. Posłuchajcie jej logów. To nie była akcja z kaprysu. Męczyli ich etapami. Najpierw się zgubili, potem ten sabotaż, potem jeszcze czekali...
Odchrząknęła. Wzięła się w garść.
– Chodzi o to, że operacje tego typu wymagają koordynacji. Organizatora z ugruntowaną reputacją. Kogoś, kto zapewni swoim ludziom warunki wystarczająco komfortowe, by nie chcieli się buntować. – Powstrzymałam parsknięcie. – W tym wy możecie zaufać mnie. Prowadzę korporację i w tym tutaj, w tym... wyrachowaniu, prowokacji, wyczuwam lidera. Ktoś tam stoi na szczycie.
– Ale to nie musi być Cyrus.
– Nie... Ale poprowadźmy tę myśl dalej. Cyrus to mit, tak, mit o pojedynczym przywódcy rewolucyjnych gangów w środku zniszczonej pustyni. Bardzo, jak słusznie zauważyłaś, medialny. Jaka jest alternatywa? Potwierdzasz, a przynajmniej dopuszczasz istnienie co najmniej paru różnych ugrupowań na tym terenie.
– Tak. Nie potrafię wytłumaczyć ich istnienia, ale tak, powie ci to każdy zwiadowca, chociaż już nie Komisja. Nie jesteśmy tu sami.
– Zatem jakie jest bardziej prawdopodobne wytłumaczenie? Że działają samopas, każde sobie?
– No, to duży teren...
– Nie, jeśli środek jest faktycznie tak zdewastowany, jak mówiłaś. Superwulkan i głowice nuklearne, zgadza się? Nie, to nie ma sensu. Nie miałyby szans przetrwać osobno. Prawdopodobieństwo i zwykła analiza rynku dyktuje jeden wniosek: ktoś ich zjednoczył. I póki nie wiemy, kto to jest, równie dobrze możemy nazywać go Cyrus. Monopolista Północnej. Drań, któremu urwę fiuta własnymi rękami.
Zorientowałam się, że Bai od dłuższej chwili próbuje złowić moje spojrzenie. Zamiast oczekiwanego przewracania oczami dostałam entuzjastycznie kiwanie głową i porozumiewawcze mrugnięcie.
No dobra, musiałam przyznać: hrabina posiadała pewne zdolności i potrafiła je zaaplikować tam, gdzie się tego najmniej spodziewałam.
– A skoro istnieje, to musi gdzieś mieszkać, tak? – upewniłam się. – No dobra. Zrobię co mogę. Dajcie mi czas, ale nie możemy stać w miejscu. Bai, kieruj się na MO Mule, Trudie wspominała o tym w logach. Może przejeżdżali tą samą trasą, uda mi się coś złożyć do kupy... Zobaczymy.
– To może nie być najbezpieczniejsza trasa, w końcu to tam ich zgarnęli.
– Serio? A sztormowanie w trójkę bazy legendarnego Cyrusa brzmi ci bezpiecznie?
– Ooch, ok.
– Poza tym nie napalaj się i ogarnij koordynaty, to parę dni jazdy. Byle... Wiesz, byle nie stać w miejscu.
To miało trwać, a zajęło jeszcze dłużej. Zebrane materiały nie oferowały żadnego punktu podparcia; nie wynikało z nich, gdzie się zgubili ani którędy chociażby zamierzali jechać. Na logach nie było żadnej kluczowej informacji, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że marnuję czas, siedząc nad gryzmołami spanikowanych naukowców, którzy i tak przecież donikąd nie dotarli. Między improwizowanymi mapami a skradzionymi dziennikami pokładowymi nie było żadnego punktu stycznego, niczego, co mogłabym podsunąć jako pewny punkt startu.
Szlag by to wszystko trafił.
Przydałyby się nieco mniej mgliste wskazówki.
Trudie Schwerin. Trudie i jej ekipa naukowców.
Zgubili się. Zgubili się jak szlag, ale nigdzie w logach ani na papierze nie było informacji, co tak bardzo strąciło ich z kursu. Jakaś profesor Benitez próbowała nawigować według punktów charakterystycznych, to jest po ruinach, które rozpoznawała, ale to było skazane na niepowodzenie. Mogła studiować historię Stanów Zjednoczonych czy coś takiego, ale nikt, kto wcześniej ich nie odwiedził, nie był w stanie rozpoznać historycznych miejskich panoram w tym, co z nich zostało. Chyba poprawnie zidentyfikowała Louisville, pewnie dzięki wyschniętemu korytu Ohio River. Brawo, profesor Benitez.
To, co na Północnej uchodziło za pogodę, na pewno im nie pomagało. To kwarantanna powodowała wszystkie te przedziwne anomalie. Ludzie nauczyli się kontrolować pogodę, pewnie, ale istniały pewne podstawowe prawa fizyki, których nie dawało się tak łatwo obejść. Na przykład wymiana cieplna. Nie można było po prostu schować Północnej pod kloszem i czekać, aż wszystko w środku się ugotuje. Kwarantanna działała bardziej jak sito: trzymała wulkaniczne wymioty nad kontynentem, przepuszczając to, co było potrzebne, by całkiem nie zabić globalnego klimatu. Pomysł był dobry, wykonanie trochę gorsze, bo przecież cała konstrukcja odbywała się w pośpiechu. I w efekcie mieliśmy tu mgły, które utrzymywały się miesiącami. Albo deszcze błota. I spontaniczne samozapłony.
Cały Disneyland.
Wyrysowane ołówkiem wzory, linie i szkice wypaliły mi się w końcu po wewnętrznej stronie powiek, głos Trudie Schwerin miał mi się śnić po nocach, a Bai ciągle prowadził Pavo przed siebie. Miałam tylko nadzieję, że nie ufa zanadto nawigacji i używa czasem mózgu, ale po wczorajszym wypadzie jakoś ufałam mu bardziej. Hrabina w tym czasie siedziała niemal nieruchomo, wpatrzona w sine opary za przednią szybą. Mogłam tylko sobie wyobrazić, co dzieje się w jej głowie. Od czasu do czasu bez słowa przewijała skradzione logi na, wydawałoby się, losowy fragment, i wnętrze kabiny znowu wypełniały raporty z zaginionej wyprawy.
Po jakimś czasie głos Trudie Schwerin zaczynał być naprawdę nużący, ale nie zamierzałam wspominać o tym Helenie.
– Zoë, a ty masz jakieś rodzeństwo?
– Na litość boską, dajcie mi pracować.
– Ja mam trzy siostry – ciągnął niezrażony Bai. – Wszystkie mieszkają w Australii, spryciary. Ratują mnie przed pająkami przy rodzinnych spotkaniach. Niczego się nie boją. Najmłodsza ma na imię Mao. Mao Gao. Rodzice chyba mieli dość.
– My... – zaczęła Helena cichym głosem, ale urwała, jakby nagle się rozmyśliła. Bai spojrzał na nią zachęcająco, więc właściwie nie miała już wyboru: – Ja i Trudie miałyśmy jeszcze brata.
– Miałyście?
– Tak.
– Przykro mi.
– To było dawno.
Rodzeństwo, odbijało mi się echem po głowie, gdy zawróciłam niewidzący wzrok na kartki. Ciągle te same kartki. Ta sama zagadka. Próbowałam się skupić, naprawdę próbowałam szukać sensu w całym tym bełkocie, ale wrażenie, że to zadanie pozbawione sensu, wciąż mnie nie opuszczało i odciągało myśli w inną stronę. Gubiło mnie tak, jak zgubiła się drużyna Trudie. Gubiło mnie tak, jak zgubiło się tutaj tak wielu innych. Ze mną czy beze mnie. Czasem tacy jak ja.
Rodzeństwo.
Znałam kiedyś braci, którzy wspólnie prowadzili wypady w głąb lądu. To było... Boże, dziesięć lat temu, a oni obaj mieli dużo dłuższy staż niż ja, tyle że przychodzili z ramienia Komisji. Starszy był bardzo przystojny, mimo blizn, które zdążyła na nim zostawić Północna. A może właśnie dzięki bliznom – nigdy nie mogłam się do końca zdecydować, a później sama dorobiłam się szramy na twarzy i w ogóle przestałam o tym myśleć. Jak im było?
Starszy to chyba Carlos... Młodszy... Coś na A...
Adam? Adan? Coś prostego...
Alan.
Szliśmy w piątkę – oni, ja i jeszcze dwoje zwiadowców, których do tamtej wyprawy znałam bardzo pobieżnie. Naszym zadaniem był zwiad Detroit, czyli miasta, które nawet przed erupcją Yellowstone przypominało scenografię Armageddonu. Nikt tam nie postawił stopy po objęciu kontynentu kwarantanną; my mieliśmy być pierwsi. Piątka wybrańców. Pionierzy drugiego rzutu.
To, co unosiło się w tamtej okolicy, to już nie była mgła. Toksyczne opary, które zasnuwały całą resztę kontynentu, były niczym przy tym, co zawisło nad zrujnowanymi okolicami Wielkich Jezior. Niemal dwieście pięćdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni jezior – to tyle, ile miała Uganda – musiało gdzieś wyparować po tym, jak w Michigan otworzył się jeden z kraterów Yellowstone.
Wyparowały. I osiadły w wiecznej, kleistej mgle, w której nie dało się oddychać.
Zadania nie ułatwiał fakt, że wszystkie cztery elektrownie atomowe w Michigan należały do tych, których obsługa nie zdążyła ewakuować przed Yellowstone.
Nie mogliśmy ściągać masek nawet na chwilę, nie widzieliśmy dalej niż własna ręka, przy czym opuszki palców już wydawały się niewyraźne w strugach wody skraplającej się na wizjerach. Filtry wysiadały jeden po drugim i tak naprawdę powinniśmy się wycofać, ledwo opuściliśmy okolice Pittsburgha, ale Carlos zdecydował, że idziemy dalej. Mieliśmy wrażenie, że pływamy w akwarium. Czas i przestrzeń to były pojęcia bardzo względne; mgła zakrywała wszystko.
A potem weszliśmy do sektora Detroit, a słów zwyczajnie zabrakło.
Wtedy miałam już za sobą zniszczone miasta, Detroit w żadnym wypadku nie było moje pierwsze. Do tamtej pory jednak widok zawsze był podobny: te same zawalone, pokryte popiołem ruiny, te same żelbetonowe konstrukcje zwalone na bok jak pokonani giganci, a wszystko to pokryte wieczną, zdradziecko jasną warstwą popiołu. Asfalt zerwany z dróg i nieraz zadarty w górę jak parodia narciarskiej skoczni. Wyrwy, przepaści i ziemia zraniona aż do kości. Labirynty nie do przejścia.
Ale nie Detroit.
Detroit było bagnem.
To, co w innych częściach kontynentu było popiołem, tutaj pod wpływem wszechobecnej wilgoci zmieniło się w gęste, lepkie błoto, którym wszyscy byliśmy wymazani od stóp do głów w przeciągu pierwszych pięciu minut. Czułam smród powietrza – smród tej potwornej, radioaktywnej mgły – nawet mimo maski i najlepszych filtrów, na które stać było Komisję. Z każdym krokiem zapadaliśmy się po kostki, a po jakimś czasie stawy przestawały dawać radę obciążeniom i w końcu musieliśmy się zatrzymać. Nie bez trudów – podsadzaliśmy się nawzajem, bo ręce ześlizgiwały się z właściwie wszystkiego – ustanowiliśmy punkt wypadowy na szczycie jednego z obalonych wieżowców.
To tam Carlos skręcił nogę.
To w zasadzie nieuniknione, jeśli chodzi się po takich terenach. Gruz, stalowe pręty i zwykłe wykroty w ziemi kryją się wszędzie, a przy tamtej widoczności i przyczepności ziemi to naprawdę cud, że tylko jedno z nas padło ofiarą ryczałtu.
Pamiętałam swoje dyszenie. Tak trudno jest zapanować nad oddechem, gdy za prostym, jednowarstwowym wizjerem czeka dusząca, cuchnąca śmierć. Oprogramowanie kombinezonu wysiadało i w rezultacie para osiadała również na wewnętrznej stronie hełmu. Ledwo co widziałam. Więc zostały głosy. I wśród przerażonych – jeden opanowany.
Mówił, że w porządku, że to tylko noga. Że odwołujemy misję i że powinien był nas słuchać wcześniej. Przyznał się do błędu i cały czas zachowywał spokój. Niemniej, mówił, niemniej dotarliśmy tak daleko, jesteśmy już w samym mieście. Wysłałem sygnał i misja ratunkowa będzie tu niedługo, musimy jedynie poczekać. A skoro już czekamy, to spróbujmy chociaż zorientować się, gdzie jesteśmy, żeby w razie czego naprowadzić ratowników, gdy już wejdą w kontakt radiowy.
Chyba nawet wtedy zdawałam sobie sprawę, jakie to były bzdury, ale panika przysłaniała wszystko. Carlos panował nad sobą i swoim głosem. Tak naprawdę nie miało znaczenia, co mówił: ważne, że brzmiał pewnie i że stało za nim doświadczenie, którym ja nie dysponowałam. Potrzebowałam tego głosu. Chciałam się czegoś, kogoś czepić, na czymś oprzeć. Otoczona mgłą i trucizną byłam ślepa, a to był jedyny głos, który słyszałam. Chciałam dać się prowadzić. Wierzyłam, że wie, co robi.
Może on sam też w to wierzył.
Alan zaoferował się, że pójdzie na zwiad. Wcale nie dlatego, że to jego brat skręcił nogę, zapewniał. Po prostu po Carlosie to on miał najwięcej doświadczenia i to na nim spoczęła teraz odpowiedzialność za całą grupę, przekonywał. Jeśli ktoś ma się narażać, to on, bo przecież obaj byli z ramienia Komisji i to oni odpowiadali za całość wyprawy. Patrzyłam, jak odchodzi w mgłę, jak znika, ledwo się odwrócił: miał szerokie barki i krótkie, kaczkowate nogi, które wyniosły go z tak wielu problematycznych miejsc.
Nigdy więcej go nie zobaczyłam.
Alan i Carlos. Opowiadali tak dużo hermetycznych żartów. Alan nosił przy sobie małego ludzika Lego i nigdy nie wytłumaczył mi, dlaczego.
Carlos chyba szybko zrozumiał, co się stało i że jego brat nie wróci, mimo że jeszcze długo próbował skontaktować się z nim przez radio. Tyle że radio wysiadło: to była kolejna rzecz, którą odkryliśmy, myśląc o śmierci po środku bagien Detroit. Wilgoć, a może radiacja, załatwiała coraz to kolejne systemy, bo nikt nie projektował wtedy kombinezonów z myślą o takich warunkach. Działały jedynie komunikatory, a i to nie wszystkie: mój wysiadł jako pierwszy i od tego momentu byłam niema, głucha i niemal ślepa.
Do tej pory czasem budziłam się w środku nocy, krzycząc tylko po to, by usłyszeć własny głos.
Sen to taki podatny stan. Noc to taki niebezpieczny czas.
Coś mówili. Zza pasiastej zasłony wilgotnych zacieków widziałam gwałtowne gesty i Carlosa usiłującego dźwignąć się na nogi. Przetarłam wizjer w durnym odruchu żółtodzioba, a na zbrojonym szkle zostały brunatne zacieki. Próbowałam się odezwać, zadać jakieś pytania, ale ciężkie hełmy drugiej generacji nie przepuszczały żadnego dźwięku, w pełni polegając na obwodach, które tu zginęły bardzo, bardzo szybko. Byliśmy sami, byliśmy odcięci, a wulkan żądał od nas ofiary. Był głodny, zawsze głodny; dopiero zaczynałam to rozumieć. Pojmować bestię, która przez wieki spała pod naszymi stopami, po czym w przeciągu jedenastu dni rozerwała ziemię na pół.
Nie mogliśmy go powstrzymać, nawet mimo skręconej kostki. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby rzucić się na niego, obalić na brudne gruzowisko i obezwładnić do momentu przybycia pomocy, ale nic takiego nie miało miejsca. Między nami ciągle stała niewidzialna bariera, dystans statusu, którego nie śmiałam przekraczać. To do Carlosa należało podejmowanie decyzji.
Zdecydował wstać i utykając zniknął we mgle.
Wciąż się zastanawiałam, czy Detroit nie doprowadziło go do szaleństwa. Czy widok odchodzącego brata i świadomość, że jedyne, co nam zostało, to bierne czekanie na pomoc, nie pchnęły go za krawędź.
Nie miałam pojęcia.
Przecież nawet nie mieliśmy jak się pożegnać.
Zespół ratunkowy przybył niecałe pół godziny później i wszyscy bezpiecznie wróciliśmy do bazy wypadowej. Nikt więcej nie słyszał o Alanie i Carlosie.
Rodzeństwo.
– I jak, Zoë? Masz coś?
Zamrugałam. Wróciłam do rzeczywistości jak wyciągnięta przez wędkarza ryba.
– To naprawdę wielka kraina – oznajmiłam zmęczonym tonem, opierając się plecami o przegrodę do sypialni. Skupiona twarz hrabiny patrzyła na mnie znad oparcia ławy. – Ale zdołałam przynajmniej wykluczyć parę miejsc. Mam... kilka propozycji i jestem przekonana, że jedna z nich wam się nie spodoba.
– Wal.
– Powinniśmy sprawdzić miasto.
– O, super, miasto, dawno nie byłem w mieście. Zakupy w galerii handlowej, kino, może jakieś dobre sushi. Jestem za.
– Och, w takim mieście nie byłeś nigdy. Możesz mi wierzyć na słowo.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 72
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Xanttis » 18 lutego 2018, 23:34

Dobra, dwa odcinki za mną. Kolejne dwa (chyba ze wrzucisz w tym czasie jeszcze kolejne) później, z większym komentarzem.

Mówiłem już wcześniej i powtórzę - lubię Twoj styl. Ma ręce i nogi, jest śmiały i to się mnie podoba. Chociaż dużo jest opisów i myśli, to brnę zaciekawiony. O tym wulkanie to ja bym powiedział że nie było za dużo ^^ ale to tylko ja, dlatego że takie zainteresowania i studia... . Jak czytam zawsze węszę po różnych dziwnych rzeczach, szukam drugich den itp, na razie jeszcze nic nie wyhaczyłem, ale to dopiero początek. Jestem ciekaw co sie wydarzy dalej i o co tu chodzi, o czym to jest.
Wyobraźnia działa jak trzeba, bohaterowie żyją. Zastanawiałem się tylko nad tym zabiegiem jaki zrobiłaś, mianowicie Bai pojawia się w tekście, a dopiero później w osobnej scenie-retrospekcji przybliżasz jego sylwetkę. Po retrospekcji zrewidowalem swoj tworzący się obraz Baiego. Może to tak celowo, ale wyglądało to jakby retrospekcja pojawiła sie w biegu myśli narratorki ze "ah, nie znasz Baiego, opowiem Ci pierwsze nasze spotkanie". Z resztą styl narracji jest taki właśnie, jakbym siedział przy stole w barze z narratorką a ona by mi opowiadała to, odpalając fajkę za fajką i popijając piwem. Czuć tą bliskość narratora.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zawsze na zachód

Post autor: Kruffachi » 25 lutego 2018, 10:59

Taka wstawka, że ja bym w sumie wolała się odezwać po dłuższej partii tekstu, bo to jeden haust właściwie i niewiele mogę napisać. Może tyle, że są tu dwie wyraźne osie, wokół których zakręcasz jednym tematem i konstrukcyjnie wychodzi to bardzo fajnie i czytelnie. Temat to oczywiście rodzeństwo, więź rodzinna i różne wynikające z niej komplikacje. I to też portretuje Zoe - ale w sumie wszystko tu portretuje - że i w tym na podstawie jednego doświadczenia doszukuje się potencjalnego źródła kłopotów niejako automatycznie. Sama historia braci jest tragiczna i poruszająca (bosz, ten ludzik Lego) w taki zwyczajny, nieepicki sposób, bo co epickiego jest w bagnie, kiedy to poświęcenie nie przynosi niczego dobrego, nie ma bohaterskiej szarży i powrotu w glorii chwały - to też ładnie pokazuje wykreowaną w Zachodzie rzeczywistość, która bynajmniej do bohaterów nie należy. Tu po prostu nie ma na nich miejsca i gdyby ktoś jeszcze się łudził, że wyprawa na Cyrusa to wyprawa na Mordor, w tym momencie - tak mi się zdaje - dostaje jasny sygnał, że nie, nie tędy droga. To podbija realizm w braku realizmu, sprowadza to wszystko mocno do gruntu i jak o tym myślę, to podczas czytania Zachodu miałam cały czas takie wrażenie fizycznej ciężkości, która nie wynikała ze stylu tekstu (z warsztatu i ciężkości zdań, a wręcz przeciwnie), tylko właśnie z tematu, konstrukcji i użytych motywów. Tu jest bardzo silna ta, hm, ziemistość. Ziemia to jakby żywioł tego tekstu. Wszystko zaczęło się od tego - całe kłopoty - że się wściekła i pękła, problemem jest to, że została rozdarta i wyrzuciła z siebie toksyczne fafoły, problemem jest pył, czyli też ziemia, tyle że w kawałkach, Zoe jest bardzo przyziemna, łazik jest taki... przyziemny i właściwie od pierwszej sceny lądowania wszystko dzieje się tak nisko, przy glebie, jest ciężkie, ma dla mnie zapach soli i potu. I nagrzanego metalu. Nie ma wielkich rozkmin, abstrakcji, tylko właśnie operowanie na konkretach, wyciąganie praktycznych wniosków. Nawet wartości Heleny Zoe dopatruje się w jej giełdowym doświadczeniu, umiejętnosci oceny ryzyka i tak dalej. Nie ma chęci poznania, nie ma chęci zrozumienia i to zawsze było dla mnie trudne w Zoe, ale też robi tę postać na 150%, bo ona nie może być inna, inna nie byłaby skuteczna (mam wrażenie, że się powtarzam). I może mi - jako czytelnikowi - trochę czasem brakuje w Zachodzie subtelności i lekkości, takiej intelektualnej finezji, ale jednocześnie wiem, że to po prostu nie czas i miejsce na to. Ten tekst musi być ciężki w sensie środka ciężkości, a nie tematu czy czytania, i musi być ziemisty, nieco chropowaty, bo niuanse - co Zoe daje do zrozumienia wielokrotnie - zabijają. Więc dobrze, że jest Helena. Taka nierozgryziona, ale inna, że są jej zachowania możliwe do odczytania przynajmniej na kilka sposobów, że jest jej motywacja. Bardzo ją lubię w tym fragmencie nie tylko jako postać, ale też element konstrukcji.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ