Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Wilki w Karkonoszach

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kanterial » 01 czerwca 2014, 20:05

No więc :bag: słowem wstępu: tekst wisiał na forum przez dwa miesiące, później został usunięty na moją prośbę. Dostałam wcześniej turbo komentarze, za które dziękuję raz jeszcze - są w makulaturowym wątku, bo zaszło sporo zmian. Wrzucę tę część, która już zdążyła się pojawić, żeby uniknąć chaosu.
A później resztę, już tę niepublikowaną.

:facepalm:
Dziękuję za uwagę.
Tekst jest długi i żal mi Was na niego skazywać (40 stron?) dlatego - proszę się w żadnym razie nie zmuszać. Bo będę miała ból.


— A, tutaj, wy wszyscy byście tylko tutaj. — Pan Janusz nie należał do otwartych ludzi. Zaczepiłem go, wracając i dopiero po kilku minutach wznieciłem nikły płomień rozmowy. Cudem jakimś, bo do tej pory widywałem jedynie żarzące się węgle między popiołami poprzednich dialogów. Ktoś lub coś zabiło w nim chęć do gadania i od kiedy (już siedem lat temu) zamieszkałem w Karpaczu, nie zdarzyło się, bym usłyszał od Janusza wiele ponad „witam uprzejmie” czy „kłaniam się”. — Byle się nie ruszać, byle sobie zawęzić to wszystko, świat cały, do miasta, ulicy, domu — mówił, a ja słuchałem, patrząc pod nogi. — Z całej Polski przyjeżdżają ludzie, żeby pozwiedzać Sudety, pochodzić po górach, a wy mieszkacie tu i ot, co macie, swoje wille, skoszony ogród i parking. — Wzniósł ku niebu jeden z długich, kościstych palców. — Koniecznie, bo dla turystów. Ale żeby wyjść, pobłądzić, poszukać, nauczyć się tego miejsca i zrozumieć, to nie.
Znów milczeliśmy chwilę, bo ani on nie musiał precyzować, o czym myśli, ani ja dopytywać. Na dodatek zupełnie się z nim zgadzałem, a wiadomo - rozmowa to wymiana argumentów. I jak tu rozmawiać, gdy można jedynie przyznać rację i załamać ręce?
— Cóż ja mogę — mruknąłem w końcu spolegliwie. Pan Janusz szedł obok żywym i sprężystym krokiem. Czułem zawsze ogromny szacunek, patrząc na niego i słuchając mocnego głosu. Nie był zwyczajnym emerytem, wszyscy to czuliśmy, jednak nikt nie zdołał zbliżyć się do niego na tyle, by móc dowiedzieć się czegoś więcej. Więc tylko patrzyliśmy z boku, a Janusz jak wilk unikał zbędnych spotkań, chodził własnymi drogami i chyba naprawdę nie potrzebował ani naszego zainteresowania, ani życzliwości. Wysoki, starzał się jakoś niesamowicie szlachetnie - tylko mu broda siwiała, ale nie na biało, tylko ciemnoszaro - i miałem nieodparte wrażenie, że połowę Wilczej Poręby położyłby na rękę. W swoim domu wszystko ponoć zrobił sam. Miał wnuki. Nawet sporo, czwórkę chyba. Rzadko go odwiedzały, ale podejrzewałem, że nie z własnego wyboru, bo na ich miejscu spędzałbym w jego ogrodzie każdą wolną chwilę. Zbudował tak piękną tajną bazę nazywaną przez dzieciaki „szałasem”, że aż zazdrość brała, że samemu się takich rzeczy nie umie. Nawet moja leniwa, rozwydrzona córka patrzyła czasem tęsknie w stronę jego działki.
— No i tak. — Janusz poczekał, aż oprzytomnieję i spojrzę w jego kierunku, po czym wskazał spokojnie na szosę. — Podoba mi się tutaj. Coś się kończy, coś zaczyna — dodał, obserwując mnie uważnie. Spoglądałem na początek ulicy Sarniej, próbując zachować wygląd człowieka rozumnego. — Moja wolność i wasza klatka.
Zabrzmiało to równie smutno co niepokojąco.
— Pan, Januszu, nie idzie dalej? — zgadłem. Pokręcił głową, uśmiechając się lekko i tak obserwowaliśmy się wzajemnie, ja zmęczony i niepewny, co myśleć, a on tajemniczy. W letnim słońcu wszystkie zmarszczki na twarzach starszych ludzi robiły się jakby głębsze, a jednocześnie bliższe sercu. Co za idiotyzm, pomyślałem. — Nie jesteście tu samotni?
— Był tu dziś jeden taki — rzekł Janusz spokojnie — i zadał mi to samo pytanie.
— Tak? — spytałem.
— A tak. Nawet stał tam, gdzie ty teraz.
Poczułem się niezręcznie.
— Kto to był?
— Ja wiem? W twoim wieku. A kim był, trudno powiedzieć. — Wzrok Janusza powędrował gdzieś w dal. Obaj mrużyliśmy oczy oblani złotym światłem. Wokół unosił się pył z drogi i głośno brzęczały skryte w trawach świerszcze. — Choć skłamałbym, mówiąc, że tym, za kogo go wziąłem.
— Panowie!
Zwróciliśmy się w stronę sąsiada opartego o płot.
— Co nam powiecie, Szterch? — powitał go Janusz. Ja skinąłem tylko głową.
— Co powiem? Znów mi tu wleźli! — Szterch wskazał na wydeptane, pokryte suchym błotem podwórko. — Zginął kogut, rano nie zapiał, ja tu wychodzę, ja patrzę — uniósł dłonie — i nie ma!
— Koguta wam ukradli — Janusz roześmiał się i odkaszlnął — a to dranie. Tylko kto?
— A bo to ja wiem? Ale nie mi tylko, kurczaki giną od trzech dni! — Szterch tak się emocjonował, że ręce latały mu w górę co słowo. — Jak znajdę to łeb ukręcę, słuchaj no, Janusz, jak u ciebie jeszcze jest jakiś kur…
— Nie ma.
— A, to nie pomożesz. A co słyszałem, to nie uwierzycie.
— Co takiego — wtrąciłem z grzeczności, choć niezbyt mnie obchodziła opowieść sąsiada. Janusz zerknął w niebo z rozbawieniem.
— Że kogutów zniknie siedem. — Szterch zgiął jeden palec, dwa zostały wyprostowane. — Że to wilk, jeden z takich, co ludzi się nie boi i nie ma żadnej watahy, tylko sam łazi, a baby durne za psa go mają i nie gonią. — Z trudem powstrzymałem śmiech, patrząc na drugi, gnący się palec sąsiada. — I że Liczyrzepę chce ktoś wywołać z gór. Toć gorzej jak szatana — dokończył.
— Do wyboru do koloru — skomentowałem. Szterch machnął ręką i poinformował, że mnie to nie dotyczy.
— Wasz Karpacz i nasz, dwa różne światy — burknął i skłonił się Januszowi. Spojrzałem z niechęcią w stronę zaniedbanego podwórka, gdy tylko odszedł od płotu.
— Jeśli wasza córka chce, może zawsze przyjść — rzucił Janusz nagle. Zamurowało mnie. Zamiast podziękować, zrobiłem idiotycznie zaskoczoną minę i zamrugałem, a on natychmiast odwrócił wzrok. Niby tylko obejrzał się za siebie, zwykła rzecz, ale ja wiedziałem - żałował, że w ogóle się odezwał.
— Dziękuję. Nie wiem co powiedzieć, dziękuję. Ten… — zacząłem. Janusz przytaknął martwo i uniósł rękę, przesuwając nią lekko nad czołem, jakby uchylał rondo kapelusza. — …no.
Usłyszałem jeszcze to nieśmiertelne „kłaniam się”, a później Stary Wilk zostawił mnie samego.
Powinienem był poważnie przemyśleć propozycję wybrania się z nim w góry. Wspomniał, że pokazałby mi miejsca, których nie ma na mapach. Żebym chociaż ja o nich wiedział, gdy go zabraknie i przekazał tę wiedzę komuś "swojemu". Jak to ujął? Coś się kończy, a coś zaczyna? Spojrzałem w dół Sarniej - nagle leśna droga przechodziła w asfalt, ot tak - i ruszyłem w stronę pobocza.
Szlaki turystyczne i wysypana żwirem szosa niespodziewanie dochodziły do wspomnianej wcześniej granicy asfaltowej drogi. Ta ciągnęła się leniwie przez pół osiedla, a później rozwidlała, w prawo na Sarnią i w lewo na bliźniaczą Wilczą. Po ośmiuset metrach znów łączyły się w jedną i tak dopływały aż do zakrętu. Ile razy szedłem Wilczą, tyle razy się mijałem się z kimś, kto mnie akurat szukał i wybierał Sarnią. Od siedmiu lat.
Wracałem z cosobotniego spaceru, rozważając słowa Janusza i próbując zmienić własne nastawienie do świata. Chciałem znów widzieć i czuć. Czasem człowiek budzi się i nie myśli, działa jakoś z rozpędu i funkcjonuje odporny na pytania o sens i powód. A czasem otwiera oczy i jeszcze zanim się poruszy, uświadamia sobie, że wpadł.
Wpadłem. Wpadłem kilka tygodni wcześniej i nie mogłem się wygrzebać z piaszczystego dołka własnej, dobijającej niemocy, a każda kolejna próba kończyła się tylko osypaniem następnych warstw ubitych przyzwyczajeń. I zamiast się wydostać, tkwiłem tam, ponawiając nieudolne starania, w coraz większej, nieświadomie (choć sam już nie byłem pewny) poszerzanej dziurze. Rozważałem, czy by może nie przestać. Bo i jaki w tym cel - widzisz, że się nie da, że tylko pogarszasz sprawę, więc może warto odpuścić? Spłyciłbym to, bóg dał i bóg wziął, nie muszę cieszyć się życiem. Przestałbym wspominać, że kiedyś byłem młody i nic mnie nie obchodziło, albo że miałem plany i marzenia, które jakoś z biegiem lat wypłowiały. Snułem je jak wszyscy i czekałem na okazję - kiedyś, po tym, po tamtym, za rok, za dziesięć - aż w końcu dotarło do mnie, że ani się nie zbliżyłem do założenia, ani nie pamiętam, jak w ogóle brzmiało.
Spytałem sam siebie, na co czekałem tyle lat i kiedy okazało się, że chyba na nic, straciłem ochotę. Na wszystko. Załamać się niestety nie mogłem, bo to by był cholerny egoizm. Miałem żonę, córkę, pracę, dom. Dom w Karpaczu, wspaniała rzecz.
Wszystko wspaniałe.
Te dwa słowa powtarzałem, wracając w sobotnie popołudnie. Dobrze szło mi wpompowywanie w siebie pozytywnych emocji i wiedziałem od dawna, że to jedynie kwestia praktyki.
Do ogrodu wszedłem już uśmiechnięty. Pomachałem Monice i jej koleżankom, które przesiadywały u nas od początku wakacji (wszystkie poza jedną udały, że mnie nie widzą). Usiadłem na wąskiej ławce pod wierzbą.
Małe, durne bachory - pomyślałem płytko. Dlaczego wszystkie myślały tak samo? Że są najważniejsze, że wszystko im wolno? Te trzy dziewczynki zachowywały się tak, jakbym chciał je mieć w swoim ogrodzie, ba, jakby to one robiły mi łaskę, odwiedzając Monikę, depcząc moje rośliny, męcząc mojego psa i zgadzając się zostać na obiedzie, który ugotuje moja żona.
— O, jesteś wreszcie — usłyszałem. Podniosłem wzrok na twarz Marii. Chętnie spędziłbym z nią więcej czasu, najlepiej bez Moniki i chuderlawych, irytujących dziewuszek w różowych sukienkach, ale było to niemożliwe. Przynajmniej tak sobie wmawiałem, żałośnie unikając konfrontacji z własną oziębłością.
— Przyjdę zaraz i ci pomogę — obiecałem łagodnie, sięgając po wyciągniętą dłoń. Zacisnąłem palce na nadgarstku żony i przyciągnąłem do siebie. Pachniała domem i perfumami „Encre Noire”, które niemal zawsze wzbudzały we mnie głębsze pokłady namiętności. Poznaliśmy się, bo szedłem za tym zapachem przez pół Jeleniej Góry. Zamarłem z twarzą kilka centymetrów od jej szyi, bo zorientowałem się, że dziesięć kroków od nas wyglądają zza żywopłotu małe, zaciekawione mordy. Monika i te niedorobione, niech je szlag, pieprzone pisklaki.
Zakląłem bezgłośnie. Jak dziecko może być tak brzydkie? Czy wszystkie musiały mieć krzywe, odstające jedynki, anemię i wścibski pysk? Napotkały mój wzrok i schowały się za gęstą zielenią, a mi pozostało jedynie przeprosić Marię, bo prawie się przewróciła, tylko po to, bym mógł wydyszeć jej w dekolt swoje nienawistne „spierdalać”.
Strach pomyśleć, co by było, gdyby o tym wiedziała.
— Adam — mruknęła z wyrzutem, siadając obok mnie.
No trudno.
Jak dobrze, że przynajmniej ona powodowała dobry nastrój. Zwłaszcza teraz, gdy tak niewiele wystarczyło, by wyprowadzić mnie z równowagi. Może czuła, że tak jest, instynktownie zapewniała mi to, czego szukałem?
— Co o ja bym bez ciebie — zacząłem. Cóż, tyle chyba wystarczyło. — Myślałem dziś o górach. Poszłabyś ze mną wreszcie, namówiłbym Janusza i…
— Dusza towarzystwa ten twój Janusz.
— Nie żartuj. Wiesz, jak go szanuję? — upewniłem się.
— Wiem, mów proszę.
— Poszlibyśmy tam, gdzie nie zapuszczają się turyści. Za Kruczymi Skałami jest zielony szlak, odbijemy górą w lewo, do opuszczonych wiosek, teraz tam są same fundamenty, zdziwiłabyś się, w czasie wojny było wiele katastrof lotniczych koło Śnieżki, znalazłem jeszcze… Nie obchodzi cię to — stwierdziłem nagle. Przesunąłem wzrokiem po jej szczupłych rękach i kwiecistej sukience, milknąc. Czułem, ze chciała zaprzeczyć, ale w porę ugryzła się w język i nie mydliła mi oczu małymi, codziennymi kłamstwami na wzór reszty świata.
— Tak — przyznała aż nadto pogodnie. — Ale wieczorem z chęcią posłucham.
— Z chęcią — powtórzyłem rozbawiony, wstając.
— Lubię twój głos, gdy się czymś przejmujesz — wyjaśniła. — Więc tak, posłucham z chęcią.
— Dlaczego wieczorem?
— Bo właśnie…
I tu skończyła się moja fala podziwu dla bezproblemowości Marii. Żona uniosła brwi i rozciągnęła usta w zakłopotanej minie. Chciała coś powiedzieć i zastanawiała się, jak to zrobić, by zabrzmiało najmniej boleśnie, a samo to, że musiała lawirować między słowami, było według mnie złe. Zerknąłem w stronę Moniki i reszty smarkul, dając Marii więcej czasu. Zająłem się podwijaniem rękawów. Co takiego mogłem usłyszeć? Leniwa, słoneczna sobota drugiego miesiąca wakacji zapowiadała się tak przyjemnie. Już miałem plany, by dzisiejszego wieczoru wreszcie Janusza wypytać o te wszystkie fascynujące historie, o rozbite samoloty Trzeciej Rzeszy, o nieistniejące osady, o Czechów, Polaków i Niemców, którzy tu mieszkali jeszcze zanim Sowietom zachciało się naszego uranu.
— …na obiad — wymamrotała Maria. Nie od razu powróciłem do rzeczywistości myślami. Usłyszałem pełne zdanie, ale początek jakoś niesamowicie szybko wyleciał mi z głowy. Nie przyjąłem tych wyrazów do wiadomości.
— Co proszę? — Pochyliłem się nieznacznie, odgarniając wierzbowe gałęzie i strząsając przy okazji kilka liści.
— Zaprosiłam — wymówiła — księdza — dorzuciła głośniej — na obiad.
Już wiedziałem, dlaczego nie dotarło za pierwszym razem.
— Księdza.
Skinęła głową. Gdybym mógł, wykrzyczałbym na całą Wilczą Porębę pełne ironii „To świetnie!”. Ale nie mogłem, bo Maria by się obraziła, a Monice zrobiłbym wstyd przed dziećmi sąsiadów. Miałem prawo być oburzony, w końcu wiadome było, że jestem niewierzący i daleko mi do integracji z duchownymi.
— Ależ Mario — uniosłem ramiona zniesmaczony — skąd ci to przyszło do głowy w ogóle…
Zielone oczy żony wwiercały mi się w czaszkę z czymś na kształt prośby pomieszanej z zawziętością. Gdyby była zadowolona i pewna, że postąpiła słusznie, usłyszałbym jakieś zwyczajowe „ja też mam prawo decydować, nie mieszkasz sam, uszanuj naszą wiarę, bez przesady” i tak dalej. Maria tymczasem pokornie znosiła moje rosnące niezadowolenie i niedowierzanie, choć nie potrafiłem okazać go tak, jak powinienem.
— Wiem. To jednorazowa sprawa, tak wyszło — wytłumaczyła. Cienie tańczyły na jej opalonych ramionach i przetaczały się po ławce.
— Przecież nie chodzimy nawet do kościoła.
Wiadomo, nie stało się nic wielkiego, jednak wizja goszczenia księdza odebrała mi większość nadziei na przyjemne spędzenie reszty dnia. To było mniej więcej to uczucie, które nachodzi człowieka przed weekendem pełnym wyjazdów i spotkań z rodziną. Zobaczysz się ze starymi ciotkami, kuzynostwem, posłuchasz zrzędzenia, nawdychasz dusznych oparów z ciasnej kuchni i w atmosferze ogólnego znudzenia przeżyjesz kilka potwornych godzin coraz bardziej napruty domową nalewką. Wizję miałem podobną - jakiś facet przyjdzie i usiądzie z nami przy stole, Monika będzie robić miny albo, co gorsza, palnie coś, co nas skompromituje, spyta głośno „dlaczego jest tak, a nie inaczej”, a my nie będziemy mogli odpowiedzieć. Będzie sztywno, niezręcznie, będę się źle czuł we własnym domu i udawał, że wszystko jest w porządku.
Skrzywiłem się i nie miałem nawet siły wymieniać Marii powodów, dla których uważałem jej decyzję za przysłowiowe założenie nam pętli na szyję.
A jak dojdzie do tych rozmów? Dlaczego żyjemy bez sakramentów, dlaczego ja nie mam bierzmowania, dlaczego ani my, ani mała Monika nie pojawiamy się w kościele na mszach? Litości…
— No to powiedz mi tylko — poprosiłem ponuro, idąc za Marią po stromych schodach — dlaczego?
— Jest sierpień!
— I co z tego?
— Adam, proszę cię. — Zdenerwowała się wyraźnie, więc zamilkłem, tłumiąc ciekawość. — Pani Bochnowa skarżyła mi się, że jakieś zwierzę zagryzło jej kury nocą — powiedziała po chwili.
Jakby w ogóle mnie to obchodziło…
— Wszystkie? — spytałem, zanim pomyślałem. — Kogut nie zniknął?
— Wiesz, że nie wiem? A czemu? — Przystanęła. — Coś dziwnego z tymi kurczakami podobno.
— Ano — mruknąłem.



***

Razem zajęliśmy się obiadem. W przestronnej kuchni uzupełnialiśmy się pomiędzy ciężkimi zapachami mięsa i przypraw, kursując po wyznaczonych ścieżkach - ona od lodówki do kuchenki, ja od blatu z szafkami do stołu i piwniczki z winem (miałem niespodziewany problem z tym, które powinienem podać, bo szkoda mi było ulubionej, ciężkiej Vilabelli). Przełamałem się za trzecim razem i sięgnąłem zrezygnowanym ruchem po przykurzoną butelkę, by miała czas jeszcze się ogrzać.
— Na piętnastą, tak? — upewniłem się przez pokój. Maria przytaknęła, więc spojrzałem na zegarek i zrobiło mi się niedobrze, bo mieliśmy już tylko pół godziny.
Oczywiście zdążyliśmy w tym czasie zaliczyć standardową sprzeczkę. Sprzeczki były zazwyczaj błahe i żenujące, takie jak dyskusja na temat ogólnopojętej kultury podczas niespodziewanych spotkań. Przeprowadziłem dziesięciominutową batalię o, uwaga, to, czy mogę zjeść obiad we flanelowej koszuli i szortach.
— Ksiądz na pewno by tak nie przyszedł — wyrzuciła Maria w końcu, gdy zabrakło innych argumentów.
— Bo ksiądz to ksiądz, zresztą skąd wiesz, co nosi pod tą swoją sutanną?
— Na pewno nie szorty, Adam.
A kogo tak naprawdę (poza nią) obchodziło, w co jestem ubrany? To mój dom, na boga, i żaden klecha nie powinien sprawiać, że nagle wszystko stanie do góry nogami. Tak, przesadzałem. Ale Maria też przesadzała, bo, jak to ona, zaczęła się martwić, że jest brudno, że obiad nie wyjdzie, że Monika ma obłocone rajstopy, a drzwi skrzypią. Czułem, że sobota już się dla mnie skończyła.
— I nie ma mowy, żebym się przebrał w coś elegantszego! — poinformowałem gniewnie.
O czternastej pięćdziesiąt pięć stanąłem przy żonie w spodniach i szarej koszuli (jedyne, co wywalczyłem, to to, że nie była drugi raz prasowana). Starałem się myśleć wyłącznie o tym, że gdy już przeżyję obiad, ruszę natychmiast w dół Wilczej, by wyrwać Janusza na długą, wieczorną wyprawę i dowiedzieć się czegoś o historii Karpacza. Uśmiechnąłem się nawet, chcąc okazać Marii wsparcie. Wywróciła oczami i setny raz sprawdziła, czy wszystko jest gotowe. Lubiłem patrzeć, jak się tak krząta zajęta i trochę nieobecna.
— Monika nocuje dziś u Oleckich — zauważyła półgłosem.
— Słyszałem. — Zgasiłem temat, udając, że nie dostrzegłem w tych słowach żadnego drugiego dna ani zachęty. — To teraz powiedz mi jeszcze, co miałaś na myśli. Zaprosiłaś księdza, bo co, bo są wakacje? To jakiś nowy zwyczaj, którego nie znam? — spytałem, opierając się o drewniany parapet.
— Sierpień. — Machnęła ręką. — Przenoszą na inne parafie, rozumiesz.
— Aha.
Cudownie. Więc to był jakiś nowy ksiądz. Może to i dobrze, bo dwaj poprzedni okazali się nie do zniesienia. Tylko skąd Maria wiedziała?
— A może wy się znacie — szepnąłem podejrzliwie — co? Znasz go?
— Mamo, możemy już jeść? — Monika wpadła do kuchni i pierwszym, co zrobiła, było chwycenie się jasnej sukienki Marii. Co za dziecko. Pech chciał, że tym razem nie miała ubłoconych rajstop. Po prostu cała była w błocie. Dwie palczaste plamy, które pojawiły się na ubraniu pani domu, odcinały się od kremowej bieli w tak rażący sposób, że poczułem mimowolną irytację.
— Za moment, Adam, zrób z nią coś…
Po kilku minutach byłem już z Moniką w łazience. Wszystkie ciuchy wrzuciła do kosza na pranie, wlazła do wanny, kucnęła i obejrzała się, wyraźnie na coś czekając. Z premedytacją nie zapaliłem światła.
W półmroku, na tle granatowych kafelków, Monika wyglądała jak małe, niepodobne do mojej córki zwierzątko ze sterczącą grzywką i zielonymi oczami. Oddychałem tak wolno, że czułem się niemal jak duch, obserwując ją martwym wzrokiem. Mieli rację. Kochałem ją inaczej, niż sądziłem, że w ogóle jestem w stanie. Coś się zmieniło, gdy zostałem ojcem i wiedziałem o tym doskonale. A jednak co pewien czas nachodziło mnie dziwaczne, pulsujące chłodem zaskoczenie, kiedy uświadamiałem sobie, że mam dziecko. Że patrzy na mnie, że myśli i rozumie - kość z kości i krew z krwi - a ja coraz mniej mam wpływu na to, kim się staje.
Gdzie zawędruje ta część mnie? Jaka będzie? Ile powtórzy moich błędów, ile spraw przemyśli moimi myślami?
— Tatku. — Wskazała na siebie kciukiem. Podszedłem. Jak zawsze pokazałem jej dwa kolorowe szampony, brzoskwiniowy i kwiatowy, poczekałem na werdykt, wręczyłem, a raczej wcisnąłem butelkę w ubłocone łapki (lubiła udawać, że czyta etykietę) i zająłem się odkręcaniem wody. Uspokajało mnie całe to zamieszanie; dwuminutowe kąpiele Moniki, mycie jej krótkich, jasnych włosów.
— Jak mama to robi, to boli — poinformowała mnie. Zataczałem palcami kręgi wokół jej skroni.
— Nieprawda.
— Prawda! Ja nie kłamię. Kiedyś prawie zrobiła mi ranę paznokciem.
Woda z mydlinami ciekła jej po plecach i czole, zaciśnięte powieki drżały lekko. Popatrzyłbym na nią dłużej, ale… ale ksiądz.
To, co czułem, było chyba zwyczajną złością. Spłukałem Monice głowę, kazałem umyć się w piętnaście sekund (liczyłem tak, że piętnastu zwykle robiło się sześćdziesiąt) i stanąłem obrócony tyłem.
— Gotowa? — spytałem, gdy w łazience rozległ się dźwięk zakręcania wody.
— Tak jest! — odkrzyknęła.
Wyszliśmy jak zwykle, ja z mokrymi rękawami, a Monika zawinięta w długi biały ręcznik. Odprowadziłem ją na piętro i zaordynowałem wybranie stroju. Kazała wyjąć z szafy swoją ulubioną niebieską sukienkę i gdy tylko zapiąłem zamek, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Wstałem wolno z kucek. Córka śmignęła mi między nogami.
— Ja otworzę! — powiadomiła. Ruszyłem za nią ni to podenerwowany, ni to zmęczony i w przedpokoju stanąłem obok Marii, która po raz kolejny poprawiała fryzurę.
Frontowe drzwi zaskrzypiały wolno, mieszając się z zaskoczonym „Oooooo” Moniki. Usłyszałem męski głos, chyba komplementujący nasz ogród, lecz córka wcięła się księdzu w wypowiedź i zadeklarowała, że pokaże mu „taką wielką wierzbę, na której mieszka wąż”.
Zakryłem twarz dłonią.
— Jaki wąż? — szepnęła Maria.
— Nie wiem, nie pytaj — mruknąłem. Jednocześnie obiecałem sobie, że nigdy więcej nie opowiem córce żadnej zmyślonej historii. Żona czmychnęła do kuchni, a ja wyszedłem na balkon i zamarłem niezdecydowany, patrząc w dół. Córka stała wraz z księdzem pod wierzbą.
— Naprawdę tam był, widziałam go — zapewniała.
— Wierzę, moja droga.
— O, tutaj jest ślad węża! On chodzi po gałęziach tak. — Monika postanowiła objaśnić, jak chodzą węże i zajęło jej to co najmniej minutę, aż w końcu stwierdziła, że skoro ksiądz nie widział nigdy węża, to nie musi wiedzieć, poza tym pewnie by nie zrozumiał. — A nazywa się Syk. Jest groźny i może cię ukąsić — postraszyła.
— To z pewnością by mnie bolało — mruknął. — Może lepiej ucieknijmy?
— Ja ucieknę. Ale ty nie, bo nie znasz ogrodu i się zgubisz.
Wyłoniła się z cienia drzewa, ciągnąc duchownego za sobą. Szła boso, zdecydowanymi krokami, pełna komicznej, dziecięcej dumy, i ani trochę nie zważała na trudną sytuację gościa, który nie dość, że musiał zgiąć się wpół (był wysoki, a Monika trzymała go za rękę), to co chwilę zahaczał o kolejną gałąź.
W sierpniowym słońcu zieleń ogrodu zdawała się wręcz mokra; ciemne liście błyszczały nieruchome i emanujące ciepłem, a pędzące po niebie, poszarpane chmury rzucały na ziemię nieforemne cienie. Patrzyłem, jak kłącza przesuwają się po czarnym materiale sutanny, głaszcząc skórę i oplatając ramiona księdza.
— Monika!
— Idę, mamo! Musimy wejść do domu — pożaliła się córka. Przystanęła zmartwiona, wciąż trzymając nowego wikarego za palce.
— Prowadź, moja droga — zachęcił łagodnie. Zmarszczyłem brwi, bo teraz, gdy wreszcie widziałem jego profil, wydał mi się znajomy.
— Ale przyjdziesz tu ze mną jeszcze? Po obiedzie Syk idzie na polowanie, mogę ci pokazać jak go złapać, dzisiaj moja koleżanka wymyśliła pułapkę.
Wycofałem się ostrożnie, nie chcąc zwracać ich uwagi i dołączyłem do Marii w kuchni. Uspokoiłem ją, tłumacząc córkę z przedłużającej się nieobecności.
— Wiesz, jakbym go już gdzieś widział — wypaliłem nagle. Maria oczywiście nie słuchała mnie podenerwowana i zajęta szukaniem trzeciego kieliszka do wina. — Tylko gdzie? Trochę jak Watah, ale…
— Możesz zanieść? — przerwała mi, wpychając w ręce miskę z sałatką. Westchnąłem ostentacyjnie i przeszedłem do pokoju. Usiadłem na swoim miejscu i natychmiast doszły mnie hałasy z parteru. Ktoś (obawiałem się, że ksiądz) wpadł w szafę z grabiami. Bose stopy Moniki zadudniły na schodach, córka wbiegła do domu i roznosząc błoto śmignęła korytarzem, po czym zniknęła za drzwiami kuchni. Maria zbeształa ją za wydurnianie się przy ludziach i zawołała, żebym otworzył wino.
Otworzyłbym. Wstałbym, wyjął ulubiony korkociąg i spełnił obowiązki gospodarza, ale nawet nie drgnąłem. W bezruchu, jakbym przykleił się do krzesła, siedziałem i z kamienną twarzą gapiłem się na Wolfganga Kronego.
Boże - pomyślałem - miej litość.
To było jedyne, na co się zdobyłem. Gdyby mi ktoś powiedział, że Wolf jest żołnierzem, uwierzyłbym. Uwierzyłbym, że został koszykarzem. Fizykiem atomowym, instruktorem narciarstwa, sprzedawcą cygar na Kubie, pilotem Lufthansy. Wolfgang Krone mógł być kimkolwiek, każdym, tylko nie księdzem. Patrzyłem na niemal metr dziewięćdziesiąt czystego zła.
Wolf przeszedł przez pokój, szeleszcząc czarną szatą i jak gdyby nigdy nic usiadł po drugiej stronie stołu. Zmienił się trochę. Jego kanciasta, trójkątna twarz straciła ostatki łagodności, które pamiętałem sprzed lat. Nie było już gładkich łuków w rysach, ani jednej miękkiej krawędzi. Nawet kości policzkowe stały się jakieś ostre i twarde. I ta cholerna, czarna broda, która zdążyła pokryć całą żuchwę…
— Jeezussmaria — wymówiłem przeciągle.
— Na wieki wieków — rzucił i potwierdził moje obawy swoim wrednym spojrzeniem, które pamiętałem z czasów liceum. Monika zakradła się do pokoju i zastała nas siedzących naprzeciw siebie; kątem oka widziałem, że zatrzymała się niepewna czy iść dalej. Czekałem spięty, z widelcem w garści, nie mogąc oderwać wzroku od twarzy Wolfa.
Pamiętałem, jaki był kiedyś.
— Niespodziewane spotkanie — zauważył. Niewielu ludzi uśmiechało się jak on, krzywo i niejednoznacznie. Niejednoznaczność ewoluowała przez kilkanaście lat, wiec Watahowi udało się osiągnąć poziom zakazanej mordy faceta po trzydziestce. Gratulacje, Wolf - pomyślałem - uśmiech pedofila.
— No, niespodziewane — przytaknąłem. — Choć mniej niż… — urwałem znacząco i gestem wskazałem jego strój. Sam nie wiem, co było większe, zaskoczenie czy jakiś potworny, narastający popłoch związany z obecnością Wolfa w moim domu. Był niebezpieczny. Pewnie, że moje doświadczenia z młodości powinny pójść w niepamięć, wszyscy się przecież zmieniamy. Ale gdyby ktokolwiek znał go tak jak ja i widział to, co ja widziałem, byłby z pewnością co najmniej zaniepokojony.
— Mama pyta, czy pan ksiądz się napije wody z lodem i cytryną — wypaliła Monika, wczepiając palce w błękitną sukienkę. Spojrzałem na nią i coś przewróciło mi się w żołądku. Nie wiem, czy byłbym zdolny opisać to, co wtedy czułem.
Lata spędzasz przy człowieku, przy takim zbóju i degeneracie, a jedyne, co się zmienia, to ilość afer w roku szkolnym. Na początku studiów wcale nie było lepiej. Ile razy patrzyłem, jak się bił, obmacywał dziewczyny, spał po pijaku z kim popadnie, ćpał i ryzykował bez umiaru? A teraz siedział (w sutannie!) kilka metrów od mojej sześcioletniej córki i patrzył na nią z głodnym uśmiechem, bębniąc knykciami o blat stołu. Nigdy bym nie pomyślał, że dożyję takiego dnia.
Przestraszyłem się. Najzwyczajniej w świecie przestraszyłem się, że Krone może coś zrobić. Nie wiedziałem co, nie wiedziałem komu, ale to uczucie dosłownie sparaliżowało mnie na kilka sekund.
— Dziękuję, moja droga, napiję się wina — rzekł pogodnie, a Monika pokicała do kuchni ucieszona, jak gdyby usłyszała, że dziś znów jest dzień dziecka. — Fajną masz córkę. — Wolf zwrócił się do mnie i mrugnął porozumiewawczo. Dlaczego to zabrzmiało w jego ustach aż tak okropnie? Ściągnął czarne brwi i oparł łokcie na stole; zauważyłem, że ma poranione dłonie, otarcia za kciukiem i na knykciach. — Monika, tak?
Zacisnąłem zęby i zmusiłem się do uprzejmego przytaknięcia. Całe szczęście mogłem czymś się zająć, bo zaczynałem wpadać w nieprzyjemne roztrzęsienie. Wstałem i zaraz pojawiłem się w pokoju z butelką i otwieraczem. Watah patrzył spokojnie, jak mocuję się z korkiem i napełniam pękate kieliszki. Jednocześnie przesuwał palcem po jasnobrązowym, lnianym obrusie. Zza otwartych drzwi, prowadzących na balkon, dobiegały odległe dźwięki popołudniowego życia w Karpaczu, głosy sąsiadów grillujących na osiedlu, leniwe śpiewy ptaków, szum liści i miarowe, łagodne cykanie zraszaczy w naszym ogrodzie.
— Jakim cudem, Wolf? — spytałem. Nie siliłem się na miły ton, zabrzmiało to wręcz nieprzyjemnie, chłodno jakoś, jakbym próbował pokazać, że mu nie ufam. Może i tak było.
Krone rozłożył ręce.
— Niezbadane są drogi pana — odparł i cała ta sytuacja wydała mi się wtedy zbyt nierealna, by mogła być jedynie zrządzeniem losu. Kto to ukartował? Kto zmusił ateistę do ukończenia seminarium? Kto go wreszcie posłał tu, na sam koniec Polski, do mojej bezpiecznej kryjówki, mojego azylu? Poczułem się tak, jakby bóg osobiście sypał mi w oczy piachem. Umiejętnie bardzo, żebym nie mógł mieć pewności, czy to perfidne działanie, czy przypadek.
Chciałem czegoś więcej. Chciałem od Wolfa potwierdzenia, zapewnienia, chciałem usłyszeć, że wybrał kapłaństwo ze szczerej wiary i niepodszytego niczym przekonania, że właśnie tak powinien postąpić. Że poczuł powołanie, choć ja sam przecież wiedziałem, że coś takiego nie może istnieć naprawdę. Że nie ma boga tak naprawdę, bo bóg nie mógłby traktować mnie w ten sposób. Ale Krone milczał i słyszałem jedynie jak nabiera głośno powietrza, prawdopodobnie delektując się zapachem mokrej, rozgrzanej słońcem trawy.
— Pamiętam ostatnią lekcję z siostrą Anną. — Wręczyłem mu kieliszek. — Tę, z której cię wyrzuciła.
Wolf zachichotał bezgłośnie, przenosząc na mnie wzrok.
— Nonsens, siostra miała do mnie słabość — zażartował. Nawet głos mu się nie zmienił.
— Powiedziałeś wtedy, że bóg to największa bujda w dziejach świata, a biblia ma w sobie tyle świętości, co… Zaraz, jak to było? — Uśmiechnąłem się delikatnie, widząc, że krzywi się i unosi ramiona w mimowolnym, obronnym odruchu. — Że biblia jest jak papier w sraczu, tylko droższa i mniej przydatna. Jesteś Niemcem, Wolf, a może takim…
Krone kaszlnął głośno.
— …niemieckim modelem Rasputina?
— Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie tak powinna wyglądać rozmowa kolegów z młodości, Czachowski — oznajmił sztywno w odpowiedzi. — Trochę wspomnień, trochę śmiechu, takie małe — wbił we mnie spojrzenie, od którego robiło się niedobrze — sentymenty.
Pokiwałem głową. Gdyby był kimkolwiek innym, właśnie tak by wyglądała. Maria i Monika dołączyły do nas, na talerze powędrowała pyszna pieczona gęś z jabłkami i zapiekane ziemniaki, a rozmowa natychmiast nabrała innego wydźwięku. Ja grzecznie potakiwałem, słuchając słów żony wyrażających podziw dla „poświęcenia” Wolfganga i zainteresowanie jego życiem, a on sypał komplementami na temat naszego domu, urody mieszkających w nim kobiet i, co ciekawe, mojej skromnej osoby.
— Może toast? — zaproponowała Maria. Słusznie, już jedliśmy, a ja zapomniałem o tak istotnym szczególe. Uniosłem kieliszek i wpadłem na świetny pomysł.
— Rzekłbym, że winniśmy wypić za przeszłość i za niespodziewane zrządzenia losu — zacząłem. Monika wpatrywała się w Wolfa, Wolf wbijał wzrok w sufit, a Maria słuchała mnie z uśmiechem — albo za niezbadane drogi pana — Krone złapał za kieliszek ostentacyjnym, gwałtownym ruchem — ale myślę, że nasz nowy wikary zrobi to o wiele lepiej!
— Ja też tak myślę — zaśmiał się życzliwie. Szybki był. — Wypijmy za bożą łaskę, niech pan czuwa nad tym domem.
Wypłynął temat naszej znajomości, zgodnie zgaszony przez nas obu, później edukacji Wataha „Ach, gdybym mógł, skończyłbym seminarium raz jeszcze” i jego doświadczeń z poprzednich parafii „Nigdy nie wiadomo, kiedy zbudzi się szatan, szatan drzemie w każdym z nas” oraz powodów przeniesienia na naszą „Cóż, Niemcy nie są zbyt religijni”.
— A moja koleżanka Marysia — wtrąciła córka, gdy tylko głos Wolfa przestał brzmieć mi w uszach — znalazła dzisiaj nieżywą kurę.
— Naprawdę? — zaciekawił się Krone, ignorując delikatne protesty Marii, która dość już miała fascynujących historii Moniki. — A co ją zabiło?
— Wilk. Był wielki i kudłaty — odparła Monika tonem znawcy.
— A to dopiero…
Poczciwy Wolf, że też tak się przejął losem kurczaka - pomyślałem zgryźliwie, dolewając mu wina.
Atmosfera, o dziwo, była o wiele luźniejsza niż się początkowo spodziewałem. Właściwie trudno wywołać inną w dni takie jak tamten, typowo wakacyjne, leniwe i gorące. Poza tym nasz dom sprzyjał spotkaniom. Ciemne drewniane meble pachniały charakterystycznie, orchidee i poskręcane drzewka bonsai wyglądały znad parapetów, a dziesiątki zdjęć Sudetów, oprawionych i powieszonych na ścianach, odbijały pomarańczowe, popołudniowe światło.
— Nasz ksiądz to jedyny wilk w okolicy — podsunąłem córce. Poczułem na sobie karcący wzrok żony i jakieś palące, brązowe ślepia. — Spytaj, jak ma na imię.
— Jak, jak, jaak? Mama kazała mówić „pan ksiądz” — zdradziła Monika.
— Wolfgang, z niemieckiego „chodzący jak wilk” albo „idący wilczą drogą” — wytłumaczył oszczędnie.
— A Niemcy zabili dziadka mojego taty.
Drgnąłem. Wolf też drgnął.
— Córuś, zajmij się obiadem…
— A mogę mówić na pana księdza Wolfrank?
— Wolfgang — poprawiłem.
— A mogę Wolverin?
— Możesz — szepnął Krone.
— A mogę…
Przetrwałem to wszystko zgodnie z planem. Oczywiście martwiłem się okropnie, bo moja córka gapiła się na Wataha (dobrze, że była jeszcze mała, inaczej bałbym się, że może chodzić o coś więcej niż dziecięcą sympatię), a on czarował i zabawiał ją i moją żonę. Byłem na siebie zły. O ile złość, gdy inny mężczyzna zbyt mocno angażuje się w rozmowę z Marią (nawet, jeśli jest księdzem), mogłem uzasadnić, o tyle nie sposób było zarzucić Wolfowi nietaktu, gdy odpowiadał na zaczepki mojej córki i okazywał jej warte docenienia zainteresowanie. Gdyby to nie był on, czułbym wręcz podziw, że miał siłę konwersować z Moniką o złym wężu Syku, sandałach w kwiatki, sukienkach i tym, czy Jezus naprawdę chodził po wodzie, czy tylko udawał, że chodzi, a tak naprawdę miał specjalne buty z małymi tratwami na podeszwach.
Męczyło mnie to. Wolfgang niby nie mówił niczego nieprzyzwoitego, ale w każdym jego słowie czaiło się drugie dno, którego nikt poza mną nie dostrzegał. Nie mogłem mieć pretensji do żony czy córki, bo też dałbym się zwieść, gdybym nie widział wciąż dwudziestoletniego Wataha, uosobienia złośliwości i demagogii, siedzącego przy stole na miejscu naszego wikarego. Wreszcie skończyliśmy rozmawiać, a Wolf podziękował i oznajmił, że bardzo mu przykro, ale powinien już nas opuścić.
— Muszę przyznać, że ma ksiądz apetyt. — Maria podjęła temat sprzed dwóch godzin (Krone ostrzegł, niby w żartach, że zje więcej niż my wszyscy, jeśli tylko dostanie taką szansę). Niestety dostał. Widać zszokował moją żonę, bo normalnie, zapewne, uznałaby takie słowa za nietaktowne.
— Nie masz pojęcia, moja droga — mruknął. Ścisnąłem mocniej szklaną nóżkę kieliszka.
— A może kawa? Ciasto? Niech ksiądz zostanie — próbowała. Błagałem w myślach, żeby odmówił.
— A może pójdziemy poszukać węża? — wtrąciła moja naiwna córka. Wolf już zasuwał krzesło, patrząc na nią z uczuciem. Sięgnął i ojcowskim gestem pogłaskał Monikę po jasnych włosach. Zapragnąłem go udusić. To on był wężem, nie żaden Syk.
— Może następnym razem. A pani, Mario — rzekł jeszcze — ma nie tylko piękne imię, ale i głęboką wiarę. Zapraszam do kościoła.
I wyszedł żegnany zaproszeniami, podziękowaniami i tęsknym jęczeniem Moniki, która prosiła, by obiecał, że jeszcze nas odwiedzi. Skąd w niej tyle sympatii, zastanawiałem się. Dlaczego aż tak polubiła „Pana Księdza Niemca Wolverina Czarną Szatę vel Groźnego Wilka von Bardzo Ostre Kły”, po godzinie siedzenia i słuchania rozmów w większości nie skierowanych do niej? Sądziłem, że jest raczej nieśmiała, a od początku zdawała się mieć do Kronego zaufanie. Ba, zażyczyła sobie usiąść obok niego przy stole.
Źle zrobiłem, zachowując przyziemne uprzedzenia względem Wataha, ale trudno, stało się, więcej tego błędu nie powtórzę - uznałem - bo więcej nie wpuszczę go do swojego domu.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kanterial » 09 lipca 2016, 19:54

— Wspaniały człowiek — zawyrokowała Maria niecałą godzinę później. Rozpuściła włosy i przebrała się w luźne, znoszone ubrania. Spojrzałem w jej kierunku, chcąc wyczytać z twarzy więcej emocji, ale zrezygnowałem w ostatniej chwili i tylko wbiłem wzrok w dębowe panele. Naprawdę miałem dość. Im dłużej myślałem o Wolfie, tym bardziej czułem, że jego wizyta była jak test. Test, którego nie zdałem.
Czy czułem się winny? Tak. Co chwilę nachodziła mnie obawa, że Wolfgang opamiętał się i dojrzał, a ja bezprawnie go skreśliłem. Na boga, mieliśmy po trzydzieści cztery lata. Potem stawał mi przed oczami wyraz jego twarzy i wszelkie wahania jakoś mu ustępowały.
— Szatan w sutannie — warknąłem, zwalając się na kanapę. Pogoda nie wróżyła nic dobrego, więc miałem małe szanse na udaną wycieczkę w góry. Zastanawiałem się, czy w ogóle próbować rozmów z Januszem. Gdyby Maria przestała pytać o Kronego i szczegóły naszej znajomości, co chwilę wybijając mnie z torów logicznego myślenia, byłoby o wiele łatwiej.
— Adam…
— Pewnie wiedziałaś, że się znamy. „Wspaniały człowiek”, pogadaliście sobie wcześniej?
— Przestań.
— A wiesz, dlaczego to był pierwszy ksiądz w naszym domu?
— Dlaczego?
— Bo dwaj poprzedni byli grubi i paskudni — zaatakowałem, sięgając po gazetę. Wyszedł z tego celny cios. Maria aż wbiła palce w oparcie fotela.
— No wiesz?! — wycedziła.
— Och, wiem. Dobrze wiem, miałem całe lata, by się napatrzeć — uciąłem. Chodziło mi o zwyczaje Wolfa, ale gdy tylko skończyłem mówić, pomyślałem, że żona mogła odebrać to jako krytykę naszego związku. Ale się wkopałem. Tak, to było to, na to czekałem cały czas. Jeszcze jeden mały kopniak od boga, tak na zaś, żebym przypadkiem nie zapomniał, gdzie moje miejsce.
— Wychodzę — oznajmiłem, zmieniając nagle decyzję. Postanowiłem łomotać pięścią w drzwi Janusza, aż ten otworzy, a później martwić się o to, co mu powiem i jak wytłumaczę swoją nagłą chęć pogadania o Karpaczu. Zerwałem się z mebla. — Wrócę późno.
— O której?
Byłem już przy drzwiach, gdy ją usłyszałem. I popełniłem błąd, bo zamiast wziąć to pytanie za przejaw zwykłej troski, pozwoliłem emocjom zatriumfować nad rozsądkiem. Zamarłem i cofnąłem się wolno, wyglądając zza ściany.
— A co? — spytałem prawie bezgłośnie, taksując ją wzrokiem. Obraziła się, nawet nie podniosła głowy. — Chcesz kogoś zaprosić? Wiesz, bóg cię wyprzedził.
Tak naprawdę do tej pory nie wiem, jak by zareagowała. Zdążyłem jedynie uchwycić wzrokiem, jak drgnęła jej dłoń, w której trzymała kieliszek.
Taką Marię zapamiętałem z tamtej chwili; siedzącą w fotelu z podciągniętymi pod brodę kolanami, patrzącą gdzieś w okolice moich stóp, pozbawioną zupełnie wyrazu i jednocześnie tak wściekłą, że dało się wyczuć bijącą od niej falami agresję. Pewnie rzuciłaby we mnie szkłem, albo zaklęła, co prawie jej się nie zdarza, ale akurat, gdy skończyłem mówić, na schodach pojawiła się nasza córka.
— Tatku, odprowadzisz mnie do koleżanki na noc? — spytała.
— No pewnie — wymówiłem cicho. — Jesteś spakowana?
— Tak, mam ubranie, spinki, szczoteczkę do zębów, piżamę — wyszliśmy do przedpokoju, a Monika dalej wymieniała — strój, kapcie, czekoladę, sok, naklejki, konika — wskazała na swój plecak leżący pod ścianą i istotnie, wystawało z niego pół pluszaka (konkretnie to tylne pół, z ogonem) — książkę, grę, skarpetki, różaniec, zeszyt do rysowania, kredki…
Przestałem jej słuchać zmartwiony tym, jak słabo rozegrałem rozmowę z Marią. Dlaczego znów tak wyszło? Sprawdziłem, czy Monika ma dokładnie zapiętą kurtkę przeciwdeszczową (klęczałem naprzeciw niej, majstrując przy zamku) i tylko rejestrowałem fakt, że wciąż porusza ustami, a słowa latały wokół mnie, rozbijały się o ściany, wsiąkały w dywan i uciekały przez uchylone okno.
Szliśmy kilka minut w górę Wilczej. Monika z trudem nadążała za moimi krokami. Kątem oka zobaczyłem, że sięga, chcąc złapać mnie za rękę. Zignorowałem to. Słyszałem tylko, jak przeładowany plecak obija się od jej nóg i podskakuje, grzechocząc. Łup, łup, łup - myślałem o małym, dziecinnym dobytku, który prawie w całości upchnęła do przetartego wnętrza. Brzdęk, brzdęk, brzdęk - o zamku, który rozjeżdżał się w połowie i dzwonił pusto o metalowe kółka. Klap, klap, klap - o gumowych japonkach z dinozaurem, które plaskały pod jej stopami, przyklejając się do płyt chodnika.
I nagle coś do mnie dotarło.
— Masz różaniec? — Zmarszczyłem brwi, zatrzymując się.
— Tak.
— Od mamy?
— Nie. — Pokręciła głową. Wiedziałem, że będzie ostrożna, nie chcąc mnie zdenerwować.
— Więc od kogo?
Cisza.
— Monika.
— Poczekaj.
Kucnęła, poprawiając sukienkę. Patrzyłem z rosnącą obawą, jak rozpina plecak i gmera w nim na ślepo, szukając czegoś między ubraniami. Sierpniowe słońce chowało się za dachami domków jednorodzinnych, strzelając w nas intensywnie pomarańczowym światłem, tak że włosy córki wydawały się prawie złote, a na skórze widać było jasny meszek.
— Po prostu mi powiedz — zaproponowałem, ale Monika uparła się i w końcu wyciągnęła w moją stronę rękę. Podsunąłem dłoń. Córka strząsnęła różaniec, który spłynął łagodnie pomiędzy drobnymi palcami i z chrzęstem zwinął się obok mojego kciuka.
— To taki.
Taki. Nie żebym od początku wiedział jaki. Albo raczej czyj.
— Mhmmm — mruknąłem przeciągle, wbijając wzrok w czarne paciorki łączone drobnymi, lśniącymi oczkami srebra. Krucyfiks również był srebrny. Bardzo misternie wykonany. Ciężkawy. Na odwrocie krzyża wygrawerowano datę i inicjały. — Skąd go masz? — spytałem cicho.
— Z ogrodu. Może go zgubiłam kiedyś dawno. — Wzruszyła ramionami jak na filmach, w bardzo przerysowany sposób. A potem jeszcze raz, i jeszcze. — Może on wypadł mi z kieszeni?
Stałem nad nią, milcząc długo i grzęznąc w nieskończenie bezsensownych rozmyślaniach. W końcu wziąłem głęboki oddech; duszne, przedburzowe powietrze pachniało latem, podlewaną trawą i brzoskwiniowym szamponem.
— Więc to twój? — podjąłem bardzo spokojnie.
— Chyba tak.
Obracałem różaniec w dłoni, kręcąc nadgarstkiem. Odbijał światło, czarne kamienie płynęły, ślizgając się między palcami. Był przyjemnie chłodny i jakoś dziwnie uciekał od skóry, jakby nie chciał, żebym to ja go trzymał.
— Z tyłu ma literki — zauważyłem.
Monika zajęła się zapinaniem plecaka i przestała ze mną rozmawiać. Nie odpowiedziała już ani na moje głośne myśli, toczące się wolno w kierunku prawowitego właściciela różańca, ani na późniejsze stwierdzenie, że mógłby chcieć odzyskać swoją własność. Skręciliśmy w Dziką i w końcu zostawiłem córkę na ganku Oleckich. Życzyłem jej dobrej zabawy, a ona, zgodnie z przewidywaniami, odmachała mi tylko, stojąc bokiem. Długo ją trzymał wstyd, skoro wciąż bała się spojrzeć mi w oczy.
Niepojęte mechanizmy sterują dziecięcymi umysłami.
Do domu Janusza szedłem szybkim tempem. Własność Kronego zawiesiłem sobie na szyi, nie mogąc znieść dźwięku, który wydawała zwinięta w kieszeni podczas chodzenia. Początkowo myślałem o Monice - ciekawiły mnie jej uczucia i motywacje. Czy chciała zachować ten różaniec i wstydziła się, bo dociekłem prawdy? A może miała go za pewnego rodzaju gwarancję kolejnej wizyty Wolfa? Albo po prostu zobaczyła moją minę i zrozumiała, że nie byłem z tego wszystkiego zadowolony? Dopiero chrzęszczący pod butami żwir uświadomił mi, że dotarłem do końca Sarniej. Zasłuchałem się w dźwięk własnych kroków, patrząc w niebo.
Tam, gdzie złoty kolor przechodził w szarość, obłoki zabarwiły się na odcienie pomarańczy i fioletu. Aż dziwnie było obserwować tak spokojny obrazek, gdy z przeciwnej strony kłębiły się ciemne, prawie czarne burzowe chmury. Przeskoczyłem przez ogrodzenie (nie poradziłem sobie z otworzeniem bramki) i zapukałem grzecznie, rozglądając się za dzwonkiem. Chyba go nie było. Janusza znaczy, nie dzwonka, bo znalazłem jakiś guziczek i wcisnąłem go parokrotnie, oszukując samego siebie.
— Nie — mruknąłem po czwartej próbie. — Nie…
Coś we mnie drgnęło i poczułem, jakby wylano mi na głowę wiadro zimnej wody. Wszystkie myśli, które rozdmuchałem wcześniej tak, by podtrzymywały mnie na duchu, skurczyły się i pochowały, pozbawiając oparcia. Usiadłem na najwyższym ze schodów Januszowego ganku.
Gapiłem się przed siebie, nic poza tym. Ruszyć się nawet nie mogłem, tak potworna bezsilność oblekła mi stopy, nogi, kręgosłup i kark. Rozlała się z tyłu głowy, spłynęła ramionami do dłoni. I pomyślałem wtedy, że tak już zostanę. Że będę siedział do końca, aż ostygnie nagrzane słońcem drewno, aż zacznie się burza i skończy dzień, aż przyjdzie jakiś inny Adam Czachowski i strzeli mnie w twarz, żebym nie robił z siebie ofiary.
Siedziałem długo, bardzo długo, ganek zatonął w półmroku i wychłodził się zupełnie, słońce zniknęło za czarnymi chmurami i zaszło, strugi deszczu spadły na północną część Karpacza i mogłem zastanawiać się, kiedy burza dotrze tutaj, podziwiając wyjątkowo piękne wyładowania atmosferyczne. Tylko Czachowski się nie zjawiał. Siedział, kretyn, pod domem Janusza i czekał chyba, aż bogu zrobi się go żal.
To już? - myślałem, zaciskając powieki. - Ile mam jeszcze żyć, żebyś sobie o mnie przypomniał? Słyszałeś, że męczę się cały dzień, od dwudziestu lat słyszysz, nie ma cię, jesteś? Niczego już nie wiem, choć raz odezwałbyś się do mnie. Myślisz, że po co mówię, że nie istniejesz, jak nie po to, żebyś wreszcie zaprzeczył? I dlaczego nie przeczysz? Dlaczego nie reagujesz, dlaczego mi nie pomagasz? Mam iść do kościoła i powtórzyć to w środku? Daj mi jakiś znak.
Runął na mnie grad z deszczem.
I choć sądziłem, że gorzej być już nie może, nikczemność boga szybko wyprowadziła mnie z błędu. Pierwszym, co zobaczyłem po otworzeniu oczu, był nieudany skok wikarego Wolfganga, który postanowił pokonać ogrodzenie i w połowie lotu zaczepił o nie czubkiem buta. Naprawdę, tylko on mógł tego dokonać. Pomijam fakt, że stalowe pręty były obłe i śliskie, a co dwadzieścia centymetrów wystawały nad nimi długie, ozdobne kolce.
Dostałem swój znak od boga.
— Nienawidzę cię — wymówiłem bezgłośnie — szyderco.
Krone dopadł do ganku, dysząc. W słabym świetle pojedynczej latarni, postawionej dziesiątki lat temu obok domu Janusza, wyglądał jak szaleniec; zupełnie przemoczony, z dzikim wzrokiem i znaną mi dobrze postawą winowajcy. Byłem równie zaskoczony, co podejrzliwy. Nawet nie zdążyłem sformułować pytania, bo okazał się szybszy.
— Czaszy, pusty jest ten dom — warknął.
— Pytasz?
— Pytam, logiczne chyba, jestem tu od trzech dni! — Gwałtownie machnął dłonią, jakbym go rozzłościł albo obraził. Zła decyzja. Akurat tę dłoń miał ubrudzoną krwią.
— To dom Janusza. Kogo szukasz? Co zrobiłeś?
— Chodź, powiem ci po drodze. No chodź! — powtórzył ze złością, widząc, że nie reaguję. Ani w głowie mi było go słuchać, rozważałem wręcz, czy nie powinienem, na wszelki wypadek, po prostu go złapać i zatargać na komisariat. Deszcz zelżał, ale woda nadal ciekła mi z włosów i płynęła przez czoło, kapała z czubka nosa. Otarłem twarz przemoczonym rękawem. — Czachowski, do cholery, chodź ze mną jak cię grzecznie proszę, znalazłem człowieka w lesie! — Krone cedził słowa przez zęby, ledwie go rozumiałem. Kiedy tak warczał, mogłem w końcu wyłapać to jego okropne, niemieckie „Hr”, brzmiące niższym tembrem od reszty.
— W lesie — powtórzyłem ironicznie, ale wstałem. — Masz krew na dłoniach.
Spojrzał w niebo (z wyrzutem) i ruszył przed siebie. Pobiegłem za nim. Przeskoczyliśmy przez ogrodzenie, szybkim tempem przecięliśmy Sarnią.
— Wolf.
Zignorował mnie, tylko przyspieszył kroku.
— Wolf, kurwa! — nie wytrzymałem. — Co robiłeś w nocy w lesie?
— Po prostu tam byłem.
— Co?
— Szedłem lasem i znalazłem człowieka, tak ciężko to pojąć?
— Ty jesteś chory na mózg — wyszeptałem z niedowierzaniem.
— Leżał, nie ruszał się, spytałem, czy dzwonić na policję, czy po karetkę, ale on koniecznie chciał do domu.
Krone przystanął, rozglądając się. Jakim cudem miałby cokolwiek dojrzeć w tym cholernym mroku? Światła Karpacza niewiele dawały wobec czerni, w której tonęła ścieżka.

Ludzie przestają działać racjonalnie, gdy coś ich przestraszy albo zaskoczy. Tak właśnie było. Nie myślałem, co robię. Dałem się Wolfowi prowadzić w tę gęstą ciemność. Nie powinienem był w ogóle z nim iść.
— I ty się zgodziłeś? Zdurniałeś? Natychmiast trzeba było biec do ludzi i dzwonić, żeby go pogotowie wzięło, skoro nie może chodzić! Facet mógł w ogóle nie wiedzieć, co mówi! — zbeształem go impulsywnie, choć w głowie miałem pustkę. Nie umiałem zdecydować, jakie emocje Wolf we mnie budzi, bo było ich zbyt wiele, ale im dłużej przebywałem obok niego, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że źle się dzieje.
— Nie będziesz mnie pouczał, Czachowski, jakbym musiał, to bym tak zrobił! — zirytował się agresywnie. — Nic mu nie jest. Jak prosi człowiek, żeby go zabrać prosto do domu, to ja nie pytam, czemu się boi iść na policję i do szpitala, tylko go zabieram. Do domu — sprecyzował.
Wspaniale. Szlachetny ksiądz Wolfgang. Jest księdzem, więc ignoruje zagrożenie. Niesamowicie. Jakbym się nie czuł bezsilny wobec jego bezkresnej wiary we własne racje, to bym może próbował walczyć. Dotarliśmy na miejsce i, ku mojemu przerażeniu, rozpoznałem w znalezionym mężczyźnie pana Janusza. W ciemności niewiele widziałem, więc nie mogłem ocenić jego stanu. Półleżał oparty o drzewo.
— A, tak czułem, że na ciebie padnie — powitał mnie słabo.
— Januszu, cali jesteście? — spytałem natychmiast, klękając obok. Chyba krwawił, bo włosy po prawej stronie głowy wydawały się posklejane i lepkie. Gdybym tylko miał lepsze źródło światła niż spokojna, miejska łuna za drzewami… Sięgnąłem, zbadałem palcami czaszkę i rzeczywiście, krew ciekła Januszowi zza ucha, spływając po szyi. Wolf stanął w sporej odległości, przestępując z nogi na nogę. Czułem, że bardzo mu się śpieszy.
— To tylko rana, rozciął pan skórę? — upewniłem się. — Ktoś pana uderzył? Nie? Nic poza tym się nie stało?
— Tak, tak — usłyszałem. — Poradziłbym sobie, ale ustać trudno. Nic wielkiego, wyśpię się, przejdzie…
— Może jednak na pogotowie, co? — spróbowałem tylko, ale Stary Wilk machnął ręką.
— Głupoty, na żadne pogotowie! Mówiłem mu — wskazał na Wolfganga — żeby mnie tylko do domu zabrać!
Już wiedziałem, co Wolf miał na myśli. Sam nie kłóciłem się z Januszem, skoro tak postawił sprawę. Brzmiał zupełnie trzeźwo, logicznie, nic go chyba nie bolało poza głową, a perspektywa powiadomienia kogokolwiek o wypadku wyraźnie mu się nie podobała. Szybko zapewniłem, że nie musi się martwić. I oczywiście, że nikt się o niczym nie dowie.
Może też powinienem zostać księdzem.
Dawno już nie czułem się tak zestresowany jak wtedy, gdy nieśliśmy Janusza przez las. Żaden z nas się nie odezwał, słyszałem tylko kroki, miarowy oddech Wolfa i własne, bijące głośno serce. Bałem się, że Janusz zemdleje, ale na szczęście tak się nie stało. Kiedy dotarliśmy pod jego dom, kazał się nawet postawić na nogi.
— No, dam radę — zapewnił nas dwukrotnie, bo ani ja, ani Wolfgang nie mieliśmy zamiaru brać go na poważnie. Musieliśmy niestety, bo żaden z nas nie umiał sforsować cholernej bramki. Mina Kronego, gdy Janusz otworzył ją jedną ręką, pozbywając się zasuwki, była bezcenna. Wyśmiałbym go pewnie, gdyby nie fakt, że akurat miałem podobną. Stanęło na tym, że wszyscy trzej weszliśmy do domu (na ganku Wolf zdążył jeszcze złapać Janusza w ostatniej chwili, asekurując przed upadkiem), opatrzony gospodarz wylądował w łóżku i tak go zostawiliśmy, a sami, z braku lepszych pomysłów, zasiedliśmy w kuchni.
— Nie możemy wyjść — mruknąłem rozwalony na drewnianym krześle. Zmęczyłem się okrutnie, niesienie Janusza było wycieńczające. Nie ma to jak przesiedzieć parę godzin w deszczu, zgrzać się w mokrych ciuchach i wylądować w niewietrzonym pomieszczeniu. — Powinienem z nim porozmawiać. Nawet nie spytałem, co się stało w tym lesie…
— E tam — zgasił mnie Watah. Stał oparty o kuchenny blat i zagryzając wargi, wpatrywał się w jasne, podłogowe kafle.
Jakoś bezmyślnie zagapiłem się na niego. I przez sekundę, przez prawdziwe mgnienie oka - między jednym a drugim mrugnięciem - zobaczyłem to. Stopklatkę z innej rzeczywistości wmontowaną w moją własną projekcję, błysk dosłownie bez powodu i bez skutku, sensowny tylko przez krótką chwilę.
W kuchni Janusza stała Śmierć. Wysoka, okutana czernią i pochylona w zamyśleniu, z cofniętą klatką piersiową i uniesionymi ramionami, z długimi kościanymi palcami zaciśniętymi jak kleszcze na krawędzi blatu.
— Co jest? — spytał Wolf. Mrugnąłem, nie odrywając wzroku od jego dłoni. Napiął je w taki sposób, że kości śródręcza zarysowały się wyraźnie pod skórą, a przestrzenie między nimi zapadły.
— Nie wiem — mruknąłem. Krone zerknął na swoje palce i odkleił je od lady, zostawiając po sobie krwawe zacieki.
Martwiłem się okropnie o pana Janusza i panikowałem zły na siebie. Do tego ogarniało mnie znajome, dobijające poczucie, że nad niczym nie panuję. Taka była zresztą prawda.
Chciałem wszystko poukładać, przeanalizować od najpłytszej warstwy. Czułem się jak kartka wyrwana z obszernej książki tuż przed spaleniem, pojedyncza, niepasująca do niczego i wrzucona przez czyjeś okno na pastwę losu i szalejący wiatr. Po kolei więc - myślałem - wyszedłem z domu, trafiłem tu, Wolf znalazł Janusza, nie wiem, co Januszowi jest, w domu czeka Maria, Monika u Oleckich, nie zostawię Janusza samego, nie zostawię Janusza z Wolfem, Wolf jest tu od trzech dni, od trzech dni giną zwierzęta… Jakieś to takie bez sensu? Bez sensu.
Myśli nie piętrzyły się jak chciałem, tylko walały z miejsca na miejsce, a ja brodziłem między nimi i rozpaczliwie próbowałem poukładać w rzędach, stosami, na wyimaginowanych półkach logiki. Zamknąłem oczy i zrozumiałem nagle, dlaczego jest mi źle.
W grudniu miałem skończyć trzydzieści cztery lata i znów czułem się tak jak wtedy, gdy miałem naście. To wszystko była wina boga. Nie cierpiałbym, gdybym tyle o nim nie myślał.
— Wolf — rzuciłem — to się dzieje za szybko.
Usłyszałem, że przeszedł przez kuchnię i otworzył lodówkę, a potem usiadł obok, przy stole. Zapachniało jogurtem owocowym.
— Co dokładnie?
— Życie. Nie jestem przygotowany.
— A co ty myślałeś? — Watah brzmiał na zaskoczonego. — Że gdzieś uczą dorosłości? Odpowiedzialności? Płacenia rachunków? — Urwał na moment. — Bysia łozicem? — dokończył niewyraźnie, kierując słowa w głąb plastikowego opakowania.
— Nie wyobrażałem sobie po prostu siebie jako trzydziestolatka, męża, ojca, to do mnie w ogóle nie pasuje, ja nie wiem jak to się stało, jest tak — nie miałem pojęcia, dlaczego mówię i otwieram się przed kimkolwiek, zwłaszcza Wolfgangiem, ale słowa płynęły i dosłownie nie mogłem ich zatrzymać — jakbym żył wcześniej i zapomniał, Watah, czarna dziura w środku życiorysu, a teraz znów jestem jakiś… Jak dawniej?
— I co?
— I nie wiem, odwidziało mi się? — Otworzyłem oczy i spojrzałem na Kronego. Monika też lubiła jeść jogurty bez łyżeczki, ale wyglądała przy tym zdecydowanie mniej nienormalnie. Swoją drogą jakim cudem mógł być głodny po dzisiejszym obiedzie…
— Co ci się odwidziało, Czachowski? — wydobyło się z wnętrza wiśniowej Jogobelli. — Praca? Małżeństwo? Córka?
Nie odpowiedziałem.
— Życie? — strzelił ponownie. — Nagle ci przeszła bezduszność? A może ty chcesz się wyspowiadać?
— Tobie?
— Też coś, nie — zaprzeczył Wolf cierpliwie. — Ja mam na ciebie za słabe nerwy.
— Ja nie wierzę — powiedziałem cicho. Może właśnie o to chodziło? Miałem się za ateistę, a jednak zazdrościłem wierzącym. Kiedy mówiłem do boga, czułem, że go nie ma. Więc po co próbowałem? Dla siebie, żeby się poczuć jak bohater literacki i napawać tragizmem? Jak to jest - myślałem tysięczny raz - że to jest takie nic? Mój bóg to zło, które mnie spotyka, mój bóg to moje wiadro na żal, bezdenne i wielkie, wlewam i wlewam do środka, oskarżam, dzielę się bólem jakbym nie miał z kim. Dawno już zrozumiałem, że nigdy mi się nie uda znaleźć prawdziwego, więc został ten - spłycony, uczłowieczony, złośliwy dziad nade mną, taki tylko, żebym mógł z przyzwyczajenia przypisywać mu utrudnianie mi życia.
Może cała moja niechęć do Wolfa wynikała z faktu, że z naszej dwójki to ja byłem tym, który zasługiwał na łaskę wiary? Ja byłem gotowy, ja sam szukałem, ja przez cztery lata trwania liceum zmuszałem się do chodzenia na msze i czytałem pismo święte, błagając w myślach, żeby bóg pozwolił mi uwierzyć. Modliłem się o to przez kolejne pięć. I nic. A co Wolf robił przez ten czas, poza działaniem na niekorzyść ludzkości?
Bóg go dostrzegł. Mnie nie, mną się wysrał. A Wolf poczuł powołanie. On. On i duszpasterstwo.
— Wyglądasz, jakbyś chciał coś powiedzieć — zauważył, wstając. Podszedł do okna i otworzył je na oścież.
— Tak — przyznałem. — Mógłbyś mieć problem z odpowiedzią.
— Nie będę miał.
— Nie?
— Nie — uśmiechnął się paskudnie. — Mów, co cię boli.
— Bóg mnie boli, Wolf.
Chyba jednak miał problem z odpowiedzią, bo tylko uniósł na sekundę brwi, zamierając z jogurtem w garści. Myślał. Obserwowałem, jak ten proces stopniowo zmienia jego minę, jak ciemne oczy wgryzają się pustym wzrokiem w drewnianą ramę okienną, a ręka bezwiednie zmierza w stronę sutanny. Sięgnął po coś i tego nie znalazł. Wzdłuż i wszerz splądrował którąś kieszeń palcami. Dwukrotnie, jakby się łudził, że zguba może nagle się tam zmaterializować. Nie mogła.
Nie mogła, bo wisiała teraz na mojej szyi.
— To tyle? — zapytał wreszcie.
— Wiesz…
— Czachowski — głos Janusza rozległ się nagle i obaj zamarliśmy, ja patrząc przez ramię, a Wolf oparty o parapet — dajcie spać.
— Pan wybaczy, Januszu — rzuciłem natychmiast zmieszany i trochę zły na siebie. Zerknąłem na brudne kałuże rozlewające się po kaflach, tam gdzie łaził Krone w swojej przemoczonej sutannie i na wielką mokrą plamę przed nogami mojego krzesła (od której zdążyły zamoknąć mi skarpety). — Już siedzimy c…
— Nie. — Janusz przerwał mi gniewnie. — Zabieraj stąd tego kaznodzieję i idźcie.
Zamrugałem zszokowany, ale od razu zacząłem się podnosić. Wolf tylko zmrużył oczy, patrząc gdzieś w kąt i spinając łopatki. Wyczułem, że lepiej się nie odzywać, więc zostawiłem go w kuchni i przeszedłem korytarzem do wyjścia. Skąd ta złość? Może Janusz jednak czuł się źle? Powinienem wezwać karetkę? Myślałem i nic z tego nie wynikało. Dom pachniał drewnem i skórą, uświadomiłem to sobie, zaglądając do garderoby. Właściwie czułem coś jeszcze, coś dziwnego, kojarzącego się z metalem. Śruty do wiatrówki? Zdjąłem kurtkę z rzeźbionego haka, zacząłem rozglądać się za butami.
— Boga się zachciało w moim domu — usłyszałem, gdy wiązałem sznurówki. — Mało macie kościołów?
— Spokojnie, Januszu — poprosiłem cicho. — Wychodzimy. Przyjdę rano, sprawdzę, co u was, pozwolicie?
— Pozwolę. Byście mi tu tylko o bogu nie gadali, zwłaszcza ten czarny — warknął Stary Wilk, znów wywołując we mnie zaskoczenie. Nie wiedziałem, że jest tak przeciwny kościołowi. Bo nowego wikarego, jak sądziłem, jeszcze nie znał. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że Wolf rozgląda się po przedpokoju (zdążył, kretyn niewychowany, wynieść z kuchni nadgryzioną bułkę).
— Voyez, jak ten ksiądz patrzy — skomentował Janusz. Zmarnowałem chwilę, próbując przypomnieć sobie, skąd znam ten cytat.
— Patrzę — przyznał Krone spokojnie. Dołączył do mnie i włożył buty, po czym sięgnął w stronę klamki. — I widzę, że będę miał sporo do zrobienia w tym waszym Karpaczu.
— No, obyś miał, Kreuzwaffe — odparł Janusz z przekąsem.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kanterial » 10 lipca 2016, 18:01


Wlokąc się za Wolfgangiem, wmawiałem sobie, że nadal jeszcze myślę. Że się zastanawiam, obserwując te jego czarne plecy zupełnie nieruchome mimo wyjątkowo szybkiego chodu. Że wysnuwam wnioski w miarę ciągnącej się, irytującej ciszy i że wyjaśniam wreszcie sam ze sobą, o co go podejrzewam. Że mówię: Wolf, wiem po co tu jesteś. Wiem, co zrobiłeś.
Ale nie myślałam wcale.
Szedłem dziesięć metrów za nim i gapiłem się, milcząc. To na falujący miarowo dół czarnej szaty, to na zgięte palce już oczyszczone z krwi. Nie dokończyliśmy rozmawiać i wiedziałem, że Watahowi było to na rękę. Janusz przerwał nam w najtrudniejszym momencie, a Krone skwapliwie wykorzystał szansę uniknięcia ciężkiego tematu, tak samo jak zrobiłbym to ja. Słowem się nie odezwał, od kiedy zamknąłem Januszowe drzwi, ani razu nie spojrzał za siebie, po tym jak sklął jego furtkę i ponownie przeskoczył nad ogrodzeniem.
Nie przeszkadzałoby mi to, gdybym nie czuł się tak żałośnie. Byłem bezbronny, dobijająco niezdecydowany. Powiedziałem za dużo, odsłaniając się, a on doskonale o tym wiedział. Nie mogłem pozwolić mu odejść i nie chciałem nawet wyobrażać sobie, jakbym się czuł, gdybym został sam. Zignorowany? Odrzucony? Upokorzony byłem już teraz, coraz mocniej z każdą kolejną minutą i krokiem.
Jak on śmiał nazwać mnie bezdusznym?
— Wolf — rzuciłem martwo, bo dotarło do mnie, że tracę czas. Zbliżaliśmy się do kościoła. Krone odegrał zaskoczenie, przystając i patrząc na mnie bokiem jak gdyby zmartwiony, że nie zgubił mnie jeszcze na Wilczej. Nie miałem mu niczego do powiedzenia — czy ciebie nie wkurwia, że masz wcięcie w pasie?
Zamrugał. Naprawdę zbiłem go z tropu.
— Yn… Nie — stwierdził po chwili. Posłał mi nagle zdegustowane spojrzenie, wygładzając materiał z przodu. Robił to z jakąś przejmującą niepewnością zupełnie do niego niepasującą.
— A te sztywne ramiona?
— Nie — oburzył się ponownie.
— A…
— Sam jesteś sztywny, Czachowski! — Krone wycelował we mnie palcem i ostentacyjnie przeszedł kilka kroków, obserwując swoją szatę, jakby się bał, że zauważy w niej coś dziwnego. Przemknęło mi przez głowę, że po prostu ukradł ją komuś i… — Świetnie się czuję w sutannie, coś jeszcze?
— Celibat?
Sam nie wiem, co to w ogóle było, pytanie czy kpina. Watah zareagował natychmiast:
— Tak? — rzucił ze złością. Zabrzmiało to bardziej jak „Doprawdy, serio?”.
— Tak — powtórzyłem uparcie. — I co?
Wolf zmrużył oczy i wpatrywał się we mnie tak jak dziesięć godzin temu, przy stole. Coś w nim było złego, coś, co mi kazało mieć się na baczności. Tylko co? Samo wrażenie, wygląd? Te czarne włosy, sterczące i rozczochrane? Ta niezgolona broda?
Staliśmy kilkanaście sekund w durnej, niedoprecyzowanej sytuacji. Tylko on i ja na środku ciemnej ulicy. Wolf poddał się pierwszy w pojedynku na spojrzenia. Podszedł i pchnął mnie lekko, zmuszając do dalszej drogi.
— I co, i co — powiedział jednocześnie pojednawczo. — Celibat wspaniała sprawa, cudownie, polecam, co ja bym… tak. Spróbuj sobie, Czaszy. Naprawdę fajne uczucie. Masz jeszcze więcej pytań?
Odchrząknąłem pozbawiony pomysłów. Dalsze podpuszczanie go nie miało najmniejszego sensu.
— Nie. Chciałem powiedzieć, że ci nie ufam.
Wolf uśmiechnął się. To był inny uśmiech niż ten, który znałem.
— Widzę — przyznał z rozbawieniem, marszcząc nos i ciesząc się, jakby było z czego.
— Bawi cię to?
— Cóż, mo…
— A nie powinno.
Krone zaśmiał się okropnie. Jak zwierzę.
Paraliżujący, potworny dźwięk.
— Może i trochę… Eheheh, trochę bawi, przepraszam, Czachowski — dodał wesoło, skręcając w boczną ulicę. Szturchnął mnie lekko w ramię, żebym też zmienił kierunek. — Ale od kiedy usiadła obok mnie ta twoja Monika…
Nabrałem głośno powietrza.
— …po prostu zobaczyłem, jak się zmienia twoja poczciwa gęba i od razu przypomniały mi się stare czasy — dokończył spokojniej, wzdychając. Wyszliśmy przed kościół, po tym jak skrócił trasę, skazując nas na przejście jednym z osiedli przy ulicy Kopernika. Nie przepadałem za tą częścią Karpacza. Dochodziła pierwsza, latarnie o obłych kloszach świeciły słabo, jakby im brakowało mocy, a długie korytarze ulic, na co dzień tak zapełnionych turystami, sprawiały wrażenie całkiem opuszczonych.
Wreszcie dotarliśmy przed plebanię.
— To ty go stuknąłeś — wypaliłem. — Janusza, w lesie.
Wolf, z nieobecną miną szukający kluczy w ubraniu pod sutanną, zamarł na moment.
— No, Czachowski — rzekł — ostre słowa. — Potrząsnął czarną smyczą, którą po dłuższym czasie udało mu się wyciągnąć z ostatniej kieszeni. Klucze zadzwoniły metalicznie. — Wiesz, gdyby nie ty, to bym jeszcze długo spacerował. Ale nie, nie przepraszaj, coś ty, gdzie tam — dodał, widząc mój totalny brak skruchy. — Jest przecież czas na wszystko, na spacery, na zwiedzanie parafii, na parafian — wymieniał — na rozmowy o bogu i stukaniu…
Kiwnąłem głową, patrząc na niego z całą swoją odświętną, wyjściową bezsilnością podszytą gniewem.
— Więc? Mam rację? Janusz sam się nie uszkodził.
— A czy ty mnie przypadkiem nie śledziłeś wcześniej? — Krone zmienił temat, wbiegając po kamiennych stopniach prowadzących na plebanię. Zdziwiłem się szczerze.
— Nie, ja? Nie.
Wolf wymruczał coś zawiedziony. Widać nie miał poza mną żadnych kandydatów na szpicla.
— Co nie zmienia faktu, że chodzenie nocą po lesie jest podejrzane — dodałem, nie mogąc się powstrzymać.
— O proszę — skomentował, otwierając zamek. Gestem zaprosił mnie do środka i przepuścił w drzwiach. Ksiądz dżentelmen. Gdyby go jeszcze ogolić, to nowi parafianie pewnie daliby się złapać na te ohydne lepce, które w szkole nazywano „urokiem osobistym”.
— Ja, na przykład, po lesie nie chodzę — mówiłem dalej — ani moi znajomi, ani…
— …ani ten twój Janusz, miłośnik kleru — wciął Wolf. — Nie żebym go widział trzy kilometry od Karpacza, z dala od szlaku — dodał swobodnie. Zamarłem z butem w ręce, posyłając mu niedowierzające spojrzenie. Akurat przekręcał klucz, zamykając frontowe drzwi.
— Coś więcej? — spróbowałem. Ta informacja, delikatnie mówiąc, trochę mnie zszokowała, lecz ucierpiało na niej wyłącznie zaufanie do Wolfa.
Minął mnie, zamaszystym ruchem rozpinając sutannę. Poczułem charakterystyczny zapach kadzidła. Że też im wszystkim nie jest niedobrze - pomyślałem - w tych kościołach.
— Rozumiem, że rozmowę o bogu uważasz za skończoną — rzuciłem za nim głośniej. Zgasiłem światło i również ruszyłem w głąb plebanii.
— Nie inaczej.
— A Janusz?
Zapadła cisza. Wolf zaszył się w kuchni; słyszałem otwierane szafki, nastawianą w czajniku wodę i resztę rzeczy, które sztucznie wydłużały tę całą grę na zwłokę. Dałem mu czas i przeszedłem ciemnym korytarzem do większego pomieszczenia. Ktoś zostawił włączoną lampkę do czytania, lekturę i niedopitą herbatę.
Ponura, obdarta okładka patrzyła na mnie z daleka, wołając o pomstę. Nie mogłem znieść widoku otwartej książki leżącej stronicami do dołu. Nękany wizjami znienawidzonych pręg i pęknięć na grzbiecie podszedłem, żeby ją położyć jakoś bardziej po ludzku. „Abermals krähte der Hahn”, wydana w siedemdziesiątym szóstym. Całe szczęście Krone robił obok jakieś notatki (jeśli było coś gorszego niż jego parszywe pismo, to było to jego parszywe pismo w ojczystym języku), więc miałem czego użyć jako zakładki. Sięgnąłem wolno, by zgasić lampkę, przesuwając wzrokiem po pozostałych książkach. Leżały na stosie, czekając na swoją kolej: „Die fremde Stadt - Breslau nach 1945”, „Die Wehrmacht. Mythos und Realität” oraz wyjątkowo zniszczony egzemplarz niemieckiego tygodnika z roku dziewięćdziesiątego pierwszego.
Zerknąłem w stronę kuchni, na plecy zajętego czymś Wolfa i usiadłem, czekając. Co zresztą mogłem zrobić innego? Żadnym zarzutem nie przyparłem go do muru, byłem tu teraz gościem i jeśli można to było dopisać do listy, właśnie moczyłem mu sofę i podłogę swoimi mokrymi spodniami. Wreszcie Watah wszedł do pokoju z dwoma kubkami i zaszczycił mnie uwagą. Z pewną dozą niesmaku przyjąłem fakt, że pod rozpiętą sutanną miał wyłącznie szare dresy naciągnięte niedbale na jaskrawo-czerwone bokserki w pingwiny.
— Bez przesady — odezwał się, widząc moją minę, po czym usiadł naprzeciwko. Rozłożył nogi jak typowy mężczyzna w dresie. — Ksiądz też człowiek. Myślisz, że mi się chce zakładać koszulę i spodnie w kant na każdy spacer w nocy? To już by było trochę chore, ja też mam prawo pójść w góry, na przykład, już nie mówiąc o tym, że powinienem móc sobie normalnie pójść wszędzie, powiedzmy na kręgle, byłeś kiedyś na kręglach w sutannie? Bo ja tak…
Parokrotnie otworzyłem usta, ale Wolf nie dał mi dojść do głosu. Już mówił dalej, już się rozpędzał, już się zamieniał w niemiecką maszynę strzelającą słowami. Był jak działko w Messerschmittcie.
— To znaczy, to jest moja robocza sutanna oczywiście, okropnie znoszona, szyć kazałem za diakona jeszcze, stare czasy, i tak mało kto mnie widzi w nocy, dobrze, że w ogóle chodzę w swoim stroju, przynajmniej ludzie wiedzą, że to nie świecki, bo wy to się każdej pierdoły czepiacie, Czachowski, wiesz? Wy, parafianie. Spróbuj na kawę pójść bez koloratki, kto to widział, ksiądz incognito, ukrywa się. A w ogóle, to w sutannie jest okropnie gorąco, naprawdę gorąco, Adam, mamy środek lata, gdybym mógł, to bym chodził w samych gaciach pod spodem, ale jednak strój święty… Nie to co ci brązowi na przykład, w takim habicie to żadne wyrzeczenie, mówię ci, jak w dresach łazisz, nikt ci złego słowa nie powie, że rozdarte, że przetarte, że ci się sznur zmechacił, a diecezjalny zawsze musi wyglądać…
Rozgadał się, czyli chciał mnie zmęczyć. Nie był tak głupi, by liczyć, że zapomnę o sprawie z Januszem, ale bezbłędnie wybrał moment, w którym poczułem obezwładniającą senność. I tak słuchałem tego krętego monologu o dupie Maryni i życiu księży, przymykając oczy, niezainteresowany pogardą dla zakonów, którą Wolf właśnie wyrażał.
Niemal przysnąłem. Trwało to chwilę, dobrą chwilę, bo Watah zdążył wypić wszystko, co miał w kubku i nie pytając o pozwolenie, sięgnął po mój. Nawet nie wiem, co tam było, herbata, kawa, a może i wódka, Krone był przecież nieobliczalny. Ostatki sił zebrałem po to, by otworzyć oczy i wyprostować się w fotelu na kilka minut. Zdążyłem zarejestrować fakt, że Wolf nie ma już sutanny. Leżała obok, na oparciu.
— …źć ten różaniec, verrrflucht, ja go chyba…
— Słuchaj, Krone — przerwałem mu wpół zdania. Nie wyglądał na obruszonego. Zerknął na mnie szybko, oceniająco. Osuszył kubek i uprzejmie czekał. — Co się stało w lesie? Powiedz, to dam ci spokój — wysłowiłem się wreszcie, skrycie dumny, bo zabrzmiał w tym jakiś logiczny sens. Wolf podrapał się po czarnym futrze nad bokserkami, robiąc skwaszoną minę, zawiedziony chyba efektem własnego monologu.
— Ty mi nie ufasz, Czachowski — przypomniał. — Więc co ci po zeznaniach?
— Nie kręć, bo nie musisz i dobrze o tym wiesz — sparowałem natychmiast. — Nie będę grzebał kijem w mrowisku. Zostanie między nami. Mów.
Splótł palce nad kroczem i siedział, kalkulując, a lewa noga podrygiwała mu rytmicznie w tiku, który doskonale pamiętałem jeszcze ze szkolnej ławki.
— Powiedzmy — wymówił w końcu ostrożnie — że się broniłem.
Przysięgam, gdybym nie był tak kurewsko zmęczony, to bym go wyśmiał na cały głos i potraktował chamskim docinkiem. Tym razem tylko rozdziawiłem usta, słów jakoś zabrakło. Nie miałem siły na dalsze drążenie. Poddałem walkę.
— No! — Wolf klasnął w dłonie i uśmiechnął się dosłownie na sekundę. Efekt był makabryczny. — Czas spać, jesteś zmęczony. Wybacz, że cię nie odprowadzę…
— …i nie przenocuję — mruknąłem z rezygnacją. Przeciągnąłem się wolno. Nie pomogło. Ponura wizja powrotu do domu i Marii napawała mnie poczuciem beznadziejności.
— Miałem zaproponować, żebyś spał ze mną — Watah wyszczerzył się okropnie — ale po tych dwóch kubkach, Adasiu…
— Adasiu? — jęknąłem.
— …nie gwarantuję, że byłbyś bezpieczny.
Chyba naprawdę polał nam wódki jak w klasie maturalnej.
— Proszę, Wolf, nie patrz tak na mnie.
— A wiesz, raz się żyje, może jednak zostań na noc? — zaproponował. Z jakiegoś powodu nagle odzyskałem siły i rozstałem się z wygodną sofą. Człowiek nigdy nie wie, kiedy mu przejdzie senność. Minąłem drzwi do kuchni; napoczęta butelka Smirnoffa błysnęła spokojnie w półmroku.
Chwilę później kucałem już w przedpokoju plebanii, wiążąc sznurówki. Nowy wikary, jak na dobrego gospodarza przystało, towarzyszył mi w milczeniu. Kątem oka widziałem jego rażąco białe, sportowe skarpety odcinające się na tle paneli.
Wódka w kubkach, co za palant…
I wtedy poczułem rozbawienie - opóźniony zapłon żenującego humoru Wolfa.
Jak kretyn zacząłem cieszyć się do swoich butów.
— Zastanawia mnie, czy to, co masz na sobie…
— Skończ! — poleciłem. — Koniec żartów na dziś.
— Już nie żartuję, Czachowski — podjął Wolf nieco chłodniej. — Zastanawia mnie, czy to, co masz na sobie, nie jest przypadkiem moje.
Poczułem ten sam popłoch, który ogarnął mnie w domu Janusza. Jakbym coś przeoczył, o czymś zapomniał, jakbym nie umiał sam ze sobą dojść do ładu na tyle, by dostrzec, co się dzieje dookoła.
Podniosłem wzrok. Dłoń Wolfa zmaterializowała się kilka centymetrów od mojej twarzy wyciągnięta w geście oczekiwania, bynajmniej nie po to, by pomóc mi wstać. Rany i otarcia odcinały się ohydnie na tle skóry.
Zdjąłem różaniec, pokornie wręczyłem właścicielowi i prawie natychmiast ogarnęła mnie złość, bo zrobiłem to wszystko w przyklęku. Odchrząknąłem, prostując się.
— Monika go znalazła. Pewnie zgubiłeś w ogrodzie.
— Pewnie tak — przyznał, wsadzając ręce w kieszenie dresów. Nie mogłem zdzierżyć tych jego pingwinów i nagiego torsu, ale pouczanie księdza nie leżało w moich kompetencjach. Nie ja kończyłem seminarium.
— Wybacz, chciałem oddać przy pierwszej okazji — tłumaczyłem się, zmierzając do drzwi. Pragnąłem jak najszybciej wyjść, co oczywiście tylko wydłużyło moją walkę z zamkiem. — Swoją drogą dziwne te kamienie, takie zimne cały czas — bajdurzyłem w trakcie kręcenia kluczem.
— No popatrz, mnie parzą — mruknął Wolf — nutten…
Zaśmiałem się z wysiłkiem. Ulga z powodu otworzenia drzwi była nie do opisania; dosłownie wypadem na zewnątrz, dziękując bogu. Od razu też zebrałem się na nieudolny, pseudo-pożegnalny gest w stronę Wolfa. W tych swoich dresach i skarpetkach, półnagi, wyglądał raczej na chłopaka, którego pamiętałem z młodości, niż księdza po siedmiu latach w zawodzie. Schudł. A może raczej stracił trochę masy, bo chudnąć nigdy nie miał z czego.
Zbyt długo wodziłem wzrokiem po jego rękach, po bliznach, których pochodzenie znałem lepiej niż ktokolwiek, po zarośniętym mostku, nawet po stopach, cholernie wielkich (czterdzieści siedem, o ile nic się nie zmieniło), tak znajomo opartych jedna o drugą.
Dopadły mnie wspomnienia.
— Idź już, Adam.
— Idę, Wolf.

***

Gdzieś tam, gdzie mój talent do robienia z siebie ofiary napotykał wewnętrzny sprzeciw pod postacią sumienia, toczyła się właśnie zacięta walka. Wbijałem wzrok w karteczkę samoprzylepną pozostawioną w najbardziej widocznym miejscu korytarza. Strzałka, nakreślona niechybnie ręką mojej żony, wskazywała salon. Nie miałem problemu z rozszyfrowaniem wiadomości.
Zgasiłem światło i spędziłem kilka minut, stojąc w miejscu. Już nawet nie udawałem przed sobą, że myślę - bo jeśli myślałem, to tylko o tym, że nie mogę myśleć - zaliczyłem bezsensowny kurs do kuchni, z której niczego nie potrzebowałem, później do łazienki, w której niczego nie zrobiłem, aż wreszcie wylądowałem na kanapie i gapiąc się w sufit, doszedłem do wniosku, że mogłem jednak napruć się Smirnoffem i spędzić noc u Wolfa. Zerknąłem na zegarek: trzecia trzynaście.
Dziękuję, że jesteś - pomyślałem - czuję twoją obecność. Czuję, że to ty. Dobrze się spisałeś, to ci się udało. Zapomnij, co mówiłem wcześniej, to było tylko chwilowe zwątpienie. Wiesz, na tym ganku, było mokro i tak dalej - gadałem w myślach - teraz widzę, że to musi być jakiś twój piękny, misterny plan. Taka symfonia niszczenia mi życia, mmm, naprawdę niezła, inspirowałeś się Wagnerem? Wybacz, nutka Wolfa mnie zmyliła. Pamiętaj tylko, że dziś niedziela, odsapnij sobie. No to super. Ależ ci się trafił kandydat, racja? Tak, jego mam na myśli - potwierdziłem, choć bóg nie spytał - naprawdę dobrze trafiłeś… Nie gadaj. Nie, nie zdzierżę, dość. Zamknij się już, nie mogę cię słuchać.
Zdesperowany zerwałem się z sofy. Wygrzebałem z szuflady zapomniane przedpotopowe słuchawki, podłączone do walkmana, po czym splądrowałem resztę szafek w poszukiwaniu kasety z „Walkirią” Wagnera.

***
Goniłem ich dziesięć godzin, przez całe Sudety, zapomnianymi szlakami pełnymi gruzu i popiołu. Bóg rechotał ze mnie szalony i okrutny. Byłem zrozpaczony. Zmasakrowana twarz paliła nieznośnym bólem, bo własna żona postanowiła rzucić się na mnie z nożem, zanim zginęła zastrzelona przez Wolfa.
Teraz Wolf obrócił się; wielka swastyka, którą kazał wytatuować sobie na policzku, sprawiła, że poczułem mdłości ze strachu.
— Jesteś bezduszny — zaśmiał się głośno — verrrflucht, mówię poważnie, już nie żartuję, Czachowski.
Zatrzymał się i zeskoczył z motocykla. Moją nieprzytomną córkę, którą uprowadził, wyjął z bocznego wózka związaną i brudną, po czym przerzucił sobie przez ramię jak ochłap mięsa.
— Wstawaj, Adam — powiedział, podchodząc. Nagle uszła ze mnie odwaga i chęć ratowania dziecka. Kuliłem się z przerażenia. — Adam — zdenerwował się Wolf. Widziałem jego poranione, zbliżające się ręce. — Adam!
Zachłysnąłem się powietrzem, Wagner runął na mnie z wnętrza słuchawek, łapy Wolfa zmieniły się nagle w dłonie mojej żony i otworzyłem oczy gotów na śmierć. Prawie znokautowałem Marię ciosem na odlew.
Rzeczywistość była bolesna.
Śniadanie jedliśmy w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Dopiero później, gdy zamknąłem się w łazience i uwolniłem resztę domu od swojej niechcianej obecności, Maria zaczęła mówić. Rzucała we mnie krótkimi komunikatami, takimi, które nie wymagały odpowiedzi, więc potakiwałem tylko, goląc się, myjąc zęby i bolejąc nad własnym odbiciem.
Równie dobrze mogłaby gadać ze ścianą. Wszystkie informacje, które wpłynęły do mojego umysłu, rozlały się po nim wolno jak gęsta ciecz i ściekły po zastanych trybach, znikając bez śladu.
Kąpałem się dobre pół godziny, zanim poczułem, że jestem gotowy na wyjście z łazienkowej celi bezpieczeństwa. Plan dnia ułożył się sam - zwiałem z domu najszybciej, jak umiałem, i skierowałem kroki w jedyne miejsce, które przyszło mi do głowy. Wlokłem się, aż pod butami znajomo zachrzęścił żwir, a Karpacz zmienił się w wioskowe przedmieścia. Ganek Janusza przywitałem z taką radością, jakbym co najmniej wracał do własnego domu.
Stary Wilk już siedział na dębowych schodach, paląc poranną fajkę. Nadal miał opatrunek, świeży, pewnie niedawno zmieniony, schowany przezornie pod beżową czapką z daszkiem.
Dosiadłem się w milczeniu, wdychając zapach tytoniu. Spędziliśmy tak kilka minut.
— Jak się masz, Czachowski?
— Doskonale — skłamałem z przyzwyczajenia. Naszła mnie ochota, by zastanowić się nad inną odpowiedzią, ale zrezygnowałem, bo sam nie chciałem jej znać. Janusz należał do ludzi, którym nie wadziło milczenie. Szanowałem takich. Zawsze mnie irytowała powszechna praktyka podtrzymywania rozmowy, te bzdety, produkowane na siłę i wysyłane w eter tylko po to, by zagłuszyć ciszę.
Szczerze mówiąc liczyłem, że zaprosi mnie na wyprawę w góry. Najlepiej taką, która pochłonęłaby całą resztę mojego urlopu. Nie musiałbym wracać do domu i ranić rodziny stanem swojej psychiki. Mogłoby nie być mnie przez najbliższy tydzień. Ale Janusz milczał tylko, wdychając dym, a moja nadzieja wypalała się wraz z tytoniem w jego fajce.
— A tam w lesie… — zacząłem nieśmiało.
— …cię nie było, Czachowski, na szczęście — zgasił mnie łagodnie.
— Rozumiem.
— Dobrze znasz tego księdza?
— Nie — odparłem w pierwszym odruchu. Zaraz potem uświadomiłem sobie, że Janusz słyszał naszą rozmowę — to znaczy, kiedyś go znałem dobrze, można jakby… W sumie to mój przyjaciel z liceum, całkiem taki, że byliśmy… Ja nie widziałem go długo — wyciosałem w końcu z oporem.
— Z polskiego liceum?
— No tak, znaczy — zawahałem się. Janusz patrzył na mnie uważnie, skupiony. Zrozumiałem, że chciałby usłyszeć więcej. — Wolfgang się tu wychował, tak od podstawówki. Ojciec był niemieckim bękartem, piąta kolumna, czy jak to się zwie, więc… Matka dalej mieszka w Torgau, tam Wolf się urodził. Ale na pewno miał babcię we Wrocławiu.
Nie sądziłem, że pamiętam takie rzeczy. Przy okazji przypomniałem sobie inne, o których wolałem zapomnieć; odwiedzałem babcię Wataha. Wpadałem, gdy byłem głodny i zdołowany prawie przez dwa lata - za którymś razem nie odebrała domofonu. Nie odebrała go też dwa dni później i w następnym tygodniu.
Obiecywałem, że będę się nią opiekował.
Wolf musiał być już wtedy w seminarium. O tym, że po miesiącu wyważył drzwi i znalazł zwłoki, dowiedziałem się od znajomych. W bloku przeprowadzono dezynfekcję.
— Jak on ma po ojcu?
— Krone — powiedziałem ostrożnie, powoli nabierając podejrzeń.
— Krone? Wolfgang Krone? Lat trzydzieści?
— Trzydzieści cztery.
Janusz wyciągnął z kieszeni na piersi coś, co przypominało scyzoryk. Zestaw - jak zrozumiałem - do czyszczenia i nabijania fajki. Dokładnie otarł ją z popiołu, postukał o schody, wyczyścił i obrócił kilka razy w dłoni. Spojrzał w stronę gór, marszcząc czoło.
Już wiedziałem, że obmyśla trasę. Poczułem się nagle jak podekscytowany dzieciak, a nazwisko rodowe Wolfa przestało mnie frasować.
— Zmienię tylko koszulę — rzekł Janusz, wstając. — Wejdź.
Znów wylądowałem w kuchni, na szczęście nie na długo - gospodarz przebrał się i zaraz stanął w drzwiach. Wtedy to odezwała się moja wewnętrzna, upierdliwa troska o ludzi, którzy jej nie potrzebowali:
— Jedliście coś, Januszu?
Spojrzał na mnie przeciągle (z miną, która nie wyrażała zupełnie nic) i otworzył lodówkę, żebym widział. Była pusta.
— Jestem pewny, że kupiłem na rano jogurt i bułkę — usłyszałem.


***

Szwendaliśmy się ponad pięć godzin. Byłem wniebowzięty. Mógłbym bez końca słuchać tego człowieka, a i tak byłoby mi mało; Janusz wiedział dosłownie wszystko, począwszy od dat i cyfr, skończywszy na imionach i autentycznych wspomnieniach, które przez lata udało mu się pozbierać w promieniu dobrych czterdziestu kilometrów od Karpacza. Znał ludzi ze stacji na Śnieżce, a wcześniej ich poprzedników i poprzedników tamtych poprzedników też, bo jego ojciec pracował na szczycie jeszcze przed wojną. O latach, gdy stację przejęło Luftwaffe, mówił mniej chętnie, choć podejrzewałem, że gdyby chciał, napisałby na ten temat książkę.
Zwiedziliśmy Budniki, najbardziej chyba znaną wśród turystów osadę z przeszłości. Gdy siedzieliśmy w cieniu drzew, spoglądając na Wołową Górę, rozkręciłem się zupełnie: fantazjowałem na temat kopalni uranu w Kowarach, bawiąc Janusza swoimi teoriami. Później przerzuciliśmy się na losy robotników, którzy zasiedlili pogórze.
Lubiłem historię, głównie za to, że gdybając nad nią dało się zmarnować cały dzień. I choć nigdy specjalnie mnie nie ciągnęło do czytania podręczników, pomyślałem, że Janusz mógłby coś podobnego napisać. Wystarczyłaby jedna kopia, ot, dla mnie i znajomych. Zwyczajny materialny środek przekazu. Człowiek, jak usłyszałem od samego Janusza, wie dokładnie tyle, ile umie przekazać innym. Cała reszta przecież się nie liczy - znika po śmierci, przepada, nikogo nie obchodzi.
Godzina czternasta zaskoczyła mnie dosłownie w najciekawszym momencie (Janusz zaczął opowiadać o swojej młodości i roku czterdziestym piątym). Olśnienie i powrót do rutyny były nieprzyjemne. Zwłaszcza, że dojmujące poczucie winy oblekło mi nagle klatkę piersiową. O czymś zapomniałem. Z bólem uniosłem dłoń, próbując przerwać kompanowi najuprzejmiej jak umiałem. Akurat wspominał zamordowanego ojca.
— Cholera, Januszu — rzuciłem strapiony, gdy urwał i uniósł brwi — będę musiał wrócić.
— A to czemu?
No właśnie - czemu? Bo nie powiedziałem, że rezygnuję z obiadu? Lepsze niż „nie wiem”. Co za nonsens…
— Bo nie powiedziałem, że rezygnuję z obiadu — skłamałem. Janusz patrzył na mnie badawczo. — Mam na pieńku z żoną, nie planowałem wycieczki. Lepiej, żebym sobie nie grabił.
Tak, o czymś zapomniałem. Co to było? Coś, o co rano Maria prosiła.
Tyle pamiętałem - że prosiła. A ja się zgodziłem.
— Najszybciej będzie czerwonym.
— Tak jest. Dokończymy kiedyś, racja? — upewniłem się załamany. Wiedziałem, że dzisiejszy dzień jest już spalony, a na dalszą opowieść nie mam co liczyć w trakcie powrotu. — Proszę. Powiesz mi resztę? Jak on zginął?
Janusz przytaknął spokojnie, zanim ruszyliśmy w stronę Karpacza.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kruffachi » 13 lipca 2016, 11:17

Po pierwsze, zaskoczyło mnie, jak dobrze Wilki pamiętam. Minęło sporo czasu w końcu, odkąd czytałam je po raz pierwszy, a jednak im dalej w las, tym więcej miałam skojarzeń, tym więcej pojawiało się obrazów i wreszcie zaczęłam wypatrywać pewnych scen (kąpiel, nadal uwielbiam tę kąpiel i rozmowę o Syku). Co potwierdza przede wszystkim, że piszesz cholernie sugestywnie. Pamiętałam też tę atmosferę - niby spokojnie, niby leniwe lato, cichy Karpacz, niby nic wielkiego się nie dzieje, ot, życie jak życie, a jednak pojawia się napięcie i niepokój. Przynosi go Krone, to prawda, ale przecież nie tylko. Ten niepokój jest też w samym Adamie, w jego rozterkach, egzystencjalnych wątpliwościach i kryzysie - w kontraście między twarzą oficjalną, a tym, co się pod nią kryje. Jest też w historii terenów reprezentowanej w ostatniej wstawce przez Janusza. Niuanse. Drobiazgi. Sugestie. Nieodmiennie posługujesz się nimi bezbłędnie. Oczywiście ciekawi mnie, co wydarzyło się w lesie, i oczywiście chcę wiedzieć więcej o relacji Adama i Wolfganga, chcę wiedzieć, skąd te obawy, ale nie spieszy mi się, bo równie dobrze mogę rozkoszować się tymi drobiazgami, atmosferą i sposobem snucia opowieści. To jest tak napisane, że kwestia tego, co się wydarzy, wcale nie zajmuje czołowego miejsca. To dobrze. To cholernie dobrze.

Wątek babci bardzo mocny. Znów, taka opowieść rzucona mimochodem w narracji, tak naprawdę tragiczna, ale też zatrważająco prawdopodobna i, cóż... zwyczajna, a jak wiele mówi o sytuacji i o samym Adamie. Mimowolnie zaczęłam się w pewnym momencie zastanawiać, czy on na pewno boi się Wolfa, czy może raczej samego siebie z przeszłości i tego, że przeszłość nie do końca minęła. Jest tam ten fragment o tym, z jakim zdziwieniem przyjmuje fakt, że jest trzydziestoletnim mężem i ojcem, że ma wrażenie, jakby coś go ominęło. I może o to chodzi. Może to chłopiec, który nigdy naprawdę nie dorósł i coś wewnątrz tylko czeka, żeby wrócić, a Wolf może stanowić katalizator. Nie wiem. Zastanawiam się. Nie wiem, czy to nie jest ta postać, której najbardziej powinien też obawiać się czytelnik. Czy to nie udomowiony, ale jednak jeden z tytułowych wilków i to bynajmniej nie najłagodniejszy.

Tyle niepokoju, tyle pytań, tyle chęci na jeszcze.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kanterial » 13 lipca 2016, 19:42

Kili - chciałabym móc coś napisać, poza tym, że jestem wniebowzięta, że ktoś mnie czyta i mu się podoba. Ale chyba nie dam rady. Dziękuję.

Kończę tym postem Wilki:
Mój desperacki sprint rozpoczął się tuż za pierwszym zakrętem Sarniej, gdy tylko zniknąłem z pola widzenia Janusza. Przypomniałem sobie, co miałem zrobić. Tak po prostu, w akcie rozpaczy. Uczucie podobne do zderzenia z szybą; poniekąd fascynujące. Wpadłem w panikę i po sekundzie biegłem już środkiem jezdni, mijając kolejne posesje jednocześnie załamany i wściekły.
Miałem odebrać Monikę. Jedyna rzecz, o którą mnie proszono, gorzej - mój zasrany obowiązek.
Oleccy zawieźli ją na basen, na niedzielne lekcje pływania. Zwykle po Monikę jeździła żona. Jakoś tak wyszło, głównie dlatego, że zawsze umiała znaleźć masę spraw do załatwienia „po drodze”. Niezbyt rozumiałem ten fenomen.
Biegłem, obmyślając plan dotarcia na ulicę Kąpielową (która znajdowała się, oczywiście, na drugim końcu miasta). Żelazna zasada spędzania urlopu bez komórki zemściła się na mnie z całą mocą. O powrocie do domu nie było mowy, straciłbym tylko czas. Garaż stał pusty, żona (kolejna informacja z rana) wybrała się do Miłkowa na jakieś spotkanie. Byłem spóźniony dobre pół godziny, córka kończyła lekcje o piętnastej.
Nie chciałem nawet patrzeć na zegarek. Zaczynałem rozpaczać i snuć wizje zaginięcia własnego dziecka. Ile mogła stać pod basenem? Na pewno gdzieś poszła. Jeśli miałem szczęście - w stronę domu. Na to liczyłem.
Nie biegłem tak długo od ładnych paru lat. Komunikacja miejska odpadała, mogłem minąć się z Moniką i nawet jej nie zauważyć. Szarżowałem najkrótszą drogą na piechotę i modliłem się o powodzenie szalonego planu, a właściwie jego braku.

To, co zobaczyłem pół kilometra później, pamiętam jak przez mgłę. Na samym końcu Wolnej, tuż przed Piastowską, zebrał się spory tłum ludzi. Podbiegłem do nich zaniepokojony. Szemrali, chichotali, ktoś zażarcie dyskutował z naszym dzielnicowym. Przepchnąłem się bliżej i wytrzeszczyłem oczy - na jezdni leżał potrącony wilk. Wilk, nie pies, prawdziwe dzikie zwierzę. Zagapiłem się na niego.
Było w tym widoku coś okropnie znajomego. I nie chodziło wcale o wilka, równie dobrze mógłbym patrzeć na sarnę czy psa - chodziło o śmierć. O taką śmierć, taką krew rozlaną pod czaszką, ciemną i stygnącą, takie puste oczy, taką ohydną, sztywną sylwetkę, przywodzącą na myśl wypchane eksponaty z muzeów. Widziałem to dziesiątki razy i nigdy tak mną nie wstrząsnęło.
Mój chory, odrażający umysł zastąpił truchło zwłokami Wolfa.
— Ale jaja, Czachowski, co? — zagadnął jakiś facet. Chyba mieszkał obok, po drugiej stronie ulicy. Nie wiedziałem, skąd się znamy, udałem, że go nie słyszę. Musiałem znaleźć córkę, tylko to się liczyło. Lekko otępiały przecisnąłem się między ludźmi i pobiegłem dalej.
Do tej pory nie wiem, czy wszystkie te zabite kurczaki naprawdę padły ofiarą wilka. Może bóg zażartował sobie po prostu jego i naszym kosztem.
Biegłem kolejne dziesięć minut. Ani śladu po Monice, mimo że rozglądałem się jak durny, zwracając uwagę przechodniów. Mogłeś, dupku, jednak zrobić sobie wolne - myślałem. Zbliżałem się już do Łomnicy; miałem mokre ubranie, zadyszkę i mętlik w głowie. Nóg praktycznie nie czułem.
I wtedy bóg pstryknął palcami. Prawie to usłyszałem.
Zza przystanku autobusowego, dobre pięćdziesiąt metrów przede mną, wyłoniła się wysoka postać - Wolf, poznałem go od razu, mimo że nie był w sutannie - z Moniką siedzącą na barkach. Zacisnąłem zęby, wydychając powietrze.
Najpierw pomyślałem, że go uderzę. Zaraz później, że mu podziękuję. Na tym stanęło. Córka poznała mnie z daleka i coś tam do Wolfa powiedziała, nachylając się z przejęciem; zawisła i zasłoniła mu drogę włosami. Gadali chwilę. Ja tymczasem zgiąłem się wpół i cierpiałem, dysząc. Pewnie dlatego, że moja kondycja umarła wraz z rozpoczęciem studiów.
Monika zaczęła do mnie machać. Przy okazji dusiła Wolfa. Przynajmniej tyle.
Nie mogłem znieść myśli, że w ogóle jej dotknął. Nie chciałem widzieć palców dorosłego mężczyzny na łydkach dziecka, zwłaszcza poranionych palców Wataha na łydkach mojej córki. Ale zobaczyłem. I to z bliska. Podobnie zresztą jak palce Moniki na jego twarzy.
Odchrząknąłem, gdy byli metr ode mnie. Córka nabrała głośno powietrza, złapała się rozczochranych, czarnych jak smoła, wiecznie sterczących włosów Wolfganga i zaczęła bombardować mnie słowami:
— Tatku, to ja cię znalazłam pierwsza, bo wiedziałam, bo powiedziałam, że będziesz tędy szedł i wiedziałam którą stroną ulicy, ksiądz Wolverin mówił, że ty nas minąłeś i już dawno po mnie poszedłeś i pewnie pływasz na basenie, ale to nieprawda, bo ja rozmawiałam z mamą…
Patrzyłem na Wolfa, nie mrugając. „Dzięki” utknęło mi w gardle i za cholerę nie chciało przejść dalej. Nie zdołałem nawet się uśmiechnąć. Krone przeciwnie; brązowe oczy zapłonęły złośliwością, gdy odsłonił zęby w swoim okropnym, radosnym wyszczerzu. Nie mogłem tego widoku znieść.
— Poszedłem po ciebie — zwróciłem się do Moniki, przerywając chaotyczną opowieść — ale za późno, bo zepsuł mi się zegarek. Pomyliłem godziny. Przepraszam. Wybaczysz mi?
Wyciągnęła ręce, patrząc z nadzieją. Sięgnąłem i z ulgą zdjąłem ją z pleców Wataha, po czym przytuliłem mocno. Koniec końców wyszło szczęśliwie. Wplotłem palce we włosy Moniki i trzymałem tak dobrą minutę, wdychając zapach chlorowanej wody. Ta chwila, mimo że krótka, zmieniła wszystko.
Uspokoiłem się. I to na dobre, wewnętrznie, po raz pierwszy od niemal tygodnia. Nagle przeszedł mi cały gniew, zniknęła nienawiść do Wolfa, byłem tak prosto i banalnie szczęśliwy - że mam Monikę i nic jej nie jest, że się uśmiecha, że ciągle jest dzieckiem, że świat wydaje jej się piękny i kolorowy, a rodzice mądrzy i dobrzy.
Trochę się rozpłakała. Jak zwykle. To znaczy: jak ostatnio i rok temu, bo tyle pamiętałem. Nie byłem typem czułego ojca. Bardzo rzadko ją przytulałem, więc sam gest i bliskość wystarczyły, by zaczęła smarkać mi w kołnierz.
— Ja też raz pomyliłam godziny w przedszkolu — wyjąkała. — Nie martw się, tatku.
— Ja też raz pomyliłem godziny, jak miałem udzielić ślubu — poinformował mnie Wolf. — Nie martw się, Adam.


***

— Ależ ja jestem głodny…
— Ależ ty jesteś durny.
— A co ksiądzowie jedzą na obiad?
— Dzieci, moja droga.
Monika wytrzymała bez Wolfa jakieś piętnaście minut. Pomimo łez szczęścia i dumy, że może iść ze mną za rękę, wolała przejażdżkę na plecach pedofila. Zapytała mnie oczywiście o zgodę. Odparłem, że nie wolno męczyć pana księdza, zresztą pan ksiądz nie lubi dzieci i zaraz zapewne odłączy się od nas, bo kościół jest na ulicy Trzeciego Maja, a nasz dom na ulicy Wilczej. Krone palnął, że właściwie nie ma zamiaru wracać, bo aktualnie szuka w Karpaczu sklepu, w którym można nabyć Nutellę. Moja córka pokochała go jeszcze bardziej. Ogłosiła, że my, rodzina Czachowskich, wiemy, gdzie kupuje się Nutellę i możemy zdradzić tę tajemnicę księdzu Wolverinowi, o ile pójdzie potem z nami na ulicę Wilczą.
To był doskonały plan, który przemyślała, a moje zdanie nie grało w nim najmniejszej roli.
Krone porwał ją z chodnika i znów byli razem, a ja, zrezygnowany, postanowiłem spróbować się nie wtrącać. Watah dobrze wiedział, co o nim myślę. Pewnie przez to ograniczał kontakt fizyczny z Moniką; trzymał ją praktycznie za same buty, asekurując przed upadkiem.
Rozmawialiśmy o czymś, o bzdurach i oczywistościach, o polityce, o liceum, słowem - o tym, o czym mogliśmy dyskutować bezpiecznie. Obecność Moniki znacznie zawężała pulę tematów. Mimo tego dowiedziałem się o Wolfie kilku ciekawych faktów, na przykład, że jest w trakcie odkopywania swoich germańsko-polskich korzeni. Trzy lata spędził w Niemczech, gdzie nie potrafił wiele zdziałać. Poza skąpymi informacjami, jakimi dysponowała jego matka (swoją drogą okropna kobieta), miał wyłącznie własne teorie i domysły, kilka dokumentów po ojcu, spisy zaginionych, zdjęcia dziadka. Spytałem, czy w ogóle wróciłby do Polski, gdyby nie one.
— Wróciłem dla siebie — odparł. — A że wysłali mnie do Kar…
— Tu jest nasz sklep! — Monika zaalarmowała pół ulicy. — Musimy wejść, Wolfgang. Tatku, mi też kupisz Nutellę? — upewniła się. Wciąż posiadała tę dziecięcą zdolność do wbijania klina w środek rozmów dorosłych. Pewnie dlatego, że jej nie obchodziły. W każdym razie wytrąciła nas z tematu, Krone zapomniał, co chciał powiedzieć, a ja pokiwałem głową bez zastanowienia, powodując ogromną falę radości.
— Dziękuję — pisnęła. Niech ma tę swoją Nutellę, uznałem, wchodząc za Wolfem do supermarketu. W ostatniej chwili przypomniał sobie, kretyn, że wypadałoby się schylić, żeby mi dzieckiem o szyld nie zahaczyć, więc prawie upadł, zginając się wpół.
Sprzedawczyni powitała nas zwykłym „dzień dobry”. Ludzie nie znali jeszcze Kronego, pierwszą mszę miał poprowadzić we wtorek. Nie żałowałem mu tych kilku godzin bez koloratki - chodził w eleganckich czarnych spodniach i koszuli zapiętej pod samą szyją - zwłaszcza, że zostałem skazany na jego obecność. Łażenie z księdzem mogło być bardziej uciążliwe.
Wyobrażałem sobie: wszyscy by go zagadywali i chwalili na jego widok nieistniejącego boga. Koszmar.
Stałem przy kasach obok działu z promocjami, czekając spokojnie na Monikę i czarnego volkswagena. Pojawili się na samym końcu marketu zajęci szukaniem odpowiednich półek.
Nagle zrobiło mi się zimno. Nie na ciele, tylko na duchu.
Wolf zajmował właśnie moje miejsce z nalepką „ojciec”. Nawet nie, że mnie podsiadł - ono po prostu było wolne. Sam nie wiedziałem, czy naprawdę nie umiem, czy zwyczajnie nie chcę taki być. Fakt, że Krone wydawał mi się zły, straszny i potencjalnie niebezpieczny, tylko wszystko pogarszał.
Zobaczyłem, jak zabrania córce dotykać twarzy i włosów przewrażliwiony z mojego powodu. Coś mówił, pewnie kazał trzymać się za kark. Parę razy oderwał palce Moniki od swojej brody.
Odwróciłem wzrok obrzydzony sobą.
W końcu dotarli do mnie z dwoma litrowymi słoikami Nutelli i (tu się lekko zdziwiłem) zero siódemką Jagermeistera. Wolf postanowił odegrać popisowy numer z młodości pod tytułem „nie mówię po polsku”. Jak tylko zaczął warczeć w swoim okropnym, ojczystym języku, ciśnienie skoczyło mi o połowę. Monika bawiła się świetnie. Widać było, że weszliśmy we trójkę, nie miałem szans się wykręcić. Sam nie wiedziałem, co Krone mówi (pewnie pieprzył głupoty nie na temat), a sprzedawczyni zmieszała się zupełnie. Patrzyła to na mnie, to na Wataha, próbowała łamanego angielskiego, w końcu, nie mogąc dojść do ładu, poprosiła, żebym zapłacił za wszystko. Zapłaciłem.
— Przepraszam za niego — westchnąłem, gdy kobieta wręczała mi rachunek. Nie wyglądała na przekonaną. — Głupie żarty.
— Ja również przepraszam — dodał Wolf perfekcyjną polszczyzną, odsłaniając zęby w paskudnym uśmiechu. — Nie zabrałem portfela.
Miał szczęście, że parsknęła i z rozbawieniem pokręciła głową. Ludzie chyba byli ślepi. Czy on naprawdę wydawał im się sympatyczny? Z tym zboczonym, zarośniętym ryjem? Mnie odrzucał, a ich przyciągał? Coś zdecydowanie było nie tak, i to coś nie zmieniło się od września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku - od początku naszej znajomości.


***

O siedemnastej byliśmy już u nas. Córkę puściłem do ogrodu wraz z gromadą pisklaków (sąsiedzi powinni być mi wdzięczni), a Wataha niezbyt chętnie zaprosiłem na kawę. Jeszcze po drodze zacząłem marzyć o urżnięciu się jego Jagermeisterem. Szanse były niewielkie, zwrócił mi całą kwotę.
Byłem tak rozkojarzony, że we własnej kuchni nie mogłem znaleźć filtrów do ekspresu. Pewnie dlatego, że obecność Wolfa napawała mnie wieloma skrajnie sprzecznymi odczuciami.
— Chciałem zapalić, zanim zobaczyłem Monikę — usłyszałem strapiony głos zza pleców. — Nosi mnie.
— Otwórz okno.
Nienawidziłem jarania w domu, ale Krone zasłużył na nagrodę. Gdy udało mi się wreszcie nastawić kawę, w kuchni pachniało już słodkim tytoniem.
Usiadłem na taborecie. Wolf opierał się łokciami o parapet, wychylony mocno w stronę ogrodu. Jego wąska klatka piersiowa poruszała się pod czarną koszulą wypełniana ulgą. Wydychał dym przez nos. Cygaretka, jasnobrązowa i ładnie skręcona, umierała spokojnie między poranionymi palcami.
— Wiesz, Czachowski — zaczął i zaciągnął się — dzieci mnie nie interesują.
Uniosłem wzrok, patrząc ponuro w niebo.
— Wiem.
Milczeliśmy długo.
— To znaczy: twoje dziecko — rzekł Wolf prawie pół cygaretki później — bo jednak jest podobne. Sam rozumiesz.
Ukryłem twarz w dłoniach, powstrzymując się przed komentarzem. Co drugie zdanie Kronego było żartem, pod tym względem wcale się nie zmienił. Umiał spłycić najgłębszą myśl i zniszczyć każdą podniosłą chwilę. Ilekroć wydawało mi się, że naprawdę rozmawiamy, włączał ten swój lekceważący, ironiczny humor, broniąc dostępu do uczuć. Pewnie dlatego uważałem, że ich nie ma. Dało się przyzwyczaić.
— Papierosy nie wystarczają? — zmieniłem temat, odrywając dłonie od czoła. Wolf zerknął na mnie pytająco. Ależ mnie bolała ta dorosłość w jego twarzy, uświadomiłem to sobie wreszcie pełen rozgoryczenia.
— Ach, to — zrozumiał. Ostatni raz wypełnił płuca dymem (przez samo patrzenie zrobiło mi się niedobrze) i zgasił peta o zewnętrzny parapet — nie, musiałbym palić co godzinę. To jak, twoja żona wraca na noc?
Cholerny dupek.
— C… Na pewno — odparłem nerwowo. — Skąd pytanie?
— Monika mówiła, że jej nie będzie — wyjaśnił Wolf, obracając się przodem. Stłumiłem atak złości. Wiedza na niektóre tematy była, delikatnie mówiąc, zbędna ludziom jego pokroju.
— A, to może jej nie będzie — warknąłem — rzeczywiście.
— Więc?
— Więc co?
— Więc my? — Wolf rozłożył ręce, jakby tłumaczył coś oczywistego. Przeraziłem się i spojrzałem na niego z obrzydzeniem. Zamrugał. — Nie będzie jej? Jesteśmy sami? — wymienił wyczekująco. Zacząłem odsuwać się od niego wraz z taboretem. — Pytałeś o boga? Kupiłem Jagera? Nie widziałeś mnie czternaście lat?
Więc jednak był normalny.
A ja nie czułem ulgi.
Chciał się ze mną napić i pogadać, kupił flaszkę, o której myślałem całą drogę. Wolfgang Krone. Obce zimno wypełniło mi trzewia, nie wiedziałem, czy to wzruszenie, czy jakaś chora ekscytacja, a może strach i wstyd. Chyba naprawdę byłem nieludzki (kiedyś usłyszałem to od żony) i tylko udawałem, że cokolwiek czuję. Obudź się, Czachowski - pomyślałem bezsilnie - ty martwa kukło…
— A-aale Monika — wystękałem. Wolf odsłonił zęby w najpotworniejszym uśmiechu, jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać.
— Wykończę ją — zapewnił.
Chciałem coś powiedzieć, ale zrobiło mi się słabo. Dla pewności chwyciłem za kuchenny blat, wywołując u Wolfa falę rozbawienia. Śmiał się szczerze. Przerażająco, z agresją, z głodem, tak, jak tylko on potrafił, tak, że chciało się uciekać, zamiast sztywnieć w instynktownym, zwierzęcym bezruchu.
Nagle dotarło do mnie, jak cholernie za tym dźwiękiem tęskniłem.



***

Maria odebrała dopiero za trzecim razem. Wciąż była obrażona, wiedziałem o tym doskonale. Nie musiała nawet zmieniać tonu, bo zbyt dobrze się znaliśmy. Próbowałem załagodzić sytuację, ale wybrałem zły sposób - zamiast przeprosić, zacząłem się usprawiedliwiać - przez co straciła ochotę na dalszą rozmowę. Upewniłem się jednak, że nie wraca na noc.
Durna sytuacja. Wolałem napić się z księdzem, niż pogodzić z żoną. Prowadziłem sztuczny dialog, aż zerwała połączenie. Wcale nie żałowałem.
Wyjrzałem przez okno - zbliżała się dwudziesta, a Wolf nadal biegał za dzieciakami. Gdy tak patrzyłem, wypełniało mnie wolno niechętne uznanie, może nawet podziw. Ponad dwie godziny temu kazał mi „odpalić coś z zapasów” (padło na dwuletniego, niemieckiego rieslinga). Zrobił trzy czwarte w piętnaście minut i uznał, że jest gotowy. Postanowił zmęczyć dzieciarnię i równo o dwudziestej wyrzucić wszystkich z mojej posesji. Nie wątpiłem, że mu się uda.
— Eckstein, Eckstein, alles muss versteckt sein — nucił nisko, wkładając buty. — Wieder lieg ich auf der Lauer…
— Chcesz coś na zmianę?
— Ja doch, daj mi — zgodził się natychmiast. — Patrz, jak się poświęcam.
Rzuciłem mu jedną z szarych, ogrodowych flaneli. W zamian otrzymałem różaniec, zapalniczkę i czarną koszulę.
— Myślałem, że nienawidzisz dzieci — wypaliłem, nie mogąc się powstrzymać. Miałem to zdanie na końcu języka i zwlekałem z nim, od kiedy pierwszy raz zobaczyłem, jak niesie Monikę.
— Nienawidzę dzieci — potwierdził.
— Jasne.
— Znasz mnie. Powyrzucałbym je przez płot, gdyby nie twoja córka. Albo znalazłbym dla nich lepsze zastosowanie, chociaż dawno nic nie tego, oficjalnie, eheheh eheh eh, wyszedłem z wprawy.
„Dawno nic nie tego, oficjalnie” to on powinien nazwać tę swoją dysertację teologiczną, o której tak namiętnie opowiadał w sobotę.
— Kurwa, Wolf — jęknąłem. Już zbiegał po schodach.
— Augen auf, ich komme — rozbrzmiało w piwnicy — zeig dich nicht, versteck dich!
I tak zrobiło się dziesięć po dwudziestej. Jakimś cudem Krone oczyścił mój ogród ze wszystkich szkodników, po tym, jak zmordował je różnymi grami. Z tego co widziałem, radził sobie książkowo. Naprawdę go lubiły małe, durne gnojki. Monika zaskoczyła mnie najbardziej. Wróciła z Wolfem nabuzowana i gadatliwa. Latała po domu jak tornado. Pozwoliłem jej zjeść Nutellę prosto ze słoika i zagryźć chrupkami czekoladowymi. Totalne odchylenie od reguł. Przestraszyłem się nawet, że zachorowała na jakąś straszną, niemiecką nadpobudliwość, zanim oznajmiła, że idzie się kąpać. Dobrze, że zajrzałem do niej po kilku minutach, bo zasnęła w wannie. Kiedy wycierałem ją, ubierałem w piżamę i niosłem na górę, Wolf zdążył splądrować moją lodówkę.
Nie sądziłem, że da radę pochłonąć bochenek chleba, szynkę, ser, twaróg i kiełbasę, ale dokonał tego, po czym zeżarł Monice czteropak Monte i zapił kefirem. Był nienormalny. Gdy wkroczyłem do kuchni, mocował się z zakrętką od Nutelli.
— Błagam, nie rozśmieszaj mnie, Adam — fuknął, widząc że sięgam po dwie likierówki — daj kubek…
— Dobrze, proszę księdza.
Okazało się, że potrafimy rozmawiać. Co prawda ciężko mi było pozbyć się uprzedzeń, które w sobotę tak potwornie dawały się we znaki, jednak gdy tylko zeszliśmy na tematy oderwane od teraźniejszości, Wolf wydał mi się wspaniały.
Wspominaliśmy wspólnie, byłem tym jakoś obco i dziwnie poruszony. Już po pierwszym kubku Krone przestał być księdzem, zagrożeniem, dowodem upływu czasu i wszystkiego tego, co straciłem. Pamiętał rzeczy, o których nigdy sam bym sobie nie przypomniał. Gadał i gadał, nie mogłem się nasłuchać, przerywałem mu tylko, by wtrącić kilka zdań i uzupełnić kolejną historię.
Jacy my byliśmy durni, myślałem. Jak cholernie dobrze się wtedy czułem, jak wiele bym dał, żeby do tego wrócić. Jak bardzo kochałem Wolfa, zanim staliśmy się obcymi ludźmi. W połowie butelki rżeliśmy tak głośno, że trzeba było przenieść się na balkon.
Czy pamiętam, jak ukradliśmy samochód kolegi i dojechaliśmy nim do Lubina, spytał. Pamiętałem. A jak pobił policjanta w cywilu, bo go pomylił z jakimś natrętem, który zaczepiał dziewczyny? A że na lekcjach niemieckiego pisał za mnie sprawdziany i że zasnąłem na sali gimnastycznej, gdzie mnie zamknęli na weekend? Że nie podałem mu ręki, kiedy wskakiwał do pociągu, i prawie przeze mnie zginął?
Przejąłem pałeczkę, pytając, czy prawie nie zabił mnie w odwecie, a sali gimnastycznej nie zamknął własnoręcznie.
Płakałem ze śmiechu, głównie dlatego, że on też płakał, a jego potworny głos brzmiał mi w uszach młodością, przyjaźnią, wolnością i nie wiem czym jeszcze. Pierwszy raz w życiu wzruszyłem się tak, że nie mogłem tego wytrzymać. Wolf zostawił mnie na chwilę, bo zgłodniał. Wrócił z bułką i Nutellą.
— Jest cię dwa razy mniej, a żresz dwa razy więcej — westchnąłem.
— Wiesz, Adaś, kapłaństwo mnie wykańcza — wymówił z pełnymi ustami. Wpakował w siebie kolejną łyżkę i kolejne ćwierć bułki naraz — znasz mje, zam zie zziwiłem że jezde kzięze, ziężko jezd, nozimje jakchoera ponozachajgożej — tłumaczył z uniesionymi brwiami, gestykulując i wymachując przy tym słoikiem — jeżebymjauiejeźć?
— Jest bóg, nie ma kobiet — wygłosiłem filozoficznie. Wolf przytaknął, próbując przeżuć monstrualną porcję. Wyglądał jak cholerny chomik.
— Nie ma kobiet, jest jedzenie — powiedział w końcu.
— I tytoń — dodałem — i alkohol. Dużo grzeszysz jak na księdza.
— Dużo grzeszę jak na człowieka — sprostował.
— I co bóg na to?
— Mamy układ.
— Też coś…
— Nie, Adam — Wolf zwrócił się do mnie, poważniejąc zupełnie — jakoś trzeba żyć. Jesteśmy ludźmi, celibat to nie kastracja. Dla mnie to było jak — próbował znaleźć słowo, a może raczej przetłumaczyć coś na język polski, bo kilka razy widziałem już podobny wyraz twarzy — ze skrajności w skrajność — dokończył wreszcie, sięgając po kubek. — Chodzi o poświęcenie, to jest właśnie poświęcenie. A to — wskazał na końcówkę Jagera — nie zastąpi mi ani seksu, ani miłości.
— Zabrzmiałeś głęboko — oceniłem, żeby rozładować napięcie.
— Jestem pijany — mruknął do kubka. — Chciałbym odebrać ci wszystko, to jest grzech, a nie jakieś tam… takie tam.
— Mam się bać? — Pytanie zadałem niby luźne, ale w środku wszystko aż skręciło mi się ze strachu. Czego mógłby pragnąć Wolf, jeśli nie tego, co sam miałem? Może dlatego tak okropnie czułem się w sobotę, kiedy siedział między Marią a Moniką? Może wcale się nie zmuszał do bycia dobrym wujkiem, może rozmyślał o mojej żonie, może…
— Może byłbym lepszym ojcem niż ty — zasugerował. Zmroziło mnie. Na szczęście nie wiedział, że jestem też fatalnym mężem. — Spokojnie, żartuję — zaśmiał się zaraz, widząc moją minę. — Nic ci nie grozi.
— Wiem.
— Tylko jak rozmawiałem z twoją córką, to wiesz, ona — zaczął zakłopotany, drapiąc się po brodzie — znaczy nie chcę się wtrącać…
— Więc się nie wtrącaj.
— Jasne.
Pomilczeliśmy chwilę, gapiąc się w ciemność. Wolf, chyba tylko po to, żeby zająć czymś ręce, wyciągnął i zapalił kolejną cygaretkę. Ja natomiast myślałem o tym, czego nie powiedział.
Co mógł usłyszeć od Moniki? Że jej nie kocham? Stały tekst, nic nie znaczy w ustach dziecka. Że się nią nie interesuję? Nie, zbyt poważne jak na sześciolatkę. Że na nią nie patrzę? Kiedyś wspomniała mamie. Że już nawet na nią nie patrzę.
— No — podjął Wolf — więc myślałem, że zacznę szukać rodziny po niemieckiej stronie, ale to zupełnie nie wypaliło.
— Zero informacji w Torgau? — zaciekawiłem się jak gdyby nigdy nic.
— Spotkałeś mamusię, to ciężki przypadek — pożalił się Krone, odsłaniając zęby w zgasłym uśmiechu. Parsknąłem zgodnie. — Wiem tylko, że ojciec był z Wrocławia, więc dziadek też musiał tam być. Przynajmniej przez jakiś czas. Ojciec zupełnie go nie pamiętał, zdjęcia znalazłem przypadkiem w mieszkaniu na Żeromskiego. Jeśli nazwisko jest po nim, to najpewniej był w Wehrmachcie, ale Deutsche Dienststelle milczy, zresztą wiesz — rozpędził się. Słuchałem go jednym uchem, zmęczony, pijany i lekko otępiały — …pomogłem, skoro ja nic nie wiem, nie znam nawet imienia, domyślam się nazwiska i celuję w wojsko, to co oni mogą zrobić, pewnie, że nic, nie ma wcale pewności, że jestem krewnym, nikt mi nie poświadczy, ojciec nie żyje, zostałem…
Patrzyłem na kanciastą twarz Wolfganga, wyłapując szczegóły. Oczy mu się rozszerzyły, tak bardzo przejmował się tym, co mówi. Poraniona ręka zamarła wpół drogi do ust, bo żal mu było czasu na zaciągnięcie się. Gadał, a cygaretka gasła samotnie. To był chyba jedyny słaby punkt, którego tak długo nie mogłem znaleźć - rodzina. Krone nigdy jej nie miał.
— …skoro napisane jest jak byk, że „przed przeniesieniem”, a na pewno był w Karpaczu? Więc sprawdziłem też wszystkie listy, ale to na pewno nie to, mówię ci, Czachowski, on pewnie był siłą wcielony do wojska, tak czuję, to by się trzymało kupy, w tym Wrocławiu w końcu przymusowo brali…
— Babcia nic o nim nie mówiła? Przecież całe lata tam mieszkałeś — wtrąciłem. Wolf zagłuszył mnie śmiechem, odchylając się w tył. Zaciągnął się potężnie i na wstrzymanym oddechu sięgnął po butelkę. Rozlał nam po równo, wypuścił dym przez nos i wręczając mi kubek, powiedział:
— Wspomnij o niej, to cię zatłukę.
Wypiliśmy jednocześnie, utrzymując kontakt wzrokowy.
Wolfowi drgnęły mięśnie żuchwy; był wściekły. Nabrałem powietrza.
— Nie możesz mnie o to…
— …takim skurwielem jak ty…
— …bo nie miałem w ogóle…
— …rozwalić twój łeb o chodnik…
— … akurat wtedy mnie…
— …to zasługujesz i nawet…
— …obwiniać że umarła!
— …nie wybaczyłem!
Zrozumiałem, że nienawiść Wolfa nie wzięła się znikąd. Potrafił ją tłumić, mimo że miał rację i słusznie oskarżał mnie o bezduszność.
Byłem bezduszny.
W rozmowie z nim popełniłem ten sam błąd, co kilka godzin wcześniej przez telefon. Potrafiłem tylko tłumaczyć się, kłamać i naginać rzeczywistość, a wszyscy, którym pozwoliłem zbliżyć się do siebie, w końcu dostrzegali, jaki naprawdę jestem. Wpadka sprzed sześciu lat nie zdołała tego zmienić. Nawet, gdy nadałem jej imię.
Krone również nie miał szans.
Wystarczyło wyznać mu, że przez rok czułem się jak morderca, a sumienie nie dawało mi spać do końca studiów. Wiedziałem o tym. Wiedziałem też, że nigdy mu nie powiem. Mógł cierpieć. Ja cierpiałem. Oszukiwałem nie tylko Wolfa, żonę i innych ludzi - przede wszystkim oszukiwałem siebie.
— Mieliśmy gadać o bogu — przypomniałem, próbując go sprowokować, choć czułem, że nic nie wskóram. Doszło do rozłamu jak kiedyś. Dziś Wolf jedynie nazwał rzeczy po imieniu, utwierdzając się w swojej starej decyzji.
— „Boga nie ma”, chciałeś to usłyszeć od księdza? Ja jestem księdzem.
— Nie szkoli się was w wybaczaniu?
— Gdybyś chociaż żałował.
Nie patrzył na mnie, odszedł jak najdalej i drżącymi z gniewu palcami zaczął wygrzebywać kolejnego tytoniowego skręta z płaskiego, metalowego pudełka. Odpalał go dobre pięć razy.
Nie widzieliśmy się czternaście lat, bo jedyna osoba, która kiedykolwiek Wolfa kochała, umarła, gdy był na drugim końcu Polski, a ja, stojąc pod jej drzwiami, nie zrobiłem nic. Świadomie. Mogłem zadzwonić, mogłem komuś powiedzieć, mogłem nawet uratować jej życie, bo w końcu kto wie, co tak naprawdę się stało - może zasłabła, albo akurat schodziła na zawał? Skazałem Wolfa na widok rozkładających się zwłok i pozwoliłem mu z tym żyć.
Spektakularnie zakończyłem przyjaźń.
— Co za dźwięk? — rzucił Krone nagle. Zamarłem.
— Jaki dź…
— Garaż.
Wytężyłem słuch. Faktycznie, buczała cicho rozsuwana brama, na podjeździe chrzęściły kamienie. Moja żona postanowiła wrócić?
— Przywitasz się? — spytałem ponuro. Wolf palił zdenerwowany. Chyba nie chciał, żeby Maria widziała go naprutego i śmierdzącego tytoniem o tej godzinie w swoim domu. Słusznie. Był przecież księdzem, a oni nie są zwykłymi ludźmi. Zdjął pośpiesznie moją koszulę, wrócił do salonu po własną, po czym bez słowa, z cygaretką w zębach, zaczął wspinać się na balustradę balkonu. Spojrzałem na niego bez nadziei.
— To się nie uda, Czachowski — usłyszałem — nie mam bliskich w Karpaczu.
— Wczoraj jednego potrącił samochód — powiedziałem mu, zanim zeskoczył.
Zostałem sam i nie ruszyłem się z miejsca, aż usłyszałem kroki Marii w przedpokoju. Dopiero wtedy wróciłem z balkonu i oparłem się o ścianę gotów na kolejną trudną rozmowę. Czułem się martwy i obojętne mi było, co usłyszę.
Żona w końcu do mnie dotarła.
— Był u nas Wolf? — spytała.
— Skąd wiesz?
— Czuję jego zapach — wytłumaczyła, jakby to było oczywiste. — Zniknęło pół lodówki. Piłeś?
— Piliśmy — uściśliłem.
Czuła zapach?
Ile razy go czuła, że pamiętała tak dobrze?
— On tu był jeszcze przed chwilą — domyśliła się bezbłędnie. Szczerze ją podziwiałem. Ją i jebanego Wolfa. — Oskarżasz mnie o schadzki z księdzem, po czym zapraszasz go na noc, kiedy wyjeżdżam? Udajesz przy mnie, że się nienawidzicie, a gdy mnie nie ma, pijecie w naszym domu? Jest coś, o czym nie wiem, Adam? Możesz mi wytłumaczyć?
Zapach czuła.
Ciekawe, czy zdążyła już poczuć więcej.
— Jest coś, o czym nie wiesz. Niczego ci nie wytłumaczę.
Patrzyła na mnie długo, nie mrugając.
— Długo go namawiałam, żeby przyszedł w sobotę — przyznała się nagle, pewnie po to, żeby mnie zranić — myślałam, że to ci pomoże. Teraz widzę, że sama szukałam pomocy. Miałam nadzieję, że Wolf powie mi o tobie coś, czego nie wiem. — Skrzywiła się, walcząc z emocjami. — Ale mówił tylko, że jesteś okrutny, a to wiedziałam aż za dobrze.


***

Nie pamiętam, jak wytrzymałem całą noc, siedząc na balkonie.
Pewny byłem jedynie dwóch rzeczy: że straciłem Wataha i zaczynałem tracić rodzinę. Cała reszta nie znaczyła nic. Normalnie zrzuciłbym winę na boga; cholerną wyższą siłę, która niszczyła namiętnie moje życie. Ale nie mogłem. Usłyszałem od Wolfa to, czego nikt nie chciał wcześniej powiedzieć mi wprost i już nie umiałem prowadzić swoich chorych rozmów z nicością.
Zasnąłem dopiero nad ranem, gdy było już całkiem jasno. Niecałe trzy godziny odpoczynku, co chwilę przerywane szczekaniem psa, świergoleniem ptaków i nowo-kupioną kosiarką sąsiada. Poszarpane nerwy coraz mocniej dawały mi się we znaki. Punktem kulminacyjnym było pojawienie się mojej córki w ogrodzie: wyszła, trzaskając drzwiami, pobiegała chwilę, po czym zawołała na cały głos „Mamo, Wolverin zgubił różaniec!”.
Otworzyłem oczy, zerwałem się z wiklinowego fotela i jak żywy trup przeszedłem przez cały dom, do drzwi, a potem na ulicę. Powlokłem się do Janusza.
Siedział na swoim ganku i, jak się okazało, chyba na mnie czekał. Spotkanie kogoś, kto się na mój widok ucieszył, przeszedłem niespodziewanie ciężko. Musiałem przeczekać falę rozpaczy i zwalczyć pokusę ucieczki do lasu.
— Chodź no tu, Czachowski — wołał do mnie Janusz. — Ruszże się, młody jeszcze jesteś!
Nie zgadzałem się z nim w najmniejszym stopniu.
— Jestem, Januszu. Co się stało? — rzuciłem już przy furtce, którą, całe szczęście, nauczyłem się wreszcie otwierać. Stary Wilk patrzył na mnie z entuzjazmem, czymś był chyba poruszony. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Rozważałem przez moment, czy wyjście na dłużej w góry nie zdewastowałoby całkowicie moich szans na pozostanie mężem i ojcem.
Choć Maria miałaby z kim spać, a Monika z kim się bawić.
— Wejdź, pokażę ci — zaprosił mnie żywo. — Szukałem tego całą noc… Co ty masz z tymi butami, Czachowski, przestań je zdejmować — zbeształ mnie w korytarzu. — Podejdź, pomożesz mi. — Wskazał na starą, drewnianą skrzynkę zabitą gwoździami. Leżała przy zejściu do piwnicy. Nie wyglądała bezpiecznie i zawahałem się mimowolnie. Zaraz potem dźwigaliśmy ją we dwóch, ciężką i cholernie zakurzoną, na zewnątrz, do światła.
— Jakiś łom? — spytałem, gdy położyliśmy tajemnicze znalezisko na ziemi. Janusz przytaknął. Szukaliśmy dobre pół godziny. W szopie, w piwnicy, w schowkach i (byłem zszokowany) pod deskami podłogowymi. Łom znalazł się, oczywiście, za drugim razem, bo Janusz przezornie sprawdził po mnie swoją graciarnię.
W końcu, po wielu próbach, udało mi się podważyć wieko. Odmówiłem wcześniej oddania tego zaszczytu Januszowi, choć nalegał, widząc moją walkę z łomem. Usiedliśmy na trawie, ja nieziemsko ciekawy i podekscytowany, a on skupiony, ze zmarszczonymi brwiami.
Nabrałem powietrza i zastygłem nagle wpół oddechu.
Sad jabłkowy ogrzewał się wolno w porannym słońcu, wybuchając potwornie znajomym zapachem. Szumiał, szeptał o młodości, oblepiał mnie zachłannie moim własnym, utraconym szczęściem, wolnością, tak okropnie przeżartą przez woń wiatru, nagrzanego zboża i ciężkiej, owocowej zieleni.
Kpił ze mnie.
Wstań, Adam. Życie cię potrąciło?
Wstawaj.
Leżałem martwy, rozciągnięty na asfalcie, sztywniejąc w zaschniętej kałuży.
— Durny ty taki, Czachowski — westchnął Janusz łagodnie. Od kilku minut gapiłem się pusto na jego jabłonie obłażące z białej farby.
— Przepraszam.
W skrzyni było wszystko - stary mundur, dokumenty po ojcu Janusza, pistolet, naboje, gazety z okresu wojennego, jakieś prastare monety i zdjęcia.
Czułem się trochę niezręcznie, tak jakby ze względu na mnie odkopywał coś ze swojej przeszłości. Coś, co wcześniej zabił gwoździami i ukrył w piwnicy. Milczeliśmy przez bitych dziesięć minut. Ostrożnie oglądałem wszystko, co mi podawał, napawałem się historyczną wartością zwykłych rzeczy. Ten mundur to było coś, co mną wstrząsnęło najbardziej.
— Wasz ojciec go nosił, Januszu? — spytałem, nie mogąc się powstrzymać.
— Tak. Wojska ochrony pogranicza. Ale, widzisz, to nie ten mundur chciałem ci pokazać — powiedział spokojnie. Uniósł trzymany w ręce, przetarty skórzany portfel. — Wiesz, do kogo to należy?
Ściągnąłem brwi w oczekiwaniu, wyciągając dłoń. Palce mi lekko drżały, może dlatego, że prawie nie spałem. Otworzyłem portfel i spojrzałem na zdjęcie przyczepione do starej, niemieckiej karty tożsamości.
— Ach — mruknąłem wolno — nie…
— To było straszne, kiedy przynieśli ciała do Szklarskiej Poręby — mówił Janusz. Patrzyłem tępo na wnętrze portfela — wiedziałem tylko, że niemieccy dywersanci go zabili. Ojca. Nie jakoś okrutnie, strzał w głowę, nikt nie był przygotowany, a oni wiedzieli, kiedy zaatakować.
— Werwolf? — spytałem cicho.
— Tak mówiły władze. Tu było dużo różnego śmiecia, wiesz, Czachowski, Niemcy przegrywali. Żołnierze, dezerterzy, jakiś rozbity Wehrmacht przejazdem albo na dłużej, pochowani w lasach, to już bardziej fanatycy, dzieciaki i patrioci Trzeciej Rzeszy… Ale Niemcy są za głupi na zorganizowane podziemie.
— A on? — uniosłem portfel.
— A jego i innych zabili nasi przy łapance, w listopadzie czterdziestego piątego. SS, jeden z Luftwaffe, kilku zbiegów z Wrocławia. Stryj powiedział, że mogę zabrać rzeczy tego mordercy, zanim go zakopią, żebym pamiętał, jak straciłem ojca.
— Mógł mieć z tym coś wspólnego? — nie dowierzałem. Młody Niemiec na zdjęciu nie był tylko podobny do Wolfa. On był Wolfem, czy może raczej Wolf wyglądał, jakby zdjął z niego skórę. Nazwisko się zgadzało. — Wiesz to, Januszu?
— Niczego już nie wiem po sześćdziesięciu latach, Czachowski — zaśmiał się w odpowiedzi. Obróciłem zakładkę portfela i znalazłem zdjęcie babci z Wrocławia. Miała na nim ze dwadzieścia lat, ale i tak ją poznałem. Chciało mi się wyć.
— Nie dziwisz mi się chyba, że jak go zobaczyłem w nocy, w lesie, tuż za sobą, ta rozpięta sutanna — Janusz mrużył oczy w słońcu — po latach patrzenia na zdjęcia, wiesz, człowiek jest stary i durny. Myślałem, że to ten. Duch, czy kto. Przestraszył mnie, tyle się stało. Rękę na niego podniosłem. Ale to kawał chłopa, więc zaraz byłem na ziemi z rozbitą głową — rozwiał moje wątpliwości, kończąc historię. A więc Wolf naprawdę się bronił.
— Już rozumiem — mruknąłem cicho.
— Daj mu to. I to. — Janusz wręczył mi mosiężną przypinkę na czapkę; trupią czaszkę Waffen-SS.
— Co proszę? — Spojrzałem na niego w szoku.
— Daj Wolfowi rzeczy dziadka, mówię — powtórzył spokojnie.
— Pan wybaczy, Januszu, ale to… Krone chyba myśli, że jego dziadek był dobrym człowiekiem, wiecie, siłą wziętym do wojska.
— Może był dobrym człowiekiem.
— Dobrym człowiekiem z SS?
— Jak uważasz, Czachowski.
Uważałem, że spalę ten portfel wraz z zawartością, a sam o nim zapomnę, ale nic Januszowi nie powiedziałem. Przeprosiłem go za swój stan, wspomniałem coś o ciężkiej nocy i braku snu. Kazał mi natychmiast wracać do siebie, bo „co mu tu po mnie, to nie moje wspomnienia, tylko jego”. Skłoniłem się nisko, dziękując za gest.
— Nie decyduj za księdza — usłyszałem na pożegnanie — on może szukać bliskich.
Decydować za Wolfa?
O nie, Wolf zdecydował sam.
— Spokojnie, Januszu. — Uśmiechnąłem się lekko. — On nie ma bliskich w Karpaczu.

koniec
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kruffachi » 14 lipca 2016, 16:17

Przeczytałam. Dużo myśli. Ten komentarz będzie powstawał powoli.

Część rzeczy pewnie powinnam powtórzyć, ale ich nie powtórzę, bo nie lubię się powtarzać Więc. Ostatnio rozpisywałam się na temat niepokoju i Adama-wilka, teraz tylko złożę głęboki pokłon uznania za scenę, w której doświadcza jedności duchowej z wilkiem zabitym na drodze. "Potrącony przez życie" to jest właśnie to. Ta fraza oddająca praktycznie wszystko. Plus sposób napisania tego fragmentu jest bardzo dobry, tekst niespodziewanie na chwilę przyspiesza, wytrąca z równowagi i przyzwyczajenia do specyficznego rytmu. Także reakcja tłumu - śmiech. To jest bardzo uderzające. Potwierdza się też - choć nie w tym miejscu, a wówczas, gdy powraca wątek babci - że Adam w istocie boi się samego siebie. Nie do końca w tym sensie, jaki zakładałam jeszcze podczas lektury poprzedniej wstawki, ale jednak rzeczą czytelniczą błądzić ;) Niemniej to jego powolne odkrywanie, że problem nie tkwi w innych, a w jego sposobie ich postrzegania, i niezgoda na taki stan rzeczy. Ta niemożność zejścia z piedestału i przyznania, że jest się takim samym kłębkiem błędów, wcale nie posiadającym większego niż inni prawa do oceny rzeczywistości, zachowań i motywów - to paskudne napięcie pomiędzy świadomością tego a rzeczywistością, to jest coś, co, niestety, całkiem dobrze znam. Więc choć Adam mnie przeraża, to jednocześnie stworzyłaś kolejną postać, która jest mi niepokojąco bliska. Którą rozumiem, choć wcale tego nie chcę. Podobnie rozumiem to, co dzieje się w zakończeniu. Adam niby coś tam dostrzegł, ale jakby obawiał się pójść dalej i w efekcie podejmuje decyzję za kogoś. Decyzję, której motywy nie tak łatwo rozwikłać. Może to chęć spłaty długu, może takie wyobrażenie powinności dawnego przyjaciela, a może trochę zemsta. Chęć swego rodzaju wyrzucenia Wolfa z Karpacza, wykorzenienia go, odsunięcia na bezpieczny margines. To jest jak sam Adam - pełne sprzeczności. Niejednoznaczne. Obciążone moralnie. Jednocześnie i okrutne, i niosące ze sobą cień pozytywnych emocji.

Scena kupowania Nutelli - moja kolejna ulubiona. Z wielu względów, zwłaszcza z powodu przełomu w postrzeganiu relacji Adam-Wolf. Znów niuansów.

Jeszcze napomknę o samej potrójnej relacji Wilków, choć na pewno krócej, niż na to zasłużyła. Trzech ludzi niby kompletnie innych, a jednak tak do siebie na tym poziomie podobnych. Tego niepokoju, samotnego snucia się, konfliktu z rzeczywistością, nawet jeśli w wypadku każdego z nich konflikt ten dotyczy czegoś innego. To mnie uderzyło i to - myślę - zostanie.

Pisz, Krone. Świat będzie uboższy bez Twojego pisania. Rzekłam.
SpoilerShow
Pisałam na SB o luźnym skojarzeniu z "World's End", ale jest też taka jedna piosenka ;)
[BBvideo 425,350]http://www.youtube.com/watch?v=i2PsXT88UeU[/BBvideo]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: nuklearna_wiosna » 21 lipca 2016, 17:46

Czytałam w pracy, zamiast zajmować się tym, czym powinnam, a potem nadganiałam robotę na ostatnią chwilę, ryzykując opieprz w razie wykrycia, że odwaliłam fuszerę.
Powiem tyle, że warto było.

Tekst dostarczył mi mnóstwa materiału do przemyśleń, a to dobrze. Celowo nie mówię, że mi się podobał, choć stwierdzenie, że mi się nie podobał też nie byłoby prawdziwe. Po prostu tematy, które poruszyłaś i sposób, w jaki to zrobiłaś, odsunęły na dalszy plan kwestie podobania się bądź nie.
Jedno, co przyjmuję zupełnie bez dyskusji i zastrzeżeń, to świat, który kreujesz. To właśnie przy kleceniu pierwszej wersji komentarza dla Ciebie przyszło mi do głowy olśnienie odnośnie opisów. Zastanowiłam się, dlaczego – choć przecież dość zczegółowo odwzorowujesz rzeczywistość – nie nudzi mnie to, a wręcz mi się podoba, chociaż ja przecież za opisami nie przepadam, a przynajmniej tak mi się zdawało. Przyczyna leży w tym, że to, co pokazujesz, to nie jest jakiś tam sobie po prostu świat, ale świat Twoich bohaterów. Na każdym kroku czuć, że oni są w nim zanurzeni, że opisywane miejsca i czynności są po prostu ich i z dowolnej innej perspektywy wyglądałyby zupełnie inaczej. Dlatego czytało mi się fantastycznie, w głowie takie HD w 3D, że tylko rozsiąść się wygodnie i obserwować, cóż to w tej malowniczej scenerii się dzieje.

A dzieje się i dużo i niedużo w zasadzie. Bo jak przyjrzę się samym wydarzeniom, odfiltrowując przemyślenia Adama, to widzę po prostu trzech zagubionych mężczyzn żyjących przeszłością, która jest, obiektywnie patrząc, raczej banalna. Rodzinne historie, sięgające czasów II Wojny Swiatowej, wzajemne urazy i pretensje chowane latami, to temat nośny, ale niezbyt odkrywczy. I tak naprawdę oprócz przybycia Wolfa do Karpacza, bójki w lesie, która nawet nie została opisana, i uprania kilku rodzinnych brudów, nie wydarzyło się tutaj zupełnie nic. Tym bardziej niesamowite, że to „nic”, czyta się z zapartym tchem. Zawsze uważałam, że pisanie ciekawie o rzeczach zwykłych to duża sztuka, która, w mojej opinii, Ci się udała.
A że nie do końca utrafiłaś w moją tematykę, to już nie Twoja wina. Przyznam, że trochę utrudniało mi to wkręcenie się w tekst. Dałaś bohaterom mało uniwersalne motywacje, zwłaszcza Adamowi. Taka osoba jak ja, która nigdy żadnych związanych z wiarą kryzysów nie miała, nie zdoła tej postacji „kupić” całkowicie. Tak samo rozgrzebywanie przeszłości nigdy mi osobiście nie było do niczego potrzebne i nie potrafię poczuć emocji z tym związanych. Rozumiem, oczywiście i nie neguję tego, że dla niektórych jest to ważne, ale samo rozumienie to za mało, żeby na dobre wsiąknąć, skoro nie mam z bohaterami żadnego punktu stycznego na gruncie emocjonalnym. To jest co prawda wyłącznie mój problem, ale myślę, że powinnam go zasygnalizować, choćby po to, żeby uzasadnić mój chłodny stosunek do Twoich postaci i ich działań.

Pewnie dlatego właśnie, że nigdy nie czułam i nie zanosi się, bym miała poczuć to, co oni, odnosiłam przez cały czas wrażenie, że wszyscy trzej permanentnie przesadzają i rozdmuchują sprawy, w tym także te zupełnie błahe, do stopnia, do jakiego dorośli ludzie nie powinni. Trochę to nawet do nich pasuje, bo, jak wspomniałam, w moim odczuciu Adam, Wolfgang i Janusz są zagubieni, niepewni własnej tożsamości i miejsca w życiu, więc te przesadne reakcje, nakręcanie się, desperackie poszukiwanie winnych, to nic innego jak miotanie się na oślep w próbach odnalezienia siebie, uzyskania odpowiedzi na pytanie, dlaczego stało się to, co się stało, dlaczego życie ułożyło się tak, a nie inaczej. Naprawdę to rozumiem (tak sądzę), ale nie jestem w stanie za wiele poradzić na to, że to wszystko po pierwsze trochę irytuje, a po drugie, utrudnia przyjęcie jakiejś sensownej perspektywy. Znaczy mi utrudnia, innym może nie, nie wiem.

Przede wszystkim przeszkadza mi w tym sam Adam, który stanowi chodzącą kwintesencję przesady. Pierwszy raz przewróciłam na niego oczami, jak snuł rozważania na temat koleżanek swojej córki. No wiem, że dzieci bywają niewychowane, wkurzające i okropne, ale jednak czuję jakiś niesmak, gdy dorosły człowiek wypowiada się o kilkuletnich dziewczynkach z taką zawziętością, niemal agresją. Ale okej, jakoś przełknęłam, może miał zły dzień, czy coś. Za to zupełnie mnie dobił mnie reakcją na wieść o wizycie wikarego. Zachował się jak zbuntowany nastolatek, któremu matka kazała zostać w domu, jak ksiądz będzie chodził po kolędzie. Już po tym wiedziałam, że nie dam rady go traktować poważnie i że wszystkie jego przemyślenia przefiltruję sobie przez głos rozsądku, odsieję histerię i humory i dopiero przyjrzę się sytuacji, bo Adamowi nie wierzę ani trochę. Nie dosyć, że jest zafiksowany na tych wszystkich „nie moich” kwestiach, o których wyżej, to jeszcze tak strasznie się z ich powodu miota, że to jest aż przerysowane. Kurtuazyjna wizyta księdza, to naprawdę nie jest koniec świata,a Adam zachowuje się, jakby był.
I przyznam, że to mi sporo zepsuło. Z jednej strony dobrze, że postać jest prowadzona konsekwentnie i jak przegina, to ze wszystkim, bo taki już ma charakter, ale przez to zupełnie nie mogłam cieszyć się Wolfem i tajemnicą, którą wprowadziłaś wraz z nim.
No bo czytam i widzę, jak Adam pastwi się w myślli nad nieszczęsnymi dziewczynkami. Myślę sobie, że prawdopodobnie przesadza i te dzieci nie są aż takimi wcielonymi szatanami, jak mu się wydaje. Potem jestem świadkiem jego fochów, bo ksiądz, i myślę, że prawdopodobnie przesadza, bo godzina czy półtorej z duchownym przy jednym stole raczej go nie zabije. Potem pojawia się Wolf, Adam panikuje, a ja myślę, nauczona doświadczeniem, że prawdopodobnie przesadza i Wolf nie jest wcale taki zły.
Adam. Prawdopodobnie. Przesadza. Zawsze.
Dlatego nie potrafiłam odczuwać prawdziwego niepokoju w związku z postacią Wolfa. Może i nie jest stuprocentowo pozytywnym bohaterem, może nawet nie jest siedemdziesięcioprocentowo pozytywnym bohaterem, ale po prostu wiedziałam, że złem wcielonym też nie jest i nie przybył, żeby kogoś skrzywdzić. Im bardziej szleńcze wizje snuł Adam na temat dawnego przyjaciela, tym bardziej ja utwierdzałam się w przekonaniu, że można sobie jego punkt widzenia o kant rzyci potłuc.
I nie chodzi o to, że to źle. Po prostu mam wrażenie, że jest tu trochę za dużo wszystkiego i że chciałabyś tak wiele naraz, że nie bardzo wiadomo, co właściwie. Jednocześnie przedstawiasz Adama jako przesadnie reagującego, drażliwego panikarza i wychodzi Ci to dobrze, ale z drugiej chciałabyś, żeby Wolf widziany jego oczami wydawał się tajemniczy i groźny, a tak się nie da. Gdyby Wolfa przedstawił nam w ten sposób ktoś zrównoważony, to inna sprawa, ale Adam nie jest zrównoważony. Nawet nie mówi nam właściwie, co takiego ten straszny Wolf miałby uczynić. Znaczy mówi. Mówi mniej więcej tyle, że jezuzmarja, ku***a, wszystko z apokalipsą włącznie, ale wiadomo, że mu nie wierzę. Sugeruje mnóstwo rzeczy – że uwiedzie mu żonę, zmolestuje córkę, że na pewno popełnił przestępstwo i się ukrywa, że zatłukł kogoś w ciemnym lesie... Za każdym razem, jak go spotyka, zwala na niego jakieś podejrzenia. I dlaczego? Bo Wolf w czasach licealnych i studenckich był, no cóż, jak spora część młodych ludzi w czasach licealnych i studenckich? Czy dlatego, że boi się zemsty Wolfa?

I znów. Zemsty za co? Za to, że dawno temu Adam zadzwonił do drzwi i poszedł sobie, gdy nikt mu nie otworzył? A co miał zrobić?
Z jednej strony to jest denerwujące. Serio. Mam ochotę potrząsnąć nimi wszystkimi, powiedzieć, że nic takiego się nie stało i nic takiego się nie dzieje. Poprosić uprzejmie, żeby, psiakrew, usiedli na tyłkach, ochłonęli, pomyśleli przez chwilę logicznie i przestali się tak strasznie i bezsensownie miotać. I mnie wkurzać. Że czasem coś się po prostu dzieje i nie jest to niczyją winą, że miliardy rzeczy można było zrobić inaczej, że niepokój, wyrzuty sumienia, żal do świata i ludzi są naturalne, ale nie da się normalnie żyć, jeśli z pewnymi rzeczami człowiek się nie pogodzi, nie wybaczy innym, a przede wszystkim sobie.
Z drugiej strony fakt, że mam ochotę im to wszystko powiedzieć oznacza, że jednak na jakimś poziomie ten tekst do mnie trafia. Pośród tego wszystkiego, co mnie nie rusza, czego nie kupuję, co generalne mi „nie robi”, znalazłam jednak coś dla siebie i ostatecznie odrzuciłam wkurzenie na tych konkretnych bohaterów na rzecz refleksji o tym, że ludzie są wkurzający generalnie. Każdy ma swoje żale i bolączki, które kładą się cieniem na całym jego życiu, chociaż dla kogoś patrzącego z boku, kogoś, kto nigdy nie miał podobnych doświadczeń, mogą wydawać się zupełnie błahe, wręcz bezsensowne. Łatwo byłoby mi powiedzieć Twoim bohaterom, żeby się w końcu ogarnęli i nie robili z gówna dynamitu, bo wszystko jest do przegadania i wyjaśnienia, ale różne niedobre rzeczy siedzą w nich na tyle głęboko, że zwyczajnie nie wiedzieliby, o co mi chodzi.
Gdyby to było (dla nich) takie proste, po prostu by to zrobili. Najwyraźniej nie mogą. Najwyraźniej są już na tyle skrzywieni, że prędzej doprowadzą do ruiny psychikę swoją i najbliższych, rozpieprzą sobie życie i doszczętnie zatrują umysł, niż po postu usiądą i porozmawiają.
Potrafię to chyba zrozumieć, chociaż wolałabym nie potrafić.

Odsłonięte w końcu tajemnice z przeszłości okazują się, w moim odczuciu, takie meh, takie se. Mało tajemnicze, mało wstrząsające, ot historie, jakich wiele. Wstrząsająca jest teraźniejszość i to, jak bohaterowie sobie radzą. A raczej nie radzą.
Bo w jednym Adam nie przesadza – naprawdę życie go potrąciło. To potrącenie wydaje mi się tu bardzo udaną metaforą, chociaż nie wiem na ile miałaś zamiar metaforyzować je akurat w taki sposób. Ja widzę potrącenie jako coś przypadkowego, coś, co nagle, niemal od niechcenia, wybija z rytmu, którego nie można już potem odnaleźć. Myślę, że wszyscy Twoi bohaterowie są w ten sposób potrąceni, nie tylko Adam. W którymś momencie coś zrzuciło ich z prostej drogi, gdzie wszystko miało swoje miejsce i swój sens. Teraz Adam zazdrości Wolfowi że ten odnalazł (czy na pewno?) wiarę, Wolf Adamowi natomiast poczucia tożsamości, symbolizowanego tu przez rodzinę. Adam powoli acz nieubłaganie od tej rodziny się oddala, za to Wolf, tak samo zresztą, jak Janusz nie może (czy nie chce?) zwalczyć swojego gniewu. Bohaterowie nie doceniają tego, co mają, za bardzo zaprzątnięci gonitwą za nieuchwytnymi cieniami.
Jest to denerwujące, smutne, ładne i ludzkie.
I na tym może zakończę, bo i tak przegięłam już z tym komentarzem.

Dziękuję za lekturę :)


(I weź no może, kobito, zrób mi przyjemność i wyjustuj, z łaski swojej, ten tekst, bo oczy bolo :D)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Kanterial » 21 lipca 2016, 18:03

Kili, Wiosno - dzięki za przeczytanie.

Proszę bardzo, dodałam kodowanie z interlinią, Jak kto lubi, ja bardzo lubię tę wizualną ścianę tekstu, ale :bag: proszę. Jeśli ktoś prosi, niech będzie. Ja wiem, czytelność i tak dalej, oczy bolo... Dobrze, dobrze...

Ciężko mi się odnosić do przemyśleń - obydwu z Was - bo uważam że każdy ma własne i poniekąd bez sensu jest zdradzać swoje motywacje. Subiektywność niechaj króluje, od tego mamy teksty, żeby je samodzielnie odbierać. Jedna tylko rzecz, na którą mogę chyba odpowiedzieć:
Jednocześnie przedstawiasz Adama jako przesadnie reagującego, drażliwego panikarza i wychodzi Ci to dobrze, ale z drugiej chciałabyś, żeby Wolf widziany jego oczami wydawał się tajemniczy i groźny, a tak się nie da.
W żadnym razie, Mopsie. Wolf ma być jak najbardziej sympatyczny. To on jest tu pozytywną postacią i tak chciałam (próbowałam) go napisać, żeby było widać, że da się go lubić. Psychikę Adama prowadziłam inaczej i, jak piszesz, usiłowałam to robić konsekwentnie. On nie jest obiektywnym narratorem. Miałam nadzieję uczynić Wolfa naprawdę, od samego początku, przyjaznym w odbiorze bohaterem.
Myślę, że za dobrze go znam, by o nim dobrze pisać.


Dziękuję raz jeszcze - będę myśleć sporo dzięki tym komentarzom! :D
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Siemomysła » 21 lipca 2016, 21:30

W żadnym razie, Mopsie. Wolf ma być jak najbardziej sympatyczny. To on jest tu pozytywną postacią i tak chciałam (próbowałam) go napisać, żeby było widać, że da się go lubić.
To jeszcze nie jest komentarz, który powiedziałam, że napiszę i który napiszę, ale spojrzałam na to i dusi mnie coś. Muszę powiedzieć. Tak właśnie widzę Wolfa. Jako sympatycznego, dającego się lubić. Czytałam i im więcej złego w nim widział Adam (nawet wtedy, gdy miał na imię Przemek i gdy nie znałam jeszcze historii do końca) tym bardziej pytałam: Adasiu, o co ci chodzi? Czemu Ty go tak nienawidzisz? Co on zrobił Tobie? Bo wierzę, że skoro autor pokazuje mi człowieka, którego dusza wygląda, jakby krwawiła, a rany były zasypywane solą (co zresztą często sami sobie robimy najlepiej, nie potrzebujemy innych do tego), to jest jakiś powód. Na pewno bohater ma jakiś powód. Owszem, myślałam sobie: Adamie, przeginasz, ale CZEMU przeginasz? Czemu wyglądasz, jakbyś się trząsł? Czemu tak organicznie nie cierpisz księży? Bo Wolf zdradził Cię z Bogiem, Adasiu? Jak ważna była dla Ciebie Wasza przyjaźń?

Taka moja rozmowa z Adamem :bag: Gościem, którego bym lała i tuliła na raz jednocześnie.
Ta jego decyzja na końcu... Jak bardzo, bardzo go prosiłam - nie rób tak. Nie podejmuj decyzji za niego. Nie rób tak, nie wyrzucaj go, nie wykopuj. Ale w sumie, jaką inną decyzję on mógł podjąć? I nie, nie mówię tu o pokazaniu, czy nie pokazaniu, Wolfowi rzeczy dziadka. Mówię o podjęciu za niego decyzji, czy ma, czy nie ma, rodziny w Karpaczu.

Musiałam.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Joa » 22 lipca 2016, 20:34

Wiara, frustracja, ból świata, Adam i Wolf
SpoilerShow
Byle się nie ruszać, byle sobie zawęzić to wszystko, świat cały, do miasta, ulicy, domu — mówił, a ja słuchałem, patrząc pod nogi. — Z całej Polski przyjeżdżają ludzie, żeby pozwiedzać Sudety, pochodzić po górach, a wy mieszkacie tu i ot, co macie, swoje wille, skoszony ogród i parking. — Wzniósł ku niebu jeden z długich, kościstych palców. — Koniecznie, bo dla turystów. Ale żeby wyjść, pobłądzić, poszukać, nauczyć się tego miejsca i zrozumieć, to nie.
Mam wrażenie, że wymusiła to na Adamie rodzina; Maria, Monika, nagłe obowiązki, które spadają na człowieka w momencie, gdy tworzą się jakieś więzy. On właśnie przez te rozmowy z Januszem się uwalnia od kajdan, przez te spacery po górach. Ucieka, tworzy sobie zamiennik młodości, według mnie. Może do niej wraca. A Maria, jego żona, pewnie też sąsiedzi, to ci ludzie, o których mówi Janusz - zajęci rutyną, ograniczeni do własnej, znanej im przestrzeni, czterech ścian. Nie mówię, że to źle, ale bardziej jestem w stanie się tu utożsamić z Adamem i Januszem. Ludzie mają coś pod nosem - zamek w Przemyślu choćby - i nie ruszą się, nie mogą ale pojadą za jakiś czas oglądać inne zamki, dalej, piękniejsze, popularniejsze. Bo zajęci są swoim zwykłym, szarym życiem i to, co obok nie jest tak fascynujące, jest nudne jak codzienność. "Znane".
Chciałem znów widzieć i czuć. Czasem człowiek budzi się i nie myśli, działa jakoś z rozpędu i funkcjonuje, odporny na pytania o sens i powód. A czasem otwiera oczy i, jeszcze zanim się poruszy, uświadamia sobie, że wpadł. 
Wpadłem. Wpadłem kilka tygodni wcześniej i nie mogłem się wygrzebać z piaszczystego dołka własnej, dobijającej niemocy, a każda kolejna próba kończyła się tylko osypaniem następnych warstw ubitych przyzwyczajeń. I zamiast się wydostać, tkwiłem tam, ponawiając nieudolne starania, w coraz większej, nieświadomie (choć sam już nie byłem pewny) poszerzanej dziurze. Rozważałem, czy by może nie przestać. Bo jaki w tym cel - widzisz, że się nie da, że tylko pogarszasz sprawę, więc może warto odpuścić? Spłyciłbym to, bóg dał i bóg wziął, nie muszę cieszyć się życiem. Przestałbym wspominać, że kiedyś byłem młody i nic mnie nie obchodziło, albo że miałem plany i marzenia, które jakoś, z biegiem lat, wypłowiały. Snułem je jak wszyscy i czekałem na okazję - kiedyś, po tym, po tamtym, za rok, za dziesięć - aż w końcu dotarło do mnie, że ani się nie zbliżyłem do założenia, ani nie pamiętam, jak w ogóle brzmiało.
Spytałem sam siebie, na co czekałem tyle lat, i kiedy okazało się, że chyba na nic, straciłem ochotę. Na wszystko. Załamać się, niestety, nie mogłem, bo to by był cholerny egoizm. Miałem żonę, córkę, pracę, dom. Dom w Karpaczu, wspaniała rzecz. 
Bóg dał, bóg wziął. Adam ma dużo - rodzinę; żonę, córkę, psa, dom w spokojnym miejscu. Pewnie też nie doskwiera mu głód, raczej nie kapie z dachu. Powinien być szczęśliwy, ludzie mają gorzej, prawda? Tylko sęk w tym, że nie da się wartościować problemów, gdy niektóre urastają tak bardzo, że człowiek wpada i nie umie z tego dołu wyjść. Absolutnie nie można wartościować, czy człowiek, który stracił rękę ma większe prawo do smutku, narzekań, depresji, czy może Adam, któremu poszczęściło się tam, gdzie inni widzą szczęście, a nie powiodło gdzie indziej. Nie można wartościować smutku i nieszczęścia. Jestem w stanie zrozumieć ból Adama, jego niezadowolenie z życia, które wiedzie i tęsknotę za tym, które utracił, za czasem, w którym mógł marzyć i realizować marzenia. A najwidoczniej nie zrobił tego do końca, czegoś nie zdołał odhaczyć albo nie miał nic do odhaczenia. To też jest okropne - prawie każdy o czymś marzy. O domu, o rodzinie, może nowym samochodzie, podróżach. O czymkolwiek. co gdy ktoś zorientuje się, że jednak nie? Że on nie widzi celu, do którego ma dążyć, nie widzi sensu. Traci ochotę jak Adam. I tu pojawia się problem, bo nie może się załamać. Ma ludzi, którzy na niego liczą, nie może się poddać. Dorośli ludzie, podobno, się nie poddają. W dodatku depresja to wytwór braku pasji (tak słyszałam od pani psycholog, polecam). Ja mam wrażenie, że oprócz roli, którą musi odgrywać Adam - ojca, męża - (Monika była wpadką, nie mylę się? Zresztą to nieważne), przytłacza go upływający nieuchronnie czas i fakt, że przy jego trzydziestu czterech latach nie był w stanie znaleźć celu, nie miał ogromnych marzeń, które by go napędzały. Wszystko to potęguje wiara. Adam nie chce ślepo wierzyć jak niektóre babcie. Adam chce wiedzieć, być pewnym, nie opierać się na domysłach, modlitwie, sakramentach.
— Niezbadane są drogi pana — odparł, i cała ta sytuacja wydała mi się wtedy zbyt nierealna, by mogła być jedynie zrządzeniem losu. Kto to ukartował? Kto zmusił ateistę do ukończenia seminarium? Kto go, wreszcie, posłał tu, na sam koniec Polski, do mojej bezpiecznej kryjówki, mojego azylu? Poczułem się tak, jakby bóg osobiście sypał mi w oczy piachem. Umiejętnie bardzo, żebym nie mógł mieć pewności, czy to perfidne działanie, czy przypadek. 
Nie zgadzam się tu z Wiosną, a propos przesadzania Adama. Też bym była wkurzona, gdyby ktoś bez mojej zgody zaprosił księdza (a reakcja Adama, jako mężczyzny, nie wydaje mi się być przesadzona. Znam takich, którzy by tak zareagowali). (Nie będę odnosić się w tym fragmencie do kwestii wiary, wyżej już trochę napisałam).
Miałem prawo być oburzony, w końcu wiedziały obie, że jestem niewierzący i daleko mi do integracji z duchownymi.
Jeszcze jeden, mały kopniak od boga, tak na zaś, żebym przypadkiem nie zapomniał, gdzie moje miejsce.
Gapiłem się przed siebie, nic poza tym. Ruszyć się nawet nie mogłem, tak potworna bezsilność oblekła mi stopy, nogi, kręgosłup i kark. Rozlała się z tyłu głowy, spłynęła ramionami do dłoni. I pomyślałem wtedy, że tak już zostanę. Że będę siedział do końca, aż ostygnie nagrzane słońcem drewno, aż zacznie się burza i skończy dzień, aż przyjdzie jakiś inny Adam Czachowski i strzeli mnie w twarz, żebym nie robił z siebie ofiary.
Siedziałem długo, bardzo długo, ganek zatonął w półmroku i wychłodził się zupełnie, słońce zniknęło za czarnymi chmurami i zaszło, strugi deszczu spadły na północną część Karpacza i mogłem zastanawiać się, kiedy burza dotrze tutaj, podziwiając wyjątkowo piękne wyładowania atmosferyczne. Tylko Czachowski się nie zjawiał. Siedział, kretyn, pod domem Janusza i czekał chyba, aż bogu zrobi się go żal.
Tu na przykład Adam sam siebie strofuje, on zauważa, że to jak myśli czasami jest trochę żałosne, czasami złe. Skąd ja to znam, powiedz mi. On zauważa siebie, jak wygląda to jego wszystko, każda myśl, ruch, ale wciąż czeka na boga. On wciąż ma nadzieję, że dostanie jakiś znak. To jest jego sens, którego szuka. I to nie jest przesada.
To już? - myślałem, zaciskając powieki. - Ile mam jeszcze żyć, żebyś sobie o mnie przypomniał? Słyszałeś, że męczę się cały dzień, od dwudziestu lat słyszysz, nie ma cię, jesteś? Niczego już nie wiem, choć raz odezwałbyś się do mnie. Myślisz, że po co mówię, że nie istniejesz, jak nie po to, żebyś wreszcie zaprzeczył? I dlaczego nie przeczysz? Dlaczego nic nie robisz, dlaczego mi nie pomagasz? Mam iść do kościoła i powtórzyć to w środku? Daj mi jakiś znak.
Runął na mnie grad z deszczem.
I choć sądziłem, że gorzej być już nie może, nikczemność boga szybko wyprowadziła mnie z błędu. Pierwszym, co zobaczyłem po otworzeniu oczu, był nieudany skok wikarego Wolfganga, który postanowił pokonać ogrodzenie i w połowie lotu zaczepił o nie czubkiem buta. Naprawdę, tylko on mógł tego dokonać. Pomijam fakt, że stalowe pręty były obłe i śliskie, a co dwadzieścia centymetrów wystawały nad nimi długie, ozdobne kolce.
Dostałem swój znak od boga.
— Nienawidzę cię — wymówiłem bezgłośnie — szyderco.
Mimo że scena z Kronem jest zabawna, to podsumowanie, zwrot do boga (bo nie do Krone'a) jest tak pełne goryczy i bólu, że znowu wraca się do atmosfery jej początku. Dlaczego on nie pomaga, nawet tym, którym się chce jego szukać? Dobre pytanie, Adam.
Chciałem wszystko poukładać, przeanalizować od najpłytszej warstwy w górę. Czułem się jak kartka wyrwana z obszernej książki tuż przed spaleniem, pojedyncza, niepasująca do niczego i wrzucona przez czyjeś okno na pastwę losu i szalejący wiatr. Po kolei więc - myślałem - wyszedłem z domu, trafiłem tu, Wolf znalazł Janusza, nie wiem, co Januszowi jest, w domu czeka Maria, Monika u Oleckich, nie zostawię Janusza samego, nie zostawię Janusza z Wolfem, Wolf jest tu od trzech dni, od trzech dni giną zwierzęta... Jakieś to takie bez sensu? Bez sensu.
Myśli nie piętrzyły się jak chciałem, tylko walały z miejsca na miejsce, a ja brodziłem między nimi i rozpaczliwie próbowałem poukładać w rzędach, stosami, na wyimaginowanych półkach logiki. Zamknąłem oczy i zrozumiałem nagle, dlaczego jest mi źle.
Siódmego lipca skończyłem trzydzieści cztery lata i nadal czułem się tak jak wtedy, gdy miałem naście. To wszystko była wina boga. Nie cierpiałbym, gdybym tyle o nim nie myślał.
Co ci się odwidziało, Czachowski? — wydobyło się z wnętrza wiśniowej Jogobelli. — Praca? Małżeństwo? Córka?
Nie odpowiedziałem.
— Życie? — strzelił ponownie. 
Nie — uśmiechnął się paskudnie. — Mów, co cię boli.
— Bóg mnie boli, Wolf.
Ja nie wierzę — powiedziałem cicho. Może właśnie o to chodziło? Miałem się za ateistę, a jednak zazdrościłem wierzącym. Kiedy mówiłem do boga, czułem, że go nie ma. Więc po co próbowałem? Dla siebie, żeby się poczuć jak bohater literacki i napawać tragizmem? Jak to jest - myślałem tysięczny raz - że to jest takie nic? Mój bóg to zło, które mnie spotyka, mój bóg to moje wiadro na żal, bezdenne i wielkie, wlewam i wlewam do środka, oskarżam, dzielę się bólem jakbym nie miał z kim. Dawno już zrozumiałem, że nigdy mi się nie uda znaleźć prawdziwego, więc został ten - spłycony, uczłowieczony, złośliwy dziad nade mną, taki tylko, żebym mógł z przyzwyczajenia przypisywać mu utrudnianie mi życia.
Może cała moja niechęć do Wolfa wynikała z faktu, że z naszej dwójki to ja byłem tym, który zasługiwał na łaskę wiary? Ja byłem gotowy, ja sam szukałem, ja przez cztery lata trwania liceum zmuszałem się do chodzenia na msze i czytałem pismo święte, błagając w myślach, żeby bóg pozwolił mi uwierzyć. Modliłem się o to przez kolejnych pięć. I nic. A co Wolf robił przez ten czas, poza działaniem na niekorzyść ludzkości? Mnie nazywał „bezdusznym”? Ja rozważałem studia teologiczne z zamiłowania, on wybrał pierwszy kierunek z listy na politechnice. Ja w wolnym czasie brałem udział w akcjach charytatywnych, on demolował pokoje w akademiku. I co? I bóg go dostrzegł. Mnie nie, mną się wysrał. A Wolf poczuł powołanie. On. On i duszpasterstwo..
Prawdziwi ateiści, mam takie wrażenie, nie zazdroszczą wierzącym. Jest im wiara i bóg obojętni. Mam wrażenie, że Adam bardziej czuje, że bóg jest, ale nie taki, jakby Adam chciał, okrutny (jak Adam podobno), bezduszny, nieinteresujący się ludźmi. On wciąż nie chce przyjąć do wiadomości, że go nie ma, będzie go szukać, bo bóg jest mu potrzebny. Można przywalić go rodziną, obowiązkami, na niektórych to działa. Na niektórych nie działa, może to domena ludzi, którzy myślą o kosmosie. Ale jednak człowiek jest tak skonstruowany, że potrzebuje wiary, bardzo. Jednym wystarcza ślepe podążanie za księdzem na ambonie (wszystko upraszczam do katolicyzmu, uprzedzam), inni próbują znaleźć boga na swój sposób, jeszcze inni próbują go znaleźć, ale pomimo starań, naprawdę wielkich starań nie mogą. Może to po prostu kwestia czasu. Bo Adam nieważne jaką decyzję podejmie, uwierzy czy nie, nie spocznie. Coś może go lekko wygasić, nie jestem pewna co, ale nie na zawsze. Zawsze będzie ta potrzeba boga, doprowadzająca do szału.
Dziękuję, że jesteś - pomyślałem - czuję twoją obecność. Czuję, że to ty. Dobrze się spisałeś, to ci się udało. Zapomnij, co mówiłem wcześniej, to było tylko chwilowe zwątpienie. Wiesz, na tym ganku, było mokro i tak dalej - gadałem w myślach - teraz widzę, że to musi być jakiś twój piękny, misterny plan. Taka symfonia niszczenia mi życia, mmm, naprawdę niezła, inspirowałeś się Wagnerem? Wybacz, nutka Wolfa mnie zmyliła. Pamiętaj tylko, że dziś niedziela, odsapnij sobie. No to super. Ależ ci się trafił kandydat, racja? Tak, jego mam na myśli - potwierdziłem, choć bóg nie spytał - naprawdę dobrze trafiłeś… Nie gadaj. Nie, nie zdzierżę, dość. Zamknij się już, nie mogę cię słuchać.
Nie sądziłem, że pamiętam takie rzeczy. Przy okazji przypomniałem sobie inne, o których wolałem zapomnieć; odwiedzałem babcię Wataha. Wpadałem, gdy byłem głodny i zdołowany, prawie przez dwa lata - za którymś razem nie odebrała domofonu. Nie odebrała go też dwa dni później i w następnym tygodniu.
Obiecywałem, że będę się nią opiekował. 
Wolf pewnie był już wtedy w seminarium. O tym, że po miesiącu wyważył drzwi i znalazł zwłoki, dowiedziałem się od znajomych. W bloku przeprowadzono dezynfekcję.
Ten fragment mną wstrząsnął. Bardzo.

A teraz zauważone:
Wolfgang, z niemieckiego „chodzący jak wilk” albo „idący wilczą drogą” — wytłumaczył oszczędnie.
Jakoś bezmyślnie zagapiłem się na niego. I przez sekundę, przez prawdziwe mgnienie oka - między jednym a drugim mrugnięciem - zobaczyłem to. Stopklatkę z innej rzeczywistości, wmontowaną w moją własną projekcję, błysk dosłownie, bez powodu i bez skutku, sensowny tylko przez krótką chwilę.
W kuchni Janusza stała Śmierć. Wysoka, okutana czernią i pochylona w zamyśleniu, z cofniętą klatką piersiową i uniesionymi ramionami, z długimi kościanymi palcami zaciśniętymi jak kleszcze na krawędzi blatu.
To, co zobaczyłem pół kilometra później, pamiętam jak przez mgłę. Na samym końcu Wolnej, tuż przed Piastowską, zebrał się spory tłum ludzi. Podbiegłem do nich, zaniepokojony. Szemrali, chichotali, ktoś zażarcie dyskutował z naszym dzielnicowym. Przepchnąłem się bliżej i wytrzeszczyłem oczy - na jezdni leżał potrącony wilk. Wilk, nie pies, prawdziwe dzikie zwierzę. Zagapiłem się na niego, oniemiały.
Było w tym widoku coś okropnie znajomego. I nie chodziło wcale o wilka, równie dobrze mógłbym patrzeć na sarnę czy psa - chodziło o śmierć. O taką śmierć, taką krew, rozlaną pod czaszką, ciemną i stygnącą, takie puste oczy, taką ohydną, sztywną sylwetkę, przywodzącą na myśl wypchane eksponaty z muzeów. Widziałem to dziesiątki razy i nigdy tak mną nie wstrząsnęło. 
Mój chory, odrażający umysł zastąpił truchło zwłokami Wolfa.
Nabrałem powietrza i zastygłem nagle, wpół oddechu.
Sad jabłkowy ogrzewał się wolno w porannym słońcu, wybuchając potwornie znajomym zapachem. Szumiał, szeptał o młodości, oblepiał mnie zachłannie moim własnym, utraconym szczęściem, wolnością, tak okropnie przeżartą przez woń wiatru, nagrzanego zboża i ciężkiej, owocowej zieleni.
Kpił ze mnie. Wstań, Adam. Życie cię potrąciło?
Wstawaj. 
Leżałem martwy, rozciągnięty na asfalcie, sztywniejąc w zaschniętej kałuży.
To się nie uda, Czachowski — usłyszałem — nie mam bliskich w Karpaczu.
Wczoraj jednego potrącił samochód — powiedziałem mu, zanim zeskoczył.
Uważałem, że spalę ten portfel wraz z zawartością, a sam o nim zapomnę, ale nic Januszowi nie powiedziałem. Przeprosiłem go za swój stan, wspomniałem coś o ciężkiej nocy i braku snu. Kazał mi natychmiast wracać do siebie, bo „co mu tu po mnie, to nie moje wspomnienia, tylko jego”. Skłoniłem się nisko, dziękując za gest.
— Nie decyduj za księdza — usłyszałem na pożegnanie — on może szukać bliskich.
Decydować za Wolfa?
O nie, Wolf zdecydował sam.
— Spokojnie, Januszu. — Uśmiechnąłem się lekko. — On nie ma bliskich w Karpaczu.
Okropne są te momenty. Przerażają mnie. Ruszają mną w nieopisany sposób, ciężko mi właściwie napisać dlaczego. Adam bywa w nich odrażający niekiedy, ale mam wrażenie, że właśnie w tych momentach przeraża mnie w nim coś, co jest mi bliskie.
położyć jakoś bardziej po ludzku. „Abermals krähte der Hahn”
„Die fremde Stadt - Breslau nach 1945”, „Die Wehrmacht. Mythos und Realität” 
Widziałam to, plus każde zdanie Wolfa po niemiecku. Nie chciałam sprawdzać do pewnego momentu, co część z nich znaczy, bo wiedziałam, że nie znalazły się w tekście przypadkiem. Nie musiałaś mi tego mówić. Tak samo, jak rozmowa z Januszem i historia rodziny Wolfa - nie znam się na tym, o czym pisałaś, ale widać, że Janusz się zna, wie, a skoro on wie, to i autor.
Naprawdę to doceniam, nie widać tego tak bardziej, nie ma ściany tekstu o historii, to dobrze. Szkoda, że wypowiedź Janusza z końca jest nieco chaotyczna, to dobre dla realizmu, ludzie nie tłumaczą wszystkiego sztywno jakby tłumaczyli czytelnikowi, tylko szkoda, że jestem tępa i muszę się domyślać historii dziadka Wolfa.
Miałem zaproponować, żebyś spał ze mną — Watah wyszczerzył się okropnie — ale po tych dwóch kubkach, Adasiu…
— Adasiu? — jęknąłem.
— ...nie gwarantuję, że byłbyś bezpieczny.
Chyba naprawdę polał nam wódki, jak w klasie maturalnej.
— Proszę, Wolf, nie patrz tak na mnie.
— A wiesz, raz się żyje, może jednak zostań na noc? — zaproponował. Z jakiegoś powodu nagle odzyskałem siły i rozstałem się z wygodną sofą. Człowiek nigdy nie wie, kiedy mu przejdzie senność. Minąłem drzwi do kuchni; napoczęta butelka Smirnoffa błysnęła spokojnie w półmroku.
Zaśmiałem się z wysiłkiem. Ulga z powodu otworzenia drzwi była nie do opisania; dosłownie wypadem na zewnątrz, dziękując bogu. Od razu też zebrałem się na nieudolny, pseudo-pożegnalny gest w stronę Wolfa. W tych swoich dresach i skarpetkach, półnagi, wyglądał raczej na chłopaka, którego pamiętałem z młodości, niż księdza po siedmiu latach w zawodzie. Schudł. A może raczej stracił trochę masy, bo chudnąć nigdy nie miał z czego. 
Zbyt długo wodziłem wzrokiem po jego rękach, po bliznach, których pochodzenie znałem lepiej niż ktokolwiek, po zarośniętym mostku, nawet po stopach, cholernie wielkich (czterdzieści siedem, o ile nic się nie zmieniło), tak znajomo opartych jedna o drugą. Dopadły mnie wspomnienia.
— Idź już, Adam.
— Idę, Wolf.
Wiesz, Czachowski — zaczął i zaciągnął się — dzieci mnie nie interesują.
Uniosłem wzrok, patrząc ponuro w niebo. 
— Wiem.
Milczeliśmy długo.
— To znaczy: twoje dziecko — rzekł Wolf prawie pół cygaretki później — bo jednak jest podobne. Sam rozumiesz.
Ukryłem twarz w dłoniach, powstrzymując się przed komentarzem. Co drugie zdanie Krone’a było żartem, pod tym względem wcale się nie zmienił. Umiał spłycić najgłębszą myśl i zniszczyć każdą podniosłą chwilę. Ilekroć wydawało mi się, że naprawdę rozmawiamy, włączał ten swój lekceważący, ironiczny humor, broniąc dostępu do uczuć. Pewnie dlatego uważałem, że ich nie ma. Dało się przyzwyczaić.
Ach, to — zrozumiał. Ostatni raz wypełnił płuca dymem (przez samo patrzenie zrobiło mi się niedobrze) i zgasił peta o zewnętrzny parapet — nie, musiałbym palić co godzinę. To jak, twoja żona wraca na noc?
Cholerny dupek.
— C… Na pewno — odparłem nerwowo. — Skąd pytanie?
— Monika mówiła, że jej nie będzie — wyjaśnił Wolf, obracając się do mnie. Stłumiłem atak złości. Wiedza na niektóre tematy była, delikatnie mówiąc, zbędna ludziom jego pokroju.
— A, to może jej nie będzie — warknąłem — rzeczywiście.
— Więc?
— Więc co?
— Więc my? — Wolf rozłożył ręce, jakby tłumaczył coś oczywistego. Przeraziłem się i spojrzałem na niego z obrzydzeniem. Zamrugał. — Nie będzie jej? Jesteśmy sami? — wymienił wyczekująco. Zacząłem odsuwać się od niego wraz z taboretem. — Pytałeś o boga? Kupiłem Jagera? Nie widziałeś mnie czternaście lat?
Więc jednak był normalny. 
A ja nie czułem ulgi.
Chciałem coś powiedzieć, ale zrobiło mi się słabo. Dla pewności chwyciłem za kuchenny blat, wywołując u Wolfa falę rozbawienia. Śmiał się szczerze. Przerażająco, z agresją, z głodem, tak, jak tylko on potrafił, tak, że chciało się uciekać, zamiast sztywnieć w instynktownym, zwierzęcym bezruchu.
Nagle dotarło do mnie, jak cholernie za tym dźwiękiem tęskniłem.
Wspominaliśmy wspólnie, byłem tym jakoś obco i dziwnie poruszony. Już po pierwszym kubku Krone przestał być księdzem, zagrożeniem, dowodem upływu czasu i wszystkiego tego, co straciłem. Pamiętał rzeczy, o których nigdy sam bym sobie nie przypomniał. Gadał i gadał, nie mogłem się nasłuchać, przerywałem mu tylko, by wtrącić kilka zdań i uzupełnić kolejną historię. Jacy my byliśmy durni, myślałem. Jak cholernie dobrze się wtedy czułem, jak wiele bym dał, żeby do tego wrócić. Jak bardzo kochałem Wolfa, zanim staliśmy się obcymi ludźmi.
Zauważyłam to. Rozmowa tylko mnie utwierdziła w przekonaniu. Rozmowa dużo mi pomogła właściwie w uporządkowaniu całości. Bałam się. Bałam się kilku zdań, wzięłam je do siebie i wyobraziłam sobie najgorsze rzeczy. Wciąż się boję, wciąż nie ufam jak Adam Wolfowi. Ja od początku do końca nie ufałam, nie umiem tego zrobić ani w stosunku do Wolfa, ani do Adama. Widzę to przywiązanie wcześniejsze, wielką przyjaźń i ukryty ból, że tego już nie ma. I mnie przeraża, jak gwałtownie się to skończyło.
Jestem pijany — mruknął do kubka. — Chciałbym odebrać ci wszystko, to jest grzech, a nie jakieś tam… takie tam.
— Mam się bać? — Pytanie zadałem niby luźne, ale w środku wszystko aż skręciło mi się ze strachu. Czego mógłby pragnąć Wolf, jeśli nie tego, co sam miałem? Może dlatego tak okropnie czułem się w sobotę, kiedy siedział między Marią a Moniką? Może wcale się nie zmuszał do bycia dobrym wujkiem, może rozmyślał o mojej żonie, może…
— Może byłbym lepszym ojcem niż ty — zasugerował. Zmroziło mnie. Na szczęście nie wiedział, że jestem też fatalnym mężem. — Spokojnie, żartuję — zaśmiał się zaraz, widząc moją minę. — Nic ci nie grozi.
I spotkali się dwaj, którzy chcieliby wziąć od siebie nawzajem to, czego sami nie chcą. Jak w prawdziwym życiu - nie umiemy poradzić sobie z tym, co sami mamy.
Babcia nic o nim nie mówiła? Przecież całe lata tam mieszkałeś — wtrąciłem. Wolf zagłuszył mnie śmiechem, odchylając się w tył. Zaciągnął się potężnie i na wstrzymanym oddechu sięgnął po butelkę. Rozlał nam po równo, wypuścił dym przez nos i, wręczając mi kubek, powiedział:
— Wspomnij o niej, a cię zatłukę.
Wypiliśmy jednocześnie, utrzymując kontakt wzrokowy. 
Wolfowi drgnęły mięśnie żuchwy; był wściekły. Nabrałem powietrza.
— Nie możesz mnie o to…
— ...takim skurwielem jak ty...
— ...bo nie miałem w ogóle…
— ...rozwalić twój łeb o chodnik...
— ... akurat wtedy mnie...
— ...to zasługujesz i nawet...
— ...obwiniać że umarła!
— ...nie wybaczyłem!
Zrozumiałem, że nienawiść Wolfa nie wzięła się znikąd. Potrafił ją tłumić, mimo że miał rację i słusznie oskarżał mnie o bezduszność. Byłem bezduszny. 
To był również porażający fragment. Późniejszy o Adamie, który zamiast przyznać się do błędu kluczył, próbował szukać wymówek i najlepszych dla niego wyjść – również. Może nawet bardziej.
Najbardziej nas przecież przygniatają te rzeczy, które odnoszą się do nas lub do czegoś, co sami znamy.
Nie widzieliśmy się czternaście lat, bo jedyna osoba, która kiedykolwiek Wolfa kochała, umarła, gdy był na drugim końcu Polski, a ja, stojąc pod jej drzwiami, nie zrobiłem nic. Świadomie. Mogłem zadzwonić, mogłem komuś powiedzieć, mogłem nawet uratować jej życie, bo w końcu kto wie, co tak naprawdę się stało - może zasłabła albo akurat schodziła na zawał? Skazałem Wolfa na widok rozkładających się zwłok i pozwoliłem mu z tym żyć. Spektakularnie zakończyłem przyjaźń.
 
Co do tej części. Przeważa bóg i kwestia przyjaźni. Kwestię boga chyba wyczerpałam, mam takie wrażenie. Jeszcze tylko powtórzę – to jest dla mnie problem, jego brak, jestem w stanie zrozumieć Adama i jego złość, „przesadę”, o której pisze Wiosna. I nie staje się to na tyle uciążliwe dla mnie, by zdzielić bohatera, bo on nie wylewa tego na wierzch, nie uzewnętrznia się. Ma maskę Adam, nieco zdystansowanego, dziwnego faceta, którego przerosła codzienność i bóg. Bóg, który powinien mu pomóc. Być. Codzienność, która nadeszła za wcześnie lub nie powinna nadejść w takiej formie też może być balastem. Jak ruszyć dalej, gdy głowa, odpowiedzialność nie pozwala zostawić żony i dziecka, domu? Adam jest dojrzały pod tym względem, ale niestety przez brak czułości (który trochę może mi wmawiasz, Kan, napiszę o tym później), stagnację, podejrzewam, że depresję może jawić się jako jeszcze niedorosły człowiek. Student. On nie chciał tego życia, musiał wziąć na barki coś, co wyniknęło przypadkowo. I to mnie w Adamie boli, jestem w tym stanie go zrozumieć. W bogu, braku akceptacji tej codzienności, która go przytłacza, reakcji na Wolfa.
Ale Adam mnie boli też dlatego, że nie wiem, czy go lubię, czy nie. To nie jest obojętność, on nie jest mi obojętny, chcę dla niego lepiej, choć wiem, że się nie da. On będzie nieszczęśliwy, obawiam się. Nie znajdzie szczęścia, tak nie bywa w życiu na stałe.
Jest tak wrażliwy, że aż boli, może za bardzo. Pewnie najlepiej byłoby, gdyby jakiś mężczyzna powiedział, czy mężczyźni tak myślą, tak refleksyjnie podchodzą do życia. Ja mam nadzieję. Bo ja tego nie wiem, czy to możliwe.
Więc nie wiem, co myślę o Adamie. Jest mi bliski i odległy, chcę mu pomóc i potrząsnąć, jednocześnie wiedząc, że nieszczęścia się nie stopniuje, nie nadaje większej lub mniejszej wagi. Chcę żeby był taki jaki jest i żeby się zmienił. Moje uczucia do Adama, jako bohatera, to jeden wielki mętlik, i jeden wielki dysonans.
Wolfa z kolei zarysowałaś tak, że początkowo czuć napięcie. Tak, w domu, gdy siedzi obok Moniki i Marii, nie tylko słuchałam tego, co mówi Adam, byłam skłonna mu uwierzyć. Że Watah jest w stanie skrzywdzić. A tak naprawdę - czy Adam nie mówił o sobie? Nie zamienił się z Wolfem myślowo miejscami – to on był tym, który mógł je skrzywdzić, ba, skrzywdził, zawiódł, a Wolf stał się kimś, kto byłby odpowiedniejszy. Dlatego tak reagował na słowa Marii, na sympatię pomiędzy księdzem a małą, bo widział zagrożenie w Wolfie. Wiedział o jego przeszłości, niewiele nam powiedział o niej, ale jednak mogliśmy się poczuć zagrożeni. Szczególnie na początku – później Wolf zyskuje, wydaje się być bardziej szczery niż Adam. Adam jest jedną wielką kulką strachu, bólu i zazdrości. I wielu innych rzeczy.
Mniej wiemy o Wolfie, mniej go znamy. Jedynie z kilku akcji, a przede wszystkim słów Adama. Tylko na ile Adam jest obiektywny, na ile przemawiają przez niego uczucia, sentyment, zazdrość?


Techniczne pieprzenie o nieważnych rzeczach.
SpoilerShow
Szlaki turystyczne i wysypana żwirem szosa niespodziewanie dochodziły do, wspomnianej wcześniej, granicy asfaltowej drogi.
Pewnie rzuciłaby we mnie szkłem, albo zaklęła, co prawie jej się nie zdarza, ale akurat, gdy skończyłem mówić, na schodach pojawiła się nasza córka.
Nie mogła, bo, najpewniej, wisiała teraz na mojej szyi.
Upokorzony byłem już, teraz, coraz mocniej z każdą kolejną minutą i krokiem.
Minął mnie, zamaszystym ruchem rozpinając sutannę, i poczułem charakterystyczny zapach kadzidła.
Zerknąłem w stronę kuchni, na plecy zajętego czymś Wolfa i usiadłem, czekając. 
tłumaczyłem się, zmierzając do drzwi. Pragnąłem jak najszybciej wyjść, co, oczywiście, tylko wydłużyło moją walkę z zamkiem.
 zaliczyłem bezsensowny kurs do kuchni, z której niczego nie potrzebowałem, później do łazienki, w której nic nie zrobiłem, aż wreszcie wylądowałem na kanapie i, gapiąc się w sufit, doszedłem do wniosku, że mogłem jednak
napruć się Smirnoffem i spędzić noc u Wolfa.
(która znajdowała się, oczywiście, na drugim końcu miasta).
Siedział na swoim ganku i, jak się okazało, chyba na mnie czekał.

rzuciłem już przy furtce, którą, całe szczęście, nauczyłem się wreszcie otwierać.
Ogólnie chodzi o to, że dużo jest takich zdań, w których oddzielasz nieprzyjemnie jedną część od pozostałych. Tylko one mnie stopowały.
Maria i Monika
SpoilerShow
 Przeprowadziłem dziesięciominutową batalię o, uwaga, to, czy mogę zjeść obiad we flanelowej koszuli i szortach.
Jestem w stanie w to uwierzyć, to tak na potwierdzenie, że Adam jest mężczyzną. Uznaję za ważną, tę informację, bo ktoś, może jakiś mężczyzna, może Ci to zarzucić.
Mężczyźni mają takie akcje.
— Adam...
— Pewnie wiedziałaś, że się znamy. „Wspaniały człowiek”, pogadaliście sobie wcześniej?
— Przestań.
— A wiesz, dlaczego to był pierwszy ksiądz w naszym domu?
— Dlaczego?
— Bo dwaj poprzedni byli grubi i paskudni — zaatakowałem, sięgając po gazetę. Wyszedł z tego celny cios. Maria aż wbiła palce w oparcie fotela.
— No wiesz?! — wycedziła.
— Och, wiem. Dobrze wiem, miałem całe lata, by się napatrzeć — uciąłem.
Jak ta rozmowa boli. Boli mnie jak bolała pewnie Marię.
Chyba naprawdę byłem nieludzki (kiedyś usłyszałem to od żony) i tylko udawałem, że cokolwiek czuję.
Poznaliśmy się, bo szedłem za tym zapachem przez pół Jeleniej Góry. 
Widzę to.
Czuła jego zapach?
Ile razy go czuła, że pamiętała tak dobrze? 
— On tu był jeszcze przed chwilą — domyśliła się bezbłędnie. Szczerze ją podziwiałem. Ją i jebanego Wolfa. — Oskarżasz mnie o schadzki z księdzem, po czym zapraszasz go na noc, kiedy wyjeżdżam? Udajesz przy mnie, że się nienawidzicie, a gdy mnie nie ma, pijecie w naszym domu? Czy jest coś, o czym nie wiem, Adam? Możesz mi wytłumaczyć?
Zapach czuła.
Ciekawe, czy zdążyła już poczuć więcej.
— Jest coś, o czym nie wiesz. Nic ci nie wytłumaczę.
Patrzyła na mnie długo, nie mrugając.
Długo go namawiałam, żeby przyszedł w sobotę — przyznała się nagle, pewnie po to, żeby mnie zranić — myślałam, że to ci pomoże. Teraz widzę, że sama szukałam pomocy, miałam nadzieję, że Wolf powie mi o tobie coś, czego nie wiem. — Skrzywiła się, walcząc z emocjami. — Ale mówił tylko, że jesteś okrutny, a to wiedziałam aż za dobrze.
I kolejny cios, dostaję nimi jak Adam, jakby Maria mówiła do mnie. Wynika to z tego, że nie wiem, po czyjej stanąć stronie, rozumiesz?
Nagle zrobiło mi się jakby zimno, nie na ciele, tylko na duchu. Wolf zajmował właśnie moje miejsce z nalepką „ojciec”. Nawet nie, że mnie podsiadł - ono po prostu było wolne. 
Potwierdzenie tego, o czym mówiłam wyżej, wyżej, o tej obawie Adama.
Rozważałem przez moment, czy wyjście na dłużej w góry nie zdewastowałoby całkowicie moich szans na pozostanie mężem i ojcem.
Choć Maria miałaby z kim spać, a Monika z kim się bawić.
Zazdrość, ból, choć Adam wciąż najwięcej rani siebie. To wszystko jest jakby wypowiedziane z goryczą, do siebie samego.
SpoilerShow
Nawet moja leniwa, rozwydrzona córka

Tu jest jedyny moment chyba w tekście, gdy Adam mówi coś złego na temat Moniki. Może poza tym, że często używa słów „dziecko”, „córka”, które zabierają osobę z Moniki. A później mamy inne fragmenty, które trochę podważają ten brak uczuć albo bycie bardzo złym ojcem, które próbujesz mi troche wmówić.
Kucnęła, poprawiając sukienkę. Patrzyłem, z rosnącą obawą, jak rozpina plecak i gmera w nim na ślepo, szukając czegoś między ubraniami. Sierpniowe słońce chowało się za dachami domków jednorodzinnych, strzelając w nas intensywnie pomarańczowym światłem, tak że włosy córki wydawały się prawie złote, a na skórze widać było jasny meszek.
To. Tylko ludzie, którzy patrzą na kogoś z czułością, mogą tak opisywać. Ja tu widzę czułość. W jasnym meszku, w prawie złotych włosach.
Po kilku minutach byłem już z Moniką w łazience. Wszystkie ciuchy wrzuciła do kosza na pranie, wlazła do wanny, kucnęła i obejrzała się, wyraźnie na coś czekając. Z premedytacja nie zapaliłem światła.
W półmroku, na tle granatowych kafelków, Monika wyglądała jak małe, niepodobne do mojej córki zwierzątko ze sterczącą grzywką i zielonymi oczami. Oddychałem tak wolno, że czułem się niemal jak duch, obserwując ją martwym wzrokiem. Mieli rację. Kochałem ją inaczej, niż sądziłem, że w ogóle jestem w stanie. Coś się zmieniło, gdy zostałem ojcem, i wiedziałem o tym doskonale. A jednak, co pewien czas, nachodziło mnie dziwaczne, pulsujące chłodem zaskoczenie, kiedy uświadamiałem sobie, że mam dziecko. Że patrzy na mnie, że myśli i rozumie - kość z kości i krew z krwi - a ja coraz mniej mam wpływu na to, kim się staje.
Gdzie zawędruje ta część mnie? Jaka będzie? Ile powtórzy moich błędów, ile spraw przemyśli moimi myślami?
— Tatku. — Wskazała na siebie kciukiem. Podszedłem. Jak zawsze pokazałem jej dwa kolorowe szampony, brzoskwiniowy i kwiatowy, poczekałem na werdykt, wręczyłem, a raczej wcisnąłem butelkę w ubłocone łapki (lubiła udawać, że czyta etykietę) i zająłem się odkręcaniem wody. Uspokajało mnie całe to zamieszanie; dwuminutowe kąpiele Moniki, mycie jej krótkich, jasnych włosów.
— Jak mama to robi, to boli — poinformowała mnie. Zataczałem palcami kręgi wokół jej skroni.
— Nieprawda.
— Prawda! Ja nie kłamię. Kiedyś prawie zrobiła mi ranę paznokciem.
Tu też. To jest czułe. Niepewne, jak cały Adam, ale czułe. Ja tu widzę przywiązanie, miłość, jakąś więź między nimi. Widzę też niepewność w Monice, może to właśnie wynika z tego, że Adama nie ma przy niej za dużo, może to że nie okazuje jej uczuć zbyt często. Ale nie ma obojętności. Jakiegoś bólu. Tu nie widzę, by Adam cierpiał, że Monika jest, że zmieniła coś, na gorsze?, w jego życiu.
Jednocześnie obiecałem sobie, że nigdy więcej nie opowiem córce żadnej zmyślonej historii.
O, tutaj jest ślad węża! On chodzi po gałęziach tak. — Monika postanowiła objaśnić, jak chodzą węże, i zajęło jej to co najmniej minutę, aż w końcu stwierdziła, że skoro ksiądz nie widział nigdy węża, to nie musi wiedzieć, poza tym pewnie by nie zrozumiał. — A nazywa się Syk. Jest groźny i może cię ukąsić — postraszyła.
Jeden śmieszkowaty komentarz na resztę poważnych – widzę, jak ona objaśnia. Widzę. Jak Draco Malfoy z musicalu.
Przestałem jej słuchać, zmartwiony tym, jak słabo rozegrałem rozmowę z Marią. Dlaczego znów tak wyszło? Sprawdziłem, czy Monika ma dokładnie zapiętą kurtkę przeciwdeszczową (klęczałem naprzeciw niej, majstrując przy zamku), i tylko rejestrowałem fakt, że wciąż porusza ustami, a słowa latały wokół mnie, rozbijały się o ściany, wsiąkały w dywan i uciekały przez uchylone okno.
Szliśmy kilka minut w górę Wilczej. Monika z trudem nadążała za moimi krokami. Kątem oka zobaczyłem, że sięga, chcąc złapać mnie za rękę. Zignorowałem to. Słyszałem tylko, jak przeładowany plecak obija się od jej nóg i podskakuje, grzechocząc. Łup, łup, łup - myślałem o małym, dziecinnym dobytku, który prawie w całości upchnęła do przetartego wnętrza. Brzdęk, brzdęk, brzdęk - o zamku, który rozjeżdżał się w połowie i dzwonił pusto o metalowe kółka. Klap, klap, klap - o gumowych japonkach z dinozaurem, które plaskały pod jej stopami, przyklejając się do płyt chodnika.
Czułość. Znów. Nie zwracałby uwagi na takie rzeczy jak plecak, dobytku, zamku, gumowych japonkach z dinozaurem, które plaskały. On trochę kłamie albo nie umie się uzewnętrznić i trochę pokazać Monice, Marii, że czasami się cieszy, że są. Pomimo tego że czasami go to przerasta.
Poszedłem po ciebie — zwróciłem się do Moniki, przerywając chaotyczną opowieść — ale za późno, bo zepsuł mi się zegarek. Pomyliłem godziny. Przepraszam. Wybaczysz mi?
Wyciągnęła ręce, patrząc z nadzieją. Sięgnąłem i z ulgą zdjąłem ją z pleców Wataha, po czym przytuliłem mocno. Koniec końców wyszło szczęśliwie; wplotłem palce we włosy Moniki i trzymałem tak dobrą minutę, wdychając zapach chlorowanej wody. Ta chwila, mimo że krótka, zmieniła wszystko. 
Uspokoiłem się. I to na dobre, wewnętrznie, po raz pierwszy od niemal tygodnia. Nagle przeszedł mi cały gniew, zniknęła nienawiść do Wolfa, byłem tak prosto i banalnie szczęśliwy - że mam Monikę i nic jej nie jest, że się uśmiecha, że ciągle jest dzieckiem, że świat wydaje jej się piękny i kolorowy, a rodzice mądrzy i dobrzy. 
Trochę się rozpłakała, jak zwykle. To znaczy: jak ostatnio i rok temu, bo tyle pamiętałem. Nie byłem typem czułego ojca. Bardzo rzadko ją przytulałem, więc sam gest i bliskość wystarczyły, by zaczęła smarkać mi w kołnierz.
— Ja też raz pomyliłam godziny w przedszkolu — wyjąkała. — Nie martw się, tatku.
— Ja też raz pomyliłem godziny jak miałem udzielić ślubu — poinformował mnie Wolf. — Nie martw się, Adam.
I tu to widać. Monika go kocha, mimo że jako ojciec trochę zawodzi, ona go potrzebuje. On czuje się za nią odpowiedzialny i gdyby jej teraz zabrakło, kto wie jak by zareagował.
Co mógł usłyszeć od Moniki? Że jej nie kocham? Stały tekst, nic nie znaczy w ustach dziecka. Że się nią nie interesuję? Nie, zbyt poważne jak na sześciolatkę. Że na nią nie patrzę? Kiedyś wspomniała mamie. Że już nawet na nią nie patrzę.
Bolące słowa. I nie wiem, co mam powiedzieć. Dużo zadr, u Marii, Moniki, u Adama.

Różne
SpoilerShow
Szlaki turystyczne i wysypana żwirem szosa niespodziewanie dochodziły do, wspomnianej wcześniej, granicy asfaltowej drogi. Ta ciągnęła się leniwie przez pół osiedla, a później rozwidlała, w prawo na Sarnią i w lewo na bliźniaczą Wilczą. Po ośmiuset metrach znów łączyły się w jedną i tak dopływały aż do zakrętu. Ile razy szedłem Wilczą, tyle razy się mijałem się z kimś, kto mnie akurat szukał i wybierał Sarnią. Od siedmiu lat.  Lubię bardzo
Musieliśmy niestety, bo żaden z nas nie umiał sforsować cholernej bramki. Mina Krone’a, gdy Janusz otworzył ją jedną ręką, pozbywając się zasuwki, była bezcenna. Wyśmiałbym go pewnie, gdyby nie fakt, że akurat miałem podobną.
Badum tss

Wolf — rzuciłem martwo, bo dotarło do mnie, że tracę czas. Zbliżaliśmy się do kościoła. Krone odegrał zaskoczenie, przystając i patrząc na mnie bokiem, jak gdyby zmartwiony, że nie zgubił mnie jeszcze na Wilczej. Nie miałem mu nic do powiedzenia — czy ciebie nie wkurwia, że masz wcięcie w pasie?
Mam wrażenie, że Adam z przeszłości.

Niemal przysnąłem. Trwało to chwilę, dobrą chwilę, bo Watah zdążył wypić wszystko, co miał w kubku, i, nie pytając o pozwolenie, sięgnął po mój. 
Niemal przysnął. Niemal.

Wtedy to odezwała się moja wewnętrzna, upierdliwa troska o ludzi, którzy jej nie potrzebowali:
Jedliście coś, Januszu?
To nie jest upierdliwe, to dowód na to, że kogoś ktoś obchodzi. I się martwi.

 Wolf opierał się łokciami o parapet, wychylony mocno w stronę ogrodu. Jego wąska klatka piersiowa poruszała się pod czarną koszulą, wypełniana ulgą. Wydychał dym przez nos. Cygaretka, jasnobrązowa i ładnie skręcona, umierała spokojnie między poranionymi palcami.
Uwielbiam ten opis.

Nie wiem, co myślę o tym tekście, bo ten tekst to dla mnie Adam, do którego mój stosunek znasz. To jeden z najlepszych Twoich tekstów, nie jest ulubiony, bo nie wiem, co o nim myśleć, ale nie mogę powiedzieć, że to opowieść, która jest słaba, źle napisana albo nudna. Umiesz tworzyć postacie, wiesz o tym, nadawać im cech charakteru, dopasowywać do nich klimat i tło. Dopasowywać problemy, historię. Nie wiem, ile dokładnie Ci to zajmuje, domyślam się, bo dużo piszemy, często też o pisaniu, więc co nieco wiem. Ale wkładasz w to dużo pracy i się przywiązujesz. Widzę to. Widzę Twoje staranie. Pewnie nie każde, bo jestem czasami niedomyślna, ale część. Może większość.
Za każdym razem czytało mi się lepiej. Płynniej. Poznanie całej historii ułatwiło mi przetrawienie tekstu naraz. Na początku było z tym ciężko, naprawdę. Wiesz o tym, że nie umiałam dostrzec wielu rzeczy, docenić w pełni pracy, którą włożyłaś. Trochę się męczyłam. Nie wiem, czy atmosferą, czy moją niewidzialną więzią z bohaterami. Nie umiałam przebrnąć bez kilku chwil oddechu.
Przy tym czytaniu zapomniałam o tym. Rozmowa z Tobą dużo mi pomogła, nie wiem w jaki sposób, ale podziałała tak, jak chciałam. Mogłam w końcu przygotować komentarz, bo nieco wykrystalizowało się to, co chcę w nim zawrzeć.
Boli mnie ten tekst, zawarte w nim problemy. Przejmuję się każdym zdaniem.
Właśnie, zdania. Niemalże każdy cytat, który tu wstawiłam, mogłabym zapisać. Każdy niemalże znaczyłby dla mnie coś osobistego, coś intymnego, coś co odnosi się tylko do mnie.
Nie wyniesiesz z tego komentarza wiele, tak mi się wydaje. Inni też.
To po prostu moje osobiste błądzenie przez Twoje słowa i odnajdywanie celu.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
DeathAwaits
Posty: 9
Rejestracja: 04 lipca 2016, 09:19

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: DeathAwaits » 02 sierpnia 2016, 16:57

Przyznam, że opowiadanie przeczytałam jakiś czas temu (2 tygodnie temu?) i do komentowania przysiadam dopiero teraz. Sama nie wiem, czemu. Chyba komentarz mnie trochę przerasta(ł). Tak, czy siak, mam zamiar zostawić po sobie jakiś ślad - byłam tu i czytałam, coś w tym stylu, zwłaszcza, że zdecydowanie należą Ci się podziękowania za ten tekst.

Jako, że nie komentuję na bieżąco, w tym komentarzu raczej skupię się na swoich odczuciach. Zacznę od początku.

Do przeczytania opowiadania skusił mnie tytuł. "Wilki w Karkonoszach" - akurat mieszkam w Karkonoszach (bo ja wiem? 30 km od Karpacza?) i całkiem niedawno czytałam, że wilki (te prawdziwe, hau hau) rzeczywiście na te tereny wracają, za co odpowiada pewna niemiecka wilczyca, ale mniejsza z tym. Tak, czy siak, tytuł uderzył w moją czułą stronę, przeczytałam kilka pierwszych zdań i całkiem wsiąknęłam. Co prawda, na początku, wydawało mi się, że tekst będzie o czymś innym, że skupisz się bardziej na mitycznej (fantastycznej) stronie tych terenów - wskazywało na to gadanie Janusza ("te tereny trzeba poczuć"), no i śmierć kurczaków. Po prostu myślałam, że zaserwujesz mi coś z pogranicza realizmu magicznego i udowodnisz, że fajnie tu mieszkać. Ale było trochę inaczej, i żeby nie było - wcale się nie rozczarowałam.

Najbardziej podoba mi się sposób prowadzenia tej historii. Ona płynie, przedstawiasz wydarzenia w łagodny sposób (to moje odczucia), one wyłaniają się ze strumienia tej narracji, a potem odpływają. Mam takie wrażenie, że piszesz wrażeniami, ten tekst jest bardzo zmysłowy. Wspominając go, przypominam sobie kąpiel dziecka, rozjechanego wilka, wycieczkę w góry z Januszem i czuję to niemal na skórze. Niestety, nie za bardzo pamiętam łączniki tej historii, raczej żyję tymi wyjątkowo "wrażeniogennie" opisanymi wydarzeniami. Cały ten tekst to jedna wielka subtelność i sensualność. I chyba tym właśnie dla mnie ten tekst stoi - klimatem, który obezwładnia. W tym miejscu przyznam, że łykałam jedną partię tekstu za drugą bez żadnej przerwy, naprawdę klimat tak mnie porwał. Tutaj jeszcze chcę Ci podziękować, że osadziłaś historię w Karpaczu. Lubię historie, które są mocno związane z rzeczywistością, które dzieją się w jakimś egzotycznym kraju typu Polska (piję do tego, że USA to niejako default wielu utworów, zwłaszcza amatorskich). Swoim tekstem udowadniasz, że dobre (i dobrze napisane) historie mogą dziać się także w naszym kraju (piję do osób, które za argument przeciw osadzaniu swoich tekstów w Polsce przywołują polskie imiona).

Polubiłam Twoje postacie. Co prawda, najmniej polubiłam Adama (możliwe, że to kwestia narracji pierwszoosobowej - zawsze mi się wydaje, że przez nią główny bohater niejako się rozmywa, w końcu musi też pełnić trochę rolę świata przedstawionego), którego odbierałam za biernego i depresyjnego - po prostu nie mój typ. Nie przepadam za bohaterami, którzy narzekają i żyją mrzonkami, poza tym nie biorą swojego życia w garść. Niemniej to, że go nie polubiłam, nie jest w żadnej mierze zarzutem. Uważam, że jest dobrze wykreowany, po prostu się nie dogadaliśmy. Niemniej, największą sympatię poczułam do Janusza (taka starość z godnością, jak gdzieś określiła to Kruffachi) i Wolfa. Wolf w ogóle bardzo interesujący przez ten kontrast jaki oparłaś na hulaszczym życiu przedtem i obecnym stanem kapłańskim. Na początku wydawało mi się, że on oszukuje, że tylko się przebrał, albo wcale nie wierzy w Boga, że to jakiś rodzaj maskarady, że chce się zemścić na Adamie i zakłada w tym celu maskę. Potem skojarzył mi się z księżmi w typie księdza Grandiera (typek związany z historią opętania w klasztorze w Loudun w XVII w. - wtedy w ogóle "modna" była teoria, że lepiej ulegać pokusom ciała, gdyż nierozładowane pokusy, mogą splugawić duszę, a rozładowane plugawią tylko ciało), wyobrażałam sobie, że owszem, doznał objawienia i przyjął kapłaństwo, ale jednocześnie podchodzi do niego w liberalny i kontrowersyjny sposób. Mimo tego, że moje domysły okazały się błędne, ponownie - nie jestem rozczarowana! Wolf to trudna postać. Skomplikowana, pełna sprzeczności i do tego taka, no, po prostu "fajna", więc gratuluję, że uniknęłaś pułapek i nie zepsułaś go patosem.

Strasznie podobał mi się zabieg zestawienia Adama z martwym wilkiem. W ogóle ta wilcza symbolika i trzech wilków-bohaterów. Niemniej, to raczej wilki stepowe, niż wilki-wilki, przecież nie żyli w stadzie i od tego stada odstawali :lol:

Jeszcze raz bardzo dziękuję Ci za to opowiadanie, dzięki niemu miło spędziłam czas.

PS. Nie pamiętam już, albo ten szczegół mi umknął, ale co (kto?) stało za zabitymi kurczakami? Prawdziwe wilki? Wydaje mi się też (kiepsko z moim niemieckim), że Wolf czytał jakąś książkę z kogutem w tytule.

PS2. Kiepsko z moim niemieckim, mimo wszystko, wydaje mi się, że nazwisko Wolfa powinno się inaczej odmieniać, wszak "e" na końcu w niemieckim nie jest nieme, zatem: idę do Kronego (jak spolonizowane niemieckie nazwiska z "e" na końcu), a nie Krone'a?

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Wilki w Karkonoszach

Post autor: Siemomysła » 11 sierpnia 2016, 18:16

Ja bym chciała wreszcie napisać Tobie, wszystkie moje myśli odnośnie Wilków. Wszystko, co mi się w głowie kiedykolwiek pojawiło, wszystkie meandry i zmiany w mojej głowie odnośnie tego tekstu. Czytałam go kilka razy (te początki dwa lata temu, a ja to pamiętałam cały czas tak dobrze o.O) i zaraz go przeczytam jeszcze raz, właśnie tak, ale zanim to zrobię - napiszę, że teraz w tej chwili najmocniej we mnie tkwi przeczucie, że Janusz był tu niejaką zmyłką, że tym Januszem na początku odwróciłaś moją uwagę, że dzięki niemu czekałam na tajemnicę miejscowości, na sudeckie legendy, ale teraz kiedy od ostatniego czytania minęło parę tygodni Janusz jest szary, jest za mgłą, oparem, Janusza kiedyś znałam, miło go wspominam, ale to Adam i Wolf, to co między nimi, co ich pobiło, to widzę wyraźnie. Ostro. Boleśnie. Widzę Wolfa, jak niesie Monikę na barana i stara się minimalizować kontakt fizyczny, widzę go jak szuka różańca, widzę, jak mówi Adamowi, co jest jego prawdziwym grzechem. Widzę żal po obu stronach, poświęcenie Wolfa. Nie tylko siebie poświęcił, tak mi się wydaje, nie tylko za siebie podjął decyzję po szkole i w tym kontekście może nagle po kilku tygodniach jeszcze lepiej rozumiem Adama i to, co on robi na końcu, tę jego decyzję. Jak Ty to napisałaś! Tak, że ja się czuję, jakbym ich znała, jakbym słuchała i jakbym chciała jakoś ich pocieszyć, poukładać, pomóc im. Januszowi nie trzeba pomagać. Janusz jest poukładany. On jest świadomym Wilkiem. Wolf jest dla mnie Wilkiem tylko z imienia. Adam... Adam tylko tym potrąconym. I wiesz? Ja też się czuję potrącona. Przez niego. Wiesz, że umiem sobie wyobrazić Siem, jak rzuca się na niego w najlepszym stylu swoich postaci - pad pod nogi, barkiem w brzuch - i leje go póki sił starczy? Bo jemu to chyba potrzebne. Ból fizyczny odrywa od psychicznego.

Myślałam, żeby to jakoś podzielić. Że niby techniczne, a niby te z duszy, że osobno, ale chyba nie umiem. Albo i nie chcę. Bo tak właśnie myśli mi biegały i w sumie to jakie techniczne? Nie ma takich. No i to jest chaos wrażeń. Jest, bo to są wrażenia z pierwszego czytania po dwóch latach i z drugiego czytania po dwóch latach i z trzeciego i myśli nakładają się jedne na drugie i plączą. Matko, jak ja długo i dużo. Jak ten tekst ciągle we mnie jest.

Dobra: to zaczynam:

Albo nie. Jeszcze napiszę – w razie gdybyś miała wątpliwości – ja rozmawiam z nimi. Zasadniczo z nimi. Ja w żadnym razie nie neguję tego, co robią i mówią. Ja tylko czasem pytam dlaczego? Ale to nie znaczy, że są niewiarygodni. Są totalnie wiarygodni. Są z krwi i kości.

To teraz już tak:
SpoilerShow
Znów milczeliśmy chwilę, bo ani on nie musiał precyzować, o czym myśli, ani ja dopytywać.
Każde zdanie mogłabym punktować. Tu tylko pojedynczy przykład tego, co kocham w Twoim pisaniu.
Nawet moja leniwa, rozwydrzona córka patrzyła czasem tęsknie w stronę jego działki.
Tego w ogóle nie widać potem. Ani lenistwa, ani rozwydrzenia, czemuż on to swoje dziecko tak widzi krzywo?
]— Ja wiem? W twoim wieku. A kim był, to trudno powiedzieć — wzrok Janusza powędrował gdzieś w dal. Obaj mrużyliśmy oczy, oblani złotym światłem. Wokół unosił się pył z drogi i głośno brzęczały skryte w trawach świerszcze — choć skłamałbym, mówiąc, że tym, za kogo go wziąłem.
To mi tak mocno zasugerowało Wolfa. A potem tego nie było. Bo przecież Wolfa to musiał pierwszy raz widzieć potem w nocy, kiedy wziął go za dziadka. Potem też usiłowałam znaleźć, kiedy te góry tak naprawdę omówili, bo dla Marii to było takie zwyczajne, jakby co najmniej po prostu była o tym mowa i czekali tylko na odpowiedni moment.
— Że kogutów zniknie siedem. — Stary zgiął jeden palec, dwa zostały wyprostowane. — Że to wilk, jeden z takich, co ludzi się nie boi i nie ma żadnej watahy, tylko sam łazi, a baby durne za psa go mają i nie gonią. — Z trudem powstrzymałem śmiech, patrząc na drugi, gnący się palec Sztercha. — I że Liczyrzepę chce ktoś wywołać z gór. Toć gorzej jak szatana — dokończył.
Ech ten Wolf, samo zło, samo zło… Świetnie go tu odmalowałaś. Baby głupie…
— Wasz Karpacz i nasz, dwa różne światy — burknął i skłonił się Januszowi.
Biedny Adasiu… Tyle lat, a ty dalej na pograniczu, wciąż obcy, choć przecież tutejszy :/
Powinienem był poważnie przemyśleć propozycję wybrania się z nim w góry. Wspomniał, że pokazałby mi miejsca, których nie ma na mapach.
I już nie wiem, czy to ja taka jestem nieogarnięta, że wciąż mi się wydaje, że nie zauważyłam propozycji, a przecież te słowa pierwsze, pierwsze, co powiedział Janusz to była ta propozycja, tak?
Snułem je jak wszyscy i czekałem na okazję - kiedyś, po tym, po tamtym, za rok, za dziesięć - aż w końcu dotarło do mnie, że ani się nie zbliżyłem do założenia, ani nie pamiętam, jak w ogóle brzmiało.
Ale przyjdzie, Adasiu, wróci z Wolfem i walnie cię w głowę ze straszną siłą, w sumie aż dziw, żeś wtedy całkiem nie utonął w tym piaszczystym leju, ale może właśnie tego potrzebowałeś, tej adrenaliny, żeby się wygrzebać?
Załamać się, niestety, nie mogłem, bo to by był cholerny egoizm. Miałem żonę, córkę, pracę, dom. Dom w Karpaczu, wspaniała rzecz.
Ale to już się stało przecież. Teraz to możesz tylko udawać, że nie, przywiązać się do patyka, jak czasem za dzieciaka próbowałam radować złamane łodyżki, ale co to właściwie daje?
Pomachałem Monice i jej koleżankom, które przesiadywały u nas od początku wakacji (wszystkie poza jedną udały, że mnie nie widzą). Usiadłem na wąskiej ławce pod wierzbą. Małe, durne bachory - pomyślałem płytko. Dlaczego wszystkie myślały tak samo? Że są najważniejsze, że wszystko im wolno? Te trzy dziewczynki zachowywały się tak, jakbym chciał je mieć w swoim ogrodzie,
Liczby w tym fragmencie wydały mi się podejrzane. Te wszystkie poza jedną zasugerowały mi ich tam znacznie więcej niż trzy i Monikę.
Chętnie spędziłbym z nią więcej czasu, najlepiej bez Moniki i chuderlawych, irytujących dziewuszek w różowych sukienkach, ale było to niemożliwe. Przynajmniej tak sobie wmawiałem, żałośnie unikając konfrontacji z własną oziębłością.
Ta jego autoanaliza. To wytłumaczenie. To, że zgrzytam zębami i współczuję tak bardzo.
Jak dobrze, że przynajmniej ona powodowała dobry nastrój. Zwłaszcza teraz, gdy tak niewiele wystarczyło, by wyprowadzić mnie z równowagi. Może czuła, że tak jest, instynktownie zapewniała mi to, czego szukałem?
Ale ile czasu ona tak da radę? Ta koncentracja na sobie. Maria daje. Ty bierzesz, Adasiu. Źle. Nierównowaga. To łamie najdzielniejszych.
Nie obchodzi cię to — stwierdziłem nagle. Przesunąłem wzrokiem po jej szczupłych rękach i kwiecistej sukience, milknąc. Czułem, ze chciała zaprzeczyć, ale w porę ugryzła się w język i nie mydliła mi oczu małymi, codziennymi kłamstwami, na wzór reszty świata.
Kocham ten fragment. Chcę się od niej uczyć. Uczyłam się.
Ale nie mogłem, bo Maria by się obraziła, a Monice zrobiłbym „siarę” przed pisklakami, znaczy się, dziećmi sąsiadów.
Wiadomo, że pisklaki to dzieci sąsiadów, bo je już tak nazywa wcześniej.
Miałem prawo być oburzony, w końcu wiedziały obie, że jestem niewierzący i daleko mi do integracji z duchownymi.
Obie? Ile lat ma Monika? Czy u niej to już może być wiedza? Nie wiem, nie pasuje mi to do dziecka, nie zastanawiałam się w jej wieku nad tym w ogóle. Mama chodziła do kościoła, tato nie, wiedziałam, że Bóg jest, ale nie miałam pojęcia, że jest jakaś wiara.
— Przecież nie chodzimy nawet do kościoła.
O. Właśnie. Dla dziecka to jest ten poziom – chodzić do kościoła, nie chodzić do kościoła. Tak mi się zdaje.
To było mniej więcej to uczucie, które nachodzi człowieka przed weekendem pełnym wyjazdów i spotkań z rodziną. Zobaczysz się ze starymi ciotkami, kuzynostwem, posłuchasz zrzędzenia, nawdychasz dusznych oparów z ciasnej kuchni i w atmosferze ogólnego znudzenia przeżyjesz kilka potwornych godzin, coraz bardziej napruty domową nalewką.
Och… czytanie tego z wizją rodzinnej imprezy nad głową, uświadamia, jak bardzo jestem złym człowiekiem jednak. Choć przecież zwykle z tego strachu nic nie zostaje na takim spotkaniu i w końcu jest jednak fajnie zwykle…
A jak dojdzie do tych rozmów? Dlaczego żyjemy bez sakramentów, dlaczego ja nie mam bierzmowania, dlaczego ani my, ani mała Monika nie pojawiamy się w kościele na mszach? Litości…
No ale on tak bez bierzmowania chciał tam potem do seminarium? Bo tak mówił, że to jego ciągnęło, nie? Ma w sobie mnóstwo chaosu ten Adam. Trochę może jakby po Bogu spodziewał się przygody. A może czegoś pewnego, czegoś mocnego, dla czego warto?
— Adam, proszę cię. — Zdenerwowała się lekko, więc zamilkłem, tłumiąc ciekawość. — Pani Bochnowa skarżyła mi się, że jakieś zwierzę zagryzło jej kury nocą — powiedziała po chwili.
Jakby w ogóle mnie to obchodziło…
— Wszystkie? — spytałem, zanim pomyślałem. — Kogut nie zniknął?
— Wiesz, że nie wiem? A czemu? — Przystanęła. — Coś dziwnego z tymi kurczakami podobno.
— Ano — mruknąłem.
Ach, jakie to jest dobre, jakie naturalne, ileż razy ja tak, hop i już odwrócona rozmowa, już tamtego nie ma, są inne rzeczy, jest normalnie, na tamto sypie się piasek, popiół, znika.
— Na pewno nie szorty, Adam.
Jasne, że nie, po kij się grzać w szortach, pingwiny wystarczą.
Starałem się myśleć wyłącznie o tym, że gdy już przeżyję obiad, ruszę natychmiast w dół Wilczej, by wyrwać Janusza na długą, wieczorną wyprawę i dowiedzieć się czegoś o historii Karpacza.
Tak. Łap się tego. Obcy lepsi od swoich, ważniejsi, z obcymi można zacząć od początku, można się na nowo przedstawić, można się obsadzić w roli.
Że patrzy na mnie, że myśli i rozumie - kość z kości i krew z krwi - a ja coraz mniej mam wpływu na to, kim się staje.
Gdzie zawędruje ta część mnie? Jaka będzie? Ile powtórzy moich błędów, ile spraw przemyśli moimi myślami?
Zazdroszczę mu tego.
(lubiła udawać, że czyta etykietę)
Czyli nie umie jeszcze czytać, nie? Czyli z tym, że wie przecież, ze on jest niewierzący mi nie gra i nic nie poradzę.
— To z pewnością by mnie bolało — mruknął. — Może lepiej ucieknijmy?
<3 Jakoś go kocham za to. Za to, że on wcale nie wygląda, jakby uwielbiał dzieci, jakby je ogarniał i po prostu brnie, nie ma się jak wykręcić, więc gra kartami, jakie dostał. Jest naturalny.
Zmarszczyłem brwi, bo teraz, gdy wreszcie widziałem jego profil, wydał mi się znajomy.
A głosu nie poznałeś, Adasiu?
Boże - pomyślałem - miej litość.
I kogo Ty o litość prosisz? Kogo? Przecież wszyscy wiemy, że jesteś niewierzący. Guzik tam jesteś. Niewierzący nie muszą się bić z czymś czego nie ma. Nie muszą temu wygrażać, ani tym bardziej błagać tego o litość.
To było jedyne, na co się zdobyłem. Gdyby mi ktoś powiedział, że Wolf jest żołnierzem, uwierzyłbym. Uwierzyłbym, że został koszykarzem. Fizykiem atomowym, instruktorem narciarstwa, sprzedawcą cygar na Kubie, pilotem Lufthansy. Wolfgang Krone mógł być kimkolwiek, każdym, tylko nie księdzem. Patrzyłem na niemal metr dziewięćdziesiąt czystego zła.
Ale on potem mówi, że „Wolf był już wtedy w seminarium”, więc co? Liczył, że nie skończy?
I ta cholerna, czarna broda, która zdążyła pokryć całą żuchwę...
Tu poczułam dzwonki alarmowe w temacie, co ich łączyło tak właściwie. Taki szczegół wyglądu, tak wypluty, jakby to właśnie z jakiegoś powodu szarpnęło Adamem najmocniej. Całe to jego późniejsze insynuowanie Wolfowi zapędów pedofilskich, to wciskanie wszędzie przekonania, że Wolf ma złe zamiary, ja w to nie wierzyłam, nie kupowałam tego, co próbował mi wkręcić Adam. Mi i sobie też. Bo z Wolfowych zachowań nic tego nie potwierdzało, jasne, była ta dwuznaczna sytuacja z Januszem, ale coś mi kazało wierzyć właśnie księdzu. Ta jego obrona w tamtej rozmowie, gdy Adam startował z oskarżeniami, była tak bardzo ludzko prawdziwa. A Adam zbyt się upierał przy tym, że Wolf to zło, żebym mogła w to uwierzyć , nie widząc tego zła w Wolfie. Ba. Wolf nie jest też super dobry. On jest zwyczajny – jego zachowanie jest zwyczajne, nie idzie w skrajność.
Był niebezpieczny. Pewnie, że moje doświadczenia z młodości powinny pójść w niepamięć, wszyscy się przecież zmieniamy… Ale gdyby ktokolwiek znał go tak jak ja, i widział to, co ja widziałem, byłby, z pewnością, co najmniej zaniepokojony.
I co on niby takiego wiedział? To, co później wypływa nie jest ani trochę przerażające. Więc nie o to musi chodzić, tak?
Ściągnął czarne brwi i oparł łokcie na stole; zauważyłem, że ma poranione ręce, otarcia za kciukiem i na knykciach.
Po czym? Wiemy to? Bo ja potem połączyłam to z sytuacją z Januszem w lesie, ale przecież to nie mogło być tak, nie wiem, czemu mój mózg tak to powiązał.
Kto to ukartował? Kto zmusił ateistę do ukończenia seminarium? Kto go, wreszcie, posłał tu, na sam koniec Polski, do mojej bezpiecznej kryjówki, mojego azylu? Poczułem się tak, jakby bóg osobiście sypał mi w oczy piachem. Umiejętnie bardzo, żebym nie mógł mieć pewności, czy to perfidne działanie, czy przypadek.
Tu znów jest tak, jakby on nie wiedział, że Wolf w ogóle rozpoczął seminarium. A przecież tam, gdy pojawia się wspomnienie sytuacji z babcią, Adam wie, że Wolf w nim był.
Że nie ma boga, tak naprawdę, bo bóg nie mógłby traktować mnie w taki sposób.
Jest. I jeszcze kiedyś się z nim pogada. W twarz. Nie w jakieś chmury, w ołtarz, księdzu-pośrednikowi. Ten tekst jest trudny dla mnie. Komentarz jest trudny. Mogłabym siąść z Adamem przy flaszce i z nim gadać i gadać. Ten tekst mnie obnaża jakoś. Wchodzi we mnie za mocno.
Że biblia jest jak papier w sraczu, tylko droższa i mniej przydatna.
Papier w sraczu jest niezwykle istotny. Niezwykle. Czyżby chłopcy nigdy nie musieli podcierać się liściem?
— Nasz ksiądz to jedyny wilk w okolicy — podsunąłem córce.
Akurat! Pff!
Sądziłem, że jest raczej nieśmiała, a od początku zdawała się mieć do Krone’a zaufanie. Ba, zażyczyła sobie usiąść obok niego przy stole.
Taka myśl, z któregoś kolejnego czytania: boisz się, że znów zostaniesz okradziony, Adasiu?
— A wiesz, dlaczego to był pierwszy ksiądz w naszym domu?
— Dlaczego?
— Bo dwaj poprzedni byli grubi i paskudni — zaatakowałem, sięgając po gazetę. Wyszedł z tego celny cios. Maria aż wbiła palce w oparcie fotela.
— No wiesz?! — wycedziła.
— Och, wiem. Dobrze wiem, miałem całe lata, by się napatrzeć — uciąłem. Chodziło mi o zwyczaje Wolfa, ale gdy tylko skończyłem mówić, pomyślałem, że żona mogła odebrać to jako krytykę naszego związku. Ale się wkopałem. Tak, to było to, na to czekałem cały czas. Jeszcze jeden, mały kopniak od boga, tak na zaś, żebym przypadkiem nie zapomniał, gdzie moje miejsce.
Ależ mam mu ochotę sprzedać plaskacza w tym momencie… NIE, ŻADEN BÓG. Sam to robisz, TY i TYLKO TY. Bóg… jakby on miał czas na kierowanie Tobą w takich sprawach, jakby musiał! Akurat! sam potrafisz lepiej!
— Chcesz kogoś zaprosić? Wiesz, bóg cię wyprzedził.
To mnie pierdyknęło mocniej tak przy trzecim czytaniu. Na wszelki wypadek zaznaczam – przed naszą rozmową na GG o tekście.
Tak naprawdę do tej pory nie wiem, jak by zareagowała.
A to mnie jakoś zmroziło. Przeraziło. Jakbym jakiś wyrok przeczuwała. Nie wiem. Zastopował mnie ten moment na chwilę.
Monika z trudem nadążała za moimi krokami. Kątem oka zobaczyłem, że sięga, chcąc złapać mnie za rękę. Zignorowałem to.
Tu też jest przerażający. Jakaś głupia zemsta na dziecku, jakby nie wiem, chciał sobie udowodnić, że taki jest zimny i obojętny, tak dopasować się do roli kogoś, kogo Bóg opuszcza.
Sierpniowe słońce chowało się za dachami domków jednorodzinnych, strzelając w nas intensywnie pomarańczowym światłem, tak że włosy córki wydawały się prawie złote, a na skórze widać było jasny meszek.
I potrafi też tak na nią patrzeć. Ile w tym jest piękna. Jaki Ty jesteś różny, Adasiu…
Gapiłem się przed siebie, nic poza tym. Ruszyć się nawet nie mogłem, tak potworna bezsilność oblekła mi stopy, nogi, kręgosłup i kark. Rozlała się z tyłu głowy, spłynęła ramionami do dłoni. I pomyślałem wtedy, że tak już zostanę. Że będę siedział do końca, aż ostygnie nagrzane słońcem drewno, aż zacznie się burza i skończy dzień, aż przyjdzie jakiś inny Adam Czachowski i strzeli mnie w twarz, żebym nie robił z siebie ofiary.
Ja przyjdę, mój Adasiu, siądę obok.
To już? - myślałem, zaciskając powieki. - Ile mam jeszcze żyć, żebyś sobie o mnie przypomniał? Słyszałeś, że męczę się cały dzień, od dwudziestu lat słyszysz, nie ma cię, jesteś? Niczego już nie wiem, choć raz odezwałbyś się do mnie. Myślisz, że po co mówię, że nie istniejesz, jak nie po to, żebyś wreszcie zaprzeczył? I dlaczego nie przeczysz?
Jak bardzo, bardzo dobre jest to jego przyznanie się. To, co się czuje od niego od początku, wreszcie Adam mówi wprost. Rozwala mnie cały ten kawałek na ganku.
— Nie będziesz mnie pouczał, Czachowski, jakbym musiał, to bym tak zrobił! — zirytował się wyraźnie. — Nic mu nie jest. Jak prosi człowiek, żeby go zabrać prosto do domu, to ja nie pytam, czemu się boi iść na policję i do szpitala, tylko go zabieram. Do domu — sprecyzował.
Lubię Wolfa w tej scenie.
Już wiedziałem, co Wolf miał na myśli. Sam nie kłóciłem się z Januszem, skoro tak postawił sprawę.
I to jest świetne. Bo po tym, jak przedstawia Wolfa Adam, po tym czytelnik może wierzyć łatwo, że Wolf faktycznie robi coś złego, tamto pyskowanie odbierać jako dowód złego charakteru, a tu Adam po prostu zbija to wszystko. Jedną myślą normalizuje sytuację.
Dawno już nie czułem się tak zestresowany jak wtedy, gdy nieśliśmy ciało przez las, w ciemnościach.
Ciało to jakby go martwego nieśli.
Po kolei więc - myślałem - wyszedłem z domu, trafiłem tu, Wolf znalazł Janusza, nie wiem, co Januszowi jest, w domu czeka Maria, Monika u Oleckich, nie zostawię Janusza samego, nie zostawię Janusza z Wolfem, Wolf jest tu od trzech dni, od trzech dni giną zwierzęta... Jakieś to takie bez sensu? Bez sensu.
Bez sensu. Dobrze, że to wiesz, Adasiu.
— jakbym żył wcześniej i zapomniał, Watah, czarna dziura w środku życiorysu, a teraz znów jestem jakiś... Jak dawniej?
Dreszcz we mnie.
Może cała moja niechęć do Wolfa wynikała z faktu, że z naszej dwójki to ja byłem tym, który zasługiwał na łaskę wiary? Ja byłem gotowy, ja sam szukałem, ja przez cztery lata trwania liceum zmuszałem się do chodzenia na msze i czytałem pismo święte, błagając w myślach, żeby bóg pozwolił mi uwierzyć. Modliłem się o to przez kolejnych pięć. I nic.
Czemu zatem nie był bierzmowany? Chciał tak świadomie do tego przystąpić? Już wtedy wiedział, że coś jest nie tak i chciał znaleźć, upewnić się, że jest Bóg, a potem dopiero przystąpić do bierzmowania? Nie tak, jak większość z nas, bo tak się robi i mało kto o tym myśli po co? Nie tak „na wszelki wypadek”?
Nie miałem mu nic do powiedzenia — czy ciebie nie wkurwia, że masz wcięcie w pasie?
Mnie też. O matko, jaki cudowny system obronny. Wziąć i nagle ochlapać wszystko absurdem.
— I co, i co — powiedział jednocześnie pojednawczo — celibat wspaniała sprawa, cudownie, polecam, co ja bym… tak. Spróbuj sobie, Czaszy. Naprawdę fajne uczucie. Masz jeszcze więcej pytań?
I z jakiegoś powodu widzę krzykpudło…
Z pewną dozą niesmaku przyjąłem fakt, że pod rozpiętą sutanną miał wyłącznie szare dresy, naciągnięte niedbale na jaskrawo-czerwone bokserki w… pingwiny.
A mity runą, runą, runą…
Zdążyłem zarejestrować fakt, że Wolf nie ma już sutanny; leżała obok, na oparciu.

Tu na marginesie spotykamy lakoniczną notkę Siem z pierwszego czytania po dwóch latach: „panikuję”.
Wolf podrapał się po czarnym futrze nad bokserkami, robiąc skwaszoną minę,
Ogromnie intymna jest dla mnie ta scena. To Adamowe gapienie się /uczestniczenie w czymś , czego na ogół nie robimy przy innych ludziach. Tak, mam na myśli drapanie.
— Adasiu? — jęknąłem.
— ...nie gwarantuję, że byłbyś bezpieczny.
Chyba naprawdę polał nam wódki, jak w klasie maturalnej.
— Proszę, Wolf, nie patrz tak na mnie.
— A wiesz, raz się żyje, może jednak zostań na noc? — zaproponował. Z jakiegoś powodu nagle odzyskałem siły i rozstałem się z wygodną sofą. Człowiek nigdy nie wie, kiedy mu przejdzie senność. Minąłem drzwi do kuchni; napoczęta butelka Smirnoffa błysnęła spokojnie w półmroku.

Kolejna notka Siem z identycznego okresu: „ja pierdylę”.
Zdjąłem różaniec, pokornie wręczyłem właścicielowi i prawie natychmiast ogarnęła mnie złość, że zrobiłem to wszystko w przyklęku.

Adamie, Adamie, męskość Twa, honor Twój, obite tak mocno. Biedny mój.
— Swoją drogą dziwne te kamienie, takie zimne cały czas — bajdurzyłem w trakcie kręcenia kluczem.
— No popatrz, mnie parzą — mruknął

Ładne. Ciche takie i ładne.
Zbyt długo wodziłem wzrokiem po jego rękach, po bliznach, których pochodzenie znałem lepiej niż ktokolwiek, po zarośniętym mostku, nawet po stopach, cholernie wielkich (czterdzieści siedem, o ile nic się nie zmieniło), tak znajomo opartych jedna o drugą. Dopadły mnie wspomnienia.
— Idź już, Adam.
— Idę, Wolf.

Ach, powiedziała Siem, więc to tak.
Dziękuję, że jesteś - pomyślałem - czuję twoją obecność. Czuję, że to ty. Dobrze się spisałeś, to ci się udało. Zapomnij, co mówiłem wcześniej, to było tylko chwilowe zwątpienie. Wiesz, na tym ganku, było mokro i tak dalej - gadałem w myślach - teraz widzę, że to musi być jakiś twój piękny, misterny plan. Taka symfonia niszczenia mi życia, mmm, naprawdę niezła, inspirowałeś się Wagnerem? Wybacz, nutka Wolfa mnie zmyliła. Pamiętaj tylko, że dziś niedziela, odsapnij sobie. No to super. Ależ ci się trafił kandydat, racja? Tak, jego mam na myśli - potwierdziłem, choć bóg nie spytał - naprawdę dobrze trafiłeś… Nie gadaj. Nie, nie zdzierżę, dość. Zamknij się już, nie mogę cię słuchać.
Zdesperowany zerwałem się z sofy. Wygrzebałem z szuflady zapomniane, przedpotopowe słuchawki, podłączone do walkmana, po czym klnąc splądrowałem resztę szafek w poszukiwaniu kasety z „Walkirią” Wagnera.

I znów piszesz o mnie.

— Jak się masz, Czachowski?
— Doskonale — skłamałem z przyzwyczajenia.

Jak mnóstwo ludzi, jak myślę. Bo też po co rzucać w kogoś czymś, czego wcale nie chce nosić?
Nie sądziłem, że pamiętam takie rzeczy. Przy okazji przypomniałem sobie inne, o których wolałem zapomnieć; odwiedzałem babcię Wataha. Wpadałem, gdy byłem głodny i zdołowany, prawie przez dwa lata - za którymś razem nie odebrała domofonu. Nie odebrała go też dwa dni później i w następnym tygodniu.
Obiecywałem, że będę się nią opiekował.
Wolf pewnie był już wtedy w seminarium. O tym, że po miesiącu wyważył drzwi i znalazł zwłoki, dowiedziałem się od znajomych. W bloku przeprowadzono dezynfekcję.

No i dobra – jest „pewnie” był już wtedy w seminarium. Ale ja się pytam, skoro odwiedzał babcię, to babcia nigdy mu czegoś takiego nie powiedziała? Czemu? Wszystko we mnie nie umie w to uwierzyć, bo tak naprawdę to chyba Wolf był tym, co łączyło jego babcię i Adama. Komu obiecywał, że będzie się opiekował? No i jak niby mógł sądzić, że nie pamięta? To nie są – chyba – rzeczy mocno skomplikowane… nie wiem… szukam swoich licealnych znajomych w głowie, z którymi latami nie utrzymywałam kontaktu i wydaje mi się, że ci z nich, z którymi byłam tak blisko, jak zdaje się był Adam z Wolfem, pozostali mi w pamięci. Ale może właśnie to różni mnie od Adama. Nie jesteśmy tacy sami, ja nie musiałam nikogo w ten sposób wypierać ze swoich wspomnień. Chyba.
A ta dezynfekcja na koniec – ona daje po nerach.
— Jestem pewny, że kupiłem na rano jogurt i bułkę — usłyszałem.

. . .
To Ci się, Wolfie, nie udało…
Cała reszta reszta przecież się nie liczy - znika po śmierci, przepada, nikogo nie obchodzi.

Może po to i Siem pisze. Może. Przy okazji – podwójna reszta.
No właśnie - czemu? Bo nie powiedziałem, że rezygnuję z obiadu? Lepsze niż „nie wiem”. Co za nonsens…
— Bo nie powiedziałem, że rezygnuję z obiadu — skłamałem.

Ale cóż robić, trzeba w niego brnąć, Adamie, jeśli się chce udawać gościa opanowanego, rozumnego, gościa bez dziur w mózgu wyżartych bezsensem istnienia.
Może bóg zażartował sobie po prostu - jego i naszym kosztem.

Nie. Nie. Nie. Nie kosztem wilka.
Najpierw pomyślałem, że go uderzę. Zaraz później, że mu podziękuję. Na tym stanęło.

Dobrze, że się opamiętałeś, Adamie.

Córka poznała mnie z daleka i coś tam do Wolfa powiedziała, nachylając się z przejęciem; zawisła i zasłoniła mu drogę włosami. Gadali chwilę. Ja tymczasem zgiąłem się wpół i cierpiałem, dysząc. Pewnie dlatego, że moja kondycja umarła wraz z rozpoczęciem studiów.
Monika zaczęła do mnie machać. Przy okazji dusiła Wolfa - przynajmniej tyle. Nie mogłem znieść myśli, że w ogóle jej dotknął. Nie chciałem widzieć palców dorosłego mężczyzny na łydkach dziecka, zwłaszcza poranionych palców Wataha na łydkach mojej córki. Ale zobaczyłem, i to z bliska, podobnie zresztą jak palce Moniki na jego twarzy.

Cała ta scena jest ładna. Na raz zwyczajna i bardzo nie, dzięki emocjom Adama. Wiesz – widząc dziecko na baranach księdza, uśmiechnęłabym się, widząc jak gada, jak te włosy się sypią i zasłaniają drogę – to jest taki rozczulający obrazek, dorosły chłop i dziecko, ja w nim nie widzę niczego niedobrego, a potem jest to, co widzi Adam i robi mi się smutno.
Ta chwila, mimo że krótka, zmieniła wszystko.

Taki nadziejny moment. Uśmiecham się. Chciałabym bardzo, żeby wszystko było dobrze.
To był doskonały plan, który przemyślała, a moje zdanie nie grało w nim najmniejszej roli.

Lubię to dziecko. Naprawdę tak trudno go nie lubić.
W ostatniej chwili przypomniał sobie, kretyn, że wypadałoby się schylić, żeby mi dzieckiem o szyld nie zahaczyć, więc prawie upadł, zginając się wpół.

W ogóle to całe, całe jest tak ogromnie dobrą sceną. Po tym napięciu, tych wszystkich rzeczach ciężkich, po bólu, beznadziei, po tym wilku, teraz Adam jest inny. Luzuje. Na chwilę robi się tak normalnie, tak, że oddycham i ja spokojniej. Widzę ich z dzieciakiem w sklepie i ryj mi się cieszy do nich.
I za chwilę jest:
Nagle zrobiło mi się jakby zimno, nie na ciele, tylko na duchu. Wolf zajmował właśnie moje miejsce z nalepką „ojciec”. Nawet nie, że mnie podsiadł - ono po prostu było wolne. Sam nie wiedziałem, czy naprawdę nie umiem, czy zwyczajnie nie chcę taki być. Fakt, że Krone wydawał mi się zły, straszny i potencjalnie niebezpieczny, tylko wszystko pogarszał.

Bum.

Coś zdecydowanie było nie tak, i to coś nie zmieniło się od września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku - od początku naszej znajomości.

Jakoś mi ta data. Jakoś mnie tak rzuciła w przeszłość. I zobaczyłam tyle rzeczy, jak ze starej pocztówki. I poszłam sobie posłuchać „Lewe lewe loff”… I teraz, gdy to piszę, też słucham tego. Znaczy ciągle działa.
Szanse były niewielkie, zwrócił mi całą kwotę.

Adasiu… Puk, puk, jest tam kto?
— To znaczy: twoje dziecko — rzekł Wolf prawie pół cygaretki później — bo jednak jest podobne. Sam rozumiesz.

Mnie się zdaje, że rozumiem więcej. I więcej.
— C… Na pewno — odparłem nerwowo. — Skąd pytanie?

C…?
— Więc co?
— Więc my? — Wolf rozłożył ręce, jakby tłumaczył coś oczywistego. Przeraziłem się i spojrzałem na niego z obrzydzeniem. Zamrugał. — Nie będzie jej? Jesteśmy sami? — wymienił wyczekująco. Zacząłem odsuwać się od niego wraz z taboretem. — Pytałeś o boga? Kupiłem Jagera? Nie widziałeś mnie czternaście lat?
Więc jednak był normalny.
A ja nie czułem ulgi.

A czego Ty byś chciał?
No?
Nagle dotarło do mnie, jak cholernie za tym dźwiękiem tęskniłem.

Czujesz, widzisz?

Jacy my byliśmy durni, myślałem. Jak cholernie dobrze się wtedy czułem, jak wiele bym dał, żeby do tego wrócić. Jak bardzo kochałem Wolfa, zanim staliśmy się obcymi ludźmi. W połowie butelki rżeliśmy tak głośno, że trzeba było przenieść się na balkon.

Cofnąć się choć na chwilę. Chciałabym. Jak ja to, co się tu dzieje teraz czuję dobrze. Jak moje własne takie chwile, jak one niby wesołe, a jak bolą chwilę potem.
W ogóle ogromnie fajnie opisujesz to jak im to płynie, jak oni się rozpuszczają w tym Jagermeisterze.

I jak ta rozmowa idzie dalej. Jak idzie przez bolesną szczerość, aż po ten wybuch. Ten moment, gdy Wolf mówi, że dużo grzeszy, jak na człowieka, gdy mówi, że chciałby odebrać Adamowi wszystko. To jest moment, gdy Adaś powinien poczuć dreszcz na kręgosłupie. I poczuł. I słusznie.
Że na nią nie patrzę? Kiedyś wspomniała mamie. Że już nawet na nią nie patrzę.

Smutno mi. Bardzo mi smutno. Bo on tak gubi rzeczy ważne. Jakby nie starczyło tego, co już zgubił, stracił, zabrano.

— Babcia nic o nim nie mówiła? Przecież całe lata tam mieszkałeś — wtrąciłem. Wolf zagłuszył mnie śmiechem, odchylając się w tył. Zaciągnął się potężnie i na wstrzymanym oddechu sięgnął po butelkę. Rozlał nam po równo, wypuścił dym przez nos i, wręczając mi kubek, powiedział:
— Wspomnij o niej, a cię zatłukę.
Wypiliśmy jednocześnie, utrzymując kontakt wzrokowy.
Wolfowi drgnęły mięśnie żuchwy; był wściekły. Nabrałem powietrza.
— Nie możesz mnie o to…
— ...takim skurwielem jak ty...
— ...bo nie miałem w ogóle…
— ...rozwalić twój łeb o chodnik...
— ... akurat wtedy mnie...
— ...to zasługujesz i nawet...
— ...obwiniać że umarła!
— ...nie wybaczyłem!

To też jest tak bardzo prawdziwe. Wybuch. Czegoś, co jest zawsze ale zaczopowane, i wystarczy ten czop usunąć, rozpuścić w alkoholu, i bum.

Potrafiłem tylko tłumaczyć się, kłamać i naginać rzeczywistość, a wszyscy, którym pozwoliłem zbliżyć się do siebie, w końcu dostrzegali, jaki naprawdę jestem.

W tym miejscu się popłakałam.
— On tu był jeszcze przed chwilą — domyśliła się bezbłędnie. Szczerze ją podziwiałem. Ją i jebanego Wolfa. — Oskarżasz mnie o schadzki z księdzem, po czym zapraszasz go na noc, kiedy wyjeżdżam? Udajesz przy mnie, że się nienawidzicie, a gdy mnie nie ma, pijecie w naszym domu? Czy jest coś, o czym nie wiem, Adam? Możesz mi wytłumaczyć?
Zapach czuła.
Ciekawe, czy zdążyła już poczuć więcej.
— Jest coś, o czym nie wiesz. Nic ci nie wytłumaczę.
Patrzyła na mnie długo, nie mrugając.
— Długo go namawiałam, żeby przyszedł w sobotę — przyznała się nagle, pewnie po to, żeby mnie zranić — myślałam, że to ci pomoże. Teraz widzę, że sama szukałam pomocy, miałam nadzieję, że Wolf powie mi o tobie coś, czego nie wiem. — Skrzywiła się, walcząc z emocjami. — Ale mówił tylko, że jesteś okrutny, a to wiedziałam aż za dobrze.

I właściwie płakałam dalej i dalej. Aż tu, tu zrobiłam sobie przerwę. Przeczytałam to parę razy z rzędu. Adam topielec z wyboru. Jak palić to wszystko wokół siebie. Niech boli bardziej.
Rozważałem przez moment, czy wyjście na dłużej w góry nie zdewastowałoby całkowicie moich szans na pozostanie mężem i ojcem.

Trochę, ale tylko trochę, odetchnęłam w tym miejscu.

Nabrałem powietrza i zastygłem nagle, wpół oddechu.
Sad jabłkowy ogrzewał się wolno w porannym słońcu, wybuchając potwornie znajomym zapachem. Szumiał, szeptał o młodości, oblepiał mnie zachłannie moim własnym, utraconym szczęściem, wolnością, tak okropnie przeżartą przez woń wiatru, nagrzanego zboża i ciężkiej, owocowej zieleni.
Kpił ze mnie. Wstań, Adam. Życie cię potrąciło?
Wstawaj.
Leżałem martwy, rozciągnięty na asfalcie, sztywniejąc w zaschniętej kałuży.

Tego się nie da czytać spokojnie. „…tak okropnie przeżartą przez woń wiatru, nagrzanego zboża…”. Te słowa we mnie wibrują, wywołują ten zapach, ja mam na sobie to poranne słońce. I ten mróz wspomnienia martwego wilka też mam. Jak Ty potrafisz pisać!
— Pan wybaczy, Januszu, ale to… Krone chyba myśli, że jego dziadek był dobrym człowiekiem, wiecie, siłą wziętym do wojska.
— Może był dobrym człowiekiem.

I to Januszowi pamiętam. Bo tak, może był.

— Spokojnie, Januszu. — Uśmiechnąłem się lekko. — On nie ma bliskich w Karpaczu.

Lekko? Na pewno? Jak na pożegnanie? Jak OK., już wiem, co zrobić, już ciach, decyzja podjęta, jestem taki wolny, ja Adam. Ech. A ja myślę, że Cię jeszcze będzie bolało, Adasiu. Będziesz bohatersko brnął, ale będzie bolało.



To nie komentarz jest. To jest rozmowa z nimi. Mam pełną świadomość, że to żadnego pożytku nie niesie za sobą, że tylko ja się tu układam z tekstem, który przeżywam już tyle czasu i pewnie będę przeżywać jeszcze długo. Historia to jedno, ale to jak Ty tę historię ubierasz w słowa, jak potrafisz nimi kłuć, kołysać, jak przyspieszasz, zwalniasz, jak działasz na zmysły Siem-czytelnika, to jest dar.
Ja podziwiam. I tak bardzo cieszę się, że pozwoliłaś mi doczytać do końca.
Dziękuję.

PS. Nie będę powtarzać tego, co kilka postów wyżej mówiłam. Ale to też jest część komentarza.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ