Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Szkarłat

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Szkarłat

Post autor: Heap » 29 sierpnia 2016, 15:15

Pierwszy tekst tutaj, wow. Mogę chyba tylko poprosić o jak najwięcej uwag, skoro wciąż ostrzę sobie pióro.



Płatki śniegu skrzyły się w pięknym, styczniowym słońcu. Egzystowały, łamiąc prawa tego świata i przeciwstawiając się ciepłu ogromnej kuli ognia zawieszonej gdzieś w przestrzeni. A możliwe, że nagle sama zamieniła się w wielki, lodowy sopel.
To samo można było powiedzieć o grupce pięciu postaci w ruinach jakiegoś większego domu. Nie miał dachu, a okna były dawno wybite siłą eksplozji lub kolbami jego zdobywców, którzy jednak specjalnie nie cieszyli się swoim trofeum. Pozostawili je zrujnowane i opuszczone.
W środku dorosły mężczyzna i dziewczynka zainteresowali się jego przysypaną śnieżnym puchem podłogą, a z trzech stron pilnowało okolicy dwóch odrostków i kolejny, ale tym razem nieco młodszy od poprzednika facet. Widocznie szukając czegoś, obawiali się nieproszonych gości.
Nie wyglądali na szczęśliwych. Zgrabiałe dłonie, szron na policzkach i ubranie przypominające wysłużone szmaty nie napawało optymizmem w minus dwudziestu stopniach, a jednak wciąż byli na swoim miejscu.
Greta bardzo chciała odnaleźć to, o czym mówił Peter - skulony stwór przypominający owłosioną twarzą cyrkowego niedźwiedzia w niskiej klatce. Klęczał obok niej i gorączkowo przeczesywał swoimi przemarzniętymi palcami podłoże. Szukał jakiegoś uchwytu, może kawałka metalu, który mógł im pomóc.
Sama już nie odróżniała zbyt dobrze dotykanych powierzchni z powodu zimna, ale nagle poczuła coś twardego i wybijającego się ponad taflę monotonnego śniegu. Coś na tyle ciekawego, by swoim zbolałym głosem poinformować:
- Peter, chodź.
Rosjanin z trudem wstał i apatycznie przesunął się w jej kierunku, aby kucnąć obok i wyczuć parzący zimnem metal klapy, otulony twardym lodem.
- Jest... - uśmiechnął się. Nie chciał sam tego robić, ale przynajmniej tak mógł "uhonorować" dziewczynkę.
Chwilę później rąbał kawałem podłużnego złomu twardy lód, by w końcu wymacać uchwyt w pełni jego kształtu. Spróbował swoim wygłodniałym ciałem szarpnąć go w górę - bez powodzenia. Chciał przeklinać, ale nawet rosyjskie przekleństwa przy niej stawały w gardle, tak samo z narzekaniem na boskie miłosierdzie, o ile jeszcze w to wierzył. Może pokładał w tym małe nadzieje, ale jednak, chociaż ostatnie lata nie napawały go optymizmem i wiarą.
Postanowił wysłać ją po Franza. Myślał, że z pomocą losu wspólnie uda im się to zrobić. Powinien z żalem patrzeć jak mała, długowłosa istota zawinięta w szmaty idzie po kogoś niewiele lepszego, jakby stojąc tym nad skrajem przepaści. Mimo tego żyła, widocznie na przekór. Ale już nie miał na to siły ani emocji, obie te rzeczy stracił gdzieś po drodze.
Wróciła z okutanym w znoszony kożuch mężczyzną o blond włosach i ciemnych, przenikliwych oczach. Popatrzył na znalezisko i metal trzymany przez Petera. Należało spróbować to podważyć i modlić się, że uchwyt nie rozleci się w drobny mak, bo wtedy będzie trzeba dobrać się do twardego drewna klapy. Nie mieli na to ani czasu, ani sił, ale czy gdzieś w tym momencie znajdowało się inne wyjście?
Greta z grobową twarzą przyglądała się pracy dwóch postaci. Zmęczeni i zziajani, po kilku mocniejszych naciśnięciach na kawał złomu uzyskali powodzenie. Znaleźli piwnicę.
Franz wygmerał z przepastnych kieszeni latarkę, jej bateria była na wyczerpaniu. Włączył ją i oświecił wnętrze podziemi, znajdując dzięki niej oblodzoną drabinkę i kilkanaście skrzyń. Serce zabiło mu mocniej.
Nie musieli nic mówić, dobrze się rozumieli. Peter wyjął wysłużony, lniany wór i zszedł ostrożnie do środka, posuwając się wzdłuż nikłej stróżki światła. Widoczność zapewniał mu tylko towarzysz, ponieważ wciąż stojące ściany jednopiętrowego domu dawały mroźny cień, odcinający przebywających w nim od przenikającego słońca i błękitu nieba.
Rosjanin spróbował otworzyć pierwszy z brzegu pojemnik gołą dłonią, ale nic nie zdziałał. Podano mu nóż, podważył wieko - zobaczył rzędy konserw ułożonych jedne na drugich. Skąd i czemu tam wciąż były nie wiedział nikt.
- Jedzenie... - powiedział cicho.
Dziewczynka chowająca z zimna ręce pod boki poruszyła się na dźwięk tego słowa. Było takie piękne.
Ich praca stawała się nadzwyczajnie sprawna i przy tym bezgłośna. Peter w ciasnocie piwnicy ładował worki, by później z pietyzmem oddawać je w zsiniałe ręce Franza. On natomiast przekazywał tak cenne dla nich przedmioty w dłonie dziewczynki. Ciągnęła je w stronę wyjścia i tam zostawiała.
Gdy skończyli, było ich pięć. Pięć pięknych, pełnych worków czekających na przeniesienie. Plus kilka skrzyń w skrytce, które pozostały nienaruszone. Zamykając klapę i usuwając swoje ślady, mieli nadzieję, że kiedyś po nie wrócą.
Obaj dwukrotnie gwizdnęli. Jak na komendę pojawiło się przed nimi dwoje wyrostków: jeden piętnastoletni, a drugi w wieku Grety.
-Wybierzcie z jednego worka konserwy i wsadźcie ile dacie radę do kieszeni. - zakomunikował Franz.
Wszyscy schylili się i muskając palcami metal, wpychali go w poły ubrań. To był błogi ciężar. Opróżnili worek do końca i starszy z dwójki chłopaków Max schował go pod swoje ubranie.
- Idziemy, uważajcie.
Gęsiego z workami na plecach posuwali się w skrzypiącym śniegu, jakby chcącym ich zdradzić. Potrafił stać się zarówno sypkim piaskiem wśród morza betonowych i ceglanych odłamków, jak i twardą skorupą. Otaczał każdą połać ruin, przez które się przedzierali i odgruzowane ścieżyny, ubiegające się o miana ulic. Od czasu do czasu był podnoszony przez niespokojny, przenikliwy wiatr wiejący ze wschodu - paskudnie zimny i suchy.
Tylko dziewczynce to nie przeszkadzało. Przesuwała się po powierzchni zasp niczym widmo, nie obciążona workiem.
Przed nimi ciągnęło się jeszcze kilkadziesiąt minut drogi, ukrywania się i nasłuchiwania. Każdy mógł być wrogiem - wygłodniały jak oni niemiecki cywil, Polak czy "krasnoarmiejec". Peter dobrze wiedział, co czekałoby każdego z nich bez wyjątku, gdyby tylko cokolwiek się nie spodobało jakiemuś patrolującemu żołnierzowi. Zbyt dużo widział po obu stronach barykady wojny, którą ponoć rozebrano już tak dawno.
O Polakach dawno słuch zaginął. Kiedyś bodajże sprowadzono ich tutaj w sporej liczbie z powodu braku rąk do pracy w czasie wojny, a nawet chodziły słuchy, że to miasto będzie częścią Polski. Tak czy siak, widocznie Rosjanom to nie przypadło do gustu, no i Niemcy nie byliby tym zbyt zadowoleni. Jego to jednak kompletnie nie obchodziło, wciąż musiał być na wszelki wypadek "Peterem Kutshe" jeżeli nie chciał wpaść w łapy Smiersz. Widział, na co ich stać, a byli własowcy mogli na miejscu żegnać się ze swoim życiem.
- Stoj, stoj! Stoj job twoja mać, rozpizdzi!
Poczuł, że dreszcz wstrząsa jego ciałem, znajome słowa podziałały jak prąd. Błyskawicznie zauważył kilka metrów przed sobą młodego żołnierza w zielonym hełmie z wymalowaną czerwoną gwiazdą i pepeszą na ramieniu. Siedział okrakiem na wyburzonej do połowy ściance jakiegoś wciąż stojącego budynku i przyglądał się z bydlęcym zaciekawieniem. Schował się przed zimnem obok małego ogniska palącego się nieopodal. Oni natomiast stali sparaliżowani strachem.
- Wy...- wypowiedział z pogardą.
- Pawieł, nie trugaj! - odezwał się zza jego pleców głos, przerywając mu i jakby przeczuwając, co chce zrobić. Po chwili zobaczyli jego właściciela, najwyraźniej dowódcę tego żołnierza. Był bardzo podobny do Franza, gdyby wymienił się z nim swoim mundurem i włochatą czapką nikt nie zauważyłby różnicy.
- Won! - zwrócił się w nieskazitelnym niemieckim do cywilów i zaczął ganić po rosyjsku swojego podwładnego, by zaraz zniknąć z nim we wnętrzu swojego schronienia. Gdzieś w jego głębi dało się zauważyć kilka kobiecych kształtów i jakieś butelki.
Odeszli w ledwo skrywanym popłochu, nogi plątały się im ze strachu. Tylko najmłodszy chłopiec i dziewczynka trzymając się blisko siebie, szli spokojnie.
Nagle z kieszeni Grety wypadła puszka, tocząc się przez chwilę po śniegu obok nóg jej kompana, Thomasa.
- Stoj! Stoooj! Haalt! - ryknął Rosjanin.
Rozbiegli się mając przed sobą labirynt ruin, kilka kul i przekleństw natychmiast zaświstało w powietrzu. Uciekali, starając się kierować do swojej kryjówki i nie patrząc za siebie. Franz asekurował dwie najmłodsze osoby, przed nim kluczył Max.
Chciał coś krzyknąć do niego, ale nagle poczuł mocne szarpnięcie w lewej łopatce i runął na ziemię, wrzynając się w zaspę. Wszystko pociemniało, błękitne niebo zlało się z ziemią w dziwną szarość. Nie wiedząc co się dzieje, zobaczył jeszcze tylko upadającą przed nim postać.

Max śnił.
Powoli przemierzał ścieżkę wokół stawu wujostwa, krok za krokiem w trampkach, które poczuły już nie jeden kilometr i nie jeden ciężar zmęczonego ciała. Lato w pełni nie martwiło go niczym, było beztroskie swoim naturalnym spokojem i ciepłem. Ptaki ucichły, a zieleń urosła do swojego maksimum, tylko grupki starszych bądź młodszych dzieci nad brzegami mętnej wody zakłócały spokój.
Wiedział, że one też jak on śniły. Też chciały po prostu poczuć życie w swojej rzeczywistości, dotknąć czegoś, co wydawało się ideałem.
Przyszły założyć mundury żołnierzy obrony przeciwlotniczej. Nie wiedziały, że przeszły i zapewne przejdą jeszcze więcej niż one same.
Max to wiedział, ale dla niego było już po wszystkim. Stety lub niestety.
Obudził się w niegdysiejszej, skutej lodem i trupami twierdzy Königsberg. W miejscu, gdzie od dwóch lat żadnego z dwóch powyższych nigdy nie brakowało.
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: Szkarłat

Post autor: Bel » 31 sierpnia 2016, 18:56

Technicznie:

Brakuje mi zdań pojedynczych, miejscami zdania wielokrotnie złożone bym nieco porozbijała albo wrzuciła średnik czy myślnik. Mam na myśli:
Nie wyglądali na szczęśliwych. Zgrabiałe dłonie, szron na policzkach i ubranie przypominające wysłużone szmaty nie napawało optymizmem w minus dwudziestu stopniach, a jednak wciąż byli na swoim miejscu.
"A jednak wciąż byli na swoim miejscu" uczyniłabym odrębnym zdaniem, po kropeczce wzmocniłoby to refleksyjny wydźwięk. :)

Greta bardzo chciała odnaleźć to, o czym mówił Peter, skulony stwór przypominający owłosioną twarzą cyrkowego niedźwiedzia w niskiej klatce.
Tutaj zastosowałabym półpauzę/myślnik w momencie: "Peter - skulony stwór(...)", ponieważ czytając z rozpędem, w pierwszej chwili miałam zonk, czy to czasem nie jest jakieś fantastyczne stworzenie. Oczywiście jak zwolniłam, to już ogarnęłam.
Klęczał obok niej i gorączkowo przeczesywał swoimi przemarzniętymi palcami podłoże. Szukał jakiegoś uchwytu, może kawałka metalu, który mógł im pomóc. Nie odróżniała już zbyt dobrze dotykanych powierzchni z powodu zimna, ale nagle poczuła coś twardego i wybijającego się ponad taflę monotonnego śniegu. Coś na tyle ciekawego, by swoim zbolałym głosem poinformować:
Najpierw relacja w rodzaju męskim, a potem żeńskim. W ogóle nie zrozumiałam, co kto tutaj robi, chociaż przeczytałam kilkakrotnie. :|

Jeszcze bym się przyczepiła - ale wiem, że to nie jest żaden wybitny błąd, po prostu czysto subiektywnie mi jakoś tak nie odpowiada - do samego początku:
Płatki śniegu skrzyły się w pięknym, styczniowym słońcu.
Jakoś tak nie potrafię sobie wyobrazić pięknego słońca. Dla mnie zawsze jest ono piękne. Za to płatki śniegu już bardziej by mi pasowało.
Egzystowały,
Ciężko mi też sobie wyobrazić egzystencję płatków śniegu, które kojarzą mi się z czymś mglistym, ulotnym. Zbyt ciężkie to słowo, jak dla mnie. Podkreślam: jak dla mnie, po prostu mam takie wrażenie. :)
Nie miał dachu, a okna były widocznie dawno wybite siłą eksplozji lub kolbami jego zdobywców
Widoczne po czym? Bo jakoś mnie opis tych okien chyba ominął.
którzy jednak specjalnie nie cieszyli się swoim trofeum. Pozostawili je zrujnowane i opuszczone.
A to zdanie w sumie można tu wrzucić, ale ja bym się nie porywała na takie spekulacje z dala od głównej linii.

Ogółem co mnie uderzyło na samym początku oraz sprawiło, że strasznie niechętnie się zabrałam do lektury dalszej części (która na początku szła na tyle opornie, że bardziej się skupiałam na łapaniu interpunkcji i ortografii), to taki przesyt opisu, monolog autorski, odwlekanie akcji i zdradzenia tego, co się dzieje. Sama staram się być wierna zasadzie, że początek powinien zostawiać u czytelnika jakieś pytania albo jedno, intrygujące pytanie, aby szukał na nie odpowiedzi w dalszej części tekstu. Czasem jednak zastosowanie barwnego, zastanawiającego opisu, najlepiej niecodziennej sytuacji albo sytuacji codziennej z niecodziennej perspektywy (co zresztą próbowałeś zrobić poprzez śnieg i słońce, ale troszeczkę Ci chyba nie wyszło).

W każdym razie - należę do osób, które kochają "Wieczną zmarzlinę" (świetna książka swoją drogą) i nie pogardzę dobrym klimatem postapo, więc dotrwałam do końca. Muszę przyznać, że opis zbierania tego jedzenia, dalszej podróży oraz dreszczyk na karkach bohaterów wyszedł Ci mistrzowsko. Czuć było ten głód, beznadzieję, to wyziębienie, a jak ktoś zaczął krzyczeć po rusku, to już w ogóle och i ach. :)
Trochę zbyt melodramatycznie zrobiło się na koniec z tym Maxem. W ogóle strasznie w taki trochę patetyczno-melodramatyczny ton lecisz, ale może taki był zamiar. Mi zaś bardziej odpowiada prosty styl (znasz może "Drogę" McCarthy'ego? W pewnym momencie przyszła mi na myśl, tam był podobny motyw z szukaniem jedzenia oraz "mężczyzna i chłopiec", a u Ciebie "mężczyzna i dziewczynka").

Ogółem jestem całkiem ciekawa, co będzie dalej i jak się rozwiniesz językowo. Bo właśnie na razie językowo jak dla mnie to taka szkolna trója, ale fabularnie trzy plus, bo coś wisi w powietrzu. ;)

Pozdrówka! :c[]:

A, jeszcze szybka uwaga do Maxa, bo miałam wspomnieć, ale zapomniałam wcześniej.
Opróżnili worek do końca i starszy z dwójki chłopaków Max schował go pod swoje ubranie.
Tutaj bym użyła wtrącenia przecinkowego, bo "Max" jest jakimś takim Maxem ex Machina dla tego zdania. W sensie pojawia się znikąd. Bardziej by mi się podobało "opróżnili worek do końca i Max, starszy z dwójki chłopaków, schował go (...)".
Druga uwaga to do tego zdania:
Franz asekurował dwie najmłodsze osoby, przed nim kluczył starszy Max.
Wcześniej już zaznaczyłeś, że Max jest starszy. Czytelnicy, wbrew pozorom, zapamiętują takie szczegóły, nie ma potrzeby się powtarzać. :)

Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Re: Szkarłat

Post autor: Heap » 01 września 2016, 22:05

Och, ach, eh. Od czego tu zacząć.
Jestem leniem. Leniem paskudnym, bo naskrobałem byle jak tekst i wsadziłem go po pobieżnej ocenie tutaj. I niezmiernie się cieszę, że ktoś sprowadza taką zagubioną duszyczkę jak ja na właściwe tory. Wielkie dzięki za trafne i ciekawe sugestie, a największe za wgryzanie się w to coś.
Cóż, jest mi głupio. Ciągle eksperymentuję i nie potrafię znaleźć odpowiedniego tonu dla narracji w tym klimacie, może spróbuję bardziej uderzyć w tony Sołżenicyna. No i jestem pewien, że nie może to tak zostać, bo się po prostu nie sprawdziło w moim wydaniu. Chyba, że ktoś mi podsunie jeszcze więcej materiału do przemyśleń.
Jeszcze raz dzięki.
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Szkarłat

Post autor: Joa » 02 września 2016, 14:28

Niewiele więcej można powiedzieć, bo Bel już dość dużo wskazała.
Ciężko się czyta. Zaczynasz topornie już od samego początku i czytelnik musi mozolnie, powoli przyswajać kolejne słowa, zdania, akapity. Wiesz dlaczego? Przez opis i używane przez Ciebie słowa. Spójrz:
Płatki śniegu skrzyły się w pięknym, styczniowym słońcu. Egzystowały, łamiąc prawa tego świata i przeciwstawiając się ciepłu ogromnej kuli ognia zawieszonej gdzieś w przestrzeni. A możliwe, że nagle sama zamieniła się w wielki, lodowy sopel.
To samo można było powiedzieć o grupce pięciu postaci w ruinach jakiegoś większego domu. Nie miał dachu, a okna były dawno wybite siłą eksplozji lub kolbami jego zdobywców, którzy jednak specjalnie nie cieszyli się swoim trofeum. Pozostawili je zrujnowane i opuszczone.
W środku dorosły mężczyzna i dziewczynka zainteresowali się jego przysypaną śnieżnym puchem podłogą, a z trzech stron pilnowało okolicy dwóch odrostków i kolejny, ale tym razem nieco młodszy od poprzednika facet.
Używasz dość ciężkich słów i wyrażeń. Tworzysz nimi podniosłą atmosferę, napiętą, ja się tym męczę. I na samym końcu pojawia się "facet". Przy całym tym ciężkim klimacie, wzniosłym przez użyte sformułowania (naleciałość z poezji?) nagle czuję takie "wtf?". Widzisz sam, że to nie gra, prawda? Pojawia się taki dysonans.
Z kolei przy zaznaczonym przeze mnie kursywą fragmencie dajesz nam znać, że będzie mowa o postaciach. Zamiast tego zaczynasz w kolejnym zdaniu informacją o domu. Jakoś bym pokombinowała, żeby jednak zachować jakąś ciągłość, logikę w tworzeniu akapitów i wprowadzaniu informacji, bo tu jej - dla mnie - nie ma.
Tak poza tym (musiałam wspomnieć o tym początku, bo chyba najbardziej zwrócił moją uwagę) widać, że umiesz pisać, masz już poziom, ale może brakuje Ci oczytania, obycia z literaturą (inną tematycznie niż to, co sam wrzuciłeś), by zastosować niektóre chwyty w swoich tekstach. By zaciekawić i trzymać czytelnika ze sobą. Dla mnie to był tekst jednolity. Gdy pojawiła się akcja (kilka zdań?), czułam się tak samo, jak czytałam opis. Nie poruszyło mnie, nie umiałam poczuć klimatu, bohaterów. Nie dałeś mi współczuć im, że muszą szukać jedzenia, że jeden z nich zginął, że jest wśród nich dziewczynka i chłopcy. Nie polubiłam ich, do końca byli mi obojętni. Nie będę kryć - jest nudno.
Nie zatrzymałyby mnie elementy rosyjskie, które mnie rozczulają i zazwyczaj wciągają, postacie, atmosfera walki o przetrwanie, śnieg...
Jeszcze dużo pracy nad Tobą nad naprawdę trudnymi rzeczami - balansem, który tekst musi mieć, balansem między opisem a dialogiem i kilkoma innymi elementami; nad bohaterami, którzy są jednym z najważniejszych aspektów opowiadań i wszelakich utworów literackich, nad doborem słów...
Wiem, że to nie jest komentarz, którego być może oczekiwałeś, nie ocieka mądrością i składem, ale jest napisany szczerze. Pamiętaj, że to moje zdanie, ktoś może mieć inne i możliwe że zna się bardziej.
Ty pisz, bo podstawa jest. I warto nad nią popracować.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Szkarłat

Post autor: Kruffachi » 03 września 2016, 20:12

Przyznaję, że zastanawiałam się nad sensem pisania komentarza, bo nie wydawało mi się, żebym mogła dodać coś jeszcze – przed Tobą naprawdę ogrom pracy i nie da się tego ukryć. Uznałam jednak, że mogę dołożyć skromną analizę stylu, bo z tym jest, moim zdaniem, najgorzej. Na warsztat wzięłam tylko mały fragment. Mam nadzieję, że to wystarczy, żeby Ci unaocznić, z czym jest problem i dlaczego tak trudno się „Szkarłat” czyta.

Będzie bolało. Bardzo :C
Płatki śniegu skrzyły się w pięknym, styczniowym słońcu.
Tu akurat bez przecinka między przydawkami – dotyczą innych kategorii. Słońce nie tyle jest piękne i styczniowe, co jest styczniowym słońcem, które jest piękne.
Egzystowały, łamiąc prawa tego świata i przeciwstawiając się ciepłu ogromnej kuli ognia zawieszonej gdzieś w przestrzeni.
Uch… Na to „egzystowały” już Ci zwracano uwagę. Zupełnie nie taka konotacja, fatalny dobór słowa. Nie zawsze wybór trzeciego czy czwartego punktu z listy synonimów oznacza bogate słownictwo i barwność stylu. Zwykle jest tak, że im dalej w las, tym znaczenia stają się bardziej specyficzne – tak właśnie jest w tym wypadku.
Dalej masz zachwiany stosunek przyczynowo skutkowy. To nie jest tak, że płatki śniegu łamią prawa fizyki, więc przeciwstawiają się ciepłu. Nie – raczej nie topniejąc, łamią te prawa, mam rację? Zatem człony – nawet mimo braku sakramentalnego „więc” - powinny zostać zamienione miejscami. Logika rządzi tekstem od jego najniższych poziomów albo będzie bolało w mózg.
I wreszcie – dlaczego nie napisać tego w sposób prosty? Dlaczego nie napisać, że, mimo tego słońca z poprzedniego zdania, śnieg nie topniał, łamiąc prawa przyrody? W tej wersji widać i przekombinowanie, i niedostatki stylowo-leksykalne, i rozpaczliwe próby uniknięcia powtórzeń.
A możliwe, że nagle sama zamieniła się w wielki, lodowy sopel.
Skąd ten wniosek? Bo śnieg nie topnieje? A czy kiedykolwiek śnieg topnieje od najostrzejszego nawet słońca, jeśli – jak piszesz później – jest dwadzieścia stopni na minusie?
To samo można było powiedzieć o grupce pięciu postaci w ruinach jakiegoś większego domu.
Co tu robi „jakiegoś”? Właśnie wskazujesz kamerą konkretny budynek, nie jakiś. Przenosisz do niego akcję. Co więcej, opisujesz go jako „większy”. Więc nieokreśloność jest kompletnie nie na miejscu.
Nie miał dachu, a okna były dawno wybite siłą eksplozji lub kolbami jego zdobywców, którzy jednak specjalnie nie cieszyli się swoim trofeum. Pozostawili je zrujnowane i opuszczone.
Dalsze dookreślanie budynku – „jakiś” coraz bardziej nie na miejscu. I złe użycie spójnika. Samo „lub” nie jest tu najlepszym wyborem, bo w domyśle mamy przypuszczenie. Poprawna byłaby zatem nie konstrukcja wynikowa związana z wyborem, a wyrażająca przypuszczenie właśnie: „…siłą eksplozji lub może kolbami”. No i to nie zdobywcy mają kolby, tylko ich karabiny, prawda? Mało tego – konstrukcja tekstu każe myśleć, że to ta pięcioosobowa grupa to zdobywcy, a przecież szybko okazuje się, że jednak nie, skoro ci budynek pozostawili, więc już ich tu nie ma.
W środku dorosły mężczyzna i dziewczynka zainteresowali się jego przysypaną śnieżnym puchem podłogą, a z trzech stron pilnowało okolicy dwóch odrostków i kolejny, ale tym razem nieco młodszy od poprzednika facet.
„interesowali się” – kolejny fatalny leksykalny wybór. Zbliżasz się z kamerą do tych pięciu osób i pierwsze, na co zwracasz uwagę, to ich odczucia? Przecież nie. Nie widzimy jeszcze wnętrza ich głów. Widzimy same sylwetki, tylko pobieżnie scharakteryzowane. Więc nie może chodzić o status intelektualny. Zamiast tego warto postawić na coś, co opisuje właśnie działanie – „pochylali się” na przykład. No i ten facet – tak bardzo widoczna kolejna próba uniknięcia powtórzenia po linii najmniejszego oporu…
I jeszcze „poprzednik”. Moment, w którym tekst odnosi się do samego siebie, bo przecież pierwszy mężczyzna jest „poprzednikiem” tylko w obrębie zdania, prawda? Nieładne to, niezręczne, po raz kolejny obnaża braki warsztatowe.
Widocznie szukając czegoś, obawiali się nieproszonych gości.
Po raz kolejny zawodzi logika zdania… Tym razem zawiódł Cię imiesłów ówczesny. On oznacza równoczesność, owszem, ale też wskazuje, która czynność jest nadrzędna. I tu nie jest nią szukanie, a obawianie się, prawda? To ono jest pewnym stanem warunkującym. Szukanie to akcja na tle tego stanu.
Zgrabiałe dłonie, szron na policzkach i ubranie przypominające wysłużone szmaty nie napawało optymizmem w minus dwudziestu stopniach, a jednak wciąż byli na swoim miejscu.
„nie napawały” – przecież to podsumowanie odnosi się do całej wyliczanki. Co oznacza, że byli na swoim miejscu? Według rozumienia frazeologicznego, że znajdowali się dokładnie tam, gdzie powinni, nie, że trwali na stanowiskach, a chyba raczej o to drugie chodzi.

Uważaj na słowa, Heap… Naprawdę uważaj na słowa, na to, jak je dobierasz, a potem na to, jak budujesz zdania i jak operujesz ich logiką – najpierw między kropką a kropką, potem między akapitem a akapitem, potem dopiero na przestrzeni scen i historii. I dopiero, kiedy to opanujesz, eksperymentuj ze stylem, proszę…
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Szkarłat

Post autor: Ag. » 13 września 2016, 20:11

Ajajajaj...

W zasadzie każdy akapit nadaje się do poprawki. Poza tym, co zostało już napisane wyżej, masz problem z podmiotami:
Płatki śniegu skrzyły się w pięknym, styczniowym słońcu. Egzystowały, łamiąc prawa tego świata i przeciwstawiając się ciepłu ogromnej kuli ognia zawieszonej gdzieś w przestrzeni. A możliwe, że nagle sama zamieniła się w wielki, lodowy sopel.
W pierwszym i drugim zdaniu podmiotem są płatki śniegu, a w trzecim nagle nie wiadomo co. Wychodzi, że ta płatka zamieniła się w wielki sopel. Wiem, że chodzi o kulę ognia, ale gramatyczne to nijak się nie klei.
tak samo z narzekaniem na boskie miłosierdzie, o ile jeszcze w to wierzył.
"w nie wierzył", nie "w to". W nie – czyli w miłosierdzie.
Powinien z żalem patrzeć jak mała, długowłosa istota zawinięta w szmaty idzie po kogoś niewiele lepszego, jakby stojąc tym nad skrajem przepaści.
Nie rozumiem tego zdania.
uzyskali powodzenie.
Nie uzyskuje się powodzenia, nie ma takiego wyrażenia. Odnieśli sukces. Można mieć powodzenie (u kobiet) lub cieszyć się powodzeniem (czyli odnieść sukces)
Włączył ją i oświecił wnętrze podziemi, znajdując dzięki niej oblodzoną drabinkę i kilkanaście skrzyń.
"dzięki niej" można wywalić.

Noszenie konserw w workach i kieszeniach wydaje mi się trochę niewygodne i niepraktyczne, zastanawiam się też, czemu nie szli po kolei, zamiast wszyscy na raz – wtedy gdyby złapano jedną osobę, nie straciliby całego jedzenia. Ale to takie gdybanie tylko.

Masz też olbrzymi problem z końcówką, gdyż nic z niej nie rozumiem. Zajęło mi też chwilę zrozumienie zdania: "W miejscu, gdzie od dwóch lat żadnego z dwóch powyższych nigdy nie brakowało.", gdzie dwójka się powtarza.

Tego typu tekst, ponieważ tak naprawdę nie ma fabuły, opiera się głównie na budowaniu atmosfery, oddaniu trudnej sytuacji i emocji, a to znaczy, że potrzebuje wyjątkowo dopieszczonego języka. Niestety słabo jeszcze panujesz nad słowami. Absolutnie nie chcę cię zniechęcać, ale musisz jeszcze sporo popracować. Ćwicz i ćwicz. Życzę przyszłych sukcesów :)
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Szkarłat

Post autor: Siemomysła » 14 września 2016, 10:54

Hej, daję znak, że przeczytałam. Niewiele więcej mam do powiedzenia ponad moich poprzedników. Zdań do poprawki jest tak naprawdę o wiele więcej - nie da się ukryć, że prawie każde jest nieco kulawe, a to zagubione podmiot, a to uczłowieczanie rzeczy martwych. W prozie to ostanie ma słabą rację bytu. Choć oczywiście umiejętnie i z rzadka stosowane może zagrać. U Ciebie jednak to wydaje się bardziej "przypadkową normą" niż zagraniem, które ma czemuś służyć. Mam wrażenie, że znacznie więcej w Tobie poety, Heap, niż prozaika :)

Gdybym miała powiedzieć coś ponad to, co już zostało powiedziane, to może to, że chyba byłoby lepiej od początku wprowadzać czytelnika w konkretny klimat. W sensie zupełnie nie dotarł do mnie kontekst historyczny. Zakotwiczyłabym tekst od samego początku po prostu. A co do pojedynczych zdań i pracy nad nimi - może na początek staraj się po prostu budować prostsze? Takie, w których od początku do końca mówisz o jednej rzeczy? Jednej osobie?

Walcz, Heap! :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ