Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Wyblakła paleta barw

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Wyblakła paleta barw

Post autor: Joa » 09 sierpnia 2016, 21:35

Jestem typową kobietą: nie umiem się zdecydować. Tekst wrzucam ponownie, dziękując za wszystkie dotychczasowe komentarze. Dużo dla mnie znaczą.


Nie myślałam, że kiedyś będę leżeć półnaga na stole zabiegowym jak do połowy obrana fasolka, przez trzydzieści trzy minuty czekając na lekarzy, którzy gdzieś obok ratują życie. Posiadanie zdrowia gorszego niż to mojego osiemdziesięcioletniego dziadka też nie mieściło mi się w głowie.
Do dwudziestego siódmego maja. Właściwie – ładna data.
Doktor Łapa już zakładał rękawiczki (rozmiar siedem), już rzucał uspokajającymi żarcikami, gdy rozdzwoniony telefon dał o sobie znać. Odebrał Pomagier, rozmiar rękawiczki numer cztery. Krótkie komunikaty, urywane zdania, skończona rozmowa i wyrok. Ty sobie tu, fasolko, chwilkę poleżysz. Na oddziale sytuacja awaryjna, twój rozdygotany, niespokojny umysł musi nieco poczekać.
Więc zostałam tak – sama - nasmarowana jakimś pomarańczowym świństwem, z miną tak nieszczęśliwie przestraszoną, że przeszłam samą siebie dwa razy - wszerz i wzdłuż.
Gdyby pozwolili mi wstać, pewnie chciałabym wcielić to w życie lub może spróbowałabym chociaż truchtu wokół łóżka zabiegowego w oczekiwaniu na powrót poresuscytacyjny, poukładałabym im ten burdel niemożebny w szafkach, zasłoniła rolety, które pozwalały mnie oglądać gołą z sąsiedniego budynku, zrobiłabym cokolwiek, byleby nie widzieć tych piekielnie wolnych wskazówek zegara.
Nawet pielęgniarka wyszła. Zostałam całkiem sama w tych czterech ścianach. Ja i tykanie zegara. W głowie obijały się jakieś rymy, miałam wrażenie jakby Zeus z Tau rapowali mi do ucha. Trochę popląsałam jak kijanka, gdy rozbrzmiało boskie warczenie, nieudolnie odtwarzane przez mój nieumiejący współgrać z rytmem i melodią mózg. Koścista stopa wywijała, jakby pierwszy raz powołana do życia mogła wykonać jakikolwiek ruch i z ćwierćsekundowym opóźnieniem reagowała całkiem – jak na mnie - płynną falą.
Tańczyłam jak dzika, miałam wrażenie, że świat przy tej piosence nie istnieje, jestem tylko ja, ona i tykający zegar. Sala zabiegowa zniknęła, byłam jak topola na wietrze, wiatr mną targał i muskał, a ja rapowałam, będąc i Zeusem, i Tau. Czułam, że to moje przeznaczenie, nieodłączny element mojego życia, który poznałam dopiero dwudziestego ósmego, o dziewiątej piętnaście.
Nie zmienił się tylko wyraz mojej twarzy. Coś na kształt tępej nieśmiałości i wiecznego skrępowania. Strachu. Ciężko się niektórym się przyzwyczaić, ale widok dezorientacji, gdy nie wiedzą, czy płaczę, czy się śmieję, sprawia, że jest mi w życiu lepiej chociaż przez chwilę.
Śliski taniec węgorza i ten dysonans na pysku przerwało mi wparowanie Łapy i Rękawiczki Numer Cztery. Zadrżałam w obawie, że nie umknęło im nic i tak naprawdę słyszeli i widzieli wszystko. Począwszy od dygoczących warg, po rozentuzjazmowane szkity i ciche pomrukiwanie.
Obserwowałam ich odtąd uważnie, czy aby nie rzucają jakichś aluzji do mojego chwilowego odlotu, ale zachowywali się całkiem normalnie. Względnie. Przyjmując za normę stan permanentnej beki z każdej możliwej rzeczy.
Kątem oka zauważyłam, jak wyciągają sterylnie zapakowaną igłę – kilkunastocentymetrowe bydlę – później odkażają ponownie obszar pod obojczykiem, trą i sprawdzają, przesuwają wózek w tę i we w tę, jednocześnie komplementując fasolkową, nieskazitelnie czystą cerę i dogryzając sobie nawzajem. Chciałam zasugerować, by się pośpieszyli, ale wyrwało mi się jedynie ciche westchnienie, przypominające jęk bólu.
– Lekkie szczypnięcie, ukłucie, rozpieranie – poinformował Łapa, wprowadzając wolno igłę pod skórę. Wzniosłam oczy i liczyłam zacieki na suficie. Czułam się skrępowana, gdy manewrował przy mnie dłońmi, choć bardziej wynikało to z tego, że znieczulenie dopiero zaczynało działać niż ze wstydu na widok dużych, męskich rąk.
Gdyby nie chodziło o lekarza w wieku mojego ojca, z fizjonomią tunezyjskiego plażowicza, uzbrojonego w coś, co za chwilę miało na stałe zostać częścią mnie, możliwe że byłabym całkiem zadowolona.
– Żyjemy?
– Mhm – wyplułam z siebie.
– Jeszcze chwila, szycie, Dario, podaj mi...
– ...rym, wyczyszczę nim, zapchane tętnice z zepsutej krwi, bit, zalany tłuszczem jak pły...*
Poruszył jeszcze chwilę nićmi, ponaciągał skórę na boki i przykleił plaster.
– ...i koniec. Wszystko w porządku?
Uśmiechnęłam się, potwierdzając - jak to mam w zwyczaju. Nawet wprawne oko nie odróżni znieczulenia od wiecznego i trwałego haju, jeśli siedzę przed nim ja, z na wpół przymkniętymi oczami.
Pozwolili mi usiąść, więc zwieszając nogi z łóżka, szukałam pod ścianami moich pantofli. Nad piersią dyndały mi kanaliki, rozbiegany wzrok próbował dostrzec granatowy materiał.
Te moje poszukiwania zinterpretowali jako dezorientację po utracie krwi, bo Rękawiczka Numer Cztery zapytała:
– Chcesz posiedzieć dłużej? Słabo?
– Nie, nie... Ja szukam pantofli.
Spojrzeli po sobie i Łapa uśmiechnął się, niemal szyderczo.
– Chyba nie jesteś stąd? - Zaprzeczyłam ruchem głowy.
– Małopolskie – poinformowałam tylko.
– U nas mówi się kapcie. Lub papcie.
– ...słyszałam też o hapciach – odparłam, wsuwając na stopy w końcu znalezione pantofle.
Śmiali się z tego mojego regionalizmu, jakby ich był lepszy. Dwór. Pole. Odwieczna walka całej Polski. Wszyscy podzieleni. Placki ziemniaczane ze śmietaną lub cukrem, ziemniaki z masłem albo bułką tartą. Jezu. Pyra, ziemniak, kartofel. Wymieniać mogłabym do woli i przekonywać tubylców do pantofli i pola, ale wiem, że byłabym w tej chwili, przyjmując takie stanowisko, odosobniona.
Odprowadzili mnie jeszcze na oddział, pytając po drodze o tak nieistotne szczegóły jak studia, praca, dom, rodzina, miasto... Odpowiadałam nad wyraz składnie i w rozbudowany sposób, jakbym wyzbyła się całej mojej oszczędności dzień wcześniej, przed wejściem do Kliniki. Za chwilę i tak zapomnieli o wszystkim, zajęci kolejnym przypadkiem, kolejnym życiem, kolejną chorobą.
Stałam się dla nich jedynie imieniem, nazwiskiem, rozpoznaniem.
*
W Klinice zaczęłam dostrzegać barwy. Poczułam się jak daltonista, który w cudowny sposób, jakby pod wpływem leczących dłoni kaznodziei, zaczyna odróżniać zieleń od czerwieni. W moim przypadku pierwszy kolor praktycznie zanikł, odkąd zamknęli mnie w czterech ścianach i umieścili za szklaną szybą. Mogłam widzieć go jedynie przy balkonach sąsiedniego budynku, w bluszczach rozpleniających się po jego fasadzie, bo we wnętrzu Kliniki wszystko było albo sterylnie białe, albo w przygaszonych, brudnych kolorach. Otaczała nas biel – ścian, tabletek, naczyń, mebli. Niepokojąca i, miałam wrażenie, chemiczna jak pomarańczowy płyn w kroplówkach. Jaskrawość z kolei przejawiała się tylko w nich. Snuliśmy się po korytarzu, leżeliśmy na pogniecionych prześcieradłach, pozwijani jak kukiełki i wysuszeni jak staruszkowie w domach opieki, trzymając stojak tuż obok siebie, nie oddalając się nawet na moment.
Sterydy wyglądały jak aspiryna, tabletki osłonowe były zazwyczaj podłużne i lekko wyblakłe. Brązowe, żółte, różowe. Jedna nawet w połowie niebieska, a do połowy przezroczysta z widocznym wnętrzem – grzechoczącymi, błękitnymi kuleczkami. Tę nie tylko czułam, gdy połykałam, ale słyszałam szmer obijających się o ścianki mikroskopijnych piłeczek.
Wiadomo, pełno też było naokoło krwi, stąd tak dobrze zapamiętałam, że na swojej palecie posiadali też czerwień. Na pościeli, gdy pękła jakaś żyła, na gazikach, którymi pielęgniarki przecierały miejsca kłucia, na papierze toaletowym, szczoteczce do zębów, pod opatrunkami. Cieknąca z nosa, płynąca pod skórą, wpływająca do organizmu. Nikogo już nie obrzydzała, stała się niezbędnym towarzyszem każdego dnia. Bez jakiegokolwiek skrępowania występowała w rozmowach, jak ciągle obecna, wspólna dla wszystkich pacjentów znajoma.

*
Pierwszą noc spędziłam leżąc na korytarzu, ze względu na pilny tryb przyjęcia do Kliniki i jednocześnie brak jakichkolwiek wolnych miejsc na którejkolwiek z sali. Umieścili mnie obok brudownika i łazienki – wspólnej na cały oddział. Mijali mnie wszyscy; lekarze w drodze do gabinetów, pielęgniarki pędzące do pacjentów, chorzy, by się wysikać lub umyć. Cały zgiełk kumulował się w tym właśnie miejscu; telewizory nastawione na maksymalną głośność, podniesione rozmowy, komunikaty wymieniane między personelem, hałas wózka salowej. Dopiero po dwudziestej drugiej trochę ucichło, jedynie gwarno było w dyżurce i brudowniku.
Oprócz mnie, z pacjentów, nie spał tylko pan Janaszczuk. Podłączony do kroplówki, spacerował przez całą długość korytarza, ciągnąc za sobą stojak. Zaglądał do pielęgniarek, znikał za ścianą, tak że nie widziałam, co robi, po chwili pojawiał się znów, maszerując do okien. Wypędzały go, bo siadał na kozetce w dyżurce. Prosiły, żeby wrócił na salę, odpoczął, nie budził innych pacjentów. Działało na moment. Po kilku minutach od odprowadzenia znów wyczłapywał, chudy, kościsty, powłócząc nogami. Przyglądałam mu się spod kołdry, trochę zła i zmęczona.
Nie rozumiałam jego nerwowego spaceru, nie pojmowałam dlaczego siadał na stoliku przystawionym do ściany i po co szeptał ciągle do siebie: „Moja kochana...”.
Chciałam, żeby już zasnął i dał spać mi.
– Panie Janaszczuk, co się dzieje? Dlaczego pan tak chodzi? - usłyszałam cichy głos doktor Mrozińskiej. Poinformowana przez pielęgniarki przyszła najszybciej jak się dało. Słychać było, że jest przejęta, choć wciąż przytłoczona innymi sprawami Kliniki. - No, jak tam? - zachęcała.
– Moja kochana... - szeptał wciąż, patrząc na nią smutnym wzrokiem. Dał się zaprowadzić do sali. Nie przymknęli drzwi, więc widziałam zarysy ich sylwetek i słyszałam dokładnie każde słowo.
– Musi pan odpoczywać, panie Janaszczuk.
Rozmawiała z nim jeszcze chwilę, wspomniał o żonie, tabletkach i psychiatrze. Obiecała, że nazajutrz się wszystkim zajmie, zadzwoni do lekarza, a on do pani Janaszczuk, przekonywała, że musi odpocząć. I wszystko będzie dobrze.
– Ja umieram... - szepnął, niemalże niesłyszalnie, a mnie zmroziło. Doktor Mrozińska zareagowała.
– Nie umiera pan – zaoponowała, wciąż tym samym pełnym przejęcia głosem. - Nie umiera pan, rozumie pan to, panie Janaszczuk? Porozmawiamy jutro, dobrze? Przyjdę do pana od razu. Proszę się kłaść i odpoczywać... Mogę pana zapewnić. Nie umiera pan.

*
Z panią Marianną utkałam cienką nić przyjaźni, jaką można stworzyć tylko pomiędzy osobami, które dzieli ponad pół wieku. Widziałam w niej babcię, choć były dwiema różnymi osobami. Łączyła je jedynie nieopisana dobroć, bijąca i dygocząca niewidocznie dla oka, okropne, starcze przypadłości i przywiązanie do rodziny, a mimo to zdołałam pokochać jej trzęsącą się drobną postać, poznaczoną bruzdami i plamami twarz i liche, siwe kosmyki. Miała śmiejące się oczy, co ujęło mnie w niej na samym początku i chęć do rozmowy z młodymi, których na oddziale było niewiele.
Mówiła przede wszystkim o rodzinie, o tym jak bardzo kocha syna, jak tęskni za zmarłym mężem i ceni synową. Wspominała nieraz o bogu i nie skąpiła informacji o chorobie. Nie powstrzymywałam jej, pozwalałam opowiadać o wszystkim, bo wiedziałam, że tego potrzebuje. Uśmiechu i wysłuchania.
Gdy przenieśli mnie z korytarza na salę, po jednym z obiadów wpadła do mnie i tego popołudnia opowiedziała, że jej młodszy syn, w wieku dwudziestu trzech lat, zginął tragicznie. Utopił się w jeziorze. Milczałam, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, które byłoby w tej sytuacji odpowiednie. Wydawała się być z tym pogodzona, bo snuła po chwili kolejną opowieść, nie zważając na jęki pani Janiny, dzielącą ze mną salę.
Pani Marianna stała się dla mnie dobrym duchem Kliniki, poznaczonym wszystkimi możliwymi bliznami. Myślałam o niej ciągle, nawet po powrocie do domu. Próbowałam zrozumieć, dlaczego bóg, którego tak kocha, sprawił, że zamiast cieszyć się spokojną starością, spędza ją z dala od domu, wśród obcych, cierpiąc za siebie i innych.

*
Dzień w Klinice dzielił się na kilka etapów. Wyznaczaliśmy sobie cele na kolejne, identycznie nużące doby, udawaliśmy, że organizujemy, jak mają wyglądać i odhaczaliśmy kolejne, stałe dla całych tygodni, punkty w naszych nieistniejących planach.
O szóstej budziły nas pielęgniarki, przystawiając do czół termometry. Godzinę później zmieniał się dyżurujący personel, wywołując poruszenie na całym oddziale, stukając butami i wymieniając informacje z nocnej zmiany. Od siódmej każdy z nas czekał na śniadanie, niezmiennie tak samo mało apetyczne i bezbarwne. Przed posiłkiem ktoś przychodził pobrać krew, zbadać cukier, zapytać o samopoczucie. Salowe wymieniały worki w koszach na śmieci i pytały, czy nie potrzebujemy nowej pościeli.
Po łyku paskudnej herbaty i kilku kęsach chleba z wędliną, wyciągniętą z próżniowo zapakowanego woreczka, przychodził czas na połykanie tabletek. W miarę upływu czasu było coraz trudniej, stawały w przełyku, pomaganie wodą już nie wystarczało. Różowe, białe, brązowe. Obłe i okrągłe. Szeleszczące. Chcieliśmy o nich zapomnieć, więc kolejnym celem było czekanie na obchód.
W międzyczasie podłączano do nas kroplówek. Stawały się naszą nieodłączną częścią – kompan wypraw do toalety, na korytarz, do szyby oddzielającej nas od innej, zdrowej rzeczywistości. Obchód wpadał na chwilę, lekarze pytali o to samo, pacjenci odpowiadali podobnie.
Później – byle do obiadu. Jeśli mieliśmy szczęście, oprócz zupy, zjadliwe było też drugie – kluski z plamą sosu albo kopytka. O ile wnętrze kroplówki nie powodowało u mnie odruchów wymiotnych, widok jedzenia już tak.
Przed szesnastą kontrolnie wpadała kolejna zmiana, czasami przed nimi ksiądz. Jeden z nich niezwykle mężnie próbował przekonać mnie do spowiedzi, upewniał się, że wierzę. Lubiłam jego widok, czasami wyczekiwałam, aż zajrzy, choć bardziej wynikało to z pobudek czysto kobiecych. Jarały mnie jego brwi i oczy, jedyne części niezakryte przez maskę. Może uznał, że jestem nieśmiała i dlatego ciągle mu odmawiam.
Etapem końcowym była kolacja – do złudzenia przypominająca śniadanie – wieczorne ważenie i kąpiel. Później jedynie zniknięcie pod kołdrą, luźna rozmowa z osobą z sali i kolejny dzień kończył się tak samo.

*
W ostatnią noc obudził mnie hałas. Pielęgniarki i lekarze biegali po korytarzu, nerwowo szepcząc między sobą. Pani Janina wzdychała i postękiwała przez sen. Piąty czerwca. Za kilka godzin powinni mi mierzyć temperaturę, myślałam. Obracałam się z boku na bok, próbując zasnąć. Już i tak duchota nie pozwalała na wiele. Rankiem dowiedziałam się, że pacjent z sali Pana Janaszczuka zmarł.
Piątego czerwca, kilkanaście godzin przed wypisem z Kliniki.
Do dziś słyszę cicho wypowiedziane zdanie: Kochana... Ja umieram.

*
Klinika zrobiła ze mnie zwierzę. Psa, zamkniętego za szklaną szybą, uzależnionego od dyrektyw lekarzy. Jedzenie i leki o ściśle określonej porze, liczbie i dawce. Dieta bezcukrowa, trzy litry wody dziennie. Ograniczenie wolności i przestrzeni do niezbędnego minimum. Prywatność znikoma, naruszana przez wścibskie salowe, dopytujące o krwiste siki w słoiku, bez żadnego skrępowania włażące do łazienki, nawet jeśli jest już ona przez kogoś zajęta.
Psa, który słania się na nogach i uchyla przed niewidoczną przeszkodą, komicznie wykrzywiając ciało, by zdążyć do toalety. Psa, który jest już tak stary i schorowany, że nie ma na nic siły – tylko śpi, je i wydala. Dygoczącego, bo kilka metrów do przejścia to dla niego zbyt wiele.
Klinika wypleniła ze mnie człowieka – każda czytana lektura kończyła się po kilku zaledwie stronach, rozmowa po wymianie standardowych zdań, nauka czegokolwiek spełzała na niczym. Myliłam daty i nie umiałam przypomnieć sobie koloru wymienianego dzień wcześniej kraniku – doprowadzając pielęgniarkę do zirytowania swoją zdezorientowaną twarzą. Nie pamiętałam. Czułam się z tym jak najgorsze gówno. Odtąd zapisywałam każdy nieistotny szczegół, by na wszystko mieć odpowiedź.
Pozbyłam się też kobiecości. Zaczęłam wyglądać jak niedożywiony chłopiec, z wystającymi kośćmi biodrowymi, płaską klatką piersiową i nagą czaszką. Nie potrafiłam w swoim odbiciu odnaleźć nic z dziewczyny. Na skórze odnajdywałam tylko kolejne siniaki, a po następujących po sobie zabiegach wzbogacałam się o blizny – na szyi, głowie, rękach, a pod obojczykiem o mikroskopijne rany, wyglądające jak kratery wulkanu. Po przyjmowaniu sterydów już nie usłyszałam nigdy od doktora Łapy, że mam piękną cerę.
Nigdy nie chodziłam jak one. Kobiety. Od momentu pojawienia się w klinice znacznie się to pogorszyło. Czułam się, jakbym całe ciało złożone miała z waty, bezwolne, uzależnione od sił organizmu i pokonywanego dystansu. Po zbyt wielkiej szarży nie mogłam opanować dygotu, musiałam przystanąć, usiąść jak najszybciej, trzymając się czegokolwiek i przeczekać. Palił mnie wstyd i chciało mi się płakać. Dobrze, że nikt nie widział mnie w takim stanie, psim, nieludzkim. Za drzwiami toalety byłam już normalna. Lekko uśmiechnięta, spokojna. Powoli sunęłam do łóżka.
Włosy na głowie zaczynają słabnąć po tygodniu. Znajdywałam je na poduszce, w wannie, przestałam czesać. Podczas pierwszej wizyty byłam jedyną, która jeszcze miała włosy. Pocieszałam jedną z pacjentek, że za niedługo jej odrosną, piękne i gęste. Kilka dni później, już w domu, poprosiłam o ścięcie moich. Nie bałam się, że wraz z nimi ulatuje moja kobiecość. Nie chciałam tylko, żeby ludzie wiedzieli, że jestem chora.
Klinika zrobiła ze mnie psa. Ograniczonego, bezwolnego, bezpłciowego. Zwijającego się z bólu starego kundla, który właściwie nie ma wyboru, bo decyzję podjęli za niego właściciele. Kochający, czuli, walczący zamiast niego.
Zgiętego w pół psa ze śmiercią u boku.[/align]


*cytat pochodzi z piosenki Zeusa i Tau - Made in serce
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2016, 11:53

SpoilerShow
Na samym początku masz datę zapisaną liczbą - w tekstach literackich powinno się jednak używać zapisu słownego.
W Klinice zaczęłam dostrzegać barwy. Poczułam się jak daltonista, który w cudowny sposób, jakby pod wpływem leczących dłoni kaznodziei, zaczyna odróżniać zieleń od czerwieni. W moim przypadku drugi kolor praktycznie zanikł
Zamieniłabym kolory miejscami, bo teraz w pierwszym rzucie można uznać, że drugie zdanie odnosi się do czerwieni.
Tak myślę, co tu napisać, żeby się nie powtarzać względem tego, co już Ci na temat Palety pisałam. Więc pewnie będzie dość krótko. Wspominałam już, że spore wrażenie robi na mnie scena otwierająca, ale wiem, że nie wspomniałam o tym, jak podoba mi się wplecenie w to muzyki. W ogóle to chyba był klucz do tego, żebym poczuła do bohaterki-narratorki głęboką sympatię. Nie potrzebowałam do tego współczucia, nie potrzebowałam tego wszystkiego, o czym dowiedziałam się później, a właśnie tego - takiej ludzkiej reakcji najzwyczajniej w świecie dzielnej dziewczyny. Ona się boi, ona głęboko to wszystko przeżywa, ale jest właśnie po swojemu dzielna. Nie czułam między nami muru z cierpienia, chociaż ono przecież tam jest, a to dzięki temu, że stworzyłaś portret bardzo intymny, namalowany z ogromną wrażliwością. Dobrze się dogadujesz z pierwszoosobówką i świetnie ją wykorzystujesz, potrafiłaś też narrację dobrać do materiału.

Widzę, którą scenę dodałaś i trudno mi się do niej odnieść. Z jednej strony podkręca obraz, z drugiej, nie jestem przekonana, czy to było potrzebne wobec tego, o czym i tak piszesz już między wersami. Trudno mi powiedzieć, co sądziłabym o tym, gdybym nie znała wersji poprzedniej.

Z rzeczy, o których Ci jeszcze nie pisałam, jest wątek utraty płci. Też mnie mocno uderzył. Też był czymś, co nie stanowi mojego pierwszego skojarzenia, a przecież jest i jest takie widoczne. I pociąga za sobą tyle innych aspektów - utratę tożsamości, poczucia własnej wartości, miejsca w ludzkim krajobrazie. Dobrze, że o tym wspomniałaś. Otworzyło mi oczy na coś, na co przecież się patrzy, ale niekoniecznie widzi. Dziękuję.

W ogóle po przemyśleniu sprawy stwierdzam, że w Palecie widać Twoje zamiłowanie do reportażu. To właściwie bardziej portret, bardziej migawka niż opowiadanie jako takie. Nie ma spodziewanego zakończenia, a akcja rozwija się nie wzdłuż, tropem wydarzeń, a raczej wszerz, kiedy ukazujesz coraz więcej krajobrazu i po kolei nazywasz aspekty sytuacji. To wnikliwe, pełne wrażliwości studium. Cieszę się, że je napisałaś.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Kanterial » 12 sierpnia 2016, 04:07

wybacz literówki i brak sensu momentami - wiesz, w jakim stanie jestem
- ...rym, wyczyszczę nim, zapchane tętnice z zepsutej krwi, bit, zalany tłuszczem jak pły...
to jest fragment który mnie najmocniej rusza "słownie" to znaczy wizualnie, zawsze, przy każdym czytaniu To nie jeden z tych, które się "buduje" sytuacją, gdy mnie ruszasz emocjami albo przywiązaniem do kogoś. To jest po prostu dobór słów, wydźwięk, to, jak brzmi zdanie w mojej głowie. No więc w mojej głowie "zapchane tętnice z zepsutej kwi" jest tak ku*ewsko niepasujące do... do rymu, do tego niby-rapu, niby-śmieszności i niby płytkości, że nie potrafię tego opisać. I tak jest specjalnie, wiem o tym.

Inne ulubione:
Nie zmienił się tylko wyraz mojej twarzy. Coś na kształt tępej nieśmiałości i wiecznego skrępowania. Strachu. Ciężko się niektórym się przyzwyczaić, ale widok dezorientacji, gdy nie wiedzą, czy płaczę, czy się śmieję, sprawia, że jest mi w życiu lepiej chociaż przez chwilę.
Nawet wprawne oko nie odróżni znieczulenia od wiecznego i trwałego haju, jeśli siedzę przed nim ja, z na wpół przymkniętymi oczami.
Bo tak. Bo czuję duchową łączność z narratorem, bo do mnie trafia prawdziwość tej oceny. Swoją drogą dobrze robi tekstowi ta stylizacja na lekką potoczność, każde słowo takie jak "pysk", "beka" itd. Dobrze siedzą, są elementem który (u mnie) buduje realność. Ten tekst jest potwornie realny. No ale wracając do cytatów - kocham.
SpoilerShow
- Chyba nie jesteś stąd? - Zaprzeczyłam ruchem głowy.
wydaje mi się że tu nie powinno być myślnika, raczej enter. Zdecydowanie

i gdzieś tam było "bydle" o tej całej igle. Ę chyba jednak na końcu, choć czuję, że można by to potraktować potocznie...
Jest mi dość trudno pisać ci komentarze, już dwa lata temu było, teraz, wiadomo, jeszcze bardziej, bo jednak czas robi swoje i im mocniej się znamy, tym mniej w nas (pozornie) obiektywności, więcej zrozumienia. To rzutuje na tekst, jasne - że wiem, jak piszesz, co piszesz, jaki zrobiłaś progres i w jaki sposób myślisz, co lubisz, co chciałabyś umieć pokazać, co cię jara jako autora i gdzie szukasz inspiracji.
No sory. Niestety.
Widzę tu tę część ciebie, która lubi być obserwatorem. Dla której pryzmat przekaz jest nieistotny, to znaczy - dla mnie to może być Klinika, mogłoby być też Lotnisko, mogłaby być kantyna w biurowcu. Tak naprawdę nieważne co opisujesz, kogo, jak. Ty zawsze patrzysz. Jest w tym coś publicystycznego, według mnie to jest delikatne, nie rzuca się w oczy, ale jednak jest. Nadal lubisz wzruszać, tak jak w 2012. Bo pamiętam, jak mi to napisałaś. Ale mniejsza z tym.
Próbuję napisać, że choć może się wydawać, że piszesz o sytuacji jednej osoby, to tak nie jest. Wbrew logice dokładniej, pełniej, bardziej uderzająco przedstawiasz nam innych ludzi - Janaszczuka, Mariannę. Oni na mnie działają mocno, bardzo mocno, choć obraz jest zniekształcony emocjami narratorki. I to jest właśnie to. Widać ludzką stronę relacji, widać to, że wrażliwy człowiek rozumie, współodczuwa (scena z Janaszczukiem - początek) ale też jest zirytowany. Mnie rusza to, że bohaterka chce już ciszy. Chce spokoju, idź pan, panie Janaszczuk, nie mogę spać. To zawsze w ludziach jest. Nawet, jeśli chodzi o kogoś, kto w nas wzbudza żal, litość, pokłady takiej nieużywanej właśnie empatii, zastygłej.
Jeśli chodzi o panią Mariannę, to wiesz dobrze, ze trafiłaś w mój czuły punkt. To jest to, o czym pisałyśmy. To jest bohaterka, to jest ktoś godny podziwu, uwagi, pochwał. Ona jest niewidoczna i nieważna, mała, nic nie znaczy - przecież inni są o wiele ciekawsi, mają swoje ciekawe zainteresowania, swoje problemy. Tak bardzo egoistycznie podchodzimy do życia. Tak bardzo temat rzeka, jakim jest wartościowanie cierpienia.
Cieszy mnie, że ktoś widzi w paniach Mariannach kobiety godne podziwu. Ona jest jak Gosia. Jej bym wystawiła pomnik, o niej bym gadała z ludźmi, o niej myślę. Myślę i ty myślisz też. O takich kobietach. Rozczulają cię wszystkie ich zmarszczki, gapisz się z taką niemą miłością na ich chodaki, na okrągłą figurę, na zmęczenie i tą niepojętą dobroć. Szanuję cię za to - i za to, że umiesz to opisać. Bo umiesz i zrobiłaś to w tym tekście.
Pani Marianna stała się dla mnie dobrym duchem Kliniki, poznaczonym wszystkimi możliwymi bliznami. Myślałam o niej ciągle, nawet po powrocie do domu. Próbowałam zrozumieć, dlaczego bóg, którego tak kocha, sprawił, że zamiast cieszyć się spokojną starością, spędza ją z dala od domu, wśród obcych, cierpiąc za siebie i innych.
choćby tu. Btw - zdanie synu, który się utopił w jeziorze i zaraz następna opowieść. Miazga. Stworzyłaś tę kobietę tak, że ona mnie boli i czuję jej ból. I tym bardziej cierpię widząc, że ona potrafiła się z tym wszystkim pogodzić
Jak?
Swoją drogą plus ode mnie za pretensję do boga. Lubię.

W tym tekście to, co mnie rusza i co mi się podoba, jest dokładnie tym, co mnie zupełnie przeraża. Zebrane:
SpoilerShow
" po jednym z obiadów wpadła do mnie i tego popołudnia opowiedziała, że jej młodszy syn, w wieku dwudziestu trzech lat, zginął tragicznie. Utopił się w jeziorze. Milczałam, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, które byłoby w tej sytuacji odpowiednie. Wydawała się być z tym pogodzona, bo snuła po chwili kolejną opowieść,"

" Podłączony do kroplówki, spacerował przez całą długość korytarza, ciągnąc za sobą stojak."
widzę to

"- Nie umiera pan – zaoponowała, wciąż tym samym pełnym przejęcia głosem. - Nie umiera pan, rozumie pan to, panie Janaszczuk? Porozmawiamy jutro, dobrze? Przyjdę do pana od razu. Proszę się kłaść i odpoczywać... Mogę pana zapewnić. Nie umiera pan."
słyszę to

"Raz w tygodniu wpadałam w łazience w panikę, którą z trudem opanowywałam. Nagle zaczęłam myśleć o śmierci, niegdyś odległej, a teraz coraz bliższej."

" Snuliśmy się po korytarzu, leżeliśmy na pogniecionych prześcieradłach, pozwijani jak kukiełki i wysuszeni jak staruszkowie w domach opieki,"
wiesz, że wiem, jak to wygląda? wiem tak bardzo realnie
tak mnie boli jak piszesz
Bardzo cierpię czytając ten tekst. Wiesz dobrze, które elementy całości na mnie działają, jakie tematy sprawiają, że się mulę w trakcie czytania i zaczynają trząść mi się ręce. Widzisz bardzo dużo i rozumiesz dużo, ten tekst jest pełen wrażliwości, która nie dziwi mnie - bo cię znam - ale jest bardzo obiektywna. To są obdarte z zakłamania opisy. Boli mnie kiedy czytam.
Propsy za risercz, propsy za realność tego tekstu, podziwiam i doceniam, moglam nigdy nie być w klinice i nigdy nie mieć nawet poważnej operacji, ale kiedy czytałam, byłam w środku. Dosłownie, miałam obok siebie swój stojak i wisiała na nim moja plastikowa torebka z kroplówką. To było okropne doświadczenie w pewnym sensie. Z drugiej strony próbowałam pamiętać, że piszesz to ty - że mogę się cieszyć postępem, który zrobiłaś, że mogę w końcu powiedzie, że naprawdę robi na mnie wrażenie spora partia tekstu, nie kawałki/zdania jak bywało, kiedy zarejestrowałaś się na L i rozpędziłaś z pisaniem. Jest inaczej i jest lepiej, choć jednocześnie każde zdanie wręcz tobą ocieka.
Ciężko i śmiesznie tak mi o tym myśleć, ale od kiedy cię czytam, od samego początku, zdarza ci się mnie w ten sam sposób "szturchać" w tekście. To jest jeden z elementów dzięki którym cię poznaję, taki turbo charakterystyczny, ale serio, przy nikim innym tego nie mam. Niektóre twoje zdania mnie obrzydzają. Fizycznie. To brzmi jak obelga ale wiesz dobrze że w pisaniu liczy się przekaz. Działasz. Nie wiem czy świadomie.
Do tego stopnia mnie (czasem, zwykle tak trzy, cztery razy na tekst) odrzucasz czymś, opisem, doborem słowa, to jest aż takie - nie, nie, nie, Joa, błagam, nie, jak ty możesz tego nie widzieć, to nie może tak brzmieć. Serio. To zwykle wiąże się z fizycznością człowieka, kojarzę to tak intuicyjnie (te zdania/momenty twoje) jako mokre, ludzkie/anatomiczne/zbyt dosadne.
Ale wiesz, czekam na nie. Ile razy czytam. One są po prostu twoje. Nigdy nie zdołam ci wytłumaczyć o co chodzi, ale przysięgam - nieważne, Kruki, Słoik, Rafał, rozbite okno, literki, nawet świerk - zawsze coś mnie tak zmiecie.
tego się nie da wyjaśnić
Tę nie tylko czułam, gdy połykałam, ale słyszałam szmer obijających się o ścianki mikroskopijnych piłeczek.
"szmer"
Na pościeli, gdy pękła jakaś żyła, na gazikach, którymi pielęgniarki przecierały miejsca kłucia, na papierze toaletowym, szczoteczce do zębów, pod opatrunkami. Cieknąca z nosa, płynąca pod skórą, wpływająca do organizmu.
"pękła jakaś żyła", "płynąca pod skórą"

serio.

Nie umiem interpretować tekstu, ogólnie przekazu, gdy w sumie mówi o wszystkim, o ludzkim strachu, o nieuchronności, o potwornej bezsilności, cierpieniu. O utraceniu siebie. Wszystko to się miesza, jak na tej palecie, masz te kolory, mieszasz je, mieszasz, przestają przypominać kolory, robi się ohydna, odrzucająca, powodująca wściekłość plama zasranej szarości, kolory stają się brudem, nie ma tu już nic pięknego ze składowych. To, o czym piszesz - ludzie, emocje, prawdziwość - to dla mnie barwy. Świadomość, że czytam tekst napisany pod perspektywę osoby walczącej z chorobą, a stylizujesz go tak, że nienormalność tego stanu staje się nagle normalnością i codziennością - to jest cholerny pędzel, który to wszystko rozciera na tę brudną breję.
Strasznie ciężka tematyka, podejście udane, ale jednak ten tekst jest ciężki. Psychicznie obciąża.
Co kto lubi.
Wszystko przemyślane i wszystko na mnie działa. Zdecydowanie to jest najlepszy twój tekst i gratuluję ci go, jestem z ciebie dumna. Zdecydowanie nienawidzę tego tekstu najbardziej z twoich. Słoik przestał być na podium.

Mam nadzieję że odczytasz moją miłość nawet tam, gdzie wydaje się być negatywnie. Uważam, że COŚ pisać powinnaś. Jeśli to nie będą opowiadania, zrozumiem. Ale pamiętaj.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Krin » 12 sierpnia 2016, 12:28

Nazywanie kapci pantoflami to regionalizm? O.o Ktoś z mojej rodziny tak mówi/mówił, a raczej krewnych w Małopolskim nie mam. XD

Uwaga, ostrzegam, że rozpisałam się nudno na temat wspomnień i uczuć obudzonych przez ten tekst, więc ni spodziewajcie się niczego szczególnie merytorycznego. No i jest mega chaotycznie.

Już napisałam ci na pudle, że jeśli nawet kiedyś coś czytałam twojego (a tak chyba było), to zapomniałam, jak ty cudownie piszesz. Niemal byłam w tym szpitalu, tak samo jak Kanterial, choć może bardziej przeżywałam raz jeszcze tę jedną jedyną noc spędzoną w szpitalu, jako siedmiolatka bodajże, która mocno zatarł mi się w pamięci i została tylko ta dziwaczna, szpitalna atmosfera, zostało wspomnienie, jak obudziłam się w nocy, będąc sama w pomieszczeniu, a ojca nie było, choć miał być. I przywołałaś do mnie te same uczucie, jak wtedy wyszłam z sali i poszłam na boso do sąsiedniej, gdzie zdało mi się, że widzę w ciemności całe rzędy łóżek, choć była to zapewne dziecięca wyobraźnia. Znalazłam się też na powrót na psychiatrii, gdzie odwiedzałam członka rodziny, który chyba nawet nie pamiętał, kim jestem. Znalazłam się z powrotem na izbie przyjęć, gdzie podobno nikt nie pamięta czasów, kiedy nie śmierdziało tam szambem, a w powietrzu nie unosiły się chmary komarów. Aż w końcu znalazłam się z powrotem na oddziel, gdzie wszyscy leżeli w śpiączce farmakologicznej, oddychając za pomocą maszyn (nie miałam głowy, żeby pytać, co to za oddział) , do którego przechodziłam przez jeszcze inny budynek chyba, widząc wychudłych, chorych ludzi i się nawet ja młoda, głupia nie spodziewałam, że to może tak strasznie wyglądać.

No kurcze, chciałabym napisać coś, co nie byłoby jedynie opisem przeżyć wewnętrznych. Może napiszę, że zgadzam się z Kanterial i Kruff, że widać twoje zamiłowanie do reportażu? Widziałam ten szpital lepiej niż gdyby mieli tam wpaść ludzie z kamerami i to nie nie jakiś tam TVN. Chyba tylko zapachu mi brakowało. Bo jak pachną takie szpitalne sale? (Mam nadzieję, że nie szambem, jak odwiedzana przeze mnie izba przyjęć, ale pewnie nieprzyjemnie.) Nie wiem, czy mam rację, ale dla mnie najlepsze, najbardziej poruszające opisy to takie, które dotykają różnych zmysłów, nie tylko wzroku. Takie szczegóły, a ty akurat umiesz w szczegóły, więc idealnie.

Powiem też, że obudziłaś we mnie ten okropny strach, że jednego dnia wszystko jest w porządku, a drugiego może mnie potrącić pijany kierowca, kiedy będę szła do sklepu po chleb albo za kilka godzin może pęknąć mi tętniak, o którego istnieniu nie zdawałam sobie sprawy (to podobno częste w tym wieku), kilka chwil i już mnie nie będzie, i nikt tego nie zatrzyma. Ten strach, że życie nie jest jak powieść i choroba może z dnia na dzień zniszczyć wszystkie marzenia bez względu na to, czy jest w tym jakiś sens czy nie. Ten strach, że wszystkie rozważania, co będę robić za dwadzieścia lat są po nic, bo przecież mnóstwo moich rówieśników umrze w najprzeróżniejszych wypadkach do tego czasu i dlaczego właściwie nie ja.

Ten tekst jest lekki i ciężki jednocześnie. Lekki bo masz wspaniały styl sprawiający, że po prostu płynę razem z tekstem, co rzadko mi się zdarza i ciężki, bo wbija się w duszę. Od takich tekstów przeżywam swego rodzaju katharsis.

A, jeszcze zapomniałam dodać, że tytuł idealny. Całą tą opowieść widać właśnie w takich wyblakłych barwach jak las zimą, kiedy nie ma śniegu.

Czytałaś "Małe życie" Hanyi (nie wiem jak to się odmienia) Yanagihary? Skojarzyło mi się z tym tekstem.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Bel » 02 września 2016, 18:32

To bardzo dobry tekst. Chyba nie jestem w stanie napisać nic więcej, temat jest mi zbyt bliski.


To bardzo dobry tekst.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Joa » 03 września 2016, 11:47

Dziękuję. Chyba niesłusznie miałam jakieś ogromne obawy. :bag:

Bel - dziękuję.

Krin - pisałam już w uzasadnieniu Ciastka, ale nie zaszkodzi napisać raz jeszcze. Przykro mi, że tekst wywołał takie negatywne emocje, bo wiem, że to nic przyjemnego, ale z drugiej strony czuję satysfakcję, bo o to chodziło. Rzeczywiście mogłam napisać też więcej o zapachu, zapomniałam o tym, a masz rację, że węch to ważny zmysł. Jeszcze raz dziękuję.

Kanterial - tak, panie Marianny i panie Gosie zasługują na opisanie (może to jest to, o czym powinnyśmy wspólnie pisać?) i rozczulają najbardziej. Mogłoby być im lepiej w życiu. Wiem, że cierpisz, wiem, że nienawidzisz. Chciałabym, żeby było inaczej. Czuję miłość. Dziękujęnjabardziejwieszsama.

Kruffachi - no tak, data :facepalm: Pamiętam o tym zawsze, tu jakoś pominęłam (jak debilka). Nieuwaga, Miszczu. A z kolorami też masz rację. Dziękuję. Właściwie dziękuję za każde Twoje słowo w tym komentarzu i w pw. Ja sama nie umiem dostrzec u siebie tego zamiłowania do reportażu - mam na myśli to, że ja po prostu nie umiem napisać niczego z pointą :facepalm: Tutaj nie było jej właściwie specjalnie, wszystko jest przemyślane. Ale cieszę się, że coś takiego zauważyłaś, może masz rację. Byłoby fajnie.

Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim. Naprawdę. Pociły mi się oczy, gdy czytałam Wasze komentarze. Takich się nie spodziewałam.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 111
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Ag. » 05 września 2016, 21:00

Powiem tak – dla mnie ten tekst to rollercoaster emocji. Zaczyna się trochę frywolnie, nawet żartobliwie mimo trudnej sytuacji bohaterki. Wyczuwam w jej tonie zrezygnowaną panikę – czyli się boi, ale próbuje przetrwać, łapie się małych rzeczy, jak ten rap, jak rękawiczki i inne drobiazgi. To wszystko buduję scenę trochę nierzeczywistą, jeszcze ta choroba nie jest taka zła, nie jest oczywista. Klinika na chwilę staje się na swój dziwny i pokrętny sposób sympatyczna. Potem jednak pojawia się nuda codzienności, uporczywość powtarzalnych czynności. Narasta zmęczenie i narasta szarość, jednocześnie szpital został doskonale przedstawiony, jak to już wyżej mówiono. A potem ŁUP! przychodzi załamanie. Znikają te wszystkie drobiazgi, które osładzały sytuację, te drobiazgi o pantoflach i kartoflach, te przyjazne pogaduszki. Zostają starte na proch. Następuje odczłowieczenie, ostateczna utrata nadziei, gruntowna i przykra przemiana.

Wali ten tekst presto w serce.

--------

Parę głupotek drobnych:
Ciężko się niektórym się przyzwyczaić
powtórzone "się"
kilkunastocentymetrowe bydle
bydlę
Ty sobie tu, fasolko, chwilkę poleżysz.
Ugh, przepraszam, ja wiem, że to w sumie ładna metafora, ale „Fasolka” uparcie mi się kojarzy z mamuśkami mówiącymi do swoich płodów -_- Więc jakoś przerażająco mi się zrobiło.

PS. Na dwór. ;)
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Siemomysła » 14 września 2016, 10:59

Hej, Joa, moja Joa. Przepraszam, że dopiero teraz. I kurde, ja wiem, że to będzie chaos, strumień świadomości, nie żaden komentarz. Taki zapis z czytania, zero merytoryczności. Za to też przepraszam.

Niby jest spoiler, ale to bzdurki:
SpoilerShow
Pierwszą noc spędziłam leżąc na korytarzu, ze względu na pilny tryb przyjęcia do Kliniki i jednocześnie brak jakichkolwiek wolnych miejsc na którejkolwiek z sali.
Wydaje mi się zbędne.
Dopiero po dwudziestej drugiej trochę ucichło, jedynie gwarno było w dyżurce i brudowniku.
A jakby zamienić kolejność – na „gwarno było jedynie” to nie lepiej by się czytało? Płynniej?
Miała śmiejące się oczy, co ujęło mnie w niej na samym początku i chęć do rozmowy z młodymi, których na oddziale było niewiele.
A nie „niewielu”? Bo młodzi mi tak się łączą z „niewielu”, ale pewna to nie jestem.

W tym tekście rusza mnie prawie każde zdanie. Piszesz tak sugestywnie, że leżę na stole zabiegowym z Bohaterką. Jakby tego było mało wracają wspomnienia podobnego oczekiwania, choć na zupełnie inny zabieg.

„Paleta” daje po nerach, szarga emocje, wlewa ołów w duszę, mnóstwo uświadamia. Do czytania instantów podchodzę zwykle na luzie. Doświadczenie nauczyło mnie, że ludzie piszą takie krótkie wyzwaniowe rzeczy w humorystycznym tonie. I nagle – wypada na mnie „Paleta”. Przez nią nie dało się przebiec. Zwalniałam i zwalniałam, a na koniec musiałam po prostu zrobić przerwę przed przeczytaniem ostatniego tekstu w konkursie.

Podziwiam jak to jest napisane. Jest przecież ogromny ciężar tematu, a Ty zaczynasz od podawania go tak mimochodem, tak niesamowicie lekko, że jak człowiek wreszcie po niego sięgnie to się dziwi, jak bardzo został przyciśnięty do ziemi. Wczoraj przyszła do nas paczka z jednej firmy. Malutka – może 20 na 30 na 30 cm. I ja ją oceniłam po tym rozmiarze, zapomniałam spojrzeć co to za firma, to bym wiedziała, co przysyłają i tak na luzie się po nią schyliłam i nie podniosłam. Nie oderwałam drania od podłogi… Z Twoim tekstem jest tak samo. Nie umiem lepiej opisać o co mi chodzi. Ale mylisz lekkością stylu – jest cudowny. Bo jest świetnie nakreślona Bohaterka – na nią światło – i jest tło jej spostrzeżeń. Ostrych. Wyraźnych. Reporterskich właśnie. Słusznie Ci to mówią – reportaż jest Twoją siłą. Wspominasz o czymś, jednym zdaniem punktujesz i to zostaje w czytelniku.
jak do połowy obrana fasolka
Zabolało mnie to. Poczułam ból odzierania. I teraz, i za pierwszym razem, i za drugim razem.

A ten taniec na stole (WŁAŚNIE! To jest taniec na stole, położony, horyzontalny, buntowniczy taniec na stole) – cały jest wspaniały. Masz świetny opis, punktujesz go tym osiągnięciem Bohaterki – tą całkiem jak na nią płynną falą, a potem ostatecznie pieczętujesz tym zdaniem:
Czułam, że to moje przeznaczenie, nieodłączny element mojego życia, który poznałam dopiero dwudziestego ósmego, o dziewiątej piętnaście.
Jest uniesienie. Wyzwolenie. A jednak ciągle z pełną świadomością siebie:
Nie zmienił się tylko wyraz mojej twarzy.
- Jeszcze chwila, szycie, Dario, podaj mi...
- ...rym, wyczyszczę nim, zapchane tętnice z zepsutej krwi, bit, zalany tłuszczem jak pły...*
Poruszył jeszcze chwilę nićmi, ponaciągał skórę na boki i przykleił plaster.
- ...i koniec. Wszystko w porządku?
To co powyżej robi to wszystko tak bardzo prawdziwe. Pięknie to napisałaś – to nakładanie się „śpiewu” bohaterki z nakręconym gadaniem lekarza. Oboje robią to samo, nie? Odwracają uwagę od czegoś od czego i tak nie da się odwrócić uwagi, widać, że się nie da – bo ona ciągle czuje i wie wszystko i komentuje to (rozmiary rękawiczek <3)
Placki ziemniaczane ze śmietaną lub cukrem,
Na bogów, ale czemu LUB? Placki ziemniaczane polane śmietaną (lepiej posmarowane, ta gęsta lepsza tysiąc razy) i posypane cukrem, tak. Śmietana z cukrem! Na plackach, albo na chlebie… :F
Stałam się dla nich jedynie imieniem, nazwiskiem, rozpoznaniem.
Jakie zejście nastroju. Tu, teraz, w tym zdaniu. Widzę to tak: na tamtej sali przez chwilę byli sobie bliscy, byli kumplami, połączonymi zadaniem – Łapa, Pomagier, Bohaterka – ale to była chwila, teraz Bohaterka zostaje sama.

Fragment z barwami. Na nim ryczę za każdym razem. I ta Klinika pisana wielką literą, jak miasto albo raczej lokacja w grze. Sama nie wiem, skąd to skojarzenie. Potem bohaterka wciąga się w życie Kliniki. Pojawiają się inni. Pan Janaszczuk martwiący się o żonę. Tak mi łatwo zobaczyć na jego miejscu mojego dziadka, który się opiekował babcią, choć po którejś katastrofie zdrowotnej nie mógł chodzić. Ta lekarka – tak bardzo na swoim miejscu. Pani Marianna – i ten kontrast: wspominka o śmierci syna, która dla Bohaterki musiała być trudna w odbiorze, takie historie zawsze są i to, że widzi w pani Mariannie dobrego ducha Kliniki. To na początku wydaje się dziwne, stopujące, a potem dociera do człowieka, że nic w tym dziwnego właśnie.

Lubiłam jego widok, czasami wyczekiwałam, aż zajrzy, choć bardziej wynikało to z pobudek czysto kobiecych. Jarały mnie jego brwi i oczy, jedyne części niezakryte przez maskę.
Kolejne zdanie-młot. Bo niby jest zwyczajnie, ot, podoba się jej facet, jasne, norma, ale potem jest ta maska i przychodzi konstatacja, jak bardzo ograniczony jest wybór i możliwości prezentowania normalnych reakcji, przeżywania zwykłych rzeczy.

A potem jest końcówka. Ta ostatnia strona. Kiedy już nie ma ukrywania pod wnikliwą analizą, kiedy nie ma mydlenia oczu.

Największe wrażenie robi właśnie to – przemiana tego tekstu, analogiczna do samopoczucia Bohaterki. On się zaczyna z nadzieją i wiarą, choć przecież nie bez lęku, a kończy ugnieceniem i bezsiłą. I znów ryczałam. Dziś teraz też, choć jestem gdzie jestem i staram się nie. Dla mnie to nie jest tak, że od początku paleta barw jest blada, że widzę tekst jednolicie. W pierwszej scenie wiemy, gdzie jesteśmy – sala zabiegowa/operacyjna nie będzie przecież przesadnie kolorowa, ale opowieść Bohaterki, sposób w jaki ją snuje – jest barwna. Żywa. I jest tak, że ona płowieje z czasem - opowieść i Bohaterka - monotonność gasi kolory, otoczenie wpływa na Bohaterkę jakby ją wymazując. Nie, nie całą – barwy właśnie, bo na końcu ona zostaje jakby malowana mocnym ciemnym konturem. Wyraźna do bólu, kanciasta, ostra, spłaszczona przez ciężar, znów leży, jak na tym stole, ale nie ma sił na taniec.

Masz dar, Joanno. Potrafisz składać słowa tak, by poruszały tych, którzy się z nimi stykają. Rób to.
kc
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Wyblakła paleta barw

Post autor: Joa » 15 września 2016, 17:49

Ag., dziękuję w pierwszej kolejności za przeczytanie i komentarz. Naprawdę wiele to dla mnie znaczy. Zależało mi właśnie na tej gradacji emocji, sama nie wiem jak to nazwać. Początkowo cały tekst miał się utrzymać właśnie w lekko słodko-gorzkim tonie, ale zaczęłam rezygnować dość szybko - gonił mnie termin instantu. Ale wyszło to Wyblakłej, jak widać, na dobre, co mnie niezmiernie cieszy. Dzięki za głupotki, przydały się.
SpoilerShow
Może poza fasolką i pantoflami. Oba zostawiam.
Dziękuję raz jeszcze. Serio.


Siemomysło, Ty wiesz sama, nie musiałabym nawet pisać tej odpowiedzi. Tobie z kolei podziękuję najpierw za spoiler - ja to poprawiłam, rzeczywiście masz rację :bag:. Dziękuję.
Na początku chciałam Ci odpisać, ale przeczytałam raz jeszcze Twoje słowa i wiem, że nie mogę. Bo Ty wiesz, wszystko opisałaś w tym komentarzu, nie umiem Ci odpisać odpowiednio, tak jak nie umiem odpowiednio odpisać Kanterial. Więc tylko Ci podziękuję. Z całego serca, dobrze?
Dziękuję.
Kc.


Dziękuję raz jeszcze za przeczytanie. Te opinie wciąż mnie dziwią i trochę nie docierają. Wciąż.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ